Issuu on Google+


2|

Zew przygody i o nim wywody... Spodziewaliście się pewnie, że z okazji rozpoczynających się wakacji zapragnę napisać iście radosny, wakacyjny wstęp - nie myliliście się, bo w istocie tak będzie. Mimo wszystko nie będzie to tendencyjna paplanina o urlopach, relaksie i drinkach z palemką (choć z drugiej strony wiem, że wszyscy o tym marzymy!), a podjęty temat, choć opleciony słońcem, poruszy nieco poważniejsze kwestie. Otóż, Moi Drodzy, rzecz będzie o szaleńczych podróżach, spontanicznych wybrykach na łonie natury i o nieposkromionej dzikości serca (szczególnie o tym ostatnim). Nie ja jednak będę Waszym przewodnikiem w tej tematyce, a najświeższy numer TOUCHÉ, w którym motywy afrykańskie zagościły na dobre. Do szaleńczych podróży odniesie Was Eliza Ortemska w ARTOUCHÉ (str 48) za sprawą artykułu pt. „Wędrówka po odległym lądzie”. Zew natury poczujecie w felietonie Natalii Sokólskiej (JEJ PUNKT WIDZENIA - str 16), z którego dowiecie się, skąd w miastowej dziewczynie bierze się tak wielki, niegasnący głód szarej wilczycy. O dzikości serca przeczytacie w „Bez makijażu” - jeśli nie wiecie, kim są Beach Boys i po co „tak naprawdę” jedzie się na wczasy do gorących krajów, Sandra Staletowicz opowie Wam o wszystkim! A trzy grosze ode mnie? Ze swojej strony mogę jedynie ostrzec przed przyjemnymi, ale zdradliwymi promieniami słońca w południe (to boli), przed kąsającymi owadami typowymi dla letniej pory roku oraz przed nieznajomymi niekoniecznie z czystymi zamiarami (chyba, że wyróżniają się wyjątkowo egzotyczną aparycją - więcej na ten temat przeczytacie w najnowszej dyskusji Miłej Pani Sandry Staletowicz i Miłego Pana Jakuba Jaworudzkiego w ich gorącej rubryce „Mili Państwo” na str 18). Kończąc te moralizatorskie wywody życzę Wam udanych urlopów, jeśli takowe planujecie bądź miłego wypoczynku w rodzinnych stronach - koniecznie przy drinkach z palemką. Zobaczcie, chciałam by było mądrze, a wyszło jak zwykle... Uciekam na wakacje, adieu! Marta Lower Redaktor naczelna

www.facebook.com/touchemagazyn


|3

MENU

*

Szef kuchni poleca: Motywy zwierzęce, Czarny Ląd, pustynia, “wild life”, rytuały, plemiona, zew natury

WYWIAD Z NIĄ Mela Koteluk ........................................................... 10

ON I ONA W KINIE Noc oczyszczenia, reż. James deMonaco ................. 36

JEJ PUNKT WIDZENIA Zew natury w dżungli miasta ................................. 16

FILM/MUZYKA NOWOŚCI ................................... 38

JEGO PUNKT WIDZENIA O kompulsjach, wiadrach i frankfuterkach z Sokołowa .............................................................. 17 MILI PAŃSTWO W pustyni i w puszczy ............................................. 18

RETROSPEKTYWA FILMOWA Ostatni król Szkocji, reż. Kevin Macdonald ........... 40 LITERATURA NOWOŚCI ....................................... 42 TEATR NOWOŚCI .................................................. 44

SESJA LIPIEC 2013 Desert Rose ............................................................ 20

BEZ MAKIJAŻU Wakacje z serduszkiem ........................................... 46

BLOG FASHION Macademian Girl ................................................... 34

ARTOUCHÉ Wędrówka po odległym lądzie ............................... 48 PSYCHOLOGIA Obłędnie zdolni twórcy .......................................... 46

TOUCHÉ | lipiec 2013

*Menu w formie hiperłączy - kliknij zakładkę, by przejść do danego działu


4|

Redakcja

MARTA LOWER redaktor naczelna redaktor prowadząca mlower@touche.com.pl

BARTOSZ FRIESE zastępca redaktor naczelnej redaktor działu film/muzyka/sztuka bfriese@touche.com.pl

ANIA SALAMON dyrektor artystyczna layout/skład/łamanie asalamon@touche.com.pl

DOBRUSIA RURAŃSKA grafika/portrety/babeczki

POWIERZCHNIE REKLAMOWE Basia Graczyk - bgraczyk@touche.com.pl PATRONATY MEDIALNE, PROMOCJA, WSPÓŁPRACA Ewelina Wolanin-Sadouski, Dominika Zgrzebnicka promocja@touche.com.pl DZIAŁ GRAFIKI: Ania Krztoń, Basia Maroń, Jan Miś, Julita Pataleta, Ania Pikuła, Kinga Tync DZIAŁ FOTO: Mateusz Gajda, Hania Sokólska, Karamell Studio OKŁADKA: Foto: Karamell Studio; Typografia: Marta Lower Na okładce: Pola Bochniak (Fashion Color) Wnętrza: ISO 100 Studio; dalszy opis na str 20 DZIAŁ REDAKTORÓW: Anka Chramęga, Jakub Jaworudzki, Martyna Kapuścińska, Iga Kowalska, Asia Krukowska, Magdalena Kudłacz, Julia Lewińska, Kamil Lipa, Kamila Mroczko, Eliza Ortemska, Magdalena Paluch, Agnieszka Różańska, Justyna Skrzekut, Patrycja Smagacz, Natalia Sokólska, Sandra Staletowicz, Kasia Trząska, Aneta Władarz COPYWRITER: Sandra Staletowicz KOREKTA: Marta Lower, Aleksandra Kozub ADMINISTRATOR WWW: Maciek Wojcieszak Wydawca: AKADEMICKIE INKUBATORY PRZEDSIĘBIORCZOŚCI ul. Piękna 68 | Warszawa 00-672 REDAKCJA TOUCHÉ – redakcja@touche.com.pl ul. Szarych Szeregów 30 | 43-600 Jaworzno

TOUCHÉ | lipiec 2013


|5

Foto miesiąca

Rafał Makieła Photography - www.makiela.com modele: Art Color Ballet body painting: Agnieszka Glińska Art Color Ballet http://www.baletcolor.pl Underwater, wedding, commercial photography: www.facebook.com/makielaphotography

TOUCHÉ | lipiec 2013


6|

wypiekarnia

Wypiekarnia talentów WYPIEKARNIA TALENTÓW to miejsce dla Was i  Waszych dzieł, Drodzy Czytelnicy. Publikujemy najciekawszą twórczość, promujemy kreatywność, pobudzamy wyobraźnię, stawiamy Wam coraz to nowe wyzwania w postaci inspirujących, choć nie zawsze łatwych, motywów przewodnich. W wydaniu Lipiec 2013 widoczne są inspiracje afrykańskie, zwierzęce oraz tematyka plemienna i zew natury. Osoby, które pragną podzielić się swoją inwencją twórczą na następny miesiąc, odsyłamy na stronę 8, gdzie podane zostały motywy przewodnie na Sierpień 2013.

Naturalni egoiści Altruistyczni i pomocni? To nie my. Potrafimy słuchać? Zwłaszcza siebie. Jesteśmy cudownie zepsuci, kochamy siebie, funkcjonujemy nie raniąc innych, dbając jednocześnie, aby to z naszej głowy korona nie spadła. Czy jest coś złego w byciu egoistą? Skąd ten pomysł. Egoista nie chce krzywdy wyrządzać innym, pragnie jedynie wyspać się lepiej, niż sobie pościela. To nie grzech, a na pewno żaden wstyd. Jesteśmy cudowni. Intuicja, wyobraźnia, instynkt samozachowawczy. Podświadome gry i gierki, w które bawimy się na co dzień, aby wyjść korzystnie z każdej sytuacji. Gdyby zawierzyć samemu sobie i dać naturze zabrać głos moglibyśmy dostać dokładnie to czego potrzebujemy. Czemu się tak nie dzieje? Czemu zawsze jak koń pod górę, a wiatr w oczy? Sami sobie szkodzimy myśląc ponad powinność. Czy możliwym jest, aby dwoje ludzi, równie zakochanych, nie mogło nigdy być razem? Aby marzenia się nie spełniały? Żeby skomplikowała się rzecz z natury prosta? Owszem. Kiedy tylko nadgorliwie chcemy by było lepiej niż dobrze. Dlaczego tak często walczymy ze swoją naturą, nie bierzemy czegoś co chcemy, myśląc, że być może chcemy czegoś innego? Każdy kij ma dwa końce. Widzisz dobre strony, możesz zobaczyć również i złe. A dlaczego nie można widzieć jedynej opcji jaka istnieje naprawdę? Pozbyć się skłonności do przesady i pozwolić, aby nasze własne „JA” zadecydowało o tym, czego chcemy. Bez analizy, bez porównań ze wspaniałym życiem innych, które w rzeczywistości niczym nie różni się od naszego. Zew natury wzywa. Błąd popełniony przez ewolucje wymaga naprawy. Z egoistów przeistoczyliśmy się w analityków, z niewinnych narcyzów w skomplikowanych obłudników. Już nie wiadomo, kto co ma na myśli. Bo na pewno nie ma tego, co mówi. Nie można być pewnym czy to o czym pomyślało się przed chwilą, to to samo o czym myślimy teraz. Wyobraźnia galopuje, nie możemy nadążyć sami za sobą. Podejmujemy pewne decyzje, aby potem zmienić je w ciągu paru chwil. Czy życie musi być skomplikowane? Nie. Niech się dzieje co chce, a dokładnie to czego my chcemy. Chcemy, a nie chcielibyśmy chcieć. A to jest różnica, dzieląca naszą naturę, od naszej zawiłej osobowości. Ania Juszczyk-Kulesza

zdjęcie: A.Kozub, R.Kwaśniak (Karamell Studio)

Modelka: Emilia Białas Wizaż: Magdalena Knetki Włosy: Karolina Harwath

TOUCHÉ | lipiec 2013


wypiekarnia

TOUCHÉ | lipiec 2013

|7


10 |

wywiad z nią

| mela koteluk

TOUCHÉ | lipiec 2013


mela koteluk

|

wywiad z nią

| 11

Rozmiłowana w Trzecim Programie Polskiego Radia, popularnej Trójce. Przyszła spadochroniarka. Opowiada o dojrzałym debiucie i ucieczkach od cywilizacji. Zdradza, komu serwowała kawę. Dziś już nie Melaniusz, Melinda czy Malwa a Mela Koteluk – laureatka Fryderyków 2013 w kategoriach Debiut Roku i Artysta Roku – jutro dobiegnie jeszcze dalej niż dziś.

ONA KRZYCZY: SKACZ!

TOUCHÉ | lipiec 2013


12 |

wywiad z nią

| mela koteluk

Skakałaś już ze spadochronem? Nie skakałam, ale moja siostra skoczyła niejako za mnie, w moim imieniu. Natomiast ja sama ze względów zdrowotnych nie mogę tego zrobić. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości się uda. Wydaje mi się, że dlatego, że spadochron pozostaje w sferze takich moich niezrealizowanych marzeń, chodził mi po głowie tekst do tej piosenki i stała się ona zaczepką do zatytułowania całej płyty. Podobno dla niepoznaki zmieniłaś kiedyś kolor włosów przed koncertem? Tak, zrobiłam to w afekcie na kolor kasztanowy i potem przez lata wracałam do swojego naturalnego koloru. To był taki moment, kiedy chciałam zrobić coś szalonego, nie był to może kolor zielony, ale jednak jakaś zmiana. Jesteś miłośniczką Trójki. Masz ulubioną audycję? Mam mnóstwo ulubionych audycji.

Uwielbiam Trójkowe audycje i jestem z nimi emocjonalnie związana. Gdy zdarzy mi się bardzo pracowity tydzień i nie słucham radia, to brakuje mi tego fizycznie, jakbym się z kimś dawno nie widziała i zaczynam za tym tęsknić. Ale wczoraj był akurat piątek, jechałam na sesję zdjęciową do naszego maxi singla, słuchając porannej audycji prowadzonej przez Wojciecha Manna z jego zapowiedzią prognozy pogody. I jest to coś, co od lat w piątki podnosi mnie na duchu. Uwielbiam to! Wczoraj także Wojciech Mann i Michał Nogaś rozmawiali o kryminale, wokół którego nadbudowali takie napięcie, że stojąc na stacji benzynowej blokowałam dystrybutor, bo po prostu musiałam usłyszeć tytuł książki, o której rozmawiali, musiałam poczekać cierpliwie te dwie minuty w samochodzie. Twoja pierwsza poważna praca? Pracowałam w kawiarni w Anglii. To

był okres beztroski, beztroskiego myślenia o tym, kim jestem, do czego się nadaję, co chciałabym robić, co mogę zrobić dobrego w swoim życiu, kim chciałabym być za rok, za dwa, za pięć lat. Miałam okazję serwować o poranku kawę Robertowi Smithowi z The Cure czy Kevinowi Spacey’emu. To było super. Po tych dziesięciu latach wspominam z wielkim sentymentem wydarzenia, które nie zaistniałyby w moim życiu, gdyby nie okres tak zwanej stagnacji, która w rezultacie okazała się być bardzo ważna dla wytyczenia sobie kierunku. Do jakiej płyty wracasz? Takich płyt jest wiele. Między innymi Hounds of love Kate Bush. Wszystkie płyty Morrisseya i The Cure. Jestem bardzo związana z tymi artystami, ale również szukam nowości. Kupuję też płyty, lecz teraz są to bardziej przemyślane zakupy, zwłaszcza w dobie Internetu, gdy możemy najpierw wiele

TOUCHÉ | lipiec 2013


mela koteluk

sprawdzić w sieci. Pomimo tego są też tacy artyści, których albumy kupuje się bez namysłu. Tak było w przypadku płyty Davida Bowie. Nie musiałam wcześniej słuchać singla czy czegokolwiek sprawdzać. Ulubiony utwór Kate Bush? Snowflake. Śpiewasz pod prysznicem? Nie mam prysznica. Mam wannę! (śmieje się) Długo się wybudzam, ale wstaję bardzo wcześnie. Rano nie śpiewam, wieczorami jestem rozśpiewana. Co robisz kiedy nie śpiewasz? Offroad z Wackiem? Tak, jeździmy z Wackiem jego samochodem, przystosowanym do przeprawiania się przez leśne błota Coyotem. Wacek zaraził mnie uczuciem do spędzania czasu w ten sposób i bardzo mi to odpowiada. Lubię wyrwać się z cywilizacyjnych schematów i wyruszyć w las bez konkretnego celu, docierać do trudno dostępnych, dzikich miejsc. Gdzie już byłaś, a gdzie jeszcze chciałabyś trafić? Myślimy teraz o wyjeździe do Gruzji. W wielu miejscach jeszcze nie byłam, wiele jeszcze chciałabym zobaczyć. W ubiegłym roku byliśmy w rumuńskich Karpatach. Byłam tam pierwszy raz, Wacek już po raz szósty czy siódmy. Przepadamy za rumuńskimi miastami z ich folkową kulturą i prawdziwymi ludźmi, kurami spacerującymi po szosach. Jakie są Twoje najbliższe plany koncertowe? 22 czerwca wybieram się na koncert Paula McCartney’a. Wyczekiwałam momentu rozpoczęcia sprzedaży biletów, pamiętam, że kiedy trafiły do obiegu, byłam wtedy w Bejrucie z moim ukochanym Wackiem. Byłam pewna, że one rozejdą się w mig. Najpierw polowaliśmy na Internet, a potem ostrzeliwaliśmy rezerwacje. Później okazało się, że bilety nadal są dostępne, co mnie załamuje i czego nie potrafię zrozumieć. Nie mogę pojąć, jak można nie pójść na ten koncert, wiadomo, że słuchamy różnej muzy, ale to jest wydarzenie dekady. Nie rozumiem takich sytuacji.

TOUCHÉ | lipiec 2013

Co w kulturze przykuwa Twoją uwagę? Bardzo podobają mi się instalacje uliczne, za pomocą których artyści bawią się z przypadkowymi odbiorcami, na przykład w miejscach będących węzłami komunikacyjnymi. Kiedyś na dworcu wyrosła przede mną ogromna instalacja zbudowana z dworcowych drogowskazów. Obserwowałam reakcję zdezorientowanej pani, która nie odbierała tego jako przejawu sztuki. Bardzo lubię też neony w mieście i szukam ich na warszawskiej Pradze. Mają w sobie wielką siłę, jedne są ukryte i zaniedbane, inne odżywają − nie tylko dzięki uwiecznianiu ich na zdjęciach, ale i odrestaurowywaniu.

WIELE RZECZY SPOTYKAJĄCYCH MNIE W INTERAKCJI Z DRUGIM CZŁOWIEKIEM BARDZO WPŁYWA NA MOJĄ TRAJEKTORIĘ LOTU, SILNIE ODDZIAŁUJE. JESTEM NICZYM ASTEROIDA. Na tyle, na ile pozwala Ci tryb życia, bywasz w teatrze? Kiedyś byłam totalnym wyjadaczem, ale tego czasu w tym gorącym okresie, kiedy muzyka mnie prowadzi, jest bardzo mało i nie mogę sobie obecnie pozwolić na luksus chodzenia do teatru czy czytania książek. Nadrobię i poleniuchuję na urlopie. W jaki sposób dbasz o głos? Przede wszystkim staram się wysypiać, choć nie zawsze mi się to udaje. Jestem zdania, że głos i całe ciało, w tym mózg, który jest niezwykle istotnym „narzędziem” służącym śpiewaniu, najlepiej się regenerują podczas snu, ponieważ żadne specyfiki, zioła, lekarstwa, preparaty nie regenerują organizmu tak jak sen. Nie sposób spać po trzy, cztery godziny na dobę i dobrze śpiewać, dobrze funkcjonować, więc jednak staram się

| wywiad z nią

| 13

przesypiać te sześć, siedem godzin. Z różnym skutkiem. Spadochron powstawał w szafie w Twojej kawalerce, zgadza się? Tak, to po części prawda. Wokal nagrałam w mojej kawalerce, natomiast instrumenty zostały nagrane w lubrzańskim studio w województwie lubuskim. Nieopodal właśnie mieszkają moi rodzice, więc miałam jakby połączenie z domem rodzinnym, dobre fluidy. Poza tym jest tam pięknie, to takie mini-Mazury − bardzo lubię tam wracać. Wydaje mi się, że teraz tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie, kiedy ma się dobry sprzęt – ja miałam akurat pożyczony: mikrofon, kartę muzyczną, jakiś przetwornik − żeby nagrać dobrze wokale w domu. Twoje teksty wynikają z wrażliwości i obserwacji czy bardziej opierasz je na wyobraźni? Jestem w szoku, nie pytasz o Scorpions… (śmieje się) Głównie ludzie mnie inspirują, zmieniają coś we mnie, sprawiają, że coś postanawiam. Wiele rzeczy spotykających mnie w interakcji z drugim człowiekiem, bardzo wpływa na moją trajektorię lotu, silnie oddziałuje. Jestem niczym asteroida. Głównie spotkania z ludźmi kształtują moje teksty, poruszają moją wrażliwość. Ale i wyobraźnia ma w tym swój udział, bo nie mogę powiedzieć, że wszystkie teksty bezpośrednio traktują o mnie, zawierają też elementy fikcji literackiej. Który tekst możesz określić jako ten najbliższy Tobie? O domu. Z bardzo prostego powodu – powstał dzień przed miksowaniem, najpóźniej ze wszystkich piosenek, które się znalazły na płycie, a one z kolei powstawały na przestrzeni pięciu, sześciu lat i mimo że śpiewam je promując płytę, to jednak bezpośrednio dla mnie samej są one jednak w jakimś stopniu odległe. Cały czas się zmieniam. Dzisiaj w Sosnowcu (koncert z okazji Dni Sosnowsca, 08.06.2013 – przyp. red.) zagramy dwie nowe piosenki, do które napisałam stosunkowo niedawno i są to teksty napisane przeze mnie tu i teraz. W nich jest ta Mela obecna. Pierwsza piosenka nosi tytuł


14 |

wywiad z nią

| mela koteluk

Wielkie nieba, a druga To trop. Wielkie nieba… a może zaśpiewam fragment? (nuci) Na gorących dachach, niecierpliwe koty tańczą na krawędziach śniąc o lotnych ptakach. My, dachowce, chociaż nie umiemy latać, wolność nas kosztuje nic, nic nie znaczy strata. To jest pierwsza zwrotka, właśnie o takich kotach, dachowcach, którym i ja jestem. Zresztą może nie będę zbyt wiele pomagać w interpretacji tego tekstu. (uśmiecha się)

wers tej piosenki to przechodzi przeze mnie niesamowity prąd od małego palca u nogi aż po czubek głowy. Mam tak od lat, odkąd usłyszałam ten utwór po raz pierwszy.

ŚWIAT PO FRYDERYKACH WCALE SIĘ NIE ZMIENIŁ. MOŻE JEDYNIE ZMIENIŁ SIĘ O TYLE, ŻE TAK JAK ZADEKLAROWAŁAM PUBLICZNIE, ZACZĘŁAM BIEGAĆ I DZIEŃ PO DNIU PODNOSZĘ SOBIE POPRZECZKĘ.

Masz już na koncie duet z Czesławem, z kim chciałabyś jeszcze zaśpiewać? Kilka dni temu ziściło się moje pragnienie, gdyż miałam okazję zaśpiewać z Rykardą Parasol w ramach OtwARTej Sceny − wykonałyśmy utwór The Cloak of Comedy. Bardzo lubię ten tekst, a projekt OtwARTa Scena jest totalnym odlotem, na wzór sesji BBC. OtwARTa Scena to nieprawdopodobna inicjatywa dzięki ekipie profesjonalistów, ludzi z wysokim czynnikiem ludzkim, którzy tworzą świetną atmosferę i stwarzają doskonałe warunki. Mózgiem całej operacji jest Leszek Biolik. Jeśli ktoś kocha muzykę, to wpadnie w to jak śliwka w kompot! Właśnie w ramach OtwARTej Sceny będziemy mieć premierę naszego nowego maxi singla, z czego się bardzo cieszę.

Kiedy zaczęłaś pisać pamiętnik? Ojej, bardzo wcześnie, jeszcze w podstawówce. To mi sprawiało wielką frajdę - mój świat, tylko moje pamiętniki zamknięte na kluczyk, chowane pod wykładziną. Kiedyś pisałam regularnie, fajnie byłoby do tego wrócić, ale teraz nie ma kiedy. Jest Facebook, można napisać maila… Jak tak czytam wspomnienia czternastoletniej siebie to zastanawiam się, kim ja wtedy byłam... Byłam strasznie przewrażliwiona na punkcie pewnych rzeczy, jakaś zdołowana (śmieje się), bardzo wystraszona życiem, miałam bogate życie wewnętrzne, tylko że się nim z nikim nie dzieliłam.

Pamiętasz o Osieckiej. Który z jej tekstów jest Ci szczególnie bliski i dlaczego? Dwie szklaneczki wina, tę piosenkę śpiewała zmarła tragicznie Ludmiła Jakubczak, którą często wspominam. Takich mocnych tekstów Osieckiej jest mnóstwo… Już spakowałam Twoje książki…(nuci) Kiedy słyszę pierwszy

Ale to teraz ewoluuje… Ostatnio ktoś mi zadał pytanie, czy nie czuję się za stara na debiut, bo w końcu mam 28 lat, ale właśnie gdybym wydała płytę dziesięć lat temu to nie wiem, o czym bym śpiewała. Teraz jestem do tego gotowa. Człowiek musi być psychicznie gotowy do tego, by wyjść na scenę i ujawnić swoją

tożsamość. Jak zmienił się świat po Fryderykach? Świat po Fryderykach wcale się nie zmienił. Może jedynie zmienił się o tyle, że tak jak zadeklarowałam publicznie, zaczęłam biegać i dzień po dniu podnoszę sobie poprzeczkę. Biegam coraz dalej, na przykład postanawiam danego dnia dobiec do tablicy z kierunkowskazem na Gdańsk podczas gdy dzień wcześniej widziałam ją jeszcze w oddali. Owszem, czasami wypada to różnie, ale wracam do prób usystematyzowania swojego życia pod kątem aktywności fizycznej, co w mojej pracy jest niezwykle ważne. Robię coś dla swojego ciała, żeby współpracowało ze mną. Miałaś ksywę czy zawsze byłaś Melą? Byłam Melaniuszem, Melindą, Malwą. Wiele osób ze starych lat mówi na mnie Malwa. Jestem taka raczej „melkowata”, takim „melizmem” jestem. Bardzo rzadko ktokolwiek zwraca się do mnie per Malwina. (Wywiad przeprowadzono w Parku Sieleckim 8 czerwca przed koncertem podczas Dni Sosnowca 2013)

 

Rozmawiała: Julia Lewińska Zdjęcia: Honorata Karapuda

Autorką zdjęć ilustrujących wywiad jest Pani Honorata Karapuda. Za możliwość publikacji serdecznie dziękujemy. www.honoratakarapuda.com

TOUCHÉ | lipiec 2013


mela marcin koteluk ryczek| |wywiad wywiadz znią nim

TOUCHÉ | lipiec 2013

| 15


16 |

jej punkt widzenia

Il. Kinga Tync

Zew natury w dżungli miasta

Słońce bezlitośnie okupuje ulice. Morze asfaltu i betonu nagrzewa się, oddając ciepło otoczeniu. Nakręca się spirala rosnącej temperatury. Biedni studenci przegrywają ostatnie rozgrywki z sesją, gdy na horyzoncie objawia im się fatamorgana zimnego piwa. Wokół akademików rozkwitły grille, a tramwaje coraz częściej wypełnia charakterystyczna, bardzo intensywna woń panów żuli. Czuć, że miasto topi się i rozpływa w sobie. Ciemne i zimne zapomniane bramy stają się nagle niesamowicie kuszące. Ludziom z twarzy nie schodzi wyraz słabo ukrywanego cierpienia, ustępującego dopiero pod wieczór, gdy na ulice wypływają strumienie wszystkich tych, których stać na późną pobudkę. Jak każdy szanujący się przedstawiciel ludności napływowej, tak i ja, chcąc nie chcąc, coraz bardziej zaczynam nienawidzić tego wielkiego miasta. Tęsknię przy tym do swojej rodzinnej miejscowości, zapomnianej gdzieś w głębokich dolinach Beskidów. Tam słońce nie sięga tak głęboko, a zaułki wypełnione są cieniem... Albo jeszcze lepiej – te lasy, te wiecznie mroczne lasy zielone, oddychające żywicznym zapachem dziczy. Dzicz. Budzi się we mnie zew natury, niegasnący głód szarej wilczycy, której życiowym celem jest błądzić po bezdrożach nietkniętych cywilizacją. Wilczyca miota się w mojej klatce piersiowej, uwięzionej w innej – przerażająco pełnej klatce wielkiego miasta. Jakiś czas temu oglądałam film Wszystko za życie. Oryginalny tytuł Into the Wild wydaje się być bardziej trafiony. Nie mam jednak najmniejszego pomysłu, jak dobrze go przetłumaczyć, nie ujmując nic z jego znaczenia. W filmie tym główny bohater manifestuje niechęć do pogoni za pieniędzmi, jednotorowości życia i szeroko pojętego systemu w jedyny słuszny sposób. Wyrusza na długą podróż dokoła świata (czyli po Stanach Zjednoczonych), na tyle, na ile się da, unikając udogodnień cywilizacji. Pomysł ten wydawał mi się początkowo mocno wątpliwy. Mam wrażenie jednak, że myśli te dyktowała ówczesna aura. Deszcz lał się z nieba strumieniami i wszędzie panowało złowrogie zim-

no. Nie w głowie były mi wtedy takie głupoty, jak ruszanie w głuszę. Teraz jednak… teraz jednak wszystko się zmieniło. Jednak w tych okolicznościach bliżej, niż do Christophera z tego filmu, jest mi do Tylera Durdena, snującego, tak odległe dziś ode mnie, wizje końca tego świata. Parafrazując Palahniuka wyobrażam sobie siebie, jak odziana w proste ubrania z wełny i ze skóry skradam się chyłkiem w cieniu porośniętych gęstym bluszczem zrujnowanych kamienic na tym, co zostało z alei Trzech Wieszczy, śledząc małe stadko saren. Na najwyższych piętrach tych kamienic, pod krokwiami, które nie dźwigają już żadnych dachów, oprócz niebieskiego nieba, moi bracia i siostry uprawiają fasolę i pomidory. Na noc chronię się na dziewiątym piętrze biurowca, którego klatka schodowa gęsto porośnięta jest ciemnym mchem. W zapuszczonych szybach windowych, oprócz ziejącej pustki unoszą się lekko ćmy i motyle, zgrabnie krążąc wokół resztek okablowania. Wiem, że mam tyle, ile uda mi się zdobyć lub stworzyć i dobrze mi z tym. Dni nie mają nazw ani godzin. Słońce codziennie zachodzi tak samo… Zew natury w dżungli miasta. Ekskluzywny Fight Club dla pomylonych. Dzisiaj wszyscy pracujący w przeszklonych biurowcach będą gorylami. Dołączysz?  Natalia Sokólska nsokolska@touche.com.pl

TOUCHÉ | lipiec 2013


jego punkt widzenia

| 17

il. Basia Maroń

O kompulsjach, wiadrach i frankfuterkach z Sokołowa

Afryka, czarny ląd, na który najczęściej spoglądamy ze współczuciem i troską. Wysyłamy misjonarzy, społeczników, zbieramy żywność i organizujemy akcje humanitarne. Złego słowa na nich nie powiem (powiedziałbym dużo dobrego, ale to nie mój image). Trochę bym złego powiedział na temat misjonarzy. Wiadro bluzgów wylałbym jednak na każdy durny łeb, w którym roi się myśl, że „zachodnia rasa panów” nie ma obowiązku pomagać, że Afrykanie powinni żyć tak jak sobie sami poradzą. A potem trzasnąłbym ów łeb owym wiadrem na poprawkę. Rzecz w tym, że tak, że to jest nasza powinność. Ponieważ kiedyś w Afryce radzono sobie lepiej. Ponieważ pewnego razu Europejczyk stwierdził, gdy przywlekł swój blady tyłek do Afryki, że tutejsi jednak nie radzą sobie dostatecznie dobrze i lepiej im będzie nosząc na barkach blady, europejski tyłek. Oraz, że mają zdecydowanie za dużo dóbr naturalnych, rzecz jasna. Lepiej im będzie z monarchią parlamentarną (wcześniej), demokracją (później), Jezusem, nowożytnym podziałem pracy i topologią antropologiczną (mózg paruje). Jednym słowem – z naszą całą kochaną cywilizacją (wiem, że to pięć słów). I dziwnym trafem się okazało, że w Afryce wcale nie zaczęło się żyć lepiej, nawet kiedy już uznaliśmy, że kolonializm jest passé i wróciliśmy do siebie. Ale jeśli chcecie wiedzieć więcej na ten temat, to jestem pewien, że znajdziecie dużo porządnej literatury, napisanej przez ludzi mądrzejszych ode mnie. Mnie ciekawi co innego: nieustępujące w nas przekonanie, że jeśli mamy Colę, iPhony, Volkswageny i frankfuterki z Sokołowa to jesteśmy bardziej rozwinięci i szczęśliwsi od kultur niezainteresowanych ekspansją technologiczną. A przez to zobligowani do zapoznania ich z naszymi zabawkami. Tymczasem to, co z  naszego punktu widzenia wydaje się być „niedorozwojem” kulturowym, może być w istocie innym rodzajem przystosowania do zakątka na świecie, w którym wypluła cię matka natura. Potrafię sobie wyobrazić, że tak było w Afryce. Ludzie żyli

TOUCHÉ | lipiec 2013

tam po swojemu, z tym, co wydawało im się potrzebne – i pewnie nie było idealnie, ale założę się, że nie narzekali ponad normę. I że nie byli mniej szczęśliwi od stada zamkniętych przez większość swojego życia w korporacyjnych boksach Kowalskich czy innych Brownów, którzy za swój bezużyteczny trud doliczają cyferki na kontach, które nie istnieją. Jedną z (zastraszająco) nielicznych mądrych rzeczy, jakie wymyślił dziadek Freud było stwierdzenie o tym, że każdy nasz genialny wynalazek tworzy tyle samo problemów, co ich rozwiązań. Mamy szybkie środki transportu i  komunikacji, które są nieodzowne, ze względu na to, że tempo życia zmusza nas do bycia w pięciu miejscach naraz. Samochody pomagają nam też dotrzeć na czas do poszkodowanych w  wypadkach samochodowych, spowodowanych przez ludzi, którzy się śpieszą. A żeby dotrzymać tempa musisz poświęcić mnóstwo czasu, by zarobić na przedmioty, które pozwolą Ci go zaoszczędzić. Wiem, że mocno upraszczam, ale czasem trudno pozbyć się wrażenia, że w naszym otoczeniu większość przedmiotów jest niepotrzebnych, a sytuacja, w której się znaleźliśmy to czysty absurd. Trudno też pozbyć się wrażenia, że to z nami jest coś nie tak – z naszą kompulsją do zmian, poprawek, komplikacji i gromadzenia niepotrzebnej wiedzy. Że cywilizacja zachodnia zbudowana jest rękami nadpobudliwców, neurotyków, maniaków, ludzi z ADHD, OCD, BPD i  WTF. Nie mówię, by z  tym walczyć (kocham moje kompulsje), ale by zdawać sobie z  tego sprawę: kierunek, który obraliśmy wcale nie musi być normą. To my w kulturowym towarzystwie jesteśmy ekscentrycznymi świrami. I czasem niesamowitymi dupkami.   

Kamil Lipa ksiaze.kam@gmail.com

TOUCHÉ | październik 2012


18 |

felieton

| mili państwo

W pustyni i w puszczy Miła Pani, odwróciwszy role czuję się nadzwyczaj świetnie. Kreśląc tym razem nie słowa słodkiej, ciętej i wysmakowanej riposty, a nadając ton całej naszej korespondencji. Teraz moja kolej, mogę dociekać, pytać i rozważać bez końca, gdzie podział się pewien kobiecy pierwiastek, o który tak zaciekle zabiegano latami. Cofnijmy się do XVIII wieku, do podróży na Czarny Ląd, to tam wśród obdarzonych sumiastymi wąsiskami dżentelmenów, spędzających czas w okrętowych kasynach, sącząc whisky i przerzucając stosy sztonów, roiło się od kobiet żądnych przygód. W letnich, zwiewnych i kwiecistych sukienkach, słomkowych kapeluszach i przeciwsłonecznych okularach, wszak w Afryce zawsze świeciło wtedy słońce! Kobiety te, przepełniała zapewne ciekawość nowego świata, nowego lądu, egzotyka do potęgi, słowem to czego nie miały okazji oglądać na co dzień we francuskich, angielskich czy włoskich miastach. Pozostawiały za sobą gosposie, wypełnione książkami gabinety mężów, miękkie podomki, ciepłe kapcie i obyczajową prasę. Wszystko to na rzecz nieznanego, niezmierzonych gąszczy dżungli, palących piasków pustyni i  umięśnionych czarnoskórych dokerów, rozbudzających wyobraźnię dam do granic możliwości. Tutaj zadaję sobie pytanie, czy w tej chwili młody, przystojny, czarnoskóry młodzieniec ma jeszcze większe wzięcie niż młodzian blady jak ściana? Podobno to co nieznane kusi o wiele bardziej. A tym samym pochodzący z Sudanu czy Etiopii studenci medycyny w ramach uczelni lekarskich zamknięci, a i w ramach wymian studenckich czy innych grantów odwiedzający miasto Kraków, powinni otoczeni być naręczem młodych kobiet. Tymczasem, kapelusze słomkowe i  sukienki ustąpiły ramiączkom, szortom i  japonkom. Słodkie i  to, tylko czy my bladzi jak ściana młodzieniaszkowie mamy jeszcze jakiekolwiek szanse na zainteresowanie ze strony odważnych, ambitnych i z podniesionym czołem kroczących podróżniczek? Daleko nie trzeba szukać, można znaleźć młodzieńca jadąc na miejskim rowerze, brukowanymi ulicami dzielnicy podgórskiej. Do koszyka wpadnie motyl, do oczka wpadnie muszka, a do serca może i jaki opalony młodzieniec, również na rowerze i również w świetnym humorze. Ponawiam pytanie, czy warto nam jeździć na rowerach po kocich łbach szukając współrowerzystek ?  Jeżdżący z przyjemnością,  Jakub Jaworudzki

Miła Pani, Powiada się, że nie ma głupich pytań – są tylko niezbyt światłe odpowiedzi, dlatego też lojalnie ostrzegam, że moje stanowisko ma moc serc łamania i  opinii publicznej rozczarowywania. Bez owijania w bawełnę (którą to owija się, swoją drogą, głównie w Chinach, w liczbie 7 947 ton) otóż, tak: lecimy na, excuse-moi, Murzynów. Oglądamy się za, perdon, „Kebabami”. Kuszą nas skośnoocy i  porywają Latynosi. A dlaczego to? Bo postrzegamy ich jako nieskażonych licznymi ułomnościami, które zdążyli nam już objawić tak zwani „biali łowcy”. Nie było ich w przedszkolu, więc raczej nas nie popluli. Chodzili do podstawówki w Mozambiku, więc to nie nas ciągnęli za warkocze. Nie zostawili nas pod ścianą na dyskotece w gimnazjum. Oraz, pomijając egzotyczne przypadki, nie są naszymi ojcami. Wszystko, czego zdążyłyśmy się cywilizacyjnie nauczyć o mężczyznach, było koloru raczej białego, dlatego też niechże Pana nie zadziwiają pełne nadziei spojrzenia w stronę chłopców kolorowszych. I tu właśnie pojawia się pan Erazm i cała ta jego seksturystyka, z założenia naukowa, w praktyce rozrodcza. Młodzi, niewinni około europejscy chłopcy, zwiezieni do kraju nad Wisłą w celu czytania Norwida - cóż może być bardziej obiecującego? Nie będzie przecież porównywał mojego schabowego z buritto swojej matki. A do tego zawsze to taniej, wysłać dzieci do erazmusowych dziadków. Myli się jednak ten, kto sądzi, że zainteresowanie importowanym towarem jest domeną damską - z drugiej strony, żądne wiedzy Europejki, równie gorliwie nauczane są przez polskich kolegów meandrów języka polskiego. Niezależnie od kraju pochodzenia, równowaga w przyrodzie pozostaje więc jak zawsze zachowana zgodnie z tzw. zasadą ABBA – „the winner takes it all”. Jakie zawody, takie nagrody.  Skołowana jak zawsze,  Sandra Staletowicz  PS. Może byś tak, Hesus,, wpadł popedałować?

TOUCHÉ | lipiec 2013


20 |

sesja miesiąca

| desert rose

DESERT Rose

Zdjęcia: A.Kozub, R.Kwaśniak (Karamell Studio) Modelka: Pola Bochniak (Fashion Color) Stylistka: Aleksandra Orawczak Wizaż: Monika Kudlińska (Gofero) Włosy: Monika Korek (Czarna Róża Art) Projektantki: Natasha Pavluchenko, Joanna Niemiec, Magdalena Kowalczyk Biżuteria: Glitter Buty: Stylowe Buty Bielsko Miejsce: ISO 100 Studio - www.iso100studio.com lub www.facebook.com/ISO100Studio

TOUCHÉ | lipiec 2013


sesja miesiąca

TOUCHÉ | lipiec 2013

| desert rose | 21


22 |

sesja miesiąca

| desert rose

Suknia: Natasha Pavluchenko

TOUCHÉ | lipiec 2013


sesja miesiąca

TOUCHÉ | lipiec 2013

| desert rose | 23


24 |

sesja miesiąca

| desert rose

Kombinezon: Magdalena Kowalczyk

TOUCHÉ | lipiec 2013


sesja miesiąca

TOUCHÉ | lipiec 2013

| desert rose | 25


26 |

sesja miesiąca

| desert rose

TOUCHÉ | lipiec 2013


sesja miesiąca

TOUCHÉ | lipiec 2013

| desert rose | 27


28 |

sesja miesiąca

| desert rose

Suknia: Joanna Niemiec

TOUCHÉ | lipiec 2013


sesja miesiąca

TOUCHÉ | lipiec 2013

| desert rose | 29


30 |

sesja miesiąca

| desert rose

TOUCHÉ | lipiec 2013


sesja miesiąca

TOUCHÉ | lipiec 2013

| desert rose | 31


32 |

sesja miesiąca

| desert rose

Body: Magdalena Kowalczyk

TOUCHÉ | lipiec 2013


sesja miesiąca

TOUCHÉ | lipiec 2013

| desert rose | 33


34 |

blog fashion

Bicycle City Zawsze twierdziłam, że jestem miastową dziewczyną. Nie straszne mi więc industrialne klimaty, dlatego z tym większym entuzjazmem przywitałam w swojej szafie dwa nowe nabytki: sukienkę w urbanistyczny nadruk i futurystyczne buty. Żeby jednak zmiękczyć nieco ostry charakter tych rzeczy, zestaw okrasiłam złotymi dodatkami - na bogato! Złoty łańcuch, masywny naszyjnik i kolczyki w stylu lat 80, zestawione z wyrazistymi okularami dają spektakularny efekt! W tym zestawie czułam się jak prawdziwa współczesna diva :)

Tamara Gonzalez Perea Blogerka modowa i dziennikarz „GLAMOUR” z Polski. Zakochana w modzie - uważa, że prawdziwa miłość trwa całe życie. Poszukuje ubrań niepowtarzalnych i jedynych w swoim rodzaju, ponieważ moda jest sztuką. Uwielbia kolory, toczki i styl Anny Dello Russo.

www.macademiangirl.com

TOUCHÉ | lipiec 2013


36 |

film

| on i ona w kinie

On i Ona w kinie Zabawa w z  abijanie

Noc oczyszczenia / The Purge Data premiery: 07.06.2013 (Polska), 31.05.2013 (Świat) Scenariusz i reżyseria: James deMonaco Zdjęcia: Jacques Jouffret Obsada: Ethan Hawke (James), Lena Headey (Mary), Max Burkholder (Charlie), Adelaide Kane (Zoey) Dystrybucja: UIP Czas trwania filmu: 1 godzina, 25 minut

Tym razem to Eliza wybrała film, który Wam, drodzy Czytelnicy, prezentujemy. Po szeregu kinematograficznych niepowodzeń i  sromotnej porażce Hipnotyzera, o  którym pisaliśmy w  poprzednim wydaniu TOUCHÉ, miałem nadzieję, że kolejny, obejrzany przez nas film okaże się tym, przez który w ferworze pozytywnych emocji i wrażeń nie będę mógł spać. Owszem, po seansie Nocy oczyszczenia zasnąć nie mogłem, ale tylko z tego powodu, że natężenie tryskającej zewsząd krwi było w filmie na tyle obfite, że noc jawiła się jako pasmo koszmarów. Noc oczyszczenia to drugi w  reżyserskiej karierze film Jamesa deMonaco, który oprócz potencjału koncepcji i pomysłu emanuje przywołaną już przeze mnie estetyką trywialnego brutalizmu, mieliznami scenariuszowymi, brakiem charakterystycznych postaci (wyjątkiem jest Rhys Wakefield w niejednoznacznej roli herszta mordującej bandy, o którym zapewne napisze więcej Eliza, która – zdradzając Wam kuluary naszego wspólnego seansu – poza przejmującą grą aktora, zwróciła uwagę na jego intrygujący fizys) i  przede wszystkim płytkością dialogów. Jedynym pozytywnym elementem Nocy oczyszczenia jest przedstawienie utopii, idyllicznej Ameryki w  niedalekiej przyszłości, gdzie gospodarka kraju osiąga najbardziej spektakularny poziom, a mieszkańcy, pod presją nieustającego ładu, skrywają w  sobie okrutność, zwierzęce instynkty i  niesłychaną agresję rozładowywaną podczas corocznego „święta zabijania”. Gdyby Noc oczyszczenia pozbawiona została swego rodzaju banalności (potwierdzeniem moich słów niech będzie dyskretny śmiech oglądającej film Elizy, która w  dramatycznych momentach filmu, nie mogła powstrzymać się od chichotu), Noc oczyszczenia mogłaby stać się manifestem demoniczności mającej początek w popędach człowieka, tymczasem utwór filmowy w reżyserii deMonaco zbanalizował imponujący temat wizualizując go przy pomocy infantylnych środków wyrazu. Elizo, zgodzisz się ze mną? A może Twój śmiech był przejawem zachwytu w rozumieniu pewnej konsternacji? Po obejrzeniu Nocy oczyszczenia naszła mnie, przede wszystkim, jedna, prymarna w mym mniemaniu, refleksja. Mianowicie, jak wyglądałby nasz świat, gdyby jednonocne, przyzwolone przez prawo mordowanie miałoby miejsce w rzeczywistości? Z drugiej jednak strony, wystarczy zapoznać się z ciągle wzrastającymi statystykami dokonanych mordów i  zabójstw, żeby zastanowić się nad siłą tłumionej agresji, która jest przecież nieodłącznie nam towarzyszącą emocją.  Bartosz Friese

TOUCHÉ | lipiec 2013


Kim są twoi sąsiedzi? Namówiłam Cię, Bartoszu, na Noc oczyszczenia, wiedziona nadzieją, że tym razem uda nam się przeżyć wspaniałą 90-minutową przygodę w krainie filmu. I nie twierdzę, że do końca się nie udało. Noc oczyszczenia, to jak zapewnia producent – horror science fiction. Co do tego drugiego możemy się chyba oboje zgodzić. W  pewnym momencie powiedziałam Ci, że dostrzegam minimalną analogię z  Funny Games Michaela Haneke. W  ostatecznym rozrachunku Nocy oczyszczenia daleko jednak niestety do wstrząsającego wrażenia, jakie wywołało na mnie dzieło Haneke. Wizja, jaką proponuje James deMonaco w istocie jest przerażająca. Sposób w jaki ją przedstawia – nieco mniej. Podczas seansu mimowolnie zadajemy sobie bowiem pytania dotyczące naszego własnego postępowania w  podobnej sytuacji, jednocześnie łapiąc się za głowę, kiedy widzimy poczynania bohaterów. Byłeś zaszokowany ukrytym okrucieństwem, jakie drzemało w każdym z uczestników tytułowej nocy – ja, w przeciwieństwie do Ciebie, spodziewałam się czegoś dużo gorszego. Przejawy owego „gorszego” zobaczyć można było jedynie w  postaci granej przez Rhysa Wakefielda, nad którym rozckliwiałam się za każdym razem, gdy tylko pojawiał się na ekranie. Bez tego imponującego popisu aktorskiego, dzięki któremu oglądać mogliśmy zatrważająco „zwyczajnego” psychopatę, który mógłby być naszym współlokatorem poza „nocą oczyszczenia”, film w zasadzie niczym mnie nie zadziwił. Pomijam kwestię trywialnych dialogów, scen pozbawionych logiki i lekkiego fabularnego galimatiasu, jaki zafundował nam reżyser. Jak na horror przystało, krew lała się litrami, mieliśmy jednak do czynienia raczej z klasyczną strzelaniną i bijatyką, niż ze spektakularnymi morderstwami, których po opisie filmu się spodziewałam. Ty narzekasz więc na brutalizm – ja na jego niedostateczne wykorzystanie. Tak jak Ty zastanawiałam się nad tym, jak wyglądałoby nasze życie w  podobnych realiach. I  sądzę, że owa wizja jest bardziej przerażająca niż cały film. Jak bowiem podkreślił grany przez Wakefielda morderca – on i jego towarzysze to zwykli „posiadacze”, tacy sami jak główni bohaterowie filmu. Studenci, przyjaciele, młodzi ludzie z  dobrych domów. „Przyjaciele”, którzy strzelają do siebie wzajemnie z uśmiechem na ustach, oczywiście w imię „wyższej idei”. Noc oczyszczenia miała ogromny potencjał. Hollywoodzkość filmu sprawiła jednak, że deMonaco operuje banałami, dialogi wołają o  pomstę do nieba, a  akcja momentami przybiera groteskowy, śmiechu wart (czego byłam żywym dowodem) obrót. Dla samej refleksji uważam jednak, drodzy Czytelnicy, że do kina wybrać się warto. 

TOUCHÉ | lipiec 2013

Eliza Ortemska


38 |

film

| nowości

Między światami Dziewczyna z szafy data premiery: 14.06.2013 (Polska), 09.2012 (świat); scenariusz i  reżyseria: Bodo Kox; zdjęcia: Arkadiusz Tomiak; obsada: Magdalena Różańska (Magda), Wojciech Mecwaldowski (Tomek), Piotr Głowacki (Jacek), Eryk Lubos (dzielnicowy Krzysztof), Teresa Kwiatkowska (sąsiadka Sawicka); dystrybucja: Kino Świat; czas trwania filmu: 1 godzina 30 minut

Szare blokowisko. Zwyczajność. Deszcz i chłód. To rzeczywistość. Rudowłosa dziewczyna, skrzypiąca szafa, biały królik, zeppeliny płynące po niebie, bajkowa dżungla, urealnione wytwory wyobraźni. To świat równoległy. Dwa odległe i  pozornie nieprzystające do siebie obrazy scalił w jednolitą opowieść Bodo Kox, debiutujący na dużym ekranie reżyser kina offowego. Doczekaliśmy się początku nowej jakości w polskim kinie? Jacek (Piotr Głowacki) mieszka ze swoim autystycznym bratem Tomkiem (przejmująca rola Wojciecha Mecwaldowskiego). Konieczność ciągłej opieki nad chorym czasami przysparza Jackowi nieco problemów. Nie mając innego wyjścia chłopak prosi o pomoc nieco ekscentryczną sąsiadkę (Magdalena Różańska). Niespodziewanie Tomka i Magdę połączy niezwykła więź. Bodo Kox podjął temat alienacji, nieprzystosowania jednostki do społeczeństwa i panujących w nim reguł, zamykając historię w  niesamowitym świecie utkanym z  nici fantazji i  szarej rzeczywistości, przeplatanym zabawnymi dygresjami. Niezrozumiani, a jednak wyjątkowi bohaterowie stanowią kwintesencję filmu. Magda jest rozkojarzona i wycofana, stale przesiaduje w szafie prowadząc badania nad światami równoległymi, wykreowanymi przez zażywanie nielegalnych substancji. Tomek żyje w  oderwaniu od tu i teraz, jego ulubionym zajęciem jest obserwowanie nieistniejących sterowców przemierzających nieboskłon, do czasu aż poznaje Magdę, która doskonale odnajduje się w jego odrealnionej rzeczywistości. To jednak nie koniec ciekawych kreacji aktorskich. Dzielnicowy Krzysztof (Eryk Lubos), na co dzień gorliwy stróż prawa, nieśmiało zgrywający twardziela i fatalnie zakochany w Magdzie. Jacek, którego łączy niezwykła wieź z chorym bratem, posiada kolekcję figurek z Kinder Niespodzianki i  uporczywie szuka nowej wybranki serca. Bohaterowie Bodo Koxa są niepowtarzalni, żyjący nie obok, a  „ponad” wszystkim. Dziewczynę z szafy trudno opisać słowami. Ten film trzeba zobaczyć i wniknąć w równoległy świat reżysera.  Magdalena Kudłacz

Trans – czyli jak zatracić się w rzeczywistości Trans data premiery: 14.06.2013 (Polska), 27.03.2013 (Świat); reżyseria: Danny Boyle; scenariusz: Joe Ahearne, John Hodge; zdjęcia: Anthony Dod Mantle; obsada: James McAvoy (Simon), Vincent Cassel (Frank), Rosario Dawson (Elizabeth); dystrybucja: Imperial Cinepix; czas trwania filmu: 1 godzina 41 minut

Danny Boyle zachwycił widzów wieloma filmami, jego najpopularniejsze dzieła, które pojawiły się na srebrnym ekranie to: 127 godzin (2010), Slumdog: Milioner z  ulicy (2008), 28 dni później (2002) czy Trainspotting (1996). Trans to najnowsza perełka w filmografii reżysera. Thriller psychologiczny przenosi widza w świat snów, wspomnień i ciągłej próby odnalezienia własnego ja. Pomimo iż film ukazał się na polskim rynku kinematograficznym stosunkowo niedawno, zarówno w Internecie jak i w prasie pojawiło się wiele recenzji. Ku memu zdumieniu opinie negatywne zrównały się z tymi pozytywnymi. Zaczęłam się zastanawiać skąd wziął się tak negatywny odbiór filmu. Przyznam szczerze, że podstawowa znajomość psychoanalizy Freuda czy Junga zdecydowanie pomaga zrozumieć film Boyla i zagadkowy sposób działania ludzkiego mózgu. Trans to jeden z niewielu utworów filmowych, który sprawił, że po jego obejrzeniu zaczęłam zgłębiać tajniki motywu przewodniego, który pojawił się w filmie – hipnozy. Główny bohater Simon (James McAvoy) bierze udział w kradzieży, wartego kilka milionów funtów, obrazu Franciso Goya Latające wiedźmy. Na skutek uderzenia w głowę Simon traci pamięć i zapomina gdzie ukrył arcydzieło. Nieoczekiwany przebieg zdarzeń rozzłościł lidera gangu Franka (Vincent Cassel), który również miał ochotę spieniężyć cenny łup. Po nieudanych próbach tortur, Frank postanawia podjąć dosyć niekonwencjonalne działanie – wynajmuje hipnoterapeutkę Elizabeth Lamb (Rosario Dawson), która ma pomóc Simonowi w retrospekcji wydarzeń i odnalezieniu obrazu. Od moment wkroczenia w niebezpieczny świat ludzkiej podświadomości, trójkąt: McAvoy, Cassel i Dawson odgrywa kluczową rolę w odnalezieniu zagubionego alter ego, które było do tej pory stłumione przez… No właśnie, aby dowiedzieć się co lub też kto jest przyczyną amnezji Simona i dlaczego nie należy ufać temu, co na pierwszy rzut oka wydaje się rzeczywistością trzeba zatracić się w transie...  Magdalena Paluch

TOUCHÉ | lipiec 2013


muzyka

Po ciemnej stronie Islandii

| nowości | 39

Muzyczne Zaćmienie

Sigur Rós – Kveikur

Empire of The Sun – Ice on the Dune

Wytwórnia: Sonic Distribution Premiera płyty: 17.06.2013

Wytwórnia: EMI Premiera: 25.06.2013

Pomimo zapału z jakim podeszłam do słuchania tego krążka i niezdrowego uwielbienia dla wydanego w  2005 roku albumu Takk, najnowsza płyta islandzkiej grupy Sigur Rós, zatytułowana Kveikur, nie tylko nie powaliła mnie na kolana, ale pozostawiła po sobie uczucie, które pozwolę sobie określić mianem „nużącego zawieszenia”. Na płycie znalazło się dziewięć utworów. Album jak zwykle zdominowały długie kompozycje, których obszerne partie instrumentalne stanowią równie charakterystyczny wyróżnik, co śpiew wokalisty Jóna Þóra Birgissona. Decydując się na nowy krążek Sigur Rós, niechybnie godzimy się odbyć krótką podróż na ciemną stronę Islandii – do surowej krainy pełnej lodu i  ostrych, wulkanicznych skał. Słuchając Kveikur miałam wrażenie, że spaceruję po odległej, obcej oraz nie do końca przyjaznej planecie. Miejscami moją świadomość samoistnie nawiedzały wizje post-apokaliptycznej przyszłości. Stanowiący swoistą zapowiedź tej nowej rzeczywistości utwór Brennisteinn, który jednocześnie otwiera krążek, w ciągu prawie ośmiu minut przyjmuje prawdziwie sinusoidalną postać, przeplatając mocne, chropowate dźwięki z  delikatnym głosem wokalisty i lżejszymi tonami. Po mocnym i niepokojącym wejściu następne utwory są znacznie łagodniejsze w  odbiorze, na co bez wątpienia wpływa również kojąca barwa głosu Birgissona. Piosenką, która od początku uwiodła mnie swoją melodyjnością jest kompozycja znajdująca się na trzeciej pozycji, zatytułowana Ísjaki, co po islandzku znaczy: góra lodowa. Surowość i szorstkość dźwięków powraca dopiero w drugiej połowie albumu wraz z tytułowym utworem Kveikur. Nowy album Sigur Rós z  pewnością dla wielu okaże się muzycznym przeżyciem. Mnie Kveikur przytłoczyła nieco ciężką i mroczną stylistyką, którą po przesłuchaniu całej płyty byłam po prostu zmęczona. Myślę, że warto zmierzyć się z tym albumem osobiście, jednak nie polecam tego robić na plaży w upalny dzień.   Martyna Kapuścińska 

Nieufnie podchodzę do mężczyzn w dziwacznych strojach, nakryciach głowy i makijażu na powiekach. Z podobną dozą nieufności sięgnęłam po najnowszy krążek Empire of The Sun. Luke Steele – połowa duetu Empire of The Sun konsekwentnie oddaje się przebierankom. Zdaje się, że równie konsekwentnie podąża obraną ścieżką muzyczną. Ice on the Dune to w zasadzie przedłużenie pierwszej płyty zespołu. Jest więc kolorowo i popowo. Nie da się ukryć – płyta jest przyjemna. W tym przypadku niestety przyjemna równa się nudna. Ot, lekkie dźwięki w sam raz na wakacyjny, leniwy poranek. Krążek otwiera instrumentalny Lux. Przedziwna kompozycja, która z niczym się nie kojarząc, wprowadza zaniepokojenie i konsternację: o co tu chodzi? A dalej jest tak jak się spodziewałam: denerwująca maniera w głosie wokalisty i niezbyt wyszukane melodie. Moje uszy „krzyczą”: To wszystko już było! Pierwsza płyta duetu stanowiła swego rodzaju nowość, czuć było ten powiew świeżości. Do tego utwory były interesujące i  niosły przekaz. Tutaj – przeciwnie, można odnieść wrażenie, że artystom zabrakło pomysłu na płytę. W  efekcie powstał twór, w  którym 11 piosenek zlewa się ze sobą pod względem muzycznym. Jedyną perełką, która sprawia, że płyta się broni jest, w moim odczuciu, Alive. Totalnie optymistyczny, nienachalny, radosny utwór, a  refren aż zaprasza do wspólnego nucenia. To, co zdecydowanie przemawia na niekorzyść najnowszego wydawnictwa muzyków to brak jakiegokolwiek przesłania. Nie do końca rozumiem, co Luke chce nam-słuchaczom powiedzieć. Nie wynika to z bariery językowej, a raczej z braku konkretów: teksty są tu o wszystkim i o niczym. Jednak przyznaję, że mam świadomość, iż wielu słuchaczom płyta może przypaść do gustu chociażby ze względu na brak skomplikowania. Dla niektórych przecież proste rozwiązania są najlepsze. Jednakże w mojej opinii Empire of the Sun przeżywa raczej muzyczne zaćmienie. Chłopakom życzę wschodu tego muzycznego słońca.  Kasia Trząska

TOUCHÉ | lipiec 2013


40 |

film

| retrospektywa filmowa

Krew na czarnym lądzie Ostatni król Szkocji (2006) reż. Kevin Macdonald Rok 1970. Młody absolwent szkoły medycznej, Nicholas Garrigan, zdając się na ślepy los i  szkolny globus, wyjeżdża do afrykańskiej Ugandy, aby pomagać tam chorym, a przy okazji, zakosztować prawdziwego życia. Choć, być może, w tym przypadku kolejność powinna być odwrotna, gdyż priorytetem dla chłopaka jest przeżycie ekscytującej przygody w obcej dla siebie kulturze. Kiedy przybywa do Ugandy, dochodzi tam do zamachu stanu, w wyniku którego, na czele państwa staje generał Idi Amin. Zbieg okoliczności doprowadza do spotkania młodego Szkota z  nowym przywódcą, który zafascynowany rodzinnym krajem Garrigana, proponuje mu posadę osobistego lekarza. Tak zarysowuje się początek fabuły filmu Ostatni król Szkocji, z  popisowymi rolami Foresta Whitakera jako prezydenta Ugandy i  Jamesa McAvoy’a, wcielającego się w  lekkomyślnego Garrigana. W filmie poznajemy Amina jako nowego przywódcę, który poprzez charyzmatyczną postawę, wesołe usposobienie i  silną motywację do właściwego kierowania niepodległym państwem, zjednuje sobie lud. Nastawienie takie udziela się również młodemu lekarzowi, który w obecności życzliwego i nieco rubasznego Amina czuje się nadzwyczaj dobrze. Bohater długo nie dowierza informacjom o  prześladowaniach ludności, masowych zabójstwach i  likwidacjach politycznych przeciwników, zlecanych przez prezydenta. Whitaker niewątpliwie odtworzył postać Idiego Amina w doskonałym stylu, oddając wielowymiarowość postaci i lekko schizofreniczną osobowość samozwańczego przywódcy Ugandy. Sam aktor podszedł do swojego zadania bardzo przykładnie. „Początkowo miałem bardzo mroczne wyobrażenie tego człowieka – wspominał Whitaker – widziałem go jako potężnego, zagniewanego wariata. Ale kiedy przeczytałem powieść i zacząłem studiować postać, moje odczucia się zmieniły. Na kronikach filmowych widać ujmującego faceta. To było dla mnie autentyczne wyzwanie – grałem prawdziwego faceta, a  nie jakiś tam stereotyp”. Aktor fenomenalnie odtworzył skrajne emocje i  postawy ugandyjskiego generała. Ukazał go jako człowieka z przerostem ambicji, potrzebą dominacji i psychiką małego chłopca, owładniętego panicznym lękiem przed spiskującymi podwładnymi. Na uwagę zasługuje również świetnie poprowadzona fabuła. Film rozpoczyna się pozytywnymi, wręcz sielankowymi obrazami, wspomaganymi przez energiczną ścieżkę dźwiękową. Wraz z rozwojem akcji, humor i swoboda przełamywane są niepokojącymi scenami przemocy, eskalującymi w stronę brutalnych aktów terroru, dokonywanych przez żądnego absolutnej władzy dyktatora.  Aneta Władarz

TOUCHÉ | lipiec 2013


muzyka

| kulturalnie z bristolu | 41

Kulturalnie z Bristolu!

http://www.zzzone.co.uk

Najważniejsze w życiu to nauczyć się, które mosty przekraczać, a które palić...

Bez dwóch zdań Clifton Suspension Bridge jest jednym z  mostów, który warto przekroczyć, a nawet zatrzymać się na nim. Znany na całym świecie, wiszący most wiktoriański, został zaprojektowany przez tego samego inżyniera, który skonstruował SS Great Britain (opisany w  poprzednim numerze). Budowa mostu została ukończona w  1864 roku, niestety Isambard Kingdom Brunel nie zobaczył swojego dzieła w pełnej krasie. Brunel zmarł w wieku pięćdziesięciu trzech lat, budowa mostu została ukończona jako wyraz uznania za jego ponadczasowe dokonania. Swoją magiczną aurą most przyciąga około pięćdziesięciu tysięcy turystów rocznie. Co więcej, każdego dnia dwanaście tysięcy samochodów przejeżdża przez liczący sto czterdzieści dziewięć lat wiszący zabytek. Most został zaprojektowany w XIX wieku, pomimo długiego stażu jego trwała konstrukcja zaskakuje współczesnych inżynierów swoją wytrzymałością. Most miał za zadanie połączyć dwie odległe części miasta, Clifton i  Leigh Woods, oraz usprawnić transport towarów. W  obawie, iż duży ruch samochodowy może zniszczyć tak drogocenny zabytek, nowy burmistrz Bristolu rozważa plany wpisania Clifton Suspension Bridge na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Niebagatelne siedemdziesiąt pięć metrów nad poziomem wody sprawia, że widok z mostu zapiera dech w piersiach. Najbardziej ekscytującą porą na odwiedzenie mostu jest oczywiście noc… kiedy to setki świateł rozświetlają tą gigantyczną konstrukcję, nadając jej niepowtarzalny, magiczny wygląd. Podczas sierpniowego Ashton Court Festival, znanego również pod nazwą balonowej fiesty, Clifton Suspension Bridge jest najlepszym punktem widokowym podniebnego show. Jak każdy most również i  ten ma swój dark secret, mieszkańcy Bristolu znają go pod nazwą suicide bridge. Od 1974 do 1993 roku sto dwadzieścia siedem osób popełniło samobójstwo skacząc z  mostu. Władze miasta przedsięwzięły odpowiednie środki zapobiegawcze i  ograniczyły liczbę śmiertelnych wypadków. Clifton Suspension Bridge stał się wizytówką Bristolu na całym świecie. Jeżeli kiedykolwiek zawitasz w ten zakątek naszego globu, nie zapomnij o zjawiskowym moście, który czeka aby zachwycić Cię precyzją wykonania i niezapomnianymi widokami.  Magdalena Paluch

TOUCHÉ | lipiec 2013


42 |

literatura

| recenzja

Czekoladowe sprzeczności

W cieniu Wielkiej Rewolucji

Słodkie słówka, Susan Mallery

Madame Tussaud, Michelle Moran

wyd. Mira, 2013

wyd. Sonia Draga, 2013

W  tym jakże nieprzewidywalnym okresie corocznych urlopów i  wczasów, zachęcam do sięgania po beletrystykę przy każdej możliwej okazji. Zarówno w czasie zażywania kąpieli słonecznej na plaży bądź leżaku w ogrodzie, jak i w podróży – oczywiście w roli pasażera, a nie kierowcy i  tylko, gdy nie musicie zażywać legendarnego Aviomarinu. Okoliczności te często sprzyjają sięganiu po znacznie łatwiejsze w odbiorze pozycje literackie. Słodkie słówka to lekka powieść Susan Mallery opowiadająca o losach trzech zwaśnionych sióstr – młodszej Jesse oraz bliźniaczek: Claire i Nicole. Pomiędzy kobietami przez lata wywiązuje się seria niedomówień, której kres ma położyć pasmo nieszczęśliwych wydarzeń. Nicole, po śmierci matki w bardzo młodym wieku przejmuje obowiązki gospodyni domowej, opiekunki młodszej siostry o  skomplikowanym charakterze i  dziedziczki rodzinnego interesu – cukierni. W tym czasie druga bliźniaczka – Claire, we wczesnych latach dzieciństwa wywieziona z domu, jako dziecko obdarzone talentem, rozwija swoje zdolności muzyczne pod czujnym okiem surowej i wymagającej menedżerki. Z czasem podbija serca krytyków całego świata, stając się jedną z bardziej znanych i  cenionych, młodych pianistek. Akcję powieści rozpoczyna wiadomość - prośba, jaką Claire otrzymuje od najmłodszej siostry, by czym prędzej wróciła do rodzinnego miasta na życzenie chorej siostry bliźniaczki. Autorka utrzymuje powieść w  konwencji lekkiej komedii romantycznej o  zabarwieniu dramatycznym. Używając prostego, przystępnego dla przeciętnego Czytelnika języka, stosuje liczne gagi sytuacyjne umilając czas spędzony z  bohaterkami. Tworzy również szereg dosyć ciekawych bohaterów drugoplanowych nadając im różne cechy charakterystyczne. I  tutaj zarówno od pozytywnych jak i negatywnych po specyficzne umiejętności, takie jak na przykład konieczność posługiwania się językiem migowym. Jest to powieść łatwa i lekka w odbiorze – idealna, gdy chce się wolny czas spędzić beztrosko i w dobrym humorze.  Patrycja Smagacz

Młoda Marie Grosholtz prowadzi wraz z wujem, Philippem Curtiusem, Salon de Cire, wystawę figur woskowych, na której paryżanie mogą za dwadzieścia sou oglądać woskowe sylwetki znanych historycznych i  współczesnych sobie osób. Dla wielu wstępujących wizyta w salonie stanowi jedyną okazję do bycia na bieżąco z wydarzeniami politycznymi i społecznymi, oraz z modą, bowiem wielką atrakcją Salon de Cire jest figura królowej Marii Antoniny, ówczesnej ikony mody. Wybuch Wielkiej Rewolucji Francuskiej oraz terror jakobiński sprawiły, że paryska wystawa figur woskowych oraz jej twórcy przyciągają jeszcze większe zainteresowanie rewolucyjnych władz francuskich... Madame Tussaud to opowieść o życiu w XVIII-wiecznej Francji, w czasach, kiedy ludzie głodowali z powodu klęski nieurodzaju, a szykowny i bogaty Wersal, będący siedzibą rodziny królewskiej, cuchnął fekaliami pozostawionymi przez odwiedzających oraz bezpańskie zwierzęta. Najnowsza powieść Michelle Moran jest jednak opowieścią bardzo przyjemną, wciągającą, a  nawet skłonna jestem powiedzieć, że realistycznie oddaną. Autorce udało się przedstawić wielopłaszczyznowość francuskiej rewolucji, widzianej zarówno oczami samych rewolucjonistów, jak i rojalistów. Postacie pierwszo- i drugoplanowe są niezwykle wyraziste, a sceneria tamtych czasów wiernie oddana, pasjonująca. Trudność sprawiały mi jednak liczne francuskie słówka, które nie zawsze zostały opisane i wytłumaczone w słowniczku znajdującym się na ostatnich kartkach książki. Bardzo częste zaglądanie do tyłu, aby znaleźć wyjaśnienie słów takich, jak fichu czy culottes jest trochę męczące i odbierające nieco przyjemność z lektury. Jednakże mimo to mogę powiedzieć, że Madame Tussaud to fascynująca powieść o silnej kobiecie, która nie bacząc na ówczesne konwenanse i życiowe przeszkody, postawiła na siebie i swój talent.  Anka Chramęga

TOUCHÉ | lipiec 2013


literatura

Rozważna czy romantyczna? Oto jest pytanie!

Chuliganka, Izabela Jung wyd. Czarna Owca, 2013 Wiele słyszeliśmy bądź czytaliśmy historii, w których miłość połączyła osoby różnych, niekiedy bardzo konfliktowych we współżyciu, wyznań. I najczęściej nie są to opowieści z happy endem, gdzie on i ona żyli potem długo i szczęśliwie. Ewa ma wszystko, czego chciałaby od życia każda kobieta. Dwójkę udanych dzieci, dobrze zarabiającego, przystojnego męża i duży dom z ogrodem. Jednakże kiedy wśród członków ekipy remontowej, zajmującej się pracami na poddaszu, pojawia się młody i przystojny Czeczen imieniem Zeliem, Ewa dosłownie traci dla niego głowę. Romans trzydziestoletniej kobiety i o 10 lat młodszego chłopaka jest namiętny, lecz niebezpieczny zarazem. Różnice kulturowe i  środowisko, w  którym oboje się wychowali stawia między nimi bariery, które mogą okazać się zbyt trudne do pokonania... Powieść Chuliganka jest debiutem literackim Izabeli Jung, z zawodu psycholożki. Cóż o Chuligance mogę powiedzieć? Na pewno, że nie jest to typowa, łzawa historia miłosna. Wręcz przeciwnie, to powieść pełna namiętności, ognia i dotyku, lecz i łez, bardziej wypływających z uczucia wściekłości niż bezsilności. To powieść o tym, że nawet tak silne uczucie, jakim niewątpliwie jest miłość, nie zawsze jest w stanie pokonać wszystkie przeszkody, jakie na ścieżce do szczęścia kładzie los. Bo uczucie wiążące Czeczena, w dodatku muzułmanina, który przebywając w Polsce, nadal przeżywa wojenne sytuacje ze swojej ojczyzny i kobiety nowoczesnej, wyzwolonej matki Polki, która po uszy zakochała się w nieco dzikim, tajemniczym i władczym młodym mężczyźnie, z samej definicji łatwe nie jest. I  nie będzie. Ta pełna sprzeczności, ciągłych rozstań i powrotów znajomość może skończyć się destrukcyjnie dla jednej, jak i drugiej strony. Pytanie tylko, kto na tym ucierpi bardziej? 

TOUCHÉ | lipiec 2013

Anka Chramęga

| recenzja | 43


44 |

teatr

| recenzja

Sardynka do sardynki Czego nie widać Teatr im. Jana Kochanowskiego w  Opolu reżyseria: Tomasz Konina źródło zdjęcia: teatropole.pl

Brzuch nie bolał mnie ze śmiechu, oczy nie napełniały się łzami z każdą kolejną sceną. Nie zakrztusiłam się też własną śliną z szaleńczego rechotu. Mimo to, warto zobaczyć spektakl, który jest czymś raczej rzadko spotkanym: teatrem w  teatrze. Farsą na aktorów: mamy tu zarówno takich, grających mechanicznie, niezależnie od pomyłek kolegów, jak i wciąż rozkładających na czynniki pierwsze swoją rolę, dopytujących o każdy detal. Jest też reżyser, siedzący najwyżej, pretendujący do roli Boga. Oglądamy próbę spektaklu, zaglądamy za kulisy, aby później zobaczyć przedstawienie. Nic jednak nigdy nie jest na swoim miejscu. Szczególnie Sardynki, które można uznać właściwie za główną „postać” tej zwariowanej komedii. Dopiero po pewnym czasie widz uświadamia sobie zaskakujący fakt: to nie jest farsa na teatr. To raczej farsa na życie: robimy plany, misternie układamy puzzle i oczekujemy pięknego obrazka. Jedni żyją bezrefleksyjnie, inni zastanawiają się czy to tak powinno być, dlaczego tak jest, a może mogłoby być inaczej? Jedni nie wierzą w Boga, inni wciąż go o coś proszą. I nigdy nie ma 100% pewności, że przedstawienie się uda, prawda? W Czego nie widać Michaela Frayna teatr to tylko pretekst. Widownia wybucha śmiechem co chwilę i świetnie się bawi. Ale tak naprawdę to z siebie się śmiejemy. Bo nie zapominajmy o Sardynkach – tym absurdalnym symbolu, przekonaniu, że wszystko musi być w odpowiednim miejscu i czasie. Ale rzadko kiedy bywa. A my i tak będziemy grać w przedstawieniu. I tak w końcu będziemy się śmiać.  Iga Kowalska

Teatralna stagnacja To niekwestionowana prawda, że teatry na wakacje zamykają swoje gmachy na cztery spusty, a w okolicach czerwca, choć rzutem na taśmę odbywają się ostatnie premiery, dyrektorzy obwieszczają wszem i wobec, iż ma miejsce koniec sezonu i pełni serdeczności zapraszają we wrześniu. Nie oznacza to jednak letniej, teatralnej posuchy. Tym bardziej, gdy realizowane są takie projekty jak Teatr Na Walizkach – czyli szukanie nowych teatralnych przestrzeni wychodzących poza nam tradycyjnie znane, czy Lato w Teatrze – projekt realizowany przez Instytut Teatralny w teatrach w całej Polsce, skierowany do dzieci i młodzieży, podczas którego mogą nie tylko uczęszczać na spektakle, ale także uczestniczyć w warsztatach. Więc pakujemy plecaki, zabieramy namioty, wsiadamy do pociągu i ruszamy w góry, czy nad morze, a tam nie tylko odpoczywamy, ale także korzystamy z ofert kulturalnych i uczestniczymy w teatralnych imprezach... Wśród tych najważniejszy jest ciągle i niezmiernie festiwal Malta w Poznaniu, obowiązkowy punkt wakacyjny dla koneserów teatru. W tym roku odbywa się pod intrygującym hasłem – Człowiek Maszyna, a jego kuratorem jest wybitny Romeo Castelluci. Nie dziwi również pojawienie się przedstawień na muzycznych festiwalach. Tegoroczni Opener’owicze odziani w kalosze będą mogli obejrzeć między innymi spektakl Strzępki i Demirskiego (Courtney Love), czy po raz kolejny spektakle Teatru Nowego (Nancy.Wywiad i Kabaret Warszawski w reżyserii Warlikowskiego). Kolejną inicjatywą, o której warto wspomnieć jest projekt Lato w Malarni Teatru Śląskiego w Katowicach. Ubiegłoroczna edycja przyciągnęła niezliczoną ilość widzów. Przedstawienia na trzeciej scenie Teatru Śląskiego grane są podczas wakacji dosyć często, a ich cena jest kusząca. Po bilet stoi się długo w kolejce przypominającej czasy bez internetowych rezerwacji i w dodatku bez pewności, że bilet uda się kupić. To tylko kropelki w morzu wakacyjnych ofert teatralnych, z których warto skorzystać.  Asia Krukowska

TOUCHÉ | lipiec 2013


46 |

bez makijażu

Wakacje z serduszkiem W świecie otaczających nas intensywnych bodźców i liberalizującej kultury pojawił się nowy klient. Niektórzy twierdzą, że istniał od zawsze – zmieniła się po prostu głośność tonu, którym domaga się nowych wrażeń. Seksturystyka, uznawana za coraz bardziej dochodowy segment rynku, odpowiada na konkretne ludzkie potrzeby i mówi coraz więcej o stanie zachodnich społeczeństw.

TOUCHÉ | lipiec 2013


bez makijażu

Na pełnym luzie Seksturystyka jest domeną krajów ciepłych, egzotycznych i  odległych od nas kulturowo. Najpopularniejszymi celami tego typu wyjazdów są nieodmiennie kraje Afryki północnej oraz Tajlandia. Udział w  seks wyjeździe zapewnia uczestnikowi nieobciążającą pozycję moralną – odwiedzając „dzikie” kraje niejako godzimy się na panujące w  nich zasady i  korzystamy z  dobrodziejstwa inwentarza w sposób podobny do wielkiego, tętniącego życiem bazaru. Dodatkowo, sam czas wakacji jest okresem większej pobłażliwości dla własnych czynów. Negatywnych refleksji nie przysparzają także sprzedawca oraz dostarczyciel zamówionych usług – za określoną, najczęściej wygórowaną cenę dokonuje się prostej wymiany handlowej. Umowy sprzedażowe milczą na temat statusu samych „dostawców”, szczególnie zaś kobiet w  muzułmańskich krajach, gdzie swoboda seksualna jest w  dalszym ciągu piętnowana najwyższą karą. Zakłada się jednak, że w  miejscach, w  których seksturystyka stanowi dla ludzi źródło utrzymania, jest na nią społeczne przyzwolenie. Jawność działań, które kiedyś mogły spotkać się z  ostrą krytyką, dziś funkcjonują w ramach ekonomii i zagospodarowują swoimi usługami konkretny biznesowy segment. Po uiszczeniu opłaty groźba pozbawienia wolności wydaje się minimalna – wydaje się, że na transakcji zyskują wszyscy uczestnicy seks rynku. Korzystający przyjeżdżają więc uwolnieni od wszelkich skrupułów, które w dalszym ciągu trzymają ich w ryzach podczas tradycyjnego wypoczynku na purytańskich nadal plażach Europy. Piąte drzwi w drugiej oficynie Seks dobrze sprzedaje się jednak wszędzie – trzeba po prostu wiedzieć, gdzie szukać. Turyści z pełnym portfelem za zadeklarowane 4-8 tysięcy złotych zyskują ekskluzywny wyjazd do ciepłego kraju i błogie poczucie bezpieczeństwa – prawdopodobnie na Sri Lance nieco trudniej spotkać sąsiadów. Można za to co dzień widywać własną żonę – odrębnym produktem są seks wakacje dla par, występujące zarówno w wersji swingerskiej jak i romantycznej. Interesującą gamą usług dysponują jednak także bardziej konwencjonalne miejsca wyjazdowe – alternatywą dla dwutygodniowego turnusu może być przecież także wieczór w jednej z czerwonych dzielnic, które oferują zarówno europejskie kurorty jak i wiodące światowe stolice. Prostytucja za granicą postrzegana jest jako turystyczna atrakcja i coraz mniej wokół niej korelacji przestępczych. Najstarszy zawód świata, spychany od wieków poza margines społecznej świadomości, zyskał po prostu nowy status – jest teraz komunikowanym produktem, którego można pożądać i można go kupić.

il. Jul Pataleta

W ramionach Beach Boy’a Równoprawnymi konsumentkami seks wyjazdów są kobiety. Żyjące na co dzień w miejskiej dżungli, nie mają czasu i umiejętności rozwijania długoterminowych, opartych na zaufaniu i przywiązaniu relacji. Dodatkowo, jako kobiety sukcesu, posiadają konkretne wymagania wizerunkowe, które często trudno jest skonfrontować z rzeczywistością. Biurowy samiec typu yuppie nie urzeka

TOUCHÉ | lipiec 2013

| 47

bowiem ani muskulaturą, ani opalenizną. Dlatego też z tak wielka pasją Polki wpadają w  ramiona tzw. Beach Boys, czyli męskich prostytutek pracujących w hotelach, knajpach i na plażach. Wakacyjny, dorywczy kochanek to gwarancja urody, uprzejmości, czułości i szczypty pikanterii. Nieco inną grupę klientek stanowią starsze, zamożne kobiety, które media zagraniczne określają już terminem WOWs ( wealthy old women). Tutaj do głosu dochodzi przeważnie chęć przedłużenia poczucia młodości i przywilej pozornego zafascynowania sobą młodego „kupidyna”. Dla swoich usługodawców są hojne, troskliwe, choć mniej wybredne. Nieodmiennie, każdy tego typu kontakt ma zaspokajać tak naprawdę palące potrzeby emocjonalne i pozwolić samotnej kobiecie choć przez chwilę poczuć się adorowaną i  kochaną. Niestety, poza oczywistymi zagrożeniami zdrowotnymi, coraz częściej z  seks wyjazdów powraca się także z silną depresją. Czar hotelowych wrażeń nad gorącym morzem jest bardzo ulotny i  pomimo znaczących inwestycji w  Beach Boys, zawsze kończy się samotnością w chłodnym kraju. Dlatego też, przyjmując w pełni konsumpcjonistyczną i prorynkową postawę wobec seksturystyki, za każdym razem powinniśmy zadawać sobie pytania, które stawiają sobie świadomi i zrównoważeni konsumenci wszystkich dziedzin towarów i usług – czy jabłko, które mam zamiar kupić, pochodzi z ekologicznej uprawy? Czy plantator godnie zapłacił zbierającym? Ile w naszym jabłku chemii i dlaczego w odróżnieniu od polskich szarych renet tak pięknie się świeci? I czy w ogóle da radę u nas przezimować?  Sandra Staletowicz


48 |

artouche

http://oxfordacs.com

Wędrówka po odległym lądzie

Zarówno w sztuce, designie jak i modzie dominować zaczęły w ostatnim czasie wszelkiego rodzaju motywy etniczne. Zwierzęce cętki, paski i łaty znaleźć możemy już niemal na wszystkim. Moda nie ogranicza się jednak do atrybutów zwierzęcych – projektanci i artyści inspiracje czerpią ze sztuki etnicznej, takiej jak choćby sztuka afrykańska, meksykańska, azjatycka, jak również ze sztuk ludowych poszczególnych regionów. Bronisław Malinowski (czołowy przedstawiciel polskiej antropologii, etnolog, religioznawca i socjolog - przyp. E.O.) zapewne mógłby ucieszyć się z takiego stanu rzeczy, lecz czy aby na pewno? Zastanówmy się, czy wprowadzanie motywów etnicznych i ludowych w ogólnoświatowe szaleństwo konsumpcji jest bezspornie rzeczą dobrą. Pomijając efekty takiego działania, jakich fale widzimy na ulicach, spoglądając na przechadzającą się po nich żywą (niejednokrotnie chciałoby się jeszcze rzec – opasłą) „księgę dżungli” odzianą w zbyt obcisłe leginsy w tak zwaną „panterkę” – z antropologicznego punktu widzenia sam proces przejścia kultury etnicznej w kulturę masową odbył się zbyt nagle i zbyt pobieżnie, by ogół do której trafia, mógł z niej cokolwiek wynieść. Mówi się, że jest się tym, co się je. Gdyby jednak odnieść to

powiedzenie do ubioru, wydźwięk byłby podobny. To samo tyczy się wystroju wnętrz miejsc, w których mieszkamy, książek, które czytamy, czy sztuki, którą podziwiamy. Zjawiskiem nagminnym od dłuższego czasu jest nieznajomość jakichkolwiek symboli, o odniesieniach antropologiczno-kulturowych już nie wspominając. I o ile zakładając na siebie coś z motywem zwierzęcym nie manifestujemy zbyt wielu ukrytych pod tą symboliką znaczeń, to gdy w grę wchodzą symbole etniczne, sprawa może się nieco skomplikować. Nie jest to bynajmniej nawoływanie do przewertowania słownika symboli i uczenia się wszystkich zawartych w nim znaczeń na pamięć, nie mniej jednak podstawowa wiedza niejednokrotnie może być w tej kwestii bardzo przydatna. Gdyby zatem wraz z wprowadzeniem motywów etnicznych do popkultury, wprowadzana była wiedza na temat ich symboliki i pochodzenia – antropologia mogłaby czuć się usatysfakcjonowana. Na razie jednak cieszyć możemy się dostępem do wielu kolorowych, wzorzystych materiałów i przedmiotów sporządzanych zgodnie z tradycjami regionów, z których pochodzą, a przy tym nie zastanawiać się, co dokładnie wkładamy na siebie i czym przystrajamy nasze domy. Sztuką Afryki nazywa się twórczość plemion afrykańskich żyjących na południe od Sahary. Rodzime dzieła wywierają ogromny wpływ na wieluartystów z całego świata od setek lat. Południe Afryki zamieszkiwane jest przez plemiona murzyńskie, i to właśnie

TOUCHÉ | lipiec 2013


artouche

na ich wierzeniach i folklorze oparta jest często sztuka, która falami dociera do Europy jak i na Zachód. Dla plemion afrykańskich sztuka ściśle związana jest z magią i religią. Co za tym idzie, choć wykonywane często w sposób prymitywny, rzeźby, maski i biżuteria nacechowane są głęboką symboliką. Sztukę tworzy się z dostępnych na miejscu materiałów – niektórych metali, drewna, kości słoniowej, gliny i kamienia. Rzeźby po nadaniu kształtu są malowane i polerowane. W życiu codziennym plemion afrykańskich sztuka jest jego integralną częścią – maski wykonywane z drewna i innych materiałów, tak bardzo popularne i ulubione przez zwolenników sztuki afrykańskiej, symbolizują duchy otaczające mieszkańców Afryki, są także symbolem siły i potęgi życia. Pomagają ponadto siłę tą kontrolować. Wykonanie poszczególnych masek czy rzeźb przedstawiających zwierzęta – które z kolei symbolizują poszczególne bóstwa, sprawujące pieczę nad danym elementem natury - często przejawia cechy ekspresjonistyczne, odnaleźć można tu również cechy kubizmu, a nieraz także fowizmu. Dzieła te charakteryzują się „kanciastą” formą, niezwykłą plastyką, naciskiem na rysy portretowe i ekspresję kształtu. Ważną informacją jest fakt, iż sztuka plemion afrykańskich jest domeną mężczyzn. Kobiety niejednokrotnie są nawet pozbawione możliwości dotykania poszczególnych przedmiotów. Mamy więc do czynienia z dziełami, będącymi połączeniem kultu natury, wiary w siły przyrody z kultem przodków, duchów, przekazujących moce poprzez konkretne przedmioty. Każdemu z symboli przypisuje się inne właściwości i inną siłę. Ludność Afryki wierzy ponadto, iż siła drzew, z których wykonano poszczególne przedmioty, zostaje przez nie niejako przejęta.

TOUCHÉ | lipiec 2013

| 49

Należy zatem rozróżniać sztukę afrykańską od arabskiej, mającej swe korzenie w tradycji islamu, jak i egipskiej, algierskiej, czy tunezyjskiej. Każdy z odłamów sztuki etnicznej niesie bowiem za sobą inną symbolikę, a co za tym idzie – inne oddziaływanie. Niestety, coraz modniejsza w świecie popkultury jest wszechobecna ignorancja. Nie mamy zatem niejednokrotnie pojęcia, jakie „korzenie” mają symbole widniejące na naszych koszulkach, nie chcemy również wiedzieć, jakie duchy kryją się w kupionych przez nas na wakacjach afrykańskich maskach. Smutek leży jednak przede wszystkim po stronie ludów, do których sztuka ta należy. Coś, co wydawać by się mogło, miało przybliżyć krajom europejskim i Ameryce kulturę odmienną od ich własnej, a więc przejęcie przez rodzimą sztukę i modę pewnych motywów etnicznych, nie zbliżyło nikogo do ich symboliki, a jedynie wrzuciło wszystko „do jednego worka”, sprawiając, że kultura ta stała się jeszcze bardziej odległa, niż wcześniej. Nic innego nam więc nie pozostaje, jeśli pragniemy dowiedzieć się czegoś więcej na temat etnicznej sztuki, jak wertowanie słowników symboli, zagłębianie się w publikacje antropologów i teoretyków pasjonujących się sztuką konkretnych regionów, oraz wiara w magię, którą niesie za sobą twórczość dalekich lądów. A w międzyczasie zadowolmy się leginsami w panterkę.



Eliza Ortemska el.ortemska@gmail.com


50 |

psychologia

il. Ola Kwiecińska

Obłędnie zdolni twórcy

Zaczytując się w twórczości Edgara Allana Poe, za najbardziej przerażające można uznać nie tylko to, że kiedy jest się już w połowie wciągającego horroru, nagle orientujemy się, iż jesteśmy zupełnie sami w domu - a ten zdaje się jakby bardziej obcy niż kilka godzin wcześniej. Tak naprawdę niepokojąca jest myśl o tym, jak chory musiał być umysł, którego posiadacz miał odwagę swobodnie rozmyślać o krwawiących obrazach, czy dłoniach odkopywanych przez ogrodników. Obraza geniusza czy uprawnione wnioskowanie? Czy – jak mawiał Proust – wszystko co wielkie na tym świecie jest dziełem neurotyków? Czy twórczy geniusz usprawiedliwia obłęd? Czy warto mieć artystyczne autorytety?

Artysta musi więcej! Zaznajamiając się z  modną sztuką ostatnich stuleci, można odnieść wrażenie, że wiele genialnych dzieł zostało stworzonych przez autorów ekscentrycznych i temperamentnych, przez osobowości tak rzucające się w oczy, że albo uwielbiane, albo zawistnie znienawidzone. Wielu z  nich zostaje niedoścignionymi wzorami i autorytetami dla równie uzdolnionych czy też pokrzywdzonych przez los, szukających swej siły w osobliwości takiego przywódcy – umarłego już czy nie (patrz: wrażliwe i nierozumiane przez nikogo nastolatki vs. Kurt Cobain). Szczególnie fascynują nas twory tych artystów, którym nie tylko przypisać można talent i ponadczasowość, ale także zachowanie znacznie odbiegające od schematu normalności. Co oczywiście nie kłuje w  oczy, wręcz cieszy serce. Komu jak nie artyście, przysługuje ta romantyczna i unikalna doza wrażliwości i szaleństwa? Skoro wiekopomne dzieła z natury swej odbiegają od schematu, czy ich twórcy mogliby się zamknąć

w schemacie prozy życia? Sam Poe – ofiara choroby psychicznej i alkoholizmu - mawiał „ludzie nazywają mnie szaleńcem, ale nie rozwiązano jeszcze kwestii czy szaleństwo jest, czy też nie jest najbardziej strzelistą inteligencją. Czyż to, co najcudowniejsze, czyż wszystko to, co najgłębsze, nie rodzi się z choroby myśli, z nastrojów umysłu wywyższonych kosztem ogólnego intelektu?”. Twórczy szał Jesteśmy skłonni twierdzić, że geniusz i  obłąkanie idą w  parze, a artystyczny temperament często łączy się z chorobą psychiczną (czemu więc jesteśmy równie chętni by identyfikować się z „szalonymi” twórcami?). Przykładem takiego związku mogą być takie postaci jak: William Blake, Victor Hugo, Ernest Hemingway, Virginia Woolf, Piotr Czajkowski, Gustav Mahler, Vincent van Gogh, Marylin Monroe, Kurt Cobain czy Michael Jackson. Szperając trochę w biografiach i plotkach na temat takich i podobnych im osobisto-

TOUCHÉ | lipiec 2013


psychologia

ści można zgodzić się, że doświadczali oni napadów twórczego zapału, kiedy to bezsenne noce nie doskwierały, a wypełnione były intensywną twórczą pracą, pełną kreatywnych wizji i euforycznego wręcz entuzjazmu. Zgodzimy się też co do tego, że jednostki twórcze od zawsze obdarzone były wrażliwością dzięki której intensywniej i bardziej autentycznie przeżywały swoje emocje i otaczający świat. Z  twórczością łączymy też wizjonerstwo, będące ujściem natchnienia. Wielcy artyści od zawsze też kojarzą nam się z sympatycznymi samotnikami, albo z „gburowatymi bucami, ale w gruncie rzeczy dobrymi ludźmi”. Sprawa trochę się komplikuje kiedy zdamy sobie sprawę, że euforia, zapał i  strumień świadomości może oznaczać epizod maniakalny prowadzący również do takich zachowań jak przygodne kontakty seksualne, impulsywne wydawanie pieniędzy i natłok myśli. Intensywność przeżyć także jest cechą manii, która natomiast jest jednostką psychiatryczną. Wizjonerstwo w  wydaniu wielkich tego świata często oznaczało halucynacje i  wrażenie „nasyłania myśli”, wykorzystywane później w  procesie tworzenia. W  kategoriach psychologicznych nazwalibyśmy to psychozą. Skłonność do samotności, izolowania się i dręczących rozmyślań można byłoby połączyć z nastrojem depresyjnym, który także towarzyszył wybitnym osobowościom. Działo się tak zwłaszcza po epizodzie maniakalnym, kiedy pokłady energii zostały wykorzystane i  „już nic nie zostało do powiedzenia”. Twórcze jednostki wspominały często także o swoim dręczącym lęku, podejrzliwości, nadużywaniu substancji psychoaktywnych, popędliwości, nerwowości, poirytowaniu i ideach budzących często zdumienie innych, „zwyczajnych” ludzi, czyli o poczuciu bycia niezrozumianym i wyizolowanym. Bycie obłąkanym geniuszem to niewesoła sprawa. Choć zgodzić się można co do tego, że potencjał, jaki dawała szalonym artystom choroba psychiczna, czy zaburzenia emocjonalne, był nie do przecenienia, to jednak koszty, jakie ogromna większość z nich płaciła za swój talent, są nie do pominięcia. Hemingway, Woolf, Monroe – podium szaleństwa Znamy i podziwiamy osobowości zjednujące sobie masy brylując swym talentem, a  tym bardziej szanujemy „szaleńców”, którzy mimo swych psychicznych przypadłości (a może dzięki nim właśnie?), wykorzystali twórczo swoją bystrość i  zdolności. Czasem jednak nie zdajemy sobie sprawy jak ponure życie przypadło w udziale geniuszom, o których dziełach wiele się mówi. Ich psychika obok napadów szału twórczego często przypominała pustynię, gdzie żadne pragnienie, żadna potrzeba nie mogły być zaspokojone, a człowiek usychał z braków. Braków nadziei, braków energii, braków snu, braków relacji i braków we własnej wartości. Oto Hemingway, znakomity pisarz, ofiara swojej własnej legendy, której nigdy nie potrafił sprostać. A także ofiara psychozy depresyjno-maniakalnej, urojeń, alkoholizmu i  samobójstwa, w wyniku którego jego wybitna głowa rozprysnęła się na milion kawałeczków. Hemingway jakiego widzą psychiatrzy, to przebierany w dzieciństwie przez matkę za dziewczynkę mężczyzna próbujący za każdym razem udowodnić swoją męskość. Awanturnik i bijatyka nie szanujący ani kobiet, ani nawet własnych dzieci. Homofob, który być może starał się zagłuszyć swoje homoseksualne zapędy. Hemingway - potomek grona nękanych chorobami psychicznymi przodków i ojciec dzieci równie „szalonych” (ciężka depresja i psychoza, psychoza maniakalno-depresyjna w połączeniu z transseksualizmem). Czy takiego chcemy go zapamiętać?

TOUCHÉ | lipiec 2013

| 51

Przyjrzyjmy się także Virginii Woolf, legendzie samej w sobie, która uważała obłęd za „sprawę kapitalną”, a jednocześnie boleśnie doświadczała swoich słabości. Dorastająca w  wielkim wiktoriańskim domu, wśród książek i dzieci rodziców z różnych małżeństw, także mogła pochwalić się obciążonym niedomaganiami drzewem genealogicznym - rodzice cierpiący na depresję oraz równie chore rodzeństwo. Przypadło jej w udziale molestowanie seksualne, kazirodcze kontakty z bratem, a także namiętny i zaborczy związek z własną siostrą, której męża uwiodła z premedytacją w odwecie za „zdradę”. Virginia - ofiara choroby afektywnej dwubiegunowej (mania i  depresja), urojeń i  zaburzeń jedzenia. Nękały ją depresje tak silne, że nie potrafiła nawet wypowiedzieć zdania ani wstać z  łóżka, a  nawet nazwała swoje życie „wielkim jeziorem melancholii”. Była autorką wspaniałych książek i równie barwnych co jej dzieła urojeń, które nadal skłaniają niektórych do przypisywania jej schizofrenii. W wyniku skrajnego załamania i wszechogarniającej pustki i beznadziei wyszła po prostu z domu i z kieszenią pełną kamieni weszła do rzeki, a ta zabrała ją bezpowrotnie. Czy to brzmi jak wzór do naśladowania? Marylin Monroe - diament ubiegłego stulecia. Dziewczynka odrzucona przez matkę i szereg rodzin zastępczych, równie niekompetentnych co okrutnych. Napastowana seksualnie dziewczyna, już jako nastolatka prowokowała i  wystawała przed lustrem godzinami - odsyłana ze szkoły do domu, w celu zmiany odzieży czy nałożenia biustonosza. W dorosłym wieku, bez własnej tożsamości, została wykreowana przez media, które zmieniły jej nazwisko i imię, a także wizerunek. Zależna od terapeutów i kilku innych „przyjaciół” traktowana była przez wszystkim jak niezdolne do podejmowania decyzji dziecko, pełne „smutku, tęsknoty, silnego pragnienia i promiennej energii”. Odrzucana przez znaczące osoby i pozbawiona już w dzieciństwie poczucia siebie, później cierpiała na głęboką depresję i  zmienność nastrojów, którymi zatruwała otoczenie, a których nie sposób było przewidzieć. Gwiazda promieniejąca oślepiającym blaskiem, kilkakrotnie próbowała odebrać sobie życie, aż w końcu udało jej się to z pomocą leków, którymi faszerowana była przez lekarzy i terapeutów, od których z kolei była równie uzależniona co od środków nasennych. Terapie pogłębiały sukcesywnie jej zaburzenia, odsłaniając warstwa po warstwie niedomagania całego jej życia. Nie wygląda to elegancko. Możemy dodawać cierpieniom psychicznym geniuszy pewnej tajemniczej i zwiewnej aury, jednak - jeśli prawdą jest, że to właśnie zaburzenia były źródłem ich potencjału i talentu - należy pamiętać, jaką cenę zapłaciło wiele artystycznych dusz za swoją wyjątkowość, za zmaganie się z własnymi wewnętrznymi przymusami i  wymaganiami otoczenia bezlitosnego i  nierozumiejącego. Odbicie ponurego życia można naprawdę dostrzec w wielu gloryfikowanych dziełach, Czy warto je zatem gloryfikować? Na szczęście istnieje i nadal żyje wielu znakomitych twórców - zdrowych jak ryby i normalnych do bólu. Możemy do woli szukać wśród nich autorytetów. 

Kamila Mroczko

Bibliografia: Jeffrey A. Kottler, Boskie szaleństwo. Geniusz i psychoza wielkich twórców. Bellona SA., Warszawa, 2007.


52 |

ania krztoń rysuje

TOUCHÉ | lipiec 2013


TOUCHÉ lipiec 2013