Issuu on Google+

dział | 1

październik 2012

TOUCHÉ | październik 2012


2|

Queen of China W poprzednim numerze było dość swojsko, więc nadszedł czas na nutę czegoś bardziej egzotycznego i orientalnego, prawdziwą królową sztuk. Jednakże październikowy motyw, kultura Dalekiego Wschodu, będąca inspiracją dla wielu artystów, szczególnie tych europejskich, powoli staje się nam bliższa niż ta rodzima. Czasem nawet odnoszę wrażenie, iż właśnie dlatego określenie egzotyczna traci na znaczeniu, a w zamian za to przymiotnik pospolita wysuwa się na plan pierwszy. Wielki boom na Daleki Wschód z pewnością będzie zrzeszał tyle samo zwolenników, co i przeciwników. Dla tych drugich to już nie jest bajkowa kraina dobrobytu i szczęśliwości (jak przedstawiano ją we wcześniejszych epokach), tylko nic więcej, jak oklepany motyw. Gorzej: to wręcz kiepska podróbka prawdziwej sztuki, bo przecież made in China. W październikowym numerze TOUCHÉ staramy się udowodnić, że może być inaczej i Daleki Wschód to nie tylko kimono, sushi, feng shui oraz kwitnące wiśnie. Jeśli jednak nam się nie uda, asekuracyjnie odsyłam do felietonu Sandry Staletowicz w Jej punkcie widzenia – ona wciąż nie potrafi jeść pałeczkami i nikt z tego powodu jej z Redakcji nie wyrzucił – nadal ją bardzo lubimy.    

Kliknij:

www.facebook.com/touchemagazyn

Miłej lektury! Marta Lower Redaktor Naczelna


|3

Spis treści

Piersi o tym piszemy

wywiad z nią - Ramona Rey .......6 wywiad z nią - Justyna Kiełcz ....12 wywiad - dodatek ...................18 jej punkt widzenia ...................20 jego punkt widzenia .................22 beauty - sensual silence..........24 fashion - jestem kasia..............29 film on i ona w kinie ..............................30 nowości .......................................32 analiza starego dzieła .........................34 w domowym zaciszu .........................36 info kulturalne .......................37 muzyka nowość .......................................38 na październik ...............................40 kulturalnie z bristolu .........................41 literatura szerokie horyzonty ............................42 recenzje ......................................44 klasyka literatury .............................45 teatr ........................................46 festiwale/koncerty..................48 sztuka - dojrzałe księżniczki .............54 kobieta poszukująca ...............56 psychologia miłość.com ...................................58 Wyszłam za mąż – zaraz wracam! ...........60

3:0 dla Jamesa Niebawem na srebrnym ekranie najnowszy film z cyklu o ulubionym agencie Jej Królewskiej Mości. James B., bo to przecież o nim mowa być może zmierzy się nawet ze spadającym niebem (tytuł nowego hitu o 007 to Skyfall). Sporych starć i przepychanek spodziewam się też wśród krytyków filmu. Jedni będą kontynuować peany na cześć, odtwórcę głównej roli, Daniela Craiga – odwołując się do legend Connery’ego i Moore’a, a inni po raz trzeci powiesza na nim psy. Co z tego, że czystej krwi Brytyjczyk, skoro zaczynając karierę jako agent 007 złamał zasadę, że wszyscy grający go aktorzy dotychczas byli brunetami. Podobno prowadząc casting do roli Bonda w filmie „Casino Royale” brano pod uwagę aktorów tak dalekich od czarującego agenta jak Brad Pitt czy Sam Worthington. Jak się cała historia skończyła wiemy, charyzmatyczny adwersarz filmowego Le Chiffre’a stanął na wysokości zadania, zyskując sobie zaufanie krytyki i przekonując do siebie fanów serii. Wystąpił również w dwóch kolejnych częściach cyklu i plotka niesie, że podpisał kontrakt na dwa kolejne filmy o przygodach 007. Chyba jednak nie dobije do grona najbardziej utytułowanych „Bondów” Seana i Rogera, czego ja osobiście bardzo mu życzę. Bądź piękna inaczej A proszę bardzo, nie od dziś wiadomo, że piękno to względna kategoria. Okazuje się, że być może kanon pięknej brzydoty można z powodzeniem przenieść na grunt orientalny. Otóż, jak donosi jeden z serwisów, w Japonii najmodniejszym ostatnio zabiegiem dentystycznym jest... pogarszanie stanu wizualnego uzębienia. Jakkolwiek niewyobrażalne się to wydaje, uwierzcie na słowo, japońskie kobiety w celu poprawy swojego wyglądu celowo się oszpecają. Podobno ma to podłoże anatomiczne, mieszkańcy kraju Kwitnącej Wiśni z natury mają węższe szczęki, niż dla porównania Europejczycy. Dlatego częściej zdarza się, że zęby zachodzą jeden na drugi. Kto by pomyślał, że w czasie kiedy my ludzie Zachodu spędzamy niezliczone godziny na fotelach ortodontów cierpiąc katusze wywołane stałymi aparatami na zęby, nasi Wschodni odpowiednicy robią dokładnie na odwrót. Cóż, wpisuje się to w całości w ich wzorzec piękna, tam przecież za najbardziej atrakcyjne uważane są młode dziewczyny, ubrane w studenckie mundurki, ze szkolnymi kucykami, no i z krzywym zgryzem. Bitwa na włosy ? Otóż tak, nie wiem czy i do waszych uszu dotarł ten piorunujący news. Lider legendy polskiej sceny muzycznej, Acid Drinkers – Tomasz „Titus” Pukacki dołączył do grona jurorów w telewizyjnym show „Bitwa na głosy”. Znany z bujnej czarnej grzywy i ciętego humoru Titus z całą pewnością uprzyjemni czas uczestnikom programu. Ten fakt wywołał niemałą dyskusję, a wszyscy zdają się zadawać sobie proste pytanie „Dlaczego?”. Moim zdaniem odpowiedź jest równie nieskomplikowana: brzęczy, nie śmierdzi i można z powodzeniem zastąpić ją plastikową kartą. Żeby była jasność, lider grupy nie odwiesił gitary basowej na kołek, nic z tych rzeczy. Zespół już jakiś czas temu zapowiedział wydanie nowej płyty, zaś spytany o jej zawartość muzyczną krótko skwitował „ zabawa z poprzedniczki Fishdick Zwei” się skończyła. Za to zabawa z tłumami przekonanymi o własnym talencie wokalnym dopiero się zaczęła.



TOUCHÉ | październik 2012

Kuba Jaworudzki


Redakcja

MARTA LOWER redaktor naczelna redaktor prowadząca/promocja mlower@touche.com.pl

ANIA SALAMON dyrektor artystyczna/layout/skład/łamanie asalamon@touche.com.pl

DOBRUSIA RURAŃSKA grafika/motywy graficzne

BARTOSZ FRIESE redaktor działu film/muzyka bfriese@touche.com.pl

MUFFINGIRL fan page muffingirl@touche.com.pl

DZIAŁ REKLAMY I MARKETINGU - promocja@touche.com.pl Basia Graczyk (powierzchnie reklamowe) Patrycja Szczęsny (patronaty medialne, partnerzy) DZIAŁ GRAFIKI: Kinga Tync, Basia Maroń, Ania Pikuła DZIAŁ FOTO: Olga Adamska, Mateusz Gajda, Karamell Studio, Hanna Sokólska, Roksana Wąs OKŁADKA: Aleksandra Kozub i Rafał Kwaśniak (Karamell Studio) Grafika: Dobrusia Rurańska Na okładce: Ida Sayk (Fashion Color) Wizażystka: Katarzyna Ejsmond Stylistka włosów: Martyna Kowalska DZIAŁ REDAKTORÓW: Anka Chramęga, Małgorzata Iwanek, Martyna Jachowicz, Kuba Jaworudzki, Martyna Kapuścińska, Cyprian Kawicz, Iga Kowalska, Asia Krukowska, Magdalena Kudłacz, Kamil Lipa, Monika Masłowska, Eliza Ortemska, Magdalena Paluch, Maciek Pawlak, Agnieszka Różańska, Justyna Skrzekut, Patrycja Smagacz, Natalia Sokólska, Sandra Staletowicz, Kasia Trząska, Natalia Tarabuła, Aneta Władarz

KOREKTA: Aleksandra Kozub, Monika Masłowska, Natalia Tarabuła STRONA INTERNETOWA: Adrian Pacała: adrian@touche.com.pl Dagmara Lower – logotyp Wydawca: AKADEMICKIE INKUBATORY PRZEDSIĘBIORCZOŚCI ul. Piękna 68 | Warszawa 00-672 REDAKCJA TOUCHÉ – redakcja@touche.com.pl ul. Szarych Szeregów 30 | 43-600 Jaworzno Opublikowane teksty, zdjęcia i ilustracje objęte są ochroną praw autorskich i nie mogą zostać naruszone przez osoby trzecie.


6 | dział

IMIONA NIEREALNE Ramona Rey (ur. 1983) – polska wokalistka i autorka tekstów. Debiutowała na antenie TVN w musicalu „Kwiaty we włosach”. Miłośniczka śpiewu operowego. Obecnie koncertuje również w Rosji. Wspólnie z Igorem Czerniawskim nagrali 3 autorskie płyty. Swoją muzykę określają „muzyką przyszłości”. I rzeczywiście – skala i barwa głosowa Ramony, energetyzująca klubowo – popowa muzyka, w połączeniu ze świetnymi tekstami zapewniają dawkę muzycznych wrażeń, których na polskim, a pewnie i na światowym rynku muzycznym ze świecą można szukać.

Fotografie: Hania Sokólska Mua: Iga Pietryga

TOUCHÉ | październik 2012


| 7 z nią wywiad z nią wywiad

TOUCHÉ | październik 2012


8 | wywiad z nią - RAMONA REY

Ramona, jesteś patriotką? O Boże! Dlaczego pytasz? Śpiewasz przede wszystkim po polsku – nawet, kiedy koncertujesz w  Rosji. Poza tym powiedziałaś kiedyś, że nie wyobrażasz sobie przeprowadzki z Polski. Zastanawiałam się, czym to jest podbudowane. To wynika z  tego, że jestem silnie związana z  językiem polskim. I  nie wyobrażam sobie, żebym w  jakimkolwiek innym języku potrafiła się wyrazić tak dogłębnie jak w języku polskim. Skąd to przywiązanie? Tutaj się urodziłam. W  tym języku rodzice tłumaczyli mi świat. Tu się wychowałam. Mentalność polską najlepiej potrafię zrozumieć. Chociaż nie zawsze się z  nią zgadzam i  nie zawsze ona mi odpowiada. Co Ci nie odpowiada w  tej naszej polskiej mentalności? Oj, wiele spraw. Panuje tutaj specyficzna małostkowość. Polacy często przeżywają i zwracają uwagę na rzeczy, które nie są istotne. Mają tendencje do zawracania sobie głowy sprawami, które wcale nie są tego warte zamiast myśleć szerzej. To wszystko niszczy atmosferę, nastrój, relacje… Rozumiem, że jeśli nawiązujesz głębsze relacje, to wolisz te polskojęzyczne? Nie! Chodzi mi o to, że w Polsce jestem w  stanie sprawniej zrozumieć intencje ludzi, przekaz i  sytuacje komunikacyjne. Chociażby to, że kiedy obserwuję obcych ludzi dookoła, to jestem w  stanie określić kto jest kim. Rozpoznam studenta, biznesmena czy pracownika z  banku. Tymczasem za granicą na początku łatwiej jest o mylny osąd. Ale to jest właśnie najciekawsze. Mogłabyś tworzyć związek z  obcokrajowcem? Oczywiście. Lubię kiedy w  mężczyźnie jest dużo do odkrycia. Co się dzieje, kiedy odkryjesz już wszystko? Nie wiem. Jeszcze mi się to mnie zdarzyło. Mimo przywiązania do języka polskiego, nadałaś sobie obcobrzmiący pseudonim…

Pseudonim nadała bliska mi osoba, która mnie dobrze zna. Dobrze się z  nim czuję. Już coraz rzadziej ludzie zwracają się do mnie prawdziwym imieniem. Śpiewasz w  nowym kawałku: „moje wszystkie imiona realne – nierealne, moje wszystkie linie papilarne”… Masz więcej takich „imion”? W  tej piosence odnoszę się do swoich różnych osobowości, natur, charakterów. Czuję się osobą bardzo złożoną i  niejednoznaczną. Moje zachowanie zależy od różnych czynników, których sama do końca nie rozumiem. Rosyjska publiczność nie chciałaby usłyszeć Ciebie w  ich rodzimym języku? Mam nadzieję i liczę na to, że by chciała. Kiedy w  trakcie koncertów przemycam czasami do swoich piosenek wersy po rosyjsku, publiczność reaguje bardzo entuzjastycznie. Staram się również mówić do nich w  ich języku i  to buduje dobre relacje. A  z  nauką śpiewu po rosyjsku jestem właśnie na bieżąco. 28 i 30 września wystąpiłam w Teatrze Wielkim w  Warszawie podczas Szalonych Dni Muzyki, gdzie śpiewałam pieśni Czajkowskiego i  Rachmaninowa. Życzę sobie bardzo zaśpiewać również ten repertuar w Rosji.

ZDAJĘ SOBIE SPRAWĘ Z TEGO, ŻE MOJA TWÓRCZOŚĆ NIE JEST DLA KAŻDEGO I NA KONCERTY NIE BĘDĄ PRZYCHODZILI OJCOWIE, DZIECI I WNUKI JEDNOCZEŚNIE.

Skąd w ogóle przyszedł Ci do głowy pomysł na Rosję? Pewnego pięknego dnia zadzwonił do Igora (Czerniawskiego – przyp. red.) jego stary, dobry znajomy z Moskwy Artiom Troicki, który jest znanym i cenionym w Rosji dziennikarzem. Zapytał co Igor obecnie tworzy i  poprosił o  przesłuchanie. Wysłaliśmy mu naszą drugą płytę, która tak bardzo mu się spodobała, że zaczął puszczać poszczególne piosenki w swojej audycji w radio Echo

Moskwy. Teraz promuje każdy nasz nowy singiel. W  jednej z  największych rozgłośni rosyjskich lecą kawałki po polsku, które przez polskie radia uznawane są za zbyt trudne dla przeciętnego słuchacza. Chyba nigdy tego nie zrozumiem. Jak odbiera Cię rosyjska publiczność? Na pierwszy koncert zaprosił nas właśnie Artiom i  już wtedy się okazało, że rosyjska publiczność mimo, że nie rozumie o  czym śpiewam, jest zainteresowana naszą twórczością. Nie tylko polubili, ale przede wszystkim poczuli tę muzykę. Dlatego zechciałam występować tam częściej. Zaczęły pojawiać się oferty kolejnych koncertów, więc z  przyjemnością z  nich korzystamy. Odczuwamy również dużą sympatię i wsparcie ze strony Polskiej Ambasady w Moskwie a jej pracownicy są prawie na każdym koncercie . Czyli rosyjska publiczność entuzjastycznie Cię przyjęła. Nie można jednak tego samego powiedzieć o  polskiej. Mówi się, że Ramona Rey w Polsce jest niedoceniona… Dla mnie ważna jest ta publiczność, która rozumie, to co tworzę. Spotykam się z wieloma pozytywnym komentarzami – czy to w  mailach, czy w  opiniach po koncertach. Zdaję sobie jednak sprawę z  tego, że nie jest to twórczość dla każdego i  na moje koncerty nie będą przychodzili ojcowie, dzieci i wnuki jednocześnie. To muzyka dla ludzi młodych a  raczej młodych duchem, otwartych i poszukujących. Nie spodziewasz się już więcej po polskiej publiczności? Wydaje mi się, że jest i tak coraz lepiej. Kiedy tworzę, robię to w  sposób jaki czuję i jak podpowiada mi serce. W żaden sposób nie tworzę po to, żeby przypodobać się całej Polsce. Nawet bym tego nie chciała. A z drugiej strony – zdarzyło Ci się narzekać na popularność? Nie. Mam dystans do takich rzeczy. Zauważyłam, że dosyć nieregularnie bywasz na „salonach warszawskich”. Sprawia Ci to radość, czy traktujesz to raczej jako promocyjny obowiązek? Czasami chodzę na pokazy moich przyjaciół projektantów lub na takie pokazy, których jestem po prostu ciekawa. Cza

TOUCHÉ | październik 2012


dział | 9

TOUCHÉ | październik 2012


10 | wywiad z nią - RAMONA REY

sami impreza jest organizowana przez znajomych, którym zależy na mojej obecności. Wtedy bywam i staram się bawić dobrze, ale rzeczywiście, jak zauważyłaś, robię to bardzo nieregularnie, gdyż mam milion pomysłów na dużo ciekawsze spędzanie wieczorów. A paparazzi wyłapią każdy najmniejszy szczegół niedoskonałości… Przeraża mnie to. No właśnie. A  żeby się dobrze prezentować, trzeba być również wyspanym, wypoczętym i  wyluzowanym. Kiedy się dużo pracuje i  żyje w  pędzie to ciężko o to zadbać. Mówisz, że tworzysz, to co czujesz. Ale nawet taka twórczość, a może właśnie szczególnie taka, wymaga promocji. Jak można się wypromować w Polsce? Nie wiem. Ja nie chcę na siłę przypodobać się innym. Nie chcę nikogo oszukiwać. Dbam o  to, żeby moja twórczość miała wysoką jakość, żeby była szczera, prawdziwa, artystyczna. Żeby „unosiła” tych, którzy są na takie wartości wrażliwi. Nie znam się na planowaniu promocji, wizerunku, spisywaniu ofert itd. Dziś jest tego za dużo w  każdej dziedzinie życia. Nawet ta butelka wody którą masz przed sobą trafiła w  Twoje ręce przez sprytnie sporządzony przez kogoś plan marketingowy jakiś czas temu. Każdy polityk ma swój specjalnie wymyślony wizerunek, nauczone gesty, wręcz kreację aktorską. Nie ubieramy się tylko stylizujemy. Nie wiem jak można wypromować się w Polsce. Nie znam się na tym. W  kawałku „Lubię Cię” śpiewasz: „I tak nie tak jak myślisz widzą cię, nie tak jak myślisz myślą”. Jak myślisz, jak Ciebie widzą? Ty mi powiedz (śmiech)! Ciężko mi zachować w  tej kwestii obiektywizm, ponieważ docierają do mnie same komentarze od osób nastawionych wobec mnie pozytywnie. Z kolei ci, którym nie podoba się moja twórczość, nie są aż tak zdesperowani, żeby mi o  tym mówić lub pisać. Nie wiem czy to dobrze… Może jesteś zdrowsza dzięki temu (śmiech)… Pewnie tak. Na co dzień żyj�� w  dużym skupieniu na sobie i  najzwyczajniej w świecie nie mam czasu ani ochoty na zawracanie sobie głowy komentarzami.

TOUCHÉ | październik 2012


wywiad z nią - RAMONA REY | 11

Kiedy byłaś dzieckiem, też nie obchodziły Cię opinie innych? Ja byłam bardzo wrażliwym dzieckiem, nadwrażliwym! Wszystkim strasznie się przejmowałam. Teraz mam duży dystans do świata i przejmuję się tylko tym, co naprawdę ważne i istotne. Nie jestem drobiazgowa. To znaczy, że byłaś raczej grzeczną dziewczynką? Trudno powiedzieć. Lubiłam być sama i żyć w wyobraźni. Co Cię wtedy najbardziej pasjonowało? To samo co teraz! Budowałam swoje prowizoryczne studia nagrań, śpiewałam, układałam melodie i  teksty. Pod blokiem na ławce organizowałam z  innymi dziećmi festiwale muzyczne i  taneczne. Lubiłam też rysować. Bawiłyśmy się z  koleżankami w  Dom Mody. Sporządzałyśmy projekty, potem próbowałyśmy to szyć. Nasze lalki Barbie prowadziły normalne serialowe życie. Chodziły do pracy, na lunch, do klubów, na randki, kłóciły się, godziły, odbijały sobie facetów i  przebierały się 10 razy dziennie. Mam wrażenie, że z takiej cichej, wrażliwej dziewczynki wyrosła gotowa na podbój świata waleczna kobieta… Nie patrzę tak na to. Byłam bardzo uparta i  konsekwentna w  swoich dążeniach. W  wieku 16 lat założyłam swój pierwszy zespół. Wszyscy byliśmy w podobnym wieku i  byliśmy paczką znajomych. Jako liderka musiałam umieć nad wszystkimi zapanować, zmobilizować ich do regularnych prób i  gotowości przed koncertem. A  chyba umiesz sobie wyobrazić co ma w  głowie nastolatek, którego mama puściła na koncert kilkaset kilometrów od domu? A jak obecnie prezentują są Twoje plany i dążenia? Od 23 października zapraszam na „Manon Lescaut” Pucciniego w  Operze Narodowej. Gram tam jedynie epizod ale będą to moje pierwsze kroki na tej scenie i  jestem z  tego powodu bardzo szczęśliwa i dumna. Zbliża się również premiera teledysku do nowego singla „Imiona”. Na ten temat nic więcej nie zdradzę. Oprócz tego przygotowuję również klip do piosenki ” Satelite” duetu MOSQITOO. Z  okazji 10lecia ich twórczości zapragnęli sobie teledysku

TOUCHÉ | październik 2012

wyreżyserowanego przez Ramonę Rey. Mam nadzieję, że sprostam ich oczekiwaniom. I  najważniejsze: chcemy nagrywać nową płytę!

worami pod oczami. Chciałabym wiecznie wyglądać młodo, a skoro jest to niemożliwe, to nie pozostaje nic więcej, jak próbować zestarzeć się ładnie i godnie.

Operową? Nie (śmiech). Jeśli chodzi o  operę, to w  tym roku będę robiła dyplom. I  jeśli wszystko pójdzie zgodnie z  planem, to w  czerwcu będę dyplomowaną śpiewaczką operową.

Mówią, że teraz mamy jeszcze twarze, jakie żeśmy odziedziczyli. Ale już niedługo – takie, na jakie sobie zasłużymy. To prawda. Zdarza mi się spotykać piękne, starsze kobiety w  wieku naszych babć z pięknymi rysami twarzy, smukłą sylwetką, eleganckimi gestami i magicznym spojrzeniem. I  wiesz co? Najczęściej okazuje się, że jest to jakaś artystka – pisarka albo była baletnica. To co w  środku wychodzi na zewnątrz, m.in. również dlatego trzeba dbać o  każdą sferę naszego życia.

Zastanawiają mnie klipy do Twoich piosenek. Można powiedzieć, że epatują nagością? A  co w  tym złego? Nie ma w  tym wulgaryzmu. Nagość jest środkiem do przekazania treści i wizji twórcy. Każde muzeum epatuje nagością.

Masz jakieś kompleksy? Mam jeden. Ale nie powiem (śmiech).

NAGOŚĆ JEST ŚRODKIEM DO PRZEKAZANIA TREŚCI I WIZJI TWÓRCY. KAŻDE MUZEUM EPATUJE NAGOŚCIĄ.

Jeden klip został usunięty na jakiś czas z YouTube’a! Został zablokowany dla osób niepełnoletnich. Chodzi o „Lubię cię”. Występuje w nim nagi chłopak, ale nie widać jego miejsc intymnych. Widać pośladki i wystarczyłyby najcieńsze stringi, by dla YouTube wszystko było w porządku. Dla mnie nie ma nic bulwersującego w  nagości, jeśli przekazuje coś więcej poza samą nagością. Są dzieła, w  których nagość jest trafnym, a czasem najtrafniejszym środkiem przekazu. Jeśli jednak zdecydowałaś się na użycie takiej formy, to chyba znaczy, że musisz w pełni akceptować swoje ciało? Tak, nie mam żadnych oporów, ani nie czuję skrępowania w  takich okolicznościach. Śpiewasz jednak: „dni szybko przeminą, jestem chwilą”. I  na pewno masz świadomość, że nie zawsze będziesz prezentowała się tak, jak teraz. Oczywiście, że tak! I  już się martwię

W  Internecie krążą doniesienia na temat rozbieżności cenowych Twoich teledysków. Rzeczywiście. Produkcja „Skarbu” kosztowała nas około 100 tysięcy złotych. „Znajdź i  weź” to było również duże przedsięwzięcie, ponieważ kręciliśmy go w  Hollywood. Kolejny klip – „Jak to widzisz” nie kosztował za to nic (śmiech). Ludzie, którzy go współtworzyli, po prostu nie chcieli za to pieniędzy, więc nie mam pojęcia jaka mogła być jego autentyczna wartość. Klip do piosenki „Wyo-st-rz” kosztował nas 0 zł, ponieważ jest to własna produkcja, moja i Igora. Który z nich oceniasz najlepiej? Ten, którego nie wymieniłam (śmiech). Najnowszy klip do kawałka „Imiona”. Premiera w listopadzie. Co uważasz za swój największy sukces? Moim sukcesem są teksty, które piszę. To, że potrafię się otworzyć i  wyrazić uczucia słowami. Nie wszystko i  nie zawsze, ale to co się udaje jest sukcesem. Rozmawiała Natalia Sokólska Dziękujemy klubowi „Miasto Gadających Głów” w Warszawie (ul. Chmielna 98/9) za udostępnienie wnętrz do realizacji sesji.


12 | dział

CEL: PRZEKRACZAĆ GRANICE. WSZYSTKIE. ZAWSZE. WSZĘDZIE.

Justyna Kiełcz (22l.) – podróżniczka z wyobraźnią, kobieta z temperamentem, studentka z potencjałem, magnetyczna osobowość. Przełamuje bariery, depcze stereotypy, jest inspiracją i szuka inspiracji. Uzależniona od wrażeń. Wszystkich krajów, które odwiedziła „na stopa” nie potrafi wymienić na jednym oddechu.

Fotografie: materiały prywatne; Obróbka: Mateusz Gajda

TOUCHÉ | październik 2012


wywiad z nią

TOUCHÉ | październik 2012

| 13


14 | wywiad z nią - JUSTYNA KIEŁCZ

Co zawsze nosisz w torebce? Telefon i portfel. A w nim 18 euro na kolejną podróż (przyp. red. na jedną z wypraw Justyna postanowiła zabrać tylko taką kwotę) ? Euro trzymam w  specjalnym słoiczku w szafce. Na półce, którą nazywasz „półką na stopa”? Nie, piętro wyżej (śmiech). Na półce na stopa zawsze jest podstawowy bagaż do kolejnej wyprawy. Zacznijmy od tej za 18 euro. Wróciłyśmy z  koleżanką z tripu do Włoch i  stwierdziłyśmy, że chciałybyśmy jeszcze gdzieś pojechać. Myślałyśmy o  Chorwacji – blisko, relaks na plaży. Dnie, noce przed wyprawą spędzałyśmy do piątej nad ranem szukając ludzi z  CouchSurfingu, pięknych, piaszczystych plaż. Zdecydowałyśmy, że pojedziemy do Hiszpanii. Zabierając ze sobą 18 euro?! To był warunek. Jedziemy do Hiszpanii? Ok., ale bierzemy 18 euro. No to wzięłyśmy i  pojechałyśmy. Wcześniej zastanowiłyśmy się jeszcze, gdzie mogłybyśmy zarobić. Stwierdziłyśmy, że będziemy sprzedawać balonowe ZOO w  Wiedniu. Wcześniej dogadałyśmy się ze znajomym kierowcą TIRa, który wybierał się w  trasę przez Austrię. Tak trafiłyśmy do Wiednia. Wtedy zakochałam się w klimacie tego miasta. Idąc ulicą czujesz się, jakbyś sunęła centymetr nad ziemią. W Krakowie – od rana huczą tramwaje, wszyscy gdzieś pędzą, wszędzie się spieszą. W  Wiedniu jest zupełnie inaczej. Mimo mnóstwa ludzi jest taki… totalny spokój. Spokój i cisza w mieście, które jest stolicą odwiedzaną przez tysiące turystów? Niekoniecznie cisza. Klimat. Po prostu idziesz ulicą i  czujesz spokój… Jakby ktoś rozsypał w  powietrzu narkotyk. Tam nie czujesz, że ludzie gdzieś pędzą. Gdziekolwiek nie spojrzysz – fantastyczna architektura i ludzie - ktoś puszcza bańki mydlane, ktoś inny gra, a jeszcze inny – stoi na głowie. Próbowałaś sernika po wiedeńsku? Kto by wydawał pieniądze na sernik mając w portfelu 18 euro (śmiech). Teraz podróżuję już trochę inaczej. Jadąc w jakieś miejsce – trzeba napić się lokalnego alkoholu i zjeść potrawę dokładnie z tego kraju.

Gdzie zrobiłaś kolejny przystanek w  drodze do Hiszpanii? Miało być Lazurowe Wybrzeże, ale właśnie wtedy poznałyśmy Marca… Jak się spotkaliście? W Austrii na stacji benzynowej. To było tak – zobaczyłyśmy dużego campera. Spojrzałyśmy na siebie – zagadujemy? Zapytałyśmy, czy możemy z nim pojechać. Pojechałyśmy. Po drodze zwinęliśmy jeszcze autostopowiczów jadących do Wenecji. Wspominałaś, że to Marco zmienił losy waszej podróży. Tak. Przez dłuższy czas rozmawialiśmy, ale w  końcu Marco stwierdził, że musi się przespać. Powiedział, że jedzie do hotelu w  góry, zjeżdża z  autostrady. Zaproponował, że na drugi dzień może zabrać nas do Florencji, później do Pizy – tam nas przenocuje, zwiedzimy miasto i  ruszymy dalej. Wszystko świetnie, ale mimo wszystko obcy facet- Włoch, w  dodatku mówi nam, że zjeżdża z autostrady i jedzie gdzieś w  góry, jest późny wieczór… Konsternacja – co mamy robić? Nagle facet wyciąga 70 euro i mówi: - dziewczyny macie tutaj pieniądze, idźcie do hotelu, prześpijcie się, róbcie, na co macie ochotę i  czujcie się wolne. Zdecydowałyśmy, że jedziemy. Marco nocował w  hotelu, a  nam wręczył kluczyki do campera i  zostawił do naszej dyspozycji cały samochód z  mega wygodnym dwuosobowym łóżkiem. Następnego dnia zaprosił nas na śniadanie i wyruszyliśmy zwiedzać Florencję. Zwiedzać Florencję z  rodowitym Włochem… To było bardzo pozytywne. Marco sprawdził się jako przewodnik? Pewnie, że tak! We Florencji najbardziej ujął mnie ogromny most, na którym w malutkich domkach mieszkają ludzie, a na co dzień odbywa się handel, ale mimo tego – obiekt nadal pozostaje mostem. To robi duże wrażenie. Potem ruszyliśmy do Pizy. Co było największym zaskoczeniem podczas całej wyprawy? Totalna bezinteresowność ludzi. Ale ludzie po prostu tacy są – dobrzy z  natury. To tylko stereotyp, że wszyscy chcą cię wykorzystać. Jeśli jedziesz właśnie z takim nastawieniem – przyciągasz pozytywnych ludzi, nie ma innej możliwości. Dlatego pojechałyśmy do domu Marca. Marzyłam, żeby pójść na plażę, ale Marco i Justyna – moja koleżanka, wymyślili, że chcą śpiewać na

karaoke, śpiewali chyba z półtorej godziny (śmiech). O  zachodzie słońca wypłynęliśmy w morze. Płynęliśmy od bojki do bojki, w stronę słońca – to było i zabawne i w pewien sposób niesamowite. Myślisz, że podczas podróży można zmieniać nie tylko siebie, ale również ludzi wokół siebie? Spotykając tak inspirujących ludzi i tak różnych – w każdej rozmowie możesz zmienić siebie i zmienić innych. Marco powiedział nam, że od zawsze żył w „złotym więzieniu” – miał wszystko, czego zapragnął, a  mimo to nie czuł się wolny, nie robił tego, co sprawiało mu radość, tego, czego chciał. Spotykając nas – zobaczył osoby, które spełniają swoje marzenia, działają. I  przypomniał sobie, że np. uwielbia śpiewać – w końcu śpiewali z  Justyną półtorej godziny na karaoke (śmiech). Ten facet na nowo odkrył w sobie pokłady energii i marzeń, coś, co tkwiło głęboko w nim. Przejdźmy do kolejnych ludzi i  rozmów w drodze do Hiszpanii…

TOUCHÉ | październik 2012


wywiad z nią - JUSTYNA KIEŁCZ | 15

możecie tutaj spać, okradną was! Chodźcie, chodźcie – mój przyjaciel na hostel, przenocuje was dzisiaj za darmo. Siedzimy, patrzymy na siebie… Co nam szkodzi, idziemy! W hotelu wita nas Abdul – Marokańczyk. Wita nas winem i shishą, czekamy na kuskus. Przygotował to świetnie. Rano witał nas śniadaniem, wieczorem urządzał marokańskie uczty. Biorąc pod uwagę mój ostatni trip do Maroka – zdecydowanie kuchnia Abdula była lepsza niż w  całym Maroku. I tak jakoś wyszło, że zostałyśmy u niego kolejne trzy noce. Zupełnie za darmo. Jak się czułaś, kiedy dotarłaś do Hiszpanii – celu waszej podróży? Często jeżdżę po Europie szukając pięknych plaż, bo marzy mi się taka egzotyczna, cudowna… Plaża, na którą dotarłam w  Hiszpanii była najpiękniejsza ze wszystkich, na których dotychczas byłam. Aksamitny piasek, delikatne fale, szło się i szło i szło dalej w morze, a woda nadal sięgała kolan. Kiedy to wszystko zobaczyłam – czułam się usatysfakcjonowana. Ta plaża robiła cudowne wrażenie. Z jakimi reakcjami ludzi spotykałaś się na ulicach Hiszpanii? Pierwsze, standardowe pytanie, to czy się nie boimy. Śmiałam się, że kiedyś policzę ile razy słyszałam już to pytanie.

Następnym celem było Lazurowe Wybrzeże. Chyba każdy kiedyś marzył, żeby tam pojechać! Polecasz? Zależy kto czego szuka. Moim zdaniem Lazurowe Wybrzeże jest trochę przereklamowane. Jeśli ktoś wyobraża sobie, że „lazur” wygląda identycznie jak na pocztówkach – cóż, identyczny nie jest. Ładniejsza jest Nicea. A jakie wrażenie zrobił na Tobie wasz couchsurfer na Lazurowym Wybrzeżu? Miałyśmy nocleg na łodzi, u Nicolasa – kiedyś był nauczycielem angielskiego, a teraz pracuje na łodzi. Przywitała nas impreza za plaży. Akurat jego dobry przyjaciel – „Mr. Capitan” wyjeżdżał do Afryki. Przychodzimy, patrzymy, a  tu panowie Francuzi piją polską wódkę (śmiech). Następnego dnia plaża, wyjazd do Saint Tropez, a  potem już bezpośrednio do docelowej Hiszpanii. Po drodze spotkałyśmy świetną Hiszpankę – Aranchę. Zupełnie nie umiała mówić po angielsku, a my po hiszpańsku.

TOUCHÉ | październik 2012

Jak w takim razie udało się wam z nią porozmawiać? Na migi, czasem po polsku, trochę po angielsku i od czasu do czasu po hiszpańsku (śmiech). Spędziłyśmy z  nią cały dzień na plaży, zaprosiła nas na Festiwal Kataloński, który miał się odbyć za dwa dni. Potem odwiozła nas do Sitges. Tam, usiadłyśmy w  pobliżu plaży i  wszystko było pięknie, obok nas ktoś tańczył break dance, ktoś inny wznosił modły, odprawiał medytacje, panowie wznosili świetne rzeźby z piasku, żeby zarobić na wieczorną imprezę. Dzwonimy do naszego couchsurfera – nie odbiera. Próbujemy jeszcze raz – nie odbiera. Nie oddzwania. Był jakiś plan alternatywny? Usiadłyśmy, zaczęłyśmy się zastanawiać co dalej. Jeden z lokalnych artystów zaproponował, że możemy przenocować u  niego, ale zaznaczył, że wraca do domu nocą, dopiero koło pierwszej. I  nagle podbiegł do nas jakiś Murzyn i  krzyczy: roban, roban, okradną was! Nie możecie tutaj zostać! Nie

W  takim razie – dlaczego się nie boisz (śmiech)? Nie, proszę, nie zadawaj mi tego pytania (śmiech). Słuchaj, to jest tak, że wyruszając w  podróż nastawiasz się na pozytywnych ludzi i właśnie takich spotykasz. Poza tym, na stopie na okrągło spotykam Boga – modlitwa jest dla mnie mega ważna, kiedy podróżuję. Oczywiście są sytuacje, kiedy w danej chwili przez moment się boisz… Na przykład? Raz będąc 5 km od Saint Tropez stwierdziłyśmy, że nie można być tak blisko tego miejsca i tam nie pojechać. Pojechałyśmy, wracamy, jest pierwsza w  nocy. Facet się zatrzymał, powiedział, że jedzie w tę samą stronę, wsiadłyśmy, a  on pyta: - dziewczyny lubicie party? Gdzie byłyście? Dużo wypiłyście? Lubicie taniec, lubicie seks? W pewnej chwili ściąga gacie, mówi, że jest chippendalesem i  proponuje: touch me if you want – for free! (tłum. dotknij mnie, jeśli tylko chcesz – za darmo! ). Momentalnie wyskoczyłyśmy z  samochodu. Później śmiałam się z  całej sytuacji, ale wtedy – przez moment się bałam.


16 | wywiad z nią - JUSTYNA KIEŁCZ

Twoja pierwsza podróż – z kim i dokąd? Z kolegą, który mieszkał w Szwajcarii. Wymienialiśmy maile i tak między wierszami wyszło, że mamy takie samo marzenie – wsiąść do pociągu, złapać stopa i  jechać. Przyjechał do Polski. Usiedliśmy przed komputerem, zaczęliśmy przeglądać strony typu zabieram.pl. Znaleźliśmy darmowy transport do Paryża. Paryż, Wieża Eiffla… Spojrzeliśmy na siebie. Jedziemy? Jasne! Powiedzieliśmy o  tym naszym znajomym i  się zaczęło… Jak to, nie macie noclegu, hotelu, tak nie można itd. Wtedy jeszcze nie mieliśmy wielkiego pojęcia o  stopie. Mieliśmy za to opcję alternatywną – stare, dobre Mazury. Chwila zastanowienia i decyzja – Paryż. Musieliśmy dojechać pociągiem do Gorzowa. W  pociągu spotkaliśmy autostopowiczkę z krwi i kości. To ona opowiedziała nam jak to wszystko wygląda, że rozkładasz namiot za TESCO albo obok stacji benzynowej, że hotele nie wchodzą w grę, że można robić mnóstwo pozytywnych rzeczy… Pierwsze wspomnienie z Paryża? Dotarliśmy do Paryża z wielkimi plecakami, zaczęliśmy szukać Wieży Eiffla. Znaleźliśmy i  kupiliśmy wino. Pod wieżą spotkaliśmy grupkę Polaków i  zaczęły się rozmowy

przy winie. Po chwili dosiedli się do nas Francuzi, Anglik, Murzyn w  białym garniturze, który grał na gitarze. Było świetnie! Siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy do piątej nad ranem. Polecam, jeśli jest się w Paryżu i  nocuje w  hotelu, warto odpuścić jedną noc i  spędzić ją pod Wieżą Eiffla. Nie ma opcji, żeby kogoś nie poznać. To genialne, klimat jest świetny. Z Paryża wracaliście bezpośrednio do Polski? Nie! Pojechaliśmy do Barcelony, poznaliśmy we Francji chłopaków, którzy się tam wybierali. Mówisz, że Twoim marzeniem jest inspirować innych. A jacy ludzie inspirują Ciebie? Ludzie, którzy mają pasje i za nimi podążają, ludzie, którzy pokazują, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dla mnie autostop jest środkiem, dzięki któremu udowadniam sobie, że „nie da się? Da się!!!”. I właśnie to jest pięknie – chcesz coś robić, coś, co w  pewien sposób jest dla ciebie trudne, ale po prostu to robisz, dajesz radę. Twoja ostatnia wyprawa – Maroko. Dlaczego wybór padł akurat na Afrykę? To zabawne. Zajmuję się animacją dzieci,

przez jakiś czas pracowałam w  teatrzyku objazdowym i  akurat byłam w  Poznaniu. Trafiłam na poznańską stronę internetową związaną z  autostopem. Potem – przypadkowo na cytat: „W  tym momencie, w  którym jesteś, wykorzystuj na 100% te możliwości, które masz.” Jakie miałam możliwości? Internet i  literki. Napisałam do właścicielki portalu. Spotkałyśmy się, spojrzałyśmy na mapę. Zdecydowałyśmy, że celem będzie Maroko. Przed wyjazdem spotkałyśmy się dwa razy. Nie planowałam tego od zawsze. Po prostu spojrzałam na mapę – Maroko? Maroko! Ile czasu zajął dojazd do Afryki? Trudno powiedzieć, po drodze zatrzymałyśmy się w Szwajcarii, zahaczyłyśmy o Gibraltar. Wracałyśmy z  Portugalii. Powrót zajął trzy dni. Wystartowałyśmy z Krakowa z  napisem Afryka. Dotarłyśmy do Szwajcarii – tam spałyśmy u Jonsona – świetny facet, totalny podróżnik, aktualnie wybiera się do Indii. Szwajcaria smakowała lokalnym piwem i szwajcarskim serem. Ser był cudowny. Pewnie kosztował majątek – jak wszystko w  Szwajcarii. Dostałyśmy go od sklepikarza, który kazał go nam przekazać, kiedy dowiedział się, że jesteśmy autostopowiczkami z Polski.

TOUCHÉ | październik 2012


wywiad z nią - JUSTYNA KIEŁCZ | 17

Ze Szwajcarii wyruszyłaś na Giblartar… …a tam najbardziej zachwyciły mnie małpy (śmiech). Są świetne, poza tym - oswojone i  zaszczepione. Widoki? Fantastyczne, ale na ja byłam bardziej przejęta małpami (śmiech). Na drugi dzień – prom do Maroka. Dotarłyśmy do niewielkiej miejscowości z  biało – niebieskimi domkami. Najcudowniejsze miasteczko w  Maroku. Ludzie wierzą, że niebieski kolor chroni przed złymi urokami. Totalny spokój. Możesz wyjść na ulicę, wachlować się pieniędzmi i nikt ci ich nie ukradnie. Jak postrzegasz Marokańczyków? To zależy. Jedni są mili, zapraszają do sklepów, rozpoznają Polaków i potrafią powiedzieć po polsku kilka słów, ale nie jest to natrętne. Marrakesz – nie dało się przejść przez główny plac, żeby nie zostać zaczepionym. Henna, straganiki z jedzeniem, zaklinacze węży, węże, które rzucają ci na szyję i żądają za to wielkich pieniędzy. Krzyczą za tobą, widziałam jak ciągnęli ludzi za ręce. Jeśli kupisz coś dwa stragany dalej – jesteś najgorszy, a co najlepsze – zapamiętują cię. Spotkałam również fantastycznych ludzi np. młodego klowna – Marokańczyka, który wyjaśnił mi na czym polega ramadan… Jak się poznaliście? Przedstawiał animację dla dzieci, a  że ja też się tym zajmuję – zainteresowałam się, podeszłam. Moim marzeniem było przeprowadzenie animacji w  Afryce. Rozmawialiśmy, umówiliśmy się na wieczór, kiedy kończył się ramadan. Opowiadał nam o  tym jak przebiega cały ramadan. Zadawałyśmy pytania, a  on odpowiadał. Przekonał mnie, że podczas ramadanu każdy człowiek czuje się równy. Kobieta, która ma męża czuje się jak kobieta niezamężna, bogaty mężczyzna – jak biedny mężczyzna. Nikt nie je, nikt nie dotyka swojej kobiety – aż do zachodu słońca, kiedy kończy się ramadan. Cudowne było to, ze kiedy już minęła 19.30 on nie jadł jak oszalały, on to smakował. Byłam w szoku, delektował się okazując szacunek dla jedzenia. Tłumaczył, ze dzięki temu ćwiczy wytrwałość, wolę, staje się silniejszym człowiekiem. Kiedy o tym opowiadał zrozumiałam prawdziwy sens ramadanu. Będąc w  Maroko próbowałaś przestrzegać ramadanu? Starałam się nie pić wody czy soku na ulicy, a kiedy już piłam – kryłam się z tym, starałam się tym nie afiszować. Oni nie mogą pić niczego. Jest 40 stopni, a  oni nie piją nawet wody. Podczas posiłków w  knajpie

TOUCHÉ | październik 2012

początkowo myślałam: nie moja kultura, nie moja religia – jem. Później tego żałowałam. To było tak magiczne i tak cudowne – poczekać aż oni będą mogli jeść i zacząć razem z nimi, to było właśnie poznawanie ich kultury, to było prawdziwe życie. Takie podróże najbardziej mi się podobają – nie All inclusive, autokar i  samolot, ale prawdziwe poznawanie miejsca, kultury ludzi, którzy w nim żyją. Co przywiozłaś z Maroka? Marokańską herbatę - śmiałam się ze nie przepuszczą nas na granicy, bo miałam pół plecaka w liściach mięty (śmiech), naturalne perfumy, torebkę, trochę rzeczy przywiozłam.

TERAZ - KIEDY KTOŚ PROPONUJE MI NOCLEG NA PODŁODZE, MÓWIĘ: CZŁOWIEKU, DLA MNIE TO JEST ALL INCLUSIVE!

Podobno Maroko to jeden z  najciekawszych kulinarnie rejonów świata. Potrafisz już coś ugotować? A, właśnie! Przywiozłam jeszcze naczynie do tazina. To ich marokańska potrawa. Powiedzieli mi jak to się robi na Saharze. Tazin na pustyni, przygotowany przez naszego przewodnika był świetny. Tam smakowało to najcudowniej na świecie, lepszego nie jadłam. Pomimo że nauczyłam się przyrządzać tazina, w Polsce to już nie to samo. Sahara od początku byłą w planie wyprawy? Wiedziałyśmy ze chcemy pojechać na Saharę. Jak można być tak blisko Sahary i na nią nie pojechać? Blisko? No… z  800 km. z  północy, no ale na tym tripie zrobiłam ponad 9 tysięcy km, wiec 800 – co to jest, jedna nocka w autobusie. Na Saharze dotarłyśmy do hotelu zbudowanego z  odchodów wielbłąda i  słomy. W  Polsce, kiedy nocujesz w  mniej komfortowych warunkach zwykle marzysz o  cieplej wodzie – tam marzysz o  zimnej. Wszystko jest ekstremalnie nagrzane, do 50 stopni. Dowiedziałyśmy się ile kosztuje

podróż wielbłądem przez pustynię i postanowiłyśmy się targować. Dla ludzi pustyni ważne są leki, to ludzie, którzy schodzą do miasta bardzo rzadko, z reguły w okresie ramadanu. Oddałyśmy mu nasze leki, sprzedałam spodnie mojego brata „za wielbłąda” i w końcu się wytargowałyśmy. Dojechaliśmy do obozowiska. Spaliśmy pod gołym niebem. Na Saharze można jeździć na nartach, na snowboardzie – próbowałam, chciałam też pojeździć na kładach, ale jeszcze się nie udało. Musze wrócić na Saharę, żeby poszaleć na kładzie (śmiech). Sahara to punkt, który trzeba zaliczyć, trzeba spędzić noc na pustyni. To niesamowite przeżycie, zero świateł, jedynym światłem były świece i  księżyc. Totalna cisza. Cisza absolutna. Dla takich chwil warto było to zrobić. Kiedy przeglądałam Twoje zdjęcia z Sahary – duże wrażenie zrobiło to z  napisem „da się”. Największa pustynia świata, pustka dookoła, bezkres i ten napis na piasku – rewelacyjny motywator. To „da się” jest takie moje. Piszę to, kiedy jestem w  wyjątkowych miejscach, utarło się, że robię sobie galerię „da się” z  różnych miejsc świata. To „da się”, jest udowodnieniem, ze da się – sobie czy innym? Może i tak, i tak. Dawniej, udowadniam to sobie. Jeśli między czasie udało się kogoś zainspirować – świetnie. Dlaczego, Twoim zdaniem, się podróżuje? Nowe miejsca, kultury – to oczywiste, ale czy jest w  tym wszystkim jakiś głębszy sens, cel? Dla mnie podróżowanie to ludzie. Spotykanie na każdym kroku innych ludzi, to genialne. Jednak podczas podróży poznaję nie tylko innych – poznaję siebie, zmierzam się z sobą samą, z hardcorowymi warunkami. Teraz – kiedy ktoś proponuje mi nocleg na podłodze mówię: człowieku, dla mnie to jest all inclusive (śmiech). Można siedzieć w  czterech ścianach, przeglądać mapy i atlasy, czytać książki i tylko marzyć o podróżach. Można też wyjść z domu, wyciągnąć rękę i  w  dwa dni być w  miejscu, o  którym jeszcze kilka dni temu tylko czytałeś. Rozmawiała Justyna Skrzekut


18 | wywiad - dodatek

Lalki z ludzkimi zębami (Kaziu de Bubu) rozmowa z Dagmarą Antic ubranka, doszywał nogi i  dbał o  „moje dzieci” - bo tak je wtedy nazywaliśmy. Kreatorką ubrań była mama, a  imiona wymyślałam ja. Pilnowała ich sąsiadka babcia Tomanowa, kiedy szłam do „pracy”, czyli do szkoły. Lalki Twojej produkcji wywołują w  ludziach mieszane uczucia. Z  jakimi reakcjami otoczenia spotykasz się na co dzień, gdy opowiadasz o lalkach z ludzkimi zębami lub gdy je pokazujesz? Reakcje są bardzo różne. Jednak wszyscy jednogłośnie stwierdzają po jakimś czasie, że pomimo ich strasznego wyglądu jest w  nich coś hipnotyzująco-sympatycznego. Często ludzie piszą do mnie, że Kaziki zmieniły ich sposób postrzegania rzeczy pięknych.

Dagmaro, przyznam szczerze, że czytając Twój list, w  którym opisałaś nam pokrótce swoją pasję, wzbudził on w nas pewien dreszczyk emocji. Jestem niezmiernie ciekawa w jakich okolicznościach zrodził się w Tobie pomysł na to, aby tworzyć tak nietypowe lalki? Pierwsza lalka powstała tuż przed 11-nastymi urodzinami mojej córki w  marcu. Pomyślałam, że zrobię jej wyjątkową przytulankę. To miał być taki bardzo twórczy prezent urodzinowy. Ku mojemu zaskoczeniu córka oszalała na punkcie Lidii (bo tak ma na imię pierwsza lalka) i  poprosiła o  wielbiciela dla niej. Tak powstała druga lalka – Krzyś.

Dzisiaj jesteś dorosłą 40-letnią kobietą, a czy jako mała dziewczynka miałaś jakieś swoje ulubione laleczki? Jakie zabawy wspominasz najlepiej z  okresu dzieciństwa? A  może już od najmłodszych lat byłaś twórczym dzieckiem i  sama wymyślałaś sobie zabawki, lalki, ciuszki dla lalek, itd.? Tak, miałam starą jeżycę Kizi, która do dziś stoi na półce. Wiem, że Kizi powstała w  latach 50-tych, prawdopodobnie w Bułgarii, potem zamieszkała we Francji, skąd trafiła do mnie. Uwielbiałam i kolekcjonowałam też lalki Monchhichi. W  latach 80-tych bardzo trudno było o  nie na terenie Polski, więc ojciec przywiózł mi je z Austrii. Tata szył dla moich lalek

Zapewne najczęściej kierowane pytanie do Ciebie brzmi: w jaki sposób zdobywasz ludzkie zęby, skąd je bierzesz? Czy wyrywasz zęby zdesperowanym ludziom, którzy potrzebują pieniędzy? A  może wykupujesz lub otrzymujesz owe uzębienie, np. od stomatologów? Ja również nie mogę się powstrzymać przed zapytaniem Ciebie o to, jak wygląda proces pozyskiwania zębów do stworzenia tak wyjątkowej lalki? Tak, to najczęściej zadawane pytanie. Zęby są akrylowe, zupełnie nowe, kupowane w  sklepach medycznych. To zęby wykorzystywane do protez dentystycznych. Ponieważ mój mąż jest z  zawodu protetykiem, więc mam do nich stały dostęp. Dobrze mieć takiego męża, który wspiera w  pasji. Twoje lalki, to nie tylko zęby. Kaziu de Bubu mają również specyficzne oczy, mimikę oraz całą posturę. Opowiedz nam proszę w jaki sposób one powstają? Buzia powstaje ze specjalnej gliny, o  zębach już wspomniałam, oczy są szklane, a resztę szyję ręcznie bez użycia maszyny do szycia. Pyszczki Kaziów są malowane kosmetykami do charakteryzacji teatralnej i filmowej. Są to prawdopodobnie je-

TOUCHÉ | październik 2012


wywiad - dodatek | 19

dyne lalki na świecie, które maja na sobie prawdziwy makijaż. Jednak nad projektami czuwa moja córka, która ma zawsze jakiś pomysł na nowego Kazika i na imię dla niego. O  proszę, więc i  córcia ma swój udział w pasji mamy. Nazwa lalek „Kaziu de Bubu” jest także Twoim pomysłem? Co ona oznacza? Dlaczego akurat takie określenie? Tak to mój pomysł. Kiedy byłam małą dziewczynką wszystkie słodkie stworzonka nazywałam Kaziczkami. Nazwisko de Bubu pochodzi z języka Suahili i oznacza - Niemy. Bo przecież Kaziki są nieme. Lalki-Kazik powstają zazwyczaj na specjalne zamówienia? Kto jest ich potencjalnym nabywcą? Jacy ludzie i z jakich okazji kupują od Ciebie „Kaziki”? Jak to wygląda w rzeczywistości i  jakie było Twoje pierwotne założenie, gdy zaczynałaś tworzyć swoją pierwszą lalkę? Tak jak już wcześniej wspomniałam, pierwsza lalka powstała dla córki. Nie pomyślałam wtedy nawet, że zacznę je tworzyć w takiej ilości. Przez głowę mi nie przeszło, że zacznę je sprzedawać. Ludzie, którzy kupują Kaziki, to zazwyczaj panie w różnym wieku, począwszy od dziewczynek skończywszy na dojrzałych paniach. Są to osoby, które Kaziki zafascynowały swoją odmiennością. Dagmara, co na temat Twojej pasji do tworzenia lalek z ludzkimi zębami sądzi Twoja rodzina? Jak oni się na to wszystko zapatrują? Zarówno mąż jak i córka mnie wspierają w tym co robię. Córka śpi z kilkoma Kaziami, a mąż oprócz zębów dowozi mi glinę do robienia główek. Przyjaciół nie dziwi moja nowa pasja, a  znajomi na początku dziwnie patrzyli z boku na to co robię. Kaziu de Bubu pochłaniają zapewne sporo Twojego wolnego czasu. Co jeszcze, poza tworzeniem lalek, sprawia Tobie radość? Jakie masz inne zainteresowania? Ja mam bardzo obszerne zainteresowania. Oprócz robienia lalek, uczęszczam na zajęcia z  jogi śmiechu, pracuję jako astrolog i  uczę maluchy angielskiego. Ponadto jestem wielbicielką Powerisera (skaczących szczudeł), na których szalejemy całą rodziną. Tak nietypowe lalki wzbudzają wiele kontrowersji. Czy są na świecie jeszcze jacyś

TOUCHÉ | październik 2012

ludzie, którzy podobnie jak Ty zajmują się produkcją „Kazikowych” lalek? Wiem, że jest kilku artystów wykorzystujących ludzkie zęby w swoich pracach. Czasami serfując w internecie natrafię na kogoś tak zwariowanego jak ja. Chociaż przyznać muszę, że są to zazwyczaj młodsze osoby. Twoja pasja jest wyjątkowa w  swoim rodzaju. Wymaga wiele cierpliwości, wyrzeczeń. Co zatem mogłabyś poradzić naszym pasjonatom, aby także mogli realizować siebie poprzez swoje różnorodne zdolności i pomysły? Nie sądzę bym musiała się czegoś wyrzec, to kwestia organizacji. Ważne, by robić to, co sprawia nam przyjemność, by nie wstydzić się swoich marzeń i  pasji bez względu na wiek. W  każdym z  nas drzemie szalone dziecko, ale nie każdy ma od-

wagę to dziecko pokazać światu. Zgadzam się z  Tobą, każdy powinien chociaż raz na jakiś czas ukazać światu drzemiące w nas dziecko. Dagmaro dziękuję Ci za to, że podzieliłaś się z nami swoją pasją. Na zakończenie naszej rozmowy, zdradź nam jeszcze proszę, jakie masz plany na przyszłość, o  czym marzysz, co jeszcze chciałabyś zrealizować w swoim życiu? Mogę powiedzieć, że jestem spełnioną i szczęśliwą kobietą. Wszystkie marzenia z  dzieciństwa udało mi się zrealizować, choć różnie bywało. Mam wspaniałą rodzinę, psa, dom i  pasję. Czego więcej można pragnąć od życia? Dziękuję za zainteresowanie moją pasją i rozmowę. https://www.facebook.com/kaziudebubu Rozmawiała Magdalena Ulbin Wywiad pochodzi z portalu mamycel.pl


20 | jej punkt widzenia

Ilustracja: Kinga Tync

Zanim powiesz: nie!

Chcesz, żeby już się oświadczył? Zadałam pytanie i w oczekiwaniu na odpowiedź zaczęłam się rozglądać. Siedziałyśmy w cichym pokoju w jednej z krakowskich kamienic. Kiedy wchodziłam tu po raz pierwszy, powitała mnie dumnie wyrzeźbiona - nad drzwiami wejściowymi - data „1934”. Wszystkie znamy starsze budynki, ot cóż, niby nic szczególnego. Niby nic szczególnego, ale podświadomość intuicyjnie kieruje mnie w stronę takich miejsc. Tapety pamiętające wojnę i pomieszczenie na balkonie, które dziś służy za schronienie pająków i mieszkaniowej drabiny. Piece kaflowe, dziś żywiące się elektrycznością, ale jeszcze niespełna 2 dekady temu - opałem. Miało to być tymczasowe, trzymiesięczne schronienie, okazało się być jednak miejscem, o którym zaczęłam mówić dom . To co, chcesz czy nie? W tej absolutnej ciszy wyczułam ogrom napięcia i miliony myśli odbijających się od ścian sufitu. Wydawało mi się przez chwilę, że słyszę tykanie wiszącego na ścianie zegara bez baterii, wskazującego nieustannie godzinę 22:22. Chcę - odpowiedziała - ale bym się nie zgodziła. A ja, dałabym sobie rękę uciąć, że nawet już nie tykanie zegara usłyszałam, ale że wokół rozległ się przeszywający gong Dzwonu Zygmunta. Bajka to stara jak świat, dużo starsza niż wiersz Pana Brzechwy o czapli i żurawiu. Nie o to mi jednak chodzi, nie mam na myśli tego wiecznego przekomarzania, że tamto chce, a tamto nie chce, już za dużo wierszy na ten temat powstało i nie… dziś nie powstanie kolejny. Chodzi mi raczej o to, że szala wspólnych celów na linii mężczyźni – kobiety od wieków jest… niezrównoważona. Bo to nie jest wcale tak, że Ona chce, by on się jej oświadczył, tylko po to, by móc pokazać mu Swe zimne oblicze. Ona w ogóle nie chce, by on się jej oświadczał, nie dzisiaj, nie teraz, nie w tym roku i Bóg sam nawet pewnie nie wie kiedy. To nie w tym rzecz. Ona chce na co dzień być doceniana, chce by on na co dzień o Nią zabiegał, walczył dzielniej i wytrwalej niż sam Achilles pod Troją, by strzelał w jej serce strzałą Amora celniej, niż sam Parys w piętę Achilla. Na co dzień.

Wtedy z pewnością, gdy padłoby to magiczne pytanie o dożywotnie pranie skarpetek, przytaknęłaby mu z  uśmiechem Giocondy. Ale że on tego wszystkiego nie robi, to może by się chociaż po takich felernych oświadczynach opamiętał? A ja Jej mówię, że po takich felernych oświadczynach, to on prędzej weźmie nogi za pas i szybciej Ona ujrzy, jak się za nim kurzy, niż zobaczy kolejny bukiet i usłyszy kolejne słowa zapewnień w pakiecie z drżącym głosem. Więc porozmawiajcie, powiedziałam Jej, porozmawiajcie. Zapytaj się go najpierw, co on by zmienił, czego mu brakuje. A Ty powiedz mu, że kiedy przechodzicie obok straganu z kwiatkami, to żeby nie pytał się „czy chcesz bukiet?”, tylko, żeby Ci go po prostu kupił, jeśli tego właśnie chcesz. Żeby nie pytał się Ciebie: „co będziemy robić?”, tylko żeby sam coś zaplanował. Powiedz wprost, że męczy Cię to, że to zawsze Ty musisz być inicjatorką poważnych rozmów. I  tak dalej. Wszystkie sytuacje, po kolei, wyłóż mu, jak komu głupiemu. Porozmawiali. Jakiś czas później, wychodząc wieczorem z mieszkania, ujrzałam go stojącego niepewnie pod dumnym napisem „1934”. Puściłam mu oko w  odpowiedzi na jego pytające spojrzenie. Ej, myślisz, że Ona chciałaby, żebym jej się oświadczył? – zapytał ściszonym głosem. Chcieć by pewnie chciała… - zaśmiałam się, resztę dodając sobie w  myślach. A  zresztą, o  reszcie zapomnijmy.

Natalia Sokólska nsokolska@touche.com.pl

TOUCHÉ | październik 2012


jej punkt widzenia | 21

Ilustracja: Kinga Tync

Harakiri

Nie wiem, o co chodzi z tą Japonią. Cokolwiek tam wymyślono, dociera do nas z tsunami milion lat później, jest za drogie, skomplikowane i nie styka z moim zwojem mózgowym, na wskroś słowiańskim. Nie mam tego feelingu, a podług statusu społecznego mieć powinnam, gdyż wszystko, co orientalne, rzekomo odpowiada na potrzeby i zapatrywania klasy mojej niższej wyższej. Spójrzmy na to ich sushi. Który zdrowy mężczyzna skłonny był jeszcze kilka lat temu przeżuwać wymemłane jakieś wodorosty, pozawijane w  leguminę ryżową o  smaku bezsmakowym? Która niewiasta zwykła stawiać gościom na stół biało-czarne jestestwa-glutostwa z chrzanem do chrzanu? Żadna, mili państwo, otóż żadna. Aż tu nagle gdzie nie wejdziesz, ryże i surowizny, alternatywnie dla plebejuszy w formie sajgonek, co to powiadają, że z kota. Mało tego, prowadzone są warsztaty z suszenia, na których stylowo jest pokazać się w kimonie. Jakoś mi jednak z tym orient Expressem nie po drodze, a jeśli chodzi o kimono – wolę Franka. Dalej – karate. Do stu karatów napuchło organizacji paramilitarnych, które usiłują nauczyć Polaka lać tak, by nie zlać, a przy tym zlanym nie zostać. Fałsz, sprzeczność! Niech mi tu nikt nie wmawia, że pas czyni wojownika, bo pasów to u  mnie na pęczki. Zawsze znajdował się w narodzie powód, by ojciec prać, od wieków bywał rywal i miecz, kosa, Kasztanka. A teraz ktoś oferuje nam kawał kija, ukłon do ziemi i białą szatę. Bogowie! Czyż oni nie wiedzą, że my tu w sezonie jesień/zima walczymy w kupie piachu i błota? Nawet to ich sudoku, zabawa wszechinteligencka. Nie składasz cyferek - nie dbasz o swój komputerek. Liczą wszyscy. Babcia mi obwarzanka nie sprzeda, bo walczy z ostatnim kwadracikiem, że para z uszu. W pociągu nie pogadasz, same piękne umysły i potok liczb. W łagrze, zwanym też miejscem pracy, poblokują ci wszystkie fejsbuki, ale sudoku zostawią, bo tak ładnie relaksuje i rozwija, że aż masz ochotę postawić tam wszędzie kółko i krzyżyk. Fakt jest taki, że nie lubię dziadostwa i muszę się zmierzyć z tym, że

TOUCHÉ | październik 2012

poświadcza to boleśnie o  niedostatkach mojej inteligencji, lecz nie przesądza do końca o przegranej w grach losowych. W wolnej chwili mogę spokojnie strzelić sobie partyjkę Chińczyka. Gdzie nie wejdziesz, w oko rzuca się choć nie wpada, młodzian urodzony po roku 1995, który z pierwszym pryszczem uświadomił sobie, że w  głębi ducha jest Japończykiem. Tak powiedziała mu jego czakra, ukryta głęboko w  gimnazjalnym ciele. Ewentualnie Koreańczykiem i obojętnie, północnym czy południowym, bez różnicy. Byle nie Chińczykiem, bo kiepskie hasło, że made in China. I tenże ci obywatel świata reprezentuje styl japoński zreformowany (samurajowie unikali rurek i taniurek, musiała być jakaś wielka reforma), a do tego ma w zwyczaju słuchać j-popu i wertować przed snem opasłe tomy książek rysowanych, w cenach nieprzystępnych. Lektury owe, malowane skośną kreską, mają nawet swoje osiedlowe kluby, zloty i muzea. Co więcej, stanowią bezpośredni związek ze światem kinematografii, który adaptuje je na filmy o ludziach z wielkimi oczami i krzywymi twarzami. Na przykład o Muminkach. Kiedy mnie już zaleje cała ta rzeka sosu sojowego, pozostaję w  pozycji nóżek bezradnych z  poczuciem, że oto umyka mi być może kulturowa rewolucja, która nie interesuje mnie nic a  nic. I trochę się tego wstydzę, trochę czuję się za stara, nieco za zwyczajna, a  gdy napotykam ludzi polsko-skośnookich, zawijam się w origami – oni myślą, że jestem trendy, a ja, że może nie będzie mnie z tego California roll’a widać i wtedy zostawią mnie w spokoju. I będę mogła dalej nie umieć jeść pałeczkami. Sandra Staletowicz oczekując na zakwit Państwa wiśni, uniżona: staletowiczowna@gmail.com


22 | jego punkt widzenia | odważnie o wszystkim

il. Basia Maroń

O miłości i nienawiści do zlewozmywaków oraz śrubek

Muszę się przyznać, że miałem bardzo poważną rozmowę z Naczelną. Powiedziałem jej, że kobiety są nudne (no homo) i nie chcę już o was pisać. Ona odrzekła mi, bym pisał więc o czymkolwiek, bawił naród, oświecał gawiedź, czynił dobrze słowem pisanym – robił z tym działem, co tylko zapragnę. Szalona kobieta. Tak naprawdę to nie było tak… Niemniej fakt pozostaje – zmieniamy formułę felietonów. Już nie będzie tylko odważnie o kobietach, teraz będzie odważnie o wszystkim. Chowajcie więc dzieci do szafy, bo może im się nie spodobać (albo i gorzej, spodoba im się zbyt bardzo!) to, co przeczytają ponad waszym nieuważnym ramieniem. Ach, zresztą głupi ja, przecież postępowe kobiety nie mają dzieci. W takim wypadku zostawcie szafę w spokoju. I tak pewnie nie było w niej już miejsca. Tym razem będzie bardzo klasycznie, czyli o tym co mnie wkurza (kto nie kocha wkurzonych felietonistów?). Co wkurza mnie zbyt często i zbyt mocno, co wkurzyło mnie dzisiaj, choć powinienem zwyczajnie odpuścić, ale nie mogę. Wkurzają mnie mądre, przyszłościowe głowy ściśnięte, tfu! Znaczy ścisłe. Jeśli więc Moja Droga związałaś się z uroczym chłopakiem z – dajmy na to – politechniki, przygotuj się, bo mam zamiar przejechać się po typie umysłowości jegomościa. Jeśli jesteś chłopakiem z politechniki to i tak zapomniałeś już jak się czyta, więc czuję się bezpiecznie.* Jaki jest mój problem – spytacie. Jest nim niekończące się ukontentowanie własnym nieprzejednanym intelektem, zainicjowane wybraniem kierunku studiów „z przyszłością” w opozycji do „jakiejś tam socjologii, kulturoznawstwa, europeistyki czy socjologii”. Doświadczyłem tego na żywo, atakuje mnie to w Sieci. I tak ta fala publicznej masturbacji nad potęgą własnej racjonalności (to dopiero dziwne zdanie) obmywa mnie raz za razem od czasów dla mnie chyba przedmaturalnych. Znamy to wszyscy, tę oklepaną retorykę o skazanych na bezrobocie humanistach i  budujących nowe lepsze jutro mózgach technicznych. Mi jednak spokoju nie pozostawia rozmiar kompleksu,

jaki kryć musi się za żarliwą potrzebą promowania spawalnictwa zlewozmywaków, czy innej specjalności z perspektywami. W moim skromnym felietoniku nie mam miejsca na wdawanie się w truizmy o tym, że koniec końców wszystko i tak będzie zależeć od człowieka oraz tego czy wybierze ścieżkę kariery korespondującą z  jego charakterem, zdolnościami i  kolorem skarpetek. Spytam tylko: po co cała ta agitacja? Dobra, przecież wiem – żeby się dowartościować. Spytam więc dlaczego? Dlaczego osoby o  tak przecież błyskotliwie zapewnionej przyszłości odczuwają kompulsję porównywania, wywyższania się ponad biedne humanistyczne niemotki? Czy to jakaś linia obrony przed smutnym faktem, że jak pechowego absolwenta socjologii czekać może piekło McDonalda, tak pechowy bóg techniczny może do końca życia dokręcać durną śrubkę w niegustownie oświetlonej fabryce? Nie mam złudzeń, że mój samotny jęk w Internecie cokolwiek tutaj zmieni. Potrzeba wyżalenia się, jak głupi i przede wszystkim nudny zrobił się ten wątek w naszej polskiej rzeczywistości, była jednak zbyt silna. Chciałbym mieć w tym wszystkim nadzieję, że studencka brać przestanie się tak bardzo przywiązywać do tego, w jakim kierunku idzie, a zamiast tego skupi się na tym, by po prostu nie dać ciała w swojej działce. I  przede wszystkim zrozumie, że wszyscy potrzebują przecież siebie nawzajem! To bardzo proste. Humaniści potrzebują ścisłych, by nie przeciekał im dach. Natomiast techniczni potrzebują humanistów do tego, by tłumaczyli im żarty finezją wybijające się ponad poziom skórki od banana. Kamil Lipa ksiaze.kam@gmail.com

*Kto stereotypem wojuje, od stereotypu zginie.

TOUCHÉ | październik 2012


jego punkt widzenia | błazenada | 23

il. Basia Maroń

Święto Paździerza

Z Kraju Kwitnącej Wiśni, krócej zwanego Japonią trafiają do nas różne, różniste nowinki. Jedne z nich to niezwykle zaawansowane technicznie urządzenia mające usprawniać nam życie, inne to nowości ze świata mody, kolejne toksycznie niebezpieczne, a zarazem niebotycznie pyszne potrawy czy też przejawy popularnej dziedziny życia jaką bez wątpienia jest lifestyle. Bez trudu doszukacie się w  nowoczesnej Europie naleciałości chińskich, od wspaniałej kuchni poczynając, na marketach wypełnionych po brzegi tandetą i  robotnikach bojkotujących budowę autostrad kończąc. Niestety czy stety, Państwo Środka wali do nas drzwiami i oknami. Chcąc nie chcąc, a raczej to drugie przyjmujemy je pod strzechy, a  co, żyjemy przecie w  Kraju Strzech. Metaforycznie nie wracam tutaj przypadkiem do kraju Piastów, gdzie tam. Wystarczy cofnąć się do modelowego chłopca z węzłami muskułów, on przecież mieszka w swojej bajce w chacie krytej strzechą, rąbie zażarcie drwa i nosi wodę ze studni. Bardzo dobrze, prawdziwy gospodarz nie może się bać ani studni, ani siekiery, nawet tej dużej i ciężkiej. Wróćmy do mody i  stylu życia, ponieważ tu niejako mam zagwozdkę. Czy winić Wschód Daleki, Orient przecudny za obecność paździerzy w tkance społecznej ? Być może oni nie przypłynęli do Nas, europejczyków pełnymi gębami w ogromnym kontenerowcu, z zabawkami, spodniami, poduszkami, egzotycznymi herbatami i innym tanim kosztem osiągniętym badziewiem. Istnieje tez teoria, że mogli przyjść z nieodległego mocarstwa zwanego szumnie Europą Zachodnią. Ta teoria nie znajduje jednakże żadnego przełożenia, stamtąd przyszły inne cuda-wianki, Ajfony, Halołiny i Zmierzchy, a nie lafjstajlowe sztuczne ognie, wkręcające się w społeczność niczym monstrualne świdry od kopania kanałów pod morzami. Siląc się o definicję wspomnianego zjawiska już wyjaśniam co następuje: osobnik płci męskiej, szczupły, młody, modnie ubrany i także ostrzyżony. Wiodą tu prym asymetryczne grzywy, warto zaznaczyć, lekkie trampunie i  rurkowate dżinsy na pałąkowatych odnóżach. W porze letniej nos zdobią okulary łudząco podobne do tych znanej firmy na R. Cóż, nic nie wspomniałem o okryciach górnej części, ze

TOUCHÉ | październik 2012

smakiem wychudzonego torsu i  bladych plecków. Panuje t dowolność, ale dobrze sprawdzając się obcisłe szare tiszerty w serek, albo zapinane na guziki czarne trykoty. Ewentualnie pseudo-flanelowe koszule również znanej marki na H. Bluzy z kapturem, o fe, nie ma szans, koszule ze sztywnymi kołnierzami, toć to nie dzielnica City czy inne Wall Street. Rozważam tak sobie czasem, mijając na chodnikach i  placach te młodzieńcze oblicza, wymuskane do możliwości granic, czy to wynalazcy sztuk walki, fajerwerków i  inteligentnych robotów nam ich zesłali ? Odpowiedzi prostej brak. Jednak paździerz to nie tylko zewnętrzna powłoka, jak pokazuje to słynne niegdyś w polskich internetach zdjęcie z podpisem „Chłopaku nie rób z siebie...” Być paździerzem to styl życia, i to jaki ! Chcesz szerzyć paździerzyzm w swym małym miasteczku ? Nic prostszego, złość się kiedy Ona dzwoni w środku dnia, przecież spędzasz go ze znajomkami bezlitośnie fejsbucząc. Nie odprowadzaj jej na pociąg wczasowy - bo i po co, a po wtóre wyzbądź się cech opoki i skały. Bądź miękki, elastyczny i giętki, żyj od imprezy do imprezy, baw się ile wlezie zabawy, w kieszonki wąskich cieniutkich spodni. Zjawiska nie oceniam negatywnie, ot dodaje masie ludzkiej kolorytu nad wyraz. Żeby była jasność, jako, że tęczowa młodzież również wpisuje się w nowo utworzony koloryt/stereotyp, (niepotrzebne skreślić) orientacyjna seksualność nie ma tu nic, a nic do rzeczy. Może rzeczywiście paździerzom ciepło niż prosto, ale co komu do tego. Koncerny odzieżowe zarabiają krocie, a  partnerki/partnerzy leją łzy, krokodyle łzy, z niemocy nad materią paździerzowej płyty. A święto ? Od pacierza do pacierza przez rok cały, Święto Paździerza masz mój mały - strzeż go sobie z całych sił Żołnierzu Paździerzu, na ramię broń ! O ile obok płóciennej torby z dużym czarnym, modnym napisem masz tam jeszcze miejsce.  Jakub Jaworudzki Myślisz, że stać Cię na komentarz? Pisz: jesterjames@wp.pl


24 | beauty

SENSUAL SILENCE

Foto: A. Kozub, R. Kwaśniak (Karamell Studio) Wizaż: Katarzyna Ejsmond Stylizacja włosów: Martyna Kowalska Modelka: Ida Sayk (Fashion Color)

TOUCHÉ | październik 2012


TOUCHÉ | październik 2012


TOUCHÉ | październik 2012


TOUCHÉ | październik 2012


TOUCHÉ | październik 2012


fashion

Ombre było trendem minionego lata, ale dlaczego nie nosić takich spodni również jesienią? Potargane spodnie, czapka i koszula w kratę tworzą look „na kloszarda”, ale połączenie z wysokimi butami nieco przełamuje ten charakter.

Kasia Gorol Znana w Sieci jako Jestem Kasia. Studentka germanistyki i języka szwedzkiego, kochająca modę, zakupy i zabawę w stylistkę własnej osoby. Wraz ze swoimi stylizacjami często widywana na jednej z najpopularniejszych stron modowych na świecie: http://lookbook.nu/user/63384-Kasia-G/ Kasię znajdziecie również na jej stronie internetowej http://www.fashionsalade.com/jestemkasia/ oraz innych portalach: http://www.facebook.com/JestemKasiaBlog http:// www.formspring.me/Kasiica http://www.bloglovin.com/blog/2384316#


film | on i ona w kinie

On i Ona w kinie Droga donikąd

„W drodze”/„On the Road” Data premiery: 14 września 2012 (Polska), 23 maja 2012 (Świat) Reżyseria: Walter Salles Scenariusz: Jose Rivera Zdjęcia: Eric Gautier Obsada: Sam Rilley (Sal Paradise), Garrett Hedlund (Dean), Kristen Stewart (Marylou), Kirsten Dunst (Camille)

Dystrybucja: Gutek Film Czas trwania filmu: 2 godziny, 17 minut

Nie czytałem, jak moi rówieśnicy, Dzieci z Bullerbyn. Wychowałem się na prozie Gretkowskiej, Woolf, Plath. To, co zrozumiałem wtedy z ich powieści – pominę w tej recenzji. Gdy dowiedziałem się o istnieniu pewnego awangardowego ruchu literackiego (a także, w pewnym sensie, kulturowego), byłem małym chłopcem. Z racji tego, że zazwyczaj interesowało mnie to (i tak jest po dziś dzień), co kontrowersyjne, nietuzinkowe, pozbawione obłudy, głębokie w  idee i  koncepty, Beat Generation (beatnicy) wywoływał we mnie przeszywający dreszcz podniecania, a  W drodze Jacka Kerouac’a  chciałem przeczytać mając zaledwie kilkanaście lat. Do książki stopniowo dorastałem, zapoznałem się z  nią dopiero teraz, mając dwadzieścia trzy lata i pewne, życiowe doświadczenie. Obejrzałem również film Waltera Salles’a na podstawie powieści Kerouac’a. Wydałem kilkanaście złotych na bilet. Wyszedłem z  kina. Rozgoryczenie i  niesmak po seansie utrzymują się aż do teraz, niestety. Reżysera filmu znałem jedynie z  Dzienników motocyklowych – dobrze zrealizowanej, wciągającej historii o młodym idealiście – Erneście Che Guevarze. Tym samym z pozytywnym nastrojem, wewnętrznym spokojem, wybrałem się z Elizą do kina, przygotowany na wielkie wzruszenia, ogrom emocji i wciągającą przygodę – tym bardziej, że obydwoje wcześniej przeczytaliśmy ten jakże wybitny manifest. Po wyrazie twarzy wychodzącej z  sali kinowej Elizy, śmiem twierdzić, że jej zdanie jest do mojego podobne. Film jest nieudany, nudny, momentami efekciarsko trywialny – to całkowite zaprzeczenie kerouac’owskich koncepcji. Sal Paradise (w tej roli znany z Control – Sam Riley) to młody, pełny wigoru pisarz, który wraz ze swoim przyjacielem Deanem wyrusza w podróż mającą zapewne przynieść głębokie oczyszczenie. Podróż ta, w  wydaniu Salles’a, dostarcza jednak (i  widzowi, i bohaterom) zażenowania. Pokolenie beatników zostało w filmie bardzo spłycone: ich buńczuczne, jakby nie patrzeć, zachowanie przedstawione w  sposób kurtuazyjny, a  nawet infantylny, rani i przeszkadza widzowi w odbiorze filmu. Spontaniczna i pełna animuszu energia wywodząca się z książki (a może przede wszystkim z filozofii ruchu beatników) prysła w filmie Salles’a jak bańka mydlana pozostawiając po sobie niesmak i niearomatyczny, w przeciwieństwie do mydlin, zapach. Walter Salles potwierdził pewną tezę. Dzieła takich twórców, jak: Kerouac, czy Ginsberg umierają na srebrnym ekranie. Banalizowanie i  prymityzowanie tak istotnych, kulturowych manifestów to wielki grzech. Spowiadajcie się więc twórcy. Ja rozgrzeszenia nie udzielę! 

Bartosz Friese

TOUCHÉ | październik 2012


dział | 31

Reklamuj u nas swoje najsmakowitsze kąski. Neal Cassady przewraca się w g   robie Drogi Bartoszu, z  przykrością przyznaję Ci rację, choć już po pierwszym rzucie oka na obsadę W drodze nie żywiłam wielkich nadziei wybierając się na seans. Na okładce nowego wydania dzieła Jack’a Kerouac’a czytamy, że adaptacja jego powieści wyreżyserowana przez Walter’a Salles’a jest “piękna i pełna szacunku do oryginału”. Zgodzić się z tym zdaniem mogę o tyle, że z historii Kerouac’a Salles wybrał ciekawsze wątki, które w filmie zgodne są z fabułą powieści. Na tym niestety koniec. Nie jestem pewna jak dawno temu oglądałam filmową adaptację z tak źle dobraną obsadą aktorską. I tu zadaję sobie nieustannie pytanie: czy naprawdę reżyser taki jak Walter Salles, autor słynnych Dzienników motocyklowych, mistrz kina drogi, stracił tyle filmowej wyobraźni, by nie móc dobrać odpowiednich aktorów do ról tak niebanalnych i charakterystycznych? Jak można było w roli legendarnego Neal’a  Cassady’ego (filmowy i  powieściowy Dean Moriarty) umieścić chłopca o  nieskazitelnej urodzie i  porcelanowym uśmiechu, w którego oczach ani przez chwilę nie jesteśmy w stanie uświadczyć na ekranie szaleństwa opisywanego w książce? Garrett Hedlund, mimo że jego postać rozwija się w  filmie i pod koniec (!) udaje mu się wykrzesać z siebie odrobinę ducha Deana, mimo że jest aktorem niezwykle przystojnym i miłym dla oka, zawodzi, okrutnie spłycając postać, która W drodze powinna być najbarwniejsza. Historia Sal’a  Paradise’a  (Sam Riley), przemierzającego drogi Ameryki w  poszukiwaniu emocji, natchnienia i  szczęścia nie pozwala czytelnikowi oderwać się od dzieła Kerouac’a. Nie można jednak powiedzieć tego samego o  dziele Salles’a, które wydaje się rozciągać w nieskończoność, czyniąc z W drodze film po prostu nudny. Co do Twojego oburzenia natomiast, Bartoszu, podzielała je, jak widzieliśmy, część kinowej sali, która seans opuszczała w połowie, a  nawet w  jednej trzeciej trwania filmu. Mnie osobiście przedstawione w  ten sposób pokolenie beatników nie zgorszyło, zdecydowanie jednak zabrakło w tym obrazie czegoś, co w książce czyni je niezwykłym. Cały obraz ratuje niewątpliwie kreacja Viggo Mortensen’a, który do roli Williama Burroughs’a (filmowy Old Bull Lee) pasuje idealnie. To jednak za mało, gdy na szali przeciwieństwa jawią nam się bezbarwne kreacje aktorek takich jak Kirsten Stewart (Marylou), czy nawet Kirsten Dunst, która do roli Camille zwyczajnie nie pasuje, a główni bohaterowie nie chwytają widza za serce. Jestem zawiedziona.  Eliza Ortemska

TOUCHÉ | październik 2012


32 | film | nowość

W psychologicznej pułapce

„Gra” / „Play” Data premiery: 5 października 2012 (Polska), 15 maja 2011 (Świat) Reżyseria: Ruben Östlund Scenariusz: Ruben Östlund, Erik Hemmendorff Obsada: Kevin Vaz (Kevin), Anas Abdirahman (Anas), Yannick Diakité (Yannick), Abdiaziz Hilowle (Abdi), Sebastian Hegmar (Alex), Sebastian Blyckert (Sebastian), John Ortiz (John) Dystrubucja: Against Gravity Czas trwania filmu: 1 godzina, 58 minut

Jeżeli ktoś po zapoznaniu się z opisem dystrybutora na temat tego filmu, nastawi się na seans pełen patetycznej dramaturgii lub brutalności w  iście hollywoodzkim stylu, ten wyjdzie z  sali kinowej mocno rozczarowany. Nie jest to bowiem film jakich wiele, zwłaszcza w polskich kinach. Akcja filmu rozgrywa się w jednym z największych szwedzkich miast – Göteborgu. Pochodzący z  dobrze sytuowanej rodziny Sebastian, wraz z dwójką przyjaciół – Alexem i Johnem, udaje się na zakupy do centrum handlowego. Tam po raz pierwszy natrafia na grupę pięciu ciemnoskórych chłopców – prawdopodobnie imigrantów, których zachowanie zwraca uwagę nie tylko pracowników jednego ze sklepów, ale także innych klientów robiących zakupy na terenie galerii. Po opuszczeniu sklepu trójka przyjaciół spostrzega, że napotkana wcześniej grupa nastolatków podąża za nimi. Przestraszeni próbują uciec, w końcu jednak decydują się porozmawiać z nimi, aby dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi. Okazuje się, że młodszy brat jednego z nich został ostatnio okradziony, a telefon Sebastiana wygląda dokładnie tak samo jak ten, który należał do jego brata. Posiada nawet zadrapania w tym samym miejscu. W tej sytuacji, mimo zapewnień Sebastiana o legalnym nabyciu aparatu, nastolatkowie proponują trójce chłopców, by ci razem z nimi udali się do okradzionego brata, aby ten mógł potwierdzić, że telefon

Sebastiana nie pochodzi z kradzieży. Sebastian, Alex i John zgadzają się na takie rozwiązanie i z grupą imigrantów ruszają na uzgodnione spotkanie. Zaaranżowana przez grupę ciemnoskórych chłopców psychologiczna gra, która rozgrywa się pomiędzy nimi a trójką chłopców z bogatych rodzin, okazuje się bardzo dobrze przemyślaną taktyką bazującą na funkcjonujących wśród społeczeństwa stereotypach. Model gry jest bardzo prosty: w gruncie rzeczy wystarczy umiejętnie wykorzystać to, co ‚’siedzi’’ w naszych głowach, odegrać przed ofiarami właściwą rolę i czekać na efekty. Władza nie zawsze opiera się na groźbach czy przemocy fizycznej, tkwi również w słowach, wrażeniu jakie wywieramy na ludziach oraz w tym, kim jesteśmy w ich świadomości. Film Östlunda nie jest łatwy, lekki ani przyjemny, ale przecież nie o to chodzi, żeby zawsze było miło i uroczo. Mocną stroną Gry jest realizm i siła oddziaływania, bowiem oglądając go można poczuć się co najmniej nieswojo. Taki efekt udało się reżyserowi osiągnąć między innymi poprzez nietypową prezentację opowiadanej historii. Niezwykle długie ujęcia, dialogi zza kadru czy brak narratora decydują o powstaniu odczuwalnego przez widza napięcia, które w filmie towarzyszy bohaterom. Dzięki temu oglądający może odnieść wrażenie, że sam stał się jednym z graczy. Ponadto Gra jest filmem, który nie daje prostych ani tym bardziej jednoznacznych odpowiedzi (i chwała Östlundowi za to!). Dlatego filmowi nie można zarzucić banalnego charakteru. Nie wszystko jest tak oczywiste jakby się mogło na początku wydawać, o czym podczas seansu przekonujemy się w miarę upływu czasu. Tą przewrotnością reżyser umyślnie nakłania widza do refleksji nie tylko na temat zachowania poszczególnych grup dzieci, ich pochodzenia etnicznego, przynależności do określonej klasy społecznej, ale również (a może przede wszystkim) do namysłu nad samym sobą. Gra toczy się zatem po dwóch stronach ekranu. Po obejrzeniu filmu Östlunda nasuwa się pytanie o to, czy tak naprawdę różnimy się czymś od tych dzieci? W rzeczywistości codziennie rozgrywamy z innymi psychologiczne gry i każdy chce wygrywać, a przecież ktoś musi przegrać…  Martyna Kapuścińska

TOUCHÉ | październik 2012


film | nowość | 33

Seksturustyka – Antidotum na miłość

„Raj: Miłość”/ „Paradies: Liebe” Data premiery: 7 września 2012 (Polska), 18 maja 2012 (Świat) Reżyseria: Ulrich Seidl Scenariusz: Ulrich Seidl, Veronika Franz Zdjęcia: Edward Lachman, Wolfgang Thaler Obsada: Margarete Tiesel (Teresa), Peter Kazungu (Munga), Inge Maux (Przyjaciółka Teresy), Carlos Mkutano (Salama), Gabriel Mwarua (Gabriel) Dystrybucja: Against Gravity Czas trwania filmu: 2 godziny

Ulrich Seidl po raz kolejny szokuje. Bezpruderyjnie godzi w zmysł dobrego smaku, obnaża ludzkie ułomności, kompromituje współczesną kulturę, nie boi się zniesmaczyć, zawstydzić, oburzyć. W pierwszej części swojej filmowej trylogii, Raj: Miłość, austriacki reżyser wydobywa rzeczywistość spod ułudnej i fałszywej otoczki prezentując ekshibicjonizm współczesnych populacji. Cóż, nie bez powodu zyskał wśród krytyków miano społecznego pornografa. Teresa (niezwykle odważna rola Margarete Tiesel) to pięćdziesięcioletnia Austriaczka, która swoje urodziny postanawia spędzić w  egzotycznym kurorcie w  Kenii. Zostawiając nastoletnią córkę pod opieką krewnej wyrusza do „raju”, w którym oprócz pięknych plaż, aury beztroski i wszędzie słyszanego radosnego „hakuna matata” [wszystko w porządku] można skorzystać z seksualnych usług czarnoskórych mężczyzn. Samotna, niekochana i nieatrakcyjna Teresa mimo namowy przyjaciółki początkowo odrzuca możliwość posiadania ów seks-przyjaciela. Nie trwa to jednak długo. Poznaje

TOUCHÉ | październik 2012

bowiem Mungę (Peter Kazungu), który uwodzi ją słowami i  nienatarczywym zachowaniem, stosując tym samym wyrafinowaną formę przekupstwa. Po raz kolejny prym wiedzie instytucja „kept man’a” oraz wartość pieniądza. Bohaterka rozpaczliwie pragnie bliskości i  akceptacji do tego stopnia, że jedyną szansę na zmianę, choćby krótkotrwałą, upatruje w  seksualnej turystyce. Potrzeba posiadania substytutu kochającego mężczyzny jest tak silna, że doprowadza do uzależnienia od adoracji. Kobieta chce wierzyć w kłamstwa swoich kenijskich kochanków, za które w rezultacie płaci. Dla nich bowiem Europejczyk to bogacz, na którego współczuciu można zarobić. Nie ma innej drogi, gdy wokół nędza, głód i choroby. Teresa wstydzi się swojego postępowania, dlatego wszystkie seks-spotkania mają miejsce poza drogim hotelem, w obskurnych i ciasnych pomieszczeniach do schadzek. Oto jak europejski świat łączy się w symbiozie z postkolonialną Afryką… Ulrichowi Seidlowi zależy na naturalności. W tym celu stosuje specyficzne zabiegi, jak dokumentalne prowadzenie akcji z  lekką fabularną nutą, improwizacja w dialogach, statyczna kamera, gra naturszczyków u boku profesjonalnych aktorów oraz brak muzyki. Reżyser daje widzowi możliwości maksymalnej percepcji obrazu, by z drugiej strony utrudniać patrzenie eksponując nagie, brzydkie ciała. Swoisty paradoks. Niczym historia Teresy. Kamera podąża za bohaterką, jak turysta za przewodnikiem. Stara się być blisko, rejestrować, nie odwraca wzroku nawet od najbardziej wstrząsających i niesmacznych scen. Seidl otarł się o granicę filmu pornograficznego, z drugiej strony nie pokazując ani razu sceny aktu seksualnego. Można odnieść wrażenie, że reżyser zanadto szokuje. Ale seans ma być chłostą, zarówno emocjonalną jak i estetyczną. Widz musi, już nie może, skonfrontować swoje wartości z  eksponowanym obrazem. Reżyser jest w owej nachalności niezwykle autentyczny i przenikliwy. Słabość, nagość, bezbronność, samotność. Nie ma tu miejsca na tytułowy raj. W  tle afrykańskiej scenerii rozgrywa się dramat. Nie ma nadziei. Raj: Miłość jest filmem do bólu mówiącym o potrzebie akceptacji, przy jednoczesnym poniżeniu, wyzysku i  władzy pieniądza. Reżyser nie występuje tu w roli moralizatora. Nie oskarża. Wie bowiem, że nikt nie jest bez winy. Każe jednak patrzeć jak bardzo człowiek jest zniewolony, jak bardzo potrafi upaść, by zaspokoić swoje pragnienia, by nadal oszukiwać samego siebie.   Magdalena Kudłacz


34 | film | analiza starego dzieła

Chandra w Kraju Kwitnącej Wiśni

„Jesienne popołudnie” (1962) Reżyseria: Yasujiro Ozu Na hasło „kino Dalekiego Wschodu” zwykle w pierwszym odruchu przychodzą na myśl przerażające swym klimatem japońskie horrory, chińskie filmy walki i zapewne nieśmiertelna – w umyśle każdego kinomana – i jakże okrutna Godzilla. Ta ostatnia przywoływana jest najczęściej w  odniesieniu do starszego kina, wspominanego głównie z uwagi na tekturowe efekty specjalne i niewielką dawkę subtelności. W mojej comiesięcznej wyprawie w przeszłość kinematograficzną chcę tym razem przedstawić film, który, cóż wiele mówić, nie spodoba się każdemu. Współczesny widz przyzwyczajony jest do skomplikowanego fabularnie splotu wydarzeń, który doprowadza bohatera poprzez sinusoidę uczuć i emocji do kresu przygody, pozostawiając widza wyczerpanego emocjonalnie, z miliardem myśli, interpretacji i rozważań. Przyzwyczajeni jesteśmy do niezwykłej czujności, której chwilowy brak może doprowadzić do niezrozumienia fabuły. Kiedy pragniemy trochę „wyluzować” sięgamy z kolei po kino niższych lotów, które oferuje nam ładne obrazki w postaci krajobrazów i wygładzonych twarzy głównych (pozytywnych, a jakże!) bohaterów, prowadzących nieskomplikowane, acz radosne życie nieudaczników, pragnących miłości, pieniędzy, kariery, sukcesu, akceptacji, etc., etc. Popadamy w stany skrajności, szukając w kinie czegoś nowego, świeżego, czym się zachwycimy bez konieczności potwierdzenia naszej fascynacji u szanowanych krytyków, oceniających X muzę. Taki fenomen można znaleźć, wyruszając wstecz o całe pół wieku w stronę japońskiej kinematografii. Panie i Panowie, specjalnie dla Was na zaspokojenie pragnienia – Jesienne popołudnie Yasujiro Ozu z roku 1962.

Oto prosta historia klasycznego everymana: Shuhei Hirayama to mężczyzna w  średnim wieku, spełniony zawodowo, owdowiały ojciec trojga dorosłych już dzieci, lubiący po pracy wyjść z kolegami do dobrej restauracji i przy kolejnych kieliszkach sake pogawędzić o  codziennych sprawach. Tak poznajemy naszego bohatera. Kolejne kadry następują po sobie, przedstawiając po kolei wszystkie miejsca Hirayamy. Biuro, restauracja, dom. Dzień po dniu ten sam schemat. Krótkie, zachowawcze dialogi z sekretarką, serdeczne rozmowy z przyjaciółmi i krótkie wymiany zdań z dziećmi. Każda doba wykonywana według ustalonego porządku. Spotkanie z dawno niewidzianym nauczycielem ze szkoły również następuje w zgodzie z grafikiem. Dawny mentor, nazywany przez swych uczniów Tykwą to człowiek przegrany – wraz z  samotną córką prowadzi upadającą jadłodajnię, odnajdując przyjemność w alkoholu. Hirayama uświadamia sobie, że być może jego i córkę czeka podobny los i postanawia temu zapobiec. To postanowienie nie wpływa wcale na przyśpieszenie akcji, ani nagłą zmianę zachowania bohatera. Schemat dnia głównego bohatera pozostaje ten sam. Wzbogacony jest tylko o  nowe przemyślenia, dodatkowy wątek w rozmowie z przyjaciółmi i bardziej czujną obserwację bliskich. Hirayama zna tylko jeden sposób, aby nie powielić losu swego dawnego nauczyciela. Lekarstwem na wszystkie problemy jest wydanie córki za mąż. Oczywiście gruntownie przygotowane i logistycznie przemyślane w otoczeniu kompanów i dzbanków ciepłego sake. Aranżowane małżeństwo w filmie? Zwykle wiąże się z hektolitrami wylanych łez i misterną intrygą. W Jesiennym popołudniu jak łatwo się domyśleć jest inaczej. Jesienne popołudnie to film, który pozwala widzowi „oddychać”. W bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Brak nagłych

TOUCHÉ | październik 2012


film | analiza starego dzieła | 35

zwrotów akcji powoduje możliwość wczucia się w to specyficzne dzieło w całkowicie zrelaksowanej postawie, z otwartym umysłem, chłonąc każdy delikatny gest i ruch postaci na ekranie. Aktorzy, odgrywający swoje role grają prawie wyłącznie słowem. Gesty, mimika, gestykulacja ograniczone są do ruchów wykonywanych zgodnie z  kulturowymi zwyczajami. Dla zachodniego widza początkowo trudno jest wczuć się w  przedstawioną fabułę i  dać się ponieść płynnej narracji. Jednak już po chwili ta bariera zostaje zniesiona i doskonale rozumiemy uczucia i emocje bohaterów, pojmując konwenanse, według których żyją. Co więcej - akceptując ascetyczną postawę Hirayamy, który zgadza się dobrowolnie na samotność. Grający głównego bohatera - Chishū Ryū z  każdą kolejną sceną wzbudza większą sympatię i doping ze strony widza w jego, pełnym cierpienia, dążeniu do spełnienia wyznaczonego sobie zadania. Tytuł dzieła to oczywiście symboliczne odniesienie do „jesieni” życia człowieka, okresu starości, w którym codzienna egzystencja ogranicza się do nieciekawych zdarzeń, zbliżających coraz bardziej biednego i już biernego człowieka ku śmierci. Temu pejoratywnie postrzeganemu przymiotnikowi, towarzyszy jednak nieco bardziej optymistyczny rzeczownik: „popołudnie”, który określa porę pomiędzy południem, a wieczorem, po którym to dopiero następuje ciemna, zimna noc. Jest to więc stan pośredni, który nie oznacza ostatecznej, końcowej drogi. Hirayama mimo zaawansowanego wieku jest ciągle aktywny – zawodowo, ale i prywatnie. Opiekuje się rodziną, dba o jej dobro i być może sam, będąc pośrodku swego życia, z bagażem pewnego doświadczenia, ale mając ciągle wiele

TOUCHÉ | październik 2012

przed sobą, raz jeszcze spróbuje zaznać szczęścia w miłości. Tym filmem rządzi schemat. Ład i  uporządkowanie to nie tylko domeny głównego bohatera, ale również zasady, panujące po drugiej stronie kamery. Na długo po obejrzeniu filmu, pozostały mi w pamięci konkretne kadry, przez cały film uporczywie powtarzane ręką operatora w doskonałym układzie. Następujące kolejno po sobie, pod odpowiednim kątem, zastygłe obrazy prowokują do czujnej obserwacji widza, przyzwyczajonego do mającej nagle przyjść zmiany. Tu ona nie następuje. Te trwające kilkanaście sekund ujęcia są jak gdyby okładką poprzedzającą kolejny rozdział historii. Brzmi to może infantylnie, jednak podczas seansu nie sposób nie zwrócić uwagi na te doskonale skomponowane ze sobą zdjęcia autorstwa Yuuharu Atsuty. Lata 60. to okres, w którym kinematografia przechodziła znaczne zmiany. Na zachodzie królowały niezaspokojone żądze i roztańczone nogi, Europę zalewała Nowa Fala reprezentowana przez większość krajów, które przynosiły artystyczne prowokacje, walcząc tym samym o prym w nowatorstwie. Wracając do tych czasów dziś, można stwierdzić, że to Daleki Wschód swym Jesiennym popołudniem zadziwił najbardziej. Pośród krzyczących ze wszech stron młodych gniewnych i  gangsterskich Jankesów pokazał coś zgoła odmiennego – spokój i opanowanie, czym zasłużył sobie zdecydowanie na miano prawdziwego dzieła, o którym trudno zapomnieć.   Aneta Władarz


36 | film | w domowym zaciszu

Futurystyczna wizja przeszłości

„2046” Data premiery: 1 kwietnia 2005 (Polska), 20 maja 2004 (Świat) Scenariusz i reżyseria: Wong Kar-Wai Zdjęcia: Christopher Doyle Obsada: Tony Leung Chiu Wai (Chow Mo Wan), Li Gong (Dean), Ziyi Zhang (Bai Ling) Dystrybucja: Gutek Films Czas trwania filmu: 2 godziny, 9 minut

Każdy, kto przeżył prawdziwy zawód miłosny zastanawia się czy kiedyś jeszcze będzie w stanie pokochać i zaufać drugiej osobie. Czasem wspomnienia powracają do nas jak demony z przeszłości, od których nie sposób się uwolnić. Film 2046 Wong Kar-Wai’a to refleksja na temat tego, jak bardzo życiowe doświadczenia determinują nasze dalsze losy, czyniąc z nas więźniów własnej jaźni. Widzów ceniących twórczość pochodzącego z Hong Kongu reżysera zapewne nie zawiedzie warstwa wizualna tej produkcji. Dopracowane do perfekcji baśniowe i futurystyczne ujęcia tworzą galerię pełnowartościowych obrazów, prowadzonych grą światła, kolorów i gestów wystylizowanych postaci. Romantycznym kompozycjom towarzyszą liryczne losy bohaterów, pełne namiętności i emocji, ale także powściągliwości i chłodu. Główny bohater - Chow Mo Wan - udaje się do Hong Kongu, aby uwolnić swe myśli od niespełnionej miłości do Su Li-Zhen. Tam

w pełni korzysta z uroków klubowego życia lat sześćdziesiątych: alkohol, papierosy i kobiety stanowią filary jego codzienności. Swoje romanse opisuje w cyklicznie wydawanych felietonach, których bohaterowie podróżują fantastycznym pociągiem do tajemniczego miejsca w 2046 roku. Tylko tam bowiem mogą odnaleźć własne wspomnienia i żyć niekończącą się przeszłością. Poznajemy trzy kochanki Chow, z którymi łączą go różnego rodzaju relacje: platoniczne, sentymentalne, seksualne. Każda z nich w jakiś sposób przypomina jednak Su Li-Zhen, co nie pozwala mu na emocjonalne zaangażowanie. One także skrywają swoje miłosne tajemnice i pragnienia. Sytuacje bohaterów ilustrują futurystyczne sceny z fantastycznej powieści Chow, wplecione w filmową narrację. Kompozycję dopełnia nastrojowa muzyka, która odzwierciedla charakter relacji łączących bohatera z kolejnymi kobietami. A zatem, jeśli chodzi o formę: chapeau bas! Niestety treść jakoś umknęła mojej uwadze… Epizody miłosne głównego bohatera rozpoczynają się i kończą bez uzasadnienia. Nie sposób odtworzyć psychologicznie spójnych konstruktów postaci ani zgłębić istoty relacji interpersonalnych. Dialogi na wskroś naiwne, postaci nieludzko upozowane, historie mało prawdziwe i nieprzekonujące. Napięcie i dramaturgia wiszą gdzieś w powietrzu, ale całkiem spokojne i uśpione. Punkt kulminacyjny bowiem nigdy nie nastąpi. Jedynym momentem, który wzbudził moje zaangażowanie, był wątek zakochanej w Chow namiętnej sąsiadki. Poza tym permanentna nuda: ciągłe krążenie wokół ludzkiej emocjonalności. Nuda! Być może zbyt długie prace montażowe zatraciły pierwotną linię fabularną filmu - reżyser pracował nad obrazem cztery lata, a po premierze w Cannes ponownie go przemontował. Kto szuka w kinie chwytliwej historii i porywających wydarzeń, z pewnością opuści pociąg do 2046, na długo przed końcowym przystankiem. Oczywiście, jestem świadoma swojej ułomności wynikającej z nieznajomości innych obrazów Wong Kar-Wai’a. Film zapewne nie rozczaruje wielbicieli twórczości reżysera, ceniących jego poetycki język narracji, ubrany w artystyczne kadry. W szczególności fani jego poprzedniej produkcji - Spragnionych miłości, odnajdą liczne kontynuacje w warstwie wizualnej oraz fabularnej. Nie ulega jednak wątpliwości, że dla laików podróż pociągiem do 2046 z pewnością nie będzie lekka i przyjemna. Sama kilkakrotnie podchodziłam do tego filmu i zawsze oglądałam go nieco „na siłę”. Niestety, aby zrozumieć ten obraz nie wystarczy jednokrotny seans. To żmudna przeprawa i bezustanna pogoń za kolejnymi wątkami, która jednym może przynieść konotacyjną łamigłówkę, innym zupełnie NIC.   Agnieszka Różańska

TOUCHÉ | październik 2012


dział | 37

Info Kulturalne

Reklamuj u nas swoje najsmakowitsze kąski.

Pożegnanie lata w rytmie salsy! Mimo, że wakacje dobiegły końca, atmosfera pełnych słońca dni jeszcze nie minęła. W Krakowie, w połowie października, od 12-go do 14-go, będą trwały dni Cracov LatinFestival 2012. Jest to niepowtarzalna okazja do poznania kultury kubańskiej, której ważnym, a może nawet najważniejszym elementem jest taniec. Poza wykładami na temat Kuby, uczestnicy będą mogli wziąć udział w warsztatach tanecznych i poznać tajniki takich gorących tańców jak salsa, rumba czy congo palo. Zarówno wykłady jak i warsztaty taneczne poprowadzą rodowici Kubańczycy, a wśród nich takie sławy jak: Alberto Valdes, Yanelis Salazar Serrano czy Andria Panayi. Główną atrakcją festiwalu będzie natomiast koncert legendarnego zespołu Jose Torres & Havana Dreams, który odbędzie się w sobotę, w klubie Forty Kleparz! Czy nie brzmi to wystarczająco zachęcająco? Ja już czuję ten egzotyczny klimat i nogi same rwą się do tańca. Myślę, że to znakomity sposób na ostateczne pożegnanie z latem dla krakowskich studentów i nie tylko! Serdecznie zachęcam wszystkich Czytelników Touche do rozsmakowania się w kubańskich rytmach w Krakowie.

„Możemy żyć bez przyjaciół, ale nie bez sąsiadów” Nieco wcześniej, niż Cracow Latin Festival, odbędzie się prawdziwa muzyczna uczta w wykonaniu artystów niemieckich. Impreza Avant Art Festival - uznawana za największe święto sztuki niemieckiej w Polsce, będzie trwała przez 6 dni, od 2-go do 7-go października we Wrocławiu. Organizatorzy zadbali o obecność największych gwiazd niemieckiej sceny muzycznej, a wśród nich będzie można usłyszeć koncert m.in. DAF- prekursorów muzyki techno i electropunka, Denseland z Davidem Mossem czy Petera Broztmanna - mistrza tytan jazzu. Oprócz wyśmienitej zabawy w doborowym towarzystwie gwiazd podczas koncertów, uczestnicy będą mogli także obejrzeć wspólny projekt Social Up Spacing, podczas którego muzycy i plastycy zaprezentują własne recyclingowe instalacje otwartej przestrzeni miejskiej. To idealna impreza dla fanów muzyki i sztuki niemieckiej, jak również tych, którzy chcieliby ją lepiej poznać. Ja na pewno się wybiorę! 

Monika Masłowska

promocja@touche.com.pl TOUCHÉ | październik 2012


38 | muzyka | nowość

Weltschmerz XXI wieku

Mumford & Sons Babel Wytwórnia: Universal Music Polska Premiera płyty: 25.09.2012

Wakacje już się skończyły. Uczniowie zasiedli w szkolnych ławach, studenci (z  większą lub mniejszą chęcią) wracają w  akademickie mury, a  ludzie pracujący powrócili z  urlopów na swoje stanowiska. Pozostały nam wspomnienia wakacyjnego szaleństwa, pocztówki i zdjęcia, dla niektórych złamane serca przez wakacyjną miłość, dla innych zaś zupełnie odmienny stan – idyllicznego związku mającego swój początek na piaszczystej plaży. Nieubłaganie więc, zgodnie z odgórnymi warunkami natury, zbliżają się: chłód, szarość i zapewne jesienne melancholie. Jednak ja mam na to wszystko lekarstwo (i nie, nie będzie się to wiązało z efektem placebo), które zażywane w odpowiednich dawkach dziennych jest w stanie skutecznie przegonić zły nastrój, a chłodnym wieczorom dodać odrobinę przyjemnego ciepła. Pojawiło się ono 25-go września w  polskich sklepach muzycznych. Nazywa się Babel, a twórcami tego antidotum na wszelakie smutki jest zespół pochodzący z Wielkiej Brytanii – Mumford & Sons.

Ten angielski band zadebiutował w 2009 roku płytą Sigh no more – prekursorskim połączeniem folku z elementami klasycznego rocka, poezji śpiewanej i  Indie popu. Sigh no more w  pełni mną zawładnęła, więc oczekiwania co do drugiej płyty Mumford & Sons miałem wysokie. Gdy po raz pierwszy usłyszałem I will wait - singiel zwiastujący album – odniosłem wrażenie, że grupa się wyraźnie pogubiła w  meandrach swojej własnej twórczości, że ich magia się gdzieś ulotniła. Zamiast oryginalnych, niepowtarzalnych dźwięków usłyszałem kiczowate country, nijak się mające do idei szerzonej przez członków zespołu. Zawód i  lekkie rozczarowanie minęły zaskakująco szybko, gdy wszedłem w konwencję ich nowej płyty silnie nawiązującej do korzeni muzyki ludowej. Babel bowiem to energia i żywioł. Liryczność i  poetyczność w  męskim wydaniu (zespół składa się z czterech silnych mężczyzn wyglądem w  ogóle nieprzywołujących na myśl romantycznych dandysów) zostały okraszone niebanalnym wigorem. Lover of the light – wzruszająca ballada bazuje na silnych dźwiękach gitary i  wyrazistym, donośnym głosie wokalisty. Na próżno w  niej szukać emocjonalnej jeremiady, chociaż poziom uczuć bijący z utworu wydaje się być ogromny. Wszystkie piosenki trzymają w napięciu, które w miarę częstotliwości odsłuchiwania ciągle rośnie. Idealnym przykładem potwierdzającym moje słowa jest Below my feet, rozpoczynający się cichym, pełnym spokoju wokalem i szeregiem instrumentariów, kończący natomiast donośnym krzykiem i mocnym beatem. Mumford & Sons nie zapomniało o fanach takich przebojów jak: Liar czy After the storm – poruszających kawałków z początku ich wielkiej kariery. Na nowej płycie znajduje się szereg bajecznych kompozycji. Używam tego epitetu celowo, gdyż bardzo istotne są słowa wyśpiewywane przez zespół. Zagłębiając się w teksty, możemy poczuć się jak w bajce. Subtelny język, piękne zwroty, odwoływanie się do źródeł ludowych, traktowanie miłości (zespół śpiewa przede wszystkim o dogłębnym, silnie indywidualnym, po części metafizycznym przeżywaniu zakochania) w kategorii walki dobra ze złem, a natury jako odzwierciedlenia uczuć. Czy nie kierują Was te nurty do Romantyzmu – epoki z przełomu XVIII i XIX wieku, gdzie tajemnica i  fantastyka łączyły się z  miłością, a  legendy i podania były gruntem pod sztampowe gatunki?! Może wśród członków zespołu nie znajdziemy bohatera bajronicznego, a tym bardziej werterowskiego, ale śmiem twierdzić, że dzieła te znają oni bardzo dobrze. Tak jak ja – do czego z pełną dumą się przyznaję.   Bartosz Friese

TOUCHÉ | październik 2012


muzyka | nowość | 39

Do tańca i do... spania

Band of Horses Mirage Rock Wytwórnia: Sony Music Premiera płyty: 18.09.2012

W wełnianych skarpetach na stopach, otulona puszystą, mięciutką kołdrą, trzymając w dłoni kubek z ulubioną gorącą herbatą, decyduję się na przesłuchanie najnowszego krążka Band of Horses - Mirage Rock. Jest 1:44 w nocy i powtarzając za, moim zdaniem, jednym z niewielu sensownych polskich raperów – Łoną – jesień mi gruchnęła przez grzejnik (swoją drogą polecam płytę Łony i Webbera sprzed roku – warta uwagi). Myślę sobie, że wraz ze zmianą aury naturalnie przychodzi czas na wyciszenie i  chwilę refleksji. Jesienną zadumę. A nocna jesienna zaduma to coś, czemu od czasu do czasu masochistycznie oddawać się lubię. Bo muszę się Wam przyznać, że Band of Horses dotychczas kojarzył mi się tylko ze znanym i lubianym singlem The Funeral , który ma w sobie to, czego w muzyce namiętnie poszukuję – moc uruchamiania emocji. Przekonana więc jestem, że z chwilą odpalenia Mirage Rock dostanę swoją upragnioną, solidną porcję melancholii.

TOUCHÉ | październik 2012

Jakże zatem ogromnym zaskoczeniem jest dla mnie otwierający płytę utwór Knock knock. Ja tu się chcę wyciszać, wzruszać, chcę zadumy. Ba! Jesiennej deprechy! A dostaję w zamian jasny komunikat, że nici z moich planów. Muzyka zabiera mnie w  ekscytującą podróż. Każdy instrument, rytm, wokal, zachęcają do wygrzebania się z mojej konstrukcji z kołdry i poduszek. Wydaje się, że za oknem czeka coś szalonego i fascynującego. Chyba za wcześnie rozpoczęłam jesień! Kiedy więc daję się porwać do tańca, jestem już jedną nogą z powrotem w klimacie lata, już prawie czuję to słońce, szum fal i węszę przygodę; zakładam sandały, plecak i  okulary przeciwsłoneczne ... pojawia się utwór numer dwa. I kompletnie zbija mnie z  tropu. How to live bowiem jest utworem „letnim” w pejoratywnym tego słowa znaczeniu. Wakacyjną czapkę z  daszkiem najchętniej zamieniłabym teraz na nauszniki: grube i wytłumiające dźwięk. Po tym rozczarowaniu czas na kolejną propozycję: Slow Cruel Hands Of Time tematycznie już bardziej przypomina mój ukochany The Funeral. Do tego delikatna, akustyczna gitara, przyjemnie nienatarczywy wokal, słowem – przyzwoita ballada. Jednak na termometrze serwowanych emocji wciąż umiarkowanie. Kolejne utwory stylistycznie powracając do Knock knock dają nadzieję, że za chwilę wyłowię jakąś muzyczną „perełkę”. I tak w ciągu kolejnych minut czekam na coś wyjątkowego. Dwie, trzy, pięć następujących po sobie piosenek jest jednak tak do siebie podobnych, że już pogubiłam się przeglądając tracklistę. Spoglądam na zegarek. Nudzę się. Słyszę folk, wyczuwam inspirację country, tempo ni to przyspiesza, ni zwalnia. I tak znudzona, z kubkiem zimnej już herbaty w dłoni przebrnęłam przez dziewięć mdłych, nijakich utworów. I już przygotowujące się do snu, ciężkie powieki nagle unoszę ze zdziwieniem. Ostatni Heartbreak On The 101 nie stanowi podsumowania płyty. Zdaje się, jakby ktoś się pomylił; zamieścił utwór z zupełnie innego albumu, a nawet – zupełnie innej formacji. I dobrze! Warto było przebrnąć przez drażniące podśpiewki, irytujące już momentami gitary i nijakie teksty by usłyszeć tę pięknie gorzką balladę z mocnym, męskim głosem. Jest moja „perełka”. Pyszna wisienka na tym niezbyt udanym torcie. Jest moja zaduma: bo przecież pieśń o  złamanym sercu, delikatne smyczki i  melodyjne riffy z  jesienną, zimną nocą komponują się najlepiej. 2:46 na zegarku, zapominam o utworach od dwa do dziesięć. I mam swoją refleksję, mam swoją zadumę – teraz na pewno szybko nie zasnę.   Kasia Trząska


40 | muzyka | na październik

Kwitnące wiśnie i jarzębina

Anna Maria Jopek, Makoto Ozone Haiku Wytwórnia: Universal Music Polska Premiera płyty: październik 2011

Ten, kto jest choć trochę zaznajomiony z twórczością Anny Marii Jopek, wie, że lubi ona sięgać po utwory polskiej muzyki ludowej. Poddaje je przeważnie śmiałej kosmetyce, przewraca do góry nogami harmonię, tworząc niezapomniane, jazzowe aranżacje, którym blasku dodaje jej mistrzowska interpretacja. Albumem Haiku artystka posunęła się o krok (względnie 13 800 km) dalej. Fascynacja Japonią i jej kulturą obudziła się w niej już w dzieciństwie, kiedy rodzice przywieźli jej pamiątki - wachlarz i laleczkę ubraną w kimono. Już sześciokrotnie odbyła trasy koncertowe po Japonii, występując w  najważniejszych salach koncertowych kraju. Przy okazji jednej z  nich poznała Makoto Ozone - najwybitniejszego jazzowego pianistę Japonii, z którym umówiła się na nagranie inspirowane Chopinem (owocem ich pracy są dwa utwory na płycie Ozone Road to Chopin, którą polecam z  gorliwością psychofana każdemu, kto choćby słówkiem wspomni o Chopinie). Na tym jednak współpraca Jopek i Makoto – na szczęście – się nie zakończyła. Artystka przedsięwzięła bowiem projekt odnalezienia tego, co wspólne dla kultur polskiej i japońskiej, pozornie

tak od siebie odległych. Na albumie znalazły się utwory dobrze już nam znane, przebrane w  kimono, jak i  kompozycje premierowe, których niezaprzeczalna polskość w warstwie lirycznej idzie w parze z dalekowschodnim instrumentarium i  stylem muzycznym. Oprócz Makoto Ozone na płycie usłyszeć możemy jeszcze jednego gościa z  Japonii – Tomohiro Fukuharę, flecistę teatru Kabuki. Nie dajcie się jednak zwieść takiej zapowiedzi – to nie jest album folkowy. Pieśni ludowe w nietypowych aranżacjach to jedna część płyty, drugą stanowią jazzowe kompozycje instrumentalne. O takich utworach zwykłem mawiać, że to kompozycje solowe na kilka głosów – każdy ma tu swoją historię do opowiedzenia, każdy dysponuje innymi środkami wyrazu, każdy operuje na innych emocjach, a  los chciał, że wszyscy muszą akurat mówić na raz. Los wie jednak, co robi, a słuchacze o odpowiednio wysokim progu dojrzałości muzycznej i  wrażliwości z  pewnością docenią te utwory. Płyta prowadzona jest od świtu do zmierzchu, od Yoake do Yuugure, kompozycyjnych ram, nakreślonych przepięknymi, medytacyjnymi miniaturami Fukuhary na tradycyjnym flecie bambusowym. Kontemplacyjny nastrój kontynuuje pieśń Hej, przeleciał ptaszek, w  której powtarzający się motyw, grany na dziecięcej kalimbie, wprawia w interkontynentalny trans. Z niego wybudza nas delikatnie Dolina, a chwilę później atakuje energetyczny Oberek ze świetnym solo fortepianu. Chwilą uspokojenia jest balsamiczna Biel, najbardziej zachodnia kompozycja na płycie, kameralna i intymna, jakby miała pozostać tylko między AMJ i Ozone. W ten nastrój wcina się wysokimi, ostrymi rejestrami Do Jo Ji na flet Fuhukary i fortepian, który z powodzeniem mógłby figurować jako ścieżka dźwiękowa Snów Kurosawy. Nagle – niebiańska cytra. Spodziewamy się lirycznej pieśni japońskiej, a tymczasem słyszymy słowa jednej z najpiękniejszych pieśni wojskowych XX wieku – O mój rozmarynie. Cudo. Paweł Dobrowolski w swoim solo Dobro czaruje i pozostawia wnętrze słuchaczy w rozedrganiu, które przejmuje genialnie odświeżona i zorientalizowana Cyraneczka. Całość uspokaja Kujawiak, obecny także na Road to Chopin Makoto Ozone, bardzo polski, a spotkanie dwóch kultur kończy wspomniany już zmierzch – Yuugure. Haiku to album trudny, wymagający odpowiedniego podejścia. Dobrze jest myśleć o nim tak, jak Japończycy myślą o herbacie – dopiero traktowany z należytym szacunkiem i ceremoniałem uwalnia swój prawdziwy, pełny smak. Warto spróbować.   Maciek Pawlak

TOUCHÉ | październik 2012


muzyka | kulturalnie z bristolu | 41

So now I don’t ever have to leave! czyli The XX w Coal Exchange Cardiff „Zamknąć oczy, choć na chwilę zapomnieć o szaleństwie tego świata i po raz kolejny dryfować łagodnie na fali dźwięków ich magnetycznej muzyki...” - nasi wierni Czytelnicy zapewne pamiętają powyższe słowa, autorstwa Martyny Kapuściskiej, które zostały zawarte we wrześniowym numerzeTOUCHÉ, w recenzji nowego albumu The XX – Coexist. Jak nie trudno się domyślić zespół postanowił uświetnić wydanie nowego krążka międzynarodową trasą koncertową. Muszę przyznać, że miałam tą niesamowitą przyjemność posłuchania The XX na żywo w malowniczym Cardiff tuż po oficjalnym debiucie Coexist. Koncert odbył się w The Coal Exchange Cardiff, które znane jest jako Wales most diverse venue in the heart of Cardiff Bay. The Coal Exchange został wybudowany na Mount Stuart Square w latach 1883-1886 jako miejsce, w którym odbywały się negocjacje dotyczące handlu najcenniejszym surowcem XIX wieku – węglem. Cardiff był wówczas najpopularniejszym ośrodkiem przemysłowym w Południowej Walii. W czasach swej świetności przez The Coal Exchange przewijało się nawet do dziesięciu tysięcy ludzi w ciągu jednego dnia. Budynek był świadkiem największych transakcji biznesowych, pierwszy czek wypisany na milion funtów został wystawiony już na początku XX wieku. Pomimo, że czasy węglowej świetności już dawno minęły, budynek nadal zachwyca wszystkich swoim wnętrzem. Przestrzeń została wypełniona kolumnami w stylu korynckim i pięknymi dębowymi balkonami, a drewniana podłoga dodaje całemu budynkowi klasy i szyku jaki w dzisiejszych czasach niełatwo znaleźć. Ze względu na znakomite położenie i ekscytującą historię The Coal Exchange jest jednym z najchętniej wybieranych miejsc na różnego rodzaju eventy. Koncert The XX był niewątpliwie jednym z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń roku. Trzyletnie oczekiwanie na kolejny album zespołu zapewne zaostrzyło wszystkim apetyt na nową porcję nadzwyczajnych, chciałoby się rzec nieziemskich, dźwięków dopełnionych elektryzującymi wokalami. Coexist podobnie jak wcześniejszy album zespołu urzeka prostotą brzmień i doborem słów, które pozwalają artystom na zacieśnienie więzi z ich fanami. Dodatkowym plusem podczas koncertu było ustawienie sceny, która znajdowała się tak blisko zgromadzonych, że The XX występował (dosłownie) na wyciągnięcie ręki. Ten niezwykle intymny i pełen emocji klimat dopełniała znakomita gra świateł, która spowiła wnętrze The Coal Exchange aurą tajemniczości. Wielu z Was zapewne zastanawiało się dlaczego The XX cieszy się tak wielką sławą i jak udało im się tak szybko podbić serca rzeszy fanów. Otóż w muzyce nie wystarczy tylko i wyłącznie talent, aby stać się dobrym, popularnym wokalistą lub zespołem, trzeba oddać innym część siebie, stać się wiarygodnym. Jeszcze chyba nigdy nie było tak trudno dotrzeć do słuchacza jak teraz. Owszem mass media pozwalają na rozprzestrzenianie się nowych utworów w zastraszają-

TOUCHÉ | październik 2012

cym tempie,a co chwilę słyszy się o nowym “znakomitym” artyście, jednak niewielu z nich udaje się utrzymać na muzycznej scenie. Nie jest łatwo odnaleźć w gąszczu muzycznych nowinek cudowne perełki, ale warto szukać, bo nagrodą jest znakomite towarzystwo na długie jesienne (i nie tylko!) wieczory. The XX zdecydowanie zalicza się do muzycznych pereł XXI wieku i ich albumów nie powinno zabraknąć na półce prawdziwych muzycznych koneserów. Autentyczność utworów zespołu zawiera się w ich uniwersalnym przekazie, każdy z nas przeżył (lub kiedyś przeżyje) szaleńczą miłość i skutki jej utraty. The XX w niepozorny sposób zmusza słuchacza do nostalgii, chwilowego zatrzymania i zamyślenia się nad swoim życiem, które przecież pędzi nieubłaganie każdego dnia. Z ręką na sercu mogę przyznać, że wokale Romy Madley-Croft i Oliviera Sima w Angels i Fiction przyprawiły mnie o dreszcze oraz szybsze bicie serca. W Chained ich wzajemnie dopełniające się głosy tworzą harmonię, która jest tak niespotykana, że trudno oderwać od nich uszy! Na zakończenie koncertu, na czarnej kurtynie pojawia się wielka, jaśniejąca w ciemności litera X, która uświadomiła wszystkim, że nadeszła pora powrotu do szalonego świata, który pędzi gdzieś w zastraszającym tempie. Jak to dobrze, że Coexist jest już dostępny w sprzedaży i każdy z tych cudownych kawałków znajduje się w zasięgu naszej ręki! Dodam, że całkiem niedawno dowiedziałam się, że The XX zagra w grudniu w Bristolu, okazja jest tak kusząca, aż trudno się oprzeć. Cieszę się niezmiernie, że mogłam usłyszeć zespół na żywo, ale jeszcze bardziej satysfakcjonuje mnie fakt, iż mogłam Wam, drodzy TOUCHÉholicy, opisać emocje, które towarzyszyły mi podczas koncertu. Muzyka The XX jest jak wyśmienity tort, w którym wszystkie składniki są doskonale skomponowane i po skosztowaniu pierwszego kęsa już wiesz, że nie poprzestaniesz na jednym kawałku…  Hope my words keep us together!  Magdalena Paluch


42 | literatura | szerokie horyzonty

Kobieta – emocjonalne kuriozum (o książkach Marii Nurowskiej)

Nie jest tajemnicą, że przetasowania na księgarnianych półkach odzwierciedlają działania marketingowe wydawców. W ślad za promocją tomów „Drzwi do piekła” oraz „Dom na krawędzi”, modna stała się proza Marii Nurowskiej – powieściopisarki i nowelistki (bardzo płodnej zresztą). Nowe książki okrzyknięto zwrotem w literaturze kobiecej. Czy słusznie?

Autorka zaistniała na literackim parnasie już dawno temu. W jej pisarstwie dostrzec można elementy nierzadko zaczerpnięte z autopsji, które funkcjonują jak bumerang. Jest to pisarstwo dla kobiet i nie inaczej (mężczyznom wstęp utrudniony z powodu nadmiaru uczuć, roztrząsania, żeńskiej psychologii). Ascetyczna wyprawka na życie Bohaterki prozy Nurowskiej dojrzewają z poczuciem braku. Zwykle nie znają swoich ojców, a ich matki nie radzą sobie z macierzyństwem, nie potrafią nauczyć ich miłości oraz określania i wyrażania uczuć. Opuszczają dom za wcześnie, jak one, przez przypadek,

wyposażone w emocjonalny chłód i niechęć do mężczyzn. Kobiety, które nie zaznały w dzieciństwie czułości, mają problem z pokonaniem nieufności, z tym, by miarkować swe emocje. Albo nie potrafią się otworzyć na drugiego człowieka, albo zaślepione oddają mu wszystko, ulegając złudzeniu, że oto teraz w końcu są bezinteresownie kochane. Pierwszym problemem, jaki zatem porusza Nurowska, jest kwestia wychowania monoparentalnego. Pokazuje, że oschłość, wyniesiona z domu rodzinnego, jest mimowolnie powielana. Julia (Rosyjski kochanek) dorastała przy apodyktycznym dziadku, u którego wszystko musiało chodzić jak w zegarku. Nie było miejsca na słabości. Jej matka, sfrustrowana po nieudanym romansie, poniewierana przez ojca, nie wytrzymała i popełniła samobójstwo. Zaszła wcześnie w ciążę i nie dała rady jej sprostać. Podobnie Julia – już jako naukowiec – nie jest w stanie zaakceptować roli Matki Polki i mieszczańskiego stylu życia, jaki przyjęła jej córka Ewa (efekt „pierwszego razu”), która także wychowywana była bez ojca. W Sprawie Niny S. bohaterka jest matką dwóch bliźniaczek, które – nie inaczej – nie znały drugiego rodzica. Jedna z nich, Gabrysia jako nastolatka poczuła się dorosła, w efekcie czego sama wychowuje syna. Błędne koło zatacza więc kręgi i kobiety raz po raz powielają te same błędy. Nurowska przygląda się mitowi pępowiny, która powinna scalać rodzicielki z córkami. Tymczasem matki dostrzegają sens macierzyństwa zbyt późno, gdy nie da się już nadrobić straconych lat. Seksualność kontra świadomość To, że bohaterki Nurowskiej wychowywały się w niepełnych rodzinach i że nie miały wzorca mężczyzny, powoduje, iż mają zaburzone poczucie tożsamości. Eskaluje w nich konflikt pomiędzy sferą somatyczną a duchową. Kobiety uparcie wierzą, że „ja” to tylko moje myśli. Dopiero w którymś momencie życia zauważają, że „ja” mieści w sobie też ciało. I, co więcej, gdy świadomość chce jednego, ono na przekór dąży w przeciwnym kierunku. Ta dychotomia i brak akceptacji własnej fizyczności rzutuje na ich stosunek do płci przeciwnej. Wiążą się z dużo młodszymi bądź starszymi mężczyznami, przyjmując rozmaite role. W Rosyjskim kochanku 51-letnia Polka, która nigdy nie zaznała miłości, ma problem ze zrozumieniem uczuć 30-letniego Rosjanina. Obydwoje znaleźli się w Paryżu, z podobnymi ambicjami. Ale żeby mogła połączyć ich miłość? Julia nie potrafiła w to uwierzyć. Zacietrzewiona polonistka, wykładowczyni, zawsze była samotna i zaniedbana. Nie przywiązywała wagi do swojego ciała i stroju. To,

TOUCHÉ | październik 2012


literatura | szerokie horyzonty | 43

że współżyła kiedyś z przypadkowym studentem czy dziennikarzem, potwierdziło tylko jej awersję do męskiego członka. Bez niego czuła się wolna, mogła się realizować. Tymczasem Aleksander Razumski zwrócił uwagę na jej cielesność. Czym są „motylki w brzuchu” u kobiety po menopauzie? Czym jest pożądanie, silniejsze od utwierdzonych przekonań? „Teraz wplątałam się w coś, co nazywa się miłością i chciałam być młoda i zdrowa, a moje starzejące się ciało stanęło temu na przeszkodzie”. Zaczyna się więc walka o tożsamość. Julia nie potrafi pojąć, że jeszcze może być dla kogoś atrakcyjna. Jest podejrzliwa i nieznośna z tym ciągłym roztrząsaniem swej starości (doprawdy, za bardzo to pretensjonalne), mimo że on składa kolejne dowody miłości. Toksyczne mariaże Między kochankami w twórczości Nurowskiej zawsze istnieje duża różnica wieku. Miłość, choć przybiera różne oblicza, każdorazowo ma w sobie coś zakazanego, niepoprawnego, prowadzącego partnerów wyboistą drogą. Mezalians zamienia się w teatr, w którym więcej jest ułudy niż prawdy. Jedna z bohaterek Sprawy Niny S., a także Daria ( Drzwi do piekła) posuwają się nawet do morderstwa. Niemłoda już Nina Sworowicz, będąc kobietą po przejściach (gwałt, niechciana ciąża, pobyt w więzieniu), zakochała się bezgranicznie w radcy prawnym Jerzym Baranie, mimo że nie był ani atrakcyjny, ani lojalny. Widziała jego wady, ale gdy ją poprosił, by przepisała nań to, co miała, uczyniła, jak kazał. Nagle czar prysnął i wyszła na jaw prawdziwa natura cynika. Komisarz Zawadka, szukając sprawcy zbrodni, czyta dziennik pisarki. Poznaje cienie i blaski związku z oszustem, którego nie krępowało to, że ma żonę i trzy córki. Z łatwością bałamucił swoją ofiarę. Nic dziwnego, że ta załamała się, gdy zabrał jej dobytek i odstawił z kwitkiem, pozbawiając poczucia własnej wartości i chęci do życia. Daria Tarnowska-Konieczna, która bała się seksualności i bólu, pragnęła, by jej mąż (też dużo starszy, przełożony w wydawnictwie) był jej oparciem, a nie kochankiem. Dlatego zaproponowała toksyczną igraszkę, polegającą na tym, że miał zaspokajać swe cielesne żądze z innymi kobietami, a ją darzyć czystą miłością. Wskazywała nawet, z którymi ma się przespać. Chciała reżyserować, kontrolować związek, który przybrał niewłaściwy tor. Godziła się na romanse, czego później żałowała. Dlaczego go zabiła? Za zdrady? Niebezpieczną grę podjęła także Aleksandra Polkówna, bohaterka Tanga dla trojga, która już jako studentka szkoły teatralnej uległa czarowi (o 30 lat starszego!) Zygmunta Kmity. Została małżonką profesora, doprowadzając tym samym do rozpadu jego wcześniejszego związku. Wyrzuty sumienia, jakie zaczęły ją nękać, stały się asumptem do nawiązania relacji z eksżoną, byłą aktorką, która rzekomo dla rodziny zrezygnowała z kariery na scenie. Niedoświadczona i naiwna Polkówna, która poświęca się teatrowi bez reszty i za bardzo identyfikuje się z rolami, nie dostrzega, kiedy staje się marionetką w rękach tamtej. A może nie zabawką tylko zwierciadłem? Chce, by w trójkę zagrali podobne role, jakie przypadły im w życiu. Zatem rzeczywistość zaczyna przeplatać się z fikcją, a członkowie miłosnego trójkąta nie mówią już swoimi głosami, ale dialogami ze Zmowy świętoszków Bułhakowa. Tymczasem litość dla Elżbiety Górniak zamienia się w lęk, a ciekawość w uzależnienie…

Wolność? Nurowska rewiduje żeńską psychikę. Dostrzega kobiecą potrzebę polegania na mężczyźnie, kochania i posiadania poczucia bezpieczeństwa. Od ufności, jaką panie mogą darzyć nawet bezkrytycznie, niedaleko jest jednak do zazdrości, od cielesnej żądzy – do ucieczki przed dotykiem. W bohaterkach drzemie zarazem strach przed związkiem, jak i przed jego utratą. Niepewność, ciągłe analizowanie, szukanie argumentów potwierdzających przebłyski intuicji, to wszystko wskazuje na problemy ze zrozumieniem samej siebie. O ile bohaterki wiodą intensywne życie emocjonalne (istne kuriozum!), o tyle ze zgodą na swą cielesność mają problem. Mężczyźni w tych książkach przyjmują status quo. Jeśli zdradzają, odchodzą, nie przewidując konsekwencji. Kobietom brak pewności, rozpamiętują, obarczają się winą za destrukcję dotychczasowego ładu. Dla nich wszystko jest trudniejsze, mniej zrozumiałe. Przez całe życie szukają sensu, który niejednokrotnie odnajdują dzięki innym kobietom. Solidaryzując się z nimi, wymierzają policzek męskiemu światu. Ale grając także z sobą, gmatwają wszelkie relacje, tworząc quasi-komitywę, podszytą cierpieniem. Bohaterka Drzwi do piekła, skazana na 12 lat więzienia, próbuje ocalić swoje człowieczeństwo w miejscu, w którym już dawno zapomniano o godności. Mało tego, chce ocalić człowieczeństwo Agaty, która pierwsza zadała jej gwałt, upokorzyła ją i wykorzystała. Nurowska, wkraczając w mury żeńskiego zakładu karnego, ukazuje, jak bardzo można się zagubić i ranić. Daria szuka otuchy w Izie i w pracy bibliotecznej. Dotychczas patrzyła na świat oczami Edwarda, pozwalała sobą kierować. W więzieniu budzi się do nowego życia. Będąc świadkiem porodu jednej z więźniarek, czuje, że straciła w życiu coś bardzo ważnego. Ale w gremium przestępczyń równie wiele zyskała. Jest bardziej świadoma. W końcu odnalazła siebie, co jest prawdziwym wyjściem na wolność. Na łagodną nutę Narrację w prozie Nurowskiej prowadzą kobiety. W zasadzie są to monologi rozgrywające się w ich głowach, więc czytelnik ma poczucie podglądania ich myśli. Ciągłe retrospekcje, przytaczanie cudzych wypowiedzi ukazuje nielinearny, asocjacyjny sposób myślenia, a równoległość, naprzemienność czasów urozmaica tę prozę, co zasługuje na niemały aplauz. Nurowska potrafi zainteresować. Wprowadzając wątki kryminalne, romansowe, motywy literackie i teatralne oraz umieszczając fabułę w konkretnym miejscu i czasie (bo przecież i historia usposabia bohaterów do określonych zachowań) włada uwagą czytelnika. Niemniej odkrywcza nie jest, a już na pewno przesadzone są peany na cześć Drzwi do piekła. Książka, która miała być zwrotem ze względu na swą brutalność i perwersyjność, poza bodajże dwoma niecenzuralnymi epizodami, jest pełna delikatności, jak inne. Za łatwo Daria zyskuje sobie przychylność więźniarek, za łatwo staje się ich konfesjonałem. Dość (dla porównania) przypomnieć sobie Mury Hebronu Stasiuka. Maria Nurowska porusza się wokół tematów takich jak: miłość, macierzyństwo, ciało, kariera. Z jednej strony woła o emancypację, z drugiej ukazuje, że kobiety stworzone są do kochania, czego kwintesencją jest macierzyństwo. Konkludując, pisarka wygrywa pasaże dobrze znanych nut. Brzmią nienajgorzej, lecz melomanowi brak w muzyce jej słów innowacyjności i czegoś, co zrodziłoby nieodpartą chęć sięgania po pozostałe książki. 

TOUCHÉ | październik 2012

Małgorzata Iwanek


44 | literatura | recenzja

La vie en rose

I’m just a gigolo...

Dom na plaży,Sarah Jio

Facet na telefon, A. J. Gabryel

Wyd. Znak 2012

Wyd. Prószyński i S-ka, 2012

Anne Godfrey lata swojej wczesnej młodości, która przypadła na okres II wojny światowej, spędziła jako pielęgniarka na wyspie Bora-Bora. Kiedy po wielu latach otrzymała stamtąd list z prośbą o pomoc w  rozwiązaniu zagadkowego morderstwa, które popełniono w czasie, kiedy Anne stacjonowała na wyspie, wróciły do niej echa minionych lat. Wspomnienia dawnych przyjaźni, minionych miłości, strachu przed otaczającą wojną oraz... pragnienie sprawiedliwości. Tubylcy zamieszkujący Bora-Bora w czasie II wojny światowej mówili, że wyspa zmienia ludzi Zachodu na niej przebywających. Wspominali również o bungalowie na plaży, który ściągał nieszczęścia na ludzi, którzy przekroczyli jego próg. Czy istnieje sposób na przełamanie tej klątwy? Powieść Dom na plaży to romantyczna historia osadzona w  czasach II wojny światowej na terenie wysp Oceanu Spokojnego. Chciałoby się powiedzieć, iż jest to typowy romans , lecz nie do końca tak jest... W fabule książki przeplatają się zarówno wątki romansu, jak i sensacji czy kryminału. Z początku książka nieco się dłuży, przez co ma się ochotę odłożyć ją na bok, lecz jeśli przetrwa się nudnawy początek, to otworzą się drzwi do przyjemnej historii uczucia, które rozkwitło wśród niespokojnych czasów. Pani Jio można jednak zarzucić pewną niekonsekwencję w trzymaniu się faktów historycznych, bo w jej powieści pielęgniarki i żołnierze znajdujący się na froncie dalekowschodnim mieli naprawdę sporo wolnego czasu, jakby wcale nie przebywali na terenie działań wojennych, tylko przyjechali na kilkumiesięczne wakacje... Pomijając ten fakt Dom na plaży czyta się dobrze i lekko. Akcja książki, jak już wspomniano, wciąga po przebrnięciu przez początkowe rozdziały, a  fabuła, mimo iż oparta na utartym schemacie: przyjaźń, miłość, rozłąka oraz tragedie mniejsze i większe, nie sprawia, iż powieść traci na wartości. Bowiem nie zawsze świat widzi się na różowo.

Poznajcie Adama, mężczyznę, którego numer telefonu zdobyć jest równie trudno, jak na wyprzedaży w  ulubionym butiku znaleźć idealnie leżącą sukienkę. Aby umówić się z Adamem trzeba należeć do osób zaufanych, poleconych przez... inne kobiety. Adam jest bowiem... żigolakiem, męską dziwką. Za grube pieniądze sprzedaje swoje ciało kobietom, spełniając tym samym ich najskrytsze marzenia i  najbardziej zmysłowe fantazje. Pod nazwiskiem A. J. Gabryela kryje się Polak, rodem z Łodzi, obecnie mieszkający w  Australii, który początki swojej działalności opisywał na blogu http://grzesznikadam.onet.pl , co przysporzyło mu zarówno wielbicielek (wielbicieli), jak i zaciekłych wrogów. Jakby na to nie popatrzeć, świat męskiej prostytucji nie jest powszechnie znany, a przez to mocno intrygujący. Facet na telefon idealnie wstrzelił się w rynek wydawniczy, który coraz chętniej otwiera się na kontrowersyjne tytuły, jak popularne ostatnimi czasy 50 twarzy Grey’a . Jesteśmy w końcu ludźmi i nic, co ludzkie, nie jest nam obce, a przynajmniej być nie powinno. W  swojej książce Gabryel zawarł dużo wątków autobiograficznych i wewnętrznych dygresji. Tym samym czytając Faceta na telefon powinno się czuć szczerość autora (nota bene, opisującego siebie jako guru seksu). Ale tak nie jest. Wyczuwa się pewną sztuczność i manierę w tym, co Adam opisuje. Czytając tą powieść można niejednokrotnie odnieść wrażenie, iż bliżej jest jej do seks-przewodnika z serii jak to się robi w wielkim świecie, gdzie pieniądze nie grają żadnej roli, a jej główny bohater to współczesny Eros w koszuli od Armaniego, butach od Gucci’ego, pachnący najpopularniejszymi perfumami Gaultiera, któremu nie ma prawa oprzeć się żadna kobieta. Im bliżej końca książki, tym częściej czytelnik zadaje sobie pytanie o Adama i jego życie. Czy jest ono spełnieniem marzeń każdego mężczyzny, by być bogiem seksu i mieć kobiety na pęczki, czy też zatraceniem się w chwili, po minięciu której okaże się, że wszystko, co ważne w życiu odeszło bezpowrotnie? Anka Chramęga

TOUCHÉ | październik 2012


literatura | klasyka literatury | 45

Kurtyna opada po śmierci

Émil Zola „Nana” Émil Zola, dziewiętnastowieczny francuski pisarz, zasłynął w  historii literatury jako główny przedstawiciel naturalizmu. Prąd ten, zapoczątkowany we Francji, cechował się fotograficznym opisem rzeczywistości oraz ograniczeniem fikcji literackiej na rzecz realistycznego spojrzenia na świat i  problematykę społeczną. Naturalizm, jak wiadomo, to brak jakichkolwiek ubarwień, przenośni, dwuznaczności, to czyste fakty, rzeczywistość, codzienność. I w tym właśnie kierunku podążała twórczość pisarza, m.in. cykl 20 tomów powieściowych pt. Rougon Macquartowie, z  których najważniejszymi dziełami były: Początek fortuny Rougonów,

TOUCHÉ | październik 2012

Brzuch Paryża , Podbój miasta Plassans, W matni, Nana , Wszystko dla Pań oraz Germinal. Początkowo autor nie planował dzieła traktującego o  losach kurtyzany – miał wręcz niewielkie doświadczenie w  tym temacie, dlatego pisząc 9 tom cyklu powieści korzystał z  informacji pozyskiwanych od często przypadkowych osób. Całość Rougon Macquartów skupiała się głównie na problemach społecznych klasy robotniczej, Nana natomiast podejmowała wątek prostytucji, który wprawdzie popularny, spotykany był jedynie w utworach niskich lotów, łzawych romansidłach czy taniej pornografii. Pierwotnie Nana miała być dopełnieniem drugiego tomu cyklu Rougon Macquartów, dokończeniem obrazu moralnego zepsucia jakie panowało wśród wyższych sfer epoki

Drugiego Cesarstwa. Jak już wspomniałam, jest to powieść traktująca o losach kurtyzany, która poprzez udział w  jednym spektaklu – jak ją Bozia stworzyła - zyskuje sławę i  miłość wszystkich okolicznych męskich serc. Łatwo wywnioskować, że pożądana przez niejednego Jegomościa doprowadzi do upadku i  bankructwa wiele rodzin, zarówno tych szlacheckich, mieszczańskich, jak i  przeciętnego robotnika. Pozbawi ona zmysłów nie tylko hrabiego, ale również dziennikarza czy hodowcę koni. Początkowo wzgardzana, staje się diwą paryskich domów rozpusty. Co ostatecznie stanie się z  Naną, czy odnajdzie miłość i  będzie żyć długo i szczęśliwie, odpowiedź na to pytanie pozostawiam Czytelnikowi. Zdaniem Zoli powieść naturalistyczną cechować miały prostota fabuły, brak bohatera - szlachetnego, porywającego niewinne serduszka Czytelników oraz beznamiętna postawa pisarza, powstrzymującego się od wszelakich komentarzy, ocen i konkluzji. W podobnym tonie utrzymał on Nanę, jest to powieść pisana twardą ręką, autor poprowadził Czytelnika prostą drogą do sedna historii nie błądząc w  zaroślach ubarwień, snów czy fantazji. Poznajemy Nanę, która bierze udział w przedstawieniu jej życia, gdzie jest podziwiana i pożądana przez głodne, czasem zawistne oko widowni. Autor nie przedstawia nam jej jako niewiasty, która przytłoczona głodem powzięła decyzję o sprzedaży samej siebie. Nie, ona – Nana po prostu tam jest i występuje. Nago. Książka ta złamała ówczesny schemat według, którego autor tworzył swój cykl 20 tomów Rougon Macquartów, poruszała temat burzliwy, który stanowił przedmiot rozważań każdego dorosłego człowieka, a zarazem, który nigdy nie zagościł w towarzyskich dyskursach. Przez pierwszą połowę XX wieku powstawało wiele ekranizacji kinowych i  serialowych tej powieści, z  czasem zainteresowanie jej problematyką przygasło. Warto jednak wspomnieć, że twórczość Zoli wywarła znaczący wpływ na późniejsze dzieła takich autorów jak Theodore Dreiser, John Steinbeck, Erskine Caldwell, Gabriela Zapolska, Bolesław Prus, Władysław Reymont czy Stefan Żeromski.  Patrycja Smagacz


46 | teatr | recenzja

Panny z Malarni

Dwa wydarzenia w warszawskim życiu teatralnym przykuły ostatnio moją uwagę i na pewno zasługują na uwagę wszystkich. Pierwsze, to realizacja „Panien z Wilka” w reżyserii Mai Komorowskiej ze studentami wydziału aktorskiego Akademii Teatralnej. Druga, to przeniesienie tego spektaklu ze sceny szkolnej w Collegium Nobilium do Malarni w Teatrze Studio, przez jego nową Dyrektor Artystyczną, Agnieszkę Glińską. To wspaniałe, że świeżo upieczona Pani Dyrektor, stawia na początku swojej kadencji na świeżo upieczonych aktorów. Tym bardziej, że spektakl to wyborny, słusznie nagrodzony grand prix Międzynarodowego Festiwalu Szkół Teatralnych. Warto dodać, że pierwszy raz nagroda ta przypadła Akademii Teatralnej, organizatorowi festiwalu. Przedstawienie zrealizowane jest z wielkim wyczuciem. Liczą się tu niuanse, drobne gesty, czasem spojrzenia tylko. Powiedziałbym nawet, że najwięcej dzieje się w nim właśnie między słowami, podobnie zresztą, jak u samego Iwaszkiewicza. Na początku dziewczyny wchodzą i przygladają się publiczności. Odbieramy je niemalże jako jeden organizm. Podobnie patrzą, poruszają się, uśmiechają. Ich spójność znika, kiedy pojawia się Wiktor (w tej roli znakomity Kamil Dominiak). Panny rozpuszczają włosy, malują usta, zaczyna się smutny teatrzyk stłumionych pragnień, skrywanych namiętności. Jego obecność prowokuje do konfrontacji z rzeczywistością. Ich razem i każdej z osobna. Rośnie napięcie między pragnieniem a niespełnieniem. Panny nie są już pannami, Wiktor nie jest już tym samym mężczyzną, który przed laty przychodził do Wilka udzielać im lekcji. Czuć jego żal i frustrację, bo świat wilkow-

skiego dworu to coś, do czego nieustannie wracał, co nieustannie wspominał. Z biegiem akcji w różnych miejscach, z każdą z sióstr robi zdjęcia. Żal tym większy, że te nieruchome obrazy, to jedyne, co ma związek z rzeczywistością sprzed jego wyjazdu na wojnę. Tym dobitniej brzmią jego słowa, że „posiąść coś naprawdę, to jest rzecz niemożliwa”. Ale to nie w słowach tkwi sukces tego spektaklu. Raczej w milczeniu, trwaniu, właśnie w tym, co pomiędzy. W zmysłach. Bo to przedstawienie oddziałuje na wszystkie nasze zmysły. Widzimy prawdziwe owoce, warzywa, które spożywają bohaterowie na rytualnym śniadaniu, czujemy ich zapach. Słyszymy odgłosy ptaków w ogrodzie. Napięcie między postaciami potęguje wrażenie upału, jaki panuje w czasie wizyty Wiktora. I w przyrodzie, i w emocjach postaci panuje bezruch, jak na fotografii. Tyle że ta fotografia jest żywa, obserwujemy smutną konfrontację obrazka, jaki Wiktor chciałby widzieć, z rzeczywistością, którą widzi naprawdę. Pozornie nic się nie dzieje, pozornie panuje cisza. Ale w tej ciszy słyszymy bicie serc bohaterów. I naszych. Bo konfrontacja ze świadomością przemijania wywołuje lęk u każdego człowieka, niezależnie od tego, w którym momencie życia albo w obliczu jakich doświadczeń do niej dochodzi. Brawo za wyczucie, smak, gust. Bo „Panny z Wilka” Mai Komorowskiej to teatralna uczta, którą nie tylko warto, ale nawet trzeba zobaczyć! 

Cyprian Kawicz

TOUCHÉ | październik 2012


teatr | 47

Zamazany obraz siebie Na twarzach azjatyckich aktorów rzadko doszukać można się wyrazistych i jednoznacznych uczuć, grymasów, łez. Grają oni bowiem za pomocą... oczu - na tyle przekonująco, iż wierzyć można każdej, najmniejszej emocji malującej się w spojrzeniach bohaterów danej sztuki. Wierzę, gdy oglądam Wyznania Gejszy, wierzę gdy widzę tancerkę uliczną w Hanami. Kwiat Wiśni i wierzę aktorom w filmach Wong Kar Waia. Zastanawia mnie, co takiego w nich drzemie, że ufam im bardziej niż aktorom z Zachodu. I chyba już wiem. To teatr. Odpowiedź znalazłam w fascynującym, japońskim teatrze Nō. Jest jednym z najstarszych na świecie - ma bowiem około 600 lat. To specyficzny rodzaj teatru, zupełnie odmienny od tego, co możemy oglądać na naszych, europejskich scenach. Słowo Nō oznacza: umiejętność naśladowania, zdolność, sztukę, talent. Łączy w sobie tradycję obcą (chińską, koreańską, indyjską) oraz rodzimą, zarówno religijną (shintoizm, buddyzm, zen) jak i świecką; ludową i dworską. Widowisko Nō zawiera w sobie dramat, taniec oraz muzykę. Cechuje je ekspresja, autentyczność i subtelność. Aktorzy zmuszają człowieka do przyjrzenia się samemu sobie, refleksji, na którą w zabieganym życiu rzadko mamy czas... W przedstawieniach Nō granica między człowiekiem i naturą zaciera się. Człowiek nie dzieli się na ciało i duszę, ale jest jednością. Akcja dramatu zbudowana jest wokół głównego aktora, zwanego shite i to on zazwyczaj nosi maski, które są bardzo ważnym elementem przedstawienia. Zakłada je również w miarę potrzeby tzw. aktor towarzyszący. Shite nosi bogaty strój: wachlarz, rekwizyty, kwiaty, źdzbła trawy. Muzykę tworzą bębenki, flety, ale też odgłosy wydawane przez samych muzyków, ich okrzyki. Kreuje to aurę niesamowitości, pewną nieokreśloną rzeczywistość. Po reformie w XX wieku również kobiety mogą występować na scenie ale nie zdarza się to często. Role kobiece raczej odgrywane są przez młodych chłopców. Dostęp do zawodu aktora w tym teatrze jest bardzo trudny. Kunszt ten przekazywany jest z pokolenia na pokolenie (zazwyczaj z ojca na syna), istnieją całe aktorskie klany. Grającego cechuje tu niezwykłe skupienie i rzemiosło. Być może wynika to z faktu, że nauka aktorstwa opiera się na zasadzie uczeń-mistrz? Aktor porusza się po scenie dostojnie, w zwolnionym tempie, jest on jakby do niej „przyklejony”. Ma to podkreślać siłę grawitacji, przywiązanie człowieka do ziemi. Wszystko w tym teatrze jest mistyczne, tajemnicze, nieco starodawne. Dotyczy to też tematów sztuk: przywo-

TOUCHÉ | październik 2012

łują one pamięć o zmarłych, o wielkich postaciach z historii czy literatury. Mają zmusić widza aby zatrzymał się na chwilę w biegu, poszukał w sobie prawdy i ostatecznie odnalazł wolność. Jeśli chodzi o powiązania Japończyków z Polską, to są one co najmniej zaskakujące. Podobno są oni kompletnie „zakręceni” na punkcie Chopina! Pochwalić się możemy nawet, iż w teatrze Nō powstała sztuka na temat naszego mistrza fortepianu. Jej autorką jest japonistka i dyplomatka: Jadwiga Rodowicz- Czechowska. „Stroiciel Fortepianu” wystawiany był na deskach warszawskiego Teatru Studio. Obraz staje się jaśniejszy: aktorzy w azjatyckich filmach nigdy nie będą grali tak jak ci z Zachodu. Być może teatr Nō ukształtował poniekąd ich sposób gry? Być może kluczowym słowem jest tutaj maska? Każdy z nas nosi przecież maski. Ubieramy je odpowiednio do okazji i towarzystwa, aż zapominamy co kryje się pod spodem. Paradoksalnie Nō pomaga nam te maski ściągnąć, przyjrzeć się sobie na nowo i odnaleźć spokój.   Iga Kowalska


48 | festiwale - Ars Independent

fot. Jędrzejowski/Liboska, na zdjęciu: Nina Menkes

Niezależny, zagadkowy, prawdziwy – festiwal Ars Independent!

Od 21-go do 30-go września Katowice stały się polską stolicą niezależnego kina. Odżyły za sprawą młodych ludzi, pełnych pomysłów, energii, ale i odwagi. Ludzi, którzy urzeczywistnili swoje filmowe pasje. Miałam przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu i  podobnie jak reszta widzów cieszyć oko mnogością filmów z  różnych stron świata. Przedstawiam Wam, Drodzy Czytelnicy, Międzynarodowy Festiwal Filmowy Ars Independent! Trzeba przyznać, że organizatorzy podczas tegorocznej, drugiej już edycji Festiwalu, przygotowali sporą dawkę artystycznych rozmaitości. Pokazy filmów, koncert grupy NoMeansNo, spotkania z  twórcami, forum dyskusyjne poruszające temat przyszłości festiwali filmowych, warsztaty dla dzieci i młodzieży. Uwierzcie mi, trudno było się zdecydować. Pierwszy dzień rozpoczął się projekcją Americano, pełnometrażowego debiutu Mathieu Demy’ego, a zaraz po nim w Kinoteatrze Rialto nastąpiło uroczyste otwarcie zwieńczone filmem irańskiego reżysera Ali’ego Mosaffa Ostatni krok. Sekcja Cine//B Chile była ukłonem w stronę młodej chilijskiej kinematografii, którą reprezentowało czworo debiutantów: Théo Court, Alejandro Fernández Almendras, Martin Seeger oraz José Manuel Sandoval. Na blok Middle East: Izrael składały się dwa debiutanckie filmy fabularne: Nigdy nie jest za późno oraz Zarażeni, animacje studentów jerozolimskiej Akademii Sztuki i  Designu, etiudy z Tel Aviv University, których reżyserkami są kobiety, a także rozmaite wideoklipy muzyczne izraelskich twórców. Osobne pasmo pokazów poświęcono retrospektywie Niny Menkes,

określającej siebie mianem czarownicy współczesnego kina. To artystka autonomiczna, oryginalna, której filmowe obrazy poprzez nieznośnie długie sceny, ukryty symbolizm, fotograficzne ujęcia oraz minimalizm dialogów stanowią dla widza wyzwanie. Nie mogłam opuścić spotkania po pokazie Damy Karo, podczas którego Nina Menkes opowiadała o pracy nad swoimi dziełami. W każdym z  nich jest zarówno reżyserem, jak i  operatorem kamery. Kadry tworzy spontanicznie, pod wpływem impulsu, mimo posiadanego scenariusza. Nie boi się eksperymentować. Idealny synonim kina niezależnego. Kolejnym zaproszonym twórcą, którego filmy można było zobaczyć na dużym ekranie był Thijs Gloger. Oszczędność dialogów, prostota świata przedstawionego, ascetyczne przestrzenie, specyficzne kadrowanie wytyczają artystyczną drogę holenderskiego reżysera. Poprzez zastosowane środki odnosi się wrażenie, że nie tyle fabuła, a forma decydują o sile jego dzieł. Za świetny uważam pomysł projekcji filmu Bebop z  jazzową muzyką na żywo, której wykonawcą był jego ojciec. Przyznaję się, mam słabość do takiego rodzaju widowisk. Bardzo ucieszyła mnie wieść o pojawieniu się nowego elementu programu w  tegorocznej edycji Ars Independent – animacji. Galeria Ateneum okazała się idealnie trafionym miejscem na tego typu pokazy. Ciemne, niewielkie pomieszczenie, do tej pory goszczące aktorów teatralnych, przeniosło widzów w plastyczny świat niesamowitych historii. Filmy animowane zdecydowanie podbiły moje serce. Ale nie tylko one. Miałam bowiem okazję podpatrzeć,

TOUCHÉ | październik 2012


festiwale - Ars Independent | 49

co działo się podczas wydarzeń towarzyszących… W przerwie między seansami, bieganiem od kina do kina, brałam udział w warsztatach z audiodeskrypcji prowadzonych przez Barbarę Szymańską i Tomasza Strzymińskiego. Uczestnicy uczyli się „patrzeć” jak niewidomi, opisywać obraz filmowy w taki sposób, by był on dla takich osób ciekawy i plastyczny. Dzięki temu mogli zrozumieć, jak wielką wartość ma słowo i każda sekunda. „To interesujący sposób poszerzenia swoich horyzontów, łączenie teorii z  praktyką, ale przede wszystkim umożliwienie innym partycypowania w szeroko pojętej sztuce. Wspaniałe, że tak mało popularna w Polsce dziedzina jest popularyzowana przez dwoje niedowidzących profesjonalistów” mówiła Kornelia. Wprost nie mogłam się oprzeć uczestnictwu w  warsztatach z animacji poklatkowej. Przechadzając się między kolejnymi stanowiskami pracy byłam pełna podziwu dla zaangażowania nastolatków. Nie czekając długo postanowiłam nawiązać kontakt z uczniami I  LO im. Juliusza Słowackiego w  Chorzowie. Pytałam o  wiele, wręcz nie mogłam przestać z nimi rozmawiać (pomijając fakt, że jestem gadułą). To bardzo kreatywni i pełni entuzjazmu młodzi ludzie. Mikołaj Topka, jedyny męski przedstawiciel grupy, mówił, że w dobie animacji komputerowej animacja poklatkowa jest rzeczą niedocenianą, bowiem za bardzo wyręczamy się nowymi technologiami, co jego zdaniem prowadzi do kiczu. Takie warsztaty są dla nich szansą rozwoju, pomocą w wyborze przyszłej drogi: „Wszystko się tak naprawdę łączy, nasze pasje, marzenia i umiejętności. Poszerzamy swoją wiedzę o te dziedziny, które do tej pory były nam znane powierzchownie”- stwierdziła Ola Puzyrewska. „Obojętnie czego bym nie robiła – rysowanie, wyklejanie, lepienie z plasteliny sprawia mi to wielką radość” – przyznała Ola Pilarska. Z kolei Karolina Sowa zwróciła uwagę na niezwykle istotny aspekt organizacji takich warsztatów: „Teraz widać, że artyści, nawet ci najmłodsi, nie są pozostawieni sami sobie, bo jest tu miejsce, gdzie możemy się spotkać, zrobić coś kreatywnego. Mamy fachową pomoc i wsparcie. Jest dla nas nadzieja!”. Nie zabrakło też pochwał dla pomysłodawców tego przedsięwzięcia z ust Oli Sznapki: „Tutaj dba się o ucznia, a przede wszystkim o młodego artystę. Mamy wszystkie potrzebne materiały i panuje przyjazna atmosfera”. Mikołaj stwierdził, że: „Sala w  Domu Oświatowym Biblioteki Śląskiej jest wspaniałym miejscem. Doskonałe warunki do pracy, bardzo dobre oświetlenie ze względu na duże okna, a co najważniejsze mnóstwo przestrzeni”. Nie omieszkałam porozmawiać też z prowadzącym warsztaty, Grzegorzem P. Kowalskim i zapytać, co sądzi o organizowaniu takich zajęć w ramach festiwalu filmowego. Oto, co mi odpowiedział: „Uważam, że jest to świetny pomysł. Powinniśmy się zastanowić, dlaczego w Polsce z kulturą jest tak marnie. Dlaczego takie festiwale jak Ars Independent mogą mieć czasami problemy ze znalezieniem dużej ilości widzów. Ta sytuacja wynika z braku edukacji kulturalnej. Jeśli dzisiaj będziemy się zajmować uczeniem młodzieży, to ta właśnie młodzież za 10 lat będzie widzem na tym festiwalu. Widzem, który kupuje bilet, chodzi na seanse, ogląda filmy. Jeśli zaś ta młodzież będzie oglądać tylko MTV Room Raiders i  Idola to za 10 lat nie przyjdzie na żaden festiwal. Bardzo istotne jest, by przy okazji takich wydarzeń móc edukować przyszłego widza”.

TOUCHÉ | październik 2012

Jak na każdy festiwal filmowy przystało, tak i na Ars Independent nie zabrakło sekcji konkursowej, w  skład której wchodził Konkurs Główny i  Konkurs Animacji. Filmy oceniane były przez profesjonalnych jurorów oraz młodych ludzi, którzy zasiedli w studenckim jury. I tak oto nagrodzeni statuetką Czarnego Konia zostali w Konkursie Głównym, zdaniem eksperckiego jury, film Sprzedawca w reż. Sebastiena Pilote’a, w Konkursie Animacji Drwal w reż. Pawła Dębskiego, a  wyróżnienie otrzymali: Urszula Palusińska za animację Nie ma to jak w kinie, Osman Cerfon za film Bez happy endu oraz Małgorzata Bosek za Wyspę Gibonów. Jury Studenckie nagrodziło Południowy Zachód w reż. Eduardo Nunesa, animację Birdboy wyreżyserowaną przez Pedro Rivero i  Alberto Vázqueza, a wyróżnienie trafiło do Florisa Kaayka za Pochodzenie stworzeń. Kropką nad „i” II edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Ars Independent był niesamowity pokaz jeszcze nieukończonego (będącego obecnie w fazie monta��u) filmu w reżyserii Tobiasa Morgana Noise God, z muzyką na żywo wykonywaną przez zespół powstały na potrzeby filmu. Kręcony w Katowicach, z naturszczykami będącymi jednocześnie mieszkańcami regionu, dedykowany irańskiej producentce - Katayoun Shahabi – goszczącej rok temu na Ars Independent i od tamtej pory więzionej w swoim kraju. Organizatorzy zaproponowali publiczności swoistą wariację kulturowo-gatunkową. Zdecydowanie było w czym wybierać. Każdy, niezależnie od wieku, mógł znaleźć coś dla siebie: „Festiwale takie jak Ars Independent są niezbędne dla promowania zagranicznej, niezależnej kinematografii. Uczestniczyłem w pokazach filmów konkursowych, które reprezentowały bardzo wysoki poziom. Ars Independent to przede wszystkim możliwość zapoznania się z kinem niszowym, pozbawionym komercji. To, co w tym festiwalu jest fajne i ważne, to wszystkie dodatkowe atrakcje. Nie mogę doczekać się kolejnej edycji!” – powiedział Marcin, student z Katowic. Wiele jest festiwali w Polsce, ale ten szczególny. Ma w sobie coś zupełnie innego, nowego, świeżego. To po prostu MÓJ festiwal.

 fot. Jędrzejowski/Liboska

Magdalena Kudłacz


50 | festiwale - Sacrum Profanum

fot. Wojciech Wandzel, źródło: www.sacrumprofanum.com

Trochę sacrum, trochę profanum

Krakowski festiwal Sacrum Profanum jest przedsięwzięciem łamiącym schematy. Między innymi dlatego otrzymał tytuł jednego z  najciekawszych wydarzeń muzycznych i  kulturalnych, nie tylko w  Polsce, ale i  w  całej Europie. Organizatorzy, Krakowskie Biuro Festiwalowe i dyrektor artystyczny Filip Berkowicz już od dobrych paru lat, starają się prezentować twórczość współczesnych kompozytorów. Inicjatorzy nie stawiają jedynie na muzykę poważną. Zapraszane na festiwal są także między innymi gwiazdy wykonujące muzykę elektroniczną. Impreza, organizowana od 2003 roku, jest ukierunkowana tematycznie, rok w  rok można zapoznać się z twórczością muzyków z różnych stron świata. Ta edycja poświęcona była kompozytorom z Polski. Trwające ponad tydzień Sacrum Profanum, dostarczyło widzom wielu emocji, a rozpoczęło się z wielkim hukiem, pozostawiającym echo jeszcze przez wiele dni po zakończeniu projektu. Inauguracja festiwalu była niezwykle prowokacyjna, za sprawą Pawła Mykietyna, który odważył się popełnić kompozycję Król Lear – na podstawie dramatu napisanego przez hiszpańsko-argentyńskiego pisarza i reżysera Rodrigo Garcii. Kontrowersyjne dzieło wykonała znana grupa Ensemble Modern pod przewodnictwem Marka Mosia. W kolejnych dniach gośćmi festiwalu byli między innymi : Dj Food, Grasscut, Dj Vadim, Juan Noval – Moro, Katarzyna Moś, Beatriz Blanco, Jan Pilch, Alarm Will Sound. Jednym z najciekawszych

wydarzeń podczas tegorocznego Sacrum Profanum był koncert wieńczący Polish Icons, podczas którego takie gwaizdy jak Kronos Quartet czy DJ-e związani z wytwórnią Ninja Tune ( gwiazdy elektroniki, drum and bassu, trip i hip hopu) „zabawiali się” z muzyką znanych polskich kompozytorów – Pendereckiego, Lutosławskiego, Kilara, Góreckiego. Największą gwiazdą festiwalu był islandzki zespół Sigur Rós, który wraz z  charyzmatycznym Jónsim oczarował publiczność zgromadzoną w  postindustrialnym obiekcie. Grupa zagrała dwa razy, w poniedziałek i w niedzielę, a ich koncerty poprzedzał legendarny Kronos Quartet. Rozbrzmiewający falset wokalisty Sigur Rós w Hali Ocynowni sprawił, że na ciele czuć było dreszcze, a gęsia skórka towarzyszyła podczas całego muzycznego widowiska. Grupa powróciła po paru latach do występów na żywo i kolejny raz udowodniła, że nie bez powodu uznawana jest za jeden z najlepszych zespołów koncertowych. 

Asia Krukowska

TOUCHÉ | październik 2012


koncerty | 51

Kalejdoskopowe Xyloto

fot. Mateusz Gołąb, źródło: www.alterart.pl

relacja z koncertu Coldplay, Warszawa 19.09.2012

Pojęcie megagwiazdy jest już trochę wyświechtane. Przecedzone, przemielone, nadużywane i  tracące na wartości. Ale właśnie taki rzeczownik kojarzy się z Coldplay, zespołem, który w pewien środowy wieczór zawitał na Stadion Narodowy. Wszyscy bębnili, że będzie to najważniejsze muzyczne wydarzenie roku. Mocne słowa, szczególnie po dwóch znakomitych festiwalach. No, ale nie mogło być inaczej. Już wiele miesięcy przed tym epizodem koncertowym rozniosła się fama o tym, że cała trasa Mylo Xyloto, to naprawdę wspaniałe widowiska, nie tylko czarujące i miłe dla ucha, ale i dla oka. Spekulowano na temat czarodziejskich opasek i listy wykonywanych utworów, która pojawiła się na stronie internetowej zespołu. Głośno mówiono, że brytyjska kapela przygotowała niebywałe show, a sam Chris Martin w pierwszych minutach warszawskiego koncertu zapewnił, że ten wieczór będzie niezapomniany. Koncert udowodnił, że artyści nie są gołosłowni.... Jazgotliwy tłum fanów, zapewne uważa, że nie trzeba nic więcej, tylko oni. Ja też mogłabym napawać się jedynie czwórką wspaniałych, grających wszystkim doskonale znane utwory ( nawet gdyby chciało się je wymieniać, nie wiadomo od których zacząć ). Już samo wejście na stadnion, podczas którego każdy otrzymywał kolorową opaskę, było intrygujące, a  gdy w  czasie koncertu zaczęły świecić i pulsować w rytm muzyki, cały obiekt sportowy barwnie migotał. Magicznie. Feeryczności w trakcie tego muzycznego wydarzenia dodawały również inne, atrakcyjne dodatki, między innymi kolorowe konfetti spadające z nieba, niczym liście, wielkich rozmiarów pokolorowane balony (wieść niesie, że podobno przez samych członków zespołu). Wykonanie przeboju Yellow przyniosło również deszcz żółtych, maleńkich, urokliwych baloników. Wszystkie koncertowe siupryzy powodowały, że widzowie stawali się małymi dziećmi z wiel-

TOUCHÉ | październik 2012

kimi błyszczącymi oczami i zastanawiali się: Co tu się jeszcze może wydarzyć ?! Gdyby niespodzianek było mało... W  trakcie koncertu artyści zniknęli ze sceny, by za chwil parę pojawić się na małej konstrukcji umieszczonej na prawie samym końcu płyty Stadionu Narodowego. Spóźnialskie osoby, którym nie udało się podejść wystarczająco blisko sceny, mogły przez parę ballad mieć uwielbiany zespół na wyciągnięcie ręki. Prawdziwe czary mary. Mogło by się wydawać, że co za dużo to nie zdrowo, że koncert naszpikowany atrakcjami jest jarmarczny. Może gdyby to nie było Coldplay... może wtedy mówiło by się o tandetnych zabiegach, o przeroście formy nad treścią. Natomiast w tym przypadku... w tym przypadku wszystko było ze sobą spójne, doskonale się uzupełniające. Odpowiadające konwencji mylotowskiej. Barwne koszulki muzyków, instrumenty pokryte rysunkami jakby małego dziecka i wszystkie pstre suplementy. No, kto by nie poskałał do Every Teardrop is a Waterfall, potupał do Viva la vida, poprzytulał się na Fix You, czy uronił łzę na The Scientist? No kto? Która by nie zobaczyła Chrisa Martina na żywo? Guya Berrymana? Czy pozostałych dwóch przystojniaków? No która? Grzechem jest zadanie pytania czy warto wybrać się na koncert Coldplay. Wypływający tłum ze stadionu, zastanawiający się jak przemycić zaczarowane opaski na pamiątkę, potwierdza, że tak. Bez wątpienia tak. Warto zaznaczyć, że to nie był pierwszy koncert tego zespołu w Polsce. Podczas ubiegłorocznego błotnistego Opener’a wystąpili na dużej scenie. Już wtedy Chris Martin obwieścił, że planują wrócić do Polski. aaaa no i były jeszcze supporty... Charlie XCX i Marina and the Diamonds, ale czy kogoś to interesuje? ;)  Asia Krukowska


52 | festiwale - Carbonic Festival

Śląsk muzycznie zdobyty I edycja Carbonic Festival w Chorzowie – fotorelacja

Organized Noiz

Insekt Kto zjawił się w chorzowskim Starym Porcie w dniach 21-23 września, wie doskonale, co kryje się za stwierdzeniem: festiwal z wachlarzem rozmaitych gatunków muzycznych – bo w istocie podczas I edycji Przeglądu każdy miał okazję posłuchać ulubionych dźwięków oraz poszerzyć horyzonty o nowe gatunki. Choć muzyka prezentowana na scenie wyróżniała każdego z występujących artystów, wyszczególnić można było jeden wspólny mianownik – pasję i miłość do muzyki płynącą we krwi młodych twórców – co zresztą stanowi główną ideę Festiwalu. Satysfakcja z uczestnictwa w Carbonic Festival udzieliła się nie tylko publiczności, ale przede wszystkim występującym zespołom. Naszym faworytem od razu stało się sympatyczne trio z It’s working! – jak się później okazało, słusznie - mieliśmy niezłego nosa, gdyż właśnie ten występ został okrzyknięty najlepszym. Panowie podczas odpowiadania na pytania wyznali, iż chcieliby oddać się nagrywaniu piosenek w domowych warunkach. Nie muszą. Nagrodą za zajęcie I miejsca podczas Carbonic Festival jest bowiem rejestracja trzech utworów w profesjonalnym studiu nagraniowym „Ciastek” w Tychach. Przegląd zgromadził sporą jak na pierwszą edycję widownię, a to z pewnością rokuje niezwykle dobrze, szczególnie dla występujących wykonawców, bo jak mówi wokalista It’s working!, Aleksander Piotrowski: Generalnie to nie rozbija się o miejsce. Nie rozbija się o event. Rozbija się o ludzi i to jest najważniejsze. Dopóki chcą nas słuchać, będziemy dla nich grać. I tego życzymy nie tylko zwycięzcom, ale również pozostałym zespołom Festiwalu. Więcej informacji o Carbonic Festival: www.carbonicfestival.wordpress.com

  

Krokodyl

Whale

Marta Lower Fotorelacja: Mateusz Gajda

Slowmotion

TOUCHÉ TOUCHÉ || październik październik 2012 2012

Jinx


festiwale - Carbonic Festival | 53

d z Beyond the Mist

esong

x

It’s Working! zwycięzcy I edycji Carbonic Festival

Czteropak

Colt Headed Dog

Electric Retards

TOUCHÉ TOUCHÉ || październik październik 2012 2012

Heavymetria


54 | sztuka

Zdjęcie pochodzi z: www.villemoart.com

Dojrzałe Księżniczki

Kolekcjonerstwo to hobby pełne pasji, wymagające niemałej cierpliwości i wielu poświęceń, także finansowych. Niejeden kolekcjoner nie szczędzi więc wydatków na swoje ukochane cacka. Od znaczków pocztowych po ekscentryczne dzieła sztuki – kolekcjonować możemy wszystko. Tym jednak, którzy większą uwagę zwracają na piękno niebanalne, a do tego odznaczają się kreatywnością, do gustu przypadną na pewno lalki Dollfie. Dollfie (połączenie doll – ang. lalka oraz figure – ang. figurka) to winylowe lalki, które powstały w drugiej połowie lat 90., wyprodukowane przez japońską firmę Volks. Zamysł był prosty – stworzenie lalek wielkością odpowiadających lalkom Barbie (później znacznie tę wielkość przekraczających), lecz dających użytkownikom możliwość samodzielnego złożenia i dalszej indywidualnej kreacji. Dollfie, a właściwie Super Dollfie, bo tak nazywał się model prototypowy, jak głosi historia, stworzona została przez rzeźbiarza Akihiro Enki i podarowana jego żonie w prezencie urodzinowym.

57-centymetrowa lalka o ruchomych stawach kulkowych i proporcjach osoby dorosłej spodobała się właścicielom firmy Volks, którzy już w roku 1999 rozpoczęli produkcję jej pierwszych modeli. Ciała Super Dollfie wyrabiane są z żywicy, oczy – z akrylu lub szkła, różnią się więc zasadniczo pod względem budowy od klasycznych Barbie. Ruchome stawy i wysokość lalek również oddala je od amerykańskiej poprzedniczki. To jednak, co przyciąga uwagę w Super Dollfie najbardziej, leży w jej indywidualnym, wykreowanym przez właściciela charakterze. Lalkę możemy bowiem stworzyć od podstaw – wybrać korpus, poszczególne części ciała, takie jak dłonie, stopy, uszy, wyżej wspomniane już oczy i włosy, by następnie rozpocząć kreatywną podróż i zająć się budowaniem jej “duszy”. Dzięki specjalnym barwnikom i odpowiednim narzędziom, możemy wymodelować naszej lalce rysy twarzy, dopracować makijaż, a nawet zamienić w wampira. Gdy ciało jest już gotowe, możemy zacząć dopracowywać szczegóły – przebierać w tysiącach uroczych, szytych na miarę ubrań, designerskich dodatkach i biżuterii. A kie-

TOUCHÉ | październik 2012


sztuka | 55

dy Super Dollfie będzie już gotowa i “ożywiona” indywidualnym, nadanym jej przez nas charakterem, nie pozostaje już nic innego jak sprowadzenie do kolekcji jej przyjaciół. Części, jak i gotowe lalki znaleźć możemy w internetowych katalogach chińskich, japońskich, koreańskich i amerykańskich firm zajmujących się produkcją Dollfie. Ponad sto z nich oferuje nam niezwykle szeroki wybór modeli lalek, często występujących w edycjach limitowanych. Kupić możemy nie tylko “córeczkę”, ale i “synka”, a nawet lalkę-zwierzę. Zadowoleni będą więc nawet najbardziej wymagający klienci. Osobiście niezwykle przypadły mi do gustu rozwiązania ekstremalne, proponowane przez firmę Ringdoll (http://www.ringdoll.com), która oferuje nam lalki wykreowane na postaci z horrorów, takie jak zombie, w połowie lalki, a w połowie automaty, wampiry czy potwory. Tradycjonalistom polecić jednak należy lalki dostępne w ofercie firmy Volks – która nacisk kładzie na delikatność i poetycką stronę tworzenia Dollfie. Zła wiadomość dla tych z Was, którym pomysł się spodobał, jest taka, że zabawa z Super Dollfie nie jest tania. Najtańsza lalka (z uwzględnieniem poszczególnych części), jaką możemy kupić w Polsce (jedyny polski sklep internetowy dostępny na rynku – http:// www.villemoart.com) oscyluje wokół dwóch tysięcy złotych. A każde kolejne ubranie czy dodatek równa się z kolejnym wydatkiem. Jeśli natomiast zapragniecie lalki z edycji limitowanej, jaką można dostać między innymi w sklepie internetowym Dollmore (http:// www.dollmore.net/), musicie liczyć się z kosztem wydania kwoty nawet dwóch tysięcy dolarów lub większej. Fenomen Dollfie niewątpliwie jest intrygujący. Te eteryczne, tajemnicze lalki w niczym nie przystają do tradycyjnego modelu znanych nam zabawek. Trudno bowiem wyobrazić sobie dziecko bawiące się jedną z tych skąpo ubranych Lolitek o smutnym spojrzeniu, od którego ciężko oderwać wzrok. Patrząc na Dollfie mamy wrażenie, że posiadają one własną historię. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że historia ta jest zazwyczaj nieszczęśliwa. Spotkałam się z opinią, według której Dollfie odróżnia od zwykłej lalki jej “dojrzałość” ukryta właśnie w owej głębi spojrzenia, w smutku wypływającym z twarzy, tajemnica płynąca z alabastrowej cery i giętkości ruchów. Również męskie lalki posiadają cechy zgoła inne, niż modele Action Man’a, znanego nam z chłopięcych bawialni. Są to częściej efemeryczni samuraje, elfy o przygnębionych twarzach bądź zbolali chłopcy o płaczliwym spojrzeniu. Nie mniej jednak – piękno, jakim emanują Dollfie jest hipnotyzujące. Wiedzą o tym doskonale fotografowie, którzy chętnie robią sesje zdjęciowe z udziałem lalek. Są one mniej wymagające niż żywe modelki, a efekt tworzy niejednokrotnie na zdjęciu niepowtarzalny, nieco mroczny i chłodny klimat. Zdania na temat kolekcjonerów Dollfie jak i samych lalek są podzielone. Fora internetowe aż wrzą od skrajnych opinii, raz nazywając posiadaczy Dollfie infantylnymi, dużymi dziećmi, które poprzez obcowanie z zabawkami uzewnętrzniają swoje ukryte lęki i zamykają się w świecie swojej wyobraźni, innym zaś razem zwracając uwagę na ich niezwykłą wrażliwość, kreatywność i zdolności manualne, które niewątpliwie są potrzebne, by z żywicznego korpusu stworzyć niemal żywe ciało lalki. Jedni uważają ideę

TOUCHÉ | październik 2012

Dollfie za coś przerażającego, obawiając się chłodu i mroźnych spojrzeń szklanych oczu, inni zwracają uwagę jedynie na piękno nieuchwytnych szczegółów, ukryte emocje schwytane w martwym bądź co bądź przedmiocie. Osobiście przychylam się do postrzegania Dollfie w ramach piękna, jednak samej ciężko mi zrozumieć kolekcjonerów tak pochłoniętych więzią z lalkami, by nazywać je swymi “dziećmi” lub “przyjaciółmi”. Dodatkowym problemem w drodze ku uformowaniu osobistej opinii na temat Dollfie jest ich wielkość – największe osiągają około 80 cm wysokości. Jest to więc faktycznie wysokość małego dziecka. Emocjonalne zaangażowanie w posiadanie takiej lalki może więc sprawiać wrażenie nieco... niepokojącego. Kiedy jednak odstawimy niepokoje na bok, pozostaje nam delektowanie się tą ucztą dla oczu i podziwianie kunsztu, z jakim wykonywane są Dollfie. Estetyczne dopracowanie w najdrobniejszych szczegółach, od paznokci po rzęsy, bywa zdumiewające. Imponujące są także stroje lalek, dostępne do kupienia w sklepach internetowych. Grzechem byłoby całości tego zjawiska nie nazywać “sztuką”. Ilość zwolenników Dollfie wciąż rośnie, a sama idea staje się coraz bardziej popularna na całym świecie – w związku z czym naturalnie dociera również do Europy. Być może więc za parę lat Dollfie nie będą już zjawiskiem tak intrygującym, a co za tym idzie, odnajdą swoje miejsce pomiędzy światem sztuki a światem zabawek. W chwili obecnej zachęcam Was jednak, Drogie Czytelniczki, do zapoznania się z ofertami tych niezwykłych lalek i wykreowania własnych opinii na ten poniekąd kontrowersyjny temat.

 Zdjęcie pochodzi z: www.sassystrawberry.com

Eliza Ortemska


56 | kobieta poszukująca

Mulan

fot. Olga Adamska; obróbka: Paweł Mrowiec

W Internecie krąży fotografia grupy skośnookich studentów opatrzony serią zabawnych pytań, które uświadamiają odbiorcy, jak niska jest nasza spostrzegawczość wizualna. Niestety, jeszcze niżej sytuuje się poziom realnej wiedzy o krajach orientu, oscylujący wokół kilku wiekowych stereotypów, dotykających szczególnie boleśnie kobiet. W świadomości przeciętnego Europejczyka azjatycka kobieta to ciągle Mulan, ponętna zjawa o satynowych włosach, trochę wojowniczka, bardziej gejsza. Skupiona na wymachiwaniu wachlarzem i podawaniu herbaty w malenkich filiżankach, przeszła do kultury jako obiet męskich fantazji oraz ideał kobiety-zabawki, salonowej dekoracji i mistrzyni alkowy. Zagadkowe Japnoki, Chinki czy Koreanki mierzą się jednak z nieco bardziej ważkimi problemami, które z naszej perspektywy wydają się jeszcze bardziej egzotyczne niż gejsza.

TOUCHÉ | październik 2012


kobieta poszukująca | 57

Ocalone W  2012 roku Chiny dalej są krajem, w  którym sztucznie utrzymywana jest niska dzietność. Preferowana płeć dziecka to męski potomek. Urodzone dziewczynki nie są na tym świecie mile widziane. Wynika z  tego inne, ciekawe, a  za razem zatrważające zjawisko – młode kobiety są do obłędu przejęte kwestią własnego wykształcenia i  jest ono jedyną panicznie wyznawaną przez nich ideą. Dlaczego? Młode Chinki, które mają świadomość, że pozostały przy życiu na zasadzie łaski w państwowej selekcji naturalnej, podporządkowują całe swoje życie nauce, aby zaznaczyć, że były warte pozostawieniu ich przy życiu. Podobnie wśród Japonek, które dorastając w zupełnie innej rzeczywistości kraju postępu i dobrobytu, przywiązują niezwykle wielką wagę do kwestii wykształcenia. Przyjmuje się, że dzieciństwo to czas pierwszych pięciu lat życia dziecka, które jest w  tym okresie niezwykle rozpieszczane. Pięciolatetni obywatel Kraju Kwitnącej Wiśni trafia natomiast w wir histerii edukacyjnej, która trwa przez całe jego życie. Japońskie dążenie do doskonałości przejawia się szczególnie w dbałości o wykształcenie i całkowitemu poświęceniu pracy. Pani domu Niezwykle silna jest jednakże patriarchalna tradycja, zadziwiająca Europejki. Kwestią pozostaje od lat ich całkowite pogodzenie z patriarchatem i brak jakichkolwiek oddolnych dążeń do emancypacji. Utrwalony w kulturze azjatyckiej zostaje podział na sferę domowego ogniska i resztę męskiego świata. Kobieta tradycyjnie przyjmuje rolę gospodyni, opiekunki dzieci i starców. Wpływa to bezpośrednio na brak kobiet w sferze publicznej – obecność płci pięknej w polityce. Jak mówi Momo, Japonka mieszkająca od lat w Polsce, żona nie powinna mieć pracy, bo to źle wygląda. Jeśli natomiast jej mąż, dbający o utrzymanie rodziny popadnie w jakiekolwiek kłopoty bądź dozna przykrości, za nic nie zwierzy się z nich żonie, by nie okazać słabości. Nawet jeśli przyjmiemy, że powolny trend powrotu kobiet do pracy wydaje się być coraz bardziej zauważalny, państwo w żaden sposób tego nie ułatwia – nadal brakuje żłobków i przedszkoli, są one traktowane jak pogotowie w wyjątkowych losowych sytuacjach. Ciężko jednak odnaleźć informacje na temat buntów i  postulatów równouprawnienia – kobiety wydają się być pogodzone ze swoją rzeczywistością i chętnie przyjmują tradycyjny model rodziny. Duże nosy Mówiąc o  kobiecie wychowanej w  Azji, konieczne jest doprecyzowanie jej narodowości. O ile myśląc o Polkach, Czeszkach czy Ukrainkach, możemy odnaleźć wspólny mianownik słowiańskiej urody i jednorodnej grupy języków, w przypadku kobiet wschodu zasadnicze różnice występują na każdym poziomie codziennego życia. Młode Azjatki łączy natomiast zjawisko coraz szerszej europeizacji. Niegdysiejszy zachwyt Ameryką, potęgą gospodarczą i popkulturową nieco już osłabł, pozostał jednak w świadomości

TOUCHÉ | październik 2012

młodych ludzi określony kanon zachodniego piękna, do którego z  różnym skutkiem dążą. Rozjaśnianie włosów oraz ścisłe podążanie za trendami europejskiej mody to już w  zasadzie norma. Na kolejną wyrasta chirurgiczna operacja górnej powieki, ofiarowana nastolatkom jako prezent z  okazji wejścia w  dorosłość. Kompleks fałdy mongolskiej oraz niepociągłej twarzy zauważalny jest na każdym zdjęciu – znak ‘V’ czyniony przez fotografowane dziewczęta nie stanowi bowiem niczego innego, jak próby wizualnego wyciągnięcia twarzy przez iluzję jej wyszczuplenia dzięki ułożonej tak dłoni. Powiada się jednak, że tego typu dążenie do wizualnej unifikacji z  ludźmi zachodu jest wyłącznie przejawem młodzieńczej subkultury. Dla dorosłego Koreańczyka europejczyk to człowiek wielki, gruby, z  ogromnym nosem i  zdecydowanym głosem. Chińczycy wypytywani o ogólne spojrzenie na naszą rasę wyznają również, że wydajemy im się całkowicie jednolici i  podobni. Całe szczęście, w naszym spojrzeniu w ich stronę nie pozostajemy więc odosobnieni. Cross love Azjatki, pozostające ideałami kochanek dla europejczyków, są najusilniej poszukiwanymi kandydatkami na żony na portalach matrymonialnych. Polacy, zapytani dlaczego pragną poślubić właśnie Azjatki, odpowiadają powielając spiętrzone stereotypy dotyczące ich spokoju, dbałości o  męża i  dom oraz wirtuozerii w  sypialni. Okazuje się jednak, że także europejczycy stanowią dla Azjatek dobry materiał na męża – w pełni gotowe do emigracji oczekują nieraz latami na zachodniego męża, z którym mogłyby wyjechać do dalekich krajów. Młodzi mężczyźni nie zniżają się natomiast do poziomu zainteresowania kobietami zachodu – postrzegane jesteśmy jako negatywnie rozwiązłe, wyuzdane, niezdolne do budowania więzów rodzinnych. W Korei do popowych teledysków muzycznych, które w  swojej fabule mają nieco bardziej wyzwolone sceny obyczajowe, zatrudniane są europejskie tancerki i aktorki. Domeną Koreanek pozostają filmy opowiadające o wielkiej, romantycznej miłości oraz rodzinnym cieple. Wiele wskazuje jednak na to, że wraz z dążeniem do życiowego spełnienia w gruzach legnąć może także wizerunek domowej westalki. Kolejne kulturowe starcia wschodu i zachodu pokażą, jak zmieniał się będzie faktyczny i wyidealizowany obraz kobiety na styku kultur. Jakie są Azjatki, które poznaliście? Czy można znaleźć w  Polsce przykłady współczesnych Mulan? Czekamy na kontakt z ich strony. Pokażmy, że są dla nas inspirujące. 

Sandra Staletowicz staletowiczowna@gmail.com


psychologia

miłość.com O tym, jak wysoką popularność osiągnęły portale randkowe na całym świecie, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Z tych najpopularniejszych w Polsce korzysta nawet kilka milionów Internautów. Także czaty, fora dyskusyjne czy portale społecznościowe to dla wielu osób łatwy sposób na nawiązywanie nowych znajomości – znajomości, które nierzadko przeradzają się w bliskie związki. Na ile bliskimi jednak mogą być związki zrodzone z wirtualnych znajomości, które w zasadzie nie muszą podlegać regułom obowiązującym w tradycyjnie inicjowanych kontaktach?

Po pierwsze - intymność się o  nich z  czyjejś relacji? Na te pytania W  psychologii za stwierdzeniem „miłość” każdy zaangażowany w  wirtualny romans kryje się kombinacja trzech głównych czy związek musi odpowiedzieć sobie sam składników: intymności, namiętności i  za- – bywa, że pomimo utrudnień, jakie niesie angażowania. Intymność rozumiana jest tu za sobą wirtualna przestrzeń, udaje się jako uczucia i  działania, które przybliżają stworzyć taką intymną więź. nas do drugiej osoby oraz wzmagają naszą wspólną zależność. Oznacza to, że nie Ze szczyptą namiętności... tylko wymieniamy się bardzo osobistymi O  namiętności, drugim ze składników informacjami na swój temat, ale też dba- miłości, trudno mówić przynajmniej do my o dobro drugiej osoby, mając przy tym momentu, gdy para nie spotka się realnie, poczucie, że w  momencie, gdy dopadną poza siecią. Co prawda związki internetonas poważne problemy i  trudne sytuacje we mogą być podsycane wymianą zdjęć, życiowe, otrzymamy od niej wsparcie dokładnymi opisami (często nieco podi  zrozumienie. Na co dzień natomiast in- kolorowanymi) czy nawet mogą odbywać tymność objawia się poprzez okazywanie się przy wykorzystaniu kamerek internesobie wzajemnego szacunku i  postrzega- towych, nie sposób więc odbierać takim nie drugiej osoby jako bardzo ważnej dla związkom udziału fizyczności. Namiętność naszego małego świata. Jak się to ma do jednak przejawia się poprzez poszukiwatzw. miłości w sieci? Bez wątpienia związki nie kontaktu fizycznego, dotykanie, fizyczzawiązywane za pośrednictwem interne- ną bliskość drugiej osoby – nie istniejącą tu (lub romanse, które nigdy nie wyszły tak długo, jak długo znajomość sprowadza poza ramy wirtualnego świata) często bo- się do wirtualnej przestrzeni. Bardzo łagate są w  wymianę niezwykle istotnych two jest pomylić namiętność ze zwykłym i osobistych wyznań. Wiele osób wyjawia podnieceniem, towarzyszącym potrzebom swoje najskrytsze sekrety właśnie za po- seksualnym, co zresztą często się dzieje średnictwem komunikatorów i  maili, nie wśród „zakochanych” w sobie internautów. mając odwagi zrobić tego w  prawdziwej rozmowie. Często też wskutek takich wy- ...i zaangażowania znań doświadczają różnych form wsparcia – Zaangażowanie z  kolei jest tą najbardziej emocjonalnego, informacyjnego, bywa, że „rozumną” cząstką miłości. To za nim kryją i finansowego. Czy w ten sposób nabierają się ważne decyzje dotyczące związku, jak poczucia, że naprawdę są kimś ważnym np. to, czy chcemy daną relację utrzymać dla tej drugiej osoby i  czy w  parze z  taką trwale i uczynić ją stałym elementem swoformą troski idzie również szacunek? Co jej codzienności. Od niego zależy też, ile zewięcej – czy wspominana tu bliskość i dzie- chcemy w taką relację zainwestować (czalenie się swoimi myślami, uczuciami, do- su, wysiłku itd.) i jakich zysków oczekujemy świadczeniami pojawiają się u obu stron? w  zamian. Zaangażowanie spełnia bardzo I  na ile można dzielić doświadczenia, nie ważną rolę zwłaszcza wtedy, gdy nasz zwiąuczestnicząc w nich, a jedynie dowiadując zek napotyka na przeszkody – determinuje

ono nasze decyzje i opinie dotyczące tego, co zamierzamy zrobić. Bez niego trudno utrzymać związek przez dłuższy okres czasu. Pojawienie się zaangażowania w  przypadku wirtualnych związków zwykle owocuje przeniesieniem znajomości do świata rzeczywistego, bowiem wiąże się z decyzją dotyczącą tego, czy dana relacja jest dla nas na tyle ważna i  cenna, by ją podtrzymywać i potraktować zupełnie poważnie. Przeniesienie znajomości na inną płaszczyznę zwykle zachodzi stopniowo – od wymiany adresów mailowych, numerów telefonów, aż wreszcie finalnie dochodzi do spotkania. Im wolniej zachodzi ten proces, im więcej czasu poświęcamy na pielęgnowanie wirtualnej relacji, tym większe ryzyko rozczarowania w  przyszłości. Pomijając sytuacje, gdy druga osoba nas oszukuje (co przecież nie jest wykluczone w przypadku każdej nowo napotkanej osoby), przedłużające się flirtowanie i budowanie wirtualnego związku pozwala nam tworzyć wyidealizowany obraz osoby, która w rezultacie okazuje się dużo mniej doskonała i  wyjątkowa niż wydawało się w  trakcie np. rozmów na czacie. Wiedzą o  tym stali użytkownicy portali randkowych, którzy – jeśli poszukują prawdziwego związku – zwykle dążą do pierwszego spotkania w stosunkowo krótkim czasie od nawiązania kontaktu. I po co to wszystko? Można pytać o  motywy takiego sposobu poszukiwania bliskiej osoby, skoro wydaje się, że przeniesienie wirtualnej miłości na grunt rzeczywisty i  zbudowanie z  niej dobrego, trwałego związku, jest zadaniem dość mocno skomplikowanym. Wśród naj-

TOUCHÉ | październik 2012


il. Ania Pikuła

psychologia | 59

częściej wymienianych powodów znajduje się cecha bardzo mocno wpisana w świat współczesny – wygoda. Za przeglądanie profili czy odpisywanie na wiadomości można zabrać się o  dowolnej porze, bez wychodzenia z domu. Dla osób zapracowanych, które nie mają czasu udzielać się towarzysko taka alternatywa może wydawać się ciekawym udogodnieniem. Wygodne jest również to, że dokonując wstępnej selekcji innych użytkowników danego portalu, nie tracimy czasu na spotkania z osobami, którym i tak nie chcielibyśmy poświęcić dłuższej uwagi. Niemałą rolę odgrywa tu także dostępność licznych, a jednocześnie bardzo zróżnicowanych ofert. Wiele osób decyduje się na wirtualne randki także ze względu na swoją nieśmiałość, która uniemożliwia im inicjowanie kontaktów z przypadkowo spotykanymi ludźmi. Portale randkowe są alternatywą także dla tych, którzy odczuwają niechęć do nawiązywania znajomości w barach czy dyskotekach

TOUCHÉ | październik 2012

lub – przeciwnie – zamierzają użyć każdego dostępnego im sposobu, by zmaksymalizować swoje szanse. Warto czy nie? Czy istnieje jakaś złota recepta na skuteczne i  satysfakcjonujące nawiązywanie znajomości internetowych? Zapewne nie – tak samo, jak nie ma jej w odniesieniu do randkowania w  świecie realnym. Bez względu na wybraną płaszczyznę kontaktu, dobrze jest zachować choć odrobinę zdrowego rozsądku i  nie poddawać się natychmiast rodzącej się fascynacji drugą osobą. Jakkolwiek sprzyja ona zbliżeniu i zacieśnieniu znajomości, łatwo bywa mylona z miłością – a stąd blisko do dalszych pomyłek. Obecnie nietrudno już o pary, których znajomość rozpoczęła się właśnie w  Sieci, a  które dziś mogą pochwalić się kilkuletnim stażem czy nawet założeniem rodziny. Wiele z nich to bardzo udane związki: pełne intymności, namiętności i  zaanga-

żowania. Z ufnością patrzące w przyszłość. Zapewne trafnie ocenili swojego partnera i w porę postanowili zaistnieć w swoich realnych światach. Bo tak naprawdę najistotniejsze jest nie to, w jaki sposób rozpoczyna się znajomość, ale to, co z nią zrobimy dalej. „Miłość wirtualna” może przerodzić się w  rzeczywistą tak samo, jak ta rzeczywista potrafi stać się już tylko wirtualną. 

Martyna Jachowicz

Bibiliografia: 1. Whitty M. T., Carr A. N., Wszystko o romansie w sieci, Psychologia związków internetowych, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2009 2. Wojciszke B., Psychologia miłości, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2009


psychologia

il. Ania Pikuła

Wyszłam za mąż – zaraz wracam!

TOUCHÉ | październik 2012


psychologia | 61

Wyobraź sobie: wysoko w Himalajach, tam gdzie przebiega granica między Tybetem a Kaszmirem, tam gdzie panuje mroźna zima, a warunki życia są niewyobrażalnie trudne, tam kobieta nie poślubia jednego mężczyzny, lecz grupę mężczyzn. Dlaczego?

Miejsca urodzenia się nie wybiera System zawierania małżeństw wiąże się ze statusem ekonomicznym i  materialnym danego społeczeństwa, a także z tym, w jakim środowisku przyrodniczym żyje dana grupa społeczna. Drogi Czytelniku, na pewno wiesz, że wzory zawierania małżeństw można podzielić na dwie grupy. Monogamia jak już wspominałam, jest systemem, w którym jeden mężczyzna poślubia tylko jedną kobietę i na odwrót. Poligamia natomiast zawiera w sobie zarówno poliandrię (jedna kobieta ma wielu mężów), jak i poliginię ( mężczyzna poślubia więcej niż jedną kobietę). Co ciekawe, badania dowodzą, że tylko 1% ludzkich społeczeństw zezwala na tę pierwszą formę poligamii, podczas gdy poliginia jest bardziej powszechna i  bardziej tolerowana. Po co ludziom poligamia, skoro w  większości przypadków mamy do czynienia jednak z monogamią? Powróćmy do Tybetu… Kobieta, która dopuszcza się poliandrii, nie wybiera przypadkowo grupy mężczyzn. Mężczyźni muszą być braćmi. Dlaczego? Trudne warunki, jakie panują na tym górzystym terenie, nie pozwalają na przeżycie rodziny składającej się tylko z  jednej kobiety i  jednego mężczyzny. Badania pokazują nam, iż obecnie, w  monogamicznej rodzinie żyjącej na terenie Tybetu, przeżywa mniej dzieci niż w  rodzinach poligamicznych. Dzieląc się wspólną żoną, bracia jednoczą zasoby np. mogą zachować wspólną ziemię i  razem żywić rodzinę, co nie byłoby możliwe w  przypadku kiedy ziemia uległaby podziałowi w kolejnych pokoleniach. Dlatego też tybetańska poligamia wydaje się być uzasadniona jak najbardziej ekonomicznie. Dużo o  poligamii znajdziemy także w  książkach Martyny Wojciechowskiej. W jednej historii przedstawia kobietę z Nepalu, która ma aż trzech mężów: „Martyna poznała codzienne życie zajętej domem Tsepal i jej mężów, którzy przez większość

TOUCHÉ | październik 2012

dnia pracują w  polu – rodzina utrzymuje się z hodowli jaków, owiec, kóz oraz uprawy ziół. Podróżniczka dowiedziała się, jak w tej niezwykłej dla nas rodzinie wygląda kwestia ojcostwa. Wszyscy trzej panowie traktują każde dziecko jak swoje, nie próbują dociekać, który z  nich jest biologicznym ojcem. Czy mężowie nie są o  siebie zazdrośni? Czy Tsepal faworyzuje któregoś z nich? Czy nie wolałaby mieć tylko jednego towarzysza życia?” Co kraj, to obyczaj W  innych społeczeństwach, w  których jeden mężczyzna posiada wiele żon, widoczna jest kolejna prawidłowość ekonomiczna. Mianowicie, między innymi w takich krajach jak: Egipt, Indie, Meksyk, Peru czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, monogamia może być złamana jedynie przez mężczyzn, którzy posiadają wysoką pozycję społeczną i  bardzo duży majątek. Laura Betzing (pisarka, antropolog) pisze tak: „(…) w  wielu imperiach, posiadający władzę mężczyźni utrzymywali setki, tysiące a nawet dziesiątki tysięcy kobiet, obok jednej, dwóch lub co najwyżej trzech legalnych żon; im mniej ważny był mężczyzna, tym mniej miał kobiet”. Moja przyjaciółka, która jest zapaloną podróżniczką, opowiedziała mi ostatnio historię przywiezioną z Dubaju. Pewnego dnia, kiedy wybrała się do miasta na zakupy, przyjrzała się takiej poligamii z bliska. Do jednego ze sklepów jubilerskich przybył wysoko postawiony i zamożny Arab wraz ze swoimi czterema żonami i  każdej z  nich kupił po kilo złota, w  postaci błyskotek, łańcuszków, kolczyków, zawieszek, pierścionków, bransoletek… nie ważne co tam było, ważne że obdzielił je po równo. Trochę ciężko być bigamistą w takim kraju, prawda? „Poli” znaczy „wiele” Badania pokazują nam także, że mężczyźni poślubiają większą liczbę kobiet szczególnie wtedy, gdy spełnione są następujące warunki: silna hierarchia społeczna, zasobne otoczenie (jedna rodzina może zgromadzić duże zasoby materialne) oraz pojawiające się często okresy głodu, a  co za tym idzie zagrożenie śmiercią głodową. Dlatego też, kobieta która zostanie przyjęta do bogatej rodziny dzieli się niejako swoim mężem, ale w  zamian spodziewa się innych korzyści – materialnych. Chociaż ubogi mężczyzna mógłby kochać tylko ją i  okazywać wyłącznie jej więcej czułości, miłości, dobra i ciepła, ona woli zabezpie-

czyć siebie i  dzieci pod względem ekonomicznym i materialnym właśnie. Walka o życie! Badania pokazują nam, że związki pomiędzy formą małżeństwa a  bogactwem i  pozycją społeczną wykształciły się ze względu na dążenie do tego by przetrwać, przeżyć. Tam gdzie panuje bieda, ludzie starają się jakoś sobie radzić. W  swojej książce, wspomniana już przeze mnie podróżniczka Martyna Wojciechowska, opowiada nam o  Zanzibarze i  panującej tam poligamii: „Na przykładzie jednej rodziny składającej się z jednego męża, dwóch żon i gromadki dzieci widzimy funkcjonowanie poligamii w praktyce. W takim poligamicznym związku kobieta nie ma prawa głosu. Ma po prostu być, rodzić dzieci, zajmować się domem i  mężem. Nie buntować się, nie podnosić głosu, akceptować stan rzeczy takim, jaki jest. I choć nam podczas lektury książki trudno zaakceptować taki upodmiotowiony styl życia, to dla tamtejszych kobiet nie stanowi on problemu, bo nie znają innego, bo tak nakazuje kultura i  islam. Pokornie zatem wypełniają swą rolę. Czasem tylko jedna żona jest zazdrosna o drugą, ale to już w obowiązku męża leży, by obie czuły się traktowane tak samo.”. A co wtedy, gdy jednak dokonamy złego wyboru? My tracimy czas i pieniądze na rozwody… oni mają na to inny i  prostszy sposób: „Według naszej tradycji żona nie może zostawić ani zdradzić męża. Tylko on ma prawo to zrobić! Gdyby moja żona mnie zdradziła, zostawiłbym ją i wziąłbym sobie nową. Ale ja wolę taką, która nie miała w ogóle męża. Wdowy czy rozwódki to bym nie chciał jednak… Nie biję swoich żon. W naszej wiosce, gdy mężczyzna uderzy kobietę, a  ona zgłosi to do Rady Starszych, to robi się duża afera. Żonę trzeba traktować trochę jak dziecko, należy o nią dbać. Zresztą po co ją bić? Można napisać na kartce trzy razy, że się jej nie chce, i ona wtedy przestaje być twoją żoną.”. Co jest lepsze? Mono czy Poli? Ja uważam, że mimo wszystko lepiej szukać swojego jedynego Księcia z bajki… a Ty?   Natalia Tarabuła Bibiliografia: 1. Martyna Wojciechowska, Zanzibar i Kobieta na krańcu świata 2 2. Jerzy Bront Barbara Nowacka, Różnorodność związków małżeńskich na świecie


TOUCHÉ październik 2012