Page 1

nr 25 / 2014

8 - 21 grudnia ISSN 2391-8535

Oczekiwanie s. 1


SPIS TREŚCI

WYDARZENIA I OPINIE 6

8

Bogowie 2.0 MAŁGORZATA RÓŻYCKA

Pirat też człowiek i prawa ma RAFAŁ GROWIEC

10

Biedroniowy kocioł medialny ANNA ZAWALSKA

TEMAT TEMAT NUMERU NUMERU 14

Ci, którzy wciąż czekają na Chrystusa RAFAŁ GROWIEC

18

Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny MATEUSZ PONIKWIA

20

Adwent liturgicznie WOJCIECH URBAN

MYŚLI NIEKONTROLOWANE 12

Sztuka życia MACIEJ PUCZKOWSKI

24

Szkic o przymiotach ludzkich ALEKSANDRA FRONTCZAK

28

Biblia - księga oczekiwania KAJETAN GARBELA

s. 2


SPIS TREŚCI

RECENZJE 32

36

Upadek KAJETAN GARBELA

Myślę - «oczekiwanie», mówię - «Czekając na Godota» BEATA KRZYWDA

38

Z panem Pilchem się nie polubimy ANNA ZAWALSKA

40

Urodzony w obozie KAROLINA KOWALCZE

REFLEKSJE

HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI 30

Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały

42

Otwórz oczy na ciszę EMILIA CIUŁA

MATEUSZ NOWAK s. 3


WSTĘPNIAK

Oczekiwanie Teksty w tym numerze kręcą się wokół jednego – Adwentu. Chociaż miał to być numer o szeroko pojętym oczekiwaniu, to jednak zdominowały go tematy okołoreligijne. Raczej nieprzypadkowo.

Anna Zawalska W ostatnią niedzielę, ksiądz proboszcz w mojej rodzinnej parafii na kazaniu stwierdził, że Adwent to taki symbol ludzkiego życia. Z jednej strony rozpoczynamy coś nowego, a z drugiej ciągle na coś z namaszczeniem czekamy. Jak to oczekiwane w końcu nadchodzi, to przez jakiś czas się tym cieszymy, napawamy się nowością, przeżywamy ekscytację, by potem rzucić ją w kąt i znów popaść w marazm nie-nowości. Każdy chyba coś takiego przeżył. Najpierw wydaje nam się, że dana rzecz jest nam niezbędna do funkcjonowania. Widzimy coś w sklepie i szybko pojawia się myśl: muszę to mieć! Potem następuje oczekiwanie, aż w końcu to dostaniemy, nazbieramy na to pieniądze, czy w inny sposób pojawi nam się to w życiu. Nie możemy się właściwie doczekać. Kiedy nareszcie upragniona chwila następuje radość zdaje się nie mieć końca, nowa rzecz staje

się naszą ulubioną i jeszcze przez kilka chwil jest dla nas niezbędna. Potem to mija. Znów znajdujemy coś nowego, coś co musimy mieć, bo jest nam niezbędne i cały proces się powtarza. Dla katolika Adwent to okres nie tylko biernego czekania. To – chyba przede wszystkim – okres przygotowania. I nie chodzi tutaj o przystrojenie domu, choinki, ugotowanie miliona potraw świątecznych, czy idealnego zapakowania prezentów gwiazdkowych. Zapominamy w tym wszystkim o tym, że Adwent przygotowuje nas na powtórne przyjście Jezusa, na koniec świata, na Sąd Ostateczny. W końcu jak złodziej w nocy przyjdzie dzień Pana, w którym niebiosa z wielkim hukiem przeminą, żywioły rozpalone ogniem stopią się, a ziemia i dzieła, które są na niej, spłoną. (2 P 3, 10) Nie będzie szopki, przystrojonej świecidełkami choinki, ani świątecznych potraw. Nie na to powinniśmy czekać.

Już niedługo świętować będziemy narodziny Boga. Zaśpiewamy chórem „Gloria in excelsis Deo”, poczujemy się uświęceni i wszystko nabierze żywszych barw. Będziemy sycić się nowością, licząc na to, że teraz nasze życie się odmieni. A potem znów wrócimy do codziennych marudzeń, a Boże Dzieciątko odrzucimy w kąt. I znów będziemy czekać na nowe Boże Narodzenie. Co zrobić, aby tak się nie stało? Mam nadzieję, że teksty w tego numeru wzbudzą nieco refleksji i pomogą w oczekiwaniu i przygotowaniach! Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Karolina Kowalcze, Tomasz Markiewka, Maciej Puczkowski, Sara Nałęcz-Nieniewska, Wojciech Urban, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Małgorzata Różycka, Beata Krzywda, Rafał Growiec, Dominik Cwikła, Aleksandra Frontczak, Anna Gadowska Korekta: Andrea Marx Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Krzywda Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com Wydawca: Anna Zawalska, Lipowa 572, 34-324 Lipowa

s. 4


s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Bogowie 2.0 Zbigniew Religa był niewątpliwie ojcem założycielem polskiej transplantologii i rozpoczął w naszych szpitalach erę „bogów”. Najlepszym dowodem na to, że ona w najlepsze trwa, jest przełomowa operacja wrocławskich neurochirurgów, którym udało się postawić na nogi sparaliżowanego pacjenta. Magorzata Różycka

O

transplantologii zrobiło się głośno przede wszystkim dzięki filmowi Łukasza Palkowskiego „Bogowie”, opowiadającym o pierwszych polskich przeszczepach serca i brawurowych zmaganiach profesora Zbigniewa Religi. Kilkanaście dni po premierze tego obrazu Polskę obiegła wyjątkowa wiadomość, doskonale wpisująca się w powszechny zachwyt nad osiągnięciami polskiej chirurgii: wrocławscy lekarze przeszczepili sparaliżowanemu pacjentowi ze skomplikowanym urazem rdzenia kręgowego jego własne komórki nerwowe z opuszki węchowej. I, co najważniejsze, operacja okazała się udana, a pacjent odzyskał częściowo sprawność, dając wielu innym osobom siedzącym na wózkach inwalidzkich nadzieję na – co tu dużo mówić – cud. ŻMUDNE POCZĄTKI Podobnie jak w filmowej historii, początki były nie dość, że żmudne, to jeszcze naznaczone wieloma niepowodzeniami. Odkąd brytyjski profesor Geoffrey Raisman z Institute of Neurology University College w Londynie odkrył w latach 80. XX

s. 6

“Neurochirurdzy,

biolodzy, immunolodzy i rehabilitanci opracowali własną metodę pobierania, hodowli i transplantacji komórek gleju węchowego do rdzenia kręgowego oraz system rehabilitacji pacjenta po zabiegu. w. niespotykane dotąd możliwości regeneracyjne glejowych komórek węchowych, lekarze z całego świata zaczęli szukać ich praktycznych zastosowań do terapii urazów rdzenia kręgowego. Tkanka glejowa stanowi bowiem podporę dla tkanki nerwowej: chroni ją i odżywia. Glej węchowy znajduje się w dwóch miejscach: w błonie śluzowej nosa (dzięki niemu następuje szybka regeneracja np. przy katarze) oraz opuszce węchowej, czyli strukturze w mózgu odpowiedzialnej za przetwarzanie bodźców węchowych. W latach 90. hiszpańscy naukowcy przeprowadzili na szczurach udane eksperymenty transplantacyjne, które dały zielone

światło pionierskim terapiom z udziałem pacjentów. Jednak potrzeba było jeszcze kilkunastu lat ciężkiej pracy dziesiątek zespołów, by móc ogłosić światu kolejny milowy krok medycyny. CZEKAJĄC NA CUD Właśnie tym zajmowali się od 2002 roku badacze z Katedry i Kliniki Neurochirurgii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu pod kierownictwem prof. Włodzimierza Jarmundowicza. Neurochirurdzy, biolodzy, immunolodzy i rehabilitanci opracowali własną metodę pobierania, hodowli i transplantacji komórek gleju węchowego do rdzenia kręgowego oraz system rehabilitacji pacjenta po zabiegu. Cztery pionierskie operacje przeprowadzone w latach 2008–2012 potwierdziły przypuszczenia co do skuteczności tej terapii, ale z proklamacją sukcesu trzeba było poczekać, ponieważ sam zabieg to preludium do wielomiesięcznej rehabilitacji, która może przynieść tak spektakularne efekty jak w szeroko opisywanym i komentowanym przypadku Dariusza Fidyki.


WYDARZENIA I OPINIE

PRZECHYTRZYĆ NATURĘ Co dokładnie zrobił wrocławski zespół dr. Pawła Tabakowa, że mówi o nim cały medyczny świat? Wszyscy pacjenci – na skutek przecięcia rdzenia kręgowego – stracili czucie od pasa w dół. Od trójki z nich komórki glejowe pobrano z nosa. U pana Dariusza (został dźgnięty nożem w trakcie napadu) sytuacja wyglądała nieco inaczej: ze względu na powracające zapalenia zatok komórki trzeba było pobrać ze znajdującej się w mózgu opuszki węchowej, co wymagało dodatkowo otwarcia czaszki. Był to pierwszy tego typu zabieg na świecie! Następnie wyizolowany glej przeniesiono do laboratorium, gdzie komórki mogły się namnażać. Kolejnym krokiem było wszczepienie komórek glejowych (ok. 500 000) wraz z pobranymi z okolic kostki komórkami tkanki nerwowej poprzez wykonanie kilkudziesięciu nakłuć samego rdzenia i 120 pojedynczych iniekcji nad i pod miejscem uszkodzenia, a odległość między jego końcami to „jedynie” 8 mm. Cała operacja trwała ponad 11 godzin. Osiem miesięcy rehabilitacji przed zabiegiem i dwadzieścia kolejnych po nim przyniosło spektakularne efekty i pacjent może

poruszać się przy pomocy balkonika, odzyskał częściowo władzę w nogach oraz może w znacznym stopniu kontrolować swoją fizjologię. Dariusz Fidyka nie jest wprawdzie pierwszym pacjentem po przeszczepie glejowych komórek węchowych, ale za to u niego nastąpiła największa poprawa, dająca nadzieję na względnie normalne funkcjonowanie. KSIĘŻYC SIĘ CHOWA! – Dla mnie chodzący sparaliżowany człowiek to coś o wiele donioślejszego niż człowiek chodzący po Księżycu – mówił w rozmowie z BBC prof. Geoffrey Raisman. Możemy być naprawdę dumni z naszych lekarzy i ich brytyjskich współpracowników, którzy bez wątpienia otworzyli nowy rozdział w medycynie. W biurze dr. Pawła Tabakowa we Wrocławiu rozdzwoniły się telefony od pacjentów chcących wziąć udział w kolejnych projektach „boskiego” zespołu, jednak na razie terapia adresowana jest tylko do osób z przeciętym rdzeniem kręgowym. Ponadto jeden głośny przypadek nie stanowi gwarancji powodzenia w innych sytuacjach, co podkreślają sami ojcowie wrocławskiego sukcesu, studząc nie-

co emocje. Trzeba także pamiętać, że każdy taki zabieg to olbrzymie koszty. Dotychczas przeprowadzone operacje sfinansowały UK Stem Cell Foundation oraz Nicholls Spinal Injury Foundation. Ta druga została założona przez kucharza Davida Nichollsa po wypadku na basenie jego syna, Daniela, po którym został sparaliżowany od ramion w dół. Nicholls senior zapewnił, że wyniki badań będą dostępne wszystkim naukowcom, a wszystkie patenty zostaną wykupione i oddane do dyspozycji, by nie hamować postępu. Szkoda, że wrocławski zespół nie mógł liczyć na finansowe wsparcie polskich instytucji. Ale może kiedyś ktoś na tzw. górze wpadnie na pomysł, że warto finansować polską naukę. W końcu od czegoś są ci bogowie. 

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Pirat też człowiek i prawa ma Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przyznał odszkodowanie osobom, które zbyt długo oczekiwały na proces. Problem dla niektórych leży w tym, że to nie mieszkańcy Berlina czy Warszawy... a somalijscy piraci.

Rafał Growiec

A

ktywność piratów Somalijskich spędza sen z powiek wszystkim, którzy chcą przetransportować coś drogą morską między Azją a Europą. W związku z położeniem geograficznym, wojną i biedą panującą w regionie, niejeden rybak zamiast szukać łowisk nie splądrowanych przez wielkie firmy woli zapolować na wiozący chiński towar kontenerowiec, załogę wziąć do niewoli i zażądać okupu. Na pewno jest to bardziej dochodowy biznes niż łowienie płotek, choć też bardziej niebezpieczny. Sytuacja jest o tyle trudna, że położona na „Rogu Afryki” Somalia daje świetny dostęp do szlaków morskich wiodących do Kanału Sueskiego. Mimo międzynarodowych akcji i wsparcia ONZ dla rządu piraci nie zrażają się i niemal swobodnie mogą łupić jednostki francuskie, rosyjskie, niemieckie czy japońskie. Na morskim rabunku wzbogacają się także szeroko pojęte rodziny i całe miejscowości, przez co nadmorskie miasteczka stają się

s. 8

“Naturalną reakcją

na zbrodnię jest chęć zemsty na zbrodniarzu, jednak wciąż musimy pamiętać, że mamy do czynienia z człowiekiem. Podstawowa godność osoby i wynikające z niej prawa nie znikają po zabójstwie, gwałcie czy rozboju – a tym bardziej, gdy mamy do czynienia jedynie z podejrzeniem. bazami wypadowymi do akcji na otwartych wodach. DROGIE PTASZKI W KLATCE Piraci, którymi zajmował się ETPC w roku 2008. zaatakowali francuski jacht oraz statek wycieczkowy i wzięli ich załogi do niewoli. Po otrzymaniu w sumie ponad czterech milionów dolarów okupu

i zwolnieniu zakładników zostali schwytani i postawieni przed sądem na francuskiej ziemi. Zdaniem ETPC jednak za długo czekali na proces, co byłoby sprzeczne z Europejską Konwencją Praw Człowieka. Za czterdziestoośmiogodzinne opóźnienie dwaj Somalijczycy otrzymają od Francji 7 i 9 tysięcy euro. Sędziowie uznali, że Francuzi mieli dość czasu, by postawić zatrzymanym zarzuty w czasie, gdy ci byli w drodze do Europy. Szesnaście tysięcy euro to nie jest duża suma, zwłaszcza gdy przypomnimy sobie, że wykupienie załóg porwanych statków kosztowało cztery miliony dolarów. Jest to jednak prztyczek w nos Francji, która teraz musi wypłacić te kilka groszy ludziom, którzy być może wrócą za niedługo do rabowania statków. Na pewno piraci mieli dobrego prawnika (kto bogatemu zabroni?), albo sami nie byli w ciemię bici jeśli chodzi o europejskie obyczaje. Czy jednak my możemy się burzyć, że ETPC pilnuje humanitarnego traktowania bandytów?


NIBY ŚWINIA, A TEŻ CZŁOWIEK Sprawa somalijskich piratów przypomina nieco niedawny wyrok nakazujący Polsce wypłacić odszkodowanie talibom torturowanym rzekomo na ziemi polskiej przez CIA. W naszym wypadku chodziło też o większe sumy (100 i 130 tysięcy złotych), jednak materia też była poważniejsza. Coś burzy się w człowieku na myśl, że człowiek być może mający na sumieniu krwawe zbrodnie zostaje uznany za pokrzywdzonego. Należy jednak rozgraniczyć winę za popełnione przestępstwa i sposób traktowania „barbarzyńcy” przez naszą cywilizację. Prawdopodobnie wszyscy piraci swoim odszkodowaniem będą mogli nacieszyć się w celach, gdzie będą odsiadywać wyroki za porwanie dla okupu. Czy to nie za mało? Internet już przypomina o starych metodach radzenia sobie z piratami: powiesić wszystkich. Naturalną reakcją na zbrodnię jest chęć zemsty na zbrodniarzu, jednak wciąż musimy pamiętać, że mamy do czynienia z człowiekiem. Podstawowa godność osoby i wynikające z niej prawa nie znikają po zabójstwie, gwałcie czy rozbo-

ju – a tym bardziej, gdy mamy do czynienia jedynie z podejrzeniem. Traktowanie drugiego człowieka jak bydlęcia tylko dlatego, że dopuścił się takich a nie innych czynów, lub zachodzi taka obawa, nie idzie w parze z logiką i chrześcijaństwem. Logika nakazuje być ostrożnym przy wszelkich sądach, bo człowiek jest istotą omylną, a nie potrafi zwracać życia odebranego w majestacie prawa, ani nawet jednej minuty niesprawiedliwego uwięzienia zwrócić uwięzionemu. Chrześcijaństwo zaś nakazuje dostrzec Chrystusa nawet w zbrodniarzu. Choć zapewne ETPC zapierałby się przed tym rękoma i nogami, humanitaryzm europejski wynika z chrześcijańskich wartości, które wpisane są w fundamenty Europy. Kard. Reinhard Marx w swojej książce „Kapitał. Mowa w obronie człowieka” przestrzega właśnie przed „mentalnością Guantanamo”, która każe w drugim człowieku widzieć jedynie wroga, a nie dostrzegać człowieka. Należy czuwać, by szukając sprawiedliwości nie popaść w niesprawiedliwość napędzaną żądzą zemsty, bliższą bardziej barbarzyńcy czy dzikiej bestii niż człowiekowi.

„MNIE TEŻ ZAMKNIJCIE”? Nie powinno dziwić stosowanie tych samych reguł co do Europejczyka skazanego za pobicie i Somalijczyka zatrzymanego z kałasznikowem w ręce. ETPC w tej konkretnej sprawie trzyma się sprawiedliwości bez podziału na „swoich” (Europejczyków, porządnych obywateli) i „ich” (Somalijczyk, pirat). To jest wyraz chrześcijańskiej mentalności (choćby na potrzeby bezstronności odartej z krzyża niczym karty kredytowe Realu), chłodnego podejścia i rozsądku. Nie jest istotne, czy przedłużano by niepotrzebnie areszt Heinricha Mullera czy Abdula Rahiba – mamy przecież Konwencję Praw Człowieka broniącą każdej osoby ludzkiej. Czy czeka nas fala pozwów ze strony aresztowanych piratów za drobne niedociągnięcia w procedurze? Podejrzewam, że te kilka tysięcy euro przejadane z wolna w celi gdzieś pod Marsylią jest mało kuszącą perspektywą w porównaniu z udziałem w okupie za statek. Tak samo dofinansowanie z ONZ nie poprawi sytuacji ekonomicznej Somalii na tyle, by jej mieszkańcy zrezygnowali z piractwa. 

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

Biedroniowy kocioł medialny Narzeczony zagroził, że zerwie zaręczyny jeśli ten tekst powstanie i zostanie opublikowany. Czuję jednak w obowiązku parę zdań w temacie napisać, nawet z wiszącym nade mną widmem ślubu, który może się nie odbyć.

Anna Zawalska

S

zok, niedowierzanie, konsternacja - homoseksualista został prezydentem miasta. Słupska konkretnie. Z portali internetowych dowiaduję się, że nawet światowe media sprawą się zainteresowały, wywiad zrobić przyjechały i wieścić zmianę obyczajów w Polsce zaczęły. Z kolei w Polsce mojej kochanej prawicowe i konserwatywne odnogi medialnego potwora larmo podniosły, że jak to tak można i w ogóle to skandal! Z kolei po lewej stronie owego potwora wiadomy palec w kierunku prawicy został pokazany, wrzeszcząc niemal: dławcie się swoim jadem katopolaczki! ŚWIATOPOGLĄD, A NIE UMIEJĘTNOŚCI Przy całym swoim konserwatywnym podejściu do życia, przy poglądach ukierunkowanych w bardzo konkretną stronę muszę przyznać, że nie przeszkadza mi pan Biedroń w roli prezydenta miasta. Lud zadecydował, więc podejrzewam, że poseł przekonał ich swoimi pomysłami na prezydenturę. Oczywiście niek-

s. 10

“Już od jakiegoś cza-

su niemiłosiernie denerwuje mnie, że polityków rozlicza się z ich poglądów, stylu życia, upodobań seksualnych czy religijności. Tyczy się to zarówno prawej, jak i lewej strony, wyjątków raczej brakuje. Technika ta sama, tylko poglądy inne. tóre media znajdują odpowiednie tłumaczenie takiego stanu rzeczy, wszak Słupsk to skupisko czerwonych, potomków milicji i SB, i jeszcze niewiadomo czego. Teorie spiskowe się mnożą, niedługo dowiemy się, że Słupsk to miejsce zamieszkania samego diabła, bo innego wytłymaczenia, że sodomita prezydentem został nie ma! Gwoli wyjaśnienia - styl życia pana Biedronia mi nie odpowiada

i nie będzie odpowiadał. Światopoglądowo też nie jest nam po drodze. W pewnych kwestiach nie muszę się z nim zgadzać, jednak to nie oznacza od razu, że on jako człowiek musi być traktowany jako pomiot piekielny. Już od jakiegoś czasu niemiłosiernie denerwuje mnie, że polityków rozlicza się z ich poglądów, stylu życia, upodobań seksualnych czy religijności. Tyczy się to zarówno prawej, jak i lewej strony, wyjątków raczej brakuje. Technika ta sama, tylko poglądy inne. Z jednej strony tępi się gejów, transseksualistów, a z drugiej katolików i konserwatystów. Tutaj komuś nie odpowiada facet ubrany w damskie fatałaszki, a tam babeczka z krzyżykiem na szyi. Zamiast rozliczać polityków za to, co robią dla państwa, za podejście do spraw gospodarczych czy społecznych, rozlicza się ich za światopogląd. NIE ZNAM SIĘ, TO SIĘ WYPOWIEM Nie do końca jest to wina ludzi. Najbardziej bowiem napędzają to media różnego kroju. Za co Biedroń zyskuje u mnie szacunek, to ostat-


WYDARZENIA I OPINIE

nie wypowiedzi do jednej z gazet. Po tej stronie barykady raczej nie spodziewałam się takiej reakcji. Co więcej, klikając w artykuł założyłam - co tytuł zresztą wybitnie sugerował - że wyczytam całe elaboraty na temat rychłej laicyzacji urzędu miasta Słupsk, jak i późniejszej rychłej laicyzacji całego miasta. Tymczasem dziennikarze (choć trzeba by było napisać tutaj “dziennikarze” ewentualnie “dziennikarzyny”) pytają Biedronia o krzyż, o tęczę i o portret papieża w gabinecie. Ten z kolei wprost podpowiada im, by pytali go o ważniejsze rzeczy dotyczące jego stanowiska. Szach-mat dziennikarskie hieny żądne światopoglądowej padliny! Niestety tego typu wypowiedzi brakuje wśród polityków. Wciągani przez media, by nieustannie robić show, wypowiadają się w sprawach nie mających wielkiego znaczenia. Zamiast zająć się elementami polskiej polityki gospodarczej, międzynarodowej czy społecznej, media skupiają się przede wszystkim na sporach ideologiczno-światopoglądowych. Jak najbardziej wkurzyć ludzi? Podejmijmy temat gejów, in-vitro i krzyża w szkołach. A najlepiej zestawmy to wszystko ze sobą. To się dopiero zacznie! A słupki oglądalności i poczytności pną się w górę. W końcu

o takich ważnych rzeczach prawimy! Dla polityków z kolei zdaje się to być woda na młyn. Największym problemem jest tutaj to, że dają się wplątać w tę sieć i gdy tylko nadarzy się okazja, wypowiadają się na tematy, które z ich pracą mają nie tak wiele wspólnego. W końcu każda okazja, żeby zyskać dodatkowe procenty w słupku poparcia jest dobra, nawet kosztem wypowiedzenia paru debilizmów. Z drugiej strony, ruszy to lawinę dysput w temacie. I tym sposobem, co jakiś czas przechodzi przez internet i odbiorniki radiowo-telewizyjne medialna burza, a to w temacie związków partnerskich, in-vitro, religii w szkołach czy innych tego typu kwestii. Debata trwa w najlepsze, gadające głowy tu i tam wyrażają swoje eksperckie opinie. Tymczasem, jak przychodzi do zatwierdzenia ustawy o podniesieniu wieku emerytalnego, o eksporcie polskich produktów czy chociażby o wprowadzeniu jakichś unijnych dyrektyw, to debaty brak, gadające głowy nabierają wody w usta, a rozporządzenia w sejmie przechodzą cichaczem.

na temat wyborów nie trzymają się kupy i Biedroń zdaje się mieć inne odpowiedzi dla Gazety Wyborczej, a inne dla TVP. Nie jest to też pierwszy raz, kiedy poseł Twojego Ruchu błyszczy swoją erudycją. Trudno tutaj znaleźć jakieś wytłumaczenie. Jednak skoro już tym prezydentem został, to po co od razu płakać i załamywać ręce, wieszać psy po Słupsku i durnocie ludzi, dając tym samym pożywkę mediom nieprzychylnym konserwatywnym wartościom. Prezydentura Biedronia zostanie rozliczona za cztery lata, wtedy się okaże czy faktycznie coś zrobił, czy tylko gloryfikował swoją orientację seksualną. Pomysł jakiś zdaje się mieć. Gdyby przeanalizować jego kampanię wyborczą na tle innych też pewnie wypadłby najlepiej. Trudno spekulować co dalej. Może pójść to w dwie strony. Jak teraz jego chęć do działania może dawać nadzieję, to potem może okazać się sromotnym kłamstwem. Zobaczymy za cztery lata. 

ZOBACZYMY ZA CZTERY LATA Wracając do Biedronia. Nie to, że pierwszy homoseksualista RP jest czysty jak łza. Same jego wypowiedzi

s. 11


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Sztuka życia Dziś prawdziwych gentelmanów już nie ma. Pod tym zdaniem podpisałaby się niejedna niewiasta. Z mężczyznami mogłoby być gorzej, bo taki zwykle chciałby, żeby to jego uznano za ostatni żyjący egzemplarz. Niejedna kobieta też czuje potrzebę wychowywania nas w tej dziedzinie. Niestety z dobrymi manierami jest trochę jak z tańcem. Niby to mężczyzna prowadzi, ale jak kobieta uprze się, żeby tańczyć coś innego, to nic z tego nie będzie. Maciej Puczkowski

S

łuchając okazjonalnych nauczycielek dobrego wychowania można odnieść wrażenie, że pierwszą i najważniejszą zasadą savoire-vivre’u jest: “zawsze puszczaj kobietę przodem”. Można mieć jednak wątliwości, czy rzeczywiście kobieta wszędzie chciałaby wchodzić pierwsza. Skutki tej “zasady” są niekiedy bardzo zabawne. Dzięki temu można zobaczyć kobiety przedzierające się przez tłum, za którymi z dumą kroczą rośli mężczyźni. Równie wesoło wyglądają próby otwarcia ciężkich drzwi, które otwierają się w stronę przeciwną - czyli takie, których nie da się pociągnąć, tylko trzeba pchać. Trzeba powiedzieć, że pewną sztuką jest wypchnąć tego typu drzwi tak, aby przez nie nie przejść i jednocześnie, żeby one, wracając, nie staranowały puszczanej przodem kobiety. Rozsądek podpowiadałby, żeby otwierając je, najpierw przez nie przejść, a potem przytrzymać. Niestety niejedna kobieta uznałaby to za afront, bo przecież nie puszczono jej przodem. Jednakże savoir-vivre nie zawsze każe puszczać kobiety przodem.

s. 12

“Nasz stary dobry

europejski savoire-vivre jest już nieco nieświeży. Nie chodzi nawet o to, że przestał być stosowany, a ci, którym zależy na jego przywróceniu, niejednokrotnie stosują go bezsensownie jako zbiór pustych formuł bez zastanowienia nad ich genezą. Przede wszystkim nie opisuje on znacznej części codziennych sytuacji.

Wymienione wyżej przykłady należą do tych, kiedy to mężczyzna powinien pójść pierwszy. Powinien iść pierwszy również wtedy, kiedy droga jest “w dół” - czy to jest schodzenie ze schodów, czy wysiadanie z wysokiego pojazdu, czy cokolwiek innego. Co prawda kobiety nie noszą już takich sukni, które uniemożliwiałyby im samodzielne zejście ze

schodów, jednakże o sensowności tej zasady może przekonać się każda kobieta, która postanowiła w szpilkach wyprzedzić swojego partnera na śliskich schodach. Co jest jednak nauką dość bolesną. Trzeba pamiętać również o tym, że mężczyzna, żeby mógł pójść przodem, musi mieć na to szansę, więc czasem należy go… puścić przodem. Mężczyzna idzie też pierwszy do stolika w restauracji, ale tylko wtedy, kiedy nie ma rezerwacji - to znaczy idzie go szukać. Tylko kto dziś rezerwuje stolik? Niestety nasz stary dobry europejski savoire-vivre jest już nieco nieświeży. Nie chodzi nawet o to, że przestał być stosowany, a ci, którym zależy na jego przywróceniu, niejednokrotnie stosują go bezsensownie jako zbiór pustych formuł bez zastanowienia nad ich genezą. Przede wszystkim nie opisuje on znacznej części codziennych sytuacji, natomiast zawiera formuły, które współcześnie pozbawione są przyczyn i być może mają jeszcze sens w dyplomacji, ale nie w życiu szarego obywatela. Dobrze nadającym się na przykład przepisem jest konieczność


choćby zanurzenia ust w kieliszku, kiedy jest się poczęstowanym czerwonym winem. Białego wina można odmówić, wody czy innego płynu też, ale nie czerwonego wina. Czerwone wino łatwo zatruć, dlatego odmówienie skosztowania byłoby sugestią, że nie ufamy gospodarzowi. Problem w tym, że na co dzień nie zatruwa się wina, więc reguła staje się pustą formułą. Co więcej, w naszym społeczeństwie jest wielu abstynentów, a nawet ci, którzy piją, mogą być akurat kierowcami. W związku z tym pojawia się mnóstwo pytań obyczajowych, na które tradycyjny savoir-vivre nie odpowiada. Nasuwa się wniosek, że nie mamy współcześnie dobrego kano-

nu zachowań. Savoir-vivre albo nie wystarcza, albo posiada zbyt wiele pustych reguł. Jest to okazja do stworzenia naszego własnego, polskiego etosu. Nie nazywajmy go po francusku ani angielsku, ani nawet po łacinie. Powiedzmy po prostu “dobre maniery”, albo z większym rozmachem “sztuka życia”. Naczelną zasadą, która przyświecała savoir-vivre’owi było to, że przy człowieku dobrze wychowanym ludzie czują się dobrze i swobodnie. Jest to godna zachowania idea, ale pójdźmy dalej. Niech naszym celem będzie nie tylko dobre samopoczucie towarzyszących nam osób, ale dążenie do piękna lub inaczej świętości. Co prawda przy człowieku świętym nie każdy czuje

się dobrze, ale nie każdy też czuje się dobrze pokropiony wodą święconą. Możemy jednak z powodzeniem nie przejmować się takimi przypadkami i przyjąć, że człowiek święty osiągnie nie tylko wszelkie cele savoir-vivre’u, ale i o wiele więcej. 

s. 13


TEMAT NUMERU

Ci, którzy

wciąż czekają na Chrystusa Gdy dwa tysiące lat temu po ziemi chodził Jezus z Nazaretu, wielu uwierzyło, że jest On Mesjaszem, Bożym Pomazańcem. Nie oznaczało to jednak końca judaizmu. Dlaczego? Jak wyglądały te dwa milenia oczekiwania na spełnienie Bożej Obietnicy?

Rafał Growiec

S

kąd wziął się sam pomysł, żeby wyczekiwać jakiejś szczególnej postaci, która miałaby wprowadzić nową jakość do wiary Żydów? Jak to u Żydów – z Biblii. Są tacy, którzy dopatrują się zapowiedzi nadejścia człowieka, który pokona grzech już w biblijnym opisie grzechu pierworodnego. Przywołuje się tu fragment Księgi Rodzaju zwany „protoewangelią” – zapowiedź, że potomstwo kobiety zmiażdży głowę węża. Także błogosławieństwo Jakuba dla Judy jest stosowane zwłaszcza przy mesjanizmie w jego odmianie królewskiej. Gdyż mesjanizm ma kilka odmian. Pierwsza z nich to ta, która twierdzi, że Mesjasz będzie potomkiem króla Dawida a jego misja będzie przede wszystkim misją polityczną. Jego silnym fundamentem jest przepowiednia Izajasza skierowana do króla Achaza, mówiąca o narodzinach jego potomka. Jednak jasnym było, że to słowo Boga ma drugie, jeśli nie trzecie dno. Miał się narodzić chłopiec, który zostanie nazwany Emmanuel, czyli „Bóg z nami”, „Bogiem mocnym”, „Odwiec-

s. 14

“Po powstaniu chrze-

ścijaństwa wielu Żydów uwierzyło w to, że Chrystusem jest Jezus z Nazaretu. Wielu jednak zanegowało to stwierdzenie, trwając nadal w starym sposobie życia. Było to jednak możliwe tylko do wojen z Rzymem, które zakończyły się zburzeniem Świątyni i wygnaniem Narodu Wybranego z jego ziemi ojczystej. znym doradcą”. Miał być władcą idealnym. Ten nurt przeżył swój rozkwit w czasach dynastii Dawida, ale miał swoich zwolenników także wtedy, gdy zdawało się, że tylko Boża interwencja może ocalić Żydów i przywrócić im państwo. Co ciekawe, patrząc na układ żydowskiego kanonu te oczekiwania się spełniły. Biblia hebrajska kończy się Drugą Księgą Kronik, którą zamyka wezwanie skierowane przez pobudzonego przez Pana króla Cyrusa, by

Naród Wybrany przybył do Palestyny odbudować Świątynię. Drugi nurt to nurt kapłański, albo prorocki, stawiający na pierwszym planie wybraństwo Mesjasza, jednak bez nacisku na królewską godność. Tu mamy Izajaszowe Pieśni o Słudze Pańskim, gdzie pojawia się wątek dobrowolnie przyjętego cierpienia. MESJASZ, CZYLI „POMAZANIEC” Akt namaszczenia głowy olejem na znak nadania szczególnej godności znany był w Izraelu już w czasach Saula, którego namaszczono na króla. Słowo „Pomazaniec” po hebrajski brzmi „Maszija” a po grecku „Christos”. Jezus w pełni świadomie wiele razy przywoływał cytaty dotyczące Mesjasza odnosząc je do siebie. Nie ogłaszał jednak swojej Mesjańskiej godności – nakazywał uczniom milczeć na ten temat, zakazywał też to ogłaszać duchom nieczystym (Mk 1, 23). Dopiero po Jego zmartwychwstaniu i zesłaniu Ducha Świętego, Apostołowie otwarcie wychodzą z tą nauką. Dlaczego Jezus nie mówił chętnie o sobie jako Mesjasz, dając jedynie


przesłanki ku temu? Choćby dlatego, że Żydzi nie chcieli cierpiącego Sługi Jahwe, tylko nowego króla Dawida, który pogoni Rzymian i odda im za wszystkie krzywdy. Jezus nie chciał gromadzić wokół siebie wojsk, ani też prowokować Żydów do powstania. Gamaliel, jeden z członków Sanhedrynu, wymienia co najmniej dwóch takich przywódców: Teodasa i Judasza Galilejczyka. Także Aleksander Krawczuk wspomina takiego buntownika, który za czasów Nerona podburzył ludność Jerozolimy. Szymon Bar Kochba także był uważany za Mesjasza. GDY INNI JUŻ SIĘ DOCZEKALI Po powstaniu chrześcijaństwa wielu Żydów uwierzyło w to, że Chrystusem jest Jezus z Nazaretu. Wielu jednak zanegowało to stwierdzenie, trwając nadal w starym sposobie życia. Było to jednak możliwe tylko do wojen z Rzymem, które zakończyły się zburzeniem Świątyni i wygnaniem Narodu Wybranego z jego ziemi ojczystej. Jednocześnie chrześcijaństwo szybko urosło w siłę i żydowska nauka o Mesjaszu

musiała nabrać nowego wymiaru: apologetycznego, uzasadniającego, dlaczego nie uwierzyli w Jezusa. Zburzenie Świątyni tworzy nową przestrzeń żydowskiego oczekiwania. Odtąd Żydzi czekają już nie tylko na Mesjasza, ale też na powrót do ojczyzny i odbudowę Świątyni. Państwo odzyskali w XX. wieku na mocy decyzji państw zachodnich. Wzgórze Świątynne jednak wciąż zajmują dwa meczety... Mają już gotowe sprzęty, przeszkoloną służbę liturgiczną. Tylko te meczety im przeszkadzają. Więc Żydzi czekają, aż wzgórze będzie wolne. Muzułmanie zaś profilaktycznie zakazują im wszelkich wykopalisk w okolicach fundamentów Meczetu Omara. Chrześcijanie zaś starali się przekonać Żydów, że jednak to Jezus jest Chrystusem. Organizowano debaty, na które zapraszano (często była to propozycja nie do odrzucenia) rabinów i starano się ich przekonać do przyjęcia chrześcijaństwa. Taką debatę zorganizowano na przykład w 1757. r. w Kamieńcu Podolskim, gdy pozornie współpracujący z katolikami frankiści (Żydzi przez

pewien czas uznający za Mesjasza Jakuba Franka) wystąpili przeciwko ortodoksyjnym talmudystom. Jednocześnie rabini starannie dobierali argumenty, by udowodnić, że chrześcijanie się mylą. Musieli być przy tym ostrożni – zdarzało się, że po takich debatach palono nie tylko Talmud, ale i rabina. MESJASZ PILNIE POSZUKIWANY Sytuacja, gdy naród jest rozproszony, otoczony przez wyznania biorące od niego początek (chrześcijaństwo i islam) powoduje, że Mesjasza wypatrywali Żydzi wszystkich pokoleń. Miał on w końcu przynieść odwrócenie się niepomyślnych wiatrów historii i ukaranie tych, którzy prześladowali Naród Wybrany. Stąd na przestrzeni dziejów pojawiają się samozwańczy Mesjasze – tacy jak Sabbataj Cewi czy wspomniany już Jakub Frank. Najczęściej kończyło się to wyklęciem samozwańca i jego zwolenników ze wspólnoty, żydowską ekskomuniką, z powodu podejrzanych nauk „pomazańca”. Czasem ludzie upierali się, że ktoś jest Mesjaszem wbrew opinii

s. 15


samego zainteresowanego. Tak był z Manachemem Mendelem Schneersonem, którego nawet po śmierci w 1994. r. uznawano za Bożego pomazańca, choć on sam się wypierał takiej godności. Czasem Mesjasza doszukiwano się poza narodem żydowskim. Józef Flawiusz uważał za takiego rzymskiego cesarza Wespazjana (zapewne dlatego, że były żydowski rebeliant był na jego utrzymaniu). Także podboje Napoleona były dla wielu Żydów syryjskich nadzieją na odbudowę Świątyni. Za Mesjasza i Żyda z dziada pradziada uważał się też Hajle Sellasje, ale to już zupełnie inna bajka. Mimo to ortodoksyjni Żydzi nie przestają czekać na Mesjasza – tego prawdziwego, poprzedzonego przez

s. 16

proroka Eliasza, który zasiądzie na pustym miejscu w czasie wieczerzy paschalnej. Ta nadzieja nie zmieniła się od kilku tysięcy lat i raczej prędko nie umrze. Co nie znaczy, że nie ma dla niej alternatywy. KTO JEŚLI NIE ON? A jeśli Mesjasz nie przyjdzie? Część Żydów zrezygnowała z czekania na potomka Dawida. Wierzą, że cały naród powinien brać czynny udział w tworzeniu ery Mesjańskiej, która ma być wielkim szabatem – bez wojen i cierpienia. Niektórzy też, zwłaszcza po cierpieniach, jakich doznał naród żydowski w czasie Holokaustu, wysuwają tezę jakoby to Izrael jako cały naród był Mesjaszem, cierpiącym za innych. Natura Żydów, specyfika ich

historii, wreszcie przeświadczenie o Bożej Opatrzności i Wybraństwie sprawiają, że czekanie jest wpisane w naturę tego narodu i tej religii. Jak długo jeszcze będą czekać? Chrześcijanie wierzą, że do Paruzji. Sami Żydzi zapewne będą czekać do skutku, zapełniając kielich na Eliasza i wypatrując Bożego pomazańca, odcedzając go spomiędzy wielu fałszywych proroków. 


s. 17


TEMAT NUMERU

„Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny” Najczęściej Adwent kojarzony i utożsamiany jest z okresem oczekiwania na święta Bożego Narodzenia. Wielu ludzi zapomina jednak, że oprócz znaczenia historycznego, ma on także symboliczny wydźwięk. Czas ten nie tylko przypomina o Narodzeniu Pańskim, które dokonało się ponad dwa tysiąclecia temu, ale także jest emanacją oczekiwania na powtórne przyjście na świat Jezusa Chrystusa – Syna Bożego. Mateusz Ponikwia

M

esjasz pierwszy raz przychodząc na świat i stając się człowiekiem, odkupił ludzi poprzez męczeńską śmierć i Zmartwychwstanie. To właśnie w Jego Osobie spełniły się starotestamentowe proroctwa. Misją Jego ziemskiego wcielenia było wybawienie wszystkich ludzi od śmierci wiecznej. Z kolei powtórne przyjście Jezusa ma mieć chwalebny charakter oraz być osądzeniem ludzi za ich postawę wobec Bożego Daru jakim było pierwotne przyjście na ziemię. Wtedy to okaże się czy przez naszą postawę zrealizowaliśmy zadania jakie zostały przed nami postawione. O ponownym przyjściu Chrystusa zaświadcza wprost Pismo Święte. W Dziejach Apostolskich możemy odnaleźć fragment, w którym aniołowie, pocieszając apostołów po Wniebowstąpieniu, zapewniają o Jego powrocie: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten

s. 18

“Obietnica Chrystusa

o szczęściu wiecznym w Domu Ojca zdaje się przezwyciężać wszelkie nawet najbardziej katastroficzne zdarzenia, które mogą stać się naszym udziałem. Całym naszym życiem czekamy na paruzję. Okres ten został nam nie tylko ofiarowany, ale i zadany. Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzicie Go wstępującego do nieba” (Dz 1,11). Z kolei według 1. Listu do Tesaloniczan: „Dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy” (1 Tes 5,2). Także sam Jezus napomina i nawołuje do czuwania i oczekiwania, gdyż Jego ponowne przyjście będzie

nader nagłe i niespodziewane. W ewangelii według św. Marka możemy natrafić na słowa Zbawiciela, który poucza, że: „o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13,32). Ponowne przyjście Chrystusa na świat, zwane w teologii paruzją, immanentnie powiązane jest z kresem dotychczasowego świata. Zgodnie z wizją ukazaną w Apokalipsie św. Jana schyłkowe dla ludzkiej rzeczywistości zdarzenia mają być poprzedzone przez wiele nietypowych, niespodziewanych, nierzadko przerażających i trwożących zjawisk. Według Objawienia końcowy czas dla świata, takiego jaki znamy, zostanie poprzedzony przez wyniszczające ludzkość zdarzenia. Zarówno katastrofy naturalne jak i szkodliwa działalność samych ludzi będzie niechybnie prowadziła do kresu i zagłady. To wówczas rozstrzygną się losy każdego człowieka. Sąd Ostateczny będzie miał za zadanie zweryfikowa-


nie ludzkich zachowań i dopuszczenie do radości wiecznej w Niebiańskiej Krainie tych, którzy na to zasłużyli swym ziemskim bytowaniem. TĘSKNOTA, A BOŻA OBECNOŚĆ Tęsknota za ponownym przyjściem Jezusa staje się zasadniczym elementem życia każdego chrześcijanina. We współczesnym świecie człowiek dostrzega wszechobecne cierpienie, panujący głód, toczące się wojny, szerzący się brak sprawiedliwości, rozprzestrzeniające się choroby. Wszystko to sprawia, że nie odnajduje on radości ze swojej ziemskiej egzystencji. W głębi serca pragnie bowiem być kochanym prawdziwie wieczną, bezwarunkową miłością, którą może znaleźć jedynie w Jezusie Chrystusie. To właśnie obietnica powtórnego przyjścia Zbawiciela oraz zjednoczenia się z Bogiem w Krainie Życia Wiecznego winna przyświecać naszemu doczesnemu życiu. To od nas samych zależy jak będzie wyglądał i w jaki sposób zostanie spożytkowany okres naszego życia, które możemy traktować jako czas naszego adwentu. Chrystus nie pozostawia nas samych w doczesnej wędrówce. Pozostaje cały czas z nami. Namacalnym dowodem Jego obecności jest Eucharystia. To właśnie podczas sprawowania każdej mszy świętej czcimy Jego posłannictwo i zbawczą misję oraz możemy zjednoczyć się z Nim poprzez przyjmowanie Jego Ciała ukrytego w

postać białego opłatka. Chrystus także stale i wciąż na nowo podnosi nas z naszych ziemskich upadków i leczy nasze grzechy poprzez sakrament pokuty. Przebywanie w koniecznej do zbawienia łasce uświęcającej, sprawia, że możemy poczuć się bezpiecznie. Wówczas mamy pogłębioną świadomość i przekonanie, że Bóg nie pozostawił nas ziemskimi sierotami. ŻYCIE JAKO OCZEKIWANIE Podejmując refleksję na temat ponownego przyjścia Pana, zastanówmy się czy jesteśmy gotowi na to wydarzenie. Chwalebne przybycie Jezusa powiązane będzie z zapowiadanym choćby w Apokalipsie świętego Jana końcem świata. Wówczas dokona się także Sąd Ostateczny. Okres adwentowy uzmysławia nam nieuchronność i niespodziewany charakter tego zdarzenia. Pewnym jest, że Jezus ponownie przyjdzie na ziemię. Nikt jednak nie wie kiedy to nastąpi. Postawmy sobie zatem pytanie, czy jesteśmy na to gotowi? Czy Jezus nie zastanie nas śpiących podobnie jak odnalazł swoich uczniów w Ogrodzie Oliwnym? Im także, podobnie jak nam, polecił by czuwali. Trafne wydaje się być porównanie naszego życia do adwentowego czasu oczekiwania. Poprzez ten okres liturgiczny jeszcze lepiej możemy uświadomić sobie jak silne jest powiązanie między pierwotnym przyjściem na świat Jezusa, a zapowiedzią Jego ponownego przybycia podczas Sądu

Ostatecznego. Rodząc się z Maryi jako człowiek dokonał naszego zbawienia, ale i pozostawił nadzieje na wieczność dla wszystkich, którzy zachowują Jego słowo i żyją w zgodzie z przykazaniami Bożymi. Nasze życie niejako ma odzwierciedlać realizację pozostawionych nam wskazówek. Ich realizacja zostanie zweryfikowana i oceniona przez Stwórcę podczas apokaliptycznego końca świata. Nie należy jednak obawiać się przyjścia Jezusa. Jeżeli prawdziwie i szczerze zaufamy Bogu, nie powinniśmy trapić się ukazaną tragiczną wizją św. Jana. Obietnica Chrystusa o szczęściu wiecznym w Domu Ojca zdaje się przezwyciężać wszelkie nawet najbardziej katastroficzne zdarzenia, które mogą stać się naszym udziałem. Całym naszym życiem czekamy na paruzję. Okres ten został nam nie tylko ofiarowany, ale i zadany. Każdy z nas jest powołany do świętości. Należy zatem być stale gotowym na przyjście Mesjasza. Obyśmy nie byli jak nieroztropne panny z jednej z ewangelicznych przypowieści, które nie zostały wpuszczone przez pana młodego, usłyszawszy jedynie: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was” (Mt 25,12). Niech każdy z nas jak najlepiej i jak najowocniej wykorzystuje dar jaki uzyskał od Stwórcy, abyśmy mogli w spokoju i z niecierpliwością oczekiwać ponownego przyjścia Pana, a potem cieszyć się szczęściem w Niebie. 

s. 19


TEMAT NUMERU

Adwent liturgicznie Adwent to zdecydowanie najbardziej dziwny okres liturgiczny. Niby wielki post, ale taki radosny. Niby jeszcze nie Boże Narodzenie, ale kolędy słyszymy na każdym kroku. Z jednej strony dzieci z lampionikami i losowanie aniołków, z drugiej poważne rekolekcje i wezwania do głębokiej spowiedzi. Wyjaśnijmy więc co nieco. Wojciech Urban

J

ak czytamy w „Ogólnych normach toku liturgicznego i kalendarza”, adwent to czas pobożnego i radosnego oczekiwania. Oczekiwania na co? Adwent pochodzi od łacińskiego słowa advenio, co znaczy „przychodzę”. Nie ma wątpliwości, że chodzi o przyjście Jezusa. Są wątpliwości, o które przyjście chodzi. Adwent ma podwójny charakter. Oprócz przygotowania do przeżycia uroczystości Narodzenia Pańskiego, ma również przypomnieć i przygotować nas na paruzję – powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów. Taki jest cel Adwentu. Natomiast jego najbardziej charakterystycznymi elementami są specjalne msze – roraty oraz lampiony i wieniec adwentowy. RORATY, CZYLI LAMPIONY, LOSOWANIA I KOLĘDY?! „Świat” nie rozumie istoty adwentu, bo i niby dlaczego miałby rozumieć? Dlatego od początku grudnia w centrach handlowych słyszymy „christmasowe” przeboje, a na półkach specjalne produkty na święta. Problem w tym, że coraz mniej chrześcijan, łącznie z duszpasterzami, rozumie ten okres liturgiczny.

s. 20

“Za to w pierwszy

dzień każdego roku liturgicznego – w I niedzielę Adwentu – Kościół przypomina słowa Jezusa: „Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan domu przyjdzie”. Taka perspektywa powinna nam ustawić nie tylko te kilka tygodni do najbliższych ferii, ale cały rok. Nawet całe życie. Niezrozumienie Adwentu widać w jego spłyceniu. W wielu kościołach koncentracja pada wyłącznie na przygotowanie do przeżycia Bożego Narodzenia. Do tego przygotowanie to najczęściej ogranicza się do dzieci, które przychodzą na wieczorne „roraty” z lampionikami, do ustawionego pod ołtarzem żłóbka wkładają papierowe serduszka z wypisanymi dobrymi uczynkami, żeby „Jezuskowi” było ciepło, gdy się już urodzi. A pod koniec mszy losowanie: figurek,

Maryjek i tym podobnego sacrokiczu. Dalszym przejawem spłycenia adwentu są między innymi koncerty kolęd organizowane w tym okresie również przez wspólnoty kościelne. Również spotkania opłatkowe w parafiach, wspólnotach czy klasach, organizowane przed 24 grudnia, pokazują, że wcześniejsze niecałe cztery tygodnie zostały zmarnowane. PRZEJŚĆ W TRYB CZUWANIA Przez większą część adwentu nie usłyszymy w czytaniach, czy tekstach mszalnych, ani słowa o Jezusku leżącym w żłóbku, lichej stajence, czy opiekuńczej Maryi. Za to w pierwszy dzień każdego roku liturgicznego – w I niedzielę Adwentu – Kościół przypomina słowa Jezusa: „Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan domu przyjdzie”. Taka perspektywa powinna nam ustawić nie tylko te kilka tygodni do najbliższych ferii, ale cały rok. Nawet całe życie. Oprócz fioletowego koloru szat, Adwent jest podobny do Wielkiego Postu również dlatego, że w czasie niedzielnych Mszy nie śpiewa się hymnu Chwała na wysokości Bogu. Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę „radosny” charakter Adwentu. Dodatkowo, w tym okresie nie odma-


TEMAT NUMERU

wia się również wyznania wiary. Brak wspomnianego hymnu można wiązać z tym, że Adwent przez wieki w Kościele był okresem pokutnym. Bardziej zastanawiające jest pominięcie wyznania wiary. Ogólnie rzecz biorąc, Credo odmawiane podczas Mszy podnosi jej rangę. Niedziele Adwentu są w tabeli pierwszeństwa obchodów liturgicznych na bardzo wysokiej pozycji, jednak wyznania wiary brak. Adwent koncentruje naszą uwagę na kilku biblijnych postaciach. Przede wszystkim na Izajaszu, z którego proroctw zaczerpnięte jest większość adwentowych czytań. Wizje szczęścia, wystawnych uczt, powszechnego pokoju i bezpieczeństwa, jakie nastaną „na końcu czasów” zestawione są z Chrystusowymi wezwaniami do czujności i ascezy. Mamy być nieustannie gotowi na powtórne przyjście Pana, w czym radości tego świata mogą nam skutecznie przeszkodzić. Dlatego też powinniśmy umieć z nich rezygnować na rzecz przyszłych,

większych dóbr. ASCETYCZNA RADOŚĆ Z PRZYJŚCIA Jest więc Adwent doskonałą okazją do zweryfikowania swojego dotychczasowego życia, a w efekcie do nawrócenia i podjęcia poprawy, w czym pomóc nam mogą rozmaite postanowienia, przeżyte rekolekcje zakończone spowiedzią, czy częstszy udział we Mszy Świętej. Tu rodzi się pytanie, jak pogodzić radosny charakter Adwentu z podejmowaniem trudu nawrócenia – które ze swej natury musi okazać się bolesne i poniekąd wyniszczające (aby „uśmiercić” grzeszną naturę). Jest to pytanie o radość chrześcijańską. Nie ma ona wiele wspólnego z karnawałową zabawą, gromkim śmiechem i uśmiechem z reklamy pasty do zębów. Prawdziwa, chrześcijańska radość jest na pozór niewidoczna, lecz stale obecna w uczniach Chrystusa, nawet gdy są głodni czy bici. Następną ważną w Adwencie postacią jest Jan Chrzciciel. Pro-

rok, który wskazał Jezusa jako zapowiadanego Mesjasza. Janowi poświęcone są II i III niedziela Adwentu. W II ponownie słyszymy bardzo radykalne wezwania do nawrócenia, potwierdzone ascetycznym przykładem Jana Chrzciciela. III niedziela Adwentu nosi nazwę Gaudete (z łac. „raduj się”), jest jednym z dwóch dni w ciągu całego roku, kiedy to w liturgii używa się różowego koloru szat. Drugi taki dzień to czwarta niedziela Wielkiego Postu. W połowie „pokutnych” okresów, aby ustrzec wiernych prze niebezpieczeństwem smutku i zniechęcenia, Kościół przypomina za pomocą wymownych symboli, jak wielkie szczęście będzie udziałem zbawionych, gdy Chrystus ponownie przyjdzie. Charakter Adwentu zmienia się 17 grudnia, a więc tydzień przed Uroczystością Narodzenia Pańskiego. I tu się dopiero zaczyna bezpośrednie przygotowanie do tego święta. Liturgia przypadającej w tym okresie IV Niedzieli Adwentu

s. 21


ukazuje postać Maryi, Bożej Matki. Ciekawostką są natomiast tzw. Wielkie Antyfony. Używane są w Nieszporach przed hymnem Magnificat, oraz podczas Mszy Świętej jako werset przed Ewangelią. Pokazują one rozwój historii zbawienia oraz stopniowe, coraz pełniejsze objawianie się Boga ludziom – szczytem tego jest właśnie wcielenie Jezusa. Jeśli weźmiemy pierwsze wyrazy łacińskiego tekstu antyfon, z pierwszych liter ułoży się czytane wspak zdanie: Ero cras – będę jutro. WSCHÓD SŁOŃCA O 18.30? Oddzielną kwestią są Msze roratnie. Są to tzw. msze wotywne o Najświętszej Maryi Pannie, czyli sprawowaną ze specjalną intencją, niezależnie od formularza przypisanego na dany dzień. Msze wotywne w dzień powszedni Adwentu zasadniczo są zakazane. Roraty są więc Mszami wyjątkowym charakterze. Liturgia Słowa jednak składa się z czytań przypadających na ów dzień. Używa się jednak szat koloru białego, oraz odmawia Chwała na wysokości Bogu.

s. 22

Powinna to być pierwsza Msza sprawowana danego dnia, o świcie, a właściwie jeszcze gdy jest ciemno. Obecnie z tzw. względów duszpasterskich w wielu parafiach (nie tylko wiejskich) roraty są odprawiane wieczorem. A już całkowitym nadużyciem jest odprawianie rorat dwukrotnie (rano i wieczorem) w ciągu jednego dnia. Względy duszpasterskie w tym wypadku oznaczają udział dzieci. Z powodów, których mogę się jedynie domyślać, roraty stały się pretekstem do urządzania swoistego jarmarku przed-Bożonarodzeniowego. Konkursy na lampiony, losowania aniołków i figurek dzieciom nie pomagają, a dorosłych wręcz zniechęcają do przychodzenia na tak infantylne Msze. Sprawowanie rorat jeszcze przed wschodem słońca ma wymiar teologiczny. Na podobieństwo Maryi oczekujemy przyjścia Chrystusa, którego liturgia w wielu miejscach określa jako Wschodzące Słońce. Zresztą, związek światła, szczególnie słonecznego, z Chrystusem jest w Kościele bardzo często akcentowany. Przyjście, do którego przygotowuje

nas Adwent to nie tylko pamiątka Wcielenia i obietnica Paruzji. To także realizacja tego „dziś”. Podczas każdej Mszy Chrystus przychodzi do nas i do tego również przygotowuje nas Adwent. „Czuwajcie, bo w chwili, której się nie spodziewacie, Syn Człowieczy przyjdzie”. Roraty sprawowane o poranku podkreślają to. Wchodziliśmy do Kościoła, gdy jeszcze było ciemno, wychodzimy z Eucharystii, gdzie spotkaliśmy przychodzącego Jezusa i stajemy w światłości. W ten sposób natura objawia tajemnice swego stwórcy. Roraty sprawowane wieczorem tracą ten aspekt. Liturgia może nas zachwycić głębią spojrzenia na tajemnice wiary. Musimy tylko podjąć trud pochylenia się nad tymi tajemnicami. Nie ulegajmy pokusie odrzucania wszystkiego, czego nie rozumiemy, pod pretekstem „dostosowania” liturgii do odbiorców, bowiem straci wówczas swój nadprzyrodzony charakter.


s. 23


Szkic o TEMAT NUMERU

przymiotach

ludzkich

Szczególny czas Adwentu. Oczekiwanie. Dobry to czas, aby podzielić się z wami odrobiną siebie. Roztaczam więc przed Tobą, Czytelniku, owoc moich rozważań – ów artykuł. Bo przecież Adwent sprzyja refleksjom i porządkom wewnętrznym, by Ten Najwyższy mógł mieć w nas czysto i schludnie w dniu Swoich urodzin.

Aleksandra Frontczak

K

iedy przyglądam się ludziom, coraz częściej dostrzegam w nich pewną niespójność ontologiczną; wyraźną płynność w pojmowaniu tejże kwestii. Wydaje mi się, że zjawisko to może być nawet definicją naszego gatunku. Bo przecież, chcąc lub nie, jesteśmy ściśle związani z otaczającą nas fauną i florą. Przynależymy do pewnego rodzaju, ewoluujemy w zależności od miejsca występowania i panujących tam warunków, a także mamy praprzodków, od których bierzemy swój początek (według teorii ewolucji). O ile łatwo przychodzi nam zdefiniowanie własnego gatunku, rozumianego jako ludzie, o tyle trudniej jest nam określić wyznaczniki, które byłyby odpowiednie i jednocześnie constans dla tegoż gatunku. To jest właśnie owa niespójność ontologiczna. Jeżeli ona jest więc wykładnią naszego rodzaju, to czy znajdą się jakiekolwiek spójniki stałe dla każdego człowieka na ziemi, niezależnie od tego czy patrzymy na naszą rasę w ujęciu diachronicznym czy synchron-

s. 24

“Czym jest jednak

miłość? Co to znaczy kochać? Czy można kochać bezwarunkowo? Czy miłość jest wieczna? Czy miłość dojrzewa z wiekiem człowieka? A może zastępujemy tym słowem uczucia łudząco podobne do niej, będące jednak słabszymi? icznym? Rozpoczynam poszukiwania, bowiem kwestia ta niezmiernie mnie nurtuje. Dochodzę do wniosku, że jest kilka cech swoistych dla ludzi. Ludzkość rozumiem jako naturę ludzką, której przypisywane są takie cechy jak: dobroć, życzliwość, szlachetność. My jesteśmy ludzcy, psy są psie, a małpy – małpie. Kropka. Jednakże zdolni jesteśmy do wyrażania uczuć i emocji. Najwyższa z nich jest natomiast miłość. To nas zasad-

niczo odróżnia od innych istot żyjących, nawet jeżeli posiadamy wspólne z nimi cechy. Warto też zaznaczyć, że jako gatunek, tylko my możemy używać rozumu i rozsądku. Dodatkowo mamy świadomość istnienia bytów transcendentnych. Czy jednak te cechy są zarezerwowane tylko dla nas? A może przyswajamy sobie atrybuty innych gatunków lub chociaż, w duchu zasady mimetyzmu, „pożyczamy” pewne przymioty od innych istot? Mogłabym nie szukać, nie pytać, nie dociekać. Przyjąć wszystko takim, jakie jest. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia, a ludzie, kiedy im się przyglądam, wciąż mnie zaskakują swoją plastycznością. Gloria Polo. Kobieta rażona piorunem. Przeżyła śmierć kliniczną. Wracając do „żywych”, zwierzyła się ze swojego spotkania z Bogiem. Jestem niesamowicie wstrząśnięta tym świadectwem. Kobieta całkowicie pozbawiona świadomości istnienia nad ludźmi Kogoś wyższego, pochłonięta kultem własnego ciała, zawieszona miedzy „być” a „mieć”,


traci wszystko, co dotąd było jej najbliższe. Kilkunastostronicowa książeczka, a rodzi tyle pytań – pytań, które od zarania dziejów nurtują ludzkość. Czy możliwe jest życie po śmierci? Czy dusza jest nieśmiertelna? Jak będzie wyglądać Sąd Ostateczny? Jak Bóg mnie osądzi? Czy w ogóle Bóg istnieje? Objawienia prywatne mogą służyć do budowania wiary drugiego człowieka, ale czy trzeba w nie wierzyć? Nie. Ze sceptycyzmem przyjmuję niektóre z nich. Sądzę jednak, że stanowią one namacalne dowody na pewną powtarzalność cech wyróżniających nasz gatunek, a danych nam wyraźnie – odgórnie. To świadectwo jest takowym argumentem. Porusza do głębi: „«Pierwsze przykazanie brzmi: Kochaj Boga ponad wszystko, a bliźniego swego jak siebie samego». I słyszę odpowiedź: «Doskonale». Zaraz po tym ten sam miły głos mówi: «A ty, kochałaś swoich bliźnich?» Odpowiadam prędko: «Tak, tak, kochałam ich, naprawdę ich kochałam!»”. Pierwsze przykazanie: kochaj Boga swego ponad wszystko. Czytając ten fragment świadectwa Polo, przypomina mi się scena z mojego dzieciństwa. Niedzielna Msza Święta, ja, dziesięcioletnia dziewczynka,

siedzę z rodzicami w ławce, z boku kościoła. Naprzeciwko, po drugiej stronie świątyni, wisi obraz Jezusa Miłosiernego. Ksiądz wygłasza homilię. Wpatruję się w obraz i słyszę nagle głos kapłana: „Spójrzmy na Jezusa – patrzę – i spróbujmy się w nim zakochać”. Patrzę i mówię w sercu: „Jezu, jesteś piękny, chcę Cię kochać”. Długo nic nie działo się w moim życiu. Bóg chyba nie działa jak automat z napisem „wrzuć monetę”, ale Miłość jednak pamięta i znajduje nas, nawet gdy my już nie pamiętamy. Czym jest jednak miłość? Co to znaczy kochać? Czy można kochać bezwarunkowo? Czy miłość jest wieczna? Czy miłość dojrzewa z wiekiem człowieka? A może zastępujemy tym słowem uczucia łudząco podobne do niej, będące jednak słabszymi? A może maleje ona wraz z przyrostem mądrości i wiedzy o świecie? Ten największy przymiot ludzkości wciąż nie daje się odgadnąć. Paweł Kopycki w „Elementarzu teologii ciała” pisze za Janem Pawłem II: „Motywem stworzenia świata jest miłość (…). Jesteśmy zaproszeni do komunii osób, bez siebie nawzajem, bez wzajemnej relacji, jesteśmy niekompletni (…), nie rozumiemy siebie”. Kochać to znaczy darzyć

kogoś miłością; miłować to być głęboko przywiązanym do kogoś/ czegoś. Pierwszorzędnie miłować kojarzy mi się z drugą osobą. Miłość – jak pisze Maria Krzywda – choć jest pojęciem ogólnoświatowym i najbardziej nadużywanym, cechuje się dużą dozą abstrakcyjności oraz swoistą pojemnością semantyczną. W języku polskim na taką mnogość odczuć bliskich miłości jest tylko jedno słowo (lub jego synonimy): kocham cię. W języku greckim zaś występują trzy rodzaje miłości, a z nich każde ma swój graficzny odpowiednik: philos – oznacza miłość braterską, przyjacielską; eros – miłość zmysłową, gwałtowną, cielesną; agape – miłość duchową, całkowicie oddzieloną od zmysłowej i cielesnej. Takie rozróżnienie z pewnością zmniejsza prawdopodobieństwo nieporozumienia między ludźmi. Może właśnie dlatego wciąż tak trudno jest nam kochać i przyjąć miłość od drugiej osoby, zdefiniować ją i wyznaczyć jej rolę w naszym życiu? Obecnie częściej zauważam miłowanie w sensie przywiązania do siebie samego, do swojego wyglądu, ubrań, hobby. Przywiązujemy się do przedmiotów, wspomnień, marzeń, celów. Podświadomie myślimy, że

s. 25


nas to nie spotyka, że to nie nasza rzeczywistość. Ale gdy przyjrzymy się swojemu życiu, możemy często dostrzec miłość bez możliwej wzajemności. Kawałek plastiku czy innego tworzywa nie odpowie, nie przytuli. Nadal jednak wolimy kochać „milczące” niż żywe. Eros często myli nam się z philos, bliskość – z seksem, oddanie – z brakiem kochanka/i. Owe nieścisłości językowe mogą być przyczyną nieporozumień w relacjach międzyludzkich, aczkolwiek nie sądzę, aby były one główną przyczyną takich zachowań. Skutkiem tego zastanawiam się nad skomplikowaniem ludzkiego sposobu myślenia,

trafimy zrobić coś na poziomie zwierzęcia. Więcej nawet: pod poziomem zwierzęcym. Wojny, gwałty, morderstwa, obozy koncentracyjne, eksperymenty na ludziach, segregacja rasowa i płciowa. XX wiek – cywilizacja szczytuje, człowiek coraz więcej rozumie, odkrywa, tworzy. Staje się bardziej niezależny od natury, losu, fatum, fortuny, Boga. Już ateizm XVIII wieku i wiara w ratio, a potem dekadentyzm XIX stulecia zapowiadały rychły upadek ludzkości. Wraz z postępem człowieczych możliwości, następuje upadek ludzkiej godności. Nazizm, komunizm, antysemityzm są tego wynikiem. Odnoszę wrażenie,

mój, dotąd stabilnym, światopogląd. Zaczęłam pytać samą siebie: gdzie jest miłość? Gdzie wiara w ludzi? Gdzie dobroć, życzliwość, szlachetność? Czy można mówić o ludzkości po Oświęcimiu? Wydaje mi się, że w sytuacjach ubezwłasnowolnienia, śmierci, okrucieństwa i permanentnego bólu wolimy wierzyć w siebie niż w byty transcendentne; w wytrzymałość ludzkiego ciała niż w siłę więzi międzyludzkich i miłości. W liceum, na lekcji historii, nauczycielka powiedziała nam, że wojna ma wymiar dydaktyczny. Ja odpowiedziałam – podobno. Bo czy nauczyliśmy się czegoś z ludobójstwa XX stulecia?

dedukcji, wnioskowania. Skoro „jesteśmy zaproszeni do komunii osób”, to dlaczego pierwiastka ludzkiego doszukujemy się w przedmiotach lub abstrakcjach? Czyżby słowo „człowiek” przestało być dla nas jasne i zrozumiałe? Czyżbyśmy zatracili się we własnych przymiotach? Zwierzęta także mogą okazywać sobie uczucia (tak przynajmniej twierdzą badacze i naukowcy), ale czy może to być miłość? Programy przyrodnicze nierzadko próbują udowadniać odbiorcy rzekomą zdolność poszczególnych gatunków zwierząt do okazywania sobie tego uczucia na poziomie bliskim ludzkiemu. Często sama zgadzam się z wnioskami naukowców. Natomiast gdy pomyślę o historii, widzę, jak często to my sami próbujemy sobie udowodnić, że po-

jakoby stawianie siebie na piedestale, egocentryzm i ufność w nieograniczoną moc ludzkiego życia i umysłu, przy jednoczesnej negacji istnienia Kogoś większego nad nami, doprowadza do masowego zezwierzęcenia nie tylko katów, ale i ofiar. Granice międzygatunkowe stają się niebezpiecznie płynne. Czytając książkę Wiesława Kielara „Anus mundi”, nie mogłam nadziwić się, jak człowiek zaczyna wyzbywać się uczuć i emocji, gdy stają się one w takich sytuacjach największym zagrożeniem dla przetrwania; gdy jest się w obliczu nieustannego zagrożenia życia; gdy śmierć powszednieje, a jednocześnie życie staje się jedynym celem. Pięć lat w Auschwitz – retrospekcja przemiany wewnętrznej. Przyznam, że lektura ta miała ogromny wpływ na

Czy bardziej rozumiemy własne człowieczeństwo? A może wymaga ono obecnie redefinicji? Słowo – kolejny atrybut gatunku ludzkiego. Tak wiele wyraża, a jednocześnie tak mało można w nim zawrzeć. Kryzys logosu, a co za tym idzie także literatury (szeroko rozumianej), nastąpił właśnie po wydarzeniach drugiej wojny światowej. Chyba niemożliwością jest opisanie w jakikolwiek sposób ogromu cierpienia i bólu ludzkości w tym okresie. Nie ma takiej wykładni, która dobrze odzwierciedlałaby człowiecze doświadczenia doby nazizmu. Literatura nie dysponuje takim gatunkiem. Człowiek nie dysponuje takimi zdolnościami. Poetyka ściśniętego gardła Różewicza, opowiadania Borowskiego, pamiętniki Anny Frank, liryki

s. 26


Szymborskiej czy Miłosza. Wszystko to jest raczej ewokacją, substratem rozważań, retrospekcją, opowieścią, przestrogą, aniżeli odpowiedzią. Im bardziej o tym myślę, tym bardziej daleka jestem od wszelakich wniosków. Przecież człowiek uczy się na błędach. W konsekwencji, wedle tej reguły, powinniśmy żyć w świecie idealnym albo przynajmniej lepszym. Tymczasem zaobserwować można zmniejszającą się wrażliwość na cierpienia i doświadczenia drugiej osoby, wcale nie będąc przy tym w sytuacji permanentnie zagrażającej naszemu istnieniu. Eutanazje (w Belgii także dla dzieci), in-vitro, aborcje, handel ludźmi. Zdaje się, że wszystko to ma swój początek w latach 30. XX stulecia. Wtedy jednak nazywano ogół tych zjawisk eugeniką, segregacją rasową. Teraz natomiast ukrywa się ingerencję w ludzkie istnienie pod płaszczem słów „sam możesz zadecydować o sobie i uśmierzyć przy okazji cierpieniu innych”. Pod fałszywym sztandarem „dobra ludzkości” tracimy dziedzictwo i naukę płynącą z historii. „Wolimy – jak pisała Wisława Szymborska – Siebie lubiących ludzi/ niż siebie kochających ludzkość”. Mamy przecież tyle możliwości. Jesteśmy wolni, z natury naszej i z wyboru często. A jednak nadal dążymy do tolerancji, która zatraca swoje pierwotne znaczenie. „Lubić ludzi” to,

według mnie, szanować ich poglądy, ale także milczeć, gdy robią coś złego; to uśmiechać się do nich, ale również obmawiać za plecami; to doszukiwać się dobra w każdym, ale jednocześnie dostrzegać tylko największe wady. Odnoszę wrażenie, jakoby historia w połączeniu z ontologiczną niespójnością, która nadal się pogłębia, doprowadziły do swoistej dychotomii istoty człowieczeństwa. Bo w końcu „lubić” to też być do kogoś/czegoś przywiązanym. Lubić można oczy, nogi, uśmiech, poczucie humoru, ale niekoniecznie cechy charakteru, tak często niewspółgrające z naszymi. A może sęk w tym, że nie potrafimy „dostrzec belki we własnym oku”, zacząć zmian od siebie? Czyż nie powinniśmy w sobie wpierw uporządkować przymiotów ludzkości (dobroć, życzliwość, szlachetność), zacząć od samotnej wędrówki, indywidualnych zmagań? Paweł Kopycki pisze w „Elementarzu teologii ciała”: „Samotność to otwarcie i oczekiwanie na komunię osób. Samotność jest początkiem drogi do innej osoby, jest już pierwszym krokiem wykonanym w jej stronę”. Stajemy więc przed dylematem, samodzielnie musimy zdecydować się, jaki udział będziemy mieć we własnym człowieczeństwie, w jakim stopniu oddamy wartość ludzkich przymiotów. Wolna wola ma ogromny udział

w budowaniu naszego człowieczego korpusu. Mnogość cech gatunkowych pozwala nam na wymianę pewnych elementów i dobieranie takich, które według naszego mniemania są najbardziej niezbędne. Czy jednak owa wielość pozwala na stworzenie swoistego kanonu cech bezsprzecznie niezmiennych i stałych dla ludzkiej natury? Pytanie to nastręcza wiele trudności, bowiem każdy człowiek, według Szymborskiej, „woli” coś innego i ma przy tym wiele możliwości. Jedni „wolą kino”, drudzy „wolą koty”, a jeszcze inni „wolą moralistów”. Ponadto „wolenie” zmienia się wraz z postępem czasu i własnym postępem. Podobno gdyby wszyscy byli tacy sami, świat byłby nudny. Każde zagubienie prowadzi do odnalezienia. Nasze „woleć” zdaje się zupełnie zależeć od stopnia naszej świadomości. Wolimy „siebie lubiących ludzi” czy „siebie kochających ludzkość”? Indywidualnie musimy odróżnić lubienie od kochania, eros od philos, philos od agape. Czy jest to możliwe? Z jednej strony cieszy rozmaitość możliwości. Z drugiej zaś oddalamy się od siebie często za bardzo. A może to dobrze? Ustawicznie nie widać końca niespójności ontologicznej. Więc może lepiej nie dociekać, nawet jeśli nurtuje? Może lepiej nie pytać „jak długo jeszcze i kiedy” i czy w ogóle?

s. 27


Biblia TEMAT NUMERU

księga

oczekiwania Nie ma chyba innej księgi, która tak wyraźnie jak Pismo Święte wyrażałoby ludzką tęsknotę za Bogiem, szczęściem i dobrem, które jest tak wyraźnym zapisem ludzkiego oczekiwania, cierpliwości i nadziei (lub rzadziej - ich braku). Na przestrzeni setek lat, w różnych warunkach kulturowych, politycznych i gospodarczych autorzy natchnieni spisywali te ludzkie pragnienia

Tego, który otrze każdą łzę z ich oczu i wprowadzi do nowego, doskonałego życia. i świadectwa oczekiwania na przyjście

Kajetan Garbela

P

ierwsza historia biblijna – stworzenie świata i człowieka. I od razu gdzieś w tle pojawia się oczekiwanie. Adam nazywa zwierzęta, ale nigdzie nie widzi odpowiedniej dla siebie pomocy, jak zanotował autor biblijny. Już pojawia się jakaś tęsknota, jakieś – pewno nawet nieuświadomione – oczekiwanie. I wtedy pojawia się Ewa. Zaraz potem grzech pierworodny, któremu towarzyszy wyrzucenie ludzi z Raju. Jednocześnie pada pierwsza zapowiedź Mesjasza – Zbawiciela, który naprawi grzech pierwszych rodziców i umożliwi ludziom zbawienie. Wtedy właściwie Pismo Święte nabiera swojego charakteru – głosi dobrą nowinę o Synu Bożym, który wykupi ludzkość z rąk zła. Zapowiedź ta wymaga jednak od ludzi cierpliwości i odpowiedniego zachowania, z czym łączą się przykazania i inne rady, dawane ludziom przez Boga. A na kolejnych kartach Biblii? Znowu wieczne wyczekiwanie. Mamy więc Noego, który wyczekuje na potop, a gdy ten nadszedł – na jego

s. 28

“A co mamy na końcu

Pisma świętego? Apokalipsę, czyli księgę o jednym wielkim oczekiwaniu. Na koniec świata, na powtórne przyjście Mesjasza, na zbawienie ludzkości, na wyzwolenie z więzów grzechu, śmierci i ziemskiej bylejakości i trudów. koniec, gdy wreszcie będzie mógł wyjść na suchy ląd. Mamy Abrahama, którego Bóg wyprowadza z rodzinnego UR i każe wyruszyć w podróż. Abraham ciągle czeka, gdzie wreszcie ta podróż się zakończy, co się wydarzy. Później Izaak – gdy jego ojciec wiązał go na ofiarę na górze Moria, zapewne był przerażony i również czekał – na to, czy Pan pozwoli mu umrzeć, czy jednak go uratuje. Jego z kolei syn, Jakub – czekał choćby na to, jak

zakończy się jego walka z Aniołem. Józef Egipski wpierw wyczekiwał na to, co mu się przytrafi po trafieniu w niewolę, później wyczekiwał na ponowne spotkanie z ojcem i braćmi. Mojżesz – przemówił do niego Bóg, kazał rozmawiać z faraonem, wyswobodzić Izraelitów z rąk Egipcjan, zaprowadził go na górę, wręczył przykazania. Zapewne Mojżesz ciągle się zastanawiał: co potem? Po co to wszystko? Do czego to ma prowadzić? Później szedł z narodem Izraelskim czterdzieści lat przez pustynię, ciągle wyczekując wejścia do Ziemi Obiecanej. To dopiero masakra. Czasem nie umiemy przeżyć tego, że tramwaj się zepsuł albo uciekł, i musimy przejść dwa czy trzy kilometry piechotą, a tutaj 40 lat krążenia po pustyni! Gdy już się w niej znaleźli, Izraelici musieli walczyć i czekać, jaki będzie efekt ich zmagań z ludami ja zamieszkującą. A co się potem działo… Izrael czekał na króla, Dawid wpierw czekał na efekt zmagań z Goliatem, a potem na to, czy Saul go zabije… Judyta czekała, czy jej podstęp się uda i zabije dowódcę


wrogich wojsk… Stary Tobiasz czekał na to, czy młody Tobiasz powróci z trudnej podróży… I wiele, wiele innych przykładów biblijnych postaci można by przytoczyć, które na coś mniej lub bardziej czekały, co stało się dla nich w pewnym etapie ich życia właściwym jego sensem. Później znowu Izrael dostał się do niewoli, teraz babilońskiej, i czekał na wyzwolenie, co wspaniale ukazują nam księgi prorockie, w tym choćby wspaniała i optymistyczna w swym przesłaniu księga Izajasza, swoista starotestamentalna Ewangelia – dobra nowina o wyzwoleniu, z jednej strony z niewoli fizycznej, ziemskiej, a z drugiej – z niewoli duchowej, bo zapowiadająca Mesjasza. Wreszcie Nowy Testament. Maryję nawiedza anioł, następuje zwiastowanie, i założę się, że ona totalnie nie rozumiała tego, co usłyszała i na co się zgodziła. Zawierzyła jednak i dzięki temu jej oczekiwanie było wypełnione pokojem. Podobnie święty Józef, nazywany przez Pismo człowiekiem sprawiedliwym, myślał nad jakimś rozwiązaniem kwestii ciąży Maryi, ale znów pod wpływem anioła postanowił zaufać – i czekać. Jan Chrzciciel chrzcił nad jordanem, ciągle czekając, kiedy pojawi się Ten, którego ma zapowiadać. Wreszcie go ujrzał, do swoich uczniów rzekł „Oto Baranek Boży”,

i ci poszli za nim. Czekali najpierw, aż dowiedzą się o Nim czegoś więcej, a potem, gdy poznali w Nim Mesjasza czekali, aż wybawi Izraela z rąk wrogów. Gdy został aresztowany, gdy szedł z krzyżem, gdy zmarł, zadawali sobie pytania: jak to? Dlaczego? Po co to wszystko? Zamknęli się we Wieczerniku, jak mówi nam Ewangelia, Piotr wyszedł łowić ryby, wrócił do tego, co robił wcześniej, a oni, niesieni siłą bezwładności, poszli z nim. Wydawałoby się, że już na nic nie czekają. Że na nikogo nie czekają, bo Ten, z którym wiązali tyle nadziei, odszedł na zawsze. A On nagle powrócił, zmartwychwstał. Wtedy rozpoczęło się nowe oczekiwanie – na zbawienie każdego z nich, a wcześniej – na możliwość głoszenia dobrej nowiny innym ludziom. Co do samego Jezusa – jasne, można powiedzieć, że skoro był Bogiem, to wszystko wiedział, wszystko mógł przejść i w sumie jakiegoś wielkiego wyczekiwania w nim nie było. Chciałbym jednak zauważyć dwie kwestie. Pierwsza: Jezus bał się śmierci krzyżowej, strasznie przechodził oczekiwanie na nią, co zresztą ewangeliści zauważyli i opisali – chodzi oczywiście o modlitwę w Ogrójcu, prośby do Ojca i pocenie się krwią. Druga kwestia, jak dla mnie totalny kosmos, który uświadomił mi w jednym że swoich kazań lata temu ks. Pawlukiewicz – jak

wielką cierpliwość i pokorę musiał mieć Chrystus, że przez trzydzieści alt życia nikomu nie przyznał się, że jest Bogiem! Nie brylował, nikomu nie zdradził zapewne tej tajemnicy, zaczął działać dopiero po trzech dekadach na weselu w Kanie, i to po cichu, dopiero potem nadeszły wielkie cuda na oczach tłumów, jak rozmnożenie chleba i ryb czy uzdrowienia. Myślę, że żaden z ludzi nie potrafiłby przez tyle lat zachować w tajemnicy swojej boskości, władzy, mocy i potęgi. A co mamy na końcu Pisma świętego? Apokalipsę, czyli księgę o jednym wielkim oczekiwaniu. Na koniec świata, na powtórne przyjście Mesjasza, na zbawienie ludzkości, na wyzwolenie z więzów grzechu, śmierci i ziemskiej bylejakości i trudów. Jakie słowa padają na końcu tej księgi? Najpierw dwukrotnie, w stronę Mesjasza pada prośba: „przyjdź”, po czym On odpowiada: „Zaiste, przyjdę niebawem”, co autor natchniony kwituje swoją prośbą: „Przyjdź, Panie Jezu!” Mamy więc klamrę, która spina Biblię – zapowiedź przyjścia Odkupiciela na początku, po grzechu pierwszych ludzi, i Jego własną obietnicę przyjścia na końcu czasów. Chyba wyraźniej nie dałoby się ukazać, że Pismo Święte to księga jednego wielkiego oczekiwania ludzi na Boga. 

s. 29


HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI

Jutro będę

duży, dzisiaj jestem mały

Fascynacji polską muzyką lat osiemdziesiątych ciąg dalszy. Tym razem Sztywny Pal Azji i jego największy przebój "Wieża radości, wieża samotności". Przypuszczam, że dla wielu osób z mojego pokolenia nawet ta piosenka nie jest znana, nie wspominając już o innych utworach tego zespołu. Nie będę jednak ponownie marudził, a zajmę się samą piosenką, która w moim życiu odgrywa dość dużą rolę. Mateusz Nowak

"W

ieża radości, wieża samotności" to utwór wydany w 1987 roku. Od jego publikacji minęło więc już sporo czasu, a nadal jest on obecny w świadomości ludzi, zwłaszcza tych, którzy dobrze pamiętają tamte czasy. Najlepiej potwierdza to zwycięstwo tej piosenki w jednym z notowań plebiscytu radiowej Trójki "Polski Top Wszechczasów". A trzeba przyznać, że rywalizacja stoi tu na bardzo wysokim poziomie. O czym jednak w ogóle jest ten utwór? Najprostszej odpowiedzi na to pytanie już udzieliłem wcześniej. O dojrzewaniu. Trochę w tym jednak mało konkretów. Pójdę więc kawałek dalej. Jest to piosenka o zderzeniu z rzeczywistością, o uświadomieniu sobie, że z czasem bywa i tak, że "palą się na stosie moje ideały", o dochodzeniu do własnych poglądów, o weryfikowaniu ich w trakcie swojego życia, o umiejętności dostosowania się do faktu, że "jutro będę duży, [choć] dzisiaj jestem mały". Niestety, samo życie. Kiedy racjonalizm

s. 30

“Sztywny Pal Azji

można uznać za zespół jednego przeboju, ponieważ żaden inny jego utwór nie zbliżył się popularnością do "Wieży radości, wieży samotności". A szkoda, ponieważ gdy zacząłem się przysłuchiwać bardziej twórczości panów z Chrzanowa, to doszedłem do wniosku, że tworzyli i nadal tworzą naprawdę dobrą muzykę. przejmuje władzę nad emocjami to wiedz, że już właśnie jesteś duży. I tego wcale nie chcę, chcę być mały, jak długo tylko się da. Bo dopóki jestem mały, to "stawiam świat na głowie do góry nogami, na odwrót i wspak bawię się słowami, na białe,

na czarnym kreślę jakieś plamy". W końcu młodość to kreatywność, a bycie już w pełni dojrzałym jest nudne jak flaki z olejem. "Wieżę radości, wieżę samotności" możemy podzielić na dwa osobne etapy. W pierwszym pan Leszek Nowak śpiewa o latach młodości, o stawianiu piedestałów. Natomiast w drugim uderza w nas marazmem bycia dojrzałym, m.in. w słowach "nie walczę już z nikim, nie walczę już o nic". I choć chciałbym temu zaprzeczyć, to po prostu się nie da. Zadziwiająco rozbrajający jest fakt, że będąc czujnym obserwatorem rzeczywistości, za pomocą niewielkiej liczby słów, można tak wiele przedstawić. Dla mnie ludzie, którzy piszą wartościowe teksty piosenek, powinni być wprost nazywani poetami, a nie jedynie "tekściarzami". Jest to wobec nich o tyle krzywdzące, że niejednokrotnie ich teksty są pełne metafor, alegorii i innych środków stylistycznych, dzięki czemu różnie je interpretujemy. A to już jest sztuka, dodatkowo jeszcze trafiająca do większej liczby ludzi.


Oczywiście sam tekst byłby niczym, gdyby dołożyć do niego dubstep czy disco polo. Stylistyka rockowa jednak, pomijając moje subiektywne odczucia, pasuje tutaj idealnie. Zresztą to przecież właśnie rockowcy przez lata mieli i nadal mają coś do przekazania w swoich utworach. Drugą taką grupą są raperzy, za którymi jednak nie przepadam tylko dlatego, że uderza mnie brak melodii i brak śpiewu, czyli tego, co nieodłącznie kojarzy mi się z muzyką. W "Wieży radości, wieży samotności" jest jednak wszystko to, co lubię. Jest przyjemna melodia, bardzo dobra solówka na gitarze, a do tego przez cały utwór przewijająca się perkusja, która kojarzy mi się z marszowym krokiem wojskowym. Ogółem wszystko do siebie pasuje, nie ma zgrzytów i dzięki temu można tego słuchać wielokrotnie. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, dlaczego pewne utwory stają się przebojami, inne nie. Sztywny Pal Azji można uznać za zespół jednego przeboju, ponieważ żaden inny jego utwór nie zbliżył się popularnością do "Wieży radości, wieży samot-

ności". A szkoda, ponieważ gdy zacząłem się przysłuchiwać bardziej twórczości panów z Chrzanowa, to doszedłem do wniosku, że tworzyli i nadal tworzą naprawdę dobrą muzykę. Nie wpisuje się ona jednak w utarte schematy dzisiejszej definicji muzyki popularnej, wobec czego ciężko oczekiwać, że stacje radiowe nagle zaczną puszczać utwory z najnowszej płyty Sztywnego Palu Azji, kosztem szałowych piosenek Lady Gagi, Rihanny, Madonny czy śpiewającego zza grobu Jacksona. Komercha, komercha i jeszcze raz komercha. A to, że ma to wartość taką jaką ma, to już inna para kaloszy. Większości ludzi widać to jednak nie przeszkadza, bo musi się to świetnie sprzedawać. Przecież na zdrowy rozsądek, nie byliby promowani artyści, co do których nie ma pewności bądź choćby przesłanek, że są kopalnią złota. I tego niestety nie zmienimy, ludzie już się do tego przyzwyczaili i jest im z tym dobrze. Znowu trochę pomarudziłem na stan dzisiejszej muzyki popularnej, ale cóż, ci co mnie znają lub chociaż próbują śledzić tę rubrykę, to już

dobrze wiedzą, jakie są moje poglądy w tej materii. Tym co się ze mną zgadzają, pozostaje szukać na własną rękę albo słuchać tych stacji radiowych, które nie wpisują się tak mocno w szeroko pojęty mainstream. Każdego, kto nie zna Sztywnego Palu Azji, zachęcam do przesłuchania chociaż tego jego sztandarowego utworu. Każdemu dobrze to zrobi. Warto poszerzać horyzonty i słuchać też tego, co nie znamy, a powstało już lata temu. Jest naprawdę cała masa utworów wartych przesłuchania, które mogą coś wnieść do naszego życia, które mogą nam czasem dać jakiś bodziec do działania. Wystarczy tylko trochę inicjatywy i chęci, by zacząć szukać. Polecam to wszystkim. 

s. 31


RECENZJE - Fi

Upadek l m

Czy może istnieć film, w którym Hitler nie jest tylko i wyłącznie krwiożerczym ekstremistą, dowódcy Wehrmachtu dowodzą maszynami do zabijania, a wodzowie III wyglądają na butnych i zbyt pewnych siebie? Czy jest możliwym, by Niemcy nakręcili film, który nie wybiela nazistów, ale pokazuje ich prawdziwe błędy? Myślę, że „Upadek” jest właśnie takim filmem. Kajetan Garbela

„U

padek” to film w reżyserii Olivera Hirschbiegela i według scenariusza Bernd Eichinger. Opiera się on przede wszystkim na książce „Inside Hitler's Bunker” Joachima Festa oraz „Z Hitlerem do końca” sekretarki Hitlera Traudl Junge, która także jest jedną z jego głównych bohaterek. W roku produkcji – 2004 - był on nominowany do Oscara w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”, przegrał jednak rywalizację z hiszpańskim „W stronę morza”. Obraz przedstawia ostatnie kilkanaście dni z życia Adolfa Hitlera ( fantastyczny Bruno Ganz), wodza III Rzeszy, zamkniętego wraz z otoczeniem w bunkrze pod Kancelarią Rzeszy w Berlinie. Towarzyszą mu bliscy (o ile w ogóle można powiedzieć, że ktoś był dla niego naprawdę bliski), a także główni politycy i dowódcy wojskowy III Rzeszy. Atmosfera przez cały czas trwania filmu jest ciężka, niczym bomby spadające na Berlin, a poczucie niechybnej klęski i strasznego losu pokonanych towarzyszy ostatecznie każdemu z bohaterów. Hitler człowiek zmęczony życiem, pomarszczony, schorowany – cierpi na chorobę Parkinsona, wręcz gasnący w oczach. W rozmach z podwładnymi oraz najbliższym otoczeniem stara się zachować pewność siebie, zdecydowanie, a nawet okazywać dobre samopoczucie

s. 32

“„Upadkowi” da-

leko do sztampowych filmów wojennych. Co prawda na ekranie widzimy wybuchy bomb, gotujących się do walki żołnierzy i cywili, ale jest tego niewiele i są jakoby dodatkiem do głównego tematem obrazu Hirschbiegela. i optymizm. Większość widzi w tym jednak robienie dobrej miny do złej gry. Sam Hitler zaś przez większą część filmu wierzy on niezachwianie w zwycięstwo w toczącej się wojnie, nawet wbrew dochodzącym do niego raportom z frontu orasz nasilającym się odgłosom radzieckich dział. Führer jest człowiekiem z wizją, pragnącym wynieść III Rzeszę na niespotykany do tej pory poziom potęgi, uczynić z niej idealne państwo, szczytowe osiągnięcie cywilizacji europejskiej, czego wyrazem ma być projekt Berlina – swoistej stolicy świata, wzorowanej na antycznym Rzymie, której wielką makietę przygotował architekt Albert Speer. Co ciekawe, wódz podkreśla kilkukrotnie, iż interesuje go zwycięstwo III Rzeszy i jej dalszy, triumfalny rozwój, nawet za cenę wielkich strat, materi-

alnych i ludnościowych (tak w armii, jak i wśród cywili). Jest straceńcem, który nawet chce walczyć do końca o realizację swoich wizji i tego także wymaga od swoich współpracowników. Dobrze ilustrują to słowa jednego z oficerów: „Führer stracił poczucie rzeczywistości. Kieruje dywizjami, które istnieją tylko na jego mapie. Rozbita dywizja Steinera sama z trudem się broni. A on chce, żeby Steiner atakował!”. Wódz gardzi ostrożnymi dowódcami, którzy nie chcą szafować ludzkim życiem w obliczu wielokrotnie silniejszego wroga. W ostateczności nawet skazuje takowych na śmierć, co spotkało gen. Helmutha Weidlinga, oskarżonego o wycofanie swoich żołnierzy o 1000 metrów. Okazało się to nieprawdą, a gen. Weidling został nawet mianowany dowódcą obrony Berlina, co skwitował znaczącymi słowami „To już lepiej mnie rozstrzelajcie”. Co ciekawe, wobec nieznajomych, szczególnie cywili i młodzieży, Hitler jest człowiekiem kurtuazyjnym, nie wywyższa się, stara się być wyrozumiały, jednak w umiarkowany sposób. Widać to szczególnie dobrze w trzech scenach. W czasie spotkania z kandydatkami na sekretarki uściska każdej z uśmiechem dłoń, pyta o to miejsce pochodzenia, zaś zawołania „Heil, mein führer” kwituje słowami „Darujmy sobie pozdrowienia”. Podobne emocje okazuje on w scenie dekoracji członków Hitlerjugend,


walczących na ulicach Berlina z wojskami sowieckimi. Z lekkim, przyjacielskim uśmiechem dekoruje ich krzyżami żelaznymi, zaś do kilkunastoletniego Petera, który zniszczył dwa czołgi, mówi ze smutnym uśmiechem: „Chciałbym, żeby moi generałowie mieli Twoją odwagę”, oraz pociąga go za policzek, czym zapewne chciał wyrazić swoją czułość. Z czasem Hitler jest coraz bardziej rozgoryczony zachowaniem swoich podwładnych, których oskarża o to, że nie wykonują odpowiednio jego planów i zaleceń. Oskarża ich o tchórzostwo, widząc w sobie samym ostatniego odważnego. W trakcie wspomnianego spotkania ze Speerem odrzuca propozycje ucieczki z Berlina, kwitując je słowami „Albo znajdę jakieś rozwiązanie, albo pogodzę się z upadkiem”. Gdy uświadamia sobie, że nie ma już żadnych armii, które mogłyby wyswobodzić Berlin, mówi do swoich oficerów: „W tej sytuacji nie mogę dłużej przewodzić... To koniec. Wojna jest przegrana. Ale jeśli myślicie, że opuszczę Berlin, to się mylicie. Prędzej strzelę sobie w łeb! Róbcie, co chcecie.” Kilka scen

później wręcza on swoim sekretarkom truciznę na „czarną godzinę”, ze smutkiem mówiąc do jednej z nich: „Przykro mi, że nie mogę dać pani lepszego prezentu”. Sytuacji nie polepsza nawet ślub wodza z Ewą Braun. Zaraz po nim Hitler dyktuje oraz testament polityczny i dowiaduje się, że ostanie oddziały Wehrmachtu, dające nadzieję na rozprawienie się Sowietami nie mogą podjąć już żadnych walk. Wówczas państwo Hitler podejmują decyzję o popełnieniu samobójstwa, prosząc adiutanta wodza, Günscha by zadbał, aby ich ciała nie dostały się w ręce Rosjan. Następnie Hitler zabrania kapitulacji, żegna się praktycznie bez słów, ze swoimi współpracownikami, i nie zważając na rozpaczliwe błagania pani Goebbels), która ze łzami w oczach i na kolanach namawia go do wyjazdu z Berlina, zamyka się w swoim pokoju i popełnia samobójstwo. Strzały rozlega się w całym bunkrze. Zgodnie z prośbą, ciało jego i Ewy Braun zostaje spalone na dziedzińcu przed wyjściem z bunkra kancelarii Rzeszy. Otoczenie Hitlera, to ludzie

wystraszeni i spięci, silący się na sztuczny spokój, szukający odskoczni w miłych pogawędkach czy rozrywkach. Ewa Braun chce jakby wyprzeć z bunkra stres i poczucie zagrożenia, organizując huczny bal, który jednak zostaje drastycznie przerwany przez alianckie bombardowanie. Generałowie Jodl, Krebs i feldmarszałek Keitel są zastraszeni i starają się wytłumaczyć führerowi beznadziejną sytuację III Rzeszy. Heinrich Himmler, przeczuwając nadchodzącą klęskę, postanawia zdradzić Hitlera, o którym wypowiada kpiący osąd: „Czego się spodziewać po niepijącym, niepalącym wegetarianinie?” Chce nawiązać kontakt z dowódcą Amerykanów, Eisenhowerem, licząc, że zostanie uznany za cennego sojusznika. Hitler dowiaduje się o tej zdradzie, bardzo ją przeżywa, nazywając Himmlera „najwierniejszym z wiernych”, który teraz musi zginąć. Joseph Goebbels oraz jego żona są zapatrzeni w Hitlera, darzą go uwielbieniem i bezgranicznym zaufaniem, z czasem jednak wydają się pogodzeni z nadciągającą katastrofą oraz koniecznością odebrania sobie życia.

s. 33


Jego żona zaś odgrywa główną rolę w chyba najbardziej makabrycznej scenie filmu, w której ze spokojem, jak do snu, przygotowuje swoje dzieci na śmierć i podaje im truciznę, którą potem zażywa również ona sama i jej. Niemieccy cywile pełnią w filmie bardzo uboczną rolę. Sam Hitler wypowiada się na ich temat, iż „Nie wolno nam teraz martwić się tak zwanymi cywilami […] w wojnie takiej, jak ta, nie ma cywili”. Dodaje również, że współczucie nie należy się słabym. Jeszcze dalej posuwa się Goebbels mówiąc, że naród przekazał nazistom władzę a teraz ponosi tego konsekwencje. Spośród mieszkańców Berlina najwięcej miejsca reżyser

cach miasta – praktycznie każdy z nich zostaje zabity przez Sowietów w beznadziejnej walce. Równie porażający jest widok dziesiątek podeszłych w wieku i obłożnie chorych ludzi, pozostawionych w szpitalu przez uciekające wojsko. Pozostał przy nich tylko jeden lekarz, żołnierze i politycy w ogóle się nimi nie przejmowali. „Upadkowi” daleko do sztampowych filmów wojennych. Co prawda na ekranie widzimy wybuchy bomb, gotujących się do walki żołnierzy i cywili, ale jest tego niewiele i są jakoby dodatkiem do głównego tematem obrazu Hirschbiegela, Tym zaś są osobiste tragedie niewielkiej grupy ludzi, polityków,

wielcy ówczesnego świata na równi z szarymi ludźmi w drastyczny sposób pozbawiani są złudzeń. Ci, którzy zgotowali straszny los rządzonym przez siebie tłumom, teraz muszą dzielić ich los, mimo całej swojej władzy i potęgi nie mogą odsunąć od siebie złowieszczego kresu, który jest zasługą ich samych. Nie jest to film, mający ocieplić wizerunek nazistów, pokazać, że i oni mieli ludzkie odczucia i przezywali straszne, nieludzkie męki przed śmiercią. Niestety, Hitler i inni zbrodniarze nie przyznają się do własnej winy, nie uderzają się w piersi przyznając, że doprowadzili swój naród i państwo do tak niewyobrażalnej klęski, że szafowali ludzkim

poświęcił Volkssturmowi, czyli ochotniczym oddziałom, złożonym przede wszystkim z należącej do Hitlerjugend młodzieży. W jednej ze scen, gdy młodzi berlińczycy przygotowują obronę na ulicach miasta, ma miejsce groteskowa i straszna jednocześnie scena – ojciec jednego z nich chce wybić nastolatkom z głowy chęć walki i rozkazuje uciekać przed Rosjanami, młodzi ludzie jednak w ogóle nie chcą go słuchać, powołując się na przysięgę, złożoną Hitlerowi. Kilkadziesiąt minut później widzimy ów oddział w scenie walki na uli-

wojskowych i cywili, których wojenne losy zgromadziły w berlińskim bunkrze, co prawda wygodnym i ekskluzywnym, jednak do złudzenia przypominającym celę śmierci. Nie wszyscy spośród nich chcą sobie zdać sprawę z tego, że wszystko przegrali, że część z nich popełniło błędy i dopuściło się okrucieństw. Starają się żyć resztkami nadziei, wypierać myśl o nadchodzącej hekatombie, nieuniknionej i pewnej, zastępując je pysznymi mrzonkami o potędze swojej i podległych im sił. Ostatecznie jednak widz obserwuje, jak

życiem i w ogóle go nie szanowali, przedkładając nad nie własna pychę i chore ambicje. I właśnie ten brak pokory, stanięcia w prawdzie i chęci nawrócenia przesądza według mnie o pesymistycznym obrazie głównych bohaterów oraz ogólnym przesłaniu filmu. 

s. 34


s. 35


RECENZJE - K

s i ą ż k a

Myślę: „oczekiwanie” mówię: „Czekając na Godota”

Dlaczego wciąż sięgam po klasykę i do klasyki się odwołuję? Bo książki ponadczasowe czekają na ponowne odkrycie. Beckett to skrajny pesymista, a równocześnie mistrz teatru absurdu, który zmusza do myślenia i ponownego zastanowienia się nad faktami oczywistymi. Minimum scenografii, czyli droga, drzewo i kamień, miesza się w dramacie noblisty z maksimum głębi treści i wieloznaczności.

Beata Krzywda

K

ażdy z bohaterów dramatu prezentuje przerysowane postawy i zachowania ludzi – to wciąż żywe prawdy uniwersalne, które można odnieść do współczesnego człowieka i współczesnego świata. Akcja jest ograniczona do absolutnego minimum – ona w tym przypadku nie odgrywa pierwszoplanowej roli. Istotą dramatu są bohaterowie, którzy oddają charakterystyczne cechy ludzkie: Estragon i Vladimir, Pozzo i Lucky oraz Wielki Nieobecny czyli Godot. Pierwsi dwaj z wymienionych, to postacie biernie oczekujące, tkwiące wciąż w jednym miejscu i karmiące się obietnicami. Estragon, który nie czuje potrzeby zmian, jest raczej naiwny, za to wykazuje się sprytem i Vladimir, który ma duszę filozofa, myśliciela. Vladimir wierzy w rychłe nadejście Godota i w tym upatruje odmiany swojego losu. Podczas oczekiwania

s. 36

wciąż ze sobą rozmawiają, czasem ich rozmowy wydają się bezsensowne, innym razem bohaterowie przekazują w swoich wypowiedziach naprawdę głębokie treści. Ich przeciwieństwem jest para Pozzo i Lucky. Obydwaj są wędrowcami, pierwszy z nich ma władzę absolutną nad drugim, a drugi jest tak przywiązany do swojego pana, że nie chce swojej wolności i biernie poddaje się wszystkim mękom. Pozzo jest okrutny, Luckiego nie uważa za człowieka i traktuje go jak psa. Wędrówka tej pary bohaterów nie jest określona, nie mają celu, błąkają się wokół i nie spotykają innych ludzi na swojej drodze. W dramacie ciągle się na coś lub kogoś czeka. Przede wszystkim, zgodnie z tytułem, na Godota. Kim on jest i kiedy przyjdzie? To pytanie jest otwarte dla czytelników i widzów. Sam autor zapytany o to, kim jest tytuło-

wa postać, odpowiada: „Gdybym to wiedział, powiedziałbym to w sztuce” i raczej ogranicza się do stwierdzeń kim Godot nie jest. Adwentowy czas oczekiwania, to idealny moment na „Czekając na Godota”. Każdy z nas na jakiegoś Godota czeka, bez względu na to, czy będziemy to rozumieć w kontekście eschatologicznym, czy po prostu czekamy na wciąż spóźniającego się przyjaciela. Każdy inaczej wypełnia czas oczekiwania: jedni biernie siedząc w jednym miejscu, lub rozmawiając o wszystkim i o niczym z przypadkowymi ludźmi, a inni nieustannie się przemieszczając. Ci drudzy jednak nie zawsze potrafią wyznaczyć sobie cele wędrówki, co jest powodem wiecznego błądzenia. Jak wygląda Twoje oczekiwaniu i którym z bohaterów dramatu jesteś Ty? 


s. 37


RECENZJE - K

s i ą ż k a

Z panem

Pilchem się nie polubimy Dawno nie odczuwałam tak okropnych męczarni przy czytaniu książek. Nawet literaturę o wątpliwych wartościach językowych czy stylistycznych byłam w stanie przełknąć. Tymczasem lektura „Mojego pierwszego samobójstwa” Pilcha sprawiła mi ból zarówno psychiczny, jak i fizyczny.

Anna Zawalska

T

wórczość Jerzego Pilcha można podobno albo kochać, albo nienawidzić. Przekrój mam co prawda marny, bo wspomniany wcześniej zbiór opowiadań to druga pozycja tego autora, którą miałam okazję czytać. Wcześniej jakoś udało mi się przebrnąć przez jego „Dziennik” – spodobał mi się średnio, ale co kto lubi. Do końca jakoś dotarłam, nie odczuwawszy przy tym wyjątkowego czytelniczego cierpienia. Ale „Moje pierwsze samobójstwo” to już inna bajka. Z żałości nad każdym wyczytanym zdaniem chciało mi się autentycznie zapłakać. Od konkretów zacznijmy. Książka „Moje pierwsze samobójstwo” to zbiór dziesięciu opowiadań, dzięki którym poznajemy życie głównego bohatera, Piotra. Raz opowiada o swoich przeszłych miłościach, innym razem dzieli się wspomnieniami na temat dzieciństwa, praktyk budowlanych, przeżyć seksualnych oraz innych mniej lub bardziej intymnych szczegółach z przeżytego dotychczas życia. Wszystko to okraszone pewną dozą ironii i kpiarstwa. Ubrane w

s. 38

“Tematyka całego

zbioru zdaje się kręcić wokół kilku wątków i trudno mówić tutaj o jakimś novum, o historiach wciągających i zaciekawiających. W każdym opowiadaniu znajdują się te same nawiązania do wyznania ewangelickiego, do wdzięków kobiet, do trudnej sytuacji rodzinnej bohatera. I tak w koło Macieju. stosowne porównania, a czasem metafory, zmieściło się na prawie trzystu stronach. Opowiadanie opowiadaniu co prawda nierówne, jednak trudno tu mówić o jakiejś sinusoidzie, lepszej bądź gorszej historyjcie. Całość została ułożona w taki sposób, że przypomina bardziej równię pochyłą. W ten sposób, o ile pierwsze opowia-

danie jest to przełknięcia, to potem czujemy się, jakbyśmy spadali na dno pisarskiego kunsztu Pilcha. Chociaż trudno tu mówić o kunszcie. Im dalej w las, tym bardziej ma się wrażenie, że czytamy jakieś wywody grafomańskie, a nie twórczość wielokrotnie nominowanego do nagrody Nike. Jerzy Pilch jest reprezentantem nurtu nostalgicznego w polskiej prozie. W tych opowiadaniach czuć to wybitnie od już pierwszych zdań. Z pewnym namaszczeniem narrator wspomina czasy przeszłe, odnosi się do wydarzeń z życia z taką czułością, że momentami aż zazdrościmy mu jego upodobania do tego, co było. Z każdym kolejnym zdaniem staje się to jednak coraz smutniejsze. Ktoś, kto tak kurczowo trzyma się przeszłości, nie mogąc odnaleźć się w tym, co tu i teraz, nie wzbudza niczego innego jak współczucie. Nostalgiczne u Pilcha jest też ciągłe odnoszenie się do swojego domu rodzinnego, do Śląska Cieszyńskiego, skąd pochodzi oraz do tych wszystkich elementów życia, które odegrały znaczącą rolę dla głównego bohatera, stanowiących


jakąś inicjację. Pilcha można zestawić z Koterskim. Styl widać tutaj podobny, wiele cech łączy pisarską twórczość jednego z filmową drugiego. Obaj ze swoich bohaterów zrobili sentymentalistów tęskniących do tego, co minione, doceniających kobiece wdzięki i w końcu przejawiających swego rodzaju stany depresyjne. U Koterskiego jednak wszystko zdaje się o wiele bardziej wyraziste, bohater nie jest flegmatycznym myślicielem, ale cholerycznym ekscentrykiem. Również ironia w wykonaniu reżysera przekonuje o wiele bardziej, powodując nie tyle wesołkowatość u odbiorcy, ale gorzki śmiech z myślą: faktycznie tak to w życiu bywa. Z bohaterami Pilcha nieco trudniej się utożsamić, pomimo wielu sytuacji wziętych z życia. Nie śmieszą one, bardziej powodują zażenowanie i litość. Tematyka całego zbioru zdaje się kręcić wokół kilku wątków i trudno mówić tutaj o jakimś novum, o historiach wciągających i zaciekawiających. W każdym opowiadaniu znajdują się te same nawiązania do wyznania ewangelickiego, do wdzięków kobiet, do trudnej sytuacji rodzinnej bohatera. I tak w koło Macieju. Po trzech podobnych historiach zaczyna to męczyć, nie mamy ochoty dalej zgłębiać się w kolejne zdania, mając świadomość, że i tak niczego nowego się nie dowiemy. Kolejnym elementem, który irytuje, jest styl autora. Każde zdanie jest naszpikowane kpiną, jakby w ten sposób Pilch

chciał zatuszować prawdziwe emocje głównego bohatera. Można odczuć również wyższość narratora nad światem, który go otacza, jakby to pomagało mu przekłnąć gorzką pigułkę zmarnowanego życia. Również główny bohater nie budzi sympatii. To pan w średnim wieku, z rozrzewnieniem wspominający swoje dotychczasowe życie, któremu w ten sposób stara się nadać wyjątkowości. Niczego w życiu nie osiągnął, niczym szczególnym się nie wyróżnia, a jedyny wyczyn, którym zdaje się szczycić jest próba samobójcza w wieku dwunastu lat. Życiowy nieudacznik – określenie od razu przychodzi nam na myśl i towarzyszy już do ostatniego zdania. Przy postaciach pozostając, należałoby również wspomnieć o tych kobiecych bohaterkach, które zajmują ważne miejsce w całej książce. Pilch roztkliwia się na myśl o kobiecych kształtach i powabach, niemal się rozpływa nad krągłościami tej czy tamtej niewiasty, z czułością wspomina akty seksualne. Problem w tym, że owe postacie przy całej swojej seksualnej intensywności, w środku wydają się puste, pozbawione tożsamości. Nie stanowią osób – cytując ulubione określenie Pilcha z opowiadań – “w sensie ścisłym”. Narrator opisuje je jakby były przedmiotami, przeznaczonymi tylko i wyłącznie do zaspokajania pragnień mężczyzny. Wybitnie widać to w opowiadaniu, w którym bohater wspomina czasy praktyk, kiedy to wraz z współpracownikami koczowali pod technikum

odzieżowym, próbując wzbudzić w przebywających tam damach potrzebę spółkowania z nimi. Kiedy to się nie udaje, zadowolenie przynosi przebywanie z mniej urodziwymi współpracownicami z budowy. I pomimo że główny bohater ma dziewczynę, do której regularnie jeździ, to i tak oddaje się seksualizacji z ponętną chłopczycą z budowy. Uczucie, które żywi do Gochy, nie przeszkadza w tym, by pożądanie zaspokoić z inną. Czy jest jakiś artyzm w książce Pilcha? Czytając wcześniej teksty na temat „Mojego pierwszego samobójstwa”, czuję się trochę dziwnie. Wielu bowiem chwali zbiór opowiadań i znajduje w nim liryczny, niemal poetycki styl pisania. Widocznie punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, bo mnie trudno było odnaleźć walory artystyczne w pisaniu Pilcha. Wchłaniało mi się to trudno, niektóre zabiegi stylistyczne – jak np. wielokrotne powtórzenia niektórych zdań – były dla mnie męczące, przedobrzone i może trochę wymuszone. Stosowanie tego typu dekoracji tekstu na siłę nie służy jego jakości. Z panem Pilchem niestety się nie polubimy. Choć pewnie do innych jego utworów zajrzę z czystej ciekawości, to jednak trudno będzie tu mówić o odczuwaniu przyjemności z czytania. Nie wiem tylko, czy niechęć do tej twórczości to swojego rodzaju antypatia wobec kunsztu pisarza czy tylko nostalgii w jego wykonaniu. 

s. 39


RECENZJE - K

Urodzony s i ą ż k a

w obozie nr 14 Karolina Kowalcze

K

O Korei Północnej każdy słyszał. O pięknym, szczęśliwym kraju, w którym nikomu niczego nie brakuje. W którym nie ma głodu, chorób i którym rządzi prawdziwy bohater Kim Dzong Un, uwielbiany przez całe społeczeństwo. Dlatego właśnie z takiego raju na ziemi uciekają Koreańczycy. Wychudzeni, niedożywieni, przestraszeni. Właśnie my, Europejczycy, z doświadczeniem totalitaryzmów, GUŁagów i nazistowskich Obozów Śmierci powinniśmy być szczególnie wrażliwi na azjatycki totalitaryzm.

orea Północna. Powierzchnia: 120 540 km², średnio na 1 km² przypada 205 mieszkańców. Teren górzysty. Klimat kontynentalny, mroźne zimy, wilgotne lata. Piękny kraj, ale w nim wiele cierpienia, głodu, przerażenia, bezsensowej śmierci i niewolniczej pracy ponad ludzkie siły. Na polskiej oficjalnej stronie Koreańskiej Republiki LudowoDemokratycznej kipi od propagandy. Najważniejszy jest oczywiście Wódz, a Koreańczycy są szczęśliwi, wiodą spokojne, dostatnie życie, niczego im nie potrzeba. Wszystko jest takie piękne… Każdy może pobrać podanie o wizę, kupić bilet i odwiedzić piękną Koreę. Ani słowa o nieoficjalnej, prawdziwej Korei Północnej, której cisza i pokora to prawdziwe wołanie o pomoc. Brak elektryczności, bieżącej wody, a odchody ludzkie zbierane są jako naturalny nawóz na plantacje ryżu! Oficjalnie w Pjongjangu, stolicy kraju, istnieją cztery chrześcijańskie kościoły, ale są one otwierane tylko dla turystów. Chrześcijanie wysyłani są do „nieistniejących” (ale za to widocznych na zdjęciach satelitarnych) obozów pracy. W obozach przebywają nie tylko chrześcijanie, ale również ludzie „niepewni politycznie”, opozycjoniści, a nawet byli zwolennicy systemu, któ-

s. 40

“Shin codziennie

widział okrucieństwo obozów. Widział podle traktowane i wykorzystywane są kobiety, widział również, jak „znikają” z obozu te, które zaszły w ciążę nie będącą owocem małżeństwa rzy nie podobają się wszechwiedzącej władzy. Nie trzeba się bardzo starać, żeby trafić do obozu. Przebywa w nich od 150 000 do 200 000 ludzi. Istnieją dłużej niż GUŁagi i nazistowskie obozy koncentracyjne. Zbrodnicze pomysły o miejscach ludobójstwa, w których przed śmiercią wykorzystuje się i upadła więźniów, nie umarły. Mamy powtórkę z historii. I powtórkę z egzaminu. Z „nieistniejącego” obozu w górach, Obozu nr 14, w wieku 23 lat uciekł Shin. Jego dezercja różniła się od wielu ucieczek z obozów pracy i z Korei Północnej. Shin jest jedyną osobą, urodzoną za drutami, która odważyła się uciec. Początkowo uczył

się, jak przetrwać w obozie, zewnętrzny świat nie miał dla niego żadnego znaczenia. Miłość, przyjaźń – były całkowicie obce i niepotrzebne. Shin donosił na kolegów; oni również donosili na niego. Zachowanie to było zupełnie normalne: jak pożyczenie gumki do mazania koledze z ławki. W obozach pracy takie zachowanie pozbawione uczuć jest zupełnie normalne, również jak publiczne egzekucje, samobójstwa, kradzieże… Bród, niedożywienie, choroby, brak podstawowej opieki lekarskiej zabija więźniów od środka. Rzadko dożywają późnego wieku. Ludzie w obozach nauczeni są, jak ciężko pracować i zdobywać jedzenie, aby przeżyć kolejny dzień. Wybieranie niestrawionych ziaren z krowich odchodów, jedzenie kory z drzew, wymiotowanie posiłku i zjadanie go na nowo nie budzą obrzydzenia. Tak samo jak brak kąpieli przez całą zimę (więźniowe kąpią się tylko w rzece, więc w zimie po prostu nie są wstanie tego zrobić). Koreańczycy za dobre sprawowanie mogą wziąć ślub z wybraną przez władze obozu kobietą. Małżonkowie mogą się zobaczyć kilka razy w roku. Właśnie z takiego małżeństwa pochodzi Shin. Nie istniało dla niego życie po za obozem. Nie istniały normalne relacje


rodzinne, pieniądze, informacje o świecie (jakkolwiek przedstawione przez propagandę), nie istniały kontynenty, zabawa… W przeciwieństwie do urodzonych poza drutami rodziców Shina, którzy wiedzieli, co zabiera im obóz. Czego już nigdy nie zobaczą i nie doświadczą. Nie istniało nic, co mógłby stracić. Nawet nadzieja. Shin miał tworzyć jedno z trzech pokoleń, którego zadaniem było oczyszczenie winy rodziców. Dopiero czwarte pokolenie mogło być na nowo wolne. Czy którakolwiek „rodzina” dożyła czwartego pokolenia? Nie wiadomo… „Rozkazał chłopcu przycisnąć język do zamarzniętego pręta. Niemal godzinę później Shoon Ho, ze łzami w oczach, z ustami ociekającymi krwią, zdołał oderwać język od stali”. Shin codziennie widział okrucieństwo obozów. Widział podle traktowane i wykorzystywane są kobiety, widział również, jak „znikają” z obozu te, które zaszły w ciążę nie będącą owocem małżeństwa, obserwował, jak podczas wypadków przy pracy giną koledzy lub umierają na skutek pobicia… Klapki z oczu spadły mu, kiedy zaczął rozmawiać z ludźmi przybyłymi z zewnątrz. Wiecznie głodny Shin najbardziej lubił opowieści o jedzeniu… „Ocknął się w celi. Strażnicy ubrali go w źle dopasowany więzienny strój, który był pobrudzony ekskrementami i uryną. Nie miał pojęcia jak długo leżał nieprzytomny na podłodze. Jego plecy, pokryte pęcherzami, lepiły się od nieczystości. Ostre kajdany porani-

ły mu kostki”. Jak przedostał się za druty i jak udało mu się przeżyć w zupełnie obcym dla niego świecie? Kto mu pomagał i jak przekraczał granice? Wszystko to zostało spisane w książce „Urodzony w Obozie nr 14. Z Korei Północnej długa droga do wolności” Blaine’a Hardena. Opowieść Shina spisana ręką znajomego dziennikarza powstała po wielogodzinnych rozmowach. Wspomnienia uciekiniera, myśli, lęki oraz adaptowanie się w nowym świecie to niezwykłe świadectwo. Świadectwo naszych czasów, a nie minionych totalitaryzmów. Problemy są realne, a nie wymyślone. Historia – wstrząsająca (wiele elementów losów trzydziestoletniego dziś Shina zostało w recenzji pominiętych – po to, by wzbudzić ciekawość Czytelnika). Mimo, że to nie Koreańczyk jest autorem słów, książka nie traci na autentyczności. Wręcz przeciwne: autor zgrabnie nakreśla tło historyczne i polityczne oraz – co najważniejsze – konfrontuje Shina z innymi uciekinierami z Korei Północnej. Wszyscy potwierdzają autentyczność (i jednocześnie niezwykłość) życia Shina. Nawet były więzienny strażnik rozpoznał w nim ofiarę obozów: smutne oczy, brak emocji, zgarbiona od ciężkiej pracy sylwetka, karłowatość wynikająca z niedożywienia i unikanie kontaktu wzrokowego. „Byłem zwierzęciem, a teraz ewoluuję. Ale to bardzo powolny proces. Czasami próbuję się śmieć i płakać,

tak jak inni ludzie, po prostu żeby się przekonać jakie to uczucie” – mówi o sobie bohater książki. Do dzisiaj uczy się, czym jest miłość. Shin przez całe swoje życie czuł się jak zwierzę. Nie istniały dla niego uczucia ani emocje, ale instynkt samozachowawczy. Teraz targają nim wyrzuty sumienia w stosunku do ludzi, którzy zostali w obozach; własnie to sprawia, że staje się człowiekiem. Oprócz gryzącego sumienia Koreańczyk musi też uporać się z syndromem stresu pourazowego (podobnym do tego, z którym borykały się ofiary nazistowskich Obozów Koncentracyjnych). Przeżył wiele, wiele się nauczył i bardzo się zmienił. Jego historia jest godna uwagi. Zasługuje na nią nie tylko Shin, ale tysiące bezimiennych ofiar, którym nie dane było walczyć o prawdę i godność.  ___________________

Źródła: 1. http://gosc.pl/doc/1905858.Korea-Polnocna-uwolni-misjonarza, 2. http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/john-sweeney-w-ustalmy-jedno-korea-polnocna-to-tyrania-do-polakow-to-dociera/63sms, 3. http://niezalezna.pl/39940-korea-polnocna-coraz-bardziej-krwawa-dla-chrzescijan, anglojęzyczne: 4.https://www.youtube.com/watch?v=PvfiHmOFY78 5.https://www.youtube.com/ watch?v=Lr6Rw0ltFxc

s. 41


REFLEKSJE

Otwórz oczy na ciszę Jeszcze kilka lat temu, gdy wsiadłam do autobusu jadącego na jedną z dzielnic Krakowa, po kilku minutach zorientowałam się, że coś nie gra. W całym autokarze panowała cisza mimo tego, że było w nim pełno ludzi. Zdziwiona rozejrzałam się dookoła. To co zobaczyłam było dla mnie z jednej strony fascynujące, a z drugiej dziwne i krępujące.

Emilia Ciuła

C

ały autobus wypełniony był migającymi głuchymi. Nie wiedząc jeszcze nic o niesłyszących przyszło mi do głowy to, co z pewnością przychodzi każdemu w takiej sytuacji. A no tak, przecież oni nie mówią, robią dziwne miny. Trzeba być dla nich miłym, bo przecież są niepełnosprawni i biedni. Dopiero po latach odkryłam w jakim wielkim błędzie byłam i chciałabym, żeby te artykuły otworzyły oczy każdemu kto je przeczyta, albo chociaż skłoni do refleksji nad problemem głuchoty. Wspomniane wcześniej wydarzenie wpłynęło na mnie tak mocno, że postanowiłam rozpocząć studia na kierunku surdopedagogika. Podjęłam również naukę języka migowego w krakowskim PZG i zainteresowałam się kulturą Głuchych. W ciągu cyklu artykułów będę opisywać stereotypy dotyczące osób niesłyszących. Jak jest naprawdę? Czy osoby niesłyszące są mniej inteligentne? Nie mówią? Nie mogą pracować? Oto kilka z licznych pytań na które postaram się odpowiedzieć. Stereotypy są popularne i nie znam człowieka, który nie miałby

s. 42

“Stygmatyzujące ste-

reotypy są krzywdzące i niesprawiedliwe. Stąd mój apel do czytających ten artykuł: Następnym razem, gdy dostrzeżesz w tłumie osobę niesłyszącą. Nie bój się. Stoi przed Tobą człowiek, taki jak ty i posiadający te same obawy. jakiegoś wyobrażenia na temat wybranej subkultury czy osoby. Często słyszący starają się wyobrazić sobie, jak mógłby wyglądać ich świat, gdyby nagle stali się niesłyszący. Wyobraźnia i wykreowane sądy odnośnie stylu i jakości życia osób z wadą słuchu- wystarczają za całą wiedzę słyszącego społeczeństwa, które dotychczas nie interesowało się problemem głuchoty. Społeczeństwo różnie reaguje na obecność osoby z upośledzonym słuchem w ich otoczeniu. Z psychologicznego punktu widzenia niepełnosprawni stanowią grupę, z którą kontaktowanie się wywołuje poczucie zagrożenia. Bardzo często można spotkać się ze stereotypem, iż nad osoba upośledzoną ciąży

fatum nieszczęścia, co skutkuje wyizolowaniem danego człowieka poza obręb społeczeństwa. Widząc osobę niepełnosprawną nie wiemy z jakim rodzajem upośledzenia mamy styczność , kieruje nami zwyczajny, ludzki strach. Strach przed nieznanym. I tylko i wyłącznie to odczucie buduje granicę między człowiekiem zdrowym, a człowiekiem funkcjonującym w inny sposób ze względu na specyfikę swojej dysfunkcji. Wiele ludzi z upośledzonym słuchem nie patrzy na siebie przez pryzmat niepełnosprawności. Głusi cenią swoją tożsamość, tworzą kulturę, może dlatego społeczeństwo traktuje ich jako ludzi odmiennych. Jeżeli spojrzeć na problem przez obraz tolerancji na odmienne zachowania i komunikację, przyznano by, iż „ głuchota nie jest niepełnosprawnością, lecz innym rodzajem egzystencji”. Gdy poruszam ze znajomymi temat osób głuchych, często słyszę określenie „głuchoniemi…” Otóż nie! Nie każda osoba niesłysząca jest niema! To, że posługuje się językiem migowym nie znaczy , że nie może mówić. Dzieci z wadą słuchu objęte są szeregiem zajęć i terapii, które mają na celu ułatwie-


WYDARZENIA I OPINIE

nie funkcjonowania w świecie dźwięków. Mowa osób z upośledzonym słuchem różni się jednak od mowy słyszącego społeczeństwa. Stopień opanowania naturalności głosu i wypowiedzi zależy też od stopnia ubytku słuchu. Gdy osoba niedosłysząca słyszy w pewnym stopniu, jest jej łatwiej. Hałas przeszkadza w mówieniu. Im gorzej się siebie słyszy, tym mniej subtelne usterki wymowy będzie się w stanie skorygować. Każda osoba, u której stwierdzono stopniowy ubytek słuchu, dzięki swej wytężonej wieloletniej pracy potrafi artykułować słowa, w sposób, który jest zrozumiały dla osoby słyszącej. Mowa jest jednak nieco odmienna- bez intonacji oraz zazwyczaj chrapliwa albo piskliwa. Przykładem może być poznany przeze mnie na jednych z praktyk chłopak, który jako nastolatek uległ wypadkowi i stracił słuch. Jego ubytek był na tyle duży, że trafił do szkoły specjalnej i musiał przystosować się do życia w nowym środowisku. Przed wypadkiem był gadatliwy, teraz wyrazistość jego mowy zmniejszyła się w dużym

stopniu. Wybrał jako formę komunikacji język migowy, pomagając sobie jedynie mową w sytuacjach tego wymagających. Kolejnym kontrastującym przykładem jest dziewczyna ,która uczęszcza do tej samej szkoły. Jest niedosłysząca od urodzenia. Jednak w rozmowie z nią myślałam, że ma minimalny ubytek słuchu. Myliłam się. Od małego był zaaparatowana, poddawana terapiito doskonałe prowadzenie specjalistów przygotowało ją do życia w społeczeństwie poza granicami szkoły. Z tych przykładów wynika, że nie wszystkie osoby z ubytkiem słuchu można “ wrzucić do jednego worka”. Głusi mają swoją kulturę i swój język. Są tacy sami jak my- słyszący. Pełni marzeń i ambicji. Życie w społeczeństwie w pewnym sensie dla nich obcym- ich nie oszczędza. Stygmatyzujące stereotypy są krzywdzące i niesprawiedliwe. Stąd mój apel do czytających ten artykuł: Następnym razem, gdy dostrzeżesz w tłumie osobę niesłyszącą. Nie bój się. Stoi przed Tobą człowiek, taki jak ty i posiadający te same obawy. W sieci można odnaleźć wiele

informacji dotyczących głuchoty i kultury osób niesłyszących. Jednym z nich jest filmik „ Ja, Głuchy”. Dokument jest tłumaczony, także każdy może go obejrzeć i być może po raz pierwszy w życiu przestawić granicę obojętności, którą sam wybudował. https://www.youtube.com/ watch?v=yEmEWZyhAts ___________________

Bibliografia: Lane H.: ” Wyobrażenia na temat osób głuchych. Model głuchoty jako niepełnosprawności a model kulturowy” w : „ Maska dobroczynności. Deprecjacja społeczności głuchych” ,WSIP, Warszawa 1996 Apolinarska M.: „ Uprzedzenia społeczne i stereotypy- zagrożenia dla integracji społecznej osób niepełnosprawnych” w: „ Paradygmaty i przeobrażenia edukacji specjalnej w świetle dorobku „ Hulka A. (red) Dryżałowska G. , wyd. Akademickie Żak, Warszawa 2001 http://www.deaf.pl/index. php?topic=7279.0

s. 43


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej

s. 44

Może coś Więcej, nr 25  
Może coś Więcej, nr 25  
Advertisement