BIS AGH Kwartalnik "Korzenie" 2021

Page 1

KORZENIE

KWARTALNIK NR 6/ 2021

BIULETYN INFORMACYJNY ´ AGH STUDENTOW

1


Ten zielony kolor, z lekką nutą żółtego, idealnie koresponduje z tematem nowego wydania. Nić, a raczej sieć konotacji, jakie można tworzyć pomiędzy Korzeniami a kolorem Lettuce green jest nieograniczona. To połączenie doskonałe. Zieleń - zwykle kojarzona z wiosną - w tym przypadku jest czymś nieoczywistym. Przywodzi na myśl wiosnę, ale taką, która wkrada się niepostrzeżenie w codzienny, zimowy żywot. 2


Korzenie

3

Zwrot w stronę natury

5

Portret miasta pomiędzy

6

Smak zagląda do korzeni

8

Nigdy nie będziesz szła sama

10

Laur Dydaktyka

14

Coś było, a nie ma...

16

Skandynawska sielanka

18

Suspira

20

Przy herbatce o kompozytorach

23

ANTROPOCENtryczni

25

Ludzki punkt widzenia

27

Jak powstały nazwiska

28

Korzenie wenezuelskiej (r)ewolucji

30

Dawno, dawno temu w dalekiej Szkocji...

32

Jak kontrolować śmierć, czyli kilka słów o umieraniu.

34

Fotostrony

36


4

Grafika wydania: Klaudia Wójtowicz


Lifestyle

Zwrot w stronę natury Aleksandra Skrzypiec

Moda na produkty naturalne zatacza coraz szersze kręgi. U podstaw naszych zakupowych wyborów coraz częściej leży troska o środowisko. Chętniej sięgamy po produkty, które zawierają naturalne składniki i równie chętnie sami zaczynamy je tworzyć. Oznacza to, że nasze nawyki konsumenckie zmieniają się, a wraz z nimi zmieniają się panujące na rynku trendy. Czekolada, winogrona, jagody, miód, aloes, czarnuszka, nagietek… można by wymieniać w nieskończoność. Z pozoru proste produkty, a jednak większość z nas z pewnością miała okazję przekonać się, jak ogromna moc w nich drzemie. Matka natura wie co dla nas dobre i dlatego obdarzyła nas wieloma dobrodziejstwami, które można wykorzystać do produkcji kosmetyków i nie tylko. Wie to każdy, kto kiedykolwiek używał naturalnych lub organicznych produktów, czy też spożywał naturalną żywność. Doceniane za wysoką skuteczność, bezpieczeństwo czy też większą kompatybilność z organizmem produkty zaczynają podbijać rynek i serca konsumentów. Coraz częściej zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że naturalne i ekologiczne produkty nie tylko pomagają rozwijać idee zrównoważonego rozwoju, ale są dla nas lepsze i to pod każdym względem. W poszukiwaniu tego co dobre zaczynamy czytać składy, zwracać uwagę na oznaczenia produktów. ECO, VEGE, Beauty Without Cruelty, Animal Friendly, Not Tested On Animals, to oznaczenia, które obecnie brzmią bardzo znajomo, coraz częściej mamy z nimi do czynienia. Rynek ekologicznych produktów poszerza się i to w błyskawicznym tempie. Zmieniają się nasze nawyki, a więc zmienia się wraz z nimi rynek. Czemu tak się dzieje? Skąd wzięły początek zmiany w naszej mentalności i podejściu do konsumpcji? Powodów jest wiele - zapewne można doszukiwać się tutaj zarówno powodów natury ideologicznej, światopoglądowej, jak i tych

bardziej pragmatycznych pobudek. W tym miejscu ciężko mi nie przytoczyć wyników badań, które sama rok temu prowadziłam w wramach pisania pracy licencjackiej. Każdy, kto wnikliwie czyta nasz kwartalnik, miał okazję się przekonać, że artykuły o tematyce ekologicznej to moja specjalność. Niemal od początku mojej aktywności w BISie to działka zagospodarowana przeze mnie. Nie inaczej było w przypadku wyboru tematu pracy licencjackiej, po nudnych i żmudnych przemyśleniach okazało się, że poszukiwany problem badawczy jest tuż pod moim nosem i oczywiście w dość dużym uproszczeniu mówiąc była nim ekologia. Pomijając ¾ procesu pisania licencjatu, chciałabym skupić się na jego ostatniej części, jaką były badania z nikim innym, jak ze studentami (w tym miejscu rzuca się na język słowo ,,naszej”, ale z racji tego, że nie jestem już studentką AGH, moje prawo do używania tego zaimku przepadło) cudownej społeczności AGH. Tak więc wracając do meritum - zmiany jakie zachodzą w naszym podejściu do tematu ekologicznej konsumpcji, są podyktowane zarówno troską o środowisko, zdrowie, jak i mają one wymiar pragmatyczny - ,,tak jest wygodniej”, ,,niesie to korzyści ekonomiczne” - tak brzmiały niektóre odpowiedzi na pytanie, które w moim kwestionariuszu dotyczyło powodów, dla których młode osoby wykonują ekologiczne praktyki, do których zalicza się kupowanie naturalnych produktów. Ponadto działania podejmowane w trosce o środowisko niejednokrotnie wprawiały moich respondentów w dobre samopoczucie. Świadomość tego, że można zrobić coś dobrego, mniej obciążającego naszą planetę, a przy okazji czuć z tego powodu satysfakcję bywa motorem napędowym dla naszych decyzji zakupowych. Ze zwykłych konsumentów stajemy się superkonsumentami, którzy chcą dbać o własne zdrowie. Świadomość wpływu, jaki wywierają na nasze organizmy oraz środowisko codzienne wybory konsumenckie, sprawiają, że coraz chętniej zaopatrujemy się w produkty lepszej jakość, bo zaczynamy zdawać sobie sprawę, że są one bezpieczniejsze niż te z chemicznymi dodatkami. Czyż nie jest to swoisty zwrot w stronę natury lub też powrót do korzeni? Do artykułu posłuchaj utworu: Edyta Górniak - Kolorowy Wiatr

5


Lifestyle

Portret miasta pomiędzy Zuzanna Szott

„Jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz, musisz wiedzieć, skąd pochodzisz”. – Sue Monk Kidd, Czarne skrzydła

To bycie pomiędzy, to rozdarcie, bycie stanem przejściowym sprawia jednak, że trudno nie myśleć o Przemyślu jako o miejscu przejściowym. Gdy jedzie się z Warszawy w Bieszczady, Przemyśl wydaje się być naturalnym miejscem, w którym można się przespać i ruszyć dalej. Gdy jedzie się z Wrocławia do Ukrainy, można zrobić tu przystanek, by kolejnego dnia wsiąść w pociąg i ruszyć dalej. Większość moich licealnych znajomych zaraz po napisaniu matury, podobnie zresztą jak ja sama, wyjechała do większego miasta na studia – Przemyśl był dla nich przystankiem przed dorosłością, którą ostatecznie spędza zapewne gdzieś indziej. Trudno się temu przecież dziwić – mając do wyboru najlepsze uczelnie w Polsce, po dobrze napisanej maturze, trudno byłoby zdecydować się na studiowanie gdzieś w okolicy, która nie oferuje pod względem edukacji zbyt wiele. Dlatego trudno nie mieć wrażenia, że Przemyśl zatrzymuje się i kurczy powoli, chociaż regularnie – od kiedy urodziłam się w roku 2000, do roku 2019 ludność tego miasta spadła z 68000 do 60000. Mimo swojej niezwykłej historii, przepięknych widoków i zabytków, ludzi jest w nim coraz mniej.

Przemyśl zawsze wydawał mi się być miastem pomiędzy. Między Polską a Ukrainą, między górami, między dużym a małym miastem. Życie płynie tu leniwie, jakby czas zapomniał o tym miejscu, jakby te stare kamienice stały tam od zawsze i miały stać tam już na zawsze. Przemyśl wznosi się i opada na swoich licznych wzniesieniach, które szybko wzięłam za tak codzienne, że już zawsze dziwiły mnie wszystkie płaskie miasta. Przemyśl to miasto historii, która jest obecna za każdym rogiem – w postaci Wojaka Szwejka na rynku, moim dawnym liceum założonym 1628 roku, ale przede wszystkim w ludziach, którzy pamiętają lub starają się zapamiętać wszystko, co miało miejsce na tych terenach. Moją historię o Przemyślu należy zacząć od tego, że leży on bliżej Lwowa niż Krakowa. To definiuje to miasto, zmienia je i układa w nieoczywistą, wielokulturową i wielojęzykową całość. Do Lwowa z Przemyśla da się dostać na kilka sposobów – wsiadając w bezpośredni pociąg, którego trasa zaczyna się na przepięknym dworcu głównym i trwa dwie godziny oraz przechodząc przez granicę pieszo, a dalej jadąc marszrutką. To drugie rozwiązanie stanowi oczywiście większe wyzwanie logistyczne – trzeba dostać się do Medyki, czyli miejscowości, która stanowi granicę między Polską a Ukrainą, przejść przez przejście graniczne, odnaleźć maleńki dworzec autobusowy, nie dać się oszukać i wyruszyć w podróż pełną niespodziewanych zahamowań, dziurawych dróg i pięknych widoków. Do Krakowa można oczywiście dotrzeć o wiele łatwiej – dwie i pół godziny w samochodzie lub trzy w pociągu wystarczą, by obejrzeć Wawel. Jednocześnie po dwudziestu minutach jazdy samochodem w drugą stronę można już niemal znaleźć się górach, a po dwóch godzinach być już w środku Bieszczad. Trudno jest więc uciec od tej wielokulturowości, na którą składa się przecież tyle czynników, które tworzą z tego miasta mieszankę Polski, Ukrainy i gór.

Tak naprawdę trudno jest się temu dziwić, bo życie w takim mieście – a także setkach, a może tysiącach miast tego pokroju i mniejszych – nie jest najłatwiejsze. Problemem, zawsze tym samym i zawsze tak samo uciążliwym, było dostawanie się gdzieś poza miasto, gdzie wiele z moich przyjaciół (na co dzień chodzących do szkoły do Przemyśla) mieszkało. Podróż do mniejszych miejscowości, chociaż pozornie niedalekich – oddalonych od centrum kilka czy kilkanaście kilometrów – wymagała często kilku przesiadek lub czekania kilka godzin na odpowiedni autobus. Mnie ten problem właściwie nigdy bezpośrednio nie dotyczył – moje przemyskie mieszkanie znajduje się blisko centrum, a moi rodzice zawsze chętnie podwozili mnie na wszelkie podmiejskie imprezy i spotkania. Ale to, co u mnie było rzadkością i weekendowymi wyjazdami, dla innych stanowiło codzienność, którą często ciężko było znieść.

Do artykułu posłuchaj utworu: Dawid Podsiadło - Małomiasteczkowy

6


Lifestyle Gdy w liceum zaczęłam trochę więcej jeździć po Polsce, zawsze gdzieś znajdywał się ktoś z Podkarpacia. Wywoływało to we mnie zawsze niespodziewaną radość, o którą nigdy wcześniej bym się nie podejrzewała, bo i nigdy wcześniej nie byłam jakoś szczególnie przywiązana do tego regionu. Zawsze jednak okazywało się, że łączy nas coś więcej, niż mogłabym się spodziewać. Oprócz garści wyrazów, które da się usłyszeć i zrozumieć tylko w tym regionie Polski, mieliśmy przede wszystkim dużo wspólnych, podobnych przeżyć i przemyśleń. I chociażby ta kwestia transportu, która mogłaby się wydawać błaha, okazywała się ważnym elementem życia każdego z nas. Nie tylko z powodu wiecznych przygód z podmiejskimi autobusami, ale również dlatego, że z Podkarpacia właściwie wszędzie jest daleko. Pendolino co prawda zrewolucjonizowało kwestię poruszania się na dłuższe odległości, jednak po pierwsze – jest ono stosunkowo drogie, po drugie – wyjeżdża dopiero z Rzeszowa. Z tego powodu doświadczenie jechania osiem godzin nocnym pociągiem do Warszawy lub dwanaście godzin do Gdańska nie stanowiło dla nikogo zaskoczenia, a nawet w 2021 roku często nadal jest rzeczywistością. Trudno też nie wspomnieć tutaj o kwestii edukacji – bycie z mniejszego miasta oddalonego od dużych ośrodków miejskich (a przy tym edukacyjnych) na większe odległości sprawia, że kwestia nauki często staje się priorytetem, który ma wpływ na całe późniejsze życie. Na szali jest więc właściwie wszystko albo nic – napisanie dobrze matury, dostanie się na dobre studia, wyprowadzka do większego miasta i zmiana wszystkiego lub pozostawienie rzeczywistości takiej, jaka jest. Nie musi to oczywiście oznaczać, że ta rzeczywistość jest zła. Lubię myśleć o Przemyślu, że jest on dużym miastem w małej skali. Nie jest trudno polubić jego nieco senny, wypełniony wspomnieniami klimat, dyskusje we wnętrzach kawiarni, małe księgarnie, cukiernie i parki. Ku pamięci o tym, co dawne i o tym, co obecnie ważne, w Przemyślu można odwiedzić również Muzeum Narodowe, zamek, teatr i dwa kina. Kinom tym, a szczególnie jednemu z nich, warto zresztą poświęcić trochę uwagi. Kino Centrum widziałam wypełnione po brzegi może dwa razy w życiu – przy premierach najbardziej wyczekiwanych blockbusterów. Zazwyczaj jednak w tej sporej, klimatycznej sali w trakcie seansu znajdowało się jedynie kilka osób. Trudno było tam odnaleźć najnowsze kinowe hity, ale za to często zastępowały je mniej popularne filmy, którymi można było się cieszyć we wszechogarniającej ciszy. W głównym pomieszczeniu tego budynku nie odbywały się zresztą tylko seanse filmowe – można było zobaczyć koncerty, spektakle teatralne (w których mi samej zdarzało się grać), czy konkursy taneczne. Idąc od kina wyżej, w stronę rynku, który następnie trzeba minąć i przejść obok Urzędu Miasta, można odnaleźć bibliotekę. Biblioteka oprócz pięknego wnętrza i czytelni rodem z filmów, ma również moją ulubioną, maleńką salkę tuż obok wejścia. Można w niej wymienić swoje książki na inne, a także kupić najróżniejsze dzieła za zawrotną kwotę złotówki. Było tam wszystko – od poradników wędkarskich, przez literaturę o francuskiej myśli komunistycznej i Dostojewskiego, aż po książki do nauki niemieckiego. Dla mnie Przemyśl zatrzymał się gdzieś pomiędzy czasem. Zostały w nim moje wspomnienia, historie mojej prababci o wojnie, przepisy na proziaki i letnie wieczory w kinie. To miasto, otulone górami i historią, zawsze będzie stanowiło dla mnie miejsce, do którego warto wracać, żeby przyjrzeć się sobie i jemu nieco lepiej.

Grafiki: Kamila Kochanowska

7


Lifestyle

Smak zagląda do korzeni Natalia Nitarska

Grafiki: Julia Czajka 8


Lifestyle Smaki uczymy się rozpoznawać już w łonie matki. Podobno pierwsze kubki smakowe wykształcają się w drugim miesiącu rozwoju płodu! Dzisiaj jednak chciałam przybliżyć Wam smakowanie od nieco innej strony. Każdy z nas przecież bez trudu rozpoznaje w ustach coś słodkiego, słonego czy gorzkiego. Wie również, jak smakuje czekolada, jabłko czy brzoskwinia. Rzadko zastanawiamy się jednak, co te smaki jeszcze za sobą niosą i co to właściwie znaczy, że czekolada smakuje czekoladą?

nawet czekolady. Znajdują się na nim między innymi nuty różnych owoców, kwiatów, orzechów, przypraw czy nawet drewna. To dosyć podstawowe smaki i zapachy, możliwe do rozpoznania przez większość z nas. Pamiętajcie jednak, że każdy ma swoje ulubione i coś, co dla jednego będzie pyszne, dla drugiego może okazać się niewypałem. Jeśli podczas kawowej drogi dowiesz się, że aromat cytrusów to coś, co lubisz i właśnie jego poszukujesz w kawie, licz się z tym, że ktoś inny może właśnie jego unikać.

Zapach i smak to zmysły, które w nie- No dobrze, skoro każdy z nas ma swosamowity sposób potrafią przenieść je unikalne, ulubione smaki i aromaty, nas w czasie i przywołać nawet bar- to jak możemy powiedzieć, że coś jest dzo odległe wspomnienia. Każdy z nas w ogóle “obiektywnie dobre”? Teorepotrafi przywołać takie smaki które tycznie nie ma takiego rozróżnienia. Istpamięta z dzieciństwa, i które rozpozna nieją jednak aromaty i nuty, które w kaabsolutnie wszędzie. Dlatego właśnie wie i w innych produktach są po prostu smaki i zapachy wywołują w nas wiele wysoce niepożądane. Mogą być efekemocji i doznania z nimi związane są dla tem różnych czynników: niepoprawnej nas tak silne. Jeśli jakiś smak jest nam uprawy, wypalenia czy przechowywania. szczególnie bliski, to wiążemy z nim po- Błędy na różnych etapach produkcji pozytywne emocje. Niestety, to samo do- siadają nawet własne nazwy, bo skutkują tyczy smaków, które, delikatnie mówiąc, inną zmianą ziarna. Faults (organiczne) nie należą do naszych ulubionych - ich - to defekty powstałe na etapie wzrozidentyfikowanie wywoła w nas nega- stu rośliny - związane są z chemicznytywne emocje. mi zmianami w kwasach i tłuszczach obecnych w ziarnach. W ich efekcie poZastanówmy się jak to możliwe, żeby wstaną aromaty takie jak stęchła ziemia, kawa nie aromatyzowana w sposób pieczarki czy buraki. Taints - to defekty sztuczny smakowała pomarańczą, powstałe przez ingerencję człowieka na czekoladą czy orzechami włoskimi? etapie zbioru, obróbki, wypalania czy Jak to możliwe, że w ziarnie kawowca przechowywania. Te powodują absorpmogą znajdować się aromaty tak wielu cję niechcianych aromatów przez kwasy innych produktów? Ten efekt wynika i tłuszcze, i za ich sprawą w kawie moz “oszczędności natury”, jak trafnie na- żemy znaleźć defekty takie jak aromat zwała to zjawisko Ika Graboń w swojej potu, mydła, papieru czy wołowiny. książce “Kawa. Instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie.” Skoro wiemy już tak wiele o aromatach Niektóre z cząsteczek, które unoszą w kawie, czas przejść do praktyki! Żeby się w powietrzu identyfikujemy jako doświadczenie picia kawy było jak najzapachy. Komórki węchowe w nosie za- lepsze, udajcie się do dobrej kawiarni mieniają je na impulsy nerwowe, które specialty w mieście (w Krakowie serpóźniej zostają zinterpretowane. Ilość decznie polecam Body Espresso Bar na tych cząsteczek w przyrodzie jest skoń- ulicy Dolnych Młynów 3/1, to moje abczona, choć możliwości ich połączeń solutne odkrycie!) albo sprawdźcie jak zapewne jest nieskończenie wiele. Stąd dobrze zaparzyć kawę w domu. W celu w różnych produktach czujemy czasem wybrania najlepszej metody parzenia pokrewne aromaty. zapraszam Was do przeczytania mojego tekstu pod tytułem “Kawa na ławę” Aby sprawnie poruszać się po ich bo- z wydania naszego magazynu z lutego gactwie, możecie skorzystać z koła 2019 roku. sensorycznego. To rysunek, na którym aromaty podzielone są na kategorie Uważne smakowanie kawy wymaga i rozłożone na kole. Koło bardzo dobrze zatrzymania się. Chwila uważnego obrazuje pełnię smaków, którą jestesmy przygotowywania, smakowania i picia w stanie osiagnąć łącząc różne z nich. napoju w oderwaniu od codziennego Koło sensoryczne służy nie tylko ama- pędu może nie tylko przysporzyć Wam torom kawy, ale również wina, piwa czy nowych doznań smakowych, ale też być Do artykułu posłuchaj utworu: Dean Martin - On An Evening In Roma

momentem prawdziwego relaksu. Nie włączajcie wtedy filmu, nie słuchajcie muzyki ani nie czytajcie książki. Przez chwile skupcie się tylko na tym, co czuje Wasz nos i kubki smakowe. Ponieważ smak jest ściśle powiązany z zapachem, zabierając się za uważne picie kawy najpierw powąchamy jej ziarna. Sprawdzimy, czy zapach jest drażniący, czy przyjemny. A może już będziemy w stanie wyczuć w kawie inne, znajome zapachy? Potem przychodzi pora na siorbnięcie napoju. Siorbanie w tym przypadku jest dozwolone, a nawet wskazane, bo pozwala na rozprowadzenie płynu po jamie ustnej. Teraz skupcie się na smakowaniu. Czy czujecie jakieś znajome smaki? Na opakowaniach kaw specialty często znajdziecie opis ich profilu sensorycznego. Nie frustrujcie się jednak, jeśli nuty podane w opisie będą Waszym zdaniem bardzo dalekie od tego, co czujecie. Nie denerwujcie się również, jeśli poczujecie jedynie gorycz i kwasowość. Skupcie się na tym jakiego rodzaju kwasowość i gorycz czujecie. Czy są to nuty owocowe? A jeśli tak, to jakie? A może kawa prawie wcale nie jest kwaśna, za to przebija się w niej nuta orzechowa lub czekoladowa? Najważniejsza w procesie uważnego smakowania, nie tylko kawy, jest ciekawość. Bądźcie ciekawi tego, jak różne czynniki wpływają na smak Waszego napoju. Eksperymentujcie z rodzajem ziarna, krajem jego pochodzenia, z grubością zmielenia i temperaturą parzenia. Ale co najważniejsze - sięgajcie w tych testach do korzeni. Nie tylko korzeni kawowca, z zaciekawieniem zgłębiając warunki uprawy, zbioru i obróbki, ale również do swoich korzeni. Korzeni Waszych, smakowo-zapachowych doznań. Źródła: coffeedesk.pl/blog/ jak-uczyc-sie-smakow-i-aromatow/ Ika Graboń “Kawa. Instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie.”

9


Lifestyle

Nigdy nie będziesz szła sama Zuzanna Szott

Część pierwsza. Dzieciństwo. Kiedy byłam mała, lubiłam spędzać czas z chłopakami. W ogóle miałam się za chłopczycę, bo lubiłam jeździć na rowerze, pływać, włóczyć się ze znajomymi po mieście i średnio leżało mi bawienie się lalkami. Lubiłam myśleć o sobie, że nie jestem taka jak inne dziewczyny, że daleko mi do nich, że spędzam czas inaczej niż one i to czyni mnie od nich lepszą. Patrzę dziś na tę młodszą, zawziętą siebie, ze współczuciem, ale zrozumieniem – bo chociaż nie miałam jeszcze pojęcia, czym jest feminizm, musiałam czuć już wtedy, 10

że w męskim świecie jedynie męskość ma szansę na sukces. Dlatego starałam się, jak tylko mogłam, stawiać się zawsze na równi z chłopakami, wtapiać się w nich. Żeby przynajmniej mieć to poczucie, że jest się równym, że można wszystko. I faktycznie, gdy ma się tych kilka lat, płeć nie ma jeszcze takiego znaczenia, a moje nieporadne próby uzyskiwania równości miały nawet jakieś prawo bytu. Trudno zliczyć, ile w mojej małej głowie tliło się wtedy złych przekonań i jak błędnie rozumiałam równość. Przez całe moje życie przeszłam przez kilka etapów, na których myślałam o różnicach między

płciami różne rzeczy, gdy wierzyłam w inne modele feminizmu, gdy myślałam o sobie i ludziach dookoła zupełnie inaczej. Ale jedno zawsze było pewne: nie chciałam być traktowana gorzej ze względu na swoją płeć. Tylko tyle i aż tyle. Nigdy nie miałam tego pecha, którego miały niektóre dziewczynki — nikt nie zmuszał mnie do ubierania sukienek, wiązania kokardek ani bawienia się wyłącznie z koleżankami. W swoim pokoju, oprócz lalek miałam też lego, puzzle i książki. Rodzice zachęcali mnie do uprawiania sportu, a większość moje-


Lifestyle go dziecięcego życia spędziłam z moim najlepszym przyjacielem, wspinając się na drzewa i jeżdżąc na rowerze dookoła domu. Nie pamiętam, lub nie chce pamiętać, żeby ktoś mi mówił, że powinnam zacząć zachowywać się bardziej kobieco. Brnęłam przez większość swojego życia w przekonaniu, że edukacja to rzecz najważniejsza i nie brałam na tej drodze jeńców — uczyłam się, i szło mi to nawet całkiem nieźle. Czyli już od początku nie miałam tak źle. Czy to wystarczyło, żebym mogła przejść przez życie bez martwienia się o to, że jestem kobietą? Chciałabym, ale tak nie było. Do dzisiaj jest we mnie coś takiego, że to właśnie ja przyciągam wszystkie możliwe dziwne sytuacje. Nie wiem, ile razy w życiu zostałam zaczepiona na ulicy w przeróżnych celach (od tych zwykłych, takich jak zapytanie o drogę, aż po te dziwne, niekomfortowe sytuacje, w których ktoś na przykład komplementował mnie bez mojej zgody), ile razy ktoś mnie śledził, ile razy ktoś do mnie wypisywał i ile się w życiu przez to stresowałam. Szybko stałam się samodzielna, szybko zaczęłam wszystko robić sama, a więc i szybko stałam się obiektem zaczepek, podrywów i niechcianych kontaktów ze strony mężczyzn w różnym wieku, znanych mi lub nie. Jeżeli miałabym przywołać tylko jedną z tych sytuacji, niech będzie to ta, gdy byłam bodajże na początku gimnazjum. Pamiętam, że chwilę wcześniej umówiliśmy się ze znajomymi, na spotkanie przy ognisku następnego dnia, więc niewiele myśląc, wybrałam się do sklepu po zakupy. Był środek dnia, a ja miałam na sobie niebieską sukienkę — pamiętam to doskonale, bo nie założyłam jej już nigdy więcej — i byłam w supermarkecie, dosłownie kilka minut od mojego domu. Było już ciepło, słonecznie, miałam tak dobry humor, że nawet śpiewałam coś pod nosem. Stałam więc w jednej z alejek sklepowych, wybierając słodycze, kiedy nagle stanął koło mnie jakiś mężczyzna, który zaczął mnie zaczepiać i dotykać moich ramion. Kto nigdy nie był nastoletnią dziewczynką, kto nigdy nie był w tej sytuacji, ten nigdy nie dowie się, jak paraliżujący jest to strach. Jak oblewa cię pot i nie możesz się ruszyć. Jest godzina 15, środek sklepu, dookoła są ludzie. Nikt nie reaguje. Nigdy nie rozumiałam, jak można mieć pretensje do tych młodych kobiet, które nie bronią się paznokciami, zębami

i krzykiem — to jest strach, który zjada od środka, który nie pozwala wykonać kroku, który mrozi krew, komórki i myśli. Kiedy wybiegłam już ze sklepu, gdy dotarłam do domu i tato zabrał mnie na policję, czekało tam na mnie kolejne rozczarowanie. Sprawę co prawda przy-

jęto, nawet udało się dokładnie namierzyć tego mężczyznę za pomocą kamer w sklepie, ale nikt z tym nic nie zrobił. Powiedziano mi jedynie, że ten mężczyzna tam bywa, że często zaczepia kobiety, ale właściwie nic nie można z tym zrobić. To, co robi nie jest wystarczające, aby go ukarać. W wieku kilkunastu lat zdążyłam już zrozumieć, że liczenie na system, na prawo, które mnie uratuje, nie jest najrozsądniejszą opcją. Kiedy pod koniec gimnazjum rozdawano w mojej szkole nagrody dla laureatów konkursów kuratoryjnych i ogólnopolskich, wśród trzydziestu nagrodzonych osób, znajdowały się jedynie dwie kobiety — w tym ja. Pamiętam, że gdy szłam wtedy na scenę odebrać tę nagrodę, mieszały się we mnie dwa uczucia — duma i złość. Dlaczego złość? Dlatego, że jeden z tych właśnie tytułów zdobyłam, robiąc pracę i badanie dotyczące tego, że kobiety rzadziej odnoszą sukcesy w konkursach tego typu, i jakie są tego powody. Miałam 15 lat i czułam, że chociaż wyłamuję się z własnej tezy, nadal jestem tu jedną z nielicznych.

Część druga: Pułapka feminizmu. Długo zajęło mi zrozumienie, że feminizm to ruch, który mówi: masz prawo być tam, gdzie są mężczyźni, na równych prawach z nimi, ale masz również prawo być z kobietami i na ich zasadach. Przez większość swojego życia myślałam, że feminizm to przezwyciężanie szklanego sufitu. Kiedy usłyszałam, że zaledwie 1% osób zajmujących kierownicze stanowiska w prominentnych firmach w USA to kobiety, od razu pomyślałam, że chciałabym zostać dyrektorką jakiejś korporacji. Wydawało mi się wtedy, że feminizm to właśnie wygrywanie przez kobiety konkursów matematycznych, większa ilość kobiet na studiach inżynierskich, czy też ich większa widoczność na scenie politycznej. I tak dalej, i tak dalej. Okazało się jednak, że rzeczywistość nie jest wcale tak prosta, jak mogłoby mi się wydawać i to z kilku względów. Po pierwsze, to niekoniecznie jest właśnie to, czego kobiety chcą od życia. Długo trudno mi było spojrzeć na potrzeby innych kobiet 11


naszą atrakcyjność w publicznym odbiorze. Jest to jednak rodzaj idei, która (jak chyba każda inna) odebrana w nieodpowiedni sposób niszczy samą siebie. W ramach ruchu body positive można zaobserwować dokładnie odwrotne zjawisko niż w założeniu — dyskryminację związaną z ciałem. W tym przypadku jest ona jednak nastawiona na osoby szczupłe, o poprawnym współczynniku BMI, wpisujące się w obowiązujące standardy piękna. Nie jest to oczywiście zgodne z definicją ruchu, a jednak ma miejsce na dużą skalę. Jak to jest zatem możliwe? Niektóre osoby otyłe, przez lata dyskryminowane (również systemowo) ze względu na swoją wagę, w pewien sposób odbijają piłeczkę dyskryminacji, oskarżając o swoją złą sytuację osoby znajdujące się we wspomnianym przeze mnie wcześniej kanonie. Osoby takie uważają, że jeśli jest się chudym i zdrowym fizycznie, nie ma się prawa narzekać na swoje ciało czy zdrowie, ponieważ bycie w kanonie sprawia, że przyczyniamy się do jego istnienia (świadomie lub nie), a co za tym idzie, do dyskryminacji innych. I chociaż rozgoryczenie osób otyłych w kontekście ich dyskryminacji i odbioru społecznego jest jak najbardziej zasadne, idea ruchu body positive staje się wypaczona, ponieważ zamyka się na potrzeby i problemy osób, których otyłość nie dotyka. Jednocześnie golenie się, regularne odwiedzanie siłowni lub bycie na diecie staje obrazem uciśnienia — nie jest już estetycznym lub życiowym wyborem, ale deklaracją ideologiczną. Oczywiście trudno jest uniknąć sytuacji tego typu w tak ogromnym ruchu społecznym — nie da się kontrolować każdego, kto się z nim afiliuje, szczególnie, jeżeli sama jego idea i zbiór wartości są tak ogólne. Chodzi mi jednak o to, że w każdej idei można się zapędzić, a każde twierdzenie może stać się obosieczną bronią.

poza moją własną percepcją kobieco- Z tego powodu często czuję, że muszę ści. Byłam przekonana, że każda dziew- być silna lub powstrzymywać łzy, tylko czyna, gdyby tylko mogła, porzuciłaby dlatego, że mam poczucie, że gdybym swoje życie rodzinne w imię robienia się rozpłakała, to spełniłabym stereotyp kariery i zostania programistką. Nie jest „typowej kobiety”. Nie jest to oczywiście to prawdą, nie tylko dlatego, że kobiety zdrowe, ani nawet nie wpisuje się w idee niekoniecznie tego chcą, ale również feminizmu, ale jest czymś, co trudno dlatego, że niekoniecznie wiedzą, że w sobie przezwyciężyć. mogą chcieć. Jeżeli od dziecka mówi im się, że muszą zajmować się domem, Jest to mechanizm, który najłatwiej jest być matkami, być dobre w łóżku, że ich mi pokazać na przykładzie ruchu body rolą jest dbanie o rodzinę, to natural- positive. Postulaty tego ruchu głoszą, że nym jest, że w ich głowach może nie należy akceptować swoje ciało i mieć do wykiełkować żadna inna wizja życia. niego pozytywny stosunek niezależnie Najtrudniejsze jest jednak to, że samo od tego, jak ono wygląda. Nie należy również oceniać ciał innych, w myśl w sobie, zajmowanie się domem nie jest przecież niczym złym i można się zasady, że ciało każdego człowieka jest z w nim realizować, jak na każdej innej jego własną sprawą. W moim odczuciu ścieżce życia. Zły jest jedynie sam brak są to założenia jak najbardziej słuszne. możliwości wyboru, otwieranie przed Odnoszą się w końcu do polepszenia kobietami tylko jednych drzwi. Jak więc relacji z ciałem zarówno swoim, jak i inz tym walczyć w czasie rzeczywistym? nych. Ruch ten zwraca również uwagę Ten przykład reprezentuje również inny Wiemy już, że kluczem w tej dyskusji jest na obecność kanonu, czyli określone- problem — problem wyborów. Kiedy edukacja młodszych pokoleń — ale jak go standardu piękna, w który można golę nogi i zatnę się przypadkiem maratować to nasze, obecne? się wpisywać lub nie, i który jest nam szynką, gdy ścieram krew ręcznikiem, w pewien sposób narzucany przez me- i przeklinam pod nosem, przychodzi Pułapka feminizmu to coś, w co wpa- dia, kształtując (zazwyczaj negatywnie) mi do głowy pytanie, czy naprawdę jest dłam ja, ale podejrzewam, że również nasze wyobrażenie o własnym ciele. Co to mój wybór, czy faktycznie tak czuję wiele innych kobiet. To sytuacja, w któ- za tym idzie, body positive głosi, że aby się lepiej, czy może jedynie wpasowuje rej nie pozwalamy sobie działać i czuć być pięknym i czuć się dobrze ze swoim się w system, który definiuje, jak mam w sposób, który naprawdę jest nam ciałem nie trzeba się w ten kanon wpi- wyglądać. Myślę, że podobnie wygląda bliski, ponieważ czujemy, że to nie jest sywać. Dlatego osoby związane z tym wiele zagadnień w zakresie feminizmu feministyczne. Często nie jest łatwo ruchem dążą do normalizacji tematu — nie do końca i nie zawsze jestem w stazrozumieć, co czujemy naprawdę, a co owłosienia na ciele (szczególnie u ko- nie określić na ile moje zachowania są tak naprawdę jest jedynie efektem świa- biet), nadwagi, chorób skóry i wielu dyktowane przez moje potrzeby, a na topoglądu, który jest nam narzucany. innych czynników, które wpływają na ile jest to moja chęć działania wbrew 12


patriarchatowi. Nie jest to oczywiście takie proste, bo na nasze zachowania wypływa wiele czynników, których zresztą często nie jesteśmy do końca świadomi. Często też, należy postawić się przed pytaniem czy wolimy działać zgodnie ze swoją intuicją i potrzebami, czy też w imię jakiejś idei. Pytanie to może wydawać się trywialne, bo przecież w każdej bajce Disneya mówiono nam, że należy słuchać serca, jednak kwestia priorytetyzacji wartości, nie jest przecież taka prosta. Można czuć się lepiej w ogolonych nogach, ale zapuszczać na nich włosy, żeby zamanifestować jakąś ideę? Czy jest to złe? Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł to oceniać. Właśnie dlatego działanie według feministycznych idei jest takie trudne — z jednej strony feminizm zakłada przecież dowolność, różnorodność działań kobiet, bo bierze pod swoje skrzydła je wszystkie i mówi, że każda z nas może żyć, jak chce. Z drugiej jednak, feminizm stanowi swoistą opozycję do patriarchatu, a więc zakłada działanie przeciwko szkodliwym wzorcom i stereotypom dotyczącym kobiet. Pocieszający jest oczywiście fakt, że ruch tak duży jak feminizm może pozwolić sobie na ogromną różnorodność wśród jego członków i członkiń, dzięki czemu każdy może być feministą lub feministką dokładnie tak jak czuje, i chce. W tym kontekście warto wspomnieć również o innym przykładzie wyjątkowo trudnego wyboru, przed którym staje kobieta — szczególnie w Polsce. Mowa tutaj o planowaniu zajścia w ciąże i powiększeniu swojej rodziny. Oczywiście dla wielu kobiet stanowi to ważny, często kluczowy element życia, potrzebny do osiągnięcia pełnej satysfakcji z posiadania rodziny. Nie jest to niestety wybór tak prosty i naturalny, jakbyśmy chcieli, i chciały, i jak mógłby być. Nie chodzi tu jedynie o najnowszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, w którym orzeczono, że kobieta nie będzie miała prawa wykonać aborcji nawet w przypadku diagnozy ciężkiej niepełnosprawności płodu, chociaż oczywiście kwestia aborcji pełni tutaj ważną rolę. Chodzi również o niestabilną sytuację wielu matek na polskim rynku pracy. Pracodawcy, chociaż w świetle prawa nie jest to legalne, nadal pytają kobiety o to, czy mają one w planach zajść w ciążę, uzależniając od tego decyzje o przyznaniu im pracy. Ponadto, o ile nie stanowi to tak dużego problemu w przypadku wyższych stanowisk, gdzie kobiety zatrudniane

są na umowie o pracę, tak w przypadku bardzo popularnych w Polsce śmieciówek, sytuacja staje się o wiele trudniejsza. Często kobiety w ciąży są niemal pozbawione środków do życia, jeżeli ich partner nie jest czynny zawodowo (oczywiście, o ile jest obecny w procesie porodu, połogu i wychowania dziecka). Ponadto, powrót kobiet na rynek pracy jest zdecydowanie utrudniony — nadal to właśnie na kobietach spoczywa główny ciężar wychowania dziecka, a często także — siłą rzeczy — są one mniej zorientowane w bieżącej sytuacji w ich obszarze zawodowym. Decyzja o posiadaniu dziecka dla obojga rodziców stanowi znaczne obciążenie — zarówno finansowe, czasowe, jak i społeczne — jednak szczególnie w pierwszych miesiącach to właśnie kobieta musi niemal całkowicie poświęcić się opiece na dzieckiem. W tej sytuacji, gdy zabraknie partnera, który zarabiałby na utrzymanie rodziny, kobieta niemal całkowicie zdana jest na łaskę swoich własnych oszczędności, rodziny i państwa, które nie gwarantuje najlepszej opieki. W dodatku jest to również rodzaj społecznej pułapki. O ile kobiety, małżeństwa, czy też w ogóle związki o dłuższym stażu związku są często negatywnie oceniane w przypadku braku dzieci (jest to zazwyczaj odbierane jako pewna wada, dysfunkcja rodziny), o tyle z drugiej strony kobiety zajmujące się wyłącznie pracą w domu, są również często negatywnie stygmatyzowane. Trudno w tym przypadku nie mówić

o swoistej pułapce — brak dziecka może stanowić nie tylko o negatywnej ocenie społecznej, ale także, co ważniejsze, o niepełnej realizacji życia rodzinnego. Z drugiej zaś, samo dziecko i zajmowanie się nim może stanowić dla kobiety niekiedy nawet przekreślenie jej drogi zawodowej, szczególnie w przypadku, gdy rozstanie się ona z partnerem lub urodzi dziecko niepełnosprawne. W tej sytuacji nie pomaga prawo aborcyjne oraz nadal trudna do zdobycia dla niektórych antykoncepcja. W przypadku, gdy aborcja ciężko niepełnosprawnego płodu staje się luksusem zarezerwowanym jedynie dla najbogatszych, a antykoncepcja (szczególnie hormonalna) jest trudno dostępna dla przeciętnego obywatela, już sama wizja i możliwość zajścia w ciąże może stanowić swego rodzaju stres, i obciążenie dla kobiety. Wszystko to zdecydowanie nie ułatwia prostego odnajdywania się nie tylko w idei feminizmu, ale i samej kobiecości. Należy jednak pamiętać, że jak już wspomniałam, głównym celem feminizmu w moim rozumieniu jest dawanie kobietom wolności czucia i robienia tego, co czują, i czego potrzebują. Jest to ruch walczący o to, żeby kobiety miały równe, godne prawa i mogły dowolnie odczuwać swoją kobiecość, nie martwiąc się o swój status prawny czy gospodarczy. Feminizm niesie więc nadzieję, że dla pokolenia naszych wnuczek, jeśli nie córek, rozterki tego typu będą już bezpodstawne.

Ilustracje: Alicja Kupiec

13


Z życia uczelni

28.10.2020 r. odbyła się Gala wręczenia nagród, która podsumowała I edycję Lauru Dydaktyka - wydarzenia dla nauczycieli akademickich z całej AGH, którego forma docenia ich starania w zakresie dydaktyki i wsparcia studentów. Konkurs organizowany przez URSS AGH wyróżnia się na tle innych nagród dla pracowników dydaktycznych unikatowym podejściem do systemu wyboru laureatów i skali wydarzenia. Nie jest plebiscytem - ilość oddanych głosów nie ma znaczenia. Liczy się wykazane zaangażowanie, dążenie do ciągłej poprawy jakości i działanie na rzecz rozwoju studentów. Spośród wielu nadesłanych zgłoszeń Kapituła Konkursu wyłoniła Laureatów oraz wyróżnionych w sześciu kategoriach: Prowadzący ćwiczenia, Przyjaciel Studenta, Wykładowca, Promotor, Opiekun Koła, Innowator. Dydaktycy, którzy wyrazili chęć wzięcia udziału, odpowiadali na pytania dotyczące ich działalności na Uczelni, między innymi motywacji i wsparcia studentów. Poniżej przedstawiamy część wypowiedzi trzech Laureatek - dr inż. Agnieszka Pęska-Siwik, dr inż. Kamila Wawrzyniak-Guz, dr inż. Katarzyna Klimkiewicz. Dodatkowo w poniższym artykule zamieszczone zostały referencje od ich studentów, potwierdzające aktywność nagrodzonych.

Laur Dydaktyka Kategoria PROWADZĄCY ĆWICZENIA dr inż. Agnieszka Pęska-Siwik Wydział Geodezji Górniczej i Inżynierii Środowiska “Motywuję Studentów swoim wymagającym, ale uczciwym podejściem. Na każdych zajęciach obowiązują jasno sprecyzowane zasady. Stawiam uczestnikom moich zajęć ambitne, ale też osiągalne cele, których osiągnięcie jest źródłem nieprzeciętnej satysfakcji. Staram się, by na zajęciach panowała dobra, spokojna atmosfera. Dążę do stworzenia bezpiecznej przestrzeni do dyskusji, do zadawania pytań – przecież po to jestem by odpowiadać na pytania, wyjaśniać wątpliwości. Efekty jakie osiągam to aktywni i zaangażowani Studenci. To Studenci, którzy nieustannie chcą się rozwijać, którzy nie boją się zadawania pytań i poszukiwania odpowiedzi. To Studenci, którzy nie boją się upaść i pomylić, bo to każdemu może się zdarzyć, ale wiedzą jak wstać, jak poprawić swoje błędy. To Studenci, którzy po latach dziękują nie tylko za wiedzę, ale za to, że był ktoś kto w nich wierzył.” “Gdyby ktoś poprosił , aby opisać Panią Doktor w trzech słowach, na pewno byłyby to: kompetencja, energia i uśmiech na twarzy. Ciężko o drugiego takiego dydaktyka. Nigdy nie odmawia pomocy zarówno w zakresie prowadzonych zajęć, jak i codziennego życia wydziałowego. Świetny kontakt ze studentami sprawia, że nawet najżmudniejszy temat staje się ciekawy. I co najważniejsze wspomniane relacje idą w parze ze skutecznym przekazywaniem wiedzy. To się chyba nazywa powołanie.” - J.Wasylik

14


Z życia uczelni

Kategoria PRZYJACIEL STUDENTA dr inż. Kamila Wawrzyniak-GuzWydział Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska “Od początku swojej pracy dydaktycznej staram się przedstawiać i otwierać różne możliwości studentom. Jako opiekun Koła Naukowego Geofizyków nawiązałam niezwykle owocną współpracę z międzynarodowymi stowarzyszeniami geofizycznymi SEG i EAGE, która trwa do dziś. Pokazuję studentom i zachęcam ich do korzystania z programów naukowych, stażowych, stypendialnych. Namawiam do uczestnictwa w warsztatach i wykładach. Wspieram merytorycznie i opiekuję się studentami przygotowującymi referaty na sesje barbórkowe, studenckie i międzynarodowe konferencje geofizyczne. Każdego roku piszę co najmniej kilka listów rekomendacyjnych dla indywidualnych studentów starających się o wyjazdy na konferencje, warsztaty i szkolenia. Opiniuję i rekomenduję naszych najlepszych studentów do SEG Europe Regional Advisory Committee. Wystawiam referencje na staże, stypendia i wnioski o przyjęcia na studia doktoranckie w Polsce i za granicą. Sukcesy moich studentów są wynikiem ich wiedzy, umiejętności i determinacji, ale często moja opinia była pomocna przy akceptowaniu ich wniosków. Pomagam również studentom przy organizacji wydarzeń naukowych i edukacyjnych. Wspieram ich swoim doświadczeniem i wiedzą od strony merytorycznej, organizacyjnej i administracyjnej. “ Jako prowadząca zajęcia Pani Kamila odznacza się dosyć rzadko spotykaną chęcią dotarcia do grupy i dokładnego wytłumaczenia zagadnień. Szczególną cechą zajęć prowadzonych przez Panią Wawrzyniak-Guz wyróżniającą je na tle innych przedmiotów jest bardzo staranne przygotowanie prezentacji i materiałów dla studentów. Na uwagę zasługuje również ogromne zaangażowanie w odpowiadanie na pytania studentów. Nawet jeśli Prowadząca w trakcie zajęć nie może dać wyczerpującej odpowiedzi zawsze jest ono (pytanie) wyjaśniane na następnym spotkaniu lub drogą mailową. (...) “ - Zarząd KNGF Geofon 2017-2019

Kategoria WYKŁADOWCA dr inż. Katarzyna Klimkiewicz Wydział Zarządzania “Studenci są różni i mają różne motywacje, dlatego wyzwaniem jest, by zaprojektować zajęcia, które będą angażujące dla większości, a nie jedynie dla wybranych. Uważam, że moja rola jako nauczyciela polega na tym, by inspirować studentów przekazując wiedzę w możliwie najbardziej interesujący sposób, czasem też pokazywać im, że mają potencjał, by te inspiracje przyjmować i rozwijać. Staram się zainteresować studentów poprzez przygotowywanie materiałów pod kątem określonych kierunków studiów. Poprzez dostosowywanie treści i przykładów staram się stworzyć więź między studentem i wiedzą, tak by samo pozyskanie tej wiedzy było dla studenta interesujące. Stosuję też materiały wizualne zamiast tekstu, by zachęcały do rozumienia, a nie przepisywania. Bazuję na doświadczeniach studentów, zadaję pytania, co pozwala na formułowanie wybranych elementów teorii w naturalny sposób w trakcie dyskusji. Dzięki temu studenci uczestniczą w procesie „budowania teorii” i w łatwiejszy sposób ją przyswajają. “ „ Pani Katarzyna posiada dużą wiedzę, umiejętności jak i kompetencje oraz profesjonalizm w przekazywaniu tego studentom. Przedmiot Leadership and Team Management był doskonale przygotowany zarówno w kontekście rozplanowania pracy w czasie, dostępności materiałów, a także wymogów wobec studenta.(...) Dzięki sumienności i zaangażowaniu Pani Katarzyny, a także praktycznej formule zajęć, wyniosłam z zajęć wiedzę zarówno teoretyczną, jak i praktyczną. Pasja, wiedza i profesjonalizm, jakich doświadczyłam sprawiły,że pragnę serdecznie polecić współpracę z Panią dr inż. Katarzyną Klimkiewicz.” - M. Szlachciuk Kolejnych trzech Laureatów przedstawimy w następnym kwartalniku...

Grafiki: Joanna Dobrzyńska

15


Kultura

Coś było, a nie ma – o medialnej archeologii i „lost media" Wojciech Radomski Odnoszę nieodparte wrażenie, że my media). W sieci można znaleźć mnóstwo – ludzie – nie znosimy tajemnic. Inaczej, stron zajmujących się tym zagadnieniem nie znosimy nierozwiązanych tajemnic. – imageboardy na reddicie, lostmediawiki, Ba, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, a nawet strony na oficjalnej wikipedii! iż sama świadomość tego, że istnieje coś niewiadomego, przez frustrację wytwo- Można wyróżnić kilka statusów wiedzy na rzoną niewiedzą, potrafi doprowadzić nas temat danego dzieła: odnalezione, częściona skraj wytrzymałości i nawet, w ekstre- wo odnalezione, zagubione i zniszczone. malnych przypadkach, na granice szaleń- Dużo ludzi – w tym niestety ja – jest w stastwa. A jak inaczej nazwać coś, co kiedyś nie poświęcić każdą swoją wolną chwilę, było, a teraz nie ma, niż nierozwiązaną żeby odkopać jakieś informacje na temat nowych znalezisk bądź na szukanie tychże tajemnicą? informacji na własną rękę. Temat ten jest W popkulturze wyklarowało się już pew- bardziej rozległy, niżli mogłoby się wyne zjawisko, które jest nazywane efektem dawać na pierwszy rzut oka. Chciałbym Mandeli. Polega ono na tym, że w naszej wam teraz przytoczyć kilka – w mojej opinii świadomości istnieje pamięć o czymś, co – ciekawych przypadków zagubionych menigdy w rzeczywistości nie miało miejsca. diów. I zostańcie do końca, bo chciałbym I nie tylko w naszej – pamiętają je setki, o ile się z wami podzielić moim znaleziskiem nie nawet setki tysięcy ludzi! I nagle tego i garstką nowych informacji, które znalanie ma. Efekt swoją nazwę nosi od tego, że złem! wielu ludzi było przekonanych o śmierci Nelsona Mandeli w więzieniu w latach 80., The Beach Boys - SMiLE kiedy tak naprawdę zmarł w 2013 roku. Jednakże, jednym z najbardziej popular- Na sam początek chciałbym przytoczyć nych przykładów wyżej wspomnianego historię związaną z jednym z najbardziej efektu jest monokl u Rich Uncle Pennybags, wpływowych zespołów w historii – The znanego szerzej jako ludzika z Monopoly – Beach Boys. Ten powstały w 1961 roku a raczej jego brak. Mnóstwo osób święcie zespół wydał w 1966 roku album koncepwierzy, że od zawsze miał on tenże monokl, cyjny „Pet Sounds”, który jest stawiany na jednak tak naprawdę nie miał go nigdy. równi z „Are You Experienced” Jimiego Hendrixa i „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Dlaczego w ogóle to tutaj przytaczam? Club Band” The Beatles w panteonie Dlatego, iż chciałbym przedstawić wam najlepszych i najważniejszych albumów dzisiaj coś pokrewnego do tego zjawi- koncepcyjnych wszechczasów (nawiasem ska, przynajmniej w pewnym sensie. Nie mówiąc, Beatlesi wyróżniali ten album jako zawsze jest tak, że coś, co pamiętamy, że jedną z bezpośrednich inspiracji dla wyżej miało miejsce, a nie możemy odnaleźć po wspomnianego nagrania ich autorstwa!). tym śladu, nigdy się nie wydarzyło. Czasem okazuje się, że po prostu... zaginęło. I to Oprócz tego wydali mnóstwo innych albumoże się tyczyć wszelakich rzeczy – filmów, mów, jednakże można znaleźć w ich historii fotografii, książek, gier komputerowych pewną anegdotę związaną z zagubionymi czy też albumów muzycznych. Tym mianem mediami. Mianowicie, chodzi o następcę nawet możemy w tym momencie określić „Pet Sounds”, czyli o SMiLE. Projekt ten zarchiwizowane tweety Donalda J. Trum- miał być bardziej ambitny niż cokolwiek, pa po usunięciu jego konta na Twitterze. co do tamtej pory zrobili. W pierwotnych W takich przypadkach jest to określane planach miał zawierać on orkiestralne mianem „zagubionych mediów” (z ang. lost aranżacje, dwie suity, ich hit „Good Vibra16

tions” i komediowe przerywniki (istnieje plotka, że do piosenki „Vegetables” Paul McCartney nagrał siebie jedzącego marchewkę (sic!)). Niestety, projekt ten jest najbardziej znany z jego porażki, która wynikała między innymi z konfliktów wewnątrzzespołowych, zakończenia współpracy z tekściarzem Van Dyke Parksem i pogarszający się stan psychiczny Briana Willsona. Mimo tego, że nagrania dokonane w ramach sesji do tego albumu zostały wypuszczone w roku 2011 razem z innymi wcześniej niewydanymi projektami, to nadal niektóre elementy nie zostały odnalezione. Można tu wyróżnić na przykład nagrania wokalu, jak i same teksty do „Look (Song For Children)”, „I Wanna Be Around” i „On A Holiday”, improwizowany cover „On Top Of Old Smokey” nagrany we współpracy z Paulem McCartneyem oraz nagranie konsumpcji marchewki przez Paula McCartneya – nad czym osobiście najbardziej ubolewam. The Smiths i ich niewydane materiały Mianem „lost media” nie zawsze też określamy rzeczy, które przepadły już bezpowrotnie. Możemy określić tym mianem również wszystkie niewydane przez danego wykonawcę materiały. Kolejną historią wartą napomknięcia są nieopublikowane piosenki The Smiths, które nigdy nie ujrzałyby światła dziennego – gdyby nie jedna audycja w radiu BBC. 28 listopada 2005 roku na antenie programu Marka Rileya, noszącego nazwę „Mint", wystąpił były perkusista The Smiths, Mike Joyce. W czasie trwania tejże audycji Mike przytoczył fakt sprzedaży przez niego na eBayu rzeczy powiązanych ze swoim byłym zespołem. Znajdowały się tam między innymi wersje demo nigdy wcześniej niepublikowanych utworów, co potwierdził


Kultura puszczając piosenkę, którą nazwał „Click Track”. Przyznał, że te nagrania są tylko jedną z wielu luźno zebranych składanek zawierających nieukończone piosenki oraz instrumentalne utwory. Cała ta sytuacja miała swoje pokłosie w postaci dalszej eskalacji konfliktu pomiędzy byłymi kolegami z zespołu. Morrissey, frontman, autor tekstów i wokalista The Smiths w swoim oświadczeniu powiedział, że Joyce otrzymał do 1.5 miliona funtów od niego i Johnnego Marra (gitarzysty The Smiths) w okresie od 1997 do 2005, dodatkowo oznajmiając, że Mike Joyce nie miał prawa do sprzedaży niepublikowanego materiału ich grupy. Do dziś nie jest wiadome, ile istnieje takowych nagrań, jednak możemy podejrzewać – zgodnie ze słowami ich perkusisty – że są ich znaczące ilości. Mans Dissonans Pamiętacie, jak mówiłem, żebyście wytrzymali do końca, ponieważ przytoczę wam swoją historię związaną z całym nurtem zajmującym się lost media? Teraz jest ten moment. Ostatnim czasem razem z kolegami postanowiliśmy założyć zespół, czego efektem są nasze dość regularne spotkania. Na jednym z takowych otrzymałem pewną kasetę – nie wyglądała szczególnie obiecująco. Zostałem jednak zapewniony, że znajduje się na niej składanka z hitami disco datowanymi na lata 80. Tak przynajmniej było podejrzewane. Od kiedy znajomy wszedł w jej posiadanie w 2019 roku przy okazji koncertu Laxity we Wrocławiu w CRK, kaseta nigdy nie została przez niego odtworzona (jednak wyblakły napis „Biggest Disco Hits vol. 8” wskazywał na jej zawartość).

Po przesłuchaniu całej kasety i wyłapaniu dobną nazwę zespołu, „Mans Dissonans”. utworów na niej nagranych zawęziliśmy Tak, napisane z błędem. Udało nam się orientacyjny czas wykonania nagrań. Naj- również odszyfrować tekst do drugiego starsza piosenka, która była na pierwot- kawałka (który dzięki temu nosi nazwę nej składance – „Zabadak” w wykonaniu „Gorzki Świat”), jest on zamieszczony na Saragossa Band – została wydana w roku Bandcampie. Nazwy utworów nie są ofi1986, więc mamy tutaj pierwszą wska- cjalne – do tych, których nie udało nam zówkę odnośnie orientacyjnego czasu po- się odszyfrować użyliśmy burzy mózgów wstania tych dodatkowych nagrań. Jednak i siły skojarzeń. Sam język zawarty na nauważam, że możemy spokojnie przyjąć, iż graniu przypomina jakiś bliżej nieokreślony nie zostały one wykonane w tym samym dialekt rosyjski, który dodatkowo został roku, więc dolna granica została przez nas doprawiony dużą ilością alkoholu. ustalona na rok 1987. Jak na razie, więcej jest niewiadomych niż To samo nasuwa się po próbie rozpoznania rzeczy pewnych, aczkolwiek udaje nam się sprzętu użytego do tego nagrania. Efekty odnaleźć jakąś niewielką porcję informacji użyte przez gitarzystę (najpewniej delay co jakiś czas. Jesteśmy dobrej myśli – a bari distortion, jednakże ich dokładna identy- dziej ciekawi samej genezy nagrania. Jeżeli fikacja jest utrudniona przez samą jakość całość was zaciekawiła, to zapraszam do nagrania) były już znane w latach 80. Da obserwowania poszukiwań. Gdy pojawią się też stwierdzić, że syntezator użyty do się jakieś kluczowe informacje, na pewno nagrania był monofoniczny, przez co moż- zostanie to uwzględnione w opisie albumu na dopuścić opcję samodzielnej konstrukcji na YouTube i Bandcampie. tego urządzenia przez zespół. Odnośnie automatu perkusyjnego, mimo dość kiep- Mam szczerą nadzieje, że dzięki przedstaskiej jakości dźwięku, udało nam się go wieniu samego tematu zagubionej muzyki zidentyfikować z dość dużym prawdopo- poczuliście w sobie żyłkę odkrywcy i zedobieństwem. Najpewniej jest to Yamaha chcecie zgłębić nurt, którym niewątpliwie RX21, który miał swoją premierę w roku jest „lost media" w każdym jego rozumie1985 – co dodatkowo potwierdza ramy niu. Wszystko co kiedyś zaginęło – obrazy, czasowe, które zostały przez nas przyjęte. wiersze czy całe książki – może czeka na was, żeby zostało odnalezione? Dzięki nieocenionej pomocy znajomego, który biegle posługuje się językiem ro- Więcej atykułów znajdziesz na stronie syjskim udało nam się ustalić to, co było radio17.pl zapisane na kasecie. Czyli prawdopo-

Z racji mojej wrodzonej słabości do tego typu muzyki postanowiłem posłuchać jej jak najszybciej i wszyscy się zaskoczyliśmy. W pewnym momencie – przerywając „Daddy Cool” w wykonaniu grupy Boney M. – rozpoczęło się nowe nagranie zawierające 3 piosenki, które stylistycznie można określić jako szeroko pojętą zimną falę. Surowe, ciężkie, wręcz hipnotyczne i przebojowe brzmienie utworów (w szczególności rozpoczynającego całą epkę) było czymś, co nas zainteresowało, ale jednocześnie zakłopotało. Nic nie było z początku wiadome – nawet język, w którym zostały one wykonane. Po dokładnym obejrzeniu samego pudełka jak i okładki znaleźliśmy delikatnie wydrapany napis cyrylicą. Postanowiliśmy podjąć się zdobycia informacji na jego temat. 17


Kultura

Skandynawska sielanka Adrianna Suder

Ari Aster, znany wcześniej jako reżyser filmu „Hereditary” (2018), tym razem zabiera nas w podróż do północnej Szwecji. Niewielka komuna oddalona od cywilizacji, malownicze krajobrazy, mieszkańcy odziani w białe stroje ze świeżymi kwiatami we włosach, a także muzyka wydobywająca się z fletów na powitanie nowo przybyłych gości. Aster w horrorze „Midsommar. W biały dzień” (2019) przenosi nas w ten folklorystyczny i hermetyczny światek w najlepszym możliwym momencie − w okresie przesilenia letniego. Na samym początku filmu poznajemy Dani (Florence Pugh) oraz jej chłopaka Christiana (Jack Reynor), którzy przechodzą kryzys w związku. W wyniku traumatycznych zdarzeń, aby odpocząć od codzienności, Dani decyduje przyjąć propozycję chłopaka i dołączyć do wspólnej wyprawy jego oraz kolegów. Miejscem, w którym mają spędzić wakacje, jest położona na północy Szwecji rodzinna wioska jednego ze znajomych Christiana. Chwilę po przyjeździe dowiadują się, że będą uczestnikami serii obrzędów, które można obchodzić w ten sposób jedynie raz na 90 lat. Początkowo idylliczna wioska okazuje się miejscem pełnym ekscentrycznych zwyczajów i zachowań członków społeczności. Nietypowym i ciekawym zabiegiem Astera jest przedstawianie rozgrywającej się akcji w pełni dziennego światła. W Midsommarze praktycznie nie pojawiają się sceny nocne, a wszechobecna jasność wychodzi poza konwencjonalne ramy charakterystyczne dla większości horrorów. Aster udowadnia, że nie tylko nastanie zmroku na myśl, o którym większość widzów dostaje gęsiej skórki, może wywoływać uczucie niepokoju. Dzień także może stać się koszmarem, zwłaszcza wtedy, gdy tak jak w przypadku naszych bohaterów jest się barankiem prowadzonym na rzeź. W Midsommarze nie ma ciemności, nie ma jump scary’ów, ani nadprzyrodzonych postaci. Znajdzie się jednak coś dla entuzjastów gore. Widok wyprutych flaków i brutalne miażdżenie głowy wielkim młotem, choć nie pojawiają się zbyt często, są obrazami, które pozostają w pamięci na długo. Pomimo tego, że osobiście Do artykułu posłuchaj utworu: The House That Hårga Built

18


Kultura

nie przepadam za dzikimi, ludowymi melodiami, które również pojawiają się w filmie, muzyka skomponowana przez Bobby’ego Krlica (czasem przyjemna i lekka, innym razem mroczna i niepokojąca) perfekcyjnie oddaje nastrojowość Skandynawskiej społeczności. Oddalenie wioski od obcych cywilizacji, posługiwanie się runami, czczenie przodków i natury, a także dbałość o plony i zwierzęta, podobnie jak muzyka Krlica przypominają o powrotach do naszych korzeni. Atutem w filmie Astera są też efekty wizualne, które podążają za stanami emocjonalnymi bohaterów. Widzimy powoli obracający się o 360 stopni obraz, sceny kiedy wszystko wokół bohatera faluje, czy nagle z rąk lub nóg zaczynają wyrastać pnącza. Zniekształcony obraz pokazuje świat widziany oczami odurzonych substancjami psychoaktywnymi znajomych. Ciągłe halucynacje i przewidzenia głównej bohaterki nadają filmowi Astera onirycznego charakteru i wprawiają widza w dysonans między tym co dzieje się naprawdę, a co jest jedynie tworem wyobraźni zagubionej i zlęknionej kobiety. Jedną z największych zalet filmu są zapierające dech w piersi zdjęcia, za które odpowiedzialny jest Paweł Pogorzelski (współpracujący już wcześniej z Arim Asterem). Wspaniale uchwycone scenerie, jaskrawość obrazu i wyrazistość kolorów są wizytówką Midsommaru i sprawiają, że ten doskonale dopracowany pod kątem estetycznym film, już po kilku klatkach oczaruje nawet największych sceptyków filmów grozy. W Midsommar poza wyjątkami nie zobaczymy raczej kojarzonych szerokiej publiczności aktorów, jednak na wspomnienie i uznanie przede wszystkim zasługuje Florence Pugh (nominowana przez Akademię Filmową za rolę w filmie „Małe kobietki”). Uzdolniona i młoda aktorka w Midsommar w sposób bardzo autentyczny odgrywa pełen wachlarz ludzkich emocji. Wymagająca i świetnie odegrana rola dla Pugh może być początkiem obiecującej kariery aktorskiej. Chociaż nie jest to częste Ari Aster w swoim filmie wprowadza też momenty humorystyczne, które pozwalają rozładować napięcie i wielokrotnie wprowadzają widza w osłupienie. Słabym punktem, choć to dość subiektywne, jest powolny rozwój akcji i przydługie sceny charakterystyczne dla Astera. Jedni widzowie mogą się niecierpliwić w oczekiwaniu na momenty grozy, podczas gdy inni w tym czasie mogą podziwiać walory estetyczne filmu i cieszące oko krajobrazy. „Midsommar. W biały dzień” w reżyserii Ariego Astera to film, który na pewno oczaruje osoby lubiące ludowe, folklorystyczne klimaty. Dzięki zaangażowaniu osób pracujących przy filmie możemy zobaczyć w nim odwzorowane zwyczaje charakterystyczne dla szwedzkiego święta przesilenia letniego. Jednoczesna groteskowość oraz aura niepokoju unosząca się w powietrzu sprawiają, że film Astera intryguje zamysłem i wzmaga ciekawość do obejrzenia kolejnych dzieł, które wyjdą spod jego nazwiska.

Grafiki: Kamila Kochanowska 19


Kultura

Matka (nie) jest tylko jedna Adrianna Suder

Czasem, gdy obejrzymy film, który zrobił na nas piorunujące wrażenie, jego tytuł tak mocno zapada nam w pamięć, że ciągle go sobie przypominamy. Podobnie było w przypadku Luci Guadagnino, który w wieku 14 lat obejrzał „Suspirię” Dario Argento. Film na tyle go zachwycił, że po 41 latach sam postanowił zmierzyć się z kultową historią w remake’u o tym samym tytule. Pierwotna wersja powstała w 1977 i pod kątem głównego wątku fabularnego oba filmy są podobne. Do słynnej szkoły baletowej przyjeżdża młoda Amerykanka − Susie Banion (u Guadagnino grana przez Daktotę Johnson), aby rozpocząć naukę pod okiem wybitnych choreografek. Zaprzyjaźnia się z jedną z uczennic- Sarą (Mia Goth), z którą odkrywa, że pod pozorami normalnej szkoły skrywane są mroczne sekrety. W obu filmach fabuła osadzona jest w tym samym czasie - 1977 roku, lecz w innych miejscach. U Argento akcja rozgrywa się w Wiedniu, podczas gdy Guadagnino swoją fabułę umieszcza na tle wciąż przesiąkniętego powojennymi wspomnieniami Berlina. Kluczowym wątkiem, któremu Argento poświęcił trzy osobne filmy, są tajemnicze matki: Matka Łez, Matka Ciemności i najważniejsza z perspektywy „Suspirii” − Matka Westchnień (Mater Suspiriorum). Guadagnino w swoim dziele modyfikuje wcześniejszą historię i pogłębia temat macierzyństwa również o krótkie przebłyski z przeszłości głównej bohaterki i jej relacji z matką. Horror, do którego większość z nas przywykła, to gatunek filmowy kojarzony ze scenami wzbudzającymi w widzach strach, lęk oraz z tajemnicą, którą odkrywamy wraz z bohaterami w miarę rozgrywającej się akcji. Historie opowiadane w filmie przypominają rozsypane elementy układanki, które z biegiem czasu składają się w jedną całość. W „Suspirii” z 2018 roku reżyser pląsa niczym bohaterki jego filmu po cienkiej granicy pomiędzy thrillerem a horrorem. Niemalże od pierwszych chwil dowiadujemy się również jaką tajemnicę kryje berlińska szkoła baletowa, dzięki dialogowi jednej z uczennic - Patricii (granej przez Chloe Moretz) z psychoterapeutą Jozefem Klemperem. Kolejne wątki pojawiające się w filmie, jedynie rozwijają historię i tworzą tło dla sceny finałowej.

Do artykułu posłuchaj utworu: Thom Yorke - Suspirium

20

W „Odłosach” Guadagnino na próżno szukać jump scare’ów dlatego nie jest to film, który ma na celu dosadne przestraszenie widza. Manipulacja niezwykłą, wręcz momentami psychodeliczną nastrojowością, a także kolorystyką pełną ciemnych barw i głębokiej czerwieni ma jednak za zadanie utrzymać widza w stanie napięcia i niepokoju. W „Suspirii” pomimo braku scen usilnie wywołujących strach (w horrorach często jednak sprawiających wrażenie prymitywnych i nachalnych) pojawia się kilka drastycznych momentów, które mogą być nieodpowiednie dla wrażliwszej części widowni. Na uznanie zasługuje gra aktorska znakomitej Tildy Swinton (znanej z ról w takich filmach jak „Tylko kochankowie przeżyją”, czy „Musimy porozmawiać o Kevinie”), która w filmie niczym kameleon, dzięki talentowi, a także niezwykłej pracy charakteryzatorów wciela się w rolę trzech postaci. Odgadnięcie kreacji przez nią odgrywanych nawet spostrzegawczym widzom może dostarczyć wielu trudności. Największym aktorskim zaskoczeniem „Suspirii” jest jednak Daktota Johnson kojarzona wcześniej z niechlubnej roli w „50 twarzach Greya”. Pomimo początkowej antypatii myślę, że Johnson doskonale odnalazła się w klimacie opowiadanej historii, a „Suspiria” jest dobrym wstępem do pozbycia się przez nią piętna roli Anastasii Steele. W obsadzie filmu możemy zobaczyć również Angele Winkler (znaną m.in. z roli Ines Kahnwald w serialu niemieckiej produkcji − „Dark”) oraz polski akcent w postaci Małgorzaty


Kultura

Beli. Ukłonem w stronę fanów wersji Argento jest pojawienie się w epizodycznej roli samej Jessici Harper (grającej niegdyś Susie Banion). Tym, co uwodzi w „Odgłosach”, jest również ścieżka dźwiękowa. Muzyka skomponowana przez Toma Yorka (lidera zespołu Radiohead) wzmaga refleksyjność i nastrojowość filmu, choć nie przypadnie ona do gustu każdemu. Spokojne, delikatne melodie stają w opozycji z dźwiękami zespołu Goblin, które możemy usłyszeć w filmie Argento − ciężkimi, mrocznymi, budującymi klimat grozy. Choć ta muzyka jest nietypowa, idealnie wpisuje się artystyczność „Suspirii” i skłania do refleksji nad niezrozumiałymi i zagmatwanymi wątkami. Guadagnino przedstawia widzowi materiał z dużym polem do interpretacji. Nie mamy tutaj jednoznacznych odpowiedzi i klarownego zakończenia. Przesycona bogatą symboliką i niedopowiedzeniami „Suspiria”, nie tyle zmusza widza do układania rozsypanych puzzli w spójną całość, ile do wypełniania brakujących części układanki własnymi przemyśleniami. Oznacza to, że każdy oglądający tchnie w fabułę inne życie i wzbogaci ją o inne wnioski. „Suspiria” Luci Guadagnino nie jest propozycją dla wszystkich fanów filmu grozy. Silnie zaakcentowany wymiar artystyczny, długie sceny taneczne oraz melancholijna muzyka wydają się ucieczką od szablonowości horroru (dla niektórych widzów może to być nawet znieważenie dzieła Argento). Remake „Suspirii” należy jednak traktować jako reinterpretację Guadagnino, wariację na temat kultowej historii, ukazanie jej w zupełnie innym świetle i nadanie jej nowych znaczeń. „Suspiria” z pewnością jest filmem, którego estetyką można się zauroczyć i jest godna polecenia wysublimowanym gustom wielbicieli X muzy.

Grafiki: Joanna Dudlińska 21


Kultura

Przy herbatce o kompozytorach Małgorzata Hopciaś

Dla kogo Beethoven tak właściwie skomponował „Dla Elizy”? Dla Elizy? A może dla Teresy? Czy Chopin pisał sekretne listy do tajemniczej kochanki? Schuman jako bohater „Dziadów”? Co wspólnego mają piesze wędrówki z grą na organach? Zaintrygowałam trochę? Jeśli tak, to zostań tu troszkę dłużej, by znaleźć odpowiedzi na te pytania. Kiedy zabierałam się do pisania tego felietonu, to chciałam zrobić „TOP 10 HOT PLOT z życia kompozytorów”. Potem pomyślałam sobie: „Nie no, hola, hola! To jest poważne radio, poważny blog, ja jestem tu nowa, muszę się pokazać od profesjonalnej strony, nie mogę tak nazwać swojego felietonu.” No i nie nazwałam (szczerze mówiąc, tworząc ten wstęp, jeszcze nie wiem, jak właściwie go nazwałam). Później okazało się, że piszę i piszę o tym Beethovenie, a ciągle mi mało. I tak wyszła mi cała strona. Tym właśnie sposobem z dziesięciu kompozytorów zostało czterech. Mimo wszystko myślę, że ci, o których napisałam, mieli całkiem ciekawe przygody, więc zapraszam serdecznie do poplotkowania trochę ze mną przy herbatce (dopisałam jak już nadałam tytuł) o tych kilku muzycznych geniuszach. Zaparzyłaś/eś już herbatę? Ok, to zaczynamy!

22

Jan Sebastian Bach Bacha nie mogło tu zabraknąć. Toż to geniusz muzyczny, nad którym zachwycają się dziś wszyscy. Nawet matematycy! I nie bez powodu, bo tam jest tak wszystko przemyślane - każdy dźwięk - a całość tworzy skomplikowane, ale jakże piękne, równanie, którego i fizyk, czy wcześniej wspomniany matematyk z najwyższej półki, by się nie powstydził. Ale… nie po to tu jesteśmy, żeby się zachwycać, bo jaki Bach jest każdy słyszy, wystarczy sobie odpalić jutuba albo spotifaja. Dzisiaj mieliśmy trochę poplotkować. Oprócz siły w rękach, którą wypracował, grając na przeróżnych instrumentach od organów do skrzypiec, ten barokowy kompozytor miał też niezłą parę w nogach. Podczas swojego życia udał się na przynajmniej cztery wycieczki, z których każda miała około 300 kilometrów długości. I to wszystko dlatego, że ludzie musieli wtedy radzić sobie bez samolotów (wiem, wiem, ciężko w to uwierzyć, a co gorsze - nie mieli też internetu). W pierwszą pieszą podróż Bach udał się w wieku piętnastu lat, bo chciał uczyć się u wybitnego organisty w Lüneburgu. Jak już się wszystkiego od idola nauczył, to musiał wrócić, ale po drodze zahaczył jeszcze o Arnstadt i tam jakiś czas zabawił. To właśnie z tego miasta wybrał się na kolejną pieszą wycieczkę. Znowu w pogoni za swoimi muzycznymi pragnieniami, tym razem związanymi jednak z inną postacią, a dokładnie z Dietrichem Buxtehudem. By podziwiać talent mistrza, Bach przemierzył 400 kilometrów, czyli dystans dzielący Arnstadt i Lubekę, a potem drugie 400 kilometrów drogi powrotnej. To właśnie takie poświęcenie ukształtowało geniusza - w końcu nie ma nic za darmo.


Kultura

darmo. Być może siłę do wędrowania Johann odziedziczył po przodkach, bo podobno przywędrowali oni z Węgier do Niemiec. Sam Bach nigdy niemieckich granic nie przekroczył, ale i tak wielki szacun za determinację. Na pewno byłby rekordzistą we wszystkich aplikacjach zliczających kroki. Przyznaję, to był raczej ciekawy fakt, a nie gorąca ploteczka, więc w nagrodę, że i tak przeczytaliście, to wspomnę tylko, że Bacha raz wyrzucili z pracy, a raz to nawet wpakowali do więzienia, także nie był taki znowu święty, jakby się mogło wydawać. Robert Schumann Teraz będzie trochę poważniej, bo Robert Schumann to miał naprawdę ciężkie życie. Był tak uczuciowy, że z miłości oszalał. A może nie z miłości tylko po prostu z wrażliwości? W każdym razie na pewno mógłby być bohaterem jakiegoś romantycznego dramatu, bo można odnaleźć wnim chyba wszystkie cechy romantycznego kochanka. Jakie? Po pierwsze - miłość rozumiana jako połączenie dusz. Zgadza się, gdyż Schumann kochał całe życie jedną kobietę - Klarę Wieck, o którą zresztą musiał długo walczyć z ojcem ukochanej. Ta, ostatecznie spełniona, miłość, była więc poprzedzona długim okresem nieszczęśliwości, co też dla romantycznego kochanka było charakterystyczne. Po drugie - idealista. Ideą, która przyświecała muzykowi było na pewno to, by stać się perfekcyjnym w swoim fachu. Pogoń za tą ideą doprowadziła go do obsesji, a ta do poważnych problemów ze zdrowiem, w tym do częściowego paraliżu prawej ręki. Dziwne. Jak obsesja może prowadzić do paraliżu ręki? A tak, że muzyk za wszelką cenę próbował wydłużyć sobie palce, gdyż uważał, że są zbyt małe do gry na fortepianie. Podczas ćwiczeń musiał posunąć się o krok za daleko. Po trzecie - kontakt ze światem metafizycznym. Schumannowi ten kontakt zapewniała choroba psychiczna, która sprawiała, że artysta słyszał głosy. One podobno podpowiadały mu też, jak komponować. To, co stworzył, wydaje się wystarczającym dowodem na udział sił nadprzyrodzonych, ale to już pozostawiam do indywidualnej oceny. Oprócz głosów, Robertowi dokuczał też dźwięk wysokiego C, który powodował u niego problemy ze słuchem. Po czwarte i ostatnie - nieudana próba samobójcza. Wszystkie problemy artysty doprowadziły go w końcu do sięgnięcia po ostateczne rozwiązanie - postanowił utopić się w Renie. Został jednak uratowany i ostatecznie pożegnał się z życiem w placówce psychiatrycznej. Wszyscy współcześni Mickiewicze - jak dla mnie to jest gotowy materiał do spisania, nawet nie trzeba go zbyt koloryzować! Fryderyk Chopin Przyszedł i czas na gwiazdę z naszego podwórka. Plotek o różnych miłostkach Fryderyka Chopina jest sporo. Dużo by gadać, ale jedna jest na tyle dobra, że dorobiła się własnej strony na Wikipedii, a mowa tu o fałszywych listach do hrabiny Delfiny Potockiej. Sprawczynią całego zamieszania jest pani Paulina Czernicka. Teraz można by ją nazwać psychofanką Chopina, o czym świadczy również fakt, że popełniła samobójstwo w dniu setnej rocznicy jego śmierci. Wszystko zaczęło się, kiedy Czernicka zwróciła

Grafiki: Julia Rybska 23


Kultura

się do poznańskiego radia, twierdząc, że posiada super tajną korespondencję Chopina i Potockiej (wcześniejsze plany jej ujawnienia pokrzyżował wybuch drugiej wojny światowej). Radio szybko podchwyciło temat, ale nalegało, żeby kobieta podzieliła się oryginalnymi zbiorami. A te dziwnym trafem gdzieś zaginęły… Potem miały być fotografie oryginałów, ale ktoś je ukradł… W listach, które pani Paulina przekazała redakcji było sporo pikantnych szczegółów relacji domniemanych kochanków, co budziło pewną podejrzliwość. Fryderyk bowiem nigdy wcześniej nie pisał w listach o swoich erotycznych przeżyciach. Chopin i Potocka znali się i przyjaźnili, to fakt. Delfina nawet odwiedziła artystę na krótko przed jego śmiercią. Oczywiście były jakieś plotki o ich romansie, ale prawdopodobnie też zmyślone. Wszystko skończyło się badaniami autentyczności listów, które, jak można się domyślać, wytknęły tej twórczości, że raczej nie została spisana ręką Fryderyka Chopina. Ludwig van Beethoven Ach ten Ludwig… Niby taki oschły i porywczy (podobno charakter odziedziczył po ojcu), ale jednak romantyk. W końcu to prekursor romantyzmu w muzyce (mimo tego, że jeden z trzech klasyków wiedeńskich). Sam mówił o sobie: „Jestem taki brzydki, że żadna kobieta nie wyraziła dotąd chęci zostania moją żoną. A gdyby nawet znalazła się taka, to i tak nie ożeniłbym się z nią, bo nie lubię kobiet o złym guście.” Nie powstrzymało go to jednak od rozmaitych kontaktów z kobietami, a w tym z tajemniczą - Nieśmiertelną Ukochaną. Kim była? No właśnie, nie wiadomo. Jedyny dowód relacji łączących tych dwoje to listy odnalezione w szufladzie biurka Beethovena po jego śmierci. A może to ta sama kobieta co tajemnicza Eliza? Nad Elizą już pochylali się chyba wszyscy muzykolodzy. „Dla Elizy” to przecież

24

jeden z najbardziej znanych utworów na świecie. Pojawia się wszędzie. WSZĘDZIE. Od muzyczki w pociągach, przez reklamy, po dzwonki w telefonach (tak że pozwólcie, że tutaj wstawię inny utwór Beethovena, nawet jeśli nie byłby spójny z tematem). Żaden z tych muzykologów nie zdołał jednak udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że znalazł tę prawdziwą Elizę. Pierwszą - wydaje się, że najbardziej prawdopodobną z nich - jest Elizabeth Röckel - siostra śpiewaka współpracującego z Beethovenem przy jednej z oper. Później sama również została śpiewaczką. Röckel otwarcie mówiła o przyjaźni z Ludwigiem: „Beethoven w swawolności swego reńskiego usposobienia nie omieszkał mnie szturchać i drażnić, tak że nie wiedziałam, jak się mam przed nim bronić. Z czystej sympatii ciągle szczypał mnie w ramię.” Nie jestem przekonana, czy to szczypanie w ramię to był tylko taki przyjacielski gest… Dobrze, ale skoro mamy Elizę, która jasno mówi o swojej zażyłości z Beethovenem, to skąd te wątpliwości? Wszystko dlatego, że jedna z teorii mówi, jakoby oryginalny tytuł tego beethovenowskiego hitu miał brzmieć - „Dla Teresy”. A Teresa (dokładnie Teresa Malfatti) to córka wiedeńskiego lekarza, której Beethoven się oświadczył (albo planował się oświadczyć), a ona go odrzuciła i wyszła za innego. I tak kończą się sercowe przygody Ludwiga van Beethovena. Tak naprawdę, te przygody są dużo bardziej skomplikowane i wiele kobiecych nazwisk powinno się tu jeszcze znaleźć, ale ja pogubiłam się już, pisząc o tych trzech, znaczy dwóch, a może jednak jednej. Już sama nie wiem. Bez względu na wszystkie jego przewinienia, niewątpliwie był to człowiek z niesamowitą historią i jeden z najznakomitszych kompozytorów, któremu nawet utrata słuchu nie przeszkodziła w tym, by poświęcić swoje życie muzyce. To już koniec. Mam nadzieję, że herbata nie wystygła zbyt szybko i że przy dźwiękach dobrej muzyki i ciekawych ploteczkach smakowała jeszcze lepiej niż zazwyczaj.


Nauka

ANTROPOCENtryczni Aleksandra Skrzypiec

XXI wiek okres dynamicznych zmian zachodzących niemal na każdym polu ludzkiej aktywności. Ogromnym przeobrażeniom uległa kultura, sztuka, społeczeństwo, a także środowisko naturalne. Żyjemy w czasach wielkiego przyspieszenia, w których człowiek odgrywa nadrzędną rolę i realnie wpływa na to, w jaki sposób będą o nas mówić przyszłe pokolenia. Oczywiście każde kolejne pokolenie uczy się o swoich przodkach, dziś zdobywamy wiedzę o tym, jak żyli ludzie w poprzednich epokach, jakie mieli zwyczaje, co po sobie zostawili. Żyjąc jednak tu i teraz, nie zastanawiamy się nad tym, czego za kilkanaście lub kilkaset lat będą uczyć się o nas. Warto przy tej okazji zastanowić się, jakie świadectwo zostawimy po sobie my, ludzie XXI wieku. Odstawiając nieco filozoficzny ton na bok, należy powiedzieć wprost, co jest głównym tematem rozważań, które czytasz. Otóż najpierw zastanów się, czy mówi ci coś słowo antropocen? Brzmi trochę jak robot, jednak antropocen nie jest robotem. Jest to nieoficjalna nazwa epoki geologicznej, w której żyjemy Epoki, w której człowiek ma znaczący wpływ na środowisko naturalne. Wraz z uprzemysłowieniem stopniowo wyszliśmy z epoki holocenu i szturmem, w brawurowym tempie zmieniliśmy naszą planetę w tykającą bombę klimatyczną. Wzrost gospodarczy w połowie XX wieku, zwiększająca się liczba ludności, nadmierna eksploatacja zasobów naturalnych pozostawiły po sobie trwały ślad. Z tego też powodu od blisko 20 lat trwa debata na temat nowej epoki geologicznej w dziejach ludzkości, której cechą charakterystyczną jest znaczny wpływ człowieka na degradację środowiska. Mimo żywego zainteresowania w dyskursie naukowym tą kwestią okazuje się, że oficjalne ustalenie nowej epoki geologicznej o nazwie ,,antropocen” to niezwykle skomplikowany proces. Należy bowiem wyznaczyć jej początek, co stanowi punkt sporny wśród naukowców, ponieważ wymienia się trzy daty kiedy wyraźnie została zachwiana równowaga środowiska. Należy również wyznaczyć stratotyp lub stratygraficzny punkt odniesienia charakteryzujący ten okres - tu również pojawia się problem, czy wziąć pod uwagę pewne konkretne wydarzenia, czy potraktować tę kwestię bardziej kompleksowo i spojrzeć na ogólny całokształt działań człowieka. Problemy natury ,,formalnej” nie stanęły jednak na przeszkodzie temu, by pojęcie

antropocenu przyjęło się w dyskursie naukowym. Mówiąc o nim, czy też pisząc, znaczna część świata naukowego wie dokładnie, o co chodzi. Antropocen stworzył również swego rodzaju pomost między naukami humanistycznymi, społecznymi i przyrodniczymi. Na gruncie tych dyscyplin pojęcie to jest szeroko omawiane. W naukach przyrodniczych nie da się pominąć rozważań na temat roli człowieka, natomiast w naukach społecznych nie da się pominąć tematu, jakim jest kryzys ekologiczny wywołany jego działalnością. I choć wydaje się, że geologia i socjologia to dwa odległe światy, to okazuje się, że nawet one mają pewną część wspólną. Znakiem naszych czasów jest jednak to, że w pewnych kwestiach potrafimy znaleźć wspólny język tylko i wyłącznie w obliczu poważnych problemów. Szybko uświadomiliśmy sobie, że nasze myślenie o tym, że w dobie XXI za sprawą nowoczesnych technologii możemy kontrolować cały świat, jest błędne. Choć niektórzy uparcie bagatelizują problem, bowiem zderzenie z prawdą mogłoby być bolesne niczym ostre starcie ze ścianą, to faktem jest, iż żyjąc w przekonaniu, że mamy nad wszystkim kontrolę coraz bardziej ją traciliśmy. Świat stał się jeszcze bardziej niestabilny a zjawiska klimatyczne nieprzewidywalne. Zjawiska te można wymieniać i pisać o nich w nieskończność, jednak sądze, iż większości z nas ta lekcja jest zbędna. Bardziej nurtuje nas bowiem pytanie dlaczego mając świadomość, że ludzkiej egzystencji grozi niebezpieczeństwo, tak niewiele podejmuje się działań, by tej sytuacji zapobiec. Mimo że nasze prywatne nawyki czy też akcje ekologiczne promowane w naszych społecznościach rosną w siłę, to nadal pozostaje wrażenie, że wśród decydentów panuje stagnacja i swego rodzaju denializm, będący zaprzeczeniem faktycznego stanu rzeczy. Wiele z nas żyjąc tu i teraz, nie myśli o tym, co się wydarzy za 30 lat, jest to dla nas odległa perspektywa. Jednak możemy przypuszczać, że naszym dzieciom nie będzie obojętne to, w jakim świecie przyjdzie im funkcjonować. Wielu z nas zapewne również nie słyszało o antropocenie a mimo to doświadczyło jego skutków w postaci wahań temperatury czy też podczas ekstremalnych sytuacji takich jak powodzie, czy wichury. To co charakterystyczne dla antropocenu to to, że

25


Nauka

nic nie jest naturalne, bowiem na wszelkie zjawiska, które zachodzą w środowisku naturalnym, swe piętno odcisnęła działalność człowieka. Będąc u progu XXI wieku, ludzkość pokładała ogromne nadzieje w to, że w nowym stuleciu życie stanie się swoistą utopią, w której będziemy mieć jeszcze więcej wolnego czasu, a nowe technologie rozwiążą wszystkie nasze problemy. Tak się jednak nie stało. Wkroczyliśmy w epokę pełną ryzyka oraz niebezpieczeństw związanych z terroryzmem, zagrożeniami jądrowym, katastrofą klimatyczną, a także kryzysami finansowymi. Doskonale opisuje te wszystkie zjawiska niemiecki socjolog Ulrich Beck w dwóch wydaniach swojej książki pt.,,Społeczeństwo ryzyka”, w której rozprawia na temat wszystkich problemów, z jakimi przyszło nam się dziś mierzyć. Nieodwracalność, nierekompelsowalność oraz niekalkulowalność zagrożeń to główne cechy społeczeństwa ryzyka i zarazem epoki antropocenu. Przekazujemy przyszłym pokoleniem tykającą bombę. Mówi się, że to najwyższy czas na gruntowny rachunek sumienia i ostatni moment, by zawrócić na dobre tory. To od tego jakie decyzje dziś podejmiemy, będzie zależeć to, w jaki sposób będą nas postrzegać przyszłe pokolenia. Czy uda nam się ustanowić nowy ład klimatyczny? Stoimy przed wielkim wyzwaniem, jednak wszystko jest jeszcze w naszych rękach.

Grafiki: Michał Cembrowski 26


Nauka

Ludzki punkt odniesienia Weronika Rawska

Nie ma co ukrywać, że każdy człowiek jest “ [..] bo z rodziną wychodzi się ładnie tyl- chodzenia nie spełnia ich oczekiwań lub inny. Ile ludzi tyle punktów odniesienia. ko na zdjęciach”. Być może jest to prawda, odkrywają zupełnie inny obraz bliskiej osoJednym z takich punktów może być rów- a przynajmniej fraza, którą na pewno po- by, niż się spodziewali, i niż by chcieli. Inni nież nasze pochodzenie. Zdarza się, że to wtórzyła każda osoba chociaż raz w życiu. natomiast się nie poddają i szukają dalej. właśnie od niego uzależniamy nasze życie, A co byłoby gdybyśmy nie mieli o kim tak decyzje, ale żeby to zrobić, należy zatrzy- powiedzieć? Jeśli brakowałoby tej irytu- Informacja z gleby wzięta jącej prababki, która wiecznie przyczepi mać się i spojrzeć do tyłu, w przeszłość. się na imprezach rodzinnych, że wyglądasz Zawsze warto szukać wszelkich informacji. nie tak, jak powinieneś albo wujka, który Czytając informacje dotyczące historii reOsadzenie ma problem, aby zapamiętać poprawnie gionu, miejscowości, wsi, budujemy obraz, Każdy człowiek czy to świadomie, czy nie, twoje imię. Zabrakłoby krwi, po której w którym możemy potem łatwiej osadzić ma swój punkt orientacyjny. Jest to punkt, odziedziczyliśmy bujne włosy lub krzywy własną rodzinę. Można natrafić na pasjodo którego człowiek odnosi całość swo- nos. Gdzie wypatrywalibyśmy punktu od- natów, historyków amatorów lub po prostu mieszkańców danego miejsca, którzy wiejego życia. Potrzeba posiadania takiego niesienia? dzą więcej, niż niejeden dokument mógłpunktu w życiu jest czymś naturalnym dla by zdradzić. Do tego można odnaleźć inne człowieka. Świat biegnie z dnia na dzień co- W poszukiwaniu człowieka dokumenty, w których pojawia się nasza raz to szybciej. W XXI wieku jest ciężko odnaleźć się we współczesnym świecie. Coraz Szukając informacji o przeszłości, próbuje- rodzina. Trudno o uogólnienia, każde poczęściej zdarza się również, że nieznane my zapełnić luki w obrazie rodzinnym, do- szukiwanie jest inne, indywidualne. Mimo jest mu nawet pochodzenie własnej rodzi- wiedzieć się czegoś więcej na temat kraju że wydaje nam się, że każda wioska jest ny, a tymczasem określenie swoich korzeni pochodzenia, a także zdobyć informacje podobna, to wszystkie są zupełnie inne. sprawia, że czujemy, że posiadamy na ziemi. o dalszych, bądź bliższych krewnych. Do- Reprezentują one różnych ludzi i różne Przestajemy być oderwanymi fragmentami datkowo uczucie poszukiwań podsycane korzenie. jest nadzieją odnalezienia,być może żybłądzącymi po omacku po świecie. jących krewnych. Od czego więc zacząć Każda rodzina ma swoją własną historię. Bywa ona interesująca oraz ekscytująca, Dla niektórych ludzi poznanie historii wła- poszukiwania? jeśli spojrzymy na to z odpowiednim posnego pochodzenia jest niezwykle ważne. Sprawia, że czujemy się wspólnotą, prze- Przede wszystkim, kiedy mamy dostęp do dejściem. To nie są tylko daty i ważne bistając być kimś samotnym. Jest to zarazem członków rodziny oraz archiwów, należy twy, które zmieniły bieg wydarzeń.Historia poznanie swojej tożsamości. Poniekąd zrobić odpowiedni research. Często to jest tworzona każdego dnia przez każdego rodzinne korzenie odpowiadają za to kim tam kryją się odpowiedzi na nasze zadane zwykłego człowieka i jego indywidualne się człowiek staje. Wiedza ta sprawia, że pytania i te, które czekają, aż je zadamy. działania. Przez jego, nawet tą najmniejszą, wiążemy się z pewnymi osobami, a także Innym sposobem jest zdobycie metryki. z pozoru nieistotną decyzję. terytorium, z którego pochodzimy my lub To właśnie metryki oraz inne dokumenty dostarczają danych, które bliżej opisują Jeśli temat poszukiwań waszych bliskich nasi przodkowie. nam rodzinę, wskazują miejsca, w których was zainteresował, poniżej wstawiam linki możemy szukać dalej. Mówią o zawodach, do stron, z których możecie dowiedzieć się Niedaleko pada jabłko wykształceniu, miejscach urodzenia, za- na ten temat więcej. Niektórym osobom wydaje się, że znają mieszkania, czy śmierci. Łatwiej nam jest swoje korzenie, bo posiadają mu dobrze wyobrazić sobie przodka, takim, jakim na- Źródła: znaną rodzinę. Niekoniecznie zawsze do- prawdę był, kiedy mamy więcej informacji czasgentlemanow.pl/2018/02/ cenianą, ale przynajmniej znaną. Czasami o sposobie jego jestestwa. historia-rodziny/ mimo naszego zaparcia się rękami i nogami oraz zaprzeczania z całych sił, nie da się Każdy obraz w naszej głowie, powstały ukryć, że jesteśmy podobni do nielubia- dzięki zdobytym informacjom to zupełnie know-howhistoria.pl/jak-odnalezc nego przez nas członka rodziny i to nieko- inne wizje i inne tropy, którymi można po- -swoich-przodkow-poradnik-6-krokow/ niecznie z tej pozytywnej strony. Jednak dążać, żeby dowiedzieć się jeszcze więcej. tkwp.pl/blog/6-jak-szukac-przodkow w głębi duszy te dobre i złe podobieństwa sprawiają, że czujemy spokój. Rodzinie to- Ważne jest również, jakie jest nasze po- -poznaj-podstawowe-zrodla warzyszą różne emocje, które budują więzi. dejście. Niektórzy ludzie rezygnują z dalszych poszukiwań, kiedy dowiadują się, że ornatowski.com/genealogia/poradniki/ ich przesłanki do posiadania danego po- szukac-przodkow-poradnik-genealoga/ Grafiki: Szymon Krzak

Do artykułu posłuchaj utworu: Imagine Dragons - Roots

27


Nauka

Jak powstały nazwiska? Julia Koziolek

Jeśli zapytacie językoznawczyni, z czym kojarzy jej się wyraz korzenie, to najprawdopodobniej pomyśli o etymologii lub języku staro-cerkiewno-słowiańskim. Podejrzewam jednak, że wśród szerokiej gamy rozrywek, jakie proponuje nam współczesny świat (nawet w pandemii!), język staro-cerkiewno-słowiański nie jest najbardziej pożądanym zapełniaczem czasu wolnego. Jest jednak aspekt językoznawstwa, który dotyczy większości z nas. Jest to nadawanie i noszenie nazwisk. Nazwisko jest nazwą osobową, która jest dziedziczna i obowiązkowa. Jednak bardzo długo nazwiska w Polsce niemal w ogóle nie występowały, a funkcje identyfikacyjne pełniły imiona. Za pojawianie się w języku polskim nazwisk w dużej mierze odpowiedzialna jest wiara chrześcijańska. Po Soborze Trydenckim (XVI w.) bowiem ustalono, iż przy chrzcie należy dzieciom nadawać imiona związane z religią, najczęściej po świętych patronach. Wówczas miana słowiańskie, które w dużej mierze spełniały funkcje życzeń rodziców dla dzieci (np. Mirosław miał być osobą sławiącą pokój, czyli mir) powoli zaczynały zamieniać się w nazwiska. Najbardziej powszechnym mechanizmem powstawania nazwisk było używanie cech charakterystycznych poszczególnych osób. Nie było to jednak najbardziej praktyczne na świecie, zatem deskrypcje zaczęto skracać – i tak z „Klemensa, który jest synem Marka” dana osoba została Klemensem Markowiczem. Takie miana tworzono najczęściej poprzez użycie nazwy miejscowości, z której pochodził lub której właścicielem był nosiciel, cechy charakterystycznej wyglądu lub osobowości, nazwy zawodu. Klemens Markowicz to z kolei przykład nazwiska patronimicznego – wskazującego na ród, z którego wywodzi się osoba nosząca nazwisko. W drugiej połowie XV wieku użycie nazwisk zaczęło się stabilizować i zaczęto wyróżniać pewne tendencje – nazwiska pochodzące od nazwy miejscowości nosiła najczęściej szlachta, czyli właściciele majątków ziemskich. W niższych warstwach funkcjonowały najczęściej nazwiska patronimiczne i przezwiskowe. Po jakimś czasie szlachcice sami zmieniali swoje nazwiska, aby brzmiały jeszcze bardziej „szlachecko”, dodając do istniejącego końcówkę -ski. Proceder ten był tak częsty, że stał się tematem żartów i fraszek, skłonił też badaczy do wyszukania zmian, których sami szlachcice dokonywali. Po wojnie ukazała się nawet publikacja, eksponująca wszystkie te zmiany. Nosi bardzo wymowną nazwę – Księga chamów polskich. Bardzo możliwe, że dzięki tym zabiegom teraz 64% najpopularniejszych nazwisk polskich kończy się wyżej wspomnianym sufiksem.

28

Według badaczki Ewy Wolnicz-Pawłowskiej nazwiska funkcjonujące w staropolszczyźnie nie różnią się tak diametralnie od tych używanych współcześnie. Otworzyłam zatem z radością Słownik najstarszych nazwisk polskich i mam zamiar podzielić się teraz z wami kilkoma znaleziskami. Przyjrzymy się zatem temu, jak teoria odnosi się do praktyki. OMEKSA (OMEKS(Z)A) < ? omeczny ‘niezgrabny’ Sgw, omecznie ‘na opak’ Sgw, por. omega ‘łamaga’ PARZYGLEŃ < parzyćA, < gleń ‘twarda, wierzchnia warstwa’ SXVI 1446 PNIKOŻA < pnać się ‘wspinać się’ SXVI, pnieć ‘napinać się’ SXVI, < koża ‘skóra zwierzęca’ Sstp 1369, odapelatywne SZOT < etn. niem. Schott ‘Szkot’, Szot ‘ze Szkocyi’ L, por. zakpis nazwy raju w formie łac. Scotia w Rocznikach J. Długosza, Zierh 29. Nazwa Scotia pochodzi od nazwy plemiennej Scott, Scottas pierwotnie ‘Irlandczyk’ łac., nazwa Scotia do X w. oznaczała Irlandię, później obecną Szkocję, skolonizowaną w IV w. przez Irlandczyków, także < szot ‘handlarz, kramarz’ SXVI 1317, odapelatywne, także odetniczne STRUŻYMASŁO < strugać ‘ociosywać, obrabiać’ Sstp, < masło ‘ts’ Sstp 1469, odapelatywne ŚMIARA, ŚMIERA < śmiara ‘uległość, pokora, cierpliwość, łagodność, poniżenie, niedola’ Sst SERAFIN, SERAFIM < serafin ‘anioł z trzema parami skrzydeł’ Sstp 1228, odapelatywne ANTYKRYSTOWA ż. < odap. Antykryst: antykryst ‘wyraz utworzony przez św. Jana na wszystkich przeciwników Chrystusa’ SXVI - 1494, odmężowskie CIECHOSZ < i. pch. Ciechosz : i. stpdw. Cieszymir, Cieszymir, Cieszymysł, Radociech 1341


Nauka

Dzięki tym kilku przykładom możemy podziwiać niektóre paradygmaty tworzenia nazwisk. Nigdy nie wiadomo, na jakie stabilizujące tożsamość wieści trafimy w słowniku. Długi czas myślałam, że moje (jakże wdzięczne!) nazwisko powstało od apelatywu (czyli rzeczownika pospolitego) oznaczającego pewne przemiłe zwierzę. Krótka konsultacja ze słownikiem oraz przypomnienie sobie lokalnej gwary uświadomiło mnie, że to nazwisko jest, owszem, odapelatywne, pochodzi jednak od nazwy rośliny, nie zwierzęcia. Nie jest to może wiedza, dzięki której przejdziecie rozmowę kwalifikacyjną i dostaniecie na start stanowisko Seniora, ale może pozwoli Wam rozwikłać jakąś rodzinną zagadkę, a Wy na chwilę odpoczniecie od inżynierek i Netflixa.

Źródła: Ewa Wolnicz-Pawłowska, O nazwiskach polskich. Co znaczą i o czym mówią nasze nazwiska, Prace Językoznawcze 1, 128-137 (1999) Zofia Kowalik Kaleta, Leonarda Dacewicz, Beata Raszewska Żurek, Słownik najstarszych nazwusk polskich. Pochodzenie językowa nazwisk omówionych w historii nazwisk polskich, tom 1., Warszawa 2007.

Grafiki: Klaudia Wójtowicz 29


Nauka

Korzenie wenezuelskiej (r)ewolucji Grzegorz Boroń

Druga połowa XX wieku z pewnością należała do Wenezueli. To tutaj, w tętniącym życiem Caracas, stolicy państwa z największymi zasobami ropy naftowej na świecie, prezentowane są najnowocześniejsze samochody. Miasto jest wyzwaniem dla młodych i ambitnych architektów, którzy projektują coraz to bardziej futurystyczne budowle. Wenezuelę stać na bogatą politykę socjalną. Jak się stało, że kraj, który nie uczestniczył w żadnej wojnie obecnie ma jedną z największych (sięgających miliona procent) inflacji na świecie? Od 2015 roku Wenezuelę opuściło ponad 3,4 miliona obywateli. Klasa średnia praktycznie nie istnieje, a w stolicy - Caracas - zaczyna brakować prądu. Żeby zrozumieć, w jaki sposób do tego doszło, należy cofnąć się do czasów Marcosa Péreza Jiméneza - antykomunistycznego dyktatora kraju Simona Bolivara.

Do Wenezueli przyjeżdżają imigranci ze zniszczonej wojną Europy, która dopiero co próbuje się odbudować. Znajdują w kraju pracę i możliwości zarobku w tym bardzo prężnie rozwijającym się kraju. Szacuje się, że w tym okresie powstało około 60% wszystkich dróg w Wenezueli. Jednocześnie Jiménez rozwija współpracę z USA, dając im prawo do wydobycia ropy naftowej. Kraj kwitnie, rozwija się i wszystko to w otoczeniu brutalności i inwigilacji dyktatorskich rządów generała. W rzeczywistości w kraju panują ogromne różnice społeczne, które nie są ukazywane w amerykańskich spotach reklamowych. Mimo że miasta prężnie się rozwijają, na wsi panuje bieda i zacofanie. Władza ukrywa ten fakt przed obywatelami. Rozwija się także potężny system opresyjny wobec opozycji. Większość z nich siedzi w więzieniach torturowana, a sam dyktator buduje swoją karierę na morderstwach i korupcji. W 1957 roku zamiast standardowych wyborów, które Jiménez prawdopodobnie by wygrał, odbywa się jedynie plebiscyt poparcia. To zbyt dużo dla narodu, który postanawia wyjść na ulicę, a Jiménez zostaje odsunięty od władzy i ucieka z kraju. Czas na demokrację. Dramatyczna w skutkach demokracja

Wzór dla krajów Ameryki Południowej Wenezuela w latach 50. XX wieku była jednym z prężnie rozwijających się państw, na które zazdrośnie patrzyły kraje Europy oraz Stany Zjednoczone. Generał Jiméneza dbał, aby pracę miał każdy, kto chciał pracować. W tym okresie Caracas porównywano z Dubajem. W kraju rozwijane są gigantyczne projekty budowlane, jak elektrownie wodne czy kampus Centralnego Uniwersytetu Wenezueli. W krótkim czasie Wenezuela z kraju głównie importującego żywność, staje się jednym z wielkich eksporterów.

30

Demokracja początkowo okazuje się najlepszym czasem dla Wenezueli. Ciągle jednak występują nierówności społeczne. W momencie, gdy nieliczni bogacą się, na wsiach występuje nędza. W 1973 roku do władzy dochodzi skazany później za defraudację publicznych pieniędzy lewicowy Carlos Andrés Pérez. Za jego kadencji nastaje kryzys paliwowy spowodowany wojną w Jom Kipur, podczas której sprzymierzone siły Syrii i Egiptu najechały Izrael. Dzięki pomocy USA Izraelowi udaje się pokonać państwa arabskie w wyniku czego kraje OPEC przestają eksportować ropę naftową do Stanów Zjednoczonych. Dla Wenezueli, która posiada największe złoża czarnego złota oznacza to rzekę pieniędzy.

Ceny ropy naftowej wręcz szybują w górę, a państwo stać na coraz to bardziej śmiałe projekty. Ceny ropy naftowej są tak duże, że w Wenezueli nie opłaca się niczego produkować, ani inwestować w nic poza ropą. Taniej wychodzi import. Tak powoli zostają zabite przemysł i rolnictwo. Gospodarka uzależnia się od ropy naftowej. Jednocześnie państwo stać na bogatą politykę socjalną, na niespotykaną do tej pory skalę. Wenezuela przeznacza na różne świadczenia socjalne ponad 50 miliardów dolarów. Mimo to w kraju panuje korupcja i defraudacja ogromnych sum pieniędzy. Zaciągane są coraz to nowe kredyty, które przecież dzięki ropie zostaną szybko spłacone. To najlepsza dekada dla Wenezueli. Gdy w 1980 roku ceny ropy naftowej zaczynają powoli maleć, z 120$ w roku 1980 do 37$ w 1988 na państwie mści się uzależnienie gospodarki od ropy. W efekcie czego wzrasta deficyt budżetu oraz inflacja. Żeby temu zapobiec Carlos Andrés Pérez decyduje się na podwyżkę cen oraz zaciągnięcie kredytu w Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Już wcześniej zakończono współpracę z USA, później nacjonalizując wszystkie złoża ropy. W tym momencie wybuchają zamieszki. Sklepy zostają splądrowane, czemu przygląda się bezradna policja. Na ulice Caracas zostaje wprowadzone wojsko. Wojskowi zdają sobie sprawę z trudnej do opanowania sytuacji i w 1992 roku dochodzi do nieudanego zamachu stanu. Na scenę wchodzi Hugo Chávez, który powie piękne słowa “Biorę odpowiedzialność”. Dla obywateli znaczy to bardzo dużo.


Nauka Nieoceniony bohater

“Wielki” następca

Chávez dla Wenezuelczyków staje się bohaterem. Jest to niesamowicie medialna i pewna siebie osoba. Znakomicie manipuluje tłumem i stawia siebie na czele rewolucji boliwariańskiej, która ma zamienić podły kapitalizm w socjalizm XXI wieku. W 1998 roku wygrywa wybory prezydenckie i od razu zaczyna się proces przejmowania największej firmy petrochemicznej - PDVSA, która powstała w wyniku nacjonalizacji przedsiębiorstw. Polityka prezydenta sprowadza się do stworzenia sztucznego podziału na biednych i bogatych, co kolejny raz doprowadza do zamieszek w 2002 roku. Władzę w kraju przejmuje powiązany z PDVSA Pedro Carmona, a prezydent poddaje się. W momencie, gdy gwardia prezydencka przejmuje pałac, Carmona decyduje zrezygnować. Sytuacja ta umacnia tylko postać prezydenta Cháveza, który kreuje się na obrońcę biednych ludzi. Jego socjalistyczne hasła doskonale do nich trafiają.

Umierając Chavez namaścił na swojego następcę Nicolása Maduro, który już na początku swojej prezydentury doznaje szoku. W 2013 roku następuje kolejny spadek cen ropy z 116$ do 60$ za baryłkę. W efekcie czego pogłębia się deficyt budżetowy oraz inflacja, do tego stopnia, który znamy dzisiaj. Rządy Maduro są nieudolne. Nieumiejętnie stara się naśladować poprzedniego prezydenta i buduje na nim całą swoją kampanię polityczną. Zamiast wprowadzić szereg reform, postanawia łatać niewydajny system. Jednocześnie rezygnuje z walki z przestępczością i korupcją. W Wenezueli zaczyna się coraz gorzej żyć. W 2014 roku wybuchają największe do tej pory i pierwsze od dawna protesty. Oddziały “policji” nie wahają się strzelać do protestujących. Rządy Maduro bez wątpienia są totalitarne. Sławy nie przynosi mu wyłączanie prądu, co ostatecznie staje się gwoździem do trumny wenezuelskich przedsiębiorstw. Jego nieumiejętna i nieudolna polityka prowadzi w końcu do największej w historii kraju hiperinflacji, ogromnego spadku gospodarczego oraz wielkiej fali emigracji z kraju. Jednocześnie w kraju, który posiada największe złoża ropy na świecie wydobycie jest najmniejsze… od 80 lat.

Po przejęciu giganta PDVSA kraj opuszcza znaczna liczba inżynierów, jednocześnie firma zaczyna służyć do celów propagandowych. Z jej funduszy finansowana jest polityka socjalna, służy także do łatania budżetu. W Wenezueli panuje wielka korupcja oraz defraudacja publicznych pieniędzy. Prezydent głosi antyamerykańskie hasła oraz chce stworzyć antyamerykańskie przymierze, wysyłając ropę do pozostałych krajów Ameryki Południowej, jak Kuba. Jednocześnie Chávez jest ulubieńcem ludu. W kraju powstają o nim nawet piosenki. O jego popularności świadczyć może fakt, że aż do swojej śmierci w 2013 roku wygrywał wszystkie wybory (bez fałszowania!).

polecam kanał na YouTube - Bez planu, na którym prezentowane jest życie codzienne Wenezuelczyków. Z kolei dogłębną historię upadku przybliży kanał jego brata - ciekawe historie. Źródła: 1. businessinsider.com.pl/finanse/makroekonomia/upadek-wenezueli-mozna-porownac-tylko-z-wojna/syehjw7 2. antykorupcja.gov.pl/ak/retrospekcje/ retro/2076,Dyktatorskie-rzady-Jimeneza. html 3. pl.wikipedia.org/wiki/Kryzys_naftowy 4. cracovia.org.uk/wenezuela-historia-upadku-czesc-1/ 5. pl.wikipedia.org/wiki/Rewolucja_boliwaria%C5%84ska 6. pl.wikipedia.org/wiki/Hugo_ Ch%C3%A1vez 7. pl.wikipedia.org/wiki/Nicol%C3%A1s_ Maduro 8. youtube.com/watch?v=Eo -jDyh5nrA&t=692s

Ropa okazała się gwoździem do trumny tego postępowego i pięknego kraju. Nieudolne rządy, wysoka przestępczość, korupcja sprawiły, że Caracas z niegdysiejszej światowej stolicy postępu, stał się jednym z najbardziej niebezpiecznych miast na świecie. Dla wszystkich chętnych poznania realiów życia w socjalistycznym raju

Grafiki: Michał Cembrowski

31


Dawno, dawno temu w dalekiej Szkocji...

Weronika Rawska

Claire Randall. Główna bohaterka serialu jest wojenną sanitariuszką, która po zakończeniu II wojny światowej, postanawia wybrać się ze swoim mężem Frankiem Randallem do Szkocji na wakacje, aby odpocząć od wojennych zmagań. Brzmi jak oklepany romantyczny scenariusz? Spokojnie, książki nie ocenia się po okładce, a serialu po plakacie, bo pozory (jak w przypadku serialu) mogą mylić… Ten krótki wstęp dotyczył serialu “Outlander”, który powstał na podstawie 14-tomowej powieści Diany Galbaldon. Można powiedzieć, że ekranizacja ta będzie dla niektórych przykładem guilty pleasure, a dla reszty będzie to niezwykła opowieść, która nie będzie wyłącznie po to, aby umilić sobie kilka wieczorów. Zdania na temat ekranizacji w internecie są mocno podzielone. Niczym w serialu, powstały dwa obozy - jeden broni, drugi atakuje adaptację. Nic pomiędzy. Które stanowisko objąć? Szkocja XX wieku czy XVIII? Celem podróży angielskiego małżeństwa Randallów jest znalezienie dokumentów na temat przodków Franka. Pracuje on jako historyk, więc odkrycie zapisków i nieznanych faktów na temat słynnego Jonathana “Czarnego Jacka” Randalla jest dla niego obsesją. W wolnym czasie jego żona poznaje obyczaje w XX-wiecznej Szkocji oraz różne przesądy mieszkańców i zdanie Szkotów na temat Anglików, które pozostało po wojnach toczonych między dwoma narodowościami. Anglików nazywano wtedy Sassenach i to przezwisko utrzymało się mimo

Do artykułu posłuchaj utworu: Bear McCreary - Dance of the Druids

32

upływu 200 lat. Sassenach jest gaelickim słowem, które oznacza człowieka obcego, a dokładniej Anglika. Uchodziło ono za wyrażenie dość obraźliwe. Ciekawość głównej bohaterki doprowadza do tego, że kobieta trafia do przeszłości, do roku 1743, do czasów gdy Anglików nie tolerowano jeszcze bardziej. Tym sposobem e poznaje przodka swojego męża, który zupełnie różni się od opisów podawanych przez męża oraz grupę Szkotów, z którymi chcąc nie chcąc musi odbyć podróż. Zdecydowanie cała sytuacja nie jest najprzyjemniejsza dla bezbronnej kobiety żyjącej w XVIII wieku. Claire jednak dobrze łączy fakty i wykorzystuje wiedzę, którą zdobyła dzięki zamiłowaniu Franka do historii i tym sposobem czasami lepiej, czasami gorzej stara sobie poradzić do czasu, aż nie znajdzie rozwiązania na powrót do swoich czasów. Trójkąt czy już kwadrat? W postać Claire wciela się Caitriona Balfe. Jej bohaterka pomimo przeniesienia w czasie nie traci zimnej krwi. Stawia czoła trudnościom życia w XVIII wiecznej Szkocji. Jej postać jest inteligentna i waleczna, a przy tym pełna uroku. Na ekranie wraz z Samem Heughanem, który gra Jamiego Frasera, stworzyli interesującą parę. Pomiędzy obiema postaciami jest odczuwalna chemia, którą najlepiej widać w scenach sporów. Ważną postacią, której nie można pominąć, jest Czarny Jack. W tę rolę wcielił się Tobias Manzies, który również gra mężą Claire, Franka Randalla. Jego zadanie było najtrudniejsze, jed-


nak zdecydowanie można powiedzieć, że zaliczył je na 5.0. Z jednej strony mamy potulnego, kochającego i dobrego męża - Franka. Natomiast z drugiej strony diabolicznego, bijącego i gwałcącego kobiety kapitana oddziału Czerwonych Kubraków - Jonathana. Mimo że nie pałam pozytywnymi uczuciami do obu mężczyzn, to muszę przyznać, że wierzyłam we wszystko, co aktor odgrywał na ekranie, czy to w postaci szarlatana, czy dobrego człowieka.

uważyć, że “Outlander” łączy w sobie kilka gatunków m.in. romans, fantastykę, dramat oraz elementy przygodowe. Serial sam w sobie ma coś magicznego i wciąga odbiorcę całkowicie, a funkcja “kolejnego odcinka” na Netflixie wcale nie ułatwia zadania, aby oderwać się od oglądania. Myślę, że obejrzenie jednego czy dwóch odcinków i zdecydowanie czy zasługuje na uwagę widza, to niewielka cena za odkrycie, być może, interesującej perełki.

To jak z tym serialem?

Uważam, że będzie to przyjemna pozycja dla osób, które chcą zobaczyć Szkocję romantyczną, nieco mroczną, magiczną oraz waleczną. Również osoby lubiące seriale przygodowe i romantyczne (z podłożem historycznym) nie powinny się zawieść oglądając serial. Jednak każda osoba powinna dać szansę tej ekranizacji z powodu kultury gaelickiej. Sam język jest pozycją nieczęsto spotykaną, mimo że jego historia sięga roku ok. 500 roku, na całym świecie posługuje się nim zaledwie 11 tysięcy ludzi.

Nie umiem zdecydować, co byłoby największym plusem serialu - zapierające dech w płucach krajobrazy Szkocji czy może ukazane obrzędy, które oglądałam z wypiekami na twarzy. Może to była muzyka na gaelickich motywach, po której miałam gęsią skórkę. Wybór jest ciężki. Jedno jest pewne - nadaje to serialowi niezwykły klimat! Wiadomo, że nie ma serialu idealnego i do wszystkiego można się przyczepić. Tak też będzie w tym przypadku. Serial może zostać zaszufladkowany z etykietą “ROMANS” i całkowicie skreślony, bo potencjalnego widza mogą denerwować akcenty pojawiające się w serialu. Od pierwszego pilotowego odcinka można z łatwością za-

Grafiki: Klaudia Wójtowicz

33


Felieton

Jak kontrolować śmierć, czyli kilka słów o umieraniu Dawid Cioch Śmierć matki prześwietla moje życie, ale zmysły się nie wyostrzają. To nieprawda, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Nigdy nie byłam tak słaba jak teraz - Mira Marcinów, Bezmatek Godzina 6:20. Szybkie przebudzenie spowodowane głosem mojej rodzicielki. Łazienka, zamiana ubrań, śniadanie i kilka głębokich wdechów na zimnym powietrzu. Godzina 6:45. Wraz z rodzicami i bratem podjeżdżamy pod kościół, gdzie o godzinie 7:00 odbywa się msza w intencji zmarłej. Godzina 18:20. Mija pierwsza wigilia ze świadomością, że moja babcia nie żyje. Jej odejście nie było spowodowane Sami-Wiecie-Czym, ale jej zgon przypadł na czas pandemii. Pierwszy raz w swoim życiu tak bardzo zostałem zbombardowany faktem istnienia śmierci. Wszystko zaczęło się od niewinnej zbitki białek i RNA. Niektórzy powiedzą, że zaczęło się od niedogotowanego nietoperza, ale po takim czasie, już mnie ten żart nie bawi. Potem ruszyła machina ciągłego obserwowania stron rządowych, w tym Ministerstwa Zdrowia, podającego liczby osób zakażonych i zmarłych. Niby nic, a jednak. Przyśpieszony oddech, palpitacja serca, nadmierna potliwość i uczucie niepokoju, a w głowie jeden wielki chaos mówiący, że wszyscy umrzemy. Trochę śmiesznie, trochę strasznie. Najzabawniejszy w tym wszystkim jest fakt oporu polskiej wsi przed obostrzeniami w kościele. Gdy końcem września pytam o kwestię maseczek i temu podobnych w miejscu odbycia się mszy pogrzebowej babci, otrzymuję informację, że proboszcz traktuje wszystkie restrykcje na poważnie, a fakt zamykania drzwi dla osób, które przekraczają limit osób na metr kwadratowy, nie jest niczym nadzwyczajnym. Lecz biorąc udział w ostatnim pożegnaniu z ciekawością obserwuję brak zasłoniętych ust i nosów u wielu uczestników oraz liczeb- „It’s really inappropriate to jog around a graveyard,

1

flaunting your life [...]”.

34

ność zgromadzonych, kilkunastokrotnie przekraczającą normę. Trochę śmiesznie, trochę strasznie. Czy problem umierania nas w ogóle dotyczy, postrzegając „nas” jako społeczność studencką? Szukając wiadomości na temat śmiertelności wśród studentów Akademii Górniczo-Hutniczej, trafiam na stronę Centrum Organizacji Kształcenia AGH. W zakładce „O nas” zauważam notatkę o sprawozdaniach podlegających Głównemu Urzędowi Statystycznemu, wysyłam więc do COK mail z pytaniem o jakiekolwiek dane w temacie liczby zgonów studentów. Wyjaśnienie otrzymuję już na drugi dzień. Zostaję odesłany do Biura Rektora i tam też piszę wiadomość. Po tygodniu czekania i braku odzewu stwierdzam, że poszukam informacji w GUSie. Tam też popłyną mój kolejny mail. Otrzymałem odpowiedź po kilku dobach, wraz z załącznikiem, będącym dokumentem podpisanym przez Dyrektor Departamentu Edukacji i Komunikacji. Teraz myślę, że moja prośba musiała zostać dokładnie udokumentowana, a jeśli zacznę zadawać jeszcze więcej pytań, to organy ścigania mogą się mną zainteresować. Teraz już straszniej niż śmieszniej. Treść tego pisma nie jest wyszukana. Są w nim trzy odnośniki do stron GUSu, a w nich niekończące się dane w Excelu na temat śmierci każdego Polaka, w danym tygodniu określonego roku, a dokładnie, od 2000 do 2020. Sprawdzam przedział wiekowy 20-24, zakładając, że jest to wiek statystycznego studenta. Sumuję magiczną funkcją sum, liczbę wszystkich tych nieżyjących osób na terenie całej Polski. Dla roku 2020 wychodzi 1 215 zmarłych dwudziestoparolatków na 485 441 wszystkich denatów. Co daje w przybliżeniu 0,25%. Jeżeli weźmie się pod uwagę, jak bardzo wyjątkowy był ubiegły rok, to warto zajrzeć do danych z lat wcześniejszych. Mamy więc odpowiednio: 2019 - 0,27% oraz 2018 - 0,3% osób.

Teraz ważne pytanie. Martwić się czy nie? Nie ma na to idealnej odpowiedzi. Skierowanie się bardziej w stronę „tak”, to już dywagacje filozoficzne - a to działka ludzi mądrzejszych niż ja. Skłaniając się zaś ku opcji „nie”, łatwo wyjść na egoistę. Aż przypomina mi się scena z serialu „Fleabag”, w której dwie siostry spotykają się przy grobie matki, a jedna z nich cmentarz wykorzystuje jako trasę sportową do biegania. Fakt takiego zaadaptowania nekropolii druga siostra komentuje następująco: „To niestosowne biegać po cmentarzu. Obnosić się swoim życiem [wśród zmarłych - przyp. D.C.]” [tłum. własne]1 Odpowiadając na pytanie - ja bym się martwił, a przynajmniej powinienem. Inaczej wygląda sytuacja, gdy ma się schorzenie przewlekłe i codziennie zastanawia się: Czy to jest ten dzień, w którym odpadnie mi palec u stopy, czy też jeszcze muszę poczekać? Mogę powiedzieć, że częściej niż statystyczny dwudziestoparolatek obcuję z aurą obwieszczającą schyłek życia. Regularne odwiedziny szpitala na zaplanowaną wizytę, potem jakieś badania krwi, a ostatecznie skierowanie do innych lekarzy, którzy sprawdzą, czy moja mechanika jeszcze dobrze chodzi, czy też czeka mnie niedługo oddanie na złom. Jednakże obecność tej aury nie wpływa na moje częste myślenie o śmierci. Powiedziałbym, że robię to tylko pod wpływem bodźców. Kolejny z nich dotarł do mnie w grudniu. Rodzinne spotkanie wigilijne, niczym się niewyróżniające. Nawet rozmawiano o szczepieniu się na Sami-Wiecie-Co. W jednej z osobnych rozmów słyszę krótką i przygnębiającą historię. Ojciec pewnej dwójki dzieci, w tym chłopca, który uczęszcza teraz do trzeciej klasy, zmarł. W okolicach lata przeszedł, mogłoby się wydawać, że nic nie znaczące, zapalenie nerek. Choroba, z której wielu wyszło. On


Felieton

też. Po tym wycieńczającym dla jego organizmu czasie przyszło Sami-Wiecie-Co. Po tym śmierć. Taka informacja na niewielu zrobi wrażenie. Co innego, gdy dowiedzieliby się o reakcji syna. „Chłopczyk wyłączał się z lekcji i płakał. Wołał, gdzie jest tata, tatuś. Mama dzwoniła do wychowawczyni powiedzieć, że syn nie może uczestniczyć dzisiaj w zajęciach, a chłopak cały dzień płakał” - usłyszałem tego zimowego dnia. Następny impuls przyszedł w lutym. Po styczniowym rozdaniu nagród Paszportu Polityki widzę, jak wygraną w kategorii „Literatura”, otrzymuje Mira Marcinów, za swoją prozę Bezmatek. Szybki research i już wiem. Jest to swego rodzaju pożegnanie i rozprawienie się ze śmiercią matki przez autorkę. To mi wystarcza. Książka jest już w koszyku na Allegro. Przeczytanie zajęło mi raptem jeden dzień i możliwe, że było to za dużo jak na jedno czytelnicze posiedzenie. Niemniej, najbardziej uderzające w tej książce są zdania, będące jedyną częścią danej strony. Ma się wrażenie, że były spisane pośpiesznie w ciągu dnia na telefonie. Sam tytuł Bezmatek oznacza rodzinę pszczelą pozbawioną matki. Jak zachowują się pszczoły bez matki? Rozpaczają i cierpią po stracie. Koniec końców, umierają. Podobnie jest z autorką książki, tyle że bez tego ostatniego etapu.

Ostatnie przebłyski bodźców pochodzą wiadomość o jej śmierci była wstrząsająz Uczelni. Najpierw usłyszałem od znajo- ca. Przeżyłam to bardzo i przez cały dzień mej, że Sami-Wiecie-Co zabrało z WFiIS byłam poruszona tą informacją. trzech pracowników. Potem zobaczyłem jak WRSS WIMIC zmieniło profil na Fa- Ostatnią osobą, o której wspomnę jest cebooku na czarno-biały, co nie mogło emerytowany pracownik mojego wydziału oznaczać nic dobrego, i nie oznaczało. Na - MS. Odszedł on w sędziwym wieku, a co wydziale ceramiki zmarł prodziekan ds. więcej, pozostawił po sobie nekrolog, któkształcenia. O nim i o innych nieżyjących ry w mistrzowski sposób bierze z matemaprofesorach, wspomina Rektor na posie- tyki co najlepsze. W dolnej części klepsydry dzeniach senatu, gdzie minutą ciszy upa- widniał zapis: „Pożegnamy Go 18 styczmiętniają ich członkowie. Mimo że nigdy nia o godzinie (rozwiązanie *) x1:x2 gdzie nie doświadczyłem nagłej śmierci jednego g(x)=x3-66x2+1209 x-6760, na Cmentarzu z moich prowadzących, to jestem w stanie Rakowickim”. zrozumieć ten strach w oczach studentów. Mogłoby się wydawać, że Ci starsi ludzie Jak teraz wspominam dzień pogrzebu babsą niezatapialni, patrząc, jak niestrudzenie ci to mam przed oczami obraz spuszczanej od wielu lat prowadzą zajęcia z młodzieżą. trumny, ponurego nastroju, wieńców wyrastających jak grzyby po deszczu i uczuPrzypomina mi się również to dziwne uczu- cie tego intensywnego zapachu palonych cie niepokoju, gdy moja koleżanka Dorota świec. Widzę twarze pełne żalu i smutku. opisuje mi historię jednej jej prowadzącej W sumie to ironiczne, bo jak wcześniej na WIMiC. W wiadomości na Teams do babcia była dla swoich dzieci źródłem uczestników zajęć napisała, że zmienia się szczęścia, tak jej brak jest źródłem roztermin seminariów na inny dzień. Nigdy już paczy. Myślę, że nie jest to uczucie, które nie wzięła w nich udziału. Dzień później po powinno nawiedzać nas często i oby robiło napisaniu wiadomości zmarła. Prawdopo- to jak najrzadziej. dobnie przez to cholerstwo. Pytam więc Doroty, co czuła gdy ta wiadomość trafiła do niej - Żałowałam, że na przedostatnich zajęciach nie uczestniczyłam z pełnym zaangażowaniem. To było strasznie dziwne uczucie. Mimo że jej personalnie nie znałam, nigdy z nią nie rozmawiałam, to

Grafiki : Joanna Dudlińska

Do artykułu posłuchaj utworu: Daria Zawiałow - Płynne Szczęście

35


Fotostrony

Korzenie “Wysłannik istot galaktyki światła Przysyła mnie do was Hermeous Urantia jest teraz moim życiem i przeznaczeniem Urantia jest teraz moim domem i moim światem A mój świat to wieczna niekończąca się meandryczna Monaterka” A tak serio: Nasi przodkowie pozostawili w nas ślady. Nie mam na myśli tylko i wyłącznie genów, ale też historie, które mają wpływ na nasze życie, postępowanie, wybory. Czasami jesteśmy dumni z tego, skąd pochodzimy i jaka energia została przekazana nam od przodków, ale nierzadko chcielibyśmy odciąć się od historii, tradycji i KORZENI.

Aurelia Kulesza

K 36

F


37


Park Superkilen Jest to multikulturowy park znajdujący się w dzielnicy Nørrebro w Kopenhadze. Szacuje się, że w tej dzielnicy mieszka ok. 60 różnych narodowości. Główną ideą władz miasta oraz jego mieszkańców było stworzenie przestrzeni, w której zostaną zgromadzone symbole wszystkich krajów, z których pochodzą mieszkańcy Nørrebro

Dominika Pancerz

Podczas ogladania pozostałych zdjęć przypomniało mi się jedno moje, które zrobiłam ostatnio w trakcie spacerowania przez Kazimierz. Pomyślałam, że dorzucę, co mi tam. Cienie, które widzimy, są jak symbolicznie korzenie tych drzew, które (mimo że niewidoczne) stanowią przecież tak ważny i ogromny element całości. Prawdopodobnie rozciągają sie pod znaczną częścią placu.

Ania Jaszczur

Przygotowanie zdjęć i układ: Amelia Kowalska 38


Każdy z nas ma swoje miejsce na ziemi. Miejsce z którym wiąże uczucia, miejsce z którym zżył się do tego stopnia, że nie chce go pozostawiać. Miejsce, w którym zapuścił korzenie. Zdjęcia przedstawiają blokowisko, dzielnicę w której się wychowałem. Odkąd się przeprowadziłem nie bywam tam często,

a mimo to nadal czuję mocną więź z tym miejscem. To blokowisko, z którym spędziłem połowę swojego życia, więc wydaje mi się, że po prostu nie miałem prawa nie zapuścić tam korzeni. Hip-hop miał swoje wzloty i upadki, lecz w dzisiejszych czasach słuchają go wszyscy. Nie należy zapominać, że rap wywodzi się z osiedli, blokowisk z wielkiej płyty i to właśnie tam ten gatunek muzyczny zapuścił korzenie.

Marcin Karoń

Domostwa dziadków, miejsca pochodzenia rodziców, część naszych korzeni.

Katarzyna Sadowy 39


Korzenie - pierwsza myśl związana z nimi to genealogia czy pochodzenie rodzinne. Obserwując dziewczynki przy wzajemnej pomocy z manicurem nachodzi mnie myśl, czy cheć pomocyto coś, co wyniosły z domu? Samo zaangażowanie, z jakim to robią, doprowadziło mnie do małego wzruszenia. A nawiązując do SJP - “korzyć” znaczy okazywać pokorę, uległość, niższość wobec kogoś.

Magda Kowalik 40


Korzenie skojarzyłem z motywem drzewa genealogicznego. Potem myśli powędrowały na sam dół tego

Zapuszczać korzenie Życie starszych osób nie jest tak ekscytujące, jak ludzi młodszych. Często spotykamy ich grupki na ulubionych ławkach,gdzie potrafią przesiadywać całymi dniami rozmawiając lub po prostu obserwując codzienne, pośpieszne życie innych.

Dominika Pancerz

drzewa, do najstarszych jego elementów i doszedłem do tego, że są nimi Adam i Ewa - pierwsi ludzie na Ziemi. Od nich wszystko się zaczęło. To wszystko przywołało moje wspomnienia o tym zdjęciu paryna górce, przy zachodzącym słońcu, gdzieś w południowej Francji.

Jędrek Kustra

Natalia Nitarska 41


Korzenie

Od Redakcji Cześć!

Zwierzęta leśne (zaobserwowane przez redakcję)

Wiosna zawitała nad brzeg Wisły, a nasze życie wreszcie zaczyna się zielenić! W tym kwartalniku zabieramy Was w podróż szlakiem korzeni. Analizujemy to pojęcie na wielu płaszczyznach, szukamy połączeń i dróg. Przyglądamy się temu, co nas otacza i wyciągamy wnioski. Każdy z nas zdążył pogodzić się z obecną sytuacją na świecie, ale czy czegoś nas ona nauczyła? Czy po roku życia w nowej rzeczywistości potrafimy, nareszcie, czerpać z niej korzyści? To pytanie, które dziś powinniśmy sobie zadać. W końcu nieważne, jak zaczynasz - ważne, jak kończysz. Przyjemnej lektury! Szymon Krzak Redaktor Naczelny Biuletynu Informacyjnego Studentów AGH

Redakcja: Redaktor naczelny: Szymon Krzak Z-ca redaktora naczelnego: Natalia Nitarska Szefowa działu graficznego: Kamila Kochanowska Szefowa działu dziennikarskiego: Natalia Nitarska Szefowa działu promocji i współpracy: Ewa Mazurkiewicz Zdjęcie na okładce: Aurelia Kulesza // KSAF AGH

Dział graficzny: Michał Cembrowski, Julia Czajka, Joanna Dobrzyńska, Joanna Dudlińska, Kamila Kochanowska, Amelia Kowalska, Szymon Krzak, Paulina Maguda, Julia Rybska, Klaudia Wójtowicz Dział dziennikarski: Grzegorz Boroń, Dawid Cioch Julia Koziolek, Natalia Nitarska, Weronika Rawska, Kamil Serafin, Aleksandra Skrzypiec, Adrianna Suder, Zuzanna Szott, Agnieszka Wróbel, Dział promocji i współpracy: Maria Borowska, Monika Jękosz, Karolina Machnik, Sylwia Madej, Ewa Mazurkiewicz, Natalia Pietrewicz, Sylwia Sowa,

42


Korzenie - bo wraz z nadejściem wiosny świat odradza się właśnie z nich. Swoje metaforyczne korzenie ma również każdy z nas. To powiązania rodzinne, kulturowe, etniczne czy mitologiczne. W wiosennym wydaniu sięgamy również do korzeni języka - bo wszystko, co żywe, wyrasta z korzeni.

43


cm.agh.edu.pl

44


Issuu converts static files into: digital portfolios, online yearbooks, online catalogs, digital photo albums and more. Sign up and create your flipbook.