Page 1

MAGAZINE

kwiecień 2012


2

|

REDAKTOR NACZELNA: Marta Lower (mlower@touche.com.pl) DZIAŁ PROMOCJI I MARKETINGU: promocja@touche.com.pl DYREKTOR ARTYSTYCZNY (LAYOUT, SKŁAD): Anna Salamon (asalamon@touche.com.pl) LOGOTYP: Dagmara Lower REDAKTOR DZIAŁU FILM/MUZYKA: Bartosz Friese (bfriese@touche.com.pl) WYWIADY: Justyna Skrzekut, Natalia Sokólska JEJ PUNKT WIDZENIA: Magdalena Paluch, Natalia Sokólska, Sandra Staletowicz JEGO PUNKT WIDZENIA: Kamil Lipa, Robert Pander, Beniamin Stawiarski LIFESTYLE: Barbara Owczarska, Patrycja Smagacz, Sandra Staletowicz FASHION: Anna Sowik(opisy stylizacji) FILM: Bartosz Friese, Martyna Kapuścińska, Magdalena Kudłacz, Eliza Ortemska, Agnieszka Różańska, Katarzyna Trząska, Aneta Władarz MUZYKA: Paweł Biernacki, Bartosz Friese, Magdalena Paluch, Maciej Pawlak KSIĄŻKA: Anna Chramęga, Monika Masłowska, Patrycja Smagacz TEATR: Marlena Hermanowicz, Cyprian Kawicz, Joanna Krukowska PSYCHOLOGIA: Natalia Kosiarczyk, Joanna Ślazyk, Natalia Tarabuła PODRÓŻE: Michał Słomiany KONTROWERSJE: Anna Chramęga SESJA MIESIĄCA: Marta Lower(tekst) KOREKTA: Ewelina Chechelska, Monika Masłowska, Natalia Tarabuła FOTO I ILUSTRACJE TOUCHÉ: 2flyteam (www.2flyteam.pl), Olga Adamska, Karamell Studio (http://karamell.pl), Karolina Molenda, Mateusz Gajda, Magdalena Majchrzycka, Hanna Sokólska, Kinga Tync, Barbara Maroń, Roksana Wąs STRONA INTERNETOWA: Adrian Pacała

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


NAZWA DZIAŁU | rubryka |

3

Odkryj Śląsk

z d esi g n er ski m a nge lo Hote l K a towic e Katowice kryją w sobie wiele ukrytych pereł: postrobotnicza dzielnica Nikiszowiec, zabytkowa kopalnia GUIDO, parki oraz koncerty w Spodku. Możesz znaleźć się w centrum wydarzeń i rozkoszować się luksusem designerskiego hotelu. Skorzystaj z gościnności angelo Hotel Katowice i poczuj tętniącą w Katowicach energię spotkań.

angelo Hotel**** Katowice PL-40 086 Katowice, ul.Sokolska 24 Tel.: +48 32 783 81 00 Fax: +48 32 783 81 13 TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012 info@angelo-katowice.pl, www.angelo-katowice.pl, www.vi-hotels.com


4

| NAZWA DZIAŁU | rubryka

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


|

5

Ameryki nie odkryję, jeśli przyznam, jak bardzo ogłupiają nas te dzisiejsze media i  jak obrzydliwie denerwująca bywa świadomość, że zostały one stworzone do czynienia rzeczy całkowicie odwrotnej. Tak wielce przydałoby się zmienić ten nieznośnie przykry stan rzeczy… Ostatnimi czasy przeprowadziłam ze znajomymi (notabene z  Redakcji) dyskusję na temat uporczywych działań sygnowanych hasłem naprawiajmy świat – tego, jak piękną są inicjatywą, ale zarówno jakże naiwną. Zaczęliśmy się nabijać ze wszystkich prób nawracania społeczeństwa w kierunku właściwych idei, poglądów, spostrzeżeń – i tak mi teraz strasznie głupio, bo zorientowałam się, że między Bogiem a prawdą, naśmiewaliśmy się sami z siebie. Dotarła do mnie ważna konkluzja – TOUCHÉ to prasa, medium, a mimo to wcale nie ma na celu ogłupiać Czytelnika (miejmy nadzieję!), więc może to nasza nieświadoma walka z systemem i polityką medialną na świecie? Ważna jest kwestia nie tylko samego nadawcy informacji, ale przede wszystkim odbiorcy. Głupi Czytelnik dałby sobie wmówić dosłownie wszystko, natomiast my odbieramy jasne sygnały, że mamy do czynienia bądź co bądź z mądrą i przebiegłą masą (co niezmiernie nas cieszy!), a świadczą o tym jakże skrajne komentarze i opinie na temat niektórych rubryk. Mogliśmy się spodziewać, że nie będziemy w  stanie sprzedać Wam wszystkiego, na co przyjdzie nam ochota a właściwie i tak nam się to udaje, bo przecież nie mamy ochoty dzielić się z Wami absurdalnie głupimi przemyśleniami (których i tak nie posiadamy, oczywiście). Dlatego też na zakończenie moich luźnych refleksji odsyłam Was do przeczytania kolejnego, jakże niestereotypowego felietonu w dziale Jego Punkt Widzenia, pt. O skarbeńkach, pieszczotach i pluszowych smokach – wyobrażacie sobie, co by było, gdyby ten tekst został przeczytany w wiadomościach jednej z czołowych telewizji w Polsce? No właśnie. Dlatego cieszmy nim oko i umysł na łamach TOUCHÉ – tutaj takie teksty są absolutnie bezpieczne, a my nie boimy się sytuacji, w której, cytując pewną, ostatnimi czasy sławną młodą reżyserkę: interpretacja poszła w złym kierunku ;)    

fot. Monika Siwek

Kwietniowe żarty naczelnej

Z przymrużeniem oka, miłej lektury życzy Marta Lower redaktor naczelna

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


6

| SPIS TREŚCI

8 14

WYWIAD WYWIAD Z NIĄ | Góralka z charakterem| Rozmowa z Martą Florek WYWIAD Z NIM | Moda to cytowanie kobiecego piękna | Rozmowa z Jakubem Chmielniakiem

20 22 23

JEJ PUNKT WIDZENIA FELIETON | Samba po rozstaniu FELIETON | Patchworkowcy FELIETON | Z pamiętnika emigrantki.: pokaż kotku co masz w środku

24 25 26

JEGO PUNKT WIDZENIA ODWAŻNIE O KOBIETACH | O skarbeńkach, pieszczotach i pluszowych smokach MĘŻCZYZNA NIEFANATYK | Cyrulik MĘSKIE TEORIE | Czemu służą romanse i horrory

28 29 30

LIFESTYLE ONA I KUCHNIA | Herba Thea – szlachetne zioło ONA I SEKS | W łóżku z tym młodszym ONA I KARIERA | Konkurencja niestraszna

32

FASHION Born to be wild | Sesja fashion w plenerze

38 42 43 44 46 48

FILM POSTAĆ MIESIĄCA | Między artyzmem a komercją, czyli o dwóch drogach kariery NOWOŚCI KINOWE | Być jak gwiazda rocka | Wszystkie odloty Cheyenne’a NOWOŚCI KINOWE | Jakie czasy, taki Noe | Kupiliśmy Zoo W DOMOWYM ZACISZU | Zapnijcie pasy, ruszamy w podróż! | Mała Miss ANALIZA STAREGO DZIEŁA | Rodzinna gra pozorów | Analiza filmu Kotka na gorącym, blaszanym dachu R. Brooksa ON I ONA W KINIE | Histeria – romantyczna historia wibratora

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


SPIS TREŚCI |

50 54 55 56 57

MUZYKA POSTAĆ MIESIĄCA | Chłopak z gitarą – Jack White NOWOŚCI W SKLEPACH | Beethoven słuchałby Winstona | Charlie Winston Running still NOWOŚCI W SKLEPACH | Wytrawna niczym wino | Karolina Kozak Homemade NA KWIECIEŃ | James w Krainie Czarów | James Blake KULTURALNIE Z BRISTOLU | Cooltura – czyli co w Bristolu piszczy?

58 60 61 62

LITERATURA SZEROKIE HORYZONTY | Real vampires don’t sparkle! | Cykl Anita Blake. Zabójczyni wampirów Laurell K. Hamiton RECENZJA | Rozmowy między Niebem a Ziemią| Bóg jest moim kumplem Cyril Massarotto RECENZJA | Ludzka twarz Boga | Psychiatra Boga Michael A. Adamse KLASYKA LITERATURY | Siła przybrana falbaną | Margaret Mitchell Przeminęło z wiatrem

63 64 65

TEATR RECENZJA | Księżniczka popisowo wywrócona | Księżniczka na opak wywrócona w warszawskim Teatrze Narodowym RECENZJA | Syn Marnotrawny | komedia Książe Wiktor w wykonaniu cieszyńskiego teatru amatorskiego Baj(k)arze Odezwa do Jana Kowalskiego!

66 70 72

PSYCHOLOGIA Szczęścia można się nauczyć Eksperyment więzienny cz. 1 Ty jesteś jak lustro...

74

PODRÓŻE Święty kurz na drodze

77

KONTROWERSJE Mama last minute

80

SESJA MIESIĄCA Heartbreak Hotel

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

7


8

| WYWIAD Z NIM

Góralka z charakterem | Rozmowa z Martą Florek Zdjęcia: Hanna Sokólska

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


WYWIAD Z NIĄ |

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

9


10

| WYWIAD Z NIĄ

Marta Florek (ur. 1987) Pochodzi z Limanowej. Absolwentka Akademii Muzycznej w Katowicach na wydziale wokalistyki jazzowej. Aktorka musicalowa Chorzowskiego Teatru Rozrywki i Gliwickiego Teatru Muzycznego. Szerszej publiczności znana dzięki udziałowi w programach: The Voice of Poland, Szansa na sukces, czy Hit Generator.

Marto, niedawno obroniłaś tytuł magistra sztuki. Żyjesz ze śpiewania. Bierzesz udział w sesjach nagraniowych, śpiewasz w reklamach, udzielasz prywatnych lekcji śpiewu, koncertujesz. Zajmujesz się także aktorstwem: grasz główne role w musicalach w śląskich teatrach. Występujesz w telewizji... Zdarzyło Ci się już narzekać na sławę?

 Tak (śmiech). W moim rodzinnym mieście, po wystąpieniach w telewizji. Czasem idąc ulicą, czuję na sobie wzrok ludzi – patrzą w co jestem ubrana, jak się zachowuję... . Zdarzało się, że ludzie mnie zaczepiali, zadając różne pytania, np. czemu wybrałam taką, a nie inną piosenkę w programie, kto mnie ubierał albo jak wyglądają kulisy. Bywa też, że ludzie kojarzą twarz, ale nie wiedzą skąd (śmiech).

 A natrętni fani? Natknęłam się na wiele internetowych komentarzy opiewających w różny sposób Twoją urodę…

 To ciekawe, że o to pytasz. Ostatnio dostaję sporo różnych maili i wiadomości na Facebooku. Zdarzają się pół-matrymonialne propozycje i zaczepne wiadomości. Jednak nie traktuję tego zbyt poważnie. To świat wirtualny.

 Uważasz to wszystko za naruszenie Twojej prywatności? 
Nie. Uważam, że to część mojej pracy. Decydując się na wystąpienie w telewizji mam pełną świadomość tego, że przestaję być dla ludzi anonimowa. Pokazuję się na ekranie, więc tym samym poddaję

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

się ocenie tysiącom osób. Muszę liczyć się z tym, że w mniejszym czy większym stopniu mogę być rozpoznawalna. To jest cena, którą trzeba zapłacić... Czasem się tylko zastanawiam czy kiedy ktoś robi mi zdjęcie na ulicy – to nie jest to naruszenie praw? Mogę przecież nie mieć na to ochoty lub po prostu kiepsko wyglądać.

Nie lubię tego słowa: „kariera”. Wolę określenie „droga muzyczna”, bo bardziej oddaje prawdziwą przestrzeń, jaka kryje się za moją działalnością. Nie można zabronić komuś zrobić zdjęcia – można jedynie zabronić mu je opublikować.

 Tak, to prawda… Po programie wybrałam się z koleżanką na wakacje. Po powrocie zapytała mnie czy może upublicznić nasze prywatne zdjęcia na Facebooku... Moi przyjaciele szanują to, co robię. Nie traktują mojej pracy jakoś wyjątkowo, ale czują co można zrobić, a czego nie. Tak więc na imprezach stronię od robienia sobie zdjęć (śmiech).

Co się z Tobą działo po tym jak zakończyło się The Voice of Poland? W momencie, kiedy emitowany był odcinek Bitwy, czyli 2-go etapu, byłam za granicą. Więc tylko z SMSów od znajomych wiedziałam, kiedy pojawiałam się na ekranie. Kilka dni po zakończeniu programu odbył się mój dyplom w Akademii Muzycznej, więc miałam na głowie naprawdę masę pracy i przygotowań. Po emisji The Voice of Poland starałam się w jak największym stopniu skoncentrować na swoim rozwoju. Chciałam wykorzystać te przysłowiowe „pięć minut” i zachęcić ludzi do zapoznania się z tym co robię. Znacznie wzrosła ilość osób odwiedzających moją stronę internetową (przyp. red. www.martaflorek.pl). Idąc do programu miałam ściśle określony plan, pomysł na siebie. Wiedziałam co chcę zaprezentować i o czym mówić. Ale na pełny sukces składa się wiele czynników, m.in. montaż całego materiału i wywiadów. Rozumiem więc, że The Voice of Poland pchnęło twoją zawodową karierę do przodu? Nie lubię tego słowa: „kariera”. Wolę określenie „droga muzyczna”, bo bardziej oddaje prawdziwą przestrzeń, jaka kryje się za moją działalnością. Nie sądzę, żeby ten program miał jakieś spektakularne znaczenie dla mojego rozwoju. To był tylko jeden z przystanków na mojej drodze, na którym na chwilę się zatrzymałam. Oczywiście, na pewno zdobyłam kolejne doświadczenie


WYWIAD Z NIĄ |

i sporo osób dowiedziało się o mnie, ale tak naprawdę nadal robię to, co robiłam wcześniej, tyle że teraz kojarzy mnie więcej osób. Po programie zostało mi wiele nowych znajomości i kontaktów. A co najważniejsze – wciąż powiększa się grono moich odbiorców, na czele z tymi „lubiącymi” mój oficjalny profil na Facebooku → I tu przy okazji: dzięki wielkie za Wasze wsparcie i komentarze!!! To jest mega pozytywny zastrzyk energii!!

szych. Ja dorastałam w przekonaniu, że najważniejsza jest prawda i we wszystkim co robię staram się być w 100% sobą. A to, czy ktoś chce w tę prawdę wierzyć – to już zupełnie inna sprawa. To, co w showbiznesie jest najgorsze to, że lu-

dzie nie chcą już tej prawdy. Naturalność stała się nudna. Na pierwszych stronach gazet znajdują się skandale i rozwody… Mnie to totalnie nie interesuje. Staram się, żeby moja muzyka była na tyle interesująca, by ludzie nie mieli potrzeby

Żegnając się z The Voice of Poland powiedziałaś, że „jesteś już za stara”…

 Tak (śmiech). Powiedziałam to „z przymrużeniem oka”. Miałam na myśli, że moja przeciwniczka jest jeszcze bardzo młodą osobą i że ma jeszcze czas na takie programy. Ja już wybrałam swoją drogę muzyczną, pracuję w tym zawodzie i ta wygrana być może przyspieszyłaby realizację moich muzycznych planów. 

 Kayah powiedziała, że jest przekonana, że Ty i tak sobie poradzisz na rynku muzycznym, a Twojej przeciwniczce – trzeba pomóc.

 Przełożyłam swoją porażkę na wygraną. W środowisku muzycznym wielokrotnie mówiono, że pokazałam klasę i to ja wygrałam tę bitwę. Kayah powtórzyła mi zresztą za kulisami, że ten program nie jest mi potrzebny, bo ja i tak już żyję ze spiewania i dam sobie radę. Wydawało mi się tylko, że jeśli ten program skierowany był do osób, które na poważnie zajmują się muzyką, to wszyscy mamy mieć równe szanse. I nie powinny mieć miejsca sytuacje stawiania na równi wykształconego muzyka z osobą, która jest naturszczykiem i która nigdy nie uczyła się śpiewu. No, ale cóż... To jest po prostu showbiznes. 
 Showbiznes… Co to za świat? Mogę tego nie komentować (śmiech)? To szalenie trudny świat, w którym trzeba mieć bardzo silną osobowość, mocny kręgosłup moralny i wsparcie najbliż-

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

11


12

| WYWIAD Z NIĄ

zapisali mnie do szkoły muzycznej. Dzięki temu, że od dziecka miałam 2 szkoły, nauczyłam się świetnie gospodarować czasem. Jak na przykład dzisiaj – od rana miałam wszystko świetnie zagospodarowane. To jest fajne, bo czym więcej masz na głowie, tym więcej zrobisz. Pewnie przy takim planowaniu czasu brakuje Ci tej dzisiejszej godziny (w dniu przeprowadzania wywiadu miała miejsce zmiana czasu z zimowego na letni – przyp. red.)? Bez przesady! Mogłabym ją pewnie jakoś inaczej spożytkować, pewnie na ćwiczeniu. Jednak jestem „nocnym markiem”, więc myślę, że tę godzinę spokojnie sobie odbiję wieczorem.

interesować się moim życiem prywatnym (śmiech). Na szczęście znajduję takich odbiorców. Wydaje mi się, że wiara odgrywa ważną rolę w Twoim życiu. Nie tylko wiara w znaczeniu religijnym, ale także wiara w ludzi. To na pewno. Moje podejście do życia wynika pewnie w dużej mierze z tego, że miałam wspaniałe dzieciństwo. Mam cudowny dom, kochającą rodzinę, która mnie wspiera. To dla mnie bardzo ważne. Szczególnie, że mając artystyczny zawód nieustannie jestem narażona na krytykę i ocenę. Bez najbliższych trudno jest znosić porażki. Bo, jak to mówią: sukces ma wielu ojców. Porażka jest sierotą.

mogę powiedzieć, że po części jestem spełniona, bo każdy artysta ma w sobie coś z dziecka. Ucząc młodych ludzi emisji głosu czy interpretacji piosenek staram się skupić na nich samych... Te zajęcia są trochę jak terapia, jak wizyta u lekarza (śmiech). Żeby zaśpiewać utwór prawdziwie i być autentycznym musimy często zajrzeć do najbardziej skrywanych emocji i przeżyć. Dlatego śpiew, muzyka mogą być doskonałym sposobem na otwarcie się, na wyrażanie emocji. Nie wiem czy myślałam o muzyce. Moja mama uczyła się w szkole muzycznej. Tata jest samoukiem, gra na akordeonie i ma niezwykłe poczucie rytmu, jak na górala przystało, więc stąd moje rodzinne tradycje muzykowania.

Wróćmy na chwilę do przeszłości… Co odpowiadałaś na pytanie „kim chcesz zostać, jak dorośniesz”? Chciałam być nauczycielką, tak jak moja mama, co po części mi się udało, bo teraz uczę wokalu. Kiedy byłam już trochę starsza myślałam też o pediatrii. Tutaj też

Co wyniosłaś ze swojego domu rodzinnego? Na pewno niesamowite ciepło. Dobroć i szacunek do ludzi. Oprócz tego gościnność, bo górale są bardzo otwarci. Kiedy miałam pięć lat, bardzo chciałam nauczyć się grać na fortepianie. Rodzice

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Tęsknisz za Limanową? Tak, bardzo tęsknię. Przede wszystkim za rodziną, to wiadomo. Ale też za klimatem, powietrzem, za widokami… Wiesz, zawsze kiedy tam przyjeżdżam mam poczucie, że w Limanowej czas wolniej płynie, ludzie wolniej chodzą, ciszej mówią… . To jest małe miasteczko, więc mniej się dzieje, jest mniejszy ruch i wszystko toczy się jakby spokojniej. Tam po prostu zapominam o wszystkim. Pamiętam, że przed Krajowym Festiwalem Piosenki Polskiej w Opolu siedziałam sobie na balkonie i pomyślałam, że już niedługo będą mnie oglądały trzy miliony osób, a ja teraz siedzę tutaj w Limanowej i nikt mnie nie widzi. To jest właśnie to, taka oaza spokoju, miejsce gdzie „ładuję baterie”. A Limanowa tęskni za Tobą? Chyba tak. Szczególnie ostatnio, kiedy coś się wydarza. Dostałam gratulacje od władz miasta oraz zapewnienienia, że mieszkańcy limanowszczyzny są dumni i trzymają kciuki. Zostałam nawet nominowana do tytułu „Osobowość Ziemi Limanowskiej”. To dla mnie duże wyróżnienie. Zawsze przyznaję się do tego miejsca. Czuję się góralką.


WYWIAD Z NIĄ |

No właśnie! Jesteś stuprocentową góralką? Jestem stuprocentową góralką niskopienną (śmiech). Prawdziwi górale - ci „spod samiuśkich Tater” pewnie by się śmiali, gdybym powiedziała, że jestem prawdziwą góralką. My jesteśmy Lachami. Tak się nazywa człowiek pochodzący z moich stron - czyli z Beskidu Wyspowego. Jednak dla mnie nazewnictwo i lokalne tytuły mają mniejsze znaczenie. Czuję się góralką. Wydaje mi się, że mam dużo cech charakteru, które o tym świadczą. Z górami wiążą mnie silne więzi emocjonalne.

Inspirują mnie ludzie. Najbardziej pociągają mnie prawdziwe emocje. Moje teksty opowiadają najczęściej o uczuciach, o tym co mnie otacza, czego doświadczam. Posługujesz się gwarą? Raczej nie. Rodzice nie mówią gwarą. A mama, jako pedagog bardzo się starała, żebyśmy z bratem władali czystą polszczyzną. Niedawno nawet powstał pomysł, żebym użyła góralskiej gwary w przedstawieniu teatralnym, w którym będę grać główną postać. To może być bardzo ciekawy zabieg tutaj, na Śląsku. Mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować. Co czerpiesz dla siebie z kultury ludowej? Jestem zafascynowana muzyką ludową i śpiewaniem tzw. ”białym głosem”. Ten rodzaj śpiewu jest charakterystyczny w przyśpiewkach góralskich i piosenkach

ludowych. Nikt chyba w Polsce tego nie uczy. Nie wiem też czy da się go nauczyć. Odkryłam tę umiejętność zupełnie niedawno. Żyjąc w Limanowej nie doceniałam tego, co mnie otacza. Kultura folkowa jest dla mnie synonimem wolności, przestrzeni. Niedawno poznałam bardzo ciekawą, młodą osobę, która jest projektantką mody. Jak się okazało – łączy nas to samo nazwisko! Nawiązałyśmy współpracę i już udało nam się zrealizować pierwszy wspólny projekt. Daria uszyła dla mnie sukienkę z elementami folkowymi i góralskimi kwiatkami. Co jeszcze Cię inspiruje? Inspirują mnie ludzie. Najbardziej pociągają mnie prawdziwe emocje. Moje teksty opowiadają najczęściej o uczuciach, o tym co mnie otacza, czego doświadczam. Wydaje mi się, że takie tematy jak właśnie ludzkie relacje są najbardziej uniwersalne, najlepiej do wszystkich trafiają. Wiem, każdy może powiedzieć: „Ile można pisać o miłości? Ile można pisać o smutku?”. Ale to są właśnie te emocje, które każdego dnia nam towarzyszą... Uwielbiam obserwować ludzi. Często podróżuję, a to dobra okazja by „podejrzeć” współtowarzyszy. Czasem też w podróży piszę teksty albo nagrywam jakąś melodię, jakiś temat, który chodzi mi po głowie... Bo z piosenkami podobno jest tak, że przychodzą do ciebie tylko jeden raz. Jeśli nie zapiszesz danej melodii, nie nagrasz lub nie zapamiętasz jej– pójdzie sobie do kogoś innego. Grasz w teatrze, w musicalach. Skąd pomysł na aktorstwo? Aktorstwo chyba samo mnie wybrało! (śmiech) Przez przypadek trafiłam do pierwszego musicalu. Reżyser zobaczył mnie w teatrze, gdzie byłam zupełnie prywatnie. Dowiedział się, że śpiewam i powiedział, że koniecznie musi mnie przesłuchać. Zaprosił mnie na casting i tak dostałam swoją pierwszą w życiu rolę (w spektaklu Jekyll & Hyde). Później

moje życie teatralne nabrało tempa. Pojawiły się kolejne przesłuchania i następne role. Już cztery tytuły za mną, kolejny w trakcie. Musical jest akurat taką formą, która zawiera w sobie taniec, śpiew i aktorstwo, które bardzo mnie pociąga. To, co bardzo mi się podoba w teatrze to nieustanny rozwój. Ciągle się czegoś uczę, obserwuję, podglądam starszych aktorów. A przy tym mam bezpośredni kontakt z widzem...tu wszystko dzieje się „na żywo”. Często w wywiadach mówisz, że kochasz to co robisz. Jednak nie jest to chyba łatwa praca? Mój zawód faktycznie trochę się różni od innych. Przede wszystkim to dość nieprzewidywalny rynek. Plany zmieniają się błyskawicznie i czasem naprawdę trudno coś ustalić i to wszystko skoordynować. Jest to na pewno zawód, który wymaga bardzo wiele poświęceń i czasu. To na pewno praca na emocjach. Wchodząc na scenę muszę być skoncentrowana w stu procentach na tym co robię. Właściwie wszystko muszę zostawić za kulisami: problemy, frustracje, kompleksy. Jeśli tak nie jest, to natychmiast coś się sypie... .

Gdzie widzisz siebie za 10 lat? Hm... Chciałabym nadal się spełniać. Chciałabym robić to, co jest moją pasją i wiedzieć, że są ludzie, którzy dzięki mojej pracy coś przeżywają... I tak samo jak teraz czuć, że jestem we właściwym miejscu i o właściwej porze. Nie ma dla mnie większego znaczenia, gdzie wtedy będę. Ważne chyba z kim...

  

Rozmawiała Natalia Sokólska Współpraca: Mateusz Kochaniewicz, Paweł Zaczyk

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

13


14

Moda to cytowanie kobiecego piękna |

| WYWIAD Z NIM

Rozmowa z Jakubem Chmielniak Zdjęcia: Mateusz Gajda

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


WYWIAD Z NIM |

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

15


16

| WYWIAD Z NIM

Jakub Chmielniak Projektant mody, założyciel firmy Mr. GUGU & Miss GO, student polonistyki, kulturoznawstwa, prawa i filozofii. Może spędzić wiele godzin za zakupach… tkanin. Twierdzi, że w modzie nie boi się niczego. Zajmuje się również reklamą i poligrafią. Ceni sobie spokój, nie toleruje braku profesjonalizmu i zawsze jest dumny, kiedy jego znajomi odnoszą sukces. Bawią go przesądy, intrygują ludzie spontaniczni i nieprzewidywalni. Styl ubrań, które tworzy określa w trzech słowach: nowoczesność, przebojowość i odwaga.

Kim chciałeś zostać, kiedy miałeś sześć lat? Nie powiesz mi chyba, że już wtedy przebierałeś lalki i wiedziałeś, że będziesz projektował modę… Nie, wtedy chciałem zostać prawnikiem. To było tak, że najpierw chciałem, a potem już jednak nie. Przez rok nawet studiowałem prawo, ale prawnik jest trochę jak szewc – nie obrażając zawodu szewca. Dostaje narzędzia i ma coś z nimi robić, ta praca jest mało kreatywna. Teraz bliżej Ci do artysty czy „dobrego rzemiechy”? „Rzemiecha” – bardzo podoba mi się to określenie (śmiech), ale jeśli miałbym powiedzieć do kogo jest mi bliżej, to jednak do artysty, bo zanim zająłem się ubraniami, to na przykład napisałem książkę. Napisałeś książkę o…? O studentach, życiu studenckim i uniwersytecie. Zatytułowałem ją Akademia. Wydałem ją cztery lata temu, ale popełniłem ten błąd, że zrobiłem to na własną rękę i teraz zalega mi kilkaset egzemplarzy w magazynie. Bohaterowie Akademii to Twoi znajomi? Kiedy piszesz książkę, zawsze masz gdzieś w pamięci ludzi i miejsca. Akcja dzieje się w Krakowie, więc kiedy opisywałem jakieś sceny, to wiedziałem, gdzie to się dzieje, bo pisząc miałem na myśli właśnie te konkretne miejsca. Niektóre postaci były wzorowane na postaciach uniwersyteckich. Może dlatego wydałem tę książkę

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

pod pseudonimem. To jeszcze były czasy mojej kariery naukowej, więc mogłem obawiać się konsekwencji. Dlaczego rzuciłeś karierę na polonistyce na rzecz mody? Moda ma styczność ze wszystkimi dziedzinami życia. Ludzie, którzy wybierają karierę naukową najczęściej kończą jako zblazowani, znudzeni życiem alkoholicy, a  ja niekoniecznie chciałem zostać zblazowanym, znudzonym życiem alkoholikiem (śmiech). Polonistyka to nie jedyny kierunek jaki studiowałem. Było też kulturoznawstwo, prawo, politologia i filozofia. W tym momencie kończę polonistykę jako jedyny, ostatni kierunek. Barwny życiorys… Chciałem zrobić coś ze swoim życiem, podjąć jakiś rewolucyjny krok, robić więcej. Zawsze jest tak, że kiedy robisz kolejny krok otwierają się przed Tobą możliwości. Wróćmy do mody. Twierdzisz, że projektujesz głównie dla kobiet… Tak, ponieważ faceci w tym kraju nie kupują ubrań i tak naprawdę poza koszulkami i podobno marynarkami nie da się im niczego sprzedać. To prawda, bo sam widzę kto, co i ile u mnie kupuje. Jak się projektuje z myślą o kobietach? Dla kobiet projektuje się wdzięcznie, ponieważ to jest upiększanie materii, podrasowywanie tego, co już z natury

jest piękne. Ciało można podjąć z każdej strony. Inspirujesz się kobietami? Tak. O wiele łatwiej i przyjemniej projektuje mi się, kiedy mam na myśli konkretną osobę. Zauważyłem, że te projekty, które tworzyłem z myślą o kimś są po prostu o wiele lepsze. Czyli, kiedy rodzi się projekt od razu masz w głowie konkretną kobietę, tak? Raczej, kiedy mam w głowie konkretną kobietę, wtedy rodzi się projekt. Niektórzy uważają, że moda również jest kobietą i dlatego bywa tak bardzo kapryśna. Co o tym myślisz? Moda wcale nie jest kapryśna. Jest dość uporządkowana, można ją sobie jakoś ułożyć w głowie. Nie powiem, że same stylizacje powinny być uporządkowane, ale moda to jest ogromny przemysł, a w przemyśle potrzebne jest uporządkowanie. Jeśli już jesteśmy przy przemyśle – Marlena Dietrich powiedziała kiedyś, że moda jest najskuteczniejszą bronią przemysłu tekstylnego przeciw ciągle rosnącej trwałości materiału… Wspaniały cytat. Dwa tygodnie temu, do Bielska zawitała Olga Nieścier, która wykłada na Polimodzie florenckiej. Stwierdziła, że jedną z tendencji na przyszłość, będą tkaniny, które się nie brudzą, nie przyjmują zapachów i będzie można mieć


17

jedną koszulkę przez całe życie. Tutaj pojawia się pytanie o to, jak dalece moda zależy od technologii, a zależy w bardzo dużym stopniu. Projektanci nie byliby w stanie umieszczać sobie różnych kwiatuszków czy innych wzorów na tkaninach, gdyby inżynier wcześniej nie wymyślił maszyny, która to tworzy, wiec jeśli inżynier wymyśli tkaninę, która będzie niezniszczalna, projektant prawdopodobnie ją wykorzysta. Ale czy na końcu tej drogi jest sytuacja, w której każdy ma na wstępie gotowy zestaw ubrań i on jest taki sam dla każdego…? Nie wydaje mi się. To jest być może jakieś rozwiązanie dla astronautów i górników, ale nie sądzę, że dla zwyczajnych ludzi. Moda jest według Ciebie uporządkowana, a jak to jest z kobietami? Oczywiście, że są kapryśne! Myliłby się ten, kto by twierdził, że tak nie jest. Ale to jest wasz urok. Całe jesteście inspirujące. To nie jest tak, że można „wyjąć” coś z kobiety i potraktować jako osobny element. Kobieta to całość – ze wszystkimi zaletami, wadami, urokami kobiecości. Można do tego podejść z różnych stron i w jakiś sposób przekazywać w modzie. Kapryśność kobiety najlepiej pokazują rewolucje jakie przechodził damski ubiór w ciągu ostatnich stu lat. Męski ubiór nie przeszedł ich wcale. Faceci są strasznie niedowartościo-

wani z tego powodu. Wy możecie założyć wszystko. My nie przeszliśmy żadnej rewolucji poza T- shirtem. Nie przesadzaj – mężczyźni też mogą eksperymentować. Możemy, ale to nie jest tak, że jakakolwiek rewolucja na temat męskiego ubioru jak dotąd się powiodła. Ale może… Pracuję nad tym. Gdzieś między t – shirtem a sukienką poszukuję czystej formy męskiej sukienki. Awangardowo… To jest brakujące ogniwo, nowy element w modzie męskiej. Tego mi w niej brakuje. Jest skamieniała, nic się w modzie męskiej nie dzieje, poza jakimiś zabawami na utartym schemacie. Ja chciałbym wprowadzić coś nowego. Nie sądzisz, że męska sukienka to dla polskich facetów zbyt kontrowersyjny pomysł? Nie ograniczam się do Polaków ani do „tu i teraz”. Zawsze trzeba być trzy lata do przodu, żeby za trzy lata coś się przyjęło. A co jeśli mężczyźni uznają, że to po prostu niemęskie? Nie chcę, żeby moja męska sukienka była zbyt kobieca. Marc Jacobs jakiś tydzień temu ubrał się w ostro różową, wydłużoną poniżej kolan polówkę. Była zbyt kobie-

ca – zważywszy na kolor, dopasowanie. Ja analizuję co w modzie jest męskie, a co kobiece. Przekonałem się już po moim ostatnim pokazie, że modele, którzy początkowo byli przerażeni tym, co ja chcę na nich włożyć i chcieli jak najszybciej zejść z wybiegu, później nie mieli żadnego problemu z szafowaniem zdjęciami z pokazu na facebookowych profilach. I to był dla mnie sygnał, że to ubranie może być śmieszne, ale nie jest kompromitujące. Jak „krok po kroku” powstaje projekt? Zaczynasz od mocnej kawy? Zaczynam od bezsennej nocy. Większość moich projektów powstaje, kiedy nie mogę zasnąć. Kładę się, leżę tak kilka godzin, przewracam się z boku na bok, a w głowie mam tornado i pojawiają się kolejne, kolejne, kolejne pomysły. Następnego dnia zapisuję, rysuję, sprawdzam jakie materiały mogę dostać, jakie pasowałyby do tych pomysłów. Później szyję prototypy, modyfikuję je i w końcu szyję wersję ostateczną. Ile trwa cały proces od bezsennej nocy do pokazu kolekcji? Trwa bardzo długo, pokazy są rzadko. Ale jeśli chodzi o proces od wymyślenia do założenia konkretnego ciucha – może trwać nawet jeden dzień. To są uroki Bielska – tutaj mogę działać bardzo szybko. Moją

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


18

| WYWIAD Z NIM

pierwszą kolekcję stworzyłem niesamowicie szybko, bo w trzy tygodnie. Pojawiła się możliwość pokazu się na Festiwalu Neo Fashion Jamboree, więc musiałem się wyrobić. To było szaleństwo, bo człowiek, który nie miał pojęcia o projektowaniu, wziął się za robienie ubrań. Wtedy inspirowałem się op artem. Bardzo lubię op art, wykorzystuję go między innymi podczas sesji zdjęciowych. Ja w ogóle lubię matematykę, więc geometria jest mi bliska. A gdybyś teraz mógł stworzyć kolekcję z wybranym projektantem, kto by to był? Myślę, że Valentino, bo mamy to samo podejście do klasycznego kobiecego piękna. Valentino robił najpiękniejsze kobiece sukienki. To nie były wydziwiane, kosmiczne rzeczy. Były po prostu wyjątkowe, podkreślające to, co najpiękniejsze w kobiecie i właśnie o to chodzi, o podkreślanie tego, co naturalnie piękne przy pomocy stroju. Co najbardziej fascynuje Cię w pracy projektanta? Właśnie to wydobywanie naturalnego piękna kobiet, ale również dążenie do konsekwencji w myśleniu na temat ubioru poprzez… męskie sukienki, bo to jest konsekwencja. Chciałbym zrównać kobietę i mężczyznę pod względem stroju. Dążysz do modowego równouprawnienia? Dążę do konsekwencji. Zaprojektowanie stroju dla kogo dałoby Ci szczególną satysfakcję? Na pewno zaprojektowałbym coś dla Freddiego Mercurego, tylko, że on już niestety nie żyje. Nikt nie miał takiego talentu do tworzenia melodii jak on. W tym momencie projektuję odjechaną marynarkę dla Jessy Mercedes. Chciałem coś dla niej zaprojektować, więc projektuję. Gdzie są Twoje granice, jeśli chodzi o modę, do czego byś się nie posunął?

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


WYWIAD Z NIM |

Do stworzenia rzeczy nieubieranych, to znaczy niewygodnych czy brzydkich celowo. Gdzie na świecie, Twoim zdaniem ludzie ubierają się najlepiej? Nie mam pojęcia. Nie śledzę zbyt uważnie tego, co dzieje się w świecie mody i robię to z wyboru. Intensywne oglądanie zdjęć, analizowanie tego sprawia, że twoja głowa zaśmieca się obrazkami, które niekoniecznie chcesz w niej zachować. Kiedy w Twojej głowie jest milion obrazków, wtedy nieświadomie zrobisz coś, co już gdzieś wcześniej widziałeś i nie będzie to nic ciekawego. O wiele łatwiej, przyjemniej i produktywniej jest, kiedy tworzysz czystą formę - bez żadnych impulsów z zewnątrz. Kiedy idziesz ulicą na co, jako projektant, zwracasz uwagę u kobiet, które mijasz? Niespecjalnie się rozglądam… I ja mam Ci w to uwierzyć? To znaczy… oczywiście zauważam te wyróżniające się kobiety. Patrzę najpierw na całość, chodzi o to pierwsze wrażenie. Dopiero wtedy możesz się przyglądać czy dana kobieta potrafi grać swoja sylwetką, czy ubiór jest dopasowany do jej budowy, czy kolory i akcesoria ze sobą współgrają. Dzisiaj spotkałem na przykład kobietę z różowymi włosami, ale szczerze mówiąc jestem w tym względzie konserwatywny i krzywię się na tego typu dziwactwa, bo nie są kobiece. Kobieta powinna być piękna, a nie udziwniona. A jak jest z modą kobiecą – również powinna być klasyczna? Tak, tak, tak… Kobiety są z natury piękne - na różne sposoby i to z natury trzeba umieć podjąć i cytować na poziomie ubioru. Natomiast wszystkie rzeczy które są sprzeczne, przeciwne, walczą z tym, mnie osobiście się nie podobają.

Coś w tym jest, kiedy patrzę na modelki na wybiegu, często zastanawiam się, czy ktoś chciałaby wystąpić w takiej stylizacji… To jest bolączka młodych projektantów na przykład w Polsce - często robią przebrania, a nie ubrania , które nadają się tylko i wyłącznie na wybieg. Nie tędy droga. W Twoim zawodzie pracujesz głównie z kobietami. Jak sobie z tym radzisz? Często masz w głowie myśli typu „kobiet nie da się zrozumieć”? Nie. Kobiety, kiedy słyszą zdecydowany, nieznoszący sprzeciwu męski głos są dość plastyczne (śmiech). A tak poważnie - z kobietami wspaniale się współpracuje. Moim fotografem, z którym zawsze robię sesje jest Ula Kóska, która jest świetnym fachowcem. Podczas sesji zdjęciowej dopełniamy się idealnie, jestem jak demon, jestem hiperaktywny, mówię modelce wszystko – co ma robić, jakie miny i  pozy przyjmować. Czym zaskoczysz nas w swojej najnowszej kolekcji? Ferią barw. Zaskoczę rozmachem i przepychem kolorów. Nie lubię rzeczy czarnych, lubię rzeczy kolorowe. Wydaje mi się, że trendem najbliższych lat będą printy na tkaninach. Tej wiosny będą to ubrania pastelowe, zwiewne i lekkie. Jak dużą wagę przywiązujesz w stroju do dodatków? Jeszcze zbyt małą, ale dodatki, między innymi biżuteria, to jeden z elementów, które zamierzam projektować. Już zaczynam przygotowania. Zgodzisz się z powszechnie panującą opinią, że „diamenty”, szerzej – biżuteria to najlepszy przyjaciel kobiety? Ciężko jest się wypłakać w ramię diamentu (śmiech).

Młody projektant w Polsce musi sam zadbać o wszystkie gałęzie, bo nikt mu nie pomoże. Jeżeli on do tego nie podejdzie z zimna głową właśnie, no to cóż – projektantów i szkół projektowania ubioru jest coraz więcej, a on sam zniknie gdzieś w otchłani internetu, będzie miał jeden swój pokaz albo dwa. I wszystko skończy się na płaczu i niespełnionych marzeniach. Jeżeli ktoś boi się ciężkiej pracy, nie powinien zajmować się moda, jeżeli ktoś myśli, ze to jest tak, że on sobie coś, co sobie wymyśli zawsze powstanie – nie powinien zabierać się za modę. Poza modą, Twoją pasją jest sport… Tak, bardzo lubię piłkę nożną. Czyli jednak typowy facet. Tak, jestem typowym facetem – lubię oglądać mecze, gadać o piłce i w nią grać. Powiedz jeszcze, że kochasz motoryzację. Nie, akurat tutaj mnie masz. Samochody kompletnie mnie nie kręcą, nie lubię nawet prowadzić, wole być wożony (śmiech). Spotykasz się czasami z krytyką? Bardzo lubię krytykę. Najostrzejszym, najgorętszym krytykiem moich ubrań jestem ja sam. Jestem wiecznie niezadowolony z tego, co przygotowuję. Sporo od siebie wymagasz… Najwięcej. Najwięcej zawsze od siebie? Tak, to jest dobra zasada - wymagaj najwięcej od siebie, wtedy możesz wymagać więcej od innych. Dziękuję, za rozmowę. Dziękuję. 

Czym, poza poczuciem humoru i wyobraźnią, powinien charakteryzować się projektant? Zimna głowa. Profesjonalizm. Rzetelność.

Rozmawiała: Justyna Skrzekut Serdecznie dziękujemy herbaciarni Fanaberia w Katowicach za zgodę na realizację zdjęć.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

19


| JEJ PUNKT WIDZENIA | Felieton

Samba po rozstaniu

il. Kinga Tync

20

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Gdyby wtedy nie uciekł, obchodziliby dzisiaj szóstą rocznicę ich pierwszego spotkania. On i tak pewnie by o niej zapomniał, bo oprócz urodzin jego matki, to żadne inne święta nie były dla niego istotne. Niewiele zresztą było w jego życiu norm zachowań, które mogłyby być pewnego rodzaju świętością. Niewiele było autorytetów. A jeszcze mniej spraw, o które trzeba by walczyć. 6 lat wcześniej, kiedy była jeszcze beztroską studentką trzeciego roku, wybrała się z kocem nad Wisłę, żeby złapać pierwsze, krakowskie promienie wiosennego słońca. Tam wpadł w jej w oczy ciemny przedmiot, który okazał się być jego portfelem. Nota bene, zaginionym na imprezie dzień wcześniej. W środku znajdowały się dokumenty: dowód, prawo jazdy, legitymacja studencka, karta biblioteczna. Dodatkowo 74 złote z groszami. To oznaczało, że nie była to kradzież, a zguba. Odnalezienie właściciela nie było skomplikowane. On w ramach wdzięczności zaprosił ją na drinka. Na jednym się nie skończyło. Poświęciła tej relacji niemalże 6 lat swojego życia. To właśnie on przekonał ją, że jej ciało jest piękne. To on otworzył z hukiem szampana na ciemnym korytarzu uczelni, kiedy wyszła z obrony pracy magisterskiej. I on trzymał ją za rękę, kiedy czekała na rozmowę w sprawie wymarzonej pracy. Dzięki niemu zyskała pewność siebie i przestała się budzić z krzykiem po nocach. Fascynowały ją jego ambicje i determinacja. Jednak… to od początku nie była doskonała miłość. Ta miłość unosiła się pychą, pamiętała złe, nie wierzyła wszystkiemu, w niczym nie pokładała nadziei, szukała poklasku, a ostatecznie… nie przetrzymała wszystkiego. Ponad tym wszystkim unosiło się jednak przekonanie, że warto próbować, że to jeszcze nie koniec. Że to proste, oczywiste i banalne życie, to przecież nie dla nich. To smutne, ale ona nie doszukała się w nim ani pewności, ani partnera na całe życie. Nie znalazła zaufania, oddania, porozumienia na płaszczyźnie emocjonalnej. Nie


JEJ PUNKT WIDZENIA | Felieton |

doszukała się szaleństwa. Nie odnalazła w nim wiary i przekonania, że czeka ich dobre jutro. Nie czuła, że będzie dobrym ojcem dla ich wspólnych dzieci. Nie odnalazła w nim wsparcia. Ponadto miała wrażenie, że jest porównywana do dziewczyn z Red Tube’a. A uważała, że relacja – szczególnie intymna relacja między dwojgiem ludzi – nie potrzebuje żadnych guru. Będąc z nim nieustannie balansowała na granicy sprzecznych wzruszeń i emocji. Nie czuła w nim żadnego oparcia. A on o tym wiedział. Wiedział, że potrafiła z wszechogarniającej ekstazy wpaść w paleolityczne zlodowacenie emocjonalne. Szept często zamieniała w krzyk. Na miejscu szczerej radości momentalnie potrafiło pojawić się bolesne wzruszenie. Przyjemność często graniczyła z bólem. Zdobywanie wiedzy kończyło się bezładnym poczuciem pustki. Potrafił ją zranić delikatny dotyk. Dobre słowo mogło przeszyć na wskroś lodowatym

powiewem. Komplementy często zamieniała w oszczerstwa. Świeżo pomalowane, zadbane paznokcie, potrafiła w momencie obgryźć do krwi. Jej ciężar na wadze tygodniowo wahał się w granicach 5 kilogramów. Jej dłonie pachniały Chance Chanel tylko po to, by chwilę później mogły wydzielać zgniły zapach wymiocin. Śmiała się często do rozpuku wiedząc, że za chwilę będzie zwijać się z rozpaczy. I z tym wszystkim zostawała zawsze całkowicie, przeraźliwie samotna. Ale kiedy tylko miała okazję, trzymała go kurczowo za rękę. Mimo, że czuła gdzieś podskórnie, że ta sama ręka jest w stanie wbić jej nóż w plecy, formułując na klawiaturze zgrabne konstrukcje z liter. Całowała go w czoło, żywiąc jednocześnie obawę, że pod nim kryje się umysł, który napełni jej życie goryczą. Pisała do niego wiadomości, na które nie doczekała się odpowiedzi. Rozmawiała z nim głęboko i szczerze mając przeczucie, że on jest w stanie wykorzystać

te rozmowy przeciwko niej. Siadała mu ufna na kolanach, nie mogąc pozbyć się uczucia, że już niedługo będzie musiała wziąć nogi za pas. Dzisiaj, wracając z pracy, kupiła sobie butelkę szampana. Korek odbił się o kuchenny sufit i wpadł do zlewozmywaka. Życzę ci… powiedziała pod nosem – życzę ci, żebyś nie musiał przechodzić przez to, co ja. Mógłbyś nie przeżyć tych kłamstw, zdrad, niespełnionych obietnic, zawodów i strachu. Uśmiechnęła się do siebie i pociągnęła łyk z gwintu butelki. Teraz, pierwszy raz od długiego czasu, poczuła się bezpiecznie. Teraz, kiedy miała już pewność, że jedyną osobą, która tak naprawdę dotkliwie i boleśnie może ją zranić… jest ona sama. Tylko, że ona, w przeciwieństwie do niego - nie chciała siebie ranić. 

Natalia Sokólska

kontakt: promocja@touche.com.pl TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

21


22

| JEJ PUNKT WIDZENIA | Felieton

il. Kinga Tync

Patchworkowcy

Nie będziesz mi tu więcej chrapał, rzekła Halina do męża, po czym wypchnęła go z  łoża, powodując zgon na miejsu. Gdyby to zawsze było takie proste. Kasia od Stasia pierwszy raz odeszła po dyskotece w 4 klasie, na którą nie przyszedł, bo zapadł na świnkę. Ależ to było bezczelnie nieklawe! W  8 klasie przydarzył się jednak komers, na którym niczego dawnej śwince zarzucić nie można było i  popłynęła Katarzyna na fali miłości odnalezionej. Potem schodzono się i rozchodzono jeszcze 7 razy, zakończywszy przepychanki ślubem w  kościele w Bródnie. 11 maja celebrować będą 3. tego wydarzenia rocznicę, a dzień później 37 żądanie rozwodu, licząc wspólnie. Najlepszego! Pan Jerzy wyprowadził się do stołowego w 1958. Małżonka przyjęła ten fakt poprzez zarzucenie prasowania mężowych koszul i ograniczyła kontyngent ciepłych posiłków. Na 60-ciu metrach przez 60 lat wiedziono nieustającą kampanię bitewną, przepychając oparte na podkładkach z  ziemniaków segmenty meblościanki i  w  sekrecie wypinano kabel z anteny. W ubiegłym roku tak się Jerzy poirytował, że ducha wyzionął.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Ona, żeby zrobić mu na złość, odczekała buforowe 2 miesiące, żeby się tam wystarczająco dobrze urządził, po czym zebrała się również na tamten świat z zamiarem wprowadzenia się z pompą do jego piekielnej izdebki i dalszej wiekuistej awanturki. Natomiast dwie miłe panny kręcić ze sobą zaczęły, gdy tylko skończyły skakać w  gumę. (Czy ktoś, przy okazji pozwolę sobie zapytać, jeszcze ten sport uskutecznia? Chętnie strzeliłabym sobie dziesiątki na kolankach.) Według ich rozstań i powrotów można było regulować zegarki.Powiadali, że to ze skąpstwa – bo co raz na łopatce wytatuowane, niech lepiej trwa. Wymazywanie podskórnej miłości to jedna z najdroższych form aktualizacji statusu. Choćby ta miłość przenosiła góry, od studiów tatuażu zachowaj nas, Panie. I od kłódek na mostach też. Na wszelki wypadek. W  świetle przytoczonych studiów przypadków można przyjąć, że 37,5% ludzi w  związku umiera z  miłości, co pozwala snuć barwne plany. Dalej, w przypadku 75% par wieczność zapewnia skłonność do – korzystając z nomenklatury sukienniczej - cerowania starych szmat, łatania zszarganych gaci , zszywania rozchełstanych kiecek i kle-

jenia na ciepło strzępów barachła. Z  francuska decoupage, z  angielska patchwork. Z  polska – patologia. Umiłowanie do życia w  stanie stabilnie perwersyjnej niezgody, objawionej w  myśli, mowie, kasie fiskalnej i uczynku. Koniec wykładu, a  teraz ćwiczenia w  grupach dwuosobowych. Obowiązuje stół, 2 krzesła i 20 minut rozmowy. Kto zginie - każdego żal. Pozostali przy życiu tym większe mają szanse na przetrwanie, im głośniej walili pięścią w  stół, przewracali oczyma i  zaznaczali zdecydowanie, że chyba ty. Ci zaś, którzy rozpoczęli rozmowę od zapalenia tealightów, ważyli słowa, a na koniec – o bogowie – zostali całkowicie zaskoczeni upływem najpiękniejszych 20minut życia – cóż, dla nich najlepszych wieści nie mamy. Zdrowia i długiego stażu z tego nie będzie. Ale nic straconego, są od patologii specjalne kursy. Sama konczyłam szkolenia u najlepszych trenerów polski południowej i centralnej. Uczynna jestem, mogę podać namiar. Możecie się bez skrupułów na mnie powołać. Proszę pozdrowić, cmoknąć i  wyznać, że tęsknię. A przy nadarzającej się okazji wypchnąć z łoża. Może akurat się uda?  Sandra Staletowicz


JEJ PUNKT WIDZENIA | Felieton |

Z pamiętnika emigrantki: Pokaż kotku co masz w środku

il. Kinga Tync

sualnej (pomimo iż żyjemy w XXI wieku!) nadal budzi niemałe kontrowersje, a nawet publiczny ostracyzm. A ja się pytam – ile tak można ludzie?! To już staje się nudne, nie możemy (przynajmniej ja nie zamierzam!) tkwić w przekonaniach, które owszem były aktualne w średniowieczu, a teraz prowadzą do drogi oznakowanej jako ślepa uliczka.

Gdyby wszyscy byli tacy sami - świat byłby nudny! Na szczęście każdy z nas został obdarzony wolną wolą, która pozwala nam pokierować swoje życie na właściwe tory. Niestety do wolnej woli w pakiecie dołączona była wolność słowa, którą zagorzali przeciwnicy homoseksualizmu uznali za swój główny oręż. Kształtowanie swojej seksualności jest jedną z ważniejszych życiowych decyzji, która definiuje społeczną akceptację i szczęście. Może gdybyśmy wszyscy zjednoczyli nasze siły homoseksualiści mieliby swój społeczny happy ending i mogliby żyć happily ever after. Ludzie byli już na księżycu i odkryli nieznane lądy jednak kwestia swobody sek-

Konsekwencje coming outu zawsze godzą w osobę, która decyduje się na wyznanie, że jest gejem lub lesbijką. Niestety przyznanie sie do swojej odmienności niejednokrotnie ma także negatywny wpływ na najbliższą rodzinę i przyjaciół, którzy stają sie obiektem szyderstw sąsiadów. Świat zmienia się w zastraszającym tempie jednak wciąż w wielu kręgach społecznych brakuje tolerancji. O ile zachodnia część Europy, w której mieszkam od kilku lat stała się bardziej wyzwolona i otwarta na nowe potrzeby i pragnienia ludzkości, niestety wschodnia jej część nadal pozostaje na szarym końcu nowoczesności. Na Zielonej Wyspie barwne przebrania transwestytów, trzymające się za ręce lesbijki, czy imprezy odbywające się pod hasłem ‘for homos and their lovely friends’ nie dziwią już (prawie) nikogo. Tak otwarte podejście do tematu jest nie lada szokiem i wyzwaniem dla sporej rzeszy imigrantów, którzy z podobnym zachowaniem nie mieli wcześniej do czynienia. Z tego co udało mi się zaobserwować taki skok na głęboką wodę niejednokrotnie okazuje się być przykrym doświadczeniem dla imigrantów, którzy muszą dodatkowo oswoić się z

nową kulturą i językiem. Wychodzę jednak z założenia, że im więcej uczymy się na temat różnych zachowań społecznych, które nie są obecne w naszej kulturze tym większe mamy szanse na pozytywne zmiany. Potrzeba zrozumienia i publicznego pokazania się z ukochaną osobą jest naturalnym odruchem każdego człowieka, jednak bycie ‘innym’ od ogólno przyjętego wzorca budzi w pewnych ludziach strach i brak zrozumienia dla odmienności. Gdybym to ja została postawiona przed faktem gdzie każda moja randka zostanie dokładnie przeanalizowana przez tłum gapiów, a moje życiowe szczęście będzie zależało od opinii ogółu to na pewno nie poddałabym się bez walki o swoje prawa! Według mnie przypinanie przysłowiowej łatki ludziom, którzy zdeklarowali swoje odmienne preferencje seksualne jest jak recenzowanie książki bez jej wcześniejszego przeczytania. Każdego dnia jesteśmy bombardowani setkami informacji, obrazów, dźwięków, które są powiązane z naszą seksualnością i relacjami z innymi ludźmi. Najbardziej zapadło mi w pamięci określenie używane przez Butters’a, postać z kultowego serialu South Park. Butters określa siebie mianem osoby, która jest bi-curious. Tak naprawdę każdy z nas w pewnym etapie życia staję się bi-curious. To personalne preferencje pozwalają nam zadecydować kogo wybierzemy do łóżkowych figli for better and for worse. Najważniejsze to żyć w zgodzie ze swoim wewnętrznym ja. Pamiętajcie, że każdy ma w sobie wewnętrzną siłę i tylko wtedy kiedy nie boimy się walczyć o samych siebie możemy być prawdziwie szczęśliwi. Peace & Love. CosmoSoul

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

23


| JEGO PUNKT WIDZENIA | Odważnie o kobietach

O skarbeńkach, pieszczotach i pluszowych smokach go żywota w efektowny sposób, gdy słucha się tych etykietalnych pieszczot słownych. Tych wszystkich kochań, słoneczek i skarbeńków. Tych ciężkich kilogramów komplementów otulających niemal każdą waszą wymianę zdań ciepłym kocykiem uprzejmości. Czasami mam wrażenie, że kontakty na linii kobieta-kobieta to poligon treningowy dla przyszłych babć – lukrowych tyranek każdego młodego twardziela. Wnusiu, serdelku, tfu tfu, masz tu brudne. Moje Drogie! Czy nie wypieścicie się dość w Waszych związkach? Czy czułe męskie gapienie się w Wasz biust nie wypełni tego limitu słodyczy, czy wymęczona – choć szczera – fajna z ciebie laska to mało? Wiecie, że od nadmiaru słodyczy się umiera? Bo nam się na pewno od tego umiera… Żeby tylko się kończyło na słowach! Cała otoczka miłych, uśmiechniętych i szczebiotliwych łań przelewa się ze swadą na gesty, klepnięcia, szczypnięcia, pełne uściski. Tylko ja przepraszam bardzo. Albo lubisz – w sensie, że lubisz – takie rzeczy z innymi skarbeńkami i wszystko jest w porządku. Jeśli jednak wolisz towarzystwo światłego i silnego mężczyzny, to wiedz, że tacy czekają sforami na swoją szansę na klepnięcie, szczypnięcie i jeszcze silniejszy uścisk! Zamiast tego niestety biedna sfora obserwuje niezrozumiałe karesy dwójki przyjaciółeczek. Kochanie, nie wyobrażasz sobie, jaki świetny staniczek kupiłam dzisiaj na promocji! Chodźmy razem do damskiej toalety, pokażę Ci go czym prędzej, a potem il. Barbara Maroń

24

Cześć kochane! Buziaczki dla was, nie wątpię, że cudownie dzisiaj wyglądacie siedząc przed monitorem. No. Olśniewająco. Tak bardzo za wami tęskniłem i nie mogłem się, ach, doczekać napisania kolejnego tekstu! Naprawdę olśniewająco wyglądacie. Świetna fryzura (właśnie Twoja!). Skąd wytrzasnęłaś te klapki? No tak. Całuski! Coś tu nie pasuje? Może fakt, że jestem facetem i nic nie zmusza mnie, by świecić manierą słowną pluszowego smoka z dobranocki? Nie trzeba być stereotypowym mężczyzną, by mieć ochotę na zakończenie swoje-

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

wymasujemy sobie plecy. A ja się tylko pytam: co to u diabła jest i dlaczego zachodzi bez mojego samczego udziału?! Cała ta historia może mieć jednak nieelegancki zwrot akcji. Ponieważ kiedy skarbeniek sobie pójdzie to czy nagle się nie okaże, że dostało mu się zmarszczek i niemodnymi buty swe stopy odział? Jest to jakkolwiek zrozumiałe: też musiałbym natychmiastowo odreagować goryczą po przyjęciu takiej ilości cukru. Zachowanie równowagi w organizmie jest kluczowe, tej zasadzie nie umykają nawet samcowie. Twarde zasady funkcjonowania w twardych mężów twardym stadzie nie tolerują czułości, bo czułość jest dla miękkich, a nie twardych. Dlatego jak powiemy temu ch… chłopcu na do wiedzenia, żeby s… sobie poszedł i swoją matkę j… jowialnie pozdrowił to należy mieć pewność, że ów całkowicie równy jegomość chwilę potem wzbudza w nas tsunami wewnętrznego ciepła. Znajduje ono następnie ujście w zaciszu naszego schronienia, kiedy czule przytulamy naszego tajnego pluszowego smoka (smoki są takie męskie) szepcząc mu tkliwe słówka do smoczego uszęcia. Ale to tajemnica, więc ciii… Tak! Ale wracając do Was, wiecie oczywiście, że tak być nie musi. Pewnie jest wśród was wiele mówiących do siebie brudno, niczym szewcy z syndromem Tourette’a. I Wy również, oczywiście, zasługujecie na szacunek (wywalczyłybyście go i tak, jak przypuszczam). To są jednak, wiecie, stereotypy – to, co ogniskuje na sobie uwagę i wypala ślad w zbiorowej świadomości. I jeśli spytacie mnie, to dosyć zrozumiałe jest, że taki ślad wypalają szczebioczące, pieszczące się kobietki, a nie zionące ogniem bluzgów – już całkiem prawdziwe – smoki.  Kamil Lipa


JEGO PUNKT WIDZENIA | Mężczyzna niefanatyk |

Cyrulik

il. Barbara Maroń

szpetoty są nie do końca sprawne procesy myślowe. Dla przykładu. Dlaczego Jan i  Janina, którzy budują swój wymarzony, pierwszy (i  prawdopodobnie ostatni) dom za ciężko jeszcze niezarobione pieniądze, nie zafundują sobie czegoś cieszącego oko. Nie. Oni muszą postawić cukierkowy domeczek z  dwudziestospadowym dachem, wykuszami, krogulcami, dwustoma mansardami, trzema lodżiami, doniczkami w  kształcie rzygającego lwa i  kolumienkami w  stylu jońsko-swojskim. A  to wszystko umajone betonową kostką w  kształcie kubistycznego penisa. Istne szaleństwo. Inna bajka to wnętrza. Przedpokój wyłożony rokokokową boazerią wprost z  Biskupina z  czekającymi w kącie rozmemłanymi, dwunastoletnimi klapkami Kubota robiącymi za kapcie gościnne. Dalej sypialnia z  gustownym, tureckim dywanem z  Chin, małżeńską alkową obciągniętą kocykiem przedstawiającym coś, co w  zamyśle autora miało przypominać tygrysa bengalskiego i górującym nad tym wszystkim reprintem Ostatniej Wieczerzy. W  końcu liwingrum. Urządzony koniecznie w  stylu Ludwika Pińcetnego z  masywnym drewnianym wypoczynkiem oraz crème de la crème – meblościanką utrzymującą na swoich barkach kabzyliony bibelotów. Na jednej półce najnowszy numer Gazety Polskiej z  płonącą flagą Izraela na okładce, na drugiej figurka Matkiboskiejkożuchowskiej z  odkręcaną główką (po odjęciu głowy można golnąć sobie łyczek wody święconej za 7,99 zł) i  używany raz do roku Jezusek do całowania na kolędzie. (– Pani Janino, przecież Matka Boska i Jezus byli Żydami. – Ale

Wszyscy dyktatorzy tego świata mają fatalnych fryzjerów. Lil’ Kim Dżong-il z zaczesem wprost z  żurnala rodziny Adamsów (choć bardzo możliwe, że charakterystyczny grzybek symbolizuje atomowe zapędy delikwenta), nasz dobry sąsiad Łukaszenka ze swoim kilkunastowłosowym mostem przerzuconym z  półkuli prawej na bezprawną, czy też żyjąca własnym życiem broda Comandante Castro, która jest dla niego tym, czym włosy dla Samsona. Nie wiem, czy amerykańscy naukowcy dowiedli istnienia związku między uczesaniem a  szaleństwem, ale powyższe persony zdają się taką tezę potwierdzać. Przyczyną

to byli dobrzy Żydzi. Jak Niemcy z  NRD!). Sancte Romane Eklektazje. Ponadto, kiedy Janina wyjdzie ze swojego osiedlowego pałacyku na umówioną pierwszokomunijną trwałą (przystrojony mertą quad czeka już w  garażu), co krok potykać się będzie o brązowe przebiśniegi – armię psich odchodów, które grupowały się całą zimę, by w końcu znienacka zaatakować podeszwy i  pozostałe zmysły przechodniów. Cała droga do fryzjera upłynie jej na podążaniu przez błotne ugory, porozjeżdżane kołami parkujących gdzie popadnie metalowych puszek oraz omijaniu stopami wykrzywionych płyt chodnikowych, rozmaślonych gówien i plastikowych (sic!) butelek po piwie, porzuconych gdziebądź. W  tym czasie jej wzrok maltretowany będzie, zmodernizowanymi według spaczonego zbyt częstymi wizytami w  chińskich, supertanich marketach gustu zarządu sąsiedniej spółdzielni mieszkaniowej, blokami pomalowanymi w majtkowo – pastelowe kolory, co jest równie gustowne, jak licealistki dreptające do szkoły z  małą torebką na ramieniu i książkami w nylonowej reklamówce. Biedna Janina. Kiedy już jednak szczęśliwie dojdzie do salonu fryzjerskiego, z  ulgą umości swoje pośladki (które wiele już przeżyły) w  wygodnym fotelu, odda rozchełstaną zewnętrzną część swojej głowy płukaniu, czyszczeniu, balejażu, pasemku i  suszeniu, a  fryzjer w  tym czasie zajmie się równie skołatanym wnętrzem. Zmyje bolączki, wyprostuje kręgosłup moralny, a  na koniec wysuszy kieszeń. Spieszmy zatem do fryzjerów i  oddawajmy się psychoanalizie (w  cenie usługi) niezależnie od tego, czy jest to damski fryzjer męski, czy męski fryzjer damski. 

Gejowy Marucha

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

25


26

| JEGO PUNKT WIDZENIA | Męskie teorie

Czemu służą romanse i horrory

il. Barbara Maroń

Wszyscy uwielbiamy kino, tak małe jak i  duże, bez względu na płeć. Nie sposób jednak nie zauważyć, że doszukujemy się w  filmach odrobinę innych rzeczy. Oczywiście, stereotypy są be i  fuj, aczkolwiek na czymś ogólnie bazują i  jak dużo indywidualnych głosów by nie było, panie dużo chętniej zobaczą romans czy dramacik aniżeli panowie. I oczywiście raczej tylko garstka pań doceni klasyki Gwiezdnych Wojen czy Władcy Pierścieni, choć jak wspomniałem, wyjątków może być więcej niż myślimy.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Czego drogie kinomaniaczki się więc doszukujecie w  filmach? Och, my faceci wiemy dobrze! Każdy pan, który ze swa damą jakikolwiek film romantyczny oglądał, wie na co kobieta w owym filmie patrzy. One zaciągają nas w te miłosne zawiłości po to, byśmy zobaczyli czego od nas oczekują. Nie trwóżcie się jednak panowie jeśli nie jesteście rodem z  romansu. Te wymagania nie są do spełnienia. Żaden mężczyzna w  prawdziwym życiu nie ma tylu sił i  tak wyrozumiałego szefa w  pracy, by zarzucić całe swoje życie w  pogoni za miłością. Cała ta maskarada służy temu, by pokazać nam, że niby tacy idealni mężczyźni istnieją ergo powinniśmy być wdzięczni, że pomimo wszystkich naszych braków nie wymieniono nas na lepszy model. Tak, tak. Demaskujemy was, drogie panie - chusteczki podczas oglądania tych filmów nie są mokre ze względu na romantyzm pokazany na ekranie. To element scenografii, która ma nas wprowadzić w  stan niedowartościowania i  świadomości, że powinniśmy się lepiej postarać, by utrzymać pozycję. Zwróćcie jednak uwagę, drogie fanki romansów, że i my mężczyźni mamy filmy, które wymagają chusteczek w pobliżu, więc rozważcie - może i  wy powinnyście się zrewidować, czy odgrywacie odpowiednio role nam miłe w filmach.


JEGO PUNKT WIDZENIA | Męskie teorie |

Oczywiście postaramy się też spojrzeć poza granice stereotypu. Nie każda pani jest przecież wielką fanką romansów. Wiele z  was jako pogromczynie pająków i  nieustraszone szczurobójczynie nie lękacie się od czasu do czasu rzucić okiem na jakiś horror. Te z was, których krew nie jest przy tym zimna jak lodowiec będący przyczyną katastrofy Titanica, wolą jednak mieć przy sobie męskie ramie do otulenia. Nawet jeśli nie w trakcie filmu, to po nim, kiedy nasza nakręcona wyobraźnia robi się straszniejsza niż obrazy ze szklanego ekranu. Wiele z was potrzebuje nas właśnie w  tym czasie. I  czy nie jest to piękna symbioza? Wy czujecie się bezpieczne pomimo niebezpieczeństw

czyhających po drugiej stronie ekranu (lub za drzwiami szafy), a my czujemy, że spełniamy naszą rolę - bo przyznajmy się, panowie - horror horrorem, ale to jest właśnie prawdziwy cel naszej chęci patrzenia na rozrzucane wnętrzności czy wypełzające z  telewizorów małe, długowłose dziewczynki. Chcemy pokazać naszym bezbronnym cudom, że nie potrzebują żadnej lepszej ochrony niż ta, którą mają przy nas. Dlatego też apeluję do wszystkich pań: jeśli chcecie, żeby wasz mężczyzna czuł się spełniony w związku, był pewny siebie i szczęśliwy z tego kim dla was jest, oglądajcie z  nim horrory. To da wam i  waszym mężczyznom poczucie przynależności. A zakochanym w romansach paniom

możliwość docenienia męskiego choćby kruchego ramienia gdy w innym pokoju coś zaskrzypiało. Filmy więc pełnią bardzo ważną rolę w naszym damsko-męskim świecie. Ale tak jak ze wszystkim - co za dużo to nie zdrowo. Zróżnicowanie, nawet w  filmach, pomoże paniom i  panom lepiej patrzeć na drugą stronę upodobań... nie tylko filmowych. 

Beniamin Stawiarski

kontakt: promocja@touche.com.pl

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

27


28

| LIFESTYLE | Ona i kuchnia

Herba Thea – szlachetne zioło

fot. Olga Adamska

Tylko dla koneserów? Mówi się, że pierwsze zetknięcie z yerba mate podobne jest do oswajania z whiskey – ciężko znaleźć osobę, która od pierwszego łyka zachwyciłaby się jej wysoce charakterystycznym smakiem. Rosnąca popularność naparu potwierdza jednak, że z czasem staje się on coraz przyjemniejszy. Yerba mate ma swoich wielkich orędowników wśród podróżniczych celebrytów – jej walory wychwalają m.in. Beata Pawlikowska i Krzysztof Cejrowski. Obydwoje stanowią przykład wulkanów energii – czyżby to właśnie za sprawą herbaty?

Kawa figuruje w tytułach ponad pięćdziesięciu filmów i ma w kulturze zachodniej ugruntowany status jednego z najważniejszych napojów, podkręcany przez wymyślne kampanie marketingowe i wyznania studentów w czasie sesji. Herbata zainspirowała twórców tylko 9 filmów, a jednak od czterech tysięcy lat z jej cudownych właściwości korzystają miliardy ludzi na świecie. Krótka historia filiżanki Herbata pojawiła się na japońskich stolach ok. 2737roku p.n.e. Do Europy dotarła w XVII wieku za sprawą transakcji handlowych na Morzu Chinskim. Sto lat później złoty napój uwiódł skutecznie Wielką Brytanię. Obecnie znamy ponad 3000 gatunków herbaty, spośród których najczęściej sięgamy w naszej szerokości geograficznej po herbatę czarną, zieloną, białą i aromatyzowaną. Herbaciane rytuały to jednak nie wyłącznie długie godzi-

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

ny wysiadywania nad chinskimi mikrofiliżankami – coraz większą popularnością zaczyna cieszyć się w Polsce yerba mate, cudowny napój z liści ostrokrzewu paragwajskiego. Poczuć chemię Wysokie stężenie kofeiny, teobrominy, teofiliny, saponin i kwasu chlorogenowego ucieszy z pewnością wszystkich tych, którzy w gorącej filiżance poszukują energetycznego kopa i wysokich walorów zdrowotnych. Tajemnie brzmiące substancje chemiczne przekładają się według badan na konkretne efekty zdrowotne – dzięki częstemu spożywaniu naparu możemy regulować ciśnienie krwi, obniżać napięcie mięśni, pobudzać trawienie, stymulować pracę serca i układu nerwowego. Dzięki yerbie dostarczamy sobie także solidnej porcji witamin i soli mineralnych. Panie zainteresuje zapewne dobroczynny wpływ na stan włosów, skóry oraz świetnej sylwetki.

Rytuał Popularność yerba mate tłumaczyć możemy jednak także pewną modą – często możemy obserwować wspomnianego już pana Cejrowskiego w towarzystwie specjalnego termosu z naparem. Yerba mate wymaga bowiem specjalistycznego sprzętu – matero, czyli kubeczka wykonanego tradycyjnie z tykwy oraz bombilii, rurki do picia. Niemałej wprawy wymaga także samo przygotowanie naczyn – przed pierwszym użyciem tykwę należy odpowiednio oczyścić wg rytuału corrado. Początkującym oferuje się specjalne pakiety startowe, aby nie zniechęcili się po pierwszych, nieprawnie przygotowanych łykach. Jeśli jednak faktycznie cały ceremoniał uczyni nas choć trochę podobnych młodym bogom, bezwzględnie warto. Nawet, jeśli to tylko kolejne placebo. 

Sandra Staletowicz


LIFESTYLE | Ona i seks |

W łóżku z tym młodszym

fot. Karamell Studio

nież dodatkowe – typowe dla wieku – atuty: atrakcyjność fizyczną, spontaniczność, wrażliwość i energię, przejawiającą się w różnych sferach wspólnego życia, także w alkowie. Nierzadko zdarza się, że młodszy wybranek stanowi źródło drugiej młodości dla partnerki, która w życiu zawodowym i osobistym osiągnęła i doświadczyła już wiele.

Związek starszego mężczyzny i młodszej od niego - nawet o kilkadziesiąt lat - kobiety, to w obecnych realiach niemalże standard. Widok przeszło pięćdziesięcioletniego pana w garniturze od Hugo z towarzyszką typu Nie-Wiadomo-Czy-To-Córka-Czy-To-Druga-Żona, niemal nikogo już nie dziwi, co najwyżej wprawia w zakłopotanie ekspedientki w centrach handlowych, które nie do końca wiedzą jak spytać, czy za sukienkę będzie płacił tatuś czy partner. Co zabawne – zgoła odmienne reakcje towarzyszą relacji przeciwnej. Naturalnie nienaturalnie Z perspektywy ewolucji związek mężczyzny ze starszą od siebie o kilkanaście lat partnerką, nie ma racji bytu. Dlaczego? Oczywiście ze względu na potomstwo. Kobieta ma pod tym względem – nazwijmy to brutalnie – swój okres przydatności, wyznaczony przez samą naturę. Faceci mają łatwiej, mogą bardzo długo płodzić zdrowe potomstwo na

prawo i lewo, bo plemniki produkowane są systematycznie w zasadzie przez całe życie ich właściciela. My rodzimy się z zestawem komórek jajowych, które starzeją się wraz z nami i w pewnym wieku urodzenie dziecka obarczone jest sporym ryzykiem - zarówno dla matki, jak i potomka. Skoro ewolucja niejako wyklucza tego typu związki, skąd się one biorą? Co ona w nim widzi? Być może przyczyna leży w naszym nad wyraz rozwiniętym społeczeństwie? Skoro spłodzenie potomstwa nie jest już nadrzędnym celem wielu z nas, mamy sposobność ku temu, by samej decydować o tym, co w partnerze liczy się dla nas najbardziej… Większość kobiet bardziej lub mniej świadomie poszukuje starszego partnera. Bo bardziej stabilny finansowo, dojrzały, odpowiedzialny. Czy młodszy odpowiednik ma być jego przeciwieństwem? Niekoniecznie. Może posiadać te wszystkie cechy, jak rów-

Co on w niej widzi? To pytanie zadajemy sobie mimo wszystko częściej, spotykając te nietypowe pary. Dlaczego taki młody, przystojny chłopak, który ma przed sobą całe życie, spotyka się z kobietą w wieku własnej matki? Zapewne ze względu na pieniądze. Taki argument byłby logicznie poprawny, ale niewystarczający w przypadku długofalowych, głębokich związków, które przecież zdarzają się. Na forach internetowych znajdziemy wiele podpowiedzi. Młodsi partnerzy często wskazują nie tylko na mądrość, wiedzę czy pozycję społeczną swych dojrzałych kobiet, ale także na ich wdzięk, klasę czy urodę. Zdarza się także, że decyzja o wejściu w tego typu relację podyktowana jest niechęcia do posiadania dzieci lub bezpłodnością mężczyzny. W końcu kobieta po pięćdziesiątce z dużym prawdopodobieństwem ma już własne odchowane dzieci albo świadomie zrezygnowała z macierzyństwa. Bywa też, że dojrzałe kobiety są po prostu wybrankami nad wyraz dojrzałych dwudziestolatków, którym trudno znaleźć kogoś odpowiedniego pośród rówieśniczek. I w końcu: wielu mężczyzn uważa, że seks ze starszą partnerką jest dużo bardziej satysfakcjonujący. Przecież dojrzała znaczy także świadoma - również własnego ciała i potrzeb. Niech to będzie pociechą dla nas wszystkich, bo młodsze już raczej nie będziemy! 

Basia Owczarska

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

29


| LIFESTYLE | Ona i kariera

Konkurencja niestraszna

fot. 2flyteam

30

Świadomość posiadania pieniędzy w torebce podczas wypadów z psiapsiółką na pewno nie jest zaliczana do przykrych, a wręcz do pokrzepiających. Wiąże się z nią cała gama różnych uczuć, od poczucia bezpieczeństwa (mam za co wrócić do domu!), sytości (ten obiad był wyśmienity!), frustracji (torebka czy sukienka?) aż po euforyczną radość (torebka i sukienka!). Niestety, ponieważ świat rządzi się brutalnymi prawami, pieniądze same w portmonetce nie rosną. Możemy przyczynić się do ich obecności w dwojaki sposób: albo – jeżeli jesteśmy uosobieniem inteligencji, sprytu i zwinności – napadać na banki niczym Bonnie („bez” bądź „z” Clyde’m – według uznania) albo pójść do pracy. Sądzę, że wiele z nas wybierze wariant numer dwa. W pracy możemy być jedną z mrówek szeregowych, które egzystują gdzieś z boku jako pracownik numer 112688 odpowiedzialny za pod-pod-pod-dział taki i owaki lub też możemy być Królową Mrówką, czyli szefową samą w sobie.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Zapewne niejedna Czytelniczka westchnęła w tym momencie wyobrażając sobie lubieżnie dużą garderobę wypełnioną sukienkami od Coco i butami Blahnika. Drogie Panie, marzenia są po to, by próbować je ziścić. Jeżeli masz zdolności organizacyjne i predyspozycje do rozporządzania ludźmi albo zwyczajnie ciekawy pomysł na działalność – nie wahaj się, zacznij działać. Ciekawy pomysł daje Ci spore szanse, że nie będziesz musiała zbytnio współzawodniczyć z innymi firmami o uwagę klienta, ale również w powszechnej branży nie powinnaś rozpaczać albowiem działalność zależna od konkurencji również ma swoje zalety. Konkurencja to zjawisko współzawodnictwa. Kilka przedsiębiorstw rywalizuje między sobą o kupującego, próbując przedstawić mu bardziej korzystną ofertę, która go zainteresuje do tego stopnia, że będzie on gotowy zawrzeć ze zwycięskim przedsiębiorstwem transakcję – dokonać zakupu. Rywalizacja może obejmować nie tylko takie same przedmioty (kupić adidasy firmy A czy adidasy firmy B?), ale również przedmioty odmienne, ale pełniące podobną funkcję (może zamiast adidasów kupić baleriny?). Każda z tych firm, zarówno producent adidasów A, B jak i balerin chce, aby to właśnie jego produkty były bardziej rozchwytywane, dlatego wchodząc do sklepu obuwniczego jako pierwsza uderza nas feeria barw, rozmaitość kształtów, dodatków, ozdóbek aż wreszcie bogaty wachlarz cen - od żałosnych po zabójcze. Wszystkie te zabiegi są stosowane po to, aby skutecznie trafiły do serca każdej klientki, zarówno tej z grubszym jak i tej z chudszym portfelem. Według autorów książki „Konkurencyjni przetrwają”*, samo zjawisko konkurencji ma pozytywny wpływ na obecną i przyszłą działalność przedsiębiorcy. Można to bardzo łatwo wyjaśnić korzystając z przy-

kładu przemysłu obuwniczego. Wcześniej wspomniani producenci artykułów obuwniczych mają wspólny cel, chcą zmaksymalizować sprzedaż swoich wyrobów do tego stopnia, by swobodnie pokryła ona koszty poniesione przez nich w trakcie produkcji (projektant, materiały) i dodatkowo przynosiła jak największy zysk. W związku z tym podejmują oni szereg działań mających na celu stworzenie im wizerunku najlepszych. Rywalizacja ta sprawia, że nie mogą oni stać w miejscu. Muszą notorycznie się rozwijać i dążyć do pozyskania większej liczby klientów niż pozostali producenci. W rozwoju tym pomagają takie działania jak wprowadzenie zmian w sposobie wewnętrznego funkcjonowania firmy (zadowolony pracownik to bardziej wydajny pracownik), wdrażanie nowych metod produkcji (nowe maszyny i technologie), dokładna analiza gustów i preferencji klientów (mogą one być zależne m.in. od aktualnie panującej mody) oraz od stałej obserwacji poczynań konkurentów (być może zmiany które oni już wdrożyli są również przydatne i dla nas). Bardzo ważnym jest, aby każdy producent był świadomy zmian jakie zachodzą w gustach, preferencjach i zapotrzebowaniu zgłaszanym przez konsumentów, czyli osoby kupujące. Pomoże mu to dostosować się do wymagań i uzyskać lepsze wyniki sprzedażowe. Przed otwarciem działalności należy uważnie prześwietlić miejsce, w którym mamy zamiar rozwinąć interes w ujęciu całej miejscowości. Chodzi tutaj głównie o zgodność proponowanego dobra / towaru czy usługi jaką chcemy świadczyć z okolicznymi zwyczajami i tradycjami, ze średnią wieku mieszkańców, z ich zamożnością (logicznym jest, że ekskluzywne SPA niekoniecznie może znaleźć uznanie w oczach społeczeństwa w większości emerytowanego). Powodzenie naszego po-


31

mysłu może być również uzależnione od wielu czynników zewnętrznych ,na jakie nie mamy wpływu, m.in. od zmian w wielkości bezrobocia w kraju, od umacniania bądź osłabiania się polskiej złotówki (jest to istotne w kontaktach z importerami lub eksporterami zagranicznymi), od wzrostów cen różnych produktów (np. paliwo, które automatycznie pociąga za sobą wzrosty cen innych dóbr, ponieważ każdy przedsiębiorca ponosi jakieś określone koszty związane z transportem dóbr, materiałów i innych), ale również od sytuacji wewnętrznej kraju (nieprzewidywalne zdarzenia losowe, kryzysy). Powyższe analizy są tylko przykładem niektórych kroków, jakie podejmują producenci walcząc o pozycję i uznanie w gronie obecnych i przyszłych klientów. Drogie Czytelniczki, nie bójmy się marzyć i brać życia w swoje ręce, dobry pomysł to podstawa, ale i wola walki to równie solidny fundament sukcesu, a konkurencja – może się okazać niezwykłym środkiem wspomagającym motywację, zapobiegającym nygusostwu i wyzwalającym kreatywność. Niezależnie od tego czy jesteś hobbystką i myślisz o pracy, która sprawia przyjemność czy po prostu o zapewnieniu sobie stabilnej przyszłości, musisz najpierw zaryzykować zainwestować siebie i w siebie. 

Miejsce na Twoją Reklamę

Patrycja Smagacz

*Olaf Flak, Grzegorz Głód, Konkurencyjni przetrwają, Difin 2012, www.konkurencyjniprzetrwaja.pl

kontakt: promocja@touche.com.pl

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


32

| FASHION

born to be

sesja fashion w plenerze

fotografie: Roksana Wąs modelki: Dominika Kubica, Beata Maj stylizacja: Anna Sowik wizaż: Patrycja Kocot

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Wild


33

stroje: Galeria Mody Używanej „Retro” Katowice al. Korfantego 16

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


34

| FASHION

marynarka – vintage, pochodzi z wymiany ubraniowej bluzka – R. J Story, z wymiany ubraniowej naszyjnik dzianinowy – handmade, Anna Sowik bransoletka – H&M, Galeria Retro, 18zł

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


FASHION |

kombinezon – vintage, secondhand, 8zł torebka – vintage, po mamie biżuteria – vintage, po cioci

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

35


36

| FASHION

spódnica – secondhand, 4 zł bluzka – vintage, allegro, 20zł torebka – Marks & Spencer, secondhand, 5zł pasek – vintage rękawiczki – vintage, po mamie

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


FASHION |

Sukienka – lokalny bazar, 29zł Aksamitny żakiet – Monsoon, vintage, prezent Kolia – Galeria Retro, 16zł Pierścionki – własność stylistki i wizażystki

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

37


FILM | Postać miesiąca |

Między artyzmem a komercją, czyli o dwóch drogach kariery Nazywany przez prasę i krytyków jednym z najlepszych, współczesnych, młodych aktorów. Odnosi się wrażenie, że wachlarz jego możliwości jest niewyczerpalny. Z każdym filmowym dziełem zaskakuje, szokuje, wzbudza pragnienie powtórnej odsłony, udowadniając tym samym swój talent. Aktorstwo jest dla niego wyzwaniem, które chętnie podejmuje, niezależnie od trudności w odegraniu roli. Indywidualista, perfekcjonista, prawdziwy aktor. Przyciągający wzrok, nieco tajemniczy, a przy tym niezwykle wyrazisty i przekonujący - Michael Fassbender.

Lepiej późno, niż wcale Michael Fassbender przyszedł na świat 2 kwietnia 1977 roku w Heidelbergu, jako syn Niemca Josefa i Irlandki Adele. Tradycje rodzinne wskazują na pokrewieństwo matki aktora z Michaelem Collinsem, irlandzkim przywódcą podczas wojny o niepodległość. Kiedy skończył dwa lata, jego rodzice postanowili przenieść się do Killarney w hrabstwie Kerry, w południowo - zachodniej części Irlandii, gdzie otworzyli restaurację, w której ojciec pracował jako szef kuchni. Jak sam przyznaje wstydził się własnej odmienności, odrzucenia przez rówieśników ze względu na pochodzenie. Był obcy. Próbował tłumić w sobie niemieckie tradycje i kulturę. Dziś tego żałuje, starając się nadrobić straty. W swojej pracy najbardziej ceni różnorodność, co doskonale odzwierciedlają jego kolejne role. Nie chce być utożsamiany z jednym typem bohatera, ale podejmować wyzwania i sprawdzać się w wymagających, niejednokrotnie niezwykle trudnych filmach. Michael uczęszczał do Kolegium im. Św. Brendana, by później, jako młodzieniec, uczyć się sztuki aktorskiej w Centrum Dramatu w Londynie. Jednak ze względu na swój osobisty stosunek do gry, poleganie na intuicji i nieukrywany indywidualizm, porzucił studia. Nie przeszkodziło mu to w spełnieniu marzeń związanych z zawodem. Jednak na sukces musiał poczekać kilka lat…

W 2001 roku otrzymał rolę w miniserialu Stevena Spielberga i Toma Hanksa Kompania braci, która była dopiero zalążkiem jego kariery. Pojawił się również w kilku mniejszych telewizyjnych produkcjach, reklamie piwa oraz teledysku grupy Cooper Temple Clause do przeboju Blind Pilots. Jego osoba nie spotkała się z większym zainteresowaniem ze strony świata show-biznesu. Fassbender podjął pracę w barze oraz przy rozładowywaniu ciężarówek, nie rezygnując jednak z udziału w castingach. Jego wytrwałość opłaciła się. W 2007 roku zagrał w 300 Zacka Snydera, by już w niedługim czasie podbić serca widzów swoją rolą w filmie Głód (2008) w reżyserii Steve’a McQueena, będącym wstrząsającą historią bojownika IRA, który rozpoczyna więzienną głodówkę na znak protestu. Nieoszlifowany diament został odkryty! Ciało jako plastyczny materiał Michael Fassbender umiejętnie wykorzystuje swoją fizyczność przemawiając do odbiorcy nie tylko za pomocą słów, ale przede wszystkim własnego ciała. Pragnie być wiarygodny, zjednać się z postacią, którą staje się podczas projekcji. Nie bez powodu poddał się specjalnie przygotowanej przez lekarzy diecie, by schudnąć do roli Bobby’ego Sandsa w filmie McQueena. Jego naturalna aparycja

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

39


40

| FILM | Postać miesiąca

wzmacnia egzystencjalny przekaz reżysera, wprowadza w świat bohatera, stawia obok niego poruszonego widza, by ten - na własnej skórze - odczuł to, co wizualne. W dziele Fish Tank, w reżyserii Brytyjki Andrei Arnold, Fassbender wciela się w postać przystojnego, pełnego wigoru, opiekuńczego, ale i pewnego siebie mężczyzny, który ponadto jest idealnym kochankiem. Jego historia posiada jednak niejednoznaczny wydźwięk, a z czasem na jaw wyłania się prawdziwe oblicze ukrywane do tej pory pod maską codziennego życia. Fassbender w tej roli kusi, umiejętnie zdobywając zaufanie widza. Dominantą ponownie staje się fizyczność, ale przybiera ona inny kształt. Do głosu dochodzi seksualność oraz popędy, których człowiek nie potrafi w pełni stłumić. Rok 2011 obfitował w niezwykle różnorodne odsłony utalentowanego aktora. Zdecydowanie najbardziej kontrowersyjną i przejmującą była postać Brandona, trzydziestokilkulatka uzależnionego od seksu, pragnącego stałego kontaktu fizycznego, a przy tym wypierającego jakiekolwiek emocje czy prawdziwą bliskość. Mowa oczywiście o Wstydzie Steve’a McQueena, który nie został niestety doceniony przez środowisko akademickie Hollywood. Fassbender wykreował bohatera w sposób niezwykle przekonujący, głęboko zapadający w pamięć. Przeciętny mieszkaniec wielkomiejskiej dżungli - Nowego Jorku, z dobrą posadą, własnym mieszkaniem, niezależny i wydawałoby się – na swój sposób – spełniony. Wszystko zmienia się, gdy do tego, pozornie uporządkowanego świata, wkracza młodsza siostra Sissy. Jej obecność jeszcze dotkliwiej uświadamia bohaterowi własne słabości i uzależnienie. Strach przed uczuciami, bliskością i jakąkolwiek formą związku jest paraliżujący. Jego twarz wydaje się być obojętna, podczas gdy w duszy rozgrywa się walka z samym sobą. Hamuje łzy podczas występu siostry, wykonującej utwór Franka Sinatry New York, New York, będącego w rzeczywistości studium samego Brandona. Unika czułości, ucieka przed bliższym kontaktem z ludźmi, dąży jedynie do zaspokajania popędu seksualnego w sposób wręcz mechaniczny. Przeszłość rodzeństwa, która nie została ujawniona, wpływa zarówno na wzajemne relacje, jak i obecny stan ich egzystencji. W życiu obojga panuje chaos, którego nie są w stanie przezwyciężyć w pojedynkę. Podczas jednego z wywiadów, aktor stwierdza, że natychmiastowa satysfakcja jest typowa dla naszych czasów, w których człowiek odczuwa wstyd i obrzydzenie wobec samego siebie, a jednocześnie wpada w błędne koło. Tak trudna, jednocześnie wymagająca rola Fassbendera została zauważona i doceniona na festiwalu w Wenecji, gdzie zdobył nagrodę za najlepszą męską odsłonę. Wrodzone, a nie wyuczone Michael Fassbender udowodnił, że aktorstwo ma we krwi. Niezwykle dobrze odnajduje się w odmiennych od siebie rolach, zarówno na płaszczyźnie kina niezależnego, jak i nastawionego na komercyjny sukces. Niestraszne są mu kreacje samotnego, zgorzkniałego dzie-

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

dzica, poszukującego prawdziwej miłości i rodzinnego ciepła w dramacie kostiumowym Jane Eyre, czy wcielenie się w szwajcarskiego psychiatrę Carla Gustawa Junga w filmie Davida Cronenberga Niebezpieczna metoda. Można zobaczyć go także w odsłonie pragnącego zemsty mutanta Magneto w kolejnych X-menach. Niedługo da się nam poznać w nowym dziele s-f Ridleya Scotta – Prometeusz. Umiejętność odnajdywania się w tak różnych kreacjach, będąc przy tym wyrazistym, ponadprzeciętnym i niezapomnianym jest wielką sztuką. Fassbender hipnotyzuje, nie pozostawiając widza obojętnym. Swoją osobą ukazuje dotkliwie prawdziwy obraz, niejednokrotnie kontrowersyjny. To ambitny aktor, pragnący pracować z ludźmi doświadczonymi, którzy stają się jego mentorami, choć jak przyznaje - lubi wolność i możliwość indywidualnej interpretacji. Z jego punktu widzenia praca nad każdą z ról jest podobna, bowiem zawsze przechodzi ten sam proces: Szyję skórę, którą mógłbym na siebie nałożyć. Dużo pracuję nad scenariuszem. Czytam go 150 razy i myślę o facecie, którego mam zagrać. Szukam w nim cech wspólnych z moją osobowością. Aktor ≠ celebryta Steve McQueen przyznaje, że aktor łączy w sobie zarówno skromność, jak i charyzmę. Ma w sobie to coś, co mieli kiedyś James Dean i Marlon Brando. W całym pokoleniu zdarza się tylko jeden taki aktor. Ale Michael jest kimś więcej: lustrem, w którym jego generacja może się sobie przyjrzeć. Michael Fassbender nie marnotrawi czasu. Pragnie wykorzystać swoje pięć minut jak najpełniej. Nie boi się wyzwań; wierzy, że to jest jego czas, jego moment. Jak sam stwierdza, niczego w swoim życiu nie żałuje, także tego, że na sławę przyszło mu czekać do trzydziestki. Dostrzega w tej sytuacji pozytywne aspekty, bowiem teraz potrafi oprzeć się pokusom show-biznesu. Jako dojrzały i pewny siebie mężczyzna wkroczył w świat blichtru, celebrytów, przyjemności i brutalnych reguł. Nie zatracił jednak przy tym samego siebie, własnego indywiduum. Nie jest gwiazdą, w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Michael Fassbender jest po prostu prawdziwym aktorem. 

Magdalena Kudłacz


źródło: popcornreel.com

FILM | Postać miesiąca |

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

41


42

| FILM | Nowości kinowe

Być jak gwiazda rocka | Wszystkie odloty Cheyenne’a | This Must Be the Place

Data premiery: 16 marca 2012 (Polska), 20 maja 2011 (Świat) Reżyseria: Paolo Sorentino, Scenariusz: Umberto Contarello, Paolo Sorentino, Zdjęcia: Luca Bigazzi Obsada: Sean Penn (Cheyenne), Frances McDormand (Jane), Harry Dean Stanton (Robert Plath) Dystrybucja: ITI Cinema Sp. z o.o. Czas trwania filmu: 1 godzina, 58 minut

Być, gwiazda i rock to słowa-klucze dla najnowszego filmu Paolo Sorentino. Cheyenne bowiem karierę na scenie muzycznej niewątpliwie zrobił. Zyskał miano idola, jest rozpoznawalny na ulicach miasta. Ale Cheyenne tylko jest. Jest to znaczy tyle co żyje, istnieje. Tkwi w jakimś wykreowanym przez siebie zawieszeniu, uparcie trzymając się swojej dawnej stylistyki scenicznej: z nieprzerwanie upudrowaną twarzą, pomalowanymi oczami, nastroszonymi czarnymi włosami i czerwoną szminką na ustach. Wizualnie zatrzymał się w epoce kiedy jego zespół świecił tryumfy, jednak mentalnie postarzał się aż nadto. Teraz, będąc po pięćdziesiątce, daleko mu do skandowania: sex drugs, rock&roll. Woli od czasu do czasu pograć na giełdzie i nie zaprząta sobie myśli marzeniami o powrocie na scenę, jak to podstarzali gwiazdorzy mają w zwyczaju. Teraz farbuje włosy, nosi

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

bluzę od dresu i w przygarbionej pozycji oznajmia żonie: chyba mam depresję. A więc: czy mamy do czynienia z filmem o przeżywającym depresję, ekscentrycznym gwiazdorze, którego sława bezpowrotnie już minęła? Nic bardziej mylnego. Bo owo być ma jeszcze jedno znaczenie. Być jest kluczową sprawą dla każdego człowieka. Być to nie tylko oddychać, to nie jest tylko bicie serca, pompowanie krwi i bierne egzystowanie. To kwintesencja człowieczeństwa. Nasz bohater, znakomicie z resztą wykreowany przez Seana Penna, w momencie największej życiowej stagnacji postanawia z owego zawieszenia wyrwać się i stanąć twarzą twarz z przeszłością. Kiedy bowiem umiera jego ojciec, z którym nie rozmawiał przez 30 lat, staje w obliczu wyzwania. I nie chodzi tu tylko o podróż samolotem, której panicznie się boi. Dotyczy to spotkania z tym, co pozostawił, gdy rozpoczął karierę. Z utworem I’m a passanger w tle, Cheyenne wyrusza w podróż. Jednak nie po to, by szukać siebie. Jak sam stwierdza, jest przecież w Nowym Meksyku, nie w Indiach. Pogrążona w depresji gwiazda rocka i naziści? Ryzykowne, być może dziwne. Bo okazuje się, że ojciec Cheyenne’a przez ostatnie lata życia szukał swego oprawcy z Auschwitz. Bohater postanawia więc znaleźć owego Niemca. Jednak nie cel okazuje się być kwintesencją owej podróży – albowiem w jej trakcie okaże się, że największym odlotem nie była wcale kariera rockmana – to życie z jego wszystkimi składnikami składa się na największy ze wszystkich odlotów. David Byrne, twórca ścieżki dźwiękowej i lider Talking Heads użyczył filmowi tytuł, zapożyczając go od piosenki grupy, a do tego stworzył motyw przewodni podróży bohatera, powtarzając jak mantrę na różnych jej etapach This must be the place. Gdzie jest TO miejsce? Czy Cheyenne ukończył podróż? Odpowiedzią niech będzie końcowa, przejmująca scena filmu. Nie patosowe poszukiwanie siebie. Nie - rockman i jego przebrzmiała sława. Nie rozliczenie z Holocaustem. Więc o czym właściwie jest ten film? To po prostu film o życiu. Tak jak główny bohater i jego przygody – często gorzkie, innym razem urocze, bywa, że smutne albo wesołe. Niedoskonałe i pełne ironii. Ze wszystkimi odlotami. 

Katarzyna Trząska


FILM | Nowości kinowe |

Jakie czasy, taki Noe | Kupiliśmy Zoo | We Bought a Zoo

Data premiery: 16 marca 2012 (Polska); 26 listopada 2011 (Świat) Reżyseria: Cameron Crowe, Scenariusz: Aline Brosh McKenna, Cameron Crowe Zdjęcia: Rodrigo Prieto Obsada: Matt Damon (Benjamin Mee), Scarlett Johansson (Kelly Foster), Thomas Haden Church (Duncan Mee) Dystrybucja: Imperial – Cinepix Czas trwania filmu: 2 godziny, 4 minuty

Benjamin Mee (Matt Damon) jest cieszącym się życiem i szukającym przygód dziennikarzem. Po śmierci żony za wszelką cenę stara się zachować pozory normalnego życia, aby ochronić przed cierpieniem swoje dzieci. Jednak kiedy jego zbuntowany czternastoletni syn zostaje wyrzucony ze szkoły, Benjamin postanawia opuścić miejsce, które przypomina im o przeszłości i znaleźć rodzinie nowy dom. Stawia wszystko na jedną kartę: rzuca pracę i decyduje się kupić nieczynne zoo, pogrążone w problemach finansowych. Ma nadzieję, że ucieczka w świat zwierząt pomoże jemu i dzieciom pogodzić się z utratą najbliższej im osoby. Niewiarygodne, ale prawdziwe! Ten nieprawdopodobny wydawałoby się scenariusz stanowi adaptację bestsellerowej książki, opartej na autentycznej historii. Pomagając zwierzętom i opiekującym się zoo pracownikom, bohater znajduje nowy cel w życiu; pragnie

przywrócić miejscu dawną świetność. Ale ten cel to tylko projekcja jego prawdziwych pragnień: Benjamin w ten sposób chce odbudować swoje życie rodzinne. Dlatego tak bardzo angażuje się w renowację zoo. Pamięć o zmarłej żonie nie pozwala mu jednak cieszyć się pełnią życia. Symboliczna przemiana protagonisty następuje w momencie, w którym Benjamin zgadza się na uśpienie schorowanego, siedemnastoletniego tygrysa, uwalniając się tym samym od żałoby po żonie. Ta bajkowa historia została zbudowana na typowych charakterach i schematycznych sytuacjach: mieszczuch, który znalazł się na zakręcie życia, postanawia odnaleźć swoją drogę w świecie natury. Mimo drobnych komplikacji udaje mu się zaadaptować w nowym środowisku i rozwiązać konflikt z synem. Oczywiście, we wszystkim pomaga mu piękna i zaradna dyrektorka Zoo, Kelly (Scarlett Johansson). Nawet jedyny antagonista – niesympatyczny audytor ogrodów zoologicznych, okazuje się być ostatecznie porządnym człowiekiem. Na tle malowniczych krajobrazów snuje się idealistyczna opowieść o sile miłości, rodziny, o lojalności i wierze w ludzi. Miejscami przerysowane i patetyczne sceny, jednym wyciskają łzy z oczu, innym rysują na twarzy uśmiech przesady. Ale może w czasach społecznej znieczulicy i maksymalizacji treści, to jedyny skuteczny sposób, aby dotrzeć do pokładów wrażliwości ukrytych w „popcornowym kubełku świadomości” widza? Bajkową atmosferę filmu dopełnia genialna muzyka islandzkiej grupy Sigur Ros i falsetowy głos jej wokalisty - Jonsiego. Sięgające do etnicznych źródeł, eteryczne dźwięki niczym głos Ziemi, momentami przenoszą widza wprost na afrykańskie safari. Film pozbawiony jest afektowanych, hollywoodzkich ujęć, co jednak nie ujmuje jego wartości. Matt Damon doskonale sprawdza się w nowym emploi „podtatusiałego przystojniaka”. Mimo, iż historia zbudowana została na dość naiwnym idealizmie, polecam ją jako czarującą opowieść dla całej rodziny. Bo dlaczego mamy deprecjonować filmy, które poruszają serca i przywracają nam, choć na chwilę, wiarę w ludzi?! Pamiętajmy także o regułach stylistycznych gatunku: film Kupiliśmy zoo, jak przystało na komediodramat, to pełna humoru, ale i wzruszająca historia. Idealny dla fanów happy endów i widzów przychodzących do kina po lekkostrawną przyjemność. 

Agnieszka Różańska

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

43


44

| FILM | W domowym zaciszu

Zapnijcie pasy, ruszamy w podróż! | Mała Miss | Little Miss Sunshine

Data premiery: 12 stycznia 2007 (Polska), 2 lipca 2006 (Świat) Reżyseria: Jonathan Dayton, Valerie Faris Scenariusz: Michael Arndt, Zdjęcia: Tim Suhrstedt Obsada: Alan Alarkin (Dziadek Edwin), Greg, Kinnear (Richard), Steve Carell (Frank), Toni Collette (Sheryl), Paul Dano (Dwayne), Abigail Breslin (Olive) Dystrybucja: Imperial CinePix Czas trwania filmu: 1 godzina, 41 minut Ekscentryczna rodzina, wspólna podróż i żółty Volkswagen Transporter. Właśnie tak w telegraficznym skrócie mogłoby wyglądać streszczenie Małej Miss. Niby nic nowego, w dziejach kinematografii powstało mnóstwo różnego rodzaju dzieł filmowych opartych na motywie rodzinnej wyprawy. Powiało nudą? Nic bardziej mylnego! Ta słodko-gorzka opowieść przyprawiona szczyptą czarnego humoru została bardzo pozytywnie oceniona przez wielu krytyków. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Mała Miss poza licznymi nominacjami do prestiżowych nagród otrzymała w 2007 roku 2 Oscary - za najlepszy scenariusz oryginalny oraz dla najlepszego aktora drugoplanowego (Alana Alarkina). Hooverowie, jak wszystkie normalne rodziny, mają swoje dziwactwa i problemy. Wszyscy razem tworzą dość specyficzną mieszankę

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

charakterów. Senior rodu - Edwin - to uzależniony od heroiny podstarzały erotoman. Sheryl jest zapracowaną matką dwójki dzieci, która próbuje połączyć obowiązki zawodowe z domowymi. Na dodatek decyduje się przyjąć pod swój dach uratowanego po próbie samobójczej brata. Jej mąż Richard, przekonany o własnym sukcesie stworzył dziewięciostopniowy program motywacyjny pt. Odmówić przegranej. Ich zafascynowany filozofią Nietzsche’ego syn, marzy o wstąpieniu do Akademii Sił Powietrznych, w tym celu złożył śluby milczenia i wytrwale dba o kondycję fizyczną. Z kolei największym marzeniem jego młodszej siostry jest zdobycie tytułu miss. Niespodziewany telefon o zakwalifikowaniu małej Olive do stanowego konkursu Little Miss Sunshine wprowadza w życie rodziny sporo zamieszania. Do konkursu pozostały 2 dni, do pokonania jest 800 mil, do dyspozycji stary Volkswagen Transporter, a „łaskawy los” niczego nie ułatwia. Co z tego wyniknie? Zobaczcie sami! Perypetie rodziny Hooverów zostały przez parę reżyserów opowiedziane w sposób prosty i zrozumiały, oraz z pewnością niepozbawiony smaku. Taki sposób prowadzenia narracji pozwala przesunąć punkt ciężkości z akcji na postacie. Dzięki temu wędrując żółtym Volkswagenem wraz z bohaterami, możemy dokładnie przyjrzeć się każdemu z nich oraz skoncentrować uwagę na stosunkach panujących pomiędzy członkami rodziny. Film jest na przemian poważny i zabawny, co ewidentnie stanowi jego zaletę. Twórcy umiejętnie żonglują emocjami, przez co widz nie ma czasu się nudzić. Znalezienie względnej równowagi pomiędzy tymi skrajnymi odczuciami, tak by nie popaść w zbytnią przesadę, z pewnością wymagało od realizatorów wyczucia. Istotną rolę odgrywa w tym filmie także muzyka. Nadaje ona całości specyficznego klimatu, wpływając tym samym na jego odbiór. Mimo wszystko Mała Miss to nie tylko historia pewnej podróży, ale przede wszystkim pryzmat, w którym odbijają się skomplikowane relacje rodzinne. Każdego z bohaterów podczas tej wędrówki dotyka pewien osobisty dramat, moment zwątpienia. Jednak dzięki wsparciu pozostałych członków rodziny są w stanie wspólnie kontynuować podróż. Co więcej, powoli zaczynają rozumieć prawidłowy mechanizm funkcjonowania rodziny i niejako dojrzewają do bycia jej pełnoprawnymi członkami. 

Martyna Kapuścińska


FILM | Analiza starego dzieła |

kontakt: promocja@touche.com.pl TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

45


46

| FILM | Analiza starego dzieła

Rodzinna gra pozorów | Analiza filmu Kotka na gorącym, blaszanym dachu R. Brooksa 23 marca minął rok od śmierci Elizabeth Taylor, wielkiej gwiazdy kina, znanej zarówno ze świetnych ról filmowych, jak i  nie mniej interesującego i  pełnego skandali życia prywatnego. Słynne fiołkowe oczy małej Elizabeth, ale też zaradność jej matki, zapewniły późniejszej diwie filmowej szybką karierę. Pierwsza rocznica śmierci skłania ku wspomnieniu tej charyzmatycznej aktorki. Spośród ogromnej ilości doskonałych ról warto wspomnieć jedną, bardzo istotną, choć taką, która nie spełniła marzeń o  najważniejszej nagrodzie Akademii, a  zapewniającą jedynie nominację do niej. W  filmie tym Taylor ukazuje zarówno swój seksapil i  zmysłowość, ale też sprawnie operuje takimi emocjami, jak ból, rozpacz, pragnienie miłości. Mowa tu oczywiście o znakomitej Kotce na gorącym, blaszanym dachu z roku 1958, w reżyserii Richarda Brooksa. Pierwowzorem tego filmu jest sztuka teatralna, powstała przez jednego z  bardziej cenionych dramaturgów XX wieku – urodzonego w Nowym Orleanie Thomasa Laniera Williams’a III, znanego jako Tennessee Williams. Senior rodu Pollittów obchodzi 65 urodziny. Z  tej okazji w  posiadłości Wielkiego Taty zjawiają się jego dwaj synowie – starszy Gooper, wraz ze swoją ciężarną żoną i piątką rozbieganych, niesfornych dzieci, oraz młodszy syn Brick (Paul Newman) – były sportowiec, topiący swe smutki w alkoholu, odrzucający swą piękną i  ponętną żonę Maggie (Elizabeth Taylor). Powód rodzinnego świętowania jest jeszcze jeden. Wielki Tata (Burl Ives) właśnie wrócił ze szpitala, z wynikami rokującymi wiele lat długiego i  szczęśliwego życia. Głowa rodziny Pollittów to prawdziwy pan i  władca swego małego świata. Wzbudza respekt swoją potężną posturą, charyzmą i kategorycznym tonem, osądzającym wyroki, którym cała rodzina ma się podporządkować. Senior rodu pragnie zaprowadzić porządek w  swoim domu, uleczyć chorą atmosferę, oczyścić swoją rodzinę z hipokryzji i zakłamania. Nie jest jeszcze świadom, że sam padł ofiarą kłamstwa, dotyczącego jego stanu zdrowia. Wielki Tata okazuje się być umierający. Przekazanie tej bolesnej wiadomości spoczywa na barkach synów chorego. Pierworodny Gooper (Jack Carson) nie wydaje się być przejęty zbliżającą się śmiercią ojca. Od dawna

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


FILM | Analiza starego dzieła |

ostrzy zęby na majątek seniora, razem ze swoją prymitywną, niebywale płodną żoną. To małżeństwo wydaje się być do szpiku kości zakłamane, obrzydliwie odpychające ciągłym szpiegowaniem i knuciem. Postać Goopera nie jest jednak aż tak jednowymiarowa. Starszy syn żyje w  cieniu swojego młodszego, problematycznego brata, który co i rusz przysparza nowych problemów rodzinie. Gooper od dziecka wykonywał wszystkie nakazy i polecenia ojca – zdobył wykształcenie prawnicze, ożenił się, spłodził dzieci. Jednak nigdy nie odczuł zadowolenia ze strony Wielkiego Taty. Zawsze poniżany, odsuwany, krytykowany, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i  zażądać przekazania mu posiadłości seniora rodu. Zbuntowany przeciw ojcu i bratu zaczyna jednak zauważać swoje mściwe i  prymitywne zachowanie. W  przeciwieństwie do niego, postać żony Goopera, Mae (Madeleine Sherwood) jest niezmienna w swej nienawiści i otępieniu, od początku do końca filmu. Bohaterka jest głupia i ordynarna. Uważa, że to jej i mężowi należy się spadek po dziadku Pollittcie, a argumentuje to tym, że jest przykładną, wręcz doskonałą matką aż pięciorga dzieci, co nieustannie podkreśla w stosunku do bezdzietnej Maggie. Mae spiskuje przeciwko swej szwagierce i jej mężowi, przymila się do seniora i nachalnie stara się zwrócić jego uwagę na swe wspaniałe, sielskie życie, zgodne z wolą Wielkiego Taty i etyką religijną. Kolejną postacią drugoplanową, o której warto wspomnieć ze względu na ciekawy konstrukt psychologiczny, jest Wielka Mama (Judith Anderson). Pod skorupą dobroduszności i uległości, skrywa głęboką gorycz spowodowaną brakiem miłości i niedocenianiem jej starań podczas wieloletniego egzystowania u boku męża. Najważniejszymi i  najbardziej interesującymi postaciami są oczywiście Brick i  Maggie Pollitt. Małżeństwo, które kiedyś się kochało, w  którym ona była kiedyś zupełnie inna, a  on nie uciekał w  alkohol i  odrętwienie. To Maggie jest tytułową kotką, balansującą na krawędzi dachu, która robi wszystko, co w  jej mocy, aby uleczyć swoje małżeństwo. Mimo ciągłych niepowodzeń trwa wiernie przy Bricku, znosząc upokorzenia i  zjadliwe zachowanie męża, odrzucanie, a także pogardzanie nią. Powodem takiej sytuacji jest człowiek i wydarzenie z przeszłości, które położyło piętno na dalszym życiu młodego małżeństwa. Osobą, która zmieniła bohaterów był Skipper, którego Maggie wspomina jako złego człowieka, a który był dla Bricka najlepszym przyjacielem. Skipper popełnił samobójstwo, co jest przyczyną wzajemnego obwiniania się małżeństwa. Zbliżająca się burza oddaje duszną atmosferę uczuć w  domu, tłumionych przez pozory i  konwenanse. Zbierające się chmury i rozgrzane powietrze potęgują emocje, co w ostateczno-

ści doprowadza do wielu konfrontacji – między parą nieszczęśliwych małżonków, którzy wylewając swe żale dowiedzą się prawdy o  przeszłości. Oczyszczenie nastąpi w  rozmowie ojca z  synem, w  której ten ostatni zarzuca Wielkiemu Tacie oschłość i  obdarowywanie bliskich wyłącznie rzeczami, a  nie miłością. Natomiast senior rodu, właściciel wielkiego bogactwa zrozumie, że nie trzeba posiadać materialnych dóbr, aby być kochanym i  dawać miłość. Dziadek Pollitt skonfrontuje się także z własnym życiem i widmem rychłej śmierci. Pogodzony i spokojny uda się wraz z wierną małżonką na swój ostatni spacer wokół posiadłości, jako symboliczne pożegnanie się z  życiem, oddychając lekko czystym powietrzem, pozostałym po szalejącej niedawno burzy. W  oryginalnej wersji sztuki, relacja między Brickiem, a  jego przyjacielem Skipperem miała silny podtekst homoseksualny, co w  prostszy i  bardziej przyswajalny sposób mogło tłumaczyć oziębłość byłego sportowca do swej żony, ogromny ból po stracie przyjaciela/ukochanego, obwinianie się o jego śmierć. Wątek ten tłumaczy również wspomniana przez Maggie nienawiść Skippera do niej samej, jako do kobiety, która posiadła Bricka na własność i która jest w stanie zawalczyć o swego ukochanego niczym rozsiedlona kotka. Zmianę w  scenariusz wymusił obowiązujący w  tym czasie Kodeks Haysa, który jednak nie zaszkodził filmowi, a zaoferował szerokie pole do rozmyślań i interpretacji nad relacją Bricka, Maggie i tego trzeciego. Miejsce akcji skupia się na posiadłości Pollittów, nie ma tu zaskakujących zwrotów akcji, a  najważniejszą funkcję sprawuje emocjonujący dialog między bohaterami, co podkreśla teatralny rodowód opowiadanej historii. Walorem filmu jest stale obecny motyw skrywanych namiętności, silnego seksualizmu, tłumionych popędów. Wątek seksualny jest obecny cały czas, jednak zawsze pośrednio – poprzez słowa, gesty, zachowanie. Końcowa scena, w  której Brick, oparty o  komodę, prosi swą żonę o  zamknięcie drzwi na klucz, jest swoistym momentem apogeum tej seksualności, a zarazem zwiastunem zmian w życiu bohaterów. Czy jednak jest to koniec zakłamania i fałszu? Czy nagła zmiana zachowania Bricka nie jest jego kolejnym oszustwem, które – co prawda – doprowadza do szczęśliwego zakończenia, lecz czy na długo? 

Aneta Władarz

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

47


48

| FILM | On i Ona w kinie

Histeria – Romantyczna historia wibratora | Hysteria

Data premiery: 02.03.2012 (Polska i Świat) Reżyseria: Tanya Wexler Scenariusz: Jonah Lisa Dyer, Stephen Dyer Zdjęcia: Sean Bobbitt Obsada: Hugh Dancy (Mortimer Granville), Maggie Gyllenhaal (Charlotte Dalrymple), Felicity Jones (Emily Dalrymple), Jonathan Pryce (Robert Dalrymple) Dystrybucja: Hagi, Czas trwania filmu: 1 godzina, 40 minut

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


FILM | On i Ona w kinie |

HISTERYCZNIE... NUDNY FILM Zapowiadała się wyborna, ekscytująca historia z prototypem wibratora w tle. Miało być śmiesznie, intrygująco i odważnie, a wyszło banalnie i błaho. XIX wiek to etap rewolucji i przełomu. Na tle wielkiej zmiany i progresu toczą się losy młodego, przystojnego lekarza – Mortimera Granville’a (odtwarzający tę rolę Hugh Dancy pragnie być na siłę zabawny, lekko slapstickowy, przez co sposób jego gry sprawia wrażenie przerysowanego, wręcz karykaturalnego). Zwolniony ze szpitala za pouczanie sędziwych lekarzy w sprawach szeroko postępującej higieny, bezowocnie poszukuje pracy w prywatnych gabinetach medycznych. Po wielu przygodach zostaje zatrudniony w charakterze asystenta przez eleganckiego, poważanego w szczególności przez kobiety, Roberta Dalrymple’a. Mortimer to typ aktywisty. Sprzeciwia się archaicznemu trybowi pomagania pacjentom i szerzy pseudo-ideologiczne poglądy, a mnie - jako widzowi - słabo się robi przez tę jego wymuszoną dobroć. Doktor Robert Dalrymple zajmuje się leczeniem tytułowej histerii, nasilającej się przede wszystkim u kobiet w podeszłym wieku. Jak wiadomo – najlepiej na bóle egzystencjalne sprawdza się seks, a w tym przypadku… manualna penetracja. Dalrymple ma dwie córki i tutaj, reżyserka filmu, wprowadza najbardziej pretensjonalny, tandetny wątek rywalizacji sióstr o względy Mortimera. Pierwsza z nich to uosobienie boskości i świętości, druga jest dzielną sufrażystką, walczącą o prawa kobiet (motyw ten mógłby być bardzo atrakcyjny, gdyby został przedstawiony mniej potulnie). Wątek uczuciowych mezaliansów wzbudził we mnie zdegustowanie. Ilość cukru w cukrze jest nie do zniesienia, przekracza barierę dobrego smaku i gustu. Najbardziej frapującą materią w dziele Wexler miał być wibrator – widniejący w podtytule. Pruderyjne, niesmacznie mechaniczne podejście do tego, jakby nie było, pełnego rozkoszy wynalazku, rani i pozostawia obojętnym. Tendencyjność filmu spowodowała, że po wyjściu z kina zamiast orgazmu, przeżyłem niestrawność. A szkoda… A co Ty, Elizo, o tym sądzisz? Jako wielka entuzjastka komedii romantycznych, pewnie jesteś zachwycona?

UWAGA – HISTERIA Bartoszu, moja ekscytacja na samą myśl o komediach romantycznych sięga zenitu, niestety i tym razem gatunek ten nie spełnił moich oczekiwań. Współpracę rozpoczynamy zgodnie! Obowiązkiem każdego lekarza jest nieść ulgę pacjentowi - głosi zwiastun Histerii romantycznej historii wibratora. Tym razem lekarz jednak, niestety, ulgi nie przyniósł. Przewidywalność scenariusza aż boli. Młody, ambitny doktor, pragnący iść z duchem postępu medycyny, poszukuje pracy mogącej sprostać jego wymaganiom. Ostatecznie Mortimer Granville (grany przez Hugh Dancy’ego) trafia pod skrzydła konserwatywnego Roberta Dalrymple’a (Jonathan Pryce), zwalczającego w swym prywatnym gabinecie kobiece histerie. Jego pacjentki to seksualnie niezaspokojone panie w podeszłym wieku, które trzeba ręcznie... zadowolić. Mortimer otrzymuje wysoką pensję, stancję i dwie piękne córki doktora, pretendujące do tytułu wybranki jego serca. Wybór pada na pruderyjną, elegancką Emily (Fellicity Jones), będącą całkowitym przeciwieństwem swej zbuntowanej siostry sufrażystki, Charlotte (Maggie Gyllenhaal). Wątek romansu młodego doktora i Emily w swej sztuczności i nadmuchaniu miał być w zamierzeniu, jak podejrzewam, humorystycznie przerysowany tak, by mógł kontrastować z relacją Mortimera i Charlotte. Niestety, rozwiązanie to dość banalne, a efekt, na nieszczęście dla filmu, boleśnie kiczowaty. Po seansie odniosłam wrażenie, że reżyserka filmu, Tanya Wexler, nieco się pogubiła. Celem miało być przedstawienie historii wibratora i podanie jej widzowi w niekonwencjonalny, humorystyczny i przede wszystkim - jak w tytule - romantyczny sposób. Niekonwencjonalność przysłoniła rutyna filmów kostiumowych, której nie ratuje nawet piękna scenografia, humor zdeptany został doprowadzającym widza do szału, drewnianym aktorstwem Dancy’ego, a romantyzm... cóż, po nim został mi w głowie jedynie obraz kopulujących w jeziorze kaczek, które w jednej ze scen niszczą spacerową sielankę Emily i Mortimera.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

49


| MUZYKA | Postać miesiąca

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

źródło: www.filmweb.pl

50


MUZYKA | Postać miesiąca |

Chłopak z gitarą – Jack White Odkąd pamiętam - skrupulatnie, z pełnym pietyzmem podchodziłem do muzyki moich ulubionych wokalistów lub zespołów. Przechodząc przez różnorakie etapy muzycznych fascynacji, osiadłem na stałe w porcie o nazwie muzyka alternatywna. Nie umniejszam zasług czołowym, popowym i komercyjnym piosenkarzom. To, że nie jestem w stanie zrozumieć muzyki i scenicznego wizerunku Britney Spears czy nowego wytworu popkultury - Nicki Minaj, nie znaczy, że ich nie doceniam. Wrażliwość Jacka White’a – bohatera kwietniowego cyklu Ciekawa postać miesiąca – przemawia do mnie o wiele bardziej aniżeli wymienionych wyżej piosenkarek. Postaram się przybliżyć Wam, Drodzy Czytelnicy, jego szalony, rock and roll’owy świat. Jack White (a właściwie John Anthony Gillis) urodził się w 1975 roku w Detroit. Pochodzi z wielodzietnej rodziny, a jego przodkowie mają polskie korzenie, o czym White z dumą opowiadał w wywiadzie dla portalu internetowego: „Chciałbym pojechać na południe Polski, do Krakowa. Może kiedyś, kiedy będę miał więcej czasu dla siebie... Moja rodzina pochodzi spod Krakowa.” Jego przygoda z muzyką rozpoczęła się już w dzieciństwie. Wykazywał na tym polu zdolności, uczył się grać na różnych instrumentach. W wieku dojrzewania występował w kilku niszowych, undergroundowych bandach, jednak jego talent i charyzma zostały zauważone przez słuchaczy i krytyków o wiele później… Miłość - przepis na muzyczny sukces W 1996 roku Jack White zawarł związek małżeński z amerykańską wokalistką – Meg. Ich filmowa, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji miłość rozpoczęła się w barze, w klimacie papierosowego dymu i oparów whisky (chyba nieprzypadkowo para wystąpiła kilka lat później

w filmie Jima Jarmusha Kawa i papierosy). Ich muzyczne fascynacje, podobne gusta i nieustająca potrzeba tworzenia, sprawiały, że rozpoczęli wspólną, muzyczną przygodę pod nazwą – The White Stripes. W zespole tym, Jack był wokalistą i twórcą większości tekstów, Meg natomiast grała na perkusji oraz pomagała mężowi w kompozycyjnych aranżach. Interesujący wydaje się fakt, że małżeństwo na przekór informacjom płynącym z mediów, twierdziło, jakoby było rodzeństwem. Całkowicie odżegnywało od siebie skandale, nie chcieli żerować na taniej sensacji i swoim uczuciu. W dobie, gdy coraz więcej artystów traktuje afery z intymnego i prywatnego życia w kategoriach autopromocji, zachowanie White’ów wydaje się być co najmniej nietuzinkowe, a wedle niektórych – zapewne passe. W 1999 roku wydali swój pierwszy, w pełni autorski album. Mocna, „garażowa” muzyka w pełni zakorzeniła się w środowisku młodych, niezależnych ludzi. To właśnie z tej płyty pochodzą muzyczne perełki: Suzy Lee, Jimmy the Exploder czy mój absolutny faworyt – utwór Do. Płyta – przez niektórych określana ako transowa, kataleptyczna – jest rezultatem brzmieniowych preferencji małżeństwa White’ów. Słychać wpływy Jimiego Hendrixa, czy Janis Joplin. Poszczególne piosenki mogłyby być idealnym soundtrackiem dla filmów Aronofsky’ego, czy właśnie Jarmusha. Szata graficzna płyty utrzymana jest w biało-czerwonej tonacji. Na okładce widnieją Jack i Meg ubrani w stroje, przypominające polską flagę. Może to przypadek, ale czy nie byłoby nam- Polakom, miło, gdyby jednak mający polskie korzenie Jack, złożył tym naszemu krajowi hołd?! Tym bardziej, że w książeczce szóstego, studyjnego albumu The White Stripes znajduje się grafika przedstawiająca kolumnę Zygmunta w Warszawie.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

51


| MUZYKA | Postać miesiąca

źródło: www.filmweb.pl

52

Rozwód, muzyka i… Kate Moss Pierwszym, poważnym przebojem formacji The White Stripes jest Fell In Love with a Girl. Utwór promował płytę White Blood Cells wydaną w 2001 roku. Małżeństwo White’ów, z pozoru zgodne i darzące się wielkim uczuciem, zakończyło się w 2000 roku. Ich miłość do siebie wygasła z nieznanych przyczyn. Nie udzielili żadnego wywiadu dotyczącego emocji im towarzyszących. Zapewne jednym z poważniejszych problemów niszczących ich relację był zespół lęku napadowego – choroba, na którą cierpi Meg White. Miłość łącząca te dwie osobowości dobiegła końca, jednak nie wpłynęła na funkcjonowanie zespołu. W bardzo krótkim okresie czasu The White Stripes wydało trzy znaczące płyty, silnie oddziałujące na współczesną

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

scenę muzyczną. Album Elephant całkowicie zrewolucjonizował postrzeganie muzyki alternatywnej. Został umieszczony na 390 miejscu listy 500 płyt wszech czasów w magazynie Rolling Stone. Seven Nation Army - singiel promujący tę płytę - to kompilacja wszelakich stylów i gatunków muzycznych. Paranoiczny, histeryczny wokal Jacka oraz urozmaicające, perkusyjne intra Meg, stworzyły nową jakość i odkryły niezidentyfikowaną do tej pory energię zespołu. Teledysk utrzymany jest w konwencji gry czarnego, białego i czerwonego. Idąc tropem religii chrześcijańskiej, można pokusić się o stwierdzenie, że The White Stripes niezłomnie czerpie inspirację z miłości, śmierci i symbolicznej dobroci – pierwotnych, wrodzonych emocji. Przed przystąpieniem do pisania tego artykułu, postanowiłem


MUZYKA | Postać miesiąca |

zapytać swoich przyjaciół o jedną piosenkę, która bezsprzecznie kojarzy im się z The White Stripes i określa ich nurt. Ich odpowiedź była zgodna, jak gdyby wypowiedziana chórem. I just don’t know what to do with myself – bo ją momentalnie wymienili – to i moja, Drodzy Czytelnicy, ulubiona pieśń The White Stripes. Pierwszym wykonawcą kultowej piosenki był Tommy Hunt, jednak dopiero wykonanie i wersja Dusty Springfield (1964 rok) wyniosła utwór na wyżyny, rozpoczynając serię coverów. I just don’t know what to do with myself w wydaniu The White Stripes to pełna erotyzmu i napięcia historia o rozstaniu. Piosenka okraszona jest przepięknym, filmowym teledyskiem, wyreżyserowanym przez Sofię Coppolę. Główną bohaterką jest światowa top modelka, ikona popkultury, kobieta łącząca środowisko mody z rock and rollem – Kate Moss. Ubrana jedynie w skąpą, czarną bieliznę i buty na niebotycznie wysokich obcasach, wije się i tańczy na rurze. Wideoklip jest kwintesencją wysublimowanego erotyzmu. Fenomenalnie sfilmowana i oświetlona Kate przypomina cudowną, niebiańską istotę, a wyzywającymi gestami i charakterystycznym wyglądem przywołuje na myśl boginie światowego kina.

Krótka przygoda z aktorstwem Jack White często zapraszany jest przez światowych reżyserów do udziału w ich produkcjach. Jego występy w filmach są najczęściej gościnne, mające dostarczyć filmowi popularności. Zagrał w przywołanym już przeze mnie, wybitnym filmie Kawa i papierosy czy hollywoodzkim melodramacie Wzgórza nadziei (podobno na planie przeżył romans z odtwarzającą główną rolę Renee Zellweger). W 2008 roku



Bartosz Friese

źródło: http://astraltourism.com/2012/video-jack-white-love-interruption/

Pożegnania – Powitania Ostatnią płytą The White Stripes jest Icky Thump. Album to “muzyczny fake”. Odrealniony, nawiązujący do zupełnie innych stylistyk (przede wszystkim folku) okazał się być godnym zwieńczeniem kariery tego amerykańskiego zespołu. W 2011 roku doszło do rozwiązania zespołu, a Jack White skupił się na innych projektach. Zakończenie działalności tego zespołu było bardzo symboliczne. White zaangażowany do rockowego bandu The Raconteurs, zaprosił Meg White na koncert promujący ich płytę. Kobieta zasiadła przy perkusji, a gdy Jack zaczął śpiewać, zeszła ze sceny przekazując pałeczki perkusiście nowego zespołu byłego męża. The Raconteurs to nie jedyny projekt Jack’a White’a. W 2009 roku White wraz z Alisson Moshart (wokalistka The Kills) założył zespół specjalizujący się w rocku alternatywnym – The Dead Weather. Grupa wydała dwa albumy, na które składały się piosenki pełne rockowego wigoru. Punkowe brzmienia w zestawieniu z chropowatym głosem Moshart stały się wyznacznikiem działalności zespołu. Jack White to artysta, który ceni niezależność. Jego indywidualizm spowodował, że w kwietniu tego roku na polskim rynku muzycznym pojawi się pierwsza, solowa płyta Jacka. Album pod nazwą Blunderbuss jest okryty nutą tajemnicy i już teraz pokładane są w nim ogromne nadzieje.

powstało interesujące, dokumentalne studium trzech osobowości pt. Będzie głośno, w którym White dysputował o muzyce z Jimmy Page’m i The Edge’m. Wiernych fanów Jacka White’a zapraszam w kwietniu do sklepów muzycznych po jego w pełni autorską płytę. Jestem przekonany, że będzie to „uczta dla ucha”.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

53


54

| MUZYKA | Nowości w sklepach

Beethoven słuchałby Winstona | Charlie Winston Running still

Wytwórnia: Warner Music Polska Premiera płyty: 05.03.2012

Po nowy album Charliego Winstona sięgałem niepewną ręką. Spodziewałem się dostać płytę, jakich pełno na sklepowych półkach. Zaskoczenia nie było – najpierw chwytliwy singiel znany z radia, po nim dwie słabe piosenki – Speak To Me i Where Can I Buy Happiness. Ogłuszony pop-rockowym łomotem, dotarłem do utworu czwartego i… wróciłem do pierwszego. Dlaczego? Bo The Great Conversation, rzeczony numer 4 - list, czy raczej rozmowa z Ludwigiem van Beethovenem, manifest twórczości Winstona, uzmysłowił mi, jak powinienem go słuchać. Przed rozpoczęciem nagrań muzyk zadał sobie pytanie: - co mam zrobić, aby być wyjątkowym? Włączam zatem płytę od początku i staram się odkryć, jaka jest odpowiedź. Zauważam, że pomimo po-

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

zorów śpiewu i gry od niechcenia, luźnych struktur, klasyczna zasada zależności formy od treści jest respektowana. Znany z folkowych inspiracji kompozytor w nowym materiale odchodzi od tej stylistyki na rzecz indierocka. Być może to wpływ klimatu Kalifornii, gdzie mieszkający na stałe w Paryżu Anglik przebywał podczas pracy nad albumem. Promujący go singiel Hello Again to przyjemna dla ucha „średnia” wyciągnięta z ballad i rockowych numerów. Dwie kolejne kompozycje mijają szybko i  to niestety główna ich zaleta, ale już rozmowa z Beethovenem przy pomocy cytatu z Sonaty księżycowej i  dynamicznej partii smyczków demonstruje, jak można udanie łączyć stare z nowym (inspiracja architekturą Paryża?). Sam Winston to też fuzja kilku osobowości. Z jednej strony młody, energiczny facet, z drugiej – trochę smutas. Wiele jego twarzy przekłada się na eklektyczny charakter płyty. Rockowe Wild Ones, Summertime Here All Year i Rockin’ In The Suburbs to właśnie epizod kalifornijski w jego twórczości – bije z nich słońce, energia, zabawa, działają pobudzająco i pozytywnie wibrują. O sprawności w doborze gatunku do treści świadczą bluesujące Unlike Me, czy jazzrockowe Making Yourself So Lonely. W  hołdującym muzyce Prince’a  - Until You’re Satisfied - poznajemy z  kolei zmysłowe oblicze Charliego kochanka. Mimo wszystko ta i pozostałe twarze artysty, jakkolwiek atrakcyjnie się prezentują, ustępują jednej, chyba najgłębiej zaszczepionej w jego duszy. W (tylko!) dwóch utworach powraca znany ze świetnej, poprzedniej płyty, Hobo, romantyk. Liryczna ballada She Went Quietly, której skromne instrumentarium pozwala zatopić się w  miękkim, ciepłym, smutnym głosie Winstona, to jedynie przedsmak najpiękniejszego moim zdaniem utworu - zamykającego płytę, dojrzałego, intymnego Lift Me Gently z wielogłosową melodią, która zamroziła świat wokół mnie i pozwoliła tylko słuchać. Niespełna cztery ostatnie minuty płyty dały mi odpowiedź na pytanie Charliego: bądź prawdziwy. Tylko tyle. Mimo dwóch gorszych utworów, płyta mnie zauroczyła. Beethoven powiedział: – Muzyka powinna zapalać płomień w sercu mężczyzny i napełniać łzami oczy kobiety. Muzyka Charliego Winstona nie jest spełnieniem tej maksymy. To coś więcej. 

Maciek Pawlak


MUZYKA | Nowości w sklepach |

Wytrawna niczym wino | Karolina Kozak Homemade

Wytwórnia: Sony Music Premiera płyty: 05.03.2012

Gdy pół roku temu dowiedziałem się, iż Karolina Kozak majstruje coś z Kasią Piszek (współpracowała m.in. z Noviką i Brodką), z niecierpliwością czekałem na wynik tej współpracy. Dla wiernych fanów Karoliny (znanej głównie z MTV i Radiowej Trójki), oczekiwanie na nową płytę zapewne przybrało formę męki. Od jej solowego debiutu minęło bowiem aż pięć lat! Dlaczego tak długo? Jak sama artystka przyznaje, potrzebowała inspiracji i weny, sam wiem coś na ten temat. Efektem współpracy i wspomnianego natchnienia jest świeżutka jeszcze płyta o niewybrednym tytule Homemade. Po prostu taka domowa! Nowe „dziecko” bardzo dobrze rokuje i  nie mówię tu o powrocie, ponieważ Kozak w ciągu tych pięciu lat nie zniknęła. Nadal tworzyła i pisała teksty, co prawda nie dla siebie, ale w tym przypadku warto było czekać aż twórcza aura skumuluje się i  eks-

ploduje w takiej postaci! Już pierwszy singiel – Mimochodem - wprowadza nas w historie, z którą każdy może się utożsamiać - uniwersalne problemy i rozterki. Wszystko to przekazane w subtelny sposób za sprawą delikatnego i  nienarzucającego się wokalu. Znakomite „dęciaki” i  dynamiczna perkusja nadają zadziornego charakteru kompozycji, która z pozoru tylko wydaje się pogodna. Jest to również pierwszy utwór na płycie. Doskonale otwiera nam wrota do subtelnej, melancholijnej, ale i  zwiewnej przestrzeni; oceanu podobieństw, bezmiaru porównań. Za sprawą emocjonalnych tekstów, łatwo jest nam się utożsamić z tymi utworami, opowiedzianymi historiami, przełożyć je na „własne podwórko”. Album posiada jedynie dziewięć utworów, a stworzyć możemy szereg kolaży naszych wspomnień i doświadczeń. Przyznam się skrycie, że moją uwagę przykuł tytuł Nudzę się (mimo licznych obowiązków, często miewam taki stan). Momentalnie przyszła mi na myśl twórczość Smolika. Takiego „easy listening’owego” i lżejszego klimatu na płycie jest więcej, chociażby w I tak bez końca oraz S.A.D. Swoją drogą, ten ostatni utwór jest bardzo kojący, sensualny, a  zarazem wprawiający w  lekki niepokój. Tego typu kontrastowych zestawień znajdziemy o wiele więcej. Balladowym akcentem jest niewątpliwie jedyny na tej płycie duet - Heart Pounding - z Dawidem Podsiadło, młodym wokalistą dysponującym dojrzałym wokalem. Niejedna brytyjska lub amerykańska rozgłośnia nie powstydziłaby się tego utworu w swojej play liście. Całość napawa niepokojem, ale tym pobudzającym do refleksji. Słuchając utworów, czekam w napięciu na kolejny, by móc ponownie analizować i rozkładać na części pierwsze emocje wywołane po przesłuchaniu. Karolina udowodniła, że potrafi być frapująca oraz subtelnie ujawniać „uroki życia” w sposób bynajmniej nienachalny - swojego rodzaju domowa psychoterapia. Tutaj każdy dźwięk jest misternie zaplanowany, żadnego przypadku lub potknięcia. Choć płyta jest dość zróżnicowana stylistycznie, to bez problemu odnajdujemy pomost pomiędzy pełną melancholii i wrażliwości estetyką, a chilloutową, niepozornie płynąca elektroniką. Z pewnością nie jest to tzw. „radiowa stylistyka”, platyny być może też nie będzie, ale każdy z nas dostał szansę na bezkresną podróż w głąb siebie. 

Paweł Biernacki

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

55


56

| MUZYKA | Na kwiecień

James w Krainie Czarów James Blake

Wytwórnia: Atlas Recordings Premiera płyty: 07.02.2011

Z  muzyką Jamesa Blake’a  zetknąłem się niespodziewanie, trochę mimochodem. Usłyszawszy jego cover romantycznej, egzaltowanej piosenki Feist – Limit to your love – wiedziałem, że głos tego młodego Brytyjczyka zaczaruje słuchaczy, wzburzy krytykę i przede wszystkim odświeży, nada nowego, specyficznego tempa europejskiej muzyce popularnej. Nie myliłem się, Blake oprócz popularności zyskał szacunek i uwielbienie – nie tylko z mojej strony. James Blake szerszemu gronu znany jest zapewne za sprawą EP-ek (Cmyk, Klavierwerke), które oscylowały pomiędzy surowym dubstepem, a rytmicznym electro-popem. Jego debiutancki, autorski album James Blake to muzyczne zaskoczenie dla wiernych fanów.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Intensywne, żelazne wręcz brzmienie, zamienił na budzącą skrajne emocje melodię. Płyta Jamesa Blake’a to wzruszające, poruszające wyznanie młodego mężczyzny, który swoje emocje werbalizuje nie tylko za pomocą słów, ale również nienagannych i nieskazitelnych dźwięków. Każda piosenka to zupełnie odmienna historia posiadająca jeden, konkretny postument. Płyta skonstruowana jest na zasadzie układanki z  puzzli - jeśli któryś z  nich zostanie przez słuchaczy przeoczony, obraz nie będzie kompletny. Synchronizacja kojących i  spokojnych dźwięków eksponowanych za pomocą fortepianu i instrumentów klawiszowych, z delikatną perkusją i gitarą elektryczną, wprowadza słuchacza w stan wewnętrznej hipnozy, ale i  niepokojącego lęku. James Blake nie zapomina o  swoich muzycznych korzeniach. Każde brzmienie przefiltrowane jest przez vocoder służący do przetwarzania i modyfikowania wokalu. W efekcie mamy do czynienia z muzyką balansującą na granicy jawy i snu. Romantyzm Blake’a zaprezentowany w  utworach: Why don’t you call me?, czy The Wilhelm Scream jest odpowiednio wyważony, jakby trochę zachowawczy. Unluck oraz I  Mind to dzieła mocniejsze, energiczniejsze w przekazie, powodujące sztorm na tym spokojnym, lazurowym morzu. Blake nie stroni od eksperymentowania. Utwór Lindisfarne I  precyzyjnie przenika się z  Lindisfarne II, następnym w kolejności, tworząc spójną, kompatybilną całość. Natomiast swoje oczarowanie muzyką gospel wyraża w piosence Measurements – jednej z bardziej „chwytających za serce”, melodramatycznych „wyciskaczy łez”. Intymność bijąca z płyty Jamesa Blake’a może sprawiać wrażenie, jakoby płyta nadawała się do słuchania w samotności. Nic bardziej mylnego – jest utylitarna, idealnie harmonijna. Podstawowym kryterium wpływającym na to, czy muzyka prezentowana przez konkretnego wokalistę mi odpowiada, czy też nie, jest poziom wzruszenia, które osiągam rozkoszując się poszczególnymi utworami. Gdy włączam płytę Jamesa Blake (skądinąd bardzo ascetycznie wydaną, niewyróżniającą się na sklepowych półkach, pozbawioną kiczowatego blichtru) osiągam stan całkowitego zahibernowania. Jego głos, to dla mnie magiczne drzwi z Alicji w krainie czarów. To swego rodzaju metafizyczne przejście z  monochromatycznego świata w nieodkryty obszar. Do tego błogi spokój i… jeszcze jedna lampka wina.  Bartosz Friese


MUZYKA | Kulturalnie z Bristolu |

Cooltura – czyli co w Bristolu piszczy?

Wraz z nadciągającą wiosną coraz więcej ludzi zaczyna rozglądać się za imprezami (tzw. gigami), które odbywają się na terenie całego miasta. Jednym z warunków znalezienia dobrego koncertu jest znajomość lokalnych pubów. Oto jednak nie trudno, zwłaszcza kiedy przebywa się z rodzimymi mieszkańcami Bristolu, którzy znają miasto, jak własną kieszeń. Na szczęście udało mi się odnaleźć doborowe towarzystwo z doskonałym gustem muzycznym, God bless them all! Zdecydowałam się na wybranie kilku najciekawszych miejsc, które wyrażają niepowtarzalny klimat tego miasta! The Thekla jest jednym z najbardziej imponujących miejsc na spędzenie wolnego weekendu z muzyką na najwyższym poziomie. Opis widniejący na ich stronie internetowej przemawia sam za siebie: The Thekla is Bristol’s only music venue and nightclub on a boat! Długo wyczekiwanym występem w ciągu ostatnich kilku tygodni był koncert Mayer Hawthorne zwanego the retro soul . Jego soulowe kawałki przywodzą na myśl wczesne lata siedemdziesiąte, kiedy muzyka soulowa cieszyła się ogromną popularnością. Za najbardziej rozpoznawalne single Hawthorna można uznać Just Ain’t Gonna Work Out i When I Said Goodbye . Główne przesłanie piosenek artysty dotyczy jednego z najsilniejszych ludzkich uczuć – miłości. Jego muzyka wypełniona jest różnobarwnymi akordami, które powodują sentymentalne drżenie serca. Spora część krytyków muzycznych uważa, że jego twórczość wywołuję jaw-drop u większości słuchaczy i uwodzi ekspresywnym tonem. Zatem zapraszam na pokład, na pewno będzie to jeden z niezapomnianych rejsów in your life!

The Fleece cieszy się zacnym tytułem jednego z najstarszych gig venues w Bristolu. Scena widoczna jest z każdego zakątku pubu, przez co klimat tego miejsca pozwala widzowi na zażyłą więź z artystą i przeżycie niezapomnianych chwil. Jednym z głównych atutów pubu jest przystępna cena biletów i możliwość spotkania światowych gwiazd estrady. The Fleece kładzie również nacisk na promocję lokalnych zespołów, gdzie wejściówki można dostać for free. Niemałą popularnością cieszą się bilety na koncert Nneki, który odbędzie się już za kilka tygodni (muszę się Wam przyznać, że sama dałam się skusić i zamówiłam bilety). Nneka, zwana również warrior princess, z nieznanej nikomu Afroamerykanki przerodziła się w kobietę sukcesu o silnym i barwnym głosie. Jak sama artystka przyznaje, swoją muzyczną inspirację czerpie od takich gigantów muzycznych jak: Erykah Badu, Bob Marley czy Lauryn Hill. Najpopularniejszym kawałkiem w repertuarze Nneki jest Heartbeat - utwór, który niesie silne przesłanie dotyczące istoty ludzkiego życia, które jest kruche i ulotne, ale zarazem niepowtarzalne. Mam nadzieję, że udało mi się Was zaciekawić kulturalnymi atrakcjami, które odbywają się w Bristolu, a zarazem stanowią jego wiecznie bijące serce. Zapewniam Was, że jest jeszcze many, many more places to see! Jedyną szansą, aby przekonać się jak cudowny jest Bristol jest wizyta w tym mieście – the sooner the better! 

CosmoSoul

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

57


58

| LITERATURA | Szerokie horyzonty

Real vampires don’t sparkle! | Cykl Anita Blake. Zabójczyni wampirów Laurell K. Hamiton

Regularnie wraca moda na tzw. literaturę wampirystyczną. Ostatnimi laty stało się tak dzięki pewnej mormońskiej pisarce imieniem Stephenie Meyer, autorce bezbarwnej sagi Zmierzch. Mimo to, nastolatki na całym świecie zakochały się w  tej serii, która w  karykaturalny sposób potraktowała mity o  wampirach i  wilkołakach. Autorka chyba jako motto książki wzięła słowa Wergiliusza Omnia vincit Amor est nos cedamus Amori. Wspaniale opisuje takie oto wampiry Andrzej Sapkowski w książce Rękopis znalezio-

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

ny w  smoczej jaskini. Kompendium wiedzy o  literaturze fantasy: (…) stał się oto nagle wampir bohaterem ckliwego sitcomu czy też romansidła dla kucharek. Zrobił się z  niego amant śliczniutki i tak słodziutki, że iście na womit się zbiera. Tekst, który czytacie, będzie o  zupełnie innych wampirach. Uosabiających erotyzm, mrok, tajemniczość i pragnienie krwi. Takie bowiem wampiry żyją w  książkach amerykańskiej pisarki Laurell K. Hamilton, autorki cyklu powieści Anita Blake. Zabójczyni wampirów. W skład tej serii książek wchodzi na chwilę obecną dwadzieścia jeden książek. W Polsce do tej pory wydane zostało pierwszych siedem. Są to: Grzeszne rozkosze (2003), Uśmiechnięty nieboszczyk (2003), Cyrk potępieńców (2004), Kafejka u  lunatyków (2008), Trupia główka (2009), Taniec śmierci (2010) i Całopalne ofiary (2011). 10 kwietnia bieżącego roku ukaże się ósmy tom serii: Druga pełnia. Wampiry istnieją i  są wśród nas. Początkowo stanowiły swojego rodzaju atrakcję wywołującą dreszczyk emocji (a  częściej przerażenia) wśród ludzi, lecz z  czasem, wraz z  ich rosnącymi wpływami w  polityce Stanów Zjednoczonych, zyskały status obywateli, a co za tym idzie prawa i obowiązki. Wampiry płacą podatki, pracują w  zawodach zaufania publicznego, mają nawet własny kościół (któremu przewodniczy wampir – a  jakże!), lecz wielu ludzi nadal uważa je za łaknące krwi żywe trupy. I  nie mylą się, bowiem nie spotkamy tutaj delikatnego niczym jagnię zmierzchowego Edzia. Nie, tutaj rządzą prawdziwe wampiry, które nie błyszczą w słońcu. Są seksowne, uwodzicielskie, a  przy tym śmiertelnie niebezpieczne. Wśród nich obraca się główna bohaterka książki, tytułowa Anita Blake. Akcja książek serii Anita Blake. Zabójczyni wampirów toczy się głównie w  St. Louis.

Anita Blake jest animatorką w firmie Animators Inc., gdzie zajmuje się ożywaniem zmarłych (głównie w  celu uzyskania od nich ich ostatniej woli). Oprócz tego współpracuje jako ekspert ze specjalną jednostką policji, zajmującą się sprawami nadprzyrodzonymi. Jest też licencjonowanym zabójcą wampirów, wśród których znana jest jako Egzekutorka. Jeśli chodzi o  samą Anitę, to jest ona typowym antybohaterem: pyskata, uparta, momentami mocno wkurzająca, lecz tak naprawdę to właśnie ze względu na te cechy czytelnik pała do niej sympatią. Anita nie da sobie w  kaszę dmuchać, ma bowiem bardzo silną osobowość, chociaż tak naprawdę w  głębi duszy jest bardzo wrażliwa, wiele słów potrafi dotknąć ją do żywego. Z upodobaniem kolekcjonuje zarówno pluszowe pingwinki, jak i  różnego rodzaju pistolety. Nie daje jednakże tego po sobie poznać, bowiem uważa, że tylko silnym charakterem może się wyróżniać wśród tłumu i wśród silnych osobowości, z którymi pracuje. Osobowość Anity jest czynnikiem, którym nadrabia nie tyle braki, co niedoskonałości fizyczne. Ma metr pięćdziesiąt siedem wzrostu, krótkie nogi i mnóstwo blizn, które są pamiątką po spotkaniach z krwiopijcami czy zmiennokształtnymi. Nauczyło ją to, by zawsze mieć przy sobie broń naładowaną srebrną amunicją. Albo najlepiej dwie. I  kilka noży. Fabuła książek opowiadana jest pierwszoosobowo, z  punktu widzenia głównej bohaterki. I  daje to dużą satysfakcję, bo niektóre niewypowiedziane myśli Anity dają zarówno do myślenia, jak i powody do śmiechu. No i przede wszystkim odkrywają wiele sekretów jej dwoistej natury, z której tak na dobrą sprawę główna bohaterka zdaje sobie sprawę w późniejszych tomach serii. Świat przedstawiony przez Laurell K. Ha-


LITERATURA | Szerokie horyzonty |

miton jest pełny magii, brutalności, istot nadprzyrodzonych oraz dużej dawki naprawdę mocnego erotyzmu. Jak się rzekło, wampiry od samego początku istnienia w literaturze (z  kilkoma niechlubnymi wyjątkami, niestety) były utożsamiane ze sprawami erotyzmu. Autorka cyklu Anita Blake. Zabójczyni wampirów, na całe szczęście, postanowiła się trzymać tego założenia. W  książce spotkamy się z całkiem sporą ilością opisów o mniej lub bardziej erotycznym kontekście. Pod tym względem nie jest to lektura dla pruderyjnych osób, które na sam widok słowa seks czy erotyka oburzone czerwienią się po korzonki włosów. Seria ocieka seksem i  brutalnością, bardzo często w  najmocniejszym jej wydaniu. Nikt bowiem nie zaprzeczy, że istoty takie jak wampiry, wilkołaki czy wróżki (tak, tak, wróżki, choć pozbawione bajkowego, delikatnego, eterycznego wyglądu) są istotami z  natury kierującymi się instynktami zwierzęcymi. Seks i przemoc wpisana jest w ich naturę. Tak było, jest i będzie. A  skoro już jesteśmy przy tym temacie, to należy wspomnieć o  emocjonalnym trójkącie, w  który wplątuje się główna bohaterka. Anita jest nowoczesną, wyzwoloną kobietą, która wychowana została w  dosyć konserwatywnych poglądach religijnych, toteż sprawy związane z erotyką stanowią dla niej pewną przeszkodę. Ale tylko z początku, wraz z kolejnymi tomami Anita wyzwala się z  krępujących ją moralnych więzów. Dzieje się tak między innymi za sprawą dwu mężczyzn: wampirzego Mistrza Miasta Jean-Claude’a  oraz wilkołaka Richarda Zeemana. Obaj starają się uzyskać jej względy, choć każdy z nich innymi sposobami i dla innych powodów. Anita zaś, która do tej pory kierowała się mottem Nie sypiam z potworami. Zabijam je. powoli przestaje obowiązywać. Jak tu bowiem oprzeć się niebezpiecznemu seksapilowi Mistrza Miasta czy zwierzęcemu magnetyzmowi Richarda. Jak już wspomniałam wcześniej, w  serii pełno jest istot nadprzyrodzonych. Większość z  nich pewnie znana jest wszystkim ze słyszenia, czyli wampiry, wilkołaki bądź

zombie. Oprócz nich w cyklu Anita Blake. Zabójczyni wampirów spotkać można jeszcze sporą grupę zmiennokształtnych, do których należą szczurołaki, panterołaki, tygrysołaki oraz inne futrzaki. Ponadto, czytając tą serię, spotkać można różnorakie demony, ghoule, wspomniane wcześniej wróżki (w  szczególności w  tomie Trupia główka), czarownice, lamie i  inne dziwadła. Trzeba przyznać autorce, że w jej książkach pojawia się całkiem niezła menażeria istot nadprzyrodzonych. Czyta się o nich o tyle dobrze, z racji tego że pani Hamilton opisuje, w miarę możliwości i sposobności, ich pochodzenie i możliwości. Kiedy po raz pierwszy spotkałam się z serią Anita Blake. Zabójczyni wampirów uwagę moją przyciągnęły tytuły. Trzeba przyznać, że są chwytliwe, przyciągają wzrok. Tak było i w moim przypadku, kiedy w bibliotece wyszperałam książkę o  tytule Cyrk potępieńców i  na jej okładce przeczytałam, że należy do mojego ulubionego nurtu literatury wampirycznej. Myślę, że nie będzie wielkim rozczarowaniem dla przyszłych czytelników tego cyklu książek Laurell K. Hamilton jeśli zdradzę, że owe tytuły odnoszą się do miejsc i lokali, w których albo będzie toczyć się akcja książki, albo których będzie w  głównej mierze z  różnych powodów dotyczyć. Jedynie tom szósty, Taniec śmierci, odbiega od tej reguły. Książki o  Anicie Blake można czytać bez zachowywania chronologicznej kolejności. W  każdej bowiem części przeczytać można o  wydarzeniach, które miały miejsce w  poprzednich tomach. Całe szczęście nie jest ich dużo, więc nie denerwują one osób, które czytają serię ciągiem i  pamiętają o  zdarzeniach, o których dopiero co przeczytały, lecz jest ich zarazem dostateczna ilość, która będzie pomocą dla osób, które czytają cykl wyrywkowo oraz dla tych, które je czytały w dużych odstępach czasu. Cykl Anita Blake. Zabójczyni wampirów największe rekordy popularności bije za oceanem, lecz powoli zaczyna być coraz bardziej znany wśród polskich czytelników. Patrząc na daty wydania pierwszych trzech tomów oraz na daty kolejnych widać, że

nastąpiła czteroletnia przerwa. Być może w  tamtych latach wydawnictwo Zysk i  S-ka, które jest jedynym wydawcą książek Laurell K. Hamilton w  Polsce, nie widziało na nie popytu, ale głosy fanów musiały dać o sobie mocno znać, bowiem w 2008 roku wydano zarówno czwarty tom serii, Kafejkę u lunatyków, jak i wznowiono wydania poprzednich trzech tomów. Przygody Anity Blake stały się źródłem dla twórczości własnej wielu osób. Dotyczy ona zarówno prób zobrazowania poszczególnych postaci występujących w książkach, jak i własnych pomysłów na dalsze wydarzenia z panną Blake w roli głównej. Warto wspomnieć, że w 2006 roku w USA nakładem Marvel Comics wydane zostały komiksy bazujące na serii Anita Blake. Zabójczyni wampirów. Cieszą się tam one dużą popularnością. Do tej pory wydanych zostało dwanaście zeszytów. Jako ciekawostkę można potraktować, że w  pierwszym zeszycie, First Death, opowiedziana została historia, z  której dowiedzieć się można o  okolicznościach poznania przez Anitę Edwarda, a.k.a. Śmierć, oraz Jean-Claude’a. W cyklu książek zostało to jedynie ogólnikowo wspomniane. W 2009 roku amerykańska stacja telewizyjna, IFC Cable network wraz z wytwórnią Lionsgate, planowały zekranizować przygody Egzekutorki. Coś jednak musiało stanąć na przeszkodzie realizacji projektu, bowiem w październiku 2009 roku autorka powieści, pani Hamilton ogłosiła, że film jednak nie powstanie. Świat wykreowany przez Laurell K. Hamilton jest mroczny, tajemniczy, pełen brutalności i  wyuzdanego seksu. Wampiry są pełnoprawnymi obywatelami i chociaż podporządkowały się prawom ludzi, to przede wszystkim kierują się własnym kodeksem postępowania. Nie jest to świat delikatnych dziewic i  rycerskich kochanków. Strach ma niejedno oblicze, a w mroku kryją się o wiele straszniejsze rzeczy niż wampiry. Czy masz odwagę je poznać? 

Anna Chramęga

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

59


60

| LITERATURA | Recenzja

Rozmowy między Niebiem a Ziemią |Bóg jest moim kumplem Cyril Massarotto

Przepis na niesamowitą przygodę z książką? Według Cyrila Massarottiego to szczypta humoru, odrobina wzruszeń, garść interesujących zwrotów akcji, a  to wszystko zatopione w  niebanalnej fabule nakreślonej lekkim piórem. Nie bez powodu autor powieści parabolicznej „Bóg jest moim kumplem”, porównywany został do EricaEmmanuela Schmitta. I w istocie, książka francuskiego powieściopisarza warta jest takiego zestawienia. Przypadkiem sięgnęłam w  księgarni po niepozorną małą książeczkę w  błękitnej okładce. Nieokazała, choć o  intrygującym tytule… Intuicja podpowiedziała mi, że powinnam koniecznie mieć ją w swojej biblioteczce. I nie pomyliłam się. Te godziny z książką Masarottiego były tylko moje. Z niemałą przyjemnością wykorzystałam

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

je na refleksję nad życiem, Miłością, przyjaźnią i  wiarą… „Bóg jest moim kumplem” to coś więcej niż miła, lekka lektura. Oczywiście nie można zaprzeczyć, że jest wspaniałym uprzyjemnieniem czasu, ale najważniejsze w  niej jest przesłanie… Czytelna, lekka i  łatwa w odbiorze, a jednocześnie mimowolnie zmuszająca nad choć chwilowym zatrzymaniem się w  chaosie, szybkim tempie codziennego życia i zastanowieniu nad elementarnymi, a tak często umykającymi nam kwestiami. Bardzo rzadko się zdarza takie połączenie, głównie w dziele debiutującego młodego autora. Czego można się spodziewać sięgając po tę pozycję? Z pewnością nietuzinkowej historii. Od pierwszej do ostatniej strony opowieść o mężczyźnie toczącym cotygodniowe rozmowy z  samym Bogiem, jest przeplatanką skrajnie wzruszających, chwytających za serce momentów z rozśmieszającymi do łez. Wszystkie one zostały w perfekcyjny sposób opisane przez autora, sprawiając, że jeszcze wiele dni po jej przeczytaniu, Czytelnik wspomina fragmenty powieści, a na jego twarzy maluje się raz uśmiech, a raz kręci w oku łza. Taki właśnie jest debiut Massarottiego- zwalający z  nóg na długi czas. Oczywiście pozytywnie. To historia opowiadająca o  30- letnim mężczyźnie, którego życie od początku nie jest usiane różami, a który właśnie w tym momencie swojego ziemskiego bytowania dostąpił zaszczytu poznania samego Boga, a  tym samym wielu tajemnic świata, o  których nie wiedział żaden inny śmiertelnik. Mimo tej niezwykłej przyjaźni, nie uniknie rozczarowan i życiowych tragedii, naprawdę wielkiego kalibru. Z pewnością nie jest to jednak opowieść moralizatorska. Intrygująca, kontrowersyjna- zdecydowanie tak. To przepiękna opowieść oparta głównie na dialogu dwóch osób: człowieka i Boga, w których szczególnie akcentowanym tematem jest Miłość: człowieka do człowieka- potrafiąca przetrwać nawet śmierć oraz Boga do człowieka - absolutnie nieskończona i permanentnie trwająca, nawet wówczas gdy najmniej się tego spodziewamy. Myślę, że najtrafniejszym podsumowaniem a  jednocześnie mottem powieści Massarottiego będą słowa Woody’ ego Allena: „Chcesz rozśmieszyć Boga? Opowiedz mu o swoich planach”. 

Monika Masłowska


LITERATURA | Recenzja |

Ludzka twarz Boga | Michael A. Adamse Psychiatra Boga

Psychiatra Boga to kolejna z książek, po którą sięgnęłam zaintrygowana jej tytułem. Lubię powieści, które nie poddają się konserwatywnym, z  góry narzuconym dogmatom i  pomagają czytelnikowi poznać inny punkt myślenia, a co za tym idzie, obrać własną drogę. Wyobraźmy sobie, że Bóg… jest człowiekiem. I ma problemy. Jakby to ujęli romantyczni pisarzy, dręczy go Weltschmerz. Czy dziwne więc będzie, jeśli uda się on do lekarza dusz, czyli psychiatry? Doktor Richard Johnson jest lekarzem psychiatrii z  długoletnią praktyką, który wśród swoich pacjentów miał opinię „ludzkiego doktora”. Jest zdania, że już nic w życiu nie jest w stanie go zadziwić,

a każdy przypadek jest możliwy do wyleczenia. Lecz gdy w jego gabinecie pojawia się Gabriel, który, jak twierdzi, jest Bogiem, prosta początkowo sesja zaczyna przybierać nieoczekiwany dla psychiatry przebieg… Pewnie niewielu z  nas zastanawiało się kiedyś nad koncepcją Boga jako istoty. Religia wszak nakazuje, by nie przeczyć dogmatom wiary, a według nich Bóg jest istotą najwyższą i doskonałą, przy tym samym twierdząc, że wszyscy ludzie zostali stworzeni na jego podobieństwo. Patrząc jednak na to, co się dzieje na świecie, na wszystkie te wojny i okrucieństwa wokół, koncepcja przestaje być spójna, bo i  gdzie ta doskonałość? Adamse wyszedł od koncepcji, że Bóg jest taki jak my. Może przeżywać zarówno chwile euforycznej radości jak i smutku graniczącego z depresją. I może potrzebować, aby ktoś go wysłuchał. Bóg nazywa siebie nie stwórcą wszechrzeczy, a architektem, który z dostępnych mu elementów tworzy jednolitą całość, nie mając przy tym całkowitej kontroli nad tym, co powstanie z  połączenia tychże elementów. Dlatego też nie może wpływać na całe zło, które dzieje się w świecie. Obdarzył bowiem ludzi wolną wolą i od tej pory mógł liczyć jedynie na to, że będą działać jedynie w  oparciu o  pozytywne pobudki, z  których wynikną dobre uczynki. Stało się jednak inaczej, a Bóg poczuł się po prostu bezradny. Pierwotny plan, który chciał zrealizować, okazał się wręcz niemożliwy do wcielenia w życie. Marzenia musiały więc zostać dostosowane do rzeczywistości. Aczkolwiek Bóg nadal żywi nadzieję, że jego wymarzone plany zostaną kiedyś zrealizowane, a nadzieje te pokłada w nie kim innym, jak w ludziach. Psychiatra Boga nie jest dobrą książką dla konserwatywnych wyznawców wiary, bez względu na to czy są nimi chrześcijanie, muzułmanie, czy wyznawcy judaizmu. Bóg u Adamse’a ma w sobie więcej przymiotów ludzkich niźli boskich, nie jest istotą doskonałą. Przedstawienie ludzkiego oblicza Boga podświadomie zmusza czytelnika do rozmyślań czy czasem Gabriel, Bóg-architekt przepełniony miłością do postaci człowieka, nie jest nam bliższy naszemu sercu i naturze od niewzruszonej istoty, do której zwykło się wznosić wszystkie intencje? 

Anna Chramęga

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

61


62

| LITERATURA | Klasyka literatury

Siła przybrana falbaną | Margaret Mitchell Przeminęło z wiatrem

Margaret Mitchell do historii literatury przeszła jako autorka legendarnego już melodramatu Przeminęło z wiatrem (Gone with the Wind), który w niedługim czasie po premierze (dokładnie 3 lata) doczekał się ekranizacji. Obraz ten pod wieloma względami stał się przełomem w historii przemysłu filmowego m.in. za najwyższą jak do tej pory dochodowość oraz za nominację i nagrodzenie Oscarem pierwszej czarnoskórej kobiety. Wszystkich bohaterów powieści poznajemy w czasach przed wojną secesyjną. Dokoła panuje spokojny, radosny nastrój, bowiem

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

ludzie – przekonani o rychłym zwycięstwie nad Jankesami – nie zaprzątają sobie głów wojennymi troskami. Wolą żyć w luksusie i beztrosce niż zmierzyć się z nieubłagalnie nadchodzącą rzeczywistością. Jedną z nich jest Katie Scarlett O’Hara - młodziutka córka plantatora bawełny, zawsze otoczona wianuszkiem zarumienionych wielbicieli, która zwykła przybierać swoją idealnie wyćwiczoną minkę obrażonej panienki ilekroć posłyszy problematykę wojenną w rozmowie. Czytelnik początkowo odbiera ją jako rozpieszczoną porcelanową panienkę z Południa. Jednak wraz z dalszym biegiem wydarzeń, okazuje się, że tworzywo z jakiego ją ulepiono jest znacznie trwalsze. Scarlett w odróżnieniu od większości dobrze wychowanych porcelanowych panienek w jej wieku, posiada bardzo żarliwy temperament – prawdopodobnie wynikły z irlandzkiego pochodzenia jej ojca. Jest impulsywna, zadziorna, a do tego inteligentna, przebiegła i niezwykle uparta. Posiada również nieznośną cechę odwlekania swoich rozterek na dzień następny, co zapewne przyczyniło się do sukcesu jaki odniosła w biznesie, niekoniecznie uczciwymi strategiami. Jest idealnym zaprzeczeniem szablonu, że kobieta to płeć słaba, wątła i nieporadna, którą mężczyzna winien brać pod swoje skrzydła. Owszem, ma ona u swego boku wiernego kompana, który w najbardziej trwożnych sytuacjach gotowy jest podać jej pomocną dłoń, ale ona zwykła tą dłonią pogardzać. Scarlett posiada cechy charakteru, które z jednej strony zapewniają jej byt, chronią ją przed światem zewnętrznym, pozwalają jej manipulować ludźmi i trzymać w ryzach parobków, ale jednocześnie ciągną ją w dół niosąc za sobą nieuniknioną zgubę. Scarlett zdaje sobie sprawę, że żeby cokolwiek uzyskać, często musi sięgać po niekonwencjonalne, a wręcz skandaliczne metody. Ma tendencje do oceniania ludzi po pozorach, do niedostrzegania dobra i obarczania innych swoimi winami. Nigdy nie zastanawia się dłużej nad konsekwencjami swoich działań, ponieważ uważa to za zbyt męczące. Scarlett O’Hara jest dla mnie pewnego rodzaju ikoną. Dowodem na to, że każda kobieta, nawet szczebiotliwa panienka w falbanach otoczona wianuszkiem rumianych młodzieńców, posiada w sobie niewyobrażalne pokłady siły, które ujawniają się w zależności od okoliczności i mogą pociągnąć ją do naprawdę niezwykłych działań. Tytuł powieści sugeruje, że coś minęło, dokonało się, już nie wróci – jednakże kuriozum Scarlett nigdy nie przeminie, zdecydowanie. 

Patrycja Smagacz


TEATR | Recenzja |

63

Pytanie o zasadność umieszczenia w repertuarze Teatru Narodowego w Warszawie „Księżniczki na opak wywróconej” jest pytaniem o kierunek teatru w ogóle, nie tylko tego konkretnego. Jan Englert, dyrektor i reżyser spektaklu, zadeklarował przed premierą: „To jest moje wyznanie wiary w teatr”. W co zatem wierzy? Nie da się teatru wcisnąć w żadne ramy. Jeśli bowiem widz oczekuje od narodowej sceny „narodowego dramatu”, wybór tej sztuki wprawi go pewnie w osłupienie. Oto bowiem mamy do czynienia z imitacją komedii mistrza hiszpańskiego baroku, przy czym „Księżniczka” autorów ma w zasadzie dwóch – Calderona i Rymkiewicza. Pierwszy napisał dwie wersje tej komedii - „El acaso y el error” („Przypadek i błąd”) i „La senora y la criada” („Pani i służąca”). Drugi przetłumaczył jej późniejszą wersję, przy czym wykorzystał niektóre pomysły z pierwszej, całość natomiast ubarwił słynnym monologiem ze sztuki Calderona „Życie jest snem” („La vida es sueňo”). Sztuka jest prostą historią miłości księżniczki mantuańskiej Dia-

ny (Małgorzata Kożuchowska) i Roberta (Piotr Adamczyk), których planom przeciwstawiają się rodzice. Diana poślubić ma Fisberta (Robert Jarociński), książę Roberto zaś Florę (Kinga Ilgner). W tym samym czasie Gileta (zjawiskowa rola Ewy Konstancji Bułhak), córka ogrodnika, postanawia odmienić swoje życie i zagrać na nosie mężowi. Przywdziewa podarowaną od Diany suknię i staje się Dianą, gdyż przez ubiór jest z nią mylona. Kolejne sytuacje, nieporozumienia i wynikające z nich konflikty powodują salwy śmiechu na widowni, na scenie zaś sama Gileta nie wie już, kim tak naprawdę jest. Wygląda na to, że właściwie dla komedii omyłek, wszystko zmierza do szczęśliwego końca. Drugi akt jednak uświadamia nam bolesną prawdę, że człowiek znaczy tyle, co jego strój. Gileta również zdaje sobie z tego sprawę, więc pod koniec drugiej części, kiedy reszta bohaterów próbuje bezlitośnie zedrzeć z niej suknię, wykrzykuje przejmującą prośbę o zachowanie resztek ludzkiej godności, nie zostaje jednak wysłuchana. Teatr nie ma ram, nie podlega żadnym rygorom. Tak i tutaj do czynienia mamy z prostą komedią Calderona, imitowaną w mistrzowski sposób przez Rymkiewicza, w której finalnie odnajdujemy życiowe prawdy, nad którymi nigdy dość refleksji. Każdy element spektaklu wykonany jest z przymrużeniem oka – aktorzy przybierają baletowe pozy, w scenach radości zaczynają śpiewać do zjeżdżających mikrofonów, znakiem są realia lat 60-tych z kolorowymi neonami wskazującymi miejsce akcji, fontanna tryskająca w scenie pocałunku, tęcza i wyskakujące z ziemi słoneczniki. Owo przymrużenie oka daje nam sygnał, że to tylko teatr i, że wszystko grą jest tylko, ale jest to teatr, który skłania do refleksji nie brutalizmem i dosłownością, ale swoją magią. W taki teatr Englert wierzy i to piękna wiara. Warto, aby i taki kierunek obierała narodowa scena. Brawo dla reżysera i całego zespołu! Na koniec powiem, że przyjemnie jest pójść na spektakl, po którym wstają nie „starzy”, ale „młodzi”. Warto pójść na ten spektakl. Ja też wstałem…  Cyprian Kawicz

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

fot. Materiały teatru J (J. Jur)

Księżniczka popisowo wywrócona czyli Księżniczka na opak wywrócona w warszawskim Teatrze Narodowym


64

Syn Marnotrawny | komedia Książe Wiktor w wykonaniu cieszyńskiego teatru amatorskiego Baj(k)arze Gdzieś w odległej Itace umiera król, mądry i sprawiedliwy władca. Po jego śmierci łzy wylewa za nim dystyngowana małżonka, faworyzowana córka i wygnany przez niego syn – Wiktor, nie owijając w bawełnę, straszna szumowina. Niespodziewanie ginie testament, w którym jasno miało być napisane, że po śmierci króla rządy ma objąć rozważna i mądra królewna. W całym rozgardiaszu związanym ze zniknięciem wartościowego pisma, pojawia się ze swoją piękną żoną książe Wiktor, który jest święcie przekonany, że skoro wola ojca zaginęła, to on powinien zasiąść na tronie – jako jedyny syn. No i zaczynają się zatargi, szachrowanie i szukanie załatwiacza czyli osóby, która wykonuje czarną robotę. Humorystyczna opowiastka, która momentami pozwala na uniesienie kącików ust do góry. Bystrzejsze oko zauważy wiele odniesień do współczesności, bitnych feministek czy błędów wychowawczych, nierzadko popełnianych przez rodziców. Kiedy na przykład jedno dziecko jest uprzywilejowane, a drugie ewolucyjnie spychane na manowce. John Whitewood – twórca sztuki i założyciel Baj(k)arzy otwarcie mówi, że najpiękniejsze w komedii jest to, że pozwala nam na spojrzenie z dystansem na otaczającą nas rzeczywistość. Na scenie Domu Narodowego w Cieszynie panował minimalizm. Brak energii, mimiki, scenografii, muzyki, środków artystycznych, którymi możnaby się posłużyć. Mimo robiących wrażenie kostiumów – wykonanych przez jedną z aktorek – spektakl nie zaskakuje widzów profesjonalizmem. Ale nie będę pisać o tym, że aktorzy są mało plastyczni, podobni do swoich wcześniejszych wcieleń, grają jakby w letargu i zdecydowanie brakuje im techniki, ani o tym, że scenariusz – jeżeli miał ktoś okazję widzieć poprzednią sztukę Johna Whitewooda – już tak nie bawi. Nie jest tak zaskakujący, a jakiś zgnuśniały. Akcja flegmatyczna. Jest jednak w tym wszystkim coś fascynującego. Coś, co sprawia, że Baj(k)arze są intrygującym zjawiskiem... No bo... Jest to teatr amatorski, założony i prowadzony przez uroczego dramatopisarza – Johna Whitewooda. Anglika, mieszkającego prawie dwadzieścia lat w Cieszynie i (o dziwo!) nie mówiącego dobrze po Polsku. Tłumaczy to niewybaczalną manierę mówienia ę wśród jego aktorów. Zespół działa stosunkowo krótko - dwa lata. Jego uczestnikami są osoby dorosłe, a ich liczba sukcesywnie wzrasta. Fascynujące jest to, że każdy w życiu zawodowym zajmuje się czymś zupełnie innym – spora część grupy uprawia również aikido, więc trzeba zachować ostrożność w wyrażaniu krytyki... Wielki plus dla Pana Whitewooda za aktywizację dorosłych ludzi, pobudzenie w nich chęci do działania, rozwijania się i tworzenia teatru.

kontakt: promocja@touche.com.pl TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012



Joanna Krukowska


TEATR |

Odezwa do Jana Kowalskiego! W marcu Katowice na moment stały się enklawą dla teatromanów, którzy z przyjemnością uczestniczyli w XIV już edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej Interpretacje. O samym przedsięwzięciu można by napisać wiele dobrego – wiele słów już zresztą napisano – i słusznie, bowiem nie co dzień mamy okazję gościć na śląskich scenach najciekawsze propozycje repertuarowe sezonu, czy też dyskutować o nich z ich twórcami. Teatralna feta trwałaby w najlepsze i zostałaby koleją rzeczy zapamiętana przez śląską publiczność – bądź i nie – jako jeszcze jeden event ku chwale teatru, a jednak na plan pierwszy – przed wyróżnieniami i nagrodami – wysunęła się kwestia najistotniejsza, przyćmiewająca poniekąd sukces Marcina Libera (tegoroczny zdobywca Lauru Konrada), bo dotycząca przyszłości teatru polskiego. Podczas gali finałowej Interpretacji Ewa Skibińska, aktorka Teatru Polskiego we Wrocławiu, zasiadająca w tegorocznym jury festiwalu odczytała ten sam list, który odczytany zostanie również podczas trwających aktualnie Warszawskich Spotkań Teatralnych oraz innych wydarzeń kulturalnych, gromadzących twórców i miłośników jednej z muz. Odezwa zatytułowana: „Teatr nie jest produktem/Widz nie jest klientem” robi błyskawiczną karierę nie tylko na scenach (odczytana solidarnie 27 marca – Międzynarodowy Dzień Teatru – na każdej scenie polskiej tuż przed spektaklami) czy w instytucjach kultury, ale i w Internecie, gdzie aż wrze od dyskusji na temat wdrożonej już w życie koncepcji komercjalizacji publicznych scen. Z listu sygnowanego na dzień dzisiejszy drogą elektroniczną nazwiskami grona ponad tysiąca pięciuset polskich artystów (m.in.: Krzysztof Warlikowski, Katarzyna Figura, Jan Peszek, Paweł Demirski czy Krystian Lupa), ale i zwolenników teatru artystycznego dowiadujemy się o tym, że „urzędnicy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego postanowili bez konsultacji z zespołami aktorskimi, związkami twórczymi i Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego zmienić statuty dolnośląskich teatrów i zwolnić obecnych dyrektorów tych scen, zastępując ich menadżerami ze świata biznesu.” Kroki podjęte przez urzędników sprowadzałyby się do tego, by w dobie wiecznie trwającego już kryzysu odciążyć budżet i przerzucić obowiązek finansowania na same teatry, pozbawiając ich jednocześnie dotacji. Stawiając dyrektorom za wzór niedoścignione normy zachodnie teatry pod wodzą menadżerów miałyby same zacząć zarabiać na swoje utrzymanie. Póki co skrajnie niedofinansowane dziś instytucje nie posiadają środków na nowe produkcje i eksploatację przedstawień. W mniemaniu urzędników winy szukać należy po stronie nieudolności szefów artystycznych placówek (!), a nie ciągłych cięć budżetowych. Dodajmy, że część z tych szefów jest odgórnie narzucana przez sa-

morządy miast i województw. Powszechny obowiązek konkursu otwartego na dyrektorów przechodzi powoli do historii, ustępując miejsca szemranej polityce „sadzania na stołkach”. Komentatorzy życia teatralnego za bezprecedensowy przykład podają przypadek Teatru Maska w Rzeszowie, gdzie bez konkursu dyrektorem zostać ma Teresa Kubas - Hul (PO), ekonomistka, przewodnicząca sejmiku podkarpackiego... Szukając rozwiązań z perspektywy zysku jednym z antidotum zaproponowanym przez decydentów miałoby się stać ujednolicenie i tym samym skomercjalizowanie „oferty handlowej” z jaką teatry wychodziłyby do swej potencjalnej widowni. W powszechnym mniemaniu teatr był i jest uważany za rozrywkę elitarną. Złośliwi twierdzą, że to biznes napędzany „metodą szerokich pleców”, w którym grupa wzajemnej adoracji folguje swoim chorym skłonnościom, którym przypina miano sztuki. Dodatkowym punktem zapalnym jest fakt finansowania teatru „z pieniędzy podatników”, którzy bez zastanowienia głośno orzekają, że do teatru nie chodzą, bo nie dość, że ceny biletów nie są na kieszeń przeciętnego Jana Kowalskiego, to w dodatku oferty repertuarowe teatrów nie spełniają ich oczekiwań. Może to i dobrze by nie zmuszać wspomnianego już przeciętnego Kowalskiego by opiewał w zachwyty nad spektaklami Lupy czy Warlikowskiego... Tylko czy oznacza to, że odbiorcę chłonnego „czegoś ponadto” pozbawiać mamy strawy intelektualnej na rzecz tego co zrozumiałe dla ogółu? Czy to nie przypadkiem ci ekscentryczni geniusze, twórcy i artyści wyznaczają nowe prądy, dyscypliny i kierunki myślenia? Teatr polski święci tryumfy na scenach Europy, zdobywając sobie coraz to lepszą ugruntowaną na latach doświadczeń poprzedników pozycję, co nadal spotyka się niestety z nikłym zainteresowaniem mas. Trzeba głośno przyznać, że zysk i dobrobyt uśmiercić chcą nie tylko postęp, ale i wolność artystyczną teatru. Apelujmy zaciekle o mądrość decydentów i dialog (!), który przekornie stanowiąc podstawę komunikacji międzyludzkiej jest również bazą teatralną. A Ty Janie Kowalski zapamiętaj sobie, że to co płonie na jednym podwórku, wkrótce zapalić się może i na drugim... 

Marlena Hermanowicz

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

65


| NAZWA DZIAŁU | rubryka

fot. Magdalena Majchrzycka

66

Szczęścia można się nauczyć Rano otwierasz oczy i po prostu wiesz, że to będzie zły dzień. Jeszcze nie dostrzegasz żadnych sygnałów zapowiadających czyhającą na Ciebie katastrofę, ale spodziewasz się jej wkrótce. Domyślasz się, że w niedalekiej przyszłości coś się nie uda. Wierzysz, że jeśli wszystko jest dobrze, to bardzo niedobrze. Już lepiej, kiedy coś idzie nie po Twojej myśli – wtedy sytuacja jest opanowana. Dobra wiadomość dla Ciebie - oprócz tego, że da się z tym żyć – można coś z tym zrobić.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


PSYCHOLOGIA |

Kim jesteś? Czy można urodzić się jako pesymista albo optymista? Czy istnieją geny warunkujące nasz przeciętny poziom odczuwanego szczęścia? Co było pierwsze: negatywna myśl, czy emocja? Co odróżnia ludzi patrzących na świat przez różowe okulary od tych, którzy są święcie przekonani, że ich życie jest pasmem porażek? I co najważniejsze – czy (i co) można z tym zrobić? Martin Seligman – profesor psychologii na Uniwersytecie Pensylwańskim, przez wielu kojarzony z pojęciem wyuczonej bezradności (i słusznie), a przy okazji jeden z twórców psychologii pozytywnej (tak, taka naprawdę istnieje!) twierdzi, że optymizmu można się nauczyć. Ale nie on jeden w to wierzy – i nie tylko on przedstawia propozycje, w jaki sposób to zrobić. Wprowadzenie do szczęścia Być może drażnią Was książki pokroju Obudź W Sobie Olbrzyma. Może reagujecie alergicznie na dobre rady: pokochaj siebie, myśl pozytywnie – może nie wierzycie, że szklanka jest do połowy pełna. Zresztą, nawet jeśli, to co z tego? Z czego tu się cieszyć, skoro wokół tyle zła, nieszczęść i problemów? Czy to, że zaczniemy się uśmiechać zamiast zamartwiać cokolwiek zmieni? Okazuje się, że tak. Jest wiele bardziej lub mniej skutecznych sposobów wzbudzania w sobie pozytywnych emocji. Ktoś zapyta – a po co? Chociażby po to, żeby się lepiej poczuć. Zazwyczaj nie mamy tendencji masochistycznych – lubimy myśleć o sobie dobrze, podtrzymywać własną samoocenę i czuć się raczej przyjemnie. W starym powiedzeniu kto z kim przestaje, takim się staje jest sporo prawdy. Otoczenie i ludzie, z którymi przebywamy, mają ogromny wpływ na to, jak szczęśliwi (lub nie) jesteśmy. Będąc w złym humorze często nieświadomie doprowadzamy się do jeszcze gorszego stanu. Przecież to nie jest trudne. Wystarczy wyobrażać sobie najczarniejszy z możliwych scenariuszy. Zastanawiać się, co jeszcze się nie uda. Myśleć o tym obsesyjnie, non stop. Spirala się nakręca, z małego problemu robi się katastrofa, a my mamy wrażenie, że świat wali się nam na głowę. Tymczasem błędne koło pesymistycznych przekonań można przerwać. Pozytywne myślenie nie jest magiczną sztuczką ani naiwnością uprawianą przez oderwanych od rzeczywistości lekkoduchów. Przeformułowywanie negatywnych przekonań Pierwszym krokiem na drodze do zwiększenia poziomu odczuwanego szczęścia może być zdobycie umiejętności rozpoznawania i kwestionowania pesymistycznych myśli. Jak to działa w praktyce? Można spróbować monitorować przebieg własnych procesów myślowych. Myślenie o myśleniu nie jest wcale tak skomplikowane, jak

się na pierwszy rzut oka wydaje. Kiedy zaczniemy koncentrować się na tym, o czym i w jaki sposób myślimy, zauważymy pewnie, że często wiele wniosków wyciągamy bezpodstawnie, przewidujemy coś, nie mając ku temu żadnych podstaw, oceniamy negatywnie bez uzasadnienia. Oczywiście – nie wszyscy i nie zawsze. Nie można być szczęśliwym 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, zresztą nie o to w tym wszystkim chodzi. Celem praktykowania pozytywnego myślenia jest pozbycie się nieadekwatnego negatywizmu, który potrafi zatruć życie, odebrać pogodę ducha i energię do działania. Kwestionowanie negatywnych myśli nie jest równoznaczne z zafałszowywaniem rzeczywistości. Nie oznacza odwracania kota ogonem. Nie polega na wmawianiu sobie, że sytuacja wcale nie jest poważna. Nie jest uporczywym powtarzaniem, że wszystko będzie dobrze w chwili, gdy jest naprawdę źle. Zdecydowanie nie. Praca z własnymi, pesymistycznymi sądami jest raczej próbą bardziej logicznego, opartego na faktach i dowodach postrzegania i oceniania siebie, innych ludzi i zachodzących wydarzeń. Trudność zlokalizowana Jak rozpoznać negatywne przekonanie? Zazwyczaj jest to myśl, osąd, przewidywanie, które zakłada, że coś się nie uda (albo już nie udało), że coś jest niemożliwe, nieosiągalne, że ocena wystawiona przez innych ludzi jest negatywna, że jest się śmiesznym, nieporadnym, niewystarczająco dobrym. Często takie przekonanie nie jest poparte wystarczającymi dowodami, ale potrafi szybko i skutecznie zawładnąć całym naszym myśleniem. Pesymistyczne myśli mogą dotyczyć tego, co było i wszystkiego, co będzie; ich zakres jest bardzo szeroki. Zawsze jednak doprowadzają do błędnego koła zamartwiania się, oskarżania lub użalania nad sobą, z którego trudno się wyrwać. Pesymistyczne myśli to nie tylko strach przed niepowodzeniem albo przewidywanie nieszczęścia. To także przecenianie złych wydarzeń i niedocenianie dobrych. Czym się to różni? Zawsze, kiedy pomniejszamy swoje sukcesy, kiedy odbieramy wartość własnym osiągnięciom albo sobie samym – nie doceniamy tego, co dobre. Kiedy z kolei każdy problem jest dla nas zwiastunem wielkiego nieszczęścia, a każdą porażkę traktujemy jak katastrofę – przeceniamy złe wydarzenia. Te dwa błędy w interpretacji prowadzą do zafiksowania się na tym, co negatywne. Terapia odwykowa Jednym ze sposobów walki z niedocenianiem dobrych wydarzeń i przecenianiem złych jest opanowanie sztuki zaprzeczania. Każda nasza myśl powoduje jakieś skutki – pozytywny albo negatywny stan

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

67


68

| PSYCHOLOGIA

emocjonalny. Odpowiednie zakwestionowanie przekonania, jego przeformułowanie, pozwala nam na wzbudzenie innego, bardziej korzystnego samopoczucia. W jaki sposób można podważać pesymistyczne przekonania? Szukając dowodów na to, że są nieprawdziwe. Jest to związane z analitycznym, zdroworozsądkowym procesem podejmowania decyzji. Której kobiecie nie wydawało się nigdy, że jest gruba? Można uparcie powtarzać sobie, że ma się nadwagę, można porównywać własną figurę z wyglądem modelek, ale można też postawić bardzo racjonalne i sensowne pytania: ile wynosi mój wskaźnik BMI? Jaki noszę rozmiar? Czy rzeczywiście mam nadwagę? Czy taka lub inna celebrytka nie jest niezdrowo wychudzona? Oczywiście – w wyniku takiego szukania dowodów i potwierdzeń może się okazać, że jednak się nie pomyliliśmy – naprawdę popełniliśmy błąd, ważymy zbyt dużo, skompromitowaliśmy się, postąpiliśmy niewłaściwie. Co wtedy? Zamiast wpadać w czarną rozpacz (logicznie uzasadniliśmy sobie własną głupotę albo słabość) możemy poszukać alternatywnych wyjaśnień danego stanu rzeczy. Warto znaleźć jak najwięcej przyczyn wydarzenia czy sytuacji. Mówi się, że do mistrzostwa technikę tę opanowali studenci. W praktyce wygląda to mniej więcej tak: to nie ja nie przygotowałem się do egzaminu – to test był ciężki, egzaminator niesprawiedliwy, było za mało czasu, pytania zbyt trudne. Im więcej możliwych wyjaśnień – tym lepiej. Kuszące może być powoływanie się na abstrakcyjne powody i wytłumaczenia – czasami warto z nich skorzystać, żeby doraźnie poczuć się lepiej, ale na dłuższą metę straty będą wyższe niż zyski. A co jeśli wszystkie fakty i wszystkie możliwe wytłumaczenia świadczą na naszą niekorzyść? Pozostaje jeszcze ocena implikacji. Stajemy wtedy w prawdzie, mówimy sobie szczerze, jak się sprawy mają i zaczynamy zastanawiać się, co z tego wynika. Czy konsekwencje są poważne? Czy oznaczają dla nas konieczność poniesienia dużych kosztów (emocjonalnych, materialnych, interpersonalnych)? Jeśli nie, to nie warto się przejmować – nawet, jeśli zrobiliśmy coś nie tak – w końcu nie jest aż tak źle, jak mogłoby być. A jeśli tak – można spróbować podważyć przekonanie o tym, jak bardzo poważne są konsekwencje – albo wyciągnąć nauczkę na przyszłość; podobno najlepiej uczy się na własnych błędach. Uśmierzyć ból Zmiana sposobu oceniania i interpretowania wydarzeń jest jedną z możliwości rozwijania u siebie umiejętności pozytywnego myślenia. Istnieje jednak wiele innych trików i technik pozwalających na bardziej optymistyczne spostrzeganie tego, co się z nami dzieje. Można popracować nad sposobem porównywania się z innymi.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Można zająć się sposobem tłumaczenia sobie własnych niepowodzeń i umiejscawiania ich źródła. I tak, zamiast wierzyć, że to co złe, przykre albo trudne będzie trwało długo (w wersji jeszcze bardziej przesadzonej – wiecznie), jest zawsze naszą winą i ma wpływ na wszystkie obszary naszego funkcjonowania, lepiej założyć, że wpływ na taki rozwój wypadków miały okoliczności, niesprzyjające warunki, los czy nawet inni ludzie. Najkorzystniejsze dla naszego dobrostanu psychicznego jest zakładanie, że autorami naszych sukcesów jesteśmy my sami, natomiast porażki wynikają ze zbiegów okoliczności, przypadków, pecha. Zamiast dramatyzować i rozciągać skutki problemów na wszystkie dziedziny życia, lepiej ograniczyć ich wpływ do konkretnych obszarów. Trudności i zagrożenia lepiej potraktować jako wyzwania i możliwość wykazania się umiejętnościami, siłą woli czy determinacją niż wpadać w popłoch i z góry zakładać klęskę, która w ramach działania efektu samospełniającego się proroctwa, prawdopodobnie przy takim podejściu naprawdę się wydarzy. Jak jeszcze można stać się optymistą? Otaczając się pozytywnie nastawionymi ludźmi. Już nawet patrząc na zdjęcia uśmiechniętych i szczęśliwych osób czujemy się lepiej, a co dopiero, gdy zaczniemy z takimi obcować. Udowodniono, że trzymanie długopisu zębami potrafi spowodować ocenę zdjęć jako bardziej zabawnych. Dlaczego? Bo zaktywizowane zostały mięśnie jarzmowe. Aby latać potrzebujemy szczęśliwej myśli Czasami samo uświadomienie sobie, że ma się wpływ na własny nastrój pozwala go kontrolować i działać na jego korzyść. Nie jesteśmy niewolnikami własnych emocji i negatywnych przekonań. Dla obrony własnego ego potrafimy zrobić naprawdę wiele – także dopuścić się zniekształcania i zafałszowywania rzeczywistości. Czasami warto z tego korzystać. Aktualne pozostaje pytanie, co jest bardziej adaptacyjne - przekonania prawdziwe (na temat siebie i świata), ale przygnębiające a niekiedy bolesne, czy zmodyfikowane, z pewnym zakresem błędów, ale umożliwiające dobre myślenie o sobie? 

Joanna Ślazyk


NAZWA DZIAŁU | rubryka | |

kontakt: promocja@touche.com.pl TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

69


70

| PSYCHOLOGIA

W 1971 roku przeprowadzono jeden z najbardziej interesujących eksperymentów, który jest analizowany niezmiennie już od ponad 40 lat. Miał na celu zbadanie psychologicznych aspektów uwięzienia człowieka. W piwnicy Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanfordzkiego powstał specjalnie dla tego celu stworzony zakład karny. Nad przebiegiem projektu czuwał profesor Zimbardo, który wcielił się także w rolę nadzorcy więzienia. Długość tej symulacji przewidywana była na okres dwóch tygodni. Niestety, eksperyment przerwano po 5 dniach…

fot. Olga Adamska

fot. Hanna Sokólska

Intrygujące ogłoszenie Początek lat 70-tych to jeszcze hippisowska kultura buntu. Młodzież buntowała się otwarcie wobec prowadzonej w tym czasie przez USA wojny w Wietnamie. Spośród tej młodzieży o pacyfistycznym światopoglądzie, myślącej w niezależny sposób i negującej ustalone reguły, badacze wybrali 24 osoby, które odpowiedziały na ogłoszenie zamieszczone w gazecie. Dotyczyło ono płatnej propozycji (15$ za dzień) udziału w eksperymencie badającym psychologiczne efekty symulacji życia więziennego. Na ogłoszenie w rzeczywistości odpowiedziało wielu chętnych, ale badacze wybrali grupę o najbardziej zdrowym profilu osobowości. Rzut monetą decydował o tym, kto spośród wybrańców stanie się osadzonym, a kto strażnikiem więzienia.

Eksperyment więzienny cz. 1 TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Funkcjonariusze u drzwi Całość eksperymentu rozpoczęła się w spokojną niedzielę. Podczas gdy nowo mianowani strażnicy przechodzili krótki kurs przygotowawczy przed swoją służbą, przez miasto pędziły wozy policyjne, które wyciągały z domów przyszłych więźniów pod pretekstem rzekomego złamania przez nich prawa. Zakuwani byli w kajdanki i przewożeni wprost na komisariat policji. Wszystko to rozgrywało się w dość poważnej atmosferze. Na komisariacie czekało ich trochę formalności, takich jak pobieranie odcisków palców. Następnie skazańców przewieziono do więzienia za dokonane przez nich przewinienia… Trochę topografii, szczypta „mody” Zakład Karny znajdujący się w piwnicy Wydziału Psychologii został odosobniony od reszty budynku. W jego skład wchodziły 3 cele naszpikowane podsłuchami, a każda z nich czekała na przyjęcie 3 więźniów. Na dziedzińcu, na którym odbywały się apele, zainstalowano kamerę, która śledziła cały przebieg eks-


PSYCHOLOGIA |

perymentu. Znajdował się tam także loch – ciemny i ciasny, do którego wsadzano nieposłusznych delikwentów. Jako że ubikacje znajdowały się poza zakładem karnym, podczas przemarszu wkładano im na głowy torby, udaremniając kontakt ze światem zewnętrznym. Odzienie w znaczący sposób odróżniało strażnika od więźnia. Strażnicy ubrani w stroje militarne, z pałkami przy boku i okularami, które miały zwiększać ich anonimowość, natomiast więźniowie przybrani zostali w długie koszule z numerami oraz pończochy naciągnięte na głowę, by ujarzmić niesforność ich fryzur, ograniczając w ten sposób ich indywidualność. Tak jest, panie oficerze penitencjarny! Od czasu przekroczenia progu więzienia więźniowie nie mieli już imion; cała ich złożoność zamykała się w kilku cyferkach. Zwracano się do nich jedynie za pośrednictwem numerów. Wkrótce i sami więźniowie poczęli tak o sobie myśleć. Do strażników należało zwracać się odpowiednią formułą. Pracowali oni w systemie trójzmianowym (po 3 strażników), a każdy zmiana chciała zaznaczyć swą obecność w tym przedsięwzięciu, co pozbawiało więźniów wytchnienia. Stali oni na straży prawa, które krystalizowało się w 17. zasadach. Za nieposłuszeństwo groziła więźniom kara, jednakże nie wolno było wobec nich stosować przemocy fizycznej. Zimbardo poinstruował strażników, iż mają wytworzyć u więźniów nastawienie psychiczne związane ze świadomością bycia uwięzionym. Natomiast nie powiedział jasno w jaki sposób mają to zrobić. Więzienie Hrabstwa Stanford Początkowo każdej z tych grup trudno było się wcielić w przypisane im role. Dla więźniów sytuacja, w której się znaleźli nie wydawała się tak poważna, a strażnicy nie wykazywali jeszcze takiej pewności siebie w zarządzaniu pensjonariuszami. Postawili sobie za punkt honoru nauczyć więźniów ich numerów oraz wszystkich zasad – odliczając je od przodu, tyłu, środka, wyśpiewując, wykrzykując. Wielogodzinne apele stały się zmorą. Za każdy błąd – oceniany bardzo subiektywnie – musieli wykonywać wycieńczające ćwiczenia fizyczne. Niesubordynacja była karana większą ilością bezsensownych rozkazów, ograniczeniem snu oraz jedzenia. Wobec takiego traktowania już drugiego dnia wybuchł bunt więźniów, którzy barykadując się w swoich celach, odmawiali spełniania rozkazów, wchodząc w jawny konflikt z przełożonymi. Przywódca buntu osadzony został w lochu. Był to moment zwrotny w postrzeganiu więźniów przez strażników – należy ich stłamsić, zmusić do posłuszeństwa i szacunku. Granice tożsamości strażników zaczęły się zacierać, a ich wrogość wobec więźniów zaczęła przekraczać granice zwykłego aktorstwa.

Sytuacja więźniów pogarszała się z każdym dniem. Ciągłe apele, niewyspanie, niemożność wyjścia na zewnątrz sprawiały, iż doświadczali oni zaburzenia poczucia czasu. Rozkazy, zniewagi i bezosobowe traktowanie przybierały coraz bardziej wyrafinowane formy. Przesiadywanie w lochu zaczęło trwać dłużej niż wcześniej ustaloną godzinę - przedłużało się nawet na całą noc. Strażnicy przeciągali przez krzaki koce, którymi przykryci byli więźniowie, by ci godzinami wydłubywali z nich maleńkie patyczki. Często zresztą były im odbierane, podobnie jak możność spania w łóżku. Smród moczu wydobywający się z wiader wypełniał zakład karny, ponieważ korzystanie z toalety, którą więźniowie czyścili gołymi rękoma, stało się przywilejem. Odwiedziny bliskich trwały zaledwie kilka minut i przebiegały pod pełną inwigilacją. Niektórzy rodzice zaczęli zauważać, że z ich synami dzieje się coś złego. Maltretowanie psychiczne zdarło z więźniów poczucie wpływu na sytuację, w której się znaleźli. W każdej chwili mogli zrezygnować, jednak nie zrobili tego, wierząc w zapewnienia jednego z więźniów, że nikt ich nie wypuści! Poczucie bezradności ogarnęło ich umysły, a strażnicy z przyjemnością rozbijali ich wewnętrzną solidarność na wiele wyszukanych i haniebnych sposobów. Pod koniec ich pobytu w zakładzie karnym, zabawy kosztem więźniów zaczęły nabierać bardziej seksualnego wymiaru… Część więźniów przejawiała objawy patologicznych reakcji na ostry stres – już 2-go czy 3-go dnia trwania eksperymentu. Zimbardo zwalniał ich wówczas do domu, wprowadzając nowych, którzy zasilali szeregi. Czy zaniepokoiła go ta sytuacja? Niestety nie. Naczelnik Zimbardo Obserwował wszystko ze swojego biura dyrektora więzienia. Początkowo jego zainteresowanie było bardziej nakierowane na więźniów. Jednakże z biegiem czasu zaczął zauważać, że zachowanie strażników jest nie mniej interesujące. W jego więzieniu narodziło się zło, które stopniowo przemieniało strażników w sprawców maltretowania. Było to zjawisko, którego oddziaływania mogły sięgać o wiele dalej niż początkowo przypuszczał. Na swój sposób był tym odkryciem niemalże zafascynowany. To, co robicie tym chłopcom, to okropność! Jego partnerka, psycholog Christina Maslach, została poproszona o przyjrzenie się temu zjawisku. Widząc umęczonych więźniów, popłakała się i wybiegła z gabinetu. Oszołomiony Zimbardo pobiegł za nią. cdn. 

Natalia Kosiarczyk

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

71


fot. Karolina Molenda

72

Ty jesteś jak lustro... Czy chciałabyś zajrzeć czasem do głowy innej osoby i dowiedzieć się o czym właśnie myśli? Pewnie odpowiesz: „A kto by nie chciał!”. Nie wiesz jak to zrobić? A tymczasem okazuje się, że wystarczy posłużyć się własnym mózgiem..

Miałam wtedy może trzy, a może cztery lata... wiem, było to dawno, ale do dziś pamiętam pewne zdarzenie. Rzecz działa się w parku, kiedy szłam u boku mojej matki, a z przeciwka jakaś staruszka posłała mi ciepły uśmiech. Zaskoczyły mnie wtedy moje własne usta, które ułożyły się w  wyraz uśmiechu, w  geście odpowiedzi. Poczułam się tak, jakby moja twarzy była marionetką, a ktoś pociągał za sznureczki przymocowane do moich ust. Czułam, że uśmiech ten nie pochodzi ode mnie, że tym wszystkim kieruje jakaś zewnętrzna siła. Zapewne grono z  Was miało w  swoim życiu podobne zdarzenie. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, dlaczego tak się dzieje? „Kiedy się uśmiechasz, uśmiecha się z Tobą cały świat” Dziś, jako dorosła kobieta i  bardziej oczytana, wiem, że tamta reakcja została spowodowana aktywnością moich neuronów lustrzanych w  mózgu. Bo właśnie neurony lustrzane odzwierciedlają działanie,

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

które zaobserwowaliśmy u  innej osoby i  zaczynamy je naśladować albo przynajmniej odczuwamy chęć do naśladowania. To mózg ciągle nam mówi: „Zrób to, co ona robi”. W naszym mózgu, naukowcy dokonali już odkrycia wielu układów neuronów lustrzanych, a wciąż odkrywa się ich coraz więcej. Są one dla nas bardzo ważne, bowiem wyjaśniają sporo zjawisk zachodzących w naszym życiu, chociażby zarażenie emocjonalne czy mechanizm uczenia się przez naśladownictwo występujący u dzieci. Jak to się zaczęło? Neurony lustrzane zostały odkryte na początku lat 90-tych przez włoskich badaczy m. in. Giacomo Rizzolatti, Leonardo Fogassi i Vittorio Gallese.Neurony lustrzane to komórki nerwowe, które na początku odkryto w mózgu małp z gatunku makaka. Podczas badan nad korą ruchową mózgu tych małp, naukowcy zauważyli, że niektóre obsza-


PSYCHOLOGIA |

ry mózgu reagują niemal identycznie, gdy któryś z badaczy sięga po jedzenie, jak w sytuacji, gdy małpy robią to same. Następnie wywnioskowali, że wzór aktywności reprezentuje określoną czynność, niezależnie od tego, kto ją wykonuje. Jak wyżej wspominałam naukowcy odkryli te komórki już kilkanaście lat temu, ale u małp, lecz do tej pory nie było dowodów na to, że istnieją one również u  człowieka. Potwierdziła to grupa naukowców, której przewodniczył Itzhak Fried. Przebadali oni dwudziestu jeden pacjentów cierpiących na ciężką padaczkę. Osobom tym lekarze wszczepili elektrody wewnątrzczaszkowe, a  następnie biolodzy wykorzystali je również do swoich równolegle przeprowadzanych badań. W ten sposób udało im się przeanalizować ogółem ponad 1000 neuronów. Wyniki badan dowiodły, że kiedy pacjenci śledzili inne osoby, neurony hamowały automatyczne naśladowanie obserwowanych czynności, wykonywanych przez te osoby. Wysnuto hipotetyczny wiosek, iż owe neurony pomagają nam prawdopodobnie odróżniać swoje działania od działań innych osób. Badacze przypuszczają, że nieprawidłowe działanie neuronów lustrzanych ma również ścisły związek z autyzmem lub z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, któremu towarzyszą problemy z  komunikacją oraz obniżona zdolność empatii. Być może wyniki tego doświadczenia pomogą w leczeniu osób cierpiących na tę przypadłość? Przejrzę się w Tobie Nasze neurony lustrzane stają się aktywne kiedy widzimy gdy ktoś drapie się po głowie, ociera łzę czy chociażby się uśmiecha, ale także w  wielu innych sytuacjach. Wtedy neurony w  naszym mózgu zaczynają naśladować wzbudzenie neuronów obserwowanej osoby. Informacja o tym co widzimy, odwzorowywana jest w naszych komórkach ruchowych i dzięki temu możemy „uczestniczyć” w czynnościach danej osoby tak, jakbyśmy je wykonywali sami. Neurony lustrzane nie zajmują się jednak tylko naśladowaniem czynności innych osób, ale także odczytywaniem ich zamiarów, wyciąganiem wniosków na podstawie zachowań innych osób oraz odczytywaniem emocji danego człowieka. Neurony te sprawiają, że „czujemy” drugą osobę w szerokim tego słowa znaczeniu, gdyż wyczuwamy jej stany emocjonalne, jej ruchy, doznania, ponieważ powstają w nas ich imitacje. Co na to inni? Umiejętności społeczne także zależą od neuronów lustrzanych. Potrafimy wyczuwać u innych osób ich zamiary, zachowania i ruchy, dlatego też tak szybko umiemy dostosować się do zaistniałej sytuacji i tym samym wyprzedzić to co się zdarzy. Dzięki temu wchodzimy w interakcje z drugim człowiekiem i możemy się z nim porozumieć. „Uruchamianie” dwóch mózgów jednocześnie pozwala nam od razu wyczuć co liczy się w danej chwili. Dlatego mamy poczucie bezpośredniości i niejako wspólnoty z druga osobą. Neurony odgrywają też ogromna rolę w uczeniu się małych dzieci, bo uczenie się przez naśladowanie jest główną drogą ich rozwoju. Dziecko swoiście „żłobi” w  mózgu

formy, szablony, schematy różnorodnych emocji, zachowań i wiedzy o tym jak funkcjonuje otaczający go świat, na podstawie jego obserwacji, a  potem w  podobnych sytuacjach już umie się odpowiednio zachować. Przypomnij sobie... Każdy z nas miał pewnie w życiu niejedną taka sytuację... przypomnij sobie choćby takie zdarzenia, kiedy w sklepie uśmiechała się do Ciebie sprzedawczyni a  Ty mimowolnie odpowiadałaś jej uśmiechem. Dlaczego uśmiech ma tak gigantyczny wpływ na klientów? Jaki mechanizm jest odpowiedzialny za jego potęgę? Oczywiście, że są to neurony lustrzane! To także w nich tkwi zagadka wpływu uśmiechu na wielkość sprzedaży i jakość relacji z klientami. Neurony mogą być i często są wykorzystywane jako chwyt marketingowy! Idźmy dalej... Z i eee e e eeeeew! Aaaah! Przepraszam. Czy nie chciało Ci się ziewnąć? A  może jedynie poczułaś lekkie tknięcie i zatrzymałaś ten odruch. Nie było by to możliwe gdyby nie neurony lustrzane. To dzięki nim wyobrażamy sobie siebie lub inne osoby, które ziewają, a  to wyobrażenie uruchamia złożoną reakcję motoryczną. Wiem co czujesz Zatem nie możemy już postrzegać naszego mózgu jako niezależnego i oddzielnego tworu. Nasze mózgi się przenikają, a my sami stale nawiązujemy kontakt z  innymi, tak jakby nasze mózgi były połączone niewidzialnymi więzami. Dlatego naszych emocji nie przeżywamy sami, w  odosobnieniu, lecz przeżywają je też osoby, które nas otaczają, choć czasem robią to ukradkiem i  my tego nie dostrzegamy. Neurony lustrzane łączą mózgi i tworzą niewidzialne duo, za pomocą którego ludzie mogą „wymieniać się” myślami. A jeśli Ciebie szczególnie zainteresował ten temat, to polecam rewelacyjną książkę autorstwa Joachim’a Bauer’a zatytułowaną „Empatia”, w której to szerzej zostało opisane dane zjawisko. Niżej przytoczę fragment tej niezwykle ciekawej książki : „Najczęściej dzieje się to zanim w ogóle zaczniemy się nad tym zastanawiać: mimowolnie odwzajemniamy szarmancki uśmiech. Są sprawy, które czynią nas bezbronnymi szybciej, niż przemoc. Życie codzienne pełne jest spontanicznych tego rodzaju zjawisk rezonansu. Czemu śmiech jest zaraźliwy? Czemu my ziewamy, kiedy robią to inni? I, co dziwne, czemu dorośli spontanicznie otwierają usta, kiedy karmią łyżeczką małe dziecko?”. Na te i na inne, nurtujące lecz czasem bardzo zwykłe pytania, znajdziecie odpowiedź właśnie tam. Gorąco polecam.  Natalia Tarabuła

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

73


74

| PODRÓŻE

Święty kurz na drodze Przed święceniem Za kilkadziesiąt minut ruszamy na południe. Do tego czasu zamierzam poodbijać się jeszcze od ścian, by, Boże broń, nie zatęsknić za kresnością. Podnoszę ośrodek ciężkości, podnoszę się cały i nad progiem balkonu mijam się ze Współlokatorką. Ma to coś wspólnego ze sztafetą, bo zmiana, bo ogień, bo igrzyska. Ja już odświeżony dymem, ona – dymu potrzebująca. W takiej relacji pozostajemy na dłuższą chwilę w  kontakcie: zderzeniu czołowym z  tych pięknych, gdy czoła nie stykają się, a treści za nimi stłoczone swobodnie dyfuzują, niekoniecznie będąc fuzzy. Dowiedziała się o  oczekującej drodze (nie każdy jest świadom jej cierpliwości), bardzo podoba jej się ta idea. Nie od dziś marzy, by kiedyś spróbować podróży za uśmiech. Dlaczego więc jeszcze tego nie zrobiłaś, Współlokatorko? Nie skłamię (bo czemu miałbym to robić) mówiąc Ci, że najtrudniejszy jest początek: wyjść i oddać się żywiołom. Wtedy nie ma odwrotu; jesteś pod murem, ale zgoła inaczej niż na egzekucji, tu nie ma mowy o egzekwowaniu czegokolwiek, tu cegła za plecami po to właśnie, by odepchnąć się od niej (cegła sama w sobie nie jest odpychająca). Ja wiem i rozumiem, że jest też strach, ale trzeba dowiedzieć się, nazwać go po imieniu, że to strach przed realizacją marzeń, zwany też wymysłem-wymówką? Nie na darmo strach ma wielkie oczy.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Wielkie oczy ułatwiają zaglądanie, się przyglądanie i  przeglądanie (nie mylić z przejmowaniem). Takie się przyjrzenie uratowało Czerwonego Kapturka. Odżywcza radość Od kilku minut jesteśmy w ciężarówce. Jakaż to cudowna siła rzuciła nas pod twoje koła, Kierowco? Czy dzięki mamy składać Radości, którą promieniejesz jako boski posłaniec? Technice, zawieszającej niczym aureolę nad głową radiostację pasma obywatelskiego, by i niedostępne dotąd ułomnym zmysłom fale mogły zaszumieć? Nasz Kierowca praktycznie od zawsze związany jest z przeciwległym biegunem Polski, będącym zarazem biegunem zimna. Nie żeby drugi biegun, który my potraktowaliśmy jako punkt wyjścia, pretendował do miana bieguna gorąca czy większej egzotyczności, lepiej byłoby to porównać z biegunem-anteną parasola, z którego początek bierze ochrona przed spadającym z impetem na czoło, rozpływającym się niebem. Warto też zaznaczyć, że K. jest w naszym wieku [XXI – przyp. red.] i nie widzi siebie zajmującego się czymś innym niż kierownictwo. Studiował, ale raczej z ciekawości, by zobaczyć jako to jest: studiować. Był w wojsku, ale raczej z ciekawości, by zobaczyć jak to jest: być w wojsku. Oprócz Kierowcy i  nas, ciężarówka uwozi coś jeszcze: dwadzie-


fot. Hanna Sokólska

PODRÓŻE |

ścia dwie tony mleka, hiehie, z Mlekovity! – promieniowanie przybiera dźwięczną postać, źródło pozostaje to samo – to jeszcze nic, kiedyś woziłem tusze wołowe. I wyobraźcie sobie, jak te dusze… tfu, tusze podwieszone na hakach kołyszą się, a razem z nim cały samochód i wy, hiehie… niby to MAN, a powiedziałby kto: „poloneza czas zacząć”! Tym razem jeszcze zostawiłem Cię na balkonie, Współlokatorko, by zaglądać w  oczy marzeniom, bo chyba nie strachowi? Jedyne, czego mógłbym się teraz przestraszyć, to że koła nietrzymających się drogi, że kraina stałaby się mlekiem płynąca. Nie… to by była zbyt rażąca sprzeczność, obok Kierowcy nie ma miejsca dla strachu! Darujmy im zasady Pozostajemy jeszcze przy Kierowcy. Zanim wspięliśmy się do kabiny o  kilka stopni bliżej nieba nieśliśmy na ramieniu oprócz tuszyyee… duszy jakieś zasady w plecaku, wyssane z mlekiem bądź z palca. W to nie wnikajmy: zasady w nas. Tu zachodzi pewne rozdwojenie: mleko z  zasadami (pH 6,5-7,5, więc do końca to nie wiadomo; pozostaje palec) dla kolejnych pokoleń na naczepie, więc nasze dusze mogę sobie pofolgować. Ważne, że nasze jestestwo w kabinie jest zasadne, ale w rozważania tej materii też nie wnikajmy. Pozostajemy przy Kierowcy i śmiejemy się, śmiejemy się szczerze i promiennie na kolejne opowieści o spuszczaniu ropy czy grillowanie z piwem zaczerpniętym z naczepy. To kradzież, a kradzież to przestępstwo, więc nawet jeśli po zgłębieniu tematu okazuje się, że uczynki mają swoje uzasadnienie, to kara się należy. Ujechaliśmy z Kierowcą niemal dwieście kilometrów, bez zwłoki przenieśmy się w inną część czasu i przestrzeni. W pierwszym rzędzie Chłopcy, którym impreza we własnej wiosce nie przypadła do gustu, przez co wybierają się do większego miasta kilkanaście minut drogi na wschód. Cóż… na zegarze pokładowym wkrótce wybije północ, ale lepiej późno niż wcale. Oprócz nas i Chłopców w pojeździe nie uświadczysz mleka, wręcz przeciwnie: barwny płyn z grubego szkła przelewa się w co raz głębsze zakamarki wnętrzności. Wysiadamy tak daleko, jak tylko po drodze było im utrzymać kurs na północ, więc tak naprawdę nie dowiadujemy się, czy dojechali do spodziewanego melanżu z wyższej półki, czy jednak lepszą opcją miało być tym razem „wcale”. Równie dobrze mogło nas tam nie być, mogliśmy rzeźbić w swoim losie na balkonie obok Ciebie, Współlokatorko, zatem czy będąc tam powinniśmy się poczuwać do rzeźbienia w  głowach, zamienia miejscami szczebelków w  drabinie moralnej tych, którzy mogli nas ominąć? Chyba dopóki możemy pozostać zupełnie wolnymi, dopóty niech reszta używa swojej wolności. Raz w powozie, raz bez wozu A  omija nas wielu, wręcz niepoliczalnie! Tablice rejestracyjne przekazują szyfrem: jestem stąd, nie pasujemy do siebie. Czasem przekaz wzmacniają ich Inni Kierowcy machając ręką (czasem trudno

Jaskółcze Gniazdo

rozpoznać, czy wskazującym palcem, środkowo-serdecznym czy nie-wszystkimi pięcioma). Tablice rejestracyjne przekazują też: jestem z  daleka. I  wtedy nie wiadomo co myśleć, ale najlepiej przestąpić z  nogi na nogę i  zatańczyć niewysłowione. Pozostając w  pewnym punkcie miejsca także można utrzymać właściwy poziom ruchliwości. Nadszedł czas, by użyć znanych ogółowi nazw zapełniających mapy i samych z siebie cisnących się pod palce, żeby udowodnić, że to wszystko nie dzieje się zawieszone w  próżni, że punkty miejsca można znaleźć, dotknąć. Zostawić swój podpis na krawężniku obok niegdyś zostawionego przez bratnią duszę. Zdarzyć się może, że podróżującego coś nagli. W zdecydowanej większości są to terminy oznaczone w kalendarzu życia pozostawionego samemu sobie, z którego to kalendarza kartki odrywa się w tym samym momencie, równolegle. Po urokach błądzenia niedoszczętnie poznanego miasta na prawach powiatu Gdańska stoimy przy wylotówce. Kur zapiał już jakiś czas temu, nad głowami kłębią się chmury przelotnie zraszając nasze czoła. Stoimy tak jakiś czas, chcemy być w ruchu, więc poradlone czoło pasuje tu jak ulał. Ulało się więc nieco z nieba, minęły lata świetne, nie udało się i w ogóle kiepskie widoki na przyszłość. Przypomina się o  terminach doskwierających co raz bardziej, opuszczamy zatem zatoczkę kołysząc się w  stronę dworca, z którego przegoniono nas kilka pięknych godzin temu (gdański dworzec zamykano wtedy o pierwszej, nie ma przebacz). Sen to czy jawa, dogorywamy oczekując (ociekając) na bezpośredni pociąg do Katowic; ochroniarze rozpoznają nasze twarze naznaczone włóczęgą i dopytują się (ciekawsko-napastliwie; ale niech się panowie za to nie obrażają, w granicach dobrego smaku tak trzymać!) o to, czy aby na pewno nasza bytność tu jest zasadna (pisałem wyżej, że obszerniejsze rozważania na ten temat zostawia się na inną okazję). Oczywista sprawa, będzie, jest i  była, także wtedy! Wreszcie znajdujemy niewietrzny spoczynek w przedziale pociągu. Z poezją pociągów też ciekawa sprawa: pierwsze jego drgnięcie, zapowiadające rychłe opuszczenie stacji początkowej niezmiennie wzbudza emocje najróżniejszej maści. Okres rodzicielskiego strofowania, że zamiast wyjść do okna i pożegnać się z nimi-odprowadzającymi odgradzamy się firanką od pragnących uwagi, mamy już chyba za sobą, ale coś po nim odziedziczyliśmy: myśl razem z  pociągiem wyrywa się w stronę nie do końca przewidywalnego celu. Znów w  drodze, Współlokatorko wzdychająca na balkonie. Nie martw się, o Tobie także przyjdzie nam sobie przypomnieć (ale najwcześniej, gdy zwrócimy twarze ku drodze powrotnej)! Ułomna samotność Nawiasowe wspomnienie zawiera w  sobie nieco bezzasadnej bezczelności, wszakże będąc istotami społecznymi potrzebujemy obracania się wśród ludzi, najlepiej znajomych, a jeszcze najlepiej, żeby Znajomka prowadzić ze sobą i vice versa. Przypomina się kryzys, człowiek budzi się w Warszawie. Nie wy-

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

75


76

| PODRÓŻE

lokatorkę na balkonie, czasem może braknąć tam, gdzie nie powinno się to zdarzyć. Dzięki, Znajomku! Przypomina się górska wędrówka, gdzie w unoszących się tumanach świętego kurzu człowiek błądził z  Pastorem świętość dopiero odkrywającym, lecz nie potrafiącym jeszcze znaleźć w sobie motyki odpowiedniej, by porwać się na Słońce. Niecodziennym było podążanie za P., który nie zdążył wpaść w trans podróży dla samej siebie; który przeżywał w  pełni to, co można było w  nabożny sposób odkurzyć. Czyli był zastrzyk świeżość, której na pewno nie zabrakłoby i Tobie, Współlokatorko. Przypomnieć się też muszą samotne tułaczki, gdy nie dzielona z nikim radość poruszania się wyczerpywała niebezpiecznie szybko zasoby dwu wcześniejszych zbiorników napędzających motor. Na dłuższą metę nie pomaga szukania kontaktu z  ziomkami-nieznajomkami i  w  poczuciu totalnej klęski trzeba zawrócić lub rozpaść się z miejsca wzbogacając muł tej epoki. Wtedy, wtedy szczególnie wspomina się pozostawioną Współlokatorkę, z którą gotów byłoby się zamienić miejscami w potrzebie dymu.

pił dzień wcześniej (noc wcześniej, pół nocy) przesadnie dużo, ale przypieczętował całokształt nadmiarem snu. Bez przemieszczenia się w dziedzinie przestrzeni popędził naprzód w czasie: nie, wybierzmy jednak pociąg, nie czuję się na siłach by wydostać się ze stolicy w czerwcu dnia. Wtedy wkracza Znajomek, który w tej samej sytuacji zachował dostatecznie dużo żądzy przygody, by szczęśliwie wyprowadzić nas z pępka kraju. I to w tak brawurowy sposób, że człowiek gotów jest uwierzyć w przeznaczenie, los, fortunę, jak zwał tak zwał, wedle której tak to miało wypaść (i wzmocnić, tym razem nie zabijając). Ten sam człowiek, który obudził się w Warszawie w samym sercu kryzysu. Czyli motywacji, której nie brakowało, by zostawić Współ-

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

Życie po powrocie Tak to jest w życiu: lubi optymalizację, a w niej można doszukiwać się źródła ulubienia przez jego koleje okręgu. Wracamy do swojego miasta, domu. Gdy wchodzimy między tubylców jest w nas jeszcze namiastkę tego, z czym zaczynaliśmy, odpychając się z plecakiem od muru: bycia wybrańcami, którzy jako ci odważni, w pełni splendoru, porywają się na spełnienie marzeń. Teraz lawirujemy wśród tłumu odzyskawszy niezmienną potrzebę ich spełnienia [marzeń] w znów okrytej mgłą przyszłości. Te kilka rzeczy, z którymi tak dobrze radziliśmy sobie przez ostatnie dni niechętnie, nagle rozleniwieni, wrzucamy do pralki, która okazuje się niezbędna mimo niemożliwości zmieszczenia jej na ramieniu na pustym po zasadach miejscu. Zgrywając zdjęcia z aparatu stawiamy kropkę nie nad i, bo na moment wydaje się, że ciąg dalszy nie nastąpi. Ot, kropka! Lecz nie wszystko jeszcze stracone, jest nadzieja: w samym środku niekończącej się drogi dla wszystkich starczy miejsca, tak więc gdy przychodzi mi znów zderzyć się ze Współlokatorką żegnam się tymi słowy: Drogi Czytelniku/Czytelniczko, szerokiej drogi! 

Michał Słomiany


77

fot. Karolina Molenda

KONTROWERSJE |

Mama last minute Macierzyństwo to jeden z najbardziej wyczekiwanych okresów w życiu większości kobiet. Dla każdej wiek, w którym zdecyduje się zostać mamą jest ważną sprawą. Według danych statystycznych z ostatnich lat Polki coraz częściej decydują się na odłożenie macierzyństwa „na później”. Wynika to przede wszystkim ze zmian kulturowych, jakie niesie ze sobą nowoczesny styl bycia oraz ze względu na ich sytuację ekonomiczną.

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


78

| KONTROWERSJE

Nowoczesna Matka Polka Jeszcze nie tak dawno, bo 20-30 lat temu, ciąża kobiety będącej w  wieku powyżej 35 lat traktowana była jako coś nienaturalnego, a  ogólnie powszechnym modelem matki była dziewczyna w  wieku 20-25 lat. Zalety tego popierano głównie stwierdzeniem, iż najlepszy czas na zostanie matką, z biologicznego punktu widzenia, przypada właśnie na wiek 19-25 lat. Dzisiaj ta granica przesuwa się na wiek 35., a  nawet 40 lat. Wiele osób uważa, że jest to najlepszy moment na urodzenie pierwszego dziecka. I chociaż specjaliści nadal są zdania, że najlepiej byłoby gdyby każda kobieta zdecydowała się na urodzenie swojego pierwszego dziecka do 26 roku życia, to walczą, by owa przesuwająca się granica, kiedy kobieta decyduje się zajść w  ciążę, była bezpieczna zarówno dla niej, jak i dziecka. Duże znaczenie posiada też trend na dojrzałe macierzyństwo, który wprowadziły gwiazdy zza oceanu. Halle Berry, Monica Belluci, Jennifer Lopez, Salma Hayek czy nasze rodzime Agnieszka Dygant, Katarzyna Skrzynecka i Aldona Orman swoje pierwsze dziecko urodziły, kiedy przekroczyły wiek 35 lat. Dla wielu kobiet jest to pewien dowód na to, że dojrzałe kobiety również mogą poświęcić się macierzyństwu. Dla medycyny wiek to nie problem Dzięki szybko postępującemu rozwojowi medycyny poprawia się ogólny stan zdrowia społeczeństwa oraz wydłuża średnia długość życia. Kilka pokoleń temu kobiety wcześniej zostawały matkami, bowiem i  długość życia była w  porównaniu z  dzisiejszą stosunkowo krótka. Teraz, wraz z  coraz dłuższym życiem, odkłada się w  czasie macierzyństwo, bowiem i na nie przyjdzie czas. „Późnoródki” potrafią lepiej niż „wczesnoródki” zadbać o  zdrowie swoje i  dziecka. Wiedzą bowiem, że im później zachodzą w  ciążę, tym bardziej muszą uważać na siebie, regularnie więc przychodzą na wyznaczone terminy badań prenatalnych, kontrolują swoje zdrowie, zażywają zalecone preparaty. Nierzadko też jest im o  wiele łatwiej zrezygnować na czas ciąży ze szkodliwych używek. Ponadto w obecnych czasach kobietom, które najpierw stawiają na karierę, a dopiero później na macierzyństwo, medycyna spieszy z pomocą, którą jest metoda in-vitro. Jest ona również nierzadko ostatnią deską ratunku dla kobiet, które przez lata walczyły z niepłodnością i dzięki niej mogą nareszcie zostać matkami. Stabilizacja ekonomiczna Obecna sytuacja ekonomiczna w kraju oraz duża konkurencja panująca na rynku pracy sprawia, że wiele kobiet decyduje się na odsunięcie

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

na bliżej nieokreśloną przyszłość plany macierzyństwa. Polskie prawo niby chroni przed zwolnieniem z pracy wszystkie matki przebywające na urlopie macierzyńskim czy wychowawczym, aczkolwiek rzeczywistość pokazuje co innego. Z  tego też powodu kobiety decydują się najpierw ustabilizować swoją sytuację ekonomiczną, by móc później spokojnie skupić się na wychowaniu dziecka, nie zamartwiając się przy tym o potrzebne na to pieniądze. Dojrzałe wiekiem matki osiągnęły wszystkie cele zawodowe, które sobie wcześniej zaplanowały; ogólnie rzecz ujmując – spełniły się zawodowo i owo uczucie otwiera im bramkę do następnego kroku w życiu – posiadaniu dziecka. Czas, by dojrzeć Według psychologów samospełnienie się w  karierze zawodowej sprawia, że dojrzałe kobiety mogą zapewnić swoim dzieciom lepszy start w życiu, gdyż mają zbudowany własny system wartości, a także posiadły życiowe doświadczenie, które bardzo się przydaje młodym mamom w każdym wieku. Dojrzałość emocjonalna i pewność siebie w pozytywny sposób wpływa na jakość macierzyństwa. Kobieta poznała już samą siebie, osiągnęła postawione sobie cele, po prostu wie, czego chce od życia. Jest gotowa by zostać matką. Najczęściej żyje w  stabilnym i  dojrzałym związku, w  którym oboje partnerów zdecydowało się na posiadanie dziecka. Pozwala to na uniknięcie stresu związanego z  obawą czy ta druga osoba nie zdecyduje się odejść, bowiem nie będzie gotowa na zostanie rodzicem. Co ciekawsze, wiele dojrzałych matek o  wiele lepiej radzi sobie z wychowywaniem dziecka i z ogólną organizacją czasu i zajęć przy dziecku. Dzieje się tak dlatego, że przenoszą one umiejętności organizacyjne, które były im zazwyczaj potrzebne w pracy na wydarzenia mające miejsce w domu i nie tracą przy tym energii, sił i cierpliwości w przeciwieństwie do wielu młodszych rocznikowo mam. Wcześniejsza praca zawodowa przygotowała ich do życia w ciągłym ruchu i pośpiechu, i dzięki temu potrafią zorganizować sobie czas, aby móc go jak najwięcej spędzać z dzieckiem, początkowo na nawiązywaniu więzi, później na naukę i zabawę. Nie ma róży bez kolców Niestety, późne macierzyństwo to oprócz wielu blasków również cienie. Wraz z wiekiem bowiem pojawia się więcej problemów i komplikacji, z którymi zmierzyć będzie musiała się przyszła mama. Najczęściej mają one podłoże zdrowotne, zarówno wobec zdrowia samej mamy, jak i jej przyszłych dzieci oraz społeczno–emocjonalne. Kobiety, które zdecydowały się na odłożenie macierzyństwa „na później” mogą mieć problemy z zajściem w ciążę. Po osiągnięciu 35


KONTROWERSJE |

roku życia żeński organizm zaczyna zmniejszać produkcję komórek jajowych, co utrudnia zajście w  ciążę, a  zwiększa ryzyko poronień z powodu starszych komórek jajowych. Zaczynają się również zaburzenia w gospodarce hormonalnej. Nie są to jedyne komplikacje, w którymi spotyka się kobieta chcąca w tym wieku zajść w ciążę. Oprócz nich dojrzałe kobiety mogą się zmagać z  niedrożnością jajników, endometriozą czy coraz częściej spotykaną niepłodnością immunologiczną. Zajście w  ciążę może być też utrudnione z  powodu zmniejszenia płodności partnera, jeśli jest on w podobnym do kobiety wieku. Ciąża wysokiego ryzyka Każda kobieta, która decyduje się na urodzenie swojego pierwszego dziecka po 35 roku życia, ma w karcie ciąży zapis o „ciąży wysokiego ryzyka”. Wiąże się z nią bowiem szereg możliwych komplikacji, których liczba rośnie wraz z wiekiem przyszłej mamy. Najczęstszą obawą, która sieje niepokój w sercach dojrzałych kobiet jest większe prawdopodobieństwo urodzenia dziecka z wadami genetycznymi. Według wyników przeprowadzonych badań ryzyko urodzenia przez kobietę w wieku 20 lat dziecka z zespołem Downa wynosi 1:1340, w wieku 35 lat wzrasta ono do 1:335, a dla kobiet w wieku powyżej 40 lat ryzyko to wynosi już 1:100. Ponadto kobiety w  tym wieku mogą się spodziewać większych niedogodności związanych z  ogólnym samopoczuciem. Istnieje u nich poważne ryzyko pojawienia się cukrzycy i nadciśnienia, które mogą mieć negatywny wpływ na przebieg ciąży. U niektórych „późnoródek” występują w tym okresie choroby serca. Również rozwiązanie u  dojrzałej młodej mamy nie zawsze przebiega tak lekko, jak to bywa w przypadku 20-letnich matek. Częściej pojawiają się komplikacje okołoporodowe i  dlatego większość lekarzy położników namawia swoje pacjentki na przeprowadzenie zabiegu cesarskiego cięcia. Jeśli jednak nie ma żadnych przeciwwskazań, kobieta może rodzić w sposób naturalny, aczkolwiek może się to później wiązać z wieloma powikłaniami, jak choćby na przykład niedotrzymaniem moczu czy obniżeniem narządów rodnych. Mamo, w jakim świecie ty żyjesz?! Długo wyczekiwane dziecko jest spełnieniem marzeń o pełnej rodzinie. I chociaż często pojawienie się nowego członka rodziny miesza się ze zburzeniem dotychczasowego porządku panującego w domu, to nadaje ono sens życiu. Dojrzali rodzice mogą więcej czasu poświęcić swojemu dziecku. Niekiedy jednak bywa, że stają się nadopiekuńczy w stopniu tak dużym, że może spowodować późniejsze pro-

79

blemy dziecka w funkcjonowaniu w życiu społecznym. Bowiem cała ich uwaga zostaje przeniesiona na dziecko, które dosłownie zostaje zalewane nieskończonymi pokładami rodzicielskiej miłości. Nadopiekuńczość związana z upragnionym potomkiem, ciągły strach wiążący się z jego coraz częstszymi próbami osiągnięcia samodzielności, chęć uchronienia go przed popełnionymi przez siebie błędami sprawia, że trudno jest przeciąć symboliczną pępowinę łączącą matkę i dziecko. Inne problemy wiążą się z konfliktem pokoleniowym. Łączące się z dużą różnicą pokoleń zmiany społeczno-kulturowe są dużym utrudnieniem w kontakcie z dzieckiem. Najczęściej dotyczą stylu ubierania dziecka, muzyki, której słucha, filmów, które lubi. Starszej mamie trudniej nadążyć za ciągle zmieniającymi się trendami. Gdy zegar tyka nieubłaganie Nikt z  wiekiem nie młodnieje, a  każdy rodzic chciałby uczestniczyć w najważniejszych wydarzeniach w życiu swojego dziecka. Ukończenie szkoły, studia, ślub, pierwsza praca, narodziny wnuków – wymieniać można by jeszcze długo. Kobiety, które później urodziły dzieci muszą się liczyć też z  tym, że najprawdopodobniej nie będzie im dane długo towarzyszyć dziecku. Ponadto z wiekiem ubywa energii i sił, których wymaga dziecko, aby nadążyć za jego rozwojem. Oprócz stabilności emocjonalnej potrzebuje również innych bodźców, które pobudzałyby jego rozwój, a  wśród nich znajduje się również potrzeba aktywności fizycznej. Dlatego dobrze by było, gdyby rodzice poświęcali swój czas nie tylko dziecku, lecz również sobie i swojemu zdrowiu oraz kondycji, aby byli „zdrowi ciałem i duchem”. Granica macierzyństwa Coraz dłuższe i lepsze jakościowo życie sprawia, że kobietom łatwiej jest odłożyć decyzję o ciąży. Najpierw chcą się sprawdzić w życiu, by dopiero później móc wcielić się w  rolę matki. Nikogo już nie dziwi widok 40-latki z  brzuszkiem, buszującej wśród półek z  dziecięcymi ubrankami. Kobieta ma prawo wyboru i  tylko od niej zależy, kiedy będzie gotowa na dziecko. Rodzi się jednak pytanie czy wraz z coraz powszechnym dostępem do metody zapłodnienia in-vitro macierzyństwo nie będzie odsuwane na jeszcze dalszy plan. Czy w momencie, gdy kobiety 60- i 70-letnie zaczynają korzystać z in-vitro, to czy w dalszym ciągu możemy mówić o późnym macierzyństwie?   Anna Chramęga

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


Heartbreak Hotel Zabawmy się w rasowych podglądaczy i zerknijmy przez dziurkę od klucza: w hotelowym pokoju, sam na sam, dwójka spragnionych ludzi (w tych rolach Sara Garczyńska i Tomasz Mrozek) przeżywa ekscytujące spotkanie. Oboje dają ponieść się chwili jakże ulotnej, choć jeszcze nie wiedzą, że te momenty zapamiętają na długo... Dlaczego? Ciąg dalszy pozostaje dla Was, Drodzy Czytelnicy, słodką tajemnicą. Jak zakończy się ta historia? zdjęcia: Roksana Wąs stylizacja: Anna Sowik wizaż i fryzury: Patrycja Kocot Zdjęcia zostały zrealizowane w Hotelu angelo w Katowicach


82

| SESJA MIESIĄCA

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


SESJA MIESIĄCA |

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

83


84

| SESJA MIESIĄCA

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


SESJA MIESIĄCA |

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

85


86

| NAZWA DZIAŁU | rubryka

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012


NAZWA DZIAŁU | rubryka |

TOUCHÉ | nr 4 | MARZEC 2012

87


TOUCHÉ kwiecień 2012  

Jedyne takie pismo w sieci. Dla kobiet i o kobietach takich jak Ty - femme nie znaczy przecież fatale!

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you