Zjedli nam gofry | Kwartalnik 07/2022

Page 1

lipiec 2022

zjedli nam gofry





lipiec 22

5

zjedli nam gofry

droga czytelniczko, drogi czytelniku,

trzymasz właśnie w swoich rękach kwartalnik, w którego wydanie nasza redakcja wkładała siły przez ostatnie miesiące. Wspólnie szukaliśmy lata w naszych wspomnieniach, marzeniach, nadziejach i otaczającej nas rzeczywistości. Jednak to lato jest w tym roku dla nas inne – czereśnie, maliny i truskawki nie smakują już tak samo, jak wtedy, gdy rodzice brali nas na wymarzone, nadmorskie wakacje. Kąpiele w przyjemnie chłodnych jeziorach, długie, wieczorne spacery i beztroskie godziny na piasku przerywa nam bolesna, chropowata myśl o trudnych zmianach politycznych, społecznych i środowiskowych, które czają się za rogiem. Dlatego chcemy być z Tobą szczerzy i dajemy znać, że ktoś zjadł nam nasze letnie, pyszne i bezczelnie słodkie gofry – a wraz z nimi beztroską lekkość letnich dni. Nie poddajemy się jednak i w tym wydaniu naszego magazynu poszukujemy nie tylko straconych gofrów, swawolnych, lekkich dni, ale też tego, co ważne i ludzkie. Mam nadzieję, że zanurzysz się z nami w tej letniej krainie i znajdziesz w niej nie tylko słodki smak lodów z deptaka, ale również chwilę na to, żeby pomyśleć o tym, co naprawdę istotne. Przyjemnej lektury! Natalia Nitarska Redaktorka Naczelna BIS AGH


6

zjedli nam gofry

Spis Treści

spoj r zenia

portrety

8

Śliwki na sośnie: nie wiemy, co z nas wyrosło

28

Tasha Tudor wyłącza się z tego świata

14

Spływowe wynurzenia

34

Nie umieraj, to będzie podejrzane

18

Marsylia. Wschód, czy upadek kultury?

21

Dorociństwo

25

Najlepiej byłoby nie przesadzać drzew w ogóle

lipiec 22


lipiec 22

7

zjedli nam gofry

op t y k a

twory

galimatias

40

44

Kajakowanie

66

Poszukiwane, poszukiwana

46

Przepis na gofry

68

FOR AM

48

niedomknięte

70

pomiędzy słowami

53

Pamiętnik ze zwykłego życia

72

Galeria

55

Tęsknoty nieznane

58

Sen

60

[z głową pełną deszczu]

62

Nostalgia

Plamy na klonie


8

zjedli nam gofry

zjedli nam gofry | kwartalnik

Sprawdź naszą plejlistę zjedli nam gofry na Spotify i posłuchaj dźwięków, które towarzyszyły autorom i autorkom podczas tworzenia tego wydania.

lipiec 22


SPOJRZENIA SPOJRZENIA


10

zjedli nam gofry

spojrzenia

Śliwki na sośnie: nie wiemy, co z nas wyrosło tekst: jó zefi na a roda z ilustracje: m a łgor zata kac zm a rc zy k

Kulfon Kulfon co z ciebie wyrośnie Martwię się już od tygodnia (to się nie martw) – Kulfon, co z ciebie wyrośnie? Andrzej Marek Grabowski

Do tekstu posłuchaj: Kulfon, co z Ciebie wyrośnie? – Mirosław Wieprzewski, Zbigniew Porębski

lipiec 22



12

zjedli nam gofry

spojrzenia

lipiec 22

a po wieczorynce chodziliśmy spać

nie trza miodu ino głodu

„Żebyśmy tylko głodu nie zaznali, żebyśmy go nie zaznali”. Kiwali nad małymi wersjami głów, które odmawiały obiadów. Wołali do naszych podstawówkowych sumień na szkolnych apelach, żeby nie wyrzucać drugich śniadań do kosza na śmieci. Nowe pokolenia zaczęły wrastać do świata, w którym coraz trudniej było przeforsować w wyobraźni wersję o nagłym deficycie kanapek. Że niby co? Nagle te wszystkie pudełka śniadaniowe z Kubusiem Puchatkiem, Małą Syrenką, Sharpay Evans, Spidermanem i Zygzakiem McQueen przestają mieć zastosowanie? W sklepie nie będzie dotychczasowych ściśniętych rzędów kinder czekoladek, kinder delice, kinder country, kinder bueno, a kinder niespodzianki okażą się puste jak sala lekcyjna w lipcu? Kto by nam to zabrał? Nam? Urodzonym pod znakiem żelków-hamburgerów, kisielu o smaku coca-coli, gwizdających lizaków, uśmiechniętych czipsów–duszków, mącznych papierosów i jadalnych banknotów euro? Głosy tamtych dorosłych, że „nie trza miodu ino głodu”, że „oni pamiętają takie czasy”, że „to się w głowie nie mieści”, że „kiedyś nie było”, że „jedz to, nie denerwuj”, nie działały. Miód (pod różnymi postaciami) niezaprzeczalnie, nieustannie b y ł. A głód? Głód to bardziej to żółte pokraczne stworzenie w zielonym t-shirtcie z brzydką gębą, które pojawiało się w telewizyjnych reklamach w przerwie między Jedyneczką a Domisiami, niż brane na serio uczucie pustki w żołądku. Na rynku umacniał się pakiet Komfort&Kaprys. Swoją ofertą kusił sprawnie też i starsze pokolenia, które coraz pewniej rozsiadały się na wyjątkowo miękkich, idealnie dopasowujących się do kształtu człowieka kanapach. Mało komu chce się po czymś takim wracać do twardych, niepodatnych na modulacje krzeseł. Te mają raczej dokuczliwą przypadłość przypominania o istnieniu kręgosłupa. Coraz ciężej jest trzymać się prosto, korygować postawę – już lepiej niech się świat nachyli do poziomu naszych zgarbień.

Ostatnio często wracam myślami do słów Oksany Zabużko, które padły podczas jej spotkania autorskiego w Krakowie. Początek kwietnia tego roku. Zabużko opowiada o wielu rzeczach, ale głównie o Ukrainie i wojnie, której eskalacji jesteśmy świadkami od 24 lutego. Na potrzeby rozmowy o tym, co dzieje się w jej kraju, nakreśla tło historyczne, społeczne, polityczne, gospodarcze. Mówi długo, tworząc szeroki obraz współczesności: tego, czym jesteśmy, co w nas szwankuje. W pewnym momencie dzieli się swoją obserwacją, że tym, czego my-teraźniejsi boimy się najbardziej, jest najwidoczniej u t r a t a k o m f o r t u. I to jakoś mnie uderza, zostawia w myślach siniaka. To jest jak wciśnięcie przycisku, który uruchamia instalację całego oprogramowania. „Kliknij tutaj, żeby zobaczyć więcej”. Zdiagnozowane w ten sposób społeczeństwo odsłoniło się nagle jako arena mniejszych i większych walk o popuszczanie lub tamowanie swojego przydziału komfortu. Działamy dotąd i do takiego stopnia, aż coś nie budzi w nas poczucia, że wymyka się wygoda praktykowanej codzienności, że porządek elementów składających się na naszą komfortową normę nie zostaje zagrożony, zaburzony. Nauczyliśmy się, że dyskomfort ma być automatycznie eliminowany. Najlepiej, żeby nas nawet nie zdążył drasnąć. I z jednej strony: owszem, nie chcemy tego czuć, nie chcemy czuć się nieswojo. Przechodzimy wciąż etap wyrabiania zdrowego balansu między empatią, pomocą innym, dawaniem z siebie jak najwięcej tam, gdzie sprawa tego wymaga, a chronieniem siebie, stawianiem na pierwszym miejscu swojego dobra, a czasem raczej komfortu. Bo są momenty, że trudno to rozróżnić. To, co sprawia, że czujemy się tymczasowo bezpiecznie, stabilnie i wygodnie, na dłuższą metę może okazać się nie tak dobre, jak to pierwotnie postrzegaliśmy. A jeśli praktykujemy ostateczne wybieranie komfortu własnego w każdym jednym wypadku, to przestaje on być czymś, co jest się w stanie docenić, wyróżnić. Wchłania się w nas, kontroluje nasze postrzeganie, decyzje, rozwój. Przestaje być wartością, na którą zdrowo jest pracować i osiągać w danym momencie. Jest stanem, w który chcemy wmusić atrybut permanentności, nieodwracalności. I o ile teoretycznie nie brzmi to jak coś złego, o tyle sposób, w jaki człowiek nieraz zyskuje i utrzymuje komfort, stawia pod znakiem zapytania naszą moralność. Puchniemy od zachłanności. Rezygnacja z czegoś, co ułatwia, umila, urozmaica życie, urasta do poświęcenia, na które przestaje nas stać. Wyrzeczenie nabiera wydźwięku czegoś przestarzałego, zabarwionego niepotrzebnym średniowiecznym ascetyzmem. Oddanie ułamka własnej, prywatnej wygody na rzecz czegoś „spoza” siebie urasta do heroizmu. Co się w nas budzi w reakcji na apel, żeby zastanowić się, gdzie jest granica luksusu, żeby kupować mniej i rozsądniej, nie tworzyć kuriozalnych


lipiec 22

spojrzenia

zjedli nam gofry

potrzeb, oszczędzać wodę, prąd, rezygnować z masowości, przesunąć się i zrobić miejsce komuś drugiemu, pomyśleć o historii życia i śmierci kurczaka zanim stał się elementem talerza? Co się dzieje w konfrontacji z tymi „przygryzaczami wolności”? Szczyka z nas agresja. Włącza się tryb obrony. Przerzucamy się racjami, niesieniem odpowiedzialności, ośmieszamy skuteczność i słuszność jakiejkolwiek oddolnej mikro-akcji. „Nic nie jestem w stanie zrobić” – mówimy na różne okazje i nie ma w tym wiele z sedna smutku. Momentami brzmi to bardziej jak zaklęcie, modlitwa o osiągnięcie ostatecznej bezsilności, która raz na zawsze zwolniłaby nas z niewygody wyrzutów sumienia. Wychowaliśmy się, mając definiujące rytm dnia wieczorynki o dziewiętnastej. To się nam należało, to nam było przypisane. Nasza praktyka wieczornego usypiania świadomości. Polubiliśmy to uczucie, że po wieczorynce nie obowiązuje nas nic więcej oprócz niezakłóconego snu. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, jak zachowuje się osoba wyrwana w środku nocy przez wiadomość, że właśnie rozpada się wszystko, wszyściutko, co do tej pory znała. trzydzieści sekund mikrofalowych

Cierpliwości uczyła nas mikrofalówka i była złą nauczycielką. Rozpieściła człowieka, który zaczął domagać się szybkiej realizacji, łatwego dostępu do ciepła, bezproblemowego podgrzania tego, co stało się już zimne, wszelkich możliwych skrótów. Fastfoodowanie rozlazło się na inne płaszczyzny rzeczywistości. Coraz mniej w nas umiejętności czekania. Uzależniło nas tłuste piękno przywileju regularnej dostawy, oferty gęstniejącej od coraz to nowych produktów. Chcemy ugryźć wszystkiego po trochu, w efekcie nic nie jest zjedzone do końca. Przypomina

się Kaonashi z Krainy bogów Miyazakiego. Stworzenie, które nie wie, czym jest i czego chce. Szuka zapełniaczy pustki dowolnej jakości. Przymierza tożsamości. Żąda, bo odkrywa, że może. Pożera bezrefleksyjnie wykorzystując swój moment pokrętnie zdobytej dominacji nad otoczeniem. Jego zachowanie nie ma porządku ani jasno określonego celu. Jest tylko desperacka próba uchwycenia się chwilowego uczucia satysfakcjonującej sytości. Wydaje się, że trzeba jeść póki jest, póki ciepłe, póki dymi dla nas. To jest nasze trzydzieści sekund. Trzydzieści sekund mikrofalowych. Skrótowość, dążenie do szybkich, rozładowujących skomplikowany bagaż emocji spięć ujawnia się też, moim zdaniem, w naszej chęci zmemowania każdej możliwej kwestii. Istnienie takiej formy jako pewne urozmaicenie dyskursów nie wymagających zachowania konkretnego stopnia powagi są kolejnym, fajnym, kreatywnym narzędziem-wędką na naszą uwagę. Potencjalną metodą oswajania ze szczodrym w swojej absurdalności systemem funkcjonowania w społeczeństwie. Problem pojawia się wtedy, gdy zaznajamianie się ze zgrają humorystycznie osadzonych na granicy kiczowatości memów propagujących, chcąc nie chcąc, uproszczony pogląd sprawy zastępuje lekturę rzetelnych raportów czy odsłuchanie rozmów ze specjalistami w danej dziedzinie. Nie wszystko można podsumować żartem. Nie zawsze wypada zmiękczyć problem do jednego obrazka opatrzonego porozumiewawczo wyszczerzonymi do odbiorcy fontami. Trudno mi nie ulegać zniechęceniu, kiedy dostrzegam, jak sprawnie kursujące w danym środowisku memiczne treści niepokojąco awansują do bycia czymś więcej niż migawką z danego tematu czy zachętą do głębszego zainteresowania się sprawą. Momentami wykorzystuje się je jako gotowe,

13

pozbawione indywidualnej refleksji komunikaty w dyskusjach w gronie znajomych, jako łatwo wyciągane z rękawa argumenty, nie wymagające dalszego tłumaczenia. Pogapmy się dłużej na siebie. Spójrzmy, jak przetaczające się przez dany kraj katastrofy naturalne, wyłowione z magmy udręk prywatne tragedie, wybuchające konflikty zbrojne i kryzysy humanitarne mają przyzwolenie na „męczenie” nas swoją dokuczliwą, budzącą dyskomfort obecnością przez ograniczony wymiar czasu. Cierpienia cudze mają przydatność empatii o długości przechowywania otwartego słoika w lodówce. Po kilku dniach do wyrzucenia i dajcie coś świeższego, bo się od tego potrujemy. Często problemy, o których na fali wydarzeń chcemy się rozpisywać, o których chaotycznie zbieramy informacje z różnych, nieraz niesprawdzonych źródeł, żeby w utajonej glorii móc zachłysnąć się własnym szerokim rozumieniem świata i hojnie okazywanym współczuciem, te królewsko szczodre w jednym momencie słowa wsparcia, gesty, akcje, trendy na Instagramie, Facebooku czy Twitterze, bywają zaledwie pobawieniem się w świadomość i atlasowe dźwiganie ciężaru świata, po to, by nie wytrzymać i zwolnić się z zajęć z rzeczywistości. Subskrybujemy martwienie się na okres tygodnia. To, że głosy w danej sprawie milkną, w rozpieszczonej naiwności interpretujemy jako uspokojenie się, pewne rozwiązanie sytuacji. Trudno zrozumieć, że coś cichnie tylko dlatego, że przestaje być podatne na atrakcyjne wspólne, globalne modelinowanie świata. mama, brzuch mnie boli

W dobie skrajnego unaocznienia, rejestrowania i podawania do publicznego odbioru


14

zjedli nam gofry

spojrzenia

niemalże wszystkiego (od euforycznego aktywnie budowały swoje kariery. I co to dzielenia się przez osobę prywatną swoim ma być? Ta huśtawka wiadomości w tę i we skrawkiem sukcesu przez informacje o in- w tę nie jest jakimś wariackim snem, tylko fantylnej, celebryckiej aferze po szczegółowe obrazem naszego świata? Jak się wobec tego doniesienia o obezwładniających w swoim zachować? Jaką postawę przyjąć? Jak mamy okrucieństwie aktach przemocy) finiszu- być w porządku w świecie, który działa na jemy dzień w poczuciu chorobliwego za- nieporządku, na przemieszaniu wszystkiego: trucia pokarmowego. Człowiek czuje się elegancji i kiczu, powagi i pastiszu? Jakim czasem jak poszczuty do połknięcia wszyst- cudem wypracować równowagę między kiego testowy egzemplarz informacyjnego „strasznie to przeżywam i nie widzę żadnej żołądka, któremu podaje się naraz śniadanie, nadziei dla ludzkości” a „nie mogę żyć wyobiad, deser i drinka, miesza w jednym garze, łącznie cudzymi nieszczęściami, odpowiaczęstuje i patrzy, co z tej mieszaniny zdoła dam tylko za siebie”? Bardziej mamy wobec w nim zostać. Mam wrażenie, że nieustan- tego płakać czy śmiać się? Dać upust radości nie coś w nas bulgocze, że soki trawienne nie czy smutkowi? Może już nie ma sensu tego wyrabiają, chcą fajrantu, a tu nie ma na to różnicować? Może nie da się inaczej jak szans. Jest: za dużo, za często, za różne, nie- jednoczesne, zmieszane, poskręcane odczuzdrowo zmiksowane do niestrawialnej papy. wanie egzystencjalnej posłodzonej goryczy? W głowie chlupoczą informacyjne ekstrema, A gdy od tego mętlikostwa rozboli brzuch, obijają się o siebie, kotłują, tworzą dziwne, to dobrze, jeśli jest kogo zawołać i się ponienaturalne kombinacje. Gubimy to, co skarżyć. Liczyć, że z czasem to minie albo naprawdę ważne, a wchłania się bzdura. że przywykniemy do dyskomfortu. I tyle, Próbuję pojąć, w jaki sposób nasz świat bo skutecznych kropel na tę dolegliwość jeszcze nie eksplodował napięty od takich chyba nie wynaleziono. kontrastów. Wystarczy przejrzeć kafelki zachęcające do przeczytania artykułów na popularnych portalach informacyjnych. Jak w ogóle zmieścić w ramach tej samej rzeczywistości zainteresowanie kupnem papierka po lodach promowanych przez daną grupę młodych ludzi przy jednoczesnej rezerwie odczuwanej wobec wpłacania na zbiórki na rzecz pozarządowych organizacji humanitarnych? Jak pomieścić obok siebie świadomość ogromu co dzień marnowanej żywności z raportami z miejsc, gdzie umiera się z głodu? fa n ta s t yc zne wa kacj e

Jesteś w kawiarni, pijesz kawę i rozmawiasz i ja k j e zł a pać z kimś, nie wiem, o zbliżającym się nowym sezonie serialu, a potem docierają do ciebie I jak tu w tę talię kart wsunąć rozbrajającego, informacje o tym, co spotkało mieszkańców długo wyczekiwanego jokera – wakacje? Jak Mariupola czy Buczy. Jesteś na zajęciach, uczciwie brać wolne od, dosłownie, wszystzalewają cię stłoczone od zdań slajdy, może kiego? Wyjeżdżać w góry, nad jezioro, nad w telefonie właśnie rezerwujesz sobie tani morze, do cieplejszych krajów o radośniejlot do kraju innego niż ten, a potem gdzieś szym charakterze. Udawać? Nawet nie udaw tle wyświetla się informacja, że Talibo- wać, bo to jest prawda: my bierzemy urlop wie, mimo wcześniejszego zarzekania się, że od zmartwień, żądamy beztroski, płacimy zmienili swój sposób myślenia i działania, za nią. Czy to uczciwe? Czy właśnie nie jednak wprowadzają na powrót projekt powinniśmy obciążać się, zadręczać tego „zarządzania” życiem kobiet. I ty polecisz typu myślami? Zatem po prostu: póki mogę do kraju innego niż ten, a one są w kraju – korzystam. I już? Bez nawet źdźbła zwąttylko tamtym i nie będą mogły siedzieć pienia, ciemniejszej chmury? w restauracji obok mężczyzn ani chodzić do parku w ten same dni, co oni, a jeszcze niedawno były studentkami, sportowczyniami,

lipiec 22

Koncepcja wakacji sprzyja też rozwojowi innych, bardziej zmyślnych form eskapizmu. Wyjeżdżamy nie tylko w miejsca sensu stricto. Tworzymy dystans, ucieczki od rzeczywistości zarówno fizyczne, jak i mentalne. Wyruszamy głową w przeszłość podglądaną z sentymentalną lupą, tworzymy w wyobraźni idealne wersje żyć zgodne z rozsiewającymi się po mediach społecznościowych estetycznymi systemami albo pakujemy się i wyprowadzamy do fikcji. Zaczynamy mieszkać myślą bardziej w filmowym uniwersum, książkowym świecie, wracamy do tego, co pełni u nas rolę bezpiecznej przystani. Ciągnie nas do generycznych programów rozrywkowych, które wydają się niczego nie wymagać, do niczego nie zobowiązywać. Przestrzeń gier komputerowych staje się atrakcyjniejsza, bo przez kilka godzin możemy upajać się poczuciem kontroli nad fabułą, której brakuje w prawdziwym życiu. Jak grzyby po deszczu wyłaniają się zabawkowe kulty jednostek (sportowców, aktorów, muzyków, wpływowych przedsiębiorców), które, na fali zbiorowego rozemocjonowania, równie łatwo budujemy, jak potem zaczynamy burzyć. Nie ważne j a k zdobywamy swój przydział „lepszego świata”, ważne, żeby działał – angażował do tego stopnia, żeby na chwilę zapomnieć o tym, co tuż obok. Poddajemy wyobraźnię eksperymentalnym powrotom do czasów minionych. Przetwarzamy jeszcze raz kultowe znaczniki naszego dzieciństwa i wczesnych lat nastoletnich. Usiłujemy sobie nadać prawo do ironicznie-nieironiczniego re-oglądania wszystkich części High School Musical i Zmierzchu. I rytualnie fajczymy wspomnienia. Bierzemy takiego Shreka, Miodowe Lata, Lippy and Messy i rozkładamy te produkcje, patrzymy okiem postarzałym, przetwarzamy, dyskutujemy z użyciem języka dorosłych o czymś, co dotyczyło naszych młodszych wersji. Robimy repetę treści, bo pamiętamy, że coś nam smakowało i chcemy jeszcze. Przypominamy sobie, jak w wakacje telewizja wypruwała z siebie tradycyjny zestaw: Stawiam na Tolka Banana, Do przerwy 0:1, Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek. Miało się czas oglądać wszystko jak leci, wszystko po sto razy. Te seanse były gwarancją – znów dostaniesz swoje lato, rozwlekłe od lenistwa, ciepłe i pewne, jak ziemniaki z półmiska, dni. Skaldowie śpiewali:


lipiec 22

zjedli nam gofry

„Szanujmy wspomnienia, bo warto coś mieć, gdy przyjdzie nasz fin de siecle”. Okazuje się, że nasze „końce wieku” przyłażą do nas regularnie i męczą. Męczą straszliwie. A na czas kryzysu chwytamy się czego popadnie – wiórek na dnie piórnika, śladów na kartkach po lepkich palcach. Legenda głosi: powstają rurociągi z wyschniętych długopisów żelowych. Mają nam dostarczać alternatywną energię. Żebyśmy, mimo wszystko, kwitli, prosperowali. I kiedy w lipcu, sierpniu, wrześniu znajdziemy się nad wrzaskliwym od mew i gumianym od meduz morzem, kiedy w budce przy plaży zamówimy chrupkiego gofra z bitą śmietaną, śliską brzoskwinią, mulastym bananem, kwaśnym kiwi i miękkim hełmem malin, kiedy naddatek śmietany skapnie nam na odsłoniętą w klapku stopę, chlapnie na spodenki, a osa chamsko pocałuje naszego gofra, kiedy zarzęzi w nas bezsilna złość na to, że nawet w wakacje, nawet w wakacje (!) nic nie idzie tak, jak trzeba – powiedzmy sobie: „okej, zaraz”. Wersja, w której wszystkie plany zrealizowane, konstrukcje idealne, przeszkody pokonane, zagrożenia zażegnane et cetera – to wszystko należy do świata Boba Budowniczego (który zawsze da radę). A choćbyśmy nie wiem, jak bardzo się starali pasożytniczo trzymać iluzji, to, koniec końców, przychodzi moment, kiedy wypada sobie podarować klarowny osąd: tamto to bajka, a to – tylko ja. I chociaż w trzeźwym świetle poranka nie jesteśmy pewni, co to jest to „ja” i co z nas konkretnie wyrosło, to przecież jednak wyrosło, no i jakoś stoi do tej pory. No i żyje. No i cześć.

spojrzenia

15


16

zjedli nam gofry

spojrzenia

Spływowe wynurzenia tekst: we r a j e lone k ilustracje: w e roni k a rom ani e c

Myślę, że być może umieramy każdego dnia. Być może rodzimy się na nowo z każdym świtem, trochę inni, w innym miejscu na naszej drodze. Kiedy między tobą a osobą, którą byłeś, znajdzie się wystarczająco wiele dni, stajecie się sobie obcy. Może na tym polega dorastanie – Książę cierni, Mark Lawrence

Do tekstu posłuchaj: Chelsea Cutler – You're Gonna Miss This

lipiec 22



18

spojrzenia

Siedzimy na rozkładanych krzesełkach. Tata gotuje nam obiad, my się wygłupiamy. W ręce trzymam ulubionego pluszaka, dalmatyńczyka Morę. Rozglądam się. Widzę obok nasz igloopodobny namiot, za nim nieśmiały, niewielki lasek. Nie mogę się doczekać jutrzejszej wyprawy wśród drzew i łąk. Wkoło nas polana, nikogo w zasięgu wzroku. Obraz natury zakłóca jedynie niedaleko zaparkowane auto taty – bordowy citroen xantia (w środku zawsze pachnie zapachową choinką samochodową, a w środku słychać przeboje The Rolling Stones). Świeci słońce, jest cieplutko. Przymykam oczy… …i otwieram je za sekundę. Nie jestem już na polu biwakowym z siostrą i tatą w wakacje, tylko na weekendowym wyjeździe kajakowym z moim chłopakiem i grupą znajomych. No tak, to były tylko przebłyski wspomnień z dzieciństwa. Kiedy zapytałam o nie przy okazji ojca, okazało się, że trochę inaczej wszystko zapamiętałam (na wyjeździe miałam wtedy 3 lub 4 latka, pewnie więcej obrazów kojarzę z opowieści niż z własnych przeżyć). Kto by pomyślał, że na podobny wyjazd w naturę udam się dopiero 20 lat później. Siedzę z moim fajnym na karimacie i jemy właśnie spaghetti. Jest dobrze. Trzydniowy spływ Pilicą okazał się przygodą, której potrzebowałam. Wyprawą, którą doświadczyłam w takim wydaniu pierwszy raz. Wyzwaniem, któremu podołałam i mam ochotę na więcej. To były kilka dni szczerego spokoju i rozluźniającego wyciszenia. Sporo zawdzięczam pogodzie, która akurat dopisała, chociaż prognozy były niejednoznaczne (a jednak udało mi się spalić nos). Rzeka przenosiła nas płynnie z miejsca na miejsce, a my przy (tylko!) odrobinie wysiłku i pracy grupowej mogliśmy przyglądać się z podziwem naturze. Przyznam otwarcie, cieszyłam się nawet z goniących się po rzece kaczek.

zjedli nam gofry

Do tej pory wakacje kojarzyły mi się z lotem do ciepłego kraju, ewentualnie obozem sportowym, czy też paroma dniami u dziadka w innym mieście. Ostatnio w namiocie spałam 5 lat temu na ogródku kolegi z liceum po imprezie, a pływałam jedynie rowerkiem wodnym… To całkowicie odmienne doświadczenia w porównaniu do 3 dni spania pod gołym niebem, trzymania rzeczy w wodoodpornych workach i przemieszczenia się kajakiem od jednego miejsca noclegu do drugiego. Pod koniec wyjazdu piasek miałam wszędzie, kończyła nam się pitna woda, na lewej ręce miałam odcisk, piekła mnie twarz od słońca, nogi miałam obdrapane, ale uśmiech nie schodził mi z twarzy. Czułam się jak mała ja, która przeszczęśliwa właśnie wychodzi z plaży po całym dniu spędzonym przy brzegu morza na kocyku. Weekend spędziłam pływając Pilicą, robiąc kiełbaski pod gwiazdami, poznając nowych ludzi, słuchając ich historii i żartów. Przede wszystkim był to również czas odcięcia się od szeroko pojętego świata zewnętrznego, z jego ciężarem, obowiązkami, zmartwieniami i social mediami. Telefon służył jedynie do puszczania z niego muzyki, a tematyka rozmów w dużej mierze krążyła wokół lekkich tematów. We mnie zapanował długo niedoświadczany w ostatnim czasie spokój, poczułam, jak na chwilę odetchnęłam. Zaskakująco ten wyjazd wywołał we mnie falę nostalgii i obudził dawno zapomniane dziecięce impulsy i pragnienia. Okazuje się, że to nie jest tak do końca, że nie lubię zmian, czy wyzwań. Nie czuję się komfortowo z przekraczaniem swoich granic (a raczej wygodnej, bezpiecznej rutyny) i traceniem kontroli nad sytuacją. Nie jest to równoznaczne z tym, że nie chcę czy nie mogę. Uświadomienie sobie tego trwało wystarczająco długo, ale wreszcie do mnie dotarło. Poczułam ulgę uświadamiając sobie, że mogę walczyć z lękami przed próbowaniem, ewoluować, zamienić nużącą codzienność w coś ekscytującego przez dodawanie małych kroczków-przygód.

lipiec 22


lipiec 22

zjedli nam gofry

Jako dziecko byłam pełna energii, jak to mówią ,,żywe srebro”. Zazwyczaj zadowolona, towarzyska, uwielbiałam wymyślać historie, których bohaterami były moje pluszaki. Wchodziłam na drzewa, co chwilę próbowałam nowego hobby, w każdym miejscu znajdowałam sobie osobę do rozmowy. Gdzieś pomiędzy gimnazjum a liceum przestałam być taka odważna. Straciłam nieustanną pogodę ducha, pojawiły się lęki, negatywne myśli, zahamowania… Trudno mi myśleć o sobie sprzed lat. Wiem, że gdybyśmy się spotkały, byłaby bardzo zdziwiona mną z teraz. Ciekawe, czy by mnie zaakceptowała, polubiła? Przecież inaczej wyglądam, w inne wierzę ideały, interesują mnie odmienne rzeczy, zmieniłam swoje niektóre pasje, nie mam kontaktu z kiedyś najbliższymi osobami (gdzie te BFF1?). Ktoś by może powiedział, że na tym właśnie polega dorastanie i że z wiekiem tak po prostu bywa, że ,,wyrasta się z pewnych kwestii, a życie klaruje nasze podejście”. Może to prawda, ale jakaś siła nie pozwala mi zgodzić się z tą niepowstrzymaną ,,koleją rzeczy”. Czasem łapię się na nieprzyjemnych myślach, że może przez te lata zawiodłam swoje wewnętrzne dziecko w pogoni za byciem dorosłym przez duże D.

1

best friends forever - ang. najlepsi przyjaciele na zawsze

spojrzenia

Dobra wiadomość jest taka, że mam jeszcze czas zrekompensować sobie nieprzyjemne wspomnienia i odzyskać swój blask, znajdując go na nowo. Grunt to wsłuchać się w swoją intuicję, swoje ciało, gdy mówi, że chce spróbować, choć się boi. Nie słuchać wewnętrznego leniwca uwielbiającego szarą powtarzalną codzienność, z której nie mam ostatecznie satysfakcji. Ja wiem, nad czym mogę i chcę pracować. A Ty?

19


20

spojrzenia

zjedli nam gofry

lipiec 22

Marsylia. Wschód czy upadek kultury? tekst: K L AU DI A JAK U BOW SK A ilustracje: K AMI L A KO CH ANOWSKA na podstawie zdjeć autorki tekstu

Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. To, co miało się rozwinąć, ale z jakichś względów pozostało niedorozwinięte; albo wręcz przeciwnie — przerosło plan. – Bieguni, Olga Tokarczuk


lipiec 22

zjedli nam gofry

Francja. Kraj, na temat którego baza skojarzeń potrafi być nieco ograniczona i bynajmniej nie skupia się na negatywnych jego aspektach. Bez wątpienia zalet jest wiele: bogaty wachlarz doznań turystycznych czy kulinarnych, ale również sięgające daleko wstecz dziedzictwo historyczne i kulturowe. Oczywiście pierwszy obraz ukazujący się nam przed oczami to Wieża Eiffla, jednak nie pozwólmy się zatrzymać standardom i posuńmy się w nieco odleglejsze rejony. Podróżując na południe, w pobliże tzw. Lazurowego Wybrzeża, napotkamy nie mniej wartościowe punkty na mapie. Jednym z nich jest Marsylia. Brama do Europy.

Marsylia, drugie największe miasto we Francji, w którym znajduje się najbardziej istotny port w tym kraju, zwykle nie jest kojarzone z niczym innym, jak z popularnymi produktami drogeryjnymi z sympatycznym chłopcem na logo. Jednak gdy spróbujemy zajrzeć nieco głębiej okazuje się, że poza mydłem, które oczywiście jest produktem regionalnym i to chętnie wystawianym na straganach, miasto chowa w swoich zakamarkach o wiele więcej do odkrycia.

Historia Marsylii sięga nie tylko wiele wieków wstecz, ale aż do poprzedniej ery (600 rok p.n.e.), kiedy zawiązały się jej początki jako greckiej kolonii nazwanej Massalia. Następnie jako ważny punkt dla handlu morskiego przechodziła z rąk do rąk począwszy od Juliusza Cezara, przez Wizygotów, Burgundów, Ostrogotów, Franków, aby następnie znaleźć się pod panowaniem królestwa Arelat, Prowansji i ostatecznie zostać częścią Francji w 1481 roku. Niestety, mimo jej bardzo długiej historii, znaczna część miasta uległa zniszczeniu podczas II wojny światowej, dlatego obecnie odnalezienie śladów przeszłych wieków jest utrudnione.

Przez przekazywanie Marsylii „z rąk do rąk”, jej istotne znaczenie dla handlu z Afryką oraz innymi miastami basenu Morza Śródziemnego, wysoki odsetek imigrantów wśród populacji, miasto to stało się stykiem kultur i wielu historii splatającymi się tutaj w odrębne zjawisko – swoistą mozaikę stylów i tradycji. Doceniając ten fakt, miasto zostało wybrane w 2013 roku na Europejską Stolicę Kultury, otrzymując w ten sposób fundusze i przestrzeń na zaprezentowanie się w pełnej krasie. Dzięki tej inicjatywie między innymi powstał MuCEM, czyli Muzeum Cywilizacji Europejskiej i Śródziemnomorskiej, będące obecnie jednym z najbardziej rozpoznawalnych i najchętniej odwiedzanych miejsc w okolicy. Oprócz tego turyści udający się do Marsylii mają okazję zobaczyć tzw. stary port, zamek If, Pałac Longchamp,

spojrzenia

21


22

zjedli nam gofry

spojrzenia

Bazylikę Notre Dame de la Garde, Katedrę La Mayor, dzielnicę Le Panier czy Unité d’habitation – kompleks mieszkalny zaprojektowany przez wybitnego przedstawiciela modernizmu w architekturze Le Corbusiera. Atrakcji można znaleźć oczywiście wiele więcej, jednak to nie one wychodzą na pierwszy plan, kiedy zaczynasz stąpać po marsylskiej ziemi. Od 2013 roku minęło już 9 lat, co zatem zostało ze stolicy kultury?

Zanim dostaniemy się do jakichkolwiek atrakcji, tuż po wyjściu z dworca, to co początkowo rzuci nam się w oczy to nieporządek. Na ulicy pozostawione jest dosłownie wszystko, od różnego rodzaju papierków, opakowań, butelek, po niedojedzone produkty spożywcze i wszelakie sprzęty domowe, włączając w to meble. Ten widok można porównać z bałaganem w pokoju zbuntowanego nastolatka. Właściwie byłoby dobrym określeniem charakteru Marsylii, która mimo swojego niezaprzeczalnego uroku, jednocześnie jest miejscem szeroko pojętej kultury ulicznej, sporu gangów i niebezpiecznych zatargów, włączając w to strzelaniny i handel narkotykami. Przechadzanie się po ulicach po zmroku zdecydowanie nie jest bezpieczne, zwłaszcza w pojedynkę, a i za dnia znajdą się miejsca, których warto unikać.

lipiec 22

Stając przed obrazem, na który składa się wieloetniczność, przestępczość, ale też długa historia i bogata oferta kulturalno-artystyczna i turystyczna, trudno przedstawić stanowczą ocenę dotyczącą wizyty w tym miejscu. Na pewno jest to doświadczenie niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju, z tym, że nie każdy lubi czuć na karku dreszczyk grozy po zmroku. Niezaprzeczalne jest to, że miasto cały czas się rozwija starając się zaproponować coraz to nowe atrakcje i stać się rozpoznawalnym punktem na mapie Francji – oczywiście w pozytywnym kontekście.

Ale co w końcu z tą kulturą? Jak nisko lub jak wysoko ona dryfuje? Jak to bywa, gdy idzie o sztukę, trudno jest znaleźć jednoznaczną odpowiedź, więc również w tym przypadku możemy wysunąć z rękawa zdanie „to zależy”. Postrzegając kulturę jako ogół zjawisk wytworzonych przez człowieka, możemy jedynie stwierdzić, że jej ramy sięgają bardzo szeroko w tym przypadku. Być może jest to atut, który zwiększy partycypację w jej zjawiskach, a być może zniechęci potencjalnych turystów.

Osobiście nie żałuję decyzji odbycia podróży w to miejsce i z ciekawością będę obserwować jego rozwój.

Charakterystycznym znakiem rozpoznawczym dla Marsylii stały się również graffiti, które możemy odnaleźć dosłownie wszędzie, włączając w to ruchome schody w metrze. W obszarze starego miasta – La Panier niemalże każdy budynek jest pokryty tym rodzajem wyrazu artystycznego, jednak w tym przypadku możemy mówić o prawdziwej sztuce a nie akcie wandalizmu. Przechadzając się między wąskimi uliczkami, możemy podziwiać liczne murale, pozostające w różnej tematyce, razem tworzące niespotykaną przestrzeń. Całe to zaznaczenie obecności ludzkiej, zarówno jeśli chodzi o zabytki, sztukę, jak i street art spaja się w efekcie w niespotykany nigdzie indziej „tygiel kulturowy”, który z każdym kęsem smakuje inaczej, choć nie zawsze korzystnie.

Lekki niesmak może budzić również fakt potwierdzającego się stereotypu o niechęci Francuzów do mówienia w innych językach. Oczywiście to zrozumiałe, że każdy jest dumny ze swojej narodowości i dziedzictwa, jednak będąc krajem wysoko rozwiniętym, nastawionym na turystykę, można by się pokusić o co najmniej lekkie ugięcie się w stronę komunikatywności. Mogłoby to mieć miejsce, chociażby w przypadku próby zamówienia kawy, co niestety musi odbywać się na migi. Brak komunikatywności staje się większym problem w związku z faktem, że dużą część społeczeństwa Marsylii stanowią imigranci.

Strona internetowa Marsylia.pl - wszystko o Marsylii. Dostęp: 31 maj 2022 Strona internetowa BRYLA.pl, 2013 Marsylia: Europejska Stolica Kultury 2013 Dostęp: 31 maj 2022 Strona internetowa en.wikipedia.org, History of Marseille . Dostęp: 31 maj 2022 Strona internetowa Otwarty Przewodnik Krajoznawczy, 2012, Marsylia. Europejska Stolica Kultury 2013, krajoznawcy.info.pl, Dostęp: 31 maj 2022 Strona internetowa Travel S Helper, 12 października 2020, Marsylia niegdyś stolica narkotyków, dziś europejska stolica kultury, https://travelshelper.com/pl/magazine/tourist-destinations/marseille-once-capital-of-drugs-today-a-european-capital-of-culture/ . Dostęp 31 maj 2022.


lipiec 22

zjedli nam gofry

Dorociństwo tekst: M AŁ G OR Z ATA L E SZCZYŃ SK A i lu s t r a c j e : AM E L I A KOWAL SK A

Jakże zagadkowe są te wszystkie zmiany! Nigdy nie jestem pewna, kim będę, z minuty na minutę. – Alicja w Krainie Czarów, Lewis Carroll

Do tekstu posłuchaj: Danny Elfman - Alice's Theme

spojrzenia

23


24

spojrzenia

zjedli nam gofry

Zastanawiałam się. Zastanawiam? Jeszcze nie wiem, czy „wiesz, ja jeszcze w temacie dorosłości chcę dodać…” skończyłam, ale w każdym razie – myślę. Myśli się miało, – ha, czyli też zaczęli o tym myśleć! Wszyscy, nie tylko ma i będzie miało, a moje dotyczą dorosłości. Proste ja, zaczęli szukać odpowiedzi, które może będą bardziej pytanie „czy uważam się za osobę dorosłą?” zostawiało materialne, kolorowe i dźwięczne niż te, których mi w mojej głowie pustkę – brak kolorów, dźwięków, prze- udzielili – złapani nagle, nieprzygotowani na rozmowę. strzeni a pomiędzy tym niczym, po chwili, jak na ironię, A może przygotowani w takim samym stopniu jak na materializowało się przestrzenne, kolorowe i dźwięczne zmierzenie się z dorosłością? „NIE WIEM”. To nie była dla mnie komfortowa sytuacja – musiałam pogodzić się ze świadomością, że nie za bardzo wiem, na czym stoję. Nie umiem określić siebie. Każdą rozmowę zaczęłam od prostego pytania: Czy Okropne uczucie, ścisk w żołądku, ukłucie w żebrach, Ty uważasz, że jesteś osobą dorosłą? gorzki posmak w ustach. Jak to – nie wiem? Jestem albo nie jestem, należy odpowiedzieć jednoznacznie. Powinnam być. Powinnam być? Im więcej się zastanawiaJR: Nie. Nie uważam, żebym była osobą dorosłą łam, tym więcej pytań rodziło się w mojej głowie i tym w pełni, totalnie świadomą swoich decyzji. mniej odpowiedzi potrafiłam sformułować. Pojawił się więc problem natury niecierpiącej zwłoki – należy się A jak definiujesz dorosłość? określić, bo symptomy dyskomfortu zaczęły się nasilać JR: To jest sytuacja, w której wiem mniej więcej i blokować *dorosłe* decyzje dotyczące studiów, pracy, – czego chcę i jak to osiągnąć. Dorosłość jest wtedy, gdy mieszkania. nie muszę się zastanawiać milion razy i pytać o radę przy każdej większej decyzji. Po prostu jestem w stanie postawić na siebie. Jednak podjęłam kroki – nie chciałam zatrzymać się w miejscu. Postanowiłam posłuchać opinii innych – A nie robisz tego już teraz? moich przyjaciół, znajomych bliższych i dalszych, maJR: Robię, ale nie w takim zakresie. W tym momencie turzystów, studentów, absolwentów. Słuchając różnych mam wrażenie, że każdą decyzję, którą podejmuję, możodpowiedzi, poszerzę swoją perspektywę, poznam na odkręcić. Są one zmienialne i jeszcze przynajmniej czynniki, które według nich definiują dorosłość i może przez jakiś znaczący okres mojego życia będą. Ja bym dzięki temu ja również się określę – to ten dojrzały teraz za mąż nie wyszła, bo uważam, że jestem jeszcze powód, dla którego zaczęłam pytać. A powód ukryty, zupełnie nieukształtowana. Nie sądzę też, żebym miała o którym wstyd mówić, który jest taki dziecinny? Mi jeden moment, w którym stanę się dorosła. To się wyklabyło tak niewygodnie z myśleniem, z zastanawianiem ruje z czasem – im więcej będę się rozwijać, im z większą się, że nie chciałam być w tym sama. Niczym płaczący liczbą osób będę mieć styczność. Stopniowo będę czuła, trzylatek „jeśli ja nie mogę się bawić zabawką, to nikt że sobie poradzę ze wszystkim i że wiem, czego chcę, że nie będzie się nią bawił”, ja stwierdziłam, że „jeśli ja jestem we właściwym miejscu. Albo tego miejsca jeszcze myślę o tym, czy jestem dorosła, to moi przyjaciele też muszę poszukać, ale świadomie. A w tym momencie o tym będą myśleć”. I tak – zaczynałam temat, spisy- moje miejsce jest niewiadomą. Wciąż. wałam odpowiedzi, redagowałam nadmiar „chyba”, „jakby” i „raczej”, zastanawiałam się, dziwiłam, sympatyzowałam. Wielu rozmówców do mnie wracało:

lipiec 22


lipiec 22

zjedli nam gofry

MN: Nie. Aktualnie nie jestem w stanie utrzymać się sam, mieszkam dalej z rodzicami. Wiadomo, że jeśli byłaby sytuacja dramatyczna, to wydaje mi się, że byłbym w stanie zmienić swój styl życia, żeby stać się osobą dorosłą. Na razie, w mojej obecnej sytuacji życiowej – cieszę się, że ona mi na to pozwala – nie muszę być dorosły. A jak możesz zdefiniować bycie dorosłym? Czy to jest dla Ciebie niezależność finansowa? MN: Według mnie tak. Niezależność finansowa jest aspektem dorosłości. Też wiadomo, że dorosłość definiują cechy charakteru – odpowiedzialność, podejmowanie decyzji (też to, czy się je podejmuje dobrze), zaradność, umiejętność poradzenia sobie w życiu samemu. Przykładowo, jeśli ktoś się przeprowadza z miasta do miasta i potrafi się tam odnaleźć, to oznacza, że jest osobą dorosłą. KK: Tak. Definiuję się jako osoba dorosła. A dlaczego? Wydaje mi się, że jak patrzę na moich rówieśników, to jeżeli byśmy mieli w tym momencie sobie powiedzieć prosto w oczy, że jesteśmy dorośli, to ja bym mógł to powiedzieć, a oni nie. A czym według Ciebie charakteryzuje się bycie dorosłym? KK: Wiesz, na pewno nie możesz być zależny od rodziców i mieć takich momentów w życiu, że trzeba im powiedzieć, że popełniłeś błąd. Że nie musisz się nikomu tłumaczyć? KK: Tak - że nie musisz się nikomu wyjaśniać, dlaczego zrobiłeś tak, a nie inaczej. Dorosłość to takie uczucie wolności w sobie – robisz to, co chcesz i tylko Ty jesteś za to odpowiedzialny.

spojrzenia

MC: Muszę się zastanowić, daj mi chwilę. Szczerze mówiąc to nie. A jak definiujesz dorosłość? MC: Wiesz, zdefiniowałbym dorosłość jako samowystarczalność, stabilność i pewność. Samowystarczalność finansową, stabilność emocjonalną, pewność w podejmowaniu decyzji. Myślisz, że kiedykolwiek to osiągniesz? MC: Nie wiem. Może nigdy nie będę dorosły. KG: Ja się zastanawiam nad rozgraniczeniem osób dorosłych i dojrzałych. Myślę, że jestem na dobrej drodze do dorosłości. Mam pracę, jestem odpowiedzialna, samodzielna, pewna siebie. Dla mnie to są cechy osoby dojrzałej, która rządzi swoim życiem dobrze, może trochę lepiej niż ja teraz. Najważniejsza w tym wszystkim jest pewność siebie - że znasz swoje miejsce, swoją rolę i dobrze Ci z tym. Że umiesz ułożyć sobie to życie. Uporządkować chaos. NC: Ja lubię termin młody dorosły. Uważam, że to jestem ja w tym momencie. Takim dorosłym dorosłym zdecydowanie nie jestem. Tata mi przesyła pieniądze co miesiąc na akademik, żebym sobie mogła żyć. Ale w międzyczasie pracuję i zarabiam na wszystkie moje zachcianki, które potrzebuję do szczęścia. Więc taki młody dorosły – już prawie, ale jeszcze nie. JL: Ostatnio coraz bardziej, ponieważ w pewien sposób ustatkowałem swoje życie. Znalazłem stałą sympatię i w związku z tym muszę planować wiele rzeczy. Mój chłopak nie mieszka w tym samym mieście co ja, więc oboje bardzo mocno zgrywamy kalendarze, żeby móc się spotykać. Poczułem się bardzo dorosły, kiedy zaplanowałem sobie wszystkie weekendy do końca września. Nie czuję możliwości żadnych lawiracji w tych planach.

25


26

spojrzenia

To mnie bardzo stresuje. Zacząłem też pracę ostatnio, zarabiam swoje pieniądze. Czuję odpowiedzialność za swoje życie. Bardzo chciałbym wrócić do czasów maturalnych, kiedy tego nie było. A który czynnik najbardziej wpływa na to, że czujesz się dorosły? JL: Chyba najbardziej ta osoba. Wcześniej, przed tym związkiem, nie czułem odpowiedzialności i dorosłości. Nie było żadnej stabilizacji. A teraz muszę dzielić się swoim czasem – znaczy muszę, chcę się dzielić swoim czasem z drugą osobą. To jest właśnie chyba ten czynnik, który daje poczucie dorosłości w życiu. Też fakt, że my planujemy rzeczy. Miesiąc temu, jak byliśmy w Danii, zapadła decyzja, że za 5 lat będziemy tam mieszkać. Kroki zostały już poczynione związku z tym - ja zapisałem na kurs duńskiego, mój chłopak również. To sprawia, że czuję się dorosły. MK: Postrzegam dorosłość w dwóch aspektach - materialnym oraz intelektualnym. Materialny– człowiek samodzielnie się utrzymuje, intelektualny - samodzielnie potrafi sobie wyznaczać cele. Te dwie rzeczy najbardziej definiują dorosłość, ze wskazaniem na ten materialny aspekt, który dzisiaj jest wyjątkowo trudny. Tak naprawdę dorosły jesteś, gdy bardziej niż swoje zauważasz potrzeby innych i jednocześnie radzisz sobie z własnym życiem, zamiast liczyć wiecznie na pomoc i bycie przez kogoś utrzymywanym. To chyba tyle. Czy ja się czuję osobą dorosłą? Owszem, czuję się osobą dorosłą, bo spełniam oba swoje kryteria. Jakże zagadkowe są te wszystkie zmiany! Nigdy nie jestem pewna, kim będę, z minuty na minutę. Czy ja znalazłam swoją odpowiedź? Czy określiłam się, że tak, to jest już ten moment, w którym jestem dorosła? Na usta ciśnie mi się „CHYBA tak” – co piszę z przekąsem. Pozostaję niepewnie pewna, JAKBY pomiędzy, RACZEJ zdecydowana. Przeprowadzenie tych wszystkich rozmów doprowadziło mnie jednak do sukcesu – czuję się bardziej obyta z moją dorosłością. Tylko czasami staje się ona jeszcze dorociństwem – kiedy jestem na uczcie u Kapelusznika, zajadam się słodyczami, piję herbatkę i zastanawiam się, niczym Alicja z Krainy Czarów, czy tym razem urosnę, czy zmaleję i czy znajdę drogę do (a może z) króliczej jamy.

zjedli nam gofry

lipiec 22


lipiec 22

spojrzenia

zjedli nam gofry

Najlepiej byłoby nie przesadzać drzew w ogóle tekst: zofi a m ic h lowic z ilustracje: m agda l ena pi kul

Kochasz ty dom, ten stary dach, Co prawi baśń o dawnych dniach, Omszałych wrót rodzinny próg, Co wita cię z cierniowych dróg? – Maria Konopnicka

27


28

spojrzenia

Moja babcia nie lubi wyjeżdżać z domu. Co jakiś czas odwiedza któreś ze swoich mieszkających za granicą dzieci i za każdym razem, wracając do siebie, powtarza – ja już nigdzie nie pojadę. Śmiejemy się trochę z tego z rodziną, bo babcia, chociaż mówi o tym od lat, jeszcze nie porzuciła zupełnie podróży. Widzę jednak, ile kosztuje ją każdy wyjazd – zakupy, pakowanie, przemieszczanie się z miejsca na miejsce, to wszystko mocno ją męczy i przynosi przynajmniej tyle samo stresu, ile dostarcza radości. Poza domem nie ma normalnego chleba, znajomych produktów na półkach w sklepie, oswojonej rutyny dnia. Nawet jednodniowe wyjazdy nie są dla niej w pełni komfortowe. Zapytałam ją kiedyś, gdzie chciałaby się urodzić, jeśli mogłaby wybierać. Powiedziała, że tu, na Rojcy. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Wczesną wiosną zauważyłam na dworcu PKP w Krakowie starszą panią, czekającą w kolejce do punktu pomocy dla uchodźców. Zwróciłam na nią uwagę, ponieważ miała czerwony sweter i białe włosy – przypominała mi moją babcię. Z apaszką starannie zawiązaną na szyi, stała w tłumie, żeby odebrać kawę w papierowym kubeczku, pewnie kanapkę albo zupkę chińską. Widziałam ją jeszcze potem siedzącą z wyprostowanymi plecami pod filarem, na podłodze. Zachowywała się spokojnie, wyglądała elegancko. Zderzenie jej osoby, jej dbałości o szczegóły stroju, jej cierpliwości z rozgardiaszem panującym dookoła, bardzo mnie poruszyło. Mam dwadzieścia kilka lat, moje życie jest mocno definiowane przez zmiany. Nie wiem, gdzie będę mieszkać, co studiować, gdzie pracować i z kim się widywać za dwa miesiące. Nie zapuściłam korzeni na stałe w jednym miejscu, nie umiem odpowiedzieć na pytanie, gdzie chciałabym się urodzić, jeśli mogłabym wybierać. Wizja ucieczki przed wojną z mojego kraju wydaje mi się bardzo niepokojąca. Na pewno jest to traumatyczne doświadczenie dla wielu moich rówieśników, dzieci, dorosłych. Nie do końca umiem z nimi współodczuwać, nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam. Mając w pamięci moich dziadków, przywiązanych do swoich domów i zwyczajów, nie jestem w stanie pojąć, co ucieczka i próba odnalezienia się w nowej rzeczywistości może oznaczać dla osób przywiązanych od dekad do swoich miejsc i rytuałów, dla ludzi już i tak pełnych trudnych wspomnień.

zjedli nam gofry

Może to przez moją naiwność, ale gdy w moim domu 25 lutego nocowali dwaj mężczyźni, w drodze z Niemiec na Polsko-Ukraińską granicę, gdzie mieli spotkać się ze swoją Ukraińską rodziną i zabrać ich w bezpieczne miejsce, nie mieściło mi się w głowie, że ktoś tak szybko mógł podjąć decyzję o wyjeździe. Rozumiałam dlaczego, nie umiałam tylko wyobrazić sobie, jak musi czuć się osoba zostawiająca swoje życie i pośpiesznie uciekająca z domu. Takich działań nie trzeba było podejmować w moim świecie, tak mi się wydawało. U mnie ludzie mieli prawo do spokojnego dzieciństwa, dorosłości i starości, co uważałam za zupełnie naturalne i słuszne. Postanowić, że trzeba uciekać – to musiało mieć wielki ciężar, ludzie mierzący się z nim i reagujący w mgnieniu oka prawdopodobnie doświadczają emocji, których ja nie umiem nawet nazwać. Zresztą, nie tylko opuszczenie domu musi być trudne. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób podjęło równie niewyobrażalną decyzję – pozostali u siebie, ryzykując, że jeżeli ich dom runie – znajome ściany spadną na nich. Słyszę historie o ludziach, którzy przyjechali do Polski i potem wrócili do Ukrainę, albo ciągle chcą wracać. Słyszę też o takich, którzy przyjechali tutaj i poczuli się dobrze, ale okoliczności zmusiły ich do powrotu do swojego kraju. Co człowiek, to opowieść. Co historia, to inne emocje. Okoliczności, w których zmuszeni są funkcjonować ci ludzie poznaję tylko jako osoba trzecia. Sytuacja narratorów pierwszoosobowych jest dla mnie zupełnie nie do pojęcia.

lipiec 22




lipiec 22

portrety

zjedli nam gofry

Tasha Tudor wyłącza się z tego świata tekst: jó ze f i na a roda z ilustracje: m agda l ena pi kul

Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie, stawiać czoło wyłącznie najbardziej ważkim kwestiom, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego może mnie nauczyć życie, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem.” – Walden, Henry David Thoreau

Do artykułu posłuchaj utworu: The Flower Garden – Joe Hisaishi

31


32

portrety

zjedli nam gofry

przekonany do tego imienia dla swojej córki. Według opowieści pewnego dnia, pod wpływem lektury Wojny i pokoju, na werandzie na tyłach domu przy użyciu czerPies rasy Corgi, jak przyrumieniony złotem uśmiechwonego wina z butelki przechrzcił Starling na Natashę. nięty bochen tostowego chleba, biegnie przez ścieżkę otoczoną jaskrawą euforią kwitnących narcyzów. Imię nadane tym razem na cześć bohaterki Tołstoja. To jeden z nasączonych baśniowością kadrów filmu Natasha wkrótce przemieniła się w Tashę, a Burgess dokumentalnego (Tasha Tudor: A Still Water Story, z czasem zostało zastąpione przez nazwisko rodowe jej reż. Mitsue Matsutani) poświęconego postaci Tashy matki – Rosamond Tudor – profesjonalnej portrecistTudor. Kim była starsza pani z fotografii krążących po ki. Tasha dorastała zatem w otoczeniu, gdzie dbałość internecie, która wstrzymała współczesność i ruszyła o bogactwo wyobraźni, odważne brnięcie w nietuzinwiek XIX? Jaka opowieść wiąże się z tą sympatycz- kowe rozwiązania i podążanie za pasją wysoko ceniono. nie prezentującą się postacią o schludnie związanych Nie bez wpływu było także towarzystwo, w jakim obchustą srebrnych włosach, w długiej sukni i dzierganym racały się od pokoleń rodziny Williama i Rosamond. swetrze? Jak układały się losy Tashy zanim ta staje się Zarówno Burgessowie, jak i Tudorowie należeli do główną bohaterką portretów z śnieżnobiałym gołę- wpływowych i szanowanych rodów społeczności bobiem w dłoniach, małą kozą stąpającą po zielonych stońskiej. Wśród znajomych i przyjaciół przodków łąkach przy jej boku czy pręgowanym kotem łukowato Tashy były takie postaci, jak: Louisa May oraz Branson wyciągniętym, szukającym atencji kobiety zajętej kom- Alcottowie, Albert Einstein, Henry David Thoreau, ponowaniem bukietu z kwiatów rosnących w gęstym Mark Twain, George Washington czy Ralph Waldo od barw i zapachów ogrodzie? Jej postawa, styl życia, Emerson. W samym drzewie genealogicznym Tashy jej odwaga, cierpliwość i konsekwentność, z jakimi nie brakowało zresztą intrygujących person. Jej prabudowała swoją alter-rzeczywistość – czego są świadec- dziadkiem ze strony matki był sławny amerykański Ice twem, czego mogą nas nauczyć, jakiego typu refleksje King – Frederick Tudor. Zasłynął ze swojego pomysłu nasunąć? Co stanowi o sile i szczerości historii Tashy na handlowanie lodem pozyskiwanym z okolicznych Tudor, która wciąż trafia w sedno dusz tak wielu ludzi stawów. Opracował wydajną metodę wycinania i przechowywania bloków lodu, które następnie dostarczał na całym świecie? interesantom związanym z rynkiem deserów lodowych, czy też transportował okrętami swój cenny towar do cieplejszych regionów świata – w tym Indii czy Chin. natasha Dzięki temu absurdalnie brzmiącemu pomysłowi doDwudziestego ósmego sierpnia tysiąc dziewięćset pięt- robił się nie tylko przydomka Szalonego Tudora, ale nastego roku w Bostonie na świat przyszła Tasha Tu- także sporej fortuny. Zwiedził przy tym wiele krajów, dor, którą wówczas ochrzczono jako Starling Burgess – z których zwoził rzadko wówczas dostępne produkty według woli dziadków imię i nazwisko odziedziczyła po do swojego rodzinnego domu. Część owych artefakojcu (Williamie Starlingu Burgessie). William – znany tów Ice Kinga ostatecznie dostało się w spadku jego ze swojej ekscentryczności wynalazca, jeden z pionie- prawnuczce. rów lotnictwa i konstruktor okrętów – nie był jednak pobudka

lipiec 22


lipiec 22

zjedli nam gofry

Gdy Tasha miała dziewięć lat jej rodzice zdecydowali się rozstać. W tym czasie dziewczynka zamieszkała u przyjaciół rodziny – Gwen i Michaela Mikkelsonów – w Redding, małej miejscowości w południowo-zachodniej części Connecticut. Pobyt u tymczasowych opiekunów, jak i wizyty u matki, która po rozwodzie przeprowadziła się do Nowego Jorku, aby kontynuować swoją artystyczną karierę, zapewniły Tashy bliski dostęp do środowiska sztuki. W 1930 roku Rosamond opuściła wielkomiejskie mury na rzecz Redding, gdzie zakupiła gospodarstwo, do którego wkrótce przeprowadziła się także jej córka. W miasteczku matka nadal pracowała jako portrecistka, jednocześnie prowadząc sklep z antykami oraz herbaciarnię na terenie swojej posiadłości. W pracy pomagała Tasha, która wystawiona na uroki tworzonej przez Rosamond sztuki, starych przedmiotów, skrywających opowieści o dawnych czasach oraz wszechobecnej natury i farmerskiego życia zaczęła rozwijać swoje największe pasje. Budziły się w niej talent ilustratorski, sentyment do minionych epok, a także fascynacja gospodarskimi obowiązkami. Wszystkie te zainteresowania dawały powoli o sobie znać w konkretnych działaniach tej niezwykle zdeterminowanej młodej dziewczyny. Miała swoją krowę, nad którą roztaczała troskliwą opiekę, potrafiła od podstaw stworzyć lniane ubrania, bywała wyróżniona podczas lokalnych wydarzeń za swoje tradycyjne wypieki, czy też osiągnięcia na gruncie farmerskim. Artystyczne zacięcie ujawniało się wówczas w pierwszych ilustrowanych książkach własnego autorstwa, w których przeplatała tematy lokalnej fauny i flory, dawnych stylów uprawy i hodowli et cetera. Tasha na początku swoich lat dwudziestych ugruntowała w sobie silne przekonanie (które nigdy nie wygasło), że ilustrowanie to jej powołanie i będzie

portrety

czymś, co z czasem uczciwie nazwie swoim życiowym zawodem, profesją, z której będzie w stanie się utrzymać. Z tym pragnieniem odciśniętym w sercu weszła w nowy etap życia – zdecydowała się założyć rodzinę. 1938 roku wzięła ślub z Thomasem L. McCreadym, a niedługo potem urodziła dwójkę dzieci (Bethany i Setha). Równocześnie zaczęła osiągać pierwsze sukcesy ilustratorsko-literackie. Między innymi powstała wtedy jej pierwsza oficjalnie opublikowana opowieść dla dzieci – Pumpkin Moonshine, podjęła się projektowania kartek okolicznościowych, a także zilustrowała książkę o Babci Gąsce (ang. Mother Goose). Sukces tej ostatniej umożliwił Tashy zrealizowanie kolejnego marzenia – mogła stać się właścicielką własnego domu z gospodarstwem w Webster, gdzie przeprowadziła się z rodziną w 1945 roku. Niedługo potem ich rodzina poszerzyła się o kolejną dwójkę dzieci – syna Thomasa oraz najmłodszą z rodzeństwa, Efner. Historie, które tworzyła w tamtym czasie były ściśle powiązane z życiem, jakie prowadziła. Perypetie jej dzieci, postaci zwierzęce inspirowane tymi we własnym domu i zagrodzie, uwiecznione widoki okolicznych pól i łąk – jej dzieła zyskiwały wymiar bliskości, szczerości, swojskości, który przynosił Tashy uznanie wśród czytelników i odbiorców jej sztuki. W kolejnych latach stworzyła ilustracje do takich książek, jak Małe Kobietki, Tajemniczy Ogród czy Mała Księżniczka. Niektórym jej pracom poświęcone zostały wystawy m.in. w Metropolitan Museum of Art czy Norman Rockwell Museum. Pracowita kobieta, ciesząca się coraz większymi sukcesami na polu artystycznym, nie zwalniała także w sferze licznych zajęć okołogospodarskich. Nie tylko potrafiła utrzymać w sobie pielęgnowaną od młodych lat miłość do pracy wśród roślin i zwierząt, ale także nauczyła tej wielkiej admiracji do Natury swoje dzieci. Z godną podziwu determinacją rozwijała się we wszelkich dziedzinach, jakie wyznaczyła sobie dawno temu jako młoda dziew-

33


34

portrety

czyna. I choć nie było łatwo – łączenie wychowywania czwórki dzieci z podejmowaniem się licznych prac, by wystarczyło na utrzymanie całej rodziny – to nigdy nie straciła z oczu swoich najważniejszych życiowych projektów. jeden bilet do 1830, poproszę

W latach siedemdziesiątych, kiedy dzieci Tashy dorosły, a zarówno jej pierwsze, jak i drugie (o wiele krótsze już) małżeństwo skończyły się rozstaniem, zdecydowała się zawalczyć o spełnienie kolejnego marzenia – przeprowadzki do Vermont, gdzie mogłaby wieść spokojne życie, z dala od zgiełku rozpędzającego się w modernizacjach świata. Jej życzenie wkrótce się urzeczywistniło. Na zakupionej działce położonej na odizolowanym, zalesionym wzgórzu jej syn Seth podjął się własnoręcznie wybudowania domku w stylu Cape Cod inspirowanego gospodarstwem z XVIII wieku. Nowa posiadłość Tashy rozgościła się w jej sercu bardzo szybko i wkrótce zyskała pieszczotliwą nazwę Corgi Cottage (Chatka Corgi). Określenie domu w Vermont wzięło się od wyjątkowej sympatii, jaką kobieta miała do tych psów. Uważała je za szczególnie piękne i dobre stworzenia o tajemniczym uroku. Sama posiadała gromadkę corgi. Te towarzyskie, uśmiechnięte, o poczciwej aparycji psy lojalnie akompaniowały Tashy w jej nowym życiu w samotnej chatce w południowo-wschodnim Vermont. To właśnie tutaj zdecydowała się uruchomić swój wielki, z rozmachem później realizowany projekt powrotu do przeszłości. Zadecydowała, że na terenie Corgi Cottage obowiązuje model świata rodem z XIX wieku (a konkretnie lat 30.). Czuła, że wyjątkowo silna, trudna do wytłumaczenia więź łączy ją z owymi czasami. Lubiła wierzyć, że po śmierci powróci do tamtego okresu jako jej pierwotnie przeznaczonego.

Postanowienie kultywowania codzienności według zasad dziewiętnastowiecznych obejmowało każdy aspekt jej postaci i jej działań. Ubierała się w charakterystyczny dla wybranej epoki sposób, wyposażenie domku stanowiło jedno wielkie zbiorowisko antykwariackich zdobyczy i rodzinnych pamiątek, w chatce nie było elektryczności. Wyzbyła się potrzeby sięgania po jakiekolwiek nowinki technologiczne, konsekwentnie wprowadzając na grunt hodowli zwierząt, uprawy ogrodu, praktyk kuchennych, rękodzieła, i tak dalej, metody tradycyjne, które starała się opanować w ciągu swojego życia. Wsłuchując się w nagrania z jej udziałem, nawet sposób, w jaki się wysławiała, przywodzi na myśl język o większej niż dziś elegancji, dbałości o piękny dobór słów, melodię zdań. Obowiązek „przenosin w czasie” dotyczył nie tylko jej osoby, ale każdego, kto chciał wraz z nią przebywać choć przez chwilę w Corgi Cottage.

zjedli nam gofry

Wymóg ten spotykał się z pozytywnym przyjęciem przez rodzinę i przyjaciół, którzy chętnie uczestniczyli w ubaśniawianiu rzeczywistości według zamysłu Tashy. Starsza kobieta bowiem, jak nikt inny, potrafiła zaczarować codzienność, tworząc z niej wielką, niezapomnianą przygodę. Organizowała podwieczorki i tańce, uczyła wielobarwnego, roziskrzonego zmysłem estetycznym celebrowania każdego święta, każdych urodzin (najpierw swoich dzieci, potem wnuków, a w końcu i prawnucząt), które poprzedzała pieczołowitymi przygotowaniami. Potrafiła szykować się wiele miesięcy do obchodzenia Bożego Narodzenia, Walentynek i innych szczególnych momentów w ciągu roku. Jej prezenty były zawsze własnoręcznie przygotowywane. Potrafiła stworzyć lalki i kukiełki, uszyć im ubrania, robiła hafty, produkowała misterne, jedyne w swoim rodzaju kalendarze adwentowe, wyplatała koszyki, piekła torty i ciasteczka, malowała kartki i pocztówki na przeróżne okazje. Była przekonana, że najcenniejsze, co możemy sprezentować to, coś, co jest dziełem naszej wyobraźni, naszych rąk, coś, co zrobiło się samemu z myślą o drugiej osobie. Wyłuskiwała z historii, a także tworzyła własne tradycje, które budowały wielowarstwowe piękno zaklętej w czasie Corgi Cottage. budowniczka świata obok świata

„Jeśli ktoś podąża pewnie w kierunku swoich marzeń i próbuje żyć takim życiem, jakie sobie wyobraził, sukces spotka go nieoczekiwanie w najmniej spodziewanym momencie.” — Walden, Henry David Thoreau

Powyższy cytat miał być ulubionym fragmentem Tashy z książki Thoreau. Widziała w tych słowach głęboką prawdę, źródło mocy, z którego sama regularnie czerpała energię do realizacji pragnień. O sile działań Tashy, wpływie prezentowanej przez nią postawy świadczy chociażby zaangażowanie, z jakim jej rodzina podjęła się kontynuowania tego, co zostawiła po sobie. A zostawiła wiele. Tasha malowała, pisała i pracowała przy swoim gospodarstwie tak długo, jak pozwalało jej na to zdrowie. Dożyła imponującego wieku dziewięćdziesięciu trzech lat, które poświęciła na brawurowe testowanie swoich prywatnych przepisów na szczęście. Do końca pozostała wrażliwa na otaczające ją potęgę i wdzięk przyrody, na misterium pór roku, na kolorystyczną ucztę kwiatów niezłomnie wystawiających z fałdów ziemi swoje dumne, fantazyjne głowy.

lipiec 22


lipiec 22

zjedli nam gofry

We wspomnianym na początku filmie dokumentalnym Amy Tudor, poproszona o wskazanie najważniejszych Tasha mówi: „Nie znajduję nic złego w byciu starszą lekcji, jakie otrzymała od Tashy, podała te trzy: osobą. To najszczęśliwszy etap w moim życiu”. Wspomniała o dostrzegalnym deficycie cierpliwości wśród I. Jeśli chcesz czegoś w życiu, musisz współczesnego społeczeństwa. Sama chciała wypisać się się tego trzymać. z tego niekończącego się pościgu za niepewnie majaczącymi we mgle ambicjami. Będąc czujną obserwatorką II. Nie czekaj, aż ktoś da ci burzliwych wydarzeń, ludzkich tragedii, transformacji przyzwolenie, żeby podążać za swoimi polityczno-gospodarczych, przyspieszonych przemian społecznych dwudziestego wieku, myśl o przyszłości marzeniami. budziła w niej niepokój. Ceniła powolny rytm dnia i momenty przeznaczone na kontemplację tego, co III. Znajdź radość. mamy tuż pod nosem. Budowała w sobie zrozumienie, że niektóre rzeczy wymagają długiego procesu, a samo oczekiwanie na coś może być doświadczeniem Nic wymyślnego – proste słowa, jasny komunikat, ale chcianym, kształtującym nasz charakter. Swoją upartą jak z wykonaniem? Znaleźć radość. Znajdźmy radość, postawą sięgania do przeszłości (z której wyciągała to, bo, serio, przyda się. co zdrowsze, prostsze, mniej kołtuniące w umysłach ludzkich) pielęgnowała w sobie poczucie wolności Za pomoc w napisaniu tego artykułu dziękuję Amy Tudor. i dziecięcej pogody ducha. Stworzyła swój niepodległy wobec innych czasów i sztucznych przestrzeni kraj wy- Amy i Winslow są częścią zespołu tworzącego Tasha pełniony do granic zapachem różanych krzewów, sma- Tudor and Family. To inicjatywa, która powstała kiem domowych konfitur, dotykiem zmarszczonych w celu ochrony oraz propagowania dorobku Tashy faktur owocowych drzew, hymnem ptaków o przyjściu na całym świecie. Więcej na temat tej niezwykłej poczystego jak łyżka cukru dnia. Tasha Tudor: szukała staci można przeczytać na stronie internetowej proważycia na w s k r o ś tuż za lokalnym rogiem, fanfarycz- dzonej przez rodzinę Tudorów i bliskich znajomych ności w prostych konceptach, nieogarniętego bogactwa – https://www.tashatudorandfamily.com. w ograniczonym zasobie przedmiotów, dalekich rajów w bardzo bliskim stuku porcelanowej filiżanki o spodek. findjoying

„Kreatywna, empatyczna, pełna życia, radosna, spostrzegawcza”. Tak w pięciu słowach opisuje główną bohaterkę tego artykułu Amy Tudor (żona Winslowa – wnuka Tashy). Amy jest jedną z postaci rodzinnych, która podjęła się kontynuowania duchowego dziedzictwa Tashy w praktyce. Wraz z mężem i dziećmi mieszkają w Vermont w wiejskim domu, starając się czerpać jak najwięcej szczęścia z codziennej pracy i bliskości natury śladem swojej charyzmatycznej babci. Choć sama Tasha nigdy nie aspirowała do stania się wzorem dla innych, sposób, w jaki odbierała świat, w jaki tworzyła w nim wyjątkowe miejsce dla siebie i bliskich, stał się samoistnie inspiracją dla wielu. Często ludzie szukali jej porady w kwestii swoich wyborów, marzeń. Nie miała gotowych odpowiedzi, nie czuła, że jest w posiadaniu jakiegoś specjalnego sekretu, którym by mogła się dzielić jak arcyskuteczną receptą na wszystkie problemy. W takich sytuacjach odpowiadała pytaniem na pytanie: „Dlaczego nie zrobicie tego, co chcecie robić?”.

portrety

35

Źródła: Matsutani M., Tasha Tudor: A Still Water Story (film), Japonia 2017. Thoreau H.D., Walden czyli życie w lesie, wyd. Rebis, 2018. Tudor W., The Tasha Tudor Family Cookbook. Heirloom Recipes and Warm Memories from Corgi Cottage, Skyhorse Publishing, New York 2016. Knazek J.Ch., Tasha Tudor, https://www.tashatudorandfamily.com/tasha-tudor/ the-woman (dostęp: 29.05.2022). Valentine J.O., Tasha Tudor's Concord Connections, „The Thoreau Society Bulletin” Winter/ Spring 2001, 234/235, s. 1-3, https://www.jstor.org/ stable/23402386 (dostęp: 29.05.2022).


36

portrety

Nie umieraj, to będzie podejrzane tekst: J K ilustracje: K l au di a Ję drak

Nikt nie powinien tracić bliskiej osoby w wieku dwudziestu kilku lat. A już na pewno nie przed ukończeniem dwudziestego piątego roku życia. We wczesnej dorosłości obowiązki studenta to: chodzenie na juwenalia, spożywanie napojów wyskokowych w akademikowych pokojach, wypchanych sobie podobnymi indywiduami, działalność w kołach naukowych i – okazjonalnie – nauka. Życie – niestety i na szczęście – ma w zwyczaju bycie nieprzewidywanym.

zjedli nam gofry

lipiec 22


lipiec 22

portrety

zjedli nam gofry

W życiorysie każdej osoby, nawet takiej, której los zsyła wyłącznie szczęście, tęczę, motylki i cukierki, przychodzi dzień, w którym kogoś traci. Najlepiej, gdyby taki dzień trafił się tylko raz i był tak mocno odwleczony w czasie, jak tylko jest to możliwe. Ale on przyjdzie – czasami tylko trochę nas wygniecie, pozostawi otwór w sercu nie większy, niż moneta jednogroszowa i pozwoli ruszyć dalej. Obawiam się jednak, że często zostajemy przez taki moment uderzeni z siłą kuli wyburzeniowej (na której, o zgrozo, nie buja się Miley Cyrus) i ta kula nie rozbija nas nawet na kawałki, a od razu rozciera na pył. Kiedy to się stało, byłam na początku trzeciego roku studiów. Miałam 21 lat, zdecydowanie za mało, żeby radzić sobie z tym rodzajem straty. Ludzie dookoła mnie schodzili i rozchodzili się ze swoimi osobami partnerskimi, otrząsali się z oszustw, zdrad, ukrywanych kont na tinderze i kołnierzyków pachnących obcymi perfumami, ale nie znałam wtedy nikogo, kto straciłby partnera w taki sposób, jak ja. Kto obudziłby się pewnego dnia i dowiedział się, że tej osoby już po prostu nie ma. Nie było tak jak na filmach. Nie przyszedł do mnie smutny pan w mundurze i nie otrzymałam uspokajającego poklepania po ramieniu. Nie odebrałam telefonu i nie zrywałam połączenia drżącą ręką. Nikt nie miał obowiązku, żeby mnie informować – nie byliśmy przecież małżeństwem. Dowiedziałam się przypadkiem. Na uczelni. W środku popołudniowych zajęć. Rozpoznałam w tym zgniecionym samochodzie na zdjęciu jego samochód. Nie powiem, żeby to była dobra zabawa. Nie polecam. Minus dwa na dziesięć. Co było dalej – nie pamiętam. Do stanu względnej używalności doprowadzili mnie przyjaciele ze studiów, później przyjechała moja mama i zabrała mnie do rodzinnej miejscowości. I tak zaczęło się moje życie w żałobie.

37


38

portrety

zjedli nam gofry

Podobno każdy przechodzi i ma prawo przechodzić ją inaczej, we właściwy dla siebie sposób. Przez pierwsze kilka dni byłam w stanie zasnąć tylko wtedy, gdy ktoś był przy mnie i czytał mi na głos książkę, dobrze pamiętam jej tytuł i pewnie nigdy nie zapomnę – to był Złoty pelikan Stefana Chwina. Po tygodniu albo dwóch umiałam już sama składać litery w słowa, ale prawdziwa książka to było za dużo, zaczęłam więc nałogowo śledzić pewien znany portal plotkarski, ze szczególnym uwzględnieniem artykułów opisujących poczynania brytyjskiej rodziny królewskiej. Po miesiącu wróciłam na studia i zaczęłam zajmować się wszystkim, czym tylko mogłam, żeby odciągnąć myśli – wolontariatem, siłownią, pracą, czymkolwiek. I bardzo intensywnie przeszukiwałam internet, by znaleźć kogoś, kogo spotkało to samo co mnie. Trudno było mi było cokolwiek odszukać. Wszystkie wpisy na blogach, poradniki na stronach o zdrowiu czy e-booki dotyczyły osób, które były starsze niż ja i straciły swoich partnerów czy partnerki po latach małżeństwa. Nie wiedziałam wtedy, czy być zadowolona, że pamiętam jeszcze bardzo dobrze życie, zanim pojawiła się ta osoba, bo nie spędziłam z nią przecież 50 lat, czy smutna – bo nie miałam z kim się utożsamić. Znalazłam kilka wpisów na forach, które opisywały sytuację trochę podobną do mojej, ale były pełne rozpaczy, pesymizmu i łez, a ja potrzebowałam czegoś innego – poradnika, który powiedziałby mi jak przez to wszystko przejść. No i jeszcze jednej rzeczy, może nawet ważniejszej – nadziei, że po czymś takim można w ogóle żyć dalej. Trzy miesiące po wszystkim byłam przekonana, że coś robię nie tak, bo nie chcę umrzeć razem z nim. Naczytałam się tych wszystkich wpisów i wyznań, które sugerowały, że po czymś takim należy się dożywotnio smucić. A ja trzy miesiące później byłam na kolejnym semestrze studiów, robiłam mnóstwo rzeczy i spędzałam całe godziny w bibliotece, pisząc swój licencjat. Płakałam po nocach i dalej czułam się tak, jak gdyby ktoś oderwał mi rękę albo nogę, zrzucił z dziesięciu pięter i kazał żyć dalej. A ja faktycznie żyłam.

lipiec 22


lipiec 22

portrety

zjedli nam gofry

Nie miałam kogo zapytać o to, czy faktycznie robię coś nie tak, więc stwierdziłam, że pójdę do specjalisty. I okazało się, że wszystko jest ok i frazes o tym, że każdy przeżywa żałobę inaczej, jest jak najbardziej prawdziwy. Ja akurat radziłam sobie w ten sposób. No i czołgałam się dalej przez kolejne miesiące. Ciągle się bałam, że coś za dobrze mi idzie – że przyjdzie w końcu moment, w którym wszystkie mechanizmy obronne przestaną działać, a ja wybuchnę, uświadomię sobie, w jakim jestem położeniu i się poddam. Minął rok, a ten moment nie nadszedł. Stało się za to coś, czego bałam się prawie równie mocno i czego za wszelką cenę starałam się uniknąć. Zakochałam się. I wpadłam w totalną panikę. Bo jak mogłam się zakochać w kimś innym po tak krótkim czasie? Czy nie jestem najgorszą osobą pod słońcem? Bolało mnie wszystko ze stresu – nie tylko w przenośni, ale i zupełnie cieleśnie. Przez galopujące poczucie winy miałam jakieś 39 stopni gorączki. Mimo tego dosyć rozsądnie pomyślałam o tym, żeby wrócić do terapeutki, u której byłam już wcześniej i zapytać, czy aby na pewno jestem największą szumowiną, jaką widział ziemski padół. Ona stwierdziła, że nie, ale trochę jej nie wierzyłam. W tym czasie wydarzyła się jeszcze jedna niezwykła rzecz – w końcu poznałam osobiście (na Miasteczku studenckim, a jak!) dziewczynę, która przeszła kiedyś przez to samo, co ja i zobaczyłam, że istnieje życie i istnieją związki po takiej stracie. Poza tym – we wszystkich dziewiętnastowiecznych romansidłach pisano, że żałoba po mężu czy żonie trwa rok. Niechże więc im będzie.

39


40

portrety

zjedli nam gofry

Niedługo miną cztery lata. Ja mam teraz dwadzieścia pięć. Jestem innym człowiekiem, skończyłam studia, zaczęłam pracę, żyję zupełnie normalnie. Nauczyłam się dystansu i czasem, gdy mój obecny chłopak wychodzi na dłużej z domu, mówię mu, żeby wrócił cały, zdrowy i nie umierał, bo to już by było podejrzane. Dziewczyna, którą poznałam kilka lat temu na Miasteczku, jest teraz moją sąsiadką. I tylko w niektóre noce nie mogę spać, tylko w niektóre dni uświadamiam sobie, że mieliśmy sobie jeszcze tyle do powiedzenia, tylko od czasu do czasu zazdroszczę dziewczynom, że mówią o swoich byłych, a ja uprawiam słowną ekwilibrystykę, żeby nie musieć się nikomu tłumaczyć i żeby nikt mnie nie żałował. Uprawiam ją również teraz – nadal unikam słów: wypadek, śmierć, pogrzeb. Dalej unikam wypowiadania jego imienia, bo jest dla mnie nie tylko imieniem, ale też historią. Nie boję się za to używać słowa życie, bo chociaż nie dotyczy jego, to dotyczy mnie. Może kiedyś na ten tekst trafi osoba, która jest w takiej sytuacji, w której ja kiedyś byłam. Nie ma jedynej słusznej drogi do przetrwania tego, możesz czuć całe mnóstwo różnych rzeczy, które bywają ze sobą zupełnie sprzeczne. Niczego nie robisz źle (jeśli nie szkodzisz sobie lub innym) i nie musisz się wstydzić proszenia o pomoc. I ja wiem, że to jest frazes powtarzany tak dużo razy, że stracił już swoją moc, ale musisz mi uwierzyć – kiedyś naprawdę będzie dobrze.

lipiec 22



42

optyka

zjedli nam gofry

lipiec 22

Plamy na klonie tekst: zuza nna szo t t ilustracje: beata król

Ale co z tego, że w końcu cię puszczają, jeśli twój autobus już dawno pojechał bez ciebie? Wiesz, czasem myślę, że nam całe życie umyka bez nas w środku. – 27 śmierci Toby’ego Obeda, Joanna Gierak-Onoszko

do artykułu posłuchaj: Jungle - Tasha Sultan


lipiec 22

zjedli nam gofry

Historię Toby’ego Obeda i innych bohaterów niezwykłej książki Joanny Gierak-Onoszko zabieram ze sobą na długie spacery po krakowskich ulicach. Słucham jej w tramwaju, w kolejce do sklepu, przemierzając ruchliwe drogi i zapomniane ścieżki, przyglądając się ludziom na chodniku. Kraków jest w tym czasie wyjątkowo piękny – pierwsze cieplejsze dni po długiej zimie zazieleniają parki i ukwiecają trawniki. Dzieci, młode pary i ich skoczne czworonogi przechadzają się powoli i cieszą ciepłem, którego przecież nam wszystkim tak bardzo brakowało. Nie może chyba istnieć większy kontrast między tym, co widzę w tym kwitnącym, oddychającym z jakąś ulgą mieście a tym, co słyszę w słuchawkach. Ta różnica jeszcze wyraźniej uwypukla dla mnie wiedzę i uczucia, które niesie w sobie ta opowieść. Mam poczucie jakiegoś odwrotnego eskapizmu – uciekania z dobrego, słonecznego, roześmianego Krakowa prosto do zimnej, okrutnej, nieco dla mnie nierealnej, kanadyjskiej historii. Ale z jakiegoś powodu nie istnieje dla mnie absolutnie żadna szansa, żeby się od tej opowieści oderwać. Może to poczucie, że takie przeżycia nie mogą nigdy zostać zapomniane, a może to doskonała, delikatna, uczciwa i czuła narracja autorki nie pozwala mi myśleć o niczym innym. 27 śmierci Toby’ego Obeda to opowieść o Kanadzie i jej traumie – o szkołach z internatem, w których Kanadyjczycy wyrządzali dzieciom rdzennego pochodzenia krzywdę. Jest to krzywda, z której ogromem niesamowicie trudno mi sobie poradzić. Wszystkie opowieści o wojnach, pogromach czy katastrofach wydawały się mieć chociaż iluzoryczny cień uzasadnienia, który pomagał mi lepiej zrozumieć obie strony konfliktu. Tutaj nic takiego się nie wydarzyło, nic mnie nie uratowało i nie pomogło mi odnaleźć się w sytuacji – był tylko ogrom cierpienia, którego powodu nie dało się zrozumieć. Dla mnie to też opowieść o moim własnym dystansowaniu się od kościoła, który brał w tym duży udział. O krzywdzie, o której łatwo zapomnieć, gdy zachwyca się obrazem Kanady dojrzałej, dzielnej, sprawiedliwej. Ale jest to też historia o wybaczaniu, o tym, że krzywdzi ten, kto sam został skrzywdzony. Joanna Gierak-Onoszko zabiera mnie w trudną podróż, w której odkrywam nie tylko potworną historię losów rdzennych mieszkańców Kanady, ale również prawdę o sobie samej i pewną pokorę, z którą muszę patrzeć na swoją własną historię. Uczy mnie tego przede wszystkim postawa, jaką rozmówcy i rozmówczynie mają wobec autorki. Między wierszami wybrzmiewa wyraźnie, że zdobycie materiałów do tej książki nie było łatwą sprawą. Bycie Polką okazało się być dla Joanny czasem znaczną pomocą (w jakiś niezwykły dla mnie sposób, mieszkańcy i miesz-

optyka

kanki krajów, które zostały kiedyś znacznie skrzywdzone potrafią się ze sobą porozumieć na zupełnie innym poziomie), czasem jednak – dużą przeszkodą w prowadzeniu tych rozmów. Nie da się odwrócić głowy od tego, że to właśnie nasi przodkowie, którzy zamieszkiwali europejskie ziemie, byli tymi, którzy wyrządzali krzywdę – również bohaterom i bohaterkom tej książki. Co prawda zawsze zdawałam sobie sprawę z tego, w jak uprzywilejowanej części świata żyję – jak wiele zawdzięczam swojemu europejskiemu paszportowi, swojej bladej cerze i wszystkich przywilejach, które z nich płyną. Jednak nigdy wcześniej nie zobaczyłam tak wyraźnie tej drugiej strony swojej historii – nie widziałam nigdy tak wyraźnie tych, których to my podbijaliśmy, niszcząc ich kulturę, gospodarkę i perspektywy na lepsze jutro. System edukacji uczył mnie zawsze, że to właśnie my byliśmy tymi krzywdzonymi – czułam się potomkinią tych, którzy musieli się bronić, którzy cierpieli w imię własnej wolności, których chciano podbić i zdominować. Przeszłość nie może być oczywiście tak czarno-biała i tak bardzo świadczyć na naszą korzyść. Ale dopiero ta historia, dopiero to, jak inni zwracali się do tej polskiej dziennikarki, pozwoliło mi zrozumieć, jak wiele lekcji mam jeszcze do odrobienia. Nie myślałam nigdy o Kanadzie zbyt wiele. Była gdzieś w mojej świadomości, mroźna i daleka, romantyzowana i dostojna. Nie poświęcałam jej zbyt wiele uwagi – jednak dzięki tej opowieści zyskała dla mnie wiele twarzy. Nie tylko tę okrutną, która wyrządziła tak wiele krzywdy rdzennym mieszkańcom, ale również tę odważną – gotową, by mierzyć się ze swoją przeszłością. Nawet wtedy, gdy jest ona niesamowicie trudna. Gdy zatrzymuje tego audiobooka dużo myślę. O Kanadzie, o rdzennych dzieciach, o krzywdzie, o Kościele, który przyłożył się do tego i mimo wszystko pozostaje tak boleśnie bezkarny. O każdym i każdej z bohaterów i bohaterek tej książki, o ich bólu, o traumie, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. Ale myślę też o tym rozbiciu – o słonecznym, pięknym Krakowie i bolesnych opowieściach w moich uszach. O tym rozdwojeniu, które przecież nie towarzyszy mi tylko dzisiaj, tylko przy czytaniu tej książki, ale które jest przy mnie prawie zawsze. Zawsze, gdy czytam wieści z ukraińskiego frontu, a moja kotka wygrzewa się na moich kolanach. Zawsze, gdy przeglądam wiadomości ze świata, w którym zawsze dzieje się coś złego, żeby chwilę później pójść na kolację z przyjaciółmi. Zawsze, gdy wyłączam podcast o kolejnej wojnie, żeby przytulić przyjaciółkę na powitanie. Myślę o tym dużo, bo może to właśnie znaczy dla mnie to całe bycie człowiekiem. Bycie w rozerwaniu, wiecznie w jakimś pomiędzy, wiecznie za blisko i za daleko beztroski i wystarczającego przejęcia. Nie znam recepty na to, jak sobie z tym poradzić – wiem jednak, że pewnie już zawsze będę próbować.

43



TWORY


Kajakowanie tekst: WER A J E LON E K ilustracje: VICT OR IA F R E C H E T

Kiedy ostatni raz robiłeś coś po raz pierwszy?

a gdyby tak znaleźć ukojenie na chwilę chociaż rozłożyć schronienie tutaj już się duszę, nie wytrzymam dłużej może to czas na wyzwania, podróże? zapuściłam się więc w nieznaną dotąd przestrzeń choć wydawało się ryzykowne, niebezpieczne czy to na pewno warte wrażeń tylu obawiałam się nagłych przechyłów a co jeśli spotka nas wichura i atmosfera będzie ponura nie mogę, nie dam rady panikuję, widzę wady nie ufałam … zaryzykowałam nie znaliśmy drogi poddaliśmy się nurtowi przestałam obawiać się wody razem lżej omijać przeszkody nieraz plątają się w nas badyle spędzamy pod gwiazdami chwile blizny na ciele, odciski, czerwone nosy gubimy rytm, kręcimy się wokół własnej osi było warto i jeszcze będzie odnajdujemy się w tym rzeki pędzie czasem trzeba wyjść ze strefy komfortu aby zbudować coś od początku

Do tekstu posłuchaj: Kompas - Gibbos



48

twory

zjedli nam gofry

Przepis na gofry tekst: z ofia m ic hlow ic z ilustracje: j u li a c zaj k a

lipiec 22


lipiec 22

twory

zjedli nam gofry

Witaj, jeśli nie wiesz, co tu robisz, nic nie szkodzi. Większość z nas też dostała się tu jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności. Rozgość się, możesz usiąść przy stole, albo na stole, albo jak wolisz stać, to stój. Skoro już tu jesteś, równie dobrze możemy zrobić coś wspólnie. Pomysłów jest dużo, trochę ogranicza nas przestrzeń, ale tym też nie do końca musisz się przejmować. Słyszeliśmy, że niektórzy ludzie, nawet jeśli trafiają na początku tutaj, potem przemieszczają się do pozostałych części domu. Podobno są tam inne książki niż tylko kucharskie. Wiemy na pewno, że gdzieś przebywa duży pies, ale spokojnie, jest łagodny i nie gryzie. Krążą też pogłoski, że na podwórku obok garażu stoi basen. Możemy potem spróbować wydostać się z kuchni, na razie jest tu całkiem przyjemnie. Masz ochotę na gofry? Właśnie mieliśmy robić, przyłącz się do nas, im nas więcej, tym weselej. To idealny sposób na spędzenie poranka. Ostatnio przepis znaleźliśmy w jednym z tamtych zeszytów na parapecie, chyba w tym grubym zielonym, możesz podać? Tak, w tym, dziękujemy. Zobaczmy, potrzebujemy mąki, cukru, jajek, oleju i mleka. Zacznijmy od jajek, są takie ładne, jasnobeżowe i białe. Dotknij, skorupka z daleka wygląda na gładką, a jest chropowata. Trzeba najpierw umyć, nigdy nie wiadomo, jakie bakterie żyją na skorupce. Zrobisz to? Tam jest zlew. Uwaga, rzucamy! Łap, bo się zbiją! Jedno, drugie! Uwaga, trzecie! Ups, przepraszamy, źle wymierzyliśmy. I tak potrzebne nam tylko dwa. Nie, nie sprzątaj, zrobimy to później, nie wiadomo co się jeszcze pobrudzi. Daj te jajka, wbij je starannie do miski. Jak przyjemnie pękają. Jedno, drugie, ładna skorupka do kosza.

Co dalej? „Do jajek dodaj 1 i 1/3 szklanki mleka i pół szklanki oleju”. Zawsze się zastanawiamy, jak to się dzieje, że takie niedobre same w sobie rzeczy jak olej, trzeba dodać do ciasta, żeby wyszło odpowiednio. Kuchenne hokus-pokus. Dobra, lej tego oleju, tylko nie za dużo! Bardzo dobrze, teraz mleko. Musimy zostawić trochę do kawy. Co, nie pijesz kawy? Jak to jesteś tylko dzieckiem? Nie martw się, do momentu jak skończymy, nie będzie już dla ciebie przeciwwskazań do picia. Aj, mleka wyszło chyba trochę za dużo. Trudno, najwyżej damy więcej mąki. Teraz suche składniki. Syp do nowej miski. Półtorej szklanki mąki i półtorej łyżeczki proszku do pieczenia. Z proszkiem nie przesadź, nie chcemy za bardzo wyrosnąć. Dobrze. W przepisie są dwie łyżeczki cukru i łyżka cukru waniliowego, ale my damy pięć łyżek, a wszystkie pełne cukru waniliowego. Lubimy słodkie i lubimy wanilię. Co dalej? Na dole strony jest jeszcze jakiś dopisek, ale nie bardzo widać. Spróbujesz odczytać? Nie, my też nie wiemy. Trudno, miejmy nadzieję, że wyjdą i tak. My też pieczemy gofry pierwszy raz. Już ci się nie chce? Zostań, już niedługo. Łączymy wszystkie składniki, wymieszaj dokładnie. Zobacz, nawet z dodatkowym mlekiem konsystencja wyszła idealna. Możesz spróbować palcem. Dobre, co? Poczekaj, aż je upieczemy, posmarujemy śmietaną i posypiemy owocami. Gofrownica gorąca, można się sparzyć. Wlewamy porcję i dokładnie rozprowadzamy łyżką. Albo nożem. Raczej nie używaj do tego palców – pamiętaj, gofrownica jest gorąca. Musimy teraz poczekać, aż się upieką. Możesz nam w tym czasie trochę poopowiadać o sobie. Jakie masz plany na przyszłość? Co najbardziej lubisz jeść? Kim są Twoi przyjaciele? O czym myślisz przed

49

zaśnięciem? O, czujesz? Już pachnie, ale będą dobre. Śmietanę ubiliśmy wcześniej, wystarczy pokroić truskawki i zaparzyć kawę. Napijesz się? Widzisz, wiedzieliśmy, że tak będzie. Możesz zabrać sobie filiżankę z kredensu. Wyjmij gofry i połóż na kratce. Niech chwilę ostygną. I chodź tutaj, trzymaj nóż, krój owoce. Obojętnie, najlepiej na małą kostkę. To było przyjemne, prawda? Całe to gotowanie. Zrobiliśmy trochę bałaganu, ale posprzątamy później. Słodzisz kawę? My słodzimy. Korzystamy z okazji, nie zawsze jest cukier. Dobrze, wszystko gotowe. Herbata, mleko, owoce. Podaj gofry z parapetu. Co? Co znaczy, że nie ma? Gdzie leżały? Jakby były wcześniej, byłyby nadal! Wypieki nie znikają same z siebie! Może wcale ich nie piekliśmy? Jak dobrze się zastanowić, my wcale nie jesteśmy tacy pewni. Kiedyś piekliśmy gofry na pewno, ale czy to było dzisiaj, czy wczoraj, czy rok temu, nie wiemy! Bałagan w kuchni, jakby rzeczywiście ktoś tu gotował. Zobacz, na podłodze leży rozbite jajko, dlaczego nikt nie posprzątał od razu? Okropnie nas denerwuje takie niechlujstwo! Czyżby był tu ktoś obcy? Może to TY! Nie znaliśmy się przecież wcześniej! Jak brzmiało twoje imię? Mówisz, że to nie ty, że przecież cały czas byliśmy razem, że przecież to twoje ręce pokroiły truskawki. O jakich truskawkach mówisz? Wieki nie próbowaliśmy już truskawek! Miały być gofry z cukrem pudrem i brzoskwiniami, ale nie ma ani cukru pudru, ani brzoskwiń, ani gofrów! Jak to, o co te nerwy? Ty się uspokój! Co mamy według ciebie zrobić? Nie upieczemy drugiej porcji, ostatnie jajko się zbiło, nie starczy mleka, może też braknąć cukru, a bez cukru to w ogóle nie ma sensu brać się za nic. Nawet jakbyśmy mieli składniki, to nie starczy czasu. Zobacz, która godzina! Już nie będzie gofrów. Trudno. Posprzątaj okruszki i resztę, zmywarka chyba się zepsuła, więc naczynia musisz pomyć ręcznie.


50

twory

zjedli nam gofry

niedomknięte tekst: M ARTA KL APA ilustracje: AM E L I A KOWAL S KA

tęsknota zawsze przychodziła spóźniona niezauważalnie stawiała się o piętnaście minut za późno

Do tekstu posłuchaj: Kacperczyk - Kryzys Wieku Wczesnego

lipiec 22



52

twory

zjedli nam gofry

jedne z dwojga drzwi prowadzą do pokoju w którym ktoś niezdarnie rozsypał trzy zestawy klocków lego delicje i kilka truskawek zanurzonych w cukrze złoty promień słońca nieśmiało odbija się od starych zdjęć które krzyczą beztroską i szepczą do ucha bajki wszystko zaczyna się dawno temu i kończy szczęśliwe stary stolik prawdziwe dzieło sztuki artystyczna wizja małego twórcy zwieńczona setką niezdarnych śladów po flamastrach wszystko przysypane okruszkami po ciastkach pamiętam każdą delicję starannie obraną najpierw z czekolady później z biszkoptu idealnie oddzielona galaretka była trofeum dziecięcej cierpliwości stolik był dość wysoki dzielnie służył jako kryjówka miał jedną wadę zdawał się wcale nie rosnąć ze stoickim spokojem niezmiennie stał w jednym kącie

lipiec 22


lipiec 22

zjedli nam gofry

z upływem czasu jednak jakby się skurczył ciężko było się ukryć pod jego wielkim blatem nadawał się tylko do jedzenia (czy to już dorosłość, kiedy nie możesz się pod nim schować?) znalazł mnie telefon ktoś dał jakieś bardzo ważne zadanie ale mówił dość niezrozumiałym językiem tym samym którym mówili czasem dorośli szereg tajemniczo brzmiących słów zachwycił tak samo mocno jak niegdyś zapach świeżego placka na ślepo trafiało się wtedy do kuchni żeby zjeść go jeszcze zanim wystygnie teraz jednak woń dorosłych spraw (a pachniały one podekscytowaniem i niewiadomą) zaprowadziła do pokoju numer dwa miało to zająć tylko kilka minut pokój lat dziecięcych pozostał otwarty po co zamykać drzwi na klucz skoro mam wrócić za chwilę w tym czasie ktoś bezszelestnie wszedł do pokoju otworzył okno wywietrzył go z beztroski i czystego szczęścia na stoliku położył stertę papieru stary mebel ugiął się nieco jakby rozumiał (po)wagę sprawy

twory

53


54

twory

zjedli nam gofry

wróciłam zegar na ścianie postanowił sam się zatrzymać nie zniósł czekania na mój powrót a może pracował ale woń dorosłych spraw udzieliła się też i jemu poczuł nieznajomy dotąd ból w zębatce zwolnił nie ryzykując złamania wskazówki w pudełku została jeszcze jedna delicja tym razem zjadłam ją na szybko w pośpiechu jakby satysfakcja z rozkładu jej na czynniki była czymś nudnym i zwyczajnie niepotrzebnym

tęsknota zawsze przychodziła spóźniona niezauważalnie stawiała się o piętnaście minut za późno tym razem pozwoliła sobie na pewien wybryk natury pojawiła się wcześniej niż się jej spodziewano upewniając się że zostawiła po sobie ślad teraz wielki świat beztroski powraca jeszcze częściej niż kiedyś przez szparkę w drzwiach widzę dziecięce wspomnienia uśmiecham się na ich widok i każdorazowo obiecuję że kiedyś tam jeszcze wrócę a drzwi dalej pozostaną niedomknięte pomiędzy dzieciństwem a ważną sprawą do załatwienia

lipiec 22


lipiec 22

twory

zjedli nam gofry

tekst: joa nna m i si a k ilustracje: m aja ziół kowska

Pamiętnik ze zwykłego życia Sinusoida działania i pętla życia piątek

Siedzę tu i siedzę. Wiem, ile mam do zrobienia, a nie robię nic. Nic potrzebnego. Teoretycznie. Bo czas mam w sumie w większości zajęty – ale niczym, co jest na mojej liście leżącej obok otwartego laptopa. Tu się po prostu nie da tego wykonać. Mój umysł krąży wokół mnóstwa wołających mnie rzeczy – niezbyt pilnych i ważnych, ale tak naprawdę bardzo mi potrzebnych. Lubię tu chodzić po sadzie, dotykać trawy stopami, patrzeć na okrągłe i puszyste trzmiele. To mój spokój, oddech, odprężenie. Teraz wszystko zwalnia, nigdzie mi się nie spieszy i nie myślę tak bardzo o goniących mnie terminach. Tutaj goni mnie tylko mój pies i przybiega, żeby go pogłaskać i ochronić przed większymi od niego kotami sąsiadów. Wieczorem nachodzi mnie dziwne napięcie. Myśli, czy dziś zrobiłam coś pożytecznego. Może i nie. Ale jestem tu dopiero pierwszy dzień. To był czas na zatrzymanie, zawieszenie tego, co było jeszcze kilka dni temu.

Do artykułu posłuchaj utworu: Wiosna - Organek

55


56

twory

zjedli nam gofry

sobota

wtorek

Silne postanowienia, że dzisiaj będę produktywna. Budzik nastawiony na wczesną porę, żeby skorzystać jak najwięcej z tego dnia. Finalnie wstaję prawie dwie godziny później. Lodówka pełna rozmaitości każe mi zrobić wymyślne śniadanie, którym rozkoszuję się kolejną godzinę. Dobra, zajmę się czymś po południu. Projekty na studia, nauka na zaliczenia, napisanie przynajmniej kilku zdań do kolejnego tekstu – lista się wydłuża. A ja robię pranie, sprzątam pokój, tańczę. To też są ważne czynności, ale chyba nie powinny zajmować mi całego dnia. Wieczorem, z lekkim poczuciem winy z powodu „niezrobienia-teoretycznie-niczego“, włączam film. Z wielkim kubkiem herbaty oglądam go w moim pokoju – to dla mnie bezpieczna przystań i doskonale spędzony czas przed snem.

Nudno tu. Pościelone łóżko, uprzątnięte półki. Nie ma co robić. Zaraz, zaraz, jak to nie ma? Jest i to cała masa. Patrząc na mój plan zajęć z wielkim bólem muszę stwierdzić, że to właśnie dzisiejszy dzień powinien być tym najbardziej produktywnym, bo mam najwięcej wolnego czasu. A terminy coraz bliżej. Im więcej do zrobienia, tym większy stres i tym większy paraliż przed choćby rozpoczęciem czegokolwiek. Otwieram jeden projekt. Dopisałam dwa zdania i wyjustowałam tekst wstępny. W takim razie czas na obiad. A po jedzeniu, wiadomo, chwila odpoczynku. Słońce pięknie świeci za oknem, czuję zapach skoszonej, soczyście zielonej trawy i ostatnie, czego chcę, to siedzieć w tym pokoju i zajmować się studiami.

niedziela

środa

Od rana przekonanie, że dzisiaj też pewnie nic nie zrobię. Trzeba się również przyznać przed samą sobą, że wczoraj było wiele chwil spędzonych w kiepski sposób – najczęściej z telefonem w ręce. Mnóstwo razy w ciągu dnia siadałam przed laptopem, by po chwili odwrócić się od niego. Za każdym razem tłumacząc sobie w głowie: „Jest niedziela, trzeba odpocząć“. Aż przychodzi wieczór. To jest czas, kiedy nachodzi mnie kreatywność. Z jakiegoś powodu w domu jestem w stanie wykonywać tylko rzeczy, które jej ode mnie wymagają. Dlatego teraz piszę i zaczynam nawet nieco żałować, że trzeba jechać z powrotem do Krakowa i przy kolejnej wizycie tutaj zaczynać cały ten proces od nowa. Tyle bym przecież mogła jeszcze zrobić.

Cały dzień zaplanowany, także bez wyrzutów sumienia omijam komputer i zajmuję się swoimi sprawami. Teraz zaczynam czuć ten klimat – zabiegany, szybki, wypełniony do ostatniej minuty, trochę męczący. I zaczyna mi się to podobać. Czuję się niesamowicie efektywna, a czasem nawet efektowna. Najtrudniejsze zajęcia na studiach przeminęły i od razu lżej w głowie. Wieczorem idę tańczyć. Tęsknię za ruchem i muzyką. Dwie godziny treningu to doskonały sposób na przypomnienie sobie, czemu to kocham. Pozytywne zmęczenie pozwala mi, po ciepłym prysznicu, szybko i przyjemnie zasnąć.

poniedziałek

czwartek

Teraz będzie inaczej, przecież miejsce nie może mnie ograniczać. Pomimo tego, że jestem już w innym mieście, innym pokoju, otoczona innymi rzeczami – nadal mogę działać. Tyle teorii. W praktyce uderza mnie gwałtownie tempo tutejszego życia. Przypominam sobie wszystkie daty zbliżające się nieuchronnie z wielkim transparentem „deadline“. Nie ma tu na razie miejsca na kreatywność i artystyczne szaleństwa. Teraz trzeba włączyć Excela, zrobić projekt, napisać kolokwium. Ale to jeszcze nie dzisiaj. Jeszcze nie weszłam w ten nowy rytm. Nawet nie próbuję wrócić do pisania. Ukulele, które przywiozłam na początku semestru do akademika zerka spomiędzy pluszowych misiów na parapecie smutno i z tęsknotą.

Dzisiaj to ja mogę wszystko. Motywacja do nauki i kończenia projektów sięga zenitu – nawet jeśli nie do końca wiem, co w nich robić. Szybkie tempo miastowego życia rozpędziło mnie i teraz nie chcę zmarnować żadnej chwili. W międzyczasie współlokatorka proponuje wyjście na rolki – super, w końcu muszę się tego nauczyć. Już po chwili dreptam niepewnie pingwinim krokiem z płozami zamiast stóp i próbuję okrążyć Błonia. Na początku to trudniejsze niż się wydaje, dlatego siadamy na ławeczce i oglądamy spacerowiczów i biegające pieski. Tu dociera do mnie, że znów mija kolejny tydzień, kolejne zadania skończyłam i kolejne zbliżają się jak ludzie, którzy idą ścieżką szybciej niż ja jadę.

lipiec 22


lipiec 22

twory

zjedli nam gofry

Tęsknoty nieznane tekst: z u zanna s zo t t ilustracje: Ju li a Ryb s k a

Kiedy się patrzy w gwiazdy, człowiek tęskni za czymś dalekim i nieosiągalnym. Tylko taka tęsknota jest prawdziwa. W naszym świecie nie potrzeba, aby ludzie tęsknili do czegokolwiek. Mają być zadowoleni tym, co im dane. Mają patrzeć w ziemię, nie w niebo. – Wyjście z cienia, Janusz Andrzej Zajdel,

Do artykułu posłuchaj utworu: Hey Moon – John Maus

57



lipiec 22

twory

zjedli nam gofry

Jednym z pierwszych budynków, które zrobiły na mnie tak duże wrażenie, była miejska biblioteka w Przemyślu. Duży, szary, wzniosły budynek wypełniony był tysiącami książek, które zabierały w mnie w najdalsze podróże na świecie. Mała, plastikowa karta biblioteczna spoczywała zawsze w kieszeni moich dziecięcych spodni, gotowa przewędrować ze mną pół miasta, żeby znów znaleźć się u progu tamtej monumentalnej budowli. Nie szłam tam nigdy z pomysłem, co pożyczę następne – po prostu kręciłam się po działach, które mnie interesowały i brałam tych kilka książek, które akurat obiecywały przenieść mnie w ciekawe, niezwykłe, odmienne i niespotykane miejsce. Nie można chyba powiedzieć, że byłam dzieckiem wycofanym – takim, które całe dnie spędzało zamknięte w pokoju, zajęte czytaniem powieści. Myślę nawet, że było zupełnie odwrotnie – moje wspomnienia wypełniają roześmiane twarze przyjaciół i przyjaciółek, wysokie drzewa mojego ogrodu, przygody i mniej lub bardziej niebezpieczne wyprawy. Zawsze jednak czułam, że mam gdzieś blisko siebie również ten drugi świat, a może nawet światy. Czasy i przestrzenie pełne cudzych opowieści – magicznych krain, potężnych smoków, niezwyciężonych czarodziejów, ale też zwykłych osób, takich jak ja, którym przytrafiały się rzeczy niezwykłe. Książki zabierały mnie zawsze w tak odległe od mojego życia, że nie mogłam się im nijak oprzeć. Nie ma znaczenia jak bolesna czy nieprzyjemna mogła być moja rzeczywistość – wystarczyło wypełnić swoją głowę cudzą opowieścią, żeby nie pamiętać o własnych problemach. Jestem pewna, że ten książkowy eskapizm wiele mi w życiu dał – poszerzył moje horyzonty, otwierając mi głowę na innych ludzi, poglądy, kraje, światy. Nauczył mnie słuchać i rozumieć tych, na których mi zależało, pokazał skomplikowanie rzeczywistości i jej strony, których w żaden inny sposób nie mogłabym się domyślić. Z czasem książki stały się też dla mnie jednym z najważniejszych narzędzi poznawania świata – uczyły mnie o dalekich krajach, okrutnych konfliktach, ciekawych bakteriach, niezwykłych odkryciach, o filozofii, teoriach społecznych. Zabierały mnie w podróże na Marsa, w głębiny oceanów, do kanadyjskich miasteczek, amerykańskich metropolii i – pewnie przede wszystkim – ogromu ludzkich historii.

Zostawiły mnie jednak z jeszcze jedną cechą, która przykleiła się do mnie jak guma, która wplątuje się we włosy. Im bardziej się z nią szarpię, tym mocniej osadza się ona gdzieś we mnie, tym trudniej mi się jej pozbyć. Ta potrzeba niezwykłości, tęsknota za odległymi krainami, odległymi podróżami, okruchami magii, rzeczami nietuzinkowymi i niecodziennymi. To niewytłumaczalne pragnienie, aby świat nie był tak szary, ordynarny, codzienny, jakim faktycznie jest. Ta wewnętrzna potrzeba, która już na zawsze została ze mną i która być może już zawsze będzie pchać mnie do robienia rzeczy dziwnych. Pamiętam nawet, że jeszcze w podstawówce składałam sobie ze swoją ówczesną najlepszą przyjaciółką przyrzeczenie, że „uczynimy nasze życie niezwykłym”. Cokolwiek mogło to znaczyć wtedy, zostało ze mną właściwie na zawsze. Do dzisiaj towarzyszy mi w codziennych wyborach, pcha do działania, dyktuje wakacyjne plany, osadza moje uczucia w różnych ludziach. To pragnienie niezwykłości osiadło gdzieś we mnie, stało się moją cechą – nie bardziej rzeczywistą niż brązowe oczy i podatność na stres. Oznacza to dla mnie jakąś potrzebę ciągłego ruchu, silne przekonanie, że tylko w biegu, tylko wtedy, gdy coś się dzieje, mogę być szczęśliwa. I to jest bardzo dziwna cecha, równie dobra i budująca, co niewygodna i destrukcyjna. Rządzi się swoimi prawami, nie dając mi raczej nigdy odpocząć i zmuszając mnie zawsze do tego, by sięgać dalej i robić jeszcze więcej. Jest formą owsików, które nie pozwalają mi trwać zbyt długo w rzeczywistości, którą na co dzień zastaje – muszę stale ją zmieniać, modyfikować, próbować. Albo chłonąć historie innych – przyjaciół, przyjaciółek, bliskich, obcych, nierzeczywistych, książkowych postaci. Historie z przeszłości, przyszłości, teraźniejszości, bolesne, piękne, inspirujące, beznadziejne, dziwne, radosne, dołujące, każde. Historie, które wypełniają mnie, które tworzą we mnie mozaikę doświadczeń, marzeń, planów i konceptów. I, które w nie do końca zawsze dla mnie zrozumiały sposób – sumują się do mnie samej.

59


60

twory

zjedli nam gofry

sen tekst: k i nga bł a żejowska ilustracje: sandr a l i pni a k

kiedy zamykam oczy dzieją się rzeczy nieoczywiste

spotykamy się na rozległych łąkach które pokrył piach tańczymy pod niebem pełnym gwiazd a srebrzysta toń twoich słów budzi wspomnienia w których malujemy słonie w poziome pasy

Do tekstu posłuchaj: River Flows In You - Yiruma

lipiec 22



62

twory

zjedli nam gofry

[z głową pełną deszczu] tekst: k i n g a b ł a ż e j o w s k a ilustracje: o l i w i a s z l u f i k

roztargnienie często sprawia, że…

z głową pełną deszczu w myślach pełnych chmur szukam ciągle słowa goniąc dzień po dniu patrząc w mokre szyby licząc myśli w noc odnajduję siebie gubiąc cię co krok

Do artykułu posłuchaj utworu: Rivers Flows In You – Yiruma

lipiec 22




lipiec 22

twory

zjedli nam gofry

Nostalgia tekst: b e ata d u b i e l ilustracje: m a j a z i ó ł ko w s k a

Każdy dzień wygląda tak samo W pogoni za kimś kim nigdy się nie stanę Rozdaję swoje ostatnie talenty za darmo Chcę wrócić do tych czasów Kiedy terminy dla nas nie istniały A noce były pełne letnich romansów Dziś bezskutecznie próbuję złapać chwile Szukając ich wśród skrawków karteczek Donikąd przechodząc mile Dziś dawny obraz siebie idealizuję Wychodzę kredką za linie I posypkę cierpienia z lodów zlizuję Chyba pora rzucić grę pozorów Trójkąt nigdy nie zmieści się do otworu na kółko nawet bez wyraźnego powodu

Do artykułu posłuchaj utworu: As it was - Harry Styles

65




68

galimatias

zjedli nam gofry

Poszukiwane, poszukiwana Uprasza się o zwrot chwil i oczu dziecięcych skradzionych lat temu już wiele w sposób okrutny, perwersyjny i wyrachowany. Złodziej – wykorzystując kluczowy moment zamarcia pełnego przerażenia – ogołocił mnie z zabaw radosnych, myśli niewinnych i formy cielesnej. Portret pamięciowy: dwie bruzdy głębokie przy podniesionych uśmiechem policzkach, palec falowany i niebieska sukienka w kwiaty. Dla znalazcy przewidywana nagroda: pocieszenia. Jeśli coś wiesz w tej sprawie – odezwij się! Pomiędzy 420 00-010 Dorosłość

tekst: beata dubi el ilustracje: kl audi a jędr a k

Do tekstu posłuchaj: Artur Rojek - Beksa

lipiec 22



70 2

22 zjedli nam gofry kwiecień 22 zjedli nam gofry lipiec

galimatias galimatias

Niech pierwsza strona artykułu będzie pusta

M a łgor z ata Leszczyńska A u t or k a

Niech nie zawiera ani jednego słowa. Ani jednej kropki, ani jednego przecinka. Biała karta, czysta tablica. Tabula rasa.

A

r

t

y

k

u

ł

.

M ic ha ł C e m brows k i Grafik

Niech wszyscy wiedzą, że jest to artykuł.

Chwytliwy, ale na temat. Prosty, ale niełatwy. Zawsze dużą czcionką, zawsze na początku.

A gdyby tak – postawić tytuł na końcu.

Tak.

Niech pierwsza strona artykułu będzie pusta – z tytułem na końcu.

FOR AM

Na samym dole pustej kartki.

– a może właśnie tak, jak powinno być.

Na odwrót

Najpierw treść, potem tytuł. Tyle, że treści nie ma. Chyba, że nie dawać tytułu. Nie ma treści – nie ma tytułu.

Dać trzy gwiazdki – jak WIELCY poeci. Albo mali poeci.

Żeby ktoś musiał mu nadać incipit. I n c i p i t.

Podoba mi się.

Artykuł musi być ważny, żeby ktoś mu nadał incipit. Ktoś, nie ja, określi pierwsze napisane słowa.

Właściwie – nie napisane.

Stworzone.

Wy k r e o w a n e .

Trzeba mi przyznać rację, że mój artykuł zasługuje na incipit. Teraz autor. Autor jest wcześniej niż tytuł.

Ale jak się jest małym poetą, to nikt nie zwraca uwagi na autora.

Podpiszę się na górze strony. Albo nie – na dole. Przed tytułem, żeby zachować pozory. Pozory.

Niech choć jedna rzecz w tym artykule napisanym przez poetę będzie jak trzeba. Właśnie – a jak trzeba?

Ma być autor, tytuł, treść i forma.

Treści nie ma. Specjalnie. Tytułu nie określam. Specjalnie. Jeśli podam autora, to sama stanę się tym artykułem. Nie podam.

Nie podpiszę się. Nie. Nie będzie tam mojego imienia. Ani mojego nazwiska. Ktoś, nie ja, określi autora. Tylko ja będę wiedzieć. Znać.

Rozumieć.

Rozumieć.

Napisze „autor nieznany”. Właśnie. Nie ma treści. Nie ma tytułu. Nie ma autora.

Ale czytelnik ma rozumieć. Lub chociaż próbować. Pomyśleć.

Czytelnik lubi, jak teksty są dla niego. Chwytliwe, ale na temat. Proste, ale nie łatwe. Zawsze dużą czcionką, zawsze na początku.

To może forma. Tak. Przekonam go formą. Formą określę, o czym piszę.

Piszę – nie piszę.

Mój artykuł będzie określany przez formę. Forma – biała karta, czysta tablica. Tabula rasa.

Jednak niech czytelnik pomyśli – niech przeczyta incipit.

Niech przeczyta „autor nieznany”. Niech czytelnik sam zinterpretuje. Zobaczy sztukę. Zobaczy siebie. Sztukę siebie.

S i e b i e n a s z t u k i . Fo r m ę s z t u k i , s z t u k ę fo r my. Siebie na sztuki w formie, formę sztuki na siebie.

Formę dla formy. Sztukę dla sztuki. I siebie. Dla siebie.


lipiec 22 22 zjedli nam gofry kwiecień zjedli nam gofry

Au tor ni ez na n y * * * [For m a ]

galimatias

713


72

galimatias

zjedli nam gofry

Galeria Galeria to część magazynu, którą całkowicie oddajemy naszym grafikom. Na kolejnych stronach możecie zobaczyć ich wspólny projekt działowy, ich indywidualne interpretacje tematu oraz inne prace.

lipiec 22


lipiec 22

zjedli nam gofry

ilustracja: VICTORIA FRECHET

ilustracja: KLAUDIA JĘDRAK

galimatias

73


74

galimatias

ilustracja: OLIWIA SZLUFIK

ilustracja: VICTORIA FRECHET

zjedli nam gofry

lipiec 22


lipiec 22

zjedli nam gofry

ilustracja: KLAUDIA JĘDRAK

galimatias

75


76

galimatias

zjedli nam gofry

Ciepło

p o m ię d z y

Co sprawia, że czujesz ciepło? O czym myślisz, kiedy słyszysz oddech? Czym jest dla Ciebie granica? Czymś, co dzieli czy łączy? Jaki obraz pojawia się w Twojej głowie, gdy myślisz o kole? Krąg życia? Koło rowerowe czy może księżyc w pełni?

Projekt pomiędzy słowami jest próbą odpowiedzi na te pytania.

lipiec 22

Granica


lipiec 22

galimatias

zjedli nam gofry

Koło

słowami Co tydzień w dziale graficznym pobudzaliśmy naszą kreatywność, obrazując, każdy na swój sposób, słowa, które dotyczą tematyki czerwcowego kwartalnika. Projekt był częścią procesu, który miał na celu oswojenie nas z paletą kolorów wybraną do nowego wydania oraz z tematyką tekstów, które dział graficzny miał za zadanie zilustrować.

Życie się toczy, historia zatacza koło, ludzie ciągle powracają do wspomnień tych bliższych lub dalszych, by poczuć ich ciepło i oddech wolności. Czym jest dla nas ta wolność? Ile kilometrów dzieli nas od granicy bycia człowiekiem? Ile ludzi na świecie, tyle spojrzeń na świat. A Ty jak widzisz otaczającą Cię rzeczywistość?

77

Oddech


78

galimatias

zjedli nam gofry

c i e pło // A m e l i a K owa l ska

odde c h / ju l i a czajk a

koło / W eronik a romaniec

lipiec 22


lipiec 22

galimatias

zjedli nam gofry

gr a nica / v ict or ia fr e ch e t

c i e pło / a l ek sa ndr a dr acz

granic a / sandra lipniak

79


redakcja nasz magazyn ma wiele twarzy

Natalia Nitarska Redaktor Naczelna

Zuzanna Szott

Szefowa Działu Dziennikarskiego

Adrianna Suder Dział Dziennikarski

Amelia Kowalska Dział Graficzny

Victoria Frechet

Szefowa Działu Graficznego

Julia Czajka

Zastępczyni Redaktor Naczelnej Szefowa Działu Graficznego

Beata Dubiel

Szefowa Działy Promocji i Współpracy

Szymon Krzak

Koordyntor ds. druku i podcastu

Agnieszka Nowak

Aleksandra Dracz

Małgorzata Leszczyńska

Beata Król

Sandra Lipniak

Michał Cembrowski

Dział Promocji i Współpracy

Dział Graficzny

Dział Graficzny

Dział Graficzny, Dział Promocji i Współpracy

Dział Dziennikarski

Dział Graficzny


lipiec 22

81

zjedli nam gofry

Joanna Dobrzyńska

Józefina Arodaz

Kamila Kochanowska

Zofia Michlowicz

Julia Koziołek

Julia Rybska

Klaudia Jędrak

Oliwia Szlufik

Kinga Błażejowska

Klaudia Jakubowska

Małgorzata Kaczmarczyk

Magdalena Pikul

Maja Ziółkowska

Natalia Krężel

Dział Graficzny

Dział Dziennikarski

Dział Dziennikarski

Dział Graficzny

Dział Dziennikarski

Dział Graficzny

Dział Promocji i Współpracy, Dział Dziennikarski

Dział Graficzny

Joanna Misiak Dział Dziennikarski

Dział Graficzny

Dział Dziennikarski, Dział Graficzny

Dział Graficzny

Dział Dziennikarski

Marta Klapa

Dział Promocji i Współpracy, Dział Dzienikarski

Stopka Redakcyjna Kwartalnik NR 10/2022 ISSN 1899-2536 Wydawca : Centrum Mediów Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie ul. Józefa Rostafińskiego 8, 30-072 Kraków

Dział Dziennikarski

Dział Graficzny

Wera Jelonek

Dział Promocji i Współpracy, Dział Dziennikarski

Weronika Romaniec Dział Graficzny


bis.agh

magazyn.bisagh

BIScast, BIS AGH

bis.agh.edu.pl




Issuu converts static files into: digital portfolios, online yearbooks, online catalogs, digital photo albums and more. Sign up and create your flipbook.