Page 1


REDAKCJA THE NOWODWOREK TIMES

Redaktor naczelna: Ewelina Dziedzic

Zastępcy redaktor naczelnej: Maciej Bernaś, Aleksandra Fiutowska

Przygotowanie do druku: Sekcja graficzna TNT

Okładka: Maciej Zawierucha

Dziennikarze: Agnieszka Orszulak Aleksandra Fiutowska Aleksandra Śliwa Alicja Grządziel Ewa Nowak Jakub Miśkiewicz Jakub Morawski Joanna Wężyk Karolina Ciaplak Karolina Makówka Karolina Zając Klaudia Majerańczyk Krzysztof Kołodziejczyk

Łucja Hudy Magdalena Tyszecka Maja Bączek Małgorzata Żurowska Marta Dąbrowska Marta Durda Marta Zygmunt Mateusz Suchan Stanisław Tokarski Sylwia Łakomy Urszula Sasorska Urszula Szydło Zuzanna Żuchalska

2


SPIS TREŚCI –

Listopad 2013

SZKOŁA

KULTURA - CD.

Wywiad z Panią Wicedyrektor mgr Małgorzatą Horbaczewską strona 4

Czytelniku, co wiesz o Rumunii? strona 20

Katherine Boo – „Zawsze piękne” strona 22

Język tworzy rzeczywistość. Wywiad z prof. Mateuszem Skuchą strona 6

SIWA PIECZE –

Wybory prezydenckie 2013 strona 10

TORT NIEZWYKŁY strona 24

MUZYKA

MUFFINY DYNIOWE Z KRUSZONKĄ strona 26

Reach out and touch Dave! strona 14

LUDZIE –

Co nam zgotowali The Dumplings? strona 16

WYWIAD Z KATARZYNĄ GNIEWKOWSKĄ strona 28

Surprise, Surprise! strona 18

WYWIAD Z MARTĄ KISZKĄ strona 32

KULTURA

INNE

melancholia – najpiękniejszy koniec świata strona 19

KONKURSY strona 34

3


WYWIAD Z PANIĄ WICEDYREKTOR MAŁGORZATĄ HORBACZEWSKĄ

Klaudia Majerańczyk

Czy dzisiejszy Nowodworek, a ten sprzed dwudziestu ośmiu lat to zupełnie inny świat?

Tradycja w naszej szkole nie zaniknie, to jest wpisane w jej historię. Nie odejdziemy od tradycji narodowych oraz szkolnych takich jak: ceremoniał ślubowania klas pierwszych, Szopki Nowodworskiej, studniówki czy innych stałych imprez szkolnych. Myślę, że żaden świadomy Nowodworczyk nie dopuści do tego, by tradycja zanikła.

Dzisiejszy Nowodworek to dla mnie ten sam, który poznałam rozpoczynając w nim pracę zaraz po studiach, w 1986 roku. Jest to szkoła, do której przychodzili i przychodzą uczniowie najlepsi z najlepszych, w której pielęgnowało i pielęgnuje się tradycje. To także placówka, która stawiała i wciąż stawia przed swoimi uczniami wysokie wymagania. Nowodworek jako liceum nie zmieniło się. Zmianie uległy czasy, zmieniła się także młodzież, która aplikuje do naszej szkoły. Od razu zaznaczę, że młodzież jest inna, ale na pewno nie gorsza od tej sprzed 28 lat. Na tę odmienność wpłynęły m.in. zmiany polityczne po 89 roku, reforma edukacji, postęp technologiczny. Młodzi ludzie są obecnie bardziej kreatywni, asertywni, otwarci. Cechuje ich odwaga w wyrażaniu swojego zdania oraz chęć do podejmowania działań na terenie szkoły i poza nią.

Jak wyglądały restrykcje dotyczące ubioru? Kiedy rozpoczynałam prace w Nowodworku uczniów obowiązywały mundurki. Nauczyciele bardzo restrykcyjnie podchodzili do wyglądu ucznia. Z mundurkami było bardzo wiele zabawnych historii. W szkole było paru nauczycieli, którzy wręcz byli uczuleni na jego brak, dlatego gdy ktoś zapomniało nim, próbował go w jakiś sposób zorganizować. Pamiętam, że w kantorku mieliśmy taki „zagubiony” dyżurny mundurek. Uczniowie pożyczali go pod zastaw legitymacji szkolnej oraz musieli wrzucić do skarbonki symboliczną kwotę.W ten sposób na koniec roku z tak uzbieranych pieniędzy, samorząd uczniowski kupował piłkę. Były nawet zapisy na wypożyczenie mundurka na poszczególne lekcję. Wszyscy świetnie się bawiliśmy.

Czy jest coś, co chciałaby Pani przywrócić ze „starego” Nowodworka? Myślę, że jedną z takich kwestii jest dyscyplina tamtych lat. Chciałabym, by ona wróciła. W końcu słyszę od Was uczniów, że jesteście elitą. A w szkołach elitarnych obowiązują zasady, które młodzież respektuje. Wręcz jest z nich dumna. Dumna z tego, że jest w tak prestiżowej szkole, dumna z reguł, które może przestrzegać. Dyscyplina to nie tylko wymagania i kontrola ale także współgranie z młodzieżą. Jesteśmy jedną drużyną.

Czy uczniowie, ich charaktery i zachowania bardzo się zmieniły? Zmieniły się , ale nie aż tak bardzo. Uczniowie muszą zdawać sobie sprawę z tego, jaką szkolę wybrali. Bycie uczniem Nowodworka zobowiązuje do respektowania statutu szkoły, jej regulaminów, wymagań oraz historii i tradycji. Od początku uczycie się jak być

Tradycja zanika. W naszej szkole też?

3


Nowodworczykiem. Obserwuję to, kiedy we wrześniu przychodzą pierwsze klasy, nie umieją się oni znaleźć w nowym miejscu, ale szybko zaczynają rozumieć, na czym to polega. To się nie zmieniło i nigdy nie zmieni.

wyróżniali się na tle innych uczniów? Tak, wspomniani absolwenci – aktorzy występowali w Szopce Nowodworskiej, ich talent był widoczny. Oprócz tego byli bardzo aktywni, chętni do realizacji różnych projektów. Wszyscy byli kulturalni i wiedzieli, co będą robić w przyszłości.

Czy uważa Pani, że to jest świadoma identyfikacja? Uczniowie klas pierwszych nie mają tej świadomości, ale uczniowie klas starszych już tak. Wydaję mi się, że nie uzewnętrzniają tego, ale w głębi serca każdy z Was jest dumny ze szkoły, do której uczęszcza. Kiedy ktoś zapytany o to gdzie chodzi do szkoły odpowiada „do Nowodworka” reakcją jest wyraz uznania. W każdym z Was tętni nowodworska krew.

Jak byli dawniej karani uczniowie? Kary cielesne istniały? Kar cielesne nie istniały. Były kary niepisane. Pamiętam jak grupa chłopców za jakieś przewinienie musiała wrzucać węgiel do kotłowni szkolnej. Bawili się przy tym świetnie. Dzisiaj to nie do pomyślenia, ale dawniej nikt nie widział w tym niczego złego. Tego typu kary były przyjmowane z humorem, respektem i pokorą.

Oprócz funkcji wicedyrektora jest Pani nauczycielem wychowania fizycznego, czy zgadza się Pani z powszechnym stwierdzeniem, iż sprawność fizyczna młodzieży pogarsza się?

Zabawne historie związane z Nowodworkiem to…

Tak, obserwuję ten proces od kilku lat. Młodzież jest coraz słabsza fizycznie, zauważa się zwiększoną liczbę osób, które posiadają wady postawy. Na moich lekcjach wychowania fizycznego rozmawiam z uczniami, jak temu zapobiegać, zawsze obowiązkowo są ćwiczenia ogólnorozwojowe, z akcentem na wzmacnianie siły mięśniowej, a zwłaszcza mięśni klatki piersiowej oraz grzbietu, które są nadmiernie rozciągnięte od siedzenia przy komputerze oraz od dużej ilości nauki. Natomiast świadomość tego problemu wzrasta, co bardzo mnie cieszy.

Takich historii było bardzo wiele.Jedną, która najbardziej zapisała się w mojej pamięci to fakt, kiedy jeden z nauczycieli przyszedł w dwóch różnych butach. Wieść o tym rozniosła się bardzo szybko po szkole i „przypadkowo” było niespotykane zatłoczenie w okolicach pokoju nauczycielskiego. Każdy nauczyciel oraz uczeń chciał zobaczyć to zjawisko. Inna historia. Był to pierwszy rok mojej pracy w Nowodworku. Organizowaliśmy zabawę andrzejkową. Uczniowie wpuszczali swoich kolegów na teren szkoły za okazaniem legitymacji. Do jednego z nich powiedziałam żartem „Jak będą wchodziły pierwszaki, to powiedz im, żeby w holu szkoły ściągnęli buty”. I rzeczywiście tak mówili, a pierwszaki posłusznie wykonywały polecenie. To pokazywało ich pokorę.

Czy któryś z Pani uczniów jest teraz znaną i rozpoznawalną osobą? Tak, nie sposób wymienić wszystkich. Zacznę od aktorów, którzy swoje pierwsze aktorskie kroki stawiali w Szopce Nowodworskiej. Wymienię tu min. Łukasza Żurka (aktora teatru Bagatela), Krzysztofa Wnuka (aktora Teatru im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem), Marię Peszek (aktorkę i piosenkarkę), Wiktora Loga-Starczewskiego (jeden z najmłodszych członków zespołu artystycznego Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie).

I jeszcze jedna. Pamiętam obóz jednej z klas, byłam tam opiekunem. Wraz z drugą panią profesor myślałyśmy, co zrobić, żeby młodzież poszła wcześniej spać, albo przynajmniej wszyscy szybko się umyli. Wymyśliłyśmy, że ja podam komunikat, iż na węźle wodociągowym jest awaria i młodzież ma się umyć do 22, bo potem nie będzie wody. Po kolacji obserwujemy z panią profesor, wszyscy o 22 w pidżamkach.

Oprócz tego Małgorzata Bela (modelka i aktorka), Roman Młodkowski (dziennikarz ekonomiczny jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych) oraz Anna Wiśniowska (vicemiss polonia z 1992 roku)

Dziękuję za wywiad. Dziękuję.

Czy oni już będąc Nowodworczykami

4


JĘZYK TWORZY RZECZYWISTOŚĆ. WYWIAD Z PROF. MATEUSZEM SKUCHĄ

Marta Dąbrowska Mateusz Suchan

Według powszechnej opinii jest Pan najlepszym polonistą w Krakowie. Jaki jest Pana przepis na tak dobrą współpracę z uczniami?

noc, żeby się do niej dobrze przygotować. Ja po prostu lubię uczyć młodzież. Wydaje mi się, że to jest jedna z ciekawszych prac, dlatego, że zawsze mamy do czynienia z inną grupą młodych ludzi, która inaczej podchodzi do problemu, inaczej widzi daną kwestię i ma zupełnie inny sposób myślenia. Dyskutowanie z młodzieżą zawsze daje mi duże poczucie satysfakcji, a także – inspiracji.

Zawsze podchodzę sceptycznie do tego, czy rzeczywiście jestem najlepszym polonistą, dlatego, że wszystko zależy od uczniów. Jeżeli mają oni porównanie z innymi polonistami i mówią, że jestem tym najlepszym, który ich uczył, to oczywiście jestem im bardzo wdzięczny i to daje mi dużo siły i mobilizacji do pracy. Wydaje mi się jednak, że jest mnóstwo naprawdę bardzo dobrych polonistów – i w naszej szkole, i w Krakowie, i w ogóle w całej Polsce. A jeżeli uczniowie uznają, że jestem jednym z nich – to bardzo się cieszę i jestem im za to wdzięczny.

Dlaczego język polski? Z wykształcenia jestem polonistą. Ale tak naprawdę zostałem nim przez przypadek: w pierwszej klasie liceum założyłem się z kumplem o symboliczną złotówkę, że uda mi się zaprosić naszą młodą, bardzo ładną polonistkę na kawę. Nie śmiejcie się – to jest prawdziwa historia. Zresztą, zadanie wcale nie było takie proste. Nie mogłem przecież najzwyczajniej w świecie podejść do pani profesor i powiedzieć „Chodźmy na kawę”. Akurat wtedy pojawiła się olimpiada polonistyczna, więc stwierdziłem, że to jest dobra droga do zrealizowania planu. Kiedy zostałem finalistą tej olimpiady, zastosowałem pewien chwyt i powiedziałem: „Pani profesor, czy z wdzięczności mogę panią zaprosić na kawę?”. Pani profesor oczywiście zgodziła się, więc wygrałem symboliczną złotówkę. Ale też odkryłem, że zajmowanie się literaturą to jest to,

Jeśli chodzi o drugą część pytania: moja polonistka z liceum zawsze powtarzała nam słowo „rzetelny”. Mieliśmy absolutnie dość tego wyrazu, bo wszystko musieliśmy robić rzetelnie. Z drugiej strony rzeczywiście zależało mi na tym, żebym wykonywał te zadania, które są mi powierzane, rzetelnie – czy to będąc studentem, czy później, pracując już w szkole, czy na uczelni. Czyli na przykład: rzetelnie przygotowywać się do zajęć. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeżeli jedna osoba z trzydziestoosobowej klasy skorzysta z mojej lekcji, to warto zarwać

6


i szkolenia antydyskryminacyjne. Oczywiście traktuję to jako narzędzie, które pozwala mi inaczej spojrzeć nie tylko literaturę, ale też kulturę, politykę i społeczeństwo. Sam kierunek jest ważny, bo mówi o tym, że na bazie płci biologicznej, społeczeństwo wymusza od nas pewne zachowania – musimy zachowywać się jak kobieta lub jak mężczyzna i te zachowania, mimo że większość traktuje jako uniwersalne i neutralne, są tak naprawdę zachowaniami uwarunkowanymi przez kulturę danego czasu i danego miejsca. Inne wymagania są stawiane kobietom w Polsce, a inne w Azji; inne są wzorce płciowe obecnie, a inne były kilkaset lat wcześniej. Na przykład teraz uważa się, że to mężczyźni zawsze byli rolnikami, a to nieprawda – rolę uprawiały kobietę, a mężczyźni szli na polowanie. To pokazuje, że płeć jest konstruktem społeczno – kulturowym. Gender Studies mają też przełożenie na aktywną walkę antydyskrymiacyjną. I rzeczywiście jestem bardzo wyczulony na wszelkie przejawy dyskryminacji – ze względu na płeć, na wiarę, na kolor skóry, na poglądy, na status finansowy, na orientację seksualną. Zwłaszcza jeśli wymierzona jest ona przeciwko bezbronnym – a do takich zaliczam młodych ludzi, których światopogląd i system wartości dopiero się kształtuje. Jeśli bowiem rozpoznają w sobie jakąś inność, to bardzo często jest im trudno poradzić sobie z tą innością, a proces akceptacji pozytywnego wizerunku siebie trwa niekiedy latami. Ostrze dyskryminacji, wymierzone przeciwko nim, jest wówczas wyjątkowo niebezpieczne i może być katastrofalne w skutkach. Dlatego należy temu z całych sił przeciwdziałać.

co chcę robić w przyszłości. W ogóle, początkowo chciałem być historykiem, ale sama historia mnie nudzi. Z mojego punktu widzenia, historia polityczna czy historia gospodarcza nie jest tak ciekawa (choć niewątpliwie jest ważna), jak historia kulturowa, historia życia codziennego, historia pewnych myśli - tych związanych z życiem zwykłego człowieka. Myślę sobie tak: uczymy się o tych wszystkich zaborach, powstaniach, zmianach terytorialnych, ale przecież wszyscy ci ludzie jakoś żyli, rozmawiali, czytali, śmiali się, kochali, spędzali wolny czas. I dla mnie to właśnie jest fascynujące. Wydaje mi się, że studiowanie literatury – rozumianej jako szeroko skrojony projekt kulturowy czy świadectwo życia codziennego – daje szansę na poznanie przeszłości zwykłych ludzi, a nie wybitnych dowódców, polityków czy ekonomistów. Łączy się to zarazem z psychologią, dlatego w pewnym momencie chciałem też być psychologiem. Ale odkryłem wówczas, że literatura wytwarza fascynującą przestrzeń, która łączy historię, codzienność i psychologię. Z tego powodu – polonistyka. No i oczywiście – wygrany zakład… Wspominał Pan o swoim zamiłowaniu do kultury, mógłby Pan w takim razie przybliżyć nam kwestię kulturowej tożsamości i Gender Studies? Zacznę od tego, czym jest gender. Najkrócej: to społeczno – kulturowa tożsamość płciowa. Po trzecim roku studiów na polonistyce, doświadczyłem pewnego kryzysu i stwierdziłem, że stare interpretacje klasyki mnie nudzą. Wolałem te oryginalne, to znaczy takie, które odbywają się po raz pierwszy i takie, które mają zaplecze psychologiczno – socjologiczne we współczesności. Pojawił się pomysł studiów feministycznych, czy szerzej Gender Studies. Były to studia podyplomowe, które rzeczywiście odświeżyły moje spojrzenie na kulturę. Mieliśmy wykłady z psychologii, psychoanalizy, socjologii, z krytyki feministycznej, z filmu i reklamy, z teatru i sztuki, z ruchów mniejszości seksualnych

Wszyscy doskonale pamiętamy pierwszą lekcję z Panem Profesorem i na pewno będziemy ją jeszcze długo wspominać. To był nasz pierwszy szok w tej szkole. Jest w tym jakiś większy cel czy to tylko zabawa z uczniami? Oczywiście, że jest cel. Kolejne pokolenia rzeczywiście pamiętają pierwsze lekcje ze

7


Ma Pan jakieś oczekiwania w stosunku do osób, które podejmują się tej roli?

mną. Opowiem pokrótce, jak to wygląda: na pierwszej lekcji jestem bardzo groźny, niemiły i zdystansowany. Przedstawiam moje wymagania edukacyjne i jest to duża dawka stresu dla pierwszoklasistów. Rzecz jasna, później się z tego śmieją, ale kiedy wychodzą z takiej lekcji są absolutnie zmiażdżeni i zdruzgotani. Część z nich chce nawet zmieniać szkołę. Takie moje zachowanie bierze się z pewnej tendencji, o której usłyszałem na zajęciach z metodyki nauczania i psychologii. Mianowicie, lepszy nauczyciel to taki, który zaczyna współpracę z daną klasą jako bardzo groźny i z czasem coraz bardziej luzuje uczniom. Natomiast nauczyciel, który jest od początku miły i kochany, aż tu niespodziewanie pokazuje pazurki, może stać się dużym rozczarowaniem dla uczniów. Ja chciałem pokazać te pazurki na początku a z czasem, razem z uczniami, przy pomocy jakiegoś niewidzialnego, przyjacielskiego pilnika, te pazurki tępić.

Jedyną osobą, która sobie poradziła, był Janek Międzobrodzki, mimo że grało mnie jeszcze kilku innych uczniów. Janek potrafił pokazać moje gesty, sposób bycia i mówienia. Nawet jeśli próbował mnie czasem wyśmiać, to czynił to w niezwykle kulturalny i profesjonalny sposób. Z jednej strony moja postać jest łatwa do zagrania, ale w tej łatwości tkwi duże niebezpieczeństwo. Moje teksty do uczniów są raczej charakterystyczne, podobnie moje gesty, styl bycia i sposób ubierania się. Jednakże wyrwane z kontekstu mogą być nieczytelne dla innych nauczycieli i uczniów. A to prowadzi do nieporozumień, a nawet - nieprzyjemności. Uczniowie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo niemiłym doświadczeniem jest zobaczenie siebie na scenie po raz pierwszy. Nawet jeśli postać jest bardzo dobrze zagrana, to zawsze dany nauczyciel widzi karykaturę swoich gestów i słów. Oczywiście, jest to karykaturalne przedstawienie, ale zazwyczaj ma ono korzenie w rzeczywistości. I to jest trudne. Choć z czasem się do tego przyzwyczaja i zaczyna podchodzić z dystansem. Zawsze zgadzam się, by grano mnie na Szopce. Nie rozumiem nauczycieli, którzy nie wyrażają na to zgody. Ale cóż, każde zdanie należy uszanować.

Jak Pan wspomina Nowodworek, kiedy zaczął Pan tutaj pracować? Jak się zmienił przez ten czas? W gruncie rzeczy to trudne pytanie. W Nowodworku na pewno zmienił się „pejzaż polityczny” – zmieniła się Dyrekcja, zmieniają się nauczyciele i kolejne pokolenia uczniów. Ci ostatni, mimo różnic, zawsze są tak samo fajni. Gdybym uczył w czasach, w których było 4-letnie liceum, wówczas te zmiany byłyby bardziej widoczne. W 4-letnim liceum kontakt z nauczycielem był większy, a przyjaźnie – trwalsze. Teraz to się odbywa bardzo szybko. Uczniowie są biedni, bo mają koszmarnie mało czasu na przyjemności. Nie mogą czerpać radości z tego, że są młodzi (a przecież młodość rządzi się swoimi odrębnymi prawami), ponieważ muszą się uczyć – zadania domowe, przygotowania do lekcji, zajęcia dodatkowe. A doba ma tylko 24 godziny.

Co lubi Pan robić w wolnym czasie? Nie będę bardzo oryginalny, gdy powiem, że ja naprawdę uwielbiam czytać. To mi sprawia dużą frajdę i daje ogromną radość. Nie mówię tego jako „natchniony polonista”. Lubię zwłaszcza XIX - wieczne romansidła oraz romanse „z Chinami w tle”. Bardzo lubię gotować, oglądać programy kulinarne, czytać książki kucharskie, nawet te starsze. Relaksuję się smażąc konfitury czy przygotowując przyjęcia dla moich przyjaciół. I to jest właśnie trzecia rzeczą, którą robię w wolnym czasie: staram się spotykać z przyjaciółmi. Cieszę się, że do ich grona należą także absolwenci – choć ci moi

Tylko nielicznym udaje się odzwierciedlić Pana postać w Szopce Nowodworskiej. Kto do tej pory, Pana zdaniem, poradził z tym sobie najlepiej?

8


wymienione przeze mnie nazwiska i tytuły różnią się. Na koniec dopowiem tylko, że nie lubię dzienników, pamiętników, listów i reportaży. Jakoś tak nie znajduję w nich ani odpowiedzi na te pytania, które stawiam sobie w życiu, ani też – przyjemności. Bo pamiętajcie, literatura przede wszystkim ma sprawiać nam przyjemność.

dawni uczniowie są już po studiach, pracują, mają rodziny. Aha, bardzo lubię oglądać programy o katastrofach lotniczych, nie wiem dlaczego, ale to mnie bardzo relaksuje. Może dlatego, że sam panicznie boję się latać. Może dlatego, że – jak powiedział Artur Schopenhauer – kiedy jest nam w życiu źle i zobaczymy, że komuś jest gorzej, to nam zaczyna być lepiej. Niestety, na wiele rzeczy nie mam czasu. Ale w każdej wolnej chwili staram się chodzić na siłownię i rolki. No i oczywiście: język i kultura chińska. To jest niestety bardzo czasochłonne, bo trzeba ćwiczyć pisownię znaków, dlatego musiałem na chwilę z tego zrezygnować, ale mam nadzieję, że jeszcze do tego wrócę.

Wspominał Pan, że pracuje nad swoją książką. Mógłby Pan zdradzić czego będzie dotyczyła i kiedy możemy się jej spodziewać? W świecie naukowym to wygląda tak, że powinno się publikować kolejne rozprawy. Książka, która się ukaże, będzie przerobioną i poszerzoną wersją mojego doktoratu. Na 99% tytuł będzie brzmiał: „Ładni chłopcy i szalone. Męskość i kobiecość w późnym pisarstwie Józefa Ignacego Kraszewskiego”. To genderowe przeczytanie twórczości pisarza, który w powszechnej opinii jest uznany za starego nudziarza. Trudno powiedzieć, kiedy się ukaże, bo proces wydawniczy wymaga czasu. Obecnie jestem na etapie oceniania projektu okładki. Myślę, że pojawi się w I połowie 2014 roku, nakładem wydawnictwa Columbinum.

Czyta Pan mnóstwo książek. Gdyby miał Pan wybierać, która jest tą szczególnie ulubioną? Książka powinna odpowiadać momentowi życia, w którym się jest. Odpowiadać na te emocje i te pytania, które w danej chwili zaprzątają nam głowę. Dlatego nie mam jednej ulubionej książki. Rzecz jasna, uwielbiam twórczość Józefa Ignacego Kraszewskiego – nie dlatego, że pisałem o nim doktorat, ale po prostu dobrze mi się to czyta, zwłaszcza „Szaloną”, „Hrabinę Cosel” i „Adę”. Lubię twórczość Witolda Gombrowicza, a z innej półki – Majgull Axelsson. Zasadniczo, lubię też prozę polską XIX-wieku. Z nowszych książek, swego czasu duże wrażenie zrobiły na mnie „Mojry” Marka Sobola. Jest to książka, która przeszła w zasadzie bez echa. Bardzo cenię też „Klub koryncki” Alana Hollinghursta. Jeśli chodzi o moje chińskie doświadczenia, to lubię powieści, w których ukazany jest obraz Chin. Na przykład książki o cesarzowej Cixi (cesarzowej wdowie, panującej w Chinach w II połowie XIX wieku): „Cesarzowa” Pearl Buck, „Cesarzowa Orchidea” i „Cesarzowa wdowa” Anchee Min. Wracam również nieustannie do książek teoretycznoliterackich. Szczególnie cenię Rolanda Barhesa (m.in. „Fragmenty dyskursu miłosnego”, „Światło obrazu”, „S/Z”, „Roland Barthes”). Widzicie więc, że

Na koniec mam takie osobiste pytanie. Trochę się boję, że się nim narażę, ale to jest poniekąd pytanie ogółu uczniów. Jak ma na imię i ile ma lat pański syn, o którym wspomina Pan na lekcjach? Niech to będzie zagadka dla uczniów. Jak powiedział kiedyś Wittgenstein, „o czym się nie da mówić, o tym trzeba milczeć”, więc będę milczał. Pamiętajcie jednak, że na jednej z pierwszych lekcji uczyłem was, że język ma niesamowitą moc – moc stwarzania rzeczywistości. Na pewno zapamiętamy. Dziękujemy bardzo za udzielenie wywiadu.

9


WYBORY PREZYDENCKIE 2013 – fot. Maciej Bernaś

Już od początku obaj kandydaci starali się przyciągnąć wyborców oryginalnymi pomysłami.

Obu sztabom udawało się gromadzić masy osób na swoich wydarzeniach.

Natan oglądający swój spot reklamowy obserwuje reakcje widowni.

Plakat Kuby ukrywający się w szkolnej codzienności.

10


Chwile przed rozpoczęciem debaty: resztki luzu zniknęły już z auli wraz z tłumami, które przyszły by ukierunkować swoją decyzje w kwestii wyboru (lub tez miały lekcje...).

Kuba wysłuchuje wrogo nastawionych słów w kierunku jego kampanii i planu wyborczego, ze strony Natana.

Natan skupia się na swoich notatkach podczas wypowiedzi Kuby.

Cała sala bacznie przysłuchuje się debacie czekając na prawo głosu.

Obaj kandydaci mają sobie wiele do powiedzenia. O ile treść ogólnikowo jest w miarę podobna to ton wypowiedzi różni się diametralnie.

11


W końcu przychodzi czas na pytania, zawsze nieprzychylne dla jednego z kandydatów.

Dzień wyborów, chwilę przed wejściem do auli na ogłoszenie wyników.

Adrian Domarecki, ustępujący prezydent szkoły, grając na emocjach zgromadzonych osób, wolno przedstawia wyniki wyborów, do ostatnich kilku słów czekając na werdykt.

Debatę kończy optymistyczne zapewnienie o współpracy obu kandydatów, bez względu na wynik wyborów.

Obaj kandydaci słuchają przemówienia. Moment w którym jeszcze nic nie jest pewne.

12


Chwila w której obaj kandydaci słyszą „[…] Natan Waśniowski.”

Natan pokazuje swoją radość po wygranej.

W jednej chwili jedno zdarzenie wyzwoliło radość i łzy…

13


REACH OUT AND TOUCH DAVE! – Maja Bączek

The Delta Machine Tour to już 19 trasa koncertowa brytyjskiej grupy Depeche Mode powstałej w roku 1980. Poświęcona jest ich ostatniej płycie, która trafiła na półki polskich sklepów 22 marca obecnego roku. W planach zespołu znalazły się również dwa koncerty w Polsce. Pierwszy miał miejsce 25 lipca w Warszawie, a drugi jest zaplanowany na 24 lutego 2014 w łódzkiej Atlas Arenie.

Co było do przewidzenia, na kilka godzin przed koncertem drogi prowadzące do Narodowego zostały sparaliżowanie, a w komunikacji miejskiej były tłumy, jak rzadko kiedy. Po przejściu przez pierwsze dwie bramki znalazłam się pod stadionem. Obowiązkowe zakupienie koszulki za cenę 80zł, czyli nie tak zaporową, jak się spodziewałam i zaczęłam rozglądać się za wejściem na płytę. I tu pojawił się problem, bo służba informacyjna była delikatnie mówiąc niezorientowana. W końcu jednak trafiłam do właściwej bramki, a potem jeszcze jednej. Takim sposobem doszłam na płytę, a po przejściu kolejnej, już piątej, bramki znalazłam się w strefie Golden Circle. Od razu też zaopatrzyłam się w opaskę na rękę, dzięki której mogłam swobodnie wychodzić i wchodzić do GC bez okazywania biletu. Wody sprzedawali oczywiście bez zakrętek, jakby ktoś przypadkiem chciał rzucić butelką w zespół, więc chcąc nie chcąc trzeba ją było szybko wypić. Po przeciśnięciu się możliwie jak najbliżej, stanęłam w oczekiwaniu na koncert.

Mimo wysokich cen, bilety na warszawski koncert zostały wyprzedane w całości. Największą popularnością cieszyły się wejściówki GC (Golden Circle – płyta znajdująca się najbliżej sceny) i GCEE (Golden Circle z wcześniejszym wejściem), które rozeszły się w tempie błyskawicznym. Wątpliwości wzbudzało jedynie miejsce, w którym występ miał się odbyć. Chodzi oczywiście o naszą chlubę – Stadion Narodowy, będący raczej niewdzięcznym obiektem na tego typu wydarzenia, ze względu na akustykę. Przygotowania zaczęły się na długo przed wizytą zespołu. Prężnie działało forum depechemode-forum.pl, gdzie planowane były akcje koncertowe. Powstawały dylematy, czym dojechać do stolicy i o której ustawić się w kolejce, by zapewnić sobie miejsca jak najbliżej sceny (najbardziej wytrwali byli pod stadionem już od ok. 8 rano).

O godz. 20 na scenę wszedł zespół supportujący – Chvrches. Zagrali kilka nawet przyjemnych kawałków i życzyli nam miłego koncertu. Szkoda tylko, że przez ostatnie pół godziny organizatorzy raczyli nas z głośników muzyką techno

14


ani utwór do śpiewania przez tłum, ani do tańczenia.

kompletnie nie wpisującą się w tematykę wieczoru. Największym hitem przed występem była jednak meksykańska fala w wykonaniu trybun.

Jako kolejne zabrzmiały chyba najbardziej rozpoznawalne utwory Depeche Mode na świecie, czyli Enjoy the Silence i Personal Jesus. Część główną koncertu zespół zakończył ostatnim utworem Delty – Goodbye.

Nastała godzina 21, gdy usłyszeliśmy pierwsze dźwięki utworu rozpoczynającego najnowszą płytę. David Gahan zaśpiewał Welcome To My World, a stadion wypełniły okrzyki i brawa, po czym kto żyw podnosił rozdawane wcześniej kartki z napisem „Welcome to Poland”. Była to pierwsza z zaplanowanych na ten wieczór akcji.

Jednak głośnie brawa i okrzyki całego Stadionu Narodowego ponownie wyciągnęły muzyków na scenę. Bis rozpoczął Martin Gore utworem Home, podczas którego nawiązał niesamowity kontakt z fanami znajdującymi się na płycie, czym według niektórych przyćmił nawet Davida Gahana.

Następnie zespół zagrał Angel, który dał nam jesienią ubiegłego roku przedsmak nowego albumu. Po tym dość energicznym kawałku przyszedł czas na klasyki – Walking In My Shoes oraz Precious będące chyba jednymi z najlepszych utworów w dorobku Depeche Mode. Po nich rozbrzmiało Black Celebration, nie obyło się więc bez zaśpiewania: „Let’s have a black celebration tonight”.

Po tej balladzie rozbrzmiały Halo i Just Can't Get Enough, będące jedną z pierwszych piosenek zespołu i polem do popisu dla klawiszowca Andyego Fletchera. Akcja ze skandowaniem „Andy!” nie do końca wypaliła, bo Dave go nie przedstawił, jak zwykł robić na wcześniejszych i późniejszych koncertach, a do tego dość szybko zaczęli kolejny utwór – I Feel You. Na koniec zagrali jedną z perełek - Never Let Me Down Again, żegnając nas tym samym i wzbudzając ogromny niedosyt, bo te dwie godziny upłynęły stanowczo za szybko.

Po tym mrocznym kawałku z lat 80. powróciliśmy do Delty Machine i piosenki Should Be Higher, która znajduje się obecnie na Liście Przebojów Programu Trzeciego. Później zabrzmiało niezwykle elektryzujące i lekko psychodeliczne Barrel Of A Gun. Przy Higher Love pałeczkę przejął Martin Gore. Akcja świecenia zapalniczkami i telefonami zaplanowana była co prawda na inny utwór, ale okazało się, że tym razem zwyciężyła spontaniczność. Stadion zamienił się w niebo pełne gwiazd. Świetnie wyszło też klaskanie w rytm muzyki przy Shake the Disease. Na Heaven, które promowało płytę, w większości zapalniczek nie było już gazu, więc efekt był mniej oszałamiający, niż przy Higher Love, ale nadal robiło to wrażenie.

Koncert był cudowny. Zespół jest w świetnej formie i dał z siebie wszystko, choć widać było wyraźnie, że utrudnia im to akustyka Stadionu Narodowego. Nawet dźwiękowcy, którym Dave co rusz dawał jakieś znaki, niewiele mogli zrobić. Atmosfera na płycie była niesamowita, mimo że byliśmy z przodu ściśnięci, jak sardynki w puszce. I choć ceny za bilety na koncert w Łodzi są jeszcze bardziej zaporowe, to wyposażyłam się w wejściówkę GC w pierwszych minutach po ruszeniu sprzedaży. Teraz nie pozostaje nic innego, jak odliczać dni do 24 lutego.

Następnie zagrali energetyczne: Soothe My Soul, A Pain That I'm Used To i nieco starsze A Question of Time. Jedynie podczas Secret to the End publiczność nie bardzo wiedziała, co ma robić, bo to

15


CO NAM ZGOTOWALI THE DUMPLINGS? – Wanda Misiewicz Joanna Wężyk

To było potrzebne na polskim rynku. Nietuzinkowości. Koniec z powielaniem schematów. Pojawiają się oni – „The Dumplings”. Z pierwszym dźwiękiem młodzi artyści skradają nasze serca. Ich duet tworzy elektronikę – jego sample uzupełniają się doskonale z jej bajecznym, enigmatycznym wokalem. Kluby największych miast Polski wypełnia ich muzyka. 15 listopada wystąpili na krakowskiej scenie Prozaka 2.0, dając elektryzujący wręcz koncert.

Justyna: Filmy, książki, inni muzycy. Wszyscy otaczający nas ludzie. Kuba: Szczególnie koncerty. W tym roku byłem na Tauronie – bardzo chłonę wszelkie festiwale, zwłaszcza muzyki elektronicznej. J: Czy zamierzacie zgłębiać zagadnienia elektroniki czy raczej postawicie na kompletnie inne brzmienie? Kuba: Na ten moment trudno jest odpowiedzieć na to pytanie. Elektronika jest na razie najbliższa naszym sercom, ale nie ukrywam, że może w przyszłości nagramy jakiś materiał akustycznie z pianinem czy gitarą. To wszystko jeszcze się rodzi. Nie chcielibyśmy ograniczać się do jednego gatunku.

W: Zacznijmy od rzeczy, która jako pierwsza nasuwa się na myśl. Skąd wzięła się nazwa waszego duetu The Dumplings?

W: Z tego co wiemy jesteście w fazie wybierania wytwórni płytowej. Czy widać postęp w sprawie wydania debiutanckiego albumu?

Kuba: Dawno temu.. Justyna: W zespole mieliśmy kolegę, który grał na gitarze. Jak wymyślaliśmy nazwę, to powiedział: „A może nazwijmy się pierogi?”. Po czasie uznaliśmy, że jest to ciekawy pomysł i zmieniliśmy tylko na „The Dumplings”.

Justyna: Podjęliśmy już pewne działania.. Kuba: Ale wolelibyśmy utrzymać to w tajemnicy. J: Co powstaje pierwsze – tekst czy muzyka?

W: Co wpływa na tworzoną przez was muzykę?

16


Kuba: To zależy. Kuba: Ja idę bardzo pod prąd. Justyna: Codziennie staramy się pisać teksty, a potem wysyłamy je sobie. Potem Kuba robi muzykę i siadamy, wybieramy, który tekst będzie nam pasował.

Justyna: Ja nie, ja bardziej z prądem. A: Jakie macie plany festiwalowe na przyszły rok?

W: Zamierzacie skupić się teraz na polskich kawałkach?

Kuba: Myślę, że to wszystko jeszcze się okaże. Nie planujemy, że zagramy tam i tam na pewno, bo musimy. Na pewno chcielibyśmy przez wakacje obskoczyć jak najwięcej festiwali.

Justyna: Nie chcielibyśmy tworzyć wyłącznie polskich utworów. Nie za bardzo lubię śpiewać po polsku. Jest to zupełnie nam dalekie.

W: Poza muzyką macie jakieś inne plany na przyszłość?

Kuba: Śpiewanie po polsku jest dosyć kontrowersyjne. Każdy tekst jest inaczej odbierany przez słuchaczy.

Justyna: Na pewno inne studia niż muzyczne, jeszcze się okaże..

Justyna: Tak jak przy okazji „Słodkosłonego ciosu” - narodziło się wiele różnych interpretacji..

Kuba: Żeby mieć jakąś odskocznię od tego wszystkiego. W&A: Dziękujemy Wam bardzo za udzielenie wywiadu i życzymy udanego koncertu.

W: Skąd taki nagły zwrot w karierze muzycznej każdego z was- jak mają się początki w zespole metalowym i klasycznie pojmowana muzyka do tego, czym nas teraz częstujecie ?

The Dumplings: Dziękujemy.

Justyna: Po prostu się spotkaliśmy i nasze charaktery połączyły się w taką muzykę, jaką tworzymy. Kuba: Definitywnie określiliśmy siebie w tym gatunku w momencie, kiedy słuchałem radia BBC i właśnie puścili duet AlunaGeorge. Wtedy powiedziałem: „Patrz Justyna, coś takiego robimy.” Justyna: Zachwyciłam się tą muzyką. J: Często zdarza się tak, że muzyka przechodzi z pokolenia na pokolenie. Czy tak jest też w waszym przypadku? Mieliście styczność z muzyką od najmłodszych lat? Kuba: W moim przypadku nikt nie był uzdolniony muzycznie. Justyna: U mnie tak samo, nie tworzą muzyki. To rozwinęło się dopiero od nas.

17


SURPRISE, SURPRISE! – Marta Dąbrowska

Billy Talent jest jednym z niewielu zespołów, w których zakochałam się „od pierwszego usłyszenia”. Zachwycił mnie połączeniem punk rockowych brzmień, opierających się na czystych dźwiękach gitar, przerywanymi bardziej spokojnymi wstawkami.

wydał swoją pierwszą płytę „Watoosh!”, utrzymaną w punkowej konwencji. Rok później, w wyniku nieporozumienia z innym zespołem występującym pod tą samą nazwą, formacja, zainspirowana postacią z filmu „Hard Core Logo”, postanowiła zmienić nazwę na Billy Talent.

6 i 7 listopada muzycy po raz czwarty wystąpili w Polsce w ramach jesiennej trasy koncertowej, promującej najnowszą płytę „Dead Silence”. Koncerty odbyły się w warszawskiej Stodole i w krakowskim klubie Studio, w ramach zadośćuczynienia fanom za odwołane koncerty w lutym bieżącego roku. Koncerty gwiazdy wieczoru poprzedzały występy zespołu The Wonder Years, wykonującego klasyczny pop rock. Pod sceną zgromadziły się niezliczone rzesze fanów, w napięciu oczekujące swoich idoli. Billy Talent, jak zwykle, nie zawiódł swoich słuchaczy, przekazując im mnóstwo radości i pozytywnej energii. Oprócz kilku kawałków z najnowszej płyty, nie zabrakło również najbardziej znanych utworów zespołu, takich jak: „Surrender”, „This Suffering” czy „Rusted from the Rain”. Szalejąca pod sceną publiczność, wszystkie utwory śpiewała razem z wokalistą, który od czasu do czasu wtrącał kilka zdań w języku polskim. Emocje porwały wszystkich. Po zejściu zespołu ze sceny, fani nie dali za wygraną i krzykiem wzywali muzyków do zagrania bisu, który został wykonany z jeszcze większą mocą i energią. Aplauzowi nie było końca.

W 2003 roku muzycy wydali swój pierwszy studyjny album „Billy Talent”, zmieniając nieco styl w porównaniu do poprzedniego. W Kanadzie zdobyła status potrójnej platynowej płyty. Utwory cechowały się dużą ekspresją, porywały do krzyku i buntu. Trzy lata później zespół wydał kolejną płytę „Billy Talent II”, na której znalazły się prawdziwe perełki – wizytówka zespołu: singiel „Falen leaves” i „Devil in a Midnight Mass”. W 2009 roku ukazał się kolejny krążek, niewyróżniający się oryginalną nazwą – „Billy Talent III”. Wszystkie trzy albumy nagrane są w bardzo podobnej tonacji. Zespół wypowiada się głównie na tematy społeczne i polityczne. Pragnie wyrazić w nich swój komentarz do otaczających go zdarzeń. Bardzo często utwory poruszają problemy jednostki w otaczającym ją świecie, o uzależnieniach, miłości. Niektóre opowiadają również o wydarzeniach z życia samych muzyków oraz ich przyjaciół. We wrześniu 2012 roku zespół wydał swój ostatni, do tej pory, album zatytułowany „Dead Silence”. Krążek znacznie różni się od wydanych wcześniej, zaskakuje dojrzałością tekstów i przede wszystkim zastępuje punk rockowe brzmienia spokojniejszymi, rockowymi balladami. Album, pełen pozytywnych dźwięków, pozwala na chwilę zatracić się w otchłani muzyki, aby na nowo odnaleźć w sobie własną, tytułową ciszę.

Warto zatem przypomnieć początki zespołu. Został założony w 1993 roku przez grupę szkolnych przyjaciół: Benjamina Kowalewicza, którego dziadek był Polakiem, Iana D’Sa, Jona Gallanta i Aarona Solowoniuka. Początkowo zespół nosił nazwę Pezz i pod tą nazwą

18


MELANCHOLIA – NAJPIĘKNIEJSZY KONIEC ŚWIATA – Zuzanna Żuchalska

Jakiś czas temu postanowiłam po raz kolejny obejrzeć niewątpliwie najoryginalniejszy oraz najbardziej poruszający film o zagładzie świata, jakim jest „Melancholia” Larsa von Triera. Reżyser potraktował tematykę katastroficzną w zupełnie odmienny sposób niż pozostali twórcy, stwarzając odważne i skrajnie pesymistyczne dzieło.

zagrożenia przechodzą metamorfozę. Wbrew oczekiwaniom, to pogrążona w melancholii Justine w spokoju oczekuje na nieuniknioną śmierć, podczas gdy do tej pory opanowana Claire nie jest w stanie zaakceptować, tego, co się wydarzy. Lars von Trier bardzo umiejętnie dobrał obsadę. Kirsten Dunst, odgrywająca Justine, dała prawdziwy popis gry aktorskiej. Niesamowicie przekonująco wykreowała swoją postać. Pustka w oczach, malujące się na twarzy zmęczenie, smutek i rozczarowanie życiem idealnie oddały stan psychiczny chorej na melancholię osoby. Równie fantastyczna w swojej roli jest Charlotte Gainsbourg, która bardzo ekspresyjną i emocjonalną grą wywołuje u widza empatię.

Rozpoczyna się ono cyklem bardzo plastycznych, surrealistycznych obrazów, którym towarzyszy piękna, wywołująca niepokój muzyka. Biegnąca panna młoda, którą próbują zatrzymać czepiające się jej nóg pnącza, matka z synem grzęznąca w ogromnym polu golfowym, kobieta, z której palców wyłaniają się złotawe nici – sceny te, zaskakujące swoją abstrakcyjnością, wprawiają widza w konsternację. Już we wstępie widać, że wydarzy się katastrofa.

Reżyser połączył w swoim filmie kino katastroficzne i psychologiczne. Jak sam twierdzi, jest to pewnego rodzaju odzwierciedlenie jego lęków, stanów depresyjnych. Stworzył dzieło zarówno romantyczne, momentami pełne patosu, jak i realistyczne. „Melancholia” jest przewidywalna, ale jednocześnie interesująca. Pomimo świadomości tego, co nastąpi, widz śledzi losy bohaterów z niepokojem, nie może być pewny ich zachowań, reakcji.

„Melancholia” podzielona jest na dwie części, których bohaterkami są dwie siostry: Justine i Claire. Pierwsza z nich to historia Justine i jej wesela. Pogrążona w depresji dziewczyna zamienia swoim irracjonalnym zachowaniem misternie zaplanowaną uroczystość w koszmar. Radość i szczęście zostają zastąpione głębokim rozczarowaniem. W części drugiej najważniejszą postacią jest Claire i jej podejście do zbliżającej się katastrofy - planeta o symbolicznej nazwie „Melancholia” zbliża się do Ziemi i po wykonaniu „tańca śmierci” ma się z nią zderzyć. W obliczu nieuniknionego nieszczęścia cechująca ją równowaga, racjonalne myślenie znikają, a na ich miejscu pojawia się paniczny, obezwładniający strach. Justine i Claire to postacie kontrastowe. Każda z nich posiada odmienne podejście zarówno wobec rzeczywistości, jak i nadchodzącego końca świata. W momencie

„Melancholia” to film, który wywołuje ogromne wrażenie. Może się podobać lub nie, jednak z pewnością jest produkcją, która pozostaje w pamięci na długo.

19


CZYTELNIKU, CO WIESZ O RUMUNII? – Jan Kłapa

Prace Tary von Neudorf pierwszy raz w Polsce i od razu w Krakowie!

podczas kuratorskiego oprowadzania w każdą niedzielę lub wernisażu, ale rzeczy rozszerzające tło wystawy.

W galerii jednej z prężniejszych instytucji kulturalnych – Międzynarodowego Centrum Kultury -prezentowana była kolejna wystawa, z ciągu tych, które odbiją się echem zdecydowanie ponadlokalnym. „Po raz pierwszy w Polsce twórczość jednego z najciekawszych, a zarazem najbardziej cenzurowanych współczesnych artystów rumuńskich” - ogłasza narrator w spocie promującym to wydarzenie.

Tara, pytany o nietypowy materiał, na którym maluje, opowiada taką historię: jego matka była nauczycielką chemii i fizyki w wiejskiej szkole. Po grudniu 1989 r., gdy zacierano ślady działań obalonego dyktatora, widział, jak wychodzące z użycia stare mapy, plansze, itp. są szykowane do spalenie. Coś się w nim wzburzyło. Wpadł, jak sam twierdzi, motywowany, prócz kreatywności, także presją ekonomiczną, na koncept wykorzystania ich w swojej twórczości. Potem zaczął dostawać podobne expomoce naukowe od znajomych oraz nieznajomych ludzi. „Kartograf złowrogiej historii” przy pomocy markera i farb olejnych zaczarowuje nie tylko mapy, wykresy, ale i portrety propagandowe czy… ubrania. Bezlitośnie demaskuje obłudę konformizmu, ideologizacji myślenia, manipulacji skrytych nie tylko pod płaszczykiem jaskrawych haseł propagandy, ale i w zniuansowanych obrazach medialnych. Bywa sarkastycznie dowcipny. Z pozycji szczerego zatroskania losami swojego państwa nie stosuje wobec rodaków, a szczególnie pozostałych w spadku po komunizmie sferach politycznych, żadnej taryfy ulgowej. Nie zachwyca się zmianami Jesieni Narodów,

Mowa o prawdziwym geniuszuawangardziście, Tarze z Neudorf. Jest coś inspirującego w postawie Rumuna z pogranicza trzech kultur, który godzi swoją skomplikowaną tożsamość i z niej czerpie energię do stawiania niesamowicie aktualnych i jednocześnie ponadczasowych problemów. Jak to możliwe? O tym przekonać mogli się tylko ci, którzy mieli okazję tę wystawę zwiedzić bądź posiadają (naprawdę świetnie zaprojektowany, wiele wnoszący do rozumienia treści) katalog przygotowany przez kuratorów wystawy. Monika Rydiger (doktor nauk humanistycznych, doświadczony pracownik MCK) i Łukasz Galusek (znawca kultury rumuńskiej, autor m.in. przewodnika po tym kraju pt. „Mozaika w żywych kolorach…”) piszą tam to, co można było samemu usłyszeć

20


Niemców. Ich pierwsza fala wyemigrowała tuż po wojnie, inni byli przedmiotem wymiany na twardą walutę między reżimem Nicolae Ceauşescu i rządem RFN, ostatni wyjechali po 1989 roku. Tara fotografuje opuszczone domostwa, zbiera pozostawione w nich przedmioty i wykonuje z nich instalacje. Jeden z pustych zborów ewangelickich (w Neudorf właśnie, gdzie jest jedynym mieszkańcem) przekształcił na swoją pracownię.

widząc ich spektakularność (Ceauşescu z żoną zostali pospiesznie skazani na śmierć przez zaimprowizowany trybunał) i powierzchowność (Partię Komunistyczną rozwiązano, lecz pod inną nazwą rządziła przez większość lat 90.). Z drugiej strony jego praca „Comming soon” przedstawia udekorowanego orderem z dolara Jeźdźca Apokalipsy na tle obu Ameryk. Twórca jest wyczulony na zapomniane czy zmanipulowane ludzkie tragedie. Przedstawia je z pozycji kogoś wynoszącego się ponad spory ideowe, a już na pewno polityczne. Zestawienie szczytnych haseł z brudną, brutalną rzeczywistością na przykładach krucjat, nazizmu, komunizmu czy Guantanamo dowodzi wielkiego zainteresowania losami jednostki. Tara jest pół-profesjonalistą w dyskursie na temat historii, o czym mówi w jednym z wywiadów: „Byłem profesorem w szkole podstawowej, cztery lata wykładałem historię w Sybinie, więc jestem nauczycielem historii w praktyce. W tej chwili jednak nie uczę, ponieważ wynagrodzenie jest bardzo niskie. Osiemdziesiąt procent prac, które stworzyłem, nawiązuje do historii, dwadzieścia procent ma wymiar bardziej artystyczny.(…) W moich pracach rzeczywiście nawiązuje do pewnych wydarzeń, jak wojna w Czeczeni czy Katyń, ale jest to wizja stricte osobista, personalna, czyli tak naprawdę dywaguje od tego co jest i czasem przeradza się to w dzieło sztuki, w komentarz osobisty".

Chociaż artysta jest bardzo płodny, a - jak sam mówi - historia dzieje się cały czas, więc chce być z nią „na bieżąco”, komentując aktualne wydarzenia, na wystawie można było zobaczyć prace dobrane według specyficznego klucza. Jak zwykle w MCK - instytucji na światowym poziomie organizacji i merytoryki, skupiono się na dziedzictwie pogranicza, podobnych dla Europy Środkowej doświadczeniach historycznych, przymiotach wielokulturowości. Pomimo że tematyka ta przyświeca działaniu Centrum i nie jest nowa, wystawa wprowadzała w nią po raz kolejny z tak ciekawej perspektywy, iż nie ma mowy o żadnej monotonii. Każdy lubi być tropicielem sugestii i ukrytych znaczeń sztuki, a Tara von Neudorf zdaje się namiętnie wplatać je w z pozoru błahe, acz poprawne i charakterystyczne rysunki. Jeśli mi czegoś tu brak, to postawy autora, który (nawet kosztem swobody intelektualnej odbiorcy) powinien więcej o swoich dziełach mówić. Miałem okazję go spotkać i wywarł na mnie mocne wrażenie osoby skupionej, głęboko wewnętrznie rozważającej wszystkie słowa i gesty. Sam odwiedziłem ekspozycję trzy razy, za każdym z nich mając głowę pełną skojarzeń i kontekstów na tematy uniwersalne i nam - wspólnie z Rumunami – szczególnie bliskie. Optymizmem napawał mnie proces sprowadzenia historii do prozy życia, z której się przecież w przeważającym stopniu składa.

W centrum zainteresowania artysty jest przede wszystkim transkulturowa Transylwania, gdzie przyszedł na świat w 1974 roku w Luduş (węg. Marosludas, niem. Ludasch). Bliższa nam nazwa tej krainy to Siedmiogród. Jej przeszłość utkana została przez Węgrów, Sasów (Niemców), Romów, Seklerów i Rumunów. To tam rozgrywa się akcja słynnej powieści „Dracula” Brama Strokera, lecz my zapewne bardziej kojarzymy ten obszar z królem Stefanem Batorym, urodzonym w siedmiogrodzkim Şimleu Silvaniei. Tara von Neudorf został szczególnie ujęty widokiem wiosek opuszczonych przez mieszkających tam od pokoleń

Ciekaw jestem opinii innych zwiedzających…

21


KATHERINE BOO – „ZAWSZE PIĘKNE” – Marta Zygmunt

Powieść Katherine Boo „Zawsze piękne” została określona mianem Najważniejszej Książki 2012 Roku. Otwiera oczy. Zachodnie Indie, Bombaj, Annawadi. To w tej najbiedniejszej dzielnicy indyjskiego centrum finansowego, w sąsiedztwie nowoczesnych budowli, toczy się prawdziwa walka o przetrwanie. Brudna woda, smród nie do zniesienia, niewyobrażalna ciasnota, głód i liczenie nawet najdrobniejszego grosza – to chleb powszedni dla mieszkańców slumsów, nawet tych najmłodszych. Do tej i tak już potężnej ilości zmartwień dochodzi wszechobecna korupcja, sąsiedzka zawiść oraz strach. Lęk przed utratą wszystkiego. Przed buldożerem bezlitośnie miażdżącym blaszane dachy tylko po to, by przygotować miejsce na kolejne centrum handlowe, gdzie bogaci bez skrępowania będą mogli rzucić się w wir konsumpcji. Katherine Boo ukazuje jednak coś więcej niż trudy bohaterów tej książki. Dociera znacznie dalej, w głąb serc mieszkańców Annawadi i wydobywa na powierzchnię ich plany, radości i marzenia. Czytałam tę książkę siedząc w moim własnym pokoju ze szczelnymi oknami, względnie prostymi ścianami, wygodnym łóżkiem i generalnie pełnym mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy i stopniowo uświadamiałam sobie, jak wielkie mam szczęście. To wszystko, o czym pisze Katherine Boo daje do myślenia, porusza chyba każdego czytelnika i motywuje, by spróbować spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. „Zawsze piękne” to najlepsza książka o charakterze reportażowym, jaką do tej pory przeczytałam, a z przykrością muszę przyznać, że w sporej części z nich nie dobrnęłam do ostatniej strony. Myślę, że całość bardzo dobrze opisują słowa Salman Rushdie, które wydrukowane są na okładce: „Koniecznie przeczytajcie! Nikomu dotąd nie udało się zrozumieć i opisać bombajskich slumsów tak dobrze, w dodatku językiem o tak niezwykłej urodzie.”

22


NA ROZLUŹNIENIE

23


TORT NIEZWYKŁY: TĘCZOWY, PIĘTROWY, KOKOSOWY I MATEMATYCZNY

Aleksandra Śliwa

Pamiętacie cytrynowe muffiny nowodworskie? Pewnie nie, więc przypomnę przepis na nie pojawił się w czerwcowym wydaniu magazynu. Zwykle piekę po to, aby odpocząć od szkoły, ale niekiedy w jakiś niesamowity sposób staje się ona kuchenną inspiracją. Tak było w przypadku wspomnianych muffinów, a także przepisu prezentowanego dzisiaj. Tort jest pracochłonny, ale dość spektakularny i powinien zachwycić każdego, kto wie, że Δ = b2 - 4ac ;) Składniki na placki (na tortownicę ok. 23 cm i ok. 19 cm): • 150 g masła • 2 szklanki cukru • 5 dużych jajek • 2 szklanki mąki • 1 łyżeczka sody • 1/2 łyżeczki soli • 1 szklanka maślanki • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego • barwniki spożywcze (wystarczy żółty, niebieski, czerwony - resztę kolorów uzyskujemy przez ich zmieszanie) Składniki na masę: • 600 ml mleka • 2 łyżki mąki pszennej • 2 łyżki mąki ziemniaczanej (mąki można zastąpić porcją budyniu waniliowego w proszku przeznaczoną do zagotowania w 600 ml mleka) • 2/3 szklanki cukru • 240 g masła • 80 g wiórków kokosowych • 1/2 szklanki mleka w proszku

24


Wykonanie placków: 1. Masło utrzyj w mikserze, dodając stopniowo 1 i 1/2 szklanki cukru. 2. Dodaj żółtka, cały czas miksując. 3. W osobnej misce wymieszaj mąkę, sodę i sól. 4. Wprowadzaj do masy maślanej na zmianę po szklance składników suchych i po połowie szklanki maślanki, cały czas miksując. 5. Dodaj ekstrakt waniliowy, wymieszaj. 6. W osobnej misce ubij na sztywną pianę białka, pod koniec ubijania dodając pozostałą 1/2 szklanki cukru. 7. Wprowadź białka do masy maślanej, mieszając delikatnie drewnianą łyżką, aż do powstania jednolitej konsystencji. 8. Rozdziel gotowe ciasto na 4 części: 3 jednakowe i 1 nieco większą. Tę ostatnią podziel jeszcze raz, po połowie. 9. Dodaj barwniki. Dolne, większe placki powinny być w kolorach: niebieskim, zielonym i żółtym. Górne, mniejsze - w pomarańczowym i czerwonym. 10. Trzy większe części masy umieść w większych tortownicach, natomiast mniejsze - w mniejszych. 11. Piecz przez ok. 25 minut (mniejsze placki trochę krócej) w piekarniku nagrzanym do 175 stopni. Wykonanie masy: 1. 300 ml mleka zagotuj. 2. W pozostałych 300 ml mleka dokładnie wymieszaj obie mąki i dodaj do gotującego się mleka, cały czas mieszając. 3. Dodaj cukier i mieszaj aż do zgęstnienia i powstania budyniu. Odstaw do całkowitego wystudzenia. 4. Masło utrzyj na puszystą masę. 5. Stopniowo wprowadzaj do masy przestudzony budyń, cały czas miksując. 6. Na koniec wprowadź wiórki kokosowe oraz mleko w proszku i miksuj aż do powstania jednolitej masy. Wykonanie tortu: 1. Ułóż trzy większe placki w kolejności niebieski, zielony, żółty. Każdy jeden posmaruj z wierzchu masą kokosową. 2. Odstaw na ok. godzinę do lodówki. 3. Po upływie godziny na środku górnego placka wyłożonego masą połóż mniejszy placek pomarańczowy. Posmaruj go masą i nałóż placek czerwony. 4. Tort wysmaruj z wierzchu masą, a następnie nałóż na nią przygotowane wcześniej ozdoby (czy to z kruchego ciasta czy z lukru plastycznego).

25


MUFFINY DYNIOWE Z KRUSZONKĄ – Aleksandra Śliwa

Obchodziliście w tym roku Halloween? Ja osobiście do tego święta stosunek mam absolutnie obojętny, ale kult dyni to wspaniały pretekst, żeby upiec coś zupełnie nowego. I tak oto prezentuję muffiny dyniowe. Z kruszonką. Kruszonkę uwielbiam, a z dynią bywa różnie. Jednak w tym wydaniu jest godna polecenia. No i będzie jak znalazł na przyszłoroczne Halloweenowe straszenie. Składniki (na ok. 13-15 sztuk muffinek): • ćwiartka dyni średniej wielkości (moja dynia ważyła w całości ponad 2 kg) • 1 i 3/4 szklanki mąki razowej • 1/3 szklanki oleju lub roztopionego masła/margaryny • 1/3 szklanki płynnego miodu • 1/4 szklanki cukru (ja dodałam pół na pół białego i cynamonowego) • 2 jajka • 1 kopiasta łyżeczka cynamonu • 2 łyżeczki przyprawy do piernika • 1/2 łyżeczki imbiru • 1/2 łyżeczki goździków • 1/2 łyżeczki soli • 1 łyżeczka sody • 1/4 szklanki gorącej wody • pół tabliczki gorzkiej czekolady Składniki na kruszonkę: • 1/3 szklanki mąki razowej • 1/4 szklanki pestek dyni • 3 płaskie łyżki cukru • 2 łyżki masła, w mniejszych kawałeczkach • 1 łyżka płatków owsianych • 1 łyżeczka cynamonu

26


Wykonanie kruszonki: 1. Wszystkie składniki umieszczamy w misce i zagniatamy aż do powstania kruszonki. 2. Odstawiamy do lodówki na czas przygotowania muffinek. Wykonanie muffinek: 1. Najpierw zabieramy się za puree dyniowe. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni. Z przygotowanej ćwiartki dyni wyciągamy pestki, kładziemy ją na blasze do pieczenia i wkładamy do piekarnika na ok. 45 minut. 1. Po upływie tego czasu, wyciągamy dynię i łyżką oddzielamy miąższ od skórki (powinien odchodzić gładko, jeśli tak nie jest - wsadzamy jeszcze na parę chwil do piekarnika). 2. Miąższ umieszczamy w misce i blendujemy do uzyskania jednolitej konsystencji. Odkładamy do wystudzenia. 3. W misce miksera umieszczamy miód, cukier, olej (lub masło/margarynę) i jajka. Miksujemy. 4. W osobnej misce mieszamy mąkę z cynamonem, przyprawą do piernika, imbirem, goździkami i solą. 5. Do masy jajecznej stopniowo wprowadzamy na zmianę puree dyniowe i składniki suche. Miksujemy do połączenia się składników. 6. W filiżance dokładnie mieszamy sodę z ciepłą wodą. Wprowadzamy do masy dyniowej i łączymy. 7. Przekładamy po jednej łyżce masy w przygotowanych papilotkach. Na to układamy po jednej kostce czekolady i przykrywamy drugą łyżką masy dyniowej (tak, aby całość wypełniała ok. 3/4 papilotki). 8. Oprószamy z góry kruszonką. 9. Pieczemy w temperaturze 175 stopni przez ok. 25-30 minut. Więcej przepisów znajdziesz na: www.siwapiecze.blogspot.com

27


WYWIAD Z KATARZYNĄ GNIEWKOWSKĄ – Agnieszka Orszulak Karolina Zając

KATARZYNA GNIEWKOWSKA to aktorka wszechstronna. Gdy gra, trudno oderwać od niej wzrok, czym nie pomaga kolegom na scenie. Perfekcyjna w każdym calu, a zarazem ciepła i serdeczna. Jej szczerość i skromność ujęły nas podczas rozmowy o teatrze, autorytetach i rodzinie.

szkoła teatralna, a nie żadna inna. A i K: Pani Tata był aktorem. Jaki On miał wpływ na Pani decyzję? K.G.: Tata bardzo nie chciał, żebym zdawała do szkoły teatralnej. On wiedział, że to jest trudny zawód. Wymaga mocnej psychiki i silnego kręgosłupa, żeby przetrwać, bo różnie bywa. Chodziłam na przedstawienia, od dziecka błąkałam się po kulisach, wszyscy mnie znali, ja wszystkich znałam i było miło. Pewnie wyssałam to jakoś z mlekiem ojca. Nie to głupio powiedziałam (śmiech).

Agnieszka i Karolina: Pochodzi Pani z Katowic i właśnie tam chodziła Pani do liceum. Jak Pani wspomina tamten okres w swoim życiu? Katarzyna Gniewkowska: Uczęszczałam do bardzo fajnego liceum im. Mikołaja Kopernika, z dużymi tradycjami. Moja mama również tam chodziła, tak jak później moja córka Paula. To było liceum o profilu francuskim. Były trzy klasy – pierwsza ogólna, druga z nauczycielem języka francuskiego, ale Polakiem, a trzecia była z Francuzami, którzy przyjeżdżali do nas i prowadzili zajęcia. Bardzo miło wspominam lekcje z przystojnymi, młodymi nauczycielami (śmiech). Ale to było sympatyczne, można było spotkać się z francuskim najwyższej jakości. A oprócz tego mieliśmy taką grupę, która organizowała wszystkie akademie, więc oczywiście scena, pierwsze scenariusze… No i tam zaświtało mi w głowie, że właśnie

A i K: Co zadecydowało, że postanowiła Pani zdawać akurat na krakowską PWST? K.G.: Ludzie przyjeżdżają tu, żeby zwiedzać miasto, żeby napawać się atmosferą. Ja bardzo lubiłam Kraków, zresztą tu miałam rodzinę. Owszem, byłam w Warszawie na przesłuchaniach wstępnych, ale potraktowano mnie niedelikatnie. Ja byłam bardzo wrażliwa, a oni dość obcesowo się ze mną obeszli, w związku z tym jakoś mnie ta Warszawa zmroziła i pozostał Kraków, ale właściwie tu chciałam zdawać. A i K: No i przyszedł egzamin na PWST. Kilkadziesiąt osób na jedno miejsce. Stres był duży? Pamięta Pani swój egzaminowy „repertuar”?

28


K.G.: Tak, ja się denerwowałam, ale nie miałam jakiegoś wielkiego parcia, ciśnienia. Oczywiście przed samym wejściem były nerwy, ale generalnie podchodziłam do egzaminu z dużym spokojem. Przygotowałam sobie mały monodram z wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Ułożyłam scenariusz życia kobiety – od dziewczyny, poprzez dojrzewanie, aż do śmierci i poprzeplatałam to fragmentami na skrzypcach. Wchodziłam na egzamin ze skrzypcami i wykonywałam ten mój monodram. Zazwyczaj mi nie przerywano, na tyle szanowano moją pracę. Miałam też fragmenty z „Kubusia Puchatka”, na przykład (śmiech). Pamiętam fajną atmosferę. Zawsze, nie wiem jak teraz, ale tak było kiedyś, studenci ze starszych lat byli obecni przy egzaminach i dodawali otuchy zdającym. Wszystko odbywało się w miłej atmosferze, więc nie miałam jakichś wielkich stresów.

K.G.: Nie było tych ról aż tak wiele, mimo tylu lat na scenie. Kraków, szczerze powiedziawszy, nie rozpieszczał mnie, a przynajmniej przestał mnie rozpieszczać od 2000 roku, kiedy dostałam Nagrodę Zelwerowicza. Potem było coraz gorzej i coraz mniej grałam. Dla mnie na pewno takim momentem zwrotnym byli „Bracia Karamazow” w reżyserii Lupy i na pewno ta Grusza pozwoliła mi odkryć pewne pokłady w moim aktorstwie, których nie odkryłam do tego momentu. Mocno mnie otworzyła. Praca z Lupą oczywiście bardzo pomogła mi się rozwinąć. Role u profesora Jarockiego również kształtowały. Na pewno dawały więcej możliwości zawodowych w sensie technicznym. Księżna w „Szewcach”, wcześniej też Księżniczka w „Śnie srebrnym Salomei” to były duże role, na bazie których mogłam szkolić się pod okiem Jarockiego. Na pewno te dwa nazwiska bardzo dużo znaczyły w moim życiu zawodowym i nie tylko.

(przyp. red. Dlatego też Pani Katarzyna na liście przyjętych była pierwsza, o czym przez skromność nie wspomniała)

A i K: Kilka lat temu powróciła Pani na stałe na ekran – przynajmniej mały. Z początku 2-3 seriale rocznie. Nie ma Pani wrażenia, że wzięła Pani na siebie trochę za dużo w tamtym okresie?

A i K: Pamięta Pani swoją sztukę dyplomową? K.G.: No oczywiście, że tak. Pierwszy dyplom – robiłam „Trzy siostry”, naszym opiekunem był Jerzy Stuhr, grałam Irinę. To było zaraz po urodzeniu mojej córki, więc byłam wtedy duża (śmiech). A Irinka była najmłodsza, więc była z niej taka potężna dziewczynka (śmiech). Grałyśmy z dwoma moimi koleżankami. Bardzo ciekawy spektakl. Drugi dyplom, bo to zazwyczaj są dwa, robiłam już nie w szkole, a w Teatrze Słowackiego. Na czwartym roku studiów grałam w „Księciu Homburgu” Kleista właśnie w Słowaku i to uznano mi jako drugi dyplom.

K.G.: To było takie, po długim okresie przerwy od lat 80., zachłyśnięcie się pracą z kamerą. Nie były to role filmowe, wybitne. Po czasie uważam, że moje decyzje nie były trafione. Dlatego teraz już moja współpraca z serialami właściwie zanikła, oprócz oczywiście jednego – „Czasu honoru”, któremu pozostałam wierna przez te 6 lat. Czekam na bardziej wartościowe propozycje. A i K: No właśnie, pojawiały się sie głosy, że rezygnuje Pani całkowicie z grania w serialach, a przecież mimo wszystko gra Pani w „Czasie honoru”. Co więc jest tak wyjątkowego w tym serialu, że aktorzy po prostu garną się żeby w nim zagrać?

A i K: Przez te wszystkie lata na scenie grała Pani u mistrzów. Profesor Jarocki, Krystian Lupa, Andrzej Wajda... Która rola teatralna ukształtowała Panią najbardziej – jako aktorkę i jako kobietę?

K.G.: Tak naprawdę to niewiele było takich wojennych seriali. Właściwie były dwa – „Stawka większa niż życie” i „Czterej

29


pancerni i pies”. Po długiej przerwie teraz przyszedł czas, w którym młodzi ludzie interesują się historią. Główne role grają młodzi aktorzy, którzy są idolami młodzieży i to pewnie też pociąga widzów. Poza tym czas wojny jest tak dotkliwy, że nie ma aktorów, którzy przychodzą na plan tego serialu i odbębniają dzień zdjęciowy. Każdy wkłada wszystkie swoje możliwości, emocje i cały talent, żeby postaci były pełnokrwiste, wartościowe. Od pierwszej serii, która bardzo się spodobała, wszyscy staramy się trzymać poziom gry i to jest ważne. O istotnych rzeczach też mówimy. Nie szkodzi, że czasami ludzie czepiają się, że pojawiają się elementy niezgodne z historią.

tam Laurę. I oczywiście „Braci Karamazow”, o których już mówiłam. A i K: Od lat ma Pani ugruntowaną pozycję na krakowskiej scenie teatralnej, miłośnicy teatru doskonale wiedzą, kim jest Katarzyna Gniewkowska, ale chyba dopiero role w serialach sprawiły, że stała się Pani „popularna”, „rozpoznawalna”. Odczuwa to Pani na co dzień? Czy ludzie rozpoznają Panią na ulicy? K.G.: Tak, zdarzają się takie sytuacje, ale spotykam się z samymi pozytywnymi reakcjami. Nie sprawia mi to żadnego problemu, nie chodzą za mną fotografowie, nie mam z tego tytułu żadnych złych doświadczeń, dlatego jest to miłe.

A i K: Serial kręcą Państwo od 6 lat – czy ta seria będzie ostatnią, czy widzowie mogą liczyć na kolejne odsłony?

A i K: Jakie korzyści dostrzega Pani w byciu sławną?

K.G.: Ja nie wiem, czy ja mogę o tym mówić… Z tego, co ja słyszałam to ma powstać jeszcze jedna transza poświęcona Powstaniu Warszawskiemu, potraktowana jako retrospekcja. Czyli będzie Antek Pawlicki, bo pewno macie tam dalej takie pytanie (śmiech). Jednak czy dojdzie to do skutku? Tego nie wiadomo, bo to jest też związane z finansami, ze scenariuszem, itd. Ale chodzą takie plotki.

K.G.: Ja jestem sławna? Gdzie sławna? Nie odczuwam, żeby tak było, jestem po prostu panią z telewizji (śmiech). Nie, oprócz tego, że to jest miłe, choć czasem nie w porę, bo się na przykład gdzieś śpieszę, a zamienię z kimś dwa słowa z grzeczności… Nie dostrzegam nic więcej.

A i K: Jaką rolę wspomina Pani najlepiej?

K.G.: Trudno było jak mieszkałam jeszcze w Katowicach, bo 12 lat jeździłam do Krakowa na próby, na spektakle. Byłam wierna teatrowi, więc to był trudny czas, szczególnie, że dzieci były małe, ale ktoś kiedyś powiedział, że każda kobieta to przeżywa i w każdym zawodzie, w związku z tym, nie ma o czym mówić. Jednak dzieci dorosły i każdy zaczął żyć swoim życiem, więc teraz nie mam problemu z pogodzeniem zawodu z życiem rodzinnym.

A i K: Czy trudno pogodzić życie rodzinne z tak aktywnym życiem zawodowym?

K.G.: Bardzo miło wspominam „Między ustami a brzegiem pucharu” – to był mój start. Bardzo trudne dni zdjęciowe, ale potem duża satysfakcja, mimo tego, że z perspektywy czasu kompletnie nie było to zagrane tak jak powinno być, ale bardzo miło ten czas wspominam i to była dla mnie frajda pracować na planie tego filmu. Na pewno bardzo dobrze wspominam pracę z Agnieszką Holland, Kasią Adamik i z Magdą Łazarkiewicz przy serialu „Ekipa”. To była political-fiction. Grałam ministra finansów, samotną kobietę o skomplikowanym życiorysie. Cudownie wspominam też „Szklaną menażerię” w reżyserii Zofii Kalińskiej w Teatrze Słowackiego. Grałam

A i K: Czym kieruje się Pani wybierając role? Czy pyta Pani o radę członków rodziny? K.G.: Wybierając role kieruję się własną intuicją. Szczególnie od jakiś 2 lat. Nie mam

30


takich możliwości, stosów scenariuszy, propozycji ról teatralnych, żebym mogła w nich przebierać. Jednak, jeżeli mam się już decydować, to na pewno jest to moja własna intuicja, która, jak się okazuje, czasami mnie zawodziła. Jeżeli już, to swoje decyzje staram się konsultować z jakimiś autorytetami.

A i K: Czy czuje się Pani spełnioną aktorką? K.G.: Chciałabym, żeby wiele jeszcze było przede mną. Byłoby fantastycznie, ale na pewno to, co zrobiłam do tej pory dało mi na tyle satysfakcji, że gdyby miało się skończyć, to niczego bym nie żałowała i uważałabym, że zrobiłam w życiu dużo. Ale mam nadzieję, że jeszcze wiele przede mną.

A i K: Kto jest dla Pani autorytetem w wymiarze teatralnym, czy też życiowym?

A i K: Zapewne część uczniów naszego liceum zdecyduje się na zdawanie do szkoły teatralnej. Jaką dałaby im Pani radę?

K.G.: Mój życiowy autorytet niestety już odszedł, dlatego skupię się na tym w wymiarze zawodowym. Więc na pewno taką osobą jest aktorka, z którą zaczęłam pracę i teatralną i poza teatrem – Zofia Kalińska, która przez długi czas była w teatrze u Kantora, a potem sama zaczęła reżyserować. Z nią często konsultuję moje zawodowe decyzje.

K.G.: Nie jestem w stanie udzielić konkretnych rad, ponieważ kompletnie nie orientuję się, jakimi kategoriami kierują się w tej chwili moi koledzy, którzy wykładają na PWST. Na pewno być sobą, ja bym tak radziła.

A i K: Mówiła Pani, że „aktorzy Pani pokolenia” traktują teatr jak swój drugi dom. Młodzi aktorzy chyba patrzą na to nieco inaczej. Jak myśli Pani, dlaczego?

A i K: Jest Pani kobietą spełnioną zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i prywatnej. Czego więc Pani życzyć?

K.G.: Nie wiem, czy bardzo inaczej, bo teraz środowisko tych najmłodszych ludzi znowu zaczyna się zawiązywać w jakiś sposób. Ja wiem, że każde pokolenie chce udowodnić, że okres ich życia był najlepszy i najważniejszy. Każde pokolenie to przechodzi. Myślę, że młodzi ludzie w tej chwili bardziej konsumpcyjnie podchodzą do życia i z tego względu chcą więcej, chcą zaraz, od razu efektów, a ciekawsze jest dążyć do czegoś. Znaczy tak mi się wydaje, że ten czas podążania za czymś jest ciekawszy od samego spełnienia czy efektu. Młodzi ludzie biegną, ale życie też biegnie w innym tempie niż kiedyś. Być może to jest podobne do tego, że kiedyś ludzie mieszkali przez całe życie w jednym mieszkaniu, a w tej chwili jest możliwość zmiany miejsca zamieszkania, zmiany miejsca pracy. W tej chwili są zupełnie inne czasy. Także nie mówię, że teatr nie jest drugi domem dla młodych, ale inaczej się to odbywa niż kiedyś.

K.G.: Zdrowia. A i K: Tego więc Pani życzymy i bardzo serdecznie dziękujemy za przemiłą rozmowę. K.G.: Ja również dziękuję.

31


WYWIAD Z MARTĄ KISZKĄ – Klaudia Majerańczyk

Marta Kiszka, uczennica naszego liceum, prowadzi popularnego bloga modowego www.kiszma.blogspot.com

Więc kto jest Twoją ikoną stylu? Moją ikoną stylu jest Luanna Perez (http://www.le-happy.com) światowej sławy blogerka, która pochodzi z Peru, ale mieszka w Nowym Jorku. Studiuje dziennikarstwo modowe. Jej życie to spełnienie moich marzeń.

Ile osób odwiedza Twojego bloga? Łączna liczba wyświetleń od założenia, czyli od stycznia to około 70000. Dla mnie to całkiem sporo.

Jakie są Twoje „must-have”?

Jak zaczęła się Twoja przygoda z modą?

Zazwyczaj sądzi się, że kobieta powinna mieć w swojej szafie jakieś szpilki, sukienkę. W moim wypadku to tak nie wygląda. Muszę mieć creepersy, trampki i koniecznie dżinsy. Uwielbiam dżins pod każdą postacią. Do tego ponadczasowa czarna ramoneska oraz gruby, kolorowy sweter.

Od zawsze interesowała mnie moda. W zeszłym roku w styczniu zaczęłam prowadzić bloga i dopiero od tego momentu zajęłam się tym na poważnie. Wiążesz z nią swoją przyszłość?

Czyli nie uznajesz klasycznych elementów garderoby jak np. trencz, biała koszula, wspomniane szpilki?

Tak, chciałabym studiować dziennikarstwo modowe, nie wiem, czy to się uda, ale byłoby to spełnienie moich marzeń.

Z jednej strony tak, z drugiej nie. Rzadko chodzę w rzeczach eleganckich, ale są okazje, kiedy muszę ubrać szpilki. Coś w tym jest. Inny przykład z czerwoną szminką, nie użyje jej na co dzień, ale na pewno przynajmniej raz w życiu .

Co poradziłabyś osobom, które nie mogą odnaleźć swojego stylu? To jest bardzo ciężkie pytanie, bo każdy ma swój styl i nie można go nikomu narzucać. Najlepiej jest kombinować, łączyć różne rzeczy i sprawdzać, w czym się dobrze czujemy. Zazwyczaj każdy ma też swojego idola, którego naśladuje.

Jakie są Twoje ulubione marki? Głownie ubieram się w sieciówkach, ale

32


jakiś czas temu odkryłam, że we wszelkich second-handach można kupić tyle świetnych rzeczy! Więc dodałam je do listy swoich ulubionych sklepów i odwiedzam je ostatnio bardzo często.

jest w porządku, bo gdybym teraz odnosiła materialne korzyści, to zaraz bardziej by mnie to cieszyło niż samo pisanie bloga. Odstawiałabym już pewnie fuszerkę, ważne byłoby tylko jedynie żeby dostawać pieniądze, a to nie o to chodzi.

A nie miałaś oporów? Projektujesz ubrania? Na początku miałam, ponieważ nigdy ani ja, ani moi rodzice tam się nie ubieraliśmy, do tego jeszcze ten zapach, ale potem się przekonałam. Zawsze jak pierwszy raz znajdzie się coś ciekawego, to ponownie na „łowy” idzie się o wiele pewniej.

Nie, ale często przerabiam. Jeśli znajduję w szafie bluzkę, w której nie podoba mi się kolor czy fason, biorę nożyczki i zaczynam zabawę – obcinam, doszywam, przyszywam. Myślę, że tak właśnie tworzę własny styl, bo robię coś swojego.

Skąd czerpiesz inspiracje? Czy zdarzyło się, że zaczepił Cię ktoś na ulicy, mówiąc, że jesteś świetnie ubrana?

Głownie inspiruje mnie wspomniana już blogerka Luanna Perez. Nie czerpię inspiracji z pokazów mody, ja z tego nie korzystam, bo ubieram się tak, jak lubię.

Szczerze mówiąc, często się zdarza. To bardzo miłe. Tak zaczęła się moja przygoda z blogowaniem. Zaczepiło mnie dwóch facetów, spytali, czy mogą zrobić zdjęcia, bo świetnie wyglądam, dodali je na swojego bloga. Po tym zdarzeniu pomyślałam „Kurcze, może rzeczywiście to jest coś dla mnie”.

A ludzie na ulicy? Szczerze mówiąc nie, nie chce nikogo obrażać, ale na polskich ulicach rzadko jest na kim zawiesić oko, stanąć i powiedzieć: „Kurcze! Wow! Ale on jest świetnie ubrany”. Czy praca blogerki wymaga wysiłku? Często ludzie uważają, że to żadna sztuka stanąć przed aparatem, efekty wrzucić na stronę i gotowe. Też tak myślałam. To zależy od tego, jak ktoś prowadzi tego bloga, ja staram się wybrać ciekawą lokalizację pasującą do mojego stroju, mieć zdjęcia dobrej jakości, a nie posiadam profesjonalnego aparatu, moi fotografowie nie są wykwalifikowani, światło często przeszkadza i jeszcze muszę coś napisać. To wymaga trochę wysiłku i czasu. Zależy mi, żeby mój blog przekazywał coś więcej niż tylko zdjęcia ubrań. Odnosisz jakieś materialne korzyści z blogowania? Jeszcze nie, mam nadzieję, że w przyszłości to się zmieni. Z drugiej strony taka sytuacja

33


KONKURSY, KONKURSY, KONKURSY! –

fot. Monika Gzyl www.ukryta-estetyka.blogspot.com

V edycja konkursu fotograficznego "W ruchu"

konkurs fotograficzny ,,Inni nie gorsi”

Konkurs dla odważnych, zwinnych i sprytnych. Jeżeli masz szybki refleks i wiesz jak uchwycić moment, to coś w sam raz dla Ciebie – sprawdź się!

Temat konkursu: tolerancja światopoglądowa, religijna, seksualna, narodowościowa, a także walka z dyskryminacją mniejszości i mową nienawiści.

By zgłosić fotografię do konkursu należy zalogować się w serwisie SwiatObrazu.pl, a następnie dodać zdjęcie do kategorii konkursowej w profilu Użytkownika.

Każdy uczestnik może przesłać maksymalnie 3 zdjęcia.

Termin przyjmowania zgłoszeń: do 17 grudnia 2013 roku.

Nagrody: • I miejsce – nagroda o wartości 2 500 zł, • II miejsce – nagroda o wart. 1 500 zł, • III miejsce – nagroda o wart. 1 000 zł.

Nagrody: Fujifilm FinePix HS35 EXR, e- kurs: E-akademia fotografii

Termin nadsyłania zdjęć: do 15 grudnia 2013 r.

Organizator konkursu: serwis SwiatObrazu

Organizator konkursu: Wojewoda Świętokrzyski.

Strona konkursu: www.swiatobrazu.pl

Źródło: http://www.e-vive.pl/konkursfotograficzny-inni-nie-gorsi,pl,44048.html

34


Konkurs plastyczny ,,Rysunek miesiąca”

Konkurs plastyczny im. Janusza Christy

Nagrody przyznawane są co miesiąc. Tematyka przesyłanych prac jest dowolna.

Praca w konkursowa ma mieć postać komiksu. Wykonany ma być on z myślą o najmłodszych.

Organizator konkursu: Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego w Warszawie

Termin składania prac: do 2014-03-30

Prace należy przesyłać wyłącznie na e-mail: info@muzeumkarykatury.pl lub na nośniku elektronicznym z tytułem „Rysunek miesiąca” (określić którego), na adres: Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego, ul. Kozia 11, 00-070 Warszawa

Strona konkursu: www.januszchrista.pl

Termin składania prac: od 2013-12-31 do 2013-12-31 Strona konkursu: www.muzeumkarykatury.pl

Dodatkowe informacje: techniki wykonania prac: rysunek, malarstwo, grafika komputerowa.

Nagrody: • I nagroda w wysokości 5 000 zł; • II nagroda w wysokości 3 000 zł; • III nagroda w wysokości 2 000 zł.

Praca musi mieć min. 8 plansz, a max. 10.

Nagrody Każdego miesiąca będą przyznawane następujące nagrody: • jedna nagroda w wysokości 1000 zł, • dwie równorzędne nagrody po 500 zł, • 5 wyróżnień honorowych. W finale rocznym zostaną przyznane następujące nagrody: • 1 miejsce – 2000 zł, • 2 miejsce – 1500 zł, • 3 miejsce – 1000 zł, nagroda w postaci indywidualnej wystawy w Muzeum Karykatury dla jednego z finalistów.

35


do następnego numeru!

The Nowodworek Times #7/2013  

TNT - numer siódmy

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you