Page 1

1


Spis Treści: 4 Polska - Ukraina

Kontrowersyjne wydarzenia, którymi żyje cały świat.

6 Nadbałtyckim szlakiem - Litwa, Łotwa, Estonia Ekscytująca podróż po Litwie, Łotwie oraz Estonii.

8 „To było tak…” - wywiad z Eweliną Dziedzic

Była redaktor naczelna, a także uczennica nowodworka, opowiada o swojej przygodzie z gazetą, pasjach oraz planach na przyszłość.

16

12 Na przekór szarości

Moda PRL-u sposobem na walkę z komunizmem.

14 „Ona” - romans na miarę człowieka przyszłości Niezwykła historia miłosna pomiędzy samotnym pisarzem a nowoczesną technologią.

16 Wywiady walentynkowe

Pary, które połączył Nowodworek, opowiadają szczerze o swojej miłości.

22 KPO - Konkurs Piosenki Obcojęzycznej Relacja z Konkursu Piosenki Obcojęzycznej.

24 Muzyczne yin - yang

Historia legendarnego zespołu.

26 Wywiad ze Zbigniewem Nowakowskim

4

Jedyny i niepowtarzalny nauczyciel przedsiębiorczości opowiada o swoich pasjach, edukacji oraz planach na przyszłość.

28 Nowinki

Urządzenia i teorie XXI wieku, które zmieniają naszą rzeczywistość.

31 Nasz tajemniczy krewniak - neandertalczyk

„Współczesna” historia wymarłego przedstawiciela człowieka.

33 Kilka słów o polskiej arenie motosportu Rajdy, wyścigi, drifty... czyli wszystko o arenie motosportu.

35 Muzyczne oblicza Australii

Debiutanci, nowicjusze i ich pierwsze kroki w przemyśle muzycznym.

37 Syto Piecze

Coś pysznego dla każdego.

8

2


Wstęp od redakcji Drodzy czytelnicy!

Z nieskrywaną radością oddajemy w Wasze ręce kolejne wydanie The Nowodworek Times. W tym numerze, odnajdziecie wiele interesujących wywiadów z ludźmi, którzy w pewien sposób są związani lub „związani zostali” przez Nowodworek, weźmiecie udział w ekscytującej podróży nadbałtyckim szlakiem, a także poznacie historię legendarnego zespołu Led Zeppelin. Zachęcamy Was do zapoznania się z artykułami związanymi z muzyką, kulturą, modą oraz sportem. Nie pomińcie tekstu dotyczącego ważnych wydarzeń mających miejsce na Ukrainie. Nawiązując do poprzedniego numeru TNT, mamy nadzieję, że przeczytaliście go z uwagą i zaciekawieniem, pogłębiając jednocześnie własną wiedzę o wiele wartościowych i intersujących informacji. Choć część artykułów wzbudziła kontrowersje, dziękujemy wam za pozytywne komentarze, jak i również słowa krytyki, które zagrzały nas do jeszcze większej pracy. Życzymy Wam, aby studiowanie naszego pisma było dla Was wspaniałą przygodą, pełną radości i wielu pozytywnych wrażeń. Do przeczytania! Redakcja The Nowodworek Times

Redaktor naczelny: Jakub Turcza Zastępca redaktora naczelnego ds. TNT / sekretarz: Aleksandra Budzińska Desktop Publishing: Kierownik artystyczny / fotoedytor: Natalia Kowalska Grafik: Tytus Maciejowski Projektant grafiki: Anna Skoczeń, Natalia Kowalska Dziennikarze: Agnieszka Orszulak, Klaudia Majerańczyk,

Karolina Zając, Agnieszka Uchman, Katarzyna Galon, Filip Storożuk, Karolina Czaplak, Łucja Hudy, Jan Kłapa, Michał Strój, Natasza Gadowska Znajdź nas na: http://su-nowodworek.pl/tnt http://issuu.com/thenowodworektimes Kontakt: tnt.nowodworek@gmail.com Dziękujemy opiekunom The Nowodworek Times pani prof. Marcie Karpiel oraz pani prof. Annie Tumidajewicz - za cenne uwagi oraz wsparcie.

3


Świat

Polska - Ukraina Nie było mi łatwo zebrać się, oderwać od nasłuchiwania tego, co podają media w sprawie Ukrainy i napisać tekst, który mógłby jak setki dotąd publikowanych analiz nadawać się tylko na przemiał. (Gdyby nie forma naszego miesięcznika – truchlałbym z troski o środowisko) Dynamika sytuacji jest ogromna, czego nie trzeba nikomu uświadamiać. Nie chciałbym Braci Nowodworskiej podobnymi truizmami zanudzać. Dziś każdy dla siebie może być agencją prasową, jeśli prócz przejrzenia Internetu zechce w trakcie przechadzki po mieście zagadnąć Niepozornych, którzy dyskretnie demonstrują, przypinając do kurtek i torebek niebiesko-żółte wstążki.

W świadomości ogółu, miejsce obrazów z obróconego w wielkie pobojowisko centrum Kijowa zajęły wszędzie relacje z ruchów najprawdziwszego wojska – szturmu pozbawionych dystynkcji rosyjskich desantowców na Krymie, ale i przegrupowań czy dyslokacji polskiej armii. Świat zachodu znalazł się w bardzo nielubianym przez siebie położeniu, które w oczywisty sposób łudząco przypomina różne inne historyczne preludia do wojny. Z jednej strony nikt nie będzie „umierać za… Krym”, a z drugiej należy pamiętać, że skompromitowany bezczynnością system światowego bezpieczeństwa nie nadaje się już do niczego. My, Polacy, w przeciwieństwie do Unii Europejskiej mamy dobrą prasę na Ukrainie. Dosłownie wczoraj brałem udział w dyskusji „Rewolucja. I co dalej?” (3.03. 2014, o 18:00 w MCK), której zaistniała sytuacja narzuciła wieloznaczną interpretację tytułu. Wniosek? (zresztą nie tylko mój) Niczego nie można planować, gdy jedynym scenarzystą jest Władimir Putin. Ale kilka rzeczy było w poniedziałek naprawdę budujących. Prelegenci (z kręgu miesięcznika „Znak”) wymienili dość szybko swoje spostrzeżenia i oddali głos sali, z której częściej niż pytania padały… krytyczne uwagi wobec jednego z panelistów - ukraińskiego aktywisty, Andrieja Lubki. Pierwsza osoba z widowni, która chwyciła mikrofon to ukraińska teatrolog pracująca w Polskim Radiu. Jej głos łamał się. Zadała bardzo trafne pytanie, mówiąc, że owszem ruina państwa ukraińskiego jest oczywistością, ale nie potrafi pojąć dlaczego Europa jest tak nieprzygotowana do ewentualnego

4


konfliktu. Miała na myśli zależność od monopolistycznego dostawcy błękitnego surowca. Gdzie rzeczy budujące? Otóż nagle przeszła do zupełnie innej kwestii – zaczęła bronić (po ostrej krytyce wyartykułowanej przez Dawida Wildsteina) polskich dziennikarzy, którzy jej zdaniem wystawili sobie dobre świadectwo relacjonując zdarzenia z Majdanu nieomalże „pod kulami”. Następnie uderzyła w mocny akord, dziękując wszystkim Polakom za solidarność i okazywaną pomoc. Sala (zapełniona w połowie przez mieszkających w Polsce Ukraińców) wybuchła brawami. To piękne gesty, tak jak piękna jest płynąca (nie tylko z zachodniej) Ukrainy polszczyzna. Wydaje mi się, że wcale nie mówi ona o złożonym pochodzeniu rozmówcy, a po prostu obok angielskiego stanowi „język normalności”. Ważne, że nie następuje właśnie narodowa wymiana grzeczności, ale faktyczna konsolidacja interesów, a bardzo często także wybuch wzajemnego zrozumienia. Dobrze byłoby nie dać się głaskać po głowie i nie pozwalać łechtać swojej narodowej dumy, ale zwyczajnie okazać trochę bezinteresowności. Nie neguję faktu, że taka postawa dla wielu może być trudna. Dlatego cieszę się, że dyskutujący poruszyli też ważny temat polsko-ukraińskiej debaty o historii. Dowiedli jaki regres w tej materii można było zaobserwować w ostatnich latach. Padła nawet sugestia, że to „ktoś” wbija między nas klin nieprzyjaźni i podejrzliwości. Oceń to Czytelniku sam, bo Autor jest z reguły niedowiarkiem w paragrafie teorii spiskowych. Sądzę, że w tej pesymistycznej i nerwowej narracji, jaka ogarnia nas od kilku dni jest paradoksalnie wielki pozytyw – jeszcze większe pochylenie się nad skomplikowaniem znajdującego się tuż za miedzą (myśląc globalną skalą) Wschodu. I do tego te cenne obserwacje Sąsiada… Niech nikt nie próbuję mnie przekonywać, że Ukraińcy nie są ulepieni z jakiejś twardszej gliny. Wytrwałość a upór to faktycznie dwie różne sprawy, lecz czasem efekt obojga jest taki sam. P.S. Żądni wrażeń mogą pod konsulatem Federacji Rosyjskiej usłyszeć niesłychanie mocne, niewątpliwie ćwiczone przez wielu z tych ludzi nie gdzie indziej, jak tylko na Majdanie, wykonanie ukraińskiego hymnu. W repertuarze także: „Nie wojnie!”, „Putin agresor!”, „Konsula!” w trzech pięknych słowiańskich językach oraz internacjonalne „Hańba!”. Protesty tam trwają od kilku dni i dobrze, że Polacy także w tej postaci nie zostawiają Ukraińców samych. Pewne wydaje mi się tylko, że właśnie to się prędko nie zmieni. Jan Kłapa

5


Podróże

Nadbałtyckim szlakiem - Litwa, Łotwa, Estonia Te trzy zawsze wymieniane razem kraje nie cieszą się wielką popularnością, mimo ich niezaprzeczalnego uroku. Dlaczego więc pozostają one wciąż nieodkryte? Może dlatego, że ludzie szukają egzotyki, czegoś zupełnie innego. Tymczasem tamtejsze krajobrazy przypominają raczej polskie sielankowe klimaty. W końcu sam Mickiewicz z utęsknieniem powracał myślami „do tych pól malowanych zbożem rozmaitem...”

Cóż, widzimy więc, że to nieco zapomniane miasto dorównuje innym prestiżowym stolicom. Z Wilna warto udać się do jednego z ciekawszych zamków. Ciekawszych, ponieważ został on zbudowany na wodzie a dokładniej na niewielkiej wysepce na środku jeziora Galve. Mowa tu oczywiście o zamku w Trokach. Kolejnym miejscem, które można uwzględnić w swojej wędrówce jest położone nad Niemnem Kowno, czyli dawna stolica Litwy. Mieszkańcy tego kraju uznają je za najbardziej litewskie, „swoje”, ponieważ stanowi ono ośrodek tamtejszej kultury. Znajduje się tam przepiękny ratusz zwany „białym łabędziem”. Litwa jednak to nie tylko miasta, uliczki i kawiarnie, ale również urzekająca przyroda. Jedną z głównych atrakcji nadbałtyckiego rejonu są wędrujące wydmy na Mierzei Kurońskiej. Dzięki swojemu położeniu Litwa słynie również z bursztynów.

Pierwszym przystankiem naszej podróży jest Litwa, dobrze znana Polakom zarówno z literatury, jak i z historii. Niewątpliwie jednym z najpiękniejszych miast Litwy jest jej stolica - Wilno. Przechadzając się po Starówce możemy odkryć liczne nawiązania historyczne oraz lepiej poznać przeszłość naszej Ojczyzny, która przez wiele lat tworzyła z Litwą jedność. Wilno sprawia wrażenie miasta zbliżonego do Krakowa. Środkiem przepływa rzeka, historyczne centrum otacza zieleń parków i wzgórz. Ponadto Uniwersytet założony przez Stefana Batorego kultywuje tradycje najstarszych uniwersytetów europejskich.

Następnie kierujemy się już w stronę Łotwy a dokładniej Rygi położonej nad rzeką Dźwiną. Ryga zachwyca średniowiecznymi zabytkami, kupieckimi kamienicami i secesyjnymi budowlami o oryginalnych formach i

6


finezyjnych zdobieniach. Miasto to jest pełne zieleni co jeszcze bardziej dodaje mu uroku. Ryga znajduje się w części kraju zwanej Widzeme - Łotwa bowiem podzielona jest na specjalne regiony. Warto wspomnieć również, że cechą charakterystyczną Łotwy są jeziora (jest ich aż 5000!) i długa linia brzegowa Morza Bałtyckiego. Dzięki temu można tutaj w spokoju odpocząć na jednej z piaszczystych plaż.

łąki, wśród których żyją dzikie gatunki roślin i zwierząt. Największa i najbardziej ucywilizowana jest Serena, natomiast zabytki takie jak kościół w Hullo, czy latarnia morska z 1864 roku można podziwiać na Vormsi. Wycieczka to również okazja do spróbowania tradycyjnych przysmaków, takich jak litewskie kołduny, czyli małe pierożki wypełnione specjalnym mięsnym farszem, czy też cepeliny - nadziewane pyzy ziemniaczane. Jako że państwa te leżą nad Morzem Bałtyckim, oczywiście na stołach nie może zabraknąć różnego rodzaju ryb, podawanych wraz z dodatkami takimi jak kiszone pomidory oraz czeremcha. Chciałabym wspomnieć tutaj również o jednym tradycyjnym elemencie, jakim jest czarne pieczywo przyrządzane na zakwasie. Wydawać by się mogło, że to nic nowego, ponieważ wszędzie spotykamy się z ciemnym chlebem. Ten jednak swą wyjątkowość zawdzięcza słodkiemu smakowi miodu. Na Łotwie czarny chleb jest nazywany rupjmaize, a w Estonii leib.

Ostatnim miejscem, do którego zmierzamy jest Estonia. Tallin, stolica Estonii zawdzięcza niepowtarzalny klimat dzięki krętym uliczkom, średniowiecznemu zamkowi, gotyckiemu ratuszowi oraz licznym kościołom i muzeom. Spotykamy się tam jednak z czymś co dla nas wydawać się może nietypowe. Mowa tu o zjawisku białych nocy, podczas których słońce nie zachodzi i przez całą dobę jest zimno. Przyjezdnym trudno się do tego przystosować i często mogą zapomnieć o spaniu, ale z pomocą przychodzą im liczne kawiarnie i kluby otwarte do rana, gdzie można spędzić czas na zabawie. Wielką atrakcją Estonii są wyspy. Każda z nich posiada swój własny niepowtarzalny styl i coś, co przyciąga turystów. Główny atut to przyroda - malownicza, naturalna i często niezniszczona przez człowieka. Najciekawsza jest wyspa Hiuma i jej bagienne lasy, mokradła i podmokłe

Litwa, Łotwa i Estonia to miejsca, gdzie można nie tylko wypocząć podziwiając piękno natury, ale również zabawić się w tętniących życiem prestiżowych stolicach. Ponadto, zwiedzając te kraje możemy bliżej poznać naszą historię i kulturę. Do Wilna przybywają również pielgrzymi, którzy w szczególny sposób chcą pomodlić się przed Ostrą Bramą lub przy Górze Krzyży. Myślę, że każdy może znaleźć tutaj coś dla siebie i odkryć nieco zapomniane lub niedocenione krainy. Agnieszka Uchman

7


Ludzie

„To było tak…” - wywiad z Eweliną Dziedzic

Sobotnie poranki bywają pracowite. Niełatwo było znaleźć chwilę w napiętym kalendarzu Naczelnej, ale udało się. Poniższa rozmowa odbyła się częściowo w poczekalni salonu wizażystki, a częściowo w plenerze - na planie sesji fotograficznej.

Podejrzewam, że to w większości były jakieś żarty, aczkolwiek jednocześnie bardzo miła sytuacja. A jaki dobry film ostatnio oglądałaś? Oglądałam wszystkie trzy części „ Rockiego” i były świetne. Ale to nie był pierwszy raz. Powiedzmy, że za czwartym to już jest trochę nudne, ale zawsze miło wracać do ciekawych filmów.

Witam Cię, Naczelno! Może to głupie i nieśmieszne, ale tak właśnie przyzwyczaiłem się do Ciebie mówić. To nie pierwszy wywiad, jakiego udzielasz, prawda?

… bo ja oglądałem niedawno taką świetną produkcję. Nawet pamiętam tytuł! Happy Valentine’s Day.

Mimo sławy, jaka mnie otacza… Tego nie pisz! (śmiech) Udzieliłam jednego wywiadu w swoim życiu. W gimnazjum – chyba w drugiej klasie – gdy dostałam najwięcej walentynek w całej szkole. W zawrotnej liczbie, bo aż… siedmiu.

Pffff…. No nie…

8


Naprawdę, moim zdaniem, spisaliście się z Maćkiem Bernasiem na medal! Niech wybrzmią tu oficjalne gratulacje.

gazetki. Jeśli miałam znajomych spoza klasy, to ich też pytałam. Zebrałam około trzydziestu osób, co w sumie było dość zaskakujące. Jeśli chodzi o jakąś wizję, chciałam, żeby wszyscy pisali o tym, co ich interesuje, ponieważ przez to będą wiarygodni. Można też zainteresować czytelników swoją pasją. Z biegiem czasu, kiedy już zaczęłam naprawdę ‘ogarniać’ gazetkę, miałam różne pomysły. Jak zobaczyłam, że ktoś się interesuje kinem, proponowałam mu jakąś recenzję albo podsumowanie nowości kinowych. Gdy spotkałam kogoś, kto miał ciekawą pasję, wyznaczałam osobę, która robiła z nim wywiad. Jeśli działo się coś ciekawego... - no cóż, pisanie o wydarzeniach szkolnych nie zawsze wchodzi w zakres czyjegoś hobby – prosiłam członka redakcji o przygotowanie relacji. Naszej opiekunce - pani Karpiel, którą bardzo kochamy i wiele jej zawdzięczamy (nie sposób nie wspomnieć także o dużym wkładzie prof. Skuchy, który wspierał mnie przez rok uwagami i poprawianiem tekstów) – zależało na tym, żeby gazetka była jak najbardziej „szkolna”. Dlatego, kiedy ktoś nie miał czasu do napisania artykułu z innej sekcji, prosiłam go o krótki tekst-relację. Zazwyczaj wychodziło to na dobre. Na przykład Staś Tokarski nie chciał napisać artykułu o Szopce i go zmusiłam, a potem dostał za to nagrodę. Więc, jak widać, warto mnie czasem słuchać…. (śmiech).

Jestem bardzo… zawstydzona. (śmiech) W redakcyjnym wstępie do numeru pierwszego elektronicznej wersji TNT piszesz: „Mamy nadzieję, że nowa, zmieniona wersja gazetki przypadnie Wam do gustu. Liczymy na Wasze opinie”. No… (uśmiech). A więc jednak nie pierwszy… Zechciałabyś

opowiedzieć o powstaniu tego poczytnego pisma, na którego łamach opublikujemy naszą rozmowę? To w sumie był pierwszy numer. Chociaż rok wcześniej wyszedł jedyny - pierwszy i ostatni, numer gazetki wydawanej w wersji papierowej. To było jeszcze za kadencji samorządu Maćka Chmury i naczelną była Patrycja Syty. Po jednym numerze się jednak skończyło. Więc to wydanie, o którym mówisz, było pierwsze tylko w jakimś stopniu…To było tak… Kiedy już Adrian wygrał wybory, mniej więcej w listopadzie napisał do mnie czy nie chciałabym zajmować się gazetką. Wcześniej mówiłam mu, że chętnie bym się czegoś takiego podjęła. A więc - zgodziłam się. Adrian planował pierwszy numer na luty, ale stwierdziłam, że przecież możemy to zrobić już od stycznia, zatem w grudniu skompletowałam ekipę. Po prostu podchodziłam do różnych ludzi, głównie z mojej klasy. Jestem na profilu humanistycznym, więc miałam ułatwione zadanie. Jeśli wiedziałam, że ktoś dobrze pisze - po roku orientowałam się, jak kto sobie radzi - to proponowałam angaż do

A dlaczego wersja elektroniczna? Czyj to był pomysł? Poznałam wtedy Damiana Paska, który jest grafikiem i przez większą część roku współpracował z gazetką. Skonsultowaliśmy się i doszliśmy do wniosku, że to będzie najlepsze wyjście: nie musimy za nic płacić, nie ma ograniczenia stron. Taka gazetka

9


może też być kolorowa; gdybyśmy drukowali na kolorowo i rozpowszechniali taką wersję w szkole, wychodziłoby bardzo drogo, a nie mieliśmy w ogóle żadnych funduszy. Poza tym, elektroniczna wersja jest szerzej dostępna. Zadecydowały raczej praktyczne kwestie.

pewna, że w następnym numerze to poprawi. Ogólnie jestem bardzo zadowolona i uważam, że ja miałam swój pomysł na gazetkę, a Kuba ma swój, więc nie ma sensu ich porównywać. A jak to możliwe, że rzadko coś ciekawego w Nowodworku obywa się bez udziału Eweliny Dziedzic?

Teraz kolejny cytat z Naczelnej… (śmiech) Boże! Ty to wszystko czytałeś…?

Wiesz co, jesteś okropny! (śmiech) Ja po prostu bardzo lubię organizować różne rzeczy i dlatego się w nie angażowałam. Bardzo mnie cieszy, że wiele rzeczy udało się zrobić.

Przyznaję się, że na bieżąco. W kolejnym numerze piszesz: „Nie chcę stawiać się w roli wielkiego mówcy.

Nie ma co ukrywać, że masz naprawdę sporo

pasji. Z tego co wiem, najbardziej absorbują Cię teatr i fotografia. Zgadza się ? O czym nie wiem?

Myślę, że najbardziej wartościowe są w TNT teksty, których autorzy poświęcili swój czas i energię, by przekazać coś wartościowego.” Zatem powstrzymałaś się od pisania programowo, by dać szanse innym czy odciągnęły Cię inne zajęcia? Faktycznie nie za bardzo miałam czas, więc pomyślałam, że już skupię się na jednej rzeczy, czyli ogarnianiu tego wszystkiego.

Z pasji o których nie wiesz: przez dłuższy czas tańczyłam. W podstawówce przez krótki czas taniec towarzyski, potem trochę baletu i na koniec jazz. Zostałam przy nim, ale już od ponad roku nie tańczę, bo nie mam czasu. Lubię podróżować, czytać książki. Uwielbiam też gry komputerowe, ale tylko wyścigi.

„The Nowodworek Times” właśnie pod Twoją redakcją zdobył nagrodę w samorządowym konkursie gazet szkolnych. Jak odbierasz działania nowej ekipy redakcyjnej? Jak Ci się podobał nowy numer?

Zapomniałaś chyba o filmie… Jak się zaczęło? Po tym, jak nakręciliśmy z Maćkiem ten film promocyjny szkoły, zgłosił się do nas Pan ze szkoły nauki jazdy „GPS”, żebyśmy zareklamowali jego firmę. Znów zrobiliśmy to razem i nie wyszło chyba aż tak źle. W sumie potem, głównie z powodu Jubileuszu, miałam dłuższą przerwę. Następnie zaczęliśmy kręcić film, który opublikowaliśmy niedawno. Jeszcze po drodze zrealizowaliśmy na szybko krótką zapowiedź Turnieju Noworocznego, która nie

Niestety, nie miałam czasu przeczytać go dogłębnie, ale przeglądałam numer i wsłuchiwałam się w różne opinie. Bardzo wierzę w Kubę, bo miałam okazję współpracować z nim już przy paru zadaniach i podchodził do nich zawsze profesjonalnie. Poza tym bardzo go lubię. Myślę, że poradzi sobie świetnie, nawet jeśli teraz zdarzyły się błędy lub coś nie wyszło – jestem

10


wiem czy w ogóle jest godna uwagi.

ten plan jednak nie wypalił, chcę iść na roczne studium fotografii w Krakowie. Teraz jestem na etapie budowania teczki prac.

Pozwól, że z braku umiejętności reagowania na nadmierną skromność zmienię temat. Obecnych drugoklasistów do czerwoności rozgrzewa kwestia studniówki. Kiedy nasza rozmowa się ukaże, będzie już zdecydowane gdzie odbędzie się ów słynny bal maturalny – nie ma groźby agitacji. Co będziesz wspominać ze swojego?

Nie mogę się powstrzymać: co jest wg Eweliny Dziedzic w życiu najważniejsze (albo przynajmniej ważne)? Wydaje mi się, że każdy ma jakieś powołanie. Sądzę, że najważniejsza jest w życiu praca i realizowanie swoich pasji, ale tak, aby nikogo nie krzywdzić. I jeszcze, gdy można komuś pomóc w jego samorealizacji, to w ogóle jest idealnie. Bardzo wierzę, że kiedy pracuje się ciężko i uczciwie, można osiągnąć wszystko, co

Szczerze mówiąc, nie przejmowałam się studniówką aż tak bardzo. Przez większość czasu zajmowało mnie to, że nie mam sukienki. Gdy w końcu ją znalazłam, to postanowiłam się nie martwić o pozostałe szczegóły: przyszłam bez czerwonej podwiązki i nie skakałam wokół pomnika Mickiewicza o szóstej nad ranem. Spędziłam raczej studniówkę… jedząc. (śmiech). Myślę jednak, że najważniejsza jest atmosfera, a nie miejsce.

się chce. I to jest właśnie moja dewiza. Pozwolisz na drobną złośliwość i komplement zarazem? Nie ukazał się wywiad z Marią Peszek, ale wreszcie będzie Ewelina Dziedzic! Dziękuję Ci bardzo za ten wywiad i mam nadzieję, że znajdziemy się w rubryce „kultura”.

Przed Tobą ostatnia prosta przed maturą. Jakie jest Twoje podejście do narastającego stresu?

Oby tylko nie w dziale humor! Jan Kłapa

Jeśli chodzi o przyszłe studia, na które się wybieram, wyniki matury nie są aż tak ważne, ponieważ o przyjęciu decyduje wynik egzaminu wewnętrznego. Dlatego radzę sobie ze stresem i podziwiam osoby, których przyszłość zależy od matury, ponieważ na ich miejscu chyba nie wychodziłabym z domu. Ja staram się jak najwięcej ćwiczyć i powtarzać. A konkretnie o jakich kierunkach myślisz? Składam podanie na organizację produkcji i reżyserię, w nadziei, że dostanę się do Łodzi albo Katowic. Nie wiem, co z tego wyniknie. Gdyby

11


Moda Na przekór szarości

Kiedy myślimy o PRL-u, przed oczyma pojawia nam się czarno- biały obraz kolejek sklepowych, kartek na żywność , pochodów pierwszomajowych. Miasta spowijała wszechobecna szarość i jednolitość, począwszy od budynków poprzez ubrania mieszkańców. Lecz kto by pomyślał, że to właśnie moda stanie się dziedziną, nad którą dygnitarze PRL-u nie osiągnęli pełnej kontroli. Zaczęła wymykać się spod cenzury i daleko odbiegać od skromnych, socjalistycznych strojów.

do USA, która w większości przypadków nigdy jednak nie nastąpiła. Byli to zwyczajni chłopcy, z zamożnych rodzin, gdyż tylko tacy mieli dostęp do zagranicznych płyt czy gazet. W celu upodobnienia się do zachodnich studentów namiętnie słuchali jazzu, nadawali sobie amerykańskie imiona, a do rozmów wplatali angielskie zwroty, ale tak naprawdę nie do końca wiedzieli, co one oznaczają. Palili amerykańskie papierosy, choć często amerykańskie było wyłącznie opakowanie, a lurowatą kawę nazywali coca-colą.

Bunt zaczął się już w latach 50, kiedy to powstała polska subkultura bikiniarzy. Ci młodzi ludzie zafascynowani „amerykańskim stylem życia”, czerpali z niego inspiracje. Mieli dość narzuconych z góry reguł, chcieli być kontrowersyjni i wolni. Marzyli o ucieczce

Swój bunt wyrażali przede wszystkim ubiorem. Nosili wąskie, przykrótkie spodnie, szerokie i długie kraciaste marynarki, kolorowe koszule, a do tego buty na grubej, gumowej podeszwie nazywanej słoniną. Włosy zaczesywali do tyłu,

12


utwardzając je cukrem albo białkiem. Fryzurę tę przykrywali „naleśnikowatym” kapeluszem. Nieodłącznym elementem garderoby był wzorzysty krawat, od którego wzięła się nazwa owej subkultury. Otóż na krawatach tych często przedstawiony był grzyb bomby atomowej, która miała wybuchnąć na wyspie Bikini w 1946 roku. Bikiniarze mieli również swoje „regionalne” nazwy. Przykładem jest Kraków, gdzie określano ich mianem dżollerów.

tygodnikiem ,,Przekrój”, w któym prowadziła rubrykę o modzie. Można powiedzieć, że swoimi artykułami otwierała polskim kobietom (dla których zachodnie magazyny modowe były jedynie legendą) okno na świat. Całą skarbnicą jej wiedzy był jedynie angielski Vogue, gdyż tylko do niego miała dostęp dzięki znajomościom. Za wszelką cenę chciała wpuścić na polskie ulice świeży powiew z Europy. Jednakże Polki nie miały dostępu do różnorakich fasonów ubrań czy chociażby materiałów, z których mogłaby je uszyć. W swojej rubryce ukazywała więc proste sposoby przerabiania odzienia tak, aby stało się ciekawsze, oryginalniejsze. Największą popularnością cieszyły się tak zwane „trumianki”, czyli zwykłe białe tenisówki z wyciętą częścią ze sznurowadłami i pomalowane na czarno tuszem kreślarskim. Wyglądały one prawie identycznie jak zachodnie baleriny. Po pewnym czasie Hoff przestało satysfakcjonować jedynie dawanie podpowiedzi co do ubioru Polaków i zdecydowała, że ubierać będzie ich sama. Postanowiła zaprojektować dla fabryki odzieżowej kolekcję, która będzie potem sprzedawana w sklepach sieciowych, takich jak Centralny Dom Towarowy. Tak powstała marka Hoffland, której ubrania były żywe i swobodne. Zdarzało się, że zdesperowane klientki wybijały szyby w CDT-u, a ekspedientki nie mogły poradzić sobie z tłumem przy ladzie, i konieczna była interwencja milicji.

Władze PRL jak najskuteczniej starały się walczyć z młodzieżą zaburzającą idealny, komunistyczny ład społeczny. Po śmierci Stalina zmniejszono nacisk na walkę z tymi młodymi ludźmi. Ulice zaczęły nabierać coraz więcej kolorów, co sprawiło że rażący wizerunek bikiniarzy stopniowo gasł. Jeśli chodzi o strój kobiet, dyktatorką w tej dziedzinie stała się absolwentka historii sztuki- Barbara Hoff. Szyć nie umiała, a moda wcale jej nie pociągała. Mimo to doszła do wniosku, że to właśnie jest dobrym sposobem na walkę z komunizmem, do którego miała uraz od dzieciństwa. Jeszcze jako studentka podjęła współpracę z

13


Mniej więcej w tym samym czasie, w którym Barbara Hoff zdobywała coraz większą sympatię i popularność, założone zostało peerelowskie przedsiębiorstwo państwowe Moda Polska. Miało ono za zadanie promować światowe trendy w polskim przemyśle odzieżowym. Mogłoby się wydawać, że prezentowane będą wyłącznie konserwatywne i niewyróżniające się ubrania, ale tak naprawdę na organizowanych pokazach coraz częściej ukazywały się stroje awangardowe. Bez żadnych wątpliwości działo się tak za przyczyną dyrektorki artystycznej Mody Polskiej - Jadwigi Grabowskiej, która już w czasach przedwojennych prowadziła własny salon mody. Ta niezwykła dama, nazywana polską Coco Chanel potrafiła wywoływać ogromną presję na władzach i skłonić ich do produkcji przez polski przemysł tekstylny modnych tkanin. Współpracownicy Grabowskiej wspominają, iż zdarzało się jej rzucać popielniczką w dyrektorów i ministrów, gdy coś nie szło po jej myśli. Niestety, nawet wtedy nie wszystkie projekty przechodziły przez rygorystyczną cenzurę, gdyż przede wszystkim lansowany miał być styl socjalistycznego obywatela zadowolonego z życia i pogodzonego z ustrojem komunistycznym. Moda Polska zaczęła zyskiwać coraz to większe uznanie, władze ludowe traktowały ją coraz pochlebniej, a pokazy mody organizowane były podczas wizyt głów państw dla ich żon. Grabowska dość często, jak na owe czasy, wyjeżdżała do Paryża, skąd przywoziła tkaniny i nowe inspiracje. Mimo wszystko, społeczeństwo krytykowało projektantkę, zarzucając jej tworzenie snobistycznych kolekcji, nieprzydatnych w realiach życia polskiej kobiety. Myślę, że czasy PRL mimo wielu powszechnie panujących przekonań i stereotypów, były naprawdę dobrym okresem dla kształtowania

się polskiej mody, a przede wszystkim etapem zdominowanym przez determinację niektórych Polaków do walki o swoją indywidualność i swobodę w każdej płaszczyźnie życia. W rzeczywistości, zbuntowani bikiniarze stworzyli tutaj swoją własną Amerykę, w której czuli się wolni. Wyjazd na Zachód, mógłby ich bardzo rozczarować realiami, które na pewno mocno różniły się od wyidealizowanych marzeń. Barbara Hoff, dzięki modzie, którą obrała jako sposób walki niewątpliwie wygrała z władzami komunistycznymi, a Jadwiga Grabowska za wszelką cenę starała się udowodnić, że nawet w ustroju socjalistycznym Polacy, mimo narzuconych reguł, potrafią wykazać się kreatywnością i być cenionymi za granicą. Bezsprzecznie, powinniśmy brać przykład z ich wielkiej odwagi, która pozwoliła im walczyć o wolności i możliwość wyrażania siebie nawet w sprawach pozornie błahych i nieistotnych. Katarzyna Galon

14


Kultura

„Ona” - romans na miarę człowieka przyszłości

Czy potraficie sobie wyobrazić miłość bez spojrzenia w oczy? Pozbawioną choćby przypadkowego dotyku? Relację bez oczekiwania na ponowne spotkanie?

Taką właśnie relację przeżywa Theodore Twombly – bohater nowego filmu Spike’a Jonze’a „Ona”. Theodore to przeciętny mężczyzna. Żyje z dnia na dzień, pochłonięty pracą – pisaniem

15


w imieniu innych listów okolicznościowych, a wolny czas spędzający na grach video. Poznajemy go tuż po rozpadzie małżeństwa, kiedy ciągle mocno przeżywa rozstanie z żoną.

radości. Rola Samanthy to jedynie głos Scarlett Johansson, który według mnie przypominał w niektórych momentach automatyczną sekretarkę, ale jego ciepła barwa pozwalała uwierzyć w człowieczeństwo bohaterki. Kolejną ważną rolę zagrała Amy Adams. Z kolei jej sposób gry wydawał mi się bardzo oszczędny, ale, tak samo jak skromny wygląd, pasował do postaci – przyjaciółki-sąsiadki głównego bohatera. Również strona wizualna filmu nie zawiodła moich oczekiwań. Zdjęcia, scenografia i kostiumy są po prostu… śliczne. W jednej z przeczytanych przeze mnie opinii określono je jako „hipsterskie”. Rzeczywiście, obraz przypomina trochę zdjęcia z aplikacji Instagram z nałożonym barwnym filtrem. Uważam to jednak za zaletę, a nie wadę. Scenografia z jednej strony była futurystyczna, wręcz utopijna – budynkiurzekały nowoczesnością, a lasy i parki były pełne soczyście zielonych, gęstych drzew (zapewne dzięki wynalezionemu w bardzo bliskiej przyszłości skutecznemu sposobowi oczyszczania powietrza). Z drugiej jednak strony nie przesadzono z ilością nowoczesnych technologii przyszłości – nie zaobserwowałam na przykład latających aut.

Pewnego dnia, wracając do domu, spostrzega reklamę nowego systemu operacyjnego, który pod wpływem relacji z ludźmi nabiera cech człowieka i potrafi samodzielnie myśleć. Theodore kupuje go i w ten sposób poznaje „wirtualną” o imieniu Samantha. Tak jak przewidział producent systemu, szybko rodzi się między nimi więź – Samantha wydaje się idealną przyjaciółką dla Theodore’a. Mają mnóstwo tematów do rozmów, „wirtualna” uczy się od mężczyzny odczuwania emocji i obserwowania świata, natomiast on zdobywa wymarzoną partnerkę. Przyjaźń szybko zmienia się w miłość. W krótkim czasie okazuje się, że relacja nie jest pozbawiona wad. Polska premiera „Jej” przypadła na 14 lutego, czyli Święto Zakochanych. Myślę, że to dość niesprawiedliwe zaszufladkowanie tego filmu jako banalnej miłosnej historyjki. Z drugiej strony, nie uważam tego filmu za „wybitny i zjawiskowy”, jak jest reklamowany na plakatach. Przyczynia się do tego w dużej mierze fabuła oraz dialogi – dla mnie zbyt proste i nieskomplikowane. Natomiast inne elementy sprawiają, że jestem w stanie ocenić „Ją” dość wysoko. Pomimo prostoty film zmusza do refleksji. Ukazane w nim relacje wzruszają i są pretekstem do przemyślenia roli miłości w rzeczywistym świecie.

Na uwagę zasługuje również piękna muzyka Arcade Fire i Owena Palletta. W kluczowych momentach filmu jej autorstwo przypisywano Samancie, co bardzo pomagało poczuć nastrój. „Ona” to film, który mogę polecić z czystym sumieniem. W swoim gatunku jest na pewno jedną z lepszych i ambitniejszych pozycji. Jego humor, ciepło i niektóre trafne spostrzeżenia mogą uprzyjemnić niejeden zimowy wieczór.

Przekonała mnie też gra aktorska. Odtwórca głównej roli, Joaquin Phoenix, mistrzowsko wyrażał emocje. Wierzyłam mu zarówno wtedy, kiedy był smutny i załamany, jak i w chwilach

Łucja Hudy

16


Ludzie

Wywiady walentynkowe Nowodworek to szkoła z tradycją, która słynie z wielu zasług, ale o tej na pewno nie wiedzieliście. To tu poznali się bohaterowie moich wywiadów – pary, które oprócz miłości łączy to samo liceum; w nim pierwszy raz się spotkali i to odmieniło ich życie. Trzy pary, trzy generacje, zupełnie inne poglądy i doświadczenia.

S: Tegoroczne Walentynki były wspaniałe. Byliśmy w Zakopanem. Potem pojechaliśmy do term. Wieczorem jednak Ala …

Ala i Sławek są w związku od półtora roku. Ala to uczennica klasy 3, a Sławek to absolwent, student AGH. Dla nas są jedną z najlepszych par, jakie znamy. Ich związek nie ogranicza ich w niczym. Oboje mają mnóstwo przyjaciół i pasji, a przy tym zawsze mają czas dla siebie.

A: Zrobił mi zupkę chińską , dał mi swoją bluzę i skarpetki!

A: …Zdecydowała zerwać. (śmiech) S: Ale kiedy była bliska celu zrezygnowała, bo się rozchorowała i musiałem się nią zajmować.

S: Miałem w planie taką super kolację, ale dostała drgawek i musieliśmy zrezygnować. A: Dostałam za to śliczną bransoletkę i nausznicę.

Jak się poznaliście?

S: Nausznicę od razu zgubiła. (śmiech)

Ala: Ja go wyhaczyłam na początku. (śmiech)

A: Mówiłam, żeby ją mocniej zacisnąć, bo spadnie!

Sławek: Poznaliśmy się w sierpniu, po mojej drugiej, a Ali pierwszej klasie.

Wierzycie w przeznaczenie?

A: Moja ówczesna przyjaciółka „sprzedała” mnie z tym, że podoba mi się Sławek. A potem Sławek zaczepił mnie na facebooku.

S: Uważam, że każdy jest kowalem swojego losu, ale przeznaczenie też jest ważną rzeczą. Ala jest z innego miasta, ja jestem z Krakowa, więc gdybyśmy wybrali inną szkołę nie spotkalibyśmy się. Jednak gdyby nie to, że wzięliśmy w swoje ręce to, co dostaliśmy od losu, to nie bylibyśmy razem.

S: Potem sobie pogadaliśmy, doszło do spotkania pierwszego, drugiego, potem trzeciego. A: I tak wyszło. Jak spędziliście tegoroczne walentynki?

17


Nowodworek łączy ludzi!

Siedziałam pod jego oknem i przez pół godziny pisaliśmy smsy. Następnego dnia dostałam przeprosinowy bukiet róż.

O Sławku krążyła opinia, że jest niezłym podrywaczem, dlatego Sławo złota rada podrywacza!

Klaudia Majerańczyk i Joanna Wójtowicz

S: Jak Ci się podoba dziewczyna, to nie rezygnuj, a metoda podrywu zależy od sytuacji i dziewczyny, ale to już materiał na inny, bardzo obszerny wywiad. Ala, czy jesteś czasem zazdrosna o Sławka? On zawsze przecież jest otoczony wianuszkiem dziewcząt. A: Haha, zależy o kogo. O niektóre jestem. Jeśli złapie dobry kontakt, z którąś z jego koleżanek to nie ma z tym żadnego problemu.

Sławek, czego Ala Cię nauczyła? S: Wytrwałości, bo nigdy nie byłem w niczym wytrwały oprócz piłki nożnej. Nauczyła mnie też dojrzalszego podejścia do życia. Myślę, że zmieniłem się pod jej wpływem. Cały czas uczymy się czegoś od siebie nawzajem. Co jest najlepszego w byciu w związku? S: Ta osoba, która daję Ci wsparcie. Ala zawsze jest przy mnie. Romantyczna historia niczym Romeo i Julia. A: Pamiętam, jak raz umówiliśmy się pod M1, ale okazało się, że Sławek nie może przyjść przez rodziców i bardzo mnie przeprasza. Podeszłam pod jego mieszkanie, bo mieszka tuż obok.

18


Justyna Witkowska i Łukasz Rawicki chodzili do Nowodworka w latach 20062009. Klasa miała profil matematycznogeograficzny, ale wychowawcą był polonista – dr Wojciech Strokowski. Obecnie obydwoje studiują finanse i rachunkowość na Uniwersytecie Ekonomicznym. W ubiegłym semestrze wyjechali razem do Innsbrucka w ramach programu Erasmus.

Potem okazało się, że chodziliśmy razem na przygotowanie do bierzmowania. Zacznijmy od tego, że wtedy zupełnie inaczej wyglądaliśmy. Troszkę byliśmy, że tak powiem, brzydsi. Justyna Witkowska: (śmiech) Ja mogę dodać, że Łukasz przez całe liceum nosił okulary i aparat… Ł: … Justyna wcześniej też nosiła takie duże okulary i aparat na zębach, więc właściwie na początku się z siebie śmialiśmy.

Jak się poznaliście? Łukasz

Rawicki:

Chodziliśmy

razem

J: Ale przez całe liceum się przyjaźniliśmy!

do klasy przez trzy lata liceum. A jak się poznaliśmy? Pierwszego dnia szkoły (śmiech). Ale kojarzyliśmy się już wcześniej, ponieważ mieszkaliśmy w tej samej okolicy.

Ł: Byliśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale to zaowocowało dopiero pod koniec szkoły.

19


Czyli można powiedzieć, że to nie była miłość od pierwszego wejrzenia?

J: Myślę, że niewiele jest takich par, które znaliśmy i które przetrwały do teraz. Wśród uczniów zawsze było ich dużo, szczególnie w chórze, ale z perspektywy czasu widać, że rzadko te związki trwają jeszcze po ukończeniu szkoły.

Ł: Nie. Jako uczniowie Nowodworka praktycznie w ogóle nie byliśmy parą. W zasadzie zeszliśmy się w ostatni dzień matur –14 maja 2008 roku, po prezentacjach maturalnych z języka polskiego. Wtedy poszliśmy nad Wisłę i tak zaczęło się nasze bycie razem.

Klaudia Majerańczyk i Jan Kłapa

Jak waszym zdaniem szkoła wpływa na relacje międzyludzkie, zwłaszcza te bliższe? J: Mnie się wydaje, że pozytywnie, mimo że oczywiście trzeba się dużo uczyć. Jednak Nowodworku odbywało się również wiele takich wydarzeń niezwiązanych z nauką, które skłaniały nas do wspólnego spędzania czasu. Ł: Pierwszym takim wydarzeniem była kawiarenka mitologiczna. Nie wiem, czy ta tradycja nadal istnieje… Pierwsze klasy brały udział w konkursie mitologicznym, który polegał na przygotowaniu przedstawienia w oparciu o dowolną mitologię, my na przykład mieliśmy indyjską. Chodziliśmy też wspólnie na chór. Dzięki temu bardziej się zaprzyjaźniliśmy. Zdradźcie, jakie są wasze wspólne plany? Ł: W przyszłym roku planujemy zaręczyny, ale nie powiem dokładnie kiedy (śmiech), bo… jeszcze nie wiem. Chcę to pozostawić jako niespodziankę. Oczywiste jest dla nas, że chcemy się pobrać. Nie chcemy zbytnio zwlekać i ślub planujemy w ciągu dwóch lat. Znacie jeszcze jakieś inne pary, które poznały się w Nowodworku?

20


Paulina i Michał. Absolwenci Nowodworka. Chodzili razem do jednej klasy. Paulina studiowała architekturę, a Michał socjologię. 29 grudnia 2012 roku wzięli ślub.

Wierzycie w przeznaczenie? Michał: Nie bardzo. Nie dlatego, żebym nie wierzył, że Paulinka nie jest mi przeznaczona, ale dlatego, że nie wierzę, że komuś może być przeznaczony smutek i samotność. Jestem pewien, że każdy może znaleźć swoją miłość i szczęście.

Jak się poznaliście? Poznaliśmy się w jednej klasie w Nowodworku. Oboje wylądowaliśmy w mat-fizie i zawsze szukaliśmy się raczej wśród dolnych pozycji w wykazach z systemu punktowego Profesora Bagińskiego. Nie trzymaliśmy się ze sobą od pierwszego dnia szkoły, ale już w drugiej klasie zaprzyjaźniliśmy się i tak już pozostało.

Paulina: Wierzę, że każdemu jest przeznaczona miłość, ale wydaje mi się, że przeznaczenie nie dotyczy konkretnej osoby z którą się zwiążesz, a jedynie tego uczucia, jakim jest miłość. A to, kogo pokochasz, zależy od niesamowitej ilości czynników. Ale tak na prawdę kto to wie.. :)

Czy to Nowodworek Was połączył?

Dlaczego akurat Paulina/Michał? Co w nim/niej kochasz?

Gdyby nie Nowodworek, pewnie byśmy się nie poznali. W szkole nie byliśmy parą, a bliskimi przyjaciółmi. Lubiliśmy spędzać ze sobą czas, sporo razem podróżowaliśmy po Europie. Zeszliśmy się dopiero na 4 roku studiów, ale cały czas trzymaliśmy się razem. Zresztą do dziś mamy bliski kontakt ze sporą liczbą osób z liceum. Nasza paczka przyjaciół z jednej klasy to min. 15 osób. Oprócz tego spotykamy się również z ludźmi z innych klas i roczników z Nowodworka. To pewne, że Nowodworek łączy ludzi, a przyjaźnie tam zawarte pozostaną nam na lata:)

Michał: To trudne pytanie. Mamy to szczęście, że stając się małżeństwem, a wcześniej parą, bardzo dobrze się znaliśmy. Myślę, że bardzo ważne jest to, że cieszą nas te same rzeczy, mamy wspólne zainteresowania i lubimy spędzać ze sobą czas. Paulina: Rzeczywiście trudne pytanie :) Miłość i przyjaźń to świetne połączenie i strasznie się cieszę, że mam w Michale męża, przyjaciela i towarzysza przygód :)

Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia?

Słyszałam, że braliście ślub w Kościele Mariackim, a udzielał go ksiądz Jeleń. Czy to był perfekcyjny dzień?

Nie. Bardzo szybko się zaprzyjaźniliśmy, lubiliśmy podobne rzeczy, wspólnie spędzaliśmy czas, ale miłość pojawiła się z czasem. To naprawdę super zakochać się w dobrym przyjacielu!

Michał: Oczywiście, że ślubu udzielał nam ksiądz Jeleń! Nie mogło być inaczej. Z księdzem zaprzyjaźniliśmy się już w Nowodworku i do dziś utrzymujemy przyjacielskie kontakty :) Ślub był pod koniec grudnia, zaraz przed sylwestrem,

21


ale trafiliśmy na słoneczną, niemal wiosenną pogodę.

Byłam lekko zdziwiona z wyboru miejsca, ale Michał stwierdził, że to tak na odmianę. Weszliśmy więc do środka, miła pani wydała nam klucze i życzyła miłego pobytu. Dotarliśmy pod drzwi pokoju, otwieramy, wnosimy bagaże, a tu na stoliczku wita nas butelka szampana, dwa kieliszki i płatki róż rozsypane po pokoju. Michał powiedział, że to taka niespodzianka od hotelu na Mikołajki. Więc niczego nieświadoma stwierdziłam, że super taka niespodzianka :D Michał powiedział, że on też ma dla mnie prezent mikołajkowy i czy wolę go dostać od razu czy za dwa dni w dzień Mikołajek. Troszkę się zdenerwowałam, gdyż ja, zgodnie z umową, nic nie kupiłam. No ale stwierdziłam, że skoro Michał coś ma, to wolę od razu dostać :) Zgodnie z prośbą zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam na pierwszym planie pokazał mi się pierścionek zaręczynowy.

Paulina: Ślub był super! Ksiądz Jeleń spisał się na medal, przyszło bardzo dużo ludzi, była cała masa przyjaciół z liceum - z taką ekipą nie było mowy o żadnym stresie. Zaraz po hucznym weselu (dosłownie prosto z wesela) pojechaliśmy na sylwestra, gdzie razem z przyjaciółmi oddaliśmy się dalszemu, kilkudniowemu świętowaniu. To był zdecydowanie perfekcyjny dzień! Zabawna/ romantyczna historia. Paulina: Pierwszą taką historią, która przychodzi mi do głowy można nazwać zabawno-romantyczną. Mikołajki dwa lata temu postanowiliśmy spędzić w Zakopanem, gdyż oboje mamy stamtąd świetne wspomnienia i uwielbiamy to miejsce. Ustaliliśmy, ze wyjazd będzie już prezentem dla obojga, więc innych prezentów już sobie nie kupujemy. Michał powiedział, że on zajmie się znalezieniem noclegu. Gdy w piątkowy wieczór dotarliśmy do Zakopanego, okazało się, że nocujemy w bardzo fajnym hotelu (co nigdy wczesniej nam się nie zdarzyło, gdyż preferujemy schroniska, góralskie chaty i raczej tego typu klimaty)

Michał: No i taka oto historia Zakopiańskich mikołajek! Złota myśl walentynkowa Trzeba starać się, żeby walentynki były codziennie, a nie tylko 14 lutego. Klaudia Majerańczyk

22


Szkoła

KPO - konkurs piosenki obcojęzycznej

27 stycznia odbyła się kolejna edycja konkursu piosenki obcojęzycznej. Co roku gromadzi on rzesze utalentowanych wokalistów i zespołów, pragnących zaprezentować swoje umiejętności i talenty wokalne i muzyczne.

profesor Ryszard Źróbek, dyrygent naszego utalentowanego Chóru Nowodworskiego. Jako przedstawicielka Uczniów w jury zasiadła również Marcelina Stempak, uczennica klasy IIIA2. Zaprezentowania uczestników i zabawiania publiczności podjęli się Klaudia Majerańczyk i Jakub Seweryn, którzy bardzo dobrze spisali się w roli konferansjerów. Oznajmili, że każda osoba/zespół wykona po dwie piosenki, każdą w innym języku. Niespodzianką okazał się fakt, że niektóre z nich obok angielskiego, francuskiego czy włoskiego będą wykonane po japońsku, a nawet galijsku! Tuż przed pierwszym występem głos zabrała Pani Dyrektor Małgorzata Horbaczewska,

W tym roku nie mogło być inaczej. Do I etapu konkursu zgłosiło się wielu wykonawców, którzy zechcieli pokazać szerszej publiczności swoje uzdolnienia. O wynikach konkursu miało zadecydować jury pod przewodnictwem Pani Dyrektor Małgorzaty Horbaczewskiej. W jego skład weszli również: Panie profesor Sylwia Dulian i Katarzyna ŻywieckaGórka, Pan profesor Paweł Barchanowicz i

23


życząc udanych występów i braku tremy.

Qui” Enrico Moricone i Elissy Toffoli. Lirycznie, ze spokojem wyśpiewała kolejne dźwięki. Na gitarze akompaniowała jej Weronika Leszczyk. Następny występ podniósł zgromadzonych z krzeseł. Agnieszka Potera, uczennica klasy 2D wykonała piosenkę „Je ne sais pas porquoi” Kylie Minogue i kultowy przebój lata sprzed paru lat„Kanikuły” zespołu Bum w języku rosyjskim. To właśnie przy tym utworze kilka osób wstało z miejsc i porwało się do tańca przed sceną. Pozostali śpiewali razem zAgnieszką, klaskali w rytm piosenki, a potem nagrodzili ją gromkimi oklaskami za występ. Ten żywiołowy utwór był przedsmakiem występu „szkolnej gwiazdy”Karoliny Kamińskiej z klasy 3F, która wykonała „Wreckling ball” Miley Cyrus (niestety bez kuli, ku niezadowoleniu jednego z panów siedzących na widowni) oraz w języku hiszpańskim „Titanium” wokalistki Sii. Widownia nagrodziła ją ogromnymi brawami. Następnie na scenie pojawiła się smukła blondynka o ładnym głosiepierwszoklasistka Gaja Cetnar i wykonała „My jolly saflor bold” oraz „Le belle et le blues” Brigitte Bardot. Potem Dagmara Strączek z klasy 2D zaśpiewała znane „Somewhere over the rainbow” Judy Garland i Gianny Nannini „Merawiloza Kreatura”. Jako ostatnia solistka wystąpiła Ala Czarnik z klasy 3C2, zwyciężczyni zeszłorocznej edycji Konkursu Piosenki Polskiej z piosenką Nelly Furtado „Dar” oraz wykonywany już utwór „Titanium” Sii. Akompaniowała jej Joanna Klimczak z 2F. Jej występ to była wisienka na torcie, podsumowanie wszystkich wykonań, a tym samym potwierdzenie faktu, iż w Nowodworku są niezwykle utalentowane dziewczęta.

Na początek mogliśmy usłyszeć występ zespołu Malament. Kilka chwil przed występem okazało się, iż główny wokalista Jerzy Wolf niestety się nie pojawi. Udział zespołu w składzie Tytus Maciejowski (2C), Marek Żurkowski i Jaromir Rusnak (2H), Diana Rosa (2E), a także Łukasz Piotrak stanął więc pod znakiem zapytania, na szczęście uratował ich Fryderyk Zoll, który poradził sobie znakomicie jak na kilkuminutowe przygotowanie i porwał publiczność swoim wytępem. Wykonał „Amerika” oraz „Ohne dich” zespołu Rammstein. Następnie przyszedł czas na występy solistek, gdyż żaden wykonawca płci przeciwnej nie ośmielił się w tym roku wystąpić w pojedynkę. Dominika Górecka z klasy 1K wykonała utwór Eltona Johna „Your song” oraz „Pour Que tu m’aimes encore” Celine Dion. Swoim delikatnym głosem urzekła słuchaczy. Następnie Olga Startek również z klasy 1K wykonała utwory „May it be” Eny’i akompaniując sobie na fortepianie oraz niespodziankę w języku japońskim „Forever Love” zespołu X-Japan. Jako trzecia wystąpiła Estera Florek z klasy 2E, która wcieliła się w Bjork w piosence „It’s oh so quiet” i Celine Dion w wykonywanej już wcześniej piosence „Pour Que tu m’aimes encore”. Szczególnie pierwsza piosenka przypadła publiczności do gustu, gdyż było tam wiele wstawek głosowych które chętnie powtarzała. Na koniec Estera otrzymała duże oklaski, wzmocnione okrzyki aprobaty. Akompaniowała jej Kamila Gregorczyk z klasy 2D. Z wysoko postawioną poprzeczką musiała zmierzyć się Joanna Dudek z klasy 2C, która wykonała kultowy przebój „Let it be” Beatlesów oraz w języku włoskim „Ancora

24


Następnie przyszedł czas na zespoły. Drugą turę konkursu rozpoczął CloseEnough w składzie: Julka Furmanik i Jakub Poniedziałek z klasy 2F, Piotr Cieślik z 1B oraz Maciej Jakubek z VIII LO. Zaprezentowali „Love in a trashcan” The Raveonettes oraz w języku francuskim „Bb brunes” Dis moi. Jako kolejny wystąpił zespół Whatever złożony z uczniów klasy 1BSzymona Lichonia, Jana Łaneckiego, Kuby Wielgórskiego oraz Kuby Turaja. Zespół ten bardzo spodobał się publiczności, ich zgranie i pasja były widoczne gołym okiem. Wykonali „Fade to black” Metallici i nietypowo, bo w języku węgierskim „Dziewczyna o perłowych włosach” zespołu Omega. Kolejna grupa- Black Rainbow w składzie: Magdalena Kołodziej z klasy 2A, Weronika Leszczyk z 2C, Julia Wojas z 3A2, Norbert Gacek z 1E, Aleknsandra Burzyńska z III Społecznego LO oraz Marlena Homel z Technikum Łączności wykonał „How you remind me” NickelBack oraz „D’etre a la hauteur” Emmanuela Moire. Nadszedł czas na ostatni zespół! „Wiener Blut” zespołu Rammstein oraz „Tnt” AC/DC to utwory które zaprezentował zespół Chaos Theory w składzie Michał Piech (3D), Diana Rosa (2E), Fryderyk Zoll (3B) i Franciszek Szczawiński (2K). Z reakcji publiczności można było wywnioskować, że był to najbardziej porywający występ tego dnia. Fryderyk na koniec rozbudził publiczność swoimi wykonaniami, wspierany przez świetnych gitarzystów (Diana Rosa spisała się znakomicie).

jury, Profesor Małgorzata Horbaczewska, by ogłosić wyniki, cała aula zamilkła. Pani Dyrektor ogłosiła, iż narada była bardzo burzliwa i emocjonująca, podziękowała za wspaniałe występy i wszystkim pogratulowała, a także ogłosiła, że do drugiego etapu konkursu, który odbędzie się 14 marca w Rotundzie przechodzą WSZYSCY. Konferansjerzy podziękowali Pani profesor Halinie Tylibie za organizację całego przedsięwzięcia, osobom aktywnie jej pomagającym, zgromadzonym za udział a także pogratulowali uczestnikom. Karolina Czaplak zdjęcia Maciek Bernaś

Niestety, był to już ostatni konkursowy występ przed naradą jury. Aby nikt się nie nudził w jej trakcie ponownie wystąpiła Karolina Kamińska z piosenką „Hero”, Estera Florek „It’s oh so quiet” oraz Agnieszka Potera z nieśmiertelnymi „Kanikułami”. Gdy na scenę wyszła przewodnicząca

25


Muzyka

Muzyczne yin - yang

Led Zeppelin - jedna z największych grup w historii światowego rocka. Nie ma chyba na świecie osoby, która nie znałaby choć jednego utworu lub nie kojarzyła chociaż ich nazwy. W tym wydaniu chciałbym napisać o tym gigancie rocka, którego chwała trwa nieprzerwanie od 40 lat, opowiedzieć ich historię i przybliżyć nieco mniej popularne utwory. Dzieje czwórki geniuszy jako zespołu rozpoczynają się w roku 1968 kiedy to Jimmy Page, jeden z bardziej znanych w ówczesnych czasach gitarzystów sesyjnych, postanowił założyć własny zespół. Jak on sam określał, ich styl miał być połączeniem „bluesa, hard rocka i akustycznego grania, uzupełnionego mocnymi, chwytliwymi refrenami”. Pierwszym elementem układanki stał się John Paul Jones,

kolejny wzięty muzyk sesyjny, grający na basie i instrumentach klawiszowych, który był już znudzony takim stanem rzeczy i gwałtownie potrzebował zmiany. Pozostałe dwa elementy, zostały dodane niejako w pakiecie - John Bonham na perkusji i Robert Plant na wokalu, grali niegdyś razem. Popularny „Bonzo” został przez Page’a określony jako „nadczłowiek”, natomiast Plant z ogromną skalą głosu, równie szybko zadomowił się w składzie. Nie potrzebowali wiele czasu aby się zgrać. Zaledwie po kilku tygodniach prób i miesięcznym tournee po Skandynawii, przystąpili do nagrywania płyty. W ciągu 30 godzin powstał znakomity materiał, który trafił na longplay „Led Zeppelin”. Zgodnie z filozofią Page’a - „yin-yang”, znalazły się tam ostre

26


rockowe „miazgi”, jak również utrzymane w folkowym klimacie balladki. Jednak to nie ten album, a późniejsza trasa koncertowa, w trakcie trwania której skomponowany został następny krążek, rozsławiła kwartet. Wydany w tym samym roku (!) co poprzednik „Led Zeppelin II” dzięki m.in. „Whole Lotta Love” zapisał się w kanonie historii rocka. W momencie wydania tego dysku, krytycy którzy wcześniej przemilczeli sukcesy młodego zespołu, musieli zacząć się z nim liczyć. Po niezwykle efektownych jak na tamte czasy i przepełnionych improwizacjami koncertach, trwających w większości nawet po trzy godziny, wieść o Zeppelinach docierała na wszystkie

W tym momencie świat na ich punkcie oszalał. „Czwórka” jest trzecim albumem na świecie pod względem liczby sprzedanych egzemplarzy, tylko w USA kupiono ją 203 miliony razy! Po kosmicznym sukcesie wyruszyli w trasę koncertową, na której ustanowili nowy rekord frekwencji na jednym występie, przebijając tym samym Beatlesów. Dwa lata później, w 1973 wydany został krążek „Houses of the Holy”, który co prawda żadnym utworem nie przyćmiewa wcześniejszych dokonań, ale jest doskonałą kontynuacją ich kariery. Jest jedną z bardziej zawiłych płyt, jednak nie ma tego jednego epickiego motywu, który pociągnąłby całość do przodu. Oprawa występów, została

kontynenty. Byli wyjątkowi, ponieważ żaden z ich występów nie był taki sam. Ich muzyka przez cały czas ewoluowała, a ich improwizacje na scenie trwały nawet do czterech godzin i jak sami mówili ich interakcja dochodziła do granic telepatii. Jednak i ten okres musiał się kiedyś skończyć. Page i Plant postanowili wyjechać razem na walijską wieś w ramach wakacji. Spokój, który tam panował ogarnął również ich i w ten sposób powstał bardziej akustyczny album „ Led Zeppelin III” wydany w 1970 roku. Oczywiście nie brak tam również ostrzejszych smaczków w rodzaju „Imigrant Song”, ale całość jest raczej utrzymana Po powrocie z kolejnych występów muzycy próbowali ponownie wejść do studia, ale zdecydowanie czegoś im brakowało. Wtedy Jimmy zaproponował wyjazd do starego, kamiennego, podobno nawiedzonego domostwa w walijskich górach i zastosowania ruchomego studia. Tam właśnie powstały epokowe utwory na bezimienną płytę nazywaną współcześnie „Led Zeppelin IV”. „Black Dog”, „Stairway to Heaven” i „Rock and Roll” są efektem pracy w starym kamiennym zamczysku.

starannie przemyślana i dopracowana. Page przywdziewał swoje specjalnie uszyte kostiumy, na scenie leżał suchy lód, a kule świetlne i efekty wizualne zapewniały wręcz magiczne wrażenie. Jak mówił gitarzysta były to „dni czystego hedonizmu”. Muzycy prowadzili iście rockandrollowe życie- alkohol lał się strumieniami, a narkotyki były na porządku dziennym. Podobno adrenalina była tak wielka, że Jimmy nie był w stanie spać przez 5 dni! Trasa została upamiętniona koncertówką „The Song Remains the Same” nagraną w Nowym Jorku. Po trasie, pod każdym względem szalonej, Led Zeppelin zamilkło aż na 1,5 roku. W tym czasie muzycy wypoczywali w kręgu rodziny i „ładowali akumulatory” przed powrotem z wysokiego C. Dwupłytowe „Physical Graffiti” z 1975 r. z utworami takimi jak „Kashmir” i „Trampled Under Foot” wprowadziło zespół po raz kolejny na wyżyny. W trasie muzycy jako pierwsi zastosowali telebimy i na tyle mocne nagłośnienie aby było ich słychać nawet na końcu sali. Jak stwierdził Bonham, były to najlepsze koncerty Led Zeppelin w całej historii. Zespół był uwielbiany, a popyt

27


tak wielki, że przez pięć wieczorów z rzędu wszystkie 18000 biletów w jednej z londyńskich hal zostało wyprzedanych.Niestety, wszystko - co piękne - szybko się kończy. Aby nie stracić całych zarobionych pieniędzy przez wysoki podatek dochodowy, muzycy musieli wyjechać na przymusowe wakacje. W tym czasie Plant pojechał na Rodos, gdzie doznał poważnego wypadku samochodowego jadąc z żoną i z dziećmi. Istniało ryzyko, że wokalista nie będzie w stanie już nigdy chodzić o własnych siłach. Zespół, aby nie stracić jedności i stworzyć więcej wyjechał do Monachium, gdzie zaledwie w 18 dni i - z poruszającym się na wózku inwalidzkim frontmanem - nagrał kolejnego longplaya - „Presence”. Jest to najbardziej surowy i hardrockowy materiał spośród wszystkich, jakie kiedykolwiek nagrali. Nazywana jest przez wykonawców „krzykiem z otchłani” i jest najtrudniejszy w odbiorze z dotychczas wydanych. Niestety, trasa koncertowa nie wchodziła w grę z uwagi na rekonwalescenta, dlatego po wydaniu płyty doszło do kolejnej przerwy. W 1978 r. wszyscy nareszcie zdrowi z nową werwą zabrali się za tworzenie nowych dzieł. Niestety, album

„In Through the Out Door”, według mnie, nie przyniósł „rewelacji”, a tylko „All My Love” może zostać przypisane do kategorii „dobre”, reszta była najwyżej „poprawna”. Pomimo słabszej oceny prasy muzycznej, Zeppelini dla nadania rozgłosu swojemu wielkiemu „comebackowi”, postanowili zorganizować ogromną imprezę. Dwa koncerty w Knebworth Park zagrane w odstępie jednego tygodnia oglądało aż 100 tys. widzów. Dzięki entuzjastycznemu przyjęciu odżyła chęć dalszych występów pod tym szyldem. Zaplanowana została trasa po USA, kiedy nadszedł 24 września 1980 roku. W ramach prób zespół zgrywał się przez cały dzień. W tym czasie „Bonzo” nie stronił od kieliszka. Wieczorem, gdy już ledwo stał na nogach, został odprowadzony do sypialni, gdzie po kilku godzinach doszło u niego do zatrzymania akcji serca. Przyczyną śmierci było uduszenie się własnymi wymiocinami. 4 grudnia 1980 roku pozostali muzycy zakończyli działalność. Jeden z największych, najbardziej znanych i wirtuozerskich zespołów w historii rocka przestał istnieć… Mikołaj Bać

28


Ludzie

Wywiad ze Zbigniewem Nowakowskim Współpracuje m.in. z Wyższą Szkołą Europejską im. Ks. Józefa Tischnera czy Wyższą Szkołą Zarządzania i Bankowości w Krakowie. Z wykształcenia jest magistrem ekonomii, ale także chociażby bibliotekoznawstwa i psychologii. Zbigniew Nowakowski – nauczyciel podstaw przedsiębiorczości, aktywnie angażujący się w inicjatywy uczniowskie w

podstawach gospodarki, ale także umiejętność radzenia sobie w życiu, myślenie z innego punktu widzenia. A i K: Jakie cechy, według Pana, powinien posiadać prawdziwy przedsiębiorca? Z.N.: Na pewno poczucie własnej wartości, inteligencję, elokwencję, komunikatywność. Przedsiębiorca powinien posiadać cel, do którego dąży, umieć podejmować decyzje i umiarkowane ryzyko.

naszym liceum dla Was opowiada o szkole, biznesie i swoich pasjach. A i K: Dlaczego został Pan nauczycielem przedsiębiorczości?

A i K: Czy uważa Pan, że uczniowie naszej szkoły posiadają cechy potrzebne przyszłym przedsiębiorcom?

Z.N.: Przede wszystkim dlatego, że mam wykształcenie ekonomiczne J. Poza tym lubię pracę z młodzieżą.

Z.N.: Tak. Najlepszym na to przykładem są uczniowie, którzy brali udział w olimpiadzie ekonomicznej i osiągali tam sukces. Później dostawali się na uczelnie ekonomiczne i już na pierwszym, drugim roku studiów prowadzili działalność gospodarczą. Można to też zauważyć wśród kandydatów na prezydenta samorządu – podczas swoich kampanii wykazują się elokwencją, odwagą, muszą wiedzieć czego chcą. Osoby przedsiębiorcze łatwo jest rozpoznać wśród uczniów, ponieważ są to ludzie odważni, udzielają się.

A i K: Jak to się stało że zaczął Pan uczyć w Nowodworku? Z.N.: Ukończyłem kilka uczelni i szukałem pracy w lepszych szkołach. Tak się złożyło, że w Nowodworku szukano nowego nauczyciela przedsiębiorczości, a ja pokonałem konkurencję. A i K: Co chce Pan przekazać swoim uczniom? Z.N.: Przede wszystkim, żeby nie myśleli, że przedsiębiorczość to tylko kolejny przedmiot szkolny, ale aby zrozumieli, że jest to szansa, na zdobycie wiedzy, z której będą korzystać przez całe życie. Przedsiębiorczość to nauka o

A i K: Czy uważa Pan, że uczniowie w trakcie zaledwie rocznego cyklu nauczania przedsiębiorczości są w stanie przyswoić najważniejsze informacje?

29


Z.N.: Każdy system ma swoje wady i zalety. Przedtem przedsiębiorczość była w trzeciej klasie. Uczniowie byli bardziej dojrzali, ale było bardzo mało czasu na jej realizację ze względu na powtórki, próbne matury, krótszy rok szkolny. Przy dwóch godzinach w pierwszej klasie niektóre osoby mogą podchodzić do przedsiębiorczości, jak do przedmiotu niepotrzebnego, wtedy jeszcze nie zwraca się takiej uwagi na przyszłość. Ale z drugiej strony uczniowie mają więcej czasu i jeśli ktoś zauważy, że ma talent, to jest szansa na jego rozwinięcie poprzez udział w olimpiadach w drugiej i trzeciej klasie. Według mnie najbardziej korzystne byłoby rozdzielenie

założenia firmy, ale czekam z nadzieją, że poprawi się stan naszej gospodarki, przepisów, regulacji. To mnie hamuje. Musiałbym też rozważyć kwestię czy rezygnować ze szkoły czy starać się pogodzić nauczanie z biznesem. Nie jestem typem, który podejmuje pracę dla zysku. Miałem możliwość pracy w bardzo dobrych firmach, nawet z takimi współpracowałem, ale od pieniędzy ważniejsze jest dla mnie czerpanie z pracy satysfakcji. A i K: Jak najchętniej spędza Pan wolny czas?

przedsiębiorczości na pierwszą i drugą klasę, po jednej godzinie tygodniowo.

Z.N.: Może to trochę dziwne, bo to raczej charakterystyczne dla humanistów, ale najbardziej lubię teatr, operę, dobre kino, no i góry.

A i K: Jak ocenia Pan polski świat biznesu?

A i K: Co sprawia Panu największą radość?

Z.N.: Jest trochę „chory”. Przepisy są bardzo skomplikowane i często niejasne. Co chwilę wprowadza się jakieś nowe przepisy, regulacje. Przedsiębiorcy się w nich gubią. Pomimo obietnic polityków nadal jest duża biurokracja. Biznes powoli się rozwija, ale nie ma jeszcze takich warunków jak na Zachodzie.Jesteśmy raczej na średnim poziomie.

Z.N.: Oczywiście sukcesy uczniów. Dużą satysfakcję dało mi ukończenie uczelni mimo, że miałem wiele obowiązków. Cieszy mnie też dobry kontakt z uczniami. Obecnie mam bardzo dobre relacje z moją klasą IG, z którą się bardzo dobrze dogadujemy i to sprawia mi ogromną radość. Karolina Zając i Agnieszka Orszulak

A i K: Czy ma Pan swoją ulubioną postać ze świata biznesu, którą postawiłby Pan za przykład dla innych początkujących przedsiębiorców? Z.N.: Nie zastanawiałem się nad tym, ale raczej nie. Chyba nie mam takiej osoby. A i K: Czy myślał Pan o założeniu własnej firmy lub pracy w korporacji? Z.N.: Tak. Miałem i ciągle mam pomysł odnośnie

30


Nauka

Nowinki Żywy dom? Teraz to możliwe.

rzeczywiście „żyły”. Mitchell Joachim, profesor New York University, dąży do stworzenia budynku z materiałów biologicznych. Jedną z koncepcji domu z „mięsa”, jak mówi sam profesor, jest Fab Tree Hab – skonstruowany z rosnących na specjalnych rusztowaniach drzew.

Naukowcy i artyści od wieków inspirują się naturą. To dzięki obserwacji zwierząt powstały samoloty i łodzie podwodne. Teraz natura może „przyczynić się” do budowania ekologicznych, żywych domów. Pionierem podpatrzonej u zwierząt architektury jest Mick Pearce. Architekt stworzył biurowiec z podziemnymi komorami, magazynującymi zimne nocne powietrze. Ochładzanie nim budynku spowodowało znaczną oszczędność energii. Tę innowację zawdzięcza termitom, które w bardzo podobny sposób regulują temperaturę w swoich kopcach. Innym budynkiem inspirowanym przyrodą jest Esplanade – Theatres on the Bay. Jego fasada jest pokryta łuskami, otwierającymi się pod wpływem światła.

Fab Tree Hub Mitchell Joachim i jego uczeń Oliver Medvedik nie są jedynymi entuzjastami ożywionej architektury. Projekty innych naukowców są równie śmiałe. Na przykład badacze z uniwersytetu w Odense stworzyli protokomórki, pobierające dwutlenek węgla i wydzielające węglan wapnia. Mogłyby tworzyć wapienne budowle, przypominające strukturą rafy. Dodatkową zaletą byłoby oczyszczanie powietrza. Oddychające domy nie są jednak najodważniejszymi projektami. Pomysły

Jednak architektom nie wystarcza już ten sposób odwzorowania natury – pragną, żeby domy

31


Matematyka może być piękna

niektórych architektów wyglądają jak wyjęte z filmu science-fiction. Przykładem może być Solar City Tower – ogromna wieża energetyczna w kształcie wodospadu. Jej projekty są już gotowe, a architekci planują ją wykorzystać już w roku 2016. Warto wspomnieć również o minimiastach, odbijających promienie słoneczne i ochładzających Arktykę, projektu Dereka Pirozziego. Niezwykła jest też konstrukcja do oczyszczenia miasta New Delhi - w kształcie koła o średnicy około 200 m z turbiną wiatrową w środku, ze szklarniami pełnymi roślin i panelami słonecznymi.

Być może usłyszeliście kiedyś opinię, że wzory matematyczne są piękne. Badania naukowców Wellcome Laboratory of Neurobiology University College London to potwierdzają. W jaki sposób naukowcy doszli do takich wniosków? Za pomocą rezonansu magnetycznego przebadano mózgi 15 matematyków, pokazując im przy tym wzory, które wcześniej ocenili jako piękne lub brzydkie. Stwierdzono, że podczas oglądania ładnych wzorów mózgi matematyków wykazywały podobną aktywność, jak podczas oglądania dzieł sztuki lub słuchania muzyki. A jak wygląda najpiękniejszy według matematyków wzór? Jest nim tożsamość (wzór) Eulera:

„Płuca” New Delhi Być może te niezwykłe projekty już niedługo zagoszczą w miastach na całym świecie. Chociaż na razie wydają się tylko pięknymi utopiami, mogą w przyszłości przyczynić się do uratowania naszej planety i poprawy życia wielu ludzi.

32


Wzruszająca skamieniałość

Zorza polarna na Saturnie

Archeolodzy z Chin, Stanów Zjednoczonych i Włoch przez przypadek natrafili na nietypową skamieniałość. Są nią szczątki samicy z rodzaju Czaohuzaur, która zginęła wydając na świat młode. Jest to prawdopodobnie najstarszy przykład żyworodności. Być może zmieni on sposób myślenia naukowców o żyworodności – dotychczas sądzono, że pojawiła się u znacznie bardziej zaawansowanych ewolucyjnie zwierząt morskich. Natomiast znalezisko pozwala przypuszczać, że odziedziczyły ją po lądowych przodkach.

Naukowcy z NASA przeanalizowali zdjęcia wykonane w kwietniu i maju zeszłego roku przez sondę Cassini oraz Teleskop Kosmiczny Hubble’a. Udało im się zaobserwować, jak tworzy się zorza. Zorze Saturna są bardzo zmienne. Ich kolor różni się od zorzy ziemskich – są czerwone i purpurowe, natomiast ziemskie – zielone i czerwone. Jest to związane z różnym składem atmosfery obu planet. W gazowej powłoce Saturna dominuje wodór. Naukowcy zauważyli również zależności związane ze zmianą pola magnetycznego. Niedawne zdjęcia pokazują zorzę przesuwającą się zgodnie z ruchem jednego z księżyców Saturna. Na fotografiach obserwowanych wcześniej zauważono synchronizację z innym księżycem. Eksperci liczą na to, że po przejściu Słońca w kolejną fazę zwiększonej aktywności zorze będą łatwiejsze do obserwacji.

Na rysunku kolorami zaznaczono, które kości należą do danego zwierzęcia. Kości matki mają kolor czarny, zielony i niebieski, urodzone młode czerwony, a płody żółty i pomarańczowy.

Łucja Hudy

33


Nasz tajemniczy krewniak neandertalczyk „Współczesna” historia neandertalczyka rozpoczyna się w 1856 r. Włoscy robotnicy, wysadzający wapień w kamieniołomie w Dolinie Neandra (po niemiecku: Neander Tal) w pobliżu Düsseldorfu natrafili na stare kości. Miejscowy nauczyciel, a zarazem pasjonat historii naturalnej, stwierdził, że pozostałości szkieletu nie należały do zwierzęcia, lecz do nieznanego gatunku człowieka. Opinia publiczna długo nie mogła się z tym pogodzić. Ukazanie się prac Darwina dotyczących ewolucji bynajmniej nie ułatwiała pogodzenia się z istnieniem „krewniaka” o małpich cechach. Potwierdza to na przykład opinia francuskiego antropologa, Marcellina Boule’a z początków XX wieku. Przypuszczano, że neandertalczyk nie potrafił przystosować się do nowych warunków i dlatego wyginął około 30 000 lat temu. Inni uważali, że stał na znacznie niższym poziomie ewolucyjnym od Homo sapiens (kromaniończyka). Neandertalczyk nieatrakcyjnie.

istotnie

mógł

zaznaczono wyróżniające neandertalczyka cechy. Wyraźnie widoczne jest niskie czoło, żuchwa bez zarysowanej bródki, potężny wał nadoczodołowy, wyrostek potyliczny oraz bardzo silne szczęki z ogromnymi zębami.

Również jego ciało odróżniało go od Homo sapiens. Neandertalczyk był masywny i krępy. Średni wzrost mężczyzn to 1,65 m, a waga – 8090 kg. Miał również bardzo rozwinięte mięśnie klatki piersiowej, ramion i barków. Tak potężna budowa pozwalała mu przetrwać ciężkie zimy w okresie zlodowaceń.

wyglądać

A co z jego intelektem? Według badań neandertalczyk nie był „tępą małpą”. O inteligencji przedstawicieli tego gatunku świadczy nie tylko duża pojemność mózgoczaszki (średnio 1600 cm3; u człowieka współczesnego – 1450 cm3).Wykopaliska potwierdzają co prawda, że ich technika

Charakterystyczna jest przede wszystkim budowa czaszki. Na powyższym rysunku

34


nie była na aż tak wysokim poziomie jak u kromaniończyków, jednak neandertalczyk również był zdolny do wytwarzania narzędzi.

wskazać przyczynę wyginięcia pierwszego z nich.Niektórzy naukowcy przypuszczają, że zmniejszenie liczby zwierząt po kolejnym zlodowaceniu zaostrzyło konkurencję pomiędzy kromaniończykiem a neandertalczykiem. Homo sapiens wydaje się sprawniejszym myśliwym i lepszym wynalazcą – to on stworzył pierwszą broń o dalekim zasięgu. Neandertalczycy walczyli ze swoimi ofiarami wręcz, wyłącznie przy użyciu kamiennych ostrzy, co skutkowało większymi obrażeniami i rzadziej kończyło się sukcesem.

Zadziwia również ich wysoki poziom kultury. Neandertalczycy byli prawdopodobnie pierwszymi ludźmi, którzy grzebali zmarłych. W niektórych grobach znaleziono nawet ślady barwników oraz pyłków kwiatowych. Neandertalczycy mogli być też pionierami gry na instrumentach, śpiewu i tańca. Odnaleziono flet zrobiony z kości udowej młodego niedźwiedzia z wywierconymi otworkami.

Jednak inne wykopaliska wskazują, że na krótko po pojawieniu się Homo sapiens w Europie neandertalczycy nauczyli się wytwarzać narzędzia znacznie bardziej zaawansowane niż dotychczasowe. Czyżby nauczyli się tego od nowych krewniaków?Odpowiedź na pytanie o wzajemne powiązanie Homo sapiens i neandertalczyka jest tym trudniejsza, że naukowcy spierają się o ich pokrewieństwo. Według niektórych hipotez neandertalczyk jest podgatunkiem Homo sapiens. Inna, częściej spotykana, sugeruje, że na skutek życia na odciętych od świata obszarach, w DNA neandertalczyka zaszły zmiany, które uniemożliwiły mu krzyżowanie się z przedstawicielami innych gatunków. Przeczy temu jednak znalezisko z Portugalii – szczątki kilkuletniego chłopca o cechach ludzkoneandertalskich.Sposób życia oraz gwałtowne wyginięcie neandertalczyka to wciąż wielka zagadka nauki.

Również ich struktura społeczna była złożona i „przemyślana”. Życie w grupach oraz polowanie wymagało dobrej organizacji. Przy okazji warto wspomnieć, że neandertalczyk posiadał zdolność mowy. Naukowcy przez wiele lat przypuszczali, że jego krtań jest położona zbyt wysoko, żeby mógł artykułować niektóre dźwięki (głównie samogłoski). Dopiero w 1989 r., po odkryciu kolejnych kości, stwierdzono, że krtań była położona na tej samej wysokości, co u Homo sapiens. W jaki więc sposób tak zaawansowany pod wieloma względami gatunek mógł wyginąć? O niektórych hipotezach wspomniałam już we wstępie.Faktem jest, że neandertalczyk i Homo sapiens żyli razem w Europie przez około 10 000 lat. Jakie relacje panowały między nimi? Odpowiedź na to pytanie mogłaby również

Być może niedługo naukowcy odkryją coś, co pozwoli nam zapełnić luki w wiedzy i wreszcie poznamy prawdę o naszym tajemniczym krewniaku. Łucja Hudy

35


Sport

Kilka słów o polskiej arenie motosportu

W ostatnich latach w świat sportów motorowych zaangażowało się wiele firm, które uznały, że sponsoring kierowców, jak i całych zespołów rajdowych, to doskonały sposób na promocję swoich marek. Dzięki temu pojawiły się fundusze, które są ogromnie ważnym czynnikiem wpływającym na rozwój tego sportu. Dla przykładu, koszt jednej rajdówki, spełniającej wymagania mistrzostw świata WRC to trzysta tysięcy złotych. Większe kwoty naturalnie pociągają za sobą większe możliwości dla zawodników i zespołów. Można startować w większej liczbie zawodów, odbywać większą liczbę treningów i zdobywać bezcenne doświadczenie. Powstało wiele programów sponsorskich, mających na celu wyłowienie nowych talentów, a w przyszłości świetnych zawodników. Wszystkie te czynniki doprowadziły do tego, że historia polskich sportów motorowych nieustannie rozwija się i wzbogaca.

Na świecie jest wielu polskich zawodników, którzy ścigają się w różnych kategoriach, począwszy od kartingów poprzez WRC, F1, na quadach i motocyklach skończywszy. Rajdowe Mistrzostwa Polski to ciąg rywalizacji na najwyższym poziomie. Najlepszym dowodem na to jest fakt, iż polscy zawodnicy w poszukiwaniu kolejnych doświadczeń wyjeżdżają do innych krajów lub nawet na inne kontynenty, gdzie opanowują i dominują w tamtejszych cyklach rajdowych. Obecnie jednym z najlepszych polskich rajdowców jest Kajetan Kajetanowicz. Niewątpliwie to największa polska nadzieja na przyszłość. W formule jeden, przez kilka sezonów ścigał się najbardziej rozpoznawalny Polski kierowca czyli Robert Kubica. Niestety, w 2011 roku po wypadku, w którym doznał bardzo poważnych urazów, został zmuszony do opuszczenia formuły pierwszej. Po zakończonym leczeniu i rehabilitacji rozpoczął serię startów w WRC2, już w pierwszym sezonie zdobył tytuł mistrza świata tejże serii, a jednocześnie

36


został najlepszym polskim kierowcą rajdowym, osiągając najwyższe miejsca w rajdach na tym poziomie. Za najlepszym reprezentantem Polski, uplasowali się: Machał Kościuszko i Krzysztof Hołowczyc.

którzy przestali już się ścigać albo, niestety, zginęli w wypadkach. Wielki rajdowiec Marian Bublewicz zginął w czasie rajdu Barbórki. Był wielokrotnym mistrzem Polski, który również odnosił sukcesy za granicą. Janusz Kulig, który zmarł wskutek wypadku komunikacyjnego na strzeżonym przejeździe kolejowym, był trzykrotnym mistrzem Polski z olbrzymimi szansami na podbój Europy. Czterokrotny mistrz polski, Tomasz Czopik zakończył już swoją karierę sportową. Założył szkołę bezpiecznej jazdy, w której uczy jak jeździć bezwypadkowo (czasami jeszcze startuje dla przyjemności w rajdach). Należy jeszcze wspomnieć o wspaniałych polskich pilotach rajdowych, o tych, o których często się zapomina, a przecież - gdyby nie oni - nie byłoby tak wielkich sukcesów w Polskim motorsporcie. Maciej Wisławski, Maciej i Jarosław Baran czy też Maciej Szczepaniak to jedni z największych, o których trzeba pamiętać.

Skoro o Krzysztofie Hołowczycu mowa, wspomnieć należy tegoroczny rajd Dakar. Był to najbardziej udany Dakar w historii startów polskich ekip. Cztery polskie załogi samochodowe znalazły się w pierwszej trzynastce. Hołek zajął 6 miejsce, Dąbrowski był 7, Kaczmarski 9, a Małysz, który jeszcze do niedawna był gwiazdą skoków, uplasował się na 13 pozycji. Epokowy wynik dla Polski w całej historii Dakaru ustanowił quadowiec Rafał Sonik, który zajął świetne, drugie miejsce. Nasz jedyny motocyklista w tym roku, Jakub Przygoński był szósty. Inny wielki polski talent sportów motorowych to motocyklista Tadeusz Taddy Błażusiak, który w swojej kategorii wygrywa wszystko, co tylko można: Enduro Extreme, Endurocross, FIM Indoor Enduro, Puchar Świata i Mistrzostwa Świata Enduro, a także wiele innych imprez nie zaliczanych do żadnych cyklów zawodów. Jeśli chodzi o jego starty w Polsce, można by rzec, iż zmiażdżył całą konkurencje i nikt nawet nie zbliżył się do jego poziomu. Po jego wielkich sukcesach wielu młodych ludzi zaczęło interesować się tym sportem. Kto wie, może będziemy mieli jego następcę? Nie można zapomnieć jeszcze o naszym wspaniałym, światowej sławy żużlu, w którym Polacy ustanawiają nowe rekordy zwycięstw i przechodzą do historii.

Filip Storożuk

Na zakończenie chciałbym jeszcze powiedzieć kilka słów o wielkich polskich kierowcach,

37


Muzyka

Muzyczne oblicza Australii Wracając do młodych artystów, tym razem nasz wzrok kierujemy w stronę Australii, skąd pochodzą nasi bohaterowie- trzech panów prezentujących różne odcienie muzyki niezależnej. Wszyscy należą do pozornie rożnych muzycznych światów, jednak łączy ich miłość do muzyki i talent do pisania świetnych piosenek. Przekonajcie się, o kogo chodzi.

Matt Corby Na pierwszy ogień idzie Matt Corby, który jest idealnym przykładem na to, że programy typu Talent Show nie są tylko wylęgarnią plastikowych gwiazdek. Zadebiutował w australijskiej edycji programu Idol, gdzie uplasował się na drugim miejscu. Od 2009 stale wydawał kolejne minialbumy, jednak dopiero wydawnictwo “Into The Flame” z 2012, a w szczególności utwór “Brother” przyniosły mu większy rozgłos. Trudno się dziwić, wystarczy posłuchać. Idealnie skomponowany utwór, z piękną, piekielnie chwytliwą melodią, eksponującą wszystko co najlepsze w wokalu Matta- moc i potęgę kontrastującą z delikatnością falsetu. Na ostatnich wydawnictwach Corby eksperymentuje, poszukując stylu, który najbardziej mu odpowiada. Słyszymy wyraźne inspiracje bluesem, soulem i folkiem, zarówno w balladach jak i utworach bardziej energetycznych. W swoim kraju Matt Corby ma już status gwiazdy, w Polsce, niestety, wciąż jest mało rozpoznawalny, a szkoda. Naprawdę warto zapoznać się z muzyką Australijczyka. http://www.youtube.com/watch?v=gpFG7DdjTbo

38


Ry X Kryjący się pod pseudonimem Ry X, Ry Cuming pokazuje, iż - nawet będąc zaangażowanym w wiele projektów - wciąż można nie zagubić swojej wizji i tworzyć muzykę równie interesującą w każdym z nich. Ry jest członkiem zespołu The Acid tworzącego szeroko pojętą muzykę elektroniczną. Muzycy nie boją się eksperymentować generując muzykę odważną, mroczną i wciągającą. Kolejny romans z elektroniką zalicza on w projekcie Howling, który tworzy z niemieckim producentem Frankiem Wiedemannem tym razem stawiając na taneczność i przebojowość. Jednak, według mnie, najefektowniej Ry X wypada jako artysta solowy. wystarczy sprawdzić zeszłoroczny minialbum “Berlin”. Pięknie napisane piosenki, utrzymane stylistyce folkowychrockowych ballad, pełne ślicznych harmonii. Na pierwszy plan wysuwa się wokal, Ry X posiada ciekawą, charakterystyczną barwę głosu, który jest równocześnie mocny i delikatny. Warto też zwrócić uwagę na, tak zwane “granie ciszą”, które przyczynia się do budowania napięcia w utworach. Warto przyjrzeć się, któremukolwiek z projektów, gwarantuję nie będziecie zawiedzeni. http://www.youtube.com/watch?v=cFXN20bpWtY

39


D.D Dumbo D.D Dumbo, czyli pochodzący z Castelmaine Oliver Perry to artysta na samym początku swojej kariery muzycznej. W zeszłym roku ukazała się epka zatytuowana po prostu “D.D Dumbo” na którą trafiło 5 utworów. Oliver tworzy muzykę mocno osadzoną w brzmieniach bluesowych, jednak wciąż znalazło się tu miejsce na uroczo funkujące “Dinghy”, czy rozmarzoną balladkę “Crying”. Najbardziej efektownym fragmentem wydawnictwa jest otwierające “Tropical Ocean”. Surowa gitara, głęboki, matowy głos, świetnie zaaranżowane chórki. Wszystko to składa się na świetny utwór utrzymany w “pustynnym” klimacie, od którego naprawdę ciężko się uwolnić. Miejcie na tego chłopaka oko, gdyż ma on potencjał, by stać się wielkim. http://www.youtube.com/watch?v=qG4DLc9Kotg Michał Strój

40


Syto Piecze Marcello Składniki na biszkopt czekoladowy: ·         7 jajek ·         1 szklanka drobnego cukru ·         pół szklanki mąki pszennej ·         pół szklanki kakao (można dać mniej, a w to miejsce dosypać mąki pszennej) ·         1/3 szklanki mąki ziemniaczanej ·         80 g czekolady gorzkiej startej na tarce o drobnych oczkach Białka oddzielić od żółtek i ubić na sztywno, pod koniec ubijania dodawać partiami cukier, ciągle ubijając. Dodać żółtka i dalej ubijać. Mąki wymieszać z kakao, czekoladą, dodać do masy jajecznej, wymieszać delikatnie, by masa nie opadła. Z gotowego ciasta biszkoptowego upiec 6 osobnych krążków (tortownica o średnicy 20 cm, wyłożona papierem do pieczenia). Każdy z nich należy piec przez około 8 minut w temperaturze 190ºC. Ostudzić. Składniki na krem czekoladowy: ·         250 g gorzkiej czekolady ·         pół szklanki mleka ·         250 g miękkiego masła ·         3/4 - 1 szklanki cukru pudru Miękkie masło utrzeć mikserem na najwyższych obrotach na białą, puszystą masę. Dodawać cukier, cały czas ubijając. Mleko podgrzewać, dodać do niego połamaną czekoladę, mieszać,  podgrzewając, by nie przywarła do garnka i się rozpuściła (starając się jak najkrócej trzymać na palniku). Lekko ciepłą czekoladę dodawać partiami do masy maślanej, cały czas miksując, by się nie zwarzyła. Odstawić do lodówki do zgęstnienia.

Ponadto: ·         300 g świeżych wiśni, odpestkowanych i przekrojonych (mogą być mrożone, lecz wcześniej należy je rozmrozić na bibułce, lub z kompotu, syropu, nalewki, itp.) Ostudzone krążki biszkoptu przekładać kremem czekoladowym i wiśniami. Dobrze jest nasączyć biszkopt ponczem (najlepiej użyć likier wiśniowy wymieszany z wodą, około 3/4 szklanki, choć osobiście z powodu braku wymieszałam wódkę z syropem wiśniowym oraz wodą). Przełożony tort schłodzić przez kilka godzin, a najlepiej przez 24 godziny. Przed podaniem polać czekoladą roztopioną w kąpieli wodnej (200 g) lub dowolnie udekorować. Ja do tego użyłam reszty kremu czekoladowego, gdyż nie wykorzystałam wcześniej całości do przekładania. Smacznego :)

41


Ziemniaczki marcepanowe

5.Z powstałej plastycznej masy formować małe kuleczki. Następnie delikatnie posmarować je kakaem. 6.Najlepiej przechowywaćw lodówce.

Składniki (źródło: domowe-wypieki ) 250 g migdałów 250 g cukru pudru 30 ml amaretto - dałam 40 ml pół łyżeczki aromatu migdałowego kakao Przygotowanie: 1.Migdały umieścić w naczyniu i zalać gorącą wodą. Odczekać 5 minut. 2.Po tym czasie należy je obrać. Skórka schodzi naprawdę łatwo. Wystarczy ściskać migdał na jednym końcu. Po obraniu osuszyć. 3.Migdały dokładnie zmielić. Ja w tym celu użyłam termomixa - 20 s/ obroty 7 4.Do powstałej masy dodać pozostałe składniki i dokładnie wymieszać. W termomixie interwał 3 minuty

42


,

!

43


Co w następnym numerze?

Wywiad z Maćkiem Bernasiem

The Nowodworek Times #2/2014  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you