Page 1

nr 7 (33) / 2015

30 marca - 12 kwietnia

ISSN 2391-8535

Zaczynać ciągle od nowa 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

W y d a r z e n i a i Zaczynać ciągle od nowa Opinie

10 Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa Emilia Ciuła

14 Ciacho za Ciacho

SPIS TREŚCI

Emilia Ciuła

16 Ich twarze (nie) brzmią znajomo Mateusz Ponikwia

Myśli Niekontrolowane 20 Neopoliteizm Maciej Puczkowski

24 Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy zginiecie Mateusz Ponikwia

28 Przemieniajcie się i wierzcie w Dobrą Nowinę Rafał Growiec

32 Chłop się nie przeżegna, póki pioruna nie usłyszy Wojciech Urban

34 Święci nie od zawsze święci Kajetan Garbela

38 Nie spaść z konia Małgorzata Różycka

Rozmowa numeru

40 Ja Ciebie chrzczę… Sara Nałęcz-Nieniewska

2

KOŚCIÓŁ Z życia Kościoła

48 Schizma, czy zdrowy ferment? Rafał Growiec

52 Wojna o święte mury Wojciech Urban

Serią po Liturgii

56 Miłosierdzia pragnę bardziej niż ofiary Wojciech Urban


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Kultura

Nowości

Rozmowy

60 W tył zwrot, pani Lot!

66 Potwór niewinny jak dziecko

84 Pocztówka ze świata - Islandia

Rafał Growiec

Anna Zawalska

Emilia Ciuła

Film

88 Dawaj radość, uśmiech i dobro!

Historia jednej piosenki 62 Pierwsze wyjście z mroku Mateusz Nowak

70 Legenda za życia

Kajetan Garbela

Mateusz Nowak

72 Przeznaczenie na siłę Anna Zawalska

Książka 76 Jak pierwsze piątki mogą uratować człowieka Beata Krzywda

Muzyka 78 O tym, jak muzyka łączy pokolenia Jarosław Janusz

80 Jak polski rap stał się częścią dziedzictwa narodowego? Jarosław Janusz

3


Zaczynać ciągle od nowa CC WSTĘPNIAK

hrześcijaństwo to nie religia ludzi idealnych. hrześcijaństwo to religia ludzi będących w drodze. Dlatego nierzadko zdarza się, że podróż zaczynamy od nowa. Nierzadko zdarza się, że musimy zawrócić, inaczej skręcić, jeszcze raz pokonać tę, czy tamtą przeszkodę.

4

Anna Zawalska

Moje ulubione nawrócenie w historii, to to świętego Pawła. Został przez Boga potraktowany bardzo bezpośrednio, bez cackania się, surowo. Nie było żadnych znaków ostrzegawczych, żadnych prób, ani pertraktacji. Po prostu stało się, Bóg zagrał w otwarte karty i sprawę postawił jasno: przestań mnie prześladować! Bóg widział, że inaczej do Pawła nie dotrze. Silne osobowości potrzebują zwykle bardzo mocnego kopa. W przypadku Szawła mocny kop okazał się skuteczny. Wiemy doskonale, jak dalej potoczyło się życie tego młodego prześladowcy chrześcijan. Przyjął chrzest, zmienił imię i z Szawła stał się Pawłem, a następnie, z taką samą zawziętością, z jaką zabijał wyznawców Chrystusa, zaczął o Chrystusie nauczać. Jak mocno zwalczał wiarę wśród innych, tak samo mocno

Chrześcijanie to ludzie będący cały czas w drodze. Problem w tym, że to nie jest droga, którą można się poruszać z łatwością. Narażeni na ciągłe przeszkody, na kuszące skróty, prowadzące donikąd, na pokusy wyłaniające się co krok, gubimy cały sens tego kroczenia.

zaczął tę wiarę w innych krzewić. Jego życie obróciło się o 180 stopni. Potrzebował do tego silnego bodźca. Musiał zostać rzucony na kolana, aby zacząć wszystko od nowa. Jako katolicy powinniśmy ciągle zaczynać swoje życie od nowa. Nie możemy zapominać o tym, że nie jesteśmy idealni. Świętość

nie jest wpisana w naszą naturę. Do perfekcyjności, do świętości możemy co najwyżej dążyć, starać się ją osiągnąć. Do tego niezbędne jest nam nawrócenie. Ale nie jednorazowe, albo takie przeżywane raz na jakiś czas – od święta, kiedy nasze serce nieco drga pod wpływem różnego rodzaju emocjonalnych bodźców. Bo w kościele ładnie Oaza zagrała piosenkę, albo ksiądz tak pięknie o czymś mówił, albo czyjeś świadectwo poruszyło nas do głębi i w końcu doszło do nas, że musimy z sobą coś zrobić… Nawrócenie to proces ciągły, wręcz nieustanny. Trwający. Chrześcijanie to ludzie będący cały czas w drodze. Problem w tym, że to nie jest droga, którą można się poruszać z łatwością. Narażeni na ciągłe przeszkody, na kuszące skróty, prowadzące donikąd, na pokusy


źródło: www.pixabay.com

wyłaniające się co krok, gubimy cały sens tego kroczenia. Dlatego nierzadko się zdarza, że musimy zacząć swoją podróż od nowa. Nierzadko dochodzi do tego, że musimy zawrócić i wybrać kierunek jeszcze raz. I w końcu nierzadko tę drogę musimy przejść obarczeni ogromnym krzyżem. Dla mnie cały Wielki Post, a także Wielkanoc, to najlepszy czas na zastanowienie się nad nawróceniem. W końcu w Środę Popielcową słyszeliśmy wypowiadane nad naszymi głowami słowa: „nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Następnie przez sześć tygodni staraliśmy się wytrwać w różnego rodzaju postanowieniach, aby chociaż w taki sposób się udoskonalić, poprawić, coś zmienić. A w Niedzielę będziemy się cieszyć z tego, że Jezus, jako pierwszy pokonał śmierć. Nawrócenie prowadzi więc do Zmartwychwstania. Również i naszego. Nie bez przyczyny temat aktualnego numeru Może coś Więcej dotyczy nawrócenia. Wchodzimy właśnie

w Wielki Tydzień. Już za kilka dni będziemy obchodzić pamiątkę ustanowienia przez Chrystusa kapłaństwa i Eucharystii. Następnie przeżyjemy razem z Nim Mękę, staniemy pod krzyżem, uderzymy się w pierś, będziemy żałować swoich perfidnych zachowań, może nawet rozpłaczemy się pełni żalu. W końcu, w Wielką Niedzielę, będziemy uroczyście świętować największe wydarzenie w dziejach ludzkości: Zmartwychwstanie. W najbliższe dni refleksja nad własnym życiem będzie intensywniejsza niż zwykle. Mamy chwilę żeby przystanąć, zastanowić się, być może zaplanować życie na nowo, przemyśleć to, co wymaga jakiejś zmiany w nas. Dlatego ze swojej strony proponujemy kilka refleksji dotyczących nawrócenia. Staramy się wyjaśnić czym właściwie to nawrócenie jest i jak powinno wyglądać. Proponujemy także zastanowienie się nad tym, w jaki sposób to nawrócenie powinno trwać w naszym życiu. Do tego, jako przykład, ukazujemy sylwetki

świętych, których życie niekoniecznie było cały czas naznaczone tą świętością i perfekcyjnością. Zdarza się, że do nawrócenia dochodzi w naszym życiu kiedy jesteśmy doświadczeni jakąś tragedią, cierpieniem, kiedy nie radzimy sobie z problemami – wydaje się, że wtedy najłatwiej jest zwrócić się do Boga. W tym numerze przekonujemy również, że nigdy nie jest za późno, żeby się nawrócić, czego przykładem są osoby, które w dorosłym już życiu decydują się na przyjęcie chrztu, czy przystąpieniu do sakramentu bierzmowania. A na te zbliżające się święta, w imieniu całej redakcji „Może coś Więcej”, życzę Wam Drodzy Czytelnicy, wielu łask od Zmartwychwstałego, który będzie umacniał Wasze nawrócenia! Tymczasem oddajemy w Wasze ręce najnowszy numer do czytania. Gorąco polecam! Redaktor naczelna Anna Zawalska

5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zawalska

REDAKTORZY:

STOPKA REDAKCYJNA

Aleksandra Brzezicka

Dominik Cwikła

Emilia Ciuła

Aleksandra Frontczak

Kajetan Garbela

Rafał Growiec

Beata Krzywda

Michał Musiał

6

Mateusz Nowak

Mateusz Ponikwia

Maciej Puczkowski

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban

Piotr Zemełka


DZIAŁ PROMOCJI: Mariusz Baczyński

Kajetan Garbela

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Anna Bonio Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Tomasz Markiewka

Magdalena Mróz Marek Nawrot Sara Nałęcz-Nieniewska

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


OKIEM REDAKCJI 8

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

9


WYDARZENIA I OPINIE

Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa

10

20 C Emilia Ciuła

B

yli to członkowie Stowarzyszenia Rodziców i Przyjaciół Dzieci z Zespołem Downa “Tęcza”. Ich obecność tego dnia nie była przypadkowa. 21 marca obchodzony jest Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa. Jak mówi prezes Stowarzyszenia “Tęcza”, Anna Przetocka: “Celem organizowania takich spotkań jest pokazanie społeczeństwu, że wśród nas są osoby z dodatkowym chromosomem - z trisomią. Że potrafią dużo, że są w stanie w znaczący sposób włączyć się w życie Polski i świata. Kochają, pracują, malują, robią różne wartościowe rzeczy i są potrzebni, dają szczęście i radość”. Stowarzyszenie - zrzeszające obecnie 40 członków - działa od 26 października 1998 roku, a założycielką była Krystyna Mazur - mama chłopca z zespołem Downa. Znacze-

marca w murach Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie dzień zaczął inaczej niż zawsze. złonkowie Koła Naukowego Pedagogiki Specjalnej oraz studenci nie przyszli zaspani, ale pełni werwy i gotowi do działania. Ustawiali krzesła, stoliki, przygotowali smakołyki... A dla kogo? Dla wspaniałych osób, które już chwilę później odważnie przekroczyły drzwi auli i wniosły wiele radości w ten zwykły dzień.

Ponoć dobro, które uczyni się drugiej osobie, kiedyś do nas powraca. 20 marca mury Uniwersytetu Pedagogicznego aż po brzegi wypełnione były bezinteresowną radością. Uczestnicy wydarzenia jednogłośnie twierdzą, że były to bardzo cenne chwile poświęcone ludziom takim jak my, tylko trochę inaczej postrzegającym świat.

nie takich organizacji jest wielkie, jak mówi jedna z mam: “Edukacja dla społeczeństwa jest najważniejsza. W tej chwili rodzice

wspierają się nawzajem i coraz chętniej wychodzą do ludzi. Są bardziej akceptowani. Maluszki mają oddzielne zajęcia. Organizowane są lekcje plastyki, teatralne i tańca. Imprezy takie, jak Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa, mikołajki, Dzień Dziecka przeżywamy wszyscy razem . Dzieci też się uczą od tych starszych, pokazują że potrafią, obserwują. Naszym celem jest wspieranie rodziców. Pokazujemy, że można wiele osiągnąć. Ważne jest, żeby dziecko nauczyło się czytać, pisać i rachować, ale według mnie najważniejsze jest funkcjonowanie w społeczeństwie”. Uroczystość rozpoczęła się od krótkiego powitania gości. Następnie członkowie Stowarzyszenia mogli zaprezentować się w przedstawieniach teatralnych, które sami przygotowali. Ich trud został nagrodzo-


źródło: fot. Patrycja Nieznalska

ny gromkimi brawami oraz upominkami przygotowanymi przez Koło Naukowe Pedagogiki Specjalnej. Po części artystycznej rozpoczęła się licytacja 5 zdjęć, które zostały wybrane z Projektu “Historia fotografią pisana”. Kolejnym punktem programu był poczęstunek dla gości. 21 marca jest dniem ważnym nie tylko dla osób z zespołem Downa, ale także dla Uniwersytetu Pedagogicznego. “Od kilku lat nasze Koło współorganizuje razem ze Stowarzyszeniem «Tęcza» Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa na Uniwersytecie – mówi Karolina Cząstka, przewodnicząca Koła Naukowego. – Dzięki temu możemy propagować wśród społe-

czeństwa, zwłaszcza tego akademickiego, odpowiednie wzorce postaw wobec osób z niepełnosprawnością. Zwrócić uwagę na to, jak piękni i wartościowi są to ludzie oraz jak wiele mogą osiągnąć pomimo swojej niepełnosprawności. To oni udowadniają nam, jak można być po prostu szczęśliwym człowiekiem, cieszyć się nawet z najmniejszych rzeczy. Tak brakuje tego w naszym codziennym życiu, gdy ciągle za czymś gonimy, zapominając o tym, co najważniejsze w życiu. Co roku podczas Światowego Dnia Osób z Zespołem Downa mamy okazję spotkać się z dziećmi i młodzieżą z trisomią, ich rodzicami oraz osobami, którym los tych

ludzi nie jest obojętny. Obie grupy, zarówno młodsza, jak i starsza, prezentują wszystkim gościom to, co przygotowały specjalnie na ten dzień. Niejedna osoba może pozazdrościć im tego, jak pięknie tańczą! Wiedzą, że to jest ich święto, ich dzień, więc każdy jest podekscytowany i chce zaprezentować się jak najlepiej”. Również wolontariusze podkreślają wagę tego dnia: “takie spotkania są szczególnie ważne, ponieważ burzą pewne stereotypy, integrują ludzi pełnosprawnych z niepełnosprawnymi, zarówno dzieci, jak i dorosłych” – mówi Klaudia Rosiek. Joanna Kądziołka zauważa: “Na spotkanie przyszły różne grupy studentów, którzy

11


źródło: fot. Patrycja Nieznalska

mogli zobaczyć, jak te dzieci radzą sobie na co dzień, że i one są uzdolnione, że można z nimi robić bardzo wiele rzeczy. Będą mogli kiedyś w przyszłości polecić innym osobom Stowarzyszenie «Tęcza»”. Ponoć dobro, które uczyni się drugiej osobie, kiedyś do nas powraca.

20 marca mury Uniwersytetu Pedagogicznego aż po brzegi wypełnione były bezinteresowną radością. Uczestnicy wydarzenia jednogłośnie twierdzą, że były to bardzo cenne chwile poświęcone ludziom takim jak my, tylko trochę inaczej postrzegającym świat. Osoby z zespołem Downa

są radośni i pełni marzeń. Podczas uroczystości Anna Rrzetocka wspomniała, że jeden z chłopców chciałby zostać aktorem. Następnie wystąpił w międzynarodowym filmie promującym Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa. Dodatkowo z aktorami przeprowadzono wywiad. Obydwoje należą źródło: fot. Patrycja Nieznalska

12


źródło: fot. Patrycja Nieznalska

do Stowarzyszenia “Tęcza”. Marzenia są na wyciagnięcie ręki. Można osiągnąć bardzo dużo, jeśli się wierzy, że się uda. Tego nauczyłam się, uczestnicząc w święcie osób z Zespołem Downa i ta lekcja była dla mnie bardzo cenna. Rozmawiając z 26-letnim członkiem Stowarzysze-

nia nie czułam się lepsza. Byliśmy tacy sami, ale była jedna różnica. Jurek widział swój świat, tak jak ja bym bardzo chciała go kiedyś zobaczyć. Filmy promujące Ogólnoświatowy Dzień Osób z Zespołem Downa i wywiad z polskimi przedstawicielami można obejrzeć pod

następującymi adresami: • https://www.youtube. com/watch?v=BwlJ6iIQ1Bo • https://www.youtube. com/watch?v=KmFmUIVyRUA 

źródło: fot. Patrycja Nieznalska

13


WYDARZENIA I OPINIE

Ciacho za Ciacho

14

W

ubiegłą niedzielę, 22 marca, na dominikańskich krużgankach w Krakowie odbyła się kolejna edycja kiermaszu “Ciacho za Ciacho”. Wydarzenie to od lat organizowane jest przez grupę charytatywną Szpunt, działającą przy DDA “Beczka”.

Emilia Ciuła

D

ochód z akcji przeznaczony został na remont dachu Domu Opieki Społecznej w Broniszewicach, prowadzonego przez siostry dominikanki. W ośrodku tym przebywa 56 chłopców z niepełnosprawnością zarówno ruchową jak i intelektualną. Przygotowania do akcji trwały cały tydzień. “Kto tylko miał trochę czasu przychodził wieczorem do klasztoru robić ozdoby, a od pewnego momentu segregować książki. Pracy było dużo.Jak zwykle kończyliśmy wszystko na ostatnią chwilę, ale mieliśmy przy tym dużo zabawy i radości” wspomina jedna z wolontariuszek - Maria Lenarcik. Podczas kiermaszu można było zakupić książki, ozdoby świąteczne, zjeść ciasta oraz napić się kawy w specjalnie otwartej na tę okazję kawiarence.

Podczas całodziennego kiermaszu udało się zebrać ponad 34 tys. złotych. Ta kwota z pewnością pomoże w poprawieniu warunków życia w Domu Opieki Społecznej w Broniszewicach sióstr i chłopców. "Ciacho za Ciacho” to inicjatywa, która dociera w miejsca, gdzie pomoc jest trudno dostępna. Kolejna edycja kiermaszu już grudniu.

Wszyscy organizatorzy poświęcili swój czas aby zrobić coś dobrego. Jedna z wolontariuszek Katarzyna Cholewa podsumowała to tak: “Pan Jezus powiedział,

że co uczynimy jednemu z tych najmniejszych, to Jemu uczynimy. Dając coś od siebie komuś, kto naprawdę tego potrzebuje, spełniamy ewangeliczne polecenie Pana Jezusa”. Michał Mendrala - odpowiedzialny grupy Szpunt dodał: “Chyba nie ma nic piękniejszego na świecie niż to, że można pomóc drugiej osobie i chyba nic nie jest w stanie dać takiej radości i satysfakcji jak obserwowanie efektów tej pomocy. Nie da się tego opisać, co się czuje, gdy dzięki Tobie życie drugiego zmienia się na lepsze. Pomaganie drugiemu jest wpisane w nasze człowieczeństwo. Człowiek jest istotą empatyczną, wrażliwą na cierpienie innych. Instynktownie chcemy pomagać bliskim, a pomaganie nieznajomym leży tylko kroczek dalej. Tutaj trzeba chyba przejść od motta


źródło: fot. Wojtek Latawiec

dzisiejszego świata "opłaca się" na motto "warto". Wtedy nie ma się żadnej wątpliwości, czy poświęcić się pomaganiu.” Podczas całodziennego kiermaszu udało się zebrać ponad 34 tys. złotych. Ta kwota z pewnością pomoże w poprawieniu warunków życia w Domu Opieki Społecznej w Broniszewicach sióstr i chłopców. “Ciacho za Ciacho” to inicjatywa, która dociera w

miejsca, gdzie pomoc jest trudno dostępna. Kolejna edycja kiermaszu już grudniu. Grupa Szpunt pomaga budować “mosty dobroci” tym, którym powoli zaczyna brakować nadziei. Dla Nich najlepszą zapłatą jest uśmiech osób, którym pomagąją. Ci młodzi ludzie mogą być przykładem bezinteresownej dobroci, którą człowiek powinien czynić człowiekowi. Tę postawę

doskonale podsumował Brat Marek: “I tak metodą "małych kroków" tu załatamy dach, tam zbudujemy szkołę i dzięki temu dajemy komuś szczęście.” Filmik pokazujący życie w Domu Opieki Społecznej w Broniszewicach znajduję się pod następującym adresem: https://www.youtube. com/watch?v=nPZv5C_ eO2s. 

źródło: fot. Wojtek Latawiec

15


WYDARZENIA I OPINIE

Ich twarze (nie) brzmią znajomo

16

P Mateusz Ponikwia

S

ensację budzi obraz zaprezentowany w ramach wystawy pod tytułem „Topologia sieci”, którą można oglądać w jednej z galerii sztuki w Świnoujściu. Można na niej podziwiać wytwory artystyczne wykładowców oraz studentów Katedry Grafiki Artystycznej Akademii Sztuki w Szczecinie. Rozgłos całej ekspozycji jest efektem kontrowersyjnej pracy autorstwa Karoliny Gołębiowskiej, absolwentki szczecińskiej uczelni wyższej. Linoryt ukazuje Matkę Bożą z Jezusem na rękach. W obrazie nie byłoby niczego kontrowersyjnego, gdyby nie fakt, że twarze postaci zostały zastąpione kurzymi głowami. Praca dotykająca sfery religijnej została wybrana z uwagi na znakomitą technikę linorytu redukcyjnego i dynamiczną kompozycję barwną. Dzieło artystyczne

o raz kolejny możemy przekonać się o potężnej roli sztuki i jej znaczeniu w kształtowaniu obrazu współczesnego świata. Ostatnio szum medialny, burzliwą dyskusję i znaczne kontrowersje wzbudza wystawa, na której można zobaczyć obraz przedstawiający w niecodzienny sposób Najświętszą Maryję Pannę z Dzieciątkiem.

W żadnym wypadku nie chodzi bowiem o obrażanie czyichkolwiek uczuć religijnych. Jeśli przyjmiemy, że najważniejsze jest niedostrzegalne dla oczu i pokusimy się o zanalizowanie sytuacji, to dojdziemy do przekonania, że obraz jest potrzebnym impulsem do zmotywowania ludzi do podjęcia refleksji.

powstało w ramach cyklu „Kurza Twarz”. Składa się on z dwunastu prac pokazujących sceny rodzajowe związane z życiem codziennym, obrzędami, pracą czy zabawą. Na każdej pra-

cy artystka umieściła na ludzkich postaciach głowy zwierząt, takich jak kury, koguty i kurczaki, które w powszechnej opinii uważane są za bezmyślne. Artystka, dostrzegając problem bezrefleksyjnego odnoszenia się do wielu aspektów współczesnej egzystencji człowieka, postanowiła zwrócić także uwagę na automatyczne podchodzenie do zaangażowania religijnego. Jak sama stanowczo zaznacza, dzieło nie zostało stworzone, aby kogokolwiek urazić czy obrażać. W jej zamyśle ma ono motywować do zastanowienia i analizy własnego postępowania w powiązaniu ze sferą sacrum. Ma to być swoiste lustro, obok którego nie będziemy w stanie przejść obojętnie. Andrzej Pawełczyk – właściciel galerii i kurator wystawy – podkreśla, że święta kościelne stają się


źródło: www.radiozet.pl

w coraz mniejszym stopniu przeżywane w sferze duchowej. Zaznacza też, że „sacrum wypierane jest właśnie poprzez słodkie pisklęta, skaczące zajączki i barwne pisanki, atmosferę biesiady”. Zaradni przedsiębiorcy z mniejszych i większych ośrodków handlowo-usługowych starają się w jak największym stopniu przekuć świąteczną atmosferę w realne korzyści finansowe. Pomimo zapewnień samej artystki jak i dyrektora wystawy, nie milkną komentarze odnoszące się krytycznie do powstałego dzieła. Wielu dostrzega w nim jedynie wyszydzenie postaci Maryi oraz Jezusa. Niewątpliwie taka interpretacja nasuwa się jako pierwsza. Wydaje się, że nie można poprzestawać

na jedynie wzrokowym odbiorze malowidła. Z całą pewnością, obraz na pierwszy rzut oka może wprawić w osłupienie niejednego gościa wystawy. Niemniej jednak warto pokusić się o refleksję (do której niewątpliwie skłania) i postarać dostrzec rzeczywiste motywy powstania dzieła. Nie należy poprzestawać na oburzającym (bądź co bądź) zewnętrznym przekazie pracy. W żadnym wypadku nie chodzi bowiem o obrażanie czyichkolwiek uczuć religijnych. Jeśli przyjmiemy, że najważniejsze jest niedostrzegalne dla oczu i pokusimy się o zanalizowanie sytuacji, to dojdziemy do przekonania, że obraz jest potrzebnym impulsem do zmotywowania ludzi do podjęcia refleksji. Malowidło ma słu-

żyć jedynie za pretekst do zapoczątkowania debaty na temat komercjalizacji sfery duchowej, co możemy zaobserwować obecnie na przykładzie zbliżających się Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Nie od dziś wiadomo, że sakralny charakter Wielkanocy w coraz większym stopniu jest zatracany. Dzisiejszy zapracowany i „na nic niemający czasu” świat stara się spłycać, i umniejszać znaczenia Świąt Paschalnych. W sposób jasny świadczyć o tym mogą dokonywane na skalę masową zakupy. Nierzadko pierwszorzędną rolę odgrywa zastawienie wielkanocnego stołu czy uprzątnięcie mieszkania zamiast znalezienie chwili na kontemplację misterium przezwyciężenia Śmierci przez Jezusa.

17


Autorka projektu sygnalizuje, że niektórzy kojarzą Wielkanoc wyłącznie z wizerunkiem radosnego kurczaka czy zajączka. Oczywiście nie oznacza to, że należy zapomnieć o bogactwie symboliki wielkanocnej. Wręcz przeciwnie – należy kultywować wymowną symbolikę Świąt. Stale trzeba pamiętać, że kolorowa pisanka to jajko, które zgodnie z nauczaniem i tradycją katolicką symbolizuje zwycięstwo nad śmiercią oraz odradzające się życie. Dzielenie

się jajkiem przypomina zaś przełamywanie opłatka na początku wieczerzy wigilijnej i wyraża wzajemną miłość oraz życzliwość uczestników wielkanocnej uczty. Z kolei sam baranek to unaocznienie Jezusa Chrystusa – Zbawiciela. Zamiast więc oburzać się na przekaz artystyczny i już od pierwszego momentu ujrzenia dzieła krzyczeć, że jest to jawna profanacja i bezczeszczenie świętych postaci, warto zastanowić się czy aby nie jest zgoła na odwrót.

Czy czasami nie jest tak, że ludzie w natłoku przedświątecznej krzątaniny, nie zatracają znaczenia Świąt i nie zamieniają Chrystusa, zastępując Go złotym kurczakiem lub innym wielkanocnym gadżetem? Wiadomo – łatwiej źdźbło w cudzym oku dostrzec, niż belkę we własnym… 

źródło: www.radiozet.pl

18


19


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

Neopoliteizm

20

N Maciej Puczkowski

M

ożna się spodziewać, że jeśli nasz kraj wciąż będzie podążał drogą wyznaczoną mu przez postkomunistów, nie dalej jak za jedno pokolenie będziemy musieli zmierzyć się z sytuacją, w której będziemy mniejszością religijną. Być może najsilniejszą i najistotniejszą z mniejszości, ale jednak. Pojawia się mnóstwo teorii na temat tego, dlaczego ludzie przestają wierzyć w Boga. Niektórzy upatrują winy w kapłanach, którzy rzekomo mają siać zgorszenie wśród wiernych, inni wskazują na postęp naukowy. Problem w tym, że żadna z tych przyczyn nie powinna być sama w sobie powodem do odejścia od wiary. Kościół, który w swojej historii przeżywał wzloty i upadki nie pierwszy raz staje przed problemem niesfornego duchowieństwa, któremu zdarzały się już takie kwatki,

ie powinniśmy mieć złudzeń, że żyjemy w państwie katolickim, choć wciąż większość nieporozumień wynika właśnie z tego przeświadczenia. Katolicy, którzy myślą, że Polska jest katolicka, ubolewają nad upadkiem obyczajów, zaś niewierzący ogarnięci tym samym przekonaniem czują na sobie wyimaginowany ucisk Kościoła.

Współczesne pogaństwo różni się tym od starożytnego, że ludzie oddają cześć nie temu, co stworzyli rękami, a umysłem. Nadali temu wartość i stworzyli bóstwo.

jak przykładowo sprzedawanie odpustów czy rozpusta. Na marginesie trzeba powiedzieć, że warto się zastanowić, ile z tych historycznych doniesień zostało wymyślonych jako antykościelna propaganda. Wtedy jednak ludzie podejmowali działania bardziej racjonalne. Jeśli Kościół się popsuł, to nie znaczy, że Bóg przestał istnieć lub się obraził na świat i przestał w niego ingerować. Stąd brały się odłamy, które miały nadzieję, że uda im się stworzyć Kościół wierniejszy

Bogu niż katolicki. Dziś problemy Kościoła, jakkolwiek w większości przerysowywane przez media głównego nurtu, są dla mas dowodem na nieistnienie Boga. Pozostaje jeszcze postęp naukowy. Bez rozwodzenia się nad powiązaniami nauki z wiarą i o tym, jak wiara wspiera naukę, a nauka wiarę, należy powiedzieć, że postęp naukowy zwykle jest wymówką dla tych, którzy tej nauki nie znają. Tu pojawia się sedno problemu. Powodem, dla którego ludzie odchodzą od wiary jest ogólnie rozumiany marazm rozumu. Problemem naszego kraju nie jest słabnąca wiara, ale słabnący rozum. Dla jasności, nie tylko po stronie ludzi niewierzących. Z jednej strony katolicy ślepo przyjmujący wiarę bez głębszego zastanowienia nie umieją jej przeżywać inaczej niż przez tradycyjną obyczajowość i obrzędy. Z drugiej


źródło: www.pixabay.com

ci, którym nie chce się zbadać, czym w rzeczywistości jest ten mistyczny postęp naukowy, twierdzą, że skoro go mamy, to wiara została obalona i nie warto podejmować trudu zrozumienia ani jednego, ani drugiego. W efekcie powstają dwie zwalczające się grupy przekonane o swojej racji, a nie mające pojęcia o rzeczywistości. Głupi katolicy są tyle samo warci, co głupi ateiści. Pozostaje jednak w człowieku, nawet głupim, jakiś imperatyw głośno dopominający się uwagi. Jakaś elementarna ciekawość i pragnienie zrozumienia tego, co nas otacza. Połączona z lenistwem rozumu przyczynia się do czegoś, co można nazwać neopoliteizmem. Pismo Święte mówi wyraźnie, żeby nie czynić sobie obrazu tego, co na niebie i tego co na ziemi i nie oddawać temu czci. Można zadać sensowne pytanie: “Dlaczego ludzie oddawali cześć przedmiotom, które sami wykonali?”. Spójrzmy na czasy współczesne. Ludzie wprawdzie nie oddają już czci temu, co wykonali, ale oddają cześć temu, co sami wymyślili. Wszak każdy niemal ateista ma swój kodeks moralny, swoją drabinę wartości, swój własny porządek świata,

w który wierzy, który wyznaje. Współczesne pogaństwo różni się tym od starożytnego, że ludzie oddają cześć nie temu, co stworzyli rękami, a umysłem. Nadali temu wartość i stworzyli bóstwo. Dotyczy to nie tylko niewierzących, ale nawet w większej części tych, którzy wierzą, choć nie znają swojej wiary. Jeśli nie znam Boga, w którego wierzę, to czy nie wierzę przypadkiem w wytwór własnego umysłu? Wszak katolicy sami nie są wolni od przekonań na temat tego, co Bóg uważa, jaki jest, co mu się podoba, a co nie. Wielu katolików ma swojego Boga, który niejednokrotnie ma zupełnie inne przymioty od tego, o którym naucza Kościół. Osłabienie rozumu w tak zwanym wieku postępu niesie za sobą nowy zabobon, nowe cielce, bardziej wyrafinowane, bardziej abstrakcyjne, ale tak samo nieprawdziwe jak ten, którego zbudowali Izraelici po wyjściu z niewoli egipskiej. Im rozum jest silniejszy w człowieku, tym mocniej dąży do poznania prawdy, tym większe ma pragnienie życia w zgodzie z rzeczywistością. Nie powinni się tego obawiać katolicy, ani tym bardziej

chrześcijanie. Skoro rzeczywistość jest jedna, to żadna wiara czy niewiara jej nie zmieni, więc to jest nasze wspólne zadanie - wierzących i niewierzących - dążenie do prawdy. W tym sensie prawda jest wyzwalająca. Uwalnia nas od bożków, których sami własnym rozumem stworzyliśmy. Jeden rozum, dążąc ku prawdzie, wierzy, że znajdzie tam Boga, inny pozostawia to pytanie otwarte, ale kierunek mają wspólny. Zatem zakładając, że Bóg istnieje, każdy niewierzący uczciwie kierujący się rozumem dążącym do prawdy prędzej czy później dotrze do Boga. Podsumowując, nie jest problemem słabnąca wiara, bo niewierzący i wierzący niejednokrotnie żyli ze sobą we wzajemnym szacunku. Problemem jest słabnący rozum, który tworzy sobie bożków w postaci odrealnionych poglądów. Rozum, który nie jest w stanie zrozumieć prawdy dlatego, że brakuje mu cierpliwości lub zwyczajnie jest leniwy i niećwiczony tworzy sobie takie teorie, które rozumie w swoim aktualnym stanie - bo rozum tak ma, że musi rozumieć cokolwiek. Jak nie rozumie nic, to tworzy cokolwiek, co rozumie. 

21


22

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

23


TEMAT NUMERU - Zaczynać ciągle od nowa 24

Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy zginiecie T(Ł Mateusz Ponikwia

Termin nawrócenie pochodzi od greckiego wyrazu epistrefo znaczącego “zawracać”. Etymolodzy zaznaczają, że początkowo słowo to nie miało charakteru religijnego. Odnosiło się ono do zwykłej czynności zawracania. Dlatego w Piśmie świętym występuje z dodatkowymi określnikami precyzującymi, że chodzi o odwrócenie się od bożków i zwrócenie w kierunku Boga. Czasami można również spotkać się z użyciem bliskoznacznego pojęcia metanoja, które odnosi się do przemiany umysłu. Pojęcie nawrócenia nie jest jednoznaczne. Według słownika PWN “nawrócić się” znaczy tyle co “zmienić wyznanie bądź wyznawane poglądy”. Obie definicje, choć nie są tożsame, mogą łączyć się ze sobą. Zmiana wyznania nierzadko pociąga za sobą bowiem przeorientowanie pewnych wartości i

e słowa zaczerpnięte z Ewangelii św. Łukasza k 13, 3) są przesłaniem Jezusa wzywającego do nawrócenia. Ze zdwojoną siłą wybrzmiewają one w okresie Wielkiego Postu. Podejmując refleksję nad sensem nawrócenia, zastanówmy się, czym ono w istocie jest oraz czy jest potrzebne współczesnemu człowiekowi.

Nawrócenie o wiele częściej dokonuje się w cichości serca i nierzadko pozostaje w sferze duchowej danej jednostki. Dostrzegalne są natomiast jego efekty, takie jak choćby zmiana dotychczasowego postępowania.

głoszonych poglądów. Jednak znacznie częściej dochodzi do zmiany postępowania z uwagi na przynależność do określonego wyznania. Mówiąc o danej osobie, że nawróciła się, myślimy o jakiejś przemianie wewnętrznej, dokonaniu duchowego zwrotu w kierunku Boga. Inne objaśnienia tego pojęcia akcentują, że chodzi o pojawienie się gdzieś ponownie, po raz wtóry.

Również to rozumienie zdaje się trafnie oddawać sens tego terminu. Jeżeli się nawracamy, to pojawiamy się ponownie w blasku Bożej obecności. Zawracając z dotychczasowej drogi, przechodzimy na ścieżkę życia wskazaną przez Chrystusa. Zauważmy ponadto, że działalność Jezusa, czyli nawracanie, była skierowana na nakłanianie do zmiany poglądów oraz sposobu życia. Katechizm Kościoła Katolickiego zawiera dwie definicje nawrócenia. Pierwsza z nich traktuje nawrócenie jako wydarzenie, które miało miejsce w określonym momencie. Chodzi o chrzest, który jest głównym punktem pierwszego i podstawowego nawrócenia. Poprzez wyznanie wiary w Dobrą Nowinę i wyrzeczenie się zła, człowiek zyskuje zbawienie, to znaczy odpuszczenie wszystkich grzechów oraz otwiera się


źródło: www.pixabay.com

na dar nowego życia (KKK 1427). Jest to swego rodzaju przejście z niewiary do wiary, którego istotą jest odkrycie w Jezusie Chrystusie pełni obecności Boga. Druga definicja z kolei pojmuje nawrócenie jako czasowy proces trwający przez całe życie. Sensem tego procesu jest Chrystusowe wezwanie do nawrócenia, które z nieosłabioną siłą rozbrzmiewa w ludzkich uszach. Wezwanie Zbawiciela stanowi zadanie dla całej ludzkości (KKK 1428). Duchowy proces przemiany polega na nieustannym odrzucaniu grzechu, przypominaniu sobie powołania do świętości i opowiadaniu się po stronie Jezusa. Metamorfoza ta obejmuje całe życie i wymaga podjęcia pokuty. Centrum egzystencji staje się wiara we wszechmocność Boga. Należy pamiętać, że nawrócenie jest odpowiedzią człowieka na miłosierną

miłość Boga. Wówczas to dochodzi do okazania postawy skruchy i zaczerpnięcia siły oraz łaski Bożej. Nawrócenie nie zawsze przybiera tak spektakularny wymiar jak dla przykładu to, które dokonało się w Szawle. Pismo święte, opisując nawrócenie św. Pawła, ukazuje obraz wielu niecodziennych zdarzeń mu towarzyszących. Nawrócenie o wiele częściej dokonuje się w cichości serca i nierzadko pozostaje w sferze duchowej danej jednostki. Dostrzegalne są natomiast jego efekty, takie jak choćby zmiana dotychczasowego postępowania. Zwrócenie się w kierunku Boga może przybrać postać decyzji indywidualnej – osobistej. Może ono jednak równie dobrze odnosić się do szerszego grona podmiotów, które podejmują w danej chwili decyzję o zmianie swego życia na lepsze. Z teologicznego punktu widzenia w procesie nawró-

cenia zasadniczo występują dwie fazy: przygotowania i ujawnienia. Pierwsza z nich zwana jest także fazą kryzysu, gdyż występuje ona w momencie, gdy człowiek jest przekonany, że chce zerwać i walczyć z grzechem. Drugi etap jest uznawany za właściwe nawrócenie i polega na pozytywnej, głębokiej przemianie oraz wypełnianiu zadań zgodnie z wolą Bożą. Teologowie podkreślają, że nawrócenie jest swego rodzaju procesem, który może charakteryzować się różnym przebiegiem w czasie. Niektórzy do zmiany swej postawy potrzebują jednego bodźca. Znane są przypadki momentalnego nawrócenia i natychmiastowego przewartościowania swego życia na skutek wystąpienia jednego impulsu. Oczywiście znacznie częściej nawrócenie będzie procesem długotrwałym, w którym człowiek małymi krokami będzie zmierzał w stronę

25


Stwórcy. Rozważając potrzebę nawrócenia w dzisiejszym świecie, nie sposób zaprzeczyć stwierdzeniu, że jest ono niezwykle potrzebne i wciąż odgrywa istotną rolę w otaczającej rzeczywistości. Pomimo upływu wielu lat, człowiek wciąż dostrzega konieczność zaspokojenia potrzeb duchowych. Wielu ludzi poszukuje niestety ich realizacji w niewłaściwych miejscach i źródłach, na przykład otwierając się na czary czy magię. Nader często człowiek zbacza ze ścieżki wiary. Nikt bowiem nie jest bez grzechu. Ponieważ każda niedoskonałość oddala nas od Boga, musimy być niezwykle czujni. Nie możemy dopuścić, aby nasze błądzenie doprowadziło nas do zagubienia i zatracenia. Wyjście bowiem z takiej sytuacji zdaje się trudniejsze niż częste podnoszenie się po niewielkich upadkach. O potrzebie odnowienia relacji duchowej jednoznacznie świadczy wzrost popularności wszel-

kiej maści terapeutów czy psychoanalityków. Nie wolno jednakże zapominać, że to Jezus jest najlepszym lekarstwem na ludzkie problemy. Tylko Jego obecność może przynieść prawdziwe ukojenie. Nikt inny nie zna lepiej naszych potrzeb i pragnień. W końcu to On sam oddał swoje życie za zbawienie świata. Wydaje się, że nie należy utożsamiać nawrócenia z uzdrowieniem. Oczywiście uzdrowienie może towarzyszyć nawróceniu jako jego owoc, niemniej jednak nie jest niezbędnym elementem. Odmiennie od widocznych oznak uzdrowienia, zwykle dostrzegalnych już przy pierwszym kontakcie z osobą, nawrócenie odciska niewidzialne piętno w duszy człowieka. Kojąca moc Boża leczy zranienia duchowe oraz daje nowe siły do radzenia sobie z szatańskimi pokusami. Bardzo cennym darem dla człowieka jest możliwość wielokrotnych powrotów do Boga. Oto Stwórca bogaty w

miłosierdzie czeka na każdego z otwartymi ramionami. Bardzo wyraźnie symbolikę tę oddaje postawa ojca z przypowieści o synu marnotrawnym. Podobnie Bóg, dostrzegając wracającego człowieka, wychodzi mu naprzeciw ze swoją miłością i zmiłowaniem. Zapewnienie o Boskim przebaczeniu pozostawił nam sam Chrystus. Możemy być pewni, że uzyskamy odpuszczenie win nie siedem, ale nawet siedemdziesiąt siedem razy, a jeśli będzie trzeba to i więcej. Nadzieja na Boże miłosierdzie winna być dla nas motywacją do ustawicznego nawracania się. Nawrócenia potrzebują nie tylko te osoby, które straciły z pola widzenia obecność Bożą, lecz wszyscy i to każdego dnia. Nasze nawrócenie trwa bowiem w czasie, pogłębia naszą więź i relację z Bogiem oraz wytycza nam kierunek dalszej wędrówki, której kresem jest obiecany Raj Niebieski. 

źródło: www.pixabay.com

26


27


TEMAT NUMERU - Zaczynać ciągle od nowa 28

Przemieniajcie się i wierzcie w Dobrą Nowinę! O

kres Wielkiego Postu to czas przygotowania do świąt Wielkiej Nocy. To dobra chwila, by się nawrócić. Jak to zrobić, pokazuje nam rytm Wielkiego Postu – od Środy Popielcowej po Zmartwychwstanie.

Rafał Growiec

E

wangelia według świętego Marka zaczyna się od opisu działalności Jana Chrzciciela. Syn Zachariasza jest w tradycji chrześcijańskiej nieraz nazywany prodromosem, poprzednikiem, osobą, która dosłownie „przedbiegnie”, by przygotować dla innych miejsce. Prodromoi stanowili lekką jazdę w armii Aleksandra Wielkiego. Taki właśnie charakter – przygotowanie gruntu – ma misja Jana na kartach Ewangelii. Zapowiada on kogoś, kto idzie za nim, kogoś bardziej znaczącego. Jan nie chodził od domu do domu, nie wygłaszał kazań na placach i w synagogach. Jak pisze Marek Ewangelista – wystąpił na pustyni. Ktoś mógłby spytać o sensowność bycia posłannikiem tam, gdzie nikogo nie ma, gdzie jest pusto. W dodatku posłanie zdaje się być niewygodne. Kto by chciał

Należy zaznaczyć, że w chrześcijańskim sensie nie mamy czterech Ewangelii, a jedną. Ewangeliści są jedynie pośrednikami, głoszącymi jedną Radosną Nowinę – Ewangelię Jezusa Chrystusa. To nie Mateusz, Marek, Łukasz i Jan są autorami, ale Bóg Wcielony

iść na jakieś pustkowie, by się dowiedzieć, że jest grzeszny i słaby? Jan ma jednak haczyk – głosi chrzest na odpuszczenie grzechów, oczyszczenie. Wciąż jest to tylko jedno z wielu obmyć żydowskich. Poza jednym małym detalem: stanowi publiczne

wyznanie win. Ludzie sami z siebie przychodzący nad Jordan obnażają się nie tylko przez zdjęcie szat. Ten ekshibicjonizm wynika z wielkiego pragnienia każdego człowieka – by usunąć ze swego życia zło. Publicznie przyznają się do tego, że są niedoskonali, słabi, ułomni. Właśnie to przypomina posypanie głowy popiołem w Środę Popielcową. Samo użycie prochu do pokazania żalu nie jest pomysłem chrześcijańskim. Tak rozpaczali Żydzi, gdy groziła im zagłada (Est 4, 1), Hiob tak wyrażał żałobę po dzieciach, tak pokutowałyby Tyr i Sydon, gdyby widziały działalność Chrystusa (Mt 11, 21), ale (przynajmniej według niektórych źródeł) proch do wyrażania skruchy stosowali także Indianie amerykańscy. Słowa wypowiadane w czasie tego obrzędu uzmysławiają


źródło: www.pixabay.com

przemijalność, marność, ale też stanowią wezwanie do nawrócenia. Najmocniej z tych przykładów uderza postać Hioba, który wiedział, że nie zgrzeszył, ale jednak ukorzył się przed Bogiem i Jego wolą – nawet wtedy, gdy oznaczała ona śmierć bliskich i utratę majątku. Dla niego posypanie głowy popiołem i ubranie się w wór nie są sposobem poskarżenia się Bogu, robienia Mu wyrzutów. Są wręcz symbolem zaufania do Stwórcy – On lepiej wie, co jest dobre niż Hiob. NAWRACAJCIE SIĘ Rozpoznanie własnych grzechów i uświadomienie sobie, że jedynym sposobem, by je zgładzić jest łaska Boga (por. Ps 130, 3), są pierwszym krokiem do tego, by w życiu grzesznika doszło do zwrotu. Podobnie jak człowiek, który za-

gubił się w nieznanym sobie mieście, musi najpierw przyznać się do błędu, i zawrócić. Gdy Jan zostaje uwięziony, Jezus rozpoczyna swoją misję. To właśnie słowa z Ewangelii według św. Marka „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” stanowią jedną z formuł wypowiadanych w Środę Popielcową. Czy jednak stanowi to tylko wezwanie do stuprocentowego uczestnictwa w Gorzkich Żalach i drodze krzyżowej? Czym jest nawrócenie? Polski wyraz bardzo często używany jest na określenie zwrotu w tył, Marek użył greckiego słowa metanoeite – co pochodzi od metanoeo, czyli „nawracać się”. Tłumacze więc nie zaszaleli, choć drugie czy trzecie dno łatwo odkryć. Metanoeo jest zaś zbitką dwóch słów: meta i noieo. Pierwszy wyraża przemianę, drugi oznacza „myślę” i

wywodzi się od słowa nous, czyli „rozum”, „umysł”. Jezus używa słowa noieo, gdy pyta uczniów o to, czy nie rozumieją prawdziwego sensu jego nauki (Mt 15, 17; 16, 9). Gdy poskłada się dwie cząstki razem, otrzymujemy wezwanie do nawrócenia nie powierzchownego, ale całym umysłem, całą głębią wewnętrznego człowieka. Jak wskazuje Katechizm Kościoła Katolickiego nawrócenie to droga powrotu do Boga, połączona z pragnieniem trwałej poprawy (KKK 1490). Musi dojść do przemiany umysłu, sposobu myślenia i spojrzenia na to, co było, ale też planów na przyszłość. W efekcie to, co stare, odległe od Boga musi zniknąć, umrzeć. To moment kryzysu, gdy człowiek uświadamia sobie, jak wiele musi odrzucić, nie tylko dlatego, że jest to grzech, ale też stanowi jego owoc.

29


źródło: www.pixabay.com

Cóż z tego, że ktoś porzuci karierę złodzieja dzieł sztuki, skoro nadal wiszą one na jego ścianach? Grzech nigdy nie jest kwestią tylko między mną a Bogiem. Zawsze jest to grzech w odniesieniu do reszty ludzkości. Raz, że „wszyscy kradną” jest wciąż zbyt często usprawiedliwieniem dla „ja kradnę”, a dwa, że częstokroć odwrócenie od Pana stanowi odwrócenie się od bliźniego – jego praw, potrzeb, osoby. Jakie świadectwa najbardziej szokują? Właśnie takie „niemożliwe”. „Nawrócony gangster” musi odrzucić cały styl swojego bycia, choć do tej pory to, kim był, było wyznaczane przez grzechy, jakie popełniał. Tak samo nawrócony oszust, nawrócona jawnogrzesznica, nawrócony kłamca. Nie dotyczy to tylko wielkich grzeszników. Któż wyobraża sobie

30

Polaka bez typowych wad i przywar, nie pijącego i nie donoszącego? Dziennikarza, który nie jest choć trochę hieną? Wielki post to czterdzieści dni na przemodelowanie nie tylko naszych nawyków żywieniowych, ale też nawyków „myślowych”. Wielki post to dobry czas, by na nowo pozbierać się w całość. Bardzo cenną pomocą mogą być tu re-kolekcje, organizowane nie tylko w parafiach, ale też w duszpasterstwach akademickich czy innych wspólnotach. I WIERZCIE W EWANGELIĘ Grecki termin euaggelion (czyt. ełangelion) także miał znaczenie świeckie. Oznaczał on po prostu dobre wieści, rozsyłane na przykład po objęciu władzy lub wygranej bitwie. Rozsyłali więc swoje ewangelie przede wszystkim pogańscy władcy, przekazując podda-

nym, iż nastały nowe czasy albo, że odparto niebezpieczeństwo. Należy zaznaczyć, że w chrześcijańskim sensie nie mamy czterech Ewangelii, a jedną. Ewangeliści są jedynie pośrednikami, głoszącymi jedną Radosną Nowinę – Ewangelię Jezusa Chrystusa. To nie Mateusz, Marek, Łukasz i Jan są autorami, ale Bóg Wcielony, który wręcz wtargnął w naszą historię, przyjął ciało, umarł na krzyżu, został złożony w grobie i zmartwychwstał. Nie zrobił tego dla popisu, by pokazać swoją moc, ale by ocalić człowieka, wykupić go z niewoli grzechu. Śmierć na krzyżu, będąca najwyższą ofiarą, jest źródłem odkupienia grzechów. Chrzest chrześcijański jest czymś innym niż chrzest Janowy, nie jest obmyciem wodą, ale Duchem Świętym – stanowi zanurzenie w Męce i śmier-


ci Jezusa. W starożytności katechumeni przygotowywali się do przyjęcia chrztu właśnie w czasie przed Wielkanocą a chrzcili się w Wielką Sobotę. Chrzest, tak mocno powiązany z być może największym misterium chrześcijaństwa, był traktowany śmiertelnie poważnie. Oznaczał śmierć dla grzechu i zmartwychwstanie nowego człowieka. Silne dążenie do tego, by chrzest był naprawdę metanoią rzutował na sposób myślenia o grzechu. Grzech miał być tym, co już minęło. Dlatego ludzie

nieraz chrzcili się w późnym wieku na łożu śmierci – gdyż czuli, że grzech po chrzcie byłby czymś straszliwym, bliskim naszej ekskomunice. A pokutować można było tylko raz. Niby był to radykalizm, jednak można zadać sobie pytanie, czy dziś Dobra Nowina o przebaczeniu grzechów nie jest nadużywana. Starożytni wiedzieli, że są grzeszni i się tego bali. Dziś ludzie wiedzą, że są grzeszni i z tego powodu uważają świętość za nieosiągalną, a ludzi do niej nawołujących za fantastów. Obecnie widzimy

trendy, by ludzka grzeszność nie tylko usprawiedliwiała grzech, ale nawet wymuszała pewne zmiany w nauce Kościoła. Nawrócenie to szok. Jednak, jeśli będzie pełne i szczere, prowadzi do największego skarbu człowieka – bliskości Boga. Ma swoje etapy: od uznania swojej marności w Środę Popielcowa, przez rekolekcję wielkopostną aż po ponowne zwrócenie się ku Bogu i Jego sprawom, śmierć dla grzechu i narodziny dla Niego. 

źródło: www.wikipedia.org

31


TEMAT NUMERU - Zaczynać ciągle od nowa 32

Chłop się nie przeżegna, póki pioruna nie usłyszy K Wojciech Urban

Z

araz jego oczom ukazało się wolne miejsce, tuż przed głównym wejściem do szkoły. „Dzięki, Boże, już nieaktualne, sam znalazłem” – pomyślał Kuba. „Jak trwoga, to do Boga”, mówi stare porzekadło. W sumie ciężko rozstrzygnąć, czy jest to wskazówka, przestroga, czy raczej nagana tych, którzy o Bogu przypominają sobie tylko w sytuacjach podbramkowych. DOŚWIADCZENIE SZKOLNE Kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny z Lourdes w Krakowie. Środek tygodnia, zaczyna się „studencka dwudziestka”. A w kościele ludzi tyle, co na pasterce. Rekolekcje o. Szustaka? Nie, to tylko msza w intencji studentów przystępujących do sesji egzaminacyjnej. Dwa razy do roku, pod koniec każdego semestru ta intencja gromadzi w wielu kościołach w Krakowie

uba zaspał na egzamin maturalny. Aby zdążyć, wybiegł z domu bez śniadania, wziął samochód ojca i z piskiem opon ruszył do szkoły. Po drodze modlił się, aby pod szkołą znalazł miejsce parkingowe, gdyż w przeciwnym wypadku musiałby zostawić auto na oddalonym parkingu, przez co definitywnie spóźniłby się na egzamin. „Boże, ja Ci obiecuję, że jak mi znajdziesz to miejsce pod szkołą, to codziennie będę chodził na mszę…”

Ciekawe, że Bóg po modlitwach Izraelitów nie oddalił od nich węży. Wręcz przeciwnie, kazał Mojżeszowi zrobić jeszcze jednego, jakby mało było tałatajstwa wokoło.

i w Polsce więcej młodych ludzi, niż najwybitniejsi rekolekcjoniści i ewangelizatorzy. Można by tym ludziom zarzucić, że chcą handlować z Panem Bogiem. Msza za zdany egzamin, różaniec za zaliczone kolokwium, spowiedź za „natchnienie” do pisania licencjatu. A gdy wszystko zostanie zaliczone, zdane i załatwione, pozostaje pomachać na pożegnanie. Aż do następnej sesji. Z drugiej strony, jak podkreślał ks. Antoni Miciak CM, wieloletni duszpasterz akademicki, taka postawa

świadczy, że jednak jakieś ziarenko wiary w nas jest. – Skoro u Boga szukamy ratunku, to znaczy, że wierzymy, że On rzeczywiście może nam pomóc. – Choć nie każdy, kto doświadczył takiej Bożej interwencji, nawrócił się. W ewangelii czytamy o 10 uzdrowionych z trądu, z których tylko jeden powrócił do Jezusa, by mu podziękować (Łk 17, 11-19). WEZWANIE DO NAWRÓCENIA Kłopoty z nauką to, obiektywnie patrząc, dość trywialna sprawa. Jednak w sytuacji życia i śmierci, postawa ta nabiera zupełnie innego charakteru. Bóg tylko czeka, aż człowiek wyciągnie rękę po pomoc. Tak jak w przypowieści o marnotrawnym synu (lub, jak wolą inni, o miłosiernym Ojcu) – nawet intencja nie musi być do końca czysta, Bóg tylko czeka, aż się do niego zwró-


źródło: www.pixabay.com

cimy o pomoc. Mimo, że dla starszych synów będzie to skandal. Mieliśmy ostatnio nad Wisłą parę takich skandali. Śmierć zasłużonego przywódcy „minionego” reżimu, Wojciecha Jaruzelskiego, który całe życie była ateistą, a nawet walczył z Kościołem, przed śmiercią się nawraca. Msza pogrzebowa w katedrze, koncelebrowana przez kilku biskupów, pogrzeb z honorami na Powązkach. Czy też przypadek świeższy, Józef Oleksy, mimo, że postać mniej „skażona”, niż Jaruzel, to wciąż aktywny działacz partii programowo ateistycznej i antyklerykalnej. Powyższe przypadki kontrowersje wzbudzały z powodów politycznych. Domagano się sprawiedliwości. Po ludzku patrząc, nie zadośćuczyniono jej. Ale dla Kościoła sprawa była jasna. Człowiek się nawrócił, wyspowiadał, więc przyjmujemy go jak umiłowanego syna – dając mu pierścień, najlepszą szatę i wyprawiając na jego cześć ucztę. Bez znaczenia, ile i jak wcześniej nagrzeszył. ZNAK WĘŻA Gdy Izraelici na pustyni szemrali przeciwko Jahwe,

ten zesłał na nich węże o jadzie palącym (Lb 21, 4-9). Gdy zaczęli umierać, wówczas dostrzegli swój grzech. Owocem tego spostrzeżenia było nawrócenie. Cierpienie, a nawet sam strach przed nim, nawraca nas do Boga, jako jedynej instancji mogącej dać ratunek. Teologia starotestamentalna wyrażała przekonanie, iż to Bóg zsyła na ludzi cierpienie jako karę za grzechy, by przez to sprowokować nawrócenie. W świetle Nowego Testamentu musimy jednak odrzucić taką logikę. Wyraźnie mówi o tym ks. Marek Dziewiecki – Podwójnie błędne jest „pobożne” powiedzenie o tym, że kogo Bóg kocha, temu krzyże zsyła. To krótkie powiedzenie zawiera w sobie aż dwie herezje: że Bóg nie wszystkich ludzi kocha i że tym, których kocha, zsyła cierpienie. – Pytany o to, skąd w takim razie pochodzi cierpienie, wskazuje kilka źródeł – Po pierwsze, cierpienie jest ceną za naśladowanie Chrystusa. Po drugie, cierpienie bywa ceną za nasz grzech. Tak było w przypadku syna marnotrawnego z przypowieści Jezusa. Po trzecie, czasem cierpienie bywa ceną za

naszą naiwność. Dzieje się tak wtedy, gdy pozwalamy się krzywdzić przez innych ludzi. – argumentuje ks. Dziewiecki. Dla Izraelitów wybawieniem miało być spojrzenie na miedzianego węża. Pewnie przez to byli kąsani częściej, bo zwracając wzrok ku wężowi na palu, przestawali patrzeć pod nogi. Ciekawe, że Bóg po modlitwach Izraelitów nie oddalił od nich węży. Wręcz przeciwnie, kazał Mojżeszowi zrobić jeszcze jednego, jakby mało było tałatajstwa wokoło. Ale dzięki temu Naród Wybrany stale miał przed oczyma, że cierpienie jest skutkiem odejścia od Boga. Dla chrześcijan, takim znakiem jest krzyż Chrystusa. Mistrz z Nazaretu cierpiał nie dlatego, że Bóg chciał go w ten sposób nawrócić – to byłby dopiero absurd. Cierpienie Chrystusa było spowodowane grzechem człowieka. Odejście od Boga niszczy świat. Niszczy mnie samego, niszczy ludzi wokół mnie, niszczy przyrodę i dobra materialne. Klimatyzacja się wyłącza, bo zostaje pozbawiona prądu. Jedynym sposobem jej naprawy, jest podpięcie z powrotem do gniazdka.

33


TEMAT NUMERU - Zaczynać ciągle od nowa 34

Święci nie od zawsze święci C Kajetan Garbela

Z

acznijmy od klasyków, znanych chyba każdemu, kto bywa co niedziela w kościele i uczęszczał w szkole na religię. „Szaweł siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów”, jak podają Dzieje Apostolskie. Uczony Faryzeusz, obywatel rzymski, gorliwie i z przekonania ścigający chrześcijan, posiadający specjalne pozwolenie arcykapłanów na ściganie i więzienie wszystkich wyznawców nowej religii. Nagle – cud! Pod Damaszkiem zostaje przez Boga dosłownie powalony na ziemię. Przez trzy dni pozostawał niewidomy, aż Pan przysłał do niego chrześcijanina, Ananiasza, który położył na nim ręce. Paweł odzyskał wzrok, został chrześcijaninem i Apostołem Narodów, napisał wiele listów, które znalazły się w Nowym Testamencie i wyprawił się na kilka podróży misyjnych

hyba dla większości ludzi świętość jest czymś nieosiągalnym, wręcz mitycznym. Czymś, do czego dochodzą tylko nieliczni, a jeśli już, to zapewne byli od samego początku życia prze Boga wybrani i szczególnie umocnieni. Dla wielu święty = bezgrzeszny, idealny od poczęcia do śmierci. Śledząc życiorysy wielu świętych Kościoła dojdziemy jednak do wniosku, że bywało wręcz przeciwnie…

A czy można osiągnąć świętość, wywodząc się z bardzo tradycyjnej, żydowskiej rodziny, a przez lata w ogóle nie wierząc w Boga? Jak najbardziej, o czym przekonuje nas przykład Edyty Stein

po świecie. Zginął śmiercią męczeńską przez ścięcie między 64 a 67 r. n. e. w Rzymie. Święty Augustyn – wychowany w kulturze rzymskiej, erudyta, filozof neoplatoński, pisarz. Przyszedł na świat w 354 r. w Tagaście, w rządzonej wówczas przez Rzymian Afryce Północnej. Przez pewien czas był zwolennikiem manichejczyków (sekty wierzącej, że w

świecie toczy się nieustanna walka równych sobie sił - dobra, reprezentowanego przez siły duchowe, ze złem, reprezentowanym przez materię), żył bez ślubu z kobietą, z którego to związku doczekał się nawet syna. Potem poznał chrześcijan, w tym późniejszego doktora Kościoła, biskupa Mediolanu Ambrożego, wreszcie przyjął chrzest. Przełomowe było dla niego pewne zdarzenie – gdy odpoczywał w ogrodzie, usłyszał jak jakieś dziecko powtarzało „weź i czytaj”. Te słowa tak go tknęły, że chwycił leżące nieopodal Pismo Święte. Otworzył akurat na fragmencie listu do Rzymian, w którym św. Paweł pisze „żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chry-


źródło: www.pixabay.com

stusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom.” Można powiedzieć, że dopiero dzięki tym słowom został prawdziwym wyznawcą Jezusa. Zmarł jako biskup północno afrykańskiej Hippony w roku 430. Dziś jest czczony jako jeden z ojców i doktorów Kościoła, a jego pisma, takie jak „O Trójcy Świętej”, „Państwo Boże” czy „Wyznania” wniosły bardzo wiele do rozwoju chrześcijańskiej teologii. Równie dobrze znany św. Franciszek z Asyżu (1181 lub 1182 -1226 r.), jeden z najbardziej znanych i popularnych świętych, w młodości miał niezbyt wiele wspólnego ze świętością. Interesowało go raczej brylowanie w towarzystwie miejscowej młodzieży, zdobywanie wyrazów uznania i zachwytów nad własną osobą. Powodowany chęcią zdobycia sławy, wybrał się nawet na dwie wyprawy

wojenne. Podczas drugiej z nich, w 1205 r. w Spoleto, gdzie dostał się do niewoli, miał wizję, która odmieniła jego życie. Gdy po krótkim czasie powrócił do domu z choroby, był już nowym człowiekiem. Oficjalnie wyrzekł się majątku ojca, bogatego kupca, i oddał się w opiekę Kościoła, reprezentowanego przez miejscowego biskupa. Prowadził życie pokuty, żył w ekstremalnym ubóstwie, czystości i posłuszeństwie, kochając Boga, ludzi i cały świat. Ponaglany wezwaniem Jezusa, aby odbudował Jego Kościół, początkowo remontował pobliskie światynie, szybko jednak zrozumiał, że chodzi o wspólnotę Kościoła. Dzięki temu powstały trzy zakony franciszkańskie – męski, żeński (klarysek) oraz świecki (tercjarze franciszkańscy). Później był także misjonarzem w krajach islamskich oraz doświadczył stanów

mistycznych, których owocem były stygmaty – symbole męki Jezusa na ciele. Zmarł w 1226 roku i już dwa lata po śmierci został oficjalnie ogłoszony świętym. Do dziś dnia zakony franciszkańskie oraz odwołujące się do ich tradycji zgromadzenia (regułę franciszkańską przejęły także inne wspólnoty życia konsekrowanego) cieszą się wielką popularnością i sporą ilością powołań. Cały ruch franciszkański na przestrzeni swoich dziejów wniósł bardzo wiele dobrego w życie Kościoła i wydał wielu świętych i błogosławionych. Młodość Ignacego z Loyoli także nie zapowiadała jego późniejszej świętości. Służył jako żołnierz, zajmował się hazardem i pojedynkami. Służąc królowi Hiszpanii wziął udział w obronie Pampeluny przed Francuzami, w trakcie której został poważnie

35


źródło: www.pixabay.com

ranny w nogę. W czasie kuracji w rodzinnym domu miał zamiar zaczytywać się w historiach rycerskich, z powodu ich braku otrzymał jedynie „Vita Christi”, pobożne dzieło kartuza, Ludolfa z Saksonii. Ta lektura odmieniła jego życie. Po wyzdrowieniu udał się do odległego o ok 400 km klasztoru benedyktynów, gdzie po trzech dniach modlitw zawiesił przy obrazie Matki Boskiej swoją broń, a majątek rozdał biednym. Od tej pory miał zamiar naśladować świętych i jak najlepiej służyć Jezusowi. Ignacy zasłynął przede wszystkim dzięki założeniu jezuitów, nazywanych siłami specjalnymi papieża – zgromadzenia zakonnego, mającego za cel walkę z reformacją i innymi nurtami, przeciwnymi Kościołowi. Ich udział w kształtowaniu nowożytnego Kościoła jest wręcz nieoceniony, spory jest również ich wkład w

36

misje w Azji i obu Amerykach oraz rozwój szkolnictwa. Bardzo znane są także jego „Ćwiczenia duchowne”, w oparciu o które odbywa się bardzo wiele rekolekcji w Kościele Katolickim. Jako ciekawostkę można dodać, że Ignacy przez całe życie był bardzo porywczym człowiekiem – w przypływie emocji chciał nawet zabić napotkanego w czasie pewnej podróży Maura, który wątpił w dziewictwo Maryi. Mimo to jest jednym z najbardziej znanych świętych, a wielu jego duchowych synów, jezuitów, zostało ogłoszonych świętymi i błogosławionymi. Eugeniusz de Mazenod (1782-1861 r.) pochodzący z rodziny francuskich arystokratów, nie miał łatwego dzieciństwa – z powodu Rewolucji Francuskiej musiał razem z ojcem uciekać do Włoch, jego rodzice rozwiedli się i nie darzyli sympatią. Na dworze ksią-

żęcym w Palermo rozpoczął światowe życie. Sądził, że jako szlachcic powinien mieć przed sobą świetlaną przyszłość, zaczął więc prowadzić życie towarzyski i zdobywać powszechne uznanie. Po powrocie do Francji miał zamiar odzyskać zagrabione przez Rewolucję rodowe dobra i zdobyć dobrze płatną i prestiżową posadę, oczywiście odpowiednią dla szlachcica. Chciał także dobrze się ożenić, ale napotkał trudności w znalezieniu odpowiedniej partnerki. Im bardziej starał się zdobyć popularność i błyszczeć w wyższych sferach, tym większą pustkę duchową odczuwał. Przełomowym dla jego życia był Wielki Piątek 1807 roku oraz adoracja krzyża, na której był obecny w jednej ze świątyń. Od tej pory jego życie zmieniło się o 180 stopni. Wstąpił do seminarium, przyjął święcenia kapłań-


skie, a w 1816 roku założył zgromadzenie zakonne, dziś znane jako Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Żyjąc w dużym ubóstwie, podjął się wraz ze współbraćmi odnowy Kościoła w zniszczonej przez rewolucyjną zawieruchę Francji. Oblaci odznaczali się wielką gorliwością apostolską, działając przede wszystkim poprzez głoszenie kazań i prowadzenie misji świętych, także w języku prowansalskim, rozumianym przez prostych ludzi, co na owe czasy było całkowitą nowością. Z czasem Eugeniusz został mianowany biskupem Marsylii i senatorem Francji, a oblaci rozpoczęli działalność misyjną na innych kontynentach, uchodząc do dziś za specjalistów w misjach bardzo trudnych (np. wśród Eskimosów w Ameryce Północnej). Eugeniusz został kanonizowany w

1995 roku przez Jana Pawła II, który zresztą obrał go sobie za osobistego patrona nowej ewangelizacji. A czy można osiągnąć świętość, wywodząc się z bardzo tradycyjnej, żydowskiej rodziny, a przez lata w ogóle nie wierząc w Boga? Jak najbardziej, o czym przekonuje nas przykład Edyty Stein, żyjącej w latach 1891-1942 Przyszła na świat we Wrocławiu w rodzinie religijnych niemieckich żydów. W młodości została ateistką, rozpoczęła także studia na kilku kierunkach i wstąpiła do jednej z niemieckich partii politycznych. Zasłynęła jako doskonały naukowiec, zdobyła tytuł doktor filozofii, utrzymywała bliskie kontakty z tak sławnymi filozofami, jak Edmund Husserl czy Roman Ingarden. Pewnego dnia, będąc w odwiedzinach u znajomej,

na chybił-trafił wyciągnęła z półki jedną z książek. Trafiła na autobiografię św. Teresy z Avila, wielkiej mistyczki i założycielki dwóch zakonów: karmelitanek bosych oraz karmelitów bosych. Przeczytała ją od razu w całości, a gdy skończyła, powiedziała sama sobie „To jest prawda”. Tak rozpoczęła się droga jej nawrócenia. W 1922 przyjęła chrzest w Kościele Katolickim, a jedenaście lat później wstąpiła do karmelitanek bosych w Kolonii, przyjmując imię Teresy Benedykty od Krzyża Swoje życie zakończyła śmiercią męczeńską w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Kanonizowana w 1998 roku, jest jedną ze świętych patronek Europy. 

źródło: www.pixabay.com

37


TEMAT NUMERU - Zaczynać ciągle od nowa 38

Nie spaść z konia ND

igdy nie poraziła Cię wielka światłość pod amaszkiem? Nie jesteś byłym satanistą, którego nagle dosięgła łaska wiary? A mimo to chcesz się nawrócić? To przygotuj się na najtrudniejsze.

Małgorzata Różycka

S

pektakularne nawrócenia lubią odbijać się szerokim echem. Pewnie nie pomylę się, mówiąc, że każdy chrześcijanin zna historię Szawła z Tarsu, gorliwego prześladowcy rodzącego się Kościoła, który został Apostołem Narodów i sam przelał krew za wiarę. Dyzma, dobry łotr, pokazuje, że nigdy nie jest za późno, a nawet największy złoczyńca może zostać pierwszym świętym, zaproszonym w dodatku do raju przez samego Jezusa. Nieco bardziej nam współczesna święta Edyta Stein odkryła chrześcijaństwo w jeden wieczór, kiedy pilnując dziecka znajomych, wzięła do rąk pierwszą lepszą książkę, a była to „Księga życia” św. Teresy Wielkiej. Obecnie często słyszy się o wielkich nawróceniach osób związanych z przemysłem aborcyjnym, uwikłanych w przeróżne nałogi, okultystów, a nawet satanistów. Zazwyczaj dzieje

Radość z życia w bliskości Pana Boga nie może bowiem przesłonić innej prawdy o nas samych, czyli konieczności ciągłego nawracania się na nowo, po raz setny i tysięczny.

się to w ułamku sekundy: wchodzą „przypadkiem” do kościoła i padają ze łzami na kolana, dostają SMS-a ze Słowem Bożym i biegną po wielu latach nieobecności do konfesjonału albo będąc na samym dnie, dostrzegają w swoich ciemnościach światło wiary. Niesamowicie słucha się takich historii, które pokazują, że dla Boga naprawdę nie ma nic niemożliwego, a wiara ma w sobie bardzo wiele z tajemnicy. Dziewięćdziesiąt dziewięć ewangelicznych owiec cieszy się z powrotu

każdej swojej zagubionej siostry. Jest tylko jedno małe „ale”… W osobach, których ścieżka wiary przebiega nieco mniej spektakularnie, może zacząć pojawiać się pytanie: dlaczego w moim życiu Bóg nie czyni takich cudów? Jak i po co mam się nawracać, skoro chodzę do kościoła, zachowuję przykazania i w sumie to u mnie wszystko w porządku? Ten problem dotyka wielu osób, zwłaszcza w czasie Wielkiego Postu, kiedy co rusz słyszymy wezwanie „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Trudno przejść nad nim obojętnie, jednak gdy chce się na nie odpowiedzieć, nie jest ani trochę łatwo. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że dla ludzi wierzących nawrócenie jest dużo większym wyzwaniem, ponieważ o wiele trudniej zrobić z dobrego lepsze niż ze złego dobre. Marne to pocieszenie, ale przecież


jakoś musi się dać. Zatem do dzieła! Na samym początku racjonalne jest wyzbycie się uczucia żalu, a może nawet zazdrości, że w naszym duchowym życiu brak „fajerwerków”, że u nas to wszystko jakoś tak zwyczajnie się potoczyło. Chrzest, katolickie wychowanie w wierzącej rodzinie, coniedzielna msza święta itd. Pragnienie doświadczenia nadzwyczajnej łaski, przeżycia czegoś naprawdę ekstremalnego, jest normalne, zupełnie ludzkie. Jednak zgodnie z przysłowiem ”Cudze chwalicie, swego nie znacie” warto sobie uświadomić, jak wspaniałe jest życie w nieustannej bliskości Boga od samego początku. To jest wielka łaska! Popełnienie grzechu zawsze wiąże się z cierpieniem własnego „ja” oraz ludzi dotkniętych wyrządzonym złem. Nikt nie jest bezgrzeszny, ale też nie bez znaczenia pozostaje kaliber grzechów, których skutki dźwigamy. Spektakularne nawrócenia poprzedzają nierzadko dramaty, jakich żaden człowiek przy zdrowych zmysłach i duszy nie chciałby przeżyć. Świadomość tego powinna ostudzić nieco marzenia o duchowych rewolucjach, a żal czy też rozczarowanie mogą spokojnie ustąpić miejsca radości i wdzięczności, że udało się odpowiedzieć na łaskę wiary i cieszyć z jej owoców przez tak długi czas, może nawet i nieprzerwanie. Wdzięczność jest bardzo dobrym punktem wyjścia dla właściwego nawrócenia. Radość z życia w bliskości Pana Boga nie może bowiem przesłonić innej prawdy o nas samych, czyli konieczności ciągłego nawracania się na nowo, po raz setny i tysięczny. Stanięcia w prawdzie o

źródło: www.pixabay.com

relacjach z samym sobą, bliźnimi, Bogiem. Prawdzie, która niejednokrotnie jest niewygodna, czasem nawet boli. I to stanowi w moim mniemaniu sedno trudności osób wierzących związanych z nawróceniem. Czasem stoi za tym niedostatecznie ostra optyka sumienia, innym razem duchowe lenistwo. Powodem może być także nieświadomość albo pycha. W życiu wiary objawia się ponadto druga natura człowieka – przyzwyczajenie. Nie odmawiając nikomu wysiłku włożonego w proces nawrócenia, uważam, że dużo łatwiej zrobić radykalny zwrot niż systematycznie walczyć ze złym nawykami, które towarzyszą nam latami. Łatwo je też przeoczyć, zignorować, machnąć na nie ręką, uważając za nieszkodliwe drobiazgi. Często chciałoby się nawrócić tak na chwilę albo tylko trochę, bo nie pasuje nam mozolne trudzenie się, by robić regularnie rachunek sumienia, przestać plotkować, okazywać komuś więcej cierpliwości. A nawrócenie

musi być w swojej istocie radykalne, czyli dotkliwe. Wymaga stu procent działania Boga oraz stu procent zaangażowania człowieka, przy czym obie strony muszą chcieć tego samego. O ile Pan Bóg jest zawsze chętny i gotowy, to z człowiekiem różnie to bywa… Podejmować trud na pewno warto. Wiem, że brzmi to jak wzorcowy truizm, nie zmienia to jednak faktu, iż to zdanie pozostaje prawdziwe. Papież Franciszek w swoim kazaniu z 10 lutego 2015 roku mówił o konieczności porzucenia wygodnego spokoju w chrześcijańskim życiu. Podkreślał, że poszukiwanie Boga jest dynamiczne, jest stromą drogą, wymagającą od nas wyrzeczeń. Stanie w miejscu zabija w nas niespokojne serce, każące ciągle iść do przodu. Jak widać, nawrócenie „zwykłego” wierzącego nie musi być mniej piękne, więc, o ile to możliwe, warto oszczędzić sobie spadania z konia, tracenia wzroku i innych tego typu historii. 

39


R O Z M O WA N U M E R U

Ja Ciebie chrzczę... O Sara NałęczNieniewska

O

piekuje się świeżo nawróconymi. Od lat przygotowuje katechumenów do sakramentu chrztu. Pomógł już odnaleźć drogę wielu zagubionym duszyczkom, czego sama jestem świadkiem, uczęszczając na dominikański kurs przygotowujący do sakramentu bierzmowania. Patrzenie na młodych, ale dojrzałych ludzi, którzy decydują się na zmianę jest niezwykle budujące. Kogo innego mogłabym zapytać o nawróconych, jak nie ojca Tomka? „Szczęśliwy, kto nie chodził za radą bezbożnych, ale w prawie Pańskim ma upodobanie i będzie jak drzewo zasadzone u strumieni wód, które wydaje owoc, kiedy jest jego czas i którego liść nie usycha.” (Psalm 1) Sara: Interesuje mnie sprawa ludzi przystę-

40

jca Tomasza Grabowskiego OP zawsze można spotkać w furcie dominikańskiej otoczonego wianuszkiem wiernych. Uśmiechnięty, pomocny i wyrozumiały. Kiedy trzeba potrafi jednak być stanowczy i twardo bronić swoich racji. Wystarczy posłuchać jego kazań, w których mocne słowa prawdy otwierają oczy nawet tym przekonanym o swojej nieomylności.

Jest w Dziejach Apostolskich kilka fragmentów, w których mówi się o chrzcie jako sakramencie poleconym przez Chrystusa. W listach od Św. Pawła jest mowa o chrzcie całych domostw wraz z wszystkimi domownikami.

pujących do chrztu już w dorosłym życiu. Czy dużo osób decyduje się na chrzest w takim wieku? Czy da się oszacować liczbę nawróceń? Ojciec Tomek: Pewnie się da i pewnie jacyś ludzie to robią, ale ja tego nie mierzę :) W Krakowie każdego roku kilkanaście dorosłych osób przygotowuje się do chrztu, niektórzy u sióstr Jadwiżanek

przy parafii św. Marka, inni u nas. Sara: Wiem, że na spotkaniach przygotowujących do sakramentów obowiązuje tajemnica i każda opowieść jest zamknięta szczelnie w sercach i głowach obecnych. Proszę mi jednak powiedzieć, czy każde nawrócenie musi być mocne i spektakularne? Ojciec Tomek: Nie, zupełnie nie o to chodzi. Musi być rzeczywiste i trwałe. Rzeczywiste oznacza, że moje życie prywatne, zawodowe, w rodzinie, wreszcie moje życie wewnętrzne ulega zmianie, jest zawrócone do Boga. Trwałe - czyli mimo trudności i zmian moja wiara nie jest chwiejna, a decyzja niezmienna. Sara: Co kieruje nawróconymi? Dlaczego już w dorosłym życiu decydują się na chrzest?


źródło: www.pixabay.com

Ojciec Tomek: To są bardzo indywidualne rozstrzygnięcia. Części osób czegoś po prostu brakuje. Szukają... Czasem nakierowani w tę stronę przez rodzinę i przyjaciół. Modlą się i w Bogu odnajdują spełnienie i zaspokojenie swoich potrzeb. A później szukają pogłębienia i przypieczętowania swojej decyzji. Niektórzy po prostu chcą się dopasować społecznie. W Polsce mamy większość katolików. Nie chcą czuć się wykluczeni. Inni jeszcze decydują się przyjąć chrzest, ze względu na ślub z katolikiem. Nam natomiast nie zależy na „wytwarzaniu” społecznych katolików. Takich, którzy są tylko kulturowymi katolikami. Chodzi nam o to, żeby człowiek, który decyduje się na chrzest, w trakcie kursu przeszedł prawdziwą przemianę. Świadomie przyjął Chrystusa jako swojego Pana. Są jeszcze osoby, dla których chrzest jest przypieczętowaniem nawrócenia, które już przeszli. To ludzie nawróceni

często w sposób cudowny, nieprzewidywalny i ewidentnie generowany przez Boga. Pochwyceni i nawróceni z innych kultur, innych religii. U nas przeżywający jakieś uporządkowanie swojej wiary i pogłębienie swojej wiedzy na temat chrześcijaństwa. Sara: Jakie warunki musi spełnić osoba chcąca przyjąć chrzest w Kościele Katolickim? Czy jest jakiś dokument prawny, lista obowiązków? Ojciec Tomek: Jest cały dokument, w którym na każdy etap przygotowania do chrztu jest założony jakiś poziom wiary w tym człowieku. Na kurs przyjmujemy wszystkich. Zakładamy, że nic nie muszą wiedzieć i jeszcze w nic nie muszą wierzyć. Prowadzimy ich natomiast taką drogą, żeby najpierw uwierzyli w Boga istniejącego, osobowego, stworzyciela, Absolut, a potem staramy się ich doprowadzić do wiary w Jezusa Chrystusa, Syna

Bożego, który stał się człowiekiem i umarł dla naszego zbawienia. Uczymy ich osobistej relacji z Bogiem i Chrystusem. Wreszcie staramy się doprowadzić ich do wiary w Ducha Świętego. Ktoś, kto ma przyjąć chrzest musi być wierzący. Musi uwierzyć w Boga Trójjedynego. W to, że Jezus umarł za nas i zmartwychwstał. Jeśli w to wierzy jest już nieźle. Wiara jest posłuszeństwem Bogu. Każdy, kto chce przyjąć chrzest musi liczyć się ze zmianą swojego życia. Musi przyjąć model chrześcijański. Wyrzec się innych kultów, porzucić to, co jest niemoralne. Wtedy dopiero może przyjąć chrzest. Sara: Czy zdarza się, że ktoś nie kończy kursu, rezygnuje z przyjęcia chrztu? Ojciec Tomek: Rzadko, ale zdarza się. W ciągu tych 6 lat od kiedy prowadzę kursy - odeszły 3 osoby. Nie były jeszcze gotowe. Jedna odeszła do kościoła protestanckiego. Inna wo-

41


lała jeszcze poczekać. Sara: Wielu z nas oglądało swój chrzest jedynie na zdjęciach w rodzinnych albumach. Czym różni się obrzęd przyjęcia tego sakramentu przez osoby dorosłe? Ojciec Tomek: Sam obrzęd chrztu różni się niewiele. W naszym imieniu rodzice i chrzestni mówili to, co we własnym imieniu będą mówić ci wybrani, którzy chrzest będą przyjmować w Wigilię Paschalną. Tak samo w tym obrzędzie chrztu jest wyrzeczenie się zła, deklaracja wiary, polanie głowy wodą, trzykrotne w Imię Ojca, biała szata i świeca. Nie ma tylko namaszczenia. Jest zastąpione sakramentem bierzmowania, który katechumeni przyjmują zaraz po chrzcie. To jest w tym wyjątkowe. Sara: W takim razie jak wygląda praktycznie przygotowanie takiego

42

katechumena do przyjęcia sakramentu? Ojciec Tomek: Przygotowania obejmują szereg obrzędów. Na początku Adwentu jest przyjęcie katechumenów do Kościoła. Wychodzi się przed świątynię i wprowadza się ich do Kościoła. Naznacza się wcześniej ich zmysły, piersi i barki znakiem krzyża, żeby mieli świadomość, że wchodzą do Kościoła dzięki temu, że Chrystus oddał za nich życie. Naznacza ich celebrans, czyli ksiądz albo chrzestni lub poświadczający, którzy muszą dać o nich dobre świadectwo. Katechumeni deklarują swoją chęć przynależności do Kościoła. Tego samego dnia otrzymują Księgę Ewangelii. Krzyż i Ewangelia - dwa skarby Kościoła. Na początku Wielkiego Postu na mszy wspólnota, która im towarzyszy w przygotowaniu mówi – my Was wybieramy. To jest powołanie od Boga. W Wielkim Poście czeka-

ją ich kolejne obrzędy. W jednym z nich katechumeni przyjmują wiarę (Wyznanie Wiary) i modlitwę pańską (Ojcze Nasz). Później w trakcie mszy te modlitwy oddają. A my jako wspólnota sprawdzamy czy mają tę samą wiarę i tę samą praktykę modlitwy. Jest to symboliczne wskazanie na to, że zostali wyposażeni w pewne rzeczy przez Kościół i w tym wytrwali. Kolejnymi obrzędami są tzw. skrutynia, czyli sprawdzenia, modlitwy za nich, w kolejne niedziele wielkiego postu. Bóg ma oczyścić ich od wpływu złego ducha. Nie tylko pokus, nie tylko tego, co w ich życiu jest udziałem diabła, ale też od krzywdy, zranienia grzechem, nieświadomych błędów. Na sam koniec, zanim się rozpocznie wigilia paschalna, następuje obrzęd effata, czyli „Otwórz się”. Jest to bezpośrednie nawiązanie do Ewangelii o uzdrowieniu głuchoniemego


źródło: www.pixabay.com

(Mk, 7, 31-37). Dotknięcie uszu i ust katechumenów, aby mogli przyjąć i wyznać swoją wiarę. Sara: A co o chrzcie dorosłych mówi Pismo Święte? Ojciec Tomek: Jest w Dziejach Apostolskich kilka fragmentów, w których mówi się o chrzcie jako sakramencie poleconym przez Chrystusa. W listach od Św. Pawła jest mowa o chrzcie całych domostw wraz z wszystkimi domownikami. Jest to pośredni dowód na to, że chrzczono też dzieci. Zazwyczaj chrzest dotyczył jednak dorosłych, ponieważ był wynikiem decyzji, którą ktoś podjął po tym jak usłyszał wiarę. Dotyczyło to konkretnych pogan, jak dozorcy więzienia (16 rozdział Dziejów Apostolskich), który usłyszał od Pawła i Sylasa Ewangelię i postanowił się ochrzcić. Piękny jest przykład Filipa i służącego królowej Etiopii, którego Filip spotkał

na drodze i przejechał z nim kilkanaście kilometrów tłumacząc mu Księgę Izajasza oraz opowiadając o Jezusie. Etiop mówi: „O widzisz, tu jest woda, co stoi na przeszkodzie żebym się ochrzcił?”. „Jeśli wierzysz nic nie stoi” odpowiedział Filip. No i go ochrzcił. Było to oparte na entuzjazmie i zaufaniu do Pana. :) Widać, że nie ma tu żadnego, długiego przygotowania, oprócz prostego pouczenia. Natomiast to się zmieniło, kiedy chrześcijaństwo zaczęło się stawać religią popularną i powszechną. Ludzie chętnie przychodzili do Kościoła, ale zostawali w starym układzie, starym modelu życia. Była potrzeba, żeby ich przygotować, wyjaśnić czym jest wiara. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa to przygotowanie trwało od roku do trzech lat. Później w wiekach średnich stały się powszechne chrzty dzieci. Sara: No właśnie, dla-

czego zaczęliśmy chrzcić dzieci? Ojciec Tomek: Jedna z teorii mówi, że duża śmiertelność dzieci powodowała, że rodzice chcieli je zabezpieczyć. I tak jak rodzice mają prawo chcieć różnych dobrych rzeczy dla swojego potomstwa, edukacji czy wychowania, tak samo mają prawo chcieć dla dziecka wiary i zbawienia. Wtedy podjęto decyzję o chrzcie dzieci. Sara: Dorośli, ustabilizowani, uformowani już ludzie decydują się, by odmienić swoje życie często o 180 stopni. Nie może to być łatwe. Jakie zadania czekają ich w późniejszym życiu? Ojciec Tomek: Po pierwsze na chrzcie się nie kończy. Staramy się ich zatrzymać jeszcze przez chwilę, żeby mieli szanse pytać i uzyskać wyjaśnienia. Z sakramentami jest tak, że wie się jak z nimi żyć

43


dopiero po tym, jak się je otrzymało. Dlatego muszą mieć trochę czasu na posmakowanie ich. To tzw. okres mistagogii. Wprowadzenie w tajemnice nie teoretycznie, a praktycznie. Prowadzimy specjalną mszę, na której mogą się spotkać ze wspólnotą, która ich przygotowywała. Gdzie mogą wrócić nawet po latach. Natomiast co ich czeka? Chrześcijaństwo jest coraz bardziej kontrkulturowe. Czeka ich więc to, że będą funkcjonowali w świecie, który jest coraz mniej chrześcijański. Niektórzy mówią już nawet o świecie postchrześcijańskim. Coraz bardziej przypomina to sytuację z pierwszych wieków naszej ery, kiedy chrześcijanie byli mniejszością i musieli mierzyć się z pogańskim światem. Trzeba się nastawić na konfrontację. Chrześcijaństwo dla wielu jest czymś niewy-

godnym. „Świat nas nie poznał, bo nie poznał Pana” pisze Jan w liście. Jeżeli chrześcijanin ma być kimś wyrazistym, to musi się liczyć z tym, że to nie będzie popularne, będzie zwalczane, a już na pewno będzie w kontrkulturze. Neofici są jednak tymi, którzy mają mocne mocne argumenty, żeby być przekonywującymi. Podjęli oni decyzję w życiu dorosłym. Ich wiara jest wiarą świadomego wyboru, a to ludzi porusza i przekonuje. Sara: Czyli czeka ich niełatwa droga? Ojciec Tomek: Oczywiście. Będą traktowani jak dziwacy. Niby po co ograniczać się moralnością chrześcijańską? Po co decydować się na szereg obrzędów, przepisów i zwyczajów, których trzeba dotrzymywać, skoro można żyć bez tego wszystkiego. Jezus

mnie przyjmie, ale niektórzy mnie odrzucą... Tak jak niewidomego odrzucili nawet rodzice (św. Jan). To ich czeka. Będą musieli się jakoś zdefiniować wobec społeczeństwa i kultury, w której żyją. Sara: Czy spotkał ojciec kiedykolwiek człowieka, który żałowałby swojej decyzji powrotu na łono Kościoła? Ojciec Tomek: Nie spotkałem. Spotkałem natomiast ludzi, którzy żałowali, że nie są w stanie wytrwać w tej decyzji. Spotkałem mężczyznę, który nawrócił się w dojrzałym życiu, ale przyznał, że trudno mu wytrwać w wierze. I chociaż się stara, to go to przerasta. Sara: Jeśli naszą rozmowę przeczytał by ktoś kto nie został ochrzczony, ale o tym myśli, to

źródło: www.liturgia.pl

44


źródło: www.liturgia.pl

co by mu ojciec polecił? Ojciec Tomek: Niech pójdzie pogadać z chrześcijaninem :P Poważnie. Najważniejsze jest to, żeby znaleźć kogoś, kto jest świadkiem. Kto jest świadomie wyznającym wiarę człowiekiem. I postępującym zgodnie z zasadami wiary. Tacy ludzie stanowią przykład i zdolni są nawracać innych. Sara: Dziękuje bardzo! __________ Słowniczek: skrutinium, skrutynium - w trzecią, czwartą i piątą niedzielę Wielkiego Postu wybrani, a więc ci, którzy w czasie uroczystości paschalnych mają przyjąć sakrament chrztu, uczestniczą w obrzędach zwanych skrutyniami. Nazwa tych obrzędów pochodzi od słowa scrutare, co oznacza przenikać, badać. Skrutynia są to specjalne modlitwy mające na celu przygotowanie serca i umysłu wy-

branych, aby owocnie mogli przystąpić do sakramentów wtajemniczenia. Odbywają się one w czasie niedzielnej Eucharystii po homilii i mocno nawiązują do czytanej Ewangelii. W te trzy niedziele Wielkiego Postu możemy usłyszeć opisy spotkania Jezusa z Samarytanką, uzdrowienia niewidomego od urodzenia oraz wskrzeszenia Łazarza. effata - (Mk 7,31-34) - „A gdy znowu wyszedł z okolic Tyru, przyszedł przez Sydon nad Morze Galilejskie środkiem ziemi Dziesięciogrodzia. I przywiedli do niego głuchoniemego, i prosili go, aby położył nań rękę. A wziąwszy go na bok od ludu, osobno, włożył palce swoje w uszy jego, splunął i dotknął się jego języka, i spojrzał w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effata, to znaczy: Otwórz się! I otworzyły się uszy jego, i zaraz rozwiązały się więzy języka jego, i mówił poprawnie. I przykazał im, aby nikomu o tym nie mówili, ale im więcej im przy-

kazywał, tym więcej oni to rozgłaszali. I niezmiernie się zdumiewali, mówiąc: Dobrze wszystko uczynił, bo sprawia, że głusi słyszą i niemi mówią.” mistagogia – wtajemniczenie, pojęcie religijne oznaczające wprowadzanie w misterium – duchową tajemniczą rzeczywistość. W Kościele jest ono elementem katechezy i znajduje zastosowanie w katechumenacie, który wprowadza wierzących w tajemnicę Chrystusa, przechodząc od tego, co widzialne, do tego, co niewidzialne, od znaku do tego, co on oznacza, od "sakramentów" do "misteriów". Więcej informacji o kursach przygotowujących do sakramentów można uzyskać na stronie Fundacji Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego www.liturgia. dominikanie.pl, a ojca Tomasza Grabowskiego poczytać na jego blogu 19te piętro na stronie http:// www.liturgia.pl/blogi/tomasz-grabowsk 

45


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 46

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

47


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Schizma czy zdrowy ferment?

48

C

zy katecheza to tylko sposób na utrzymywanie ludzi Kościoła na nauczycielskiej pensji i przy okazji − indoktrynować dzieci? Kto wpuścił Kościół do szkół i czy trzeba go stamtąd wyrzucać?

Rafał Growiec

I

nformacje, jakie podało na swoich stronach polskie wydanie Radia Watykańskiego wywołało w Polsce falę oburzenia. Powszechne przekonanie o zbytniej postępowości zachodnioeuropejskich biskupów stanowiło podatny grunt dla informacji, którym teraz zaprzecza przewodniczący Konferencji opat Hermann-Josef Kluger Opraem. O ile słowa kard. Marxa (o których pisaliśmy tutaj: http://mozecoswiecej. pl/czy-episkopat-niemiec-dazy-do-schizmy/) można było interpretować ortodoksyjnie („sami musimy myśleć, jak pomóc rodzinie, a nie tylko czekać na wytyczne przyszłego Synodu”), o tyle stanowisko Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych w wersji podanej za Radiem Watykańskim przez wiele mediów nie pozostawiało złudzeń. Reprezentanci 18 tysięcy zakonnic i 4,5 tysiąca zakonników domagają się,

Deklaracja tak rozumiana jest szokująca. Przed wszystkim – za ta jawne odejście od nauczania Kościoła, wszyscy opaci, przeorzy i przeorysze mogli zostać poddani cenzurom wynikającym z prawa kanonicznego. Być może dlatego ojciec Kluger musiał tak szybko zareagować i wydać sprostowanie.

by Kościół w podejściu do seksualności bezgranicznie zdał się na wiernych. A teraz krótka oda do słowa „miał”. Zakonnicy mieli domagać się błogosławienia związków homoseksualnych, a także nowych związków rozwodników. Obecna nauka Kościoła i jego praktyka

miały sprawiać, że homoseksualiści i rozwodnicy w nowych związkach czują się gorsi. Geje i lesbijki mieli być zdolni żyć jak chrześcijanie, ale tylko wtedy, gdy akty homoseksualne nie będą uznawane za grzech (czyli tylko wtedy, gdy chrześcijanie dostosują się do ich stylu modelu „partnerstwa”). Podobnie Magisterium Kościoła miało być oskarżane przez Konferencję o odchodzenie od wiernych. Tu niemieccy zakonnicy mieli powoływać się na praktykę Kościoła Prawosławnego, który wprawdzie dla dobra wiernych dopuszcza takie związki, jednak obrzęd ma charakter bardziej pokutny, gdyż pierwsze małżeństwo trwa wiecznie – także po śmierci małżonka. Konferencja miała więc wykazywać się nie tylko nieznajomością liturgii wschodniej, ale także katolickiej doktryny. Jej zdaniem miało nie być „należytej


źródło: www.deon.pl

odpowiedzi” na problemy homoseksualistów i rozwodników. Nie wiadomo, czy miało chodzić o wskazanie drogi i pomocy w uporaniu się z grzechem, czy tylko o rozwiązanie „poprawne politycznie” – czyli oficjalne skreślenie homoseksualizmu i cudzołóstwa z listy grzechów. SPROSTOWANIE Deklaracja tak rozumiana jest szokująca. Przed wszystkim – za ta jawne odejście od nauczania Kościoła, wszyscy opaci, przeorzy i przeorysze mogli zostać poddani cenzurom wynikającym z prawa kanonicznego. Być może dlatego ojciec Kluger musiał tak szybko zareagować i wydać sprostowanie. Jak twierdzi, cytaty podważające nauczanie Kościoła to jedynie wypowiedzi świeckich, pokazujące brak zrozumienia dla katolickiej doktryny w sprawie homoseksualności zarówno wśród homoseksualistów jak i zdrowych świeckich. Jednocześnie nawet po sprostowaniu

w oczy rzuca się brak wskazań, jak takim poglądom zapobiegać, co mogło rodzić podejrzenia, że zakonnicy nie mieli do nich zastrzeżeń, a co za tym idzie, zgadzają się z nimi. Inne poruszone w dokumencie płaszczyzny, jak np. „towarzyszenie rodzinie” doczekały się propozycji pomocy. Być może właśnie ten brak rozwiązań był źródłem doniesień o „braku należytej odpowiedzi” ze strony Kościoła na problemy homoseksualistów.. Ferment, jakiego niewątpliwie zdążyła narobić interpretacja na polskiej scenie medialnej, zdaje się być obecny tylko w Polsce. Co nie zmienia faktu, że zastrzeżenia do dokumentu mają także świeccy niemieccy. Forum Katolików Niemieckich, zrzeszające konserwatywne wspólnoty wierne Kościołowi i papieżowi, w tak zwanym „Oświadczeniu z Fuldy” domaga się od Episkopatu jasnego wykładu katolickiej nauki o małżeństwie w związku ze znikomą jej

znajomością wśród wiernych. Proponują podkreślenie innych niż socjologiczny wymiarów małżeństwa, w tym jego przymiotów i celów: między innymi sakramentalności, nierozerwalności, ukierunkowania do zrodzenia i wychowania potomstwa, a także sugerują pogłębienie nauk dla narzeczonych (nupturientów). Sprawa jest przykra, gdyż źródłem dezinformacji jest poważne medium, Radio Watykańskie. Informacja dalej wisi bez sprostowania na stronach polskich Radia, nie da się jej znaleźć na stronach niemieckich ani angielskich. Być może to jedynie nieporozumienie, jednak mocno rzutuje na wiarygodność tej stacji. Z kolei jej rozprzestrzenienie po polskich mediach okołokościelnych pokazuje, że nie tylko na Pomorzu panuje zasada „ctrl-c, ctrl-v i artykuł będziesz miał”. CZAS NA KONFESJONAŁY? Dlaczego tak łatwo uwierzyliśmy w tak szokujące sta-

49


nowisko? Przede wszystkim niemieckojęzyczny Kościół od dawna generuje dziwne prądy – to tam doszło do „wyświęcenia” kobiet na księży, tam narodził się ruch „My jesteśmy Kościołem”, którego liderzy symulowali Eucharystię. Oba te przypadki spotkały się, rzecz jasna, z ekskomuniką ze strony Stolicy Apostolskiej. Kościół w Niemczech jest dosyć specyficzny, pod wieloma względami różny od polskiego. Przede wszystkim, działa w terenie, gdzie występuje ogromna ilość wyznań chrześcijańskich. To przede wszystkim ruchy po-reformacyjne, które nieraz dopuszczają w swojej doktrynie zarówno błogosławienie związków homoseksualnych, z kolei małżeństwo traktują w sposób czysto instytucjonalny, odmawiając mu charakteru sakramentalnego. Stąd też wśród wiernych, zwłaszcza gdy nie mają oni odpowiedniej formacji, pojawia się przeświadczenie, że Kościół katolicki jest tylko jednym z wielu „dostawców usług religijnych” i zaczynają traktować kościół jak sklep.

Znajduje to swój wydźwięk w wypowiedziach wiernych cytowanych przez dokument Konferencji. – kapłan ma dać ślub, udzielić Komunii, a nie opowiadać o grzechu, czy zamyśle Bożym co do małżeństwa, a jak nie spełni oczekiwań, to przecież dwie ulice dalej jest zbór kalwiński/luterański. Należy też pamiętać, że Niemcy zachodnie prędzej spotkały się ze zjawiskiem rewolucji seksualnej, z kolei wschodnia część kraju była silnie indoktrynowana komunistycznie, co też zapewne nie jest bez znaczenia, gdy pytamy o podejście do etyki seksualnej. Pojawia się problem braku rozumienia czy świadomości grzeszności. Konfesjonały służą jako schowki na szczotki, bo i tak nie są używane. Nie tylko homoseksualiści nie chcą zaakceptować, że ich postępowanie jest sprzeczne z wolą Bożą, ale też rozwodnicy w nowych związkach. Stąd kard. Marx wzmiankował w wypowiedziach medialnych o odnowie sakramentu pokuty. Przywrócenie indywidualnej

spowiedzi do powszechnej praktyki może być okazją, by kapłan indywidualnie przekazał penitentowi Dobrą Nowinę o tym, że grzech nie jest elementem definiującym tożsamości i z Bożą pomocą można się z niego uwolnić. Podobno polska teologia ma się średnio, gdyż nie ma u nas dobrych herezji. Patrząc na sposób formułowania myśli przez niemieckich duchownych i zakonników, wiadomo już, skąd w tym narodzie wziął się kard. Ratzinger. Źródła: http://pl.radiovaticana. va/news/2015/03/23/deklaracja_niemieckich_zakonnik%C3%B3w_/1131644; http://gosc.pl/doc/2405266. RFN-Zakonnicy-nie-chca-blogoslawic-homozwiazkow O rozwodach i ponownych małżeństwa w prawosławiu: http://www.deon. pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,1381,ponowne -malzenstwa-w-prawoslawiu. html 

źródło: www.pixabay.com

50


51


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Wojna o święte mury

52

KM

raków, 16 miesięcy przed Światowymi Dniami łodzieży. Wielkie wydarzenie, którego ofiarą ma być niewielka, licząca ledwie 40m2, zabytkowa kaplica.

Wojciech Urban

10

marca w krakowskim dodatku Gazety Wyborczej ukazuje się artykuł o wyprowadzce Fundacji św. Włodzimierza z kamienicy przy ulicy Kanoniczej 15. Fundacja grekokatolicka przez 25 lat użytkowała budynek należący do Kapituły Metropolitarnej na Wawelu. Teraz, wraz z kaplicą autorstwa Jerzego Nowosielskiego ma zniknąć. W tym miejscu ma powstać biuro organizacyjne ŚDM. Temat wypłynął podczas projektu „Gdzie jest Nowosielski”, która odbyła się na początku marca w MOCAKu, gdzie znajduje się część dzieł Nowosielskiego. Wywołał pewne wzburzenie zarówno wśród środowisk artystycznych, jak i zwykłych katolików. Efektem tego była petycja do kardynała Dziwisza, by kaplicę uratować.

Decyzja o tym, by w miejsce kaplicy (nazywanej może nieco nad wyrost „ekumeniczną”) zrobić biura, wywołała skandal, lecz okazuje się, że jest to przykład medialnej manipulacji. O kaplicy było swego czasu głośno, zwłaszcza gdy odwiedził ją Jan Paweł II w 1997 roku, jednak wiedza ta nie była powszechna.

SPUŚCIZNA ARTYSTY -TEOLOGA Jerzy Nowosielski, urodzony w latach dwudziestych ubiegłego stulecia w Krakowie, to jeden z najwybitniejszych współczesnych ikonopisarzy, zarazem teolog prawosławny,

profesor krakowskiej ASP. Został odznaczony Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, laureat Nagrody TOTUS za osiągnięcia w dziedzinie kultury chrześcijańskiej. Jego ikony, nawiązujące do liturgii wschodu, w której został wychowany można oglądać w kościołach wielu wyznań w Polsce. W Krakowie, z którym pozostał związany do śmierci przed czterema laty, pozostawił po sobie kaplicę grekokatolicką świętych Borysa i Gleba przy ul. Kanoniczej. Fundacja św. Włodzimierza Chrzciciela Rusi Kijowskiej to organizacja założona przez Włodzimierza Mokrego w Krakowie. Powstała w celu rozwoju i popularyzowania nauki oraz kultury ukraińskiej w Polsce, a także działanie na rzecz zbliżenia polsko– ukraińskiego, naukowe i kulturalne centrum ukra-


źródło: www.radiokrakow.pl

ińskie. Fundacja współpracuje z Uniwersytetem Jagiellońskim wydając „Krakowskie Zeszyty Ukraińskie”, prowadzi bibliotekę ukrainoznawczą, pracownię konserwacji ikon, Galerię Sztuki Ukraińskiej. Jak podkreślają pracownicy fundacji „Ideowym zwieńczeniem organizacji jest zaprojektowana przez prof. Jerzego Nowosielskiego kaplica pierwszych synów męczenników Rusi Kijowskiej św. Borysa i Gleba, synów patrona Fundacji, św. Włodzimierza Chrzciciela”. BURZA WEWNĄTRZ I NA ZEWNĄTRZ Autorzy petycji napisali: – Nie kwestionujemy prawa własności Kapituły do lokalu przy ulicy Kanoniczej 15, jednak naszym zdaniem działania, które podejmuje, stawiają Światowe Dni Młodzieży w złym świetle, jako wydarzenia opierającego

się przede wszystkim o biurokratyczną bezwzględność i demonstrację władzy. – wyrazili również nadzieję, iż decyzja kapituły nie jest próbą deprecjonowania innych wyznań. – Apelujemy do krakowskiej Kapituły, aby spróbowała w inny sposób rozwiązać problem lokalowy i nie usuwała z Kanoniczej 15 dzieła Nowosielskiego. Wierzymy, że trwające kilka dni Światowe Dni Młodzieży nie wymagają tak wysokiej ceny, którą zapłaci polska i ukraińska kultura oraz mieszkańcy Krakowa, którym odbierze się możliwość podziwiania dzieła Nowosielskiego i bezpośredniego kontaktu z tradycją wschodniego Kościoła, który od wieków zaznaczył pod Wawelem swoją obecność. – możemy przeczytać w petycji. Sprawie nadano kontekst międzynarodowy, poprzez odwołanie się do

konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, w którym to papież Franciszek ma stać po stronie Ukrainy. Oprócz petycji, posłano również list do nuncjusza apostolskiego w Polsce, abpa Celestino Migliore. Również wielu komentatorów, między innymi Krystyna Czerni, autorka biografii Nowosielskiego, podkreślało, że w kontekście obecnej sytuacji politycznej, ta decyzja była niedopuszczalna. Jednak przedstawiciel kapituły, ks. Bronisław Fidelus wyraźnie zaznaczał, aby tej sprawy nie mieszać z polityką: – Nikt nie powinien wykorzystywać tragicznej sytuacji na Ukrainie do własnych celów. – PROBLEMATYCZNA KAPLICA Kapituła swą decyzję motywowała trojako. Po pierwsze, Kapituła potrzebuje budynku w innym

53


celu, przede wszystkim na najbliższy ŚDM. Po drugie, Fundacja odzyskała inny budynek, mianowicie cerkiew na ul. Wiślnej, gdzie mogłaby się przenieść. Po trzecie, w kamienicy prowadziła działalność komercyjną, dzięki czemu powinna dysponować środkami na wynajem nowych pomieszczeń. Fundacja odpierała te zarzuty, twierdząc, iż działalność ta była realizacją celów statutowych Fundacji, a zyski ledwie starczały na utrzymanie, między innymi ogrzanie obiektu. Obrońcy kaplicy podkreślali również, że Fundacja wyremontowała własnym kosztem sypiący się budynek. Kaplica ta była o tyle problematyczna, że w całości została zaprojektowana przez Nowosielskiego. Na jej charakter składają

54

się również podłoga, ściany i oświetlenie, jak również ulokowanie nieopodal wawelskiego wzgórza. Dlatego, jak twierdzą jej obrońcy z Krystyną Czerni na czele, nie można jej przenieść: – Nowosielski, z wyznania prawosławny, podarował swoje ikony do tej właśnie kaplicy grekokatolickiej. Zależało mu, by mógł ją odwiedzać każdy, kto potrzebuje spotkania sacrum. Zaprojektował jej każdy element. Tego nie da się odtworzyć w innym miejscu. – Jednak we wspomnianej biografii, pani Czerni wyraziła o kaplicy opinię zgoła odmienną, opisując ją jako pustą, kompletnie opuszczoną, zamkniętą nawet dla turystów" ("Nietoperz w świątyni...", s. 329). Problemów przysporzyłoby zaadaptowania kaplicy

na pomieszczenie służące innym celom. Wymagałoby to odprawienia obrzędu desakralizacji, który w obrządku wschodnim dokonać może ten, które poświęcił dany obiekt, a więc metropolita przemysko-warszawski obrządku greckobizantyjskiego, abp Jan Martyniak, który, jak dotąd, nie został o sprawie oficjalnie poinformowany. DOBREJ WOLI JEDNAK NIE ZABRAKŁO Kuria krakowska początkowo dystansowała się od problemu. Rzecznik prasowy kardynała Dziwisza, pytany o decyzję krakowskiego metropolity, mówił: – Należy o to pytać Kapituły. Kaplica nie zależy od kurii. – W piątek jednak, po przyjęciu petycji podpisanej przez ponad 4 tysiące osób, kuria wydała


źródło: www.pixabay.com

oświadczenie: – Kaplica, w której znajdują się obrazy prof. Jerzego Nowosielskiego wraz z całym jej wyposażeniem, znajdująca się w oficynie kamienicy przy ul. Kanoniczej 15 zostanie zachowana w takim stanie, w jakim zostanie przekazana właścicielowi kamienicy. – ogłosił rzecznik kurii, ks. Robert Nęcek. Jak w ogóle doszło do takiego zamieszania? Kapituła poinformowała Fundację, iż umowa użyczenia kamienicy dobiega końca wraz z dniem 24 marca 2015 jeszcze w lipcu. Wyraźnie jednak zaznaczali wtedy, iż nie przedłużą umowy. Prezes Fundacji, prof. Włodzimierz Mokry, nie chciał przyjąć tego faktu do wiadomości. Poprzez kurię próbował wpłynąć na decyzję kapituły, jednak te starania nie osiągnęły wów-

czas skutku. Na oświadczenie kurii zareagował bardzo radośnie: – Cieszę się z tej decyzji, czekaliśmy na taki dobry sygnał od miesięcy. Spełniają się moje słowa, że "piękno uratuje dobro" – mówił. Decyzja o tym, by w miejsce kaplicy (nazywanej może nieco nad wyrost „ekumeniczną”) zrobić biura, wywołała skandal, lecz okazuje się, że jest to przykład medialnej manipulacji. O kaplicy było swego czasu głośno, zwłaszcza gdy odwiedził ją Jan Paweł II w 1997 roku, jednak wiedza ta nie była powszechna. Co prawda, w zamyśle twórcy miała służyć chrześcijanom różnych wyznań: – Jeśli nawet chrześcijanie nie mogą wspólnie odprawiać nabożeństw, to nich mają miejsce, w którym będą mogli się modlić, choćby każdy z

osobna – miał powiedzieć Nowosielski. Ostatnio jednak w kaplicy nie modlił się praktycznie nikt, poza grekokatolikami. Kaplica była bowiem zamknięta na co dzień. O jej istnieniu wiedzieli nieliczni. Jednak teraz ma się to zmienić – i to właśnie dzięki Kapitule, bowiem w wydanym przez kurię oświadczeniu pojawiło się zapewnienie, że w razie zainteresowania, Kapituła zadba, by kaplica była otwarta do publicznego kultu. 

55


SERIĄ PO LITURGII

Miłosierdzia pragnę bardziej niż ofiary

56

ET

wangelia czytana w poniedziałek Wielkiego ygodnia z precyzją fińskiego snajpera oddaje z jednej strony istotę liturgii, a z drugiej nasze problemy z uczestnictwem w niej.

Wojciech Urban

„N

a sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który miał Go wydać: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano. Na to Jezus powiedział: Zostaw ją! Przechowała to, aby / Mnie namaścić/ na dzień mojego pogrzebu. Bo ubo-

Jezus w Wieczerniku wezwał nas do miłości. Do takiej, jaką On sam okazał, a więc, szczerej i bezinteresownej.

gich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie. Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, Gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa.” (J 12,1-11) Obmycie nóg dla św. Jana Ewangelisty oznacza ustanowienie Eucharystii. W przeciwieństwie do ewangelii

synoptycznych, u Umiłowanego Ucznia nie znajdziemy opowiadania o ustanowieniu („On to, w dzień przed swoją męką wziął chleb…”). Zamiast tego widzimy Jezusa, który wstaje od wieczerzy, zdejmuje szaty, przewiązuje się prześcieradłem i wypełnia zadanie niewolnika. I to właśnie ta ewangelia jest przypisana do Mszy Wieczerzy Pańskiej, podczas której świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii. Apostołów zszokowało tu kilka rzeczy. Po pierwsze kontekst historyczno-kulturowy. Nogi obmywali niewolnicy swoim panom. Obchodzone wówczas święto było pamiątką wyprowadzenia z niewoli egipskiej. Pobożny Żyd, a takimi byli w większości apostołowie, dziękował Bogu za to, że nie musi być już niczyim niewolnikiem. A tu przychodzi BógJezus i wzywa do postawy przeciwnej.


źródło: www.kanonicy.pl

Na szok apostołów musiało też wpłynąć wydarzenie sprzed kilku dni, które, paradoksalnie, powinno im ten gest wyjaśnić. Podczas uczty w Betanii Marta namaszcza Jezusowi nogi drogocennym olejkiem. W innym miejscu czytamy, że podczas uczty u faryzeusza, podobnie uczyniła nierządnica, która łzami obmyła nogi Jezusa. Były to uczynki płynące z miłości. Niekoniecznie świadomie, jednak obie niewiasty rekompensowały zaniedbanie możnych. Faryzeuszowi Jezus wypomniał, że nie podał mu wody do obmycia rąk. Martę broni, mówiąc, że namaściła go na pogrzeb, czego już później nikt nie zdąży zrobić. Bóg doczekał się miłości. Bezinteresownej i czystej. Ciężko było w ten sposób coś wynegocjować, bo de facto nie było to Jezusowi wcale potrzebne. Marnotrawstwo. Można by te środki wykorzystać inaczej. Ale chcemy je przeznaczyć, by uwielbić Boga. To właśnie dokonuje się w liturgii, to

jest jej główny i w zasadzie jedyny cel. Uświęcenie człowieka ma miejsce niejako przy okazji. Ale dokonuje się tylko wówczas, jeśli do Boga przychodzimy bezinteresownie, ze szczerym sercem i, co szczególnie ważne, nie żałujemy mu niczego. Dzięki takiej postawie zapach wylanego olejku roznosi się po naszej codzienności. Bardzo ważne spostrzeżenie ewangelisty – skoro siedziało tam kilkunastu facetów, którzy w samych sandałach dreptali po piaskach i skałach, to zapach musiał być nieciekawy. Nasze ofiary składane w liturgii nie służą zadośćuczynieniu za nasze grzechy. Tego dokonała ofiara Chrystusa. To, co my ofiarujemy Bogu bezinteresownie, to przemienia naszą codzienność. Ale jest jeszcze Judasz. Ten, który dla pieniędzy wydał Jezusa. Tu dowiadujemy się, że był na dodatek złodziejem. A to wszystko pod pozorem miłosierdzia. Jeśli więc ktoś wypomina, że

Kościół powinien wszystkie złote naczynia liturgiczne, ozdoby z kościołów i tym podobne, przeznaczyć na biednych, to mamy do czynienia z kimś pokroju Judasza. Spójrzmy więc na rzeczywistość liturgii parafialnych. Żal nam pieniędzy na prawdziwy paschał z pszczelego wosku – zastępujemy go rurą PCV z wkładem naftowym. Żal nam czasu, więc Wigilię Paschalną odprawiamy za dnia, skracając ci tylko można (i to, co nie można, niekiedy też). Jezus w Wieczerniku wezwał nas do miłości. Do takiej, jaką On sam okazał, a więc, szczerej i bezinteresownej. Do miłości, która służy. Pierwszym miejscem, gdzie tą miłość powinniśmy realizować jest liturgia, na co w oczywisty sposób wskazuje Wieczernik i liturgia Wielkiego Czwartku. Oczywiście, nie ostatnim, ale jeżeli tego braknie, to nasze działania charytatywne będą łechtaniem własnego „JA”. 

57


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 58

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

59


W tył zwrot, pani Lot! J

KULTURA

est coś w narodzie żydowskim, co przy całej jego tragicznej, pełnej powagi historii sprawia, że potomkowie Izraela tworzą fenomen na skalę światową – humor żydowski. Szmonces żydowski, tak popularny przed wojną, także po Zagładzie nie wymarł, a nawet obrodził w osobie Ephraima Kishona.

60

Rafał Growiec

U

rodzony w 1925 roku na Węgrzech jako Ferenc Hoffmann z powodu rasistowskiej polityki zaczął uczyć się jubilerstwa i jak niemal wszyscy europejscy Żydzi także doświadczył horroru wojny. W jednym z obozów koncentracyjnych ocaliło go to, że komendant szukał partnera do szachów, w innym – uniknął śmierci, gdy rozstrzeliwano co dziesiątego więźnia. Jak sam mówił, Niemcy popełnili błąd: „Zostawili przy życiu jednego satyryka”. Po ucieczce z transportu do Sobiboru ukrywał się na Słowacji jako Stanko Andras. Po wojnie wrócił do Budapesztu – tam zmienił nazwisko, by ukryć niemieckie korzenie, kontynuował naukę i publikował satyryczne artykuły pod nazwiskiem Franz Kishont. Jednak i z Wegier wypędziły go polityczne prześladowania. Wraz z żoną Evą wyjechał w 1949 roku do Izraela. Tam

Po polsku opublikowano niewielką część satyrycznych książek Kishona. Jest to pięć zbiorów satyrycznych felietonów lub krótkich opowiadań

urzędnik imigracyjny przechrzcił go na Ephraima (przecież „nie ma w języku hebrajskim takiego imienia jak «Franz»”) Kishona (a potok Kishon już jest – koło Hajfy). Szybko nauczył się języka nowohebrajskiego (wcześniej nie znał ani tego języka, nawet jidysz), w którym też wyłącznie publikował, choć w mowie węgierski akcent towarzyszył mu do końca życia. Publikował w tabloidzie Ma'ariv przez 30 lat, przez 20 lat niemal codziennie. Tworzył sztuki teatralne, a także napisał książki dotyczące wojny sześciodniowej o wiele mówiących tytułach: „Prze-

praszamy, że wygraliśmy” i „Biada zwycięzcom!”. Jego książki sprzedały się w wielomilionowych nakładach, zostały przetłumaczone na 37 języków, jednak największą satysfakcję dawały Kishonowi sukcesy wydawnicze w Niemczech. „Daje mi to ogromną satysfakcję, gdy widzę wnuki moich oprawców stojące w kolejce po moje książki” – pisał, dając do zrozumienia, że winą za Holocaust obarcza jeden, bardzo konkretny naród. „Biedny stary Adolf, że też nie dożył, żeby móc to zobaczyć” – zaśmiewał się innym razem. Zmarł w 2005 roku w Szwajcarii. A FE, DAWIDZIE Po polsku opublikowano niewielką część satyrycznych książek Kishona. Jest to pięć zbiorów satyrycznych felietonów lub krótkich opowiadań – „A fe, Dawidzie!”, „Abraham nic tu nie zawinił”, „W tył


źródło: www.wikipedia.org

zwrot, pani Lot”, „Jedzenie to moje ulubione danie”, „Z zapisków podatnika”. Być może traktowanie nieco po macoszemu jest spowodowane tym, że większość twórczości Hoffmanna/Kishonta/Kishona to spojrzenie na realia izraelskie, więc rodzi się pytanie, jak się ono ma do realiów polskich. O dziwo – ma się doskonale. Czy to efekt udanego wyboru tekstów, czy po prostu pewne rzeczy są niezmienne – trudno teraz ocenić. Z punktu widzenia znajomości realiów polskich aktualność spostrzeżeń Kishona wręcz poraża. Być może to pokłosie tego, że pewne sprawy w ogóle się nie zmieniają pod żadną szerokością i długością geograficzną. Biurokraci zawsze będą nam dawali do podpisania i przeczytania tomy arkuszy zapisanych obcą, urzędniczą mową. Akwizytorzy zawsze będą sprzedawali różne nikomu niepotrzebne wynalazki, a politycy zawsze znajdą sposób na stworzenie nowego podatku. Jako że Izrael jest demokracją, trudno by działały tam inne mechanizmy niż w Europie – elekci Narodu Wybranego zawsze będą dbali bardziej o interesy lokato-

rów niż właścicieli mieszkań, wszak ci drudzy mają zdecydowanie mniej głosów. W oko niedoszłemu katechecie rzuca się wszystko związane z izraelską edukacją. Opowiadania dotyczące losu nauczyciela nietolerującego lokalnych tradycji ortograficznych czy dziwnych zadań typu „Spróbuj zranić uczucia bliskiej osoby” przypominają realia polskiej szkoły aż za bardzo. Trzeba zaznaczyć, że wszystkie opowiadania są w znacznej mierze zmyślone. Narrator (w domyśle: Kishon) umiera w nich co najmniej dwa razy w samym zbiorze „Abraham nic tu nie zawinił”: raz z pragnienia, raz z powodu podżyrowania pożyczki. ABRAHAM NIC TU NIE ZAWINIŁ Rzecz jasna są w zbiorkach autorstwa Kishona żarty, których my nie zrozumiemy bez choćby minimalnej znajomości realiów Izraela. Przykładowo można tu podać kwestię „świeżych imigrantów” – Żydów, którzy przybyli do kraju stosunkowo niedawno i jeszcze nie zdążyli rozpakować walizek, a już mają wszystkiego dość. Problem może też spra-

wiać polskiemu czytelnikowi kwestia gospodarki izraelskiej – czy 80.000 szekli za książkę to dużo czy mało? Także niektóre opowiadania dotyczące lokalnych problemów mogą się nam wydać obce. W końcu w Polsce nie grozi brak wody. Postawy ludzkie wciąż są jednak takie same. Czytelnictwo staje się sprawą elitarną i w sumie podejrzaną. Wszelkie ostrzeżenia na temat problemów środowiska naturalnego kończą się tak samo jak w opowiadaniu Kishona: ludzie je ignorują, a rząd nakłada nowe podatki. Organizacje pożytku publicznego może nie działają w Polsce tak, jak Porozumienie Otomańskich Żydów – Akcja Ludowa (POŻAL), która nie może być rozwiązana, bo zatrudnia 65 tysięcy urzędników, a każdy urzędnik ma rodzinę i dzieci, mogą jednak razem z nią zaśpiewać refren pieśni – „forsy nam trzeba!”. Na koniec trzeba oddać sprawiedliwość tłumaczom – m.in. Janowi A. Piekarzowi i Ryszardowi Wojnarowskiemu, którzy przełożyli twórczość Kishona zgrabnie, z polotem – choć z języka niemieckiego, a nie oryginału. Być może jest to wyzwanie dla polskich studentów hebraistyki. 

61


HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI 62

Pierwsze wyjście z mroku P Mateusz Nowak

B

yć może narażę się komuś, ale mi zdecydowanie bliżej jest do tej pierwszej grupy ludzi. Może nie jest to miłość bezwarunkowa, jednak Coma towarzyszy mi już od wielu lat w życiu codziennym. I nie mam zamiaru tego zmieniać. Wybór piosenki jest również nieprzypadkowy. "Pierwsze wyjście z mroku" to pierwszy album studyjny łódzkiego zespołu Coma, a także tytuł jednej z piosenek na tejże płycie. I tyle tytułem wstępu. Czemu akurat ten utwór? Odpowiedź jest dość prosta - to jedna z tych piosenek, których przekaz może trafić zdecydowanie do każdego. A jednak nie o każdej, która wyszła spod pióra Roguca, można to powiedzieć. Jest ona też jedną z tych bardziej zrozumiałych i mniej grafomańskich, przez co jej interpretacja

o pierwsze, z różnych przyczyn wracam po dłuższej przerwie. Po drugie, tym razem dotknę zespołu, który wzbudza praktycznie tylko skrajne emocje. Jedni kochają Comę, ubóstwiają każdy album, każdą piosenkę, każdy dźwięk czy słowo napisane przez Roguckiego. Inni, gdyby tylko mogli, wymazaliby ją całkowicie z powierzchni ziemi. Bo przecież Roguc to grafoman.

Możecie wierzyć lub nie, ale krzyczane przez wielotysięczne tłumy na koncertach dają niesamowitego kopa. Nawet jeśli dla sporej części ludzi to tylko puste słowa, to jednak ich wydźwięk dla człowieka wierzącego jest jednoznaczny i napawa optymizmem.

nie sprawia aż takich problemów. Tytuł piosenki i albumu to oczywiście żaden przypadek. Wprawnie opisuje jednocześnie inaugurację zespołu na rynku muzycznym oraz wewnętrzne rozterki i przemyślenia autora. Muzyka to oczywiście rock, może nie jest to najostrzejszy utwór na

całym albumie, ale ma swoje fragmenty z tzw. "powerem". Fani cięższych brzmień nie będą zawiedzeni. Jednak tym co do mnie w tym utworze przemawia, jest przede wszystkim jego tekst. Na całej pierwszej płycie, nie tylko w tej piosence, widzimy dość sporo odniesień do Boga. Artyści często lubią w różny sposób wchodzić w dyskusję z wiarą i Stwórcą. W przypadku "Pierwszego wyjścia z mroku" jest to dialog jak najbardziej pozytywny. Takie słowa jak: "przecież Bóg dobrze wie, dlaczego dławi mnie wstręt", "na pewno każdy choć raz, utracił wiarę jak ja" i wreszcie "jeżeli tak ma być, że pomimo wszystko ja wydostanę się, to chyba warto wierzyć". Możecie wierzyć lub nie, ale krzyczane przez wielotysięczne tłumy na koncertach dają


źródło: mateiały dystrybutora

niesamowitego kopa. Nawet jeśli dla sporej części ludzi to tylko puste słowa, to jednak ich wydźwięk dla człowieka wierzącego jest jednoznaczny i napawa optymizmem. "Trzeba uprzytomnić sobie, że nawet kiedy wszystko straci sens, znajdziesz przestrzeń, gdzie wielka wiara tłumi lęk". Aż ma się ochotę przyklasnąć. Przecież o to chodzi w życiu, by nigdy się nie poddawać, brnąć cały czas naprzód, nawet, gdy wszystko straci sens. A pomóc w tym może właśnie wiara. Jeżeli jest prawdziwa, to możemy przyjąć za pewnik, że pomoże. I kto by pomyślał, że do takich wniosków można dojść słuchając rockowego zespołu. Kojarzenie rocka z satanizmem na szczęście coraz bardziej odchodzi w dal, jednak w świadomości starszego pokolenia nadal gdzieś tam siedzi. Nam, młodym zostaje jedynie próba przekonania swoich

dziadków, że nie wszystko jest przecież takie czarno -białe, nawet w muzyce. Oczywiście cały utwór nie jest tak całkowicie jednoznaczny. Są i tu wersy, które poddają pewne rzeczy w wątpliwość. Najważniejszy jest jednak ogólny wydźwięk. "Mimo że zgubiłem się, mimo że zabrnąłem w mrok, wymieszałem z błotem krew, ocaleję mimo to". Proste i przejrzyste. Można się potykać, popełniać błędy, grzeszyć, w końcu jesteśmy tylko ludźmi. Zawsze jednak istnieje szansa na powrót, czyli idąc za Rogucem - ocalenie. Niby nic wielkiego, a jednak pozytywna myśl, która, zasiana w człowieku, może zrobić bardzo wiele dobrego. Nad samym utworem nie będę się już więcej rozwodził. Jeśli ktoś będzie miał ochotę, to przesłucha i całą płytę. W "Stu tysiącach jednakowych miast" można się doszukać np.

frazy "tylko błagam, nie załamuj rąk, chroni nas Bóg" - również krzyczane na koncertach. A dla wszystkich niezadowolonych z sytemu, polityki i całego tego szajsu - polecam "Nie wierzę sk****synom". Prosto, dobitnie i na temat. Już po samym tytule ciężko stwierdzić, że facet nie ma racji. Na teraz niech wystarczy tyle. Do Comy jeszcze wrócę, bo przez tych 11 lat, od powstania pierwszego albumu, sporo się zmieniało. I przypuszczalnie Roguc już nie do końca szczerze czuje to, o czym śpiewał na "Pierwszym wyjściu z mroku". W jego tekstach z późniejszych płyt wyczuwa się zmiany poglądów, różne kombinacje, poszukiwanie, co wychodzi mu z różnym skutkiem. Na niezmiennie wysokim poziomie jest za to muzyka. Ale o tym wszystkim już innym razem. 

63


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 64

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

65


Potwór niewinny jak dziecko W

NOWOŚCI

każdym człowieku nieustannie walczy ze sobą dobro i zło. Ciągle podejmujemy decyzje, narażeni na podszepty tego złego i tego dobrego aniołka na naszym ramieniu. Walczą o naszą duszę. Jak pies z kotem.

66

Anna Zawalska

N

a ekrany kin wszedł właśnie pierwszy anglojęzyczny film reżyserki Marjane Satrapi, pt. „Głosy”. Produkcja ukazuje historię Jerry’ego (Ryan Reynolds), cierpiącego na schizofrenię pracownika fabryki wanien w niewielkim amerykańskim miasteczku. Mężczyzna stara się wbić w życie towarzyskie i możliwie jak najlepiej wpasować w otaczającą go społeczność. Choć uznawany za dziwaka, nie budzi w innych negatywnych emocji i zyskuje sympatię swoich współpracowników. Historia zagęszcza się w momencie gdy Jerry poznaje piękną Fionę (Gemma Arterton) i od razu szaleńczo się w niej zakochuje. Ich pierwsza randka nie kończy się jednak dobrze – przez przypadek Jerry zabija wybrankę swego serca, co stawia go w kłopotliwej sytuacji. Nie wiedząc, jak

Dokonując wyborów jesteśmy narażeni na podszepty „tego złego”. Wolna wola sprawia, że w ważnych sytuacjach życiowych stajemy się podatni na różne rady. Z drugiej strony natomiast mamy sumienie, które włącza się w odpowiednich momentach i nie pozwala nam czynić zła. Zdarza się jednak, że głos sumienia tłamsimy

z niej wyjść, zwraca się z pomocą do swoich domowych zwierzątek Pana Whiskersa i Bosco. A te z kolei, nieustannie walczą o jego duszę. Film można odbierać

dwojako. Z jednej strony Satrapi ukazała świat widziany oczyma osoby chorej psychicznie. Wchodzimy więc w skórę schizofrenika Jerry’ego, poznajemy jego świat – albo raczej jego sposób postrzegania świata. Razem z nim przeżywamy iluzoryczność wszystkiego, z tym wyjątkiem, że my mamy świadomość tej nieprawdziwości tego, co nas otacza. Tymczasem Jerry w tej iluzji całkowicie się zatraca, boi się z niej wyjść, co jest świetnie pokazane przez kwestię brania lekarstw. Mimo że psychiatra zapewnia bohatera, jak ważne jest przyjmowanie leków, to jednak ten decyduje się z nich całkiem rezygnować – dla niego jest to równoznaczne z rezygnacją ze szczęścia i przyjemności. Jerry pokochał iluzję tak bardzo, że woli w niej pozostać, niż się wyleczyć.


źródło: materiały dystrybutora

Chociaż film opowiada smutną historię osoby zmagającej się z chorobą psychiczną, to jednak można go potraktować uniwersalnie i odnieść do własnego życia, co jest tym drugim odbiorem całości. „Głosy” w świetny sposób pokazują nieustanną walkę dobra ze złem w człowieku. Dokonując różnych wyborów jesteśmy narażeni na podszepty „tego złego”. Wolna wola, która została nam dana sprawia, że w ważnych sytuacjach życiowych stajemy się podatni na różne rady. Z drugiej strony natomiast mamy sumienie, które włącza się w odpowiednich momentach i nie pozwala nam czynić zła. Zdarza się jednak, że głos sumienia tłamsimy, wybierając drogę sugerowaną przez diabła. Jerry’emu wydawało się, że słyszy głosy i ze to one podpowiadają mu, co ma robić. Co więcej, traktował

te głosy – umieszczone w psie i kocie - jako swoich przyjaciół, których porad należy słuchać. Tymczasem głosy dochodziły przede wszystkim z jego głowy, stanowiły jego nieodłączną część, a właściwie były Jerry’m. W filmie możemy wyróżnić dwa majstersztyki, których na samym początku się nie spodziewamy. Przynajmniej dla mnie były one sporym zaskoczeniem – jak najbardziej pozytywnym. Pierwszy majstersztyk to praca reżyserki. Satrapi stworzyła przejmujący świat schizofrenika, który jednocześnie możemy odnieść do samych siebie. Uniwersalność walki w człowieku dobra i zła została przez nią wykorzystana rewelacyjne. Z drugiej strony ukazała bohatera w taki sposób, że pomimo zbrodni, których raz po raz dokonuje, jest on dalej

niewinny jak dziecko. To właśnie on staje się ofiarą, a nie osoby, które morduje. Mamy więc swego rodzaju dualizm postaci, dzięki któremu została ukazana tragedia osób chorych psychicznie. Temat trudny, jednak Satrapi świetnie z tego wybrnęła. Pokazała, że osoby cierpiące na schizofrenię nie tylko żyją w dwóch światach, ale przede wszystkim są więźniami swojej drugiej natury. W nich nie ma walki dobra ze złem – w nich zło zdaje się, że podporządkowało sobie dobro. Drugim majstersztykiem jest kreacja Ryana Reynoldsa, co stanowi podwójne zaskoczenie, mając na uwadze jego wcześniejsze role. Aktor wpisał się już w popkulturę bardzo dobitnie i kojarzony jest raczej z produkcjami miałkimi, a jego kreacje nie wybijały się ponad pewien poziom

67


przeciętności. Tymczasem w „Głosach” pokazuje na co go stać. Stworzył swojego bohatera w taki sposób, że odbiorca wyczuwa jego chorobę psychiczną. Z jednej strony jest potulny jak baranek, delikatny i wrażliwy jak dziecko, a drugiej potrafi zabić. Nie robi tego jednak z zimna krwią – każde morderstwo przeżywa, zastanawiając się czy jest dobrym człowiekiem. W końcu, chcąc nie chcąc, to kot nieustannie namawia go do złego. Geniusz Reynolda to nie tylko kreacja Jerry’ego. Zgodnie z obsadą Kanadyjczyk użyczył również głosu swojemu kotu Panu Whiskersowi i psu Bosco. Sposób, w jaki to zrobił ukazuje nam pełen profesjonalizm aktora – mamy z jednej strony apodyktycznego kota, mówiącego z niemieckim akcentem, twardo i konkretnie, a z drugiej poczciwego psa, nieustannie widzącego w swoim panu dobro, mówią-

cego miękkim barytonem. Stworzyć charakter postaci tylko za pomocą głosów, to sztuka, która Reynoldsowi wyszła znakomicie. Od początku nie mamy świadomości, że pies i kot mówią głosem jednej osoby. Całość wychodzi dopiero w scenie, kiedy Jerry stojąc przy lodówce pełnej odciętych głów rozmawia sam ze sobą właśnie głosem swoich zwierzęcych przyjaciół. Akcja filmu jest prowadzona stopniowo. Na początku jej bieg jest nieco wstrzymany, całość jest stonowana, przez co napięcie odbiorcy jest wzmożone. Potem następuje niespodziewany zwrot, w postać morderstwa Fiony i akcja znów zostaje wstrzymana, by za chwile po raz kolejny zaskoczyć widza. Taki suspens sprawia, że do końca seansu śledzimy poczynania głównego bohatera z wypiekami na twarzy, oczekując finalnego rozwiązania sytuacji. Do ostatnich minut pro-

dukcja jest poprowadzona mistrzowsko, by wszystko zepsuć zakończeniem. Nie chcąc wiele zdradzić, mogę jedynie powiedzieć, że zakończenie jest totalną porażką, zwłaszcza jeśli cały film trzymał bardzo wysoki poziom. Najlepiej byłoby po prostu skrócić film o jedną scenę – wtedy całość stanowiłaby naprawdę kawał dobrego kina. Tymczasem zostajemy z kawałem dobrego kina z wybitnie zepsutym zakończeniem. Panuje przekonanie, że koty to stworzenia, które nieustannie spiskują, aby nas zabić, ewentualnie, aby zawładnąć całą rasą ludzką. W filmie „Głosy” ten stereotyp jest utwierdzony i w momencie kiedy pies to najlepszy przyjaciel człowieka, to kot staje się najwredniejszym stworzeniem chodzącym po ziemi. 

źródło: materiały dystrybutora

68


69


Legenda za życia H,

FILM

Mateusz Nowak

70

P

rzyznam szczerze, że trochę sceptycznie podchodziłem do tego filmu. Zapowiadał mi się na kolejne amerykańskie samouwielbienie, jakich w Hollywood nie brakuje. Na szczęście końcowy efekt nie jest aż taki zły. Oczywiście nie obyło się bez patetycznych fragmentów czy dowodzenia słuszności wojny w Iraku. Trudno się jednak tego wyzbyć, kiedy film opowiada historię bohatera właśnie tej wojny. Nie będę tu przytaczał historii życia Chrisa Kyle'a. Każdy, kto chce ją poznać, powinien obejrzeć "Snajpera". Ci zaś, którzy nie są nią zainteresowani, mogą spojrzeć na ten film po prostu jako na niezłej klasy kino wojenne. Realizacja scen walk jest naprawdę bardzo dobra i według opinii wielu żołnierzy, wiernie oddaje rzeczywistość. Można dzięki temu samemu się

istoria Chrisa Kyle'a, najlepszego snajpera w historii amerykańskiej armii, aż sama prosiła się o to by ktoś ją przeniósł na ekran. Tym który podjął się tego zadania, został sam Clint Eastwood. I sześć nominacji oscarowych mówi chyba samo za siebie. Film trafia idealnie w gusta Akademii, pielęgnuje amerykański patriotyzm, a przy tym jest po prostu dobrze zrobiony.

Oczywiście film nie zostałby tak dobrze odebrany zarówno przez krytykę, jak i widzów, gdyby nie świetna rola Bradleya Coopera. Facet naprawdę się w ostatnich latach rozwinął, gra w coraz lepszych produkcjach, co roku jest nominowany do Oscara. przekonać, jakim piekłem jest wojna. I żadne wytarte, pompatyczne frazesy nie są w stanie tego zrekompensować. Dużą zaletą dzieła Eastwooda jest pokazanie Kyle'a takim, jaki był. Na całe szczęście nie zrobił go nadczłowiekiem. Chris, tak

jak każdy z nas, miał swoje słabości, z którymi się zmagał. Zarówno w Iraku, jak i za każdym razem, gdy wracał do Stanów. Wojna odciska na człowieku ogromne piętno. Żołnierze wiedzą o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Wielu psychicznie kompletnie sobie nie radzi z tym, co ich spotkało. A to może być niezwykle niebezpieczne. Przekonał się o tym właśnie Kyle. Najpierw w swoim własnym życiu, które ciężko było mu uporządkować. Przez wszystkie lata swojej służby, nawet gdy był w domu, to tak jakby go w rzeczywistości nie było. I obserwujemy na ekranie te wszystkie jego słabości, problemy, rozterki, walkę z samym sobą o powrót do normalności. I właśnie przez to, że miał świadomość tego, jak ciężka jest to sytuacja, to starał się pomagać innym weteranom. Nikt nie mógł


źródło: materiały dystrybutora

przypuszczać, że zginie z ręki jednego z nich. Oczywiście film nie zostałby tak dobrze odebrany zarówno przez krytykę, jak i widzów, gdyby nie świetna rola Bradleya Coopera. Facet naprawdę się w ostatnich latach rozwinął, gra w coraz lepszych produkcjach, co roku jest

nominowany do Oscara. Zapowiada się, że zdobycie statuetki jest dla niego kwestią czasu. W tym roku konkurencja po prostu była zbyt silna. Najlepszym potwierdzeniem na to, jakim człowiekiem był Kyle, jest fakt, że inni żołnierze zwracali się do niego "Legendo". I to

nie tylko za to, że ratował im w wielu sytuacjach skórę, ale również za to kim był - niby zwykłym facetem, ale z wielkim sercem i szczerym oddaniem ojczyźnie. Tak przynajmniej rysuje go Eastwood, a po seansie ja to kupuję. 

71


Przeznaczenie na siłę PK

rzyjaźń damsko-męska podobno nie istnieje. obieta nie może z facetem stworzyć aseksualnej relacji, bo prędzej czy później te starania doprowadzą do czegoś więcej. O tym właśnie jest film „Love, Rosie” w reżyserii niemieckiego twórcy Christiana Dittera.

FILM

Anna Zawalska

72

S

chemat filmu jest bardzo prosty. On i Ona, przyjaźnią się od niepamiętnych czasów, świetnie się rozumieją i niby oboje chcą czegoś więcej, oboje darzą się mocniejszym uczuciem, ale coś jednak przeszkadza w tym, by mogli skończyć jako para. Mija wiele lat, przyjaźń trwa, nieustannie ich ku sobie przyciągając, a oni dalej podejmują nie takie decyzje jak powinni. Ale przecież ta historia musi zakończyć się happyendem. Rosie jest porywcza, zwariowana i lubi podejmować decyzje, których potem żałuje. Alex to ten bardziej opanowany, rozsądny i konsekwentny. Przyjaciółmi są odkąd pamiętają i nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Właściwie wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że tych dwoje musi skończyć jako para, muszą założyć

W całym swoim pięknie i tym szukaniu drugiej połówki jabłka, czy pomarańczy jest to przeznaczenie na siłę, mocno naciągnięte, którego celem jest tych dwoje połączyć. W filmie jest sporo wydarzeń, które sugerują, że już nic nie połączy Alexa i Rosie.

rodzinę i żyć długo i szczęśliwie. W tym momencie jednak wszystko zaczyna się toczyć w zupełnie innym kierunku. Chociaż oboje wiedzą, że powinni o swoich uczuciach porozmawiać, to jednak trudno im zdobyć się na szczerość. Rozpoczyna się zatem seria omyłek, które oddalają od siebie

tych dwoje. Rosie zachodzi w nieplanowaną ciążę i musi zrezygnować ze studiów, a Alex dostaje się na wymarzony uniwersytet i wyjeżdża kształcić się do Stanów Zjednoczonych. Tutaj w sumie historia mogłaby się zakończyć. Nie kończy się, bo w końcu to opowieść o przeznaczeniu. W całym swoim pięknie i tym szukaniu drugiej połówki jabłka, czy pomarańczy jest to przeznaczenie na siłę, mocno naciągnięte, którego celem jest tych dwoje połączyć. W filmie jest sporo wydarzeń, które sugerują, że już nic nie połączy Alexa i Rosie. Nic bardziej mylnego. Wszak małżeństwo może zakończyć się rozwodem, a dziecko może okazać się być spłodzone przez kogoś innego. Wszystko po to, aby doprowadzić historię do szczęśliwego końca, w którym Alex i Rosie w koń-


źródło: materiały promocyjne

cu do siebie docierają, w końcu są ze sobą szczerzy i w końcu prawdziwa miłość może rozkwitnąć. Scenariusz autorstwa Juliette Towhidi, to zdecydowanie najsłabszy element tego filmu. Historia poskładana jest byle jak, jakby od niechcenia. Niby wszystko jest zgrabnie pozszywane ze sobą, ale w wielu przypadkach rozłazi się, brzydko naciąga i z całości robi się zwykła szmata, o nieokreślonym kształcie. Wydarzenia konstruowane są w taki sposób, żeby doprowadzić do oczywistego finału. I tak naprawdę już po dwudziestu minutach filmu wszyscy dobrze wiemy jak to się wszystko skończy. Przeznaczenie, które niemal wylewa się ze wszystkich sytuacji wynikających pomiędzy Alexem i Rosie dodawane jest na siłę. Twórcy chyba zbyt mocno skupili się na głównym przesłaniu filmu

sprawiając, że po pewnym czasie mamy ochotę, by coś większego to przeznaczenie rozwaliło. Historia szyta grubymi nićmi, w dodatku bardzo niedokładnie, to wielkie rozczarowanie tej produkcji. Co trzyma poziom, to gra aktorska. Chociaż nie jest najwyższych lotów, to jednak kreacje poprowadzone są w taki sposób, że każdą postać darzymy sympatią, każdą postać lubimy od początku do końca. Nawet te „czarne charaktery” mają w sobie coś takiego, że przez komizm sytuacji wypadają mniej diabolicznie, niż mogłoby się wydawać. W rolę przyjaciół-kochanków wcielili się uroczy Sam Claflin znany przede wszystkim szerszej (nastoletniej?) widowni z roli Finnicka Odaira, występującego w drugiej i trzeciej część ekranizacji „Igrzysk Śmierci” i Lily Collins znana m.in.

z „Królewny Śnieżki”. W roli Alexa Claflin wypadł czarująco, choć może nie do końca była to zasługa jego aktorskich umiejętności, a bardziej zewnętrznej aparycji i ogólnego stylu bycia. Jeśli chodzi o damską stronę ten przyjaźni, to Lily Collins w roli nieco roztrzepanej Rosie, wypada nieźle chyba tylko przez wzgląd na jej wrodzoną dziewczęcość i urokliwą urodę. O ile ten duet w roli nastolatków wypada prawdziwie i niezaprzeczalnie rozkosznie, to ich starsze wersje niestety tego poziomu nie utrzymują. Nie zmienia to jednak faktu, że patrzy się na nich przyjemnie przez cały film. Co jeszcze zasługuje mimo wszystko na uznanie, to nastrój całej opowieści, dzięki któremu to wpychanie przeznaczenia na siłę za bardzo nie męczy. Przez cały seans można powspominać własne lata nastoletnich zakochań i przyjaźni,

73


wrócić do czasów, kiedy głównym problemem były miłosne rozterki. Problemem jednak tego nastroju jest to, że nie starzeje się on razem z głównymi bohaterami. Chociaż ich kłopoty robią się bardziej zagmatwane, to tych dwoje w dalszym ciągu pozostaje mentalnie w szkole średniej, wszystko rozwiązując właśnie przez pryzmat nastoletniego życia. Niemniej, całość poprowadzona jest w taki sposób, że nie jest to aż tak odstręczające dla widza, co z kolei prowadzi do szczęśliwego końca zarówno w oglądaniu, jak i w miłosnych rozterkach głównych bohaterów. Oglądając „Love, Rosie”

w głowie miałam ciągle inny film o bardzo zbliżonej tematy. Towarzyszyło mi przeczucie, że twórcy mocno wzorowali się na produkcji z 2011 roku pt.: „Jeden dzień” w reżyserii Lone Scherfig. Schemat fabuły jest praktycznie taki sam – ona i on, najlepsi przyjaciele, niby coś więcej do siebie czują, ale żadne się do tego nie przyzna. Każde pakuje się w poboczne romanse, by w końcu doprowadzić do prawie szczęśliwego końca. Prawie, bo sielanka zostaje brutalnie przerwana. I to chyba ten mocny punkt, którego w „Love, Rosie” zdecydowanie zabrakło. Bynajmniej nie chodzi tutaj o jakiś tragiczny moment,

który wszystko rozsypie do reszty. W „Jednym dniu” ten jeden moment zagwarantował autentyczność i jednocześnie poprowadził akcję w taki sposób, że zamiast przesycenia słodkością, widz dostał prawdziwy melodramat. Reasumując: scenariusz na minus, aktorzy na plus, a nastrój całości pozostaje w sferze neutralnej, a więc mamy remis. „Love, Rosie” na pewno nie spodoba się każdemu. Jednak wielbiciele łzawo-romantyczno -ckliwych opowieści będą jak najbardziej zadowoleni. Przecież na końcu i tak przeznaczenie wygrywa! 

źródło: materiały promocyjne

74


75


Jak pierwsze piątki mogą uratować człowieka C

KSIĄŻKA

zasem zastanawiamy się nad tym, czy osiągając dno, można spaść jeszcze niżej. Andrzej Sowa w książce „Ocalony. Ćpunk w Kościele” – swoim bardzo szczerym książkowym wyznaniu – udowadnia, że tak. Ale za chwilę dodaje, że Bóg ma moc, by wyciągnąć człowieka z największego bagna.

76

Beata Krzywda

N

iezbyt często zdarza mi się sięgać po biografie i autobiografie, ale ostatnio w ręce wpadła mi niezwykła książka – „Ocalony. Ćpunk w Kościele” Andrzeja Sowy. Wyznanie byłego narkomana tak mnie wciągnęło, że pochłonęłam jego książkę w zaledwie jedno popołudnie. Autor już na początku przyznaje, że życie zawdzięcza między innymi pierwszym piątkom, na które prowadzała go babcia, gdy jeszcze był dzieckiem. Jednak dzieciństwo Andrzeja nie było bajką. Wydarzenia bardzo pozytywne, takie jak jazda na rowerze czy pierwsza miłość, mają zwykle koszmarny finał w postaci upojenia alkoholowego, pierwszych narkotyków (w wieku zaledwie 14 lat!), a nawet pedofilii. Problemy na linii ojciec–syn, pogłębione

Druga część opowieści napawa optymizmem, daje nadzieję, że Bóg i ludzka miłość pozwalają na wyjście z największego nawet bagna, a cudu uzdrowienia może doświadczyć każdy, nawet najbardziej pogubiony i odwrócony od Boga człowiek.

przez alkoholizm ojca, miały zdecydowanie negatywny wpływ na dalsze życie „Koguta”. Chwilami życie, które prowadził jako nastolatek czy dwudziestoparolatek, może wydawać się ciekawe, szczególnie, gdy występował jako wokalista zespołu

Maria Nefela – popularność, koncerty, twórczość. Ale w rzeczywistości sens miało tylko to, co daje dostęp do używek. Z biegiem lat było gorzej i gorzej, a książka dosadnie opisuje stan, do jakiego narkotyk może ostatecznie doprowadzić. Nie chodzi tylko o narkomanię jako taką – ćpanie, igły, głębokie rany. Istotne jest też towarzystwo, w którym człowiek zaczyna się obracać. Niewłaściwe kontakty w końcu doprowadzają do magii, seansów spirytystycznych i całkowitego odwrócenia od Boga. Niektóre opisy były tak skonstruowane, że zmusiły mnie nawet do tego, żeby książkę po prostu na chwilę odłożyć... To oczywiście nie koniec. Druga część opowieści napawa optymizmem, daje nadzieję, że Bóg i ludzka miłość pozwalają na wyjście z największego nawet


źródło: materiały promocyjne

bagna, a cudu uzdrowienia może doświadczyć każdy, nawet najbardziej pogubiony i odwrócony od Boga człowiek. Przypadkowo spotkani ludzie, zaskakujące dobro, a do tego odrobina intrygi, budują napięcie, mimo że czytelnik wie, że wszystko zakończy się happy endem – mamy przecież do czynienia z autobiografią. Z tej niezwykłej historii można się nauczyć szacunku i miłości bliźniego. Dodatkowo świadectwo wiary Andrzeja Sowy umacnia wiarę w skuteczność mo-

dlitwy i udowadnia, że Bóg naprawdę słyszy i rzeczywiście kocha każdego człowieka. O czym jeszcze warto wspomnieć? Szczególną uwagę zwróciłam na styl pisania. Przez swoją naturalność, prostotę i słownictwo adekwatne do środowiska, w którym się obracał, autor potęguje w czytelniku wrażenie autentyczności. Chyba często tak jest, że w naszej wierze zapominamy albo o uzdrawiającej mocy Boga oraz jego miłości ogarniającej wszystko i

wszystkich, albo o ludziach – tych jednostkach, które wyciągają do nas rękę właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebna nam jest czyjaś pomoc. Nawet pomimo tego, że żyjemy i wyglądamy gorzej niż kloszard. Czytając „Ocalonego” zarówno o jednym, jak i o drugim można sobie przypomnieć. 

77


O tym, jak muzyka łączy pokolenia H

MUZYKA

Jarosław Janusz

78

K

rok dalej poszła niezależna wytwórnia alkopoligamia.com, która postanowiła nadać klasycznym rapowym utworom zupełnie inny wydźwięk. Celem wytwórni stał się projekt Albo inaczej − czyli próba przekształcenia rapowych tekstów na śpiewane piosenki, które to miałby opierać się na nierapowych aranżacjach muzycznych, a ich wykonanie zostać oddane w ręce muzyków, którzy swoje kariery rozpoczynali w czasach młodości naszych rodziców. Pierwszym utworem, który doczekał się reinterpretacji, stał się tekst Pezeta Refleksje z płyty Muzyka klasyczna. Nowy-stary utwór został wykonany przez jazzowego klasyka Andrzeja Dąbrowskiego, który idealnie poczuł klimat rapowego tracku i wzniósł go na zupełnie inny wymiar. Kompozycja ta doczekała się również ciekawego teledysku podkre-

ip-hop od początku swojego istnienia korzystał z innych gatunków muzycznych. W wielu utworach rapowych słychać elementy jazzu, funku czy rocka. W Bitach, czyli liniach melodycznych, często wykorzystuje się sample − fragmenty wcześniej nagranych utworów. Producenci muzyczni uciekają się do takich zabiegów, aby klasycznym utworom nadać bardziej nowoczesny charakter.

Udział w projekcie potwierdzili, m.in. Zbigniew Wodecki, Krystyna Prońko, Felicjan Andrzejczyk czy Wojciech Gąssowski. Projekt ten będzie ewenementem na naszej scenie muzycznej, gdyż wyżej wymienione osoby nie miały styczności z muzyką miejską.

ślającego wyjątkowość tego przedsięwzięcia. Piosenka dostępna jest pod linkiem: https://www.youtube.com/ watch?v=NbBIVDVaPIk Swój udział w projekcie potwierdzili, m.in. Zbigniew Wodecki, Krystyna Prońko, Felicjan Andrzejczyk czy Wojciech Gąssowski oraz wspomniany już Andrzej Dąbrowski. Moim zdaniem projekt

ten będzie ewenementem na naszej scenie muzycznej, gdyż wyżej wymienione osoby nie miały styczności z muzyką miejską. Jak mówi Felicjan Andrzejczyk: „Nie słucham hip -hopu, ale nie patrzę na niego spode łba”. W podobnym tonie wypowiada się Wojciech Gąssowski: „Wiem, że istnieje hip-hop i rap, ale nigdy z tego typu muzyką nie miałem do czynienia”. W moim odczuciu jest to duży plus, gdyż nowi wykonawcy rapowych utworów nie będą próbować stylizować się na raperów, a skoncentrują się na perfekcyjnym zaśpiewaniu tekstu pod nowo skomponowane aranżacje muzyczne. W najbliższym czasie poznamy coraz więcej znamienitych osób związanych z tym projektem, gdyż koncert premierowy został zaplanowany na 17 kwietnia podczas festiwalu miejskiego Red Bull Music Academy Weekender w Pałacu Kultury i Nauki. 


źródło: www.facebook.com/projektalboinaczej źródło: www.facebook.com/projektalboinaczej

79


Jak polski rap stał się częścią dziedzictwa narodowego? P

olski hip-hop, muzyka bloków, szarych podwórek i społecznych degeneratów, którzy nie potrafią wziąć życia we własne ręce. Taki stereotyp często towarzyszy tej muzyce. Ale czy obecnie ten stan się utrzymuje? Otóż nie.

MUZYKA

Jarosław Janusz

80

C

oraz częściej muzyka rap jest propagowana przez masowego odbiorcę. Raperzy są zapraszani do różnych programów telewizyjnych czy też biorą udział w przedsięwzięciach społecznych. Udział Sokoła oraz Ten Typ Mesa w kampanii Wyloguj się do życia czy niedawny spot kampanii społeczno-edukacyjnej Ojczysty - dodaj do ulubionych, w której rapujący Eldo zachęca do dbałości o poprawność polszczyzny, ukazuje, że rap ma pozytywny wpływ na kulturę. Muzyka ta, dając tak wiele społeczeństwu, nie mogła zostać niezauważona przez odpowiednie instytucje. Narodowe Centrum Kultury postanowiło patronować powstałej Antologii Polskiego Rapu. Na swojej stronie NCK również odnosi się do wspomnianego projektu: „Naszym zamysłem jest

Antologia to zbiór 50 biogramów sztandarowych polskich artystów, opis 200 niezwykłych utworów, jak i ukazanie dwudziestoletniej historii polskiego rapu. Nakład pozycji był bardzo ograniczony (500 sztuk), co sprawiło, iż rozszedł się w przeciągu kilku godzin.

przedstawienie historii polskiego rapu w taki sposób, aby było to istotne źródło wspomnień i informacji dla osób, które związane są z tą muzyką od wielu lat, jak i – a może przede wszystkim – prawdziwa kopalnia wiedzy, przystępnie podanej, dla osób nie mających

jak dotąd z hip-hopem do czynienia, kojarzących go z pojedynczych nagrań, bardzo często posługujących się krzywdzącym dla artystów oraz fanów gatunku schematem stereotypów”. Antologia to zbiór 50 biogramów sztandarowych polskich artystów, opis 200 niezwykłych utworów, jak i ukazanie dwudziestoletniej historii polskiego rapu. Nakład pozycji był bardzo ograniczony (500 sztuk), co sprawiło, iż rozszedł się w przeciągu kilku godzin. Jednak Narodowe Centrum Kultury zadbało o to, by każdy mógł dotrzeć do opisywanego zbioru. NCK przygotowało bezpłatną wersję wydawnictwa w formie E-BOOK’a, który można pobrać ze strony Narodowego Centrum Kultury. Poniżej prezentujemy link do bezpłatnej wersji Antologii Polskiego Rapu: http://www.nck.pl/wy-


źródło: materiały promocyjne

dawnictwa/313380-antologia-polskiego-rapu-bezplatny-e-book/ Na zakończenie zachęcamy również do zapoznania się z inną pozycją, w której znajdziemy studium porównawcze współczesnych raperów i XIX-wiecznych filomatów. Książka

autorstwa Tomasza Kukołowicza jest przełomowa, gdyż spogląda na polski rap od strony naukowej. Niezmiernie cieszy fakt, iż Narodowe Centrum Kultury promuje polski hip-hop jako część kultury oraz dziedzictwa narodowego. Niniejszą książkę można

również zamówić na oficjalnej stronie Narodowego Centrum Kultury: http://sklep.nck.pl/ pl/p/Raperzy-kontra-filomaci/455 

81


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 82

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 83


Pocztówka ze świata – Islandia ROZMOWY

“C

Emilia Ciuła

P

oznałam jeszcze inny sposób świetnie pokazany w filmie “Love, Rosie”. Wystarczy zakręcić globusem, zamknąć oczy i przyłożyć do niego palec. Kilka dni temu mój palec zatrzymał się na jednym ze skandynawskich krajów – Islandii. Pierwsze, co mi przyszło do głowy to niedźwiedzie polarne, ekstremalne zimno, góry lodowe rodem z Arktyki i oczywiście elfy. Żeby potwierdzić albo obalić moje przypuszczenia nie musiałam szukać daleko. Postanowiłam zapytać kogoś, kto tam był. Agnieszka Kuś, studentka Uniwersytetu Ekonomicznego, wyjechała na trzy i pół miesiąca w ramach programu Erasmus do miasteczka Bifröst liczącego niespełna 300 osób. Zazwyczaj wyjeżdża-

84

zas mija, a ja nigdzie nie byłem, nic nie widziałem, nic nie zwiedziłem” – narzeka pewnie większość społeczeństwa. Podróże to nie tylko obecność fizyczna, ale również opowieści i rozmowy. To zdjęcia, artykuły, książki, filmy. Gdy nie można pozwolić sobie na wycieczkę marzeń, dobrą receptą, by dostać się na krańce świata jest rozmowa z ludźmi, którzy tam byli.

Byliśmy wszędzie, gdzie tylko mogliśmy się dostać. Widziałam wodospady, wulkan (który razem z innymi studentami z różnych krajów chcieliśmy pewnego wieczoru aktywować ale niestety się nie udało), góry, jeziora, lodowce i gejzery.

jąc na Erasmusa wybiera się kraje, w których temperatura w ciągu roku nie spada poniżej 20 stopni Celsjusza. Ty wyszłaś poza schemat. Dlaczego Islandia? Agnieszka Kuś: Mam kolegę z Kolumbii, który pojechał na Islandię do

pracy i tam poznał Polaków. Pewnego razu przyjechał ich odwiedzić i teraz mieszka w Krakowie. Rozmawiając z nim, zauważyłam, że dużo bardziej tęskni za Islandią niż za Kolumbią (co jest dziwne jak na “ciepłoluba”). Stwierdziłam, że skoro aż tak bardzo zakochał się w Islandii, to chyba warto ją zwiedzić. Niesamowicie podobają mi się kraje skandynawskie. Zaczytywałam się w powieściach, których akcja rozgrywa się właśnie tam. Zafascynowała mnie kultura tamtych stron. Jedną z przyczyn mojego wyboru było również zbadanie, jak podchodzi się tam do elfów i czy ludzie naprawdę w nie wierzą. Wyjeżdżałaś w lecie, lądowałaś w zimie. W dodatku twój lot zagrożony był wybuchem wulkanu. Jak więc przy-


źródło: fot. Maja Starachowicz

gotowywałaś się do podróży? A.K.: Nie miałam ciepłych ubrań, musiałam wszystko kupować przez internet. Mój bagaż podręczny ważył 10 kg, a rejestrowany – 20 kg. Byłam zestresowana, ponieważ myślałam, że jak tam przyjadę 31 sierpnia, to wysiadę z samolotu i umrę z zimna. Cała moja rodzina stresowała się nadchodzącym wybuchem wulkanu. Gdy jechałam do Berlina aby tam wsiąść do samolotu, dotarło do mnie, że jadę w ciemno. Dzięki Bogu erupcja nie nastąpiła. Więc jak wygląda ta cała Islandia? Maciej Dąbski w swoim artykule opisuje przyrodę tego kraju jako pełną: lodowców, gejzerów, wodospadów, jezior. Widziałaś to wszystko?

A.K.: Jak to studenci na wymianie – mieliśmy sporo wolnego czasu. Dużo chodziliśmy na piesze wycieczki, a co dziwne – nie spotkaliśmy się z żadnymi szlakami, tylko ścieżkami wydeptanymi przez owce. Dróżki te były bardzo wąskie i często oznaczone “owczym tropem”. Byliśmy wszędzie, gdzie tylko mogliśmy się dostać. Widziałam wodospady, wulkan (który razem z innymi studentami z różnych krajów chcieliśmy pewnego wieczoru aktywować ale niestety się nie udało), góry, jeziora, lodowce i gejzery. Przyroda jest przepiękna i czasem aż zapierało dech w piersiach, szczególnie gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłam zorzę polarną. A jak to jest z tymi elfami? Widziałaś jakiegoś?

A.K.: Szukałam elfów, ale chyba za mało byłam zaangażowana. Młodsi mieszkańcy generalnie twierdzą, że nie wierzą w elfy, natomiast jakby przyszło co do czego, to stworzyłoby się jakby “elfie lobby”. Była nawet afera z kamieniami, których nie dało się przesunąć z drogi ponieważ “elfie lobby” zabroniło. Przeforsowano ustawę, że droga musi być poprowadzona dookoła kamieni, żeby stworzenia się nie zdenerwowały. Mieszkańcy nie chcą kusić losu, więc na wszelki wypadek trochę wierzą. Każdy w swoim ogródku ma takie “elfie domki”, coś na zasadzie jak u nas krasnoludki. Szczególnie ciekawie to wygląda, gdy są one ustawione w szczerym polu. Ale skąd w ogóle elfy się wzięły? A.K.: Elf to inaczej

85


ukryty ludek. O ich pochodzeniu głosi jedna z legend. Adam i Ewa mieli dzieci. Bóg zapowiedział się, że przyjdzie ich odwiedzić, ale Ewa nie zdążyła umyć wszystkich dzieci i niektóre schowała przed Bogiem. Wtedy Bóg zapytał, gdzie są malcy, a Ewa powiedziała, że nie ma więcej. Pan odrzekł, że to co zostało przed nim ukryte, zostanie też ukryte przed ludźmi. Tym sposobem zesłał ukryty lud pod ziemię. Dlatego tak trudno je spotkać. Jest ich wiele rodzajów. Dobrze opisano je w artykułach Anny Pietrzkiewicz i Olgi Hołowni. Islandia kojarzy się

ze srogimi zimami. Co możesz powiedzieć na ten temat? A.K.: W grudniu spadł śnieg i rzeczywiście nas zasypało. Przyszedł wiatr, który wiał z prędkością 250 km/h. Zamknięto jedyną w Islandii główną drogę nr 1 (można nią przejechać w 2 dni cały kraj). Byliśmy uwięzieni. Domy były oblepione śniegiem, nigdy nie widziałam czegoś takiego, Wyglądało to jak wioska świętego Mikołaja. Z trudem otworzyliśmy drzwi i weszłam do śniegu po pachy, choć dla innych był po kolana… Uprzedzając pytania, mam 150 cm wzrostu.

Spotkałaś może jakiś rodaków? A.K.: Polacy to największa mniejszość narodowa na Islandii. Wszyscy w Bifröst cieszyli się, że jestem z Polski. Więc chyba nie zrobiliśmy złego wrażenia. Jeśli chodzi o pracę – zarobki Polaków są na pewno lepsze niż tutaj, ale ceny są proporcjonalnie wyższe. Emigranci po prostu wyjeżdżają i zostają. Pensje wszystkich emigrantów są gorsze od płac Islandczyków. Pracują w miejscach, gdzie obywatele tego kraju nie chcieliby pracować. Poziom życia po kryzysie bardzo się pogorszył.

źródło: fot. Maja Starachowicz

86


źródło: fot. Maja Starachowicz

Czy zostałabyś tam na zawsze? A.K.: Bardzo podobało mi się mieszkanie na Islandii przez 3 miesiące. Kraj ten jest wspaniałym miejscem do życia. Ludzie są przyjaźni, pomocni, zabierają autostopowiczów, proponują nawet noclegi. Ale nie chciałabym tam zostać. Warto pojechać –

zobaczyć piękną przyrodę, poznać kulturę, tajemnice elfów, a być może jakiegoś spotkać. Jest to wspaniała przygoda, a wspomnienia pozostaną w mojej pamięci na długo, jednak, jak to się mówi, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

chciałby się wybrać w podróż do jakiegoś odległego kraju. A gdy nie ma się takiej możliwości – to o nim posłuchać. Dzisiaj była to Islandia, a następnym razem? Może miejsce, gdzie jest trochę cieplej… ¸

Dziękuję za rozmowę. A.K.: Każdy czasem

87


Dawaj radość, uśmiech i dobro! ROZMOWY

K

88

Kajetan Garbela

S

kąd w ogóle pomysł na takie działanie?

Krzysiek: Pomysł Druida wziął się z doświadczenia mojej jazdy tramwajem. Po ciężkim dniu na uczelni wracałem nim do domu i byłem świadkiem sytuacji, kiedy starsza pani nie miała drobnych na bilet i nikt nie mógł jej rozmienić banknotu na monety. Wówczas siedząca przede mną dziewczyna wstała i z uśmiechem na ustach wręczyła pieniądze na bilet. Moją pierwszą reakcją było pytanie do samego siebie – dlaczego ja tego nie zrobiłem? A drugą był pomysł, aby takie dobro promować i pokazywać światu. Ludzie myślą, że świat jest zły, ludzie są źli, jedni drugim czegoś zazdroszczą, a tak naprawdę ludzie są dobrzy i pomagają sobie, choć nie zawsze to widać. Myślę,

ilku studentów z krakowskiej Beczki postanowiło wysyłać w świat pozytywne przesłanie – ludzie są dobrzy i wielu z nas doświadcza tego na co dzień, często w bardzo prozaicznych sytuacjach. O co chodzi z Druidem, jak to działa i co ma wywołać? Rozmawiamy z Krzyśkiem, Anią, Mają i Grześkiem.

Dobro jest uniwersalne i jeśli jest w jakiś sposób związane z wiarą katolicką to ten fakt sam w sumie nie obniża jego wartości. Na pewno nie mamy zamiaru cenzurować czyichś historii związanych z religią, byle tylko nie obrazić czyichś uczuć.

że takie małe dobro trzeba pokazywać, szczególnie w dzisiejszym świecie. Dlaczego postanowiłeś działać tak, a nie inaczej? K. Mam taką naturę, że jak się za coś biorę, to jest do na pewno duży i ambitny projekt. Wiedziałem, że sam tego nie ogarnę i do-

brze będzie znaleźć współpracowników. Najpierw powiedziałem o tym mojemu przyjacielowi, Piotrkowie, a potem dołączyli Grzesiek i dziewczyny – Ania i Maja. Ostatnio zgłosiła się jeszcze jedna nasza koleżanka, która rozpoczyna współpracę z nami jako drugi grafik. Oprócz tego współpracują z nami także Dominika i Basia. Wszyscy należymy do dominikańskiej „Beczki”. Co takiego przekonało was do współpracy z Krzyśkiem? Ania: Mnie przede wszystkim przekonał entuzjazm, z jakim opowiadał on o swoim projekcie. On naprawdę wierzy, że to ma sens, i dzięki jego przekonaniu stwierdziłam, że to naprawdę dobra inicjatywa. Maja: Dokładnie, jak człowiek widzi, że coś


źródło: https://www.facebook.com/Druiddobro

może przynieść dobre owoce, to naturalnie chce być tego częścią. Grzesiek: Ostatnio spędzam wiele czasu w towarzystwie ludzi, którzy widzą świat raczej w czarnych barwach. Krzysiek wyszedł z tą propozycją właśnie w momencie, gdy sobie uświadomiłem, że w moim otoczeniu jest tak wiele pesymizmu A tak jak on lubię uczestniczyć w dużych projektach, więc się zaangażowałem Najpierw postanowiliście działać na Facebooku… K: Najszybszym i darmowym sposobem promowania projektu jest oczywiście Facebook, tak możemy najszybciej docierać do ludzi z naszym pozytywnym przesłaniem. Są także pomysły na to, by działać na innych mediach społecznościowych, założyć bloga… Najambitniejszym

pomysłem jest oczywiście to, aby samemu szerzyć dobro. A: To właśnie zrobiliśmy po charytatywnej akcji Ciacho za ciacho, która miała miejsce tydzień temu u krakowskich dominikanów. Sprzedawaliśmy tam np. ciasta, których wiele zostało, więc postanowiliśmy wziąć trochę i wyjść z nimi na miasto. Chodziliśmy po ulicach i rozdawaliśmy ludziom, doszło nawet do takiej sytuacji, gdy pod dworcem głównym pewna pani chciała nam za nie zapłacić – oczywiście bez namysłu odmówiliśmy, a pani była bardzo zdziwiona, że ktoś całkowicie za darmo rozdaje ciasto na mieście. M: Myślimy także o kręceniu filmików na youtube, przeprowadzaniu sond ulicznych, w których przypadkowi ludzie mogliby opowiadać ciekawe historie ze swojego życia, ale to

wszystko pozostaje jeszcze w sferze planów. Jak wygląda rozkręcanie Druida? Jak zdobywacie wasze historie? K: Jesteśmy dopiero na początku naszej przygody, więc przede wszystkim my sami pozyskujemy historie od naszych znajomych, aczkolwiek powoli ludzie zaczynają sami z siebie je przesyłać. M. Do tego właśnie dążymy, żeby nasi czytelnicy bardziej dostrzegali dobro wokół siebie i automatycznie chcieli się nim podzielić z innymi za naszym pośrednictwem. Na razie promujemy się przede wszystkim w Beczce i wśród znajomych. K: Bardzo szybko rozkręcamy nasz fanpage, liczba polubień bardzo mocno wzrasta. W połowie kwietnia mamy zamiar ruszyć z dużą akcją promocyjną w terenie, w którą

89


źródło: https://www.facebook.com/Druiddobro

chcemy zaangażować dosyć sporo osób, szczegóły zaprezentujemy w najbliższym czasie. Mamy także zamiar przede wszystkim promować dobre wiadomości ze świata. Prawda jest taka, że w telewizji, gazetach czy na różnych portalach internetowych znajdziemy prawie wyłącznie na informacje o wojnach, zamachach, wypadkach, aferach, a dobre wiadomości bardzo trudno znaleźć. My chcemy je wynajdywać i eksponować, aby pokazać, że w świecie nie dzieją się tylko złe rzeczy. Chcemy także zachęcać do

konkretnego działania – co wtorek pojawiają się Wzywania Druida, w których namawiamy do czynienia w tym dniu jednego, konkretnego dobra. W planie są także akcje w terenie, gdzie będziemy bezpośrednio promować dobre postawy. A: Stara mądrość mówi, że jesteś tym, czym się karmisz, i jeśli człowiek zobaczy, usłyszy, przeczyta tyle negatywnych informacji, to później będzie mu trudniej dostrzegać pozytywy w swoim otoczeniu. My oczywiście chcemy to

zmieniać. Czy spotkaliście się już z wyrazami uznania, czy ktoś już powiedział wam, że jakoś mu to pomogło? M: Często, gdy opowiadam znajomym o naszej inicjatywie spotykam się z ich uznaniem. Część z nich przesyła swoje historie, ale nawet jeśli ktoś jeszcze nie ma się z nami czym podzielić to bardzo chwali nasz sposób promowanie dobra. K: Ostatnio napisała do mnie koleżanka, śledząca

źródło: https://www.facebook.com/Druiddobro

90


źródło: https://www.facebook.com/Druiddobro

nas od początku i przyznała, że miała ostatnio bardzo trudny okres w życiu, a historie, które opublikowaliśmy, bardzo jej pomogły i poprawiły nastrój. Wszyscy jesteście katolikami, działacie w krakowskiej Beczce, czy nie obawiacie się, że to was w jakiś sposób zaszufladkuje? G: Prawdą jest, że wszyscy jesteśmy wierzący i działamy w tym samym duszpasterstwie akademickich, ale nie chcemy ograniczać się tylko do ludzi podzielających naszą

wiarę. Chcemy dotrzeć do wszystkich, którzy pragną szerzyć dobro, ale nie wiedzą do końca, jak to zrobić, a także do tych, którzy obawiają się, czy ich wiara, poglądy w ogóle zostaną zaakceptowane. M: Dobro jest uniwersalne i jeśli jest w jakiś sposób związane z wiarą katolicką to ten fakt sam w sumie nie obniża jego wartości. Na pewno nie mamy zamiaru cenzurować czyichś historii związanych z religią, byle tylko nie obrazić czyichś uczuć.

że nasze wpisy lajkują czy udostępniają także ci moi znajomi, którzy niekoniecznie utożsamiają się z Kościołem. Dla mnie to dowód na to, że każdy bez względu na przekonania może u nas znaleźć dla siebie coś dobrego. K: Uważamy, że dobro może czynić każdy człowiek i nasz projekt ma pokazywać. Można je przecież szerzyć w każdym miejscu i środowisku na świecie, bez względu na sytuację polityczną czy wyznawaną tam religię. 

A: Codziennie widzę, źródło: https://www.facebook.com/Druiddobro

91


92

Moze cos wiecej nr 7 / 2015 (33)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o nawróceniu

Moze cos wiecej nr 7 / 2015 (33)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o nawróceniu

Advertisement