Page 1

nr 21 / 2014

13 - 26 października

Etyczne zawiłości s. 1


SPIS TREŚCI

WYDARZENIA I OPINIE 6

Giwi grozi, Giwi radzi czyli wszyscy będziemy martwi

NIE OGARNIAM 16

MARIUSZ BACZYŃSKI

RAFAŁ GROWIEC

8 10

13

TEMAT TEMAT NUMERU NUMERU

Laur dla poobijanego jeźdźca MAJA MROCZKOWSKA

Zdeptany autorytet

18

Owce znają głos pasterza ALEKSANDRA FRONTCZAK

WOJCIECH URBAN

Otwarci na życie

Niezwyczajny „grzech niejednorazowy”

22

Nauczyciel polonista mentor? BEATA KRZYWDA

24

Krok po kroku czyli taktyka w etyce

TOMASZ MARKIEWKA

RAFAŁ GROWIEC

28

32

Sprzedawcy marzeń DOMINIK CWIKŁA

Czy te media mogą kłamać? Oj tak, tak... KRZYSZTOF RESZKA

36

Hard cases, czyli o etyce w zawodach prawniczych MATEUSZ PONIKWIA

MYŚLI NIEKONTROLOWANE 14 s. 2

Utopia

40

Moherowa klasa w oświeconej szkole MAŁGORZATA RÓŻYCKA

MACIEJ PUCZKOWSKI


SPIS TREŚCI

WOJNA XXI WIEKU 42

Nowe okopy

DOMINIK CWIKŁA

KULTURA 52

Twardziel Neeson znów na ekranie MATEUSZ NOWAK

KULTURA 44

Grube też piękne. Rzecz o (nie)obiektywnym patrzeniu ANNA GADOWSKA

46

56

58

Zagubieni chłopcy, autor, wydawca

RAFAŁ GROWIEC

«Bezpieczna kryjówka» Corrie ten Boom

MAJA MROCZKOWSKA

Dni Kleparza i Garbar – odkrywanie miasta BEATA KRZYWDA

Czterolatka rozkminy o niebie

ANNA ZAWALSKA

Świat stworzony przez Gracza ALEKSANDRA FRONTCZAK

18

54

60

Doktor Who? - po prostu Doktor

MICHAŁ MUSIAŁ

HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI 50

Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść MATEUSZ NOWAK s. 3


WSTĘPNIAK

Etyczne zawiłości

O etyce szczególnie mówi się kiedy pierwsze strony gazet zajmują spory na temat tego, czego dzieci i młodzież powinny uczyć się w szkole zamiast religii. Kościelna indoktrynacja traktowana jest jako zło konieczne, a etyka z kolei, jako swego rodzaju wybawienie.

Anna Zawalska Ostatnio o etyce, albo bardziej o czynach etycznie dobrych bądź złych, zrobiło się głośno przez wpis na temat kazirodztwa, napisany przez sztandarowego etyka lewicy i ateistów prof. Hartmana. Larmo podniosło się niebywałe, pierwszego ateistę RP nie ominęły konsekwencje. Dyskusję niby jakąś zaczął, jednak trudno tu o takowej mówić, skoro zduszona została w zarodku. Nie ma co się dziwić, bowiem dyskutowanie na poziomie pana Hartmana wydaje się być absurdalne i trudno tu cokolwiek dodać. Problem etyki pojawia się również co jakiś czas, kiedy na światło dzienne wypłynie jakaś deklaracja wiary. A to lekarze deklarują, a to aptekarze, w końcu nawet nauczyciele coś tam o deklaracji sumienia przebąkiwali powodując spędzając przeciwnikom

sen z powiek. Czy to etyczne? Czy to się godzi w zawodzie pożytku publicznego? – grzmią z lewej strony ci, co już swoją odpowiedź na to mają: „nie”. Czy aby na pewno? Jednak trudno patrzeć na etykę przez pryzmat tego typu wydarzeń. Dlatego etyczne zawiłości bierzemy na tapetę i zastanawiamy się nad paroma aspektami. W nowym numerze znajdziecie coś o etyce zawodu. Zastanawiamy się nad dylematami etyczno-moralnymi prawników, nauczycieli oraz sprzedawców. Nie ominęliśmy też tematu etyki w szkołach zamiast/obok religii. Do tego przyglądamy się technikom sprzedaży telemarketerów, domokrążców i innych handlarzy usługami. Nasze zainteresowanie wzbudził również etyczny aspekt różnorakich psychologicznych

poradników, dlatego analizujemy go na przykładzie jednej z bardzo dobrze sprzedających się książek tego typu. Oczywiście również i w tym numerze znajdzie się coś dla wielbicieli kącika kulturalnego. Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Mateusz Nowak, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Tomasz Markiewka, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Wojciech Urban, Konstancja Nałęcz-Nieniewska, Anna Bonio, Maja Mroczkowska, Michał Musiał, Marek Nawrot, Małgorzata Różycka, Danuta Cebula, Beata Krzywda, Rafał Growiec, Dominik Cwikła, Aleksandra Frontczak Korekta: Andrea Marx Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com

s. 4


s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Giwi grozi, Giwi radzi, czyli

wszyscy będziemy martwi!

Jak wiadomo, Radosław Sikorski nie jest już szefem naszej dyplomacji. To nie oznacza jednak, że jego duch odszedł wraz z nim. Jeden z przywódców prorosyjskich bandytów z Donbasu, niejaki Giwi, oznajmił na antenie telewizji Noworosija, że on i jego koledzy wymordują każdego, kto ich zaatakuje, po czym grozi Polsce.

Rafał Growiec WATAŻKA Kim jest Giwi, który wygłasza swoje orędzie? Jednym z przywódców rebeliantów, którzy wystąpili przeciwko legalnej władzy Ukrainy i na zajętych przy pomocy Rosji terenach chcą utworzyć Noworosję – twór, który albo szybko zostanie pochłonięty przez Rosję albo będzie wegetował jako marionetkowe państewko. Nie jest to jeden z szeregowych żołnierzy chełpiący się przed nagrywającymi go telefonem komórkowym kolegami jaki to on gieroj. To człowiek świadom tego, co mówi, spokojny i opanowany. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co mówi, a mówi rzeczy

s. 6

straszne. Opisuje zniszczenia wojenne, kryzys humanitarny, zrzucając całą winę na Ukrainę. Twierdzi, że to Doniecka Republika Ludowa została zaatakowana przez pseudo-ukraiński rząd wspierany przez Zachód. I jako „obrońca” Giwi ostro atakuje wszystkich wspierających akcję antyterrorystyczną. Apeluje do Ukraińców, konkretnie do tych „dobrych”, „porządnych” i „adekwatnych”, by nie byli głupi i ślepi, bo jego ludzie i tak wszystkich wrogów pozabijają. Twierdzi, że Ukrainy już dawno nie ma, została tylko nazwa i historia. Głosi, że w wyzwalanych przez separatystów miastach ludzie naresz-

cie mogą żyć normalnie, odbudować to, co zniszczyła armia ukraińska. Zapewnia, że schwytanych żołnierzy wroga traktuje jak jeńców wojennych – nikogo nie zabija ani nie okalecza. (Co najwyżej puści ich ulicami miasta w pochodzie tryumfalnym...) Neguje, by kogokolwiek z nich zabito, a matkom które tak twierdzą przypisuje brak mózgu. Zaraz potem płynnie przechodzi do tego, że 2000 hrywien to mało, a przecież nikt im nie pomoże. Nikt, a jeśli już ktoś spróbuje, zostanie zniszczony. I tu przechodzimy do tego, co najbardziej szokuje w tym wystąpieniu: gróźb w stosunku do Polski.


WYDARZENIA I OPINIE

ICH WINA, ALE KOGO? Przede wszystkim – groźby te kieruje pod adresem rządu ukraińskiego I polskiego – ostrzega przed wysyłaniem jakiegokolwiek sprzętu na wschód. Według niego i tak zostanie on zniszczony. A potem odwiedzi nas Giwi z kolegami. Obowiązkowo. Zapewnia, że każdy kto najedzie ICH ziemie zostanie zabity, każdy bez wyjątku. Chce iść daleko poza granice Donieckiej Republiki Ludowej i zastanawia się, co zrobi Polska wtedy. Bez ogródek twierdzi, że najchętniej urządziłby „im” te same „uciechy”, które widzi na wschodzie Ukrainy – zniszczone domy, ostrzał z artylerii... Komu? Nie wiadomo, czy chodzi o zachód podbijanego kraju czy Polskę. Płynnie wraca do tematu zniszczeć, opisuje zdjęcia zobaczone w „Konsomolcu” – zabite ciężarne kobiety, ścięte głowy i pyta: „Jak to się nazywa? Wyzwolenie? Kto wyzwala kogo?” Giwi powiada przeskakując z tematu na temat i nie wiadomo, czy to Polska ma ponieść odpowiedzialność za zniszczenia i śmierć cywili i posyłanie czołgów do walki z rebeliantami. Dlaczego jednak wymieniono tylko Polskę?

NIECH ŻYJE NAM TOW. STALIN! Po wspomnieniu Hitlera, którego mieli prześcignąć ukraińsko-polscy zbrodniarze (wszak nie wiadomo do końca, o kim mówi Giwi) nadchodzi chwila na cytat z „wielkiego człowieka”. Z kogo? Z towarzysza Stalina. „Wsio dla pabiedy, wsio dla strany” – „Wszystko za zwycięstwo, wszystko dla kraju”. Pogratulować autorytetów, choć wiele to mówi o marzeniach „noworuskich” separatystów. Giwi twierdzi, że zrobili na razie 10% z tego, co mogą zrobić. I że chce wymieść z kraju wszystkich wrogów – noszących swastyki, batalion „Donbas”, Prawy Sektor, Aidar... Zapewnia, że oni wszyscy umrą. Co do jednego. A tym, którzy jeszcze chcą walczyć przypomina – Ukraina nie płaci dużo. A walczą przeciwko tym, którzy zajęli najważniejsze dla ukraińskiej gospodarki tereny. Teraz to oni żywią i ubierają. Twierdzi, że mogą próbować. Ale i tak wszyscy umrą. „Poddajcie się, albo wszyscy będziecie martwi” niczym marszałek Sikorski ogłasza Giwi. BAĆ SIĘ CZY ŚMIAĆ? Z jednej strony można to odbierać jak pogróżki dowódcy bandytów, który mając dostęp do mediów tworzy

propagandę, opowiadając o tysiącach zabitych wrogów i zbrodniach nieprzyjaciela. Mamy tu wyraźną zachętę dla „swoich” – „nie bójcie się, z Giwim pójdziecie na Zaporoże i jeszcze dalej!” Może to tylko czcze pogróżki, a może... A może powinniśmy pamiętać, że prorosyjscy separatyści to tylko przebrani Rosjanie. Ten pan z papierosem w ręku i dzwoniącą ciągle komórką to człowiek z nadania Moskwy, który mówi to, co mu każe jakiś pośrednik między nim a Putinem. To Putin chciał, by w świat poszedł przekaz, że Noworosja sięgnie dalej na zachód. Powiedzmy sobie szczerze – sami rebelianci tego nie zdołają zrobić. Z pomocą Rosji – i owszem. Ta fascynacja Stalinem może być tylko tęsknotą za dawnymi dziejami, jednak w połączeniu z pogardą do Ukraińców sugeruje, że należy się bać o los jeńców wojennych. A nuż, Putin każe ich szukać w Mandżurii? Giwi pokazuje nam oblicze rosyjskiej propagandy. Z pozoru spokojne, opanowane, wszystko mające pod kontrolą. Wciąż jednak niezdolne do oderwania się od historii, w której raz po raz kolejnym narodom stawiano ultimatum: „Poddajcie się, albo wszyscy będziecie martwi”. 

s. 7


WYDARZENIA I OPINIE

Laur dla

poobijanego

jeźdźca

Jeden, Nadjeżdża, Ości, Nocne zwierzęta, Niebko, Wiele demonów, Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca

Maja Mroczkowska INTRO Oto tytuły książek-finalistek tegorocznej edycji literackiej nagrody Nike 2014. W rywalizacji mogą brać udział pozycje napisane po polsku, reprezentujące dowolny gatunek literacki, a także „humanistyka o wybitnych wartościach literackich”. Przebieg konkursu obejmuje trzy etapy. Najpierw spośród zgłaszanych przez wydawców publikacji zawsze w maju komisja podaje listę 20 książek nominowanych. Następnie we wrześniu krąg zawęża się już tylko do 7 pozycji. O tym, kto zostanie zwycięzcą, jury decyduje w dniu wręczenia nagrody. To wydarzenie zaś niezmiennie ma mieć miejsce w pierwszą niedzielę października, której to daty nienaruszalność jest ujęta w regulaminie nagrody (http://www. nike.org.pl/strona.php?p=20). Laureat otrzymuje statuetkę dłuta Gustawa Zemły oraz 100 tys. złotych. Oprócz tego każdemu finaliście po prezentacji jego książki zostaje wręczone tzw. Pióro autorstwa tego samego artysty.

s. 8

“Kiedy nagrodę wrę-

czono Karolowi Modzelewskiemu, najstarszemu spośród autorów, zdaje się, że wiele środowisk odetchnęło z ulgą. „Pełnoletni” wiek Nike osiągnęła więc ostatecznie całkiem godnie. CIĄG SYTUACYJNY. 18 RAZ Pierwszą statuetkę Nike wręczono w październiku 1997 roku. Przyznano ją wtedy Wiesławowi Myśliwskiemu za książkę „Widnokrąg”. Wśród laureatów znaleźli się także Czesław Miłosz (1998), Tadeusz Różewicz (2000), Jerzy Pilch (2001), Olga Tokarczuk (2008). W tym roku, podczas 18. edycji konkursu laur przyznano Karolowi Modzelewskiemu za autobiografię „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania

poobijanego jeźdźca”. Gala wręczenia nagród odbyła się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie. Mile poprowadziła ją Grażyna Torbicka przy klimatycznej, alternatywnej muzyce na żywo. TAKIE SYTUACJE Tegoroczna edycja nagrody nie obyła się bez pewnych ekstrawagancji i emocji wątpliwej proweniencji. Otóż jeden z wytypowanych, Marcin Świetlicki, odmówił uznania swojej nominacji, jak tylko usłyszał, że takową otrzymał. Z góry zastrzegł, że jeśli wygra, nagrody z pewnością nie odbierze. Jego absencję na gali 5 października Grażyna Torbicka, powołując się na przypadek Jeana-Paula Sartre’a, który w 1964 roku odmówił przyjęcia literackiego Nobla, skomentowała słowami, że Francuz wprawdzie nagrody nie uznał, ale przynajmniej zrobił to, kiedy już ją dostał. Innej cienistej przesłanki dostarczył opinii publicznej przypadek Ignacego Karpowicza, którego „Ości”


WYDARZENIA I OPINIE

otrzymały koniec końców tytularną Nike od czytelników. Niespełna tydzień przed uroczystym wręczeniem nagród do mediów wypłynęła dość sugestywna informacja o tym, iż sekretarz nagrody jest jednocześnie także i partnerem życiowym finalisty. Karpowicz, którego wystąpienie

na gali było naznaczone emocjami wynikającymi z zaistniałej sytuacji, na nie-pytanie prowadzącej, żeby w obliczu tylu krążących wokół jego osoby pytań, sam wybrał sobie jedno i na nie odpowiedział, skwitował: „Powiem tylko tyle – sekretarz nie jest osobą decyzyjną.”

Kiedy nagrodę wręczono Karolowi Modzelewskiemu, najstarszemu spośród autorów, zdaje się, że wiele środowisk odetchnęło z ulgą. „Pełnoletni” wiek Nike osiągnęła więc ostatecznie całkiem godnie. 

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

Zdeptany autorytet Publikacja „DoRzeczy” artykułu o współpracy prof. Witolda Kieżuna z bezpieką zszokowała prawicową część społeczeństwa. Wywołana w ten sposób dyskusja pokazała jednak, że w całej sprawie profesor i jego rzekoma współpraca są zagadnieniem drugorzędnym.

Wojciech Urban ZŁY PTAK, CO WŁASNE GNIAZDO KALA? Sprawa profesora Kieżuna to trochę taka detonacja znalezionego podczas budowy niewypału. Skoro już go znaleźliśmy, to trzeba coś z nim zrobić. Przechowywać niebezpiecznie, bo w każdej chwili może eksplodować i narobić większego bałaganu, więc duet Cenckiewicz & Woyciechowski postanowili dokonać kontrolowanej detonacji. Niestety jednak, nie dokonali tego na poligonie, a na pobliskim boisku, „niewypał” zaś okazał się być na tyle potężnym ładunkiem, że naruszył fundamenty pobliskich budynków. Żeby nie było: detonacja uszkodziła te fundamenty, były one jednak i tak w kiepskim stanie. Mimo, zdawałoby się, pewnego przebudzenia patriotyczno-narodowego w Polsce, prawica jest w kryzysie. Jest rozbita, pokłócona, nie potrafi dotrzeć do szerokiej publiczności, nie mówiąc już o zaproponowaniu jej jakiejś wizji, czy planu. Politykom zdarza się co prawda zawiązać jakiś taktyczny sojusz czas od czasu, co hurraoptymistycznie nazywane jest jednoczeniem prawicy, częstotliwość

s. 10

“Absurd tej sytuacji

polega na tym, że nie znając argumentów ludzi, których dzień wcześniej stawialiśmy za przykład rzetelności historycznej, odsądzamy ich od czci i wiary tylko dla tego, że podzielili się wynikami swoich badań! jednak takich zabiegów pokazuje, że są one prowizoryczne. Co jednak czasami wyjdzie politykom, walczącym o wyborców, przerasta możliwości prawicowych elit, które popadły w bój o rząd dusz. Zamieszanie wokół publikacji Cenckiewicza i Woyciechowskiego pokazuje to doskonale. Otóż dwóch historyków z pokaźnym dorobkiem naukowym, jeśli chodzi o badanie PRL i bezpieki w szczególności, publikuje kolejny artykuł, twierdząc, że jeden ze współczesnych autorytetów nie rozliczył się ze swoją przeszłością tak, jak sam twierdzi i jak powinniśmy od osoby tego formatu

oczekiwać. O ile jednak wcześniej Cenckiewicz był „bożyszczem” dla zwolenników lustracji, gdy zajmował się autorytetami establishment, teraz argumenty pod jego adresem są bardzo podobne do tych, które te same środowiska stawiały Janowi Gossowi przy publikacji kolejnych jego książek. BO TO NIE SĄ PRAWDZIWI PATRIOCI! Jeszcze przed opublikowanie owego artykułu, na autorów spadły ciężkie i niestety bardzo typowe na prawicy, kalumnie. Otóż mieli oni kierować się wyłącznie zemstą, gdyż reprezentują przeciwstawny pogląd na powstanie warszawskie, niż prof. Kieżun, który niejednokrotnie ostro krytykował książki Piotra Zychowicza, doktoranta Sławomira Cenckiewicza. Sam artykuł zaś, to stek kłamstw, kpina z warsztatu przyzwoitego historyka, napisany aby oczernić schorowanego zniedołężniałego, nie mogącego się bronić starca. Wielu ludzi na profilu facebookowym czasopisma „DoRzeczy” zarzekało się, że tego „szmatławca” już do ręki nie wezmą.


Absurd tej sytuacji polega na tym, że nie znając argumentów ludzi, których dzień wcześniej stawialiśmy za przykład rzetelności historycznej, odsądzamy ich od czci i wiary tylko dla tego, że podzielili się wynikami swoich badań! Wielu ludzi podkreślało, iż za nic w świecie nie uwierzą, że osoba tego pokroju, co Witold Kieżun, mogła współpracować ze Służbą Bezpieczeństwa. Czyli nie obchodzą nas fakty, jeśli przeczą naszym przekonaniom. Narracja o zemście za krytyką ich opinii na temat powstania warszawskiego nie wytrzymuje jednak konfrontacji z rzeczywistością. O ile bowiem Sławomir Cenckiewicz rzeczywiście zalicza się do grona tzw. „realistów”, którzy decyzję o wybuchu powstania uważają za błędną, to w przypadku drugiego z autorów, Piotra Woyciechowskiego, jest zupełnym absurdem. Jednak inicjatorem artykułu o „TW Tamizie” był właśnie Woyciechowski, który słusznie bojąc się reakcji środowiska

patriotycznego na takie doniesienia, poprosił o pomoc swojego opiekuna naukowego, a jednocześnie naukowca o ugruntowanym dorobku. Jak widać, nie pomogło to jednak. WOJNA TYGODNIKÓW W tle tych zarzutów, nie mających nic wspólnego ze stroną merytoryczną owego artykułu, postawiono również rywalizację prawicowych tygodników „WSieci” i „DoRzeczy”. Oba wywodzą się z „UwarzamRze”. Kiedy jednak naczelny tego tygodnika, Paweł Lisicki, oraz paru innych dziennikarzy, z powodów politycznych zostali usunięci z redakcji, większa część ekipy w ramach solidarności z nimi również opuściła dotychczasową redakcję. Nie wszyscy jednak dołączyli do nowego pisma, założonego przez Lisickiego. „WSieci” uważane jest za organ prasowy PiSu. Częstym gościem był tam również nikt inny, jak właśnie profesor Kieżun. „DoRzeczy” Lisickiego zasadniczo nie sym-

patyzowało z żadną partią, użyczając miejsca na łamach nawet Januszowi Korwin-Mikkemu, co poskutkowało oskarżeniami o agenturalność na rzecz Moskwy. Z pismem tym związani są jednak krytycy powstania warszawskiego, Piotr Zychowicz, Rafał Ziemkiewicz i Sławomir Cenckiewicz. Tezie o zemście na profesorze przeczą intencje autorów. Zarówno w pierwszym swoim artykule na ten temat, jak i przy późniejszych okazjach podkreślali oni, że ten epizod nie neguje bohaterstwa, zasług podczas wojny i powstania ani późniejszego dorobku naukowego profesora Kieżuna. Jednak skoro dowiedzieli się, że osoba profesora nie jest aż tak kryształowa, jak jest to przedstawiane, postanowili tę wiedzę upowszechnić. NASZYCH NIE RUSZAĆ! Obrońcy profesora twierdzą, że w swojej autobiografii opisał swoje kontakty z bezpieką, więc zasadniczo

s. 11


sprawy nie powinno być. Jednak to co napisał Witold Kieżun odstaje od wizji sporządzonej przez historyków z „DoRzeczy” na podstawie przebadanych akt oraz rozmów sporządzonych z profesorem. Co ciekawe jednak, wiedza o tym, że profesor został zarejestrowany jako TW, dla części historyków, oraz redakcji „WSieci” nie była nowością. Dlaczego więc nie dość, że jej nie upowszechnili, to jeszcze w dalszym ciągu kreowali wizerunek autorytetu bez skazy?

nie można ufać, funkcjonariusze wkładali w usta swych ofiar swe domysły. Skoro wówczas ich nie uznawaliśmy to dlaczego je wysuwać w przypadku profesora Kieżuna?

Oczywiście, można z tekstem Cenckiewicza i Woyciechowskiego polemizować, niemniej w bardzo małym stopniu dotyczą strony merytorycznej. Wiele argumentów za tym, aby odpuścić ten temat, było tożsame z tymi, które wysuwały media establishmentowi, gdy próbowano rozliczyć Jaruzelskiego, Passenta cz księdza Czajkowskiego. Starszy człowiek, który nie może się już sam bronić, poza tym teczkom esbeckim

iem oraz dostał miejsce na łamach „DoRzeczy” zaraz obok tekstu na jego temat, aby mógł do tych zarzutów się odnieść. W praktyce dziennikarskiej III RP taka sytuacja nigdy nie miała miejsca. Na uwagę zasługuje również to, że autorzy tekstu nie kryją materiałów, z których korzystali, zarówno akt, jak i nagrań rozmów z profesorem. Pokazuje to, że wierzą w swoje argumenty, co przeczy tezie o cynicznej zemście i

s. 12

PREZENT DLA LEWICY Zarówno autorom tekstu, jak i redakcji „DoRzeczy”, która ten artykuł opublikowała zależało na prawdzie – rzecz niespotykana raczej we współczesnym świecie. Świadczy o tym między innymi to, że profesor widział artykuł przed opublikowan-

naciąganiu faktów. Różnie możemy oceniać współpracę Witolda Kieżuna z bezpieką. Nie da się jednak zaprzeczyć, że taka była. Możemy się zastanawiać, pytać, chciał dobrze, nikomu nie zaszkodził, musiał się stawiać, i tak był pod lupą bezpieki… Jeśli dbamy o prawdę, w wyniku takich dyskusji nikomu nie stanie się krzywda. Niestety profesor Kieżun został wciągnięty w wojnę pomiędzy środowiskami prezentujące różne wizje polskości i patriotyzmu. W wojnę

która okazuje się szkodliwa zarówno dla tych środowisk, dla profesora jak i całego społeczeństwa w ogóle. P.S.: Jestem całkowicie świadomy, że nie przedstawiłem skrupulatnie wszystkich argumentów obu stron. Z racji jednak, iż zainteresowany czytelnik nie będzie miał problemu z samodzielnym do nich dotarciem, nie uznałem tego za konieczne. 


Otwarci WYDARZENIA I OPINIE

na życie W tym miesiącu, w Rzymie obraduje Synod biskupów, który tym razem zastanawia się nad kwestiami związanymi z rodziną. Jest to o tyle ważne, że w ostatnim czasie pojawiło się sporo niejasności z tym związanych. Jest to na przykład kwestia rozwodników odnośnie sakramentów. Bardzo liberalną propozycję wysuwa w tej sprawie Kard. Walter Kasper, który chciałby większej tolerancji w tej sprawie. Tomasz Markiewka Jednym z bardziej interesujących tematów poruszanych na tym synodzie jest sprawa antykoncepcji. Można by uznać, że ta sprawa nie jest tak bliska małżeństwom, żeby poruszać ją na synodzie jako osobne zagadnienie. Wydaje się to sprawą bardziej bliższą związkom wolnym, czy też problemom związanym ze współżyciem przed ślubem. Każdy kto tak myślał to został szybko sprowadzony na ziemię przez arcybiskupa Paryża. Wiele małżeństw nie ma ochoty na wysiłek związany z kalendarzykiem i woli jak dla nich mniej problematyczne wyjście – czyli antykoncepcja. Jeśli by ktoś uznał, że to nie jest jeszcze problem to Kard. Andres Vingt – Trois uświadomił obecnych w Rzymie, że te pary nie uznają tego za grzech i nie mają tego zamiaru wyznawać podczas spowiedzi, ponieważ przez to nie otrzymaliby rozgrzeszenia. Taka sytuacja mocno komplikuje sprawę, bo jedną z pierwszych zasad spowiednika jest wierzyć penitentowi. Wypadałoby więc, żeby spowiednik pytał się większości małżonków czy aby na pewno nie używają antykoncepcji z powodu chronienia ich przed świętokradztwem. Co z kolei

mogłoby prowadzić do tego, że taki człowiek nagabywany w ten sposób traciłby zaufanie do duchownego i nie byłby pewien czy on na pewno mu ufa i wierzy w to co mówi co prowadziłoby do napięć w zwykłych rozmowach. Sam hierarcha wskazywał na to, że problemem jest zderzenie dwóch mentalności, dwóch sposobów myślenia. Z jednej strony myślenie chrześcijańskie, które jest myśleniem człowieka, a z drugiej strony obecna tendencja, gdzie łatwiej pokazać w czym się ona nie zgadza z Kościołem niż w tym gdzie jest zgodna. Nie prowadzi ona do niczego dobrego, ponieważ w tym konkretnym przypadku uczy człowieka iść na łatwiznę i wyniszcza organizm. Jedno gorsze od drugiego. Tym bardziej, że pierwszy powód działa destrukcyjnie długofalowo i promieniuje na wiele aspektów życia. Kościół ma wiele do zrobienia na tym polu. W tym kontekście warto byłoby wrócić do tego, że nie tylko duchowni powinni zmieniać mentalność tych par, ale ludzie świeccy, którzy jako ochrzczeni są współodpowiedzialni za to jaki ten Kościół

jest. Rola duchownych skupiałaby się bardziej na formacji ochrzczonych do tego by Ci drudzy swoim językiem mogli docierać do grup im bliższym, ponieważ nie ma co się łudzić, ale w wielu kwestiach pewne grupy osób nie będą chciały słuchać celibatariuszy. Ponadto bardzo potrzebne jest, żeby argumenty stawiane przez chrześcijan miały argumentacje logiczną i wzmocnioną danymi naukowymi, ponieważ nie do każdego przemówi sama forma. Treść też powinna sprawiać, że jest szansa na przekonanie drugiej strony. Całą ta sytuacja jest trochę lekceważona społecznie, bo zapomina się o tym na co to wszystko tak naprawdę wpływa, czyli na demografię, która w dzisiejszym świecie – szczególnie zachodniej Europie – jest kluczowa. Przypomnijmy sobie jaki jest powód tego, że w krajach takich jak Francja, Niemcy czy Anglia jest coraz więcej muzułmanów, a coraz mniej europejczyków. 

s. 13


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Utopia Współcześnie udaje nam się zauważać, że rodzina jest lub powinna być podstawową komórką w społeczeństwie, a nawet państwie. Jednak prawdopodobnie nie do końca zdajemy sobie sprawę, co to dokładnie oznacza. Dzięki własnemu doświadczeniu posiadamy mnóstwo odniesień i przykładowych modeli rodziny. Maciej Puczkowski Zasadniczo za rodzinę pełną przyjmuje się taką, w której znaleźć można dwoje kochających się rodziców i szczęśliwe dzieci. Spróbujmy jednak znaleźć inny punkt obserwacji, a być może otworzy nam się inny horyzont ukazujący nowy ideał ogniska domowego. Przede wszystkim odpowiedzmy sobie na pytanie, co dokładnie wynika ze stwierdzenia, że rodzina jest podstawową komórką społeczną. Przyjmijmy jeszcze przed tym, że społeczeństwo, o którym mówimy, posiada określoną jednolitą strukturę, w ramach której jest samowystarczalne i tę strukturę dalej będziemy nazywali państwem. Tym samym przez podstawową komórkę społeczną będziemy rozumieli również podstawową komórkę państwa. Pierwsza obserwacja, jaka wynika z porównania rodziny do komórki, pokazuje, że państwo jak każdy organ nie jest zbudowane z niczego więcej niż komórek. To znaczy, że rozkładając państwo na części pierwsze dochodzimy do rodziny. Rodzina jest najmniejszym żywotnym elementem państwa, a wszystko, co istnieje w nim poza rodziną, jest niczym martwy element, który wypadałoby wydalić. Zatem każdy człowiek, chcąc być częścią państwa, powinien być częścią jakiejś rodziny.

s. 14

“Modelem rodziny,

który wynika z natury jest wspólnota ludzi związana więzami krwi i przez miłość. Te więzy najlepiej ze sobą współgrają, ale obserwacje pokazują, że nie muszą się pokrywać. Przykładem rodziny niezwiązanej więzami krwi jest Kościół, którego głową jest Chrystus. Rodzina zaś sama w sobie jako komórka państwa powinna być samodzielnym, niekoniecznie samowystarczalnym, ale z pewnością mocno wyseparowanym elementem państwa, posiadającym pewien poziom autonomii. To znaczy, że państwo powinno respektować nie tylko władzę rodzicielską, ale władzę głowy rodziny. Z jednej strony możemy powiedzieć, że rodzina jest jak państwo w państwie, z drugiej musimy zaznaczyć, że rodzina rządzi się swoimi prawami – innymi niż rządzi się państwo. Chociażby wspólnota majątkowa, która na poziomie rodziny jest wysoko wskazana, na

poziomie państwa powinna być niedopuszczalna. Modelem rodziny, który wynika z natury jest wspólnota ludzi związana więzami krwi i przez miłość. Te więzy najlepiej ze sobą współgrają, ale obserwacje pokazują, że nie muszą się pokrywać. Przykładem rodziny niezwiązanej więzami krwi jest Kościół, którego głową jest Chrystus. Jak powiedzieliśmy, człowiek bez rodziny nie powinien funkcjonować w państwie, bo nie będzie funkcjonował dobrze, dopóki państwo jest oparte na rodzinie. Wobec tego w pierwszym rzędzie przynależy on do rodziny, później zaś być może do gminy rodzin czy innych struktur, a na końcu do państwa. Niestety rodzi to wiele dylematów ponieważ nierzadko zdarza się, że interesy państwa, Kościoła i rodziny rozmijają się, tworząc z rodziny organizację przestępczą zwaną mafią. Pojawia się pytanie o lojalność, które staje się problematyczne w momencie, kiedy członkowie rodziny zaczynają łamać prawo. Dla zażegnania dylematu rodzina powinna mieć wewnętrzną strukturę i swoje prawo, które ustali, jak w takich przypadkach postępować. Zwykle takie prawo rodzi się w sposób naturalny i jest regulowane przez kulturę i obyczaje. Celem istnienia państwa jest


wytworzenie takiej wspólnoty, która byłaby samowystarczalna. Stąd rodzina nie istnieje dla państwa, ale państwo istnieje dla zapewnienia dóbr rodzinie. Nie sposób o tym mówić inaczej niż w kontekście prowadzenia gospodarstwa domowego. Jest to umiejętność zapewnienia odpowiednich dóbr rodzinie i właściwego ich rozdystrybuowania. Wiąże się to z pomnażaniem rodzinnego majątku do momentu, w którym każdy członek rodziny będzie miał wszystko, co jest mu niezbędne do życia i zdobywania cnót. Do sztuki tej zaliczyć można tworzenie się struktur między rodzinami w celu zapewnienia samowystarczalności. Stąd wyłania nam się obraz polityki

jako naturalnego przedłużenia sztuki gospodarstwa domowego. Nie sposób nie zauważyć, że snuty powyżej obraz państwa wyłaniającego się ze wspólnoty rodzin daleko odbiega od naszych codziennych obserwacji. Świadczy to o tym, że współczesne państwa nie są oparte na rodzinie, a znane nam modele, przez pozbawienie ich struktur, są tylko złudzeniami prawdziwej rodziny, której być może należałoby nadać miano rodu. Rodzina dziś pozbawiona jest swojej autonomii, a jej głowa, jeśli taka jest – władzy. Ponadto będąc od zarania państwowości producentem części dóbr i podstawową komórką gospodarczą, utraciła także tę rolę. Przejęły ją zaś

firmy i korporacje. Możemy w nich obserwować pozostałości struktur obowiązujących kiedyś w rodzinie. Musimy mieć zaś świadomość tego, że prowadzenie firmy różni się od sztuki gospodarstwa domowego wyłącznie szczegółami wynikającymi z systemu administacyjnego. Zanim więc oskarżymy powyższy bardzo uproszczony wywód o wyłanianie utopii, zdajmy sobie sprawę, że gdyby go odrzucić, musielibyśmy zadać sobie niebanalne pytanie: „do czego służy państwo?”. 

s. 15


NA MARGINESIE

Za oknem cudowna niedzielna pogoda. Zapominam nawet, że jest dość zaawansowana jesień. Jednak sporo się nazbierało problemów ważniejszych niż kolorowe spadające na twarz promienie słońca, wątków bardziej przenikliwych niż zimny wieczorny powiew wiślanego wiatru i zagrożeń dużo bardziej niebezpiecznych niż psia kupa ukryta w liściach. Skoro więc spędzam ten cudowny popołudniowy, niedzielny czas przed panoramicznym ekranem w full HD to już napiszę coś co może odmienić wasze życie, a ostrzegam, nie wszystko udało zawrzeć się mi w tekście po prawej, więc tak zupełnie na marginesie chciałbym dodać, że… …cuda cuda ogłaszają! To bynajmniej nie jest zapowiedź zbliżających się świąt, choć z niepokojem nasłuchuję „Last Chrismasa” w radiu i wypatruję choinek zasłaniających paletę ze zniczami. Inne cuda miały miejsce i to o charakterze narodowym! Nie będę w żadnym stopniu odkrywczy jeśli powiem, że Polska pokonała Niemcy i to dwa zero. Nieważne, że nasi przeciwnicy mieli więcej strzałów na bramkę niż my procentów posiadania piłki, nie ważne, że musieliśmy korzystać z pomocy Podolskiego, który zamiast w bramkę obijał poprzeczkę i nawet nie ważne to, że rozpaczliwie murowaliśmy dostęp do naszej bramki, grając mecz na własnym stadionie. Ważne to, że faktycznie naszym kopaczom się chciało, a niektórych, czyt. Wawrzyniaka, znosili w końcówce na lektyce! To dopiero wdzięczność! Nie było jednak cudu jeśli chodzi o kibiców. Co prawda złapali tylko dziewięciu, jakiemuś pojawiło się pisiont groszy w okolicy bramki Szczęsnego i koniecznie musiał sprawdzić czy faktycznie pisiont, inni wszczęli burdy, ale cieszy to, że złapali też 3 Niemieckich. Pytanie za co? Ze zdjęć zamieszczonych na Onecie wynika, że siadali na pisuary, cóż. Co kraj to obyczaj…

...ponadto chciałem zauważyć, że...

…w sobotę miałem zaszczyt uczestniczyć w manifestacji PROLIFE. Antyaborcyjna pikieta rzecz szczytna i z mojego katolickiego punktu widzenia niemal obowiązkowa. Zwłaszcza jak mieszka się na ulicy Skar-

s. 16

NIE OGA

Niezwycz „grz niejednor

Nie tak znowu dawno temu, niemra debata o Komunii dla rozwodników Jednak wtedy wystarczającej siły p

afera wywołana przez przyjaciół s

Mariusz Baczyński Wracając do rozwodników, wtedy problem wydawał się mi trochę interesujący, bo gdzieś tam za uszami miałem niejasne newsy o licznych rozwodach, a przed oczami pary tłumnie przyjmujące sakramenty. Jednak nie był on na tyle wciągający, bym na dłużej przy nim pozostał. Żenić się nie planuję, więc rozwodzić tym bardziej, ale komuś on przypasował, bo debata wre, a ja szczerze mówiąc nie wiem na co i po co szukać dziury w całym. Tu w sumie mógłbym postawić kropkę, bo nadal ten wątek mnie nie wciągnął, ale chyba pora komuś rozwiać kilka wątpliwości. Zacznijmy jak Pan Bóg przykazał – od początku. Wydawać, by się mogło, że problem Komunii dla rozwodników powinien się tak nagle wziąć ze wzrostu liczby rozwodów. Ciężko mi o wiarygodne tegoroczne dane, jednak wykresy z lat ubiegłych pokazują jasno, że ich liczba oscyluje koło 66 tysięcy par, które postanowiły zakończyć związek małżeński. I ta wartość dość stabilnie utrzymuje się od 2006. roku. Więc bajka o wzmożonej rozwodności Polaków raczej nietrafiona. Co więcej nie wiadomo jak wiele z tych par miało zawarty między sobą ślub kościelny, przypuszczam, że miażdżąca większość. Jest to o tyle ważne, że tylko ta grupa może

borykać się z problemem Komunii dla rozwodników, bowiem reszta w świetle prawa kościelnego męża/żony nigdy nie miała. A skoro jesteśmy już przy ślubach to tylko tak technicznie zaznaczam, że o ile rozwodów nie przybywa, to małżeństw systematycznie ubywa i to w dość wyraźnym tempie kilku procent i to z tendencją wieloletnią. Ale co z tą Komunią? Otóż ze świeckiego punktu widzenia nie ma nic złego w ponownym zawarciu małżeństwa. Czasem tak się zdarza. Mąż zdradza, żona nabiera, nieprzewidzianej wcześniej, dzikiej formy. Coś co było różowe i pachnące jak pupcia niemowlaka, okazuje się być koloru brązowych jesiennych liści i pachnieć jak szalet miejski. Komuś brakuje cierpliwości i krzyczy basta. Koniec małżeństwa. Problem pojawia się potem, bo wszyscy chcą sobie życie jakoś ułożyć. Żeby było jasne. Rozwodnicy mogą. Ba! Nawet powinni przyjmować Komunię Świętą! Zaznaczam bardzo mocno zanim spalicie mnie z moim samochodem i aparatem na stosie – rozwodnicy. Tu pojawia się pewne subtelne przekłamanio -uproszczenie, które dość łatwo wdarło się do mediów wszelkich i szczerze mówiąc nie ogarniam dlaczego tak


ARNIAM

zajny zech razowy”

awo na światło dzienne poczęła być wypychana

w.

Temat nieśmiało pojawiał się to tu, to ówdzie. przebicia nie zyskał, albo zwyczajnie zyskała ją sowy.

NA MARGINESIE bowej oddalonej od rynku o mniej więcej 6 minut drogi pieszej. Ludzi wokół niej zebrało się dość sporo. Wśród słusznych okrzyków płynących z ust wykształconych i nietrzeźwych użytkowników przestrzeni pod pomnikiem Adama Mickiewicza z których dało się odkodować tylko: „pytam się! Twoja macica? Co się tam wtrącasz?!” Dało się podsłuchać niezwykle ckliwe rozmowy przyszłości naszego narodu! Bo gdzieś w połowie całej akcji w pobliże banerów podeszła dwuosobowa grupka, którą można określić mianem gimbolespijskiej pary. Jedna z nich oburzona, wręcz, zatrzymała drugą wskazując na plakat palcem nań i rzekła: „Ci idioci są nielogiczni! Jak można mówić o zabijaniu dzieci nienarodzonych?! Przecież skoro nie narodziły się to nigdy nie żyły.” Jak rzekła tak poszła. Mało Nikona nie opuściłem z wrażenia…

...ale nie zapominajmy, że...

powszechnie to sformułowanie jest stosowane. Bo problemem nie jest Komunia dla rozwodników, tylko Komunia dla osób wchodzących w ponowne związki małżeńskie, a to różnica zasadnicza, bo o ile ci pierwsi godzą się, przynajmniej tymczasowo, z przysięgą daną niegdyś wobec byłego małżonka i Boga, to ci drudzy budują od nowa puszczając w niepamięć dane słowo. A mówili im przecież „Co Bóg złącza, niechaj człowiek nie rozłącza”. Jedni mówili, drudzy nie słuchali, ot samo życie. No i dlatego też to nie jest zwyczajny „grzech jednorazowy”. Tu też nie ma wielkiej teologii. Choć naczytałem się dość sporo, naprawdę świetnych tekstów, tłumaczących na bazie Pisma i wielkokalibrowej teologii dlaczego tak nie można, to osobiście uważam, że sprawa jest błaha i do zrozumienia nawet przez drugoklasistę. Za wszystkie żałuję i postanawiam poprawę. No i tu są obrączki pogrzebane. Bo o ile rozumiem, że żal za niesakramentalny związek jest całkiem możliwy, to postanowienie poprawy już nie bardzo. Bo gdzie ono ma mieć miejsce skoro za chwilę po spowiedzi jedna czy drugi wracają do domu i toczą dalej życie bez sakramentu. Nie ma więc mowy o jakiejkolwiek poprawie, czy choćby jej

postanowieniu. Skoro nie ma, to nie ma też rozgrzeszenia. Proste, no nie? Wiem, nie każdemu to się musi podobać. Tak jak mi nie podobało się to, że mama wydzielała mi porcje czekolady, żebym całej na raz nie zjadł, tak teraz ubolewam, że z pewnymi pożyciami do ślubu muszę czekać. Jednak i mamie i Kościołowi daję się wychować i wiem, że na zdrowie mi to wyjdzie. Więc powtórzę raz jeszcze, że to na pewno nie podoba się wszystkim, bo odsuwa się ich od Stołu Eucharystycznego, a dla osób wierzących zabiera najpełniejszy Pokarm dla duszy. Jednak to nie Kościół rozwodnikom po ponownym ślubie to odbiera, a oni sobie sami, przedkładając nad Ciało Pańskie ciało nowego małżonka. Wracając do początku. Czemu akurat więc temat ten wypłynął akurat teraz? A no dlatego, że w Watykanie trwa Synod Biskupów i na tym zjeździe może zapaść wiele interesujących decyzji. Jednak rozwieję wasze wątpliwości. Kościół decyzję już podjął. Nie ogarniam więc, kto tu widzi jakiekolwiek szanse na diametralne zmiany. Jak dla mnie problem rozwiązany, ktoś ma jeszcze jakieś pytania? 

…od wielkiej polityki nie uciekniesz. Tak jakoś w ostatnich kilku tygodniach nie specjalnie miałem zamiar interesować się polityką. Skumulowały się wielkie ambicje początku roku akademickiego, bo to przecież ostatni więc choć ten wypadałoby przepracować solidnie i totalny brak cierpliwości do wszystkiego co w nagłówku ma choć nutkę POPiSu… Mimo mych szczerych do bólu chęci. Mimo setek ucieczek od tego tematu, dopadła mnie w końcu premier Kopacz. Wszędzie piszą, wielka wpadka, wielki klops! Czerwony dywan ją zgubił. Merkel prowadzi Kopacz pod rękę… Myślę Boże, nie chce tego widzieć to musiało być kompromitujące. Oszczędź. Ale dziś miarka się przebrała używam Google żeby sprawdzić co się działo i co? I nico… Naprawdę tyle krzyku? Nie żebym chciał ją bronić, ale zwyczajnie źle spojrzała sobie przed wyjściem na rozpiskę pokłonów i pomyliła płot z kolumną żołnierzy, ot zdarza się. No może jestem trochę wredny, ale zajmijmy się czymś poważnym, coś się znajdzie, nie wiem… Może miliardy długu publicznego, albo coś… To by było na tyle moich dzisiejszych głupich mądrości. Jesteś święcie przekonany, że na koniec chciałem dodać coś bardziej odkrywczego, bo przecież zapowiedziałem, że życie wasze odmienić będę chciał. Ale myślami dalej stoję pod pomnikiem Mickiewicza z Nikonem w ręce. Chyba jednak nic z tego nie wyjdzie więc idę zająć się jakąś uczciwą pracą, zjem obiad, pójdę do kościoła… Pierogi. Tak, dziś zjem pierogi.....

s. 17


TEMAT NUMERU

Owce znają

głos

Pasterza

„Baczcie, by kto was nie zagarnął w niewolę przez filozofię będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie” (List do Kolosan 2; 8)

Aleksandra Frontczak MISJA: ZDEZORIENTOWAĆ ODBIORCĘ Na początku była pozycja „Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu” autorstwa Reginy Brett, znanej amerykańskiej dziennikarki i felietonistki. Obok niej, zaledwie po dwóch latach pojawiła się siostra-uzupełnienie: „Jesteś cudem. 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym”. Obie córy Brett, świadome afirmacji klientów popularnych księgarni, obnoszą się ze swoją cudotwórczą zawartością na półkach z dopiskiem „psychologia” lub „coaching”. Tysiące wielbicieli na całym świecie, dziesiątki tysięcy sprzedanych egzemplarzy, setki tysięcy istnień wyratowanych z podbramkowych sytuacji wywoływanych przez życie z premedytacją. Bezsprzecznie książki z serii „cuda osiągalne dla każdego” wciąż cieszą się horrendalnym zainteresowaniem. Co więcej, odnotować można w ostatnich latach wzrost zaciekawienia takimi „przepisami” na życie. Obecnie czytelnik stawiany jest notorycznie w sytuacjach,

s. 18

“ Obecnie czytelnik

stawiany jest notorycznie w sytuacjach, w których musi (poza kontrolą statusu portfela) wybierać, rozgraniczać, prześwietlać, aprobować, odrzucać wiele treści, gdy z chwilą sięgnięcia po książkę atakują one jego duszę, umysł, serce i ciało. w których musi (poza kontrolą statusu portfela) wybierać, rozgraniczać, prześwietlać, aprobować, odrzucać wiele treści, gdy z chwilą sięgnięcia po książkę atakują one jego duszę, umysł, serce i ciało. W akcie desperacji lub w poczuciu bezradności najodpowiedniejszą dla Czytelnika pozycją okazują się wszelkiego autoramentu poradniki. Aczkolwiek często bywa, że wytrawni i wyczuleni nabywcy woluminów także ulegają

czarowi powabnych grzbietów z półki „psychologia” lub „coaching”, omijając przy tym niezbędny do mądrego zakupu proces selekcji. TYTUŁY. WABIK CZY TREŚĆ W PIGUŁCE? Taki zmasowany atak pozycja „Jesteś cudem” przypuściła i na mnie. Będąc świeżo po lekcji tożsamości w Bogu na podstawie Listu do Efezjan, podchwyciłam tytuł książki. Spis treści także prezentował się zachęcająco: „Każda przeszkoda jest misją od Boga, Bóg nie zawsze powołuje silnych (…)”, „Bogaty Ojciec, który Cię kocha, obdarza dostatkiem ciebie i wszystkie swoje dzieci” albo „Bądź dobrym mnichem, uczyń swoje życie modlitwą”. To zaledwie kilka przykładów, które pobudzonemu do odkrywania swoich talentów i wartości w Bogu chrześcijaninowi dają pretekst do ugruntowania dotychczasowych iluminacji. Pomyślałam: „w końcu dobra, świecka pozycja promująca Boże spojrzenie na życie”. Jednakże chrześcijanin czasów


obecnych winien sprawdzać wszystko, co bierze do ręki, zanim jeszcze zakłuje go ostrzegawczo sumienie. Zgadzam się z Huntem i McMahonem, autorami książki „Zwiedzione chrześcijaństwo” w tej kwestii, iż „tragedią naszych czasów jest fakt, że przeciętny chrześcijanin daje się przekonać albo zbyt łatwo, albo wcale. Niewielu przejawia chęć poświęcenia choć odrobiny czasu na przemyślenie danej sprawy i sprawdzeniu samemu w Piśmie Świętym. (…) Nie wolno ulec pokusie przyjmowania łatwych odpowiedzi dostarczanych przez „ekspertów”. (…) Musimy się upewnić, że podążamy za Panem, nie za ludźmi”. Tak więc poddałam prześwietleniu świeży zakup w seledynowej okładce. Oto wyniki dociekań… CO DLA CHRZEŚCIJAN? OKULTYZM! Mówi się, że szatan ma doktorat z psychologii. Rzadko stosuje metody zmasowanych ataków, częściej ucieka się do powolnej ekspansji. Do łask wróciło także znane od zarania dziejów wdziewanie szat przeciwni-

ka. Zatem w bestsellerze Brett obok Biblii, Dobrego Boga, modlitwy i wiary pojawia się cała plejada gwiazd wyznań wschodnich z jogą na czele. Ten typ „ćwiczeń” cieszy się w ostatnich latach ogromną popularnością na zachodzie, zdobywając sobie coraz liczniejsze grono popleczników również w Polsce. Chrześcijan przekonuje do jogi przede wszystkim nakaz przestrzegania uniwersalnych zasad moralności, takich jak: nie zabijaj, nie kradnij, zachowaj czystość. Ponadto wskazane jest ćwiczenie się w miłości, medytacja, trening ciała i odpowiednie oddychanie. Zasady moralności podobne są do dziesięciu przykazań; medytacja jest w terminologii chrześcijańskiej synonimem słowa modlitwa; dyscyplina ciała imituje ascetyczno-pokutne praktyki Świętych kościoła; głębokie oddychanie to niezawodna metoda na uspokojenie. Bez złudzeń pozostawiają nas jednak opinie guru: „Wy na Zachodzie jesteście naprawdę dziwaczni, joga przecież nie jest żadną gimnastyką! Jeśli chcecie jej używać jako gimnastyki, to proszę

bardzo, ale to nie przeszkodzi jej, by dokonała swego”. Otóż, gwoli przypomnienia, joga ma na celu doprowadzenie do zbawienia poprzez uwolnienie nas w życiu doczesnym od cierpienia i bólu. Nadto, ma ona prowadzić do zjednoczenia z Bogiem, który jest w ideologii hinduizmu jedynie energią, tudzież naturą, ale z pewnością nie osobą. Praktykowanie jogi otwiera więc w naszej duszy furtkę Złemu, deprecjonuje ofiarę Jezusa na krzyżu oraz sprzeciwia się pierwszemu przykazaniu Bożemu poprzez mniej lub bardziej świadomy, lecz związany z jogą kult pogańskich bożków. Podobnym bałwochwalstwem odznacza się również praktyka reiki, którą z entuzjazmem poleca Brett jako formę oderwania myśli od choroby nowotworowej, a która wyraźnie uznana jest przez kościół za okultystyczną. W rozdziale drugim, zachwalając ośrodek wsparcia dla osób chorych na raka – The Gathering Place – wspomina felietonistka o technikach holistycznych. Pacjenta doprowadzić mają do zdrowego ciała i pozytywnego myślenia za sprawą

s. 19


medytacji i afirmacji. Tymczasem pod nazwą „techniki holistyczne” ukrywa się bardziej znane chrześcijanom niebezpieczeństwo w postaci homeopatii, akupunktury, akupresury czy psychostymulacji. Katechizm Kościoła Katolickiego tak komentuje sprawę: „Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągnąć nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności” (KKK2117).

izm, mistycyzm (zwłaszcza orientalny, oparty na reinkarnacji), okultyzm, ezoteryzm, astrologię, nową gnozę, nową fizykę, biologię, medycynę i psychologię, ekologię, eugenikę i inne (…) ujęte są one w nowym paradygmacie, zwanym holistycznym lub ekologicznym”.

GRUNT, ŻE BRZMI PO BOŻEMU Niepokój intensyfikuje także zestawianie ze sobą chrześcijaństwa

jako wzorców też nie należy do najtrafniejszych. W rozdziale „Módl się tak, jakbyś wierzył w każde słowo” pisze dziennikarka o Erneście Holmesie, który „na dobre zmienił sposób, w jaki się modli”. Holmes jest założycielem Kościoła Nauki Religijnej, znanego także jako Nauka o umyśle. Owa nauka mówi o Najwyższej Tajemnicy, wykorzystując reguły starożytnej magii, łącząc jednocześnie chrześcijaństwo z szamanizmem. W felietonie 47. pojawia się książka „Nieskrępowana dusza” autorstwa Michaela Singera. Jednakże pozycja ta promuje nie Chrystusa, a tao oraz zasadę równowagi przeciwieństw – Jing i Jang. Pojawia się także aprobata dla protestanckiego Zjednoczonego

oraz wątpliwych, ale brzmiących ekwiwalentnie pozycji czy postaci. Felietony Brett są próbą zespolenia ze sobą sprzeczności. Tak więc ustawicznie przeplatają się wzajemnie dobre teksty i budujące zdania, np.: „A jeśli w Bogu widzi obcą albo złośliwą istotę, która ją ocenia, to niech znajdzie sobie nowego Boga” czy „Wszyscy dostajemy od życia gorsze karty. Różnica polega na tym, jak rozegrasz tę partię. Albo jak dobrze blefujesz”, „Używaj korektora, pryszcze znikają szybciej, jeśli nie będziesz ich wyciskać” lub „Każde doświadczenie, nawet błahe i prozaiczne, może być (…) błogosławieństwem (…). Nie ważne czy będzie to (…) rozwód, mandat za przekroczenie prędkości (…), bądź za nie wdzięczny, a potem idź dalej”. Dobór postaci

Kościoła Chrystusa, który to znany jest w świecie z liberalnych poglądów, poklasku dla homoseksualizmu (nawet wśród duchownych), a także z opowiedzenia się za legalizacją homomałżeństw. Niepokojący jest felieton numer 43, w którym Brett w sposób lekko prześmiewczy pisze o świętości zwykłych ludzi w zestawieniu z „Żywotami Świętych”. Ponadto pojawia się w książce także aprobata dla ruchu New Age – tu w rozdziale 22. autorka przyznaje się do sprawdzania sobie aur i podkreśla niezawodność tej techniki na drodze do wydobycia wszelkiej prawdy ze swojego wnętrza. Natomiast, jak pisze o. Aleksander Posacki w swojej książce „Encyklopedia zagrożeń duchowych”, ruch New Age zawiera w sobie „monizm, panteizm, natural-

Dekalog granice. Co za tym idzie, łatwo można dokonać odstępstwa od Bożych nakazów, będąc przekonanym, że objawił nam się w całej swej wspaniałości plan Najwyższego, a reszta ludzkości pojmie go dopiero za lat kilkadziesiąt, nie mniej. Problem tkwi również w znanej wszystkim metodzie konia trojańskiego, którą Zły wciąż z powodzeniem stosuje wobec wyznawców Chrystusa. Jednak święty Paweł przypomina „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1, 7). Zanim pozwolimy dokonać inwazji na nasze ciała, serca i dusze, przygotujmy sobie czas. Owce znają głos Pasterza, ale wpierw trzeba Go usłyszeć. 

s. 20

OBRONA PRZED KONIEM TROJAŃSKIM Na ile autorka ma świadomość czających się w jej felietonach niebezpiecznych treści – nie wiem. Szkopuł jednak w tym, że ów zbiór felietonów jest produkcją ukształtowaną na synkretyzmie poglądowym i religijnym. Taki sposób myślenia rozmywa jasno dotąd wytyczone przez


s. 21


TEMAT NUMERU

Nauczyciel polonista: mentor? „Nauczycielu dobry, prawdę czyń w miłości” – tak brzmią słowa pochodzące z Kodeksu Etyki Nauczyciela proponowanego przez Polskie Towarzystwo Nauczycieli. Polonista musi się zmagać z wieloma decyzjami, jaką i czyją prawdę ma przekazać uczniom oraz jak to zrobić, by zechcieli oni dyskutować na tematy poważne.

Beata Krzywda Życie nauczyciela w polskiej szkole proste nie jest. Wiele osób oburza się, spoglądając na filmik nagrany komórką z udziałem gimnazjalistów w rolach głównych, którzy zakładają wychowawcy na głowę kosz na śmieci. Z kolei rodzice coraz częściej nie zgadzają się ze sposobami na wychowanie ich dzieci stosowanymi przez nauczycieli, przez co ich pociechy, w szkole słysząc jedno, a w domu drugie, nie wiedzą, gdzie szukać prawdy. Szczególnie jeśli słyszą z ust swoich rodziców ostre słowa krytyki skierowane przeciwko pracownikom szkoły. Dobra opinia o profesorach, którzy zawsze mają rację, już dawno odeszła do lamusa, a rodzice współczesnych nastolatków, często zmuszani przez swoich rodziców do bezwzględnego szacunku i posłuszeństwa względem każdego nauczyciela, teraz bronią swoich dzieci za wszelką cenę przed wielką krzywdą, która z pewnością młodym ludziom dzieje się w murach szkolnych. Nauczyciele są bezradni, a próba wychowania uczniów, kończy się wizytą rodziców, którzy... bezwzględnie krytykują. Oczywiście nie zawsze tak

s. 22

“Rozważając teksty

literackie, nie da się nie rozmawiać na bardzo różne tematy, na ile jednak nauczyciel jako nauczyciel może pokazać uczniom swoje preferencje, a na ile musi zachować obojętność? jest, a powyższy obraz polskiej szkoły jest przerysowany, a przynajmniej mam taką nadzieję. Zupełnie inaczej wygląda proces wychowywania młodego człowieka podczas lekcji matematyki, kiedy tłumaczy się zagadnienia ułamków czy trygonometrii, a czymś innym, w mojej opinii, jest kształtowanie ucznia przez literaturę i kulturę na lekcjach języka polskiego. Na jakie zagadnienia i posunięcia z punktu widzenia etyki zawodowej może zdecydować się nauczyciel? Gdzie ma on ustawić sobie granice dobrego smaku, o czym wolno mu opowiadać, a mówienie o czym nie jest mile widziane? Wreszcie: w jakim stopniu może on przekazać uczniom

własne poglądy na temat świata, z którym przychodzi się mierzyć każdemu człowiekowi? Dobrą miarą etyki nauczyciela jest dążenie do osobistego rozwoju wychowanków, zarówno w kwestii wiedzy, jak i dobrego wychowania. Nauka o literaturze nie może obejść się bez kontekstów politycznych, religijnych, społecznych. Poeci i pisarze przeważnie byli zaangażowani politycznie. Zależni od króla – tworzyli dzieła na jego cześć, żyjący w czasach zaborów – mniej lub bardziej buntowali się przeciwko rusycyzacji czy germanizacji, a współcześni twórcy czasów komunizmu musieli wybierać pomiędzy karierą a zgodnością z własnym sumieniem. Większości z nich nie była także obojętna kwestia wiary, najczęściej katolickiej, poszukiwania Boga i odpowiedzi na pytania o sens życia czy umierania, zastanawiania się, czym jest miłosierdzie i jak być dobrym chrześcijaninem. Rozważając teksty literackie, nie da się nie rozmawiać na bardzo różne tematy, na ile jednak nauczyciel jako nauczyciel może pokazać uczniom swoje preferencje, a na ile musi zachować obojęt-


ność? Na to pytanie każdy z nich musi odpowiedzieć sobie sam, ale chyba nie można być mentorem bez posiadania własnych poglądów na każdy (albo prawie każdy) temat. Uczniowie mogą się zgadzać albo nie, najważniejsze jest to, by w takich sytuacjach doprowadzić do dialogu i wymiany poglądów, unikając niepotrzebnych sprzeczek i obrażania się na siebie. To może się udać pod warunkiem wzajemnego szacunku pomiędzy dyskutującymi, tutaj nauczyciel musi wykazać się umiejętnością godzenia stron i pokazać – wychodząc w własną inicjatywą – jak można akceptować poglądy rozmówcy i pozwolić przeciwnej stronie dojść do głosu. Inną kwestią związaną z przekazywaniem treści przez nauczyciela jest prezentacja literatury. Owszem, istnieje coś takiego jak podstawa programowa, a także wymagania egzaminacyjne, które mają na celu określenie, jakie teksty literackie i treści z zakresu gramatyki powinny być omówione w trakcie zajęć i każdy nauczyciel jest zobowiązany do poświęcenia czasu tym właśnie tematom. Inna sprawa JAK to zrobi. Przecież nie da się ukryć, że każdy nauczyciel polonista ma swoich ulubionych twórców i ulubione dzieła literackie. Nie jest też tajemnicą, że wśród lektur mogą się znaleźć i takie, których czytanie nie jest mile widziane przez nauczyciela. Tutaj pojawia się kolejne pytanie, czy może on zupełnie bez emocji omówić dzieło, które przed nim leży, pokazując tylko to, co jest w wymaganiach egzaminacyjnych? Beznamiętne przedstawianie literatury, która przecież z założenia jest po to, żeby oddziaływać na czytelnika i jednak wzbudzić w nim emocje, pozytywne bądź negatywne, ale jednak emocje, nie tylko nie zachęci uczniów do obcowania z książkami, ale zabije w nich chęć do podjęcia dyskusji. Nauczyciel ma prawo pokazać, że jakiś rodzaj literatury go nie zachwyca. Dobrze, jeśli w klasie pojawi się opinia przeciwna, równoważąca opinię nauczyciela. Jeśli nie, uczniowie pozostaną z przekonaniem, że „ta książka jest niefajna”. Dobrze, żeby za nauczycielem umieli chociaż powtórzyć dlaczego. Może kiedyś przedstawiając taką opinię, spotkają się z opozycją i sprowokuje to do wymiany zdań? W dzisiejszych czasach postać

wszechwiedzącego mentora, będącego chodzącą encyklopedią, słownikiem ortograficznym i podręcznikiem w jednym może jeszcze istnieje w przekonaniu dzieci z pierwszych klas szkoły podstawowej (może nawet na poziomie klas 4 i 5). Jednak im uczniowie starsi, tym bardziej ich poziom szacunku do wiedzy nauczyciela spada. Potrafią zadawać kłopotliwe pytania, bo cieszy ich to, kiedy mogą udowodnić, że nauczyciel nie ma racji i przecież wielu rzeczy nie wie. Uważa się, że nauczyciele, którzy potrafią przyznać się do niewiedzy, są zdecydowanie bardziej szanowani przez środowisko młodzieżowe. Dlaczego? Bo wydają się bardziej ludzcy, życzliwi, mają prawo się pomylić, albo czegoś nie wiedzieć. I dopóki potrafią się do tego przyznać, wychodzą z takiego pojedynku na pytania z tarczą. Zdecydowanie bardziej nieetyczne jest okłamywanie młodych ludzi albo zbywanie ich dociekliwych pytań nieprzyjemnym stwierdzeniem, że „to nie czas i miejsce na takie pytania”, albo, co gorsza, wypowiedziami typu: „nie interesuj się”. To, że uczniowie pytają, że robią to często złośliwie, może się okazać świetnym sposobem na dyskusję, na pokazanie, że nawet w tak trudnej sytuacji nauczyciel potrafi sobie poradzić. A to może zaprocentować na przyszłość. Zupełnie czymś innym jest sprawa

spoufalania się nauczyciela ze swoimi uczniami. Problem etyki zawodowej wiąże się tutaj z kwestią umiejętności panowania nad relacjami zachodzącymi pomiędzy wychowawcą a uczniami. Z jednej strony im bliższa relacja, tym łatwiej nawiązać kontakt i rozmawiać na poważne tematy. Prostsze jest tam dyskutowanie, rozważanie i szukanie tego, co wspólne, gdzie są różnice między ludźmi. Z drugiej strony, uczniowie muszą przestrzegać zasad i zasada hierarchii ważności osób w społeczeństwie dotyczy tak samo stosunku pomiędzy uczniem a nauczycielem, jak i pomiędzy dyrektorem szkoły a pedagogami. Z takimi relacjami absolwenci spotkają się w swoim przyszłym miejscu pracy, a jednym z zadań szkoły jest przecież wykształcenie dobrych postaw obywatelskich i przystosowanie młodych ludzi do skutecznego funkcjonowania w dorosłym życiu. Jak to jest ze wszystkim, również i dobry nauczyciel musi znaleźć kompromis pomiędzy spoufaleniem z uczniami a rygorem. Nauczyciel polonista bardziej niż każdy inny nauczyciel ma wpływ na kształtowanie poglądów młodych ludzi, właśnie przez dobór i sposób omawiania tekstów literackich. Musi on zdawać sobie z tego sprawę, szukając pogodzenia własnych poglądów i ideałów z szacunkiem do ucznia, którego ma pod swoją opieką. 

s. 23


TEMAT NUMERU

Krok

po kroku czyli taktyka w etyce

Co to jest etyka? W powszechnej opinii trudno o definicję tej dyscypliny, zwykle mówi się, że to nauka o tym, co wypada a czego nie należy robić. Mamy masę znanych etyków i etyczek, ale także celebrytów, którzy swoimi czynami i słowami realizują strategię godną Napoleona.

Rafał Growiec SZTUKA ETYKI Czym więc się zajmuje etyka? Jak podaje „ABC etyki” (zwana też Czarną Książeczką Śmierci) T. Stycznia i J. Mereckiego etyka to „dyscyplina filozoficzna, obejmująca szereg zagadnień związanych z określeniem istoty powinności moralnej (dobra lub zła moralnego), z determinacją jej szczegółowej treści (słuszności), ostatecznym wyjaśnieniem faktu powinności moralnej działania oraz genezą zła (upadku) moralnego i sposobami jego przezwyciężenia”. Zajmowali się nią filozofowie wszystkich epok, każda religia posiada własny zbiór zasad „jak być dobrym człowiekiem”. Stąd, gdy pytamy o etykę, zawsze warto spytać, jak kształtuje się reszta naszego światopoglądu. Inna będzie etyka

s. 24

“Prawo jest obowiąz-

kowe dla obywateli, więc narzuci się tym samym zachowanie zgodne z określonym światopoglądem pozostałym, nieprzekonanym 50%. ateistyczna, inna chrześcijańska, inna katolicka, inna ewangelicka. Manifest etyczny może być odpowiedzią na realia czasu, w jakim przyszło się urodzić autorowi lub autorce, te z kolei warunkuje historia i główne nurty myślowe, jakie się pochwala, lub z jakimi się polemizuje. Nie byłoby Nietzschego bez chrześcijaństwa! Stąd filozofia ma silny wpływ na etykę. W naszym kraju musimy pamiętać, że przez wiele lat głównym i niemal obowiązkowym nurtem filozoficznym był marksizm-leninizm.

Państwowe uczelnie kształciły przede wszystkim ludzi władzy, którzy do chrześcijaństwa musieli mieć stosunek obojętny a najlepiej wrogi. Filozofia miała rozjaśniać mroki średniowiecza i dowodzić, że Boga niet, za to Lenin jest wiecznie żywy. Pokłosiem tych czasów jest obecność w naszej sferze publicznych ludzi z filozoficznym wykształceniem, którzy dumnie tytułują się mianem etyka. Gdy jednak spytać ich, jaka jest ta ich etyka, zapewne będą wiele mówić o równości, wolności i braterstwie, ale jak diabeł święconej wody będą się bronić przed dostrzeżeniem w ich materializmie echa komunistycznej ideologii. Tak samo jak przed okrągłym meblem tak i dziś etyka jest narzędziem walki z innym światopoglądem i


TEMAT NUMERU

instytucjami, na które nie ma miejsca w nowym, lepszym świecie. POLE BITWY: SUMIENIE Jak wygląda ta walka? Przede wszystkim, nie jest to już zimna wojna, gdy obie strony okopały się i żadna nie chciała naruszyć statusu quo w obawie przed wyniszczającym konfliktem. Dziś nikt zaangażowany już nie mówi o „kompromisie aborcyjnym”, dzięki któremu panuje spokój na ulicach. Kompromis, jak się zdaje, pozostał jedynie wymówką dla tych, którzy najchętniej nic by nie robili, byleby dieta wpływała na konto. Czy chodzi tu o sumienie władzy, polityków? Czy etykom walczącym zależy na tych, którzy sterują prawem i decydują co jest sprawiedliwością? Nie bezpośrednio. Przede wszystkim zależy im na tym, by polityk rządzący pamiętał, że vox populi to vox dei (celowo „dei” piszę z małej, o czym za chwilę). Celem etyków filozoficznych są zmiany w mentalności społecznej, które powinny odbić się w oczekiwaniach wyborczych. Odpowiednio ukształtowany człowiek wybierze pasującego mu polityka. Najpierw jednak trzeba ukształtować jego sumienie. Kolejne bunty wobec komunistycznej władzy nauczyły postkomunistycznych (nie bójmy się tego słowa!) etyków, takich

jak Hartman czy Środa, że rewolucja mentalna, do której ludzi się zmusza wzbudzi kontrrewolucję. Stąd teraz działanie musi być zawoalowane, nienarzucające niczego z góry. Wtedy mniejsze jest ryzyko buntu, zwłaszcza, gdy dysponuje się siłą mediów, które chętnie powielą odpowiednie treści i poprzez częste powtarzanie nazwiska uczynią z szeregowego etyka autorytet. Rzecz jasna, wciąż rodzi się zagrożenie, że jakiś bunt się zrodzi, zwłaszcza gdy zagrozi nam matematyka. Przekonywanie ludzi do ideologii musi trwać, stopniowo musi być do niej przekonany coraz większy procent ludzi. 2%, 5%, 10%, 24%, 30%, 46%, 50%... Pojawia się nadzieja, że wyborcy będą świadomi i wybiorą kogo trzeba, by filozoficzne ideały przekuć na normy prawne. Wtedy jednak postęp może się zatrzymać. Prawo jest obowiązkowe dla obywateli, więc narzuci się tym samym zachowanie zgodne z określonym światopoglądem pozostałym, nieprzekonanym 50%. Stąd najczęściej przyjmowaną taktyką jest metoda na salami. Po plasterku, powolutku zmienia się światopogląd i dominującą w mediach etykę. Jeszcze nie tak dano, zaraz po wojnie, nie do pomyślenia było w mediach pokazywać nagość kobiecą

poza kontekstem sztuki aktu czy pochwalać cudzołóstwo. Dziś golizna to podstawowy chwyt marketingowy, a skok w bok to przygoda. Podobnie ma się rzecz w temacie LGBT. Nie tak dawno lekarze głosowali za skreśleniem homoseksualizmu z listy chorób, dziś trwają w Niemczech debaty nad legalizacją kazirodztwa, a w Holandii działała niedawno partia promująca pedofilię. Polskę to okrajanie ominęła poprzez izolację od zachodniej rewolucji seksualnej Żelazną Kurtyną. Stąd u nas szok jest większy, protesty mocniejsze. Podczas, gdy społeczeństwa europejskie i amerykańskie łykały kolejne plasterki światopoglądowego salami, my po okresie postu dostaliśmy kawał nie do przełknięcia. Stąd ważne jest urabianie wyborcy, a co za tym idzie też polityka. Zwłaszcza gdyby prawodawstwo (tworzone przez zasłuchanych w sondaże i głos urobionego ludu ministrów) zaczęło regulować zachowanie obywateli w kwestiach wychowania. Pozwoliłoby to kształtować sumienia wtedy, gdy się one formują, gdy najbardziej chłoną to, co powie Wspaniała i Kochana Pani z Przedszkola. A to, że Pani z Przedszkola mówi to, co każe dopuszczona przez Ministra Edukacji Narodowej podstawa programowa dzieci nie wiedzą.

s. 25


METODY WALKI Wiemy już, dlaczego etyka jest polem bitwy. Ale jak się walczy? Tu mamy kilka opcji do wyboru. Pierwsza z nich to bezpośrednie nauczanie co jest dobre a co złe. Temu służą felietony, książki, występy w telewizji w których etyk przekonuje naród, że tylko jego wizja etyki jest słuszna, a każdy inny to niebezpieczny psychopata, który tak naprawdę nie wie, czym jest moralność. Odpowiednia ilość odpowiednio ukierunkowanych autorytetów nie sprawi, że małżeństwa gejowskie staną się płodne. Ale może sprawić, by ludzie

przez niego moralności. Przypomina to pieczęć – ślad pozostawiony przez nią w laku jest dokładną odwrotnością rysunku. Trzecia droga to mimikra, czyli poszukiwanie pożytecznych idiotów. Czyli: podszycie się pod zwolennika innej etyki, mówienie o palącej trosce i wierności ideałom, po czym wyjaśnienie, że tradycjonalista źle je rozumie, że człowiek otwarty musi jednak wyjść krok naprzeciw, by porozumieć się, prowadzić dialog... Po czym jeszcze jeden krok, bo wszak prawda leży pośrodku, jeszcze dwa kroki... Po czym takie pokierowanie

żreć się między sobą i toczyć spory, przy okazji których można ukazać przeciągniętych jako tych bardziej oświeconych. A w odpowiednim czasie wyrwać ich z otchłani „błędu” i zacofaństwa, tworząc coś przejściowego, symulującego odmienne poglądy. Jednak czym się różni katolik popierający morderstwo dla zysku od typowego zwolennika „walki o przetrwanie” poza tym, że raz na tydzień chodzi do kościoła?

za takie je mieli. Stąd ważne jest, by nie dopuszczać do głosu drugiej strony, a jeśli jest już to konieczne, by dopuszczać tylko tych, którzy ją skompromitują. Druga opcja to kształtowanie przez odcisk. Jest przydatna zwłaszcza wtedy, gdy zależy nam na wręcz karykaturalnie wykrzywionym i wyolbrzymionym światopoglądzie. Chodzi o takie przedstawienie poglądów przeciwnych, by odbiorcy wydały się one ohydne i całkowicie nie do przyjęcia. Stąd wielu teologów liberalnych przedstawia nauczanie Kościoła na temat aborcji, homoseksualizmu czy nawet wolności religijnej tak, by ludzie natychmiast – kierowani świętym oburzeniem – ustawili się w opozycji do Kościoła i proponowanej

tym dialogiem, by delikatnie odkrywać swoje prawdziwe barwy i proponowanie ich jako lepsze i bardziej otwarte na dialog, aż do momentu, gdy znikną wszelkie pozory. Wtedy najczęściej przekonywany zrobi już tyle kroków w stronę porozumienia, że do wrogiego obozu będzie należał tylko z nazwy. Tak pozyskany człowiek będzie przydatny przy metodzie czwartej: rozsadzania wrogiego obozu od wewnątrz. Czyli takiego działania, które choć usprawiedliwiane pod publiczkę dobrem, służy złu. Jest to o tyle pożyteczne, że praktycznie nie angażuje nikogo poza rozbijanym kręgiem. Nic, tylko wyciągnąć popcorn, lekko tylko kibicując naszym. Ten zaś jest zmuszony

ekonomiczne czy polityczne. Ludzie chętniej dadzą sobie po łbach za Allaha niż za ropę. Stąd różne systemy etycznie różnie ukazują źródło i sens bytu ludzkiego i to, co miałoby decydującą rolę przy ocenie moralnej czynów i słów. Dla katolików i chrześcijan takim głównym czynnikiem i sensem jest Bóg. To Jego wola decyduje o tym, czy coś jest dobre czy złe. I koniec. Kropka. „.” Inaczej jest, gdy odrzuca się Boga. Świat materialistyczny wymaga uporządkowania, inaczej staje się światem anarchistycznym, czego nie chce żaden szanujący się profesor. Anarchia to dezorganizacja, a co za tym idzie – brak pieniędzy za artykuły, książki i wykłady. Stąd potrzebna jest jakaś pierwsza zasada każdego dz-

s. 26

VOX DEI Jak wiadomo, zawsze lepiej brzmi uzasadnienie religijne niż


iałania, αρχέ (czytaj: archE!), swoisty bóg, decydujący o dobru i złu. Może to być pieniądz, mamy wtedy etykę materialistyczną, w której tylko kasa ma znaczenie i jako taki cel życia mamona uświęca środki. O tym, czy to, co robisz ma jakąkolwiek wartość decyduje stan konta i wartość samochodu. Czymś takim może być wiedza i rozwój – jesteś tak dobry jak głęboko wnikniesz w daną dziedzinę, człowiek tym lepszy im więcej pozna i przekaże innym. Jaki jest zatem sens bycia noworodkiem, niepełnosprawnym umysłowo, starcem z demencją? Inny system może w myśl zasady „Non omnis moriar” dbać o sławę i każdy sposób jej pozyskania jest na miejscu. Nie ważne jak, ważne by gadali. Choćby do tego trzeba było spalić jakąś świątynię. W końcu samo życie, jego intensywność może być wyznacznikiem dobra i zła. Rzeczy przyjemne są dobre, nieprzyjemne złe. Gorzej, gdy nieprzyjemny staje się widok kogoś, kto cierpi. Wtedy takie cierpienie trzeba wyeliminować – oto skutki etyki estetycznej. W każdym z tych wypadków mamy podobny system, wyznaczający substytut Boga, remedium na całe zło tego świata i wskazujący szatana – czyli to zło do zwalczenia. Taki bożek może zostać wyznaczony na podstawie przemyśleń egzystencjalnych („by żyć wystarczy cyrk i chleb”) lub po prostu jako atrakcyjniejszy od Boga, nakazującego rzeczy z pozoru przykre, jak np. czystość przedmałżeńską. Stworzony

na potrzeby doraźnej walki z Panem Bogiem bożek może stać się panem i władcą tyranizującym świat. Wspomnę tu tylko poprawność polityczną, zmuszająca ludzi do nienaturalnych zachowań w imię walki z zachowaniami rasistowskimi. Na ile jednak te tworzone przez etyków bożki panują nad światem? Czy to, że lud wymusi na politykach zmianę prawa i sam zmieni swoje obyczaje sprawi, że dane zachowanie stanie się dobre, przestanie krzywdzić? Można oczywiście pogodzić się z upadkiem obyczajów i zacisnąć zęby, ale na ile tej tolerancji starczy? Na ile wola społeczeństwa jest zdolna wymusić na rzeczywistości zmiany? NOWY BÓG, NOWY KOŚCIÓŁ Jak jest bóg, to muszą być też kapłani. To elitarne grono etyków gotowych szybko wyjaśnić, czego chcą od wiernego ludu Tolerancja, Otwartość, Wolność i jakie dogmaty zawarte są w kolejnych dokumentach Instytucji na Rzecz Pokoju i Miłości Międzynarodowej. A Biblia Nowej Etyki rośnie szybko, wszak etykę musi teraz regulować Unia Europejska, której urzędnicy nie mogą siedzieć bezczynnie. I to właśnie Unia staje się jak gdyby nową Ziemią Obiecaną ludu, który obraził się na Pana Boga. Oto nowa instytucja, gotowa przynieść całemu światu dobro, narzucając moralne i światopoglądowe dogmaty i ekskomunikując każdego, kto się nie zgodzi. Baza wypadowa na mniej oświecone kraje, uniwersytety i serca. Poważny sojusznik to wszak

podstawa dobrej strategii. A skoro wróg ma za sojusznika Boga, to trzeba sobie czymś to zrównoważyć. Czy konieczne jest eklezjalne porównanie? Zwłaszcza, gdy etyki niechrześcijańskie tak bardzo chcą się odciąć od Kościoła? Może dlatego, że coraz częściej kręgi nowych etyk zaczynają przypominać sekty, gdzie guru staje się kimś bardziej papieskim niż papież, a głoszone nauki – niepodważalnymi dogmatami. Dotyka to nie tylko lewicy światopoglądowej, ale też libertarian prawicowych. Można się z tym nawet spotkać w niektórych kręgach kościelnych, gdzie to, co głosi jeden kapłan musi być słuszne choćby cały Kościół od dwóch tysięcy lat twierdził inaczej. Taka sytuacja jest szczególnie niebezpieczna, gdyż często bożek podszywa się pod prawdziwego Boga. Znajduje się rzekomo katolickie czy chrześcijańskie uzasadnienie dla morderstwa, kradzieży czy nawet bezbożności. Czy kiedyś ustanie filozoficzna wojna etyczna? Nie, to jest pewne jak śmierć i podatki. No, chyba że Jezus przyjdzie za naszego życia a Korwin-Mikke dojdzie do władzy, wtedy pewna będzie tylko etyczna wojna. Warto wtedy wiedzieć, dlaczego jedno nazwisko jest przedstawiane jako Napoleon etyki, a drugie jako synonim zła wcielonego. Nie dawajmy się nabrać na sztuczki, zagrania i triki a nie damy sobie wmówić, że czarne jest białe i na odwrót. 

s. 27


TEMAT NUMERU

Sprzedawcy

marzeń

Miałem nieprzyjemność pracować stosunkowo długi okres jako sprzedawca, głównie telefoniczny. Ponoć dobry handlowiec jest w stanie sprzedać piasek spotkanemu na pustyni wędrowcowi. Tak też było i ze mną. Brzmi absurdalnie? Ale to prawda. Każdy z Was codziennie jest oszukiwany.

Dominik Cwikła ZIEMNIAK POMOŻE CI ZDOBYĆ KOBIETĘ! Zauważyliście zapewne, że reklamy w znacznej części nie składają się z reklamowanego produktu. Tak oto na przykład do reklamy samochodu wrzucani są mężczyźni w sile wieku z piękną kobietą. Nie chodzi o to, że produkt jest tak tandetny, że trzeba uprzedmiotowić płeć żeńską, by towar zszedł (choć czasem bywa i tak). Jednak taka forma będzie skuteczna. Odwołuje się bowiem do naszej natury. Ludzie składają się z czterech sfer: wegetatywnej, emocjonalno-uczuciowej, woli i rozumu. Podane są one w kolejności od najniższej do najwyższej. Sfera wegetatywna obejmuje nasze popędy oraz potrzeby fizyczne. Jest więc w człowieku bardzo silna. Zakodowany w mężczyźnie (bo reklamy samochodów są kierowane w większości do płci męskiej) popęd seksualny służy jako narzędzie. Na zdrowy rozum wydaje się to absurdalne – jakim cudem reklama samochodu ma uderzyć w sferę seksualną człowieka? No właśnie może! Bo mężczyzna widzi przekaz płynący z ekranu i odbiera następujące sygnały: samochód, kobieta, spełnienie, sukces. Kupując samo-

s. 28

“Praca w sprzedaży

deprawuje ludzi. Można mieć ideały, starać się być prawdomównym i w ogóle. Ale w sprzedaży ważna jest tylko jedna rzecz: skuteczność. Szefa nie będzie obchodził powód, dla którego miałeś nikłe efekty chód, facet zdobędzie kobietę – to przecież oczywiste! Prawda? Inny zabieg stosuje się na młodzieży. Do reklam napojów wrzuca się sceny z koncertów, wakacji i imprez. Sam napój potrafi pojawić się w takiej reklamie na sam koniec. Młody człowiek buntuje się przeciwko zasadom i gdyby opowiadać mu, jaki to ten napój cudowny i wyjątkowy nie jest, po prostu zdenerwowałby się i nie kupił go. Dlatego zamiast tego marketingowcy odwołują się do ich sfery emocjonalnej. Tworzy się obraz wolności, radości i przyjemności, marka napoju po prostu jest ustawiana przy tym wszystkim.

Przez to młody człowiek sięgnie w markecie po napój, który dobrze mu się skojarzy. Bo przecież napoje ustawiane są obok siebie i – szczerze mówiąc – niewiele różnią się w smaku. Tak naprawdę gdyby istniał koncern ziemniaczany i jego zarząd zechciałby dotrzeć do grupy mężczyzn, bez wahania stworzyłby reklamę, która ukazywałaby silnego, przystojnego rolnika z miejską pięknością u boku. PAN JESZCZE NIE WIE, ŻE TEGO POTRZEBUJE To hasło rzucane jest we wszystkich kierunkach. Sam wielokrotnie go używałem z powodzeniem, dlatego przestrzegam Was przed nim. Otóż gdy dzwoni do was człowiek z propozycją sprzedaży czegokolwiek, odruchem człowieka jest stwierdzenie, że nie jest to potrzebne. Dobry sprzedawca udowodni w 6 sekund, że się mylisz. Jeśli prowadzisz firmę i masz księgowego od spraw finansowych, to prenumerata poradnika podatkowego jest dla niego niezbędna. Jeśli go nie zamówisz, z pewnością księgowy się pomyli, a wtedy to już jest prosta droga do inspekcji ze skarbówki i zwinięcia interesu. Jeśli prowadzisz restaurację, to


zamówienie usługi wi-fi jest koniecznością, bo właśnie sprzedano ją wszystkim lokalom w mieście. Ty jeden pozostaniesz bez Internetu udostępnianego klientom, więc konkurencja zabierze wszystkich gości, którzy będą mogli surfować w sieci, zajadając kanapkę. Jeśli masz telefon i Internet, to właśnie masz jedyną szansę na zmianę operatora. Na pewno zaoszczędzisz. Do tego bardzo skutecznym zabiegiem jest odwołanie się do tzw. „cebulactwa”. Jeśli powie się właścicielowi linii, że wszyscy w sąsiedztwie zamówili sobie Internet szybszy aż o 0,001% od dotychczasowego dostawcy, to sprawa jest już wygrana. Jeśli sprawa ma miejsce w firmie, wystarczy opowiedzieć o kilku dodatkowych usługach, których nikt nigdy nie użył, a które są niezbędne dla Ciebie.

Jeszcze inne zabiegi stosują handlowcy D2D (ang. Door to door). Ci bowiem nie mają żadnego nadzoru, np. nagranie rozmowy. Mogą więc opowiadać bajki godne Andersena, by zdobyć podpis do umowy. Sam, będąc na szkoleniu w pewnej firmie sprzedającej usługi telefonii stacjonarnej jednemu z operatorów, słyszałem, jak od kłamstwa rozpoczynano rozmowę. Bowiem przedstawiano się jako nieistniejąca już od dawna Telekomunikacja Polska i mówiono o modernizacji linii i związanych z tym zmianami w umowie. Obiecywano niższy abonament, lepszą jakość rozmów, po czym dawano do podpisania umowę z bardzo wysokim abonamentem i przedpotopowymi stawkami za rozmowy. Co może zrobić osoba, która podpisała umowę? W ciągu 10

dni odesłać ją na wskazany adres z informacją, że z niej rezygnuje. Inaczej wchodzi w życie, nieraz z karą za zerwanie dotychczasowej. Konsekwencje wobec handlowca? Absolutnie żadne. Nie masz szans udowodnić mu, że mówił co innego, niż jest zapisane w umowie. Handlowcy D2D mają szersze pole do popisu od telemarketerów również dlatego, że mogą stosować mowę ciała oraz pewne gesty, np. „numer z długopisem”. Zagaduje się klienta i pyta o coś przyjemnego dla niego, np. o wakacje. Gdy opowiada, czasem pstryka się długopisem. Potem dopiero przechodzi się do konkretów o produkcie, który handlowiec chce sprzedać. Gdy mowa o korzyściach, pstryka długopisem. Wydaje się to bzdurne, lecz w ten sposób sprzedawca wywiera potężny

s. 29


wpływ na mózg rozmówcy, bowiem przez kilkanaście minut rozmówca kojarzyć będzie produkt z wakacjami, z czymś przyjemnym. Tego typu zabiegi nazywają się programowaniem neurolingwistycznym. Pierwotnie zostało ono opracowane na potrzeby armii USA w okresie zimnej wojny. Miało pomóc przy szkoleniu agentów wywiadu, kontrwywiadu oraz w celu zwiększenia skuteczności przesłuchań. Z jakichś jednak przyczyn wyciekło poza bazy militarne i z wielkim powodzeniem wykorzystywane jest na całym świecie, m. in. by napełniać kieszenie korporacji. Jest to chyba najbardziej nieuczciwa technika sprzedażowa, jaką poznałem. TYLKO FORSA Praca w sprzedaży deprawuje ludzi. Można mieć ideały, starać się być prawdomównym i w ogóle. Ale w sprzedaży ważna jest tylko jedna rzecz: skuteczność. Szefa nie będzie

s. 30

obchodził powód, dla którego miałeś nikłe efekty, zaś Twoja uczciwość działa tylko na Twoją niekorzyść. Szef chce mieć wysoką sprzedaż produktu, bo firma musi przynosić zyski. Jeśli nie wykonujesz normy – musisz to szybko zmienić, inaczej polecisz, a na Twoje miejsce znajdzie się dwudziestu innych chętnych. Kiepsko Ci idzie? Kłam! Oczywiście żadna firma nie napisze w ogłoszeniu, że w zawodzie handlowca trzeba umieć kłamać i żyć z tym, lecz jest to nieodzowny element absolutnie każdego przedsiębiorstwa zajmującego się sprzedażą. Zawsze będą niedopowiedzenia, których wyjście na jaw „spali” produkt bądź usługę w oczach klienta. Trzeba tak zmanewrować, by haczyki nie ujrzały światła dziennego. Sam długo pracowałem w handlu. Sprzedawałem produkty i usługi zarówno firmom, jak i osobom prywatnym. Szczytem moich możliwości było chyba przekonanie właściciela

pewnej firmy do zamówienia prenumeraty wydawnictwa, z którym niecały miesiąc wcześniej skończył się procesować w sądzie. Dodajmy, że prenumerata była na dokładnie takich samych warunkach jak przedtem. Wystarczy odpowiednio dobierać słowa. Otrząsnąłem się jednak z tego „letargu” jakim była praca jako sprzedawcy i nie zamierzam nigdy więcej do niej wracać. Ponadto obiecałem sobie, że z pewnych technik sprzedażowych nie będę korzystał nigdy w żadnym aspekcie życia, chyba że będzie chodziło o uratowanie czyjegoś życia. Jeśli pracujesz w sprzedaży, rada od doświadczonego weterana – rzuć to, póki nie jest jeszcze za późno. 


s. 31


TEMAT NUMERU

Czy te media

mogą kłamać?

Oj, tak, tak... “Podstawowym prawem i obowiązkiem dziennikarza jest poszukiwanie prawdy oraz umożliwienie każdemu człowiekowi realizacji jego prawa do uzyskania prawdziwej, pełnej i bezstronnej informacji, a także uczestniczenia w debacie publicznej”

– mówi Dziennikarski Kodeks Obyczajowy. Ta piękna teoria rzeczywiście staje się praktyką. Ale niekoniecznie w mediach głównego (mętnego) nurtu, gdzie widzów, słuchaczy i czytelników, wciąż taktuje się jak debili. Krzysztof Reszka BURZA W SZKLANCE WODY "Chłopcy powinni czekać, aż posprzątają za nich dziewczynki" – takie słowa w usta biskupa Gądeckiego włożył portal Interia.pl. "Abp Gądecki: Chłopcy nie powinni po sobie sprzątać, bo… zniewieścieją" – alarmuje TVN, a prezenterka Faktów usiłuje dociec, co autor miał na myśli. Oczywiście powyższy cytat jest zmanipulowany, ale to szczegół. W TVN24 rozgorzała debata o tym, jak rozumieć słowa arcybiskupa. No bo przecież dorośli, wykształceni ludzie nie potrafią zrozumieć kilku zdań po polsku. A co tak naprawdę powiedział biskup Gądecki? Oto cytat z wywiadu: "Obecnie groźnym wyzwaniem jest – lansowana pod płaszczykiem programu równościowego – ideologia genderyzmu. Niektórym rodzicom podoba się uczenie chłopców, że winni po sobie sprzątać, a nie czekać, aż zrobią to za nich dziewczynki. Pociągające jest również hasło, że wszyscy

s. 32

“ Najbardziej przy-

kry jest fakt, ze nawet katoliccy publicyści dali się wciągnąć w tę gierkę i zamiast krzyknąć: „halo proszę państwa, ktoś tu chyba źle zrozumiał!”, łykają te brednie, tak jak ślepe kocię łyka mleko matki. ludzie są sobie równi i mają prawo do szczęścia. Lecz jednocześnie rodzice często nie uświadamiają sobie tego, że w imię przezwyciężania stereotypów uwarunkowanych kulturowo ukazuje się przy okazji różne modele partnerskie jednopłciowe jako równoważne rodzinie". Wydaje mi się że wszystko jest przedstawione prosto, ale skoro poważni, wyedukowani ludzie nie

kumają nic a nic, to chyba ja muszę wytłumaczyć. Biskup zwraca uwagę że pod osłoną nauczania słusznych poglądów i dobrych wartości – takich jak równość wszystkich ludzi co do godności, szacunek wobec kobiet, odpowiedzialność – przemycane są złe idee. Tą złą ideą wskazaną przez biskupa jest stawianie znaku równości pomiędzy zwykłą rodziną a związkiem homoseksualnym. Kiedyś opowiadano mi o dwóch dziewczynach z Danii, które twierdziły że "są razem". Tworzyły związek, trzymały się za ręce, całowały w sposób typowy dla zakochanych. Co ciekawe, obie zgodnie twierdziły, że nie są lesbijkami i w przyszłości planują związki z chłopakami. Skąd więc taki dziwaczny styl życia? Jak same tłumaczyły: "bo wszystkiego trzeba w życiu spróbować, bo czemu nie?". Biskupowi chodziło więc o zdemaskowanie zamętu. Zamęt to mieszanina dobra i zła, prawdy i kłamstwa.


Dlatego jest nieraz trudny do zdemaskowania. Trzeba więc wyraźnie oddzielić to, co dobre od tego, co złe. Biskup wskazał, że istotnie dobre jest uczenie chłopców, żeby sprzątali sami, a nie czekali aż zrobią to dziewczynki. Uznał także słuszność nauczania, że wszyscy ludzie są równi w swej godności. Natomiast sprzeciwił się uznawaniu praktyk homoseksualnych za coś równoważnego wobec aktów małżeńskich. Pytanie tylko, jak to się stało, że media głównego nurtu trąbią jak oszalałe nad "niezrozumiałymi" słowami biskupa, który według nich ciska gromy na chłopców sprzątających po sobie? Naprawdę ktoś uwierzył, że biskup mógł tak powiedzieć? Przecież nawet w "Panu Tadeuszu" (to jest taka polska epopeja narodowa, którą napisał w XIX wieku Adam Mickiewicz) padają słowa: "Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni / Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni. / Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie / I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie. / Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!". A więc już prawie 200 lat temu wieszcz narodowy napisał, że pogląd, iż ludzie są równi wobec Boga, była od dawna znana z Pisma Świętego i nauczania Kościoła, tyle że społeczeństwo nie wyciągało z tych nauk dostatecznie dużo praktycznych wniosków. Czy redaktorzy nie mają nawet matury? Czy nastąpiło jakieś

zaczadzenie mózgów? Co się stało? Są różne rozwiązania tego problemu. Pierwsza możliwość – dziennikarze i komentatorzy mózgu po prostu nie używają. Druga możliwość – dobrze wiedzą, co robią, ale umyślnie kłamią i manipulują. Ponieważ nie chcę posądzać nikogo o to, że jest debilem albo kłamcą, jestem zmuszony uznać, że po prostu wykonują swą pracę bezrefleksyjnie, w stresie i pod silną presją. Powtarzają slogany, robią szum – bo tego oczekują od nich wydawcy. Tylko czasami przemknie mi przez głowę myśl, że komuś tu chyba zależy na tym, by ośmieszyć Kościół i w tym celu prowadzi dobrze przemyślaną kampanię dezinformacyjną. Rzecz w tym, że nikt nie ma czasu bez przerwy dociekać, jak to było naprawdę i co konkretnie zostało powiedziane. Ludzie zaczynają biernie przyjmować spreparowane newsy i wierzyć w nie tak, jakby były prawdą. Najbardziej przykry jest fakt, ze nawet katoliccy publicyści dali się wciągnąć w tę gierkę i zamiast krzyknąć: "halo proszę państwa, ktoś tu chyba źle zrozumiał!", łykają te brednie, tak jak ślepe kocię łyka mleko matki. Zaczęli się oburzać lub też usprawiedliwiać rzekome skróty myślowe, przejęzyczenia czy lapsusy biskupa. Przypominają mi się słowa, jakie Jezus powiedział do swojej przyjaciółki Marty: "troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego". Trzeba po

prostu przeczytać tekst ze zrozumieniem. GOEBBELS BYŁBY DUMNY Co jakiś czas pojawiają się w mediach informacje o kolejnym księdzu-pedofilu. Sensacje tego typu pojawiają się tak często, że zbitka "ksiądz-pedofil" wbija się jak gwóźdź w zbiorową świadomość. W październiku 2013 r. częstochowska radna SLD, oskarżyła księdza o współżycie z uczennicą miejscowego gimnazjum katolickiego. Sprawa od razu została nagłośniona przez Gazetę Wyborczą. Jednak prokuratura po gruntownym zbadaniu sprawy doszła do wniosku, że nie ma żadnych dowodów zbrodni. Jakiekolwiek informacje na ten temat pojawiły się jedynie we wpisach na jednym z portali społecznościowych. W czerwcu 2014 r. okazało się że inny ksiądz, którego oskarżano o posiadanie w telefonie pornografii dziecięcej, miał po prostu zwyczajne zdjęcia rodzinne. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że oskarżenia księży o pedofilię wywołują lawinę emocji i rozbrzmiewają z najpopularniejszych mediów, a gdy ów okazuje się niewinny, najczęściej można o tym przeczytać w mediach katolickich i prawicowych. W ten sposób media głównego nurtu mogą zniszczyć dobre imię niewinnego człowieka. Nie od dzisiaj stosuje się ten mechanizm. Zas-

s. 33


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

tosowano go już dawno, kiedy w 1937 r. papież Pius XI wydał encyklikę "Min Brenender Sorge", która potępiała nazizm. Wkrótce dr Goebbels rozpoczął mściwą nagonkę na Kościół. W hitlerowskich Niemczech masowo oskarżano księży o zepsucie moralne i wykorzystywanie seksualne młodzieży. "Jednak gdy propaganda mówiła o 6 czy nawet 7 tysiącach takich przypadków, doszło do pięćdziesięciu ośmiu oskarżeń, które w trzydziestu sześciu przypadkach doprowadziły do wyroków uniewinniających, a dwudziestu dwóch skazanych już dawno opuściło swoje zakony. Mimo to szkody jakie poniósł wizerunek Kościoła, pozostały ogromne" (M. Hesemann, "Pius XII wobec Hitlera", Kraków 2010). A więc nic nowego pod słońcem. Warto przypomnieć 15. punkt Dziennikarskiego Kodeksu Obyczajowego, który mówi: "Przesądzenie o winie osoby oskarżonej przed wyrokiem sądu jest niedopuszczalne. Dziennikarz zobowiązany jest poinformować odbiorcę o uniewinnieniu lub uwolnieniu od zarzutu obwinionego w sprawie wcześniej przez siebie prezentowanej". KOLOS NA GLINIANYCH NOGACH O manipulacjach w "Gazecie Wyborczej" powstają już książki i prace dyplomowe. Teraz jednak, dzięki

s. 34

mediom społecznościowym, wszelkie kłamstwa po prostu szybciej wychodzą na jaw. Ostatnio Małgorzata Terlikowska (żona Tomasza) poinformowała na Facebooku, iż w Gazecie Wyborczej napisano o niej, że odmówiła komentarza, podczas gdy odmówić nie mogła, bo też żaden dziennikarz GW o nic jej nie zapytał. Czasem aż chciałoby się krzyknąć: "redaktorzy z Czerskiej, przynajmniej UDAWAJCIE, że wcale nie manipulujecie!". "Gazeta Wyborcza" tym surowiej powinna być rozliczana ze wszystkich kłamstw, iż uchodzi za gazetę "poważną", a nawet "dla intelektualistów". Poza tym jest to gazeta, która powstała w 1989 r., by wspierać Solidarność – takie korzenie zobowiązują! A jednak potrafią zmienić sens wypowiedzi papieża Franciszka o 180 stopni tylko po to, by przeciwstawić "fajnego i wyluzowanego papieża" temu "zacofanemu Kościołowi, który ma obsesję". STRACH SIĘ BAĆ "Szczególna ostrożność powinna towarzyszyć informowaniu o nowych metodach leczniczych, gdy nie są jeszcze w pełni sprawdzone i mają charakter jedynie eksperymentalny, a wróżby i horoskopy nie mogą być przedstawiane jako wiarygodne informacje czy wskazówki" – mówi 12.

punkt Kodeksu Etyki Dziennikarskiej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. A tymczasem w gazecie "Fakt" aż roi się od przepowiedni, katastroficznych wizji, końców świata i apokalips. Czytając nagłówki tego dziennika i oglądając sugestywne grafiki, można odnieść wrażenie że III wojna światowa już dawno się rozpoczęła, na Ukrainie nastąpił już wybuch nuklearny, a co jakiś czas na naszą planetę spada niszczycielska asteroida. Takie uprawianie dziennikarstwa to nie tylko kpina, ale narażanie osób wrażliwych na poważny stres. Musi budzić zdziwienie fakt, że w krakowskich środkach komunikacji miejskiej, na ekranikach, gdzie podawane są bieżące informacje i ciekawostki naukowe, zaobserwowałem także horoskopy. Wyglądało to tak jakby astrologia była uznaną nauką, a porady przyporządkowane do znaków zodiaku były czymś w rodzaju prognozy pogody. Aż dziwne, że krzyż w miejscach publicznych wywołuje takie emocje (choć z naturalistycznego punktu widzenia to tylko dwa kawałki drewna). A czy guślarskie bzdury nie naruszają przypadkiem neutralności światopoglądowej?


s. 35


TEMAT NUMERU

Hard cases, czyli o etyce

w zawodach prawniczych Teoretycy prawa, mówiąc o prowadzeniu trudnej, wydawałoby się nawet beznadziejnej sprawy, używają terminu: hard case. Nierzadko zdarza się, że działając w ramach wykonywanej profesji, praktycy muszą liczyć się z podejmowaniem trudnych decyzji. Przepisy prawne statuują wyraźnie nakazane działanie, które może się okazać sprzeczne z wynikającymi z moralności i przyswojonymi przez jednostkę wartościami. Mateusz Ponikwia ETYKA PRAWNICZA Warto już na wstępie zastanowić się, co kryje się pod pojęciem etyki zawodu prawnika i jak jest ono rozumiane. W prowadzeniu działań w sposób etyczny chodzi o postępowanie według takich reguł, które zyskały uprzednią aprobatę i akceptację większości społeczeństwa. Takie wytyczne co do należnego i starannego postępowania w danej sytuacji możemy odnaleźć już w starożytności. Antyczni Rzymianie słyną z silnie rozwiniętego systemu prawnego, ale i moralnego. Znana łacińska sentencja – Ius est ars boni et aequi – dobitnie ukazuje, że prawo winno być sztuką tego, co dobre i słuszne. HAMULCE MORALNE Niewiele osób uświadamia sobie, że wykonywanie zawodu prawnika integralnie związane jest z podejmowaniem decyzji, które czasami stoją w sprzeczności z wyznawanymi przez

s. 36

“ Niewiele osób

uświadamia sobie, że wykonywanie zawodu prawnika integralnie związane jest z podejmowaniem decyzji, które czasami stoją w sprzeczności z wyznawanymi przez nich zasadami moralnymi . nich zasadami moralnymi i systemem wartości. Obrońcy zwykle muszą odseparować własne przekonania i pozostawić je niejako z boku prowadzonych przez siebie spraw sądowych. Zasady etyki zawodowej nakazują bowiem postępować w sposób jak najbardziej korzystny dla klienta. Czasem jednak spore dylematy powstają z uwagi na rozbieżności między moralną oceną dokonanych

czynów a wynikającym z etyki zawodowej obowiązkiem obrony klienta. Przypomnijmy sobie głośne sprawy, które wstrząsnęły opinią publiczną w ostatnich latach. Szerokim echem na arenie międzynarodowej odbił się kazus Andersa Breivika, który w lipcu 2011 roku na norweskiej wyspie Utoya, działając z premedytacją, pozbawił życia kilkadziesiąt osób. Społeczeństwo polskie na długie lata będzie z kolei pamiętać sprawę Madzi z Sosnowca, która została zabita przez własną matkę. Prawo stanowione w każdym cywilizowanym państwie przewiduje konieczność przeprowadzenia bezstronnego procesu sądowego przed skazaniem. Z całą pewnością należy stwierdzić, że oskarżonemu przysługuje prawo do obrony zagwarantowane przez międzynarodowe konwencje, a także krajowy porządek prawny. Jednym z aspektów owego prawa do obrony jest możliwość prowadzenia


sprawy przez wykwalifikowanego i profesjonalnego obrońcę – adwokata lub radcę prawnego. Takie regulacje, choć szanujące jedno z bezwzględnych praw człowieka, stawiają prawników w trudnej sytuacji. Każda osoba podejmująca się obrony oskarżonego o popełnienie jakiegoś ciężkiego przestępstwa musi odpowiedzieć sobie na elementarne pytanie: jak bronić seryjnego mordercy, pedofila, gwałciciela…? CEL: SKUTECZNIE BRONIĆ Odpowiedź na to pytanie, chociaż paradoksalnie wydaje się nader prosta do sformułowania, bywa często trudna do zrealizowania. Zadaniem prawnika działającego w ramach zastępstwa procesowego jest przeprowadzenie jak najbardziej skutecznej obrony delikwenta zasiadającego na ławie oskarżonych. Oznacza to, że wszelkie podejmowane działania powinny mieć na celu i być nakierowane na doprowadzenie do uniewinnienia lub zasądzenia jak najniższego wymiaru kary. Takie też wytyczne zawarte są w Kodeksie Etyki Adwokackiej. Zgodnie z tym aktem prawnym wiążącym wszystkich adwokatów oraz aplikantów adwokackich nadrzędną wartością, jaką mają się kierować w swojej praktyce jest dobro klientów. Podobny dokument obliguje radców prawnych do takich działań. Dobrowolnie podejmując się obrony albo zostając do niej wyznaczonym z urzędu, adwokaci nie mogą patrzeć przez pryzmat tego, co według wyznawanego

przez nich systemu wartości byłoby dobre i słuszne w danej sprawie. Ich zadanie sprowadza się jedynie do osiągnięcia jak najkorzystniejszego rozstrzygnięcia, które pozostawać będzie zgodne z prawem. TAJEMNICA ZAWODOWA Działając na rzecz konkretnej jednostki, obrońca jest zobowiązany do przestrzegania pewnych reguł ustanowionych w kodeksie normującym sprawowanie jego zawodu. Jednym z ważniejszych postanowień tego aktu jest sformułowanie klauzuli tajemnicy adwokackiej. Chodzi o to, że podobnie jak lekarze – zobligowani są do nieujawniania informacji o swoich pacjentach – lub dziennikarze – na których ciąży obowiązek zachowania poufności wobec swoich informatorów – także i prawnicy nie mogą wykorzystywać w dowolny sposób wiedzy pozyskanej podczas prowadzenia sprawy. Najbardziej problematyczna zdaje się sytuacja, w której obrońca jest w stu procentach przekonany, że oskarżony popełnił dany czyn zabroniony. Nawet, gdy informację taką pozyskał w bezpośredniej rozmowie ze sprawcą, nie może jej wykorzystać przeciw niemu. Niewątpliwie, jasne i klarowne wyjaśnienia ukazujące całą sytuację będącą przedmiotem procesu ułatwiają w znaczny sposób obronę i wybór najlepszej taktyki. Jednakże zarówno w toku prowadzonej sprawy, jak również po jej zakończeniu, mecenas musi pozostawić dla siebie te wiadomości. Niedopuszczalna jest sytuacja, w

której adwokat donosi na osobę, którą reprezentuje. Takie zachowanie należy bowiem traktować jako złamanie zasad etyki wykonywania zawodu. Za uchybienie tym regułom, na mocy ustaw o zawodzie adwokata i radcy prawnego, grożą kary dyscyplinarne. Samorząd korporacyjny może zastosować między innymi najsurowszą sankcję jaką jest usunięcie z zawodu. NIEZALEŻNOŚĆ OD SFER WPŁYWÓW Żadna aktywność osoby wykonującej jeden z zawodów prawniczych nie może narazić na szwank jej opinii w oczach społeczeństwa. Zabronione jest więc podejmowanie jakichkolwiek przedsięwzięć, które mogłyby urągać godności zawodu, jak również prowadziłyby do zachwiania i odebrania neutralności podczas prowadzonej działalności. Niezawisłość, choć kojarzona zwykle tylko z sędziami, w gruncie rzeczy tak naprawdę winna być atrybutem wszystkich zawodów prawniczych. Trudno bowiem żeby należycie wykonywał swoje obowiązki komornik albo prokurator, który w jakikolwiek sposób pozostaje w sferze wpływów innych podmiotów. Kapitalne znaczenie podczas orzekania ma przede wszystkim konstytucyjna gwarancja niezawisłości sądów i sędziów. Sędziów podczas wyrokowania wiążą jedynie przepisy aktów normatywnych o randze co najmniej ustawowej. Żadne wytyczne polityczne ani społeczne nie mogą być uznawane za podstawę do złagodzenia

s. 37


TEMAT NUMERU lub obostrzenia kary. Pewne granice swobody wyznaczają ustanowione przez ustawodawcę widełki czasowe zasądzanych kar wyrażone wprost w kodeksie karnym. Warto zwrócić uwagę, że sąd, podejmując rozstrzygnięcie w przedmiocie wymiaru kary, nie powinien ulegać także presji wywieranej przez media albo oceny opinii publicznej. NIEETYCZNE ZACHOWANIA Do najważniejszych przewinień sprzecznych z etyką prawnika należy zaliczyć przede wszystkim korupcję. Łapówkarstwo może występować w dwóch formach: czynnej – gdy ktoś sam oferuje pieniądze bądź inne wartościowe przedmioty i biernej – gdy ktoś przyjmuje takie niedozwolone prezenty. Wśród notariuszy jednym z najczęstszych uchybień jest poświadczenie nieprawdy. Do tego typu naruszenia prawa dochodzi wówczas, gdy w sposób świadomy dokonuje się urzędowego uwierzytelnienia informacji, która przedstawia wartość prawną, a która jest niezgodna z rzeczywistością. Czasem zdarza się, że ma miejsce nielegalne ujawnienie danych i informacji objętych tajemnicą zawodową. Innym nadużyciem jest fikcyjna i fasadowa działalność niektórych prawników. Pod tą nieuczciwą praktyką kryje się działanie nakierowane na zysk. Pobudki ekonomiczne sprawiają, że mecenasi przyjmują wiele zleceń, obiecują prowadzenie spraw klientów, pobierają zapłatę i nie podejmują się dalszych działań prawnych. Znikają

s. 38

bez śladu jak przysłowiowa kamfora. W sposób bezczelny wykorzystują i oszukują ludzi, którzy nierzadko tracą majątek zarobiony przez ich dotychczasowe życie. WYZWANIA DLA PRAWA Zaznaczyć należy, że osobnym zagadnieniem jest problem etyczności, a właściwie moralności ustanowionego prawa. Często zdarza się, że wiele wyroków w odczuciu społecznym jest uznawanych za niesprawiedliwe. Nie zawsze do takiej sytuacji doprowadza niekompetentne postępowanie sędziów. Zdarza się bowiem, że to litera prawa w sposób bezdyskusyjny i nieprzyjmujący sprzeciwu narzuca pewne rozstrzygnięcia. Fakt, że system polskiego prawa jest wadliwie skonstruowany, nie wydaje się jednak nazbyt odkrywczy. Potrzeba wielu kompleksowych zmian, aby doprowadzić do zintegrowania poszczególnych regulacji, tak by były one spójne i nie zawierały luk czy przepisów sprzecznych i wykluczających się ze sobą. Wiele kontrowersji budzą współcześnie doniosłe kwestie odnoszące się do walki z terroryzmem. Brak jest do tej pory jasnej i nienasuwającej wątpliwości moralnych odpowiedzi na pytanie o możliwość zastosowania tortur wobec terrorystów. Nierozstrzygnięta zostaje wciąż także kwestia dopuszczalności zestrzelenia samolotu uprowadzonego przez agresorów, o którym ma się pewność, że będzie służył jako narzędzie ataku. Nikt bowiem nie ma prawa wartościować życia ludzi znajdujących się na pokładzie

statku powietrznego. Z drugiej jednak strony użyteczniejsze wydaje się ocalenie większej liczby istnień ludzkich. RZECZYWISTOŚĆ A MARZENIA W dzisiejszych czasach pojęcie etycznego działania przez prawników nabiera swoistego znaczenia. Działają oni etycznie wówczas, gdy prowadzą sprawy w sposób rzetelny i uczciwy. Głównym punktem odniesienia w ich pracy mają być dobro i interesy poszczególnych jednostek, na rzecz i w imieniu których dokonują czynności. Osoba korzystająca z usług profesjonalnego obrońcy jest coraz mocniej chroniona przed wszelkimi nieuczciwymi praktykami, mogącymi jej zagrozić bądź narazić na poniesienie negatywnych konsekwencji. Sprawne funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości ma być gwarancją dla przestrzegania prawa i egzekwowania jego naruszeń. Problemy natury etycznej nie omijają także samych przepisów prawnych. Współczesne regulacje muszą radzić sobie co rusz z nowymi zagadnieniami. W ostatnim czasie szereg wątpliwości budzą kwestie natury medycznej, którymi zajmuje się bioetyka. Ważne jest, aby mądre prawo było respektowane w codziennym życiu przez społeczeństwo, zaś sami prawnicy przestrzegali zasad współżycia społecznego i brali przykład z cenionych po dziś dzień jurystów rzymskich, dla których poszanowanie prawa i drugiego człowieka było wartością naczelną. 


s. 39


TEMAT NUMERU

Moherowa klasa w oświeconej szkole

Debaty dotyczące lekcji religii w szkole wracają do publicznej dyskusji niczym bumerang. Jedni ich bronią, powołując się na samą Konstytucję RP, inni widzą w nich sól w oku świeckiego państwa. Czego zatem powinny się uczyć nasze dzieci?

Małgorzata Różycka Lekcje religii mają w polskiej szkole bardzo długą tradycję. Jedynie komunistom w 1961 roku udało się je wyrzucić z planu zajęć na 30 lat, by mogły powrócić jako jeden z owoców przemian ustrojowych w 1990 roku. Choć nie są obowiązkowe, wciąż budzą spore kontrowersje i mają liczne grono przeciwników, którym nie podoba się „indoktrynacja dzieci przez czarną mafię”. Póki co wszelkie próby zmiany obecnych regulacji spełzają na niczym, a zwolennicy świeckiego państwa muszą sięgać po kolejne „odgrzewane kotlety” ze swojej listy postulatów. Tylko w czym im ta szkolna religia tak bardzo przeszkadza? Status quo Nauczanie religii w publicznych szkołach zawdzięczamy takim aktom prawnym jak m. in. Konstytucja RP, Konkordat między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską oraz stosownym rozporządzeniom MEN.

s. 40

“ Aktualnie obowią-

zujące regulacje wydają się zaspokajać potrzeby przedstawicieli wszystkich światopoglądów. Etyka jest na równi z religią, a niezainteresowani żadnym z tych przedmiotów nie muszą borykać się z jakimikolwiek konsekwencjami. Obecnie obowiązujące przepisy zaliczają religię i etykę do przedmiotów fakultatywnych, jednak wyrażenie woli uczęszczania na takie zajęcia przez rodziców lub pełnoletniego ucznia obliguje szkołę do zorganizowania stosownych zajęć, co udaje się z różnym skutkiem. W Polsce gros uczniów wybiera lekcje religii rzymsko-katolickiej, według

danych Komisji Episkopatu Polski jest to ponad 90% uczęszczających do publicznych szkół. Osoby innych wyznań mogą chodzić na katechezę w swoich wspólnotach i po przedłożeniu stosownego zaświadczenia uzyskana poza szkołą ocena może zostać wpisana na świadectwo i wliczona do średniej wszystkich ocen. Jeden jedyny A co z tą etyką? W świetle nowego rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej, jeśli choć jeden uczeń wyrazi chęć uczęszczania na etykę, szkoła ma obowiązek zapewnić mu takie zajęcia. Do tej pory zdarzały się sytuacje, kiedy organizowano międzyszkolne lekcje etyki z powodów finansowych. Teraz każdy może się uczyć tego przedmiotu w macierzystej placówce. Etyki najczęściej uczą nauczyciele filozofii, choć zdarzają się co raz częściej prowadzący z dyplomem etyka ze specjalnością nauczycielską. Za treść


programu nauczania odpowiada wyłącznie MEN, a ocena z etyki ma taką samą wagę jak ocena z religii, przy czym na świadectwie szkolnym nie figuruje informacja, które z tych zajęć uczeń wybrał. Dzieci nieuczęszczające na żaden z tych przedmiotów, a taką opcję wyboru rodzice również posiadają, mają adnotację „zwolniony”. W imię wolności? Aktualnie obowiązujące regulacje wydają się zaspokajać potrzeby przedstawicieli wszystkich światopoglądów. Etyka jest na równi z religią, a niezainteresowani żadnym z tych przedmiotów nie muszą borykać się z jakimikolwiek konsekwencjami. Mimo to co pewien czas ktoś podnosi larum o to, że religia w szkole jest wyznaniowa i – co gorsza- rzymskokatolicka, a to przecież godzi w równość wszystkich wyznań itp. Kościół katolicki i szkoła są wtedy przedstawiane jako opresyjny aparat indoktrynacji młodych ludzi, zabierający im szansę zdobycia wol-

ności myślenia, otwartości umysłu i prawdziwie humanistycznej, tolerancyjnej postawy. Wszystko oczywiście odbywa się pod sztandarem demokracji. Tylko jakoś nikt nie mówi wtedy, że właśnie większość w Polsce utożsamia się z wyznaniem rzymsko-katolickim i takich lekcji religii oczekuje, a płacąc podatki, ma pełne prawo, by to właśnie z tego źródła finansowano szkolną katechezę. Wolność i tolerancja? Owszem, ale tylko w jedną, poprawną politycznie stronę. Pingwin za biurkiem W kontekście lekcji religii trzeba się pochylić nad jeszcze jednym, najistotniejszym być może, problemem. Dobrze, że takie zajęcia są, tylko co z ich jakością? Oczywiście ich zadaniem jest przekazanie konkretnej wiedzy teologicznej, a nie podejmowanie konkretnych praktyk religijnych. Jednak żadnego młodego człowieka nie przekona siedzący za nauczycielskim biurkiem politykujący ksiądz, surowa zakonnica zwana

także „pingwinem” z zestawem nakazów i zakazów moralnych, albo katecheta czerwieniący się na samą myśl o treści VI przykazania Dekalogu. Wiedza musi iść w parze z przekonywającym świadectwem życia, bo na korepetycje z religii nikt chodził nie będzie. Dobra katecheza to prawdziwe wyzwanie, zwłaszcza, że młodzi ludzie bezlitośnie potrafią obnażyć każdą hipokryzję o podchwytliwe pytania to ich specjalność. Dlatego otaczajmy katechetów modlitwą, by sprostali wymaganiom swojego powołania i nie bali się wyjść naprzeciw potrzebom swoich uczniów, gotowych pójść przecież za charyzmatycznym nauczycielem choćby i do kościoła. 

s. 41


Nowe okopy WOJNA XXI WIEKU

Oglądając stare fotografie czy przeglądając filmy z czasów wojny, wszędzie widać mnóstwo okopów. Umocnienia te sprawdzały się, gdy armia wyposażona w broń jednostrzałową szarżowała, by zająć wrogie umocnienia. Obecnie jednak chodzi o kontrolę całego obszaru, zaś automatyczna broń oraz wielorakie wsparcie piechoty ostatecznie wycofały doktrynę okopywania się ze współczesnych działań zbrojnych.

Dominik Cwikła PRZEZNACZENIE OKOPÓW Okopy tworzono z myślą o wstrzymaniu szarży wroga. Ponadto umocnienia ziemne redukowały efekty ostrzału artyleryjskiego oraz bombardowań. Siedząc w okopie, żołnierz był stosunkowo bezpieczny. Biorąc pod uwagę fakt, że podczas I wojny światowej snajperzy cały czas obserwowali wrogie pozycje, to siedzenie w okopie i niewychylanie się bez potrzeby ponad linię umocnień było najrozsądniejszym rozwiązaniem. Przed okopami umieszczano często miny i zasieki, by zdemoralizować oraz przetrzebić szeregi wroga. Jednak pojawienie się technologii lotniczych pozwalających na precyzyjne bombardowanie oraz skuteczny rozwój broni maszynowej sprawił, że okopy straciły swoje zastosowanie. Nacierający nieprzyjaciel nie musiał stać na widoku i długo celować w ukrywający się w rowie cel. Gdyby ktoś chciał schować się dzisiaj w okopie, byłby ostrzeliwany z karabinu maszynowego praktycznie bez możliwości celnego kontrataku. Jednak skuteczne pozostają warunki naturalne.

s. 42

“Przed okopami

umieszczano często miny i zasieki, by zdemoralizować oraz przetrzebić szeregi wroga. Jednak pojawienie się technologii lotniczych pozwalających na precyzyjne bombardowanie oraz skuteczny rozwój broni maszynowej sprawił, że okopy straciły swoje zastosowanie. GÓRY NAJWIĘKSZYM BASTIONEM Nie uważam pacyfistyfczno-idealistycznych haseł o „pokojowym nastawieniu Szwajcarów” za powód, dla którego nikt państwa w Alpach nie najechał od czasu, gdy ogłosiło wieczystą neutralność. Powody są dwa: mnóstwo powiązań handlowych oraz obronność. Skupię się oczywiście na drugim aspekcie. Otóż Szwajcaria położona jest na

terenie górzystym. Samo to sprawia, że jednostki zmechanizowane i pancerne mają poważnie ograniczoną manewrowość. W górach można łatwo wywołać lawinę, która zasypie wrogi oddział. Ponadto Szwajcarzy mają obowiązek posiadania broni i odbywania regularnych ćwiczeń z tzw. Guerilla, czyli współczesnej wojny partyzanckiej. Każdy obywatel doskonale wie, gdzie zjawić się w przypadku inwazji. Jako ciekawostkę dodam, że teoretycznie każdy obywatel III RP również wie, gdzie znajduje się jego schron oraz gdzie stacjonować będzie najbliższy oddział obrony cywilnej. W praktyce zapewne – podobnie jak ja – nikt z Was nie wie, gdzie powinien się udać. Bardzo ważnym aspektem poza przygotowaniem społeczeństwa oraz warunków naturalnych jest „pomoc” naturze. W Szwajcarii stworzone są liczne systemy jaskiń. Setki osób jest w stanie się w nich ukrywać, w całkowitym bezpieczeństwie, unikając wichrów, samolotów i większości maszyn bojowych. Samo wykrycie takiej kryjówki jest dla potencjalnego okupanta wyzwaniem, co dopiero


TEMAT NUMERU

zdobycie jej i unieszkodliwienie obrony. W końcu wejście można zaminować lub zamaskować, przez co możliwe jest podkradnięcie się bezpośrednio do posterunku okupanta i atak zaskoczonego wroga od wewnątrz. Tak zresztą działo się w latach osiemdziesiątych w Afganistanie. Gdy bolszewicka dzicz wkroczyła do niezbyt cywilizowanego Afganistanu, spodziewali się szybkiego zwycięstwa. Słabo przeszkolone, uzbrojone po zęby w broń kiepskiej jakości stronnictwo Mudżahedinów miało jednak potężną przewagę nad okupantem w postaci tuneli i jaskiń. Mimo mniejszego niż Szwajcaria rozwinięcia, udało się Afgańczykom skutecznie niszczyć i zastraszać oddziały bolszewickich bandytów, ukrywając się w jaskiniach oraz poprzez tunele podkradając się tuż pod posterunki czerwonoarmistów. WODA Innym ważnym sojusznikiem obrońców są rzeki. Jednostki pancerne oraz zmechanizowane cały

czas muszą korzystać z mostów, by forsować rzeki stosunkowo małe, jak np. Wisła, czy Odra (o większych, np. Dunaj czy Wołga nie wspominając). Standardową taktyką jest wysadzanie mostów przez wycofujących się obrońców i utrzymywanie siły ognia, by najeźdźca nie był w stanie stworzyć mostu pontonowego. Jednak obecnie jest to raczej gra na czas, bowiem agresor chyba zawsze ma zaplanowanych kilka sposobów sforsowania większych rzek na wrogim terenie. Jednak współczesna technologia pozwala na jeszcze inne działanie poprzez zalanie. Nie chodzi tylko o zwykłe zniszczenie pozostawionych przez obrońców fabryk czy baz (np. zalanie Doniecka przez wycofujących się przed Niemcami Sowietów w początkowych fazach wojny na froncie wschodnim). Można na przykład przygotować sztuczne zbiorniki oraz zmodyfikować stare koryta, by zalać konkretny teren, który według przewidywań obrońców zostanie zajęty i umocniony przez wojska inwazji. Dzięki temu zabiegowi zniszczy

się prawdopodobnie znaczną część wojsk wroga, pozostałe jednostki zaś zostaną odcięte. Jednak ten plan ma pewne wady. Pierwszą jest możliwość przewidzenia przez agresora tych działań (lub przechwycenie planów przez wywiad), przez co przygotowany wróg zapobiegnie utracie wojsk, przysparzając państwu strat materialnych oraz ludzkich. Drugą wadą jest fakt, że jest to zabieg możliwy do zrealizowania jedynie przez regularną armię pod komendą państwa. Niezależne oddziały obrony terytorialnej nie są w stanie przygotować terenu oraz tak wielkich ilości ładunków wybuchowych, by przeprowadzić akcję. Jednak najlepszym przygotowaniem obrony jest kierowanie się starą maksymą „si vis pacem, para bellum”. Z języka łacińskiego tłumaczymy jako „chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Szwajcaria jest na to najlepszym przykładem: uzbrojone i przygotowane do wojny społeczeństwo może cieszyć się pokojem i wolnością. 

s. 43


KULTURA

Grube też piękne. Rzecz o

(nie)obiektywnym

patrzeniu

Ludzkość od wieków rzuca w milczącą, gwieździstą przestrzeń jedno nurtujące ją pytanie: jak to jest z tym pięknem? Gwiazdy nie odpowiadają, ale strony sporu o uniwersalia nie dają za wygraną. Czym jest piękno i czy istnieje samo w sobie jako obiektywna wartość? Co znaczy, że coś jest piękne lub pięknym nie jest? Jakie warunki winno spełniać, by takim było lub nie? I kto może o tym twierdzić? Podejmijmy próbę zabawienia się w amatorskich poszukiwaczy wskazówek do odpowiedzi na to filozoficzne zagadnienie. Anna Gadowska Napotykając różnorakie dylematy związane z problemem piękna i jego cechami dystynktywnymi, czy to w mediach, akademickich debatach czy też w dyskusjach wśród znajomych, przypominam sobie zawsze pewną scenkę z wykładu, w którym jakiś czas temu miałam możliwość uczestniczyć. Otóż bardzo, zdawałoby się, wyważony w ocenach i ostrożny w jednoznacznych stwierdzeniach pan wykładowca wyprodukował podczas wygłaszanej mowy dość interesujące stwierdzenie. Zawierało nieco pobieżną, zimną i oczywistą z punktu widzenia mówcy ocenę tego, co jest pięknem, a czego nim nazwać absolutnie nie możemy; ocenę o następującym kształcie: „Piękno wiąże się z pewną harmonią. Zatem na przykład

s. 44

“Powszechnie dziś

zwykło uznawać się za piękne to, co posiada pewną pozytywną właściwość estetyczną, która wynika z harmonii, proporcji, umiaru, odbierana przez zmysły. człowiek gruby nie może być piękny. Pokażcie mi grubego, który jest piękny. Nie ma takich ludzi!”. Po mojej prawej stronie siedziała akurat osoba z dużą nadwagą, ale darujemy sobie emocjonalne roztrząsanie sprawy – każdy z nas może ocenić tę indywidualnie. Pomijając

wszystkie kwestie związane z pewnymi zasadami, na których winny się opierać relacje międzyludzkie (w tym bezpośrednio kierowane do słuchacza wypowiedzi), a także z etyką zawodową i dozą dyplomacji, jaką należałoby z pozycji katedry zachować, nasuwa mi się jedno krótkie pytanie: czy pan profesor w swoim zgoła radykalnym stwierdzeniu „człowiek gruby nie może być piękny” mógł mieć rację? Być może, choć bezskutecznie, próbował sprowokować słuchaczy do zaprezentowania argumentacji za lub przeciw swojej wypowiedzi; może też zainspirowany myślami wielkich przodków swojej dziedziny, przyjął najbliższe swemu sercu stanowisko, które pieczołowicie starał się studentom wyperswadować. Nie interesują


nas motywacje, ale wypowiedź, którą pozwolę sobie uczynić punktem wyjścia owych tekstowych rozważań: czy stwierdzenie pana profesora może być słuszne? I z jakiego punktu widzenia? Problem z pięknem już na samym początku rozbija się o założenia definicyjne (albo szerzej – semiotyczne), pewne odgórnie przyjęte określenie tego, co rozumiemy przez owo słowo, co ono dla nas znaczy i oznacza (desygnuje). Jak na każdą definicję przystało, jej zadaniem jest informowanie o znaczeniu danego wyrażenia. Definicja w dalszej kolejności desygnuje – desygnat zaś jest pewnym pozajęzykowym korelatem znaku, osobą, zjawiskiem czy też rzeczą przez definicję (czy też wyraz, pojęcie, znak) oznaczaną. Piękno samo w sobie nie może być, rzecz jasna, konkretnym przedmiotem, bo jako takie nie istnieje; jest okeśleniem czegoś, wartością. Trudno zatem mówić tu o desygnacie. Jeśli jednak uparcie chcemy spróbować na własną rękę zbadać, co moglibyśmy, naginając wszelkie semiotyczne prawa, za taki desygnat uznać, czemu nie podjąć takiej próby? Co zatem może być desygnatem piękna? Chłopskim rozumem ruszając, takowym desygnatem okraszymy wszystko to, co powszechnie uznawane jest za piękne, co wpisuje się w ramy pewnego wspólnego dla jakiegoś ogółu ludzi pojęcia piękna. Tu z kolei „powszechność” miesza się z problemem obiektywizmu w kontekście zarówno samego pojęcia piękna, jak i jego autora, którym jest człowiek. Czy słowo „piękny” może samo w sobie być obiektywne? W czym się

zatem winno przejawiać, by pięknym uczynić przedmiot zainteresowania? Zmieniające się epoki a wraz z epokami rodzące się kanony i mody przynosiły coraz to nowe spojrzenie na piękno. Wyodrębniliśmy przez wieki wiele jego określeń, swoistych działów – i tak mamy chociażby platońskie piękno idealne czy piękno duchowe, naturalne, cielesne, obiektywne (realizm metafizyczny), subiektywne etc. Powszechnie dziś zwykło uznawać się za piękne to, co posiada pewną pozytywną właściwość estetyczną, która wynika z harmonii, proporcji, umiaru, odbierana przez zmysły. Mamy pewne kanony, nieco odgórnie narzucone szablony, podług których jako artyści, filozofowie, historycy sztuki zwykliśmy twierdzić o tym, co jest piękne, a co nie. Rzecz trochę upłynnia się w przypadku piękna cielesnego. Tu wkrada się kwestia atrakcyjności fizycznej i pojęcie urody. W tejże kwestii od samego początku mamy powody do wątpliwości; wszelkie wzory bowiem, umieszczone w pewnych kanonach zmieniają się: wraz z upływem czasu, z nową modą, po przekroczeniu granicy kraju. O obiektywizmie zatem trudno tu porozmawiać. Zatem czy pan profesor może obiektywnie twierdzić o tym, co piękne jest, a co już nie? Czy my, jako ludzie wychowani w pewnej kulturze, upojeni nauką postrzegania, odbierania i oceniania wszystkiego wokół według ściśle określonych przez naszych rodziców, nauczycieli, środowisko etc. zasad, jesteśmy w stanie obiektywnie mówić o pięknie lub jego braku? Człowiek jako „miernik” dobra i

zła, piękna i brzydoty już z definicji kłania się subiektywizmowi; ten ostatni zaś poznanie uzależnia od właściwości umysłu ludzkiego i jego sposobu odczuwania. Obiektywizm jest nieingerencją! Wydaje się zatem, że najwygodniej i najbezpieczniej dyskutować o pięknie, wspierając się na ramionach relatywizmu, wedle którego prawdziwość czy też słuszność wypowiedzi można oceniać wyłącznie w kontekście danego systemu, w którym są one wypowiadane; w zależności od przyjętych założeń, wyznawanych poglądów czy podstaw kulturowych. Możemy zatem starać się jak najobiektywniej oceniać – ale ów „najobiektywizm” tak czy inaczej będzie tylko pewną umową, konwenansem akceptowalnym w obrębie danej społeczności i jej systemów, kanonów, którym jest wierna. Dalsze poszukiwania i zabiegi penetracyjne na pięknie postarajmy się prowadzić we własnym zakresie, od czasu do czasu zaglądając do lektur, które mogą okazać się w tych intelektualnych wędrówkach pomocne. A wracając do zwolenników poznawczego absolutyzmu, speców od obiektywizmu i wartkich w radykalnych ocenach przeciwników otyłości, pragnę dodać pojednawczo: koniec końców, czego by jeszcze na ten temat nie powiedzieć, w cieniu filozoficznych rozważań i odwiecznych sporów o jedyną słuszną rację, od dawien dawna wiadomo – i takim to pozostawmy – że nie to ładne co ładne, ale co się komu podoba. I wobec tego trudno się nie zgodzić, że grube także pięknym bywa. 

s. 45


KULTURA

Świat

stworzony przez

Gracza

O tym, jak wyglądać może zabawa w Boga, a jak rzeczywistość wygląda.

“Przechodząc z opcji

Aleksandra Frontczak Na początku Gracz wszedł w opcję „stwórz Sima”. Wszystko wydawało się bezładem i pustkowiem, a kursor myszki zawisł nad niezmaterializowaną jeszcze postacią. Gracz rzekł wtedy: niechaj się urzeczywistnią moje wizje! I widząc, że ma tylko dwie opcje płci (nie ma tu takiej szerokiej gamy jak przy rejestracji na Facebooka), wystosował wpierw odpowiedni wiek – młody dorosły. I nazwał swój wybór Simka, a jej męskiego odpowiednika – Sim. I tak upłynęło pierwsze dziesięć minut gry. A potem Gracz rzekł: niech wpierw będzie kobieta. I nazwał ją ulubionym imieniem. Po czym rzekł Gracz: niech się stanie głos. O! Ile opcji! Od niskiego altu aż do piskliwego sopranu. Niech ma uwodzicielski, przenikliwie głęboki, ale delikatny. Potrzeba dopełnienia. To niech stanie się jeszcze chód! Gburowaty, dziarski, kobiecy, pewny siebie. Hm… kobiecy. I tak minęło kolejne dziesięć minut gry. A potem Gracz rzekł: powinno

s. 46

„gra” w opcję „życie prawdziwe”, przytłacza go bezsilność. Dopadają go myśli: ja potrafię swoim Simom dać to, co najlepsze. Dlaczego Bóg nie daje mi tego, co dla mnie najlepsze? być jeszcze powołanie. A nie, to takie passe. Aspiracje! Tu jest dopiero pole do popisu! W końcu można dać upust tłumionym pragnieniom – pomyślał Gracz i przystąpił do działania. Kucharz, sportowiec, polityk, wielka rodzina, naukowiec, artysta. Życiowym celów co niemiara. A ile cech charakteru! Dobry, przyjacielski, romantyczny, odważny, nudny, zły. Tak minęło następne dziesięć minut gry. I widząc, że wszystko to Gracza zadowala, przeszedł on do części zadowalającej ostatecznie. Wygląd. Rzekł: Niech kobieta będzie blada. Albo nie, ciemna. Hm… zielona też może być. I tak kursor myszki pracuje bez wytchnienia. Tusza, wielkości pier-

si i bioder. Brazylijskie pośladki są tutaj dostępne bez zbędnych operacji. Piersi w rozmiarze podwójne D także nie są płonnym marzeniem. Smukła talia lub kaloryfer na brzuchu. Włosy – długie; oczy – niebieskie. Mały zgrabny nosek, kształtne usta, długie rzęsy. Piękna linia brwi odznacza się wyraźnie na nieskazitelnym czole. Gracz mógłby wybrać piegi i zmarszczki lub inne znamiona. Nawet fałdki na brzuchu dla obfitszych są możliwe. Tylko po co? To, co tworzy Gracz, jest przecież dobre. Tak mija pełna godzina gry. Następnie Gracz wybrał makijaż. Codzienny, wieczorowy, do treningów lub na imprezę. Fryzurę na każdą okazję uregulowano szybko. Dodatki, błyskotki, rajstopki, paski. A potem ubiór. Sukienki i suknie, szpilki i baletki, obcisłe rurki i krótkie spodenki. Bluzki wyzywające lub zachowawcze. Tak mija godzina następna… Gracz zdecydował też: niech będą istoty żywe! A… nie, gra nie ma jeszcze dodatków. No więc: niech nie będzie


żadnych zwierząt. Przyroda już jest, domy są, miasta są… Tak Gracz stworzył Sima, nie na swój obraz go stworzył. Stworzył kobietę. I pomyślał: niedobrze, żeby była sama. Stworzę jej partnera. Zanim jeszcze zdąży doświadczyć samotnego życia. Nie, męża nie. Partnera (bo chce Gracz zorganizować ślub!). Mieszkać będą razem, co by kontrola nad nimi była. A gdyby trafił się jakiś lepszy Sim to ewentualnie rozwód, albo opcja: ma kochanka. Żebro niepotrzebne. On nie będzie kością z jej kości ani ciałem z jej ciała. Będzie on myślą Gracza – jedynie. I kiedy zakończył Gracz proces stworzenia, wybrał już dom i umeblował go, nic nie rzekł do swoich Simów. Nie błogosławił im. Nie tchnął też w ich nozdrza żadnego ducha. Gracz nie dał również swoim Simom możliwości władania nad stworzeniem i rzeczami. Wolna wola? Brak. Nakazy lub przykazania? Brak. Kliknął Gracz zwyczajnie przyciskiem myszki w opcje „graj” i życie się zaczęło. Życie bez wolnej woli, bo i ta możliwość jest wyłączona lub mocno ograniczona w opcjach gry. A duch? Tę rolę świetnie obstawia kursor myszki. Nie ma świątyń, nie trzeba się modlić. Sumienie nie zżera, w sercu nic nie kłuje. Po śmierci zostaje tylko nagrobek. Ani nieba, ani piekła (ale duchy są!). No ewentualnie można też pertraktować ze śmiercią. Kiedy

spać, kiedy się kąpać, kiedy kochać a kiedy rozwodzić – decyzję podejmie Góra. Nikt się nie zabija, nie ma wojen. Nie istnieje Trzeci Świat, a debaty polityczne nie są nawet dostępne w kanałach telewizyjnych. Gdyby nie spodobał się Graczowi pożar w domu, albo włamanie, wystarczy nie zapisać gry. Ale takie działanie świetnie pasuje też do opcji „Simka urodziła brzydkie dziecko”. Nie zapisać gry – dziecka nie ma. Ach, oczywiście pod opcją „bara-bara” kryje się znany wszystkim rodzaj miłości cielesnej „bez zobowiązań – z prezerwatywą” (a nawet lepiej, gwarancja wyjścia ze stosunku bez niechcianej ciąży sięga tutaj 100%). I gdyby pojawiło się na pasku zadań niepożądane przez Gracza pragnienie u Sima, wystarczy zatrzymać czas gry, usunąć z paska zadań intruzów, wyładować go własnymi decyzjami i voila! Gra toczy się dalej. Ale gdy gra znuży już Gracza, wyłącza ją, wyłącza też komputer i jednocześnie kończy się zabawa w Boga. Simowie zastygają, czekając na ponowne uruchomienie gry. Wraca Gracz do szarej rzeczywistości, zagląda w lustro – może nie widzi w nim zgrabnego ciała, długich nóg, kaloryfera na brzuchu i ogromnych, niebieskich oczu, może nie ma aspiracji zostania kucharzem, może wcale nie potrafi gotować, a cechy: dobry, przyjacielski, romantyczny nie charak-

teryzują jego osoby, może nie ma też dużego domu i piątki dzieci, może ma rozwód na koncie. Z pewnością posiada parę wad, zalet też bez liku. To, co robi, niekoniecznie musi być szczytem marzeń ani też właściwym dla niego zajęciem. Włącza telewizor – debaty polityczne, morderstwa, bankructwa, wojny… Przechodząc z opcji „gra” w opcję „życie prawdziwe”, przytłacza go bezsilność. Dopadają go myśli: ja potrafię swoim Simom dać to, co najlepsze. Dlaczego Bóg nie daje mi tego, co dla mnie najlepsze? . I gdy tak osiąga Gracz szczyt frustracji, przyglądając się swojemu życiu, Bóg dobry pewnie uderza się w czoło, mówiąc przy tym: głuptasku, na obraz Swój Cię stworzyłem. Dałem ciało, które dla mnie jest piękne. Powołałem Cię do rzeczy, których nie zrobi nikt inny. Uzbroiłem Cię w cały arsenał narzędzi, byś wykonał tę misję. Dałem Mojego Syna. Odkupił Cię, nieustannie usprawiedliwia przed Moim Tronem, stawia przed Tobą ludzi, którzy chcą Ci pomóc (bo na Mój głos jakoś jesteś odporny). Pozwalam Ci wybierać. Zawsze na Ciebie czekam. Nie wybieram opcji „wyjdź bez zapisywania”. Nie zatrzymuję życia, gdy robisz coś, co Mnie obraża. Jestem miłością. Graj w tę grę. Ale najpierw pozwól zmienić Swoje życie, a potem przenieś wszystko, czego Cię nauczę nawet w wirtualny świat”.

s. 47


KULTURA

Dni Kleparza

i Garbar – odkrywanie miasta Którędy płynęła rzeka Młynówka Królewska? Kim był św. Fruktuozy? Gdzie znajdowała się krakowska szubienica miejska i kiedy wykonano na niej ostatni wyrok? Odpowiedzi na te pytania udzielali krakowscy przewodnicy – organizatorzy Dni Kleparza i Garbar.

Beata Krzywda Już po raz 8. mieszkańcy Krakowa, a także turyści mogli zapoznawać się z urokami dwóch części Starego Miasta z okazji Dni Otwartych Kleparza i Garbar, organizowanych przez Stowarzyszenie „Krakowska Florencja”. Kleparz, czyli jedno z przedmieść, było najczęściej atakowane, więc i palone przez najeźdźców, dlatego ze starej zabudowy niewiele się zachowało po dziś dzień. Przetrwał jednak barokowy kościół św. Floriana (początki budowli datuje się na XII w.), z którym związana jest legenda o przybyciu relikwii świętego do Krakowa. Głosi ona, że woły wiozące ciało męczennika, zatrzymały się w tym miejscu i nie chciały ruszyć w dalszą drogę na Wawel, dopóki nie obiecano wybudowania w tym miejscu kościoła pw. św. Floriana. KOŚCIOŁY NIEISTNIEJĄCE... Na obszarze Kleparza i Garbar istniały z pewnością trzy świątynie,

s. 48

“Jeden ze spacerów

dotyczył świętych związanych z tym terenem. Przewodnik opowiadał zarówno o św. Florianie czy Janie Pawle II, który przed długi czas pracował przy ul. Warszawskiej, jak i o mniej znanych świętych. Wspomniał też o św. Fruktozym których od dawna nie ma, a tylko po jednej z nich pozostał ślad niezauważalny przez przechodniów. Był to kościół pw. Świętego Krzyża bądź Męki Pańskiej. Na murze Stowarzyszenia Siemacha widnieje tablica informująca o jego istnieniu. Nie bez znaczenia jest też nazwa placu sąsiadującego z tym miejscem – Plac Słowiański, a to ze względu

na benedyktynów z Pragi, zwanych słowiańskimi, którzy opiekowali się świątynią. Po drugiej stronie ulicy, od Pędzichowa, mieścił się inny kościół – św. Walentego, w którym skazani na powieszenie na szubienicy mogli przystanąć, odbyć spowiedź lub po prostu się pomodlić. Później, zgodnie z porzekadłem: „przez Długą ulicę wprost na szubienicę”, udawali się w swoją ostatnią drogę, na miejsce śmierci i czasem też... spoczynku, ponieważ wisielcy nie byli zdejmowani od razu po powieszeniu, chyba że brakowało miejsca na nowych skazańców... widok to był przerażający, miał działać ku przestrodze kolejnym złoczyńcom. Kościół św. Pawła, wraz z cmentarzem, mieścił się tam, gdzie dziś znajduje się klasztor oo. zmartwychwstańców – przy ul. Łobzowskiej 10. Śladu po pierwotnej świątyni nie ma, z wyjątkiem kości, na które przy remontach mogą natrafić robotnicy.


WENECJA, DOLNYCH MŁYNÓW, CZYSTA, ŁAZIEBNA (DZIŚ ASNYKA)... Nazwy ulic Starego Miasta mówią wiele o topografii Krakowa. Tam, gdzie dziś znajduje się ul. Dolnych Młynów stały.. młyny właśnie, ul. Czysta też może wskazywać na obecność wody, ul. Wenecja mówi sama za siebie, a Łaziebna (później przemianowana na Asnyka) prowadziła do łaźni miejskich, które musiały być wybudowane przy rzece. Te nazwy ulic przypominają, że przez Kraków płynęła niegdyś – od czasów króla Władysława Łokietka (XIV wieku), aż do początków XX stulecia, kiedy podjęto decyzję o zasypaniu jej koryta – Młynówka Królewska. Zasilała młyny, łaźnie, służyła garbarzom i krupnikom, dostarczała wodę aż na sam Wawel. Śladów obecności rzeki można doszukiwać się nie tylko w nazwach ulic, ale również w architekturze, a częściej w braku zabudowania tam, gdzie jeszcze do niedawna była woda. Istnieje również przy Placu Biskupim

kamienica nazywana „kamienicą nad Młynówką”, spod której rzeka, skrywająca się za rzędem kamienic, znów wypływała i biegła dalej wzdłuż ulicy Łaziebnej. Z kolei na Karmelickiej uważny przechodzień zauważy na wysokości kamienicy nr 14 niesymetrycznie przebiegającą w poprzek ulicy linię . Oznacza ona, że tędy przepływała rzeka... KRAKOWSCY ŚWIĘCI Jeden ze spacerów dotyczył świętych związanych z tym terenem. Przewodnik opowiadał zarówno o św. Florianie czy Janie Pawle II, który przed długi czas pracował przy ul. Warszawskiej, jak i o mniej znanych świętych. Wspomniał też o św. Fruktozym (lub Fruktuozym), któremu oddawanie czci jest możliwe tylko i wyłącznie w kościele sióstr wizytek. Niewiele wiadomo o tym człowieku, jednak przypuszcza się, że był jednym z męczenników czasów wczesnochrześcijańskich, sprowadzonym do Krakowa specjalnie na prośbę sióstr.

TO NIE WSZYSTKO... Każdy zwiedzający w czasie tych dwóch dni mógł znaleźć coś dla siebie: zobaczyć panoramę miasta z miejsc ogólnie niedostępnych, pójść do muzeów, wziąć udział w spacerach, warsztatach czy zwiedzić miejsca, których zwykle się nie zwiedza. Organizatorzy zapewnili też przechadzkę dla dzieci, a także anglojęzycznego przewodnika dla obcokrajowców. Ile miejsc pozostało jeszcze nieodkrytych? Na pewno wiele, z niecierpliwością oczekujemy więc kolejnych edycji! 

s. 49


HISTORIA JEDNEJ PIOSENKI

Trzeba

wiedzieć kiedy ze sceny zejść Moją nową rubrykę rozpoczynam, mierząc się z utworem, którego przekaz stał się czymś więcej niż zwykłym literackim tekstem. Wątpię, by w 1997 roku członkowie zespołu Perfect byli świadomi, jak mocno wpiszą się w kulturę “Niepokonani”. Obecnie jednak możemy już to śmiało powiedzieć, bo tekst tej piosenki tak głęboko wniknął w świadomość Polaków, że trudno sobie wyobrazić naszą rodzimą kulturę bez niego. Zapoznajmy się więc jeszcze bliżej z tym utworem. Mateusz Nowak Nie ma wielu piosenek, które potrafiłbym słuchać godzinami i tak bez końca. Zazwyczaj, jeśli utwór mi się podoba, to za wszelką cenę staram się go sobie dawkować, żeby mi się za szybko nie znudził. Z "Niepokonanymi" jest jednak inaczej. Nie bardzo umiem wytłumaczyć dlaczego, ale w tej piosence po prostu mi wszystko pasuje. Od wstępu, przejść gitarowych, całego podkładu muzycznego, po jeden z najlepszych tekstów w historii polskiej muzyki. Autorem słów jest Bogdan Olewicz, człowiek nieznany raczej szerszej publiczności, który jednak stoi za wieloma świetnymi tekstami piosenek, które zna każdy z nas. Oczywiście bez muzyki autorstwa Andrzeja Nowickiego i głosu Grzegorza Markowskiego utwór nie osiągnąłby takiego sukcesu. Tym jednak, co jest w nim najbardziej hipnotyzujące, są słowa – ponadczasowe, przenikliwe i poruszające. Rozkładanie utworu na czynniki pierwsze przypomina mi trochę pracę

s. 50

“Utrata kogoś, kto

jest dla nas, idąc tokiem myślenia autora tekstu, światełkiem, jest zawsze tragedią. Jednak pomimo różnych życiowych zakrętów, trzeba umieć przełknąć żal, przezwyciężyć słabości . maturalną, na której jednak trzeba interpretować teksty niewybierane przez nas. Ta zasadnicza różnica pozwala na lepsze przyjrzenie się omawianemu tekstowi, w końcu nie od dziś wiadomo, że lepiej pracuje się w temacie, który sprawia więcej przyjemności niż poczucia obowiązku. Olewiczowi trzeba przyznać, że jest doskonałym obserwatorem świata i ludzi. Problem wykrzyczanych słów,

których nie można cofnąć, dotyczy każdego z nas. Ile razy żałowaliśmy, że nie można w takich chwilach cofnąć czasu? A co gorsze – te błędy wciąż powtarzamy, nie ucząc się na nich wcale. Umiejętność przepraszania też nie jest wcale łatwa, jednak jeśli nie chcemy stać się samotnym "posągiem pychy", to wręcz musimy się tego uczyć. Utrata kogoś, kto jest dla nas, idąc tokiem myślenia autora tekstu, światełkiem, jest zawsze tragedią. Jednak pomimo różnych życiowych zakrętów, trzeba umieć przełknąć żal, przezwyciężyć słabości i wierzyć, że zawsze istnieje szansa na odmianę nawet całkowicie beznadziejnego losu. Taka krótka parafraza dwóch pierwszych zwrotek wydaje mi się lepsza od suchego przetwarzania tekstu linijka po linijce. To nie one jednak wpisały się tak mocno w świadomość narodową. Chodzi przede wszystkim o jedno krótkie zdanie, jedno wyrażenie, które często jest przytaczane w


mediach aż do bólu. "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym" – niby nic wielkiego, a jednak zdanie w ten sposób ujęte stało się stwierdzeniem wręcz kultowym. Głównie przyjęło się je stosować wobec sportowców kończących kariery. Niedawno mieliśmy tego doskonały przykład, gdy czterech złotych medalistów mistrzostw świata w siatkówce zdecydowało się rozstać z reprezentacją. Co prawda do dzisiaj jeszcze nie jest pewne, czy są to ostateczne decyzje w przypadku każdego z nich, jednak po finale prawie wszyscy przytaczali właśnie słowa piosenki zespołu Perfect. W ten sposób dali argument, który trudno jest zbić, mimo że wielu z nas chciałoby, żeby było inaczej. Kiedy kończył karierę Adam Małysz, wszyscy mówili, że robi dobrze, niektórzy żałowali, ale jednak decyzja okazała się prawidłowa. Nie zawsze jednak tak się dzieje. Ile znamy takich przypadków, gdy dany sportowiec kończył karierę w świetle chwały, by później wrócić i rozmienić swoje sukcesy na drobne? Nie trzeba daleko szukać, choćby Fin Janne Ahonen, który po powrocie już nie był w stanie nawiązać do swoich największych sukcesów. Obecnie głośno zrobiło się na temat

Michael'a Phelpsa, niekwestionowanie najlepszego pływaka, a może i w ogóle sportowca w historii, który też wrócił do uprawiania sportu. Został jednak niedawno przyłapany na prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu, wyrzucono go z reprezentacji i nawet docierają do nas informacje, że zapisał się na odwyk. Jego wizerunek zostaje więc niestety mocno nadszarpnięty, bo w świadomości ludzi zapiszą się jego ostatnie występki, a wielkie sukcesy mogą zejść na dalszy plan. Tych kilka przykładów pokazuje trafność paru prostych słów, które cytujemy, często pewnie nawet nie pamiętając już, skąd je znamy. A warto o tym pamiętać, bo mimo że nie minęło jeszcze dwadzieścia lat od powstania "Niepokonanych", to muzyka zmieniła się diametralnie. Mało kto teraz zwraca uwagę na tekst, a bardziej wartościowe utwory nie przebijają się w stacjach radiowych, nie zyskują takiego rozgłosu, na jaki zasługują. Cieszmy się więc z tego, że jeszcze jakiś czas temu było inaczej i że mamy co wspominać, bo obecna komercjalizacja mediów powoduje upadek tego, co wartościowe. Dlatego powinniśmy umieć przecedzać docierające do nas informacje i nie przyjmować bezkry-

tycznie całej papki, którą otrzymujemy na co dzień. Zacznijmy od muzyki, a z innymi rzeczami na pewno będzie już łatwiej. Na koniec wracając jeszcze do samego zespołu Perfect, okres jego świetności przypada na lata 80-te zeszłego wieku. Później udało im się jeszcze właśnie stworzyć "Niepokonanych", którymi nawiązali, a może i nawet przebili osiągnięcia swojej młodości. Grupa co prawda działa do dzisiaj, jednak najnowszymi produkcjami nie powala na kolana, więc na koncertach zawsze musi wrzucać sporo ze swojego standardowego repertuaru. Mam nadzieję tylko, że panowie z tego kultowego zespołu również będą wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Choć w przypadku muzyków zawsze istnieje szansa, że następnym albumem uda się nawiązać do największych sukcesów. I tego się póki co trzymajmy, bo może jeszcze uda się nas jeszcze czymś zaskoczyć Panu Markowskiemu i reszcie. W końcu to przecież on kończył omawiany przeze mnie utwór słowami "wśród tandety lśniąc jak diament, być zagadką, której nikt nie zdąży zgadnąć, nim minie czas". 

s. 51


RECENZJA - N

o w o ś ć

Twardziel Neeson znów na ekranie Recenzenci jak jeden mąż powtarzają, że “Krocząc wśród cieni” to niejako powrót do korzeni kryminału, swoistego rodzaju hołd złożony filmografii lat 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku. I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Scott Frank zrobił film, który intryguje, trzyma w napięciu, a przy tym przede wszystkim nie jest przesadzony. Ważniejsza jest sama historia, rozwiązanie sprawy niż kolejne walki, pościgi i strzelaniny. I to się reżyserowi chwali.

Mateusz Nowak Film zaczyna się od sceny, która trochę mylnie nastawia nas na dalszy ciąg produkcji. Matt Scudder, grany przez Liama Neesona rozprawia się z bandytami w dobrze nam już znany sposób z obu części "Uprowadzonej". Po niej jednak następuje zmiana i akcja przenosi się o 8 lat wprzód. Poznajemy historię emerytowanego detektywa bez licencji, który przyjmuje zlecenie od dilera narkotykowego. Ktoś porwał i mimo otrzymanego okupu, zabił i poćwiartował zwłoki jego żony. Zadaniem Scuddera jest odnalezienie sprawców. Wkrótce okazuje się, że to nie pierwszy przypadek takiej zbrodni, mamy więc do czynienia z seryjnymi, socjopatycznymi mordercami, którzy najpewniej za niedługo uderzą ponownie. Zaczyna się więc walka nie tylko z przestępcami, ale i z czasem. Schemat tego typu filmów jest dobrze znany i Frank nawet nie próbuje spoza niego wychodzić.

s. 52

“Wyznacznikiem

tego czy film mi się podoba jest przede wszystkim to, czy potrafi mnie wciągnąć. I tak z „Krocząc wśród cieni” było, nawet pomimo pewnych błędów bądź naiwności, które się wdarły. Taką, która mnie najbardziej ubodła, było przedstawienie handlarzy narkotyków w całkiem dobrym świetle. Mamy tu motyw detektywa, który w głębokim poważaniu ma prawo, nie współpracuje z policją i działa na własną rękę. Do tego ma problemy z samym sobą, uczęszcza na

grupowe terapie, walczy z alkoholizmem i rozpamiętuje tragiczną pomyłkę swojej ostatniej akcji. Jest nieufny wobec nowoczesnej technologii i przez to trafia na sierotę TJ'a, czarnoskórego chłopaka, który staje się jego uczniem. Wszystko to już gdzieś widzieliśmy, tutaj jednak, skomasowane w jedną całość, o dziwo zdaje egzamin. Oczywiście można się przyczepić, że pewne sceny są zbyt utarte, inne zbyt naiwne i w gruncie rzeczy trochę spodziewamy się biegu akcji. Byłoby to jednak zwykłe czepianie się, bo ten film po prostu się dobrze ogląda. Czuć w nim klimat prawdziwego kryminału, a mroczna stylistyka i sceneria jedynie dodają mu uroku. Nawet dość karykaturalnie przedstawieni psychopaci mogą przypaść do gustu. Zresztą ludzie przecież lubią czarne charaktery, które mają równo nie po kolei w głowie, czego najlepszym przykładem jest Joker, główny przeciwnik Batmana - za-


równo w wykonaniu Jacka Nicholsona, jak i Heatha Ledgera. "Krocząc wśród cieni" to przede wszystkim historia głównego bohatera. To film zrobiony pod Neesona, który jak zawsze świetnie sobie radzi. To jeden z tych hollywoodzkich aktorów, których ogląda się na ekranie z wielką przyjemnością. Potrafi przyciągnąć uwagę, a widz obserwuje jego każdy ruch wiedząc, że w każdej chwili może wydarzyć się coś nieprzewidywalnego. I pomimo tego, że nie jest już przecież najmłodszym facetem, to w ostatnich latach gra zazwyczaj superbohaterów w ludzkiej skórze, którzy są całkowicie niezniszczalni. Tym razem jest może trochę inaczej, choć scena w której zastrasza

oprawców przez telefon, musiała zostać oczywiście zawarta. Pozostali aktorzy również dają radę, jednak stanowią oni tło dla poczynań głównego bohatera, chcącego za wszelką cenę rozwiązać sprawę i zwalczyć demony przeszłości. Wyznacznikiem tego czy film mi się podoba jest przede wszystkim to, czy potrafi mnie wciągnąć. I tak z "Krocząc wśród cieni" było, nawet pomimo pewnych błędów bądź naiwności, które się wdarły. Taką, która mnie najbardziej ubodła, było przedstawienie handlarzy narkotyków w całkiem dobrym świetle. Jest to trochę hipokryzja, że widzimy niby normalnych, zwykłych facetów, przykładnych obywateli, opiekujących się swoimi rodzinami,

którzy nie wydają się pasować w żaden sposób do rysopisu typowego dilera. Być może tak w życiu i jest, jednak w tej produkcji rzuca się to za bardzo w oczy. Tak słowem podsumowania polecę ten film każdemu, kto mnie spyta o zdanie, ponieważ uważam, że jest to po prostu dobre kino kryminalne, może nie całkowicie porywające i trochę utarte, ale nadal warte obejrzenia, choćby ze względu na Liama Neesona. 

s. 53


RECENZJE - F

i l m

Czterolatka rozkminy o niebie Todd Burpo był człowiekiem naprawdę wierzącym. Do czasu kiedy wiarę musiał zestawić z wiedzą. Wtedy nagle wszystko zaczęło się sypać, bo jak się okazało, wiara i rozum to niekoniecznie dwa skrzydła, które niosą duszę do kontemplacji Prawdy. I pojawia się pytanie: czy to wiedza wypiera wiarę, czy na odwrót?

Anna Zawalska Ci, którzy liczyli, że film Wallace’a „Niebo istnieje... naprawdę” (2014) ujawni im tajemnicę istnienia nieba i potwierdzi tym samym życie wieczne gorzko się rozczarują. Ci, którzy będą szukać potwierdzeń dla swojej wiary, również nie powinni z tego powodu filmu oglądać. Chociaż wielu produkcja w wierze utwierdza, innych z kolei do wiary zraża, to jednak na pewno powoduje refleksję. Nie tyko nad śmiercią, ale przede wszystkim nad życiem. Todd Burpo to pastor z powołania. Charyzmatyczny, porywający tłumy swoimi kazaniami, do tego bardzo otwarty na drugiego człowieka i niezwykle dobry. Pomimo własnych problemów pomaga w rozwiązywaniu trudnych sytuacji swoim podopiecznym. I zdaje się, że daje mu to szczęście. Jego życie zostaje zachwiane, kiedy syn trafia w ciężkim stanie do szpitala. Mocna wiara pastora zostaje po raz pierwszy wystawiona na próbę. Obserwujemy jego żarliwą modlitwę, ale też złość na Boga o to, co się stało. Małemu Coltonowi udaje się przeżyć operację. Jednak prawdziwa próba wiary dla Todda przychodzi dopiero

s. 54

“Już sam budżet

może dać do zrozumienia, że to nie będzie kolejna kasowa produkcja Hollywood. Nie ma tu też rozmachu, ogromnej ilości efektów specjalnych czy znanych na całym świecie aktorów. Jest za to przesłanie, że kawałków nieba można doświadczyć już tutaj na ziemi i że miłość to wszystko zespala. potem. Okazuje się bowiem, że jego mały synek widział niebo podczas operacji. Im dalej pastor się w to zagłębia, tym więcej argumentów potwierdzających słyszy. Co więcej, im dalej idą wizje syna, tym bardziej Todd traci wiarę. Ukazuje się więc nam człowiek rozdarty wewnętrznie, który sam już nie wie, w co wierzy. Wizja nieba opisywana przez Coltona może wydawać się absurdalna. Oto bowiem widzimy aniołki w

białych szatach śpiewające „Hosanna”, Jezusa w białej szacie i niebiańsko błękitnymi oczami, uśmiechniętych ludzi na zielonej polanie i radość istniejącą wszem i wobec. Kraina wiecznej szczęśliwości, jaką opisywała nam katechetka na zajęciach z religii w przedszkolu. Problem w tym, że Colton, to właśnie… przedszkolak. Dlatego bardziej absurdalne niż wizja nieba czterolatka (!) wydają mi się głosy oburzenia uczonych, że niebo na pewno tak nie wygląda, że w filmie przegięli, przedstawiając „drugą stronę” w taki sposób, że to wszystko takie naiwne i nielogiczne, że trudno w coś takiego uwierzyć. Taki sam problem ma zresztą główny bohater. Pastor bowiem nie wierzy swojemu dziecku, jego wymysły „zwala” na wybujałą wyobraźnię. Problem zaczyna narastać, kiedy nawet ta wyobraźnia wydaje się wychodzić poza pewne ramy. Film został stworzony na podstawie prawdziwych przeżyć syna pastora, który w trakcie operacji doświadczył rzeczy, które trudno wyjaśnić za pomocą nauki. Być może było to doświadczenie śmierci albo doświadczenie poza ciałem, albo jeszcze jakieś


inne doświadczenie, na które prędzej czy później naukowcy znajdą odpowiednią nazwę. Jednak w tych przeżyciach małego chłopca kryje się pewna doza wyjątkowości. Nie jest to dzieło wysokich lotów. Już sam budżet 12 000 000 $ może dać do zrozumienia, że to nie będzie kolejna kasowa produkcja Hollywood. Nie ma tu też rozmachu, ogromnej ilości efektów specjalnych czy znanych na całym świecie aktorów. Jest za to przesłanie, że kawałków nieba można doświadczyć już tutaj na ziemi i że miłość to wszystko zespala. Brzmi patetycznie, jednak póki takiego życia nie przeżyjemy, trudno nam będzie zebrać się z tego świata i w spokoju umrzeć. Przypomina mi się tutaj inny film taktujący o niebie, piekle i życiu po śmierci. „Między piekłem a niebem” (1998) ze zmarłym niedawno Robinem Williamsem pokazuje niebo pełne plastycznych wizji, pełne barw i szczęśliwych wspomnień. To niebo stworzone przez osobę, którą główny bohater darzył wyjątkowym uczuciem. Niebo, przez które główna postać musi odbyć podróż od piekła, by uratować duszę swojej żony. Tutaj dopiero twórcy „polecieli” z przedstawieniem raju. Film już swoje lata ma i powstał w erze, kiedy efekty specjalne nie były wykonywane w takich technologiach, jak dzisiaj. Pomimo to dramat ten ma wyjątkowy wydźwięk, zaś alegorie

użyte przez reżysera pozostawiają trwały ślad w głowie odbiorcy. Tak samo jest w filmie „Niebo istnieje… naprawdę”. Chociaż obrazy wykorzystane w przekazie zdają się mocno infantylne i przedobrzone, to całość robi wrażenie. Ciągła walka wiary i wiedzy została pokazana na przykładzie z jednej strony nieco odrealnionym. Patrząc na to wszystko z nieco innej perspektywy, uświadamiamy sobie w połowie filmu, że faktycznie takie wątpliwości targają nie tylko głównym bohaterem, ale również nami. Kwestię śmierci trudno jest ogarnąć i chociaż nasza wiara bywa bardzo mocna, to jednak boryka się z pewnych strachem typu: co jeśli po śmierci nic nie ma? Jeśli chodzi o warstwę techniczną filmu, biorąc pod uwagę budżet na to przeznaczony, to trudno się do czegoś przyczepić. Raczej bez sensu wymagać tu rozmachu, jednak jak na prostą obyczajówkę film został zrobiony bardzo dobrze. Szczególnie w pamięć zapada kreacja (chociaż pewnie nie powinno się tu mówić o świadomym tworzeniu postaci) sześcioletniego Connora Coruma, który wcielił się w rolę Coltona Burpo. Chłopczyk naprawdę świetnie poradził sobie przed kamerą, a jego uśmiech i błękitne oczy rozczulały pewnie niejednego twardziela. Spokój i dziecięca ufność Coltona kontrastowały z ciągłymi wątpliwościami i trudnością przejścia do

porządku dziennego innych postaci. Świetnie zarysowany został świat dzieci i świat dorosłych – z jednej strony bardzo naturalna wiara, a z drugiej trudność pogodzenia jej z wiedzą, z nauką. Film wzbudza wiele refleksji. Po pierwsze: trzeba czasem na pewne rzeczy spojrzeć oczami dziecka. W dorosłym życiu można się naprawdę pogubić – czego przykładem jest główny bohater – dlatego istotne jest, by zostało w nas coś z tych najmłodszych. Po drugie: nieba doświadczamy każdego dnia na ziemi. Jest to miłość. Dlatego warto to niebo ukazywać innym. “Niebo istnieje… naprawdę” to produkcja, którą polecam prawie wszystkim. Odradzam natomiast tym, którzy już z założenia są wrogo nastawieni i oczekują religijnego kiczu. Coś z kiczu w tym filmie niestety jest, jednak nie jest to na tyle uciążliwe, by film odrzucić na samym starcie. Czy niebo istnieje? Bo jeśli naprawdę istnieje, to prowadzi do nowego życia, czyż nie? Czy nie widzieliśmy już nieba? W pierwszym płaczu dziecka, odwadze przyjaciela, pracy lekarzy, miłości rodziców. Czy nie mamy namiastki nieba, ale wciąż wybieramy piekło, nienawiść lub strach? Czy niebo istnieje? Zadajcie sobie to pytanie. 

s. 55


Zagubieni chłopcy, RECENZJE - K

s i ą ż k a

autor, wydawca

Gdy czyta się „Zaginionych chłopców” Orsona Scotta Carda ma się wrażenie, że ten uznany autor fantasy i science fiction chciał napisać powieść obyczajową, a wydawca na siłę niejako zmusił go do wtrącenia tam jednego wątku paranormalnego. Co nie znaczy, że nie wyszło dobrze, ale i tak mogło być lepiej. Rafał Growiec OD PIERWSZEGO WEJRZENIA Okładka przygotowana przez wydawnictwo Prószyński & S-ka zdradza od razu jakiś detal fabuły. Po pierwsze: przód, na którym chłopiec -aniołek siedzi na dachu w czapce bejsbolowej. Z tyłu jest już tylko gorzej. Spojler goni spojler, a czytelnik praktycznie od początku wie, że zaginieni chłopcy mają jakiś związek z niewidzialnymi przyjaciółmi Steviego Fletchera. „Jakiś”! Od razu jest napisane, że to SĄ ci sami chłopcy! Litości, wydawcy, nie zdradzajcie czegoś, co pojawia się w ¾ a może i pod sam koniec książki! Błąd chyba popełnił też autor, wprowadzając krótki dialog-epilog w którym „Chłopiec” rozmawia z kimś o tym, jak zaradzić kolejnej aferze wywołanej kłamstwem chłopców. Już wtedy wiemy, że ktoś krzywdzi dzieci i nie uwierzy w to, że nie powiedzą rodzicom. Jak najprościej zamknąć

s. 56

“Card zgrabnie

wprowadził do fabuły postać kogoś, kogo można traktować jak głównego podejrzanego, znajomego z pracy Stepa. Mieszkający z matką, niezbyt atrakcyjny programista, chcący koniecznie zaopiekować się córeczką Fletchera budzi odrazę i podejrzenia.

komuś usta, by mieć absolutną pewność, że się nie wygada – łatwo się domyślić. Wątek zaginionych/zagubionych chłopców (tytuł oryginalny powieści to „Lost boys”) pojawia się przez większość czasu trwania akcji głównie w postaci kolejnych ogłoszeń na kartonach z mlekiem.

Card zgrabnie wprowadził do fabuły postać kogoś, kogo można traktować jak głównego podejrzanego, znajomego z pracy Stepa. Mieszkający z matką, niezbyt atrakcyjny programista, chcący koniecznie zaopiekować się córeczką Fletchera budzi odrazę i podejrzenia. POWIEŚĆ OBYCZAJOWO-FANTASTYCZNA Jak już pisałem na wstępie, trudno porównywać „Zagubionych chłopców” z innym dziełem fantasy czy horrorem. Główny nacisk autor położył na wątki obyczajowe – wątek fantastyczny zaś jest jedynie tłem, przeplatającym się z perypetiami rodziny Fletcherów. Ta zaś przeprowadza się do małego miasteczka Steuben z powodu nowej pracy ojca, Stepa. Wszystkie związane z tym okoliczności – nowi sąsiedzi, brak chodników, nowa wspólnota religijna,


WYDARZENIA I OPINIE

nowa praca, kłopoty w szkole – zagłuszają wątek zaginięć i sprawiają, że to, co na końcu okazuje się mieć z nimi związek, umyka uwadze. Card tworzy postaci ciekawe i chyba tylko jeśli chodzi o religijne zaangażowanie Fletcherów wpada w jakiś cukierkowy zachwyt. Realistycznie wypada walka Stepa z szefem -kanciarzem czy nauczycielką izolującą Steviego od szkolnych kolegów, kontakty z psycholożką-ateistką, czy to, co obecnie nazwanoby zapewne parentingiem, czyli po prostu wychowywanie dzieci. Pod względem układu „Zagubieni chłopcy” nie są lekturą prostą, łatwą i przyjemną. Akcja praktycznie nie istnieje, a wielowątkowość sprawia, że drażni pojawienie się kolejnej postaci, która po pewnym czasie stanie się po prostu nazwiskiem do zapamiętania, bo pojawi się w jakimś dialogu dwadzieścia stron dalej. MORMOŃSKA PRAWIE IDYLLA Silny akcent w swojej książce Card położył na przedstawienie społeczności Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich* (mormoni), do której należą główni bohaterowie. Cała rodzina nie tylko uczęszcza na nabożeństwa niedzielne, ale także żywo angażuje się w życie wspólnoty, nauczając po domach,

organizując zbiórki i tak dalej. Sami Fletcherowie są zaś przedstawieni tak, że tylko dzięki postaciom drugo- czy trzecioplanowym mormoni nie zdają się societas perfecta. Znalazło się na szczęście miejsce dla kobiety chcącej podporządkować sobie całą wspólnotę, terroryzującej wszystkich swoimi zmyślonymi wizjami i histerią. Jest też miejsce dla neofity, który swoje przekonania o sekcie mormońskiej opiera na antymormońskim filmie „Godmakers”. Tylko dzięki nim nie otrzymujemy jednolitego przekazu o bardzo wierzących ludziach, którzy zmagają się z szarą rzeczywistością dzięki głębi przekonań. Gdyby stworzyć taką samą książkę, ale o katolikach, podejrzewam, że szybko nazwano by ją „przesłodzoną”. Pozostaje mieć nadzieję, że nikt z polskich czytelników nie potraktuje „Chłopców” jako dokumentu ukazującego prawdziwe oblicze tej sekty. Dla teologa może to być jednak przegląd dość osobliwych poglądów – na przykład preegzystencja dusz, która głosi, że Bóg stworzył wszystkie dusze i teraz tylko przydziela je nowopoczętym dzieciom.

pracuje Step. Szef-oszust, nieuczciwi współpracownicy, kolega-dewiant... Jednak to rynek oprogramowania komputerowego, w tym gra „Hacker Snack”, zajmują ważne miejsce na kartach powieści. Obecnie może się zdawać dziwne, że ktoś marzy o pracy na maszynie ze 100 KB pamięci, ale to książka z lat 90. ubiegłego wieku. 8-letni Stevie spotyka się ze swoimi kolegami głównie za pomocą gier komputerowych, wykraczających graficznie poza ówczesne możliwości – wyobraźcie sobie: jadący pociąg i kilka poruszających się jednocześnie szczegółowych postaci. Zakończenie “Chłopców…” mnie średnio zdziwiło czy zaskoczyło. Wiele wyjaśnia, jednak praktycznie dla mnie oznaczało to wertowanie książki wstecz, by sprawdzić, o czym mówią postaci. Tak, dla pewności, bo sam nie wiedziałem, co się zdarzyło. O ile pamięta się o tym rozwodnieniu głównego wątku fabuły, „Zagubieni chłopcy” mogą być książka ciekawą i zajmującą. I gdyby nie cukierkowy obraz mormońskiego małżeństwa... I spojlery od wydawnictwa i autora... I … tyle. 

100 KB PAMIĘCI Ta nieomal sielska atmosfera jest kontrastem dla firmy, w której

s. 57


RECENZJE - K

„Bezpieczna kryjówka” s i ą ż k a

Corrie ten Boom „Żal mi tych biednych Niemców. Dotknęli źrenicy oka Bożego.”

“Wątek terroru jest

Maja Mroczkowska Autobiografia Cornelii ten Boom rozpoczyna się opisem przyjęcia z okazji setnej rocznicy otwarcia zakładu: „Tego właśnie dnia, w styczniu 1837 roku, ojciec Ojca umieścił w oknie tabliczkę z napisem: TEN BOOM. ZEGARKI.” Ze swojej pracy słynęli w całej Holandii; Ojciec (w powieści słowo pisane wielką literą jak nazwa własna) miał w zwyczaju zapominać, im bardziej wymagające było zlecenie, o odbiorze należnego sobie honorarium i mawiał wtedy, że „za zaszczyt reperowania takiego zegarka sam powinienem zapłacić!” Pasja człowiek. Corrie z kolei została pierwszą w Holandii licencjonowaną zegarmistrzynią. SŁÓWKO O TECHNIKALIACH Światowa premiera autobiograficznej powieści „Bezpieczna kryjówka” miała miejsce w 1971 roku. Polskiego wydania doczekaliśmy się dziesięć lat później, jednak nakład wyczerpał się bardzo szybko, czyniąc z pozycji towar deficytowy. Przywrócenie tej historii na łono polskiego rynku czytelniczego nastąpiło dopiero w 2012 roku. „Bezpieczna kryjówka” dzięki Wydawnic-

s. 58

bezpardonowo otulony przez narracyjną klamrę oddającą hołd życiu i to jest jak dobre poukładanie stanu rzeczy, nadzieja na nowe rozdanie, rozdanie, które następuje nie jak pobożne życzenie, ale jak nasz powszedni chleb. twu Mądra Książka (we współpracy z pierwszym wydawcą polskim – Słowo Prawdy) jest właśnie przygotowywana do drugiego wydania, pod patronatem m.in. Może Coś Więcej. RODZINA TEN BOOM A STYL NARRACJI Ten Boomowie – czyli: Mama, Ojciec, Willem, Nollie, Betsie i Corrie – prowadzili w Haarlem (północno-zachodnia prowincja holenderska) coś, co dzisiaj nazwalibyśmy „domem otwartym”. Otwartym nie tylko na zlecenia zegarmistrzowskie, ale na każdego człowieka. Bez względów. Stałą praktyką w domu od zawsze była wspólna lektura Biblii, przeżyta i później

wcielana w czyn, bez regresów. Oprócz zatrudnionych w zakładzie osób, również traktowanych jak rodzina, każdy mieszkaniec Haarlem czuł się wolny, aby przyjść tu, posiedzieć na kawie, przy zwierzeniach, być przygarniętym. W niektóre wieczory Beje (jak nazywano dom zegarmistrza) rozbrzmiewało muzyczną prywatką - z (jeszcze) braku radia ktoś skrzypce, ktoś flet, pianino już na stanie, głos każdy ma jakiś - i się było ze sobą, sąsiedzi bliżsi i dalsi, nawet przyjezdni. Ten Boomowie mieli w sobie coś świetlistego i ciepłego, co było samo dla siebie, ale też niosło się dalej. Bez względów. Podobnie „nośny” jest styl narracji, porywając prostotą i dobrem, słowa się perlą i płyną jakoś tak po prostu uczciwie. STATUS QUO ANTE BELLUM Jest coś programowego w sekwencji zdarzeń opisywanych przez Cornelię. II Wojna wchodzi na scenę dopiero w rozdziale piątym, jakby musiała ustępować wpierw opisowi pejzażu życia. Relacja na wojnie również się nie kończy. Wątek terroru jest bezpardonowo otulony przez narracyjną klamrę


WYDARZENIA I OPINIE

oddającą hołd życiu i to jest jak dobre poukładanie stanu rzeczy, nadzieja na nowe rozdanie, rozdanie, które następuje nie jak pobożne życzenie, ale jak nasz powszedni chleb. Cztery pierwsze partie opowieści są pewnym treściowym i jakościowym ubezpieczeniem, kreśleniem źródeł i potencjałów, jakie pozwoliły przetrwać bohaterom późniejszy czas okupacji. To ważny materiał, ważny w doborze sytuacji, przez które czytelnik może się „wrodzić” w Beje tak, aby lektura kolejnych rozdziałów nie była tylko fantomowym przeżyciem, ale dobrym udziałem empatii, tuż przy skórze. Szczególnie ważnym preludium jest tu rozdział trzeci zatytułowany „Karel”. Corrie opisuje historię swojej kilkuletniej relacji z Karelem. Mężczyzną, z którym nadawała imiona kwiatom w ogrodzie, a który później z przyczyn obyczajowego konwenansu, oczekiwań rodziny, w chwili spodziewanych oświadczyn przedstawia jej swoją nową narzeczoną. To w tym rozdziale po raz pierwszy zostaje sformułowana modlitwa o miłość wyższą, Boską, której nie przemoże żadna niewdzięczność czy strata, żadne piekło. BEZPIECZNA KRYJÓWKA Od roku ’40-stego, od chwili niemieckiej okupacji w Holandii Beje stopniowo przekształca się w ważną komórkę podziemnej opozycji najpierw w Haarlem, później także w skali kraju. Oprócz dystrybucji podrabia-

nych kartek żywnościowych, głównym zaangażowaniem ten Boomów jest pomoc Żydom, którym znajdują miejsca schronienia albo, przy szczególnie patowych przypadkach, ukrywają we własnym domu. Do tego celu pokój Cornelii zostaje specjalnie przystosowany poprzez dobudowanie fałszywej ściany, za którą podopieczni mają się chować w sytuacji potencjalnego nalotu gestapo. Wyjątkowo ujmujący jest pełen szacunku wzajemny stosunek ukrywających i ukrywanych, którzy, na ile się da, prowadzą serdeczne pożycie, wspólnie celebrują święta (w tym żydowskie), muzykują, nawet wystawią sztuki teatralne na potrzeby swojego małego pokoju. Zwłaszcza Ojciec, jako miłośnik i osobisty znawca Biblii, uwielbia dyskutować ze swoimi starozakonnymi lokatorami o tekstach Starego Przymierza, szukając nowej głębi, poszerzenia. JAKA JEST MIŁOŚĆ Po czasie rodzina zostaje zdemaskowana i aresztowana za swoją podziemną działalność. Najpierw więzienie, potem obóz w Ravensbrück. Przy opisie wszystkich przesłuchań, transportów, kolei losu, dramatów i bezduszności, rozlega się szczególne świadectwo. Siostra Cornelii, Bestie, żyje misją, która potrafi rozświetlić całe zastane zło. Organizuje w baraku m.in. czytanie Słowa Bożego z nielegalnego egzemplarza Ewangelii. Nikogo nie zmusza, nie agituje, po prostu świeci, jest, by błogosławić i błogosławieństwo

chodzi za nią. Nie mają znaczenia pochodzenie, wyznanie, język (szybko z resztą znajdują się tłumaczki na niemiecki, polski, łacinę..) Znaczący jest zwłaszcza jeden dialog pomiędzy siostrami: kiedy Corrie, patrząc na wyniszczonych wojną współwięźniów, pyta, czy po wojnie będzie jeszcze w ogóle możliwe być dobrym dla innych – jej siostra odpowiada, patrząc na oprawców (!), że oczywiście, kiedy to wszystko się skończy, pokażemy, musimy im pokazać, jak wspaniała jest miłość. Betsie w nazistach widziała tylko biedne ofiary nienawiści, o które chciałaby się zatroszczyć, gdyby tylko mogła, gdyby tylko mogła.. GDY BYŁO MOŻNA UPRAWIAĆ KWIATY Po wojnie Cornelia stała się inicjatorką powstawania domów opieki dla wszystkich ludzi zniszczonych wojną, byłych więźniów, weteranów, także zdrajców i bezbronnych już oprawców. Jedną z najskuteczniejszych metod terapeutycznych okazała się być pielęgnacja kwiatów. Ten Boom była ważną personą w tej powojennej „branży” przywracania ludzi życiu. Swoje świadectwo, zapraszana, miała okazje głosić na spotkaniach, pojednawczych i nie tylko, na całym świecie. Jakże różna była jej opowieść od opowieści innych świadków zagłady, szukających bezwzględnego zadośćuczynienia, nie przebaczając nikomu. Zmarła w 1983 roku w wieku 91 lat. Dzisiaj w Beje znajduje się muzeum jej imienia. 

s. 59


RECENZJE - K

s i ą ż k a

Doktor Who? – po prostu Doktor Michał Musiał

Kultowy brytyjski serial science fiction który umożliwia widzowi przeniesienie się w czasie i przestrzeni naszego (i nie tylko naszego) Wszechświata (najczęściej w celu uratowania ludzkości oczywiście). Kosmici, podboje cywilizacji, wojny, niezwykłe statki kosmiczne, teleportacja, a to wszystko połączone z dużą dawką humoru i nieprzewidywalnych przygód. Będziesz się bać, płakać ze śmiechu i smutku, Dr Who wciągnie Cię na całego. A Ty w jakim czasie i miejscu chciałbyś się znaleźć gdybyś miał taką możliwość? Tylko uważaj, nie możesz zmienić biegu historii…

Na początek trochę ważnych i ciekawych informacji. Serial posiada trzech twórców, a mianowicie: Sydney Newman, C.E. Webber i Donald Wilson (obecnie Steven Moffat). Produkcja zaczęła się jeszcze w latach 60 ubiegłego wieku, co jest niesamowite, ponieważ chyba żaden serial nie posiada tak długiej historii (ponad 50 lat na wizji!), jest wpisany w Księgę Rekordów Guinnessa jako najdłuższy serial science fiction na świecie (ponad 800 odcinków). Gorąco polecam obejrzenie chociaż jednego odcinka z wcześniejszych lat, chociażby pierwszego, z sezonu pierwszego (1963), zanim sięgniecie po nową edycję Doktora, której produkcja zaczęła się w 2005 roku i trwa aż do teraz. Nie wszystkie stare epizody są dostępne w sieci, jednak jeśli uda Ci się je znaleźć, okaże się to niesamowitym przeżyciem (przynajmniej ja tak to odebrałem). Są to odcinki o wiele krótsze (ok. 20 minut) i oczywiście czarno białe. Uparci i Ci którzy chcą poznać jak najwięcej szczegółów z życia Doktora mogą obejrzeć wszystkie dostępne mate-

s. 60

“Jak każdy Władca

Czasu nasz Doktor posiada statek kosmiczny nazywający się TARDIS, ma on dość ciekawą formę i wygląd zewnętrzny. Zapewne na początku będzie was ciekawić dlaczego właśnie taką, ale ja wam tego nie zdradzę. riały z lat 1963 – 1989. Jest to także okazja do bycia naocznym światkiem ewolucji kina, powstawania efektów specjalnych, kolorowej telewizji no i oczywiście mała podróż w czasie. Nowa seria Doktora Who posiada już 8 sezonów (i jest ciągle kontynuowana), w rolę Doktora wciela się już 12 aktor, nie jest to jednak przypadkowe. Nasz główny bohater jest Władcą Czasu, który

co jakiś czas przechodzi tajemniczy proces po którym wciąż jest tą samą osobą, lecz zmienia się jego wygląd i charakter. Podróżuje z różnymi osobami, które stają mu się mniej lub bardziej bliskie. Jest postacią znajdującą wyjście z każdej trudnej sytuacji, chociaż czasami bywa groźnie. Dzięki niemu cofniemy się do czasów gdzie nie wynaleziono jeszcze prądu i wybierzemy się w przyszłość w której nasze Słońce kończy swój świetlisty żywot. Odwiedzimy wiele tajemniczych i niebezpiecznych planet, poznamy wiele ras i gatunków istot żyjących w ogromnym Wszechświecie. Jak każdy Władca Czasu nasz Doktor posiada statek kosmiczny nazywający się TARDIS, ma on dość ciekawą formę i wygląd zewnętrzny. Zapewne na początku będzie was ciekawić dlaczego właśnie taką, ale ja wam tego nie zdradzę. Serial posiada jeszcze jedną ważną cechę, która bardzo mi się podoba. Przeszłość i historia głównych bohaterów nie jest nam od razu sprzedawana na tacy. W miarę oglądania dowiadujemy


się wielu nowych ważnych rzeczy, nabywamy wiedzy na temat Doktora, jego towarzyszy i zmian jakich dokonał podczas swoich fantastycznych podróży w Wirze Czasu. Na początku podchodziłem do tej produkcji z dużym dystansem i wręcz niechęcią, co było wielkim błędem, a mogło wynikać z różnicy w wizualnej osnowie, efektach, konwencji i fabule, do której jesteśmy przyzwyczajani przez filmy naszych czasów. No dobrze, ale dlaczego Doktor? Jaki doktor? Doktor Who? Nasz główny bohater przedstawia się po prostu Doktor. Nie posiada zwykłego imienia, jego miano wywołuje wśród niektórych ras strach, chęć zemsty i zniszczenia, posiada wielu wrogów, mniej lub bardziej sympatycznych, na których na pewno trafimy podczas oglądania. Może dlatego Doktor, że stara się wszystkim pomóc

nie oczekując przeważnie niczego w zamian? Jest jakby lekarzem czasu i nie dopuszcza do tragicznych wypadków, bo nawet nie wiecie ilu wstrętnych kosmitów chciałoby zdobyć Ziemię i inne przyjazne planety…Chociażby zieloni mieszkańcy Raxacoricofallapatoriusa… Zachęcam do zapoznania się serialem, na pewno dostarczy wam on wielu godzin rozrywki, no i nie zniechęcajcie się liczbą epizodów, w porównaniu do Mody na sukces to i tak pestka, no i oczywiście nieporównywalnie lepsza gra aktorska, scenariusz i efekty specjalne. Jeśli chodzi o aktorów, to naprawdę należą im się brawa, ponieważ postać doktora na pewno nie jest łatwa do zagrania, natomiast jeśli mowa o scenariuszu niektórych odcinków, to można by się zastanawiać, czy aby na pewno twórcy podczas pisania ich byli trzeźwi (w pozytywnym sensie oczy-

wiście). Niektórzy na pewno znajdą wiele wad, z resztą jak zawsze, nie każdy może być zadowolony i jak zawsze każdy wywęszy spisek, opinie jednak nie powinny zniechęcać do samodzielnego zdecydowania i dobrej zabawy. Polecam wam zacząć oglądać w weekend, gdyż możecie nie skończyć do rana… 

s. 61


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej zdjęcia do artykuu o Niniwie: http://niniwa.org/galeria/

s. 62

Może coś Więcej, nr 21  
Może coś Więcej, nr 21  
Advertisement