Page 1

KWARTALNIK NR 1 / 2019

BIULETYN INFORMACYJNY ´ AGH STUDENTOW

ssd 1


Kolor przewodni wydania to wariacja Pantone Mimosa. Żółto-pomarańczowa kompozycja barw pomaga wejść w jesienny klimat i jest ostatnim westchnieniem do minionego lata i wszystkich wakacyjnych wspomnień.

2


Zbiory Wywiad z Jarosławem Królewskim

AGH Solar Plane

SKN Zarządzanie

My dla Ciebie sobie żyły wypruwamy

California Dreamin’

Marnotrawstwo żywności, czyli nasze zbiory spożywcze

3 8 12 14 16 18

Ucz się sprytniej, czyli o efektywnych sposobach nauki

20

Podróż dookoła świata - jak zrobić to taniej

24

Sztuka tworzenia list zadań

Nieczytanie

Demon Słowiański nie taki zły?

Bojko Trail

Witamy w piekle Barkley Marathons Maroko

22 26 28 30 32 34 3


Wywiad z Jarosławem Królewskim Agnieszka Wróbel

Tak naprawdę bardziej pociągające jest to, by robić coś, co jest długotrwałe i ma wpływ na dużo szerszą rzeczywistość. Myślę, że kiedy buduje się w sobie takie poczucie doskonalenia samego siebie, to nie zawsze trzeba na to patrzyć w ścieżce życia zawodowego. Czasami też porażki wpływają na to, że człowiek staje się lepszy i jest to coś, co musimy sobie na początku założyć.

4


(A)gnieszka Wróbel - BIS: Jak Uczelnia wpłynęła na pana rozwój i jakie perspektywy zaproponowała panu podczas studiów, a jakie możliwości oferuje panu jako pracownikowi AGH? (J)arosław Królewski: Myślę, że AGH jest takim miejscem, w którym jeśli się oczywiście chce, można bardzo mocno wyrazić siebie. Jest tu wiele inicjatyw, które umożliwiają nie tylko rozwój, ale też ułatwiają poznanie ciekawych, interdyscyplinarnych ludzi. Specyficzna jest też kadra na naszej uczelni, bo mocno skraca dystans między studentami a profesorami, co daje możliwość bezpośredniego kontaktu. Za moich czasów nie uczestniczyłem w życiu studenckim, chyba nawet nie byłem na juwenaliach. Natomiast myślę, że na AGH jest fajne, bardzo wyraźne parcie na pragmatyzm. Wspominając studia z perspektywy wyzwań, to przede wszystkim cieszy mnie to, że ja na AGH faktycznie mogłem studiować. Wykłady były moim przewodnikiem, później sam zagłębiałem poruszane na nich tematy, poznałem wielu inspirujących ludzi, rozwijałem swoje pasje, które kontynuuję do tego momentu. Każdy, kto chce budować własną karierę, znajdzie tu miejsce, gdzie będzie mógł realizować marzenia. Myślę, że AGH ma też taką swoją “subkulturę”. Wchodząc na rynek pracy, w każdym miejscu w Polsce przybijamy sobie piątki, że jesteśmy z AGH i od razu wiemy, czego się po sobie spodziewać. Od strony pracownika bardzo istotna jest dla mnie zmiana zachodząca na uczelni. Pamiętam, jak budowaliśmy pierwsze, nowe programy studiów, które miały być takim mariażem podejścia holistycznego w kontekście rozumienia pewnych teorii i procesów oraz zasięgania pragmatyzmu z biznesu. Dzisiaj AGH chce być blisko rynku, ale też chce mieć swoją tożsamość, aby nie być tylko i wyłącznie na usługach rynku. Mam taką teorię, że to właśnie na uniwersytetach będzie budowana przewaga, podobnie jak w mniejszych zakładach technologicznych, badawczych, bo w ogromnych firmach często zwyczajne nie ma na to czasu. Jednostka takiej doskonałości, czystości jest właśnie na uczelniach. Za każdym razem, gdy wracam na wykłady, przekonuję się o tym, jak bardzo można się nimi zainspirować. Dzisiaj nie da się już studentów do niczego zmusić, a AGH daje mi takie poczucie, że cały czas rozumiem młodzież, ich problemy i tym podobne. Na

jednych z zajęć usłyszałem od studentki, że nie przychodzi na moje zajęcia, bo w tym samym czasie ma fitness. To było naprawdę niezłe, pokazuje, jak fajni są ci ludzie i jak zmienia się podejście do studiowania. Każdemu polecam, by zderzył się z możliwością takiej fajnej narracji, którą można ze studentami odbyć. Ostatnio prowadziłem zajęcia na piątym roku dotyczące sztucznej inteligencji i muszę przyznać, że to było dla mnie świetne doświadczenie. Ci ludzie mają mnóstwo pomysłów na siebie i widzą świat w inny sposób, niż my widzimy już na rynku pracy. Przede wszystkim myślę, że wykładanie i prowadzenie zajęć ze studentami pozwala mi znaleźć czas, by przyglądnąć się też tej naszej rzeczywistości w bardziej dogłębny sposób. Przed ćwiczeniami muszę się nieźle “namóżdżyć”, by przygotować je w odpowiedniej konwencji. Zwykle kończy się to tak, że muszę zmienić koncepcję całego wykładu dlatego, że spotykam tam wiele fajnych jednostek i zależy mi, by dopasowywać się do ich profilu osobowościowego. AGH jest uczelnią bardzo nowoczesną w kontekście kulturowym, ale też w podejściu do studenta. Myślę, że jeśli ten szacunek będzie pielęgnowany między dwoma stronami, to jest to uczelnia, która w bliskiej przyszłości będzie nie tylko najlepszą w Polsce, ale też na świecie. A: Pana wykształcenie obejmuje wiedzę z dwóch skrajnych dziedzin, bo ma pan kwalifikacje zarówno z pojęcia socjologii, jak i informatyki. Co skłoniło pana do edukacji na pograniczu nauk? J: Jak to przeważnie bywa, mieszkając na małej wsi i mając wiele kompleksów, stara się uczyć wielu rzeczy i być w nich bardzo dobrym. Ja niestety miałem tak, że w początkowej fazie mojej edukacji, to rodzice przymuszali mnie, by dużo się uczyć, bo nie chcieli, bym tak jak oni skończył w tej małej wiosce. To śmieszne, bo oboje mają bardzo istotne społecznie zawody. Do końca nie mogłem zdecydować, co chciałbym finalnie robić i faktycznie skończyło się na tym, że ukończyłem socjologię i informatykę. Do dziś pracuję nad doktoratem interdyscyplinarnym pomiędzy tymi dwiema dziedzinami. Pewnie dawno bym go oddał, ale nie chciałbym, aby pozostało jakieś badziewie po tych moich różnych książkach. Kiedy zacząłem się głębiej temu przyglądać, patrzeć, jak to robi Stanford lub MIT, to myślę, że powiązanie tych nauk jest bardzo pociągające.

Z jednej strony człowiek się nie polaryzuje w jednej dziedzinie. Stara się zrozumieć szerszy kontekst i z zakresu psychologii, jak i inżynierii społecznej. Tak naprawdę wdrażanie pewnego rodzaju technologii, czy sztucznej inteligencji, to jest jakiś proces inżynierii społecznej w dużych grupach społecznych, gdzie wymagana jest edukacja, rozumienie pewnych etycznych zakątków ludzkiej świadomości, czy też nawet rozumienie makroekonomicznych procesów, które gdzieś tam są. Oczywiście, o ile na początku było to bardziej spowodowane pragmatyzmem rodziców, potem moim brakiem zdecydowania, to teraz wydaje mi się, że w ostatnich latach moich studiów było to bardziej instrumentale, wykalkulowane podejście do życia, na którym mi bardzo zależy. Do dziś czytam bardzo dużo książek historycznych, natomiast mam firmę, która zajmuje się jednym z najbardziej wyrafinowanych części sztucznej inteligencji i przetwarzania dużej ilości danych. Poza tym dawniej podejście do uprawiania zawodów głosiło, że powinno się być najlepszym w jednej, drobnej rzeczy. Szybkość tego, jak zmieniają się technologie i jak dużo trzeba na zewnątrz zrozumieć nie tylko w konkretnej wąskiej dziedzinie, sprawiła, że dzisiaj trzeba być przygotowanym na to, że trudno jest wybrać tylko jedną rzecz. Technologie szybko się zmieniają, więc można poświęcić połowę swojego życia na coś, co za rok będzie kompletnie nierynkowe. Znakomitym przykładem tego jest technologia Flash, która zrzeszała tysiące developerów, naprawdę świetnych ludzi i wystarczyło jedno wystąpienie Steve'a Jobsa i Flash znika całkowicie z rynku. Są deweloperzy, którzy przez 10 lat byli w tym specjalistami. Oczywiście intelektualnie nie stracili na tym, bo się też rozwijali, ale w kontekście narzędzi, które budowali, to jednak są stratni, bo ta technologia odeszła do lamusa. A: Pana działania często miały korzyści długoterminowe, bo efekty pana pracy były widoczne po 2-3 latach. Jak nauczyć młodych ludzi cierpliwości i dalekowzroczności? J: Jest to dla mnie bardzo istotny temat, cierpliwość jest ważną rzeczą i myślę, że Polacy jako naród nie mają tej cierpliwości, wolą się szybko bogacić, robić natychmiastowe projekty i od razu widzieć efekty. Tak naprawdę bardziej pociągające jest to, by robić coś, co jest długotrwałe i ma wpływ na dużo 5


szerszą rzeczywistość. Według mnie cierpliwości najlepiej uczyć się w podejściu, że każda inwestycja, jaką człowiek robi, tyczy się jego własnego “ja”. Dobrym przykładem jest to, że mówi się, że firmy zatrudniają ludzi, natomiast relacja między firmą a klientem jest między tym konkretnym pracownikiem i tą konkretną firmą. Kiedyś można było sobie pozwolić na zatrudnienie tysięcy deweloperów i dużych konglomeratów nie interesowało to, kto jest w tym zespole. Dzisiaj jednak uległo to zmianie. Każdy buduje nie tylko historię brandu, w którym jest zatrudniony, ale też własną historię. Często to jak siebie pokazujemy i jaka jest nasza ekspozycja samego siebie, jest bardzo ważne. Pamiętam, że kiedy byłem studentem też chciałem robić dużo rzeczy na raz, też chciałem bardzo szybko pozyskiwać pewnego rodzaju rezultaty. Natomiast przez cały czas wierzyłem, że każdy najmniejszy krok, który mnie nie cofa, w kontekście tego, że nie robię dramatycznych błędów, przybliża mnie do tego, by być lepszym programistą, lepszym badaczem czy lepszym człowiekiem. Myślę, że kiedy buduje się w sobie poczucie doskonalenia samego siebie, to nie zawsze trzeba na to patrzyć w ścieżce życia zawodowego. Czasami też porażki wpływają na to, że człowiek staje się lepszy i jest to coś, co musimy sobie na początku założyć. Może być tak, że przez 20-30 lat nic nie osiągniemy i potem jak właściciel KFC wpadniemy na świetną recepturę już przy zmierzchu swojego życia, ale może być też tak, że uda nam się bardzo wcześnie. Niezależnie od tego, czy sukces przyjdzie wcześniej, czy później, musimy pamiętać, by mieć wobec tego bardzo mocną pokorę. Tak samo jak w piłce nożnej, czasami niektóre talenty do lat 19 są niesamowite, a później szybko się wypalają i nie mają wpływu na rzeczywistość. Myślę, że ambicje trzeba wyważyć trochę jak w dłuższym biegu, maratonie i rozłożyć odpowiednio siły, ale jednocześnie być w tym wszystkim szczęśliwym. Kiedy pracujemy nad rzeczami, które nas cieszą, to nie czujemy tej pracy aż tak bardzo. A: Podczas studiów utrzymywał pan stypendialną średnią na dwóch kierunkach, pracował pan na pełen etat i reprezentował pan uczelnię w klubie AZS. Jakie są pana metody na usprawnienie swojej pracy i dobrą organizację?

6

J: Gdyby ktoś zapytał moich współpracowników, czy ja mam dobrą organizację pracy, to myślę, że większość uznałaby to za ogromny postmodernizm. Nie mam tak jak większość tych ludzi, którzy bardzo mocno studiują produktywność. Staram się podchodzić do tego podobnie, jak ukazują to nowe trendy. Nie mam takiego “life balansu”, w którym ma się 8 godzin w pracy. Praca dla mnie jest czymś, co w dużej mierze przenika się z moim życiem prywatnym. Kiedy podchodzi się do tego w ten sposób, można jednocześnie odpoczywać i pracować. Za studenckich czasów moją kofeiną była ambicja. Jeżeli mógłbym zmienić coś w moim postępowaniu za tamtych czasów, to na pewno więcej bym sypiał, wiele rzeczy, które robiłem, można było ogarnąć dużo łatwiej. Z technologiami dzisiaj dostępnymi można zdecydowanie efektywniej pracować. Warto na co dzień stosować podejście, w którym ufa się w dużej mierze swojej intuicji, której zdecydowanie się dzisiaj nie docenia, a jest ona bardzo kluczowa. Jeżeli człowiek ma intuicję, ma też dużą motywację do zrobienia czegoś. Staram się rozpoczynając dzień intuicyjnie myśleć, co jest najistotniejszą rzeczą dzisiaj do zrobienia i podążać za tą intuicją. Mając na zakończenie dnia dziesięć tysięcy maili trzeba wybrać, które są najistotniejsze i właśnie wtedy zaufanie intuicji staje się kluczowe. A: W wywiadach często wspomina pan, że miał pan problemy z wystąpieniami publicznymi. Jak pokonał pan tę barierę i stał się pan doskonałym mówcą? J: Wydaje mi się, że nie ma lepszej metody niż próbować, próbować, próbować. Padać, padać, padać. I w końcu się po prostu uda. Tak się działo, jeździłem na wiele konferencji naukowych. Najpierw popełniałem tam błędy, w dużej mierze błaźniłem się podczas tych przemówień. Pamiętam, że czułem wtedy wstyd i chciałem dać sobie z tym spokój. Kiedy zacząłem prowadzić wykłady, musiałem się na nowo z tym oswoić i starać się utrzymywać skupienie drugiej części sali. Myślę właśnie, że to zajęcia na AGH sprawiły, że dzisiaj tej tremy już nie ma. Mam nadzieję, że za niedługo w Las Vegas przy czterystu tysiącach ludzi nie polegnę.

A: Jest pan współzałożycielem kierunków na AGH takich jak: Informatyka społeczna, E-gospodarka i Digital Marketing. Jakie są pana rady dla maturzystów? Czym powinni się kierować przy wyborze studiów? J: Przede wszystkim powinni potraktować studia nie jako demoniczny atrybut stały, którego nie da się zmienić, czy nie da się stuningować. Nie należy uważać, że jest to decyzja na całe życie, która kogokolwiek szufladkuje. Najlepiej potraktować studia w taki sposób, że dzisiaj idę tą ścieżką, chcę postudiować ten temat, zgłębić go i wyciągnąć z niego to, co mnie w nim bardzo mocno motywuje. Myślę, że we wszystkim tym w czym chcemy być dobrzy, jesteśmy w stanie wyciągnąć jakieś rezultaty w postaci np. finansowej, jeżeli tylko za tym podąża pasja. Natomiast zachęcam też studentów, by traktowali studia jako miejsce do rozwoju i zaspokajania swojej ciekawości. Studia to nie są tylko i wyłącznie egzaminy, dobre oceny itp., to zgłębianie interesujących nas tematów. Oczywiście, że będą też takie, które będą was nudzić, zawsze tak jest, ja też muszę dziś podpisać tysiące dokumentów i to też nie jest rzecz, która jest piękna, imponująca czy inspirująca. Nigdy nie jest tak, że wszystko jest wprost dopasowane do nas, natomiast myślę, że warto być otwartym na ludzi, którzy są w dyscyplinie konkretnej uczelni. AGH jest systemem tysięcy naukowców, tysięcy studentów, wspaniałego miasteczka studenckiego. Rzeczy, które naprawdę mogą sprawić, że nasze ludzkie cechy będą się zmieniać i ta zmiana będzie pozytywna, jeżeli będziemy się przy tym doskonalić. A: W jednym wywiadzie wspomniał pan, że dobrze, że jest pan dyrektorem swojej firmy, bo nie wie pan, czy zostałby pan w niej zatrudniony. Jakie są najbardziej pożądane przez pana umiejętności odnośnie przyszłych pracowników? J: Myślę, że my bardzo cenimy sobie samodzielność, ona jest z kolei związana z tym, że ludzie potrafią korzystać z wolności, którą się im daje. Zakładamy, że bardzo trudno jest przymusić ludzi do pewnego rodzaju szufladek, lepiej jest szlifować ich intelekt w kontekście


rozwoju w dziedzinie, która ich bardzo pasjonuje, bo wtedy dadzą też dużą wartość firmie. Zdecydowanie będzie to samodzielność, umiejętność krytycznego myślenia, ambicja w kontekście tego, że człowiek nie pracuje tylko i wyłącznie dla finansów, ale też dla samorealizacji celów i w pewnym aspekcie bardzo popularna kreatywność. Kreatywność, która jest egzekucyjna, nie jest tylko opisywaniem rzeczywistości, ale jest od razu z pomysłem na egzekucje, co jest według mnie bardzo istotne. Oczywiście przeprowadzamy badania pod względem IQ, LQ, EQ, ale myślę, że podstawową metodyką respektowaną przez nas jest odpowiedni współczynnik empatii tych osób. Myślę, że empatia to jest takie nowe słowo, które zdominuje w przyszłych latach rynek HR-owy i będzie jedną z kluczowych cech, która buduje każdą firmę. A: Często wspomina pan, że jest pan pracoholikiem. Jak w codziennym zabieganiu i życiu pod kalendarz znaleźć czas dla najbliższych i przyjaciół? J: Tak jak wspomniałem, staram się przywyknąć do tego zabiegania i wydaje mi się, że moja rodzina też do niego powoli przywyka. Chcielibyśmy traktować pracę jako coś, co nie kończy się po 8 godzinach tylko coś, co nam towarzyszy. Staramy się łapać momenty, w których nie przesadzamy w jedną lub druga stronę. Oczywiście warto wspomnieć, że zanim pewne rzeczy przyszły, to było wiele potu i łez. W pewnych momentach rodzina była dla mnie ogromną pomocą. Myślę, że cierpliwość mojej żony jest największym skarbem, jaki udało mi się uzyskać. Miały miejsce takie chwile, w których zdarzyło mi się zasłabnąć z braku snu, dwa razy w Krakowie, raz w Warszawie. Przyjeżdżała po mnie karetka i zabierała mnie do szpitala, bo za długo siedziałem przed komputerem. To są takie momenty, w których człowiek się zastanawia, gdzie jest granica tego, ile powinien pracować. Nie jestem

specjalistą jeszcze w tym obszarze, kalibruję się w tym temacie i gdybym miał powiedzieć, że mam jakiś świetny sposób na relacje rodzinne, które wiążą się z moim życiem zawodowym, to musiałbym być hipokrytą. Powiedziałbym na tę chwilę, że jestem w trakcie doskonalenia się w tym temacie i szukania czasu, który jest w kontekście nie takiego “work-life balance”, ale raczej takich procesów współbieżnych. Tak, by moje życie zawodowe i prywatne mogło się nawzajem przenikać. A: Dokonał pan odważnej, unikalnej inwestycji, bo włożył pan swój czas i pieniądze w ratowanie Wisły Kraków. Nie raz wspomniał pan, że warto było przeżyć taką przygodę, która rozwijała i inspirowała pana i innych. Czy jest jeszcze jakaś reforma, którą chciałby pan w niej przeprowadzić? J: Moim osobistym marzeniem jest to, by Wisła miała współczynnik AGH. Chciałbym, by w kontekście zarządzania i nowych technologii był to jeden z przodujących, wzorcowych klubów. Mam taką propozycję dla moich studentów i dla całej społeczności AGH-u, jeśli macie świetne pomysły, jak sprawić, aby klub piłkarski działał lepiej, w aspektach zbierania danych lub innych pomysłów, które sprawią, że zaangażowanie społeczności będzie większe, to zapraszam. Na pewno takie projekty będziemy inkubować. Wisła może stać się oknem wystawowym dla studentów AGH, którzy mają sport jako pasję w swoim sercu.

7


AGH Solar Plane

Kół na Akademii Górniczo-Hutniczej nie brakuje. Każdy student odnajduje się w czymś, w czym czuje się najlepiej. Zaczyna od prowadzenia kont na portalach społecznościowych, przez programowanie, a kończy na rozliczeniu finansowym koła. Te umiejętności nie są obce studentom należącym do koła naukowego AGH Solar Plane, którzy w te wakacje prezentowali swój najnowszy projekt - samolot solarny “Franek”.

Odpowiada Jakub Wiszniewski: Kto był pomysłodawcą koła oraz skąd się wziął pomysł na skonstruowanie samolotu solarnego? Odpowiem w trochę odwrotnej kolejności. Początki Solar Plane, podobnie jak w przypadku projektu Solar Boat, były w kole Eko Energia, które funkcjonuje na naszym wydziale (WEiP). W kole, mimo że była atmosfera zachęcająca do tego, żeby angażować się w różne projekty, to nie było żadnych konkretów. Osobiście byłem zdeterminowany, żeby stworzyć coś ciekawego, a że akurat jako koło mieliśmy składać wnioski o granty, zacząłem zastanawiać się, jaki projekt można byłoby wprowadzić w życie. Chciałem, żeby był związany z działalnością koła. Pewnie podświadomie, przyszedł do mnie pomysł zbudowania samolotu zasilanego energią słoneczną. Wahałem się, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że wykonanie takiego samolotu będzie ogromnym, czasochłonnym i kosztownym wyzwaniem. Dodatkowo o ile miałem podstawowe pojęcie o ukła8

dach, które mogłyby zasilać taki samolot, to o samej konstrukcji nie wiedziałem nic. Zdecydowałem się jednak powiedzieć o tym pomyśle ówczesnemu prezesowi koła, czyli Maćkowi Żołądkowi. Nie dość, że bardzo przypadł mu do gustu ten pomysł, to okazało się jeszcze, że nie jestem jedyną osobą z podobną ideą. Wcześniej Paweł Oleszkowicz dawał znać, że myśli o stworzeniu czegoś podobnego. We dwójkę z Pawłem świetnie uzupełniliśmy braki w swojej wiedzy. Tam, gdzie ja znałem się na fotowoltaice, tam on znał się na modelarstwie. Spotkaliśmy się, porozmawialiśmy i stwierdziliśmy, że spróbujemy.


Jak wyglądały początki działania koła? Tak jak wspomniałem, zanim AGH Solar Plane stało się pełnoprawnym kołem, funkcjonowało pod skrzydłami Eko Energii. To właśnie jej członkowie stanowili później trzon koła. Pierwsze kroki oficjalnie stawialiśmy jedynie z Pawłem, chociaż nieoficjalnie wkład Maćka Żołądka w sprawy organizacyjne był nieoceniony. Gdy działaliśmy we wspomnianym gronie, nie mieliśmy jeszcze warsztatu, więc nasza praca ograniczała się do projektowania. Gdy mieliśmy już podwaliny, zaczęliśmy szerzej mówić o projekcie i rekrutować. Pierwsza rekrutacja odbyła się wewnątrz koła i tak jak wspomniałem, spora część osób, która wtedy dołączyła, nadal czynnie bierze udział w projekcie. Na starcie nie było wiele osób, ale taki też był plan, ponieważ mniejszą grupę łatwiej skoordynować. W międzyczasie dostaliśmy dostęp do warsztatu. Teraz jak o tym pomyślę, to zdaję sobie sprawę, jaki postęp zrobiliśmy od tamtego czasu - wtedy nasze jedyne wyposażenie to skrzynka z narzędziami, która była na stanie koła, parę stołów i… tyle - żadnych narzędzi ani przyrządów pomiarowych. Sami przynosiliśmy swój sprzęt z domów. Dzisiaj, jak sama wiesz, warsztat jest wyposażony już dużo bardziej profesjonalnie. Czas leciał i z każdym dniem przybywało pracy, a brakowało do niej rąk. W związku z tym zdecydowaliśmy się zrobić rekrutację ogólnouczelnianą. To był punkt zwrotny, bo z około 6-7 członków w projekcie pojawiło się ponad 25. Wtedy prace ruszyły mocno do przodu. Pół roku później (czyli na początku roku akademickiego 18/19) zrobiliśmy kolejną rekrutację, po której w kole było już ok. 40 członków. Stwierdziliśmy, że dalej nie ma sensu funkcjonować jako projekt grantowy pod skrzydłami innego koła, więc założyliśmy własne. Wtedy też ustaliliśmy z Pawłem, że koordynowanie całego projektu, w połączeniu z koordynowaniem naszych własnych sekcji technicznych, będzie zbyt czasochłonne. Przekazaliśmy dowodzenie projektem Aleksandrze Szeląg, co okazało się strzałem w dziesiątkę Odpowiada Aleksandra Szeląg: Jak funkcjonuje koło? Ilu członków tworzy koło? Interdyscyplinarność tego projektu pokazuje, jak bardzo przyszli inżynierowie są wszechstronnie wykształceni. W kole naukowym obecnie funkcjonuje 51 członków, są to studenci Akademii Górniczo-Hutniczej z 7 różnych wydziałów, 15 kierunków - od energetyki przez informatykę, aż po zarządzanie. Rozwijają oni swoje zainteresowania w 5 sekcjach: elektryka, modelarstwo, programowanie, PR i zasilanie. Jednakże członkowie nie ograniczają zakresu swoich prac tylko do danej sekcji, część osób aktywnie bierze udział w 2 sekcjach jednocześnie. Jednocześnie w kole działa 16 kobiet, co pokazuje, że w projekcie tak technicznym 30% stanowi damska część zespołu. AGH Solar Plane daje możliwość rozwoju w każdej płaszczyźnie, najważniejsze dla nas są chęci do działania i zaangażowanie, bo wielu rzeczy jesteśmy w stanie się nauczyć.

Odpowiada Aleksandra Furgał: Jesteś koordynatorką sekcji PR. Jak według Ciebie prezentuje się koło na tle uczelni oraz kraju ? W Polsce dosyć sporo kół naukowych zajmuje się budową samolotów, nawet na AGH-u mamy kolegów po fachu z AeroTeamu, natomiast jako pierwsi i jak dotąd jedyni w naszym kraju, zajmujemy się samolotami solarnymi. Ku naszemu nieszczęściu lotnictwo solarne nie jest popularną dziedziną. Niewiele zespołów na całym świecie zajmuje się budową tego typu samolotów, a co za tym idzie mamy bardzo ograniczone pole, na którym możemy się zaprezentować. Głównie widoczne jest to w przypadku zawodów. Jednak mamy nadzieję, że w ciągu kilku lat się to zmieni. Jakie sukcesy ma na koncie koło naukowe ? Nasz projekt, pomimo krótkiego czasu istnienia, jest aktualnie najbardziej innowacyjnym projektem studenckim. Zajęliśmy pierwsze miejsce w konkursie POTENCJOmetr w kategorii projektów konstruktorskich. Nasi koledzy zdobyli pierwsze miejsce na 56. Konferencji Studenckich Kół Naukowych w Sekcji Elektrotechniki, Elektroenergetyki, Elektroniki i Elektrotermii. Również możemy pochwalić się sukcesami w konferencjach międzynarodowych. Koordynator naszego koła, Aleksandra Szeląg, miała przyjemność poprowadzić 6. Międzynarodową Konferencję Energii Odnawialnej i Nieodnawialnej w Miami, natomiast podczas 450. Konferencji Academicsera w Osace zdobyliśmy pierwszą nagrodę za najlepszy artykuł. Natomiast już we wrześniu weźmiemy udział w Międzynarodowych Zawodach Bezzałogowych Statków Powietrznych TÜBİTAK w Stambule. Z mniej naukowych sukcesów możemy się pochwalić zdobyciem brązowego medalu podczas XI Międzyuczelnianych Igrzysk Studenckich. Odpowiada Marcin Mucha: Skąd zainteresowanie takim projektem? Tak naprawdę ogłoszenie o rekrutacji znalazłem na Facebooku i długo się nie zastanawiałem nad decyzją. Oczywiście musiałem przeanalizować, czy podołam wszystkim obowiązkom, ale to zawsze tak jest - niby chcesz dołączyć, ale z tyłu głowy jest coś, co świadczy o jakiejś małej niepewności. Wracając do tematu… Co skłoniło mnie do dołączenia? Na pewno kierowałem się tym, że w czasie gimnazjum zajmowałem się modelarstwem. Może „zajmowałem”, to za dużo powiedziane, ale na pewno było to jedno z moich hobby, które starałem się realizować. Niestety po jakimś czasie to hobby zanikło, ale wiedziałem, że w AGH Solar Plane będę miał szansę je odnowić - tak też się stało. Decyzja zapadła. Oczywiście przy rekrutacji musiałem dokonać wyboru, która sekcja najbardziej mnie interesuje, w której chciałbym się udzielać. Tutaj postawiłem na elektronikę/programowanie, czyli coś, czym zajmuję się już od dłuższego czasu. Zaczynałem jako członek projektu - wtedy jeszcze projektu, nie koła naukowego, ponieważ kołem jesteśmy dopiero od prawie roku, a obecnie spełniam się w roli koordynatora sekcji 9


programowania, którą staram się cały czas rozwijać, poprzez wspólnie tworzenia ciekawych rzeczy. Czy polecam taką działalność? Oczywiście, że tak! Myślę, że to najlepszy sposób oderwania się od uczelnianej, czy też zawodowej rzeczywistości. Fajnie jest zrobić coś ciekawego i innowacyjnego, jeszcze w tak wspaniale zrzeszonym gronie. Czym dysponuje koło? Chodzi mi o ilość samolotów oraz parametry każdego z nich. Obecnie jesteśmy w posiadaniu dwóch samolotów. Pierwszy to małych rozmiarów model pokazowy. Jako że jego proporcje ułatwiają nam transport, to głównie on pojawia się z nami na różnych wydarzeniach. Z najważniejszych parametrów myślę, że warto podkreślić to, co daje mu miano samolotu solarnego, czyli dwanaście paneli fotowoltaicznych, których łączna moc wynosi 40W. Rozpiętość skrzydeł tego modelu, to około 1,6 m, a waga 700 g. Można również wspomieć o prędkości maksymalnej, która obecnie wynosi około 40km/h. Dla ciekawych model ten można zobaczyć na naszej stronie internetowej - w postaci animacji 360°. Drugi samolot, największy jak do tej pory, to nasz pierwszy oficjalny model, który przygotowujemy pod start w zawodach, jak i wykorzystujemy w poważniejszych testach związanych z transmisją telemetrii, czy też obrazu z kamery FPV. Wszystko po to, aby zebrać jak największą ilość wiedzy potrzebnej do budowy docelowego samolotu, który miejmy nadzieję będzie w stanie przelecieć od Bieszczad, aż po Bałtyk - bez lądowania. Jego rozpiętość skrzydeł to około 4 metry, a prędkość, jaką może osiągnąć, wynosi 50 km/h. Jeśli chodzi o panele, jesteśmy w stanie osiągnąć moc rzędu 184 W - wszystko to z 48 celek zamontowanych na poszyciu skrzydeł. Na koniec to, co najważniejsze - sterowanie. Tutaj mamy możliwość wykonania lotu manualnego - czyli w pełni kontrolowanego przez operatora, jak i lotu autonomicznego - po wcześniejszym zaprogramowaniu komputera pokładowego. Daje nam to duże pole manewru w przypadku wykonywania różnego typu prób wytrzymałościowych czy lotów długodystansowych. Odpowiada Marcin Stuglik: Czy mógłbyś scharakteryzować samolot? Opowiem nie o całym samolocie, ale o części samolotu, za którą jestem odpowiedzialny, mianowicie o zasilaniu. Nasz samolot składa się z baterii, modułów fotowoltaicznych, BMS oraz MPPT i szeregu kabli, które łączą wszystko w całość. Baterie, jakie wykorzystujemy, są wykonane w technologii litowo-jonowej charakteryzującą się największą pojemnością w stosunku do masy baterii. Obecnie wykorzystujemy pakiet składający się z 28 baterii każda o pojemności 3800 mAh ułożonych równolegle i szeregowo. Kolejnym ważnym systemem jest BMS, jego zadaniem jest równomierne naśladowanie baterii oraz rozesłanie jej na silnik. Jest

10

to najbardziej kłopotliwy system, z którym każdy zespół AGH ma problem. Obecnie zastanawiamy się, jak go wykorzystać w inny sposób. Moduły fotowoltaiczne zostały stworzone całkowicie przez nasz zespół, wykorzystaliśmy technologię laminowania, aby zejść z wagi modułów fotowoltaicznych. Natomiast MPPT służy do uzyskania najwyższego punktu pracy dla modułów fotowoltaicznych. Odpowiada Michał Dudziak: Jak wygląda praca nad takim samolotem? Praca nad modelem jest procesem, który wymaga zaangażowania całego zespołu. Największym problemem jednak jest czas, jaki jest w stanie poświęcić członek ekipy dla samolotu. W każdym aspekcie możliwe są zmiany, które mogą być wykonane, jednak potrzeba szeregu badań, na które mamy poświęcić czas w przyszłym roku akademickim. Dodatkowym wyzwaniem jest rozliczanie się z uczelnią, pro formy i oczekiwanie na elementy konstrukcyjne. To wydłuża znacznie czas i sprawia, że coś co wymagałoby dwóch godzin pracy, okazuje efektem ponad tygodniowego oczekiwania i pracy. Dążymy jednak do perfekcji i mamy plan, aby wyeliminować błędy i zastąpić je doskonałością oraz bezawaryjnością. Jak wyglądało projektowanie oraz testowanie samolotu? Projektowanie samolotu rozpoczęło się od przelania pomysłu zbudowania samolotu solarnego na papier. Następnie rozpoczęliśmy dobieranie podzespołów do budowy samolotu, a później przeszliśmy do kolejnego etapu, czyli projektowania samolotu, który zdoła pomieścić wszystkie wymagane elementy. Poszukiwaliśmy optymalnych rozwiązań, tak by konstrukcja oraz elementy zasilania i autopilota spełniły oczekiwane założenia. Każda z naszych sekcji intensywnie wzięła się do pracy. Zasilanie wybrało odpowiednie części (BMS, MPPT, akumulatory litowo-jonowe oraz same wysokoenergetyczne panele fotowoltaiczne). Sekcja CFD przebadała zamodelowane profile skrzydeł i wybrała ten optymalny do naszych potrzeb. Modelarstwo zrealizowało wyznaczone cele, budując wyjątkowo lekką, wytrzymałą i aerodynamiczną konstrukcję. Elektronika wykonała wszystkie połączenia elektryczne w samolocie, a programowanie przygotowało specjalne oprogramowanie do monitorowania danych z samolotu. Z połączenia tej ciężkiej pracy i wkładu czasu członków zespołu powstał wspaniały samolot. Kolejnym etapem naszego projektu były testy samolotu. Pierwsze zaczęliśmy od bardzo długotrwałych badań na ziemi każdego z podzespołów z osobna. Już na tym etapie pojawiło się mnóstwo problemów, którym musieliśmy stawić czoła. Później zaczęliśmy łączyć systemy ze sobą i nadal przeprowadzać naziemne próby, dopiero potem wykonaliśmy pierwszy oblot samolotu w najbardziej podstawowej wersji, tzn. bez paneli i autopilota, a po skorygowaniu błędów konstrukcyjnych zamontowaliśmy panele fotowoltaiczne i pixhawk, aby ostatecznie testować model z wszystkimi jego elementami.


Ile czasu zajęło skonstruowanie najnowszego modelu? Najnowszy model udało się całkiem szybko zbudować, bo budowa trwała około 3 miesięcy, ale wszystko dzięki temu, że mamy już ogromne doświadczenie z budowy takich modeli oraz dostęp do wielu niezbędnych profesjonalnych narzędzi, takich jak laser czy drukarki 3D. Odpowiada Jan Kostecki: Jakie są plany na przyszłość? Najważniejsze pytanie, które otrzymaliśmy wiele razy po premierze Franka, brzmiało oczywiście “Co dalej?”. Samoloty solarne nie są jeszcze popularne, a na całym świecie powstało niewiele sztuk tego typu maszyn. Potencjał zastosowania takich urządzeń do celów patrolowych i badawczych czy nawet militarnych jest ogromny. Nie wychodząc jednak tak daleko w przyszłość, możemy skupić się na dalszych planach naszego koła. Po awaryjnym lądowaniu w trakcie premiery na terenie Muzeum Lotnictwa samolot był mocno poobijany, ale szacowany czas naprawy wynosił zaledwie około tygodnia systematycznej pracy. Zespół doszedł jednak do wniosku, że czas ten lepiej poświęcić na budowę naszego kolejnego samolotu, dostosowanego do zawodów w Turcji we wrześniu tego roku. Będzie on trochę mniejszy od Franka i będzie służył (poza wspomnianymi zawodami) do łatwiejszych badań nad celami fotowoltaicznymi umieszczonymi na skrzydłach. Wszystkie te badania mają na celu jak najlepsze zoptymalizowanie prac nad naszym finalnym projektem - samolotem o rozpiętości skrzydeł 6 metrów. Będzie on pokryty jeszcze większą ilością ogniw fotowoltaicznych, zbudowany w całości z elementów kompozytowych, a w odpowiedni sposób zaprojektowana aerodynamika oraz algorytmy optymalizujące wykorzystanie energii pozwolą na “nieskończone” loty - wyjaśnił Jan Kostecki, jeden z konstruktorów samolotu. Najważniejszym jednak zadaniem tego samolotu będzie oczywiście pokazowy lot wzdłuż całej polskiej wschodniej granicy - początkowy cel naszego projektu.

Odpowiada Sylwia Nabożna: Sylwio, jesteś osobą, która w kole jest od samego początku. Jak z Twojej perspektywy zmieniło się koło na przestrzeni tych 2 lat? Przede wszystkim bardzo się rozrosło pod względem liczby osób. Zaczynaliśmy jako kilkuosobowa grupa, każda osoba zajmowała się czymś innym i pracowała praktycznie sama. Była osoba odpowiedzialna za marketing, za analizy, za konstrukcję, za elektronikę itd. Po pewnym czasie zdaliśmy sobie sprawę, że jest nas zdecydowanie za mało i przyjęliśmy kilkanaście nowych członków. Powstały osobne sekcje, w których już po kilka osób pracowaliśmy nad danym zagadnieniem. To zdecydowanie ułatwiło pracę, sprawiło, że wszystko bardzo mocno ruszyło do przodu, no i w końcu co dwie (albo kilka) głowy to nie jedna. W tym samym czasie projekt stał się bardzo mocno rozpoznawalny na uczelni i mieliśmy coraz więcej chętnych osób, które chciałby z nami pracować. Tak więc obecnie jest nas aż 51 – 51 par rąk, które stale pracują w 5 różnych sekcjach – modelarstwo, elektryka, zasilanie, PR, programowanie. Każda sekcja ma swojego koordynatora, który wyznacza konkretne zadania oraz dopilnowuje, aby skończyć dane zadania w wyznaczonych terminach. Taka organizacja sprawia, że prace ciągle idą do przodu, każdy wie, co ma robić i przede wszystkim robi to, co lubi – jedni spełniają się na płaszczyznach typowo inżynierskich, jak np. konstrukcja samolotu, a inni wykorzystują swoje umiejętności miękkie np. podczas licznych wydarzeń, na których się prezentujemy. Odpowiadali: Jakub Wiszniewski (Pomysłodawca koła), Aleksandra Szeląg (Koordynatorka projektu), Aleksandra Furgał (Koordynatorka sekcji PR), Marcin Mucha (Koordynator sekcji Programowania), Marcin Stuglik (Koordynator sekcji Zasilania), Michał Dudziak (Koordynator sekcji Modelarstwa oraz Elektryki), Jan Kostecki (Konstruktor samolotu) Sylwia Nabożna (członek Koła).

11


12


13


My dla ciebie sobie żyły wypruwamy .... Oliwia Kopcik Siedzisz przy komputerze, z głośników leci nowa, nieznana ci piosenka. Całkiem niczego sobie. Klikasz trzy razy i już masz ją na telefonie. Teraz wyobraź sobie, że cofasz się o 30 lat. Słyszysz w radiu dobry kawałek. Biegniesz na giełdę z płytami. „Jest?”, pytasz. „Nie, niestety”, sprzedawca przecząco kręci głową, „ale znam kogoś, kto może ci przegrać. Przyjdź tu za tydzień”. Siedem dni później upragnione nagranie jest twoje. Dopóki kaseta się nie zużyje.

Najpierw taśma i ołówek Kasety magnetofonowe swoje czasy świetności przeżywały w drugiej połowie XX wieku. Idea powstała jednak znacznie wcześniej. Taśmę magnetyczną stworzył Fritz Pfleumer w 1928 roku. Siedem lat później niemiecka firma AEG zaprezentowała pierwszy magnetofon. Urządzenie jednak, jak każda techniczna nowinka, było drogie i trudno dostępne, dlatego magnetofony wykorzystywano głównie w bogatszych radiach i studiach nagraniowych. W 1958 roku Amerykanie z firmy RCA Victor podjęli się syzyfowego zadania – chcieli wprowadzić kasety do powszechnego obiegu. Pierwsze modele nośnika mierzyły 13 na 18 centymetrów, czyli odrobinę mniej niż kartka A5! Podejmowali wiele prób i gdy wydawało się, że już dochodzą na wierzchołek góry, kamień znów spadał na sam dół… Kasetę w znanej nam obecnie, kompaktowej formie stworzył Philips. Popularność nośnika szybko zaczęła rosnąć. Produktem zainteresowały się wytwórnie muzyczne. Początkowo jednak kaseta miała być prostym nośnikiem do rejestrowania muzyki i głosu, nie była zatem przystosowana do komercyjnego użytku w branży muzycznej. Kasetę „wysokiej jakości” opracowała amerykańska spółka Advent Corporation. Ich projekt wymyślony pod koniec XX wieku jest jak dotąd najlepszym wariantem nośnika.

14

Kolejny skok popularności kasety przypada na rok 1979. To wtedy japońscy inżynierzy z firmy Sony stworzyli Walkmana. Dzięki temu ludzie mogli zabierać swoją ulubioną muzykę na każdy spacer. Odtwarzacz był ogólnodostępny, przenośny i co najważniejsze – wygodny. Kaseta miała jeszcze jeden ogromny plus. Materiał zapisany na nośniku można było dość łatwo skopiować. To dzięki kasecie rozwinął się świat muzyki undergroundowej. Muzyczne „podziemie” było powiewem buntu i wolności, tak pożądanych u schyłku XX wieku. Syzyfowy kamień w końcu znalazł się na szczycie. Później świat zaczął być płaski Pomimo przełomowej roli kasety, nośnik ten miał kilka zauważalnych wad. Po pierwsze jakość dźwięku pozostawiała wiele do życzenia. Po drugie w miarę użytkowania nośnik ulegał zużyciu – taśma rozciągała się, przez co zapisany dźwięk stawał się coraz bardziej zniekształcony. Po trzecie – przewijanie. Odsłuchując muzykę z kasety, nie dało się wcisnąć przycisku „następny”. Pozostawały więc trzy rozwiązania: słuchać po kolei i czekać na interesujący nas kawałek, odtwarzać kasetę w przyśpieszonym tempie, aby znaleźć odpowiedni moment lub – co może najbardziej zadziwiać osoby wychowane w czasach komputerów – użyć ołówka i ręcznie przesunąć taśmę. Wszystkie te zabiegi, choć skuteczne, były dość uciążliwe i przyczyniały się do szybszego zużycia nośnika. Ułomności kasety sprawiły, że stosunkowo szybko została zastąpiona przez płytę CD. Ten nośnik opracowany przez firmy Philips i Sony po raz pierwszy pojawił się w 1982 roku w Japonii. Rok później dotarł do USA i Europy. Płyta kompaktowa wygrywała z kasetą pod kilkoma względami: była tania w masowej produkcji, miała większą pojemność i to nieszczęsne przewijanie… Ołówek w końcu przestał być potrzebny. Pierwszy album muzyczny wydany na płycie - „The


Visitors” zespołu ABBA - pojawił się już w 1982 roku. W Polsce na tzw. kompakcie jako pierwszy, sześć lat po ABBIE, został wydany album „Chopin-Tausig-Wieniawski”, zawierający nagrania koncertów Chopina i Wieniawskiego w wykonaniu Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Bałtyckiej. Pierwszym wyprodukowanym na płycie albumem muzyki rozrywkowej było „The Best of Urszula & Budka Suflera”. Czarna płyta Prace nad „analogiem” rozpoczęły się już na początku XIX wieku. Płytę w obecnej formie opatentował w 1887 roku Emil Berliner. Był on również twórcą, potrzebnego do odtwarzania płyt winylowych, gramofonu. Później nośniki były stale dopracowywane. Pierwsze załamanie popularności „analogów” nastąpiło wraz z pojawieniem się kaset. Kasety były wygodniejsze w użyciu, jednak za winylami przemawiała dużo lepsza jakość dźwięku. Kolejne starcie, z którego płyty analogowe nie wyszły już obronną ręką, przypadło na lata 80., kiedy na rynku pojawiły się pierwsze płyty CD. Obecnie winyle wracają do łask. Z pewnością nie zastąpią tanich i poręcznych płyt kompaktowych, jednak przez wielu wielbicieli muzyki, „analogi” uważane są za lepsze ze względu na głębię dźwięku.

Płyty? Nie masz internetu? W dobie internetu właściwie każdą piosenkę, album czy książkę możemy zdobyć za darmo za pomocą kilku kliknięć. Mnożą się strony z nielegalną muzyką. Przecież pliki z internetu nie są już czyjeś. Są nasze. „Ściąganie” przestało być synonimem kradzieży. Wciąż jednak są osoby, które odwiedzają sklepy czy giełdy z płytami. Dlaczego wolą płacić za coś, co mogą mieć za darmo, w dodatku bez ruszania się sprzed komputera? Powodów jest kilka. Pierwszą jest sama przyjemność z trzymania w rękach fizycznego nośnika. Plik komputerowy to zlepek kilku bitów, album muzyczny natomiast to nie tylko nagrania. To także m.in. oprawa graficzna, która tworzy z muzyką spójną całość. Oprócz tego do każdego wydawnictwa dodawana jest „książeczka”. A w niej… no właśnie. W środku można spodziewać się wszystkiego: tekstów piosenek, historii związanych z powstawaniem albumu. Czasem plakatu. Czasem kilku zdań, które zespół chciałby przekazać odbiorcy. Czasem po prostu podziękowań za zakup. Tak samo, jak piekarz zarabia na chlebie, tak muzycy zarabiają na sprzedaży płyt. „Oczywista oczywistość” chciałoby się powiedzieć. Kupowanie płyt jest wyrazem uznania dla tego, co tworzą artyści, formą podziękowania i docenienia pracy. Zazwyczaj większa część zysków ze sprzedaży płyt i zespołowych gadżetów jest przeznaczana na nagranie kolejnej płyty. Jak twierdzi Zbyszek Bieniak, wokalista zespołu Jary OZ: „Jeśli chcesz być muzykiem na poziomie, to musisz robić tylko to. Nie możesz wracając z pracy, przy okazji chwilę pograć. To nie działa”. Choć, parafrazując Williama Faulknera, podobno „artysta długo może żyć z pieniędzy, których się spodziewa”.

15


Upłynęło już pół wieku od tragicznych wydarzeń przy Cielo Drive w Beverly Hills. Pamiętne po dziś dzień morderstwo Sharon Tate i jej przyjaciół zakończyło raj panujący w Hollywood przez niemal całe lata sześćdziesiąte. Świat się zmienił, a gwiazdy filmowe i ich pracodawcy zdali sobie ostatecznie sprawę, że oto skończył się okres niewinności i bezpieczeństwa, jakim tak długo mogli się cieszyć. Obudzili się z pięknego i błogiego snu. Snu, który mógłby trwać jeszcze długo, ku uciesze wszystkich miłośników kina, z samym, sześcioletnim wówczas Quentinem Tarantino na czele. „Pewnego razu… w Hollywood” to wyrażenie jego namacalnej wręcz tęsknoty za tym brutalnie przerwanym okresem. Lądujemy na ulicach Los Angeles, w cieniu charakterystycznego napisu na zboczu góry Lee, obserwując mozolne zmagania duetu Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio) i Cliffa Bootha (Brad Pitt) z ich powoli przygasającą karierą w przemyśle filmowym. Pierwszy z nich, z uwielbianego przez publikę aktora przeistacza się w relikt minionych hitów, zarabiając na utrzymanie swojej chatki z basenem poprzez granie w pilotach kolejnych seriali wątpliwej jakości. Drugi natomiast nie tylko wyręcza go od brudzenia sobie rączek w scenach kaskaderskich, ale również robi mu za szofera, ogrodnika i towarzysza do butelki. Jako typowi mieszkańcy Beverly Hills toną nie tylko w alkoholu, papierosach oraz wydatkach, ale i wspomnieniach swoich poprzednich osiągnięć, nie potrafiąc dostosować się do nieubłaganych zmian. Praca na planie włoskich podróbek westernów, pojawiający się dookoła hipisi, brak interesujących ofert ról do zagrania to tylko część ich problemów. Po drugiej stronie ulicy mamy natomiast Margot Robbie jako kontrastującą z pozostałą dwójką głównych bohaterów Sharon Tate, wraz z mężem Romanem Polańskim (obecny zaskakująco często Rafał Zawierucha) cieszącą się beztroskim życiem w słonecznej Kalifornii. Tarantino wrzuca te postacie do magicznego i bajkowego świata, odzwierciedlając najdrobniejsze detale niegdysiejszego Hollywood z pedantyczną wręcz dokładnością. To tutaj możecie wpaść w barze na producenta Marvina Schwarza, wdać się w bijatykę z pyszałkowatym Brucem Lee na planie zdjęciowym albo obejrzeć 16


w kinie film obok Sharon, siedzącej gdzieś z boku na sali, z bosymi stopami wyłożonymi na przedni fotel. Reżyser nie stara się tworzyć, a raczej pragnie zrekonstruować idylliczne wspomnienie Fabryki Snów, pełnej życia, kolorów i rysowanych jeszcze odręcznie plakatów. Dawno miniona utopia, przywołująca na myśl małe miasteczko, w którym żyje się w pogoni za rolą. Sielankowy cyrk, gdzie każdy stara się skupić na sobie uwagę na kilka ulotnych chwil, by zapaść w zbiorowej pamięci odbiorców i historii popkultury. „Pewnego razu… w Hollywood” jest więc buntem przeciwko zmianom, jakie nieuchronnie musiały nastąpić po 9 sierpnia 1969 roku. To odrealniona bajka o dawno minionej rzeczywistości, historia przedstawiana nie za pomocą wartkiej akcji, tak często obecnej w dziełach Tarantino, ale poprzez słowa i obrazy. Niektórzy może poczują się zawiedzeni, nie doświadczając na ekranie hektolitrów posoki, stanowiących często ulubione źródło przekazu twórcy Kill Billa. Pozostali natomiast docenią ten jakże odstający od poprzedniej twórczości reżysera obraz, bardziej humorystyczny, stonowany i spokojny, aczkolwiek nadal wpisujący się w charakterystyczny styl jego prywatnego filmowego uniwersum. Uwielbienie i miłość do kina uderzają w nas w każdej scenie, w każdym kadrze, błagając i prosząc, by Hollywood mogło pozostać takim, jakie jest, nadal karmiąc swoich mieszkańców marzeniami i radosnymi pragnieniami. Pozostaje jedynie żałować, że to życzenie nie mogło być spełnione.

Wszyscy jesteśmy

„Chłopcy dla odwagi tupią głośno. Jak wojsko. Tłum kroczył pewnie, dając wyraźnie do zrozumienia, że wie, po co tak tupie. Tupie, bo ma nadzieję, że jakoś to jednak będzie”. Wszyscy tupią. Oprócz dwojga dorosłych – Borysa i Niety – bohaterów debiutu prozatorskiego Tomasza Organka. „Teoria opanowywania trwogi” wydana przez W.A.B. to opowieść drogi. 39-letni Borys to mężczyzna, który większość czasu spędza na rozpamiętywaniu swoich życiowych niepowodzeń, a jego głównym celem jest unikanie dorosłości. Poczucie bezsensu i braku kontroli nad życiem sprawia, że Borysowi wystarczy przetrwanie. Beznadziejny, statyczny świat mężczyzny burzy spotkanie z Nietą – jego arogancką byłą dziewczyną. Nieta zawsze nosi głowę wysoko. Zawsze wie, co powiedzieć. I nigdy nie traci panowania. Kiedy Borys godzi się towarzyszyć Niecie w podróży do Wolina na pogrzeb jej ojca, nie jest jeszcze świadom, jak bardzo życie może zmienić się w ciągu kilku godzin. Zwykła trasa na północ Polski przeistacza się w podróż pełną strachu i niespodziewanych zwrotów akcji. Podczas tej wycieczki życie Borysa przestaje być statyczne. A Nieta traci kontrolę.

jak mali chłopcy

Tytuł powieści nawiązuje do teorii opracowanej przez Jeffa Greenberga, Sheldona Solomona i Thomasa Pyszczynskiego. Zakłada ona, że ludzi do życia motywuje trwoga, która wyrasta ze świadomości nieuniknionej śmierci. Nieta nie czuje trwogi. Borys nie czuje motywacji. Wspólne godziny spędzone w samochodzie to czas kłótni i refleksji. „Teoria opanowywania trwogi” to połączenie ordynarnej „Wojny polsko-ruskiej” Doroty Masłowskiej, strumieni świadomości w stylu Virginii Woolf i egzystencjalnych rozważań Olgi Tokarczuk. Organek nie boi się bawić słowem i tworzyć kuriozalnych metafor. Za sprawą błyskotliwych żartów językowych cały wywód epatuje elokwencją. Z drugiej strony dzięki temu, że używa języka prostego, często naszpikowanego wulgaryzmami, opowieść staje się bardziej „ludzka”. Pierwsza powieść Tomasza Organka to historia zwykłego człowieka. Każdy może odnaleźć w zachowaniu i myślach głównych bohaterów cząstkę siebie. Autor poprzez opowieść próbuje odpowiedzieć na pytanie, co zrobić, żeby nie popaść w monotonię i beznadzieję. Żeby nie przeleżeć całego życia „gębą do ściany, a dupą do świata”. - Oliwia Kopcik

17


Marnotrawstwo żywności, czyli

nasze zbiory spożywcze Ewa Mazurkiewicz

235 kg. To dla ciebie dużo czy mało? 235 kg to tyle, ile waży dorosły samiec lwa i dwa dorosłe pingwiny cesarskie. Trudno sobie wyobrazić tę dwójkę obok siebie? Idźcie do zoo albo do kosza na śmieci statystycznego Polaka, bo tyle właśnie żywności marnuje rocznie.

Zjawisko marnotrawstwa zostało zdefiniowane przez FAO. W opracowaniach można spotkać się z określeniem Food Loss & Waste, czyli stratami i marnowaniem żywności. Warto podkreślić, że jest to problem krajów wysokorozwiniętych. W takich krajach ludzie mają większą dostępność, większy wybór i często kupują więcej, niż potrzebują, na co wskazują też liczne badania i raporty. Dlaczego to robimy? Wśród przyczyn wyrzucania żywności na pierwszym miejscu najczęściej wskazuje się na przegapienie terminu przydatności do spożycia (29 proc.) i zbyt duże zakupy (20 proc.). Często Polacy powołują się na ich wspomnienia z czasów PRL-u, kiedy to nie było jedzenia. Teraz kiedy w sklepach wszystkiego jest pod dostatkiem, można “magazynować” produkty. Jednak po 30 latach od upadku komunizmu trudno bronić tych czynności. Do za dużych zakupów przyczynia się fakt, że kupujemy wzrokiem. Kryteria estetyczne odnoszące się do akceptowalności żywności, która wizualnie odbiega od normy z powodu niedoskonałości wizualnych - takich jak niestandardowy kształt, kolor lub nieznaczne uszkodzenie, przyczynia się do marnotrawstwa.

18

Jak to wygląda w liczbach? 42 proc. Polaków przyznaje, że zdarza im się wyrzucać żywność, 35 proc. z nich robi to kilka razy w miesiącu. W stosunku do lat ubiegłych liczba osób, którym „zdarza się wyrzucać żywność” wzrosła. W 2017 r. takiej odpowiedzi udzieliło 34 proc. badanych, a w 2016 r. – 31 proc. Liczby te mogą wydawać się niezagrażające. Jednak marnotrawstwo żywności dalej jest tematem tabu i ludzie nie przyznają się do tego chętnie. Bo kto nigdy nie wyrzucił zeschniętej rzodkiewki czy nie wylał zepsutego mleka? Ważne jest, żeby świadomie kupować produkty, ponieważ to najczęściej wyrzucane artykuły spożywcze to pieczywo, owoce, wędliny i warzywa. W internecie znajdziemy bardzo dużo badań i raportów, dzięki którym możemy zobaczyć, jak to wygląda na skalę krajową i światową. Na świecie marnuje się rocznie 1,3 mld ton żywności rocznie (wg raportu FAO z 2013 roku), co stanowi 1/3 żywności przeznaczonej do spożycia. Czyli wyrzucamy co trzecie jabłko do kosza. Szacuje się, że taka ilość mogłaby wystarczyć na wyżywienie całej Polski przez 66 lat. W naszym kraju co roku marnuje się około 9 mln ton żywności. Gdy mówimy o zjawisku marnotrawstwa żywności, nie mamy jedynie na myśli tego, co wyrzucamy jako konsumenci, ale również to, czego nie sprzedają i następnie wyrzucą sklepy. To również żywność, którą marnują restauracje, hotele oraz to, co fabryki i rolnicy tracą na skutek problemów z uprawą, np. chorobą roślin, suszą. Istnieje także różnica pomiędzy krajami rozwiniętymi a krajami rozwijającymi się. Ludzie mieszkający w krajach bogatych marnują średnio od 95 do 115 kg żywności na osobę rocznie, podczas gdy w krajach uboższych ilość marnowanej żywności wynosi przeciętnie od 8 do 11 kg rocznie na osobę.


Jak to oddziałuje na świat? Rocznie z powodu wyrzucanej na świecie żywności trafia do atmosfery 3,3 miliarda ton gazów cieplarnianych. To tyle, ile w tym samym czasie emituje cały przemysł Unii Europejskiej. Wyrzucanie tak dużej ilości jedzenia skutkuje w nasileniu wydzielaniem do środowiska metanu, co powoduje wzrost temperatury na Ziemi. Wynikiem tego mogą być susze, powodzie oraz ograniczona podaż wody słodkiej, co może wywołać poważny kryzys w rolnictwie. To z kolei może skutkować, i już skutkuje, podwyżką cen produktów. Co roku na świecie do produkcji żywności, która potem jest wyrzucana, zużywa się 250 bilionów litrów wody. To 14 razy więcej niż mieszczą w sobie wszystkie jeziora w Polsce. Jak to zmienić? Głównym powodem wyrzucania artykułów spożywczych jest ich nieświeżość bądź zepsucie. Stają się wtedy dla nas bezwartościowe, dlatego przeważnie trafiają do kosza, a potem na wysypiska. Nie, to nie jest próba popularyzacji jedzenia zepsutej żywności (wręcz odradzanie tego), a raczej zwiększenia świadomości nas wszystkich. Ceny produktów i tak rosną, a sprawdzenie lodówki i szafek, żeby dowiedzieć się, co w nich mamy, a czego nie, nie zajmuje dużo czasu. Najlepiej zrobić listę, na spokojnie, w domu. Będąc w sklepie ze spisanymi konkretnymi produktami, łatwiej pozostać tylko przy nich i oprzeć się wszelkim promocjom. Nasze portfele, i kiedyś świat, mogą nam za to podziękować. Bardzo ważne jest, by pokazywać dobrym przykładem, jak postępować, wyrabiać dobre nawyki, bo to, co jest najtrudniejsze, to właśnie zmiana nawyków, to odmówienie sobie zakupu danego produktu, gdy dwa takie same są już w domu. Warto też zastosować kilka prostych trików, które pomogą zachować na dłużej świeżość produktów. Na przykład pomidor zdecydowanie woli temperaturę pokojową - zimno lodówki przyspiesza jego psucie i zmienia smak. Jeśli zdarzyło Ci się kupić za dużo pieczywa, zamroź je. Zapisuj na opakowaniach produktów datę ich otwarcia. Dzięki temu wiesz, do kiedy dany produkt nadaje się do spożycia. Używaj szklanych pojemników na żywność, ponieważ te nie wchodzą w interakcję z żywnością. Żyjemy w czasach pełnych rozbieżności. Niektóre są cudowne, jak to, że w jednym miejscu stała temperatura wynosi -40 stopni, a gdzie indziej jest ona o nawet 80 stopni wyższa. Tragiczną rozbieżnością jest fakt, że dwa miliardy ludzi na świecie dalej cierpi z powodu niedożywienia. Kiedy my wyrzucamy jedzenie, ktoś inny, nie tak daleko od nas, walczy o przeżycie, myśląc, czy jutro będzie miał szansę cokolwiek przełknąć.

19


Ucz się sprytniej, czyli o efektywnych sposobach nauki Natalia Nitarska

20

Mnemotechniki to skuteczne sposoby na poprawę pamięci. Nie wpływają tylko na szybkość zapamiętywania informacji, ale przede wszystkim sprawiają, że jesteśmy w stanie zapamiętać je na dłużej. Dzięki nim przyswojone informacje są w stanie realnie nam posłużyć nie tylko podczas testu, ale również za kilka lat, kiedy naprawdę będziemy ich potrzebować. Warto zatem zapoznać się z ich szerokim wachlarzem i wdrożyć do swojej nauki choć kilka z nich!


W procesie zapamiętywania i przetwarzania informacji udział biorą obie półkule, zatem procesy te są efektywniejsze, gdy obydwie półkule są stymulowane. Struktury lewej półkuli są odpowiedzialne za procesy analityczne, myślenie logiczne i czynności techniczne. Prawa zaś półkula zajmuje się procesami kreatywnymi i przetwarza bodźce wizualne czy słuchowe. Kilka mniej lub bardziej popularnych rodzajów mnemotechnik opisał bardzo szczegółowo Radosław Kotarski w swojej książce “Włam się do mózgu”, wydanej nakładem założonego przez Kotarskiego wydawnictwa Altenberg. Autor na własnej skórze postanowił przetestować większość opisywanych technik i jesienią 2016 roku podjął się niebywałego wyzwania, jakim miało być nauczenie się jednego, wylosowanego przez żonę spośród 24, języka w jedyne 6 miesięcy. Padło na szwedzki i już po pół roku udało mu się z powodzeniem zdać na poziomie średniozaawansowanym egzamin znajomości języka szwedzkiego Swedex. To jednak nie wystarczyło i oprócz tego, że dalej uczył się szwedzkiego, postanowił jeszcze dzięki opisywanym przez siebie technikom nabyć jakąś umiejętność praktyczną. Niewiele później udało mu się zostać certyfikowanym polskim sędzią konkursów piwnych (PSPD), a później sędzią międzynarodowym (BJCP). Te osiągnięcia pokazują, że wbrew powszechnej opinii efektywne uczenie się jest możliwe w każdym wieku. Jak wiadomo, człowiek uczy się całe życie, więc warto ten proces usprawniać! Pierwszą techniką proponowaną przez autora jest technika ciekawskiego dziecka. Polega ona na zadawaniu dodatkowych pytań na temat każdej nowo poznanej informacji tak, by wydawała się ona jak najbardziej racjonalna. Pytamy o to “Dlaczego?”, “Jak?”, “W jakim celu?”, by zakotwiczyć informację w mózgu. Pytania nie powinny być zbyt trudne, a odpowiedzi na nie powinniśmy znać lub móc znaleźć je w naszych materiałach do nauki. Aby tak się stało, nie powinniśmy pytaniami odbiegać zbyt mocno od tematu, który musimy przyswoić. Według badania opublikowanego w “Journal of Research in Science Teaching” w 2010 roku, uczniowie wybierający metodę ciekawskiego dziecka uczyli się tego samego materiału tylko 4 minuty dłużej niż ci, którzy materiał przyswajali przez jego kilkukrotne

przeczytanie (jednym nauka zajęła 32, a drugim 28 minut). Różnica jest mała, a niewiele później udowodniono, że wiedza przyswojona metodą ciekawskiego dziecka została z uczniami na dłużej. Kolejną ciekawą metodą nauki, którą warto wcielić w życie, jest metoda testu zderzeniowego. Jego właściwości dobrze opisuje eksperyment, który w 2006 roku przeprowadzili badacze Jeffrey Karpicke i Henry Roediger. Studentów podzielono na dwie grupy i przeprowadzono dwie sesje nauki. W pierwszej sesji obie grupy studentów miały za zadanie przeczytać i przyswoić tekst. Podczas drugiej sesji nauki pierwsza grupa dostała szansę na ponowne przeczytanie i przyswojenie tekstu, a drugą czekał test ze znajomości jego treści. Następnie sprawdzano wiedzę uczestników 5 minut, 2 dni i tydzień po zakończeniu nauki. Co ciekawe, grupa, która mogła przeczytać tekst dwukrotnie, a pozbawiona była dodatkowej próby sprawdzenia swojej wiedzy, poradziła sobie lepiej tylko za pierwszym razem. Po upływie dłuższego czasu druga grupa uzyskiwała znacznie lepsze wyniki. Późniejsze badania również potwierdziły, że próby przywołania zakodowanych informacji z pamięci pozwalają lepiej i na dłużej zapamiętać informacje. Następnym razem, zamiast czytać po raz kolejny ten sam tekst, spróbujcie sami zadać sobie na jego temat pytania. Co ważne, metoda ta działa, nawet jeśli nie uda wam się od razu udzielić poprawnej odpowiedzi na zadane pytanie. Inną metodą, a raczej wskazówką, jest zmiana miejsca nauki. Uczenie się w różnych miejscach pozwala informacji zakorzenić się w różnych kontekstach i tym samym zostać z wami na dłużej. Czasem wystarczy zwykłe wyjścia na balkon czy do kawiarni, pod warunkiem, że nie przeszkadza wam hałas. No właśnie, a jak to jest z uczeniem się w hałasie lub przy akompaniamencie muzyki? Nie dowiedziono jednoznacznie, że nauka w ciszy ma wpływ na efekty. Co jednak zauważono, to to, że takie same warunki podczas nauki i podczas testu sprzyjają lepszym wynikom. Jeśli zatem badanym puszczono podczas testu tę samą muzykę, przy której wcześniej się uczyli, faktycznie osiągali oni lepsze wyniki. To samo dotyczyło nauki w ciszy i w hałasie. Jeśli zatem wiecie, że podczas testu na sali prawdopodobnie będzie panować cisza, to najlepszym

rozwiązaniem będzie nauka w ciszy. Według mnie najbardziej interesującą prezentowaną w książce metodą jest metoda pałacu pamięci. Polega ona na tym, żeby wybrać jakieś miejsce, które dobrze znamy i swobodnie się po nim poruszamy, na przykład rodzinny dom. Następnie w poszczególnych pomieszczeniach domu umieszczamy przedmioty, które kojarzą nam się z zapamiętywanymi informacjami. Im bardziej zabawne skojarzenia przychodzą nam do głowy, tym lepiej. Ważne jednak, aby były one jednoznaczne. Później, kiedy potrzebujemy zapamiętane informacje przywołać, po prostu idziemy na wirtualny spacer po domu, oglądając wszystkie przedmioty, które tam się znajdują i dzięki temu przypominając sobie zapamiętane informacje. Inna wersja tej samej metody nie wymaga zakorzeniania informacji w istniejącym już miejscu. Podobny skutek przyniesie, gdy wymyślimy je od podstaw lub stworzymy zwykły wierszyk czy rymowankę. To tylko kilka z metod efektywnej nauki przedstawionych w książce “Włam się do mózgu”. Zarówno te najciekawsze, jak pałac pamięci, i te najprostsze, jak zmiana miejsca nauki, są warte wykorzystania i mogą pomóc wam nie tylko lepiej się uczyć, ale też przełamać naukową rutynę. Październik to świetny moment, aby wprowadzić w życie nowe postanowienia, a jednym z nich z pewnością powinna być efektywna, systematyczna nauka. I właśnie tego na nowy rok akademicki wam życzę! Na podstawie książki “Włam się do Mózgu” Radosława Kotarskiego 21


Karolina Machnik

Z każdym rokiem naszego życia przychodzi więcej obowiązków. Coraz więcej musimy pamiętać. Na studiach zaczynamy odczuwać pierwsze początki dorosłego życia. Często studiujemy też w innym mieście, niż się wychowaliśmy i teraz to my musimy zadbać o, chociażby, czyste ubrania. Do tego dochodzą obowiązki związane z uczelnią, nauka, projekty. Tutaj z pomocą uporządkowania tego dorosłego chaosu mogą przyjść listy zadań. Jak z nich korzystać, aby wyciągnąć jak najwięcej? Teoretycznie wydaje nam się, że nie ma nic trudnego w stworzeniu takiej listy. Bierzemy kartkę papieru lub otwieramy aplikację „Notatki” w telefonie i piszemy, co mamy zrobić, i już. Owszem, to jest takie proste. Jednak pojawia się parę tricków i zasad, które mogą sprawić, że taka lista będzie bardziej pomocna. Zaczniemy od samego początku stworzenia listy. Bierzemy kartkę, telefon lub inne narzędzie, gdzie chcemy utrwalić ww. listę. Zapisujemy wszystko, co wpadnie nam do głowy, każde zadanie, o którym musimy pamiętać. Prawdopodobnie na początku lista będzie składać się z ogólnikowych rzeczy, jak na przykład napisanie pracy licencjackiej czy też wykonanie projektu zaliczeniowego lub, odbiegając od studiów, poprawienie kondycji. Na tym etapie nie ma to znaczenia, czy nasze punkty będą bardziej lub mniej sprecyzowane. To ma być tylko wstępny zarys. Gdy już sporządzimy listę, zabieramy się za tak zwane rozbijanie zadań. Powiedzmy, że w naszej liście znalazł się punkt: Poprawić kondycję. Teraz rozbijamy go na mniejsze cele, może to być używanie schodów zamiast windy, roweru zamiast komunikacji miejskiej, treningi kardio oraz wiele innych. W ten sposób patrząc na listę, łatwiej będzie nam wykonać dane zadanie. Nie będzie aż tak przytłaczające. Mając podane konkretne zadania, wiadomo, od czego zacząć. Jesteśmy w stanie chętniej je wykonać, niż gdy punkt jest zbyt ogólny. Przydatne może być też ustalanie priorytetu kolejnych zadań. Najpierw najlepiej wykonać te, które są dla nas najważniejsze. Warto pamiętać o tym, że nie we wszystkim będziemy mogli dać z siebie 100 procent. Byłoby to bardzo wyczerpujące i szybko by zniechęciło. Przypisanie zadaniom skali ważności ułatwi umieszczenie ich pod względem kolejności. Można też na początku umieścić te “najcięższe” i bardziej pracochłonne, ponieważ gdy od nich zaczniemy, to reszta nie będzie już takim problem, a my będziemy mieć satysfakcję oraz ulgę, że czekają nas już tylko łatwiejsze. 22

Dobrym krokiem w tworzeniu takiej listy będzie spojrzenie na nią pod względem realnego czasu, w jakim zrobimy daną rzecz. Każdy osobny cel będzie wymagał innego nakładu czasowego. Gdy ustalimy, ile go potrzebujemy na konkretne zadanie, łatwiej też będzie umieścić je w naszym dniu. Dodatkowo dobrze jest skorzystać z pomocy minutnika i założyć przykładowo, że poświęcamy godzinę na zrobienie czegoś i w tym momencie staramy się skupić na tej jednej rzeczy bez rozpraszania naszej uwagi. Czasami zdarza się, że coś, co moglibyśmy zrobić w przykładową godzinę, wykonujemy przez 4. Przydatna jest też metoda pomodoro, gdzie rozkładamy naszą pracę na 25-minutowe sesje, po czym robimy 5-minutową przerwę na zrobienie herbaty czy wyprostowanie nóg. Dla osób, które do wszystkiego podchodzą perfekcyjnie, ważniejsze będzie skupienie się na konkretnych celach które są po drodze, niż na końcowym efekcie. Jeśli będziemy chcieli być w stanie przebiec 10 km to bez satysfakcji z przebiegnięcia 2 km, ciężko będzie osiągnąć ten cel. Przyjemność powinna płynąć też z całego procesu, który doprowadzi nas do celu. Gdy masz już gotową listę, możesz zacząć działać. Pamiętaj, że nikt nie będzie cię z niej rozliczać, ma być ona dla ciebie pomocą. Jednego dnia może nie uda się zrobić wszystkiego, co zaplanowałeś, jednak nie ma w tym nic złego. Będzie to cenna informacja, żeby następnym razem dać na listę mniej rzeczy. Zadania, których nie zrobiłeś, przenieś na inny dzień. Gotowe. Twoja osobista lista zadań skończona. Możesz teraz zabrać się za jej wykonanie. Stworzenie listy nie jest więc niczym trudnym, jednak trzeba pamiętać o paru krokach, które ułatwią korzystanie z niej. Moim pierwszym punktem dzisiejszej listy było napisanie tego artykułu, a jaki jest twój?


Zbiór wydarzeń Jeszcze więcej wydarzeń znajdziesz na academica.org.pl

4/10

Closterkeller Klub Zaścianek

5/10

The Best of Ania Dąbrowska Klub Studio

6/10

11/10 12/10 13/10 15/10 16/10

Artur Andrus Sokratesa 18

15/11

Klub Studio

TZN XENNA + Deuter + Do Góry Nogami Klub Zaścianek

Stare Dobre Małżeństwo Klub Studio Zenek Kupatasa + Pull The Wire Klub Zaścianek

Clock Machine Klub Studio

16/11

MiniFestiwal Kabaretu Hrabi

17/11 18/11

Lao Che Klub Studio IRA Klub Studio

Cellar Darling Klub Zaścianek

19/11

23/11

29/11

27/10

Mortiis Klub Zaścianek

8/11 9/11

The Analogs Projekt Pudło

+ Aggressive + Zimna Wojna

Klub Zaścianek

Swallow The Sun + Oceanwake + October Tide

Klub Zaścianek

LemON Akustycznie Klub Studio Abelard Giza Piniata

Klub Studio

Klub Zaścianek

Abelard Giza Piniata

Reakcja Pogańska

Klub Zaścianek

The Dumplings Klub Studio

7/12

Klub Studio

Ta Droga - the best of

PRZYKRO MI

26/10

29/10

Marcin Styczeń

Percival Schuttenbach

4/12

Materia The Rising tour 2019

Enclose Klub Zaścianek

Klub Studio

Stand Up Night: Jachimek/ Królczyk/Błachnio/Wojciech Klub Zaścianek

+ Drown My Day + Heresy Denied I Was Born Twice

Paweł Domagała Klub Studio

+ Motorjesus + Dynamite

Klub Studio

19/10

Klub Studio

Mustasch Killing It for Life Tour

Wady i Waszki

18/10

Wśród Gwiazd

Klub Zaścianek

Cyrkuśniki

Klub Studio

Grupa MoCarta

Coma Klub Studio

MiniFestiwal Kabaretu Hrabi

Sasha Boole Klub Gwarek

25/10

12/11

Daria Zawiałow Helsinki tour vol.2

Klub Studio

Kabaret Młodych Panów To Jest Chore

Klub Studio

APTEKA Klub Zaścianek

14/12

Bednarek Klub Studio

15/12

Nocny Kochanek Klub Studio

16/12

Árstíðir Klub Gwarek

20/12

Prawda + Leśne Ludki + Pijacka Banda + Punk Brothers

21/12

Drownfest#6: Drown My Day, Tester Gier + goście!

Klub Zaścianek

Klub Zaścianek

23


24


25


26


27


28


29


+/- 3842 m

Ostra Hora

Pikuj

Równa

81 km

Bojko Trail Jakub Szewczyk

Jest taka impreza, która przyciąga biegaczy zarówno z Polski, jak i z Ukrainy - do malutkiej wioski Żdenijewo w Obwodzie Zakarpackim. Pierwszy raz usłyszałem o niej w zeszłym roku, kiedy trailowe środowisko obiegły zdjęcia i komentarze śmiałków biorących udział w pierwszej edycji Bojko Trail - “Ultramaratonu pełnego magii” (organizator). W owym czasie moja biegowa dyspozycja była równie dobra, co stan wątroby większości uczestników finałowego koncertu juwenaliowego. Mogłem więc na chwilę zachwycić się tymi relacjami, pokiwać głową z uznaniem i wrócić do roztrwaniania resztek tego, czego już nie można było nazwać formą sportową. Z biegiem czasu powróciłem małymi kroczkami do regularnych treningów i znowu zacząłem pojawiać się w górach. Kiedy poziom wydolności powoli doganiał poziom ego, zacząłem rozglądać się za ewentualnym startem docelowym w nowym sezonie. Szybko przypomniałem sobie piękny obraz krwistoczerwonego wschodu słońca nad ukraińską połoniną.

30

Jest wieczór 4 lipca 2019 r., usiłujemy przekro- “robienie zdjęć”. Biorąc pod uwagę stan asfaltu czyć słowacko-ukraińską granicę. Niestety, kap- (a właściwie jego brak), słusznie stwierdzamy, suła czasu zabiera nas do czasów, które osobiście że przejechanie ostatnich 40 km trasy zajmie znam tylko z opowieści. Przy odprawie celnej nam jeszcze bardzo dużo czasu. Docieramy do tracimy 3 godziny. Gdyby ktoś mi wtedy po- hotelu, który od bazy zawodów oddalony jest wiedział, że w drodze powrotnej będziemy tam zaledwie o 20 km, jednak w tych warunkach ta tkwili 2 razy dłużej, pewnie bym się ucieszył, że odległość stanowi poważne wyzwanie logistyczposzło bardzo sprawnie. Po wjeździe na teren ne. Tym będziemy martwić się jutro, natomiast Ukrainy widzę wyraźnie, że moja wyobraźnia dzisiaj pijemy piwo. Właściciel pokazuje nam jest mocno ograniczona. Widzę to, ponieważ zdjęcia swoich dzieci, zdaje relację z ostatniego konfrontuję swoje wyobrażenia na temat ukra- wakacyjnego wyjazdu, a następnie opowiada ińskiej prowincji z rzeczywistością. A rzeczywi- nam o tym, jak służył na wojnie. Tak, chodzi stość wygląda następująco: w ostatnich promie- o wojnę, która toczy się na wschodzie Ukrainy. niach światła zachodzącego słońca obserwujemy Wojna, w której został postrzelony w brzuch konie, które dziko przebiegają przez rzekę, i ledwo uszedł z życiem, co również potwierdza, a później przez drogę, na której się znajduje- pokazując zdjęcie ze szpitala. W głowie coraz my. Z drewnianych okiennic starych wiejskich głośniej dudnią mi dwa słowa, którymi opisuje chat wydostaje się żółte światło świec i żarówek, zastaną sytuację: inna rzeczywistość. Później pomimo iż domownicy wciąż stoją na polach pokazuje jeszcze dwa karabiny, z których jeden i dokańczają swoją codzienną ciężką pracę przy wozi w samochodzie, a drugi trzyma na parterze gospodarstwach. Po przejechaniu kilkunastu budynku, ale to już historia na inną opowieść. kilometrów przestajemy zatrzymywać się na Inna rzeczywistość.


Jest piątkowy wieczór, 5 lipca. Zawodnicy z trasy 150 km ruszają, a ja zaczynam się przygotowywać do swojego startu, do którego zostaje jeszcze kilka godzin. W tym momencie rozpoczyna się potężna burza, a ja po sprawdzeniu obowiązkowego wyposażenia i przygotowaniu ubrań próbuję zasnąć. To po prostu nie może się udać i dlatego spędzam 4 godziny, leżąc w bezruchu, starając się wyciszyć. Zasypiam na kilkanaście minut przed tym, jak rozlega się ulubiony dźwięk, czyli budzik. Wjeżdża Monster i lekkie śniadanie, po którym ubieram się i wychodzę do samochodu. Jedziemy ciemną nocą, słuchając tego, co mam dostępne offline na swoim koncie Spotify, czyli w znacznej większości tzw. guilty pleasure. Przynajmniej burza się skończyła. Na starcie jestem jako jeden z pierwszych i nawet na 5 minut przed ostatecznym odliczaniem wszystko wygląda, jakby zostało jeszcze bardzo dużo czasu, ale ostatecznie zbiera się całkiem pokaźna grupa masochistów. Ustawiamy się do zdjęcia i stajemy na linii startu: десять, дев'ять, вісім, сім, шість, п'ять, чотири, три, два, один ! Jest 4:00, sobota, 6 lipca. Zaczynamy przygodę. Pierwszy, bardzo krótki płaski odcinek i zaraz po nim podejście na Pikuj - najwyższy szczyt Bieszczad (1408 m n.p.m.). Idę swoje, tak jak zakładałem, bez specjalnej napinki i jeden po drugim wyprzedzam zawodników, którzy wcześniej wyrwali się do przodu. Tempo wydaje mi się bardzo luźne, dlatego wchodząc na grań szczytową, z której został już tylko kawałek do wierzchołka, pytam ustawionego tam fotografa: “dużo ich już Cię minęło?”, na co on odpowiada zdziwiony: “jesteś siódmy, napieraj”. Jakby tego było mało, w ciągu dwóch minut wyprzedzam grupę 4 zawodników i ze skomplikowanych obliczeń wynika, że biegnę, póki co na trzecim miejscu. Ze względu na fantastyczne warunki i szeroką ścieżkę, czuję się, jakbyśmy szybowali nad połoniną. Łapiemy pierwsze promienie wschodzącego słońca, które koloruje trawiaste stoki i skaliste wierzchołki na pomarańczowo. Widok zapiera dech w piersiach, nie ma się więc co dziwić, że na tym odcinku ustawiło się kilku fotografów. Do pierwszego punktu kontrolnego (po 21 km) dobiegam jako 8 zawodnik, ponieważ dogoniła mnie mocna grupa 5 biegaczy i z nimi postanowiłem się trzymać. Tworzymy bardzo egzotyczną mieszankę, co wyjdzie w praniu podczas rozmów na kolejnych kilometrach trasy. Wszyscy zgodnie stwierdzamy, że to najpiękniejszy lub jeden z najpiękniejszych biegów, w jakich dane nam było brać udział. Zbiegamy w kierunku doliny i zaczyna się pierwszy problem, czyli odcinek ze słabym oznakowaniem trasy. Nie pomaga nawet track (ślad GPS) wgrany do zegarka, ponieważ w tak dzikim terenie dokładność do kilkunastu metrów jest niewystarczająca. Błądzimy i dokładamy trochę dodatkowych metrów, jakby nam było mało,

jednak nie opuszcza nas dobry humor. Zbliżamy się do połowy trasy i w tym momencie czuję, że pora zwolnić, ponieważ zdecydowanie odstaję poziomem od grupy, z którą biegnę. Drugi punkt kontrolny w Dolinie Roztoki. Od teraz obiecuję sobie, że już na pewno nie porwę się z motyką na słońce, bo to ostatnia szansa, żeby dociągnąć świetny wynik na mecie. Kolejne długie podejście tego dnia - na Wielki Wierch (1309 m n.p.m.), pokonuję samotnie, a po drodze wyprzedza mnie 4 biegaczy, którzy na tym odcinku napierają dużo mocniej. Gdy znajduję się na Połoninie, witają mnie setki małych brązowych motylków, które korzystają z okazji na darmowy transport i obsiadają mnie prawie całego, nawet na twarzy. Dopóki idę pod górkę, walka z nimi nie ma sensu, odpuściły sobie dopiero, kiedy zbiegając ze szczytu, rozpędziłem się do prędkości, przy której nie potrafiły się już na mnie utrzymać. Dobiegam do punktu trzeciego (50 km), tankuję izotonik i otrzymuję informację, że dwóch pierwszych zawodników zeszło z trasy, natomiast do mocnej grupy, którą zostawiłem podobno mam niewielką stratę. Nie wolno mówić takich rzeczy chłopakowi z przerostem ambicji, który zakładał przed zawodami, że sukcesem będzie ukończyć bieg, a teraz chce powalczyć o miejsce w top 5. Byczek zaczyna szarżować na widok czerwonej płachty. Tracę nad sobą kontrolę, nie potrafię utrzymać się w ryzach. Nogi podają bardzo mocno, a przede mną długi zbieg i kawałek płaskiej trasy, na których rozpędzam się zdecydowanie zbyt mocno. Zbyt szybko wykorzystuję zapasy energii, zbyt mało się nawadniam (oszczędzając w ten sposób tylko kilka sekund), zbyt mocno wierzę, że przy takim hobbystycznym podejściu do sportu mogę tutaj liczyć na wysoką lokatę. Kiedy zaczynam podejście na Połoninę Równą, niesie mnie jeszcze adrenalina, ale nic nie może przecież wiecznie trwać i w samym środku niczego, oddalony od najbliższego punktu kontrolnego o 10 km (niezależnie od tego, w która strone bym sie udał), zaliczam zjazd. Kręci mi się w głowie i czuję, że zaraz się przewrócę. Patrzę na swoje dłonie, są całkowicie białe, jakbym pracował u młynarza albo u Jacka z serialu “Ślepnąc od świateł”. Siadam na kamieniu i owijam się folią NRC, myślę o tym, że z uwagi na, to jak mocno naginałem na ostatnich kilometrach, następny zawodnik będzie tu najwcześniej za 20 minut. W tej sytuacji muszę się zebrać do kupy i po prostu dostać się na ten punkt. Już po kilkunastu minutach mija mnie zawodnik z krótszej (40 km) trasy, oferując swoją pomoc. Zdążyłem poczuć się już trochę lepiej i dlatego kategorycznie odrzucam jego propozycję. Wskazuję mu, żeby biegł dalej, bo ewidentnie walczył o dobry wynik. Taka sama sytuacja za kilka minut, tylko że tym razem mija mnie pierwsza kobieta z naszej (80 km) trasy.

Była bardzo mocna, biegła na doskonały wynik, mimo to, również chciała mi udzielić pomocy. Kiedy w końcu przekonałem ją, że wszystko będzie ok, zaczęła zbiegać, obracając się co chwile w moją stronę. Na szczęście kilkaset metrów dalej spotkała turystkę, której wytłumaczyła, że ten wariat tam potrzebuje pomocy. Owa turystyka okazała się biegaczką, która wystartowała na trasę razem z nami, ale już po chwili musiała zejść ze względu na kontuzje i postanowiła się wybrać na połoninę. Chciałoby się powiedzieć: szczęście w nieszczęściu. Zeszliśmy razem do punktu, z którego do mety zostało tylko 10 km. Pewnie bym się doczłapał, ale zwyciężył zdrowy rozsądek i po badaniu lekarskim dostałem diagnozę: odwodnienie. Medyk polecił mi, żebym wypił dużo wody, położył się spać na godzinę i ruszył na metę spokojnym tempem. Tak właśnie zrobiłem, z tą drobną różnicą, jak już pewnie się domyślacie, że moje tempo wcale nie było spokojne. Do mety dociągnąłem wynik w okolicach 13 godzin, który i tak był zdecydowanie powyżej oczekiwań, bowiem zaraz przed zawodami obstawiałem, że jeśli dobiegnę do mety, to co najwyżej w czasie około 15-16 godzin. Gdyby nie brawura, straciłbym kilka minut na zrobienie krótkiej przerwy i na uzupełnianie płynów regularnie w trakcie biegu. Przez brawurę straciłem około 1,5 godziny. Matematyka w tym wypadku jest tak samo bezlitosna, jak fizjonomia. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, z kolei o moje odpowiednie nawodnienie już po dobiegnięciu do mety zadbał organizator, podając schłodzone, lekkie piwo. Mam taką zasadę, że staram się nie wracać na trasę tego samego biegu drugi raz (jeżeli tylko uda mi się go ukończyć). Wynika to z faktu, że życie jest krótkie, a zbyt wiele jest pięknych, różnorodnych zawodów, w których chciałbym wystartować. Bojko Trail kusi mnie powtórką, wszak mamy do wyrównania pewne rachunki i wiem, że jestem w stanie pobiec na tej trasie dużo lepiej, ale to kwestia drugorzędna. Дякуємо і бачимо вас.

Gdzie? Żdenijewo, Obwód Zakarpacki, Ukraina Kiedy? pierwszy weekend lipca Dystans: 20, 40, 80, 150 km Dla kogo? Doświadczonych biegaczy górskich, z uwzględnieniem aktualnej formy przy wyborze długości trasy

31


Szymon Krzak

Frozen Head State Park, Tennessee, 30 marca 2019. Czterdziestu biegaczy z niecierpliwością i nutą niepokoju oczekuje na charakterystyczny dźwięk wydobywający się z wnętrza muszli. Sygnalizuje on, że do rozpoczęcia biegu została godzina. W tym roku nikt go nie ukończy, a przez trzydzieści lat historii biegu zrobiło to tylko piętnaście osób. Co roku w Wartburgu (U.S.) od 1986 roku organizowany jest prawdopodobnie najdziwniejszy ultramaraton świata. W zasadzie to nie wiadomo, jak długi jest bieg. Prawdopodobnie ma około 100 mil (160 km). Składa się z pięciu pętli po około 20 mil. Limit czasu wynosi 60 godzin. Suma przewyższeń to 16 km. Zazwyczaj nie kończy go nikt, ewentualnie jedna, dwie osoby. Wielu uczestników zapytanych o doświadczenia z Barkley Marathons zwykło odpowiadać: “Naprawdę nie wiesz, co to jest, dopóki się tam nie znajdziesz”.

zlokalizowanego na terenie parku Frozen Head, postanowił ironicznie wyśmiać tę marną ucieczkę i zorganizować bieg. Ray bowiem przez 55 godzin wolności zdołał przebyć tylko 13 km (8 mil) pobliskich lasów i gór. Gary bezwiednie powiedział, że w tym czasie byłby w stanie przebiec spokojnie 100 mil. Tak rozpoczęła się historia Barkley Marathons.

W Barkley Marathons nie liczy się, czy jesteś topowym ultramartończykiem w jednym z najlepszych teamów świata, czy zwykłym studentem AGH, czy biegasz 5 km, czy ukończyłeś Hardą Sukę. Szanse na dostanie się są dla wszystkich takie same. Nikt nie dostaje zaproszeń do udziału, a opłata startowa wynosi 1,60 dolara (nie podlega zwrotowi). Co roku na starcie staje około 35-40 zawodników, wybranych przez organizatorów. W jaki sposób? Nie wiadomo. Aby wziąć udział w procesie rekrutacji, należy napisać i wysłać esej o sobie i o tym, dlaczego chcesz startować. Jeśli jesteś szczęściaUltramaraton powstał z inicjatywy Gary’ego rzem i uda ci się zakwalifikować, dostaniesz od “Lazarus Lake” Cantrella. Zainspirowany uciecz- organizatorów list z kondolencjami o treści: ką Jamesa Earleya Raya, mordercy Martina “Niestety, jest nam bardzo przykro, że zostałeś Luthera Kinga, z więzienia Brushy Mountain wybrany do startu w Barkley Marathons”. Ale 32

to nie koniec. Ostatnim krokiem rejestracji będzie oddanie Gary’emu, już w obozie startowym, tablicy rejestracyjnej z samochodu pochodzącego z twojego państwa oraz podarowanie jakiegoś ubrania, którego w danym roku potrzebuje organizator. Może będzie to biała koszula, skarpetki albo flanelowa bluza. Jeśli szczęście ci dopisze i spełnisz wszystkie wymagania, stajesz się uczestnikiem najdziwniejszego ultramaratonu świata. Lazarus Lake to człowiek, który sprawia wrażenie, jakby w ogóle nie zależało mu na organizacji. Wszędzie gdzie się da, ironizuje formułę klasycznych biegów, kompletnie nie przejmuje się tym, czy ktoś ukończy bieg ani czy jest on dobrze przygotowany. Zapomnij o jakiejś dobrze zabezpieczonej i oznaczonej trasie. Nie ma tracku, śladu GPS, używanie jakiejkolwiek nawigacji satelitarnej jest wręcz zabronione. Do pakietu startowego dostajesz mapę i listę z opisanymi punktami kontrolnymi. Opisy to coś w stylu: “Kiedy dobiegniesz do końca ścieżki w lesie, skręć w prawo obok dużego rozłożystego drzewa”. Dobrze, że w lesie zazwyczaj nie ma drzew.


Biegacze sami muszą wyznaczyć trasę - przypomina to formułę znanych u nas biegów BNO (bieg na orientację). Na trasie znajduje się kilkanaście swoistych punktów kontrolnych, oznaczonych na mapie. Są to książki. Tak, żeby zaliczyć punkt, należy wyrwać stronę z książki, która odpowiada numerowi startowemu zawodnika. Oddanie kompletu stron na końcowym punkcie pętli jest potwierdzeniem przebycia całości trasy. Oczywiście tytuły książek to na przykład “Idiota” Dostojewskiego czy “Potępieni” Palahniuka.

trzech pętli. Po tym, jak pierwszym zawodnikom udało się zrobić Fun Run, organizatorzy oznajmili, że do zaliczenia należy ukończyć pięć okrążeń. Limit czasu wynosi 60 godzin. Barkley Marathons poniża na każdym kroku. Bardzo trudne górskie tereny i masa przewyższeń (około 16 km), wysoka temperatura i zmieniająca się szybko pogoda, niszczą zawodników fizycznie i psychicznie. Jakby tego było mało, jeśli zdecydujesz się przerwać bieg przed końcem, zostajesz ostatecznie “wyciszony” przez organizatorów poprzez wysłuchanie “Taps” (utwór grany na trąbce ku czci poległych żołnierzy Stanów Zjednoczonych), granego przez lokalnego trębacza. Jeśli jednak uda Ci się ukończyć pięć pętli, na koniec przy bramie startowej musisz nacisnąć przycisk “Easy button”. Wydobywa się z niego pełen energii głos, mówiący: “That was easy”... Co roku organizatorzy wybierają również czarnego konia biegu - osobę, która według nich absolutnie nie ma żadnego pojęcia, na co się pisze i raczej na pewno nie ukończy biegu. Dostaje pierwszy numer startowy.

No dobrze, może trochę uogólniłem, pisząc wcześniej, że wszyscy mają taką samą szansę na zakwalifikowanie się do startu. Pewna grupa osób musi powtarzać się co roku - to tak zwani Weterani. Osoby, które już startowały w poprzednich edycjach Barkley Marathon. Dzięki nim inni mają szansę spróbować ukończyć bieg. Nowicjusze zazwyczaj trzymają się na początku z Weteranami, licząc na ich znajomość trasy. Na bieg składa się pięć pętli. Każda pętla kończy się i zaczyna w tym samym miejscu przy żółtej bramie w bazie startowej. To jedyny punkt na trasie, gdzie znajduje się obsługa, można odpocząć, uzupełnić zapas wody i zjeść posiłek regeneracyjny. Każda pętla ma około 20 mil (32 km), chociaż tak naprawdę nikt nie wie, jaki jest rzeczywisty dystans. Biegacze twierdzą, że to bliżej 26 mil (42 km). Aby ukończyć bieg, należy zrobić 5 okrążeń. Pierwsze dwa okrążenia pokonuje się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, kolejne trzecie i czwarte przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Pierwsza osoba, która ukończy cztery okrążenia, wybiera, w którym kierunku chce pobiec piąte, kolejna po niej będzie musiała biec w przeciwną stronę do tej, którą wybrał pierwszy zawodnik.

Gary zapytany kiedyś, czy sam ukończył bieg, odpowiedział, śmiejąc się przy tym, że nie był nawet blisko. A nazwa wydarzenia? Wzięła się od nazwiska znajomego farmera Barry’ego Barkleya, który pomagał Cantrellowi w organizacji różnych wydarzeń. Postanowił odwdzięczyć się mu, nazywając jeden z najtrudniejszych biegów świata jego nazwiskiem. No a poza tym, Barkley Marathon po prostu brzmi amerykańsko i pasuje. Barkley Marathons to coś, co jest pełne absurdu, więc jakie są w nim założenia? Nie chodzi tu o zawody - ultramaraton wyciąga z biegania to, co najlepsze i najgorsze. Czysta forma biegania górskiego,

Ukończenie pierwszych trzech okrążeń to tak zwany “Fun Run”. Początkowo przy pierwszych edycjach nikt nie kończył trzech okrążeń. Ludzie myśleli, że cały bieg składa się tylko z tych

Travis Wildeboer

Ted "Cave Dog" Keizer

Na podstawie analizy siebie mogę powiedzieć, że dochodzimy do momentu, w którym musimy zejść na naprawdę daleką warstwę psychiki, aby znaleźć clue siebie. To takie płaszczyzny, których nie chcemy przedstawiać publicznie, często jesteśmy z nimi sami albo dzielimy się tym jedynie z najbliższą osobą. To tak, jakby nurkować głębiej i głębiej w ogromnym akwenie. Tafla wody symbolizuje nas takich, jacy jesteśmy na co dzień. Oddalając się od niej, coraz mniej światła wpada przez kolejne warstwy. Dopływamy do momentu, w którym jest już całkowicie ciemno. Jesteś sam. Unosisz się w pozornie pustym eterze. To dopiero tutaj można znaleźć prawdziwe odpowiedzi. Dojście do tego momentu może ułatwić nam na przykład udział w tak trudnym biegu jak Barkley. Nie sposób opisać w słowach, jak absurdalnie dziwnym wydarzeniem jest Barkley Marathon. Na YouTube możecie obejrzeć relację uczestników z przygotowania to tego niezwykłego biegu oraz z samego startu. Dobrym uzupełnieniem tego artykułu jest dokument “The Barkley Marathons: The Race That Eats Its Young” dostępny na Netflixie. Jeśli znajdziecie chwilę, obejrzyjcie, a podczas każdej kolejnej sesji będziecie mogli powiedzieć sobie, że jeśli ktoś jest w stanie ukończyć Barkley Marathons, to wy jesteście w stanie zaliczyć każdy przedmiot...

Mark Williams Mike Tilden

Jared Campbell

Blake Wood

a zarazem niesamowicie trudna i wymagająca. Ukończenie jest możliwe, tylko jeśli połączymy siłę fizyczną i psychiczną. Jeśli jedno z nich zawiedzie, nie masz szans. Barkley udowadnia, że w bieganiu ultradystansów nie ma jednoznacznej odpowiedzi (a może nawet nie ma jej w ogóle) na pytanie, dlaczego to robisz. Na pewnym etapie biegania trudno jest znaleźć w sobie prawdziwą odpowiedź na to pytanie. Być może potrzebujemy coraz cięższych wyzwań.

David Horton

John Fegyveresi

Brett Maune

Brian Robinson

John Kelly

Andrew Thompson

Nick Hollon

Jim Nelson

Jonathan Basham Zawodnicy, którzy ukończyli bieg

33


Witold Woszczyna

Maroko

Zróżnicowana ziemia, pełna kontrastów, otulona Morzem Śródziemnym i Oceanem Atlantyckim. Dopełniona przez górujące wyżyny Atlasu. Zamknięta w kilkuset klatkach filmu, z których kilka prezntujemy tutaj. 34


35


36


www.witoldwoszczyna.com 37


Od Redakcji Nadszedł nowy wspaniały świat semestr, wszyscy żyjemy jeszcze wspomeniami z wakacji. Korytarze wydziałów tętnią historiami które, wydarzyły się w ostatnich trzech miesiącach. Ile to wydarzeń, zdarzeń i sytuacji – starannie powstałe z nich zbiory pobudzają naszą wyobraźnię. Wraz z nowym rokiem nadeszły i zmiany w naszej redakcji. Oddajemy w wasze ręce pierwsze wydanie magazynu, który przyjmuje formę kwartalnika. Stawiamy na komunikację z czytelnikami, dlatego zachęcamy Was do eksplorowania tematu przewodniego, na okładkach umieściliśmy wyjaśnienia do tego co, chcemy przekazać tym wydaniem.

Zbiór jesiennych liści (rysowanych przez redakcję)

BIS AGH to plastyczny organizm, który tworzą ludzie pełni pasji i zaangażowania w to, co robią. Wkładamy całą siłę w to, żeby oddawać Wam starannie przygotowane treści, które są bezpośrednim wyrażeniem nas, zarówno od strony tekstowej, jak i graficznej. Magazyn tworzony jest od początku do końca przez studentów z różnych kierunków, a co za tym idzie, wielu punktów widzenia, wzajemnie się dopełniających. Jesteśmy bardzo eklektycznym zbiorem. Zanurzcie się w kwartalniku, otchłani interpretacji i metafor - poznajcie naszą nową odsłonę. Przyjemnej lektury Redaktor Naczelny Biuletynu Informacyjnego Studentów AGH Szymon Krzak

Redakcja: Redaktor Naczelny: Szymon Krzak Z-ca redaktora naczelnego: Grzegorz Boroń Szefowa działu graficznego: Kamila Kochanowska Szefowa działu dziennikarskiego: Oliwia Kopcik Szefowa działu promocji i współpracy: Ewa Mazurkiewicz Zdjęcie na okładce: Witold Woszczyna // KSAF

Dział graficzny: Maja Sciubis, Kasia Kridel, Ewelina Niemczyk, Kamila Kochanowska, Szymon Krzak Dział dziennikarski: Karolina Machnik, Karol Rajda, Natalia Nitarska, Weronika Rawska, Kamil Serafin, Agnieszka Wróbel, Grzegorz Boroń, Oliwia Kopcik Współpraca: Jakub Szewczyk Dział promocji i współpracy: Sylwia Madej, Natalia Panek, Kasia Karnasiewicz, Ewa Mazurkiewicz

38


Zbiory są bardzo szerokim pojęciem, jak również ich interpretacja. Zbiory ludzi, zbiory zdarzeń, osobowości i przekonań. W świecie wszytkie zbiory interferują ze sobą. Obserwujcie i szukajcie tych powiązań - patrzcie, jak okruchy codzienności kszatłtują nowe plony. 39


cm.agh.edu.pl

40

Profile for BIS AGH

BIS AGH Kwartalnik "Zbiory" 2019  

Advertisement