__MAIN_TEXT__

Page 1


2|

Wcale nieboska komedia Przyznaję – jestem katoliczką, ale mimo to uważam, iż na kartach ksiąg naszej religii rozegrała się spora niesprawiedliwość w stosunku do przedstawicielek płci pięknej. Nie chodzi o to, że kobieta pozostaje istotą niedocenioną - w końcu mamy Matkę Boską, bez której nie zrodziłby się nasz Wybawca (aż strach pomyśleć, jak wielką kreatywnością musieliby wykazać się autorzy Pisma Świętego, gdyby trzeba było uzasadnić przyjście na świat Jezusa w inny sposób). Problem polega na tym, iż najważniejsze kobiety w naszej religii są po prostu... najzwyczajniej w świecie nudne. Gdyby to one odgrywały główną rolę w tym mistycznym przedstawieniu, recenzenci TOUCHÉ nie przyznaliby mu nawet dwóch gwiazdek. Przykład? Pierwszy z brzegu: Ewa, istota o dobrym sercu i łagodnym usposobieniu, stworzona z żebra Adama, co automatycznie stawia ją na drugim planie. Gdyby nie przyjąć jej małego wybryku z poczęstowaniem ukochanego jabłkiem (uprzejmość bywa zgubna!), nasza bohaterka dostałaby rolę wyłącznie epizodyczną. A jeśli by zmienić bieg historii i urozmaicić ją legendą żydowską mówiącą o tym, iż Adam w raju gościł nie jedną, a dwie kobiety? Co jeśli Ewa nie była tą pierwszą? Według wcześniej wspomnianych wierzeń jej poprzedniczką miała być Lilith, zrodzona z popiołu, na równi z Adamem, co wreszcie nadaje historii pewien sens. Lilith w tym przedstawieniu to wyczekiwana przez widzów barwna postać – prawdziwa indywidualistka ze szczyptą lekkiego nieposłuszeństwa. To ona potrafi stwierdzić, że według zasad Adama postępować nie będzie, dlatego też decyduje się na opuszczenie męża (i raju, cóż za poświęcenie!). I choć ten, pomimo drugiej żony u boku, nieustannie za nią tęskni, ona ma to gdzieś. „Adam, nie przejmuj się. To zła kobieta była.” - pocieszałby go Stwórca (akurat to nie zmieniło się do dziś. W ten sposób mężczyźni tłumaczą sytuacje, w których interesująca zdobycz przeszła im obok nosa). Jakkolwiek by Stworzenie Adama i Ewy nie wyglądało, to podczas Stworzenia Sierpniowego TOUCHÉ zatrudniliśmy samych barwnych twórców poruszających wyłącznie ciekawe tematy. Z przyjemnością oddaję ten numer w Wasze ręce wierząc, że to on stanie się Waszą Biblią. Marta Lower Redaktor naczelna


|3

MENU

*

Szef kuchni poleca: Matka Boska, żeńskie bóstwa, wierzenia, kult kobiety i matki w religiach świata.

WYWIAD Z NIM Aleksander Zniszczoł ................................................. 8

ON I ONA W KINIE Sklep dla samobójców, reż. Patrice Leconte ........... 30

JEJ PUNKT WIDZENIA Matka Boska Plażowa ............................................ 14

FILM/MUZYKA NOWOŚCI ................................... 32

JEGO PUNKT WIDZENIA O orzeszkach, sprawiedliwości i pomocy kuchennej .. 15 MILI PAŃSTWO Zakonne sufrażystki ................................................ 16

RETROSPEKTYWA FILMOWA Aurora i Archanioł, reż. Agustin Diaz Yanes .......... 34 FESTIWALE Slot Art Festival 2013 ............................................. 35 LITERATURA NOWOŚCI ....................................... 38 TEATR NOWOŚCI .................................................. 40

SESJA SIERPIEŃ 2013 Saint Sinner ............................................................ 18

BEZ MAKIJAŻU Czucie i wiara silniej mówią do mnie ..................... 42

BLOG FASHION Macademian Girl ................................................... 28

ARTOUCHÉ Boski kicz ................................................................. 44 PSYCHOLOGIA Święte oburzenie ...................................................... 46

TOUCHÉ | sierpień 2013

*Menu w formie hiperłączy - kliknij zakładkę, by przejść do danego działu


4|

Redakcja

MARTA LOWER redaktor naczelna redaktor prowadząca mlower@touche.com.pl

BARTOSZ FRIESE zastępca redaktor naczelnej redaktor działu film/muzyka/sztuka bfriese@touche.com.pl

ANIA SALAMON dyrektor artystyczna layout/skład/łamanie asalamon@touche.com.pl

DOBRUSIA RURAŃSKA grafika/portrety/babeczki

POWIERZCHNIE REKLAMOWE Basia Graczyk - bgraczyk@touche.com.pl PATRONATY MEDIALNE, PROMOCJA, WSPÓŁPRACA Ewelina Wolanin-Sadouski, Dominika Zgrzebnicka promocja@touche.com.pl DZIAŁ GRAFIKI: Ania Krztoń, Basia Maroń, Jan Miś, Julita Pataleta, Ania Pikuła, Kinga Tync DZIAŁ FOTO: Mateusz Gajda, Hania Sokólska, Karamell Studio OKŁADKA: Foto: Karamell Studio; Typografia: Marta Lower Na okładce: Agnieszka Knap (Fashion Color) dalszy opis na str 18 oraz 25 DZIAŁ REDAKTORÓW: Anka Chramęga, Jakub Jaworudzki, Martyna Kapuścińska, Iga Kowalska, Asia Krukowska, Magdalena Kudłacz, Kamil Lipa, Kamila Mroczko, Eliza Ortemska, Magdalena Paluch, Agnieszka Różańska, Justyna Skrzekut, Patrycja Smagacz, Natalia Sokólska, Sandra Staletowicz, Kasia Trząska, Aneta Władarz COPYWRITER: Sandra Staletowicz KOREKTA: Ewelina Chechelska, Aleksandra Kozub ADMINISTRATOR WWW: Maciek Wojcieszak Wydawca: AKADEMICKIE INKUBATORY PRZEDSIĘBIORCZOŚCI ul. Piękna 68 | Warszawa 00-672 REDAKCJA TOUCHÉ – redakcja@touche.com.pl ul. Szarych Szeregów 30 | 43-600 Jaworzno

TOUCHÉ | sierpień 2013


|5

Foto miesiąca

„Vampiria” photographer: Alicja Reczek WHITE ALICE designer: Aleksandra Kucharczyk model: Karo Kłos 2011

Publication „Kolory Nadziei” www.kolorynadziei.pl photographer: Alicja Reczek WHITE ALICE model: Kamil Szafraniec & Agata Nitecka 2008

Więcej na: www.facebook.com/AlicjaReczekWhiteAlice www.warsztatyfoto.eu

TOUCHÉ | sierpień 2013


6|

wypiekarnia

Wypiekarnia talentów WYPIEKARNIA TALENTÓW to miejsce dla Was i Waszych dzieł, Drodzy Czytelnicy. Publikujemy najciekawszą twórczość, promujemy kreatywność, pobudzamy wyobraźnię, stawiamy Wam coraz to nowe wyzwania w postaci inspirujących, choć nie zawsze łatwych motywów przewodnich. Sierpień 2013 jest chyba miesiącem najtrudniejszym, ale poradziliście sobie niesamowicie! Wybrane prace o tematyce Matki Boskiej, żeńskich bóstw i kultu kobiety przedstawiamy poniżej.

Kochaj, uwielbiaj i nigdy nie przestawaj los bywa złośliwy, a ludzie uparci, w przeciwieństwie do kolorowych i urokliwych opowieści, gdzie przeznaczenie sprzyja, a zakochani są skłonni do poświęceń, do robienia rzeczy poza kategorią. Prezenty i błyskotki są ważne, sprawiają wiele radości. Lecz jest coś, co wywołuje o wiele więcej przyjemności. Czuły i zakochany mężczyzna to ktoś, na kogo zasłużyła każda kobieta. Bez względu na charakter i urodę, poglądy i prywatne dziwactwa. Wzajemna miłość uszczęśliwia, powoduje, że stajemy się lepszymi ludźmi. Ciepło jest dobre, kobieta również, trzeba tylko pozwolić poczuć się kochaną, nie księżniczką czy boginią, lecz zwykłym człowiekiem, pięknym i docenionym.   Anna Juszczyk-Kulesza

il. Dawid Malek

Kochaj, uwielbiaj i nigdy nie przestawaj. Za fakt istnienia, bycia urokliwą i kapryśną, cierpliwą i pamiętliwą, bo przecież takie jesteśmy, bo przecież lubimy, gdy się nas rozpieszcza. Traktuje jak księżniczki, docenia piękno i wdzięk. Marudzimy i wymagamy więcej niż można otrzymać. Prezenty, podarunki w formie materialnej i bardziej wysublimowanej. Co dajemy w zamian? Czy chcemy być stawiane na piedestale za nic, czy mamy do zaoferowania więcej niż mogłoby się wydawać? Czy mężczyzna może poczuć się oszukanym, dając z siebie o wiele za dużo, otrzymując w zamian chimeryczną huśtawkę nastrojów okraszoną delikatnością i słodyczą? Jak niewiele potrzeba, aby zranić wrażliwe oblicze kobiety. Nietrafione słowo, chybiona historia, nieprzemyślany gest. W imię czego mężczyźni znoszą frustracje i humorki swoich wybranek? Skąd czerpią niespożyte źródło cierpliwości, aby nie tylko przepraszać, wciąż i bez ustanku, lecz również kochać pomimo wielu zakrętów, często nieumyślnie fundowanych kobiecą ręką? Czy kobiety powinny czuć się winne z powodu potrzeby, która nimi kieruje, a którą bez wątpienia jest nieprzerwane i niepohamowane pragnienie miłości? Kochania i bycia kochaną. Stan zakochania to czas piękna i dobrej energii. Skąd więc poza niedostępnej księżniczki, przebiegłej manipulatorki, skoro to miłości bez oszustw i obłudy tak bardzo pożądamy? Maska zimnej i zamkniętej osoby tak często staje się barierą, nie tylko dla mężczyzn, ale i dla nas samych. Wiele w nas emocji, nic tylko dać im upust. Bez krętactw i mataczenia. A jednak coś nie pozwala, przeszkadza i blokuje, każąc udawać ład i porządek, aby w najmniej odpowiednim momencie wybuchnąć całą gamą niespełnień i zawodów. Bogiń w brud, nie sposób wymienić. Opiekunki płodności i rodzin, królowe mądrości, nieba i ziemi. Boginie młodości, miłości i śmierci. Czczone i szanowane. Okaż swą słabość, brak uwielbienia, zemszczą się szybciej, aniżeli odkryjesz swoje przewinienie, boleśniej niż na to zasłużyłeś. Czy starożytne mity, wielkie religie, podobnie jak stare baśnie, nauczyły nas, jak postępować, odróżnić dobre traktowanie od złego? Chcemy czuć się ważne, przez moment najważniejsze. Nawet jeżeli się nie uda i przyjdą problemy, a zawsze to robią, skończy się miłość, zauroczenie, to pozostanie jednak poczucie, że ten raz, choć na chwilkę, znaczyłyśmy dla kogoś więcej, niż mogłyśmy się spodziewać. A tego nie dadzą cenne pieniądze, jedynie cenniejsze uczucia. Czy wciąż warto wierzyć, że miłość, jakiej nauczyła nas telewizja, o jakiej marzymy otwarcie lub skrycie, kiedyś nadejdzie i zmieni nas nie do poznania? Czy może jedynie w pięknych historiach wymyślanych na nasze potrzeby możemy zobaczyć to, czego w prawdziwym życiu osiągnąć się nie da? Nie da, bo

TOUCHÉ | sierpień 2013


8|

wywiad z nim

| aleksander zniszczoł

MŁODOŚĆ SKRZYDŁA MA Z GWIAZD

TOUCHÉ | sierpień 2013


aleksander zniszczoł

|

wywiad z nim

Aleksander Zniszczoł (ur.1994) - dziewiętnastoletni skoczek narciarski z Wisły z ogromnym potencjałem. Trzykrotny wicemistrz mistrzostw świata juniorów, dwukrotny zwycięzca w klasyfikacji ogólnej Lotos Cup. Jan Szturc, były trener Olka, przyznaje, że nawet Adam Małysz nie był tak dobry w jego wieku. Prywatnie Olek to radosny, młody chłopak, który dla skoków zupełnie stracił głowę. Jeszcze nie raz o nim usłyszycie!

TOUCHÉ | sierpień 2013

|9


10 |

wywiad z nim

|

aleksander zniszczoł

Gdybyś mógł się znaleźć teraz w dowolnym miejscu na niebie lub ziemi... …to byłbym teraz w odludnionej szwajcarskiej lub austriackiej wiosce! Nawet nie zdążyłam skończyć pytania (śmiech). Tak doskwierają Ci polskie upały? Czasem chyba za dużo mówię. Jeśli chodzi o temperaturę, to tam jest pewnie podobnie. Najbardziej tęsknię za tamtymi bajecznymi widokami. Zawody, na które jeżdżę, z reguły odbywają się w niewielkich, górskich miejscowościach, które potrafią zauroczyć krajobrazem. Myślę, że właśnie w takim miejscu chciałbym kiedyś zamieszkać. Czego brakuje w Twojej rodzinnej Wiśle? To też górska, malownicza miejscowość... W tych zagranicznych miejscach panuje ład i porządek, czego nie mogę powiedzieć o Wiśle (śmiech). Fascynuje mnie to,

że te austriackie i szwajcarskie miejscowości, o których mówimy, są wsiami w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Pozostają przy tym zadbane, z gładko przystrzyżonymi trawnikami, uporządkowanymi ogrodami...

więc obsługa mało dyskretnie pozbyła się naszych rzeczy. To było typowo austriackie (śmiech). My za to - po polsku - niepostrzeżenie wróciliśmy do pokoju, żeby się wykąpać. Dopiero wtedy grzecznie opuściliśmy hotel.

Przekłada się to na mentalność mieszkańców? W jakimś stopniu na pewno. Dla mnie najbardziej odczuwalne było to pod kątem rozumienia zasad i regulaminów, które są obowiązujące i muszą być przestrzegane. W Polsce często spotykamy się z przekonaniem, że zasady są po to, żeby je łamać. Tam z kolei zasady stanowią nadrzędną wartość. Kiedyś mieliśmy poranne zawody w austriackiej miejscowości Staatz. Ze względu na silny wiatr, nieco się one przeciągnęły i skończyły około godziny 14. Kiedy wracaliśmy do hotelu, zobaczyliśmy, że nasze bagaże zostawione są przed wejściem. Okazało się, że przekroczyliśmy dobę hotelową,

Te szwajcarsko - austrackie okolice mają związek z jakąś Twoją ulubioną skocznią? Zupełnie nie! Większość skoczków rzeczywiście ma skocznię, na której najlepiej się czuje. Ja z kolei jestem takim typem, że wszędzie mi się dobrze skacze... o ile dobrze skaczę! A kiedy już dobrze skaczesz, to czujesz się jak młody bóg? Już nie taki młody, to w końcu już mój ostatni rok w kadrze juniorów (śmiech). Ciężko do czegokolwiek porównać to uczucie, opisać je czy doznać gdziekolwiek indziej. Czasem wydaje mi się, że mam skrzydła. A podobno młodość

TOUCHÉ | sierpień 2013


aleksander zniszczoł

skrzydła ma z gwiazd! Czuję się wtedy bezgranicznie wolny, a wysoki poziom adrenaliny wszyostrza zmysły. Musiałabyś spróbować! No właśnie, jak prezentuje się kondycja skaczących dziewcząt? W Polsce dosyć słabo. Buduje się pewna baza młodych dziewcząt, które dopiero zaczynają skakać. Pewnie nieszybko wystartują w Pucharze Świata. Kiedy obserwuję skaczące dziewczyny na zawodach, to najbardziej podobają mi się ich skoki pod kątem technicznym. Skoki mogą być niebezpieczne - silnie obciążające kręgosłup czy kolana. Na pewno nie są jednak bardziej kontuzjogenne niż piłka nożna, dlatego mamy zakaz gry w piłkę nożną. Może dziewczyny się bardziej boją tych kontuzji? A Ty się boisz? W 2012 roku przed zawodami w Planicy, Wasz trener Robert Mateja miał jedno życzenie: „coby się nie zabili”... Podczas zawodów w Planicy oddałem swój pierwszy skok na mamuciej skoczni. Jeszcze przed przyjazdem, wszyscy mnie ostrzegali, że ta skocznia jest przerażająca. I rzeczywiście - obiekt w Planicy robi największe wrażenie ze wszystkich „mamutów”. To specyficzna skocznia o starym profilu. Przy moim pierwszym skoku pojawił się we mnie nawet nie tyle strach, co niepewność. Nie było to jednak paraliżujące uczucie, ale mobilizujące. Byłem nastawiony na oddanie dobrego skoku. Tak też się stało - za pierwszym podejściem ustanowiłem mój życiowy rekord 206,5 metra, którego od tego czasu nie udało mi się pobić. Rekord tej skoczni - 239 metrów - należy do Bjørna Einara Romørena. Wiem i chylę czoła przed mistrzem. Trzeba jednak zaznaczyć, że to jest stara skocznia i obecnie coraz trudniej jest na niej tak daleko skoczyć. Dodatkowo, aby oddać tak dobry skok, trzeba mieć dużo szczęścia i trafić na perfekcyjne warunki. Teraz jednak Planica poddawana jest modernizacji. Będzie można skakać jeszcze dalej? Ta skocznia przebudowywana jest z HS 215 na HS 250, więc myślę, że obecny rekord świata 246,5 metra zostanie pobity. Na mamucich skoczniach punkt HS z reguły się znacznie przekracza.

TOUCHÉ | sierpień 2013

Ten skok w Planicy uważasz za swój największy sukces? Nie, zdecydowanie za największy sukces uważam wicemistrzostwo w mistrzostwach świata juniorów. Marzy mi się z kolei znalezienie się w dziesiątce Pucharu Świata i do tego będę dążył. Myślę, że jest to osiągalne - w końcu doskoczyłem do tej dziesiątki jeszcze 2 lata temu. Teoretycznie, ze względu na regularny trening, powinienem osiągać coraz lepsze wyniki. Skoki są jednak specyficzną dyscypliną, w której wiele zależy od czynników zewnętrznych, szczególnie wiatru. Od pewnego czasu w klasyfikacji danych zawodów bierze się również pod uwagę wskaźniki wiatru, ale niestety nie do końca są one miarodajne. Poza mistrzostwami świata juniorów możesz się jeszcze pochwalić ustanawianiem rekordów skoczni. To prawda, ale na zdecydowanie mniejszych obiektach. Jeśli chodzi o poważniejsze skocznie, to ustanowiłem rekord podczas mistrzostw świata juniorów w tureckim Erzurum w 2012 roku. Chwilę później pobił mnie Klimek Murańka w

CZASEM WYDAJE MI SIĘ, ŻE MAM SKRZYDŁA. A PODOBNO MŁODOŚĆ SKRZYDŁA MA Z GWIAZD! CZUJĘ SIĘ WTEDY BEZGRANICZNIE WOLNY, A WYSOKI POZIOM ADRENALINY WYOSTRZA ZMYSŁY.

pierwszej serii zawodów, która ostatecznie została anulowana. Sędziowie uznali wtedy, że rozbieg jest za wysoki, a skoki zbyt dalekie... Coś nie masz szczęścia do wymogów regulaminowych! Anulacja udanej serii, kilkakrotnie zdarzały Ci się też dyskwalifikacje... Ech, czasem mam wrażenie, że ciąży na mnie jakaś klątwa! Te dyskwalifikacje związane były z kontrolą wymiarów kombinezonu przed startem. Z reguły

|

wywiad z nim

pozostali zawodnicy przechodzili ją bez problemu. A u mnie - co rusz jakieś komplikacje. Albo ktoś sobie mnie szczególnie upatrzył, albo związany ze stresem spadek masy, a co za tym idzie - obwodu ciała jest rzeczywiście aż tak duży. Karencja wynosi 1 centymetr. A podczas wstępnych przymiarek kombinezonu każdy chce uzyskać jak największy obwód... Tak, i tu się stało to moim przekleństwem (śmiech). Na przykład mierzymy kombinezon na wypiętym brzuchu. Kiedy dodać do tego stres przed startem, wysoką temperaturę, odwodnienie organizmu, to już niekiedy uzyskanie takiego obwodu graniczy z cudem. Przynajmniej u mnie. Kiedy indziej miałem taką sytuację, że spotkałem się z wyjątkową nieżyczliwością osoby dokonującej pomiar przed startem. Nie podobało jej się, że wystają mi żebra, chociaż nie miało to wtedy żadnego znaczenia. Spotkałeś się jeszcze stricte z jurorską niesprawiedliwością? Na zawodach jest grupa sędziów zajmująca się ocenianiem stylu. Te oceny często są niemiarodajne. Z reguły takie same noty otrzymują skoczkowie, z których pierwszy skoczył daleko, ale mało estetycznie, a drugi blisko, ale zachowując styl. To nie fair. Zdarza się również, że niektórzy sędziowie dodatkowo punktują swoich rodaków. Kiedy jednak 3 na 4 sędziów pochodzi z kraju, w którym odbywają się zawody, staje się to zauważalne. Tak było podczas ostatnich zawodów w Kranju na Słowenii. Na szczęście to rzadkie przypadki. Niemalże cała Polska zafascynowała sie skokami dzięki sukcesom Małysza. Co zafascynowało Ciebie, jako zawodnika? Też sukcesy Małysza (śmiech). Były one dowodem tego, że można osiągnąć upragniony cel i wejść na podium. Na tej samej zasadzie dopingujące są sukcesy kolegów, niezależnie od tego, czy znajdą się na podium, w pierwszej szóstce, czy trzydziestce. To wszystko dostarcza ogromnych emocji i motywuje. Zawsze się wspieramy. Znajomy ze Słowenii mówił mi, że w ich drużynie jest zupełnie odwrotnie, brakuje dobrej atmosfery. My z kolei trzymamy się razem. A Adam pokazał nam, że można wejść do światowej czołówki. I za tym przykładem podążamy.

| 11


12 |

wywiad z nim |aleksander zniszczoł

Wielokrotnie powtarzałeś, że Adam jest Twoim wzorem. Nie jest to już oklepany wzór dla skoczka narciarskiego? Jestem pewny, że nie. Adam jest swego rodzaju fenomenem, a te nigdy się nie dezaktualizują. To dla mnie ważne, że możemy trenować w tym samym klubie (KS Wisła Ustronianka - przyp.red.). Kiedy byłem młodszym skoczkiem, Adam organizował różne zawody, przekazywał sprzęt dla klubu. Sam mu wiele zawdzięczam. Dodatkowo pokazał, że systematyczną pracą, regularnymi treningami i sercem można osiągnąć bardzo wiele. A nawet można zmienić dyscyplinę i też osiągać w niej sukcesy. Patrząc na drogę Twojego idola można założyć, że też czeka Cię przyszłość rajdowca (śmiech). Zobaczymy... Wybór Adama wynikał z jego zainteresowania autami i wyścigami. Akcentował to, od kiedy pamiętam. Często chciał urządzać wyścigi w drodze na zawody! Ja z kolei motoryzacją interesuję się bardziej przeciętnie. Z resztą u przednówku drogi skoczka, ciężko zastanawiać się nad tym, co będzie potem. A nad czym zastanawiasz się na 10, 15 minut przed skokiem? Najchętniej nie myślę o niczym, zupełnie o niczym. Dążę do tego, żeby głowa była zupełnie pusta. Jak jest głowa pusta, to się dobrze skacze (śmiech). Skok zależy od wielu czynników, ale jednym z najważniejszych jest odpowiednie przygotowanie psychiczne. Do wykonania dobrego skoku potrzebne jest ogromne skupienie i wykonanie odpowiednich ruchów w określonym okresie czasu. Odbicie trwa ułamki sekund, należy je wykonać perfekcyjnie. Jeśli głowa jest zajęta czymkolwiek, trudniej jest wtedy skoncentrować się na motoryce ciała. Podczas badań psychologicznych okazało się, że mam bardzo dobre predyspozycje psychiczne i bez problemu potrafię się wyłączyć. Często jednak zdarza się, że z dobrze rokującego juniora, mającego nawet odpowiednie predyspozycje psychiczne, nie zawsze wyrasta dobry skoczek mogący startować w Pucharze Świata. Dlaczego? To zależy, moim zdaniem, od nastawienia zawodnika. Skoki to dyscyplina wymagająca ogromnych wyrzeczeń: dyscypliny na treningu, skupienia, stosowania odpowiedniej diety, realizowania planów

od trenera w czasie, kiedy nie ma regularnych treningów. W okresie dojrzewania nie każdego stać na te wyrzeczenia. Dodatkowo, niektórym młodym skoczkom, może znacznie zmienić się budowa ciała, a to wymaga dodatkowego nakładu pracy. Ja jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że nie zwątpiłem ani na moment, że skoki narciarskie są czymś, co chcę robić. Systematycznie pracuję i odczuwam efekty tej pracy.

PRZED SKOKIEM NAJCHĘTNIEJ NIE MYŚLĘ O NICZYM. DĄŻĘ DO TEGO, ŻEBY GŁOWA BYŁA ZUPEŁNIE PUSTA. JAK JEST GŁOWA PUSTA, TO SIĘ DOBRZE SKACZE (ŚMIECH).

Nad czym aktualnie pracujesz? W trakcie sezonu letniego koncentrujemy się nad tym, żeby przygotować bazę siłową i wytrzymałościową na zimę. To właśnie teraz mają miejsce najtrudniejsze i najintensywniejsze treningi, ponieważ w zimie, ze względu na zawody - zwyczajnie nie ma na nie czasu. Wtedy treningi przed zawodami opierają się głównie na pobudzeniu mięśni. W lecie, bez względu na zawody - trzymamy się planu. Sezon skoków letnich różni się tylko tym, że skaczemy na igielicie. I spędzamy więcej czasu w domu. Gdybyś postawił się w sytuacji prezesa Polskiego Związku Narciarskiego, to co byś zmienił w tej instytucji? Obecnie PZN funkcjonuje bardzo dobrze. Mamy dobry sprzęt, fundusze na wyjazdy i dobrych trenerów. Młodzi zawodnicy mają szansę trenować i dostać się do kadr. Ta świadomość na pewno na nich działa, przyciąga ich do tego sportu i rodzi ambicje. Aż się pewnie nie chce wierzyć, ale jako zawodnik - naprawdę nie mogę absolutnie na nic narzekać.

zdecydowanie bardziej odczuwałem to zainteresowanie. Nigdy jednak nie było one uciążliwe. Z kolei Piotrkowi (Piotrowi Żyle - przyp.red.) zdarza się narzekać, że czasem ma już mediów powyżej uszu. Z drugiej strony zdaje on sobie sprawę, że w dużej mierze sam wkręcił się w ten medialny szum. I często zbiera też tego owoce - zdecydowanie łatwiej udaje mu się załatwić wiele spraw. Poza skokami, zdecydowałeś się przeznaczyć również czas na edukację. Tak, szczęśliwie zdałem maturę (śmiech). Chciałem studiować dietetykę, nie dałbym rady jednak pogodzić tych studiów z treningami. Od października rozpocznę więc naukę na katowickiej AWF. Złożyłem dokumenty na Zarządzanie w Sporcie oraz na Wychowanie Fizyczne. Niestety tylko na tym drugim mogę otrzymać możliwość studiowania w toku IPSPN (indywidualny plan studiów i programu nauczania - przyp.red.), więc wybór dokonał się automatycznie. Ten tok umożliwi mi studiowanie bez wymaganego minimum obecności, czyli będę mógł przyjeżdżać jedynie na zaliczenia i egzaminy. Dzięki temu będę mógł zarówno trenować, jak i studiować. Nie planuję w ogóle przeprowadzki do Katowic, na razie nie zamienię Wisły na większe miasto. Co dało Ci dorastanie w Wiśle? Przede wszystkim szansę na to, że mogę być skoczkiem narciarskim. Adam jest z Wisły i kiedy dorastałem, znajdowałem się w centrum małyszomanii. A to miało poważny wpływ na obranie moich pierwszych życiowych priorytetów. To dało mi dużo na start. Nie zamieniłbym Wisły na dorastanie w żadnym innym, szczególnie dużym mieście. A gdybyś mógł cokolwiek zmienić w swoim życiu? To wybudowałbym domek w Austrii lub w Szwajcarii - letniskowy (śmiech)! Tymczasem na życie Wisła jest dla mnie, jak dotąd, najlepszym miastem. Duże miejscowości przyciągają, ale mieszkanie w nich na dłuższą metę - byłoby dla mnie nie do zniesienia. Rozmawiała: Natalia Sokólska Zdjęcia: Mateusz Gajda

A zdarza Ci się narzekać na zainteresowanie mediów? Nie za bardzo. Kiedy zaczęły się moje pierwsze sukcesy, około 2 lata temu,

TOUCHÉ | sierpień 2013


aleksander zniszczoł

TOUCHÉ | sierpień 2013

| wywiad z nim | 13


14 |

jej punkt widzenia

Il. Kinga Tync

Matka Boska Plażowa

Na plażach w Mielnie, Juracie i  Chałupach znajdzie się zawsze jakaś MBP, do której wszyscy się modlą. Panowie wznoszą litanie do jej rozwianych włosów i  otoczonych aureolą bioder, a panie szepczą błagania, by wreszcie sobie poszła. Jak przystało na porządną MB, występuje ona w wielu wcieleniach i pojawia się wszędzie tam, gdzie zachodzi w wiernych ryzyko niewiary. A  więc znienacka na najbardziej obskurnej stacji benzynowej województwa. Nie musi nawet nalewać benzyny, wystarczy, że stoi na kasie. I  nagle pojawiają się kolejki i trzeba rozbudowywać parkingi dla tirów. Nie, żeby coś! Ot, po prostu dla obcowania z  boskością, to przecież nie jest grzech. Albo w biurze, choć tutaj sytuacja jest nieco bardziej niezręczna, bo natrafia tam przeważnie na inne kobiety. Być może błogosławione pośród papierów, znoszonych garsonek i  dojazdów MPK, ale na pewno nie tak boskie, jak ona. Cały petencki kult kumuluje się więc na jej osobie, taksówki szybciej podjeżdżają, a kiedy złamie obcas, naprawdę może wyrwać z gracją jeszcze drugi i ktoś na pewno zaoferuje jej mentosa. Znamy ją również z imprez, na których objawia się w starych dżinsach i t-shircie, a blask rozbłyska na 17 kilometrów. W barze cudownie rozmnaża się jej alkohol, a na parkiecie nieomalże chodzi po wodzie. Nic nie robi, tylko jest. I co tu odpowiedzieć na profanujące pytanie – jak ty to robisz? Czasem przemknie przez miasto rowerem i taki ten przejazd święty, że mamy ochotę iść za nią na kolanach, tak jakby szeptała „Pójdź za mną..”, takim miękkim, odpowiednio chrapliwym głosikiem, gdzieś z  głębi duszy. Więc poszlibyśmy, wszyscy, bez względu na płeć. By wreszcie ujarzmić to jej wołanie bez otwierania ust, przyciąganie bez ciągnięcia. Szczęśliwi, którzy usłyszeli to wezwanie i za nim podążyli. MB (Małgosia Borowska, Marta Bittner, Milena Bidet etc.) tak na prawdę niczego od Państwa nie chce. Uwierzcie, że po prostu sobie jedzie rowerem! Ma gdzieś swój problem, dokądś jest właśnie spóźniona, nie ułożyły jej się włosy i  założyła te dżinsy, bo drugie nie wyschły. Być może rano bywa marudna,

nie wiedzie jej się w miłości, ma 25 lat i umowę na zlecenie. Jedynym, co tak naprawdę odróżnia ją od pozostałych nas, matek nieboskich (np. Mariola Nowak) jest to, że ma gdzieś wszystko, czym my się dręczymy. Jej boskim charyzmatem jest to, że lubi siebie. Mówi sobie rano w lustrze „cześć!” i nie robi zooma na pryszcza, bo czy coś on w jej życiu zmienia? Nie przeprowadza głębokich analiz, czy i kiedy powinna się do niego uśmiechnąć, bo po co, skoro po prostu można! Takie to przecież proste, wybrać numer i zadzwonić, przysiąść się do ludzi w pociągu, pogłaskać psa i mrugnąć do dziecka. Ma jakieś wady, jakieś problemy, ale nie bombarduje nimi świata, nie nosi tej miny z  napisem „Mam najgorzej na świecie i musicie mnie żałować”. I puenta jest tutaj taka, że jeśli chce się być MB, trzeba po prostu zaprzestać wydziwiać. Bracia i  Siostry, nad jeziorem, morzem, książką i  kawą szukajcie uważnie znaków i  cudów. Gdy się Wam już objawią, przypatrzcie się im życzliwie, inkorporując do własnych imydżów choć trochę ich światłości, a staniecie się do nich podobni. Świętujcie innych zamiast pokutować siebie. I to generalnie tyle, tylko tyle zapisano w tym objawionym piśmie. Mówiła dla Was MB Staletowiczówna, ubogiego ducha i sylwety bynajmniej pozbawionej aureoli, ale za to wielkiej wiary w  uśmiechy i  małe cuda. Na wieki wieków. Amen!  Sandra Staletowicz staletowiczowna@gmail.com

TOUCHÉ | sierpień 2013


jego punkt widzenia

| 15

il. Basia Maroń

O orzeszkach, sprawiedliwości i pomocy kuchennej

Wśród czytelniczek znajdzie się parę wierzących osób? Pewnie tak. Strzelam, że – jesteśmy wszak w Polsce – wasza wiara kręcić się będzie wokół chrześcijaństwa, pewnie katolicyzmu. Chwała statystyce, jeśli trafiłem. I  wiecie co? Zawsze mnie zastanawia, jak się musi czuć kobieta w religii chrześcijańskiej (zwłaszcza w katolicyzmie). No bo zacznijmy od początku. Od samego początku. Bóg stwarza kobietę, jako „pomoc” (pewnie kuchenną) dla mężczyzny. Ok. „Pomoc” jednak okazuje się umiarkowanie pomocna i  wszystko psuje, zbierając w  swoim wielkim, rajskim shoppingu wszystkie towary w  ofercie Edenu. Następnie częstuje mężczyznę złym jabłkiem (które nie jest tak naprawdę jabłkiem) i klops. Wszystko zepsute. Wina Tuska! Tzn. kobiety. Od razu więc zaznaczamy, że kobieta jest do mężczyzny tylko dodatkiem, a jak tylko weźmie się za coś bardziej odpowiedzialnego (np. zaopatrzenie) to na pewno spieprzy. Mając takie podstawy trudno się dziwić całej reszcie. Kobieta nie może być biskupem, kardynałem czy – nie daj Boże – papieżem. Dlaczego? Pamiętamy z poprzedniego akapitu. Zresztą raz taka jedna została papieżem i nieomal znowu wszystko spieprzyła. Nie potrafię się nie uśmiechnąć na myśl o tym, że dostojników kościelnych aż tak bardzo przeraziła owa pomyłka (i wizja kobiety u władzy), że od tamtego czasu obowiązkowo po wybraniu nowego papieża muszą posmyrać go czule po „orzeszkach”, żeby sprawdzić czy wszystko jest na swoim miejscu. Ciekawe czy i oni wtedy chichoczą? Oczywiście w Kościele jest i miejsce dla kobiet – mogą zostać przecież zakonnicami i... No i tyle. Ale mogą awansować jako zakonnice żeby zostać starszymi zakonnicami, które mogą rządzić zakonnicami. Skala odpowiedzialności jest przytłaczająca. Ale przynajmniej jak coś spieprzą to tylko we własnym gronie. Świetne jest przy tym, jak księża tłumaczą, że przecież wszystko działa wedle boskiego planu. Mężczyzna ma rolę do wykonania

TOUCHÉ | sierpień 2013

i kobieta ma rolę do wykonania, to się nazywa sprawiedliwość, a wszystko jest na swoim miejscu. Jakie są to role? No, mężczyzna rządzi i dzieli, a kobieta rodzi, pomaga i uważa, żeby czegoś nie spieprzyć. Sprawiedliwość w wydaniu Kościoła katolickiego. Czujecie się traktowane sprawiedliwie, moje drogie? Ostatecznie, wierząca osoba zawsze ma możliwość (często wybieraną) zdystansowania się do kleru, Kościoła, a nawet Pisma Świętego, które przecież może być wyłącznie dłużącym się tomiszczem z  brodą. Jednak nawet, kiedy zostaniemy przy najbardziej bazowych sprawach robi się dziwnie. Na samej górze mamy Boga O j c a (zwanego też P a n e m Bogiem), jego S y n a oraz D u c h a (nie mam pojęcia dlaczego podkreśliłem to słowo) Świętego. Dlaczego nie Matka i Córka? Można co prawda argumentować, że zesłanie na Ziemię córki około roku 0 byłoby średnio szczęśliwe taktycznie, natomiast powiedzenie o  Bogu Ojcu jest tylko powszechnie stosowanym sugestywnym zwrotem, który ma silniej oddziaływać na wyobrażenia wiernych. Może część duchownych zgodziła by się, że absurdalne jest wsadzanie Absolutu w buty płci. Niemniej wyobrażenia istnieją i korzenie zapuściły bardzo głęboko. A co mówią one o naszym społeczeństwie, które najdoskonalszą istotę wyobraża sobie jako faceta? Kościół odpowie: ale przecież mamy też Matkę Boską, której znaczenie i kult są niebagatelne! No tak, Maryja Dziewica. Ta, której wielka rola sprowadziła się do urodzenia faceta, który dopiero miał dokonać czegoś wielkiego. Wielki autorytet dla bogobojnych kobiet. Matka i Dziewica. Naraz. Powodzenia, moje drogie!   

Kamil Lipa ksiaze.kam@gmail.com


16 |

felieton

| mili państwo

Zakonne sufrażystki Miły Panie, Wśród wielu grup zawodowych i profesji, które wszakże mnożą się jak grzyby po deszczu (słyszałeś Pan o akustyku biur lub groomerze?) od lat jedną z najbardziej fascynujących wydaje mi się profesja zakonnicy. By być politycznie poprawną, powinnam pewnie napisać, że toż to nie profesja, a powołanie. Jakkolwiek, chodzi mi o wybór własnej drogi, a co za tym idzie - stylu życia. Dziecięciem jeszcze będąc, przerażała mnie myśl, że mogłaby zdarzyć się sytuacja, w której musiałabym zakonnicą zostać. Na moje szczęście dość szybko uświadomiono mnie, że do tego potrzebne jest coś więcej, niż tylko brak kandydata na męża. Powołanie do życia w zgromadzeniu zakonnym to swego rodzaju imponderabilium. Niewytłumaczalny gest, uczucie silniejsze od wszystkich innych, wszechpotężna siła. Kosmos. I wszystko mogłoby funkcjonować pewnie w tym kosmicznym obszarze znaczeń, gdyby nie ludzkie ograniczenia. Do rzeczy. Niepokoją mnie różnice między funkcjonowaniem jednostek żeńskich zakonów a księży po seminarium. Już nie będę wdawać się w szczegóły dotyczące męskich zgromadzeń zakonnych, bo w końcu na tym polu mężczyźni posiadają wybór. Tymczasem ludzki świat pozbawił kobiety z powołaniem większości możliwych swobód, pomijając te niewiasty z niektórych protestanckich wyznań, gdzie kobieta może zostać księdzem (i mieć męża). Widziałeś kiedyś drogi Panie siostrę zakonną na rybach? Albo za kierownicą superszybkiego samochodu? Pomijając amerykańskie filmy - zapewne nie. Siostra zakonna, za wyjątkiem niewielu przypadków, kiedy zyskuje zgodę przeoryszy, nie może posiadać komórki ani komputera. Kostium na plaży, co dla wszystkich jasne, nie wchodzi w grę, choć ksiądz w kąpielówkach nikogo nie dziwi. Specjalna zgoda potrzebna jest na wyjście na spacer, do kina czy teatru. Zgłosić trzeba każdy otrzymany prezent, a nauczycielską wypłatę przekazać na zgromadzenie. A co w tym wszystkim najbardziej zdumiewające, a jednak tak oczywiste, że żadne z tych ograniczeń nie dotyczy księży. Mój Miły Panie, dlaczego mężczyznom ciągle wolno więcej? Dlaczego kobiety potrafiły się wyzwolić, a zakonnice czule pielęgnują przedpotopowe zasady?  Czekając na bojowe słowa zachęty  dla zakonnych sufrażystek  Natalia Sokólska

Miła Pani, Zanim zdobędę się na najwyższe słowa krytyki zastanej zakonniczej sytuacji, pozwól że cofnę się nieco w czasie. Zapewne ten komunikat w formie skondensowanej, niczym mleko deserowe, zwartej niczym pluton zakonnic i czytelnej jak największej wagi białe kruki trafi do Ciebie najlepiej! Wysyłam do Ciebie moja droga taki oto telegram. Miła Pani. Stop. Próżno wyczekiwać słów. Stop. Słów bojowych zachęty dla zakonnych sufrażystek. Stop. Słowa te wyrzucano już z siebie w przeszłości. Stop. Nie przyniosły one nic nowego. Stop. Potrzeba raczej obrać nowy kurs i pozostać na nim. Stop. Zwróć uwagę, że owszem styl życia, własny i osobisty obrać należy. Nie należy natomiast uważać, że każda z przytoczonych przez Ciebie sióstr miałaby prowadzić życie aż nadto rozrywkowe. Niestety, ponieważ spełniają one najwyższą powinność, nie dane im być boginiami. Nie każda może jak Goplana, taplać się w jeziorze i wdziękami wabić do siebie bladych młodzieńców. Mało która może jak Freya, przepiękną urodą i złotymi włosami, wprawiać w osłupienie najbardziej bezwzględnych wojowników w zaświatach. Spełniają one za to inne obowiązki, poświęcając przyjaźnie, rodziny a często i zdrowie. Jak wiadomo wszem i wobec, zasady są po to żeby je łamać, niczym stalowe kraty w oknach. Za nimi czeka wolność, nieskrępowana chęć życia i uśmiech na twarzy skąpanej w słońcu. Tak jak wspomniałem, nie każda z nich może oddać się wolnemu życiu. Zostawmy takie przypadki amerykańskiej kinematografii w najlepszym wydaniu, soczystej i śmiesznej. Jako, że zakonnice z własnej woli podejmują wyzwanie wstąpienia w mury zgromadzeń, nie trudno zarzucać im, że wiodą życie pozbawione emocji, niemodne i nudne. Nic bardziej mylnego Miła Pani, ich żywoty składają się z niesienia pomocy, doradzania i pozostawania często jedynym oparciem dla słabszego. Co im po przeciwsłonecznych okularach i kostiumach kąpielowych, kiedy niosąc pomoc, spełniają się w życiu. Swoją drogą, może istnieją w dalekich krajach, o wysokiej temperaturze i jeszcze wyższej wilgotności, specjalne turnusy wypoczynkowe dla sióstr? Tam niepłoszone okiem przypadkowego gapia, oddają się leżakowaniu, kąpielom słonecznym i innym plażowym rozrywkom. Nikt nie widział i nikt nie wie. Nie trzeba bojowych haseł, wystarczy bilet lotniczy.  W sandałach na wakacyjnym szlaku,  Jakub Jaworudzki 

TOUCHÉ | sierpień 2013


18 |

sesja miesiąca

| saint sinner

SAINT

Sinner

BY KARAMELL STUDIO

Zdjęcia Aleksandra Kozub, Rafał Kwaśniak (Karamell Studio) Modelka Agnieszka Knap (Fashion Color), Mrs Multiverse Poland (www.miss-multiverse.com) Wizaż i bodypainting Marta Mazurek Włosy Martyna Kowalska Stylistka Anna Jandura Projektanci Aneta Szydło, Patrycja Wiatr, Adrian Kurowski, Agnieszka Murawska, Jacek Ostrowski, SnowBlack Corsets, Jakub Pieczarkowski

TOUCHÉ | sierpień 2013


sesja miesiąca

fotografia : Magdalena Tarach modelka: Karolina Trepka make up: Katarzyna Lachendro włosy: Nadia Surowiec projekt sukien: Ewa Kyrcz

sukienka - Agnieszka Murawska korona cierniowa - Anna Jandura pierścionek - Jacek Ostrowski www.ostrowski-design.com

TOUCHÉ | sierpień 2013

| saint sinner | 19


20 |

sesja miesiąca

| saint sinner

sukienka - Patrycja Wiatr aureola - Anna Jandura pierścionek - Jacek Ostrowski www.ostrowski-design.com

TOUCHÉ | sierpień 2013


sesja miesiąca

sukienka - Adrian Kurowski spódnica - Adrian Kurowski gorset - SnowBlack Corsets korona - Karamell Studio pierścionek - Jacek Ostrowski www.ostrowski-design.com

TOUCHÉ | sierpień 2013

| saint sinner | 21


22 |

sesja miesiąca

| saint sinner

suknia - Agnieszka Murawska pierścionek - Jacek Ostrowski www.ostrowski-design.com

TOUCHÉ | sierpień 2013


sesja miesiąca

gorset - Anna Jandura spódnica - Anna Jandura narzutka - Anna Jandura korona - własność modelki MRS MULTIVERSE POLAND 2013

TOUCHÉ | sierpień 2013

| saint sinner | 23


24 |

sesja miesiąca

| saint sinner

suknia ślubna - Agnieszka Murawska spodnie - Acne jeans

TOUCHÉ | sierpień 2013


sesja miesiąca

| saint sinner | 25

Stylizacja okładkowa welon - Agnieszka Murawska bluza “komunijna” - Jakub Pieczarkowski halka - Agnieszka Murawska aureola - Anna Jandura pierścionek - Jacek Ostrowski www.ostrowski-design.com

TOUCHÉ | sierpień 2013


26 |

sesja miesiąca

| saint sinner

suknia - Aneta Szydło pierścionek - Jacek Ostrowski www.ostrowski-design.com

TOUCHÉ | sierpień 2013


sesja miesiąca

koszula jako spódnica - Gap

TOUCHÉ | sierpień 2013

| saint sinner | 27


28 | dział blog fashion

Wiem, że mamy XXI wiek, ale lubię czasami zrobić mały skok w bok! Zresztą zawsze twierdziłam, że mam starą duszę, może stąd ta miłość do nakryć głowy ;) Oczywiście w tym samym czasie wychodzę z założenia, że patrzeć trzeba przed siebie a nie wstecz, dlatego mój retro zestaw odpowiednio unowocześniłam. Przepiękne szalone buty, etniczna biżuteria i metaliczne okulary sprawiają, że całość nabiera niejednoznacznego charakteru. Oddaje dokładnie to, co w modzie kocham - wielowymiarowość!

Tamara Gonzalez Perea Blogerka modowa i dziennikarz „GLAMOUR” z Polski. Zakochana w modzie - uważa, że prawdziwa miłość trwa całe życie. Poszukuje ubrań niepowtarzalnych i jedynych w swoim rodzaju, ponieważ moda jest sztuką. Uwielbia kolory, toczki i styl Anny Dello Russo.

www.macademiangirl.com


30 |

film

| on i ona w kinie

On i Ona w kinie

Sklep dla samobójców Data premiery: 09.08.2013 (Polska), 24.05.2012 (świat) Scenariusz i reżyseria: Patrice Leconte Obsada (głos): Bernard Alane (Mishima), Isabelle Spade (Lucrece), Kacey Mottet Klein (Alan), Isabelle Giarni (Matilyn) Dystrybucja: M2 Films Czas trwania filmu: 1 godzina, 20 minut

Wybuchowa rodzinka „Życie jest piękne”, mówi rozweselonym głosem Alan – główny bohater francuskiej animacji Sklep dla samobójców. Te słowa nie zyskują aprobaty wśród mieszkańców ponurego, monochromatycznego miasta, a przede wszystkim wywołują bunt rodziców młodzieńca – Lucrèce i Mishima – oraz zniesmaczonego, zgorzkniałego, wciąż myślącego o śmierci rodzeństwa. Fakt, życie – oprócz, rzecz jasna, cudownych aspektów – jest pasmem niepowodzeń, rozgoryczenia, smutku i cierpienia. Gdy, najczęściej pod wpływem legalnych środków odurzających, podejmuję dysputy filozoficzne na tematy egzystencjalne, powołuję się na kluczowe zdanie widniejące na jednym z murów mojego rodzinnego miasta, konfrontujące życie z pracą prostytutek. Wulgarny napis, przy całym szacunku dla ciężkiego fachu, jakim jest prostytucja, reprezentuje sobą znamienitą, aczkolwiek ogromnie bolesną prawdę. I  gdyby każdy myślał tak, jak twórcy wspomnianego napisu, sklepy oferujące wszelakiego rodzaju mikstury, sznury, noże, trucizny i  inne urządzenia pomagające pożegnać się ludziom z życiem, zyskałyby olbrzymią popularność, a w centrach handlowych zamiast sklepów z prasą lub odzieżą, znajdowałyby się te, które „przenoszą do innego wymiaru”. Właśnie taką działalność prowadzą główni bohaterowie filmu animowanego w  reżyserii Patrice’a Leconte’a, twórcy jednego z moich ulubionych filmów – Męża fryzjerki. Rodzina Tuvache jest, co najmniej, specyficzna. Lucrèce

i Mishima żerując na ludzkich cierpieniach, od czasu do czasu popadają w melancholię i dręczą ich wyrzuty sumienia; Matilyn – córka państwa Tuvache - od dziecka tkwi w głębokiej depresji, nie mogąc doczekać się ostatecznego kresu swoich lęków. Natomiast Vincent, syn zacnych przedsiębiorców, to przykład outsidera, którego największą pasją jest ostrzenie żyletek. Spektrum marazmu i gehenny przerywa Alan, na którego twarzy, tuż po urodzeniu, pojawia się uśmiech i  radość; emocje tak bardzo nieakceptowane przez ogólno panujący splin. Nie przepadam za animacjami, gdyż nie potrafią one dostarczyć mi takich przeżyć wewnętrznych, jakie oferuje film fabularny. Sklep dla samobójców rozpatrywałem w zupełnie innym kontekście. Uniwersalność przekazu, nietuzinkowość i  cudowna, podnosząca na duchu pointa, okraszone estetyką bajki (jedynie graficznie), zyskują metaforyczny sens. Depresyjny klimat filmu, podtrzymywany przez posępne piosenki wykonywane przez bohaterów, w  sposób niezwykle finezyjny nacechowany został dawką pozytywnej energii i  humorem, który nawet na mojej, pełnej rozterek twarzy, wywołał uśmiech.  Bartosz Friese

TOUCHÉ | sierpień 2013


| 31

Samobójcze cukierki Szczerze mówiąc, po Sklepie dla samobójców spodziewałam się czegoś mniej... wesołego. Początkowo posępny klimat tej wspaniałej animacji zaintrygował mnie, rzadko kiedy we współczesnym kinie odnaleźć możemy bowiem śmierć utrzymaną w nieco groteskowym przedstawieniu, rodem z opowiadań jej romantycznego mistrza, Edgara Allana Poe. Szczególną uwagę pod tym względem wzbudziła we mnie postać Mishimy Touvache (któremu głosu użyczył w  wersji oryginalnej Bernard Alane), którego fizjonomia niezwykle przypomina wygląd amerykańskiego pisarza. Na tym jednak, wraz z ogólną tematyką filmu, podobieństwa się skończyły. Sklep dla samobójców, to, jak zapewniają twórcy, komedia-musical. I  rzeczywiście, muzyki było w  filmie sporo, śmiechu jednak, a  w  szczególności poszukiwanego przeze mnie błyskotliwego, czarnego humoru, nieznacznie mi zabrakło. Ponadto, mniej więcej w połowie całej historii zaczęłam być lekko zakłopotana natężeniem pozytywnego przekazu pod tytułem „życie jest piękne”, które tak przypadło Ci do gustu, drogi Bartoszu. Nie jestem mroczną, nienawidzącą życia nastolatką, mimo wszystko jednak ogólny przekaz dzieła Patrice’a Leconte nie do końca do mnie przemówił. Lukrowatość pointy i kiczowaty optymizm, który kłóci się z  niestuprocentową przemianą moralną Mishimy, wydały mi się sztuczne i nieprzekonujące. Mam wobec tego wątpliwości, do kogo właściwie adresowany jest Sklep… . Nie do dzieci, ze względu na obecność przemocy, śmierci i nagości, ale również nie do dorosłych, ze względu na infantylny przekaz. Największym atutem Sklepu dla samobójców jest niewątpliwie sama animacja, która wykonana została mistrzowsko i dla samego nacieszenia oczu warto wybrać się do kina. Sama historia jest spójna, lecz jak dla mnie zbyt przesłodzona. Oczywiście, przekaz jest optymistyczny i uśmiech podczas filmu sam ciśnie się na usta, ale w moim przypadku był to uśmiech zakłopotania. Być może jednak to moja pesymistyczna natura nastawiła mnie sceptycznie do dzieła Leconte, dlatego mimo wszystko zachęcam Was do obejrzenia Sklepu dla samobójców. Recenzja Bartosza rozwiewa wątpliwości, których nabrałam po seansie. Sami zdecydujcie więc, czyjej opinii w  tym numerze postanowicie zaufać!  Eliza Ortemska

TOUCHÉ | sierpień 2013


32 |

film

| nowości

Czarno-biała baśń Śnieżka / Blancanieves data premiery: 09.08.2013 (Polska) 08.09.2012 (świat); scenariusz i reżyseria: Pablo Berger; zdjęcia: Kiko de la Rica; obsada: Macarena Garcia (Carmen / Śnieżka), Mirabel Verdu (Encarna), Daniel Gimenez Cacho (Antonio Villalta), Sofia Oria (Carmencita), Angela Molina (Dona Concha), Inma Cuesta (Carmen de Triana); dystrybucja: Kino Świat; czas trwania filmu: 1 godzina 38 min.

Kino istnieje od ponad stu lat i jest najbardziej zmieniającą się dziedziną sztuki. Nowe rozwiązania technologiczne zaprezentowane na srebrnym ekranie niejednokrotnie zapierają dech w  piersiach. Sentyment jednak pozostaje, a my nadal uwielbiamy powracać do początków filmowej twórczości, czarno-białego obrazu, niemych dialogów i intensywnie wybrzmiewającej muzyki. Przykładem fascynacji dawną kinematografią jest Artysta - zdobywca aż pięciu Oscarów oraz najnowsze dzieło Pablo Bergera, inspirowane baśnią braci Grimm – Śnieżka. Hiszpania, początek XX wieku. Słynny

torreador zostaje ciężko raniony podczas pokazów z bykiem. Wraz z  nim do szpitala trafia jego ciężarna żona, która pod wpływem silnego wstrząsu związanego z  wypadkiem męża, umiera podczas porodu. Kaleki Antonio Villalta (Daniel Gimenez Cacho) izoluje się od świata, co wykorzystuje opiekująca się nim pielęgniarka Encarna (Mirabel Verdu) namawiając, by wychowanie jego córki powierzyć babce. Po jej śmierci mała Carmencita (Sofia Oria) przeprowadza się do domu macochy, stając się służką. Nie wolno jej widywać chorego ojca, jednak dziewczynka potrafi sprytnie wykorzystać sytuacje na spotkania z nim. To nie koniec tragedii. Po kilku latach chciwa Encarna zabija Antonia, zlecając jednocześnie zabójstwo Carmen (Macarena Carcia). Dziewczyna ledwie uchodzi

z życiem. Uratowana trafia pod opiekę uczynnych torreadorów stając się częścią ich rodziny. Pablo Berger w  atrakcyjny sposób ukazuje baśniową historię osadzoną w  hiszpańskiej kulturze, nawiązując zarazem do niezmiennych od pokoleń ludzkich postaw. Śnieżka jest dobroduszną i  niewinną istotą, będącą jednocześnie torreadorem, miejsce siedmiu krasnoludków zastępuje sześciu zabawnych karłów, a  złą królową reprezentuje kobieta kochająca pieniądze i sławę. Świetnie dobrane kreacje aktorskie idealnie budują magię filmu. Kolor obrazu nadaje historii wyrazistości, ukazując równocześnie dualność świata - dobro i  zło, a  dźwięki hiszpańskiej muzyki hipnotyzują. Śnieżka to prawdziwa podróż do początków kina.  Magdalena Kudłacz

Sensacyjna nuda Szybki Cash 2 / Snabba Cash 2 data premiery: 30.08.2013 (Polska) 17.08.2012 (świat); reżyseria: Babak Najafi; scenariusz: Maria Karlsson; zdjęcia: Aril Wretblad; obsada: Joel Kinnaman (Johan Westlund), Dragomir Mrsic (Mrado), Lisa Henni (Sophie), Matias Varela (Jorge) ; dystrybucja: Vivarto; czas trwania filmu: 1 godzina 37 min.

Kiedy wyszedłem z kina po projekcji Hipnotyzera – szwedzkiego filmu kryminalnego, który przybliżyliśmy Wam, drodzy Czytelnicy, w czerwcowym cyklu On i ona w kinie, obiecałem sobie, że nigdy więcej nie obejrzę tego typu produkcji silnie osadzonej w  skandynawskich klimatach. I tak, słowa niestety nie dotrzymałem, a w kinie wybrałem projekcję filmu Babaka Najafi’ego Szybki Cash 2. Film jest bezpośrednią kontynuacją losów Johana Westlunda, bohatera znanego z pierwszej części szwedzkiej trylogii. Z  powodu działalności przestępczej

i dowodzenia gangiem narkotykowym, Johan trafia do więzienia, które ma być dla niego zarówno karą, jak i  katharsis, sposobem na rozpoczęcie życia od nowa, niezapisaną kartą w  życiorysie. „Odsiadka” jest o  tyle inspirująca dla bohatera, że towarzyszy mu w niej jego dawny wróg – poruszający się na wózku inwalidzkim, niebezpieczny Mrado. Rodząca się między nimi przyjaźń, to idealne potwierdzenie na istnienie odwiecznej walki Erosa i Tanatosa, jednak w przypadku Szybkiego Cashu 2, to śmierć ma większe szanse na zwycięstwo. Film Najafi’ego jest przykładem kina sztampowego, niewnoszącego świeżości, dyktującego surowo narzucone wzorce. Dobro miesza się ze złem, jak w baśniach i  balladach, a  znudzony banałem widz podąża wyobraźnią za tą mroczną stroną,

mając nadzieję, że okaże się ciekawsza od tej nieskalanej dobroci przedstawianej w białych, sterylnych tonacjach. Szwedzkie kino jest pełne skrajności – z  jednej strony mityczny i  legendarny Ingmar Bergman lub Lukas Moodysson, który nie unika szokujących tematów, z  drugiej natomiast fala filmów na podstawie skandynawskich powieści kryminalnych. W tym wszystkim byłaby pewna logika - wszak kinematografia każdego kraju charakteryzuje się różnorodnością - gdyby tylko owe kryminały różniły się od siebie czymś więcej niż sposobem zrealizowania. Dla podkreślenia mojej miłości do Szwecji, w domu obejrzę całą kolekcję filmów Bergmana.  Bartosz Friese

TOUCHÉ | sierpień 2013


muzyka

Muzotrans z Lynchem

Obiecanki cacanki... ?

| nowości | 33

David Lynch – The Big Dream

The Boxer Rebellion – Promises

Wytwórnia: Mystic Production Premiera płyty: 15.07.2013

Wytwórnia: Sony Music Premiera: 15.07.2013

David Lynch to jeden z najbardziej wyrazistych reżyserów naszych czasów i mało kto potrafi przejść nad jego filmowym dorobkiem obojętnie. Nie każdy wie również, że artystyczny talent Lyncha wykracza znacznie poza filmową materię. Na szczęście, nic straconego! Na sklepowe półki trafiła bowiem najnowsza płyta tego wszechstronnego artysty, zatytułowana The Big Dream. Na płycie znalazło się trzynaście utworów, w tym bonusowa piosenka I’m Waiting Here, nagrana wspólnie z Lykke Li, wokalistką, którą zwykły zjadacz chleba kojarzyć może z wydanym w 2007 roku utworem Little Bit oraz popularnym ostatnimi czasy w polskich rozgłośniach radiowych remiksem piosenki I Follow Rivers. Muzyki Lyncha z pewnością nie można nazwać zbiorem słodkich kołysanek na dobranoc, przez co płyta może wzbudzać mieszane uczucia. Chciałabym jednak uspokoić wszystkich sceptyków - The Big Dream w niczym nie przypomina hałaśliwego zestawienia nieznośnych dla ucha dźwięków, skomponowanych przez sfrustrowanego artystę. Nowy krążek Davida Lyncha, podobnie jak wydany w  2011 roku Crazy Clown Time, charakteryzuje specyficzny nastrój, który w połączeniu z równie oryginalnym wokalem tworzy muzyczne credo artysty. Na płycie nie zabrakło posępnych utworów o niepokojącym, monochromatycznym brzmieniu i dusznym klimacie, jak np. tytułowy The Big Dream, czy znajdujący się na dziesiątej pozycji I Want You. Klaustrofobiczną atmosferę albumu przełamują jednak lżejsze oraz nieco bardziej dynamiczne kompozycje, takie jak: Star Dream Girl, Say it albo Sun Can’t Be Seen No More, w których na dodatek czuć intensywny aromat bluesa. Materiał zgromadzony na The Big Dream posiada pewien transogenny pierwiastek, wsiąkający z każdą, kolejną piosenką coraz głębiej w traktowany dźwiękami umysł. Muzyczne wcielenie Davida Lyncha to niewątpliwie interesująca i nietuzinkowa propozycja muzyczna - nie dla każdego, ale każdy winien spróbować.    Martyna Kapuścińska 

Obiecuję – słowo na które jestem uczulona, a gdy tylko zostanę nim uraczona, uciekam gdzie pieprz rośnie. Doświadczona, że owo wyrażenie nie jest żadnym gwarantem, sceptycznie podeszłam do najnowszego krążka The Boxer Rebellion o wdzięcznej nazwie Promises. Co takiego zespół postanowił nam, słuchaczom, obiecać? Ciekawość wygrywa, wciskam play. Przyznaję – nigdy wcześniej nie słyszałam (o) The Boxer Rebellion. Nie wiedząc czego się spodziewać, zaskoczona zostałam pozytywnymi, delikatnymi melodiami. Jeżeli chłopcy postanowili obiecać melancholijne, lekkie i  przyjemne dźwięki ze szczyptą optymizmu, ciepły głos i ciekawe rozwiązania muzyczne, to absolutnie słowa dotrzymali. Przede wszystkim – wokal. Nathan Nicholson to postać zdecydowanie warta uwagi. Zręcznie operuje swoim ujmującym, głębokim głosem, nawet krzyknąć potrafi. Idealnym dopełnieniem jest zaangażowana gitara – dzięki niej Keep Moving jest pocieszaczem przez duże „P”, mobilizując przy tym do ruszenia się z kanapy i wyjścia problemowi naprzeciw (to do wszystkich Werterów naszych czasów). Czy Nowy Jork cieszyłby się z nazwy jednego z  kawałków na płycie The Boxer Rebellion (siódmy na trackliscie New York)? Sądzę, że tak i dodać muszę, że szczególne ukłony należą się perkusiście. Piersie Hewittie, storzyłeś tu niemałe arcydzieło). Nie sądziłam, że przy tych wszystkich dobrodziejstwach dostanę również solidną dawkę wzruszenia. Nicholson w dziewiątym utworze tyle razy powtarza „you belong to me”, że okej, poddaję się, należę do Ciebie (miałam nie płakać, miałam nie płakać!). Kawałek zdecydowanie nie dla takich nieuleczalnych, wzruszających się co chwila romantyczek, jak ja. Przechodząc do ostatniego, podsumowującego Promises utworu na płycie, czas na rozwiązanie. Czy warto było zaufać? Cytując jednego z polskich przedstawicieli polskiej polityki: „Yes! Yes! Yes!” Zauroczona utworem stwierdzam – czasem warto uwierzyć w obietnicę.  Kasia Trząska

TOUCHÉ | sierpień 2013


34 |

film

| retrospektywa filmowa

Chłopcy vs. Dziewczyny Aurora i archanioł (2008) reż. Agustin Diaz Yanes Czysta, niepokalana, cierpiąca, miłosierna, łaskawa. To zaledwie kilka spośród wielu przymiotów Matki Boskiej. Do tej nieco już archaicznej mini-listy, warto dodać również takie cechy jak: cierpliwa, troskliwa, współczująca, delikatna, gotowa do poświęceń, skłonna do wybaczania. W ten sposób tworzymy wzór idealnej kobiety i zarazem kreatorki ludzkiego istnienia. I tym samym przeciwstawiamy mu wszystkie bohaterki hiszpańsko-meksykańskiej produkcji, Aurora i archanioł. O ile kult Maryi jest zaznaczany w filmie bardzo dosadnie – obrazki świętej na ścianach, modlitwy, błogosławione wisiorki – o tyle archetyp Matki Boskiej sprawdza się tylko w przypadku jednej postaci – rodzicielki, wspominanej przez głównego bohatera, zmarłej cierpiętniczą śmiercią. Pozostałe kobiece postaci za nic mają sobie przypisywane im role społeczne. Tytułowa Aurora, jej siostra Ana oraz ich przyjaciółki, Gloria i Paloma, to kobiety, które gdzieś na swej drodze zerwały błyszczące aureole i wyrzuciły śnieżnobiałe szaty, wybierając ryzykowne życie przestępczego półświatka. Kiedy zaś okrutny męski świat krzywdzi jedną z nich, pozostałe przeistaczają się w żądne zemsty mścicielki. Na przeszkodzie w realizacji ich planu staje bezduszny (z pozoru) zabijaka, noszący pseudonim Archanioł, jednak szybko zmieni swój stosunek do wrogiej bandy wściekłych przyjaciółek. Film ten bardzo ciężko sklasyfikować gatunkowo. Reżyser, Agustin Diaz Yanes, łączy tu między innymi kino akcji, dramat i czarną komedię. W kontekście tego obrazu można mówić o pastiszu, a już na pewno należy wspomnieć o inspiracji kinem Tarantino czy Rodrigueza. Ten ostatni szczególnie rzuca się w oczy w scenie, kiedy Aurora – zdecydowana liderka zabójczego girlsbandu – zmierza na spotkanie ze swymi kompankami ubrana w długi, bawełniany podkoszulek i skórzaną spódnicę, a w ręce trzyma ciężką torbę. Na szczęście twórcy, zapewne aby nie czynić aluzji jeszcze bardziej natrętną, zrezygnowali z projekcji ściany ognia za plecami tej feministycznej wersji Desperado. Mimo kilku niedociągnięć film ogląda się rewelacyjnie. Jest doskonałą alternatywą dla szowinistycznego kina akcji, i z tego względu – swego rodzaju powiewem świeżości. Koncepcji zaradnych, samowystarczalnych kobiet nie burzy nawet wątek romansu między tytułowymi bohaterami. Dający się ponieść fali namiętności morderca na zlecenie jawi się w tym filmie jako „dziewczyna Bonda”, której nie do końca wychodzi na dobre kierowanie się sercem, miast rozumem. 

Aneta Władarz

TOUCHÉ | sierpień 2013


festiwale

| slot art festival | 35

Niechrześcijański festiwal chrześcijański

Na Slot Art Festivalu gościłam już po raz trzeci. Po raz pierwszy jednak jako przedstawiciel mediów, więc tym bardziej musiałam mieć oczy i uszy otwarte. Dokuczał mi przez to niezmiernie, nazywany ironicznie przez stałych bywalców festiwalu, syndrom pierwszego Slotu, czyli silna potrzeba zobaczenia wszystkiego i bycia wszędzie. Potrzeba to niewygodna, ponieważ nie sposób ją zaspokoić. Przed wyjazdem na festiwal rozmawiałam z bliską mi osobą, która para się historią sztuki. Powiedziała mi, że nie jest w stanie wyobrazić sobie cysterskiego zespołu klasztornego przeobrażonego na potrzeby festiwalu w małe, tętniące życiem miasto. Mnie z kolei nie sposób wyobrazić sobie to miejsce przez pozostałe 360 dni, kiedy nie stanowi terenu festiwalu. Kiedy jednak czytasz te słowa, po dwudziestym pierwszym Slot Art Festiwalu nie zostało już ani śladu. Uczestnicy dawno już zwinęli swoje namioty, a siłą pracy rąk ponad 1000 wolontariuszy rozebrane zostały wszystkie sceny muzyczne i kafejki. W miejscach niemal dziewięćdziesięciu warsztatów, koncertów, imprez muzycznych, wykładów, spotkań i projekcji odbija się teraz jedynie głuche echo wszystkich dźwięków i słów, które tam padły. Funkcjonujące od 9 do 13 lipca w cysterskim zespole klasztornym w Lubiążu miasto w mieście, przez 5 dni nie zasnęło ani na moment. Zgromadziło ono kilka tysięcy uczestników i zostanie w ich pamięci na pewno na dużo dłużej, niż czas trwania Slotu. Festiwal niósł ze sobą bowiem coś więcej, niż większość tego typu imprez.

TOUCHÉ | sierpień 2013

Eliksir młodości W rosnącej w siłę z roku na rok, letniej ofercie festiwalowej, odnaleźć można dowody na to, że pod względem wieku Slot Art wchodzi w fazę przekwitania. Nic bardziej mylnego! Choć jego korzenie sięgają lat 80 - tych, z których zapewne większość Czytających niewiele pamięta, a część pamiętać nie może, Slot Art wciąż pozostaje festiwalem młodych idei, świeżych zjawisk w kulturze i sztuce, niezależności i autentyczności. Kto był, ten wie, że na Slocie te pojęcia nie są tam wyświechtanymi frazesami, ale z roku na rok poszukują nowych interpretacji i znaczeń. Zmieniają się tylko ludzie, którzy tymi pojęciami operują. Choć też nie zawsze - na Slocie można było spotkać niejedną osobę, która pamięta pierwsze edycje festiwalu! Prapoczątkiem Slotu był festiwal w  Jarocinie, w  1987 roku, a właściwie punkt programu, który miał się nie odbyć – koncert holenderskiej grupy No Longer Music. Organizatorzy jarocińskiej imprezy nie zgodzili się na ten występ, ze względu na to, iż nie był to stricte koncert, a  opowieść o  ewangelicznej pasji Jezusa. Występ odbył się więc nielegalnie poza bramą festiwalu i zgromadził wiele osób, pragnących obejrzeć ocenzurowany show. Wśród nich znaleźli się organizatorzy późniejszych koncertów NLM, na gruncie których, w 1993 roku, odbył się pierwszy Slot w mazurskiej miejscowości Stacze. Zgromadził on 60 osób. Impreza szybko się rozrosła i przeniosła do giżyckiej Twierdzy Boyen, a w 2001 roku do opactwa cysterskiego w Lubiążu, gdzie odbywa się do dziś. Michał Popiela, rzecznik prasowy Slot Art, z zainteresowaniem obserwuje zmieniające się pokolenia: czasem oglądam zdjęcia ze starych Slotów z  Giżycka: dominującą subkulturę punków, szaleństwo na koncertach... Dzisiaj ludzie są bardziej powściągliwi. Musimy poszukiwać coraz to innych sposobów, żeby złapać do nich


36 |

festiwale

| slot art festival

kontakt, żeby do nich dotrzeć. Na festiwalu więc wiele rzeczy jest zmiennych: program, sceny z coraz to nowymi gatunkami muzyki, przyciągające atrakcje czy współorganizatorzy. Niezmienne jest to, że... Tu mieszka Bóg Bóg na Slocie obecny jest tak samo, jak w każdym innym miejscu – przekonuje Michał Popiela – z tym, że tu może łatwiej go zauważyć – dodaje. To, czego definitywnie nie robimy, to nie pomijamy aspektu duchowości. Po pierwsze jest on ważny dla twórców, artystów i ludzi, którzy tu przyjeżdżają. Po drugie Slot stwarza dedykowane przestrzenie, w  których ludzie mogą doświadczyć czegoś, co ich przekracza. Niektórzy nazywają to spotkaniem Boga, inni podchodzą do tego z  większą rezerwą. Tych dedykowanych przestrzeni odnalazłam na Slocie kilka: poczynając od codziennych, porannych Koncertów Modlitwy, przez popołudniowe wykłady pod Platanem, po specjalną przestrzeń przeznaczoną do wyciszenia i modlitwy Oko w oko aka Healing Room. W jej pobliżu znajdywała się również kameralna kafejka Meta - Noja, gdzie można było spotkać osoby legitymujące się identyfikatorami Pomoc Drogowa. Aby z nimi porozmawiać, nie trzeba było być zmotoryzowanym, ba, nawet nie trzeba było być w posiadaniu jednośladu. Wystarczyła chęć do konwersacji i rozwiązania problemu, którym można było się podzielić. Wojtek Kowalewski, szef Pomocy Drogowej oraz jeden z  wykładowców spod Platana mówi: “Pomoc Drogowa” to wykwalifikowana kadra psychologów, couchów oraz duchownych. Wspieramy ludzi w rozwoju, chcemy dawać nadzieję, a jeśli tego potrzebują oferujemy również modlitwę i wsparcie duchowe. Dziennie odwiedza nas co najmniej kilkadziesiąt osób. Przychodzą do nas osoby z problemami w rodzinie, uzależnione albo takie, które po prostu chcą porozmawiać. Wiemy, że jesteśmy potrzebni. Festiwal z podtekstem religijnym Niekiedy spotykamy się z  opacznym odbiorem myśli festiwalu, łączącym się z opinią, że jest to festiwal chrześcijański - mówi Michał Popiela. A to nieprawda. Powszechnie zwykło się uważać, że religijność zakłada wyodrębnienie tej sfery: tu jest życie - tu jest religia, tu dzień powszedni - tu niedziela, tu sacrum - tu profanum. My zakładamy, że w życiu wielu ludzi duchowość przenika to, co robią. Z taką interpretacją religijności rzeczywiście spotkałam się wielokrotnie w  trakcie trwania festiwalu. Tak było na spotkaniu z  Tomaszem Budzyńskim, liderem Armii, który przekonywał, że rodzaj sztuki, którą uprawia, wynika z doświadczenia Boga. Myślę, że podobne przekonania kierowały Wojciechem Malajkatem z zespołu Maleo Reggae Rockers, kiedy kilkakrotnie w trakcie trwającego na Dużej Scenie koncertu wykrzykiwał: Dlaczego ten świat nie jest zbawiony!? Najdłużej w pamięci zostanie mi jednak najprawdopodobniej wykład pastora i przedsiębiorcy, Andrzeja Burzyńskiego, na temat finansów. Wiele praktycznych wskazówek gospodarowania pieniędzmi opartych było na łamaniu finansowych stereotypów i wyczuwalnych odniesieniach do wiary. Między innymi to, że przy gospodarowaniu pieniędzmi zawsze będzie pojawiał się zarówno lęk, jak i chciwość. Lekarstwem na pierwszy mają być inwestycje. Na drugi - podzielenie się z potrzebującymi. Istotną kwestią w zarządzaniu pieniędzmi mają być oszczędności. Powinniśmy posiadać ich tyle, ile posiadał Jezus - śmiał się Burzyński, przypominając ewangeliczną opowieść o cudzie rozmnożenia chleba. Jezus miał mieć przy sobie 200 denarów, czyli tyle pieniędzy, ile pozwoliłoby mu na spokojne życie bez pracy na 3 - 6 miesięcy.

Michał Popiela kładzie również akcent na siłę napędową festiwalu: Myślę, że wiara może być przyczyną, dla której niemal tysiąc wolontariuszy, setki organizatorów warsztatów i prelegentów wykładów przyjeżdża tu co roku i wykonuje kawał dobrej roboty zupełnie charytatywnie. To prawda. Organizacja Slot Art Festivalu od zawsze dokonuje się siłą pracy rąk i umysłów, a nie siłą pieniądza. Ponadto przyjeżdżają tu wykwalifikowani technicy, elektrycy, ludzie z uprawnieniami do pracy na wysokościach. Nie oczekują za to żadnego wynagrodzenia. Tymczasem w biurze rzeczy znalezionych mnożą się tablety i telefony komórkowe. Nikt nie wszczyna bójek. Nie spotkałam na festiwalu osoby, która jako motyw przyjazdu na Slot podałaby spotkanie z Bogiem. Z drugiej strony, niewiele osób powiedziało, że nie jest to dla nich w ogóle istotne. Z opinii, które zebrałam, wynika jednak wspólny głos: obecność dedykowanych przestrzeni spotkania z  Bogiem nie jest głównym celem przyjazdu, choć jest istotną częścią pobytu. Czyżby zamierzenie organizatorów zostało zrealizowane? Znaleźć złoty środek Docierają do nas dwa głosy. Pierwszy, pochodzący ze środowisk chrześcijańskich, że nasz festiwal jest za bardzo pobłażliwy. Drugi, ze środowisk świeckich, że przesadzamy z religijnością. Dopóki docierają do nas te dwa głosy, myślę, że realizujemy to, o co nam chodzi - śmieje się Michał Popiela. Zaakcentowanie religijnej przestrzeni na festiwalu może nieść ze sobą jednak pewne niebezpieczeństwa. Dosyć dobrze pamiętam koncert wspomnianego już wyżej zespołu No Longer Music, na który wybrałam się niemal dekadę temu. Koncert zamienił się w ewangelizacyjny show, a ja, mimo, że jestem osobą wierzącą poczułam się oszukana. Czy Slot nie niesie takiego zagrożenia? To, co robimy jako Pomoc Drogowa, tworzone jest w klimacie festiwalu - mówi Wojtek Kowalewski. Nikt niczego nie wymusza. Wszystkie spotkania mają charakter otwarty. Kiedy organizujemy wydarzenia, zdajemy sobie sprawę z tego, że mogą się na nich pojawić osoby, które nie były na to przygotowane. Jednak to, co robimy, nie jest działaniem incognito pod przykrywką. Mamy swoją działkę, która jest tylko częścią festiwalu. Nie chcemy go zdominować.

TOUCHÉ | kwiecień 2013


festiwale

Mamy być wsparciem i rozmawiać z tymi, którzy tego potrzebują. Dalecy jesteśmy od wymuszania czegokolwiek od kogokolwiek. Podobnie do tematu ustosunkowuje się rzecznik prasowy Festiwalu: Naszą intencją nie jest wabienie ludzi na dobre koncerty po to, żeby ich kijem zewangelizować. Jeżeli robimy interesujące koncerty i wydarzenia, to dlatego, że wierzymy w dobrą sztukę. I chcemy, żeby ludzie tej sztuki doświadczali. To wszystko. Spotkajmy się szybciej, niż za rok Oprócz sfery chrześcijańskiej, Slot stwarza przestrzenie umożliwiające spotkanie z innymi kulturami: indyjską, żydowską, arabską, chińską, japońską czy afrykańską. Slot to jednak przede wszystkim spotkanie z ludźmi i radość ze wspólnie spędzonego czasu, bez chemii i przemocy. Znając już pokrótce założenie organizacyjne i ideologiczne Slot Art Festival’u, pewnie nie trudno się domyślić, że idea ta uaktywniana jest nie tylko raz w roku. Slot jest zawsze tam, gdzie ludzie z nim związani organizują spotkania, by znów, choć na chwilę, poczuć magię festiwalu. Najbliższa, dziesiąta edycja Slot Fest pod hasłem kalejdoSLOT odbędzie się w dniach 26 - 27 października 2013 w Staromiejskim Centrum Kultury Młodzieży przy ul. Wietora 15 w Krakowie. Może do nas dołączysz?  

TOUCHÉ | sierpień 2013

Natalia Sokólska Zdjęcia: Barbara Malinka

| slot art festival | 37


38 |

literatura

| nowości

Strach ma wiele twarzy

Nie z tego świata

Echo winy, Charlotte Link

Stara Słaboniowa i Spiekładuchy, Joanna Łańcucka

wyd. Sonia Draga 2013

wyd. Oficynka 2013

Czy sytuację, w której zbyt silne uczucie do ofiary - uniemożliwiające jej zamordowanie, a  wiążące się z  pozostawieniem jej samej sobie, można nazwać miłosierdziem? Granica oddzielająca działania dobre i złe jest ulotna. Każdy z nas inaczej postrzega definicję człowieka litościwego a zwyrodnialca. O tym po krótce jest powieść Charlotte Link. Historię rozpoczyna seria spotkań kilku małych dziewczynek z „całkiem sympatycznym mężczyzną”, czemu równocześnie towarzyszą informacje w  mediach o  zaginięciach dzieci płci żeńskiej. Tożsamość dorosłego stanowi główną oś fabuły - kim jest, co nim kieruje, kto go zdemaskuje? Te pytania kotłują się w umyśle Czytelnika przez całą lekturę. Powieść traktuje o losach Virginii i Frederica Quentin, rodziców kilkuletniej Kim, równocześnie ukazując historię niemieckiego małżeństwa, które utraciło cały dobytek i cudem uniknęło śmierci w wyniku zatonięcia jachtu. Ścieżki obydwóch par krzyżują się, przez co stają się oni głównymi bohaterami powieści. Jednym z  atutów fabularnych jest fascynacja matki dziewczynki nowo poznanym mężczyzną obywatelstwa niemieckiego. Czytelnik zadaje sobie pytanie, czy będzie aż tak nieroztropna i  niedbalstwem dopuści do tragedii? Książka utrzymana jest w  formie bezosobowego dziennika, dzięki czemu Czytelnik otrzymuje możliwość sprawdzenia, kiedy dane zdarzenie miało miejsce. Autorka umiejętnie dozuje informacje dotyczące porywacza, co sprawia, że lektura zapiera dech aż do ostatniej strony. Z racji trwania okresu wakacyjnego, który mam nadzieję kojarzy się Wam również z wypoczynkiem i błogim lenistwem, zachęcam do sięgania po beletrystykę. Literatura piękna posiada niezastąpioną właściwość rozwijania naszej znajomości języka ojczystego, toteż gorąco namawiam, aby sięgnąć po powieść Charlotte Link. Zaręczam, że tożsamość winowajcy będzie dla Was nie lada zaskoczeniem. Życzę radosnego sierpnia!   Patrycja Smagacz

„Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się waszym filozofom” – słowa Szekspira doskonale pasują do debiutanckiej powieści Joanny Łańcuckiej. Capówka, mała wieś gdzieś w  Polsce, zamieszkana przez pobożnych i życzliwych ludzi staje się miejscem próby sił pomiędzy dobrem a  złem. W  obronie współmieszkańców staje Teofila Słaboniowa: kobieta stara, zmęczona życiem, niejednokrotnie nazywana przez sąsiadów wiedźmą. Czy życiowe doświadczenie i tym razem pozwoli jej na odegnanie złego? Stara Słaboniowa i  Spiekładuchy to książka, w  której świat ludzki miesza się ze światem duchów i  innych stworów z  piekła rodem. Sceneria wsi gdzieś ze wschodnich krańców Polski, w okolicach lat 90. XX wieku idealnie oddaje ówczesną atmosferę panującą na wsi, wraz z wierzeniami i przesądami, kierującymi poczynaniami jej mieszkańców. Powieść Łańcuckiej w bardzo dobrym stylu przypomina o części zapomnianych już słowiańskich stworów z bestiariusza rodem, przeciwko którym nie staje żaden superbohater o nadprzyrodzonych mocach, a niepozorna starowinka, która swoje już przeżyła i która wie, w jaki sposób ze złym należy walczyć. A zło nie próżnuje i wysyła wciąż nowe siły przeciwko Słaboniowej: Zmory, Strzygi, Południce i inne z piekła duchy. Asortyment piekielny jest szeroki i trudny do pokonania, tym bardziej że „etatowa” wiedźma Capówki spotyka się z coraz mniejszym poważaniem wśród swoich sąsiadów, którzy przestali wierzyć w istnienie innych bytów, stawiając na postęp i naukę. A to wcale nie ułatwia Słaboniowej zadania. Napisana barwnym, żywym językiem, pełnym wiejskiej gwary, książka Stara Słaboniowa i  Spiekładuchy to wbrew pozorom idealna lektura na czas wakacyjnego lenistwa, która nie tylko ożywi wyobraźnię, ale i przypomni Czytelnikowi część wierzeń przodków, które gdzieś tam jeszcze, na oddalonej, z pozoru sielskiej wsi, są tak żywe, jako i my...  Anka Chramęga

TOUCHÉ | sierpień 2013


| 39

Koniec naszych czasów

World War Z. Światowa wojna zombie w relacjach uczestników, Max Brooks wyd. Zysk i S-ka 2013 Zombie to ostatnimi laty wdzięczny temat, zarówno dla filmowców, jak i dla pisarzy. Zombie-literatura ma się dobrze i ciągle się rozwija, choć przydałoby się zastanowić nad tym, czy można coś nowego wymyślić w sprawie wysłużonych nieumarłych. A i owszem, można. Przykładem tego jest powieść Maxa Brooksa, autora słynnego przewodnika Zombie Survival. World War Z to fikcyjna literatura faktu opisująca przebieg Wojny Z, Wojny Zombie. Ów reportaż przedstawia czytelnikom historię starcia ludzkości z plagą nieumarłych, począwszy od doniesień o  zarazie – wtedy jeszcze nienazwanej – przez pierwsze starcia z nieznanym dotychczas przeciwnikiem oraz upadki kolejnych miast i  państw aż po ostateczne zwycięstwo nad zombie, zwycięstwo okupione ogromnymi stratami. To, co rzuca się w oczy już od pierwszych stron książki to emocje. Mnóstwo emocji. Stach przeplata się z nadzieją, rozpacz z radością. Determinacja i chęć walki, powoli przeradzająca się w apatię i rezygnację. Naprawdę, podczas lektury odczuwałam takie napięcie, jakiego dawno nie doświadczyłam przy innych powieściach. Obok aktów ludzkiego miłosierdzia i  pomocy międzyludzkiej, pojawiają się obrazy bezmyślnego okrucieństwa, wręcz wyzbycia się jakichkolwiek ludzkich odruchów, człowieczeństwa. Masowe morderstwa w imię wyższego dobra. Zimna kalkulacja przeliczana na bilans zysków i strat w miejsce zwykłego ludzkiego współczucia i pomocy… World War Z czyta się bardzo szybko, wręcz się ją pochłania. Choć czasami wspomniana już ilość emocji nie pozwala na przeczytanie kolejnej relacji, na wzięcie udziału w kolejnym starciu z nieumarłymi. Ale o  to właśnie chodzi, by wstrząsnąć Czytelnikiem i zmusić do refleksji nad kondycją moralną społeczeństwa. Bo tak na dobrą sprawę w miejsce plagi zombie można by było wstawić dowolną katastrofę naturalną czy pandemię zakaźnej choroby, a przekaz byłby taki sam. I to właśnie sprawia, że World War Z. Światowa wojna zombie w relacjach uczestników jest książką dla każdego, nie tylko dla fanów zombie.  Anka Chramęga

TOUCHÉ | sierpień 2013


teatr

Masłowska na Openerze Paw Królowej

fot. R. Kornecki / www.stary.pl

w reżyserii Pawła Świątka Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w  Krakowie

Spektakle opuszczające gmachy budynków teatralnych już nikogo nie zaskakują. Nawet, gdy pojawiają się one na największych festiwalach muzycznych w kraju. Mowa o  Openerze, który od dwóch lat realizuje projekt ART i z roku na rok, coraz bardziej go rozwija. Dzięki temu festiwal jest także gratką dla teatromanów, którzy przed koncertami mogą obejrzeć już nie tylko przedstawienia Teatru Nowego (który pełni rolę kustosza), ale także nowe przedstawienia twórców znanych w całej Polsce, między innymi Strzępki i Demirskiego, czy znakomicie zapowiadającego się reżysera młodego pokolenia – Pawła Świątka. Ten śmiałek przeniósł na deski teatru, wraz z  Mateuszem Pakułą (adaptacja i dramaturgia), co wydawało się nie

być do końca możliwe przez jej osobliwy język i formę, powieść Doroty Masłowskiej. Paw królowej to gra, a  może bardziej nieustająca walka, walka o przetrwanie w zmaterializowanym świecie, natomiast przedstawienie jest zabawą. Uderza w nas ciętym słowem Masłowskiej, niezwykłą plastycznością aktorów, ich fizycznością, pozwala na śmiech i nie daje zapomnieć o podtekstach. Zwinni aktorzy, którzy bez problemu poradzili sobie z językiem pisarki, a  przez całe przedstawienie doskonale oddają charakter powieści. Scenografia (w  odważnej zieleni), kojarząca się raz z komputerową grą, a innym razem z tenisowym kortem, sugeruje zamknięcie w danej przestrzeni i nie lada wysiłek, który jest potrzebny do uwolnienia z niej. Paweł Świątek udowadnia, że nie są potrzebne specjalne efekty, czy wielkie, ruchome instalacje, by powstał dobry spektakl, przede wszystkim ważne jest w  nim słowo, a  nie jedynie forma. Minimalizm przedstawienia był nie lada wyzwaniem dla aktorów, ale też największą zaletą tego spektaklu. Paw królowej to fenomenalny popis zdolności (także interpretatorskich) młodych aktorów: Małgorzaty Zawadzkiej, Wiktora Loga - Skarczewskiego, Pauliny Puślednik i Szymona Czackiego.   Joanna Krukowska

Z miłości do chaosu

źródło: www.witkacy.pl

40 |

Fascynacja kobiecością obecna jest nie tylko na dużym ekranie, ale także na skrzypiących deskach teatrów. Co ciekawe, najlepiej widać to w scenicznych adaptacjach tekstów dotyczących wierzeń, czy mitów. Przyjrzyjmy się dwóm kobietom: tak różnym, a  jednak tak podobnym w  swoich wewnętrznych konfliktach. Medea: postać z mitologii greckiej, opisana w dramacie Eurypidesa i przeniesiona na deski Teatru im. St. I. Witkiewicza w Zakopanem. Medea jest kobietą niebezpieczną i fascynującą. Dla miłości poświęca ojczysty kraj, życie brata. Dla uczucia do Jazona, które wiedzie do cierpienia (zdrada) i do żądzy zemsty. Żądzy tak silnej, że doprowadza ją na skraj załamania nerwowego, do zabicia własnych dzieci. Pożar dramatu zranionej, kobiecej duszy bezlitośnie spala bowiem wszystko, co napotka na swej drodze. Maria Magdalena: postać biblijna, bohaterka rock - ope-

ry, Tima Rice’a i  Andrew Lloyd Webbera Jesus Christ Superstar o  ostatnich dniach Jezusa. Jej postać ukazana jest niejednowymiarowo: prostytutka, która kocha syna bożego ponad wszystko. Nie jak zbawiciela, ale jak mężczyznę. Co z tego, że zarabia na życie sprzedając swoje ciało? Czy to odbiera jej prawo do uczuć? A nawet do zakochania się w człowieku, który musi poświęcić swoje życie dla ludzkości? Święta czy grzesznica, matka czy córka, dziwka czy dziewica. Zdolna do uczuć tak silnych, że albo niszczy wszystko wokół (Medea), albo cierpi wewnętrznie, jak Maria Magdalena. Podobno na początku był chaos. Nieprawda. Najpierw była kobieta.  Iga Kowalska

TOUCHÉ | sierpień 2013


42 |

bez makijażu

Czucie i wiara silniej mówią do mnie Uznajemy za prawdziwe zjawiska, stworzenia czy bóstwa. Jako społeczeństwo bądź jego część dajemy wiarę rzeczom, które innym ludziom mogą wydawać się irracjonalne. W tłumie łatwiej jednak uwierzyć i zaświadczyć. O wiele trudniej jest opowiedzieć ludziom o prawdzie, która objawiła się tylko nam.

TOUCHÉ | sierpień 2013


bez makijażu

Być mędrcem we własnym kraju Każdego roku w Polsce notujemy kilkadziesiąt objawień. Szczególnie skora do spotkań z ludźmi jest czczona w kościele katolickim Matka Boska. Jednakże w świetle praw kościelnych nie każde objawienie jest tym, czym wydaje się być wizjonerom. Tak zwane objawienia prywatne, a  więc te dotyczące zaledwie jednostek, nie są respektowane przez kościół jako istotne w  myśl chrystusowego Błogosławieni, którzy nie widzieli, a  uwierzyli. Powodem, dla którego rzekome cuda tak rzadko zyskują status objawień oficjalnych (a więc wiążących dla całej społeczności, tak jak na przykład spotkania bł. siostry Faustyny Kowalskiej), jest obawa przed zwodniczym charakterem takich zjawisk. Oddając cześć niezweryfikowanym przez instytucje kościelne mocom, podążamy za iluzją, która w rzeczywistości może być próbą oddziaływania sił zła. Dodatkowo, uznanie objawienia za faktyczne obcowanie z mocami boskimi obwarowane jest wieloma niewymiernymi kryteriami – musi być ono zgodne z  oficjalną (choć przecież także objawioną!) nauką kościoła. Wizjoner musi być osobą wiarygodną, a więc zrównoważoną, uczciwą, w  pełni zmysłów. Objawieniu muszą towarzyszyć także przekonujące znaki, takie jak lewitacja, obecność świętych symboli, uzdrowienia, a  ostatecznym jego efektem muszą być pozytywne owoce duchowe. Wierni przeważnie zauważają jednak wyłącznie cudotwórcze aspekty swoich spotkań i jako nieuznani prorocy we własnym kraju, korzystając z  ich chwalebnych owoców, wzniecają różne piekiełka. Zastanawiające pozostaje, jakie efekty w sferze sacrum przynosi obcowanie z objawionym cudem. W niektórych przypadkach – społecznie użyteczne, jak w  Zabrzu, gdzie właścicielka nawiedzonej szyby zmieniła swój stosunek do Romów, obserwując ich gorliwą pobożność w obliczu szyby. W innych, znacznie gorszych, gdy dzieli sąsiadów, parafię, a nawet kurię.

także tych wywodzących się z hierarchii kościelnej, ludzie poszukują prostych zasad postępowania i  silnych dogmatów, które pozwolą im umocnić wiarę. Kult nierozpoznanych zjawisk, pozostających teoretycznie w  relacji z  nauką kościelną jest więc także świadectwem kryzysu wiary oraz wskazuje na istniejące pośród wiernych nieposłuszeństwo. Lary i penaty Bóstwa gromadzimy także we własnych domach. Mistycyzujemy na potęgę szczęśliwe kamyki, bransoletki, a nawet śmieci. Wszystko, aby choć odrobię dopomóc własnemu szczęściu. Jeszcze w pokoleniu naszych dziadków wszelkim podejmowanym staraniom towarzyszyło wstawiennictwo boskie i  większość panien ostateczne zamążpójście wiązało z wieloletnimi modlitwami o  dobrego męża. Wierność nauce kościoła legitymizowała wieloletnie czekanie na cud w  każdej dziedzinie i  ostateczne efekty stanowiły niezłomny dowód na istnienie boskiej mocy. Współczesne pokolenie instant, nawet zachowując głęboki szacunek dla tradycji religijnych, nie może tyle czekać. Tradycyjną modlitwę wspomaga więc spotkaniami charyzmatycznymi, medytacją zen, kabałą i  kuponami Lotto. Zupełnie innego znaczenia nabiera także słowo objawienie , używane współcześnie raczej w kontekście nowinki na scenie muzycznej, bądź literackiej. Zarzucamy pracę w korporacji, bo to było jak objawienie. Tak samo charakteryzujemy rozpalenie uczuć do nieznajomej osoby czy odkrycie alternatywnego ruchu w sieci. Żyjemy więc także i my w świecie objawień, choć nieco bardziej pragmatycznych. W  szyby i  drzewa chyba już nie wierzymy. Niestety, zbyt wielu naszych znajomych kończy właśnie kierunki ścisłe i  dzięki nim rozumiemy reakcję sodu z  wodą. Patrząc pod odpowiednim kątem, odbarwienia zauważyć można nawet w Ray Banach. Lecz może, gdyby w nie uwierzyć, życie stałoby się wreszcie bardziej sensowne?

Matka Boska okienna 

il. Jul Pataleta

Corocznie takich cudów przydarza się w Polsce kilka i jak podkreślają teolodzy, potrzeba wielkiej pokory, by ze znaczną dozą pewności przyznać boskość plamie lub dziurze. Po teologicznych analizach zaleca się kult bądź jego zaniechanie i na tym w zasadzie kończy się zwierzchnictwo kościoła nad plamą. Później, jak stało się to w rok temu w Ostrowach, kult przyjmuje niekontrolowaną formę i przeradza się w społecznie groźną obsesję. Karmią się nim również brukowce, poszukując tanich sensacji dla sezonu ogórkowego. Fakt informuje więc o cudzie na szybie w amerykańskim stanie New Jersey. Jak każda sensacja, także objawienia tracą dosyć szybko swoją medialną atrakcyjność. Niewielu zabrzan pamięta już o  innym cudzie na szybie, który zauważono w 1997 r. w familoku. Także tutaj początkowo niegroźne modlitwy i pielgrzymki przerodziły się w agresywną walkę z kościołem. Jak pisała Gazeta Wyborcza, Proboszcz pobliskiej parafii Bożego Ciała był na miejscu, popatrzył i  machnął ręką. Lud Boży odpowiedział - Nawet gdyby sam ksiądz stanął przed nami i  powiedział, że to nie cud, my i tak wiemy swoje! Z filozoficznego punktu widzenia, mnogość objawień i ich wysoka wiarygodność dla wiernych może wskazywać na znaki czasu, nieco inne od grożącego palca boskiego. W świecie pełnym niepewności, upadających autorytetów,

TOUCHÉ | sierpień 2013

| 43

Sandra Staletowicz


44 |

artouche

Boski kicz Współczesna sztuka nie raz udowadniała, że granice tolerancji dawno zostały przesunięte. Przestaje istnieć pojęcie obrazoburczości, a sfera sacrum dla wielu odbiorców traci status nietykalności. Zajmujemy się w tym numerze, drodzy Czytelnicy, tematem Matki Boskiej, spójrzmy więc, jak bywa ona przedstawiana we współczesnej popkulturze. Wizerunek Matki Boskiej znany jest przede wszystkim z wykorzystania w  produkcji wszelkiego rodzaju dewocjonaliów. W  ostatnich latach coraz częściej jej postać pojawia się jednak w pracach designerów, a także mniej i bardziej kontrowersyjnych artystów. Na okładkach kolorowych magazynów pojawiają się stylizacje na Matkę Boską, przedstawiające modelki i fotografowane artystki (a czasem nawet artystów) w odpowiednich pozach i charakteryzacji. Matka Boska pojawia się także na plakatach filmowych i koszulkach. Równie często odnaleźć motyw ten możemy na ludzkich tatuażach, jak również na ulicach. Popularność Najświętsza Panienka zdobywa bowiem także w kręgach street - artowców. Najczęściej króluje kicz. I ten jednak wykorzystany zostaje na wiele sposobów przez różnych artystów. Mistrzem w tej materii jest współczesny, amerykański twórca Jeff Koons, który podobnie jak Gustav Klimt w okresie fin de siecle, wybiera z rzeczywistości te jej elementy, którymi ludzie na co dzień z  uwielbieniem się otaczają. W wersji XXI wiecznej, podobnie jak w okresie secesji, są to elementy kiczowate, niestety (albo stety?) na dużo większą skalę. W podobnym kierunku estetycznym, lecz w stronę nieco odmiennej tematyki, postanowiła podążyć francuska artystka, Soasig Chamaillard. Zdecydowała się ona odrestaurować (dosłownie) wizerunek samej Matki Boskiej, wprowadzając ją w realia współczesnej popkultury. By tego dokonać, gromadzi zniszczone figurki świętej, przedstawiające ją w  najbardziej klasycznej pozie, po czym odrestaurowuje je, dodając od siebie elementy znane z popkultury. W kolekcji Chamaillard pojawia się więc Matka Boska przebrana za Supermana, naśladująca słynnego Mario, ze znanej wszystkim gry komputerowej, a także Maria z głową Hello Kitty i wiele, wiele innych. Nietrudno się domyśleć, że prace francuskiej artystki szybko znalazły zarówno swoich zwolenników, jak i  zaciekłych przeciwników. Sama artystka podkreśla, iż wychowanie w zachodniochrześcijańskiej tradycji wywarło znaczny wpływ na postrzeganie przez nią życia. Na jej oficjalnej stronie internetowej (http:// www.soasig-chamaillard.com) czytamy, iż specyficzna ikonizacja, z jaką do czynienia mamy na co dzień w społeczeństwie, fizyczne transformacje i dostępne, niezliczone kombinacje wizualnych doświadczeń, ukształtowały pogląd Chamaillard na rolę kobiety w  społeczeństwie w  ogóle. Rozważania te zawiodły artystkę aż do wizerunku Matki Boskiej, który poddany zostaje przez nią swego rodzaju reinterpretacji i wdrożony we współczesne realia. Soasig podkreśla, iż jej praca nie ma na celu wywołania kontrowersji, ranienia uczuć religijnych czy obrazy kogokolwiek. I  rzeczywiście, choć sam temat jest kontrowersyjny, oglądając

TOUCHÉ | sierpień 2013


artouche

prace Chamaillard nie ma się wrażenia, że patrzy się na coś bluźnierczego. Figurki są odrestaurowane niezwykle estetycznie, nie pojawiają się nawiązania do przemocy ani konteksty seksualne (wyjątek – kobiecy pocałunek, wzbudzający największe emocje i wywołujący fale oburzenia). To tylko Matka Boska w  przebraniu uszytym z naszych czasów. Spory o wykorzystanie świętego wizerunku trwają jednak w najlepsze, a tłumaczenia artystki, jakoby jej sztuka przeznaczona była „dla tych, którzy widzą”, nie do wszystkich trafia bez zarzutów. Wystawa „Apparitions”, zorganizowana w  2011 roku w  Albane Galery w Nantes (Francja), wywołała falę wszechobecnego oburzenia i sprzeciwów. Chamaillard broniła się jednak twierdząc, że porównanie Matki Boskiej między innymi do bohaterów komiksów nie jest bluźniercze, ponieważ superbohaterowie, podobnie jak święci, są w  stanie odróżniać dobro od zła i  wiedzę tę przekazują poprzez swoje postacie. Niemniej jednak sprawa twórczości Chamaillard pozostaje problematyczna. Podzielone opinie mają nawet przedstawiciele Kościoła, co z  jednej strony daje nadzieję na zmniejszenie tabu, jakim okryte są przedmioty

TOUCHÉ | sierpień 2013

| 45

i wizerunki sakralne, z drugiej jednak nadzieję tę gasi. Jedno jest pewne – artystka i  jej prace z  pewnością nie pozostają niezauważone. Osobiście uważam, że z pracami artystki warto się zapoznać, nie tylko, by samemu wyrobić sobie zdanie na temat podobnej sztuki, ale także, by wziąć udział w problematycznej dyskusji na temat sacrum i profanum, jak również ich miejsca we współczesnym świecie. Należy zadać sobie pytanie, czy interpretacja tych pojęć w  ich tradycyjnym znaczeniu nie przestała funkcjonować w rzeczywistości już jakiś czas temu. Z drugiej jednak strony, czy naprawdę chcemy, by Kościół i inne instytucje, które owego sacrum miały strzec, zgadzały się, by ulegało ono tak daleko idącej reinterpretacji i poddawane było tak widocznemu przemieszaniu symboli? Zostawiam to pytanie Wam, drodzy Czytelnicy, do przemyślenia, zachęcając przy tym do zapoznaniu się z eksponatami wystawy „Apparitions”.  Eliza Ortemska  el.ortemska@gmail.com


46 |

psychologia

Święte oburzenie

il. Dobrusia Rurańska

← Czy psychologia i religia mogą iść ze sobą w parze? Czy może są to dziedziny skazane na odwieczną walkę i antagonizmy – pełne przeciwieństw obozy, wzajemnie zarzucające się swoimi argumentami, odzianymi w woalkę intelektualizmu i filozofii? Może czas na zawieszenie broni, a może warto przedyskutować psychologiczne uwarunkowania wiary, bez robienia krzywdy wspólnocie Kościoła. Sacrum i Profanum Psychologia, należąc do zaszczytnej kategorii dziedzin naukowych i empirycznych jednocześnie, jest w nieco lepszym położeniu od religii, ponieważ może próbować wyjaśniać znaczenie religii dla ludzkości. Może nawet próbować interpretować religię i  duchowość w  kategoriach potrzeb psychologicznych, lub bardziej drastycznie i kontrowersyjnie – uznać pewne jej przejawy za objawy zaburzenia psychicznego. I to jest właśnie to, co działa tak drażniąco. Właśnie te próby analizy i  racjonalizacji budzą tyle sprzeciwu ze strony duchownych i mocno zaangażowanych wierzących. To tutaj rodzi się konflikt – bo psychologia chce mieszać się w sprawy sacrum i sprowadzić je do profanum. Dzieje się to nie tylko wtedy, gdy widzenia i objawienia tłumaczone są jako iluzje, halucynacje czy psychozy, a  uzdrowienia i  cuda podważa się racjonalną analizą faktów. Tak naprawdę

sprawy uzdrowień i widzeń traktowane są z  taką samą, żarliwą i  nadgorliwą nieufnością przez psychiatrów, psychologów, medyków, a przede wszystkim przez duchownych, zmuszonych dogłębnie badać takie rzadkie przypadki. Kościół na wyższym szczeblu wcale nie jest taki tendencyjny, za jaki się go uważa. Tak naprawdę psychologia naraża się teologom już wtedy, gdy chce sprowadzić ideę wiary do tworu ludzkiego, służącego porządkowaniu świata. Szuka się jakiejś uzasadnionej potrzeby psychologicznej, która każe nam wierzyć w jakiegokolwiek boga i oddać mu część odpowiedzialności za swoje losy. Kościół nazywa to redukcjonizmem psychologicznym. Natomiast równie niebezpiecznym angelizmem (czy bardziej kolokwialnie – dewotyzmem?) nazywamy postawę, która wyraża się przekonaniem, że wszystko, co robimy, co nas dotyka, pochodzi od Boga, a sami

TOUCHÉ | sierpień 2013


psychologia

jesteśmy jakimiś istotami nieziemskimi, które funkcjonują jedynie dzięki mocy Bożej. Zarówno redukcjonizm, jak i angelizm to graniczne bieguny. Psychologizowanie wkurza księży i  wierzących, szczególnie drażniąco wpływa na niektóre starsze kobiety, a angelizm i dewotyzm wkurza naukowców różnej maści, pseudointelektualistów i  ateistów z  wielkich miast. Z  którym obozem się więc utożsamiać? Ksiądz vs. Psycholog? Chyba najlepiej z żadnym, bo psychika ludzka i jego duchowość idą w parze, ale jednocześnie są zupełnie niezależne od siebie. Psychologowie nie chcą, żeby ktoś mieszał się w ich kompetencje; żaden z nich nie powie Ci, że właśnie ukarał Cię Boży paluch. Ale może się zdarzyć się, że zdrowe wyrzuty sumienia uzna za przerost super-ego. Ksiądz może pomylić chorobę psychiczną z  opętaniem, a  bezsensowne cierpienie uzna za hiobową próbę wiary. Cóż, każdy ma swoje malutkie wady. Różnica polega na tym, że psychologia chce być tłumaczona naukowo – marzy o  tym, by być nauką ścisłą, a  jednocześnie zachować pewną maleńką dozę magii i czarodziejstwa. Natomiast religia nie chce być tłumaczona. Chyba, że w  kategoriach filozoficznych. Chce istnieć jako idea, która wnika w świat od zawsze, chce być niewytłumaczalna, bo jej moc polega na tym, by zrzeszać ludzi bez podawania racjonalnych wyjaśnień. Ale wielu już próbowało ją zdemaskować. Oto co mają do powiedzenia znani i lubiani z psychologicznego szołbizu... Z Bogiem miło – Freud i Jung Najklasyczniejszy z  klasyków – Zygmunt Freud, powiedział kiedyś: „byłoby naprawdę miło, gdyby istniał Pan Bóg”. Możemy to chyba uznać za jego niewiarę. Pisał też: „Określenie wartości doktryn religijnych jako prawdy nie leży w zakresie naszych badań. Wystarczy, że rozpoznaliśmy je - w sensie psychologicznym - jako iluzje”. Freud chciał nam przekazać, że twory religijne, są naszymi własnymi tworami. Nie istnieją naprawdę, tak samo jak iluzje, jednak my chcielibyśmy, żeby istniały i tak organizujemy świat, by pasował do naszych oczekiwań. Chcemy miłosiernego i sprawiedliwego Boga, chcemy życia po śmierci tak, by koniec życia na ziemi, nie był ostatecznym kresem. Religia według klasycznej psychoanalizy jest projekcją naszych życzeń. Ale skąd w  ogóle wzięła się w  nas religia? Tutaj Freud odwołuje się do ulubionego swego dzieła – kompleksu Edypa (zabarwiona seksualnie miłość do matki i jednoczesna nienawiść do ojca, które to niestety przypadają w udziale małym chłopcom, odwrotnie jest u  dziewczynek). Nieprzyjemne napięcia wywołane tym wewnętrznym konfliktem, który rozgrywa się na arenie nieświadomości nie mogą być rozładowane, bo popęd seksualny skierowany na rodzica jest nieakceptowalny w prawdziwym życiu. Dlatego też, człowiek wymyślił sobie religię (posłuszeństwo Ojcu), sztukę, moralność, sport, jako dziedziny, w których popędy mogą być zaspokajane w inny, aprobowany sposób (oczywi-

TOUCHÉ | sierpień 2013

| 47

ście nadal nie są do końca zrealizowane, tylko sublimowane, ale napięcie zostaje zredukowane). Religia opiera się na poczuciu winy i wyrzutach sumienia, które zrodził ojcobójczy akt Edypa. Inny przedstawiciel psychoanalizy – Carl Gustav Jung ujmuje Boga jako archetyp w  naszym umyśle – jest to pewna idea, przekazywana od wieków poprzez legendy, przypowieści, opowiadania, kroniki dziejowe, która żyje w naszym umyśle już od wczesnego dzieciństwa i może być oczywiście nieuświadomiona. Jest niezmienna, od zarania dziejów taka sama i tkwi w niej identyczna moc. Można to sobie łatwo wyobrazić na przykładzie archetypu matki. Już ludzie pierwotni mieli podobną do współczesnej ideę matki i macierzyństwa. To dlatego tak trudno nam przyjąć, że matki mogą porzucać swoje dzieci, albo po prostu się o nie nie troszczyć. Podobnie – wedle archetypu Boga – niełatwo wyobrazić sobie świat bez tej nadprzyrodzonej mocy, która organizuje, daje życie, dokonuje niewytłumaczalnych aktów. Kiedyś, zanim nauka rozwinęła się na dobre, wiele rzeczy uznawano za nadprzyrodzone. Jednak trudno uchwytny archetyp żyje gdzieś w głębinach ludzkiego umysłu. Bodziec - Reakcja Psychologia behawioralna stworzyła człowieka sterowanego bodźcami i odpowiadającego na nie. Jeden z wyznawców tego nurtu – Burrhus Frederic Skinner – wprowadził pojęcie zachowania sprawczego. Człowiek może zachowywać się w  pewien sposób, by uzyskać za to jakąś wartość nagradzającą. Ponoć na takich zasadach opiera się zachowanie religijne; człowiek postępuje według zasad swojego kościoła, bo uzyskuje za to nagrody, jakimi szafuje religia. Za dobre uczynki pójdziesz do nieba, wystrzegaj się grzechu, bo pójdziesz do piekła. Poczujesz się lepiej, gdy udasz się dziś do kościoła, inaczej doznasz lęku przez Bożym gniewem. Odczucie ulgi (uniknięcie lęku i  poczucia winy) także może być nagradzające. Wyznawcy Chrystusa mogli więc być motywowani tym, że łamał i rozdawał chleb, który mnożył, a także uzdrawiał i łagodził cierpienie. Ale to wyjaśnia, co najwyżej motywację do bycia religijnym. Nie tłumaczy tego, jak – do diaska – mogło dojść do rozmnożenia jedzenia. Niektórzy uważają, że Biblia to wręcz podręcznik psychiatrii. Że wszystko, co zostało zasłyszane i podpatrzone zostało trochę ubarwione, lub zinterpretowane przez zaburzony umysł i przekazane ludzkości za zasadzie indukowanej psychozy. Można by też twierdzić, że pewne informacje zrodziły się w wyniku niedoborów w wiedzy o świecie. A można też po prostu zaufać. Albo powiedzieć sobie, że wcale nie ma się potrzeby tego wszystkiego rozważać i wyjaśniać. Że wystarczy nam ta nieuchwytna idea, dzięki której nasze życie trzyma się pewnych ram i dzięki której możemy w ogóle w coś wierzyć. 

Kamila Mroczko


48 |

ania krztoń rysuje

Profile for Touché Press

TOUCHÉ sierpień 2013  

Sierpniowe wydanie najsmaczniejszych kąsków w Sieci.

TOUCHÉ sierpień 2013  

Sierpniowe wydanie najsmaczniejszych kąsków w Sieci.

Advertisement