Page 1

QR CODE

Wygenerowano na www.qr-online.pl

#3[27] 2015

Redaktor. Pani Redaktor Rodzinny wypoczynek w Dąbrówce Żywot spoconego pałkarza


Największy saloN z zegarkami Na lubleszczyźNie poNad 1000 zegarków i poNad 20 marek w jedNym miejscu

C.H. E. Leclerc, ul. Tomasza Zana 19, Lublin www.zegarki-sklep.com | www.jubiler-korn.pl


od redakcji

Grażyna Stankiewicz

B

ardzo kobiecy jest ten numer LAJF-a. Ktoś w redakcji westchnął nawet z ulgą, że „nareszcie”. Bo maj, chociaż rodzaju męskiego, ma w sobie wiele z kobiety. Tak więc rozmawiamy z Grażyną Lutosławską o dźwiękach dzieciństwa, chodzimy po łąkach z Magdaleną Granos, która od urodzenia kieruje się w życiu intuicją i która zbudowała na drzewie dom z marzeń. Podziwiamy kobiece akty autorstwa Cezarego Kowalczuka i marzymy o lecie, nosząc na głowie wianki Joli Szali. Ale skradamy się także do męskiego świata – mówimy o parytecie, prezentując trudne kwestie dotyczące wychowywania dzieci, w tym przypadku w rozmowie z reżyserem Łukaszem Witt-Michałowskim i sekundujemy kreatywnym projektantom, założycielom fundacji LuCreate. Ale tegoroczny maj to również możliwość zastanowienia się nad zdewaluowaną w ostatnich latach odpowiedzialnością za Polskę. I wiele rozmów, po co wrzucić swój głos 10 maja do urny, czy jest na kogo głosować i co komu to da. Czy warto? Warto, bo taka jest natura demokracji, bez której nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy.

4

magazyn lubelski 3[27] 2015


ZUPEĹ NIE NOWY

FORD MONDEO

Zapraszamy do naszego salonu | CARRARA - Lublin, ul. Turystyczna 45, tel. 81 746 11 44 www.ford-lublin.pl


SPIS TREŚCI 4 od redakcji Grażyna Stankiewicz. Bardzo kobiecy LAJF.

8 pirat śródlądowy Paweł Chromcewicz. Błogie życie absurdu.

9 kocia kołyska Grażyna Stankiewicz. O wyższości kaniołki nad naleśnikiem

10 tygiel 12 z okładki Redaktor. Pani Redaktor. Z Grażyną Lutosławską rozmawia Grażyna Stankiewicz. (foto Robert Pranagal, Marcin Pietrusza)

20 ludzie Kobieta z zamku na drzewie (tekst Grażyna Stankiewicz, foto Marek Podsiadło)

24 społeczeństwo Poczytaj mi Tato (tekst Grażyna Stankiewicz, foto Marek Podsiadło, Maciej Rukasz)

30 Let me out (tekst Patrycja Woźniak, Bartosz Pachucy, foto Krzysztof Stanek) 32 Pierwszy lot (tekst i foto Michał Patroń) 38 biznes

str. 122

Lubelski potencjał, mediolański styl (tekst Aleksandra Biszczad, foto Marek Podsiadło, archiwum)

42 Ambasadorzy 2015 (tekst Aleksandra Biszczad, foto Michał Wójcik) 44 biz-njus 46 sport Żywot spoconego pałkarza (tekst Iza Wołoszyńska, foto Krzysztof Stanek)

50 moto Nowe wydanie Mondeo (tekst i foto Piotr Nowacki)

52 księgarnik Diabeł i tabliczka czekolady/Akcent

54 kultura

str. 30

Gospel na wiosnę (tekst Sebastian Bancerz, foto Krzysztof Stanek)

56 fotogaleria Własne światy nierzeczywiste, Cezary Kowalczuk

60 kultura – okruchy 62 historia Ostatni niezłomny (tekst Maciej Skarga, foto Marek Podsiadło)

64 moda I znowu przyszedł czas na wianki, (tekst Jola Szala, foto Krzysztof Stanek)

66 integracja Justyna (tekst Maciej Skarga, foto Marek Podsiadło)

67 pedagog

str. 46

Marzena Boćwińska. O Matce pieśń, to pieśń przez łzy, to pieśń bez słów.

68 kuchnia Szef kuchni poleca (tekst i foto Marta Mazurek)

69 zaprosili nas Gala kultury i Strzały 2014/ Metamorfozy nie tylko sentymentalne/ Sportowo przy Lubartowskiej/ Lublin Tattoo Konwent/ Bieg Zielonych Sznurowadeł/ Hiob/ Jajeczko w Lewiatanie/ Gala Dobroczynności/ Szkoła innowacji/ Premiera nowej Toyoty Avensis

74 kalendarium imprez maj 2015

str. 62 6

magazyn lubelski 3[27] 2015


LAJF magazyn lubelski

Lublin 20-010 ul. Dolna Panny Marii 3 www.lajf.info e-mail: redakcja@lajf.info, redakcjalajf@gmail.com tel. 81 440-67-64, 887-090-604 Redaktor naczelna: Grażyna Stankiewicz (gras), g.stankiewicz@lajf.info

QR CODE

Wygenerowano na www.qr-online.pl

Lajf – magazyn lubelski 2015 #3[27]

Okładka: Grażyna Lutosławska, foto Robert Pranagal

Sekretarz redakcji: Aleksandra Biszczad a.biszczad@lajf.info Korekta: Magdalena Grela-Tokarczyk Współpracownicy i korespondenci: Izabella Kimak (izk), Jola Szala (jos), Michał Fujcik (fó), Robert Kuwałek (kuw), Katarzyna Kawka (kk), Maciej Skarga (ms), Marzena Boćwińska (boć), Tomasz Chachaj (tom), Marek Podsiadło (pod), Marta Mazurek (maz), Adam Jabłoński (jab), Izolda Wołoszyńska (izo), Jerzy Janiszewski (jan), Klaudia Olender (kol), Aleksandra Biszczad (abc), Patrycja Woźniak (pat), Ilona Dąbrowska (ido), Tomasz Moskal (mos), Paweł Chromcewicz (chro), Mateusz Grzeszczuk (mat). Foto: Marcin Pietrusza (qz), Maks Skrzeczkowski (maks), Daniel Mróz (mró), Michał Patroń (moc), Olga Michalec-Chlebik (mich), Olga Bronisz (obro), Krzysztof Stanek (sta), Robert Pranagal (gal), Katarzyna Zadróżna (kat).

#3[27] 2015

REKLAMA i MARKETING: Bartosz Pachucy b.pachucy@lajf.info Wydawca: KONO media sp. z o.o, 20-010 Lublin ul. Dolna Panny Marii 5 Prezes Zarządu: Piotr Nowacki (now) p.nowacki@lajf.info

reklama@lajf.info praca@lajf.info

Zapraszamy do biura sprzedaży mieszkań ul. Strzeszewskiego 17/U1 | 20-153 Lublin

Godziny otwarcia PON-PT: 9:00-17:00 SOB: 10:00-14:00

tel.: 81 441 83 30 kom.:609 25 60 70 781 50 06 85

www.gorna10.pl

Regon 061397085, NIP 946 26 38 658, KRS 0000416313 e-mail: kono.media.sp.zoo@gmail.com

ISSN 2299–1689

Treści zawarte w czasopiśmie „LAJF magazyn lubelski” chronione są prawem autorskim. Wszelkie przedruki całości lub fragmentów artykułów możliwe są wyłącznie za zgodą wydawcy. Odpowiedzialność za treści reklam ponosi wyłącznie reklamodawca. Redakcja zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów tekstów, nadawania śródtytułów i zmiany tytułów. Nie identyfikujemy się ze wszystkimi poglądami wyrażanymi przez autorów na naszych łamach. Nie odsyłamy i nie przechowujemy materiałów niezamówionych. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wydawnictwo ma prawo odmówić zamieszczenia ogłoszenia i reklamy, jeśli ich treść lub forma są sprzeczne z linią programową bądź charakterem pisma (art. 36 pkt. 4 prawa prasowego) oraz interesem wydawnictwa KONO media sp. z o.o. Egzemplarz bezpłatny.

Prenumerata

Cena prenumeraty rocznej: 59 zł brutto Nr konta: V oddział Bank Pekao S.A. 42 1240 1503 1111 0010 4544 7511

Adres odbiorcy: KONO media sp. z o.o ul.Dolna Marii Panny 3 20 – 010 Lublin

Oświadczenie: „Wyrażam zgodę na przesyłanie mi przez KONO media sp. z.o.o. ul Dolna Panny Marii 3, 20-010 Lublin, czasopisma "LAJF magazyn lubelski" zawierającego materiały reklamowe i promocyjne. Oświadczam ponadto, że jestem osobą pełnoletnią oraz, że wyrażam zgodę na umieszczenie moich danych osobowych w bazie danych KONO media sp.z.o.o. wydawcy czasopisma „LAJF magazyn lubelski”, a także na korzystanie z nich i przetwarzanie dla celów marketingowych i promocyjnych. Oświadczam, iż wyrażam zgodę na umieszczanie danych osobowych w bazie KONO media sp.z.o.o. wydawcy „LAJF magazyn lubelski” oraz ich przetwarzanie zgodnie z treścią ustawy o ochronie danych osobowych z dn. 29.08.1997 r. (Dz.U.133 poz. 88) wyłącznie na potrzeby wydawnictwa”. KONO media sp.z.o.o. informuje, że przysługuje Państwu prawo wglądu i poprawiania zgromadzonych danych zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych (Dz.U.1997.133.833).

magazyn lubelski 3[27] 2015

7


pirat śródlądowy

Błogie życie absurdu

Paweł Chromcewicz

Z

adziwiająco dobrze ma się dzisiaj coś, z czym doskonale czuła się tzw. komuna. Mam na myśli wszelkiego rodzaju absurdy, paradoksy czy wręcz głupoty życia naszego powszedniego, fundowane przez skretyniały aparat zwykłym obywatelom. Jakoś tak naiwnie wydawało mi się, że wraz z końcem PRL-u zniknie, a przynajmniej znacznie zmniejszy się pole do popisu dla artystów kabaretowych. A tu mija dwudziesty szósty rok wolności i nic z tego!

Absurdów pod dostatkiem i tylko kabarety nie takie (no, może poza wiecznie żywą „Elitą” i jej radiową mutacją, czyli „Studiem 202”). Gdzież dzisiejsi następcy „Dudka” Edwarda Dziewońskiego, „Teya” Zenona Laskowika i Bohdana Smolenia, „60 minut na godzinę” Jacka Fedorowicza? Gdzie filmy w rodzaju „Misia” lub „Nie lubię poniedziałku”? Miłośnikom cudownej ironii, siarczystej, lecz przy tym gustownej kpiny pozostały wspomnienia, czasem nagrania. Bo nie ma dziś niczego choćby zbliżonego do słynnego popisu Jana Kobuszewskiego w roli majstra, Wiesława Gołasa jako ucznia trudnej sztuki hydrauliki i WiesłaTen cały społecznościowy ekshibicjonizm, wa Michnikowskiego w roli petenta, bezrozumne korzystanie z Facebooka czy czyli skeczu „Dudka” zakończonego innego wirtualnego badziewia, często ma- słynnym „Wężykiem, Jasiu, wężyjące komiczne (bądź, niestety, tragiczne) kiem”. Dobre kabarety zastąpiła w postaci kabaretonów, epilogi. Te bandy głupkowatych telemarke- masówka obficie serwowanych przez telewizję, terów. Ci policjanci oraz strażnicy miejscy ale których poziom – jakby powie(to nowość) nadal gotowi wyłącznie dział również mało dowcipny klasyk wystawiać mandaty, jak dawniej robili to – jest po prostu porażający! Szkoda, tym bardziej, że absurd milicjanci za „niemanie świateł”, ale od- nadal goni absurd. Przykłady? Proszę wracający się od prawdziwych problemów. bardzo. Jedźmy od spraw prostych Te parki, jak Ogród Saski w Lublinie, do do bardziej skomplikowanych. Te parkingi i alejki osiedlowe zaktórych wciąż strach wejść, ale już nie mykane szlabanami na kłódkę, dzięki przed bandytami, lecz z obawy, że spacer czemu straż nie może dojechać do z psem zakończy się w kajdankach.. pożaru, a karetka do chorego. Ci irytujący sprzedawcy, których dawne „Czego?” zamieniło się w „W czym mogę pomóc?”, ale poziom pozostał. Ten cały społecznościowy ekshibicjonizm, bezrozumne korzystanie z Facebooka czy innego wirtualnego badziewia, często mające komiczne (bądź, niestety, tragiczne) epilogi. Te bandy głupkowatych telemarketerów. Ci policjanci oraz strażnicy miejscy (to nowość) nadal gotowi wyłącznie wystawiać mandaty, jak dawniej robili to milicjanci za „niemanie świateł”, ale odwracający się od prawdziwych problemów. Te parki, jak Ogród Saski w Lublinie, do których wciąż strach wejść, ale już nie przed bandytami, lecz z obawy, że spacer z psem zakończy się w kajdankach.

8

magazyn lubelski 3[27] 2015

Dawnego, wykpiwanego w kabaretach, wszechobecnego towarzysza, gotowego wygłosić każdą głupotę i każdy banał, zastąpił facet z kropidłem, również jako obowiązkowy element każdej uroczystości. Ale tak naprawdę nie zmieniło się nic poza tym. Ten nowy jest równie elokwentny i tak samo potrzebny, jak jego partyjni poprzednicy. Ale też być musi. Niebawem zapewne przy nowych rowach melioracyjnych lub świeżo załatanej asfaltem dziurze w jezdni będzie niezbędny on i jego obrzędy. Nie wyobrażam sobie, żeby czarno odzianego jegomościa zabrakło całkiem niedawno w dzielnicy Lublina zwanej Majdanem Tatarskim, gdzie z wielką pompą oddawano do użytku nową zajezdnię trolejbusową. Ochów i  achów było co niemiara. Przemówienia, dumne władze miasta i szefowie spółek transportowych, zachwyceni pismacy. I w tym ogólnym samouwielbieniu tylko jeden dziennikarz, Dominik Smaga z „Dziennika Wschodniego”, zauważył: „Przejmowana dziś przez Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne zajezdnia ma całkowicie zastąpić starą bazę na Helenowie. Na razie jest to niemożliwe, bo do bramy nie jest dociągnięta trakcja trolejbusowa, która kończy się na skrzyżowaniu ul. Grygowej, Pancerniaków i Plewińskiego. (…) Bez tych drutów do bazy nie jest w stanie dotrzeć część trolejbusów, które nie są wyposażone w dodatkowy akumulator lub agregat prądotwórczy”. Na to, by zajezdnia pełniła swą rolę, potrzeba jeszcze co najmniej pięciu miesięcy – pisze dalej. Dziś to po prostu zajezdnia bez dojazdu! Ale buzia, goździk, klapa, puchar już były… Tego Tym i Bareja razem wzięci nie wymyśliliby nawet w środkowym PRL-u. Trochę więc szkoda, że Dominik (przy okazji – pozdrowienia i uznanie za czujność) artystą kabaretowym nie jest i całego wydarzenia nie pochlastał ostrzem satyry. Bo przecież tak urocze czasy i równie sympatyczna rzeczywistość zasługują na kolejne: „Wężykiem, Jasiu, wężykiem”.


O wyższości kaniołki nad naleśnikiem

kocia kołyska

Grażyna Stankiewicz

P

rzedświąteczne zakupy w dużym sklepie spożywczym. W śród kupujących głównie mężczyźni. Niektórzy z nich w uznawanych za modne tekstylnych naleśnikach z usztywnionym daszkiem na głowie. Wiek bliżej nieokreślony, między 35 a 60 lat. Spacerują alejkami sklepowymi, konsultując z żonami przez telefon listę zakupów. Zaprzątnięci sprawdzaniem metek z cenami nie zauważają, że tarasują ruch zostawionym na środku wózkiem. Ale to dopiero preludium. Prawdziwy spektakl zaczyna się przy kasie. Nie pakują zakupów na bieżąco, tylko czekają, aż kasjerka nabije wszystko na kasę. Jak zahipnotyzowani skinieniem głowy kwitują każdy wciśnięty klawisz klawiatury. Jakby sprawdzali kasjerkę, kody kreskowe i cały system przepływu informacji o cenach.

Dla odmiany jeden z nich ma na głowie kaniołkę – skórzany wyrób czapkopodobny z zaokrąglonymi patkami zakrywającymi uszy, które w zależności od pogody można potraktować jako nauszniki i izolatory dźwięku lub ustawić ponad uszami, równolegle do płaszczyzny otaczającej kulistość czaszki. W niektórych przypadkach clou tej charakterystycznej wysmakowanej stylizacji jest wieńcząca całość niewielka antenka. Kolejka już jest delikatnie poirytowana, bo w myślach liczy czas, jaki marnotrawi gość przy kasie. Kiedy kasjerka kończy nabijanie cen i obwieszcza wynik końcowy, podając paragon, robiący zakupy mężczyzna sięga po torby zakupowe, które do tej pory ukrywał przed światem w kieszeni. Tak, to istotne. Nie po portfel, tylko po torby. Wyjmuje je z dużym zaangażowaniem własnego skupienia i powoli rozkłada. Jakby od tego zależało, czy wstanie jutro słońce. Nie spieszy się. Zupełnie inaczej niż kolejka, która zaczyna jakby szybciej oddychać. Klient z towarzyszeniem narastającej uwagi kolejkowej społeczności rozpoczyna rytuał pakowania. Wzrok stojących w ogonku do kasy śledzi każdy jego ruch. Mężczyzna robi to metodycznie, z namysłem, tak aby zakupione towary pasowały do siebie kształtem i ciężarem. Ale taka pedanteria wymaga czasu. Kolejka zaczyna znacząco pochrząkiwać. Uwaga, dobry znak – mężczyzna kończy pakować już trzecią torbę. Wśród kolejkowiczów pojawia się promyk nadziei. Kobieta stojąca za mną kiwa głową z aprobatą. Tymczasem klient odstawia zapakowane torby do wózka i sięga po portfel. Kolejka ożywa, niektórzy nawet zaczynają zapominać o uczuciu animozji sprzed chwili, można zauważyć delikatne podekscytowanie. Każdy z nas oczyma wyobraźni widzi własne zakupy na przesuwającej się do celu taśmie... A to duży błąd, bo portfel ma sporo przegródek. Znowu trochę to trwa, zanim jego właściciel zajrzy do tej właściwej. Robi to z godnym podziwu brakiem emocji. Inaczej podchodzi do tego pani, która stoi za mną. Chwilowy wyraz ulgi

na jej twarzy ustępuje wzrokowi, który zabija. Tu, teraz i natychmiast. Najpierw słyszę za plecami poszczególne słowa wyrażające niedowierzanie, a potem zniecierpliwienie. Zaczynam się bać, że za chwilę irytacja zamieni się w eksplozję. Tymczasem klient przy kasie znajduje właściwą przegródkę i właściwy układ banknotów. Celebrując, wyjmuje kilka z nich i kładzie je na ladzie. Szybkość Dla odmiany jeden z nich ma na wydania reszty pozostaje w zdecydo- głowie kaniołkę – skórzany wyrób wanej opozycji do szybkości chowa- czapkopodobny z zaokrąglonymi nia jej do portfela. Duże monety do patkami zakrywającymi uszy, jednej przegródki. Średnie do drugiej i w końcu grosze do trzeciej. Ups, które w zależności od pogody klient się pomylił. Przekładając grosz można potraktować jako nauszniki ze środkowej do trzeciej, chwilowo tra- i izolatory dźwięku lub ustawić ponad ci nad nim kontrolę. Złoty pieniążek uszami, równolegle do płaszczyzny spada na podłogę. Klient się pochyla i zaczyna go szukać. Jak ślepiec z ob- otaczającej kulistość czaszki. razu Breughla, który prowadzi innych W niektórych przypadkach clou tej niewidomych tuż nad przepaścią. Robi charakterystycznej wysmakowanej się niebezpiecznie – i w metaforze i na żywo. Kobieta stojąca za mną właśnie stylizacji jest wieńcząca całość osiąga stan wrzenia, z tyłu słyszę czy- niewielka antenka. jeś jęczenie „Nie wierzę, zabiję faceta”. Klient znajduje grosz i z satysfakcją informuje znudzoną kasjerkę: – Mam. Niby tylko grosz, ale grosz tu, grosz tam i uzbiera się miarka. Kolejka faluje, sąsiadka zza pleców naciera na mnie swoim koszykiem, z kolei ja popchnięta przez kobietę, która już w myślach zabija delikwenta metodami voodoo, wpadam na klienta. Mężczyzna przy kasie, nie kryjąc oburzenia, obsztorcowuje mnie tak, aby każdy słyszał: – Trochę kultury, na panią też przyjdzie czas. Klient odchodzi z wózkiem, aby na dłużej zablokować przejście na trakcie, przy którym umiejscowione są kasy. No i trochę to potrwa. Musi przecież zapiąć wszystkie sześć guzików swojej kurtki i poprawić na głowie kaniołkę. magazyn lubelski 3[27] 2015

9


tygiel

kity i hity Lublinianie kochają rowery

HIT

Już pierwsze podsumowanie z okresu jesiennego świadczyło o tym, że Lubelski Rower Miejski jest hitem. Stan, w niecały miesiąc po ponownym jego uruchomieniu na wiosnę, potwierdził, a nawet spotęgował ten fakt. Co więcej, w swoim uwielbieniu do tego typu środka lokomocji dorównujemy już niemal Holendrom. W połowie kwietnia odnotowano, iż z rowerów miejskich korzysta w całej Polsce pół miliona użytkowników, którzy już w tym sezonie dokonali 326 tysięcy wypożyczeń. W samym Lublinie od pierwszego dnia nowego sezonu, czyli 21 marca, odnotowano 41439 wypożyczeń i 5439 nowych użytkowników. Zgodnie z zapowiedziami przedstawicieli Urzędu Miasta sieć ma na przestrzeni najbliższych miesięcy zostać znacznie rozbudowana. Według deklaracji Ratusza istnieje szansa, że już w czasie wakacji w Lublinie będzie do dyspozycji 80 stacji i 800 rowerów. Oznacza to co najmniej dwukrotną rozbudowę inwestycji w ciągu niecałego roku. Popularność rowerów zostaje dostrzeżona również przez lokalne firmy. Sieć wypożyczalni została właśnie rozszerzona o pierwszą komercyjną stację Lubelskiego Roweru Miejskiego. Dzięki Lublin Plaza tysiące amatorów publicznych jednośladów będą mogły dokonywać wypożyczeń i zwrotów w nowym miejscu – na rogu ul. Lipowej oraz Ofiar Katynia. Lubelski Rower Miejski oficjalnie, po raz wtóry, ogłaszamy hitem miesiąca, a nawet już teraz, z góry ‒ całego sezonu. (abc)

(UM Lublin) (pod)

Prestiżowe wyróżnienie

(UM)

Lublin został odznaczony Znakiem Dziedzictwa Europejskiego, przyznawanym przez Komisję Europejską. W Lublinie wyróżniono symbole upamiętniające zawarKrólowa ulicy cie Unii Lubelskiej: Kaplicę Trójcy Świętej Magnolia to według Wielkiej Encyklopedii Powszechnej rodzaj drzew lub krzewów należący na Zamku Lubelskim, Pomnik Unii Lubeldo rodziny magnoliowatych (Magnoliaceae). Występuje około 250 gatunków. Nazwa została skiej i kościół pw. św. Stanisława Biskunadana dla upamiętnienia francuskiego botanika Pierre'a Magnola. Cechą charakterystyczną pa i Męczennika wraz z klasztorem Ojców magnolii jest najpierw obsypanie się kwiatami, dopiero później liśćmi. Na względu na klimat Dominikanów. Znak Dziedzictwa do tej magnolie na wschodzie Polski mają skłonności do przemarzania. W Lublinie bodaj najbarpory przyznano 65 miejscom w 13 krajach dziej znaną jest magnolia rosnąca na dziedzińcu KUL. Ale można je spotkać również w przy- Europy. Uroczyste wręczenie miało miejsce domowych ogrodach, jak tę na lubelskim osiedlu Skarpa. (maz)

10

magazyn lubelski 3[27] 2015


tygiel w Solvay Library w Brukseli 15 kwietnia. Międzynarodowy panel ekspertów, działający przy Komisji Europejskiej, pozytywnie zarekomendował przyznanie Lublinowi Znaku Dziedzictwa Europejskiego 19 grudnia 2014 roku. Tytuł Znaku Dziedzictwa Europejskiego uzyskują zarówno miejsca materialne – pamiątki, zabytki, budowle, zespoły architektoniczne i krajobrazowe, stanowiska archeologiczne, jak i dziedzictwo niematerialne, reprezentowane przez obiekty lub miejsca, które posiadają symboliczne znaczenie dla historii i dziedzictwa kulturowego Europy. (abc)

Zażywać kąpieli w Kozłówce

Prezydent w Kazimierzu

Lublin, Lubartowska 77

To nowy modny adres na turystyczno-kulturalnej mapie Lublina. Na powierzchni blisko 450 m2, na terenie dawnej Lubelskiej Fabryki Wag, planowane są działania skierowane zarówno do turystów, jak też do mieszkańców miasta. Pomysł jest prosty – stworzenie „Ekobazaru” ze stoiskami promującymi zdrowy styl odżywiania oraz z produktami naturalnymi, tradycyjnymi i regionalnymi od dostawców z całej Polski. Certyfikowaną żywność oraz produkty naturalne będzie można kupować w każdy piątek i sobotę, a start już w maju. Pomysłodawcy planują również zorganizowanie takich akcji, jak np. „Wietrzenie szafy z Caritas” wspólnie z Caritas Archidiecezji Lubelskiej, która polega na zbiórce niepotrzebnych rzeczy zalegających w naszych szafach i garażach. „Wietrzenia” planowane są w każdy poniedziałek i wtorek miesiąca w jednej z hal obiektu. Zebrane ubrania i sprzęty zostaną posortowane i odpowiednio wycenione tak, by pozyskane wpływy mogły zasilić konto na budowę Centrum Charytatywnego Caritas w Krasnymstawie. Dodatkową atrakcją tego miejsca jest powstający we współpracy z lubelskimi restauracjami „Zakątek Smaków”, gdzie spotkają się kulinarne smaki polskie, żydowskie, ukraińskie, litewsko-łotewskie, meksykańskie i włoskie. Będzie można wziąć udział również w warsztatach kulinarnych. – To miejsce jest otwarte na współpracę w pełnym słowa tego znaczeniu: pokazy, warsztaty, prezentacje, wystawy. Szukamy partnerów do współpracy. Jeśli ktoś ma ciekawy pomysł, a nie ma miejsca do jego realizacji, jesteśmy do dyspozycji – zaprasza Agnieszka Zygiel, dyrektor marketingu Lubartowskiej77. Więcej informacji na (abc)

(msj)

10 maja w Polsce odbędą się wybory prezydenckie, w związku z czym kandydaci na urząd prezydenta RP znajdują się obecnie w nieustającej podróży. I tak Bronisław Komorowski przyjechał na Lubelszczyznę, gdzie odwiedził m.in. Lublin, Celejów, Kraśnik, Końskowolę i Kazimierz nad Wisłą, gdzie razem z Danielem Olbrychskim uczył się lepić słynnego kazimierskiego koguta. Zanim jednak prezydent Komorowski zawitał w piekarni, spotkał się z mieszkańcami i turystami na kazimierskim rynku, gdzie sfotografował go nasz fotoreporter Maks Skrzeczkowski. (maz)

17 kwietnia w Teatralni Muzeum Zamoyskich w Kozłówce odbyło się uroczyste otwarcie wystawy „Jaśnie Państwo w kąpieli. Akcesoria toaletowe w XIX i XX wieku”. Zgromadzono na niej blisko pół tysiąca eksponatów, pochodzących przede wszystkim z prywatnych zbiorów. Kolekcjonerzy przez lata wyszukiwali je w starych domach i na targach staroci. W pałacu kozłowieckim, w którym wodociąg i kanalizacja zostały zainstalowane w 1900 roku, prezentowane są m.in. miedziane wanny, kolumny do grzania wody, ozdobne porcelanowe umywalki, zabytkowe baterie i armatury, bidety, muszle klozetowe, nocniki, komplety toaletowe. Na ekspozycji są również kosmetyki: mydła, kremy, perfumy, pudry, proszki, a nawet „zabytkowe” rolki papieru toaletowego. Nie mogło zabraknąć zestawów toaletowych, kompletów do manicure i przyborów do golenia. Wystawa, na otwarcie której tłumnie stawili się zaproszeni goście, będzie czynna do 31 października 2015 r. LAJF ma zaszczyt patronować temu wydarzeniu. (msj)

z sieci

Lubelski szpital na „zaszczytnym” drugim miejscu „Ludzie listy piszą” i petycje, a w tym czasie opisywany przez nas w grudniowym numerze LAJF-a kit, czyli budynek, w którym znajduje się Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej, został nominowany do tytułu Makabryła 2014. Zorganizowany już po raz ósmy przez portal www.bryla.pl plebiscyt służy pokazaniu absurdów w polskim pejzażu architektonicznym i wytypowaniu architektonicznej wpadki roku. Nazywany „gargamelem”, „straszydłem”, a nawet „nowotworem” budynek wznosi się ponad dachami dwustuletnich kamienic, uchodzących do tej pory za malownicze. Komentarz jest zbyteczny, jaki „gargamel” jest, naprawdę widać na zdjęciu. Zachodzi jedno podstawowe pytanie. Kto i dlaczego bez konsekwencji zaakceptował kolorystykę fasady Centrum Onkologii? O dużym zainteresowaniu tematem świadczy chociażby powstanie na portalu społecznościowym Facebook profilu „Przemalujmy Centrum Onkologii w Lublinie”, który w ciągu pierwszych kilku dni polubiło 3 tysiące osób. Tegoroczny konkurs wygrała wycinka drzew pod hipermarket w Rybniku. Na drugim miejscu uplasował się lubelski szpital, na który oddano ponad 5 tysięcy głosów. Więcej na www.bryla.pl (gras). magazyn lubelski 3[27] 2015

11


Redaktor. Pani Redaktor foto Robert Pranagal, Marcin Pietrusza

Gdyby ułożyć listę wszystkich Twoich dokonań, to byłaby dłuższa niż ten wywiad. Osoba, która znajduje czas, aby robić tyle rzeczy równolegle, musi być znakomicie zorganizowana. Twój tata był wojskowym? A skąd wiesz? Nie wiedziałam! Ale takie umiejętności zazwyczaj wynosi się z domu rodzinnego, w którym musi być wojskowy! Rzeczywiście, tata był wojskowym. Ale nie przypominam sobie domowej musztry. Dom rodzinny był w Siedlcach, gdzie się urodziłam. Tam mieszkały moje babcie. Rodzice chodzili do tej samej klasy i byli parą od czasów szkolnych. Babcie mieszkały najpierw w różnych kamienicach, a później przeprowadziły się do jednego bloku. Miałam takie dzieciństwo, jakie tylko można sobie wymarzyć: dużo miłości, dużo wolności, ale i reguły, o których trzeba było pamiętać. Długo na przykład nie mogłam oglądać wieczorami telewizji. Po dobranocce trzeba było być w łóżku. Ale przynajmniej wtedy można było spokojnie poczytać. Wychowałam się w domu, w którym dzieci miały czas na zabawę, ale były i obowiązki. A ponieważ cała rodzina namiętnie czytała książki, zdarzało się, że czytanie odbywało się w nagrodę: jak już było wszystko zrobione, to można było pójść do swojego pokoju i nareszcie zająć się lekturą! Pamiętam dźwięki i smaki dzieciństwa. Na przykład babcine parzaki – wiesz co to jest? Albo kluski z dołkiem. A słyszałaś o blacharzu? Na ścianie w kuchni wisiał zegar. Wybijał godziny i odmierzał rytm, którego – co uzmysłowiłam sobie dużo później – szukam do dziś. Ten zegar stał się bohaterem mojej pierwszej książki. Pamiętam jeszcze dźwięk sopli. W salonie babci, mamy mojej mamy, stał ogromny stół, pod którym bawiłyśmy się z siostrami. Wisiał nad nim secesyjny żyrandol, który składał się z kilku poziomów. A na każdym był rząd szklanych sopli. Wszystkie dzieci w rodzinie na nich grały. Siadały na ramionach dorosłych i wystukiwały swoje melodie. Nic więc dziwnego, że z każdym rokiem sopli ubywało. Żyrandol dostała później moja mama i do dzisiaj wisi w mieszkaniu rodziców w Chełmie. Tylko trzeba go było skrócić o połowę. Bo jak się go powiesiło w bloku, to prawie zawadzał o podłogę. Dom kobiet? Dużo kobiet – babcie, mama, ciotki, siostra rodzona, siostry cioteczne. Ale to dziadek zmyślał dla nas bajki. A ojciec – do którego jestem podobna, dlatego zdarzało się, że się ścieraliśmy – był stanowczy, ale jednocześnie tkliwy. To był prawdziwy facet, który nigdy nie podnosił głosu. Jego pocałunek w czoło potrafił postawić na nogi w trudnej sytuacji.

12

magazyn lubelski 3[27] 2015

To ma na nas wpływ, jakimi osobami byli czy są nasi ojcowie. Pomaga nam wybierać mężczyzn, z jakimi wiążemy się w swoim życiu. Nie pamiętam, żeby w naszym domu mówiło się o feminizmie. Ale to ojciec prasował i swoje koszule, i nasze sukienki. Twierdził, że my o prasowaniu nie mamy pojęcia. Gotowała mama i rzadko wpuszczała ojca do kuchni. Ale nie dlatego, że nie potrafiłby sobie poradzić – to on robił najlepszy gulasz na świecie – tylko dlatego, że bałaganił. Jak wyjechałam z domu, ze zdziwieniem odkryłam, że istnieje podział na prace męskie i kobiece. U nas w domu robiło się to, co robiło się lepiej, albo to, co trzeba było w danym momencie zrobić. Stosujesz to w swoim życiu na co dzień? Tak. Na przykład mój mąż kompletnie nie ma pojęcia o gotowaniu, ale ja na szczęście uwielbiam to robić. Bolesław za to prasuje, bo jest w tym sto razy lepszy ode mnie. A jak go nie ma, to potrafię tak rozwiesić pranie, żeby po wyschnięciu wyglądało prawie jak uprasowane. Siostra mnie tego nauczyła. Z tego, co opowiadasz, maluje się obraz domu, w którym oprócz czytania dużo się rozmawiało. Do dziś wspominam nasze rodzinne kolacje. Wystarczyło, że mama dała sygnał, a natychmiast pędziłyśmy z siostrą z podwórka do domu. Bo śniadania każdy jadł sam, obiady w stołówkach. Ale kolacja to był rytuał. Trwała co najmniej dwie, trzy godziny. Jedliśmy zawsze we czworo i rozmawialiśmy. Te opowieści, te miliony dygresji! Mam to chyba po mamie, że do głównego wątku wracam niekiedy po dobrej chwili. Mamie zdarzało się czasem dopiero przy deserze. Było też miejsce na eksperymenty. Pamiętam minę ojca, kiedy położyłyśmy miód na kawałku żółtego sera. Ale nic nie powiedział, zwłaszcza że obok niego stały pomidory z cebulką, chociaż reszta rodziny jadała je obowiązkowo ze śmietaną. A co do sera z miodem – po latach jadłam tak w Toskanii. Odkryłyśmy ten smak z siostrą, mając po kilka lat, przy stole w Chełmie. Dużo w Twoim dorosłym życiu jest dzieciństwa. Ale coś mało sytuacji bulwersujących. A ogryzki? Jakie ogryzki? W naszym domu jadło się bardzo dużo jabłek. Wszędzie zostawiałam ogryzki. To było silniejsze ode mnie. Niestety zostało mi to do dzisiaj. Tylko że wtedy mój tata chodził za mną i je sprzątał. Nigdy nic mi nie powiedział.


O dźwiękach dzieciństwa, Lublinie i Cambridge, sekretnym sposobie na przechytrzenie czasu oraz magii radia z Grażyną Lutosławską – najbardziej rozpoznawalnym kobiecym głosem lubelskiej rozgłośni, pisarką i autorką sztuk i książek dla dzieci, posiadaczką tytułu Mistrz Mowy Polskiej rozmawia Grażyna Stankiewicz

magazyn lubelski 3[27] 2015

13


na dwa tygodnie i wyszłam na balkon. Pomyślałam, że to nawet całkiem ładne miasto. Ale ja i tak wyjadę do Warszawy. Skończę ten dwutygodniowy kurs, popracuję przez rok w wiejskiej szkole i wyjadę. Ale życie tak się potoczyło, że nauczycielką nie zostałam, zostałam za to w Lublinie. Ale w końcu na studiach się znalazłaś. Wtedy już wiedziałam, że chcę zamieszkać w Lublinie. Zdawałam na filozofię na UMCS. Też było chyba dwadzieścia osób na jedno miejsce, ale tym razem się dostałam. Zaczęłam oswajać dla siebie miasto. Pamiętam „Ludową”, jadłodajnię z moim ulubionym daniem: jajkiem sadzonym z ziemniakami i marchewką z groszkiem. Był Empik przy Krakowskim Przedmieściu z herbatą podawaną w szklankach i gazetami na całe popołudnie. Antykwariaty. No i spektakle Teatru Provisorium. Odkryłam, że nie trzeba jeździć po Polsce, żeby zobaczyć dobry teatr. Stypendium i pieniądze, jakie dostawałam od rodziców, wydawałam na książki i bilety.

Zmienialiście adresy, a przyszła Pani Redaktor w międzyczasie wydoroślała. Z Siedlec przenieśliśmy się do Hrubieszowa, potem do Chełma. Tam zdałam maturę. Nie dostałam się na wymarzone studia filozoficzne w Warszawie, gdzie było dwadzieścia osób na jedno miejsce. Rodzinnie postanowiliśmy, że do czasu kolejnych egzaminów zostanę nauczycielką na wsi. Musiałam skończyć przyspieszony kurs pedagogiczny w Lublinie. A ja nigdy wcześniej w Lublinie nie byłam. Jeździłam do Warszawy, do Krakowa – liceum to był czas odkrywania teatru – a do Lublina jakoś nie dotarłam. Zakwaterowali nas w kamienicy przy ulicy Królewskiej. Pamiętam moment, w którym odstawiłam torbę spakowaną

14

magazyn lubelski 3[27] 2015

Miałaś już wtedy koncepcję na życie, że zostaniesz dziennikarką? Przepowiedziała mi to moja polonistka w podstawówce. Mam to na piśmie, w formie dedykacji w książce, którą dostałam od pani Marii Ryczywolskiej. Tylko że ja wtedy nie bardzo wiedziałam, na czym taka praca miałaby polegać. Studiowałam filozofię i było mi z tym bardzo dobrze. Na piątym roku studiów wzięłam udział w konkursie na recenzję teatralną i wygrałam! Nagrodę wręczał mi redaktor Franciszek Piątkowski, a wywiad z laureatką zrobił Artur Borkowski z „Kuriera Lubelskiego”. Po nim umówił się ze mną Janusz Łuczkowski z Radia Lublin. Zaprowadził mnie do pokoju redakcyjnego, w którym zresztą teraz pracuję. Dał do posłuchania audycję, w której swoją historię opowiadał jakiś mężczyzna, a po chwili przemontował taśmę i kazał posłuchać jeszcze raz. Mężczyzna mówił co innego! „Takie cuda można robić w radiu – powiedział Janusz – ale zapamiętaj sobie, że robić ich nie wol-


no. Jak spotkasz swojego rozmówcę po trzydziestu latach, to musisz mu bez obaw spojrzeć w oczy”. Zaczęło się więc od lekcji etyki. A później wsiąkłam na dobre. Z każdym kolejnym nagraniem, rozmową, okazywało się, że dziennikarstwo jest tym, o czym mówiła moja polonistka – radością ze spotkania z drugim człowiekiem. Nie powiedziała mi tylko, ile ta praca wymaga wysiłku. Tego dowiedziałam się już sama, ale że pokochałam radio miłością bezwarunkową, nie marudziłam. Radio przyniosło Ci zmiany również w życiu prywatnym. Bolesław jest znanym fotografem, autorem świetnej książki o sztuce portretowania i mieszka w Cambridge. Często jadacie wspólne kolacje z milionem dygresji? Bolesław bardzo by pasował do naszych kolacji z dzieciństwa. Pięknie się z nim biesiaduje, a w dygresjach jest jeszcze lepszy od mamy. Lubię z nim rozmawiać, imponuje mi jego wiedza. Poznaliśmy się, kiedy zobaczył w Internecie zdjęcie, na którym robiłam wywiad z jego przyjacielem z Łódzkiej Szkoły Filmowej. Napisał do mnie z pytaniem, czy wiem, co się z nim dzieje. Odpisałam, a miesiąc później spotkaliśmy się w Krakowie. Czujesz odpowiedzialność za to, co Twoi odbiorcy wezmą sobie z tego, co mówisz? Pewnego dnia, a było to chyba w drugim roku mojej pracy, pojawiła się w radiowym holu pani Anna. Przyszła z dziećmi i przepysznym wiśniowym tortem, który robili dla mnie pół nocy. „Dziękuję za to, co pani mówi ” – powiedziała i zniknęła na ponad dwadzieścia lat. Pojawiła się w tamtym roku. Znowu spotkałyśmy się w holu. Stała przede mną elegancka, szczęśliwa kobieta. Powiedziała, że wtedy, kiedy słuchała moich programów, była na krawędzi. A słuchając, nabierała sił. Podjęła ważne życiowe decyzje. Jak się okazało – trafne. Nie wiedziałam wtedy, że prowadząc program, mówię do niej. Dzisiaj też nie wiem, kto jest po drugiej stronie radioodbiornika i czego potrzebuje. Piękne są momenty, w których dowiadujesz się od słuchaczy, że to, o czym mówisz, jest dla nich ważne. Tak samo piękne jak te, kiedy słyszysz, jak reagują widzowie twojej sztuki, jak oddychają w rytm słów, które napisałaś, bo przeżywają to, co się dzieje na scenie. Ale to jest ogromna odpowiedzialność. Dlatego staram się opowiadać prawdziwie. Moją prawdą, bo innej nie znam. Zgodnie ze sobą. Tylko wtedy ktoś może wziąć z niej coś dla siebie. Inaczej tego sobie nie wyobrażam. Inaczej bywa z formą, którą kreujemy, jak np. słuchowisko radiowe. Mój kolega zapytał mnie niedawno, czy chodzę na bazarek z notesem, a później wykorzystuję rozmowy, pisząc scenariusz. Nie! Ale skoro tak mówi, to znaczy, że brzmią prawdziwie. Słuchowiska wróciły na antenę Radia Lublin w ubiegłym roku, po latach przerwy. To był pomysł Kingi Hendzel, zastępcy redaktora naczelnego. Mój „Bazarek” pojawia się w każdą niedzielę. To opowieść o straganie Zosi, przy którym spotykają się bohaterowie magazyn lubelski 3[27] 2015

15


i światy, z których przychodzą. Słucha tego na przykład pani Małgorzata, u której robię zakupy na moim bazarku, kilkunastoletnia Karolina, sąsiedzi znajomych z podlubelskiej wsi, polonistka Katarzyna i pan, który zaczepił mnie ostatnio w sklepie, pytając, czy na pewno, tak jak mówiła Zosia, olej lniany pasuje do kaszy gryczanej. A ja odkrywam zupełnie nowy świat, jakim jest napisanie i przygotowanie słuchowiska. Tygodniowo zajmuje to dziesiątki godzin. Pięknych godzin kreowania teatru wyobraźni. Kto jest twoim pierwszym czytelnikiem? Siostra. Agnieszka jest młodsza o cztery lata. W dzieciństwie to było całe pokolenie! Trochę się wtedy siłowałyśmy, o, tu mam ślad po jej paznokciu, ale zawsze bardzo się kochałyśmy. Mieszka w Monachium, jest felietonistką „Süddeutsche Zeitung”, tłumaczką, pisarką, wydała niedawno książkę. Lubię, kiedy odsyła mój tekst ze swoimi uwagami, bo bardzo cenię jej wrażliwość i talent literacki. Dzisiaj łatwo jest publikować, na przykład w Internecie, ale to nie powód, żeby publikować wszystko. Wolę, żeby ktoś najpierw krytycznie spojrzał na to, co piszę. Dzieci są krytyczne. Dzieci znakomicie czytają. Odnajdują w książkach tropy, o jakich nawet autorka czasem nie miała pojęcia. Ja swoją opowieścią daję im pretekst do tego, żeby uruchomiły wyobraźnię. Szkoda, że nie słyszałaś, o co pytał na spotkaniu w DDK Węglin dziesięcioletni Stanisław – to była rozmowa prawie jak na studiach filozoficznych. Bohaterami mojej najnowszej książki są dwaj dziewięcioletni chłopcy. I młodzi czytelnicy mówią, że to jest książka o nich, że się tam odnajdują. Może dlatego, że ja nie piszę o nich, bo niewiele wiem o ich świecie. Nie opisuję, piszę, żeby się dowiedzieć. Nigdy nie wiem, jak się skończy książka. Nie wiem nawet, jakie będzie kolejne zdanie. Ono jest odpowiedzią na to, które urodziło się przed chwilą.

16

magazyn lubelski 3[27] 2015

Przychodzi taki moment w życiu pisarza i autora, że pojawia się kryzys, może chwilowe wypalenie związane chociażby z pomysłami, potrzebnymi do kreowania tej powieściowej czy słuchowiskowej narracji. Dopóty, dopóki będę ciekawa ludzi, miejsc, rozmów, smaków, widoków, zapachów – jest szansa, że będę miała o czym pisać i mówić. Żeby tylko wystarczyło czasu. Na szczęście odkryłam sekret: im wolniej się chodzi, tym nie tylko więcej się widzi, ale i więcej można zrobić. Chodzę więc i patrzę, ale nie myślę o tym, żeby to natychmiast wykorzystać. Nasza dzisiejsza przejażdżka w okolice, których nie znałam, była cudowna, bardzo ci za nią dziękuję, ale ani przez chwilę nie zastanawiałam się, gdzie i kiedy o niej napiszę. Żyję i zapełniam swoje szufladki, otworzą się, kiedy przyjdzie czas. Niekoniecznie w tekście. Dziękuję za rozmowę. Grażyna Lutosławska dziennikarka Radia Lublin i pisarka. Książka Leon i kotka, czyli jak rozumieć mowę zegara otrzymała wyróżnienie literackie polskiej sekcji IBBY oraz tytuł „Białego Kruka” przyznawany przez Bibliotekę Książek dla Dzieci i Młodzieży w Monachium; fragmenty trafiły do podręcznika dla klas pierwszych. Opowiadanie z tomu Wielkie zmiany w dużym lesie ukazało się po niemiecku w międzynarodowym zbiorze opowiadań Fremd sein. W marcu ukazała się jej powieść zatytułowana Jak Arni i Dobek ratowali świat. Napisała słowa do kilkunastu piosenek Królowej śniegu w reżyserii Krzysztofa Babickiego. Piosenki z jej tekstami śpiewają m.in. Paweł Błędowski, Piotr Selim i Jola Sip. Autorka sztuk teatralnych (O dwóch krasnoludkach i jednym końcu świata, Anioł za lodówką), esejów, wywiadów, opowiadań i słuchowisk radiowych. Współpracuje z Teatrem Starym w Lublinie, gdzie przygotowuje i prowadzi spotkania z cyklu Bitwa o kulturę/ Bitwa o literaturę. Laureatka m.in. tytułu Mistrza Mowy Polskiej, Angelusa Lubelskiego oraz Nagrody Miasta Lublin za Całokształt Działalności.


Rodzinny wypoczynek w Dąbrówce

D

ąbrówka – wieś położona na skraju Kozłowieckiego Parku Krajobrazowego, 15 km od Lublina. Malownicze krajobrazy, interesująca architektura, ludzie pasjonaci. Miejsce, które coraz częściej pojawia się na turystycznej mapie województwa lubelskiego. A to za sprawą podejmowanych inicjatyw na rzecz rozwoju obszarów wiejskich. To właśnie Dąbrówka, niewielka wieś ze stawami rybnymi, sklepem spożywczym i skansenem maszyn rolniczych, jest przykładem tego, jak wykorzystać swoje położenie, otoczenie i potencjał na lepsze, wygodniejsze i ciekawsze życie. W chwili, kiedy rolnictwo staje się coraz mniej opłacalne, właściciele – zwłaszcza tych mniejszych gospodarstw – sprzedają gospodarstwa, zmieniają branżę lub... myślenie. Posiadanie małego gospodarstwa rolnego nie musi oznaczać problemów finansowych. Ważny jest dobry pomysł, jak w ciekawy sposób zaadaptować posiadaną infrastrukturę na działania o innym charakterze – tak jak w przypadku Dąbrówki na inicjatywy związane z turystyką i edukacją.

Od pomysłu do skutecznego działania

Mikołaj Lazor, właściciel Laboratorium Turystyki działającego na terenie gminy Kamionka, Lubartów i Niemce, jest jednym z tych, którzy się przebranżowili, zmieniając sposób myślenia. – Pomysł jest prosty. Trzeba się oprzeć na wykorzystaniu naturalnych zasobów, które mogą być zapleczem do szeroko pojętej agroturystyki. Tutejsza społeczność posiada potężny potencjał: chęć do pracy, umiejętności oraz tworzącą się infrastrukturę turystyczną w regionie. Potencjał ludzki stanowią lokalni gospodarze i rolnicy oraz artyści, malarze, rzeźbiarze, muzycy i twórcy ludowi, wszyscy z zapałem do obsługi ruchu turystycznego – przekonuje. Potencjał miejsca to Lasy Kozłowieckie wraz z otuliną, Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, pobliskie wyrobiska po kopalniach piasku, chętne do współpracy gospodarstwa organizujące się, aby wykorzystać szansę przekwalifikowania się z produkcji rolnej na obsługę ruchu turystycznego. Atrakcją dla turystów jest Jarmark w Dąbrówce, cykliczna impreza odbywająca się w każdą ostatnią sobotę miesiąca. Organizowany jest on na ponad 3-hektarowym, porośniętym lasem terenie, na którym wystawcy z całej Polski, kupcy i kolekcjonerzy prezentują swoją ofertę. Można kupić lub sprzedać starocia, rękodzieło, wziąć udział w imprezach towarzyszących, takich jak warsztaty garncarskie lub bębniarskie, łucznicze lub jazdy konne. Ciekawą inicjatywą jest popularna na zachodzie „wyprzedaż garażowa”. Można skorzystać z okazji i przywieźć niepotrzebne, zalegające w domu „fanty”, żeby sprzedać lub przekazać je na potrzeby Caritas w ramach akcji „Wietrzenie szafy” . Agroturystyka to coraz bardziej popularne dodatkowe źródło dochodu dla gospodarstw wiejskich. Do wyobraźni przemawia prosty przykład. Metr owsa kosztuje 40 złotych, czyli tyle samo, ile turysta przeciętnie zostawia w gospodarstwie za nocleg, a że zwykle podróżujemy wraz z rodziną, to należy przemnożyć te kwotę razy dwa lub trzy. Czynnikiem sprzyjającym rozwojowi sektora turystycznego są środki unijne zainwestowane w tę branżę oraz perspektywa finansowa nowego okresu programowania w latach 2014–2020. Już są zauważalne inwestycje w infrastrukturę turystyczną, jak na przykład ścieżki rowerowe, ścieżki nordic walking, stanice rowerowe, stanice konne i miejsca odpoczynku. Również moda na aktywny wypoczynek upewnia nas, że to dobry kierunek rozwoju. Robert Niedziałek, właściciel nowo powstałego gospodarstwa edukacyjnego w Dąbrówce koło Kozłówki, przekonuje: Zapraszając do naszego gospodarstwa, proponujemy warsztaty rękodzielnicze, w tym ceramiczne oraz muzyczne. Dodatkowo organizujemy zajęcia edukacyjne w zakresie ekologii, ornitologii, zdrowego trybu życia. Pokazujemy też proces pozyskiwania miodu. Tablice edukacyjne przekazują uczestnikom zajęć wiedzę i ciekawostki związane z przyrodą i ekologią. Organizujemy również imprezy okolicznościowe, takie jak urodziny dla dzieci, marszobiegi po Lasach Kozłowieckich dla różnych grup wiekowych oraz wiele innych atrakcji, z którymi można się zapoznać na naszej stronie www.wiesdabrowka.pl. W agroturystyce na sukces składa się współpraca całej lokalnej społeczności, a korzyści konsumują wszyscy mieszkańcy niezależnie od stopnia zaangażowania.

18

magazyn lubelski 3[27] 2015


Kiedy życie staje się pasją

Praca zarobkowa przy obsłudze ruchu turystycznego, możliwości sprzedaży płodów rolnych i produktów regionalnych, poprawiający się układ komunikacyjny, wzrost wartości cen nieruchomości to tylko niektóre korzyści, jakie odnieśli mieszkańcy Dąbrówki. Chęć współpracy lokalnych gospodarzy zaowocowała powstaniem we wsi świetlicy w stodole z ekranem do wyświetlania filmów, świetlicy edukacyjnej w klimatycznej starej chacie, gdzie odbywają się lekcje francuskiego i gry na pianinie, ścieżki edukacyjnej w pasiece oraz zwierzyńca. – Cieszy fakt, że chęć współpracy zgłaszają gospodarstwa z sąsiednich wsi i gmin, a to znakomicie zwiększa atrakcyjność oferty naszego regionu. W tym roku wspólnymi siłami wraz z lokalnymi gospodarstwami planujemy, wykorzystując naturalne zasoby, stworzenie profesjonalnego łowiska wędkarskiego, labiryntu w kukurydzy oraz folwarku do prezentacji „jak to na wsi drzewiej bywało”, a w pobliskiej miejscowości ekstremalnej trasy rowerowej oraz toru do jazdy off road. Rozmawiamy również o współpracy z lubelskimi przedsiębiorcami oraz samorządem. Powstał pomysł uruchomienia linii turystycznej na trasie Zamek Lubelski, Muzeum Wsi Lubelskiej, Ogród Botaniczny, Kozłówka, Lubartów – mówi Robert Niedziałek. Egzotyczny wątek promocji turystycznej województwa lubelskiego to współpraca z Biurem Podróży FunSail w Lublinie, które otwiera swoją placówkę w Dubaju. – Stawiam na turystykę przyjazdową – mówi Tomasz Madej, właściciel biura podróży –

moje wieloletnie doświadczenie organizacji wyjazdów zagranicznych pozwoliło stworzyć unikalną i bardzo atrakcyjną ofertę dla potencjalnych turystów. Lotnisko, baza hotelowa, atrakcje Lublina, Roztocza, Poleski Park Narodowy, Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, Kazimierz Dolny, a przede wszystkim polska gościnność to oferta, którą będziemy promować w naszych biurach za granicą. Biura turystyczne z województwa lubelskiego podkreślają potencjał regionu i oczekiwania turystów. Widzą bardzo duże szanse na zwiększenie liczby przyjazdów i pozytywne relacje z klientami. Turyści, którzy przyjeżdżają na przykład na tereny Roztocza i Zamościa, są wprost zachwyceni, aczkolwiek wielu z nich ubolewa, że przyjechali na zbyt krótko, bo jest tu bardzo dużo atrakcji, są też miło zaskoczeni gościnnością mieszkańców. Dodatkowo pasjonaci z Dąbrówki chcą wyjść poza własne okolice i wpisać się ze swoimi inicjatywami w pejzaż Lublina. – Są miejsca symbole, jak lubelskie Stare Miasto z katedrą i zamkiem, Muzeum Wsi Lubelskiej, Ogród Botaniczny UMCS czy cykliczne wydarzenia, jak Jarmark Jagielloński czy Festiwal Sztukmistrzów. My chcielibyśmy stworzyć miejsce, jakiego jeszcze nie ma na Lubelszczyźnie – centrum łączące akcje kulturalne i społeczne „Lubartowska 77”, na którego otwarcie wkrótce zapraszamy – mówi Agnieszka Zygiel, osoba odpowiedzialna za działania marketingowe w Dąbrówce i przy ul. Lubartowskiej 77.


KOBIETA Z ZAMKU

NA DRZEWIE

TEKST GRAŻYNA STANKIEWICZ FOTO MAREK PODSIADŁO

Ś

więto Kobiet w Teatrze w  Remizie w  Łączkach-Pawłówku. Damsko-męska lokalna społeczność słucha przemówienia wójta. Wśród ciepło ubranych kobiet stoi filigranowa blondynka w rozpuszczonych długich włosach, różowym krótkim płaszczu i białych botkach za kolano. Nikt się tutaj tak nie ubiera. W ogóle nikt tutaj tak nie wygląda. Blondynka dzierży w rękach duży pojemnik, z którego rozlewa aromatyczny napój. – Spróbuj, to ambrozja – przekonuje. Ale wszystko, co mówi, to jak wygląda i  jak się zachowuje jest na poważnie. Nawet nazwa jej firmy – Kraina Spełnionych Marzeń Księżniczki Magdaleny Granos. I po rozmowie z nią ani przez chwilę nie mam w  tej kwestii żadnych wątpliwości.

Ogłoszenie anielskie

Dwa lata temu jej samochód (ten sam, który wygrała w konkursie poetyckim razem z wycieczką do Werony) zakopał się w śniegu na drodze przecinającej Majdan Skrzyniecki koło Borzechowa. Wysiadła dokładnie na wprost tego miejsca, gdzie półtora roku później zbudowała na okazałej topoli drewniany zamek. Krajobraz, który zobaczyła pierwszy raz, był zarośnięty przez chaszcze z wyraźnie zaakcentowaną wierzbową aleją. Nie pamięta, jak długo stała w tym miejscu, bo pomimo wczesnowiosennego chłodu poczuła gorące wibracje wokół serca. Takie same, jak te w średniowiecznym zamku koło jej rodzinnych Sarbic w Wielkopolsce, gdzie medytowała, będąc dzieckiem. Do swojego lokum we Wrocławiu wróciła z postanowieniem przeprowadzki. Sprzedała mieszkanie dzięki ogłoszeniu w lokalnej prasie („Anielskie mieszkanko we Wrocławiu w atrakcyjnej cenie”). Być może czas przyniesie więcej odpowiedzi na pytanie, dlaczego życie toczy się tak a nie inaczej. Na razie Magdalena Granos jest zwolenniczką teorii, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a to, w jakim miejscu w śniegu zakopuje się samochód, też nie jest przypadkowe. – To kwestia energii. Przyciągamy to, o czym myślimy. Wątpliwości są destrukcyjne i oddalają nas od zamierzonego celu – przekonuje, wychodząc z maleńkiej przyczepy campingowej, w której mieszka od ponad roku. Przyczepy z widokiem na dom, którego budowie sekunduje cała wieś. Mieszkańcy wspierają ją na każdym kroku i sami są ciekawi, co z tego wyniknie.


Zasadnicze znaczenie dla jej życia mają drzewa. Są symbolem istnienia, dają jej moc. Nawet jej praca doktorska jest poświęcona drzewom, chociaż w dużej mierze dotyczy informatyki i poezji („Adaptacje modeli lingwistycznych dla potrzeb wyszukiwania poezji”). Bo moc, intuicja i pojawiająca się znienacka energia są tym, co determinuje jej życie. Dawniej nie wiedziała, jak to nazwać. Od kiedy pamięta, czuła silną więź z drzewami, a przez to wibrujące w niej pokłady energii. Między drzewami siedziała w stanie głębokiej medytacji nawet po kilka godzin dziennie, nie odczuwając ani pragnienia, ani głodu. W swoim życiu „na jawie” zauważyła zaskakującą prawidłowość – to, o czym myślała, wkrótce się materializowało. Kilka lat temu zobaczyła siebie piszącą wiersz i ludzi, którzy go oceniają i decydują o tym, kto w konkursie literackim ma wygrać samochód i zagraniczną wycieczkę. Jakiś czas później wysłała utwór na konkurs organizowany przez jedną ze stacji radiowych. Spośród 40 tysięcy wierszy zostało wybranych 50, a o nagrodzie dla Magdy zadecydowali Maciej Stuhr i Edyta Górniak. Po wycieczce do Werony zostały piękne wspomnienia, a czerwona Alfa Romeo stoi przy skwerku w Majdanie Skrzynieckim.

Zamek z ogrodem na dachu

Pieniędzy ze sprzedaży mieszkania starczyło na zakup 1-hektarowej działki i prace melioracyjne. Udało się przywrócić starorzecze przepływającej niedaleko Chodelki i sprawić, aby niemal każda wierzba na jej działce rosła na swojej własnej wyspie. Została już zainstalowana oczyszczalnia ścieków i oświetlenie solarne.

Żeby zbudować dom, napisała projekt „Kraina spełnionych marzeń”, dzięki któremu udało się otrzymać unijną dotację. Piętrowy, przeszkolony drewniany zamek z ogrodem na dachu jest przeznaczony na działania proekologiczne – warsztaty edukacyjne i kulinarne, wydarzenia artystyczne oraz aktywność terapeutyczno-relaksacyjną. Dookoła znajduje się ścieżka edukacyjna Nowa Baśń – oaza spokoju i ciszy, miejsce, gdzie dominuje natura. Wedle synergii rosnącej tu roślinności, owadów, ptaków i motyli, płynącej w pobliżu rzeki i pór roku. Idealne miejsce dla trenujących tai chi lub wschodnie sztuki walki. I jeszcze symboliczne kręgi na skarpie z tysiącami posadzonych w nich kwiatów. Nawiązują do mitologicznej i literackiej symboliki roślin wodnych i lądowych i są ukształtowane według zasad tzw. świętej geometrii. Aby wszystko było w zgodzie z naturą, to, jakie rośliny posadzić i gdzie, konsultuje z przyrodnikami i pracownikami Ogrodu Botanicznego w Lublinie. Bo wokół domu na drzewie każda roślina ma swoje przeznaczenie. Magda sadzi je sama, spędzając w samotni wśród drzew całe dnie, z wyjątkiem tych godzin, kiedy prowadzi zajęcia na uniwersytecie, paraduje w koronie po urzędach, pisze bloga i piecze wegańskie ciasteczka.

Co może wyniknąć z noszenia korony

Magda wspomina, że w czasach szkolnych w Sarbicach kolorowy motyl, jakim była, pozyskiwał jej grono wielbicieli, zwłaszcza wśród młodszych dzieci. Nie odczuła żadnych przykrości z powodu swojej odmienności, może też dlatego, że byłą jedną z najlepszych uczennic. magazyn lubelski 3[27] 2015

21


Z jednej strony jej sensualność i energia scalająca relacje międzyludzkie, z drugiej strony umysł analityczny i przedmioty ścisłe, które były jej domeną – fizyka, chemia i przyroda. Zdolności zapewne ma po rodzicach nauczycielach – mama uczyła przedmiotów ścisłych, tata był z kolei humanistą. – Lubiłam ludzi, którymi otaczałam się w szkole, ale nie akceptowałam takiego systemu edukacji. Do dziś uważam, że była to strata czasu. W ogóle się nie uczyłam. Po prostu, zrobiłam jakiś przykład i już to wiedziałam – wspomina Magda. W czasach licealnych, bardziej świadoma swoich potrzeb, postawiła na naturalność – lniane ubrania, wianki na rozpuszczonych włosach. Zjawiskowa i zdolna, została uznana za szkolnego geniusza, zwłaszcza w fizyce. – Osobom, którymi wówczas się otaczałam, dawałam pewien rodzaj energii, czuli się przy mnie bezpieczni, uważali mnie za autorytet. Nawet uchodzący za najgroźniejszych nauczyciele łagodnieli, przechodząc w mojej obecności przemianę. Stawali się jakby lepsi. Potem były studia. Wybrała Politechnikę Wrocławską i wbrew oczekiwaniom rodziny nie fizykę czy przyrodę, tylko informatykę. Dziedzina racjonalna i zdecydowanie mało zbieżna z pierwiastkami fantazyjno-humanistycznymi sprawiła, że podczas zajęć na politechnice głównie pisała wiersze.

Dziecko indygo

Od zawsze zastanawiała się nad swoją odmiennością. Lata temu wybrała się do specjalisty, który zaoferował jej leczenie farmakologiczne. Koncepcja lekarza jej nie przekonała, a recepty nigdy nie wykupiła. Kiedy pojechała na staż do Parlamentu Europejskiego, gdziekolwiek się znalazła, wiedziała, w jakim

22

magazyn lubelski 3[27] 2015

dokładnie powinna iść kierunku i co powinna robić, choć jeszcze nikt nie zdążył jej tego objaśnić. – Jakby jakaś siła mnie prowadziła. Wiem po kolei, jakie czynności mam wykonywać, choć jestem w danym miejscu czy sytuacji pierwszy raz. Co mną kieruje? Ciepło wokół serca. Trochę tak jak w grze w ciepło i zimno. Kiedy idę we właściwym kierunku i zbliżam się do celu, to ciepło jest największe. Wyjechała do Wielkiej Brytanii. Bez znajomości angielskiego. W ciągu roku opanował go perfekcyjnie. W szkole, w której uczyła się języka, została wkrótce nauczycielką informatyki z wykładowym angielskim. Jej intuicja i predyspozycje psychiczne nie dawały jej spokoju. Ponownie wybrała się do lekarza. Tym razem w Brukseli. Umiejętność wsłuchania się we wrażliwość pacjentki dała diagnozę. Od 40 lat każdy aspekt życia odczuwa inaczej niż ludzie, którymi się otacza. Dużo sytuacji widzi, śniąc. Tak jak wypadek swojej mamy oraz konsekwencje z nim związane. Rozmawia z drzewami, roślinami i aniołami. Podróże w jej wewnętrzny świat bywają tak intensywne, że idąc ulicą, niekiedy sprawia wrażenie nieobecnej. Choć swoją energią dzieli się również z innymi. – Często spotykam ludzi na krawędzi. Alkoholików, narkomanów, samobójców, osoby z problemami emocjonalnymi. Otulam ich swoją energią, daję im duchowe uzdrowienie, umożliwiam im przejście transformacji – opowiada. Określenie dzieci indygo dotyczy osób, które od dzieciństwa posiadają zdolności paranormalne. To, co je wyróżnia spośród innych, to zdolności telepatyczne i obnoszenie się z poczuciem królewskości (np. chodzenie w koro-


nie nawet podczas rekrutacji studentów na UMCS), większa niż u innych potrzeba obcowania z naturą oraz problem z zaakceptowaniem narzuconych systemów politycznych, religijnych czy sytuacji, które NIE wymagają od nich kreatywnego myślenia. Dzieci indygo nie mają problemu z mówieniem tego, czego pragną i czego potrzebują. Stwarzają wokół siebie aurę opartą na serdeczności, uśmiechu i bezpośredniości. Osób podobnych do Magdy na świecie jest spora grupa. Kiedy belgijski psycholog zdefiniował jej inność, Księżniczka Magdalena Granos nawiązała kontakt z wieloma z nich przez Internet. Najwięcej kontaktów utrzymuje z Amerykanami. Swoimi spostrzeżeniami dzieli się, pisząc bloga. Dlaczego dwa lata temu zatrzymała się vis-à-vis skarpy, na której dziś wznosi się zamek na drzewie? Intuicja. Szukała miejsca, gdzie kilkadziesiąt lat wcześniej chciał osiedlić się jej ojciec. Stojąc po kolana w śniegu, poczuła gorące wibracje w okolicy serca i od razu wiedziała, co powinna zrobić.

magazyn lubelski 3[27] 2015

23


społeczeństwo

Poczytaj mi Tato tekst Grażyna Stankiewicz Foto Marek Podsiadło, Maciej Rukasz

W

raz z premierą w 1979 roku głośnego filmu „Sprawa Kramerów” opinia publiczna na świecie uświadomiła sobie, że rozwód rodziców i sądowa batalia o to, kto powinien wychowywać dziecko, nie jest wyłącznie problemem bohaterów odegranych przez Meryl Streep i Dustina Hoffmana i dotyczy każdej rodziny, która musi się z tym zmierzyć, a najbardziej dziecka, o które toczy się ten bój. Najnowszy spektakl lubelskiego reżysera Łukasza Witt-Michałowskiego „Tata ma kota (albo Poczytaj mi Tato)” porusza dokładnie te same problemy, tylko że z punktu widzenia mężczyzny. Akcja komediodramatu ma miejsce w piaskownicy, a na wszystko, co tam się dzieje, silnie oddziałują znajdujący się obok posąg bogini matki, czuła nieobecność własnego dziecka oraz mieszanina ułudy, waleczności i bezsilności. Niekwestionowanymi walorami spektaklu są znakomite dialogi, dowcip sytuacyjny i nadzwyczaj sugestywna gra aktorów.

Z Łukaszem Witt-Michałowskim rozmawia Grażyna Stankiewicz ‒ Sam jesteś rodzicem, podobnie jak cała ekipa pracująca przy spektaklu, włącznie z autorem sztuki Szymonem Bogaczem, co w tym przypadku nie jest bez znaczenia. ‒ Każdy z realizatorów tego projektu ma swoje doświadczenia, choć może nie każdy tak skrajne, jak w tym spektaklu. Partnerka jednego z moich aktorów w zasadzie uprowadziła mu dziecko i mimo nakazu sądu on nie może zobaczyć dziecka już od roku. Ale też żeby zagrać Edypa, nie trzeba spać z własną matką. Czasem doświadczenie przeszkadza. ‒ Nie jest to twoja pierwsza sztuka, którą wyreżyserowałeś, a która dzieje się z powodu dziecka. ‒ Po „Lizie” na podstawie opowiadania Fiodora Dostojewskiego to już drugi spektakl, którego tematem jest dziecko. Pośrednio lub o tym, co z tym dzieckiem począć, gdy już jest poczęte. Bo to jest tak, że w momencie kiedy pojawia się mały

24

magazyn lubelski 3[27] 2015

człowiek, to życie dużego człowieka zmienia się diametralnie. Też to, że razem z nim pojawiają się wszystkie obsesje, które rodzą się z troski, żeby mu nic złego się nie działo. Dziecko jest wpisane w strukturę świata dorosłych i pada ofiarą tego, że mama i tata nie mogą się dogadać. I ta bezbronność dziecka inspiruje mnie do tworzenia. „Tata ma kota” jest głosem ojców samotnie wychowujących swoje dzieci i którzy próbują się znaleźć pomiędzy dzieckiem i byłą żoną. A więc jest to sztuka i o różnych aspektach ojcostwa, i o tym, jak rozpadają się związki i rodzina. ‒ Podjąłeś się tematu kontrowersyjnego, niewygodnego i wzbudzającego duże emocje po każdej ze stron konfliktu. ‒ Temat ewoluował, bo początkowo chciałem zrobić spektakl o wychowywaniu dzieci. Zaczęło się od lektury traktatu „Emil, czyli o wychowaniu” Jana Jakuba Rousseau i koncepcji, że dzieci do 12 roku życia powinny wychowywać się pod opieką wychowawcy z dala od rodziców i nauki z podręczników.


Neurobiolodzy, którzy zajmują się mózgiem, np. prof. Gerald Hüther czy psycholog Philip Zimbardo, prowadzą badania nad potrzebą gruntownej zmieniany modelu wychowawczego i edukacyjnego. Ten pierwszy kwestionuje w zasadzie istnienie aktualnie działających szkół w ogóle. Jego badania nad rozwojem mózgu małego dziecka dowodzą, że najlepiej rozwija się on przez zabawę i że wraz z wypieraniem tejże przez konieczność realizowania programu MEN-u faktor genialności potencjalnie kiełkujący w każdym dziecku zostaje stłamszony. Na stwierdzenie innego profesora, że obaj chodzili do szkoły o przestarzałej strukturze i mimo tego wyrośli na ludzi, profesor Gerald Hüther odpowiedział, że nigdy nie dowiedzą się, co mogło z nich wyrosnąć przy bardziej sprzyjających warunkach. ‒ A wychowywanie przez ojców? ‒ Wychowywanie to w ogóle szerokie pojęcie, ale wychowywanie przez ojców, którym faktycznie nie przyznano tej opieki, jest jak odebranie dziecku połowy własnej osobowości w momencie jej kształtowania się. Jak bardzo jest to istotne, widać na podstawie relacji dziewczynek ze swoimi ojcami, które w późniejszym życiu szukają partnerów będących wypełnieniem luki po nich bądź w zależności od relacji, jaką z ojcem stworzyły, ucieczki przed partnerem zbyt się z ojcem kojarzącym. Generalnie chłopcy, jak i dziewczynki potrzebują modelu ojca i matki, by w życiu dorosłym, budując własny związek, mieć się do czego odnieść. Brak ojca czy matki w dzieciństwie powoduje w dorosłym już życiu dysfunkcję. Nie wspominając o cierpieniu małego człowieka w całym ciągu trwania dzieciństwa. W naszym kraju

panuje hegemonia matek w sprawie praw do dziecka. W większości przypadków my, mężczyźni, nie mamy praw do własnych dzieci. I to jest kuriozalne. Patrząc np. na statystyki, to jesteśmy w tej samej lidze, co Białoruś czy Ukraina. W Polsce po rozstaniu rodziców 96 procent dzieci pozostaje przy matce. Czy w każdym przypadku to na pewno jest korzystne dla dziecka? Sądy z góry zakładają, że tak będzie najlepiej. Udział ojców w wychowywaniu swoich dzieci w większości przypadków to fikcja, bo matki nie przestrzegają wyroków sądu. Dlatego upominamy się w tym spektaklu o prawa ojców do wychowywania dzieci i do udziału w ich życiu. ‒ Ale też nie zawsze chcecie mieć ten dostęp, choć rzeczywiście w ostatnich latach to mocno się zmieniło, chociażby jeśli chodzi o tzw. świadome ojcostwo. ‒ To jest rodzaj kliszy, jaka pokutuje w nas. Zobacz, jak się zmieniła sytuacja. Wystarczy pójść na plac zabaw. Wczoraj oprócz mnie było dwóch ojców. Mój kompozytor Maks, ponieważ jego żona jest aktywna zawodowo, pracuje w domu i zajmuje się dwójką dzieci. W momencie jak to młodsze zaśnie, a starsze pójdzie do przedszkola, to on zakłada słuchawki na uszy i zaczyna komponować. Ale też musi być czujny, czyli jedno ucho musi mieć odsłonięte na wypadek, gdyby dziecko płakało. I jego zdaniem państwo polskie powinno ufundować mu z tej racji stypendium. Tak jest w państwach cywilizowanych, np. w Skandynawii. ‒ Moja Mama całe życie zajmowała się domem, wychowywaniem dzieci, dbaniem o męża, zaopamagazyn lubelski 3[27] 2015

25


trzeniem, rozwiązywaniem wszelkich problemów życiowych od naszego urodzenia przez przedszkole, szkołę, studia i długo, długo potem. I jakoś nigdy jej nie przyszło do głowy, żeby oczekiwać od państwa stypendium na konto tego zaangażowania... ‒ Przecież dzieci są przyszłością każdego kraju, a stopień cywilizacji danego kraju zależy od tego, w jakim stopniu dba on o ich rozwój. Praca z dzieckiem, wychowywanie go, dbanie o nie oraz kształtowanie go w warunkach domowych przez cywilizowane państwo powinno być wynagradzane tak samo, jak każda inna praca. Bo czy dziecko jest moją prywatną sprawą czy sprawą tego społeczeństwa? Przypominamy sobie, że jednak nie prywatną, gdy jakaś matka pozbawia swoje dziecko życia – wtedy wszyscy jesteśmy oburzeni, bo to dziecko nie jest przecież jej prywatną własnością. I słusznie, tylko przypominajmy sobie też o tym wtedy, gdy należy stworzyć takiej matce godne finansowo warunki do wychowywania tego dziecka. Godne nie znaczy na poziomie wegetatywnym. Oczywiście, że my ojcowie odkrywamy teraz dopiero, jakim trudem jest wychowywanie dzieci poprzez codzienną opiekę nad nimi, czyli coś, co dotąd stanowiło wyłączną domenę matek. ‒ Wracając do spektaklu. Co było pierwsze? Gotowy rozpisany na sceny dramat czy luźny pomysł, żeby taki scenariusz dopiero stworzyć? ‒ To się rodziło jakiś czas. Podrzucałem Szymonowi Bogaczowi jakieś swoje pomysły. Rozmawialiśmy. A potem przyjechał z kamerą i nagrał nasze opowieści. Był Jarek Tomica, Darek Jeż, Andrzej Wójcik i ja. Rozmawialiśmy w takich męskich klimatach. Z tego, co Szymon nagrał, urodziły się różne historie i dowcipy. Część z nich znalazła się w przedstawieniu, choć kilka sytuacji nie przeszło. ‒ W spektaklu mówicie o wyborach, jakich dziecko mogłoby dokonać, a których nie dokonuje, pozostając pod opieką matki i różnych instytucji. ‒ Jest taki fragment na końcu sztuki, że dziecko może się wypowiedzieć w sprawie tego, z kim chciałoby spędzać czas, dopiero gdy skończy 13 lat. W świetle prawa polskiego nikt dziecka nie pyta o zdanie. To jakieś barbarzyństwo. Zaprzeczenie zasady „nic o nas bez nas”. Wszędzie deklaruje się, że dziecko to człowiek, ale nie traktuje się go u nas jak człowieka. W Polsce dziecko jest traktowane jak obywatel drugiej kategorii. Zresztą podobnie traktowani są ojcowie. Ojciec co najwyżej może uzyskać pozycję opiekuna prawnego, ale to też nie za często. Więc nasz spektakl jest desperackim wołaniem o równouprawnienie. Jeśli mówimy o parytecie, to nie możemy wybiórczo traktować tego tematu. Albo jest uprawnienie we wszystkich dziedzinach życia, albo go nie ma wcale. No i najgorzej, że to się odbija czkawką na dziecku. ‒ „Poczytaj mi Tato” chwilami ociera się o publicystykę, zwłaszcza w końcowym wywodzie Jana Nowickiego, który jest kimś w rodzaju obserwatora-komentatora. Fantastyczny aktor i czło-

26

magazyn lubelski 3[27] 2015

wiek. Ale odniosłam wrażenie, że ta kropka nad i nie była tu potrzebna. Temat, dynamika, dialogi i scenografia w spektaklu bronią się w zupełności. ‒ Jan Nowicki jest wielkim admiratorem kobiet. Zazwyczaj w sytuacji konfliktu staje po stronie kobiet, bo widzi w nich pierwiastek boskości, ponieważ to kobieta daje życie. Więc jego obecność w naszym spektaklu jest czymś w rodzaju przewrotki myślowej, bo oto kobiet, na których w kontekście męskich praw do dziecka nie zostawiamy suchej nitki, broni mężczyzna. I to jaki! Prawdziwy samiec alfa i wielki artysta, a w dodatku autor wielu książek o nich. ‒ Myślisz, że „Poczytaj mi Tato” coś zmieni w świadomości społeczeństwa? Pamiętajmy też, że nie każdy chodzi do teatru. ‒ Ja w ogóle się zastanawiam, czy sztuka, którą uprawiam, cokolwiek może zmienić. Jeśli grasz spektakl na stadionie piłkarskim, to jest duża szansa, że ten procent myślącego odbiorcy będzie większy i że ktoś to przyswoi. Natomiast ja nie myślę w kategorii wielkich liczb. Chcę pokazać ojcom, którzy na co dzień zmagają się z tym, że nie są osamotnieni. „Poczytaj mi Tato” składa się z dziesięciu scen i każda z nich pokazuje ojcostwo w innej sytuacji, często humorystycznie i w krzywym zwierciadle, bo też trzeba głośno mówić o tym, jakie absurdy i stereotypy na temat ojców są upowszechniane przez media. Mężczyznom zarzuca się, że są za mało czuli, ale równocześnie okazywanie uczuć dziecku jest podejrzane, a opinia publiczna dopatruje się w nim nierzadko molestowania. Z drugiej strony w przekazach medialnych ciągle mamy do czynienia z wizerunkiem mężczyzn o psychice chłopców, całkowicie niezdolnych do zaopiekowania się własnymi dziećmi. Spektakl „Tata ma kota” to jest nasz, męski głos w sprawie własnych dzieci, przez nikogo nieocenzurowany. ‒ Dziękuję za rozmowę. ŁUKASZ WITT-MICHAŁOWSKI, rocznik 1974. Lublinianin. Reżyser teatralny, absolwent Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie i Wydziału Reżyserii Teatralnej w Hessische Theaterakademie we Frankfurcie nad Menem. Zagrał m.in. w „Szamance” Andrzeja Żuławskiego i „Syzyfowych pracach” Pawła Komorowskiego. Jako aktor pracował w Teatrze Nowym w Łodzi oraz Teatrze im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem. Od grudnia 2007 reżyser i dyrektor lubelskiej Sceny Prapremier In Vitro. Autor takich przedstawień jak „Nic co obce”, „Lizystrata”, „Kamienie w kieszeniach”, „Pool (no water)”. Prywatnie tata 4-latka. Do realizacji sztuki „Tata ma kota (lub Poczytaj mi Tato)” Szymona Bogacza zaprosił takich aktorów, jak Jan Nowicki, Przemysław Sadowski, Arkadiusz Cyran, Karol Wróblewski, Jarosław Tomica i Dariusz Jeż. Premiera miała miejsce 29 marca. Najbliższe spektakle w Lublinie 18 i 27 maja.


EFEKTYWNIE, SKUTECZNIE, PARTNERSKO,

czyli recepta Miejskiego Urzędu Pracy w Lublinie na walkę z bezrobociem Rozmowa z Krzysztofem Żukiem – prezydentem Miasta Lublin – Początek roku i sezon zimowy zazwyczaj nie wpływają korzystnie na lokalny rynek pracy, a statystyki jak dotąd pokazywały rosnące bezrobocie. W tym roku jednak stało się inaczej. – 15028 – tyle osób bezrobotnych było zarejestrowanych w Miejskim Urzędzie Pracy w Lublinie na koniec marca br. Pomimo wielu „czarnych prognoz” związanych głównie z brakiem pracy w sezonie zimowym okazuje się, że w stosunku do lutego jednak liczba ta zmniejszyła się o ponad 200 osób. Dla przykładu w marcu 2014 r. w MUP w Lublinie zarejestrowanych było ponad 17000 bezrobotnych. Ostatnie statystki publikowane przez Główny Urząd Statystyczny, a przytaczane przez PULS BIZNESU pokazują, że w ciągu ostatnich 5 lat grono osób bezrobotnych w niektórych dużych miastach Polski powiększyło się nawet o 180%. Lublin okazał się jedynym takim miastem, w którym przyrost bezrobocia był mniejszy niż statystycznie w całej Polsce i wyniósł zaledwie 37%. Z kolei Analiza porównawcza PUP w Miastach Unii Metropolii Polskich pokazuje, że największy spadek odnotowało miasto Poznań: 23,5%, a drugim w kolejności miastem w Polsce o największym spadku bezrobocia jest Lublin:15,2%. – Czyli bezrobocie w Lublinie znacząco spada. Czym Pana zdaniem jest to spowodowane? – Działania Miejskiego Urzędu Pracy w Lublinie w ostatnich latach skoncentrowane były na intensywnym pozyskiwaniu środków finansowych na przeciwdziałanie bezrobociu mieszkańców Lublina. W latach 2010–2014 udało nam się pozyskać ze środków Funduszu Pracy prawie 70 mln złotych. Ponadto z sukcesem aplikowaliśmy o środki z Europejskiego Funduszu Społecznego. Wygrywając „unijne” konkursy, pozyskaliśmy dodatkowo kwotę ponad 63 mln zł, którą przeznaczyliśmy na finansowanie różnych form wsparcia dla osób bezrobotnych. Do tego doszły jeszcze pieniądze pozyskane w ramach realizacji projektów partnerskich z lubelskimi organizacjami pozarządowymi oraz uczelniami wyższymi. Wyniki badania opublikowane przez PULS BIZNESU, a potwierdzone tegoroczną Analizą porównawczą PUP w Miastach Unii Metropolii Polskich przygotowaną przez PUP w Gdańsku pokazują, że w Lublinie sprawnie działają narzędzia aktywizacyjne, skutecznie pozyskujemy fundusze unijne na przeciwdziałanie bezrobociu oraz zachęcamy pozyskiwanych przez miasto inwestorów do tworzenia nowych miejsc pracy. Przekłada się to także na poziom stopy bezrobocia, która na koniec lutego 2015 r. wynosiła 8,8% i ma tendencję spadkową. – Analiza porównawcza PUP w Miastach Unii Metropolii Polskich to opracowanie, w którym pokazuje się pracę i efektywność powiatowych urzędów pracy. Jak wypadł Lublin na tle innych miast w Polsce? – Analiza pokazała, że jesteśmy jednym z najlepiej ocenianych urzędów pracy w Polsce. W ciągu ostatnich 5 lat Miejski Urząd Pracy w Lublinie pozyskał ponad 24 tys. miejsc pracy i miejsc aktywizacji zawodowej

od lokalnych pracodawców. W tym celu, podobnie jak i w latach ubiegłych, organizujemy m.in. Targi Pracy. To doskonała okazja do nawiązania bezpośredniego kontaktu pracodawców z potencjalnymi kandydatami do pracy. To również możliwość przeprowadzenia pierwszych rozmów kwalifikacyjnych, a także – zbudowania bazy danych o potencjalnych kandydatach do pracy. Rokrocznie organizowane przez nas i naszych Partnerów targi odwiedza ponad 10 tys. osób poszukujących zatrudnienia, na których czeka oferta ponad 120 wystawców. Lublin odnotował też w roku 2014 największą ilość podjęć pracy, bo aż 48,2% i jest trzecim miastem w Polsce po Gdańsku (52,1%) i Katowicach (50,1%), które odnotowało tak wysoki wskaźnik. W ramach poszczególnych form wsparcia skierowanych do osób bezrobotnych, takich jak m.in. staże, dotacje na podjęcie działalności gospodarczej, refundacje doposażenia stanowisk pracy czy prace interwencyjne udało się tylko w roku 2014 zaktywizować ponad 20 tys. bezrobotnych. To – wraz ze środkami finansowymi, które pozyskujemy – przekłada się oczywiście na wysoką efektywność zatrudnieniową (prawie 83%), którą jako urząd osiągnęliśmy. Dzięki takiemu wskaźnikowi Lublin jest w czołówce miast w Polsce, przed Wrocławiem (75,48%) i Poznaniem (72,28%), które osiągnęły tak wysoką efektywność zatrudnieniową. W tym miejscu chciałbym bardzo podziękować lubelskim pracodawcom, którzy przyczynili się do osiągnięcia przez nas takich wyników. – Dobra współpraca z pracodawcami, uczelniami oraz sektorem


pozarządowym, to Pana zdaniem recepta na sukces? – Współpracy partnerskiej nie należy rozpatrywać w kategorii sukcesów czy porażek. To na pewno w naszym przypadku skuteczny sposób na walkę z bezrobociem. Kiedy w maju 2011 r. inicjowaliśmy wspólnie z 18 instytucjami reprezentującymi sektor publiczny, pozarządowy i biznesu Lubelskie Partnerstwo Publiczno-Społeczne, nie spodziewaliśmy się, że po 4 latach uda nam się:  pozyskać ponad 11 milionów złotych z funduszy unijnych na realizację wspólnych projektów partnerskich;  znacząco zwiększyć liczbę Partnerów (z 18 na 51 członków) oraz samą strukturę Partnerstwa (w kwietniu 2014 r. do LPPS dołączyły sektor nauki, tj. 9 największych uczelni i szkół wyższych z Lublina);  zintegrować i zachęcić do współpracy partnerskiej część instytucji/organizacji, które dotychczas konkurowały ze sobą na lokalnym rynku;  utworzyć w siedzibie MUP w Lublinie punkt bezpłatnych konsultacji informacyjno-doradczych dla osób bezrobotnych zamierzających rozpocząć działalność gospodarczą oraz przedsiębiorców już działających;  wesprzeć budowę modelu franczyzy społecznej w ramach inicjatywy na rzecz Ekonomii Społecznej „Spółdzielnia”;  utworzyć w siedzibie MUP w Lublinie punkt bezpłatnych porad eksperckich z zakresu prawa pracy, ubezpieczeń społecznych, zdrowotnych i dostępnych ofert wsparcia świadczonych przez pracowników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, Narodowego Funduszu Zdrowia, Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Lublinie, Miejskiego Urzędu Pracy w Lublinie i Państwowej Inspekcji Pracy O/Lublin;  otworzyć pierwszą w Polsce instytucję „parasolową” mającą na celu inicjowanie i wsparcie partnerstw lokalnych w woj. lubelskim pn. Lubelski Inkubator Partnerstw Lokalnych;

Miejski Urząd Pracy w Lublinie ul. Niecała 14, 20-080 Lublin

 dofinansować realizację 6 inicjatyw międzysektorowych wymagających zaangażowania samorządu i organizacji pozarządowych w obszarze: turystyka, przedsiębiorczość, pomoc społeczna, kultura;  utworzyć platformę komunikacyjną służącą bezpośredniej wymianie informacji przez Partnerów;  wypracować standardy współpracy w ramach partnerstwa;  przeszkolić Partnerów w zakresie realizowanych zadań itp. – Działalność Miejskiego Urzędu Pracy w Lublinie przynosi efekty i otrzymuje wyrazy uznania, co zapewne działa motywująco na dalszą ich aktywność. – Rzeczywiście, to motywuje. Działalność Lubelskiego Partnerstwa Publiczno-Społecznego doceniona została przez Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) oraz Krajowy Ośrodek Europejskiego Funduszu Społecznego. Efektem było przyznanie Nagrody Publiczności w II edycji Konkursu na Najlepsze Partnerstwo Publiczno-Prywatne Roku 2012. Koordynowane przez MUP w Lublinie Partnerstwo zostało też docenione przez Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Bronisława Komorowskiego, jako przykład dobrej praktyki we współpracy międzysektorowej, a opis jego działalności zamieszczony w witrynie obywatelskiej na stronie: www.prezydent.pl. Obecnie Partnerstwo ubiega się o przyznanie Nagrody Obywatelskiej Prezydenta RP w kategorii: Wspólnota Obywatelska w edycji 2015. Nadal rozwijamy również współpracę z pracodawcami w ramach powstałego w 2011 r. Klubu Pracodawców, który aktualnie zrzesza 51 członków. Jego celem jest przede wszystkim budowanie sieci partnerstwa, współpracy i wsparcia na lokalnym rynku pracy pomiędzy urzędem a światem biznesu. – Dziękuję za rozmowę.

Sekretariat tel.: + 48 81 466 52 00 fax: + 48 81 466 52 01 e-mail: mup@mup.lublin.pl


społeczeństwo Tekst Patrycja Woźniak, Bartosz Pachucy foto Krzysztof Stanek

K

ierując swoje kroki do pomieszczenia, w naszych głowach nieustannie kołaczą się myśli… Czy jesteśmy wystarczająco spostrzegawczy? Czy nie umknie nam żadna cenna wskazówka? Czy wydostaniemy się z tego tajemniczego pokoju? LET ME OUT to najnowsza zabawa, której struktura oparta jest o scenariusze znanych i lubianych gier komputerowych. Cel jest prosty- wydostać się z zamkniętego pokoju w czasie 45 minut. Cel nie jest jednak na wyciągnięcie ręki, bowiem przed nami pojawia się szereg powiązanych ze sobą zagadek, stojących nam na drodze do upragnionego sukcesu i zmyślnie tworzących misternie dopracowaną całość.

Jedynymi sprzymierzeńcami są nasi przyjaciele, wraz z którymi dzielimy smak tej niesamowitej przygody. Sztuka komunikacji, spostrzegawczość oraz umiejętność kojarzenia faktów to cechy, które w ciągu następnych minut okażą się naszym wybawieniem lub przekleństwem. Mimo, że towarzyszy nam świadomość, iż to wszystko jest jedynie zabawą, to nagle, zdumieni, odkrywamy niesamowite umiejętności naszego umysłu! Warto nadmienić, że każda kolejna rozwiązana łamigłówka, oprócz przybliżenia nas do finału gry, dostarcza niebywałej przyjemności i swoistego poczucia dumy, motywując do dalszego działania. Jeśli utkniemy w martwym punkcie możemy liczyć na pomoc moderatora zabawy, który w bardzo subtelny sposób postara się nam pomóc. Całości towarzyszy fantastyczna oprawa wizualna. Efekt potęguje znakomita akustyka pomieszczenia, która może uruchomić wyobraźnię nawet najwybredniejszego konesera gatunku. To wszystko składa się na niebywale intensywnie przeżyty czas i doskonale integrującą zabawę. A pierwsza myśl po wydostaniu się może być tylko jedna - trzeba to przeżyć raz jeszcze.

ZAMKNIJ MNIE... LET ME OUT to rzeczywista gra z rodzaju „escape the room” (z ang. opuść pokój), gdzie bohaterami są prawdziwi ludzie, zamknięci w czterech ścianach, z których muszą się wydostać w określonym czasie. Wykorzystać mogą tylko to, co znajdą w tym tajemniczym pomieszczeniu. Pierwowzorem koncepcji były wirtualne gry. Pomysł został sprowadzony do Polski przez Sebastiana Wąsowicza i Karola Skrabę, którzy to pod koniec 2013 roku, we Wrocławiu, otworzyli pierwsze pomieszczenia z logo LET ME OUT . Projekt jest wciąż świeży na całym świecie, bowiem najstarsze pokoje mają dopiero 3 lata. O miano pomysłodawców idei spierają się Japończycy i Węgrzy.

30

magazyn lubelski 3[27] 2015


W grze, jednorazowo, może wziąć udział od 2 do 4 osób. Koszt zabawy dla grupy to jedyne 99 zł. Uczestnicy przed wejściem do pokoju zapoznają się z regulaminem, by móc odnaleźć się w realiach zabawy. Po przekroczeniu progu pokoju, na śmiałków czeka pierwsze zadanie – dokładne przeszukanie pomieszczenia. Pozwala to poznać przestrzeń i zdobyć atrybuty, umożliwiające przejście do kolejnego etapu rozgrywki. Gra polega na pokonaniu szeregu zadań i  łamigłówek; krok po kroku gracze zbliżają się do zdobycia szyfru do sejfu, w którym ukryty jest klucz do pokoju .W salach są zamontowane kamery, które umożliwiają mistrzowi gry nadzorowanie poczynań grupy. Uczestnicy zabawy mają prawo do dwóch podpowiedzi. Zabawa polega na tym, by uczestnicy rozwiązywali łamigłówki, które zostały dla nich przygotowane i w efekcie, by się wydostali na zewnątrz. Ważniejsze niż to by było strasznie, jest to aby zagadki były oryginalne i inteligentne. Wszystko jest tak ciekawie ułożone w ciąg, by każda kolejna zagadka prowadziła do następnej. W każdym pokoju łamigłówki są inne. Całość opiera się współpracy, refleksie i inteligencji – mówi Robert Niedziałek, właściciel lubelskiego LET ME OUT.

… A JA MOŻE WYJDĘ Przy ulicy Złotej 6 w Lublinie, do dyspozycji gości są obecnie dwa pokoje: sala na oddziale psychiatrycznym oraz szatnia futbolistów amerykańskich. A tam? Oczywiście specyficzna atmosfera, interesujący wystrój i ciekawe zagadki. Ekipa lubelskiego LET ME OUT ma w niedalekich planach przygotowanie trzeciego pokoju, którego wystrój będzie... niepowtarzalny. Tego można być pewnym, choć więcej zdradzić nie można. Co jakiś czas wystrój sal, jak i same zagadki, będą się zmieniać. -Idea jest taka, by pokoje się nie powtarzały we wszystkich miastach, co nie jest łatwe, z racji tego że mamy już 8 lokalizacji w Polsce i cały czas otwierają się nowe. Tematyka jest bardzo różna, ale królują mroczne, budzące grozę klimaty – dodaje właściciel. Ta gra to ewenement, bo po raz pierwszy ktoś przeniósł grę komputerową do rzeczywistości, a nie odwrotnie. LET ME OUT to idealne miejsce do organizowania urodzin, wieczorów panieńskich, spędzenia wolnego czasu w gronie znajomych, czy urządzania firmowych integracji. -Działamy dopiero od ponad miesiąca, a zainteresowane jest już bardzo duże. W dni powszednie zapraszamy od 12.15, w weekendy od 10.30, ale jeśli ktoś chce przyjść wcześniej, to nie ma problemu, wystarczy się z nami skontaktować – zachęca Marek Niedziałek, prywatnie brat Roberta. Klienci mówią, że słowa nie oddają wrażeń, jakie mają po wyjściu stamtąd. Angelika Pacek, uczestniczka zabawy, mówi że jeszcze długo po uwolnieniu się z zamknięcia jest się rozproszonym, wspomina się dźwięki i łamigłówki, myślami jest się obok. -Po wyjściu stamtąd nie mogłam znaleźć poziomu parkingu, gdzie zostawiłam samochód. Poszłabym jeszcze raz. To niesamowite! – mówi podekscytowana. Adrian Kwiatek dodaje - Człowiek przez 45 minut śpieszy się, by stamtąd się wydostać, a gdy rozwiąże wszystkie zagadki, to jednak szkoda, że to już koniec.

magazyn lubelski 3[27] 2015

31


społeczeństwo

Pierwszy lot Tekst i foto Michał Patroń


R

ozpoczęcie sezonu to moment, na który hodo­­wcy gołę­bi po­cz­to­wych cze­kają z wielką niecierpliwością.

Zanim jednak młode gołębie będą mogły brać udział w zawodach, poddaje się je selekcji i intensywnemu treningowi. W ostatecznych zmaganiach ważny jest czas przelotu i ilość gołębi, które bezpiecznie dotrą do rodzinnego gołębnika oddalonego od miejsca startu zazwyczaj o kilkaset kilometrów. Zdrowy, dobrze wytrenowany ptak przy sprzyjających warunkach potrafi przelecieć do tysiąca kilometrów dziennie.

Pan Marek mieszka w Lublinie, hodowlą gołębi zajmuje się od trzydziestu pięciu lat. Jego skrzydlaci sportowcy mają na koncie pokaźną liczbę wygranych zawodów, a  każdy kolejny sezon to nowe puchary i medale. Lot z Magdeburga w 2009 roku to największe osiągnięcie hodowcy. Zwycięski ptak przeleciał wtedy trasę siedmiuset sześćdziesięciu kilometrów najszybciej ze wszystkich startujących gołębi, zdobywając laur najlepszego lotnika okręgu lubelskiego.

magazyn lubelski 3[27] 2015

33


34

magazyn lubelski 3[27] 2015


magazyn lubelski 3[27] 2015

35


BEZPŁATNE PORADNICTWO PRAWNE – czy będzie dostępne? Po 10 latach starań mamy wreszcie projekt ustawy o nieodpłatnej pomocy prawnej. Choć daleko mu jeszcze do doskonałości, to jednak jest, przeszedł procedurę rządową i  został skierowany w kwietniu 2015 r. do procedowania parlamentarnego. To dobra wiadomość – zwłaszcza że Polska pozostaje dziś jednym z  ostatnich krajów Unii Europejskiej, który nie ma systemowych rozwiązań kwestii bezpłatnego poradnictwa prawnego. W  latach 2007–2014 lukę tę częściowo wypełniły projekty organizacji pozarządowych realizowane w  ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki oraz Funduszy Szwajcarskich. Najlepsze z tych projektów – tak jak projekt „Mam Prawo” realizowany przez Stowarzyszenie Inicjatyw Samorządowych (SIS) z Lublina – prowadzi swoje działania do dnia dzisiejszego, czyli już 5 rok. Stało się to możliwe dzięki bezprecedensowemu zdarzeniu w  historii programów UE – Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej w uznaniu wysokiej jakości, ogromnej skali, innowacyjności i efektywności projektu wyasygnowało dodatkowe środki na jego kontynuację. Uruchomienie tych wszystkich projektów – mimo że miało charakter doraźny - miało ważny i pozytywny skutek. Pozwoliło w różnej skali i  w  stosunkowo długim czasie przetestować dziesiątki różnych rozwiązań organizacyjnych, standardów i  form świadczenia poradnictwa prawnego. Wypracowane w  ten sposób dobre praktyki można i  należy dziś wykorzystać, konstruując rozwiązanie ogólnopolskie. Niestety, przez chwilę wydawało się, że cała ta praca pójdzie na marne. Istniała groźba, że lobby korporacji prawniczych przeforsuje rozwiązanie zawłaszczające w 100% poradnictwo prawne. Rozwiązanie kosztowne, niedające obywatelowi wyboru i całkowicie ignorujące wieloletni dorobek organizacji pozarządowych w tym obszarze. Na szczęście – m.in. dzięki interwencjom SIS i działaniom całego

środowiska organizacji poradniczych – rząd na to nie pozwolił i przyjął rozwiązanie kompromisowe, powierzając po 50% dla organizacji pozarządowych i  komercyjnych kancelarii prawnych. To zapewni odbiorcom systemu z  jednej strony swobodę wyboru, z drugiej zaś większy obiektywizm i niezależność poradnictw. To mądra decyzja. Należy jednak teraz dopracować ustawę tak, aby z jednej strony uwzględnić odmienny charakter obu uprawnionych do świadczenia poradnictwa grup, jak i  wykorzystać ogromny dorobek organizacji pozarządowych w  tym obszarze i  wypracowane przez to środowisko dobre praktyki i  standardy – podkreśla Krzysztof Szydłowski, prezes Stowarzyszenia Inicjatyw Samorządowych. Doceniając inicjatywę rządu i proponowane rozwiązania, nie sposób jednak nie wytknąć kilku niedociągnięć w ustawie. Czynimy to jako organizatorzy – można to powiedzieć bez fałszywej skromności - najlepszego, najdłużej funkcjonującego i najefektywniejszego w kraju regionalnego systemu bezpłatnego poradnictwa prawnego utworzonego ze środków POKL, Funduszy Szwajcarskich i dotacji samorządów. O skali naszego działania świadczą liczby – 130000 bezpośrednich porad udzielonych w przeciągu 5 lat w powiatowych biurach poradniczych, 11000 porad pisemnych udzielonych za pośrednictwem całodobowej e-kancelarii, setki wystandaryzowanych porad publikowanych na stronach www i w bezpłatnie dystrybuowanych publikacjach. To jednak nie wszystko. System „Mam Prawo” to dziesiątki zawiązanych partnerstw z  instytucjami, samorządami i organizacjami, to ogromna kampania edukacyjna promująca wiedzę prawną wśród mieszkańców Lubelszczyzny, a  także potężna baza wiedzy o  problematyce poradnictwa zgromadzona dzięki nowatorskim informatycz-


narzędziom IT zespół koordynujący ma w każdym momencie dostęp do pełnego obrazu systemu poradnictwa – do tego, co dzieje się obecnie oraz całej historii. To pozwala na bieżące monitorowanie systemu i reagowanie (np. zwiększanie obsady w biurze cieszącym się w danym dniu większą frekwencją lub e-kancelarii, gdy poNależy też dodać, iż jako jedna z nielicznych w kraju organizacji otrzy- jawi się w niej więcej zapytań). maliśmy dodatkowe – pozakonkursowe – środki z oszczędności wypracowanych przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej na kon- Nie bez znaczenia jest również fakt, iż system jest oparty na aktywtynuację naszych działań w roku 2015 – to dla nas wielkie wyróżnienie ności społecznej i wolontariacie. Praca w biurach porad prawnych oraz potwierdzenie wysokiej jakości i efektywności zbudowanego to ogromna szansa. – To szkoła życia i zawodu dla młodych prawników. Młodzi ludzie nie wykonują tu podrzędnych, powtarzalnych systemu. czynności, jak ma to miejsce w kancelarii prawnej, tylko mają konSIS wyznaje kilka podstawowych zasad, które są niezbędne w po- takt z żywym prawem i bardzo szerokim zakresem spraw. Przez 4 wodzeniu idei bezpłatnego poradnictwa prawnego. Po pierwsze, lata z  takiej formy zdobywania doświadczenia skorzystało ponad system musi być absolutnie powszechny i  dostępny dla każde- 200 młodych ludzi. Dziesięcioro z  naszych młodych prawników go – wszelkiego rodzaju ograniczenia (dostęp tylko dla klientów jest dziś radcami prawnymi, a egzaminy zdali celująco – podkreśla pomocy społecznej, talony, zaświadczenia z  Urzędu Skarbowego, Krzysztof Szydłowski. skierowania itp.) sprawią, iż system nie spełni swojej roli. Wszelkie ograniczenia są zbędne, a koszt kontroli i biurokracji przewyższył- System SIS uwzględnia współpracę z administracją publiczną. Poby wątpliwe korzyści. Trzeba pamiętać że aż 98% Polaków znajduje radnictwo prawne pozwala bowiem na zmianę jakości relacji się w pierwszym progu podatkowym, a aż 80% pracujących w na- urzędnik – interesant. Dzięki temu dokonuje się rewolucja w świaszym kraju zarabia mniej niż 3500 zł netto. Po drugie, człowiek musi domości pracowników administracji i w podejściu obywateli do tejmieć możliwość skorzystania z  porady od razu. Czas jest w  wielu że administracji. Obywatel przestaje być „wrogiem” urzędnika, który czegoś się od niego domaga, a staje się przyjacielem i partnerem. przypadkach kwestią decydującą o skutecznej pomocy. nym narzędziom analitycznym. To wreszcie również autorska koncepcja organizacji ogólnokrajowego systemu bezpłatnego poradnictwa prawnego dyskutowana szeroko na szczeblu ministerialnym i w kancelarii Prezydenta RP.

Po trzecie, system może być bardzo tani i efektywny dzięki zaangażowaniu przeszkolonych wszechstronnie etatowych doradców, prawników, rozwój wolontariatu oraz wprowadzenie form zdalnych (e-kancelaria, porady telefoniczne). Dzieje się tak, gdyż do obsługi poradnictwa w  80% nie trzeba angażować kosztownych, zawodowych prawników. Nie są oni też często przygotowani do zmierzenia się z ludzką tragedią. Z doświadczeń SIS-u wynika, że dobrze przygotowani doradcy z wykształceniem prawniczym wsparci wolontariuszami (studentami i  absolwentami prawa) mogą obsłużyć praktycznie większość spraw – zapewnia prezes Szydłowski. Tylko te najbardziej skomplikowane prawnie – po wcześniejszej „obróbce” – wymagają zaangażowania specjalisty. Te 20% skomplikowanych spraw trafia zatem do kancelarii prawnych – więc i one korzystają na systemie w proponowanym kształcie. Nie trzeba dublować i wchodzić w kompetencje innych instytucji. Doradca prawnik powinien rozpoznać problemy – wyodrębnić kwestie prawne, a  w  przypadku innych problemów przekierować osobę do wyspecjalizowanej jednostki/organizacji. – Ważny jest obiektywizm doradców i  ich niezależność. Nasi doradcy są spoza lokalnych struktur (nie mają w miejscowościach, w  których pracują, własnych kancelarii, nie pracują na etacie radcy prawnego w gminie czy w innej lokalnej instytucji). Przekazanie poradnictwa w ręce lokalnego adwokata czy radcy prawnego jest zaprzeczeniem tej niezależności i obiektywności - mówi Krzysztof Szydłowski, prezes SIS. Po czwarte i ostatnie, system nie musi i nie powinien być zbiurokratyzowany. W  biurach SIS-u  pracuje jedynie doradca wspomagany wolontariuszami, a raz na kilka dni pojawia się zawodowy prawnik na umówioną wizytę. Nie ma żadnych dyrektorów, sekretarek i pracowników obsługi administracyjnej. Wprowadzono system informatyczny, który na bieżąco rejestruje porady udzielane przez doradców, prawników i e-kancelarię. Dzięki opracowanym

Podsumowując – system otwarty, dostępny nieomal z ulicy dla każdego obywatela może być tani, efektywny i sprawnie zarządzany – i to bez rozbudowanej administracji. Ostatecznie wprowadzone w kraju rozwiązanie może mieć charakter mieszany – należałoby go na pewno rozszerzyć o  uniwersalne i  weryfikowalne elementy standaryzacji, nadzoru i kontroli oraz badań i analiz – np. w  oparciu o  narzędzia IT (system dostarcza ogromnej ilości cennych danych np. o pracy prawników i doradców, osób korzystających z porad, ich statusu społecznego, dochodowego etc). Na bazie naszych wieloletnich doświadczeń w  projekcie „Mam Prawo” i  ponad stu trzydziestu tysięcy udzielonych porad jasno widać, iż należy dopracować ustawę tak, aby z  jednej strony uwzględnić odmienny charakter obu uprawnionych do świadczenia poradnictwa grup, jak i wykorzystać ogromny dorobek organizacji pozarządowych w tym obszarze i wypracowane przez te środowisko dobre praktyki. Po uwzględnieniu powyższego ustawa – chociaż nadal nieidealna – jest jednak jakimś krokiem w kierunku stworzenia długoletniego rozwiązania dla kilkunastu procent najbardziej potrzebujących pomocy prawnej, a w następnych latach mogłaby być tak modyfikowana, aby dostęp do tej pomocy był jak najszerszy. Wszak dla większości polskiego społeczeństwa porada prawna jest nadal niedostępna cenowo i wielu tej bezpłatnej pomocy potrzebuje… – przekonuje Krzysztof Szydłowski. Stowarzyszenie Inicjatyw Samorządowych

Siedziba SIS: ul. Narutowicza 56a Ip. 20-016 Lublin info@sis-dotacje.pl tel/fax: 81 534 32 00 www.mamprawo.eu


biznes

Tekst Aleksandra Biszczad Foto Marek Podsiadło, archiwum LuCreate

M

ateusz Kunkiewicz, Patryk Góźdź i Jakub Partyka, w teorii: architekt, designer i manager. W praktyce wielbiciele wszystkiego, co jest związane z branżą kreatywną. Ponadto kochają Lublin i zamierzają go wypromować. Jak? Założyli LuCreate, Fundację Rozwoju Designu, która ma za zadanie propagować lokalny potencjał i zintegrować lubelskie środowisko kreatywne. Zaczęło się od zebrania pomysłów, które można wspólnie zrealizować. Eventy, spotkania, wyjazdy integracyjne. Później pojawiła się idea założenia fundacji. – Niektórzy myślą, że fundacja to grupa ludzi, którzy płacą jakieś składki. Nie chcieliśmy czegoś takiego. Zaczęliśmy od inicjatyw, a później nadaliśmy temu nazwę. U nas nie ma też obowiązkowych spotkań czy standardowego planu działania dla każdej osoby, która zechce z nami współpracować. Do LuCreate dołączają osoby, które wspólnie chcą coś zrobić – mówi Jakub. Obecnie pod opieką LuCreate jest kilkunastu projektantów. Efektem ich działania jest ich ostatnia inicjatywa – gala Lubelski Wzór. W tej sprawie nawiązali współpracę z lubelskim oddziałem Stowarzyszenia Architektów Polskich. W lubelskiej siedzibie SARP-u zorganizowali spotkanie, aby sprawdzić, jak duże będzie zainteresowanie tego typu ideą. Pojawiło się około 30 osób – projektanci wnętrz, architekci i projektantki mody. Byli zgodni co do tego, że chcą innej, nowej jakości w Lublinie. Od słów przeszło do czynów i 28 marca 300 m industrialnej przestrzeni lubelskich browarów stało się tłem do zaprezentowania tego, co robią: architektury, projektowania wnętrz, wzornictwa przemysłowego, grafiki użytkowej, technik audiowizualnych oraz projektowania mody. Dzięki wspólnej akcji udowodnili, że połączenie aktywności różnych branż i jednoczesna integracja środowiska

38

magazyn lubelski 3[27] 2015

kreatywnego jest możliwa. Okazało się też, że środowisko lubelskich designerów jest całkiem spore. – Na Lubelskim Wzorze chodziło głównie o spotkanie ludzi zajmujących się designem zawodowo, ale też pokazanie kulisów designu ludziom spoza branży – mówi Mateusz. – Niezobowiązujący grunt towarzyski sprzyja poznaniu się. Poznając się najpierw od strony prywatnej, uczestnicy mogą kiedyś zawrzeć stabilne relacje biznesowe – dodaje Jakub. Sukcesem gali jest fakt pojawienia się pierwszych propozycji współpracy. Wydarzenie zainaugurowało też cykl spotkań przedstawicieli designu i architektury ze światem biznesu, lokalnymi władzami oraz środowiskiem akademickim. Bardzo duży wkład w fundacje mają również trzy dziewczyny - Katarzyna Krygier-Świtoń, Patrycja Wójcik oraz Ola Lewicka, koordynarki projektów i dobre dusze LuCreate.

Design to przyszłość

Planów mają sporo. Pierwszy z nich to kolejna edycja, na której Lubelski Wzór stanie się wyróżnieniem wręczanym najlepszym designerom z województwa lubelskiego. Uważają, że na Lubelszczyźnie jest duży potencjał. – Mówimy nie o kilku osobach, a o licznej grupie, która ma bardzo duże możliwości działania czy to w sferze miejskiej, czy biznesowej – dodaje Patryk.


Mateusz Kunkiewicz i Patryk Góźdź Fundacja skupia się na działaniach praktycznych. Założyciele pragną, by środowisko kreatywne przede wszystkim nauczyło się budować i podtrzymywać kontakty biznesowe. – Stawiamy na pewną dwubiegunowość. Z jednej strony chcemy, by powstała kultura korzystania z usług projektantów. Chcemy uświadomić ludziom, że idzie za tym jakość i indywidualne podejście. Z drugiej strony pragniemy nauczyć projektantów przedsiębiorczości – mówi Mateusz. Ważny jest dla nich również udział w dyskusjach społecznych z mieszkańcami Lublina, jak chociażby ta o chybionej kolorystyce fasady Centrum Onkologii w Lublinie. – Mamy nadzieję, że długofalowym efektem naszych działań będzie podniesienie wrażliwości społeczeństwa na poczucie estetyki i tego typu pomyłki nie będą miały miejsca – dodaje Mateusz. Wszyscy pochodzą z Lublina, a jednak połączył ich dopiero Mediolan, gdzie spotkali się po raz pierwszy na Targach Meblowych Salone Internazionale del Mobile. Targi w Mediolanie, jak i samo miasto, dostarcza im mnóstwa pomysłów. Organizacja tego wydarzenia i sposób nawiązywania kontaktów stały się inspiracją do działań na gruncie lubelskim. Wśród

wielu pomysłów pojawił się ten o założeniu fundacji. W tym roku na Targach w Mediolanie pojawili się we trzech. Swoimi doświadczeniami i wrażeniami dzielą się na portalu internetowym Archemon.com.

Mateusz Mateusz Kunkiewicz. 33 lata. Szczupły, wysoki i energiczny. Komunikatywny i elokwentny, żywo gestykuluje i często żartuje. Przyznaje, że jego życie kręci się wokół architektury. Od 2007 roku prowadzi wraz z bratem Borysem autorską pracownię projektową, która działa głównie na terenie Warszawy i Lublina. Ukończył Wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej. Wcześniej ukończył z wyróżnieniem dwuletni kurs rysunku architektonicznego i projektowania w renomowanej szkole rysunku „Labirynt” w Warszawie. Swoje pierwsze zawodowe kroki stawiał w biurze architektonicznym Bolesława Stelmacha. LuCreate to jego pasja i  hobby jednocześnie. Twórcze działania, a także możliwość oddziaływania magazyn lubelski 3[27] 2015

39


na środowisko lubelskich projektantów. Z podróży do Mediolanu przywozi nie tylko inspiracje, ale również pozytywne nastawienie do życia. Na Lubelskim Wzorze, którego jest pomysłodawcą i inicjatorem, właśnie to chciał przekazać. – Chcemy zarazić fascynacją designem. Szczególnie osoby, które mają poczucie estetyki, ale nie zajmują się designem zawodowo. W LuCreate będą mogły o tym porozmawiać – opowiada. W fundacji pełni funkcję prezesa. Jest ciągle w ruchu i w kontakcie ze światem. Często można go spotkać w kawiarni Spinacz, gdzie na ogół siedzi pochylony nad klawiaturą komputera. Przyjemna przestrzeń stała się również miejscem narodzin logo LuCreate.

Patryk Patryka Góździa można śmiało nazwać złotym dzieckiem polskiej architektury wnętrz. Jego poczucie estetyki kształtowane było niemal od dziecka. Jest synem Anny Bedlickiej-Góźdź, lubelskiej architektki wnętrz. To wraz z mamą po raz pierwszy ujrzał Mediolan na Targach Designu, by po kilku latach powrócić tam z autorskimi projektami. Ukończył Architekturę Wnętrz na WSEiZ w Warszawie i Wzornictwo Przemysłowe na Politechnice Lubelskiej. W trakcie studiów otrzymał prestiżowe wyróżnienie dla najlepszego studenta w postaci stypendium od Ministra Nauk i Szkolnictwa Wyższego za wybitne osiągnięcia. Ma 27 lat i na swoim koncie szereg wystaw w Polsce i za granicą,. Jako jedyny Polak został zakwalifikowany do prestiżowej SaloneSatellite 2012 na największych na świecie targach designu w Mediolanie. Sukcesy go nie “zepsuły”. Patryk ma pogodne usposobienie, jest, skromny i dba o swoją prywatność. Zdecydowanie ożywia się, gdy mówi o pracy. Ciągle szuka nowych dróg, chce stworzyć coś, czego jeszcze nie było. Z powodzeniem. W 2012 w Mediolanie zaprezentował prototyp stołu "iCONi", a także lampy podłogowej "Thin­k" i krzesła "Reve". Współpracuje z firmami meblarskimi m.in. z Kler. Jest związany emocjonalnie z Lublinem i aktywnie go promuje. Do fundacji wnosi mocne stąpanie po ziemi i upór. Bywa, że jest pierwszym filtrem, który lustruje pomysły Mateusza. ­Ważne, żeby się nie poddawać, bo przez niektóre etapy trudno przeskoczyć, np. przez etap zrobienia prototypu czy przygotowania wystaw­mówi. I warto mu wierzyć. W końcu jeszcze przed 30- ­tką osiągnął to, o czym marzy każdy designer.

Kuba Jakub Partyka to rodowity lublinianin, syn założyciela jednego z najstarszych zakładu fotograficznego w mieście. Wychowany w świecie fotografii co rusz sięga po aparat. Wysoki, postawny, z głosem, który może onieśmielić. Mówi mniej niż reszta, za to w jednym zdaniu potrafi zawrzeć wszystkie konkrety. Skoncentrowany na pracy i rodzinie. W LuCreate jest managerem. Przedsiębiorczy i zdroworozsądkowy, pełni ważną funkcję doradczą, przedstawiając punkt widzenia przedsiębiorcy i oceniając szanse na realizację pomysłu. Ukończył marketing na UMCS i PR na SGH w Warszawie. Zawodowo zajmuje się tworzeniem i promocją marek, a także oprogramowaniem. Lokalny patriota. – Odkrywamy mnóstwo „perełek”, o których szersza publiczność nie wie, a które to współpracują z naprawdę dużymi firmami lub pracują nad bardzo obiecującymi

40

magazyn lubelski 3[27] 2015

Jakub Partyka projektami. Chcielibyśmy zmienić stereotyp, że w Lublinie nie da się niczego osiągnąć i ograniczyć falę wyjazdów utalentowanych ludzi np. do Warszawy. Podbić świat można również, będąc w Lublinie. Miasto wciąż zmienia się i ma w sobie olbrzymi potencjał – przekonuje.

Lubelski potencjał W Lublinie architektura i design mają się dobrze, ale potrzebne są działania promocyjne, aby te dobre przykłady pokazać w szerszym gronie odbiorców, co umożliwi projektantom konkurowanie na rynku europejskim i światowym. Mówiąc o potencjale, warto przytoczyć przykłady ze środowiska akademickiego branż kreatywnych. Coroczne prace dyplomowe studentów architektury Politechniki Lubelskiej są na bardzo wysokim poziomie. Np. jeden z nich posłużył jako projekt rewitalizacji Starej Cukrowni w Opolu Lubelskim. Mamy również Wydział Artystyczny UMCS z grafiką i ceramiką. Ta sama uczelnia zapowiada utworzenie w przyszłości nowego kierunku – wzornictwa użytkowego. W Nałęczowie, w Liceum Plastycznym, zaskakuje wysoki poziom wzornictwa przemysłowego, a projektowania mody z powodzeniem można nauczyć się w Lubelskiej Szkole Sztuki i Projektowania. LuCreate, oprócz współpracy z pracującymi już designerami, chce utorować drogę świeżo upieczonym adeptom i nauczyć ich nawiązywania kontaktów biznesowych od podstaw. Patryk, Kuba i Mateusz wspólnie przyznają, że razem mogą więcej zdziałać. Podkreślają także, że w fundacji nie ma podziału ról czy obowiązków. Doświadczenia, wiedza, a także różne temperamenty i charaktery złożyły się na spójną i obiecującą całość, która może mocno wpłynąć na lubelskie środowisko kreatywne. Uwaga, oto LuCreate! Podziękowania dla właścicieli Spinacz Cafe w Lublinie za udostępnienie wnętrz.


LEASING SMARTPLAN Minimalizuj koszty firmy w innowacyjnym leasingu Rozmowa z Andrzejem Staszewskim, kierownikiem programu Toyota Business SmartPlan. ‒ Prowadzę firmę i  potrzebuję kupić samochód. Może wybrałbym jeden z modeli Toyoty, ale nie bardzo wiem, jak ją sfinansować. ‒ Gotówka i  kredyt nie zawsze dają te same możliwości skorzystania z  odliczeń podatkowych co leasing. Z  kolei tradycyjny leasing wiąże się z wysokimi ratami, które ograniczają płynność finansową firmy oraz zdolność inwestycyjną. Wychodząc naprzeciw potrzebom naszych klientów, znaleźliśmy rozwiązanie – innowacyjny leasing SmartPlan. ‒ Trudno decydować się na taki ruch, nie znając szczegółów. Dobrze brzmiące nazwy nie zawsze są w  zgodzie z  naszymi oczekiwaniami. ‒ Dla nas najważniejsze są potrzeby naszych klientów. Dlatego leasing SmartPlan gwarantuje niskie, przewidywalne koszty użytkowania przez cały okres finansowania. Jego konstrukcja pozwala zredukować wysokość miesięcznych rat nawet o  60% względem tradycyjnego leasingu przy zachowaniu możliwości odliczania VAT-u oraz zaliczania rat w koszty uzyskania przychodu. ‒ Brzmi przekonująco, ale brakuje kropki nad i... ‒ Jest i kropka. SmartPlan to również możliwość zryczałtowania takich kosztów użytkowania, jak: serwis (przeglądy, naprawy, wymiana części eksploatacyjnych), ubezpieczenie, dodatkowe opony (zakup, wymiana i  składowanie) oraz auto zastępcze. Wystarczy tylko zatankować, opłacać raty o  stałej wysokości i  prowadzić interesy. Toyota zajmie się resztą. Toyota oferuje leasing SmartPlan wszystkim przedsiębiorcom, bez względu na wielkość firmy. Wystarczy kupić jeden samochód, by korzystać z pełnej obsługi na najwyższym poziomie.

‒ Które salony oferują tego typu usługę? ‒ SmartPlan jest dostępny w salonach Toyoty na terytorium całego kraju. Wszystkich formalności, począwszy od złożenia oferty, poprzez wybór samochodu, opcji finansowania aż po podpisanie umowy, można dokonać szybko i  wygodnie u  najbliższego Dealera Toyoty. Przygotowanie indywidualnej oferty nie zajmie nam dużo czasu. ‒ Rata leasingowa niższa o 60% to dużo. ‒ Tak, raty w  leasingu SmartPlan mogą być niższe nawet o 60% w stosunku do tradycyjnego leasingu. Dlaczego? Klienci SmartPlanu spłacają jedynie utratę wartości samochodu w okresie trwania umowy, a nie jego prawie pełną cenę, jak w przypadku tradycyjnego leasingu z wykupem na poziomie 1% ceny auta. ‒ A jak kształtują się stałe koszty? ‒ Miesięczna rata Toyoty Yaris (cena katalogowa 39,900 zł brutto) to ok. 240 zł netto. W  tradycyjnym leasingu z  1% wykupem rata wyniosłaby ok. 670 zł netto. Natomiast rata Toyoty Avensis (cena katalogowa 86,900 zł brutto) to 630 zł netto, czyli o 40 zł mniej niż wynosi rata Toyoty Yaris w tradycyjnym leasingu. Różnice te mówią same za siebie. ‒ A co dzieje się w sytuacji zakończenia umowy? ‒ Tu też obowiązują proste reguły. Po zakończeniu umowy optymalnym rozwiązaniem jest zwrot auta u  dealera i  wyleasingowanie nowego, przy płaceniu wciąż niskich rat i korzystaniu z tarczy podatkowej. Istnieje również opcja odkupu pojazdu po cenie rynkowej, wskazanej w umowie leasingowej. Dziękuję za rozmowę.


AMBASADORZY 2014 Tekst Aleksandra Biszczad Foto Michał Wójcik Gala Ambasadorów Województwa Lubelskiego to z pewnością najbardziej prestiżowe wydarzenie w  województwie. O  tym, komu przypadnie ten tytuł, decydują przedstawiciele urzędu marszałkowskiego wraz z marszałkiem województwa Andrzejem Sosnowskim oraz redaktorzy naczelni lubelskich i regionalnych mediów. 25 kwietnia podczas uroczystej gali zorganizowanej na Targach Lublin po raz szesnasty uhonorowano tych, którzy mają niekwestionowane osiągnięcia i zasługi w kreowaniu wizerunku regionu w kraju i za granicą. Wśród 46 dotychczasowych laureatów są m.in.: Budka Suflera, Leszek Mądzik, prof. Tomasz Trojanowski, prof. Andrzej Kokowski, Muzeum Zamoyskich w  Kozłówce, Ośrodek Praktyk Teatralnych „Gardzienice”, Stadnina Koni w Janowie Podlaskim i Wyższa Szkoła Oficerska Sił Powietrznych w Dęblinie. W tym roku w kategorii osoba nominowani byli: Marek Dyjak, Marcin Wroński, Zbigniew Stopa i Andrzej Kidyba, do którego statuetka powędrowała. Prof. Andrzej Kidyba to ekspert komisji sejmowych i Rządu RP, konsul honorowy Republiki Federalnej Niemiec, prezes zarządu Lu-

42

magazyn lubelski 3[27] 2015

belskiej Fundacji Rozwoju oraz wykładowca UMCS. W kategorii instytucja doceniono działania: Teatru im. Hansa Christiana Andersena w Lublinie, redakcji kwartalnika „AKCENT – Literatura i Sztuka”, Chóru Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i  Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Białej Podlaskiej. Wyróżnienie trafiło do Białej Podlaskiej, szpital należy do najlepszych placówek w kraju, ma na swoim koncie m.in. Europejską Nagrodę Jakości oraz Międzynarodowy Certyfikat SIQS, przyznane przez Szwajcarski Instytut Standardów Jakości i Komitet Nominacji Sokrates. W ubiegłym roku został potrójnym laureatem krajowego rankingu najlepszych szpitali. W gronie nominowanych w kategorii firma znaleźli się: Fabryka Cukierków PSZCZÓŁKA Sp. z o.o., Lubelski Rynek Hurtowy SA, Zakład Hodowlano-Produkcyjny Stado Ogierów Białka i Ursus SA, który został laureatem. To największy polski producent ciągników i  maszyn rolniczych, który jeden z  trzech zakładów produkcyjnych posiada w Lublinie. Dzięki współpracy m.in. z Politechniką Lubelską powstał prototyp autobusu elektrycznego.


Podczas gali zostały również wręczone certyfikaty Marka „Lubelskie”. Laureatami zostali: firma odzieżowa „Bialcon” z Białej Podlaskiej, „Gastromax” z  Lublina, Manufaktura Polka z  Małej Woli koło Biłgoraja, Mega sp. z o.o. z Bełżyc oraz producent makaronów Pol-Mak S.A. z Ludwina. Na galę zaproszono 800 osób. Konferansjerkę

poprowadził Artur Andrus, a gwiazdą wieczoru była Maryla Rodowicz. Kuchnia, jaką serwowano, skoncentrowana była na produktach regionalnych. Można było skosztować m.in. oranżady kąkolewnickiej, tradycyjnie przyrządzonej kaczki z wędzoną śliwką, cebularzy i kapusty z beczki.

magazyn lubelski 3[27] 2015

43


biz-njus

(AgustaWestland)

AgustaWestland dla Brytyjczyków

Włosko-brytyjski koncern lotniczy AgustaWestland, produkujący w Świdniku śmigłowce, podpisał kontrakt z brytyjskim Ministerstwem Obrony Narodowej, który opiewa na kwotę blisko 580 mln funtów brytyjskich (790 mln euro). Umowa dotyczy wsparcia eksploatacji i serwisowania całej floty brytyjskich śmigłowców Merlin przez kolejnych 5 lat. Kontrakt jest elementem dłuższego, 25-letniego porozumienia, zawartego między AgustaWestland i brytyjskim Ministerstwem Obrony Narodowej w 2006 r. Przedmiotem umowy jest 30 wielozadaniowych śmigłowców Merlin HM Mk.2 należących do Royal Navy i 25 transportowych Merlin HC Mk.3/3A, przeniesionych do marynarki z Royal Air Force w ramach działań restrukturyzacyjnych. Niebawem maszyny zostaną zmodyfikowane, co zwiększy ich możliwości operacyjne (np. operowanie z pokładu okrętów). Prace techniczne przeprowadzą zakłady AgustaWestland znajdujące się w Yeovil na terenie Wielkiej Brytanii. (pod)

muje powstanie w nim hotelu, restauracji, sali konferencyjnej, a w przyszłości galerii handlowej i parku rozrywki. Dotychczasowy właściciel sprzedał działkę w Opolu i znajdujące się na niej budynki za blisko 2 mln złotych. Budynek zabytkowej cukrowni powstał pod koniec XIX w. Rozpoczęcie remontu planowane jest za półtora roku. Prace potrwają około 5 lat. Nowi właściciele posłużyli się w swoich planach projektem dyplomowym Rafała Wesołowskiego, absolwenta Architektury i Urbanistyki na Politechnice Lubelskiej. Studenci tego wydziału zaskakują swoimi pomysłami, proponując rewitalizację obiektów architektonicznych na terenie całej Lubelszczyzny. Ich prace można podziwiać na organizowanej co roku wystawie prac dyplomowych. (abc)

(Fabryka Gier Historycznych)

Lublinianie podbiją świat

(pod)

Roboty w służbie chirurgii

Co wynika z połączenia sił nowoczesnej technologii i nauki? Na przykład innowacyjne rozwiązania, których przykładem jest Robin Heart, czyli polski robot kardiochirurgiczny, który ma strukturę segmentową, umożliwiającą zestawienie sprzętu do różnych typów operacji. Polska rodzina robotów chirurgicznych o nazwie Robin Heart stanowi szansę na wprowadzenie do praktyki klinicznej nowoczesnych, sprawnych narzędzi chirurga. Dzięki nim będzie można w szerszym zakresie stosować mniej inwazyjną dla pacjenta technikę operacji, bezpieczną zarówno dla niego, jak i dla lekarza. Planowany do wdrożenia w najbliższym czasie Robin Heart Vision zastąpi asystenta trzymającego i sterującego położeniem toru wizyjnego i umożliwi wykonanie części operacji solo, przez jednego operującego. 17 kwietnia br. na Wydziale Mechanicznym Politechniki Lubelskiej odbyła się konferencja z udziałem prof. Zbigniewa Nawrata, współpracownika prof. Zbigniewa Religii. W spotkaniu obok znakomitości ze świata medycyny i nauki udział wzięło liczne grono pracowników i słuchaczy tego wydziału. ‒ Roboty pozwalają na standaryzację czynności i pewną stabilność. Jest to nowa jakość w chirurgii, która wymaga ciągłych udoskonaleń i prób. Los chirurgii jest w waszych rękach ‒ powiedział profesor Nawrat na zakończenie swojego wystąpienia. (abc)

„Teomachia” to gra karciana dla 2–4 osób. Gracze wcielają się w mitologicznych bogów, którzy walczą z innymi bogami o dominację. Do dyspozycji graczy są najróżniejsze karty, w tym karty efektów, które pomagają nam albo utrudniają rozgrywkę innym graczom. Są też karty ataków, które sprawiają, że jesteśmy silniejsi w bitwie niż nasi przeciwnicy. Ważnym elementem gry jest licytacja, podobna do tej znanej z pokera Teksas Hold'em i podobnie jak w pokerze, może wygrać tylko jedna osoba. „Teomachię” stworzyła trójka przyjaciół: Kuba Wasilewski, Adam Kwapiński oraz Tomasz Bylina z Lubelskiej Fabryki Gier Historycznych. Dzięki wspólnej pracy osiągnęli to, o czym każdy projektant marzy – ich gra została (Projekt Rawe Rafał Wesołowski) doceniona na całym świecie. „Teomachia” miała trzy udane kampanie crowdfundinManufaktura w Opolu Lubelskim gowe (zbieranie niezbędnego kapitału na Zamknięta osiem lat temu cukrownia rozwój przedsięwzięcia przez Internautów) (pod) w Opolu Lubelskim ma szansę na zyskanie w Niemczech, Polsce i Stanach Zjednorozgłosu i prestiżu zbliżonego do tego, jaki czonych. Najbardziej spektakularnym towarzyszy łódzkiej Manufakturze. Pod sukcesem była akcja na Kickstarterze, naj- Silni w Izbie koniec ubiegłego roku budynek wykupiwiększej platformie zbierającej fundusze W lubelskim Urzędzie Marszałkowło małżeństwo pochodzące z Cupli koło na różnego rodzaju alternatywne projekty, skim odbyło się spotkanie inaugurujące Bełżyc ‒ Gabriela Starek i Marcin Nowagdzie wraz z partnerami z Petersen Games powołanie oddziału Polskiej Izby Produkkowski. Projekt rewitalizacji obiektu obej- uzyskali ponad 120 tys. dolarów. (abc) tu Regionalnego i Lokalnego. Preze-

44

magazyn lubelski 3[27] 2015


biz-njus sem lubelskiej Izby została restauratorka Elżbieta Wójcik, zaś wiceprezesami sadownik Tomasz Solis oraz producent makaronów Grzegorz Polak. Jak podkreśliła Izabela Byszewska, prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego, działalność Izby nie tylko integruje środowiska producentów, ale ma również wpływ na podejmowanie decyzji, takich jak chociażby zawieszenie na 3 lata zakazu wędzenia produktów mięsnych z zawartością substancji smolistych. Oddziały Izby już działają w województwach podkarpackim, świętokrzyskim, zachodniopomorskim, wielkopolskim i łódzkim. Co Lubelszczyźnie daje działanie Izby? Przede wszystkim reprezentuje ona interesy przedsiębiorców korzystających z lokalnych surowców w produkcji żywności i potraw, kultywujących tradycje i dziedzictwo kulinarne regionu. Dzięki powstałemu oddziałowi będzie można promować swoje produkty i starać się również o pozyskanie środków unijnych. Izba będzie miała także możliwości ubiegania się o dofinansowanie, w tym po środki unijne, m.in. na promowanie produktów czy otwarcie stałego punktu sprzedaży. Obecnie Lubelszczyzna może poszczycić się 134 produktami tradycyjnymi wpisanymi na ministerialna listę, 20 czeka na rejestrację, a 20 wniosków jest w trakcie przygotowania. (maz)

(pat)

iWisher w Szanghaju

Lublinianin Michał Korba, o którym pisaliśmy w grudniowym numerze LAJF, wraz ze swoim startupem iWisher, czyli aplikacją ułatwiającą finansowanie prezentów, przez ponad 2 tygodnie uczestniczył w programie akceleracyjnym na najbardziej konkurencyjnym rynku świata, czyli w Chinach. Podpatrywał innowacyjne rozwiązania, jakie można przenieść na rynek polski oraz nawiązywał kontakty biznesowe. iWisher to pierwsza lubelska firma wysłana do Szanghaju w ramach konkursu sieci Business Link Ready To Go, umożliwiającego najlepszym startupom wyjazd do ośrodków nowych technologii (Dolina Krzemowa, Londyn, Szanghaj). Ostatnio Lublin obfituje w wydarzenia związane z nowoczesnymi branżami. 22 kwietnia odbyła się cykliczna konferencja Lubelskie Dni Informatyki, a w dniach 24‒26 kwietnia miał miejsce Startup Weekend Lublin, w którym wzięli udział przedstawiciele funduszy inwestycyjnych z całej Polski, gotowi rozwijać rokujące firmy z nowoczesnych branż. (pat)

PIERWSZY TWIZY W LUBLINIE

Nowy smak Perły

We flagowym lokalu Perły przy ul. Bernardyńskiej w Lublinie miała miejsce premiera sezonowej propozycji piwa typu Witbier. Witbier to przykład trunku przygotowanego wyłącznie na potrzeby Perłowej Pijalni Piwa i jak twierdzi sam manager Grzegorz Tomczyk, najprawdopodobniej nie trafi ono do szerszej dystrybucji. Witbier to belgijskie piwo pszeniczne górnej fermentacji, w którym zastosowano dwa rodzaje słodów pilzneńskiego i pszenicznego oraz użyto skórki pomarańczy curacao i kolendry. Jest to piwo niepasteryzowane, mętne, a charakteryzują je kremowa piana, wyraźna goryczka, posmak skórki pomarańczowej oraz pieprzowy akcent kolendry. W kuchni doskonale komponuje się z rybami, drobiem, owocami morza, z lekkimi deserami, a także owocami. Poprzez sezonowe propozycje i szereg zindywidualizowanych działań skierowanych do klienta Perłowa Pijalnia Piwa po raz kolejny udowadnia, że promuje kulturę picia piwa i łączenia go ze starannie dobranymi potrawami, maksymalizując doznania smakowe. (bpac)

Wiosną na ulice Lublina wyjechał pierwszy całkowicie elektryczny samochód zarejestrowany w regionie – Renault Twizy. Nabywcą jest pan Arkadiusz Małek, który po raz pierwszy auto zobaczył na targach motoryzacyjnych w Walencji. Ale jeszcze większe wrażenie samochód zrobił na nim na rzymskich ulicach, gdzie jest ulubionym środkiem lokomocji wielu użytkowników. Twizy to dwuosobowe auto Renault, napędzane silnikiem elektrycznym, kosztuje około 35 tysięcy złotych. Zalet Twizy jest wiele, nie bez powodu bywa nazywane autem przyszłości. Jednym z atutów samochodu jest ładowanie ze zwykłego gniazdka, gdyż na pokładzie ma przetwornicę. Jedno naładowanie akumulatora wystarcza na pokonanie dystansu około 100 km przy maksymalnej prędkości 80km/h. Poza tym jest niewielkich gabarytów i zwinnie porusza się po przestrzeni miasta, a także dużo łatwiej jest go zaparkować, co jak twierdzi pan Arkadiusz, jest bezcenne. Mamy nadzieję, że pierwsze Renault Twizy w Lublinie nie pozostanie zbyt długo „jedynym”. Szkoda tylko, że za kupnem tego auta elektrycznego nie idzie miejska oferta ulg, np. darmowych parkingów czy możliwości wjazdu na Stare Miasto w Lublinie. Nowa technologia w zakresie aut elektrycznych zaskakuje również Ministerstwo Finansów. Ponieważ prąd nie jest objęty akcyzą, nie ma możliwości zakwalifikowania kosztu, jakim jest ten rodzaj „paliwa”. Tym samym niewiadomo również w jaki sposób odliczyć go od kosztów prowadzonej firmy. (abc)


sport

Żywot spoconego pałkarza tekst Iza Wołoszyńska, foto Krzysztof Stanek

B

aseball „po polsku” to taki bez piłki, co w domyśle oznacza okładanie przeciwnika pałką i porachunki osiłków w przysłowiowych dresach. Całości dopełnia kaszkietówka z logo drużyny New York Yankees i mamy wizerunek „bejsbola”, jakże daleki od sportowego pierwowzoru!

46

magazyn lubelski 3[27] 2015


Baseball jest dziś jedną z najlepiej zarabiających dyscyplin sportowych. Dla Amerykanów jest sportem narodowym, a jego oddziaływanie znacznie przekracza sferę sportu. Mecze są tam czymś w rodzaju święta, połączonego z wielką fetą i rodzinnymi spotkaniami. Czapeczka baseballowa stała się najpopularniejszym nakryciem głowy. Na punkcie baseballu szaleją też Japończycy. Ogromną popularnością cieszy się na Dominikanie i w Wenezueli. Historia gry wywodzi się z różnego rodzaju gier ludowych z pałką i piłką, przywiezionych przez europejskich emigrantów do Ameryki, takich jak angielska gra rounders i krykiet. Być może pewne elementy zaczerpnięto także z polskiego palanta, który ze Śląska trafił z emigrantami do Nowego Świata. Niektórzy dopatrują się początków baseballu w starożytnym Egipcie. W 1834 roku wydanej w USA Księdze sportów pojawia się po raz pierwszy nazwa baseball, a pierwszy amerykański klub baseballowy Knickerbocker Baseball Club powstał w 1845 roku w Nowym Jorku. W Polsce znano baseball jeszcze przed wojną. Nie chwycił jednak za serca. Dopiero pod koniec lat 70. XX wieku coś drgnęło i z przekształconego Polskiego Związku Piłki Palantowej i Baseballu powstał Polski Związek Baseballu i Softballu z siedzibą w Rybniku. Z tego miasta wywodzi się też niekwestionowana królowa pierwszych lat istnienia baseballu w Polsce – drużyna Silesia Rybnik, która w 1983 roku rozegrała pierwszy w powojennej historii Polski mecz z holenderską drużyną Foresters Heilo, który przegrała z wynikiem 1:20. Wkrótce potem powstały kolejne polskie drużyny, a w 1985 roku wystartowała liga. Mimo trzydziestoletniej historii rozgrywek ligowych baseball nadal jest w Polsce sportem niszowym. Pewnie dlatego do szerszej świadomości nie przedarła się wiadomość o tym, że w Lublinie jest kompletna drużyna, z trenerem z prawdziwego zdarzenia i gronem oddanych zawodników.

Początki to rok 1995, kiedy Igor Gorzelski, ówczesny zawodnik niemieckiej drużyny Bonn Capitals, spędzając wakacje w rodzinnym Lublinie, prowadził wakacyjną szkółkę baseballu dla młodzieży. Wtedy ziarno zamiłowania dla tej dyscypliny zakiełkowało w sercach kilku chłopców. Jednak trener wrócił do Niemiec i inicjatywa umarła śmiercią naturalną. Ale w 2012 roku zebrało się kolejne grono zapaleńców, a wśród nich narybek z wakacyjnej szkółki! Zaczęły się spotkania, treningi, a dzięki aktywności w internecie dowiedział się o ich działaniach pan Igor. Zjednoczonymi siłami doprowadzili do powstania drużyny Ravens Lublin.

Trzeba się nas bać

Nazwa nie jest przypadkowa. Maciek, szczupły student informatyki, utykając przez kontuzję, której nabawił się na meczu, oprowadza mnie po boisku i opowiada. – Szukaliśmy nazwy, która będzie odzwierciedlać cechy według nas ważne, a jednocześnie czegoś, co wzbudzi respekt. Padło na kruka, bo to dzielny, silny i mroczny ptak. Kruk w logo to znak dla innych drużyn, że trzeba się nas bać. Lubelski „raven” rzeczywiście robi wrażenie twardego zawodnika, patrzy przymrużonym okiem i trzyma kij gotowy do odbicia nadlatującej piłki. Zawodnicy trenujący na boisku przy szkole nr 51 przy Bursztynowej wyglądają jak z kadru amerykańskiego filmu. Białe spodnie, drużynowe czarne koszulki. W kącie boiska leżą zapasowe piłki, kije, rękawice. Są bazy, ubrany w ochraniacze łapacz i skupiony miotacz. Padają komendy trenera, często po angielsku, żeby były zrozumiałe dla Sloana ‒ grającego w Ravensach Tajwańczyka studiującego w Lublinie medycynę. Trening zaczyna się od rozgrzewki, potem ćwiczenie rzucania i łapania na kilka różnych sposobów, stałe elementy gry i Ravensi przy-

magazyn lubelski 3[27] 2015

47


stępują do rozgrywania meczu między sobą. Na bazie domowej staje łapacz, obok niego pałkarz – atakujący. Następuje ta chwila. Piłka rzucona przez miotacza leci w kierunku łapacza, ma prędkość kilkudziesięciu kilometrów na godzinę i być może jest tak podkręcona, że pałkarz nie zdoła jej odbić. Napięcie. Rywalizacja przenosi się z kolektywu na jednostkę. Jeden na jednego. Sekunda ciszy i charakterystyczny dźwięk odbicia. Udało się! Piłka leci w górę, odbicie wzbudza krzyk uznania, który grzęźnie w gardłach... Cała lubelska drużyna baseballu wraz z zaprzyjaźnionymi kibicami z zapartym tchem obserwuje lot piłki, która poszybowała ponad zabezpieczającą siatką w kierunku osiedlowego parkingu... Lada moment trzeba kończyć – w kolejce do korzystania z boiska czekają już dzieciaki, które chcą grać „w nogę”. To właśnie bolączka Ravensów – brak boiska, spełniającego odpowiednie warunki.

Zasady

Baseball to gra drużynowa, ale jak rzadko który sport daje możliwość ekspresji własnego ego i poczucia siły sprawczej jednostki. Dlatego mimo drużynowego charakteru, jest to sport dla indywidualistów i ludzi, którzy lubią stanąć twarzą w twarz z przeciwną drużyną i wziąć na siebie odpowiedzialność za zdobycie lub stratę punktu dla swoich. Tu trzeba cały czas myśleć i analizować. Niezwykle ważna jest komunikacja pomiędzy łapaczem i miotaczem, którzy umówionymi sygnałami dają sobie znać o tym, jak piłka będzie rzucona i jak ją łapać. Ale inni członkowie drużyny też muszą znać swoje zamiary, by na przykład nie łapać we dwóch tej samej piłki. Wyzwaniem jest zrozumienie, na czym polega granie w baseball. Już sam kształt baseballowego boiska jest zaskoczeniem. Centrum wydarzeń jest tzw. baza domowa. Tu stoi łapacz i pałkarz i tu rozgrywają się główne emocje. Po lewej, prawej i na wprost trzy kolejne bazy i teren

48

magazyn lubelski 3[27] 2015

boiska (infield) oraz tzw. zapole (outfield). Tam powinna lecieć dobrze odbita piłka. Najważniejsi dwaj zawodnicy to miotacz i łapacz. Tomek, w prywatnym życiu ojciec dzieciom i garniturowy szef wydawnictwa, kilkoma kreskami szkicuje sytuację na boisku: kiedy zaczyna się mecz, na boisku stoi 9 zawodników drużyny broniącej (czyli tylu, ile jest pozycji) oraz tylko pałkarz drużyny przeciwnej – atakującej. Następuje rzut miotacza do łapacza, a pałkarz stara się tę piłkę im „zabrać”, odbić. Gdy mu się to uda, rzuca pałkę i biegnie do I bazy. Żeby ją zdobyć, powinien dobiec tam, zanim obrońcy drużyny przeciwnej złapią odbitą przez niego piłkę i odrzucą do stojącego na tejże bazie ich zawodnika. Kiedy dobiegnie przed piłką, zostaje na zdobytej bazie, a pałkę przejmuje drugi zawodnik z jego drużyny, potem kolejni, a ten pierwszy zjawia się na czwartej (domowej) bazie i tym samym zdobywa punkt. Drużyna broniąca stara się nie dopuścić do zdobycia punktu. Próbuje różnymi sposobami wyeliminować z gry zmierzającego do bazy domowej biegacza. Takich sposobów jest kilka i jeśli się powiodą, to mamy out. Kiedy broniąca drużyna zmusi atakującą do popełnienia 3 outów, drużyny zamieniają się rolami i w ten sposób zamyka się runda, których w meczu jest 7 lub 9, w zależności od wieku graczy. W lubelskiej drużynie jest pełna obsada, bo im większa ławka rezerwowych, tym większa rywalizacja i wyższy poziom gry. Drużyna z otwartymi ramionami czeka na nowych graczy. Bez wymagań. Najbardziej liczy się chęć gry.

One

Powiedzieć, że są ozdobą drużyny, to seksistowskie faux pas. Małgosia i Ola uważane są przez kolegów za pełnowartościowych graczy i kumpli z boiska. Trener cieszy się ich obecnością i liczy na to, że zachęcą inne


dziewczyny do zmierzenia się z piłką i kijem. Kiedy witam się z Małgosią, spływa na mnie fala ciepła i spokoju, dla której niespodziewanym kontrastem jest mocny uścisk dłoni. Po chwili dołącza Ola, to z kolei żywe srebro, osoba, której zgodnie z powiedzeniem „pełno wszędzie”. Opowiada, że dzięki dwóm starszym braciom dzieciństwo spędziła, łażąc po drzewach i uprawiając wszystkie możliwe do uprawiania sporty. Grając w piłkę nożną na Nowomiejskiej, spotkali kilku pastorów, którzy grywali tam w softball i zaproponowali wspólne granie. Bakcyl pozostał. Od kiedy w 2012 roku dowiedziała się o powstaniu Ravens Lublin, stara się dzielić czas pomiędzy ligę siatkarską a baseball. Na razie wygrywa siatkówka. Dziewczyny przyznają, że baseball to gra trudna, choć uczy koncentracji, wyrabia pewność siebie, wymusza umiejętność podejmowana szybkich decyzji, bo kiedy zawodnik dostaje piłkę, to nie może się wahać i zastanawiać, co z nią zrobić. Obie przyznają ze śmiechem, że pociągający jest też element agresji i to, że biorą się za bary z czymś stereotypowo „męskim”. – Granie z facetami jest motywujące, bo oni są silniejsi, no są! I dlatego tym bardziej chcę odbić tę piłkę jak najmocniej, najdalej, dorównać im! – opowiada Ola. Małgosia zrobiła wielki krok, pojawiła się na treningu jako obserwatorka, żona zawodnika. Wyciągnięta z trybun prośbami i mozolnym namawianiem przez kolegę, poszła porzucać. Dziś trener chciałby więcej takich kobiet jak ona w drużynie.

W baseballu nie ma płaczu

Tomek opowiada o swoim powrocie do gry w baseball, o pierwszych krokach, które stawiał w legendarnej Silesii. Trudno uwierzyć, że ten miłośnik muzyki klasycznej może zmienić się w spoconego

pałkarza. Dla niego nie ma jednak wątpliwości, że gra wymaga bezgranicznego zaangażowania. Każdy trening to okazja do przekroczenia swoich obaw, do wyrobienia odporności. Dla większości trenujących wyzwaniem jest poskromienie lęku przed pędzącą piłką, której energia może wyrządzić niemałą krzywdę. Ale adrenalina robi swoje. Do tego emocje wynikające z rywalizacji, które Tomek tak opisuje: – Staję na pałce, maksymalna koncentracja, słyszę własny oddech i bicie serca. Patrzę w oczy miotaczowi i chcę mu powiedzieć, że nie boję się jego piłki i za chwilę wybiję ją do wszystkich diabłów. A potem bieg, walka z obroną, zdobycie punktu i nie masz wątpliwości, że za te emocje dasz z siebie wszystko! Małgosia przyznaje, że są dni, kiedy ma się dość. Czasem coś nie wychodzi, nie możesz trafić w piłkę, stałe elementy gry wydają się nie do ogarnięcia. Zdarza się, że boli przetrenowany bark, wybity palec. Ale wtedy tym bardziej trzeba wstać, iść na trening, znaleźć oparcie wśród „kruczej” braci i walczyć dalej. Bo, jak mówi, w baseballu nie ma płaczu! Trener chce w zaczynającym się sezonie zagrać jak najwięcej meczów. Konfrontacja z umiejętnościami innych drużyn, prawdziwa gra, a nie symulowane mecze podczas treningów. Drużyna okrzepnie, zdobędzie tzw. bagaż doświadczeń. Ale najpierw wytężona rekrutacja – aby zdobyć jak najwięcej zawodników, ludzi o różnych predyspozycjach, zdolnościach, których łączyć będzie oddanie drużynie i zamiłowanie do baseballu. Być może, jeżeli frekwencja dopisze i grupa ludzi ukonstytuuje się w zgrany zespół, to w 2016 Ravens Lublin zgłoszą się do klasy rozgrywkowej i zaczną regularną grę w lidze. Nie pozostaje nic innego, jak życzyć im szerokich lotów.


Mondeo Nowe wydanie

Tekst i foto Piotr Nowacki

Ford przedstawia już piątą generację flagowego modelu Mondeo. Na pierwszy rzut oka samochód nawiązuje do wcześniejszych modeli. Jednak bezpośredni kontakt wywołuje znacznie lepsze wrażenie niż zdjęcia w folderach reklamowych. Wybrzuszona maska nawiązuje do Mustanga, grill jakby rodem z Aston Martin, a wąskie światła wykonane w technologi Ford Dynamic LED (dostosowują strumień światła do prędkości jazdy i warunków otoczenia) wyróżniają ten model spośród innych w D klasie. Wszystko to sprawia, że nowe dziecko amerykańskiego giganta samochodowego naprawdę się podoba. Tak zaprojektowana sylwetka daje wrażenie, że nowy Ford Mondeo wygląda bardziej sportowo i agresywnie. Wnętrze też znacznie odbiega od dotychczasowych modeli. Panoramiczny dach zwraca uwagę już w pierwszej chwili po zajęciu miejsca za kierownicą.

50

magazyn lubelski 3[27] 2015

Jakość wykończenia i materiały znacznie odbiegają od używanych dotychczas przez tę markę. Środkowa konsola jest bardzo czytelna, a  to również dzięki temu, że większość funkcji została przeniesiona na monitor ośmiocalowego wyświetlacza. Największym zaskoczeniem w opcjach, które mamy do wyboru na rzeczonym wyświetlaczu, jest możliwość zmiany koloru oświetlenia w kabinie na czerwony, zielony lub taki, na jaki w danej chwili mamy ochotę. Ciekawym rozwiązaniem podnoszącym bezpieczeństwo jest niewątpliwie wyposażenie Forda w system kontroli pasa ruchu. Innowacja polega na tym, że w przypadku braku zasygnalizowania zmiany pasa ruchu system ostrzega kierowcę poprzez drgania na kierownicy, a  przy braku reakcji ze strony kierowcy powoduje korektę toru jazdy, po której auto wraca na poprzednią pozycję. Sprawdzone – działa. Dużo trudniej było nam się przekonać do funkcji Active


City Stop, która zapobiega kolizji z pojazdem jadącym przed nami. Okazuje się, że system jest aktywny przy prędkości poniżej 40 km/h. Jeżeli się zagapimy, to system zahamuje za nas, zapobiegając tym samym doprowadzeniu do zderzenia. Nowością jest wyposażenie Mondeo w tylne skrajne pasy bezpieczeństwa, które posiadają poduszki powietrzne. Pasy są automatycznie pompowane w chwili wypadku i jak zapewnia producent, chronią przed obrażeniami głowy, szyi i klatki piersiowej. Udostępniony nam model wyposażony był w wysokoprężny silnik o pojemności 1,6 l TDCi ECOnetic o mocy 115 KM i momencie obrotowym 270 nm. Silnik zaskoczył nas pozytywnie, jeśli chodzi o zużycie paliwa, które w cyklu mieszanym (60 ze 100 kilometrów przejechaliśmy poza miastem) zadowolił się konsumpcją na poziomie 3,8 l/100 km.

– Nowe Mondeo w swej ofercie na obecną chwilę posiada pięć jednostek benzynowych oraz cztery wysokoprężne. Nowością będzie niewątpliwie zapowiadana przez producenta wersja o  napędzie hybrydowym. Będzie to model wyposażony w dwulitrowy silnik benzynowy oraz silnik elektryczny o mocy 187 KM. Model o napędzie hybrydowym będzie dostępny w naszym salonie przy ulicy Turystycznej w Lublinie już w miesiącach wakacyjnych – wyjaśnia szef sprzedaży firmy Ford Carrara Paweł Dadej. Flagowy model Forda i zarazem najnowsze Mondeo od dawna jest oczekiwane przez zwolenników tej marki, ale też może przekonać nawet sceptyków. Natomiast my z niecierpliwością czekamy na prezentację tego modelu z napędem hybrydowym.

magazyn lubelski 3[27] 2015

51


księgarnik

Diabeł i tabliczka czekolady

P

aweł Piotr Reszka, dziennikarz lubelskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, w marcu wydał zbiór reportaży pod tytułem: „Diabeł i tabliczka czekolady”. Część z tekstów, opublikowanych na łamach „Dużego Formatu” lub „Gazety Wyborczej”, prezentuje nowoczesną szkołę polskiego reportażu. Zbiór rekomenduje m.in Mariusz Szczygieł, znawca tego gatunku, autor kultowego już zbioru reportaży pt. „Gottland”.

Reszka przemierzył Lubelszczyznę wzdłuż i wszerz, zbierając historie niejako zepchnięte na margines. Niewidzialne, trochę niewygodne, jak możemy dowiedzieć się już z informacji na okładce. Opowieści te przerywane są odpowiedziami różnych osób na pytanie: czym dla nich jest szczęście. Są to osoby zarówno znane, jak i zupełnie anonimowe, łączy je Lublin i Lubelszczyzna. Większość tematów poruszanych w reportażach wcześniej była już poruszana w mediach. Subtelna dociekliwość Reszki pozwala jednak poznać psychikę rozmówców, odkrywając drugie dno sprawy. Reszka zebrał najtrudniejsze tematy – antysemityzm, wojna, nietolerancja dla homoseksualizmu, zachwiania w Kościele, bieda i patologia. Mariusz Szczygieł nazwał Reszkę chirurgiem mentalności. I takie też wrażenie odnosi się po lekturze. Reportażysta wykonuje drobiazgową i daleką od opiniowana operację na otwartej psychice swoich rozmówców. Pyta, ale nie ocenia. Docieka, ale nie forsuje swojego zdania. Ze swoich bohaterów wyciąga pierwiastki, łączące się w mentalność Lubelszczyzny, głupotę i małostkowość obok mądrości, miłość obok nienawiści. Kim są opisywani? Zwykłymi ludźmi, z trudnymi przeżyciami. Woźną w szkole, matką czworga dzieci, terapeutą, księgową, cichym uczniem. Tylko że... Woźna w szkole musi mierzyć się z atakami za alarm bombowy, matka czworga dzieci okazuje się katowaną przez męża morderczynią kolejnej piątki noworodków,

52

magazyn lubelski 3[27] 2015

terapeuta leczy „dotykiem” z homoseksualizmu, księgowa składa śluby czystości i uważa, że uwiódł ją Jezus, a cichy uczeń morduje chłopaka, który przez lata udawał jego wirtualną dziewczynę. Odrębny temat to antysemityzm i konteksty z czasu II wojny światowej. Choć właśnie mija 70 lat od jej zakończenia, wciąż boimy się o tym mówić. Przykładem jest medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, który nadal przyprawia o strach i zakłopotanie Polaków, którzy niechętnie mówią o tym, że pomagali Żydom. W Rechcie koło Bychawy doszło do egzekucji, której sprawcami byli polscy mieszkańcy wsi. Zginęła w niej trzynastoosobowa rodzina żydowska, a o postawienie pomnika na miejscu pochówku wciąż walczy naczelny rabin Polski. Paweł Piotr Reszka lustruje także sprawy, które wywołały burzę w Kościele katolickim. Temat zakonu betanek w Kazimierzu Dolnym wybrzmiewa na nowo dzięki rozmowom z dziewczętami, które go opuściły. Obok radości z przeżywania światła w Duchu Świętym, czuły, że dzieje się coś złego, szczególnie gdy przebywały w towarzystwie ojca P. W Kraśniku w liceum dwóch uczniów postanowiło „wyjść z ciała” za pomocą psychomanipulacji, co przez księdza zostało uznane za opętanie i przyczyniło się do wspólnych modlitw w szkole, zresztą za pozwoleniem dyrekcji. A jak się ma oddawanie narządów ludzkich do religii? Bo niektórzy mówią, że dusza bez serca czy nerki nie pójdzie do nieba. Czy myślą wtedy o rodzicach, którzy po stracie ukochanego dziecka jedynie w ten sposób mogą pomóc sobie i innym? Czy podopieczni ośrodka opieki nad osobami niepełnosprawnymi mają prawo do korzystania z treści erotycznych w Internecie? Według Urzędu Miasta nie, sami zainteresowani mówią, że choć są „uszkodzeni”, to wciąż są mężczyznami. Przejdźmy do szczęścia, bo na temat jego istoty uzyskaliśmy w „Diable i...” aż dwanaście odpowiedzi. Szymon Pietrasiewicz bez kozery przyznaje, że nie jest szczęśliwy, a wręcz wypalony. Z kolei ojciec kilkorga dzieci mówi, że czuje się szczęśliwy wtedy, gdy może po oddaniu krwi dać swoim dzieciom kilka tabliczek czekolady. Stanisław Nikołajczuk z Białej Podlaskiej twierdzi, że szczęście jest wtedy, gdy jest się wiernym swoim przekonaniom. Pani Janina jest szczęśliwa, słuchając Radia Maryja. Stanisław Kitliński szczęście utożsamia z poczuciem ulgi, bo przed bliskimi nie musi się już kryć ze swoim homoseksualizmem. Krzysztof Żerdzicki, założyciel ZOO w Wojciechowie, odnalazł szczęście w spokoju, po przeprowadzce na wieś. Ze szczęściem bywa różnie, jest ulotne, a pojawia się wtedy, gdy odrywamy się od czegoś, co nas

martwi. W zbiorze reportaży Pawła Piotra Reszki poznajemy wszystkie życiowe diabły i demony i towarzyszące im tabliczki czekolady, czyli małe i krótkie chwile, uszczęśliwiające ludzi, być może i nas. ( Aleksandra Biszczad ) Diabeł i tabliczka czekolady, Paweł Piotr Reszka, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2015

„Akcent” po raz 193

Przed nami najnowszy i pierwszy tegoroczny numer kwartalnika „Akcent”. Magazyn ukazuje się na lubelskim rynku wydawniczym już od 35 lat. Jak bardzo jest zasłużony, świadczy nie tylko stałe grono czytelników, ale również nominacja do prestiżowego tytułu Ambasador Lubelszczyzny 2014. Tematyka bieżącego numeru w znacznej części poświęcona jest kontekstom artystycznego i filozoficznego sposobu widzenia przestrzeni miejskiej. Nie dziwi więc przeznaczenie ponad 1/3 powierzchni periodyku analizie tekstów zmarłego 10 lat temu prof. Władysława Panasa, teoretyka i historyka literatury, który odkrywał złożoną i wielokulturową przeszłość Lublina. Dominantą tego wydania wydaje się być artykuł Łukasza Marcińczaka, który wprowadza nieco świeżości do dość stałego grona interpretatorów autora „Oka Cadyka”. Wciąga do lektury również tekst laudacji na temat plastyczności teatru Leszka Mądzika, którą wygłosił prof. Stefan Sawicki podczas uroczystości wręczenia twórcy Sceny Plastycznej KUL medalu papieskiego. Kto dziś potrafi pisać takimi słowami... Każdy kolejny numer „Akcentu” to także tradycyjnie miejsce na recenzje, eseje, zapowiedzi najciekawszych publikacji, a także utwory poetyckie, które na łamach współczesnej prasy są coraz większą rzadkością (Sebastian Bancerz).

Akcent, 1 (139) 2015, Wschodnia Fundacja Kultury „Akcent” Lublin, Instytut Książki, Warszawa


Lubelskie tak widzę! Natura, przedsiębiorczość, krajobrazy, architektura zabytkowa i nowoczesna, infrastruktura, ginące zawody i nowe technologie, tradycyjne produkty i regionalna kuchnia, turystyka, rekreacja i sport, ale też ludzie, pasja, piękno i dynamika – to wszystko zawiera się w słowie Lubelszczyzna.

Konkurs jest organizowany przez naszą redakcję pod

Prace prosimy wysyłać w terminie do 20 maja 2015 roku

patronatem

na adres: redakcja@lajf.info z dopiskiem: Konkurs: Tak

Urzędu

Marszałkowskiego.

Tematyka

konkursu dotyczy zatem regionu, dlatego zachęcamy do przedstawienia miejsc z województwa lubelskiego, szczególnie atrakcyjnych i  Wam bliskich, z  dołączoną krótką charakterystyką i uzasadnieniem, dlaczego właśnie to miejsce jest tak ważne. Mile widziane są zarówno pojedyncze zdjęcia, jak i fotoreportaże. W konkursie mogą wziąć udział fotografujący amatorsko i  profesjonalnie. Zapraszamy

również

nowicjuszy.

Dla

zwycięzcy

przewidujemy nagrodę niespodziankę oraz publikację w naszym magazynie, a także roczną prenumeratę LAJF-a.

widzę Lubelskie! Zwycięskie prace wyłoni grono fotografików LAJF-a oraz przedstawiciel Urzędu Marszałkowskiego Województwa Lubelskiego.

O

rozstrzygnięciu

konkursu

oraz

uroczystym wręczeniu nagrody powiadomimy na stronie www.lajf.info oraz w następnym numerze LAJF-a.


kultura

GOSPEL na wiosnę Tekst Sebastian Bancerz Foto Krzysztof Stanek

Z

akończona dopiero co Wiosna Gospel w Lublinie to bezmiar dobrej energii, sytuacji i ludzi, którzy tworzą to środowisko, a wszystko za sprawą chrześcijańskiej muzyki obrzędowej, która swój początek wzięła z  kultury czarnoskórych mieszkańców USA.

Muzyka charakteryzuje się dominacją wokalu, a teksty dotyczą tematyki chrześcijańskiej. Nazwa gospel (od słów god spell) oznacza dobrą nowinę (ewangelię) o zbawieniu w Jezusie Chrystusie. Jako gatunek muzyczny wiąże się ściśle z negro spirituals i często jest wspólnie określany jako spiritual & gospel. W Polsce jednym z najstarszych zespołów uprawiających tego typu muzykę jest Kraków Gospel Choir. Efektem popularności gospel w Polsce są liczne warsztaty i festiwale. Na liście tych najważniejszych znajdują się Festiwal 7xGospel w Krakowie, Camp Meeting Osiek oraz Wiosna Gospel w Lublinie. Każdy, kto w filmie pt. „The Blues Brothers” widział wyczyny Jamesa Browna w roli wielebnego pastora Cleophusa, doskonale wie, że na statyczne siedzenie w ławkach i klaskanie w przerwach pomiędzy utworami nie ma tu cienia nadziei. Za to każdy może zderzyć się z oceanem prawdziwego entuzjazmu i zaraźliwej radości. Tak też było podczas dopiero co zakończonej VI edycji lubelskiego festiwalu, składającego się z cyklu warsztatów i koncertów o bardzo intensywnym przebiegu. Zajęcia dla solistów poprowadził Olrick Coker, zdaniem wielu wschodząca gwiazda sceny muzycznej gospel na Wyspach Brytyjskich. Z kolei 150-osobowy mass choir na finałowy koncert w Chatce Żaka przygotowali przebojowy Peter Francis oraz pełna wdzięku Siobhan Coker. Peter jest dyrygentem chóru The Jabez Family w Londynie, natomiast Siobhan i Olrick tworzą duet The Cokers. Wszyscy pochodzą z Wielkiej Brytanii. I to właśnie widowisko mass choir było kwintesencją Wiosny Gospel w Lublinie. Tradycja gremialnego śpiewania na chwałę Pana datuje się na XVIII wiek, w czasie przebudzenia duchowego, jakie nastąpiło wśród czarnoskórych niewolników, do którego doszło dzięki ich uczestnictwu w tzw. camp meeting revivals, gdzie gromadzili się na nabożeństwach, sprowadzeni przez swych białych panów. Bardziej współczesny gospel zrodził się w pierwszej połowie XX wieku z połączenia tradycyjnego stylu negro spirituals z bluesem. W ciągu minionych 80 lat muzyka gospel bardzo ewoluowała – pojawiały się nowomodne brzmienia, np. elementy jazzu. Obecnie „siłą masowego uwielbienia” możemy się cieszyć dzięki licznym chórom, takim jak chociażby Toronto Mass Choir, zrzeszającym niekiedy nawet po kilkaset osób. Dzięki poruszającemu wykonaniu utworu „Through the Veil”, zaprezentowanego przez Olricka i Siobhan, publiczność w ACK Chatka Żaka dała się oczarować pełną pozytywnych wibracji piosenką z najnowszego albumu państwa Coker. W tle akompaniował im 150-osobowy chór pod przewodnictwem Petera Francisa, z towarzyszeniem zespołu w składzie Piotrek Kilkański (piano), Michał Wąsik (bas), Bartek Garczyński (gitara) i Paweł Nowak (perkusja).


światy własne

nierzeczywiste

Cezary Kowalczuk


Związany z Lublinem i Lubelszczyzną Cezary Kowalczuk fotografią zainteresował się już w wieku kilkunastu lat. Zaczynał od samodzielnego wywoływania filmów i siedzenia po nocach w ciemni. Nie fotografuje zawodowo, natomiast jest to odskocznia od codzienności, pasja, bez której nie wyobraża sobie funkcjonowania na co dzień. W 2000 roku został członkiem Lubelskiego Towarzystwa Fotograficznego. Na swoim koncie ma 14 wystaw indywidualnych i ponad 40 zbiorowych, w tym liczne prezentacje konkursowe. W 2011 roku zdobył I miejsce w konkursie DIGITAL ABSTRACTION w Słowenii, w 2010 roku II miejsce w konkursie CIAŁO, organizowanym przez Szkołę Fotografii FOTOEDUKACJA w Katowicach. Dopiero co otrzymał wiadomość, że został mu przyznany Gold Medal Of Excellence podczas 24. edycji prestiżowego konkursu Trierenberg Super Circuit 2015 w Linzu, organizowanego pod patronatem FIAP (Fédération Internationale de l’Art Photographique) i PSA (Photographic Society of America). Nagrodę odbierze jesienią podczas uroczystej gali. Obecnie tworzy zdjęcia wyłącznie „cyfrą“ i nie ukrywa tego, że lubi manipulować fotografią w programach graficznych, tworząc swoje własne światy nierzeczywiste. (maz)


kultura – okruchy

(Daniel Drobik)

tre Georges Pompidou. Batory otrzymał także wiele nagród w tym na Międzynarodowym Biennale Plakatu w Meksyku.W Lublinie prezentuje 70 prac, głównie są to plakaty teatralne i operowe. Po jesienno zimowej przerwie płot w centrum Lublina znowu ożył będąc dobrym przykładem tego jak można wpisać działania artystyczne w publiczną przestrzeń miasta. ( maz )

„Turandot” zdobył najważniejszą nagrodę teatralną Bank of Scotland Herald Angel na festiwalu w Edynburgu. Jest też zdobywcą nagrody im. Konrada Swinarskiego dla najlepszego reżysera w sezonie 2012/2013 za przedstawienie „Morrison/Śmiercisyn” oraz jednym z pierwszych twórców teatru interaktywnego w Polsce. (abc)

Poczuli bluesa W Domu Kultury LSM odbyła się piąta odsłona Lublin Blues Session. Rozpoczęło się wykładem Jędrzeja Kubiaka, artysty związanego z muzyką bluesową, folkową, awangardową i zahaczającą o elementy bluegrassu na temat roli gitar rezofonicznych w amerykańskim bluesie. Później było już tylko koncertowo. Wystąpił wokalista i gitarzysta Adam Bartoś, którego usłyszeliśmy w towarzystwie Seweryna Antoniaka (kontrabas) oraz Tomka Gąsiora (perkusja). Występ był wielopokoleniowy, a to za sprawą współpracy muzyka z chórem szkolnym Kasjopea ze Szkoły Podstawowej nr 6 i wspólnym wykonaniem piosenek, prezentujących talent najmłodszych w ramach programu „Blues w szkole”. Uwieńczeniem koncertu był występ grupy Willie Mae Unit (skład: Wojciech Hamkało ‒ gitara akustyczna, wokal, Jędrzej Kubiak ‒ gitary rezofoniczne, Roman Badeński ‒ harmonijka), która przeniosła odbiorców w wymiar klasycznego amerykańskiego bluesa połączonego z XIX-wiecznymi balladami, których covery zaprezentowała. Dla osób czujących niedosyt organizatorzy przewidzieli dodatkowe koncerty - 19 czerwca Łukasza Jemioły i 21 listopada Adama Bartosia. Magdalena Sienkiewicz

(pod)

Sztuka na płocie Od teraz nazywa się Galeria Saska i jest kontynuatorką idei Galerii na Płocie. Bo i na płocie otaczającym Ogród Saski w Lublinie wzdłuż Alei Racławickich można oglądać wystawę plakatów autorstwa Michała Batorego, plakacisty cieszącego się międzynarodową sławą i pochodzącego z Polski, który od końca lat 80. mieszka i tworzy w Paryżu. Jego prace prezentowały takie galerie jak Luwr i Cen-

60

magazyn lubelski 3[27] 2015

(abc) (pod)

Myjak w Gardzienicach W Ośrodku Praktyk Teatralnych „Gardzienice” została otwarta stała ekspozycja rzeźb autorstwa Adama Myjaka – bodaj najbardziej rozpoznawalnego w Polsce działającego współcześnie rzeźbiarza, profesora ASP w Warszawie. Artysta przekazał 10 rzeźb, które zostały wyeksponowane w wyremontowanych podziemiach gardzienickiego pałacu. – Kiedy zobaczyłem to wnętrze po raz pierwszy, od razu wiedziałem, że jest ono idealne dla moich prac – zaznaczył podczas otwarcia Adam Myjak. Rzeźby głów z charakterystycznymi rysami twarzy, ale i odrealnionych postaci powstałe m.in. w brązie i terakocie znakomicie współbrzmią ze ścianami z piaskowca. Podczas wernisażu było tłoczno i gwarnie, ale to, co zwracało na siebie uwagę poza zjawiskowymi pracami, postacią Artysty i wnętrzami, to duża grupa młodych ludzi, głównie studentów. (maz) Teatralna „Klamra” dla Hideout Spektakl „Hideout /Kryjówka” w reżyserii Pawła Passiniego jest porównywany do teatralnej tkaniny. – Utkana nie wprost opowieść, pognieciona, poszarpana, dziwna, mało konkretna, meliczna. Bohaterowie wychodzą z kątów, w spazmie lęku, lub w powolnej narracji, szeptem lub krzykiem snują swoją opowieść, jak tkane są nici, którymi są oplątani – napisał na swoim blogu krytyk teatralny Bartłomiej Miernik. A jest to opowieść trudna, bo mówi o tym, że bycie Żydem w Polsce nadal jest piętnem. Spektakl oprócz przychylnych recenzji i dużego zainteresowania może pochwalić się nagrodą publiczności, przyznaną w trakcie wielkiego finału 23. Alternatywnych Spotkań Teatralnych „Klamra” w Toruniu. Nie jest to pierwsza nagroda dla twórcy lubelskiego teatru „neTTheatre”. Cztery lata temu Paweł Passini za spektakl

PlakatON Rozstrzygnięto konkurs na najlepszy plakat promujący lubelskie wydarzenie kulturalne. Zgłoszeń w tym roku było mniej niż w poprzednich latach, ale jak podkreślało jury, prace prezentowały wysoki poziom, a przy tym ważną podczas tego typu konkursów różnorodność. Prym wiodły plakaty promujące wydarzenia w Centrum Kultury i Frutti di Mare. Za najlepszy plakat kulturalny 2014 r. w Lublinie została uznana praca Kamila R. Filipowskiego przygotowana z okazji Międzynarodowego Festiwalu Jazz Bez. Swoją nagrodę przyznali też internauci, którzy za najlepszy plakat uznali pracę Alka Morawskiego, zapowiadającą wystawę „Lis Kula we Frutti di Mare”. Młody artysta został uhonorowany również przez jury, które przyznało mu wyróżnienie. Ponadto uznanie zdobyły plakat promujący Jarmark Jagielloński autorstwa Małgorzaty Rybickiej oraz plakat zapraszający na wernisaż Joanny Strękowskiej we Frutti di Mare. Poza Alkiem Morawskim z Warszawy wszyscy nagrodzeni są związani z Lublinem. (abc)

(abc)

Salon POLITYKI Janina Paradowska, dziennikarka i publicystka, laureatka licznych nagród, m.in. Grand Press Dziennikarzy, 30 marca odwiedziła Wydział Politologii UMCS, w ramach spotkania z cyklu „Salon POLI-


kultura – okruchy TYKI”. Była to okazja do dyskusji o zmianach, jakim ulega dziennikarstwo, i jak wpływają one na świat polityki. Janina Paradowska z charakterystyczną dla siebie dobitnością podkreśliła, że dziennikarstwo ulega nie tylko wytykanej wszędzie tabloidyzacji, z czego wynika postawa „polowania na newsa”, ale również w znacznym stopniu upolitycznieniu i zacieraniu granic dobrego smaku. Problemy, które poruszyła mają wymiar symboliczny, gdyż Polska ma za sobą 25 lat wolnych mediów. Publicystka powołała się również na przykład kampanii prezydenckiej, która obecnie przybrała postać sprzedaży wizerunku, a nie przekazania programu wyborczego. Koniec spotkania miał nieco lżejszy charakter, redaktor Paradowska opowiedziała o swoich niedawnych odkryciach z zakresu literatury i poradziła przyszłym dziennikarzom, jak szkolić swój warsztat. – W dziennikarstwie ważny jest własny styl i pogląd na sytuację. Instynkt stadny potrafi być zgubny – podsumowała. (abc)

(pod)

Siedem grzechów głównych Dawno nie było w Lublinie wystawy malarstwa łączącego w sobie uwaga – format, kolor i ekspresję. Jak stwierdziła pochodząca z Puław warszawska artystka Maria Wollenberg-Kluza, malowanie na takich dużych powierzchniach to prawdziwie ciężka fizyczna praca. Ale i efekt składowy wszystkich tych elementów daje poczucie przebywania w prawdziwym wulkanie energii. Nie bez znaczenia są zapewne geny – ojciec artystki malarz Piotr Wollenberg opracowywał plany rekonstrukcji zabytkowych kamieniczek lubelskiego Starego Miasta. Z kolei autorka w latach 1967–73 studiowała na Wydziale Malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie pod kierunkiem Tadeusza Dominika. Maria Wollenberg-Kluza jest autorką ponad 130 wystaw indywidualnych w kraju i za granicą. Krytycy zaliczają jej twórczość do gatunku malarstwa refleksyjnego, wywodzącego się z preromantyzmu, symbolizmu i koloryzmu polskiego. Tematycznie sporo tu wątków literackich, filozoficznych i psychologicznych. A także religijnych. Jak artystka zaznaczyła podczas wernisażu w lubelskim Centrum Kultury, prezentowany jest tu m.in. cykl

o siedmiu grzechach głównych, z których żaden nie jest artystce obcy. Dodatkowym walorem wystawy jest miejsce, w którym została zorganizowana. Wysokie ściany Sali Oratorium CK z naturalnym górnym światłem są znakomitą salą wystawową, przywodzącą na myśl dawne pracownie artystów. Wystawę można oglądać do 7 maja. (gs)

(qz)

Maria Peszek na Węglinie Słowa jej piosenki „Pan nie prowadzi mnie, sama prowadzę się”, pochodzące z kontrowersyjnej płyty pt. „Jezus Maria Peszek”, zelektryzowały całą Polskę. 17 kwietnia przyjechała do Lublina i ponownie zahipnotyzowała zebraną publiczność. Tym razem nie występem wokalnym, a czytaniem poezji Tadeusza Różewicza. Spotkanie miało miejsce w Dzielnicowym Domu Kultury Węglin i odbyło się w ramach cyklu „Wieczne czytanie”, które poświęcone jest twórczości autorów nieżyjących. Połączenie emocjonalności Peszek z poezją Różewicza choć zaskakujące, okazało się nad wyraz trafne pod wieloma względami. Różewicz to prekursor powojennej poezji. Jego nowatorstwo przejawiało się w odnowie języka literatury, co nie było łatwe w epoce zagłady i totalitaryzmu. Ale nowatorstwo dostrzegamy również w interpretacji Marii Peszek, która tym samym gra zarówno z konwencją, jak i odbiorcą. Cykl spotkań „Wieczne czytanie” to propozycja dla tych, którzy poezję czytają, ale i dla tych, którzy nie są do niej przekonani. Dla jej koneserów i wrogów. Jej miłośników i tych, którzy pozostają na nią obojętni. (abc)

(Seweryn Kuter)

Akwarela rządzi Kazimierzem I to przez najbliższe dwa miesiące. A to za sprawą międzynarodowej prezentacji prawie 150 prac, które można oglądać na wystawie „Akwarela – aquarell – acquerel-

lo” w Galerii Wystaw Czasowych Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu nad Wisłą. Na wystawę składają się prace artystów zrzeszonych w Stowarzyszeniu Akwarelistów Polskich, a także z Włoch, Hiszpanii, Niemiec i Ukrainy. Technika akwareli uchodzi za jedną z najtrudniejszych w malarstwie. I jest domeną portrecistów i pejzażystów, gdyż daje efekt subtelności, świetlistości i rozmycia konturów. Podczas tworzenia akwareli niemal wszystko musi być specjalne – farby, które są mieszanką pigmentu i spoiwa głównie z gumy arabskiej, miodu lub gliceryny, pędzle, papier o chropowatej powierzchni, a nawet sztaluga z ruchomym blatem. Wystawa w Kazimierzu to pierwsza w Polsce międzynarodowa prezentacja akwareli. Uzupełnieniem wystawy akwarelistów w Galerii Wystaw Czasowych jest wystawa prac Włodzimierza Karczmarzyka w Kamienicy Celejowskiej. Po raz kolejny Muzeum Nadwiślańskie działa europejsko i na najwyższym poziomie.(maz)

(Greta Bartoś,)

25 lat Nieprzetartego Szlaku Na jubileuszowe XXV Spotkania Artystów Nieprzetartego Szlaku przybyło aż dwadzieścia teatrów osób niepełnosprawnych m.in. z Polski, Ukrainy, Białorusi, Rosji, Norwegii i USA. Rozpiętość wiekowa uczestników była bardzo duża, od przedszkolaków do seniorów. Organizatorem festiwalu jest lubelska Fundacja Nieprzetartego Szlaku, która jak co roku zaprosiła mieszkańców Lublina na spektakle, animacje kulturalne i paradę artystów na placu Litewskim. Również jak co roku w ramach festiwalu odbywał się konkurs fotograficzny „Teatr w Obiektywie”, którego uczestnicy dokumentowali wydarzenie. Konkurs zyskał charakter międzynarodowy w 2011 r. przez zrealizowanie go w trzech ośrodkach: w Lublinie, Brześciu i Lwowie. Jego efektem była wspólna międzynarodowa wystawa najciekawszych prac. Jednak na wyłonienie zwycięzców tegorocznej edycji musimy poczekać do końca maja. Nie byłoby festiwalu, gdyby nie sprawdzone grono wolontariuszy. Osoby dobrej woli, które towarzyszą festiwalowi od początku jego istnienia, ostatniego dnia otrzymały podziękowania i nagrody. LAJF miał zaszczyt patronować wydarzeniu. (abc)


historia

Ostatni niezłomny Tekst Maciej Skarga Foto Marek Podsiadło Ostatni niezłomny Dla ponad kilkudziesięciu tysięcy członków organizacji i grup konspiracyjnych wojna nie skończyła się w 1945 roku. Nadal przez wiele lat prowadzili walkę ze służbami bezpieczeństwa ZSRR i podporządkowanymi im służbami w Polsce. Nawet po nastaniu w 1956 roku tzw. odwilży gomułkowskiej. Ostatnim z nich był Józef Franczak pseudonim „Lalek” i „Laluś”. Został tak nazwany ze względu na nienaganną prezencję, eleganckie maniery i pofalowane uczesanie nad czołem. Działał dwadzieścia cztery lata (1939–1963). Do końca wierzył, że doczeka wolnej Polski. Swoją żołnierską drogę zaczął w wieku 17 lat, zgłaszając się jako ochotnik do Szkoły Podoficerskiej Żandarmerii w Grudziądzu. Po jej ukończeniu odbywał służbę w Plutonie Żandarmerii w Równem na Wołyniu. W czasie wojny, walcząc na Kresach Wschodnich, został otoczony wraz z oddziałem i dostał się do sowieckiej niewoli. Zdołał z niej uciec i nie złożył broni. Wstąpił do Armii Krajowej i od tego momentu prowadził nieustanną walkę o wolną ojczyznę. Walkę naznaczoną szlakiem zwycięstw, ucieczek i osobistych porażek.

Walcząc o przetrwanie Po zajęciu Lubelszczyzny przez Armię Czerwoną przymusowo wcielony w sierpniu 1944 roku do 2. Armii Wojska Polskiego, stacjonującej w rejonie Kąkolewnicy koło Radzynia Podlaskiego, szybko z niej dezerteruje. Ma możliwość ucieczki do Szwecji. Rezygnuje jednak z tego planu i po ukrywaniu się w Sopocie, a potem w Łodzi pod nazwiskiem Józef Biegański wraca w rodzinne strony. Trafia pod dowództwo legendarnego żołnierza – majora Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Zaaresztowany w czerwcu 1946 roku przez bezpiekę, podczas transportu wraz z współwięźniami obezwładnia i zabija eskortę. Wraca do podlubelskich lasów. Rok później dołącza do grupy dowodzonej przez kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” i staje na czele oddziału, który wykonuje wyroki śmierci na konfidentach i współpracownikach organów bezpieczeństwa. Od 1953 roku jako jeden z ostatnich partyzantów ogranicza udział w zwalczaniu nowej władzy, jednocześnie rozpoczynając walkę o przetrwanie. Ma wyrok śmierci wydany przez ówczesne władze. Nie korzysta jednak w 1956 roku z amnestii i nie ujawnia się. Doskonale wie, że ta ustawa w rezultacie jest oszustwem i służy wyłapaniu takich żołnierzy jak on. Ukrywa się więc samotnie. Głównie w miejscowościach na pograniczu powiatów: Bychawa, Chełm, Lublin i Krasnystaw. Zwłaszcza w okolicach podlubelskich Piask. Pomaga mu z narażeniem swego życia około dwustu gospo-

62

magazyn lubelski 3[27] 2015

darzy. Gdyby rabował i zabijał, co mu przypisywano, zapewne by tego nie robili. „Lalek” śpi m.in. w kamieniołomach koło Wygnanowic. Mieszka w wykopanych przez siebie leśnych ziemiankach i budzi podziw za niezłomny charakter. Ma narzeczoną Danutę Mazur, ale ślubu nie dane było im wziąć. Nikt z księży ani też z dominikanów nie chciał im go udzielić ze względu na ryzyko wpadki. Miłość jednak nawet w takiej sytuacji jak zwykle zwycięża. W 1958 roku przychodzi na świat ich syn Marek. Danuta usiłuje przekonać ubeków, że nie wie, kto jest ojcem. Ci w to nie wierzą, ale niewiele mogą z niej wyciągnąć. Natomiast co się wtedy działo w duszy Józefa Franczaka, trudno nawet sobie wyobrazić. Najczęściej obserwował syna z daleka. Kilka razy tylko udało mu się podejść bliżej domu, wziąć maleństwo w ramiona i ucałować. Marek więc nigdy nie poznał swego ojca, a dopiero w 1992 roku został wyrokiem sądu III RP uznany za syna Franczaka. Wtedy też odzyskał jego nazwisko.

Zdrada Urząd Bezpieczeństwa nie mógł sobie darować, że mimo zaangażowania wieloosobowego sztabu agentów przez tyle lat nie może dopaść zbiega. Wykorzystując fakt, że w okolicy działała grupa typowych bandytów, ogłoszono, że wszystkie przestępstwa, które popełnili, były dziełem „Lalka”. Uznano go za: „bandytę stanowiącego postrach dla mieszkańców podlubelskich wsi”. Opisano to we wrześniu 1961 r. w liście gończym opublikowanym wraz ze zdjęciem w „Kurierze Lubelskim”. Ale i ta prowokacja skończyła się niepowodzeniem. Tymczasem nawiązał z nimi współpracę Stanisław Mazur (pseudonim operacyjny „Michał”), mieszkaniec wsi Wygnanowice i stryjeczny brat Danuty Mazur. Za pięć tysięcy złotych wydał miejsce pobytu „Lalka”. Dzięki jego informacji 21 października 1963 roku grupa trzydziestu pięciu funkcjonariuszy SB i ZOMO otoczyła gospodarstwo Wacława Becia w Majdanie Kozic Górnych, w małej wiosce położonej 20 km od Lublina i o 8 km odległej od Piask. Józef Franczak rzeczywiście tam był i właśnie wyszedł przed budynki. Raport SB tak opisuje dalsze wydarzenia: „Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy, a gdy został wezwany do (nieczytelne) chwycił za broń – pistolet, z którego oddał kilka strzałów. W tej sytuacji grupa ZOMO przystąpiła do likwidacji. Franczak podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł. „Lalek” zginął w wyniku postrzału serca. W chwili


śmierci miał 45 lat. Komuniści pochowali go w tajemnicy przed rodziną w anonimowej mogile na cmentarzu przy ulicy Unickiej w Lublinie. Przedtem zbezcześcili jego zwłoki, odcinając mu głowę. Po pewnym czasie jego czaszka stała się eksponatem dydaktycznym dla studentów Akademii Medycznej w Lublinie. Dzięki pomocy pracownika cmentarza na Unickiej rodzinie „Lalka” udało się ustalić miejsce jego pochówku. Jego siostra Czesława Kasprzak w 1983 roku uzyskała pozwolenie na przeniesienie szczątków brata do rodzinnego grobowca na cmentarzu parafialnym w Piaskach i tam je pochowała. Na grobie wyryto napis: „Poświęcił życie za wolność ojczyzny, której nie doczekał”. W 2007 r. w Piaskach wzniesiono poświęcony mu pomnik. Rok później w uznaniu zasług w walce o niepodległą Polskę prezydent Lech Kaczyński odznaczył „Lalka” pośmiertnie Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. A pod koniec stycznia tego roku lubelski oddział Instytutu Pamięci Narodowej poinformował, że po dwudziestu latach poszukiwań udało się wreszcie zidentyfikować czaszkę Franczaka. Została przekazana synowi „Lalka” i w marcu po mszy w Archikatedrze Lubelskiej przy asyście honorowej z Dowództwa Garnizonu Warszawa złożono ją w grobie jego ojca. Natomiast człowiek, który wydał ostatniego polskiego żołnierza niezłomnego, do swej śmierci w 1996 r. nie poniósł żadnej kary. Jego współpraca z SB wyszła na jaw dopiero w 2005 roku dzięki badaniom Sławomira Poleszaka, historyka z lubelskiego oddziału IPN.

Gorzka prawda – Polskie podziemie niepodległościowe było dla komunistów pierwszym i najpoważniejszym przeciwnikiem w zdobyciu i utrzymaniu władzy w Polsce – stwierdza dr Sławomir Poleszak. – Propaganda przypisywała mu wszelkie zło i to nastawienie powodowało, że funkcjonariusze aparatu represji

traktowali tych ludzi jako swego rodzaju trofeum myśliwskie, a traconych z wyroków sądów wojskowych grzebano w bezimiennych mogiłach najczęściej do dzisiaj nieznanych. Natomiast do zohydzenia obrazu podziemia – już po jego pokonaniu – wykorzystywano komunistyczną machinę propagandową (książki naukowe, beletrystyczne, film dokumentalny i fabularny). Chodziło o ugruntowanie poglądu, że była to garstka straceńców niepotrafiących przystosować się do nowych warunków. Miało funkcjonować skojarzenie, że „leśny” to bandyta, złodziej, morderca. Był to zabieg skuteczny, który jeszcze do dzisiaj możemy odnaleźć w świadomości społecznej. Jest w tym wiele gorzkiej prawdy, której przykładem są choćby Piaski, gdzie miejscowa ludność w dalszym ciągu różnie osądza Józefa Franczaka. Do negatywnego myślenia o „Lalku” przede wszystkim przysłużyła się propaganda, jaką prowadziły SB i UB, żeby dla swoich celów skłócić lokalną społeczność. Świadomie rozprowadzano wśród mieszkańców nieprawdziwe dokumenty i przypisywano mu zbrodnie, których nigdy nie dokonał. Cel był tylko jeden – za wszelką cenę go dopaść. A prawda? Prawdy nie było. Ludzie mieli myśleć tylko tak, jak chciała tego ludowa władza. „... Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich [...] My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród [...] Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości” – mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”.

magazyn lubelski 3[27] 2015

63


moda

I znowu przyszedł czas na

WIANKI

Tekst Jola Szala foto Krzysztof Stanek projekty wianków i sukni Jola Szala modelki: Weronika, Kornelia i Ania


D

olce & Gabbana pokazali wianki jako dodatek do zwiewnych, kwiecistych sukienek i świat oszalał na ich punkcie... Z kwiatów naturalnych i sztucznych, małe i duże, kolorowe i jednobarwne dekorują kobiece głowy, demonstrując swoją subtelność i nadzwyczajną atrakcyjność.

Jednak wianek nie jest w żadnym razie atrybutem współczesności ani kobiecości. Jego historia sięga starożytności. Noszono je podczas obrzędów religijnych w  Persji, podkreślały rangę władzy w  Rzymie, ozdabiano nimi posągi bogów, uosabiały obfite plony i  żyzne lata, umieszczano je przy zmarłych jako symbol zapewniający opiekę bogów. Historyczne źródła najczęściej odwołują się do starożytnej Grecji, w  której wianki były noszone jako element dopełniający strój i  oznaczający zaszczyty związane ze zwycięstwem podczas wojen, osiągnięcia w nauce, kulturze, sztuce i pracy. W Grecji noszono nie tylko wieńce laurowe, ale też z  kwiatów i  ziół, przypisując im powiązanie z  bogami i  boginiami. Wawrzynowy symbolizował Apollina, dębowy Zeusa, Afrodytę – mirrowy, winorośl – Dionizosa, Atenę – oliwka, a  kłosy zbóż – Demeter. Podczas święta Dionizosa, boga wina i  zabawy, uczestniczący w  nim kobiety i  mężczyźni dekorowali głowy wieńcami z  liści bluszczu i  winogron. Liście winorośli wyróżniały słynnych aktorów, natomiast laurowe uczonych i poetów. Niewątpliwym wyróżnieniem były wieńce oliwne, które w  nagrodę otrzymywali zwycięzcy igrzysk olimpijskich. Co ciekawe, w starożytnej Grecji ozdoba ta wyróżniała przede wszystkim mężczyzn. Na terenach Polski wianki uplecione z  kwiatów i  ziół były symbolem dziewictwa, dlatego nosiły je wyłącznie kobiety niezamężne. Zwyczaj ten złamała Dąbrówka, która wychowana w  duchu nie-

mieckim w dojrzałym wieku nosiła wianek, co było sytuacją tak dziwną, że przeszła do podań i legend historii Polski. Podczas zamążpójścia dziewczyna po raz ostatni przystrajała się w  wianek ślubny, który zdejmowano jej wraz z obcięciem warkocza. Wianki kojarzone są również z nocą świętojańską, podczas której rzucanie ich do rzek i  strumieni wróżyło oczekiwanie na miłość i szybkie poślubienie ukochanego. Pleciono je z dziurawca, łopianu, szałwii, ruty i dziewanny, a w środku umieszczano łuczywo. Jeśli wianek płynął równo, ogień palił się jasnym płomieniem i wyłowił go ukochany, wróżba spełniła się. Gdy wirował, nie odpłynął od brzegu lub zatonął, oznaczało to nieszczęście, a nawet śmierć. W dzisiejszych czasach rzucanie wianków w tę noc w dalszym ciągu jest aktualne w wielu regionach Polski, przybrało formę frywolnej zabawy, która ma w sobie coś z magicznej tajemnicy. Obecnie wianek to ozdoba, która poza wyglądem nie ma nic wspólnego z symboliką dawnych czasów. Jedynie wianki komunijne symbolizują niewinność i  podniosłość chwili. Sielskie kwiatowe opaski noszą gwiazdy takie jak Keira Knightley i Kirsten Dunst. Dość często zdarza się, że uroczyste wianki wkładane są przez panny młode zamiast welonu. Nadchodząca letnia pora sprzyja noszeniu kwiatowych opasek i wianków, które wyglądają malowniczo i niezwykle kobieco... A czy się przyjmą i wejdą do powszechnego kanonu mody?... Czas pokaże, bo z modą nigdy nic nie wiadomo.


nasiintegracja podróżnicy Tekst Maciej Skarga Foto Marek Podsiadło

Justyna

N

ie ma większego szczęścia w życiu rodziców, jak przyjście na świat ich dziecka. Nie ma mocniejszego szoku, gdy naraz dowiadują się, że ich maleństwo ma nieuleczalną wadę. I nie ma bardziej radosnej chwili niż ta, w której po latach okazuje się, że ich dorosły już człowiek, mimo dotkliwej ułomności, osiąga w życiu swój cel i spełnia marzenia. Tego przykładem jest droga życiowa Justyny Kieruzalskiej.

Urodziła się z pełnym brakiem słuchu. Jej rodzice szybko nauczyli się sposobów wzajemnego porozumiewania się z córką, co w tak silnym emocjonalnie związku jest zrozumiałe. Problem zaczął się jednak przy wchodzeniu w nowe środowiska. W przedszkolu z dziećmi słyszącymi stale płakała, nie mając możliwości słownego kontaktu z rówieśnikami. Dość szybko więc przeniesiono ją do placówki integracyjnej na Bronowicach. Tam nauczyła się komunikacji z innymi za pomocą gestów i poznała także typowy język migowy. W szkole podstawowej, tym razem już przygotowanej do nauki dzieci z wadami słuchu, było nieco łatwiej, chociaż przeżywała i trudne chwile, kiedy bardzo często nie rozumiała tego, co do niej mówiono. Tam też po raz pierwszy ujawniły się jej zdolności plastyczne. Lubiła rysować i dlatego poza szkołą chodziła na zajęcia plastyczne do MDK nr 1 na Starym Mieście. I jak teraz wspomina, był to moment, w którym postanowiła, że to będzie jej życiowa droga. – Dzięki temu – opowiada – po latach nauki mogę robić to, co jest moją pasją, sposobem na życie, a także motywacją do udoskonalania własnych umiejętności i zwiększenia poczucia własnej wartości. Moja sztuka jest dla mnie terapią umysłu gdzieś na pograniczu między duszą a ciałem. Potrafię wiele, mogę wszystko, iść daleko i fruwać wysoko. Poszła więc do Prywatnego Liceum Plastycznego im. St. Wyspiańskiego w Lublinie. Przez wszystkie lata nauki z nauczycielami kontaktowała się pisemnie. W taki sposób także zdała w 2003 roku maturę z przedmiotów ogólnych, a wśród nich również z języka niemieckiego. Pisanie na kartkach było niewątpliwie męczące dla obu stron, ale widząc jej talent, postanowiono jej pomoc. Uwierzyła w nią, przede wszystkim, ucząca ją Anna Staniak, zajmująca się rysunkiem, grafiką warsztatową i projektowaniem graficznym absolwentka Instytutu Wychowania Artystycznego UMCS w Lublinie. Prowadziła także zajęcia plastyczne w MDK nr 2 przy ulicy Bernardyńskiej, na które również zapraszała swoją uczennicę. W efekcie Justyna dostała się na Wydział Artystyczny UMCS w Lublinie i ukończyła studia na kierunku grafika. Żeby je zaliczyć, zwłaszcza w przypadku zajęć teoretycznych, po każdym wykładzie

66

magazyn lubelski 3[27] 2015

pożyczała zeszyty od kolegów z grupy i przepisywała notatki. Później również w formie pisemnej przygotowywała wszystkie odpowiedzi. Trud był niebywały, ale w rezultacie się opłacił. – Justyna miała i ma – mówi Anna Staniak – wyjątkowy upór, z którym z niebywałą siłą walczy o realizację swoich zamierzeń. Z podziwem śledzę jej artystyczną drogę od tradycyjnych technik malarstwa sztalugowego i grafiki warsztatowej przez ilustrację, komiks do grafiki komputerowej, w której odnalazła swój własny, oryginalny styl. Justyna tworzy intrygujące kompozycje, zredukowane nieomal do znaku graficznego. Dążenie do minimum formy przy maksimum treści, niezależnie od wyboru medium, to już jej znak firmowy. Po ukończeniu studiów Justyna miała okres załamania, wynikający z braku pracy w swoim zawodzie. Ale od momentu, gdy jest mamą wychowującą swojego czteroletniego syna Wiktora i pracuje jako grafik w jednej z lubelskich agencji reklamowych, wróciła do artystycznej pasji ze zdwojoną energią. Zajmuje się rysunkiem, ilustracją, grafiką i malarstwem. Do chwili obecnej wystawiała swoje prace z malarstwa i grafiki w Lublinie w Galerii Po 111 Schodach w MDK nr 2 i kawiarni „Między Słowami”, w łódzkich galeriach „Kredens” i „Carte Blanche” oraz w galerii sztuki w Petersburgu. W grudniu ubiegłego roku wydała narysowany przez siebie pierwszy w  Polsce komiks poświęcony historii Głuchych pt. „Igor i wehikuł czasu”. Wzięła także udział w wystawie komiksu „German & Flora” na Europejskim Festiwalu Sztuki Osób Niesłyszących. – Dzięki rodzicom, mojemu synowi i sztuce – podkreśla – wygrałam, mimo przeciwności losu. Teraz wiem, że dysfunkcja słuchu nie stanowi zagrożenia dla międzyludzkich relacji i można spełnić swoje marzenia, jeśli tylko uwierzysz w siebie i ustalisz jasno określone cele. Justyna w swoich pracach przekonuje, że w dotarciu do sedna nie potrzeba wielu słów i znaczeń. Chce przy tym, żeby patrzono na nią nie jako na niesłyszącą, ale na jej wnętrze twórcy. I ma rację, bowiem jakakolwiek niepełnosprawność człowieka kończy się w momencie, kiedy mamy do czynienia z jego dziełem.


pedagog

O Matce pieśń, to pieśń przez łzy, to pieśń bez słów

T

ego felietonu mogłoby nie być. Nie muszę nic pisać, bo tekst o matce jest niepotrzebny. A zatem mam to z głowy? Z głowy może tak, ale z serca chyba nie. Bo co zrobić ze łzami i skąd te łzy? Mamo, w sercu cię kołyszę – śpiewała niezapomniana diwa i wiedziała, o czym mówi. Pamiętam obraz sprzed lat. Dom dziecka, a w nim wiele opuszczonych, niechcianych, wyrzuconych z gniazda piskląt. Wyglądają przez okno z ufnością, że w kasztanowej alei zobaczą tę, za którą tęsknią, wypłakują oczy i dla której wymalowały czerwone serca na laurce. Bo matka jest tylko jedna, bez względu na to, jaka jest. Dlatego piszą życzenia dla kochanej mamusi, przylepiają noski do szyby i  marzą o  tej wspaniałej chwili, gdy ONA otoczy je ramionami. I  choć ten dzień nie nadchodzi, Dzień Matki jest wspaniałym świętem, bo daje im nadzieję. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego te kobiety odrzuciły macierzyństwo. Czy nie były na nie gotowe, świat nie był gotowy na to, by stały się matkami? Zapewne odpowiedź nie jest prosta, bo nie ma prostych odpowiedzi. .

Ale są także matki wielkie, prawdziwe heroiny – dzielne, ofiarne, bohaterki. To te, które w macierzyństwie spełniają się aż do rezygnacji z siebie. Wszystko, co robią, czynią dla swojego potomstwa. Bycie matką jest zadaniem, wyzwaniem i misją. Wiele mówią o pięknie, magii, sensualności i niepowtarzalnej więzi z  dzieckiem. Milczą jednak o  monotonii, powtarzalności graniczącej z rytuałem, poczuciu bezradności i  zwykłym zmęczeniu. Boją się posądzenia o  to, że są złymi matkami, złymi ludźmi? Nie wiem, ale mit Matki Polki jest w naszym kraju głęboko zakorzeniony i  niemal nie wypada, jest w  złym tonie, niemile widziane mówić wprost o  cieniach macierzyństwa: nieprzespanych nocach, dodatkowych kilogramach, osamotnieniu i  kilku równie nieprzyjemnych rzeczach. Do diaska z bałaganem w salonie, toną prasowania, kurzem na półce czy niezbyt lśniącymi szybami w oknach! To jest dobre dla tej pani od perfekcyjnych domów. Czas poświęcony na pucowanie to czas stracony (Co ja mówię, co ludzie powiedzą!). Bycie matką nie musi oznaczać poświęcenia. Trochę zdrowego egoizmu prowadzi do zdrowych relacji. Ty jesteś ważne, moje ukochane dziecko, ale ja również. Muszę mieć czas dla siebie, muszę mieć prawo do własnych potrzeb. Chcę pracować, rozwijać swoje zainteresowania i nie chcę mieć poczucia przegranego życia. Wtedy będę dla ciebie matką bez żalu, bez kompleksów, bez granic. Bo bycie matką daje też wiele radości, jest źródłem satysfakcji, a nawet dumy i tego przemilczeć się nie da. Ten blask w oczach, ten rozpromieniony uśmiech dziecka, ta jego potrzeba bliskości – można by wyliczać i wzruszać się. A wierszyki recytowane z ogromnym przejęciem: Kochana Mamo, gdy będę duży, to ci przywiozę małpeczkę z  podróży, a  piosenki śpiewane podczas organizowanych uroczystości? Wszystko to powoduje drżenie serca, łzę na rzęsie

i czułe westchnienie. Tak, póki są małe i od nas zależne, tulą się, kwilą i chcą być blisko. Niech no tylko podrosną. Pokazują rogi, mają sekrety i  chodzą jak koty – własnymi drogami. Wiele matek wpada w panikę. Utrata kontroli popycha je do szantażu: „Tyle dla ciebie zrobiłam, a  ty…”, tworzą kataBycie matką nie musi oznaczać poświęcenia. logi nakazów i  zakazów, a  niekiedy irracjonalnie chcą się stać Trochę zdrowego egoizmu prowadzi do kumpelkami własnych dzieci. zdrowych relacji. Ty jesteś ważne, moje I to złe, i to niedobre, ale w po- ukochane dziecko, ale ja również. Muszę czuciu odpowiedzialności nie chcemy, by dzieci popełniały mieć czas dla siebie, muszę mieć prawo do głupie błędy, wydeptywały wła- własnych potrzeb. Chcę pracować, rozwijać sne ścieżki na swój sposób, mo- swoje zainteresowania i nie chcę mieć cowały się z życiem i dawały się poczucia przegranego życia. Wtedy będę dla uwieść mirażom. Co w  zamian? Niestety, nie ciebie matką bez żalu, bez kompleksów, bez ma przepisu na bycie dobrą granic. Bo bycie matką daje też wiele radomatką, a ja nie mam ambicji do ści, jest źródłem satysfakcji, a nawet dumy prawienia innym morałów. Każi tego przemilczeć się nie da. Ten blask da z nas jest inna, każda na swój w oczach, ten rozpromieniony uśmiech sposób wyjątkowa. Dobrze, gdy ta życiowa misja zakończy się dziecka, ta jego potrzeba bliskości – można sukcesem i nie wylecimy w po- by wyliczać i wzruszać się. wietrze na macierzyńskim polu minowym. Niedawno miałam urodziny. Moja piękna, dobra i mądra dorosła już córka (przeszłyśmy wszystkie niebezpieczne etapy) napisała: Matka jest tylko jedna, Maziu, wszystkiego najwspanialszego, chcę być Tobą, jak dorosnę. I na mojej rzęsie pojawiła się łza. I pomyślałam sobie, że jak co roku kupię bukiet najpiękniejszych kwiatów, pójdę do swojej mamy, z bizantyjskim przepychem pocałuję ją w rękę, pokłonię się, bo niebo jest u stóp mojej matki, która mi zawsze pomaga prostować plecy, gdy życie smaga. magazyn lubelski 3[27] 2015

67


kuchnia

Szef kuchni poleca Pochodzi z Jastrzębia-Zdroju, z rodziny górniczej. W  jego domu kulinaria od zawsze były ważnym elementem codzienności, a  wśród nich specjalną rolę odgrywa bigos. – Moja mama ma nadzwyczajne kubki smakowe, prawdopodobnie również i stąd moja fascynacja gotowaniem – mówi Adam Piechaczek, szef kuchni w  Hotelu Alter w  Lublinie. Z  południa Polski przyjechał za głosem serca. Ale z  uczuciami jest tak, że się zmieniają. Swoją nową miłość znalazł przy Grodzkiej 30, gdzie jest jego królestwo i  gdzie z pasją oddaje się kunsztowi przygotowywania kolejnych potraw. Jako kucharz przeszedł przez wszystkie etapy kariery, duże doświadczenie zdobył w  kuchni wrocławskiego Hotelu Monopol. Dziś ma 29 lat i  szefuje kuchni w  najbardziej prestiżowej restauracji hotelowej w  Lublinie. To miejsce całkowicie go pochłania i fascynuje. Jako jedyny szef kuchni z Lubelszczyzny wziął udział w  tym roku w  XIII Ogólnopolskim Konkursie Młodych Talentów Sztuki Kulinarnej L’Art de la cuisine Martell.

68

magazyn lubelski 3[27] 2015

Adam Piechaczek, polegając na kubkach smakowych odziedziczonych po swojej mamie, preferuje tradycje kulinarne zarówno z Polski, jak i  Europy. Stąd w  zmienianym wraz z  kolejnymi porami roku wiosennym menu znajduje się na przykład foie gras, czyli gęsia wątróbka. W  Alterze przyrządzana jest w  wyrafinowany sposób, marynowana w  szlachetnym słodkim winie i  podawana na pysznej grzance maślanej brioche pieczonej w hotelowej kuchni. Wykwintna, pięknie podana przystawka uwodzi zmysły smaku i  wzroku. Bo jak podkreśla Adam Piechaczek – zanim zacznie się uczta, najpierw jemy oczyma. Więc najwyższy czas na wykwintne co nieco.

Składniki: Foie gras, słodkie wino, bułka brioche, galaretka z winogron, kompresowane owoce, sos z  cukru muscovado, sól, pieprz

tekst Marta Mazurek foto Marcin Tarkowski


Z

namy już i jeszcze raz przypominamy laureatów nagrody Prezydenta Miasta, przyznawanych na uroczystej Gali Kultury 2014, która odbyła się na Zamku Lubelskim. Piotr Selim, laureat Nagrody Artystycznej Miasta Lublin, wyróżniony został za skomponowanie muzyki do spektaklu pt. „Machia” w reżyserii Juliusza Machulskiego. Zdzisław Ohar, laureat Nagrody Miasta Lublin za Upowszechnianie Kultury, doceniony został za sukcesy chóru La Musica. Grażyna Lutosławska została doceniona za całokształt działalności, a Lubelski Węgiel Bogdanka S.A. ogłoszono Mecenasem Kultury. Podczas uroczystości Wojewoda Lubelski Wojciech Wilk odznaczył ponadto Grzegorza Michalca odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej, za wyróżniającą działalność w zakresie tworzenia, upowszechniania i ochrony kultury polskiej. W czasie Gali Kultury przedstawiono także zwycięzców plebiscytu „Gazety Wyborczej” ‒ Wydarzenie Kultury Strzały 2014. I tak w głosowaniu czytelników zwyciężył Mateusz Nowak za monodram pt. „Od tyłu i od przodu”, zaś kapituła plebiscytu Strzały 2014 wybrała Pracownię Sztuki Zaangażowanej Społecznie Rewiry z Centrum Kultury w Lublinie. (abc)

Metamorfozy nie tylko sentymentalne

(sta)

Gala Kultury i Strzały 2014

(Urząd Miasta Lublin )

zaprosili nas

U

twór Jacka Kaczmarskiego „Sny i sny” wg Cervantesa był inspiracją tegorocznego Lubelskiego Festiwalu Piosenki Autorskiej i Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Metamorfozy sentymentalne”, odbywającego się, jak co roku, w Chatce Żaka. Artystów z całej Polski przesłuchało profesjonalne jury w składzie: Urszula Bobryk, Krzysztof Gajda, Jan Poprawa i Piotr Selim. Podczas każdego koncertu konkursowego na festiwalowej scenie miały miejsce narodziny nowych talentów piosenki poetyckiej. Nic też dziwnego, że udział w „Metamorfozach sentymentalnych” uważany jest za preludium do udziału w krakowskim Festiwalu Piosenki Studenckiej. Trzecia nagroda powędrowała do lubelskiego zespołu Poefonia. Drugie miejsce zajął Przemysław Wróblewski z Krakowa. Pierwszą nagrodę zdobyły ex aequo Aleksandra Abramczyk z Lublina i Zuzanna z Łodzi. Zuzanna została również wyróżniona nagrodą za najlepsze teksty. Gościem specjalnym tegorocznych Metamorfoz była Renata Przemyk, która wystąpiła z towarzyszeniem Acoustic Trio. (Sebastian Bancerz)

magazyn lubelski 3[27] 2015

69


zaprosili nas

Sportowo przy Lubartowskiej

(pod)

P

rzed Hotelem Ilan w Lublinie (dawna Jeszywas Chachmej Lublin) została otwarta wystawa „Sport żydowski w przedwojennej Warszawie”, pozyskana z Fundacji im. prof. Mojżesza Schorra. Zaprezentowane na płocie okalającym dziedziniec ciekawie zaaranżowane plansze ze zdjęciami i tekstami pokazują tę część historii Żydów polskich, która jest nam bodaj najmniej znana. A okazuje się, że żydowscy sportowcy w okresie międzywojennym mieli naprawdę duże osiągnięcia. 30 indywidualnych rekordów Polski, 84 tytuły indywidualnych mistrzów kraju, 24 tytuły drużynowe oraz blisko 130 występów w reprezentacji Polski w różnych dyscyplinach – to robi wrażenie. Otwarciu towarzyszyła piękna pogoda i plenerowy koncert muzyki klezmerskiej, spotkanie w synagodze, zwiedzanie mykwy, a także degustacja potraw, wśród których nie mogło zabraknąć gęsich wątróbek. (maz)

70

magazyn lubelski 3[27] 2015

Lublin Tattoo Konwent

(gz)

L

ublin Tattoo Konwent każdego dnia przyciągnął około 8,5 tysiąca zainteresowanych, zgromadził 114 artystów z różnych stron świata i kilkanaście kapel z nurtu muzyki niezależnej. A jeżeli mowa o liczbach, to należy również wspomnieć o udanej próbie pobicia rekordu Guinnessa we wbijaniu igieł. Morbid z warszawskiego studia Arif wbił swojej modelce 5000 igieł, czyli o 500 więcej niż wynosił dotychczasowy rekord. Opinie o organizacji Konwentu były różne, chociażby ze względu na lokalizację. Klienci lubelskiego Outlet Centrum mieszali się z tłumem amatorów tatuażu, co miało swoje plusy i minusy. Niektórzy dzięki temu naocznie mogli przekonać się o tym, że tatuaż to sztuka na wysokim poziomie. Konwent miał charakter międzynarodowy, obecni na nim byli tatuażyści z Wielkiej Brytanii, Białorusi, Hiszpanii, Włoch, Szwecji. Pierwiastkiem lubelskim, oprócz lokalizacji, były z pewnością lubelskie zespoły, dziewczyny z Mass Fantas czy radzyński A.R.D. (abc)

(pod)

(gz)

(pod)

(gz)


Bieg Zielonych Sznurowadeł

(Fundacja Bezmiar)

zaprosili nas

Hiob

(pod)

O

W

(Fundacja Bezmiar)

(Fundacja Bezmiar )

VIII Liceum Ogólnokształcącym im. Zofii Nałkowskiej  pierwszy dzień wiosny odbył się Bieg Zielonych Sznurowadeł w Lublinie zrobiło się głośno przy okazji realizacji filmu na trasie Puławy – Kazimierz Dolny. W malowniczych oko„Carte Blanche”, opowiadającego o historii niewidomego nauczylicznościach przyrody wzdłuż wału nadwiślanego pobiegło prawie ciela Macieja Białka, pracującego właśnie w tej szkole. Jednak 300 zawodników. Biegacze rywalizowali na dystansie półmaratonu tym razem to uczniowie zwrócili na siebie uwagę wystawieniem i 5 kilometrów. Zawodnicy przyjechali między innymi z: Warspektaklu „Hiob” na podstawie dramatu Karola Wojtyły. Sztuka szawy, Świdnika, Radomia, Białegostoku, Lublina, Starachowic, Skarżyska-Kamiennej, Wąwolnicy, Dęblina, Kraśnika, Zawichostu, powstała przed Wielkanocą w roku 1940 jako „dramat linearny w greckiej formie, ale chrześcijański w duchu” poświęcony Chodla, Łęcznej, Żyrardowa. Wydarzenie zorganizowała puławska cierpieniu człowieka. Był to owoc lektury Księgi Hioba ze Fundacja Bezmiar, której prezes Maryla Miłek od ponad roku też Starego Testamentu oraz Psalmów, Księgi Mądrości i Proroków. jest zapaloną biegaczką. Biegom towarzyszyła akcja charytatywna na rzecz wychowanków Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowaw- Spektakl został przygotowany pod kierunkiem katechetki, mgr Katarzyny Mazurek. Pierwszymi widzami spektaklu byli rodzice czego w Puławach. Zbierane były środki czystości, środki higieny młodych artystów, młodzież z Ośrodka Szkolno-Wychowawczeosobistej oraz bielizna dla dzieci i młodzieży w wieku od 3 do 16 lat. Biegacze, widzowie, kibice nie zawiedli. Do zbiórki dołączyły się go dla Dzieci i Młodzieży Niesłyszącej i Słabo Słyszącej w Lublisklepy i firmy, które nawet zaprosiły dzieci do siebie, by wybrały na nie oraz grono pedagogiczne. (abc) miejscu potrzebne im rzeczy. (abc)

(pod)

(pod)

magazyn lubelski 3[27] 2015

71


zaprosili nas

Jajeczko w Lewiatanie

W

(maz)

yjątkowo prawie bez rozmów o biznesie odbyło się spotkanie przedświąteczne na zaproszenie Dariusza Jodłowskiego, prezesa Pracodawców Lubelszczyzny „Lewiatan”. Organizacja pracodawców, do której należy kilkudziesięciu przedsiębiorców z województwa lubelskiego, to wpływowe grono opiniotwórcze. To z inicjatywy m.in. „Lewiatana” odbył się protest w Warszawie przeciwko odwołaniu decyzji dotyczącej budowy drogi S-17, który jak wiadomo przyniósł zamierzony skutek. To również „Lewiatan” jest orędownikiem efektywnej współpracy między biznesem, samorządami i wyższymi uczelniami. A przedświąteczne spotkania to też przykład dobrych praktyk w biznesie – w dobrym towarzystwie, sympatycznej atmosferze i z dala od bieżących problemów świata. Była to także okazja do zaprezentowania pierwszego numeru magazynu "LUBBIZNES LUBELSKI GŁOS BIZNESU". (maz)

72

magazyn lubelski 3[27] 2015

Gala dobroczynności

B

(pod)

ohaterami wydarzenia „Silni dobrocią” ‒ I Wojewódzka Gala Dobroczynności redakcji Magazynu Reporterów „Zdarzenia” i akcji „Słonik nadziei” były osoby i instytucje, wspierające swoimi działaniami osoby najbardziej potrzebujące: Mateusz Laskowski, raper z Dęblina, który organizuje koncerty i zbiórki pieniędzy na leczenie chorych dzieci, Iwona Maikowska, pomysłodawczyni zbiórki włosów, z których powstały peruki dla dzieci po chemioterapii, wolontariuszka Caritas Wiesława Ziółkowska oraz stowarzyszenia: Klub Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych z Janowa Lubelskiego, Wspólny Świat z Białej Podlaskiej i Tak Niewiele z Chełma. Gala była również okazją do podziękowania darczyńcom wspomagającym akcję „Słonik nadziei”. Wydarzeniu towarzyszył pokaz mody „Chwilo trwaj” z udziałem niepełnosprawnych modelek i modeli. Jednym z gości była podsekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej Elżbieta Seredyn, która skierowała na ręce redaktor Anny Dąbrowskiej, szefowej programu telewizyjnego „Zdarzenia” oraz pomysłodawczyni szeregu akcji wspierających społeczność niepełnosprawnych na Lubelszczyźnie, list gratulacyjny od ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza. (maz)


zaprosili nas

W

(WSEI)

Premiera nowej Toyoty Avensis

(Andrzej Staszewski)

Szkoła innowacji

D

Wyższej Szkole Ekonomii i Innowacji w Lublinie odbyła wa miesiące przed oficjalną premierą, tuż po targach w Gesię trzecia już gala „Innowacyjna Szkoła”, podczas której newie, w Lublinie zaprezentowano najnowszy model Towręczone zostały certyfikaty zaświadczające o kreatywnym yoty Avensis. Pokaz miał miejsce w autoryzowanej stacji dealera i innowacyjnym kształceniu w szkołach ponadgimnazjalnych. tej marki w Lublinie – Toyota Auto Park. Prapremiera miała Z pośród 33 placówek zgłoszonych do konkursu wyłoniono charakter zamknięty, a dzięki niedawno nawiązanej współpracy liderów w pięciu kategoriach. Nagrodę dla „Dyrektora – Lidewzięli w niej udział m.in. koszykarze Wikany Start Lublin oraz ra Innowacji” otrzymała Marianna Brzozowska-Skwarek z ZS wielu innych znakomitych gości. Nowy Avensis posiada zmieim. W. Tatarkiewicza w Radoryżu Smolanym. „Nauczycielem niony przód nadwozia oraz reflektory wyposażone w technologię – Liderem Innowacji” został Mariusz Kawecki z II LO w ChełFull Led w światłach do jazdy dziennej, mijania i drogowych. mie, a „Uczniem – Liderem Innowacji” Natalia Kurowska z ZSZ To również pierwszy model wykorzystujący systemy bezpieczeńw Biłgoraju. W kategorii „Innowacyjna Inicjatywa” nagroda stwa aktywnego Toyota Safety Sense. Dużym zmianom uległo powędrowała do IV LO im. Jadwigi Młodowskiej w Chełmie, wnętrze, w którym od razu w oczy rzuca się duży centralny a najważniejsza nagroda wydarzenia „Lider Innowacji” przypadła wyświetlacz dotykowy o przekątnej 8 cali, uzupełniony przez w tym roku LO im. ONZ w Biłgoraju. Ideą kolejnych edycji 4,2-calowy kolorowy wyświetlacz umieszczony pomiędzy zekonkursu jest pokazanie, że szkoły na Lubelszczyźnie maksyma- garami. Wszystkim nabywcom nowej Toyoty Avensis życzymy lizują działania, dbając o przyszłość swoich uczniów – przyszłych szerokiej drogi. (abc) studentów, kładą nacisk na rozwój kadr i realizację projektów, a dzięki konsekwencji i stałej współpracy ze środowiskami okołobiznesowymi osiągają swój cel. Oby tak dalej. (bpac)

(Andrzej Staszewski) (Andrzej Staszewski)

magazyn lubelski 3[27] 2015

73


maj 2015 8-10 maja

1 maja KOZŁÓWKA Muzeum Zamoyskich w Kozłówce Wystawa pt. „Madonny” Zbigniewa Jóźwika

BIŁGORAJ Wiosna z Teatrem i Słowem na Kresach

Biłgorajskie Centrum Kultury, Tadeusza Kościuszki 16

9-10 maja LUBLIN Hala MTL

LGW Partyzant - Wystawa motocykli zabytkowych

21 maja LUBLIN Studio Muzyczne Radia Lublin, ul. Obrońców Pokoju 2

Spotkanie z Mariuszem Czubajem autorem kryminału „Piąty beatles”

2 maja LUBLIN Muszla Koncertowa w Ogrodzie Saskim, godz. 20.00

Koncert Piotr Selim z zespołem

23 maja

3 maja LUBLIN 9 maja Hala Targów Lublin, ul. Dworcowa LUBLIN 11, godz. 19.00 Koncert Czas Honoru - koncert Filia nr 2 Miejskiej Biblioteki muzyki z serialu Publicznej w Lublinie, ul. To niezwykły polski serial Peowiaków 12, 20-007 Lublin historyczny, który przez 6 sezonów przyciągał przed ekrany telewizorów miliony Polaków. To również niezwykła muzyka, którą skomponował Bartosz Hajdecki. Z okazji Święta 3 Maja muzyka zabrzmi podczas uroczystego koncertu w Lublinie. Wystąpią Chór i Orkiestra Teatru Muzycznego w Lublinie, Chór Akademicki UP w Lublinie pod dyrekcją Alana Urbanka. Będą im towarzyszyć aktorzy Maciej Zakościelny, Agnieszka Więdłocha oraz Marta Ledwoń, którzy będą recytować poezję K.I.Gałczyńskiego, Z.Herberta, K.K.Baczyńskiego i polskich poetów.

VII Spotkania z komiksem

9-17 maja

JANOWIEC Muzeum Nadwiślańskie, Odział w Janowcu VI Święto wina

LUBLIN Ośrodek Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych „Rozdroża”, ul. Peowiaków 12 Festiwal Tradycji i Awangardy Muzycznej Kody

LUBLIN Droga Męczenników Majdanka 70 (Obiekty KUL)

9 maja LUBLIN Radio Lublin, Studio Muzyczne Radia Lublin, ul. Obrońców Pokoju 2 Żurawie 2015, Gala Finałowa

23 maja

Moto Show

17 – 21 maja LUBLIN Centrum Kultury w Lublinie, ul. Peowiaków 12

41. Międzynarodowa Konferencja Reportażystów – The Interna­ tional Feature Conference.

9 maja

29 maja KRAŚNIK Piaskowa PUB, ul. Piaskowa 18, godz. 20.00 Koncert KULT-u

LUBLIN Arena Lublin, ul. Stadionowa 1

mecz rugby PolskaNajwiększy saloN z Wielki zegarkami Na lubleszczyźNie Ukraina poNad 1000 zegarków i poNad 20 marek w jedNym miejscu

C.H. E. Leclerc, ul. Tomasza Zana 19, Lublin www.zegarki-sklep.com | www.jubiler-korn.pl 74

magazyn lubelski 3[27] 2015


górna 10

Zapraszamy do biura sprzedaży mieszkań ul. Strzeszewskiego 17/U1 | 20-153 Lublin

Godziny otwarcia PON-PT: 9:00-17:00 SOB: 10:00-14:00

tel.: 81 441 83 30 kom.:609 25 60 70 781 50 06 85

www.gorna10.pl

LAJF Magazyn Lubelski #27  

Jedyne na Lubelszczyźnie pismo pozwalające dotrzeć do tak dużej liczby wpływowych i opiniotwórczych osób w tym regionie. Nowoczesny layout,...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you