Page 1

nr 6 (32) / 2015

16 - 29 marca

ISSN 2391-8535

Magia i zabobon 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ

Wydarzenia i Opinie

Siła Rodziny

A po-co-to, na-co-to?

SPIS TREŚCI

10 Jak zmieniają się zabawki dla dzieci?

22 Opętanie czy choroba psychiczna?

Emilia Ciuła

Mateusz Ponikwia

12 Profesor Chazan walczy o powrót do pracy

26 Wiedźmy i doradcy życiowi

Rafał Growiec

14 Skandaliści (nie) zniknęli Mateusz Ponikwia

Myśli Niekontrolowane 18 Obsesja męskości Maciej Puczkowski

Rafał Growiec

30 Astrologia partyzantka irracjonalności Krzysztof Reszka

34 Na dwoje babka wierzyła Tomasz Markiewka

38 Magia: wierzący niepraktykujący Dominik Cwikła

40 Świadomy sen odpuść Dominik Cwikła

2

44 Katecheza Rafał Growiec

Z życia Kościoła 48 Serca nasze przenikajcie

Małgorzata Różycka

Serią po Liturgii

50 Logika liturgii Wojciech Urban


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Rozmowa Kulturalna

Nowości

Refleksje

62 Bóg nie umarł

80 Post, asceza i modlitwa - czyli codzienne życie studenta

54 Młodzi przejmują polską scenę rapową Jarosław Janusz

Sara Nałęcz-Nieniewska

64 Przez śmiech do serca

Michał Musiał

Aleksandra Brzezicka

Film 66 Trudne sprawy Anna Zawalska

70 Film o przekazie zawsze aktualnym: American Beauty Michał Musiał

Serial

Książka

72 Cast Away: poza ludzkością

74 Nawrócona wiedźma Emilia Ciuła

Magdalena Mróz

Muzyka 76 Jak się ma polski rap? Jarosław Janusz

3


Magia i zabobon K WSTĘPNIAK

ażdy przykładny katolik wie, że w zabobony się nie wierzy, magii się nie uprawia, a horoskopów nie bierze się poważnie. Okultyzm okultyzmem, rozrywka rozrywką, jednak gdzieś między wierszami prześlizgują się praktyki nie do końca właściwe dla człowieka wierzącego.

4

Anna Zawalska

Zdecydowana większość głupich zabobonów zapewne związana jest z tradycją. Pogańskie zwyczaje, które dawno powinny zostać wykorzenione, wraz z momentem przyjęcia przez nasz naród religii chrześcijańskiej, nie tylko nie zostały z życia usunięte, ale kultywowane z pokolenia na pokolenie mają się całkiem dobrze. I to pomimo bardzo wyraźnej nauki Kościoła Katolickiego w tym temacie. Zresztą, trudno tu dywagować, skoro dla wielu największym zabobonem wszechczasów jest właśnie katolicyzm. Ich jednak zostawmy w spokoju, to temat na inny numer. Zajmijmy się zabobonami, magią i pradawnymi wierzeniami na naszym własnym podwórku – tym bardzo katolickim, wierzącym, co niedziela we mszy uczestniczącym. I mimo

Bycie wierzącym -praktykującym nie przeszkadza w tym, by wierzyć, że czerwona wstążeczka w wózku noworodka zapobiega urokom, stłuczone lustro to lata nieszczęścia, czarnego kota lepiej się wystrzegać, a krzyżyk dany komuś w prezencie to jednocześnie zesłanie na niego wielu cierpień i życiowych trudów.

że tutaj tematu właściwie nie powinno być, to jednak im dalej w las, tym więcej zadziwiających historii. Powiedzmy sobie jasno i wprost – katolik w żadne bzdety o czarnych kotach czy piątku trzynastego wierzyć nie powinien. Krop-

ka. Coś co jest dla wielu oczywiste, drugiej połowie pozostawia uchyloną furtkę do luźnych interpretacji i skojarzeń. Fatum, zły los, pech i stłuczone lustra to dla wielu całkiem dobre wyjaśnienie życiowych problemów, trudnych sytuacji czy niepowodzeń zawodowo-uczuciowych. Zawsze najlepiej zwalić winę na „siłę wyższą”, która z wyższością, bądź siłą nie ma nic wspólnego. Przykładów na potwierdzenie tego, że dla katolików zabobony to dodatek do wiary katolickiej nie trzeba szukać daleko. Rodzinę mam wierzącą-praktykującą – ciotki, wujkowie, kuzynki i inne zajmują pierwsze rzędy parafialnego kościółka na coniedzielnych nabożeństwach. Do spowiedzi chodzą, komunię często przyjmują. To nie przeszkadza wcale w tym, by wierzyć, że czerwona


źródło: www.pixabay.com

wstążeczka w wózku noworodka zapobiega urokom, stłuczone lustro to siedem lat nieszczęścia, czarnego kota lepiej się wystrzegać, a krzyżyk dany komuś w prezencie to jednocześnie zesłanie na niego wielu cierpień i życiowych trudów. Przed ważnymi wydarzeniami zawodowymi trzyma się kciuki, zamiast zmówić zdrowaśkę, na widok kominiarza na gwałt szuka się guzika, a pająki można zabijać tylko i wyłącznie po południu, żeby czasem nie zdarzył się jakiś wypadek. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że jak się wraca do domu, bo czegoś się zapomniało, to na chwil kilka warto usiąść, zanim znów się wyjdzie. I tak dalej, i tym podobne. Wychodzi na to, że sama wiara w Boga Trójjedynego nie wystarcza, by wyjaśnić życie. Pojawiają się więc wspomagacze w

postaci różnorakich przesądów, na które można zrzucić to i owo, które mogą stać się niezłym przyczynkiem do wyjaśniania sobie życiowych zdarzeń. Zamiast ufności pokładanej w Bogu o wiele łatwiej jest wierzyć absurdalnym związkom przyczynowo-skutkowym. Nie tylko zabobony i przesądy są problemem wzorowych katolików. W końcu, jak to mówią, wszystko jest zapisane w gwiazdach, dlatego horoskopy bywają zbawienne i pomagają oczekiwać samych powodzeń. Zodiak kształtuje nam osobowość i charakter, a z kolei o tym, co nas czeka w przyszłości z powodzeniem może opowiedzieć nam wróżbita Maciej, albo wróżka Esmeralda. Przykładów na to, w jaki sposób „magia i zabobon” istnieją w życiu ludzi można by było jeszcze mnożyć.

Dlatego całe to zjawisko postaramy się w tym numerze rozłożyć na czynniki pierwsze. Będziecie więc mogli przeczytać o tym, dlaczego nie należy wierzyć astrologom i jak się ma do tego nauka Kościoła. Ponadto proponujemy refleksję nad tym, dlaczego właściwie ludzie chodzą do wróżek i jasnowidzów oraz dlaczego dla wielu jest to niezbędne w życiu. Dodatkowo przedstawiamy przegląd najpopularniejszych zabobonów i przesądów wśród wyznawców katolicyzmu. Na koniec proponujemy rozważania na temat egzorcyzmów i odpowiadamy na pytania o to, kiedy mamy do czynienia z opętaniem i w jaki sposób działają złe duchy. Gorąco polecam! Redaktor naczelna Anna Zawalska

5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zawalska

REDAKTORZY:

STOPKA REDAKCYJNA

Aleksandra Brzezicka

Dominik Cwikła

Emilia Ciuła

Aleksandra Frontczak

Kajetan Garbela

Rafał Growiec

Beata Krzywda

Michał Musiał

6

Mateusz Nowak

Mateusz Ponikwia

Maciej Puczkowski

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban

Piotr Zemełka


DZIAŁ PROMOCJI: Mariusz Baczyński

Kajetan Garbela

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Anna Bonio Jarosław Janusz Anna Kasprzyk Tomasz Markiewka

Magdalena Mróz Marek Nawrot Sara Nałęcz-Nieniewska

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


OKIEM REDAKCJI 8

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

9


WYDARZENIA I OPINIE

Jak zmieniają się zabawki?

10

Z

abawki to jedne z najważniejszych elementów powszedniego życia dzieci. To one towarzyszą im podczas codziennych wędrówek, słuchają żali, łagodzą złość i strach. Kto z nas nie miał misia przytulanki, który dodawał odwagi w ciemnym pokoju tuż przed zaśnięciem?

Emilia Ciuła

P

rzeobrażenia, które przeszły zabawki, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, są ogromne. Podczas rozmowy z pewną starszą kobietą słuchając opowieści o jej dzieciństwie, zauważyłam, że cyfryzacja świata nie tylko częściowo odebrała dzieciom możliwość rozwoju wyobraźni, ale również zaburzyła ludzkie postrzeganie oraz odebrała prawdziwą radość z ruchu i więzi koleżeńskich. Niejeden współczesny człowiek powiedziałby, że trzeba iść z duchem czasu, ale czy uczestnicząc w tym wyścigu, nie zagubił szczęścia? Świat przez kolejne lata zmieniał się. Kiedyś tak uwielbiane szmaciana lalka i konik na biegunach, teraz zostały zamienione na " plastikową modelkę" o wydatnych ustach i nierealnych kształtach. Nic dziwnego, że takie

Dzieci uczą się, jak traktować innych, a jednym z kryteriów jest wygląd zewnętrzny. Bardziej lubi się tych "ładnych". Samo pragnienie bycia pięknym nie jest niczym złym.

lalki są pragnieniem każdej małej dziewczynki. Świecące sukienki i makijaż przyciągają wzrok. Przecież w każdej reklamie czy na ulicach widzą ludzi, dla których kult piękna stał się jednym z najważniejszych osobistych dążeń. Dzieci uczą się, jak traktować innych, a jednym z kryteriów jest wygląd zewnętrzny. Bardziej lubi się tych "ładnych". Samo pragnienie bycia pięknym nie jest niczym złym. Problem powstaje wtedy, gdy staje się to

głównym celem człowieka, który za wszelką cenę musi dorównać pewnemu modelowi. Tyle się o mówi o przerabianiu zdjęć. O tym, że nie ma się co porównywać do osób na okładce, modelek czy modelów. Ale wtedy budzi się obawa – jeśli ja przestanę się do nich porównywać, to nie znaczy, że inni też przestaną to robić w stosunku do mnie. Często zastanawiałam się, kiedy coś się zmieni w tym myśleniu i gdzie w szalonym biegu mogę umieścić samą siebie. W mediach pojawiły się piosenki znanych artystek, które propagują pokochanie samych siebie takimi, jakimi jesteśmy (Colbie Caillat "Try" - https://www. youtube.com/watch?v=GXoZLPSw8U8). Pojawiło się wiele zestawień wyretuszowanych zdjęć z prawdziwymi fotografiami aktorek


źródło: www.pixabay.com

i modelek. Mają one na celu uświadomienie, że nikt nie jest idealny. Pozostaje jednak pytanie: czy te niedoskonałości sprawiają, że ktoś jest gorszy? Piękno się sprzedaje, a osobowości niestety nie da się do końca przedstawić na zdjęciu. Ale oto pojawiło się światełko w tunelu. Australijska artystka Sonia Singh wraz z rodziną postanowiła zmienić dotychczasowe oblicze lalek. Swoje "arcydzieła" znajduje w sklepach z używanymi przedmiotami. Jej lalki często mają jakiś defekt, są uszkodzone. Sonia nadaje im nowe znaczenie, pozwala im stać się czymś więcej − najlepszą przyjaciółką małej dziewczynki, która wygląda prawie tak, jak ona sama. Pierwszym etapem takiej metamorfozy jest zmycie "makijażu", a następnie namalowanie na czystej buzi lalki oczu, nosa i ust, które przypominają twarz dziecka. Kolejnym krokiem jest ubranie ich w specjalnie dla nich uszyte stroje. Lalki dostają nowe życie,

są towarzyszkami dzieci na dobre i na złe. Kolejnym odkryciem, które szokuje, ale i pokazuje prawdziwe zmiany w ludzkim ciele, jest stworzenie lalki barbie, której można dokleić rozstępy, pieprzyki, tatuaże, blizny, a nawet siniaki. Lalkę tę wprowadzono na rynek i można ją zakupić za 25 dolarów. Dzieciom spodobała się ta odmiana, a zabawki kojarzą im się z koleżankami z podwórka albo siostrą. Wiedzą, że różnią się między sobą: niektóre mają piegi, różny kolor włosów, inne notorycznie nabijają sobie siniaki. Dzięki temu, że lalka jest podobna do nich samych, zyskuje szczególną sympatię. Nie jest wyidealizowana, ale naturalna i ludzka. Pracując z dziećmi, zaobserwowałam, jakimi zabawkami najczęściej bawią się dziewczynki. Otóż odpowiedź jest prosta − tymi, na które teraz "jest moda". Aktualnie na “topie” są lalki wyjęte z kreskówki przedstawiające min. wam-

piry, zombie czy wilkołaki. Dodatkowo wdzięki lalek podkreślone są przez błyszczące, rzucające się w oczy stroje oraz mocne makijaże. Zastanawiając się czy do Polski przyszła już moda na "naturalne lalki", wybrałam się do 3 krakowskich sklepów z zabawkami, które po brzegi wypełnione są różnorodnymi "produktami". Nie znalazłam jednak wyżej wspomnianych lalek. Dodatkowo Panie sprzedawczynie nie miały pojęcia, że takie istnieją. Był bardzo zdziwione moimi pytaniami. Jak powszechnie wiadomo, dobór zabawek jest kluczowy dla prawidłowego rozwoju dziecka. Zabawa to jedna z form poznawania świata. Dlatego tak ważne jest, aby zwracać uwagę na to, co wybiera nasza pociecha. Zabawa w królewnę i piękne stroje nie są niczym złym, wręcz przeciwnie, jednak to w głównej mierze od rodzica zależy, czy ta zabawa nie przemieni się u dorastającego dziecka w kult sztucznego piękna.

11


WYDARZENIA I OPINIE

Profesor Chazan walczy o powrót do pracy

12

T R

rwa zła passa warszawskiego ratusza w sprawie odwołania dyrektora Szpitala św. odziny. Najpierw okazało się, że prokuratura chce umorzyć śledztwo, teraz sprawa trafiła do sądu pracy.

Rafał Growiec

A

fera wybuchła w lipcu 2014 roku. Wprost w artykule „Dramat rodziny. Lekarz powołuje się na klauzulę sumienia” opisał przypadek rodziców, którzy po zapłodnieniu in vitro odkryli, że ich dziecko będzie obciążone poważną wadą. Udali się więc do szpitala Świętej Rodziny, którego dyrektorem był prof. Bogdan Chazan, znany z proliferskich wypowiedzi. Gdy odmówił on wykonania aborcji i zaproponował inną pomoc, rodzice udali się do Szpitala Bielańskiego, którego dyrektor, prof. Dębski, z kolei jest gorącym zwolennikiem aborcji i nieraz w mediach jest konfrontowany z prof. Chazanem. Tam uznano, że minął już termin dopuszczany przez prawo i także odmówiono zabicia dziecka. To zaś urodziło się w Bielańskim i tam kilka dni później zmarło. Sprawą zajął się war-

Jeżeli sąd przyzna rację zwolnionemu medykowi, warszawski ratusz zostanie postawiony pod ścianą. Zgrabna sztuczka polegająca na przykryciu afery taśmowej aferą Chazana nie rozeszła się po kościach, ale ma swoje powikłania.

szawski ratusz. Hanna Gronkiewicz-Waltz dość szybko zdecydowała o zwolnieniu niepoprawnego politycznie dyrektora. Rozdmuchanie afery zaś było bardzo potrzebne, gdyż dokładnie w tym czasie ujawniono nagrania ujawniające lewe interesy ministrów i ich brak szacunku dla „istniejącego tylko teoretycznie” państwa

polskiego. Nawet opublikowano specjalnie raport z kontroli, którego pierwsza strona była ozdobiona informacją, że jest to projekt roboczy, przeznaczony jedynie do użytku wewnętrznego. Prof. Chazana zwolniono na dwa tygodnie przed końcem kontroli, zarzucając mu, że jako administrator nie podał szpitala, gdzie można by dokonać aborcji. Jest tylko jeden problem – takiej listy nie ma. Placówkę wskazał lekarz prowadzący – dr. Gawlak. A gdy tylko zmieniły się władze w szpitalu, dość prędko dokonano tam pierwszej aborcji. PROKURATURA REZYGNUJE Tak, jak wskazywała nawet pobieżna analiza raportu z kontroli w Szpitalu im. Świętej Rodziny, sprawa była uszyta na miarę doraźnych potrzeb, jednak prowizorycznie i sprzecz-


nie. Choć ze strony ratusza prof. Chazanowi zarzuca się, że odmawiając aborcji pełnił urząd administratora (nie objęty klauzulą sumienia) to jednak wymaga się od niego wskazania innego szpitala – zgodnie z zasadami tej klauzuli. Jak już było wspomniane, lekarz nie ma szans znać listy szpitali, gdzie dokonuje się aborcji, bo takiej listy nie ma. Sama Prokuratura Rejonowa na Mokotowie nie dopatrzyła się też w postępowaniu profesora czynu wskazanego w art. 160 par. 2 Kodeksu Karnego, czyli sprowadzenia zagrożenia utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu u osoby wobec której ma się obowiązek opieki. Jest to logiczne. Odmowa aborcji powoduje, że po prostu kobieta urodzi dziecko. Dziecko było chore niezależnie od sposobu w jakim zakończyło życie. Kobiecie zaś nic nie groziło. Paradoksalnie to aborcja byłaby bardziej ryzykowanym wyborem – zwłaszcza dla dziecka, ale też dla matki (zwłaszcza przy aborcji chirurgicznej, ale też w wyniku usuwania łożyska). Biegli z Wrocławskiej Akademii Medycznej analizowali, czy życie kobiety było zagrożone, a także kiedy stwierdzono „nieodwracalne uszkodzenie płodu”. Zeznawać jako świadkowie mają jeszcze prof. Chazan i prof. Dębski. Ma to na celu ustalenie, czy ciąża była prowadzona prawidłowo. Według nieoficjalnych informacji TVP info, śledztwo ma być umorzone na początku kwietnia. Na razie prof. Chazan został wezwany jako świadek (a nie jako oskarżony). Celem jest więc nie postawienie zarzutów, ale odniesienie się do zebranego przez śledczych materiału.

źródło: www.wiadomosci.wp.pl

CHAZAN WALCZY 10 marca 2015 roku ruszył z kolei proces przed sądem pracy w Warszawie. Prof. Chazan skarży się na decyzję władz miasta, domagając się przywrócenia na stanowisko. Jak tłumaczy sam lekarz – zrobił wszystko, by pomóc pacjentce, dr. Gawlak powołujący się na klauzulę sumienia wskazał inna placówkę, a przyczyną zwolnienia nie były kwestie prawne a ideologiczne. Przez 10 lat zarządzania szpitalem prof. Chazan zyskał sobie renomę wybitnego specjalisty a ze względu na dobrą opiekę i podejście do dzieci zgłaszali się tam także przyszli rodzice z innych rejonów. Jeżeli sąd przyzna rację zwolnionemu medykowi, warszawski ratusz zostanie postawiony pod ścianą. Zgrabna sztuczka polegająca na przykryciu afery taśmowej aferą Chazana nie rozeszła się po kościach, ale ma swoje powikłania. Przywrócenie do pracy może być jedną stroną medalu – czy jednak ktoś ukaże ratusz za opublikowanie dokumentu

przeznaczonego jedynie do użytku wewnętrznego? Czy przywrócenie odbędzie się z taką pompą jak zwolnienie? Być może, jeśli tylko Hanna Gronkiewicz-Waltz będzie musiała szybko przykryć jakieś niewygodne wydarzenie w Sejmie. Czy ktokolwiek przeprosi? Decyzja o zwolnieniu była decyzja polityczną – a za takie się po prostu nie przeprasza. Tym bardziej nie przeproszą media, które interesują się zdjęciem z łasiczką ujeżdżająca dzięcioła, a nie mają czasu na materiał o uniewinnieniu człowieka szkalowanego we wszystkich gazetach i telewizjach w głównym czasie antenowym. Jak na razie wieści o braku powodów do postawienia prof. Chazanowi zarzutów są nieoficjalne, co oznacza, że zawsze coś może się zmienić. Życie uczy, że opinia biegłych specjalistów, błędy formalne w zawiadomieniu i osobiste porachunki między świadkiem a potencjalnym oskarżonym są niczym, gdy przychodzi rozkaz z góry i koniecznie trzeba coś znaleźć. 

13


WYDARZENIA I OPINIE

Skandaliści (nie) zniknęli

14

R P Mateusz Ponikwia

P

omysłodawczynią programu, a jednocześnie jego prowadzącą była Agnieszka Gozdyra, dziennikarka telewizyjna oraz współprowadząca inną publicystyczną audycję „Tak czy nie”. Jak sama podkreślała jeszcze przed emisją pierwszego odcinka, program miał ukazywać zupełnie nowatorski sposób dziennikarstwa. Oto bowiem głównym celem było przełamywanie stereotypów i podejmowanie tematów tabu. Widzowie mieli podjąć samodzielną analizę i ocenę przeprowadzonej rozmowy na tematy nie tylko ważkie dla społeczeństwa, ale i dotyczące sfery prywatności zaproszonych gości. Program był podzielony na trzy części. W pierwszej z nich miała miejsce rozmowa prowadzącej z zaproszonym gościem. Dialog – chwilami kurtuazyjny,

ynek medialny stara się na wiele sposobów zainteresować potencjalnych odbiorców. rzejawem walki o widza miał być emitowany na antenie Polsat News program „Skandaliści”. Format, prowadzony przez Agnieszkę Gozdyrę, stawiał sobie za cel ukazanie i zaprezentowanie postaci wzbudzających największe kontrowersje społeczne. Okazało się jednak, że dawka skandalicznych zachowań przekroczyła dopuszczalne normy.

Medioznawcy podkreślają, że formuła programu była niezwykle chwytliwa i przyciągająca. Społeczeństwo potrzebuje nowych bodźców stymulacji. Przełamywanie pewnych barier i ograniczeń zawsze wiąże się z kontrowersjami, co jednak w konsekwencji wpływa korzystnie na oglądalność.

chwilami groteskowy – był jedynie preludium do bardziej kontrowersyjnych i nastawionych na wzbudzenie sensacji elementów formatu. W drugiej bowiem części zapraszano do studia

publiczność, która mogła zadawać swobodnie, nierzadko niewygodne pytania. Wśród zebranych osób nie brakowało oczywiście sympatyków jak i zagorzałych antagonistów. Oczywiście taki dobór miał na celu podkręcenie temperatury w studio i pobudzenie do prowokacji oraz konfrontacji. Wieńcząca całość była dyskusja z udziałem innej osoby bliskiej bądź wręcz przeciwnie, uznawanej za największego wroga zaproszonego gościa. Premierowy odcinek audycji został wyemitowany w sobotni wieczór 21. lutego. Do studia przybył wówczas Janusz Palikot. Z kolei w drugiej odsłonie mogliśmy podziwiać występ Janusza Korwina-Mikke. Politycy musieli zmierzyć się z niecodziennymi czasem pytaniami, odnoszącymi się nierzadko do ich życia prywatnego. Byli także prosze-


źródło: www.ipla.tv

ni o wytłumaczenie dlaczego wzbudzają wokół siebie tyle sensacji. Dziennikarka nawiązywała także do niekonwencjonalnych zachowań Palikota posługującego się w swoich akcjach politycznych wibratorem czy świńskim ryjem. Największe jednak emocje wywołała wizyta Jerzego Urbana. Jego zachowanie naruszało wszelkie nawet minimalne standardy, nie tylko poprawności politycznej, ale i ludzkiej przyzwoitości. Nie wydaje się jednak, że było ono zaskoczeniem dla kogokolwiek. Osoby znające postać byłego rzecznika komunistycznego rządu PRL wiedzą, że jest on osobą zdolną do użycia najprzeróżniejszych sposobów na wzbudzenie skandalu i postawy oburzenia. Jak sam podkreślił ma on świadomość, że społeczeństwo (delikatnie rzecz ujmując)

nie żywi sympatii do jego osoby. Przywdzianie purpurowego stroju, który niewątpliwie imitował ubranie biskupie, motywowane było sprowadzeniem rozmowy na tematy okołokościelne. Z właściwą sobie gracją Urban postawił znak równości między pojęciami biskup i pedofil. Komentując obecną sytuację polityczną, nie omieszkał obrazić i zasygnalizować niechętnego nastawienia także do innych osób niezwiązanych ze strukturami kościelnymi. Najmocniej oberwało się oczywiście politykom prawicowym, w tym Jarosławowi Kaczyńskiemu czy Arturowi Zawiszy. W trakcie audycji postanowił ponadto wypalić papierosa oraz poddał się badaniu wariografem. Po emisji programu, który wywołał chyba nieprzewidzianą przez autorów falę krytyki, część widzów

postanowiła zawiadomić Krajową Radę Radiofonii i Telewizji i poskarżyć się na treści zaprezentowane w programie. Prowadząca broniąc audycji stwierdziła, że ma świadomość iż mogą pojawiać się głosy krytyki, ale tak jest za każdym razem gdy próbuje się przełamać pewne schematy. Przypomniała także, że tytuł programu jednoznacznie wskazuje na jego charakter. Władze Polsatu również podjęły interwencję. Agnieszka Gozdyra została odesłana na miesięczny urlop, zaś sam program wypadł z ramówki stacji. Ponadto zawieszono także Romana Kukielaka, wiceszefa programowego stacji Polsat News, który był bezpośrednio odpowiedzialny za sprawowanie nadzoru nad audycją. Decyzja o zdjęciu z anteny programu wzbudza nie mniejsze

15


źródło: fragment programu "Skandaliści"

kontrowersje. Janusz Palikot komentując sytuację doszukiwał się i dostrzegł wpływ Kościoła (!) na decyzję stacji. Medioznawcy podkreślają, że formuła programu była niezwykle chwytliwa i przyciągająca. Społeczeństwo potrzebuje nowych bodźców stymulacji. Przełamywanie pewnych barier i ograniczeń zawsze wiąże się z kontrowersjami, co jednak w konsekwencji wpływa korzystnie na oglądalność. Jak wynika z badań „Skandaliści” zapewnili kanałowi Polsat News pierwsze miejsce wśród komercyjnych stacji informacyjnych, wyprzedzając m. in. tvn24. Niektórzy podkreślają, że zdjęcie z anteny progra-

16

mu Gozdyry nie było motywowane li tylko nagannym zachowaniem zaproszonych gości. Podnoszony jest argument, że mogło dojść do wyczerpania jego formuły. Komentatorzy stawiają retoryczne pytanie o to, kto mógłby być osobą wzbudzającą większe kontrowersje i emocje niż Jerzy Urban. Inni z kolei zastanawiają się co należałoby zrobić na wizji, aby przebić zachowanie niby biskupa. Warto zaznaczyć, ze medialne skandale są dość częste, zwłaszcza w programach publicystycznych. Dla przykładu, w prowadzonym również przez Gozdyrę „Tak czy nie” Artur Zawisza został oblany wodą przez Rafalalę. Ciekawe jest także zjawisko wzajemnego

przekrzykiwania się dyskutantów. Sensacyjny i prowokujący przebieg audycji ma oczywiście przełożenie na jej popularność i oglądalność. Nic więc dziwnego, że media prześcigają się w obmyślaniu nowych formatów, zapraszają kontrowersyjne osoby czy nadają programowi ton konwencji satyrycznej. Jedno jest pewne – medialna rzeczywistość jeszcze nie raz zaskoczy swoich odbiorców. No cóż, takie czasy. Pomimo zdjęcia z anteny „Skandalistów”, prawdziwi skandaliści w rzeczywistym życiu nadal pozostają i z całą pewnością uraczą nas swoim zachowaniem ponownie. 


17


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E

Obsesja męskości

18

W Maciej Puczkowski

J

est to trochę problem “kury i jajka”. Ponieważ zarówno feminizm, a mówimy tu o współczesnym feminizmie, w którym kobiety nie walczą o równość wobec mężczyzn tylko o przejęcie ich ról w społeczeństwie, jak i kryzys męskości, powstaje w wyniku braku męskich wzorców. Mówiąc inaczej braku ojców. Brak mężczyzn zaś spowodowany jest tym, że chłopców wychowują głównie matki. Możliwe, że przejęły one większą odpowiedzialność za wychowanie dzieci dlatego, że ojcowie przeżywali właśnie kryzys męskości. Co było pierwsze? Ciężko powiedzieć. Być może wojna, w której zginęli najbardziej wartościowi ojcowie. Jakkolwiek mówi się o kryzysie męskości, nikt się specjalnie nie przyznaje do współuczestnictwa w nim. To zawsze jacyś inni mężczyźni są przyczyną tego zjawiska. Ja jestem prawdziwym męż-

miarę jak do dyskusji publicznej dołączają feministyczne głosy o równości kobiet mającej przejawiać się ich ogólnie pojętą wyższością nad mężczyznami, coraz częściej zauważa się zjawisko kryzysu męskości. Kryzys ten zaś, odbijając się czkawką, prowadzi do czegoś znacznie gorszego. Można nazwać to obsesją męskości.

W rozwijaniu cnót nie ma klarownego podziału na domenę męską i kobiecą. Cnoty dotyczą obu płci tak samo, ale wydobywają one inne wartości. Paradoksalnie obsesyjne dążenie do męskości czy kobiecości w konsekwencji prowadzi do zatarcia różnic między nimi.

czyzną − a ta teza wymaga dowodu. Stąd prosta droga wiedzie już do obsesji. Pierwszą rzeczą, jaką robi chłopak opętany obsesją męskości, jest radykalne odseparowanie domeny męskiej od kobiecej. Wtedy męskość można łatwo zdefiniować jako robienie wszystkiego, co męskie i wystrzeganie się tego, co kobiece. Wolno

nawet postawić w tym miejscu śmiałą tezę, że kolejnym społecznym krokiem jest bunt przeciwko takiej separacji skutkujący rodzajem mężczyzn, którzy koniecznie − jako buntownicy − muszą robić to, co kobiece, wystrzegając się tego, co męskie. Dodając stany pośrednie, otrzymujemy całą paletę zboczeń spowodowaną brakiem odpowiedniej liczby ojców w przynajmniej jednym pokoleniu. Wracając do problemu. Radykalna separacja domen męskiej i żeńskiej okazuje się nie być zadaniem łatwym. Stąd też dla każdego indywidualnego światopoglądu może przebiegać ona inaczej. Często więc spotyka się opinię, że domem, włącznie z wychowaniem dzieci, a przynajmniej opieką nad nimi, powinny zajmować się jedynie kobiety. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że podział ról na męskie i żeń-


źródło: @lumbersexual Instagram /materiały prasowe

skie rzeczywiście istnieje, ale wynika on z natury i Miłości. Kocham i służę tym, czym mnie natura wyposażyła. Człowiek ogarnięty obsesją męskości będzie upatrywał podziału ról we własnych kompleksach. Chłopcami, którzy tak bardzo chcą stać się mężczyznami, wyjątkowo łatwo manipulować. Wystarczy wmówić im, że coś jest niemęskie, żeby tego nie robili, lub męskie, żeby za tym podążali. W kulturze masowej pojawiają się treści mówiące o tym, że mężczyzna jest po to, żeby wspierać kobietę w jej dążeniach. Jak śpiewa “artysta”: “Jesteś moją lepszą połową”. W tym modelu kobieta jest zawsze kimś lepszym, kimś, kto czyni mężczyznę, kimś, dla kogo mężczyzna ma sens. Kobieta jest wtedy całą mądrością mężczyzny, jego rozsądkiem, moralnym szkieletem. Znów wpadamy w błędne koło. Kryzys męskości był przyczyną obsesji − teraz obsesja staje się przyczyną kryzysu. Obsesji męskości nie należy mylić ze zdrowym pragnieniem chłopca, żeby

stać się mężczyzną. To samo pragnienie dotyczy również dziewcząt, które chcą przeobrazić się w kobietę. Przykre jest to, że porzuciliśmy kulturę, która wypracowała tę kwestię. Inicjacja, w wyniku której chłopiec ma przeobrazić się w mężczyznę, nie jest wyłącznie rytuałem religijnym ludów pierwotnych. Dziś chłopiec nie wie, jak ma stać się mężczyzną i szuka własnych wzorców. Kiedy istniała jeszcze tradycja inicjacji, chłopiec miał jasno wyznaczoną drogę, którą mógł podążać. Nie musiał buntować się przeciwko rodzicom, bo kiedy przeszedł inicjację, nie tylko ojciec uznawał go za mężczyznę, ale i całe grono mężczyzn. Pragnienie chłopca, żeby przeobrazić się w mężczyznę, wynika ze wszczepionego człowiekowi dążenia do jakości. Mężczyzna jest lepszej jakości człowiekiem niż chłopiec. Stąd chłopiec chce się nim stać. Do czego natomiast dąży ten, który stał się już mężczyzną? Przecież wciąż pozostało w nim pragnienie jakości. To pragnienie u mężczyzny przyjmuje

formę dbałości o swój honor. Honor natomiast kształtuje cnoty, a te prowadzą do szlachetności. Wiedzie to do pewnego rozwiązania pasującego do naszych czasów. Niech chłopiec chcący stać się mężczyzną nie szuka drogi do męskości, ale dba o swój honor i dąży do szlachetności. To dążenie uczyni go mężczyzną. To samo dotyczy kobiet. Kobieta dbająca o cnoty, zmierzająca do szlachetności, staje się bardziej kobieca, tak jak mężczyzna staje się bardziej męski. W rozwijaniu cnót nie ma klarownego podziału na domenę męską i kobiecą. Cnoty dotyczą obu płci tak samo, ale wydobywają one inne wartości. Paradoksalnie obsesyjne dążenie do męskości czy kobiecości w konsekwencji prowadzi do zatarcia różnic między nimi. Podążanie ku szlachetności wyłania z kobiet to, co kobiece, a z mężczyzn to, co męskie, tak, że są oni zdolni służyć sobie wzajemnie swoją męskością i kobiecością. 

19


20

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

21


TEMAT NUMERU - Magia i zabobon 22

Opętanie czy choroba psychiczna? J Mateusz Ponikwia

W

ielu egzorcystów i psychiatrów zgodnie podkreśla, że istotną rolę odgrywa współpraca między nimi. Za godne pochwały należy uznać podejmowanie starań, aby jak najrzetelniej ocenić sytuację pacjenta. Oto bowiem często do egzorcysty trafiają ludzie, którzy potrzebują fachowej i specjalistycznej pomocy medycznej, a nie duchowej. Wbrew pozorom, opętanie nie jest zjawiskiem występującym bardzo często. KIM SĄ I JAK DZIAŁAJĄ ZŁE DUCHY? Złe duchy są to istoty stworzone przez Boga, które pierwotnie były aniołami. Dokonując swobodnego wyboru, postanowiły jednak wypowiedzieć Stwórcy posłuszeństwo, przez co zostały skazane na wieczne potępienie. Ich grzech stał się niejako współistotną częścią posiadanej przez nie natury.

ednoznaczna odpowiedź na to frapujące pytanie jest bardzo trudna. Od prawidłowo postawionej diagnozy zależy jednak sukces ewentualnego leczenia psychiatrycznego bądź procesu uwalniania poprzez posługę egzorcysty. Pochylając się nad tą problematyką, warto zawsze mieć przed oczyma, że od podjętych działań zależą losy konkretnej osoby.

Opętanie objawia się najczęściej podczas kontaktu danej osoby ze sferą sacrum. Należy zaznaczyć, że demon nie zwykł ukazywać swej obecności w rutynowym życiu codziennym. Bardzo często można natomiast usłyszeć o atypowym zachowaniu w obecności duchownych, przedmiotów poświęconych, podczas modlitwy, przy udzielaniu sakramentów.

Dlatego też niekiedy bibliści nazywają je upadłymi aniołami. Najpotężniejszy wśród złych duchów jest Szatan, który sprawuje zwierzchnic-

two nad innymi demonami i diabłami. W swej złej woli próbuje na świecie zniszczyć wszystko, co dobre i umiłowane przez Boga, a zwłaszcza największe Jego dzieło, czyli człowieka. Niezależnie od tego, czy zdajemy sobie z tego sprawę, jesteśmy narażeni na oddziaływanie i niszczycielski wpływ demonów. Zadaniem szatana jest odciągnięcia człowieka od Boga, a potem jego porzucenie. Teologowie wyróżniają zasadniczo kilka poziomów oddziaływania złego ducha. Najczęstszym i zwyczajnym środkiem działania jest pokusa, czyli zachęta do czynienia złego. Nakłaniając do grzechu, diabeł mami, z pozoru tkwiącym w czynie, dobrem. Inną formą niszczycielskiego oddziaływania są różnorakie zniewolenia, które mogą przybierać postacie chorób fizycznych. Dolegliwości te, często niedające


źródło: www.pixabay.com

się leczyć, ustępują pod wpływem egzorcyzmu czy modlitwy o uwolnienie. Z kolei relatywnie rzadko występującym działaniem złych duchów jest tzw. opresja lub osaczenie. Wówczas szatan nie ukrywa się. Wręcz przeciwnie, na wszelkie sposoby manifestuje swoją obecność, między innymi poprzez oddziaływanie na zmysły. Dla przykładu można podać wpływanie na wzrok przez przerażające zjawy czy na słuch poprzez głośne obelgi, krzyki, groźby. Najgorszą z form demonicznej ingerencji w życie ludzi jest opętanie. W znacznej mierze sprowadza się ono do zawładnięcia ciałem osoby, zamieszkania w nim i niszczenia go od wewnątrz. PRZYCZYNY OPĘTANIA Egzorcyści, komentując wzmożoną aktywność demoniczną, dobitnie akcentują, że jedną z przyczyn jest zeświecczenie społeczeństwa.

Nie da się bowiem zanegować tezy, że dzisiejsze czasy w sposób istotny przyczyniają się do ułatwienia zadania diabłu. Zło bowiem jest jak nigdy obecne w naszej codziennej egzystencji. Często mówi się o pozbawieniu kręgosłupa moralnego członków obecnego społeczeństwa. Brak solidnego oparcia światopoglądowego przyczynia się do zaniku systemu wartości. Ideologiczna propaganda wolności, pojmowanej jako dowolność działania, w znacznym stopniu przybliża wiele niebezpieczeństw do człowieka. Szczególnie przejawia się to w postawie odejścia od życia sakramentalnego. Duchowni podkreślają, że ludzie często otwierają swoiste kanały dostępu, dzięki którym możliwe jest oddziaływanie złego na ich zachowanie. Także odrzucenie, brak akceptacji czy wszelkie emocjonalne zranienia przyczyniają się

do zagubienia i zatracenia człowieka. Warto zaakcentować, że opętanie może być spowodowane zawinionym działaniem jednostki. Z taką sytuacją mamy do czynienia zwłaszcza w wypadku zawarcia tzw. paktu z diabłem, w którym to osoba poddaje się władzy szatana. Do tej samej grupy możemy zaliczyć opętanie spowodowane poprzez przyzwolenie i zaproszenie demona, i pozostawienie mu sfery do działania, która z czasem coraz mocniej rozrasta się. Niewinne na pozór wróżenie czy posługiwanie się magią mogą w konsekwencji prowadzić do zatarcia granicy oraz zagłębiania się złych mocy w nasze życie. Za sprzyjające szatańskiemu działaniu uważane jest popełnianie grzechów ciężkich w szczególności przeciw życiu (aborcje, morderstwa). Niebezpieczne są wszelkie formy okultyzmu jak wróżbiarstwo, satanizm

23


czy spirytyzm. Warto dodać także, że wyróżniane są również dwie niezawinione przyczyny opętania. W grę wchodzi, występujący bardzo rzadko, tzw. dopust Boży. Sytuacja taka może mieć miejsce zwłaszcza w przypadku osób świętych, które przeżywane przez siebie cierpienie łączą z męką Chrystusa. Zło demoniczne może zostać przywołane bądź narzucone z zewnątrz, poprzez rzucenie klątwy, czaru, uroku oraz złorzeczenia. Znane są przypadki opętania rozpoznanego u małego dziecka, które matka oddała diabłu. ROZEZNAWANIE OPĘTANIA Opętanie objawia się najczęściej podczas kontaktu danej osoby ze sferą sacrum. Należy zaznaczyć, że demon nie zwykł ukazywać swej obecności w rutynowym życiu codziennym. Bardzo często można nato-

miast usłyszeć o atypowym zachowaniu w obecności duchownych, przedmiotów poświęconych, podczas modlitwy, przy udzielaniu sakramentów. Znane jest zjawisko tzw. blokady ust przy konfesjonale, podczas wezwania do wyrzeczenia się szatana czy przy Komunii świętej, uniemożliwiające jej przyjęcie. O. dr Bogdan Kocańda OFMConv – były egzorcysta oraz autor szeregu publikacji odnoszących się do posługi kapłana egzorcysty – zaznacza, że zły duch ujawnia się zwłaszcza podczas sprawowania tzw. egzorcyzmu uroczystego. Wówczas to ciało człowieka zyskuje nadnaturalne zdolności, nadprzyrodzenie wielką siłę, a on sam zaczyna mówić językami, których nie zna. Widoczne mogą być także zmiany fizyczne w postaci wykręcania rąk, nóg lub głowy. Nierzadko dochodzi do eskalacji agresji, czasem

pojawia się zjawisko lewitacji. Szczególnie jawi się awersja do Boga i wszystkiego tego co związane z religią. Dla przykładu: osoba opętana nie tknie się napoju do którego została dodana nawet niewielka ilość wody święconej. Taki płyn bowiem będzie jawił się jej jako niesmaczny, brzydko pachnący. Spotkano się także z przypadkami powstania pęcherzy oparzeniowych na skutek pokropienia wodą święconą. Jako że szatan nie jest ograniczony poprzez materię, może przenikać także myśli innych, dlatego zna fakty ukryte, takie jak grzechy i choroby egzorcysty oraz innych osób towarzyszących podczas egzorcyzmu. POSŁUGA EGZORCYSTY Warto zauważyć, że egzorcystą w Kościele katolickim może być jedynie kapłan wyznaczony przez biskupa diecezji. Za trafną uznać trzeba praktykę ustaźródło: Egzorcyzmy Emily Rose

24


źródło: www.pixabay.com

nawiania egzorcystów diecezjalnych. Kapłan egzorcysta jest uprawniony do sprawowania obrzędu egzorcyzmu uroczystego, który stanowi pomoc dla osób poddanych oddziaływaniu złych duchów. Rytuał ten jest formą manifestacji obecności i działania wszechwładnej Bożej mocy, a także ma na celu wypędzenie demona i uwolnienie osoby. Sam egzorcyzm jest bardzo rozbudowany. Składa się z kilku etapów. Do wyróżniających elementów należy zaliczyć: modlitwę ochronną dla osób uczestniczących w egzorcyzmie, liturgię słowa, modlitwę wstawienniczą wraz z nałożeniem rąk i tzw. gestem tchnienia. Najważniejsze są jednak dwa wezwania. Pierwsze z nich jest skierowane do Boga i stanowi prośbę o ukazanie mocy oraz uwolnienie egzorcyzmowanego. Kolejne wezwanie natomiast skierowane jest bezpośrednio do demona. Jest to rozkaz opuszczenia i pozostawienia ciała człowieka. Całość obrzędu wieńczy uwielbienie Boga w postaci odśpiewania hymnu Magnificat.

A MOŻE PSYCHIATRA? Zanim dojdzie do obrzędu egzorcyzmu, Kościół wymaga bardzo wnikliwego zbadania kwestii ewentualnej choroby psychicznej, depresji lub innego zaburzenia czynności organizmu. Zgodnie podnosi się, że egzorcysta winien stanowić ostatnią deskę ratunku i swoiste ultima ratio. Dopiero, gdy medycyna nie może zaradzić w żaden sposób cierpieniu, a opętanie jest ewidentnie dostrzegalne, można podjąć się przeprowadzenia egzorcyzmu. Nie oznacza to oczywiście, że osoba zgłaszająca się u egzorcysty zostanie odprawiona z kwitkiem. Egzorcyści bowiem mogą służyć także posługą sakramentalną w postaci zwłaszcza pokuty, a także zwykłą umacniającą rozmową czy modlitwą o uwolnienie. Pożądana jest także współpraca na linii egzorcysta – psychiatra. Nie chodzi jedynie o wzajemne przekazywanie informacji, ale także o dokonywanie wspólnej diagnozy. Czasami nawet wymagane jest współdziałanie w leczeniu i procesie uwalnia-

nia. Taka sytuacja ma miejsce, gdy zachodzi jednocześnie choroba fizjologiczna w połączeniu z opętaniem przez szatana. Zauważyć należy, że z całą pewnością przypadki takie sprawiają szczególne trudności z uwagi na wielość czynników generujących patologiczne stany organizmu. Jasno trzeba podkreślić, że ani psychiatrzy, ani psycholodzy, ani księża nie mogą rościć sobie praw do działania w dziedzinach, w których nie są oni kompetentni. Wszakże nie wolno tracić z pola widzenia, że walka ma na celu ocalenie człowieka, któremu przysługuje naturalna i niezbywalna godność oraz szacunek. Pomimo odczuwanych cierpień i przeżywanych trudnych chwil w dalszym ciągu pozostaje on dziełem Stwórcy, ukształtowanym na obraz i podobieństwo Boga. Zadaniem tak egzorcystów, jak i lekarzy jest niesienie pomocy oraz zaradzanie pojawiającym się problemom. Żaden zaś człowiek nie powinien być z góry stawiany na skreślonej pozycji. 

25


TEMAT NUMERU - Magia i zabobon 26

Wiedźmy i doradcy życiowi – dlaczego chodzimy do wróżek? D

laczego ludzie chodzą do wróżek, astrologów, rumpologów i tym podobnych „ekspertów od przyszłości”? Oto jest pytanie.

Rafał Growiec

W

edług różnych danych wszelkiej maści, wróżek i astrologów jest w Polsce blisko sto tysięcy. Dla porównania – księży katolickich „aż” trzydzieści tysięcy. W każdej „szanującej się” gazecie znajdziemy horoskop, działa kanał nadający non-stop porady wróżbitów, tarocistek, Elżbieta Bieńkowska bez żadnego wstydu przyznaje się, że konsultuje się z numerologiem. Trzy miliony klientów zostawiły w 2009 r. w kieszeniach biznesu ezoterycznego w samej branży telewizyjnej sto milionów złotych. Jeśli podliczyć wszystkie drobne wróżki, suma ta może wynieść nawet dwa miliardy. Większość wielkiego biznesu „wróżkowego” w Polsce należy do nadawców niemieckich i korzysta z rozwiązań wypracowanych za Odrą. Obok nich są drobne, ogłaszające się w

Do wróżki zgłaszają się też ludzie podłamani, którzy nie widzą nadziei i szukają odpowiedzi na poważne pytania egzystencjalne. W sytuacji kryzysu chcą sięgnąć po wiedzę tajemną, by wśród gwiazd, za pośrednictwem osoby obcej, tajemniczej, poznać wyjście z sytuacji.

gazetach jednoosobowe firmy, ale także osoby przyjmujące klientów jedynie „z polecenia”. Do tego dochodzą domowe metody wróżenia, jak choćby przeświadczenie o tym, że tylko odpowiednia kombinacja znaków zodiaku może zapewnić

zdrowy związek, czy towarzyska moda na czytanie horoskopów, czy posiadanie takiego bądź innego rekwizytu. Z punktu widzenia nie tylko katolicyzmu, ale i chrześcijaństwa jako takiego, wróżby są grzechem – są aktem braku zaufania wobec Boga, jednak poziom schrystianizowania danego kraju nie oznacza, że to kraj zewangelizowany (czyli, że liczba ochrzczonych nie odpowiada liczbie naprawdę wierzących). ALE DLACZEGO? Dlaczego ludzie idą do wróżki? Tu wiele zależy od środowiska w jakim się wyrosło lub w jakim przyszło się potem obracać. Jeśli istniała w rodzinie tolerancja dla przesądów, myślenia magicznego (złapię się za guzik = znajdę pieniądze, przejdę pod drabina = będę miał pecha), to oczywiste, że taka osoba będzie po-


źródło: www.pixabay.com

datniejsza na zapewnienia astrologów (jestem Baranem = będę miał dziś dobry humor). Także braki w wychowaniu religijnym mogą prowadzić do wróżbiarstwa. Jeśli dopuszcza się mieszanie wiary w Boga z wiarą w magię lub Bóg staje się jedynie postacią z mitologii europejsko-judaistycznej, to ktoś może gładko połączyć pełną zaufania modlitwę „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” z zaglądaniem w przyszłość – tak na wszelki wypadek, gdyby Pan zawiódł. Ponadto wróżkę otacza atmosfera tajemnicy, nieznanego. Ukrytą za woalem i wschodnią szatą Agnessę (prywatnie: Agnieszkę Dziubdziak z domu Koźlak) widzimy w towarzystwie kryształowej kuli, jakiejś tajemnej księgi, w oparach kadzideł, w tle wschodnia muzyka. Innymi słowy – jest inna niż wszystko dookoła. Nikt nie wie, gdzie telewizyjna wróżka robi zakupy czy jakim samochodem jeździ. Co innego

ksiądz proboszcz. Tylko ona wie, jak odczytać układ kart tarota czy gwiazd, ma dostęp do wiedzy spoza tego świata. Posiada informacje zakryte dla laików, a łaskawie dzieli się nimi za jedyne 2,44 (z VAT) za minutę. To efekt klęski katechezy, gdy misterium Eucharystii czy chrztu jest traktowane jak zwykły symboliczny obrzęd społeczny, a interpretacja kilku kart brana jest za wsparcie dla duszy. Chodzenie do wróżki jest też dowodem na klęskę czysto świeckiej edukacji. Wiązanie ruchu planet z notowaniami giełdy czy położeniem bezpańskiej stuzłotówki na ulicy godzi w czysto racjonalne rozumienie świata i zasadę powiązań przyczynowo -skutkowych. Najczęściej wszelkiej maści wróżby i przepowiadanie opierają się na dawno obalonych teoriach, a często też na braku wiedzy. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, dlaczego w Zodiaku znajduje się dwanaście znaków i dlaczego

akurat te. Teoretycznie są to znaki znajdujące się na ekliptyce – ścieżce po jakiej wędruje Słońce w swej pozornej wędrówce wokół naszej planety. Problem w tym, że od 1930 r. gwiazdozbiorów zodiakalnych jest trzynaście. „Pechowy” Wężownik (łac. Ophiuchus) zajmuje obecnie 3/5 znaku Strzelca (od 29.11. do 19.12.), jednak nie jest uznawany przez astrologów za znak zodiakalny. Rzekomo wisi tam zbyt krótko. Do wróżki pójdą – oprócz ludzi podatnych na sugestię – ludzie skrajni: ci, co chcą panować nad wszystkim i ci, co czują, że nad niczym nie panują. Natomiast w obu wypadkach istotna będzie wiedza. Wiedza to klucz do opanowania rzeczywistości (dlatego Adam i Ewa chcieli poznać dobro i zło, by nim rozporządzać, jak głosi jedna z interpretacji). Osoba dążąca do pełnej kontroli chce wiedzieć, co się stanie za dwa, trzy dni, chce wiedzieć, jaką ofertę pracy wybrać, z kim pójść na

27


źródło: www.pixabay.com

randkę, kogo unikać, kto ma dobrą, a kto złą aurę. Druga kategoria to fataliści, przeświadczeni, że wszystko zostało już z góry przewidziane i nie należy działać na przekór losowi. Chcą więc wiedzieć, co im fatum przeznaczyło, by biernie się mu poddać. W parze z tym idzie nieraz przekonanie, że już dawno temu „los” wyznaczył tego, a nie innego partnera życiowego, takie, a nie inne choroby, takie, a nie inne wypadki. Jest to szerokie pole do manipulacji, zwłaszcza gdy klient ma tak wielkie zaufanie do astrologa, że każde oszustwo, nawet najbardziej jawne, przyjmie jako wyrok przeznaczenia. ŻEROWANIE NA TRAGEDII Do wróżki zgłaszają się też ludzie podłamani, którzy nie widzą nadziei i szukają odpowiedzi na poważ-

28

ne pytania egzystencjalne. W sytuacji kryzysu chcą sięgnąć po wiedzę tajemną, by wśród gwiazd, za pośrednictwem osoby obcej, tajemniczej, poznać wyjście z sytuacji. Po śmierci bliskiej osoby aż kusi, by udać się do spirytysty, który pomoże nawiązać kontakt z ukochaną babcią czy dzieckiem. Czasem wystarczy zwykły kryzys małżeński, by zapomnieć o radach rodziny i niemal całe swe życie oprzeć na tym, co doradziła wróżka Henrietta. Tak wielki autorytet wróżbitów jest najczęściej zajęciem pewnej pustki, zostawionej przez „racjonalnych” doradców życiowych, ale też duszpasterzy. Tam, gdzie staruszka po śmierci męża nie znajdzie pociechy we wspólnocie parafialnej, tam rośnie szansa na zysk dla telefonicznej infolinii, gdzie tarocistka bez trudu wyjaśni, skąd choroby w rodzinie i jak się

teraz czuje zmarły. Przedstawiciele biznesu ezoterycznego świetnie zdają sobie z tego sprawę i coraz częściej poza zdolnością korzystania ze szklanej kuli reklamują się znajomością psychologii i możliwością wsparcia jako „doradca duchowy” czy „życiowy”. Rodzi się tu pytanie o to, czy taką samą działalność może prowadzić ksiądz. Teoretycznie jak najbardziej, jednak jest to wpisane w jego posługę i nie powinien on pobierać opłat za pociechę duchową. Nadzwyczajna aktywność wszelkiej maści odłamów ezoteryzmu to coś, co łączy i ateistów walczących i wszelkiego rodzaju chrześcijan. To klęska wiary i racjonalizmu, ale też efekt sprytnego wykorzystania typowych ludzkich cech: ciekawości, fascynacji przyszłością i tajemniczością. 


29


TEMAT NUMERU - Magia i zabobon 30

Astrologia – partyzantka irracjonalności J Krzysztof Reszka

"C

udowna jest głupota tego świata! Kiedy nasz los niedomaga - często zresztą skutkiem naszych własnych nadużyć - winimy za niepowodzenia słońce, księżyc, gwiazdy: tak jakby człowiek był nędznikiem z konieczności, głupcem z wyroku niebios, łotrem, złodziejem i zdrajcą za sprawą obrotów sfer, pijakiem, kłamcą i rozpustnikiem z racji niezwalczonego wpływu planet; jakby całe nasze zło brało się z boskiego dopustu. Godny podziwu wykręt łajdaczącego się człowieka - obarczać gwiazdy odpowiedzialnością za własną koźlą naturę!" - takie słowa wypowiada Edmund, jeden z bohaterów dramatu Williama Szekspira pt. "Król Lear". Czy rzeczywiście zwolennicy "przeznaczenia" i "zdeterminowania" obawiają się daru wolności i związanej z nią odpowiedzialności za

ak to się dzieje że w XXI wieku inteligentni wydawało by się - wykształceni ludzie czytają horoskopy? Niektórzy mówią że im się sprawdzają lub że czytają dla zabawy. Inni że to głupota, zabobon, irracjonalna bzdura. Przeciwko astrologii występuje ciekawy sojusz psychologów, naukowców, chrześcijan, Żydów, muzułmanów i racjonalistycznych ateistów. Czy rozum może zweryfikować poglądy zwolenników astrologii?

Ktoś powie, że Kościół i naukowcy przesadzają czepiając się zabawnej rozrywki. Jednak sprawa jest bardziej złożona. Ojciec Jacek Salij OP wspomina: "Sam pamiętam małżeństwo, które się rozpadło z powodu astrologicznych przesądów.

swoje czyny? Całkiem prawdopodobne, że jest to jeden z psychologicznych mechanizmów obronnych. Człowiek nieraz gotów jest stanąć na głowie, żeby tylko nie kiwnąć palcem, to znaczy gotów jest mnożyć argumenty i wymysły, żeby tylko nie zabrać się do świadomej pracy nad sobą.

GDY ROZUM ŚPI, BUDZĄ SIĘ UPIORY Skąd się biorą horoskopy w gazetach? W wielu redakcjach jest taki zwyczaj, że ten kto coś zawali lub napisze kiepski artykuł - za karę musi pisać horoskopy. Gdy o tym wiemy, jeszcze bardziej tragiczny zdaje się widok osoby szukającej wsparcia i kierownictwa w takich wymuszonych na szybko wypocinach. Niestety sam widziałem kiedyś młodą dziewczynę która nerwowo, bez pytania, wyrwała koledze gazetę obsesyjnie szukając horoskopu. Najpierw byłem zdumiony bo myślałem że jako ateistka nie wierzy w żaden rodzaj nadprzyrodzoności. Później zapragnąłem abyśmy my katolicy garneli się do czytania Ewangelii z takim gorącym zapałem jak ona do czytania tych astrologicznych porad i wskazówek w jakimś brukowcu czy gazecie bezpłatnej...


źródło: www.pixabay.com

"Irracjonalizm wkrada się w struktury codziennego życia. A my bezmyślnie pobłażamy tym nienaukowym urojeniom" - mówi prof. Richard Dawkins, biolog ewolucyjny i walczący ateista. - "Astrologia jest tak powszechna, że niemal każdy z nas został przekonany o rzekomym związku ze swoim znakiem Zodiaku". Dawkins ubolewa że jedna czwarta brytyjskiego społeczeństwa wierzy w astrologię. - "Dzień za dniem astrologiczne horoskopy okupują zdecydowanie więcej miejsca w prasie niż nauka... Zabawne jak sprzeczne to jest z nowoczesnym tabu przeciwko stereotypom. Jak zareagowalibyśmy, gdyby gazeta codzienna publikowała takie informacje jak ta: Niemcy! W waszej naturze jest ciężka praca i systematyczność, które przydadzą się wam w pracy dzisiaj. W waszym życiu osobistym, zwłaszcza dziś wieczorem, musicie temperować waszą naturalną tendencję do podporządkowania się rozkazom. Chińczycy! Wasza tajemniczość ma wiele zalet, lecz dzisiaj może być dla was

zgubna. Brytyjczycy! Oficjalność może Wam pomóc w interesach lecz spróbujcie się odprężyć i wyluzować w towarzystwie". Dawkins spostrzega że astrologia arbitralnie dzieli ludzkość na 12 wykluczających się grup. Bez żadnych dowodów. PSYCHOLOG MASAKRUJE HOROSKOP W 1948 psycholog Bertram R. Forer dał studentom do wypełnienia test osobowości. Później przedstawił każdemu z nich analizę bazującą rzekomo a wynikach wypełnionego testu. Studenci mieli ocenić trafność tej analizy w skali od 0 (bardzo słaba) do 5 (znakomita). Średnia ocen wyniosła 4,26. Studenci uznali więc, że ich osobowość została rozszyfrowana w sposób trafny, niemal znakomity! Później jednak okazało się że każdy z nich otrzymał identyczną analizę złożoną z fragmentów horoskopów: "Masz potrzebę by ludzie cię lubili i podziwiali, jednak jesteś osobą krytyczną wobec siebie. Masz pewne wady osobowości, ale potrafisz je kompensować

tym, co jest w tobie dobre. Masz duże możliwości, które wciąż pozostają niewykorzystane. O ile na zewnątrz możesz wyglądać na osobę zdyscyplinowaną i opanowaną, wewnątrz często trapi cię niepewność i martwisz się o wiele spraw. Niekiedy masz poważne wątpliwości, czy twoja decyzja była dobra albo czy twoje czyny były właściwe. Lubisz pewną ilość zmian i różnorodności, a kiedy osaczają cię ograniczenia odczuwasz niezadowolenie. Cenisz sobie własną niezależność myślenia i nie przyjmujesz cudzych twierdzeń bez przekonujących dowodów. Życie nauczyło cię, aby nie przesadzać ze szczerością kiedy się przed kimś otwierasz. Czasem bywasz osobą otwartą na ludzi, przystępną i towarzyską, ale innym razem zamkniętą, ostrożną i zdystansowaną. Niektóre z twoich marzeń wydają się być nierealistyczne". Analiza wydaje się być osobista i szczegółowa. Ludzie wierzą że odnosi się właśnie do nich. W rzeczywistości pasuje niemal do każdego. Psychologia nazywa to zjawisko efektem horosko-

31


źródło: www.pixabay.com

powym, efektem Forera lub też efektem Barnuma. Richard Dawkins w filmie dokumentalnym "Niewolnicy przesądów", zaproponował pewnemu astrologowi eksperyment. Chciał przekazać horoskop dla Koziorożca różnym ludziom, tak aby każdy pierwotnie myślał że czyta horoskop dla własnego znaku Zodiaku i mógł stwierdzić trafność przepowiedni. Astrolog jednak odmówił, obawiając się że sceptyczne myśli badacza w jakiś sposób mogą zaburzyć wyniki eksperymentu. Ten jednak uparł się by przeprowadzić test. Okazało się że prawie wszystkim pasował horoskop Koziorożca. Jedynie pani przypisana do tego znaku, nie odnalazła siebie w tej przepowiedni... NAUKA MIAŻDŻY ASTROLOGIĘ Richard Dawkins żali się, że astrologiczne bzdury okupują znacznie więcej miejsca w codziennych gazetach niż

32

nauka! Podpisuję się obiema rękami pod tym słusznym protestem. Ale ja mam na to sposób. Czytam Gościa Niedzielnego. Znajduję tam wiele ciekawych artykułów naukowych i ani jednego horoskopu! Na stronie "Gościa" obejrzałem filmik Tomasza Rożka "Zrobieni w Horoskop. Nauka - to lubię!" z którego dowiadujemy się ciekawych, sensacyjnych wręcz rzeczy. Po pierwsze, astrologia zapomina, że konstelacje gwiazd nie dzielą roku na 12 równych części, gdyż gwiazdozbiory są różnej wielkości. Według kalendarza Słońce w znaku Panny jest przez 30 dni, choć w rzeczywistości na niebie jest przez 42. Kalendarz mówi że w Skorpionie jest przez 29 dni choć w rzeczywistości na tle tego gwiazdozbioru znajduje się tylko 6 dni. Ktoś kto urodził się powiedzmy 25 sierpnia kalendarzowo jest Panną, ale Słońce w dniu jego urodzin było w znaku Lwa. Po drugie, astrologia

całkowicie pomija gwiazdozbiór Wężownika, może aby nie przekroczyć "magicznej" liczby 12. Słońce wchodzi w obszar konstelacji Wężownika 30 listopada, a opuszcza go 17 grudnia. Po trzecie astrologia zupełnie pomija zjawisko precesji ziemi, czyli fakt, że oś obrotu Ziemi sama obraca się wokół pewnego kierunku zakreślając powierzchnię boczną stożka. To powoduje że zmienia się widok nocnego nieba. Stąd np. 2000 lat temu Słońce w równonocy wiosennej, wchodziło w obszar gwiazdozbioru Barana, dzisiaj jest w gwiazdozbiorze Ryb, a za 600 lat będzie w gwiazdozbiorze Wodnika. Astrologia w ogóle nie bierze tego pod uwagę. Zresztą, czemu miała by brać cokolwiek pod uwagę, skoro nie jest nauką, ale zabobonem? A CO NA TO KOŚCIÓŁ? Św. Paweł pisze: "Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię


będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie. W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała" (Kol 2, 8-9). Katechizm Kościoła Katolickiego mówi wyraźnie: "Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem - połączonym z miłującą bojaźnią - które należą się jedynie Bogu" (KKK 2116). Można by to zrozumieć w ten sposób, że tak jak narkotyk jest destrukcyjnym oszukiwaniem własnego ciała, jak masturbacja jest egocentrycznym oszukiwaniem własnej psychiki i kiepską namiastką miłości erotycznej, tak wiara w horoskopy jest zwodzeniem ducha który szuka sztucznego pokrzepienia i kierownictwa przypisując jakąś siłę sprawczą czy nad-

przyrodzoność gwiazdom lub słowom znudzonego dziennikarza piszącego głupoty za karę. Ktoś powie, że Kościół i naukowcy przesadzają czepiając się zabawnej rozrywki. Jednak sprawa jest bardziej złożona. Ojciec Jacek Salij OP wspomina: "Sam pamiętam małżeństwo, które się rozpadło z powodu astrologicznych przesądów. Mianowicie ona wmówiła sobie, że rak z koziorożcem wykluczają się jako partnerzy związku małżeńskiego i doprowadziła do rozpadu swojego małżeństwa. Przesąd okazał się mocniejszy niż ufność w Bogu, gnostycka teza o zdeterminowaniu człowieka zagłuszyła empiryczne fakty wolności i naszej zdolności do zmiany na lepsze". Kiedy coś tak cennego jak więź małżeńska rozpada się w z powodu "niewinnych rozrywek" jakimi są horoskopy, to sprawa naprawdę przestaje być zabawna... JAKA ALTERNATYWA? Ks. prof. Michał Heller, światowej sławy teolog, filozof, matematyk, fizyk i kosmolog - twierdzi że dzisiej-

szej cywilizacji zagraża wzrost irracjonalności. Ma w tym swój udział kultura medialna - ludzie oduczyli się czytać, dyskutować, myśleć... i trzeba im podać gotową "papkę". Ksiądz-naukowiec uważa, że nauka i religia powinny sie sprzymierzyć aby minimalizować wszelkie nonsensy jakie człowiek wyczynia na arenie dziejów, a wspierać to co dobre. Może warto zainteresować się nauką o Wszechświecie lub w pogodną noc obserwować gwiazdy? Jeśli jesteś inteligentnym człowiekiem który potrzebuje czytać dla rozrywki ale chce również uzyskać konkretne wskazówki życiowe, to rekomenduję czytanie Pisma Świętego. Księga Estery, Księga Judyty i Księga Tobiasza to dzieła bardzo atrakcyjne pod względem literackim. A jeśli szukasz porad dotyczących życia osobistego, przyjaźni, miłości czy biznesu - to Księga Przysłów i Mądrość Syracha powstały specjalnie dla Ciebie. Jeżeli jednak interesuje Cię przede wszystkim rozwój duchowy, to polecam poczytać Nowy Testament. 

źródło: www.pixabay.com

33


TEMAT NUMERU - Magia i zabobon 34

Na dwoje babka wierzyła G. K., C

hesterton powiedział kiedyś: „Zło, że ludzie przestali wierzyć w Boga, nie polega na tym że w nic nie wierzą, ale że gotowi są uwierzyć we wszystko.”

Tomasz Markiewka

W

różnych kontekstach ten zwrot jest używany przez wielu współczesnych publicystów chrześcijańskich. Zarówno tych polskich, jak i zagranicznych. Ciekawe jest to, że przy tych wielu przykładach nikt nie przyczepił się jeszcze do tego sformułowania. Można śmiało więc stwierdzić, że jest prawdziwe. Dziś całkiem sporo ludzi – nie chodzi tu tylko o ateistów, agnostyków, ale w wielu przypadkach o gorliwych chrześcijan – wierzy w różnego rodzaju przesądy czy rytuały. Co więcej, te osoby bez tych zachowań miałyby problem z odnalezieniem się w wielu sytuacjach: zwyczajnych, codziennych, ale także tych bardziej niespotykanych. Stało się to nie tylko ich przyzwyczajeniami, ale sposobem na określenie siebie.

Co można jednakże powiedzieć o takich praktykach jak podawanie dziecka do chrztu tylko i wyłącznie prawą ręką, bo gdy uczynimy to lewą to najpewniej chrzest będzie nieważny i będzie trzeba sakrament powtórzyć wraz z polewaniem głowy?

CYWILIZACJA XXI WIEKU… Te wszystkie praktyki i poglądy, o których mówi Chesterton w tym jednym krótkim, a dosadnym zdaniu gdy są spotykane u osób mówiących o sobie jako o wierzących w Chrystusa można określić równie prosto jako zabobony

czy też przesądy. Czym one jednak w ogóle są? I co ważniejsze skąd się wzięły? Wydawałoby się, że w dzisiejszym świecie gdzie panuje kult rozumu i swego rodzaju technokracja to co przeczy logice i racjonalności nie powinno być tak popularne wśród szerokich mas. Tym bardziej nie powinno to być popularne wśród tych, którzy twierdzą, że ufają Bogu i w niego wierzą. Pojęciem zabobonu określa się wiarę w zależność zachodzącą pomiędzy jakimś zjawiskiem, a wykonywaniem określonych praktyk magicznych (nawet gdy nie jest to do końca świadome), celem zapobieżenia nieszczęściu, lub przeciwnie, aby zapewnić sobie szczęście. Przy czym sama zależność jest pozbawiona podstaw racjonalnych czy logicznych. Psychologowie i socjologowie podają wiele


źródło: www.pixabay.com

przyczyn funkcjonowania zabobonów. Zagłębiając się w historię możemy podać pewne przyczyny powstania niektórych przesądów. Np. przed tysiącami lat ludzie wierzyli, że bogowie żyją w drzewach. Gładzili je więc, by zjednać sobie bóstwa. Dzisiaj niektórzy dotykają drewna na szczęście lub odpukują w niemalowane drewno, by czegoś nie zapeszyć. I tak podobno powstał jeden z bardziej popularnych przesądów, który jest bardzo popularny wśród katolików, żeby odczarować to co miałoby się wydarzyć, a byłoby szkodliwe. Wspominałem już wcześniej, że staje się tak coraz częściej mimo mocnej ekspansji wiedzy, która jak chcą niektórzy miałaby wypierać przesądy. Dzieje się jednak inaczej, zupełnie odwrotnie. Prawdopodobnie dlatego, że nauka do końca nie jest w stanie odpowiedzieć na ostateczne pytania człowieka. Kiedy pytamy

dlaczego dzisiaj jest tyle przesądów wśród katolików, to znajdujemy prostą odpowiedź. Zabobon jest efektem ignorancji religijnej i niedojrzałości wiary. Taka niedojrzałość jest formą infantylności religijnej wśród chrześcijan, którzy stworzyli sobie wygodną religię, na miarę własnych wyobrażeń i potrzeb. Tak jak wielokrotnie robili to także pierwsi chrześcijanie co mamy dokładnie opisane na kartach Nowego Testamentu. Szczególnie było to widoczne przy okazji podróży misyjnych Św. Pawła. Przykładów takiego podejścia jest mnóstwo. W zależności od potrzeby i sytuacji to takie osoby rzekomo mocno wierzące przywołują określony rytuał czy praktykę, którą trzeba koniecznie wprowadzić w życie. Jeśli się tego nie zrobi to na daną osobę , a czasem i na jego bliskich spadnie ogromne nieszczęście. W ten sposób rzeczom

małoznaczącym lub nic nie znaczącym nadaje się wartość mającą mieć wpływ na nasze życie w sposób radykalny, niemalże śmiertelną. KATOLIK CZY NIE I TAK W SWOJE WIERZY Jak wygląda wiara w przesądy statystycznie? Według badań przeprowadzonych przez TNS OBOP ponad połowa Polaków wierzy w zabobony. Wśród kobiet ten wskaźnik jest jeszcze wyższy – wierzą, jeśli przyjąć za dobrą monetę deklaracje, aż dwie na trzy. Co przynosi szczęście? Według statystyk po kolei: kominiarz, czterolistna koniczyna, talizman. A pecha? Czarny kot, powitanie przez próg, rozbite lustro. Zabobony i praktyki wróżbiarskie są nie tylko bałwochwalstwem i formą władzy jednych (tych, co wiedzą) nad drugimi (niewtajemniczonymi), lecz są także wyrazem astralnego determinizmu, w świetle którego

35


źródło: www.pixabay.com

wszystko jest zapisane w gwiazdach i człowiek na nic nie ma wpływu, jego przeznaczenie zależy na przykład od dnia narodzin. Jeśli chodzi o te ostatnie zjawiska to były one widoczne już w pierwszych wiekach. To właśnie wtedy Św. Augustyn opisywał to jak miażdżąco krytykował te wierzenia na przykładzie, dwóch ludzi którzy mimo, że urodzeni tego samego dnia to ich życie było zupełnie odmienne. Do dziś niektóre nurty astrologii i wróżbiarstwa wyznawanego przez wielu ludzi uważających się za katolików korzystają z dzieł powstałych w starożytności, gdzie dziś położenie gwiazd na niebie się zmieniło. Pokazuje to nie tylko jakość tej pseudonauki, ale także rozumności ludzi w to wierzących. Można wymieniać wie-

36

le tego typu przykładów, jednak nadmienię tylko jeszcze kilka ciekawszych. Każdy zapewne zna niechęć wielu osób do witania się przez próg i bardzo racjonalną argumentację tego zachowania to jednak można, jeszcze próbować zaakceptować ze względu na korzenie tego zwyczaju, związane z chowaniem zmarłych ludzi pod progiem. Co można jednakże powiedzieć o takich praktykach jak podawanie dziecka do chrztu tylko i wyłącznie prawą ręką, bo gdy uczynimy to lewą to najpewniej chrzest będzie nieważny i będzie trzeba sakrament powtórzyć wraz z polewaniem głowy, ponieważ to co zawiera tradycja ludowa musi być mądrzejsze? Skoro jednak mowa o chrzcie to ciekawy jest też wymysł – bo ciężko nazywać to

pomysłem i to dobrym – by nie dawać w prezencie dziewczynkom krzyżyka na szyję, bo to przynosi pecha. Dziecko, któremu ma towarzyszyć przez całe życie znak krzyża ma już na początku swojej przygody z Chrystusem być tego pozbawione, bo jakaś mądra ciocia musi mieć rację. Jeśli chodzi o kolejne przesądy to warto zastanowić się nad tymi związanymi ze śmiercią. Niedopuszczalne jest, b zmarły leżał w domu przez niedzielę, bo z całą pewnością zabierze za niedługo kogoś ze sobą. Jednak jak to bywa z tego typu sprawami i tą można jeszcze naprawić. Wystarczy, że powywraca się wszystkie krzesła w domu. Przecież przewracanie krzeseł może uratować komuś życie! Dodatkowo nie do przyjęcia jest, żeby


nieboszczyka niósł jego najbliższy krewny, ponieważ niechybnie skończy niedługo po nim jak sam zmarły. KOŚCIÓŁ JASNO, ALE NIESKUTECZNIE Mógłbym tak długo wymieniać kolejne przesądy takie jak czerwony przedmiot mający rzekomo chronić dziecko przed urokami czy przechodzenie pod drabiną, które ma przynajmniej dość urokliwą genezę, bo wywodzi się z wiary w towarzyszenie każdemu człowiekowi dobrego ducha, a owe przejście miało powodować stratę tego duszka. Wolę jednak zamiast tego przypomnieć jak do tego podchodzi Kościół. W Katechizmie Kościoła Katolickiego (nr 2116) jasno zapisano, że należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się

do Szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość. A w następnym kanonie (2117) przestrzega się wiernych przed praktyką magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim. Jeśli to komuś nie wystarcza i dalej ma wątpliwości co do tego i myśli, że to Kościół w Polsce się uwziął na biednych ludzi to konferencja biskupów w Włoskiej Toskanii w 1994 roku wypowiedziała się dość jasno na ten temat: Religia jest bezpośrednim odniesieniem do Boga i do Jego działania, i nie można mówić o doświadczeniu religijnym bez takiego właśnie odniesienia. Magia natomiast zakłada taką wizję świata, w której wierzy się w istnie-

nie tajemnych sil, mających wpływ na życie człowieka; używający lub korzystający z magii wierzy, że może kontrolować te siły poprzez wykonywanie rytualnych praktyk, będących w stanie automatycznie zapewnić oczekiwany efekt. Wielu katolików praktykujących w taki sposób zapewne nie zdaje sobie sprawy z tego co robi źle i że coś w ogóle robi niewłaściwie. Podobnie czynili ich przodkowie, oni byli jednak bardziej usprawiedliwieni przez swój faktyczny analfabetyzm i rzeczywiste przywiązanie do swych rodzimych tradycji. Ponadto dzisiejsi duchowni robią też niewiele więcej niż ich poprzednicy kilkaset lat przed nimi zajmując się nie do końca tym co jest słuszne, czyli przekazywaniem prawdziwej i czystej wiary.  źródło: www.pixabay.com

37


TEMAT NUMERU - Magia i zabobon 38

Magia: wierzący niepraktykujący M

imo szerokiego dostępu do informacji (a może właśnie przez niego, co prowadzi do dezinformacji), wielu katolików nie wie, jak to jest z magią. Czary, zaklęcia i uroki – temat niezwykle interesujący i pociągający, acz jakby przemilczany.

Dominik Cwikła

M

agia istnieje. A raczej możliwość wpływania na rzeczywistość poprzez nienaturalne sposoby. Gdy studiowałem na KULu, wybrałem się na wykład Wojciecha Cejrowskiego. Gdy przyszedł czas na pytania, jakiś student zapytał, jak podróżnik zachował wiarę, skoro widział i opisywał nieraz magiczne rytuały, które są sprzeczne z wiarą katolicką. Pan Cejrowski odpowiedział, że magia nie jest sprzeczna z naszą wiarą, lecz jej praktykowanie zaprzecza nauce Chrystusa. Potwierdzenie tejże odpowiedzi znajdujemy także w Biblii: Mdr 12, 4; 17, 7; Ps 58, 6; Pwt 18, 10-14; Ap 21, 8; 22, 15. To tylko kilka fragmentów. W Katechizmie Kościoła Katolickiego (KKK 2117) czytamy: "Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by

Demon może przekazać moc człowiekowi w różnym stopniu i do różnych celów na wiele sposobów. Najbardziej znanym sposobem jest cyrograf, czyli inaczej mówiąc, umowa między człowiekiem a demonem. Zły duch nadaje moc do naginania rzeczywistości.

posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub

uciekanie się do interwencji demonów. Jest również naganne noszenie amuletów. Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich. Uciekanie się do tak zwanych tradycyjnych praktyk medycznych nie usprawiedliwia ani wzywania złych mocy, ani wykorzystywania łatwowierności drugiego człowieka. " Dlatego też każdy katolik uznaje, że magia istnieje, ale jej praktykowanie jest czymś złym. Można rzec, że katolik jest "wierzącym, niepraktykującym" magikiem. Pojawia się jednak pytanie: dlaczego magia jest zabroniona? DARY DUCHA, CZYLI COŚ O CHARYZMATACH Odpowiedź brzmi: bo jest szkodliwa. Bóg zabrania tego, co ma na człowieka zły wpływ. Magia bowiem


źródło: www.pixabay.com

nie jest to coś podobnego do "mocy" z filmu "Gwiezdne Wojny" albo do "Harrego Pottera". Tam bowiem widzimy, jak bohaterowie używają bezwładnej siły, którą dzięki charakterowi, ćwiczeniom oraz swojej woli mogą używać dowolnie. Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Człowiek sam z siebie nie może zmieniać rzeczywistości ponadnaturalnymi sposobami. Potrzebuje do tego mocy innego, wyższego od siebie bytu. Może ona pochodzić z dwóch źródeł. Pierwszym z nich jest Bóg. On może dać nam pewne zdolności czy możliwości (jest pełno przykładów, przede wszystkim w Dziejach Apostolskich, ale również w listach, a nawet w Starym Testamencie!), które jednak zawsze mają na celu służbę jakiejś wspólnocie. Nigdy nie służą one tylko samemu posiadaczowi darów Ducha Świętego, zwanych charyzmatami. Co ważne, charyzmaty nie są dawane ze względu na zasługi. Żaden bowiem z ludzi na nie nie zasługuje.

Wynikają one z woli i mądrości oraz łaskawości Bożej. Ponadto, człowiek nad charyzmatami zawsze jest w stanie zapanować. Jeśli nie jest, albo jeśli "wymusza" je, to może okazać się, że nie mamy do czynienia z charyzmatami od Boga, ale z magią od demona. FURTKA DLA ZŁA Raz w życiu modliłem się nad osobą dręczoną przez złego ducha i myślę, że takich atrakcji mi wystarczy na bardzo długi czas. A do dręczenia może (tak było w przypadku dręczonej dziewczyny) doprowadzić okultyzm. Potwierdza to wielu egzorcystów. Demon może przekazać moc człowiekowi w różnym stopniu i do różnych celów na wiele sposobów. Najbardziej znanym sposobem jest cyrograf, czyli inaczej mówiąc, umowa między człowiekiem a demonem. Zły duch nadaje moc do naginania rzeczywistości. Innym sposobem jest (zdarza się to szczególnie w rodzinach niekorzystających z sakramentów, w których rzucano

klątwy) nadanie zdolności bez świadomości człowieka. Efekt jednak zawsze jest taki sam: zły duch ma ogromny dostęp do naszego życia. Egzorcyści mówią, że takie osoby często borykają się z lękami, fobiami i depresją. Ponadto magowie nie mogą przemóc się, by pójść do, czy nawet stanąć dłużej obok kościoła. Pozwolę sobie pominąć przeróżne przypadki opętań, o których czytałem czy słyszałem. Ważne jest, by zapamiętać jedno: magia to zło, którego należy się wystrzegać. A jeśli ktoś rzuci na nas klątwę? Spokojnie. Archanioł Michał według Tradycji strącił demona z niebios. Ponieważ jest silniejszy, polecam odmówienie modlitwy za jego wstawiennictwem. Jednak nic nie przebije Boga, bo On Jest najpotężniejszy. Dlatego warto żyć w stanie łaski uświęcającej i przyjmować często Komunię Świętą. Pod jej wpływem jesteśmy całkowicie bezpieczni na zakusy demona.

39


TEMAT NUMERU - Magia i zabobon

Świadomy sen - odpuść M

iałem kiedyś głupi pomysł, by nauczyć się świadomego snu. Tak, to jest możliwe i do wyćwiczenia przez praktycznie każdego. Natomiast odradzam wszystkim takie praktyki.

Dominik Cwikła

P

odczas snu mózg może się zregenerować. Uporządkowuje nasze myśli z całego dnia i układa informacje. Wyćwiczenie w sobie kontrolowania tego z pewnością nie przyniesie na dłuższą metę dobrych skutków. Owszem, można uprzyjemnić sobie w ten sposób życie. Albo można ćwiczyć pewne odruchy, jak ja to robiłem. Jednak efektem tego jest dziwne uczucie zmęczenia w ciągu dnia. I nie jest to normalne zmęczenie, jakie odczuwamy z powodu braku snu. Jest to pewne otępienie i spowolnienie reakcji. Ponadto czasami w ciągu dnia możemy mieć wrażenie, że śnimy. Wiadomo, że raz na "ruski rok" zdarza się to każdemu. Jednak przeżywanie codziennie kilku takich momentów jest już zbyt dużą ilością. WALKA Z NATURĄ Sen został nam dany od

40

Sen został nam dany od Boga w celu wypoczynku. By zapaść w stan świadomego snu, trzeba ćwiczyć i przygotowywać się. A to zaprzecza idei odpoczynku.

Boga w celu wypoczynku. By zapaść w stan świadomego snu, trzeba ćwiczyć i przygotowywać się. A to zaprzecza idei odpoczynku. Księża zresztą mówią, w tym także egzorcyści, że świadomy sen może być przyczyną opętań. Nie wiem, czy to prawda. Natomiast osoby, które poznałem, a które zajmowały się magią, bardzo zachwalały sobie świadomy sen. To o czymś świadczy. Czy jest on nam potrzebny do szczęśliwego

życia? Raczej nie. Dlatego lepiej nie próbować czegoś, co nie zostało nam dane jako coś koniecznego. Świadomy sen wykorzystywany jest m.in. do tzw. podróży astralnych, które należą do wschodniego kręgu cywilizacyjnego. A jak wiadomo, wiele ichnich praktyk w chrześcijaństwie uznawanych jest za magię, a więc za grzech otwierający szeroki dostęp szatanowi do człowieka. Lepiej zamiast tego po prostu się położyć, odpocząć i zwyczajnie zamknąć oczy. Może Pan da nam coś ciepłego i dobrego we śnie po ciężkim dniu? A może zechce, podobnie jak Józefowi w Egipcie, powiedzieć nam coś ważnego? Jeśli będziemy kombinowali ze snem, możemy nie usłyszeć woli Bożej. Czy naprawdę warto ponosić takie ryzyko?


41


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 42

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

43


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA - A po-co-to, na-co-to? 44

Katecheza C

zy katecheza to tylko sposób na utrzymywanie ludzi Kościoła na nauczycielskiej pensji i przy okazji − indoktrynować dzieci? Kto wpuścił Kościół do szkół i czy trzeba go stamtąd wyrzucać?

Rafał Growiec

K

atecheza, jak podaje Jan Paweł II w adhortacji Cathehesis Tradendae, „jest wychowaniem w wierze dzieci, młodzieży i dorosłych, a obejmuje przede wszystkim nauczanie doktryny chrześcijańskiej, przekazywane na ogół w sposób systematyczny i całościowy, dla wprowadzenia wierzących w pełnię życia chrześcijańskiego”. Jak widzimy, definicja obejmuje nie tylko przekazanie wiedzy, ale też pewnych wartości, a celem nie jest zdanie egzaminu, lecz pewien wzorzec życia. Katechezy znano od pierwszych wieków chrześcijaństwa. Pierwszym katechetą był Jezus, który nauczał dorosłych i błogosławił dzieci (o czym za chwilę). Także apostołowie nie chrzcili jak leci, ale najpierw sprawdzali, czy kandydat do chrztu ma wiarę podpartą wiedzą. Osoby przygotowujące się do chrztu odbywały kurs, wta-

Co jakiś czas pojawiają się głosy mówiące o wyprowadzeniu religii ze szkół - najczęściej wskazuje się na dobro uczniów niewierzących, dyskryminowanych brakiem etyki. Problem w tym, że katecheza jest najczęściej organizowana ze względu na prośbę rodziców.

jemniczający ich w podstawowe prawdy wiary. Wielcy Ojcowie Kościoła otaczali katechumenów szczególną troską, by wiara była wsparta zdrową wiedzą. Powiedzmy sobie szczerze: co z tego, że ktoś będzie żarliwie się modlił, skoro będzie przy tym prawił takie herezje, że aż uszy cierpną? W pierwszych wiekach

katechizowano przede wszystkim dorosłych, gdyż to oni byli w centrum zainteresowania starożytności. Raz, że ówczesna antropologia traktowała dziecko niezbyt przychylnie jako słabsze i słabiej rozwinięte, a dwa, że to dorośli przygotowywali się do chrztu. Jeśli zajmowano się dziećmi, to raczej pouczano dorosłych, jak je wychowywać, a nie zwracano się do nich bezpośrednio. Z czasem, gdy wraz z przejęciem chrztu przez prezbiterów zaczęto chrzcić dzieci, także je objęła katecheza. Katecheza ma wprowadzić do pełni życia chrześcijańskiego, czyli musi sprawić, by katechizowany czuł więź z Chrystusem, przylgnął do Niego. Nie chodzi tu tylko o wykucie na pamięć Credo, ale też o to, czego nie sprawdzi żaden test czy indeks z pieczątkami. Aspekt intelektualny i przeżycie idą ramię w ramię. Rozumienie treści


źródło: www.misje.gdansk.franciszkanie.pl

liturgii musi być zaczątkiem do tego, by „Alleluja” śpiewać naprawdę radośnie, a nie tylko ruszać ustami. Katechezy o świętych mają sprawić, że Teresa z Avila czy Karolina Kózkówna staną się wzorem do naśladowania, a nie tylko jedną z tysięcy przewijających się w podręcznikach postaci z „dawno temu”. SALKA CZY SZKOŁA? Jeden z największych problemów Polski XXI wieku to katecheza w szkołach. Fakt, gospodarka się wali, korupcja zżera miliardy rocznie, Rosja dyktuje ceny gazu, ale wszystkiemu winne są katechezy w szkołach. Protestują środowiska wolnomyślicielskie, bo to przecież indoktrynacja, środowiska ateistyczne, bo to religia, a i niektórzy katolicy oponują, bo im się szkoła nie podoba. Nie ma przedmiotów neutralnych światopoglądo-

wo. Przynajmniej w dziedzinie humanistyki. Nawet na fizyce można się pokłócić o niektóre definicje czy teorie. Historyk może przedstawić dane wydarzenie w sposób aprobujący lub krytykancki, tak samo polonista może tak przedstawić Wokulskiego, że zupełnie mu nie po drodze z Prusem. Podręczniki też najczęściej dobierają pewne zdarzenia czy fenomeny, marginalizując jedne i uwypuklając drugie. Biada uczniowi, który nie wpisze się wklucz odpowiedzi z WOSu, choć może on sam nie uważa, że wszyscy powinni mieć prawa wyborcze. A jednak szkoła zakłada, że najlepszym ustrojem jest demokracja. Tak samo Kościół katolicki zakłada, że najlepszym wyznaniem jest katolicyzm. Skąd katecheza w Polskich szkołach? Po Okrągłym Stole część polityków uznała, że Kościołowi należy

się taki prezent po latach edukacji komunistycznej (formalnie neutralnej światopoglądowo). Pierwsze lata były trudne, bo i szkoły nie były przygotowane, w dodatku wciąż aktywna lewica oponowała przeciwko przybijaniu krzyży do świeckich ścian. Brakowało też kadry. Powiedzmy szczerze − nie każdy proboszcz to urodzony pedagog. Także i dziś nie jest różowo. Co jakiś czas pojawiają się głosy mówiące o wyprowadzeniu religii ze szkół − najczęściej wskazuje się na dobro uczniów niewierzących, dyskryminowanych brakiem etyki. Problem w tym, że katecheza jest najczęściej organizowana ze względu na prośbę rodziców. To oni zgłaszają do dyrektora zapotrzebowanie na to, by w szkole odbywała się katecheza. Vox populi, vox Dei. Alternatywą dla szkoły jest nauczanie w parafii.

45


Choć nie pozwala ona dotrzeć do wszystkich uczniów i sprawia, że przyjdą jedynie zainteresowani i dysponujący wolnym czasem, to jednak ma swoje zalety. Przede wszystkim jest niezależna od systemu edukacji państwowej. Nikt nie wymusi na katechecie, by wychwalał coś, co według Kościoła jest grzechem, a według rządu – prawem człowieka. Łatwiejsza staje się też katecheza liturgiczna – w końcu nie obowiązują przepisy o wycieczkach szkolnych, a kościół pełen alb, stuł, komży i dzwonków jest rzut biretem od salki. Pytanie tylko, kto będzie za to płacił? W szkole płaci szkoła, czyli samorząd. Czy parafię stać na utrzymanie katechety świeckiego? Czy może to kolejne zadanie dla ludzi z tak zwanym „powołaniem”, którzy powinni traktować to jak służbę (bezpłatną w domyśle)? KOGO KATECHIZOWAĆ? To istotny problem. Jak głosi popularny wśród katechetów slogan: Jezus na-

uczał dorosłych i błogosławił dzieci, my nauczamy dzieci a błogosławimy dorosłych. Nauki przedchrzcielne wpadają jednym uchem, wypadają drugim. Przedmałżeńskie nie są tak ważne i zajmujące, gdy jeszcze trzeba dogadać szczegóły wesela. Na nauki stanowe w czasie rekolekcji wielkopostnych przychodzi garstka już i tak zaangażowanych. Kazania umoralniają, lecz bardzo często pomijają kwestie dogmatyczne, co prowadzi do braku wiedzy na temat wiary wśród dorosłych. W efekcie ludzie nawet nie wiedzą, co się dzieje, gdy ksiądz błogosławi małżeństwo. Nieraz są zmęczeni Kościołem, potrafią uwierzyć w byle głupstwo, co potwierdza popularność wszelkiej maści apokryfów. Bardzo często odpowiedzią duszpasterza na dany problem jest „nie, bo nie”. Tymczasem czasem wystarczyłoby zorganizować spotkanie pod odpowiednio chwytliwym tytułem i o odpowiedniej porze, by zebrał się mały tłum tych, którzy są tematem zainteresowani.

Odświeżenie wiedzy z czasów szkolnych, a niekiedy nawet jej korekta, przedstawienie spojrzenia na najnowsze trendy w społeczeństwie, kulturze i sztuce nie jest ograniczone tylko do kazania i rozważań przed kolejną stacją drogi krzyżowej. Katecheza to wszak przede wszystkim wychowanie, a to nie może się ograniczyć do umoralniających gadek. Kapłani, zakonnicy, hierarchia, katecheci – powinni oni przede wszystkim katechizować przykładem. Ksiądz leniwy, mający ponurą minę w czasie śpiewania kolędy, za to radosną przy inkasowaniu podczas chodzenia po kolędzie, nie nauczy nikogo radości z trudu głoszenia Dobrej Nowiny. Także jeśli dziecko widzi rodziców przed kościołem, nie będzie chciało się zaangażować w życie Kościoła – chyba, że w ramach buntu. A przecież nie chodzi o to, żeby ludzie przychodzili do Boga na złość mamie-ateistce. 

źródło: www.siostryzorlika.pl

46


47


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Serca nasze przenikajcie

48

G

orzkie żale? Droga krzyżowa? Wielkopostne nabożeństwa cieszą się z jednej strony dużą popularnością, z drugiej jednak wielu, zwłaszcza młodym, osobom wydają się nudne, utrzymane w konwencji pobożności ludowej. A może da się jakoś inaczej?

Małgorzata Różycka

P

ołowa Wielkiego Postu już za nami. Kościół, wzywając wiernych do postu, modlitwy i jałmużny, daje nam możliwość szczególnej kontemplacji Męki Pańskiej w czasie nabożeństw pasyjnych. W piątki polskie świątynie zapełniają się ludźmi idącymi za dźwigającym krzyż Jezusem, a w niedziele rozważamy cierpienia Zbawiciela na gorzkich żalach. Frekwencja za każdym razem jest duża, jednak często w kościołach brakuje młodych ludzi, którzy te nabożeństwa omijają szerokim łukiem. Dlaczego tak jest, skoro młodzieży nie brakuje ani pobożności, ani czasu? Wydaje mi się, że jest to przeważnie kwestia oprawy liturgicznej, często zbyt mało starannie przygotowywanej, wręcz drętwej. Istotą rozważania Męki Pańskiej ma być nasz własny w niej udział, głębokie dotknięcie serc i dusz. Może to powiewać

Nabożeństwo gorzkich żalów nie cieszy się zbyt dobra opinią. Często bywa też synonimem kościelnego obciachu, ludowej pobożności albo kiepskiej jakości muzyki liturgicznej. mistyką, która wielu osobom wydaje się rzeczą niedostępną przeciętnym wierzącym. To nieprawda. Każdy ma w sobie zdolność kontemplacji i to, co trzeba zrobić, to uruchomić ją, dać jej dojść do głosu w naszym życiu duchowym. Nabożeństwa pasyjne to świetna okazja, by przekonać się, że to działa. DROGA KRZYŻOWA Wcale nie musi być sztywna i nudna. Istnieje mnóstwo przeróżnych rozważań, pisanych przez księży,

siostry zakonne, świeckich, młodszych, starszych itd. Wachlarz jest naprawdę szeroki i nie jest trudno znaleźć coś, co by nam odpowiadało. Można sięgnąć także po tekst Ewangelii, albo po swojemu rozważać kolejne stacje. Choć piątek to dzień, w którym szczególnie wspominamy śmierć Pana Jezusa, to nie ma przymusu, by właśnie wtedy odprawiać to nabożeństwo. Liczy się jakość, a nie miejsce, czas i długość rozważań. Warto też poszukać drogi krzyżowej dedykowanej jakiejś konkretnej grupie, np. młodzieży czy studentom. EKSTREMALNE WYZWANIE Amatorzy szczególnych doznań mogą wybrać się na Ekstremalną Drogę Krzyżową, której pomysłodawcą jest ksiądz Jacek Stryczek. Ta stosunkowo młoda inicjatywa polega na przejściu kilkudziesięciu kilometrów po


źródło: www.pixabay.com

wyznaczonej trasie (wiodącej najczęściej do jakiegoś sanktuarium) w czasie jednej wielkopostnej nocy. Można maszerować samemu, można w grupach. Niektórzy biorą też w drogę mniejsze lub większe krzyże. Do wielu taka forma drogi krzyżowej bardzo przemawia, a o popularności inicjatywy może świadczyć fakt, że bardzo szybko rozprzestrzeniła się na całą Polskę. Tegoroczna edycja odbędzie się 27 marca, a na stronie internetowej dostępne są wszystkie informacje. PORUSZYĆ ZMYSŁY I SERCE Osobom mającym problem z „klasycznymi” nabożeństwami chciałabym zwrócić uwagę na sceniczne drogi krzyżowe. Świetnym przykładem jest Misterium wystawiane od lat przez Dominikańskie Duszpasterstwo Młodzieży „Przystań” z Krakowa. W każdy piątkowy wieczór Wielkiego Postu młodzież wraz z dominikanami odtwarza sceny z Męki Pańskiej. Są stacje, aktorzy i staropolskie pieśni pasyjne w dopracowanym wykonaniu. Kościół pogrążony jest w mroku, a światło dają jedynie świece niesione przez ludzi uczestniczących w nabo-

żeństwie. Za narrację służy tekst Ewangelii. Misterium to niesamowite przeżycie dla oczu, uszu i serca. Nic dziwnego, że olbrzymia bazylika Trójcy Świętej co piątek szczelnie wypełnia się ludźmi. Tym, którzy do Krakowa mają daleko, zostają filmy z nagraniami z Misterium, albo podobne przedsięwzięcia w innych zakątkach Polski. NIE TYLKO MOHER Nabożeństwo gorzkich żalów nie cieszy się zbyt dobra opinią. Często bywa też synonimem kościelnego obciachu, ludowej pobożności albo kiepskiej jakości muzyki liturgicznej. Choć nie tak łatwo znaleźć kościół, gdzie gorzkie żale byłyby naprawdę pięknie odśpiewane, to to nabożeństwo na pewno nie zasługuje na taką złą sławę. Warto wiedzieć, że powstało na początku XVIII w. w Warszawie i jest to czysto polska praktyka religijna, wzorowana na jutrzni z liturgii godzin. W tym przypadku nie ma aż tak dużego pola do urozmaiceń jak w przypadku drogi krzyżowej, ponieważ tekst poszczególnych części się nie zmienia, a melodia tylko nieznacznie różni się w zależności od organisty czy regionu. Natomiast można

wybrać kościół (tak, wiem, że to churching), w którym śpiew najbardziej nam odpowiada. Trzeba w tym miejscu przyznać, że w mniejszych miejscowościach gorzkie żale są pod tym względem dużo lepiej odprawiane niż w dużych miastach, co wydaje się zupełnie zdumiewające. Można też popatrzeć po kątem kazań pasyjnych, jakie towarzyszą temu nabożeństwu. Często są ułożone w cykl tematyczny i warto wybrać taki, który do nas przemówi (podobnie jak z rekolekcjami). I najważniejsze: sam tekst. Jest tak niezwykle obrazowy, poruszający, napisany przepiękną barokową polszczyzną. Po prostu majstersztyk. Już pierwsze wersy „Gorzkie żale przybywajcie / serca nasze przenikajcie” naprawdę przenikają serca i pozwalają kontemplować cierpienia Zbawiciela. W dodatku podwójnie, bo kto śpiewa, ten modli się przecież dwa razy. Więcej nie zdradzę. Zapraszam za to do kościoła! Mam nadzieję, że ten tekst pozwolił ukazać nabożeństwa pasyjne w nieco innym, być może nawet lepszym, świetle i zachęcił Czytelników do głębszego uczestnictwa w wielkopostnej liturgii Kościoła. 

49


SERIĄ PO LITURGII

Logika liturgii

50

W Wojciech Urban

W

ielu ludzi „skręca się” na sam dźwięk wyrażenia: „przepisy liturgiczne”. Przyczyny takiego zachowania mogą być bardzo różnorodne, od osobistych zranień, poprzez wykrzywiony światopogląd, na braku formacji nie kończąc. Skutkuje to budowaniem opozycji pomiędzy liturgią sprawowaną według przepisów (rubrycyzmem), a pobożnie przeżywaną. Właściwsze ma być oczywiście „przeżywanie”, co próbuje się nieraz udowadniać Pismem Świętym: a to, że Pan Jezus pragnie czcicieli, którzy by mu oddawali hołd „w duchu i prawdzie”, a to, że z kolei łamał przepisy dotyczące szabatu, czy też to, że nawet Ostatnia Wieczerza nie była przecież sprawowana według OWMR-u. Liturgistom dbającym o poprawność obrzędów zarzucane są z kolei bezduszność, brak pobożności

liturgii uczestniczymy albo rozumnie, albo magicznie. Pierwsza postawa zakłada elementarną znajomość symboliki oraz posłuszeństwo przepisom. Jeśli zamiast tego dajemy prymat emocjom, indywidualnym potrzebom czy pełnej spontaniczności, bliżej nam wtedy do kultów pogańskich.

Nonszalancję liturgiczną tłumaczy się tym, że Pan Jezus się nie obrazi, jeśli np. na Mszy zgramy na gitarze elektrycznej i perkusji.

i pokazowość. Szczególnie zarzuty te kierowane są pod adresem kapłanów celebrujących nadzwyczajną formę Mszy Świętej i wiernych, którzy w niej uczestniczą. Skupienie na przestrzeganiu przepisów ma bowiem uniemożliwiać owocne przeżycie liturgii. Nie przeczę, że zdarzają się przypadki, gdy kapłan lub zgromadzeni świeccy koncentrują się wyłącznie na „zewnętrzność”. Widać to czasami po wpisach zamieszczanych na tradycjonalistycznych fanpejdżach.

Niemniej, są to przypadki dużo rzadsze, od drugiej skrajności – samowolki liturgicznej. I zaznaczam od razu, ta skrajność jest dużo gorsza. Istotą kapłaństwa jest służba. Dotyczy to zarówno wyświęconych szafarzy, jak i wiernych objętych „powszechnym kapłaństwem”. W Wielki Czwartek, dzień ustanowienia sakramentów Eucharystii i kapłaństwa, czytamy ewangelię o obmyciu nóg apostołom. Pan Jezus mówi wprost: to co Ja wam uczyniłem, wy powinniście sobie czynić nawzajem. Czyli służyć, na wzór naszego Zbawiciela. Jedną z najważniejszych cech dobrego sługi jest posłuszeństwo. Chrystus był posłuszny aż do śmierci krzyżowej. Jako Jego uczniowie, wezwani do naśladowania Go, również powinniśmy być posłuszni – także temu, co przykazał


źródło: www.kanonicy.pl

nam za pośrednictwem Kościoła. A więc m. in. przepisom liturgicznym. Nie chodzi tu jednak o ślepe posłuszeństwo. Obrzędy, gesty, symbole i modlitwy, które tworzą celebrację liturgiczną, zawsze coś wyrażają. Sakramenty ustanowił Chrystus, a Kościół określił ich formę, by za pomocą widzialnych znaków przedstawić dokonującą się rzeczywistość duchową. Każdy znak, gest, symbol czy słowo coś wyraża. Dlatego wierność rubrykom nie wynika jedynie z troski o jedność Kościoła. Posłuszeństwo przepisom wynika z przyjęcia tego, co Kościół podaje do wierzenia. Dlatego do dobrego przeżycia Mszy Świętej trzeba bardziej używać rozumu, niż serca! Bez zrozumienia znaczenia poszczególnych obrzędów, to Najświętszą Ofiarę będziemy traktować jak magię. Dlatego przyjęcie każdego sakramentu musi być poprzedzone odpowiednim przygotowaniem, katechezą mistagogiczną. W szczególnym przypadku, jaki stanowi chrzest niemow-

ląt, rodzice zobowiązują się wychować dziecko po chrześcijańsku, a więc „uzupełnić” to przygotowanie później. Wzmożona działalność duszpasterska pod adresem dzieci i młodzieży również wynika z potrzeby nadrobienia przygotowania chrzcielnego. Nonszalancję liturgiczną tłumaczy się tym, że Pan Jezus się nie obrazi, jeśli np. na Mszy zgramy na gitarze elektrycznej i perkusji. Argument taki świadczy jednak o tym, że wiara danego człowiek (dotyczy to również kapłanów) opiera się na emocjach, a więc na z natury swej zmiennych stanach wewnętrznych. Następstwem tego jest taka organizacja wszelkich nabożeństw, również i liturgicznych, by oddziaływały w pierwszym rzędzie na emocje. Ma być fajnie. Oczywiście, jest to motywowane troską o duszpasterstwo, o potrzebę indywidualnej relacji z Panem Bogiem, nową ewangelizacją itp. Sęk w tym, że gdy liturgię koncentrujemy wokół naszych potrzeb, stawiamy

człowieka na miejscu Boga. A jeśli Bóg nie jest w centrum liturgii, to nie ma ona sensu. Złośliwy tradycjonalista zwróciłby uwagę, że przed soborem kapłan wraz z wiernymi byli zwróceni w (symbolicznym) kierunku Boga, a po soborze ksiądz się do Pana Boga odwrócił plecami i teraz całą Mszę obserwuje lud Boży. Z tego powodu papież Benedykt XVI postulował, aby na ołtarzu stawiać krucyfiks. Spora część kapłanów była (i niestety wciąż jest) jednak przeciwna temu rozwiązaniu, tłumacząc to potrzebą kontaktu wzrokowego z ludem. No przecież Pan Jezus nie może przysłaniać księdza. Tak jest logika magii. Podporządkować człowiekowi moce nadprzyrodzone. Z kolei liturgia kieruje się przeciwnym porządkiem – nakierować człowieka na właściwą relację wobec Wszechmogącego. Na relację miłości, posłuszeństwa i zawierzenia, byśmy, jak Jezus w Ogrodzie Oliwnym, mówili: „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”. 

51


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 52

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

53


R O Z M O WA K U L T U R A L N A

Młodzi przejmują polską scenę rapową

54

P

o raz pierwszy na łamach “Może coś Więcej” rozmowa z reprezentantem nurtu muzyki miejskiej - jest nim Krzysztof Kondracki, bardziej znany w środowisku hip-hopowym pod pseudonimem Krzy Krzysztof. O jego przygodach w trasie, relacjach z Quebonafidem oraz trudnym życiu studenta-muzyka.

Jarosław Janusz

J

esteś hypemanem Quebonafide’a, osobą wspierającą go podczas koncertów. Wasze relacje z Kubą są stricte koleżeńskie nie tylko na scenie, ale i w życiu prywatnym. Jak poznałeś Quebo i co spowodowało, że zacząłeś towarzyszyć mu podczas występów? Krzy Krzysztof: To ciekawe pytanie, ponieważ nie potrafię tego dokładnie określić. Nawet jakiś czas temu, któryś z nas poruszył ten temat, jednak nie byliśmy w stanie jednoznacznie ustalić momentu zapoznania się. Poznaliśmy się jako dzieciaki. Mieszkamy jakieś trzysta metrów od siebie, wspólnie spędzaliśmy godziny, grając w piłkę na szkolnym boisku, które również znajdowało się niedaleko. W trasie jesteśmy wspólnie od samego

Jest coraz więcej młodych postaci, które zaczynają sobie dobrze poczynać na scenie. To bardzo pozytywnie świadczy o przyszłości tej muzyki w naszym kraju, ponieważ z tego, co sprawdzam, jest wielu utalentowanych i rozwijających się artystów, którzy w niedalekiej przyszłości mogą sporo n “ amieszać”.

początku. Wszystko zaczęło się od tego, że nagraliśmy z Quebo kilka wspólnych numerów (są słabe i nie ujrzą światła dziennego) oraz zagraliśmy spontanicznie chyba dwa koncerty. Ja traktowałem to jako zwykłą rozrywkę, nie poświęca-

jąc rapowaniu zbyt dużo czasu, a Kuba się rozwijał czego efektem później była “Eklektyka”. Zacząłem z nim jeździć jako hypeman i do dnia dzisiejszego nic się nie zmienia. W twoim przypadku rola hypemana nie sprowadza się tylko do podbitek Queby. Stworzyłeś autorski program “Przygody Wesołego Hypemana”, który na zasadzie zabawnych filmików z trasy ma relacjonować, co was spotkało podczas koncertów. Kto wpadł na pomysł stworzenia relacji z trasy? Ty sam czy był to pomysł waszej koncertowej ekipy? Krzy Krzysztof: Pomysł był wspólny – przynajmniej tak mi się wydaje. Za każdym razem kręciłem jakieś głupoty, które mieliśmy dla siebie. Jednak raz wstawiłem krótki filmik na fanpa-


źródło: https://www.facebook.com/pages/Krzy-Krzysztof/1464926907101946

ge (który założyłem chwilę wcześniej) i przyjął się on bardzo dobrze. Później powstał pomysł na “Przygody Wesołego Hypemana”. Początkowo miałem je wrzucać do internetu co tydzień i relacjonować każdy weekend, ale po pierwsze, na pewno by to “przemęczyło”, a po drugie, trudno zebrać materiał - w miarę ciekawy - w jeden weekend. “Przygody Wesołego Hypemana” stały się dość popularne jak na tego rodzaju inicjatywę, sam zostałeś jednym z najbardziej znanych hypemanów na scenie rapowej. Jak się czujesz z popularnością? Czy zdarzają Ci się sytuacje, że ktoś podejdzie i poprosi o autograf lub zdjęcie? Krzy Krzysztof: To

prawda. “Przygody Wesołego Hypemana” zaczyna śledzić coraz więcej osób. Z tego, co da się zauważyć, część trzecia cieszy się największym zainteresowaniem, na YT ten odcinek ma już ponad 60 tysięcy wyświetleń, a dwa pozostałe około 30 tysięcy, reszta nie była zamieszczana na YT. Czy ktoś prosi mnie o autograf albo podpis? Takie sytuacje zdarzają się bardzo często, mówię tu oczywiście o koncertach. Aż sam się czasami dziwię, że to tak wygląda. Zdarza się, że sjest ą to jedna, dwie fotki na koncert, ale przeważnie jest tego dużo więcej! Chyba powoli zaczyna mnie to przerastać, ale nie narzekam. Do tej pory doczekaliśmy się sześć epizodów “Przygód”. Czy w pla-

nach jest kontynuowanie tej inicjatywy? Krzy Krzysztof: Jak najbardziej, kolejne przygody będą się pojawiały, jednak dopiero wtedy gdy będę miał około pięciu minut “ciekawego” materiału. To trochę trudna sprawa, bo trzy czwarte nagranych filmików to scenki niecenzuralne, których nie mogę wrzucić do sieci, ponieważ najnormalniej w świecie bylibyśmy skończeni. W Internecie pojawiły się głosy, że “Przygody” stają się podobne do innego tego typu rodzaju relacji z trasy, chodzi mi o “Follow the Rabbit” Gurala i ekipy. Co o tym sądzisz? Ja osobiście uważam, iż FTR ma za zadanie wprowadzać trochę szumu na tę

55


nudną polską scenę, co dzięki specyficznemu, lekkiemu klimatowi idealnie się udaje. Krzy Krzysztof: Myślę, że masz racje. Oglądam sobie co jakiś czas “Follow the Rabbit” i myślę, że dla fanów, którzy interesują się muzyką przykładowo Gurala, to bardzo fajna sprawa zobaczyć, co robi poza sceną (jakieś śmieszne akcje), czy może usłyszeć kilka zdań od innych znanych raperów. Uważam, że takie rzeczy są potrzebne. To że “Przygody” są porównywane z FTR, to bardzo fajna sprawa, uważam to za komplement. Wasze “Przygody” to setki zabawnych scenek czy też wydarzeń. Czy mógłbyś wskazać, które z nich zostało zapamiętane przez was jako najbardziej zabawne lub

szalone? Krzy Krzysztof: W każdy weekend mamy takie historie, które są później opowiadane przez dłuższy czas, chyba nie jestem w stanie podać jednej najciekawszej. Ostatnio wraz z ekipą brałeś udział w “Tour of the year”. Była to kilkudniowa trasa koncertowa, na której pojawili się rozpoznawalni raperzy np. VNM oraz “młode koty”, jak Kuban czy Kuba Knap. Wasz zespół tworzył mieszankę wybuchową w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Na pewno przeżyliście wiele niezapominanych chwil. Jestem ciekaw, co podczas TOTR najbardziej zapadło Ci w pamięć oraz które z odwiedzonych miast przyjęło was najlepiej?

Krzy Krzysztof: “Tour of the year” to było mistrzostwo świata! Mimo ogromnego zmęczenia każdy był pozytywnie nastawiony i chciałby ją chyba powtórzyć. Cała trasa była bardzo ciekawa, ale najbardziej w pamięć zapadł mi after w Lublinie, który odbył się po “kozackim” koncercie. Jestem ciekaw, jak oceniasz krakowską publiczność. Sam ostatnio miałem możliwość odwiedzenia MegaClubu w Katowicach (Śląski Rap Festiwal). Moje odczucia były takie, że nasza lokalna publika szybciej łapie „chemię” z grającymi zespołami niż ta śląska. Jest to oczywiście moja subiektywna opinia. Krzy Krzysztof: W Krakowie odbył się ostatni koncert “trasy roku”, to

źródło: https://www.facebook.com/pages/Krzy-Krzysztof/1464926907101946

56


źródło: https://www.facebook.com/pages/Krzy-Krzysztof/1464926907101946

też była miazga! Myślę, że właśnie Kraków oraz Lublin wypadły w całej trasie najlepiej. Ogólnie we wszystkich miastach publika pokazała klasę, ale w tych dwóch miastach wyszło to rewelacyjnie! Teraz odejdę trochę od tematu relacji z tras koncertowych. Wiem, że jesteś jednym z założycieli zespołu Rapa Nui. Czy mógłbyś szerzej powiedzieć o tym tajemniczym składzie? Kto go tworzy? Krzy Krzysztof: W skład ekipy Rapa Nui wchodzą: Emer, Woody i ja. Jesteśmy przyjaciółmi już od wielu lat, jakiś czas temu chłopaki zaczęli nagrywać sobie kawałki dla własnej przyjemności i zrobili EPkę. Dzięki nim też zacząłem pisać swoje teksty i

w ten sposób założyliśmy ekipę Rapa Nui. Mieliśmy plany, żeby nagrać płytę i nawet podejmowaliśmy w tym kierunku działania, lecz niestety nie “wypaliło”. Powodem tego jest brak czasu. Wszyscy jesteśmy w rozjazdach, mnie nie ma w weekendy, ponieważ jeżdżę z Quebo, więc bardzo trudno jest się spotkać. Mimo to jednak udaje się co jakiś czas coś wspólnie nagrać i kilka numerów jest wrzuconych do sieci. Jeżeli kogoś to interesuje, mamy fanpage, gdyby ktoś chciał być na bieżąco z informacjami. Z tego co wiem, chłopaki chyba chcą mnie “odpalić” przed czasem i zaczynają prace nad swoją płytką we dwóch, ale mam nadzieję, że mnie zaproszą chociaż do jednego kawałka. Jako że jesteś aktywny muzycznie - i

według mnie dobrze Ci to wychodzi - nie miałeś w planach nagrania EP-ki bądź pojedynczego kawałka z Quebo? Czy może - jeżeli chodzi o rap - idziesz własną drogą i nie chcesz, żeby ktoś Ci zarzucił, że próbujesz się wybić na hype’ie Kuby? Krzy Krzysztof: Moim zdaniem w tym momencie czego bym nie zrobił i jaką drogą bym nie poszedł, i tak ktoś będzie mówił, że próbuję się wybić na hype’ie, który faktycznie jest przeogromny i ciągle wzrasta. Chciałbym tego uniknąć, ale to już chyba jest niestety niemożliwe. Nie będzie mi to raczej przeszkadzało. Moje Hot 16 Challenge przyjęło się bardzo dobrze, z czego jestem zadowolony i mam w planach nagranie EP-ki.

57


Myślę, że pojawi się na niej kilka ciekawych postaci. Może będzie to Quebo, lecz nie wiem, czy jest już na to gotowy. Dostałem też kilka zaproszeń na ciekawe projekty, więc muszę się “ogarnąć” i coś napisać. Ostatni rok to ogromna liczba koncertów z Quebonafide. Jeździcie po całej Polsce, co wiąże się z wieloma godzinami w trasie. Oprócz koncertowania również studiujesz. Jestem ciekaw, jak godzisz ze sobą te dwie rzeczy? Krzy Krzysztof: Staram się, lecz połączenie tych dwóch rzeczy nie jest proste, przez co na koniec każdego semestru mam jakieś warunki. W moim kontrakcie muszę dodać wzmiankę o finansowaniu warunków przez Quebo! Jak oceniasz ubiegły

58

rok? Czy jakaś płyta na dłużej zagościła w twoim odtwarzaczu? Chodzi mi zarówno o tytuły polskie, jak i zagraniczne? A może coś spoza rapu przykuło twoją uwagę i z chęcią podzielisz się wrażeniami z naszymi czytelnikami? Krzy Krzysztof: Muzyka, która najdłużej gościła w moich głośnikach to: Ten Typ Mes – “Trzeba było zostać dresiarzem”, Kuban – “Co za mixtape”, Włodi – “Wszystko z dymem”, PRO8L3M – “Art. Brut”, Bonson/Matek – “MVP”, Schoolboy Q – “Oxymoron”, Wiz Khalifa – “Blacc Hollywood”. Pewnie coś pominąłem ale na tę chwilę mogę powiedzieć, że te płytki mi się podobały. Jak zapatrujesz się na sytuację na polskiej scenie? Młodzi wchodzą

w mainstream, a dojrzali gracze powoli odchodzą, co wiąże się z mniejszą popularnością, a w niektórych przypadkach z frustracją (nieeleganckie zachowanie Piha podczas grudniowego koncertu). Jak dla mnie to naturalna kolej rzeczy, a urozmaicony sposób “nawijania” czy nieszablonowe tematy, jakie porusza nowa fala, są dobre dla rapu w Polsce. Krzy Krzysztof: Zgadzam się, jest coraz więcej młodych postaci, które zaczynają sobie dobrze poczynać na scenie. To bardzo pozytywnie świadczy o przyszłości tej muzyki w naszym kraju, ponieważ z tego, co sprawdzam, jest wielu utalentowanych i rozwijających się artystów, którzy w niedalekiej przyszłości mogą sporo “namie-


źródło: https://www.facebook.com/pages/Krzy-Krzysztof/1464926907101946

szać”. Co do starszych raperów to myślę, że masz rację. Powoli więcej uwagi zaczyna się poświęcać młodszym wykonawcom, ponieważ ci starsi często nie potrafią utrzymać poziomu, jaki wcześniej sobie narzucili. Są jednak raperzy, którzy są na scenie od wielu lat i dalej prezentują wysokie umiejętności jak np. Sokół, Paluch, Włodi czy Ten Typ Mes. Co do grudniowego wydarzenia nie będę się wypowiadał, każdy niech to oceni jak uważa. Ostatnio Bonson na swoim facebooku napisał, że „ludzie słuchają ksywek, a nie rapu”. Czy również jesteś tego samego zdania? Krzy Krzysztof: Myślę, że ma rację. Chora jest sytuacja, gdy twoi fani sprawdzają zrobione przez ciebie numery itp. i nagle

bojkotują kawałek, który został wrzucony na kanał ekipy, której nie lubią. Moim zdaniem takie myślenie to katastrofa. Odnośnie do podziałów, śledziłeś beef między SB a Deysem? Wiem, że zarówno ekipa Solara i Białasa, jak i Deys, to twoi znajomi. Co sądzisz w ogóle o całym tym zamieszaniu? Dla mnie jest to zupełnie niepotrzebny konflikt o błahostkę, lecz urozmaicił on naszą scenę muzyczną. Krzy Krzysztof: Beefy to nieodłączna część rapu. Chłopaki mieli sprawę do wyjaśnienia i to zrobili. Czy to błahostka, to trudno powiedzieć, każdy pewnie ma inne zdanie na ten temat, więc może nie będę tego komentował. To prawda, urozmaiciło to rapową scenę na jakiś okres czasu, więc

myślę, że takie beefy są potrzebne i dlatego niedługo nagrywam diss na Quebonafide’a. Dziękuję za rozmowę i życzę wszystkiego najlepszego. Niech ten rok będzie jeszcze bardziej udany niż poprzedni, a “Przygody Wesołego Hypemana” oraz Rapa Nui cieszą się coraz większą popularnością. Krzy Krzysztof: Dziękuję bardzo, wszystkiego dobrego dla każdego czytelnika. Pozdrawiam.  Linki: Rapa Nui: https:// www.facebook.com/rapanui023?fref=ts Przygody Wesołego Hypemana: https:// www.youtube.com/ watch?v=k09vY7BbGow

59


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 60

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

61


Bóg nie umarł NOWOŚCI

W

62

Sara NałęczNieniewska

W

ybrałam się na film wspólnie z rodzinką w niedzielne popołudnie. Przed seansem poczytałam to i owo w internecie: prześmiewcze komentarze internautów, kilka kiepskich recenzji i kilka całkiem niezłych. Nastawiłam się więc na walkę. W trakcie seansu zastanawiałam się, jak odeprzeć ewentualne ataki. Wyobrażałam sobie kłótnię z jakimś zacietrzewionym ateistą. Co mu powiem, żeby nie wyjść na nawiedzonego katola. W rezultacie film przeleciał, a ja niewiele z niego wiedziałam. Postanowiłam obejrzeć go więc raz jeszcze. Wprawdzie już nie na dużym ekranie, a w komputerze. Ale może to i dobrze, bo byłam o wiele bardziej skupiona. Odkryłam, że niepotrzebnie próbowałam wejść w czyjeś buty, na siłę myśleć jak ateista, szukać potknięć reżysera i wymyślać dla nich linię obrony. Ten film przemówił do

kinach możemy oglądać właśnie protestancki film w reżyserii Harolda Cronka opowiadający o Bogu, trudach i zwycięstwach wiary, a w szerszym kontekście po prostu o życiu. „God is not dead” już zarobił krocie, zbierając przy okazji sporo pochlebnych, ale też niepochlebnych recenzji. Dla jednych to tylko chrześcijańska propagandówka, dla innych niezwykłe wyznanie wiary.

Wszystkie te postaci pojawiają się w odpowiednim miejscu i czasie, żeby odegrać z góry zapisaną rolę w ciągu wydarzeń. Przypadek czy palec Boży?

mnie dopiero, kiedy przebiłam się przez ścianę własnych uprzedzeń. Choć jest amerykański aż do bólu. Od początku do końca przesiąknięty dziecięcym entuzjazmem i ufnością. Porusza tę sferę ludzkiej wrażliwości, która chowa się w sercu, a nie w głowie. Film rozpoczyna się sielankowym widokiem pierwszoroczniaków podążających przez kampus na swoje pierwsze zajęcia. A wśród nich - Josh Weatman (młodziutki Shane Harper). W ramach zaliczenia przed-

miotu ze sztuk wyzwolonych, chłopak, jak zresztą wielu innych studentów, wybiera zajęcia z filozofii u osławionego profesora Radissona (Kevin Sorbo, telewizyjny Herkules w całkiem innej odsłonie). Profesor twierdzi, że Boga nie ma i żąda takiej samej deklaracji od każdego ze swoich uczniów. Postanawia zawrzeć z nimi umowę. Studenci mają w symboliczny sposób uśmiercić Boga na kartce papieru. 79 osób bez mrugnięcia okiem, zapisuje nietzscheańskie – „God is dead” (Bóg umarł). Bez zastanowienia i refleksji. Dostaną zaliczenie i to się przede wszystkim liczy. Sprzeciwia się tylko Josh. Czuje, że coś jest nie w porządku. Jest chrześcijaninem i nie godzi się na metody profesora Radissona. Jego dziewczyna uważa, że buntując się niszczy sobie przyszłość. Ale Josh w Boga wierzy i nie zamierza Go zabijać! Przed ławą przy-


źródło: materiały promocyjne

sięgłych złożoną ze studentów ma udowodnić, że Bóg żyje. Młody, niedoświadczony chłopak, na początku swojej naukowej kariery ma niczym Ojcowie Kościoła stanąć naprzeciw starego, inteligentnego ateisty. Profesor Radisson to bestia szalenie zdolna i nieustępliwa. I tak Bóg ląduje na ławie oskarżonych. Rozpoczyna się burzliwa dysputa, która ze zwykłych „za i przeciw” przerodzi się w prawdziwe stracie światopoglądów. Będzie krzyk, płacz, ale też śmiech i radość. Josh pragnie, żeby młodzi ludzie ujrzeli dwie strony medalu. Chce im dać szansę na podjęcie samodzielnej decyzji. Chce ich zmusić do myślenia. Jest szczery aż do bólu. Nie naciska i niczego nie narzuca. Wie, że jeśli na tej sądowej sali znajdzie się chociaż jedna osoba, która zrewiduje swoje myślenie, to będzie prawdziwy sukces. Powtarzając za filmowym pastorem, że to może być jedyna szansa dla tych ludzi na poznanie się i kontakt z Bogiem, Josh traktuje sprawę bardzo poważnie. W tle tej debaty możemy śledzić losy innych bohaterów. Stanowią one doskonałą ilustrację toczącego się

sporu. Młoda muzułmanka, pracująca w uniwersyteckim bufecie podsłuchuje rozmowę Josha z dziewczyną. Słowa, które usłyszy zmienią jej życie. Lewicowa blogerka, która uwielbia krytykować i pouczać innych po raz pierwszy poczuje czym jest miłość bliźniego. U bezdusznego karierowicza obudzą się wyrzuty sumienia. Akcenty humorystyczne serwuje nam pastor i jego prostolinijny kompan w postaci czarnoskórego misjonarza. A ich historie mówią nam, że niezbadane są wyroki boskie. Wszystkie te postaci pojawiają się w odpowiednim miejscu i czasie, żeby odegrać z góry zapisaną rolę w ciągu wydarzeń. Przypadek czy palec Boży? - zastanawiamy się. Nie ma tu jednak żadnych podtekstów, ukrytych znaczeń, zagmatwanych sytuacji. Jest szczerość, prawda i i prostota. Miłość do bliźniego, radość z wiary, uniwersalność ewangelii, powaga życia człowieka. Oskarżanie filmu tak dosłownego w przekazie o ukryte i manipulacyjne treści jest moim zdaniem kompletnie nieuzasadnione. I świadczy tylko o tym, że ktoś albo filmu nie widział, albo patrzył,

ale nie chciał zobaczyć. Jedni wykrzykują hasła wolnej miłości, a reżyser filmu Harold Cronk wykrzyczał swoją miłość do Boga. Jeśli ktoś nie ma ochoty oglądać ludzi, którzy spełnienie znajdują w wierze, dla których Ewangelia jest drogowskazem, którzy w najmniejszych wydarzeniach dnia codziennego widzą działanie Boga, to zdecydowanie odradzam im ten film. Wyjdą z kina rozczarowani. Ale, jeśli ktoś jest się w stanie przebić przez ścianę niechęci, zobaczy film traktujący o tym, że chrześcijanie są takimi samymi ludźmi, że im też niektóre rzeczy przychodzą z trudem, że się czasem potykają i mylą. Film Cronka to nie teologiczna rozprawa, ale film o uczuciach. A główny bohater Josh przypomina, że wszyscy jesteśmy potomkami apostołów i zostaliśmy powołani do tego, aby żyć w zgodzie z ewangelię i głosić ją innym. Ateiści nazywają to propagandą, a wierzący – ewangelizacją. „God is not dead” to przyjemna alternatywa dla przesiąkniętych seksem i przemocą szybkich filmów akcji. Zabawny i prosty w przekazie był dla mnie miłym zaskoczeniem. 

63


Przez śmiech do serca

NOWOŚCI

J

64

Aleksandra Brzezicka

Z jednej strony „Body/ Ciało” to produkcja, która nosi znamiona bardzo charakterystyczne dla filmów Małgorzaty Szumowskiej. Kolejny raz współpraca z Michałem Englertem zaowocowała dziełem, które – poprzez oryginalny ale powielany przez tę dwójkę filmowców sposób operowania kamerą, a co za tym idzie metoda kreacji świata i jego obrazu – ujmuje widza swoją werystycznością, ponieważ pokazuje „dzianie się” na ekranie z nieruchomej perspektywy obserwatora. Ta technika nagrywania decyduje o swoistości filmów Szumowskiej i w mojej ocenie ma niebagatelny wpływ na odbiór przekazu. Z drugiej jednak strony, poza jakościami technicznymi łączącymi cztery ostatnie produkcje tej reżyserki, zainteresowania tematyczne zostają przesunięte w stronę innej, znacznie bardziej

eszcze przed seansem obiecałam sobie, że – wbrew (a może nawet na przekór?) frekwencyjnej przewadze recenzji wartościujących pozytywnie – znajdę w najnowszym filmie Szumowskiej jakieś niedostatki, które z powodzeniem (i hukiem) będą mogły przekłuć balon medialnego szumu wokół „Body/Ciało”. Z fałszywą przykrością muszę jednak przyznać swoją porażkę. A jednocześnie duży sukces reżyserki.

Jak jeden mąż, wszyscy zgromadzeni w Czerwonej sali Kina Pod Baranami czujemy niesmak, oburzenie i zdajemy się mówić, że „o nie, z Szumowską to my się nie polubimy”

uniwersalnej, problematyki. Homoseksualny ksiądz z „W imię”, prostytuujące się dziewczyny ze „Sponsoringu” czy pretensjonalni i wkurzający do granic możliwości i nerwów bohaterowie „33 scen z życia” zastąpieni zostają – wreszcie – ludźmi „normalnymi”, z ludzkimi historiami za sobą. Szumowska nie byłaby sobą, gdyby odpuściła sobie zrobienie pstryczka w nos pewnym ludziom i instytucjom. Tym razem jednak

nikt nie obrywa (no może poza niezwiązanym z główną fabułą incydentem w tle, kiedy trwa przesłuchanie… kogo? Oczywiście księdza pedofila), a jedynie z pobłażliwym traktowaniem jest wystawiony na delikatny i życzliwy uśmiech pod nosem publiczności, jak np. androgeniczno-hipsterski sprzedawca z logiem Polski Walczącej na szyi czy duszpasterskie ale groteskowo duże „K+M+B” wymalowane na zewnętrznej części drzwi poczciwego acz ciekawskiego sąsiada głównych bohaterów (o ironio – aktor grający sąsiada z klatki nazywa się W. Kowalski). Najlepszym papierkiem lakmusowym na recepcję publiczności i towarzyszące jej w trakcie seansu emocje niech będzie scena otwierają film, w której „cyniczny prokurator” (od filmowej zapowiedzi pojawia się to określenie w każdej kolej-


źródło: materiały dystrybutora

nej recenzji) przyjeżdża na miejsce popełnienia samobójstwa i wraz ze swoją ekipą - bez cienia humanitaryzmu i delikatności należącej się przecież zamarłemu - odcina denata dyndającego na sznurze. Jak jeden mąż, wszyscy zgromadzeni w Czerwonej sali Kina Pod Baranami czujemy niesmak, oburzenie i zdajemy się mówić, że „o nie, z Szumowską to my się nie polubimy”. Mija kilkanaście sekund, i kiedy ekipa prokuratora Koprowicza zajęta jest już swoimi sprawami, nasz wisielec podnosi się z ziemi, otrzepuje z liści brudny kombinezon i idzie – najpewniej tam, skąd przyszedł – pod budkę sklepową. Wszyscy wydychamy z ulgą, śmiejmy się niepewnie i obiecujemy sobie, że drugi raz na seansie to już nie damy się Szumowskiej nabrać. To mądry film, dojrzały. Porusza tematy ważne, ostateczne (ale z punktu widzenia tych, co zostają, a nie tych, co przeszli „na drugą stronę”). Bliżej mi do zgody z Wojciechem Engelkingiem, który napisał,

że <Twórczyni "33 scen z życia" (…) udało się ominąć pokusę taniej metafizyki i rechotliwego humoru - i stworzyć swój najlepszy film>, niż z recenzentem Newsweeka, dla którego „Body/Ciało” to tylko <cierpienie bez emocji>. Wcale nie uważam, że Szumowska zapomniała o mocnych akcentach, o które w opinii Łukasza Rogojsza film zaciekle się upominał. Jak dla mnie, była to świadoma decyzja reżyserki i to właśnie rezygnacja z takich jakości pozwoliła stworzyć film, który niczyjego światopoglądu, ani wiary kogokolwiek (w cokolwiek) podszczypywać nie musi. Kto liczył na łzy, wcale nie musi czuć się zawiedziony. „Body/Ciało” dostarcza kilku scen, przy których można śmiało płakać… ale ze śmiechu. Trudno żarty i komiczne sceny wplecione w fabułę filmu (a raczej towarzyszące kolejnym scenom na zupełnie luźnej zasadzie, bo zwykle nie są tematycznie związane z problematyką) nazwać czarnym humorem, co z resztą robi sama pani reżyser, a tłumy

recenzentów, dziennikarzy i amatorów pióra powtarza bezrefleksyjnie jak dzieci w przedszkolu. To humor sytuacyjny ale bardzo wyszukany, inteligentny i na pewno nie obrazoburczy. Ani parodiowa kreacja terapeutki Anny, która potrafi kontaktować się ze zmarłymi, ani nawet scena, w której Olga wyznaje ojcu, że to ona sama zapisała kartkę pozostawioną w szufladzie dla przekazu od zmarłej, niczego nie wykluczają, ani niczego nie przesądzają. Szumowskiej nie zależało na tym, aby odkrywać, a tym bardziej żeby demaskować jakieś prawdy. Stworzyła film z wyobrażeń różnych ludzi o ciele, duszy i śmierci, i na równie różne wyobrażenia pozwala odbiorcy po projekcji filmu. Jak się zdaje, prędzej chce do nas powiedzieć, że każdy ma swoją prawdę, niż drwić z jakiegokolwiek poglądu, choć ostatnia scena filmu pozostaje wymowna w tym sensie, że nadzieja (i ukojenie) ma płynąć raczej z kontaktu z człowiekiem – ale jednak z tym żywym. 

65


Trudne sprawy H

FILM

Anna Zawalska

66

„S

ędzia” (2014) to produkcja w wielu aspektach zdumiewająca i pozytywnie zaskakująca. Trochę ma w sobie z dramatu, trochę z obyczajówki, a nawet trochę z komedii. Ten misz-masz wyszedł Dobkinowi bardzo dobrze, a w dodatku z klasą, głównie za sprawą dwóch Robertów – Duvalla i Downey Jr. Zgrany aktorski duet od samego początku wskrzesił iskrę, która zmieniając się płomyk, świeciła aż do ostatnich chwil filmu. Dzięki temu nawet się nie zorientujemy kiedy minie ponad dwugodzinny seans. Ale od początku. Fabuła jest prosta i prowadzi stopniowo do punktu kulminacyjnego. Struktura dramaturgiczna jest poprowadzona praktycznie wzorcowo: trójaktowy podział, wyraźne zwroty akcji i punkt kulminacyjny zostały rozłożone w całości roz-

ollywood ma swój schemat tworzenia filmów o problemach rodzinnych. Gdyby to zestawić z polskimi realiami, to amerykańskie produkcje zwykle przypominają rozszerzone nieco wersje polskich paradokumentalnych tasiemców pokroju „Trudnych spraw”, albo „Dlaczego ja”. Film Davida Dobkina zdecydowanie się temu schematowi wymyka. Na szczęście.

Najmocniejszym punktem fabuły jest właśnie ten szkielet, swego rodzaju tło całości – relacje ojca i syna. Od samego początku nic w tej kwestii się nie układa i dopiero stopniowo dostajemy odpowiedź na pytanie: co się takiego wydarzyło, że tych dwóch mężczyzn nie może się dogadać?

myślnie, budując w odbiorcy niegasnące zaciekawienie. Poznajemy wybitnego adwokata – Hanka Palmera (Robert Downey Jr.), który musi na chwile zostawić swoje z pozoru poukładane życie i pojechać w rodzinne strony na pogrzeb matki.

Stopniowo zostajemy wprowadzeni w całą historię – dowiadujemy się dlaczego Hank z domu wyjechał, dlaczego spalił za sobą mosty oraz dlaczego tak trudno jest się mu porozumieć z ojcem, Josephem Palemerem (Robert Duvall) – wieloletnim sędzią, który cieszy się wśród mieszkańców małego miasteczka ogromnym szacunkiem. Na bardzo zgrabnym i mocnym szkielecie relacji pomiędzy ojcem, a synem, dostajemy przyczepione kilka wątków, które z czasem się rozwiązują i stanowią świetne wypełnienie historii. Śmierć matki to tylko bodziec, który zmusza Hanka do powrotu – nie tylko do rodzinnego domu, ale przede wszystkim do przeszłości, która daje o sobie znać. Wypadek spowodowany przez ojca zmusza młodego Palmera do pozostania w mia-


źródło: materiały promocyjne

steczku, do pomocy ojcu oraz do wglądu w swoje dawne życie. Rozliczenia z przeszłością i układanie wszystkiego na nowo bywają bolesne i trudne, ale prowadzą do swego rodzaju oczyszczenia, czy katharsis – zwał jak zwał – również dla głównego bohatera. Te trudne sprawy, chociaż mogą brzmieć bardzo pretensjonalnie, to jednak w produkcji „Sędzia” wypadają bardzo dobrze. Najmocniejszym punktem fabuły jest właśnie ten szkielet, swego rodzaju tło całości – relacje ojca i syna. Od samego początku nic w tej kwestii się nie układa i dopiero stopniowo dostajemy odpowiedź na pytanie: co się takiego wydarzyło, że tych dwóch mężczyzn nie może się dogadać? O ile łatwo w ukazywaniu relacji na linii ojciec-syn popaść w małostkowość i płytkie przedstawienie problemu,

to jednak tutaj wychodzi to zgrabnie. Twórcy skupiają się nie tyle na psychice głównych bohaterów, co na braku szczerości między nimi, będącej głównym problemem w trudnej relacji. Takie przedstawienie relacji między ojcem, a synem nie udałoby się, gdyby nie kreacje Roberta Duvalla i Roberta Downey Jr. Całość to przykład teatru dwóch aktorów, przeskakujemy od kwestii wypowiadanych przez jednego, aż po kwestię tego drugiego. Cały film to właściwie odbijanie piłeczki między głównymi postaciami, co sprawia, że obaj panowie w swoich rolach wypadają bardzo autentycznie. Chociaż występują oni w roli kontrastów, to mają wiele ze sobą wspólnego. Duvall pokazał w tym filmie prawdziwą klasę, tak samo zresztą jak Downey Jr. Mimo że Iron Mana trudno

było sobie wyobrazić w roli dramatyczno-obyczajowej, to jednak gwiazda serii o superbohaterze staje na wysokości zadania. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Downey Jr. wszędzie gra tak samo, jednak w każdej kreacji wznieca iskrę, dzięki której ogląda się go z przyjemnością. Scenariusz napisany przez Nicka Schenka i Billa Dubuque’a został poprowadzony bardzo dobrze – pomimo akcji statycznej, dwuipółgodzinny film ogląda się z zaciekawieniem, nie nużąc się brakiem gwałtownych zwrotów. Trudno było się spodziewać czegoś innego, mając na uwadze, że Schenk napisał scenariusz do „Gran Torino” (2008), które pod tym względem również trzyma poziom. Reżyser stworzył obraz spójny. David Dobkin, znany głównie z komediowych wariacji na temat przyjaźni męsko-męskiej

67


- „Zamiana ciał” (2011), „Polowanie na druhny” (2005) – jak widać świetnie radzi sobie również w dramatach. Trudno nie wspomnieć również o polskim akcencie w tej produkcji. Zdjęcia do filmu stworzył wielokrotnie nagradzany (również przez Akademię) Janusz Kamiński – operator polskiego pochodzenia, który dał się Hollywodowi poznać ze zdjęć do takich filmów jak „Szeregowiec Ryan” (1998), „Motyl i Skafander” (2007) czy „A.I. Sztuczna Inteligencja” (2001). Praca kamery w filmie „Sędzia” dopełnia tę produkcję. Hollywood lubuje się w przedstawianiu w filmach

pogmatwanych relacji rodzinnych. Prześcigając się w coraz głupszych scenariuszach, wymyślają często historię wzięte chyba z kosmosu. W przypadku „Sędziego” udało się to zgrabnie ominąć, co sprawia, że film może być uniwersalny. Jednak to wyjątek potwierdzający regułę. Takim filmem wbijającym się w tą regułę, poruszającym kwestie rodzinnych problemów może być produkcja „This Is Where I Leave You” (2014) w reżyserii Shawna Levy’ego, która nie doczekała jeszcze się premiery w Polsce. Sytuacja rodzinna klaruje się tutaj na śmierci głowy rodziny – ojca – i żałoby wokół niej. Jednak

całość okazuje się bardzo infantylna i w zestawieniu z filmem Dobkina wypada względnie słabo. Tematyka potraktowana jest tutaj pobieżnie, a reżyser zrobił z bohaterów niedojrzałe i rozwydrzone dzieciaki w średnim wieku, które nie potrafią poradzić sobie z trudami życia. „Sędzia” to film, który może być dla wielu pozytywnym zaskoczeniem. Oczekując łzawej tragikomedii z nutką hollywoodzkiej obyczajówki dostajemy porządną dawkę dramatu, okraszonego kilkoma komicznymi sytuacjami, nadającymi smaczku całości. Film zdecydowanie wart obejrzenia!  źródło: materiały promocyjne

68


69


Filmy o przekazie zawsze aktualnym - American Beauty O

FILM

Michał Musiał

70

Z

wykle pisząc recenzje skupiam się na przedstawieniu wam na początek twórców filmu, scenariusza, nazwisk głównych aktorów, ale tym razem jednak chciałbym zacząć inaczej − wszystkie te informacje można znaleźć w Internecie. Tym razem zwrócę większą uwagę na szczegóły, z góry przepraszam też za spoilery, postaram się aby nie było ich zbyt wiele. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się „normalne”. Co mam na myśli? Ojciec rodziny, który po 40 latach stąpania po Ziemi stwierdza, że tak naprawdę jest nieudacznikiem i musi coś zrobić ze swoim życiem. Do tego zaczynają mu się podobać 16-letnie koleżanki córki, relacje z jego pociechą (która jest akurat w najbardziej burzliwym wieku ) i żoną opierają się na ciągłym wyrzucaniu

powieść o mężczyźnie, a w zasadzie o jego wnętrzu. Opowieść o rodzinie i relacjach. A także o tym, jak rodzina potrafi ucierpieć z powodu rutyny i kryzysu wieku średniego ojca, a to wszystko przedstawione w ciekawy humorystyczny sposób. A zakończenie jest… coż, warto to zobaczyć, aby przekonać się, że czasami o wszystkim decydują zbyt długo skrywane rany i urazy, które powracają do nas w niespodziewanym momencie. A do tego potrafią sprawić, że jesteśmy zdolni do wszystkiego…

Jako widz powoli zagłębiamy się w problematykę i zawiłość tych relacji. Ojciec rodziny szuka coraz to nowszych sposobów na polepszenie swojego samopoczucia - od palenia trawki z chłopakiem, który podoba się jego córce, aż po zrobienie siłowni w garażu i próbę poprawienia swojego wyglądu.

sobie błędów. Z resztą już jedna z pierwszych scen może nam dać doskonały obraz tej na pozór szczęśliwej rodziny. Wspólny obiad. Podobno dobrą, zgraną, kochającą się rodzinę poznaje się po tym, czy wspólnie spożywa posiłku. Przecież

rodzinne siedzenie przy stole jest okazją do nawiązania rozmowy, podzielenia się wydarzeniami z całego dnia, emocjami, przeżyciami, przemyśleniami i… można by tak wymieniać w nieskończoność. A co my widzimy? Oczywiście wytykanie sobie wszystkich błędów. Idąc dalej, dowiadujemy się, co członkowie rodziny tak naprawdę o sobie myślą. Zaobserwować możemy też nieudane próby pogodzenia się bliskich − jednak czy można wiele osiągnąć z nastawieniem ofensywnym? Skupiającym się na odparciu zarzutów przeciwnika (członka rodziny), które polega na wyliczaniu jeszcze większych jego błędów? Film porusza ważną kwestię, jaką jest rozmowa i wzajemne dbanie o swoje relacje, szczególnie pomiędzy kobietą a mężczyzną, a także zrozumienie tej


źródło: materiały promocyjne

drugiej strony, na której przecież nam zależy − a górę częściej biorą emocje niż miłość i rozsądek. Należy zadać sobie pytanie, czy to właśnie tutaj nie leży przyczyna załamanie głównego bohatera (Lestera)? Czy przy zdrowych rodzinnych relacjach kryzys wieku średniego może wystąpić w dzisiejszym świecie? Oczywiście nie należy generalizować, że jest to problem, który dotyka każdego mężczyznę w ten sam sposób. Przecież niektórzy żyją samotnie, a kryzys i tak ich dotyka, niezależnie od wykonywanego zawodu czy statusu społecznego. Jako widz powoli zagłębiamy się w problematykę i zawiłość tych relacji. Ojciec rodziny szuka coraz to nowszych sposobów na polepszenie swojego samopoczucia − od palenia trawki z chłopakiem, który podoba się jego córce, aż po zrobienie siłowni w garażu i próbę poprawienia swojego wyglądu. Jego żona, również nieszczęśliwa z powodu całej tej sytuacji, także szuka pocieszenia, tylko w trochę inny, tak samo bardzo raniący rodzinę, sposób. Nie potrafiąc znaleźć w mężu tego, czego pragnie, pomi-

mo że wciąż gdzieś w głębi go kocha, szuka ukojenia w ramionach innego mężczyzny. Mąż świadomy tego, co sądzi o nim żona naw,et nie stara się być lepszym. Jest skupiony na własnych urazach i przeżyciach z przeszłości. Zobaczycie, jak doprowadza to wszystko do wielu nieszczęść i absurdów. Typowa toksyczna relacja. Warto wyciągnąć z tego naukę, że podejście w takich sprawach ma szczególne znaczenie − z resztą tak jak we wszystkich dziedzinach życia, warto czasem odłożyć emocje na bok. Istnieje wiele artykułów na temat związków wyróżniających „zwycięzców” i „przegranych”, różnica pomiędzy nimi jest właśnie w nastawieniu. Zwycięzcy widzą pozytywy, natomiast przegrani same negatywy, które prowadzą do niekończącej pogłębiającej się spirali napięć. Ponadto w subtelny sposób przedstawiona zostaje historia bohaterów drugoplanowych, którzy jak potem się okazuje, mają do odegrania kluczowe role w historii naszego głównego bohatera. Na przykład koleżanka córki, którą zafascynowany jest Lester.

Nieuważny widz dostrzega jedynie ładną, głupiutką blondynkę, ale później okazuje się ona jedynie przestraszonym, kłamiącym dzieckiem. A jak często my kłamiemy ze strachu przed zaakceptowaniem siebie takimi, jakimi w rzeczywistości jesteśmy? Oglądając dalej należy zadać sobie także pytanie, jak traktujemy swoich sąsiadów, bo pewnego dnia możemy pożałować, że nie byliśmy bardziej delikatni i wyrozumiali… Tu także wchodzi w grę brak akceptacji samego siebie. Z resztą sami zobaczycie. Podsumowując, mogę jedynie znów zachęcić cię, drogi czytelniku, do obejrzenia tej produkcji i głębszego zastanowienia nad tematyką tego filmu. Na pewno dostarczy ci dużo uśmiechu, ale także przede wszystkim refleksji nad relacjami, emocjami, akceptacją i podstawową, najcenniejszą komórką społeczeństwa, jaką jest rodzina, bo to od niej zależy to, kim jesteśmy. A niestety to rodzina wydaje się w dzisiejszych czasach przeżywać największą próbę i kryzys. 

71


Cast Away: Poza ludzkością P

hil stoi dumnie na stadionie baseballowym. Na samym środku. Oślepia go słońce. Przez megafon wydobywa z siebie pierwsze słowa hymnu Stanów Zjednoczonych. Nikogo ta scena nie dziwi, ani nie śmieszy. Nikt go nie słyszy. Powód jest prosty – Phil jest sam. Jest ostatnim człowiekiem na Ziemi.

SERIAL

Magdalena Mróz

72

P

ierwszego marca kanał FOX wypuścił na ekrany telewizorów najnowszy serial komediowy ,,The Last Man on Earth”. Poprzez niezidentyfikowaną zarazę cała ludzkość została zgładzona. Nie wiadomo, skąd wziął się Phil, ani jak przeżył. Wiemy, że po prostu jest i przedstawia – tak przynajmniej domniemywam – pospolitego, amerykańskiego zjadacza chleba. Poprzez zdumienie nową sytuacją przechodzi w bardzo głośny krzyk o pomoc. Postanawia objechać całe Stany Zjednoczone w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu życia. Pozostawia po sobie jednie wskazówkę na jednym z bilbordów: ,,Alive in Tuscon”. Twórcy serialu próbowali wejść w głowę przeciętnego obywatela, znudzonego swoim rytmicznym i rutynowym dniem. Skraść wszystkie pomysły oraz

Kreatywny bohater znajduje sobie liczne rozrywki, chociażby kolekcjonowanie dzieł sztuki pochodzących z całej Ameryki czy wjeżdżanie samochodem do przeszklonego sklepu. Ewoluuje również tradycyjna gra w kręgle, kiedy Phil zamiast kuli i kręgli używa akwariów.

małe marzenia, które znajdują się gdzieś głęboko w podświadomości każdego z nas. Uruchamiają się, kiedy wyobrażamy sobie, że na noc zostaliśmy zamknięci w wielkim supermarkecie. Pomyśl, co byś zrobił, gdybyś miał do dyspozycji cały świat?

Po nieudanych próbach nawiązania kontaktu z kimkolwiek Phil zaczyna zabawę, w której przede wszystkim odnajdziemy dużo groteskowych, a nawet niebezpiecznych sytuacji, które na pewno zdradzą nam, że mimo dramatycznej sytuacji jest to serial komediowy. Kreatywny bohater znajduje sobie liczne rozrywki, chociażby kolekcjonowanie dzieł sztuki pochodzących z całej Ameryki czy wjeżdżanie samochodem do przeszklonego sklepu. Ewoluuje również tradycyjna gra w kręgle, kiedy Phil zamiast kuli i kręgli używa akwariów, w których pływają rybki czy dwóch samochodów, gdzie jeden pełni rolę kuli, a drugi - kręgli. Nie można na tym jednak skończyć tej intrygującej historii, bo ile razy mamy możliwość oglądać, kiedy ktoś dewastuje okolicę czy


źródło: materiały promocyjne

upaja się drogimi alkoholami w opuszczonych willach bogaczy? Phil rozmawia z Bogiem. Potrzebuje towarzystwa, tak jak każdy normalny człowiek. Pomimo zabawnych okoliczności i samego bohatera, który wydaje się zadowolony z zaistniałej sytuacji, gdzieś z boku rozgrywa się cichy dramat. Jak żyć samotnie? Co się sta-

nie kiedy zapasy żywności się skończą? Czemu ja nie umarłem? Główny bohater, chcąc nie chcąc, sam nie zostanie, co częściowo rozwiąże jego problemy, ale również skomplikuje sytuację. Można wyobrazić sobie równię pochyłą, gdzie z jednej strony mamy czysty, ludzki egoizm i przeświadczenie Phila, że ,,wszystko jest

jego”, a z drugiej - chęć podzielenia się swoimi doświadczeniami z kimś innym, nie tylko powietrzem czy różnej maści piłkami do gry. Tutaj – moim zdaniem – znajduje się punkt wyjścia do przedstawienia zabawnej, ale jednak dramatycznej historii człowieka, który został wybrany, aby na nowo stworzyć ludzkość. 

73


Nawrócona wiedźma „W

niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia” (Ewangelia Łukasza

KSIĄŻKA

15,7)

74

Emilia Ciuła

P

onoć największym zwycięstwem szatana jest to, że ludzie przestali w niego wierzyć. Współczesny człowiek często żyje z klapkami na oczach. W pogoni za karierą i kolejną przelotną znajomością nastawioną na przyjemność zachłannie łyka pigułkę chwilowego szczęścia. Świat postawił na piedestale nowe przykazania. Mieszkanie ze sobą i seks przedślubny to sprawdzian przetrwania współczesnych par. Bóg jednak nie odrzuca człowieka. Daje mu prawdziwą wolność. Wolność od grzechu i szczęście z obcowania z Nim, nawet kiedy sytuacja wydaje się bez wyjścia. Właśnie takie życie opisuje w swojej książce „Nawrócona wiedźma” polska aktorka i reżyserka - Patrycja Hurlak. Kobieta już od wczesnego dzieciń-

Warto przemyśleć swoje życie, zastanowić się, kto gra w nim pierwszoplanową rolę i być może nawrócić się po raz kolejny. Jak mówi sama aktorka: „Żeby nauczyć się wierzyć Bogu, trzeba najpierw przestać wierzyć w siebie i zacząć Go słuchać."

stwa praktykowała czarną magię, rzucała klątwy i czytała horoskopy. Ten fascynujący świat wpływu na innych pochłaniał ją bez reszty, dawał poczucie władzy i sukcesu zawodowego. Złudne szczęście było jednak okupione niewolą. Szatan czasem

w bardzo subtelny sposób kierował jej życiem, stawiając na drodze kobiety swoich wysłanników. Aktorka nie wiedziała, że robi źle, ponieważ nikt nie powiedział jej, do czego prowadzą takie praktyki. Mimo wszystko zawsze modliła się do Boga, nie widząc nic złego w swoim postępowaniu. Jezus w swej dobroci nie odwrócił się od niej. Dzięki Niemu i Jego pomocy Patrycja Hurlak odzyskała wolność i radość życia. Wbrew wielu negatywnym komentarzom nie zachowała swej historii dla siebie, ale rozpoczęła ewangelizację, dzieląc się z innymi swoim świadectwem. Bardzo zachęcam do przeczytania książki „Nawrócona Wiedźma” zarówno tych nastawionych sceptycznie, jak i pozytywnie. Warto przemyśleć swoje życie, zastanowić


źródło: materiały promocyjne

się, kto gra w nim pierwszoplanową rolę i być może nawrócić się po raz kolejny. Jak mówi sama aktorka: „Żeby nauczyć się wierzyć Bogu, trzeba najpierw przestać wierzyć w siebie i zacząć Go słuchać. (...) Trzeba tylko zawołać jak tonący Piotr: „Jezu, ratuj mnie! (Mt 14,30). On na-

tychmiast wyciągnie rękę i nauczy cię chodzić po wodzie - żyć wolnym od lęku przed śmiercią życiem”. Człowiek nigdy nie jest zdany sam na siebie. Ma obok straż w postaci anioła stróża i moc modlitwy. Nawet gdy wydaje się, że nie ma już ratunku, przychodzi ze swoją łaską Chrystus.

W każdym cierpieniu zostawia swój ślad. Jak pisze ksiądz J. Twardowski: „nie ma sytuacji bez wyjścia / kiedy Bóg drzwi zamyka to otwiera okno”. Być może właśnie ta książka będzie dla któregoś z czytelników „otwartym oknem” i zachęci do refleksji nad własnym życiem. 

75


Jak się ma polski rap? W “M

MUZYKA

Jarosław Janusz

76

R

ok 2014 pokazał, jak muzyka miejska, a w szczególności rap, stała się popularna wśród masowego odbiorcy czy też świadomego słuchacza. Minął boom związany z filmem “Jesteś bogiem”, który sprawił, iż szersze grono zainteresowało się tym rodzajem muzyki. Media początkowo bombardowały zwykłego zjadacza chleba informacjami dotyczącymi środowiska hip-hopowego, ale z biegiem czasu ich intensywność zaczęła maleć. Dlaczego o tym wspominam, skoro minęły dwa lata od premiery? Chciałbym pokazać, że telewizja czy prasa nie były potrzebne do tego, by zbudować imperium muzyczne, a jedynie umiejętne korzystanie z Internetu to sprawiło, że rap stał się tak bardzo popularny. Intensywne działania promocyjne, głównie w mediach społecznościowych czy serwisach

oże coś Więcej” pojawia się dział związany z muzyką miejską. Będą go tworzyć młodzi ludzi z pasją, którzy postanowili podzielić się z szerszym gronem swoimi refleksjami na temat tego rodzaju muzyki. Pierwszą, większą wypowiedzią naszych młodych redaktorów będzie podsumowanie minionego roku w branży muzycznej.

Jeżeli podsumować Listę Sprzedaży, cieszy fakt, iż wielu muzyków hip -hopowych zdołało ze swoją muzyką dotrzeć do tak szerokiego grona odbiorców bez wsparcia największych mediów.

muzycznych spowodowały, iż miniony rok w przemyśle hip -hopowym był równie udany, jak poprzedni. Fanów tego rodzaju muzyki najbardziej cieszy to, że płyty hip-hopowe „okupowały” Oficjalną Listę Sprzedaży. Miniony rok pozwolił na odnotowanie na Liście 79 pozycji, co jest naprawdę dobrą informacją. W roku poprzednim na OLIS odnotowano 66 pozycji. Do najpopularniejszych albumów względem ilości notowań

należały: Paluch - “Lepszego życia diler” (23 tygodnie na Liście), Tede - “#kurt_rolson” (18), Eldo - “Chi” (17), Sokół i Marysia Starosta “Czarna biała magia” (17). Tak częste pojawianie się na Liście Sprzedaży nie mogło nie zaowocować zdobyciem złotych i platynowych płyt (wyróżnienia przyznawane za ilość sprzedanych nośników, odpowiednio 15 i 30 tysięcy). Miniony rok to 11 złotych płyt oraz 3 platynowe. Jeżeli podsumować Listę Sprzedaży, cieszy fakt, iż wielu muzyków hip-hopowych zdołało ze swoją muzyką dotrzeć do tak szerokiego grona odbiorców bez wsparcia największych mediów. Patrząc statystycznie, w porównaniu z innymi gatunkami muzycznymi rap stanowił 15% miejsc na OLIS (popkiller.pl), co czyni go mocnym gatunkiem muzycznym z perspektywy jego niszowości medialnej. Inaczej sytuacja wygląda w


najpopularniejszym internetowym serwisie muzycznym. Można zaryzykować stwierdzenie, że rządzi tam rap, oczywiście pod względem ilości wyświetleń. Jest to ewenement, ponieważ zwykle, jeżeli teledysk w Internecie osiągnie milion wyświetleń, bez względu na to, do jakiego należy gatunku muzycznego, staje się od razu hitem radiowym. Inaczej ma się to z rapem. Piosenki tego rodzaju nie są grane przez stacje radiowe z taką intensywnością, na jaką wskazywałby licznik internetowych wyświetleń. Jest to na pewno związane z tym, iż polscy raperzy znani są ze swojego dosadnego języka, co powoduje mniejsze zainteresowanie mainstreamowych stacji radiowych. Mimo to utwory rapowe są bardzo popularne w sieci, a ich wyświetlenia uzyskują milionowe wskaźniki oglądalności. Rok 2014 to kilkadziesiąt teledysków, których “odwiedzalność” przekroczyła milion wejść. Na zakończenie zestawienia chciałbym jeszcze wspomnieć o kilku istotnych wydarzeniach związanych z rapem. Pierwszym, jak dla mnie najistotniejszym, jest błyskawiczny rozwój i zdobycie ogromnej popularności przez undergroundowego rapera, jeżeli można go w ogóle tak jeszcze nazywać. Chodziło mi o to, że nie posiada w swoim dorobku legalnie wydanej płyty. Chodzi oczywiście o Quebonafide’a, chłopaka z Ciechanowa, który przebojem zawojował 2014 rok. Większe zainteresowanie jego osobą przyniosła płyta “Eklektyka”, wydana własnym sumptem jeszcze w 2013 roku, która przesiąknięta była licznymi metaforami oraz dopracowaną braggą. Nie zabrakło oczywiście

źródło: materiały promocyjne

kawałków z głęboką treścią, jaką prezentował “Manekin”. Obecnie, wielkimi krokami zbliża się wydanie jego legalnej, debiutanckiej płyty pt. “Ezoteryka”, której premiera jest zapowiadana na 27 marca 2015 roku. Drugim, jak dla mnie ważnym, zjawiskiem w roku 2014 jest ugruntowywanie swojej pozycji przez dwie ekipy: Miami Hit Music i Alcomindz Mafji. Chłopaki odcinają się od rodzimego hip-hopu, twierdząc, że nie po drodze im z reprezentantami polskiej sceny rapowej. Ich muzyka to głównie inspiracja rapem zza wielkiej wody, a w szczególności trapem. Poprzez swoją nieszablonowość, chamski, lecz specyficzny styl tworzenia zyskali sobie rzesze przeciwników, ale dla mnie są pionierami tego stylu muzycznego na polskiej ziemi. Jeżeli popatrzeć na owo zjawisko z dystansem i otwartą głową, można śmiało stwierdzić, że muzyka przez nich tworzona jest bezkompromisowa i idealnie nadaje się do auta czy też na imprezę. Ostatnią osobą, o jakiej chciałbym wspomnieć, ponieważ zrobiła na mnie wrażenie swoją muzyką, jest Pablo Novacci, chłopak zwią-

zany z Miami Hit Music. Jego postać jest dość ciekawa, gdyż tworzy muzykę R’n’B, która nadal w naszym kraju nie jest tak popularna, jak za granicą. Jest to bardzo płodny artysta, bo tylko w 2014 roku uraczył swoich fanów trzema płytami: “7”, “Primiera Division” oraz “Galactico”. Z perspektywy stosunku ilości tworzonej muzyki do liczby lat na scenie jest to muzyk, którego kariera możne nabrać tempa w najbliższych latach. Jeżeli tylko będzie ciągle pracował na swoim stylem, głosem oraz warstwą tekstową, może stać się naprawdę dobrym twórcą tego gatunku muzyki. Ponieważ niniejsze podsumowanie pojawia się dopiero teraz, a nie z początkiem roku, zachęcam do zapoznania się z kilkoma pozycjami, które zdążyły już pojawić się na rynku muzycznym. Godnym polecenia jest album “Ludzie stosy” autorstwa Dwóch Sław. Jest to uznawany za jednego z głównych kandydatów do miana płyty roku wspólny projekt Białasa i King Tomba BooKING mixtape, który klimatem odwzorowuje amerykański mainstreamowy rap.

77


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 78

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 79


Post, asceza i modlitwa – czyli codzienne życie studenta

REFLEKSJE

T

80

Michał Musiał

M

am nadzieję, że ten wstęp przeczytaliście oczywiście z lekkim przymrużeniem oka. Ale jednak gdy się nad tym zastanowić, czy nie ma w tym ziarna prawdy? Na początek należy zadać sobie pytanie, jak w ogóle rozumiemy pojęcie ascezy i jak wyobrażamy ją sobie w dzisiejszym świecie. Bo głupio byłoby, gdyby okazało się, że asceza kojarzy nam się z wysiadywaniem na skrzyżowaniu ulic z kubkiem na jałmużnę, pozbyciem się wszystkich cennych potrzebnych nam do życia rzeczy. A jest wręcz przeciwnie. Chodzi tylko o niepotrzebne nam rzeczy. Asceza po pierwsze może pomóc zbudować nam charakter, przecież do wszystkiego, co ma dla nas jakieś znaczenie dochodzimy tylko ciężką i wytrwałą pracą, bardzo często pełną wielu wyrzeczeń (myślę, że właśnie to jest asceza), po drugie dzięki

rzy rzeczy pozornie przecież wcale nietrudne dla studentów. To wręcz najlepszy okres w życiu na ascezę, poniekąd przymusową, ale jednak zawsze coś. A post? Wielu z nas pości wszak codziennie, gdy tylko skończą się pierogi i słoiki z domu. Modlitwa? No z tym trochę gorzej, ale zawsze rano znajdzie się trochę czasu na to, żeby się przeżegnać, czy odmówić krótką modlitwę w tramwaju. Czasem nawet długą, niektórym naprawdę dojazd na uczelnie zajmuje odmówienie kilku, a nawet kilkunastu pacierzy.

Wracając jeszcze do jedzenia – jedząc mniej, lepiej funkcjonujemy. Nasz organizm wbrew pozorom dużo energii traci podczas procesu trawienia.

niej pojawia się większa przestrzeń dla Boga, którego w ten sposób do siebie zapraszamy. Wydaje się, że wyrzeczenia są nieodzowną częścią naszego życia potrzebną nam do samorozwoju, bo jeśli będziemy mieć wszystko, a do tego łatwo nam to przyjdzie, może doprowadzić nas to do lenistwa. A jak być nowoczesnym ascetą? To już jest kwestia indywidualna, zadanie sobie pytania, co jest mi naprawdę niezbędne, oczywiście bez przesady, bo niewątpliwie takie rzeczy jak

telefon, komputer, ubrania są nam oczywiście potrzebne, ale już należy zadać sobie pytanie, np. czy stanie się coś, jeśli kupię kurtkę za 250 zł zamiast za 500 zł, lub telefon za 1000 zł zamiast za 2500 zł. Wydaje mi się, że poczucie nadmiaru nie prowadzi do niczego dobrego, już lepsze jest poczucie niedosytu, bo dzięki niemu mamy chęć do działania, poczucie, że potrzebujemy czegoś więcej, a to skłania nas do ciągłych poszukiwań nie tylko w życiu duchowym, ale i zawodowym czy rodzinnym. Niestety kultura konsumpcjonizmu przeważająca tak bardzo w dzisiejszym świecie powoduje, że trudno nam się w tym odnaleźć, ponieważ ciągle każdy mówi, że czegoś nam potrzeba. I jak tu odróżnić rzeczy potrzebne od niepotrzebnych? To małe zadanie domowe. Wielki Post. Najważniejszy dla nas okres w roku


nawiązujący do postu Jezusa na pustyni. Bez wątpienia mądre, świadome i kreatywne przeżywanie postu pomoże nam dobrze przygotować się do zbliżających się świąt. Najważniejszych świąt. Ważniejszych niż święta Bożego Narodzenia, gdyby ktoś miał wątpliwości. No dobrze, ale czy pościć oznacza tylko i wyłącznie nie jeść czegoś? Wydaje mi się, że zdecydowanie nie. Żyjemy w ciągłym biegu i stresie, otacza nas hałas, czy rzeczywiście pozwoli to stworzyć nam naszą własną osobistą „pustynię”? Jak to jest, że np. chodząc na siłownię, jesteśmy w stanie utrzymać dietę, odmawiamy sobie różnych produktów, a podczas postu nie zawsze nam to wychodzi? Należy też pamiętać, że poszczenie i jego forma to osobista sprawa każdego człowieka, który chce ciągle się nawracać, pamiętajmy o nawoływaniach słyszanych w wielu kościołach, aby kiedy pościmy, nie być posępnymi jak obłudnicy. Kiedy pościmy, ważne jest zwrócenie naszej uwagi na ewangelię i jej przesłanie. Czasami poszcząc od mięsa w piątki, jemy takie rzeczy, które są przeciwieństwem postnej potrawy, mimo że nie jest to mięso. Wyrzeczenia trzeba mądrze dobierać, tak aby nie były ponad nasze siły, musi jednak wiązać się z doświadczeniem braku, bo inaczej mijałoby się to z celem, powinien też nawiązywać do naszych wad i skłonności, abyśmy byli w stanie nad nimi popracować. Np. jeśli marnujemy zbyt dużo czasu, siedząc na Facebooku, to jak najlepszym postem będzie ograniczenie go do minimum. Wracając jeszcze do jedzenia – jedząc mniej, lepiej funkcjonujemy. Nasz orga-

źródło: www.pixabay.com

nizm wbrew pozorom dużo energii traci podczas procesu trawienia. Należy mnie tu dobrze zrozumieć, nie mam na myśli tego, że należy głodować, ale np. jedząc w wybrane dni na kolację jedną kanapkę zamiast pizzy, na pewno będziemy mniej ociężali fizycznie i duchowo. Przede wszystkim jednak liczy się wewnętrzna motywacja i chęci, ważne jest, żeby odmawiać sobie czegoś z pobudek wewnętrznego oczyszczenia, czy też właśnie na pamiątkę postu Jezusa, a nie żeby pokazać sobie, że mogę, bo to mija się z celem. Modlitwa. Czasami trudno znaleźć na nią czas, szczególnie na studiach, podczas całego tego zabiegania. Warto trochę nad tym popracować, szczególnie w czasie, jaki właśnie przeżywamy, potraktować modlitwę jako rozmowę z ukochaną osobą, która zawsze jest przy nas i zawsze słucha. Dużo rzeczy nas rozprasza, gdy skupiamy się właśnie na modlitwie – tysiące myśli, bodźców. Pracując nad tym odpowiednio długo, w końcu będziemy

w stanie skupić się tylko i wyłącznie na modlitwie, co będzie niesamowitym doświadczeniem wiary, a także odpoczynku od wszystkich spraw zaprzątających nam głowę podczas dnia. Poza tym wszystkim czy to nie rozmowa zbliża nas do innych ludzi? Wydaje mi się, że tak samo jest z Panem Bogiem. Należy też zadać sobie pytanie, jak dobrze się modlić? Czy musi się to wiązać z głębokimi emocjami i wzruszeniem, bo inaczej się nie liczy? Zadawanie sobie pytań i odrobina starań może sprawić, że ten intymny kontakt z Bogiem wejdzie nam w nawyk, nie zawsze przecież liczą się emocje czy chwilowy przypływ uczuć popychających nas do modlitwy. Największe znaczenie ma wytrwałość nie tylko w niedoli, ale i podczas dobrych dni. Słyszałem kiedyś, że nasza wiara i modlitwa są jak sinusoida: przechodzimy okresy nocy, ale też zawsze po nich nastaje dzień, nie byłoby dobrze, gdyby była to linia prosta, bo obojętność to największy wróg wiary. 

81


82

Moze cos wiecej nr 6 / 2015 (32)  

Może coś Więcej o MAGII I ZABOBONIE

Moze cos wiecej nr 6 / 2015 (32)  

Może coś Więcej o MAGII I ZABOBONIE

Advertisement