Pogoda dla odważnych | Kwartalnik 01/2022

Page 1

styczeń 2022

ISSN 1689-104X

1

pogoda dla odważnych


2


3


4


droga czytelniczko, drogi czytelniku, w nowym roku z przyjemnością witam Cię nowym wydaniem kwartalnika w odświeżonej odsłonie. Magazyn, który trzymasz w rękach, jest owocem półrocznych prac naszej redakcji. Pracy skupiającej się na tym, aby treści, które wypuszczamy w świat, jeszcze lepiej pokazywały kim jesteśmy, odzwierciedlały przesłanie, które chcemy nieść i odpowiadały na potrzeby naszych czytelników. Świat wokół nas nieustannie się zmienia, a my staramy się za nim nadążyć.

„Pogoda dla odważnych” to zbiór wszystkich emocji, uczuć i przemyśleń, które kotłowały się w naszych głowach podczas końcówki 2021 roku. To również nasza interpretacja nastroi panujących w społeczeństwie i wydarzeń, które miały miejsce w czasie powstawania tego wydania.

Mam nadzieję, że w naszych tworach odnajdziesz również kawałek siebie. Ponieważ przecieramy szlaki w nowym kierunku, w którym chcemy podążać - będziemy wdzięczni, jeśli dasz nam znać, czy ten kierunek Ci się podoba. A może zupełnie inaczej wyobrażasz sobie nowy BIS? Napisz do nas, jesteśmy otwarci na dialog!

Przyjemnej lektury! Natalia Nitarska Redaktor Naczelna BIS AGH

5


Spis Treści

spojrzenia 10

Czerwona kokardka

12

Tatrzańskie eksploracje zimową porą

portrety 18 Legendozbiór Zakopiański - o demonie świętych gór opętującym polskich artystów 24 Wanda Rutkiewicz - kobieta w świecie męskiej hegemonii

6


optyka 30

Z perspektyrwy artysty - Hokusai Wędrując

34

Skład prosty - czyli przepis na książkę

36

MORN

twory 42

Aberracja

44

[tak łatwo jest żyć]

46

Topienie Aleksandry

50

[wypadła mi z rąk]

52

O odwadze, nadziei i innych imponderabiliach

54

W głąb | Tryptyk poetycki

galimatias 58 Jak przetrwać zimę antysmutkowy poradnik 62 Krój pisma 64 Galeria

7


pogoda dla odważnych | kwartalnik

Zanurz się w pogodzie dla odważnych i posłuchaj utworów, które towarzyszyły autorom podczas tworzenia tego wydania.

8


9


Czerwona kokardka tekst: adrianna suder ilustracje: magdalena pikul

To miało miejsce rok temu… Listopadowy, dżdżysty wieczór. Nagie gałęzie drzew kołysały się gwałtownie na wietrze, a na ulicach miasta panował bezład i zgiełk. Ludzie w popłochu gnali do domów, zatrzymując się niekiedy raptownie na widok czerwonego, rażącego światła sygnalizacji. W zniecierpliwieniu podrygiwali i potrząsali głową, jak gdyby ich groteskowe ruchy ubłagać miały owe światła do prędkiego zniknięcia im sprzed oczu. Chwilę później znów, jak konie w wyścigu na dźwięk strzału, podrywali się do biegu, rozbryzgując krople deszczu z nadeptywanych kałuży.

10

Do tekstu posłuchaj: November Rain - Guns N' Roses


spojrzenia

Stąpając powoli w gąszczu wielobarwnych parasolek dotarłam wreszcie pod drzwi wejściowe budynku, w którym mieścił się punkt pobrań Diagnostyki. Na mojej klatce piersiowej oraz wewnątrz ciała, tuż obok serca, poczułam ciężar — oznakę silnego lęku, która towarzyszy mi od dziecka. Odkąd pamiętam na widok igieł reagowałam przerażeniem, tym razem nie było inaczej. Krętymi schodami starej, lecz zadbanej kamienicy, z przytłumionym i podświadomym gniewem wobec nadchodzącej sytuacji, udałam się na górę, w miejsce oznaczone jako punkt pobrań na mapie umieszczonej w korytarzu. - Dlaczego muszę tam iść? Ponoć medycyna postępuje, a wciąż nie mogą znaleźć przyjemniejszego sposobu na wykonanie morfologii — rozważałam zrezygnowana, podczas gdy kolejne myśli kotłowały się w mojej głowie. Otworzyłam drzwi i ujrzałam tłum. Każda z osób w przygnębiającej ciszy oczekiwała na swoją kolej. W jednym momencie wszyscy obecni unieśli głowy patrząc z politowaniem na kolejnego nieszczęśnika zmierzającego w ich kierunku. W powietrzu odczuwalna była napięta atmosfera. Część pacjentów wchodziła na moment do jednego z gabinetów, aby odebrać swoje wyniki. Większość z nich po wyjściu brała głęboki oddech, jak gdyby ktoś wreszcie zdjął uciążliwe brzemię z ich barków. Błądząc wzrokiem po pomieszczeniu napotkałam spojrzenia ludzi spoglądających z niepojętą dla mnie podejrzliwością. Nieoczekiwanie moją uwagę przykuł plakat Stowarzyszenia „Jeden Świat”. Okazało się, że w tym samym miejscu, w tej samej kolejce oczekiwali także ludzie zamierzający wykonać badanie na obecność wirusa HIV. Moje uprzednie wywody w ciągu chwili zdały się miałkie. Na krzesłach usytuowanych w jednym z kątów sali siedziało kilku młodych mężczyzn. Przyodziani w szykowne czarne płaszcze i eleganckie obuwie, szeptali wymieniając spojrzenia i obawy. Wyglądali na studentów. Z ledwo słyszalnego półgłosu wysnułam, że czekali na test w kierunku HIV. Nagle budzące niepokój poszeptywania dobiegające z oddali, jak niespodziewany grom przerwało dźwięczenie telefonu. - Cześć mamo, jestem na pobieraniu krwi — oświadczył jeden z nich, po czym wbił wzrok w jeden punkt wsłuchując się w odpowiedź kobiety.

Nie trwała ona dłużej niż kilka sekund, a jej treści można się było domyślić. - Przecież nic się nie musi stać, żebym się przebadał — odparł z przekonaniem. W tej lakonicznej wypowiedzi, niezależnie od jej celu, zawarty był sens, który niczym aforyzm przeszywał umysł i skłaniał do rozważań.

Lista dostępnych punktów PDK w Polsce, w których można wykonać testy w kierunku HIV: https://aids.gov. pl/pkd/ Źródło: https:// www.medonet.pl/ choroby-od-a-do-z/ choroby-przenoszone-drogaplciowa,szcze-

1 grudnia, przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) został ustanowiony dniem walki z AIDS. Jego symbolem jest czerwona kokardka, która jest oznaką więzi i solidarności z osobami chorymi, a także ich bliskimi. HIV to ludzki wirus niedoboru odporności, który w konsekwencji powoduje AIDS, czyli zespół nabytego niedoboru odporności. Choć pierwsze przypadki zakażenia wykryto 40 lat temu, wciąż nie został wynaleziony lek, który mógłby skutecznie zwalczyć chorobę lub szczepionka, która chroniłaby przed infekcją. Jak wynika z szacunków, śmiertelne żniwo zebrane przez HIV sięga już 37 milionów osób.

pionka-na-hiv-poszukiwana--naukowcy-pracuja-nad-tym-od-40-lat,artykul,66461635. html

Nosiciele wirusa HIV wciąż stanowią jedną z najbardziej stygmatyzowanych grup. Diagnoza często wiąże się z zakłopotaniem, poczuciem winy i przejmującym lękiem przed reakcjami otoczenia. Narracje społeczne dotyczące sposobów zakażenia, jak i zakorzenione stereotypy, bezlitośnie za odpowiedzialnych tej sytuacji wskazują chorych. To nie musi być jednak konsekwencją ryzykownych i nierozważnych działań osób zakażonych (nieświadoma matka może przenieść zakażenie na swoje dziecko). Czasem to zarażeni są ofiarami swojej ufności i oddania bliskim. Niekiedy dowiadują się prawdy od razu, innym razem na jej ujawnienie czekają wiele lat…

W Polsce obecnie wykonać można darmowe i anonimowe testy na obecność wirusa HIV. Nieodpłatne jest również postępowanie lecznicze w przypadku zakażonych. Palącym problemem wciąż jednak pozostaje zbyt mała liczba osób zgłaszających się do punktów pobrań. Wczesna diagnoza może okazać się jedyną szansą na długie życie. Aby wykonać badanie, nie trzeba czekać aż dostrzeże się pierwsze niepokojące objawy…

11


spojrzenia

Tatrzańskie eksploracje zimową porą

tekst: adrianna suder ilustracje: sandra lipniak

12

Do tekstu posłuchaj: Nanda Devi - Ooyy

Góry od wieków oczarowują nas swoją monumentalnością, aurą niedostępności, a także rozmaitymi kształtami. Szczyty obserwowane z kilku perspektyw, nie tylko dla pasjonatów i uważnych turystów, z każdej z nich będą prezentowały się zgoła inaczej. Magia gór może być skryta w słonecznej poświacie wyglądającej zza horyzontu. Niekiedy dotknie nas dokuczliwie mroźnym podmuchem listopadowego wiatru, innym razem uwiedzie ciszą, wyswobadzając od nieustających i zgiełkliwych bodźców metropolii.



spojrzenia Wędrówki letnie rokrocznie przyciągają tysiące turystów: doświadczonych i niewprawnych, odważnych i brawurowych, a także roztropnych i lekkomyślnych. Wyprawy zimowe wymagają już znacznie większego przygotowania, zarówno pod względem ekwipunku, jak i umiejętności posługiwania się posiadanym wyposażeniem (np. wtedy, gdy wyrusza się w wyższe góry i konieczne staje się użycie raków i czekana, a także lawinowego ABC). Dla wielu ludzi jednak, okazałe sylwetki gór spowite białym, śnieżnym puchem, stanowią niezrównaną okoliczność do eksploracji. Od czego więc zacząć zimową przygodę, gdy na liście odwiedzonych destynacji widnieje jedynie spacer nad Morskim Okiem?

kopieniec wielki Kopieniec Wielki, wbrew swojej wzniosłej nazwie, jest niewysokim szczytem mierzącym 1328 metrów n.p.m. Usytuowany w niedalekiej odległości od Zakopanego, ze względu na roztaczającą się panoramę stanowi niepospolity punkt widokowy. Latem jest łatwo dostępny również dla rodziców spacerujących z małymi dziećmi. Na szczyt dostać się można trzema wariantami. Pierwszym z nich jest trasa z Jaszczurówki (dzielnica Zakopanego) przez urokliwie położoną Polanę Olczyską, a następnie Polanę Kopieniec. Wybierając szlak z Kuźnic, należy udać się na położoną w leśnym gąszczu Nosalową Przełęcz, później zejść niżej łagodną ścieżką na Polanę Olczyską, a stamtąd tak samo jak w pierwszym wariancie wędrujemy na usytuowaną tuż pod szczytem Polanę Kopieniec. Zwieńczeniem wyprawy jest osiągnięcie szczytu Kopieńca Wielkiego, skąd rozpościera się niezwykła panorama na Tatry znajdujące się po stronie słowackiej (m.in. Lodowy Szczyt i Łomnicę, czyli drugi najwyższy szczyt Tatr) oraz Tatry Polskie (szczyty otaczające Halę Gąsienicową). Trzecim i najkrótszym wariantem z powyższych jest wyjście z Toporowej Cyrhli, gdzie leśną ścieżką docieramy bezpośrednio na Polanę Kopieniec. Z pewnością będzie to błoga wędrówka dla osób, które chcą przeżyć zimową, tatrzańską wyprawę, zarazem nie udając się w dalekie rejony tamtejszych gór.

14

hala stoły w dolinie kościeliskiej

z hali gąsienicowej na kasprowy wierch

Dolina Kościeliska jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Tatrach. Słynie z wielu wąwozów i jaskiń, z których wyjątkowo częstymi wizytami szczycą się Wąwóz Kraków oraz Jaskinia Mylna. Zlokalizowana tuż nad popularną doliną Hala Stoły, stanowi jednak rzadko odwiedzany przez turystów cel (choć całość podejścia z niej nie zajmie dłużej niż 1,5 godziny). Wynika to zapewne z niewielkiej znajomości topografii Tatr wśród wędrowców rozpoczynających tatrzańską przygodę, a także z częstej nieświadomości jej istnienia. Z tego względu trasa ta będzie idealną propozycją dla osób, które na szlaku chcą odnaleźć spokój z dala od gwarnego tłumu ludzi. Z Polany na Stołach rozciąga się widok na Tatry Zachodnie (dostrzec można stamtąd Giewont, a także rozległy masyw Ciemniaka – jednego ze szczytów Czerwonych Wierchów, szczególnie urokliwych jesienną porą). Niegdyś na polanie znajdowały się liczne szałasy, dziś dostrzec możemy jedynie trzy z nich, które oficjalnie wpisane zostały do rejestru zabytków. Ze względu na brak dalszego oznakowania, Hala Stoły jest ostatnim punktem wycieczki w tamtejszych rejonach, a droga powrotna wiedzie znów do Doliny Kościeliskiej.

Ostatnią z propozycji jest wycieczka na Kasprowy Wierch z Hali Gąsienicowej. Schronisko „Murowaniec” i jego okolice należą do jednych z najczęściej odwiedzanych miejsc w Polskich Tatrach. Rozpościerające się widoki na wielokształtne szczyty z królującym nad doliną stożkowatym Kościelcem (zwanym również Polskim Matternhornem) zachwycają o każdej porze roku. Po wyjściu na Halę Gąsienicową z Kuźnic, kierując się żółtym szlakiem należy podejść pod dolną stację wyciągu. Następnie zimowym wariantem szlaku — wzdłuż trasy narciarskiej — podążamy bardziej stromym terenem, by po około godzinnym podejściu osiągnąć Suchą Przełęcz (usytuowana tuż pod szczytem Kasprowego). Stamtąd w parę chwil zdobywamy wierzchołek, podziwiając bajkowe widoki na cztery strony świata. Zakładany czas przejścia trasy od schroniska do szczytu wynosi około 1 godziny i 30 minut. Wybierając się w góry zimą, trzeba jednak pamiętać o tym, że orientacyjny czas w zależności od warunków pogodowych może się znacznie wydłużyć. Kasprowy Wierch jest jednym z popularniejszych szczytów Polskich Tatr, na co wpływ ma znajdująca się tam kolej linowa. Dzięki niej, szczyt ten jest łatwo dostępnym punktem dla wszystkich zmagających się z problemami zdrowotnymi, uniemożliwiającymi długie i mozolne wędrówki. Dla osób zmęczonych po dalekich wyprawach jest to także możliwość na szybki powrót do Kuźnic. Na szczycie Kasprowego znajduje się również Wysokogórskie Obserwatorium Meteorologiczne, które jest najwyżej położonym budynkiem w Polsce.

grześ Grześ jest szczytem liczącym 1653 metry n.p.m. Jego niewątpliwym atutem jest rozległa panorama polskiej oraz słowackiej części Tatr Zachodnich (możemy stamtąd dostrzec masyw Rohaczy, Wołowiec, a także Starorobociański Wierch, czy Bystrą). Bazą startową do osiągnięcia celu jest Siwa Polana, skąd podążamy na słynną Polanę Chochołowską (znaną z corocznych wycieczek turystów na tamtejsze urokliwe pola krokusowe). W dolinie również znajduje się schronisko, gdzie można odpocząć i zgromadzić siły do dalszej wędrówki, a także spróbować specjałów takich jak np. „Deser Chochołowski”. Dalsza wyprawa żółtym szlakiem od schroniska na szczyt, zimową porą nie powinna zająć dłużej niż 2 godziny. Po minięciu lasu, wąską ścieżką w otoczeniu krzewów kosodrzewiny kroczy się na kopułę szczytową Grzesia. Bardziej doświadczeni turyści często przedłużają trasę również o Rakoń i Wołowiec.

Warto wiedzieć, że trasy na Grzesia oraz Kasprowy Wierch są znacznie bardziej wymagające kondycyjnie, niż dwie pierwsze zaproponowane destynacje. Zimą niezwykle istotne jest sprawdzanie prognozy pogody, a także zagrożenia lawinowego przed wyjściem w góry (Dostępne na stronie TOPR). Koniecznie należy zaopatrzyć się w raczki lub raki, gdyż mogą się one okazać niezbędne nawet na prostszych podejściach. Wśród spakowanego ekwipunku powinna znaleźć się latarka czołowa (zimą dzień jest znacznie krótszy) oraz termos z ciepłą herbatą.


spojrzenia Ze względu na zagrożenie lawinowe, Tatrzański Park Narodowy na okres zimowy zamyka część szlaków: m.in szlak z Doliny Strążyskiej na Giewont, czy z Doliny Pięciu Stawów Polskich do Morskiego Oka przez Świstówkę Roztocką. Aktualne informacje o zamkniętych szlakach, a także o panujących warunkach można sprawdzić na stronie internetowej TPN. Na stronie TOPR można również skorzystać z kamer internetowych, na których ujrzymy widok na Tatry z najczęściej odwiedzanych miejsc w tamtejszych górach.

Życzymy miłego i w szczególności bezpiecznego wędrowania po najpiękniejszym Parku Narodowym w Polsce, w zimowej scenerii!

15


16


17


portrety

Legendozbiór Zakopiański – o demonie świętych gór opętującym polskich artystów

tekst: józefina arodaz ilustracje: victoria frechet

„Czymże jest życie pełne gorączki i realnej twórczości tam, na dolinach, wobec urojonej, a jednocześnie tak rzeczywistej, jak uderzenie pałką po łbie, szatańskiej przyjemności przeżywania siebie – prawdziwego zakopiańczyka w uniezależnieniu od wszystkich norm, na tle jedynej w swoim rodzaju dekoracji gór groźnych i potężnych i romantycznych dolin i wąwozów.” — Stanisław Ignacy Witkiewicz, Demonizm Zakopanego (1919)

18

Do tekstu posłuchaj: Hej w Górę - Trebunie-Tutki



portrety prolog: przenosiny w czasie

kompozytorów. Efekty takich zachwytów i prób łączenia stylów możemy dziś doświadczyć na przykład analizując A przecież Zakopane było kiedyś wsią. Osadą skrytą, balet „Harnasie” Karola Szymanowskiego czy odsłuchując trudno dostępną, anonimową przestrzenią, nad którą „Album Tatrzańskie” Ignacego Jana Paderewskiego. czuwały górskie kolosy. Czuwały Tatry – ta plejada bóstw surowych, skalistych opiekunów w wymagającym ścisku formującym losy poddanych im mieszkańców. Na wzór Popularne za czasów wzmożonej aktywności Tytusa spienionej, życiodajnej rzeki wije się w niedefinitywno- Chałubińskiego na rzecz popularyzacji Tatr stały się tak ści walka przekleństw i błogosławieństw tego miejsca. To zwane „wycieczki bez programu” w towarzystwie lokalnych srogie, nieujarzmione, fantasmagoryczne piękno, które przewodników, które polegały na spontanicznym wędroporwało w żądnym daniny halnym hauście dusze tak wielu waniu przez kilka dni wśród górskich terenów, sypianiu wybitnych polskich artystów. Jak silny musiał być urok pod namiotami tam, gdzie ich zmierzch zastał i nocnych rzucony na przybysza z Centrum – Tytusa Chałubińskiego zabawach wokół rozpalonego ogniska – żarzącego się na po– że ten odtąd sługa tatrzańskich sił notorycznie powracał marańczowo życia, tętniącego w rytmie góralskich śpiewów do Zakopanego, odkrywając coraz to nowe walory tego w ciemności tatrzańskiej nocy. Opis takich zakrojonych miejsca i tych ludzi? Postać lekarza z Warszawy, którego na dużą skalę eskapad znaleźć można w książce samego działania na rzecz promocji Zakopanego jako arkadyjskiego Chałubińskiego – Sześć dni w Tatrach czy też w bardzo uzdrowiska mają wartość nie do przecenienia, wbiła się wówczas popularnej Na przełęczy Stanisława Witkiewicza. głęboko w tę ziemię. Echo Chałubińskiego toczy się wraz Z praktyką wycieczek bez programu (i w ogóle z życiem z wichrem przez tatrzańskie szlaki, pomnikowo spogląda bohemy zakopiańskiej) wiązała się postać Sabały, czyli Jana na współczesnych turystów mijających ulicę Zamoyskiego Krzeptowskiego. Legendarny góral, niezrównany gawęi wyłania się ze stron historii, legend, opowiastek o tym dziarz i pieśniarz o zbójnickiej przeszłości, zwany Homerem regionie, które niestrudzenie odświeżają barwność mitu Tatr, swoją obecnością ubogacał niejedno zakopiańskie wytatrzańsko-zakopiańskiego. A przecież jeszcze w latach 70. darzenie. Zaprzyjaźniony z Chałubińskim, Witkiewiczem XIX wieku Zakopane było niewielką osadą, do której pew- czy Sienkiewiczem wyprawiał się z nimi w góry, przygrywał nego letniego sezonu przybywa Tytus. I chyba jeszcze nikt z hipnotyzującym dynamizmem na złóbcokach, a swoimi wtedy nie przeczuwa, że to początek wielkiej metamorfozy gawędami nadawał niezapomnianego charakteru salonotego miejsca. wym spotkaniom.

o tym, jak zakopanemu świętość nadawano W podtatrzańskiej niepozornej miejscowości dostrzeżono potencjał do stania się „polskimi Atenami”. Zachwalany przez Chałubińskiego klimat Zakopanego, sprzyjający schorowanym i chorowitym jednostkom, stał się motorem napędowym pierwszej fali turystyki. Zjeżdżali się, pokonując niełatwą trasę, przyjaciele i znajomi pierwszych „odkrywców” tego miejsca. Zjeżdżali, aby podreperować zdrowie i zachłysnąć się cudownością opisywanej krainy. Wśród towarzystwa nie brakowało person znanych i cenionych. Do pionierskiego artystycznego grona, tworzącego pierwsze legendy zakopiańskości, zaliczali się między innymi Stanisław Witkiewicz, Walery Eljasz, Henryk Sienkiewicz, Leon Wyczółkowski, Helena Modrzejewska, Stefan Żeromski, Kazimierz Tetmajer czy Ignacy Paderewski. Budowaniu się bohemy zakopiańskiej sprzyjała atmosfera ponadnarodowości samego Zakopanego, swoistej enklawy niedraśniętej trójzaborczym szponem. Dość prędko w świadomości odwiedzających to miejsce artystów uformował się topos świętych gór. Wszelkie przejawy „góralszczyzny” wzięły w posiadanie serca i umysły przybywających tam coraz chętniej reprezentantów różnych dziedzin sztuki i nauki. Podczas organizowanych w rozwijającym się kurorcie zabaw chętnie przywdziewano stroje góralskie. Zaś tradycyjna muzyka regionu często stawała się inspiracją dla polskich 20

Kolejne dekady przyniosły miejscowości tytuł „duchowej stolicy Polski”, gdzie jak w morsko-okiej tafli odbijały się wszelkie działania, artystyczne tendencje i społeczne ruchy obecne w rozproszonym kraju. Zakopiańskie domy myślicieli i twórców wszelakich w sposób naturalny przeistaczały się w salony artystyczne, gdzie zarówno oddawano się zabawom, kreatywnym zajęciom, jak i rozprawiano na tematy najwyższej wagi. Willa „Witkiewiczówka” w Antałówce, Willa „Harenda” z nieodłącznie związanymi z nią postaciami Jana i Marii Kasprowicz, Willa „Pod Jedlami” rodziny Pawlikowskich, Willa „Atma”, gdzie mieszkał Szymanowski, a gościł między innymi Jarosław Iwaszkiewicz – to tylko kilka z wielu artystycznych śladów, które przez lata udeptywały ścieżkę tożsamościową Zakopanego. Za część projektów tych wyjątkowych budowli odpowiadał ojciec Stanisława Ignacego Witkiewicza – Stanisław Witkiewicz senior. To on w 1891 roku za sprawą artykułu opublikowanego w „Kurierze Warszawskim” konstytuuje, a następnie konsekwentnie propaguje ideę stylu zakopiańskiego. W Tatrach i góralszczyźnie ujrzał Polskę pierwotną, nieskażoną obcymi tradycjami. Postawił na architekturę i ornamentykę góralską jako na elementy, które przechowały w sobie prastarego ducha polskiego. Styl zakopiański był propozycją w rozważaniach na temat stylu narodowego. Przedstawione przez Witkiewicza idee znalazły uznanie w społeczeństwie, a także zdobyły wielu naśladowców. I my dziś jeszcze możemy podziwiać wprowadzone w życie założenia stylu


portrety zakopiańskiego. Domy i ich umeblowanie, ceramika czy odzież – inspiracje Podhalem przez lata przelały się na wiele form, czyniąc je wyjątkowymi w swoim rodzaju. Przykładając ucho do kwiatowego wzoru wyczarowanego w ciepłym brązie drewna być może usłyszysz kiedyś podszept zaklętej w nim zakopiańskiej pra-idei.

o tym, jakie cuda wyprawiano w zakopanem Wyobraźmy sobie dawne zebrania, rauty, odczyty, koncerty i spektakle w pierwszym domu kultury Zakopanego – Dworcu Tatrzańskim – powstałym w 1881 roku z inicjatywy Towarzystwa Tatrzańskiego. Niech dotrze do nas żywy obraz ludzi, którzy zwykle zapełniają strony naszych podręczników szkolnych. Henryk Sienkiewicz czyta fragmenty powieści, Karłowicz i Paderewski czarują publikę swoją muzyką, Tetmajer z uczuciem deklamuje inspirowane Zakopanem wiersze, a Helena Modrzejewska daje popis swoich umiejętności aktorskich. A teraz dodajmy do tego opowieść o tym, jak to chciano ściągnąć prochy Juliusza Słowackiego do Zakopanego i zbudować mu grobowiec ukryty w górach. Albo o tym, jak same Tatry pragnięto w pewnym momencie przemianować na Park Mickiewicza. A później przypomnijmy sobie krótki epizod z życia Stefana Żeromskiego, kiedy to w październiku 1918 roku został prezydentem Rzeczpospolitej Zakopiańskiej – efemerycznego państwowego tworu. Choć urząd ten niemalże „dyktatorski”, jak sam pisze o tym Żeromski, sprawował zaledwie jedenaście dni, a RZ została wkrótce potem wcielona do II Rzeczpospolitej, to na Podhalu niepodległościowe projekty tak prędko nie wygasły. W owym czasie podczas wieczornych zakrapianych spotkań w góralskich głowach krystalizowała się wizja „jakiejś takiej Rzeczpospolitej Tatrzańskiej”[1].

barwne grono bliskich, przyjaciół i znajomych. Do grupy tej należeli między innymi malarz Rafał Malczewski, narzeczona Witkacego – Jadwiga Janczewska (która w 1914 roku popełni samobójstwo), Zofia i Karol Stryjeńscy, podróżnik Bronisław Malinowski, poeta Antoni Słonimski, wspomniany wcześniej kompozytor Karol Szymanowski, pisarz Kornel Makuszyński, literat Tadeusz Boy-Żeleński czy poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. W dwudziestoleciu międzywojennym przez Zakopane przewinęli się także Jarosław Iwaszkiewicz, Witold Gombrowicz, Zofia Nałkowska czy Bruno Schulz (dwoje ostatnich poznało się właśnie w podtatrzańskiej miejscowości, gdzie mieli nawiązać trwający kilka miesięcy romans).

Na tym płótnie zakopiańskiej abstrakcji pojawia się również mgielno-błękitny zawijas mistycyzmu tatrzańskiego. Ksiądz Józef Stolarczyk na zdobywanych szczytach gór pieśnią Te deum chrzci niepokorne tereny, artyści wskrzeszają z zatwardziałej pamięci ziem słowiańskie bożki, a filozof Wincenty Lutosławski, w tle mając Tatry, zgłębia temat wpływu jogi na umysł człowieka. Na to wszystko nakłada się jeszcze smuga popularności seansów spirytystycznych wśród zakopiańskiej bohemy. Sprawę tę zaś okrasza wątek wyróżniającego się w owym towarzystwie zdolnego medium, którym był nie kto inny, a noblista, autor Chłopów – Władysław Reymont.

Nowe pokolenie zakopiańskiego środowiska artystycznego, to przede wszystkim Stanisław Ignacy Witkiewicz znany jako Witkacy lub, jak sam siebie tytułował, Demon Zakopanego (notabene, chrzestny syn Sabały i Heleny Modrzejewskiej). Ta wyrazista postać skupiała wokół siebie [2] R. Malczewski, Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego, cyt. za: P. Zakrzewski, Zakopianina – narkotyk specyficznie polski, culture.pl/pl/artykul/zakopianina-narkotyk-specyficznie-polski (dostęp: 21.11.2021).

21


[2] R. Malczewski, Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego, LTW 2010.

[3] S.I. Witkiewicz, Demonizm Zakopanego, [w:] Varia, tom 23, PIW 2019.

[4] "Nawiązanie do tradycyjnej góralskiej pieśni o tym samym tytule." (przyp. autora)

Źródła: Jurczyńska-Kłosok A., Spacerem po Zakopanem: szlakiem literatów i muzyków, Miasto Zakopane, 2019. Sznapik A. D., Tatrzańska Arkadia: Zakopane jako ośrodek artystyczno-intelektualny od około 1880 do 1914 roku, Wydawnictwo Neriton, 2009. Majda J., Młodopolskie Tatry literackie, Wyd. 2, WUJ, 1999. Malczewski R., Pępek świata. Wspomnienia z Zakopanego, LTW 2010.

O młodszym pokoleniu tutejszej bohemy krążyło wiele plotek i legend. Zakopiańskie dwudziestolecie międzywojenne, to między innymi pełne wrażeń tatrzańskie rajdy samochodowe do Morskiego Oka czy sesje narkotykowe przeprowadzane pod lekarskim nadzorem zaprzyjaźnionego radiologa Teodora Białynickiego-Birulę. Witkacy znany był w środowisku ze swojej fascynacji wpływem różnego rodzaju specyfików (od kofeiny po kokainę) na proces tworzenia. Co warto zaznaczyć: interesowało go samo eksperymentowanie, unikał natomiast regularności w przyjmowaniu czegokolwiek. W obawie przed popadnięciem w jakiekolwiek uzależnienie (które postrzegał jako skrajnie negatywne zjawisko), gdy tylko rozpoznawał u siebie niepokojące objawy, konsultował się lekarzy i podejmował się stosownego leczenia. Ciekawym zabiegiem stosowanym przez Witkacego było pozostawianie charakterystycznego, skrótowego zapisu w rogu dzieła, nad którym w danym momencie pracował. Tajemnicza taka adnotacja miała sygnalizować, czy i, jeśli tak, to pod czego wpływem był artysta w trakcie tworzenia. Z Demonem Zakopanego wiąże się wiele więcej fascynujących anegdot. Choćby historie o Witkacym wychodzącym na spacery w piżamie skonstruowanej z gazet czy wpychającym znienacka przyjaciół w zaspy śnieżne. Ta ostatnia praktyka polegała na oblepieniu ofiary żartu śniegiem, a następnie pobiegnięciu do najbliższego domostwa i oznajmieniu, że trzeba natychmiast podjąć się ratowania zamarzającego człowieka. Taka pomoc zwykle przybierała formę „jajecznicy, herbaty i „czystej”[2]. Uraczywszy się w ten sposób (raczył się zarówno poszkodowany, jak i samarytanin-entuzjasta) przywracającymi siły kulinariami opuszczali domostwo, którego mieszkańcy pozostawali w miłym przeświadczeniu o spełnieniu dobrego uczynku.

Witkiewicz S. I., Nienasycenie, Wydawnictwo Zielona Sowa, 2007.

o tym, jak zakopane w demona przemieniono

Witkiewicz S.I., Varia, tom 23, PIW 2019. Kaczorowska K., Perły zakopiańskiej bohemy, (dostęp: 21.11.2021). Kijas A., #51 WITKACY: Wariat z Krupówek. POTĘŻNY PODCAST cz. 1, [w:] DAWNO TEMU W SZTUCE, (dostęp: 21.11.2021). Kowalczyk J. R., Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy), (dostęp: 21.11.2021). Kuczok W., Demonizm tatrzańskich podziemi, (dostęp: 21.11.2021). Zakrzewski P., Zakopianina – narkotyk specyficznie polski, (dostęp: 21.11.2021). Anegdoty zbierane, witkacologia.eu/Witkacy%20w%20anegdocie

22

/anegdoty.html (dostęp: 21.11.2021).

Wraz z końcem pierwszej wojny światowej nastąpił też koniec dominującego dyskursu Tatr jako miejsca sakralizowanego. Powoli dawała o sobie znać tendencja przeciwna. Zakopane, zatraciwszy swój czar małej mieściny otoczonej dziewiczymi górskimi terenami, poddając się nieuchronnym procesom komercjalizacji i wprowadzaniu kolejnych kurortowych udogodnień, gubiło swoją świętość i tajemniczość. Silnie związani z zakopiańskim życiem artyści zaczęli dostrzegać niepokojący zwrot w stronę rozrywkowości organizowanych wydarzeń kosztem rozwoju kultury i sztuki. Coraz mniej odczytów i wystaw, coraz więcej dancingów. Do Zakopanego ściągali, z każdym rokiem liczniej, turyści, oczekujący komfortu i dobrej zabawy. W odpowiedzi na zaobserwowaną zmianę w dynamice tego miejsca Stanisław Ignacy Witkiewicz ukuje termin „Demonizmu Zakopanego”. Artykuł o tym samym tytule zostanie opublikowany po raz pierwszy w dwutygodniku „Echo Tatrzańskie” w 1919 roku. Witkacy diagnozuje tam między innymi, że Zakopane zamieszkuje potężny demon miejsca – genius loci – który dla jednych może być w swej naturze zabójczy, innych zaś, tak zwanych Tytanów Ducha, może krzepić i pchnąć do osiągnięcia maksymalnej mocy twórczej. Co więcej, do-

szukiwał się w powietrzu Zakopanego obecności „subtelnego narkotyku”, który nazwał zakopianiną i który źródło miałby swoje mieć w samej „zapadającej się” naturze tego miejsca. Zatrucie ową substancją objawiało się między innymi utratą „względnie obiektywnych kryteriów” i stanem omamienia u twórców. Żartobliwie wprowadzone w obieg hasło „zakopianina” posłużyło Witkacemu do krytycznego skomentowania ówczesnego środowiska artystycznego, któremu wytykał np. łatwość z jaką osiadano na laurach, popadanie w otępiające samozadowolenie, przesuwanie realizacji kolejnych projektów na dalszy, niedookreślony plan. Cytat, zaczerpnięty ze wspomnianego artykułu, który pozwalam sobie w tym miejscu przytoczyć, zawiera, moim zdaniem, meritum sprawy – czyli diagnozę Zakopanego jako, w gruncie rzeczy, słusznego w swoim kuszeniu kusiciela, jako tworu doskonale ambiwalentnego: „Nawet ci, którzy nie zostali notorycznymi nieuleczalnymi zakopiańczykami, muszą przyznać, że co najistotniejsze w ich życiu, stało się w Zakopanem właśnie, a jeśli nie zaszło, to w takim razie zajść mogło, a w innej miejscowości nie zajdzie już na pewno nigdy.”[3].

epilog: słonecko juz zasło [4] Słońce już dawno zaszło nad Zakopanem przełomu XIX i XX wieku. Historia drastycznym dźgnięciem sztyletu – wybuchem drugiej wojny światowej – przeszyła serce tamtego świata. Co nam z niego zostało w dzisiejszym Zakopanem? Ośmielam się podsunąć tu ideę sentymentalnego doszukiwania się mitycznej zakopianiny w tym dzikim fresku naszych skrajnie tłumnych, plastikolubnych, przebodźcowanych zakopiańskich czasów. Może współcześnie śladów tej tajemnej substancji-esencji należy szukać w elementach nieoczywistych? Może wędzi się obok grillowanych oscypków, stanowi skład wafelka twojej porcji lodów sprzedawanych na Krupówkach, może ów demonizm hibernuje wszyty w oko pluszowego niedźwiedzia, podzwania w breloczku z owcą, sznurem lamp mruga nad drogami dzisiejszego Zakopanego? Miejsca te nasyciła potężna dawka wyobraźni artystycznej, obecność, która nie mogła ot, tak zniknąć. Wsiąknęła w hale, wtuliła się mchem w dachówki, pociemniała wraz z drewnem willi, wlazła literami w nazwy ulic tego miasta. Zakopane, podejrzewam, otoczone musi być mieszanką opieki i opętania ze strony zasłużonych tej ziemi sylwetek. Demon Witkacy skrobie nocą twój portret w ścianie pensjonatu. Karłowicz czuwa wśród zimowego krajobrazu nad narciarzami. Tetmajer o północy wygłasza odczyt wiersza, pałętając się wokół murów Dworca Tatrzańskiego. Miciński wymyśla nowym przybyszom niewybredne pseudonimy w Nietocie 2.0. Prus, gdy wybija trzecia, staje nad urwiskiem, próbując nawet pośmiertnie przełamać swój lęk wysokości. Stryjeńska struga zabawki po nocach, które przy blasku ogniska z kominka ożywają w góralskim tańcu na parapetach. Oni tam są – grają, malują, piszą, dokazują, wariują. Zakopane duchy świata, który śmignął ze stoku dziejów jaskrawą smugą lawiny wydarzeń czasem kuriozalnych, czasem oszałamiająco pięknych.



portrety

Wanda Rutkiewicz – kobieta w świecie męskiej hegemonii

tekst: adrianna suder ilustracje: maja ziółkowska

„W górach koniec wspinaczki jest bardzo naturalny – jest nim szczyt. Dookoła nieograniczona przestrzeń, słońce, czasem wiatr i deszcz, czasem mgła. A my na szczycie, poprzez wysiłek i zmęczenie, oczyszczeni i wolni, choć na chwilę stajemy się cząstką natury.” – Wanda Rutkiewicz, "Na jednej linie"

24

Do tekstu posłuchaj: Odwieczne pieśni, Op 10: I. Pieśń o wiekuistej tęsknocie. - Mieczysław Karłowicz, Orkiestra Filharmonii Warszawskiej, Kazimierz Kord.



portrety Jedną z najwybitniejszych himalaistek Hermetyczne środowisko skupione wokół najwyższych gór od początku było wrogie ko- oraz największych kobiecych inspiracji, zarówbietom. Demonstracja siły fizycznej, okazała no na macierzystym gruncie, jak i za granicą muskulatura oraz niezmierzone aspiracje „płci była Wanda Rutkiewicz. Urodzona w 1943 pięknej”, zdawały się sprzeciwem wymierzo- roku, polska inżynier elektronik w trakcie swonym w patriarchalny ład i harmonię kształ- ich wypraw w najwyższe góry zdobyła 8 z 14 towaną od wieków. Tradycyjne role kobiety, ośmiotysięczników usytuowanych na terenie takie jak rola żony czy matki, kontrastowały Himalajów i Karakorum. Wśród jej osiągnięć z wizją himalaistki wyruszającej na daleką znalazły się takie szczyty jak: Mount Everest, wyprawę i pozostawiającej ognisko domowe K2, Czo Oju, Nanga Parbat, Annapurna, Gapod opieką mężczyzny. Powracające wciąż szerbrum I, Gaszerbrum II oraz Sziszapangma. obrazy wojen, a także echa dawnych wyda- Rutkiewicz od początków swojej wysokogórskiej działalności nie dawała przyzwolenia rzeń zakorzeniły w świadomości społecznej wizerunek mężczyzny, który opuszcza ro- na dyskryminację kobiet w himalaizmie. dzinę, aby walczyć w obronie ojczyzny. Ciche Swoimi dokonaniami udowodniła, że idea bohaterki, choć zasłużone i często zapisane równouprawnienia nie jest jedynie mrzonką na kartach historii, wciąż w teatrze wojennej uciśnionej i podporządkowanej, mitycznej codzienności odgrywały drugoplanową rolę. „słabej płci”. Nieustępliwość i zdolności przyRozpowszechnione stereotypy oraz społeczne wódcze, a także światowa sława, którą niczym schematy ulokowały je na pozycji grupy, której ogień roznieciło zdobycie Mount Everestu brak przyzwolenia na realizowanie ambicji się- (jako pierwszy Polak, a także pierwsza Europejka), pozwoliły jej kilkukrotnie, na przekór gających poziomem tych męskich. W połowie XX wieku jednak, pomimo niesprzyjających męskiej dumie zrealizować kobiece wyprawy nastrojów społecznych, a także krytyki środo- w najwyższe góry świata. Wanda Rutkiewicz wisk alpinistycznych, coraz więcej kobiet zde- jako pierwsza kobieta na świecie zdobyła także cydowało się na sprzeciw. Twierdze męskości Czogori (drugi najwyższy szczyt na Ziemi, zaczęły kruszeć pod naporem kobiecych aktów znany szerzej jako K2). Polka wielokrotnie odwagi, dopuszczając do urzeczywistnienia podczas wywiadów oraz we własnych tekstach poruszała problem nierównego traktowania niegdyś głęboko skrywanych celów. obu płci w himalaizmie. Osławione, zimowe zdobycie Everestu przez Leszka Cichego

26

i Krzysztofa Wielickiego, którego dokonali 17 lutego 1980 roku, komentowane było jako rekompensata za wymierzone w męskie poczucie godności, osiągnięcie wierzchołka góry przez Wandę. Himalaiści żartobliwie relacjonowali w wywiadach, że ówczesny kierownik wyprawy — Andrzej Zawada, w celu zmotywowania ich do zdobycia szczytu, jak mantrę powtarzał słowa „To Wanda dała radę, a Wy nie dacie?". Jej zmagania często miały charakter rywalizacji między kobietami a mężczyznami. Nagromadzone doświadczenia i refleksje doprowadziły ją do konkluzji o ekskluzywności świata wspinaczki, jako szeroko dostępnego dla mężczyzn. Himalaistka wspominała także o zauważonym wśród kobiet niskim poczuciu wartości i braku wiary we własne możliwości.

Najsłynniejszym projektem, którego podjęła się Rutkiewicz była „Karawana do Marzeń”. W 1990 roku, po śmierci partnera Kurta Lyncke - Krügera rozżalona Polka coraz pewniej stąpała na granicy życia i śmierci. Himalaistka żądna doznania swoistego katharsis postanowiła wejść na szczyty pozostałych ośmiotysięczników, tym samym kończąc zdobywanie korony Himalajów i Karakorum. Rutkiewicz na zrealizowanie swojego ambitnego planu miała poświęcić zaledwie 1,5 roku. W 1991 roku, po udanym


portrety ataku szczytowym na Cho Oyu, zdobyła ulokowaną na terytorium Nepalu Annapurnę — szczyt charakteryzujący się najwyższym wskaźnikiem śmiertelności. Triumf nie trwał jednak zbyt długo, gdyż wokół osiągnięcia pojawiło się wiele kontrowersji. Kierownik wyprawy — Krzysztof Wielicki, nakazał odwrót, ponieważ przez spadające kamienie himalaistka nabawiła się kontuzji. Zdeterminowana Polka pod wpływem adrenaliny i pomimo silnego bólu odmówiła, samotnie wyruszając w stronę wierzchołka. Podważenie zdobycia szczytu przez Polski Związek Alpinizmu, a także związane z tym śledztwo, stało się momentem przełomowym w karierze Rutkiewicz. Zaprezentowane dowody świadczyły o osiągnięciu szczytu Annapurny przez Wandę, jednak wątpliwości i oskarżenia odcisnęły piętno na himalaistce, pozostawiając po sobie ogromną traumę.

12 maja 1992 roku był ostatnim dniem, w którym Wandę Rutkiewicz widziano żywą. Tragiczna w skutkach historia wydarzyła się na stokach Kanczendzongi. Ostatnim, który ją widział był Carlos Carsolio — kierownik meksykańskiej wyprawy, do której dołączyła Wanda wraz z mniej doświadczonym taternikiem i alpinistą Arkadiuszem Gąsienicą – Józ-

kowym. Ze względu na problemy zdrowotne stanowią motywację dla kolejnych generacji członków ekspedycji, do ataku szczytowego kobiet, które podobnie jak Rutkiewicz, swoje przystąpili jedynie Rutkiewicz i Carsolio. Hi- serca ofiarowały najwyższym górom świata. malaistka, mimo dolegliwości zdrowotnych podjęła stanowczą decyzję o wyruszeniu na zdobycie szczytu. Meksykanin poruszając 18 maja 2009 roku, szczyt Kanczendzonsię znacznie szybciej niż Polka, osiągnął cel, gi zdobyty został przez Polską himalaistkę a następnie schodząc i spotykając Wandę, na- — Kingę Baranowską. Polka złożyła hołd kłaniał ją do odwrotu. Himalaistka jednak Wandzie Rutkiewicz, dedykując jej swoje osiąodmówiła i pomimo braku odpowiedniego gnięcie i dziękując za jej odczuwalną obecność, sprzętu, wyraziła chęć odbycia biwaku przed która w trudnych momentach dodawała sił do ostatecznym atakiem szczytowym. Zrezygno- dalszej wspinaczki. wany Carsolio rozpoczął zejście, oczekując na powrót Rutkiewicz najpierw w obozie czwartym, a następnie w obozie drugim. Moment ten jednak nigdy nie nadszedł... Już po upływie trzeciej doby, szanse na powrót Polki były nikłe, a z czasem zmalały do zera.

Śmierć Wandy Rutkiewicz wstrząsnęła środowiskiem himalaistów, a także Polakami dumnymi z niebagatelnych osiągnięć swojej rodaczki. Wokół zaginięcia Rutkiewicz narosło wiele mitów, takich jak np. opowieść o rzekomym zejściu himalaistki do Tybetu i wstąpieniu do jednego z tamtejszych klasztorów. Dokonania Wandy Rutkiewicz wciąż pozostają jednymi z najwybitniejszych w historii, a jej upór, temperament i ponadprzeciętna siła

27


28


29


optyka

Z perspektywy artysty– Hokusai Wędrując tekst: klaudia jakubows ka ilustracje: aleksandra dracz

“Starzec opętany malarstwem”- tak mówił o sobie mistrz, którego dzieła wywarły wpływ na twórczość impresjonistów, czy poruszą też ciebie? Relacja z monograficznej wystawy drzeworytów Hokusaia w Muzeum Narodowym w Krakowie.

30

Do tekstu posłuchaj: Somewhere in Between - August Wilhelmsson



optyka We współczesnym świecie podróże okazują się codzienSama organizacja przestrzeni zdaje się lakoniczna, nością. W każdym momencie możemy się dostać gdzie surowa, co ułatwia wybrzmiewanie poszczególnym dziełom tylko zapragniemy – nieograniczona kultura rozlewa się – prostota formy stawia na piedestale detale. falą w różne regiony łącząc stare z nowym, zachodnie ze wschodnim, czarne z białym. Tak prezentuje się stan na dziś. Jednak wyglądanie dalej, poza kurtynę swojego podwórka, To co przykuwa uwagę, to fakt, że zanim wejdziemy bądź co najwyżej bliskiej okolicy, stało się nowością dla w przestrzeń kolekcji, korytarz przed wejściem zdaje się XIX-wiecznej społeczności, jak również okazało się pokusą przygotowywać nas, mówić “zaraz staniesz twarzą w twarz dla miłośników odległych kultur. Pośród nich możemy wy- z sacrum”. Efekt ten zapewniają wizualne animacje, oraz różnić Feliksa Jasieńskiego – wybitnego polskiego kolekcjo- niezwykle ciekawy tekst kuratorski, szykujący nas konteknera, znawcę i propagatora sztuki japońskiej. Dzięki niemu stualnie na odbiór wystawy, snuty niczym opowieść, przywłaśnie, w 1920 roku dobytek Muzeum Narodowego posze- gotowuje nas na opowieść-wędrówkę, w którą zanurzymy rzył się arcydzieła dalekiego wschodu. Tak to właśnie Hoku- się wraz z przekroczeniem progu. sai, nie w formie materialnej, ale zamknięty w ramach swojej twórczości trafił do Krakowa, zachwycając na wystawie HOKUSAI. WĘDRUJĄC trwającej od 13.08 do 05.12.2021 roku. Pierwsze co nas spotyka po wejściu to widok niezwykłego majestatu – słynna seria trzydziestu sześciu widoków góry Fuji (w rzeczywistości stworzono ich więcej), a na saPrezentowana kolekcja składa się z blisko 180 plansz mym środku sali wybija się (być może tak, abyśmy mogli drzeworytniczych oraz 45 albumów drzeworytniczych, ją lepiej poczuć) Wielka fala w Kanagawie. Oczywiście wita ukazujących obraz Japonii z okresu Edo, mang (szkicow- nas, nikt inny, jak sam Katsushika Hokusai, w swojej kaników) Hokusaia, surimono (druki okolicznościowe) oraz rykaturalnej postaci (co niezwykle do niego pasuje, gdyż poszerzona została o dodatkowe obiekty, dzięki darowi mistrz słynął ze swojego radosnego humoru). Jensa Wiebela, który podarował muzeum grafiki nabyte w Japonii przez jego przodka. Z samym mistrzem Hokusaiem (jak również z innymi ikonami malarstwa), możemy To, co warto wyróżnić w wystawie, to bogate teksty się spotkać często, w przejawach kultury popularnej, gdzie kuratorskie, które trafnie uzupełniają narrację obrazu, dzieła umieszczane są na ubraniach, ceramice, przedmio- dopowiadając to, co dla niewprawionego w kulturę japońtach użytku codziennego. Mimo zapewne dużych walorów ską zwiedzającego, nie zostało dopowiedziane. Obfitość ozdobnych nadruków, czy zainspirowanych twórczością tekstów sprawia, że na całą wystawę trzeba poświęcić co grafik, często przechodzą one do naszych umysłów jako po- najmniej 3 godziny. W zależności od tego, ile informacji wszechnie stosowane wzory, nie umieszczane w szerszym jesteśmy w stanie przyswoić w trakcie wizyty. kontekście twórczości artysty. Dlatego, przy okazji wystawy warto przyjrzeć się Wielkiej fali w Kanagawie, z bliska podziwiając pełnię jej majestatu w naturalniejszych dla niej Przejściem między przedstawioną siłą natury, a dalszywarunkach niż nadruk na T-shircie. mi pomieszczeniami staje się korytarz, stworzony zdaje się na wzór drogi między życiem a światem duchów. W przestrzeni tej, niczym z najprawdziwszego mostu, oglądamy Forma wystawy nawiązuje stricte do rodzaju sztuki, różne widoki ludzi splecionych w niekończącym się tańcu w jakim ulokowalibyśmy dzieła mistrza ukiyo-e („obrazy z cyklem natury. Przedstawiane grafiki okazują się być częprzepływającego świata”). To właśnie miłość do życia w pły- sto jednym i tym samym drzeworytem, dla którego czas nącym świecie, jest wynikiem wędrówki jaką odbywamy i technika stworzyły 2 różne (choć niby te same) wersje istniejąc i jaką doświadcza sam malarz-artysta, w poszuki- świata – warto przy tej okazji porównać, ocenić, walory waniu swojej ścieżki, interpretacji, samookreślenia, nadania artystyczne tych bardziej współczesnych z tymi typowymi charakteru swojej twórczości, siebie. Dlatego wystawa ta dla Hokusaia. staje się drogą/ labiryntem, w którym przedostajemy się do umysłu japońskiego artysty, przemierzając towarzyszące mu, przepływające pejzaże.

32


optyka Wkraczając do strefy magicznej, drzeworytów z legend i baśni, skutecznie przenosimy się w świat duchów i istot ponadnaturalnych, których istnienie przeplatało się ze świadomością mieszkańców niegdysiejszej Japonii. Po dreszczyku grozy, który zapewne nie omieszka przeszyć nas w tej części, wytchnienie i ukojenie możemy osiągnąć zatrzymując się na trochę dłużej przy cyklu ośmiu wodospadów, z których jakby wyobraźnią wsłuchać się trochę, rozszumia się dźwięk spadającej z wysoka wody. Twórczość artysty można nawet próbować porównać do tego, co usiłował zobrazować. Z niezwykłej delikatności i dokładności formy, wyłania się niezwykła siła zjawisk naturalnych, która zdaje się zamieniać miejscami z człowiekiem, który mimo, że na pierwszym planie, w swojej małości stanowi ledwo tło dla toczących się w przyrodzie zdarzeń. Klimat jego prac skrada nie tylko serce nam współczesnym znawcom sztuki i osobom uczestniczącym w popkulturze. Już impresjoniści, zachłyśnięci japonizmem, ochoczo czerpali z motywu ukiyo-e, a sam mistrz van Gogh zbierał taką kolekcję (można sobie teraz wyobrazić jak podają sobie rękę z Hokusaiem, kiedy koło koszulek z Wielką falą, leżą skarpetki w Słoneczniki).

W mojej opinii samo przebywanie na wystawie można porównać do medytacji, obecność doskonałych dzieł wciąga w głąb, co staje się jednak kontemplacją w duchu radosnego panta rhei. Oprócz pięknych widoków i poruszeń ducha, warto dodatkowo z wystawy wynieść coś jeszcze – podejście do życia. Nie zatrzymujmy się w miejscu, płyńmy z czasem niczym obłoki, fale, trwajmy w odwiecznej transformacji, niczym zmieniający się w naszych oczach horyzont. Hokusai stworzył nam nie tylko niezwykły obraz obserwowanego świata – ale całej filozofii, która chociaż upłynęło już dziesiątki dekad, wydaje się być stale aktualnym remedium na doświadczanie tego, co podsuwa nam dzień – dzisiejszy, jutrzejszy, stale inny. Tak więc, czy Ty, drogi czytelniku, podejmujesz tę podróż?

Wychodząc z krainy spadającej wody, możemy zerknąć z bliska na kolekcję niezwykle zdobnych, ale często też satyrycznych kartek okolicznościowych, przedstawiających różne sceny z życia, różne oblicza piękna, jak kwiaty, kobiety, czy też sceny mityczne lub rodzajowe.

Sama kolekcja kończy się nawiązaniem do tego co współczesne, gdyż to właśnie wzorniki, szkicowniki mistrza dały początek mangom, do których sięga z ochotą dzisiejsza młodzież i nie tylko.

Osobiście z wystawy wyszłam zauroczona i zachwycona, ale też, co może być zaskoczeniem, trochę zmęczona (podobnie jak po każdej podróży). Materiału, z którym zapoznajemy się podczas zwiedzania jest ogrom. Oczywiście jest to plus! Polecam, mimo wszystko, oglądanie rozłożyć na dwa razy.

33


Skład prosty – czyli przepis na książkę tekst: natalia nitarska ilustracje: oliwia szlufik

E-booki i audiobooki zrewolucjonizowały sposób, w jaki myślimy o książkach. Dały nam możliwość pochłaniania treści podczas podróży samochodem, tramwajem, a nawet zabrania ze sobą na wyjazd niezliczonej liczby pozycji. Zastanawiając się nad wyjątkowością tego medium, postanowiłam zadać sobie pytanie – czym tak właściwie jest dziś książka?

34

Do tekstu posłuchaj: Blowback - Galimatias


optyka Próbując odpowiedzieć na to niezwykle trudne pytanie, zaczęłam najpierw zastanawiać się nad tym co sprawia, że to, co trzymam w ręku nazywam książką. Co sprawia również, że potrafię odróżnić książkę od czasopisma? Jakie cechy różnicują te dwie formy?

Na końcu książki zwyczajowo znajdują się przypisy, bibliografia, tłumaczenia zwrotów użytych w treści czy podziękowania. W zależności od charakteru książki, mogą znajdować się tam również miejsca na notatki czy najważniejsze informacje do zapamiętania.

Pierwszym z aspektów książki, z którym styka się jej czytelnik czy odbiorca, jest jej fizyczność. Książka - to w tradycyjnym rozumieniu zbiór kartek połączonych grzbietem. Choć książka może mieć części czy tomy, zawsze sama stanowi przede wszystkim spójną całość, a potem ewentualnie część innej całości. Najwięcej typów papierowych książek przybiera format A5, co jednak nie jest regułą - na przykład atlas zazwyczaj przybiera format większy, a słownik - mniejszy. Niestandardowy format sprawia również, że książka zwraca na siebie uwagę. W stosie książek tego samego formatu nasz wzrok przyciągnie ta odmienna. Dziś, gdy równolegle z fizycznymi wydaniami książek, a czasem również samodzielnie funkcjonują elektroniczne wersje publikacji, trudno sprowadzać jednak książki jedynie do ich fizyczności.

Wspomniana wcześniej funkcja książki to moim zdaniem zarówno jej najważniejsza cecha. Książka może pełnić funkcję edukacyjną - jak podręcznik, poradnik czy zbiór zadań. Może pełnić również funkcję rozrywkową jak beletrystyka, estetyczną - jak poezja czy poznawczą - jak biografia czy reportaż. To właśnie od funkcji, jaką pełni książka, najbardziej będą zależeć wywołane przez nią u czytelnika emocje.

Zarówno fizyczne jak i elektroniczne wersje książek zawsze jednak posiadają okładki. Okładka to często powód, dla którego odbiorca nie zaznajomiony wcześniej z dziełem czy autorem z ciekawości może sięgnąć po książkę. Śmiało mogę stwierdzić, że okładka jest prawie równie ważnym, co treść, elementem książki. Często wypowiadane zdanie „Nie oceniaj książki po okładce” to więc moim zdaniem jedynie życzenie, które - biorąc pod uwagę aspekty psychologiczne - nie może zostać spełnione przez odbiorcę.

Na początku każdej książki znajduje się kilka stron poświęconych na tytuł, informacje formalno-prawne (rok wydania, wydawnictwo czy autorów). Często, choć nie zawsze, tam znajduje się również dedykacja od autora i spis treści.

Od funkcji książki często również zależy rodzaj interakcji z nią, w którą wchodzi odbiorca. Trzymając w ręku zeszyty ćwiczeń, czytelnik wie dobrze, że aby korzystać z niego zgodnie z jego przeznaczeniem może, a nawet powinien po nim pisać. Wskazuje na to zarówno jego projekt (miejsca na rozwiązanie, polecenia), jak również często rodzaj użytego papieru. Papier w książkach przeznaczonych do uzupełniania notatkami powinien zazwyczaj być offsetowy, grubszy i spulchniony tak, aby długopis wygodnie się w nim zapadał. W tym przypadku wygląd i wykonanie książki są spójne z jej funkcją - odbiorca może w dogodny sposób korzystać z książki, co wywołuje u niego pozytywne emocje.

Co zatem dzieje się, kiedy wykonanie książki przeszkadza w pełnieniu jej funkcji? Wywołuje złe emocje. Jako trafny przykład od razu nasuwają mi się książki i podręczniki służące do nauki języków. Te zawsze - nie wiedzieć czemu - pomimo faktu, że służą do tego, aby w nich pisać, wcale tego nie sugerują i do tego nie zachęcają. To przykład złego wykorzystania narzędzi, które daje medium książki, jak możliwość stworzenia dogodnego projektu i użycia dogodnego rodzaju papieru. Z niewiadomego powodu to właśnie w tych książkach miejsca na notatki jest zdecydowanie za mało, a papier wcale nie zachęca, aby zanurzyć w nim długopis.

Roztrząsając w ten sposób temat książek nasuwa mi się pytanie - czy w 2021 roku wydawanie papierowych książek ma jeszcze sens? Niestety lub „stety” stwierdzam, że książki papierowe stale tracą i będą traciły na wartości informacyjnej. Dużo lepiej tę funkcję spełniają wszelkie źródła internetowe. Jednego jednak jestem pewna - nic nie jest w stanie zastąpić doświadczenia i emocji wywoływanych przez własnoręczne przewracanie kartek zadrukowanych słowami.

Dalsze strony to już część zasadnicza książki, czyli jej treść. Ze względu na funkcję książki, jej treść mogą stanowić zarówno teksty, słowa, zdjęcia i grafiki jak również mapy, wykresy, schematy, nuty, symbole czy obrazy. 35


MORN tekst: julia koziolek ilustracje: szymon krzak

Zbliżają się Święta – czas, który w wielu z nas wzbudza chęć pomocy tym, którym w życiu mniej się poszczęściło. Dziś przyjrzymy się pracy Małopolskiej Organizacji na Rzecz Natury, obecnie specjalizującej się w odnajdywaniu nowych domów dla psów i kotów. O pracy w tego typu kolektywie porozmawiałam z Pauliną Kasprzyk, absolwentką WHS AGH, która w MORN działa niemal od samego momentu jego powstania. Z tego artykułu dowiecie się tego, jak od środka wygląda działanie w niewielkiej grupie pomagającej zwierzętom, jak działają domy tymczasowe i dlaczego procedura adopcyjna są przeprowadzane z wielką wnikliwością.

36

Do tekstu posłuchaj: All you need is love - The Beatles


optyka Małopolska Organizacja na Rzecz Natury pierwotnie miała na celu zwiększanie świadomości na temat ochrony środowiska, przy jednoczesnym pomaganiu zwierzętom. Po jakimś czasie działalność skupiła się na ratowaniu psów i kotów, ale nie tylko – na pokładzie MORNu pojawiły się też gryzonie, ptaki czy jeże. Zwierzaki dochodzą do siebie w domach tymczasowych, a pomagają im w tym procesie weterynarze, behawioryści i wolontariusze. - Szukamy domów głównie dla psów i kotów. Pomagamy im dojść przed tą adopcją docelową do lepszej formy zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Pracujemy z psiakami po traumach, zwierzętami wycofanymi, takimi, które nie miały styczności z ludźmi. Jesteśmy małą organizacją i stawiamy na jakość, a nie na ilość adopcji. Zleży nam na tym, żeby zwierzaki były dobrze dobrane do ludzi, a ludzie do zwierzaków. – Tłumaczy Paulina. W tym przypadku, jak również w przypadkach wielu innych fundacji i organizacji, praca jest stuprocentowym wolontariatem. Każdy z wolontariuszy ma swoje życie prywatne, pracę czy studia, które musi pogodzić ze swoją działalnością prozwierzęcą. Często takie balansowanie między obowiązkami staje się niełatwe. - Jest to wyzwanie, ale kiedy ma się dobrą motywację, wszystko da się pogodzić. Czasem zdarzają się chwile w których myślimy, że może byłoby łatwiej bez tego [wolontariatu], ale bardzo szybko je ode siebie odpędzamy. Bo kiedy widzimy, że adopcje się udają a zwierzaki dochodzą do siebie, to zapominamy o tych chwilach słabości. Wdzięczność podopiecznych i ta satysfakcja ma dla mnie większą wartość od pieniędzy. Typowy tydzień wolontariusza MORN jest ciągle przeplatany pracą w organizacji. Kilka dni w tygodniu zajmują zdania stricte pomocowe – wizyty u weterynarza, dowożenie karmy do podopiecznych czy spotkania przedadopcyjne. Na bieżąco trzeba tez być w kontakcie z domami tymczasowymi, które sygnalizują swoje swoje potrzeby lub zgłaszają ewentualne kłopoty. Praca osoby mocno

zaangażowanej w inicjatywę to jeszcze biurokracja – odpisywanie na wiadomości e-mail, sporządzanie umów, czytanie i analizowanie ankiet wypełnianych przez kandydatów na opiekunów zwierząt. Paulina zdradziła mi, że dni, w których nie myśli o pracy w organizacji zdarzają się niezwykle rzadko. Obserwując jednak zaangażowanie wolontariuszy skłonna jestem twierdzić, że nie zdarzają się wcale.

Warto nadmienić, że taka działalność pro zwierzęca to nie tylko wychodzenie na spacery ze słodkimi pieskami i głaskanie kotków, ale też obserwacja trudnych sytuacji, na które trzeba być psychicznie przygotowanym. Na-

„Pracujemy z psiakami po traumach, zwierzętami wycofanymi, takimi , które nie miały styczności z ludźmi.”

leży zatem dobrze rozważyć to, czy na pewno jesteśmy gotowi na taki rodzaj pomocy. Wolontariuszki MORNu stykają się często z prawdziwymi dramatami – widzą zwierzęta, które były maltretowane lub zupełnie zaniedbane i takie, które chore i przerażone trafiają do fundacji po wypadkach. Dziewczyny widziały już wszystko – psy z pogruchotanymi kośćmi, koty z powikłaniami wynikającymi z zaniechania kastracji, sceny dosłownie makabryczne, których przez wzgląd na wrażliwszych czytelników nie będę tutaj przytaczać. - Zdarzają się sytuacje, które są obciążające psychicznie. Każda z tych historii ma w sobie jakiś pierwiastek, który może kogoś poruszyć. U zaangażowanych wolontariuszy pojawia się z czasem mechanizm, który pozwala nam na szybkie działanie i decyzyjność. Kiedy widzimy potrąconego psa, to nie możemy płakać nad jego losem, tylko musimy cos z tym zrobić. Ludzie, którzy zgłaszają nam takie przypadki często sami są rozemocjonowani, więc poniekąd wymagają od nas pewnego rodzaju „znieczulicy”

i spokojnego, rozważnego podejścia. Te emocje jednak zawsze do nas później wracają. – Przyznaje Paulina. Różne są powody, przez które zwierzęta trafiają pod opiekę organizacji. Mogą to być anonimowe zgłoszenia, skutkujące interwencją i odebraniem psa lub kota zaniedbującemu je opiekunowi, przygarnia się zwierzęta bezdomne, snujące się gdzieś po polach albo lasach. Nierzadko trafiają się też osoby, które po prostu zwierząt się zrzekają – jakkolwiek ambiwalentna moralnie może być taka sytuacja, zawsze oddanie psa pod opiekę organizacji jest lepszym pomysłem, niż zostawienie go na jakimś pustkowiu.

Jednym z „gorących okresów” w działalności organizacji to moment tuż przed wakacjami, kiedy ludzie orientują się, że nie mają co zrobić ze zwierzęciem. I chociaż opcji w takiej sytuacji jest wiele (pierwsze z brzegu to hotel dla zwierząt, petsitter czy choćby oddanie zwierza pod opiekę znajomym), to dla wielu nieodpowiedzialnych opiekunów zwierząt najłatwiejszą opcją jest po prostu zostawienia psa gdzieś w lesie czy w szczerym polu. Przedwakacyjne porzucenia zwierząt łącza się z drugim takim „gorącym momentem” - z okresem przed Świętami Bożego narodzenia. Wzrasta wtedy chęć adopcji czy kupna zwierzęcia i podarowanie go komuś (przeważnie dziecku) w prezencie. I często to właśnie te psy czy koty, które zostały prezentem i znudziły się obdarowanemu, są później porzucane pod pretekstem wyjazdu na urlop. Paulina tłumaczy: - W grudniu jesteśmy bardzo ostrożne jeśli chodzi o przeprowadzanie procesów adopcyjnych, zwłaszcza szczeniąt. Ludzie potrafią podejmować bardzo impulsywne decyzje i nie myśleć o konsekwencjach. Pies jest czasem traktowany na równi z klockami Lego i lalką Barbie, którymi dziecko najpierw jest zachwycone, ale później i tak się nudzą. Na początku może być efekt „wow”, ale później przychodzi szkoła, przedszkole, koleżanki i inne hobby, a zwierzę odchodzi na dalszy plan.

37


optyka Po kilku miesiącach taki podarowany dziecku na święta psiak dorasta i staje się „psim nastolatkiem”. Jest to moment, w którym pupil wymaga naszej szczególnej uwagi, może sprawiać kłopoty i się buntować. Adoptując go musimy mieć świadomość, że taki etap nadejdzie. Nie tylko nasi szczekający przyjaciele potrzebują uwagi – koty należy nauczyć korzystania z kuwety, króliki należy trzymać z daleka od kabli… Dziecko nie zawsze jest gotowe na poświęceniu zwierzęciu takiej ilości uwagi, jakiej tego wymaga. Porzucenia młodych zwierząt zdarzają się często w okresie, w którym potrzebują największej uwagi ze strony swoich opiekunów. Paulina odkryła jednak przede mną jeszcze jeden fakt – teraz poza momentem w roku, w którym osoby „rezygnują” ze zwierząt-prezentów, obserwuje się jeszcze zwierzęta oddawane „pandemicznie”. - Podczas pierwszego lockdownu wiele osób zaczęło pracować zdalnie i pokusiło się na adopcję lub kupno zwierzęcia, no bo przecież byli w domu. Z biegiem czasu sytuacja się jednak zmieniała, psy na przykład nie mogły poradzić sobie z tym, że ktoś cały czas spędzał z nimi czas lub że później nagle przestał. Kiedy po kwarantannie narodowej ludzie zaczęli mniej się izolo-

38

wać, wychodzić częściej z domu, wracać do normalnego życia, to psy, a nawet czasami i koty nie odnajdywały się w takiej sytuacji najlepiej.

potrzeby związane z egzystencją zwierzęcia – jedzenie, legowiska, leczenie weterynaryjne, zabawki. Kluczowym obowiązkiem opiekuna tymczasowego jest natomiast zbieranie informacji na temat danego podopiecznego, karmienie, podawanie leków, wychodzenie na spacery, po prostu bycie z nim, poznawanie go i przyzwyczajanie do życia z człowiekiem. domy tymczasowe W razie kryzysowej sytuacji wolontariusze Działalność niewielkiej organizacji jakiej fundacji są w ciągłym kontakcie z domami jak MORN jest oparta na sieci domów tymcza- tymczasowymi. sowych, w których zwierzęta przygotowują się do kolejnych etapów procedury adopcyjnej. Naturalnym jest to, że zwierzak przyzwyDzięki temu, że każdy podopieczny ma swojego tymczasowego opiekuna, można lepiej go czaja się do opiekuna, jednakże dom tymczasowy jest tylko przystankiem przed rozpoznać w domowych warunkach. poczęciem nowego etapu w życiu zwierzęcia. - Zwierzaki dużo szybciej się otwieraOczywiscie zdarzają się sytuacje, w których ją. Jesteśmy w stanie zaobserwować ich podopiecznego i opiekuna połączy tak silna charakter i upodobania, jeśli jest chory więź, że decyduje się na adopcję. W MORNie możemy monitorować objawy na bieżąco również w takich przypadkach obowiązuje proi podawać leki. Często zgłaszają się do nas cedura przedadopcyjna. Jak powtarza Paulina, osoby, które z różnych powodów nie mogą domy tymczasowe są na wagę złota i im więcej pozwolić sobie na adopcję zwierzęcia, ale zwierząt wychodzi z domu tymczasowego, chcą jakoś przyczynić się do polepszenia ich tym więcej uda się uratować kolejnych. bytu, decydują się więc na zostanie domem tymczasowym. Jeśli zatem pragniesz mieć zwierzę, ale nie ma stabilnej sytuacji mieszkaniowej czy nawet finansowej, to stworzenie domu tymczasowego może być dobrą opcją. W przypadku MORNu organizacja dba o wszystkie


optyka Wolontariusze MORNu nie zauważają dużych problemów behawioralnych u zwierzaków tuż po wyjściu z DT i przejściu do domu stałego. Zazwyczaj szybko przystosowują się do nowej sytuacji i do nowych opiekunów stałych. W MORNie panuje zasada, że zwierzak nie może spotykać się z byłym opiekunem tymczasowym przez jakiś czas po adopcji. Dzięki temu można uniknąć niepotrzebnej dezorientacji u podopiecznego.

dlaczego procedura adopcyjna jest tak wnikliwa i skomplikowana Poznałam kilka osób, które chciały adoptować zwierzę, ale zniechęcały się po przystąpieniu do procedury adopcyjnej. W większości organizacji należy najpierw wypełnić dokładną ankietę, a później przejść jeszcze przez jedno lub więcej spotkań przedadopcyjnych. Często moment, w którym potencjalny stały opiekun zwierzęcia niechętnie wypełnia ankiety czy kręci nosem na sporządzanie innych „Widząc błąkającego się gdzieś psa nie ignorujmy sytuacji. Czasem jeden telefon, na przykład do fundacji czy nawet na straż miejską, może sprawić, że czyjeś życie się odmieni. ”

dokumentów jest tym, w którym u osoby prowadzącej adopcję zapala się w głowie czerwona lampka. No bo skoro komuś nie chce się nawet wypełnić ankiety, to czy będzie mu się chciało codziennie wychodzić z psem na spacer albo wyciągać kocie skarby z kuwety?

Ankieta zawiera zwykle pytania o styl życia, zwyczaje i oczekiwania potencjalnego opiekuna zwierzęcia i wypełnia się ją w celu ustalenia tego, charakter i zwyczaje potencjalnego opiekuna pokrywa się z charakterem zwierzęcia. Później następuje wizyta przedadopcyjna, w której ankieta jest punktem odniesienia. Takie spotkanie pozwala na doprecyzowanie pewnych kwestii i lepsze poznanie każdej ze stron. Dokładne przeprowadzenie procesu, a w jego rezultacie dobre dopasowanie opiekuna do zwierzęcia, pozwala na zminimalizowanie powrotu z adopcji, które może być dla pupila prawdziwą traumą. - Wkładamy dużo pracy w opiekę nad zwierzęciem i oczekujemy zaangażowania również od potencjalnego stałego opiekuna. Podpisanie umowy adopcyjnej to często zobowiązanie nawet na następne kilkanaście lat, dlatego właściwe przeprowadzenie procedury jest bardzo istotne. W takiej skali ten czas poznawania przed adopcją nie jest aż taki długi, stanowi tylko wycinek. Naszym zadaniem nie jest przecież utrudnianie adopcji. Chcemy tylko, żeby podopieczni trafiali do odpowiednich domów, w których opiekunowie wiedzą bardzo dobrze na co się piszą. Niejednokrotnie podczas trwania procedury kandydaci na przyszłych „zwierzęcych rodziców” rezygnowali stwierdziwszy, że jednak nie są gotowi. Decyzja o rezygnacji jest znacznie mniej inwazyjna i mniej problematyczna dla obu stron, jeśli podejmie się ją na tym etapie. Podczas procedury przedadopcyjnej fundacja nie ukrywa cech psa czy kota, które mogą być trudne dla potencjalnego opiekuna. One i tak wyjdą przecież na jaw. Odpowiedzialni wolontariusze powiedzą wam o problemach behawioralnych (jeśli takie się pojawiają) oraz o stanie zdrowia zwierzęcia, uczulają też na to, jakie zachowania mogą pojawić się u pupila po zmianie otoczenia.

jak można pomóc? Nie wszyscy są stworzeni do tego, aby podejmować się opieki nad zwierzęciem chorym, straumatyzowanym czy nawet – jakimkolwiek. Nie oznacza to jednak, że nie może angażować się w żadną formę pomocy. Opcji jest wiele: podarowanie karmy schronisku lub fundacji (najlepiej upewniwszy się dokładnie czego potrzebuje), wpłacenie kilku złotych na zbiórkę lub założenie własnej czy też reagowanie, gdy znajdziemy gdzieś samotnie błąkającego się psa czy kota. - Chciałabym podkreślić to fakt, że warto być uważnym i reagować nawet wtedy, kiedy nie mamy pewności co do tego, że są ku temu przesłanki. Żeby nie udawać, że czegoś nie widzimy. Zainteresujmy się, choćby minimalnie. Widząc błąkającego się gdzieś psa nie ignorujmy sytuacji. Czasem jeden telefon, na przykład do fundacji czy nawet na straż miejską, może sprawić, że czyjeś życie się odmieni. Czy to będzie ptak ze złamanym skrzydłem, czy porzucony pies – zawsze można zrobić coś dobrego dla świata. Często jest to wychodzenie ze swojej strefy komfortu i mierzenie z pewnym wyzwaniem, ale zwracając uwagę na takie sytuacje naprawdę lepiej się żyje.

39


40


41


Aberracja tekst: adrianna suder ilustracje: amelia kowalska

"Gdy byłem dzieckiem matka często wyjeżdżała. Kochałem ją, choć wielokrotnie byłem wzburzony jej postawą. Nie mogłem wtedy pojąć jej zobojętniania na moje troski i potrzebę bliskości… potrzebę posiadania matki. Niekiedy dzwoniła późną nocą z budki telefonicznej, a wtedy krew w żyłach pulsowała szybciej."

Do tekstu posłuchaj: Hey Now - London Grammar

42


twory - Johan, obudź się !! – usłyszałem przeszywający - Tędy! — zawołała Marit, szybkim krokiem wrzask kobiety. kierując się w stronę drzwi ewakuacyjnych monumenW mojej głowie narodził się zamęt i zagubienie. Na dźwięk talnego, opustoszałego budynku, w którym niegdyś jej głosu moje ciało zadygotało, a na skroniach pojawiły się znajdował się szpital. krople zimnego potu. Zacząłem mozolnie unosić powieki Mijaliśmy ściany podatne na upływ czasu, z niezliczoną — ostatnich strażników sennych imaginacji. Ciężkie, pie- liczbą wgnieceń, wnęk, wklęsłości, pomniejszych dołeczków czołowicie zaciśnięte od niezaspokojonych dążeń i fantazji. oraz niepomiernych dołków wydrążonych przez wandali - Wstaję! – krzyknąłem stanowczo. i wyżłobionych przez skrywających się w gmachu bezdomNa horyzoncie rysowała się postać kobiety – to Marit[1]. nych ludzi. Rozgorączkowana biegła niespokojnie w moją stronę. Jej Kroczyliśmy dalej, a jedynym przejawem naszej obecnokarmazynowe, długie włosy kołysały się niedbale w po- ści był wciąż jeszcze słyszalny w budynku stukot ciężkich wietrzu, pobłyskując częstokroć w migoczących światłach i sztywnych traperów. Już za chwilę wszelkie ślady miały plafonów. Długi, surowy korytarz stanowił posępne tło, zniknąć. - Jaki jest plan? — zapytałem skonfundowany. kontrastujące z jej przyjaznym obliczem. Dobiegając, po- Będziemy kierować się na południe kraju. Jeśli trzebowała kilku chwil, aby wystarczająco dotlenić swe dostaniemy się do portu, spróbujemy statkiem dostawwątłe płuca. - Oni są już blisko, musimy uciekać. Weź swoje rzeczy czym przemierzyć morze, a później zobaczymy. Dla mnie to też jest trudne Johan, ale ja mam silniejszy instynkt i pospiesz się! — wykrztusiła z trudem. przetrwania niż Ty. - Dlaczego? — odparłem zlękniony — Jeszcze wczoraj - Nieprawda — zaprzeczyłem zirytowany mówiłaś, że mamy czas, aby znaleźć inny schron. Co się — Przecież wiesz, że nasze bezpieczeństwo jest zmieniło? — dodałem. dla mnie priorytetem. - Tym razem nie są sami, jest z nimi Hella[2]. Nie - Ty zawsze ryzykujesz Johan, Twój lęk przed śmiercią mamy czasu — zapewniła. Kilka chwil stałem skamieniały, przypatrując się jej bez- zagłuszony jest nieustającymi myślami o matce. Rozuładnym ruchom. Nieustanny lęk i wieloletnia tułaczka miem to, ale przypominam Ci, że ona już nie żyje, a my pozostawiły ślady na jej powabnej, okrągławej twarzycz- walczymy o to, żeby przeżyć! Nie cofniesz czasu! ce. Naprężona niegdyś, jak cięciwa w łuku skóra, stała się — tłumaczyła wyraźnie rozsrożona. wiotka. Miejsce młodzieńczego rumieńca opanowała zie- Opuściliśmy gmach i dostrzegliśmy jaskrawe, rażące w oczy mistość cery, a wysokie, dostojne czoło zwieńczone zostało światło słoneczne. Rozwścieczona Marit zastygła niczym pierwszymi zmarszczkami. Mimo tego była piękna… Choć lawa wulkaniczna w Pompejach. Obserwowałem jak jej strapienie wypełniało moje serce, a tuzin wypatrywanych klatka piersiowa unosi się powolnie, a ona bezszelestnie wspólnie wschodów słońca zamienił się na tryliardy sekund nabiera powietrza w płuca, jak gdyby to był jej ostatni zatrwogi, wciąż dostrzegałem w niej moją Marit. Wskazów- czerpnięty oddech. Nagle doznałem olśnienia… Spojrzała ki na cyferblacie, podobnie jak kolejne miesiące pędziły na mnie, a jej oczy wyglądały jak dwa okrągłe jadeity. Szkliły się przez chwilę, a na twarzy pojawił się grymas rozgoryczenieubłaganie. Od zabójstwa mojej matki minęły trzy lata. - Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Dlaczego tak późno nia. Nieuzewnętrznione wcześniej lęki sprawiły, że po jej dowiedziałem się o Twoich kłopotach? — pomyślałem roz- policzkach zaczęły spływać strugi łez. Rozwarłem ramiona, jak gdybym chciał przygotować fundament, aby przejąć targniony, pośpiesznie upychając koszule w plecaku. Gdy byłem dzieckiem matka często wyjeżdżała. Kochałem jej wszystkie strapienia na siebie. Marit zarzuciła na mnie swoje rachityczne dłonie w geście objęcia. ją, choć wielokrotnie byłem wzburzony jej postawą. Nie - Nie musimy dziś uciekać Marit — oznajmiłem całumogłem wtedy pojąć jej zobojętniania na moje troski i potrzebę bliskości… potrzebę posiadania matki. Niekiedy jąc ją w głowę — Dziś jeszcze nie musimy… dzwoniła późną nocą z budki telefonicznej, a wtedy krew w żyłach pulsowała szybciej. Kilka chwil później, zaciekłą dyskusję w półsłowie przerywał rozbrzmiewający takt dźwięku kończącego rozmowę — nieczułego na tęsknotę, otępiałego na wzruszenia. Bezmyślnie, rutynowo dźwięczał nawołując do odłożenia słuchawki. Spoglądałem wówczas na zrezygnowaną minę mojego ojca, który już wiedział, że ona znów nie wróci. Jako dziecko rozumiałem jego rozgoryczenie, wiedziałem, że on także tęskni. Choć mojej matki już nie ma, nadal myśl o niej wzmaga mój gniew. Zrujnowała rodzinny ład, a gdy zacząłem tworzyć własny, demony przeszłości zburzyły długo wyczekiwaną harmonię, niczym zamek budowany na piasku.

[1] Marit- kobieta cierpiąca na PTSD [2] Hella- w mitologii nordyckiej bogini śmierci

43


twory

[tak łatwo jest żyć]

tekst: kinga błażejowska ilustracje: klaudia jędrak

tak łatwo jest żyć i nie dbać o życie ciągnąć za końce odchłani nicie

tak łatwo jest prosić a trudno dawać i krople nadziei w strumienie wkładać

tak łatwo jest zgubić cel życia o świcie marzyć o jutrze w ukryciu i skrycie

tak łatwo zapomnieć że życie to życie jest jedno nietrwałe i bardzo tycie

44

Do tekstu posłuchaj: Rivers Flows In You - Yiruma



twory

tekst: józefina arodaz ilustracje: maja ziółkowska

Topienie Aleksandry „Jak to – więc to ja jestem i to jest moje jedyne życie? Tak właśnie upływa, a nie inaczej, wśród miliarda możliwości? I nigdy, nigdy już inaczej – o Boże.” — Stanisław Ignacy Witkiewicz, Nienasycenie (1930)

46

Do tekstu posłuchaj: Intro - Ofelia



twory U niej w wiosce od zawsze straszono dzieci Wodnikiem. Wodnik miał mieszkać w spękanej, kruszącej się, obrosłej tarniną studni, która stanowiła jedyny charakterystyczny punkt wśród opuszczonych, wyjałowionych pól, sąsiadujących z jej domem rodzinnym. Straszono już za czasów młodości jej matki, straszono później ją samą i rówieśników, a potem przyszedł czas na uświadamianie o wodniczej obecności dzieci ludzi, z którymi dorastała. Mówiono przy tej okazji: – Nie biegajcie po tym polu, co jest studnia. Tam jest Wodnik, który topi dzieci. To zły duch, bardzo zły duch. Czasem wyciąga głowę i pokazuje się ku przestrodze. Nie podchodźcie blisko, bo was złapie i wciągnie do studni. Pierwszy raz o Wodniku usłyszała od babci. Nie pamiętała, ile dokładnie mogła mieć wtedy lat, ale musiała być bardzo mała, bo siedziała nisko, ledwo sięgając do stołu i nie wolno było jej jeszcze używać noża. Babcia wolno obierała pozostawione na zimę jabłka, którym upływ czasu nadał gęstą sieć zmarszczek na zmatowiałej skórce. Owoce o tej porze stawały się dwa razy słodsze niż zwykle, tracąc jednak na żywotności miąższu. Ten nabierał właściwości piankowych, gumiastych. Kobieta wciskała skrojone jabłyczne ciała po kawałku do lepkiej, lilipuciej dłoni małej dziewczynki, po czym płynnie wracała do przerwanej czynności. Obierki serpentyną opadały do gara ułożonego u spuchniętych stóp staruszki. W tężejącym nastroju wyskrobywanego jesiennego aromatu babka snuła opowieść o tajemniczym Wodniku. Nosiła w sobie obowiązek wzbudzenia w każdym wnuku wystarczającego ułamka strachu wobec tamtego pola. Przedstawiała Wodnika jako rozmytą, lazurową postać, ukazującą swoją demoniczną twarz, gdy tylko spojrzało się w taflę. Mówiła o nim zawsze z wyraźnym smutkiem i choć przypisywała mu okrutne cechy wydawało się, że w jej głosie pobrzmiewa przede wszystkim współczucie do przeklętej istoty z pogranicza jawy i snu. – Olusia, jedz, bo ściemnieją. – W dłoni dziecka pojawił się kawałek jabłka. – Wodnik to tak naprawdę topielec. Dawno temu, moja mama mi to jeszcze opowiadała, niedaleko tego pola stał kiedyś dom. I rodzina normalna mieszkała tam, wiesz? Utopił się im chłopak. Jakiś taki był. Dziwny. Ale młody, to i wszystkim żal. Skaziło się to miejsce. Wyprowadzili się, nie mogli mieszkać, coś złego wlazło w ich życie. A on w tej studni został. I zły się stał. Okropnie zły. Nie będziesz tam chodziła nigdy, co, Oleczka? Kręcenie głową i zjadanie starych jabłek. Czasy, kiedy potrafiło się przysięgać. Aleksandra jednak rosła. Mogła już pomagać kroić jabłka, ziemniaki i marchew na talarki do niedzielnych zup, a stół przestał jawić się jej jako osobny kraj złożony z plam, słojów o egzotycznych oczach, okruszków z chleba i rys na drewnie. Wkrótce wraz z rodzeństwem i okolicznymi dziećmi zaczęli łamać to, sakralną powagą przywodzące na myśl dekalog, przykazanie. Najpierw w adoracyjnym trybie obchodzili granice pól, które pośrodku trzymały spętaną nićmi traw studnię. Najodważniejsi od czasu do czasu wskakiwali w gęstość przeklętej ziemi, aby sekundę później, jakby doznawszy oparzenia, wrócić do 48

bezpieczeństwa wydeptanej ścieżki. Bywało, że ktoś kogoś pchnął bliżej studni, a wtedy rozlegał się zduszony krzyk wyciskający się z gardła ofiary żartu, która czym prędzej porywała się z miejsca i przekłuwając atmosferę niewinnej zabawy biegła do furtki, do drzwi, do kuchni, blasku i zapachów domowych. Potem przychodziły zrywy brawurowe. Najazdy rowerowej konnicy na fantastycznością objęte barykady pól. Dzikie okrzyki, ponure śpiewy w językach nieistniejących i z wyobraźni wyjęte rytuały magiczne odprawiane w kucki nad słoikiem po czereśniowym kompocie. Mieli ambicję przegnać Wodnika, rozprawić się z nim w ostateczności, na którą nie zdobył się żaden z dorosłych. Knuli, spiskowali, szeptali zza kolumn jabłoniowego sadu. Spoglądali natarczywie w stronę studni, czekali, że się im Wodnik objawi, wyszczerzy oblicze paskudne, a oni wówczas z rykiem mogliby wystrzelić w jego stronę swoje kamyki z proc i strzały z łuków leszczynowych. Ale Wodnik w takie dni wojowniczych oblicz dziecięcych siedział cicho w głębi wód studniowych. Tak, jakby nie istniał wcale. A istniał przecież.

Aleksandra zobaczyła go w końcu. Nie czaiła się, nie planowała tego, sam zdecydował, kiedy się jej objawi. Wracała któregoś wiosennego ranka z nocowania u kuzynów mieszkających po sąsiedzku. Posuwając się jeszcze ospale wzdłuż lewego brzegu gościńca dostrzegła daleko w dole poruszenie przy studni. To Wodnik, pomyślała od razu, zatrzymując się gwałtownie w miejscu jakby ten rzucił na nią czar. Wysoka, ale przygarbiona sylwetka w jakimś łachmanie stajennym i brunatnym kaszkiecie, wcale nie rozmyta, wyraźna, aż do bólu, aż do zalewu gęsiej skórki, pochylała się nad studnią. Z bijącym jak tłuczek sercem Aleksandra zakradła się nieco bliżej i schowała za krzakami dzikich róż. Patrzyła jak ten przerażająco swojski upiór unosi dziwny, zmiennokształtny worek, który piszczał głosami istot znajomych. Pakunek wpadł do wody w chwili, kiedy Aleksandra pojęła, co było jego zawartością. To Wodnik małe kotki topił. Ich kotki, dzieci Wandzi. Biedna Wandzia, rozpacz wdarła się do jej głowy, nie upilnowała ich.

Tłumiąc mdłości wracała w panicznej, narastającej duszności do domu, oglądając się co jakiś czas za siebie. Nikt jej nie gonił. Podświadomie czuła jednak, że coś tam musiało ją nie fizycznie a duchowo dorwać i skazić unaocznioną grozą życia. Ledwo wkroczywszy w teren wyznaczony drucianą siatką zaczęła nawoływać Wandzię. Na podwórku oblanym mlecznym światłem poranka nic się nie poruszyło. Wbiegła do domu i zeszła zaraz do części piwnicznej, gdzie matka ze swoimi małymi miała przygotowany kosz wyłożony starymi ręcznikami. Nie było już legowiska, ręczniki rzucone w kąt, wzbogacone o kilka strzępów wyskubanych drobnymi pazurami były jedynym poświadczeniem, że kocie dzieci w ogóle kiedyś istniały. Wyszła na światło dzienne. Wandzia pojawiła się – leżała wyciągnięta na trawie, zupełnie spokojna. Czarne plamy na futrze błyszczały w słońcu


żałobną elegancją. Aleksandra szarym jak listopad płaczem dekorowała tamten wiosenny dzień. Nazajutrz dowiedziała się od babci, że Wodnik czasem musi topić dzieci innych stworzeń niż ludzkich, żeby zaspokoić swoje potworne żądze siania śmierci, mroku, chaosu bez dna.

Lekcja topienia kotów, którą dał jej Wodnik wyżłobiła sobie specjalne miejsce w duszy Aleksandry. Stroniła od ludzi noszących kaszkiety, ziemniaki pakowała zawsze do skrzynek i wiaderek, worków obsesyjnie unikała. Im była też starsza, tym lepiej pojmowała sens czynu zastępczego. Kiedy więc zatrudniono ją w dziale księgowości w gazowni, nie znosząc tej pracy, a nie potrafiąc z nią zerwać, podkradała różne, drobne, biurowe elementy, składając je u siebie w pokoju w specjalnie do tego wyznaczonym pudełku jako wotum za męczeńskie bohaterstwo żywotu bez ekscytacji. Kiedy po kolei jej towarzysze lat dziecięcych zakładali rodziny i wyjeżdżali, ona, nie mogąc odważyć się na podobny model społecznej realizacji, zaczęła ostentacyjnie szczycić się swoim kultywowaniem samotności, angażując się jedynie w przelotne romanse, które później z gwałtownością trzasków ostatniej letniej burzy przerywała z poczuciem klęski i tryumfu jednocześnie. Wioska tymczasem pustoszała. Już nie tylko studnia, ale i dawniej gwarne domy, siano-brzuszne stodoły i schody niegdyś prowadzące do kurników zaczęły ukazywać swoje zdezelowane, spękane, zestarzałe oblicza. Aleksandra czuła się momentami ostatnim stworzeniem dyszącym w tej wiosce. A przecież była jeszcze matka, rzucająca od czasu do czasu suche bułki do stawu, w którym już dawno przestały pływać ozdobne karpie. Była sprzedawczyni w sklepie spożywczym, bez której zginęłoby stado alkoholowych kolibrów, machających tysiąc razy na minutę jęzorami w stronę wódki. Wioska pozostawała ta sama, tylko coraz bardziej cichnąca.

Nie wiedziała, kiedy dokładnie to się zaczęło, ale musiała być już bardzo stara, bo miała problem z równym krojeniem i źle jej się chodziło po, za młodych lat przemierzanych z sarnią werwą, polach. To wtedy jakimś grudniowym, oblanym za wczesną ciemnością popołudniem wyszła z domu i zawędrowała do studni. Przeczuwała tylko, dlaczego jej ręce wzięły ze sobą zestaw pędzli, zaschnięte akwarele i butelkę whisky. Położyła to wszystko u stóp studni i czekała na siebie. W końcu sięgnęła po artefakty i po kolei zanurzała je w lodowatej wodzie. Płynęły w mrok wodnego dołu jej naiwności, jej czasy mamienia się, że czegoś dokona. Płynęły płyny w płynie – nędznie trywialna słabość, która opadła na nią jak stempel potwierdzający rodowitość, krew z krwi, kość z kości tego hermetycznego, zapętlonego świata. Nadała kolejną cegłę sensu tej studni, godziła się z nią po latach, recyklingowała jej demoniczny wymiar. Stworzyła rytuał myśli wodniczej, który nagradzał ją przywilejem jednego lekkiego oddechu, jednego westchnienia ulgi wśród chmary jak żeliwo ciężkich uczuć.

Wodnik dla nielicznych nowych dzieci nie był ani zamgloną, niebieską, budzącą litość postacią, ani przygarbioną sylwetką w niechlujnych brązach. Wodnik nowego pokolenia tej zdychającej od klątwy studniowej wioski miał postać Ciotki Aleksandry. Chodził takim samym chwiejnym krokiem, nucił niezrozumiałe pieśni tym samym głosem i często zasypiał oparty o kruszący się kamień, skrywający przepastną wodę. Wtedy już całkiem, jak za sprawą jakiejś ciemnej magii, senna twarz upiora stawała się twarzą Ciotki. Ale to nadal był Wodnik. Jedyny prawdziwie stały element tego miejsca. Czczony za to, że zawsze tu będzie, nie opuści ich. Nigdy nienasycone lokalne bóstwo topienia smutków.

49



twory

tekst: kinga błażejowska ilustracje: ma łgorzata kaczmarczyk wypadła mi z rąk porcelana

[wypadła mi z rąk]

mała cienka mym życiem zalana

spadła z rąk pełnych trwogi i wpadła prosto pod obce nogi

upadłam jak ona krucha nietrwała blada i łzami gorzkimi zalana

upadłam wpadając pod czasu nogi a czas jest lekarstwem na wszystkie trwogi

upadłam by stłuc się i później poskładać by porcelanę jak puzzle układać

upadłam by podnieść duszę z podłogi by otrzeć ją z łez i zabrać ci z drogi

Do tekstu posłuchaj: Rivers Flows In You - Yiruma

51


O odwadze, nadziei i innych imponderabiliach tekst: zuzanna szott ilustracje: beata król

Najprostsza forma bohaterstwa to po prostu bycie obywatelem, poczucie więzi ze wspólnotą i zaangażowanie w jej sprawy. - Rebecca Solnit, Nadzieja w mroku

52

Do tekstu posłuchaj: Dancing In The Dark - Bass Astral x Igo


twory Jest niedzielny poranek. Listopad zasnuł miasto kolorami, których chyba nie da się lubić – szara mgła osiada na wszystkim, co zbyt wysokie i zbyt stałe, żeby się jej wymknąć. Mnie to jednak nie przeszkadza, bo to moja pierwsza wolna niedziela od dawna. Susząc włosy naprędce i bez sznurowania wkładając buty, wybiegam z domu, żeby odebrać z dworca przyjaciół. Jest listopadowa niedziela, ale świat nie jest taki zły – jem śniadanie w ulubionym miejscu, przedzieram się przez mgłę i snuje nieśpieszne rozmowy.

Trudno jednak nie czuć tego, co wisi w powietrzu już od kilku tygodni. Wkrada się w codzienne rozmowy, dominuje tablice w mediach społecznościowych, spędza sen z powiek. A my wszyscy mamy dwadzieścia kilka lat, jesteśmy zaangażowani w życie społeczne i nie umiemy przejść obok tego obojętnie. Sytuacja na granicy z Białorusią szybko staje się tematem, który przerywa beztroskę tej niedzieli.

To zresztą tylko pretekst, żeby porozmawiać o tym, co naprawdę jest ważne w tej sytuacji. Co z nami będzie, jeśli sytuacja się zaostrzy? Myślenie o wojnie, tej wojnie, którą znamy z historii, wydaje się zbyt abstrakcyjne, żeby mogło być prawdziwe. A mimo to po sieci krążą filmy z granicy, które jeszcze kilka lat temu wydałyby mi się opowieścią z najodleglejszych części świata. A mimo to, to wszystko dzieje się tu i teraz. Tuż obok nas.

Gdy zaczęłam studiować informatykę, szybko zaczęłam myśleć, że następna wojna odbędzie się już w cyberprzestrzeni. Że informacje, programy i wirusy zastąpią ludzi z karabinami, którzy w okopach wykrwawiają się na śmierć. I chociaż ta wojna nie jawiła mi się na lżejszą, łatwiejszą, mniej brutalną – wydawała mi się przynajmniej bardziej cywilizowana.

Teraz jednak na granicy widzę ludzi z krwi i kości, a karabiny nigdy wcześniej nie były dla mnie tak realne, jak teraz. Wojna informacyjna oczywiście również ma miejsce, nie mam co do tego wątpliwości. Ale to właśnie tych ludzi, tak obcych i bliskich jednocześnie, mam przed oczami, gdy myślę o kryzysie na granicy.

Więc siedzimy na kanapie i rozmawiamy o tym, co by się stało, gdyby naprawdę wybuchł konflikt, który wywróciłby całe nasze życie do góry nogami. Co zrobiłabym z umiejętnością programowania, znajomością procesu projektowego, swoim nieskończonym jeszcze licencjatem o dostępności usług medycznych? Jak przydałaby się moja wiedza, lata edukacji i umiejętności projektowania usług w sytuacji, gdy o żadnych usługach nie mogłoby być mowy? Co mogłabym dać od siebie, żeby pomóc sobie lub innym?

Myślę o odwadze. Odwaga, wbrew pozorom, nie ma tak dużo wspólnego ze strachem, jak mogłoby się wydawać. Odwaga nie jest jego przeciwnością, brakiem. Jest właśnie tym, co stawia mu czoło, co pojawia się tylko wtedy, gdy ruchy i myśli paraliżuje przerażenie. Nie ma więc odwagi bez strachu, ale czy znalazłabym ją w sobie, gdyby cały mój mikro i makro świat runął? Mam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiem.

Myślę też o pisaniu. Myślę o nim, bo jest czymś, co przetrwało już wiele wojen, wielkich początków i małych końców świata. Było z ludzkością niemal, od kiedy sięga jej pamięć i wierzę, że będzie (w takiej lub innej formie) już zawsze. I to pisanie, chociaż może wydawać się niezbyt ważne, wypierane przez inne sposoby komunikacji, marginalizowane i redukowane do coraz krótszych form, w kryzysowych sytuacjach okazuje się chyba niezwykle ważne. Uważam tak, bo dla mnie w historii najważniejsza jest pamięć. A nie ma pamięci bez słów, które przelane na papier, dyski komputerów lub nagrania, zostają z ludzkością i przekażą następnym pokoleniom to, co ważne, piękne i trudne. Słowa potrafią zmieniać bieg wydarzeń, dodawać otuchy, wzniecać powstania i być może przede wszystkim – uczyć. Mogą informować o tym, co faktycznie dzieje się w kraju, regionie, czasie. Pozwalają ostrzegać innych, wzywać pomoc, opowiadać o tym, co ważne.

I to pisanie, to kreślenie słów na papierze, klikanie w klawiaturę, pospieszne notowanie i opowiadanie innym, to wszystko jest dla mnie odwagą, na którą wierzę, że byłoby mnie stać nawet w najtrudniejszej sytuacji. I chociaż to jest coś, o czym tak łatwo zapomnieć w ferworze spraw, które są obecnie kluczowe – zapewnienie poszkodowanym bezpieczeństwa, opanowanie sytuacji na poziomie dyplomatycznym, działania zbrojne – to warto wiedzieć, jaką siłę mają informację. To właśnie dzięki rzetelnemu dziennikarstwu świat może wiedzieć o tym, co dzieje się na granicy i wierzę, że dzięki temu ta sytuacja nie zostanie zapomniana. I tak jak możemy pamiętać o przeszłości, możemy zapisać się też na kartach teraźniejszości.

Myślę o tym wszystkim, bo chociaż nie jest to zbyt spektakularne wobec ogromu cierpienia, które wywołuje sytuacja na granicy, jest w tym trochę nadziei. A nadzieja, jak nic innego, wydaje mi się teraz szczególnie potrzebna. Przede wszystkim z powodu ogromu złych informacji, o których ostatnio słychać w polskiej rzeczywistości – trudno jest o nich myśleć w perspektywie tego, że nie ma szansy na poprawę sytuacji. Kluczowe wydaje mi się jednak również to, że nadzieja daje nam pole do popisu, motywacje do działania i narzędzia do tego, żeby zmieniać rzeczywistość wokół nas. Dlatego właśnie, z okazji tej nadziei, napisałam ten tekst o odwadze w pisaniu. I mam nadzieję, że natchnie ona do działania też Ciebie. 53


W głąb tryptyk poetycki

tekst: beata dubiel ilustracje: julia rybska

54

do tekstu posłuchaj: Taka Ilość Słońca - Karaś/Rogucki


twory

Krzyczę

******

Otwieram oczy

ile to lat minęło

I krzyczę

a ja

Swoją ciszą

głupie

co mnie jednoczy

nadal o Tobie myślę

Ale przecież nikt

gdziekolwiek

nie słyszy

jestem czuję jak nade mną

Krzyczę swoją ciszą

wisisz

Swoim głosem Swoim ciałem

przerażone

Swoją duszą

wiem że nigdy więcej nie będę

Krzyczę

samo

Ale przecież nikt

myśl która kiedyś

nie słyszy

pocieszała teraz wywołuje

A cisza odbija się echem

żałość

W pustce Która kiedyś miała czelność mienić się konkretem

Odbicie

Patrzę w lustro Która już dawno utraciła swój pierwotny kształt

i nie poznaję czyja to ręka czyja głowa

Krzyczę Zastanawiając się

chciałabym krzyczeć ale głosu już nie mam

czy mój głos jest dostatecznie cichy

By nie musieć się przed nikim spowiadać

55


56


57


Jak przetrwać zimę – antysmutkowy poradnik tekst: klaudia jakubowska ilustracje: kamila kochanowsk a

Ziemia jak co roku zaskoczyła nas swoją cyklicznością, gdy z radosnych słonecznych dni wycofała się radykalnie, przynosząc nam długie, ciemne, chłodne, jesienno-zimowe wieczory. Szara aura za oknem raczej nie zachęca do aktywności poza domem i wyjątkowej produktywności (przynajmniej w moim przypadku). Stajemy się często ospali, trudniej nam utrzymywać przyzwyczajenia, a i letnie rozrywki nie przynoszą już radości. Częstokroć wyglądamy wtedy świąt, czując już w duszy zapach choinki, piernika, gdzieś z tyłu głowy kołacze się widok rozświetlonych werand i ulic. Czekamy na pierwszy śnieg. Niestety, wyglądając na podwórko uświadamiamy sobie, że została nam jeszcze chwila do tego obrazka, a właściwie kilka tygodni, które magicznie nie znikną z kalendarza i warto je przetrwać w możliwie najlepszy dla nas sposób. Wtedy wkracza on, cały w kwartalniku ANTYSMUTKOWY PORADNIK!

58

Do tekstu posłuchaj: Niiemiłość 2 - Mikromusic


galimatias sen W świecie natury wielokrotnie możemy spotkać się ze zjawiskiem snu zimowego. Organizm zwalnia, nie zużywa nagromadzonych zapasów energii, co pozwala przetrwać zimę. Niestety, nasz gatunek może tylko pomarzyć o tego rodzaju wypoczynku (a szkoda!), jednak sen jest dla nas równie ważny, chociaż często bagatelizujemy płynące z niego korzyści. Oczywiście, nie chodzi mi tu o zachęcenie was do spędzenia całej zimy w łóżku. Wręcz przeciwnie! Chcę tylko zwrócić uwagę, że dla nas zima też nie jest czasem na rozrzucanie energii, ale właśnie na jak największe jej gromadzenie i delikatne zwolnienie tempa.

Kiedy na zewnątrz zaczyna robić się chłodno, rozpoczyna się tak zwany “sezon chorobowy”. Wiadomo, nikt nie lubi czuć się źle, a to właśnie sen jest z jednym z czynników wspomagających naszą odporność i przyczynia się do utrzymania homeostazy naszego organizmu. Podczas snu wydzielane są hormony, substancje wzrostowe, aktywnie działają procesy regeneracyjne. Dochodzi do konsolidacji śladu pamięciowego (dlatego zarywanie nocki przed egzaminem nigdy nie będzie najlepszym pomysłem), usuwane są zbędne metabolity, obumarłe komórki, uszkodzone białka, co przyczynia się między innymi do zapobiegania chorobom neurodegeneracyjnym. W większości zaznajomieni jesteśmy z przekonaniem, że jakościowy sen pozwala nam na większą efektywność, kreatywność, zapewnia siłę do działania. Wpływa on również na poziom odczuwanego stresu, zwiększa zdolność koncentracji. Cały ogrom korzyści. Oczywiście długi sen też nie jest dobry. Dlatego moja rada brzmi: usystematyzuj cykl swojego snu. Postaraj kłaść się o tej samej godzinie (najlepiej przed 24) i wstawać trochę wcześniej, jeśli jesteś miłośnikiem spania do południa. Zapewni to większy poziom odprężenia, będziesz lepiej przygotowany_a do codziennych zadań, w lepszym humorze, a dla tych co chcą zgubić kilka kilogramów – regularny i odpowiednio długi sen, wpływa na łaknienie i ułatwia utrzymywanie zrównoważonego trybu spożywania posiłków, co sprawia, że rzadziej będziesz miał potrzebę sięgnąć po czekoladę ( bo energię masz ze snu a nie z cukru :) )

jedzonko Wraz ze zmianą pór roku, zmienia się także zapotrzebowanie naszego organizmu odnośnie tego co jemy i jak spożytkujemy uzyskaną z pokarmu energię. W związku ze zwiększoną produkcją ciepła, wzrasta również zapotrzebowanie energetycznie, a co za tym idzie możemy jeść więcej, zwłaszcza, jeśli staramy się żyć na tak aktywnym poziomie jak dotychczas. Dlatego, odłóżmy zwłaszcza teraz zwyczaj strachu przed lekkim wzrostem wagi (oczywiście nie namawiam do tycia i obżarstwa!), gdyż zwyczajnie nasze ciało też potrzebuje zapasu, dzięki któremu będzie

mogło na ogrzewać. Oczywiście, nadejście zimy wcale nie musi równać się z jedzeniem tłustych kalorycznych potraw. Powinniśmy jednak zwrócić uwagę na to, co jemy i w jakiej formie, gdyż możemy wspomóc nasz organizm w walce z infekcjami i ocieplać je dostarczając odpowiednio przygotowane posiłki i napoje. Dlatego właśnie najlepiej jeść ciepłe dania, zupy, pić rozgrzewające napoje. Unikając zbędnego wychładzania, możemy stworzyć sobie nawyk picia ciepłej wody noszonej ze sobą w termosie. Odciążymy wtedy nasze ciało, które nie będzie musiało zużywać większej ilości energii na przetrawienie zimnych pokarmów i produkcję ciepła, co usprawni nasz metabolizm. Dla fanów herbat, będzie to najlepszy czas na zwiększanie swoich zapasów i urozmaicanie przygotowanych naparów różnymi dodatkami jak soki, cytrusy, przyprawy korzenne. Warto też zaopatrzyć się w dużo produktów sezonowych jak dynie, jabłka, gruszki,winogrona, czosnek, kiszonki, z których będziemy w stanie przygotować całą gamę bogatych w składniki odżywcze, rozgrzewających, wzmacniających odporność posiłków. Jeśli obawiacie się mimo odpowiedniej diety niedoborów jakichś substancji, należy sięgnąć po dodatkową suplementację podstawowych pierwiastków jak potas, magnez, żelazo, uzupełniać witaminy zwłaszcza A, C, D, B oraz spożywać dużo kwasów omega 3.

Bezdyskusyjne jest to, że warto zachowywać zdrową dietę, ale nikt nie zabroni od czasu do czasu rozpieścić się gorącą czekoladą, grzanym winem czy pysznym kawałkiem placka. Dla tych, którzy lubią gotować, będzie to idealny czas na kuchenne eksperymenty, wypróbowywanie nowych przepisów, a czasem i odkopywanie starych np. zaglądając do starego przepiśnika po babci. Ja ze swojej strony gorąco polecam wam złote mleko! Nie dość, że jest przepyszne, to w dodatku rozgrzewające i zdrowe dzięki przyprawom takim jak kurkuma, która wspiera działanie naszego układu odpornościowego. A jak wiadomo, nic nie poprawia lepiej samopoczucia niż pyszne jedzenie, dlatego właśnie ROZSMAKUJ SIĘ TEJ ZIMY!

relacje Puk, puk, czy jest tam ktoś? Za drzwiami namnażają się głosy. Coraz częściej zaglądamy do środka mieszkań swoich bliskich, przebywamy dłużej we własnym domu i w głowie. Nie raz w życiu jest tak, że zabiegani mijamy się ledwo rzucając sobie prędkie ‘cześć’. Tak więc skoro sytuacja sprzyja do gromadzenia się w ciepłych pomieszczeniach przyjrzyjmy się naszym relacjom z bliskimi, zatrzymajmy się na chwilę, na więcej niż urwane naprędko spojrzenie. Zimno w pewien sposób izoluje nas od świata, ale właściwie nie musimy być wcale sami. Teraz właśnie jest czas na wspólnie wypitą herbatę, film, może odnowienie wygaszonego dawno między przyjaciółmi uczucia, uświadomienie komuś, jak ważne jest to, że po prostu jest. Musimy dbać 59


galimatias nie tylko o to, żeby było nam wystarczająco ciepło na ciele, ale i w duchu. Klimat jesieni, zimy często sprzyja depresyjnym nastrojom, chandrze, rozmyślaniu o tym co minęło. Dlatego warto zwrócić się do kogoś po odrobinę troski, jak również przekazywać ją dalej. Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy sami, ale to nasze ofiarowanie samego siebie komuś decyduje, tak naprawdę, o naszym komforcie, poczuciu bezpieczeństwa i bliskości. Każdy z nas zagnieżdża się gdzieś w świecie, dzieląc tę przestrzeń z innymi, dlatego też istotne jest, aby razem dbać o wspólne dobro. Oczywiście, jest to też czas kiedy w naszych głowach kiełkują pomysły na gwiazdkowe prezenty. Przy tej okazji warto oderwać się od szału zakupów i materialnej formy świąt. Czasem to, co możemy dać komuś od siebie jest dużo cenniejsze, niż zakupiony na wyprzedaży prezent. Naturalnie, dając sami też dostajemy, nie chodzi mi wcale o odwzajemniony podarek. Prawdziwą nagrodą jest radość w oczach, szczery uśmiech i świadomość, że jest się tu po coś, dla kogoś.

oddech STOP! Zatrzymaj się, na chwilę, nie goń za myślami. Przy tym zdaniu weź powolny, głęboki wdech i wydech, poczuj jakie to przyjemne i odprężające. Powtórz to jeszcze kilka razy, a może uda Ci się ze spokojem podejść do męczącej Cię sprawy (też nie wierzyłam w siłę oddechu, ale to naprawdę działa!). Co ciekawe popularne kojarzenie potrzeby palenia z potrzebą rozluźnienia, bierze się stąd, że paląc, zazwyczaj wychodzimy na zewnątrz i oddychamy głębiej, skupiając się na wykonywanej czynności, dając na chwilę ulecieć zajęciom od, których potrzebujemy się oderwać. Niewiele osób zdaje sobie też sprawę, że popularne ćwiczenia takie jak joga, wykorzystują niezwykłą moc oddechu i to on stanowi jeden z najważniejszych elementów praktyki. Oczywiście oddech w jodze ma swoje wyjątkowe miejsce, pozwala na przepływ energii, więc dla skupienia się na nim, znalazło się wyjątkowe, dedykowane mu miejscew praktyce pranajam.

Oddech jest tym co pozwala nam żyć, oczyszczając nasz organizm z produkowanego dwutlenku węgla, dlatego poświęcenie czasu na wzięcie kilku jakościowych oddechów w ciągu dnia, może usprawnić ten proces. Usprawnia on też trawienie i pracę serca, pozwala wyciszyć się w biegnącym świecie, przyjrzeć z większą czułością i zrozumieniem samemu sobie i swoim potrzebom. Jeśli chcemy nas otacza (zwłaszcza mieszkając w Krakowie bądź innych dużych miastach). Wiadomo – nie każdy może sobie pozwolić na oczyszczacz powietrza, ale możemy w tej kwestii szukać innych sprzymierzeńców, jakimi są rośliny doniczkowe! Jak powszechnie wiadomo, dzięki procesowi fotosyntezy rośliny dostarczają nam tlenu niezbędnego życia. Co jeszcze istotne w tym temacie, to fakt, że niektóre ich gatunki jak paprocie, skrzydłokwiaty, bluszcz, sansewieria, 60

aloes, posiadają zdolność usuwania szkodliwych substancji znajdujących się w powietrzu, takich jak formaldehyd, benzen, amoniak, tlenek węgla, przez co możemy sobie sami stworzyć przestrzeń, która nie tylko będzie cieszyć oko zielonymi współmieszkańcami, ale będzie też zapewniać zdrowsze środowisko do życia. Tak więc tej zimy zadbaj o siebie, świadomie stawiając na oddech.

ruch Pamiętajmy: w zdrowym ciele, zdrowy duch! Nie daj dorwać się stagnacji, niech pogoda nie przykuje Cię do fotela. Kolejnym sposobem na ocieplenie siebie, oprócz siedzenia pod miękkim kocem, będzie codzienna dawka ruchu. Nie zaskoczy to fanów białego szaleństwa, ale mimo zimna, można się świetnie bawić na świeżym powietrzu, korzystając ze śnieżnej pokrywy. Dla tych, którzy jednak wolą pozostać w domu istnieje wiele możliwości. Pierwsze możecie znaleźć wyszukując propozycje aktywności na YouTube, oczywiście nie musimy rzucać się od razu na “skalpel” Chodakowskiej, ale mamy możliwość wybrania czegoś, co przede wszystkim nie będzie dla nas przykrą koniecznością, ale dobrą zabawą! Możemy poszukać ćwiczeń rozluźniających, relaksacyjnych, różnych tańców, ponadto standardowe ćwiczenia też nie muszą być nudne, jeśli prowadzi się je w odpowiedni sposób. Na tę okazję, można też dodać sobie animuszu zakładając wygodny, ale też ładny, kolorowy strój, który dodatkowo podniesie poziom produkowanych w czasie uprawiania sportu endorfin. Jeśli ktoś nie znajduje satysfakcji w oglądaniu filmików w internecie, polecam puścić głośno muzykę (o ile mamy przychylnych sąsiadów lub grube ściany) i wedle własnej potrzeby śpiewać, skakać, tańczyć, dać się porwać przypływowi radości i poczuciu wolności.


galimatias selfcare Nie zapomnij o tym, że w tych wszystkich działaniach chodzi przede wszystkim o Ciebie! Nie jest to konkurs na produktywność, tylko kilka pomysłów na zaopiekowanie się sobą. Warto sobie postawić jakieś cele, zadania, ale przy tej okazji nauczmy się też odpuszczać, jeśli coś nie pójdzie po naszej myśli. Pozytywnie się motywujmy zamiast karać. Dla mnie, dobrym sposobem na okazanie sobie samej sympatii i czułości jest rozwieszenie karteczek z pozytywnymi myślami, o których często zapominam, kiedy jest mi gorzej. Jeśli jest jakaś myśl przewodnia, z którą łatwiej byłoby Ci spędzać dzień, nie wahaj się powiesić ją sobie nad łóżkiem, lub w miejscu, które będzie dla Ciebie widoczne od razu po przebudzeniu. Nie jest to magiczne zaklęcie, ale powiedzenie sobie czegoś dobrego, też może wywołać uśmiech i zacząć dobrze dzień.

Postaraj się znaleźć również czas na rzeczy, które sprawiają Ci radość. Dobra książka, film, szycie, malowanie, majsterkowanie, cokolwiek to jest, warto rozwijać swoje pasje, jest ważne dla samopoczucia i stanowi dobry sposób na zadbanie o swoją głowę.

TRZYMAJ SIĘ CIEPŁO TEJ ZIMY!

61


galimatias

Krój pisma projekt: joanna dobrzyńska

Czcionka

Font

Krój

Niniejszy magazyn złożony został krojami: Chaparral, Playfair Display i Raleway

62

W poligrafii: podstawowy materiał zecerski w kształcie prostopadłościanu, którego jedna ze ścian ma odlew dający w druku znak litery, cyfry lub ornamentu.

Rodzaj pisma dla komputera lub drukarki.

Kształt czcionki w danym typie pisma.

Źródło: Słownik Języka Polskiego


Joanna Dobrzyńska UP/Komunikacja Wizualna I rok/ 1 st. Typografia 2020/ 2021


galimatias

Galeria W pogodzie dla odważnych oddajemy jeszcze więcej przestrzeni twórczej naszym grafikom. Chcemy, aby oprócz możliwości ilustrowania tekstów, otrzymali również przestrzeń, w której mogą za pomocą obrazu stworzyć swój własny przekaz. W tym wydaniu możesz podziwiać galerię prac artystycznych nie będących ilustracjami artykułów. Na strony naszego kwartalnika graficy przelali swoje własne interpretacje tematu.

64


galimatias

ilustracja: victoria frechet

65


galimatias

ilustracja: szymon krzak

66


galimatias

ilustracja: szymon krzak

67


galimatias

ilustracja: klaudia jędrak

68


galimatias

ilustracja: maja ziółkowska

69


galimatias

ilustracja: victoria frechet

70


galimatias

ilustracja: klaudia jędrak

71


galimatias

ilustracja: victoria frechet

72


galimatias

ilustracja: klaudia jędrak

73


galimatias

ilustracja: Szymon Krzak

ilustracja: maja ziółkowska

74


galimatias

ilustracja: victoria frechet

75


galimatias

ilustracja: klaudia jędrak

76


galimatias

ilustracja: julia czajka

77


Redakcja Nasz magazyn ma wiele twarzy!

78

Natalia Nitarska

Julia Czajka

Redaktor Naczelna

Zastępczyni Redaktor Naczelnej Szefowa Działu Graficznego

Zuzanna Szott

Beata Dubiel

Szymon Krzak

Szefowa Działu Dziennikarskiego

Szefowa Działu Promocji i Współpracy

Koordyntor ds. druku i podcastu

Adrianna Suder

Agnieszka Nowak

Aleksandra Dracz

Dział Dziennikarski

Dział Promocji i Współpracy

Dział Graficzny

Amelia Kowalska

Beata Król

Dawid Cioch

Dział Graficzny

Dział Graficzny

Dział Dziennikarski


Joanna Dobrzyńska

Józefina Arodaz

Julia Domagała

Dział Graficzny

Dział Dziennikarski

Dział Promocji i Współpracy

Julia Koziołek

Julia Rybska

Kamila Kochanowska

Dział Dziennikarski

Dział Graficzny

Dział Graficzny

Kinga Błażejowska

Klaudia Jakubowska

Klaudia Jędrak

Dział Dziennikarski

Dział Promocji i Współpracy, Dział Dziennikarski

Dział Dziennikarski, Dział Graficzny

Magdalena Pikul

Maja Ziółkowska

Małgorzata Kaczmarczyk

Dział Graficzny

Dział Graficzny

Dział Graficzny

Małgorzata Leszczyńska

Michał Cembrowski

Mikołaj Droździewicz

Dział Dziennikarski

Dział Graficzny

Dział Dziennikarski

79


Natalia Krężel

Oliwia Szlufik

Sandra Lipniak

Dział Dziennikarski

Dział Graficzny

Dział graficzny

Victoria Frechet

Wera Jelonek

Weronika Rawska

Dział Promocji i Współpracy, Dział Graficzny

Dział Promocji i Współpracy, Dział Dziennikarski

Dział Dziennikarski

Zofia Michlowicz

Zuzanna Suchorzyńska

Dział Dziennikarski

Dział Dziennikarski

Stopka Redakcyjna Kwartalnik NR 8/2022 ISSN 1899-2536 Wydawca : Centrum Mediów Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie ul. Józefa Rostafińskiego 8, 30-072 Kraków 80


koniec

81


bis.agh

magazyn.bisagh

BIScast, BIS AGH

bis.agh.edu.pl

82


83


cm.agh.edu.pl

84