Issuu on Google+

www.redbulletin.com

Prawie niezależny magazyn / KwiecieŃ 2010

Rajon Rondo NBA: od zera do bohatera

Dźwięki Kapsztadu Świeże beaty ze stolicy hipsterów Odkryj

Ekstremalne 40stki

Print 2.0

Regaty w zupełnie nowym wydaniu

Adam Małysz

ORZEŁ WYLĄDOWAŁ, CZYLI jAK SIŁĘ SPOKOJU PRZEKUĆ NA WIELKI SUKCES


Free advertisement.

“Nothing is as relative as the ‘impossible’.” Felix Baumgartner.

BASE jumper, helicopter pilot and Wings for Life Supporter.

Progress and ongoing development are a feature of our times. We live in an era of visionary thinking. The recent history of humankind is strewn with new milestones of technical and medical achievements. For the longest time, it was thought impossible to repair the injured spinal cord. But damaged neural cells have been regenerated in laboratory experiments. So new medical and scientific evidence shows that progress is possible even in this complex field. Doctors and scientists now agree that it will one day be possible to cure spinal cord injuries. This is what the Wings for Life Spinal Cord Research Foundation is aiming for. By selecting and supporting research projects of the highest quality, Wings for Life invests in progress – for a future in which spinal paralysis can be cured.

Your contribution makes a difference. Donate on

www.wingsforlife.com


Rogiem z Byka

ZDJȨCIE NA OKłADCE: rick guest/red bull racing, ZdjȨcie: gepa pictures

Drogi czytelniku, BASE jumperzy i neurolodzy, artyści hiphopowi i najlepsi kucharze, zabytkowe samoloty i triatloniści, artyści i kierowcy F1 – świat Red Bulla jest kształtowany przez kreatywność i przygodę, przez odwagę i żądzę życia. Zamieszkuje go grupa wyjątkowych bohaterów. Misją tego magazynu, którego pierwsze polskojęzyczne wydanie trzymacie w swoich rękach, jest prezentowanie historii z tego świata oraz jego mieszkańców, ich projektów i pomysłów. Pomysł na The Red Bulletin zrodził się około 2:30 nad ranem w pewnej górskiej chacie w Alpach austriackich niedaleko Salzburga. Jest to przykład tej szczególnej iskry ekscytacji, która przeszywa czasem ludzi wyjątkowych, którym, dzięki energii ciała i umysłu, udaje się przekształcić odważne pomysły w rzeczywistość. Patrząc na to z innej perspektywy, magazyn ten jest częścią naszego oczywistego dążenia do tego, by stać się dostawcą informacji, co umożliwi nam opowiedzenie światu niewiarygodnych historii, które są naszym dziełem. Artykuły te są opracowane przez najlepszych dziennikarzy i opisane z zachowaniem naszego obsesyjnego przywiązania do detalu. Wszystko to z jednoczesnym przymrużeniem oka. Tematów z pewnością nam nie zabraknie. Bez „skrzyyydeł” Felix Baumgartner nigdy nie przefrunąłby nad kanałem La Manche. Sebastian Vettel nie zrobiłby kariery w F1, gdyby nie specjalny program szkoleniowy Red Bulla dla młodzieży. A freestyle motocross nie zdobyłby światowego uznania bez Red Bull X-Fighters. Pamiętam pierwsze reakcje na nasz pomysł stworzenia wyścigów dla najlepszych pilotów na świecie – nikt nie mógł wtedy przewidzieć, że kilka lat później Mistrzostwa Świata Red Bull Air Race przyciągną miliony fanów z całego świata. The Red Bulletin jest publikacją globalną adaptowaną lokalnie, tak, by odzwierciedlała różnice pomiędzy poszczególnymi krajami. Nasz magazyn pojawił się po raz pierwszy w 2007 roku w Austrii, która jest ojczyzną Red Bulla. Pozytywna reakcja, z jaką się spotkał, nie pozostawiła nam innego wyboru, jak tylko rozwijać się dalej. Naszym kolejnym krajem była Wielka Brytania, następnie w jej ślady poszły Niemcy, a teraz Polska, Nowa Zelandia i Południowa Afryka. The Red Bulletin publikowany jest w każdy pierwszy wtorek miesiąca, dostępny wraz z Gazetą Wyborczą, z którą współpracę bardzo sobie cenimy.

Dietrich Mateschitz jest założycielem i Dyrektorem Generalnym firmy Red Bull.

Witajcie w świecie Red Bulla. Wasz oddany, Dietrich Mateschitz

3


Twój Red Bulletin może więcej niż przypuszczasz. Print 2.0

Całkiem nowe emocje multimedialne. Wszędzie tam, gdzie oko byka!


Filmy, Dźwięki, Animacje Print 2.0 – zupełnie nowy wymiar druku – tylko w Red Bulletinie. W tym numerze i w tych artykułach:

10

34

17

62

Jak odpalić Print 2.0 dowiesz się na stronie 7 lub w necie: en.redbulletin.com/print2.0


SPIS TREŚCI

Świat Red Bulla w KWIETNIU Odważne teorie, ekstremalne regaty katamaranów, hipsterska muzyka RPA albo wiekowe tradycje. My proponujemy, Ty wybierasz.

Bullwar

10 NAJLEPSZE ZDJĘCIA MIESIĄCA

16 RED BULL STREETSTYLE Kim jest polski finalista?

22

18 TRIKI FIZYKI Jak (i dlaczego) działa trik karate z cegłami. 21 Anna Bader Cliff-diverka na teście wytrzymałościowym. 22 GWIAZDY OLIMPU Zawodnicy Red Bulla i ich trofea z Vancouver. 24 terAz i kiedyś Ewolucja piłki nożnej. Od skórzanego worka do technologii NASA.

44

26 Alec Baldwin Świat weterana Hollywood. 27 Liczby miesiąca Ultramaraton od 2 do 200 000.

Herosi

56

30 JANE GOODALL Zoolog, badająca zachowania małp, walczy z biedą, przeludnieniem i zachodnim stylem życia. 34 RAJON RONDO Rozgrywający Boston Celtics i jego droga na szczyt NBA. 40 EIGO SATO Najstarszy zawodnik Red Bull X-Fighters. 42 Agyness Deyn Punkowa królowa mody. 44 ADAM MAŁYSZ Jak Adam zaraził nas wiarą w siebie. Rozmowa z Orłem przed i po igrzyskach. 50 Marc Possover Uczynił więcej dla poprawy jakości życia osób na wózkach inwalidzkich niż Elvis Presley dla muzyki. 6

30


SPIS TREŚCI

Zdjęcia: James Dimmock, andy hall, GEPA pictures, Jonathan Glynn-Smith/Red Bull Photofiles, philipp horak, imago sportfotodienst, NHPA/Photoshot; Ilustracje: albert exergian

Akcja

34 62

56 DŹWIęKI kapsztadu Wizja lokalna na scenie muzycznej Afryki Płd. i dlaczego pięciu młodych artystów jest przyszłością tego kraju. 62 SUPER REGATY Ekstremalna seria regat, która na zawsze zmieni Wasze podejście do żagli. 70 SZTUKA, JEDZENIE I LATANIE Hangar-7. Miejsce, które nie jest zwykłym garażem dla samolotów. 74 zapasy w senegalu Ta prastara walka jest o wiele cięższa niż życie w buszu.

Więcej dla Ciała i Umysłu

82 ROBBY NAISH Zajada się pastą i plotkuje o Facebooku, podróżach i świecie. 83 TAJEMNICE KUCHNI David Higgs, gwiazdor kuchni z RPA, zdradza trzy z nich. 84 RED BULL TOURBUS Kultowy autobus znów wyrusza w trasę. 85 X-Fighters 2010 Wprowadzenie przed rozpoczęciem sezonu. 86 Załóż kapok Wszystko i jeszcze więcej, aby przeżyć na wodzie. 88 Hot spots Co się dzieje w wielkim świecie. 90 Potęga nocy Chicago, Paryż, Londyn i Singapur. 98 Dusza i ciało Felieton Mikołaja Lizuta.

the red Bulletin Print 2.0 Filmy, dźwieki, animacje w Twoim Red Bulletinie. Zawsze tam, gdzie znak oka z rogami. 1

74

W okienku en.redbulletin.com/print2.0 przeglądarki znajdziesz okładkę magazynu. Kliknij „Startuj Bull’s Eye!”.

2

Webcam jest niezbędny. Jeśli otworzy się okienko, kliknij „Akceptuj”.

3

Ustaw Red Bulletin przed kamerą. Czekają treści multimedialne – filmy, pliki dźwiękowe i animacje. 7


k a rt k a z k a l e n d a r z a pa n a k a i n r at h a

8


kunde


Print 2.0

en.redbulletin.com/print2.0 Film z sesji przy zachodzącym słońcu.

Va n co u v e r , K a n a da

koneser szczelin Kilka lat temu kanadyjski skejter Ryan DeCenzo krążył helikopterem nad Vancouver, szukając tych spektakularnych szczelin między dachami, które przyciągają skejterów jak światło ćmy. Bo tym, czym dla narciarzy są stoki głębokiego puchu, tym te „przerwy” są dla skejterów. Im więcej miejsca między nimi, aby robić triki, tym lepiej. Ryan miał szczęście. Z perspektywy lotu ptaka zwrócił uwagę na port, a w nim pełno kontenerów unoszących się na wodzie. Reszta była prosta: poczekać na bezchmurny wieczór i filmowy zachód słońca i tylko skakać, skakać i skakać...

Zdjęcie: 2009 Scott Serfas

Te i inne zdjęcia możesz ściągnąć jako tapetę: redbulletin.com/wallpaper/de


Bullwar Energia w małych dawkach.


M e r k e r s, n i e m c y

Piekielny trening Upał w lutym? Pośrodku Niemiec? Brzmi niewiarygodnie, chociaż da się załatwić – o ile nie ma się lęku przed jaskiniami i nie boi się zjazdu w wąskim szybie z prędkością 8 m/s w kierunku środka ziemi. Mistrzowie Świata w siatkówce plażowej, Niemcy Jonas Reckermann (30) i Julius Brink (27) rozpoczęli tę przygodę z pobudek kondycyjnych: do specjalnego treningu przenieśli boisko do siatkówki plażowej do byłej kopalni soli, która znajduje się 420 m pod ziemią. I jeszcze dołożyli, pardon: podłożyli. Niżej, w sztolni na głębokości 850 m urządzili sobie siłownię. Męczarnia przy temp. do 30°C i 35% wilgotności ma ukryty cel: 19 kwietnia w Brazylii rozpoczyna się Beach Volleyball World Tour 2010 – a tam o wiele cieplej niż 850 m pod ziemią na pewno nie będzie.

Zdjęcie: Ray Demski/Red Bull Photofiles

Więcej informacji o siatkówce plażowej: www.plazowka.pl

13


m e x i co c i t y, M e k sy k

SZTUKA RUCHU Ryan Doyle pochodzi z Liverpoolu, a parkour to jego życie. 25-latek zaraził się wirusem freerunningu jeszcze w szkole. W 2007 roku koronował się – podczas Red Bull Art of Motion – na pierwszego Mistrza Świata w historii. Zapłacił za to wysoką cenę – złamał nogę i obojczyk. Atletyczny Anglik pozostał unieruchomiony na bardzo długo. Niewiele brakowało, a jego kariera zakończyłaby się, lecz ciężka praca i treningi pozwoliły mu wrócić do dawnej formy – co udowodnił na terenie olimpijskiej hali pływackiej w Mexico City. Jaką życiową nauczkę można wyciągnąć z freerunningu? „Jeśli upadniesz, podnieś się i spróbuj jeszcze raz”.

Zdjęcie: Mauricio Ramos/Red Bull Photofiles

Film Ryana: www.airbornentertainment.co.uk

14


b u l lwa r

Latem czekają nas MŚ piłki nożnej w RPA, wcześniej jednak najlepsi piłkarze freestyle’owi odwiedzą Kapsztad, aby sprawdzić się w finale Mistrzostw Świata Red Bull Street Style. Oto nasz człowiek.

Łukasz chwieduk

Łatwe początki Łukasz Chwieduk, polski finalista Red Bull Street Style, nie miał większych problemów, rozpoczynając swoje treningi. „Jak tylko stwierdziłem, że jest to coś, czym mógłbym się zająć na dłużej, znalazłem w internecie poradniki nakręcone przez polską grupę LG. Można nauczyć się z nich wszystkiego, czego potrzebuje przeciętny początkujący” – mówi młody mistrz dziedziny, która jest mieszanką breakdance’u, technicznych elementów gry

w zośkę i trików piłkarskich. Trening czyni mistrza Wielu ludzi zna zasadę, że ciężka praca doprowadzi człowieka do wymarzonego celu. Nie wszyscy jednak potrafią całkowicie oddać się swojej pasji. „W sumie, nawet gdybym chciał, to nie miałbym czasu na nic innego. Trenuję codziennie co najmniej trzy godziny na hali, przed zawodami – dłużej. Do tego nauka w liceum i tak naprawdę nie mam już więcej wolnego czasu”. Ręce precz Jak prawie każda dziedzina sportu, także freestyle football nie jest wolny od kontrowersji. „Nie podoba mi się styl gry Francuzów ani ich naśladowców. Wygrywają zawody dzięki temu, że w trakcie wielu trików używają rąk. Niby nazywają to freestyle ball, co ma sugerować, że jest to odmienna dyscyplina, jednak nadal startują w tych samych zawodach, co my. Dla większości zawodników freestyle football to tylko triki wykonywane nogami, rąk można używać sporadycznie i ja tego się trzymam”.

Chudzi i szybcy „Jeśli chcesz uprawiać freestyle football, to musisz zadbać o wagę” – mówi Łukasz, który zauważył już dawno, że większość mistrzów trików jest szczupła. Przyszłość pod znakiem zapytania Pomysł, aby zarabiać na życie uprawiając ten sport, pozostaje jednak na razie w sferze marzeń. „Za granicą czołowi zawodnicy zarabiają na tyle dużo, że mogą utrzymać się z tego, co robią najlepiej i jeszcze stać ich na inne luksusy”. Ich sponsorzy potrafią wykorzystać energię i widowiskowość tej dynamicznej dyscypliny. W Polsce jest w tej sprawie jeszcze wiele do zrobienia. „Stawki, które proponują sponsorzy krajowi, nie są w stanie zapewnić bytu. Jedyne rozwiązanie jakie w tej chwili widzę, to udane występy na międzynarodowych finałach, takich jak mistrzostwa świata Red Bull Street Style w Kapsztadzie oraz ewentualna kariera poza granicami kraju”. Dowiedz się więcej o finalistach i finale na www.redbullstreetstyle.com

Zdjęcie miesiąca

UŚMIECH PROSZĘ!

Niezwykłe sceny z życia naszych Czytelników dostępne są tu: www.redbulletin.com

Spośród osób, które nadeślą nam najciekawsze zdjęcia, rozlosujemy filmy „Red Bull Sports Compilation”, a w następnym numerze Red Bulletina opublikujemy najlepsze fotki. Wyślij zdjęcia na email: redakcja@redbulletin.com

Swashbuckle · Core · Hindoslem · Beef Wellington · Paco · Qburns · Twang · Marko Markovic Orkestar Cash Candy · Whoremoan · Parov Stelar · Sonic Junior · Sean W. Lee · In2bation · Valeze · The Tape Fat Cat Daddies · Team Rezofficial · Freiaudio · Swollen Members · Kinrick · The Rituals · Begotten AJR Music · Sauter · Loonatikk Sun · TNT Jackson · Daniel Goodwin · The American Fuse · Andy Korg Forty Winks · Lords of Decadence · RSL · Benjamin Ma · Floor Thirteen · The Shake Joint · Just Banks · Dos Bastardos · Jorn Lavoll · GOB Bumblefoot · Loxodrome · Amber · Terraform Records · Pimp Daddy Nash Mike Rigler · R.A.W. Child · Fanfara Tirana · Rushed & Sorted · DJ Jonta · Juan Thyme · Francky Brown Current Swell · 9MM · Conehead Buddah

Watch out credits for songtitles.

© 2009 Red Bull GmbH · All rights reserved · Unauthorized duplication, reproduction, hiring and lending prohibited and a violation of applicable is law · www.redbull. com

Mount Oliver Wejść na Mount Oliver, rzucić okiem na najwyższą górę Nowej Zelandii (Aoraki) a po tym czytać dalej. Katharina Gellner

16


b u l lwa r Print 2.0

en.redbulletin.com/print2.0 Czarodzieje trików wybrani w eliminacjach do Mistrzostw Świata 2010

HAMPEL NA spodku

Red Bull Street Style: Finał Mistrzostw Świata, to spotkanie najlepszych freestyle’owych piłkarzy. Na zdjęciu: rozgrzewka przed finałem w Sao Paulo 2008

Leogang Brytyjski rowerzysta Sam Pilgrim wygrał freestyle’owe zawody na śniegu. Marcel Lämmerhirt, White Style 2010

Zdjęcia: Lukas Nazdraczew/Red Bull Photofiles (2), ray demski/red bull photofiles

Jak wykorzystać dach katowickiego Spodka pokazał polski żużlowiec Jarek Hampel. Spodek – symbol Katowic – do tej pory kojarzony ze spektakularnymi imprezami kulturalnymi i sportowymi rozgrywanymi w jego murach, tym razem został wykorzystany w zupełnie inny sposób. Jeden z najlepszych polskich żużlowców – Jarek Hampel – postanowił wykorzystać słynny owal dachu do wykonania kilkunastu przejazdów swoim motocyklem. Śnieg znajdujący się na Spodku nie stanowił przeszkód dla Mistrza, a motocykl zaopatrzony w specjalne opony doskonale trzymał się nawierzchni. „Od dawna marzyłem, by spróbować swoich sił i sprawdzić możliwości motocykla w otoczeniu innym niż tor żużlowy. Dach katowickiego Spodka zainspirował mnie do wykonania naprawdę ekstremalnych przejazdów, co w motorze bez hamulców jest nie lada wyczynem” – powiedział Hampel. Umiejętności Jarka fani żużla będą mogli podziwiać także podczas tegorocznego cyklu żużlowego Grand Prix. Filmik z tego wydarzenia i więcej podobnych ciekawostek możesz zobaczyć na: www.redbull.pl

Linz Marc Swoboda demonstruje, że poręcze nie

Los Angeles 8 z najlepszych DJ’ów Los

koniecznie są od tego, aby się ich trzymać. Erwin Polanc, Red Bull Upside Down

Angeles scratchowało w Play Hollywood o miejsce w krajowym finale. Carlo Cruz, Red Bull Thre3Style 17


b u l lwa r

TRIKI FIZYKI

Twardsza niż beton

Kiedy karateka uderza w betonową płytę, następuje jej zakrzywienie – górna część zwęża się, a dolna rozciąga. Wytrzymałość na rozciąganie materiału takiego jak beton, jest mniejsza niż odporność na ucisk, dlatego płyta zaczyna pękać od dołu. Płyty betonowe – takie, jak na naszym zdjęciu – pękają przy powolnym obciążaniu siłą nacisku 3000 niutonów. Jeśli jednak nastąpi uderzenie, pojawiają się drgania, które mogą rozerwać płytę przy znacznie mniejszej sile. Jakiej? W literaturze można znaleźć różne wartości, ale na pewno można przyjąć, że 50%, a więc 1500 niutonów. Z jaką siłą uderza karateka? Spowolnienie hamowania można wyliczyć przy użyciu następującego wzoru: a = v²/2s. Na nasze potrzeby przyjmijmy, że wyhamowanie dłoni następuje równomiernie. Wartość v jest prędkością uderzeniową dłoni. Analizy video wykazały, że w przypadku dobrych karateków wynosi ona 14 m/s (ok. 50 km/h). S to droga hamowania, względnie strefa miażdżenia dłoni − czyli droga od pierwszego kontaktu, aż do stanu spoczynku. Zakładając, że przy uderzeniu dochodzi do deformacji dłoni, której punkt ciężkości przesuwa się jeszcze o 2,5 cm (0,025 m), otrzymamy z tych danych dumne 4000 m/s² na spowolnienie hamowania. Przyspieszenie ziemskie wynosi 10 m/s². A zatem, w dużym uproszczeniu, ręka przy uderzeniu staje się 400 razy cięższa! Powstającą przy uderzeniu siłę F oblicza się przy zastosowaniu wzoru  F = ma. Jeśli przyjmiemy, że dłoń ma masę 0,75 kg, to siła wyniesie 3000 N i w zupełności wystarczy, by rozbić płytę. Ale dlaczego nie pękają przy tym kości? Odpowiedź jest tak prosta, że aż rozczarowuje: kości mają, w zależności od kierunku działania obciążenia, 50-krotnie większą wytrzymałość na rozciąganie przy uderzeniu, niż beton! Gdybyśmy mieli betonowe kości w dłoniach, pękłyby po takim ciosie. Wprawni karatecy potrafią przełamać kilka płyt. Ważne, by była pomiędzy nimi przerwa. Rozbicie trzech płyt, jedna nad drugą, jest niemożliwe. Uda się tylko wtedy, jeśli zachowany jest pomiędzy nimi odpowiedni dystans. Energia przenosi się wówczas, z pewnymi stratami, z płyty na płytę. Co najciekawsze, do rozbicia trzech płyt nie potrzeba wcale potrójnej siły. * Mgr dr hab. Martin Apolin, l. 44, jest fizykiem i naukowcem sportowym. Pracuje jako nauczyciel (fizyki i nauki o sporcie) oraz lektor w Instytucie Nauk Sportowych w Wiedniu, jest autorem wielu książek.

18

tekst: ruth morgan, dr martin apolin. ZdjȨcie: Fotex/Rainer Drechsler. IlustracjA: mandy fischer

To ćwiczenie można wykonać jedną ręką. Spowolnienie hamowania powoduje, że jej moc wzrasta 400 razy.


Karatecy mają fizykę po swojej stronie, o ile nie próbują – jak na zdjęciu – rozbić jednym ciosem trzech płyt. Mimo wszystko obowiązuje zasada: ćwiczenie czyni mistrza.


b u l lwa r

KL CY eza 1

Futbol 2020 Jak rzeczywistość zmienia piłkę nożną: sześć tez na temat przyszłości dyscypliny sportowej nr 1 na świecie. Teza 1: Nadchodzi dowód video Zanim Massimo Busacca, jeden z najlepszych sędziów świata, odgwiżdże początek meczu, zawsze wykonuje znak krzyża świętego: „Jestem świadom moich słabości. Dobrze wiedzieć, że w trudnych momentach ktoś przy mnie stoi”. Podobnie jak Szwajcar, wielu innych decydentów FIFA ufa siłom wyższym. Co rusz, niczym wyciągane z kapelusza, pojawiają się kolejne argumenty przeciwko wprowadzeniu dowodu video, który – według innych zain20

teresowanych – powinien obowiązywać już od dawna. Tempo gry, nieprzekraczalne strefy pola karnego, „aktorzenie” gwiazd sportu od dawna przewyższają możliwości weryfikacyjne ludzkiego oka. Skutkiem tego są błędne werdykty, od których włos się jeży na głowie. Barcelona nie wygrałaby prawdopodobnie Ligii Mistrzów 2009, gdyby w półfinałowym meczu przeciwko Chelsea, podyktowano, chociaż jeden

z kilku uzasadnionych sytuacją – rzutów karnych. Wiadomo również, że to nie błogosławione nogi, ale ręka Thieriego Henry, wprowadziły Francję kosztem Irlandii do Mistrzostw Świata w RPA. Nawet były sędzia, Pierluigi Collina, kiwał łysą głową: „Tak dalej być nie może”. Już dawno udowodniono, że podgląd video przynosi wyłącznie korzyści nowoczesnym dyscyplinom sportu. Technika sprawdza się w amerykańskim futbolu i NHL. Do nich dołączają kolejne dyscypliny, jak np. mocno związany ze swoimi tradycjami tenis, w którym tzw. „oko sokoła” nie tylko obliguje zawodników do gry bardziej fair, ale także wprowadza dodatkowe emocje wśród publiczności... Półfinały Ligi Mistrzów UEFA: 20–21 i 27–28 kwietnia 2010; www.uefa.com

Ilustracja: heri irawan

T


b u l lwa r

Ja I moje ciało

Anna Bader

Skacząc z klifu do wody, 26-letnia niemiecka mistrzyni cliff divingu uderza w jej taflę z prędkością 80 km/h. Do tej pory wychodziła z tego cało, nie licząc podbitego oka.

Tekst: ruth morgan; ZdjęciE: Ray Demski/Red Bull Photofiles

High Speed Gdy skaczemy z wysokości powyżej 20  m, ­musimy lądować stopami w wodzie – zderzenie z lustrem wody jest bardzo silne. Podczas ­skoku osiągamy prędkość dochodzącą do 80 km/h,­a przy zanurzeniu nasze ciało wyhamowuje do zera. Trzeba mieć wytrenowane mięśnie nóg. Ważne, aby trzymać nogi razem podczas lądowania. Inaczej moglibyśmy zrobić niekontrolowany szpagat, a to byłoby bardzo bolesne. ­Podczas ostatnich zawodów Red Bull Cliff ­Diving Series skakano z wysokości 26 m lub większej. Nie jestem jeszcze gotowa na takie wyzwanie, biorąc pod uwagę jeszcze ­bardziej twarde lądowanie.

Podbite oko Kiedyś po 10-metrowym skoku uderzyłam twarzą w wodę. To nie była duża wysokość, jednak tafla wydawała się twarda jak kamień. Natychmiast zaczęła mi lecieć krew z nosa, pod oczami pojawiły się siniaki. Wyglądałam strasznie. Miałam wtedy wykonać podwójne salto z półobrotem ze stójki na rękach – niełatwy skok, który wówczas opanowało tylko troje ludzi na świecie. Niestety, zbyt słabo wyskoczyłam na starcie i skok się nie powiódł. Na następnych zawodach wiedziałam jednak dokładnie, jak wykonać tę figurę i tym razem się udało. Mocn a głowa W cliff divingu nie ważne jest myślenie. Tak jak podczas medytacji, musisz wczuć się w swoje ciało i duszę, usłyszeć wewnętrzny głos. Jeśli nie jesteś w formie, nie powinieneś skakać. Zawsze gdy skaczę w nowym miejscu, robi mi się trochę słabo i jestem bardzo sceptyczna, bo mam świadomość ryzyka. To jest tak, jakbyś chodził po linie. Dam radę czy nie? I nagle pojawia się myśl: ­„ Jasne, uda mi się!” – i to jest właśnie moment, w którym można skakać. W pierwszej sekundzie, gdy już jestem w powietrzu, znikają wszelkie wątpliwości. Koncentruję się tylko na ruchu. To wspaniała chwila, w ogóle nie czuję strachu!

Prosta postawa Po skoku z klifu boli całe ciało, przede wszystkim plecy, kark i nogi. Dlatego dzienna liczba skoków zawsze zależy od wysokości i stopnia trudności. Nie mamy przecież ­sprzętu ochronnego, czegoś takiego jak kask. Muszę polegać tylko na sobie i słuchać własnego ciała. Najważniejsze są mięśnie karku i brzucha, dzięki nim pewnie lądujesz w wodzie, nie łamiąc sobie kręgosłupa. Jeśli nie utrzymasz prostej postawy i choćby odrobinę zmienisz pozycję ciała, ­będziesz mieć krwiaki – w najlepszym wypadku. Ja nigdy nie ­złamałam sobie kości, ale dość często ­miałam ­naderwane mięśnie. Pięcio dniow y tydzie ń Trudno opisać, jak wykonuję skok z klifu. To wynik wieloletniego treningu, wyuczonych ruchów, dynamiki i obrotów. Wszystko trzeba zgrać w odpowiednim momencie. To dość skomplikowane, ale ja już nie muszę o tym myśleć. Bardzo dużo trenuję, więc stało się to dla mnie rutyną i moje ciało samo wie co robić. Zimą dużo ćwiczę na sali, a gdy tylko robi się cieplej, wychodzę na zewnątrz i skaczę pięć dni w tygodniu z 10-metrowej skoczni. Uwielbiam to. To moja namiętność. Wiecej o Annie Bader: www.redbullcliffdiving.com

21


b u l lwa r

A K S Y IGR Z S J I P M I L L U B 2010 Bulla igrzyska Dla zawodników Red ały walkę w Vancouver oznacz ażne momenty o medale i bardzo w rierach. w ich sportowych ka

Lindsey Vonn

Narciarstwo alpejskie

j Les wanej gitarze „moje y wiedział. po iej Nigdy nie zapomnim źn pó jak – Paul” po złoto u zd zja o eg dni yjn a sac dw że sen I zdradził też, ych dech oski wi m tru Lindsey i zapierając cen w przedtem auna Sh w kó sko o” h ac ow rsi idł w pie olimpijskiej „praw możliki – ńs ka ery w halfpipie (48,4 z 50 am zagrał hymn k samo, a”. rix nd He o wych punktów!). Ta ieg Jim lu „w sty Aksela r-G pe Su ie w f czn um de tri ser jak Gratulujemy nam tyle m na ł da ry na zawsze pozostanie któ owity Adamowi, sam nie też tak ę , tęg ęci w pami radości pokazując po km nia. finisz Pettera – po 50 pozytywnego myśle klasyki nowi mi nja biegu – przejdzie do Be my Dziękuje brze się sportu. Northug do asowi i Gregorowi om Th z ora einem to przygotował: z Oeyst (obaj „podzielili” zło zewc ył ob zd m h ne kic ars Petterse rci na ch ka w sko drużycie rin sp w i to am zło leg iej śn z austriackimi ko ygotolem itz Lo nowym. A propos prz m Wolfgangie enia ). wań: podczas wręcz i Andreasem Koflerem y asn wł ł medali Shaun zagra aginohymn na swojej wyim

Z: ZJAZD B: Super Gigant

Aksel Lund Svindal

Narciarstwo alpejskie Z: Super GIGANT S: ZJAZD B: SLALOM GIGANT

22


SK I E

Adam Małysz

Skoki narciarskie SKOCZNIA Średnia SKOCZNIA DUŻA

Shaun White

Petter Northug

Snowboard

Biegi narciarskie

Halfpipe

Gregor Schlierenzauer

Skoki narciarskie

Z: DRUŻYNOWO SKOCZNIA DUŻA B: SKOCZNIA DUŻA B: SKOCZNIA ŚREDNIA

Benjamin Karl

Snowboard

slalom GIGANT RÓWNOLEGŁY

thomas morgenstern

Skoki narciarskie

DRUŻYNOWO SKOCZNIA DUŻA

Zdjęcia: GEPA Pictures (2), imago sportfotodienst (6), Shutterstock (3)

Z: 50 km Stylem klasycznym Z: sprint DRUŻYNOWY s: SZTAFETA 4×10 km B: sprint stylem klasycznym


B u l lwa r

EWOLUCJA SPRZĘTU

PIŁKA JEST JEDNA

STYLOWA SKÓRA marka nieznana, 1941 Oto piłka, której użyto w finałowym meczu Mistrzostw Niemiec w piłce nożnej w 1941 r., kiedy to – mimo prowadzenia 3:0 – Schalke 04 przegrało mecz z Rapid Wiedeń 3:4, co zapewniło drużynie tytuł (Austria była wtedy częścią Niemiec). Obecnie piłka ta znajduje się w muzeum klubu Rapid. 24

Ta zabytkowa już futbolówka wykonana została z ręcznie zszywanych, skórzanych elementów. Widoczny gołym okiem ścieg zapewniał dostęp do gumowego pęcherza. Piłki tego typu absorbowały wodę – w wilgotnych warunkach stawały się ciężkie, a ich tor ruchu zaskakiwał broniących

bramki. Współcześni bramkarze mają ten sam problem, ale z zupełnie innych powodów. W końcu austriackie słowo „Wuchtl” – piłka nożna, pochodzi od słowa „Unwucht” (niem. „brak równowagi”). Dopiero w latach 60. pojawiły się piłki wykonane z materiałów syntetycznych.

Tekst: Robert sperl, paul wilson

Od zszytych strzępów skóry do zaawansowanych technologii: piłka jest nadal okrągła i nadal można ją kopać, ale na przestrzeni lat przeszła prawdziwą transformację.


ZdjȨciA: kurt keinrath

NOWE WCIELENIE Adidas Jabulani, 2010 Kolejne Mistrzostwa Świata wiążą się z wielkimi oczekiwaniami, rozkwitem dumy narodowej, a od 1970 roku także z nową piłką Adidasa. Każdy nowy model, poczynając od Telestar, poprzez Tango i w końcu +Teamgeist z 2006, jest lepszy od poprzedniego, co i tak nie powstrzymuje

ekspertów od komentarzy typu: „zbyt szybko kręci się w powietrzu”. Model Jabulani – nazwa ta w języku zulu oznacza „świętowanie” – ma szansę uciszyć wszystkich sceptyków. Testy w tunelu powietrznym, przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Loughborough

potwierdzają, że jest to idealnie okrągła i najlepiej sprawdzająca się na boisku piłka wszechczasów. Osiem paneli wykonano z mieszanki wysokiej jakości tworzyw. W niczym nie przypomina ona skórzanego prototypu. www.adidas.com/football

25


b u l lwa r

CO CI SIEDZI W GŁOWIE

alec baldwin

Kontrowersyjny gospodarz tegorocznych Oskarów nie przestaje nas zaskakiwać. Sam jednak przejmuje się tylko dodatkowymi kilogramami. Para , co się stara W filmie „To skomplikowane” weterani – Alec Baldwin i Steve Martin – ćwiczą trudną sztukę rozśmieszania. Egzamin z niej zdawali 7 marca, kiedy to wspólnie poprowadzili ceremonię wręczania Oscarów. W ramach promocji gali obaj regularnie brali udział w talk-shows z ostatecznym wynikiem 15 do 14 występów dla Martina.

Prawo czy bezprawie? Oprócz aktorstwa i konferansjerki Baldwin realizuje się także jako pisarz – w 2008 r. opublikował książkę „A Promise to Ourselves”. Nie są to wspomnienia z czasów filmowej świetności, ale ostra krytyka katastrofalnej – zdaniem autora – sytuacji w zakresie orzecznictwa amerykańskich sądów rodzinnych. Alec napisał również poradnik rozwodowy, który sprawdzi się zapewne jako lektura urlopowa „tylko dla twardzieli”. Wyposażenie seryjne Od roli Donaghy’ego w serialu „Rockefeller Plaza 30”, krzywa kariery Baldwina idzie znowu ostro w górę. Podobno chciał nakręcić sześć odcinków, a powstało ich – na razie – siedemdziesiąt! Wcześniej zaliczył gościnne występy w takich serialowych hitach, jak „Przyjaciele” czy „Para nie do pary”.

Tatuś i Mąż Gdy w 1993 roku Baldwin żenił się z Kim Basinger, w jego uczuciach panował jeszcze porządek. Po dwóch latach urodziła się córka Ireland, a zaraz potem wyszły na jaw kłótnie sławnej pary. Walka o prawo do opieki nad córką trwała jeszcze długo po rozwodzie. Kulminacją była krążąca w 2007 roku nagrana rozmowa aktora z córką, w której Baldwin nazywa ją „świnią”, a swoją eks – „totalnym dnem”. Alec bez Oscara Chociaż Baldwin zalicza się do stałych bywalców oscarowych gali – jako nominowany aktor, gość lub prowadzący – jeszcze nigdy nie otrzymał złotej statuetki. W roku 2004 był o włos od jej zdobycia (za rolę w filmie „Cooler”), a w 1998 – miał okazję pogratulować swojej byłej żonie, która dostała Oscara za „Tajemnice Los Angeles”. Sam jednak trzyma na półce „tylko” trzy Złote Globy, dwie nagrody Emmy oraz nagrodę Gildii Aktorów Filmowych.

Aviator i gubernator Alec studiował prawo i rozważał karierę polityczną, ale życie wskazało mu inną drogę. W latach 80. jego uśmiech stał się znakiem rozpoznawcz ym opery mydlanej „Węzły lądowania” . Po 25-letniej obecności na ekranie i rolach w takich filmach jak: „Polowanie na Czerwony Październik”, „Glengarry Glen Ross” i „Aviator”, powrócił do swoich młodzieńczych planów i marzy, by zostać gubernatorem stanu Ohio. Sięgnij po statuetkę na: www.oscars.org

26

Tłuszczyk na biodr ach? Baldwin nigdy oficjalnie nie zaprzeczył, że poddawał się operacjom plastycznym. W wywiadzie dla „US Weekly” stwierdził tylko: „Chyba nie myślicie, że codziennie budzę się z myślą, że chciałbym wyglądać tak czy siak?”. W rozbieranej scenie z Meryl Streep w filmie „To skomplikowane” skorzystał jednak z usług dublera.

O, Bracia! Wszyscy bracia Baldwin (Alec, Billy, Daniel i Stephen) zostali aktorami, ale to najstarszy Alec (ur. 1958 r.) jako pierwszy stał się sławny. Dorastali i wychowywali się na Long Island w Nowym Jorku. Ich wzajemne stosunki cechuje raczej rywalizacja niż braterska miłość. „On ciągle na coś narzeka” – powiedział niedawno Billy o Alecu, który z kolei ostro posprzeczał się ze Stephenem, gdy ten skrytykował śluby par homoseksualnych.

Yes, we can! Gniew nie jest obcy Baldwinowi, nic więc dziwnego, że jego ulubiony sport to boks. Ćwiczy na tej samej sali treningowej, w której kiedyś boksował Muhammad Ali. Zmierzył się już w ringu z komikami: Jimmym Fallonem i Garym Shandlingiem. Bardziej bojowy jest jednak brat Aleca, Stephen, który podczas kampanii wyborczej wyzwał na pojedynek w ringu Baracka Obamę.

Tekst: Diane LEeming; Ilustracja: lie-ins and tigers

Rozmowy radiowe Wiele mogłoby wskazywać na rockandrollowy styl życia Aleca, on jednak relaksuje się przy muzyce klasycznej. Gdy kiedyś wspomniał w jednym z wywiadów, że marzy o tym, by pracować w rozgłośni serwującej muzykę klasyczną, natychmiast otrzymał propozycję poprowadzenia audycji Filharmoników Nowojorskich. Marzenia się spełniają…


B u l lwa r

Liczby miesiąca

Ultramaraton

2

Dla biegaczy ekstremalnych zwykły maraton to tylko rozgrzewka. Liczy się dopiero pokonanie pustyni albo okrążenie kuli ziemskiej!

200 000 SCHIESTER

Tekst: Ruth Morgan; Zdjęcia: Mike King, picturedesk.com, PA Wire/Press Association Images, Red Bull Photofiles, REUTERS

Bieg maratoński staje się ultramaratonem, gdy do pokonania jest dystans większy niż tradycyjne 42,195 km. Rozróżnia się dwa rodzaje biegu: długodystansowy (czyli np. 50 km) i czasowy (jak np. 24-godzinny lub 10-dniowy). Zyskują one zwolenników, ponieważ czas biegu i dystans jakie trzeba pokonać są tak samo istotne jak styl w jakim się ten dystans pokonuje. Zalecanymi miejscami do tego typu rozgrywek są pustynie (także lodowe), dżungle oraz góry.

IZZARD

26

100

kilometrów pokonał biegacz, Christian Schiester (l. 42), podczas „Antarctic Ultra Race” w 2007 roku. Bieg zorganizowano na najbardziej wysuniętym na południe krańcu świata i w najbardziej ekstremalnych warunkach. Schiester osiągnął wynik 19 godz. 58 min. i 24 sek. Dwie godziny później do mety dotarła Brytyjka – Susan Holliday – jedyna wówczas kobieta, która pokonała ten dystans. W listopadzie bieżącego roku Schiester znowu podejmie wyzwanie, by ukończyć „4 Deserts Cup” (cztery ultramaratony, każdy po 250 km). Zawody noszą nazwę „The Last Desert”.

51

dni mają biegacze, by ukończyć „Self-Transcendence 3100 Mile Race” – najdłuższy wyścig świata, trwający od czerwca do sierpnia. By przebyć 4989 km, zawodnicy muszą 5649 razy okrążyć budynek mający obrys długości 883 metrów i mieszczący się w nowojorskiej dzielnicy Queens.

Ok. 200 000 kroków trzeba wykonać podczas biegu na 100 mil. Zużywa się przy tym 12 600 kalorii. W czasie zawodów obowiązkowo należy wyrównywać zapas energii, przyjmując proteiny i węglowodany oraz uzupełniając płyny. Podczas niemieckich ultramaratonów dozwolony jest nawet kieliszek wódki dla ukojenia bólu. Lekkoatletom towarzyszy zespół specjalistów, odpowiedzialnych za opiekę medyczną i zmianę wyposażenia. Podczas biegów ulicznych planuje się stacje medyczne co 5–15 km.

par butów zużył Jesper Olsen w trakcie zawodów „Earth on Foot”. Podczas okrążania Ziemi pokonywał nawet 45 km dziennie. Zajęło mu to 22 miesiące. Po przebiegnięciu 26 323 km dotarł do punktu startowego w Londynie. Trasa Olsena wiodła przez cztery kontynenty. To jednak nie wystarczyło 38-latkowi. Podczas dni zaplanowanych na odpoczynek, Olsen wziął udział w innym ultramaratonie, „Cliff Young 6-Day Race” w Australii i zajął w nim pierwsze miejsce. Obecnie jest w trakcie World Run II: 40 000 km w 800 dni.

HOLLIDAY

OLSEN

KOUROS

134

rekordy ma na swoim koncie biegacz, 54-letni, Yiannis Kouros. Grek prowadzi we wszystkich rankingach: w dystansach od 100 do 1000 mil oraz w biegach okresowych – od 24 godzin do 10 dni. Podczas 6-dniowego biegu w NYC ustanowił 16 rekordów świata (niepobitych od 1888 roku). W 2005 roku wziął udział w australijskim „6 Day Race” (od zawodnika z drugiego miejsca dzieliła go różnica 133 mil – w przeliczeniu – 535 bieżni). Racingtheplanet: Australia, 25 kwietnia 2010 www.racingtheplanet.com

27


Credit

Nowy sezon Red Bull X-Fighters startuje 16 kwietnia w Mexico City. Jeden z „mniej cichych” faworytów nazywa się Eigo Sato i pochodzi z Japonii. Jego sylwetka na s. 40 28


Herosi

Bohaterowie i ich czyny, czyli kto nas inspiruje w tym miesiącu.

Zdjęcie: flo hagena

30 jane goodall 34 rajon rondo 40 Eigo Sato 42 agyness dEyn 44 adam maŁysz 50 marc Possover


Herosi

Jane Goodall Pięćdziesiąt lat temu jako sekretarka wybrała się do buszu, z którego wróciła dopiero jako światowej klasy ekspert badań w dziedzinie życia szympansów. Tekst: Robert Sperl, Zdjęcie: Emma Hardy

Nazwisko Valerie Jane Morris Goodall Data i miejsce urodzenia 3 kwietnia 1934 r. Londyn, Anglia Miejsce zamieszkania Bournemouth, Anglia Gombe, Tansania Wykształcenie Szkoła dla sekretarek. W 1965 r. – doktorat na Uniwersytecie w Cambridge Rodzina Wdowa, dwukrotna mężatka, jeden syn z pierwszego małżeństwa Badała Szympansy w Parku Narodowym Gombe Stream w Tanzanii (od 1960 r.), żyjąc i mieszkając razem z nimi Założyła Jane Goodall Institute JGI (21 placówek na świecie) w 1977 r. w celu ochrony szympansów i wspierania innowacyjnych metod ochrony środowiska – Roots & Shoots, jako część JGI skierowaną do młodzieży Wyróżnienia 2003 r. DBE (Dame of British Empire), ambasador pokojowy ONZ Strona www.janegoodall.com 30

Rząd białych, wąskich domków szeregowych. Notting Hill, elegancka dzielnica Londynu. Większość została wzniesiona na przełomie XIX i XX wieku, ich architektura jest jednak ponadczasowa. Trudno odnaleźć adres, poszukiwana uliczka jest bardzo krótka i dwa razy zmienia nazwę. Właśnie tu swoją bazę ma Jane Goodall. Korzysta z niej, gdy przyjeżdża do Europy w imieniu swojej fundacji. Pokój, który znajduje się w suterenie, widać z ulicy. Goodall siedzi na sofie koloru zielonego bambusa. Jej bardzo szczupła postać pogrążona jest w rozmowie. Po siwych, związanych w kucyk włosach, od razu można poznać, że to ona – słynna badaczka szympansów. Od 1960 roku w Gombie w Tanzanii zajmuje się rozszyfrowywaniem tajemnic szympansów, a tym samym zagadek ludzkości. Brytyjka nosi na szyi ciężki, przypominający grot strzały amulet. Ma na sobie golf i wełnianą marynarkę: kto nosi Afrykę w swoim sercu, ten marznie w innych częściach świata. Na ścianie wisi ogromna fotografia dzikiego słonia, a nie szympansa. To wyjaśnia obecność gospodyni, Mary Lewis – asystentki Jane Goodall i wiceprezes jej fundacji, która ma nieco inne upodobania, jeśli chodzi o dzikie zwierzęta. Nasz prezent – tort Sachera – sprawił, że twarz Goodall rozpogodziła się; od szympansa zapewne, w prezencie dostałaby banany. red bulletin: Czy nie ma Pani wrażenia, że Gombe leży równie daleko od Londynu, jak Księżyc? Czy będąc w Londynie, tęskni Pani za Afryką? jane goodall: Nie myślę w ten sposób. Myślę, że jestem blisko lasu, nawet kiedy faktycznie jestem bardzo daleko. Pewnego razu, stojąc na środku ruchliwej ulicy i czekając na coś, zamknęłam oczy i udało mi się zamienić uliczny hałas w szum wodospadu i szelest liści na wietrze – to było coś wyjątkowego. Czyli będąc tutaj tęskni Pani za szympansami? Nie za szympansami per se. Tęsknię za tamtym życiem, za możliwością bycia tam. Nie znam już zbyt wielu szympansów – wszyscy moi starzy przyjaciele odeszli.

Patrząc wstecz na te 50 lat badań, czy osiągnęła Pani wszystkie wytyczone cele, związane ze studiowaniem życia szympansów? Nie. Nadal mam więcej pytań niż odpowiedzi. Wciąż nie przeanalizowaliśmy wszystkich zebranych danych, musimy kontynuować naszą pracę. Na przykład: czy osobowość i zdolności wychowawcze matki mają wpływ na zachowanie dzieci w przyszłości? Jak się to zmienia wraz z wiekiem matki i ze zmianą jej pozycji społecznej? Jak wychowując jedno dziecko samica zdobywa doświadczenie konieczne do stania się lepszą matką następnym razem? Chcemy się także dowiedzieć, czy możliwy jest związek między dzieckiem a jego ojcem. Obecnie, dzięki testom DNA, wiemy już, kto jest ojcem – wcześniej mogliśmy jedynie zgadywać. Odkryła Pani, że szympansy potrafią planować swój dzień. Kiedy dopadnie je choroba, wiedzą, które zioła jeść, by się wyleczyć i wreszcie – konstruują narzędzia, a następnie posługują się nimi. W 1960 roku były to odkrycia rewolucyjne. Dla Louisa Leakey, Pani mentora, słynnego paleontologa i antropologa z Kenii, był to znak, że szympansy są bardzo „ludzkie”. Czy historia z narzędziami jest Pani najistotniejszym odkryciem? To było niezwykle ważne odkrycie, jak na tamte czasy. Było tak zdumiewające, że zapewniło nam pieniądze na kolejne badania. Może dla mnie, jako autorki, nie było ono zaskakujące, zdziwiło jednak z pewnością wielu innych naukowców. Dla mnie zdecydowanie bardziej fascynujący jest rozwój relacji między członkami danej rodziny oraz różne strategie samców mające na celu zdobycie pozycji przywódcy stada. W swoim obozie w Gombe relaksuje się Pani, słuchając muzyki. Czy kiedykolwiek pomyślała Pani, że nasi najbliżsi krewni – szympansy – również mogą doceniać muzykę? Chciałabym to zbadać pracując ze schwytanymi szympansami, aby dowiedzieć się, w jakim stopniu mogą cieszyć się różnymi rodzajami muzyki i czy ta zdolność zależy od ich wieku lub pochodzenia.


Nieprawdopodobna kariera Jane Goodall rozpoczęła się wraz z momentem przyjęcia zaproszenia do Afryki. Tam zaczęła pracę nad studiowaniem i analizowaniem życia małp. Teraz zajmuje się pomocą ludziom


Jest to spore wyzwanie. Wyobraźmy sobie trzy guziki – szympansy szybko nauczyłyby się, jak ich używać. Pierwszy z nich to utwory Bacha, bo to najczystsza muzyka, drugi to rock’n’roll, jazz lub coś w tym rodzaju, coś z afrykańskimi bębnami w tle, a trzeci to muzyka bazująca na wydawanych przez nie okrzykach. Który guzik naciskałyby najczęściej? Czy zależałoby to od ich nastroju? Z pewnością byłoby to fascynujące, ale nikt się jeszcze nie podjął przeprowadzenia takich badań. Wiemy, że wielu naukowców dokonuje swoich odkryć przez przypadek. Pamiętam Aleksandra Fleminga i odkrycie penicyliny. Czy sprzyjało Pani szczęście podczas badań? Jak często miała Pani wrażenie, że jakaś siła wyższa prowadzi panią za rękę? Myślę, że Bóg często prowadził mnie za rękę, to trzymało mnie przy życiu. Do Afryki zaprosiła mnie szkolna przyjaciółka. Nie studiowałam na żadnej uczelni wyższej i musiałam oszczędzać, by móc zapłacić za podróż. Kiedy już tam dotarłam, usłyszałam o Louisie Leakey i pojechałam na spotkanie z nim, a on zaproponował mi pracę sekretarki – co pozwoliło mi na prowadzenie badań i analizowanie życie małp. Można uznać to za łut szczęścia – znalazłam się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Z drugiej strony, całe dzieciństwo spędziłam na czytaniu o Afryce i zwierzętach, więc byłam na to przygotowana. Byłam gotowa na podjęcie się tej pracy. Austriacki zdobywca Nagrody Nobla, zoolog Konrad Lorenz, powiedział kiedyś: „Znalazłem brakujące ogniwo między małpą a człowiekiem cywilizowanym, jesteśmy nim właśnie my!” Czy świat zaakceptował wiadomość, że my i małpy mamy te same korzenie? Generalnie – oczywiście z wyjątkiem kreacjonistów z USA – stwierdzenie, że 6–7 milionów lat temu mieliśmy wspólnych przodków, zostało powszechnie uznane. Czyli – im więcej uczymy się o szympansach, tym więcej dowiadujemy się o sobie? A jeśli pozwolimy im zginąć, zginie również część naszej historii? Cóż, na pewno stracilibyśmy część naszej historii i jestem przekonana, że wiele osób byłoby zaskoczonych, poznając biologię szympansów. Dużo nas z nimi łączy. Na przykład struktura DNA, mózg i struktura krwi – możliwe jest przeprowadzenie transfuzji krwi szympansa. W rzeczywistości byłaby to nauka o tym, w jakich sytuacjach ich zachowanie jest podobne do naszego oraz o tym, że ich umysły pracują mniej więcej w ten sam sposób, co nasze. Dowiedzielibyśmy się, że szympansy konstruują narzędzia, całują się, przytulają, 32

Mogłam sobie pozwolić na siedzenie w buszu i robienie wszystkiego po swojemu. trzymają za ręce, poklepują po plecach, matki karmią i pielęgnują dzieci oraz o związkach między braćmi i siostrami. W świecie szympansów pojawia się walka o władzę i prymitywne wojny, ale okazują one także czułość, troskę, a nawet altruizm. Myślę, że nie istnieje wyraźna linia oddzielająca nas od nich, co wpajano nam wcześniej. Uczono nas o różnicy rodzajów, o różnicy w szczeblach ewolucji. Zdecydowanie przewyższamy szympansy w jednej dziedzinie – umiejętności posługiwania się językiem mówionym. One dopiero zaczynają się w ten sposób porozumiewać – bardzo prymitywnie zresztą – a moim zdaniem właśnie to doprowadziło do nadzwyczajnie gwałtownego rozwoju naszego intelektu. Czy możemy się czegoś nauczyć od szympansów? Uczymy się od nich jak ważne jest łagodzenie sporów. W wypadku kłótni dwóch szympansów, podporządkowany osobnik nie odpręży się, dopóki przeciwnik do niego nie podejdzie i nie poklepie go po plecach. Pojednanie – w tym są naprawdę dobre. I z pewnością nauczyłam się od szympansów jednej bardzo ważnej rzeczy – ogromnego znaczenia wczesnych lat życia i sposobu, w jaki matka traktuje dziecko. Jest ogromna różnica pomiędzy rozwojem dziecka wychowanego przez dobrą, wspierającą, opiekuńczą matkę a tym, którego matka była zła i często je karała. Najważniejsze są przywiązanie, uczucia, zabawa oraz wsparcie. „Ludzcy” psychologowie i psychiatrzy dziecięcy coraz częściej podkreślają ogromne znaczenie doświadczeń z dzieciństwa. Dla mnie osobiście jest to najważniejsza rzecz, jakiej się nauczyłam, a także to, że nie istnieje wyraźna granica między nimi i nami. Czy ciężko było w latach 60. młodej, wtedy jeszcze niewykształconej kobiecie

jak Pani, rozpocząć karierę naukową oraz przekonać innych naukowców o słuszności i rewolucyjnym znaczeniu swoich odkryć? Po pierwsze, jako że nie studiowałam na żadnym uniwersytecie, miałam wyjątkowo „świeży” i otwarty umysł i jak już wspomniałam wcześniej, odkrycie, że szympansy używają narzędzi, wcale mnie nie zdziwiło. Jak każdy wiedziałam, że robią to w niewoli, jednak panowało powszechne przekonanie, że robią to i zachowują się inteligentnie tylko dlatego, że znajdują się w niewoli. Właściwie nie zależało mi na przekonaniu o tym innych naukowców, byłam skupiona jedynie na zdobywaniu wiedzy o szympansach. Nie musiałam martwić się o pozycję na uniwersytecie i to działało na moją korzyść. Nie myślałam nawet o doktoracie, to Louis Leakey powiedział, że muszę go zdobyć. Dostawałam pieniądze od National Geographic, więc mogłam sobie pozwolić na siedzenie w lesie i robienie wszystkiego po swojemu. Myślę, że szczęśliwie się złożyło, że nie studiowałam. Czyli jednak miała Pani trochę szczęścia... Louis Leakey szukał kogoś, kto nie był związany z uniwersytetem. Czyli znalazłam się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Nie prosiłam go o możliwość studiowania życia szympansów, nawet o tym nie marzyłam. Mogłabym badać nawet myszy, jeśli tylko pozwoliłoby mi to mieszkać w buszu. Poważnie. Ciekawość zaprowadziła Panią do buszu. Czy kiedykolwiek czuła się Pani niepewnie, samotna w otoczeniu dzikich stworzeń? Oczywiście, że tak. Jesteś głupcem, jeśli nigdy się nie boisz. To adrenalina napędza cię do działania. Początkowo, gdy szympansy przestały się mnie obawiać, stały się bojowo nastawione i agresywne. Były większe ode mnie, silniejsze i nie miałam pojęcia, co planowały. Jedyne, co mogłam zrobić, to siedzieć tam, kopać dołki, udawać, że w ogóle nie jestem nimi zainteresowana i mieć nadzieję, że w końcu zrozumieją, iż nie jestem groźna. Ten etap agresji z ich strony był najgorszy. Traktowały mnie jak drapieżnika i próbowały odstraszyć. Ale kiedy w końcu dostrzegły, że wciąż tam jestem i nie robię im nic złego i kiedy pojawił się mój drogi David Greybeard, poczułam się cudownie. David Greybeard był pierwszym szympansem, którego zaufanie udało się Pani „zdobyć”... Był taki spokojny. Myślę, że ten spokój przeszedł na resztę osobników. Louis Leakey zainspirował nie tylko Panią, ale także Dian Fossey i Birute

Zdjęcie: CSU Archives/Everett Collection/Rex Features

Herosi


Zdjęcie: Gunther Michel/Biosphoto

Herosi

Galdikas, które rozpoczęły badania nad gorylami i orangutanami. Nazywano was Aniołkami Leakey’ego. Jak przebiegała wymiana informacji między waszą trójką? Nigdy nie próbowałyśmy niczego zataić, ale faktycznie nasza współpraca nigdy nie była zbyt ścisła. W sumie mogło być dużo lepiej niż było. Czasem dochodziło też do pewnych różnic zdań. Czytałem o tym, że Fossey nazywała ZOO więzieniami, a dla Pani były one „największą nadzieją”. Moją wypowiedź błędnie cytowano. W rzeczywistości powiedziałam, że najlepszą rzeczą dla szympansów jest życie na wolności, na chronionych terenach takich jak Gombe. Jeśli chodzi o prawdziwe dzikie życie, to grożą im tam myśliwi oraz wycinanie lasów. Muszą się przenosić, ponieważ ludzie wycinają drzewa, a wtedy mogą trafić na inną grupę szympansów i zaczyna się wojna, ponieważ niechcący weszły na czyjeś terytorium. Nie chodziło mi o klatki laboratoryjne o wymiarach 1,5 na 1,5 metra. Istnieją również nowoczesne ZOO, które oferują dużą przestrzeń mogącą pomieścić sporą liczbę szympansów. Wizja życia na wolności jest idealistyczna. Ja sama wiem, że gdybym była szympansem, wybrałabym życie w dobrym ZOO, a nie to pełne niebezpieczeństw, na wolności. Jest bardzo wiele naprawdę złych ZOO, ale są też i dobre, w których pracownicy to wykształceni ludzie kochający szympansy. Odwiedzający także je uwielbiają, znają ich imiona, karmią, zapewniają rozrywkę... Na początku lat 90. przeniosła Pani swoją uwagę z szympansów na ludzi... Na początku lat 90., kiedy przelatywałam nad Gombe, zdałam sobie sprawę z tego, że poza granicami tego malutkiego parku zniknęły niemal wszystkie drzewa. Ludzie widocznie walczyli o przeżycie, było ich zdecydowanie za dużo na tym terenie i brakowało pieniędzy na zakup jedzenia. Więc jak mogliśmy nawet myśleć o ratowaniu szympansów, kiedy w potrzebie byli ludzie? Tak zrodził się nasz program TACARE, który objął ochroną 24 wioski i właśnie rozszerzyliśmy naszą działalność na ogromny teren na południu, gdzie nie zniszczono jeszcze lasów. Łączna ilość wiosek objętych programem wynosi 42. Mieszkańcy wiosek sami przekazują nam informacje o tym, jakiego rodzaju pomocy potrzebują. Nie polegało to na wielkim wejściu grupy aroganckich białych ludzi mówiących: „Jesteście bardzo biedni i przykro nam z tego powodu, więc zrobimy dla was to, to i tamto”. Wyglądało to raczej tak: „Co waszym zdaniem najbardziej by wam pomogło?”. Zaczęliśmy od

zapewnienia tubylcom jedzenia, edukacji i pomocy lekarskiej, a następnie mogliśmy zaprezentować inne sposoby na polepszenie ich sytuacji, takie jak uprawianie ziemi, zapobieganie erozji gleby, oczyszczanie wody i dużo, dużo więcej. Czy to był ten sam rok, w którym działalność rozpoczął Instytut Jane Goodall? Instytut powstał w 1977 roku, a program TACARE – w 1994. Bardzo ważny był dla mnie rok 1986. Udałam się wtedy na ważną konferencję do Chicago, podczas której brałam udział w sesji konwersacyjnej uświadamiającej nam, że na terenie całej Afryki środowisko naturalne szympansów zanika, a liczba przedstawicieli gatunku drastycznie spada. Dyskutowaliśmy o warunkach panujących w niewoli i pokazano nam szokujące zdjęcia i filmy, potajemnie nakręcone w laboratoriach. Pojechałam na tą konferencję jako naukowiec, a wróciłam jako aktywistka. Ludzie pytają, czy był to trudny wybór. Wydawało mi się, że nie mam wyboru, prowadziła mnie jakaś niewidzialna ręka. To było coś, co po prostu musiałam zrobić. Mówi Pani, że teraz jej zadaniem jest dawanie ludziom nadziei? Nasze życie pełne jest złych wiadomości i nieszczęść, ale tym, co daje mi nadzieję, jest – może jest już za późno, ale jednak – ludzki mózg. Pomyśl o tym, jakie to niesamowite, pomyśl o nowoczesnych technologiach, których tak naprawdę wcale nie wykorzystujemy. Pojawia się coraz więcej indywidualnych jednostek, uczących się żyć, nie niszcząc. Dotarły do nich przekazy o oszczędzaniu energii i wody i tego typu zbawiennych działaniach. Z jednej strony mamy ludzki mózg, a z drugiej cudowną zdolność natury do regeneracji. Poza tym pojawia się entuzjazm i oddanie młodych ludzi, którzy zrozumieli, na czym polega problem i zdecydowali, że czas zacząć

Być chociaż przez jedną minutę szympansem – to zastąpiłoby wiele lat obserwacji.

działać. O to właśnie chodzi w naszym programie Roots & Shoots (korzenie i pędy), który działa w 120 krajach i zrzesza od 15 000 do 18 000 aktywnych grup, liczących łącznie ponad 500 000 członków. Grupy są zróżnicowane wiekowo – od dzieci z podstawówki, przez studentów, aż po dorosłych. Jakie są najważniejsze problemy, z którymi boryka się nasza planeta, a które powinny zostać rozwiązane w najbliższych latach? Są trzy przenikające się, główne problemy – naprawdę trudno je rozdzielić. Jednym z nich jest ilość ludzi żyjących na naszej planecie. Drugi to skrajna bieda – w krajach rozwijających się ludzie regularnie wyniszczają naturę, bo nie pozostaje im nic innego. Trzeci problem to nasz niezrównoważony, zachodni styl życia. Kogo uważa Pani za największych sprzymierzeńców w walce o przetrwanie planety? Polityków? Naukowców? Młodzież? Młodzież. Wszyscy jednak musimy współpracować. Naukowcy powinni dostać finanse na szukanie alternatywnych źródeł energii. Politycy też mogą pomóc, choć często zawodzą, gdyż są związani z potężnymi siłami ekonomicznymi. Pieniądze – gdybyśmy potrafili je oszczędzać, rozwiązałoby to wiele problemów, ale nie pozwala na to nasz styl życia. W maju, na festiwalu w Cannes, zaprezentowany zostanie film o Pani życiu pt. „Podróż Jane”, w którym wystąpi Angelina Jolie. Tak, nazywają go dokumentem fabularyzowanym, ale będzie wyświetlany w kinach. Czy Angelina Jolie gra Panią? Nie, ona tylko udziela wywiadu na mój temat, a potem wspólnie rozmawiamy o uchodźcach. Jolie jest ambasadorem dobrej woli ONZ do spraw uchodźców, a nasz program Roots & Shoots działa w ich obozach. Ja gram samą siebie. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mógł mnie zagrać. Nadal żyję, mam swój głos i swoją własną pasję. Czy kiedykolwiek chciała Pani być szympansem, by móc je lepiej zrozumieć? Nie na stałe, ale jestem pewna, że wejście w ich ciała choć na chwilkę byłoby warte tych wszystkich lat obserwacji. Czyli ma Pani pomysł na następne wcielenie – narodzić się ponownie jako szympans? Tak. A może już kiedyś byłam szympansem. W poprzednim życiu? Możliwe. Kto wie? Film o dr Jane Goodall: www.janesjourney.net – klipy video, blogi i informacje o programie

33


HeroSI

Rajon Rondo

W rozpoczynających się w tym miesiącu play-offach NBA faworytami będą Boston Celtics, prowadzeni przez uznawanego za ryzykanta rozgrywającego. Tekst: André Voigt

34

„Legends Room” to najważniejsze miejsce w ośrodku sportowym, należącym do renomowanego amerykańskiego klubu profesjonalnej ligi koszykarskiej NBA – Boston Celtics. Wypolerowane witryny z pucharami i innymi pamiątkami zapełniane są systematycznie od siedmiu dekad. Można w nich znaleźć m.in. buty legendarnego Larry’ego Birda czy koszulkę jedenastokrotnego czempiona Billa Russella. Celtics kolekcjonuje również rekordy NBA. Klub wywalczył 17 tytułów mistrzowskich. Przedostatni, szesnasty raz, udało się to w 1986 roku. Dopiero 22 lata później, w 2008 roku, zawodnicy Celtics mogli znów wznieść puchar Larry’ego O’Briena. W jednej z witryn odbija się twarz Rajona Rondo. Zawodnik przygląda się swojemu zdjęciu ze złotym pucharem, który w 2008 roku był dla niego czymś znacznie więcej niż tylko dowodem, że Celtics wrócił na tron NBA. Puchar w rękach Rondo potwierdza fakt, że zawodnik daleko zaszedł – wbrew wątpliwościom telewizyjnych ekspertów, na przekór fanom, a może nawet kolegom z własnej drużyny. Ten chłopak z Kentucky nigdy nie uchodził za supertalent, ani na uniwersytecie, ani w lidze profesjonalnej. Mimo to, właśnie Rondo był zawodnikiem, na którego latem 2007 roku postawił menedżer Celtics, Danny Ainge. Szef bostońskiej kadry wiele wówczas ryzykował. W ciągu kilku tygodni wymienił siedmiu graczy z młodej, utalentowanej, werbowanej rok wcześniej kadry na supergwiazdy o ugruntowanej pozycji: Kevina Garnetta i Raya Allena. Wraz z drużynowym gwiazdorem, Paulem Piercem, mieli jako „Big Three” zapewnić pechowemu klubowi upragnione zwycięstwo. Żaden z wyżej wymienionych graczy nie grał wcześniej na pozycji rozgrywającego. Point guard jest na parkiecie przedłużeniem ramienia trenera, drybluje piłkę do przodu, kreuje sytuacje, w których inni gracze mogą wykonywać celne rzuty. Ainge zdecydował, że przywódcą Celticsów w drodze po pierwszy – po 22-letniej przerwie – tytuł, będzie 22-latek, który dopiero w ubiegłym roku wstał z ławki rezerwowych:

Rajon Pierre Rondo, urodzony w 1986 roku – dokładnie wtedy, gdy klub Celtics dzierżył swój ostatni tytuł. W dniu transferu Garnetta, Rondo był w Louisville, swoim rodzinnym mieście. Siedział na kanapie, w domu swojej matki, kiedy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawił się numer szefa. „Kilka dni wcześniej widziałem swoje nazwisko na wszystkich plotkarskich portalach o transferach” – tak 21-letni wówczas zawodnik zapamiętał moment, w którym miała się zmienić jego zawodowa kariera. „Pomyślałem, że Danny chce mi powiedzieć, że muszę opuścić Celtics. Ale on stwierdził, że zasili nas Kevin Garnett. I że ja mam być point guardem Boston Celtics”. Rondo od razu pojął, co to miało dla niego oznaczać. „Z Garnettem, Piercem i Allenem byliśmy wystarczająco dobrzy, by zdobyć mistrzostwo. Każdy to wiedział. I każdy oczekiwał od nas tytułu. Gdybyśmy zawiedli, nikt nie miałby pretensji do «wielkiej trójki», tylko do mnie”. Rondo natychmiast udał się na boisko i trenował jak oszalały. „Oczywiście, że miałem ciśnienie. Ale nie czułem go. Byłem gotowy. Nie mogłem się doczekać, kiedy zacznie się sezon”. BEZ MIŁOŚCI. Rajon Rondo miał sześć lat, gdy zakochał się nieprzytomnie. U boku starszego o pięć lat brata zaczęła się jego namiętność do pewnej dyscypliny sportowej, którą mógł uprawiać w dzień i w nocy, bez przerwy – amerykańskiego futbolu. „To była moja pierwsza miłość, pierwsza dyscyplina, z którą się zetknąłem. Podziwiałem brata – a on w kółko grał w futbol” – opowiada Rondo tak, jakby mówił o byłej dziewczynie. „Chciałem grać na pozycji quarterback. Wszędzie chodziłem z piłką”. Po raz pierwszy na trening koszykarski zabrał Rajona kuzyn. Nowy pokazał się na boisku z dobrej strony, ale gra między koszami polegała na czymś innym, niż na zapychaniu luk. „Sezon koszykarski nie pokrywał się z rozgrywkami futbolowymi, dlatego zostałem w drużynie – chciałem trenować przez cały rok szkolny”.

Zdjęcie: craig wetherby/red bull photofiles

Nazwisko Rajon Pierre Rondo Data i miejsce urodzenia 22 lutego 1986 r., Louisville, Kentucky, USA Miejsce zamieszkania Boston, Massachusetts, USA Wzrost, waga 1,85 m, 78 kg Hobby Jazda na rolkach Zawód Zawodowy koszykarz Pozycja Rozgrywający Dotychczasowe Kluby College/University of Kentucky do 2006 r., w tym samym roku zwerbowany do Phoenix Suns (#21), a następnie do Boston Celtics Strona www.rajonrondo9.com


Print 2.0

en.redbulletin.com/print2.0 Wizyta u gwiazdy Boston Celtics. Tak mieszka najlepszy rozgrywający NBA

Latem 2010 roku rozpocznie się – podpisany przez Rondo rok wcześniej, pięcioletni kontrakt warty 55 milionów dolarów


Rajon Rondo jest oskarżany o jedne z najbrzydszych „wsadów” w lidze. Nikogo to jednak nie martwi, ponieważ jego robota polega na planowaniu strategii gry. Ten najmniejszy z zawodników Boston Celtics ze średnią 14 pkt na mecz, plasuje się w pierwszej tercji wszystkich rozgrywających NBA


HeroSI

Zdjęcia: imago, picturedesk.com, 2010 NBAE/getty images (2)

Rondo już jako nastolatek był nadzwyczaj szybki i zwrotny. „Oboje moi rodzice byli sprinterami. Szybkość to nasza cecha genetyczna”. Trudno było mu jednak zbudować masę. Jego matka, Amber Rondo, także miała swoje zmartwienie: nie chciała, by jej syn wpadł w młyn kościołamaczy amerykańskiego futbolu – tym bardziej, że koszykówka, w którą grał coraz lepiej, dawała mu szansę na stypendium uniwersyteckie. Przekonywała więc syna, by skoncentrował się na koszykówce. Same słowa matki nie wystarczyły, by Rajon porzucił swoje futbolowe ambicje – pomógł przypadek. Trener Rajona, Doug Bibby, był kuzynem gwiazdy NBA, Mike’a Bibby’ego i przedstawił ich sobie. Następnego lata nastolatek poznał luźny styl życia milionerów. „Mike i jego kumpel Derek Anderson zabierali mnie swoimi drogimi samochodami i jeździliśmy po mieście. Wieczorami chadzaliśmy na grilla lub graliśmy w karty”. W dziesiątej klasie Rajon porzucił futbol. SŁABOŚCI. W żadnym innym sporcie wartym miliony fani nie są tak blisko wydarzeń, jak w koszykówce. Nigdzie indziej osiągnięcia światowej gwiazdy nie są tak widoczne i tak namacalne. Fani z pierwszych rzędów siedzą w odległości jednego metra od boiska. Słyszą każdą komendę, mogą spojrzeć graczom w oczy 41 razy w roku – taką ilość spotkań rozgrywa u siebie każda drużyna. Od razu można wyczuć, kto traci ducha walki, kto ma konflikt z trenerem lub zawodnikami. Szczególnie w takim mieście jak Boston, który żyje koszykówką. Rajon Rondo wchodzi na parkiet TD Gardens półtorej godziny przed rozpoczęciem gry. Pierwsi fani już zajmują miejsca na arenie, która mieści 18 624 widzów. Supergwiazdy są w szatni, udzielają wywiadów, rozgrzewają się, słuchają muzyki. Po białych kabelkach od iPhona można poznać, że Rajon ma w uszach słuchawki. Jednak on jest już w pracy. Całkowicie skoncentrowany, ćwiczy wyskoki z piłką, dryblując lub rzucając z 5-ciu metrów. Wyciąga ramię z piłką, miękko zgina nadgarstek, w ostatniej fazie rzutu dotyka piłki czubkami palców. Tak wygląda wzorcowy rzut. Tak wygląda rzut Rajona Rondo na treningu, gdy za plecami nie ma przeciwników. W trakcie gry jego technika wydaje się karykaturalna. Nawet w co piątym rzucie za trzy punkty, piłka nie trafia do celu. Żałosny wynik. Dlatego właśnie Rondo pracuje z Markiem Pricem, najcelniejszym strzelcem w historii NBA. „Prawdopodobnie przez całą karierę będę miał problem z rzutem z wyskoku, ale będę go dalej trenował, w każdej wolnej chwili” – mówi Rondo. Staje się jasne, że na jego problem nie ma szybkiego lekarstwa. „Od 15 lat gram w koszykówkę, ten rzut to nawyk. Trudno wypracować nową technikę w kilka miesięcy lub nawet w kilka sezonów letnich. Muszę dalej trenować”. SPEED KILLS. Trzy cechy sprawiają, że Rajon Rondo jest niezwykłym zawodnikiem: inteligencja gry, niezwykła szybkość i umiejętność połączenia poprzednich dwóch zdolności. Rozgrywający jest w stanie pokonać całe boisko w trakcie dwóch, trzech dryblingów. Nawet w NBA, lidze topowych biegaczy, zaledwie kilku obrońców może przeszkodzić mu w wyścigu do kosza. 37


Wywiad z Rajonem Rondo

„ Powinniśmy zostać mistrzami ” Gwiazdor Boston Celtics wydaje się być wyjątkowo optymistyczny, jeśli chodzi o bieżący sezon. Każdy trener czy zawodnik, z którym rozmawiałem o Panu, mówi, że jest Pan niecierpliwy… Jestem niecierpliwy, to prawda. Przeszkadza mi, gdy moi koledzy z drużyny zbyt wolno wprowadzają pewne rzeczy lub kilkakrotnie popełniają te same błędy. Ale mi rzeczywiście trochę łatwiej niż innym przychodzi zrozumienie taktyki. Czy jest Pan niecierpliwy także względem siebie samego? Tak, czasami jestem sfrustrowany, gdy nie osiągam tego, czego od siebie oczekuję. Jestem swoim największym krytykiem. Przez pierwsze dwa lata w NBA chodziłem naprawdę wściekły i wyładowywałem swoją złość na zespole albo na sobie. Teraz potrafię nad tym zapanować. Podczas draftu w 2006 roku, gdy drużyny na cały rok zaklepują sobie prawa do nowych talentów, uplasował się Pan dopiero na 21. miejscu. Czy to było trudne doświadczenie dla takiego niecierpliwego człowieka jak Pan? Nie, wcale. Ja po prostu chciałem grać w lidze. Ludzie mówią, Debiut w All Stars: w lutym że najtrudniejsze to dostać się do Rajon Rondo grał po raz pierwszy NBA. Nie mają racji. O wiele trudniej w drużynie Eastern Confernce utrzymać się w NBA. Co roku przy(i pokonał Western Conference 141:139) chodzą nowi gracze, którzy walczą o miejsce. Jestem profesjonalistą od czterech sezonów, widziałem już wielu przychodzących i odchodzących z ligi. Co jest największym problemem dla młodych zawodników, którzy z ligi uniwersyteckiej trafiają do ligi zawodowej? Ustatkowanie… Kiedy przychodzisz do NBA, nikt nie prowadzi Cię za rękę. Masz dopiero 19, może 20 lat, ale musisz już być bardzo odpowiedzialny. Wielu graczy gromadzi wokół siebie starych przyjaciół i członków rodziny, po to by czuwali nad ich rozkładem dnia, angażują własnego kucharza. Jak jest z Panem? Podglądam weteranów w mojej drużynie. Musiałem nauczyć się wielu rzeczy, np. co należy jeść przed grą, jak się odpowiednio rozgrzać. Sezon jest tak długi, że musisz ekstremalnie o siebie dbać. Zbliżają się play-offy 2010. W Celtics zdarzyło się wiele kontuzji. Kto zostanie mistrzem? W trakcie sezonu każdy może wygrać z każdym. Wiele zależy od formy danego dnia. Jeśli jednak chodzi o to, która drużyna wygra serię Best Of Seven… to zawsze stawiałbym na nas. Nawet, jeśli nie jesteśmy wszyscy stuprocentowo sprawni, powinniśmy zostać mistrzami.

38

„Jednak, jeśli na boisku grasz cały czas na pełnym gazie, niewiele osiągniesz” – twierdzi Rajon Rondo. „Musisz wiedzieć, kiedy włączyć turbo. Poza tym, w każdej grze jestem na parkiecie przez 37 minut. Jeśli za każdym razem dochodziłbym do granic swoich możliwości, po pierwszej połowie byłbym już wyczerpany. Tymczasem w sezonie rozgrywa się standardowo 82 mecze. Trzeba oszczędzać i odpowiednio rozkładać energię”. Jako chłopak, już w szkole średniej szybko łapał nawet najbardziej skomplikowane taktyki. „Trener ­kazał mi już wtedy analizować nagrania video z gry przeciwników. A potem wszystko objaśniałem drużynie”. Zarówno wówczas, jak i teraz, jest w stanie usłyszeć w trakcie meczu, jak przeciwnicy zapowiadają swoje ustawienia. I od razu wie, jak będzie poruszać się drużyna przeciwna. Zabiega drogę przeciwnikom, wykrada piłkę i kończy spektakularnym slam dunkiem. Przy własnym ataku Rondo drybluje rozluźniony, jakby zapraszał przeciwnika bliżej. Jeśli ten się zdekoncentruje choćby na ułamek sekundy, Rondo zadziała błyskawicznie. Tą niezwykłą kombinacją szybkości i inteligencji Rondo zabłysnął w 2009 roku. Z powodu kontuzji kolana, jaka przytrafiła się najlepszemu graczowi Kevinowi Garnettowi, Celtics stracili szansę na tytuł. Jednak w trakcie epickiej serii przeciwko Chicago Bulls, Rondo jakby narodził się po raz drugi. O ile przed mistrzowskim meczem był głównie podającym, to w trakcie gry przeciwko Bullsom i ich rozgrywającej supergwieździe Derrickowi Rose, zabłysnął jako strzelec. To osiągnięcie zupełnie odmieniło jego status w NBA: od tej pory Rondo uchodzi za jednego z pięciu najlepszych rozgrywających w lidze. Minęły czasy, gdy traktowany był jak słabe ogniwo w łańcuchu Celtics. W 2010 roku Rajon Rondo po raz pierwszy wystąpił w drużynie All-Star. Wybrany przez trenerów Eastern Conference, zagrał w połowie lutego w meczu dla 24 najlepszych graczy NBA w Dallas przeciwko Western Conference, przed ponad 80 000 publicznością. To było jak pasowanie na rycerza. Mimo zwycięstwa, myślami jest już w połowie sezonu i przy play-offach. Boston ma nadzieję, że Rondo poprowadzi do zwycięstwa starzejącą się drużynę gwiazd. Weterani zespołu muszą zakonserwować swoje umiejętności do najgorętszej fazy sezonu. Od Rondo wymaga się, by osiągnął jeszcze wyższy poziom. „Gra zmienia się w trakcie play-offów” – mówi nowa nadzieja Bostonu. „Musisz się jeszcze bardziej skoncentrować, zebrać jeszcze więcej energii. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale się udaje. Każde przejęcie piłki jest niezwykle ważne. Jeśli na play-offach stracisz passę w pierwszych minutach, może cię to kosztować nie tylko jeden mecz, ale i cały sezon”. Młody mistrz, Rajon Rondo, chce poprowadzić Boston Celtics na sam szczyt NBA. Chce być odpowiedzialny za tytuł i aby „Big Three” zamieniło się w „Big Four”. „Point guard to najchętniej zajmowana pozycja w NBA” – mówi i jeszcze raz spogląda na fotografię ze złotym pucharem. „Wciąż uważam, że jestem najlepszym rozgrywającym w lidze profesjonalnej”. Red Bulletin Print 2.0: Rajon Rondo za kulisami! Start play-offów NBA: 17 kwietnia 2010. Więcej info na: www.nba.com

Zdjęcie: 2010 NBAE/getty images

HeroSI


kunde


Herosi

Eigo Sato

jest najstarszym zawodnikiem Red Bull X-Fighters. Może powinien już odpuścić? Za nic! Sato wciąż jeszcze chce się uczyć i wygrywać.

Imię i nazwisko Eigo Sato Data i miejsce urodzenia 30 października 1978 roku w Iwaki, prefektura Fukushima, Japonia Miejsce zamieszkania Nakaso, prefektura Fukushima, Japonia Zawód Profesjonalny zawodnik FMX Motocykl Yamaha YZ 250 Charakterystyczny trick Żaden, Eigo wykonuje wszystkie. Wyniki Red Bull X‑Fighters: 2009 2 miejsce w Kanadzie i Meksyku, 4 miejsce w USA, 7 miejsce w Londynie, 9 miejsce w Hiszpanii. Łącznie: 3 miejsce Ulubiona kuchnia Chińska Web www.mx-vilus.com

40

Miejscowość, w której Eigo urodził się i wychował, to Iwaki. Motocross od wielu lat cieszy się tam wielką popularnością. Boom rozpoczął się w latach 80. Na zawody Japan Super Cross Series przyjeżdżali do Japonii najlepsi zawodnicy. Ojciec Eigo pierwszy połknął bakcyla. Wirusa MX przekazał swojemu synowi, starszemu o dwa lata bratu Eigo. Sam Eigo, najmłodszy w klanie, po raz pierwszy siedział na motocyklu w wieku trzech lat. Już wtedy chciał być najlepszy. „Gdy byłem brzdącem, niezwykle imponował mi Rick Johnson” – opowiada Sato. „Jego występy zawsze były spektakularne i wydawał się niepokonany. Chciałem być dokładnie taki, jak on”. W wieku 18 lat Eigo zdobył licencję IA, dzięki której mógł wziąć udział w Mistrzostwach Japonii. Rok później wybrał się samotnie do USA. W ojczyźnie motocrossu chciał nauczyć się tego wszystkiego, co jest niezbędne dla zawodnika rajdowego. Pewnego dnia na przedmieściach Kalifornii zobaczył FMX (freestyle motocross). To odmieniło jego życie. FMX dopiero co narodził się w USA. Idolami byli wówczas Brian Deegan i Ronnie Faisst. Sami Amerykanie znali spektakularne triki jedynie z nagrań video. Bardziej niż samymi trikami, Eigo fascynował się punkowym stylem, w jakim prezentowali się zawodnicy. To było zupełnie niespotykane w subkulturze motocrossowej. Eigo nie odpuścił. „W tamtych czasach wspierała mnie Yamaha i jeździłem w japońskich mistrzostwach crossowych” – opowiada Sato. „Yamaha nie była zainteresowana trikami. Chcieli, bym jeździł najszybciej jak potrafię. Jako profesjonalista chciałem jednak zachwycać widzów, zdobywać ich uznanie. Uznałem to za swój obowiązek”. Po powrocie do Japonii kontynuował karierę wyścigową. Jednocześnie rozpoczął przygodę z FMX. Razem z innymi zawodnikami, którzy pasjonowali się FMX, dzięki pomocy lokalnych właścicieli torów, zaczął naśladować to, co widział na amerykańskich nagraniach video. Rok 2000 można uznać za quasi oficjalne urodziny FMX w Japonii – wtedy to Eigo

zorganizował event na wzór amerykańskiego Mosh Ride. Impreza łączyła w sobie występy zespołów muzycznych i przejazdy zawodników FMX. Powoli idea FMX zaczynała przyjmować się w Japonii, a Eigo spędzał większość czasu w trasie. W 2001 roku zaczął działać pierwszy japoński team FMX: MX-Virus. Składał się z dziewięciu zawodników – Eigo oraz kierowców, którzy razem z nim przecierali szlaki. Sato całkiem zrezygnował z wyścigów i stał się pierwszym profesjonalnym zawodnikiem FMX z Japonii. W 2002 roku po raz pierwszy wystartował w USA w kwalifikacjach do X Games. „Wydaje mi się, że zająłem trzynaste miejsce, jedno z ostatnich” – wspomina. „Dzieliła mnie od ówczesnych profesjonalistów z USA o wiele większa przepaść niż myślałem. Ale byłem wówczas tak zafascynowany FMX i przede wszystkim tak naiwny, że nie zdawałem sobie z tego sprawy i robiłem wszystko, żeby nadążyć za innymi”. Już wtedy miał wypracowany swój własny styl, gdzie nie chodziło o stopień trudności, ale głównie o zachowanie indywidualności. Teraz, mając 31 lat, Eigo trenuje z młodymi zawodnikami, udziela im rad i słucha ich pomysłów. Może właśnie te cechy – uczciwość i szacunek do innych – czynią z niego tak wyjątkowego sportowca. Jego horyzont bardzo poszerzył się w ostatnich latach: „Początkowo chodziło mi tylko o X Games. Szczerze mówiąc, nie interesowałem się europejskimi zawodami. Jednak w końcu pojedynki w Europie otworzyły mi oczy. Ameryka jest cool, ale bliskość publiczności w Europie bardzo mi się spodobała”. Mimo, że spędza cztery miesiące w roku za granicą, to dodatkowo u siebie w Japonii organizuje zawody, a nawet prowadzi swoje własne czasopismo: „Banzai Magazine” (pierwszy japoński magazyn FMX). Nadal mieszka w rodzinnym Iwaki. W 2008 roku ożenił się, a w 2009 urodził mu się synek. Mimo, że jego największym życzeniem może być teraz jazda na motorze z synem, Eigo jest napalony na Red Bull X-Fighters 2010: „Będę atakował!”. www.redbullxfighters.com

Zdjęcie: Ian Hylands/Red Bull Photofiles

Tekst: Hitoshi Kajino


Heroes

Groźny wygląd to część show: bez ­kasku Eigo Sato jest najbardziej przyjaznym człowiekiem, jakiego można spotkać 41


Herosi

AGYNESS DEYN W świecie mody okrzyknięto ją następczynią Kate Moss – i to wcale nie za sprawą zmieniających się u jej boku muzyków rockowych. Tekst: Uschi Korda, Zdjęcie: David Slijper/Corbis Outline

Nazwisko Agyness Deyn Data i miejsce urodzenia 16 lutego 1983 lub 1986 roku, Failsworth, Manchester Prawdziwe nazwisko Jej prawdziwe nazwisko brzmi Laura Hollins. Trudny do wymówienia pseudonim powstawał w dwóch etapach: najpierw przyjęła imię „Agnes” na cześć swojej babci, później jej pasjonująca się ezoteryką mama wplotła w nowe imię dwie dodatkowe litery: „y” oraz „s”. Miały one polepszyć jej karmę Sukcesy „Model of the Year 2007” na London Fashion Week; gwiazda okładek wszystkich magazynów modowych, od amerykańskiego „Vogue’a”, poprzez „Elle”, aż po japońską wersję „Dazed & Confused”. Muza Henry’ego Hollanda (House of Holland). W 2008 r. Deyn była twarzą marki Burberry, obecnie reklamuje Annę Sui. Na okładce „Harper’s Bazaar” z września 2009 została wystylizowana na sobowtóra Michaela Jacksona 42

„Moją idolką jest królowa Elżbieta. Chętnie wybrałabym się z nią na herbatę i ciastko” – deklaruje brytyjska supermodelka Agyness Deyn. To marzenie ma szanse się spełnić. Głowa angielskiej rodziny królewskiej mianowała już na rycerza rockowego weterana Micka Jaggera, przyjmowała na audiencji zawodników FC Arsenal oraz Lady GaGę, więc i kilkugodzinne ploteczki z aktualną królową wybiegów nikogo by nie zdziwiły. Jednak przed wizytą u królowej Agyness Deyn musiałaby wyjaśnić kilka nieścisłości związanych ze swoją biografią. Po pierwsze: swój wiek – newralgiczny punkt w branży, w której już o dwudziestolatkach mówi się „stare”. Oficjalnie Deyn ma 24 lata, jednak niektórzy twierdzą, że modelka jest trzy lata starsza. Jedyną osobą, która mogłaby wyjaśnić tę kwestię, jest mama Deyn – samotnie wychowująca dzieci pielęgniarka z okolic Manchesteru. Ona jednak ma w tej sprawie do powiedzenia tylko dwa słowa: „no comment!”. Drugą zagadką w życiu Deyn jest historia jej kariery. Czy modelka z blond fryzurą w stylu Pixie została wypatrzona przez scouta dużej agencji w londyńskim fast foodzie? Czy też może babcia zgłosiła ją do konkursu dla modelek, który udało jej się wygrać? Obie wersje brzmią jak wymyślone na potrzeby rynku historyjki, które w branży modowej powstają równie szybko, jak zdjęcia. Zjawiskowa Agyness Deyn milczy. Najwyraźniej ujawnienie prawdy mogłaby jej tylko zaszkodzić w dalszej karierze. Pięć lat temu dryblasowata piękność podbiła świat mody swoim niekonwencjonalnym punkowym stylem. Przed nią udało się to tylko takiej ikonie mody, jak Kate Moss. Podczas gdy klasyczne piękności, jak Bar Refaeli czy Gisele Bündchen, wyglądają bardzo podobnie, a Heidi Klum poszukuje w programie telewizyjnym sobowtórek, próbując zareklamować własny typ urody jako „trendy”, Brytyjka wydaje się świeża, nowa i inna. Prywatnie paraduje w pomarańczowych martensach i nosi oryginalne ubrania. „Mój styl zależy od nastroju” – mówi. „Jest trochę punkowy i trochę kobiecy.

Właściwie łączę ze sobą to, co akurat jest czyste”. Najwyraźniej w tym szaleństwie jest metoda, skoro Agyness pracuje dla takich nazwisk, jak: Galliano, Gaultier, Armani czy Westwood. Jest muzą Henry’ego Hollanda, którego t-shirty z hasłami w stylu lat osiemdziesiątych właśnie dzięki niej stały się kultowe. Trzy lata temu Deyn została nową twarzą marki Burberry, detronizując w ten sposób samą Kate Moss. To, co później się zdarzyło, było czystym szaleństwem na jej punkcie. Jego ukoronowaniem stał się fakt, że magazyn „i-D” – brytyjska biblia mody – poświęcił modelce całe wydanie. Zdarzyło się to po raz pierwszy w trzydziestoletniej historii czasopisma! Podsumowując w mniej elegancki sposób popularność modelki, stacja BBC przyznała jej w 2008 roku tytuł „Najbardziej irytującej osoby roku”. Intrygujące jest również życie prywatne modelki. Przez cztery lata związana była z Joshem Hubbardem – gitarzystą kapeli The Paddingtons. Potem nawiązała ośmiomiesięczny romans z Albertem Hammondem – gwiazdą The Strokes. Muzykiem był także Miles Kane z zespołu The Last Shadow Puppets, z którym rozstała się w listopadzie 2009 roku. Pomimo nieudanych związków z artystami estrady, miłość modelki do rocka została. Niestety, jej pierwsza kapela Lucky Knitwear znana była tylko w wąskim gronie koneserów alternatywy, a i założona kilka miesięcy temu grupa Gene Jacket, jak dotąd zostaje niezauważona. Modelka, która niedawno zamieszkała w Nowym Jorku, obecnie próbuje swoich sił jako aktorka. Wystąpiła w krótkometrażowym filmie „Mean to me” Petera McGougha i aktualnie spotyka się aktorem Jamesem Franco. W marcu tego roku zaprezentowała pierwszą własną kolekcję mody w salonie Barneys w japońskim Kobe. To, czy odniesie sukces, nie jest do końca istotne. Historia Kate Moss pokazuje, że jeśli już raz zostanie się uznaną za ikonę niekonwencjonalnego stylu, małe porażki można przetrwać bez większych uszczerbków i oczywiście zawsze z klasą! Łódź Fashion Week: od 7 do 11 maja 2010 www.fashionweek.pl


Brytyjka Agyness Deyn, ikona eklektycznego stylu, nazywana bywa: „Lady Punk” lub „Rock’n’Roll Model”


Herosi

Adam Małysz

Mistrz przeszedł długą drogę, usłaną zarówno zwycięstwami, jak i porażkami. Patrząc wstecz, widzimy historię człowieka spełnionego i w końcu szczerze i szeroko uśmiechniętego. Proszę Państwa, Orzeł wylądował. Tekst: Szymon Gruszecki

Warto odwiedzić Galeria Trofeów Adama Małysza ul. 1-Maja 48a, Wisła

44

Jest jesień 2009 roku. Małe senne miasteczko w niczym nie przypomina zimowego kurortu, który podczas Świąt Bożego Narodzenia czy Wielkiej Nocy tętni życiem i ma sześć razy więcej mieszkańców, niż poza sezonem. To Wisła – rodzinna miejscowość Adama Małysza, skoczka narciarskiego, który w sercach wielu Polaków plasuje się na drugiej pozycji, zaraz za Papieżem Janem Pawłem II. Nasz bohater nie jest jednak typowym polskim celebrytą. Tak naprawdę celebrytą nie jest wcale, mimo że swoje miejsce w panteonie gwiazd ma zaklepane już od dawna. Małysz zawzięcie chroni swoją prywatność (wbrew tendencji powszechnej wśród sportowych gwiazd i gwiazdeczek). Żaden dziennikarz czy ekipa programu w stylu MTV Cribs nie przekroczyli dotąd progów jego domu. ���To jedyne prywatne miejsce w moim życiu, bez tego nie miałbym już nic” – mówi. Naród kocha swojego Orła i okazuje to w przeróżny sposób. „Kamienie znikające spod mojego domu to już norma, chociaż nie wiem po co komuś taki kamień”. Od kiedy Adam stał się sławny, na sąsiedniej działce pojawiły się kilkupiętrowe pensjonaty z balkonami wychodzącymi bezpośrednio na ogródek Małysza (który ten nota bene bardzo lubi pielęgnować). „Zaraz za murem mojego domu biegnie droga. Któregoś ranka na środku mojego trawnika znalazłem pusty kosz na śmieci, ewidentnie przerzucony w nocy przez mur. Do kosza przyklejony był liścik: «Adam, sorry za to, że wrzuciliśmy Ci kosz do domu, ale jesteśmy Twoimi wielkimi fanami, bardzo Cię kochamy i po prostu musieliśmy to zrobić»”. Dlatego też Adam buduje w Wiśle nową rodzinną siedzibę, położoną w miejscu bardziej niedostępnym dla obcych, ale bliżej rodziców i teściów. „Będzie bliżej na obiadki” – cieszy się. Po swoim rodzinnym miasteczku nie spacerował już od ponad siedmiu lat: „Właściwie przemieszczam się tutaj tylko samochodem. Z domu do biura burmistrza, gdzie z tyłu jest strzeżony parking i ewentualnie pod skocznię”. Grupy fanów to coś, co najbardziej go krępuje,

„Nie ma co owijać w bawełnę. Najpierw skacze się dla pieniędzy, bo sportowiec musi utrzymać siebie i rodzinę. Potem dla wyników sportowych, aby coś osiągnąć. W końcu jednak przychodzi taki etap, kiedy skacze się przede wszystkim dla ludzi. Dla tych wszystkich ludzi, którzy wierzą w ciebie, podróżują po to, aby oglądać twoje skoki, są z tobą i jak mogą to wspierają”. Mistrz kocha swoich fanów. Adam Małysz robi wrażenie człowieka pewnego siebie i zadowolonego z życia. Jakby nic sobie nie robił z tego, że wszyscy pytają go o koniec kariery, a komentatorzy sportowi, którzy niegdyś nadali mu status złotego cielca, a ostatnie dwa sezony oceniali jako „raczej słabe”, teraz znowu wynoszą go na panteon. Ten wywiad rozpoczęliśmy przed igrzyskami w Vancouver, a zakończyliśmy w Lahti. Już na samym początku rozmowy stało się jasne, że Mistrz jest pewien olimpijskiego sukcesu. Skąd ta ogromna pewność siebie? Zanim się tego dowiemy, Adam zdradza nam kilka sekretów. red bulletin: Co Cię napędza do działania, motywuje? adam małysz: To nie jest tak, że mam jeden cel i to wszystko. Dziennikarze często pytają, czy najbardziej motywuje mnie kasa. I coś w tym jest, a szczególnie było na początku, gdy zaczynałem skakać. W latach 1993 i 1994, kiedy powstawała nowa Polska Kadra Narodowa w skokach narciarskich, często śmialiśmy się z kolegami, że gdy już wygramy Puchar Świata, to kupimy sobie po maluchu. Potem marzeniem każdego z nas był używany VW Golf, sprowadzany z Niemiec. Cały czas odkładałem na to auto, a gdy 1996 roku wygrałem w Oslo, to pojechałem je kupić właśnie do Niemiec. Miałem farta. Nabyłem Golfa III, czyli w ogóle rarytas! (śmiech) Wprawdzie był trochę rozbity, ale szwagier zaraz zrobił mi karoserię. W tamtych czasach to było wielkie przeżycie. Później największą motywacją były kolejne wygrane. Chęć

Zdjęcie: David clerihew/Red Bull Photofiles

Imię i nazwisko Adam Henryk Małysz Data i miejsce urodzenia 3 grudnia 1977 r., Wisła, Polska Miejsce zamieszkania Wisła, Polska Wzrost, waga 1,70 m, 55 kg Hobby Gadżety elektroniczne, samochody terenowe, quady Zawód Skoczek narciarski Pseudonim Orzeł z Wisły Osiągnięcia 3 × srebro olimpijskie 1 × brąz olimpijski 4 × Mistrz Świata 39 × pierwsze miejsce w Pucharze Świata 4 × Sportowiec Roku i wiele, wiele innych


„To jest najważniejsze – brak zwątpienia i głęboka wiara w to, że się uda”.


Herosi

Naród kocha swojego Orła i okazuje to w przeróżny sposób. Kamienie znikające spod mojego domu to już norma, chociaż nie wiem, po co komuś taki kamień.

46

ADAM MAŁYSZ GRA W SKOJARZENIA Wisła Dom Turniej Czterech Skoczni Prestiż Eddie Federer Menedżer Red Bull Niezawodny Sponsor Wąsy Weissflog Orzeł Polska Apoloniusz Tajner Trener Polski Związek Narciarstwa Sport Internet Przyszłość Fischer Narty Córka Radość Kombinezon Sprzęt Skocznia Życie Emerytura Nie myślę o tym Dziennikarze Kłopoty! Jeep Wrangler Przygoda

skromnym chłopakiem z Wisły. Cały ten szum medialny był dla mnie prawdziwym horrorem. U nas zawsze dom był otwarty dla gości, każdy mógł wejść i spytać się o co chciał, nie musiał dzwonić dzwonkiem i czekać pod bramą. Wchodziło się prosto do babci, do kuchni. Aż od pewnego momentu zrobiło się tak, że ciągle ktoś wchodził i pytał tylko: „Czy jest Adam?” i od razu ładował się z kamerami do środka. I co tu zrobić, gdy siedzisz w pokoju, a kamerzyści są już w kuchni? Zostawała mi tylko szafa. Po powrocie z Norwegii był taki moment, że dziennikarze jeździli za mną w zasadzie wszędzie, ciągle chcieli robić zdjęcia lub kręcić ujęcia. Raz jak przyjechali, to wszedłem do szafy i siedziałem tam ze trzy godziny, aż wyszli. Trzy godziny czekali w kuchni, myśląc że może wrócę do domu. To było bardzo trudne, chociaż teraz może miło powspominać. Jestem dumny, że nie odbiła mi tak zwana „szajba”. U nas, w naszych regionach, to bardzo popularne powiedzenie. Większość znajomych była przekonana, że jak osiągnę sukces, od razu pójdę w tango, rozpiję się albo ktoś mnie naciągnie i przepuszczę wszystkie zarobione pieniądze. Okazało się, że może być zupełnie inaczej. Dałem sobie z tym radę. Na pewno najtrudniejszym okresem był czas Olimpiady w Nagano, gdzie nie miałem zupełnie żadnej formy, mimo że rok wcześniej wygrałem

Zdjęcie: Al Bello/Getty Images

udowodnienia, nie tylko światu, ale też samemu sobie, że jest się w stanie przekraczać kolejne bariery i odnosić wielkie sukcesy. Jeszcze później największą motywacją był dla mnie fakt, że przynosiłem polskim kibicom radość. W pewnym momencie stało się to priorytetem. Pamiętam konkurs w Zakopanem – jeden z pierwszych, na który przyszło chyba ze sto tysięcy ludzi. Nie mieli gdzie się pomieścić, pełno ich było na polanach niedaleko skoczni. W nocy przechodzili przez płot i wspinali się na drzewa, ochrona nie dawała sobie z tym rady. Konkurs miał nawet zostać odwołany, gdy ludzie zaczęli się tłoczyć zbyt blisko zeskoku – strefy, gdzie już nie wolno wchodzić – i za Chiny nie można ich było stamtąd wyciągnąć. W pierwszym konkursie zająłem dziewiąte miejsce i byłem załamany, bo przecież skakałem u siebie i dla Polaków. Nie spałem prawie całą noc, myślałem o tym jak to się mogło stać, jak ja pokażę się kibicom, którzy przyjechali specjalnie dla mnie, a ja jestem dziewiąty. O szóstej rano, gdy widzowie znów schodzili się na konkurs, słyszałem trąbki i takie tam, co jeszcze bardziej mnie denerwowało. Włączyłem telewizor, a tam leciały wypowiedzi kibiców odnośnie zawodów. Bałem się oglądać i słuchać. Bałem się tego co mogę zobaczyć, ale – ku mojemu zdziwieniu – każdy z przechodniów na Krupówkach był jak zaczarowany. Czy trzeźwy, czy pijany, każdy mówił: „Adam! Nic się nie stało, jesteśmy z tobą!”, „Będzie dobrze” i tak dalej. To tak mnie podniosło na duchu, że mimo presji – jeszcze większej, bo po wcześniejszej porażce – wygrałem! Do tej pory, nawet w chwilach, gdy nie jestem w najlepszej formie, kiedy słyszę kibiców w Zakopanem i spikerów, podkręcających ludzi, by dodali mi otuchy lub fanów, krzyczących: „Kto dziś wygra? Adam Małysz!”, to mnie bardzo pozytywnie nastawia, nakręca. Gdy w Zakopanem idę na skocznię, na trening, nie słucham muzyki, specjalnie nie biorę słuchawek, bo tam mogę posłuchać naszych piosenek, hymnów. Czuję się patriotą i takie zachowania jeszcze bardziej napędzają mnie do działania. Przesada? Nie, ja się wzruszyłem. Myślę, że Polacy będą Ci zawsze dozgonnie wdzięczni za to, co zrobiłeś. O to nie musisz się martwić. Ciekaw jestem jednak, co masz z tego dla siebie? Przeszedłeś wielką metamorfozę, nie tylko jako sportowiec, ale jako człowiek. Spotkałeś się z niesamowitą popularnością, pieniędzmi i zainteresowaniem mediów. Nie wszystko musiało być przyjemne. Czego w tym czasie się nauczyłeś? Co Ci to dało, czego się dowiedziałeś? Gdy w 1996 roku wygrałem Puchar Świata i wróciłem do Polski z Norwegii, wybuchł wielki szał, a ja byłem


Herosi

próbę przedolimpijską. To były wielkie oczekiwania i wielkie rozczarowanie, bo wypadłem najgorzej z Polaków. Wszedłem do ekipy, którą tam wysłano, a skakałem słabo. Po tym doświadczeniu chciałem rzucić wszystko, zakończyć karierę. Byłem już wtedy żonaty i miałem córkę. Niektóre media pisały, że to ich wina. Że od kiedy się ożeniłem, skaczę dziesięć metrów bliżej, a od kiedy urodziła się moja córka – dwadzieścia. To był wielki cios dla mojej rodziny. Gdy jechałem na Olimpiadę, żona płakała, że to przez nią mam słabszą formę i że do niej będą mieli pretensje. Jak wróciłem, powiedziałem że kończę karierę, trzeba pracować na rodzinę. Kasy nie było, stypendium nie dostałem, skakałem źle na Olimpiadzie. Powiedziałem, że pójdę pracować w swoim fachu, czyli jako blacharz-dekarz. Nigdy się tego zajęcia nie wstydziłem i zawsze potrafiłem to robić. Do tej pory, jak trzeba, to co potrafię, robię sam. Byłem już zdecydowany, ale to właśnie rodzina mnie nakłoniła, bym jeszcze spróbował, przyłożył się. Powstała nowa grupa skoczków, pojawił się dr Jan Blecharz, Żołądź, Apoloniusz Tajner został trenerem. No i zaczęło się życie konia pociągowego. Od początku przykładałem się do wszelkich poleceń, jakie do mnie kierowali i po jakimś czasie było już troszkę łatwiej. W 1996 i 1997 roku wygrałem Puchar Świata, znów

Adam Małysz nie wątpi w legalność kontrowersyjnych zapięć: „Zgadzam się jednak z porównaniem, że wiązania Ammana na Olimpiadzie to jak podwójny dyfuzor w bolidzie ekipy Brawn GP w sezonie 2009 Formuły 1”

przeżyłem jakoś ten szum medialny, moment gdy wszyscy chcieli zrobić ze mną wywiad lub zaprosić mnie do programu. Po jakimś czasie znowu było źle, znów mnie wszyscy potępiali, a potem znów nadeszły sukcesy. Radziłem sobie coraz lepiej z mediami. Potrafiłem już odmówić i zdecydować, kiedy mogę coś wykonać, a kiedy nie. Byłem bardziej doświadczony. Na pewno dużo pomogły mi też słowa Espena Bredensena, dzisiejszego dziennikarza norweskiego Eurosportu. Gdy wygrywałem Turniej Czterech Skoczni w Bischofshofen, podszedł do mnie i powiedział: „Adam, jesteś wielkim sportowcem. Ale będziesz jeszcze większym, gdy nauczysz się odmawiać”. To zdanie na dobre utkwiło mi w pamięci. Wcześniej zawsze chciałem być dobry dla każdego i czasem było tak, że po skokach jeszcze dwie, nawet trzy godziny stałem na wybiegu i marzłem, bo każdemu chciałem udzielić wywiadu, bo każdy prosił i prosił i prosił. Od tamtego czasu nauczyłem się odmawiać. Jak wiedziałem, że coś jest dla mnie niedobre, bo może spowodować, że będę chory czy w inny sposób przeszkodzi w dalszej karierze, to od razu odmawiałem. A gdy pytano się dlaczego, odpowiadałem: „Dlatego, że nie”. Proste. Nie muszę się tłumaczyć – jestem sportowcem, a nie showmanem. Jak dzisiaj znosisz ten cały szum medialny wokół Ciebie? Umiem odmawiać i wiem, co jest dla mnie dobre, więc jest mi zdecydowanie lżej. Zresztą ci dziennikarze, którzy pracują cały czas przy skokach narciarskich, dobrze mnie już znają i doskonale wiedzą, na co mogą sobie pozwolić, a czego nie lubię i na jakie pytania nigdy nie udzielę odpowiedzi. Wiedzą też, że jeśli sobie zaszkodzą, to później już mają u mnie przekichane. Znają mnie doskonale, ja też ich znam i wiem, kiedy i z kim mogę sobie zażartować. Lubię żarty, ale gdy zrobię komuś kawał, to potem często zastanawiam się, czy dobrze mnie zrozumiał i co myśli o tym, co powiedziałem. Niestety, bez bycia sobą i bez żartowania byłoby mi na pewno ciężko. Udźwignięcie tego wszystkiego, przede wszystkim presji związanej z mediami, to wielkie wyzwanie. Z tego wynika, że odnoszący sukcesy skoczek narciarski powinien nie tyle być lekki i dobrze zbudowany, co przede wszystkim twardy psychicznie, by znosić tego typu przygody. To zależy od charakteru. Są przecież zawodnicy bardzo lubiani przez media, którzy wręcz cały czas się w nich pojawiają, udzielają się, a przy tym są weseli i pogodni. Inni zawsze odbierani są jako mruki. Wiele zależy od tego, jakim jest się człowiekiem. Jak duża część Twojego sukcesu wiąże się z udziałem psychologów? Od ponad roku nie współpracuję już z psychologiem. Między 2000 a 2004 rokiem współpracowałem z dr Janem Blacharzem i był to bardzo owocny okres.

Jak znosisz szum medialny wokół Ciebie? Umiem odmawiać i wiem, co jest dla mnie dobre... 47


Wtedy nauczyłem się wiele o pewnych kwestiach, które są ważne do dziś. Teraz mam inną pomoc psychologiczną: to ludzie z pozytywną energią którzy mnie otaczają, ze mną pracują, potrafią mi doradzić nie tylko w sprawie treningu, ale także w sferze mentalnej. Takie otaczanie się ludźmi, którzy cały czas są dobrej myśli, to jest psychologia. Niektórym zawodnikom psycholog jest potrzebny, ale pomoże tylko wtedy, kiedy zawodnik będzie wierzył w stu procentach w skuteczność takiej współpracy. Na czym polega współpraca zawodnika z psychologiem? Czasem są to sesje z biofeedbackiem, czyli maszyną relaksacyjną, jakieś tam seanse wyobrażeniowe albo to, co robiliśmy z dr Blacharzem, tak zwane powitanie słońca, elementy jogi. Nie zaprzeczam, że psychologia pomaga, jednak trzeba ćwiczyć regularnie i trzeba w nią wierzyć. Jeśli jest się chociaż trochę sceptycznym, to na pewno taka praca nie ma sensu. Dodatkowo, psycholog powinien być tylko psychologiem. Nie powinien ingerować w trening lub zbyt głęboko w osobowość zawodnika, tylko robić swoją robotę. Jak osiągać cele i odnosić sukcesy w życiu prywatnym? Dużo jest ludzi, którzy bardzo chcą osiągnąć swoje cele i mają je jasno sprecyzowane, jednak po drobnych porażkach szybko się zniechęcają. Sęk tkwi w tym, żeby po porażce umieć się podnieść i zmotywować na tyle, aby wyciągnąć właściwe wnioski i ruszyć dalej z jeszcze większą siłą. Potrzeba do tego jednak ogromnej wytrwałości, bo czasem zdobywanie celu może trwać bardzo długo. Wytrwałość jednak nie ma szans bez stuprocentowej wiary w sukces. To jest najważniejsze – brak zwątpienia i głęboka wiara w to, że się uda. Jaka jest rola otoczenia w drodze do sukcesu? Wsparcie bliskich oraz ich wiara w sukces są niesamowicie ważne. Nigdy nie usłyszałem czegoś negatywnego od rodziny i przyjaciół… Powiem więcej. Nigdy w życiu nie usłyszałem czegoś zniechęcającego od swoich fanów! Wręcz odwrotnie. Słyszałem tylko: „Adam, ty już tyle osiągnąłeś, że już nie musisz skakać, ty tylko możesz skakać dla przyjemności – twojej i naszej”. Polscy kibice nauczyli się doceniać ciężką pracę sportowców. Nasi kibice są po prostu wspaniali. No właśnie, fani. Jaka są Twoje relacje z fanami, możesz powiedzieć coś więcej na ten temat? Myślę, że moje relacje z fanami są bardzo dobre. Fani wiele wymagają ode mnie podczas zawodów, a ja staram się sprostać wszystkim ich oczekiwaniom. Często jest to trudne, bo kibice nie potrafią zrozumieć, że jestem na treningu i muszę oddać te sześć skoków, skoncentrować się pomiędzy nimi, porozmawiać

Zasadniczą podstawą wieloletniego sukcesu Adama jest praca zespołowa, a każde zwycięstwo skoczka to podziękowanie dla ekipy za wiarę i ciężką pracę. Na czele zespołu wspierającego Orła z Wisły stoi Hannu Lepistoe z Lahti

Jaka jest rola otoczenia w drodze do sukcesu? Wsparcie bliskich oraz ich wiara w sukces są niesamowicie ważne. Nigdy życiu nie usłyszałem czegoś zniechęcającego od swoich fanów! 48

z trenerem czy przygotować narty. Trudno im wtedy wytłumaczyć, że zapozuję do zdjęcia czy podpiszę autograf po treningu. Jestem w tym konsekwentny i nie robię wyjątków nawet, jak przychodzą z małymi dziećmi. Bo przecież z tyłu stoi pięćdziesięciu innych fanów i oni też chcą tylko na chwilę, więc czemu temu dziecku mam podpisać, a innym nie? Wtedy mówię, że gdy się skończy trening, podejdę, zrobię zdjęcia i rozdam autografy. Tak robię, ale to duży wysiłek. Skaczesz od bardzo dawna, widziałeś wiele generacji ludzi, którzy przyszli i odeszli w tym sporcie, młodych skoczków. Jak się zmieniają skoczkowie? Jak się ludzie zmienili od tamtej pory – od początku Twojej kariery do teraz? Chodzi o charaktery, podejście do sportu. Myślę, że dużo się zmieniło. Przede wszystkim, sport się zmienił. Stał się przedsięwzięciem finansowym, dużo zależy od sponsorów. Chciano, aby skoki narciarskie były czymś takim jak Formuła 1 zimą. Chciano z tego sportu zrobić coś ekskluzywnego. W całe przedsięwzięcie zaangażowała się bardzo stacja telewizyjna RTL. Ponieważ skakali Schmitt, Hannawald – RTL-owi się chciało. Niemcy bardzo interesowali się skokami narciarskimi i wcale nie tylko Turniejem Czterech Skoczni, który był najbardziej prestiżowy. Kiedy były rozgrywane inne zawody, to przychodziło naprawdę mnóstwo ludzi, tak jak od 2000 roku w Polsce, w Zakopanem. Raz nawet pojechałem do Niemiec kręcić ze Schmittem spot dla RTL, żeby zareklamować Turniej Czterech Skoczni i rozpoczęcie sezonu. Bardzo fajnie to wyszło. Niedługo potem jednak się skończyło. RTL zrezygnował, bo Schmitt nie skakał tak dobrze jak Hannawald. Obecnie w Niemczech nie ma takiego „konia napędowego”, zawodnika, który by napędzał zainteresowanie tym sportem, jak kiedyś Weissflog czy Thoma. Skoki straciły na popularności. Co jeszcze się zmieniło? Zawodnicy się zmieniają, przychodzą nowi, którzy mają różne charaktery, raz jest wesoło, innym razem nie. Zmieniła się jednak cała otoczka, zmienił się sprzęt, przepisy są dużo bardziej rygorystyczne.

Zdjęcie: Jerzy Gumowski/AGENCJA GAZETA

Herosi


Herosi

Co będzie robił Adam Małysz w oczekiwaniu na kolejne Igrzyska Olimpijskie? Nigdy tak daleko nie patrzyłem w przyszłość. Na razie chciałbym wystartować za rok w Oslo.

Zdjęcie: Lukas Nazdraczew/Red Bull Photofiles

Trudno mi powiedzieć, do czego to wszystko dąży. Moim zdaniem najlepiej pozwolić, by każdy skakał tak jak chce. Nie byłoby takich cyrków ze sprzętem. Który moment w Twojej karierze, niekoniecznie związany z podium, najbardziej zapadł Ci w pamięć? Który wydaje Ci się najwspanialszy? Nie ma takiego jednego momentu, który byłby dla mnie najważniejszym – tym, do którego przywiązywałbym największą wagę i twierdził, że to mój największy sukces. Ale moment, który najbardziej zapadł mi w pamięci, to podwójne Mistrzostwa Świata w Val di Fiemme. W tamtym sezonie nie wygrałem jeszcze żadnego Pucharu Świata, skakałem dosyć przeciętnie. Pojechaliśmy na trening do Ramsau i tam zacząłem skakać trochę lepiej, nadal nie wiedziałem jednak na jakim poziomie jestem, bo nie miałem kontaktu z innymi zawodnikami. Wcześniej odbył się plebiscyt na Najlepszego Sportowca Roku Przeglądu Sportowego i telewizji TVP. Byłem jednym z kandydatów, obok Roberta Korzeniowskiego i Dariusza Michalczewskiego. Kiedy plebiscyt wygrałem, oni się tak trochę niefajnie wypowiadali. Mówili, że nie jest to plebiscyt na najlepszego, tylko na najpopularniejszego sportowca. Że ja wcześniej wygrałem Puchar Świata i wiele innych konkursów... – tak, że te ich wypowiedzi były dla mnie krzywdzące. Słyszeć coś takiego z ust sportowców,

Adam Małysz jest prawdopodobnie jedynym czynnym zawodowo skoczkiem, na cześć którego nazwano obiekt sportowy. Mowa o skoczni im. Adama Małysza w Wiśle-Malince – K120

wybitnych sportowców?! Dostałem w Val di Fiemme takiego kopa, motywację, chciałem udowodnić, że jestem w stanie wygrać. Fajnie się ułożyło, bo pierwszy konkurs był na dużej skoczni. Skakałem tam cały czas do trójki i jak już wygrałem, wiedziałem, że nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać na średniej skoczni. Byłem wtedy bardzo pewny siebie! Nie okazywałem tego, nie jestem takim człowiekiem, by to okazywać, ale czułem w sobie, że nikt nie jest w stanie mnie powstrzymać. No i skoczyłem rekord skoczni, przeskoczyłem bardzo wielu rywali i to było jakby zwieńczenie tego wszystkiego. Pamiętam jeszcze jedną sytuację w Val di Fiemme: gdy prowadziłem w zawodach na dużej skoczni, dziennikarz z TVP podszedł do mnie i mówi coś takiego: „No to co? Pół złotego medalu już masz, skocz tak jeszcze raz i będzie cały złoty!”. Spojrzałem na niego i powiedziałem mu tak: „Widać, że nie jesteś dobrym dziennikarzem”. Zapytał, dlaczego tak sądzę. Powiedziałem mu: „Po pierwszym skoku takich rzeczy się zawodnikowi nie mówi. Jesteś chyba pierwszy raz na skokach i nie wiesz, jak się to robi. Trzeba się było spytać starszych kolegów”. Z jednej strony mogło mnie to bardzo zdeprymować i rozzłościć, ale ważne było, że powiedziałem co miałem do powiedzenia, odszedłem spokojnie i skoczyłem drugi skok bardzo dobrze. No dobrze, to był ten najfajniej zapamiętany czas w karierze. A najgorszy? Najgorszy był na pewno okres Olimpiady w Nagano. To był rok 1998, gdy byłem w totalnym dołku, nie skakało mi się zupełnie i miałem takie momenty, że chciałem kończyć karierę. Co dalej? Skoro zdobyłeś już prawie każde możliwe podium… Ale każde podium jest inne! Często zadaje mi się pytanie: które zwycięstwo było dla mnie najważniejsze. Odpowiadam, że każde jest inne i nie da się ich porównać. Do każdego sukcesu podchodzę z wielką radością i optymizmem. Gdybym powiedział, że zdobyłem już wszystko i kolejne zwycięstwo nie jest mi potrzebne, to po co miałbym dalej uprawiać ten sport? Złoto jest moim marzeniem i napędza mnie z roku na rok. Również w tym roku motywuje mnie do działania. Zawsze bałem się publicznie mówić, że trenuję po to, by zdobyć złoto, ale każdy po to trenuje. Trzeba tylko do tego dorosnąć oraz nabrać pewności siebie, by się do tego przyznać. Czy się to uda? Wielu zawodników o tym marzy. Warto więc dużo trenować, być optymistycznie nastawionym i zawsze myśleć pozytywnie. Adam Małysz na Olimpiadzie w Vancouver zdobył dwa srebra. Ostanie pytanie tego wywiadu zadaliśmy mu już po zwycięstwie. Ciągle był spokojny i pewny siebie. Co będzie robił Adam Małysz w oczekiwaniu na kolejne Igrzyska Olimpijskie? Ha ha ha. Zobaczymy co będzie. Nigdy tak daleko nie patrzyłem w przyszłość. Na razie, jak wszystko dobrze pójdzie, chciałbym wystartować w przyszłym roku na Mistrzostwach Świata w Oslo. A do Soczi może pojadę jako gość, może jako wsparcie dla kogoś… a może jako zawodnik. Nigdy nic nie wiadomo. I Ty zostań Małyszomaniakiem! www.malyszomania.com

49


Herosi

Marc Possover Nie jest Jezusem, chociaż pomaga stanąć na nogi paraplegikom po porażeniach. A co znacznie ważniejsze: przywraca im kontrolę nad niektórymi funkcjami organizmu. Tekst: Werner Jessner, Zdjęcia: Philipp Horak

Imię i nazwisko Prof. dr Marc Possover Data i miejsce urodzenia 22 stycznia 1963 r., Nancy, Francja Miejsce zamieszkania Zurych, Szwajcaria Osiągnięcia Twórca neuropelweologii, ekspert „Best Doctors”, członek „Leading Surgeons of the World”

50

Zastanawiali się Państwo kiedykolwiek, co – po zrozumiałej fazie gniewu na wszystko (los, Boga, ludzką niemoc, pizzę w klinice rehabilitacyjnej) – denerwowałoby Państwa najbardziej w przypadku porażenia poprzecznego? To, że nie mogą Państwo pograć w piłkę? Że nie da się ściągnąć z półki książki bez czyjejś pomocy? Mały Marc Possover, wtedy pięciolatek, miał na ten temat swoje wyobrażenie, oparte na osobistych obserwacjach: najlepszy przyjaciel jego ojca był sparaliżowany od pasa w dół po wypadku przy pracy. Dla małego Marca nieprzyjemny był widok częstego opukiwania pęcherza w celu jego opróżnienia. Wózek inwalidzki nie był taki zły – przypominał trochę udziwniony rower. Potem Marc zapomniał o całej sprawie na następne dziesięć lat. W ciągu tych dziesięciu lat zdał maturę, „przeskakując” trzy klasy. Wyprzedził w szkole nie tylko swoją siostrę bliźniaczkę (dziś nauczycielkę wychowania fizycznego), ale także drugą, starszą o dwa lata siostrę. Mając szesnaście lat, rozpoczął studia medyczne, do których podjęcia dążył – z krótką przerwą – przez całe życie. Alternatywą było wyczynowe pływanie, ale parę lat przed osiągnięciem etapu, na którym musiałby podjąć poważną decyzję, spalił się basen. Ojciec Possovera był krawcem, matka interesowała się wprawdzie medycyną, ale zaraz po wojnie – zwłaszcza jako kobieta – niewiele mogła w tym kierunku zrobić. Marc otrzymał tę szansę i miał szczęście, bo zdobył dobre wykształcenie, co w medycynie nie jest takie oczywiste: miał dobrych nauczycieli, a ówczesne francuskie uczelnie medyczne miały zaskakująco dobry poziom. Nie trzeba było tak wcześnie jak teraz robić specjalizacji, a praktyka na każdym oddziale trwała po trzy, cztery miesiące. W wieku 22 lat Marc Possover został doktorem Possoverem – zdobywając oczywiście dyplom z wyróżnieniem. Aby, jako specjalista chirurgii naczyń wieńcowych, nie narażać się na pokusę pracy poniżej swoich możliwości, zrobił także specjalizację z ginekologii. Dlaczego to właśnie ginekolog i kardiochirurg – nawet bardzo

uzdolniony – miał znaleźć rozwiązanie jednego z podstawowych problemów nękających paraplegików? Po pierwsze – dlatego, że umiał to zrobić. Po drugie – bo nie myślał w kategoriach czysto medycznych. „Punktem wyjścia zawsze byli dla mnie pacjenci i ich problemy. Jak mogę poprawić jakość ich życia? Wciąż jeszcze nie wiemy wielu rzeczy o ludzkim ciele i nie wszystko potrafimy z nim zrobić”. Konkretne problemy i rozwiązania zawsze interesowały Possovera bardziej niż to, czy jego sposób prowadzenia badań pasuje do systemu. Ponieważ jako ginekolog zaczął być wkrótce zaliczany do najlepszych w swoim zawodzie, trafiały do niego najcięższe przypadki, jak usunięcie macicy lub szyjki macicy czy resekcja jelit. Marc Possover przeprowadził ponad 2000 takich operacji i uzyskał w międzyczasie tytuł profesora. Okolice ludzkiej miednicy, a szczególnie jej dolnej, węższej części, poznał jak własną kieszeń. Ewolucja umieściła „pod opieką” tej naszej największej kości wymagające szczególnej ochrony organy, w tym niezmiernie istotne nerwy – te cienkie na milimetr i te grube jak palec. Possover określił miednicę mniejszą mianem „wielkiego skrzyżowania” w ludzkim ciele. Jako ginekolog dobrze wiedział, że każdy intruz musi zachowywać się na tym wrażliwym terenie niezwykle ostrożnie. Nawet w dzisiejszych czasach każdy paraplegik ma przeciętnie dwie infekcje dróg moczowych rocznie. Takie stany zapalne mają nie tylko negatywny wpływ na blizny pouszkodzeniowe rdzenia kręgowego. W latach 70. niewydolność nerek była najczęstszą przyczyną zgonu osób z porażeniem poprzecznym. Dzisiaj, aby zapobiec przewlekłemu zatruciu organizmu, zakłada się pacjentom na stałe cewniki lub wykonuje stosunkowo proste operacje, które wprawdzie usuwają zaburzenia pracy pęcherza, ale mają nieodwracalne skutki, ponieważ wiążą się z przerwaniem dróg nerwowych. Sytuacja nie do zaakceptowania dla Possovera. „Gdy chcę zerwać z drzewa jabłko, mogę przynieść drabinę albo ściąć całe drzewo. Jabłko jakoś w końcu zerwę, ale


Człowiek, który uczynił dla poprawienia jakości życia paraplegików więcej niż Elvis Presley dla muzyki


Herosi

Marc Possover z Markusem Gfatterhoferem: „Jego siła jest zaraźliwa”

3

5

4 2 1

Nerwy 1 Nerw sromowy 2 Nerw udowy 3 Splot krzyżowy 4 Nerw pośladkowy dolny 5 Nerw biodrowo-pachwinowy

Miednica mniejsza W dolnej, lejkowatej części ludzkiej miednicy znajdują się nie tylko wymagające szczególnej ochrony organy, lecz także niezbędne do życia sploty nerwów (więcej nerwów człowiek ma tylko w mózgu i rdzeniu kręgowym). Nerwy miednicy mniejszej (ilustracja powyżej) sterują nie tylko czynnościami wydalniczymi oraz funkcjami seksualnymi, lecz także chodem i utrzymywaniem równowagi. W zależności od tego, jak dużo przepływa prądu i o jakiej intensywności, ten sam nerw odpowiada za różne procesy. Nerwy są stymulowane urządzeniem takim jak rozrusznik serca. Technicznie możliwe byłoby także sterowanie przy użyciu interfejsu ciało–mózg, podobnego do tych, których używają osoby po amputacjach do sterowania protezami za pomocą myśli. Ponieważ jednak wspomniany system jest jeszcze niedoskonały, zrezygnowano na razie z tego pomysłu. 52

co będzie potem? Naczelną maksymą chirurga powinien być respekt”. Już jako ginekolog logicznie zakładał, że dla osiągnięcia jednego celu (np. usunięcia guza) nie wolno od razu poświęcać innych funkcji organizmu (np. trzymania moczu i stolca). Połączył swoje umiejętności z obu dziedzin specjalizacji i pracował techniką małoinwazyjną w obrębie miednicy mniejszej, przy użyciu układu optycznego i instrumentów wprowadzanych do wnętrza ciała przez niewielkie nacięcia w powłokach brzusznych. Ta technika to laparoskopia. Wszystkie operacje ginekologiczne wykonane przez Possovera wiązały się z ryzykiem powstawania zaburzeń opróżniania pęcherza i oddawania stolca. Organizmy pacjentek ulegały wewnętrznym zatruciom. Jednej z nich Possover wszczepił elektrodę, działającą bezpośrednio na nerwy odpowiedzialne za te funkcje. Podziałało! Wtedy przypomniał sobie sparaliżowanego przyjaciela swojego ojca i upokarzające opukiwanie pęcherza w celu jego opróżnienia. Dla Marca Possovera było to logiczne powiązanie, a dla medycyny całkiem nowa dziedzina. W ten sposób stworzył neuropelweologię. Kto uważał na lekcjach greki i łaciny choćby w połowie tak jak ten pochodzący z Francji lekarz, zorientuje się, że nazwa ta łączy w sobie „nerwy” i „miednicę”, a więc obejmuje rozległe dziedziny wiedzy. Obok wspomnianej już stymulacji nerwów, przy użyciu elektrod można „sterować” nogami, a u mężczyzn dodatkowo także aktywować funkcje seksualne. Dzięki impulsom, nerwy i mięśnie poniżej miejsca uszkodzenia rdzenia nie ulegają zwyrodnieniu, a ryzyko powstawania odleżyn znacznie się zmniejsza. Marc Possover przeprowadził ze swoim zespołem w ostatnich latach w klinice Hirslanden w Zurychu już prawie dwadzieścia takich operacji. Dlaczego w prywatnej szwajcarskiej klinice? Przedtem profesor Possover mieszkał i działał w Kolonii. Aby w Niemczech kasa ubezpieczenia zdrowotnego zaakceptowała jakąś operację, musi ona figurować w systemie jako uznawany zabieg. Jeżeli nie ma jej na liście, to dla kasy po prostu nie istnieje. Po dwóch operacjach, które Possover musiał sfinansować z własnej kieszeni, przeniósł się do Szwajcarii i próbuje rozwijać neuropelweologię w Zurychu. „Chciałbym, żeby szanse na operację miało możliwie jak najwięcej ludzi. Także gorzej sytuowani pacjenci powinni mieć dostęp do laparoskopii. Wings for Life

Ilustracja: sascha bierl

Chirurgia naczyń wieńcowych i ginekologia: dla Marca Possovera logiczne połączenie, dla medycyny nowa dziedzina.


Zdjęcie: nikolaus similache

Herosi

była jedyną fundacją, która dała nam w tej dziedzinie pieniądze na badania kliniczne. To nieocenione wsparcie”. Każdy, kto poddaje się niespełna dwugodzinnej operacji u profesora Possovera, wciąż jeszcze uchodzi za pioniera. Jeden z nich to 18-letni Markus Gfatterhofer z St. Martin am Tennengebirge w kraju związkowym Salzburg. Markus jest paraplegikiem – ma kontrolę nad rękami i częścią mięśni tułowia. Pierwszy kontakt obu panów nastąpił dzięki stronie www.wingsforlife.com, potem Markus pojechał do Szwajcarii, aby poznać profesora. Już po godzinie sprawa była dla niego jasna. „Wchodzę w to! Nawet jeżeli nie pomoże, to w wyniku operacji nie zostaną uszkodzone żadne nerwy. Całość trwa niecałe dwie godziny, a po trzech dniach będę mógł wrócić do domu”. Gdy profesor Possover opisuje swoją rewolucyjną operację, brzmi to jak relacja z zabawy klockami Lego: wprowadza sondę przez małe nacięcie w powłokach brzusznych i umieszcza elektrody na nerwach odpowiedzialnych za czynności pęcherza, np. na milimetrowej grubości nerwie sromowym. „Tych elektrod nie trzeba nawet mocować, utrzymuje je na miejscu ciśnienie w miednicy. Po lewej stronie jamy brzusznej wszczepiam stymulator wielkości monety (rozrusznik serca). To jeszcze nie jest optymalne rozwiązanie, ale nic lepszego obecnie nie mamy. Gdy przemysł opracuje specjalistyczne urządzenia, możliwości będą znacznie większe”. Mimo to, już dzisiaj możliwa jest modulacja napięcia w zakresie od 0,1 do 12 V, częstotliwości od 1 do 1000 Hz i czasu trwania impulsu od 10 do 1000 mikrosekund. Przy użyciu pilota Markus może sterować funkcjami swojego organizmu, przykładając do nerwów prąd o różnych parametrach – po naciśnięciu guzika może, na przykład, wstać. Inni pacjenci Marca potrafią jeździć na rowerze lub chodzić bez zginania kolan. Z normalnym chodzeniem nie ma to jednak wiele wspólnego. Każdy krok, który wykonujemy, to niewiarygodnie skomplikowany proces, wymagający niesłychanie wielu operacji obliczeniowych. Ludzie z porażeniem poprzecznym odczuwają sterowane elektrodami chodzenie jak latanie, bo nie czują podłoża. Celem Marca Possovera nie jest jednak uczynienie z osób na wózkach zdalnie sterowanych maratończyków, tylko poprawa jakości życia, a przede wszystkim zakresu samodzielności tych ludzi. Markus Gfatterhofer jest świetnym przykładem samodzielności, nawet w wymiarze bezwzględnym. Od roku ten osiemnastolatek ma prawo jazdy i w tym czasie przejechał już 70 000 kilometrów samochodem. Chodzi do szkoły wieczorowej oraz trenuje z intensywnością porównywalną do ćwiczeń zawodowych sportowców, tak aby jego ciało było przygotowane na ów dzień, gdy będzie można cofnąć skutki porażenia. Już kilka miesięcy po wypadku pojechał na wakacje do Kalifornii, wspina się i jeździ na nartach. Nawet czas wywiadu wykorzystał na trening. Gdy kończymy, wyciąga pilota wielkości zapalniczki Zippo z kieszeni i przykłada go do lewej strony brzucha: „Muszę znowu wyłączyć nogi” – mówi. Do tego momentu jego uda były cały czas napięte.

WYWIAD

heinz kinigadner

Motocrossowy mistrz świata i założyciel „Wings for Life” o stanie badań i długiej drodze do świata bez wózków inwalidzkich. Życzenia trochę spóźnione, ale wszystkiego najlepszego z okazji 50. urodzin! Jak twój 25-letni syn, paraplegik, będzie obchodził swoją pięćdziesiątkę? Wypadek Hannesa zdarzył się siedem lat temu. Szczerze mówiąc, myślałem wtedy, że szybciej znajdziemy skuteczną terapię uszkodzeń rdzenia kręgowego. Liczyłem oczywiście w latach, ale myślałem, że postęp w badaniach – do tego czasu – będzie większy. Poprawę swojego stanu zdrowia, od lipca 2003 roku, Hannes zawdzięcza wyłącznie sobie, treningowi i dyscyplinie. Musimy zaakceptować, że tempo badań nie jest zbyt „sportowe”. Mimo to twierdzę, że w dniu swoich 50. urodzin Hannes nie będzie już siedział na wózku. Skąd ta pewność? Już w roku 2003 mieliśmy dużą wiedzę teoretyczną. Istniały projekty o takim potencjale, że można było je przetestować na ludziach. Dlaczego więc do dziś to nie nastąpiło? Badania kliniczne pochłaniają wiele pieniędzy i jeszcze więcej czasu. W praktyce, przeniesienie projektu z laboratorium do kliniki rozbija się często o brak potrzebnych środków. A w jeszcze większym stopniu zadecydowało to, że wielu badaczy kończyło swoje prace już na etapie laboratorium. „Wings for Life” to obecnie jedyna działająca w dziedzinie terapii rdzenia kręgowego fundacja, która inwestuje w badania kliniczne, czyli przenosi wyniki z laboratorium na człowieka. Dlaczego poza nią nikogo to nie interesuje? Badacze wchodzą coraz głębiej. W ramach tej specjalizacji tracą z oczu bardziej ogólne powiązania. Można np. dzisiaj odtworzyć według wzoru części rdzenia kręgowego, ale nikt nie zastanawiał się, jak taką odtworzoną część umieścić w uszkodzonym rdzeniu. „Wings for Life” poszerza takie „wąskie gardła”, żeby wiedza mogła się przez nie przecisnąć i wywiera nacisk, aby sprawy zostały doprowadzone do końca. Zaś „do końca” oznacza w tym konkretnym przypadku, że na podstawie badań laboratoryjnych zrobi się eksperymenty kliniczne. Czołowa światowa organizacja, „Christopher and Dana Reeve Foundation” ma do dyspozycji 10

Heinz Kinigadner, fundacja i jej konkretny cel: „Wings for Life” chce sprawić, żeby porażenie poprzeczne było uleczalne

czy nawet 20 razy większy budżet niż „Wings of Life”. Dlaczego to właśnie twoja fundacja ma odnieść sukces? Nasza rada naukowo-programowa ma bardzo szeroki skład i dzięki temu może precyzyjnie ocenić, które projekty warto wspierać. Monitorujemy najbardziej obiecujące projekty z całego świata. Łącznie współpracuje z nami ponad dwudziestu naukowców, z czego dziesięciu należy do światowej czołówki w zakresie badań rdzenia kręgowego. Najważniejsze jest jednak to, że chcemy sprawić, żeby porażenie poprzeczne było uleczalne. Inne fundacje dążą także do poprawy jakości życia pacjentów. Oczywiście, skurcze czy odleżyny to poważne problemy, ale ich przezwyciężanie to koncentrowanie się na objawach, a nie na przyczynach. Czy są już jakieś konkretne wyniki? Przez ostatnie cztery lata wsparliśmy łącznie 34 projekty. „Wings for Life” przyczynia się do tego, żeby wiedza docierała tam, gdzie trzeba, żeby tworzono sieci współpracy i żeby projekty zostały wreszcie doprowadzone do końca. Oczekujemy, że na podstawie badań klinicznych, przeprowadzonych w oparciu o najciekawsze światowe projekty ostatnich lat, będziemy mogli zrobić następny krok.

www.wingsforlife.com

53


Xander Ferreira wie dokładnie co jest grane w głowach afrykańskich dyktatorów. Do swojego projektu „Gazelle” adaptuje ich strategie samozagłady, czym oczarował nawet samego Karla Lagerfelda. Portret młodej sceny muzycznej w Kapsztadzie zaczyna się na stronie 56


Akcja Dzieje się: co nas porywa w tym miesiącu.

Zdjęcie: andy hall

56 Brzmienia Kapsztadu 62 Ekstremalne 40-stki 70 Hangar-7 74 afrykańskie zapasy


Cape A KC JA

Town

CallinG Kapsztad – rozdarta metropolia. Mimo że era apartheidu skończyła się 15 lat temu, bariery kulturowe ciągle jeszcze są widoczne w tym i tak najbardziej otwartym na świat mieście RPA. Podziały znikają na scenie muzycznej – właśnie tu dzieje się najwięcej. Red Bulletin podczas wizji lokalnej portretuje pięciu muzyków z Kapsztadu: Gazelle swoim bezkompromisowym podejściem do afrykańskich dyktatorów zadziwiła samego Karla Lagerfelda; Markus Wormstorm podbija afrykańskimi beatami londyńskie kluby; Crosby nagłaśnia realia życia w rejonach podmiejskich niczym Ready D, przy którego muzyce tańczył Nelson Mandela; weteran sceny, Roach, jest już legendą, podobnie jak jego muzyczny label African Dope. Cała piątka jest przyszłością kraju – nie tylko w sferze kultury. Tekst: Florian Obkircher, Zdjęcia: Andy Hall 56


Xander Ferreira (pośrodku) i główny skład jego zespołu Gazelle na festiwalu „Rocking The Daisies”. Jako artysta multimedialny sam projektuje swoje ubrania, a także choreografię dla 16-osobowej orkiestry

Gazelle zaSKOCZYLI samego Karla Lagerfelda czapką w stylu dyktatora Mobutu i DUŻYM SKŁADEM. Tumany kurzu spowijają ulicę, która prowadzi do winnicy Wind Cloof. W październikowe popołudnie panuje tu duży ruch. Tłumy facetów w okularach przeciwsłonecznych i bez koszulek zmierzają w stronę sceny, która wznosi się na końcu drogi. W RPA właśnie zaczął się sezon koncertowy. Tysiące młodych ludzi nadciąga na festiwal „Rocking The Daisies”. Szykuje się wielki spektakl. W pewnej chwili wszyscy usuwają się na pobocze,

a szary mercedes toruje sobie drogę wśród pieszych. Gdy się zatrzymuje, wysiadają z niego trzy osoby w ekstrawaganckich strojach. Jeden z pasażerów nosi na twarzy złotą maskę, drugi ma na sobie kapitański strój, a trzeci – białą kurtkę i czapkę z futra leoparda, w stylu dyktatora Mobutu. Po chwili przybyszów otacza wianuszek fotografów. Xander Ferreira i jego towarzysze doskonale wiedzą, jak zwrócić na siebie uwagę. Dwudziestoośmioletni artysta studiował sztuki piękne w Kapsztadzie, a jego obecny wielkoformatowy projekt nazywa się „The Status of Greatness”. W skład multimedialnego dzieła – obok instalacji i muzyki – wchodzi także książka autorstwa Ferreiry na temat autoikonizacji dyktatorów. „Przeanalizowałem w niej strategie afrykańskich polityków. Na przykład Mobutu kazał wydrukować najwięcej plakatów z własną podobizną. Okleił nimi każdą wioskę i każde miasto w Zairze. Dzięki temu stał się

znany i potężny”. Ferreira stosuje podobną strategię w przypadku swojego electro-popowego zespołu Gazelle. W ubiegłym roku został zaproszony na targi sztuki w Bazylei. Na finałowym przyjęciu pojawił się w przebraniu dyktatora, z dwoma ochroniarzami u boku i walizką pełną własnoręcznie wydrukowanych pieniędzy. Oczywiście na banknotach znajdowała się jego podobizna. „Nasz show wart był samego Karla Lagerfelda i nawet on chciał z nami rozmawiać, podobnie jak większość stacji telewizyjnych” – mówi Ferreira. Sam blask jupiterów to dla niego za mało. Ferreira dąży do stworzenia dzieła kompletnego, czemu daje wyraz podczas swojego występu na „Rocking The Dasies”. Gazelle wkracza na scenę jako 16-osobowy czarny ensemble. Piosenkarki, klawiszowcy, perkusiści zamieniają elektro-funkową piosenkę debiutantów „Chic Afrique” w afro-

-orkiestrowe dzieło w stylu „Graceland” Paula Simona. Niedługo później Ferreira wybiera się do Nowego Jorku z Nickiem Matthewsem, swoim kolegą z Gazelle. Rasmus Bähncke, producent Stinga i Mary J. Blige, chce nagrać ich nowy album. Podbój świata pop to w tym momencie tylko kwestia czasu. Ferreira przecież wie, jak się za to zabrać.

Nazwisko Xander Ferreira Styl electrofunk Pierwsze kroki Karierę rozpoczął jako wykonawca reggae. Dodatkowo Ferreira pracuje jako fotograf mody. Ostatni album GAZelle: Chic Afrique W sieci www.myspace.com/ yogazelle

57


Crosby (po prawej) ze swoim wychowankiem Al Capone JJ, na tyłach domu w Guguletu. Crosby właśnie produkuje jego nowy album dancehallowy, który ukaże się nakładem niemieckiej wytwórni MKZWO

Crosby Ważna postać Europejskiej sceny dancehallowej. Nadal pozostaje wierny rodzinnej miejscowości. Szary tynk odpada z budynku wielkimi kawałami. Zmurszałe, drewniane drzwi oparto o betonowy mur, który ogradza niewielki ogródek. Dookoła leżą porozrzucane pojedyncze cegły, na dachu z blachy falistej leży stara opona. Adres brzmi: 1 NY 9 ST. „NY” oznacza „Native Yard” – rewir tubylców, pozostałość po apartheidzie. Crosby od czasów dzieciństwa mieszka w tym domu. Mimo że zwiedził pół Europy, 58

nie potrafi sobie wyobrazić, by mógł mieszkać gdzie indziej niż w Guguletu, południowo-wschodniej gminie Kapsztadu. Komputer, mikrofon, gitara, wzmacniacz, kolumny – to proste wyposażenie mieści się w pokoju 27-letniego muzyka. Mało tu miejsca, około 12 metrów kwadratowych, łącznie z łóżkiem. Jednak Crosby nie narzeka, dobra muzyka może powstawać w każdych warunkach. „Wyssałem muzykę z mlekiem matki. Moja babcia śpiewała w chórze gospel, mama jest Sangomą – szamanką, która zajmuje się tradycyjną rytmiką” – mówi. „Mój tata przekazał mi kulturę rastafari, był DJem. Tu, w Guguletu, zorganizował wielkie party uliczne przy użyciu własnego sprzętu”. Już jako dzieciak Crosby chętnie kręcił gałkami – tak mu opowiadał ojciec. Zawodowo zaczął się tym zajmować jako nastolatek. Używał prostego muzycznego oprogramowania, które mu udostępniła wytwórnia African Dope.

Właśnie ten label w 2005 roku zabrał go po raz pierwszy, w charakterze MC, na zagraniczne koncerty. „Niełatwo jest przeżyć muzykowi w Kapsztadzie. Ludzie nie kupują płyt. Mówią tylko: hej, to dobra piosenka. W Europie jest inaczej, na zasadzie: hej, to dobra piosenka, gdzie mogę dostać twoje CD?”. Obecnie Crosby często bywa w Europie. Można go zobaczyć na scenach od Szwajcarii po Finlandię. Występuje obok takich gwiazd, jak Busta Rhymes i Black Eyed Peas. W koncercie ku pamięci Boba Marleya towarzyszył Ricie Marley i zespołowi Gentlemen. Mimo sukcesów przeprowadzka do Europy nie wchodzi w grę. W swoim studio muzyk produkuje nagrania młodych talentów. Jego dodatkową misją jest zwrócenie uwagi opinii publicznej na sytuację życiową ludzi mieszkających w rejonach położonych pod Kapsztadem. „Panuje tu bardzo wysokie bezrobocie. Mimo, że osiedle

Guguletu znajduje się 20 km od Kapsztadu, nie dochodzi tu transport publiczny. Mieszkańcy nie otrzymują zasiłków ani żadnego innego wsparcia dla bezrobotnych. Nie stać ich ani na samochód, ani na taksówkę do miasta, by poszukać tam pracy”. A to tylko jeden z problemów. Tematów Crosby’emu z pewnością nie zabraknie.

Nazwisko Siyasanga Bolani Styl Hip-Hop, Reggae, Dancehall Pierwsze kroki Po pierwszym sukcesie podczas występów w szkole średniej, pozostaje wierny scenie. Najnowszy album Various – Battle Of Guguletu Vol. Two Strona www.myspace.com/ digianalogmusic


Ready D przy swoim Nissanie S13. Drifting to pasja rodzinna. Wraz z żoną, która jeździ tym samym modelem samochodu, tworzą team Cape Flat Drift Squad

Ready D Jest najlepszym DJ’em AFRYKI Południowej. Nawet Mandela tańczył w rytm jego beatów. Rzędy żółtych domów ciągną się wzdłuż ulicy. Kiczowate wiatraki w ogródkach są nieruchome. W samo południe jest tu zupełnie pusto. Z dala słychać szczekanie psów i szum włączonych zraszaczy trawników. Plumstead, podmiejska dzielnica leżąca w południowej części Kapsztadu, wygląda jak z obrazka. Idyllę przerywa ryk silnika. Wjeżdża sportowy wóz. To artystycznie polakierowany Nissan S13. Za kółkiem

siedzi Ready D. DJ ekipy Prophets of Da City, legendarnej formacji, która zakotwiczyła hip-hop na mapie RPA. Ready D wychowywał się w osadzie Mitchell Plain – w miejscu, gdzie rządzą gangi i króluje przemoc. „Kawałek Rapper’s Delight Sugarhill Gang uratował mi życie” – mówi. „Zamiast przyłączyć się do gangu, zacząłem zajmować się breakdancem. Wymyślaliśmy własne kroki na podstawie elementów tradycyjnych tańców, takich jak pantsula i jambu”. To style, które później zaadaptował także Michael Jackson. Zainspirowany politycznym rapem w wykonaniu np. Public Enemy, Ready D wraz z trzema przyjaciółmi założyli zespół Prophets of Da City. Był rok 1988. Zamiast kopiować amerykańskie wzory, POC rapowali własnym głosem, samplowali południowoafrykańskie płyty jazzowe, piosenki pisali w swoim ojczystym języku Afrikaans.

Ze względu na polityczne bicie w bęben i wystąpienia przeciwko reżimowi i zwolennikom apartheidu, POC objęto w 1992 roku telewizyjnym i radiowym embargo. „W naszym wideoklipie wykorzystaliśmy zdjęcie ówczesnego premiera RPA, Bothy i umieściliśmy je w lodówce – wszystko do tekstu Chill out, homeboy” – opowiada z ironicznym uśmiechem. „Czasem dziwię się, że jeszcze żyjemy”. Jednak im ostrzejsza cenzura w kraju, tym większe było zainteresowanie za granicą. Quincy Jones zaprosił POC na Montreaux Jazz Festival do Szwajcarii. Ich następna płyta „Age of Truth” była traktowana jako najważniejsze hiphopowe dzieło RPA. Kiedy w 1994 roku Nelson Mandela, pierwszy czarny prezydent RPA, był mianowany na swój urząd, POD wystąpił na żywo w trakcie ceremonii. To był ważny moment w życiu Ready D. „Mandeli się podobało. Kątem oka widziałem, że dżajwował za sceną”.

Obecnie 41-letni DJ mieszka w Plumstead. Wspiera młodych artystów, w Good Hope FM prowadzi codziennie audycje i driftuje tak szybko, na ile tylko pozwalają opony. „Drifting uczynił dla sportów motorowych tyle, co hip-hop dla muzyki: wpuścił świeży wiatr. I jeszcze więcej: zjednoczył ludzi, którzy mają wspólne ideały”.

Nazwisko Deon T Daniels Styl Hip-Hop Pierwsze kroki DJ-owania nauczył się na pożyczonych płytach, po czym szybko trzykrotnie zdobył tytuł mistrza DMC. Najnowszy album Brasse Vannie Kaap: Ysterbek Prophets Of Da City: Ghetto Code W sieci www.myspace.com/ djreadyd1

59


Roach w kwaterze głównej swojej wytwórni African Dope, pośród promosów, plakatów i stosów dokumentów

ROACH on i jego wytwórnia muzyczna, African Dope, są głównymi eksporterami elektro w RPA. „Charakter metropolii odzwierciedla jej muzyka” – mówi Roach. DJ i muzyk prowadzi najważniejszą w RPA wytwórnię muzyki elektronicznej, African Dope. „W Kapsztadzie rządzi bas, może dlatego, że miasto jest tak ogromne. Każdy kawałek, który tu powstaje, ma więcej basów. Niedawno gościliśmy francuską kapelę, która nagrywała u nas swój album. Gdy zawieźli nagranie do domu, ich inżynier dźwięku był zała60

many. Muzyka, która pochodzi z Kapsztadu, ma potężny fundament. I sprawia, że kobiety zaczynają tańczyć”. W 1997 roku Roach wraz ze swoim partnerem Fletcherem, założył duet DJ’ski Krushed’n’Sorted, który dzięki miksom z pogranicza break beatu, dubu i drum’n’bassu szybko trafił na największy festiwal w kraju. Jednak poza RPA nikt specjalnie się nimi nie interesował. „To jasne” – mówi Roach. „Kogo na świecie obchodzi dwóch DJ’ów z RPA, którzy grają przywiezione z Anglii płyty? Postanowiliśmy wziąć sprawy we własne ręce. Wtedy nie było jeszcze ani jednej południowoafrykańskiej płyty dubowej lub brakbeatowej. Zorganizowaliśmy sobie sprzęt. Nasz pierwszy album nosił tytuł Acid Made Me Do It. Zapożyczyliśmy go z taniego muzycznego software’u Acid, którego wówczas używaliśmy”. Roach przyrzeka, że był to jedyny przyczynek takiej nazwy płyty. Jednak hipnotyczne dub’n’bassowe wycieczki każą

przypuszczać, że tytuł może mieć też drugie znaczenie. Lokalne stacje radiowe odrzuciły nagrania, gdyż nie brzmiały komercyjnie. Za to na międzynarodowej scenie elektronicznej ich muzyka zebrała same pochwały. Słowa uznania wyraziła m.in. wytwórnia Ninja Tune. Na dodatek, dzięki zleceniu reklamowemu, duet otrzymał zastrzyk gotówki. „Nagle mieliśmy na zbyciu 20 tysięcy dolarów. Za te pieniądze wytłoczyliśmy CD, postawiliśmy stronę internetową i założyliśmy label. Undergroundowa scena Kapsztadu nareszcie otrzymała swoją twarz”. Dziesięć lat później Roach jest nadal pełen nadziei, mimo kryzysu w przemyśle muzycznym. Powód? Roach twierdzi, że muzyczny potencjał kraju jeszcze długo będzie niewyczerpany. „Ostatnio byłem w Johannesburgu i widziałem podmiejską subkulturę punk. Czarnych punków z łańcuchami od nosa do ucha, w skórzanych kurtkach, z zielonymi

irokezami. Pierwsza od dawien dawna południowoafrykańska kapela, której udało się przedostać do USA, nazywa się BLK JKS i jest czarną psychodeliczno-rockową grupą. Ich płyta otworzyła drzwi innym młodym kapelom z dzielnic podmiejskich. Jestem przekonany, że czeka nas jeszcze wiele niespodzianek!”.

Nazwisko Hilton Roth Styl Hip-Hop, Reggae, Dancehall Pierwsze kroki Pierwszy album zmiksował w 2001 roku na PC-cie z wbudowanymi głośnikami Najnowsza płyta Various – Cape Of Good Dope 2 W sieci www.africandope. co.za


Markus Wormstorm w swoim królestwie. Dziwne rzeźby, które kupuje na lokalnych pchlich targach w Kapsztadzie, trafiają nie tylko do jego loftu – grają także w jego krótkometrażowych filmach

Markus Wormstorm Jest uwielbiany przez londyńskich hipsterów. Mieszka w Domu wariatów. „Sweat.X pochodzą z przyszłości” – obwieścił niedawno magazyn Vice. Tę opinię podziela także londyńska gazeta miejska Time Out: „Hiperaktywny Sweat.X z rodzaju electro-act podąża z duchem czasu jak żaden inny zespół”. Kapelę Sweat.X powołał do życia Markus Wormstorm – wraz z artystą i raperem Spoekem Mathambo. Przyczyniła się do tego wzajemna fascynacja i przyjaźń. Już pierwsze nagrania duetu dotarły za

pośrednictwem muzycznych blogów do Wielkiej Brytanii. Stąd rozpoczęły podbój modnych party w całej Europie i stały się znane w kręgach hipsterów. Debiutancki singiel Sweat.X, zatytułowany „Ebonyivorytron”, ukazał się w 2007 roku. Świszczącym electro-beatom Kuduro towarzyszyła galopująca, enigmatyczna melodeklamacja. Klubowa muzyka elektryzowała i „unosiła ludzi pod sufit”. Markus Wormstorm na luzie potraktował szaleństwo, jakie wywołał jego projekt w Europie. Zrelaksowany wypoczywa w hamaku, w swoim lofcie w zielonej dzielnicy Kapsztadu – Pinelands. Na pytanie o sukces odpowiada z uśmiechem: „Oczywiście, bardzo mnie to cieszy. Ale Sweat. X to tylko jeden z moich projektów. Aktualnie intensywnie pracuję z dwoma przyjaciółmi – jako Black Heart Gang – nad serią filmów krótkometrażowych”. „The Tale of How”, ostatnie dzieło grupy, to animowana surre-

alistyczna kaskada obrazów. Przypomina „Corpse Bride” Tima Burtona z monstrualnymi figurami Hieronima Boscha w rolach głównych. Soundtrack? Upiorna, czterominutowa opera autorstwa Wormstorma. Film krótkometrażowy był pokazywany na festiwalach od Norwich do San Francisco i zdobył 18 nagród. Inspirację dla twórczości Wormstorm czerpie z własnych czterech ścian. Dom, w którym mieszka, to porzucony szpital dla nerwowo chorych. Wygląda jak klinika chorych przedmiotów. To efekt jego zamiłowania do pchlich targów. Afrykańskie rzeźby, pożółkłe portrety, kicz kolonialny. Pomieszczenie oświetlają lampy stojące na wypchanych nogach gazel. Na kolonialnej skrzyni króluje antyczna maszyna do pisania. Obecnie 27-letni artysta pracuje nad muzyką do następnego filmu Black Heart Gangu w Red Bull Studio w Kapsztadzie. Równolegle nagrywa w Johannesburgu debiutancki album Sweat.X.

„Z dziecięcym chórem gospel” – dodaje z uśmieszkiem. Gdy album będzie gotowy, albo nawet wcześniej, menedżer znów zacznie go namawiać na przeprowadzkę do Berlina. To znacznie ułatwiłoby promocję. Jednak Wormstorm zna już odpowiedź: „Za nic w świecie. Jestem prawdziwym Burem, nigdzie nie czuję się tak dobrze jak w Kapsztadzie”. Nazwisko Markus Smit Styl House, Electro, Experimental Pierwsze kroki Pierwszy zespół założył w wieku 15 lat, miksując hałas elektroniczny z gitarą i perkusją. Najnowszy album Sweat.X: I’m That Alley

Website www.myspace.com/ markuswormstorm Więcej info i najnowszych bitów z RPA: redbullstudioscapetown.wordpress.com

61


Ryczące 40stkI

Najlepsi żeglarze, najszybsze na świecie łodzie oraz rzadkie, ale widowiskowe wywrotki... Witamy w nowej serii zawodów, które sprawią, że zmienisz zdanie o żeglarstwie. Tekst: Andreas Tzortzis, Zdjęcia: Jonathan Glynn-Smith

Wejdź i złap wiatr w żagle

62

Credit

Print 2.0

en.edbulletin.com/print2.0


A kc ja

Strzała o długości 40 stóp: „latający kadłub” Red Bulla podczas popołudniowego treningu u wybrzeży Omanu rozwija prędkość do 56 km/h. Zaraz potem strudzona załoga zawija do portu na zasłużony odpoczynek


P A kc ja

okład jest całkiem spory, ale i tak niewygodny. U wybrzeży Omanu szaleją spienione fale, wiatr wiejący z prędkością 37 km/h popycha załogę Red Bull Extreme 40 w stronę mety. Walcząc ze zmieniającym się kierunkiem powiewów, katamaran płynie 10 metrów od falochronu, na którym stoją przedstawiciele Sułtanatu w białych diszdaszach i okularach przeciwsłonecznych. Dzieci emigrantów, ubrane w szorty i t-shirty wspinają się na skały, by popatrzeć. Szum wiatru zagłusza komentatora i jedynie strzępy wypowiedzi, płynące z głośnika Tannoy, docierają na pokład do kapitana Romana Hagara i jego trzyosobowej załogi. Tuż za Red Bullem, pozostałe pięć ekip biorących udział w zawodach okrąża ostatnią boję, podążając w stronę mety z prędkością ponad 48 km/h. Jeszcze tylko ta ostatnia boja, ostatni odcinek trasy i Red Bull wygra po raz trzeci w dniu dzisiejszym, zapewniając sobie pierwsze miejsce na ostatnim przystanku azjatyckich regat Extreme Sailing Series. Liczne pontony z silnikami zaburtowymi krążą wokół trasy wyścigu. Andrew Macpherson, zmiennik i trener zespołu Red Bulla, siedzi w jednym z nich z czapką naciągniętą na oczy i obserwuje regaty zza okularów przeciwsłonecznych marki Oakley. „Dobra prędkość” – komentuje Australijczyk. „A teraz zwijać ten żagiel” – Hagara rozpoczyna skręcanie i łódź zaczyna się gwałtownie kołysać. Członkowie załogi – David Vera i Gabriele Olivo – zwijają trójkątny żagiel, przykucając na czarnej, siatkowej trampolinie łączącej dwa kadłuby. Austriacki podwójny złoty medalista olimpijski zerka niepewnym wzrokiem. Żagiel wielkości dwóch zszytych prześcieradeł jeszcze nie został zwinięty, agresywnie powiewa na wietrze. Łódź łapie silny wiatr w trzy żagle, zamiast tylko w dwa. To za dużo. Dziób łodzi zanurza się pod wodę, a rufa idzie w górę. Za późno 64

na uratowanie sytuacji. Ważąca 1000 kg łódź zaczyna się kiwać i wywraca do góry dnem. Vera przytrzymuje się siatki, a następnie wpada do wody. Olivio próbuje zachować równowagę stojąc na poziomym maszcie. Taktyk, Hans-Peter Steinachter, z którym Hagara zdobył złoty medal i z którym współpracuje od 13 lat, kurczowo trzyma się masztu. Sam Hagara balansuje na górnym kadłubie, nim zmywa go fala. Kapitan „przelatuje” sześć metrów i ląduje w wodzie. Lewą ręką zawadza o ster, a kostką uderza o dolny kadłub. Ze wszystkich stron nadciągają pontony ratunkowe. Tłum kibiców wstrzymuje oddech. Omańczycy grający przy dźwiękach muzyki w piłkę plażową przerywają zabawę i patrzą na to co dzieje się na morzu. Mogą oni nie wiedzieć zbyt wiele o żeglarstwie, ale widzą, że są świadkami niezwykle widowiskowej wywrotki.

G

dy chodzi o regaty, w których udział biorą najszybsze łodzie świata, nie można było tego dnia zaplanować lepiej. Organizatorzy Extreme Sailing Series wykonali kawał dobrej roboty, przybliżając sport dla ubranych w białe spodenki wesołków szerszej publiczności. Wszystko, co się tu dzieje, począwszy od dwóch biegających po brzegu, barwnych komentatorów, przez szybkie 15-minutowe wyścigi, aż po nietypowo kolorowe groty, zorganizowano tak, aby robiło jak największe wrażenie. Jedna lub dwie wywrotki – w czteroletniej historii zawodów doszło aż do dziesięciu – wywołują u widzów specyficzne zawroty głowy, porównywalne z tymi, wywoływanymi zderzeniami hokeistów lub kraksami na torze NASCAR. Kiedy ekipa Red Bulla „dokuśtykała” do przystani znajdującej się godzinę drogi na zachód od Maskatu, przywitał ich podekscytowany Dan Koene, jeden z ojców chrzestnych Extreme 40. „Hej, o to właśnie chodzi!” – powiedział Koene, ubrany w pomarańczowe lniane spodnie powiewające na wietrze. „To był niesamowity spektakl... Tak musicie o tym myśleć!”. Jednak zarówno Steinacher, Olivio, Vera, jak i Macpherson, rozmyślali już o tym jak naprawić maszt oraz niewielkie rozcięcie kadłuba spowodowane uderzeniem dzioba jednej z łodzi ratunkowych. Koene zwrócił się do stojącego w pobliżu dziennikarza. „Byłeś na łodzi, kiedy się wywróciła?” – zapytał. „Nie? A niech to! To byłoby mocne”. Właśnie ten zuchwały Holender i jego partnerzy, Mitch Booth i Herbert Dercksen, wpadli na pomysł stworzenia katamaranu dwa razy większego niż łodzie wyścigowe klasy Tornado. Stosując ten sam autoklaw,


Ahoj szczury lądowe: widownia zebrana na brzegu aby podziwiać akcję na wodzie to mix mieszkańców Omanu i turystów z Zachodu. Poniżej po lewej: na pokładzie katamaranu Red Bulla. Poniżej po prawej: powrót do porządku zaraz po wywrotce

65


A kc ja

PIERWSZY DZIEŃ UDAŁ SIĘ JAK NAJBARDZIEJ. SPEKTAKULARNA KRAKSA NA STARCIE TO JEST TO. który używany jest do kształtowania bolidów Formuły 1, przy współpracy z designerem Yves’em Lodayem, pięć lat temu udało się im zbudować pierwszy Extreme 40. Sześć łodzi, tuż po opuszczeniu fabryki, znalazło się na wodzie, gotowych do wyścigu na oczach publiczności zebranej by oglądać Volvo Ocean Race w 2005 roku. „To był wspaniały pierwszy dzień” – wspomina Koene. „Już na samym starcie doszło do zderzenia i w ciągu kilku sekund jedna z łodzi zatonęła. Ludzie byli zachwyceni!”. Żeglarstwo ekstremalne nawiązuje do podstawowych założeń tego sportu. Wyścigi – od sześciu do ośmiu jednego dnia – trwają nie dłużej niż 15 minut i odbywają się na prostych trasach, jak najbliżej brzegu. 12-metrowe katamarany to niezwykle szybkie maszyny z włókna węglowego, wystarczająco wytrzymałe by brać udział w pojedynkach na krótkich dystansach. Przy prędkości wiatru 28 węzłów osiągają nawet do 40 węzłow (ok. 70 km/h). Od momentu, kiedy w 2006 roku pojawiły się w Europie, zawody te przyciągnęły dziesiątki tysięcy widzów. Wyścigi zorganizowane rok temu w niemieckim mieście Kilonia, podczas corocznego tygodnia żeglarskiego, zgromadziły ponad 80 000 ludzi. Prawie tyle samo pojawiło się na kończącym sezon wyścigu w hiszpańskiej Almerii. Organizatorzy OC Events mają nadzieję na kolejne rekordy, podczas zawodów w Almerii i Kilonii, które odbędą się latem tego roku. To dwa ważne przystanki z sześciu, które tworzą całą serię. Pierwszy odbędzie się już 27 maja bieżącego roku. Porównania z Formułą 1 są nieuniknione, nawet jeśli nie bardzo podobają się dyrektorowi zawodów Markowi Turnerowi. „W porównaniu z tym w pełni rozwiniętym sportem motorowym my nadal jesteśmy początkujący” – mówi Turner, dyrektor OC Events organizującego zawody. „Jednak są podobieństwa. Oni jeżdżą zdecydowanie szybciej niż ludzie na ulicach, tak jak my pływamy szybciej niż ludzie na zwykłych łódkach. Staramy się osiągnąć ten sam cel, zapewnić ludziom rozrywkę. I to odróżnia nas od standardowego żeglarstwa. Naszą misją jest zabawianie widowni. Jednak jest coś, czego Ecclestone and Co. może żeglarstwu pozazdrościć. W każdej łodzi zaprojektowano miejsce 66


Doaabordażu: c t i ojeśli n jedno zdjęcie może przedstawić całą dramaturgię regat Extreme Sailing, to właśnie to. Roman Hagara (Red Bull) i Paul Campbell-James (The Wave) walczą o pozycję

67


Na pokładzie i za burtą: (od góry wg wskazówek zegara) załoga Red Bulla przy pracy; manewry katamaranem wymagają ogromnej precyzji; Hagara robi dobrą minę do bolesnej kontuzji; po spektakularnej wywrotce Red Bulla


A kc ja dla piątego członka załogi – nie żeglarza. W czasie wyścigu wyposażony jest on w kask, kamizelkę ratunkową i żółty sweter, pozostaje w okolicach siatki, bierze czynny udział w wyścigu, próbuje pomagać, a w najgorszym wypadku po prostu nie przeszkadzać załodze. „Do tej pory byliśmy przyzwyczajeni do żeglarstwa olimpijskiego, które polegało na wypłynięciu, a następnie powrocie jakiś czas później, na oczach kilku widzów” – mówi Hagara. „Tutaj jest odwrotnie... To naprawdę coś wyjątkowego i innowacyjnego, a ludzie na pokładzie to miła odmiana”. Trudno porównywać te słowa, wypowiadane w cieniu palm leniwie kołyszących się na wietrze podczas spokojnej rozmowy przed zawodami, z poleceniami wykrzykiwanymi później na pokładzie, w czasie emocjonującego wyścigu. Na piątego członka załogi nie czeka wcale przyjemny ani spokojny rejs – musi być tak samo skupiony i zwinny jak reszta załogi. Siatkowa trampolina nie jest zbyt stabilna, ale ułatwia skok z jednej strony łodzi na drugą, pod warunkiem, że uważasz na liny i kolana mężczyzn uwijających się na dziobie. Na własne oczy można się wtedy przekonać jak wysportowani muszą być żeglarze Extreme 40. Decyzje podejmowane są błyskawicznie, a atmosfera jest napięta, gdyż stale trzeba śledzić poczynania konkurencji. Jedyne do czego przydaje się piąty zawodnik, to obciążenie łodzi – ważna kwestia, gdy gwałtownie podnosi się kadłub – oraz zachowanie równowagi, gdy Extreme 40 okrąża boje lub pędzi z wiatrem. Wśród zamieszania związanego z obsługą sprzętu i żagli – to zadania Olivio, Very i Steinachera – zwykle cichy i spokojny Hagara zamienia się w głośnego i energicznego szefa. Najwięcej obrywa się temu piątemu... „Piątka... tyyyyył!” – krzyczy zachrypniętym głosem, po angielsku z austriackim akcentem. „Nie wiesz gdzie jest tył?!”.

P

rędkość stała się obsesją 43-letniego Austriaka, od momentu, gdy po raz pierwszy, w wieku 14 lat, żeglował po jeziorze Neusiedler k/Wiednia. Patrząc ze wzgórza na jezioro, czując silny wiatr i widząc spienione fale Hagara krzyczał z radości, a słysząc sygnał dźwiękowy ostrzegający przed silnym wiatrem, wraz z przyjaciółmi wskakiwali na 5-metrowe katamarany Hobie i żeglowali. „Kiedy przerzuciłem się na jednokadłubowce, miałem wrażenie, że nawet podczas żeglowania stoję w miejscu”. Na katamaranie „nie masz czasu patrzeć przed siebie, musisz szybko podejmować decyzje”.

W 1997 roku Hagara poznał 29-letniego wtedy Steinachera, utalentowanego narciarza, który zamienił pokryte śniegiem stoki na wodę. Wynikiem ich współpracy są dwa złote medale klasy Tornado zdobyte na Olimpiadzie w Sydney, a następnie w Atenach. Siła i zręczność Steinachera doskonale dopełniają swobodę sterowania i umiejętność koncentracji Hagara. Po 13 latach współpracy rozumieją się bez słów. Steinacher przewiduje co trzeba zrobić, zanim Hagara zdąży to powiedzieć. Taka komunikacja na pokładzie jest konieczna, gdyż decyzje muszą być podejmowane błyskawicznie i pod ogromną presją. Pracujący na dziobie Vera oraz trymer Olivio – weterani America’s Cup – doskonale uzupełniają Austriaków swoją odwagą i sprawnością fizyczną. Na łodzi język hiszpański przeplata się z niemieckim, a od czasu do czasu z angielskim.

KIEDY i GDZIE 27 maja startuje czwarta edycja europejskiej serii Extreme Sailing w miejscowości Sète we Francji. Z południowego wybrzeża Francji, łodzie zaprojektowane tak, aby po złożeniu zmieściły się w standardowym kontenerze transportowym, wyruszą w trasę podczas której odwiedzą kolejne cztery kraje Europy.

Z

Sète, Francja 27–30 maja Cowes, Anglia 31 lipca–5 sierpnia Kilonia, Niemcy 26–29 sierpnia Trapani, Włochy 23–26 września Almeria, Hiszpania 9–12 października

ałoga Red Bulla jest początkującą w tej serii. Choć Olivio niedawno dołączył do zespołu, przegapiając wyścigi w Singapurze i Hongkongu, choreografia działania na wąskiej, prostokątnej trampolinie została opanowana dobrze. Tak dobrze, że po trzech dniach żeglowania na wybrzeżu Omanu zespół Red Bulla prowadzi. Przedostatni dzień jest okazją do umocnienia ich pozycji na czele oraz zniszczenia planu dwóch omańskich ekip, które chciały zdobyć zwycięstwo na swoim terenie. Słońce nie przestaje grzać nawet na chwilkę, nie ma wiatru i kolorowe chorągiewki rozwieszone wzdłuż plaży Al Hail nawet nie drgną. Na terenie The Wave, niewykończonej jeszcze dzielnicy mieszkaniowej służącej za siedzibę główną gości przyjeżdżających

do Omanu, pojawiają się robotnicy. Hałas spowodowany ich wiertarkami i piłami zapewnia akustyczny akompaniament dla odgłosów cicho zwijanych lin oraz rozwijanych żagli, dobiegających z przystani. Wiatr osiągnął odpowiednią prędkość. Przed rozpoczęciem wyścigu dyrektor, Gilles Chiorri, prosi wszystkie załogi o skrócenie głównych żagli, a tym samym zmniejszenie ich powierzchni. Przy wietrze powyżej 20 węzłów władze wyścigu zabraniają piątemu członkowi wejść na pokład, a cała załoga musi mieć na sobie kamizelki ratunkowe. Wyścig robi się coraz bardziej szalony. Kadłuby wzbijają się w górę, rozcinając taflę wody, a łodzie manewrują dosłownie metry od siebie. Po zajęciu ostatniej pozycji w pierwszym wyścigu, Hagara zwycięża w kolejnych dwóch, dystansując resztę floty, by w czwartym wyścigu znów być na końcu. Warunki atmosferyczne sprawiają, że wyścig jest idealnym widowiskiem. „Nie odpuszczą, dopóki ktoś nie polegnie” – sucho stwierdza Macpherson. W radiu słychać komunikat o rozpoczęciu wyścigu, którego Red Bull nie ukończy.

W

prostej lecz wysterylizowanej sali operacyjnej szpitala Khoula, dwóch lekarzy szykuje się do zszycia głębokiej rany na nadgarstku Hagara – konieczne jest założenie 14 szwów. Przyjazna twarz Austriaka stała się blada. Opuszcza lobby ostrego dyżuru z ręką na temblaku. „Warunki były dobre” – mówi w samochodzie, w drodze do domu. „Nic już nie można zrobić. Popełniłem błąd”. Telefon siedzącego z tyły menedżera, Mario Schoby’ego, dzwoni jak szalony. Odpowiada na zadawane pytania, od czasu do czasu przekazując je siedzącemu z przodu Hagarowi. Każdy chce porozmawiać z kapitanem. Każdy chce zobaczyć zdjęcia. Na twarzy „małego człowieka” – jak nazywa go jego załoga – widać grymas bólu. Środki przeciwbólowe przestają działać, a on bez przerwy odtwarza w głowie dzisiejsze wydarzenia. Wypadek pozbawił zespół szansy na wygraną podczas ostatniego przystanku w Azji. „Mówiliśmy, że zawody w Azji traktujemy jako rodzaj treningu, okazję do zapoznania się z łodziami i pracą zespołową” – mówi Hagara. „Ale ostatecznie zawsze marzysz o wygranej”. W maju, kiedy rozpocznie się europejska seria zawodów, Hagara ponownie stanie za sterami Extreme 40. Następnym ­razem scenariusz powinien być inny – najlepiej mniej widowiskowy.

Wejdź na en.redbulletin.com/Print2.0 i obejrzyj katamaran z bliska. Więcej o Extreme Sailing Series w Azji, na www.redbull.com

69


A KC JA

N

ikogo nie dziwi, że kobieta pracująca w kantorze na lotnisku w Salzburgu tłumaczy drogę, mówiąc płynnie po angielsku: „Należy przejść przez tunel, a następnie skręcić w prawo. Czy mogę w czymś jeszcze panu pomóc?”. Znalezienie drogi do Hangaru-7 według jej precyzyjnych wskazówek nie jest niczym nadzwyczajnym. Sam hangar jest czymś dokładnie odwrotnym – nie ma w nim nic zwyczajnego. Hangar-7, położony na obrzeżach austriackiego lotniska w Salzburgu, to asymetryczna szklana kopuła oparta na niezwykłej stalowej konstrukcji. Można tu znaleźć nie tylko samoloty, ale także restauracje i sztukę. Pomysł zrodził się w głowie założyciela Red Bulla – Dietricha Mateschitza – w 1999 roku, a już cztery lata później stał się rzeczywistością. Hangar-7 to przede wszystkim garaż dla zabytkowej kolekcji samolotów, nad którą czuwają Flying Bulls, ale często gości również szerokie grono ludzi, szukających wrażeń i dobrej zabawy. Liczne pasy startowe i holowane z sąsiedniego Hangaru-8 samoloty przypominają o tym, że miejsce to jest częścią zwykłego lotniska, które otwiera podróżującym furtki do reszty świata. Ciężko jednak o tym pamiętać, gdy w zasięgu wzroku znajdzie się niezwykły budynek Hangaru-7, a na jego horyzoncie zapierający dech w piersiach widok gór otaczających Salzburg.

Już przy wejściu do Hangaru-7 wrażenie ogromnej przestrzeni i olbrzymiej ilości światła ścina gości z nóg. Słynnemu w Salzburgu architektowi, Volkmarowi Burgstallerowi, polecono stworzyć budynek odzwierciedlający warunki konieczne do latania. Udało mu się to dzięki opracowaniu projektu przypominającego skrzydło. Pomimo imponującej masy oraz złożonej konstrukcji, budynek sprawia wrażenie lekkiego i wywołuje w gościach poczucie wolności. W pogodny dzień promienie słońca przechodzą przez wszystkie 1754 szklane elementy dachu. Zwiedzający mogą przechadzać się między samolotami lub wspiąć się w górę i spacerować po stalowych pomostach 70

ZdjȨcie: angelo kaunat/red bull photofiles

ARCHITEKTURA


7.  NIEBO Pierwsze sześć hangarów lotniska w Salzburgu to przepisowe „garaże” dla samolotów. Numer siedem to już zupełnie inna bajka. Tekst: Tom Hall


Punkt widokowy: Threesixty Bar zawieszony nad głównym obszarem Hangaru-7 zapewnia spektakularny widok na samoloty ustawione poniżej, między innymi na błyszczący North American B-25J Mitchell


akcja

zawieszonych pod kopułą, podziwiając obrazy i inne dzieła sztuki. Na końcu tej podniebnej drogi znajduje się Threesixty Bar, unoszący się tuż pod szklanym dachem w centralnym punkcie budynku. Dla tego widoku warto tam dotrzeć.

ZdjȨcia: darren jacklin (1), jürgen skarwan (1), ulrich grill/red bull photofiles (1)

SAMOLOTY Samoloty przebywające w Hangarze-7 różnią się od siebie, a ich cechy wspólne to zabytkowość i doskonały stan techniczny. Jest wśród nich North American T-28B z 1954 roku – samolot treningowy, który jako pierwszy został odrestaurowany przez Flying Bulls, czy Douglas DC-6B – należący kiedyś do marszałka Tito z Jugosławii. Utrzymanie tych maszyn w stanie gotowości do lotu to niezwykłe osiągnięcie – każdy godzinny lot poprzedzony jest czterdziestoma godzinami przygotowań. Od 1980 roku główny pilot Sigi Angerer nadzorował renowację każdego z samolotów. Wszystkie regularnie pojawiają się na pokazach lotniczych.

LOTY KULINARNE Szef kuchni Roland Trett, zarządzający restauracją Ikarus z Hangaru-7, co miesiąc zaprasza nowego kuchmistrza w celu urozmaicenia menu. W marcu gościem-kucharzem był Heiko Nieder (obecnie w Dolder Grand Hotel w Zurychu), a w kwietniu zastąpi go David Higgs z Południowej Afryki, szef kuchni

nagradzanej restauracji Rust en Vrede w Stellenbosch. Na pierwszym piętrze znajduje się Carpe Diem Lounge-Café, serwująca wersje mini smakołyków oferowanych przez Ikarusa. Goście mają okazję delektować się wybornym tagliolini z sosem śmietanowym, czarnymi truflami i grejpfrutem, lub poczuć smaki Szanghaju pod postacią marynowanego tuńczyka z sojowo-imbirowym sosem winegret, rzodkiewką i awokado.

BARY Nocą światła w podłodze Hangaru-7 odzwierciedlają ułożenie gwiazd na niebie, a goście stają przed trudnym wyborem jednego z dwóch doskonałych barów. W Mayday wystarczy postawić drinka lub postukać palcami w czuły na dotyk bar, aby wywołać niezwykłe efekty. Możesz także wysyłać wiadomości do ludzi siedzących naprzeciwko (tylko nie pomyl numeru stołka). Drugi bar nocny to Threesixty znajdujący się dokładnie w centrum Hangaru-7. Okrągła, podwieszana platforma oferuje gościom niezapomniany panoramiczny widok na atrakcje znajdujące się poniżej. W Hangarze-7 często odbywają się koncerty i pojawiają się gwiazdy takie jak: Milow, Maria Mena, Buena Vista Social Club oraz Shaggy.

SZTUKA Trzy razy do roku w Hangarze-7 młodzi artyści mają szansę zaprezentować swe dzieła światu. Ostatnia wystawa prezentowała sztukę z Niemiec oraz twórczość młodych portugalskich talentów (między innymi pejzaże Marii Condado i Rui’ego Algarivo). Do 14 kwietnia bieżącego roku podziwiać można opartą na sztuce austriackiej wystawę zatytułowaną „HangArt-7 Edition 15”. Sprawdź, co jeszcze oferuje Hangar-7 – wejdź na: www.hangar-7.com

73


A kc ja

Walki

w Senegalu Ten zwyczaj pamiętają najstarsi ludzie w wiosce. Od setek lat, a może i dłużej, praktykowany jest w Gambii i Senegalu – na zachodzie Afryki. Wygrać taką walkę jest trudniej niż przeżyć w buszu. Kiedy człowiek staje przeciw człowiekowi, dozwolone są wszystkie chwyty, by zadowolić publiczność. Tekst: Paul Faye, Zdjęcia: Philipp Horak

POCZĄTEK

do tego reportażu – podczas kręcenia filmu „7915 km” nikolausa geyrhaltera (ngf) – ZDJĘCIA robił Fotosista planu Philipp Horak. współpraca redakcyjna: Paul FAye

74

Walka w ringu – Laamb lub Lutte Africaine – jest sportem narodowym w całej zachodniej Afryce. W niektórych regionach cieszy się większą ­popularnością niż piłka nożna. Według ustnych przekazów z Senegalu, Laamb istnieje od czasów praprzodków, nikt jednak nie potrafi podać dokładnej daty jej powstania. W zamierzchłej przeszłości walki odbywały się w wioskach, podczas świąt związanych ze zbiorem plonów i nadejściem pory deszczowej. W programie dawnych festynów były ­także tańce, występy muzykantów i uroczyste, wspólne posiłki. Stający do zapasów wojownicy reprezentowali swoją wioskę lub rodzinę, a zwycięstwo przysparzało im chwały i sławy. Walki Lutte Africaine stawały się coraz popularniejsze, aż z wiosek przeniosły się na stadiony. Zaczęto organizować je kilka razy w roku, a zwycięzcy – oprócz uznania – otrzymują także nagrody finansowe. Obecnie zachodnioafrykańskiej sztuki walki można nauczyć się w szkole.


A kc ja

WIDOWISKO Rytuały poprzedzające Laamb bywają bardziej imponujące niż sama walka. Ta trwa dość krótko. Przed starciem na arenę wkraczają atleci, jeden za drugim. Na ich cześć wiwatują przyjaciele, znajomi oraz członkowie rodziny. Każdy atleta ma swój team, który składa się z bardów, spirytystycznych doradców i marabutów. Ci ostatni to mędrcy, znachorzy i trochę czarownicy, którzy doradzają oraz pomagają w najważniejszych życiowych sprawach. Przed walką zapaśnicy spryskują się „magiczną” wodą, wypowiadają śpiewne zaklęcia i wykonują rytualne widowiskowe tańce. Na całym ciele noszą amulety grigris wykonane z piór i łańcuszków, bransolety oraz skórzane opaski z przymocowanymi do nich niewielkimi woreczkami, które wypełnione są tajemniczymi mieszankami ziół oraz innymi dodatkami, mającymi przynieść szczęście i zapewnić sukces. Amulety przygotowują marabutowie. Bez nich żaden wojownik nie stanąłby do walki. Porażkę przypisuje się większej mocy przeciwnego marabuta, a nie umiejętnościom zawodnika. 76

REGUŁY Do rytuałów wstępnych należy wzajemne okrzykiwanie się zawo­dników. Coś podobnego można ­ zaobserwować także w boksie i ­wrestlingu. W walce nie stosuje się żadnych reguł ograniczających. Nie ma znaczenia, w jaki sposób przeciwnik zostanie powalony na ziemię. Dozwolone są nawet ciosy w twarz. Wojownikom asystują zazwyczaj trzej sędziowie ringowi. Obserwują walkę i ogłaszają werdykt. Sama walka – ze względu na „twarde” reguły – trwa bardzo krótko. Kończy się wtedy, gdy zawodnik dotknie podłoża głową lub plecami, albo usiądzie na ziemi. Werdykty sędziów nie ­zawsze są jednoznaczne i często prowokują żarliwe dyskusje, które przybierają na intensywności, przywodząc na myśl bitwę. Gdy zwy­cięzca zostanie w końcu wyłoniony, publiczność rusza na arenę, by z nim świętować. Podczas, gdy tłum obnosi go na ramionach po całym stadionie, przegrany szybko znika ze sceny.


Walka nie zna reguł: Przeciwnika można powalić na ziemię w dowolny sposób.


A kc ja

Niepokonani zwycięzcy są bohaterami. Młodzież wielbi ich jak gwiazdy rocka.

GWIAZDORZY Ubrani w krótkie spodenki lub tylko w przepaskę na biodrach, wojownicy zachwycają muskularnym ciałem. Przypominają antycznych gladiatorów lub rzymskie i greckie posągi. Świadomi swojej urody wywołują ogromne wrażenie na publiczności. Zwycięzcy są w zachodnioafrykańskich państwach prawdziwymi bohaterami. Występują w reklamach, a młodzież wielbi ich jak amerykańskie gwiazdy rocka. Z autentycznym zachwy78

tem walki oglądają zarówno kobiety, jak i mężczyźni ze wszystkich grup wiekowych. Porównanie z japońskim sumo wydaje się dopuszczalne. Gdy zawodnicy przestają walczyć i przechodzą na emeryturę, znajdują miejsce w innych drużynach w roli marabutów. Folklor jest tak ważną częścią walki, że byli wojownicy Laamb po zakończeniu kariery traktowani są jak eksperci od cudów w codziennym życiu.


Zdjęcie: Naish/Red Bull Photofiles


Więcej dla Ciała i Umysłu Ożywiamy ciało i ducha.

82 Robby NAISH w Hangarze–7 84 Red bull tourbus 85 Przegląd red bull X-Fighters 86 zdobądź Sprzęt 88 DZIEŃ I NOC 98 FELIETON LIZUTA

Oto najsłynniejszy surfer wszechczasów. Nie wiecie o nim jeszcze tego, że chętnie chowa mięso pod kluskami. Robby Naish udziela wywiadu w Hangarze-7 – s. 82


Wywiad w Hangarze-7

Robby Naish Przez lata był numerem 1, najpierw w windsurfingu, potem w kitesurfingu. Ostatnio Robby Naish woli opowiadać o jedzeniu, podróżach i o tym, że nie przeszkadza mu trzynastu sobowtórów na Facebooku.

82

Robby Naish, jak zawsze, jest całkowicie wyluzowany. Sam radzi sobie z wybrakowanymi nakryciami stołów w Hangarze-7 i dzielnie znosi różnicę w temperaturach – aż 25 stopni między Hawajami i Salzburgiem

wać i zmotywować – pod tym względem musi wrócić do czasów, gdy był młodym Schumi’m. Doświadczyłem czegoś podobnego. Założyłem rodzinę, prowadzę firmę. Teraz każda głupia decyzja uderzy nie tylko we mnie, ale także w dwadzieścia siedem rodzin moich pracowników. Czy jest to dla Pana ciężarem? Nie, muszę tylko zdać sobie sprawę, że mam czterdzieści sześć lat i nie mogę wyalienować się z życia tylko dlatego, że mam do osiągnięcia sportowy cel. To dobrze, że musiałem dorosnąć. Na czym to polega? Mogę na przykład wreszcie pływać z młodszymi surferami, nie myśląc: „Teraz im pokażę!”. Mogę pomóc im w tym, by byli lepsi i nie muszę się z nimi porównywać. Jako sportowiec starasz się zawsze być lepszy od innych. Z jednej strony takie nastawienie jest konieczne, by wygrywać, ale z drugiej – jest ono

bardzo niszczące: zżera cię od środka, a wszystko wokół traci znaczenie. Co przyniósł Panu Święty Mikołaj? Jeśli o mnie chodzi, to mógłby mi parę rzeczy zabrać… Naprawdę nic? OK, obdarowałem się nowym Porsche. Wprawdzie mam już jedno, ale od półtora roku jest w warsztacie w Kalifornii. Dlatego sprawiłem sobie nową Panamerę. Pierwszą na Hawajach. Podróżowanie w pięknym stylu. Czym jeździł Robby Naish trzydzieści lat temu? Wszędzie jeździłem samochodem i w nim spałem. Byłem wtedy kompletnie zakręcony na tym punkcie. Gdy leciałem do Europy, wysiadałem na lotnisku w Monachium i stamtąd zaczynałem podróż samochodem – bez względu na to, czy zawody odbywały się w La Torche we Francji (Bretania; przyp. red.), czy w hiszpańskiej

Zdjęcie: philipp horak

RED BULLETIN: A potem makaron z czarnymi truflami… robby naish: …wow, to nieziemsko smaczne! Uwielbiam pastę! Gotuje Pan sam? Każdego dnia wieczorem. Próbuję nowych smaków, ale najchętniej przyrządzam różne rodzaje makaronu: orientalny, po włosku, po chińsku, po koreańsku, po prostu każdy… Nigdy nie podaję go z mięsem, wolę ukryć go w innych daniach. Pana krowy byłyby szczęśliwe, gdyby to usłyszały. Jak im się wiedzie? Super, nigdy nie przyszłoby mi przez myśl, by je zjeść. Nie jestem klasycznym Amerykaninem, który uwielbia barbecue. Właściwie nawet nie lubię grillowania. Pana plany na 2010 rok? Brak! W kalendarzu mam zajęte tylko trzy terminy… W tym urodziny? Nie, nie takie terminy; mam na myśli poważne zobowiązania biznesowe, takie jak przedłużenie kontraktu itd. Poza tym nie pozwalam się wiązać żadnymi umowami. Zawsze chcę być gotów zareagować na dobrą propozycję. Moim ulubionym słówkiem w takich sytuacjach jest „może”. Jak ocenia Pan − jako fan sportów motorowych − szanse Michaela Schumachera w nowym sezonie Formuły 1? Ma przed sobą trudny okres. Poznał piękną stronę życia, zawarł przyjaźnie i zbudował relacje z różnymi ludźmi. Musi je teraz odsunąć na bok, by móc się skoncentro-


Zdjęcia: Jürg Waldmeier

WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

Tarifie (na zachód od Gibraltaru; przyp. red.). Tak poznawałem świat. A dziś? Wciąż lubię spać w samochodzie. Jeśli nie podróżuję z żoną, to zawsze nocuję w aucie, a nie w hotelu. Widział Pan cały świat: co zrobiło na Panu największe wrażenie? Rzeczy ekstremalne, bez względu na to, czy były dobre, czy złe. Na przykład Nowy Jork: każdy powinien zobaczyć raz w życiu to niepowtarzalne, tętniące życiem miasto; nieważne, czy się je lubi, czy nienawidzi, czy czuje się w nim zagubiony. Albo południowo-wschodnia Azja, dowolny kraj. Także Hongkong w latach osiemdziesiątych – kipiące miasto robotnicze, fabryki; w powietrzu dawało się wyczuć zapach ciężkiej roboty. Poza tym Tokio, jest jedyne w swoim rodzaju. Był Pan może instruktorem jakiejś znanej osobistości, która chciała nauczyć się surfować? Najbardziej znana była z pewnością Steffi Graf. Mniej więcej w 1988 roku przyjechała do mnie na Hawaje, aby spędzić naprawdę prywatny urlop. Poznaliśmy się przy okazji zawodów narciarskich Kitzbüheler Hahnenkamm-Skirennen w hotelu Stanglwirt, potem do mnie zadzwoniła i zapytała, czy mogłaby wpaść. Steffi ma prawdziwy talent do surfingu. A propos sławy, co Pan sądzi o masowym ekshibicjonizmie w sieci, na portalach takich jak Twitter czy Facebook? Nigdy nie byłem na Twitterze. Kogo interesuje, że „dziś rano poszedłem do toalety…” – nie rozumiem tego. Kiedy siadam przed komputerem, to tylko po to, by popracować. Ale faktycznie, podchodzi do mnie wiele osób, mówiąc: „Jesteś moim przyjacielem na Facebooku!”. W zasadzie to niemożliwe, by znaleźli tam moje konto, bo do niedawna jeszcze go tam nie było. Kiedyś jednak chciałem zobaczyć, o co chodzi i musiałem się zalogować. Jestem tam jako Robby Naish 14, bo przede mną było już trzynastu innych Robby Naishów – stron, które założyli moi fani. Teraz trafiają do mnie wszystkie wiadomości w stylu: „Hej, co słychać?” i „Znamy się z liceum, bla, bla, bla”. Nie mam czasu ani ochoty, by odpowiadać… Kim byłby Robby Naish, gdyby nie powiodła mu się surferska kariera? Grafikiem. W swojej firmie wszystko sam projektuję, od logo aż po wzory na deskach. Chciałem studiować grafikę na uniwersytecie. W liceum zajmowałem się malarstwem, a nawet odbyłem praktyki u pewnego artysty i chciałem się kształcić w tej dziedzinie, ale padło na surfing. Więcej informacji na temat Robby’ego: www.naish.com

Poławianie langust i grillowanie ich bezpośrednio na plaży to południowo-afrykańska tradycja. Superkucharz David Higgs chętnie wykorzystałby ją w Hangarze-7

Rzecz gustu: tajemnice najlepszych kucharzy

Sól i grill Trzy pytania do Davida Higgsa, szefa kuchni nagradzanej restauracji „Rust en Vrede” w Stellenbosch (Republika Południowej Afryki). Czego w kuchni nigdy nie może zabraknąć? „Soli!” – mówi człowiek, któremu w bardzo krótkim czasie udało się rozsławić uznawaną obecnie za jedną z najlepszych w RPA restaurację. Styl gotowania Higgsa można określić jako dość klasyczny, bazujący na kuchni francuskiej, prosty, nowoczesny i niezbyt techniczny. Mistrz kucharzy zmierzył się już z metodami kuchni molekularnej, ale o wiele bardziej interesują go niezwykłe kombinacje produktów, na przykład langusty z żołądkami wieprzowymi i jak już wspo-

mniano na początku – ma skłonność do solenia. Od dziesięciu lat wypróbowuje różne rodzaje soli, od wulkanicznej, przez maldońską, aż po wędzoną i oczywiście wykorzystuje każdą możliwość, by odkryć jej rodzaj soli i użyć jako nośnika smaku. Czego nie lubi? „Zupy pomidorowej!” – nie przepada za nią zarówno z powodu konsystencji, jak i temperatury. Pomidory jednak lubi bardzo, są one istotnym składnikiem przyrządzanych przez niego dań. Najważniejsze urządzenie w kuchni? „Grill na węgiel drzewny” – mówi Higgs. To typowe dla RPA. Mieszkańcy tego kraju każdą wolna chwilę poświęcają grillowaniu. Zapach węgla drzewnego i smak przygotowywanych na nim potraw kojarzy się Higgsowi z dzieciństwem. David Higgs, w kwietniu 2010 roku, gotuje gościnnie w restauracji Ikarus w Hangarze 7: www.hangar-7.com

83


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

W zeszłym roku gwiazdami były Muchy i Pogodno, a największymi odkryciami konkursu – kapele Kolorofon i The Washing Machine. Kto zabłyśnie tym razem?

Rockandrollowe marzenie Masz kapelę. Dopiero zaczynacie. Wasz basista trzasnął sobie dziarę z nazwą zespołu na ramieniu. Gracie własne dwa kawałki i nawet zagraliście na osiemnastce koleżanki. Ludzie się bawili, dziewczyny się jarały, a Ty i kumple poczuliście, że rock’n’roll to właśnie to! Na opakowaniu zgrzewki piwa spisaliście listę swoich marzeń: grać swoje, nie zważać na radiowe playlisty, pojechać w trasę, co wieczór bawić się w innym miejscu, grać otwarte, duże koncerty z dobrą publiką, występować przed ulubionymi zespołami, pojechać na prawdziwy rockowy festiwal i zagrać na głównej scenie… Zastanawiasz się, co jeszcze... i nagle skreślasz wszystko co do tej pory napisałeś, bo Twój wzrok pada na naklejkę RED BULL TOURBUS przyklejoną na ścianie. Ten oldschoolowy autobus ma wszystko, o czym może tylko marzyć młoda kapela. Na dach wrzucasz nagłośnienie, perkę, piece, odsłuchy i grasz. To sposób na udany występ i dotarcie do nowej publiki. Red Bull Tourbus zatrzymuje się w wyjątkowych, żywych punktach miasta, np. w sercu uniwersyteckiego kampusu czy 84

na deptaku w centrum. Na każdym z koncertów występują debiutanci – młode, utalentowane, rockowe zespoły – a po nich gwiazdy sceny niezależnej, np. Pogodno, Muchy, Oszibarack, Renton czy Fisz/Emade. No i sprzymierzył się z Festiwalem Jarocin, który – bazując na swej legendzie sprzed lat – z sukcesem buduje nowoczesny wizerunek. W ubiegłym roku Tourbus po raz pierwszy ruszył w trasę. Odwiedził kilkanaście miast, gościł ponad 30 kapel i zagrał w sumie 15 koncertów. Wiosną 2009 roku ogłoszono konkurs dla młodych kapel. Do rywalizacji zaproszono 6 zespołów, które nie nagrały jeszcze płyty i nie miały kontraktów z wytwórniami. Kapele pojechały w majową, juwenaliową trasę z Pogodno i Muchami. Publiczność oklaskami nagradzała najlepszych. Zwyciężył Kolorofon. Laureat tak się ucieszył i zmobilizował, że na przestrzeni kilku miesięcy nagrał i wydał debiutancką płytę „Kpt. Skała”, nad którą pracował wcześniej prawie 10 lat. Innym odkryciem mobilnej sceny jest łódzki The Washing Machine. Kilka miesięcy po tourbusowych występach zespół zdobył wyróżnienie na

Festiwalu w Jarocinie, a teraz przymierza się do ataku na Wielką Brytanię. Trzymamy kciuki! Tymczasem Red Bull Tourbus rusza w trasę 2010. Pierwszy przystanek to konkurs organizowany razem z Jarocinem. Co roku kilkaset zespołów przysyła swoje zgłoszenia, aby wystąpić na małej scenie tego festiwalu. Tym razem – zanim przyjdzie lipiec – 12 finałowych zespołów pojedzie w trasę z Red Bull Tourbus. Występy podczas Juwenaliów dadzą im szansę zaprezentowania się przed szeroką, zupełnie nową publicznością. Wszyscy finaliści spotkają się znowu 16 i 17 lipca w Jarocinie. Red Bull Tourbus będzie tam – w sercu wydarzeń – jako oficjalna mała scena festiwalu. Na niej, przez dwa dni konkursowe, zespoły oceniać będzie branżowe jury. Zwycięzca zagra w ostatni dzień festiwalu na głównej jarocińskiej scenie. I powiedzcie, że rockandrollowe marzenia się nie spełniają... Ważne linki: www.jarocinfestiwal.pl www.redbull.pl/tourbus www.myspace.com/redbulltourbuspolska

Zdjęcia: Lukas Nazdraczew/Red Bul Photofiles (3)

Ten autobus to prawdziwy pojazd z duszą. Wyposażony w sofy, PlayStation, subwoofery, ukryte lodóweczki, może być również rockową sceną.


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

FMX de luxe

Zdjęcia: balazsgardi.com/Red Bull Photofiles, Jörg Mitter/Red Bull Photofiles

Kolejna seria Red Bull X-Fighters rozpoczyna się 16 kwietnia. Nowi zawodnicy i genialne trasy sprawiają, że pasjonaci sportów ekstremalnych już zacierają ręce.

3

5 4 1

6 2

Red Bull X-Fighters Światowa Seria 2010: przystanki 1 2 3 4 5 6

Mexico City, Meksyk, 16 kwietnia Giza, Egipt, 14 maja Moskwa, Rosja, 26 czerwca Madryt, Hiszpania, 22–23 lipca Londyn, Wielka Brytania, 14 sierpnia Rzym, Włochy, 1 października

Laury szybko przekwitają. 16 kwietnia 2010 roku nikogo już nie będzie interesowało ubiegłoroczne zwycięstwo Nate’a „The Destroyera” Adamsa, który przypieczętował nim, przy pełnej widzów arenie przed londyńskim Battersea Stadion, swoją wielką wygraną na całej trasie Red Bull X-Fighters World Tour. Najbardziej spektakularna seria zawodów we freestyle motocrossie czeka na nowego triumfatora, mistrza w tej dziedzinie sportów ekstremalnych. W przeciwieństwie do lat ubiegłych – gdy zawodnicy byli zapraszani do startu w Red Bull X-Fighters World Tour – sześciu najlepszych kierowców z poprzedniej edycji zostało automatycznie zaklasyfikowanych do udziału w tegorocznych zawodach; kolejnych sześciu z aktualnego rankingu World Tour walczy o cztery miejsca, a ostatnie dwa miejsca obsadzane są na zasadzie „dzikich kart”. Nate Adams (USA), Robbie Madison (AUS), Mat Rebeaud (SUI), Eigo Sato (JPN), Dany Torres (ESP) i Levi Sherwood (NZL) – to pewniacy obecnej edycji. W Meksyku zmierzą się z nimi kierowcy kategorii open: John Nungaray (MEX), Blake „Bilko” Williams (AUS), Andre Villa (NOR), Jeremy „Twitch” Stenberg (USA), Mike Mason (USA), Charles Pages (FRA), Adam Jones (USA) i prawdopodobnie – uczeń Eigo Sato – Taka Higashiono (JAN). Ogromne wrażenie robią lokalizacje nowych tras: Giza z piramidami w tle, Plac Czerwony w Moskwie i Wieczne Miasto – Rzym. W Polsce Red Bull X-Fighters walczyli w roku 2008 na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia, dosłownie na kilka dni przed tym, jak ruszyły prace budowlane nad nowym Stadionem Narodowym.

Wszyscy przeciwko Destroyerowi. Najlepsi freestylerzy motocrossu chcą pokonać Nate’a Adamsa – zwycięzcę z zeszłego roku

Wszystkie informacje o trasie i zawodnikach na stronie www.redbullxfighters.com

85


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

Zdobądź Sprzęt

Roman Hagara: niezbędnik żeglarza Dwa razy wygrał olimpijskie złoto. Teraz walczy w Extreme Sailing Series (więcej w dziale „Akcja”) i opowiada nam o zawartości swojej szafy. Kapok: Camaro Classic www.camaro.at „Mieliśmy wcześniej specjalne kapoki, które dawały nam dużą swobodę, teraz mamy kontrolę wyporności. W wodzie musisz być w stanie szybko zanurkować, by wyjść spod żagla albo z drogi innego katamaranu, który się do Ciebie zbliża”. Roman Hagara

Okulary: Oakley Custom Jawbone www.oakley.com.pl

Torba: Sail Racing 120 L Carbon www.sailracing.com

86

Zdjęcia: Mark Teo/Red Bull Photofiles (1), Will Thom/Red Bull Photofiles (8), Webasto

Chronometr: Omega Seamaster Racing www.omegawatches.com „Zawsze nosiłem Omegę. To jedna z niewielu firm produkujących profesjonalne zegarki żeglarskie. W regatach startujemy w 5-minutowych odstępach. Nastawiam zegarek, naciskam guzik i wszystko gra”.


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU

Kurtka: Sail Racing 50 KTS Orca www.sailracing.com „W żeglowaniu na katamaranach pokonujesz długie dystanse i cały czas pracujesz. Dlatego ważne jest, aby materiał pozwalał na dynamiczne ruchy. Oddychalność Gore-Texu nie pozwala na przegrzanie i ewentualną utratę przytomności”.

Scyzoryk: Leatherman Wave www.leatherman.com „Mam go zawsze przy sobie. Coś mocno pociągnąć, coś przeciąć. To bardzo przydatne, kiedy łódź leży odwrócona do góry dnem, a Ty jesteś uwięziony pod żaglem albo pod trampoliną i musisz się wyciąć – tak mi się zdarzyło. Dlatego nóż ze wszystkimi innymi gadżetami jest niezbędny”.

Plecak: Sail Racing 50 KTS Laptop Carbon Torba: Sail Racing X-Loader www.sailracing.com Messenger Med Blue www.sailracing.com

Breloczek do kluczy Webasto www.webasto.com

„Często trenujemy w deszczu. Wracając na ląd dobrze jest szybko się rozgrzać. Tym gadżetem mogę – będąc na wodzie – włączyć ogrzewanie w moim samochodzie”.

Obejrzyj Romana i załogę Red Bulla w akcji: www.extremesailingseries.com

87


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU Philadelphia Phillies – Washington Nationals 12.04.2010

hot SPOTS

Pierwszy mecz, jaki Jimmy Rollins i Phillies rozgrywają u siebie. W zeszłym roku grali w World Series. Citizens Bank Park, Filadelfia, USA

Najlepsze imprezy miesiąca na całym świecie.

Masters of Dirt 8–11.04.2010

Pokaz swoich umiejętności dadzą najlepsi freestyle’owcy: motocrossowcy i rowerzyści. Będą skakać pod sam dach hali. Citywest Convention Centre, Dublin, Irlandia Red Bull NordiX 9–10.04.2010

Skicross w połączeniu z biegami narciarskimi. Biegacze, biatloniści i specjaliści od kombinacji norweskiej na najeżonej trudnościami trasie i podczas skoków. Davos, Szwajcaria Vienna Air King 2010 10.04.2010

Tę największą imprezę rowerową w Austrii obserwowało rok temu prawie 100 000 widzów. Międzynarodowe zawody w dirt jump koło wspaniałych zabytków. Rathausplatz, Wiedeń, Austria

Zdjęcia: Citroën/McKlein/Red Bull Photofiles, Red Bull Photofiles (3)

FIM World Enduro Championship 10–11.04.2010

Rajdowcy specjalizujący się w enduro rozpoczynają sezon w prowincji Huelva w Andaluzji. Valverde del Camino, Hiszpania FIM Motocross World Championship 11.04.2010

Red Bull Ragnarok 15–18.04.2010

Czołowi snowkiterzy z całego świata, m.in. Guillaume Chastagnol, będą walczyć na Hardangervidda – największym górskim płaskowyżu Europy. Po każdym etapie – na blisko 12-kilometrowej trasie – odpadnie połowa zawodników. Szóstka finalistów będzie w sumie w powietrzu przez sześć godzin. Naprawdę dostaną w kość. Haugastol, Norwegia Red Bull Air Race Perth 17.04.2010

Po tradycyjnym otwarciu sezonu nad Zatoką Perską piloci ponownie wzbiją się w powietrze. Tym razem zawody odbędą się nad Rzeką Łabędzią w Perth. Ostatnie, dwa lata temu, wygrał tu Brytyjczyk Paul Bonhomme. Perth, Australia Red Bull City Wake 17.04.2010

Druga odsłona MŚ w klasach MX1 i MX2 odbędzie się na wschodnim wybrzeżu Włoch. Fermo, Włochy

Jeżdżący na krótkiej desce za motorówką cable-wakeboarderzy, Adam Errington i Brian Grubb, przetestują rwące nurty rzek i wodospady w okolicach amerykańskiej stolicy. Washington DC, USA

Boston Celtics – Milwaukee Bucks 14.04.2010

NASCAR Sprint Cup Series 18.04.2010

Rajon Rondo i jego Boston Celtics w ostatnim meczu w ramach sezonu zasadniczego. Potem rozpoczną się play-offy i droga do obrony tytułu. TD Banknorth Garden, Boston, USA

Samsung Mobile 500 to 334 rundy na dystansie 501 mil (806 km). W zeszłym roku zwyciężył Jeff Gordon, niekwestionowany triumfator Sprint Cup w ostatnich czterech sezonach. Texas Motor Speedway, USA

88

Red Bull X-Fighters 16.04.2010

Siedemnastoletni Levi Sherwood zaskoczył w zeszłym roku swoim zwycięstwem ponad 43 000 zachwyconych kibiców. Mexico City, Meksyk


WIĘCE J DLA CIAŁA I UMYSŁU WRC Rally of Turkey 16–18.04.2010 Po rocznej przerwie rajd w Turcji wraca do kalendarza. Antalya–Kemer, Turcja

O’Neill Cold Water Classic 26.04–4.05.2010

Formuła 1, Grand Prix Chin 18.04.2010

W zeszłym roku Red Bull Racing pojechał tu perfekcyjnie. Sebastian Vettel startował z Pole Position, a wszystko skończyło się podwójnym zwycięstwem – właśnie dzięki Niemcowi oraz jego australijskiemu koledze z zespołu, Markowi Webberowi. Shanghai International Circuit, Chiny Desert Cup Outback 18–28.04.2010

Na biegacza ekstremalnego Christiana Schiestera i ok. 200 innych uczestników czeka 6-etapowa, 250-kilometrowa trasa wyścigu. Wiedzie ona przez australijski interior – suche bezdroża kanionów i temperatury dochodzące do 40°C. Wyżyna Kimberley, Australia Red Bull Harbour Cross 19–21.04.2010

Freestyle’owi motocrossowcy Nick Franklin i Levi Sherwood wykonają 45-metrowy skok nad wodą, tak by zmieścić się między masztami żaglowca. Auckland, Nowa Zelandia FIVB Turniej Siatkówki Plażowej 19–25.04.2010

Inauguracja sezonu siatkówki plażowej odbywa się ponownie w Brazylii. Brasilia, Brazylia ASP World Tour 23.04–2.05.2010

Trzecia odsłona ASP WT zgromadzi męską elitę surferów na południu Brazylii. Santa Catarina, Brazylia

Red Bull BMX Park Tour Makkah 22–23.04.2010

Senad Grosic próbuje swoimi pokazami w centrach handlowych i na uniwersytetach powiększyć grono pasjonatów BMX. Mekka, Arabia Saudyjska

Red Bull Street Style Finał MŚ 26–28.04.2010

Wirtuozów freestyle’owego futbolu wyłoniono podczas turniejów krajowych. Teraz ta 55-osobowa ekipa spotka się w Kapsztadzie, gdzie będzie rywalizować o tytuł mistrza świata. Kapsztad, RPA

Na najbardziej zahartowanych surferów, jak Sam Lamiroy, czekają na północy Szkocji piękne wybrzeża, zimna woda i niesamowite fale. Inverness, Zjednoczone Królestwo Kini Fullgastag 1.05.2010

Austriacka motocrossowa rodzina Kinigadnerów zaprasza na piątą edycję wystawy poświęconej sportom motorowym. Obok najsłynniejszych firm z branży, ciekawy będzie także program towarzyszący. Kinishop, Uderns, Austria Red Bull Camp Hester 1.05.2010

Devin Hester z Chicago Bears jest rekordzistą NFL pod względem liczby return touchdowns. Nazywany „Windy City Flyer” punt returner, cornerback i skrzydłowy (wide receiver) wprowadzi dzieci w tajniki futbolu amerykańskiego w ramach obozu sportowego. Chicago, USA Dirtopia 1–3.05.2010

Najstarsza i największa impreza MTB w RPA. Ponad 500 amatorów i zawodowców zmierzy się w dyscyplinach cross country, gravity downhill, freeride, dirt jumping, polo, trials i widowmaker. Greyton, Kapsztad, RPA Red Bull Dirt Pipe 1–5.05.2010

Dirtbikerzy (BMX): Corey Bohan i Sergio Layos zaprezentują swoje umiejętności w jedynym w swoim rodzaju dirtowym halfpipe. Będzie on przez dwa dni dostępny także dla amatorów. W programie m.in. zawody. Mt. Beauty, Melbourne, Australia Ryan Doyle na Słowacji 1–14.05.2010

Ryan Doyle, freerunner, zaprasza na swoje warsztaty na Słowacji. Dodatkowo będzie można wystartować w kwalifikacjach razem z najlepszymi słowackimi freerunnerami i zdobyć „dziką kartę” na finał Red Bull Art of Motion w Wiedniu. Bratysława, Słowacja 89


Więce j dla Ciała i Umysłu Joe Shanahan

Oto człowiek, który w swoim klubie stworzył niezależną scenę i dokładnie wie, co się dzieje w każdym zakątku Windy City (s. 92). Chicago, USA

Potęga nocy Okrążamy świat więcej niż jeden raz. Dla wszystkich, którzy nigdy nie mają dość zabawy. Snowbombing 2010 6–10.04.2010

Axel O Boman 9.04.2010

Przez cały tydzień zegarki w tyrolskiej dolinie Zillertal tykają według czasu Greenwich. Tysiące młodych Brytyjczyków spędza tu wiosenne ferie, imprezując na Snowbombing Festival w Mayrhofen, bez charakterystycznych dla kwietnia narciarskich rozczarowań, za to z Fatboy Slimem, Skream, Gregiem Wilsonem i De La Soul. Mayrhofen, Austria

Wyraz „axel” po szwedzku znaczy „ramię”. Jednak do O Bomana, DJ’a rodem ze Sztokholmu, lepiej pasuje szwedzkie słowo „rumpa”, po polsku „tyłek”. Właśnie tę część ciała O Boman wprawia w ruch swoimi DJ’skimi setami. Deephouse’owe brzmienia Axela wydał w swojej kuźni talentów o wdzięcznej nazwie Pampa, sam DJ Koze. Purple Drank, Geteborg, Szwecja

Kode9 8.04.2010

Gdy Steve Goodman, docent na Uniwersytecie East London, nie prowadzi wykładów, wyrusza w trasę pod pseudonimem Kode9. Zajmuje się wtedy promowaniem dubstep – odmiany electro, przypominającej wojnę na dźwięki, za sprawą głębokich, ryczących basów. 16 Tons Club, Moskwa, Rosja

Zdjęcia: brett kramer, getty images , James Pearson-Howes, ross hiller

Hudson Mohawke 8.04.2010

Hudson Mohawke – obok swojego kumpla Flying Lotusa – uznawany jest za najmłodszego wizjonera muzyki elektronicznej. Hudson dobrze czuje się w swoim gatunku muzycznym, a jego połamane hiphopowe bity brzmią wyjątkowo charakterystycznie. The Social, Paryż, Francja Caspa 9.04.2010

Zgodnie z tym co mówi o sobie, jest urodzonym chuliganem, któremu tylko bójki w głowie. Dlatego Brytyjczyka o pseudonimie Caspa na ulicy lepiej unikać. Co innego jednak w klubie. Dubstepowe sety DJ’skie Caspy mają w sobie energię lawy i są równie jak lawa gorące. Redrum, Helsinki, Finlandia 90

The Mountain Goats 9.04.2010

Nowy album „The Life of the World to Come” amerykańskiego autora piosenek Johna Darnielle’a i jego zespołu zaczyna się jak Księga Ksiąg. Dwie pierwsze piosenki noszą tytuły „Psalms 40:2” i „Genesis 3:23”. Zespół pozostaje jednak wierny swemu eleganckiemu i melancholijnemu brzmieniu w stylu Indie i nie ma na tej płycie ani śladu katolickiego rocka. San Francisco Bath House, Wellington, Nowa Zelandia Modeselektor 9.04.2010

Nikt nie potrafi wyrazić berlińskiego brzmienia z taką wirtuozerią jak duet Modeselektor. To stara szkoła techno, zabawna i jednocześnie totalnie poważna w kwestii rozsadzania głośników. ABC, Glasgow, Szkocja MotoGP w Katarze 11.04.2010

Po udanej premierze w 2008 r., nocny wyścig klasy Moto GP 2009 przełożono na następny dzień z powodu oberwania chmury (dosłownie!). Właśnie rusza kolejna edycja. Losail International Circuit, Katar

Institubes

Wielki kryzys w wytwórniach płytowych? Nie wszędzie! Mały francuski label świetnie sobie radzi dzięki innowacyjnym pomysłom (s. 96). Paryż, Francja


Więce j dla Ciała i Umysłu Deerhoof 20.04.2010

Kalifornijska grupa potrafi w ułamku sekundy zmieniać eksperymentalne hałasy w kołysania w stylu twee pop, riffy indie w psychodeliczne dźwięki. Powiększenie, Warszawa, Polska

Maximilian Skiba 16.04.2010

Meet in Town Festival 11.04.2010

Z wyglądu Auditorium Parco della Musica w Rzymie przypomina równocześnie Operę w Sydney i Gwiazdę Śmierci z Gwiezdnych Wojen. Budowla projektu włoskiego architekta Renzo Piano jest tak samo futurystyczna jak muzyka prezentowana podczas Meet in Town Festiwal, który tu się odbywa. Grają m.in.: Junior Boys, Plaid, Daedelus, Metro Area, Soap & Skin, The Very Best czy Jimmy Edgar. Auditorium, Rzym, Włochy Erol Alkan 15.04.2010

Rozpętał modę na mashup, po tym jak skojarzył Kylie Minogue i New Orders. W swoim londyńskim klubie trashowym rozpropagował takie kapele, jak np. Klaxons. Obecnie Erol Alkan flirtuje z brzmieniem space disco, które równie świetnie jak jego wcześniejsze inspiracje wypada w miksach. The Parish, Austin, USA Red Bull Soundclash 16.04.2010

Na ring wkraczają dwa zespoły. Zamiast rękawic bokserskich mają mikrofony, zamiast ochraniaczy na zęby – gitary. Próbują wygrać Red Bull Soundclash konwersując, grając własne utwory, improwizując. Nie jest to łatwe, gdyż w roli sędziego ringowego występuje publiczność. SaSaZu, Praga, Czechy DJ Food 16.04.2010

Tony Nwachukwu

Jego klubowa noc CDR to czas zabawy z muzyką elektroniczną. Miejsce, w którym rodzą się nowe muzyczne idee i rozpoczynają się kariery (s. 95). Londyn, Wielka Brytania

Strictly Kev już dawno odkrył, że także DJ’e potrzebują strawy dla ducha. Dlatego na początku lat 90., razem z członkami Coldcut i Cinematic Orchestra, wyprodukował legendarną serię winyli pt. „Jazz Brakes”. Samplował stare płyty jazzowe z fragmentami hiphopowych wersów, dodając im w ten sposób całkiem nowego blasku. La Coupole, Biel, Szwajcaria

Na początku nowego tysiąclecia słabo się powodziło starej damie disco. Nikogo nie interesowała drama na parkiecie. Na szczęście tacy chłopcy, jak Maksymilian Skiba, wyszukali na pchlich targach dawne skarby i poddali je kuracji odmładzającej pod hasłem nu-disco. 1500 m2, Warszawa, Polska Jori Hulkkonen 16.04.2010

Podczas Wiener Sound: Frame Festival, DJ i VJ mają na scenie takie same prawa. Na Red Bull Music Academy załogę uzupełniają weterani techno: Jori Hulkkonen i Patrick Pulsinger oraz belgijski wizualista Legoman. Ottakringer Brauerei, Wiedeń, Austria Coachella Festival 16–18.04.2010

Przez cały dzień termometr na kalifornijskiej pustyni wskazuje 38°C. Noce natomiast bywają zimne, wręcz mroźne, lecz 25 tysiącom fanów jest to bez różnicy, o ile line-up obsadzają takie gwiazdorskie składy jak LCD Soundsystem, MGMT, Pavement, The XX czy 2 Many DJ’s. Empire Polo Field, Indio, Kalifornia, USA Camo 17.04.2010

Z najlepszego skateboardera w Austrii stał się eksportowym numerem jeden w dziedzinie drum’n’bass: Reini Rietsch nie może narzekać na brak talentów. Gdy zmęczyły go już slide’y i grindy, zajął się drumcomputerem. Teraz publikuje swoje tracki jako Camo & Krooked w najlepszej londyńskiej wytwórni drum’n’bassowej. Jungle Juice, Paryż, Francja Afro Picks @ SA Music Awards 17.04.2010

Lee Kasumbę nazywa się matką afrykańskiego hip-hopu – tak nazywają ją fani w Afryce. Trudno znaleźć drugą osobę, która miałaby równie dużo znajomości i koneksji w afrykańskim światku muzycznym, co ta trzydziestolatka. By dać szansę młodszym artystom, Kasumba i jej zaprzyjaźniony DJ Kenzhero zorganizowali trasę koncertową „Afro Picks”. Sun City, RPA 91


Resident Artist

Indie City

joe SHANAHAN CHICAGO

Chyba nikt nie miał większego wpływu na rozwój niezależnej kultury w Chicago: Joe Shanahan, założyciel legendarnego klubu „Metro”, pokazuje nam swoje Wietrzne Miasto.

Chicago to miasto wielu małych dzielnic. W każdej z nich znajdziesz przynajmniej jeden bar, w którym poczujesz się jak w domu. Moim „drugim domem” jest Hopleaf, lokal w dzielnicy Andersonville. Duży wybór piwa, tradycja, dobra muzyka. W dodatku jest tuż za rogiem. Czego chcieć więcej? Kolejnym barem, który polecam, jest Hideout. Niepozorny jak perła, zagubiony na przedmieściach, gdzie służby oczyszczania miasta parkują swoje śmieciarki. Gdy przyjeżdżają do mnie z wizytą przyjaciele, zawsze zabieram ich do tego miejsca. Niedawno widziałem tam Glena Hansarda i Marketę Irglovą – duet, który w 2008 roku dostał Oscara za ścieżkę dźwiękową do filmu „Once”. Hideout to naprawdę niepozorna miejscówka, ale skoro wpadają tam laureaci Oscara, to chyba coś znaczy, prawda? Muzyka i sztuka współżyją ze sobą w Chicago jak w nieformalnym partnerskim związku. Tuż obok sklepów z płytami otwierają się niezliczone galerie. Jeden z najlepszych adresów płytowych w mieście to Dusty Groove. W dzisiejszych czasach wiele dla mnie znaczy możliwość pogrzebania w nowych kompaktach albo starej, winylowej klasyce – dla mnie to takie „przeżywanie muzyki dotykiem”. Jest tu sporo galerii z wyższej półki, jak np. Rhony Hoffman, ale mnie osobiście bardziej podobają się małe artystyczne lofty w okolicach Wicker Park. To tam rozkwitają nowe trendy, tam można znaleźć młodych gniewnych. Moją ulubioną restauracją jest obecnie Publican, głównie ze względu na serwowaną tam „trójcę”: piwo, ostrygi i wieprzowinę. Jeśli ktoś chce tylko coś przekąsić, polecam nielegalną budkę z hot-dogami, „Hot 92

Doug’s” przy North Side. „Nielegalną” dlatego, że sprzedawca serwuje tam bez zezwolenia kiełbaski z kaczki z foie gras. Pokazuje władzom środkowy palec i ryzykuje codziennie 300 dolarów kary. Prawdziwy punkowiec wśród sprzedawców hot-dogów! Gdy chcę się zrelaksować, zaszywam się w barze Violet Hour, którego nazwa nawiązuje do wiersza T.S. Eliota. To dobre nawiązanie, bo panuje tam spokój jak w bibliotece, poza tym mają fantastycznego long drinka o nazwie „Hemingway”. Nie znam dokładnego przepisu, ale jedno mogę powiedzieć: jest w nim rum, bardzo dużo rumu! Kto chce posłuchać w Chicago dobrego jazzu, idzie do Uptown, do Green Mill. To

legendarna miejscówka! Została otwarta na początku lat 30., bywał w niej Al Capone ze swoją ekipą – mieli tam melinę, gdy obowiązywała prohibicja. Green Mill nie stracił swojego dawnego uroku i do dzisiaj wygląda tak, jak za starych, dobrych czasów nielegalnych lokali. Chodzimy tam z żoną, żeby wsłuchiwać się w jazz na żywo. „Wsłuchiwać się” to właściwe określenie, bo w czasie koncertów obowiązuje surowy zakaz rozmawiania – pogadać można sobie w przerwach. A skoro już jesteśmy przy klubach z muzyką na żywo, to każdy fan muzyki trafi w końcu do mojego „dziecka”, czyli klubu Metro. Gdy otwierałem go w 1982 roku, marzyłem o czterech artystach z występami na żywo


Appleblim & Will Saul 17.04.2010

Basy, które zdają się ważyć tony, delikatna perkusja i sample, w których brzmią echa Bliskiego Wschodu, to podstawowe składniki brytyjskiego brzmienia Appleblim. To wszystko w pakiecie z dubstepowymi beatami i techno wysyłane jest w świat. Na opakowaniu, w rubryce „nadawca”, widnieje nazwa wytwórni: Apple Pips. Panorama Bar, Berlin, Niemcy W Green Mill słuchany jest dobry jazz, w Metro grali kiedyś giganci rocka, a w Violet Hour – podobno dobrze polewają

Ramadanman 17.04.2010

Wydaje się, że obok takich herosów jak Skream, Mala czy Kode9, Ramadanman to nowicjusz na londyńskim uniwersytecie nauk basowych. Jednak wyniki jego pracy widać gołym okiem: dubstepowe hymny Ramadanmana otwierają drzwi między deep house a drum’n’bassem. Co ważne – żaden dźwięk nie brzmi tu zgrzytliwie. Kavka, Antwerpia, Belgia

Zdjęcia: Matt Carmichael/Getty Images, Brett Kramer, Mark Susina, Anna Szabo; Ilustracja: Andreas Posselt

Henrik Schwarz 17.04.2010

1 Metro, 3730 North Clark Street 2 Hopleaf Bar, 5148 North Clark Street 3 Dusty Groove, 1120 North Ashland Avenue 4 The Violet Hour, 1520 North

Damen Avenue 5 Hot Doug’s, 3324 North California Avenue

i powiedziałem sobie, że jeżeli uda mi się ich zaprosić do mojego klubu, to znaczy, że odniosłem sukces. Byli to: George Clinton, James Brown, Iggy Pop i Keith Richards. Po 28 latach mogę stwierdzić, że trzech z nich grało już w Metrze. To były wspaniałe czasy, dokładnie to pamiętam: w 1982 roku zaprosiłem na koncert zespół New Order. Chłopcy doszli do wniosku, że sami też chcą otworzyć klub. Wkrótce potem funkcjonowała już intensywna wymiana DJ’ów między Metrem i ich nowym klubem w Manchesterze, Haçiendą. Wysyłaliśmy im chicagowski house, a w zamian dostawaliśmy madchester. Brytyjscy DJ’e z tamtego okresu bardzo mi się podobali, mieli takie świeże sety. Ta fascynacja oryginalnymi dźwiękami została mi do dziś. Ostatnio widziałem Grizzly Bear, a niedługo zobaczę Simian-Mobile-Disco-Show. Aha, tym ostatnim z mojej wymarzonej czwórki, który jeszcze nie grał w Metrze, jest Keith Richards. Ale i tak postawiłem na swoim, bo prowadzę też inny, mniejszy klub – Double Door – i Stonesi woleli wystąpić właśnie tam! Joe Shanahan – jego życie, jego muzyka i praca: www.metrochicago.com/history/

Brzmienie house’owej muzyki Schwarza jest genealogicznie bliskie jazzowi i wczesnym formom funk, czego dowodzą wyjątkowo uduchowione tracki, jak np. „Leave My Head Alone Brain” oraz DJ’skie kompilacje, w których kawałki Moondoga płynnie przechodzą w eposy Drexciya. Libertine Supersport, Bruksela, Belgia Zinc 17.04.2010

Zinc porzucił muzykę drum’n’bass na rzecz crack house (określenie to wymyślił zresztą na własne potrzeby). Za mikrofonem staje Ms Dynamite, odpowiedzialna za melodeklamację do brudnych elektrobitów, patrz „Wile Out”. Całość spina sam Zinc, tworząc formę kolejnego hitu na liście Top 40. Unit, Tokio, Japonia Night of the Jumps 17–18.04.2010

Nowy sezon stoi już w blokach startowych. Fani sportów motorowych czekają na fajerwerki akcji FMX z gwiazdorską obsadą. Jedni z najlepszych kierowców świata będą walczyć o zwycięstwo w takich kategoriach jak: skok wzwyż, whipcontest i freestyle. Stadthalle Graz, Austria 93


Najlepsze kluby Świata

Bonobo 23.04.2010

Wcale nie taka zwierzęca, jak można byłoby sądzić po nazwie, jest muzyka brytyjskiego elektronika Simona Greena alias Bonobo. Z legendarnym labelem Ninja-Tune za plecami, miksuje na swoim komputerze syntetyczne brzmienia, sample, gitary i bębny. To danie typowo „downbeatowe”, które wokalistka Andreya Triana podaje na żywo przyprawione swim soulowym wokalem. Mezzanine, San Francisco, USA Dimlite 23.04.2010

Dziadek Dimitra Grimmsa był współczesnym kompozytorem, ojciec – multi-instrumentalistą. Powiedzenie, że jabłko nie pada daleko od jabłoni, sprawdziło się i w tym przypadku. Ich następca pod pseudonimem Dimilite projektuje na swoim laptopie psychodeliczne dźwiękowe światy, które leżą gdzieś w elektronicznej galaktyce. Homework Festival, Bolonia, Włochy

Gorączka nocy W Singapurze wiele się dzieje. Szczególnie w Klubie Zouk, gdzie miksują najlepsi DJ`e.

Zouk Club singapur

Horse Meat Disco 23.04.2010

Od momentu wypuszczenia kompilacji beatów pod własną etykietą, DJ’ski kolektyw Horse Meat jest pożądany niczym świeża konina we Włoszech. Nie tylko w ojczystym mieście Londynie, gdzie grany jest w każdą sobotę w Eagle-Club obok takich perełek disco, jak Gino Soccio czy Fern Kinney. Otto, Istambuł, Turcja Bang Face Weekender 23–25.04.2010

Klasowe spotkania w brytyjskiej gminie rave: weekendowa impreza pod egidą Smileys. Swoje miejsce znalazły tu obecnie – pomiędzy techno i jungle – także takie legendy elektroniki jak Luke Vibert, Matthew Herbert i mistrz house z Detroit – Moodymann. Camber Sands, Anglia Drums Of Death 24.04.2010

Występy na żywo w wykonaniu Brytyjczyka Drums of Death, z makijażem w stylu voodoo i energetyczną muzyką house wyglądają tak, jakby na party wearhouse w Chicago wpadł Heath Ledger w roli Jokera. Albo jakby kontrolę nad acidową imprezą karnawałową przejął Robert Owens. Razzmatazz, Barcelona, Hiszpania 94

Klub Zouk to nie tylko impreza wewnątrz, ale i na zewnątrz – Zouk Out (zdj. w środku)

Jest gorąco. Żar leje się z nieba. Zatłoczone ulice Singapuru spowija mgliste powietrze. Małe, stylowe restauracje z klimatyzacją i drogimi pozycjami w menu, wypełnione są po brzegi. To Singapur – wielokulturowe, nowoczesne, najczęściej odwiedzane przez ludzi szukających wrażeń azjatyckie miasto. Palące słońce świeci nad nienaturalnie spokojnymi ulicami jeszcze kilka godzin przed tym, jak wilgotna, dzika noc przejmie nad nimi kontrolę. Zapada wieczór, a ulice zapełniają niezliczone taksówki wiozące podekscytowanych fanów muzyki różnych kultur i narodowości. Podążają w stronę żaru – Zouk jest jego źródłem. To, co jeszcze osiemnaście lat temu było tylko trzema ogromnymi, bezużytecznymi i zakurzonymi magazynami nad brzegiem rzeki Singapur, dzisiaj jest jednym z najlepszych house’owych klubów na świecie. Najlepsi DJ’e zmieniają się tu za gramofonami częściej, niż Ty sam zmieniasz przepocone t-shirty w tym tropikalnym upale. Klub Zouk, znajdujący się w samym centrum miasta, oszałamia swym spektakularnym wystrojem. Samo obserwowanie jego niezwykłych neonów i szalejącego wewnątrz tłumu jest ekscytujące. „Dzięki oddaniu i pasji do muzyki, dążymy do stworzenia najlepszego klubu na świecie. Jako pierwsi wyforsowaliśmy azjatycką muzykę dance na pierwszy plan światowego clubbingu” – mówi Sofie Chandra, rzeczniczka Zouk. Ta deklaracja zapewnia ciągłą rotację światowej klasy DJ’ów, magiczne sety i niezapomniane noce. Następnego dnia przed południem, kiedy roztańczony tłum nadal podryguje na parkiecie w rytm niezwykle czystych dźwięków, Sofie kontynuuje: „W weekendy zabawa zwykle trwa do 5–7 rano, ale zdarzają się wyjątkowe imprezy – takie jak NYE z Dannym Tenaglia w 2006 roku, kiedy to tłum szalał do jedenastej”. Projektant i wykonawca imponującego nagłośnienia, Gary Stewart, regularnie sprawdza, czy wszystko działa jak należy. DJ’e ustawiają się tutaj w kolejce, aby móc raz jeszcze usłyszeć brzmienie własnej muzyki w tym idealnie dopracowanym soundsystemie. „To jest najlepszy soundsystem, z jakim pracowałem. Najlepszy na świecie!” – krzyczy znad gramofonów Paul Oakenfold. I nie tylko on tak sądzi. Infected Mushrooms, 2 Many DJ’s, Paul van Dyke czy Armin van Buuren to tylko niektóre gwiazdy DJ’ingu, które doprowadziły tłum na parkiecie klubu Zouk w Singapurze do wrzenia – i na pewno wkrótce to powtórzą, ponieważ tu jest zawsze gorąco. Żar leje się z nieba. Zouk Club, 17 Jiak Kim Street, Tel.: +65 6738 2988, www.zoukclub.com

Zdjęcia: Zouk (3)

Więce j dla Ciała i Umysłu


Więce j dla Ciała i Umysłu

Tony Nwachukwu londyn

Green Room

Zdjęcie: Thomas Butler/Red Bull Music Academy

W trakcie pracy Z domowego studia wprost do klubu? Londyńska klubowa noc Tony’ego Nwachukwu to mekka młodych muzyków z oryginalnymi pomysłami.

Zimny londyński wiatr na Courtain Road przegonił wszystkich z zazwyczaj tłumnie obleganej ulicy w sercu dzielnicy Shoreditch. Tylko w jednym miejscu zebrała się niewielka grupka. Stoją przed słabo oświetlonym zejściem do piwnicy. Zza okratowanych drzwi ledwo widać niepozorny napis: „Plastic

People”. Ktoś nerwowo przeszukuje kieszenie, wyciąga płytę CD i wchodzi z nią do klubu. Specjalnie jechał tu półtorej godziny z Uxbridge, jak w co drugi czwartek. Płytę przejmuje dziewczyna z klubu, oddając w zamian karteczkę. Autor zapisuje na niej: „Bergs, Track 4, Untitled”. W niewielkim

i dość ciemnym wnętrzu widać DJ’ski pulpit, przy gramofonach postawny człowiek. Na parkiecie około 300 osób. DJ kiwa głową w rytm muzyki, do prawego ucha przyciska słuchawkę, drugą ręką przeszukuje stos płyt. Tu znajdzie się niebawem deephouse’owa płyta, która przyniósł Bergs. DJ nazywa się Tony Nwachukwu i wraz z partnerem, Gavinem Alexandrem, prowadzi eventy, które stały się główną przystanią młodych elektroników: CDR Night. „Zasada jest prosta: muzycy przynoszą do klubu swoje nowe tracki, prosto z domowego studia. Często są to już gotowe, wyprodukowane kawałki. Ale bywają także pomysły i szkice. Właśnie dla nich jest noc CDR, bo przecież muzyka nigdy nie jest skończona, znajduje się w permanentnym procesie rozwoju” – tłumaczy Nwachukwu. W co drugi czwartek młodzi producenci w Plastic People mogą posłuchać swoich utworów na jednym z najlepszych soundsystemów w mieście. Zawierają tu nowe znajomości, rozmawiają z kolegami po fachu o swoich kawałkach, mogą przekonać się, czy nowy track sprawdza się na parkiecie lub czy ścieżka basowa nie jest zbyt głośna. Nwachukwu zna potrzeby młodych DJ’ów, sam jest muzykiem. Jako autor trip-hopowego projektu Attica Blues wydawał płyty w najbardziej renomowanej wytwórni w Londynie, Mo’ Wax. Jego najnowszy deephouse’owy singiel pt. „T Times Too” ukaże się w szwajcarskiej firmie fonograficznej – Drumpoet Community. Wszechstronność Nwachukwu znajduje odzwierciedlenie na CDR Nights. Dubstep, nu-Jazz, house, soul, hip-hop – nikt nie narzuca stylu młodym producentom, którzy przynoszą tu swoją muzykę. To spore wyzwanie dla DJ’a wieczoru, którym jest sam Nwachukwu. „Za każdym razem jestem bliski zawału. Zamiast grać kawałki z własnej kolekcji, odtwarzam płyty, których nie znam. Na tym też polega cała przyjemność – tworzymy wspólnie niezwykłą muzyczną podróż. Od tracków ambientowych, których publiczność raczej słucha, aż do bardzo dynamicznych numerów, przy których nogi same rwą się do tańca” – mówi Nwachukwu. Ten kreatywny cykl klubowych nocy powołał do życia w 2002 roku. Jego własne archiwum składa się z ponad 5000 nagrań. Muzycy wciąż wysyłają mu swoje tracki. Na podstawie tego zbioru można naszkicować kariery różnych producentów, bo wiele z nich tu właśnie się zaczęło: Floating Points, Simbad, Daisuke Tanabe czy nawet Bergs, by podać tylko kilka przykładów. Projekt CDR rośnie. Ma nawet swoje odpowiedniki w Sydney, Tel Aviwie i Barcelonie. Seria kompilacji „Burntprogress” przenosi nagrania z klubu w wielki świat. www.burntprogress.com 95


Więce j dla Ciała i Umysłu

Institubes Paryż Lokalne spojrzenie

Bureau de Change Sztuka, muzyka i nowe technologie: w czasach kryzysu pożądane są nowe pomysły i nietypowe alianse. Doskonale wiedzą o tym chłopcy z francuskiej dance’owej firmy fonograficznej ­„Institubes”.

Na biurku piętrzą się ulotki i winylowe promosy. Pomiędzy papierami Emile Shahidi próbuje odnaleźć otwieracz do butelek. Po kilku minutach jałowych poszukiwań poddaje się i otwiera butelkę o kant biurka. Woda bąbelkuje, słychać charakterystyczne syczenie. Shahidi jest scoutem i menadżerem do spraw promocji. Poszukuje talentów dla francuskiej wytwórni płytowej, która specjalizuje się w muzyce elektronicznej. „Przysłali to do mnie MSTRKRAFT” – mówi i bierze łyk wody. 28-latek towarzyszył temu dance’owo-rockowemu duetowi z Kanady podczas jego ostatniej trasy. „Życie w trasie czyni człowieka twórczym”. Francuz – z zarostem i długimi nieokiełznanymi włosami – staje między dwoma stosami płyt, które są tak wysokie jak on sam. „Kreatywny chaos” – mówi. Porządek w firmie Institubes nie jest najważniejszy. Na ścianach parterowego biura w paryskiej dzielnicy Monmartre widać promyki 96

zimowego popołudniowego słońca. Zdjęcia Jean-René Etienne’a nabierają czerwonawej poświaty. To wielkoformatowe grafiki, nieco surrealistyczne, z kiczowatymi motywami fantasy. Stylem przypominają okładki płyt z czasów progresywnego rocka lat 70. Ich autorzy – firma designerska House of Kids – została niedawno zauważona na arenie międzynarodowej (dzięki pracom Loli Raban-Olivy). Właśnie odbywa się wystawa ich twórczości w Red Bull-Galerie 12 Mail w drugiej dzielnicy. Firmę Institubes założył w 2003 roku Etienne i jego przyjaciele: Jérôme Echenoz, Teki Latex i Julien Pradeyrol, lepiej znany jako Tacteel, freak-freestyle’owego dance’u. W ten sposób pasję do tworzenia zaawansowanej muzyki elektronicznej zamienili na profesję. W 2010 roku, dekadę po tym jak Napster i spółka wywrócili do góry nogami przemysł fonograficzny, wiele dużych firm płytowych długo się zastanawia, zanim za-

proponuje klientom zakup muzyki na płycie. Za to młode labele, które rozpoczęły działalność już po cyfrowej rewolucji, widzą szansę dla siebie w zapowiadanym rzekomym schyłku przemysłu fonograficznego. „Wszyscy narzekają, że ludzie nie wydają pieniędzy na płyty” – mówi Teki Latex, który zajmuje się „Sound Pellegrino” – cyfrowym subbrandem Institubes. „Dlatego młode firmy muszą odkrywać nowe drogi. Należy docenić znaczenie formatu MP3 – niektóre kawałki są u nas dostępne tylko w formie cyfrowej, oczywiście każdy ze specjalnym, zindywidualizowanym artworkiem”. Według Shahidiego przyrastający rynek cyfrowy jest naturalną reakcją na obecne szybkie zmiany w muzyce elektronicznej. Wyraźnie pokazał to sukces innego francuskiego wydawcy płyt o nazwie Ed Banger, którego najsławniejszym „dzieckiem” jest Justice. Po sukcesie jego hitu „D.A.N.C.E” rynek został zarzucony tanimi imitacjami. „Ludzie z Ed Bangera

Zdjęcia: James Pearson-Howes (5)

Emile Shahidi w swoim małym królestwie, centrali Institubes w Paryżu. Za nim piętrzą się kartony, książki i płyty jego wychowanków: Roba, Chateau Marmonta czy Surkina


Tokimonsta 24.04.2010

Jej hiphopowe bity chrupią jak świeże tosty, za to dźwięki z syntezatora brzmią, jakby toster właśnie miał spięcie. Nie można sobie wyobrazić lepszego śniadania niż to, które serwuje Tokimonsta. Tak samo sądzą: szef wytwórni Flying Lotus oraz Mary Anne Hobbs – wielka dama BBC. Graveyard Tavern, Atlanta, USA Le Butcherettes 24.04.2010

Najpóźniej za rok Teri Gender będzie gwiazdą. Tę opinię podziela Omar Rodríguez-López (Mars Volta), który wyprodukował debiutancki album zespołu Le Butcherettes oraz Jack White, który zabrał meksykański duet w swoją trasę. Zgodzi się z nimi każdy, kto choć raz miał okazję przeżyć występ Teri Gender na żywo i widział tę sztuczną krew, egzorcyzmy i owłosione klaty. Foro Sol, Mexico City, Meksyk The Fast Forwards 27.04.2010

Szwedzi z britpopowymi fryzurami, grający garażowego rocka. Nie myli się ten, komu przychodzi na myśl Mando Diao czy The Hives, gdyż nowicjusze z The Fast Forward idą w ślady swoich ziomków, co zresztą wychodzi im nadzwyczaj dobrze. Blue Shell, Kolonia, Niemcy Rodzina Institubes (od lewej: Shahidi, Surkin, Para One) w czasie wizyty w studio: tu powstają elektroniczne eposy Para Onesa (na górze), które potem prezentuje na parkiecie szef labla Teki Latex (z prawej)

są naszymi przyjaciółmi” – mówi Shahidi. „Mają biuro tuż za rogiem, a Gaspard Augé z Justice projektuje okładkę dla Surkina z naszej stajni. Ed Banger ma chwilowo problem, gdyż ze względu na sukces jednego przeboju i zalew rynku podróbkami, firma została zaszufladkowana i kojarzy się z określonym brzmieniem. My za to wciąż możemy robić, co nam się podoba. A dowodem tego są nasze różnorodne cyfrowe wydania, jak np. Stunts, który specjalizuje się w rapie, czy Unsunned, który produkuje muzykę indie-rockową. Dobrej muzy jest tak dużo, ze nie dalibyśmy rady wydać wszystkiego na winylu”. Katalog Institubes jest już bardzo szeroki: od instrumentalnych eposów Para Onesa, przez rapowe numery Teki i TTC i zakręcony progresywno-rockowy dance australijskiej grupy Midnight Juggernauts, aż po minimalistyczne tracki z gatunku chicago house w wykonaniu Surkina czy Bobmo. „Wszyscy nasi artyści są naszymi przyjaciółmi” – tłumaczy Etienne.

„Konsultujemy z nimi każdą decyzję. W naszych wydawnictwach zawsze na pierwszym planie jest artysta, a nie label. Każdy wykonawca ma swój własny oryginalny styl”. Takie podejście najwyraźniej się opłaca – ostatni rok był dobry dla Institubes. W marcu ukazuje się nowa płyta francuskiej gwiazdki pop Alizée, którą wyprodukowali podopieczni Etienne’a: Chateau Marmont, Para One i Tacteel. „Płyta brzmi, jakby Kylie Minogue poprosiła Brytyjczyków z IDM-Gott Aphex Twin o to, by przepuścili swoje piosenki przez niszczarkę” – mówi z ironicznym uśmiechem. Upodobnienie do mainstreamu? Dlaczego nie? Ale na własnych warunkach. Ta dewiza sprawdza się w przypadku Jean-Baptiste de Laubiera, który jako Para One jest lokomotywą firmy: „Uwielbiam robić płyty, które są bardzo różnorodne. Ciągle potrzebuję nowych wyzwań”. Video i próbki dźwięku: www.institubes.com Wystawę „House Of Kids” można obecnie obejrzeć w paryskiej galerii 12 Mail: www.12mail.fr

Fatima 29.04.2010

Młoda mieszkanka Londynu jest jednym z największych odkryć w kuźni talentów Tony’ego Nwachukwu, autora nocy CDR w londyńskim Plastic-People-Club. Wraz z Shafiqem Husaynhatem z hiphopowej formacji SA-RA z Detroit wokalistka nagrała „Lil’ Girl”, a z Hudsonem Mohawke, Benji B i Floating Points regularnie pojawia się na scenie. Hoxton Bar & Grill, Londyn, UK Vampire Weekend 29.04.2010

Biały wykonawca popu w koszulce Ralpha Laurena, absolwent nowojorskiego college’u, żonglujący brzmieniami afro. Brzmi niezbyt zachęcająco? To tylko pozory. W przypadku Vampire Weekend nie ma mowy o nieautentyczności, kwartet indie nie przejmuje się swoimi korzeniami i wszystkich miksuje z post-punkowymi gitarami i nierównymi bębnami. Bruce Mason Centre, Auckland, Nowa Zelandia 97


felieton

Felieton Lizuta, czyli coś dla umysłu i coś dla duszy.

Wielka Ucieczka?

Coraz częściej młodzi, zdolni, ambitni robią krok w bok i odrzucają obłędny wyścig szczurów. trafia, że nie miałem swojego gap year. Jasne, trochę jeździłem po świecie, ale nigdy tak bez celu, z taką dozą wolności, bez jakichkolwiek czasowych ograniczeń. Zazdroszczę. Może kiedyś… Lubię patrzeć na backpakerów, trawelersów, włóczykijów, współczesnych nomadów. Na ulicy Koasan w Bangkoku przetacza się ich mrowie. W oczy rzucają się ci, którzy właśnie wysiedli z samolotów. Bladzi Europejczycy w czystych, markowych ciuchach i turystycznych butach, obładowani wielkimi kolorowymi plecakami. Po kilku tygodniach podróży ich skóry są spalone, noszą zwiewne, tajskie ciuchy, klapki zamiast butów, szyje i nadgarstki obwieszają koralikami, a plecaki mają wypłowiałe od słońca. Niemal każdy ma w ręku wygnieciony egzemplarz „Lonely Planet”. Upodabniają się do siebie, trudno odróżnić, kto skąd pochodzi. Po

kilku miesiącach zostaje jedynie akcent. Gdy brakuje kasy na dalszą podróż, pracują w barach, uczą w miejscowych szkołach angielskiego, zastają wolontariuszami za jedzenie i dach nad głową, albo czekają na wsparcie od rodziców przy placówkach Western Union. Są takie miejsca, jak Zipolite w południowym Meksyku, Goa w Indiach, Zanzibar w Tanzanii, gdzie w nocy przy ogniskach i barach na plażach ludzie z całego świata godzinami snują opowieści o podróżach, niewiarygodnych przygodach i awanturach. Dla jednych to długa wycieczka, dla innych ucieczka od wyścigu, pieniędzy, kariery, pracy, korporacji, rodziców, małżeństwa, koniunktury i sympatii szefa. A nawet jeśli nie są aż tak radykalni, to z pewnością uciekają od mainstreamowego przemysłu turystycznego, wypasionych wczasów all inclusive, od spoconych grubasów prażących się nad basenami i ich wrzeszczących dzieci. Co prawda mój doświadczony przyjaciel jest zdania, że backpakerzy także uprawiają rodzaj turystyki stadnej i między bajki można włożyć dyrdymały o wtapianiu się w miejscowe kultury. Jednak dla mnie włóczęga to dużo szlachetniejsza forma zwiedzania świata. Po jakimś czasie niemal wszyscy wracają. Wskakują w garniturki i zanurzają się w życie sformatowane. Mój kumpel też wrócił po roku. Wrócił trochę inny, odmieniony. Ale niczego nie stracił. Wielkie korporacje wciąż witały go z otwartymi rękami. Niestety nie został piosenkarzem. Mikołaj Lizut, lat 37, naczelny i programowy rockowego Radia Roxy, publicysta Wyborczej, dyrektor artystyczny Teatru Radia TOK FM. Jako publicysta zajmuje się głównie sprawami polskiej sceny politycznej, religii, teatru, a także kultury popularnej.

Wydawca Red Bulletin GmbH Redaktor naczelny Szymon Gruszecki Redaktor naczelny wydania międzynarodowego Robert Sperl, Stefan Wagner (z-ca) Dyrektor kreatywny Erik Turek Dyrektor artystyczny Markus Kietreiber Szef fotoedycji Susie Forman, Fritz Schuster (z-ca) Sekretarz redakcji Marion Wildmann Redaktorzy prowadzący Werner Jessner, Uschi Korda, Nadja Žele Redakcja Ulrich Corazza, Florian Obkircher, Arkadiusz Piątek, Christoph Rietner Graficy Claudia Drechsler, Miles English, Judit Fortelny, Dominik Uhl Fotoedycja Markus Kučera, Valerie Rosenburg, Catherine Shaw Starszy ilustrator Dietmar Kainrath Współpracownicy Ruth Morgan, Andreas Tzortzis, Andre Voigt, Herbert Völker, Paul Wilson, Matt Youson Ilustratorzy Albert Exergian, Mandy Fischer, Heri Irawan, Lie-Ins and Tigers PRINT 2.0 Martin Herz, www.imagination.at Korekta polskiej edycji Paulina Kmieć, Katarzyna Wasilewska Litografia Clemens Ragotzky (Ltg.), Christian Graf-Simpson Przygotowanie do druku Michael Bergmeister Produkcja Wolfgang Stecher Druk Prinovis Ltd. & Co. KG, D-90471 Norymberga, Niemcy Zarząd Karl Abentheuer, Rudolf Theierl Kierownictwo projektu międzynarodowego Bernd Fisa Kierownictwo wydania polskiego Anna Czerniecka, Aleksandra Zarychta Projekty specjalne Boro Petric Finanse Siegmar Hofstetter Dyrektor wydawniczy Joachim Zieger Marketing Barbara Kaiser (Ltg.), Regina Köstler Project management Jan Cremer, Dagmar Kiefer, Sandra Sieder, Sara Varming Reklama Biuro reklamy Agora SA, ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa, Joanna Kmiecicka, tel.: +48 22 555 63 39, joanna.kmiecicka@agora.pl Siedziba redakcji wydania polskiego Al. Wyścigowa 8a Warszawa 02-681 Telefon +48 22 331 95 50 Fax +48 22 331 95 60 Email: redakcja@redbulletin.com Siedziba firmy Red Bulletin GmbH, Am Brunnen 1, A-5330 Fuschl am See, FN 287869 m, ATU 63087028 Siedziba redakcji Wiedeń Heinrich-Collin-Straße 1, A-1140 Wien Telefon +43 1 90221-28800 Biuro redakcji Londyn14 Soho Square, W1D 3QG, UK Telefon +44 20 7434-8600 Internet www.redbulletin.com Cykl wydawniczy The Red Bulletin ukazuje się zawsze w pierwszy wtorek miesiąca jako wydanie niezależne lub we współpracy z następującymi gazetami partnerskimi – w Polsce: Gazeta Wyborcza. W Austrii: Kleine Zeitung, Kurier, Oberösterreichische Nachrichten, Die Presse, Salzburger Nachrichten, Tiroler Tageszeitung, Vorarlberger Nachrichten; Burgenländische Volkszeitung, Niederösterreichische Nachrichten. W Niemczech: Münchner Merkur. W Wielkiej Brytanii: The Independent. W Irlandii: Irish Independent. W Irlandii Północnej: Belfast Telegraph. W RPA: Cape Times, Capre Argus, Daily News, Pretoria News, The Star. W Nowej Zelandii: The New Zealand Herald Nakład łączny 3,1 milliona Listy Czytelników: listy@redbulletin.com Wydanie Pierwsze Warszawa, Kwiecień 2010

Następne wydanie dostępne 4 maja 2010.

Ilustracja: albert exergian

M

ój kumpel, z którym chodziłem do liceum, zaprosił mnie do domu na bankiet. Ubrałem się elegancko, kupiłem wino i pojechałem pod dobrze znany adres. Stawili się wszyscy z naszej dawnej szajki. Nasze losy po szkole potoczyły się różnie, ale staramy się trzymać ze sobą kontakt. A nasz gospodarz radzi sobie znakomicie. Zawsze był cholernie zdolny. Skończył SGH, w Anglii zrobił MBA, a wypasione korporacje tak go chciały, że mógł urządzić casting na pracodawcę. Wybrał zachodni bank inwestycyjny, dostał świetną pensję, gabinet i klarowną mapę po ścieżce kariery. Człowiek sukcesu! W dodatku związał się ze świetną dziewczyną, do której wzdychało pół Warszawy. Ale na przyjęciu jej nie było. W ogóle było dziwnie… Mieszkanie prawie bez mebli, jak na parapetówce, graty popakowane w kartony, alkohol w plastikowych kubeczkach. „Zaprosiłem was, żeby się pożegnać” – oświadczył uroczyście nasz przyjaciel. „Złożyłem w pracy wypowiedzenie. Mieszkanie i samochód sprzedałem. Wyjeżdżam w podróż dookoła świata. A jak wrócę, zostanę piosenkarzem”. Salwom śmiechu nie było końca. Ale kumpel naprawdę wyjechał. Gap year, czyli przerwę w życiu na włóczęgę, młodzież na Zachodzie zna od lat i zażywa niemal masowo. W Polsce to pomysł kaskaderski. Rodzice rozpaczają, partnerzy odchodzą, znajomi stukają się w głowę, a „skorporowana” brać w szklanych biurowcach wytrzeszcza zdumione gały. Zostawić karierę? Przyszłość? Wydać wszystko na wakacje? Pogrzebać ciężko postawione fundamenty? Wyautować się na własne życzenie? Zabawić się, żeby potem nie mieć do czego wracać? W naszym nowomieszczańskim kraju to wciąż opowieść o zwykłym szaleństwie. Ale, o dziwo, takich ludzi jest coraz więcej. Im jestem starszy, tym bardziej szlag mnie


R E V E N K O LO K C A B

www.citroen.pl

O R T E R Y T

AN CITROËN DS3

Po co żyć przeszłością? Żyj chwilą obecną. Nowy Citroën DS3 to indywidualista stworzony w opozycji do minionych ikon. To symbol kreatywności odrzucającej wszystko, co wtórne i pozbawione tożsamości. Wyraź swoją unikalną osobowość poprzez jedną z 38 kombinacji kolorystycznych Citroëna DS3. Bądź Anty Retro. Jeśli nie teraz, to kiedy?


The Red Bulletin_0410_PL