__MAIN_TEXT__

Page 1

KWARTALNIK NR 4/ 2020

GRANICE

BIULETYN INFORMACYJNY ´ AGH STUDENTOW

1


Przychodzimy do was z Fiestą! - kolorem, który towarzyszy jesiennemu wydaniu naszego magazynu. Spróbujemy zaszczepić w was pierwiastek radości - świat się zamknął, ale wy bądźcie otwarci. Szukajcie drobnych radość w zwykłej szarości.

2


Granice

3

Historie z ula wzięte

4

Z Geologiem przez Świat

10

My Name is New

12

Granice własnego buntu

15

Czy album stracił dziś wartość?

16

Książki po angielsku - warto, czy nie?

18

Ciemna strona coachingu

21

Nie taki wirus straszny jak go malują?

22

Zero-waste w czasach zarazy

24

Granice tylko w głowie

26

Satelity Starlink

28

W świecie 5G

31

(k)raj utracony

32


Historie z ula wzięte Magda Kacperek

4


Ludzie

F

K Pan Eugeniusz prowadzi swoją pasiekę od blisko 30 lat. Pasieka składa się obecnie z 43 uli i znajduje się w okolicy Zatora. Pan Eugeniusz z pasją opowiada o swoich pszczołach i o obecnych problemach w pszczelarstwie.

Kiedy zaczęła się Pana przygoda z pszczelarstwem? Zacząłem zajmować się pszczołami w 1992 roku. Odziedziczyłem wtedy trzy ule po moim ojcu. Nie sądziłem, że zajmę się pasieką, ale ktoś musiał przejąć zajęcie taty i zaopiekować się owadami. Pracowałem wtedy na kopalni i ciężko było pogodzić to z ulami. Dopiero kiedy przeszedłem na emeryturę, na poważnie mogłem zaangażować się w pasiekę. Kiedy odziedziczyłem ule po ojcu, nie wiedziałem zbyt wiele o pszczołach, a ule, które dostałem, były bardzo stare, w złym stanie i ciężko było hodować w nich pszczoły. Wyremontowałem i ociepliłem ule. Wtedy zaczęło się coś udawać. Pasieka stopniowo się rozrastała, a rekordowo było tutaj 47 uli. Kto nauczył Pana pszczelarstwa? Pszczelarstwa nauczyłem się na własnych błędach, od ula do ula, przez lata praktyki. Oczywiście przeczytałem wiele podręczników, ale wiedza w nich jest opisana bardzo ogólnie. Każdy pszczelarz musi tak naprawdę opracować własny system działania. Wpływ na to mają ule, rasa pszczół, położenie pasieki, pogoda, itp. Po tylu latach poruszam się po pasiece bardzo swobodnie. Wystarczy, że zaglądnę do ula i już wiem o co chodzi, wiem co trzeba zrobić. Chociaż nawet teraz, po prawie 30 latach zajmowania się tymi owadami, codziennie coś mnie zadziwia. Myślę, że wciąż bardzo mało o nich wiemy. Jak dużo czasu poświęca Pan na dbanie o pasiekę? Przy tylu ulach, w sezonie jest to praca na pełen etat. Oprócz zajmowania się swoją pasieką, pomagam też innym pszczelarzom i doglądam ich pszczół, doradzam. W pasiece prace trwają od wiosny do jesieni i nie ma wtedy mowy o urlopie.

Natomiast w okresie zimowym praktycznie nie wchodzi się na teren pasieki, nie otwiera się uli, żeby nie ochłodzić wnętrza uli. Pszczoły utrzymują w ulu odpowiednią temperaturę przez cały rok poprzez trzepotanie skrzydłami.

przez królową słabnie, słabnie też identyfikacja pszczół z rodziną. Może to prowadzić do tzw. wyrojenia z ula. Czyli wyniesienia się znacznej ilość pszczół z ula w celu założenia nowej rodziny. To zjawisko, na które pszczelarz musi być szczególnie czujny.

Ma Pan 43 ule. A ile pszczół znajduje się w każdym z nich? Liczba ta jest bardzo zmienna w ciągu roku. Po zimowaniu w ulu znajduje się około 10-15 tysięcy owadów. Na wiosnę matka pszczoła zaczyna składać jaja. Nawet 3000 jaj na dobę. Rodzina zaczyna się powiększać, a w najlepszym okresie liczba pszczół w ulu może sięgnąć nawet 60 tysięcy. Natomiast średnia rodzina to około 30 tysięcy. Można więc powiedzieć, że w mojej pasiece znajduje kilka milionów pszczół.

Ile pszczoła produkuje miodu w ciągu swojego życia? Podobno jedna pszczoła produkuje w ciągu swego życia jedną łyżeczkę miodu. Słyszałem wiele ciekawych porównań, które pokazują jak pracowite są to stworzenia. Na przykład, żeby wytworzyć kilogram miodu, pszczoły zbierają nektar z ok. 3 - 5, a wg innych źródeł 10 mln kwiatów. Lub też, żeby zebrać kilogram miodu pszczoły pokonują drogę odpowiadającą 4 okrążeniom ziemi.

A jak długo żyje pszczoła? Pszczoła pracująca żyje 33-35 dni. Mowa tutaj o pszczołach robotnicach. Kiedy młoda pszczoła wyjdzie z komórki, pozostaje w ulu przez około 14 dni. Nabiera wtedy sił, zajmuje się innymi młodymi pszczołami i wykonuje inne zadania. Pszczoły pracują najwięcej 7 dni przed śmiercią. Czyli od około 25 dnia ich życia. Natomiast pszczoły, które zimują w ulu mogą żyć do pół roku. Najdłużej żyje królowa. Może żyć nawet 6 lat. W praktyce królową wymienia się po 2-3 latach. Młodsza królowa jest w stanie zbudować większą rodzinę. Duże znaczenie ma też to, że młoda królowa wytwarza większą ilość feromonu. To pewnego rodzaju zapach, którym królowa obejmuje wszystkie pszczoły w ulu. To dzięki niemu pszczoły się rozpoznają i mają motywację do pracy w ulu. Jeśli wydzielanie tego feromonu

5


Ludzie

6


Ludzie

Ile razy ukąsiła Pana pszczoła? Bardzo dużo. Nie pracuję w rękawicach, bo to zwiększa ryzyko przenoszenia ewentualnych chorób z ula do ula. Czasami, kiedy idę do ula, mam 20-30 ukąszeń. Ręce puchną. Zdarza się, że mam tak spuchnięte dłonie, że przez 3-4 dni nie mogę iść do uli. Pszczelarze się uodparniają, ale z wiekiem ta odporność słabnie. Dlatego muszę coraz bardziej uważać. Nie można podchodzić do uli, kiedy pszczoły są głodne, kiedy jest brzydka pogoda. Zazwyczaj nie zakładam też kaftana, który zabezpiecza przed ukąszeniami. W tym roku kaftan założyłem tylko dwa razy. Deszcz padał przez kilka dni, więc pszczoły były głodne, zaczęły żądlić i musiałem uciekać od ula. Wróciłem w kaftanie i je dokarmiłem. Czy pszczoły są mądre? Bardzo mądre. Potrafią się komunikować, mają świetna nawigację. Odlatują od ula nawet na trzy kilometry. Kiedy jest ładna pogoda nawigują się na podstawie wędrówki słońca. Ale kiedy są chmury nie ma wtedy takiej możliwości. Zbadano, że pszczoły w swoich głowach tworzą mapy terenu i są w stanie trafić do ula na podstawie punktów orientacyjnych. O pszczołach mówi się, że są cudami inżynierii genetycznej. Fascynujące jest też to, jak pszczoły dzielą się obowiązkami w ulu. Być może pojedyncza pszczoła nie jest bardzo mądra, ale ma niesamowitą inteligencję zbiorową. Bardzo ciekawe są niektóre działania pszczół. Np. to jak zachowują się w stosunku do szerszeni. Kiedy do ula wleci szerszeń (i zjada młode pszczoły) pszczoły, żeby go unieszkodliwić machają skrzydłami tak szybko, że temperatura w ulu rośnie do prawie 50°C, a szerszeń w tej temperaturze ginie. Dlaczego nie mogą go po prostu z ula wygonić? Szerszeń powiadomiłby inne osobniki i wróciłby ze stadem. Dlatego pszczoły oblepiają go i „gotują” Sprytnie, co?

Czego nauczył się Pan od pszczół? Cierpliwości, opanowania, pokory. I szacunku do tych małych zwierząt. Przede wszystkim szanuję ich pracę. Dużo się słyszy o rabunkowym zbieraniu miodu. Są pszczelarze, którzy zabierają pszczołom cały miód. Ja zawsze pszczołom zostawiam sporą jego część, tak żeby nie były głodne. To przecież ich praca, a człowiek tylko korzysta z ich uprzejmości. Co jest problemem na pasiece? Pszczoły to niezwykle delikatne stworzenia, istnieje wiele chorób, na które trzeba uważać. Najbardziej popularne to warroza i zgnilec amerykański. Pszczelarz musi stale sprawdzać ule pod kątem obecności tych chorób. Na pasiece bardzo ważna jest taka higiena, ponieważ pszczoły żyją w dużym zagęszczeniu a choroby łatwo się przenoszą. Szerszym problemem są zmiany w rolnictwie. Pszczołom szkodzą przede wszystkim opryski stosowane w rolnictwie oraz to, że występuje coraz mniejsza różnorodność biologiczna na polach uprawnych. Jest to problem zarówno dla pszczół miodnych jak i dla tych występujących dziko. Szacuje się, że w Polsce mamy nawet 450 gatunków dzikich pszczół. Ich liczba jednak stale spada, właśnie przez zmiany w rolnictwie.

Pszczoły są niezwykle istotne dla całego ekosystemu. Chociaż rośliny zapylają też trzmiele, a nawet osy, to jednak pszczoły są pod tym względem najbardziej efektywne. Co może zrobić przeciętny Kowalski, żeby pomóc pszczołom? Można im pomagać sadząc rośliny miododajne. Np. akacje, kasztany, lipy, jawory, nawet dęby. W Polsce niestety w ostatnich latach zamiast sadzić takie rośliny, to się je wycina. Powinno się też sadzić poplony. Teraz robi się to co raz rzadziej. Zamiast tego używa się większej ilości nawozów. A poplony stanowią świetne pożywienie dla pszczół. Np. facelia, gorczyca. Z roślin iglastych dobre są też modrzewie, sosny, jodły. Robi się z nich bardzo specyficzny w smaku spadziowy miód. Ja osobiście za nim nie przepadam, ale ma on swoich fanów, podobno ma też świetne właściwości lecznicze. Miododajność poszczególnych roślin bardzo różni się od siebie. Np. z hektara rzepaku można otrzymać od 280 do 300 kg nektaru. Największą wydajność ma facelia. Może wydać od 1000 do 1500 kg nektaru na hektar. Dorosłe drzewo lipy może np. wytworzyć tylko 5 kg nektaru. Ale nektar, to jeszcze nie miód. Nektar to około 90% wody. Żeby otrzymać miód pszczoły muszą odparować z niego tą wodę i go zagęścić. Robią to machając skrzydłami. Czasami proces ten odbywa się tak intensywnie, że z uli paruje. Poza sadzeniem odpowiednich roślin można też w lecie stawiać poidełka dla pszczół.

7


Ludzie

Ile litrów miodu Pan zjada rocznie? Oj, szewc bez butów chodzi. Ja zjadam go bardzo mało. Ale za to moja żona bardzo lubi miód. Potrafi zjeść litrowy słoik na miesiąc. Czy ma Pan jakiś swój ulubiony miód? Uważam, że nie ma złego miodu, że każdy jest smaczny. Natomiast warto zwracać uwagę na ich właściwości. Rzepakowy na trawienie, lipowy na przeziębienia, mniszkowy na żołądek, spadziowy reguluje pracę serca, obniża ciśnienie, itp. Co robiłby Pan, gdyby nie miał Pan pszczół? Nie mam pojęcia. Nie umiem sobie tego wyobrazić. Zanudziłbym się chyba. Myślę, że pszczoły trzymają mnie w ryzach i utrzymują przy zdrowiu. Chociaż tak duża liczba uli jaką opiekuję się teraz, mocno mnie obciąża. Mam prawie 70 lat, a prowadzenie tak dużej pasieki jest niezwykle wymagające. Dlatego planuję sprzedać część uli na wiosnę. Co jest dla Pana sukcesem? Po prostu to, że jest się pszczelarzem. Uważam, że to piękna pasja i powód do dumy. Cieszy mnie też to, jak inni pszczelarze pytają mnie o rady, jak moje doświadczenie jest dla nich cenne. Można powiedzieć, że kiedyś była moda na pszczelarstwo, później trochę ta moda osłabła, ale w ostatnim czasie wydaje mi się, że znowu staje się to popularne. Ludzie zakładają pasieki nawet hobbistycznie, stawiają kilka uli przy domu i traktują to jako zajęcie w wolnym czasie. Pszczelarzami zostaje też coraz więcej kobiet. Uważam, że świetnie prowadzą pasieki. Ma Pan jakiś następców? Mam tylko jednego wnuka, ma dopiero pięć lat i na razie jest za mały, żeby uczyć go pracy przy pszczołach. Mówi, że chciałby już wziąć pszczoły i zacząć hodować. Ale to na razie takie dziecięce marzenia i nie wiadomo, czy przerodzą się w prawdziwą pasję. Czego by Pan sobie życzył dla siebie? Zdrowia, zdrowia. Chyba tylko tyle. Chciałabym jak najdłużej pozostać sprawny i jak najdłużej zajmować się pasieką. Mówi się, że wraz z pszczelarzem umierają pszczoły. I taka niestety jest prawda. Pszczoły miodne potrzebują opiekuna na stałe.

8


Zdjecia: Magda Kacperek // KSAF

9


Koła Naukowe

Z Geologiem przez Świat Weronika Rawska

Podróże, widoki zapierające dech w piersiach, różnorodne kultury świata i geologia - czego studentowi na AGH trzeba więcej! Takie atrakcje oferuje jedno z kół naukowych działających na Akademii Górniczo-Hutniczej, KN Geoturystyka. Czym się zajmujecie w kole? Geoturystyka to, jak sama nazwa wskazuje, połączenie geologii i turystyki. Ale geologii szerzej pojętej, bo to nie tylko wycieczki do kopalni czy kamieniołomów, ale ogólnie pojęte „nauki o ziemi”. Zainteresowanie przeszłością naszej planety i przeszłością miejsc, w których mieszkamy. Większość turystów zachwyca się dziedzictwem kultury, a ciekawostki przyrodnicze schodzą na dalszy plan. W większości miejsc to właśnie one świadczą o walorach danego regionu i podnoszą jego atrakcyjność. Spora część z nich ma bezpośredni związek z geologią i procesami kształtującymi naszą planetę. Pewnie większość zapytanych na ulicy osób bez trudu wymieniłaby kilka znanych polskich zamków, ale mało kto wie, że w Polsce znajduje się Kraina Wygasłych Wulkanów, anomalie geologiczne i magnetyczne, a wybierając się na prostą wycieczkę w swojej okolicy, można na własne oczy zobaczyć pozostałości procesów, które kształtowały Ziemię tysiące i miliony lat temu. Koło łączy ludzi, których pasją jest nie tylko podróżowanie, ale również poznawanie. Poznawanie historii naszej planety, naszych rodzinnych stron, poszukiwanie ciekawostek i nietypowych zjawisk, których pełno jest wokoło, a o których mało kto wie coś więcej. Koło to też promocja, dzielenie się tą wiedzą, którą już sami mamy, chęć zaciekawienia innych tym, co leży tuż pod naszymi stopami. W jaki sposób łączycie pasję do podróżowania oraz geoturystyki? Geoturystyka to też odkrywanie, a najlepiej odkrywa się w podróży. Spora część naszych kołowiczów to studenci kierunku Turystyka i Rekreacja, który od tego roku zmienił się właśnie w Geoturystykę. Być tu i nie lubić podróży to by było dziwne. To jedna z naszych największych pasji i widać to nawet po krótkiej rozmowie w naszym gronie. Podróżujemy indywidualnie, ale jako koło organizujemy szereg mniej10

szych i większych wyjazdów. Raz w roku udajemy się na trzydniowy wyjazd, a poza tym na kilka mniejszych. Dla przykładu w tamtym roku pojechaliśmy na Pogórze Kaczawskie, czyli coraz bardziej już znaną Krainę Wygasłych Wulkanów. Wcześniej zwiedzaliśmy Słowacki Raj, Roztocze, udaliśmy się do kopalni w Bochni, Geosfery Jaworzno i w wiele innych miejsc, gdzie coraz lepiej i nowocześniej promowane jest geologiczne dziedzictwo danych regionów. Który wyjazd wspominacie najlepiej? Ciężko wybrać jeden, bo w każdym jest coś innego, każdy jest wyjątkowy na swój sposób. Zeszłoroczne Pogórze Kaczawskie było niezwykłe, bo dla wielu z nas było to odkrycie czegoś, co znajduje się blisko nas, w Polsce, a o czym nie mieliśmy pojęcia. Kilka godzin drogi od Krakowa znajduje się piękna kraina, gdzie na własne oczy można zobaczyć pozostałości wygasłych już dawno wulkanów. Wyjazdy to nie tylko okrywanie geologii, ale też sporo kultury, przyrody i innych atrakcji. Przy okazji zeszłorocznego wyjazdu odwiedziliśmy np. Kościół Pokoju w Świdnicy – niezwykłe na skalę światową miejsce, wpisane na Listę UNESCO. Poza tym, wyjazdy to też integracja, dobra zabawa i nauka na przyszłość. Wiele z nas łączy swoje zawodowe plany z pasją do podróżowania, zdobywa uprawnienia przewodników i pilotów. W takim zawodzie umiejętność zaplanowania dobrze zorganizowanego wyjazdu to podstawa, a takie wyjazdy też tego uczą. Sami bierzemy za siebie odpowiedzialność i wszystko organizujemy – jak coś się nie uda, to sami najlepiej odczujemy swoją ewentualną niekompetencję. Oczywiście nikt nie działa w pojedynkę, pomagamy sobie nawzajem, ale jednocześnie uczymy się odpowiedzialności. To bardzo dobra i ważna lekcja w okresie, w którym część z nas wyprowadza się z domu na studia. W gronie przyjaciół taka nauka zawsze jest przyjemniejsza i łatwiejsza, niż gdybyśmy musieli brnąć przez to samemu.

Na czym polega “Geoturystyka w podróży”? Brzmi bardzo interesująco! Jest to jeden z realizowanych przez nas projektów, który skupia się na najbardziej praktycznej części geoturystyki, czyli podróżach i odkrywaniu. Powstał z inicjatywy dzisiejszego już absolwenta koła. Większość z nas dużo wyjeżdża, a w czasie tych wyjazdów natrafia na różne geologiczne i geoturystyczne ciekawostki. Mamy swoje naklejki „geoturysta w podróży” akcja jest bardziej fotograficzna – robimy zdjęcie atrakcji z naszą naklejką, by potem pokazać je światu. Wszystkie oznaczone są hasztagiem #geoturystawpodróży i tak też można je znaleźć w mediach. Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele niesamowitych miejsc jest na wyciągnięcie ręki, a nie tylko na drugim końcu świata. Ta akcja jest jeszcze o tyle niezwykła, że nie trzeba być studentem, żeby brać w niej udział – ciągle dostajemy zdjęcia od naszych absolwentów wiele lat po skończeniu AGH, albo znajomych, którym kiedyś wcisnęliśmy do portfela naklejkę – są gdzieś w czasie wakacji i zarzucają nas zdjęciami różnych pięknych i ciekawych miejsc. Wszystkie te zdjęcia znajdziecie na naszym Instragramie i Facebooku. Geoturystyka to dopiero raczkująca, zwłaszcza w Polsce, gałąź turystyki – akcja taka przyczynia się do jej promocji, a to jedna z najważniejszych części naszej działalności - zaszczepić w ludziach naszą pasję do odkrywania tego, co wokół nas, a co powstało często bez ingerencji człowieka. Jakimi innymi projektami zajmuje się koło? Poza „Geoturystą w podróży” i organizacją licznych mniejszych i większych wyjazdów, dzieje się jeszcze wiele innych rzeczy. Są wieczorki podróżnicze, gdzie zaproszeni goście (nasi znajomi, ale też osoby współpracujące z kadrą AGH) zabierają nas w podróż w odległe zakątki świata. Wieczorki są przeróżne – niektóre bardziej podróżnicze, niektóre bardziej związane z geologią, niektóre są opowieścią o realizacji pewnych przedsięwzięć. Poza tym organizujemy liczne warsztaty – część organizują kołowicze np. dla maturzystów, część jest zewnętrzna, realizowana w czasie kołowych wyjazdów. Jakiś czas temu sfinali-


Koła Naukowe zowaliśmy również projekt gry terenowej po AGH i naszym wydziale. Od kilku lat realizujemy również Grant Rektora AGH, w ramach którego tworzymy własny geoprzewodnik po Dolinie Racławki. Poza tym nasi kołowicze biorą udział w licznych konferencjach naukowych na AGH oraz zewnętrznych, wyjazdowych. Słyszałam również że wasze Koło organizuje spotkania podróżnicze, tak zwane wieczorki. Są one otwarte dla wszystkich osób, również tych spoza koła? Czy raczej to prywatne spotkania waszej organizacji, o których piszecie na Waszej stronie internetowej? Spotkania są różne, ale oczywiście wszystkie są otwarte dla chętnych słuchaczy. Organizujemy je z myślą o członkach koła i również z myślą o wszystkich zainteresowanych – z uczelni i spoza niej. Każdy może przyjść, bo robimy to dla ludzi. Spotkania są różne. Większość z nich to wieczorki – slajdowiska podróżnicze wypełnione opowieściami naszych studentów, ich znajomych oraz gości zaproszonych przez uczelnię czy koło – w tamtym roku odwiedziły nas osoby współpracujące z AGH – prelegenci z Meksyku, Tajlandii i Jakucji. Są też spotkania „z ekspertami” - tu nie tylko podróżniczo, ale o tym, jak pewne rzeczy się organizuje – czy to wyjazd busem przez pół Europy na zawody wspinaczkowe, czy to tworzy jurapark. Mieliśmy również przyjemność gościć jednego z naszych absolwentów, który opowiedział nam o tajnikach pracy jako przewodnik i pilot wycieczek, a który kiedyś należał do koła. W ostatnich miesiącach, kiedy nie jesteśmy w stanie organizować niczego na uczelni, przerzuciliśmy się na wieczorki zdalne – w postach na naszym Facebooku zabieramy wszystkich na zeszłoroczne wyprawy naszych kołowiczów. W jaki sposób można zauważyć wasze działanie na uczelni? Na wiele różnych sposobów. Po pierwsze są wspomniane przed chwilą wieczorki – reklamowane na naszych mediach społecznościowych i uczelni (np. poprzez plakaty). Po drugie, jak większość kół naukowych, można nas zawsze znaleźć na Targach Organizacji Studenckich i Dniu Otwartym AGH. Organizujemy też warsztaty i wyjazdy bardziej nastawione na naukę – w ostatnich latach w ramach przyznanego nam Grantu Rektora realizowaliśmy nasz autorski geoturystyczny przewodnik po Dolinie Racławki. Wcześniej podobnym projektem było zagospodarowanie nieczynnego kamieniołomu w Kozach. Zabieramy tam studentów

i uczniów szkół, z którymi współpracujemy na warsztaty, pokazujemy, jak wygląda działalność koła naukowego na AGH i przede wszystkim, czym jest geoturystyka. Na koniec to, co wspomniałam jeszcze wcześniej, czyli wyjazdy. Na te mniejsze i większe zawsze są wolne miejsca dla osób spoza koła, które są zainteresowane tematem i może zastanawiają się czy do nas dołączyć. To dobry moment na to, by lepiej poznać się z osobami z koła i zdecydować o dołączeniu. Nasze pierwsze spotkanie w każdym roku akademickim jest też zawsze otwarte. Można przyjść, zapytać się o wszystko. Bo Koło to nie tylko nasza geoturystyczna działalność, ale przede wszystkim ludzie – świetna okazja na zawarcie nowych przyjaźni i znajomości z osobami ze starszych lat, co na pierwszym roku zawsze się przydaje. Uczestniczymy też zawsze w corocznej Sesji Barbórkowej, czyli Konferencji Studenckich Kół Naukowych Pionu Górniczego, gdzie mamy własną sekcję – geoturystyka. Od jak dawna zajmujecie się organizowaniem Krakstopu ? Krakostop narodził się w naszym kole, ale dziś działa jako osobny projekt, choć dalej zajmują się nim osoby, które blisko z nami współpracują. Zaczęło się od czwórki przyjaciół, którzy razem działali jako nasi kołowicze. Wpadli na pomysł zorganizowania wyścigu autostopowego, bo w Krakowie takiego jeszcze nie było. Na początku, w 2013 był to lokalny projekt, który z czasem przerodził w coroczne wielkie wydarzenie nie tylko dla studentów AGH, ale dla wszystkich. Dziś Krakostop jest już osobnym projektem, ludzie zaangażowani w jego tworzenie, działają jako stowarzyszenie, ale wciąż współpraca między nami a Krakostopem jest i ma się dobrze. W końcu ciężko, żeby jej nie było skoro łączy nas nasza największa wspólna pasja, czyli podróże. Wiadomo, że student nie samymi atrakcjami żyje. Jakimi warsztatami czy szkoleniami zajmujecie się w Kole Naukowym? Myślę, że nasze projekty przewijały się tutaj przez cały wywiad, więc na koniec warto zaznaczyć ten ostatni najważniejszy, czyli nasz Geoprzewodnik po Dolinie Racławki. Jest to jedna z Dolinek Krakowskich położona na północny zachód od Krakowa. Piękne miejsce na niedzielny spacer i odpoczynek od miasta, ale ludzie nie mają pojęcia, jak ciekawa jest historia tego miejsca. Znajdziemy tam wprawdzie

kilka tablic informacyjnych, ale w bardzo słabym stanie i zniszczone. W kole zrodził się pomysł zagospodarowania tego terenu raz jeszcze – na realizację projektu został nam przyznany Grant Rektora w 2018, a potem 2019 roku. Powstały dwie części przewodnika po żółtym i niebieskim szlaku biegnącym przez dolinkę, a w tym roku pracujemy nad kolejną częścią. Przewodnik jest wydany w formie papierowej, w całości przygotowany przez naszych kołowiczów, zaczynając od treści, a kończąc na grafikach. Część merytoryczna została zatwierdzona przez prowadzących z naszego wydziału, także jest to zdecydowanie rzetelne źródło wiedzy, ale przekazanej w bardzo prosty i przystępny sposób. W ramach realizacji Grantu i tworzenia przewodnika prowadzimy również warsztaty dla uczniów zaprzyjaźnionych szkół, co jest też dla nas świetną okazją do sprawdzenia się w roli przewodnika prowadzącego grupę. Uczymy się przekazywać tę wiedzę dotyczącą geologii w bardzo przystępny i łatwy sposób, co wcale nie jest takie proste. To też ważna praktyczna część studiów, która bezpośrednio może nam się kiedyś przydać. Przewodnik to dla nas również doskonały sposób pokazania naszej działalności światu – jest naszym „dzieckiem”, którym staramy się chwalić przy każdej okazji, czy to na Dniu Otwartym, czy też na licznych konferencjach. Ciężko nie być dumnym z czegoś, co powstało w całości dzięki pracy i pasji naszych kołowiczów. To takie nasze trofeum – miło jest w gronie przyjaciół z pasją stworzyć coś ciekawego, ale jeszcze milej, jak można podzielić się tym ze światem, a odzew jaki mamy od odbiorców jest bardzo pozytywny. To jest nasze i o ile o wieczorkach czy wyjazdach można jeszcze zapomnieć (choć trudno, bo są naprawdę niesamowite), to taki przewodnik jest pamiątką po działalności w Kole, która zostanie z nami na zawsze. Na pytania odnośnie organizacji odpowiadała Michalina Krzemień, konsultacja Katarzyna Wierzba - prezes koła.

11


Od edukacji do wydawnictwa, czyli droga projektu

Rozmowa z Marią Dudek oraz Danielem Kuśmierzakiem Zuzanna Binkiewicz

We wrześniu swoje drugie urodziny obchodził projekt, który jest szansą i nadzieją wielu debiutantów - My Name Is New. Jeszcze do niedawna poszukiwali, szkolili i edukowali młodych artystów, dzisiaj - wydają długogrające albumy pełne nowej muzyki. Moimi rozmówcami są Maria Dudek - menadżerka projektu oraz guru wydawniczy My Name Is New Daniel Kuśmierzak.

12


Kultura Zuza Binkiewicz: My Name Is New to już bardzo znany projekt, macie na koncie około 120 artystów pod swoimi skrzydłami, festiwal, swoje sceny na różnych festiwalach… Jak to się wszystko zaczęło? Jaka jest historia? Maria Dudek: My Name Is New powstało, tak jak mówisz, 2 lata temu. Pod koniec września uruchomiliśmy całą inicjatywę. Po prostu gdzieś tam od dawien dawna Kayax czuł, że jest potrzeba takiej inicjatywy, która spełniałaby potrzeby debiutujących artystów. Okazało się, że debiutantom potrzeba niewiele, aby popchnąć ich dalej, żeby ich kariera mogła się fajnie rozwijać. Na początku wystartowaliśmy jako inicjatywa edukacyjna, mieliśmy pomóc artystom poruszać się po internecie, po serwisach streamingowych, dawaliśmy im taki „know how” na temat tego, jak sprawnie wydawać muzykę, jak publikować single w sieci, też jak o nich komunikować. Skupialiśmy się na tym, żeby gromadzić w naszym katalogu co ciekawszych artystów, potem gdzieś tam pojawiły się koncerty, wydarzenia, dużo zagraliśmy fajnych supportów przed artystami Kayaxu, ale nie tylko. Też, tak jak mówisz, graliśmy dużo festiwali, mieliśmy swój festiwal, kilka fajnych współprac z markami. Tutaj może Daniel powie, jak to się dalej potoczyło, ponieważ z pół roku temu pojawiła się taka potrzeba, żeby te działania rozszerzyć. Daniel Kuśmierzak: Nie chciałbym uprzedzać pytań, które ewentualnie ma dla nas Zuza. ZB: O zmianie formy chciałabym porozmawiać za chwileczkę, ale jeżeli Daniel ma coś do powiedzenia jeszcze dotyczącego początków, to chętnie usłyszę. DK: Wiesz co, myślę, że jeżeli chodzi o przybliżenie genezy powstania samego My Name Is New, to Marysia w dużym skrócie zarysowała to, co kierowało samym Kayaxem i osobami, które zarządzają samą wytwórnią, żeby mogli powołać do życia taki projekt skierowany przede wszystkim do młodych, obiecujących artystów. Tutaj pojawiło się to My Name Is New. Myślę, że te najważniejsze kwestie padły. ZB: W projekcie My Name Is New chodzi o debiutantów. Są to osoby mało znane i, tak naprawdę, nie wiadomo, jak ich los się potoczy. Czy wytwórnia nie bała się ryzyka, które podejmowała? Tych artystów jest bardzo dużo i, o ile rozumiem,

że z czasem ta pewność przyszła, to czy nie było obaw związanych z tym, że jednak trzeba zainwestować dużo czasu i energii - i pewnie też środków - w rozwój debiutantów? MD: Wiesz, ryzyko jest zawsze, ale jak to mówią: kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, więc stwierdziliśmy, że podejmiemy to ryzyko. Dzięki temu, mamy coraz więcej ciekawych twarzy, których wcześniej nie było na rynku polskim. Nie wiem, czy Ci się to obiło o uszy, ale jest już trzech artystów z My Name Is New, którzy oficjalnie podpisali kontrakt z wytwórnią Kayax, także istnieje realna szansa na podpisanie prawdziwego kontraktu z wytwórnią. Obecnie w naszej „stajni kayaxowej” nowych zespołów mamy właśnie trójkę - RAT KRU, Bloo Crane oraz CUKIER, czyli trzy duety. A propos jeszcze ryzyka, to wydaje mi się, że wytwórnia była dobrze przygotowana na to, że nie ze wszystkimi artystami można zbudować ciekawą relację. Projekt weryfikuje też to, czy dany artysta traktuje swoją potencjalną karierę poważnie, czy też nie. Właśnie dzięki temu możemy odnaleźć takich artystów, którzy naprawdę chcą działać, którzy są gotowi, zaangażowani i którym zależy. ZB: Rozumiem, że przybywało do was tysiące zgłoszeń, więc wydaje mi się, że macie świadomość, jak ta nowa generacja muzyki może wyglądać. Czy tysiące zgłoszeń, to tysiące zaskoczeń? DK: Szczerze, to chciałbym, żeby na przeszło tysiąc utworów, które do nas przyszło, dało się odczuć, usłyszeć coś nowego, coś innego i rzeczywiście, żeby było to coś, przy czym się zatrzymam na dłużej. Natomiast nie zawsze tak jest. Jeżeli chodzi o takie ciekawe brzmienia, ciekawe utwory, to jest plus-minus, jeśli miałbym to ująć procentowo, jakieś 20%, które do nas przychodzi. Zdecydowana większość niestety nie broni się muzycznie, nie broni się pod kątem jakości muzyki, dlatego my staramy się wszystko weryfikować i przepuszczać przez nasze sito rzeczy, które są ciekawe, artystów, którzy starają się wykreować własne, indywidualne brzmienie - co w obecnych czasach jest na pewno trudne. My staramy się znaleźć unikalny pierwiastek. Jest to oczywiście szeroko rozumiana alternatywna, brzmienia popowe, brzmienia rockowe, elektroniczne, które można by wszystkie ująć pod takim wspólnym mianownikiem muzyki alternatywnej. Taki materiał dostajemy. Myślę, że też sam Kayax jest kojarzo-

ny z takimi brzmieniami. Także młodzi artyści, młodzi twórcy, którzy wysyłają swoje utwory demo poniekąd liczą się z tym, jaka muzyka może się podobać i jaką muzykę możemy wziąć do projektu i promować. ZB: Rozumiem. Mówisz, że nie wszystkie utwory tak do końca trafiają - tylko 20%. Miałeś taką sytuację, że pierwszy odsłuch, drugi - nie za bardzo, ale jednak czułeś, że coś tam się może tlić i później to wręcz wciągało, jakiś utwór czy artysta? DK: Jasne, jasne, oczywiście. To też nie jest tak, że my przy małych mankamentach odrzucamy od razu utwór, bo domyślamy się, że te utwory są często tworzone w domowych warunkach, własnym sumptem. Często ci sami, którzy nagrywają, odpowiadają też za mix i mastering, więc i tak super, że starają się wszystko zrobić samemu. My też oczywiście wysyłamy swoje uwagi do tych ludzi, bo na przykład słyszymy w utworze potencjał, ale mógłby być on lepiej zaśpiewany, mógłby być troszkę ciekawszy pod kątem użycia środków stylistycznych. Zdarza się bardzo często, że po naszej zwrotce, artyści się do tego stosują i dostajemy o wiele lepszy materiał niż ten, który otrzymaliśmy na początku. Bywa też oczywiście tak, że zespoły przychodzą do nas z jednym singlem i my ten singiel bierzemy do projektu, a potem pojawiają się z kolejnym, i kolejnym. Są tacy muzycy, których utwory mamy już w ilości trzech, czterech, a nawet pięciu w projekcie i widać w nich naturalny rozwój, progres. Tym chętniej współpracujemy z takimi artystami, widząc, że oni się starają, że reagują na nasze uwagi i, suma sumarum, sami też chcą widzieć w sobie progres twórczy. ZB: Świetna sprawa. Szczerze mówiąc, nie byłam świadoma, że dajecie feedback odnośnie przesłanych utworów i że ta współpraca zaczyna się już na etapie eliminacji - to jest super. Myślę, że możemy przejść do sedna. 23 września zmieniliście trochę kierunek działań na bardziej wydawniczy. Co się zmienia? Na co możemy teraz czekać? DK: Wiesz co, 23-go na dobrą sprawę dopiero zapowiedzieliśmy tę zmianę, a ona rzeczywiscie weszła w życie dopiero wczoraj, 30 września, bo wtedy powołaliśmy do życia My Name Is New Label i można powiedzieć, że śmielej postawiliśmy na tę część wydawniczą. 13


Kultura Oprócz tego, że dalej będziemy się się w szeregach My Name Is New Label, osłuchiwać z singlami, z demówkami, jest produkt zespołu Funkasanki, któktóre spływają do nas, na naszą stronę rzy są w naszym projekcie od samego internetową, to dodatkowo równole- początku jego istnienia, czyli już dwa gle będziemy wydawać albumy i EP-ki. lata. Album jest zatytułowany „Last Call” Wszystko wynika oczywiście z tego, że i jest zachowany w klimacie downbeatochcemy poszerzać katalog muzyki, któ- wo-alternatywnym. Znajdziecie tam na rą wydajemy pod szyldem My Name Is pewno bardzo dużo ciekawych ozdobNew. Chcemy być bliżej artystów, chce- ników. Zespół świetnie buduje dynamikę my móc promować ich jeszcze bardziej każdego utworu. Album jest w całości efektywnie, a na pewno jest to spore w języku angielskim, a singiel, który ułatwienie, jeżeli rzeczywiście promu- promuje to wydawnictwo nazywa się jemy w mediach ich twórczość ujętą „Know My Name”. Trzeci album to dzieło w formie EP-ki czy albumu. Można artysty, który również jest w projekcie powiedzieć, że to naturalna konse- od dwóch lat, i jest to Tacher. Tu może kwencja, ewolucja projektu - właśnie Daniel powie o tym trzecim albumie. z części singlowej, na część mocniejszą, wydawniczą, labelową. DK: Maciej Tacher charakteryzuje się stylistyką zgoła inną, niż dwa poprzedZB: Czyli nie zostawicie tego, co zbu- nie albumy, o których wspomniała Madowaliście do tej pory? Dalej będzie ria. O ile w przypadku Caville i Funkamożna podsyłać kawałki, a nowi ar- sanki mamy styczność z brzmieniami, tyści będą mieli szansę na załapanie które nawiązują stricte do elektroniki, się do projektu? tak przez twórczość Tachera przebija MD: Jak najbardziej. Tak naprawdę, pro- się przede wszystkim folk i rock, gdyjekt działa przez cały rok, nie zamierza- byśmy mieli jakoś zaszufladkować jego my tutaj w żaden sposób składać naszej brzmienia. Tacher jest też osobą, która bandery - cały czas działamy. w pojedynkę stworzyła cały album: on napisał na niego teksty, stworzył do ZB: I dalej stawiacie na różnorod- niego muzykę i całość później wykonał. ność, tak jak to było do tej pory? Również na scenie Maciek występuje MD: Jak najbardziej, i zachęcamy do solo, więc można powiedzieć, że to taka tego. Niezależnie jaki kierunek Kayax „one man army”. Jego album, czyli „Puma jako wytwórnia, zapraszamy wszyst- dełko na buty”, porusza temat taki sam, kich artystów, nieważne czy jest to hip- jak Funkasanki, czyli traktuje o końcu -hop, czy jest to muzyka rockowa. Nie świata. Co prawda, koncepty Funkazamykamy się gatunkowo na nikogo. sanki i Tachera trochę się różnią. Natomiast wydaje mi się, że czas pandemii, ZB: W takim razie, można od razu lockdownu, wpłynął bezpośrednio na teraz zaprosić wszystkich do prze- powstawanie koncept-albumów, które syłania swoich demówek. Wczoraj nawiązują do końca świata, do tego, co wyszły też pierwsze trzy albumy. jest nieznane, do tego, że nasz los jest MD: Tak jest. kruchy, do tego, że nie do końca wszystko zależy od nas. Można powiedzieć, że ZB: To może przedstawcie sylwetki już „na dzień dobry”, otrzymaliśmy trzy debiutantów i same albumy. bardzo ciekawe i różnorodne albumy MD: Tak jak powiedziałaś, wczoraj uka- i myślę, że to jest dobry początek dla zały się trzy albumy. Pierwszy to dzieło My Name Is New jako labelu. zespołu o nazwie Caville. Jest to grupa ze Śląska, która wykonuje muzykę elek- MD: Też warto dodać, że wszystkie troniczno-taneczną, nieco tajemniczą, albumy - Caville, Funkasanki i Tacher, zahaczającą o mrok. Caville przybrał to są albumy w całości stworzone na taką formę story-tellingową, że cały warstwie tekstowej, jak i warstwie mualbum jest zbudowany wokół tematu zycznej samodzielnie przez muzyków, cyrkowego. Wszystkie teledyski, które co jest dla nas absolutnie wyjątkowe. znalazły się na kanale Kayaxu, bardzo Bardzo nas cieszy fakt, że trafiliśmy na są ze sobą powiązane i stricte nawią- tak utalentowanych artystów, którzy zują do postaci z cyrku, do freaków, nie potrzebują żadnych zewnętrznych których moglibyśmy tam znaleźć. Sin- tekściarzy ani producentów. giel, który promuje album „Freakshow”, nosi tytuł „Danse macabre”, czyli taniec ZB: Słuchałam tych trzech albumów śmierci. Tak trochę mrocznie się zrowłaśnie w takiej kolejności, jak o nich biło… Drugim albumem, który pojawił opowiadaliście i powiem szczerze, 14

że byłam dość mocno zszokowana. O ile album „Freakshow” był mroczny, elektroniczny (a na taki liczyłam), tak samo „Last Call”- choć tu trochę bardziej tanecznie, bardziej pozytywnie, ale też elektronicznie, to „Pudełko na buty” było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Z artystą nie miałam za dużej styczności wcześniej i stylistycznie całkiem mnie zaskoczył. Świetnie, że z takim przytupem i z taką różnorodnością otwiera się nowa marka. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś przesłucha sobie te trzy albumy, to na pewno znajdzie coś dla siebie, na 100%. MD: No mamy taką nadzieję. ZB: Jakieś plany? Wiem, że dopiero co odbyły się premiery trzech płyt i już jest dużo nowości, ale czy jest coś, co na pewno planujecie? Dokąd zmierza My Name Is New Label? DK: Na ten moment trudno jest jeszcze powiedzieć, jak daleko zajdziemy, ale tak jak wspominałem w trakcie naszej rozmowy, chcemy być jeszcze bliżej artystów, współpracować z osobami, które nie tylko były już wcześniej związane z My Name Is New, ale także z tymi spoza projektu, wydającymi albumy wcześniej w innych wytwórniach albo niezależnie. Ja też oczywiście w międzyczasie, zanim pojawiła się informacja o labelu i zanim ogłosiliśmy pierwsze szczegóły, rozpocząłem rozmowy z różnymi muzykami, którzy mają gotowe materiały w postaci EP-ek czy albumów, co do ich współpracy z nami. Bardzo często te rozmowy kończą się pozytywnie, to znaczy znajdujemy wspólny język, rodzi się między nami chemia, wspólnie widzimy współpracę. Ja jestem bardzo pozytywnie nastawiony do przyszłości tego projektu. Tak jak wspomniałaś, zaliczyliśmy całkiem mocne otwarcie i cieszymy się, że tak „na dzień dobry” mogliśmy opublikować aż trzy wydawnictwa, bo raz - pokazuje to skalę działania, jaką chcemy obrać, a dwa podkreśla różnorodność muzyki, jaką chcemy wydawać. ZB: Bardzo dziękuję. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po waszej myśli i że takie, jakie było otwarcie projektu, tak będzie cały czas. Myślę, że to jest świetny kierunek. Bardzo Wam dziękuję za rozmowę. MD: My również dziękujemy za rozmowę.

DK: Dzięki za miłe słowa.


Kultura

Granice własnego buntu

Grzegorz Boroń

“Nie wiesz, o czym mówisz. Nie byłeś nigdy poza Bostonem? Zapytany o sztukę, przytoczysz każdą napisaną na ten temat książkę. Michał Anioł. Dużo o nim wiesz: dzieło życia, poglądy polityczne, relacje z papieżem, orientacja seksualna. Ale nie możesz mi opisać zapachu Kaplicy Sykstyńskiej. Nigdy nie stałeś tam i nie patrzyłeś na to piękne sklepienie. [...] To mnie fascynuje. Tego chcę. Ale ty tego nie chcesz, prawda? Przeraża cię to, co mógłbyś powiedzieć. Twój ruch, wodzu” “Buntownik z wyboru”.

To jeden z tych filmów, który czasami warto zatrzymać i cofnąć o kilka sekund, żeby dogłębnie przetrawić dane zdanie, reakcję. W gruncie rzeczy “Buntownik z wyboru” w reżyserii Gusa Van Santa jest trudny w odbiorze. Nie jest to ani szybka opowieść o wyjadaczu z ulicznego gangu, ani tym bardziej opowiedziany z toną etosu życiorys genialnego matematyka. Jednym słowem - dramat. Ale jeden z tych dramatów, które nastrajają optymistycznie, po których ma się myśl, żeby “rzucić wszystko i jechać w Bieszczady”. Na szczególną uwagę zasługują dwaj aktorzy. Matt Damon, który wcielając się w rolę Willa Huntinga otrzymał Oscara (razem z Benem Affleckiem, za najlepszy scenariusz) oraz genialny Robin Williams, grający rolę psychologa Seana Maguire’a. On również został nagrodzony Oscarem - dla najlepszego aktora drugoplanowego (była to jego pierwsza tego typu nagroda). W filmie można spotkać także Stellana Skarsgårda, wcielającego się w rolę profesora Lambeau oraz wspomnianego już Bena Afflecka. Oryginalny tytuł jest swego rodzaju grą słów (Good Will Hunting). W wolnym tłumaczeniu oznacza “W poszukiwaniu dobrej woli”, a biorąc pod uwagę imię i nazwisko głównego bohatera, znaczy dosłownie Dobry Will Hunting. Trudno więc szukać naszego polskiego buntownika, co nie znaczy, że go tam nie ma! Will dorastając w patologicznej rodzinie, miał bardzo trudne dzieciństwo. Był bity i poniżany. W końcu trafił do domu dziecka. Wydaje się, że to typowy osiedlowy zabijaka, ale posiada dar, o którym

większość mogłaby marzyć. To on, prawdziwy buntownik, rozwiązuje problemy matematyczne z taką łatwością, jakiej pozazdrościliby mu wielcy matematycy tego świata. Jego inteligencja jest mu kulą u nogi. Nie potrafi otworzyć się przed innymi i obleka się w maskę buntu. W momencie, gdy jego droga krzyżuje się z profesorem Lambeau, rozpoczyna się proces przekraczania granicy. Kolejni terapeuci, którzy mają pomóc zbuntowanemu geniuszowi są przez niego wyśmiewani, nie dają rady z inteligentnym chłopakiem. Do czasu, gdy na horyzoncie pojawia się postać grana przez Robina Williamsa. Dawny kolega profesora, a zarazem psycholog, odkrywa źródło problemów Willa i miejscami posuwa się czasem do szyderstw, tym samym zmuszając do refleksji. To - oraz wpływ przyjaciół i nowo poznanej dziewczyny Skylar - (Minnie Driver) zmienia genialnego Willa, ale nie gasi iskry buntu, która objawi się znowu, w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Oglądając ten film, wielokrotnie zadaję sobie pytanie: czy zrobiłbym tak samo? Potem wyciągam wszelkie za i przeciw, oglądam Buntownika ponownie i znowu mam mętlik w głowie. Do głowy przychodzi mi jeszcze jeden fragment, kiedy Sean pyta Willa, kto odkrywa przed nim świat. Dostaje odpowiedź: Nietzsche, Frost, Kant. Ta wypowiedź bohatera wyraźnie nie podoba się psychologowi. Może to właśnie jest sednem tego filmu? Przekroczenie utartej granicy - maski - i wreszcie wybór właściwych ludzi?

15


Kultura

Czy album stracił dziś wartość? Bartosz Balcer

Czasem rozmawiając z ludźmi na temat muzyki, pojawia się w moment, w którym pytam o płytę. Jest to częsty moment konsternacji, gdzie okazuje się, że rozmówca nie ma pojęcia, że jego ulubiony artysta wydał nowy album, a w jego świadomości jest jedynie ostatni singiel. Czy bierze się to z tego, że nikt już nie słucha albumów? Oczywiście pytanie jest trochę na wyrost, bo pewnym jest, że są jeszcze osoby, które nie wyobrażają sobie słuchania muzyki inaczej, niż przez odsłuch płyty od deski do deski. Jednak takich osób jest zauważalnie mniej. Nie ma co się temu dziwić. Może na to wpływać wiele czynników, które spróbuję dzisiaj przeanalizować. Sytuacja rynku płytowego się trochę zmieniła. Ewolucja nośników i dostęp do muzyki trochę w tej kwestii namieszał. Kiedyś, aby posłuchać nowego kawałka swojego ulubionego artysty, mogłeś spotkać kilka ograniczeń. W przypadku, gdy środków na koncie brak, a nam bardzo zależy, to trzeba było mieć trochę szczęścia i doświadczyć tej przyjemności słuchając radia. Co sprytniejszy mógł sobie taki kawałek nawet nagrać. Niestety nie rozwiązuje to całego problemu. Taka sytuacja uzależnia nas niejako od tego, co władze danej radiostacji nam zaserwują. Dobra, ale musi być przecież jakaś inna opcja. A no zawsze można kupić płytę (albo idąc głębiej w przeszłość - kasetę). Dzięki temu nie dostajemy tylko wyczekiwanego singla, ale całą serię innych kawałków, o których istnieniu mogliśmy nawet nie mieć pojęcia. Oczywiście nie każdego było stać na takie rarytasy, więc w ostateczności zostawało piractwo. Teraz otwarcie uznajemy je za kradzież, jednak w przeszłości nie było to takie oczywiste, mało tego - bywało nawet legalne. W każdym razie, większość z wymienionych wyżej metod wymagała od nas obcowania z całym materiałem wydanym przez artystę. Dzięki temu mieliśmy styczność z albumem w pełnej krasie, ewentualnie przewijając te utwory, których fanami nie byliśmy. W międzyczasie pojawiło się inne rozwiązanie do uzyskania kawałka swojego ulubieńca - składanki. W ramach nich mogliśmy znaleźć ten utwór, którego potrzebowaliśmy, a przy okazji inne kojarzone z podobnym okresem w muzyce, gatunkiem, artystą, czy nawet porą roku. Osobiście przypominają mi się takie pokroju Bravo Hits, czy Hity Na Czasie od Eski. Były to krążki dosyć uniwersalne, możliwe do kupienia na stacjach benzynowych, które wrzucone do auta gwarantowały brak radiowych reklam czy kawałków spoza naszych zainteresowań. Poza tym, znajdowały się na nich właśnie te “hity”, więc z reguły były one lubiane i znane przez innych towarzyszy podróży na drodze. Taki materiał również był podatny na piractwo, a przede wszystkim na wyparcie, dzięki domowej nagrywarce CD. Po co kupować coś, co mogę

16


Kultura

zrobić sobie sam w domu i to dokładnie w takiej kolejności, jaka mi się podoba, z piosenkami pod mój gust? I to za darmo! Wygoda i potrzeby użytkownika wydają się znów zwyciężyć. Piractwo to jedna strona medalu. Jednak w tym kontekście aktualnie nie ma z nim aż tak dużego problemu. Kilkanaście lat temu posiadanie muzyki z nieznanego źródła w swoim telefonie nie było niczym niespotykanym, a tym bardziej mało kto uważa to za złe. Tak po prostu było. Teraz nagrywane kawałki na telefon stały się przeżytkiem, a to za sprawą streamingów. Spotify, Tidal czy inny iTunes, otworzyli nowe drogi dla dystrybucji muzyki. W końcu aplikacja, która daje ci dostęp do muzyki z całego świata, a wymaga od ciebie jedynie dostępu do internetu musiała zadziałać. A jak dorzucimy do tego opcję słuchania offline, w przypadku kiedy pobierzemy muzykę wcześniej, to sukces murowany. I nie ma tu mowy o piractwie (co najwyżej o kombinatorstwie z 10 użytkownikami na jednym koncie). Tutaj też mieliśmy wybór, czego konkretnie chcemy słuchać, spychając niejako całość albumu na dalszy plan. Nie ma co się dziwić, że gdy wydajemy płytę, najważniejsze są single. To na nie kładzie się największy nacisk. Podczas procesu tworzenia takiego krążka, wybierane są te kawałki, które mają owy materiał promować. Tym samym powstają klipy, a wraz z nimi rusza promocja. Pierwszy, drugi  trzeci klip za nami - czas na premierę. I tutaj zdarza się zaskoczenie. Czasem bywa, że single nie korelują z albumem. Różnice leżą w klimacie kawałków, poziomie wykonania czy ciekawości jaka z nich bije. Z drugiej strony, może się okazać, że reszta płyty to kalka utworów, które ją promowała. Wiadomo, jak jest że skrajnościami - żadna opcja nie jest zbyt dobra. W każdym razie, stawianie na pojedyncze utwory przynosi takie skutki, że pozostały materiał może nie trafić do szerszego odbiorcy. Algorytmy, np. na Youtube, skonstruowane są tak, aby podawać na tacy to, co już innym się podobało i zrobiło największe liczby. A w przypadku, w którym na taki serwis trafi cały krążek, ich ilość może przytłoczyć, przez co ruch na nich się rozkłada. Wciąż wygrywa singiel. Tworzy się ogromna amplituda między singlami a pozostałymi kawałkami, gdzie te z klipami mogą osiągać milionowe wyświetlenia, a pozostałe rzadko kiedy zdobędą te upragnione sześć zer. Ale czy z albumami jest aż tak źle? Niezupełnie. Jeśli zerkniemy sobie na zestawienie OLIS-u, to zobaczymy, że premiery sprzedają się całkiem nieźle. Polscy artyści, szczególnie rapowi, zwykle trafiają na szczyt list, a zdobycie statusu złotej płyty nie wydaje się aż tak dużym wyzwaniem. Skąd to się bierze? Cóż, żyjemy w czasach, w których po prostu na więcej nas stać, tym samym kupno płyty nie jest już aż tak dużym wydatkiem. Wydaje mi się, że wzrosła liczba osób bardzo wczutych w muzykę, a ci chętniej kupią krążek, jeśli im się spodoba.  Konkluzja? Wartość, jaką ma w sobie album, na pewno się zmieniła. Zmienił się również odbiorca. Różnice w odsłuchach singli a całych albumów są i sądzę, że będą jeszcze bardziej się zwiększać. Żyjemy coraz szybciej, to i czasu brakuje. Dobrze, że ja, jako stary dziad, tego czasu mam całkiem sporo, to mogę wam napisać, co na tych płytach znajdziecie. Dobra, wstaję z krzesła rozprostować kości, bo coś mnie w krzyżu strzela. 

17


Kultura

Książki po angielsku - warto, czy nie? Kamil Serafin

Pozostać przy polskich tłumaczeniach, czy może od czasu do czasu sięgnąć po anglojęzyczny oryginał? Czytanie książek w wersji anglojęzycznej staje się wśród nas coraz bardziej powszechne, podobnie jak oglądanie filmów bez polskich napisów. Trudno się temu dziwić, w realiach, w których w ciągu kilku dni możemy nabyć wyczekiwaną lekturę w oryginalnej wersji językowej, zamiast czekać na jej tłumaczenie tygodniawmi albo i miesiącami. Przestajemy bać się czytać po angielsku treści innych niż artykuły internetowe, sięgamy po amerykańskie i brytyjskie wydania często, jednocześnie zastanawiając się, czy na pewno warto. Jakie są więc w i wady lektur językowo innych niż te, dostępnych w polskich księgarniach? Jakie niosą ze sobą korzyści? Czy to wszystko w ogóle się opłaca? Jak prezentują się ceny książek w stosunku do ich polskich odpowiedników? W poniższym artykule przyjrzymy się kilku najistotniejszym kwestiom związanym z tytułami angielskimi. Obszerna biblioteka Zdecydowanie największym atutem anglojęzycznej literatury jest ilość dostępnych w jej obrębie tytułów. Pozycje tłumaczone na język polski to zaledwie ułamek tego, co dostępne jest w bibliotekach brytyjskich czy amerykańskich. Jeśli dana książka nie ma zbyt dużych szans na zadowalającą sprzedaż w naszym kraju, to wątpliwe, by ktoś zechciał ją tutaj wydać i narazić się na ewentualne straty, wynikające z braku zainteresowanie potencjalnych konsumentów. Dlatego niektóre z nich nigdy nie trafią na półki naszych księgarń. I mowa tu nie tylko o niszowej beletrystyce, ale również o licznych pozycjach z zakresu nauk ścisłych, historii, czy socjologii, które na naszym rynku mogłyby nie poradzić sobie wystarczająco dobrze. Warto więc często szukać interesujących nas gatunków pośród anglojęzycznych książek i cieszyć się o wiele większym wyborem. Różnice są bowiem kolosalne. Podczas gdy w Polsce liczba wydawanych rocznie książek oscyluje w okolicach 36 tysięcy (dane za rok 2017), w Stanach Zjednoczonych w tym samym roku na półki trafiło ponad 800 tysięcy nowych tytułów. Portal lubimyczytac.pl, służący jako internetowa biblioteczka do oceniania i katalogowania książek mieści obecnie w bazie 472 tysiące pozycji. Tymczasem, działający na podobnej zasadzie i współpracujący z Amazonem

18

goodreads.com, zawierający większość wydanych przez ludzkość książek, ma ich w katalogu około... 2.8 miliarda! Oczywiście trzeba jednak zaznaczyć, że na tę liczbę składają się nie tylko tytuły anglojęzyczne. Liczba książek wydanych w 2017 roku: 300 000

187 500

18 750 Kanada

37 500

Polska

Wielka Stany Brytania Zjednoczone

Obcowanie z językiem obcym Chyba każdy przyzna, że anglojęzyczne teksty kultury przekazały nam niemniej wiedzy na temat tego języka niż szkolne podręczniki i nauczyciele. Obcowanie z filmami, serialami, grami, oraz książkami, niejednokrotnie całkowicie pozbawionymi polskiej wersji językowej, zmusza nas do porzucenia wygodnego kącika pełnego znanych z codziennego życia zwrotów i wyrażeń. Brak ingerencji tłumacza pozwala nam zapoznać się z oryginalną wersją tekstu, niezmodyfikowanego, wyjętego prosto spod pióra autora, bez dostosowywania go do naszego języka. Przekład może miejscami pozbawić fragmentów powieści pierwotnego znaczenia lub wprowadzić błędy, które przecież się zdarzają. Czytanie w oryginale można porównać do oglądania filmu bez dubbingu, z głosami aktorów pierwotnie obsadzonych w filmie, a nie ich polskich odpowiedników dźwiękowych. Szybkość premiery Jeszcze 10 lat temu, opóźnienie pomiędzy polskim a angielskim wydaniem danego tytuły potrafiło wynieść kilka lat. Ten odstęp czasowy, który skazuje polskich czytelników na oczekiwanie, podczas gdy zachodni odbiorcy mogą od dawna cieszyć się wyczekiwaną lekturą, ulega na szczęście stopniowemu zmniejszeniu. Już nie lata a miesiące dzielą wydanie angielskie i polskie. Różnica jednak pozostaje


Kultura i dla osób, które chcą czym prędzej zapoznać się z kolejnym dziełem ulubionego autora, nawet dzień zwłoki jest przecież irytujący. Owszem, zdarzają się pozycje, które ukazują się na wszystkich rynkach w ten sam dzień, bez jakichkolwiek opóźnień, już zawczasu przetłumaczone. Taka sytuacja nie jest jednak częsta i dotyczy książek, których wysokie miejsce w rankingach bestsellerów jest całkowicie pewne. Mowa tu np. o Ogień i krew George’a R.R. Martina. Poniżej zestawienie kilku popularnych powieści, wydanych w Polsce w ciągu ostatnich miesięcy z ich angielskimi premierami: Ilość dostępnych wariantów W Polsce ograniczeni zazwyczaj jesteśmy do tylko jednej Tytuł: Normalni ludzie, Sally Rooney Testamenty, Margaret Atwood Star Wars: Thrawn, Timothy Zahn Upadek Gondolinu, J.R.R. Tolkien Instytut, Stephen King

Premiera angielska: 16 kwietnia 2019 10 września 2019 11 kwietnia 2017 30 sierpnia 2018 10 września 2019

Premiera polska: 26 lutego 2020 26 lutego 2020 13 listopada 2019 15 października 2019 11 września 2019

wersji danego tytułu, o którą pokusiło się wydawnictwo. Czasami, w szczególnych przypadkach, dana pozycja ukazuje się zarówno w wydaniu z twardą (droższą), jak i miękką (tańszą) oprawą. Bywa, że na wiele miesięcy albo nawet lat po premierze, można również zaopatrzyć się w drobną edycję kieszonkową. Tymczasem w angielskich i amerykańskich sklepach wybór wersji może wręcz przytłoczyć. Twarde, miękkie oprawy w różnych wariantach okładki, wydania kieszonkowe do podróży, wydania promujące na okładce ekranizację (chociaż te są częste i u nas), oraz oczywiście, obowiązkowo e-booki, praktycznie każdego tytułu. Samego Harry’ego Pottera możecie dostać na przykład w wariantach kolorystycznych odpowiadających każdemu z czterech domów Hogwartu. Bywa nawet, że możecie kupić tę samą książkę w jedynie lekko zmienionej formie (np. kilka centymetrów wyższą i węższą, albo z mniej gładką okładką) od innego wydawcy! Audiobooki niemal każdego dużego tytułu Nieważne co chcecie przeczytać, w angielskiej wersji jest to na pewno w wersji audiobooka. Praktycznie każda ciesząca się nieco większą niż przeciętną popularnością pozycja jest dostępna jako słuchowisko Amazona w wersji cyfrowej, a czasem nawet i fizycznej na CD, nawet od dnia premiery. Dla przykładu, podczas gdy fani Wiedźmina od dawna wyczekują dwóch ostatnich tomów sagi w polskiej formie audiobooka, są one już od dawna dostępne w wersji angielskiej, podobnie jak cała biblioteka innych znakomitych lektur. Jeśli więc lubicie słuchać książek miast je czytać, to anglojęzyczny wybór pozycji z pewnością zrobi na was ogromne wrażenie.

Cena Zacznijmy od największego i najbardziej uporczywego problemu, z jakim wiąże się kupowanie anglojęzycznych wydań. Kwota, jaką trzeba wyłożyć za przeciętną książkę, potrafi być, jak na nasze Polskie realia, po prostu druzgocąca. W dniu premiery cena (zazwyczaj za twardą oprawę, bo tylko taka jest początkowo dostępna) sięga czasami nawet £20/20$, co przekłada się na wydatek około 100 zł. Jest to zdecydowanie istotny fakt w sytuacji, gdy większość pozycji po przekładzie na nasz język możemy kupić o ponad 50% taniej. Ceny oczywiście wraz z czasem maleją, głównie za sprawą wydań w miękkiej oprawie, które potrafią kosztować nawet dwukrotnie mniej niż ich twardsze odpowiedniki. Jednak nawet po takich obniżkach nadal oscylują w okolicach £10/10$, tym samym przekraczając kwotę, jaką za praktycznie każdą książkę zapłacimy w przeciętnej polskiej księgarni. Ponadto, ceny podręczników akademickich potrafią sięgnąć już nie kilkudziesięciu, ale nawet kilkuset dolarów. Poniżej przykładowe zestawienie kilku pozycji z listy bestsellerów Empiku za 2019 rok, z ich ceną na brytyjskim Amazonie. Porównywano wersje w miękkich oprawach: Warto przy tym pamiętać, że przy zakupie książki na platformie pokroju Amazona, doliczyć do tego musimy najczęściej również koszty przesyłki międzynarodowej, bo paczki Tytuł:

empik.com

amazon.co.uk

cena w dn. 11.04.2020

cena w dn. 11.04.2020

Pacjentka, Alex Michaelides Leonardo da Vinci, Walter Isaacson Becoming, Michelle Obama Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko, Tom Philips

26,59 zł 37,99 zł 31,03 zł 26,59 zł

£ 5.99 £ 12.99 £ 19.87 £ 8.09

nie odbierzemy za darmo w żadnym salonie firmowym. Rzecz jasna, są inne sposoby, w jakie możemy zaopatrzyć się w angielskie wydanie. W samym Krakowie funkcjonuje kilka księgarń o odpowiednim profilu jak np. AmericanBookStore na ulicy Sławkowskiej, gdzie nietrudno o liczne promocje. Angielskie wydania w niskiej cenie znajdziemy też w internetowych dyskontach pokroju aros.pl. Tempo czytania Nawet jeśli możecie się pochwalić certyfikatami językowymi i świetnym obyciem z angielskim, to jako obywatele Polski, zawsze będziecie sprawniej czytać po polsku. Podczas lektury po Google Translator sięgniecie nieraz, szukając wyjaśnienia słów, które wymyślił autor na potrzeby swojej książki. W przypadku beletrystyki problem ten nie będzie aż tak spowalniał, jednak jeśli chodzi o pozycje popularnonaukowe, podręczniki czy poradniki, sytuacja się komplikuje, wraz ze zwrotami, których używają pisarze. Z jednej strony, na takim obcowaniu z językiem polega przecież nauka. Z drugiej jednak, może to czasami irytować, jeśli po prostu chcemy przeczytać niezobowiązującą lekturę.

19


Kultura

Szpetota i nietrwałość wydań Mogłoby się wydawać, że za kwotę, którą musimy przeznaczyć na zakup anglojęzycznej książki, otrzymamy edycję ładniejszą, trwalszą i lepiej prezentującą się na półce niż wydanie polskie. Tymczasem czeka nas niemałe zaskoczenie, gdy zorientujemy się, że nasz zakup z Amazona wcale nie wygląda lepiej od tego, co moglibyśmy dostać w księgarni na rogu ulicy. Różnice leżą nie tylko w wersji językowej, ale również w samej jakości wydania. Miękka oprawa okazuje się znacznie mniej trwała od jej polskiego odpowiednika - wierzch książki szybko się wygina, a wewnątrz brak tak powszechnych na naszym rynku skrzydełek. Można odnieść wrażenie, że to książka po prostu jednorazowa. Zaskoczeniem może być też oprawa twarda, najczęściej występująca tu z obwolutą. Obwolutą, pod którą, zgodnie z tym, co znamy z polskich książek, powinna kryć się taka sama ilustracja, tyle że nadrukowana na okładkę. Tymczasem w wersji angielskiej lub amerykańskiej, pod spodem… nie ma nic!

Według Raportu Biblioteki Narodowej z 2017 roku, aż 8% naszej populacji czyta w języku obcym. Największy odsetek z tej liczby stanowią oczywiście studenci, obyci z zagłębianiem się w kolejne strony anglojęzycznej dokumentacji technicznej. Wkrótce się przekonamy, czy ten trend okaże się wzrostowy, czy też stale rozrastająca się oferta polskich wydawnictw zatrzyma przy sobie czytelników. Źródła: International Publishers Association - The Global Publishing Industry in 2018 (https://www.wipo.int/edocs/pubdocs/en/wipo_pub_1064_2019.pdf) International Publishers Association - Annual Report 2015 – 2016 (https://www. internationalpublishers.org/images/reports/Annual_Report_2016/IPA_Annual_Report_2015-2016_interactive.pdf) Biblioteka Narodowa https://ebookfriendly.com/countries-publish-most-books-infographic/ https://www.theifod.com/how-many-new-books-are-published-each-year-and-other-related-books-facts/ https://qz.com/1057240/which-country-publishes-the-most-books/ https://en.wikipedia.org/wiki/Books_published_per_country_per_year

Tak, zgadza się, pod obwolutą znajdziecie najczęściej całkowicie czarną, pustą oprawę. Jeśli ją więc zgubicie lub zniszczycie w podróży, to książka zacznie przypominać kilkudziesięcioletnie tomiszcze wykradzione z uczelnianej biblioteki.

20

amazon.co.uk empik.com


Lifestyle

Ciemna strona coachingu

Weronika Rawska

Coaching jest na językach ludzi już od dobrych kilku lat. Coraz częściej w księgarniach spotykamy się z literaturą na ten temat, a także potrafimy znaleźć mnóstwo artykułów czy filmików na youtubie i podobnych portalach. Czy mimo to informacje, jakie możemy łatwo znaleźć, są prawdziwe i w ogóle sprawdzone? A może kupujemy przysłowiowego kota w worku?

Coaching jest procesem szkolenia, który dzięki stawianiu odpowiednich pytań, pomaga pojedynczym osobom lub organizacjom rozwijać się, zwiększać efektywności i osiągać cele. Zadaniem coachingu nie jest nauka, a pomoc przy jej realizacji. Odpowiednio zadane pytania mają na celu pobudzić do myślenia, ukierunkować na dany cel i optymalizację swoich działań. Zagrożenia dla coachingu W Polsce często coaching jest krytykowany. Recenzenci nie rozumieją, że w profesjonalnym coachingu nie posługuje się manipulacją ani technikami wpływu, a klient nie jest do niczego zmuszany, ani też nie realizuje ukrytych celów coacha. W tej dziedzinie, tak jak w każdej innej, są możliwe błędy i nadużycia, mimo szczerych chęci. Intencje to jednak nie wszystko. Coach, będąc nieświadomy swoich działań, może budzić psychologicznie i relacyjnie “demony” u klienta, a także u siebie. Pod pojęciem demonów określa się między innymi doradzanie klientowi i uzależnienie go od siebie, a także przeniesienie emocji czy różne oblicza bezradności coacha wobec postaw klienta. Demonami są również traumy, które są w umiejętny sposób wzbudzane lub przypomniane podczas sesji. Piramida

ning, eksperymentowanie oraz poszukiwanie rozwiązań nierzadko pełnych wzlotów i upadków.

Paradoksem współczesnych mitingów i szkoleń oferujących „błyskawiczne” zmiany jest networking, czyli uczenie przez tzw. trenerów rozwoju innych, niedoświadczonych trenerów rozwoju. Pomysł polega na opanowaniu kilku trików, dzięki którym młodzi poczują sprawczość i powielą prezentowany przez „guru” model. Nauczę cię jak uczyć innych, lecz przede wszystkim, jak sprzedawać uczenie. W ten sposób powstaje typowa piramida, na szczycie, której znajduje się ów „guru” i tylko on. Trener uczy się, jak uczyć innych stosowania trików, by ci uwierzyli w cudowną metodę i zechcieli się uczyć, jak uczyć innych, gdyż uczenie to świetny biznes. Błędne koło, ale skuteczne. Cud w trzy dni Wielu trenerów obiecuje klientom błyskawiczną zmianę, czyli tak zwany cud w trzy dni. Odnalezienie szczęścia w dni siedem, a całkowitą zmianę jakości życia w miesiąc, bardziej ostrożni - w sto dni. Gdy zmiana nie następuje, oczywiście winny staje się ten, kto jej nie doświadcza, gdyż zbyt mało się starał, nie wierzył, nie przykładał się do zadań lub ćwiczeń i tak w nieskończoność. Tymczasem człowiek jest istotą znacznie bardziej złożoną niż program komputerowy, który da się udoskonalić lub po prostu zrestartować. Nie każdy trening rozwoju jest coachingiem. Słowo „coaching” i kryjąca się za nim obietnica skuteczności zostało uogólnione przez dziesiątki osób, które skupiły się na osobistym zysku, który zamierzają czerpać bez względu na zasady i etykę coachingu, dopóki utrzymuje się trend wysokiej popularności wszelkiego rodzaju treningów rozwoju.

Innym zagrożeniem dla rozwoju coachingu w Polsce jest zjawisko określane jako “wypieranie mocnego pieniądza Szczęście od zaraz przez słaby”. Miernie przygotowany coach lub coach-manipulator może wy- Podobnie rzecz się ma z „cudownymi pierać z rynku profesjonalnych coachów, technikami osiągania szczęścia” lub którzy zamiast obiecywać gruszki na „zwiększaniem efektywności sprzedawierzbie, proponuje długotrwały tre- ży”, „kreowaniem własnego wizerunku”

i podobnymi terminami, pod którymi kryją się zwykłe nadużycia. O ich popularności decyduje niekiedy naiwność odbiorców, a czasem zestaw technik manipulacyjnych, którym łatwo ulec, gdyż skrywają nadzieję na zmianę. Tego rodzaju pseudo-coachingi planuje się często jako wydarzenia medialne, mające na celu głównie napędzanie sprzedaży kolejnych modułów „cudownych technik osiągania szczęścia”. Ich skuteczność oparta jest na iluzji skuteczności i dziecięcej chęci oddania kontroli nad własnym życiem innej osobie, wyjątkowemu trenerowi, osobie, która „wie lepiej”. Tym samym siła coachingu oparta na osobistym zaangażowaniu i pracy na rzecz własnej efektywności przeradza się w jego karykaturę – oddanie odpowiedzialności w ręce guru, który ma nadzwyczajne umiejętności zmieniania ludzi i ich losów. Tego rodzaju coachingi realizują raczej religijne potrzeby niż treningowe czy terapeutyczne. Coaching obojętnie czy dotyczy spraw typowo zawodowych, czy utrzymania dobrej wagi, wtedy jest skuteczny, gdy przebiega według sportowych reguł. Sam coaching narodził się w sporcie i jest on oparty na długotrwałym treningu, a co za tym idzie na konsekwencji, niezbędnej dyscyplinie i podejmowaniu wielu niełatwych prób, a także decyzji. Kto tego nie rozumie – sprzedaje iluzje, a kupujący zyskuje jedynie rozczarowanie.

Literatura: Coaching. Zestaw narzędzi Maciej Bennewicz, Anna Prelewicz, Onepress 2018

Źródła https://skutecznycoaching.pl/ coaching-mentoring-doradztwo-trening/ https://coachingdao.pl https://www.youtube.com/ watch?v=z-v-Kxik_g0

21


Lifestyle

Nie taki wirus straszny jak go malują? Aleksandra Skrzypiec

Wyobraźnia na samą myśl o wybuchu pandemii większości z nas podsuwa apokaliptyczne wizje, w których wyimaginowane, mrożące krew w żyłach istoty, pragną unicestwienia gatunku ludzkiego. Zazwyczaj to wszystko za sprawą niezwykle złośliwego patogenu wywołującego zagrożenie biologiczne, którego skutkiem są anormalne zachowania organizmów nim dotkniętych. Popkultura przyzwyczaiła nas do obrazów przepełnionych grozą, napięciem, krwią oraz ofiarami. Jakież ogromne było nasze zdziwienie, gdy wraz z wybuchem epidemii sars-cov-2 okazało się, że walka z pandemią to tak naprawdę walka z niewidzialnym wrogiem i jakże mocne musiało być również rozczarowanie osób, które wpatrywały plagi zombie. Oczywiście ostatnie zdanie należy potraktować z dużym przymrużeniem oka, jednak niewątpliwe kultura popularna w znacznym stopniu ukształtowała nasze myślenie na temat zagrożeń epidemiologicznych i to właśnie o tym będzie ten artykuł. Zacznijmy od początku Kultura popularna jest przepełniona wątkami epidemiologicznymi. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem motyw ten przyciąga wielu odbiorców. Czemu jednak tak wiele miejsca w popkulturze poświęcono tematyce epidemii chorób zakaźnych? Skąd właściwie wzięło się zainteresowanie tym tematem w sferze, jaką jest kultura popularna i dlatego cieszy się on tak dużą popularnością? Zacznijmy od początku. Choroby towarzyszyły ludzkości od zarania dziejów. Można powiedzieć, iż jest to nieodłączny element ludzkiej egzystencji, 22

z tą różnicą, że w okresie zbieracko-łowieckim, gdy początkowo ludzie wiedli koczowniczy tryb życia, nie istniało pojęcie choroby zakaźnej, ponieważ sposób, w jaki oni funkcjonowali, uniemożliwiał rozprzestrzenianie się epidemii. Wiele zmieniło się wraz ze zmianą trybu życia na osiadły. Ludzie zaczęli skupiać się w coraz większych grupach, co zapewniało drobnoustrojom chorobotwórczym idealne warunki do rozwoju. Przyglądając się historii ludzkości, można zauważyć, iż od tego momentu stała się ona przepełniona chorobami, które przez wieki były główną przyczyną zgonów. Zakażenia hiszpanką, cholerą dziesiątkowały ludzi. Taki stan rzeczy trwał przez bardzo długi okres. Przełom nastąpił wraz z nadejściem XX wieku, gdy zaczęły maleć wskaźniki śmiertelności. Nastąpiło to wskutek przełomowych odkryć medycznych, a także w wyniku polepszenia się warunków higienicznych. Sytuacja ta nie trwała jednak zbyt długo, lata 80. XX wieku ugasiły optymizm związany z zahamowaniem rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych, bowiem wybuchy wtedy nowe epidemie chorób takich jak HIV/AIDS czy legionelloza. Zaczęły pojawiać się nowe szczepy chorób i jak się okazało, wedle epidemiologów było to naturalną konsekwencją takich czynników jak m.in.: zacieśnienie się międzynarodowych stosunków gospodarczych, wzrost przemieszczania się komunikacją miejską, coraz częstsze korzystanie z klimatyzacji oraz globalny wzrost temperatury powietrza. To wszystko sprawiło, że choroby mogły swobodnie rozprzestrzeniać się z kontynentu na kontynent, przez co zwiększyła się skala problemu. O ile wcześniej ogniska chorób zakaźnych były skoncentrowane w jednym

miejscu, to dziś wskutek globalizacji i jej następstw może powstać ich coraz więcej (co doskonale widać w przypadku koronawirusa). Wraz z nasileniem się problemów epidemiologicznych, zaczął konstytuować się dyskurs związany z tematyką chorób zakaźnych. Główną rolę w jego kształtowaniu odegrała zmiana sposobu przekazywania wiedzy naukowej przez instytucje epidemiologiczne, które zaczęły nawiązywać współpracę z dziennikarzami. Środowisko dziennikarskie odegrało niebagatelną rolę w procesie kształtowania się tego dyskursu, bowiem książki i artykuły redaktorów takich jak Richard Preston oraz Laurie Garrett stały się inspiracją dla twórców działających w sferze popkultury. Wizje epidemii oczami popkultury Tematyka pandemii od lat 90. XX wieku zaczęła coraz częściej występować w kulturze popularnej. Dziś już nie co do tego wątpliwości, że jest ona przepełniona motywem epidemii. Dzieła o tej tematyce nie ograniczają się jedynie do przedstawiania już znanych wszystkim postaci zombie. Utworu popkultury o tematyce chorób zakaźnych charakteryzuje wbrew pozorom złożoność oraz różnorodność wątków, często o zabarwieniu egzystencjalistycznym. Ukazują one niejednokrotnie, jak funkcjonował świat przed i po epidemii, dając tym samym wgląd w pewne uniwersalne prawdy wedle których funkcjonuje świat. Przedstawiają również zagrożenia, o których jest mowa w literaturze naukowej, często przeplatane są one z wątkami technologicznymi, w których rozwój nowych narzędzi technologicznych jest przyczyną wybuchu ogniska epidemii. Do tego


Lifestyle

typu dzieł możemy zaliczyć Contagion – Epidemia strachu- amerykański thriller science-fiction z 2011 roku, w reżyserii Stevena Spielberga jest oparty na książce niemieckiego socjologa Ulricha Becka pt. Społeczeństwo ryzyka, w której opisuje on zagrożenia, z jakimi musi się mierzyć się epoka nowoczesności. Fabuła filmu skupia się natomiast na śmiertelnym wirusie przenoszonym drogą powietrzną, który po zainfekowaniu ofiary w przeciągu kilku dni doprowadza do jej śmierci. Zadaniem naukowców z całego jest znalezienie szczepionki. W filmie nie ujrzymy zbyt wiele spektakularnych efektów specjalnych, albowiem reżyser stara się zachować realizm sytuacji, tzn. ukazać to, co może się wydarzyć, gdy wybuchnie epidemia. Dziś w dobie koronawirusa nauczeni doświadczeniem nie musimy sobie tego wyobrażać, jednak film warto obejrzeć choćby ze względu na obsadę aktorską, w skład której wchodzą m.in.: Gwyneth Paltrow, Kate Winslet, Matt Damon i Marion Cotillard. Doskonałą propozycją zwolenników gatunku science fiction może być film 12 małp z 1995 roku, na podstawie którego w 2015 roku nakręcono serial, o tej samej nazwie. Fabuła filmu rozgrywa się w roku 2035, kiedy to nieznany wirus dziesiątkuje ludzkość, wskutek czego tylko 1% populacji zdołała przeżyć. Jeden z więźniów niejaki James Cole zostaje oddelegowany do przeszłości do roku 1996 w celu uzyskania informacji o zabójczym patogenie. Niestety wskutek pomyłki trafia do roku 1990 i zostaje aresztowany. Jednym z kluczowych wątków w filmie jest ogólnoświatowy spisek, za sprawą, którego wybuchło ognisko wirusa. W tym przypadku powstanie śmiercionośnego patogenu to wypadkowa połączenia nauki oraz technologii, za sprawą, których doszło do depopulacji. Brzmi jak dobre kino dla zwolenników teorii spiskowych, ale warto zobaczyć go również ze względu na Brada Pitta oraz Bruce’a Willisa, którzy grają w nim główne role. Dyskurs chorób zakaźnych składa się nie tylko z samych filmów. Wątek epidemii ma również swoje miejsce w serialach, grach, a nawet piosenkach. Do najsłynniejszych seriali, w których występuje motyw pandemii i które bez problemu odnajdziesz na netflixie, należy między innymi Van Helsing. Ta propozycja jest zdecydowanym strzałem w dziesiątkę dla osób, które uwielbiają opowieści o wampirach, zombiakach i innych żądnych ludzkiej krwii stworach. Serial opowiada o losach kobiety, której misją jest ocalenie ludzkości przed plagą

wampirów, która sprawuje władzę nad światem. Co ciekawe, jego akcja rozgrywa się w 2019 roku, dzięki czemu serial zachowuje swego rodzaju realizm. W dobie koronawirusa czyż nie brzmi nieco intrygująco? Kolejną propozycją dla serialomaniaków jest serial Helix, w którym pojawia się wiele naukowych wątków, bowiem opowiada on o grupie naukowców, którzy podejrzewają, iż niebawem wybuchnie epidemia, która zdziesiątkuje ludzkość. Wskutek patogenu powstałego w laboratorium osoby nim zakażone uzyskują nadnaturalną moc. Zadaniem naukowców będzie powstrzymać wirusa, będzie ono jednak nieco utrudnione, aby dowiedzieć się, dlaczego warto odwiedzić platformę Netflix. Wśród propozycji nie mogło zabraknąć oczywiście klasyka, czyli serialu The Walking Dead, który zapewne większości kojarzy się z apokalipsą zombie. Jeśli jeszcze go nie obejrzałeś, to warto nadrobić zaległości. Fabuła TWD opowiada o grupie ludzi, którzy walczą o przetrwanie w świecie opanowanym przez te potwory. Aby przeżyć, muszą oni uciekać i zmagać się wieloma trudnymi wyzwaniami, które stoją na ich drodze. Trojan to niejedyny wirus w komputerze Do tej pory wirus w kontekście komputera kojarzył się tylko ze złośliwym trojanem? Nic bardziej mylnego. Jak już zostało wcześniej wspomniane świat gier komputerowych, również nie pozostał obojętny wobec chętnie wykorzystywanego przez filmowców motywu pandemii. Szczególną sławą cieszą się takie tytuły gier jak Plague Inc. oraz Resident Evil. W pierwszej z nich zadaniem gracza jest utworzenie patogenu chorobotwórczego i... rozprzestrzenienie wirusa, doprowadzając tym samym ludzkość do zagłady. Co ciekawe, w dobie koronawirusa gra ta zaczęła cieszyć się jeszcze większym zainteresowaniem, przez co rząd Chin podjął decyzję o wycofaniu jej ze sklepów na tamtejszym rynku. W wielowątkowej grze Resident Evil fabuła skupia się wokół wirusa, który zamienia ludzi i zwierzęta w zoombie. Gra ta jest prawdziwym światowym hitem, wydawana była seriami, które sprzedały się łącznie w liczbie 50 mln egzemplarzy. Na jej podstawie powstały również filmy oraz komiksy.

Koronawirusowe rapowanie Zmierzając ku podsumowaniu, warto wspomnieć o motywie epidemii w piosenkach. Ogromną popularnością w ostatnich miesiącach cieszył się hot16challenge2. Inicjatywa pochodząca od raperów zyskała rozgłos w całym kraju, bowiem udział w niej wzięli wokaliści różnych nurtów muzycznych, youtuberzy, aktorzy czy też politycy. W całej akcji chodziło o ,,zarapowanie” 16 zwrotek stworzonych w przeciągu 72 godzin od nominacji oraz przekazanie środków pieniężnych na walkę z koronawirusem. Częstym motywem w tekstach gorących szesnastkach była epidemia sars-cov-2 i funkcjonowanie w świecie ogarniętym pandemią. Oficjalnie akcja jaką było hot16challenge2 została zakończona. Dzięki niej zebrano 4 miliony złotych na walkę z koronawirusem. Za tę kwotę zakupiono między innymi 7 karetek, 7 urządzeń do dezynfekcji, a także rękawiczki, maseczki, przyłbice oraz kombinezony. Jak widać, motyw pandemii jest wszechobecny w kulturze popularnej. Stanowi on ogromną inspirację dla twórców, bowiem nie brakuje go w filmach, serialach oraz grach. Mimo, iż niejednokrotnie pandemia w popkulturze kojarzona jest z plagą rządnych krwii zombie, jest ona również częstym motywem w utworach z gatunku science-fiction. Dziś w dobie koronawirusa w szczególności sięgamy po tego typu dzieła, co wydaje się być całkowicie naturalnym odruchem. Dzięki temu jesteśmy w stanie bardziej zrozumieć zaistniałą sytuację oraz zaadaptować się do obecnie panujących warunków. Jeśli ten temat cię zaciekawił po więcej informacji możesz sięgnąć tutaj: Epidemie, nowoczesność i apokalipsa zombie. Motyw chorób zakaźnych w kulturze popularnej jako wyraz lęków społecznych. Afeltowicz Łukasz, Wróblewski Michał. Kultura Współczesna 2(101), 2018, UMK

23


Lifestyle

Zero-waste w czasach zarazy Aleksandra Skrzypiec

Po wielu miesiącach walki z koronawirusem przywykliśmy do tego, że stał się on nieodzownym elementem naszej codzienności. Można by rzec, że dziś już w nikim nie wzbudza szczególnych emocji widok osób przemierzających chodniki w maseczkach. Uzbrojeni w maski, rękawiczki i płyny do dezynfekcji nauczyliśmy się funkcjonować w nowej rzeczywistości. W trosce o własne zdrowie oraz zdrowie swoich bliskich podejmujemy szereg profilaktycznych działań. Co w tym czasie dzieje się z troską o środowisko? Czy schodzi ona na dalszy plan, czy jednak staramy się jeszcze bardziej zaprzyjaźnić z naszą planetą? Przedwczesny entuzjazm Bycie eko w czasach zarazy nie jest łatwe. Mimo tego, że pandemia koronawirusa stworzyła wiele okazji do tego, by odciążyć naszą planetę od skutków ludzkiej działalności, to wraz z upływem czasu można było dostrzec, że nie był to jednak efekt długofalowy. Mniejsza częstotliwość podróżowania samochodami sprawiła, że w wielu krajach na całym świecie niebo z powrotem przybrało błękitny kolor, a wskutek mniejszej ruchliwości również zwierzęta zaczęły wychodzić z ukrycia. Wydawać się mogło, iż zapoczątkuje to pewne zmiany. Wielu miało nadzieję, iż ludzkość wypracuje nowy model funkcjonowania. Wydawało się to całkiem racjonalne, zważywszy na to, że wśród większości z nas sama myśl o nadmiernym podróżowaniu wywoływała strach. 24

Każdy kolejny miesiąc pandemii i stopniowe znoszenie obostrzeń sprawiły jednak, że zaczęliśmy wracać do dawnego stylu życia. Zaczęły również wracać stare nawyki, takie jak wyjazdy na wakacje, zakupy w centrach handlowych czy też wizyty u fryzjera. Powrót do normalności musiał się jednak odbyć w warunkach reżimu sanitarnego. Od tej pory obowiązkiem każdego, kto chciał uczestniczyć w życiu publicznym oraz dzielić z innymi wspólną przestrzeń było nakładanie maseczki. Do tego często zapobiegawczo zaczęliśmy ubierać rękawiczki oraz spryskiwać dłonie płynem antybakteryjnym. Oczywiście musieliśmy również zdystansować się od siebie na odległość 1,5 m. Mimo tych środków ostrożności nie udało nam się zahamować rozwoju epidemii, a wręcz przeciwnie - nowych przypadków koronawirusa z dnia na dzień przybywa. Jak widać, nie tylko nie udało nam się wypracować nowych wzorów funkcjonowania w nowej rzeczywistości, ale także nie udało nam się zapobiec rozwojowi pandemii. I choć wiele wskazywało na to, że czas epidemii, stworzył okazję do refleksji nad tym, w jakim kierunku zmierzamy, to nadal pozostaliśmy niewzruszeni i wróciliśmy do starych aktywności, które znacząco obciążają naszą planetę.


Lifestyle

Ekologiczny krok w tył? Wyznawanie zasad bezśmieciowego stylu życia w czasie epidemii to nie lada wyzwanie nawet dla najbardziej zagorzałych zerowasterów. Szczególnie na początku pandemii, gdy świat musiał zmierzyć się z nowym, nieznanym zagrożeniem troska o dobro środowiska zeszła na drugi plan. Dynamicznie zyskujący na popularności trend zero-waste polegał na ograniczeniu ilości odpadów oraz wypracowaniu nowych wzorów produkcji towarów, został w równie dynamicznym tempie zastopowany. Wraz z pojawieniem się koronawirusa promowanie ekologicznych wzorów produkcji i konsumpcji musiało ustąpić miejsca walce z zagrożeniem epidemiologicznym. Niemal wszystkie wypracowane dotychczas rozwiązania, których celem było ograniczenie liczby odpadów pokonsumpcyjnych, zostały wycofane. Być może jest to zadziwiające, aczkolwiek tego typu rozwiązań w ostatnim czasie było niemało. Weźmy chociażby pod uwagę rozposzchnioną wśród polskich kawiarnii akcję ,,z własnym kubkiem”, promowaną przez Polskie Stowarzyszenie Zero-Waste. Jej główna idea tkwiła w tym by klienci kupujący kawę na wynos zabierali ją ze sobą we własnych kubkach wielorazowego użytku. Ponadto od 2019 roku mogliśmy zaobserwować zainteresowanie dużych sieci sklepów ograniczeniem ilości plastiku.

Wyzwania, jakim jest promowanie wzorców i nawyków podjęły się takie dyskonty jak Carrefour, Kaufland czy też Auchan. Wymienione sieciówki przez pewien okres czasu przed pandemią umożliwiały swoim klientom pakowanie produktów takich jak między innymi owoce i warzywa do własnych opakowań. Wraz z początkiem epidemii w Polsce zaczęto wycofywać się z tego typu inicjatyw. Również Polskie Oficjalne Stowarzyszenie Zero-Waste, którego celem jest promowanie idei bezodpadowego stylu życia wstrzymało akcje ,,z własnym kubkiem”. W jednym z oficjalnych komunikatów podało - wszyscy jesteśmy zgodni co do jednego – zależy nam na środowisku. Jednak przyszło nam też mierzyć się z wyjątkową sytuacją, jakiej większość z nas nigdy w życiu nie doświadczyła, a wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych środków zaradczych. To jest czas, gdy zero waste musi bezwzględnie ustąpić pierwszeństwa zdrowiu publicznemu.

Co dalej? Wycofanie inicjatyw takich jak korzystanie z opakowań wielorazowego użytku ze sklepów to jedynie wierzchołek góry lodowej, albowiem ochrona przed chorobą generuje kolejne obciążenia dla środowiska, a mianowicie chodzi tu o ilość odpadów takich jak maseczki, rękawiczki czy opakowania po środkach do dezynfekcji. Nierzadko widzimy środki ochrony osobistej porzucone na ulicach, przystankach czy innych miejscach, w których nie powinny się znajdować. Przy obecnych możliwościach nie jest trudno ograniczyć ilość ,,koronawirusowych odpadów”, albowiem wystarczy skorzystać z wielorazowych maseczek (oczywiście tych wypranych!), a także warto wykorzystywać pojemnik na płyn do dezynfekcji rąk kilkakrotnie. Jak widać, problem nie tkwi więc w dostępności i możliwości stosowania tego typu rozwiązań, ale w braku samodyscypliny oraz świadomości, iż takie z pozoru mało znaczące czynności mogą w realny sposób do pewnego stopnia odciążyć środowisko naturalne. Trudno przewidzieć co będzie dalej, kiedy zakończy się pandemia i jak po jej wygaśnięciu będzie wyglądać świat, warto jednak już dziś zadbać o to, by wraz z kryzysem epidemiologicznym zażegnać również ten ekologiczny. 25


Nauka

Granice tylko w głowie Grzegorz Boroń

Panta rhei (łac. wszystko płynie) - powiedział kiedyś Heraklit z Efezu, ku utrapieniu studentów, którzy zmagać się teraz muszą z przedmiotami jak mechanika płynów czy termodynamika. Filozof ten twierdził, że “niepodobna jest wstąpić do tej samej rzeki”, bo już napłynęły do niej inne wody. Oglądany przez nas świat, z pozoru stały, składa się z niesamowitej ilości poruszających się (a może migrujących?) elementów. Jednym z takich elementów i dowodem na istnienie “migrującego” świata jesteśmy my - ludzie. Mimo że w życiu cenimy sobie wszelką stateczność, typu domek z ogródkiem, altanka na podwórku, bądź też (w zależności, co kto woli) mieszkanie w bloku, nie zawsze prowadziliśmy osiadły tryb życia. Nawet teraz, gdy pojawia się potrzeba, migrujemy. Czasem by zarobić na ten domek z ogródkiem, a czasem z nieco bardziej drastycznych powodów. Samo słowo migracja pochodzi od łacińskiego migratio i oznacza przesiedlenie. W historii nie raz migrowaliśmy - czy to poszukując optymalnych warunków do życia, jednocześnie uciekając przed zmieniającym się klimatem, czy też ze względu na represje, jak chociażby my, Polacy, po Powstaniu listopadowym. Wielkie migracje często odbijają się na naszej planecie. W końcu jesteśmy jednym z najbardziej inwazyjnych gatunków na ziemii. Mało wiem, ale idę Sami przedstawiciele grupy Homo, czyli ssaka naczelnego z rodziny człowiekowatych pojawili się na naszej planecie około 2,5 miliona lat temu. To dość niedawno, biorąc pod uwagę fakt, że Ziemia ma 4,5 miliarda lat. Człowiek jakiego znamy - homo sapiens - wyewoluował (wg zwolenników teorii ewolucji) lub został stworzony (zostawmy też otwartą furtkę dla kreacjonistów) około 200 tysięcy lat temu, na terenie dzisiejszej Afryki. Przodek nasz dość długo zamieszkiwał ten kontynent. Optymalne warunki klimatyczne, dosyć mała populacja. Czego chcieć więcej? Dopiero około 70 tysięcy lat temu (wszystkie daty są podane “na oko”, naukowcy ciągle się sprzeczają), gdy zaczęła się znana nam już z kilku filmów animowanych epoka lodowcowa, zmuszony został do emigracji. Początkowo homo sapiens przedostawał się przez Bliski Wschód w kierunku Azji Wschodniej. Później szedł dalej. Poszczególne grupy ludzi zaczynały eksplorować nowe tereny. Docierali do Australii (około 50 tys. lat temu), Europy (ok. 40 tys. lat temu) oraz przez suchą wówczas cieśninę Beringa do Ameryki (około 15 tys. lat temu). Zmie26

niający się klimat powodował, że człowiek zmuszony był nieustannie zmieniać swoje miejsce w świecie. Około 12 tysięcy lat temu, gdy sytuacja stała się w miarę stabilna, na Bliskim Wschodzie zaczęła się rewolucja neolityczna, kiedy to homo sapiens zmienił swój tryb życia koczowniczego zbieracza na osiadłego rolnika. Rewolucja ta później objęła (mimowolnie) cały świat. Wędrówka człowieka w ciekawy sposób została ujęta na kanale Science Insider, gdzie przedstawiona została mapa wędrówki homo sapiens w najbardziej odległe rejony globu: https://www. youtube.com/watch?v=CJdT6QcSbQ0&feature=emb_logo Zmienimy oblicze Rzymu! Kultura rzymska zawsze kojarzy nam się z postępem. Pierwsza republika, nowatorskie systemy nawadniania, doskonale zrobione drogi, ogromny rozwój sztuki i nauki. W rzeczywistości Rzym był jednak kolosem na glinianych nogach, którego obalić mógł delikatny impuls. Impulsem tym była Wielka wędrówka ludów, która raz na zawsze zmieniła dzieje Europy. Gwałtowna susza w okolicach 338 roku zmusiła turecko-mongolski lud Hunów do emigracji ze stepów Azji Środkowej. Kierowali się poszukując dogodnych dla siebie pastwisk, w jedyną możliwą stronę - na zachód, w kierunku Dunaju. Fala Hunów spowodowała z kolei wędrówkę Germanów, którzy zaczęli osiedlać się na


Nauka

Półwyspie Bałkańskim, łupiąc go niemiłosiernie. Działania te zmusiły ówczesnego cesarza - Teodozjusza Wielkiego do zawarcia z nimi rozejmu i uznaniu ich autonomii. Migracja Hunów pchnęła także Wizygotów i Wandalów, którzy zaczęli coraz częściej osiedlać się w Cesarstwie Rzymskim. Wielki Exodus Ludów miał ostatecznie doprowadzić do upadku Wielkiego Imperium. Po śmierci Teodozjusza Wielkiego, który cieszył się poważaniem wśród barbarzyńców, w imperium zapanował chaos. Liczne plemiona, takie jak Wandalowie, Swebowie, Frankowie, Alanowie, Burgundowie, stopniowo przejmowały chylące się ku upadkowi ziemie rzymskie. Ostatecznie 4 września 476 roku germański wódz Odoaker obalił cesarza Imperium Romanum - Romulusa Augustulusa i tym samym symbolicznie zaczął nową epokę - średniowiecze. Plemiona, zmuszone przez Hunów do emigracji na tereny Europy i Afryki wkrótce stworzyły państwa, które (niekoniecznie w całości) przetrwały do naszych czasów. Wielka Emigracja My, Polacy, także mamy w swojej historii przykład znacznej emigracji. Może nie dorównuje ona Wielkiej wędrówce ludów, a porównując ją do wędrówek prehistorycznych wypada raczej… blado, to w pewnym stopniu ukształtowała nasze dzieje. Wróćmy na chwilę do pamiętnego i heroicznego Powstania Listopadowego zaczętego w 1830 roku. Powstanie, przegrane zresztą, wymierzone było w Imperium Rosyjskie. Wtedy, jak to pięknie ujął Adam Mickiewicz w “Reducie Ordona” “Warszawa [...] podnosi na cię rękę i koronę ściąga”, nastąpiła detronizacja cara Mikołaja I Romanowa ze stanowiska Króla Polski. Początkowo w lipcu 1831 roku, jeszcze przed upadkiem Powstania, osaczone przez Rosjan oddziały polskie stopniowy zaczęły przekraczać granicę z Austrią i Prusami. Po upadku dołączyli do nich także cywile, między innymi z War-

szawy. Sytuacja ta była dość kłopotliwa dla Prus, które znane z absolutnego trybu rządów mogły pozwolić sobie na przyjęcie ponad 50 tysięcy rewolucyjne nastawionych Polaków. Żołnierzy zaczęto zatem rozbrajać i kierować do licznych twierdz i dworków szlacheckich. Jednocześnie ciągle namawiano ludzi do powrotu do kraju. Repatrianci byli natychmiast wywożeni na Syberię lub Kaukaz. Co bogatsi emigranci zaczęli stopniowo przedzierać się na zachód do Francji, gdzie stworzyli liczne ugrupowania polityczne, takie jak Towarzystwo Demokratyczne Polskie czy Gromady Ludu Polskiego. Podczas Wielkiej Emigracji tereny Polski opuściła głównie szlachta, żołnierze, Rząd Narodowy, artyści i inteligencja. Do najwybitniejszych emigrantów należeli: Zygmunt Krasiński, Fryderyk Chopin, Adam Mickiewicz, Adam Jerzy Czartoryski i Juliusz Słowacki. Imigranci cały czas próbowali utrzymać kontakt z krajem, gdzie nastąpił znany nam z literatury wielki rozkwit kultury polskiej. Można by rzec, że migracje są nieodłącznym elementem kultury człowieka. Migrujemy za chlebem, z powodów klimatycznych, religijnych, często narodowościowych. Napływ dużych mas imigrantów nierzadko stanowi poważny problem dla państwa. Jak pokazuje historia, umiejętne panowanie nad tymi masami to nie lada wysiłek. Czy powinniśmy się zatem przeciwstawiać zjawisku migracji? Historia pokazuje, że gdy dochodzi do prawdziwego zagrożenia, granice zdają się istnieć tylko w naszych głowach.

Literatura: https://eloblog.pl/animacja-prehistorycznych-wedrowek-ludzkosci/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielka_w%C4%99dr%C3%B3wka_lud%C3%B3w

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielka_Emigracja

27


Nauka

Satelity Starlink − o co chodzi i dlaczego wszędzie o tym słyszymy? Kamil Serafin

Elon Musk zadziwia wszystkich już od wielu lat. Liczne pomysły ekscentrycznego miliardera, przez wielu początkowo uważane za szalone i niemożliwe w realizacji, nie tylko zostały przez niego wprowadzone w życie, ale i uciszyły większość sceptyków wątpiących w sukces afrykańczyka. Rakiety pionowego startu i lądowania jako alternatywa dla obecnych, droższych rozwiązań? Można. Wyrzucenie Tesli Roadster w kosmos dla czystego szpanu? Żaden problem. Olbrzymi statek kosmiczny mający w przyszłości dostarczyć pierwszych ludzi na Marsa? Już w budowie. Sieć satelitów mająca zapewnić globalny dostęp do szybkiej sieci internetowej na całej powierzchni Ziemi? Potrzymajcie Elonowi piwo, on już zaciera ręce. Satelity Starlink mają realizować zapotrzebowanie na internet głównie tych części świata, które obecnie mają problemy z połączeniami naziemnymi. Mowa tu zwłaszcza o obszarach położonych na wysokich szerokościach geograficznych, zdanych obecnie na łaskę urządzeń orbitujących ponad 35 tysięcy kilometrów nad naszą planetą. Będzie to z pewnością tańsze od obecnych rozwiązań, na które muszą decydować się osoby zamieszkałe w regionach oddalonych od cywilizowanego świata, gdzie nie da się po prostu zadzwonić do operatora i poprowadzić światłowodu przez ścianę. Projekt został zaproponowany przez SpaceX zaledwie 5 lat temu, jako odpowiedź na tego typu potrzebę. W 2018 roku na orbitę trafiły już dwa pierwsze prototypy testowe. Dzisiaj, zaledwie dwa lata później, ich liczba wynosi już 775. Rozważania na temat tego, jakim cudem Elon Musk jest w stanie w takim zatrważającym tempie przechodzić od pomysłu do jego pełnej realizacji, są obszernym tematem na inną okazję. W tym momencie liczy się to, że Starlinki latają już nad naszymi głowami i możemy dostrzec je na nocnym niebie gdy

28

tylko ich aktualna orbita i pogoda w naszym miejscu pobytu na to pozwolą. Do tego, jak obserwować konstelację maszyn SpaceX, przejdziemy później. Zastanówmy się na razie, jak funkcjonować ma rewolucyjna sieć, proponowana dzięki temu rozwiązaniu. W przeciwieństwie do większości satelitów telekomunikacyjnych, Starlinki nie poruszają się na szczególnie wysokich orbitach, pozostając na wysokości (obecnie) zaledwie 550 kilometrów, orbitując z nachyleniem 53 stopni. Tak niska wysokość pozwala na osiągnięcie znacznie mniejszej latencji w transmisji danych, szczególnie w rejonach polarnych. Wartość pingu ma mieścić się między 25 a 50 ms. Dla porównania, dotychczasowe usługi satelitarne oscylowały w okolicach minimum 600 ms. Różnica jest więc ogromna i stanowi olbrzymi krok naprzód, jeśli chodzi o jakość i konkurencyjność tego typu usług. Prędkość pobierania ma wynieść docelowo 100 Mbps, a wysyłania 40 Mbps dla przeciętnego użytkownika. Mimo to, usługa nie ma być skierowana do klientów z terenów zurbanizowanych – szerokość pasma jest bowiem na to zbyt mała i Starlinki nie byłyby w stanie obsłużyć tak wielu odbiorców jak obecni operatorzy. Póki co satelity komunikują się ze sobą i ze stacjami naziemnymi za pomocą pasma Ku (10,7 – 14,5 GHz). Dzięki temu zapewnione jest prawidłowe działanie w początkowej fazie, która ulegnie zmianie, gdy do akcji wkroczą dodatkowe pasma Ka (26,5 – 40 GHz) oraz V (40 – 75 GHZ). Kiedy to nastąpi, użytkownicy będą mogli zacząć korzystać z sieci. By to jednak zrobić, potrzebny będzie z początku dostęp do odpowiedniej stacji (takowych powstało już blisko 20 na terenie USA), tudzież specjalna antena korzystająca z tzw. szyku fazowego. Według słów samego Muska, będzie ona wielkości “średniego pudełka po pizzy”, a ustawić ją będzie trzeba pod gołym


Nauka Rozmieszczenie Starlink gateway na terenie Stanów Zjednoczonych [1]

niebem. Kalibracja wykona się sama, automatycznie śledząc odpowiednie Starlinki. Można ją będzie umieścić nawet na karoserii samochodu, na łodzi czy wszelkiej maści innym środku transportu, dopóki tylko będzie skierowana bezpośrednio w niebo. Sieć ma korzystać z rozwiązań o wiele mniej skomplikowanych od IPv6, jednocześnie zachowując najwyższe standardy bezpieczeństwa. W razie problemów aktualizacje będą wprowadzane globalnie, jak najszybciej po rozpoznaniu problemu. Interesująca jest również konstrukcja samych satelitów. Starlink to bowiem obiekt wcale nie tak mały, jak mogłaby sugerować jego masowa produkcja. Każdy z nich waży bowiem niemal 260 kilogramów, a jego estymowane wymiary to 2.8 x 1.4 metra! Są jednak na tyle płaskie, że rakieta Falcon 9 może wynieść ich na orbitę aż 60. Jednorazowo. Ponadto, na wyposażenie każdego satelity składa się antena, silnik jonowy wykorzystujący krypton (nikt wcześniej nie wykorzystał tego materiału w celach napędowych w kosmosie) oraz Star Tracker, czyli urządzenie określające swoją aktualną pozycję na podstawie obserwacji gwiazd. Ponadto, każdy Starlink korzysta z bazy danych kosmicznych śmieci, opracowanej przez Departament Obrony Stanów Zjednoczonych. Dzięki temu, satelity mogą samodzielnie podejmować decyzje o zmianie orbity, w celu zminimalizowania szans na ewentualną kolizję z innym obiektem. Najbardziej charakterystycznym elementem, dzięki któremu możemy w ogóle rozmawiać o obserwacji tych urządzeń z Ziemi, są ich olbrzymie panele słoneczne o wymiarach 2.8 x 10 metrów, odbijające światło naszej gwiazdy, czyniąc satelity widocznymi na nocnym niebie. Długość życia każdego satelity wyniesie około 5 lat. Po tym czasie zejdzie on z orbity i w ciągu kilku miesięcy spłonie w atmosferze, spadając na Ziemię. Jeśli dojdzie do ewentualnych

uszkodzeń, które zatrzymają Starlinka na orbicie i tak w ciągu kilku lat opór atmosfery całkowicie go zniszczy, uniemożliwiając mu stanie się kolejnym kosmicznym odpadem. Proces umieszczania satelitów na niskiej orbicie okołoziemskiej rozpoczął się 22 lutego 2018, kiedy to Tintin A oraz Tintin B, czyli dwa pierwsze obiekty testowe, zostały umieszczone na wysokości 514 kilometrów. Zaledwie trzy miesiące później, 24 maja, w ich ślad ruszyło pierwsze 60 właściwych obiektów. Od tego czasu rakiety Falcon 9, w odstępach zaledwie kilku tygodni, wynoszą w kosmos kolejne pakiety Starlinków, konsekwentnie zwiększając ich liczbę, a co za tym idzie, również oferowane przez nie możliwości. W chwili obecnej, nad naszymi głowami orbituje niemal 800 satelit zrodzonych z pomysłu Elona Muska. Ich docelowa liczba w ciągu najbliższych lat ma wzrosnąć do około 12 tysięcy, na kilku orbitach o różnych inklinacjach. Koszty całej operacji liczone są oczywiście w miliardach dolarów i szacowane na około 10 000 000 000 $ (dane sprzed dwóch lat). Już wkrótce pierwsi konsumenci z Ameryki Północnej będą mogli skorzystać z dobrodziejstw oferowanych przez Starlinki. Następnie ma do nich dołączyć reszta świata, uzyskując dostęp do dobrodziejstw oferowanych przez innowacyjną sieć. Trzeba jednak również wziąć pod uwagę opóźnienie spowodowane pandemią, które z pewnością będzie znaczne. Nadal pozostaje pytanie, o jakich cenach dla użytkowników mówimy. Ci, którzy liczą na tanią konkurencję dla dotychczasowych operatorów, mogą się srogo rozczarować. Oficjalne kwoty ze strony SpaceX jeszcze nie padły, jednak kilka pojedynczych wypowiedzi przedstawicieli firmy każe sugerować, że miesięczna cena subskrypcji wyniesie około 80$. Konieczny będzie również zakup zestawu startowego z anteną i panelem kontrolnym, którego cena ma zmieścić się w przedziale od 100 do 300$. Podobne usługi dostarczające internet satelitarny na

29


Nauka

Starlink rozkładający panel na orbicie (wizja artystyczna) [2]

mniejszą skalę, czyli Viasat oraz HughesNet liczą sobie około 100$ za miesiąc użytkowania, więc cena oferowana przez Muska i tak będzie atrakcyjna. Zyski z działania Starlinków SpaceX zamierza przeznaczyć między innymi na realizację zapowiadanej od dawna załogowej wyprawy w kierunku Marsa. Jednak o Starlinkach nie musimy jedynie czytać – możemy je również zobaczyć na własne oczy! Ich obserwacja nie jest trudna i może jej dokonać każdy, kto tylko znajduje się pod bezchmurnym nocnym niebem w odpowiednim momencie. Warto jednak pamiętać, że, podobnie jak w przypadku obserwacji obiektów astronomicznych na nieboskłonie, również i tutaj konieczne będzie oddalenie się od silnych źródeł światła. Starlinki poruszają się w zazwyczaj grupach z zachodu na wschód, na różnych wysokościach kątowych. Z czasem, po opuszczeniu rakiety zaczynają jednak się od siebie oddalać, więc możemy dostrzec również pojedyncze, samotne obiekty. Najbardziej spektakularne jest jednak dostrzeżenie całej kolejki, “pociągu” satelitów mknących po niebie. Przygotować się do obserwacji możemy korzystając z dedykowanych aplikacji. Najprostszym i zarazem najwygodniejszym rozwiązaniem jest dostępny na Androida i iOS ISS Detector, która umożliwia sprawdzenie dokładnych godzin i parametrów przelotu Starlinków nad naszym położeniem po obejrzeniu krótkiej reklamy (lub po wykupieniu odpowiedniego pakietu). Możemy również skorzystać z darmowego portalu heavens-above.com, który ujawni nam dokładny moment przelotu każdego ze Starlinków, wraz z ich wysokością nad horyzontem i innymi przydatnymi danymi. Niezwykle ciekawy

jest również celestrak.com, który pozwala sprawdzić położenie każdego satelity (w tym również tych zbudowanych przez polskich studentów) z perspektywy orbity. Dzięki temu możemy lepiej zwizualizować sobie drogę, jaką przebywają urządzenia SpaceX dookoła naszej planety. Z obserwacjami warto się jednak pospieszyć. Na skutek licznych zażaleń ze strony środowiska astronomicznego, SpaceX rozpoczął stopniowe zmniejszanie albedo satelitów, tak, aby nie ingerowały one zanadto w naziemne obserwacje. Pierwszy model testujący rozwiązania mające przyciemnić Starlinki znalazł się na orbicie już w kwietniu i zadziałał prawidłowo. Jakie będą kolejne zmiany? Czy rzeczywiście usługa ruszy już wkrótce, a jeśli tak, to czy zadowoli konsumentów? Przekonamy się już niebawem, bowiem firma Elona Muska zwykła nie rzucać słów na wiatr. Więcej ciekawych informacji: https://www.starlink.com/ https://spacex.com.pl/starlink https://www.reddit.com/r/Starlink/wiki/index#wiki_starlink_faq

Źródła zdjęć: [1] https://www.google.com/maps/d/u/0/viewer?mid=1H1x8jZs8vfjy60TvKgpbYs_grargieVw&ll=37.32627823991133%2C-96.30994075828033&z=4 [2] https://d.wpimg.pl/775924654--2006429788/starlink-elon-musk.png [3] https://twitter.com/elonmusk

30

60 Starlinków umieszczonych w rakiecie Falcon 9 [3]


Nauka

W świecie 5G Grzegorz Boroń Telefonia komórkowa przeżywa istny rozkwit i trudno się temu dziwić. Niezwykle rzadko wychodzimy z domu bez telefonu. Pomijając dysonans, czy jest to zwykłe przyzwyczajenie, czy już uzależnienie, telefony nie tylko są niesamowicie praktyczną rzeczą. Ba! Dają nam prawdziwą swobodę komunikacji. Do tego potrzebny jest jednak zasięg i odpowiednio duża transmisja danych. Obecnie jesteśmy bardzo wymagający w kwestiach technologii. Czasy, gdy w domu był jeden telefon na całą rodzinę już dawno odeszły do lamusa. Dzisiaj coraz więcej urządzeń łączy się z siecią komórkową. Bramy, samochody, maszyny rolnicze, kamery, to wszystko wymaga stałej transmisji danych, a ta wcale nie jest taka mała. W pewnym momencie zdano sobie sprawę, że obecna technologia - 4G LTE nie sprosta ilości sprzętu, opóźnieniom i transmisji danych. Na scenę pomimo krzyków i gwizdów wchodzi 5G. Folie z głów? Zanim zaczniemy zastanawiać się nad szkodliwością nowej technologii, wróćmy na chwilę do fizyki ze szkoły średniej (lub, jak kto woli, początku studiów). Promieniowanie elektromagnetyczne to (według niezawodnej wikipedii) rozchodzące się w przestrzeni zaburzenie pola elektromagnetycznego. Zmiany te mogą następować z różnym czasem, a wielkością, która określa ilość tych zmian na sekundę jest Hertz (Hz). Fale elektromagnetyczne to nic innego jak zmiany pola, które charakteryzują się odpowiednią częstotliwością. Ta może być różna. Zmian może nastąpić zarówno milion w jednej sekundzie, a czasem potrzeba bardzo dużo czasu, żeby nastąpiły. Zaburzenia pola mogą wywołać (choć nie muszą) zjawisko jonizacji, czyli rozpadu atomów na kationy bądź aniony. Czy to zjawisko występuje, zależy właśnie od ilości zaburzeń na sekundę - Hertzów.

Technologia 5G wykorzystuje fale radiowe,których częstotliwość częstotliwość wynosi 2,1 GHz, ale są plany wprowadzenia 3,4-3,8GHz. Wynika z tego konieczność stosowania dużej liczby nadajników, gdyż fale te można bardzo łatwo zatrzymać, a ich zasięg jest bardzo krótki. Odniesie to jednak pozytywny skutek - nasze telefony będą pracować z mniejszą mocą. Zmiana na lepsze? W sieci 3G opóźnienie wynosiło 100 milisekund, w sieci 4G było to już 30, a w 5G osiągnie zaledwie jedną milisekundę. Głównym powodem wprowadzenia sieci opartej na większych częstotliwościach, jest niewątpliwie rozbudowanie internetu rzeczy, który obejmuje szereg urządzeń działających bez bezpośredniej kontroli człowieka. W ten sposób działać mogą różnorakie maszyny przemysłowe, rolnicze, czy domy. Niskie opóźnienia umożliwiają kontrolę w czasie rzeczywistym, przez co moduły telefoniczne znajdą zastosowanie w inteligentnych samochodach oraz znacznie poprawiają niezawodność. Z kolei większa transmisja bezprzewodowa pozwala na przesyłanie danych z większą prędkością. Dla porównania, 4G pozwoliło na prędkość pobierania danych rzędu do 1 Gb/s, a w 5G jest to już do 20 Gb/s. Fizyka pozwala nam na niemalże nieograniczone badania nad transmisją bezprzewodową. Pojawiające się technologie mogą aspirować do miana technologii jutra. Niewątpliwy postęp spotyka się jednak z krytyką, czasem mocno przesadzoną. Ogrom informacji w internecie nie zachęca do samodzielnych poszukiwań prawdy. Należy jednak, choćby pobieżnie, zapoznać się z naukowymi aspektami postępu. Tym bardziej, gdy ma się ochotę wziąć widyły, pochodnię i iść palić nowopowstałe maszty! Źródła: https://www.focus.pl/artykul/kuchenka-mikrofalowa

W zależności od częstotliwości, wyróżnić możemy różne fale elektromagnetyczne: radiowe, rentgenowskie, gamma, ultrafioletowe, podczerwone i tak dalej, których długość fali i energia związana jest z częstotliwością (częstością zmian pola na sekundę). Wynika z tego, że im większa częstotliwość, tym większa długość fali i tym mniejsza energia, jaką ona przenosi.

https://geek.justjoin.it/fizyka-siec-5g/ https://nafalinauki.pl/co-to-sa-fale-elektromagnetyczne/

31


Fotostrony

(k)raj utracony Adrian Farnaus Żar leje się z nieba. Około 35 stopni Celsjusza na zewnątrz, w starym, huczącym Kamazie bez klimatyzacji temperatura niebezpiecznie zbliża się do czterdziestu. Oldze ustąpiłem miejsca na sprężynującym fotelu pasażera, samemu rozsiadając się między jej siedzeniem a lewarkiem skrzyni biegów, na przykrytej regionalnym, ornamentowanym dywanem pokrywie silnika. Naprawdę ogromnym eufemizmem jest stwierdzenie, że było mi ciepło. Plan był zupełnie inny – po wcześniejszych przejazdach starą terenówką i ciasnymi marszrutkami chcieliśmy w końcu wskoczyć do jakiegoś wygodnego auta, szczególnie, że tego dnia czekał nas najdłuższy odcinek trasy. Cały zamysł zniszczył nam jednak kierowca czerwonego Kamaza – kiedy szliśmy poboczem sam zatrzymał się, aby upewnić się, że nie potrzebujemy podwózki. Co mieliśmy zrobić? Rozłożyliśmy ręce i wdrapaliśmy się do szoferki.

K 32

F


Takich historii z wyprawy do Armenii mam znacznie więcej. O tym, jak nieznajomy, poznany na ulicy człowiek zaprosił nas do swojego domu i ugościł jak starych przyjaciół. O tym, jak dzięki determinacji jednego z mieszkańców pewnej górskiej miejscowości uniknęliśmy bliskiego spotkania trzeciego stopnia z polem minowym. Wreszcie, o rodzinnym świętowaniu, do którego zostaliśmy zaproszeni przez właścicieli mini-hostelu, w którym nocowaliśmy. Oprócz tego, chciałbym tutaj napisać o kulturze tych ludzi, o pięknie natury, która w Armenii jest naprawdę wyjątkowa, o wspaniałych zabytkach, ale także biedzie i nierównościach społecznych trawiących ten kraj… ale nie napiszę. W świetle ostatnich doniesień na temat eskalacji konfliktu w Górskim Karabachu – o przesiedleniach tysięcy kobiet i dzieci w głąb kraju, o setkach osiemnasto i dziewiętnasto letnich chłopców, którzy zamiast chodzić do szkoły, w drugiej dekadzie XXI wieku przelewają krew za to, by ich rodziny mogły żyć we własnym państwie - te wszystkie wcześniej wymienione rzeczy wydają mi się nieistotne. Jedyne, co teraz naprawdę ma znaczenie, to uświadomienie Cię kim są ci ludzie, jaka jest ich historia i co doprowadziło do dzisiejszych wydarzeń. A o tym, czym Armenia była jeszcze kilka miesięcy temu, niech opowiedzą fotografie. W zeszłym roku, w krótkim cyklu instagramowych minireportażów z Armenii, pisałem między innymi o niespotykanej niemal nigdzie indziej „dotykalności” historii. Uderzającym doświadczeniem było dla mnie poznanie od środka miejsca, w którym doskonale widać skutki opisywanych w książkach, przewodnikach i gazetach wydarzeń historii najnowszej, a gdzie jednocześnie w tak wielu zabytkach tworzy się wyraźne odbicie czasów bardzo odległych. Ormianie to naród, który mimo ogromnego pragnienia, by nareszcie stać się uczestnikiem teraźniejszości XXI wieku, codziennie na nowo musi mierzyć się ze swoją przeszłością. Aby zrozumieć, choćby w bardzo podstawowy sposób, obecną sytuację tych ludzi, należy cofnąć się do roku 1915.

24 kwietnia 1915r. najważniejsi urzędnicy tureccy podjęli decyzję o całkowitej eksterminacji Ormian, zamieszkujących w ich państwie. Tego samego dnia zamordowanych zostało 2300 przedstawicieli ormiańskiej inteligencji w Stambule. W kolejnych miesiącach z sukcesami realizowano plan przywrócenia wspaniałości i narodowej jedności Imperium Osmańskiego. Do 1917 roku w wyniku rozstrzeliwań, tortur, głodu oraz tzw. marszów śmierci, zginęło między milion a półtorej miliona Ormian. Około 500 tys. zdołało uciec do innych państw, w wyniku czego dzisiaj z 11 milionów etnicznych Ormian, jedynie 3 miliony żyją w Armenii. Turcja wciąż w swoim oficjalnym stanowisku odcina się od odpowiedzialności za tę zbrodnię oraz w sposób czynny wspiera inicjatywy militarne wymierzone w Armenię. Aby zobaczyć pełniejszy obraz dzisiejszej Armenii, należy najpierw przyswoić historię stosunków z Turcją, a następnie zagłębić się w relacje z Rosją oraz Azerbejdżanem. Z Turkami sprawa jest klarowna, z pozostałymi dwoma wszystko zatapia się w odcieniach szarości. Szarość ta, medialnie nieatrakcyjna, tworząca gęstą papkę sprzecznych oskarżeń, opinii i odmiennych interpretacji tych samych wydarzeń, wymaga uwagi, pochylenia się nad nią w celu wydobycia chociaż części prawdy. Większość XX w. zarówno Armenia jak i Azerbejdżan spędziły kontrolowane przez Moskwę. Wśród ludności Armeńskiej panowały nastroje raczej niezbyt przychylne Rosjanom, co tak jak w innych krajach, spowodowane było przede wszystkim godzącą w prawa człowieka polityką wewnętrzną, deportacjami i wykorzenianiem kultury narodowej. Jednak czas wielkości ZSRR był zdecydowanie pozytywny dla rozwoju gospodarczego regionu, a także chwilowo uwolnił kraj od zagrożeń ze strony państw muzułmańskich. Tej protekcji Armenia potrzebuje do dzisiaj, ponieważ dobre stosunki z Rosją są jedynym gwarantem zachowania stabilności oraz uzyskania potencjału militar33


Fotostrony

34


Fotostrony nego, niezbędnego do ochrony granic. Górski Karabach to region, który został po raz pierwszy zajęty przez Armenię w 95r. n.e i później wielokrotnie przechodził z rąk do rąk. Jego autochtoniczna ludność w dość krótkim czasie zasymilowała się z Ormianami oraz przejęła od nich wiarę chrześcijańską. Azerbejdżan, po rozpadzie istniejącej w 1918 roku Federacji Zakaukaskiej, z poparciem rządu tureckiego (tego samego, który odpowiedzialny był za ludobójstwo Ormian), używając siły zajął teren Karabachu. Zostało to zaakceptowane na arenie międzynarodowej, głównie przez wzgląd na Azerskie złoża ropy, do których dostęp uzyskać chciały państwa europejskie. W czasie istnienia Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej na terenie Górskiego Karabachu utworzono Nagorno-Karabachski Obwód Autonomiczny. Jego ludność, wciąż identyfikująca się jako ormianie, po rozpadzie ZSRR chciała uzyskania niepodległości. Władze Azerbejdżanu na te pragnienia odpowiedziały wcieleniem obwodu autonomicznego na powrót w granice swojego państwa i rozpoczęły ekonomiczne wyniszczenie odizolowanego regionu. W tym samym czasie przez kraj przeszła fala antyormiańskich wieców i protestów, zakończona pogromami Ormian w wielu azerskich miastach. W Karabachu natomiast zorganizowano referendum, w którym ponad 75% ludności opowiedziało się za odłączeniem od Azerbejdżanu, które było przyczyną wkroczenia na te tereny armii azerskiej. To był początek trwającego do dziś konfliktu. W kolejnych latach partyzanci Karabascy, wspierani przez armeńską armię, uzyskali kontrolę nad terenem właściwego Karabachu oraz kilku niewielkich prowincji azerskich, łączących region z terytorium Armenii. Przez ostatnie 30 lat, aż do dzisiaj, te tereny były Republiką Arcach, inaczej Republiką Górskiego Karabachu, nieuznawanym międzynarodowo państwem, leżącym na terytorium Azerbejdżanu, zamieszkiwanym i kontrolowanym przez Ormian.

Tak w skrótowy sposób rysuje się historyczne tło dzisiejszego konfliktu. W rzeczywistości jego obraz jest jeszcze bardziej skomplikowany, ponieważ na wszystkie zajścia między Armenią i Azerbejdżanem, duży wpływ mają Rosja i Turcja, wspierające przeciwne strony konfliktu. W ciągu ostatnich trzydziestu lat na tych terenach regularnie dochodziło do wymian ognia, a historia tej wojny naznaczona jest wieloma ciemnymi plamami. Oba kraje dopuściły się w czasie jego trwania znaczących nadużyć, w obliczu których ucierpiała ludność cywilna. W ciągu ostatnich tygodni zarówno armia Azerbejdżanu jak i Armenii ostrzeliwała nie tylko obiekty wojskowe, ale również miasta i wsie po przeciwnej stronie granicy. Z rejonu Karabachu we wrześniu i październiku w głąb Armenii ewakuowanych zostało ponad 75 000 osób, głównie kobiet i dzieci. Każdego dnia na froncie giną osiemnasto i dziewiętnastolatkowie, powołani do pełnienia zasadniczej służby wojskowej. Od 27 września wojna pochłonęła już co najmniej 400 istnień, a liczby te codziennie rosną. Coraz lepiej uświadamiam sobie, że Armenia, jaką poznałem w czasie mojej podróży, to miejsce, za którym już dziś zatrzasnęły się żelazne wrota przeszłości. Jaka będzie jutro? Nie wiem - nie żywię nadziei, że jej mieszkańcy szybko otrząsną się po obecnych wydarzeniach, nie zastanawiam się nad losem tysiącletniego dziedzictwa tamtejszych zabytków. Chciałbym jedynie, aby wypędzeni z własnych domów w piękne imię sprawiedliwości, mogli do nich wrócić, aby dzieciaki znowu miały swoich braci i ojców, aby ci ludzie mogli znów normalnie żyć. Nie będę silił się na żaden morał ani puentę, apeluję jedynie – mimo że dzieli nas od tych wydarzeń wiele kilometrów – nie bądźmy obojętni.

35


Fotostrony

36


Fotostrony

Zdjęcia: Adrian Farnaus // KSAF AGH 37


Granice

Od Redakcji Cześć! Żyjemy - pół zdalnie, pół serio. W te jesienne dni polecamy wam lekturę nowego wydania naszego kwartalnika. Na początek zabierzemy was do świata pszczół. Odbędziecie też podróż do Armenii, gdzie obecnie, na obszarze Górskiego Karabachu, trwa wojna. Dowiecie się między innymi dlaczego warto czytać książki po angielsku oraz o co chodzi z systemem satelit Starlink.

Grzybki w granicach lasu (*zalezione przez redakcję)

*zwierzęta zaobserwowane

Wrażenie, że po wakacjach sytuacja będzie lepsza, okazuje się złudne, jednak dzięki zaangażowaniu całej redakcji możemy nieustannie dostarczać wam świeżych treści i projektów. Podziękowania i ukłony ode mnie należą się wszystkim redaktorkom i redaktorom, bez których ich realizacja nie byłaby możliwa. Szczególnie jednak chciałbym podziękować dwóm z nich - Mai i Natalii, które przez ostatni rok i dłużej tworzyły z nami BIS, a teraz rozpoczęły swoje drogi w nowych miejscach. Grafiki Mai mogliście zobaczyć w wielu poprzednich wydaniach naszego magazynu, na social mediach czy plakatach (na przykład w projekcie PSW). Maja zawsze wnosiła świeżość w nasz wizualny wygląd. Z kolei Natalię nie raz mogliście usłyszeć w wywiadach na naszym podkaście „BIScast” oraz przeczytać ciekawe artykuły, które wyszły spod jej pióra - zawsze pełna energii i chętna do wprowadzania nowych form. Współpraca z Wami była wspaniałą przygodą! Dziękuję. Szymon Krzak Redaktor Naczelny Biuletynu Informacyjnego Studentów AGH

Redakcja: Redaktor naczelny: Szymon Krzak Z-ca redaktora naczelnego: Grzegorz Boroń Szefowa działu graficznego: Kamila Kochanowska Szefowa działu dziennikarskiego: Natalia Nitarska Szefowa działu promocji i współpracy: Ewa Mazurkiewicz Zdjęcie na okładce: Adrian Farnaus // KSAF AGH

38

Dział graficzny: Julia Czajka, Joanna Dobrzyńska, Kamila Kochanowska, Szymon Krzak, Maja Sciubis, Ewelina Niemczyk Dział dziennikarski: Grzegorz Boroń, Julia Koziolek, Natalia Czachor, Natalia Nitarska, Weronika Rawska, Kamil Serafin, Aleksandra Skrzypiec, Justyna Spórna, Zuzanna Szott, Agnieszka Wróbel Dział promocji i współpracy: Karolina Machnik, Sylwia Madej, Ewa Mazurkiewicz, Natalia Pietrewicz, Sylwia Sowa


Gdzie są granice? Redefiniujemy pojęcie znanego świata. Zostaliśmy XVI wiecznymi żeglarzami statku płynącego przez Pacyfik - jak Magellan na Trinidad - zerkamy na horyzont morza i nie mamy kompletnie pojęcia co nas za nim spotka.

39


40


Od edukacji do wydawnictwa, czyli droga projektu

Rozmowa z Marią Dudek oraz Danielem Kuśmierzakiem 41


42


43


cm.agh.edu.pl

44

Profile for BIS AGH

BIS AGH Kwartalnik "Granice" 2020  

Advertisement
Advertisement
Advertisement