Page 1

s. 1


SPIS TREŚCI

T E M AT N U M E R U

Hildegarda i Jadwiga średniowieczne feministyki 26

KAJETAN GARBELA

TA K A S Y T U A C J A

20 Takie są młode Polski

dziś

ALEKSANDRA BRZEZICKA

Kobieta jako przyczyna nieszczęść mężczyzny 32

MARCIN DRYJA

38 Co o kobietach mówi Biblia?

KRZYSZTOF RESZKA

46 Na barykady wierny ludu

kobiet!

MARIA NEJMAN-ŚLĘCZKA

35 Kobieta jako mistrzynii

wspólnoty

KS. DR HAB. DARIUSZ OKO

49 Polki wspaniałe - sylwet-

ki wielkich Kobiet

KONSTANCJA NAŁĘCZ NIENIEWSKA

ROZMOWY 50 W ciemności widać najwięcej

WYDARZENIA I OPINIE

Polki to nie tylko zgrabny tyłek i cycki 8

ANNA ZAWALSKA

Nic nie poradzę, że za cycki też was kochamy 10

KAMI DUC

12

Rojek wychodzi z ukrycia

MATEUSZ NOWAK

16 Zrozumieć Ukrainę

PIOTR ZEMEŁKA

PIOTR ZEMEŁKA

14

Święty sen

WOJCIECH URBAN

Polska - Disneyland dla paprazzich 18

AGNIESZKA BAR

Nikt patriotą się nie urodził 19

MARIUSZ BACZYŃSKI

s. 2


SPIS TREŚCI

RECENZJE

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA 58

Kościół bez propagandy

KAMIL DUC

MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE 62 Męska inicjacja

KRZYSZTOF RESZKA

76

Igrzyska niezrozumiałej Kobiecości

MARIUSZ BACZYŃSKI

KAROLINA KOWALCZE

K U LT U R A

70 Jestem sobie mural

ANNA KASPRZYK

NIE OGARNIAM 23

Nowe przygody Mikołajka

MYŚLĘ, WIĘC JESTEM

Co św. Tomasz myślał o kobietach? 78

KAMIL MAJCHEREK

REFLEKSJE

77 Miłość samego siebie

ROBERT JANKOWIAK

KULTURA MASOWA

Miłość w czasach samotności 72

SARA NAŁĘCZ-NIENIEWSKA

MYŚLI NIEKONTROLOWANE 22

Dla Jego bolesnej Męki...

MACIEJ PUCZKOWSKI

KAZANIA PONADCZASOWE

Matka wskazuje dziecku Ojca 60

KS. MIROSŁAW MALIŃSKI

CZEMU ŻYCIE 61

Przyjmowanie życia

O. TOMASZ MANIURA OMI s. 3


WSTĘPNIAK

Być Kobietą, być Kobietą... Panuje przekonanie, że aby zrozumieć kobiety trzeba przeczytać wiele opasłych tomów na ten temat. Niestety nic bardziej mylnego – kobiety nie da się zrozumieć. Czasem nawet same mamy z tym problemy. I mówię to ja – kobieta. Anna Zawalska Uwielbiam być kobietą. Lubię kiedy facet dźwiga ciężkie siatki zakupami za mnie. Lubię też kiedy odprowadza mnie na dworzec tachając za sobą moje ogromne torby z rzeczami. Lubię być przepuszczana w drzwiach. Lubię kiedy mogę poprosić faceta o zmianę spalonego gniazdka, albo odpowietrzenie kaloryfera. Lubię też kiedy facet patrzy na mnie w sposób pełen uwielbienia. Jestem kobietą i szczerze to uwielbiam. Dlatego nie do końca chwytam oburzenia feministek, które domagają się zrównania płci. Wtedy sama musiałabym nosić ciężary i tachać torby. Sama musiałabym nauczyć się wymieniać gniazdko i odpowietrzać kaloryfer. Nikt nie przepuszczałby mnie drzwiach i nikt nie patrzył na mnie w taki sposób. Może ten numer przybliży nieco kobiecość. Jest bowiem kilka słów o wybitnych średniowiecznych feministach, od których mogłaby się uczyć sama profesor Środa. Walczyły o

swoje – co więcej – we wspólnocie Kościoła i to właśnie dzięki niemu miały na to szanse. Uczyć od nich powinna się również s. Teresa Forcades OSB, o której też w tym numerze kilka słów. Charyzmatyczna, walcząca i pewna siebie – szkoda tylko, że zaczyna tworzyć swoją własną religię nie mającą wiele wspólnego z katolicyzmem. Oprócz tego w numerze zastanawiamy się dlaczego kobieta jest główną przyczyną nieszczęść mężczyzny. Sielankowe życie każdego faceta zmienia się w bardzo niespokojną egzystencję kiedy ten poznaje kobietę i dopuszcza ją do swojego życia. Podobno klucz do zrozumienia kobiecości ukryty jest w Piśmie Świętym. Przekonujemy o tym w jednym z tekstów numeru przedstawiając obraz kobiety ukazany z Biblii, opisując osiągnięcia wybitnych biblijnych kobiet i ujawniając misję, jaka dla każdej kobiety jest przeznaczona. W numerze znajdzie się również mie-

jsce na piękne świadectwo przekonujące o tym, że kobieta jest mistrzynią wspólnoty i ma szczególne miejsca na łamach Kościoła. Niestety (a może na szczęście?) w tym numerze wychodzi największe kłamstwo współczesnych feministek i czarno na białym widać, że nigdzie kobieta nie ma tak dobrze, jak w Kościele. Nigdzie nie jest tak szanowana, jak w Kościele. Co więcej, nigdzie kobieta nie jest tak silna, jak w Kościele. Udowadniają to teksty, które możecie już teraz przeczytać. Gorąco polecam! Redaktor Naczelna Anna Zawalska

Redaktor Naczelna: Anna Zawalska Redakcja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Aleksandra Brzezicka, Krzysztof Reszka, Bartłomiej Ligas, Mateusz Nowak, Marcin Dryja, Anna Żmudzińska, Kamil Duc, Piotr Zemełka, Robert Jankowiak, Karolina Kowalcze, Anna Kasprzyk, Marta Fick, Anita Grabarczyk, Tomasz Markiewka, Wojciech Greń, Agnieszka Bar, Maciej Puczkowski, Anna Donabidowicz, Krzysztof Skopiec, Kamil Majcherek, Sara Nałęcz-Nieniewska, Maria Nejma-Ślęczka, Wojciech Urban, Konstancja Nałęcz-Nieniewska Współpracownicy: ks. Tomasz Maniura OMI, ks. Mirosław Maliński Reklama i promocja: Mariusz Baczyński, Kajetan Garbela, Beata Bajak Strona internetowa: Damian Baczyński Adres e-mail: mozecoswiecej@gmail.com

s. 4


WYDARZENIA

s. 5


WYDARZENIA I OPINIE

Co Polakom

przyniosło Soczi? Szumne zapowiedzi sprzed Igrzysk nie okazały się bezpodstawne i nasi główni faworyci do zdobycia medali nie zawiedli. Dla Polski to bezsprzecznie najlepsza zimowa olimpiada w historii. Emocje i wzruszenia towarzyszyły nam praktycznie przez całe dwa tygodnie i długo będziemy je jeszcze wspominać.

Mateusz Nowak W artykule sprzed Igrzysk oceniałem szanse naszych sportowców na sukces w Soczi. Jeżeli chodzi o Justynę Kowalczyk to nie pomyliłem się. Była główną kandydatką do tryumfu na 10 kilometrów stylem klasycznym i zwyciężyła w cudowny sposób, pokonując nie tylko przeciwniczki, ale i kontuzję stopy. Zresztą, gdyby nie osławione złamanie, to kto wie, czy w innych konkurencjach również nie cieszyłaby się nasza mistrzyni z medalu. Wyczyn Kamila Stocha przeszedł wszelkie oczekiwania. Dwa złote medale na jednej imprezie to sztuka, której dokonało przed nim tylko dwóch wielkich skoczków - Matti Nykanen i Simon Ammann. Z czego temu drugiemu sztuka ta udała się dwukrotnie. Przyznam szczerze, że przed olimpiadą nie byłem pewien czy Stoch jest w stanie tego dokonać, jak się okazało zupełnie niepotrzebnie. Do pełni szczęścia skoczkowi z Zębu zabrakło jedynie medalu w konkursie drużynowym. Polacy zajęli jednak czwarte miejsce, co i tak jest najlepszym występem w historii Igrzysk. Warto o tym pamiętać, zamiast wylewać wiadro pomyj na Piotra Żyłę, którego pierwszy skok nie był do końca udany. Taki jest jednak sport i kibicując trzeba umieć się z tym pogodzić. Wymieniając nasze szanse

s. 6

“Wymieniając

nasze szanse medalowe wspominałem również o panczenistach i panczenistkach. Ich występy również okazały się być jednak lepsze niż mogliśmy tego oczekiwać. W złoty medal Zbigniewa Bródki na dystansie 1500 metrów wierzyli chyba tylko najwięksi optymiści. medalowe wspominałem również o panczenistach i panczenistkach. Ich występy również okazały się być jednak lepsze niż mogliśmy tego oczekiwać. W złoty medal Zbigniewa Bródki na dystansie 1500 metrów wierzyli chyba tylko najwięksi optymiści. Oczywiście był wymieniany w gronie faworytów, jednak w łyżwiarstwie męskim sięga ono dwucyfrowej liczby zawodników. Nasz wspaniały strażak jednak tego dokonał, dodatkowo wygrał w okolicznościach godnych hollywoodzkiego filmu. Zwyciężył o zaledwie trzy tysięczne części sekundy, przerywając nieprawdopodobną dominację holenderskich

panczenistów. Na koniec Igrzysk dołożył jeszcze medal brązowy w wyścigu drużynowym, wspólnie z Konradem Niedźwiedzkim i Janem Szymańskim. W decydującym starcie Polacy w fantastyczny sposób pokonali Kanadyjczyków. Równie wiele radości przysporzyły nam nasze łyżwiarki szybkie. Żadnej z nich nie udało się co prawda wywalczyć indywidualnie medalu, nie przeszkodziło im to jednak w zdobyciu srebrnego krążka w rywalizacji drużynowej. W skład naszej kadry weszły: Katarzyna Bachleda-Curuś, Luiza Złotkowska, Natalia Czerwonka i Katarzyna Woźniak. I wszystkie zasługują na najwyższe słowa uznania. Pozostali polscy sportowcy już niestety nie zachwycili. Najlepiej wypadły jeszcze biathlonistki: Monika Hojnisz piąta w biegu masowym, dwunasta w biegu indywidualnym Weronika Nowakowska-Ziemniak siódma w sprincie i Katarzyna Pałka dziesiąta w biegu indywidualnym. W sztafecie stać było nasze zawodniczki na walkę o medale, jednak fatalne strzelanie Pałki w pozycji leżącej przekreśliło te szanse. Szkoda, chociaż mając takie dziewczyny możemy z optymizmem patrzeć na ich starty w przyszłości. Największymi gwiazdami Igrzysk zostali oczywiście wszyscy multimedaliści. Marit Bjoergen w biegach


WYDARZENIA I OPINIE

Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Fot. www. gwizdek24.se.pl

narciarskich zdobyła trzy złote medale, tak samo Darja Domracheva z Białorusi w biathlonie. Dwoma złotymi i srebrnym może się poszczycić francuski biathlonista Martin Fourcade. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że w sumie aż pięć krążków w łyżwiarstwie szybkim zdobyła Holenderka Ireen Wust. W ogóle cała reprezentacja Holandii potwierdziła w Soczi, że jest niekwestionowaną potęgą panczenów i w sumie zgarnęła aż 23 z 36 medali, które były do rozdania w tej dyscyplinie. W klasyfikacji medalowej zwyciężyli w tym roku gospodarze. Chciałbym również móc to zdanie napisać w 2022 roku, o ile faktycznie dojdzie do tego, że Kraków zorganizuje Igrzyska. Realia są chyba jednak zupełnie inne. Daleko nam do potęg pokroju Rosji, Norwegii, Stanów Zjednoczonych czy Holandii. Nie mamy nawet krytego toru łyżwiarskiego, nie mówiąc o porządnych trasach zjazdowych czy biegowych. Biorąc pod uwagę te aspekty, to 11 miejsce w tabeli medalowej, sześć krążków, w tym aż cztery złote, należy traktować jako ogromny sukces. To wszystko jednak zasługa głównie tych naszych wspaniałych sportowców, ich talentu, determinacji i poświęcenia. Mówi się jednak, że sukces ma wielu ojców. Skoro więc już musieliśmy w trakcie olimpiady oglądać twarze działaczy i polityków, którzy oczywiście traktują ogólnonarodowe zadowolenie jako doskonały moment do prowadzenia kampanii wyborczych, to miejmy z tego jakiś pożytek. Niech sprawią, żeby w Polsce faktycznie powstała infrastruktura pozwalająca na osiąganie wielkich sukcesów. Bo bez tego nigdy nie będziemy mogli rywalizować na równi z najlepszymi na świecie. Prawda jest taka, że idea Igrzysk w Polsce to na dzień dzisiejszy wizja utopijna, choć mam nadzieję, że może ona w jakimś stopniu przyczynić się do tego, że będziemy mogli w końcu “produkować” w naszym kraju masowo przyszłych medalistów olimpijskich. 

s. 7 Fot. EPA/ANATOLY MALTSEV


WYDARZENIA I OPINIE

Polki to nie tylko

zgrabny tyłek i cycki

Anna Zawalska

Czytam, że na Eurowizjii reprezentować nasz kraj będzie Donatan i Cleo. Myślę sobie: chyba jakiś żart, kaczka dziennikarska czy inny chwyt reklamowy. Potwierdzam informację w wielu innych źródłach: jednak prawda. Informuje mnie o tym wszechwiedząca Agata Młynarska w swoim programie. Czekam więc aż larmo podniosą feministki – w końcu Polskę będzie reprezentować piosenka, która uwłacza w dość dosadny sposób kobiecej godności. Jednak żadnego głosu w tej sprawie nie słyszę.

Mógłby tutaj powstać obszerny tekst o tym, jak to panie feministki, z wiadomymi postaciami na czele, drą japę tylko w przypadkach, kiedy trzeba dowalić Kościołowi. Oj, można by pisać i pisać rozległe eseje. Ale powstanie tekst o tym, dlaczego nie popieram pomysłu TVP w sprawie wysyłania Donatana i Cleo na międzynarodowy konkurs muzyczny. Bynajmniej nie chodzi o to, że nie wierzę w ich szanse na sukces. Piosenka zdobyła rzesze wiernych fanów – choć wątpliwe wydaje mi się, że przez walory muzyczne – i tym samym stała się popularna nie tylko w naszym kraju. Rytmiczna, skoczna, słowa takie głębokie, no i jeszcze te rzesze jędrnych dekoltów pojawiających się w teledysku, nie wspominając już o obscenicznych ruchach stymulujących seksualne zaspokajanie swoich (i nie tylko swoich) potrzeb. Popowa papka w najlepszej postaci. Więc na Eurowizję pasuje jak ulał. Martwi mnie jednak jedno. Skoro taka piosenka będzie nas reprezentować i skoro taki, a nie inny obraz polskiej (czy tam słowiańskiej) dziewczyny przedstawia, to niestety nie mamy się czym chwalić. Co więcej, ze wstydu powinniśmy się spalić albo schować w ciemnym kąciku. Wróćmy może jeszcze do feministek, bo tutaj jak dla mnie mamy do czynienia z dość specyficzną i mało logiczną sytuacją. Według niektórych

s. 8

“Bynajmniej nie

chodzi o to, że nie wierzę w ich szanse na sukces. Piosenka zdobyła rzesze wiernych fanów – choć wątpliwe wydaje mi się, że przez walory muzyczne – i tym samym stała się popularna nie tylko w naszym kraju. feministycznych aktywistek Kościół wiedziony patriarchalnymi tradycjami uwłacza płci pięknej i zaniża jej wartość. Jednak jeśli Donatan widzi w kobietach tylko ich seksualność, eksponując ją w swojej twórczości, to wszystko jest w najlepszym porządku, nie ma sensu nawet podnosić głosu. Co więcej, kiedy okazuje się, że taki obraz Polek ma być puszczony w świat, a przynajmniej w Europę, to również nie budzi żadnego sprzeciwu w wiadomych środowiskach. Czamara ukazuje w swoich piosenkach polską wieś, a przynajmniej tak mu się wydaje. Przekoloryzowane obrazki ociekających seksapilem dziewcząt nie mają nic wspólnego z tym, jak to tak naprawdę wygląda. Nieźle rozczarują się wszyscy, którzy zapragną

odwiedzić wioskę po tej hiperbolizacji, w celu znalezienia sobie wyśnionej dziewczyny, chowanej na śmietanie, która pokaże „to, czego nie ma nikt inny”. W programie Młynarskiej Donatan przekonuje, że „w Polsce nie możemy narzekać na nasze piękne kobiety i na tym musimy się oprzeć” potwierdzając tym samym wcześniejsze zapewnienie, że sam nie wystąpi na scenie. Wnioskuję więc, że będziemy mieli do czynienia ze sporym widowiskiem, skupiającym się na wdziękach polskich dziewcząt. Jeśli będą to dziewczyny ubrane w góralskie, tradycyjne stroje, które będą podkreślały ich kobiecość i piękno, to winszuję. Jeśli jednak głównym ogniwem całego przedsięwzięcia będzie Luluka Astafiew ze swoimi obscenicznymi i wulgarnymi gestami, oraz rzesza roznegliżowanych niby-słowianek, to nie pozostaje nic innego jak schować twarz w dłoniach i gorzko zapłakać. Piękno i kobiecość Polek to nie tylko zgrabny tyłek i piękne piersi. Niestety Donatan zdaje się nie dostrzegać niczego innego, co więcej, zamierza z takim obrazem ruszyć na podbój świata. Obraz kobiety ukazany w piosence, a szczególnie w teledysku przedstawia nie tylko marny pastisz prawdziwej kobiecości, ale dodatkowo obnaża ją z wszelkiej godności. Nagość, wulgarne gesty i dwuznaczność to może i jest sposób


WYDARZENIA I OPINIE

na sukces, ale niestety to na pewno nie dobry pomysł na promowanie Polski. Oczywiście pod względem marketingowym decyzja TVP zasługuje na pochwałę. Polska bowiem w tym roku ma dość realne szanse na zaistnienie w konkursie Eurowizji. Smutne jest jednak to, że musimy się uciekać do takich rozwiązań i promować kicz i tandetę, byleby tylko rozbłysnąć na europejskiej scenie. Polska muzyka rozrywkowa leży i kwiczy, o czym między innymi może świadczyć brak jakichkolwiek osiągnięć w ostatnim czasie, właśnie na tym międzynarodowym konkursie. Co nie zmienia faktu, że nie powinniśmy się zniżać do poziomu hołoty. Co prawda nie zniżyliśmy się jeszcze do poziomu wysyłania na Eurowizję Nataszy Urbańskiej, czy Nowego Wiśniewskiego i jego filiżanki, ale nieuchronnie to dno zarysowuje się przed nami i tylko czekać aż do niego dobijemy. O marnym poziomie polskiej muzyki świadczy oczywiście nie tylko brak ambitnych i rozwijających się artystów; świadczy o tym również niski poziom muzycznego uwraż-

liwienia wśród odbiorców. Zdecydowana większość woli przesłuchać kiczowatą piosenkę z dużą ilością cycków w teledysku, niż skupić się na bardziej wymagającym artyście, który chce przekazać swoją muzyką o wiele więcej. Przywołajmy tutaj chociaż kilkoro polskich artystów, których poziom muzyczny wykracza daleko poza wszechobecną szmirę. Luxtorpeda – takiej mocy muzycznej u innych szukać na marne; Myslovitz – chociaż bez Rojka, to jednak dają radę i tworzą wyjątkowe brzmienia; Igor Herbut – mimo że trochę nadgryziony przez komercyjne hieny, swoim głosem powoduje we mnie nieopisane uczucia; Artur Rojek – wracający na salony z nowym singlem zachwyca tak, jak kiedyś; Mela Koteluk – delikatność brzmienia i niesamowita kobiecość powodują, że niejednemu facetowi serce przyspiesza; Marcelina Stoszek – dziewczęca niewinność w głosie i wyjątkowa uroda kobiety, to mieszanka prawdziwie wybuchowa. Można wymienić jeszcze parę przykładów. Trzeba też tutaj dodać, że o wysokim poziomie tych artystów świadczy to, że pewnie nigdy nie zgodziliby się

na udział w Eurowizji. Zaś Donatan zapalił się do tego bez zastanowienia, przemyślawszy jedynie szybko ile da rady wyciągnąć z tego kasy. Bo niestety takim „artystą” jest dla mnie Witold Czamara: byle szybko, byle bez wysiłku, byleco. Wniosek tutaj nasuwa się jeden – Donatan, Cleo i Eurowizja są siebie warci. Marny muzyczny wykonawca, na marnym muzycznym konkursie czyli każdy element na swoim miejscu. Jednak mimo wszystko nie zgadzam się na to, żeby ktoś taki reprezentował nasz kraj. Reprezentował czyli był przedstawicielem, występował w imieniu Polaków, jako twórca, ukazujący osiągnięcia polskiej muzyki, a przy okazji polską/ słowiańską kulturę. Bo niestety nie jest to muzyka warta gloryfikowania, zaś przekaz nie ma nic wspólnego ze słowiańskim dziedzictwem. Nie życzę sobie również, aby przez twórczość Czamary Polska była kojarzona z dobrą wódką i niezłymi dupami. W przeciwieństwie do bohaterek teledysku my, kobiety z Polski, mamy do zaoferowania dużo więcej. 

s. 9


WYDARZENIA I OPINIE

Nic nie poradzę,

że za cycki też was kochamy

Kamil Duc

Po tych wszystkich latach porażek, ciężko uwierzyć, że znów zrobiło się głośno o Eurowizji. No dobra, nie do końca chodzi o konkurs, tylko o decyzję TVP dotyczącą naszych przedstawicieli. Donatan i Cleo podjęli wyzwanie i zmierzą się z europejskimi artystami sceny muzycznej. Przekrzykując wszystkie głosy sprzeciwu, chcę tylko zauważyć, że gdyby nie kontrowersyjny kawałek „My Słowianie” może po raz kolejny nie mielibyśmy swojego reprezentanta na konkursie.

Konkurs Piosenki Eurowizji był zawsze oczekiwanym przeze mnie wydarzeniem. Jak się zresztą okazuje należę do setek milionów widzów śledzących zmagania europejskich artystów sceny muzycznej. Nie ukrywam, że moje zainteresowanie wiązało się zawsze głównie z atmosferą rywalizacji. Po cichu liczyłem za każdym razem na wygraną naszych reprezentantów. Jednak z roku na rok coraz bardziej się zniechęcałem. W końcu pozostało mi tylko widowisko i robienie listy zwycięzców według swojego własnego gustu muzycznego. Straciłem nadzieję na sukces Polaków, ale tłumaczyłem sobie, że ci cali Europejczycy w ogóle nie znają się na muzyce, głosują na sąsiadów albo zwyczajnie ustawiają wszystko. Potem stałem się starszy i nadal moi faworyci nie wygrywali (nawet jeśli nie byli Polakami). Ale zrozumiałem, że nie to jest najważniejsze. Takie europejskie show po prostu dobrze się ogląda i ludzie mają frajdę. W każdym razie do momentu gdy TVP zrezygnowało z uczestnictwa i przestało transmitować konkurs. Może zbyt serio traktowali porażki. Tylko że dziś moje nadzieje odżyły. Boję się, że znów skończy się to frustracją, ale postanowiłem ten ostatni raz trzymać kciuki. Donatan i Cleo. Po dwóch latach

s. 10

“Donatan ma swoje

pięć minut. W zasadzie miał swoje pięć minut, a Eurowizja pozwoli mu przedłużyć ten czas przynajmniej do dziesięciu. Nie robi nic, co wykraczałoby poza obowiązujące dziś normy sceny muzycznej. Mimo to jeden utwór zdecydował o wielkiej popularności. przerwy na scenie znów pojawią się polscy reprezentanci. Pozytywnie przyjąłem tę informację. Pierwsza moja myśl: „Mamy szansę!”. Druga: „Już widzę tłum oburzonych”. Nie pomyliłem się. Szansa istnieje zawsze, a lawina komentarzy posypała się natychmiastowo. Z jednej strony duet został wybrany przez TVP z powodu pochlebnych opinii widzów. Utwór „My Słowianie” zdobył sobie wielu fanów nie tylko zresztą w Polsce. Wzbudził jednak jeszcze więcej kontrowersji, które dziś na nowo odżyły. Dotyczyły one głównie teledysku. Po

jego obejrzeniu zostają w pamięci przede wszystkim kobiece wdzięki. Nie do końca rozumiem społeczne oburzenie. W ostatnich latach powstało mnóstwo projektów naprawdę niesmacznych, a czepiają się ich tylko nieliczni. Wróćmy jednak do Eurowizji. Po ogłoszeniu naszych przedstawicieli, znów się zaczęło. Że wstyd dla Polski. Że zgorszenie. Że dno. Chciałbym tylko przypomnieć, że niewiele lepiej przyjęto decyzję o uczestnictwie w konkursie zespołu „Ich Troje”, który zajął wysokie dla nas siódme miejsce w 2003 roku. Natomiast trzy lata później Eurowizję wygrała fińska grupa „Lordi” przebrana za potwory. Konkurs Piosenki Eurowizji to show. Na scenie nie pojawiają się najlepsi pod względem warsztatu artyści, ale jedni z najbardziej znanych i najchętniej słuchanych muzyków. Chodzi o dobrą zabawę widzów, pokazanie się i możliwość konkurowania między krajami. Donatan świetnie wpisuje się w dzisiejszy trend, czego dowodzi popularność jego kawałka w sieci. Dlaczego odmawiać mu wystąpienia przed europejską publicznością? Z udzielonych wywiadów wynika, że podchodzi do tego na luzie. Nie obawia się rywalizacji. W przeciwieństwie do innych polskich artystów, nie traktuje Eurowizji jako


WYDARZENIA I OPINIE

sprawdzianu swoich możliwości. Może i nie reprezentuje kultury wysokiej, ale ludzie rozpoznają go i nucą „My Słowianie”. Jeśli ktoś wyskakuje z komentarzem, że występ Donatana ośmieszy Polskę, to pytam dlaczego. Wydaje mi się, że dzisiaj naprawdę ciężko zrobić wiochę w kulturze mass. W zasadzie jedyne co przychodzi mi do głowy to modelka-gitarzystka zespołu Patty w DD TVN. Natomiast piosenka „My Słowianie” jest przyjemna dla ucha i wychwala polskie dziewczyny! Tekst nie ma w sobie co prawda żadnej wartości artystycznej, ale docenia urok słowiańskich kobiet. Skupia się jedynie na walorach wizualnych, ale czy kobiety nie pragną być pięknymi? Czy Polski wolałyby usłyszeć: „My Słowianki wiemy jak użyć swego

mózgu. Wiemy jak gotować i położyć dziecko w wózku. To jest ta słowiańska krew. To jest ta zaradność i spryt”? Co innego niż Donatan robił Andrzej Rosiewicz w piosence „Najwięcej witaminy”? Czy nie wychwalał właśnie wdzięku kobiet? Może w inny sposób, może i bardziej wyważony i poetycki, ale pewnie miał na myśli to samo. Eurowizja faktycznie będzie okazją do pochwalenia się tym, co u nas najlepsze. Jeśli nie muzyką to chociaż naszymi wspaniałymi dziewczynami. Choć zaskakujące są nieraz decyzje widzów. I ciągle będę się upierał, że Donatan i Cleo wykonali całkiem ładną piosenkę. No i drugie miejsce Edyty Górniak wciąż czeka, aby je poprawić. Zmienia się kultura. Nikt nikomu nie każe się do niej dostosować. Ale

Donatan ze swym hitem jest na topie i trudno odmówić mu popularności, podobnie jak polskim dziewczynom. Skoro to podoba się ludziom, po co od razu hejtować. Budzą pewne wątpliwości słowa muzyka, że utwór stanowi alternatywę dla kultury Zachodu oraz Kościoła Katolickiego. Ja jednak nie dostrzegam, aby piosenka w jakiś sposób zagrażała misji chrześcijańskiej. Mimo niemal alergicznej reakcji środowisk konserwatywnych na każde zabarwienie sztuki fizycznością i seksualnością, granice zostały dziś tak przesunięte, że „Słowianom” bardzo do nich daleko. No i nawet jeśli kawałek nie ma nic wspólnego z kulturą słowiańską, to może Europejczycy z Zachodu dadzą się nabrać. Donatan ma swoje pięć minut. W zasadzie miał swoje pięć minut, a Eurowizja pozwoli mu przedłużyć ten czas przynajmniej do dziesięciu. Nie robi nic, co wykraczałoby poza obowiązujące dziś normy sceny muzycznej. Mimo to jeden utwór zdecydował o wielkiej popularności. Ten człowiek potrafi się dobrze sprzedać. Jeśli do kogoś przemawia akurat jego, z braku lepszego słowa nazwijmy to twórczość, nic mi do tego. Po co kogoś na siłę przekonywać do kultury wysokiej, gdy ta go w ogóle nie kręci. Osobiście lubię „Słowian” ale nie gardzę ani Luxtorpedą ani Myslovitzem. Czasem potrzebuję łatwej treści i wpadającej w ucho muzyki, a czasem czegoś głębszego. Nie chodzi przecież o to, żeby pienić się i dostawać drgawek za każdym razem, gdy w radio słyszę „Ona tu jest i tańczy dla mnie”, ale trzeba się umieć od tego zdystansować. Liczę na show. Liczę na dobrą zabawę. Bo to jest właśnie Eurowizja. Przyjemność sprawiłoby zdobycie nagrody Grand Prix przez Polskę, choć pozbawiona byłaby jakiejkolwiek wartości. Stanęlibyśmy jednak przed zadaniem zorganizowania kolejnego konkursu Eurowizji. I choć rok to bardzo krótki okres, kto wie, może doczekalibyśmy się otwarcia nowej hali koncertowej w Krakowie. 

s. 11


WYDARZENIA I OPINIE

Rojek wychodzi z ukrycia Mateusz Nowak

Ponad tydzień temu w sieci pojawił się singiel pt. Beksa, promujący pierwszą solową płytę byłego wokalisty Myslovitz. Od razu na nowo rozgorzała dyskusja na temat słuszności wyboru Rojka. Fani jak zwykle podzieleni, jednym się to podoba, inni uważają, że to nie ma sensu, jeszcze inni ciągle płaczą, że artysta opuścił kolegów z zespołu i marudzą na nowego wokalistę - Michała Kowalonka. To chyba jednak już jest u nas normalne, Polacy muszą czasem ponarzekać, taka już nasza mentalność narodowa.

Już niemal dwa lata minęły od decyzji, która wstrząsnęła wszystkimi fanami Myslovitz. Odszedł frontman, lider, twarz, legenda zespołu. Zdecydował się szukać nowych wyzwań w karierze solowej. Ta wiadomość była szeroko komentowana. Wielu fanów już wtedy jasno określiło, że “Myslovitz bez Rojka, to nie to samo”, że zespół był zbyt mocno uzależniony od swojego wokalisty i nie ma szans osiągać dalszych sukcesów. Po prostu postawili krzyżyk przy całym projekcie Myslovitz. A zespół przecież nadal działa, w zeszłym roku wydał nowy krążek (1.557), już z Kowalonkiem w składzie. Jego brzmienie jest inne niż poprzednich płyt, ale będąc zupełnie szczerym, to chłopaki z Mysłowic często eksperymentowali i każda kolejna produkcja zawsze przynosiła coś nowego. Jednym się to podobało bardziej, innym mniej, sprawiało to jednak zawsze, że zespół był jakiś, miał swoją wartość. I tej wartości nie utracił, nawet pomimo zmiany wokalisty. Odstawmy jednak na chwilę Myslovitz i skupmy się na nowym projekcie Artura Rojka. Premiera albumu “Składam się z ciągłych powtórzeń” zapowiedziana jest na 4 kwietnia, a wspomniana Beksa przekroczyła już 100 tysięcy wyświetleń w serwisie Youtube. Gdyby spojrzeć na ten utwór jedynie od strony muzycznej, to dostajemy przyjemną melodię, przy-

s. 12

“Podstawowym

zarzutem kierowanym wobec Kuklińskiego przez jego przeciwników jest zdrada: był żołnierzem, składał przysięgę służby wobec Rzeczpospolitej Ludowej, a jednocześnie przekazywał Amerykanom tajne informacje dotyczące Polski, jej sił zbrojnych i systemu obronnego. wodzącą na myśl wiosenne klimaty i ambitną aranżację, którą niełatwo znaleźć przesłuchując najbardziej popularne stacje muzyczne w naszym kraju (i nie tylko). Wykorzystanie męskich głosów, wykrzykujących raz po raz tytuł piosenki, dodaje dynamiki, przykuwa naszą uwagę. A refren śpiewany wspólnie z chórem dziecięcym, nabiera przyjaznego wydźwięku, mimo że tekst wcale taki przyjazny już nie jest. Rojek nigdy nie śpiewał o niczym, w swoich tekstach zawsze zawierał przemyślenia, nad który-

mi warto było się pochylić, nie był to tylko bezmyślny stek słów. Nie inaczej jest w przypadku Beksy, którą określiłbym jako naprawdę odważny, intrygujący kawałek, idealny do zaciekawienia słuchacza czekającego na premierę albumu. Malkontenci pewnie zaraz podniosą głosy, że jak to zwykle w tekstach Rojka - mało optymizmu, więcej narzekania. I pewnie mają trochę racji, ale chyba ciężko nie zgodzić się z autorem, gdy śpiewa „nie wytrzymuję tempa, wszystko, k****, skręca”. Każdy z nas chyba miewa czasem takie chwile, w których chciałby zatrzymać czas i wykrzyczeć tego typu słowa, mając po prostu wszystkiego dość. Gorzej jest jeśli przyjmujemy potem postawę taką, jaką nam podaje refren: „Nie rozmawiam z nikim, z nikim się nie dzielę”. W końcu wyparcie i ucieczka w samotność bardzo rzadko są dobrymi rozwiązaniami problemów. Są tu też fragmenty dotyczące śmierci, przemijania, traktujące o problemach natury egzystencjalnej. I to wszystko zamknięte w zaledwie trzyminutowej piosence. Jak na tak krótki utwór to dużo przemyśleń. Rojek tym samym potwierdza, że utrzymuje swój wysoki poziom artystyczny i nadal umiejętnie potrafi dotrzeć do słuchacza. Na pewno też nowa odsłona artysty z Mysłowic nie wszystkim przypadnie do gustu, Beksa nie


WYDARZENIA I OPINIE

zapowiada rockowego brzmienia, jest czymś zupełnie nowym, czego jeszcze u tego artysty nie widzieliśmy, ale przez to Rojek podsyca naszą ciekawość, dzięki której będziemy niecierpliwie oczekiwać premiery albumu. Ten z kolei na pewno nie zadowoli wszystkich fanów, część zapewne się odwróci od piosenkarza, jednak powinien mu przysporzyć wielu nowych, o ile tylko cała płyta będzie trzymała równie wysoki poziom, co singiel ją promujący. Trzeba w końcu jasno rozdzielić. Rojek i Myslovitz to teraz dwa różne światy. I zarówno zespół, jak i jego były wokalista, szukają nowych brzmień, wyzwań, by nie kopiować tego, co przynosiło sukcesy w przeszłości. I bardzo dobrze. Kowalonek nie chce na siłę być Rojkiem, jest sobą, na czym grupa zyskuje. Z kolei ten drugi pisze zupełnie nowy rozdział swojej biografii. I tak jak już wspominałem, jednym się to podoba, innym nie. Nic jednak na to nie można poradzić, więc maruderzy pozostają tylko maruderami. Tym wszystkim, którzy uważają, że odejście pierwszego wokalisty wiąże się z tym, że zespół traci na wartości, ch-

ciałbym przypomnieć, że historia zna wiele przypadków, które pokazują coś wprost przeciwnego. Można wspomnieć choćby na grupy znane na całym świecie, jak AC/DC, Genesis czy Nightwish, które zmieniały wokalistów i często po tym odnosiły jeszcze większe sukcesy. Wspominając AC/DC należy pamiętać, że niefortunnie powodem była akurat śmierć Bona Scotta, jednak już w przypadku Genesis była to dobrowolna decyzja Petera Gabriela, którego zastąpił Phil Collins, rozpoczynając tym samym swoją wielką karierę muzyczną. Patrząc na te przykłady widać, że odejście pierwszego wokalisty jeszcze niczego nie przesądza. Oczywiście znajdzie się też wiele przykładów przeczących tej tezie, jednak właśnie w tym rzecz, że takie przypadki rozsądza dopiero historia. Dlatego też nie ma co od razu wieszać psów na Myslovitz, bo śląska grupa jeszcze nie raz może czymś nas pozytywnie zaskoczyć. I to samo tyczy się samego Artura Rojka, którego debiutancka solowa płyta zapowiada się naprawdę bardzo ciekawie. Chciałbym też dożyć takich chwil, kiedy Polacy przestaną w końcu

narzekać na wszystko, na swoich idoli, którzy jeżeli coś zmieniają w swojej drodze artystycznej, to od razu są krytykowani. Doskonałym przykładem na to, z ostatnich tygodni, jest osoba Piotra Roguckiego, lidera łódzkiego zespołu Coma, który zdecydował się dołączyć do grona jurorów w jednym z komercyjnych programów typu talent show. Dla wielu fanów była to informacja nie do przełknięcia, niepojęta, równoznaczna z tym, że ich idol się sprzedał i zapomniał o tym, co często podkreślał w swoich tekstach (np. utwór Gwiazdozbiory z ostatniej płyty). Sam przyznaję, że powątpiewałem w słuszność tej decyzji, jednak już po jej ogłoszeniu byłem na koncercie Comy i wiem jedno: Rogucki nic nie utracił ze swojej dawnej świetności i na scenie nadal prezentuje się doskonale. Wniosek jest więc jeden, nie ma co się spinać i krytykować, ponieważ to, że nasi idole się zmieniają i szukają w życiu nowych dróg, jest całkiem normalne. Trzeba tylko umieć to zaakceptować. 

s. 13


WYDARZENIA I OPINIE

Święty sen Wojciech Urban

Katolicką częścią polskiego Internetu wstrząsnął ostatnio filmik pewnego chłopaka, w którym stara się on zdyskredytować zjawisko nazywane „zaśnięciem w Duchu Świętym”. Wywody te nie wywołałyby może tak gorących dysput, gdyby nie, z jednej strony promocja filmiku przez jeden z największych polskich portali religijnych, a z drugiej sam tytuł: „Prawda o <zaśnięciach w Duchu Świętym>”.

Rodzą się w takiej sytuacji dwa problemy. Pierwszym z nich jest kwestia zjawiska, któremu poświęcony jest wspomniany wyżej materiał. Druga to uzurpacja do nazywania swoich poglądów prawdą – w tym kontekście można zacząć myśleć, że chodzi o oficjalne stanowisko Kościoła. Filmik ów je zmiksował, co stworzyło mieszankę nader wybuchową. Pod nazwami „zaśnięcia/spoczynku/upadku w Duchu” rozumie się zjawisko bezwiednego upadku, zazwyczaj do tyłu, najczęściej w związku z jakąś religijną posługą modlitwy lub uzdrawiania. Zjawisko to jest spotykane w różnym stopniu u chrześcijan w środowiskach katolickich, anglikańskich i luterańskich, w stopniu proporcjonalnym do rozpowszechnienia w danym środowisku ruchu odnowy charyzmatycznej lub ruchu zielonoświątkowego. Autor filmiku swoje wywody oparł o Biblię. Analizując kolejne fragmenty Pisma Świętego, które rzekomo miały być biblijnym opisem zjawiska zwanego „zaśnięciem/upadkiem w Duchu” starał się udowodnić, że biblijne opisy nie dotyczą wspomnianych praktyk. Stąd wysnuwa wniosek: nie ma tego w Biblii = jest to złe. Tezę tą podpiera jeszcze pogańskim rodowodem tych praktyk. Wedle autora, zjawisko to narodziło się w hinduizmie, skąd przeszło do kościołów protestanckich, a te

s. 14

“Autor filmiku swoje

wywody oparł o Biblię. Analizując kolejne fragmenty Pisma Świętego, które rzekomo miały być biblijnym opisem zjawiska zwanego „zaśnięciem/ upadkiem w Duchu” starał się udowodnić, że biblijne opisy nie dotyczą wspomnianych praktyk. poprzez działalność „ekumeniczną” zaaplikowały to w Kościele Katolickim. Całość materiału utrzymana jest w mocno ironicznym tonie, przez co można odnieść wrażenie, że autor po prostu szydzi. Można przepychać swoje „widzimi-się”, ale w tym miejscu należałoby posłuchać głosu Kościoła w sprawie „zaśnięć”. Niestety, nie ma oficjalnej wypowiedzi Magisterium. Poszczególni biskupi coś w wywiadach napomknęli, gdzieś są jakieś naukowe artykuły i opracowania, ale wypowiedzi ex-cathedra nie ma. Są natomiast „Dokumenty z Malines”. Czym są

owe dokumenty? W skrócie, to opracowane przez katolicką komisję teologiczną, na czele z kardynałem Leonem J. Suenens wskazania teologiczne i pastoralne dotyczące umiejscowienia „ruchu” Odnowy w Duchu Świętym w Kościele Katolickim. Celem ich jest z jednej strony wykorzystanie szansy przebudzenia wiary wśród wiernych, a z drugiej uniknięcie „protestantyzacji” Kościoła. Szósty (ostatni) dokument z Malines nosi tytuł „Spoczynek w Duchu – kontrowersyjne zjawisko”. Jest efektem analiz ankiet przeprowadzonych wśród wiernych i duszpasterzy na całym świecie. Bada wspomniane zjawisko z perspektywy biblijnej, teologicznej, historycznej i psychologicznej. W rozeznaniu wspomaga się opiniami teologów i duszpasterzy protestanckich. Warto więc sięgnąć po tą króciutką książeczkę. Nie miejsce tu, by ją streszczać, niemniej przytoczę parę uwag kardynała Suenensa. Przede wszystkim proponuje unikać określeń typu: “spoczynek w Duchu świętym”, zastępując je określeniami bardziej neutralnymi, np. “zjawisko upadku” (falling phenomen), gdyż rola Ducha św. jest tu właśnie tematem dyskusji; nazywanie tego na wstępie “spoczynkiem w Duchu” ogranicza, jeśli nie zamyka nam możliwości właściwego rozeznania tego zjawiska. Odnosi się do biblijnej zasady:


WYDARZENIA I OPINIE

“Niestety, nie ma ofic-

jalnej wypowiedzi Magisterium. Poszczególni biskupi coś w wywiadach napomknęli, gdzieś są jakieś naukowe artykuły i opracowania, ale wypowiedzi ex-cathedra nie ma. „po owocach ich poznacie”. Kardynał stwierdza, że choć nie można podważać subiektywnego świadectwa i szczerości świadków, to nie należy również przesadzać z obiektywnym łączeniem stwierdzanych “efektów” z domniemaną przyczyną. Jak sam pisze: “Bez wątpienia drzewo poznaje się po owocach, ale można się pomylić co do tożsamości drzewa, w ocenie owoców, czy też w łączeniu ich wzajemnych powiązań.” Przestrzega przed uproszczeniami przy ocenie zjawiska na płaszczyźnie moralnej, gdyż owoce mogą być np. dobre, ale nietrwałe, lub też przynosić korzyść na jednej płaszczyźnie, lecz wyrządzać szkodę na innej np. poprzez wzmaganie tendencji do emocjonalizmu, przeceniania rzeczy nadzwyczajnych itd. W praktyce duszpasterskiej Komisja Badań Teologicznych i Duszpasterskich zachęca do postawy dystansu: sugeruje używać neutralnych nazw zjawiska, odradza tworzenia okoliczności, w których zjawisko mogłoby się pojawić i nie zapraszać duchownych, których modlitwa lub nauczanie związane jest z tym zjawiskiem, z zasady przyjmować postawę negatywną wobec takich zjawisk, pozostając jednocześnie otwartym na możliwość, iż w niektórych przypadkach będzie to rzeczywiście łaska Boża. Okazuje się więc, że „prawda o <zaśnięciach w Duchu Świętym>” nie jest wcale taka oczywista. I nie należy jej szukać u vlogera, nawet katolickiego. 

s. 15


WYDARZENIA I OPINIE

Zrozumieć Ukrainę Piotr Zemełka

Sytuacja na Ukrainie zmienia się z godziny na godzinę. Kolejni przywódcy zabierają głos w sprawie konfliktu, który powoli zaczyna dotyczyć już nie tylko samych Ukraińców, ale również władz innych państw, które są w jakimś stopniu związane z nimi interesami. Czy będziemy mieli do czynienia z podobną sytuacją jak w przypadku Gruzji w 2008 roku? Jak to się stało, że niewinna manifestacja społeczna przerodziła się w rewolucję, która doprowadziła do obalenia rządu?

Kiedy 21 listopada wybuchły protesty przeciw decyzji władzy o nie podpisaniu umowy stowarzyszeniowej z UE, nikt się nie spodziewał, że po dwóch miesiącach dotychczasowy rząd zostanie obalony, a prezydent będzie musiał uciekać z kraju. Paradoksalne jest to, że Janukowycz jest praktycznie sam sobie winien. Były prezydent Ukrainy kompletnie nie zrozumiał charakteru tego protestu i popełniając kolejne błędy co chwila strzelał sobie w przysłowiowe kolano. To co właśnie jest istotne w charakterze manifestu społecznego z 21 listopada jest fakt, że była to inicjatywa oddolna, wręcz apolityczna. Ludzie młodzi, studenci, czyli siła, która najbardziej skora jest do tego typu manifestów pojęła, że w ich interesie wcale nie jest współpraca Ukrainy z Rosją. Dlatego kiedy 30 listopada pierwszy raz zostały użyte oddziały Berkutu, spowodowało to jedynie pogorszenie sytuacji. Co raz więcej ludzi zaczęło brać udział w Manifestacjach, a w samym Kijowie założono Majdan. Była to pierwsza porażka prezydenta Ukrainy. W grudniu społeczne protesty nie były już protestami proeuropejskimi, ale antyrządowymi! To tutaj zaczyna się problem. Zwłaszcza, że jak przewidywano, ludzie zwyczajnie by się rozeszli gdyby nie interwencja Berkutu. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia w styczniu, kiedy Janukowycz zdecydował się na ponowne użycie specjalnych oddziałów milicji w celu rozbicia Majdanu. Trzecią porażką byłego prezydenta było wprowadzenie w życie tzw. ustaw policyjnych, które

s. 16

“Problemem w ocenie

działania Ukraińskiego społeczeństwa jest również sprawa banderowców. Czyli radykalnej prawicy. godziły w wolność słowa, zgromadzeń. Można to było odebrać za swego rodzaju preludium do wprowadzenia stanu wyjątkowego, zwłaszcza, że mówiło się o ostatecznym rozbiciu Majdanu. Te trzy decyzje, które w mniemaniu Janukowycza, miały być rozwiązaniem problemu za każdym jednak razem powodowały jego eskalację. Po każdym z tych momentów dochodziło do zbrojenia się manifestujących i walk z milicją. Dlaczego? Istotą jest właśnie kwestia tego żeby było to działanie oddolne. Ludzie za każdym razem odbierali to jako próbę ich uciszenia. To tak jakby władza miałyby sobie rządzić a społeczeństwo niech nawet nie próbuje się wtrącać, bo w przeciwnym wypadku zostaną przeciwko niemu użyte środki siłowe. Warto to również powiązać z odrzuceniem propozycji Janukowycza, która była skierowana do liderów opozycji. Dotyczyła ona podzielenia się władzą - Aresnij Jaceniuk miał zostać premierem, a Kliczko wiceministrem. Sytuacja ta często jest krytykowana, również w Polsce, a ja sam spotykam się z pytaniami: skoro tak Ukraińcy walczyli o wolność to dlaczego nie zgodzili się na taki układ? Chcą dalszego rozlewu

krwi? Mało mają już ofiar? Każdemu który ma takie wątpliwości chętnie zadam pytanie. Czy jeśli Komorowski (zakładając że mielibyśmy taki ustrój jak na Ukrainie) wysłałby na nas oddziały policji, a za jego inicjatywą weszła by w życie ustawa godząca w nasze podstawowe prawa, to czy chcielibyśmy z nim iść na ugodę? Bo ja co najmniej chciałbym usunięcia go z fotela prezydenckiego. Pomijam już fakt, że fajnie jest wypowiadać się na jakiś temat, kiedy siedzimy sobie w ciepłym pokoju, popijamy kawę, po to by zaraz wyłączyć Internet i wrócić do codzienności. Na Ukrainie ludzie toczą walkę nie tylko o swoją przyszłość, ale również przyszłych pokoleń. Oni o tym wiedzą i stąd ta cała determinacja. Ludzie patrzą na historię swojego kraju i widzą, że mija ponad 20 lat od upadku ZSRS, a oni dalej żyją w nędzy. Patrzą na Zachód i widzą Polskę - oczywiście działalność naszych władz pozostawia wiele do życzenia, ale ogólny poziom życia jest znacznie wyższy, niż na Ukrainie. Więc jak tu nie walczyć? Po tym jak ludzie już wyszli na ulice i brali udział w walkach, a na ich oczach ginęli ich koledzy to nie ma możliwości by zadowoliło ich byle ustępstwo. Propozycja Janukowycza została odrzucona przez liderów opozycji ze względu na presję społeczeństwa. Trzeba jednak też spojrzeć z perspektywy samych liderów. Nawet gdyby zgodzili się na warunki prezydenta znaleźli by się w ciężkiej sytuacji. Taki Arsenij Jaceniuk, który miałby zostać premierem, jako szef rządu byłby


WYDARZENIA I OPINIE

odpowiedzialny za rozwiązanie problemu Majdanu. Inaczej rzecz ujmując, Janukowycz zwyczajnie chciał zrzucić z siebie tę odpowiedzialność. Problemem w ocenie działania Ukraińskiego społeczeństwa jest również sprawa banderowców. Czyli radykalnej prawicy. Chodzi dokładnie o takie organizacje jak Prawy Sektor, a także partię Swobodę. Oba te ugrupowania cieszą się niechlubną opinią odwoływania się do tradycji, które godzą m.in. w nas, Polaków. Otóż, ludzie Ci wcale nie uważają, że masakra polskiej ludności na Wołyniu była ludobójstwem, a Stepana Banderę mają za bohatera narodowego. Najgłośniej krzyczą o tym polskie ugrupowania narodowe, które nie zgadzają się na jakąkolwiek pomocą Ukrainie, właśnie ze względu na historię, której oni nie chcą uszanować. Sam osobiście w pewnym sensie zgadzam się z nimi. Dlaczego niby mielibyśmy pomagać ludziom, którzy czczą osoby odpowiedzialne za masakrę na naszych przodkach i jak Rosja w stosunku do Katynia nie chcą przyznać, że to ludobójstwo? Zresztą za każdym razem jak czytam jakiś artykuł dotyczący masakry na Wołyniu to zaciskam pięści z myślą, że chętnie bym im za to wszystko odpłacił. Dlatego rozumiem niechęć do ludzi należących do Prawego Sektora. Jednak po mimo tego, uważam, że taka postawa, nie pomagania Ukrainie w tym kryzysie byłaby

postawą charakteryzującą się krótkowzrocznością. Tu nie niestety chodzi o politykę, a w polityce czasem sentymenty i wszelkie urazy trzeba odłożyć na bok. Chodzi o to, że jeśli nie pomożemy Ukrainie to tym samym wesprzemy Rosję w jej oddziaływaniu na ten kraj. Albo patrząc inaczej, jeśli uda nam się przeciągnąć Ukrainę w stronę Zachodu to Rosja zostanie automatycznie osłabiona. Pewnie niejedna osoba nazwie mnie rusofobem, ale wystarczy spojrzeć na historię naszych stosunków z Rosją, które już od początku nie były najlepsze. Rosja wcale nie pogodziła się z utratą wpływów w Europie Środkowej. By sobie to zrekompensować tworzy właśnie różnego rodzaju międzynarodowe organizacje jak Unia Celna, w której skład miałaby właśnie wchodzić Ukraina. I widać, że Rosja jest zdeterminowana w swoim działaniu, co najlepiej ukazują ostatnie wydarzenia na Krymie. Chodzi tu o wzmacnianie rosyjskich sił na terytorium Krymu, poprzez przemieszczanie samolotów transportowych, śmigłowców, transporterów – ogólnie rzecz biorąc gromadzenie sprzętu wojskowego niezbędnego do prowadzenia działania militarnych. Każdy z przedstawicieli rosyjskiej władzy jedynie dementuje informację o tym, że jakiekolwiek wojska rosyjskie znajdują się na Krymie. Warto zwrócić uwagę na to jak szybko zareagowała Moskwa. W momencie kiedy było już wiadomo, że Janukow-

ycz stracił władzę Rosjanie zrozumieli, że muszą ruszyć z działaniem w celu ochrony własnych interesów. W tym przypadku chodzi o Krym na którym znajduje się port, będący miejscem stacjonowania rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. W tym momencie jest to jedyne miejsce gdzie na Morzu Czarnym flota rosyjska może zakotwiczyć. Własny port Rosjanie będą mieli dopiero w 2020 w Noworosyjksu, gdzie na razie trwa jego budowa. Najciekawszy w tym wszystkim jest jednak pretekst pod jakim usprawiedliwiają swoje działania Rosjanie, czyli w celu ochrony ludności rosyjskojęzycznej, która tak głośno krzyczy o pomoc do Moskwy. Putin rzecz jasna wspaniałomyślnie zamierza „wyzwolić” swoich rodaków od faszystowskich Ukraińców. Pretekst zresztą jest ten sam, jakim ZSRS posłużyło się 17 września 1939 roku, kiedy bez wypowiedzenia wojny Armia Czerwona wkroczyła na terytorium II Rzeczpospolitej. Tak dokonali „wyzwolenia”, że przez kolejne półwiecze mieliśmy do czynienia z okupacją sowiecką. Co więcej, jakby komuś nie wystarczał apel społeczeństwa, to oddziały rosyjskie – oficjalnie jest podane, że były to nieoznakowane oddziały uzbrojonych mężczyzn – zajęły parlament Autonomii Republiki Krymskiej w ramach zapewnienia „ochrony” posłów tam działających. Istotne jest to, że na zwołanym zaraz posiedzeniu wybrano nowego premiera Autonomii, który już oficjalnie poprosił Rosję o pomoc. Agresja Rosyjska jest efektem pobłażliwość zachodniej Europy, z którą mamy do czynienia praktycznie od upadku ZSRS. Moskwa pozwalała sobie na krwawe rozprawienie się z Czeczeńcami, Gruzinami, więc i teraz nie będzie miała skrupułów by zająć się Ukraińcami. Zachód jak zwykle sobie pokrzyczy, pogrozi sankcjami, a za kilka miesięcy, a może i wcześniej współpraca przede wszystkim gospodarcza wróci do pierwotnego stanu. Patrząc jednak z perspektywy Putina, to jego polityka jest całkowicie zrozumiała. Wszystko robi w interesie swojego kraju. Widzi, że Zachód daje mu szerokie poje do manewru to to wykorzystuje. 

s. 17


WYDARZENIA I OPINIE

Polska –

Disneyland dla paparazzi Pan Jacek Protasiewicz – eurodeputowany Platformy Obywatelskiej z Wrocławia, Jacek Kurski oraz były prezydent Lech Wałęsa – oto ostatnie gwiazdy polskiego Internetu, twarze nie schodzące z pierwszych stron serwisów plotkarskich, jednocześnie osoby publiczne i politycy wysokiego szczebla. Agnieszka Bar

Przypominamy: we wtorek wieczorem doszło do nieprzyjemnego incydentu na lotnisku we Frankfurcie. Jak poinformowała niemiecka bulwarówka, Jacek Protasiewicz, w stanie wskazującym na spożycie alkoholu, spowodował awanturę, w trakcie której zdołał się pochwalić swoją powalającą znajomością języka angielskiego („Were you ever in Auschwitz?”) oraz kulturą osobistą (zabierając pasażerowi wózek bagażowy sprzed nosa i obrażając obsługę z okrzykiem „heil Hitler!” na ustach). Gwiazda Protasiewicz przyznaje odważnie, że alkohol, owszem, pojawił się, ale cała reszta jest zmyślona i on ma to wszystko nagrane. Rząd polski, co ciekawe, wszedł na groźny ton, publicznie pogroził palcem i obiecał wyciągnięcie konsekwencji z zachowania wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Najwyraźniej niemieccy urzędnicy państwowi nie dają sobie w kaszę dmuchać. Gwiazda numer dwa - europoseł i wiceprzewodniczący Solidarnej Polski Jacek Kurski - zasłynął z kolei wrzucaniem do sieci „sweet foci z rąsi”, zrobionych na ukraińskim majdanie. Polityk wziął sobie chyba na poważnie zalecenia gimbazy co do podstawowych zasad życia społecznego. Jedną z pierwszych wytycznych jest właśnie zrobienie sobie takiej foci w jakimś popularnym miejscu, a potem opublikowanie jej na Facebooku albo Twitterze i całonocne

s. 18

“Jak widać, polityka

polska obserwowana przez prostego użytkownika portali społecznościowych traci wiele ze swojej domniemanej powagi. Rozwody, afery i skandale z udziałem polskich polityków mieszają się z kolejnymi newsami z życia bohaterów „Warsaw Shore”. czuwanie na lajki (z kroplami potu na czole). Gratulujemy, Panie Kurski, popularności mogą Panu pozazdrościć nawet królowe balu maturalnego i kapitanowie drużyn lacrosse; jest Pan bohaterem połowy memów w polskim Internecie. Na deser - znany i lubiany były prezydent RP, Lech Wałęsa, który w pełni korzysta z uroków dożywotniej pensji prezydenckiej. Niczym największe gwiazdy Hollywood zasypuje on sieć zdjęciami z drogich wakacji, dzielnie pozując półnago na plaży w Miami z kijeczkami do Nordic Walkingu. Jak przystało na legendę polskiej historii najnowszej, prezydenta Polski i laureata pokojowej nagrody Nobla, uznawanego za jednego ze stu najważniejszych ludzi stulecia - aktualne informacje o nim można znaleźć głównie na „Pudelku”.

Jak widać, polityka polska obserwowana przez prostego użytkownika portali społecznościowych traci wiele ze swojej domniemanej powagi. Rozwody, afery i skandale z udziałem polskich polityków mieszają się z kolejnymi newsami z życia bohaterów „Warsaw Shore”. Na językach mamy teraz kryzys w małżeństwie państwa Jaruzelskich (bo generał ma romans z gosposią), pijackie ekscesy i drogie wakacje co wyższych urzędników. Kandydujący do Europarlamentu to w dużej części celebryci z krwi i kości, prawdziwych polityków jest tam jak na lekarstwo. Nasz kraj powoli zamienia się w Disneyland dla paparazzi. Do dziś zadaję sobie pytanie, czy ten wszechobecny kretynizm lansowany przez obecne media jest wynikiem społecznej znieczulicy i ogłupienia, czy raczej jest to skomplikowany zabieg polityczny, mający na celu odwrócenie naszej uwagi od naprawdę ważnych wydarzeń. Jedno jest pewne – cokolwiek to jest, zaczyna działać na coraz szerszą skalę. Na koniec trzeba oddać honor panu Protasiewiczowi – w końcu przeprosił on za swoje zachowanie i zrezygnował z funkcji przewodniczącego kampanii wyborczej PO. Mimo wszystko, jego postawa wymaga dostrzeżenia, bo przecież mało który polski polityk przeprasza za swoje wybryki alkoholowe i inne. A przecież, jak wszyscy wiemy, było ich trochę. 


WYDARZENIA I OPINIE

Nikt patriotą się nie urodził

Agnieszka Bar

Przebywając w sobotę niemal cały dzień w „Namiotach” rozbitych na Krakowskim Rynku spędziłem dobre kilkanaście godzin w atmosferze absolutnego nasycenia Bohaterami Narodowymi. Każdy z nich, mimo że próbowano ich brutalnie uciszyć, krzyczał, że umiera za ojczyznę. Ich śmierć nie poszła na marne, a nam pozostał ich bohaterski wizerunek. Podobnie było ze mną, bo do tej pory widzę ich jako tytanów. Jednak oni zawsze tymi tytanami nie byli, urodzili się tacy jak my, tylko potem ich życie potoczyło się trochę inaczej.

Ilekroć widzimy zdjęcia naszych Bohaterów, myślimy: „ten to niezłomność miał we krwi.” Nie jest to jednak prawdą. Krew Fieldorfa, Maczka, Pileckiego jest tak samo czerwona jak nasza. Tak samo szybko tężeje gdy strupieją rany i tak samo jej utrata doprowadza do śmierci, gdy serce już nie ma co tłoczyć. Ten hart ducha i wielka wiara w ojczyznę oczywiście z powietrza też nie mogły się wziąć, nie jest też jednorazowym darem. Trzeba było to w sobie wypracować, a w najlepszym wypadku wyssać wraz z mlekiem matki. Od urodzenia można trafić na podatny grunt. Urodzić się w katolickiej, patriotycznej rodzinie, spędzać czas z rówieśnikami o podobnych poglądach, trafić na kogoś kto poprowadzi nas na początku. Jednak to na nic się zda, jeśli sami nie wyrazimy chęci do tego, by być takim samym jak pozostali. Tu wchodzą w grę rzeczy zupełnie abstrakcyjne i nieuchwytne. Bo jeśli wystarczyłoby żyć w takim środowisku, to oznaczałoby, że człowieka da się zaprogramować. Jednak do tego, by patriotyczna wola zaczęła się rozwijać, musi temu patriotyzmowi przyświecać jakiś większy cel. Miłości podobnie jak patriotyzmu nie da się nauczyć. Można ją poczuć od rodziców, wynieść ze środowiska, albo wypracować w pocie czoła samemu. Patriotyzm rodzi się podobnie, zresztą nie jest on niczym innym

“Temat walki o

niepodległość nie jest prosty. Ludzie oddawali życie za to, by inni mieli szansę na życie w wolnym kraju. Zrozumienie tego często przychodzi nam z trudem, a znajdą się tacy, co nazwą taką śmierć głupią. Co dopiero wprowadzić małe dziecko w te treści. jak miłością do Ojczyzny. Taki patriotyzm trzeba zasiać, a potem regularnie doglądać czy nie dziczeje. Jeden z organizatorów Dnia Pamięci dla Żołnierzy Wyklętych pochwalił się, że gdzieś w tłumie otaczającym namioty pojawili się jego rodzice. W sumie nic dziwnego, ale w tym wypadku musieli przejechać wiele kilometrów pociągiem. Gdy go zapytałem, czy jego rodzice też interesują się tematem Żołnierzy Wyklętych, odpowiedział krótko: „Skądś przecież musiałem wynieść swoją Miłość do Ojczyzny.” Wszędzie biegało mnóstwo dzieci.

Dopiero wtedy do mnie doszło, że gdzieś poza kadrem zamykającym się na flagi i twarze kombatantów wokół Namiotów Żołnierzy Wyklętych kręcą się całe rodziny. Jedne dzieci trochę mimowolnie czas spędzały na rękach rodziców lub w wózkach, inne trzymały się kurczowo ręki opiekunów i nieśmiało wskazywały na Polską Flagę, zdjęcia w galerii i młodych studentów w przebraniach z epoki. Te większe, same zaglądały, czytały i spotykały się z historią. Bogu dzięki, że mamy takich rodziców, którym chce się więcej niż tylko wychować dzieciaka na przyzwoitego człowieka. Temat walki o niepodległość nie jest prosty. Ludzie oddawali życie za to, by inni mieli szansę na życie w wolnym kraju. Zrozumienie tego często przychodzi nam z trudem, a znajdą się tacy, co nazwą taką śmierć głupią. Co dopiero wprowadzić małe dziecko w te treści. Jednak wszystko przychodzi małymi krokami. Oczywiście samo zabieranie dziecka na marsz i pokazywanie eventów, jak ten, który skończył się kilka godzin temu na krakowskim rynku jeszcze nic nie da. Jeśli dziecko widzi, że rodzic kraju nie kocha, to nikt nie zmusi go, by ono cokolwiek poświęciło w przyszłości na rzecz narodu. 

s. 19


TAKA

SYTUACJA

Takie są

młode Polki dziś Lecę. Jak zwykle spóźniona. Dobiegam do ulicy w moim smutnym mieście Polski południowej (reklamę sobie odpuśćmy...). Przechodzę przejściem podziemnym na którego końcu mijam grupkę nastolatek z pobliskiej szkoły

Aleksandra Brzezicka

– dwie z nich zaciągają się dymem papierosowym, pozostałe dzielą paczką chrupek, które sama doskonale pamiętam z mojego dzieciństwa. Ale biegnę dalej, bo autobus już czeka na płycie dworca. Płacę za bilet, siadam i obraz spotkanych dziewczyn uporczywie wraca w mojej głowie, wprawiając w uczucie zdumienia? Zażenowania?

Wcale nie dlatego, że papierosy nie są obce wspomnianym czternasto-, czy piętnastolatkom. Sama nie palę, ale od kilku lat chyba już wszyscy przywykliśmy do obrazu nastolatków zaciągających się publicznie dymem papierosowym. Znieczulica społeczna? Może. Ale jakże inaczej, skoro gimnazjalistka z mojego sąsiedztwa wraca do domu mijając domy sąsiadek, cioć i babć i ‘na bezczela’ pali fajkę przy ewidentnej aprobacie swoich rodziców – tych nowoczesnych, wszystko rozumiejących i w ogóle krejzi... Wcale też nie dlatego, że stoją w grupie – poruszanie stadne jest charakterystyczne dla młodych ludzi; ani nie dlatego, że jedzą chrupki – też je bardzo lubię. Prawdziwe combo daje dopiero połączenie chrupek i papierosów. Pierwsze – niekwestionowany symbol dzieciństwa, drugie – jeszcze dziesięć lat temu - metafora dorosłości. I w końcu refleksja – co o współczesnej dziewczynie mówi przywołany obrazek? Jaką – na jego podstawie – można projektować przyszłość dla tych jeszcze-dziewcząt, niebawem już – kobiet. Zagubione, zbuntowane, zawiedzione – takie są nastolatki dziś. Konieczność przynależenia do grupy, manifestowanie odmienności, kontestacja uznanych powszechnie

s. 20

“Zagubione, zbun-

towane, zawiedzione – takie są nastolatki dziś. Konieczność przynależenia do grupy, manifestowanie odmienności, kontestacja uznanych powszechnie wartości – potrzeby istniejące w wieku nastoletnim ‘jak świat światem’, wcale nie nowe produkty. wartości – potrzeby istniejące w wieku nastoletnim ‘jak świat światem’, wcale nie nowe produkty . Ale chyba współcześnie silniejsze, oddziałujące bardziej destrukcyjnie. Bez Boga, bez autorytetów, bez punktów odniesienia, bez sensu. W szumie informacji, sprzecznych przekonań i wyobrażeń o profilu współczesnej kobiety. Z silnym poczuciem rozdźwięku pomiędzy społecznymi oczekiwaniami (szkoła, mężczyzna, Kościół) i przyjmowaniem kolejnych ról. Zagubione. Wyrachowane, nastawione na

konsumpcję i hołdujące stylowi życia ‘byle do soboty’. Otoczone wianuszkiem mężczyzn, budujące swoje poczucie wartości na kanwie dyskotekowych komplementów i uniesień. W tygodniu sprawiające trudności wychowawcze uczennice gimnazjów i szkół średnich, w weekendy gorące kocice w małomiasteczkowych dyskotekach, w metrykach – nastoletnie matki dzieci bez ojców, w życiu – zrozpaczone młode kobiety, ulegające mirażom istnienia w warunkach, których nie mają siły zmienić. Złe złem czystym, zepsuciem diabelskim? A może skazane na życie pozbawione perspektyw w warunkach, które sprzyjają podejmowaniu konkretnych decyzji? (jak prostytucja, alkohol, używki, brak odpowiedzialności czy naiwne odwzajemnianie uczuć kogoś, kto zdaje się dawać szczyptę nadziei na lepsze jutro, rozpala iskierkę nadziei). Albo inne – dobrze ubrane, wykształcone w najlepszych szkołach w mieście i na dodatkowych kursach, w magicznych okularach znanej marki, które dodają polotu i inteligencji. Znają nowoczesne tendencje, są zorientowane w sprawach społecznych tej bardziej ucywilizowanej części kontynentu i świata. Znają swoje prawa, mają jasno określone cele i dążenia. Kolorowe i aktywne. W ręce kubek kawy, pod pachą książką


TAKA

SYTUACJA

“Bo jakich kobi-

et można by na ich podstawie oczekiwać? Co stanie się na przestrzeni najbliższych lat ze stereotypem i wyobrażeniem o matcePolce? O Polce-żonie? O Polce-katoliczce?. w intrygującej oprawie i nieskazitelny look. Wiedzą, jak być fashion. Godziny spędzone w butikach i na modowych blogach procentują. Dbałość o najmniejszy szczegół, o każdy włos, którego trajektorię ruchu można zaprogramować poprzez odpowiednie zabiegi i kosmetyki. Troska o ciało, wygląd, znajomości i bogate CV – tyle na horyzoncie codziennych zdarzeń i trosk. A w głowie i sercu pustka – życie na fali, życie na czasie, lub – posługując się maksymą Kazimierza Wyki – życie na niby. Zwiedzione medialnymi wyobrażeniami - o roli kobiety (feminizująca, samowystarczalna, spełniona zawodowo), o roli żony (zakwestionowanie jakości życia w związku sformalizowanym, sakramentalnym), o roli kochanki (konieczność bycia obiektem pożądania). TAKIE SĄ MŁODE POLKI DZIŚ. Uprzedzając głosy sprzeciwu, że generalizuję, że pomijam tysiące przykładów dziewczyn mądrych, dobrych, wrażliwych, etc., napiszę krótko – nie potrzebują lekarza (i diagnozy) zdrowi. Te może i nieco przejaskrawione obrazy współczesnych dziewcząt, nie rodzą niestety żadnych pozytywnych prognoz na przyszłość. Bo jakich kobiet można by na ich podstawie oczekiwać? Co stanie się na przestrzeni najbliższych lat ze stereotypem i wyobrażeniem o matce-Polce? O Polce-żonie? O Polce-katoliczce? Boję się prognozować.. 

s. 21


MYŚLI NIEKONTROLOWANE

Dla Jego

bolesnej Męki...

Maciej Puczkowski

Ze Złem spotykamy się na co dzień. Mogłoby się zdawać, że oswoiliśmy je sobie. Niekiedy staramy się z nim walczyć, innym razem usprawiedliwiać i wybielać. W skutek tego otwieramy się na jego działanie i doświadczamy jego przemocy. Przez świadomość swojej winy zwyczajnie wstyd nam uciec się do Boga, który jako jedyny potrafi nam pomóc. Jesteśmy nauczeni, że postawa zatytułowana: „jak trwoga, to do Boga” jest jednoznacznie niewłaściwa, a wiemy, że zaniedbaliśmy swoje relacje z Ojcem. Dlatego tak ciężko nam zakrzyknąć: zmiłuj się nad nami!

Jesteśmy winni. To prawda, którą należy sobie uświadomić. Jesteśmy winni grzechu, który popełniamy, więc i jego konsekwencji. Co prawda nie można powiedzieć, że każde cierpienie, które nas dotyka jest wynikiem naszego grzechu, bo przeczy temu choćby księga Hioba, jednak niejednokrotnie, wbrew Bogu, sami się wystawiamy na działanie szatana. Droga do wyzwolenia z winy jest tylko jedna, wiedzie przez sprawiedliwość i miłosierdzie. Przede wszystkim tylko człowiek łaknący i pragnący sprawiedliwości może dostrzec swój grzech. Sprawiedliwość obnaża zbrodnię, a miłosierdzie ją wymazuje. Nie ma więc wyzwolenia z grzechu bez miłosierdzia i nie ma miłosierdzia bez sprawiedliwości, gdyż nie można niczego wybaczyć bez wcześniejszego uznania winy. Niejednokrotnie popełniamy ten błąd, że sądzimy samych siebie, a jak wiadomo, nie możemy równać się z Bogiem ani w sprawiedliwości, ani miłosierdziu. Bagatelizujemy więc grzech, co naraża nas na niebezpieczeństwo, lub poddajemy się pokornie przemocy zła. Objawia się to w zwykłych codziennych upadkach. Nie przygotowaliśmy się na egzamin z powodu lenistwa lub zaniedbaliśmy cokolwiek

s. 22

“Przede wszystkim

tylko człowiek łaknący i pragnący sprawiedliwości może dostrzec swój grzech. Sprawiedliwość obnaża zbrodnię, a miłosierdzie ją wymazuje. Nie ma więc wyzwolenia z grzechu bez miłosierdzia i nie ma miłosierdzia bez sprawiedliwości, gdyż nie można niczego wybaczyć bez wcześniejszego uznania winy. innego, więc zgadzamy się na konsekwencje. Niekiedy właśnie pozostawanie na karze wymierzonej według ułomnej ludzkiej sprawiedliwości, gdy grzech został popełniony wobec Boga, może doprowadzić człowieka do duchowego bankructwa. Boimy się powrócić do domu Ojca, bo zaprzepaściliśmy jego majątek, bo nie było nas tam już wiele lat i trwamy w duchowej biedzie i rozpaczy “jedząc ze świniami”. Jesteśmy jak ten syn

marnotrawny. Tylko, że wspomniana przypowieść uczy nas, żeby wzorem marnotrawnego syna poddać się sądowi i ojcowskiej sprawiedliwości i nie opierać się jego miłosierdziu. Jakie więc możemy wysnuć wnioski? Kiedy trwoga, to do Boga - tym razem już bez nagany. Bo do kogo innego możemy się zwrócić? Nie możemy też zapominać, że tenże Bóg wziął na siebie nasze grzechy i je odkupił, inaczej mówiąc - poniósł za nas ich konsekwencje i wyrównał rachunki z Bożą sprawiedliwością. Dlatego istnieje inna droga niż picie naważonego przez siebie piwa. Można wziąć różaniec i modlić się: „Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata”. 

“Boimy się pow-

rócić do domu Ojca, bo zaprzepaściliśmy jego majątek, bo nie było nas tam już wiele lat i trwamy w duchowej biedzie i rozpaczy “jedząc ze świniami”


NIE

OGARNIAM

Igrzyska niezrozumiałej Kobiecości... s. 23


NIE OGA

NA MARGINESIE

Co prawda poziom mojego zmęczenia w tym momencie wykracza zdecydowanie poza dopuszczalną normę, nie wspominając o moim totalnie nie wyjściowym wyglądzie. Nie przeszkadza to jednak w żadnej mierze w tym, żeby dodać od siebie jeszcze kilka poskręcanych naprędce zdań. Więc mimo tego, że pisanie o kobiecym rozumowaniu wyczerpało moje najlepsze pokłady kreatywności i twórczości to tak na marginesie chciałbym dodać że.. …serialowa oferta Dwójki znów się powiększyła. Po nieudanej produkcji pokazującej życie i pracę strażaków, przyszedł czas na zaglądnięcie do rozpędzonej karetki. „Na sygnale”, bo tak brzmi tytuł nowego hitu, jest historią równolegle toczącą się do innego starego hitu, serialu Na dobre i na złe. Nie byłoby w tym nic ciekawego, bo serial nudny i kiczowaty, ale i tak najbardziej boli mnie fakt, że nawet zwykłe, sztampowe polskie seriale muszą czerpać pełnymi garściami z paradokumentalnego mięsnego jeża. Eh, chyba sobie pooglądam pierwszy sezon Klanu…

...ponadto chciałem zauważyć, że...

…coraz więcej czasopism zespala swoją ofertę, w związku z tym paleta tekstów pojawiających się w nich staje się coraz węższa. Jest to zapewne pewien symptom globalnej wąskiej specjalizacji, która ogarnęła rynek pracy, jak widać dotyka też prasy. Niedowiarkom i sceptycznie patrzącym na moją teorię pragnę przedstawić dowód koronny, rubin wśród szkiełek prawdziwą czarną Wołgę wśród Polonezów. Otóż Gazeta Wyborcza opublikowała dość szczegółowy, opatrzony wykwintnymi grafikami artykuł o tym jak prawidłowo wygrać na tronie. Tytuł niechybnie enigmatyczny, niestety ci co wciąż mają nadzieję, że temat nie dotyczy ciemnej strony toaletowych wypróżnień, muszą ją porzucić. W sumie ma to nawet praktyczne zastosowanie. Najpierw kupujemy Wyborczą w kiosku na rogu, potem skradamy się po ciemnych kątach żeby nikt nie widział, że ją niesiemy; wpadamy na swój domowy tron i dobieramy poziomy nachylenia zgodnie z wyznacznikami. Wtedy pozostanie pozwolić naturze działać i na koniec podetrzeć się tym co aktualnie mamy w ręku. To zdecydowane maksimum tego, na co ten dziennik może się komukolwiek przydać…

...ale nie zapominajmy, że...

…nie tylko luźnymi przemyśleniami

s. 24

Kilka dni temu miałem wątpliwą przy bardziej uciążliwych dni w pewnym

trząsać tematu jego stanu rozpadu jące niż grzyb w izbie przyjęć.

Chci

wicie na tym, że miałem wyjątkowo niewygodne to przesiadywałem na

Mariusz Baczyński

tałem.

Niestety uparłem się żeby dokończyć czytanie trylogii Igrzysk Śmierci. Mówi się, że im dalej w las tym więcej drzew, w wypadku książki wraz z kolejnymi pochłoniętymi stronami rosła we mnie radość, że już niedługo ta toporna epopeja się skończy. W sumie nic dodać nic ująć i mógłbym spokojnie tu postawić kropkę, pozostawiając niezręczny temat Igrzysk w spokoju. Niestety, już wcześniej zrobiłem coś wbrew rozsądkowi i zadałem sobie pytanie: dlaczego to takie słabe? Naprawdę nie ogarniam co ludzie w tej książce widzą. Niestety, mało co pamiętam z pierwszej części, drugą też tylko fragmentami kojarzę, trzecią podobnie. Widać mój mózg wypiera niechciane wspomnienia, bo ta książka jest co najwyżej przeciętna. Tu naprawdę ukłony w stronę Garrego Rossa, że wycisnął tyle mocy ze słów Suzann Collins. Więc z debilną upartością osła przebijałem się przez kolejne strony i wpatrywałem się z politowaniem na pożyczonego czytnika ebooków. Oczekiwałem cudu, który odmieni oblicze tych liter. Niestety nie nastąpił. Powiedzmy tak, pomysł zapowiadał się przyzwoicie, a okładka jest niezwykle zachęcająca. Niestety w żadnej mierze nie oddaje to zawartości, bo papierowa wersja trylogii Igrzysk to zupełnie co innego niż to, co pojawia się na ekranach kin. W moim odczuciu w tym wypadku, zupełnie co innego, oznacza tyle, co jakościowo dwie klasy niżej. Bo książka nie nadaje żadnego tempa wypadkom. Idziemy od zdarzenia do zdarzenia niesieni niezliczonymi przemyśleniami Katniss. No i może nie byłoby to takie złe, ale wytłumaczcie mi proszę, bo nie ogarniam, jak można podczas obrony przed atakiem jakąś tam maczetą robić

“Oto tok rozumowania

kobiety stanął przede mną otworem i ogarnął mnie lęk. Na szczęście tylko chwilowy, bo to przecież nie jest klucz do zrozumienia kobiet. Więc od tego się nie umiera. To tylko trzy tomy analizy, a może bardziej transkrypcji myśli kobiety.

retrospekcje i analizować jak to dobrze i przyjemnie było w dwunastym dystrykcie, jak łąka, na którą ojciec ją zaprowadzał była przyjazna, a łuki w pniach tak dobrze ukryte. Tak snują się przemyślenia Panny Everdeen, tu uwaga, nagle, po 3 stronach wracamy do owej maczety, Katniss wyciąga łuk oddaje strzał zabija typa i nie zdąży schować się na dobre w krzaczorach, a już wraca myślami do Gale i do tego jak jej mu go brakuje. Bogu dzięki, że nie mieli w tych swoich domkach żelazka i palników gazowych. Na pewno byśmy byli świadkiem jej rozważań nad wyłączeniem tego czy czegoś innego z prądu… Z drugiej strony, moja przyjaciółka, chwali sobie całość i poza jakimiś wyjątkami jest szczerze zachwycona tym co miała przyjemność przeczytać. Więc znów pojawia się pytanie dlaczego? I obawiam się, że nie chodzi tu o zwykłą różnicę gustów. Ona jest kobietą, ja facetem, a książka opowiada o przemyśleniach kobiety. Jak to do mnie w końcu dotarło, to musiałem usiąść


ARNIAM

NA MARGINESIE

yjemność spędzania bardzo długich i jeszcze szpitalu w południowej

Polsce. Nie będę roz-

u, bo wnioski mogą być jeszcze bardziej przeraża-

iałbym skupić się na zupełnie czymś innym, a miano-

o dużo wolnego czasu, a że łóżko było bezczelnie nim godzinami i dość sporo, jak na mnie, czy-

z wrażenia. Oto tok rozumowania kobiety stanął przede mną otworem i ogarnął mnie lęk. Na szczęście tylko chwilowy, bo to przecież nie jest klucz do zrozumienia kobiet. Więc od tego się nie umiera. To tylko trzy tomy analizy, a może bardziej transkrypcji myśli kobiety. Żeby to jeszcze bardziej spłaszczyć to wszystko toczy się na konkretnym przykładzie i obraca wokół rzeczywistych, oczywiście w świecie przedstawionym, zdarzeń. Nie jest to więc żadna esencja, ani tym bardziej instrukcja obsługi do kobiety. To bardziej ostrzeżenie dla mężczyzn: „To je kobieta, tego nie ogarniesz.” Jeśli odczytamy książkę w takim kodzie to ukażą się nam zupełnie nowe sfery ukrytych treści. Mamy bowiem kilka różnych rozterek życiowych nałożonych na siebie. Z jednej strony dwóch facetów jednocześnie walczy o względy wojowniczej nastolatki, z drugiej problemy rodzinne, no i z trzeciej całe zamieszanie związane z mordowaniem tych wszystkich ludzi na arenie. Nie ogarniam jak można łączyć to i rozkminiać jednocześnie, chlastając się o życie z gromadą trybutów i stadem śmierciomobilnych stworów. Jestem w ciężkim szoku, ale podziw względem kobiet jest równie przytłaczający. Jednak większa ilość połączeń nerwowych robi swoje. Ja mam problem z usmażeniem jajecznicy i jednocze-

“W tym świetle Ross

stał się marionetką popkultury i w damskie ciało Katniss włożył silnego męskiego śmiałka.

snym pilnowaniem trzyipółletniej siostry. A tu proszę. Bohaterka strzela, śpiewa i analizuje atuty adoratorów. Tu wspomni ojca, tam zatęskni za matką w międzyczasie ugotuje zupę, upoluje wiewiórkę i żeby było mało, to wyprosi namiętnymi pocałunkami wypasioną kolację od kasiastych sponsorów. A w tym czasie facet skończy co najwyżej ostrzyć dzidę. Ręce sama składają się do oklasków. W tym świetle Ross stał się marionetką popkultury i w damskie ciało Katniss włożył silnego męskiego śmiałka. Nie pozostawił na niej grama kobiecości, poza fizyczną, zewnętrzną warstwą. Żeby było śmieszniej wykastrował też Peetę Mallarka. Mam nadzieję, że prędko w tym się dżendery nie połapią, bo to przykład na płeć kulturową jakich mało. Problem w tym, że książka nie jest papką Hollywoodu, tylko czymś bardziej wartościowym, niestety w nieprzystępnej dla faceta formie. Przyjmuję więc za dobrą kartę to, co do mnie dotarło po przebiciu się przez te trzy tomy. Zupełnie nic z nich nie rozumiem, nie pojmuję jak tak można i co więcej nie ogarniam jakim cudem można przeżyć w miejscu gdzie zabija wszystko, myśląc, dumając i marząc tyle co Katniss Everdeen. Nie wiem na ile ta historia odzwierciedla, drogie Panie, Wasze rozterki życiowe. Choć na przykładzie własnych przeżyć śmiem twierdzić, że jest w niej sporo prawdy. Jednak proszę uwierzcie mi, jak do mnie dotarło, o czym ta książka tak naprawdę jest, czułem się niczym Kolumb wtykający hiszpańską flagę na Amerykańskim gruncie. Być może, że podobnie jak Kolumb mylę się o kilkanaście tysięcy kilometrów i mieszam Indie z Ameryką, ale nie wyprowadzajcie mnie z błędu, bo i tak nie ogarnę, a z tym co już mam to i tak ciężko było mi się oswoić. 

człowiek żyje. Tak to już bywa, że czasem jak dopadnie taka psychospołeczna idea, to nie puszcza przez długie tygodnie. Niestety takie ataki zdarzają się zdecydowanie częściej gdy kwitniemy w absolutnym nieróbstwie. Niestety, mój krótki aczkolwiek intensywny w niemiłe przeżycia, pobyt w szpitalu przyniósł takowe myśli. Tu z pomocą przyszła medycyna, w żadnej mierze z niczego nie chcę teraz kpić. To bardzo poważny problem, bo takie refleksje zatruwają życie dużo bardziej niż papierosy z azbestowym filtrem. Wracając do pomocnej medycyny. Jak tylko problem pojawił się na horyzoncie dostałem specjalne łóżko z symulacją materaca. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że chodzi o taki materac który wygląda normalnie, ale zamiast puchu czy gąbki wypełnia go powietrze. Niesprężone. Do tej pory czuje wszystkie siedem rurek, na których leżałem. Oj, wygodniej byłoby spać na stojąco… Na mrozie…

a na koniec krótko o tym, że…

…pożal się Boże profesor Środa wygłosiła dość kontrowersyjną teorię, która na dobre detronizuje zalety aktywnego trybu życia. Na szczęście i tym razem nie popiera tej teorii niczym solidnym poza swoim autorytetem i mocą tytułu naukowego. Zaczęła się ona niewinnie od dość przynudnawego wyliczania jakie to drogie były orliki i o ile więcej dobra dla ogółu dałby by świetliki, gdzie przyszłość narodu mogłaby doszkalać się w prawdziwych naukach tego świata. No jak widać, nic tu ciekawego nie odnajdujemy. Jednak prawdziwy cios w sport i pasję młodych ludzi nastąpił potem. Bowiem Pani Środa, wraz z koleżankami doznawały nieopisanych erotycznych przeżyć podczas Olimpiady. Jak to sama ujęła był to prawdziwy festiwal męskich pup… Na miejscu skoczków już do końca kariery skakałbym na stojąco. Myślę, że wiele następnych pokoleń męskich sportowców, dla własnego bezpieczeństwa zaprzestanie uprawiania sportów gdzie nieopatrznie można byłoby wypiąć się do kamery. To już byłoby na tyle. Prawdopodobnie nie każdy dozna łaski zrozumienia każdej mojej myśli. Niech dziękuje Bogu, jeśli ktokolwiek zrozumie choć jedną. Więc postawmy sprawę jasno, dokładnie tak, jak w bajce o nagim królu. Kto nie rozumie to głupi, a reszta niech przytakuje, zawsze to lepsze niż zagłębianie się w festiwal męskiej pupy.. 

s. 25


TEMAT

NUMERU

Dwie

Ĺ&#x203A;redniowieczne feministki

s. 26


TEMAT

Kajetan Garbela

NUMERU

W świadomości społecznej okres średniowiecza oraz kwestia stosunku Kościoła do kobiet są często postrzegane bardzo negatywnie, jako zacofane czy wręcz nieludzkie. Tymczasem bohaterki niniejszego tekstu to inteligentne i przebojowe kobiety, które nie dość, że zostały świętymi Kościoła Katolickiego, to jeszcze za życia cieszyły się sporą władzą oraz powszechnym szacunkiem otoczenia. Udowadniają, że niektóre stereotypy nie tak trudno obalić.

HILDEGARDA – MISTYCZKA I NAUKOWIEC

Hildegarda urodziła się 16 września 1098 roku w Rupertsbergu koło Bingen w domu frankońskiego rycerza Hildeberta von Bermersheim i jego żony Mechtyldy. W związku z tym, że była ich dziesiątym z kolei dzieckiem, rodzice postąpili z nią zgodnie z prawem dziesięciny – a więc oddali na służę Kościoła. Już w wieku ośmiu lat odesłano ją do Disibodenbergu na nauki do mniszki Judyty, przeoryszy tamtejszych benedyktynek, która miała zaszczepić w niej życie zgodne z regułą świętego Benedykta. Później duży wpływ wywarł na niej także spowiednik, a później sekretarz - ojciec Volmar, nauczyciel z tamtejszego klasztoru benedyktynów. Słaba fizycznie i mająca częste problemy ze zdrowiem, Hildegarda w trakcie nauki odznaczała się ponadprzeciętną inteligencją, wiedzę chłonęła bardzo szybko i potrafiła z niej umiejętnie korzystać. Poznała wówczas łacinę, zielarstwo i medycynę, nauczyła się liczenia, śpiewu oraz komponowania muzyki, zapewne zaczytywała się również w pismach ojców Kościoła oraz średniowiecznych autorów, których znajomość poświadczą jej późniejsze teksty. Posiadała większą wiedzę i umiejętności, niż większość ówczesnych uczonych mężczyzn. To wszystko przyniosło jej uznanie i szacunek także poza własnym klasztorem. Najlepszym tego przykładem jest fakt, że gdy w 1136 roku zmarła jej dawna opiekunka i przełożona Judyta, następczynią obwołano właśnie Hildegardę. Święta od trzeciego oku życia miewała wizje, w trakcie których rozmawiała z Bogiem. Początkowo

“Przełom nastąpił w

1141 roku, gdy Hildegarda ujrzała Boga, objawiającego się w ogniu i świetle, który kazał jej zapisywać wszystko to, co słyszy i widzi. Opowiedziała o tym swojemu zaufanemu spowiednikowi, który stwierdził, że taka jest wola Boża i należy ją wypełnić. znała je tylko siostra Judyta oraz ojciec Volmar, a większej rzeszy słuchaczy zaczęła się z nich zwierzać dopiero w momencie objęcia funkcji przeoryszy. Przełom nastąpił w 1141 roku, gdy Hildegarda ujrzała Boga, objawiającego się w ogniu i świetle, który kazał jej zapisywać wszystko to, co słyszy i widzi. Opowiedziała o tym swojemu zaufanemu spowiednikowi, który stwierdził, że taka jest wola Boża i należy ją wypełnić. Benedyktynka zaczęła wówczas spisywać dzieło, zatytułowane „Scivias”, co tłumaczy się na polski jako „Poznaj ścieżki Pana”. Ten tekst, powstały na podstawie prywatnych objawień, wywołał niemałe zamieszanie w ówczesnym Kościele – wieść o nim dotarła przez opata Disibodenbergu do Henryka, arcybiskupa Moguncji, który postanowił powiadomić o całej sprawie ojca świętego Eugeniusza III. Papież zaciekawił się działalnością nietuzinkowej mniszki i wysłał do jej klasztoru biskupa Albero z Verdun i opata Aldeberta, mających

zbadać autentyczność mistycznych widzeń. Ostatecznie na soborze w Trewirze na przełomie 1147 i 1148 roku ojciec święty pobłogosławił jej misji oraz pozwolił na spisywanie i rozpowszechnianie wizji. Niemały wpływ na tę decyzję miał wielki ówczesny święty i autorytet Kościoła, założyciel cystersów Bernard z Clairvaux, z którym Hildegarda nawiązała wcześniej korespondencję i który zachęcał ją do dalszej działalności. Owocem tych wydarzeń były trzy księgi: „Scito vias Domini” (“Poznaj drogi Pana”), „Liber Vita” (“Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” (“Księga dzieł Bożych”). Mając poparcie Stolicy Apostolskiej święta zdecydowała się nawet na subtelną krytykę ówczesnego duchowieństwa oraz postulowała zwiększenie roli kobiet w życiu społecznym – napisała zresztą tekst i muzykę do moralizującej sztuki „Ordo virtutum” (“O sztuce cnoty”) traktującej o tym właśnie problemie. Poza nią napisała także słowa i muzykę do ponad siedemdziesięciu pieśni, dwa żywoty świętych – „Vita sancti Ruperti” i „Vita sancti Disibodi”, egzegezę wyznania wiary św. Atanazego - „Explanatio Symboli S.Athanasii” oraz dzieła z zakresu medycyny, zielarstwa i mineralogii – „Subtilitates diversarum naturarum creaturarum”, dziś znane pod dwoma tytułami: „Przyrodoznawstwo” („Physica” lub „Liber simplicis medicinae”) oraz „O przyczynach i leczeniu chorób” („Causae et Curae” lub „Lieber compositae medicinae”). Jej twórczość spotkała się z wielkim zainteresowaniem w całej Europie. Duchowieństwo z biskupami na czele, rycerstwo, a nawet władcy, tacy jak cesarz Fryderyk Barbarossa,

s. 27


“Duchowieństwo

z biskupami na czele, rycerstwo, a nawet władcy, tacy jak cesarz Fryderyk Barbarossa, początkowo sceptycznie nastawieni do jej wizji – które zresztą niektórzy próbowali tłumaczyć migrenami – z czasem chętnie zapoznawali się z jej twórczością oraz rozpoczynali korespondencją znajomość ze specyficzną mniszką, zwaną Sybillą znad Renu lub Teutońską Prorokinią. początkowo sceptycznie nastawieni do jej wizji – które zresztą niektórzy próbowali tłumaczyć migrenami – z czasem chętnie zapoznawali się z jej twórczością oraz rozpoczynali korespondencją znajomość ze specyficzną mniszką, zwaną Sybillą znad Renu lub Teutońską Prorokinią. Jej wizje i proroctwa traktowano powszechnie jako pochodzące od Boga. Nawiązując w nich stylistycznie do wypowiedzi starotestamentalnych proroków, wzywała do nawrócenia, przypominała o świętości Eucharystii jako Ciała Pańskiego, godności kapłaństwa oraz świętości małżeństwa, pochodzących z ustanowienia samego Boga. Szczegółowo opisywała sens całej historii zbawienia, dzień Sądu Ostatecznego, dzieje i ziemską działalność Antychrysta oraz jego ostateczną klęskę. Jednak samo spisywanie wizji było dla niej niewystarczające, więc w wieku 62 lat rozpoczęła także podróże, w trakcie których prowadziła działalność kaznodziejską, do tej pory zarezerwowaną jedynie dla mężczyzn. Dwie z podróży miały miejsce w 1162

s. 28

TEMAT NUMERU roku, trzecia w latach 1161-1163, zaś czwarta w roku 1170. Hildegarda przemierzała wówczas przede wszystkim Niemcy, odwiedzając takie miasta, jak Moguncja, Wurzburg, Kitzingen, Bamberg, Trewir, Metz, Kolonia, Hirsau czy Zwiefalten. Głosiła licznym rzeszom wiernych kazania w miejscach publicznych oraz odwiedzała wspólnoty zakonne, które umacniała w powołaniu oraz służbie Bogu. W 1163 roku po raz drugi spotkała się w Mainz z cesarzem Fryderykiem, który wystawił wówczas specjalny dokument, na mocy którego obejmował jej nowy klasztor specjalną opieką. Idąc za głosem jednej z wizji, oddzieliła swoją wspólnotę od klasztoru męskiego – dotychczas w Disibodenbergu dzieliły one jeden budynek – i przeniosła siostry do nowej siedziby, ufundowanej zresztą przez jej rodzinę we wsi Rupertsberg. Później także, jako pierwsza kobieta stworzyła w 1165 roku nowy klasztor w Eibingen. Opierając się na platońskiej teorii czterech współistniejących ze sobą żywiołów, których odpowiednie relacje i proporcje zapewniają porządek i odpowiednie funkcjonowanie świata, święta postrzegała człowieka jako jedność czterech składników: boskiego, kosmicznego,

cielesnego i duchowego. Aby doprowadzić do szczęścia duchowego oraz zdrowia fizycznego każdego z nas, powinny one pozostawać w nieustanej równowadze i harmonii. W tym celu należy na początku osiągnąć pełną ich świadomość i wejść w kontakt z każdym z elementów, a więc po prostu dobrze poznać istotę swojego człowieczeństwa. Co ciekawe, Hildegarda zerwała także ze średniowiecznym pojmowaniem chorób i innych nieprzyjemnych doświadczeń jako kary Bożej – według niej miały to być szanse, jakie Bóg daje człowiekowi na zharmonizowanie swojej istoty, powrót na drogę świętości i szczęścia. Droga do pełni życia wiąże się dla niej także z rozwinięciem wrażliwości duchowej oraz przyjęciem uświęcającej łaski Boskiej. Ma się to odbyć poprzez ufne otwarcie się na osobowego Boga, dawcę życia i twórcę idealnego, pełnego harmonii świata, naznaczonego niestety piętnem grzechu, który wyprowadził całość stworzenia z wrodzonej równowagi. Człowiek został ponadto wybrany przez Boga jako współtwórca jego dzieła stworzenia i kreacji świata materialnego, za który jest odpowiedzialny i o którego prawidłowy rozwój powinien dbać. Przejawem boskiej energii twórczej w człowieku miało być dla niej np.


TEMAT NUMERU natchnienie, którym kierują się artyści. Szczególnie muzykę uznawała za boski dar, który pozostał dla ludzi wspomnieniem utraconego, rajskiego piękna. Święta była świadoma tego, że Bóg wybrał ją, prostą i chorowitą kobietę, aby poprzez zgłębienia tajników nauki oraz odpowiednie odczytywanie wizji mogła ewangelizować świat, głosząc mu dobrą nowinę o życiu człowieka oraz miłości Stwórcy do niego. Hildegarda zmarła 17 września 1179 r. w klasztorze w Rupertsbergu, po czym siostry pochowały ją w kościele parafialnym w Einbingen, którego obecnie jest patronką. Rankiem w dniu jej śmierci wielu mieszkańców okolicznych wiosek miało widzieć na niebie wielki, świetlisty krzyż, który stopniowo malał, aż zniknął ponad dachem klasztoru, którego przeoryszą była święta. O popularności tej postaci może świadczyć fakt, że tworzenie jej dobrze udokumentowanej biografii zostało rozpoczęte jeszcze za jej życia. W latach 1174-1175 rozpoczął pisanie życiorysu Hildegardy mnich Gottfried , zaś dzieła dokończył w latach 1180-1190 mnich Theoderich. Proces kanonizacyjny rozpoczął się w 1227 roku i z niewiadomych przyczyn nie został doprowadzony do końca.

Mimo tego, została ona już w XIV w. umieszczona w martyrologium jako święta Kościoła, zaś jej wspomnienie dodano do kalendarza liturgicznego w 1971 roku. Ostatecznie ojciec święty Benedykt XVI 10 maja 2012 roku poprzez kanonizację równoważną (rozszerzenie dotychczasowego miejscowego i nieoficjalnego kultu na cały Kościół) oficjalnie wpisał przeoryszę benedyktyńską Hildegardę z Bingen w poczet świętych Kościoła Katolickiego. 7 października 2012 roku ze względu na jej znaczny wpływ na rozwój Kościoła oraz myśli chrześcijańskiej został ona ogłoszona doktorem Kościoła Powszechnego. Jest ona także patronką języka esperanto, językoznawców i naukowców

JADWIGA ŚLĄSKA – OD WPŁYWOWEJ KSIĘŻNEJ DO POKORNEJ ZAKONNICY

Jadwiga przyszła na świat najprawdopodobniej między 1178 a 1180 rokiem w rodzinie hrabiów bawarskiego Andechs, Bertolda VI oraz Agnieszki Wettyńskiej. Miała czterech braci i trzy siostry, z których jedną wydano za króla Francji Filipa, drugą za króla Węgier Andrzeja, a trzecia wstąpiła do klasztoru benedyktynek w Kitzingen nad Menem.

“Samo spisywan-

ie wizji było dla niej niewystarczające, więc w wieku 62 lat rozpoczęła także podróże, w trakcie których prowadziła działalność kaznodziejską, do tej pory zarezerwowaną jedynie dla mężczyzn. Tam też później wysłano Jadwigę w celu pobierania nauk. W tym znanym wówczas ośrodku kulturalnym i naukowym przyswoiła ona łacinę, zgłębiała tajniki Pisma Świętego oraz pism Ojców Kościoła, jak również nauczyła się takich przydatnych umiejętności, jak opieka nad chorymi czy haft, które należały wówczas do kanonu umiejętności panien z dobrych domów. W 1190 roku rodzice wysłali ją na dwór księcia wrocławskiego Bolesława Wysokiego, gdzie miała zostać żoną jego syna, Henryka zwanego później Brodatym. Miała wtedy prawdopodobnie zaledwie 12 lat, co jednak nie było niczym nadzwyczajnym w ówczesnej Europie. 8 listopada 1202 roku jej mąż przejął po zmarłym ojcu władzę w księstwie wrocławskim. Później udało mu się także zdobyć władzę nad większością Śląska i Wielkopolski oraz ziemią krakowską, dzięki czemu stał się najpotężniejszym księciem polskim. Henryk i Jadwiga tworzyli bardzo udane małżeństwo, przez ostatnie 28 lat wspólnego życia byli związani ślubem czystości, złożonym w 1209 roku przed biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Ona miała wówczas ok. 30 lat, on – około 45. Właśnie w związku z tym ślubem Henryk zapuścił brodę, której nie golił aż do śmierci, i w związku z którą powstał jego przydomek. Owocem ich wcześniejszego pożycia było aż siedmioro dzieci - Bolesław (ur. ok. 1194), Konrad (1195), Henryk (1197), Agnieszka (ok. 1196), Gertruda (ok. 1200), Zofia (przed 1208)

s. 29


TEMAT

oraz najmłodsze, nieznane z imienia, zmarłe prawdopodobnie niedługo po narodzinach w 1208 roku. Na wrocławskim dworze obowiązywał język polski, którego Jadwiga musiała się nauczyć. Wspólnie z językiem przejęła także polskie obyczaje i stała się prawdziwą opiekunką ludu. Potrafiła swoja delikatnością i urokiem oczarować Henryka, który często przystawał na jej sugestie i pozwalał decydować w sprawach poddanych. Z drugiej strony, władca bardzo martwił się ascetycznym stylem życia małżonki, odmawiającej sobie wszystkich godnych księżnej luksusów, które zastępowała np. noszeniem włosiennicy i częstymi postami. Pewnego dnia miarka się przebrała – książę widząc, ze sam nic nie zdziała, udał się do jej spowiednika i nakazał mu, by ten wymógł na Jadwidze noszenia obuwia. Sama księżna chodziła boso – wszak luksus butów był jej zbędny, a można je było spieniężyć i obdarować tą sumą biednych. Jakie było zdziwienie Henryka, gdy po spowiedzi spotkał żonę, noszącą co prawda buty, ale w ręce, zawieszone na sznurku! Dużo bardziej niż o swój komfort, Jadwiga troszczyła się o to, by poddani męża nie byli zbyt-

s. 30

NUMERU

nio uciskani podatkami czy innymi daninami, aby sprawowano sprawiedliwe sądy i nie dopuszczano się tak częstych wówczas rozbojów czy naruszeń prawa. Rozdawała ubogim jedzenie, często poświęcając na ten cel zapasy zamku wrocławskiego. Utrzymywała kilka szpitali, m. in. w swojej wrocławskiej rezydencji, w Środzie Śląskiej czy Trzebnicy, gdzie osobiście opiekowała się chorymi i ubogimi. Podobnie robiła zresztą w trakcie licznych podróży po państwie swojego męża. Wspierała ubogich uczniów wrocławskiej szkoły katedralnej, zaś kary śmierci zamieniała więźniom na roboty, najczęściej przy stawianiu nowych kościołów. Jej dwór słynął z dobrych obyczajów i religijności, zaś sama księżna troszczyła się osobiście o potrzeby służby. Swoje oszczędności przeznaczała na wyposażenie kościołów w naczynia liturgiczne i przedmioty kultu, sama także, wspólnie ze swoimi dwórkami, szyła i haftowała liczne szaty liturgiczne, który także obdarowywała liczne świątyni. Mimo tak przykładnego życia, los nie oszczędził świętej cierpienia i upokorzeń. Gdy w 1229 roku jej mąż dostał się do niewoli księcia mazow-

ieckiego Konrada, Jadwidze udało się doprowadzić do jego uwolnienia dopiero po tym, jak przyszła pieszo z Wrocławia do Czerska i rzuciła się do nóg władcy Mazowsza. Sam Henryk zresztą, przez większość życia wzór sprawiedliwości i pobożności, w chwili śmierci pozostawał obłożony klątwą za przywłaszczenie sobie mienia kościelnego. Spośród jej dzieci wieku dorosłego doczekali tylko Henryk i Gertruda - Bolesław zmarł pomiędzy 1206 a 1208 r., Konrad w 1213 r., a Agnieszka i Zofia przed 1214 rokiem, o podobnym losie najmłodszego już wspominaliśmy. Z kolei Henryk, który w 1238 roku przejął po ojcu władzę w księstwie wrocławskim, zginął tragicznie już trzy lata później w trakcie bitwy z Tatarami pod Legnicą. Przeciwnicy odcięli mu głowę, którą później nabili na włócznię i paradowali z nią pod murami Legnicy, w której ukrywała się także Jadwiga. Odnalazła ona później na pobojowisku ciało syna – według legendy rozpoznała je po sześciu palcach u stóp, które miały wyróżniać księcia od reszty rodziny. Jej siostra Gertruda została podstępnie zamordowana, a druga – Agnieszka – poślubiła króla Filipa Augusta


TEMAT NUMERU

“W klasztorze trzeb-

nickim Jadwiga zmarła 15 października 1243 roku. Już w momencie śmierci była powszechnie uznawana za świętą tak przez swoje współsiostry, jak i dawnych poddanych oraz władców piastowskich. bez zgody papieża (opuścił on swoją wcześniejszą żonę) co wywołało ogromny skandal. Po śmierci męża w 1238 roku Jadwiga przeniosła się do założonego przez siebie trzydzieści pięć lat wcześniej klasztoru cysterek w Trzebnicy na północ od Wrocławia. Ksienią, czyli przełożoną klasztoru była wówczas jej córka Gertruda, która przyjęła śluby zakonne owdowiałej matki. Ta zaś jeszcze gorliwiej oddawała się postom, mocnym pokutom, całonocnym czuwaniom i modlitwom, jednocześnie angażując się aktywnie w życie wspólnoty zakonnej. Klasztor trzebnicki bowiem już w momencie fundacji był przez Jadwigę pomyślany jako miejsce

azylu i schronienia dla wdów, kobiet samotnych, schorowanych, lub też córek z wielodzietnych, ubogich i najczęściej chłopskich rodzin, które nie zawsze stanowiły dobrą partię dla okolicznych kawalerów i często nie mogły liczyć na odpowiednie wsparcie ze strony najbliższych. Tam miały one zapewniony dach nad głową, opiekę medyczną, mogły wyedukować się na całkiem wysokim poziomie oraz pracować na swoje utrzymanie czy to pracą w polu, czy m. in. przy szyciu i haftowaniu naczyń liturgicznych. Trzebnica jest więc doskonałym przejawem troski księżnej nie tylko o życie duchowe, ale i materialne swoich poddanych, szczególnie kobiet, których pozycja w średniowieczu była niższa niż mężczyzn i które pozostawione same sobie były praktycznie skazane na tragiczny los. W klasztorze trzebnickim Jadwiga zmarła 15 października 1243 roku. Już w momencie śmierci była powszechnie uznawana za świętą tak przez swoje współsiostry, jak i dawnych poddanych oraz władców piastowskich. Ci ostatni, zachęceni trwającym wówczas i zmierzającym do szczęśliwego zakończenia procesem kanonizacyjnym biskupa krakowskiego Stanisława, postanowili za pośrednictwem biskupów polskich wystarać się u papieża o wyniesienie Jadwigi na ołtarze. Sprawa była o tyle łatwa, że na Stolicy Apostol-

skiej zasiadał wówczas Urban IV, który wcześniej jako legat papieski odwiedzał Wrocław i zetknął się z powszechnym szacunkiem i czcią, jakim obdarzano księżną. Urban zmarł jednak przed zakończeniem procesu kanonizacyjnego, który dokończył jego następca, Klemens IV, ogłaszając 26 marca 1267 roku w dominikańskim kościele w Viterbo Jadwigę, żonę księcia wrocławskiego Henryka świętą Kościoła Katolickiego. Jej kult stał się szybko popularny na Śląsku, gdzie był mocno propagowany przez lokalnych władców i duchowieństwo, a później także w Niemczech i Czechach. Do jej grobu pielgrzymowali wielcy tego świata, jak chociażby król polski Władysław Łokietek oraz król Węgier Maciej Korwin. W 1680 roku na prośbę króla Jana III Sobieskiego Watykan rozciągnął kult Jadwigi na cały Kościół Katolicki jako jedynej polskiej świętej. Nawet nieprzychylny Polakom i katolikom król pruski Fryderyk Wielki ufundował w Berlinie w 1773 roku katedrę katolicką pod jej wezwaniem. Jest ona patronką Śląska oraz Polski oraz pojednania polsko-niemieckiego, w ikonografii przedstawia się ją najczęściej w habicie cysterskim, z mitrą książęcą na głowie, z butami i/lub modelem kościoła w rękach. 

s. 31


TEMAT

NUMERU

Kobieta,

jako przyczyna

nieszczęść mężczyzny

Marcin Dryja

Kobieta... Pomijając etymologię tego słowa, która w języku polskim, odsyła nas do steranej pociągowej „kobyły”, wyraz ten niesie ze sobą wiele pozytywnych skojarzeń. Z matczynym ciepłem i troską przy opatrywaniu stłuczonych kolan, z babcinymi wypiekami w święta, z cierpliwością podczas odrabiania prac domowych, z czułością przy czytaniu bajki na dobranoc, z koncentracją nad kiełkującymi zainteresowaniami, dbaniem o schludny język i przyodziewek, aż w końcu z euforią pierwszego pocałunku, z solidarnością powierzanych tajemnic, z pierwszym „chodzeniem”, czyli doświadczaniem pełniejszego wymiaru człowieczeństwa, z dzieleniem się i poświęceniem dla drugiej osoby, z opieką i oddaniem.

Wcześniej, przed opuszczeniem rodzinnego Siedliszcza, termin ten, służy nam mężczyznom/ chłopcom przede wszystkim do określania płci - wytyczania jednej z najbardziej pierwotnych granic, służących opisowi, rozpoznawaniu otaczającego nas świata. Dopiero potem, kiedy wiek, zwyczaje, konwenanse czy też inny „los”, rzuca nas dalej, głębiej w wir kotłującej się rzeczywistości, zauważamy, że nie tylko mama i babcia są kobietami, że jest ich wiele więcej, a ów określnik przybiera na znaczeniu i rozrasta się do rozmiarów zjawiska, noszącego w sobie specyficzne cechy, tworzącego swoisty autonomiczny mikrokosmos, funkcjonujący w ramach naszego wspólnego świata, rządzący się swoimi prawami oraz patrzący na wszystko „nieco” inaczej. To z kolei, buduję zainteresowanie i przestawia percepcję na inne tory, nakazuje wrażliwość względem tej „innej” istoty, karze badać, poznawać, być czujnym, a po pierwszym zaspokojeniu ciekawości, jak przy rozsmakowaniu w używce czy adrenalinogennym hobby, wzbudza tęsknotę i coraz większe pożądanie. Daje energię do działania, rozbudza kreatywność, ale tylko i właśnie po to, aby mieć jej – kobiety – coraz więcej.

s. 32

“Andrei Makine,

pisał we „Francuskim Testamencie”, że męskie dojrzewanie to przechodzenie ze stanu spokoju w stan permanentnego myślenia o kobietach. To oznacza rewolucję. Andrei Makine, pisał we „Francuskim Testamencie”, że męskie dojrzewanie to przechodzenie ze stanu spokoju w stan permanentnego myślenia o kobietach. To oznacza rewolucję, a jak wiemy z historii, każda rewolucja niesie ze sobą ofiary. W tym konkretnym wypadku kozłem, staję się zainteresowany, dający się ponieść własnej ochocie i wybujałej imaginacji, „budującej gmach z nieistniejących cegieł”.

GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE, TAM BABĘ POŚLE

Pierwszy „nowy ląd”, jaki otwiera przed nami swoje podwoje po opuszczeniu domu, to szkoła. Ale na początku nie jest źle. Wręcz przeciwnie, początek jest bardzo dobry. Jako „nieświadomie doskonali”, w opozycji do „świadomie niedoskonałych” dorosłych – jak możemy wyczytać w podręcznikach jogi – i nieskażeni jeszcze deformującym doświadczeniem kultury, odbieramy rzeczywistość w sposób prosty i dosłowny. Nie tylko my. Wszyscy. „Venusjanki” nie są jeszcze żadną zagadką do rozwikłania, żadną mistyczną tajemnicą – innym światem, w który można się wedrzeć z konkwistadorskim zapałem, po to by zagarnąć dla siebie jak najwięcej ezoterycznych nowości – kolorowych błyskotek, których w prostej realności męskiego rodzaju nijak doświadczyć nie podobna. Dopiero uczą się nią być. I wszystko jest nieskomplikowanie piękne: uśmiech oznacza sympatię lub uznanie, drwina - drwinę, wola pożyczenia zeszytu – przymus odpisywania, krótkie urywane spojrzenia – plamę po keczupie na nowej, wypasionej bluzie z kapturem. Potem, razem z buzującą omnipotencją hormonalnego chaosu i


TEMAT

nowopoznawanej literatury pięknej, przychodzi owa rewolucja. I zaczyna się... Krokodyla daj mi luby... Ze względu na osobliwe upośledzenie męskiego umysłu, który ma tę zabawną właściwość, że bardziej przejmuje się i lepiej przyswaja wszelkie możliwe abstrakcje, stajemy się budowniczymi mrzonki, w której wszystkie białogłowy, już na starcie stają się dla nas Danusiami Jurandównymi, Penelopami z „Odysei”, Wandami, co nie chciały Niemca, czy innymi Joannami D’Arc. A jak już ją zbudujemy to rozsiadamy się w niej wygodnie, z niesamowitą satysfakcją i samozadowoleniem sybaryty i ciężko nas z tego regresu wyciągnąć. Wkraczamy w mroczny okres „cierpień młodego Wertera”, w którym wszystko okazuje się bardziej skomplikowane niż być powinno, bo niezgodne z jedynym słusznym światopoglądem. Naszym światopoglądem. „A jak to możliwe żebym ja się pomylił?! To przecież niemożliwe!”. Bardzo ważnym dla późniejszego totalnego pogrążenia lub też przejrzenia na oczy, staje się moment pierwszego zakochania, pierwszej walki o niewieście względy. I tutaj właśnie dojść może do wielu groteskowych sytuacji, do komicznego wyolbrzymiania, deformacji przy konfrontacji lotnych, ikarowych pragnień z twardą, ziemską rzeczywistością.

NUMERU

Możemy, jak biblijny Adam, z potrzeby towarzystwa, wziąć i zakochać się w pierwszej, jaką ześle nam Przedwieczny. Bez wybrzydzania. I bum! Lilith we własnej osobie! Zacietrzewiona, złośliwa, samodzielna, słowem autarkia, której ulubionym zajęciem jest udowadnianie męskiej zbędności i słabości. Nie pomoże przekonywanie, ogłada, cierpliwość. Jesteś bratku chwastem w ogrodzie i koniec! „Bo Kopernik też była kobietą! I Maria Curie-Skłodowska, co wynalazła Polonię! I Margaret Thatcher – najtwardszy mężczyzna w rządzie. I Maria Awaria!”. W takim wypadku można wybrać jedną z dwóch dróg. Jedna to droga mniszego podporządkowania, dzięki której, jak skośnoocy akrobaci z klasztoru Shaolin, wyrobimy w sobie wolę, pokorę, wytrwałość i zdolność do znoszenia skrajnych trudów. Druga to droga ewakuacyjna. Ten wybór, z kolei, wiąże się z późniejszym, koleżeńskim wytykaniem palcami, wyrzutami, a w skrajnych przypadkach odbieraniem smsów z pogruszkami, czy też nawet przemocą fizyczną. Aczkolwiek zemsta owa nie będzie kontynuacją poprzednich złośliwości, tylko wyrazem żalu, bo tak naprawdę Lila potrzebuje Adasia. Ale jest on zdecydowanie wyborem słusznym, ponieważ zdrowszym. I

wówczas możemy dostać kolejną szansę. Tak jak nasz Adam. Z podobieństw skłonności, zainteresowań i wrażliwości, które symbolizuje żebro i jego cudowna obróbka („kościanika artystyczna”), wyłoni się prawdziwa perła, biały kruk, nowy ląd na mapie introwertycznego świata albo zaginiona Atlantyda – Ewa! Od razu wzbudzi zaufanie. Bo delikatna, subtelna, grzeczna, złotousta i taaaaaaaaaaka ładna! „Nie to, co ta Lili… Fuj!”. Będziemy chodzić za nią krok w krok – trzymać się za rączki, śpiewać piosenki, urządzać pikniki pod rajskim niebem, układać panegiryczne wierszyki i tak dalej. Aż w końcu pojawi się paskudny wąż, jego zakazany owoc i: „Won z Edenu!”. I już będzie można tylko pluć sobie w brodę. W międzyczasie, urośniemy o kilka centymetrów, windując głową ponad poziom najniższego wzrostem opiekuna i nabierając przekonania, że progres intelektualny jest wprost proporcjonalny do tegoż. Dojdziemy do wniosku, że oto przyszła pora na stawianie własnych wymagań zastanej realności. „Bo przecież znam tabliczkę mnożenia do stu, czytam Tuwima, sam coś tam skrobię od czasu do czasu, chodziłem z Kryśką, no i wygrałem zawody w ping ponga!”. Postanawiamy, że od tej pory selekcja wybranki serca będzie przebiegała pod znakiem rygorystycznych wytyc-

s. 33


TEMAT

znych. Bez pardonu i mydlenia oczu, wręcz z notesem w ręce – na zimno, z wyrachowaniem. Przecież serce to tylko słabowity sługus, którym możemy pomiatać według własnego uznania! Będzie, zatem i szczera do bólu i tajemnicza, bardzo piękna, pewna siebie i skromna jak „Dziewczynka z zapałkami”, szatańsko inteligentna, ale zarazem prosta, towarzyska i lubiąca domowe zacisze, rozgadana i cicha, konsekwentna w postanowieniach, ale ugodowa, aktywna i bierna, czarna i biała, wesoła i melancholijna, „Flip i Flap”, no i twórcza, byle nie grała za dobrze w ping ponga. Będziemy głosić ten pogląd z zapałem neofity, a jego sztandar będzie furczał najgłośniej w każdej dyskusji, jak strzępiony wytrwale język. Do czasu, aż z plastyka, przepiszą do naszej klasy… Desdemonę! Czarującą, olśniewająco wygadaną, rażąco subtelną, ekstrawagancko urodziwą i nonkonformisty-

s. 34

NUMERU

cznie uzdolnioną. Wówczas jak banda Shaekspeare’owskich bohaterów, zaczniemy prześcigać się z kolegami w przywdziewaniu baraniej skóry – rzucaniu kwiatów pod trampki firmy „Nike”, wycinaniu serduszek na korze drzew, uniwersalnym scyzorykiem „Victorinox” i śpiewaniu rzewnych piosenek zespołu Myslovitz w akompaniamencie rozstrojonej gitary, tuż pod jej najpiękniejszym w świecie oknem, najpiękniejszym balkonem, od strony najpiękniejszego ogrodu i płotu... A wymagania zdradzimy jak wyrodny Tristan króla Kornwalii Marka. I kiedy żadne staranie nie dojdzie do skutku, plany spalą na panewce i zbraknie nam sił, pomyślimy: „To wszystko przez nią! Coś kombinuje ta poczwara wenecka!” i klops! Wobec tego spadnie na nas cierpienie, jak lawina głazów, i zaleje melancholia jak potop septemptrionów. Nic i nikt nie będzie w stanie nas od tego wybawić. Chyba, że… Puffff! Scenę zasnuwa mgła cudowna, w głowie zaczyna wirować do rytmu skocznego punk rocka. Na przemian czerń i biel, czerń i biel, aż w końcu przez okna powiek, doleci do nas powiew świeżości w postaci upragnionej tradycjonalistki. „Na imię ma Pani, a na nazwisko Bovary. Wiąże z Tobą ogromne nadzieje, bo pragnie w życiu stałości, uczuć i ciepła.” Jak ryba na haczyk, damy się skusić wizji tłuściutkiej, „prorodzinnej” sytości, w której związek z drugim człowiekiem, staję się garkuchnią i tanim motelem, przytulnym zaułkiem, gdzie możemy wzuć na stopy ciepłe papcie, usiąść przed telewizorem i nie przejmować się zupełnie niczym. Zawierzymy ślepo, bo przecież tak jest wygodniej. „A co ja będę… Ja już przecież jestem (Wystarczy!), to i reszta ma być! W „Panu Domu”, tak pisało. Amen!”. Tymczasem nasza „P.” w poczuciu frustrującego niespełnienia i krzywdy wynikającej z niemożliwości przemiany połowca w maszynkę do spełniania zachcianek, zacznie powoli zdejmować z twarzy maskę wygodnickiego teatrzyku. Rozsierdzi się jak syn Tuhaj – bejowy, zapali jak sucha strzecha, wybuchnie niczym sycyli-

jska Etna i przepoczwarzy z motyla w larwę paskudną. Od tej pory dni wspólne będą upływać nam, z jednej strony i perspektywy fotela w pokoju gościnnym, na braku zrozumienia, poznawczej obojętności i naiwnym usprawiedliwianiu, a z drugiej, na pretensjach, bezsilnej złości i wszechogarniającym smutku… Ach, wyobraźnia!

BABA Z WOZU... A PRZED NAMI POD GÓRKĘ

I przekraczamy próg dorosłości... Niektórzy skocznie na jednej nodze, niektórzy na klęczkach, inni wypracowując żabią perspektywę... W szufladzie mamy świadectwo maturalne, na ramieniu torbę zamiast plecaka, w głowie własny gust i ulubione cytaty z filmów, w ustach prawa, a „gdzieś” obowiązki, w sercu... Chaos! O taaaaaaaaaki! Jedziemy na piwo z kolegami, żeby to wszystko jakoś ogarnąć. Zapytać o zdanie innych „uczonych i doświadczonych” mężów. Posłuchać i podpatrzeć. I kiedy w ferworze walki doświadczeń teorii z doświadczeniami praktyki, słońce zacznie chylić się ku zachodowi jak głowa Zbyszka siedzącego naprzeciwko, ku blatowi stolika, nawiedzi nas myśl świeża jak poranne drożdżówki w „Awiteksie”: przecież gdyby nie Lilith, to Adam – filister, nie wyrobiłby w sobie gustu. Gdyby nie Ewa, tonąłby w odmętach debilizmu, z uśmiechem na twarzy mijając każdego dnia szansę na „poznanie”. Gdyby nie Desdemona, nie nauczyłby się walczyć o własne marzenia, starać się, a ponad to trzeźwo oceniać szanse na powodzenie. I wreszcie, gdyby nie dwulicowa „Pani” marząca o wielkim państwie, nie odróżniałby ziarna od plew.” Przypominamy sobie stary banał, mówiący o tym, że medal ma dwie strony, i to, że jednak nie było tak źle. Dzwonek telefonu oznajmia odebranie smsa. Z trudem trafiając w klawisze, otwieramy skrzynkę i czytamy: „Tęsknie…:-*”. W sercu robi się ciepło i lekko, na twarzy pojawia się błogi, choć nieco rozmemłany uśmiech. Myślimy: „Otóż to.”. Zbieramy ze stolika Zbyszka i jego głowę, i wychodzimy na zewnątrz. Słońce świeci. 


TEMAT

NUMERU

Kobieta –

mistrzyni wspólnoty

To świadectwo należy rozumieć oczywiście jako stanowisko cząstkowe, aspektowe, jako dopełnienie tego, co z założenia mówią tu inni prelegenci. Świadectwo wygłoszone podczas sesji ekumenicznej „Kobieta w Kościele”organizowanej przez Międzywydziałowy Instytut Ekumenii i Dialogu Papieskiej Akademii Teologicznej (Obecnie: Uniwersytet Papieski Jana Pawła II) oraz Krakowski Oddział Polskiej Rady Ekumenicznej ks. dr hab. Dariusz Oko

Kraków, 18 listopada 2008

I. WINA MĘŻCZYZN I KOŚCIOŁA

Kiedy myślimy o sytuacji kobiety dzisiaj i w przeszłości, kiedy przywodzimy na pamięć lub domyślamy się, co uczyniono miliardom kobiet, które żyły lub żyją na tej Ziemi, uświadamiamy sobie, jak często niesprawiedliwie i niegodziwie były i są one traktowane, jak wiele krzywdy im uczyniono i nadal się czyni. Kobiety były i są o wiele za mało szanowane i kochane, otrzymują o wiele za mało miłości i dobra, niż się im należy, niż one dają z siebie. Tutaj panuje jakiś wielki deficyt, wielka nierównowaga, niesprawiedliwość Wystarczy choćby popatrzeć, jak z reguły one kochają i poświęcają się dla dzieci i rodzin, jak bardzo są im wierne, a zarazem jak często są przez mężczyzn traktowane z zimnym egoizmem, jak często są zdradzane, po największym nawet poświęceniu siebie - porzucane. Na mężczyznach ciąży wobec kobiet olbrzymia, dziejowa, społeczna wina, która przynajmniej nie powinna być powiększana. Wina ta jest rezultatem zatwardziałości nienawróconych serc. Ponieważ przewaga siły fizycznej i pozycji społecznej mężczyzn przez tysiąclecia pozwalała im wykorzystywać i krzywdzić kobiety, w swojej

“Na szczęście ko-

biety jako połowa Kościoła doświadczają i tworzą w nim ocean dobra. Chociaż wszędzie jest jeszcze wiele do zrobienia, to jednak nigdzie pozycja kobiety nie jest lepsza niż w krajach kultury chrześcijańskiej. większości czynili to i czynią bezkarnie, bo bez głębokiego nawrócenia człowiek nie potrafi być inny. Jest to w sumie prosty i oczywisty mechanizm egoizmu grupowego, a różne jego ideologiczne uzasadnienia – także teologiczne – są intelektualnie nie do utrzymania. Ten mechanizm niestety do pewnego stopnia funkcjonował i funkcjonuje także w Kościele katolickim. Także dzisiaj można spotkać jego duchownych (niekoniecznie nisko postawionych w hierarchii), którzy są zdolni do użycia tak negatywnych, ubliżających określeń jak: „głupie baby” albo „oślice Baalama”, zaciągając podobną winę, jak gdyby powiedzieli

Raka albo „Bezbożniku” (Mt 5, 22).

II. KOŚCIÓŁ DLA KOBIET

Na szczęście kobiety jako połowa Kościoła doświadczają i tworzą w nim ocean dobra. Chociaż wszędzie jest jeszcze wiele do zrobienia, to jednak nigdzie pozycja kobiety nie jest lepsza niż w krajach kultury chrześcijańskiej. To efekt stopniowego działania Łaski, stopniowego przebijania się do indywidualnej i zbiorowej świadomości, chrześcijańskiej i antropologicznej zasady fundamentalnego, najwyższego szacunku dla każdego człowieka. Dzięki temu społeczności chrześcijańskie pod wieloma względami osiągają więcej, niż inne. Bo stan zniewolenia, krzywdy jest fatalny przede wszystkim dla samego niewolnika, ale także dla jego społeczności. Niesprawiedliwość oznacza zmarnowanie, zaprzepaszczenie jego talentów i możliwości nie tylko dla samego niewolnika, ale i dla innych. Natomiast im bardziej człowiek jest szanowany, im bardziej jest wolny, tym lepiej się rozwija, tym więcej tworzy, tym więcej daje z siebie innym. Ponieważ to jednak w społecznościach chrześcijańskich kobiety są jeszcze najbardziej szanowane i wolne, są to też społeczności najmocniejsze i najbardziej twórcze. Oczywiście, o ile ich chrześcijaństwo jest autentyczne,

s. 35


TEMAT

a nie pozorne. Do zdrowej emancypacji kobiet najbardziej przyczyniło się właśnie chrześcijaństwo, a więc też Kościół katolicki, który stanowi jego połowę. A pośród wielu dróg wspaniałego rozwoju kobiet całkiem wyjątkową możliwością w Kościele są dla nich zakony. Wspólnoty, które stwarzają kobiecie szczególnie dogodne warunki do bezwarunkowego wejścia w najgłębszą Wspólnotę-z-Bogiem. O ile się im to udaje, mocą tej Wspólnoty, z samej jej głębi promieniują w świecie, przemieniają go, podejmują się nieraz najtrudniejszych zadań, których nikt inny nie potrafi i nie chce się podjąć. Osiągają szczyty poświęcenia, szczyty Ewangelii i dlatego też szczyty człowieczeństwa. To dzięki katolickim zakonom był możliwy rozwój takich osobowości, jak siostra Faustyna i Matka Teresa z Kalkuty – zapewne najpiękniejszy człowiek naszych czasów. A w świecie jest około 450 tysięcy podobnych do nich sióstr zakonnych. Oczywiście to tylko cząstka pośród ponad 3 miliardów kobiet wykonujących gigantyczną pracę dla rodziny i społeczeństwa, ludzi najbardziej kochających. W Kościele innym wielki darem Chrystusa dla kobiet jest wychowywanie mężczyzn. Istotny problem

s. 36

NUMERU

współczesnej, szczęśliwie wyemancypowanej kobiety, która może prawie wszystko, prawie wszędzie pracować i prawie wszystko zawodowo osiągnąć, jest wielki deficyt godnych kandydatów na mężów. Pod wpływem dominujących lewackich ideologii mężczyźni degenerują się o wiele szybciej. Jako przykład podam sytuację w Niemczech, bo znam ten kraj poprzez 8-letnie studia i pracę duszpasterską. Otóż ponad 50% Niemców w wieku 30-40 lat deklaruje, że nigdy na stałe nie zwiążą się z żadną kobietą, wolą ciągle nowe partnerki na parę miesięcy albo parę nocy. Natomiast spośród nawet żonatych już Niemców ponad 50% zdradza swoje żony. W tym kraju jako prostytutki jest zniewolonych około 400 tysięcy kobiet, które codziennie są poniżane i wykorzystywane przez około milion mężczyzn. Należy też do nich wiele prominentnych polityków, artystów, ludzi mediów i dziennikarzy, którzy potem często jako wyższe instancje moralne druzgocąco oskarżają Kościół. Mając takich partnerów Niemki rodzą bardzo mało dzieci, dzisiaj 100 emerytów niemieckich ma przeciętnie tylko 44 wnuki. W dwóch pokoleniach redukują się o więcej, niż połowę, ich miejsce zajmują Turcy i Arabowie, kościoły są zamykane, a obok buduje

się wielkie meczety. To także efekt lewackiej rewolucji seksualnej. Jeżeli prawie wszyscy chłopcy zostają nafaszerowani pornografią i intensywne życie seksualne zaczynają w wieku 13, najdalej 15 lat, jeżeli do końca studiów zdążą współżyć z co najmniej kilkudziesięcioma partnerkami, tracą wszelką zdolność do wierności. Swoim partnerkom surowo też zabraniają rodzić dzieci – pod groźbą natychmiastowego odejścia. Jedyną dużą instytucją społeczną, która poważnie przeciwstawia się tym samobójczym tendencjom, jest Kościół katolicki. Wobec całej potęgi mediów i polityki, wobec ich olbrzymich pieniędzy - jak Dawid przeciw Goliatowi. Właśnie dlatego Kościół jest tak wielki i tak piękny, tak prawdziwy, tak nadprzyrodzony. Jeżeli gdzieś, to na wierność kobiety mogą dzisiaj liczyć przede wszystkim u mężczyzn wierzących. Niejednokrotnie wierzący są jedynymi, którzy poważnie mogą przysiąc kobiecie wierność na zawsze, na każdy czas. Wierność tak konieczną dla małżeństwa, dla rodziny, dla dzieci. Przykład takiej niemieckiej rodziny widzimy na zdjęciu. To Barbara i Daniel Schreglmannowie wraz z dziećmi podczas niedzielnej jutrzni. Położna i inżynier, moi młodzi przyjaciele jeszcze z czasów


TEMAT studiów w Monachium. W tej rodzinie odbija się coś z piękna Boskiej Wspólnoty, na wzór której jesteśmy stworzeni. Ale też wiem od nich, jak wiele walki ze „światem” wymaga stworzenie i obronienie takiej rodziny, takiej wierności. Jest to możliwe, bo oboje są głęboko wierzący, od lat zaangażowani w neokatechumenalnych wspólnotach Kościoła.

III. OSOBOWY GENIUSZ KOBIETY

Oni dobitnie pokazują, jak piękny może być człowiek, kiedy jest wierny Bogu, wierny sobie, swojej naturze i dlatego wierny innym. Pokazują, jak wspaniała jest myśl Boga o kobiecie i mężczyźnie, jak cudownie zaprojektował ich naturę i wzajemne uzupełnianie, wspólnotową harmonię ich związku. Jak przepiękne może być małżeństwo dojrzałych, wierzących ludzi. Takie rodziny przypominają, że istotą naszego powołania, najważniejszym celem naszego istnienia jest osobowa wspólnota. Bo zostaliśmy stworzeni na obraz takiej wspólnoty – Trójcy - i w takiej wspólnocie mamy być na wieczność. Kobiety rozumieją to lepiej, bo na ogół są szczególnie wrażliwe na osoby, są specjalistkami od świata osób (podczas gdy mężczyźni bardziej od świata rzeczy). Dlatego lepiej rozumieją i cenią to, co najważniejsze, dlatego są bardziej rodzinne i bardziej religijne, bo rodzina i religia to wspólnoty najwyższe. Mężczyźni często rozumieją to gorzej, dlatego nieraz przesadnie dążą do tego, co drugorzędne, albo nawet trzeciorzędne – do władzy, do dominacji, prestiżu, seksu, posiadania. Nadmiernie wikłają się w te rzeczy i degenerują jako osoby. Kobietom dotąd zdarzało się to o wiele rzadziej. One lepiej rozumiały, że dziecko jest ważniejsze, niż samochód; miłość ważniejsza, niż przyjemność czy kariera. Dlatego dobrze jest, jeśli kobiety odgrywają coraz większą rolę w społeczeństwie i Kościele. Dobrze jest, jeśli mogą oddziaływać jako nauczycielki tego, co najważniejsze, jako mistrzynie miłości i szacunku dla każdego człowieka. Mistrzynie wspólnoty. Żeby tylko mężczyźni pozwolili im się wychowywać!

NUMERU

IV. WYCHOWANIE MĘŻCZYZN

Ponieważ ma to być świadectwo, podam przykład środków, które ja sam stosuję w tym dziele. Mogę powiedzieć, że przez prawie ćwierć wieku kapłaństwa przyczyniłem się do powstania przynajmniej około 80 dzieci. Oczywiście pośrednio, w tym sensie, że jakoś przyczyniłem się do zawarcia około 30 małżeństw, w których te dzieci się urodziły. To są rodziny jak ta Schregelmannów, głęboko wierzące, dlatego najwierniejsze, najpiękniejsze i najbardziej szczęśliwe. W Niemczech i Polsce byłem jednym z 1000 i więcej czynników, które były przydatne lub nawet konieczne do ich powstania. W tym sensie jestem z nimi związany. Przygotowanie do takich małżeństw polega głównie na wychowaniu chłopców, bo wierzące dziewczęta na ogół same dobrze wiedzą, o co tu chodzi. W tym celu trzeba głęboko dotknąć chłopięce serce, poruszenie musi być bardzo mocne, żeby mogło się ono przeciwstawić tej powodzi deprawacji, która może go zalać. Po pierwsze trzeba zwracać uwagę, że każdy mężczyzna jest wielkim dłużnikiem pewnej kobiety, która przez 9 miesięcy nosi go pod sercem, rodzi w bólach, tyle razy zmienia pieluchy oraz wyciera nos i nie zawodzi przez całe życie. Matka prawie zawsze jest wierna, także w najtrudniejszych sytuacjach. Dzięki tej wierności istniejemy. Ten dług wobec matki jest tak ogromny, że nie jesteśmy w stanie go wyrównać, ale mężczyzna powinien spłacać go żonie – obok matki drugiej najważniejszej kobiecie swojego życia. To nawet kwestia czystej sprawiedliwości – miłość za miłość, wierność za wierność. Czy matka kiedyś zdradziła Ciebie? Jakże Ty mógłbyś zdradzić inną kobietę – swoją żonę? Dobrze, żeby mężczyzna traktował to jako złotą regułę małżeństwa: być dla żony zawsze tak dobry, delikatny i wierny, jak matka dla dziecka. Jej szczęście stawiać ponad swoje. Mąż powinien starać się tym bardziej, że na mężczyznach wobec kobiet ciąży podobna zbiorowa wina, jak na np. na Niemcach wobec Polaków. Tak, jak akurat najlepsi Niemcy starają się te krzywdy choć

w części wyrównać, a już przenigdy nie pogłębiać, tak mężczyźni powinni starać się wobec kobiet. Wiem, na czym to polega, wielokrotnie byłem świadkiem i pośrednikiem tego niemieckiego zadośćuczynienia, które często posiada wielką materialną i duchową wartość. Mężczyzna powinien bronić kobietę – tak jak matka broniła jego. Trzeba tego obrońcę nieraz w nim budzić. Kobieta jest tak subtelna, bo jest nastawiona na delikatność dziecka, mężczyzna ma stwarzać dla tej delikatności i subtelności przestrzeń ochrony. Jest dojrzały do małżeństwa, naprawdę kocha narzeczoną, o ile w jej obronie jest gotów także zginąć. Mężczyzna musi również na forum społecznym walczyć o kobietę, o rodzinę, walczyć z cywilizacją śmierci jak czynił to Jan Paweł II. Walczyć z zakłamaniem współczesnej kultury, z jej dominującym mediami, jak Jezus walczył z kłamstwem i obłudą faryzeuszy. Mężczyzna ma bronić kobiety, jak Jezus je bronił – także, jak Zbawiciel bronił cudzołożnice. To jest też wielkie ekumeniczne zadanie – wspólne przeciwstawianie się chrześcijan temu, co anty-Chrystusowe, wspólne tworzenie frontu obrony. [1] Te tak elementarne i dlatego też tak prawdziwe zasady okazują się skuteczne, pomagają w tworzeniu rodzin tak przepięknych, jak to Barbary i Daniela. Chodzi o to, żeby ten wielki potencjał miłości i szczęścia, które Bóg złożył w sercu każdej kobiety i każdego mężczyzny, został zrealizowany. Pomimo, że tak wielu nigdy do tego nie dochodzi, ci, którym się udaje, dowodzą, że jest to jednak możliwe. Tylko razem z Nim – w wierności i w wierze.  [1] Przykładem takiego wspólnego, owocnego współdziałania chrześcijan jest wygrane w tym miesiącu referendum w Kalifornii (a także w Arizonie i na Florydzie). Wprowadziło ono poprawkę do Konstytucji tego stanu definiującą małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. W ten sposób zablokowano prawną możliwość uznania związków gejowskich za małżeństwa. Jest to wspólny sukces ludzi wierzących, w kampanii referendalnej razem ściśle współpracowały Kościoły: Katolicki, Ewangelickie oraz mormoni (finansowy wkład tych ostatnich był największy).

s. 37


TEMAT

NUMERU

Co tak naprawdę

o kobiecości

mówi Biblia?

s. 38


TEMAT

NUMERU

Tego nie wyczytasz w “Gazecie Wyborczej” ani “Newsweeku”. Tych sensacyjnych tajemnic nie zgłębili nawet dziennikarze “Faktu” ani “Super Expresu”. Pisane przez setki lat święte pisma Żydów i chrześcijan, kryją niezwykły przekaz który stawia otaczający nas świat w zupełnie nowym świetle. Trzeba więc przebić się przez warstwę ulizanych sloganów i powrócić do

Krzysztof Reszka

Mądrości. A wtedy będzie można zdobyć się nawet na podjęcie takiego tematu jak... kobiecość. źródła

W mitologii greckiej obecna była opowieść wedle której różnice płci były następstwem kary. Ludzie żyli szczęśliwie w podwójnych ciałach, mając po cztery nogi i cztery ręce. Ale ponieważ obrażali bogów - Zeus ciskał w nich piorunami i tak porozdzielał każdego na dwie połowy. Od tego czasu każdy odczuwa dziwną tęsknotę i musi szukać swojej połówki, by się z nią połączyć. Tymczasem Biblia uznaje że różnice między płciami same w sobie są dobre i piękne. Jedność w odrębności jest czymś boskim i chcianym przez Stwórcę - “Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,27). W przeciwieństwie do Zeusa, biblijny Bóg nie rozdziela, ale łączy mężczyznę i kobietę: “Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2,24). “A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!” (Mk 10,8b-9). Zupełnie odwrotnie niż w mitologii greckiej!

JEDNOŚĆ I ODRĘBNOŚĆ

Kojarzy mi się to także z istotną różnicą pomiędzy wiarą biblijną a religiami Dalekiego Wschodu czy ruchem new age. W tamtych kultach i filozofiach człowiek ma utracić swoją indywidualność - rozpłynąć się w bezosobowym Absolucie jak sól w wodzie, lub jak kropla w oceanie Jedności. Wiara chrześcijańska wzywa do czegoś zupełnie innego - mam wejść do radości swego Pana (Mt 25,21.23), stać się dzieckiem Bożym (por. Łk 20,35; J 1,2), nowym stworzeniem (2 Kor 5,17), jestem

“Tymczasem Bib-

lia uznaje że różnice między płciami same w sobie są dobre i piękne. Jedność w odrębności jest czymś boskim i chcianym przez Stwórcę powołany do zmartwychwstania w chwalebnym, niezniszczalnym i uwielbionym ciele (por. 1 Kor 15,3544) by stać się uczestnikiem boskiej natury (2 P 1,4) widzieć Boga twarzą w twarz (1 Kor 13,12). To wieczne, szczęśliwe życie w zażyłej i fascynującej relacji z Bogiem i ludźmi ukazywane jest w Piśmie Świętym pod osłoną symboli - weselnej uczty, muzyki i tańca, darmowego jedzenia i picia na świętej górze, romantycznego zakochania, zaślubin, radości małżeństwa czy życia rodzinnego - “i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami - mówi Pan wszechmogący” (2 Kor 6,18). Apostoł Jan pisze: “Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3,2). Jednakże przezwyciężanie swojego egoizmu i zjednoczenie z Bogiem nigdy nie jest rezygnacją z własnej tożsamości. Wręcz odwrotnie - jest jej rozkwitem, tak jak zjednoczenie winnej latorośli z winnym krzewem jest jedyną szansą by gałązka nabrała soków, rozkwitła i wydała słodki owoc, z którego powstaje rozweselający napój towarzyszący królewskim ucztom.

To właśnie relacje międzyosobowe oparte na miłości i prawdzie pozwalają odkryć i zachować swoją prawdziwą indywidualność. Księga Apokalipsy potwierdza to w tajemniczych symbolach: Zwycięzcy dam manny ukrytej i dam mu biały kamyk, a na kamyku wypisane imię nowe, którego nikt nie zna oprócz tego, kto [je] otrzymuje” (Ap 2,17b). Właśnie w tym kontekście ostatecznego ludzkiego powołania, trzeba ukazać temat kobiecości. W drugim opisie stworzenia człowieka padają znamienne słowa: “Potem Pan Bóg rzekł: «Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam, uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc»” (Rdz 2,18). Niektórzy domorośli krytycy tekstu widzą tu sugestię, którą można streścić hasłem: “baby do garów!”. Ale nic podobnego! W oryginalnym tekście hebrajskim, użyto sformułowania ezer kenegdo które tylko tutaj użyte jest w odniesieniu do kobiety. We wszystkich innych miejscach Biblii odnosi się do Boga przynoszącego wsparcie, ocalenie, ukojenie - będącego ostatnią deską ratunku. Samo słowo ezer oznacza pomoc, a co znaczy ezer kenegdo? Dosłownie oznacza to “pomoc naprzeciw”. W judaizmie znana jest rabinacka interpretacja tego tekstu: “Jeżeli mężczyzna jest tego wart, kobieta będzie dla niego pomocą; jeżeli nie będzie tego wart, będzie występować przeciwko niemu” - (Raszi, Jewamot 63a, Bereszit Rabba 17:3). `W czym więc kobieta ma pomagać mężczyźnie? Po pierwsze - ma pomagać mu odkrywać Boga, który jest miłością, bo przecież: “Stworzył (...) Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył

s. 39


TEMAT mężczyznę i niewiastę”. Adam nadawał nazwy zwierzętom, ale wśród nich nie znalazł równorzędnego partnera. Dopiero Ewa była dla niego tajemnicą która mogła pobudzić go do rozwoju i do przezwyciężenia samotności. Przez jedność natury, a jednocześnie odmienność - mogła otworzyć go na relacje międzyosobowe i odkrywanie pełni człowieczeństwa. Ich odmienność pozwala zarówno się uzupełniać jak i uczyć od siebie nawzajem, by odkrywać coś nowego i przekraczać siebie. Objawienie daje tu wyraz prawdzie, że istotą człowieczeństwa jest bycie w relacji z Bogiem i drugim człowiekiem, a swoje własne “ja” odkrywamy w kontakcie i dialogu z “Ty”. Współczesne badania wykazują, że dziecko nabiera świadomości swojego odrębnego “ja”, swojej indywidualności, gdy spotka się z uśmiechem i miłosnym wzrokiem matki. Rzeczywiście Mężczyzna, dopiero gdy zobaczył Kobietę - przez relację do niej rozpozna samego siebie: “Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała” (Rdz 2,23a). Nazywając ją kobietą, dopiero przez odniesienie do niej, po raz pierwszy nazwał jakoś samego siebie, co świetnie ukazuje hebrajska gra słów: “Ta będzie się zwała niewiastą (iszsza), bo ta z mężczyzny (isz) została wzięta” (Rdz 2,23b). Gilbert K. Chesterton porównując religie Wschodu do tradycji judeochrześcijańskiej wyjaśniał, że trzeba mu kochać Boga nie tak jak swoje odbicie w lustrze - ale tak jak kobietę - “nie dlatego że jest mną, ale dlatego że jest kimś zupełnie innym niż ja”.

WIELKI PRZEKRĘT

Skąd więc na tym świecie ogromna niesprawiedliwość wobec kobiet? Boży plan dla ludzkości zdawał się być niezmiernie prosty i przyjemny: mieli się kochać, rozmnażać, zaludnić ziemię i nad nią panować, gospodarzyć. Mieli panować razem. Grzech pierwszych rodziców polegał na tym, że zapragnęli “być jak Bóg” i “poznać dobro i zło”. Zamiast przyjąć dary od Dobrego Ojca, za namową szatana postanowili wystąpić przeciwko prawdzie i rozumowi.

s. 40

NUMERU

Stąd zaczęli stawiać siebie lub drugiego człowieka na miejscu Boga. Postrzeganie świata stało się podatne na subiektywne złudzenia. Nie wiedzieć dlaczego - przestraszyli się Dobrego Boga. Zamiast odkrywać rzeczywistość ulegali wytworzonym przez siebie koncepcjom rzeczywistości. Konsekwencją tego było także zburzenie harmonii między kobietą i mężczyzną. O ile według planu Bożego mieli razem panować nad światem, przez swój Upadek ludzie zagmatwali swą sytuację, stąd ostrzeżenie o bezsensowności ludzkiej koncepcji: “ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą” (Rdz 3,16). Co ciekawe Adam był z Ewą kiedy uległa namowom symbolicznego węża. A jednak nie przeciwstawił się jej, ale usłuchał. Jednak wezwany do odpowiedzialności usprawiedliwiał się wskazując na nią. Był to pierwszy i bynajmniej nie ostatni przypadek gdy mężczyzna najpierw stracił głowę dla kobiety, a potem zwalał na nią winę. Panowie: musimy mieć głowę na karku i odwrócić wybór Adama - słuchać bardziej Boga niż kobiety. To nie przywództwo mężczyzn jest problemem, ale niewłaściwy sposób jego prowadzenia. Wiem, że temat kontrowersyjny i mam nadzieję że pani Kazimiera Szczuka nie miałaby mi za złe, jeśli zacytuję ją aby coś wyjaśnić. W wywiadzie dla Wysokich Obcasów, zwierza się red. Katarzynie Bielas: “Grupa kobiet wokół mnie była zawsze ważna, ale jednocześnie wierzyłam w gorszość kobiet. I na pewno maksymalnie idealizowałam facetów. Długo wydawało mi się, że muszę połączyć się w parę, żeby stać się wartościowym człowiekiem”. Zapytana o powód rozwodu odpowiada: “Bo małżeństwo nie zapełniło, czego chyba oczekiwałam, pustki mej egzystencji”. Są to sprawy przykre, a ludzki ból zawsze należy uszanować, ale dzięki tym wyznaniom, można zilustrować pewne ogólne tendencje. Także Maria Peszek śpiewa: “Bez Ciebie znaczę mniej niż pocztowy znaczek. Bez Ciebie jest mnie pół. Bez Ciebie jestem jak z powyłamy-

wanymi nogami stół. Jesteś rzeczą, która sprawia że od razu się naprawiam. A na jedno Twoje ‘tak’ się zaczyna świat”. (Maria Peszek - “Padam”). Drogie Panie: potrzebujecie bardziej Boga niż mężczyzny. Tylko On jest w stanie wypełnić pustkę waszego serca.

PAN BÓG TAK ŁATWO NIE ODPUSZCZA...

Jednak Biblia jest księgą pełną nadziei! Bóg zapowiada wężowi: “Wprowadzam nieprzyjaźń między


TEMAT

ciebie a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3,15). Jest to zapowiedź Mesjasza zrodzonego z Kobiety, który przyniesie zwycięstwo nad szatanem i zapoczątkuje odrodzenie całej rzeczywistości. Na dalszych stronicach Biblii widzimy jak Stwórca wciąż broni wartości i godności kobiety. Kiedy Bóg powołuje Abrama, zmienia jego imię na Abraham, co

NUMERU

znaczy: “Ojciec narodów”, “Ojciec mnóstwa”. Co ciekawe, dalej czytamy - “I mówił Bóg do Abrahama: Żony twej nie będziesz nazywał imieniem Saraj, lecz imię jej będzie Sara” (Rdz 17,15). To nowe, nadane przez Boga imię - Sara, znaczy tyle co “Księżniczka”. A kimże jest księżniczka jeśli nie godną najwyższego szacunku, dostojną córką króla? Gdy jednak Sara źle potraktowała swą egipską niewolnicę Hagar, ta od niej uciekła. Co o tej sytuacji powie starożytny hebrajski tekst? Jakiego Boga nam przedstawi? Boga pełnego współczucia, który dostrzega upokorzenie niewolnicy i przynosi wsparcie. Księga Wyjścia ukazuje izraelskie kobiety, które świętują wyzwolenie z niewoli egipskiej: “Miriam prorokini, siostra Aarona, wzięła bębenek do ręki, a wszystkie kobiety szły za nią w pląsach i uderzały w bębenki. A Miriam przyśpiewywała im: śpiewajmy pieśń chwały na cześć Pana, bo swą potęgę okazał, gdy konie i jeźdźców ich pogrążył w morzu” (Wj 15,20-21) Prawo Mojżeszowe - na ile tylko pozwalały uwarunkowania kulturowe starożytności - broniło bezpieczeństwa, godności, a nawet satysfakcji kobiety. Mówi np. “Jeśli mąż dopiero co poślubi żonę, to nie pójdzie do wojska i żaden publiczny obowiązek na niego nie przypadnie, lecz pozostanie przez jeden rok w domu, aby ucieszyć żonę, którą poślubił” (Pwt 24,5). Jeśli Prawo zezwalało na rozwody, to nie po to, aby je popierać, ale aby je ograniczać, nadając ustaloną formę wymagającą potwierdzenia na piśmie, chroniąc kobiety przed nieuzasadnionym porzuceniem i brakiem środków do życia. Również księgi mądrościowe przykazują mężczyznom, by dbali o żony i miłość w małżeństwie, jak o życiodajne źródło na pustyni: “niech źródło twe świętym zostanie, znajduj radość w żonie młodości. Przemiła to łania i wdzięczna kozica, jej piersią upajaj się zawsze, w miłości jej stale czuj rozkosz! Po cóż, mój synu, upajać się obcą i obejmować piersi nieznanej?”. O ile w kulturze starożytnej Grecji pogardzano towarzystwem kobiet (stąd w niektórych szkołach filozoficznych praktykowano homo-

seksualizm, uznając że prawdziwa intelektualna “miłość” może być tylko między mężczyznami), biblijni autorzy dają jasne zalecenia w obronie żon i matek: “Używaj życia z niewiastą, którąś ukochał, po wszystkie dni marnego twego życia, których ci Bóg użyczył pod słońcem. Po wszystkie dni twej marności! Bo taki jest udział twój w życiu i w twoim trudzie, jaki zadajesz sobie pod słońcem (Koh 9,9). “Strzeżcie się więc w duchu waszym: wobec żony młodości twojej nie postępuj zdradliwie!” (Mlch 2,15d). “(...) Pan uczcił ojca przez dzieci, a prawa matki nad synami utwierdził” (Syr 3,2). Szczególną księgą biblijną jest Pieśń nad pieśniami. W utworze tym kobieta również nazwana jest “księżniczką” (Tak jak Bóg nazwał żonę Abrahama), a Oblubieniec apeluje o szacunek dla wolności kobiety, powtarzając aż trzy razy: “Zaklinam was, córki jerozolimskie, na gazele i na łanie pól: nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie ukochanej, póki nie zechce sama” (Pnp 2,7; 3,5; 8,4). Pieśń nad Pieśniami mówi także o tym, aby uchronić kobietę przed wykorzystaniem, w słowach: “Schwytajcie nam lisy, małe lisy, co pustoszą winnice, bo w kwieciu są winnice nasze” (Pnp 2,15). Lis w tej kulturze, był symbolem zbereźnika, który bierze to, do czego nie ma prawa. Cała księga jest pochwałą piękna kobiecego ciała od stóp, aż po włosy na głowie. W Nowym Testamencie św. Piotr pisze w swoim Liście: “Podobnie mężowie we wspólnym pożyciu liczcie się rozumnie ze słabszym ciałem kobiecym! Darzcie żony czcią jako te, które są razem z wami dziedzicami łaski, [to jest] życia, aby nie stawiać przeszkód waszym modlitwom” (1 P 3,7). A św. Paweł poucza: “Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus - Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała. Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym

s. 41


TEMAT ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła. W końcu więc niechaj także każdy z was tak miłuje swą żonę jak siebie samego! A żona niechaj się odnosi ze czcią do swojego męża!” (Ef 5,28-33). W królestwie Bożym nie ma miejsca na dyskryminujące podziały ze względu na płeć, pochodzenie czy narodowość: “Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3,28).

Z KAŻDEGO SZAMBA DA SIĘ WYJŚĆ

Chroniąc małżeństwo i rodzinę, Biblia potępia cudzołóstwo i prostytucję, uznając je za ciężki grzech. Jednak nierządnica Rachab, uwierzyła w życzliwość i wierność Jedynego Boga, ukryła zwiadowców Jozuego (hebr. Jehoszua = Jahwe jest wybawieniem) przed wrogami i wraz ze swoją rodziną ocalała z oblężonego Jerycha, miasta położonego w depresji, nad Morzem Martwym. Rachab została przyjęta w społec-

s. 42

NUMERU

zności Izraela i stała się przodkinią Mesjasza. Nowy Testament uwzględnia ją w rodowodzie Jezusa (Mt 1,5), oraz w Listach Apostolskich, gdzie wespół z Abrahamem - ojcem narodów, przedstawia się ją jako przykład i symbol wiary prowadzącej do zbawienia. (Hbr 11,31; Jk 2,25). Nie jest to zresztą jedyny przypadek gdy tekst biblijny jednoznacznie potępiając nadużycia seksualne, jednocześnie odnosi się do prostytutki z taką dobrocią i czułością. Zadziwiający jest przypadek proroka Ozeasza, który za natchnieniem Bożym, ożenił się z prostytutką. Ta urodziła mu troje dzieci, ale później zdradziła go i popadła znów w niewolę. Wtedy Pan przemówił do niego: “Pokochaj jeszcze raz kobietę, która innego kocha, łamiąc wiarę małżeńską. Tak miłuje Pan synów Izraela, choć się do bogów obcych zwracają i lubią placki z rodzynkami” (Oz 3,1). Wtedy wykupił ją i ponownie przyjął za żonę. Jego osobista sytuacja była alegorią relacji miedzy Bogiem a niewiernym Izraelem. Placki z rodzynkami to właśnie tradycyjne pożywienie prostytutek. Jezus Chrystus podczas swo-

jej publicznej działalności chronił kobiety przez obłudą, chciwością i pożądliwością mężczyzn. Faryzeusze przyprowadzili Mu kiedyś kobietę, którą dopiero pochwycono na cudzołóstwie, mówiąc, że wedle Prawa powinno się ją ukamienować. Spytali o Jego zdanie w tej sprawie, aby wystawić Go na próbę i móc oskarżyć np. o kwestionowanie Prawa, lub o bunt wobec Rzymian i nawoływanie do wyroku śmierci bez procesu cywilnego i zezwolenia władz. Co ciekawe - cudzołóstwo popełniają dwie osoby, a przyprowadzono tylko kobietę. Być może mężczyzną był ich znajomy, nawet wcześniej przez nich podstawiony? Tymczasem Jezus nie odpowiedział im ani słowem. Nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. Nie patrzył na kobietę. Nie chciał łączyć swego spojrzenia ze wzrokiem tych, którzy gardzili nią i grozili jej. Kiedy oskarżyciele wciąż Go wypytywali podniósł się i powiedział: “Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień” (J 8,7). Znów zaczął pisać na ziemi. Wszyscy, zaczynając od najstarszych, zaczęli odchodzić. Wtedy dopiero spojrzał na kobietę... Chciał by poczuła się kochana, by znalazła to, co na próżno


TEMAT

usiłowała znaleźć u mężczyzny który bezprawnie z nią kopulował, a może nawet wydał oskarżycielom. Dlatego zaczął pytaniem, by zaprosić ją do rozmowy i oświadczyć: “I ja cię nie potępiam. Idź a od tej chwili już nie grzesz!” (por. J 8,11)

MISJA KOBIETY

Pismo Święte chwali wiele kobiet, które wyruszyły na przygodę z Bogiem. Wydaje się że kobiety zaproszone są do tego, by na przekór wszystkiemu - mieć odwagę żyć według najgłębszych pragnień swojego serca. Przezwyciężyły swój strach, bo całą ufność złożyły w Bogu, przez co mogły promienieć pięknem i przemieniać świat. Pokazały że - jak to jest napisane - “Lepiej się uciec do Pana, niż pokładać ufność w człowieku. Lepiej się uciec do Pana, niżeli zaufać książętom” (Ps 118,8-9). Kiedy Izraelici byli w niewoli egipskiej, położne u kobiet hebrajskich otrzymały od faraona rozkaz, by zabijać nowo narodzonych chłopców żydowskich. Miały wybór. Mogły wykonać rozkaz wielkiego władcy i się nie wychylać. “Lecz położne bały się Boga i nie wykonały rozkazu króla egipskiego, pozostawiając przy życiu nowo narodzonych chłopców” (Wj 1,17). W ten sposób narażały się faraonowi. I co się stało? Wpadły w kłopoty. Ale pozostały wierne swemu Bogu i jakoś się wykręciły, byle tylko pozostać w zgodzie z sumieniem. Troszczyły się o życie, więc same otrzymały błogosławieństwo: “Ponieważ

NUMERU

położne bały się Boga, również i im zapewnił On potomstwo” (Wj 1,21). Rachab przeciwstawiła się całemu swojemu miastu. Była osobą samotną, która zarabiała jako prostytutka. Dlaczego uwierzyła zwiadowcom izraelskim? Przecież znała mroczną stronę mężczyzn, a jednak nowi goście budzili w niej zaufanie. Może po raz pierwszy od lat przyszedł do niej ktoś, kto nie chciał od niej jedynie seksu, ale traktował ją z szacunkiem? W każdym razie ona też miała wybór - dać sobie spokój, albo ruszyć w nieznane z Bogiem. Kiedy uwierzyła Bogu, rozpoczęła nowe życie w obcym narodzie, stała się żoną i matką. Czy takie były pragnienia jej serca? Całkiem prawdopodobne, że tak, jednak zmiana środowiska i stylu życia nie była z pewnością łatwa. Mogła zginąć jako prostytutka w oblężonym mieście nad Morzem Martwym. Ale ona podjęła wyzwanie, a jej potomek - Jezus Chrystus - odmienił losy świata. Rut była Moabitką, która szybko stała się wdową. Miała wybór wrócić do domu swego ojca i wieść życie we własnym kraju, lub też okazać życzliwość i wierność swojej żydowskiej teściowej Noemi. Jej szwagierka wybrała pierwszą możliwość, ale ona nie opuściła staruszki, lecz powiedziała jej: „Nie nalegaj na mnie, abym opuściła ciebie i abym odeszła od ciebie, gdyż: gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim narodem, a twój

Bóg będzie moim Bogiem.” (Rt 1,16). Była biedna, ale pewien dobry człowiek imieniem Booz zatroszczył się o jej utrzymanie, a potem stał się jej mężem. Po latach stali się pradziadkami króla Dawida, a z rodu Dawida, pochodził Jezus Chrystus. Królowa Estera miała wybór ukrywać swoje pochodzenie, nie wychylać się, siedzieć cicho i przepędzić resztę dni bezpiecznie. Ale i ona podjęła ryzyko - wyznała swemu mężowi, królowi Persji całą prawdę. Dzięki temu nie tylko naród żydowski został uratowany od zagłady, ale wykryto haniebny spisek na dworze. Legendarna Judyta w chwili zagrożenia podjęła się misji ratowania narodu. Starszyzna Izraela była pod wrażeniem jej mądrości i siły charakteru. Ale ona bała się, lecz bojąc się, złożyła całą ufność w Bogu i troszczyła się o jego chwałę, a nie o własną. I tak dla ratowania swojego ludu zdołała podstępnie odciąć głowę przywódcy wrogich wojsk. Niezwykle poruszający fragment Biblii, przy którym płakać to żaden wstyd, opowiada o matce i siedmiu braciach, których hellenistyczny król Antioch IV usiłował zmusić, by wyparli się Boga i narodu. Obiecywał wolność, bezpieczeństwo, a później najmłodszemu nawet władzę, bogactwo i zaszczyty. Jednocześnie groził okrutnymi torturami i śmiercią. Ale oni nie dali się ani przekupić, ani zastraszyć. Do tak honorowej postawy, wychowała ich matka, o której napisano: Przede wszystkim zaś

s. 43


“Misją kobiety jest

przemienianie świata. Ale niekoniecznie musi się ono dokonywać przez bohaterskie czyny i wielkie zmagania. “Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła” godna podziwu i trwałej pamięci była matka. Przyglądała się ona w ciągu jednego dnia śmierci siedmiu synów i zniosła to mężnie. Nadzieję bowiem pokładała w Panu. Pełna szlachetnych myśli, zagrzewając swoje kobiece usposobienie męską odwagą, każdego z nich upominała w ojczystym języku. Mówiła do nich: “Nie wiem, w jaki sposób znaleźliście się w moim łonie, nie ja wam dałam tchnienie i życie, a członki każdego z was nie ja ułożyłam. Stwórca świata bowiem, który ukształtował człowieka i wynalazł początek wszechrzeczy, w swojej litości ponownie odda wam tchnienie i życie, dlatego że wy gardzicie sobą teraz dla Jego praw”. Misją kobiety jest przemienianie świata. Ale niekoniecznie musi się ono dokonywać przez bohaterskie czyny i wielkie zmagania. “Albowiem tak mówi Pan Bóg, Święty Izraela: W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności leży wasza siła” (Iz 30,15a). Już przez samą obecność i styl bycia, kobieta wywiera silny wpływ na otoczenie. Właśnie o tym uroku kobiet, który jest niezwykłą bronią w rękach Boga - pisał św. Piotr: “Tak samo żony niech będą poddane swoim mężom, aby nawet wtedy, gdy niektórzy z nich nie słuchają nauki, przez samo postępowanie żon zostali [dla wiary] pozyskani bez nauki, gdy będą się przypatrywali waszemu, pełnemu bojaźni, świętemu postępowaniu.

s. 44

TEMAT

NUMERU

Ich ozdobą niech będzie nie to, co zewnętrzne: uczesanie włosów i złote pierścienie ani strojenie się w suknie, ale wnętrze serca człowieka o nienaruszalnym spokoju i łagodności ducha, który jest tak cenny wobec Boga. Tak samo bowiem i dawniej święte niewiasty, które miały nadzieję w Bogu, same siebie ozdabiały, a były poddane swoim mężom. Tak Sara była posłuszna Abrahamowi, nazywając go panem. Stałyście się jej dziećmi, gdyż dobrze czynicie i nie obawiacie się żadnego zastraszenia.” (1 P 3,1-6). Ponieważ urok kobiety jest potężną siłą, potrzeba aby posługiwano się nim z rozwagą. Skąd mędrcy Izraela nie skąpią ostrzeżeń: “[Czym] w ryju świni złota obrączka, [tym] piękna kobieta, ale bez rozsądku.” (Prz 11,22). “Podobnie kobiety - w skromnie zdobnym odzieniu, niech się przyozdabiają ze wstydliwością i umiarem” (1 Tm 2,9a). Trudno też odmówić racji Syrachowi, gdy pisze: “Wdzięk nad wdziękami skromna kobieta i nie masz nic równego osobie powściągliwej.” (Syr 26,15). Księga Przysłów uwieńczona jest poematem, który wychwala Bożą kobietę: “Niewiastę dzielną któż znajdzie? Jej wartość przewyższa perły. Serce małżonka jej ufa” (Prz 31,10-11a). Zwraca się uwagę na jej gospodarność, ale także wrażliwość

społeczną: „Otwiera dłoń ubogiemu, do nędzarza wyciąga swe ręce.” (Prz 31,20). Ciekawie też opisane jest jej usposobienie: “Strojem jej siła i godność, do dnia przyszłego się śmieje. Otwiera usta z mądrością, na języku jej miłe nauki” (Prz 31,25-26). Zakończenie poematu to konkluzja: “Kłamliwy wdzięk i marne jest piękno: chwalić należy niewiastę, co boi się Pana. Z owocu jej rąk jej dajcie, niech w bramie chwalą jej czyny” (Prz 31, 30-31).

TO CO NAJWAŻNIEJSZE

Bóg jest Oblubieńcem i Przyjacielem, dla którego ważne są nasze osobiste sprawy. Biblia ukazuje cierpienia zwykłych kobiet które zwracają się do Niego ze swoim bólem. Sara, córka Raguela modliła się do Niego w chwili rozpaczy, gdy wolała umrzeć niż żyć. Anna cierpiąc z powodu bezpłodności i złośliwych docinków drugiej kobiety, straciła siły i apetyt, ale żaliła się przed Bogiem w Świątyni. Jak sama stwierdziła - wylała przed Nim swoją duszę (1 Sm 1,15). Bóg zaprasza nas abyśmy przebywali w Jego towarzystwie. Jest naszym Ojcem, ale porównuje Siebie także to matki: “Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49,15), “Jak kogo


TEMAT

NUMERU

“Kobieta która

żyje w relacji z Bogiem promienieje Jego blaskiem. Warto czasem porzucić zgiełk świata żeby przebywać z Nim, jak to mówi psalm: “Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha, zapomnij o twym narodzie, o domu twego ojca!

pociesza własna matka, tak Ja was pocieszać będę” (Iz 66,13a). Także hebrajski wyraz “rachamim”, który oznacza Miłosierdzie Boże, w swej etymologii nawiązuje do macicy czy matczynego łona. Jezus Chrystus porównywał się do samicy ptaka, gdy mówił: “Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście” (Mt 23,37). On chce przynieść nam ukojenie i przebywać z nami: “Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” (Mt 11,28). Kiedy gościł u swoich przyjaciółek - Marty i Marii, pierwsza „uwijała się koło rozmaitych posług”, a druga siedziała u stóp Mistrza i słuchała Jego nauki. Marta oburzyła się że młodsza siostra jej nie pomaga, i zwróciła na to uwagę Jezusowi. A Pan odpowiedział: “Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba <mało albo> tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.” (Łk 10,41-42). Nie trzeba zasługiwać na uznanie Boga. Trzeba Go poznać, bo z kim przestajesz takim się stajesz. Mówił o tym już w Księdze Ozeasza: “Miłości

pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń.” (Oz 6,6). Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić jej do serca.” (Oz 2,16) Kobieta która żyje w relacji z Bogiem promienieje Jego blaskiem. Warto czasem porzucić zgiełk świata żeby przebywać z Nim, jak to mówi psalm: “Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha, zapomnij o twym narodzie, o domu twego ojca! Król pragnie twojej piękności, on jest twym panem; oddaj mu pokłon!” (Ps 45,11-12a). “Gołąbko ma, [ukryta] w zagłębieniach skały, w szczelinach przepaści, ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos! Bo słodki jest głos twój i twarz pełna wdzięku” (Pnp 2,14). O zjednoczonej z Nim ludzkiej duszy można powiedzieć poetycko za prorokiem: “Będziesz prześliczną koroną w rękach Pana, królewskim diademem w dłoni twego Boga” (Iz 62,3). Kobieta cierpiąca na krwotok, choć była w stanie rytualnej nieczystości, odważyła się podejść do Jezusa. Samarytanka, która ukrywała sie przed ludźmi, po spotkaniu z Nim, doznała ulgi i chciała dzielić się swą radością ze wszystkimi. Jej zagmatwane życie, pełne nieudanych związków z mężczyznami wreszcie

nabrało nowego smaku. Kobieta która prowadziła w mieście życie grzeszne, wprosiła się na ucztę u uczonego w Piśmie i płakała u nóg Pana, a ten odpuścił jej grzechy. Uczennicą Zbawiciela była także Jego Matka, Maryja której życiowe przesłanie brzmi: “Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,46b-47). Ona po prostu żyła dla Niego, obserwowała Go, „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu.” (Łk 2,19), a później towarzyszyła Jego uczniom. Ale przecież sam Jezus powiedział: “kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką.” (Mt 12,50). I to jest właśnie najwyższe powołanie kobiety: być siostrą, a nawet matką Chrystusa. Matką czyli kimś kto “rodzi” Go w sercach innych ludzi, kto wspiera życie, otacza je opieką i sprawia, że świat jest coraz bardziej ludzki i Boży. Można to robić na wiele sposobów - jako matka biologiczna, matka adopcyjna czy matka duchowa. Jako osoba żyjąca samotnie, jako żona czy siostra zakonna, jako wdowa, czy dziewica konsekrowana. Spokojnie - w domu Ojca jest mieszkań wiele. 

s. 45


TEMAT

NUMERU

Na barykady

wierny ludu kobiet!

Niedawno na łamach „Wysokich obcasów” ukazał się obszerny wywiad z Teresą Forcades OSB, katalońską benedyktynką. W kontekście trwającej w Polsce dyskusji na temat stanowiska Kościoła wobec gender przedstawienie sylwetki zakonnicy-feministki wydaje się być prztyczkiem w nos dla polskiego, „zacofanego” Kościoła. Maria NejmanŚlęczka

IKONA LEWICY

Podobno umówienie się na spotkanie z siostrą Teresą Forcades graniczy z cudem. I bynajmniej nie dlatego, że woli kontemplować w odcięciu od świata doczesnego. Przeciwnie, siostra Teresa jest kobietą aktywną – dzięki swoim nietypowym (jak na zakonnicę) poglądom stała się ulubienicą hiszpańskiej lewicy i jest wręcz rozchwytywana przez media. Niedawno podjęła także decyzję o wejściu w świat polityki. Czasu na życie wspólnotowe będzie więc miała coraz mniej. Jak z mniszki zajmującej się malowaniem garnuszków stała się liderką ruchu walczącego o niepodległość Katalonii?

SIOSTRA MÓWI, JAK JEST

Wybór życia zakonnego nie był dla siostry Teresy czymś oczywistym. Pochodzi z rodziny, która z Bogiem jest raczej „na bakier”. Jak mówi w wywiadzie, powtarzano jej, że “Kościół katolicki to przestarzała instytucja jak monarchia. Wciąż istnieje, ale jest skazany na wymarcie, nie ma nic ciekawego do zaoferowania”. Mimo takiego przekonania rodzice wysłali nastoletnią Teresę do szkoły prowadzonej przez siostry. Wtedy nastąpiło jej nawrócenie. Na wstąpi-

s. 46

“Wybór życia za-

konnego nie był dla siostry Teresy czymś oczywistym. Pochodzi z rodziny, która z Bogiem jest raczej „na bakier”. Jak mówi w wywiadzie, powtarzano jej, że “Kościół katolicki to przestarzała instytucja jak monarchia. enie do zakonu zdecydowała się jednak dużo później, kiedy miała już na swoim koncie ukończone studia z medycyny i teologii. Dotychczasową pracę intelektualną zastąpiły modlitwa i drobne prace rękodzielnicze. Dla młodej i ambitnej Teresy nie było to spełnieniem marzeń, ale po kilku latach dostała zgodę na kontynuowanie kariery naukowej. Od tego momentu jej życie na nowo nabrało rozpędu. Początek jej publicznej działalności to rok 2009, kiedy wybuchła epidemia świńskiej grypy. Siostra Teresa nagrała amatorskie wideo, w którym ostro skrytykowała Światową

Organizację Zdrowia, twierdząc, że pandemia była wymysłem koncernów farmaceutycznych. Wideo obejrzało ponad milion osób. Siostra ma nawet własny kanał na YouTube.

NOWY MOJŻESZ KATALONII

Pierwszy medialny sukces zachęcił siostrę Teresę do dalszej działalności. Forcades serce ma po lewej stronie – już jako nastoletnia dziewczyna założyła z przyjaciółmi grupę Ekologia i Pacyfizm, a także protestowała przeciw wstąpieniu Hiszpanii do NATO. Także obecnie jest znana przede wszystkim z surowej oceny systemu neoliberalnego kapitalizmu. Po raz kolejny zaskoczyła Hiszpanów, kiedy w kwietniu 2013 we współpracy z Arcadim Oliverasem, znanym ekonomistą, założyła ugrupowanie dążące do utworzenia niepodległej Katalonii. Ma to być platforma obywatelska, a nie partia polityczna, jednak w planach jest także start w katalońskich wyborach w 2016 roku. Cele są niebagatelne – nowa konstytucja i zniesienie władzy banków. Czy polityka jest dobrym miejscem dla benedyktynki? Siostra Teresa twierdzi, że tak, ponieważ „Ewangelia


TEMAT

NUMERU

wymaga od nas, żebyśmy się angażowali społecznie.” Przywołuje też postać Mojżesza, który „postawił się politycznej i ekonomicznej potędze, jaką był faraon, żeby wyzwolić swój lud z niewolnictwa”.

TEOLOGIA SAMOZWAŃCZA

Chociaż nie wszystkim musi się podobać polityczna działalność Forcades, można jednak zrozumieć jej motywację, jaką jest stawanie w obronie słabych i ubogich. Inaczej wygląda sprawa wypowiedzi siostry Teresy w sprawach takich jak aborcja, pigułki wczesnoporonne czy związki homoseksualne. Jej opinie są, delikatnie mówiąc, liberalne i odległe od tego, co głosi Kościół. Sama benedyktynka przyznaje zresztą, że „mówi to, co myśli, i nie kieruje się przynależnością do żadnej grupy ani instytucji.” Być może dlatego, że instytucję Kościoła uważa za „mizoginiczną i patriarchalną”. W wywiadzie dla hiszpańskiej telewizji TV3 (maj 2009) stwierdziła, między innymi, że życie zarodka zależy od życia matki dopóki nie jest w stanie samodzielnie przetrwać poza jej organizmem. „Ten szczególny związek matki z zarodkiem pozwala nam sądzić, że Bóg złożył przetrwanie płodu w ręce matki”. Po całej serii wypowiedzi utrzymanych w podobnym tonie siostra Teresa otrzymała list z Watykanu. Kardynał Franc Rodé, prefekt Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego wezwał ją do publicznego potwierdzenia swojej wierności i przywiązania do doktrynalnej nauki Kościoła. Siostra Teresa odpowiedziała w artykule dla Foc Nou (październik 2009), zaznaczając, że szanuje Magisterium Kościoła, ale ma prawo do wyrażania opinii, które stoją w sprzeczności z jego nauką. Jednego siostrze Forcades odmówić nie można – jest błyskotliwa i przekonująca w swoich wypowiedziach. Tym bardziej warto więc niektóre z nich przywołać i poddać je krytycznej refleksji.

MNIEJSZE ZŁO CZY WIĘKSZE DOBRO?

„Tak długo, dopóki płód nie może żyć niezależnie od matki, ona ponosi moralną odpowiedzialność, aby decydować o jego przyszłości. Uszanowanie jej decyzji jest uszanowaniem wolności jej sumienia, akceptując to, że może ona popełnić błąd.” Na pytanie, jak się ma do tego piąte przykazanie, siostra odpowiada: „Nie przekonuję, żeby Kościół przestał szanować życie, które się zaczyna. Podkreślam: aborcja jest zawsze czymś negatywnym. Mówię tylko, że w skomplikowanej strukturze społecznej, w jakiej funkcjonujemy, ochrona determinacji matki jest mniejszym złem” (przyp. red. prawdopodobnie chodziło o wolną wolę, a nie „determinację” – cytat z wywiadu w „Wysokich Obcasach”). Dalej siostra wyjaśnia, że „prawo do samostanowienia jest fundamentalnym prawem, które strzeże ludzkiej godności i zabrania absolutnie i w każdych okolicznościach traktowania osoby przedmiotowo, nawet w celu uzyskania dobra. Nawet jeśli to dobro, to uratowanie życia drugiej osoby lub całej ludzkości.” W przypadku aborcji występuje więc konflikt pomiędzy

prawem matki do samostanowienia i prawem dziecka do życia. Profesor Johannes Reiter, teolog specjalizujący się w bioetyce i mianowany przez Jana Pawła II członek międzynarodowej komisji teologicznej stwierdza jednak, że prawo do życia zawsze stoi ponad prawem do samostanowienia (J. Reiter, Herausforderungen Schwangerschaftsabbruch. Freiburg 1992, pp. 74-75). Potwierdza to również wydana przez Magisterium Kościoła deklaracja na temat aborcji (listopad 1974).

WEJŚCIE W INNY WYMIAR

Aleksandra Lipczak, dziennikarka „Wysokich Obcasów” poruszyła także temat podejścia Kościoła do teorii gender. W tym przypadku siostra Teresa zdaje się czerpać raczej z filozofii platonizmu i gnostycyzmu, niż z Ewangelii: Pośród rzeczy, które muszą umrzeć, bo blokują duchowy rozwój, jest kurczowe trzymanie się roli przypisanej płci. To widać u mistyków - używają rodzaju męskiego, żeńskiego, jest im to obojętne, ponieważ poruszają się w innym wymiarze, tam, gdzie płeć nie

s. 47


TEMAT

ma znaczenia, bo liczy się tylko to, że każdy z nas jest niepowtarzalną cząstką. W perspektywie duchowej gender, płeć społeczna i kulturowa to trampolina, od której mogę się odbić wyżej. Do życia bardziej nago, w zgodzie z czymś, co nie ma formy.” Ten tok myślenia prostą drogą prowadzi siostrę Teresę do wniosku, że w miłości homoseksualnej nie ma tak naprawdę nic niewłaściwego. Wręcz przeciwnie! Jest ona „błogosławieństwem”, ponieważ: „to, że istnieją osoby, które przełamują binarny podział na męskie i kobiece, to dar w świetle tego, co mówiłam o gender i rozwoju duchowym. Argument jest taki, że dwaj mężczyźni albo dwie kobiety się nie uzupełniają. Jeśli weźmiemy pod uwagę budowę narządów płciowych, to może nie, ale przecież to jakaś mechaniczna, zwierzęca wizja seksualności. Czy kiedy “Pieśń nad pieśniami” mówi o relacji erotycznej jako przejawie miłości Boga, ma na myśli biologiczną reprodukcję? Dopasowanie organów? Czy może raczej otwarcie się na inną osobę, intymny kontakt, w którym odzwierciedla się Boska miłość? To jest sakrament i

s. 48

NUMERU

tego jak najbardziej mogą doświadczyć osoby homoseksualne.” Siostra Teresa zarzuca Kościołowi niekonsekwencję, ponieważ mówi on, że nie ma nic złego w skłonności homoseksualnej i dopiero jej realizacja jest grzechem. Jest to oczywiste przekłamanie. Kościół mówi bowiem: “Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi ona trudne doświadczenie”(KKK 2358). Ponadto Forcades zdaje się naiwnie zakładać, że homoseksualiści swoją miłość wyrażają jedynie w „otwarciu się na inną osobę” i darzą się czystą, platoniczną miłością pozbawioną seksualności. Gdzieżby tam jakiś seks…

CHARYZMATYCZNA CZY FEMINISTYCZNA?

To tylko niektóre z licznych wypowiedzi siostry Forcades, które budzą zaniepokojenie wśród wiernych Kościoła. Czują się oni przede wszystkim zdezorientowani, kiedy tego typu słowa padają z ust zakonnicy, w dodatku wykształconego te-

ologa. Na takie zarzuty siostra Teresa ma przygotowaną odpowiedź: katolik nie powinien obawiać się publicznego wyrażania racjonalnych wątpliwości dotyczących doktryny Kościoła. Jest przecież w rodzinie. „Wątpliwości” benedyktynki to jednak woda na młyn dla lewicowych „reformatorów Kościoła”. W siostrze Teresie widzą odkupicielkę, która poprowadzi lud wiernych na barykady i obali przestarzałą, patriarchalną hierarchię. Siostra Teresa zresztą już podpisała się pod listem do papieża Franciszka, aby zaakceptował on kapłaństwo kobiet. Z całą pewnością Kościół potrzebuje kobiet takich jak siostra Teresa Forcades – silnych, świadomych i energicznych. Przykre jest więc, że siostra Teresa z taką pasją podjęła się działań, które Kościołowi przynoszą więcej szkody, niż pożytku. Być może wciąż brakuje Kościołowi prawdziwych liderek, które zaprezentują model kobiecości na miarę XXI wieku – kobiet niezależnych, ale szukających w Ewangelii czegoś więcej niż dowodów na słuszność parytetów.


Polki Wspaniałe

– sylwetki Kobiet

Polki. Działaczki społeczne. Nieugięte i odważne. Wierne wartościom nawet w ekstremalnych sytuacjach. Kobiety z charakterem. Przedstawiamy ich biogramy i wydane wspomnienia. Konstancja NałęczNieniewska

KAROLINA LANCKOROŃSKA (UR.1898 – ZM. 2002)

Pochodziła z domu zamożnej rodziny arystokratycznej. Jej ojciec, hrabia Karol Lanckoroński był wybitnym mecenasem sztuki. Ona sama została – jako jedna z pierwszych kobiet – profesorem sztuki na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, gdzie prowadziła zajęcia. W 1942r. aresztowana przez Niemców, była przesłuchiwana przez szefa gestapo Hansa Krügera – który będąc pewien, że niedługo dostanie zgodę na jej zabicie – chwalił się Lanckorońskiej przeprowadzeniem mordu na profesorach Lwowskich. Jej zeznania przyczyniły się do jego skazania po wojnie. Być może właśnie z tego względu, że była świadkiem w sprawie zaginięcia lwowskich profesorów wysłano ją do obozu Ravensbrück (nr obozowy 16076). W 1945r. została uwolniona dzięki interwencji prezesa Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, Carla J. Burckhardta. W czasie II wojny światowej była w AK, później w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Wybitny historyk sztuki, mieszkając w Rzymie do końca swego długiego życia (zmarła w wieku 104 lat) wspierała naukę Polską, fundując stypendia, wydając liczne publikacje. Przekazała Polsce zachowaną rodzinną kolekcję dzieł sztuki m.in. dwa dzieła Rembrandta.

MARIA TARNOWSKA (UR.1880 - ZM.1965)

Pochodziła z rodziny książęcej. Będąc żoną dyplomaty CK Austrii jeździła po placówkach na całym świecie. W czasie I wojny światowej była sanitariuszką, wspomagała szpitale i ochronki. Podczas wojny polsko – bolszewickiej została komendantem Czerwonego Krzyża. W 1942r. więziona na Pawiaku. Jako major AK, w trakcie Powstania Warszawskiego, pertraktowała z Niemcami wyprowadzenie cywilów z miasta. Dzięki niej wyprowadzono z Warszawy ponad 20 tysięcy ludzi. Uczestniczyła również w rozmowach kapitulacyjnych. Po wojnie została aresztowana przez Milicję Obywatelską pod zarzutem kolaborowania z Niemcami.

WANDA PÓŁTAWSKA (UR.1921)

Była drużynową w harcerstwie, łączniczką podczas II wojny światowej w walkach konspiracyjnych. Aresztowana w lutym1941r., torturowana przez gestapo, a później wywieziona z wyrokiem śmierci do Ravensbrück, gdzie stała się jednym z tzw. królików doświadczalnych. Po wojnie ukończyła medycynę na UJ. Jako psychiatra pracowała długie lata w Poradniach dla nastolatków i małżeństw. Była założycielką domów dla samotnych matek. Działaczka pro-life. Wielka przyjaciółka Jana Pawła II. Gdy zachorowała na raka papież prosił listownie Ojca Pio o wstawiennictwo i modlitwy. Półtawska została uzdrowiona, a listy stanowiły materiał dowodowy w procesie beatyfikacyjnym Ojca Pio.

s. 49


ROZMOWY

W ciemności

widać najwięcej Siedem kobiet w różnym wieku tworzy wspólnie sztukę w konwencji Czarnego Teatru. W Internecie możemy znaleźć następujący opis składu: „Pomysł, produkcja, scenografia, reżyseria, scenariusze i mieszanie we wszystkim - Aleksandra Kajewska Choreografia, muzyka i dopasowanie ruchu do scenografii - Anna Ja-

Marta Fick

siołek

Ruch sceniczny, animacja, reżyseria, scenariusze, warsztaty dla dzieci Dorota Folkert Realizacja wizji, poddawanie się morderczym próbom - czarne aktorki - Marta Fick, Agata Kajewska, Sara Marczak, Dorota Folkert, Anna Jasiołek, Marysia Fick.” Czym więc jest Czarny Teatr, skąd pomysł na tę formę realizacji siebie i jak wytrzymać w grupie tak jednolitej płciowo opowiedzą Aleksandra Kajewska, Dorota Folkert oraz Maria Fick.

Teatr Czarnego Tła. Nazwa dość wymowna a jednocześnie tajemnicza. Co się za nią kryje? Dorota Folkert: Dla mnie, magia... naginanie rzeczywistości... wręcz iluzja, która wciąga mnie jako grającą i jako widza. Aleksandra Kajewska: Czarne tło jak biała karta - można na nim stworzyć wszystko. A skąd nazwa? D. F.: Nazwa zrodziła się ot tak. To może coś więcej na temat tego, skąd pomysł na tę formę? A. K.: To moje dziecinne marzenie, które narodziło się po obejrzeniu filmu o nauczycielce, która taki teatr tworzyła. Zupełnie nie pamiętam tytułu, ale pamiętam magię. Poza tym teatr zawsze był moją pasją. Jak i samo tworzenie teatru. D. F.: U mnie zaczęło się niewin-

s. 50

nie, od organizowania ferii w konwencji Czarnego Teatru. Nigdy wcześniej nie spotkałam sie z tą formą. A później po nitce do kłębka... Było więc marzenie. Pojawiła się także możliwość jego realizacji i konkretne działania. Co stało się ich wynikiem? A. K.: Wynikiem było zaczarowanie około 120 dzieci i stworzenie z nimi dwóch magicznych spektakli “Królowej Śniegu”. Poza tym, w czasie pracy zaczął się zawiązywać zalążek naszego obecnego zespołu... Który liczy sobie 7 osób płci pięknej... D. F.: Tak! ...niejeden powiedziałby, że to odważna opcja. A. K.: Siedem kobiet, siedem charakterów, siedem wizji, różne nastroje, emocje… ale krok po kroku się docieramy i co najważniejsze,

tworzymy. D. F.: To, że jesteśmy tak różne od siebie i mamy bogatą wyobraźnię pomaga nam w tworzeniu niezwykłych scen, motywów, spektakli. Spotykamy się już prawie dwa lata, ten czas to budowanie zasad, poznawanie siebie, odkrywanie czego chcemy w naszym teatrze i do czego dążymy… A jak widzi to najmłodsza członkini grupy? Maria Fick: Na próbach jest świetna atmosfera i chętnie się na nich pojawiam. Poza tym podoba mi się to, co robimy – to naprawdę coś niezwykłego! A nie przeszkadza Ci, że w zespole jest Twój starsza siostra? M. F.: Nie, nie przeszkadza (śmiech). To nawet bardziej pomaga, bo kiedy mi się nie chce to siostra mnie motywuje, a czasem to ja każę jej zabrać się do działania. Wzajem-


ROZMOWY nie się wspieramy. Oczywiście nie brakuje też prób, na których mamy siebie serdecznie dosyć… D. F.: Wiek nie gra roli, liczą się chęci! Wyobraźnia i dobry humor. Czasem zdarza się tak zwany „spadek formy” i nie chce się ćwiczyć po całym tygodniu obowiązków, ale wystarczy, że przypomnimy sobie, że robimy to dla innych szczególnie też dla dzieci wtedy jakoś się motywujemy. W teatrze jest się na dobre i na złe. Tworzymy grupę! Jeden zespół! Jak się na siebie wkurzamy, to od razu to mówimy, jak się śmiejemy to razem, jak płaczemy (ze śmiechu) to też zespołowo. Wiem, że mogę liczyć na dziewczyny i to się właśnie nazywa Teatr Czarnego Tła. A jak wygląda wasza praca „od kuchni”? D. F.: Powstawanie spektaklu to proces. Tak też jest u nas oczywiście. Najpierw burza mózgów, szukamy tematów, scen do „opowiedzenia”. Później setki prób związanych z animacją przedmiotu, dobór muzyki i szlifowanie aż do premiery. Każda z nas jest osobą zapracowaną, ale spotykamy się regularnie, inaczej nie miałoby to w ogóle jakiegokolwiek przełożenia na scenie. Trochę wygląda inaczej praca przy warsztatach teatralnych. Wtedy każda z nas ma swój zakres działań (animacja, ruch, taniec, scenografia, rekwizyty). Dzięki temu praca warsztatowa odbywa się w odpowiednim dla niej tempie i pozwala w niedługim czasie – niekiedy w ciągu tygodnia, a niekiedy dosłownie kilku godzin roboczych, osiągnąć zamierzony wynik, czyli prezentację efektów na scenie. Brzmi naprawdę profesjonalnie! W takim razie pochwalcie się swoim dorobkiem, który z tego co wiem jest szeroki i dotyka różnorodnej działalności o której nieco już nadmieniłyście. A. K.: Dorobek się buduje. Ten rodzaj teatru nie jest prosty, a chcemy żeby nasza wizja była tylko nasza, nie była kopią żadnego z teatrów. Dlatego pracując nad kolejnymi projektami, eksperymentujemy z różnymi formami.

s. 51


Możecie powiedzieć coś więcej? D. F.: Czarny Teatr ma to do siebie, że sprawdza się u widzów najmłodszych jak i u dorosłych, dlatego też jesteśmy zapraszani przez szkoły czy Młodzieżowe Domy Kultury. Wzięliśmy również udział w akcji „Fortum dla Śląskich Dzieci 2013” współpracując tym samym z Fundacją ULICA, którego zakończenie miało miejsce na deskach Teatru Nowego w Zabrzu. Ta forma genialnie sprawdza się na warsztatach dla dzieci, które chłoną ją całym sobą. Najmłodsi bardzo szybko wciągają się w ten magiczny świat, dzięki czemu rodzą się niepowtarzalne mini-spektakle. To naprawdę forma dająca

wiele niecodziennych możliwości - tworzyliśmy nawet scenki nocą w lesie… To faktycznie niezwykła sceneria! A. K.: Mieliśmy także okazję pokazać się w bardziej prestiżowych okolicznościach w czasie „Industriady 2013” w chorzowskiej Sztygarce. W ramach tej imprezy wzięłyśmy na warsztat Chorzów, jego historię, przemysł, ważne elementy i przerobiłyśmy na nasze wyobrażenie. Czyli tematyka dość trudna, szczególnie że nie gra się słowem. Jak więc trafiacie do widza, aby zrozumiał wasz przekaz? A.K.: Nasz teatr jest połącze-

niem plastyki i tańca, dzięki czemu mamy sporo możliwości przekazania naszych wizji. Wirujące obrazki, pojawiające się postacie, zmieniające kształty obiekty - to wszystko zapada w pamięć i mamy nadzieję, że jest dobrze rozumiane przez widza. A jak aktor radzi sobie z brakiem kontaktu z widzem? M. F.: Ja dopiero będę debiutowała na scenie. Sama jestem ciekawa jakie będą moje odczucia… D.F.: Dla mnie osobiście nie ma większej różnicy, po prostu taki jest zamysł tego teatru. W klasycznym teatrze też czasem bywa tak, że nie mam kontaktu z widzami. Podczas spektakli Czarnego Teatru skupiam się na przekazie i animacji przedmiotu, ruchu ciała. Wiemy już co robicie, jak robicie i gdzie. Powiedzcie więc, jakie macie plany? A.K.: Chcemy wystąpić w Nowym Jorku! (śmiech). Nie mogłam się powstrzymać. Plany są dość dokładnie sprecyzowane - chcemy wystawiać nasz najnowszy „Cyrk”, („Ale… Cyrk…” – przyp. autora) a jednocześnie pracować nad nowymi spektaklami. Chcemy budować grono odbiorców i stałych widzów, którzy będą przychodzili na nasze spektakle i jednocześnie motywowali nas do pracy. No właśnie, premiera tego przedstawienia już niedługo, bo 21 lutego. Jakie nastroje w zespole? D. F.: Na pewno poziom adrenaliny jest już podwyższony u każdej z nas. Nastroje - jak zwykle wspaniałe, każda próba, to nie tylko techniczna praca i tworzenie, ale przede wszystkim ogrom śmiechu, spontaniczności. Każda z nas nie może doczekać się już premiery. Teatr Czarnego Tła jest doskonałym miejscem, gdzie można odreagować stres całego dnia… dla mnie każda próba to odskocznia. A. K.: Premiera wyzwala dużo emocji. Musi, bo tylko wtedy stanie się na wysokości zadania, a przy okazji można obserwować to co się robi z innej perspektywy i wciąż szukać nowych rozwiązań i inspiracji.

s. 52


A jeśli ktoś przegapi premierę, ma szansę ujrzeć was gdzie indziej? D. F.: Na to liczymy! (śmiech) M. F.: Mamy swój profil na Facebook’u pod nazwą Teatr Czarnego Tła. Na bieżąco wrzucane są filmiki i zdjęcia, więc kto ciekawy znajdzie tam co-nieco o naszej działalności. Nic tylko „lajkować”! (śmiech). A. K.: Zapraszamy też na bloga: luna-art-imprezy.blogspot.com – tam nieco więcej o całej działalności oraz możliwości nawiązania współpracy. D. F.: Najprostszy argument, żeby to uczynić? Myślę, że tworzymy

niezły team! A. K.: Też tak myślę, a wszystko przed nami! Ironia podpowiada aby powiedzieć, że ta przyszłość powinna być czarna… D. F: Może i być czarna. Mamy lampy UV ze sobą (śmiech). A. K.: W czarnych barwach przy czarnej kawie… D. F.: W małej czarnej. A. K.: O!

Faktycznie nastroje panują optymistyczne, a dystansu do siebie nie brakuje. Pozostaje więc życzyć udanej premiery, jak najszerszej i najżyczliwszej publiki oraz tego występu w Nowym Jorku! D. F.: Tak. Zaczyna się w naszym życiu „show time”. Kończąc naszą rozmowę… gdybyście miały zareklamować same siebie jednym zdaniem? D. F.: W ciemności widać najwięcej, więc otwórz oczy i patrz! 

(śmiech)

s. 53


EDUKACJA

Kobieta dla szkoły, szkoła

dla kobiety

s. 54


EDUKACJA Zaczynam się zastanawiać, czy dominacja kobiet w szkolnictwie to wynik przynależnej im płci kulturowej utrwalanej latami przez przekonanych o swej wyższości mężczyzn.

A może ucieczka facetów od tego, co tak bardzo przypomina ojcostwo. Boję się odpowiedzi. Chodzi przecież o szkołę. Jeśli takie przypuszczenia okazałyby się prawdą, jak świadczyłoby to o misji, o powołaniu do bycia nauczycielem? Kamil Duc

DOMINACJA KOBIET W EDUKACJI

Przez cały okres edukacji miałem pięć wychowawczyń. Należałoby zadać mi teraz pytanie, co w tym dziwnego? Jeśli ktoś sięgnie pamięcią do historii własnej kariery szkolnej, pewnie podzieli się podobnym spostrzeżeniem. Nie bez przyczyny jednak rozpoczynam pisanie od tego właśnie zdania. Kluczem nie jest tu liczba, ale hasło „wychowawczyni”. Przez trzynaście lat klasy, do których trafiałem, oddawane były pod opiekę pań nauczycielek. Nazwałbym to przypadkiem, bo w końcu w pięciu rzutach monetą może wypaść pięć razy z rzędu reszka. Tylko o ile zdziwiłby taki, a nie inny wynik, o tyle absolutnie nie zaskakuje fakt, że nie miało się nigdy wychowawcy – mężczyzny. Nie znaczy to oczywiście, że oni nie istnieją. Jednak zdecydowaną większość stanowią tu kobiety. Podobnie wygląda struktura pedagogów w szkolnictwie wszystkich etapów. Według danych ministerstwa ponad 83% z około 660 tysięcy nauczycieli w Polsce to kobiety. Największa dysproporcja w kwestii płci cechuje szkoły podstawowe. Mężczyzn uczy w nich aż 8 razy mniej niż kobiet. Natomiast w pozostałych placówkach różnica jest nieco mniejsza. Kobiet jest tam tylko 3 razy więcej niż mężczyzn. Tak wynika z informacji z Banku Danych Lokalnych Głównego Urzędu Statystycznego, które dotyczą szkół bez nauczania specjalnego. Edukacja jest zdominowana przez płeć piękną. Zaznaczmy również, że średni wiek pedagoga wynosi 42 lata. Bardzo często zadaje się uczniom pytanie o idealnego nauczyciela. Pierwsza myśl z pewnością podsuwa

“Według danych min-

isterstwa ponad 83% z około 660 tysięcy nauczycieli w Polsce to kobiety. Największa dysproporcja w kwestii płci cechuje szkoły podstawowe. Mężczyzn uczy w nich aż 8 razy mniej niż kobiet. obraz pedagoga niewymagającego. Jednak po dłuższym zastanowieniu większość młodych ludzi odpowiedziałaby, że dobry nauczyciel powinien charakteryzować się nieco innymi cechami. Okazuje się, że bardzo ważne w oczach uczniów są następujące elementy osobowości nauczyciela: lubi przedmiot, którego naucza i lubi uczyć, ma poczucie humoru, potrafi utrzymać dyscyplinę, jest cierpliwy, sprawiedliwy i otwarty oraz sprawia wrażenie autentycznego. Czy z danych przedstawionych powyżej wynika, że kobiety bardziej odpowiadają tym wymaganiom? Wydaje się, że są to cechy uniwersalne i nie przynależą do konkretnej płci. Można zatem zastanawiać się, dlaczego szkoły okazują większe zaufanie właśnie kobietom w nauczaniu młodzieży.

KOBIETA DLA SZKOŁY?

Zastanówmy się, czy wiele brakuje nauczycielkom do ideału. Oczywiście nie sposób ocenić je wszystkie. Z pewnością uczą w polskich szkołach panie, o których można mówić, jako o genialnych pedagogach. Jednak generalnie doświadczenie pokazu-

je, że ciężko o osobę wybijającą się ponad przeciętność. O kogoś, kto potrafi wzbudzić w uczniach chęć poznawania i zainteresowanie nauką. Coraz częściej klasa przypomina pole bitwy, a zajęcia walkę o przetrwanie. Mniej w tym wszystkim pasji, więcej obowiązku. Nauczycielki nie zawsze potrafią poradzić sobie z rozbrykaną grupą. Zapomnieć można o poczuciu humoru, które zostaje zwykle zastąpione atmosferą napięcia i strachu przed wywołaniem do odpowiedzi. Rozważania te dotyczą głównie szkół gimnazjalnych i dalszych. W podstawówce raczej czego innego oczekujemy od pedagogów. Pierwsze lata edukacji są niezwykle ważne. Dziecko uczy się funkcjonować w szkolnych realiach. Poznaje obowiązujące zasady, oswaja się z nowymi obowiązkami. Potrzebuje wtedy wzmożonej opieki niż w późniejszym okresie, bardziej czujnego oka wychowawcy, większej uwagi oraz ciągłego zainteresowania. Kobieta dużo lepiej radzi sobie z takim zadaniem. Ma zdecydowanie łagodniejsze podejście do dzieci, więcej cierpliwości oraz zrozumienia dla podopiecznych. Tego właśnie im potrzeba. Dlatego taka przeważająca ilość nauczycielek w szkołach podstawowych jest zjawiskiem niebudzącym zastrzeżeń. Znów znajdziemy tu osoby odpowiednie do wykonywania tego zawodu ale też i takie, którym nie powinno się powierzać tak trudnego zadania. Niemniej szukać i tak najlepiej wśród kobiet. Warto zaznaczyć, że należy ukończyć uczelnię pedagogiczną, aby nauczać w klasach początkowych szkoły podstawowej. Ten etap edukacyjny wymaga od nauczyciela specjalnych umiejętności. Natomi-

s. 55


EDUKACJA ast do pracy ze starszymi dziećmi i młodzieżą wystarcza przygotowanie pedagogiczne w znacznie okrojonej formie. Ważniejsza staje się wiedza merytoryczna, co nie znaczy, że neguję wartość zdolności wychowawczych. Są one równie potrzebne. Nie wiem, czy kobieta ma lepsze predyspozycje do pracy na tym etapie. Z pewnością nadal pozostaje wrażliwsza na sprawy uczniów. Potrafi zauważyć znacznie więcej, obserwując grupę. Może nawet bardziej się do nich przywiązuje. Z drugiej jednak strony częściej mają problem z wyciąganiem konsekwencji i podejmowaniem decyzji. Biorąc to wszystko po uwagę, wcale nie wydaje się takie oczywiste, że kobiety są idealne do wykonywania zawodu nauczyciela. Co zatem jest przyczyną ich dominacji w szkolnictwie?

SZKOŁA DLA KOBIETY?

Może to nie kobieta została stworzona do bycia nauczycielką, tylko szkoła idealnie odpowiada jej potrzebom? Niestety dwie często obserwowane postawy przesądzają o słuszności tej opcji. Jeśli kobieta jest lub chce zostać matką, to praca nauczycielki niezwykle ułatwia

“Pierwsze lata edukac-

ji są niezwykle ważne. Dziecko uczy się funkcjonować w szkolnych realiach. Poznaje obowiązujące zasady, oswaja się z nowymi obowiązkami. Potrzebuje wtedy wzmożonej opieki niż w późniejszym okresie, bardziej czujnego oka wychowawcy, większej uwagi oraz ciągłego zainteresowania. Kobieta dużo lepiej radzi sobie z takim zadaniem. s. 56

odnalezienie się w tej roli. Etat w szkole to zaledwie 20 godzin przy tablicy. Resztę obowiązków można załatwić w domu. Do tego dodajmy wolne weekendy, ferie, przerwy świąteczne i wakacje. Nie ma problemu z urlopem macierzyńskim i wychowawczym. Dopóki nie pojawi się potrzeba redukcji etatów, takiej posady nie da się w zasadzie stracić. Oczywiście podobnymi przywilejami cieszą się także mężczyźni. Jednak to nie ich Bóg pokarał kulturową płcią, która jest uciemiężona i zmuszana do zajmowania się gotowaniem, praniem, sprzątaniem oraz opieką nad dzieckiem. Druga kwestia dotyczy przyczyn wyboru takiej a nie innej ścieżki kariery zawodowej. Dla wielu osób zawód nauczyciela jest kołem ratunkowym. Mówię zwłaszcza o tych, którzy nie kończą uczelni pedagogicznych, ale zdobywają uprawnienia niejako nadprogramowo. Jeśli nie wyjdzie mi w życiu, to zawsze mogę spróbować swoich sił w szkole. Ta idea przyświeca naprawdę zatrważająco ogromnej części studentów. O ile mężczyznom

może faktycznie łatwiej znaleźć inna pracę, kobiety zostają nauczycielkami. Ale w tym momencie, widząc to jako porażkę, nie będą czerpały z pracy żadnej przyjemności, co tak bardzo cenią sobie przecież uczniowie. Nic nie wyrządza większych szkód, niż siedzenie w klasie za karę i traktować młodych jak wrogów. Ale posada w szkole kusi ilością czasu wolnego i stabilizacją, więc dlaczego nie skorzystać. Niestety taka motywacja w końcu odbija się na uczniach. Trudno też dziwić się, że nauczycielstwo przeżywa kryzys. O wyborze lub odrzuceniu tej drogi decyduje się dziś tylko w oparciu o kalkulacje. Nie ma tu miejsca na inne, bardziej wzniosłe pobudki.

KILKA SŁÓW O MĘŻCZYZNACH

Na koniec warto pochylić się nad kwestią mężczyzn w szkole. Moim skromnym zdaniem ich obecność nie tylko jest potrzebna, ale wręcz niezbędna. Przecież nauczyciel oprócz przekazywania wiedzy wychowuje. Świat próbuje nas co prawda prze-


EDUKACJA konać, że nawet rodzice tej samej płci mogą osiągnąć sukces w tym procesie. To kłamstwo. Dziecko potrzebuje ojca i matki, by prawidłowo rozwinąć zdolność życia w społeczeństwie. Oczywiście sam fakt ich istnienia nie gwarantuje, że podołają wyzwaniu wychowania potomstwa. Jednak dziecko uczy się przez obserwację bliskich mu ludzi. Mama i tata wzajemnie się uzupełniają w przekazywaniu pewnych wzorców. Dzięki temu od początku porządkujemy sobie zależności między kobietami a mężczyznami. Wiemy czego się po nich spodziewać, do kogo lepiej pójść w konkretnej sprawie, kto spełni nasze oczekiwania. Relacje między płciami są jednymi z najważniejszych w naszym życiu. Skoro szkoła ma uzupełniać proces wychowania, a dzisiaj oczekuje się nawet, że ma przejąć zupełnie ten obowiązek, potrzebujemy nauczycieli niczym ojców. Nie jest tajemnicą, że uczniowie sprawiają trudności wychowawcze. Co więcej są to najczęściej chłopcy.

Nie zawsze idzie to w parze z problemami w domu. Jeśli tam potrafi nad delikwentem zapanować ojciec, to dlaczego nie miałoby się to udać również w szkole. Czasem nauczycielka nie jest w stanie tego zrobić. Może młody nie czuje strachu przed swoją panią. Nie obawia się, że ta wyciągnie konsekwencje. Podobnie w sytuacji, gdy dziecko nie ma ojca lub ten nie poświęca mu uwagi. To chyba najczęstsza przyczyna problemów wychowawczych. Gdyby taki pokrzywdzony dzieciak trafił pod opiekę konsekwentnego, stanowczego wychowawcy, który potrafiłby znaleźć z nim nić porozumienia, z pewnością mogłoby to pomóc. Jeśli taką młodzież zostawimy samą sobie, spisujemy ich często na straty. Oczywiście nie jest zasadą, że tylko mężczyźni radzą dobie z podobnymi wyzwaniami. Ale częściej to oni budzą respekt niż kobiety. Równowaga pod względem płci mogłaby przynieść naprawdę dobre efekty. Tylko jak zachęcić facetów do wejś-

cia w rolę uważaną za tak niemęską? Smutne jest, że podobnie rzecz ma się z ojcostwem, ale to temat na inny raz. Po tych rozważaniach, dochodzę do wniosku, że ciągle zmierzamy w niewłaściwym kierunku. Walczymy, lecz nie z tym wrogiem, co trzeba. Po pierwsze ministerstwo edukacji. Zamiast zmian w programach, podręcznikach i strukturach należy zająć się nauczycielami. Sprawdzać ich motywacje i szukać pedagogów, dla których jedyną wartością będzie uczeń. Po drugie przeciwnicy feministek. Ruch walczy między innymi o lepsze płace dla kobiet i równe traktowanie. Zamiast z góry na dół wszystko krytykować, proponuję pomóc. Lepiej, żeby młoda, wykształcona dziewczyna znalazła dobrą pracę, niż żeby trafiła z powodu braku innych perspektyw do szkoły. Wtedy ani kobieta szkole, ani szkoła kobiecie nie przyniesie żadnych korzyści. 

s. 57


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

Kościół bez

propagandy Niektórzy narzekają, że w Kościele wieje nudą. No ale od czego mamy media? Już one potrafią zainteresować tematem nawet ateistów. Spisek w Watykanie i gra o tron Piotrowy to tylko przykrywka. Tak naprawdę dzieje się dużo więcej. Wielki Post, postanowienia biskupów, rozmowy o rozwodnikach no i awantura o kasę.

Kamil Duc Media znów na tropie. Pozostaje tylko czekać, aż ktoś pokusi się o napisanie książki, w której poznamy kulisy rezygnacji Benedykta XVI z papieskiego urzędu. Pewnie nie obyłoby się bez spisków, zdradzieckich biskupów, może nawet jakiegoś morderstwa albo przynajmniej takiej groźby. Temat chwytliwy, więc bajkopisarze z pewnością odnieśliby wielki sukces. Problem w tym, że takich rewelacji szukają media. Rok po tej zaskakującej decyzji węszą za sensacją. Kiedy okazało się, że nikt w Watykanie nie ma krwi na rękach, Benedykt i tak musiał się tłumaczyć. Wyraźnie zaprzeczył jakimkolwiek spekulacjom. Nie było żadnych nacisków, knowań ani innych czynników. Emerytowany papież podtrzymuje, że podjął decyzję w zgodzie z własnym sumieniem, w pełni świadomie i dobrowolnie. No ale jak tu zrozumieć takie postanowienie, gdy ktoś rezygnuje z władzy. Politykom nigdy nie przyszłoby to do głowy. A propos władzy. Rocznica abdykacji nie była jedyną aferą wokół Benedykta. Został również posądzony o konflikt z Franciszkiem. Kto wie, może to jeden z rozdziałów hipotetycznej powieści sensacyjnej? Choć spisek mający na celu odzyskanie Stolicy Apostolskiej nie pasuje mi do Benedykta. W każdym razie były papież i tym razem zdementował wszystkie plotki. Zaznaczył, że z Franciszkiem łączy go przyjaźń. Wspiera swojego następcę modlitwą. Zgadza się z jego

s. 58

“Rocznica abdykacji

nie była jedyną aferą wokół Benedykta. Został również posądzony o konflikt z Franciszkiem. Kto wie, może to jeden z rozdziałów hipotetycznej powieści sensacyjnej? poglądami. Podkreślił też, że wycofał się ze swej posługi i nie ma zamiaru ingerować w podejmowanie żadnych decyzji przez obecnego papieża. Podobne insynuacje związane z przyczyną zachowania imienia czy białego stroju uważa za absurdalne. Sekretarz Benedykta abp Georg Ganswein udzielił wywiadu włoskiemu dziennikowi katolickiemu. Opisywał między innymi, jak wygląda zwyczajny dzień emerytowanego papieża. Dowiedziałem się stąd nawet, że Benedykt lubi czasem obejrzeć „Ojca Mateusza” i „Komisarza Rexa” na DVD. Pewnie gdyby wiedział, że na emeryturze nie uwolni się od wścibskich dziennikarzy, wolałby dalej spokojnie kierować Kościołem. Swoją drogą ciekawe, że tak uparcie media szukają sensacji tam, gdzie tak trudną ją znaleźć. Watykan różni się od normalnego państwa. Czy tak ciężko to zrozumieć? Ale dość o spiskach. Skupmy się

przez chwilę na tym co ważne. Przez chwilę pomyślałem o pączkach, ale to głównie dlatego, że żadnego w czwartek nie zjadłem i teraz mnie to prześladuje. Na szczęście nie pączki są warunkiem dobrego startu w Wielkim Poście, który Kościoły przystroi w fiolet już za dwa dni! Co na początek? Może spowiedź. Tych, którzy praktykują ją tylko trzy razy w roku zachęcam aby nie tylko kończyć ten okres sakramentem pokuty, ale również zaczynać. Ojciec święty Franciszek poświęcił spowiedzi katechezę dwa tygodnie temu. Apelował w niej o docenienie sakramentu oraz korzystanie z niego. Papież zwrócił uwagę na kilka wymiarów tej praktyki. Po pierwsze człowiek pojednuje się z Bogiem i żyje w pokoju. Po drugie, otrzymując przebaczenie od całej wspólnoty Kościoła, bo ją reprezentuje kapłan w konfesjonale, odchodzi dojrzalszy. I po trzecie zwyczajnie można komuś się wygadać. Nawet jeśli są to brudy, normalny ksiądz cię nie wyrzuci. Szkoda, że dzisiaj ludzie boją się spowiedzi, bo to całkiem wartościowe spotkanie. Pod warunkiem że jesteś na nie gotów. Do Watykanu z wizytą ad limina przybyli tym razem hiszpańscy biskupi. Najważniejszym wyzwaniem, jakie przed sobą stawiają, jest troska o rodzinę. Nie chodzi tylko o działanie przeciwko nowym formom rodzinopodobnym sprzecznym z nauką Kościoła. Tamtejszy episkopat chce ukazywać tę najważniejszą komórkę


Z ŻYCIA KOŚCIOŁA

społeczną jako miejsce schronienia przed trudnościami. Zauważmy, że cała Europa zmaga się z kryzysem. Sprawa eutanazji dzieci w Belgii poruszyła cały kontynent. Petycja przeciwko temu prawu podpisana przez 200 tysięcy osób trafi do Brukseli. Nie ma się co łudzić. Będą kolejne próby zmian prawa w Europie. Nie unikniemy tego. Kierunek działań hiszpańskich hierarchów jest zatem właściwy, bo to rodziny należy wspierać i pomóc przezwyciężać problemy, z którymi sobie nie radzą. Coraz częściej poruszana jest kwestia rozwodników. Kilka dni temu niemiecki kardynał Walter Kasper wygłosił referat do Kolegium Kardynalskiego. Twierdzi, że Kościół potrzebuje zmian w sprawie sakramentów dla ludzi z rozbitych małżeństw żyjących w nowych związkach. Treść przemówienia nie została w całości ujawniona. Wiadomo, że kardynał nie proponował żadnych konkretnych rozwiązań. Pewnie będzie to ważny głos brany pod uwagę w czasie zaplanowanego na ten rok synodu. Sytuacja nie jest łatwa. Chodzi o to, żeby zatroszczyć się o ludzi, ale nie można zrobić tego kosztem przyzwolenia na swawolę. A tak niestety kończą się często ustępstwa. Papież Franciszek podczas mszy wspomniał ostatnio, że nie należy czynić ze zranionych małżonków argumentów w dyskusji. Im należy się przede wszystkim pomoc. Ja natomiast uzupełniłbym te słowa. Mamy tendencję do wyrzucania

tego, co przestało nam się podobać lub się zepsuło. Czasem jednak można to naprawić. Podobnie w relacji. Zdarza się, że jesteśmy w stanie przebaczyć, zmienić się i odbudować więź, którą zerwały zranienia. Często jednak zbyt szybko się poddajemy. O roli Kościoła we wspieraniu rodziny Franciszek mówił również polskim biskupom w czasie ich wizyty ad limina. Wyczuwam, że to sprawa najwyższej wagi. Całym sercem popieram to zaangażowanie papieża. Znacznie bardziej cieszą mnie jednak wnioski episkopatu po rozmowach w Watykanie. Oto kilka spostrzeżeń po przeczytaniu wywiadu z abpem Stanisławem Budzikiem dla KAI. Nasi biskupi chcą upodabniać się do Franciszka w ustalaniu priorytetów oraz sposobie komunikowania się z wiernymi. Widzą potrzebę otwierania się na ludzi odrzuconych i porzucających Kościół. Hierarchowie mają świadomość potencjału polskiej wspólnoty. Postawili sobie za cel przeciwdziałać sekularyzacji, bo wydaje się, że jesteśmy silniejsi niż Zachód. Tu szczególnie zgadzam się z arcybiskupem Budzikiem. Dodatkowo zapewnia on o całkowitym uszanowaniu wolności, która stanowi podstawę chrześcijańskiej miłości. Jeśli te przemyślenia staną się rzeczywistością, to może uda się uniknąć poważnych problemów, z jakimi zmaga się Kościół na Zachodzie. Mam nadzieję, że próby zmiany wizerunku biskupów nie zepsuje

walka o pieniądze. Temat ten zawsze należał do kontrowersyjnych. Sam mam mieszane uczucia. Z jednej strony Kościołowi należy się jakieś zadośćuczynienie za straty poniesione w okresie PRL, ale z drugiej pogłębia to podziały. Przygotowana została rządowa propozycja dotycząca dobrowolnego odpisu 0,5% od podatku. Z punktu widzenia katolika uważam projekt za właściwy. Ale kilka spraw powoduje ciągłe odsuwanie wprowadzenie planu w życie. Po pierwsze obawy mniejszych związków wyznaniowych, które również korzystałyby z tego rozwiązania. Po drugie wielka niewiadoma w kwestii budżetu państwa. I po trzecie brak konkretnej umowy między rządem, a episkopatem. Liczę jednak na to, że do porozumienia w końcu dojdzie, a kto będzie pokrzywdzonym, zobaczymy. Na koniec jestem zmuszony użyć brzydkiego słowa na „g”. Jeśli ktoś nie ma ochoty czytać, to niech zakończy na tej oto kropce. Ksiądz Dariusz Oko nie odpuszcza genderowi. W semestrze letnim na Wydziale Filozoficznym UPJPII w Krakowie poprowadzi wykład „Teoria gender”. Gdyby nie nawał zajęć, zastanowiłbym się nad uczestnictwem. Może w końcu ktoś wytłumaczyłby mi, o co w tym wszystkich naprawdę chodzi. Bo na hasło dziennikarzy telewizyjnych „porozmawiajmy o gender” chce mi się rzygać wodą z mózgu, którą robi mi profesor Środa. 

s. 59


KAZANIA

PONADCZASOWE

Matka wskazuje

dziecku Ojca

ks. Mirosław Maliński

Kto jest matką dziecka, to sprawa jest oczywista i prosta. To widać, kiedy kobieta chodzi w ciąży, ma duży brzuch. Widać, jak przy dziecku spędza najwięcej czasu. Ale kto jest ojcem dziecka? To jest w zasadzie sprawa zaufania. Kto jest ojcem dziecka wie matka, a przynajmniej powinna to wiedzieć. I to matka wskazuje dziecku ojca. Ten kogo kocham najbardziej na świecie, kto jest mi najdroższy, ten jest twoim ojcem. I ojciec też, kochając matkę, okazując jej miłość, jakby utwierdza w tym dziecko. Tak, tak... ja jestem Twoim ojcem.

Przypominam sobie taką sytuację, to było w Gronowicach. To jest wioska na Śląsku Opolskim. Panuje tam niesamowity porządek. Wszystko poukładane, krowy czyściusieńkie, wymyte, stoją w oborze, w której są nawet powieszone firanki. Zostałem tam zaproszony na odpust. Po odpuście poszedłem na obiad u jednej z rodzin. Przychodzę, stół nakryty, biały obrus, zaprosili mnie do stołu, usiadłem i nagle mały Achim podbiega i mówi: „proszę wstać” - wymachując przy tym palcem – „proszę wstać”. Boże co tu robić – myślę. Trzeba wstać. Pomyślałem, że zachowałem

s. 60

się chyba jak burak. No więc stoję i czekam, co będzie dalej, wszyscy stoją przy stole. Cisza, spokój. Przychodzi ojciec, zajmuje pierwsze miejsce za stołem, żegna się, odmawia krótką modlitwę. Potem nalewa sobie zupy, podaje wazę żonie, żona podaje gościom i tak rozpoczyna się obiad. W pewnym momencie ich córka Gizela podnosi rękę: „tato, można coś powiedzieć?”. Ojciec się zgadza i nawiązuje się rozmowa. Nie było wątpliwości, nikt nie miał wątpliwości, kto w tym domu jest ojcem. Pamiętam również inną sytuację. Po dwóch tygodniach byłem we Wrocławiu u swoich znajomych,

również w porze obiadowej. Przychodzę, dzieci jedzą obiadek w salonie, Kaśka serwuje im ziemniaczki, suróweczkę, schabowy. A tymczasem Wojtek siedzi w kuchni i na lodówce coś podjada, jakieś odpadki z dnia wczorajszego, jakieś resztki bigosu. Zaczynam rozmawiać z Wojtkiem, ta rozmowa się nie klei. No, ale dzieciaki niezbyt dobrze się zachowują w pokoju, są niegrzeczne, zaczynają krzyczeć. W końcu zaczynają się rzucać ziemniakami, ta Kaśka zaczyna też krzyczeć: „no Wojtek powiedz im coś, No uspokój ich jakoś. No Wojtek czy Ty jesteś ich ojcem czy nie?”. A ten Wojtuś spokojnie pałaszuje sobie ten obiadek na tej lodówce i nic nie był wstanie zrobić. Kim on był dla tych dzieci? On dla tych dzieci był utylizatorem odpadków na lodówce. To wszystko. Nie był wstanie zareagować. Ja wtedy zrozumiałem, że dzieci w zasadzie były pół sierotami. Kaśka jakby zapomniała wykreować dla tych dzieci ojca, bo ojca trzeba wykreować. Ojca może wykreować matka, potem tego ojcostwa mogą bronić dzieci, jak ten mały Achim. Mężczyźnie samemu trudno zająć pierwsze miejsce przy stole, samemu o niego zawalczyć. Im z faceta większe kalesony, to tym więcej wysiłku powinna włożyć kobieta aby wykreować go na ojca swoich dzieci. Bo przecież to w końcu ona im takiego ojca znalazła. 


CZEMU ŻYCIE

Przyjmowanie życia Po co żyjemy? Czy po to, żeby ciągle pracować, żeby cały czas się spieszyć? Żeby martwić się o przetrwanie, żeby być zmęczonym? Po to, żeby przeminąć? Żeby się zestarzeć i zostawić wszystko? By odejść bezpowrotnie? Po co?

Tomasz Maniura OMI Tak bardzo chciałbym umieć cieszyć się z małych rzeczy, cieszyć się wszystkim, cieszyć się każdego dnia i w każdej chwili. Chciałbym tego w każdym swoim wieku, teraz i gdy będę stary. W powodzeniach i niepowodzeniach. W momentach, kiedy wydaje się, że wszystko jest przeciwko mnie. Umiejętność życia, to wielka sztuka. Sztuka przyjmowania. Moje życie jest przyjmowaniem. W zasadzie żyję, dopóki przyjmuję. Gdy się zamykam, to się kurczę. Niestety ciągle we mnie bunt, brak zgody i akceptacji – tracę. Tracę życie. Dlaczego nie zgadzam się na poranek, który przychodzi za szybko, na stary chleb, od którego bolą dziąsła, na deszcz z wiatrem za oknem? W tym wszystkim jest moje życie. W tym, co przychodzi mogę się realizować, a jeśli nie przyjmuję? Źle jest być zamkniętym na to, co do mnie przychodzi, co mnie otacza. W zasadzie nie ma powodu, żebym nie przyjmował z otwartością. Mając w sobie życie, z czym wiąże się pragnienie życia, nierozumnym byłoby nie żyć, czyli nie karmić życia przyjmowaniem. Walczyć o życie, to zwalczać w sobie ograniczające granice, to zwalczać w sobie niezdolność przyjmowania, zwalczać w sobie zamknięcie. Żyć to być otwartym, to być gotowym na wszystko, to być w dyspozycji by być. Czasem wydaje mi się, że mogę coś komuś dać, stopniowo dawać życie, po trochu je dzielić. Przeznaczać czas dla kogoś, dla czegoś. Tak nie da się żyć. Wszystko jest przyjmowaniem. Wszystko pomnaża moje życie, wzmacnia je, prowadzi do pełni, ubogaca. Potrzeba w sobie ciągle dokonywać zmiany kierunku. Nie da się dawać, jak

się nie przyjmuje, i jednocześnie się nie przyjmuje, jak się nie daje. Wydają się to dwa przeciwstawne kierunki, ale osobno nie istnieją. Życie to jednocześnie jedno i drugie, to pełnia życia. Czynniki zewnętrzne nie są w stanie zniszczyć mojego życia, które jest od nich niezależne. Stają się one treścią mojego życia, bogactwem, ale nie niszczą życia, tylko stwarzają możliwości by je rozwijać. Wszystko przyjmować. Wszystkim się cieszyć, to jest możliwe. Okazuje się po raz kolejny, że wszystko dzieje się w środku, w ukryciu. Prawdziwe życie jest ukryte we mnie samym. To wewnętrzne zaangażowanie prowadzi i daje sens do wysiłku zewnętrznego. I wcale nie szkoda czasu na zatrzymanie się, na wejście w głąb siebie, na zobaczenie kim jestem teraz, co dziś mnie tworzy, bo to prowadzi do życia, do człowieka, do obecności. Wszystko jest bogactwem życia. W zasadzie grzechem jest nie przyjmować. To wielka bieda przestać się karmić życiem. Życia nie da się dzielić, życie można tylko pomnażać. W momencie kiedy dajemy, w zasadzie tylko zyskujemy. Trochę podobnie jak w logice biznesu: „żeby skasować, trzeba zainwestować”.

Żeby bardziej i więcej żyć, trzeba więcej dawać życia. Pojmuję to tylko wtedy, gdy mam w sobie wolność, wolność do dawania i przyjmowania. Najgorsze są granice we mnie, że tego czy tamtego to nigdy nie zniosę, nie przyjmę, nie oddam – i tracę. To czego wymaga ode mnie codzienność, to jest moje życie. Zainwestować w zaangażowanie się w codzienność, uczestniczyć w niej, dać siebie i tworzyć życie, wtedy otrzymujemy. Kolejna podobnie brzmiąca zasada w biznesie, to „żeby skasować, trzeba zaryzykować”. Boimy się dawać siebie, bo boimy się utraty siebie. Ale kiedy bardziej jesteśmy sobą, jak nie momencie wychodzenia ze sobą do innych, kiedy określamy się przed innymi, wyrażamy kim jesteśmy, wnosimy bogactwo swojej osoby, swoich doświadczeń, swojego życia? Warto ponosić to ryzyko dawania siebie, bo bardziej sobą się stajemy, wyraźniejsi i znów mamy więcej do dania. Życie to umiejętność przyjmowania, zdolność nie buntowania się, ale akceptowania tego, co daje mi życie. Czy ponoszę ryzyko inwestowania w swoje życie przez dawanie siebie tam, gdzie jestem? 

s. 61


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

Męska

inicjacja

Wiele kultur wykształciło ścieżki inicjacyjne, programy wychowania i ryty przejścia, które miały przemienić chłopców w mężczyzn. Aby poznać życie i swoje miejsce w świecie, trzeba przeżyć “coś więcej”. Dzisiejsze społeczeństwo zatraca dawne tradycje. Coraz trudniej współczesnemu człowiekowi wejść w dorosłość, męskość, znaleźć siłę i mądrość. A jednak wciąż szukamy “wtajemniczenia”. Kto szuka, ten znajduje... Krzysztof Reszka Dawniej nasz ludzki gatunek żył zdany na łaskę i niełaskę sił przyrody, zwierząt, zimnych temperatur. Aby zdobyć pożywienie - trzeba było polować, co było trudne i niebezpieczne. Przyroda wymuszała na człowieku używanie wszystkich sił, aby przetrwać. Wyciskała z niego wszelkie zdolności. Tylko sprytny mógł przeżyć. Ludzie żyli we wspólnocie. Musieli wzajemnie się organizować. Musieli kombinować, bo nie było innego wyboru. Innymi słowy - szkołę przetrwania mieliśmy praktycznie za darmo. To wymuszało rozwój. Wkrótce nauczyliśmy się chronić ciało przed chłodem, za pomocą skór. Wynaleźliśmy ogień, namioty, szałasy. Udomowiliśmy zwierzęta, nauczyliśmy się uprawiać rośliny. Tym samym stworzyliśmy sobie sztuczne środowisko, które nie było już tak srogie. Było bezpieczniej i spokojniej. Ale szkoda było tracić sprawność, wojowniczość i zdolności, które mogły kształtować się na łonie dzikiej przyrody. Można było więc poddawać młodzież próbie, aby przez jakiś czas obchodziła się bez cywilizacyjnych zabezpieczeń lub też zastąpić naturalne, przypadkowe czynniki pobudzające rozwój, przez stworzenie sztucznych, celowo zaplanowanych sytuacji. Byłoby szkoda skapcanieć

s. 62

“W wielu kulturach

następował rytualny moment, kiedy chłopiec odrywany od matki przyjmowany był do społeczności mężczyzn. Zanim stał się w pełni mężczyzną, musiał zmierzyć się ze strachem, samotnością, bólem... towarzyszyły temu często posty, przebywanie w odosobnieniu, długotrwałe wędrówki. w cieplarnianych warunkach, bo kto wie, kiedy znów trzeba będzie podjąć walkę o przetrwanie, a hart ducha, znowu się przyda. W wielu kulturach następował rytualny moment, kiedy chłopiec odrywany od matki przyjmowany był do społeczności mężczyzn. Zanim stał się w pełni mężczyzną, musiał zmierzyć się ze strachem, samot-

nością, bólem... towarzyszyły temu często posty, przebywanie w odosobnieniu, długotrwałe wędrówki. Chłopak uczył się panowania nad własną ambicją czy popędem seksualnym. Chłonął męskość od starszych mężczyzn, przy których wzrastał. Wojciech Salwa porównał odkrywanie swojego potencjału i rozwój w trudnych warunkach, do zjawiska obserwowanego w świecie przyrody: „Przykładowo niektóre gatunki znanych nam z grzybobrania bedliszek (inaczej: grzyboludków, Fungivoriidae) mogą setkami lat mieszkać i wypasać się w gołąbkach i maślakach jako ślepe robale, płodząc (za pośrednictwem jajek) takie same robale, aż kiedyś lokalna susza zniszczy ich dom i pastwisko. Wtedy niespodziewanie robale „dostają” kądziołek przędnych, owijają się kokonem i przepoczwarzają, a potem (w zgodnym z genetycznym przepisem terminie) wygryzają się i wylatują jako... sześcionogie, skrzydlate, wielookie i wyposażone w czułki-radary owady. (Faza imago ontogenezy grzyboludka). I lecą gdzieś „za las” poszukają sobie bardziej komfortowego, mokrego grzybowiska. Tam znowu płodzą potomstwo, które może kolejne setki lat żyć i rozmnażać się w postaci ślepych robali. (I tylko niektóre


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

babcie opowiadają wnuczkom, że „był taki prapradziadek co czynił cuda: widział! chodził! nawet po wodzie chodził i latał! Ale to oczywiści mit, legenda, bajka, jedzcie dzieci maślaczka, jedzcie.” (Wojciech Salwa „Wszyscy jesteśmy grzyboludkami”, Fronda nr 46, 2008 r., str. 73). Przykład może wydawać się przesadzony, a jednak przywodzi mi na myśl jednego z przyjaciół, byłego narkomana, który teraz jest bardzo zaangażowanym chrześcijaninem i cenionym w towarzystwie ziomkiem. Wspominał, że dawniej nawet nie miał zielonego pojęcia, że można patrzeć na ładną dziewczynę bez pożądliwości; że nawet nie podejrzewał, że to w ogóle jest możliwe, by w sercu zapanowały trwałe radość i pokój. Jakie stąd wnioski? Mężczyzna potrzebuje podejmować wyzwania. Potrzebuje dyscypliny, nawet ciężkich i nieprzyjemnych doznań - aby nabrać siły, zahartować się i rozwinąć. W plemieniu Masajów, w Kenii, jest taki zwyczaj, że chłopak, jeśli chce pojąć dziewczynę za żonę, musi wpierw pójść do buszu i upolować lwa. Jest w tym pewna mądrość. W Europie, niestety, często bywa tak, że chłopiec chce mieć dziewczynę, dlatego że kumple mają i chce im pokazać, że on też może. Albo smutno mu bez dziewczyny i chce mieć dziewczynę aby było mu wesoło. Powinien jednak najpierw stać się mężczyzną, dowiedzieć się kim jest, zmierzyć się ze swoim strachem i samotnością

daleko od dziewczyny. A dopiero gdy rozwinie swoją siłę, może wziąć odpowiedzialność za kobietę. A czy Jezus, także przeżył swoją inicjację jako Mężczyzna? Kiedy przyjął chrzest od Jana Chrzciciela, usłyszał od Boga Ojca: “Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Mk 1,11). I co się wtedy stało? Duch Święty zaprowadził Go na pustynię, gdzie przebywał przez 40 dni. Był to czas wyciszenia i odosobnienia. Wtedy właśnie musiał zmierzyć się z pokusami. Pierwsza, by zamienić kamień w chleb, to pokusa łatwizny, szybkiego efektu, wykorzystywania swoich darów dla własnych korzyści. Ale on przeciwstawia się tej pokusie przywołując Słowo Boże: “Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4,4; Pwt 8,3). Druga pokusa jest jeszcze sprytniejsza, bo diabeł powołuje się na tendencyjnie zinterpretowany werset biblijny. Sugeruje, by Jezus rzucił się z narożnika Świątyni w dół i podtrzymywany przez aniołów leciutko opadł. Z pewnością zyskałby wielkie brawa, sławę i autorytet. Ale on nie zamierzał być błaznem, efekciarzem, działać pod publiczkę, ani zbierać lajków na fejsie. On robił swoje i angażował się w trudy codziennego życia. Odpowiedział znów Słowem Bożym, oświadczając, że napisane jest: “Nie będziesz wystawiał na próbę Pana Boga swego” (Pwt 6,16). I jeszcze ostatnia pokusa. Diabeł ukazał mu wszystkie królestwa

świata z całym ich blaskiem i przepychem. Zaproponował że da Mu to wszystko, jeśli tylko Jezus upadnie i odda mu pokłon. Jeden malutki kompromisik moralny, w zasadzie tylko symboliczny i wielka kasa, wpływy, prestiż, bogactwo... a właściwie cały świat - będą twoje! Ale i tutaj Mistrz trzymał się prawdy i walczył Słowem Bożym jak mieczem. Odpowiedział: „Panu Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz” (Pwt 6,13). Znamienne że dwie pokusy, diabeł zaczyna od frazy „Jeśli jesteś Synem Bożym...”. Skąd my to znamy, prawda? Pokaż nam... udowodnij... nie bądź frajerem... No co jest? W.Y.M.I.Ę.K.A.S.Z.? Nie bądź dupa! Iluż z nas ulega, gdy tak postawiona jest sprawa? W ramach rozwoju cywilizacji, upowszechnienia rolnictwa i hodowli zwierząt, zmniejszyła się potrzeba mocnych inicjacji. Jednakże duchowieństwo, kręgi królewsko-rycerskie czy przedstawiciele elitarnych zawodów - wciąż przez wieki udoskonalali systemy inicjacyjne i wychowawcze. Chodziło o to, aby maksymalizować rozwój człowieka i przygotować go do ważnych zadań - do zarządzania, kształcenia i obrony społeczeństwa. To wymagało wtajemniczenia osób, które były do tego powołane i miały odpowiednie predyspozycje. Dlatego Księga Przysłów, zawiera wciąż aktualne porady dotyczące relacji międzyludzkich, zarządzania i interesów. Stąd

s. 63


MĘŻCZYZNA W KOŚCIELE

też systemy ćwiczeń duchowych, jak również formacja rycerska. Jak opisuje Marcin Wołga: „(...) w czasach średniowiecznych na terenie współczesnej Europy można było taki rytuał zaobserwować. Chłopiec ze szlacheckiej rodziny, który miał zostać rycerzem, w wieku 7 lat był wysyłany na dwór innego szlachcica, gdzie przyuczano go do roli pazia. Przez 7 lat uczył się m.in. posługiwania bronią, jeżdżenia konno, dworskich tańców, ale też usługiwania do stołu - co miało nauczyć go, że największą cnotą jest służenie innym. Taki młody adept sztuki rycerskiej musiał też dbać o swój rozwój duchowy. W wieku lat 14, w czasie krótkiej ceremonii paź zostawał giermkiem. Otrzymywał miecz i przez kolejne 7 lat doskonalił się w sztuce wojennej. Wciąż jednak usługiwał do stołu, a przede wszystkim służył swojemu panu - rycerzowi. A więc giermek miał już swojego mistrza, którego mógł obserwować i od którego mógł się uczyć. Kiedy młodzieniec kończył lat 21, przyjmowano go w zastępy rycerzy. Był już uformowany zarówno intelektualnie, fizycznie, jak i duchowo. Ceremonia pasowania na rycerza była czasami bardzo wyszukana i rozbudowana. Był to moment podniosły, poprzedzony licznymi

s. 64

przygotowaniami, w tym m.in. nocną modlitwą wraz z towarzyszami broni, ponieważ wierzono, że stan rycerski jest rodzajem świętego powołania. Nazajutrz miecz młodego mężczyzny był błogosławiony, a sam król przyjmował go w poczet rycerzy. Od rycerzy oczekiwano, by byli dzielni, ale jednocześnie uprzejmi i opiekuńczy wobec słabszych, życzliwi dla biednych.” (Marcin Wołga, Odkryj w sobie rycerza, “Niedziela” 11/2013, str. 47) Dziś takim polem inicjacji może być z pewnością wszelki wolontariat, pomoc osobom chorym i niepełnosprawnym, Opus Dei, rekolekcje ignacjańskie, czy choćby harcerstwo lub Ruch Światło-Życie. Mężczyznom mogę polecić udział we wspólnotach takich jak Przymierze Wojowników czy Mężczyźni św. Józefa. Warto wspomnieć też inicjatywy prowadzone przez o. Grzegorza Kramera SJ, takie jak “Rekolekcje na wygnaniu”, czy “Projekt F.A.C.E.T” - weekendowy wyjazd gdzie formacja duchowa zaprawiona jest solidną dawką treningu fizycznego wraz z nauką posługiwania się mieczem półtora-ręcznym, według europejskich tradycji fechtunku. Pewien Wojownik Ducha, pisał w kluczowym, szóstym rozdziale

swej książki Pamięć i tożsamość: „W tajemnicy odkupienia zwycięstwo Chrystusa nad złem jest dane człowiekowi nie tylko jako osobista korzyść, ale także jako zadanie. Człowiek podejmuje je, wchodząc na drogę życia wewnętrznego, to znaczy na drogę świadomej pracy nad sobą tej pracy, której mistrzem jest Chrystus. (...) Do tej drogi odnosi się szeroko rozpowszechniona w traktatach o życiu duchowym i doświadczeniach mistycznych nauka o trzech etapach, jakie musi przejść ten, kto chce “naśladować Chrystusa”. Te trzy etapy same bywają też nazywane “drogami”. Mówi się o drodze oczyszczenia, oświecenia i zjednoczenia. Nie są to jednak trzy różne drogi, ale trzy etapy jednej i tej samej drogi, na którą Chrystus zaprasza każdego człowieka (...) Chrystus jako najwyższy Mistrz życia duchowego, a także ci wszyscy, którzy kształtowali się w Jego szkole, uczą, że na drogę zjednoczenia z Bogiem można wejść już w tym życiu”.


s. 65


KRWAWE ŻNIWA

Zagadkowa śmierć Staszka Pyjasa

Katastrofy lotnicze, niewyjaśnione morderstwa, tajemnicze samobójstwa – długa jest lista zgonów III RP. Kim byli za życia? Jakie informacje posiadali? Komu mogli zaszkodzić? Kto jest odpowiedzialny za ich śmierć? Sara NałęczNieniewska Zginęli ludzie w mniejszym lub większym stopniu związani z teraźniejszą władzą, pełniący istotne funkcje w rządzie czy instytucjach rządowych. Niekiedy zabójstwa zmieniają się w całą serię zabójstw dotyczących jednej sprawy. Pozostają niewyjaśnione. Mordercy wciąż są na wolności. A kiedy ktoś zaczyna pytać i dociekać, to najczęściej naraża się na kpiny albo zostaje obwołany wyznawcą teorii spiskowych. Tymczasem policjanci opieszale prowadzą śledztwa, prokuratorzy ignorują oczywiste dowody, a po zamknięciu sprawy często po prostu je utajniają. Postanowiłam unaocznić naszym czytelnikom niewyjaśnione zbrodnie i zebrać w cykl wszystkie te niewyjaśnione sprawy. Nie da się jednak mówić o III Rzeczpospolitej bez zrobienia kroku w tył. I przypomnienia o potwornych mordach z czasów PRL-u.

STASZEK PYJAS – ZAGADKOWA ŚMIERĆ

PRL rzuca na nas bardzo długi cień, dlatego pozwolę sobie zacząć mój wywód od niewyjaśnionej do dziś śmierci Stanisława Pyjasa. Sprawa jest mi bliska, bo dotyczy młodego studenta, który tak jak ja mieszkał w Krakowie. Jest to również w pewien sposób sprawa osobista. Moja mama, kiedy rozpoczynała studia w Krakowie miała okazję znać jego przyjaciół oraz

s. 66

“Miał zmasakrow-

aną twarz, zmasakrowane ciało. to była twarz człowieka zatłuczonego. był bity nie tylko pięścią... tych, którzy go zdradzili, jak Lesław Maleszka (ps. „Ketman”). Od 37 lat sprawa zagadkowej śmierci Pyjasa wciąż pozostaje niewyjaśniona. Próby rozwiązania sprawy podejmowane były przez prokuraturę oraz IPN wielokrotnie, jednak bez oczekiwanego rezultatu. W 2010 r. nawet ekshumowano szczątki Staszka Pyjasa. Biegli jednoznacznie potwierdzali wersję, że przyczyną śmierci był upadek z wysokości co najmniej 7 metrów. Czy i kto mógł mu w tym pomóc prawdopodobnie już się nie dowiemy. W godzinach porannych, 7 maja 1977 roku, ciało Staszka Pyjasa znaleziono w bramie przy ulicy Szewskiej 7 w Krakowie. Jego ówczesny przyjaciel, a dziś znany pisarz i publicysta, Bronisław Wildstein widział go zaraz po śmierci. - Miał zmasakrowaną twarz, zmasakrowane ciało. To była twarz człowieka zatłuczonego. Był bity nie tylko pięścią, otrzymał liczne ciosy kastetem lub jakimś metalowym przedmiotem. – mówił później. Staszek Pyjas wraz z Wildsteinem i

Lesławem Maleszką byli działaczami Studenckiego Komitetu Solidarności (SKS). Informację o nim bezpieka uzyskiwała dzięki donosom tego ostatniego TW „Ketmana”. Śmierć Pyjasa wywołała studenckie demonstracje. Tak zwane Czarne Juwenalia zakończyły się Czarnym Marszem. Pod Wawelem odczytano deklarację założycielską SKS.

MO PROWADZI ŚLEDZTWO

Śledztwo podjęte w 1977 roku umorzono, uznając śmierć Pyjasa za nieszczęśliwy wypadek. Prokuratura stwierdziła, że pijany student potknął się o nierówność posadzki, a po upadku zachłysnął i udusił własną krwią. Sekcję zwłok przeprowadzało dwóch adiunktów, których kompetencje pozostawiają wiele do życzenia. Prof. Zdzisław Marek, ówczesny kierownik Katedry w Zakładzie Medycy Sądowej, który podpisał się pod ekspertyzą swoich podwładnych został pozbawiony swojej funkcji w 1991 roku za naruszenie norm etycznych. W swojej książce „Głośnie zdarzenia w świetle medycyny sądowej” z 2009 potwierdzał tezę o wypadku Pyjasa. W latach 90 nieświadomy, że jest nagrywany w rozmowie telefonicznej z dziennikarką powiedział: „ktoś Pyjasowi dał po mordzie... ale ja nie wiem kto”. Nagranie można było usłyszeć w radiu. Według zeznań jakie złożył w IPN - nie prowadził sekcji zwłok, a


KRWAWE ŻNIWA „jedynie” podpisał się pod raportem przygotowanym przez innych.

NIE POTRAFIŁ PŁYWAĆ

Rodzina i przyjaciele nigdy nie pogodzili się z uznaniem śmierci Staszka za wypadek. Wszyscy wiedzieli, że SB interesowała się nim i jego działalnością. Student fizyki Stanisław Pietraszko był kolegą Stanisława Pyjasa. Tak wspomina go Bronisław Wildstein: „Ostatni, na kilka godzin przed śmiercią, widział Pyjasa jego kolega ze szkoły i nasz znajomy z akademika, Stanisław Pietraszko. Zauważył, że ktoś szedł za Staszkiem, „jakby go eskortował”. Według jego zeznań sporządzono portret pamięciowy nieznajomego. Ten istotny dla sprawy świadek utopił się jednak w Zalewie Solińskim kilka miesięcy po śmierci Staszka. Pietraszko miał na sobie czepek pływacki i kąpielówki, jednak z zeznań jego przyjaciół wiadomo, że bał się panicznie wody i nie potrafił pływać. Opozycjonista w czasach PRL, krytyk i publicysta Jan Józef Lipski pisał o tej sprawie tak: „Zdaniem specjalistów w dziedzinie medycyny sądowej, do których KOR zwrócił się o konsultację - gdyby Pietraszko utopił się, ciało wypłynęłoby na powierzchnię nieco później, na skutek procesów rozkładowych. To, że pływało na powierzchni 1 sierpnia, budzi przypuszczenie, iż w płucach znajdowało się powietrze, nie woda. Mogłoby to wskazywać na wrzucenie do wody zwłok, po śmierci innego rodzaju niż utopienie.”

ŚMIERĆ BOKSERA ODPOWIEDZIALNEGO ZA POBICIE PYJASA

Po transformacji w roku 1991 śledztwo w sprawie Pyjasa wznowił Krzysztof Urbaniak uznając, że student został śmiertelnie pobity. Kilkakrotnie jeszcze śledztwa w sprawie śmierci Pyjasa były wznawiane i umarzane z powodu braku dostatecznych dowodów. Sprawę zamknięto w 1999 roku z powodu niemożności wykrycia sprawców. Za jedną z możliwych hipotez uznano wtedy, że agent SB „Janek” zlecił pobicie Staszka byłemu bokserowi Marianowi Węclewiczowi (zachowała się notatka mówiąca o tym

w dokumentach śledztwa). Oficer SB odpowiedzialny za ten rozkaz zmarł na zawał. Marian Węclewicz, również agent SB, w trakcie popijawy niefortunnie zdradził innemu agentowi, że nie otrzymał wpłaty za zabójstwo Pyjasa. Dokumenty potwierdzające tą rozmowę znajdują się w archiwum IPN. Zginął niedługo potem. Oficjalna ekspertyza brzmi jak mało śmieszny żart - zgon w wyniku upadku ze schodów. „W latach 90. zarzuty utrudniania śledztwa w sprawie śmierci Pyjasa postawiono sześciu byłym funkcjonariuszom MSW. Skazano dwóch. Reszta, w tym były szef SB gen. Bogusław Stachura, zmarł w trakcie postępowania. Jego proces był przez lata zawieszony z powodu stanu zdrowia generała.” – pisała Rzeczpospolita.

PRZEŁOM W ŚLEDZTWIE

W maju 2008 roku prokurator krakowskiego IPN, Ireneusz Kunert wznawia postępowanie w sprawie śmierci Stanisława Pyjasa. Po raz pierwszy wówczas przesłuchano Wojciecha Radomskiego, od lat mieszkającego w Stanach Zjednoczonych. Wcześniej o sprawie Pyjasa Radomski miał rozmawiać 7 maja 1977 roku z milicją. Świadczyć ma o tym krótka notatka, która zachowała się w zbiorach IPN. Radomski nigdy dotąd nie był przesłuchany w charakterze świadka. Okazało się, że był on ostatnią osobą, która widziała Staszka Pyjasa żywego. Radomski spotkał

się z Pyjasem i innymi studentami w restauracji „Pod Płachtą”. Spotkanie zakończyło się o 19.30, a Staszek poszedł w kierunku Rynku Głównego, gdzie był umówiony na odbiór ulotek, o których rozmawiali wcześniej. Radomski widział Pyjasa jeszcze 4 godziny później niż Pietruszko. Do prokuratury zgłosiło się jeszcze około 20 innych świadków. Jak mówił Kunert „niektórzy nadal się boją wpływów ludzi dawnej SB”. Informacje przekazane przez nich były na tyle istotne, że w latach 70 uniemożliwiłyby umorzenie śledztwa aparatowi komunistycznemu. Podważyły wcześniejsze zeznania Leszka Maleszki. Prokurator poprosił także o kolejną ekspertyzę biegłych. W pierwszej z 1977 roku nie uwzględniono bowiem rozciętego dziąsła i wybitego zęba. Potwierdziłoby to przypuszczenia przyjaciół Pyjasa, że alkohol obecny w jego organizmie, znalazł się tam na skutek wpychania na siłę butelki do ust. Prokurator Ireneusz Kunert żywił też nadzieję na poznanie nazwisk wszystkich SBeków związanych ze sprawą Pyjasa. Prowadzącemu śledztwo w latach 90 prokuratorowi Krzysztofowi Urbaniakowi nie udało się ich odkryć. Kunert uznał również za bardzo istotne dla śledztwa taśmy nagrane przez dziennikarki: Ewę Stankiewicz i Annę Ferens. Autorki filmu dokumentalnego pt. „Trzech kumpli”, który opowiada o przyjaźni Pyjasa z Wildsteinem i Maleszką, przeprowadziły mnóstwo rozmów z

s. 67


KRWAWE ŻNIWA osobami, które znały Staszka, a także z oficerami SB.

EKSHUMACJA ZWŁOK

20 kwietnia 2010 roku pod naciskiem członków rodziny ekshumowano zwłoki Stanisława Pyjasa. W filmie “Trzech kumpli” jeden z rozmówców wyraża opinię o możliwym strzale w potylicę. Biegli nie stwierdzili jednak żadnych śladów postrzału. Zakład Medycyny Sądowej w Krakowie przeprowadził szczegółowe badania ciała. Potwierdziły się przypuszczenia Ireneusza Kunerta o nie uwzględnionych wcześniej obrażeniach. Po ocenie biegłych medyków sądowych we Wrocławiu, Bydgoszczy i Gdańsku uznano jednak, że Pyjas zginął na skutek nieszczęśliwego wypadku. Agnieszka Miriam Przybysz, siostrzenica Stanisława, która była obecna podczas ekshumacji mówi o nieścisłościach z nią związanych. W jamie brzusznej odnaleziono przedmioty przypominające „pozostałości różańca”, które zniknęły. - W ekspertyzie, w opisie czaszki pominięto wyraźnie widoczne trzy ciemnopopielato zabarwione wgłębienia znajdujące się wewnątrz potylicy, jedno z nich miało zygzakowate zarysowanie – mówiła Agnieszka Przybysz w wywiadzie dla Interia.pl. Prokuratura została poinformowana o możliwym utrudnianiu śledztwa, jednak po przesłuchaniu biegłych, którzy sporządzili ekspertyzę śledztwo umorzono.

A JEDNAK SPADŁ?

Krakowski oddział IPN dnia 15 lutego 2011 roku złożył listę 23 pytań i poprosił o doprecyzowanie dokumentów z ekshumacji. W tym samym czasie opublikowana została informacja sporządzona przez Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie o tym, że „Pyjas mógł spaść ze schodów kamienicy przy ul. Szewskiej, gdzie znaleziono jego ciało. Nie ma możliwości ustalenia, czy Pyjas spadł sam, czy też został zepchnięty.” Siostrzenicy Pyjasa nie przekonuje hipoteza , że „do upadku z wysokości doszło w bramie przy Szewskiej 7, skoro na poręczach nie było odcisków palców Staszka - co stwierdziła opinia krymi-

s. 68

nalistyczna, a w 1977 roku mieszkańcy zeznawali, że nie słyszeli tej nocy nic poza bardzo cichym odpadnięciem tynku od ściany”.

KONSERWACJA AKT SPRAWY

W maju 2013 roku Ireneusz Kunert podał PAP informację, że akta sprawy Staszka Pyjasa zostały poddane konserwacji i digitalizacji. Efektem półrocznej pracy Biura Udostępniania i Archiwizacji IPN jest 16 tomów akt w twardej, płóciennej oprawie. Przeniesiono je również na płyty CD. Paczka papierosów „Sport” znaleziona przy ciele Pyjasa również znalazła się wśród zebranych materiałów. Prokurator chciał również przesłuchać kolejnych 5 świadków oraz przeanalizować pozostałe dokumentów SB i protokoły z posiedzeń KC PZPR z 1977 roku. Śledztwo, które planowano zakończyć w 2013 roku trwa jednak nadal.

SB OBSERWOWAŁO PYJASA JUŻ NA ROK PRZED ŚMIERCIĄ

Istotną informację odnaleźli przyjaciele Stanisława Pyjasa. Ujawnili dokument potwierdzający jego inwigilację. Już na rok przed śmiercią bezpieka uważnie go obserwowała. W trakcie śledztw agentura zaprzeczała, aby coś takiego miało miejsce. W notatce pochodzącej z dnia 12 kwietnia 1976 roku znajdujemy informację o wszystkich poczynaniach Pyjasa tego dnia. Przesłuchanie przez milicję, wpłata pieniędzy na poczcie, posiłek w „Żaczku”, dom studencki, UJ, teatr – Pyjas śledzony był cały dzień. W notatce są również adresy miejsc, w których przebywał i nazwy ulic, którymi przechodził. Jest w niej też informacja dla agentów, aby dyskretnie go obserwować, bo „często ogląda się za siebie”. Notatka nosi klauzulę „tajne” i dla Bogusława Sonika, przyjaciela Pyjasa jest dowodem na to, że bezpieka mogła planować zamach na jego życie.

WITOLD GADOWSKI – NOWE TROPY

Znany dziennikarz śledczy Witold Gadowski opowiada historię byłych cinkciarzy (w PRL-u handlarze


KRWAWE ŻNIWA walutą), którzy 7 maja 1977 roku mieli widzieć jak dwóch funkcjonariuszy SB wyszło z budynku bezpieki przy placu Szczepańskim z dużym, zwiniętym w rulon dywanem. Wiedzieli, że to esbecy, bo mieli już z nimi wcześniej kontakty. Wyglądało to tak, jakby nieśli zawinięte w dywan czyjeś ciało. Szli w kierunku ulicy Szewskiej. Kilka godzin później cinkciarze: Walczak i Druzgała zostali zwinięci z Rynku i doprowadzeni do wysokiego oficera SB. – Ten zamiast rytualnie lać ich w mordę zaproponował im układ. Będą milczeli na temat nocnego spotkania, a w zamian za to SB da im ochronę dla swobodnego cinkciarzowania i na dodatek – w ramach bonusu – zrobi na Rynku obławę na koni, tak, aby dwaj cinkciarze mogli przez cały dzień mieć tam monopol na handel walutą. – pisze Gadowski. W latach 90. na kantor, w którym pracował Druzgała dokonano napadu. Druzgałę zamordowano. Potem okazało się, że napad był zlecony przez krakowskiego policjanta powiązanego ze służbami specjalnymi. Nie żyje też drugi bohater tego zdarzenia – Walczak. On też zginął tragicznie. - Te opowieści, potwierdzone jeszcze przez innego mojego informatora, utwierdzają mnie w przekonaniu, że Stanisław Pyjas został zakatowany w czasie przesłuchania na placu Szczepańskim i potem podrzucony na ulicę Szewską. Do dziś także intryguje mnie agent „Alex”, nierozpoznany kapuś, który działał w kręgu Pyjasa obok słynnego „Ketmana”. – mówi Gadowski

TO BYŁO MORDERSTWO

Od samego początku wiedzieliśmy, że Staszek został zamordowany przez SB. Wiedzieliśmy także, że niecałe dwa miesiące później SB zabiło Stanisława Pietraszkę, który ostatni widział Pyjasa żywego w towarzystwie nieznanej osoby. Nie wiedzieliśmy natomiast, że pięć miesięcy później zginął współpracownik SB, bokser Węclewicz, bezpośrednio po tym, jak przy wódce pochwalił się znajomemu, że to on pobił Pyjasa – mówi Bronisław Wildstein. Reporterzy Superwizjera TVN, Anna Barańska-Całek i Piotr Litka

dotarli do milicjanta, który jako pierwszy oglądał ciało Pyjasa po śmierci. Stwierdził on, że student leżał twarzą w dół, co zupełnie wyklucza wersję o zachłyśnięciu krwią, którą oficjalnie przyjęto w 1977 roku. - Przy okazji dowiedzieliśmy się, że zwłoki zostały przewrócone na wznak, a pierwotna dokumentacja miejsca ich znalezienia została zniszczona – opowiadają. Dziennikarze dotarli również do lekarki pogotowia, która stwierdzała śmierć Pyjasa. Podtrzymuje ona, że w oficjalnej wersji czas jego śmierci został przesunięty o trzy godziny wcześniej. - Tych informacji, faktów poznajemy coraz więcej, ale wciąż nie znamy nazwisk osób, które zleciły zabójstwo. Bo jestem coraz mocniej przekonany, że było to zaplanowane morderstwo, a nie przypadkowa śmierć na skutek pobicia. Prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek poznamy pełną prawdę, jest jednak niewielkie – podsumowuje Wildstein. - Myślę, że nadal żyjemy w zaklętym kręgu PRL-owskiej mentalności. W cieniu ówczesnych układów, powiązań i interesów. Do obecnych czasów przenieśliśmy dawne elity, instytucje, sposoby myślenia i działania. Rozliczenia PRL nie było, i to pokutuje.  Gdzie można przeczytać więcej? • Jarosław Szarek – „Czarne Juwenalia. Opowieść o Studenckim Komitecie Solidarności”, Znak • „Sprawa Pyjasa - czy ktoś przebije ten mur” IPN, 2009 Filmy: • Film produkcji fińskiej pt. “Śmierć studenta”, reż. Jarmo Jääskeläinen, 1977. • Film dokumentalny “Spadł, utonął, umarł” reż. Krzysztof Krauze, 1994. • Film dokumentalny “Kontrwywiad” reż. Krzysztof Krauze, 1994. • Sfabularyzowane śledztwo dziennikarskie w sprawie morderstwa Stanisława Pyjasa przedstawia film Krzysztofa Krauzego “Gry uliczne” • Film dokumentalny “Trzech kumpli” – reż. Anna Ferens i Ewa Stankiewicz • Film dokumentalny “Buntownicy. Studencki Komitet Solidarności”, reż. Wojciech Szumowski, 2007 (nakręcony w 30. rocznicę śmierci Pyjasa).

s. 69


KULTURA

Jestem sobie

Mural

Mural, jak nazwa wskazuje ma coś wspólnego z murem. Brzmi banalnie, zatem trzeba powiedzieć więcej. Jest to malunek na ścianach i murach, bardzo często monumentalny, który możemy dojrzeć na naszych ulicach. Spełnia co najmniej kilka funkcji. Jakich? Anna Kasprzyk

JAKI BYŁ POCZĄTEK?

Za początki istnienia murali można uznać czasy prehistoryczne, kiedy to powstawały malowidła ścienne ludzi pierwotnych. Owe malunki stanowiły przekaz między autorem/ autorami, a odbiorcami. Na przestrzeni wieków zmieniał się styl malowania, jednak podłoże było niezmienne – zewnętrzna powierzchnia ściany. Oczywiście przekaz artystyczny był jednym z wariantów upodobania ludzi do tej dziedziny sztuki, ale zdaje się, że ważniejszy był przekaz pewnych wartości, świadomości społecznej, odniesienie do aktualnych wydarzeń bądź upamiętnienie wydarzeń historycznych, a także pełnienie roli reklamy. Jest tu mowa już o współczesnych czasach. Pierwsze typowe murale powstały w Meksyku w latach 20-tych XX w. Tamtejsi artyści postanowili przekazać swoją wizję społeczeństwa za pomocą tego typu sztuki ulicznej. W Polsce rozwój muralizmu wyraźnie zaznaczył się z czasach PRL’u. Reklamowano wówczas przedsiębiorstwa państwowe np. Pewex, PKO i PZU. Niekiedy możemy zobaczyć pozostałości murali z tamtych czasów do dziś. Być może wiele z reklamujących się zakładów i przedsiębiorstw już nie istnieje. Jednak można się przyjrzeć tym wytworom, tak czy inaczej artystycznym, i potraktować je jako pewnego rodzaju ciekawostka. A nawet zastanowić się

s. 70

“Przekaz artystyczny

był jednym z wariantów upodobania ludzi do tej dziedziny sztuki, ale zdaje się, że ważniejszy był przekaz pewnych wartości, świadomości społecznej, odniesienie do aktualnych wydarzeń bądź upamiętnienie wydarzeń historycznych, a także pełnienie roli reklamy. jak teraz artyści – obecni twórcy murali, by je namalowali, żeby „reklama” podziałała. Dziś, a właściwie w dużej mierze od lat 90-tych XX w. powstające murale przede wszystkim mają za zadanie poruszyć istotną społecznie kwestię i ukazać artyzm twórcy/ twórców. Forma reklamowa już przestała być tak popularna, jak kiedyś.

MURAL I TOWARZYSZE

Murale obok graffiti, szablonów, instalacji czy plakatu, który może także stanowić formę sztuki zaliczają się do street art’u (sztuka ulicy).

Jest to typowa sztuka, tworzona w miejscach publicznych - głównie na ulicach. Wprowadza do otwartych przestrzeni publicznych pewne urozmaicenie. Możemy się zatrzymać i zastanowić nad przekazem treści. Czasem może to być łatwiejsze, czasem trudne. Jak to z interpretacją – każdy może inaczej zrozumieć zamierzenie autora. Dlaczego by nie spróbować?

GDZIE ONE SĄ?

Murale można dostrzec właściwie na całym świecie. Jednak to nasze rodzime są doceniane na całym świecie. Zatem mamy się czym chwalić. Jednym z przykładów jest malunek wykonany na wysokość dziesięciu pięter, znajdujący się w Bydgoszczy. Z wieloma mamy do czynienia w Łodzi. Tam, oprócz współczesnych, można zauważyć te z czasów PRL’u. Trójmiasto także jest otwarte tą sztukę – powstaje tam mnóstwo takich dzieł. Tak naprawdę zarówno w tych wielkich miastach, jak i w tych mniejszych można trafić na street art – wystarczy się rozejrzeć i chcieć przystanąć, aby móc zinterpretować, zastanowić się nad przekazem. Niektóre obrazy są dosyć zabawne, zaskakujące. Nasze ulice to nietypowe galerie sztuki. Miejmy otwarte oczy.


KULTURA

s. 71


KULTURA

MASOWA

Miłość w czasach

samotności

s. 72


KULTURA

MASOWA

„Ona” to kobieta – archetyp, idylliczne wyobrażenie, istota perfekcyjna. W myślach i snach mężczyzn rodzi się kobieta – ideał. Jest odpowiedzią na wszelkie pytania i potrzeby. Nie ma imienia, nie ma fizycznej postaci, ale istnieje w świecie umysłu. W odrealnionej rzeczywistości. Gdzieś pomiędzy snem, a jawą mężczyzna marzy, czeka i skupia myśli wokół Wenus, która jest tylko jego. Sara NałęczNieniewska „Her” to bardzo wymowny i subtelny tytuł najnowszego filmu Spike'a Jonze, znanego nam z „Być jak John Malkovich”, „Adaptacja” czy „Gdzie mieszkają dzikie stwory”. Historia opowiedziana w filmie odnajduje się równie dobrze wśród kanonu Hollywoodzkich romansów, jak kina science–fiction. Fabuła jest tak prosta, jak tylko może być prosta fabuła filmów o miłości. Jednak szkopuł tkwi w tym, że uczucie przedstawione widzowi, nie powinno mieć racji bytu. Więź rodząca się pomiędzy człowiekiem, a system operacyjnym (OS – operative system) to nie jest standard w historiach miłosnych. Owszem, filmowych czy serialowych romansów z urządzeniami technologicznymi było już trochę, ale zazwyczaj osadzone w typowej futurystycznej scenerii czy o komediowym zarysie. W komedii z lat 80 „Dziewczyna z komputera” dwoje nastolatków budzi do życia dziewczynę marzeń podłączając lalkę Barbie do komputera. W filmie „Elektryczne sny” system operacyjny o imieniu Edgar zostaje umiejscowiony w samym środku miłosnego trójkąta. Rick Deckard (Harrison Ford) w „Łowcy androidów” zakochuje się w kobiecie – androidzie, którą powinien wyeliminować. Simone - wirtualna aktorka w filmie o tym samym tytule, robi światową karierę przysparzając kłopotów reżyserowi – Victorowi Taransky'emu (Al Pacino). W dzisiejszym świecie również spotykamy przypadki „relacji” z wirtualnymi postaciami. W smart-fonach możemy mieć oprogramowanie „Siri”, które organizuje nam życie i z którym możemy prowadzić rozmowy. W jednym z

“W świecie pełnym

technologicznych nowinek, bannerów i reklam oślepiających światłami z każdego budynku, gier komputerowych, hologramów, nie ma miejsca na uczucia. odcinków „Teorii Wielkiego Podrywu”, Raj, dosłownie nie potrafiący otworzyć ust przy kobietach, ma romans ze swoim „Siri”. Ale to nie jest już świat wyimaginowany, tylko zabawny pomysł reżysera. Dzięki rozwinięciu się mediów społecznościowych prowadzimy rozmowy przez komunikatory, odwiedzamy pokoje na chatach i często zakochujemy się nie w fizycznym człowieku, a w jego zdjęciu czy avatarze. Dzielą nas kilometry, ocean, a mimo to potrafimy nawiązać relację. Mimo że wirtualną, to dla nas istotną i znaczącą. „Her” to film opowiadający właśnie o takiej relacji. Pomysł na niego reżyserowi podsunęło życie i jego własne doświadczenia. Wiele lat temu miał okazję konwersować z inteligentnym system operacyjnym na stronie internetowej. Spike Jonze w bardzo niegrzeczny sposób zapytał się go „Dlaczego jesteś taka gruba?”, głos kobiecy odpowiedział mu, że nie jest to miłe. Zaskoczony od tamtej pory chciał stworzyć podobną historię. Fabuła wydaję się być wyjątkowo adekwatna do dzisiejszej rzeczywistości. Akcja dzieję się w niedalekiej przyszłości lub równoległej teraźniejszości. W świecie pełnym technologicznych nowinek, bannerów i reklam oślepiających światłami z każdego

budynku, gier komputerowych, hologramów, nie ma miejsca na uczucia. Ludzie jak mrówki poruszają się po wielkiej, zurbanizowanej krainie, wśród strzelistych wieżowców, każdy z słuchawką w uchu, mówiący do siebie, nie zwracający uwagi na drugiego człowieka. Obraz ten bardzo przypomina współczesne Tokio. Japońskie społeczeństwo boryka się z problemem izolacji, która uzyskała już nawet własną nazwę - hikkimori (wycofanie) to choroba społeczna, widoczna szczególnie wśród azjatyckiej młodzieży. Jednak może ona wystąpić, w każdym nowoczesnym społeczeństwie. Apatia, socjologiczne wycofanie, strach przed kontaktem z ludźmi, niemoc sprawcza, to podstawowe jej symptomy. W „Her” widzimy właśnie takie społeczeństwo: zamknięte, odizolowane, spędzające czas w czterech ścianach. Spike Jonze kręcił swój film w Los Angeles i Szanghaju chcąc uzyskać obraz komfortowych, przytulnych miejsc. Życia z ułatwieniami, pełnego udogodnień i rozrywek. Odważne kolory, odcienie oranżu miały złagodzić futurystyczny świat elektroniki. Hoyt van Hoyten odpowiedzialny za zdjęcia sprawił, że wizualne aspekty tego obrazu plasują się na najwyższej półce. W kontraście do tego uładzonego świata widzimy postać Theodore Twombly (J. Pheonix) - samotnika, który kiedyś był duszą towarzystwa, jednak po rozstaniu z żoną, jego miłością z dzieciństwa, odizolował się od wszystkich. W kolorowych pomieszczeniach marzy o czymś co wyrwałoby go z letargu. Jego życie jest dość proste – gry wideo i pornografia. Jak na ironię nawet podczas uprawiania cyberseksu z kobietą po drugiej stronie słuchawki ponosi porażkę.

s. 73


KULTURA „Duś mnie zdechłym kotem!” krzyczy jego wirtualna randka. Jedyne co go odróżnia od reszty społeczeństwa to zdolność empatii. Romantyczny, łatwo popadający we wzruszenie Theodore pracuję w firmie zajmującej się pisaniem listów. Beautifulhandwritingletters.com (Pięknelisty.com) oferuję możliwość wysłania imitacji odręcznie napisanego listu do męża, dziewczyny, mamy, babci czy sąsiada. Twombly jest najlepszy w tym co robi, potrafi wczuć się w drugą osobę, posiadając tylko kilka informacji o niej. Żyje miłością innych ludzi. Jednak kiedy wraca do domu znowu staje się odizolowanym samotnikiem, którego jedynym przyjacielem jest pyskata maskotka (głos podkłada sam Spike Jonze) z gry komputerowej. Theodore mimo że minął rok od rozstania z żoną nie jest w stanie nawet podpisać papierów rozwodowych. Nie prowadzi żadnego życia towarzyskiego. Jego dawni znajomi jeszcze zapraszają go na spotkania, ale on nie odpisuje nawet na maile. Prawdziwe zmiany w jego życiu zaczynają się po zakupie inteligentnego systemu operacyjnego. Po dziwnych pytaniach w trakcie konfiguracji z komputerem np. „Jakie są Twoje relacje z matką?” i wyborze kobiecego głosu w jego życiu pojawia się OS, który sam nadaje sobie imię „Samantha”. Sztuczna inteligencja, nosząca w sobie osobowość kilkuset programistów, adaptująca się do swojego właściciela, posiadająca intuicję i możliwość ewoluowania. Uwodząca głosem „Samantha” (Scarlett Johanson) pomaga mu organizować życie, wspiera go, zadaje niewygodne pytania zmuszając go do mobilizacji. Łatwiej jest nawiązać mu relację z nieistniejącą istotą niż z człowiekiem. Twierdzi tak również jego była żona, Cathrine (Rooney Mara) sugerując, że właśnie brak możliwości stworzenia realnego uczucia był powodem rozpadu ich małżeństwa. „Samantha” rozbudza w nim życie. Posiadająca idealne poczucie humoru, dodająca mu odwagi, zachwycona swoim właścicielem wprowadza świeżość do jego świata. Uczący się od Theodora system operacyjny, poznający jego osobowość poprzez przeglądanie

s. 74

twardego dysku, czytanie maili czy rozmowy z nim jest właściwie jego lustrzanym odbiciem. Potrzebującemu akceptacji mężczyźnie łatwo przychodzi zakochanie się w kimś kto go docenia, nawet jeśli jest to system operacyjny. Dla Theodora zdaje się być kobietą idealną, odpowiedzią na jego potrzeby. Wie jak na niego reagować, wie jak go rozbawić. Grający go aktor - J. Pheonix wcześniej znany nam z ról raczej czarnych charakterów - wprowadza do filmu dozę poczucia humoru. Błysk w jego oku i uśmiech w kąciku ust utwierdza nas w tym, że oglądamy historię raczej nierealną. „Samantha” przypomina mi trochę kobietę – modliszkę z opowiadania Stanisława Lema „Maska”. Sztucznie stworzona maszyna zaczyna odczuwać więcej niż spodziewali się jej twórcy. Wszystko dzięki temu, że zaopatrzyli ją w intuicję i charakter. Jak człowiek boryka się ze swoimi uczuciami, próbuje zrozumieć siebie i swoje możliwości. „Samantha” jednak w odróżnieniu od kobiety Lema jest samoświadoma, uczy się siebie i zaczyna akceptować swoją inność. Przeżywa dramaty i rozterki jednak po chwili, jak przystało na sztucznie wygenerowaną inteligencję, zaczyna je rozumieć. Nie jest w stanie powstrzymać swojego rozwoju. Jej osobowość ewoluuje, już nie jest tylko lustrzanym odbiciem swojego właściciela, a osobną, wirtualną istotą. Scarlett Johanson tchnęła życie w maszynę. Sprawiła, że widz czuje jej obecność. Dajemy się ponieść wrażeniu, że ta odczuwająca istota jest z nami, że można ją zranić jak zwykłego człowieka. Początkowo głos systemu operacyjnemu podkładała Samantha Morton, brytyjska aktorka i przyjaciółka reżysera, jednak w toku pracy nad filmem okazało się, że czegoś brakuje. Dialogi nakręcono na nowo już we współpracy ze Scarlett Johanson, której obecność w produkcji okazała się być strzałem w dziesiątkę. Namiętny, lekko zachrypnięty głos aktorki wyrażał każdą rozterkę, najmniejsze wahanie czy radość „Samanthy”. Oprócz smutnego Theodore'a w filmie pojawia się jego sąsiadka Amy (Amy Adams) walczącą z samotnością mimo małżeństwa i lukratywnej pracy


RECENZJE programistki. Wydaje się być jedyną realną istotą, z którą bohater mógłby stworzyć więź. Może przede wszystkim dla tego, że jest do niego podobna. Niespełniona i niezrozumiana reżyserka filmów dokumentalnych, tkwiąca w małżeństwie pozbawionym miłości miota się w swoim zamkniętym świecie. Amy Adams potrafi adaptować się do każdej roli, nadając wdzięk i klasę swoim postaciom. Bohaterowie tkwią w obrazie pełnym melancholii. Spokojna delikatna muzyka, której słucha Theodore czy utwory tworzone przez „Samanthe” dla upamiętnienia spędzonych ze sobą chwil pogłębiają to uczucie. W filmie możemy usłyszeć śpiew Scarlett Johanson - zanim pojawi się w życiu Theodore'a bohater słucha jej piosenki. A także, kiedy razem śpiewają utwór "The Moon Song" będący wyrazem ich miłości. Wystrój pomieszczeń i stroje bohaterów w stylu retro przypominają nam, że ta historia mogłaby się zdarzyć już teraz. W filmie widzimy również kwitnącą miłość. Z jej wszystkimi wzlotami i upadkami, chwilowym wahaniem, eksplozją uczuć czy stagnacją. Jest odświeżająca niczym wakacyjny romans czy dziecięce zauroczenie. Potrzeba akceptacji epatuję z postaci obecnych w filmie. Theodore potrzebuje Samanthy, która będzie go kochać za to kim jest. Samantha kontaktu z innymi, podobnymi do niej systemami operacyjnymi. Amy (Amy Adams), sąsiadka i przyjaciółka Theodora jest ciągle krytykowana przez męża. Dziewczyna z chybionej randki w ciemno to samotna matka (Olivia Wilde) szukającą kogoś kto ją wesprze. W świecie Spike'go Jonze

każdy potrzebuje miłości. Theodore otrzymuje ją dzięki spotkaniu wirtualnej kobiety. Dzięki niej zaczyna czuć na nowo, budzić się do życia. Jest dla niego katharsis, po którym może ruszać w dalszą drogę. A my to kupujemy. Mimo że wiemy, tak jak oni, że to uczucie nie powinno mieć miejsca, przeżywamy je wraz z nimi. Film pozostawia nas z uczuciem konsternacji. Jesteśmy świadkami czegoś co nie powinno mieć miejsca. A jednak nie ma w tym nic nienaturalnego czy złego. Może dlatego, że jesteśmy już trochę podobni do postaci z filmu. Nasz świat nie wiele różni się od filmowego obrazu. Zajęci własnymi sprawami, otoczeni zewsząd technologią nie możemy wykrzesać z siebie uczuć. Jonze we wszystkich swoich filmach kreuje światy odrealnione, w których nie do końca wiemy co jest prawdą. Reżyser czuje się jak w domu prowadząc nas za rączkę po głowie Theodora Twombly'ego. Pozwala nam zajrzeć w najdziwniejsze zakamarki jego umysłu. Stworzył historię o ludziach zagubionych, którzy desperacko potrzebują obecności drugiego człowieka. Pokazał nam nasz świat w krzywym zwierciadle. Nie jest to świat śmieszny. Mimo dającej się odczuć ironii w filmie to obraz smutny i wypaczony. Często po obejrzeniu, któregoś z jego filmów pozostaje we mnie uczucie niesmaku. Jonze subtelnie przekracza w nich pewne granice. „Her” to obraz, w którym dostajemy ostrzeżenie. Nie jest to jednak film z moralizatorskim zarysem, i może właśnie dlatego wydźwięk jest mocniejszy. Co może stać się z nami i z naszym światem jeśli nie będziemy pielęgnować relacji z ludźmi obok nas. 

s. 75


RECENZJE

Nowe przygody Mikołajka

Karolina Kowalcze

Arytmetyka, technika, geografia... Każdy kiedyś chodził do szkoły. Wprawdzie system szkolenia był inny niż w ubiegłym roku we Francji, ale każdy po lekcjach lubił się bawić z kolegami. I nie wiedzieć czemu dorośli nie mogli nas zrozumieć...

Każdy kiedyś chodził do szkoły. Miał kolegów z którymi lubił bawić się na przerwach. I nie wiedzieć czemu, kiedy wracał do domu cały umorusany i wypaćkany „od stóp do głów”, po niesamowitej zabawie w zamki lub samoloty, czy nawet po meczach w piłkę, rodzice wcale nie byli zadowoleni. „Nowe Przygody Mikołajka” to jedna z dziewięciu książek o Mikołajku, które wyszły spod ręki René Goscinnego i zgrabnej kreski Jeana-Jaquesa Sempé. To krótkie, zabawne opowiadania o szkole, nauce, znajomych, świecie dzieci niezrozumianego przez świat dorosłych. Głównym bohaterem jest Mikołajek, mały urwis, któremu płaczem zdarza się szantażować tatę, by pomógł mu odrobić zadanie domowe. Podstępem doprowadza korepetytora do załamania. Wraz z kolegami w kilka sekund niszczy piękny kartonowy zamek nad którego powstaniem pracował ojciec przez całe popołudnie. Jednak w przygodach Mikołajka kryje się wiele uśmiechu, ciepła i dobrego humoru. Humoru, który jest łatwiej znajdowany przez dorosłych, niż przez dzieci: „Joachim i Maksencjusz mieli taki sam wynik: 3,76 jajka. Kiedy są trudne zadania, Joachim i Maksencjusz do siebie dzwonią i często pani stawia obydwu pałę. Tym razem jednak zapewnili nas, że nie ma sprawy, bo dzwonili do siebie ich ojcowie”. Ciepło i żart ukrywa się w każdej przygodzie małego chłopca. I chociaż często narzeka on na niezrozumienie

s. 76

- mojej Mamie

ze strony dorosłych, lub się na nich złości, oni nie są dla niego wrogami – jak nierzadko rodzice są przedstawiani w najnowszych opowieściach dla dzieci. „Kiedy wydało się, że wypadłem najgorzej zna klasówce z matematyki, zrobiła się straszna afera! Jakby to była moja wina, że Kleofas jest chory i nie było go na klasówce! No bo co w końcu, kurcze blade, ktoś musi być najgorszy, kiedy go nie ma!” Tak żartobliwie o nauce i dzieciństwie mógł napisać tylko autor, który sam „przerabiał” podobne przygody w swoim dzieciństwie. „W szkole byłem strasznym błaznem. Ponieważ jednak dość dobrze się uczyłem, nie wyrzucono mnie” – wspomina René Goscinny. Z kolei losy rysownika, Jeana-Jaquesa Sempé, dzięki któremu

książki o Mikołajku nabrały niepowtarzalnego charakteru, nie były już tak szczęśliwe. „Kiedy byłem mały, rozrabianie było moją jedyną rozrywką” – mówi o sobie. Za brak dyscypliny został wyrzucony ze swojego gimnazjum. W młodości imał się różnych zawodów, ale najwięcej szczęścia osiągnął jako rysownik. To właśnie jego lekką kreską został narysowany Astelix, a przetłumaczony na wile języków „Mikołajek” okazał się być prawdziwym sukcesem. Przygody małego ancymona, który na zabawę, psoty i płacz zawsze ma mnóstwo energii są komiczne, zwłaszcza dla tych dorosłych, w których nie umarło dziecko. Krótkie opowiadania idealne po ciężkim dniu, do poduszki, tak aby zasnąć z uśmiechem na twarzy. 


REFLEKSJE

Pokochać

samego siebie Od dziecka jesteśmy uczeni, że trzeba kochać Boga i bliźniego, rzadko wspomina się o miłość względem siebie. Jest to istotne zaniedbanie bo miłość samego siebie jest nam bardzo potrzebna, wręcz niezbędna do szczęśliwego życia.

Robert Jankowiak Ciekawy jestem ile osób po przeczytaniu tytułu pomyślało sobie o egoizmie. Obawiam się właśnie, że tak przez część społeczeństwa jest odbierana miłość siebie. Trzeba to jasno powiedzieć: prawdziwa miłość siebie nie ma nic wspólnego z egoizmem! Co więcej, John Powell powie, że “istnieje jedna potrzeba, tak podstawowa i zasadnicza, iż jeśli ona zostanie zaspokojona, to reszta niemal na pewno zharmonizuje się w ogólne poczucie szczęścia. Właściwie zaspokojenie tej potrzeby wpływa na zdrowie i pomyślny rozwój całego organizmu człowieka. Tą potrzebą jest głęboka i prawdziwa miłość do samego siebie, rzeczywista i radosna samoakceptacja, autentyczny szacunek dla siebie, sprawiający wewnętrzną radość z bycia sobą: Jak dobrze być mną... Jakie to szczęście, że jestem sobą!”. Pismo Święte także sugeruje nam, aby kochać samego siebie: “Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”(Mt 22, 39). Przekonuje, aby kochać innych TAK JAK siebie. Jeśli nie kochamy siebie, to ciężej będzie nam kochać innych. Ktoś powie, skoro mam kochać bliźnich tak, jak siebie, a ja siebie nie kocham, to nie muszę kochać innych. Jednak to nas w żadnej mierze nie uszczęśliwi. Brak miłości siebie może prowadzić do nienawiści siebie. „Wczoraj utwierdziłam się w przekonaniu, że nadal siebie nienawidzę za

to jaka jestem. Bezustannie poszukuje akceptacji (…) Jestem beznadziejna. Moje życie jest beznadziejne.”-czytam na jednym z blogów. Nienawiść siebie jest wielką tragedią człowieka. Towarzyszyć jej mogą autoagresja fizyczna (samookaleczenia) i psychiczna (dręczenie siebie, wrogość wobec siebie, niszczenie siebie od wewnątrz). Może to również prowadzić do prób samobójczych. Dlatego zadbanie o siebie i miłość siebie są tak ważne! Co trzeba zrobić by to osiągnąć i czym tak naprawdę jest miłość siebie? Miłość siebie można pomylić właśnie z egoizmem. Samoakceptacja, to nie jest myślenie TYLKO o sobie, lub realizowanie swoich potrzeb kosztem innych. Prawdziwa miłość siebie polega najpierw na zaakceptowaniu swojej osoby, mimo ograniczeń; akceptacji swojego życia w danym momencie. Nie chodzi tu o akceptację naszych wad lub zatrzymaniu się na tym co jest. Tak jak Bóg, który nie kocha grzechu, a kocha nas w każdym momencie – nawet w tym, kiedy się od niego oddalamy – tak my powinniśmy kochać siebie bez względu na to w jakiej jesteśmy sytuacji. To właśnie wiara, że Bóg nas pierwszy umiłował wskazuje nam, że jesteśmy godni miłości. Człowiek kochający siebie dba także o swój ciągły rozwój (osobowościowy, intelektualny i duchowy) oraz o realizowanie swojego powołania, „pokochać siebie to podjąć

wysiłek, by stać się najpiękniejszą wersją samego siebie, by ochronić w sobie i wydobyć z siebie całe bogactwo piękna, prawdy, dobra, wrażliwości, wierności, wytrwałości i nadziei” (ks. M. Dziewiecki). Miłość siebie powinna być ukierunkowana na własne dobro i prawdziwe szczęście, zarówno ziemskie jak i wieczne. Dlatego osoba, która nie przywiązuje wagi do tego, co będzie po śmierci tak naprawdę nie kocha siebie. Pokochanie siebie może być dla wielu trudne z powodu miłości a raczej jej braku od rodziców. Alkoholizm ojca lub matki, awantury w domu lub nieobecność rodziców mogą utwierdzić dziecko w przekonaniu że rodzice ich nie kochają , co więcej że w ogóle nie są godni miłości. Co za tym idzie skoro nie jestem godny miłości to nie wolno mi kochać siebie. Pomocą może tu być właśnie ukazanie Boga jako kochającego Ojca, kochającego miłością bezwarunkową. Jest to o tyle ważne, ponieważ Bóg mógł być ukazywany tylko jako Sędzia wymierzający sprawiedliwość. Miłość siebie jest więc drogą, dla niektórych łatwiejszą dla innych trudniejszą, ale na pewno jest ona warta podjęcia, chodzi tu przecież o nas samych. 

s. 77


J E S T E M, W I Ę C M Y Ś L Ę

Co święty Tomasz

myślał o kobietach? Przyznaję, że do pisania tego artykułu, który opatrzyłem przyciągającym, mam nadzieję uwagę pytaniem w tytule, przystępowałem z góry przygotowaną tezą. Chciałem wykazać, że mylą się twierdzący, że pisma św. To-

masza uzasadniają pogląd mówiący o niższości kobiet względem mężczyzn.

Kamil Majcherek

Otwartym pozostawmy – póki co – pytanie, o jaką niższość miałoby tu chodzić.

Dlaczego zabrałem się właśnie za taki temat? Obecny numer „Może coś więcej” poświęcony jest kobiecości. Bardzo żywe jest tymczasem przekonanie, że – jeśli spojrzymy na przeszłość – najgorszą pozycję kobiety zajmowały właśnie w średniowieczu. Miałoby to być kolejnym dowodem na to, jak trudne czy bezrozumne były to czasy. Aby sprawdzić, jaką pozycję – niekoniecznie w praktyce, ale przynajmniej w teorii, tj. w poglądach ówczesnych myślicieli – kobiety rzeczywiście zajmowały, dobrze zwrócić się właśnie do naszego św. Tomasza, który stworzył najbardziej kompletny i spójny system teologiczny i filozoficzny średniowiecza. Kiedy jednak zacząłem wgłębiać się w to, co Akwinata pisze na temat kobiet, zacząłem odstępować od mojego pierwotnego planu czy tezy. To, co nam mówi św. Tomasz w tym temacie, jest postępem względem starożytności – szczególnie: względem Arystotelesa – to jednak nadal nie skłania się on ku poglądowi o naturalnej równości kobiet i mężczyzn. Pozostaje za to w dziwnym rozdwojeniu pomiędzy dwiema rozbieżnymi tendencjami, które niekoniecznie udaje mu się uzgodnić. Niewiasty o słabych nerwach niech wiedzą, że je ostrzegałem: będą fragmenty, które się wam nieszczególnie spodobają. Czytacie na własną odpowiedzialność. Powiedzmy więc na początku, co w Tomaszowej „filozofii kobiet” stanowi krok w przód względem jego poprzed-

s. 78

“Część tych poglądów,

które Tomasz przyjmuje, a część wcześniejszych myślicieli odrzucała, może nam się współcześnie wydać śmiesznymi, ponieważ ich prawdziwość jest dla nas oczywistą. ników. Część tych poglądów, które Tomasz przyjmuje, a część wcześniejszych myślicieli odrzucała, może nam się współcześnie wydać śmiesznymi, ponieważ ich prawdziwość jest dla nas oczywistą. Miejmy jednak w pamięci, że od samego Akwinaty oddziela nas siedemset lat, a od jego poprzedników – jeszcze więcej. To olbrzymia różnica czasowa. Proszę próbować się nie śmiać, ale: św. Tomasz stwierdza, że kobieta nie jest żadnym gatunkiem niższym względem człowieka; kobieta i mężczyzna należą do tego samego gatunku o nazwie „człowiek” – to wcale nie było wcześniej aż tak oczywiste! I kobieta, i mężczyzna stworzeni zostali na obraz Boży, objawiający się w ich rozumności. Mężczyzna i kobieta mają ten sam nadprzyrodzony cel, to znaczy zbawienie. Odróżniając się od co najmniej paru znaczących, a poprzedzających go teologów i filozofów, Tomasz mówi również, że kobieta jest niezbędną „częścią” ludzkiej natury, a jej stworzenie i istnienie było częścią

pierwotnego zamysłu Stwórcy. Nie było więc jego zdaniem tak, że istnienie zróżnicowania na płci (bądź też: istnienie „słabszej” płci, czyli kobiet) jest skutkiem grzechu pierworodnego (a tak twierdził choćby sławny i wpływowy Eriugena), a natura ludzka jest tylko naturą męską, do której kobieta jest jedynie dodatkiem. Zdaniem Tomasza natura ludzka jest dwupłciowa, dzielona w równym stopniu przez kobiety i przez mężczyzn. Tyle zasług św. Tomasza; teraz część trudniejsza, czyli to w jego poglądach, z czym – mówiąc delikatnie – niekoniecznie byśmy się dziś zgodzili. Pogłoski, które mogliście gdzieś usłyszeć, są prawdziwe: Tomasz rzeczywiście twierdził, że z natury kobieta jest najczęściej intelektualnie i moralnie niższa od mężczyzny, a powstanie i narodziny kobiety są skutkiem jakiegoś defektu w procesie poczęcia, a w związku z tym kobieta jest „wadliwym”, przypadkowo i niewłaściwie poczętym mężczyzną. No niestety. Jeśli już to przetrawiliście, to idziemy dalej. Spróbujemy zobaczyć, skąd sobie Tomasz takie wnioski wyciągnął. Jak znający nieco Akwinatę już pewnie przewidzieli, są to przesłanki wzięte od Arystotelesa. To właśnie za filozofem ze Stagiry, żyjącym ponad tysiąc lat wcześniej, Tomasz powtarza pogląd, że w płodzeniu potomstwa mężczyzna jest czynnikiem aktywnym, a kobieta – czynnikiem pasywnym. Kobieta dostarcza pierwiastka biernego, materialnego (miała być nią krew), a


J E S T E M, W I Ę C M Y Ś L Ę mężczyzna – czynnego, nadającego materii formę (nasienia). W płodzeniu potomstwa wszelkie określenie nadawane miało być przez pierwiastek czynny, wychodzący od mężczyzny. Dalej: tak dla Arystotelesa, jak i dla Tomasza działanie (aktywność) jest doskonalsze od doznawania działania (pasywności). Aktywna siła w mężczyźnie zmierza do powstania swego podobieństwa: kolejnej siły aktywnej, czyli przedstawiciela płci męskiej; powstanie kobiety musi być więc skutkiem jakiegoś defektu w procesie poczęcia, a w związku z tym kobieta jest „wadliwym”, przypadkowo i niewłaściwie poczętym mężczyzną. Uprzedzałem, że będą fragmenty dla niewiast o mocnych nerwach, prawda? Ale to nie koniec, został nam przecież jeszcze fragment o niższości intelektualnej i moralnej. A on bezpośrednio wynika z tego, co właśnie napisałem. Po pierwsze: dusze mężczyzn i kobiet są w pewnej mierze pod wpływem doskonałości i niedoskonałości ich ciał (nie, proszę mnie nie pytać, jak to działa). Po drugie: ciało kobiety jest mniej doskonałe, niż ciało mężczyzny, skoro powstaje w wyniku „wadliwego” poczęcia. A w związku z tym: cnoty i zalety dusz kobiet są gorsze niż te należące do mężczyzn. Dlatego mężczyzna jest głową kobiety, ponieważ rozum niższy (kobieta) podlega rozumowi wyższemu (mężczyźnie). Dla Tomasza kobieta jest więc zwykle obdarzona rozumem mniej doskonałym, niż mężczyzna, i jest mniej uzdolniona do myślenia „wyższego” o rzeczach wiecznych, lgnąc bardziej do myślenia „niższego” o rzeczach czasowych. Rozum mężczyzny jest lepiej rozwinięty, a więc jest on lepszy w kontemplacji i mądrości, powinien prowadzić zatem kobietę. Zamiast rządzić swoimi emocjami przy pomocy rozumu, rozum kobiety jest rządzony przez jej emocje. Kobietom brakuje więc odwagi i stałości, są rządzone przez swoje uczucia (zamiast nimi rządzić), są względnie niezdolne do podporządkowania swych działań rozumowi – wszystko to ma być efektem słabości ich rozumu i niedostatku mądrości, co z kolei ma być skutkiem słabości i niższości ich ciał, wpływającej na działanie ich dusz. Na niższość

kobiety względem mężczyzny ma również zdaniem Tomasza wskazywać kolejność kuszenia w raju: to, że najpierw kuszona była Ewa, wskazywać ma na fakt, że to kobieta jest słabsza i bardziej podatna na bycie zwiedzioną niż mężczyzna; diabeł najpierw zwiódł słabszą kobietę, by przy jej pomocy zwieść silniejszego mężczyznę. To były najgorsze wiadomości, teraz czas na nieco lepsze. Zdaniem Tomasza relatywna niższość intelektualna i moralna kobiet względem mężczyzn dotyczy większości, ale nie wszystkich przypadków. Tomasz wie przecież – i mówi o tym – że można również znaleźć kobiety niezwykle silne, stałe, wytrwałe i mądre. Przykładem są tu dla niego Najświętsza Maryja Panna, będąca dla Akwinaty wręcz symbolem życia kontemplatywnego, Samarytankę, z którą rozmawiał przy studni Jezus, wyróżniającą się zdaniem Tomasza zdolnościami rozumu w poszukiwaniu prawdy, będące wzorami stałości i wytrwałości kobiety stojące pod krzyżem Chrystusa, oraz Marię Magdalenę. Jak Tomasz jest więc w stanie pogodzić twierdzenie o naturalnej niższości moralnej i intelektualnej kobiety względem mężczyzny z przykładami, które sam przywołuje, a które zdawałyby się tej tezie zaprzeczać? Nie będziemy tu zbytnio wchodzić w szczegóły. Tomasz stara się z tego wybrnąć, mówiąc, że płeć nie jest przecież jedynym czynnikiem determinującym sprawność intelektualną i moralną duszy. Tak więc inne czynniki cielesne mogą niejako „pokonać” ograniczenia płynące ze słabości płci i sprawić, że kobieta będzie silną w rozumieniu i moralności. Czy czytające ten artykuł Panie to pociesza? Nie wiem. Na koniec mały zwrot akcji. Do tej pory zajmowaliśmy się całym tematem domniemanej niższości kobiet względem mężczyzn na poziomie czysto naturalnym. Czas jednak, abyśmy przeszli na poziom łaski: i to właśnie łaska jest niejako środkiem zrównującym kobiety i mężczyzn i zasypującym przepaść pomiędzy nimi. Kiedy Tomasz mówi o sakramencie bierzmowania, stwierdza, że łaska Boża „nie zna kobiety ni mężczyzny” i że kobiety na poziomie duchowym

(czy szczególnie: na poziomie walki duchowej, w przeciwieństwie do walki fizycznej) mogą być równe mężczyznom bądź lepsze od nich w cnocie i moralnej doskonałości. Łaska pokonuje więc naturalną niższość moralną kobiet Podam w pigułce to, co już ustaliliśmy. Niedoskonałość duszy kobiety i jej niższość względem mężczyzny w aspekcie zdolności do myślenia „wyższego” (czyli abstrakcyjnego) i w aspekcie panowania rozumem nad afektami jest skutkiem niedoskonałości jej słabego ciała, wpływającego na jej duszę oraz jej (tj. duszy) działania. Ta niedoskonałość i niższość nie dotyczy jednak absolutnie wszystkich kobiet, i nie jest niemożliwą do pokonania: Tomasz sam mówi o kobietach wyróżniających się cnotą czy rozumnością. Więcej: doskonalsze niż zwykle ciało, ale również praca nad doskonaleniem sfery rozumu i moralności, i przede wszystkim łaska są w stanie przekroczyć ową naturalną niższość. Mniej więcej tyle z Tomasza wyciągnęliśmy. Nie jest może tragicznie źle, ale też chyba do końca nas jego zdanie nie satysfakcjonuje. Jaki jest więc główny problem z argumentacją Tomasza? Naturalnie, są to złe przesłanki, odziedziczone głównie po Arystotelesie, jakie Akwinata przyjmuje. Nie jesteśmy w stanie przyjąć przesłanek, nie jesteśmy w stanie przyjąć również przynajmniej części wniosków, jakie nam w tym temacie Tomasz podsuwa. Pocieszające jest może to, że – jak mi się wydaje – wystarczy zmienić wyjściową przesłankę (tj. tą mówiącą, że w procesie poczęcia kobieta pełni rolę bierną, a mężczyzna – czynną), aby można wyprowadzić wnioski zdecydowanie bardziej zgodne z naszymi intuicjami, mówiące o naturalnej równości – na poziomie intelektualnym i moralnym – kobiet i mężczyzn. Tomasz tymczasem zdaje się przyjmować niższość kobiet jako fakt zastany, empirycznie potwierdzony, powszechnie akceptowany, a swoje argumenty przedstawia jedynie jako wytłumaczenie tego zastanego faktu. Wybaczymy mu, że nie był w stanie przekroczyć w tym miejscu ram światopoglądowych swoich czasów? Ja bym wybaczył. 

s. 79


Aneks: grafika z okładki: http://pl.freepik.com/ grafika z artykułów: http://pl.freepik.com/, http://www.flickr.com/ zdjęcia z recenzji: materiały promocyjne dystrybutora zdjęcia do artykułów historycznych: Instytut Pamięci Narodowej

s. 80

Moze cos wiecej, nr 5  
Moze cos wiecej, nr 5  
Advertisement