Page 1

nr 4 (30) / 2015

16 lutego - 1 marca

ISSN 2391-8535

Świat marzeń i snów 1


OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

Wydarzenia i Świat Marzeń i Snów Opinie 10 Imam Choudary zapowiada szariat w Polsce Rafał Growiec

14 Dziwny jest ten świat!

SPIS TREŚCI

Mateusz Ponikwia

18 Mechaniczne oko

26 Co się śniło prorokom? Marzenia senne w Biblii Rafał Growiec

30 Kościół jak marzenie Małgorzata Różycka

34 Piotr – marzenie o potędze, cz. 1

Magdalena Mróz

Kajetan Garbela

Myśli Niekontrolowane

38 Dążenie do celu, a marzenia

22 Siedem grzechów głównych: lenistwo Maciej Puczkowski

Anna Kasprzyk

42 Słodko śnij

Mateusz Ponikwia

48 Jak Bóg mówi do nas przez sny? Dominik Cwikła

Rozmowa numeru

50 Mogę być przy nim po prostu sobą Krzysztof Reszka

2

KOŚCIÓŁ A po-co-to, na-co-to? 56 Misje

Rafał Growiec

Z życia Kościoła

60 Chrześcijaństwo na pół etatu Marek Nawrot

Serią po Liturgii

62 Nazi-liturgiści Wojciech Urban


KULTURA

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

Kultura

Nowości

Rozmowy

68 Tumbalalaika piosenka z tajemnicą

74 Przedstawienie musi trwać

92 Kryzys sprzyja autorytetom

Mateusz Nowak

Piotr Zemełka

Krzysztof Reszka

Film 76 Czy piosenka może cię uratować? Anna Zawalska

Refleksje 96 Mądrość, wino i seks Krzysztof Reszka

Książka vs Film 80 Regresja małpowania na Planecie Małp Rafał Growiec

Książka 86 Dewiacje i niedomagania Ziemkiewicza Wojciech Urban

Spektakl 88 Kiedy oczy nie wierzą w to, co widzą Aleksandra Brzezicka

3


Świat marzeń i snów C WSTĘPNIAK

hociaż temat marzeń i snów potraktowaliśmy razem, to jednak te dwie rzeczy zdają się różnić od siebie zasadniczo. Sny stanowią coś odrealnionego, obecnego w świecie fantazji. Tymczasem marzenia potrafią być wyjątkowo realne.

4

Anna Zawalska

W angielskim „dream” oznacza zarówno marzenie, jak i sen (w tym miejscu przepraszam wszystkich filologów angielskich za to uproszczenie, bo pewnie tych określeń jest więcej i są różnorodne, ale na potrzeby tego wstępniaka wykorzystam moją ograniczoną znajomość tego języka). W ten sposób jeśli człowiek marzy, to tak jakby śnił, wyobrażał sobie coś, co jest mało realne; coś czego pragnie, ale to raczej się nie spełni. Oczywiście są i takie marzenia – będące bardziej mrzonkami, które trudno nazwać realnymi. Wszak nie wszystko, co sobie ludzki umysł ubzdura musi być czymś możliwym do wypełnienia, czymś rzeczywistym. W takim wypadku marzenia niewiele różnią się od snów. Jedyna różnica to ta, że sny odbywają się poza naszą świadomością, kiedy śpi-

Marzymy o wielu rzeczach. To sprawia, że staramy się tak żyć, żeby te rzeczy osiągnąć. Rodzi się coś w naszej głowie, układamy odpowiedni plan i dostosowujemy życie do niego. Wysilamy się, jak tylko możemy, bo tak bardzo nam zależy.

my. A marzenia sami sobie wytwarzamy, a właściwie śnimy na jawie. Trudno jednak wytłumaczyć komuś, kto w życiu osiągnął coś, co sobie zaplanował, że marzenia to coś nierealnego. Mało to znamy przypadków, kiedy marzenia stały się motorem

dalszego działania? Ponoć jeśli się czegoś pragnie i przy tym jest w nas wystarczająco determinacji, to to pragnienie się ziszcza. W taki sposób zawrotne kariery osiągają sportowcy, aktorzy, piosenkarze, wielcy biznesmeni, właściciele wielkich korporacji i w sumie można by jeszcze więcej tego wymienić. Zapewne wszystko zaczynało się u nich podobnie: mieli marzenie. I dążyli do jego spełnienia. Dlatego dobrze jest tutaj wyznaczyć różne definicje słowa: marzenie. Marzymy o wielu rzeczach. To sprawia, że staramy się tak żyć, żeby te rzeczy osiągnąć. Rodzi się coś w naszej głowie, układamy odpowiedni plan i dostosowujemy życie do niego. Wysilamy się, jak tylko możemy, bo tak bardzo nam zależy. Przy odrobinie szczęścia nasz wysiłek może zostać nagrodzony.


źródło: www.pixabay.com

Marzenie się spełnia, życiowy cel zostaje osiągnięty, a my czujemy szczęście. Pisanie o marzeniach i snach jest przyjemne. Wszyscy lubimy marzyć, wszyscy lubimy śnić. Każdy ma jakieś pragnienia, każdy ma sny, które głęboko zapadają mu w pamięć. Słownik języka polskiego podaje cztery definicję słowa „marzenia” - 1. «powstający w wyobraźni ciąg obrazów i myśli odzwierciedlających pragnienia, często nierealne»; 2. «przedmiot pragnień i dążeń»; 3. «ciąg myśli i wyobrażeń powstających podczas snu»; 4. pot. «o czymś doskonałym». Myślę jednak, że każdy chętnie dodałby do tego swoją definicję, która określiłaby o wiele dokładniej czym dla niego są marzenia. Dla mnie marzenia, nawet te najmniejsze, to

motywatory. Są to w moim życiu zwykle takie rzeczy, które mają szansę na realne spełnienie pod warunkiem, że odpowiednio się przyłożę do ich wykonania. Sprawiają, że moje życie posiada konkretne cele i przebiega od jednego punktu, do drugiego, do kolejnego. W tym numerze o marzeniach piszemy z różnych perspektyw. Wybierając definicję marzeń, która mówi, że są to ciągi myśli i wyobrażeń powstających podczas snu, rozkładamy nasze śnienie na czynniki pierwsze i wyjaśniamy procesy, które zachodzą w naszym umyśle, gdy śpimy. Zastanawiamy się też, czy Bóg mówi do nas przez sny, zestawiając przy tym przykłady z Biblii, w których On daje ludziom wskazówki. Odstawiając sny na bok, przechodzimy do tych ma-

rzeń, które można spełnić. Dlatego poddajemy pod refleksję kwestię tego, jak mógłby wyglądać Kościół marzeń. Jednocześnie, biorąc przykład z cara Piotra I Wielkiego, proponujemy drogę działania przepełnioną determinacją i wizją. A dla wszystkich, którzy o czymś marzą przedstawiamy przepis na to, jak osiągnąć te wszystkie pragnienia, by stać się jeszcze lepszym człowiekiem. Wisienką na torcie jest wyjątkowa rozmowa z dziewczyną, która bez względu na wszelkie ograniczenia spełnia swoje marzenia i żyje pełnią życia. Numer pełen nadziei i wiary w marzenia oddajemy w Wasze ręce! Gorąco polecam! Redaktor naczelna Anna Zawalska

5


REDAKTOR NACZELNA: Anna Zawalska

REDAKTORZY:

STOPKA REDAKCYJNA

Aleksandra Brzezicka

Dominik Cwikła

Aleksandra Frontczak

Anna Gadowska

Kajetan Garbela

Rafał Growiec

Beata Krzywda

6

Mateusz Nowak

Mateusz Ponikwia

Maciej Puczkowski

Krzysztof Reszka

Małgorzata Różycka

Wojciech Urban

Piotr Zemełka


DZIAŁ PROMOCJI: Mariusz Baczyński

Kajetan Garbela

DZIAŁ KOREKTY: Andrea Marx

Alicja Rup

WSPÓŁPRACOWNICY: Anna Bonio Emilia Ciuła Anna Kasprzyk Karolina Kowalcze

Tomasz Markiewka Magdalena Mróz Michał Musiał Marek Nawrot

KONTAKT: • • • •

strona internetowa: www.mozecoswiecej.pl e-mail: mozecoswiecej@gmail.com współpraca i teksty: wspolpraca.mcw@gmail.com promocja i reklama: promocja@mozecoswiecej.pl

WYDAWCA: Anna Zawalska Lipowa 572 32-324 Lipowa woj. śląskie 7


OKIEM REDAKCJI 8

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

9


WYDARZENIA I OPINIE

Imam Choudary zapowiada szariat w Polsce

10

P

rzyczyną braku szczęścia w Polsce jest demokracja liberalna, a lekiem na całe zło – szariat. To nie nowe poglądy Janusza Palikota. To wypowiedź imama Anjema Choudary’ego dla Faktów TVN.

Rafał Growiec

P

rzyczyną wywiadu, jaki Marcin Woroch przeprowadził z radykalnym islamskim duchownym w Londynie jest pojawienie się doniesień o Polakach walczących po stronie Państwa Islamskiego. Anjem Choudary jest znany ze swoich kontrowersyjnych wypowiedzi i reprezentowania najbardziej radykalnego odłamu islamu. Nie kryje, że Polskę także planuje nawrócić na wiarę Proroka. Jest to (jego zdaniem) kwestia czasu. „Jeśli rządzi wami ktoś inny niż Allah, to jest to forma ucisku. Dzięki naszej polityce i ten wasz reżim zostanie usunięty, a ludzie byli szczęśliwi” – twierdzi imam, krytykując rozdział państwa od Allaha. Obrywa się też czysto naturalnemu rozumieniu prawa, jako stanowionemu tylko przez ludzi (bez oglądania się na Boga). Za kwestię wyma-

Wypowiedź Choudaryego pokazuje oblicze islamu, który nie kryje się ze swoim okrucieństwem, surowością i brakiem tolerancji. Jednak robi to w sposób rodem z podręczników dla akwizytorów.

gającą uzgodnienia uznał to, czy karę za obrazę Mahometa powinien wymierzyć sąd państwowy czy jest do tego uprawniony pojedynczy muzułmanin. Zaznaczył, że dżihad jest uważany nieraz za szósty święty obowiązek muzułmanina (oprócz wyznania wiary, jałmużny, postu, modlitwy i pielgrzymki do Mekki), a sam islam nie jest religią pacyfistyczną

tak, jak chrześcijaństwo. „Islam nie jest taki jak chrześcijaństwo, jeśli mnie uderzysz, nadstawię drugi policzek. Nie, tacy nie jesteśmy. Nie jesteśmy pacyfistami” – powiedział, jednak zaznaczył, że muzułmanie chcą żyć z ludźmi w pokoju, a sam Mahomet przed śmiercią surowo zakazał zabijania innowierców bez „ważnego, boskiego powodu” . Zniewagę Proroka uznał Choudary za przyczynę utraty „świętości własnego życia”, czyli po prostu ważny, boski powód, by zabić. Na uwagę dziennikarza, że Państwo Islamskie zabija także cywilów, imam odparł, że dżihad nie dzieli wroga na cywilów i żołnierzy, ale wszystkich traktuje tak samo, więc ci, którzy szerzą „propagandę wojny” nie mają czego szukać na terenach zajętych przez ISIS. Państwa zachodnie


źródło: PAP / EPA

powinny pozwolić usunąć „reżimy”, a potem Państwo Islamskie pozwoli na stworzenie nowych, zupełnie innych relacji. Na pytanie, czy to nie oznacza tworzenia nowych podziałów, Choudary zapewnił, że szariat nastanie także w Polsce. Za reżim uznał sekularne prawo, liberalną demokrację, brak trwałych modeli, rozdział państwa od Allaha (wersja katolicka: „od Kościoła”). Zapewnił, że islam usunie pokusy takie, jak alkohol, pornografia, hazard czy prostytucja, a kiedy ludzie nie będą mogli wydawać na nie pieniędzy, znajdą się fundusze na edukację i ochronę zdrowia. Na sugestię prawdopodobnego sprzeciwu polskich chrześcijan, Choudary przywołał cytat z Mt 22, 21 o tym, by to, co cesarskie oddać cesarzowi i zaręczył, że jak cesarz będzie muzułmaninem, to nie będziemy widzieć problemów, a niemuzułmanie będą mogli się modlić w kościołach i

domach. SZPILA W BALON Paradoksalnie, im więcej racji ma Choudary, tym (chwilę później) trudniej jest się z nim zgodzić. Trafnie analizuje problemy współczesnej Europy. Dostrzega brak trwałych wartości w sytuacji, gdy wszystko można przegłosować, skoro to człowiek jest najwyższa instancją prawodawczą na świecie. Widzi degrengoladę moralną wynikającą ze zeświecczenia społeczeństwa i grzeszne struktury wykorzystujące przede wszystkim sferę seksualną. Jako muzułmanin uznaje, że wyjściem jest islam w jego radykalnej formie. Tymczasem, to co on głosi jako nowość, która odświeży Europę, znane jest Staremu Kontynentowi od co najmniej półtora tysiąca lat. Zaproponowałbym mu lekturę Homilii na Ewangelię według św. Mateusza autorstwa Jana Chryzostoma i znajdzie tam

dokładnie to, co głosi. Walka z nierządem, pornografią (w formie teatralnej), pijaństwem, wyzyskiem – tyle, że pod znakiem krzyża. To tylko kropla w morzu wielkiego dziedzictwa chrześcijańskiego, od którego odcina się „laicka” Europa. Laicite francuskie jest właśnie tym prądem, który wygenerował takie tytuły jak „Charlie Hebdo” czy „Nie!”. Zauważmy, że to właśnie we Francji, gdzie mamy istną pustynię wiary, najlepiej zakorzenił się islam, stamtąd najchętniej Europejczycy wyruszają na dżihad w Syrii. Słowa imamów tolerowane w imię politycznej poprawności weszły w dziurę spowodowaną chrystofobią. Owszem, imam może powiedzieć, że te 1500 lat nic nie dało. A jednak i w Iranie czy Arabii Saudyjskiej są prostytutki, zwierające z klientami ślub na godzinę. Gdy Choudary mówi o ISIS, wyraźnie uderza w propagandowy bęben: nie

11


wchodźcie nam w drogę, nie przeszkadzajcie nam, to potem będziemy grzeczni i inaczej będziemy z wami rozmawiać. Przypominam, że dżihadyści jako pierwsi zaatakowali chrześcijan. Już teraz odgrażają się, że ich celem jest Watykan. Kiedy ISIS usunie wszelkie wrogie jej reżimy? Gdy zetnie papieża, czy gdy wysadzi pomnik Jezusa w Rio? Choudary obiecuje, że po wprowadzeniu szariatu niemuzułmanie będą mogli w Polsce normalnie modlić się w domach i w kościołach. W Arabii Saudyjskiej jednak jest to przestępstwo, obłożone surowymi sankcjami. Poza tym obecnie możemy modlić się w domach, kościołach, na ulicach i placach naszych miast. To gwarantuje możliwość prowadzenia misji, do których jesteśmy wezwani przez Chrystusa. A wątpię, czy szariat dopuszcza odejście od islamu. Tak, panie Choudary – celem katolików, z papieżem Franciszkiem na czele, jest nawrócić wszystkich muzuł-

manów na chrześcijaństwo, a najlepiej na katolicyzm. Bez porwań, jak robi to Boko Haram w Nigerii; bez ścinania głów jak w Syrii; bez kamienowania nierządnic, jak w Arabii Saudyjskiej. A ostrzegam, że zasada o nadstawiania drugiego policzka dotyczy tylko MOJEGO policzka. Jeżeli ktoś atakuje mojego bliźniego, zabija go, gwałci, to zupełnie inna para kaloszy. Chrześcijanin nie może się godzić na zło. A islam w wydaniu, jakie Choudary propaguje, jakie propaguje ISIS – to zło. Walka z nim przez rozlew krwi to też zło, ale być może mniejsze. Przypomnę, że analogiczną sytuację mieliśmy w wieku XI, gdy muzułmanie prześladowali chrześcijan i atakowali chrześcijańskie państwo Bizanjum. I nie jest tak, że polscy chrześcijanie przełkną cesarza nie-katolika. Najwyraźniej Choudary nie zna historii naszego regionu, a Polskę traktuje jak Niemcy Wschodnie. Mieliśmy już

władzę nastawioną antykatolicko przez 45 lat, plus sześć lat wcześniejszej okupacji. I potrafiliśmy się postawić w walce o krzyż i wolność do wyznawania swojej wiary. Być może i kalifowi Polski powiemy: „Non possumum!” Wypowiedź Choudary'ego pokazuje oblicze islamu, który nie kryje się ze swoim okrucieństwem, surowością i brakiem tolerancji. Jednak robi to w sposób rodem z podręczników dla akwizytorów. Nawet, gdy wspomina o wadach, to jako element wyróżniający, a jawny plagiat sprzedaje jako świeżuteńką nowinkę autorskiego pomysłu. Jednak Europa to kupuje, płacąc wysoką cenę za wymianę tego „starego” krzyża na „nowiuteńki” półksiężyc.  Cytaty za: http://fakty.tvn24. pl/fakty-ekstra,52/imam-choudary-prawo-szariatu-zostanie -wprowadzone-takze-w-polsce,513212.html

źródło: www.gazetapolska.pl

12


13


WYDARZENIA I OPINIE

Dziwny jest ten świat!

14

O Mateusz Ponikwia

Konwencja zorganizowana przez Prawo i Sprawiedliwość, partię wspierającą kandydaturę Dudy, nie przypominała niczym nudnych i monotonnych wydarzeń partyjnych. Została przygotowana w iście amerykańskim stylu. Polacy, którzy przyzwyczaili się do banalnych i oklepanych akcji promujących polityków, mogli poczuć się jak mieszkańcy Stanów Zjednoczonych. Nacisk nie został bowiem położony jedynie na aspekt merytoryczny. Oczywiście jednym z kluczowych punktów była prezentacja programu wyborczego i analiza dotychczasowej sytuacji w kraju. Plan działań został przedstawiony jednak w sposób ekspresyjny. Publicyści przyznają, że kandydat popierany przez PiS wykazał się zdolnościami retorycznymi i erudycyjnymi. Oczywiście, niektóre

statnimi czasy możemy zaobserwować wzmożenie aktywności na polskiej scenie politycznej. Nie ma w tym niczego dziwnego. Rozpoczęła się prezydencka kampania wyborcza. Z całą pewnością w nadchodzących tygodniach nabierze ona jeszcze większego tempa i rozmachu. Wiele emocji wzbudziła konwencja promująca kandydaturę Andrzeja Dudy na urząd Prezydenta

RP.

Nie trudno zauważyć, że obstając przy konserwatywnych poglądach w dzisiejszej rzeczywistości, nie sposób uniknąć ognia krytyki. Wszak przywiązanie do tradycji uznawane jest za sprzeczne z postępem zacofanie. Wielu zarzuca, że Natalia utraciła także kontakt z realnym światem.

media skupiły się jedynie na uwypukleniu wybranych aspektów konwencji. Ich zainteresowanie zogniskowały kwestie finansowe i personalne. Dokonano już medialnej wyceny przed-

sięwzięcia. Prócz krytyki podjętej ze strony oponentów politycznych, w Internecie można zaobserwować falę negatywnych opinii skierowanych nie tylko pod adresem Andrzeja Dudy i jego wystąpienia, ale także w stronę Natalii Niemen. Wszystko to za sprawą występu, którym uświetniła ona wyborczy wiec. Swoją obecnością i zaangażowaniem wokalnym wyraziła poparcie wobec kandydatury Dudy. Jak sama zaznacza nie jest to przejaw wstępowania do jakiejkolwiek partii politycznej, a jedynie wyraz troski o dobro Ojczyzny i Polaków. O artystce zrobiło się naprawdę głośno w 2013 roku. To wówczas jej występ oczarował publiczność festiwalu w Opolu oraz telewidzów i internautów. Wykonana przez nią piosenka pt. „Dziwny jest ten świat” zachwyciła wielu fa-


źródło: PAP / Kamiński

nów muzyki. Utwór był elementem programu wspominającego i przywracającego pamięć o wybitnym polskim piosenkarzu – Czesławie Niemenie, ojcu Natalii. Już wtenczas podniosło się larum krytyków oskarżających artystkę o żerowaniu na twórczości ojca i czerpaniu pieniędzy jedynie dzięki jego wizerunkowi. Śpiewaczce zarzucano brak talentu czy nieumiejętną dykcję. Ataki kierowane w stronę gwiazdy miały także wydźwięk religijny. Wytykano jej, że jest osobą pobożną. Niektóre opinie wskazywały jakoby wiara zlasowała jej rozum. Faktem jest, że Niemen jest zagorzałą chrześcijanką. Sama się do tego przyznaje. Przynależy do Kościoła Chrześcijan Baptystów. Nie kryje także przywiązania do tradycyjnych wartości. W wywiadach często podkreśla, że podobnie jak jej zmarły ojciec, chce zostać wierna Bogu, wartościom chrześcijańskim oraz patriotycznym. W jej słowach jasno można dostrzec hierarchię

wartości, którymi artystka kieruje się w życiu. Także podczas konwencji PiS zaznaczyła ona istotną rolę obecności Boga w życiu człowieka. Jej zdaniem należy Go postawić na pierwszym miejscu. Ponadto ważna jest także dbałość o rodzinę i honor. Według niej te przymioty umożliwią kształtowanie i rozwój naszego kraju, a także świadczą o prezentowaniu postawy umiłowania Ojczyzny. Po swoim występie podczas konwencji Natalia Niemen musi mierzyć się z jeszcze bardziej wzmożoną wielostronną krytyką, zwłaszcza ze strony internautów. Artystka sama podkreśla, że jest osobą wrażliwą. Nie zamierza jednak odpuszczać i rezygnować ze swoich poglądów i przekonań, aby zadowolić forumowych krzykaczy. Jak wyznaje na swoim profilu na facebooku ma świadomość, że nie wszyscy ludzie będą ją lubili. Jej zdaniem jednak „Lepiej pozostać w zgodzie z własnymi poglądami i postępować wedle własnego sumienia, niż

lawirować, podlizywać się, gorączkowo kombinować, by tylko wszyscy nas lubili”. To właśnie wierność własnym ideałom skłoniła ją do wzięcia czynnego udziału w konwencji wyborczej. I właśnie owe ideały są wyszydzane i wyśmiewane. Nie trudno bowiem zauważyć, że obstając przy konserwatywnych poglądach w dzisiejszej rzeczywistości, nie sposób uniknąć ognia krytyki. Wszak przywiązanie do tradycji uznawane jest za sprzeczne z postępem zacofanie. Wielu zarzuca, że Natalia utraciła także kontakt z realnym światem. Zawierzenie Bogu i chęć głoszenia Ewangelii sprawia, że zostaje ona sklasyfikowana jako dewotka i przedstawicielka ciemnogrodu oraz średniowiecza. Jednak jak podkreśla piosenkarka, nie zniechęci jej to do obwieszczania światu Boga, Jego miłości i dobra, którym pragnie On obdarzyć każdego człowieka. Ufając Bożej mocy możemy bowiem być pewni, że także losy naszej Ojczyzny potoczą się pomyślnie.

15


źródło: www.niezależna.pl

Bolesny wydaje się także przytyk nawiązujący do zmarłego ojca. Otóż Natalia wykonała ponownie jego sztandarowy utwór. Z całą pewnością miało to wydźwięk symboliczny, ale zdaniem nieprzychylnych oponentów było ukierunkowane wyłącznie na zysk polityczny. Miało to wzbudzić pewien sentyment, rozczulić audytorium i w rezultacie przysporzyć zwolenników kandydatury Dudy na stanowisko głowy państwa. Z kolei inna zaśpiewana piosenka: „Zobaczyć chcę niebo” nawiązywała do pogrzebu Czesława Niemena, na którym był także obecny nieżyjący już Lech Kaczyński – ówczesny włodarz stolicy, a późniejszy Prezydent RP. Zamieszanie wokół występu Niemen na konwencji prezydenckiej każe zastanowić się nad o wiele poważniejszymi kwestiami. Nie chodzi bowiem tylko i wyłącznie o jednostkową sytuację, w której znaną osobę krytykuje się za prezentowanie własnych przekonań. Podobnych sytuacji jest o wiele więcej. Warto

16

choćby wspomnieć o notorycznym odbieraniu przedstawicielom Kościoła prawa do wyrażania poglądów społeczno-politycznych. Ma to wynikać z rzekomej rozdzielności państwa od Kościoła wywodzonej z konstytucyjnej zasady neutralności światopoglądowej. Konstytucjonaliści wyraźnie artykułują, że niezależność ta nie może być utożsamiana z separacją spraw państwa i Kościoła. Oto żyjemy w państwie demokratycznym, które funkcjonuje w oparciu o zasady sprawiedliwości społecznej. Szeroko podkreśla się rolę wolności osobistej i samostanowienia o sobie. Wolność słowa nie może być jednak limitowana do tych podmiotów, które wyrażają jedynie słuszne tezy. Każdy, bez wyjątku, winien mieć zagwarantowaną swobodę wypowiedzi. Warto nadmienić, że granicą tejże wolności jest sfera dóbr innego człowieka. Nie można bowiem obrażać i szykanować innych osób powołując się na zasadę wolności słowa i prezentowania poglądów. Należy

pamiętać o odnoszeniu się do innych z szacunkiem i w sposób szanujący ich przyrodzoną i niezbywalną godność. Chodzi nade wszystko o posługiwanie się konstruktywnymi argumentami, a nie o rzucanie przysłowiowym błotem w czyjąś twarz. Nie chodzi rzecz jasna o bezkrytyczne i bezrefleksyjne przejmowanie poglądów innych. Broniąc jednakże swoich przekonań należy baczyć na drugiego człowieka. Nikt zapewne nie neguje tezy, że godna pochwały i naśladowania zdaje się być postawa patriotyczna. Zatroskanie o losy Ojczyzny, a nie jedynie o własny dobrobyt, to bardzo istotny element chrześcijańskiego życia. W każdym winniśmy dostrzegać osobę godną uwagi i pomocy. Ratowanie naszego kraju i dbałość o jego interesy to zadania każdego z nas. Potrzeba jedynie sporo chęci do działania i odwagi żeby bronić wyznawanych wartości. Minione wydarzenia dobitnie dowodzą, że tekst piosenki Niemena nie stracił ani trochę na aktualności. 


17


WYDARZENIA I OPINIE

Mechaniczne oko

18

I Magdalena Mróz

stnieją zawody, które wymagają systematyczności, dokładności i cierpliwości. Są zawody, do których trzeba mieć psychiczne oraz fizyczne predyspozycje. Niektóre polegają przede wszystkim na tym, aby znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i wykorzystać potęgę chwili. Zawód fotografa polega, moim zdaniem, na połączeniu wszystkich wyżej wymienionych cech dodając dodatkowo: czujne, ludzkie spojrzenie i spostrzegawcze, mechaniczne oko.

Z

djęcie nie może być tylko dobre, musi być również poruszające – nieść za sobą historię, prowokować, zachęcać do wgłębienia się w temat. Oczywistym już dzisiaj jest, że fotografia wyraża o wiele więcej niż tekst pisany. Po raz 58 zostały rozdane międzynarodowe nagrody World Press Photo: ponad 5 tysięcy fotografów, 131 narodowości, prawie 100 tysięcy zdjęć czekało na werdykt jury. Oto jedne z najlepszych fotografii i ich historie. 1. ZDJĘCIE ROKU 2014 ,,Jon and Alex, para gejów w sytuacji intymnej, St. Petersburg, Rosja” Fotograf: Mads Nissen, Dania Jon (21) oraz Alex (25) zostali uwiecznieni w intymnej sytuacji. Nissen zaniepokojony rosnącymi z roku na rok trudnościami par homoseksualnych w Rosji apeluje o tolerancję nie tylko w kwestiach wyboru partnera życiowego, ale również wskazuje na problem społecznej dyskryminacji. Nissena możemy zobaczyć w najsłynniejszych światowych pismach – Time, Newsweek, Der Spiegel, Stern – aktualnie po długiej pracy w Chinach, przeniósł się do ojczyzny gdzie kontynuuje pracę fotoreportera.


2. PIERWSZE MIEJSCE W KATEGORII: ,,NEWS – ZDJĘCIE POJEDYNCZE” „Ranna dziewczyna w trakcie starć protestujących z policją, Istambuł, 12.03.2014” Fotograf: Bulent Kilic, Turcja, agencja France-Presse Ranna, młoda dziewczyna podczas starć między policją a protestującymi po pogrzebie Berkina Elvana. Piętnastoletni chłopiec zmarł przez rany zadane mu podczas antyrządowej demonstracji. Tłumy skandują antyrządowe slogany, policja próbuje rozpędzić tłum używając armatek wodnych oraz gazu łzawiącego. 3. PIERWSZE MIEJSCE W KATEGORII: ,,NATURA – ZDJĘCIE POJEDYNCZE” „Małpa szkolona w cyrku, Suzhou, Prowincja Anhui, Chiny” Fotograf: Yongzhi Chu, Chiny Przestraszona, kuląca się małpka podczas treningu do cyrku w Suzhou, prowincji Anhui. Suzhou jest znana powszechnie w Chinach jako stolica tamtejszego cyrku. Yongzhi Chu jest fotografem tworzącym dokumenty w Zhejiang Daily Press Group. 4. DRUGIE MIEJSCE W KATEGORII: ,,WIADOMOŚCI OGÓLNE – SERIA” „Ślady uprowadzonych uczennic, Nigeria” Fotograf: Glenna Gordon, USA To seria zdjęć, gdzie pokazywane są różne części ubioru czy przyborów szkolnych porwanych uczennic. Zdjęcie zeszytu, w którym jedna z nich prowadziła notatki z lekcji.

19


5. ,,ŚLADY UPROWADZONYCH UCZENNIC, NIGERIA” Szkolne mundurki, które należały do trzech uprowadzonych uczennic z Nigerii. „Drogi Bracie Nkeki, miliony pozdrowień dla ciebie, tysiące dla twojego przyjaciela i zero dla twoich wrogów.” - tak pisze Hauwa w liście do swojego brata, jedna z prawie 300 uprowadzonych dziewczynek z akademika w Chibok. Bojownicy islamscy, którzy dokonali uprowadzenia są zdania, że edukacja należy się jedynie mężczyznom. W akcję protestacyjną pod szyldem ,,bring back our girls” zaangażowały się media, politycy oraz czołowi przedstawiciele światowego show biznesu. 6. PIERWSZE MIEJSCE W KATEGORII: ,,SPORT – ZDJĘCIE POJEDYNCZE” „Ostateczna rozgrywka” Fotograf: Bao Ta Liang, Chiny, Chengdu Economic Daily Bardzo ciekawie uchwycony nieoficjalny moment podczas finału Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Kapitan argentyńskiej drużyny, Lionel Messi przed rozegraniem meczu jakby przyglądał się swojemu odbiciu w trofeum. 7. PIERWSZE MIEJSCE W KATEGORII: ,,PROJEKTY DŁUGOTERMINOWE” „Miłość rodziny 1993-2014 – Projekt Julii” Fotograf: Darcy Padilla, USA, Agencja Vu Julie (18), bosa z niezapiętymi spodniami i z niemowlęciem na rękach stoi w hallu hotelu Ambasador. Mieszka w San Francisco, z Johnem, który zaraził ją wirusem AIDS a jednocześnie obdarował pierwszą córką – Rachel. Jej pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa jest pijana matka, trzymająca ją w objęciach o szóstej nad ranem, a na jej oczach później wykorzystana przez jej ojczyma. Uciekła z domu mając lat 14, a rok później była już uzależniona od narkotyków. Dopiero po urodzeniu córki zdała sobie sprawę, że ma powód by żyć. Padilla wspomina: Spotkałam Julie po raz pierwszy w 1993 roku. Przez następne 21 lat fotografowałam ją i jej rodzinę – dzięki temu została stworzona historia o ubóstwie, narkotykach, AIDS, związkach, stracie i zjednoczeniu.

20


8. TYTUŁOWA BOHATERKA PALĄCA PAPIEROSA. Darcy Padilla jest fotoreporterką i skupiającą się na dokumentach fotograficznych dziennikarką mieszkającą w San Francisco. Najbardziej zasłynęła ,,Pojektem Julii”, której przez panoramiczne pokazanie tragedii głównej bohaterki i jej rodziny dokonuje drastycznego przekroju amerykańskiego społeczeństwa oraz surowej oceny. 9. TRZECIE MIEJSCE W KATEGORII: ,,BIEŻĄCE PROBLEMY – SERIA” „Pochmurne dni” Fotograf: Tomas van Houtryve, Belgia, VII dla Harper’s Magazine Studenci na szkolnym boisku w Kalifornii. Tysiące ofiar pochłonęła już amerykańska wojna dronów. Fotograf zainwestował we własnego drona, umieścił na nim aparat i podróżował przez całe Stany Zjednoczone w poszukiwaniu podobnych sytuacji do tych uwiecznionych w raportach z Jemen czy Pakistanu. Znalazły się tam między innymi śluby, pogrzeby czy zdarzenia codzienne – zabawa, ćwiczenia fizyczne mieszkańców. Houtryve przeprowadza bardzo ciekawy zwrot akcji, stawiając amerykanów na miejscu ludności zamieszkującej tereny dotknięte wojną dronów. 10. KOLEJNE ZDJĘCIE Z SERII HOUTRYVE’A. Osoby ćwiczące w Pensylwanii. Więcej na: http://www.worldpressphoto.org/ 

21


M Y Ś L I N I E K O N T R O L O WA N E 22

Siedem grzechów głównych: lenistwo “K

to opieszały jest przy pracy jest już bratem tego, co niszczy”(Prz 18, 9). Na początek trzeba powiedzieć słowo o tym, czym są grzechy główne.

Maciej Puczkowski

J

ęzykiem matematycznym moglibyśmy stwierdzić, że jest to baza wektorowa grzechów, natomiast ludzkim, że są to takie grzechy, które leżą u podstaw wszystkich grzechów. Inaczej mówiąc, jeśli ktoś nie popełnia grzechów głównych, nie będzie grzeszył w ogóle. Każdy grzech bowiem jest jakąś kombinacją tych siedmiu lub jest ich skutkiem. Uznajemy się za ludzi grzesznych, jednak czy łatwo się nam przyznać, że jesteśmy pyszni, chciwi, nieczyści, zazdrośni, nieumiarkowani w jedzeniu i piciu, gniewni czy leniwi? Łatwiej nam te grzechy widzieć w innych. Skoro jednak jesteśmy grzeszni, to i te cechy muszą nas w jakimś stopniu dotyczyć. Każdy z tych grzechów jest na swój sposób charakterystyczny i posiada własny oręż, którym po-

Każdy z tych grzechów jest na swój sposób charakterystyczny i posiada własny oręż, którym pozbawia nas udziału w Królestwie Niebieskim, więc powiedzieć, że lenistwo jest wśród nich wyjątkowe, jest swojego rodzaju tautologią.

zbawia nas udziału w Królestwie Niebieskim, więc powiedzieć, że lenistwo jest wśród nich wyjątkowe, jest swojego rodzaju tautologią. Na czym więc polega siła lenistwa i dlaczego leży u podstaw innych grzechów? Lenistwo jest pierwszym z grzechów, do którego jesteśmy w stanie się przy-

znać. Ba! Niekiedy bywamy z niego dumni. Bycie leniwym czy zdolnym i leniwym jest w jakiś sposób modne, dekadenckie, ciekawe i nierzadko urozmaica wizerunek niejednego artysty. Inaczej mówiąc często dobrze nam z naszym lenistwem i do głowy nam nie przyjdzie, żeby coś z nim zrobić, gdyż zaburzyłoby to nasz “styl bycia”. Jednak czy nie świadczy to o tym, że lenistwo jest grzechem tak silnym i niewolącym, że w przeciwieństwie do reszty grzechów nie potrzebuje używać kamuflażu i z powodzeniem może działać jawnie? Zwróćmy uwagę, że lenistwo bardzo często jest gloryfikowane, a niektórzy posuwają się nawet do twierdzień, że to ono jest motorem postępu. Nic bardziej mylnego. Zanim zaczniemy pielęgnować swoje lenistwo w celu rozwijania


źródło: www.pixabay.com

technologii, uświadommy sobie, że to ciekawość świata oraz miłość do Boga i ludzi przynosi szeroko rozumiany postęp naukowy, technologiczny i kulturowy. Lenistwo jest hamulcem i to nie takim, który jest nam potrzebny, żeby nie zrobić sobie krzywdy zbyt szybką jazdą. Raczej jest jak guma w kole uniemożliwiająca jazdę wtedy, kiedy chcemy gnać do przodu. Wszak to nie leniwcy tworzyli wynalazki ułatwiające ludziom życie tylko ludzie pracowici. Leniwy zamiast tego chciałby, żeby ktoś coś zrobił, ktoś coś wynalazł, żeby jemu było łatwiej. Nawet jeśli sam ma silne postanowienie udoskonalenia świata, to zwleka zbyt długo i na tym się kończy. Prawdą jest, że człowiek leniwy nie potrafi kochać. Miłość nie wyrażająca się w działaniu nie istnieje, jest

mrzonką, brednią powtarzaną dla własnych celów. Miłość wymaga czynów. Czyny ją pielęgnują i ona jest dla nich paliwem. Człowiek powstrzymujący się od działania, kiedy jest ono potrzebne, powstrzymuje się od gestów Miłości, wyraża tym samym jej brak. Pismo Święte mocno piętnuje leniwych. Nazywa ich wręcz braćmi niszczycieli, głupcami. Lenistwo odbiera rozum. “Leniwy uważa się za mądrzejszego niż siedmiu, którzy rozumnie odpowiadają” (Prz 26, 16). Nie zdobywa mądrości, bo zwyczajnie mu się nie chce. Nie zgłębia literatury, nie dochodzi do prawdy, co nie przeszkadza mu twierdzić, że ją posiadł. Smutnym owocem lenistwa jest to, że wielu powołanych do wielkich rzeczy się marnuje. Mnóstwo czynów Miłości nie zostało

dokonanych z tego powodu. Jeżeli Zły ingeruje w nasz świat, to będzie atakował lenistwem nie tych, którzy czynią zło, ale tych, którzy czynią dobro. Dlatego ci, którzy czynią zło, często są lepiej zorganizowani, bardziej pracowici i to oni kierują światem. Może dlatego w Polsce wciąż mamy zakamuflowaną komunę, a ludzie propagujący zboczenia potrafią się zorganizować. Nam się nie chce. Poddajemy się lenistwu. Nawet jeśli widzimy, że coś trzeba z tym zrobić, że majestat Boży jest coraz częściej i powszechniej obrażany, nie ruszymy się z miejsca. Bo mamy rzeczy ważniejsze. Mamy swoje studia, swoją przyszłość i szereg innych wymówek tylko po to, żeby nie działać. Tylko po to, żeby usprawiedliwić swoje powstrzymywanie się od czynów Miłości. 

23


24

OKIEM REDAKCJI

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

25


TEMAT NUMERU - Świat Marzeń i Snów 26

Co się śniło prorokom? B

iblia opowiada o życiu ludzkim nie tylko w okresie czuwania. Co więc się śniło patriarchom i Apostołom? Jak się okazuje, same ważne rzeczy.

Rafał Growiec

S

ny w Starym Testamencie były narzędziem przemawiania Boga. Trudno powiedzieć, czy były zwykłymi marzeniami sennymi, czy może bardziej wizjami zsyłanymi przez Boga. Biblia hebrajska używa tu słowa „tardemah”, oznaczającego stan snu głębokiego. Spanie jako takie miało swój odpowiednik w słowie „halom”. Bóg objawia Abramowi swoje plany właśnie we śnie, potem zaś tą samą drogą ostrzega Abimeleka, króla, który wziął Sarę za żonę, myśląc, że to siostra patriarchy. Nie zawsze jednak były one tak konkretne, nieraz wymagały wyjaśnienia. Następnie także Jakub doznaje objawienia w czasie snu. Uznaje to za wydarzenie na tyle ważne, by zbudować w tym miejscu ołtarz i wykopać studnię. Innymi słowy: chciał zostać tam, gdzie przemówił do niego

Nowy Testament jest znaczniej ubogi, ale za to bardziej dosłowny jeśli chodzi o pojawiające się w nim sny. I tu jednym ze śniących jest Józef, który właśnie w czasie snu zostaje poinformowany o tym, że nie powinien oddalać Maryi, gdyż Dziecko jest z Ducha.

Pan. Potem także przez sen został zapewniony, co do sposobu rozmnażania się drobnego bydła. Tu akurat chodziło nie o wkład Boga w zootechnikę, a o wyrównanie rachunków z Labanem, który nie chciał pozwolić zięciowi wrócić do swojego kraju. Także przez sen

Laban został powiadomiony, że nie powinien dochodzić u Jakuba żadnych należności. Wreszcie najsłynniejszy sen Jakuba, czyli drabina po której wstępują i zstępują Aniołowie, a na jej szczycie zasiada sam Pan. Tu właśnie patriarcha dowiedział się, że stąpa po Ziemi Obiecanej, z której jego potomstwo rozejdzie się po całej ziemi i że przez niego będą dostępować błogosławieństwa wszystkie narody. Jakub nazwał to miejsce „Betel”, czyli „Dom (hebr. bet) Pana (El/Elohim)”. Prawdopodobnie najsłynniejszym biblijnym objaśniaczem snów jest młody Józef, który najpierw przez tę umiejętność podpada braciom, po to, by później wspiąć się na wyżyny hierarchii w państwie faraona. Sny są tu nie tylko sposobem przemawiania Boga, ale także metodą wyróżnienia patriarchy w zabobonnym spo-


źródło: www.archeowiesci.pl

łeczeństwie Egiptu, a tym samym zrealizowania Bożego planu, co do jego osoby. Gdyby nie wiara osadzonych w lochu urzędników w to, że sny zawierają jakąś informację dotyczącą przyszłości, Egipt spustoszyłby głód, a krewni Józefa nie mieliby gdzie szukać pomocy. A tak i faraon zdążył zrobić zapasy, i potem synowie Jakuba z nich skorzystali, robiąc przy okazji małe spotkanie po latach. Kolejne senne epizody to Salomon, któremu ukazał się Pan – to wtedy padła słynna prośba o mądrość. Ze snów korzysta też apokaliptyka żydowska – tu mamy sen Mardocheusza o prześladowaniach, a także kolejnego wielkiego objaśniacza, Daniela, który właśnie w snach widział zapowiedź przyszłych losów Izraela. Także on zinterpretował dwa sny Nabuchodonozora. Należy zwrócić

uwagę, że Nabuchodonozor był konkretnym człowiekiem i poddał swoich przepowiadaczy pewnej próbie: kazał im wyjaśnić znaczenie snu, ale nie podał jego treści. Taki żart z serii „Puk, puk! Kto tam? Chrzanię takiego jasnowidza!”. Poszło oczywiście o kolosa na glinianych nogach, zapowiadającego upadek Babilonu i kolejne imperia następujace po nim. Za drugim razem też nie było różowo. Daniel przepowiedział królowi szaleństwo i dietę wegetariańską. Tak Bóg objawiał władcom swoją wolę i władzę nad historią. PROSTO Z MOSTU Nowy Testament jest znaczniej ubogi, ale za to bardziej dosłowny jeśli chodzi o pojawiające się w nim sny. I tu jednym ze śniących jest Józef, który właśnie w czasie snu zostaje poinformowany o tym, że

nie powinien oddalać Maryi, gdyż Dziecko jest z Ducha. Także Józef zostaje powiadomiony, gdy trzeba uciec do Egiptu oraz gdy można już bezpiecznie z niego wrócić. To w czasie snu mędrcy ze Wschodu dostają polecenie, by nie wracać już do Heroda. Przez sen żona Piłata zostaje zawiadomiona o tym, że Jezus jest niewinny. Musiało to być mocne doznanie, skoro wyznaje ona mężowi, że sporo się wycierpiała z powodu Jezusa. W Troadzie święty Paweł miał w nocy widzenie, w którym ujrzał Macedończyka proszącego o pomoc. Zrozumiał, że chodzi o to, by Ewangelia dotarła do Europy. To chyba najbardziej niebezpośredni sen (a może tylko wizja?) w całym Starym Testamencie. W końcu Paweł mógł na tej podstawie jedynie wysłać kogoś z pomocą finansową lub żywnościową albo poszukać

27


źródło: www.beaticon.blogspot.com

jakiegoś pobitego Macedończyka pod murami miasta. Skąd wiedział, co oznacza ta wizja? To już musiał sam rozeznać. Ale wiemy na pewno, że były to sny. Można zadać pytanie, czy inne wielkie widzenia Apostołów, jak choćby to św. Jana zapisane w Apokalipsie, były stanami wyjścia poza siebie czy może marzeniami sennymi? A może to te sny były właśnie stanami ekstatycznymi? Teoretycznie każdy sen stanowi coś niezwykłego. Są sytuacje, które niemożliwe na jawie stają się dostępne po zaśnięciu. Dlatego też od

28

bardzo dawna przypisywano snom rolę magiczną. Na dworach od Rzymu po Babilon i jeszcze dalej roiło się od „speców” od wyjaśniania znaczeń marzeń sennych – jak sobie z nimi poradził Nabuchodonozor już wiemy. Być może dlatego sny w Nowym Testamencie są takie dosłowne. Przychodzi Anioł i mówi „uciekaj!” albo Macedończyk, i prosi o wsparcie duchowe. Chrześcijanie nie powinni się bawić w próby zgadywania, co znaczy ten czy inny sen, gdyż Bóg przemawiał już nie pośrednio, ale jasno i klarownie. Wśród Aposto-

łów, i nie tylko, byli tacy, co mogli z Nim stanąć twarzą w twarz w Jerozolimie i posłuchać Jego Kazania na Górze. Jednocześnie zniechęcało to do korzystania z usług najczęściej pogańskich przepowiadaczy. Jak więc widzimy, sen w Biblii najczęściej daleki jest od założeń psychoanalizy. To nie produkcja ludzkiego umysłu, ale sposób, w jaki Bóg włącza człowieka w realizację swoich planów. Tu nie jest potrzebne najnowsze wydanie sennika, który wyjaśni, co to znaczy „tłuste krowy śnić”, ale mądrość i łaska. 


29


TEMAT NUMERU - Świat Marzeń i Snów 30

Kościół jak marzenie W

spólnotę wierzących tworzą ludzie, a wszędzie tam, gdzie pojawia się człowiek, są i marzenia. Choć pewnie nieczęsto słyszy się to słowo w kontekście religijnym, jestem przekonana, że posiadanie marzeń to wręcz obowiązek każdego członka Kościoła.

Małgorzata Różycka

M

oże to brzmieć dziwacznie albo naiwnie. Odrobina refleksji połączona z życiowym doświadczeniem pokazuje, że właśnie od marzeń zaczynały się wszystkie największe osiągnięcia ludzkości. Kościół, rzecz jasna, jest dziełem Boga, które jednak zostało powierzone człowiekowi i ma on niesamowicie dużo do powiedzenia w tej kwestii. Dlatego też uważam, że powinniśmy marzyć o pięknym Kościele pod każdym względem, wsłuchanym w głos Boga, otwartym na powiew Jego Ducha. I co więcej, starać się realizować te marzenia w ramach naszego powołania i roli w tej wspólnocie. MEN IN BLACK: IDEAŁY W CZERNI O kim mowa? O księżach, jak łatwo się domyśleć. Bez nich trudno

Marzenia dotyczą także drugiej strony „barykady”. Podczas gdy świeccy wierni marzą o świętych kapłanach, ich duszpasterze też snują w głowie wizje idealnych owczarni. Żeby tak więcej ludzi chodziło do Komunii, żeby się bardziej angażowali w grupy formacyjne, żeby młodzi nie przychodzili tylko po „papierek”

sobie wyobrazić Kościół. Ponieważ tak wiele od nich zależy, poziom oczekiwań, w stosunku do duchowieństwa, jest naprawdę olbrzymi. Gdyby zapytać przeciętnego wiernego o to, jaki byłby jego zdaniem

idealny ksiądz, na jednym wydechu potrafiłby wymienić litanię cech: pobożny, skromny, znający realia życia, zdolny organizator, dobry katecheta, wybitny kaznodzieja, dysponujący nieskończoną ilością czasu. Nie zaszkodzi, żeby był do tego jeszcze przystojny i miał samochód co najwyżej klasy średniej. Jeśli urlop, to tylko w formie pieszej pielgrzymki na Jasną Górę. Ciekawe, czy ten statystyczny Kowalski równie sprawnie potrafiłby streścić zasadnicze treści kazania, które usłyszał ostatniej niedzieli. Prawdą jest, że sam Jezus powiedział: „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” (Łk 12, 48) i mamy jako wierni prawo oczekiwać, że duszpasterze będą dawać z siebie wszystko, by stać się „kapłanem na wzór Serca Jezusa”. Ale warto też uświadomić sobie, że nie


źródło: www.pixabay.com

musimy pozostawać bierni w naszych marzeniach o dobrych i świętych (w żadnym wypadku idealnych!) księżach. Oni są tacy, jak się za nich modlimy. Oni są tacy, jak ich widzimy. Oni są tacy, jak o nich mówimy. Mamy mnóstwo narzędzi, by spełnić te „pobożne” marzenia, zatem różaniec w dłoń i do dzieła! DOBRY ORGANISTA W ŁADNYM KOŚCIELE Brzmi zachęcająco, prawda? Lubimy świątynie o przytulnych wnętrzach, w których modlitwa jakoś tak łatwiej przychodzi, a uwaga szybko się nie rozprasza. Podobają się nam imponujące gotyckie katedry, gdzie czujemy się bliżej Boga. I do tego, niejako „w pakiecie”, dopracowana w każdym szczególe liturgia z równo idącą procesją, prawdziwymi świecami i starannie ułożonymi kwiatami. O organiście porywającym do śpiewu cały kościół nawet

nie wspominam. To bardzo uzasadnione marzenia, wszak sprawowanie liturgii to główne zadanie Kościoła. By miało to sens, potrzeba odpowiednich narzędzi oraz zaangażowania i wiedzy. Nie dziwię się, że ktoś nie może się skupić w świątyni przypominającej w wyglądzie skocznię narciarską, której wnętrze wypełniono przedmiotami wątpliwej estetyki. Organista pozbawiony wyczucia rytmu czy dobierający tonację bez oglądania się na możliwości przeciętnych śpiewaków, też nie pomaga wznosić serc i myśli ku Najwyższemu. Niespecjalnie mamy możliwość przebudowania naszych kościołów. Trudno też pozbawiać kościelnego muzyka pracy, nawet jeśli jego umiejętności to ciężki temat. Wszak chodzi w tym wszystkim o Bożą chwałę, którą można rozumieć na wiele sposobów. Ale sprawa nie jest całkiem przegrana, ponieważ przez aktywność w parafialnych strukturach

możemy wpływać na jakość liturgii. Na pewno wymaga to sporego zachodu, jednak marzenia z definicji wymagają dużych nakładów, by mogły się spełnić… PEŁNY KOŚCIÓŁ Marzenia dotyczą także drugiej strony „barykady”. Podczas gdy świeccy wierni marzą o świętych kapłanach, ich duszpasterze też snują w głowie wizje idealnych owczarni. Żeby tak więcej ludzi chodziło do Komunii, żeby się bardziej angażowali w grupy formacyjne, żeby młodzi nie przychodzili tylko po „papierek” – wzdycha pewnie niejeden ksiądz, oglądając oczyma wyobraźni kościół pełen rozmodlonych ludzi, świadomych wyznawanej wiary, uważnie słuchających nawet listów Episkopatu. Duszpasterze mają prawo oczekiwać odzewu na żmudnie rzucane w lud ziarno Słowa. Marzy im się zobaczyć efekty swojej pracy i zapewne chcieliby się

31


spotkać w Niebie z przynajmniej większością swoich owieczek. Są przecież ludźmi, takimi samymi jak my i mają prawo do swoich marzeń. Ich spełnienie zależy z całą pewnością w dużej mierze od nich samych, ale świeccy powinni mieć na uwadze fakt, że Kościół jest tak samo ich, jak i księży, a zaangażowanie we wspólnotę wierzących nie ma być wyłącznie efektem pracy w parafii fajnego księdza, lecz powinno następować niejako automatycznie. Skoro należę do Kościoła, to realizuję w nim moje powołanie, dzieląc się z innymi jego członkami wszystkimi darami, talentami, charyzmatami, jakimi obdarował mnie Bóg. Sądzę, że przyznając sobie prawo do marzeń o księżach, powinniśmy dokładać wszelkich starań, by wyjść także naprzeciw ich marzeniom. Wtedy ogólnokościelne dążenie do wymarzonych

celów nabiera głębokiego sensu i ma szansę stać się rzeczywistością. ABY BYLI JEDNO To chyba najtrudniejsze w realizacji kościelne marzenie. Marzenie o jedności chrześcijan. Marzenie samego Jezusa, wypowiedziane tuż przed męką: „aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17, 21). Z jednej strony obserwujemy intensywne dążenia w kierunku rozwoju i pogłębiania dialogu między różnymi wyznaniami chrześcijańskimi, ale z drugiej strony jesteśmy świadomi, że podziały są naprawdę głębokie, a różnice na tyle istotne, że uniemożliwiają najważniejsze: pełną komunię wierzących, znajdującą swój najpełniejszy wyraz we wspólnym stole

eucharystycznym. Przez Kościół przetaczają się raz po raz różne dyskusje na ten temat, powstają mądre książki i cenne inicjatywy, ale wszyscy czujemy niedosyt, bo zbliżamy się do tej wymarzonej przez Jezusa jedności Jego Mistycznego Ciała maleńkimi kroczkami, a cel jest naprawdę daleko. Trudno postulować tu jakiekolwiek odstępstwa od doktryny Kościoła, jednak nie możemy przejść obojętnie wobec tak jasno i dobitnie wyrażonego życzenia samego Boga. Znalezienie wyjścia z tej patowej sytuacji z całą pewnością przekracza ludzkie możliwości działania, ale jestem przekonana, że Duch Święty nie zostawi nas z tym wszystkim samych i pozwoli wszystkim pięknym kościelnym marzeniom się spełnić ku chwale Tego, o którego nam przecież wszystkim chodzi. 

źródło: www.pixabay.com

32


33


TEMAT NUMERU - Świat Marzeń i Snów 34

Piotr – marzenie o potędze, cz. 1 L Kajetan Garbela

B

ez niego nie byłoby dzisiejszej potęgi tego państwa, a układ sił w Europie i na świecie mógłby wyglądać całkiem inaczej. Piotr Aleksiejewicz Romanow przyszedł na świat 30 maja (9 czerwca według kalendarza juliańskiego) 1672 roku w Moskwie jako syn cara Aleksego Romanowa i Natalii Naryszniky. Szybko utracił ojca – miał ledwie cztery lata. Wówczas nowym władcą został jego najstarszy brat, Fiodor, który oddał Piotra pod opiekę bojarów i duchownych prawosławnych, którzy mieli zadbać o jego wykształcenie. Życie Piotra biegło spokojnie aż do roku 1682, w którym zmarł Fiodor, a Sobór Ziemski, czyli zjazd stanów ruskich, wybrały Piotra nowym carem. W imieniu dziesięcioletniego chłopca tymczasowo władzę miała pełnić matka. Nie spodobało się to carównie Zofii, cór-

udzie realizujący swoje marzenia stanowią kamienie milowe w historii miast, państw czy kontynentów, a nawet całej Ziemi. Niektórzy byli tak nieprzeciętni, że nawet w dzisiejszym świecie łatwo zaobserwować ślady ich ambicji i wytrwałości. Często są kontrowersyjni – szli do celu po trupach, łamali obowiązujące standardy. Jedną z takich postaci był na pewno Piotr I, nazwany przez potomnych Wielkim, pierwszy cesarz Rosji.

Po wstąpieniu na tron carów Piotr rozpoczął serię wielkich reform, które na zawsze odmieniły oblicze Rosji. Do tej pory była ona państwem o ogromnym terytorium i dużej liczbie ludności, mimo tego nie była potęgą.

ce Aleksego z pierwszego małżeństwa, która podburzyła strzelców – członków wpływowej formacji wojskowej – do buntu przeciwko decyzji Soboru. Pretekstem miała być skrzywdzenie Zofii i drugiego z braci Piotra, niedorozwiniętego Iwana, przez ludzi Natalii Naryszkiny. Po kilku dniach plądrowania Moskwy osiągnięto kompromis – Piotr musiał podzielić się władzą ze

starszym bratem, upośledzonym umysłowo Iwanem, a nową regentką mianowano właśnie Zofię. Tajemnicą poliszynela był fakt, że nie ma ona zamiaru nigdy oddawać władzy młodszym braciom. Iwan nie stanowił dla niej zagrożenia, jednak nikt nie wiedział, jak za kilka lat zachowa się Piotr. Nowa regentka postanowiła wysłać przyrodniego brata wraz z jego matką na zsyłkę do lichej chaty w podmoskiewskiej wsi Prieobrażeńskoje, a samej rządzić i w międzyczasie szukać odpowiedniego sposobu na definitywne pozbawienie brata praw do korony carów. Pobyt w Prieobrażeńskoje miał być dla młodego cara karą, jednak jego ambicje, odwaga i chłonny umysł spowodowały, że właśnie ten czas ukształtował osobowość i zdecydował o wielkiej przyszłości Piotra. Żądny wiedzy, prosił


źródło: www.pixabay.com

swoich gości, by dostarczali mu różne ciekawe urządzenia. Pewnego dnia otrzymał w prezencie astrolabium, niestety nikt w jego otoczeniu nie wiedział, jak takim przyrządem się posługiwać. Wreszcie odnaleziono pewnego młodego Holendra, który nauczył Piotra posługiwania się tym instrumentem. Inny przybysz z Niderlandów, z zawodu stolarz, pomaga carowi wyremontować starą łódź, którą później wielokrotnie pływał po pobliskiej rzece Jauzie i niedalekim jeziorze Pierejasławskim. Później udało mu się odwiedzać Niemiecką Słobodę – dzielnice Moskwy, zamieszkaną przez ludzi pochodzących z Zachodu, głównie Niemców, Holendrów, Szkotów i Anglików. Car obserwował ich, pytał o to, jak wygląda życie w krajach, z których pochodzą, interesował się ich kulturą i nauką. Ci cudzoziemcy, tak różni od Rosjan z otoczenia Piotra, spowodowali u niego

prawdziwy wybuch fascynacji zachodem. Do tej pasji szybko doszło zainteresowanie morzem i walką w polu. W wieku kilkunastu lat władca stworzył własną armię, zgrupowaną w dwóch pułkach – prieobrażenskim i siemianowskim. Tworzyli je przede wszystkim synowie bojarów wiernych prawowitemu carowi, ale także przypadkowi ludzie, którzy przypadki mu do gustu – wśród nich m. in. młody cukiernik Mienszykow, którego czekała później wielka przyszłość. Chłopcy walczyli ze sobą w udawanych bitwach, strzelali z armat skórzanymi kulami, zdobywali polowe fortyfikacje, jeździli konno, a instruktorami tej armii byli prawdziwi wojskowi, najczęściej mieszkańcy Niemieckiej Słobody. Te trzy wielkie pasje władcy – zachód Europy, flota i wojna miały wkrótce zmienić oblicze Rosji. Piotr dorastał, był na progu dorosłości, a wśród

towarzyszy i gości budził podziw i strach zmieszany z szacunkiem. Dobrze zbudowany, ogromnego wzrostu – mierzył ponad dwa metry – był bardzo silny i zręczny. Fizycznie wytrzymały, potrafił znieść wiele niedogodności, głód i chłód, pływał w lodowatej wodzie, biegał z fajką w zębach po lasach. Doskonale posługiwał się bronią palną, białą i toporami, potrafił nawigować całkiem sporymi łodziami, poznał język niemiecki i niderlandzki. Car był bardzo bezpośredni i gwałtowny, potrafił kogoś zbesztać czy spoliczkować, po czym wyściskał go i pił z nim na umór, a głowę miał bardzo mocną. W późniejszych latach często zdarzało się, że wszyscy biesiadnicy leżeli już pod stołami, a Piotr nadal zachowywał trzeźwość umysłu. Nie obchodziła go w ogóle etykieta dworska, wszystkich ludzi traktował jednakowo. Ubierał się najczęściej w prosty

35


źródło: www.pixabay.com

żołnierski mundur – właśnie on zapoczątkował trwającą do dziś modę na noszenie się po wojskowemu głów niektórych państw, szczególnie tych bardziej ambitnych i zmilitaryzowanych. Zdarzały się również sytuacje, w których car zrywał z kogoś płaszcz, perukę lub kapelusz i zakładał je na siebie, bo nagle stwierdzał, że jest mu zimno. Ożeniony w wieku siedemnastu lat ze starszą o trzy lata, cichą i spokojną Eudoksją Łopuszkiną szybko odsuwa ją na ubocze. Nawet narodziny syna Aleksego nie zmieniają jej sytuacji – Piotr woli miłostki z innymi, atrakcyjniejszymi i ciekawszymi kobietami. Tymczasem regentka Zofia, do tej pory wyśmiewająca dziwne zainteresowania przyrodniego brata, czuła się przez niego coraz bardziej zagrożona. Od jakiegoś czasu zachowywała się jak koronowany car, szczególnie w czasie oficjalnych uroczystości państwowych i kościelnych. Wreszcie zdecydowała – Piotra należy zgładzić, bo za niedługo będzie chciał ją

36

usunąć. Na jej nieszczęście, część wiernych jej do tej pory żołnierzy zdecydowała, że woli służyć prawowitemu władcy, i zawczasu ostrzegła cara przed niebezpieczeństwem. Ten początkowo wpadł w panikę i praktycznie w tym, w czym zastali go strzelcy, wskoczył na konia i uciekł w kierunku dobrze ufortyfikowanego klasztoru, Ławry TroickoSergiejewskiej. Szybko uspokoił się, widząc, że przybywa tam do niego coraz więcej bojarów, a także dawni znajomi z Niemieckiej Słobody, pułki cudzoziemskie oraz towarzysze młodzieńczych walk z Prieobrażeńskoje, teraz tworzący prawdziwe pułki dobrze wyszkolonych i wyposażonych żołnierzy. Zofia słała co prawda do niego posłów, w tym patriarchę Joachima. Na jej nieszczęście patriarcha poparł Piotra, podobnie jak lud Moskwy i wyżsi dowódcy, niezadowoleni z przerostu ambicji carówny oraz tego, że zorganizowane przez nią wielkie wyprawy przeciw Turcji zakończyły się sromotnymi klęskami. Ostatecznie doszło do

kompromisu – Piotr został oficjalnym i samodzielnym władcą państwa carów (Iwan nie miał zamiaru rządzić), a jego przyrodnia siostra udała się na swoistą emeryturę do jednego z klasztorów. Po wstąpieniu na tron carów Piotr rozpoczął serię wielkich reform, które na zawsze odmieniły oblicze Rosji. Do tej pory była ona państwem o ogromnym terytorium i dużej liczbie ludności, mimo tego nie była potęgą. Zacofana gospodarczo i kulturalnie, o słabej administracji, była krajem biednym i niestabilnym. Armia przegrywała tak z Polakami, jak i Szwedami, Turkami czy Tatarami, flota nie istniała, przemysłu prawie nie było, handel kulał. Co prawda bojarzy i kler byli bogaci i cieszyli się przywilejami, miasta były wielkie, zasoby naturalne bardzo bogate, a cara każdy się bał i traktował wręcz z godnym Boga szacunkiem i posłuszeństwem, jednak nigdy nie doprowadziło to do rozkwitu państwa. Jakby tego było mało, kraj nie ustabilizował się jeszcze po


tzw. Wielkiej Smucie, czyli kryzysie polityczno-społecznym, który wybuchł na początku XVII stulecia i doprowadził Rosję na skraj katastrofy (wtedy m. in. wygasła dynastia Rurykowiczów, rządzących Rusią od IX wieku, miała miejsce wielka klęska głodu, a wojska polskie zdobyły Moskwę). Młody władca stwierdził, że musi diametralnie zmienić obraz Rosji, a co ważniejsze – mentalność Rosjan, o ile jego poddani mają zbudować prawdziwie światową potęgę. Pierwsze lata rządów Piotra czas wielkich reform wewnętrznych. Car dokonał nowego podziału administracyjnego kraju na gubernie, ustanowił Senat Rządzący – kolegialny organ, który miał nadzorować działalność państwową pod nieobecność cara w stolicy. Utworzył kolegia, czyli ministerstwa zajmujące się flotą, wojskiem, handlem, przemysłem, wymiarem sprawiedliwości czy też sprawami zagranicznymi. Zreformował podatki i miasta, dzięki czemu uzyskał

znaczny zastrzyk gotówki. Wspierał handel i przemysł, powoli powstawały pierwsze zakłady produkcyjne na miarę osiemnastowiecznej Europy, osadnicy zakładali nowe wsie i miasta. Po śmierci patriarchy Adriana nie ustanowił jego oficjalnego następcy, ale powołał do życia Świątobliwy Synod Rządzący, składający się z najważniejszych hierarchów rosyjskiego prawosławia, przez co uniezależnił od siebie Cerkiew. Zaczął wprowadzać europejską kulturę na salony, i to w sposób dość brutalny– bojarom i mieszczanom osobiście obcinał brody i długie do ziemi szaty, od stuleci popularne w Rosji. W specjalnych edyktach nakazywał golenie zarostu i zmianę ubioru na zachodnioeuropejski, zresztą w wielu miastach wywieszano wzorcowe stroje, jakie od teraz mieli przybierać Rosjanie. Na nieposłusznych czekały kary, niektórzy jednak mogli obejść nakazy cara, plącąc specjalne podatki od bród lub tradycyjnych, długich strojów. Kolejnymi edyktami Piotra

zamienił stare pismo, cyrylicę, na mniej skomplikowaną grażdankę, a tradycyjny rosyjski kalendarz liczony „od powstania świata” zastąpił kalendarzem juliańskim, obowiązującym wówczas w krajach protestanckich. Car uważał, że każdy może własną ciężką pracą dojść do bogactwa i szacunku, w związku z czym przygotował Tabelę Rang, określająca podział na hierarchię urzędów dworskich, cywilnych i wojskowych, oraz sposoby ich osiągania i następstwa. Każdy jego poddany miał szansę stopniowo zdobywać coraz to wyższą rangę, z których najwyższe gwarantowały, poza bogactwem, również obdarowanie zasłużonego i jego rodziny dziedzicznym szlachectwem. Jak się okazało, zmiany zapoczątkowane przez Piotra były w większości nieodwracalne. Gdy sytuacja wewnętrzna państwa wydawała się coraz bardziej zadowalająca, car uznał, że nadszedł czas na to, by Rosja wreszcie weszła do wielkiej europejskiej polityki…  źródło: www.pixabay.com

37


TEMAT NUMERU - Świat Marzeń i Snów

Dążenia do celu a marzenia W

yznaczanie sobie celów, do których dążymy może zdawać się trudnym zadaniem. Może dlatego, ze trzeba uświadomić sobie to, czego w życiu chcemy. Jaką rolę odgrywają marzenia? Jak „iść za marzeniem”, doprowadzając swoje zamysły do końca?

Anna Kasprzyk

C

zy marzenia nie są czasem pragnieniem tego, co chcielibyśmy zrealizować? Jestem zwolenniczką stwierdzania, że wszystko zaczyna się od marzeń. Tak, zdecydowanie! Taka myśl jest mi bliska – tym bliższa, im nabieram więcej spostrzeżeń, dotyczących tego o czym kiedyś marzyłam (choćby chwilowo), a dziś się urzeczywistnia. To, co sobie ułożymy w głowie jest podstawowym krokiem ku temu, żeby własna wizję, poprzez realizację, przełożyć na sukces. Właśnie! Poprzez realizację, a nie skończywszy na westchnieniu: fajnie by było... Czy musisz od razu robić wielkie rzeczy – nie! Zacznij od małych kroków – byłe nie stać w miejscu. PRAWO DO MARZEŃ Spotkałam się z wypowiedzią pewnej dorosłej

38

Marzenie to nasze pragnienie, z kolei dążenie do celu zakłada konkretny plan działania. Obieramy cel i zmierzamy ku realizacji. Im będzie lepiej sprecyzowany tym lepiej.

osoby, która zapytana o marzenia, powiedziała z zażenowaniem, że „ma swoje lata i nie ma marzeń”. Każdy żyje jak chce, może myśleć co chce – rozumiem. Jednak czy takie nastawienie nie jest przejawem szarego egzystowania bez refleksji nad tym, co wspaniałego w życiu można robić - coś nietuzinkowego, coś odbiegającego od codziennych zadań, coś własnego, odrywającego od przyziemnego życia z dnia na dzień. Pozwól sobie

odlecieć, nasyć się swoimi pragnieniami, nadaj życiu nowy smak! Może wydaje się, że będąc już dorosłym, iż marzenia są wymysłem dzieci i dla dzieci. Marzenia są głupie i błahe, niemożliwe do realizacji – no cóż, dzieci mają nieograniczoną fantazję i często wymyślą nieprawdopodobne rzeczy. Nie zapytamy przecież dziecka o cele życiowe, ale o marzenia już tak. Brzmi lżej. I stąd najczęściej płynie lekceważące podejście dorosłych ludzi do marzeń. Marzę o skakaniu pływaniu w chmurach – dziecko będzie się cieszyć i wyobrażać tą sytuację, dorosły „wciśnie” ją między półki z bajkami. A może by marzenie nazwać celem, do którego zmierzam? Brzmi doroślej, ale tak czy inaczej to są właśnie, klarujące się w naszej głowie, marzenia. Czy


źródło: www.pixabay.com

się spełnią? – Wszystko zależy od nas samych. Gdy od razu założysz, że Twoje cele, pomysły, plany, wizje, marzenia są bezsensu; uznasz, że im nie podołasz, wynajdując sobie wytłumaczenia „ale”, zdecydowanie staniesz w miejscu – czyż nie? REALIZACJA – WYZWANIE Marzenie to nasze pragnienie, z kolei dążenie do celu zakłada konkretny plan działania (nie można wyeliminować stwierdzenia, że marzenie też może dojść do skutku). Obieramy cel i zmierzamy ku realizacji. Im będzie lepiej sprecyzowany tym lepiej. Jeśli odniesiemy się do ogólnego życzenia, np. chcę być szczęśliwym

człowiekiem, skończy się na samym pragnieniu, żeby moje życie ku temu zmierzało. Jednak potrzeba zadać sobie pytanie: co sprawi, że będę żyć szczęśliwie? A potem należy pomyśleć, jakim sposobem osiągnąć ten stan. Żeby nasz cel był konkretny, dobrze jest trzymać się zasady SMART (Simple, Measurable, Achievable, Relevant, Timely) czyli powinien być: prosty, mierzalny, osiągalny, ważny, umiejscowiony w czasie. Bywa oczywiście i tak, że tracimy chęci, odczuwamy bezsilność. Możemy spotkać zazdrosnych ludzi, którzy za wszelką cenę będą nam odbierać pozytywne nastawienie, wiarę we własne siły i możliwości,

hamować entuzjazm. Co wtedy? MOTYWACJA, OLE! Nawet gdy czegoś bardzo chcemy, może nastąpić chęć rezygnacji, brak weny bądź pomysłu. Wówczas konieczny jest impuls do działania. Może pomóc refleksja, rozeznanie co mi przyniesie efekt końcowy. Wyobraź sobie co robisz, gdy już Twoje marzenie się ziściło. Jesteś szczęśliwy? Czujesz się dobrze w roli człowieka sukcesu? Co robisz? Jak wygląda Twoja sytuacja? Itd. Może jest ktoś kogo podziwiasz i kto może być Twoim mentorem lub rozpisz sobie krok po kroku zadania, które będziesz wdrażać. Zapisz cytat mo-

39


źródło: www.pixabay.com

tywacyjny w kalendarzu. Możliwości jest wiele. WALCZ! Krzysztof Hillar codziennie na swojej stronie publikuje motywujące do działania złote myśli, oto jedna z nich: „Ludzie mają wiele chęci... Chcą i to dużo. Jednak nie jest to, takie proste sprawić, aby te najpiękniejsze stały sie naszą rzeczywistością. Wytrwałość, wiara, prawda, autentyczność... To może pomóc na drodze po sukces”. Jakiekolwiek nosisz w sercu pragnienia i zamierzenia, nie rezygnuj z nich! Istotne jest także obranie jednego głównego celu. Bardzo trudno jest łączyć ze sobą wiele spraw

40

i doprowadzać je do końca. Lepiej jest skupiać się na jednym, najważniejszym celu niż na większej ilości – ustal priorytet. Lubię mówić: trzeba mierzyć wysoko, żeby osiągnąć swój cel. Nie bój się nawet mieć przerośnięte marzenia, plany, wizje przyszłości. Bądź odważny! Nawet jeśli nie osiągniesz najwyżej postawionego celu, to zmierzając do niego, poniższe cele łatwiej dojdą do skutku. Przykładem może być uczeń, który uczy się tak, żeby otrzymać trójkę (ponieważ taka ocena go zadowoli). W rezultacie najprawdopodobniej dostanie trójkę lub ocenę niższą, ale mało możliwe, że będzie to piątka. Uczniowi, który uczy się całego

materiału, będzie łatwiej uzyskać każdą ocenę ( z nastawieniem, że osiągnie najwyższy cel- ocenę celującą). Nie zamykaj sobie dróg. Nie poprzestawaj na tym co masz. Wszystko zaczyna się w naszej głowie – od marzeń. Wszystko jest możliwe, jeśli tylko chcesz. Przełam się, uwierz w siebie, nie poddawaj się! Rodzimy się mali i nieobeznani w świecie – dorośli nas po nim prowadzą. Poprowadź tak swoje pragnienia, dąż do celu i osiągnij własny – choćby najmniejszy – sukces. „Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca” (Joseph Conrad) Powodzenia! 


41


TEMAT NUMERU - Świat Marzeń i Snów 42

Słodko śnij! S

ny są bardzo istotnym elementem ludzkiej egzystencji. Oprócz realizacji funkcji fizjologicznych dostarczają nierzadko niebanalnych wrażeń. Dzieje się to za sprawą pojawiających się marzeń sennych, które umożliwiają swego rodzaju oderwanie od rzeczywistości.

Mateusz Ponikwia

T

ruizmem jest stwierdzenie, że sen jest niezbędny do zachowania właściwej kondycji organizmu. Nie chodzi jedynie o predyspozycje fizyczne, ale także o sferę przeżyć wewnętrznych – psychicznych i duchowych. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że pozbawienie danej osoby snu, wpłynęłoby w sposób negatywny na jej organizm. Wszyscy mamy świadomość, że będąc niewyspanymi, nie jesteśmy w stanie funkcjonować na pełnych obrotach i w efektywny sposób. ZNACZENIE FIZJOLOGICZNE Bezsenność może wiązać się z dalej idącymi konsekwencjami, takimi jak obniżenie sprawności i odporności organizmu, a także prowadzić do zaburzeń emocjonalnych. Ponadto

Z całą pewnością sny są niezbędnym elementem naszego życia. Jak zaznaczają naukowcy, pozbawienie możliwości odpoczynku i marzeń sennych, powoduje pogorszenie kondycji organizmu. Bardzo istotny jest także aspekt symboliczny snów.

zbyt krótki czas przeznaczony na sen może doprowadzić do depresji oraz problemów behawioralnych. Badania wykazały, że człowiek pozbawiony snu przez około 48 godzin przejawia w swoim zachowaniu cechy charakterystyczne dla upojenia alkoholowego. Dochodzi do spowolnienia procesu myślowego, zakłócenia

przetwarzania informacji oraz anormalnej reakcji na bodźce – światło zaczyna jawić się jako oślepiające, a bodźce akustyczne odbierane są z dużo większym natężeniem. Dlatego tak ważne jest zachowanie prawidłowej higieny snu. Lekarze zalecają, aby sen trwał około ośmiu godzin. Jest to optymalny czas dla zregenerowania sił witalnych organizmu. Ich zdaniem najbardziej korzystny jest sen rozpoczęty jeszcze przed północą. Ponadto regularnemu zasypianiu sprzyjają pewne nawyki. Spożywanie lżejszych posiłków podczas kolacji czy nie dostarczanie mózgowi dodatkowych bodźców (telewizja, gry komputerowe) przed spaniem, ułatwia w istotny sposób wprowadzenie organizmu w fazę snu. Warto także zadbać o odpowiednie wyciszenie


źródło: www.pixabay.com

sypialni oraz wytłumienie docierającego światła. Ciemność sprzyja wytwarzaniu melatoniny, która odpowiada za koordynację zegara biologicznego, który reguluje cykl okołodobowy – snu i czuwania. FAZY SNU Badacze wyróżnili dwie zasadnicze fazy snu – REM i NREM. Każda z nich występuje kilkakrotnie – zazwyczaj cztery albo pięć razy w ciągu jednego cyklu. W trakcie dnia człowiek znajduje się w stanie czuwania. Oznacza to stałą gotowość do podejmowania aktywności. Mózg wówczas przetwarza wszelkie docierające impulsy i koordynuje w sposób kompleksowy reakcje na nie. Gdy kładziemy się spać, dochodzi do pewnego rodzaju uśpienia mózgu. Nie oznacza to rzecz jasna, że przestaje on pracować. Sen rozpoczyna się tzw.

fazą o wolnych ruchach gałek ocznych (NREM – non-rapid eye movement). Stopniowo maleje wówczas świadomość docierających bodźców zewnętrznych. Po pewnym czasie prowadzi to do zaniku reakcji na te bodźce i w konsekwencji przeradza się w drugą z faz snu – o szybkich ruchach gałek ocznych (REM – rapid eye movement). W fazie tej mięśnie ulegają całkowitemu rozluźnieniu. Oznacza to, że wówczas człowiek pozbawiony jest zdolności poruszania się. Swego rodzaju paraliż odgrywa kluczową rolę. Stanowi on zabezpieczenie przed niekontrolowanymi ruchami naszego ciała, które mogłyby wystąpić z uwagi na pojawiające się w tym okresie marzenia senne. Z racji tego, że obie fazy snu przeplatają się wzajemnie, podczas jednej nocy wrażenia senne pojawiają się kilka razy. War-

to zaznaczyć, że faza snu krótkofalowego jest znacznie dłuższa od fazy REM. Trwa ona bowiem około 80 – 90 minut, zaś faza tzw. snu paradoksalnego - jedynie kilkanaście minut. Wraz z długością snu maleje jednak czas przypadający na fazę NREM oraz wydłuża się okres fazy REM - nawet do 40 minut. TEORIA PSYCHOANALITYCZNA Zatem oprócz znaczenia czysto fizjologicznego, sen realizuje jeszcze funkcje symboliczne. Pojawiające się marzenia senne często są przedmiotem analiz podejmowanych nie tylko ze strony naukowców. Wielu przypisuje im znaczenie magiczne. Nie może więc dziwić popularność senników czy różnej maści poradnictwa osób odczytujących znaczenie snów. Psychoanalitycy, na czele z najsłynniejszym z nich

43


– Zygmuntem Freudem, w snach doszukują się odzwierciedlenia nieświadomej sfery ludzkiej egzystencji. Zgodnie z trójelementową koncepcją osobowości ludzkiej jest ona złożona z id, ego oraz superego. To właśnie owo nieuświadomione id daje o sobie znać podczas snów. Wówczas ujawniają się ludzkie pragnienia i fantazje. Zdaniem reprezentantów koncepcji psychoanalitycznej na kształt snów mają wpływ przede wszystkim doświadczenia życiowe oraz odczuwane emocje. Wyraźnie podkreślana jest rola dzieciństwa. To właśnie wtedy zdaniem Freuda, w procesie społecznego uczenia się, ludzie nabywają pewnych przekonań. Niektóre z nich pozostają w nieświadomości i dają o sobie znać właśnie podczas snu. TREŚĆ SNÓW Marzenia senne definiowane są jako serie obra-

44

zów, dźwięków, emocji, myśli i innych wrażeń zmysłowych pojawiające się podczas snu. Są to twory fizjologiczne. Człowiek, który ich doświadczył, zwykle opisuje je jako realistyczne, odnoszące się do życia codziennego. Czasem jednak pojawiają się sny cechujące się elementami fantastycznymi. Wielu ludzi doświadcza snów o charakterze retrospekcyjnym, w których pojawiają się zdarzenia i postacie z przeszłości. Nierzadkim motywem goszczącym w snach są wątki miłosne i erotyczne. Przeprowadzone jeszcze w XIX wieku badania wykazały, że jedną z przyczyn wpływających na treść marzeń sennych mogą być warunki otoczenia, w którym śpimy. Wrażenia akustyczne czy świetlne docierające do mózgu, mogą bowiem być fałszywie interpretowane. Intrygującym zjawiskiem jest tzw. podwójny sen. Pod pojęciem tym kryje się sytuacja, w której śnimy o

tym, że śnimy. Wydaje się trafnym stwierdzenie, że sny w pewien sposób odzwierciedlają nasze wnętrze. Przenoszą nas one w pewną niezbadaną i nieodkrytą przestrzeń. Stajemy się jej uczestnikami i zarazem twórcami. Towarzyszące nam emocje, a także problemy dnia codziennego, nierzadko zostają przeniesione do krainy marzeń sennych. Tam jednak uporanie się z problemami zdaje się być o wiele prostsze. Podejmowanie decyzji często przychodzi ze znaczną łatwością. Świat niekiedy jawi się w bardziej przyjaznych barwach. Jednym słowem istna sielanka. Oczywiście, sporym nadużyciem byłoby przekonywanie, że sny są zawsze kojące, uskrzydlające i dodające energii, zapału oraz motywacji do dalszych działań w szarej codzienności. Zapewne każdy pamięta, kiedy w środku nocy obudził się zlany potem, z


źródło: www.pixabay.com

przerażeniem malującym się na twarzy. Sny czasami mogą przybierać formę dalece odbiegającą od ideału. Mówimy wówczas o koszmarach sennych. W takich wypadkach stajemy się ich zakładnikami. Banalna wydaje się konstatacja, że każdy śni. Często jednak zapominamy o tym, co nam się śniło. Około 90% naszych marzeń sennych ulega zatarciu już po kilku minutach od obudzenia się. Dobitnym przykładem na to jest postać angielskiego poety Samuela Taylora Coleridge’a, który tuż po obudzeniu ze snu próbował przelać na papier doznaną podczas snu wizję. Jednak dzieło „Kubla Chan” nie zostało nigdy ukończone, ponieważ autor w trakcie jego pisania stracił senne wspomnienie. Ciekawe okazało się odkrycie naukowców, że śnimy jedynie o tym, co jest nam już znane. Wszelkie pojawiające się postacie czy miejsca były już przez

nas wcześniej widziane. Nie oznacza to jednak, że muszą to być elementy zapamiętane przez nas w sposób kontrolowany. Mogą one jedynie pozostawać w obszarze pamięci nieświadomej i zostawać automatycznie wtłaczane w tematykę danego snu. Nietypowe może być także ich połączenie czy też ukazanie w specyficznym, często nielogicznym kontekście. ŚWIADOMY SEN Niektórzy uważają, że jest możliwe osiągnięcie stanu tzw. świadomego snu (LD – lucid dream). Jest to sytuacja, w której uświadamiamy sobie, że śnimy. Zwykle podczas snu nie mamy rozeznania, że otaczające nas wydarzenia nie dzieją się naprawdę. Dopiero po przebudzeniu dociera do nas, że to, czego byliśmy świadkami, nigdy nie miało miejsca. Sytuacja świadomego snu zachodzi wtenczas, gdy jeszcze podczas spania nasz mózg

uświadamia sobie, że śnimy. Osoby, które doświadczyły stanu świadomego snu podkreślają, że jest to uczucie błogie, któremu towarzyszy pewien dreszczyk niepewności i onieśmielenia. Zyskując świadomość we śnie, pozbywamy się realnych barier i ograniczeń. Możemy bowiem realizować wszelkie nasze plany i zamierzenia – od zdolności latania, przez podróże w czasie aż po nawiązywanie kontaktu z innymi osobami (także zmarłymi). Chociaż spontaniczne i chwilowe uzyskanie stanu świadomego snu może nastąpić bez żadnych wstępnych warunków, zwolennicy tejże teorii twierdzą, że o wiele skuteczniejszym sposobem uzyskiwania świadomości we śnie jest wypracowanie techniki umożliwiającej zorientowanie się, iż otaczająca śniącego rzeczywistość jest wyimaginowana. Do najpopularniejszych metod zaliczyć można tzw. technikę

45


odwołującą się do zaniku poczucia czasu podczas snu. Powszechnie bowiem uznaje się, że w trakcie śnienia nie obowiązują ramy czasowe. Oznacza to, że jeżeli we śnie spoglądniemy na zegarek, to albo wskazówki nie będą pokazywały żadnej konkretnej godziny, albo będą mierzyły czas w sposób odmienny od normalnego – na przykład do tyłu bądź bez zachowania jednakowych jednostek czasu. Twierdzi się, że można wyuczyć się odruchu spoglądania na zegarek, co umożliwi w konsekwencji uzyskanie świadomości podczas snu. Wiele osób doświadczyło zjawiska tzw.

kompresji. Widzieli oni wiele obrazów sennych, co ich zdaniem trwało kilka godzin. Okazało się, że w realnym świecie upłynęło zaledwie kilkanaście minut. ŚNIJMY WIĘC! Z całą pewnością sny są niezbędnym elementem naszego życia. Jak zaznaczają naukowcy, pozbawienie możliwości odpoczynku i marzeń sennych, powoduje pogorszenie kondycji organizmu. Bardzo istotny jest także aspekt symboliczny snów. Nie do przecenienia zdaje się być możliwość ucieczki od rzeczywistości w marzenia senne. Tam można realizować to, czego

w świecie realnym czasami nie da się wykonać. Podróże do najdalszych zakątków Wszechświata, fantastyczne wizje ratowania Ziemi czy niesamowite przygody chyba każdego przekonują, że sny są dla ludzi korzystne i niezbędne do życia. Pomimo że zwykle zapominamy o treści marzeń sennych, to jednak gdzieś w nieświadomości ich odbicie pozostaje, a sama ich obecność umożliwia nam dalsze działanie. Nie ograniczajmy się jednak do marzeń sennych. Uzyskane doświadczenia realizujmy w naszej rzeczywistości. Czyńmy ją lepszą i kolorową niczym słodki sen.  źródło: www.pixabay.com

46


47


TEMAT NUMERU - Świat Marzeń i Snów 48

Jak Bóg mówi do nas przez sny? T Z

ak się stało, że nieczęsto miewam sny. Jednak jeśli już są, to nie są szczególnie wyraźne. nam jednak osoby, które sny pamiętają bardzo dobrze, niektórzy zresztą próbują się nimi sugerować, jakoby były one “znakiem od Boga”. Czyżby?

Dominik Cwikła

TAK... Może być tak, że przez sen przyjdzie do nas Bóg. Takich przypadków było niemało. Józef miał sny, dzięki którym ocalił Egipt od śmierci głodowej. Inny Józef, ten święty, poprzez sen został przekonany, że winien pozostać przy Maryi. Dowiedział się też, że nie popełniła ona cudzołóstwa. Potem poprzez sen dowiedział się o niebezpieczeństwie, które zgotował Herod. Sny w Kościele pojawiały się także i później. Całe życie świętego Jana Bosko zostało nakierowane przez sen, który miał w wieku dziewięciu lat. Niedawno obchodziliśmy zresztą wspomnienie tegoż świętego. Widział w swej sennej wizji chłopców, którzy się bili. Nie zdołał ich porozdzielać. Zwierzęta zmieniły się w dzikie zwierzęta, które gryzły i szarpały się

Podczas snu w naszym mózgu przeprowadzane są przeróżne procesy, które dla mnie są zbyt skomplikowane do wyjaśnienia. Dla naukowców również, bo do tej pory wiele kwestii jest niewyjaśnionych. Jedno jest pewne: procesy te powstały, bo tego chciał Bóg

ze sobą. Maryja i Chrystus powiedzieli, że musi nauczyć się dobrocią i łagodnością się za nich zabrać. I na jego oczach zwierzęta przemieniły się w łagodne baranki. Reszta życia Janka to ciężka praca, nauka, posługa kapłańska i opieka

nad rosnącą rzeszą młodzieży. Jego dzieło przynosi owoce aż do dziś poprzez zgromadzenie salezjanów. Jak widać, sny mogą być faktyczną wiadomością od Boga. Ale czy zawsze? ...ALE NIE ZAWSZE Znam też przykłady ludzi – nieraz z bardzo bliskiego otoczenia – którzy do snów przywiązują zbytnią uwagę. Niemalże wszystko co im się przyśni, próbują brać za jakiś znak. I tak pewna osoba dopatruje się non stop śmierci. „Bo coś podobnego przyśniło mi się ileśnaście lat temu, to teraz znaczy, że umrę ja/ty/ktośtam”. Osobiście gdybym żył w cieniu myśli o tym, że zaraz ktoś mi bliski zejdzie z tego świata, być może pojawiłyby mi się myśli samobójcze. Inna osoba – związana z ruchem nowej ewange-


źródło: www.eioba.pl

lizacji, choć ograniczająca swoją „formację” do „odlotów”, które błędnie nazywa charyzmatami – uważa się za proroka. Niekoniecznie te „proroctwa” nachodzą podczas snu. Ważne natomiast, że się nie spełniły, a były efektem... no właśnie, nie wiem czego. Chęci zabłyśnięcia w towarzystwie? Bujnej wyobraźni? Emocji? Zbytnie przywiązanie do tematu nadprzyrodzonego i usilnego poszukiwania czegoś więcej, niż to, co wszystkim dał Bóg, może prowadzić do zła. Wszyscy znamy legendę o Mahomecie, do którego miał przyjść anioł i objawić mu zasady

Koranu. Biorąc diametralnie inne zasady postępowania zapisane w tej księdze niż w Biblii, pojawiają się dwie perspektywy tego wydarzenia: albo prorokowi coś się przyśniło i wziął to „na serio” lub też po prostu przyszedł do niego „anioł światłości”, czyli zły duch. Jeśli weźmiemy też pod uwagę słowa Chrystusa, a konkretnie „po owocach ich poznacie” (Mt 7, 16), to można mieć poważne podejrzenie o tę drugą opcję. PO PROSTU ŚPIJ Podczas snu w naszym mózgu przeprowadzane są przeróżne procesy, które

dla mnie są zbyt skomplikowane do wyjaśnienia. Dla naukowców również, bo do tej pory wiele kwestii jest niewyjaśnionych. Jedno jest pewne: procesy te powstały, bo tego chciał Bóg. Szukanie jednak na siłę nienaturalnych właściwości może skończyć się źle. Świadome sny, próby zapamiętywania snów, czy doszukiwanie się wszędzie znaków – to po prostu nie należy do nas. Jeśli Bóg będzie chciał nam coś przekazać, to nie martw się, z pewnością znajdzie sposób, by do Ciebie dotrzeć. A Ty po prostu grzecznie śpij.

49


R O Z M O WA N U M E R U

Mogę być przy nim po prostu sobą

50

SM

ylwia Gajewska choruje na artrogrypozę. imo licznych przeszkód spełnia marzenia i jest szczęśliwa. Studiuje pedagogikę na drugim roku. W przyszłości pragnie zostać logopedą.

Krzysztof Reszka

O

d 6 lat jest fotomodelką. Ma za sobą kilkanaście profesjonalnych projektów. Jest zapraszana na prestiżowe gale i pokazy mody. Od 3 lat bloguje dzieląc się swoją historią i optymizmem z innymi. W 2014 roku założyła pierwszą w Polsce agencję dla niepełnosprawnych modelek i modeli - Equal Models Agency. A niedawno... znalazła miłość! Szczęśliwiec u jej boku to Krzysztof Chodkowski. źródło: fot. Gosia Wojciechowska

ONA Krzysztof Reszka: Jak się poznaliście z Krzysztofem i czy to była miłość od pierwszego wejrzenia czy na początku przyjaźń? Sylwia Gajewska: Poznaliśmy się na jednym z portali społecznościowych. Krzyśkowi zaimponował mój uśmiech i to, że mimo niepełnosprawności - której nie ukrywałam – tak wiele osiągnęłam. Napisał do mnie wiadomość i tak zaczęła się nasza znajomość. Po bardzo krótkim czasie nie było dnia, w którym byśmy ze sobą nie pisali czy wieczoru bez długich rozmów. Zaledwie po 2 tygodniach Krzyś zaprosił mnie do pizzerii. Z jego późniejszych opowiadań wiem, że bardzo się dener-


źródło: fot. Gosia Wojciechowska

wował, a ja? Już wtedy wiedziałam, że mogę być przy nim po prostu sobą i tak było. Rozmawialiśmy na tysiące tematów śmiejąc się przy tym jak najlepsi przyjaciele. Już wtedy widziałam jak on na mnie patrzył… (uśmiech). KR: Jak otoczenie reaguje na Wasz związek? Czy wspiera, czy jest sceptyczne? SG: Nigdy nie spotkaliśmy się z negatywnym odbiorem naszego związ-

ku. Wszyscy nas wspierają i cieszą się, że jesteśmy szczęśliwi. KR: Czy była taka obawa, że choroba uniemożliwi marzenia o miłości, czy zawsze wiedziałaś że nie będzie to problemem? SG: Odkąd pamiętam nigdy nie miałam problemów w relacjach damsko-męskich i cieszyłam się powodzeniem. Nie widziałam nigdy w sobie niepełnosprawności i nie

wystawiałam jej przed szereg. Zawsze na pierwszym planie był mój uśmiech i myślę, że to on przyciągał do mnie wyjątkowych ludzi i przyciąga po dziś dzień. Od zawsze chciałam mieć w przyszłości bliską osobę, nie kolegę, nie przyjaciela, a męża, dla którego moja niepełnosprawność będzie czymś normalnym, jak poranna kawa. Chciałabym być żoną - nie idealną wobec bliskich i innych ludzi, a idealną dla niego. I jeśli będzie mi dane, chciałabym usłyszeć kiedyś ''mamo''.

51


ON KR: Czym się zajmujesz na co dzień? Czy tak jak Sylwia masz jakieś pasje? Krzysztof Chodkowski: Na co dzień pracuję, a moją największą pasją są motocykle. Od zawsze miałem do nich słabość i marzę o swoim własnym motorze. Jazda jest czymś co mnie uspokaja i pozwala oderwać się od rzeczywistości. Fajne jest to, że oboje z Sylwią wspieramy się w swoich pasjach. KR: Miałeś kiedyś styczność z osobą niepełnosprawną fizycznie? KCh: Nie miałem nigdy styczności z osobą niepełnosprawną fizycznie, Sylwia jest pierwsza, ale tak na dobrą sprawę myślę, że każdy zmaga się na co dzień z jakąś swoją "niepełnosprawnością" czasem mniej lub bardziej widoczną. KR: Często ludzie sprawni mają obawę, że w towarzystwie osoby niepełnosprawnej zrobią lub powiedzą coś co ją urazi. Czy miałeś taką obawę poznając Sylwię? KCh: Moją jedyną obawą było to jak Sylwia mnie oceni i czy dobrze wypadnę, bo zauroczyła mnie swoją osobowością już podczas rozmów telefonicznych. Na pierwszym spotkaniu nie myślałem o jej niepełnosprawności, starałem się być naturalny i nie bałem się jej pomóc. Sylwia jest bardzo otwarta i mówi wprost kiedy potrzebuję pomocy, potrafi też odmówić i powiedzieć, że poradzi sobie sama. Dzięki temu każdego dnia poznaję jej możliwości. KR: Czym według Ciebie różni się związek ze sprawną kobietą i niepełnosprawną? Czy dostrzegasz jakieś różnice?

52


źródło: fot. Ernest Gajewski źródło: fot. Ernest Gajewski

KCh: Każdy związek jest inny, ale biorąc pod uwagę związek z kobietą pełnosprawną i niepełnosprawną to nie widzę żadnych różnic. Sylwia mimo pewnych barier fizycznych tak jak każda inna kobieta ma uczucia, potrzeby, marzenia, aspiracje i pragnienia, a to że przy pewnych codziennych czynnościach potrzebuje pomocy zbliża nas do siebie jeszcze bardziej. Myślę, że mogę nawet powiedzieć, że związek z taką osobą jest piękniejszy i wartościowszy. Będąc z Sylwią zacząłem zauważać sprawy, na które wcześniej nie zwracałem uwagi, cieszyć się z drobnych rzeczy i doceniać życie takim jakim jest. KR: Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że związek z osobą niepełnosprawną to przede wszystkim obowiązki i wyrzeczenia? KCh: Każdy związek to odpowiedzialność za drugą osobę oraz jej uczucia. Wiążąc się z Sylwią byłem świadomy jej barier i pomoc jej nie jest dla mnie obowiązkiem tylko normalną rzeczą, która sprawia mi przyjemność. Dzięki temu czuję się potrzebny, możemy robić też wiele rzeczy razem, które przynoszą nam dużo radości, a uśmiech i miłość Sylwii sprawiają, że pragnę dostosować całe swoje życie do niej, do nas i nie jest to żadnym wyrzeczeniem. KR: Dziękuję za rozmowę! *** Jeśli chcecie lepiej poznać Sylwię, zajrzyjcie na jej oficjalną stronkę na Facebooku: https://www.facebook.com/ SylwiaGajewskaNiepelnosprawnaFotomodelkaZPasja oraz na jej bloga: http://sylwiagajewska.blogspot.com/ 

53


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 54

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

55


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA - A po-co-to, na-co-to? 56

Misje D

laczego Kościół wysyła swoich ludzi w odległe zakątki Ziemi, wdziera się w lokalną kulturę i niszczy plemienne wierzenia? Czy nie dałoby się grzecznie, po cichu wierzyć? Odpowiedź jest jedna: nie.

Rafał Growiec

Z

acznijmy od tego, czym jest „misja”. Jak powszechnie wiadomo, jest to pewne zadanie, które należy wykonać. Użycie tego słowa wskazuje jednak na jakiś szczególny charakter wykonywanej czynności. Nie dostajemy w szkole „misji domowej” tylko zwykłe, ordynarne zadanie. „Misja” wskazuje na coś więcej. I rzeczywiście, tym czymś więcej jest. Dla chrześcijanina stanowi ona jedną z najważniejszych płaszczyzn bycia świadkiem Chrystusa. W Dziejach Apostolskich już na samym początku mamy tak zwany „nakaz misyjny”. Jezus daje jasny plan głoszenia Dobrej Nowiny najpierw w Jerozolimie, potem w Judei, półpogańskiej Samarii a wreszcie na całym świecie. Chrystusowy plan zawojowania świata realizowany był przez Piotra i spółkę oraz ich następców dość wiernie. Chęć niesienia

Na ile jednak można odejść od kultury europejskiej, rzymskiej, by wciąż pozostać wiernym Chrystusowi? Chińscy jezuici przegrali spór o akomodację, gdyż inni misjonarze twierdzili, że Ricci i kompania zbyt zżyła się m.in. z kultem przodków. Ewangelii napędzała Pawła lepiej niż dziesięć reaktorów jądrowych, zapędzając go podobno aż do Hiszpanii. Wraz z rozwojem Kościoła organizacja misji spadła na barki biskupów. Gdy chrześcijanie mogli już swobodnie wyznawać swoją wiarę, to właśnie przełożeni lokalnych wspólnot decydowali, gdzie i kogo skierować z misją zaniesienia Dobrej

Nowiny. Papież Grzegorz Wielki zdecydował się posłać ludzi na Wyspy Brytyjskie, gdy spotkał na targu niewolników Anglów, których wziął za Angeles, czyi Aniołów i był oburzony, że taki naród nie zna jeszcze prawdziwej wiary. Przez wiele lat rozesłanie w obecnej formie nadzwyczajnej rytu rzymskiego (tzw. „msza trydencka”) traktowano właśnie jako wezwanie do misji. Brzmi ono „Ite, missa est!” i tłumaczone było jako „Idźcie, jest misja!”. Choć nie jest to nazbyt wierne tłumaczenie, to chyba więcej mówi o misyjnym charakterze Kościoła niż „Idźcie w pokoju Chrystusa”. Obecnie wielu bierze sobie do serca te słowa i po wyjściu z kościoła chce mieć święty pokój od Pana Boga. Misja nie jest fenomenem czysto chrześcijańskim ani nawet czysto religijnym. Każdy, kto uważa, że ma coś


źródło: www.misje.gdansk.franciszkanie.pl

ciekawego do powiedzenia, coś co może pomóc innym ludziom na drugim końcu świata, będzie dążył do przekazania tej wiedzy innym. Niekiedy całe narody czuły się uprawnione do misji cywilizacyjnej wśród „tych dzikich Zulusów” czy „nieokrzesanych, pogańskich Słowian”. Trzeba z żalem przyznać, że nieraz głoszenie Chrystusa było wymówką, by wraz z wiarą przynieść na daną ziemię trochę swoich rodaków w ramach kolonizacji. Misjami zajął się Sobór Watykański II, tworząc Dekret o Działalności Misyjnej Kościoła „Ad gentes” („Do narodów”). Obecnie nad działalnością misyjną Kościoła czuwa Kongregacja Ewangelizacji Narodów i Krzewienia Wiary, na czele której stoi kard. Ferdynand Feloni. SERCE, RĘCE I NOGI Jak działa misja? Czy to tylko wpadnięcie do wioski, ochrzczenie trzydziestu zdezorientowanych Indian i popłynięcie dalej w górę rzeki, byleby tylko jak najwięcej

ochrzcić? Nie, nie żartuję, tak w Amazonii działają niektóre nastawione na teologię baptyzmalną wspólnoty o gorących głowach. Misja z prawdziwego zdarzenia nie oznacza jedynie katechezy i wzrostu w wierze. Tak, przyciągnięcie do Chrystusa ludzi, pomoc im w poznaniu Prawdy o Bogu, który przyjął ciało, umarł za nas na Krzyżu i zmartwychwstał to serce głoszenia. Ale przecież samo serce nie wystarczy, misja musi mieć ręce i nogi. Ręce misji to ręce misjonarza. Trzeba nie tylko zanieść wiedzę o tym, że Bóg nakazał kochać bliźniego, ale też pokazać to w praktyce. Same słowa nie wystarczą, by przekonać, trzeba zbudować szkołę, by zapewnić lepszy start dzieciom, szpital, by walczyć z chorobami, sierociniec, by zaopiekować się bezdomnymi dziećmi. Bardzo często to humanitarny aspekt działalności misyjnej sprawia, że ludzie przychodzą niby tylko po szczepionkę na tyfus, ale po pewnym czasie pytają o Boga.

Nie można jednak popadać w horyzontalizm, czyli skupienie się tylko na działalności charytatywnej z nadzieją, że przecież ewangelizacja samymi czynami wystarczy. Czasem wynika to z jakiejś fascynacji lokalną kulturą, której nie chce się zniszczyć przez usunięcie lokalnych wierzeń. Cóż, albo Chrystus albo Nzambi. Znane są jednak przypadki akomodacji, czyli dostosowania się misjonarzy do warunków lokalnych. W Chinach pracowali nad tym jezuici, wśród których był Li Mandu, czyli po prostu chłopak z Włoch, Matteo Ricci, uznawany przez dwór cesarski za wielkiego mędrca. Na ile jednak można odejść od kultury europejskiej, rzymskiej, by wciąż pozostać wiernym Chrystusowi? Chińscy jezuici przegrali spór o akomodację, gdyż inni misjonarze twierdzili, że Ricci i kompania zbyt zżyła się m.in. z kultem przodków. Zakaz akomodacji spowodował niechęć cesarza i jego otoczenia do chrze-

57


ścijaństwa, w efekcie czego Kościół w Chinach przestał rosnąć i zwinął biznes. Dziś akomodacja jest bardziej tolerowana – Jezus z afrykańskiej szopki bożonarodzeniowej ma czarną buzię, tak samo czarni są Maryja i Józef. Nogami misji są nogi ewangelizatora. A żeby tymi nogami ruszać trzeba mieć motywację. Czasem nie wystarcza wizja podniesienia stopy życiowej w jakiejś wiosce. A oprócz motywacji jest też i sporo spraw demotywujących. Nie chodzi tu o

to, że to zawsze ciężka praca, zmiana klimatu, ryzyko związane z podróżą, choroba i tak dalej. Trzeba pamiętać, że bardzo często misjonarz jest na pierwszej linii ognia. Przede wszystkim, zawsze jest na początku obcy. Reprezentuje kulturę białego człowieka, a ten zalazł za skórę setkom milionów ludzi „kolorowych”. Ponadto nieraz misja, jaką niesie nie podoba się lokalnym. W Indiach chrześcijańscy misjonarze są niemile widziani przez elity, gdyż uczą pariasów, że podział na kasty nie jest

efektem woli Niebios, a życie w slumsach nie wynika ze złego życia w poprzednim wcieleniu. Do tego trzeba dodać zagrożenie ze strony zwykłych bandytów, dla których biały człowiek to bogaty człowiek, czyli potencjalna ofiara. Z MISJĄ DO SĄSIADA? Przyjęło się sadzić, że misja musi być wyprawa w dzikie ostępy buszu albo dżungli. Ewentualnie do jakiegoś wielkiego miasta Azji. Być może jednak sekularyzacja Zachodu musi nam źródło: www.siostryzorlika.pl

przeorientować ten obraz. Kościół w Afryce jest coraz bardziej żywy, coraz lepiej udowadnia, że Czarny Ląd to nie teren misyjny. Prawdopodobnie bardziej niż Indianie misji potrzebują teraz Hiszpanie lub Francuzi. A może nie trzeba szukać nawet tak daleko. Dlaczego nie zorganizować misji wśród Świadków Jehowy? Wśród polskich protestantów, muzułmanów, czy nawet – tak, przejdzie mi to przez klawiaturę – Żydów? Kościół zawsze był wrogiem społeczeństwa pluralistycznego, w tym sensie, że zawsze twierdził, że ma pełnię racji i najlepiej, gdyby wszyscy

58

byli katolikami. Luteranizm, klawinizm, islam – mogą mieć jakieś zalążki racji, mogą głosić jakąś prawdę, ale nie całą. Problem w tym, że ostatnio w ramach dialogu międzyreligijnego i ekumenicznego nieco boimy się nawet podjąć próbę, by nawrócić innowiercę. A być może, za kilka lat to do nas będą przyjeżdżać misjonarze z katolickich rejonów Afryki, by wykupywać zaniedbane, albo zamienione na biblioteki kościoły. A gdyby patrzeć mniej globalnie, mniej kontynentalnie a nawet mniej narodowo. A dlaczego nie wyjść z misją do sąsiadów? Dlaczego nie

stanąć na ulicach miast i nie głosić Radosnej Nowiny? Trochę wstyd, że to tak jak „Jehowi”, że jak Mormoni jacyś... Cóż, może te sekty mylą się co do anioła Moroni i nie znają hebrajskiego, ale mają zapał misjonarski i dobre metody. Przede wszystkim jednak chrześcijanin może głosić Chrystusa swoimi rękoma i nogami. Na własnych nogach ponieść Ewangelię i własnymi rękoma pokazać, że hasło „Jak oni się miłują” to nie ironia. I nie trzeba iść na dwa lata do Konga, ale może wystarczy zrobić dwa kroki by bliźniemu poświęcić pięć minut. 


59


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Chrześcijaństwo na pół etatu? O

statnimi czasy zrobiło się głośno o tzw. klauzuli sumienia podpisywanej przez lekarzy. Temat ten jest bezpośrednio związany z wyznawaniem wiary w życiu społecznym. Czy naprawdę jest ona prywatną sferą w życiu człowieka? Bez wątpienia - nie.

Marek Nawrot

Wielu z nas sądzi, iż podczas wykonywania jakiejkolwiek pracy związanej ze sferą publiczną, katolik nie powinien kierować się swoim sumieniem, gdyż prawnie wszyscy żyjemy w państwie świeckim. Sprawa ta dotyczy wielu zawodów m.in. lekarzy, którzy nie chcą przepisywać środków antykoncepcyjnych, czy też polityków, którzy głosują zgodnie ze swoim systemem wartości. Jednakowoż fakt ten dotyka właściwie (lub prawie) każdego z nas. Wszak człowiek jest istotą społeczną. RELATYWIZM MORALNY W badaniach CBOS z 2013 roku 57 % Polaków przyznaje, iż kwestia zdefiniowania dobra i zła jest indywidualną sprawą każdego człowieka. Jednocześnie 19% uznaje, że wynika to z Prawa Bożego. Tym samym coraz więcej osób, spra-

60

Traktowanie wiary jako sfery osobistej i subiektywnej wpływa na jeszcze jeden element, mianowicie na coraz widoczniejsze oddalenie się od nauki społecznej Kościoła, która zresztą wypływa z samych słów Chrystusa zapisanych w Piśmie Świętym. Próbuje się to tłumaczyć miłością i tolerancją w stosunku do bliźniego.

wy natury fundamentalnej (wartości, prawda, dobro, zło) klasyfikuje jako elementy subiektywne, które każdy może sobie poukładać w głowie po swojemu. Prowadzi to do nasilenia przykazu społecznego, aby

nie manifestować swojej wiary i traktować ją raczej jako coś silnie osobistego. A PRZECIEŻ… ...w Ewangelii wg św. Mateusza czytamy: „Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, by świeciło wszystkim, którzy są w domu” (Mt 5,15). Prosty przekaz. Nieśmy swoją wiarę gdziekolwiek jesteśmy. Niech przenika wszystkie sfery naszego życia: myśli, działania, słowa. Papież Franciszek mocno podkreśla fakt, iż Chrześcijaństwo to styl życia - całego życia. A ŚWIAT SWOJE Współczesnemu światu nie odpowiada takie rozwiązanie. Zasadnym będzie tu przytoczenie historii wiceministra sprawiedliwo-


źródło: www.pixabay.com

ści, Michała Królikowskiego, który otwarcie przyznaje się do swojej wiary. Po publikacji jego wywiadu z Abp Hoserem, liczne polskie „autorytety” zaczęły wygłaszać opinie, iż powinien utracić on swoje stanowisko. Dlaczego? Bo urzędnik państwowy nie powinien „obnosić się ze swoją wiarą”. Nieliczne (niestety) przypadki, w których mówi się otwarcie o swojej wierze, traktowane są raczej w kategoriach sensacji. JESZCZE JEDEN SKUTEK Traktowanie wiary jako sfery osobistej i subiek-

tywnej wpływa na jeszcze jeden element, mianowicie na coraz widoczniejsze oddalenie się od nauki społecznej Kościoła, która zresztą wypływa z samych słów Chrystusa zapisanych w Piśmie Świętym. Próbuje się to tłumaczyć miłością i tolerancją w stosunku do bliźniego. Wszak tego uczy Pismo. Otóż i tak, i nie. Często większym miłosierdziem w stosunku do drugiego człowieka będzie nazwanie jego błędnego zachowania po imieniu niż przyjacielskie poklepywanie po ramieniu. Być może wyświadczymy mu właśnie

przysługę. Część kościołów nurtu protestanckiego zaczęło już podążać drogą źle rozumianej tolerancji. Efektem tego jest wciąż zmniejszająca się liczba wiernych oraz zmiana funkcjonalności konfesjonałów, które zaczęto traktować jako magazyn na szczotki (taka sytuacja miała miejsce w jednym z niemieckich kościołów protestanckich). Rzecz do refleksji. 

61


SERIĄ PO LITURGII

Nazi-liturgiści

62

P

owiedzmy sobie szczerze, liturgiczni terroryści rodzą się z zaniedbań kapłanów. Co więc zrobić, by troska o godne sprawowanie Mszy Świętej nie uczyniła ze mnie nieczułego potwora?

Krzysztof Reszka

P

omimo dostrzeżenia roli świeckich na ostatnim soborze oraz wysiłkom Kościoła, aby tę część wiernych uczynić bardziej podmiotowymi, w kwestii liturgii to kapłani mają najwięcej do powiedzenia. I jest to jak najbardziej normalne i prawidłowe. Problem się pojawia jednak wtedy, gdy kapłan tę swoją troskę o liturgię zastępuję troską o… i tu by można różne rzeczy wpisać. A tak zdarza się niestety coraz częściej. Tylko co ja, jako świecki, mogę z tym zrobić? Pójść po skończonej mszy do zakrystii i zwrócić celebransowi uwagę? Może i to jest jakaś myśl, choć wymaga to olbrzymich pokładów cierpliwości i pokory, by nie zostać odebranym jako wymądrzający się, bezduszny strażnik przepisów. W przygotowanie Mszy Świętej można się zaan-

Tacy domorośli liturgiści są właśnie efektem niewłaściwej formacji liturgicznej. Są to najczęściej ministranci, którzy dorastając zaczęli czytać dokumenty Kościoła dotyczące liturgii. Bez odpowiedniej formacji duchowej i biblijnej najważniejszy staje się przepis.

gażować. Ministrantura nie jest zarezerwowana tylko dla młodych chłopców. Mając dwadzieścia, trzydzieści, czy nawet sześćdziesiąt lat, nadal można ubrać komżę czy albę i stanąć przy ołtarzu. Dotyczy to tylko mężczyzn, jednak płeć piękna również ma szerokie możli-

wości służby do Mszy. Tak, bo śpiew w scholii, udział w procesji z darami, czy wykonanie czytań z Liturgii Słowa, to również posługi liturgiczne! Takie zgłoszenie pokazuje, że dla wiernych nie jest obojętny kształt liturgii. Że zależy im na tym, aby była ona godnie i pięknie sprawowana. To z kolei wpływa mobilizująco na kapłanów, którzy, jak już wspomniałem wcześniej, są głównymi odpowiedzialnymi za Święte Obrzędy. Aby jednak podjąć jakąś posługę liturgiczną, trzeba być do tego przygotowanym choćby w minimalnym stopniu. Przygotowanie powinno obejmować nie tylko praktykę, co kiedy przynieść na ołtarz, czy na jaką melodię zaśpiewać psalm. Wymaga przede wszystkim przygotowania duchowego, Msza Święta to wydarzenie mistyczne. Wymaga również


źródło: www.kanonicy.pl

przygotowania teoretycznego, aby rozumieć to, co się robi. A pewien jestem, że niewielu ministrantów potrafiłoby powiedzieć, czemu do wina kapłan dolewa kroplę wody. Spotkać można niekiedy typ liturgisty-inkwizytora. Występuje najczęściej w Internecie i z wielką gorliwością piętnuje wszelkie nieprawidłowości tzw. posoborowia, co łączy się mimochodem z wynoszeniem pod niebo Mszy przedpoborowej. Nie jest to właściwa postawa. Liturgia bowiem ewoluowała przez wieki i nie widzę powodu, by ten proces miał się nagle zatrzymać. Na nadużycia należy oczywiście zwracać uwagę, ale z chrześcijańską miłością! Tacy domorośli liturgiści są właśnie efektem niewłaściwej formacji liturgicznej. Są to najczęściej ministranci, którzy dorastając zaczęli czytać dokumenty Kościoła dotyczące liturgii. Bez odpowiedniej formacji duchowej

i biblijnej najważniejszy staje się przepis. OWMR i Konstytucję o Liturgii Świętej znają na pamięć, zachwycają się wszystkim, co było przed soborem, ale z „Duchem Liturgii” nie ma to wiele wspólnego. Najlepszą, moim zdaniem, formację liturgiczną można przeżyć w Ruchu Światło-Życie. Wspólnota ta powstała na bazie służby liturgicznej za sprawą ks. Franciszka Blachnickiego, w drugiej połowie XX wieku. W Ruch rodził się z poparciem ówczesnego metropolity krakowskiego, kard. Karola Wojtyły. Stwierdził on nawet, że wspólnota założona przez ks. Blachnickiego jest praktycznym przełożeniem postanowień soborowych na rzeczywistość parafialną. Minimum trzyletnia formacja nakierowana jest na służbę Bogu i drugiemu człowiekowi. Służba liturgiczna jest jednym z najważniejszych elementów. Oczywiście w wielu

diecezjach i parafiach również realizowana jest formacja liturgiczna. Dotyczy jednak przede wszystkim ministrantów, kantorów, organistów schol. Zwykli świeccy mają w tej materii ograniczone możliwości. Sprowadza się on właściwie do tego, by sięgnąć raz na jakiś czas po stosowną lekturę, książkę lub artykuł. Dlatego poniżej podaję pewne, warte według mnie polecenia, pozycje, serwisy i czasopisma. Jest to oczywiście zestawienie bardzo subiektywne. 1. http://www.kkbids. episkopat.pl/ - dostępne online i całkowicie za darmo wprowadzenia do ksiąg liturgicznych (np. OWMR, z którym będziecie musieli się zapoznać na drugim roku formacji), dokumenty Stolicy Apostolskiej dot. liturgii, nauczanie papieży, dokumenty duszpastersko -pastoralne Episkopatu Polski, informacje o nowościach wydawniczych z

63


tematyki liturgii, do tego biuletyn „Anamnesis”, czyli na bieżąco o tym, co w liturgii piszczy. 2. http://www.liturgia.pl/ - czyli bardziej przystępnym językiem o teologii liturgii, sztuce (a więc i muzyce) lit., praktyce, do tego dość luźne w formie, a kapitalne w treści artykuły najlepszych polskich liturgistów. II. TRADYCYJNE ŹRÓDŁA WIEDZY Będą to w zasadzie książki, ponieważ na chwilę obecną czasopisma dot. liturgii wydawane po polsku mają charakter stricte naukowy. Co oznacza, że nie da się ich czytać

1. Benedykt XVI „Duch liturgii” - klasyk nad klasykami, namiętnie czyta go proboszcz z Wołkowyji (czyli z serialu „Ranczo”) 2. Ks. Krzysztof Porosło, „W głębi” - kapłana archidiecezji krakowskiej, oazowicz. Praktyczne wytłumaczenie, o co chodzi w szkole liturgi na oazie wakacyjnej i jak to przenieść do codzienności. 3. Rinaldo Falsini „Liturgia. Odpowiedzi na trudne pytania” - Zredagowany na zasadzie pytanie-odpowiedź elementarz odnowionej liturgii. 4. Jean-Denis Chalufour OSB „Przewodnik po Mszy świętej” - W języku polskim nie ma książki, która

w sposób tak przystępny i pogłębiony pokazywałaby jedność liturgii na tle jej różnorodności. Prezentuje zarówno starą tradycję rytu rzymskiego (tzw. formę nadzwyczajną), jak i jej odmiany (np. zwyczaj dominikański), ryty wschodnie z Liturgią św. Jana Chryzostoma oraz zwyczajną formę rytu rzymskiego. 5. Ks. Bogusław Nadolski TChr „Liturgika” (cztery tomy), „Leksykon liturgii”, „Odpowiedzi na 101 pytań o Mszę Świętą”. Autor jest profesorem liturgiki, profesorem podręczników do liturgiki (czyli nauki o liturgii), które używane są w wielu seminariach w Polsce. źródło: www.mlodzi.sosnowiec.pl

64


65


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 66

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK

KĄCIK KULTURALNY KULTURALNY

RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

67


Tumbalalaika - piosenka z tajemnicą

KULTURA

“T

Krzysztof Reszka

S

łuchając piosenki na YouTube, odnoszę wrażenie, że niektóre słowa brzmią dziwnie znajomo. Dziwna rzecz, bo przecież śpiewana jest w języku którego zupełnie nie znam. A jednak uczyłem się kiedyś niemieckiego i dlatego język jidysz nie wydaje mi się czymś zupełnie obcym. Pierwsza zwrotka w przekładnie na język polski brzmi: Stoi chłopiec i myśli myśli i myśli przez całą noc którą wybrać, by się nie wstydzić. którą wybrać, by się nie wstydzić. Mamy więc do czynienia z chłopcem jeszcze nie dojrzałym. Chce mieć dziewczynę, ale nie myśli o tym żeby o nią zadbać. Chodzi o to aby się nie wstydzić. Wysila swój intelekt ale tylko w tym celu by unik-

68

umbalalaika” to ludowa a zarazem miłosna piosenka rosyjskich Żydów, która powstała w języku jidysz. Stała się sławna na świecie gdyż powracali do niej artyści z Zachodu. Znalazła się m.in. w filmie “Strażnik dusz” (Prendimi l’anima z 2002 r. ) który opowiada historię Sabiny Spielrein i znanego psychiatry C. G. Junga. Nie jest to jednak banalna przyśpiewka w stylu disco polo, ale poezja opowiadająca o życiu...

Aby człowiek wyrwał się z samotności, która zdaniem Boga nie jest dla niego dobra, potrzebuje równorzędnego partnera o indywidualnej osobowości. Dopiero wtedy jest możliwe prawdziwe spotkanie, wytwarza się twórcze napięcie i nowa jakość człowieczeństwa.

nąć przykrego dyskomfortu psychicznego. W następnej zwrotce następuję konfrontacja z płcią piękną. Chłopiec zadaje dziewczynie dziwaczne pytania, być może testuje jej inteligencję, może tylko zaczepia, a może naprawdę się zasta-

nawia? Dziewczyno, dziewczyno, chciałbym cię spytać, co może rosnąć, rosnąć bez deszczu? Co może płonąć i nie zgasnąć?, Co może tęsknić i płakać bez łez? Jak zareaguje nasza bohaterka? Jest przecież kobietą. Przypomnijmy sobie jak to u początków "Pan Bóg rzekł: «Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc»" (Rdz 2,18). Ta "odpowiednia pomoc", to po hebrajsku "ezer kenegdo" w dosłownym tłumaczniu : „pomoc naprzeciw niego [przeciw niemu]”. Jeden z najsłynniejszych rabinów w historii judaizmu, Raszi, tłumaczy tę kwestię następująco: „Jeżeli mężczyzna jest tego wart, kobieta


źródło: www.pixabay.com

będzie dla niego pomocą; jeżeli nie będzie tego wart, będzie występować przeciwko niemu". Aby człowiek wyrwał się z samotności, która zdaniem Boga nie jest dla niego dobra, potrzebuje równorzędnego partnera o indywidualnej osobowości. Dopiero wtedy jest możliwe prawdziwe spotkanie, wytwarza się twórcze napięcie i nowa jakość człowieczeństwa. Nic więc dziwnego że dziewczyna w piosence wali prosto z mostu: Głupi chłopaku, czy musisz pytać? Kamień może rosnąć, rosnąć bez deszczu. Miłość może płonąć i nie zgasnąć. Serce może tęsknić i płakać bez łez. Być może irytuje ją mentalność chłopaka i usi-

łuje podnieść go na wyższy poziom. Dotychczas zastanawiał się jedynie nad uniknięciem niezręcznych sytuacji i martwił się głównie tym co ludzie powiedzą: "którą tu wybrać by się nie wstydzić?". A ona wspomina o kamieniu, po czym nakierowuje jego myśl na serce i miłość. Ta zwrotka przywodzi mi na myśl fragment z księgi Ezechiela: "I dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała" (Ez 36,26). Wzmianka o miłości która płonie i nie zagaśnie, przypomina natomiast opowieść o Mojżeszu gdy Bóg przemówił do niegoz krzewu, który płonie ale się nie spala. Jeżeli ogień jest tu symbolem miłości to warto przypomnieć także słowa z Księgi Kapłańskiej: "Ogień

nieustanny będzie płonąć na ołtarzu - nigdy nie będzie wygasać!" (Kpł 6,6). Słowa te nabierają jeszcze mocniejszego znaczeniu z perspektywy Nowego Testamentu który naucza że to nasze ciało jest prawdziwą Świątynią Ducha Bożego. Ale wróćmy do naszej piosenki. Dziś obserwujemy nastolatki które narzekają i lamentują publicznie na portalach społecznościowych ogłaszając miastu i światu, że "miłość nie istnieje !!!!!11111111111". Tymczasem tutaj dziewczyna zdaje sobie sprawę że miłość może płonąć i nie zagasnąć. Miłość istnieje ale trzeba do niej dorosnąć i się jej uczyć. Jednocześnie nie patyczkuje się z chłopakiem tylko ostro go prowokuje. Tak, prowokuje - ale do myślenia. Chłopiec natomiast nadal bombardu-

69


źródło: www.pixabay.com

je dziewczynę serią pytań: Co jest wyższe niż dom? Co jest bardziej zwinne niż mysz? Co jest głębsze od studni? Co jest bardziej gorzkie od żółci? Te pytania i odpowiedzi zaczynają swoim stylem przypominać przysłowia i "wyliczanki" z ksiąg mądrościowych Starego Testamentu. Dziewczyna odpowiada: Komin jest wyższy od domu. Kot jest zwinniejszy od myszy. Tora jest głębsza od studni. Śmierć jest bardziej gorzka, niż żółć. Komin jest wyższy niż dom, dlatego że przecież umieszczony jest na dachu.

70

Swą wysoką pozycję zawdzięcza nie tyle własnym rozmiarom, co odpowiedniemu położeniu. Podobnie człowiek może osiągnąć wysoki poziom mądrości po prostu korzystając z dorobku i doświadczenia swoich poprzedników. Kot jest zwinniejszy od myszy, bo musi być, w przeciwnym razie nie zjadł by jej. Tak więc mając zwinnego przeciwnika lub trudny cel do osiągnięcia, sami nabieramy zwinności. Tora czyli Słowo Boże, jest głębsze niż studnia - z której przecież płynie woda podtrzymująca życie biologiczne. Ale jak wiadomo, nie samym chlebem - czy wodą - żyje człowiek ale każdym słowem które pochodzi od Pana. A przy wszystkich ludzkich przedsięwzięciach, trzeba pamiętać o tym, że każdego z nas czeka

śmierć. Refren wzywa do radości pomimo tego, że w życiu nieraz spotkają nas łzy i poznamy gorycz śmierci: Tumbala, tumbala, tumbałałajka Tumbala, tumbala, tumbałałajka, Tumbałałajko, graj, bałałajko, Graj, bałałajko, byśmy byli radośni.


71


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 72

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE RECENZJE

COŚ WIĘCEJ

73


Przedstawienie musi trwać

NOWOŚCI

T

74

Mateusz Nowak

Głównym bohaterem filmu jest Louis Bloom (w tej roli Jake Gyllenhaal), socjopata, złodziej, zbieracz złomu, którego ambicje sięgają jednak znacznie wyżej. Pewnego dnia jest świadkiem wypadku drogowego i działań dwóch mężczyzn filmujących akcje służb ratowniczych po to, by sprzedać je którejś z lokalnych telewizji w Los Angeles. Dalszy rozwój wydarzeń jest dosyć łatwy do przewidzenia. Louis kupuje kamerę i wsłuchując się w radio na częstotliwościach policyjnych jeździ od wypadku do wypadku, by zebrać jak najlepszy materiał na sprzedaż. Aby żądać większych stawek i być lepszym niż inni, posuwa się coraz dalej, więc kwestią czasu wydaje się być, kiedy sam zacznie pisać scenariusze pewnych zdarzeń. Brak nominacji do Oscara dla Gyllenhaala odbił się

ragedia, krew, śmierć, to najlepsza pożywka dla mediów. Nikt nie pyta, skąd masz ten film czy te zdjęcia. Nikt nie pyta, co zrobiłeś, żeby je zdobyć. Nikt nie pyta, jakie są Twoje metody. Możesz wszystko, a ich to nie obchodzi, bo liczy się tylko zysk i skaczące w górę słupki oglądalności. I taki świat mediów przedstawia nam Dan Gilroy w filmie “Wolny strzelec”, będącym debiutem reżyserskim tego twórcy.

Film stawia przed widzem wiele pytań. Czy w ogóle istnieje jeszcze coś takiego jak etyka dziennikarska? Do czego zdolne są media, byle tylko walczyć o widza? Gdzie w tym wszystkim znaczenie ma życie ludzkie? Do nas, Polaków, może jeszcze aż tak bardzo ta wizja nie przemawia.

szerokim echem. I tu już nawet nie chodzi o to, że specjalnie odmienił się i schudł do roli. On po prostu jest gościem, z którym nie chcielibyśmy się znaleźć sam na sam. To przebiegły typ, który samym swoim wyglądem napawa stra-

chem. W jego spojrzeniu jest coś niepokojącego. Gdy się uśmiecha, to powoduje to dreszcze przechodzące po ciele, a jego mądrości życiowe są żywcem wyjęte z Internetu. Typowy socjopata, który jest gotów na wszystko, byle osiągnąć upragniony cel. I to widać, praktycznie od pierwszej sceny filmu. Postawienie takiej postaci jako głównego bohatera zawsze powoduje dla widza problem w odbiorze. Ciężko jest przecież kibicować komuś takiemu, a jednak ciekawi nas, co wydarzy się za chwilę, do czego się posunie następnym razem i czy poniesie jakiekolwiek konsekwencje swoich działań. Odegrane po mistrzowsku. I nie boję się stwierdzić, że to właśnie Gyllenhaal jest największym atutem tej produkcji. Film ogląda się dobrze. Scenariusz jest sprawnie napisany, historia ciekawa i


źródło: materiały promocyjne

przede wszystkim trzymająca w napięciu do samego końca. Reżyser umiejętnie przechodzi pomiędzy różnymi scenami, pokazując stopniowe dochodzenie Blooma do "sukcesu". Intrygujące są relacje głównego bohatera z innymi ludźmi. Najważniejszą jest jego współpraca z właścicielką jednej z telewizji - Niną Romina (rola Rene Russo). Z jednej strony kobieta wydaje się być normalna, z drugiej jednak napędza Blooma i chce cały czas więcej i więcej. Ciekawie obserwuje się zmiany relacji pomiędzy tą dwójką. Louis w miarę jak zaczyna coraz bardziej być świadomy wartości tego, co robi, pozwala sobie na coraz więcej, a Nina chcąc, nie chcąc, musi zacząć się podporządkowywać. Całkowicie podporządkowany Bloomowi jest za to

Rick, młody chłopak, Azjata, który desperacko szukał pracy. Pomimo że Bloom go przeraża i wykorzystuje bezwzględnie, słucha go i pracuje z nim bez przerwy, wierząc jego obietnicom, że kiedyś będzie zarabiał duże pieniądze. Film stawia przed widzem wiele pytań. Czy w ogóle istnieje jeszcze coś takiego jak etyka dziennikarska? Do czego zdolne są media, byle tylko walczyć o widza? Gdzie w tym wszystkim znaczenie ma życie ludzkie? Do nas, Polaków, może jeszcze aż tak bardzo ta wizja nie przemawia. W Ameryce jednak wydaje się to być już normą. Pytanie jest więc również kierowane do ludzi, czemu się tak bardzo karmią tego typu obrazkami? Media bez widzów nie istnieją, a skoro walczą o to, by pokazać

jak najkrwawsze sceny, to znaczy że od czasów Imperium Rzymskiego naprawdę niewiele się zmieniło. Ludziom nadal potrzeba chleba i igrzysk, tylko trochę w innej formie. Te wszystkie składowe - kreacja Gyllenhaala, ciekawa historia i refleksje, do jakich można dojść po seansie, sprawiają, że "Wolny strzelec" jest jedną z ciekawszych pozycji filmowych minionego roku. Aż dziw bierze, że Akademia nominowała go jedynie za scenariusz oryginalny. Nie od dziś jednak wiadomo, że jej wybory nie zawsze pokrywają się z odczuciami widzów. Nagrody jednak nie mają aż takiego znaczenia, liczy się to, czy film potrafi przyciągnąć naszą uwagę, a "Wolnemu strzelcowi" na pewno się to udało. 

75


Czy piosenka może cię uratować? WC

FILM

Anna Zawalska

76

C

ałą produkcję można porównać do dobrej rockowej ballady. Zaczynamy delikatnie od niepozornych brzmień. Poznajemy Grettę (Keira Knightley) – muzyczną artystkę i Dana (Mark Ruffalo) – poszukiwacza prawdziwych talentów, któremu życie ostatnio dało w kość. Całość rozkręca się powoli i wprowadza nas w odpowiedni klimat. Stajemy się obserwatorami historii, w której upadek na samo dno może stać się doskonałą szansą do ponownego wzlotu. Dalej już jest tylko lepiej – zaszczepieni chwytliwą zwrotką oczekujemy z niecierpliwością na refren. Ten jednak zostaje zaaplikowany subtelnie, bez zbędnego upiększania, małostkowości czy dramatycznych zwrotów. I mimo to dajemy się porwać muzyce. Reżyser John Carney

życiu mamy nieskończoną ilość szans. hociaż wszystko się wali, problemy narastają i całokształt istnienia wydaje się być kompletnie bezsensu, to nic nie stoi na przeszkodzie, by zacząć wszystko jeszcze raz – czasem jedyne czego potrzeba to odpowiedni bodziec. O tym właśnie jest film „Zacznijmy od nowa” (2013).

Historia opowiedziana przez Carneya subtelnie daje sporo nadziei i nastraja pozytywnie. Widzimy człowieka zniszczonego przez życie, który chwyta daną mu szansę i odbija się od dna. I nagle wszystko zaczyna się układać.

dał się już poznać ze strony swojej muzycznej wrażliwości i stworzył dzieło, które zagwarantowało mu Oskara za najlepszą piosenkę. „Once” (2006) i „Falling Slowly” w wykonaniu Glena Hansarda i Markety Irglovej zawładnęło uczuciowością odbiorców na całym świecie. Na podobny sukces i na złotą statuetkę ma

szansę również piosenka „Lost Stars” w wykonaniu Keiry Knightley. I mimo że historia w „Zacznijmy od nowa” narracyjnie bardzo przypomina wcześniejszy film Carneya, to jednak oglądamy ją z taką samą przyjemnością. Carney fabułę konstruuje na tym samym schemacie, co w „Once”. Mamy przed sobą dwójkę wrażliwych artystów, których spotkanie daje niezwykłe rezultaty. Gretta tworzy muzykę, a Dan pomaga tej muzyce rozkwitać. Pomimo przeciwności za główny cel obierają sobie wyprodukowanie płyty. Jak się okazuje, wspólna praca przy nagrywaniu piosenek sprzyja nie tylko rozwojowi talentów, ale także radzeniu sobie z problemami. Reżyser gra tutaj kontrastami. Zestawia ze sobą doświadczonego i zmęczonego życiem Dana,


źródło: materiały dystrybutora

pewnego swojego instynktu muzycznego, z młodą, nie do końca przekonaną o swoim talencie Grettą, która urzeka swojego nowego przyjaciela zupełnie nowym postrzeganiem świata. Spotkanie producenta i piosenkarki będzie ubogacające dla obojga. Historia opowiedziana przez Carneya subtelnie daje sporo nadziei i nastraja pozytywnie. Widzimy człowieka zniszczonego przez życie, który chwyta daną mu szansę i odbija się od dna. I nagle wszystko zaczyna się układać. Bodźcem do zmian staje się młoda dziewczyna, dla której starszy producent również staje się przyczyną rozpoczęcia wszystkiego na nowo. „Zacznijmy od nowa” to przede wszystkim histo-

ria o tym, że chociaż trudno oderwać się od dotychczasowego życia i wypaść z marazmu, którzy trzyma człowieka w szponach, to jednak ryzyko czasem się opłaca i może stać się początkiem czegoś wspaniałego. Wielkim plusem, dla którego film warto obejrzeć, jest ścieżka dźwiękowa. Kompozycje Gregga Alexandra właściwie ukształtowały tę produkcję, gwarantując jej pozytywny odbiór. Nominowana do Oskara piosenka „Lost Stars” to nie jedyna muzyczna perełka, jaką możemy usłyszeć. Warto zwrócić uwagę chociażby na takie utwory jak „Like a Fool” czy „Tell Me If You Wanna Go Home”. Każdy, kto chce posłuchać łagodnych brzmień,

nastrajających bardzo pozytywnie, powinien sięgnąć po płytę z sountrackiem tego filmu. Widać tu znaczącą różnicę pod względem muzyki w „Once”, gdzie piosenki miały charakter bardzo refleksyjny, momentami popadający w odrętwienie. „Zacznijmy od nowa” od strony dźwiękowej nastawia afirmatywnie względem świata i życia. Rozliczając film z perspektywy gry aktorskiej można stwierdzić, że poziom produkcji niestety znacznie spada. O ile para głównych bohaterów całkiem dobrze sobie radzi, to drugoplanowe postacie są mdłe i bez wyrazu, właściwie mogłoby by ich w ogóle nie być, a film by na niczym nie stracił. Keira Knightley wykreowała postać

77


źródło: materiały dystrybutora

Gretty całkiem umiejętnie i zyskuje ona sympatię odbiorcy. Mark Ruffalo – znany m.in. z roli zielonego potwora z „Avengersów” – z kolei sprawdził się w roli doświadczonego przez życie, wypalonego producenta muzycznego. Całość, choć zagrana poprawnie, to jednak pozbawiona była iskry, która widza zachwyci i porwie. Swój debiut aktorski w tym filmie – trudno powiedzieć, że udany – zaliczył Adam Levine. Piosenkarz powinien pozostać przy twórczości muzycznej. W roli Dave’a – chłopaka Gretty – wypadł marnie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, gesty nie istniały i jego postać była

78

nieautentyczna, co może dziwić, zwłaszcza, że dostał rolę piosenkarza. Oczywiście film nie musi podobać się każdemu. Aczkolwiek trzeba mieć na uwadze, że nie jest to typowa hollywoodzka produkcja. Wcześniejsze filmy Carneya raczej uciekały od schematu kasowych romansideł, dlatego przeniesienie „Zacznijmy od nowa” w te realia było trochę ryzykowne i zwiastowało szmirę. Tymczasem wydaje się, jakby reżyser pokazał język w stronę Hollywoodu i stworzył delikatną opowieść o ludzkich problemach, przyjaźni i odbudowywaniu szczęścia, okraszoną dźwiękami uro-

kliwych melodii. Prostota to coś, co urzekło odbiorców w „Once”. Być może „Zacznijmy od nowa” ten sukces powtórzy. Festiwalowy tytuł tej produkcji, który zdaje się jeszcze lepiej oddawać sens filmu to „Can a Song Save Your Life?”. W wielu sytuacjach piosenka ratuje bohaterów produkcji. Utwór „A Step You Can’t Take Back” na pewno uratował Dana, który będąc na dnie usłyszał śpiew Gretty i postanowił znów zawalczyć o szczęście i spełnienie. Z kolei „Like a Fool” było bodźcem do zmiany dla Dave’a. Bo czasem wystarczy impuls – nawet jeśli jest to „tylko” piosenka.


79


Regresja małpowania na Planecie Małp

KSIĄŻKA

vs

FILM

N

80

ie, to nie tytuł najnowszego filmu z serii. To raczej smutny wniosek po przeczytaniu książki i obejrzeniu dwóch jej „adaptacji”. Uwaga, będę spoilował.

Rafał Growied

Z

akładam, że większość czytelników zna ogólny zarys fabuły pierwszego filmu „Planeta Małp”, zna doskonale zakończenie i wie, czego się spodziewać, dlatego pozwolę sobie pozdradzać szczegóły fabuły, by ukazać jak „wiernymi” „adaptacjami” francuskiej książki są filmy stworzone w USA. Jeżeli ktoś nie czytał, nie widział, nie słyszał, niech pomija akapity zaczynające się od „fabuła”. Pomysł nie jest amerykański, lecz jak wspomniałem, francuski. Pierre Boulle napisał książkę w 1963. roku, jednak już przed jej wydaniem prawa do ekranizacji zostały wykupione przez Arthura P. Jacobsa. Choć jako pierwszy na społeczeństwo ludzkie za pomocą małp (konkretnie pawianów) spojrzał Huxley w dystopii „Małpa i duch” (ang. „Ape and Essence”). Jeszcze wcześniej inteli-

Adaptacja z 2001 roku ma długą historię. Prace w latach 80. zawieszono, gdyż – jak to ujął Don Murphy – studio Fox oczekiwało czegoś na podobieństwo familijnej opowieści o Flinstone’ach, a scenarzyści tworzyli historie w klimacie „Terminatora”. gentne goryle pojawiają się na kartach „Genus homo” z roku 1941. „La Planéte des Singes” nie jest więc aż takim prekursorem (powiedzmy szczerze: Boulle zdolnie małpował), jednak zdobyła znacznie większą popularność. Fabuła książki: Para kosmonautów znajduje list w butelce. Jest to relacja francuskiego dziennikarza

Ulissesa Mérou, który wraz z dwójką przyjaciół ląduje na planecie w gwiazdozbiorze Betelgezy, gdzie spotyka ludzi będących na poziomie zwierząt. Pierwsza napotkana kobieta, Nova, dusi oswojonego szympansa. Ulisses zostaje schwytany przez inteligentne małpy i odstawiony do ośrodka badawczego. Uczy się ich języka i przekonuje do siebie szympansicę Zirę. Ta wraz z pomocą narzeczonego, Corneliusa, pomaga mu ujawnić się na wielkim naukowym kongresie. Oswobodzony Ulisses staje się członkiem małpiej społeczności. Gdy jednak Nova zachodzi w ciążę, małpy postanawiają się go pozbyć. W międzyczasie małpi neurolodzy odczytują pamięć gatunkową jednej z kobiet i odkrywają, że małpy pierwotnie były niewolnikami ludzi. Mérou dzięki wsparciu Ziry i Corneliusa dostaje


źródło: materiały promocyjne

się na pokład sztucznego satelity, dzięki czemu może przesiąść się na swój wciąż orbitujący statek i wrócić na ziemię. Tam zastaje już małpią cywilizację. Czytający list kosmonauci uznają to za brednie. Jak każdy szanujący się szympans nie mogą wierzyć w inteligencję ludzi. Jedynie w książce tytuł „Planeta Małp” może mieć większe znaczenie niż tylko glob zamieszkany przez naczelne. Kultura Sorory, jak nazywają planetę Mérou i jego towarzysze (profesor Antelle i jego uczeń, Levain) jest niemal identyczna z naszą. Te same stroje, te same miasta, te same silniki spalinowe – nawet te same, tak samo nazwane teorie naukowe (teoria względności). Jest to efekt trwającego kilka tysięcy lat zastoju, gdy nie wynajdywano nic nowego. Dopiero od niedawna szympansy próbują przebić się przez konformizm goryli i trady-

cjonalizm orangutanów. Jedynie w naukach biologicznych małpy przewyższają ludzi z Ziemi. Sami ludzie zaś są po prostu zwierzętami. Nie noszą ubrań, nie mówią, brak im świadomości. Już przy pierwszym spotkaniu z Novą Mérou zauważa e jej oczach brak czegoś więcej, tego szczególnego wyrazu ludzkich oczu. Ludzie trzymani w zoo próbują przypodobać się publiczności, wyżebrać jakiś smakołyk. Istotne jest to, jak homo sapiens stracił władzę na planecie – przez lenistwo duchowe, brak rozwoju. Nie powstawało nic nowego, nawet za bardzo nie reprodukowano już tego, co było. Ludzi męczyło już nawet stawianie pasjansów. To, co mnisi nazwaliby acedią doprowadza do tego, że ludzie nie mają już woli, by przeciwstawić się buntowi małp. Nie protestują, gdy goryle wyrzucają ich z salonów, łóżek, w końcu wsadzają do

klatek. W czasie pobytu na wolności, Ulisses zastanawia się nad ludzką kulturą, patrząc na kulturę małp. Zauważa, że goryle, orangutany przede wszystkim naśladują to, co już było – innymi słowy: małpują. Rzadko kiedy pojawia się nowa myśl, nowy trend, ale i to zostaje szybko poddane reprodukcji poprzez powstawanie mniej lub bardziej wiernego odbicia. W ten sposób także nasza planeta staje się „Planetą Małp”, skupioną na kopiowaniu tego, co się sprzedało. Właściwie szczytem kultury małpowania jako powielania przez lata trafionych produktów była cała seria filmów o Planecie Małp, serial telewizyjny, kreskówka, remake i kolejne prequele. Wtedy jednak nie było P. Jacksona. Na drugim planie widać więź emocjonalną między Ulissesem a Zirą, która jednak rozbija się o różnicę

81


gatunkową. Główny bohater ma dylemat – czuje coś do Ziry, która mimo tego, że jest szympansicą stanowi dla niego bratnią duszą, ale pociąga go Nova, która niby jest kobietą, ale emocjonalnie bliżej jej do zwierzęcia. „Jesteś taki szpetny” – wyznaje szympansiczka człowiekowi przed jego odlotem z Sorory. Odrębną sprawą jest kwestia religii, też wyraźnie małpującej chrześcijaństwo, jednak bez prostactwa, jakie pojawi się w filmie Burtona. Prymat małp jest uzasadniony religijnie, nie ma jednak pokazanych wielu praktyk czy dogmatów. OSZCZĘDNOŚCI I MORALNOŚĆ, CZŁOWIEKU! Adaptacja z 1968. roku była luźno oparta na powieści, a dostosowana raczej do oczekiwań amerykańskiego widza. Musiało więc być szybciej, dramatyczniej, bardziej amerykańsko. Zadbał o to reżyser, Franklin

J. Schnaffer, a także obsada, gdzie na pierwszy plan wysuwa się odtwórca roli Taylora Charlton Heston, naczelny prawy i sprawiedliwy Hollywoodu w tym okresie. Fabuła: trzech amerykańskich astronautów rozbija się na nieznanej planecie i tonie w morzu. Spotykają prymitywnych ludzi, niemych, ale już odzianych w skóry. Jeden z astronautów ginie. Dwaj pozostali, w tym główny bohater,Taylor, zostają schwytani przez inteligentne małpy. Raniony w gardło mężczyzna długo nie może wydusić ani słowa, a czyni to dopiero po nieudanej próbie ucieczki. W związku z tym, że inteligentni ludzie są sprzeczni z wiarą małp, Taylor zostaje skazany (przez orangutany z dr. Zaiusem na czele) na lobotomię i kastrację. Ucieka jednak wraz z Zirą, Corneliusem i Novą do Zakazanej Strefy, gdzie odkryto ślady kultury starszej niż

małpia. Tam dr. Zaius przyznaje, że wiedział o przeszłości ludzi i małp. Taylor z Novą odjeżdżają, by wreszcie odnaleźć zakopaną do połowy piersi Statuę Wolności. Ze względów ekonomicznych zrezygnowano z wizji zaawansowanej małpiej cywilizacji, gdyż byłoby to zbyt drogie. Tak więc mamy nie murowane domy, a coś na kształt kamiennych schronień. Zamiast silników mamy konie, nie ma mowy o lotach w kosmos. Wygląda to ładnie, ale ubogo w porównaniu z wizją Boulle’a. Pojawia się też problem, który wynika zapewne z chęci w miarę szybkiego zawiązania akcji. Dlaczego na obcej planecie, tak różna od naszej cywilizacja małp porozumiewa się płynną angielszczyzną? W książce mieli naczelni własny język,, który Ulisses musiał dopiero poznać. Także jeśli chodzi o zręczność małpy Schnaffera są sto lat za krewnymi z źródło: materiały promocyjne

82


źródło: materiały promocyjne

kart powieści – tam posługują się one także dolnymi kończynami równie sprawnie jak rękoma, w filmie nogi służą tylko do nieco niezgrabnego przemieszczania się. Z kolei, by nie burzyć wciąż troszkę konserwatywnej widowni i krytyków, założono ludziom jako-takie przepaski. Nie wiemy, czy w czasie pobytu w ośrodku badawczym Taylor współżyje z Novą, co też może być efektem pewnej wrażliwości. Ludzka cywilizacja zostaje zniszczona nie przez bierność i zastój, ale właśnie przez aktywność, wojnę nuklearną. Scenarzyści postanowili więc uderzyć we wciąż czułą strunę widzów – zagrożenie konfliktem jądrowym. To Zaius, pomimo tego, że jest tym „złym małpiszonem” trafnie opisuje człowieka takiego, jakim się być w latach 60. – jako zdolną jedynie do niszczenia bestię. Zupełnie pominięto relację głównego bohatera

i Ziry, człowiek jedynie na pożegnanie całuje ją lekko, co jest raczej oznaką wdzięczności niż uczucia damsko-męskiego. Religia przypomina nieco protestantyzm, skupiona na świętych zwojach, posłudze duchowej, ale też sztywnych regułach, strzeżonych przez orangutany. To one, chcąc zbadać, czy Taylor ma duszę pytają go prawdy wiary. Zaius jest jednocześnie badaczem, ale też oficjalnie występuje jako Obrońca Wiary. WIĘCEJ, SZYBCIEJ, NAJGORZEJ Adaptacja z 2001 roku ma długą historię. Prace w latach 80. zawieszono, gdyż – jak to ujął Don Murphy – studio Fox oczekiwało czegoś na podobieństwo familijnej opowieści o Flinstone’ach, a scenarzyści tworzyli historie w klimacie „Terminatora”. Pomysły były różne – od czasów podobnych do antycznego Rzymu po wykorzystanie w fabule

tajnego kodu Biblii (sic!). Zrezygnowano w końcu z próby stworzenia sequela, a zdecydowano się na remake, z dużo większym budżetem i lepszymi efektami niż oryginał. Co ciekawe, miał on być wierniejszy książce. W kolejne próby reaktywacji serii o Planecie Małp zaangażowani byli tacy reżyserowie jak Peter Jackson (jego wersja filmu „Powrót na Planetę Małp” miałaby być osadzona w realiach quasirenesansowych), Adam Rifkin (reżyser m.in.. „Pościgu”), Oliver Stone, Philip Noyce, Chris Columbus czy James Cameron a przed kamerami mieli stanąć m.in Arnold Schwarzenegger, Tom Cruise czy Charlie Sheen. Udało się wreszcie Timowi Burtonowi... „Udało się” to gruba przesada. Film zdobył cztery Złote Maliny i uznany został za jeden z najgorszych remake’ów. Pomimo świetnych efektów specjalnych, jakiegoś tam nawiązania do książki, a

83


nawet wprowadzenia wątku jakiejś więzi emocjonalnej między człowiekiem a szympansicą Ari, wszystko jest bez sensu i pokręcone. I pomyśleć, że Tim Roth dla tego filmu zrezygnował ze starań o rolę Snape’a w pierwszej części „Harry’ego Pottera”. Fabuła jest (mimo zapożyczenia kilku wątków z książki) bardzo odległa od oryginału. Rok 2029, w kosmosie działa baza US Air Force „Oberon”. W pogoni za próbnikiem z genetycznie modyfikowanym szympansem Peryklesem na pokładzie, kapitan Leo Davidson rozbija się na planecie rządzonej przez małpy. Ucieka z niewoli i przekonuje szymansicę Ari o swojej tożsamości. W drodze do Calimy, gdzie mogą znajdować

84

się ludzie, towarzyszy mu „przyjemnie zaokrąglona” (cytat za wikipedią angielską) Daena, jej ojciec (grany przez gwiazdę country Krisa Kristoffersona), oraz goryl Krull. Calima okazuje się być rozbita dawno temu stacją badawczą Oberon, z której wyleciał Davidson. Tymczasem generał Thade przekonuje senat do rozwiązania kwestii ludzkiej. Dochodzi do bitwy, przerwanej nagłym zjawieniem się Peryklesa. Thade zostaje uwięziony, a Leo wraca na Ziemię, gdzie rządzą już małpy. Tim Burton zrobił niezbyt udany film klasy B, chcąc pomieszać to, co się najlepiej sprzedaje: wątki rasizmu, Holocaustu (ostateczne rozwiązanie kwestii ludzkiej), ekologii, praw

zwierząt, genetyki, wprowadzając sceny batalistyczne i czysto komiczne postaci (Limbo). W efekcie wyszło coś tak nijakiego, jak tylko się da. Ludzie są jak najbardziej cywilizowani, mówią, noszą coś więcej niż przepaski i bardziej niż zwierzęta przypominają niewolników. Daena zdaje się pojawiać na ekranie tylko po to, by być curvaceous: zachwycać typowo amerykańską urodą i docinać Ari z zazdrości o głównego bohatera. Zresztą, tu wszystko jest do bólu amerykańskie. Przez chwilę bałem się, że scenę bitwy między małpami a ludźmi przerwie wtargnięcie kawalerii USA pod gwiaździstym sztandarem. Na szczęście, to był tylko amerykański szympans, wysłany przez Amerykanów


źródło: materiały promocyjne

z amerykańskiej stacji kosmicznej. Pojawia się pytanie, skąd się wzięli ludzie na tej planecie: Nawet jeśli małpy pod wodzą Semosa oszczędziły choćby większość załogi Oberona, to czy nadal nie była to zbyt uboga pula genetyczna? Takich niedociągnięć fabularnych jest tu więcej. Dużo więcej. Małpia cywilizacja zaś niemal zupełnie odeszła od pierwowzoru. Nie mamy podziału kastowego czy rasowego na szympansów -badaczy, goryle-wojowników i orangutany-mędrców. Żoną statecznego, starszego orangutana jest energiczna, młoda szympansica. Jakie będą z tego dzieci, strach pytać. Praktycznie poza estetyką i zwyczajem używania stóp do pisania mamy zwyczajne ziem-

skie społeczeństwo, gdzie gatunek jest dopasowany bardziej do charakteru niż roli. Religia małp zaś jest ewidentnie oparta na chrześcijaństwie (jak już wspomniałem, małpy wyczekują powrotu Semosa) z tym, że okazuje się oparta na kłamstwie. Film Burtona kończy się klasycznym cliffhangerem, czyli zabiegiem mającym nakłonić widza do obejrzenia następnej części. Na szczęście, po czternastu latach wciąż nie widać nawet plotek o kolejnej okazji, by twórca się ostatecznie pogrążył. Ciężko porównywać trzy tak różne twory. Jednak z żalem dostrzegam pewną zależność. Im nowsza produkcja, tym mniej ambitna, tym bardziej stawia

na widowiskowość i bycie „fajniejszym”. Oczywiście, wszystkie wersje mają pewne „fundamentalne” niedociągnięcia. Jakoś nikt się nie zastanawia, skąd na obcej planecie ziemscy ludzie i ziemskie małpy. Ot, taki niezwykły traf... Każda stara się powiedzieć coś o człowieku przy pomocy małp, ale coraz mniej oryginalnie, coraz banalniej. Czyżby już nawet małpowanie przestawało dobrze wychodzić w Hollywood, czy to tylko Burton przedobrzył? 

85


Dewiacje i niedomagania Ziemkiewicza KSIĄŻKA

N

86

Wojciech Urban

Ż

eby było jasne, Ziemkiewicza cenię zarówno jako pisarza, jak i publicystę. Książki, takie jak “Michnikowszczyzna”, “Myśli nowoczesnego Endeka” czy “Jakie piękne samobójstwo” powinny być omawiane na lekcjach WoS-u i historii. O ile takie przedmioty jeszcze się w szkołach ostały. Również bieżące komentarze i artykuły Ziemkiewicza zawsze tchną świeżością, ostrością myśli, błyskotliwością riposty, niebanalnością puenty. Jednak, jeżeli ktoś czyta teksty pana Rafała regularnie, to książkę może kupić tylko po to, żeby ją sobie postawić na półce. Bo już ją przeczytał. “Życie seksualne lemingów” to nic innego, jak zbiór felietonów Ziemkiewicza z ostatnich, plus-minus, dwóch lat, ukazujących się w piątki w serwisie Interia. pl, oraz sobotnich, publikowanych na stronie tygodni-

a „Życie seksualne lemingów”, czyli najnowszą książkę Rafała Ziemkiewicza, czekałem z niecierpliwością. Zaraz po tym, jak wpadła mi w ręce, uświadomiłem sobie dwie rzeczy. Jedna, to że tytuł dotyczy tego, jak obecna władza „dyma” Polaków. Druga, że autor wydymał czytelnika, sprzedając starego kotlet w pozornie świeżej panierce.

Wydanie tych felietonów w jednym miejscu to z jednej strony swego rodzaju pomnik dla autora, a jednocześnie możliwość zapoznania się z poglądami niedoszłego kandydata na prezydenta. Ale w tej beczce miodu dziegciu jest sporo.

ka DoRzeczy. No i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że książka wygląda na szwindel, co by podreperować budżet „niepokornego” autora. Warto przypomnieć, że parę miesięcy temu Ziemkiewicz dał się wkręcić w paskudą akcję, mianowicie, przedstawiciele serwisu Onet.pl, (jeden z najwięk-

szych konkurentów Interii, z którą Ziemkiewicz dotychczas pracował) złożyli mu propozycję współpracy. Ich oferta przebijała to, co dawała Interia, gwarantowali również, że nie będą się wtrącali w to, co będzie publikował. Profity finansowe z jednej, a możliwość publikowania na jednym z najbardziej „parówkowych” portali (co z kolei rokowało na otworzenie oczy choć kilku „lemingom”) z drugiej spowodowały, iż Ziemkiewicz na taką propozycję przystał. Naturalnie, zrywając współpracę z Interią. W tym czasie wyszła afera związana z oskarżeniem o gwałt na pijanej dziewczynie przez byłego zakonnika. Całą aferę Ziemkiewicz dość pamiętnie skomentował na Tweeterze („kto choć raz nie przespał się z pijaną…”). Planował również szerzej temat ten poruszyć w najnowszym


źródło: www.ngopole.pl

felietonie. Na Onecie zdążył opublikować bodaj dwa teksty. Trzeci, dotyczący wyżej wspomnianej sprawy, ukazać się nie zdążył, gdyż oburzony Onet zerwał z Ziemkiewiczem współpracę, pod pretekstem zgorszenia, promowania seksizmu itp. Do pozostawionego na lodzie publicysty rękę wyciągnął dawny pracodawca, Interia, łaskawie pozwalając mu powrócić. Możemy się tylko domyślać, co było w tym przypadku worem pokutnym, jednak głupcem ten, kto sądzi, że Interia wciąż tyle samo Ziemkiewiczowi płaci. I stąd, jak myślę, ta książka. Oczywiście, felietonistą Ziemkiewicz jest świetnym. Bywa nawet porównywany do Stefana Kisielewskiego. Wydanie tych felietonów w jednym miejscu to z jednej strony swego rodzaju pomnik dla autora, a jednocześnie możliwość

zapoznania się z poglądami niedoszłego kandydata na prezydenta. Ale w tej beczce miodu dziegciu jest sporo. Książka reklamowana jako nowość, jako coś co zaskoczy i wstrząśnie, zawiera tylko i jedynie to, co autor już opublikował. W tekstach nic nie jest zmienione, co razi o tyle, że niekiedy w tekście jest mowa: „Zaraz pod kreską, w komentarzach pod tym tekstem, będziecie państwo mogli przeczytać, że…”. Wydaje się, że teksty te nie przeszły przed drukiem żadnej korekty. Tak jak poszły na strony Internetowe, tak też naniesione zostały na papier. Książka zawiera felietony z ostatnich dwóch lat w porządku chronologicznym. Powoduje to, że jeśli ktoś przez ten czas nie śledził bieżąco wydarzeń politycznych, niewiele z tej książki

zrozumie. Przy żadnym tekście nie ma choćby wzmianki o tym, kiedy i gdzie tekst ten się ukazał. Również kontekst sprawy, o której w danym felietonie pisze autor, jest zupełnie niejasny. W momencie pisania tekstu na stronę, nie było potrzeby przypominania o zdarzeniu, którym żyła cała Polska. Gdy jednak taki tekst czyta się kilkanaście miesięcy później, przydałoby się choć kilka zdań przypomnienia. A, jak już wiemy, teksty do książki poleciały tak, jak wisiały na stronie. Mimo wszystko, to jednak ten sam bystry i ostry Ziemkiewicz, gotów największe oczywistości zdemaskować absurd. Chwytliwy tytuł kontrowersyjnego autora (ostatnie Tweety o papieżu Franciszku) może jest nie tylko nędzną próbą zarobku, a próbą kopnięcia w mózg kilku zapatrzonych w żółte paski głów? Oby.

87


Kiedy oczy nie wierzą w to, co widzą SPEKTAKL

J

88

Aleksandra Brzezicka

P

rzychodzę na kwadrans przez planowaną godziną rozpoczęcia koncertu. Gromadka zainteresowanych kręci się już w holu Małopolskiego Ogrodu Sztuki. Licealiści, studenci, rodzice z (nastoletnimi) dziećmi. W dżinsach, garniturach, wieczorowo i na luzie. Przyczajeni, pewni siebie, zwyczajni, alternatywni. Jedni niczym się nie wyróżniają, inni skupiają na sobie uwagę pozostałych. Ci – w rurkach i wystylizowanych grzywkach – rozprawiają o kulturze. Dziewczyna w różowej peruce i mosiężnych glanach kiwa się w rytm muzyki płynącej z odtwarzacza mp3, a mężczyzna z elegancką kobietą rozwodzą się nad „Pawiem królowej”. Nagle uświadamiam sobie, że trochę tu nie pasuję. Szarych i sztampowych jak ja jest w tym kolorowym towarzystwie wprawdzie

uż podczas zamawiania biletu targały mną wątpliwości i nurtowało pytanie – a co, jeśli będę sama pod sceną? Co w sytuacji, kiedy koncert zostanie odwołany z powodu „braku zainteresowania”? Czy zwrócą mi moje studenckie kilkadziesiąt złotych? – odezwał się ekonomiczny głos w mojej głowie, a może w kieszeni... Nie ryzykujesz-nie żyjesz... Podobno. Więc klikam, bukuję i kupuję.

Chyba po prostu nie potrafię zsolidaryzować się z grupą rozentuzjazmowanych hipsterów pod sceną, którzy o mało co nie posikają się ze szczęścia, że są tacy alternatywni, że potrafią tańczyć i bawić się do piosenek Masłowskiej, a przede wszystkim że tak bardzo mogą zasygnalizować swoje „przeciw”

kilku, ale dysonans rodzi się gdzie indziej. Mnie przywiodła filologiczna ciekawość – jak z alternatywnej literatury i neurotycznej osobowości zrobić występ sceniczny? – co było motywacją dla innych, trudno

dociec. „Społeczeństwo jest niemiłe”, bo taki był tytuł koncertu, to muzyczny projekt pisarki Doroty Masłowskiej. Kilkanaście singli (a najpopularniejsze z nich to „Haj$” i „Chleb”) zamkniętych na krążku o tym samym tytule, który wydała warszawska Galeria Raster, kilka miesięcy temu stanowiło już przedmiot recenzji na łamach McW. To miał być – jak chciał jeden z krytyków - rodzaj artystycznego performance’u o średnim ciężarze gatunkowym, jednorazowy, choć żyłby w sieci swoim życiem. Tak się jednak nie stało. Z alternatywnych tekstów i psychodelicznych teledysków, Masłowska postanowiła stworzyć coś a la trasę koncertową. Jak? Początkowo nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Okazało się jednak, że to nic trudnego, ani


źródło: www.muzyka.dziennik.pl

nadzwyczajnego. Wcale nie pretendująca do pobicia polskiego rynku muzycznego autorka „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” wchodzi na scenę, wita publiczność przemyślanym zwrotem retorycznym, a towarzyszy jej dwóch muzyków/ grafików/informatyków w jednym, którzy odpowiadają za efekty wizualne (tylko po części oddające psychodelię teledysków właściwych) i jeszcze na dodatek śpiewają tzw. chórki. Całość wychodzi jednak słabo i nie ma mowy o dorównaniu internetowym wersjom – nagłośnienie nie jest w stanie sprostać wirtuozerskim tekstom tych piose-

nek, ponieważ ich warstwa wokalno-stylistyczna jest już w samym zamierzeniu artystki mało profesjonalna (Masłowska celowo sepleni i uprawia tzw. piosenkę mówioną). Ja jestem na nie. Przy całym zachwycie nad bystrością i oryginalnością Masłowskiej w literaturze czy przestrzeni Internetu, słowa krytyki muszę oddać próbie przeniesienia na scenę treści „Społeczeństwo jest niemiłe”, upatrując w tym jedynie komercyjnych celów. Ale chyba mój głos jest odosobniony. I nie dlatego, że nie chwytam mocnej alternatywy w sztuce, bo bardzo wysoko cenię literacki dorobek mło-

dej przecież autorki. Chyba po prostu nie potrafię zsolidaryzować się z grupą rozentuzjazmowanych hipsterów pod sceną, którzy o mało co nie posikają się ze szczęścia, że są tacy alternatywni, że potrafią tańczyć i bawić się do piosenek Masłowskiej, a przede wszystkim że tak bardzo mogą zasygnalizować swoje „przeciw” (szczególnie wtedy, kiedy Mister D zmienia słowa piosenki „Prezydent” na treści „Biskup wraca do domu zmęczony, co z ta kurią? – pyta żony.”) Ale Masłowska jest zbyt cwana, żeby kumplować się z byle kim. Więc miejcie się na baczności.

89


OKIEM OKIEM REDAKCJI REDAKCJI 90

TEMAT NUMERU

KOŚCIÓŁ


KĄCIK KULTURALNY

RECENZJE

COŚ COŚ WIĘCEJ WIĘCEJ 91


Kryzys sprzyja autorytetom REFLEKSJE

A

92

Piotr Zemełka

P. Zemełka: Jakie zagrożenia wynikają z poszukiwania własnego autorytetu? Dr Marek Lasota: Bardzo często jest tak, że odwołujemy się do jakiegoś autorytetu czy to nauki, czy jakiegoś doktora, naukowca i przyjmujemy bezkrytycznie to, co zostało wcześniej ustalone, nie patrząc przy tym, że dana osoba mogła się wcześniej zwyczajnie pomylić albo, że nie jest to wcale zgodne z naszymi przekonaniami. Dlaczego? Bo jest to autorytet ogólnie uznany, więc skoro inni mu wierzą, to z jakiego powodu my mielibyśmy wątpić? Ja osobiście najbardziej boję się ludzi tzw. jednej książki. Czyli osób, które w całym swoim życiu przeczytały jedną książką, nie ważne jak wartościową. Istotne jest to, że zostali nią wręcz zauroczeni. Tych ludzi urzekła treść takiej książki i przyjęli

utorytety w historii odgrywały znaczącą rolę. Dla Polaków takim przewodnikiem w trudnych czasach jest św. Jan Paweł II. O tym, czy właściwie rozumiemy jego rolę w dziejach Polski oraz o tym, w jaki sposób rozwijały się społeczeństwa dzięki autorytetom rozmawiam z dr. Markiem Lasotą, dyrektorem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej i wykładowcą akademickim.

Kiedy wszyscy jesteśmy bezradni zaczynamy szukać przewodnika, który jest nam potrzebny i okazuje się nagle że on się pojawia. Co więcej on cały czas był, tylko oczywiście nie był do niczego potrzebny. Często jest tak z Panem Bogiem.

to absolutnie odrzucając wszystko inne oraz traktując jako wrogie, wszystko to, co w istocie chce zburzyć ich sposób postrzegania świata. P. Z.: Skutki takiego podejścia mogą być opłakane. Dr M. L.: Wystarczy spojrzeć na karty historii i cofnąć się do XX wieku. Mieliśmy przecież Hitlera, Stalina.

Osoby, które uwierzyły w słowa Hitlera były przeciętnymi ludźmi, którzy nie studiowali filozofii czy innych nauk. W momencie gdy pojawił się człowiek, od którego usłyszeli to, co chcieli usłyszeć zaufali mu bezgranicznie i poszli za nim, nie myśląc o tym jakie mogą być tego konsekwencje. Dla nich istotne było to, co im obiecał i fakt, że mówił w sposób prosty i przekonujący. I dokładnie na tym mechanizmie opierają się sekty, gdzie jest przywódca, wyjaśniający w prosty sposób tajemnice świata. Dlatego też ludzie będą wierzyć w kosmitów, globalny spisek, czy inne tego typu teorie. P. Z.: Hitler i Stalin to przykłady autorytetów negatywnych, ale jak rozumiem pozytywne jednostki również były. Dr M. L.: W czasach mojego pokolenia, czyli w


źródło: www.pixabay.com

latach osiemdziesiątych, kiedy rzeczywistość komunistyczna ewidentnie ulegała erozji zaczęto stawiać sobie pytania jak przyspieszyć ten proces, jak przyczynić się od szybszego odzyskania przez Polskę niepodległości. Były oczywiście różne postawy. Jedyni woleli chwycić za karabin, a inni szukali bardziej łagodnych rozwiązań. W ten sposób często przywoływanym autorytetem stał się Ghandi, który zasłynął m.in. z idei biernego oporu, która przyczyniła się do wyprowadzenia Indii z epoki kolonialnej. Sama idea sprowadzała się do porzucenia przemocy dzięki czemu nie prowokowano drugiej strony do jej stosowania. Jest to obraz uproszczony, bo były przypadki kiedy ta przemoc ze strony Brytyjczyków się pojawiała, niemniej jednak ta postawa ostatecznie zwieńczona została sukcesem. Dlatego też dla wielu Polaków była to postawa wzorowa, którą oczywiści spora część społeczeństwa odrzuciła twierdząc: no dobrze, im się udało, ale oni walczyli z cywilizowanym przeciwnikiem jakim byli Anglicy a my z kolei mamy do czynienia z barbarzyńcami.

P. Z.: A co z Janem Pawłem II? To jego często podaje się jako przykład autorytetu, zwłaszcza tego, występującego przeciwko ideologii komunizmu. Dr M. L.: Oczywiście dla wielu Jan Paweł II był niezwykłym autorytetem, jednak patrząc na to jak społeczeństwo Polskie traktowało papieża, muszę powiedzieć, że w większości nie byliśmy wstanie dostrzec w nim tego autorytetu. P. Z.: Mówiąc o autorytecie papieża często przywołuje się jego wizyty w jeszcze komunistycznej Polsce, które przyczyniły się do upadku komunizmu. Dr M. L.: Tak, ale chodzi mi teraz o coś zupełnie innego. My wspominany i pamiętamy doskonale o kolejnych jego pielgrzymkach, ale nie łączymy ich w pewien łańcuch przyczynowo-skutkowy. To, o czym Pan mówi i o czym mówi co przytomniejszy historyk, to są wydarzenia nie do przecenienia. Mówimy o nich bardzo wiele, ale zapominamy albo gdzieś w cień schodzą skutki tych wszystkich przyjazdów pa-

pieża do ojczyzny. Podczas zgromadzeń na pielgrzymkach ludzie zobaczyli, że razem stanowią ogromną siłę wobec której całe zło staje się bezradne. Tylko czy my to tak naprawdę szczerze i w pełni świadomie łączymy z osobą Jana Pawła II? Czy przeciętny Kowalski jest w stanie powiedzieć, ze właśnie ten konkretny człowiek, czyli Jan Paweł II, nie tylko przez sam fakt, że się w Polsce pojawił, że zgromadził te tłumy, ale że powiedział coś istotnego do tego tłumu, że to wszystko uruchomiło takie mechanizmy których dziś jesteśmy beneficjentami? Szczerze w to wątpię. P. Z.: Z czego więc wynika problem niepełnego zrozumienia postawy Jana Pawła II? Dr M. L.: Jako Polacy niestety jesteśmy skłonni do uniesień, których potrzebujemy. Jesteśmy narodem, który chciałby doczekać się jakiegoś wielkiego sukcesu. Oczywiście mamy do tego prawo. Przez ostatnie 300 lat naszej historii jakiś większych sukcesów nie było, które bylibyśmy skłonni zaakceptować i bezspornie orzec, że to sukces. Do tego często widzimy sukces

93


w jednym spektakularnym wydarzeniu i nie jesteśmy w stanie docenić konsekwencji tego danego wydarzenia, długofalowych dalszych zdarzeń. Świetnym przykładem jest zwycięstwo pod Grunwaldem, którym tak bardzo się fascynujemy. Ale co nam przyszło z tej bitwy skoro przegraliśmy w gruncie rzeczy wojnę? To jest taki syndrom Małysza. Cały naród zastyga przed TV, bo facet skacze na nartach. No i skoczył, został tym mistrzem. I w tym całym wydarzeniu wyrażamy całą naszą narodową dumę, zapominając o tym, że z tego kompletnie nic nie wynika. Co z tego, że skoczył? No nic. On odniósł oczywiście sukces i należy mu się szacunek. Jest wybitnym sportowcem, a ten sukces jest wynikiem jego talentu i ciężkiej pracy. Ale dla nas, jako dla społeczności kompletnie nic z tego nie wynika. Bo wiadomo, że on za chwile skończy karierę, bo się zestarzeje. Może to jest nadużycie, ale myśmy tak traktowali Jana Pawła II, jak przyjeżdżał na pielgrzymki. P. Z.: Więc jest to wina ze strony ludzi. Dr M. L.: Być może też wina tych, którzy nasze

społeczeństwo prowadzą. To jest piękne budować kolejne pomniki, stosować piękne formułki i hasła, ale to jest za mało. Jan Paweł II był wybitną jednostką, ale społeczeństwo w zbyt małym stopniu rozumie znaczenie tego autorytetu. Wracając jeszcze do pielgrzymek, ludziom brakuje tu objaśnienia jak on to zrobił. My stwierdzamy jedynie sam fakt, to się stało dzięki niemu. Ale jeśli chcemy budować na jego autorytecie naszą wizję postrzegania świata, to nie wystarczy nam znać przykłady jego dokonań, ale musimy wiedzieć jak do tego doszedł. Do tego potrzebne jest dokładne wczytanie się w jego słowa, w jego dzieła i zrozumienie tego, co miał nam do powiedzenia. P. Z.: Może świadczyć o tym jakieś konkretne wydarzenie? O tym, że Polacy nie potrafili docenić autorytetu papieża? Dr M. L.: Pamiętam taką scenkę kiedy Jan Paweł II, odwołując się do tego się wydarzyło w Nowym Jorku mówił o rzeczach tragicznych, mówił o dramacie który dotknął świat, mówił o nowej erze w dziejach świata. Miał też perspektywę odnośnie

tego zjawiska i tego co się wtedy działo. Oczywiście na środowe audiencje, czy na niedzielne, kiedy jest Anioł Pański, przyjeżdżają tłumy Polaków. I co robią nasi rodacy w tym czasie? Śpiewają „Sto lat” czy też „Góralu czy Ci nie żal”. Myśmy się zachowywali tak, jakby On był naszą własnością. Ja śmiem twierdzić, że myśmy w ten sposób nieco burzyli autorytet papieża w oczach świata. Jaka zresztą była reakcja papieża na to? Uderzył o pulpit pięścią i krzyknął „Cicho!”. On się zirytował. Tutaj przypominają mi się słowa pewnego francuskiego dziennikarza, który powiedział mi, że Polacy kochają papieża, ale go nie słuchają. I było w ty niestety sporo prawdy. Myśmy się napawali samym faktem adoracji, że to my adorujemy. My to robimy najlepiej, bo my go kochamy. A co on tam gada, to nie ważne. I to jest dramat autorytetu, bo człowiek, który jest faktycznym autorytetem i mający do powiedzenia coś istotnego nagle napotyka na wielbiące go tłumy, ale tłumy, które go kompletnie nie rozumieją. Wie Pan jaką to może rodzić frustrację u człowieka który wie znaczźródło: www.pixabay.com

94


źródło: www.pixabay.com

nie więcej i co więcej chce to przekazać? Nie to, że on trzyma tę tajemnicę, nie. On chce po prostu podzielić się swoją wiedzą. P. Z.: A jakie ma znacznie istnienie takiego autorytetu w stosunku do rozwoju państwa, społeczeństwa? Dr M. L.: Żadne społeczeństwo, żadna zbiorowość nie jest wstanie funkcjonować bez autorytetu. Beż odniesienia się do jakiegoś modelu, wzorca. P. Z.: Dlaczego? Dr M. L.: Autorytet organizuje społeczność, a także w pewnym sensie pełni rolę wodzowską. Nie podejmuje decyzji, ale jest dla zbiorowości wyznacznikiem, jak mamy myśleć, jak mamy postrzegać rzeczywistość, również co z tego ma wyniknąć dla władzy, która w tej społeczności jest dana czy też wybrana. Człowiek musi się odwołać do czegoś, co jest ponad nim czy to w sensie intelektualnym, duchowym, czy też jakimkolwiek innym. Wynika to z tego, że żaden z nas nie jest wstanie ogarnąć w pełni całej rzeczywistość. P. Z.: Jak to się ma do rozwoju społeczeństw? Autorytet pomaga, czy

staje się hamulcem? Dr M. L.: Proszę spojrzeć na to, co się działo na przestrzeni wieków XV, XV, XVI, XVII. To jest okres reformacji, kryzysu w Kościele, wystąpienia Lutra. Wiadomo było wtedy, że funkcjonowanie świata doszło do jakiegoś punktu krytycznego. Wszyscy uświadomili sobie, że dalej tak być nie może. I nagle zaczęły pojawiać się autorytety takie jak chociażby Marcin Luter. Jaki był tego efekt? Oczywiście reformacja i rozłam wśród chrześcijan. Ale osobno można było zauważyć niezwykle dynamiczny rozwój społeczeństw protestanckich. Przecież to one zaczęły się bogacić. Dlaczego? Z prostego powodu. Kalwin m.in. twierdził, że oznaką łaski bożej jest powodzenie materialne w życiu doczesnym. Kościół zareagował soborem trydenckim, a wraz z reakcją Rzymu pojawiły się tacy ludzie jak Ignacy Loyola, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Avila, którzy swoją postawą odbierani byli przez wielu jako autorytety. Co istotne, ci ludzie nie pojawili się przypadkowo w tym czasie. Zwykle tak jest, że w sytuacji kryzysu jakiegoś rozpadu świata dotychczasowego nagle pojawiały

się takie postaci za którymi społeczeństwo podążało. P. Z.: Czyli w sytuacjach kryzysowych jest większe prawdopodobieństwo, że pojawi się autorytet. Dr M. L.: Jest taka teoria, że wszelki postęp na świecie, to jest efekt kolejnych katastrof. Gdyby nie dżuma, to nie nastąpiłby postęp w medycynie. Podobnie jest z autorytetami, ponieważ pojawiają się najczęściej w momentach najtrudniejszych dla społeczeństw. To jest też efekt trochę ekonomiczny popytu i podaży. Kiedy wszyscy jesteśmy bezradni zaczynamy szukać przewodnika, który jest nam potrzebny i okazuje się nagle że on się pojawia. Co więcej on cały czas był, tylko oczywiście nie był do niczego potrzebny. Często jest tak z Panem Bogiem. Dopóki człowiek jest zdrowy, młody, szczęśliwy, to Pan Bóg nie jest mu do niczego potrzebny. Jak trwoga to do Boga - nie przypadkowo takie słynne obiegowe powiedzenie. To samo jest z autorytetami. Dopóki żyjemy w miarę stabilnym świecie, to te autorytety nie są często zauważane. 

95


Mądrość, wino i seks REFLEKSJE

K

96

Krzysztof Reszka

Ż

ydzi stanowią 0,2% populacji całego świata, co oznacza że w grupie 500 mieszkańców Ziemi, znajdzie się statystycznie jeden rodak Jezusa Chrystusa. Mimo że są mniejszością, niczym rodzynek w cieście, zaskakują swą niezwykle ogromną reprezentacją wśród laureatów Nagrody Nobla. Odsetek Żydów wśród nagrodzonych za osiągnięcia z różnych dziedzin, przedstawia się następująco: • Chemia - 36 laureatów, a więc 21% ze wszystkich • Ekonomia - 29 laureatów, a więc 39% ze wszystkich • Literatura - 14 laureatów, a więc 13% spośród wszystkich • Pokój - 9 laureatów, a więc 9% spośród wszystkich • Fizyka - 51 laureatów, a więc 26% spośród wszystkich • Fizjologia i Medycyna - 55

ażdy z nas chciałby prowadzić szczęśliwe życie, pełne sukcesów i twórczej pasji. A już z pewnością każdy chciałby mieć wspaniałych przyjaciół i znaleźć prawdziwą miłość. Pieniądze, zarządzanie czasem i rozwijanie zainteresowań są dla nas ważne. Ale umiejętność budowania dobrych i trwałych związków między ludźmi jest najbardziej pożądaną mądrością świata. Warto przyjrzeć się pewnym tajemniczym społecznościom, które zadziwiają świat w powyższych dziedzinach życia!

Znaczące, że Biblia na samym początku stawia przed człowiekiem zadanie, aby się rozmnażał, uprawiał ziemię i czynił ją sobie poddaną. Świat i życie nie są więc więzieniem, nie są też karą za grzechy z poprzednich wcieleń, nie są absurdem, przypadkiem ani placem zabaw. Są jak pole uprawne które Bóg powierzył człowiekowi.

laureatów, a więc 27% spośród wszystkich Zastanawiające, skąd się bierze taka niezwykła wydajność jednego nielicznego

narodu... Zanim postaramy się odpowiedzieć na to pytanie trzeba jeszcze dodać że Żydzi stanowią 25% laureatów Nagrody Kyoto, która przyznawana jest w Japonii za osiągnięcia w dziedzinach takich jak filozofia, sztuka, nauka i technologia. Jakby tego było mało, Żydzi stanowią aż 50% odznaczonych Wielkim Medalem Francuskiej Akademii Nauk. Niewiarygodne! Co więcej, Żydzi (2% populacji USA), stanowią aż 38% zdobywców Narodowego Medalu Nauki - wyróżnienia przyznawanego naukowcom przez prezydenta Stanów Zjednoczonych „za znaczący wkład w rozwój nauk społecznych, biologicznych, chemicznych, technicznych, matematycznych i fizycznych”. To nie może być zwykły przypadek. Postanowiłem zbadać sprawę. Czy o niezwykłej sprawności Żydów decydują


źródło: www.pixabay.com

uwarunkowania genetyczne czy kulturowe? Zastanówmy się... Po pierwsze teorie wedle których Żydzi mieliby mieć znacząco odmienny kształt czaszki czy wyjątkowo dziwaczny kod genetyczny są już chyba ostatecznie skompromitowane. Po drugie gdyby np. Fryderyk Chopin miał genetyczne predyspozycje na geniusza, nigdy nie rozwinąłby talentu gdyby nie wychowanie i edukacja, a więc czynniki kulturowe. Po trzecie wreszcie, gdyby w grę wchodziły geny, należało by oczekiwać, że Arabowie, a więc najbliżsi krewni i sąsiedzi Żydów, również wykażą się niezwykłymi osiągnięciami. A jednak tak się nie dzieje. Nie ma wątpliwości - tu chodzi o mentalność. Czynniki kulturowe są w tej kwestii jednoznacznie rozstrzygające. To chyba jasne że trzeba odkryć sekret tego narodu i samemu skorzystać z jego dobrodziejstw. Przypadkowo wpadłem na ciekawy trop. Na YouTube odnalazłem filmik pt. „Biznesowy fenomen narodu żydowskiego”. Jest to fragment audiobo-

oka „Pociąg Wniebowzięty”, w którym Fabian Błaszkiewicz, znany ksiądz a zarazem trener i coach, odnosi się do książki „Żydowska mądrość w biznesie”. Wynika z niej, że na liście 400 najbogatszych ludzi na świecie magazynu Forbes, Żydzi stanowią ponad 10%. Natomiast na liście 500 prezesów największych firm na świecie - również ponad 10%. Można powiedzieć że w biznesie i zarządzaniu są pięćdziesiąt razy bardziej sprawni niż reszta świata. Błaszkiewicz podkreśla że od tysięcy lat ludzie dokonywali wielkich dzieł, mimo że nie mieli do dyspozycji szkoleń, wykładów na YouTube czy podręczników psychologii: „Nie wiedzieli że można się trenować w tego rodzaju... nauce, dlatego że wiedzieli skąd ją czerpać. Mieli źródło. Tym źródłem - jeszcze raz powtarzam - jest Biblia czytana nie jako książka o niebieskich migdałach, ale jako podręcznik życia na tej ziemi”. Oho! Wydaje mi się, że na coś trafiliśmy... Czy rzeczywiście czytanie Biblii jest pomocne z

rozumnym kształtowaniu swojego życia osobistego, zawodowego i intelektualnego? Pierwszą poszlakę odnalazłem - co ciekawe również przypadkiem, gdy w bibliotece natrafiłem na książkę Rogera Bastide pt. „Socjologia chorób psychicznych”. Przytacza w niej wnioski do jakich doszedł Émile Durkheim - filozof, socjolog i pedagog zajmujący się problemem samobójstwa. Durkheim twierdził że praktykujący Żydzi oraz katolicy to grupy najmniej podatne na samobójstwa. „(...) tak jak gdyby przynależność do kościoła o typie wspólnoty uwalniała jednostkę od jej własnych trudności, i jak gdyby liczba samobójstw zwiększała się w miarę przechodzenia od religii o charakterze wspólnoty do religii bardziej indywidualistycznych”. (R. Bastide, „Socjologia chorób psychicznych”, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1972, ss. 235236). Rzecz w tym, że nie wszyscy Żydzi są religijni. Gdy pytałem o to znajomych, mówili często że Ży-

97


dzi mają bardzo mocne poczucie wspólnoty, zdolność organizacji i współdziałania, a to ich na pewno wspiera. Jednak przypomniałem sobie wykład prof. Danuty Piekarz, biblistki i italianistki, która wspominała słowa przewodniczki z Izraela o imieniu Ruth: „Niewierzący Żyd lepiej zna Stary Testament niż wierzący katolik zna Nowy”. Napisałem do znanego młodego dziennikarza Dawida Wildsteina, którego tata Bronisław jest przecież Żydem oraz - co warto podkreślić - człowiekiem zacnym i wybitnym. Okazało się, że Dawid przebywa na Ukrainie, jednak znalazł chwilę na rozmowę ze mną i swoim zwyczajem polecił mi ciekawe książki o których nie miałem pojęcia. Zapytany o tajemnicę sukcesu Żydów, wskazał na specyficzną edukację która kładzie nacisk na ćwiczenie pamięci, logikę, ścisłe ale jednocześnie systematyczne

i plastyczne myślenie. Żyjąc przez wieki w trudnych warunkach, często na wygnaniu, w obcym i nieraz wrogim otoczeniu, Żydzi musieli nauczyć się mobilności i starać się bardziej niż inni. Gdy zapytałem wprost, Dawid Wildstein zgodził się z Fabianem Błaszkiewiczem, że to Biblia jest źródłem mądrości, w której duchu wychowywani byli także niereligijni Żydzi. Rozmowa z młodym Wildsteinem zachęciła mnie by informacji o Żydach szukać u samych Żydów. Przejrzałem więc recenzje książki „Żydowska mądrość w biznesie”, której autorami są Levi Brackman i Sam Jaffe. Twierdzą oni że nawet jeśli Żyd nie jest religijny, to jednak przesiąknięty jest swoją kulturą, w którą od wieków wpisana jest Biblia i niemal podświadomie, stosuje się do mądrości w niej zapisanej. Także artykuł na żydowskiej stronie The 614th Commandment

Society, pomaga rozwikłać zagadkę: „Naszym zdaniem przyczyna nie jest w żadnym stopniu wrodzona (genetyczna), ale wyłącznie kulturowa. Nawet gdy badania sugerują wyższe IQ u Żydów niż u innych grup etnicznych, to przyczyną jest wychowanie i środowisko, a nie geny. (...) Nawet gdy Żydzi nie są religijni, to jeżeli zostali wychowani w środowisku żydowskim, podlegali wpływom wartości, które przez tysiąclecia pielęgnował judaizm i które uczynił podstawą żydowskiego stylu życia oraz trwale zapisał w żydowskiej kulturowej świadomości i podświadomości”. Wartościami judaizmu jest kult mądrości i dociekliwości. Żydzi od tysięcy lat byli nazywani „Ludem Księgi” a na przestrzeni dziejów praktycznie nie istnieli w tym narodzie mężczyźni-analfabeci. W starej żydowskiej anegdocie matka pyta źródło: www.pixabay.com

98


źródło: www.pixabay.com

syna wracającego ze szkoły nie „czy dawałeś dziś nauczycielowi dobre odpowiedzi?”, ale „czy zadawałeś dziś nauczycielowi dobre pytania?”. Znaczące, że Biblia na samym początku stawia przed człowiekiem zadanie, aby się rozmnażał, uprawiał ziemię i czynił ją sobie poddaną. Świat i życie nie są więc więzieniem, nie są też karą za grzechy z poprzednich wcieleń, nie są absurdem, przypadkiem ani placem zabaw. Są jak pole uprawne które Bóg powierzył człowiekowi. Ale to wiąże się z odpowiedzialnością, bo co zasiejesz to i zbierać będziesz. Dlatego potrzebujemy mądrości. Osobiście uważam że ta perspektywa jest istotna dla żydowskiej mentalności. Jednym z głównych ideałów judaizmu był i jest tikkun olam, czyli „naprawianie, doskonalenie świata” – religijny nakaz aktywnej postawy wobec rzeczywistości, nakaz jej mądrego przekształcania tak, aby lepiej służyła czło-

wiekowi do realizowania jego duchowych i etycznych celów oraz czyniła jego życie lepszym. No dobrze, ale przecież w tytule tego artykułu widnieją także słowa „wino” i „seks”. Domyślam się, że niektórzy czytelnicy mogą się już niecierpliwić czytając same rozważania o mądrości. Chciałem tu wspomnieć pewną opowieść z Ewangelii. Kiedy na weselu w Kanie Galilejskiej zabrakło wina, Chrystus kazał napełnić wodą kamienne stągwie służące do żydowskich oczyszczeń, a następnie przemienił wodę wino. Jest to czyn alegoryczny. Stary Testament jest jak życiodajna i obmywająca woda, a Nowy Testament, jak weselne wino - symbol radości i miłości. Czy kulturowi i religijni następcy Żydów - chrześcijanie - również są tak kreatywni? To prawda. Wiele znaczących i przełomowych czynów to dzieło gorliwych chrześcijan: stworzenie teorii Wielkiego Wybuchu

(Georges-Henri Lemaître, belgijski ksiądz i astronom); zapoczątkowanie genetyki (Gregor Mendel, opat augustianów); zapoczątkowanie bakteriologii, wprowadzenie szczepionek i pasteryzacji (Ludwik Pasteur, katolik), odkrycie pierwszego antybiotyku - penicyliny (Alexander Fleming, katolik); opatentowanie radia (Guglielmo Marconi, katolik), skonstruowanie pierwszego działającego systemu telewizyjnego i wynalezienie noktowizora (John Logie Baird, prezbiterianin), odkrycie metanu i wynalezienie m.in. pierwszej baterii (Alessandro Volta, tercjarz franciszkański), odkrycie fluoru i rozwój nauki o elektryczności i magnetyzmie (André Marie Ampère, tercjarz franciszkański), wynalezienie pisma wypukłego dla niewidomych (Ludwik Braille, organista, również katolik), opracowanie pierwszego systemu znaków migowych dla głuchych (Juan Bonet, hiszpański ksiądz i pionier edukacji

99


dla głuchych). Skoro Stary Testament wywarł tak zdumiewający wpływ na życie Żydów, to jak wpłynie na nas Nowy Testament? „Pobożni katolicy żyjący w małżeństwie, mają najlepsze życie seksualne ze wszystkich grup społecznych” - stwierdzają naukowcy z Family Research Council, podsumowując badania przeprowadzone w ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci. Ich wnioski opublikował w lipcu 2013 r. amerykański serwis U.S. News, a za nim brytyjska Daily Mail. Skąd tak niepoprawne politycznie treści? W tym samy roku w tygodniku „Wprost” (nr 19/2013) pojawił się artykuł pt. „Religijni kochają się lepiej”. Tak śmiały tytuł bardzo mnie zdziwił, bo przecież ktoś mógłby poczuć się urażony. Omówione są tam badania portalu C-Date przeprowadzone w 12 krajach, w tym w Polsce,

100

na osobach pomiędzy 20. a 59. rokiem życia. Wynika z nich, że osoby głęboko wierzące doświadczają bardziej satysfakcjonującego życia seksualnego. W tych badaniach korelację między zadowoleniem z seksu a wiarą, widać szczególnie wśród mężczyzn. Doktor Maria Rotkiel, psycholog zajmująca się życiem par, komentuje: – Nie ilość, ale jakość seksu się liczy. Wierzący i praktykujący, ci, którzy żyją według zasad Kościoła, są wierni w relacjach i monogamiczni. Przez lata trwania w związkach musieli więc się nauczyć dbać o swoje potrzeby seksualne. Dobry seks wymaga czasu - wyjaśnia terapeutka - na dłuższą metę musi być czymś podparty i to właśnie daje monogamiczność u osób wierzących. W 2005 r. opublikowano wyniki badania przeprowadzonego przez Uniwersytet w Perth oraz National

Church Life Survey na 1500 osobowej grupie badawczej, za pomocą kwestionariusza liczącego 350 pytań. Wnioski? Pobożni chrześcijanie mają lepsze życie seksualne od innych grup. Doktor Andrew Cameron, autor raportu poświęconego tej kwestii nie ma wątpliwości - przedmałżeńskie stosunki wywołują w późniejszym małżeństwie obawy o niewierność i zmniejszenie intymności. Nasze badania pokazały także, że większe bezpieczeństwo, intymność i harmonia w chrześcijańskich małżeństwach tylko częściowo może być wyjaśniona przez to, że mniej chrześcijan ma wielu partnerów - mówi Cameron i dodaje, że światopogląd chrześcijański pozytywnie wpływa na relacje w czterech wymienionych przez badaczy kwestiach: poczucia bezpieczeństwa, intymności, harmonii i porozumienia w kwestii ról płciowych. Mał-


źródło: www.pixabay.com

żeństwa chrześcijańskie są trwalsze i rozpadają się z powodu choroby czy biedy rzadziej niż małżeństwa osób niewierzących. Chrześcijanie są też zdecydowanie bardziej zadowoleni z życia niż ateiści czy nawet wyznawcy rozmaitych religii wschodnich. Najnowsze wyniki badań nie są jednak zaskoczeniem dla ekspertów. Dr Lorna Sarrel i dr Philip Sarrel, terapeuci seksualni i wykładowcy w szkole medycznej Yale University przeprowadzili ankietę wśród 26 000 mężczyzn i kobiet, aby zbadać kobiecą seksualność. Wykazali silny związek „pomiędzy siłą uczuć religijnych kobiety a jej zdolnościami do rozkoszowania się przeżyciami seksualnymi”. Czym silniejsze i bardziej pozytywne było zaangażowanie religijne kobiety, tym lepsze miała życie seksualne. Natomiast wśród kobiet żywiących silne uczucia

antyreligijne występowało najniższe zadowolenie z więzi seksualnych. Także ankieta czasopisma „McCall” wykazała, że kobiety wierzące – te, które są świadome obecności Boga w ich życiu – często posiadają mniej zahamowań i są bardziej gorące i otwarte niż inne. Również artykuł Chicago Tribune, dotyczący ankiety na temat upodobań seksualnych 100 000 czytelników czasopisma „Redbook” (amerykańskie pismo dla kobiet z aspiracjami), donosi: „Godną uwagi zasadą jest, że im większa intensywność przekonań religijnych kobiety, tym bardziej jest prawdopodobne, że będzie ona wysoce usatysfakcjonowana seksualnymi przyjemnościami małżeństwa (…) większa przyjemność seksualna kobiet religijnych może być po prostu przejawem większego szczęścia w ogóle”.

Wygląda na to, ze istotnie Żydzi i chrześcijanie to dwie grupy, które zdają się mieć dostęp do tego, czego szuka cały świat. Tym co łączy Żydów i chrześcijan, jest Biblia. Znamy więc źródło Mądrości. Możemy z niego korzystać lub nie. Ale nie możemy już dłużej się usprawiedliwiać „a bo ja nie wiedziałem, nikt mi nie powiedział”. Kto przeczytał aż dotąd, ten (już) wie. Autorzy książki „Żydowska mądrość w biznesie” piszą ostro: „Nikt nie znajduje się w okolicznościach. To my tworzymy te okoliczności. Uświadamiając sobie tę fundamentalną prawdę, możemy przejąć kontrolę nad błędami, które popełniamy w życiu zawodowym i prywatnym”. 

101


102

Moze cos wiecej nr 4 / 2015 (30)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o Świecie marzeń i snów

Moze cos wiecej nr 4 / 2015 (30)  

MOŻE COŚ WIĘCEJ o Świecie marzeń i snów

Advertisement