Issuu on Google+


Modlitwa za Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Toruńskiej

DRODZY CZYTELNICY!

SPIS TREŚCI

O Panie Jezu, skieruj swoje wejrzenie na  nasze Wyższe Seminarium Duchowne w Toruniu, gdzie w pobożności i  wiedzy wzrastają przyszli kapłani Twojego Kościoła. Biskupowi i przełożonym Seminarium daj, Panie, łaskę prawdziwej mądrości w wyborze kandydatów do posługi kapłańskiej oraz do wychowania ich ze stanowczością i miłością w cnocie i wiedzy. Dzieciom i młodzieży udziel światła rozeznania, że ich powołanie i odpowiedź na nie pochodzi całkowicie od Ciebie. Spraw, aby ochoczo przyjęli wezwanie do pójścia za Tobą. W rodzinach kleryków i dobroczyńców Seminarium pomnóż Twoją łaskę tak, żeby wielkość powołania kapłańskiego była należycie zrozumiana i doceniana przez  wszystkich. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

WIADOMOŚCI Korespondent synodu Adamie, gdzie jesteś? O tym się mówi U ŹRÓDŁA – LITURGIA Chrzest Pański Święta Rodzina WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA Ewangelia dzieciństwa Pana Jezusa Kwestia Wcielenia WARTO! Nasze lektury Kącik muzyczny Kącik dobrego filmu O nich często zapominamy... BURZENIE BASTIONÓW Zaczynamy leczyć Szkaplerze Odpusty (cz.2) Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI Niegdyś katedrą zwana Filozofia tożsamości grudziądzanina... Rozmowa z...

Cieszymy się, że nasze czasopismo do-

4 ciera do coraz szerszego grona wiernych, z któ5 rymi się spotykamy w ramach Parafialnych Dni 7 Modlitw o Powołania. W listopadzie odwie-

dziliśmy parafie z kolejnych czterech dekana8 tów: brodnickiego, golubskiego, rybnieńskiego i   wąbrzeskiego. Oddajemy do Waszych  rąk 10 ten świąteczny numer „Sługi” w tym wyjątkowym czasie. Czasie, w którym pochylamy się 12 nad ubogim żłóbkiem. Przychodzimy do niego, 16 by adorować nowo narodzonego Jezusa Chrystusa. 19 Gromadzimy się także wspólnie z rodziną przy wigilijnym stole. W polskiej trady20 cji wigilijnej istnieje piękny zwyczaj kładzenia 21 pustego nakrycia dla kogoś, kto... może w ten 22 wyjątkowy wieczór zapuka do drzwi naszych domów. Właśnie, piękny zwyczaj, ale... czy 24 przyjęlibyśmy takiego przechodnia, na przykład 26 bezdomnego? Niech w odpowiedzi (ewentual28 nej zmianie odpowiedzi) pomoże Wam artykuł O nich często zapominamy… w dziale Warto! 30 Na nadchodzący czas życzymy Wam, 33 Drodzy Czytelnicy, dwóch rzeczy. Po pierwsze, 37 by przychodzący na świat Pan Jezus narodził się nie tylko w żłóbku, ale także w sercu każdego z Was. Po drugie, szczerego pojednania z Waszymi najbliższymi – by łamanie się opłatkiem nie zredukować do przymusowego obrzędu, który nie wniesie ducha optymizmu w nadszarpnięte relacje. Polecamy Wam także nowo zaprojektowaną stronę internetową (adres się nie zmienił: www.seminarium.diecezja.torun.pl), na której (w zakładce Czasopismo „Sługa”) dostępne są również aktualne numery naszego czasopisma.

2

Powyżej: budynek WSD od strony ul. Sienkiewicza Na okładce: centalna część Tryptyku, kaplica p.w. bł. Stefana Wincentego Frelichowskiego, WSD

Sługa nr 2 (58)

Zespół redakcyjny

Redagują: Maciej Burkiewicz (red. naczelny), Artur Narodzonek (zastępca red.), Krzysztof Rozynkowski (red. techniczny), Piotr Kalicki (zastępca red. technicznego) Paweł Murawski (foto) Opiekun: ks. dr Marcin Staniszewski Adres redakcji: Sługa, pl. bł. ks. phm. Stefana W. Frelichowskiego 1, 87-100 Toruń Adres internetowy: www.seminarium.diecezja.torun.pl Druk: DRUK-TOR S.C., ul. Nieszawska 33, 87-100 Toruń

Sługa nr 2 (58)

3


WIADOMOŚCI

Korespondent synodu Wraz z XVI Sesją Plenarną, która odbyła się 20 listopada br., zakończył się najważniejszy etap I Synodu Diecezji Toruńskiej. W tej fazie bowiem członkowie synodu podczas sesji plenarnych dyskutowali nad przygotowanymi wcześniej projektami statutów i  aneksów oraz głosowali za przyjęciem tekstu w pierwotnej postaci lub z wprowadzonymi poprawkami, bądź też za jego odrzuceniem. Ostatni etap synodu stanowi końcowa redakcja wypracowanego materiału. Należy się spodziewać, że ta faza potrwa jeszcze około pięciu miesięcy i w przyszłym roku kalendarzowym na uroczystym zakończeniu synodu w Bazylice Katedralnej Biskup Toruński Andrzej Suski podpisze prawo dostosowane do potrzeb i warunków naszej diecezji. Na „wspólnej drodze”, jaką jest synod diecezjalny, wiele się wydarzyło… Warto więc podsumować to, co najważniejsze. Jak już wspomniałem, ten „odcinek drogi”, jaki stanowiły sesje plenarne, był kluczowym dla całego synodu. Na tym etapie wybrani kapłani oraz wierni świeccy naszego Kościoła partykularnego wypowiadali się w  sposób wolny, świadcząc tym samym pomoc biskupowi diecezjalnemu. Po raz pierwszy spotkali się oni na zgromadzeniu plenarnym 20 października 2007 roku. Oprócz tego, w 2007 roku miało miejsce jeszcze jedno spotkanie. Następnie w 2008 i 2009 roku odbyło się po pięć sesji plenarnych, a w roku bieżącym – cztery sesje.

4

WIADOMOŚCI Prace członków synodu podczas poszczególnych sesji poprzedzane były pracami dekanalnych zespołów synodalnych. Zadaniem każdego z 24 powołanych zespołów było zapoznanie się z przygotowanymi propozycjami statutów i aneksów oraz zgłaszanie ewentualnych poprawek. Najbardziej pracowity okazał się zespół synodalny z dekanatu Lidzbark Welski, gdyż od tego zespołu do sekretariatu synodu napłynęło najwięcej protokołów z dekanalnych posiedzeń, a  we  wszystkich tych protokołach zgłoszono merytoryczne poprawki. Każdą z sesji plenarnych poprzedzały także prace Komisji Głównej, która gromadziła się przeważnie na dwóch spotkaniach. Na nich dyskutowano nad poprawkami i przygotowywano tekst do prezentacji na poszczególne sesje. Wszystkie sesje plenarne odbywały się w kościele p.w. św. Józefa w Toruniu, gdzie  mieści się diecezjalne sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy – Patronki diecezji. Każda sesja rozpoczynała się Mszą Świętą, po której członkowie synodu udawali się do kaplicy szkolnej klasztoru ojców redemptorystów na obrady. Na I Synod Diecezji Toruńskiej zostało powołanych przez Księdza Biskupa 144 członków – taka liczba była w dniu inauguracji. Jednak w trakcie trwania synodu Ksiądz Biskup wydał jeszcze inne dekrety powołujące i odwołujące. W dniu ostatniej sesji liczba ta wynosiła 146 osób. Na każdej z sesji prezentowano zakwalifikowany wcześniej przez Komisję Główną materiał, a następnie zgłaszano propozycje poprawek, odbywała się dyskusja i głosowanie. Materiał prezentowało łącznie 17 ekspertów z poszczególnych dziedzin. W  dyskusjach, które toczyły się w trakcie prezentacji, nie zabrało głosu około 80 procent członków, jednak niektórzy bardzo chętnie brali w nich udział, przez co mieli często wpływ na ostateczną wersję statutu, paragrafu czy punktu. Wśród duchowieństwa najbarSługa nr 2 (58)

Adamie, gdzie jesteś?

dziej aktywny okazał się ks. Zbigniew Żynda, a   osób świeckich – dr hab. Waldemar Rozynkowski. Dyskusje na sali obrad przyczyniły się również do zmiany liczby statutów jak i aneksów. W  wyniku prac synodalnych podczas sesji plenarnych, przed ostateczną redakcją, prawo partykularne zawarte jest obecnie w 481 statutach i 54 aneksach (instrukcje, regulaminy i statuty, wzory pism i zasady). W I Synod Diecezji Toruńskiej swój duży wkład wniosło także nasze seminarium duchowne. Pracowały dwie grupy kleryków pod czujnym okiem ks. Krzysztofa Badowskiego. Pierwsza grupa to członkowie Komisji Skrutacyjnej, której zadaniem było zliczanie głosów. Druga – to grupa logistyczna, która  przygotowywała miejsce posiłku, posługiwała przy stole, a także troszczyła się o listy obecności, dokumentację fotograficzną i  dźwiękową. Obydwa zespoły przygotowywały salę obrad. Wszyscy klerycy seminarium uczestniczyli w Mszach Świętych poprzedzających obrady, a podczas jednej z sesji również w obradach jako obserwatorzy. Wszystkie te statystyki to tylko bardzo ogólny zarys tego wielkiego dzieła, jakie dla dobra diecezji podjął Ksiądz Biskup Andrzej Suski. Być może w przyszłości nasz I Synod doczeka się szczegółowych opracowań, zwłaszcza że dokumentacja jest bardzo obszerna. Myślę, że temat ten wart jest podjęcia, wszak I Synod to jedno z najistotniejszych wydarzeń „młodej” Diecezji Toruńskiej. kl. Wojciech Skolmowski, rok V Sługa nr 2 (58)

Już od wielu lat Diecezja Toruńska, Urząd Miasta Torunia oraz środowiska naukowe Torunia organizują spotkania z cyklu Colloquia Torunensia. Stanowią one nawiązanie do dialogu między katolikami, luteranami, kalwinami i braćmi czeskimi, który odbył się w  1645 roku właśnie w Toruniu. W  sobotę, 6  listopada br. odbyła się już ich  szesnasta edycja. Tegoroczne obrady przebiegały pod hasłem Adamie, gdzie jesteś? (Rdz 3,9). Ich celem było wielostronne spojrzenie na  człowieka, jego naturę i problemy, na  które napotyka. Licznie przybyli do wielkiej sali Dworu Artusa mieszkańcy Torunia, a  wśród  nich alumni naszego seminarium, potwierdzili aktualność tego tematu. Do wystąpienia przed zgromadzonymi organizatorzy spotkań zaprosili znakomitych prelegentów, m. in. znanego reżysera, Krzysztofa Zanussiego. Słowa powitania wypowiedział ks. prof. Jerzy Bagrowicz, przedstawiając zarazem tematykę obrad i osoby zaproszone. Następnie głos zabrał rektor UMK, prof. Andrzej Radzimiński. Wyraził nadzieję, że rozpoczynające się spotkanie ukaże wartość dialogu między ludźmi. Pierwszym z wystąpień była prezentacja przedstawiona przez ks. dra Wojciecha Grygiela z Krakowa, ucznia ks. prof. Hellera. Przy pomocy slajdów zapoznał on słuchaczy z tym, jak w ciągu wieków kształtował się obraz wszechświata oraz jaki to miało wpływ na myślenie człowieka o sobie samym. W starożytności oraz średniowieczu ziemia i  człowiek na  niej zajmowali centralną pozycję w  świecie. Jednak w wyniku odkryć Kopernika i Newtona ta wyróżniona pozycja człowieka została utracona. Ziemia okazała się małą, niewiele znaczącą planetą w ogromnym wszechświecie. Obecnie, jak dalej mówił ks.  Grygiel, wraz z pojawieniem się tzw.  zasady antropicznej (zakładającej, że warunki panujące w kosmosie są „ustawione” pod ist-

5


WIADOMOŚCI

Układ Słoneczny

nienie w nim człowieka), na nowo podejmuje się refleksję nad  znaczeniem człowieka we wszechświecie. Jako drugi wystąpił dr Krzysztof Dorosz. Jego referat dotyczył relacji człowieka do historii. Według dra Dorosza dawna historiografia pomagała człowiekowi dostrzec sens dziejów. Dla przykładu, w katolicyzmie wszystkie wypadki dziejowe znajdują ostateczne wyjaśnienie w Bogu. W czasach Oświecenia takie postrzeganie dziejów załamało się. Losy świata zaczęły jawić się ludziom jako bezsensowny ciąg katastrof i cierpień. Wielu próbowało odnaleźć sens historii w tezach Marksa, ale terror komunizmu i hitleryzmu położył kres temu złudzeniu. Dzisiaj liczni ludzie uciekają od bezsensu historii w  konsumpcjonizm i hedonizm. Mówca przedstawił tezę, według której przyczyną takiego stanu rzeczy jest zamykanie się człowieka na transcendencję. Zakończył postawieniem pytania o to, czy różne wyznania, a wśród nich Kościół katolicki, są dziś w stanie pomóc człowiekowi odnaleźć ponownie sens historii przez otwarcie go na Boga. Kolejnym z prelegentów był Krzysztof Zanussi, który zwrócił uwagę na rozmycie pojęcia piękno w naszej kulturze. Przywołując słowa Kamila Cypriana Norwida, znany

6

WIADOMOŚCI reżyser mówił, że dziś nikt nie szuka piękna, lecz tego, co „powabne” i „uderzające”. Sztuka ulega skażeniu, bo nie jest tworzona dla piękna, lecz dla pieniędzy. Widać to  zwłaszcza w  reklamach – bardzo ładnych, ale z banalnym przesłaniem. Taka kultura, jaką obecnie prezentuje tzw. Zachód, nie przedstawia żadnej wartości w oczach przybyszów: jest arogancka, wstydzi się sama siebie, płodzi mało dzieci i generalnie zmierza do swego końca. Jako znaki nadziei na powrót do wyższego poziomu kultury reżyser postrzega powszechne wykształcenie oraz aktywność licznych rzesz społeczeństwa. W zastępstwie nieobecnej s. Małgorzaty Chmielewskiej głos zabrał dr hab. Zbigniew Stawrowski, prof. UKSW. Przypomniał on postać Giovaniego Pico della Mirandoli i  jedno z  jego dzieł: Mowę o godności człowieka. W tej Mowie ów myśliciel, nawiązując do stworzenia człowieka, twierdził, że Bóg nie nadał ludziom ustalonego miejsca w świecie, lecz  obdarzył człowieka możliwością rozglądania się wokoło i samodzielnego wyboru swojego miejsca. Jednak zdaniem profesora, z takim przedstawieniem sprawy wiążą się wątpliwości – jak dalece człowiek może określać sam  siebie? Czy może zmieniać swoją naturę (na przykład przez metodę zapłodnienia in vitro)? W filozofii takie pytania znalazły dwie różne odpowiedzi. Protagoras uważał, że nie istnieje obiektywny porządek rzeczy. Natomiast Sokrates wskazywał na obiektywne wartości i zmysł moralny człowieka. Właśnie ta zdolność, według prof. Stawrowskiego, wyróżnia ludzi. Dzięki niej nie są oni bezwzględnie uwikłani w swoją biologię. Spotkanie zakończył ks. prof. Jerzy Bagrowicz, dziękując prelegentom i obecnym na sali słuchaczom oraz wyrażając nadzieję, że tegoroczne Colloquia Torunensia pomogą w lepszym zrozumieniu osoby ludzkiej. kl. Tomasz Filipiak, rok I Sługa nr 2 (58)

O tym się mówi W dniach 24-25 listopada 2010 roku na Wydziale Teologicznym UMK w Toruniu odbyło się sympozjum bioetyczne pod hasłem Granice eksperymentów biomedycznych a godność osoby. W środę, 24 listopada br. zebranych powitał dziekan Wydziału Teologicznego UMK, ks. prof. Jan Perszon. Konferencję tego dnia „o zdrowym myśleniu” na tematy bioetyczne wygłosił dr Tomasz Terlikowski,

autor kilkunastu książek naukowych i dziennikarskich. W swoim wystąpieniu przedstawił typowe dla medialnych debat etycznych działania, które odmieniły publiczny dyskurs moralny, stawiając emocje wyżej niż racjonalne myślenie. Pan Terlikowski odniósł się również do kwestii in vitro, aborcji, antykoncepcji i eutanazji. Bardzo jasno wyjaśnił, że początkiem człowieczeństwa jest moment poczęcia, a nie implantacji embrionu (a właściwie człowieka w stadium embrionalnym) do organizmu matki. Dlatego należy z moralnego punktu widzenia i czysto racjonalnych przesłanek potępić każdy rodzaj aborcji, nawet tej wywołanej antykoncepcyjnymi środkami wczesnoporonnymi. Aby odrzucić rozmaite nurty etyki utylitarnej [rodzaj etyki zakładającej prymat korzyści bez względu na wykorzystywane środki; przyp. red.], a przez to żyć bezpiecznie, moralnie i zdrowo. Na zakończenie Sługa nr 2 (58)

dr Tomasz Terlikowski przedstawił drastyczne statystyki, które ukazały, jak wiele istot ludzkich ginie przez wymienione wyżej „zabiegi” – morderstwa. W drugim dniu sympozjum jako  pierwszy zabrał głos prof. dr hab. Ryszard Oliński. W swoim wykładzie poruszył temat dotyczący manipulacji genetycznych i  klonowania człowieka. Profesor w oparciu o  film wytłumaczył na czym polega proces klonowania i w jak dużym stopniu jesteśmy niewolnikami własnych genów. Bardzo jasno zaznaczył, iż człowiek składa się z dwóch sfer: fizycznej i psychicznej, a klonowanie to bardzo niebezpieczna reprodukcja powielająca tylko cechy fizyczne. W drugim wystąpieniu, prof.  dr  hab.  Andrzej Tretyn mówił o organizmach genetycznie modyfikowanych. Przedstawił historię przełomowych odkryć, które  doprowadziły do powstania i rozwoju biologii molekularnej, inżynierii genetycznej i komórkowej. Wyjaśnił, że organizm modyfikowany genetycznie to zupełnie inny organizm, w  którym  materiał genetyczny został zmieniony w  sposób nienaturalny, wskutek krzyżowania lub rekombinacji. Trzecim z przemawiających był prof.  dr hab. Marek Harat, który przedstawił historię rozwijania się psychochirurgii na przestrzeni lat. Wymienił i omówił choroby, które dzięki rozwojowi medycyny można leczyć operacyjnie (zespół natręctw, ciężka depresja, zespół Tourette’a), jak również te  choroby, o których dyskutuje się czy leczyć przy pomocy stymulatora (uzależnienie od  heroiny, alkoholu, patologiczna agresja, zespoły lękowe, patologia otyłości, anoreksja, bulimia i otępienie w chorobie Alzheimera). Jako czwarty zabrał głos ks.  bp  dr  hab.  Józef Wróbel, który zajął się antropologią we współczesnej refleksji bioetycznej. Ksiądz Biskup wymienił trzy zasady rządzące antropologią personalistyczną: god-

7


U ŹRÓDŁA – LITURGIA

U ŹRÓDŁA – LITURGIA ność człowieka, której nikt nie może mu odebrać, jedność duchowo-cielesna i natura społeczna człowieka, w której jest on nie tylko jednostką, ale członkiem całego społeczeństwa. Ksiądz Biskup zakończył wykład napomnieniem, aby człowiek nigdy nie był przedmiotem użycia i jedynie środkiem do celu. W kolejnym wystąpieniu, ks.  dr  hab.  Marian Machinek, prof. UW-M zajął się etycznym kontekstem kontrowersji wokół obietnic terapii z użyciem komórek macierzystych. Jego zdaniem, badania nad potencjałem takich komórek są świadectwem ludzkiego geniuszu. Pomimo to wykorzystanie embrionów należy uznać za  etycznie niedopuszczalne. Wykład zakończył bardzo ważnym stwierdzeniem: „Nie  wolno nam niszczyć embrionów dla naszych badań. Musi być inna droga." W ostatnim wystąpieniu ks.  dr  hab.  Piotr Morciniec, prof. UO podjął temat martwego ciała w medycynie. Cały wykład dotyczył statusu ludzkich zwłok: godność osoby czy martwego ciała? Prelegent stwierdził jednoznacznie, że ludzkie zwłoki pozostają w realnej relacji do zmarłego. Z  kolei stosunek do ciał zmarłych kształtuje społeczeństwo, które poprzez niego wyraża stopień swojej wrażliwości. Obiektywnie patrząc, zwłokom ludzkim jednak należy się szacunek z racji godności osoby, której integralną część stanowiło właśnie ciało. Pomi-

mo to zdaje się być dopuszczalnym fakt wykorzystywania zwłok do badań naukowych i  eksperymentów, których wyniki potencjalnie mogą w przyszłości służyć skuteczniejszej ochronie i ratowaniu życia człowieka, przy jednoczesnym zachowywaniu fundamentalnego warunku: traktowania ciała zmarłego z należytym szacunkiem. Po wygłoszonych konferencjach istniała możliwość zadawania pytań prelegentom, z czego skorzystało wielu uczestni-

ków sympozjum, dając tym samym „zielone światło” dla ciekawej dyskusji. Należy dodać, że konferencja bioetyczna została zorganizowana przy współpracy Wydziału Teologicznego, Collegium Medicum oraz Towarzystwa Naukowego w Toruniu. kl. Marcin Brzozowski, rok I

................................................................... Chrzest Pański Obchodem, który kończy okres związany z tajemnicą Wcielenia – Okres Bożego Narodzenia – jest święto Chrztu Pańskiego. Początkowo wydarzenie znad Jordanu było wspominane w liturgii 6 stycznia. W połączeniu z odwiedzinami mędrców oraz pierwszym cudem w Kanie Galilejskiej stanowiło treść

8

święta Epifanii (Objawienia). To zdaje się sugerować, iż za najistotniejszą rzecz tajemnicy tego dnia nie uważano samego chrztu jako takiego, ale głos Ojca, który objawił Boskość Syna. Ponieważ na Zachodzie bardzo mocno rozwijał się kult trzech króli (mędrców, magów), którzy według Tradycji oddali pokłon Dzieciątku Jezus, święto Chrztu Sługa nr 2 (58)

Pańskiego, aby nie zostało całkowicie przesłonięte wydarzeniem z Betlejem, przełożono na dzień kończący oktawę Objawienia, czyli  na  13  stycznia. Reforma kalendarza liturgicznego z  1969  roku święto Chrztu Pańskiego ustaliła na niedzielę przypadającą bezpośrednio po dniu 6 stycznia. Na zakończenie okresu Bożego Narodzenia wspominamy przyjście Pana Jezusa nad Jordan w celu przyjęcia chrztu od  św.  Jana, podobnie jak czynili to inni ludzie. Według relacji ewangelistów po wyjściu Chrystusa z wody, Bóg Ojciec nazywa Go „Synem umiłowanym”, w którym ma upodobanie, a Duch Święty zstępuje w postaci gołębicy i spoczywa na Nim (zob. Mt 3, 13-17; Mk 1, 9-11; Łk 3, 21-22; J 1, 29-34). Aby uświadomić sobie, jaką tak naprawdę tajemnicę przeżywamy, wspominając to, co stało się nad Jordanem, trzeba odpowiedzieć na pytanie: po co Pan  Jezus przyjął chrzest? Jego zachowanie musi nas zdumiewać i zastanawiać, bo przecież był to chrzest na odpuszczenie grzechów. Wiązało się z  nim  wyznanie własnych win i próba zmiany sposobu życia na lepszy od dotychczasowego. Chrystus zatem chrztu nie potrzebował. Wchodzi jednak do wód Jordanu, aby wyrazić swoją solidarność ze wszystkimi ludźmi grzesznymi, którzy pragną poprawy. Już w momencie chrztu po raz pierwszy zajął miejsce grzesznika. To wydarzenie było inauguracją publicznej działalności Pana Jezusa. Ono też pokazuje program tej działalności, która zaprowadzi Chrystusa na Golgotę. Papież Benedykt XVI w swojej książce Jezus z Nazaretu napisał: „Jezus wziął na swe ramiona ciężar winy całej ludzkości: poniósł Go do  Jordanu”. Ta prawda jest ukazana w sposób symboliczny w tradycji bizantyjskiej. Zgodnie z nią na pamiątkę chrztu w Jordanie odbywa się uroczyste poświęcenie wody. Podczas niego w jeziorze, rzece lub nabrzeżu portowym zanurza się umocowany na linie krzyż. Sługa nr 2 (58)

Chrzest Jezusa  Chrystusa jest zapowiedzią Jego śmierci. W liturgii Kościoła okres radości z przyjścia Chrystusa na ziemię zamykamy obchodem, który ukazuje sens tego przyjścia. Syn Boży przyjął ludzkie ciało i narodził się w Betlejem po to, aby poprzez śmierć i zmartwychwstanie zbawić wszystkich ludzi. Bardzo ważne przesłanie wynikające ze chrztu nad Jordanem stanowi fakt, że  jak  Pan Jezus poprzez swój chrzest utożsamił się ze wszystkimi grzesznymi ludźmi, tak każdy człowiek, przyjmując chrzest, utożsamia się z Chrystusem. Chrzest sakramentalny, który każdy z nas przyjął, to nie tylko

chrzest na odpuszczenie grzechu pierworodnego, ale właśnie „przyobleczenie się w Chrystusa”. Od tamtego momentu, przyjęcia pierwszego sakramentu, nasze życie stało się kroczeniem drogą Mistrza. Wtedy zostaliśmy włączeni w Jego śmierć, czego wyrazem ma być umieranie dla siebie, czyli rezygnacja z  grzechu. Ponieważ Chrystus zmartwychwstał, więc  i  my  wierzymy, że skoro mamy udział w  Jego śmierci, to tak jak On zmartwychwstaniemy. dk. Dawid Koncicki, rok VI

9


U ŹRÓDŁA – LITURGIA

Święta Rodzina Bez wątpienia społeczeństwa całego świata przeżywają dziś różnego rodzaju kryzysy wartości. W sposób szczególny cierpi na tym polu rodzina. Rozrastają się liczne patologie, które ją niszczą. Powszechne wydają się być takie problemy jak niewierność małżeńska, alkoholizm, narkomania czy homoseksualizm. Swój ogromny udział w niszczeniu rodziny mają także działania związane z  rozprzestrzeniającą się tzw. cywilizacją śmierci, czyli aborcja, eutanazja, in vitro. Tam, gdzie ludzie odrzucili Boga, nie może panować zdrowa moralność. Rodzina w takim środowisku jest zagrożona i wymaga ochrony – ochrony przede wszystkim ze strony tych, którzy przy Bogu trwają. Tych zaś również nie brakuje i stanowią oni nadzieję dla świata. Jednak prezentowanie czarnej wizji świata nie jest żadną miarą celem mojego dzielenia się w rubryce Echo słowa. Chciałbym zatrzymać się nad rodziną, pewną szczególną rodziną. Mam tutaj na myśli tę Rodzinę, którą tworzą Pan Jezus, Maryja i św. Józef. Jej święto obchodzimy akurat w  tym  roku w dzień po uroczystości Bożego Narodzenia, czyli 26  grudnia. Spróbujmy zatrzymać się nad tajemnicą posiadania przez Pana Jezusa ziemskiej rodziny i bycia jej częścią, posługując się fragmentem Ewangelii wg św. Ma-

10

U ŹRÓDŁA – LITURGIA

teusza, którą Kościół przeznaczył na święto Świętej Rodziny (Mt 2, 13-15. 19-23). Bóg Ojciec rzeczywiście dał nam swojego Syna, aby Ten stał się Człowiekiem i  przez  swoje życie, śmierć i zmartwychwstanie wybawił ludzi spod władzy szatana. I ten Syn zamieszkał pośród nas, znalazł swoje miejsce w konkretnej rodzinie. Został poczęty z Ducha Świętego w łonie swojej błogosławionej Matki. Za opiekuna, przybranego ojca, Bóg obrał św. Józefa. Zatrzymajmy się zatem na chwilę nad św. Józefem – nowotestamentowym modelem mężczyzny, głowy rodziny. Mając przed oczami wspomniany wcześniej fragment Mateuszowej Ewangelii, zastanówmy się, co ten tekst mówi nam o św. Józefie. Myślę, że od razu zauważamy, że mąż Maryi jest tym, który podobnie jak jego starotestamentowy imiennik [Józef (Egipski), syn Jakuba, sprzedany przez  braci; przyp. red.] miewa sny. Pan Bóg objawia mu  swój plan, dwukrotnie posługując się snem. Sen staje się dla św. Józefa miejscem bardzo osobistego, wręcz intymnego spotkania z Bogiem. To objawienie nie ma żadnych innych świadków prócz samego adresata. W ciszy nocy, w sanktuarium serca Bóg przedstawia św. Józefowi swoją wolę. Sny pozwalają mu poznać Boży plan, a co za tym idzie, wejść w Boży sposób myślenia. Nie pozostaje Sługa nr 2 (58)

on jednak w snach, ale pozwala Bogu zostać przezeń obudzonym. Słyszy: „Wstań!”. Powstaje, realizuje Boży plan, uczy się ufności do Boga. Otwiera się na Boże działanie. Właśnie dlatego może być opiekunem Dzieciątka Jezus. Zna swoją słabość i porzuca planowanie przyszłości na własną rękę – powierza siebie i cały swój dom Temu, który ma moc. Kolejną postacią rozważanego fragmentu Ewangelii jest Maryja. Matka Boża w  biblijnych tekstach dotyczących dzieciństwa Pana Jezusa jest przedstawiana jako ta, która stoi nieco na uboczu, obserwuje, rozważa. Nie przypomina nam matki, która  chciałaby wykrzyczeć całemu światu radość z powodu narodzin dziecka. Kontempluje w ciszy, adoruje swojego Syna w świątyni własnego serca. Milcząco wskazuje na Pana Jezusa, stawia Go w centrum wszystkiego. Taka postawa może nas bardzo dziwić. Dzięki mediom przywykliśmy raczej do zachowań kobiet, które  albo robią ze swojego macierzyństwa „super-show” i przed kamerami obdzierają relację matka-dziecko ze wszelkiej intymności, albo „z podniesioną głową” mówią o swoim dziecku: „mój brzuch, moja sprawa”. Maryja wskazuje nam na inne macierzyństwo, na macierzyństwo sakralne, święte – macierzyństwo pełne Boga i miłości. Centralną osobą omawianej perykopy ewangelijnej (jak i całego Pisma Świętego) jest Jezus Chrystus. Zastanawiałem się, z czym  kojarzy mi się prezentowany przez  Ewangelistę Mateusza mały Jezus. Przyszedł mi do głowy obraz skarbu – nie jakiegoś tam zwyczajnego skarbu, typu „złote talary w  szkatułce”, ale najdrogocenniejszego, bezcennego Skarbu, który może stanowić tylko żywa Osoba. Bóg poleca Najświętszej Maryi Pannie i  św.  Józefowi opiekować się swoim  Synem, nakazuje ochraniać Go. Całe to  „zamieszanie” związane z podróżą do  Egiptu i z powrotem zwraca nam uwagę na to, że Pan Jezus jest najcenniejszym Skarbem, jaki możemy posiadać. Nosimy w  soSługa nr 2 (58)

bie Chrystusa od chrztu świętego, ale  istnieją byty nieżyczliwe nam, które chcą, abyśmy ten Skarb odrzucili. Są to złe duchy, z  którymi musimy walczyć. Ta walka o żywą relację z Jezusem Chrystusem często odbywa się w miejscu dla nas niedogodnym, kłopotliwym, którego się boimy. Takie miejsce symbolizuje Egipt. Do Egiptu wchodzimy słabi i bezsilni, aby walczyć z tym, co pochodzi od szatana. I bardzo dobrze, jeśli wchodzimy do tego Egiptu bez mocy, bo jeśli tylko otworzymy drzwi Panu Jezusowi, Jego moc objawi się w naszej słabości. On jest tym Światłem, które rozprasza każdą, nawet najmroczniejszą ciemność. Chciałbym w tym miejscu podzielić się jeszcze pewną refleksją. Napisałem kilka lat temu artykuł do „Sługi”, który również poruszał zagadnienie Świętej Rodziny. Na końcu tego tekstu stwierdziłem, nie rowijając zanadto tego wątku, że potrzebujemy rodzin na  wzór Świętej Rodziny. Po opublikowaniu artykułu jeden z moich znajomych zarzucił mi, że ziemska rodzina Pana Jezusa nie może być dla nas w żaden sposób wzorem do budowania własnej rodziny. Uwaga tej  osoby w jakiś sposób odzwierciedla myślenie tego  świata. Według prawideł, jakimi rządzi się świat, św. Józef był fatalnym opiekunem, Maryja zaś  niedojrzałą, zupełnie niegotową na macierzyństwo rodzicielką. Nie potrafili zapewnić Panu Jezusowi godziwych warunków narodzin, nie potrafili zagwarantować

11


WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA Mu dostatniego życia, dobrego statusu materialnego, społecznego. Święta Rodzina rzeczywiście nie stanowi wzorca dla dzieci tego  świata. Ale wcale nie dla nich ma stanowić przykład. Rodzina Jezusowa wskazuje nam, którzy jesteśmy dziećmi Bożymi, model bezgranicznego zaufania Bogu i Jego działaniu, wiary w Jego plan dla nas, Jego Opatrzność. Bóg w swojej trosce opiekuje się Świętą Rodziną, prowadzi ją bezpiecznie przez  życie. Nie znaczy to, że szczędzi im cierpień – nie  na  tym polega prawdziwe szczęście. Prowadzi ich pośród przyjaciół i  wrogów, przez Nazaret i przez Egipt. Wiedzie swoimi przedziwnymi drogami i zawsze jest z Nimi! Tak samo jest z nami w  naszym życiu. Najświętsza Maryja Panna i  św. Józef zaufali, pozwolili się otworzyć i przyjęli Syna Bożego do swojej rodziny. Nasze rodziny też staną się święte i bliskie Bogu, jeśli tylko zaprosimy do nich Chrystusa. On nas będzie prowadził we wspólnocie przez radości i bóle do chwały zmartwychwstania! Zastanawiałem się, jakie może być podejście do tekstu dotyczącego Świętej Rodziny tych osób, które własnej rodziny z różnych powodów nie mają. Przypominają mi się słowa papieża Benedykta XVI, które są zapewnieniem i, jak ufam, proroctwem: „Kto  wierzy, ten nigdy nie jest sam”. Bóg daje każdemu ze swych dzieci rodzinę. Jest  dla  nas  najwspanialszym Ojcem. Pod  krzyżem ofiarował nam Maryję jako  Matkę. Wszyscy zaś, będąc członkami jednego Kościoła, jesteśmy braćmi i siostrami, bo płynie w nas królewska, eucharystyczna Krew Chrystusa! To zły duch chce nam wmówić, że  jesteśmy sami; ale Pan Jezus przyszedł, aby zniszczyć dzieła diabła i tego właśnie dokonał. Dziękujmy zatem nieustannie Zbawicielowi za tak cenne obdarowanie i zapraszajmy Go do naszych rodzin i wszystkich innych środowisk, w których żyjemy. kl. Łukasz Waśko, rok V

12

WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA

Ewangelia dzieciństwa Pana Jezusa – historia czy legenda? Ewangelia dzieciństwa – pod tym określeniem kryją się te rozdziały Ewangelii, które opisują zapowiedź narodzin Zbawiciela, fakt Jego narodzenia w Betlejem i lata dziecięce Pana Jezusa. We współczesnej egzegezie, czyli badaniu i krytycznej interpretacji tekstów Biblii, cieszą się one szczególnym zainteresowaniem, gdyż coraz częściej w ostatnich latach pojawiały się pytania o historyczność tych wydarzeń. Czy rzeczywiście Chrystus narodził się w Betlejem? Czy uciekał wraz  z  rodzicami przed Herodem do Egiptu? Jaka  gwiazda przyprowadziła mędrców do  żłóbka? Czy to wszystko fakty historyczne, czy może barwna legenda? Spróbujemy poszukać odpowiedzi na te  i  inne  pytania w  oparciu o  Ewangelię dzieciństwa według św. Mateusza. W środowiskach racjonalistycznych i laickich rozdziały te (Mt 1-2) zalicza się do legendy. Opisy Ewangelii dzieciństwa, według tego ujęcia, nie przedstawiają żadnej wartości historycznej. Przeniknięte są bowiem legendą i dogmatyką Kościoła pierwotnego. Natomiast postawę krańcowo przeciwną zajmowała do niedawna większość egzegetów i apologetów katolickich. Negacja wartości historycznej budziła reakcję obronną. Zwolennicy tej drogi twierdzili, że Mateuszowa Ewangelia dzieciństwa jest wierną relacją hiSługa nr 2 (58)

storyczną, sporządzoną na sposób kroniki. Taka sytuacja trwała przez lata. Obydwa obozy rzucały coraz to nowe argumenty na poparcie swojej interpretacji pierwszych dwóch rozdziałów Ewangelii według św. Mateusza. Było to stanowisko „albo-albo”: albo  Ewangelia dzieciństwa jest tylko ahistoryczną legendarną mitologią bez żadnej wartości historycznej, albo jest tylko wierną relacją historyczną. Ten dylemat nie mógł zadowolić nikogo. I jedni bowiem, i drudzy popełniali te same błędy – nie uwzględniali zasady rodzaju literackiego i nie liczyli się z osiągnięciami krytyki biblijnej. Konstytucja dogmatyczna Soboru Watykańskiego II o Objawieniu Bożym Dei Verbum, idąc za encykliką papieża Piusa XII Divino afflante Spiritu, uczy, że „w celu odszukania intencji autorów natchnionych należy między innymi uwzględnić również rodzaje literackie”. Aby więc dowiedzieć się, co pisarz natchniony chciał nam powiedzieć w Ewangelii dzieciństwa, należy zbadać jej rodzaj literacki, a to nie jest sprawą łatwą, ponieważ mamy do czynienia nie z tekstem współczesnym, lecz starożytnym. Dlatego właśnie zagadnienie rodzaju literackiego należy do najtrudniejszych i najbardziej dyskutowanych problemów Ewangelii dzieciństwa. Każde rozumne mówienie czy pisanie wyraża się za pomocą odpowiednich form literackich. Dlatego nie pojmie się w pełni tekstu biblijnego bez uwzględnienia jego literackiego rodzaju. „Całkiem inaczej bowiem ujmuje się prawdę w tekstach historycznych rozmaitego typu, czy prorockich, czy poetyckich, czy innego rodzaju literackiego. Musi więc komentator szukać sensu, jaki hagiograf w określonych okolicznościach, w warunkach swego czasu i swej kultury zamierzał wyrazić i rzeczywiście wyraził przy pomocy rodzajów literackich, których w owym czasie używano” (DV 12) – taką drogę podpowiada nam Sobór Watykański II. Dwa stwierdzenia są tu  szczególnie ważne. Pierwsze: istnienie Sługa nr 2 (58)

w  Piśmie  Świętym tekstów historycznych o  różnym stopniu historyczności. Zatem pomiędzy dwoma skrajnościami (faktem historycznym a legendarną mitologią) istnieje cała gama tekstów o różnym stopniu historyczności. Drugie: przy interpretacji należy uwzględnić rodzaje literackie, których wówczas używano. Zatem traktowanie tych tekstów tak, jakby były one napisane dziś przez jakiegoś współczesnego kronikarza, według współczesnej metodologii historycznej, jest niedopuszczalne. W interpretacji Mateuszowej Ewangelii dzieciństwa trzeba wziąć pod uwagę także metodę historii form, tradycji i redakcji. Apostołowie nie tylko przypominali słowa i czyny Pana Jezusa w sposób kronikarski, ale  je interpretowali, wyjaśniali w świetle Zmartwychwstania i w świetle Ducha Prawdy (por. DV 19). Była to już pierwsza interpretacja teologiczna słów i czynów Chrystusa. W tych opisach wybrane fakty z życia Zbawiciela nie zostały podane i utrwalone na  piśmie dla ciekawości, ale były głoszone, by  stać się fundamentem wiary Kościoła, to  znaczy, że głównym zamiarem ewangelisty nie był zamiar historyczno-kronikarski, lecz teologiczny. Interpretacja teologiczna w opisach dzieciństwa Pana Jezusa jest więc, w świetle najnowszych badań, czymś oczywistym. Miała ona jednak inną formę niż współcześnie –

13


WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA dokonywała się przecież nie według metod dzisiejszych, ale według sposobów znanych w ówczesnym judaizmie palestyńskim. Rozpowszechniony był wtedy rodzaj literacki zwany midraszem. Termin midrasz pochodzi od hebrajskiego słowa darasz, które znaczy: szukać, badać, studiować. Midrasz oznacza więc badanie, wyjaśnianie. Było to budujące wyjaśnienie tekstu Pisma Świętego z zastosowaniem do teraźniejszości. Midrasz nie  ma nic  wspólnego z legendą – jest to  swoisty, anegdotyczny sposób interpretacji Biblii. Celem takiego opowiadania nie była wierność kronikarska w opisywaniu wydarzeń, lecz  zbudowanie wiernych. Taki sposób interpretacji Pisma Świętego był szeroko stosowany w Palestynie w czasach Nowego Testamentu, mógł go więc użyć również i autor biblijny. Wielu egzegetów głosi dzisiaj teorię, że także Mateuszowa Ewangelia dzieciństwa może należeć do rodzaju literackiego zwanego midraszem. Jednak, jak się wydaje, nie można tu mówić o „czystym” midraszu, lecz,  co najwyżej, o pewnych elementach midraszowych. Najlepszym określeniem rodzaju literackiego dwóch pierwszych rozdziałów Ewangelii według św. Mateusza pozostaje więc po prostu Ewangelia dzieciństwa. W  niej, podobnie jak i w całej Ewangelii, zbawcze wydarzenia zostały zinterpretowane w świetle wydarzeń paschalnych, w świetle Ducha Świętego i w odniesieniu do Starego Testamentu. Wyraża się w niej teologia autora natchnionego. Ewangelia dzieciństwa ma więc swój rdzeń historyczny oraz oryginalną i rozbudowaną interpretację teologiczną. Nie jest zatem ani „suchą” kroniką historyczną, ani legendą, ani też samą tylko teologią. Po ustaleniu rodzaju literackiego, drugim problemem, jaki należy rozstrzygnąć przed przystąpieniem do interpretacji teologicznej, jest struktura Ewangelii dzieciństwa. Poznanie struktury literackiej ułatwia odczytanie treści teologicznej. Najbardziej uzasad-

14

WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA

niona literacko i teologicznie (wśród wielu innych) jest propozycja dzieląca te teksty na dwie części, które pokrywają się z podziałem na rozdziały. Podział ten najlepiej oddaje intencję samego ewangelisty. Pierwszą część Mateuszowej Ewangelii dzieciństwa (Mt 1) można by zatytułować: Pochodzenie i osoba Mesjasza. Zawiera ona bowiem dwa ściśle powiązane ze sobą tematy: genealogię Zbawiciela i opis Jego narodzenia, a także szereg szczegółów charak-

teryzujących Jego godność i dzieło, do którego został posłany. Postarajmy się pokrótce zagłębić w najważniejsze zagadnienia tej części. Stary Testament znał rodzaj literacki zwany genealogią lub rodowodem. Genealogie w sposób obrazowy wyrażały jedność i kontynuację historii zbawienia. Św. Mateusz łączy pochodzenie Pana Jezusa z historią narodu wybranego, z Abrahamem i Dawidem. Historię tę dzieli on, nieco schematycznie, na  trzy wielkie etapy: od Abrahama do Dawida – 14 pokoleń, od Dawida do niewoli babilońskiej – 14 pokoleń, od niewoli babilońskiej do Chrystusa – 14 pokoleń. Chrystus jest ostatnim ogniwem i szczytem tej historii. Same liczby, ulubione przez św. Mateusza, wskazują na celowo zastosowany schematyzm. Obliczenie jest tylko „przybliżone”. Aby  Pan Jezus był prawdziwym Mesjaszem nie jest konieczne, by narodził się dokładnie Sługa nr 2 (58)

po trzech seriach 14 pokoleń. Ewangelista jednak, mając na uwadze cel teologiczny, użył schematu „3 x 14”, aby sugestywnie i symetrycznie, a więc w sposób typowo semicki, wyrazić prawdę, że Chrystus jest rzeczywiście Mesjaszem, bo pochodzi od Abrahama i Dawida. W Mateuszowej genealogii jest jeszcze wiele innych ciekawych zabiegów literackich, mających znaczenie symboliczne, jednak uwzględniając pedagogiczną zasadę stopniowania wiedzy, przejdziemy już do kolejnej kwestii, pozostawiając zainteresowanemu Czytelnikowi możliwość samodzielnego pogłębienia wiedzy na ten temat poprzez odwołanie się chociażby do bibliografii podanej na końcu tego artykułu. W Mt 1 podany jest także opis okoliczności narodzin Jezusa Chrystusa. Poczęcie i narodzenie Odkupiciela dokonuje się dzięki specjalnej interwencji Ducha Świętego. Stanowiło to wypełnienie się Pisma (zob. Iz 7,14). Pan Jezus pochodzi z rodu Dawida, realizuje więc obietnice dane domowi tego króla Izraela. W tej perspektywie chodzi nie o  kronikę, ale o dokładnie sprecyzowaną naukę teologiczną o charakterze pouczającym. Język jest skondensowany, prosty, bez zbytecznych ozdób, posiada za to ważne i precyzyjne twierdzenia oraz teologiczną terminologię. Główny temat drugiej części Ewangelii dzieciństwa (Mt 2) stanowi postawa ludzi wobec Mesjasza. Składa się ona z trzech epizodów: pokłon mędrców, ucieczka do Egiptu i rzeź niemowląt oraz powrót z Egiptu i  zamieszkanie w Nazarecie. Także wiele wątków tej części wymaga pogłębionej analizy, warto jednak przede wszystkim zauważyć, że św. Mateusz wyraźnie nawiązuje w swym opisie tych wydarzeń do historii Mojżesza – uczy, że Pan Jezus jest „nowym Mojżeszem”, nowym i wiecznym Prawodawcą, który uwolni swój lud nie z niewoli egipskiej, ale z niewoli grzechu. Co więcej, ucieczka do Egiptu i powrót z niego stanowią wydarzenia centralne Sługa nr 2 (58)

również w historii całego Izraela. Ewangelista zatem chciał wykazać, że Chrystus jest prawdziwym Izraelem, a w historii Chrystusa odnawia się historia całego Izraela. W świetle powyższych rozważań należałoby nieco zmienić tytułowe pytanie i  sformułować je następująco: Ewangelia dzieciństwa Pana Jezusa – historia czy teologia? Odpowiedź: i jedno, i drugie. Współczesne badania wcale nie dewaluują elementu historycznego, chcą jedynie dotrzeć do niego w sposób naukowy. Do ustalenia faktów historycznych zawartych w dwóch pierwszych rozdziałach Ewangelii według św. Mateusza można dojść w dwojaki sposób. Po pierwsze, poprzez porównanie ich z analogicznymi tekstami św. Łukasza. Między nimi są niemałe różnice, ponieważ opisy te mają swoje źródła w dwóch różnych tradycjach. Mimo to u podstaw obydwu leży wspólny element istotny, który pozwala wnosić o historycznej autentyczności głównych wydarzeń Ewangelii dzieciństwa. Po drugie, poprzez porównanie tych opisów ze źródłami historycznymi pozabiblijnymi, a szczególnie z tłem historycznym, religijnym i społecznym tamtych czasów. Stanowią one bowiem dobry test do kontroli autentyczności naszych tekstów. Stosując te  dwa kryteria, należy wyciągnąć następujący wniosek: o historyczności tekstu Mt 1-2 decydują opisywane w nim postacie i ich autentyczna charakterystyka oraz miejsca, w  których rozgrywają się wydarzenia.

15


WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA Ewangelia dzieciństwa posiada zatem wyraźny rdzeń historyczny. Wydarzenia te nie zostały jednak opisane w sposób „suchy” i kronikarski, lecz zostały zinterpretowane. Teologia tych rozdziałów koncentruje się wokół kilku zasadniczych kwestii. Chrystusa-Mesjasza ewangelista umieszcza w perspektywie historii zbawienia. Spotykamy liczne cytaty ze Starego Testamentu, mające uświadomić czytelnikowi, że wszystko, o czym się teraz dowiaduje, zostało kiedyś zapowiedziane, teraz natomiast weszło tylko w fazę realizacji. W historii Pana Jezusa wypełniły się zapowiedzi i obietnice proroków – wypełnił się czas. Jezus Chrystus to prawdziwy Mesjasz. Jest On najpierw synem Abrahama, w Nim bowiem realizuje się obietnica dana patriarsze (por. Rz 4, 6-9). Jest On również synem Dawida, prawdziwym potomkiem królewskiego rodu, z którym Pan Bóg związał nadzieje mesjańskie. Jezus Chrystus to nie tylko Mesjasz Izraela, ale także pogan. Potwierdza to pokłon pogańskich mędrców. Pan Jezus, w świetle Ewangelii dzieciństwa według św. Mateusza, jest nowym początkiem, nowym Adamem. Narodzenie z Dziewicy można właściwie zrozumieć w kontekście Starego Testamentu, który zna cały szereg narodzin niedających się wytłumaczyć w żaden naturalny i czysto biologiczny sposób (np. Izaak, Samson, Samuel). We wszystkich tych narodzinach Pan Bóg czyni płodną niemoc ludzką, a cudownie narodzone dzieci stają się zawsze wielkimi postaciami w historii Izraela. W narodzinach Chrystusa dokonało się coś więcej: On został powołany do życia na ziemi przez Ducha Świętego, jest więc Synem Bożym. W Nim rozpoczyna się „nowa historia”. Do żłóbka Pana zostali powołani i Żydzi, i poganie. Pierwsi otrzymali wyraźne objawienie przez słowo, drudzy zaś, niejasne objawienie przez gwiazdę. Aby odczytać peł-

16

WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA

ny sens tej gwiazdy, musieli iść i pytać Żydów (Mt 2,1). Zatem Izrael miał wcześniejsze i jaśniejsze objawienie, a jednak Żydzi nie poszli do Mesjasza, choć byli tak blisko Niego. Uprzedzili ich poganie. Izrael zaś złączył się z bezbożnym Herodem w prześladowaniu Mesjasza, dlatego zabrane mu zostało zbawienie, a dane poganom, którzy otworzyli się na Boże wezwanie. Niewierność Izraela nie zniweczyła jednak Bożego planu zbawienia. Na miejsce starego wejdzie nowy Izrael. Temat ten przenika całe dzieło św. Mateusza, a Ewangelia dzieciństwa jest jakby miniaturą całej Ewangelii. Jak widać zatem z naszych rozważań, ewangeliści nie chcieli napisać kroniki o Jezusie Chrystusie, lecz pragnęli odpowiedzieć na pytania: Kim jest Jezus z Nazaretu? Po co przyszedł na ten świat? Odpowiedzieli na nie w świetle wydarzenia paschalnego, Starego Testamentu i w sposób literacki wówczas stosowany. kl. Karol Wierzchowski, rok IV Bibliografia: Kudasiewicz J., Biblia – historia – nauka, Kraków 1978, s. 315-333.

Kwestia Wcielenia Święta Rodzina jest idealną i najdoskonalszą ze wszystkich rodzin, jakie kiedykolwiek istniały. Jest ona doskonałym wzorem dla wszystkich rodzin. Jak powiedział papież Paweł VI, „związek Józefa i Maryi jest szczytem, z którego rozlewa się świętość po całej ziemi”. Jest rodziną niezwykłą, ponieważ nosi w sobie pieczęć dziewiczego poczęcia Pana Jezusa, który przychodzi na świat za sprawą Ducha Świętego. Pomimo swojej niezwykłości Święta Rodzina prowadziła w Nazarecie całkiem zwyczajne życie. Wcielenie Syna Bożego, które dokoSługa nr 2 (58)

nało się w Świętej Rodzinie, stanowi fakt historyczny. Jezus Chrystus przyszedł na świat w rodzinie Maryi i Józefa po to, aby dokonało się pojednanie całej ludzkości z Bogiem. Jedność Świętej Rodziny była miejscem szczególnej Bożej interwencji. Można mówić o tajemnicy Jezusa Chrystusa. Fakt Jego  Wcielenia jest, z jednej strony, faktem historycznym i  historiozbawczym, jak się zwykło go nazywać w teologii. Z drugiej zaś strony, stanowi centralną prawdę wiary. Syn Boży, druga Osoba Trójcy Świętej, w celu zbawienia świata przyjął ludzką naturę i stał się w pełni Człowiekiem, pozostając także w pełni Bogiem. Dwie natury – Boska i ludzka – spotkały się ze sobą w jednej Osobie. Ta prawda wiary została ogłoszona w 451 roku podczas Soboru Chalcedońskiego i jest centralną osią całej wiary chrześcijańskiej. Wcielenie Słowa Bożego, Jezusa Chrystusa, jakie dokonało się za sprawą Ducha Świętego w Świętej Rodzinie, jest wydarzeniem zbawczym, ale również stanowi tajemnicę naszej wiary. Tajemnica pojednania Boga ze światem jest niezwykłym wydarzeniem, w którym Syn Boży staje się Człowiekiem: przychodzi na świat jako Mesjasz, Kapłan, Prorok, Pan, Odwieczne Słowo Ojca, Syn Boży. W dzieło Wcielenia jest zaangażowana cała Trójca Święta. Bóg Ojciec – według swojej odwiecznej ekonomii zbawienia  –

Sługa nr 2 (58)

posyła w stosownym czasie swego anioła do Najświętszej Maryi Panny, aby za Jej przyzwoleniem Duch Święty dokonał Inkarnacji Odwiecznego Logosu (Słowa Bożego) w ludzkie ciało. Dzięki temu Bóg w Jezusie Chrystusie wkroczył do historii właśnie w poczęciu w łonie Maryi, a nie w czasie Bożego Narodzenia (wielu katolików nie odróżnia faktu Wcielenia od Narodzenia Pana Jezusa, które  było efektem uprzedniej Inkarnacji). Od tego momentu rozpoczął się kulminacyjny etap historii zbawienia, bo Jezusa Chrystusa wyczekiwały czasy wcześniejsze. Nim także żyje chrześcijaństwo, aż do wypełnienia się dziejów. Duns Szkot, a za nim szkoła franciszkańska, utrzymywali, że już we Wcieleniu nastąpiło zbawcze pośrednictwo, gdyż w Jezusie Chrystusie natura Boska połączyła się z ludzką. Nie poddając tego poglądu ocenie (całe życie Chrystusa Pana i wydarzenia paschalne będą dopełniały i finalizowały ten proces), trzeba podkreślić, że z faktu Wcielenia weźmie początek nauka Kościoła o Panu Jezusie jako prawdziwym Człowieku i prawdziwym Bogu. Znalazło to swój wydźwięk na soborach: Nicejskim, Konstantynopolitańskim, Chalcedońskim i wielu innych. Poprzez Wcielenie Bóg włączył materię w dzieło odkupienia i zbawienia; stała się ona niejako narzędziem Bożych działań. Manichejczycy, gnostycy i niektórzy asceci średniowieczni oraz z późniejszych epok uważali materię i ciało ludzkie za coś złego już ze swej natury. Poglądy te były wynikiem niezrozumienia faktu Wcielenia, poprzez który  Bóg uświęcił ciało ludzkie, nadał mu niezbywalną godność i umożliwił człowiekowi kooperację w dziele zbawienia. Przez fakt Inkarnacji Syn Boży zjednoczył się w mistyczny sposób z każdym człowiekiem, co tak często eksponował Jan Paweł II w swych licznych przemówieniach, powołując się na konstytucję duszpasterską o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes

17


WIARA POSZUKUJĄCA ZROZUMIENIA (GS 22). Wcielony Logos podkreślił godność i wielkość człowieka, gdyż sam stał się Człowiekiem. Odnowił Bożą ikonę człowieka, który został stworzony na obraz i  Boże podobieństwo. Jezus Chrystus, będąc obrazem Boga Niewidzialnego, zajaśniał w naszych duszach nowym blaskiem, większym niż to miało miejsce w akcie stworzenia. Owocem Wcielenia Syna Bożego, które swój punkt kulminacyjny osiągnęło w misterium Paschy, jest przekazywanie ludziom wszystkich pokoleń słowa Bożego i sprawowanie sakramentów świętych. Ten owoc przekłada się w życiu wyznawców Chrystusa na świadomość i moc właściwego przeżywania przez nich własnej, ludzkiej śmiertelności. Dzięki temu dokonuje się w mentalności człowieka „przewrót kopernikański”. Prawda o Wcieleniu Chrystusa i wiara paschalna pozwalają wierzącym w Niego lepiej rozumieć znaczenie i doniosłość śmiertelności swego ciała, a tym samym właściwie przeżywać całe życie cielesne (ziemskie), łącznie ze śmiercią, i w ten sposób przygotować się na pełnię życia wiecznego w zmartwychwstaniu. To właśnie jedynie w świetle dopełnionej tajemnicy Wcielenia, rozjaśniającej naszą ludzką śmiertelność, człowiek wierzący może rozumieć i przeżywać siebie w  swojej cielesności i duchowości. To  właśnie w  świetle tej tajemnicy spotykają się w człowieku na nowo i właściwie: cielesność i duchowość. To dzięki tej tajemnicy te aspekty egzystencji integrują się w człowieku

18

WARTO! P. Kraśko, K. Durczok, K. Wiśniewska, R. Nęcek, A. Mrożek, B. Król,

dla  urzeczywistniania obrazu Boga zgodnie z zamysłem Boga (zob. Rdz 1,26n). Nadto, dzięki temu otwierają się przed człowiekiem perspektywy i możliwości stale nowego podchodzenia do  tego  wszystkiego, co  dotyka go  w  jego  ziemskiej egzystencji: co go rani, upokarza, co go cieszy i pociąga, co jawi się jemu jako (realny czy pozorny) sukces lub porażka, co  jawi mu się jako życie lub umieranie. Bóg dokonał tego w  Jezusie Chrystusie, swoim Wcielonym Synu, po to, aby człowiek nie szukał chwały – ani  w  swej cielesności, ani w swej duchowości. Bez znajomości tajemnicy Wcielenia Syna Bożego człowiek nie jest w stanie dobrze przeżyć swego życia, tzn. swej śmiertelności i  wszystkich wydarzeń oraz aspektów, które są jej przejawem lub człowiekowi o  niej  przypominają. Tajemnica Wcielonego Słowa Bożego oświeca śmiertelność człowieka, umożliwia człowiekowi pełne zrozumienie siebie. To Bóg „musiał” się wcielić, aby  człowiek na  nowo poznał wartość swej cielesności i nie pozostał tylko „ciałem” dla siebie, lecz mógł docenić i właściwie używać swe  ciało i  przeżywać – zgodnie z  duchem (zamysłem) Boga swoją  śmiertelną cielesność. To Bóg w przyjętej przez Jezusa cielesności „musiał” umrzeć, aby człowiek nauczył się i miał moc umierać, a w ten sposób stawać się dzieckiem Boga (zob. J 1,11n). Jest przedziwnym cudem w historii ludzkości, spełniającym się w każdym wierzącym w Jezusa Chrystusa, że właśnie fakt śmiertelności ciała, postrzegany w świetle tajemnicy Wcielenia i  Paschy, pozwala człowiekowi zdobyć prawdziwą mądrość i sztukę życia. Odtąd jest dane człowiekowi odkrywać przedziwną prawdę: śmiertelność, widziana w świetle tajemnicy Wcielenia, staje się pomostem powrotu człowieka do Boga. Przeżywanie tej prawdy staje się zasadniczą treścią każdego człowieka wierzącego w Chrystusa.

J. Badeni, Uwierzcie w koniec świata Jest to ostatnia książka charyzmatycznego dominikanina, który zmarł w marcu br. Kto chce zachować spokój, niech nawet nie dotyka tej książki. To współczesne proroctwo dotyka, łamie, „burzy” nasze życie i rzuca na nie nowe światło. Lektura mówi o nieuchronnym czasie, który się zbliża i dotknie każdego z nas. Jest to zapis tego, co o. Badeni usłyszał podczas sprawowania Mszy Świętej. Otrzymał zadanie, aby przypomnieć ludziom o końcu świata. Gdy nastąpi ostateczny koniec, ukazane zostaną wszystkie nasze słabości, opadną maski, pod którymi staramy się ukryć prawdę o nas samych. Można na początku czuć strach, niechęć, a nawet wstręt do treści lektury, która jednak ostatecznie wlewa wiarę w nasze serca.

dk. Arkadiusz Sobociński, rok VI

kl. Kamil Pańkowiec, rok IV

Sługa nr 2 (58)

Bitwa o Kościół Sam tytuł książki może wydawać się prowokujący. Co znaczy wyrażenie „bitwa o Kościół”? Prezentowana pozycja porusza wiele aspektów życia Kościoła w Polsce, które w ciągu ostatnich kilku lat były szeroko komentowane w mediach i wzbudzały olbrzymią wrzawę w różnych środowiskach. Omawiane tematy dotyczą m.in. katolickich mediów, Komisji Majątkowej, krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego. Jak zaznacza jeden z autorów, ks. B. Król, książka nie ma wzbudzać emocji ani  wywoływać poszukiwania winnych i oskarżonych. Stanowi szukanie prawdy i walkę o dobre imię Kościoła. Prezentowana lektura zawiera rozmowę, którą odbyli autorzy. Czasami padają mocne słowa, poruszane są niewygodne tematy. Jest to bardzo cenne, ponieważ poznajemy opinię różnych środowisk, często przeciwnych Kościołowi. To sprawia, że czytelnik staje się uczestnikiem otwartej i szczerej rozmowy, w której sam musi odpowiedzieć na prezentowane opinie. Każdy, kto sięgnie po tę pozycję, na pewno nie przejdzie obojętnie wokół omawianych problemów. Jednak książka ta to nie tylko dyskusja nad problemami w Kościele, ale także pytanie o przedstawianie Kościoła w mediach. Zachęcam do lektury i do własnej refleksji. J. Navarro-Valls, Rzecznik. Krok w krok za Janem Pawłem II Czy może być ktoś, kto lepiej by znał Jana Pawła II niż ten, który był jego rzecznikiem prasowym? Zapewne można by było wskazać kilka osób, które były bliżej papieża, ale  bycie rzecznikiem prasowym oznacza przynależność do najbliższej „drużyny” Ojca Świętego. Wszyscy chyba pamiętamy Joaquína Navarro-Vallsa, który udzielał informacji na temat stanu zdrowia papieża w ostatnich tygodniach życia Jana Pawła II. Dzisiaj daje nam swoją książkę, która oczywiście nie jest w stanie ukazać wszystkich wydarzeń z życia „papieża-Polaka”. Mimo  to czytelnik znajdzie w niej wiele myśli i szczegółowych faktów, które przedstawią ogólną sylwetkę Ojca Świętego. Każdy rozdział, opisujący konkretny fakt z życia papieża, prowadzi nas ku  odkryciu jak wielkim Człowiekiem był nasz rodak na Stolicy Piotrowej. Warto sięgnąć po tę pozycję, choć może się nam wydawać, że wiele wiemy o „naszym papieżu”. Navarro-Valls odkrywa przed nami nieznane fakty, które sprawiają, że jeszcze raz przeniesiemy się w czasy pontyfikatu Jana Pawła II i z nowej, głębszej perspektywy spojrzymy na kulisy jego życia.

Sługa nr 2 (58)

19


WARTO!

Regau Ostatnimi czasy zauważyłem w swoich recenzjach pewną tendencję. Przez kolejne numery naszego czasopisma opisywałem coraz to bardziej reggowe zespoły. I tym razem nie będzie niespodzianki. Chciałbym zwrócić uwagę na mazowiecki zespół Regau. Już sama jego nazwa wizualnie i fonetyczne podobna jest do słowa reggae. Przy tej okazji obiecuję, że postaram się, by w następnym numerze „Sługi” w Kąciku muzycznym zagościła „reprezentacja” innego gatunku muzycznego. Najpierw kilka słów o historii zespołu. Powstał on w 2003 roku, a jego członkowie sami określają się jako pochodzący z Mazowsza. Uzasadniają to tym, że trudno wskazać jedną miejscowość, jaka mogłaby posłużyć jako „kwatera główna” zespołu. Początkowo zespół funkcjonował pod nazwą MBO i, jak to często dzieję się z młodymi kapelami, szukał swojego stylu. Członkowie zespołu zahaczyli o prawie wszystkie gatunki muzyczne, eksperymentując z hip-hopem, reggae, rockiem, funkiem, metalem czy nawet „tanecznymi bitami”. W końcu doszli do  wniosku, że  właśnie reggae to gatunek dla  nich. Rok  później zespół miał kilkumiesięczną przerwę, gdyż  jeden z członków zespołu udał się na Wyspy Brytyjskie. Po jego  powrocie zespół zmienił nazwę na obecnie

20

funkcjonującą – Regau. W tym samym roku Mateusz wstąpił do  seminarium duchownego. Jednak, jak  mówi Mikołaj Grudziński, „wstąpienie do  seminarium nie przeszkodziło w braniu udziału w próbach i koncertach. W  każdym razie mamy mocne wsparcie duchowe”. Rok  2005 wydaje się być rokiem przełomowym, gdyż  wtedy to  wyklarował się już ostateczny skład zespołu, ustalono nazwę oraz  zespół nagrał demo z czteroma kawałkami. Od  tamtego roku zespół czekał na okazję, by nagrać swoją debiutancką płytę. Ich marzenia ziściły się w tym roku. Zespół nagrał płytę Nareszcie. Jak widać, sama nazwa świadczy o tym, że fani i zespół nareszcie doczekali się „krążka”. Płyta utrzymana jest w typowych klimatach roots – reggae, choć dwa ostatnie kawałki przechodzą w „DUB”. Moim zdaniem wykonawcy dokonali trafnego zabiegu, gdyż te dwa kawałki w sposób bardzo delikatny, wręcz naturalny, zamykają całą kompozycję. Materiał na płytę dojrzewał przez wiele lat, aczkolwiek warto było czekać, bowiem na  płycie słyszymy porządną dawkę dojrzałego, chrześcijańskiego przesłania. To jeden z powodów, dla których zespół zdecydował się na granie reggae. Ponadto, od samego początku muzyka reggae dla zespołu Regau łączyła się z pewnym zaangażowaniem duchowym. Dlatego na płycie usłyszymy, że „gesty znaczą więcej niż słowa”(Gesty i słowa) czy „wolność prawdziwa to wyboru sztuka, tego, co pożytek przynosi dla ducha” (Twój wybór). Teksty piosenek nawiązują do życiowych sytuacji każdego człowieka, dzięki czemu każdy może się w nich odnaleźć. Jest w nich mowa o wolności, miłości, wierności, odwadze, radości i duchowych potrzebach człowieka. Zespół tworzy 7 osób: Mikołaj Grudziński – gitara, głos; Tomek Gawarski – gitara; Piotrek Muranowicz – bas; Mateusz Gawarski – klawisze; Jarek Sadowisk – perkusja; Arek Dankiewicz – trąbka; Damian Ruta – puzon. W takim składzie zespół może pozwolić Sługa nr 2 (58)

Z obiektywem wśród kleryków ...

Dni seminaryjne – księża moderatorzy wraz z uczestnikami i socjuszami (24.10.2010r.)

XVI Colloquia Torunensia w Dworze Artusa (6.11.2010r.)

Sługa nr 2 (58)

I


Seminaryjny dzień skupienia – Eucharystia (11.11.2010r.)

Andrzejki 2009 i 2010 – satyra życia seminaryjnego w wykonaniu kleryków roku IV (23.11.2010r.)

Budowa Centrum Dialogu na terenie WSD (koniec listopada 2010r.)

XVI Sesja Plenarna I Synodu Diecezji Toruńskiej (20.11.2010r.)

II

Sługa nr 2 (58)

Sługa nr 2 (58)

III


WARTO!

Granice eksperymentów biomedycznych a godność osoby - sympozjum bioetyczne (25.11.2010r.)

sobie na eksperymenty muzyczne. Klimat czasami lekki i swobodny, czasami poważny i  stonowany sprawia, że odbiorca angażuje się i w sposób naturalny zaczyna zastanawiać się nad przesłaniem utworów. Warto jeszcze raz zacytować lidera zespołu, Mikołaja: „Nie chodzi nam o to, żeby ludzi nawracać, ale śpiewamy po  prostu o tym, czym żyjemy i co ma dla nas wartość. Od nawracania jest Pan Bóg, to On daje taką  łaskę, a my chcemy być tylko Jego dobrym narzędziem”. „Słowiańskie rastamany w kurtkach ocieplanych” – w taki sposób określają siebie muzycy – „stawiamy na dobrą zabawę, na scenie i pod sceną. Regau do tańca i do różańca, tym razem zapraszamy was do tańca”. Teraz nie zostaje mi powiedzieć więcej niż: Nareszcie doczekaliśmy się pełnego wydawnictwa tego zespołu! kl. Paweł Śliwiński, rok II

Ono

Uroczyste nadanie tytułu Bazyliki Mniejszej Kolegiacie św. Mikołaja w Grudziądzu fot. S. Dzierzbicki

(6.12.2010r.)

IV

Sługa nr 2 (58)

Rok temu zachęcałem wszystkich kinomanów na łamach naszego czasopisma do obejrzenia filmu Bella. Opowiada on o kobiecie, która borykała się z problemem niechcianej ciąży, rozważając możliwość aborcji. Film ten został nagrany jako głos w dyskusji na temat obrony życia poczętego. Jakiś czas temu jeden z moich profesorów zachęcił do  obejrzenia polskiego filmu o tej  samej tematyce, nakręconego nieco wcześniej, bo w 2004 roku, przez Małgorzatę Szumowską. Nagranie nosi tytuł Ono. Pozwólcie zaSługa nr 2 (58)

tem na kilka słów refleksji pod wpływem obejrzanego filmu. Bohaterką jest dwudziestodwuletnia Ewa (w jej roli debiutantka – Małgorzata Bela), która zachodzi w nieplanowaną ciążę. Początkowo postanawia dokonać aborcji i jedynie przypadek powoduje, że nie dochodzi do zamordowania nowo poczętego człowieka. Podczas wizyty u lekarza dowiaduje się, że płód ma zdolność słyszenia. Od  tej pory zmienia się jej stosunek do dziecka. Nie tylko zaczyna je szanować, ale i przygotowywać do przyjścia na świat. Zmienia się także jej stosunek do świata. Wsłuchuje się w otaczające ją dźwięki. W tłumie osobliwych, ale  ciekawych ludzi odnajduje „punka”, który jest dealerem narkotykowym i który nieświadomie udaremnił jej usunięcie ciąży. Zaprzyjaźnia się też z prostytutką, która potem towarzyszy jej w zajęciach szkoły rodzenia i która wkrótce zaprasza ją na swój ślub w odległej wiosce. Przede wszystkim jednak zmieniają się relacje Ewy z rodzicami, oschłe – jak się wydaje – od czasu, gdy dziewczyna rzuciła naukę i zaczęła pracować na stacji benzynowej. Dystans narzuca matka – wyniosła strażniczka mieszczańskich tradycji domu; ojciec o duszy artysty stara się go zmniejszyć, ale coraz bardziej nieporadny pod wpływem choroby Alzheimera niewiele może zdziałać. Odejdzie, robiąc miejsce dla swego wnuka. Pomysł na scenariusz Małgorzata Szumowska zaczerpnęła z radia. Jej ojciec po wysłuchaniu audycji powtórzył córce, że  naukowcy odkryli nową właściwość płodu – dziecko w łonie matki słyszy. Szumowska uznała, że o tym chciałaby opowiedzieć w swoim najnowszym filmie. Swoimi planami podzieliła się z matką, znaną dziennikarką i pisarką, Dorotą Terakowską. Usłyszała od niej, że jest to temat nie tylko na scenariusz, ale i na książkę. Równolegle z pracami nad filmem, Terakowska pisała powieść, zatytułowaną tak jak dzieło córki. Książka została uznana za jedną z najlepszych w jej dorobku.

21


WARTO!

WARTO!

O nich często zapominamy...

Warto wspomnieć jeszcze kilka słów o dwóch kreacjach aktorskich w Ono. Po castingu w roli Ewy została obsadzona amatorka, modelka i  absolwentka Wydziału Filologicznego UMK w Toruniu, Małgorzata Bela, która  dopiero po  sukcesie filmu Ono rozpoczęła studia aktorskie w Stanach Zjednoczonych. Szumowska pisała scenariusz również z myślą o zmarłym już Marku Walczewskim, który miał się wcielić w rolę ojca Ewy, chorego na Alzheimera. Aktor w owym czasie rzeczywiście cierpiał na tę chorobę, a jego rola w filmie Ono była jedną z ostatnich. Dzisiaj coraz częściej można usłyszeć głośną dyskusję na tematy bioetyczne. Wiele jest kwestii, jeszcze więcej poglądów. Film Małgorzaty Szumowskiej z pewnością włącza się w ową polemikę, pokazując piękno życia ludzkiego już od momentu poczęcia. „Ono jest człowiekiem, Ono słyszy, Ono ma prawo do życia!” kl. Michał Rogoziński, rok V

22

Każdego razu, kiedy odwiedzamy bezdomnych mężczyzn w schronisku, brzmią w naszych uszach te mocne, ale jakże piękne słowa Chrystusa Pana: „Wszystko coście uczynili jednemu z tych najmniejszych – Mnieście uczynili…”. W naszym toruńskim seminarium już od ponad roku istnieje grupa zrzeszająca kleryków, którzy pragną, na miarę swoich możliwości, pomagać osobom bezdomnym. W zeszłym roku przed świętami Bożego Narodzenia zadzwoniła do seminarium pani prof. Urszula Żegleń, która poprosiła, aby w wigilijny dzień dwóch kleryków udało się wraz z nią do schroniska dla bezdomnych im. św. Alberta Chmielowskiego. Pani profesor chciała, by schroniskowa Wigilia nabrała szczególnego charakteru poprzez zaproszenie kandydatów do kapłaństwa. Przysłowiowy „los” padł na naszych dwóch braci: Wojciecha i Mateusza. Jak wspominają, tamten  dzień był szczególny nie tylko dla bezdomnych, ale  także dla nich samych, bowiem chodząc od pokoju do pokoju, wlewali radość w serca poprzez śpiewanie kolęd i łamanie się opłatkiem z ubogimi. Tak wszystko się zaczęło… Po  powrocie z ferii świątecznych Mateusz zaproponował założenie grupy, która będzie systematycznie odwiedzała naszych ubogich braci i niosła im Chrystusa w słowie Bożym, modlitwie i pocieszeniu. Jak wszyscy wiemy, początki bywają trudne i owa grupka była bardzo mała. Jednak dobrym przedsięwzięciom Pan Bóg nie skąpi swej łaski i grupa zaczęła się rozrastać. Dzisiaj liczy już 25 członków. Minął rok i, jak to czytamy w Dziejach Apostolskich, „los padł na Macieja”. To właśnie mi powierzono kierowanie grupą kleryków odwiedzających bezdomnych mężczyzn. Odwiedzamy naszych „ubogich braci” dwa razy w miesiącu, przeważnie w niedziele. Grupki wyruszające do schroniska składają się z trzech lub czterech osób. Celem „niedzielnych odwiedzin” jest przybliżenie Sługa nr 2 (58)

naszych potrzebujących braci do Chrystusa poprzez wspólną modlitwę oraz udzielenie pomocy w możliwym dla nas zakresie. Gdy przybywamy do „naszych bezdomnych”, rozpoczynamy spotkanie od wspólnej rozmowy przy kawie, o tym, co zdarzyło się w ostatnich dniach, a także o problemach, jakie trapią ich oraz nas samych. Każdorazowo staramy się służyć dobrą radą, pomocną dłonią. W czasie rozmów jeden lub dwóch kleryków udaje się na pierwsze piętro, aby odwiedzić osoby mające trudności z poruszaniem się, bądź są chore – zapraszane są na wspólną kawę i modlitwę do świetlicy na parterze. Gdy wszyscy jesteśmy już w świetlicy, rozpoczynamy wspólną modlitwę, na którą składają się: czytanie niedzielnej Ewangelii, krótkie rozważanie oraz dowolna modlitwa, np. litania. Opatrzność Boża szczególnie czuwa nad naszą grupą. Dlaczego tak twierdzę? Oto  odpowiedź. W odwiedzanym przez  nas  schronisku jeden z braci bardzo ciężko zachorował, miał ogromne problemy z poruszaniem się. Pewnej niedzieli poprosił nas, abyśmy zorganizowali dla niego balkonik, który ułatwi mu chodzenie. Podjęliśmy się tego zadania. Po powrocie do  seminarium, namyśle i modlitwie zorganizowaliśmy zbiórkę pieniędzy wśród kleryków na balkonik dla  bezdomnego brata. Kwota, jaką zebraliśmy, wielokrotnie przewyższyła sumę, której potrzebowaliśmy. Zakupiliśmy balkonik, ale  nie tylko. Nabyliśmy także dla  każdego pokoju leki chroniące przed  grypą. Gdy zawieźliśmy sprzęt do ośrodka, usłyszeliśmy od naszego brata bezdomnego radosne: „wreszcie będę mógł chodzić”. Z naszych serc wyrwała się pieśń dziękczynna Bogu za to, że mogliśmy po prostu pomóc. Nie mogę także nie wspomnieć o osobie, która należy do naszej grupy i wykonuje wiele dobrej pracy. Mowa tu o naszym ojcu duchownym, ks. Sławomirze Witkowskim. To właśnie przez jego ręce spływają duchowe Sługa nr 2 (58)

łaski na „naszych bezdomnych”. Ojciec Sławomir spowiada ich kilka razy w roku, uprzednio przygotowywanych przez  nas  do  sakramentu pokuty i pojednania. Jest także pomysłodawcą odprawienia Mszy Świętej w ośrodku przed Bożym Narodzeniem. Obecność kapłana jest bardzo ważna, gdyż nie wszyscy mogą udać się do  kościoła z powodu choroby. Niektórych od  pójścia do  kościoła odstrasza lęk i kompleks, wywołany zajmowaną przez nich marginalną pozycją społeczną. Dziękuję Panu Jezusowi za to, że mnie posyła właśnie do moich bezdomnych braci. Fakt, że mogę spotykać Chrystusa w drugim,

ubogim człowieku jest dla mnie wielkim darem. Często sam nie doceniam tego, co dostaję od bliźnich, a nawet od samego Stwórcy. Ale gdy idę do bezdomnych, potrafię dać nawet to, o czym myślałem, że w ogóle nie posiadam. Dziękuję Panu, że poprzez spotkania z ubogimi wyrywa mnie z mojego egoizmu i biadolenia. Dziękuję, że poprzez nauczycieli, jakimi są bezdomni, uczy mnie wdzięczności za każdy, nawet mały dar. Jako koordynator grupy odwiedzających bezdomnych proszę o  modlitwę w intencji tych zapomnianych braci, zapomnianych przez nas, ludzi XXI wieku. Proszę także i za nas, kleryków, abyśmy nigdy nie ustali w trudzie zanoszenia Chrystusa maluczkim. Abyśmy pamiętali, że  wszystko, co czynimy, czynimy właśnie Panu Jezusowi! kl. Maciej Kępczyński, rok III

23


BURZENIE BASTIONÓW

Zaczynamy leczyć

We wrześniu 2009 roku rozpoczęły się w Polsce prace nad regulacjami prawnymi dotyczącymi procedury in vitro. Przez  ostatnie półtora roku wielu ludzi o różnorakim światopoglądzie, w tym także posłowie, dyskutują nad projektami dotyczącymi projektu zapłodnienia in vitro. Zaczął poseł PO Jarosław Gowin. Zaproponował następujące rozwiązanie: in vitro dozwolone pod warunkiem, że w laboratoriach nie produkowano by „nadliczbowych” ludzkich zarodków. Embrionów także nie wolno byłoby zamrażać i  niszczyć. Jednak projekt pana Gowina nie jest zgodny z nauką Kościoła, która otwarcie sprzeciwia się „produkcji ludzi” w laboratorium. Projekt ten nie spotkał się ze zbyt dużym zainteresowaniem także w szeregach samej Platformy Obywatelskiej i został uznany za zbyt „konserwatywny”. W jego miejsce partia przygotowała plan zespołu posłanki Kidawy-Błońskiej. Jej  program pozwala na stosowanie in vitro bez większych ograniczeń. Warto także zwrócić uwagę na projekt, który wypracował poseł PiS-u Bolesław Piecha, z wykształcenia ginekolog. To jeden z programów tworzonych przez polityków, uwzględniający punkt wi-

24

BURZENIE BASTIONÓW

dzenia katolików. Piecha proponuje zakazać całkowicie „tworzenia” ludzi przez in vitro. Dozwolone miałoby pozostać tylko wszczepianie kobietom tych zarodków, które już dzisiaj są w  polskich laboratoriach zamrożone. Zakaz całkowitego stosowania sztucznego zapłodnienia zakłada obywatelski projekt – Contra in Vitro. Niestety, w połowie listopada br. został odrzucony przez parlamentarzystów i nie jest już możliwy do zaakceptowania przez polskie prawodawstwo. Projekt ten poparło jednak przeszło 200 tysięcy obywateli. Do  tej  pory media często podawały, że  taki  „średniowieczny” punkt widzenia reprezentują jedynie księża. Z materiałów telewizyjnych wynika, że żaden „normalny człowiek” w  sprawie in vitro nie zgadza się z nauką Kościoła. Okazało się, że  taki obraz świata istniał tylko w  głowach „poprawnie politycznych” dziennikarzy. Wszyscy, a zwłaszcza ludzie młodzi, którzy świadomie i  dobrowolnie popierają Kościół, wiedzą doskonale, że metoda sztucznego zapłodnienia, mająca służyć przekazywaniu życia ludzkiego, jest nieodłącznie związana z niszczeniem życia człowieka w  fazie prenatalnego rozwoju. W konsekwencji także staje się głęboko nieetyczna i jej stosowanie powinno być prawnie zakazane. Z  publikowanych danych Sługa nr 2 (58)

– z  różnych ośrodków medycznych stosujących in vitro – wynika, że w trakcie tej procedury ginie od 60 do 80 procent poczętych istot ludzkich. Nie chcemy jednak zajmować się teraz argumentacją na rzecz zwalczania in  vitro i wykazywania zła tej metody. Zamiast tego  spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: gdzie i w jaki sposób mogą szukać pomocy przede wszystkim młode małżeństwa, które  borykają się z problemami poczęcia dziecka i które chcą zarazem pozostać wierne nauce Kościoła, a  przez  Jego pośrednictwo, także Chrystusowi i Jego Ewangelii? Z pomocą przychodzi nam stosunkowo nowa dziedzina nauki zwana naprotechnologią, która za swój cel obrała rozpoznawanie i, co warto podkreślić, leczenie niepłodności. Zajmuje się ona monitorowaniem stanu zdrowia kobiety, szczególnie w okresie prokreacyjnym. Kluczowym narzędziem jest tzw. model Creightona, oparty na bardzo szczegółowej obserwacji organizmu kobiety podczas naturalnego cyklu miesięcznego. Naprotechnologia do  diagnostyki niepłodności używa również badań sonograficznych, hormonalnych, endoskopowych, natomiast do  leczenia niepłodności – leków stymulujących jajeczkowanie, wspomagających prawidłowy przebieg cyklu miesięcznego, a także metod chirurgicznych przywracających płodność. To  co proponuje naprotechnologia, to  zupełnie inna filozofia podejścia do  problemu. In vitro nie uznaje przyczyny problemu, choroby powodującej niepłodność za ważną do zdiagnozowania i leczenia. W swoim założeniu ma prowadzić do jak najszybszego poczęcia i urodzenia dziecka, które ma przyjść na świat poza  kontekstem aktu małżeńskiego. Nie są istotne również „koszty” w postaci zniszczonych, zamrożonych lub selektywnie „zredukowanych” embrionów. Zatem sposób myślenia stojący za in vitro uznaje przedmiotowość człowieka, uznaje dziecko za produkt i towar, nawiasem mówiąc, bardzo kosztowny. Pamiętajmy również o tym, że naproSługa nr 2 (58)

technologia jest całkowicie zgodna z etyką i  moralnością, akceptuje nauczanie Kościoła we  wszystkich szczegółach. Należy pamiętać, że praktyka dobra etycznie jest też dobra i skuteczna medycznie. Nie ma tu więc sprzeczności między etyką a nauką. Niepłodność nigdy nie dotyczy tylko jednej ze stron, kobiety lub mężczyzny, ale konkretnego małżeństwa, dlatego naprotechnologia pochyla się nad problemami niepłodności małżeńskiej, zajmuje się diagnostyką i leczeniem tak kobiety, jak i mężczyzny. Właściwe postępowanie lekarskie, oparte na  rzetelnej wiedzy medycznej, obejmuje postawienie dobrej diagnozy oraz zastosowanie odpowiedniego leczenia, co może przyczynić się do zdecydowanego ograniczenia problemu niepłodności, dając wielu szansę na doczekanie się upragnionego potomstwa. Naprotechnologia rozwinęła klasyczne metody, w tym chirurgię naprawczą, a jej wyniki są bardzo dobre. Jednak nie generuje takich zysków, jak in vitro, przez co nie jest popierana przez firmy, a jest atakowana przez nastawionych na wynik finansowy właścicieli „laboratoryjnych fabryk dzieci”. W naprotechnologii punktem końcowym prowadzonych badań jest urodzenie dziecka, zatem ważnym elementem jest zapewnienie całościowej opieki prenatalnej. Wyraża się ona we wczesnym potwierdzeniu poczęcia dziecka oraz możliwie precyzyjnym wyznaczeniu terminu porodu. Postępowanie to zapobiega w znacznym stopniu poronieniom oraz przedwczesnym porodom. Badania naukowe prowadzone przez instytuty medyczne w Stanach Zjednoczonych i w Irlandii udowodniły wysoką skuteczność naprotechnologii – około 50 procent u par niepłodnych, które poddały się proponowanemu pełnemu leczeniu. Jest to także pierwszy system, który  łączy planowanie rodziny z monitorowaniem zdrowia kobiet. Także w Polsce działają kliniki specjalizujące się w naprotechnologii. Pierwsza tego  typu placówka, założona w stycz-

25


BURZENIE BASTIONÓW

BURZENIE BASTIONÓW

Szkaplerze

niu 2009  roku, znajduje się w Białymstoku. Jej  głównym pomysłodawcą i kierownikiem jest dr Tadeusz Wasilewski. Przywołując postać tego lekarza, należy wspomnieć, że  zanim  został założycielem tej bardzo cennej kliniki, przez wiele lat trudnił się wykonywaniem zabiegów in  vitro. Gruntowna analiza tej metody i wykazanie jej bezzasadności z  naukowego punktu widzenia, a  także współpraca z  łaską samego Chrystusa – o  czym pan Wasilewski chętnie opowiada – przyczyniły się do zaprzestania działania na  rzecz sztucznego zapłodnienia. Dr Tadeusz  Wasilewski jako wybitny znawca naprotechnologii gościł także w  Toruniu. Na zaproszenie kapłanów i kręgu Domowego Kościoła z parafii Matki Bożej Królowej Polski w Toruniu, prelegent zaprezentował wykład na temat naprotechnologii, który został także ubogacony świadectwem chrześcijańskiego życia. Spotkanie miało miejsce 7  listopada br. w kościele parafialnym na toruńskim Rubinkowe I. Wszystkim, którzy pragną dowiedzieć się więcej na  temat białostockiej kliniki, a także  o samym zagadnieniu naprotechnologii, polecam stronę internetową: www.naprotechnologia.pl. dk. Marcin Sokołowski, rok VI

26

8 grudnia obchodzimy w Kościele uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Tego dnia wspominamy tajemnicę dogmatycznie ogłoszoną przez  papieża Piusa IX w 1854 roku. Tytuł maryjny pochodzi od słów, jakie Matka Boża według świadectwa Bernadetty Soubirous wypowiedziała w Lourdes dnia  25  marca 1844 roku: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Jednak prawdę o cudownym poczęciu Maryi czczono już od X wieku na  Zachodzie pod nazwą Poczęcie Świętej Maryi Panny, a w XII wieku określono to święto nieco ściślej, a mianowicie: Niepokalane Poczęcie Świętej Maryi Panny. Uroczystość ta ma jednak swój początek w Kościele wschodnim, gdzie Narodzenie Maryi czczono od VI wieku. Od XV wieku Niepokalane Poczęcie jest związane z postacią św. Beatrycze de Silva Meneses i objawieniem jej Niebieskiego Szkaplerza Niepokalanego Poczęcia NMP. Pierwotnie szkaplerz służył jako część stroju ochronnego dla rolników i mnichów, którzy chronili w ten sposób swój strój podczas ciężkich prac fizycznych. Szkaplerz w  kształcie prostokąta wykonywany był z  kawałka materiału. Wycięty otwór na głowę umożliwiał przewieszenie go przez pierś i plecy (łac. scapula – plecy), który z czasem stał się symbolem męki Chrystusa (łac. Iugum Christi – jarzmo Chrystusa). Popularność szkaplerza rozszerzała się również wtedy, gdy klasztory prowadziły działalność ewangelizacyjną, np. trynitarze, którzy wykupywali więźniów, ofiarowując wyzwolonym Szkaplerz Trójcy Przenajświętszej lub gdy nauczali, np. benedyktyni i kult Szkaplerza św. Benedykta. Niektóre bractwa zakonne również wniosły swój wkład w  jego  rozpowszechnienie, np. Bractwo Krzyża i Męki Pańskiej Naszego Pana Jezusa, prowadzone przez ojców pasjonistów, ofiarowywało Szkaplerz Męki Pańskiej (czarny). Sługa nr 2 (58)

Dzięki  tym praktykom świeccy byli cały czas w kontakcie z zakonami. Każdy rodzaj szkaplerza jest sygnowany przez ściśle określone zgromadzenie czy bractwo, prawnie zatwierdzone przez Stolicę Apostolską. Do najczęściej zakładanych szkaplerzy należą: Szkaplerz Karmelitański (rozpowszechniany przez Zgromadzenie Matki Bożej z Góry Karmel), współcześnie najbardziej znany, Szkaplerz Serca Jezusowego (ojcowie pasjoniści), Szkaplerz Męki Pańskiej – czerwony (księża marianie) i wiele innych. Wiele szkaplerzy jest owocem mistycznych przeżyć i objawień. Dla przykładu, Szkaplerz Niepokalanego Serca Maryi (zielony) objawiony został Justynie Bisgueyburu, zaś św. Annie Emmerich – Szkaplerz Najświętszego Oblicza Pana Jezusa. Dzień 8 grudnia dla „świata szkaplerzy” jest także wspomnieniem jednego z objawień: ukazaniem się Najświętszej Maryi Panny wraz ze  szkaplerzem niebieskim – Niepokalanego Poczęcia NMP. Niezwykłość tego szkaplerza polega na tym, że istniał on niemal trzy stulecia przed dniem 8 grudnia 1854 roku, w którym to papież Pius  IX bullą Ineffabilis Deus ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu NMP. Kolebką szkaplerza niebieskiego jest Hiszpania, z którą związana jest postać św. Beatrycze de Silva Meneses (1426-1492), która w Toledo założyła Zakon Franciszkanek od Niepokalanego Poczęcia NMP (potocznie zwany zakonem konceptualistek), oficjalnie zatwierdzony przez papieża Juliusza II w roku 1511. Siostry zakonne według swojej reguły miały obowiązek zakładania pod biały habit niebieskiego szkaplerza, którego noszenie szybko zaczęli praktykować także ludzie świeccy. Stolica Apostolska była przychylna tej praktyce, opatrzonej zresztą wieloma przywilejami. Niezwykle głośno zrobiło się o  niebieskim szkaplerzu w 1616 roku. Mianowicie, 2 lutego pobożna Ursula Benincasa (późniejsza założycielka teatynek od  Niepokalanego Poczęcia NMP) miała widzenie, Sługa nr 2 (58)

w  którym aniołowie rozdawali wiernym świeckim Szkaplerz Niepokalanego Poczęcia NMP. Jednocześnie Ursula została zobowiązana przez Jezusa Chrystusa, by ów szkaplerz rozpowszechniać. Należy pamiętać, że z noszeniem jakiegokolwiek szkaplerza związane są sakramentalia [sakramentalia to „znaki i czynności, ustanowione przez Kościół, mające na celu uświęcenie osób, rzeczy i różnych okoliczności życia ludzi wierzących, osiągane przez modlitwę Kościoła” – cytat w: ks. dr Krzysztof Lewandowski, Poświęcenia i błogosławieństwa, „Sługa”, nr 55; przyp. red.] . Przywdziewający szkaplerz wyraża pragnienie bycia zbawionym dzięki pomocy Najświętszej Maryi Panny. Wypełniając pewne określone praktyki, związane ze szkaplerzem, można te pragnienia urzeczywistnić. Chociaż wierni świeccy nie są zobowiązani do tego, by nosząc szkaplerz niebieski, przestrzegać wszystkich surowych reguł eremu teatynek, to jednak powinni znaleźć czas, by czcić Niepokalaną Dziewicę. Noszący ten szkaplerz manifestuje

chęć stawania się na wzór Maryi Niepokalanej, czyli wszelkiego grzechu się wyrzeka i tworzy szczególną więź z Bogiem (komunię) tak, by zasilić szeregi świętych i dostąpić godności przebywania w wiecznej światłości. Jako że noszenie szkaplerza jest przywilejem i osobistym wyborem, można

27


BURZENIE BASTIONÓW uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami, w takie dni jak: uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP (8 grudnia), uroczystość Wniebowzięcia NMP (15 sierpnia), uroczystość Narodzenia Pańskiego (25 grudnia), Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego, wspomnienie św. Kajetana (7 sierpnia), uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Ponadto, odpust można zyskać także w chwili śmierci. Należy jednak pamiętać, że  wspomniane odpusty nie będą pozyskane, jeśli wierny nie będzie przestrzegał zobowiązań wynikających z noszenia szkaplerza i przynależności do  Bractwa Niepokalanego Poczęcia NMP. Zaznaczmy, że członkostwo w Bractwie nie jest konieczne, by przyjąć szkaplerz. Zobowiązania zaś są następujące: noszenie niebieskiego szkaplerza, odmawianie specjalnego nabożeństwa do NMP, zachowanie czystości co  do  swojego stanu, częste przystępowanie do sakramentów świętych, żarliwa modlitwa za zmarłych członków Bractwa, odmawianie koronki 10 cnót ewangelicznych Najświętszej Maryi Panny, codzienna modlitwa wyznaczona przez kapłana w dniu przyjęcia szkaplerza. Dawniej szkaplerze noszono na ubraniu. Dziś często, dla wygody noszenia, płócienny szkaplerz przybiera formę medalika (w 1919 roku papież Pius X zezwolił na zastąpienie medalikiem szkaplerzy płóciennych). Stanowi on znak osobistego kontaktu z Panem Bogiem, noszony pod ubraniem, zakryty dla ludzi. Symbolizuje szczególną pobożność i  cześć oddawaną Niepokalanej. Przy  czym należy bezwzględnie pamiętać, że  szkaplerz nigdy nie może stać się talizmanem czy gwarantem zbawienia dla noszącego go. Ma stać się pomocą na drodze poszukiwania spotkania z  Panem Bogiem, stałej pamięci o Nim oraz wspierać nas w dążeniu do świętości. kl. Damian Wiśniewski, rok II

28

BURZENIE BASTIONÓW

Odpusty (cz. 2) Na łamach poprzedniego numeru czasopisma „Sługa” (nr 57) postarałem się przybliżyć zagadnienie odpustu, a także „czynności”, których wypełnienie skutkuje uzyskaniem odpustu zupełnego. W tym  numerze „Sługi” chciałbym pogłębić temat związany z odpustami, jakże ważny, ale zarazem, jak się zdaje, mało znany. Na przestrzeni wieków wielu papieży autorytatywnie wypowiadało się w  sprawie odpustów. Warto przywołać kilka dokumentów, które w sposób istotny wpływały na rozumienie odpuszczania kar doczesnych – oto one: bulla Anti quorum habet papieża Bonifacego VIII (1294-1303), bulla Unigenitus Dei Filius papieża Klemensa VI (13421352), bulla Salvator noster papieża Marcina  V (1417-1431), konstytucja Liceat ea papieża Sykstusa IV (1471-1484), bulla Cum postquam oraz Exsurge Domine papieża Leona X (1515-1525), konstytucja Auctorem Fidei papieża Piusa VI (1775-1779), konstytucja Quod super papieża Piusa XI (1922-1939), konstytucja Iubilaeum maximum papieża Piusa XII (1939-1958). Obecnie obowiązującą wykładnię tematyki odpustowej stanowi wydana przez Pawła VI (1963-1978) konstytucja Indulgentiarum doctrina z dnia 1 stycznia  1967  roku. Dokument ten stał się podstawą do opracowania Wykazu odpustów, który zawiera 70 pozycji nadań odpustowych. Dla porównania, wykaz z 1952 roku prezentował aż 781 takich pozycji. Zmiany poczynione w roku 1967 uporządkowały i doprecyzowały wiele kwestii. Przed wspomnianą reformą wyróżniano kilka rodzajów odpustów: zupełne i cząstkowe (przy  czym  dzielono je jeszcze na takie, które  można było zyskać tylko raz dziennie i na takie, o które można było zabiegać kilka razy w ciągu dnia), osobiste (udzielane grupie wiernych), rzeczowe (w powiązaniu z przedmiotem, np.  szkaplerzem) oraz miejscowe Sługa nr 2 (58)

(przypisane do określonego miejsca, np. kościoła). Konstytucja Indulgentiarum doctrina kładzie kres tym podziałom i wyróżnia tylko dwa rodzaje darowania przez Kościół kar doczesnych: zupełne i cząstkowe. W poprzednim numerze wymieniłem czynności „codzienne”, których wypełnienie wiąże się z uzyskaniem odpustu zupełnego. Istnieją także inne nadania, dzięki którym zyskuje się zupełne darowanie kar doczesnych. Mianowicie, odpust zupełny przysługuje temu, który: nawiedzi bazylikę św. Jana  Chrzciciela na Lateranie, Matki Bożej Większej, św.  Piotra na Watykanie lub św. Pawła za Murami (i odmówi tam Ojcze nasz i Wierzę) w święto tytułu, w jakiekolwiek święto nakazane lub raz w roku w innym dniu ustalonym przez wiernego; przyjmie błogosławieństwo papieskie Urbi  et  Orbi; w Wielki Piątek uczestniczy w adoracji krzyża (ucałuje krzyż w trakcie liturgii); bierze udział w ćwiczeniach duchowych przez co najmniej trzy pełne dni; uczestniczy w Eucharystii z  obrzędem Pierwszej Komunii Świętej; pobożnie odprawi nabożeństwo Drogi Krzyżowej; nawiedzi w trakcie trwania synodu diecezjalnego kościół, w  którym odbywa się ów synod (odpust jednorazowy); nawiedzi pobożnie kościół parafialny w  święto tytułu lub dnia 2 sierpnia, chyba że ordynariusz wyznaczy inny dzień; nawiedzi kościół lub ołtarz w dniu jego konsekracji; nawiedzi w uroczystość założyciela kościół lub kaplicę zakonną; nawiedzi kościół lub kaplicę dnia 2 listopada (odpust można wtedy ofiarować tylko za  zmarłych). W  przypadku pięciu ostatnich przykładów nadawania odpustu konieczne jest odmówienie w tych  kościołach/kaplicach modlitw: Ojcze  nasz i Wierzę. Zupełne darowanie kar można zyskać także w tzw. godzinę śmierci, nawet jeśli  wierny tego dnia już  prędzej dostąpił odpustu. Ponadto, odpust przysługuje kapłanowi obchodzącemu swój jubileusz kapłaństwa, prymicjantowi, jak i wiernym uczestniczącym w tzw. prymiSługa nr 2 (58)

cyjnej Mszy Świętej. Łącznie wykaz uwzględnia 15 nadań odpustów zupełnych. Co ciekawe, nadaje się także odpusty, które z reguły są cząstkowe, poza nielicznymi wyjątkami (okolicznościami czasu, miejsca), dzięki którym zyskuje się (pod tymi samymi warunkami, za tę samą „czynność”) odpust zupełny. Istnieje 15 takich nadań, do  których zalicza się chociażby adorację Najświętszego Sakramentu, za którą, jeśli trwała przynajmniej pół godziny, przysługuje odpust zupełny; podobnie jak za pobożne słuchanie homilii w czasie Misji świętych – w  każdej innej okoliczności – odpust cząstkowy. Ponadto, istnieje cała paleta modlitw, za które wierny zyskuje częściowe darowanie kar doczesnych: począwszy od Znaku Krzyża, aktów strzelistych, modlitw: Aniele Boży, Anioł Pański (Królowo nieba), poprzez Skład Apostolski i Symbol Nicejsko-Konstantynopolitański, kończąc na modlitwie za zmarłych, Psalmie  51, kantyku Magnificat czy modlitwach o powołania. Łącznie Wykaz odpustów wymienia 40 różnych możliwości uzyskania samego odpustu cząstkowego. Chciałbym zachęcić naszych Czytelników do korzystania ze skarbca Kościoła, którego nieodzowną częścią są właśnie odpusty. Rzeczywiście, o ile my, katolicy, mniej lub bardziej regularnie korzystamy z sakramentu pokuty i pojednania, o tyle chyba często zapominamy o możliwości „wyczyszczenia konta” – o możliwości zrzucenia z siebie wszystkich kar doczesnych za popełnione winy, odpuszczone uprzednio przy spowiedzi. A okazji ku temu, jak wynika z niniejszego artykułu, nie brakuje. (Każdemu kto chciałby poszerzyć własną wiedzę z zakresu zagadnień odpustowych polecam syntetyczną i przejrzystą lekturę ks. Bogusława St. Patolety, Odpusty według Kodeksu Prawa Kanonicznego Jana Pawła II.) kl. Krzysztof Olaś, rok IV

29


Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI

Niegdyś katedrą zwana Około 20 km na północ od Torunia, przy drodze krajowej nr 1 leży prastare miasto Chełmża, o którym pierwsza wzmianka, zawarta w dokumencie z Loynz, pochodzi z  1222 roku. W dokumencie księcia Konrada Mazowieckiego (oddającym część ziem generalnemu biskupowi Prus Chrystianowi) znalazła się wieś Łoza wraz z okolicznymi dobrami. To grodzisko ma istotne znaczenie dla dalszych rozważań. Nie wiemy jak było ono  uposażone w okresie rządów biskupa pruskiego, ale z pewnością istniało i rozwijało się, skoro w 1246 roku wielki mistrz zakonu krzyżackiego, Henryk von Hohenlohe zatwierdził nadanie (sprzed trzech lat) tej osady wraz  z  przyległymi gruntami pierwszemu biskupowi chełmińskiemu, Heidenrykowi. (Zapewne już wówczas była ona potencjalną siedzibą nowego biskupstwa.) W 1251 roku „znika” Łoza, a pojawia się nowa nazwa, już miasta, Culmense (Chełmno nad jeziorem), ostatecznie spolszczona na Chełmża. Swoją nazwę miasto zawdzięcza Heidenrykowi, który nawiązywał w niej nie tylko do położenia, ile do głównego miasta Ziemi Chełmińskiej – Chełmna. To właśnie w Chełmży znajduje się jeden z najstarszych zabytków ziemi chełmińskiej – kościół pokatedralny p.w. Trójcy Przenajświętszej. Dokładnie 22 lipca 1251 roku de-

30

Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI kretem pierwszego biskupa chełmińskiego, wspomnianego już wcześniej Heidenryka, dominikanina, rozpoczyna się budowa katedry, trwająca do połowy XIV stulecia. Chełmża staje się ostatecznie stolicą biskupią i parafią. Równocześnie biskup ustanowił przy niej kapitułę, której członkowie mieli wieść życie wspólne, oparte na regule św. Augustyna. Najprawdopodobniej wkrótce po wydaniu dokumentu erekcyjnego przystąpiono do prac budowlanych, bowiem w roku 1254 papież Innocenty IV udzielił czterdziestodniowego odpustu tym wszystkim, którzy podjęli się trudnego i kosztownego dzieła budowy, jak również tym, którzy to dzieło w  jakikolwiek sposób wsparli. Pomyślnie rozwijająca się budowa została na pewien czas wstrzymana z powodu częstych w tym okresie napadów pruskich. Bryła ukończonej w połowie XIV  stulecia katedry składała się z prostokątnie zamkniętego chóru. Zwieńczono go trójkątnym szczytem na ścianie wschodniej, krytej dwuspadowym dachem nawy poprzecznej (transeptu). Do  tejże nawy przylegały dwie założone wieżyczki oraz trójnawowy korpus, kryty jednym wspólnym dachem dwuspadowym, w który wtopiony był ukryty za bocznymi szczytami nieco niższy dach transeptu. Źródła podają, że w czasie zbrojnej rozprawy króla Jagiełły z Krzyżakami w  roku  1422 „katedrę obrócono w popiół”. To może nieco wyolbrzymione określenie, ale  świadczy o ogromie zniszczenia, jakiemu  uległa chełmżyńska katedra. Zburzone zostały wówczas szczyty, dachy oraz wieże, zwłaszcza wieża południowa przy  fasadzie zachodniej. Ze sklepień ocalały jedynie dwa przęsła zachodnie w nawie południowej i środkowej oraz sklepienia chóru. Do  odbudowy przystąpiono natychmiast. Mimo tej wręcz katastrofalnej sytuacji, rozwijało się przy odbudowującej się z trudem katedrze normalne życie religijne diecezji. Tu boSługa nr 2 (58)

wiem od XV do początku XVII wieku odbyło się kilka synodów diecezjalnych, które  zwoływali co  pewien czas kolejni biskupi chełmińscy: Arnold Stapil (przed  1416  rokiem), Jan Marienau (w 1438 roku), Stefan z Nidzicy (1481), Piotr Kostka (1583) oraz Wawrzyniec Gembicki (1605). W wyniku potyczek między luteranami a katolikami w Toruniu w czasie procesji Bożego Ciała w roku 1688 magistrat toruński – po dłuższych dysputach i szukaniu winnych – na wyraźne polecenie króla Jana III Sobieskiego, musiał zapłacić poszkodowanemu biskupowi Opalińskiemu za „ausus podczas processyi sanctissimi Corporis Chrysti” kwotę 21 tysięcy złotych pruskich w trzech ratach. Za tę sumę wybudowano w roku 1692 barokowy hełm na północnej wieży katedry, zwanej od tego czasu wieżą Opalińskiego. W roku 1753 włoski architekt Giovanni Battista Cocchi wybudował barokową zakrystię z kapitularzem na piętrze, przylegającym do południowej ściany prezbiterium. W drugiej połowie XIX i na początku XX stulecia wykonano sporo prac adaptujących obiekt do nowej funkcji – kościoła parafialnego. Tak więc rozebrano przylegające po stronie południowej do katedry zabudowania kapitulne oraz rozmieszczone wokół kościoła kanonie. Dnia 2 sierpnia 1950 roku pożar spowodowany uderzeniem pioruna w znacznym stopniu zniszczył zewnętrzną bryłę katedry wraz z częścią zabytkowego wyposażenia. Podczas pożaru spłonęły doszczętnie wszystkie dachy z zabytkową więźbą, barokowe hełmy wieży północnej oraz kopulaste zakończenia wschodnich wieżyczek. Zawaliła się ponadto część sklepień przęsła zachodniego w nawie środkowej oraz w wieży południowej. Znacznemu zniszczeniu uległy polichromie na sklepieniach, fragment gotyckiej pasji oraz górne zwieńczenie głównego ołtarza z dwoma obrazami. Odbudowany z datków miejscoSługa nr 2 (58)

wych parafian kościół, otworzył ponownie swe podwoje w grudniu 1953 roku. W trakcie prac budowlanych usunięto m.in. zabytkowe ścianki działowe między kaplicami transeptu a środkowym przęsłem oraz na nowo otynkowano wewnętrzne ściany i sklepienia z wyjątkiem żeber sklepiennych, filarów międzynawowych i ścian chóru. W kolejnym etapie prac założono nową konstrukcję stalową wszystkich dachów. W latach 1969-1971 zrekonstruowano zniszczoną przez pożar wieżę północną oraz przeprowadzono niezbędne prace konserwatorsko-złotnicze zabytkowych obiektów wyposażenia. Ojciec Święty Jan XXIII 12 kwietnia  1960 roku wyniósł kościół Świętej Trójcy do godności kolegiaty, a Jan Paweł II w  lutym�� 1982 roku nadał mu zaszczytny tytuł bazyliki mniejszej. W 1994 roku zostaje ustanowiony konkatedrą. Ponadto, 14  września  1966 roku w katedrze odbyły się uroczystości milenijne chrztu Polski, którym  przewodniczył Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński. Gotycka świątynia jest budowlą orientowaną [prezbiterium zwrócone w kierunku wschodnim; przyp. red.], wykonaną z cegły, trzynawową, pokrytą trzema dachami

31


Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI dwuspadowymi. Każda nawa ma swój własny dach. Od strony zachodniej – dwuwiekowa fasada. Najstarszą częścią katedry, nawiązującą do nadreńskich katedr romańskich, jest elewacja wschodnia, którą zwieńczają sterczyny na szczycie schodkowym. Do wnętrza wchodzimy przez dwa portale, nad którymi są umieszczone płaskorzeźby przedstawiające sceny z Pisma Świętego. W lewej nawie od strony północnej pod chórem muzycznym zobaczymy wmurowane w ścianę epitafium kanonika Wojciecha Krzywkowskiego, gotyckie rzeźby grupy Ukrzyżowania (początek XV wieku). Ołtarz Matki Bożej Bolesnej z 1760 roku, bogato złocony z obrazem ołtarzowym przedstawiającym Matkę Bożą trzymającą na kolanach umęczone ciało Chrystusa. Następnie epitafia kanonika Sebastiana Gierłowskiego i biskupa Zygfryda Kowalskiego. Tuż obok znajduje się ołtarz (początek XVII wieku) poświęcony św.  Maksymilianowi Kolbemu z obrazem przedstawiającym męczennika w celi śmierci obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Za kutą żelazną kratą na wschodniej ścianie transeptu znajduje się kaplica z ołtarzem Krzyża Świętego, przedstawiającym scenę Ukrzyżowania. Ołtarz wykonany z ciemnego marmuru i alabastru przez wybitnego rzeźbiarza z Włoch Giovanniego Battistę Cocchiego w 1744 roku. Po lewej stronie ołtarza rzeźba Chrystusa dźwigającego krzyż (gotyk) i epitafium biskupa T. Czapskiego. Prezbiterium od wnętrza kościoła oddziela belka tęczowa, na której znajduje się zespół gotyckiej pasji. Uwagę przyciąga barokowy ołtarz główny, wykonany z drewna, jeden z największych w północnej części Polski, którego projektantem był Giovanni Battista Gisleni (ok. 1650 roku). W centralnym miejscu wielkiego ołtarza znajduje się rzeźba Trójcy Świętej, zasłaniana obrazem o  tej  samej tematyce. Nad ołtarzem, w tondzie [tondo – z wł.: talerz, krąg; przyp. red.], obraz Wnie-

32

Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI

bowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Całość zwieńcza scena przedstawiająca św. Jerzego (patrona Diecezji Chełmińskiej) na  koniu w zbroi rycerskiej, walczącego ze smokiem. Wystrój ołtarza głównego uzupełniają rzeźby św. Piotra, św. Andrzeja, św. Stanisława ze Szczepanowa, św. Wojciecha oraz licznych aniołów. Całość została bogato pozłocona i wyrzeźbiona w tematyce roślinnej. W prezbiterium uwagę zwracają ponadto: stalle z 1519 roku, rzeźbione, polichromowane; monumentalny, późnorenesansowy marmurowy pomnik nagrobny z figurą biskupa Piotra Kostki (koniec XVI wieku); wczesnogotyckie sedilia kamienne z  zachowaną polichromią; barokowy portal prowadzący do zakrystii i epitafia biskupów: Kazimierza Jana Opalińskiego, Adama Kosa, Iwona Onufrego Rogowskiego i Kazimierza Jana Szczuki. Po wyjściu z prezbiterium od strony południowej znajduje się kaplica bł. Juty z ołtarzem jej poświęconym, który w całości wykonany jest z czarnego marmuru; pochodzi z 1753 roku. Obraz przedstawia bł. Jutę oddającą hołd Chrystusowi Zmartwychwstałemu. Nad kartuszem [kartusz – ozdobne obramowanie obrazu lub rzeźby; przyp. red.] w górnej części ołtarza – Duch Święty w postaci gołębicy. Po prawej stronie ołtarza chrzcielnica z drugiej połowy XVIII wieku, drewniana, polichromowana, z obrazem na zaplecku ukazuSługa nr 2 (58)

jącym scenę Chrztu Pańskiego. Po wyjściu z kaplicy za kratą znajduje się drewniany ołtarz św. Franciszka z Asyżu pochodzący z początku XVII wieku, przyozdobiony barokowym obrazem Zdjęcie z Krzyża. Drugi ołtarz jest poświęcony bł. Stefanowi Wincentemu Frelichowskiemu, kapłanowi wywodzącemu się z Chełmży. Sam ołtarz z  dwudziestowiecznym obrazem pochodzi z połowy XVIII wieku i jest wykonany z czarnego marmuru. W ścianie nawy są umieszczone epitafia ks. dziekana Józefa Łempickiego, ks. kanonika Wojciecha Mikołajewskiego i podkomorzego pomorskiego Krzysztofa Bąkowskiego. W nawie głównej znajdują się cztery ołtarze pochodzące z 1777 roku. Ołtarz Przemienienia Pańskiego z dwoma obrazami: Przemienienia Pańskiego i Matki Bożej z Dzieciątkiem. Ołtarz poświęcony św. Walentemu z obrazem tego świętego. Ołtarz Matki Bożej z obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ołtarz poświęcony św. Annie Samotrzeciej z  obrazem świętej i obrazem-zasłoną przedstawiającą Najświętsze Serce Pana Jezusa. Wszystkie ołtarze są polichromowane i ozdobione ciekawą tematyką figuralną i roślinną. W nawie głównej znajduje się też późnorenesansowa ambona z 1604 roku, bogato rzeźbiona i złocona z przedstawieniami Chrystusa Zbawiciela, ewangelistów i postaci czterech ojców Kościoła na balustradzie schodów. Wnętrze świątyni uzupełniają dużych rozmiarów obrazy zawieszone na ścianach naw bocznych ze scenami z Pisma Świętego, a także: rzeźby świętych, epitafia i płyty nagrobne, tablice pamiątkowe, późnobarokowy świecznik z głową jelenia wiszący przed chórem, a  także ciekawe sklepienie krzyżowo-żebrowe ozdobione ładną ornamentyką roślinną i figuralną, zworniki naw, zdobnicze elementy kolumn o różnych kształtach, wspierające nawę główną, wielobarwne witraże przedstawiające świętych oraz błogosławionych. Ten wielowiekowy kościół, wysokiej Sługa nr 2 (58)

klasy zabytek, wymaga ciągłego czuwania i  stałej troski o jego piękno. Trzeba też pamiętać, że świątynia to nie tylko obiekt historyczny, ale przede wszystkim miejsce kultu i  przemiany wewnętrznej człowieka. Warto  nadmienić, że drugą świątynią w Chełmży, a zarazem kościołem filialnym konkatedry Świętej Trójcy, jest kościół p.w. św. Mikołaja, pochodzący z 1248 roku, zbudowany z cegły i kamieni polnych. kl. Dominik Kosiński, rok V

Filozofia tożsamości grudziądzanina: z biskupem Chrystianem spojrzenie ku przyszłości

W listopadowym numerze „Sługi” informowaliśmy czytelników o uroczystym nadaniu Kolegiacie p.w. św. Mikołaja w Grudziądzu godności Bazyliki Mniejszej. Z tej okazji 17 listopada  2010  roku w budynku filii UMK przy ul. Sienkiewicza w Grudziądzu odbyło się sympozjum pod hasłem: „Grudziądz wczoraj, dziś, jutro”. Jednym z zaproszonych prelegentów był ks. prof. Mirosław Mróz, wykładowca Wydziału Teologicznego UMK, dodajmy: pochodzący z Grudziądza. Poniżej zamieszczamy obszerne fragmenty jego wystąpienia. Redakcja

1. Kwestia tożsamości Tożsamość to termin, który jest często używany w naszym codziennym życiu. Wydawałoby się, ze jest on współczesnej daty. Niemniej jednak – jak powie Barbara Skarga, profesor filozofii, zmarła w 2009  roku: „Tożsamość jest jedną z najstarszych kategorii metafizycznych, analizowaną z  najrozmaitszych punktów widzenia”. (…) Termin tożsamość zagościł w przestrzeni nauk społecznych za  sprawą Erika Eriksona (1902-1994). (…) Chociaż jednak on sam nie podał jasnej definicji tożsamości, to może-

33


Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI my powiedzieć, że jest ona, przynajmniej na poziomie bezpośredniego doświadczenia, poczuciem osobowej jedności budującej się przez kolejną sekwencje stadiów, na poziomie których dochodzi do rozwiązania lub nierozwiązania kryzysów typowych dla danego wieku człowieka. To właśnie te rozwiązania kryzysów (bądź nierozwiązania) wpływają na  tożsamość człowieka, jego obraz siebie i samopoczucie. (…) Filozofia to także „uczenie mądrości”: jak miłować więc takie miejsce, które jest moje, co sprawia, że darzę go uczuciem i  chcę na rzecz tej społeczności pracować, i  to  jeszcze bezinteresownie, nie pytając zawsze za ile i nie narzekając, że to jest bez sensu? Odkryć taką zasadę, takie principium, arché, taki  swoisty „kamień filozoficzny”, który sprawia, że jestem dumny z bycia grudziądzaninem i zawsze obok mojego imienia i nazwiska mogę napisać: grudziądzanin. (…) Jasne jest jednak, że nie wszyscy, którzy urodzili się w Grudziądzu, którzy  mieszkali albo mieszkają w naszym mie-

ście, a więc mają wpisany w dowód osobisty Grudziądz, czy to jako miejsce urodzenia, czy  zamieszkania, ową tożsamość (o  której  tu  mowa) posiadają, czy też posiąść pragnęli i pragną. Co stanowi o tym fakcie? Czy  tożsamość jest jedynie taką cechą,

34

Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI którą  arbitralnie można wybrać, czy jest ono czymś, o czym nie my przesądzamy? 2.

Tożsamość a pamięć

„Jesteśmy jak ta Bergsonowska kula śniegu tocząca się po stoku, ta sama i wciąż inna, otwarta na nieprzewidywalne zmiany, na całkiem nowe zwroty, zachowująca jednak pamięć o swym skomplikowanym przebiegu”. (Barbara Skarga, Tożsamość i różnica)

(…) Jeżeli bym zechciał namalować obraz z takim podpisem: Tożsamość grudziądzanina, co bym namalował? Jak malowałbym obraz Tożsamość, co on by przedstawiał? Łatwiej jest malować kwiaty na łące. Łatwiej jest malować morze, czy góry, kapliczkę gdzieś na polanie zatopioną w słońcu, ale malować pojęcia czy terminy nie jest łatwo. I może dlatego tak trudno czasami współczesnemu człowiekowi zatopionemu w  rzeczywistości świata rzeczy zrozumieć sztukę współczesną wyrażającą często raczej nie tyle konglomerat otaczającego świata, ile właśnie pojęcia, które można zobaczyć we wnętrzu swojej duszy. Jak więc namalowałbym tożsamość? Na moim obrazie podpisanym Tożsamość namalowałbym śnieżną kulę (zgodnie z moim nazwiskiem kojarzącym się z zimową aurą). Filozof francuski, uhonorowany Nagrodą Nobla z dziedziny literatury w 1927 roku, Henri Bergson, w swoim dziele Ewolucja twórcza ma rację, kiedy mówi, że jesteśmy kulą śnieżną, która tocząc się po zboczu, powiększa się. (…) W tym ujęciu nasze „Ja tożsamościowe” zostaje potraktowane jako byt substancjalny, zgodnie z tradycją scholastyczną, ale i jako dynamiczny, gdzie osoba ludzka jest określonym, trwałym, ale pełnym ruchu bytem, w który wpleciony zostaje czas i ciężar pamięci. Nie ulega wątpliwości, że gdy myślimy o naszej tożsamości, to trwa w nas jakoś cała nasza przeszłość. Gdy śnieżna kula toczy się w dół po zboczu góry, to ten materiał śnieżny, Sługa nr 2 (58)

który ona zbiera, pomieszany jest z różnymi grudkami ziemi, napotkanych gałązek drzew i roślin, które wystają w śniegu, czy też rzeczy pozostawionych na stoku. W takiej kuli śnieżnej są różne rzeczy. I gdy patrzę na moją „tożsamość grudziądzanina”, na moją kulę śnieżną, to mogę powiedzieć, że  oprócz  śniegu, czyli tego codziennego, zwykłego przebiegu części życia, które z moim Grudziądzem było i jest związane, kiedy chodziłem do  Szkoły Podstawowej nr 1 przy ul. Konarskiego na Chełmińskim Przedmieściu, potem do I Liceum Ogólnokształcącego przy Sienkiewicza, oprócz dojazdów do szkoły w zatłoczonym tramwaju wtedy linii nr 2, dni spędzanych

Tramwaj linii nr 2 na ul. Toruńskiej

w zaciszu rodzinnym, to  do  tej kuli śnieżnej spadającej po stoku mojego życia przyczepiły się takie fakty, jak smak cukierków anyżówek kupionych u pana  Łojaka przy  ul. Toruńskiej (wtedy 1 Maja), widok i  zapach kwitnących orchidei przed wejściem do szkoły, entuzjazm nowego powiewu zmian, kiedy w telewizji w  Studio 2 wystąpił zespół Abba, czy  radość z biletu do kina Tivoli na film Człowiek z marmuru Andrzeja Wajdy, a potem spotkanie w  dyskusyjnym klubie filmowym, a było to niedługo przed maturą, wiosną 1977 roku. Sługa nr 2 (58)

3.

Tożsamość a zadomowienie

„Śmiertelni są w czworokącie, mieszkając”. (Martin Heidegger, Budować, mieszkać, myśleć)

(…) Gdy Józef Tischner rozpracowuje na  swój własny swoisty sposób tę myśl [Martina Heideggera; przy. red.] w książce Filozofia dramatu, nakreśla, że śmiertelny człowiek tak właściwie sens swojej egzystencji, a  tym  sposobem też swojej tożsamości, zamyka w dwubiegunowym czworokącie określanym przez  ziemię i niebo: ziemię, na której człowiek zakłada, buduje swój dom, i ziemię, w której spoczywa, jako śmiertelny cmentarz, oraz niebo, w które spogląda, szukając tego, co w górze, i ku której to górze wyrywa się ludzka dusza, a więc będą to instytucje wyrażające to, co duchowe w człowieku, instytucje wyższej kultury: kino, sale koncertów i rozrywki, ale także świątynie, gdzie człowiek doświadcza pociechy, której potrzebuje, przebaczenia swoich win, które na duszy człowieka gromadzą się w ciągu całego jego życia, i miłości, którą rozwija aż po granice możliwości spotkania z Bogiem. Świątynia otwiera horyzont całkiem innej przestrzeni, gdzie to, co jest dotykalne, widzialne, odbierane jest jedynie jako rzeczywistość, odnosząca nas  ku  temu, co naprawdę jest, chociaż tego materialnymi oczyma nie widzimy, a nasze cielesne uszy nie słyszą. Ów dwubiegunowy czworokąt mojej tożsamości jest tam, gdzie jest mój dom, to miejsce, w którym się zadomowiłem przez moją naukę i pracę, to  cmentarz, gdzie  dotykam dziedzictwa przeszłości i  kruchości tego ziemskiego bieguna, to moja świątynia, gdzie otrzymałem przebaczenie i  gdzie została mi dana moc, aby prawdziwie miłować, to przestrzenie i instytucje kultury, które uprawiają glebę mojej jaźni, mojego wewnętrznego ja. 4.

Tożsamość a bycie z innymi

„Człowiek staje się Ja w kontakcie z Ty”. (Martin Buber, Ja i Ty)

35


Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI (…) Gdy „Ja” staje naprzeciw swojego „Ty”, osiąga się kolebkę prawdziwej tożsamości. Człowieczeństwo ustanawia się w  kontakcie z drugim człowiekiem, w otwarciu się na  niego. Doświadczenie „Innego” ujawnia moje „Ja”. Tożsamość to nie jest bowiem świadomość osamotniona, całkowicie indywidualna i monadyczna, wyższe warstwy tożsamości są uwarunkowane przez  rozmowę i dialog, relację i kontakt z innymi. Tomasz  z  Akwinu, chociaż nie współczesny, ale  średniowieczny, powiedziałby, uzupełniając, że przez amor amicitiae, przez miłość przyjaźni i przez caritas, archetyp wszystkich relacyjnych powiązań ważnych dla kształtowania się prawdziwej i pełnej osobowości ludzkiej. Podstawowy sens tożsamości ujawnia się w darze darmo danym, z łaski bliskości drugiego. Wtedy, gdy mogę przejrzeć się i zobaczyć moją tożsamość jak w lustrze, ale nie w pojedynkę, lecz razem z innymi, wspólnie smakować mój dom i świątynię, tożsamość zdobywa dopiero rys realności. To nie technika aparatu fotograficznego sprawia, że poszczególne fotografie wkładam do tego samego albumu mojej tożsamości, ale to miłość karze mi umieszczać poszczególne wybrane zdjęcia, które uchwyciły nie tylko mnie samego, ale związki i relacje, które poprzez bliskość z innymi na wspólnej fotografii zostały uwiecznione.

5. Biskup Chrystian: grudziądzkie principium tożsamości Kto pchnął „kulę śnieżną” naszej pamięci, kto dał impuls, że bieg naszych grudziądzkich tożsamości miał początek? To biskup Chrystian, on bowiem jest początkiem wszystkiego, on jest naszym principium, on  jest naszym grudziądzkim arché. A jak  odnaleźliśmy arché, zasadę, to odnaleźliśmy nasz „ filozoficzny kamień” naszych grudziądzkich tożsamości. Chrystian z grudziądzkiego herbu, ten który wyznaczył „kamieniami milowymi” tożsamość każdego

36

Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI z  nas (aluzja do nazwy dzielnicy Grudziądza Kuntersztyn, ofiarowanej przez biskupa płockiego Gedko (Kuntera) biskupowi Chrystianowi, dzisiaj w obrębie miasta). Biskup Gedko wystepuje w dokumencie (tzw. dokumencie łowieckim, w którym Konrad, książę mazowiecki, podarował biskupowi Chrystianowi szereg grodów i wsi w ziemi chełmińskiej, wśród których  wymieniony jest również quondam castra Grudenz – niegdyś gród Grudziądz) z 5 sierpnia 1222 roku, w którym odstąpił biskupowi Chrystianowi jurysdykcję kościelną w ziemi chełmińskiej i lubawskiej. Nadanie to służyło jako udostępnienie terenu pod bazę dla akcji misyjnej w Prusach. Darowiznę tę zatwierdził papież Honoriusz III w bulli Cum a nobis petitur w 1223 roku. Jeżeli dla tożsamości ważny jest początek tego, co nas stanowi, to zapewne tego  „początku” należy szukać w naszej pamięci (historii). Także w tym, czego  od  „początku” (gdy sięgniemy pamięcią sami i  przez  innych, którzy zapamiętali) jesteśmy naocznymi świadkami. Ów pozostający w nas „początek” do najważniejszego terminu filozoficznego arché i do terminu mennie, pozostać. To  „pozostanie” ma w znacznym stopniu wiele wspólnego z utrzymaniem tożsamości, a ta tożsamość jest tak samo w  znacznym stopniu związana z „początkiem”, naszym początkiem. Tak więc chodzi tu o utrzymanie wierności własnemu „początkowi” i własnej „drodze” bycia sobą. Uczestnicząc w nadziei protoplasty naszego miasta, wizji biskupa Chrystiana, pełni wdzięczności dla jego dokonania, budujmy tożsamość naszego dzisiaj i jutra. Niechaj chrystianowy gród nad Wisłą będzie domem ludzi dumnych z własnego dziedzictwa, gdzie  odnajduje się impulsy ważne również dla wspólnie planowanej przyszłości. ks. dr hab. Mirosław Mróz, prof. UMK Sługa nr 2 (58)

Rozmowa z ...

O. Feliksem Dziadczykiem SJ, spowiednikiem i kierownikiem duchowym kleryków WSD Kl. Marek Matecki: Jak według Ojca w dzisiejszych czasach chrześcijanin powinien przeżywać Adwent i okres Bożego Narodzenia? Jakie widzi Ojciec zagrożenia dla Świąt ze strony komercji? O. Feliks Dziadczyk: Myślę, że wszyscy zdają sobie sprawę z tego, czym jest Adwent i do czego nas przygotowuje oraz jakie wyznacza nam cele. Adwent przybliża nas do tajemnicy naszego zbawienia, a jeszcze ściślej: do tajemnicy Wcielenia Syna Bożego w ludzką naturę. Wprowadza więc nas w relację naszego stosunku do Boga i ustawia człowieka jakby na właściwej pozycji w stosunku do Boga, zależnie od jego osobistego zaangażowania się w życiu religijnym. Czas Adwentu dla katolików „śpiących” lub „drzemiących” jest czasem przebudzenia. Dlatego katolik w okres Adwentu wejdzie z  radosną powagą. Powaga ta przejawiać się będzie w modlitewnym skupieniu, lecz nie smutku; ale jednocześnie skupienie to będzie rozpierała radość, ponieważ „Pan jest blisko” (Flp 4,5) i „zbliża się odSługa nr 2 (58)

kupienie nasze” (Łk 21,28). Powiedziałem: radość, a nie hałas, żeby nie było tak, jak za dni Noego: kiedy to jedli i pili aż  do dnia, kiedy  Noe wszedł do arki i przyszedł potop, który  wszystkich pochłonął (zob. Mt 24,37). Dzisiejsza komercja robi dużo hałasu; wrzaskiem i bieganiną ze światełkami stara się przytłumić religijny sens Oczekiwania, a czyni to pod pozorem usługi świątecznej. I to jest bardzo niebezpieczne, ponieważ ściemnia religijny wymiar Bożego Narodzenia. Pojawiająca się moda na świąteczny wyjazd w góry lub nad morze wyzwala obojętność religijną, a przy tej okazji zatraca się więź rodzinna, tak  bardzo ważna dla naszej narodowej tradycji. Drzemiący, budząc się ze snu, nie wie co się dzieje i leci za  „światełkami”, lokując w nich całą swoją religijność. Dlatego św. Paweł nakreśla program, pokazując, jak należy przeżyć czas Adwentu: odrzucić uczynki ciemności; odstawić hulanki i pijaństwo, rozpustę i wyuzdanie, kłótnie i zazdrości, nie dogadzać zmysłom, żyć przyzwoicie, nie ulegać żądzom, przyoblec zbroję światła (por. Rz 13, 11-14). To jest gotowy program; tylko go realizować; innego nie ma co wymyślać. Krótko mówiąc, wprowadzić więcej ascezy i bratniej miłości, czyli komunii – zjednoczenia we wspólnocie. Kl. Bartosz Adamski: Nie tak dawno cała wspólnota seminaryjna miała okazję razem z Ojcem dziękować Bogu za dar Ojca powołania przy okazji świętowania złotego jubileuszu kapłaństwa. Nie sposób zatem zapytać o Ojca drogę do święceń. Czy jakieś szczególne wydarzenie wpłynęło na Ojca powołanie? Co Ojciec może powiedzieć o latach spędzonych w zakonie? O. Feliks Dziadczyk: Nie miałem żadnych cudownych znaków. Moje powołanie właściwie zrodziło się na lekcjach religii. Były to lekcje prowadzone przez ojca jezuitę, ale muszę powiedzieć, że to były lekcje przygotowane i czuło się,

37


Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI

Z OBIEKTYWEM W DIECEZJI że  to  jest kapłan z powołania, który wierzy i któremu  zależy, aby uczniów pociągnąć do Boga i Kościoła, ale jednocześnie był to kapłan radosny, dowcipny, ale nie wulgarny, który umiał z nami pojechać na wycieczkę, „powygłupiać się”, a gdy przyszedł czas skupienia czy modlitwy, umiał z nami się modlić. To wszystko dało mi obraz dobrego kapłana i  tak rozpoczęła się moja piękna przygoda pod sztandarem Chrystusa. W zakonie nie miałem trudności z  zachowaniem regulaminu, a gdy jechałem do  zakonu to tylko myślałem o tym, by  nie obejrzeć się za siebie, ponieważ pamiętałem na słowa Pana Jezusa: „Kto przyłożył rękę do  pługa, a ogląda się wstecz, nie jest Mnie  godzien” (Łk  9,62). I nie oglądałem się. Życie kleryckie na ogół przebiegało spokojnie, chociaż dwa razy miałem „potyczkę” z  profesorem, który przytarł mi odrastające rogi. Czas przygotowania się do kapłaństwa przez  dni skupienia czy rekolekcje to był czas wewnętrznie przeżywany, a do kapłaństwa podchodziło się z  ogromnym szacunkiem i  drżeniem, bo to było coś wielkiego, kapłaństwo – to była świętość. Ale to było 50 lat temu. Dziś...? Moje pierwsze lata kapłańskie spędziłem w Szczecinie, na parafii, jako wikariusz. Będąc opiekunem ministrantów, zgromadziłem ich setkę. Miałem bardzo dobrego ojca proboszcza, mojego byłego katechetę, który mnie w tej pracy wspomagał. To był rok 1962 – środek komuny. A potem „poleciały” urzędy w zakonie i w duszpasterstwie. Lata przeżyte w duszpasterstwie parafialnym uważam za udane i bardzo piękne. Szczególnie służba człowiekowi w sakramencie pokuty i pojednania. To „rodzenie” ludzi dla Boga. Kl. Marek Matecki: A na czym polega obecna posługa Ojca?

38

O. Feliks Dziadczyk: Teraz już jestem na emeryturze. Chciałbym dużo, ale już nie te lata. Cieszę się, że jeszcze mogę trochę usłużyć w kościele (Msze Święte, kazania, konfesjonał) no i tu, w seminarium. To dla mnie ogromna radość. Kontakt z młodymi trzyma mnie i sam czuję się młodym. Mam sporo prywatnych spotkań ze studentami, którzy przychodzą na rozmowy ze swoimi problemami młodości, zakochania. Kl. Bartosz Adamski: Jednym z elementów formacji kleryka w seminarium, ale także praktyką podejmowaną przez coraz większą liczbę osób świeckich, jest kierownictwo duchowe. Czym ono jest i czym różni się ono od posiadania stałego spowiednika? O. Feliks Dziadczyk: Stały spowiednik i kierownik duchowy może być w jednej osobie, ale można też rozdzielić: kto inny będzie spowiednikiem, a kto inny kierownikiem. Osobiście wydaje mi  się, że lepiej jest mieć spowiednika i kierownika duchowego w jednej osobie, ponieważ w tym wyraża się i większe zaufanie, i  unika się pewnej dwulicowości. Kierownik duchowy jest towarzyszem w naszej drodze do Boga. Na tyle z niego skorzystasz, na ile szczerze się przed nim otworzysz. Warto wiedzieć, że kierownika obowiązuje tajemnica, tak jak  lekarza. Nie jest ona tej miary, co  tajemnica spowiedzi; ale jest to sekret powierzony, którego nie można złamać. Jeśli chcesz odnieść korzyść z rozmów z kierownikiem duchowym, powinieneś przyjść do niego odpowiednio „przygotowany”, tzn.  z  jakąś  konkretną sprawą, problemem, zapytaniem, aby  spotkanie nie ograniczało się do opowiadania o pogodzie lub o gwiazdach.

Sługa nr 2 (58)

Kl. Marek Matecki: Na koniec naszej rozmowy, prosilibyśmy o udzielenie kilku rad dla kleryków. Pytamy o nie, gdyż życie i problemy przygotowujących się do sakramentu kapłaństwa są Ojcu bardzo bliskie. W jaki więc sposób klerycy powinni kształtować swoją duchowość? O. Feliks Dziadczyk: Może zacznę od tego drugiego członu pytania: w jaki sposób kształtować swoją duchowość? Wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba chcieć formować się duchowo. Każdemu klerykowi powinno zależeć na for-

macji; następnie powinien się on otworzyć na słowo, które Bóg do niego kieruje; dalej, być otwartym na słowa kapłana, na różne wydarzenia i okoliczności oraz umieć czytać historię człowieka i świata; umieć czytać siebie: kim jestem i jaki jestem, co sobą reprezentuję. Kształtowanie duchowości musi być oparte na fundamencie wiary, a ta musi się karmić modlitwą i sakramentami świętymi. Nie można zapomnieć o ascezie. Dziś chyba zapomina się często o umartwieniu, abnega-

cji, o wyrywaniu z duszy „chwastów”; o wyplewieniu swojego „ogródka”. To nie pomaga w ukształtowaniu w sobie silnego charakteru. Jeśli chodzi o rady dla kleryków, to trzeba powiedzieć, że nikt nie jest święty i tak doskonały, aby nie potrzebował pouczenia, rady czy  jakiejś wskazówki. Pierwsza więc rada: mieć zawsze w sobie pokorę i trochę samokrytyki w stosunku do siebie; bliźniego zawsze wyżej cenić od siebie. Nie czuć się upoważnionym do stwierdzania czy ktoś ma powołanie, czy nie, bo to jest sprawa przełożonych. Ktoś taki powinien się sam zastanowić czy ma powołanie. Jeśli kiedyś pójdziesz na jakąkolwiek parafię, nigdy nie zaczynaj od wprowadzania zmian i nie szukaj wygody dla siebie. Najpierw staraj się rozejrzeć, poznać miejscową tradycję i okoliczności, a  o  innych mów zawsze dobrze. Mowa kleryka niech będzie budująca. Na każdym stanowisku i na każdym poziomie trzeba być człowiekiem. Dlatego najważniejsze jest to, aby zakochać się w Panu Jezusie i jak najlepiej przygotować się do kapłaństwa, a swojemu życiu seminaryjnemu nadać charakter bardziej ekspiacyjny. Kl. Bartosz Adamski: Dziękujemy serdecznie Ojcu za rozmowę i za poświęcony nam czas. Pragniemy życzyć Ojcu jak najwięcej sił, zdrowia, a  nade  wszystko błogosławieństwa Bożego w dalszej, jakże ważnej, posłudze kapłańskiej. Szczęść Boże! Rozmawiali: kl. Bartosz Adamski, rok I kl. Marek Matecki, rok I (26 XI 2010 roku)

................................................................... Nasze pismo utrzymuje się z Waszych dobrowolnych ofiar, dlatego serdecznie dziękujemy za wsparcie naszego dzieła. BÓG ZAPŁAĆ! Numer konta WSD: 49-1240-1936-1111-0000-1322-0453

Sługa nr 2 (58)

39



grudzień 2010