__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 1

LAJF magazyn lubelski 2021/2/75


Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych życzymy, Aby ten czas napełnił serca radością i nadzieją, A chwile spędzone w gronie najbliższych dodawały otuchy I pozwalały przezwyciężyć wszystkie trudności.

Prezes Zbigniew Marchwiak, Zarząd i Pracownicy Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Lublinie


Port

! y m a z s a r p a Z otwarty na biznes Lotniczy Lublin

Port Lotniczy Lublin wprowadził do swojej oferty nowe usługi adresowane głównie do klientów biznesowych. Pierwszą jest usługa cargo. Uruchomiony został magazyn cargo, a spółka podjęła działania związane z wybudowaniem nowoczesnego terminala. Spółka posiada ok. 400 ha powierzchni, które może wykorzystać do budowania magazynów i składów. Lotnisko posiada szereg atutów: Port Lotniczy Lublin ma status lotniska międzynarodowego, dostępnego przez 24 godziny na dobę. Wyposażony jest w urządzenia nawigacyjne (ILS kat. 2) umożliwiające wykonywanie operacji lotniczych w ograniczonych warunkach pogodowych. Port może obsługiwać samoloty do kodu D, a więc wielkości Boeing 767 czy Airbus A310. Lotnisko jest świetnie skomunikowane z siecią dróg międzynarodowych, ekspresowych oraz z koleją. PLL położone jest przy wschodniej granicy Unii Europejskiej, w bezpośrednim sąsiedztwie najważniejszych przejść granicznych i terminali przeładunkowych do Białorusi, Rosji i Ukrainy. Lotnisko będzie oferowało kompleksową obsługę ładunków lotniczych w zakresie przesyłek importowanych i eksportowanych z i do Portu Lotniczego Lublin. Towar przywieziony na lotnisko przejdzie przez kontrolę bezpieczeństwa i zostanie załadowany do samolotu. Natomiast po przylocie do Lublina ładunek zostanie sprawdzony, przygotowany do odbioru i będzie mógł oczekiwać na przekazanie klientowi. W ramach cargo oferowana będzie także obsługa RFS (Road Feeder Service), czyli transport towaru lotniczego ciężarówkami do samolotu na innym lotnisku. W tym przypadku konieczne sprawdzenie takiego towaru pod względem bezpieczeństwa przeprowadzone zostanie w terminalu cargo PLL. Druga usługa skierowana jest do sektora prywatnego ruchu lotniczego. Lotnisko dysponuje nowoczesnym i komfortowym pomieszczeniem Business Executive Lounge, które chce wykorzystać na rynku usług Business Aviation.

609 606 633

Prestiżowy salon wypoczynkowy zapewnia możliwość relaksu. Goście

mogą skorzystać z oferty „all inclusive”, która umożliwia skorzystanie z napojów i przekąsek. W saloniku dostępna jest też bezpłatna sieć Wi-Fi. Dla

607 705 702

www.nowanaleczowska.pl

załóg Port Lotniczy Lublin oferuje możliwość bezpłatnego wydrukowania dokumentów, a także skorzystania z oferty biura meteo.

Lubelskie lotnisko zapewnia także asystę pracowników Business Exe-

cutive Lounge przed kontrolą paszportową, indywidualny transport między samolotem a terminalem, organizuje również transport do hotelu. W dniu wylotu personel saloniku VIP zapewni sprawną odprawę, zajmie się sprawdzeniem bagażu i zapewni asystę aż do drzwi samolotu. Dodatkowo lotnisko zapewnia obsługę wszelkich typów samolotów biznesowych z pełną, całodobową ofertą handlingu: sprzątanie pokładu samolotu, serwis wodny, asenizacyjny, GPU, ASU, odladzanie, tankowanie.


foto:Natalia Wierzbicka

od redakcji

Dawno już nie potrzebowaliśmy tak dużo nadziei na powrót do normalności jak teraz. Kolejne święta, które musimy spędzić w kameralnym gronie najbliższej rodziny. Tym bardziej doceniajmy ich obecność, mając nadzieję na to, że już niedługo będzie można spotykać się w większym gronie. A jak święta, to i słodkości, stąd okładkowy wywiad z prezesem firmy, która od dawna produkuje u nas słodycze, a teraz podbija rynek krajowy nowymi produktami, zdobywając jednocześnie klientów zagranicą. Ludzie z pasją, o których piszemy, to także ci, którzy potrafią dać duszę i siłę maszynom – samochodom, by pokonywały bezdroża, i międzywojennym samolotom, by ponownie znalazły się w chmurach. Propozycje dla domatorów to: kuchenne wyzwania – przepis na jajka po francusku – lub maksymalne pomysły na urządzanie wnętrz. Nie zapominajmy o naszych braciach mniejszych i jednocześnie najwierniejszych przyjaciołach – psach. Na dworze coraz cieplej, można powoli planować podróże zarówno te dalsze, jak wielokulturowy i zielony Chełm, jak i te całkiem bliskie, jak romantyczny, aczkolwiek nieco zapomniany dworek w Osmolicach. Na ich realizację na pewno przyjdzie czas. Z okazji Świąt Wielkanocy życzenia spokoju, zdrowia i nadziei na odrodzenie naszego życia w dawnym kształcie życzy cała redakcja magazynu lubelskiego LAJF magazyn lubelski.

Redaktor naczelny


z okładki

ludzie

10 Od Kukułki do Małej Czarnej tekst Piotr Nowacki foto Marcin Pietrusza

16 Latający kabriolet ze Świdnika tekst Maciej Wijatkowski foto Jacek Sim, pingitur

28 biz-njus

za horyzontem



32 Dawne obrzędy i zwyczaje wielkanocne tekst dr Halina Stachyra foto K. Wasilczyk

od redakcji 4  Dawno już nie potrzebowaliśmy tak…

Piotr Nowacki

społeczeństwo

społeczeństwo

20 Jak to z „Dziennikiem” bywało tekst Janusz Malinowski foto Marcin Pietrusza

24 Warsztat… Czasem podszyty tekst Magdalena Zabłocka foto Marcin Pietrusza

za horyzontem

natura

34 Pałac w Osmolicach tekst i foto Marta Mazurek

40 o  kruchy kultury

design 48 Czarno to widzę tekst i foto Magdalena Krut

taki LAJF

8 tygiel

historia

historia

42 Podróże małe i duże – Chełm tekst Andrzej Ranicki foto Marek Podsiadło

46 Ohydny mord w Pułankowicach tekst Mariusz Gadomski foto WBP im. H. Łopacińskiego w Lublinie, Wikipedia

moda

kuchnia

50 Glamour tekst: Olga Bronisz foto Pinterest

52 Jajka po francusku tekst i foto Marta Mazurek

38 P  sy w świecie ludzi tekst Magdalena Świątkowska foto Julia Kulczycka, (pod)

winna końcówka 54 Wstańcie, chodźmy! tekst Łukasz Kubiak


Sekretarz redakcji: Anna Ignasiak (ann) Sekretarz redakcji: Patrycja Chyżyńska (pat) a.ignasiak@lajf.info p.chyzynska@lajf.info Korekta: Magdalena Grela-Tokarczyk Korekta: Magdalena Grela-Tokarczyk Michał Fujcik (fó), Współpracownicy i korespondenci: Fujcik (fó), Współpracownicy i korespondenci:Michał Marek Podsiadło (pod), Marta Mazurek (maz), Izolda Marek Podsiadło (pod), Marta Mazurek (maz), Izolda Boguta (izo), Klaudia Olender (kol), Filip Sawicki BogutaPaweł (izo),Chromcewicz Klaudia Olender (kol), FilipViljanen Sawicki(av) (sawi), (chro), Anna (sawi),Irek Paweł Chromcewicz (chro), Anna Viljanen (av) Skład: Winnicki Skład: Irek Winnicki Foto: Marcin Pietrusza (qz), Maks Skrzeczkowski Foto: Marcin (qz), Maks Skrzeczkowski (maks), Michał Pietrusza Patroń (moc), Olga Bronisz (obro), (maks), Michał (moc), Olga Bronisz (obro), Krzysztof StanekPatroń (sta), Robert Pranagal (gal), Jakub Krzysztof Stanek (sta), Robert Pranagal (gal), Jakub Borkowski (bor) Natalia Wierzbicka (nat), Łukasz Borkowski (bor) Natalia Wierzbicka (nat), Łukasz Parol (parol), Andrzej Mikulski (mik) ParolMichlec-Chlebik (parol), Andrzej (mich). Mikulski (mik) Olga Olga Michlec-Chlebik (mich). Informacje o prenumeracie w zakładce: o prenumeracie w zakładce: oInformacje nas na www.lajf.info o nas na www.lajf.info

Prezes Zarządu: Piotr Nowacki (now) p.nowacki@lajf.info Wydawca: KONO media sp. z o.o, 20-010 Lublin ul. Dolna Panny Marii 3 26 38 658, KRS 0000416313 Regon 061397085, NIP 946 Prezes kono.media.sp.zoo@gmail.com Zarządu: Piotr Nowacki (now) e-mail: p.nowacki@lajf.info

Treści zawarte w czasopiśmie „LAJF magazyn lubelski” Regon 061397085, 946 26Wszelkie 38 658, KRS 0000416313 chronione są prawem NIP autorskim. przedruki e-mail: całości lubkono.media.sp.zoo@gmail.com fragmentów artykułów możliwe są wyłącznie za zgodą wydawcy. Odpowiedzialność za treści reklam Treści wyłącznie zawarte wreklamodawca. czasopiśmie „LAJF magazyn lubelski” ponosi Redakcja zastrzega sobie chronione są prawem autorskim. Wszelkie przedruki prawo do dokonywania skrótów tekstów, nadawania całości lub fragmentów artykułów możliwe są wyłącznie śródtytułów i zmiany tytułów. Nie identyfikujemy się zgodą wydawcy. Odpowiedzialność za treści reklam zezawszystkimi poglądami wyrażanymi przez autorów ponosi wyłącznie reklamodawca. Redakcja zastrzega sobie na naszych łamach. Nie odsyłamy i nie przechowujemy prawo do dokonywania skrótów tekstów, nadawania materiałów niezamówionych. Wszelkie prawa zastrzeżone. śródtytułów i ma zmiany tytułów. Niezamieszczenia identyfikujemy się Wydawnictwo prawo odmówić ze wszystkimi poglądami wyrażanymi ogłoszenia i reklamy, jeśli ich treść lub przez formaautorów są sprzeczne naszych łamach.bądź Nie charakterem odsyłamy i nie przechowujemy zna linią programową pisma (art. 36 pkt. 4 materiałów niezamówionych. Wszelkie prawa zastrzeżone. prawa prasowego) oraz interesem wydawnictwa Wydawnictwo maz prawo odmówić zamieszczenia KONO media sp. o.o. Egzemplarz bezpłatny. ogłoszenia i reklamy, jeśli ich treść lub forma są sprzeczne z linią programową bądź charakterem pisma (art. 36 pkt. 4 prawa prasowego) oraz interesem wydawnictwa KONO media sp. z o.o. Egzemplarz bezpłatny. a6846_Best_Auto_BMW_#RadośćPrzedNami_leasing_prasa_205x275mm_spad3mm_INK300.indd 1

24/08/2020 11:57

ISSN2299–1689 2299–1689 ISSN

Redaktor naczelny: Redaktor naczelna: Piotr Nowacki, p.nowacki@lajf.info Grażyna Stankiewicz (gras), g.stankiewicz@lajf.info

REKLAMA i MARKETING: REKLAMA i MARKETING: reklama@lajf.info | praca@lajf.info Wojciech Mościbrodzki w.moscibrodzki@lajf.info reklama@lajf.info | praca@lajf.info AgnieszkaKONO Kisielewicz a.kisielewicz@lajf.info Wydawca: media sp. z o.o, 20-010 Lublin Grzegorz Zaleski g.zaleski@lajf.info ul. Dolna Panny Marii 3

LAJF magazyn lubelski 2021/2/75

LAJF magazyn lubelski Lublin 20-010 LAJF magazyn lubelski ul. Dolna Panny Marii 3 Lublin 20-010 ul. Dolna Panny Marii 3 e-mail: redakcja@lajf.info e-mail: redakcja@lajf.info tel. 81 440-67-64, 887-090-604 tel. 81 440-67-64, 887-090-604

Okładka: Marcin Pietrusza Okładka: Natalia Wierzbicka

RReekkllaammaa

www.lajf.info www.lajf.info


tygiel LROT w nowym anturażu Lubelska Regionalna Organizacja Turystyczna przeprowadziła się do nowej siedziby przy ul. Krakowskie Przedmieście 6 w Lublinie. Przestrzeń na parterze budynku została zaadaptowana na Lubelski Ośrodek Informacji Turystycznej i Kulturalnej, natomiast pomieszczenie na pierwszym piętrze na biura oraz sale konferencyjne. Nowe miejsce dostosowane jest też do obsługi turystów z niepełnosprawnościami. Lokalizacja przy deptaku, a także duże witryny nowej siedziby mają szansę zwiększyć sprzedaż usług i produktów. Lubelska Regionalna Organizacja Turystyczna działa od 2004 roku. Promuje nasz region jako atrakcyjną destynację turystyczną, którą warto wybrać na wakacje czy krótki wyjazd weekendowy. Prowadzony przez LROT Ośrodek Informacji Turystycznej i Kulturalnej jest jednym z najlepszych w Polsce w najwyższej kategorii czterech gwiazdek, co potwierdzają liczne nagrody. (ann)

(ann)

Miasteczko Głusk Zaledwie 7 km dzieli Głusk od centrum Lublina. Dziś podmiejska dzielnica, wcześniej miasto, któremu akt lokacyjny wydał Jan III Sobieski. Z racji położenia nad Czerniejówką Głusk był nazywany miastem portowym. Tutaj były organizowane cotygodniowe targi oraz nobilitujące daną miejscowość – jarmarki. Rola Głuska zaczęła maleć w latach 20. XIX wieku, aby ponownie nabrać znaczenia sto lat później, kiedy miasto liczyło prawie tysiąc mieszkańców, mogło poszczycić się szkołą powszechną, młynem parowym i karczmą. Obecnie dawne miasteczko szczyci się pozostałościami pięknej drewnianej (m.in. domy mieszkalne) i murowanej architektury, w tym późnobarokowym kościołem z okazałą dzwonnicą. To również w Głusku ma swój początek liczący ponad 37 km szlak rowerowy ze zróżnicowaniem terenu od prawie 190 do ponad 230 m n.p.m. (maz)

(pod) (pod)

Muzeum Majera Szapiro Był wyjątkową postacią. Przy ulicy Lubartowskiej w Lublinie w 1930 roku otworzył największą na świecie uczelnię talmudyczną, zrewolucjonizował naukę uczenia Tory, był posłem na sejm II RP. Rabin Majer Szapiro i jego uczelnia są bohaterami ekspozycji muzealnej, która znajduje się w budynku dawnej jesziwy, który przetrwał lata okupacji niemieckiej (mieściła się tu żandarmeria wojskowa), a w którym obecnie mieści się hotel. Muzeum usytuowane jest w pomieszczeniach przylegających do liczącej 200 mkw. synagogi, a zwiedzanie zaczyna się od „osi czasu” prezentującej historię lubelskich Żydów. Największa z sal została zaprojektowana na wzór zwojów Tory i w całości jest dedykowana rabinowi Szapiro. Nic dziwnego, że Jeszywas Chachmej Lublin jest obowiązkowym punktem zwiedzania miasta przez osoby chcące lepiej poznać jego żydowską tradycję i historię i jej wyjątkowych bohaterów. (maz)

(maz)

8

magazyn lubelski (75) 2021

(maks)


Nadlatują I to z daleka. Podczas gdy w górach z zimowego snu budzą się niedźwiedzie, do Polski zbliżają się bociany. Wyruszyły ze środkowej i środkowo-południowej Afryki, gdzie przez kilka ostatnich miesięcy zażywały słonecznych kąpieli i raczyły się tamtejszymi specjałami – świerszczami, chrząszczami i dżdżownicami. Pierwsze bociany wyleciały z Afryki w drugiej połowie lutego, aby zameldować się w Polsce około 20 marca. Na końcu, bo w maju, przylecą do nas te, które zimowały w Republice Południowej Afryki. Ptaki wykorzystują do lotu bezpieczne dla nich wstępujące prądy powietrzne. Muszą uważać na chmury burzowe, którym towarzyszą grad i błyskawice. Przy sprzyjających warunkach pogodowych bociany pokonują dziennie od 200 do 300 km. Co roku do Polski przylatuje około 50 tysięcy bocianich par. Najczęściej można je spotkać na wschodzie Polski, na Warmii i Mazurach. (maz)

(pod)

Przeszłość dla przyszłości Historia pałacu w Celejowie sięga średniowiecza. Przez wieki, wraz ze zmianami kolejnych właścicieli, zmieniał się charakter budowli – kolejno były tu grodzisko, siedziba rycerska, dwór obronny przebudowany przez Lubomirskich na rezydencję w stylistyce barokowej, później klasycystycznej, a w końcu eklektycznej. Całości dopełniły neogotycka wieża i oranżeria. W 1930 r. majątek liczył 833 ha i należał do potomków Marcina Klemensowskiego – pułkownika powstania listopadowego i radcy stanu Królestwa Polskiego. Dziś klimat tego miejsca stanowią również staw, ruiny młyna i papierni. Obecnie w pałacu mieści się Samodzielny Zakład Opiekuńczo-Leczniczy dla Psychicznie i Nerwowo Chorych. Cały kompleks pałacowo-parkowy znalazł się na terenie utworzonego w 1979 r. Kazimierskiego Parku Krajobrazowego. (maz)

(maz)

Na rynku w Krasnymstawie

(pod)

Lista zabytków w Krasnymstawie zawiera blisko dwadzieścia pozycji, jednym z nich jest układ urbanistyczny, który tworzy m.in. usytuowany centralnie plac 3 Maja. To jeden z najbardziej malowniczych rynków miejskich na Lubelszczyźnie. Cztery pierzeje tworzą pomalowane na różne kolory zabytkowe kamienice, w tym m.in. ratusz miejski. Plac pełen jest niespodzianek. Znajdują się tu fontanna z kamienną dekoracją w kształcie karpi (symbol miasta), pomnik upamiętniający poległych w okresie II wojny światowej oraz rzeźba przedstawiająca kawiarniany stolik, przy którym siedzi lokalny poeta Stanisław Bojarczuk, nazywany „chłopskim Petrarką”. W przeciwieństwie do wielu innych miejskich placów, które bezmyślnie zostały wybetonowane, krasnostawski rynek posiada zadbany drzewostan. Rosnący tu klon jesionolistny w ogólnopolskim konkursie Drzewo Roku zajął w 2018 roku pierwsze miejsce. (maz)

magazyn lubelski (75) 2021

9


wywiad

Od Kukułki do Małej Czarnej

Na rynku od blisko 70 lat. Smakowe gusta i upodobania Polaków zna jak mało kto, a produkowanymi w Lublinie karmelkami zajadały się całe pokolenia klientów. Fabryka Cukierków „Pszczółka”, bo o niej mowa, opuściła niedawno pamiętające jeszcze początki ubiegłego stulecia budynki przy ul. Krochmalnej. Przeprowadzka do strefy ekonomicznej to nie tylko zmiana adresu, ale i technologiczny skok w XXI wiek. Nowa fabryka to nowe wyzwania. Teraz „Pszczółka” chce podbić rynek czekoladowy.

10

magazyn lubelski (75) 2021


– W roku 1952 fabryka „Pszczółka” została utworzona z Państwowej Fabryki Cukrów i Czekolady. Od tamtej chwili minęło 70 lat. Co się zmieniło, jak wygląda obecna sytuacja fabryki? Andrzej Łopacki, prezes zarządu Fabryki Cukierków „Pszczółka” Sp. z o.o. w Lublinie: – Można śmiało powiedzieć, że niemal wszystko się zmieniło w czasie tych blisko 70 lat działalności „Pszczółki”. Niemal wszystko, poza jakością i smakiem naszych wyrobów. Faktem jest, że przez wiele lat firma działała jako oddział Cukrowni Lublin, do czasu jej likwidacji. Klienci kojarzyli nas przede wszystkim jako producenta karmelków, których bazą był naturalny surowiec – cukier. W pewnym okresie były dwa zakłady produkcyjne, jeden w Lublinie przy ul. Krochmalnej i drugi w Opolu Lubelskim, który zapewnił pracę pracownikom likwidowanej Cukrowni Opole. Jednak ze względów ekonomicznych, ponieważ prowadzenie produkcji w dwóch obiektach było dość kosztowne, oddział opolski został przeniesiony do Lublina. Kolejną ważną datą jest rok 2010, kiedy decyzją Krajowej Spółki Cukrowej została wyodrębniona spółka prawa handlowego, w której 100% kapitału objęła KSC. I tak doszliśmy do nowego etapu w historii „Pszczółki”, budowy nowej fabryki.

– W roku 2015 nastąpił przełom. Zaczęliście Państwo budowę nowego zakładu, w którym obecnie się znajdujemy. – Tak, można powiedzieć obrazowo, że przenieśliśmy się z mających ponad 100 lat obiektów przy ul. Krochmalnej do supernowoczesnej fabryki stworzonej na miarę XXI wieku. Byliśmy zdecydowani zrobić duży krok do przodu, zdając sobie sprawę, że nie ma innej drogi, żeby utrzymać się na rynku słodyczy, na którym panuje wielka konkurencja. Wiele firm zmieniło właścicieli, często były to wielkie, międzynarodowe koncerny spożywcze, dla których wydanie milionów na reklamę nie stanowiło żadnego problemu. Mówiąc obrazowo, produkcję samych karmelków można było porównać do równi pochy-

łej. Istniało poważne ryzyko, że w ciągu kilku lat „Pszczółka” przestałaby istnieć. Innego asortymentu fabryka nie mogła niestety produkować z uwagi na lokalizację, czyli przede wszystkim brak miejsca do rozwoju, powstania nowych hal czy instalacji linii. Stąd narodził się pomysł budowy nowego zakładu w strefie ekonomicznej. W grudniu 2015 roku została wbita w ziemię pierwsza łopata. Już w styczniu 2017 roku dostaliśmy pozwolenie na użytkowanie obiektu i w ciągu roku przeprowadziliśmy się z ul. Krochmalnej, przenosząc stare, ale wciąż dobre linie produkcyjne. Jednocześnie zakupiliśmy u uznanych zachodnich producentów z Danii, Niemiec i Włoch trzy nowoczesne linie do produkcji czekoladowej, które pozwoliły nam na rozpoczęcie wyrobu pralin, cukierków i innych produktów czekoladowych. Dzięki temu mogliśmy zaoferować naszym klientom wiele słodyczy, których nie było dotąd w naszej ofercie. Byliśmy przez lata jednym z największych producentów karmelków, klienci znali doskonale nasze sztandarowe wyroby. Po uruchomieniu nowej fabryki mogliśmy zacząć rozwijać się na rynku wyrobów czekoladowych i konkurować z najlepszymi. Mamy świadomość, że wchodzimy na teren trudny, ale pozwalający poprawić wyniki finansowe.

– Większość maszyn pracujących w tym zakładzie jest nowa? – Poza częścią do produkcji karmelków, przeniesioną z ul. Krochmalnej, wszystko jest tu, czyli na ul. Spiessa, nowe. Jako ciekawostkę podam, że tylko w roku 2016, w trakcie budowy fabryki, dotarło ponad 100 tirów z urządzeniami i maszynami. Wiosną 2017 roku prowadziliśmy już próby rozruchowe, technologiczne i w rekordowo krótkim czasie, w maju i czerwcu, pierwsze produkty z logo „Pszczółki” pojawiły się już na rynku.

– Jak dużą powierzchnię ma zakład, w którym obecnie się znajdujemy? – Budynek ma dwa poziomy o łącznej powierzchni 20.000 m2, z czego same hale produkcyjne zajmują ponad 17.000 m2. Żeby wyobrazić sobie, jakie zmiany nastąpiły w „Pszczółce”, powiem tylko, że jest to ponad siedem razy większa powierzchnia niż w naszym starym zakładzie.

– To rzeczywiście dużo. Jak w związku z nowymi możliwościami produkcyjnymi zakładu zmieni się teraz asortyment produktów? – Oczywiście utrzymaliśmy produkcję karmelków, a nawet ją rozwinęliśmy, ponieważ przez blisko 70 lat znani byliśmy jako producent tych cukierków. Wielu klientów wciąż kojarzy nas właśnie z tymi wyrobami. Ufają nam i dalej pytają w sklepach o „pszczółkowe” kukułki i inne karmelki. Trochę pomogła nam także sytuacja na rynku. W pewnym momencie kilka zakładów produkujących karmelki


zaczęło mieć problemy, co stworzyło lukę na rynku. Wykorzystaliśmy tę sytuację, zdobywając nowe zamówienia. Natomiast główną produkcją fabryki w przyszłości będą czekoladki i praliny. Klienci przyjęli dobrze nasze nowe wyroby, wiemy, że trafiliśmy w ich gusta. Mam tu na myśli Czekoladowe Sympatie o smaku pistacjowym czy migdałowym, czekoladowe Chochliki i Pychałki lub też nasze nowości z ostatnich miesięcy, a więc Mała Czarna, czyli kawa oblana czekoladą, Sól i Karmel, będąca wyszukaną kompozycją dwóch smaków w czekoladowej osłonie, Orzesz Ty! czy Poczuj Miętę. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy nowym producentem na tym atrakcyjnym, ale i wymagającym rynku. Staramy się jednak znaleźć dla siebie miejsce na sklepowych półkach i mimo trudnego czasu związanego z pandemią dajemy sobie całkiem nieźle radę.

– A jak duży jest asortyment wytwarzanego towaru? – Łącznie mamy ok. 60 produktów, z czego ok. 30 proc. to karmelki. Natomiast cały czas pracujemy nad nowymi wyrobami, głównie czekoladowymi, tak jak wspomniane już przeze mnie Sól i Karmel czy Orzesz Ty!, będące połączeniem orzechów arachidowych, chrupków ryżowych i wyselekcjonowanej czekolady. Jak widać, staramy się cały czas zasypywać rynek nowościami, nowymi smakami.

– Jakie nowości oferuje „Pszczółka”? – Mamy cukierki ekstrudowane, czyli o wytłaczanym korpusie, w innowacyjnych smakach, jak Słony Karmel, Orzesz Ty!, Mała Czarna i Poczuj Miętę, która jest udanym połączeniem smaków

12

magazyn lubelski (75) 2021

mięty i czekolady. Jeśli chodzi o kolejne nowości, to nie chciałbym wchodzić w szczegóły, ze względu na konkurencyjny rynek, ale będą to cukierki zarówno jednowarstwowe, jak i dwuwarstwowe, oblewane czekoladą i bez pokrycia czekoladowego. Plany marketingowe zakładają dużą ekspansję. W tym roku przedstawimy klientom co najmniej kilkanaście propozycji. Warto podkreślić, że spotykamy się z przychylnym przyjęciem naszych produktów. Konsumenci oceniają je jako bardzo dobre, nie tylko smaczne, również pod względem wizualnym, opakowania i owijki są nowoczesne, wpadają w oko. Trudno obok nich przejść obojętnie i o to przecież w handlu słodyczami chodzi. Tu królują emocje!

– Czy mówimy tylko o rynku polskim, czy też przedstawiacie Państwo swoją ofertę na rynkach zagranicznych? – Rynek polski jest dla nas bardzo ważny, ale staramy się oczywiście sprzedawać nasze produkty również za granicą. Wysyłamy je do kilkunastu krajów. W Europie m.in. do Niemiec, Czech, Słowacji, Węgier, Rumunii, Serbii, Ukrainy, Rosji i Łotwy. Zaczęliśmy również sprzedawać do Włoch, które przecież uchodzą za ojczyznę słodyczy. Poza tym nasze wyroby można znaleźć z jednej strony na półkach w Stanach Zjednoczonych, a z drugiej strony na Bliskim Wschodzie, czyli w Jordanii, Iraku i Jemenie. Jesteśmy obecni również w Chinach.

– Ostatnio uczestniczyliście Państwo w jednych z największych targów tej branży w Dubaju. Czy już można mówić o korzyściach? – Targi są miejscem, gdzie spotykają się producenci i dystrybutorzy. Dzieje się tak nawet w czasach pandemii. Gulfood to jedne z większych


targów na świecie. Rozmawialiśmy tam z wieloma klientami, bardzo zainteresowanych naszymi produktami. Najbliższym efektem rozmów w Dubaju będzie eksport do Wietnamu. Rozpoczniemy też zapewne współpracę z Maroko, a także z kilkoma innymi krajami arabskimi, z którymi trwają obecnie zaawansowane rozmowy.

– Czy to znaczy, że słodycze „Pszczółki” są już do kupienia w Wietnamie? – Nie zapominajmy, że targi były niedawno. Jak wspomniałem, takie wydarzenie służy spotkaniom, podczas których możemy zainteresować klientów naszym asortymentem i dopiero jeśli się to uda, zaczynają się rozmowy. Negocjacje toczą się przez kilka tygodni. Następnie jest dobór opakowań. Potem ich druk, co wiąże się z nawet kilkunastotygodniowym oczekiwaniem na próbki, na napisy w języku wietnamskim, arabskim czy chińskim. Dlatego pierwszymi efektami naszej obecności na targach w Dubaju będziemy mogli cieszyć się kilka miesięcy od czasu naszego powrotu.

– Jest Pan związany z cukiernictwem od 30 lat. – Nawet dłużej. Całe moje życie jest związane z branżą cukierniczą, aczkolwiek z wykształcenia jestem chemikiem, absolwentem naszej znakomitej uczelni Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Jednak tak los zrządził, że w branży cukierniczej jestem od 40 lat. Pracowałem i uczestniczyłem w bardzo dynamicznym rozwoju innej firmy z Lublina, cukierniczej „Solidarności”. Od kilku lat pracuję w „Pszczółce”, z krótką przerwą. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że pracuje się tutaj znakomicie. Jest świetny, młody zespół, który jest bardzo zaangażowany, chce tworzyć nowe wyro-

by, rozwijać portfolio. Bardzo sobie cenię tę współpracę. Mam komu przekazać swoje doświadczenie w branży cukierniczej.

– Ile fabryka obecnie zatrudnia pracowników? – Zatrudniamy od 200 do 300 osób, w zależności od sezonu i możliwości. Głównie są to pracownicy produkcyjni, aczkolwiek nowoczesne linie produkcyjne nie są tak pracochłonne jak te dawne do produkcji karmelków, gdzie wszystko trzeba było produkować ręcznie. Dzisiaj linie są tak zaprojektowane, by wyrób miał jak najmniejszy kontakt z człowiekiem, z uwagi na bezpieczeństwo. Kwestia bezpieczeństwa żywności jest dla nas kluczowa. Naszym klientom chcemy dawać jedynie radość z próbowania naszych wyrobów.

– Jakie Państwo mają plany na przyszłość? – Mamy dwa główne zadania. Pierwsze, bardzo ważne zadanie, to budowa marki i rynku. „Pszczółka” istnieje od blisko 70 lat, jednak świadomość marki jest nadal stosunkowo nieduża. Dlatego dążymy do tego, by mieć jak najszerszą rzeszę odbiorców, konsumentów. Chcemy należycie wykorzystać potencjał. Mamy nowoczesny i innowacyjny park maszynowy i chcemy z niego uzyskiwać „perełki”. Opracowujemy nowe wyroby, które co kilka miesięcy trafiają na rynek. Z uwagi na to, że „Pszczółka” kojarzona jest na rynku głównie z produkcji karmelków, pragniemy pokazać, że nie tylko one są w naszej ofercie, ale również cukierki czekoladowe i praliny, które mają być w niedalekiej przyszłości wizytówką naszej firmy. I jeszcze jedna ważna rzecz, ponieważ jesteśmy na tym rynku jedną z nielicznych firm z kapitałem w 100 proc. polskim, liczę także na tzw. patriotyzm konsumencki naszych klientów.

magazyn lubelski (75) 2021

13


– Temat karmelków siłą rzeczy już kilka razy pojawił się w naszej rozmowie, dlatego zapytam, jak teraz wygląda udział produkcyjny karmelków w stosunku do cukierków czekoladowych? – Około 60% produkcji „Pszczółki” są to nadal karmelki. Jeśli chodzi o krajowy rynek karmelków, jesteśmy w czołówce, a jeśli chodzi o niektóre rodzaje, nawet liderem, np. karmelki czekoladowane. To są ciekawe wyroby, bardzo chętnie kupowane przez klientów, jak Coffee Amo czy Mieszanka Imieninowa. Jednak z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że nabieramy rozpędu jeśli chodzi o produkcję pralin i cukierków czekoladowych i to jest nasze główne zadanie na przyszłość. Ponadto, nie ukrywam, że liczę na efekt świeżości. „Pszczółka” stawia pierwsze kroki na rynku czekoladek i pralinek i mam nadzieję, że klienci będą ciekawi, co mamy do zaoferowania. A póki co zapraszam do naszych firmowych sklepów, działającego od lat przy ul. Krochmalnej i nowego, przy ul. Spiessa, w naszej obecnej siedzibie.

Dyrektorzy FC Pszczółka: Justyna Budzyńska, Ewa Leszczyńska, Katarzyna Michałek, Krzysztof Wierzchowski, Marcin Dobrowolski

14

magazyn lubelski (75) 2021

Andrzej Łopacki jest absolwentem Wydziału Chemii UMCS w Lublinie. Ukończył także studia podyplomowe w zakresie zarządzania firmą w Wyższej Szkole Biznesu National Louis University w Nowym Sączu. Karierę zawodową związał głównie z Firmą Cukierniczą „Solidarność”, gdzie w latach 1983–2013 zajmował stanowisko dyrektora zakładów produkcyjnych w Kraśniku i Lublinie. Był także Przewodniczącym Rady Nadzorczej Firmy Cukierniczej „Solidarność”. W latach 2015–2018 pracował jako Kierownik Produkcji w Fabryce Cukierków „Pszczółka”. Od czerwca 2020 r. pełnił funkcję Członka Zarządu FC „Pszczółka, a od grudnia 2020 objął stanowisko Prezesa Zarządu Fabryki Cukierków „Pszczółka” Sp. z o.o. w Lublinie. autor Piotr Nowacki | foto Marcin Pietrusza


Osiedle EKO PARK to 6 nowoczesnych budynków położonych między ulicami Granatową i Kwarcową, na dzielnicy Węglinek. Pierwsze dwa budynki zostały oddane do użytkowania w listopadzie 2020 roku, zakończenie prac przy II etapie planowane jest na połowę 2021 roku, a mieszkańcy III etapu wprowadzą się w przyszłym roku. Lokalizacja EKO PARKu cieszy się niezmiennym zainteresowaniem z powodu dostępu do pełnej infrastruktury: sklepów, restauracji, obiektów sportowych, a od niedawna także najnowocześniej szkoły w Lublinie (przy ul. Berylowej). Projekt osiedla można ująć w dwóch słowach: przestrzeń oraz zieleń. Bloki usytuowane są w odległościach 24 – 77 m i nie zachodzą na siebie, co gwarantuje mieszkańcom komfort oraz intymność. Jako pierwsi w Lublinie oraz jedni z nielicznych w Polsce oddaliśmy mieszkańcom osiedle z własnym parkiem o powierzchni ok. 1 ha, kompleksem oczek wodnych i różnorodnymi nasadzeniami. Chcieliśmy w ten sposób odejść od tworzenia kolejnego blokowiska bez przestrzeni do codziennego wypoczynku. Projektując nasze osiedle, pamiętaliśmy o ludziach aktywnych, którzy będą mieli do dyspozycji zewnętrzną siłownię, a ich pociechy w tym czasie będą mogły korzystać z dużego placu zabaw. Przy każdym bloku oraz w parkingach podziemnych będą znajdować się stojaki rowerowe, a każdy blok będzie posiadał osobne pomieszczenie do przechowywania rowerów. Jesteśmy przekonani, że dostęp do okolicznych ścieżek rowerowych oraz bliskość Starego Gaju sprawią, że oderwanie się od codziennych obowiązków będzie jeszcze przyjemniejsze. Osiedle EKO PARK to również podwyższony standard wykonania. Dla zwolenników ekotechnologii mamy stacje ładowania samochodów elektrycznych w każdym parkingu podziemnym. Budynki wyposażone będą w instalację fotowoltaiczną, która zasili w prąd klatki schodowe i parking podziemny – obniżając tym samym czynsz.

Codzienny komfort to również stacja zmiękczająca wodę, której działanie mieszkańcy będą mogli poczuć dosłownie na własnej skórze. Różnorodność – to słowo najcelniej opisuje mieszkania w EKO PARKu. Mieszkania na parterach posiadają ogródki o powierzchni od 20 do 120 m2, natomiast apartamenty na ostatnim piętrze – tarasy o powierzchni 60 m2. O ile mieszkań z tarasami było niewiele i klienci zapisywali się na listy rezerwowych kilka miesięcy przed rozpoczęciem sprzedaży kolejnego etapu, o tyle mieszkania z ogródkami zyskały na popularności w czasach pandemii. Pozostałe kondygnacje wypełniają funkcjonalne mieszkania 1, 2, 3 i 4-pokojowe o metrażach od 27 do 68 m2 z balkonami od 4,5 do 15 m2. Dla bardziej wymagających klientów przewidzieliśmy możliwość łączenia mieszkań. Projekt osiedla spotkał się z niezwykle ciepłym przyjęciem – połowa mieszkań w każdym etapie została sprzedana na etapie dziury w ziemi, a rok przed odbiorem wybór był już bardzo okrojony. Z tego powodu Inwestor postanowił kontynuować dobrą passę i zapowiedział budowę kolejnego etapu – tym razem w okolicach ulicy Jemiołuszki, również na Węglinku. Powierzchnia mieszkań będzie bardzo podobna, ale liczba mieszkań ze względu na maksymalną powierzchnię zabudowy będzie ograniczona do 50 szt. Mimo że rozpoczęcie sprzedaży ma nastąpić na przełomie kwietnia i maja, to już są pierwsi zainteresowani!

Capitalia Real Estate Gsia

ul. Misjonarska 20, 20-107 Lublin Bartomiej Pronin tel.: 790-223-223 | b.pronin@capitalia.pl Ewelina Szelest tel.: 790 223 223 | e.szelest@capitalia.pl

ekopark-lublin15 .pl

magazyn lubelski (75) 2021

www.


ludzie fot. Jacek Sim

Maciej Wijatkowski

Latający kabriolet ze Świdnika 16

magazyn lubelski (75) 2021


y

Warsztat Lotniczy TZL – dzieło i własność mechanika, konstruktora lotniczego, Henryka Wickiego pracuje od wielu lat w Świdniku, w hali obok zabudowań Aeroklubu, jakby nieco w cieniu „większego brata” – zakładów PZL Leonardo. Nie znaczy to jednak, że w TZL dzieje się mniej. Objętościowo – być może, ale koncepcyjnie: jest bardzo dobrze. Henryk jest świetnie znany w środowisku, ceniony i szanowany nie tylko za swoje nieprzeciętne doświadczenie i umiejętności, ale także za charakter – zdecydowany, ale otwarty; szczery, uczciwy i kompetentny – to na pewno jego cechy. Poza tym: jeśli jest do zrobienia jakaś „lotnicza robota”, a chętnych brakuje, dzwoni się do Henryka. Zawsze jest szansa, że nie odmówi, a jeśli tak, to widocznie naprawdę nie ma czasu. Potwierdził to niedawny remont słynnego silnika Mercury VIII, napędzającego jedyny na świecie egzemplarz słynnego polskiego myśliwca PZL p-11c, z krakowskiego Muzeum Lotnictwa. To właśnie Henryk Wicki i jego warsztat wyremontowali i uruchomili ten unikat. Za jaką cenę? Henryk zwykle odpowiada z uśmiechem: „Za Krzyż Walecznych! Ku chwale polskich skrzydeł!”. Jeśli jednak człowiek decyduje się na jakąś pracę, powinien móc utrzymać rodzinę i dać zarobić pracownikom, a z tym w „małym” lotnictwie, w Polsce, zwłaszcza ostatnimi laty, bywało bardzo różnie, żeby nie powiedzieć – źle. „Świeżo dorobieni” przedsiębiorcy bardzo szybko interesowali się posiadaniem własnych samolotów, ale równie szybko z nich rezygnowali, nie wytrzymując kosztów, lub – po prostu, nudząc się. Nadal nie istnieje polityka uporządkowania General Aviation – lotnictwa powszechnego, zarówno w dziedzinie przepisów użytkowania, jak i budowy maszyn, szkoleń czy wsparcia młodzieży. Mówi Henryk Wicki: – Dotychczas pracowałem głównie komercyjnie, dość przypadkowo, składając zestawy maszyn latających, remontując zabytkowe samoloty i silniki, podejmując się prac, których nikt inny nie chciał lub nie był w stanie wykonać. Było to wszystko jednak trochę na marginesie kwalifikacji, które udało mi się w życiu zdobyć. Postanowiłem stworzyć coś swojego, w dodatku – produkt powtarzalny, by można było produkować go seryjnie i oferować na coraz szerszym rynku General Aviation, czyli także amatorskiego latania dla przyjemności. Projekt tysiąc pierwszego „ultralighta” nie wchodził w grę, to musiało być coś oryginalnego. Na pewno – dwumiejscowego, bo awiacja jest sportem głównie dwumiejscowym. RWD-8 przyszedł Henrykowi do głowy właściwie od razu. Niekoniecznie jako wierna kopia, ale jako maszyna latająca tak jak oryginał, o którym w wielu przekazach pisze się zgodnie, że był lekki, stateczny, łatwo wzbijał się do lotu i bezpiecznie lądował, wybaczając wiele błędów. Wiele w tym pomyśle było sentymentu do samego samolotu. RWD-8 był niejako symbolem powszechnego la-

tania w przedwojennej Polsce. Silniki tych lekkich maszyn warczały nie tylko nad wojskowymi lotniskami, ale często za stodołami ziemskich majątków, na łąkach i polach. Projekt wstępny samolotu opracował pod koniec 1931 roku inż. Stanisław Wigura. Na podstawie tego projektu, w pierwszej połowie 1932, Stanisław Rogalski, Stanisław Wigura i Jerzy Drzewiecki, w warsztatach na Okęciu w Warszawie, opracowali projekt szczegółowy. Samolot otrzymał układ górnopłata, typu parasol, z lekkim skosem skrzydła w celu ułatwienia wsiadania do przedniej kabiny. Do napędu wybrano silnik rzędowy, chłodzony powietrzem. Po szczegółowych próbach i badaniach RWD-8, bo tak nazwano go od pierwszych liter nazwisk konstruktorów, okazał się bezkonkurencyjny w porównaniu do propozycji innych wytwórni i samolot skierowano do produkcji. Rozpoczęła się w 1933 roku, w warsztatach DWL, i jeszcze w tym samym roku wyprodukowano pięć egzemplarzy. RWD-8 były używane w polskim lotnictwie wojskowym od jesieni 1934, stając się podstawowym typem samolotu szkolenia wstępnego. Używane były w szkołach lotniczych w Dęblinie, Bydgoszczy i Krośnie oraz na obozach przysposobienia wojskowego. W listopadzie 1938 w lotnictwie wojskowym było 349 RWD-8: 200 do szkolenia, 45 na wyposażeniu mobilizowanych plutonów łącznikowych i 104 w rezerwie. RWD-8 używane były też szeroko w lotnictwie cywilnym – prywatnie i w aeroklubach. Maszynie zawdzięczamy kadry świetnie wyszkolonych polskich pilotów, latających w naszym lotnictwie na obczyźnie, w czasach II wojny światowej. Łącznie wyprodukowano ponad 600 samolotów RWD-8 w Polsce i kilkaset na licencji. Produkcja została zakończona na początku 1939 roku. RWD-8 był najliczniejszym samolotem polskiego lotnictwa przed wojną i jednocześnie najliczniej produkowanym samolotem polskiej konstrukcji, aż do lat 70., kiedy to został „przelicytowany” przez liczbę wyprodukowanych samolotów PZL-104 „Wilga”. Pilotujący go chwalili zwłaszcza bardzo dobrą stateczność podłużną i kierunkową, wystarczającą stateczność boczną, niezawodny silnik, o dobrze dobranej mocy, mocne podwozie o dość dużym skoku. Maszyna była łatwa w pilotażu, lubiana przez pilotów i świetnie się sprawdzała jako samolot szkolny. W sierpniu 1939 r. utworzono trzynaście plutonów łącznikowych, wyposażonych w trzy samoloty RWD-8 każdy, w skład których weszło czterdzieści samolotów RWD-8, użytych w kampanii wrześniowej. Co najmniej kilkanaście cywilnych samolotów zostało zmobilizowanych w trakcie kampanii, używano ich także w improwizowanych jednostkach. Niepodważalną zaletą RWD-8 była

magazyn lubelski (75) 2021

17


Pilot doświadczalny Jarosław Rozwód, foto Jacek Sim

możliwość startu i lądowania w przygodnym terenie. Duża liczba RWD-8 została zniszczona przez Niemców podczas bombardowań lotnisk lub spalona przez wycofujących się Polaków. Żaden z tych samolotów nie przetrwał wojny, jak również żaden nie był używany w Polsce po wojnie. Żaden nie zachował się też do czasów obecnych. W obliczu takiej – nie bójmy się tego określenia – legendy, stanął Henryk Wicki. To „Kaszuba”, jak się mawia, Kaszub z pochodzenia, a o nich mawia się też: „uparci” i „konsekwentni”. Konsekwentnie więc zaczął wcielać w życie i metal swoje zamierzenie. W metal, bo choć RWD-8 był oryginalnie samolotem drewnianym, Henryk „nie czuje drewna”, jak sam mawia. Woli prace w metalu i z metalem. Zaprojektowanie i obliczenia konstrukcji okazały się nie być proste. Gołym okiem widać, że polski przemysł lotniczy i szkoła konstruktorska, w swoim czasie – wybitne, upadły. Młodzi adepci tej dziedziny są oderwani od przemysłu i praktyki. Bywa, że studenci dopiero na praktykach w Warsztacie Lotniczym TZL widzieli po raz pierwszy samoloty. Wszystkie obliczenia niezbędne dla projektu okazały się sporym wyzwaniem – nie było komu ich wykonać. W końcu, wspólnymi wysiłkami doktorantów, studentów, znajomych i samego Henryka, obliczeń dokonano, sprawdzono i można było przystąpić do budowy prototypu. Znaczącym odstępstwem w konstrukcji TZL, w stosunku do oryginału, jest silnik. RWD-8 produkowane w Polsce miały silnik rzędowy, to znaczy składający się z cylindrów ustawionych „jeden za drugim”. Silniki w takim układzie produkuje się jeszcze, ale ich dostępność jest nie-

18

magazyn lubelski (75) 2021

wielka, a co za tym idzie – ich obsługa utrudniona. Zadecydowano zabudować jednostkę produkowaną masowo, powtarzalną, by można było ją stosować w kolejnych egzemplarzach przez lata. Przed II wojną światową zbudowano jeden egzemplarz z silnikiem gwiazdowym, nazwany „Czarnym Piotrusiem”. Licencjobiorcy (np. rumuńscy) także produkowali RWD-8 z silnikami gwiazdowymi. Kształt kadłuba, układ kabin, skrzydła, usterzenie to właściwie wierne odtworzenie kształtów protoplasty. Inne jest podwozie, zakupione w całości w USA, pewne i bezpieczne, nieodzowne w prototypowym egzemplarzu. Pod koniec lata 2020 roku samolot wreszcie poleciał i... potwierdził świetne opinie o „swoim dziadku”. Pilot doświadczalny, Jarosław Rozwód, który już tradycyjnie oblatuje konstrukcje wytaczane z TZL, bardzo chwali samolot. Podkreśla, że jest w pełni sterowny w każdym zakresie, ma krótki start i łatwo ląduje. Trzeba jednak wylatać 100 godzin, by podsumować badania i parametry, uzyskując zgodę na rejestrację w kategorii „specjalny”. Na razie TZL RWD-8 funkcjonuje jako „urządzenie latające”. RWD-8 to taki „latający kabriolet”, których nie znajdziemy wiele na rynku lekkich samolotów. Właściwie nie ma ich prawie wcale. To wielka szansa dla tego samolotu na rynku lekkiego lotnictwa. Ma w założeniach nie być drogi (względnie – rzecz jasna), łatwy w serwisowaniu i ewentualnych naprawach, a przede wszystkim – dający wielką radość z latania w otwartych kabinach. Dodatkowo twórcy chcą umożliwić ich samolotowi holowanie szybowców. W Niemczech, na przykład, restauruje się liczne egzemplarze dawnych szybowców,


u nas też to się już dzieje. Holowanie takich wspaniałych „oldtimerów” przez replikę maszyny przedwojennej – to byłoby coś! Powstaje już kolejny egzemplarz samolotu TZL RWD-8. Zgodnie z płynącymi zewsząd sugestiami tych, którzy widzieli prototyp, a także samego konstruktora, będzie bardziej przypominał pierwowzór. Otrzyma inne podwozie; z amortyzatorami i zastrzałami do skrzydła, podobnie jak w oryginale. Kształt okapotowania okolic silnika zostanie zbliżony do RWD-8, choć nie planuje się zastąpienia silnika gwiazdowego rzędowym. Zastosowany czeski silnik jest niezawodny i prosty w obsłudze. O to chodzi w tym produkcie warsztatu TZL: o powszechność dostępu i łatwość latania. Kolejny prototyp, ten „przedprodukcyjny”, powinien być gotowy już w maju. Zmieni się wiele szczegółów: wspomniane amortyzatory i podparcie płata, obszycie skórzane otworów kabin. Najpoważniejsze jednak zmiany dotyczyć będą procesu produkcji. Latający już prototyp był wykonywany ręcznie. Na przykład żebra płata, których jest znaczna liczba i które muszą być jednakowe i powtarzalne, były tłoczone w specjalnie wykonanych formach, które nie zdałyby egzaminu przy produkcji seryjnej. Tu muszą wejść: automatyzm i szczegółowa kontrola jakości seryjnie wykonywanych elementów. Z precyzją wykonania i rzetelnością nie ma w lotnictwie dyskusji; tam, „na górze”, nie ma pobocza, na które można zjechać, gdyby coś się popsuło. Tutaj pojawia się partner Warsztatu Lotniczego TZL, bez którego dalsza historia odradzania się myśli lotniczej w Świdniku byłaby nierealna. Najważniejszym momentem dla zaistnienia realnej szansy powodzenia całego przedsięwzięcia było pomyślne zakończenie prowadzenia rozmów ze strategicznym inwestorem, bez którego materialnej i technicznej pomocy TZL RWD-8 nie

poleciałby w więcej niż jednym egzemplarzu. Tym kompetentnym i rzeczowym rozmówcą został Jan Kidaj – prezes lubelskiego Aliplastu; pilot i przedsiębiorca, którego zakład produkcyjny dysponuje znakomitymi i najnowocześniejszymi urządzeniami i technologiami. Powołano spółkę KW Aero, która zajmie się wdrożeniem produkcji. Mówi Jan Kidaj: – Lotnictwo to moja pasja. Nie tylko jako pilota, ale też wielbiciela historii i dorobku polskiej myśli technicznej. Zaimponował mi talent i zapał Henryka Wickiego, choć przecież znamy się nie od wczoraj. Moją rolę w tym przedsięwzięciu określiłbym jako organizacyjną i finansową. Aliplast ma wszelkie możliwości obróbki metali, zwłaszcza tego najbardziej lotniczego – aluminium. Współpraca w ramach KW Aero nie może generować strat, ale nie jest przedsięwzięciem nastawionym na szybki zysk. Mamy duże plany. Spółka nie chce poprzestać na RWD-8. Są w niej ludzie, którym zależy, by cokolwiek zrobić dla polskiej myśli lotniczej i konstruktorskiej. Przed nimi kolejne pomysły i projekty; wróble ćwierkają o rekonstrukcjach i produkcji samolotów, które kiedyś powstawały w Lublinie: rozpoznawczego Lublina R-XIII, samolotów pasażerskich dla kilku osób. Drugi prototyp wskrzeszonego RWD-8 lada chwila stanie na trawie świdnickiego lotniska. Wzleci nad nim jeszcze piękniejszy i doskonalszy. W czasie pandemii stanie się symbolem sprzeciwu wobec niemocy oraz nadziei ludzi, którym na czymś zależy. Lotnictwo jest piękne już w swoich korzeniach i dążeniach. Piękne są ambitne przedsięwzięcia i piękne są dzieła ludzkich rąk, które pozawalają się unieść ponad przeciętność. Dobrze, że są ludzie, którzy to piękno chcą dzielić z innymi.

Henryk Wicki i Jan Kidaj, foto pingitur

magazyn lubelski (75) 2021

19


społeczeństwo

Jak to 20

magazyn lubelski (75) 2021

z „Dziennikiem”

bywało


O konflikcie w wydawnictwie Dziennika Wschodniego - spółce Corner Media - z głównym udziałowcem Tomaszem Kalinowskim rozmawia autor tytułu i pierwszy wydawca gazety – redaktor Janusz Malinowski, foto Marcin Pietrusza. Może to zabrzmi nieskromnie, ale jako ten, który wymyślił tytuł „Dziennik Wschodni” i ponad ćwierć wieku temu wprowadził go na rynek prasowy, jestem szczerze zmartwiony tą wojną, która toczy się na oczach publiczności pomiędzy wspólnikami Corner Media – aktualnym wydawcą gazety. Ponieważ informacje dotyczące tego konfliktu, ukazujące się w tzw. mainstreamowych mediach, są dość jednostronne, wypada – moim zdaniem – zapytać o źródła i przebieg sporu także drugą stronę. Co się stało, że pańscy wspólnicy z wydawnictwa stali się pańskimi wrogami? W roku 2018 lubelski Urząd Marszałkowski ogłosił przetarg na duży projekt medialny pod nazwą lubelskie.pl. Nasza spółka wygrała ten przetarg i zrealizowała go. Chodziło o niebagatelną kwotę około 1,5 miliona złotych, toteż – jako wspólnik Corner Media – poprosiłem o rozliczenie tego pro-

jektu. Niestety, odmówiono mi dokumentów i był to sygnał, że coś niedobrego dzieje się w wydawnictwie. Kolejne zdarzenia potwierdziły moje obawy. Doprowadziło to w końcu do tego, że spółka od trzech lat nie wypełnia podstawowych obowiązków kodeksowych – nie posiada zarządu, nie składa wymaganych sprawozdań, a ja – pomimo, że posiadam w spółce 73% udziałów – praktycznie nie mam prawa głosu, gdyż mniejszościowi wspólnicy uważają, że składane przeze mnie wnioski są „w mojej sprawie”, a w związku z tym jestem wyłączony z głosowania. W tej sytuacji, kiedy wszystkie moje propozycje rozwiązania problemu poprzez sprzedaż moich lub kupno pozostałych udziałów spełzły na niczym, nie miałem innego wyjścia, jak złożyć do sądu wniosek o likwidację spółki. Redaktor Naczelny „Dziennika” Krzysztof Wiejak i wierna mu część zespołu „Dziennika” twierdzą coś zupełnie innego, że chciał Pan „sterować ręcznie” gazetą, gdyż ta „psuła panu interesy”. I że stąd wziął się konflikt, który w istocie jest batalią o wolność prasy i wolność słowa. Przyzna Pan, że to zarzuty dużego kalibru.

magazyn lubelski (75) 2021

21


O, tak, brzmi to bardzo poważnie, niemal jak walka o konstytucję. Wiem, czytałem i słyszałem te oskarżenia, chętnie publikowane przez media. Tyle tylko, że to nieprawda, nadużycie, i to dużego kalibru. Pytany w reportażu radiowym o przykłady takich moich zachowań, pan Wiejak zmuszony był przyznać, że ingerencji i nacisków z mojej strony nie było. Zawsze jednak można dodać słówko „bezpośrednich” i zrobić w ten sposób czytelną aluzję. Faktycznie chodzi o to, że Corner Media od trzech lat nie ma zarządu – organu obligatoryjnego, który prowadzi sprawy spółki. Grupą, która wobec braku zarządu trzyma władzę i zarządza spółką są osoby związane z panem Wiejakiem. Jest to nieprawidłowe i niedopuszczalne. Tak wygląda prawdziwe tło sporu. Moim zdaniem nie chodzi tu obronę wolności prasy i słowa, ale o utrzymanie przez tę grupę istniejącego status quo. Argumenty o obronie wolności prasy służą wyłącznie ukrywaniu faktycznego problemu. Nie jest tajemnicą, że „Dziennik Wschodni” to nie jest pański główny „biznes”, że przede wszystkim

22

magazyn lubelski (75) 2021

jest Pan inwestorem i przedsiębiorcą budowlanym, tak zwanym deweloperem. „Dziennik” natomiast od pewnego czasu przyjął wyraźny kurs anty-deweloperski, przyłączając się do ruchów i organizacji atakujących deweloperów, przede wszystkim tych zamierzających budować osiedla mieszkaniowe na tzw. górkach czechowskich. Podobno to za to właśnie postanowił Pan wyrzucić redaktora naczelnego, pana Wiejaka, który nadał gazecie taki kurs. Tak się składa, że ja akurat na górkach nie zamierzam nic budować, to nie mój teren. Niemniej uważam, że gazeta nie powinna angażować się po jednej stronie sporu, a – jak wiadomo – o te górki toczy się poważny spór, który zabrnął już nawet do NSA. Pan Wiejak – jak się okazuje – ma jednak na koncie znacznie poważniejsze sprawy niż kilka publikacji w gazecie na temat górek. Dość powiedzieć, że w prokuraturze toczy się postępowanie dotyczące nieprawidłowości w Corner Media. Odmowa wydania dokumentów i sprawozdania finansowe niespełniające wymogów mają swoje


konkretne przyczyny, służą ukryciu nieuprawnionych działań. Zakładając spółkę Corner Media, musiał Pan mieć jednak duże zaufanie do pana Wiejaka, skoro przystał Pan na jego podwójną rolę – redaktora naczelnego i zarazem prezesa zarządu spółki. Zgodził się Pan także na znacznie bardziej surowe, niż stanowi kodeks handlowy, warunki zmiany naczelnego i prezesa, do czego w Corner Media wymagane jest 75% udziałów. I do których brakuje Panu 2%… Ja z natury jestem ufny, wierzę ludziom. I tak właśnie było, gdy zakładaliśmy Corner Media. Stąd moja zgoda na tak surowe warunki. Zresztą ryzykowałem nie tylko zapis umowny, ale też sporo pieniędzy, bo spółka miała bardzo niski kapitał zakładowy i całkowity brak środków obrotowych na finansowanie podstawowych zobowiązań – papieru, druku, wynagrodzeń pracowników, ZUS-u itd. itp. Ale jestem też legalistą, sam przestrzegam prawa i domagam się, żeby było ono przestrzegane we wszystkich podmiotach, z którymi jestem związany. Dlatego nie mogłem już dłużej patrzeć obojętnie na to, że wydawnictwo praktycznie nie funkcjonuje, gdyż spółka nie ma zarządu i nie wywiązuje się z podstawowych obowiązków, jakie nakładają na nią przepisy. Redakcja, a właściwie jej redaktor naczelny i parę zaufanych osób, wyemancypowali się i przejęli całkowitą władzę w spółce, nie poddając się żadnej kontroli ze strony statutowych organów. Chociaż kadencja zarządu spółki dawno minęła, a nowy zarząd nie został powołany, pan Wiejak nadal pobierał wynagrodzenie takie samo, jak wówczas, kiedy był prezesem zarządu, a wszelkie sprawy finansowe, wymagające akceptacji zarządu, załatwiała pani księgowa, którą potajemnie mianował prokurentką tuż przed upływem swojej kadencji. Mam nadzieję, że prokuratura, która – decyzją sądu – wszczęła śledztwo w sprawie ewentualnych nadużyć i wyrządzenia spółce znacznej szkody majątkowej, zbada dogłębnie działalność finansową redaktora naczelnego i prokurentki. Niestety, o tym aspekcie sprawy „Dziennika” żadne medium nawet się nie zająknęło. Dostało się natomiast w mediach panu likwidatorowi, którego wyznaczył sąd i który dziarsko przystąpił do działania, odwołując redaktora naczelnego i jego zastępczynię oraz przy pomocy ślusarza i ochroniarzy wymienił zamki w drzwiach redakcji… Likwidator tylko realizował powierzone mu obowiązki, przede wszystkim mając na względzie wykonanie zobowiązań wymaganych prawem, a więc wypłatę wynagrodzeń pracownikom, opła-

cenie składek ZUS, zapłatę kontrahentom za papier i druk itp. Do tych czynności potrzebne są jednak dokumenty, likwidator nie miał więc innego wyjścia, jak przejąć je stanowczym postępowaniem. Niektórzy dziennikarze protestowali przeciwko takiemu postępowaniu... Przywódczynią tego protestu była pani Agnieszka Mazuś, b. zastępczyni redaktora naczelnego, która bynajmniej nie ograniczyła się do protestu, a przeszła nawet na Facebooku specjalny kurs hejtowania pod komendą instruktora – eksperta od hejtu, który udzielił jej publicznie porad, jak należy oskarżać, zniesławiać i lżyć przeciwnika. Mam zrzuty z ekranu z tzw. profilu pani Mazuś na Facebooku z całym tym instruktażem zniesławiania, co i jak należy pisać o przeciwniku, gdzie publikować itd. Fakt, że udało się protestującym zaangażować po swojej stronie sporą cześć mediów… Owszem, wystąpiło w tym przypadku coś w rodzaju solidarności branżowej dziennikarzy, tyle że w złej sprawie, bo po stronie nieprawdy. Składając wniosek o likwidację spółki Corner Media i wystawienie gazety na przetarg, aby – jak sądzę – ponownie ją kupić, liczył Pan zapewne na wymiar sprawiedliwości. Tymczasem 18 marca sąd uchylił postanowienie o postawienie spółki w stan likwidacji oraz odwołał likwidatora z jego funkcji. Przyznam, że wiele rzeczy, jakie są udziałem naszego wymiaru sprawiedliwości, nie rozumiem. Wydawałoby się bowiem, że trzy lata braku zarządu w spółce i niemożliwość jej prawidłowego funkcjonowania, nieudana misja kuratora i brak perspektyw na zmianę tego status quo to dość oczywiste i wystarczające powody do ogłoszenia likwidacji. Tymczasem sąd stwierdza, że poprzednia decyzja sądu (zresztą tego samego) o likwidacji była pochopna i przedwczesna. Ja nie mam nic przeciwko temu, żeby sąd znalazł jakiegoś cudotwórcę, który potrafi uzdrowić sytuację w spółce, ale tak, by funkcjonowała ona zgodnie z prawem, by wywiązywała się z ustawowych obowiązków i bym mógł wykonywać swoje prawa z tytułu posiadanych udziałów. A przede wszystkim, aby „Dziennik Wschodni” przetrwał tę burzę i był nadal – jak do tej pory – największą gazetą w regionie. Gazetą prestiżową i obiektywną, nieangażującą się w lokalne wojenki i spory. Janusz Malinowski – publicysta i literat. W okresie czynnego dziennikarstwa jego felietony i reportaże cieszyły się dużą popularnością wśród czytelników. W latach 1993-97 poseł na Sejm RP. Pomysłodawca tytułu „Dziennik Wschodni” i pierwszy wydawca tej gazety do roku 2000.

magazyn lubelski (75) 2021

23


biznes

WAR

SZTAT Czasem podszyty

tekst Magdalena Zabłocka | foto Marcin Pietrusza

Pewnego pięknego wiosennego dnia zadzwoniła moja spanikowana rodzicielka, oznajmiając z płaczem, że rąbnęła ze sklepu deskę do krojenia. Zamarłam. Krystalicznie uczciwa matuś dopuściła się kradzieży?! Toż każdy by poznał, że coś kombinuje, ba!, sama by się przyznała przy kasie, że oto właśnie próbuje dokonać haniebnego czynu, bijąc się przy tym w piersi. Mamusia uważała, że jest skazana na najgorsze kazamaty, długoletni wyrok, stygmatyzację i wiecznie potępienie. Okazało się, że gwizdnęła deskę zupełnie przez przypadek, nie zauważyła rzeczonej opartej o bok koszyka, kiedy wykładała zakupy na taśmę. Na nic zdały się moje prośby i tłumaczenia, żeby deskę po prostu oddała i przeprosiła, matuś przerażona twierdziła, że na drzwiach przybytku na pewno już wisi jej zdjęcie jako osoby poszukiwanej, więc chyżo pobiegła do św. Pawła, gdzie pokutowała dłuższą chwilę, dając do puszki naprawdę sowity datek ku odkupieniu win. Deska kosztowała 12 zł. Matuś brzemię dźwiga do dziś, wstydząc się okrutnie. Drugą tak uczciwą, zacną i dobroduszną osobą, jaką znam, jest Jerzy Kobiałka. Nasz Jurek z Cechu Rzemiosł Różnych w Puławach, Członek Zarządu Izby. Mistrz. Rzemiecha.

24

magazyn lubelski (75) 2021

Kiedy w mroku zegar tyka, dziwne rzeczy dzieją się…

Kazimierski rynek jest jednym z najbardziej urokliwych miejsc na świecie, mało kto wyjeżdża stamtąd, nie ulegając czarowi renesansowych kamieniczek i specyficznej atmosferze, której nie pokonały dotąd nawet hordy turystów, acz coraz bardziej ginie ona w zgiełku, przaśności i tandecie. Ale nie zawsze tak było. Od kamienic Przybyłów, na Czerniawy i Kwaskową Górę, wiedzie ulica Browarna. Obok mieszkał i pracował pewien zegarmistrz, nadając rytm czasowi. – Mój rodzinny dom jest przy rynku, tam się wychowałem, tam ojciec miał swój zakład. Tik-tak, tik-tak, mówił czas, bim-bam, bim-bam, wybijał takt. U Jurka na ścianie wisi ojcowy dyplom mistrzowski, wydany przez Izbę w 1969 roku. Edward Kobiałka, rocznik 1920, był człowiekiem zasad, ale zupełnie niedbającym o ekonomię, postrzeganą przez pryzmat zysku. Tak nakazywał etos, tak nakazywało sumienie. Jurek wcale nie jest inny, przejął ojcową koncepcję świata i konsekwentnie ją realizuje, chociaż czasy ani sumienności, ani szlachetności nie sprzyjają. – Nie chciałem być zegarmistrzem. Za czysto, za cicho, a ja lubię się ubrudzić.


Jak Jurek został strażakiem

Zegary monotonnie i uporczywie odmierzały czas. Cyk, cyk, cyk... Tik, tik, tik, tyk, tyk, tyk… Cyk, cyk, cyk, tik, tik, tik… Ale o pełnej godzinie pracownia na chwilę wyrywała się z letargu, tonąc w miriadach dźwięków. Bim! Bam! Ku-ku! Bim! Bam! Furkotały kukułki, wahadła trzaskały hołubce, stuk-stuk! Łup-łup! Łomotały drzwiczki, iskry szły! Ku-ku, ku-ku! Bim! Bam! Ożywał teatr, grały kuranty, wszystko wokół tańczyło i śpiewało, ciesząc się z kolejnej upływającej godziny, dookoła gamy, allegro i wibrato. Ku-ku, ku-ku... Bim, bam. Orkiestra, stać! Cisza. To było jednak za mało. Jurek był ciekawy świata, a wówczas świat to jeszcze był Kazimierz, podwórko, pracownia ojca, znane kąty i wąwozy, rynek, kamienice. Seraficki mikrokosmos dzieciństwa. Za ciasna ta przestrzeń, za mała. Niedaleko mieściła się straż pożarna, tam było ciekawiej, głośniej, dynamiczniej. Jurek postanowił, że zostanie strażakiem. Bo może, tak myślał sobie, to będzie ten ruch, to będzie ten huk, to będzie ten brud! I był. W zawodowej straży pożarnej Jurek wytrwał dwa lata. – Potem, jak mnie wyszkolili, to im uciekłem.

Dobra krew nie może kłamać

– Kupiłem ten kawałek ziemi za pieniądze, które zarobiłem po świecie. Byłem tu i tam, do domu wróciłem prosto z Frankfurtu. Swoją działalność Jerzy Kobiałka założył w 1987 roku, zaczynał od garażu. Klientów przybywało, bo jego rzetelność i uczciwość, dobra robota, przyciągały. Klient patrzy też, żeby było nie tylko dobrze, ale i tanio, więc jakoś się to kręci, jakoś trwa, mimo że czasy nastały teraz parszywe. Ludzie mówią, że Jurek Kobiałka zawsze robi robotę jak najlepiej, ma ją we krwi, a ona pulsuje mu w żyłach, napędza, nakręca. Nadaje rytm i sens. Tik-tak. Cyk-cyk. Zakład blacharski i lakierniczy, mechanika pojazdowa, wydawałoby się, to rzecz tak odległa od zegarmistrzowskiej pracowni. Pozory. Zwiedzam zakład, który coraz bardziej mnie zaskakuje. Jak to, waga do lakierów? Jak to, światła jak te jupitery? A po co to? A na co to? A do czego to służy? Nadaję jak lokalna rozgłośnia radiowa, bo wszystko to dla mnie takie ciekawe i nowe. Jurek ze stoickim spokojem odpowiada i opowiada. Bajka. Waga jest misterna. Kto by pomyślał, że tak rezolutna, że odważa nawet ciężar papieru? Lakiery! O, kolory

magazyn lubelski (75) 2021

25


umiem rozpoznać, nawet większość nazwać, ale ta feeria barw jest urzekająca. Cała ściana we wzorach z pojemników i pojemniczków, na nich milion oznaczeń, pogubiłam się. Idziemy dalej. Komora lakiernicza. O raju! Marcin, ucieszony, biega obok z aparatem, twierdzi, że światło jest fantastyczne, a Jurek tłumaczy mi, jak ta skomplikowana maszyneria działa. Kluczem jest obieg powietrza, tylko zasady cyrkulacji jakoś są mi obce. Efekt, ten jest urzekający! Samochód lśni, pokryty równiusieńką warstwą lakieru, nie widać, gdzie i co było robione. Fachowa robota! – Dziadek ze strony mojej mamy był zdunem. Zginął w Oświęcimiu. Niemcy go aresztowali, jak szedł na robotę. To był straszny moment dla Kazimierza, „Krwawa Środa”. W nocy z 17 na 18 listopada 1942 roku Niemcy dokonali aktu pacyfikacji. Niektórych aresztowanych rozstrzelali od razu, innych wywieźli do obozów koncentracyjnych. Dziadek Jurka nie przeżył. Łańcuchy? Dużo tych łańcuchów, a po co? Okazuje się, co zresztą zaraz Jurek demonstruje, że łańcuchy służą do odginania uszkodzonych blach. Nie wiedziałam. Są łańcuchy, są jakieś inne ustrojstwa, których nie umiem nazwać, marny byłyby ze mnie blacharz, a i siły trzeba w to włożyć trochę. Najważniejsza jednak jest głowa. Na wysięgniku,

26

magazyn lubelski (75) 2021

pod sufitem, jest zawieszony samochód. Bez obaw wsadzam łepetynę pod spód, wreszcie mogę zobaczyć, jak te bebechy wyglądają od środka, jak to wszystko działa i jeździ. Drobiazgowa robota, jak u zegarmistrza, tylko bardziej brudna i hałaśliwa. Tik-tak, tyk-tyk, łup-łup. Stuk, stuk!

Sacrum

– Uczniów miałem chyba ze dwudziestu, o, tu są ich świadectwa, dyplomy. Remik ma teraz swój własny warsztat w górach. Pan Wojtek twierdzi, że tych uczniów to grubo ponad dwudziestu było. Pan Wojtek jest czeladnikiem w mechanice. Pan Kamil w blacharce. Drugi pan Wojtek też. Jest jeszcze Adam, Tomasz, Daniel i Michał. Dobre chłopaki, się wie. Patrzą w Jurka jak w obraz, urzeczeni, bo Jurek się zna, on wie, zaraz nada rytm, zaraz nada takt, tik-tak. Jak zegarmistrz nakręca ten mechanizm, trybiki chwytają w lot, zębatki ruszają, najpierw mozolnie, powoli, tyk-tyk, szur-szur, coraz sprawniej, coraz lepiej, wiatr w żagle, płyniemy! – Najgorsze są procedury, papierologia, formalności, to zabiera czas, komplikuje wszystko. Komplikuje, bo u Jurka liczy się przede wszystkim robota. Traktuje ją jak świętość, z szacunkiem. Według Jurka ta robota to jego inicjały, podpis i


autoportret. Zawsze widział siebie w warsztacie, praca daje mu satysfakcję. Kiedyś myślał, że pieniądze za tę pracę będą z automatu, że jak coś się robi, to masz, człowieku, i zysk. Życie zweryfikowało tę młodzieńczą naiwność, ale wcale nie zmieniło Jurkowego podejścia do roboty. Strażakiem znowu jest, tyle że w OSP. Jurek jest nie tylko strażakiem, jest też strażnikiem. Rzemieślnicze życie miało i ma swój stały harmonogram. Nawet w czasach pandemii, w końcu rzemiosło niejedną pandemię i niejedną wojnę, niejeden pogrom i kryzys przetrwało. Rzemiosło to constans, opoka, ale żeby mogło trwać, ktoś musi stać na straży. Dbać i hołubić, pielęgnować, łącząc tradycję i nowoczesność. Jurek jest jedną z takich osób. Z dumą, co roku, staje do pocztu sztandarowego, wyprostowany, poważny, na straży zasad i ideałów.

trakt, tu ksiądz przed wojną połączył dwa cmentarze, tu jest ostatnia droga. Szkoda, że nie kwitną jeszcze przylaszczki, utonęlibyśmy w tych fioletowo-niebieskich kobiercach. Chociaż dopiero przedwiośnie, zimno, wiatrzysko wyje i dmie, jest pięknie. Spokojnie, cicho. Tik-tak, upływa nienachalnie czas, pory roku się zmieniają. Ten odwieczny rytm i sens jest na wyciągnięcie ręki. Tik-tak. Siedzimy i rozmawiamy o tym i owym. Nagle Jurek podnosi się z krzesła: – Madzia, ja ci coś obiecałem. Wyciąga akordeon, siada. Gra. „Walc Barbary” z „Nocy i dni”. Jurek pamiętał, nie zapomniał, słowo to słowo, a słowa się dotrzymuje. Taki rzemieślniczy parol. Kot sobie poszedł, nie chciał siedzieć z nami. Koty mają swoją kocią naturę i koci rytm. Tik-tak, czas biegnie nieubłaganie. Musimy wracać.

Rzemieślniczy parol

Nigdy wcześniej nie zwiedzałam kazimierskich wąwozów samochodem. I to jakim! Ubłocony po sam dach jeep żwawo pokonuje wądoły, błoto, wioząc nas w zaklęte dotąd rewiry. Wydawało mi się, że znam Kazimierz i okolice. Nic bardziej mylnego. Jurek odkrywa przed nami nieznany dotąd świat, ze swadą opowiadając o historii miejsc, które mijamy, wymieniając na jednym oddechu nazwy poszczególnych wąwozów. Aż kręci się w głowie. Tu był stary

Magdalena Zabłocka Dyrektor ds. programowych Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Lublinie

magazyn lubelski (75) 2021

27


biz-njus

LPNT S. A. - technologiczne centrum regionu

Bank redukuje CO2 Grupa Santander przyspiesza proces wdrożenia kart przyjaznych środowisku. Do 2025 r. wszystkie karty debetowe, kredytowe oraz pre-paid w Polsce, Portugalii, Hiszpanii oraz Wielkiej Brytanii będą produkowane z PVC z recyclingu oraz na bazie kukurydzy. Dzięki temu każdego roku emisja dwutlenku węgla zostanie zredukowana o ponad 1.000 ton, a roczne zużycie plastiku spadnie o 60 ton. Grupa Santander uprości również swoją ofertę kartową o ponad 30% do 2021. Wprowadzony zostanie jednakowy i nowoczesny wizerunek dla wszystkich kart w całej Europie. Nowe karty, z ekologicznym logo, będą zawierały unikalny wzór dla poszczególnych segmentów klienta, dzięki czemu klienci, w tym osoby niewidome, łatwiej zidentyfikują daną kartę w swoim portfelu. – W ostatnich latach ograniczyliśmy zużycie plastiku w naszych placówkach i centralach, przeszliśmy na energię z OZE, zmieniamy flotę używanych aut na bardziej ekologiczne. Dzięki produkcji kart z materiałów zrównoważonych wkrótce będziemy w stanie jako grupa zredukować emisję o kolejne 1000 ton rocznie – podkreśla Michał Gajewski, CEO Santander Bank Polska.

Klaster Lubelska Medycyna przyspiesza działania w obliczu pandemii

Współpraca międzynarodowa Miasta Lublin w obszarze medycyny i zdrowia staje się coraz intensywniejsza. 5 marca 2021 roku odbyło się spotkanie członków Klastra Lubelska Medycyna i partnerskiego klastra z Łotwy – Latvian Health Tourism Cluster. Jednym z niekwestionowanych priorytetów rozwojowych są zdrowie i medycyna w interdyscyplinarnym powiązaniu z innymi branżami gospodarki, ze szczególnym podkreśleniem roli technologii cyfrowych. Ważne, zwłaszcza w czasie pandemii i po pandemii, jest przyśpieszenie w poszukiwaniach nowych rozwiązań, które zapewnią lepszą opiekę nad pacjentami i poprawią komfort życia wszystkich obywateli. Klaster Lubelska Medycyna to inicjatywa koordynowana przez Gminę Lublin i Uniwersytet Medyczny w Lublinie, w ramach której współpracuje 160 podmiotów z Lublina i województwa lubelskiego związanych z medycyną i zdrowiem. (Biuro prasowe UM Lublin)

28

magazyn lubelski (75) 2021

Misją Lubelskiego Parku Naukowo – Technologicznego S. A. jest wspieranie rozwoju województwa lubelskiego przez stworzenie platformy dla współpracy uczelni, przedstawicieli biznesu i środowiska start-up. LPNT S. A. udostępnia nieruchomości i infrastrukturę techniczną, zapewniając przedsiębiorcom korzystne warunki prowadzenia działalności. LPNT S. A. ma udziały w 20 spółkach technologiczno-wdrożeniowych z dziedzin: biotechnologii, edukacji, branży medycznej, ochrony środowiska i IT. Podpisał ponad 112 umów najmu, a w tym: 6 komercyjnych, 21 startupów w Inkubatorze spółki oraz 85 wirtualnych biur. Obecnie startują dwa projekty mające na celu budowanie potencjału gospodarczego województwa lubelskiego: „Lubelski Park Wspierania Przedsiębiorczości” i Konkurs Urzędu Marszałkowskiego „Lubelski Park Rozwoju Przedsiębiorczości”. Trwa też praca nad projektami UE, z których 6 jest obecnie w realizacji, a 4 oczekują na zatwierdzenie. Lubelski Park Naukowo Technologiczny S. A. Jest, obok firmy Cyber Skiller, współorganizatorem Mistrzostw Polski w Cyberbezpieczeństwie, których finał nastąpił w dniu 16 kwietnia 2021 w siedzibie LPNT S. A. w Lublinie. W przeprowadzeniu konkursu zostanie wykorzystana autorska platforma przeznaczona do edukacji najlepszych specjalistów w dziedzinie cyber security, która została opracowana przez kierownika katedry Cyberbezpieczeństwa UMCS w Lublinie - dra hab. Bogdana Księżopolskiego. LPNT S. A. wspiera i dostarcza wiedzy nie tylko nowym przedsiębiorcom, edukuje również dzieci i młodzież w zakresie nowych technologii, przedsiębiorczości i innowacji. LPNT zaprasza najmłodszych pasjonatów programowania do udziału w 18. edycji Akademii Młodego Inżyniera. Program Akademii zakłada zapoznanie dziecka z robotami LEGO WEDO i OZOBOTAMI, kodowaniem w SCRATCHU oraz językiem programowania PYTHON. Dla najmłodszych przygotowano też kolejną edycję projektu „Przedsiębiorcze dzieciaki”, która ruszy 8 czerwca 2021 roku. Rok 2021 otwiera kolejną pozytywną kartę w działalności LPNT. (ann)


MISJONARSKA 20 Sp. z o. o. www.apartamentyvettera.pl ul. Misjonarska 20, 20-107 Lublin Bartłomiej Pronin tel.: 790-223-223 | b.pronin@capitalia.pl Ewelina Szelest tel.: 790 223 223 | e.szelest@capitalia.pl

APARTAMENTY

Apartamenty Vettera to prestiżowa inwestycja w samym sercu Lublina. Miejsce, gdzie historia łączy się z nowoczesnością. Działka, na której powstaje inwestycja, to ostatnia parcela w obrębie administracyjnym Starego Miasta

VETTERA Historia

Bezpieczeństwo

tarasy

Tradycja

Kameralność

Jakość Zbigniew Walas Lokalizacja Kameralna ulica Misjonarska usytuowana jest między Seminarium Duchownym a zabytkowym budynkiem Starej Słodowni rodziny Vetterów. I tutaj niewątpliwie należy się kilka słów historii… O rodzinie Vetterów słyszał najprawdopodobniej każdy lublinianin, głównie kojarzymy tę zacną rodzinę z Liceum Vetterów przy ul. Bernardyńskiej, którego to byli fundatorami. Twórcą rodu i fortuny był Karol Rudolf Vetter (1810–1883), urodzony w Poznaniu w niezamożnej rodzinie. Jako 16-letni chłopak pracował już na roli i w piwowarstwie. Idąc za swoją pasją, Karol Rudolf Vetter w 1844 roku kupił za 3 tysiące rubli dobra poreformackie przy ul. Bernardyńskiej, zaadaptował majątek na nieruchomość przemysłową i już w 1846 roku ruszyła produkcja bawarskiego browaru. Ważną częścią lubelskiego browaru była również fabryka słodu – dziś Słodownia Rodziny Vetterów. I to


właśnie ona stała się inspiracją do stworzenia nazwy inwestycji, która nawiązuje niewątpliwie do całej historii rodziny lubelskich filantropów. Obiekt ten to piękny industrialny budynek z czerwonej cegły. Klasyczny przykład architektury przemysłowej XIX w. Niestety, obecnie w opłakanym stanie, pomimo faktu, że został uznany za wysokiej klasy zabytek architektoniczny. Lokalizacja jest wymarzona – zabytkowa, historyczna. Ponadto zapewnia nieograniczony dostęp do rozrywek tętniącego życiem miasta, będąc jednocześnie azylem dla osób ceniących sobie spokój i intymność. Kilka minut spacerem od apartamentowców znajdują się najlepsze restauracje, teatry jedno z najpiękniejszych w Polsce – lubelskie Stare Miasto. Niewątpliwym walorem są więc piękne widoki na kolebkę architektoniczną Lublina… Szczęściarzami będą Ci, którzy zamieszkają w apartamentach na ostatnim piętrze, z dużymi, nawet 130-metrowymi tarasami. Kawa z takim widokiem na pewno będzie smakowała wyśmienicie. Od strony północnej rozciąga się cała panorama naszej pięknej – i co ważniejsze, coraz bardziej docenianej – lubelskiej starówki. Brama Trynitarska, Archikatedra, klasztor Dominikanów, Teatr Stary i w końcu Zamek Lubelski. Z takim właśnie niecodziennym – a dla mieszkańców codziennym – pejzażem można budzić się, mieszkając w Apartamentach Vettera. Projekt osiedla stworzony został przez Zbigniewa ­Walasa. Pewnie miłośnicy architektury znają to nazwisko, ale dla tych, którzy architekturę tylko lubią – Zbigniew Walas zaprojektował min. najwyższy budynek w Polsce - wrocławski Sky Tower. Stąd również nietuzinkowa estetyka architektoniczna, która zadowoli grono najbardziej wymagających klientów oraz nowoczesna technologia budowlana jak np. rzadko jeszcze spotykana tzw. , oddychająca elewacja”. Warto tutaj wspomnieć również, że jeden z budynków ma bardzo ciekawą, kaskadową bryłę. Widać, że inwestor dołożył wszelkich starań, by całe osiedle było wykonane z rozmachem i dbałością o najmniejszy szczegół. Ważnym aspektem wpływającym na status inwestycji jest fakt, że osiedle będzie oczywiście ogrodzone i zaopatrzone w monitoring. Nad zagospodarowaniem terenu czuwał architekt zieleni Michał Józewczak – „PLANEA”. Projekt wygląda bardzo interesująco, ponieważ pomimo małego areału projektant pokusił się o dużą różnorodność w wyborze roślin i elementów małej architektury. Kameralność – to kolejny atut. Inwestycja składa się z 2 budynków niskokondygnacyjnych, w sumie tylko 50 lokali mieszkalnych, na ostatnich

piętrach ponad 100 m apartamenty z windą „na wyłączność”. Apartamenty Vettera to również luksusowe wnętrza, części wspólne projektu pracowni ,,Kunkiewicz Architekci” to połączenie najnowszych trendów i wysokiej jakości materiałów. Dodatkowym atutem są nowinki techniczne: ▪ nowoczesne windy z panelami pogodowymi ▪ wideofony ▪ klimatyzacja w standardzie w każdym apartamencie ▪ stacja ładowania samochodów elektrycznych ▪ stacja uzdatniania wody Układy mieszkań zaprojektowane zostały z największym kunsztem architektonicznym, tak by były jak najbardziej funkcjonalne i przestronne. Inwestycja spotkała się z ciepłym przyjęciem ze strony Klientów, niestety zostały już ostanie wolne lokale. Natomiast w związku z tym spółka Misjonarska 20 rozpoczęła prace nad nowym projektem między ulicami Lubartowską a Wodopojną. Możemy być pewni, że inwestor takiego projektu jeszcze nas mile zaskoczy, a na pewno nie rozczaruje. Nowa inwestycja zakłada rewitalizację zabytkowej kamienicy, więc będzie to ciekawa propozycja dla miłośników tego typu nieruchomości – są już pierwsi chętni! Nad projektem będzie czuwał tym razem lubelski architekt Maciej Herman, autor miedzy innymi Active Residence przy ul. Leszczyńskiego. Z uwagi na lokalizację inwestycja zakłada głównie mieszkania inwestycyjne 1- i 2- pokojowe od 30 do 45 m2. Na parterze znajdować się będą lokale usługowe.

Rozpoczęcie sprzedaży spółka planuje jeszcze tej wiosny.


za horyzontem

Dawne zwyczaje

i obrzędy wielkanocne

Śniadanie wielkanocne w chałupie z Bukowej w Muzeum Wsi Lubelskiej, foto K. Wasilczyk

Wielkanoc to największe święto w całym roku kościelnym, obchodzone zarówno przez katolików, prawosławnych, jak i Żydów. Materiały źródłowe potwierdzają niegdyś dwutygodniowy okres świętowania Wielkanocy rozciągający się pomiędzy Niedzielą Palmową a Przewodnią. Kulminacja obchodów Wielkanocy przypadała na Triduum Paschalne, obejmowała dwa, a dawniej nawet trzy dni wielkanocne – Wielką Niedzielę, lany poniedziałek i wtorek wielkanocny. Początek Wielkiego Tygodnia wypełniało gospodyniom w domach katolickich wielkie sprzątanie, takie jakie w żydowskich domach robiono przed świętem Pesach – pranie, czyszczenie mebli, wylepianie szpar w ścianach gliną i bielenie ich wapnem, szorowanie podłóg. I na wsi, i w mieście wietrzono pierzyny, poduszki i kapy, przyodziewek świąteczny oraz codzienną, skromną pościel, powszednie ubrania, a w miasteczku ponadto dywany. Na odświeżonej ścianie szczytowej izby dziewczęta i młode mężatki zawieszały obrazy kultowe, gęsto, jeden przy drugim, tworząc galerie domowych obrazów religijnych. Ramy obrazów i przestrzenie pomiędzy nimi dekorowały kwiatami z bibuły. Zawieszano poświęconą palmę wielkanocną, a w Bukowej na Roztoczu biłgorajskim także kilka pisanek-wydmuszek na patyku nad obrazami.

Wielki Piątek To był dzień pieczenia chleba razowego i drobniejszych wypieków z rozczynu chlebowego. U nas pieczono podpłomyki, u Żydów cebularze. O zmierzchu gospodynie szły na złożenie do grobu Ciała Jezusowego. W okresie „Triduum Paschalnego”, podczas którego wierni przeżywali wydarzenia Męki Pańskiej, był zwyczaj uroczystego przybierania „w ciemnicy”, kwiatami i oświetlania rzęsistym światłem oraz stróżowania

32

magazyn lubelski (75) 2021

i „obchodzenia’ grobów wielkopiątkowych. Do miejsc urządzenia grobu pańskiego, przenoszono z ołtarza głównego Najświętszy Sakrament, który tam pozostawał do Wielkiej Niedzieli. Był też zwyczaj wystawiania straży zbrojnej u grobu pańskiego, gdzie żołnierze lub strażacy w pełnym rynsztunku trzymali wartę. Był zwyczaj obchodzenia grobów przez wiernych, którzy ubierali się na czarno. Właściciele sklepów z tkaninami, wtedy bławatnych, wykazywali zwiększone dochody ze sprzedaży czarnych materiałów.

Wielka Sobota W Żukowie koło Krzczonowa do wiklinowego kosza na święcone, na położonym na dnie kawałku białego lnianego płótna, układało się: chleb, bułkę, masło w szklance, kiełbasę, szynkę, żeberka wędzone lub gotowane, sól, chrzan i oczywiście pisanki. Wkładało się też pierogi np. z kaszą gryczaną, ówczesne świąteczne wiejskie placki. Zwykle szło się ze święconką 6 km do Krzczonowa. Tak przygotowane kosze z jedzeniem święcił kapłan. Poświęconą wodę nabierano we flaszki i ustawiano w domach na parapecie okiennym. Służyła ona domowym i gospodarczym praktykom religijnym. W epopei chłopskiej Władysława Reymonta „Chłopi” jest opis stołu wielkanocnego, przyrządzanego w chałupach bogatych włościan. I tak u Borynów Hanka z Jagusią – jak czytamy – postawiły pod szczytową ścianą z oknem, tą z galerią obrazów świętych, duży stół nakryty cieniuśką białą płachtą, której wręby oblepiła Jagusia szerokim pasem wystrzyganek (wycinanek). Na środku, z kraja od okna, postawili wysoką Pasyjkę, przybraną papierowymi kwiatami, a przed nią na wywróconej donicy baranka z masła… Dopiero zaś pierwszym kołem legły chleby pytlowe i kołacze pszenne… po nich następowały placki żółciuch-


Muzeum Wsi Lubelskiej, na skutek pandemii czasowo niedostępne dla gości, serdecznie zaprasza na wirtualny spacer po wybranych ekspozycjach oraz do obejrzenia krótkich filmów edukacyjnych dla dzieci i dorosłych, zamieszczonych na muzealnym facebooku.

ne… a na ostatku postawili wielką michę ze zwojem kiełbas, ubranych jajkami obłupanymi, a na brytfance całą świńską nogę i galanty karwas głowizny, wszystko zaś poubierane jajkami kraszonymi, czekając jeszcze na Witka, by ponatykać zielonej borowiny i tymi zajęczymi wąsami opleść stół cały.

zwany śmigusem-dyngusem. Bo zostać zawleczoną pod studnię i tam być zlaną kilku wiadrami lodowatej wody w zimny marcowy lub kwietniowy poranek, nie jest miło, ani zdrowo. Jednak ujść sucho, nie zostać oblaną wcale tego dnia, dowodzi braku powodzenia. W Bukowej niedziela przewodnia była i jest do tej pory czasem na oblewanie się wzajemne wodą. W Wielki Poniedziałek nikt się w Bukowej nie oblewa. Oczywiście dzisiaj już nikt nie wrzuca dziewcząt do sadzawek jak kiedyś. W okresie II Rzeczypospolitej oblewano się ze specjalnie robionych sikawek z drewna. Tłok był również drewniany, uszczelniany pakułami lnianymi. Sikawki te nieraz miały pojemność do 1 litra. Oblewano się również z kubeczków „skorupianych”, butelek, konewek drewnianych.

Wielka Niedziela

Wielkanocny wtorek

Kościół obchodzi Zmartwychwstanie Pańskie poprzez radosny obrzęd zwany rezurekcją. Polega on na wyniesieniu Najświętszego Sakramentu z grobu pańskiego i trzykrotnej uroczystej procesji z Monstrancją wokoło kościoła pośród bezustannego bicia dzwonów i śpiewaniu pieśni wielkanocnych z udziałem organów. Tradycja nakazywała w tym dniu witać każdego napotkanego słowami: „Chrystus zmartwychwstał”, „Zmartwychwstał prawdziwie” – odpowiadał pozdrowiony. Choćbyś spotkał śmiertelnego wroga, musisz tego dnia odpuścić, darować – pisze Zofia Kossak w „Roku polskim” – bo ani tych słów wypowiedzieć, ani pocałunku dać nie wolno fałszywie, chowając urazę w sercu. Śniadanie wielkanocne składało się z białego barszczu z rozdrobionymi w nim składnikami święconki. Świąteczne jadło składało się z dużej ilości mięsa i wędlin, na które czekało się z utęsknieniem po kilkutygodniowym poście. A kiedy już wszyscy najedli się do syta, siadali na przyzbie przed swoją pobieloną chałupą, przy pozamiatanym podwórku i radowali się wiosennymi promieniami słońca.

Lany poniedziałek Za godność i ciszę, za powagę Wielkiej Niedzieli, – pisze Zofia Kossak w „Roku polskim” – życie bierze odwet zaraz w poniedziałek. Z samego rana słychać było wrzaski i krzyki, gonitwy, szamotania. W tym dniu ma miejsce pogański zwyczaj oblewania dziewcząt wodą

W tak zwanym trzecim dniu świąt wielkanocnych obchodzone były obrzędy – np. w dawnym Krakowie zwany „Rękawka”, a na wsi gaik-maik. Do obu dostarcza nam wiedzy Zygmunt Gloger, według którego gaik-maik to ludowy obrzęd witający wiosnę obchodzony na dawnej wsi. Polega on na tym, że dziewczęta, ale czasem i chłopcy, stroją zieloną gałąź sosnową we wstążki, jajka, kwiaty, w świecidełka (koraliki) i obnoszą ją po wsiach i dworach, winszując wszędzie doczekania „nowego latka”. Symbolizujące wiosnę i rozkwit przyrody „latko” wprowadzano do wsi przy wtórze pieśni i życzeń pomyślności. Przypomnienie dawnych obrzędów wielkanocnych obrazuje ogromne bogactwo ich form i towarzyszącą im radość, jakie niosą ze sobą święta wielkanocne i rozkwitająca o tej porze roku wczesnowiosenna przyroda. Muzeum Wsi Lubelskiej specjalizuje się w edukacji z obrzędowości wielkanocnej. Uczestnicy przygotowują pod opieką instruktorów składniki święconki: wypiekają w piecu chlebowym baby wielkanocne, wędzą kiełbasę w tradycyjnej wędzarce na wolnym powietrzu, piszą pisanki techniką woskową. Aranżują stół wielkanocny, na którym prezentują swoje wyroby i przy którym spożywają śniadanie wielkanocne. dr Halina Stachyra, kustosz dyplomowany Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie

magazyn lubelski (75) 2021

33


za horyzontem

Pałac

w Osmolicach

tekst i foto Marta Mazurek

Mocno obdrapany, w trakcie remontu, usytuowany trochę jak na patelni... Stoi przy drodze z Pszczelej Woli do Strzyżewic. Przez wysokie bramę i ogrodzenie widać niegdyś okazałą fasadę, która skrywa kilkusetletnią przeszłość tego miejsca. Pałac zaliczany jest do tzw. rezydencji romantycznych i nic dziwnego. Wynika to nie tylko z naukowej klasyfikacji spowodowanej modą z przełomu XVIII i XIX wieku, ale i usytuowaniem. W pobliżu rzeka Kosarzewka łączy się z Bystrzycą, a sam pałac i staw znajdują się w niecce otoczonej niewysokim wzniesieniem. Z romantycznego parku zostało dziś prawie nic, a jednak w czasie spaceru po dawnym majątku wyobraźnia uruchamia się natychmiastowo.

34

magazyn lubelski (75) 2021

Dużo skromnej przestrzeni

O grodzie w Osmolicach wspominał już Jan Długosz, podkreślając jego obronny charakter. Z tego okresu zachowały się m.in. piwnice, które przez miejscowych nazywane są lochami. Przez stulecia rezydencja zmieniała swój wygląd – obecny klasycystyczny zyskała dzięki remontom przeprowadzonym przez dwóch ostatnich właścicieli – rodziny Grabowskich, a następnie Stadnickich. Klasycyzm charakteryzował się wzorowanym na antyku porządkiem w architekturze, stąd w planie budynku, jak i w jego wystroju dominowała symetria. Pałac w Osmolicach ma prostą bryłę pozbawioną dekoracji architektonicznej, wyróżnikiem są kolumny. Od strony bramy wjazdowej znalazły za-


magazyn lubelski (75) 2021

35


stosowanie w portyku zwieńczonym gładkim frontonem. Kolejne cztery zaprojektowane od strony ogrodu i stawu tworzą prostokątny taras łączący salon z ogrodem, na pierwszym piętrze zwieńczony kamiennymi tralkami. Z opisów archiwalnych wynika, że ostatni właściciele majątku w Osmolicach bardziej skupili się na gospodarzeniu i aktywności społecznej niż na samym doposażaniu pałacu. Piętra łączyła klatka schodowa. Na górze znajdowało się sześć amfiladowych pokoi. Na parterze jadalnia, gabinet i kredens miały ozdobne sufity. W budynku nie było ani kanalizacji, ani elektryczności. Miejsce nie słynęło z kolekcji antyków, dywanów czy sreber. Porównując do innych rezydencji z tego okresu na Lubelszczyźnie – było dość skromnie.

Łabędzie na stawie

Posiadłość zajmuje obszar prawie 8 hektarów. Na jej teren wjeżdża się przez wzniesioną w połowie XIX wieku okazała bramę, której wspor-

36

magazyn lubelski (75) 2021

niki zwieńczone są kamiennymi kulami i wazami. Otaczające pałac założenie ogrodowe było wzorowane na parku Czartoryskich w  Puławach. Do dziś z idei ogrodu romantycznego przede wszystkim został staw z zadomowionymi tu łabędziami i wysepką, na której kiedyś stał zabytkowy krzyż. Z dawnego okazałego drzewostanu zachowało się kilka dębów i lip. A jeszcze krótko po wojnie sentymentalny pejzaż miejsca urozmaicały klomby, rzeźby ogrodowe i marmurowe donice. Poza pałacem z zabudowań dawnego folwarku zachowały się do dziś pochodzący z 1847 roku spichlerz, do którego w okresie ostatniej wojny dobudowano suszarnię chmielu, rządcówka oraz modrzewiowy turbinowy młyn wodny. Obecnie liczy sobie ponad 150 lat i jest jednym z siedmiu zachowanych młynów na Bystrzycy. Pomimo że wpisany na listę zabytków, znajduje się w opłakanym stanie. Istnieje też zbudowana przed I wojną światową przez Stadnickich gorzelnia, która wykorzystywana była później jako wytwórnia win owocowych, a następnie przetworów owocowo-warzywnych.


Zmierzch lubelskiego ziemiaństwa

Zofia Stadnicka zmarła w kilka miesięcy po wybuchu wojny, jej mąż hrabia Juliusz nie przeżył bandyckiego napadu, zmarł w wyniku pobicia pod koniec 1943 roku. Obydwoje spoczęli w rodzinnej kaplicy w Bychawce. Ostatniego dziedzica Osmolic żegnały tłumy miejscowych – był powszechnie lubiany i szanowany. Przez kolejny rok majątkiem zarządzał ich kuzyn i pełnomocnik Andrzej Boniecki. Stadniccy nie mieli dzieci, ich krewny miał odziedziczyć cały majątek. Jednak Andrzej Boniecki opuścił Osmolice, a majątek został zlicytowany. Podobnie jak w innych rezydencjach na terenie Polski historię ziemiaństwa zakończył 1944 rok – wkroczenie Armii Radzieckiej i nacjonalizacja majątków. Nie udało się ocalić unikatowych dokumentów, w tym korespondencji wcześniejszych

właścicieli Osmolic z księciem Józefem Poniatowskim czy Tadeuszem Kościuszką. Albo zostały zgrabione, albo posłużyły za podpałkę czerwonoarmistom. Po wojnie w pustostanie ulokowano Liceum Hodowlane, które w 1950 roku zostało połączone z Liceum Pszczelarskim w Pszczelej Woli. W późniejszych latach były tu m.in. internat i przedszkole, część pomieszczeń została przeznaczona na mieszkania. W 2006 roku pałac wraz z częścią sąsiednich budynków trafił w ręce prywatnego właściciela. W jednym z nich znajduje się obecnie Dom Seniora. Od wielu lat pałac jest remontowany. Korzystałam z: www.biblioteka.teatrnn.pl www.archiwalna.strzyzewice.lubelskie.pl/pdf/ bibl_10.pdf.

magazyn lubelski (75) 2021

37


(Julia Kulczycka)

natura

Z psiego

punktu widzenia Nasze społeczeństwo jest coraz bardziej świadome w zakresie komunikacji z psami. Jednak nadal zdarzają się niekontrolowane sytuacje, jak podbieganie dzieci do naszego psa z chęcią pogłaskania czy dokarmienia. Warto się zastanowić, dlaczego pies na nas szczeka, kiedy podnosimy lub wyciągamy w jego kierunku ręce, ciągniemy za sobą walizkę na kółkach lub dlaczego reaguje na osoby niepełnosprawne ruchowo. Warto, ponieważ psów przybywa, a to my, ludzie, powinniśmy korzystać z wiedzy, jaką dają nam behawioryści. Każdy pies posiada inny próg reakcji, po przekroczeniu którego może zaatakować. Może się on zmieniać w zależności od danej sytuacji, nastroju psa, jego stanu zdrowia czy wcześniejszych doświadczeń. Jednak często ignorujemy sygnały przesyłane przez psy. Zdarza się też, że psy są karane za prezentowanie sygnałów agresywnych, które tak naprawdę są sygnałami ostrzegawczymi – np. nie podchodź człowieku, bo się boję. W konsekwencji z czasem uczą się, by tych sygnałów nie wysyłać i przechodzą od razu do ataku w dobrze pojętej obronie własnej. Jak pies z człowiekiem, jak człowiek z psem Psy potrafią informować o swojej tożsamości, stanach emocjonalnych, wieku, płci, stanie zdrowia, ale też i granicach swojego terytorium. Ich „rozmowa” z innymi psami odbywa się poprzez: mowę ciała – kanał wizualny, kanał dotykowy, węchowy oraz głosowo-słuchowy. Komunikacja kanałem węchowym u psów jest podstawową. Psy używają też śliny, moczu, kału oraz wydzielin z gruczołów okołoodbytowych, podogonowych, nadogonowych, jarzmowych, okołoustnych oraz z gruczołów umieszczonych pomiędzy palcami. Na szczególną uwagę zasługuje organ nosowo-lemieszowy, zwany narządem Jacobsona. Zawiera on

38

magazyn lubelski (75) 2021

receptory feromonów, które mają duże znaczenie w komunikacji zwierząt. Oprócz narządu Jacobsona psy posiadają też szereg innych przystosowań do wykrywania substancji zapachowych, jak np. bezwłosą końcówkę nosa (trufla), która jest stale nawilżana za pomocą licznych gruczołów śluzowych. Dlatego tak ważne jest umożliwienie psu wąchania różnego rodzaju zapachów podczas spaceru. Wymaga to od nas cierpliwości, ale i zrozumienia dla swoistego psiego Facebooka, dzięki któremu przekazują sobie różne informacje. Czworonóg, który może wąchać każde ilości, to pies zrelaksowany, lepiej śpiący i spokojniejszy, kiedy zostawiamy go, wychodząc do pracy. Ale zapachy mają też swoją drugą stronę. Nasze psy obszczekują listonoszy, dostawców pizzy i ulotek, bo czują obcy zapach, co może powodować lęk u czworonoga. Tak przenoszone zapachy budzą niepokój u psa, który staje się nerwowy, przybiera obronną pozycję, co nie znaczy, że chce nas zaatakować. Raczej ostrzec. Komunikacja przez mowę ciała To drugi ważny kanał komunikacji, a nadal w dużym stopniu przez nas ignorowany. Sygnały afiliacyjne zachęcają do nawiązania kontaktu i zmniejszenia dystansu. Przykładem może być podejście psa do człowieka i prośba o dotyk, np. trącenie nosem. Natomiast sygnały agonistyczne są wysyłane w celu zwiększenia dystansu. Mogą to być wokalizacje, takie jak warczenie, szczekanie. Co widzi pies? Pole widzenia jest uzależnione od kształtu czaszki i kufy psa. Człowiek poprzez „produkcję” nowych ras psów znacznie wpływa na możliwości komunikacji psa za pomocą kanału wzrokowego. Doskroniowe położenie gałek ocznych u psów powoduje, że mają one dość szerokie pole widzenia – u niektórych ras może ono sięgać nawet 250 stopni. Jednak pole wi-


dzenia stereoskopowego (dwuoczna percepcja głębi) jest już stosunkowo wąskie i sięga jedynie 30–50 stopni. Maksymalna odległość widzenia u psów jest zróżnicowana w zależności od ruchu obiektu. Psy potrafią dostrzec poruszające się obiekty nawet z odległości 900 m. Natomiast w przypadku obiektów pozostających w bezruchu dystans ten zmniejsza się do 500 m. Minimalna odległość ostrego widzenia u psów wynosi ok. 30–50 cm. Kiedy pies głośno szczeka Psy posiadają kilkanaście mięśni, które pozwalają na poruszanie małżowinami usznymi. Dzięki temu z łatwością potrafią zlokalizować źródło dźwięku. Znaczenie ma też kształt – psy o uszach stojących (np. owczarki niemieckie czy owczarki belgijskie) słyszą lepiej niż osobniki z klapniętymi uszami (np. cocker-spaniele czy maltańczyki). Psy mogą porozumiewać się ze sobą za pomocą zróżnicowanych sygnałów głosowych, m.in. takich jak szczekanie, wycie, piszczenie, skomlenie, warczenie, oraz sygnałów niegłosowych, do których zaliczamy dyszenie oraz kłapanie zębami. W procesie komunikacji głosowo-słuchowej ważną rolę odgrywają tonacja dźwięków, długość ich trwania oraz ich częstotliwość. Dźwięki o niskiej tonacji zazwyczaj oznaczają groźbę, natomiast dźwięki o wysokiej tonacji w większości stanowią zachętę do zmniejszenia dystansu. Krótsze trwanie dźwięku oznacza przeważnie większą intensywność emocji psa, ale również – w zależności od kontekstu danej sytuacji – może świadczyć o niepewności i strachu. Natomiast długie dźwięki wskazują na zachowania podjęte przez psa świadomie. Częstotliwość wysyłania sygnałów głosowych świadczy przede wszystkim o stopniu pobudzenia i zaniepokojenia psa. Nasze czworonogi wychwytują również dźwięki, które nie przystają do ich przyzwyczajeń. Np. szczekają na osoby, które utykają. Komunikacja międzygatunkowa W komunikacji pomiędzy psem a człowiekiem ważną rolę odgrywa kontakt wzrokowy. Sygnały wzrokowe mogą służyć skupieniu uwagi na opiekunie, wykonaniu konkretnego zadania, jednak należy pamiętać, że intensywne wpatrywanie się w psa może też być przez niego odebrane jako sygnał grożący. Psy potrafią komunikować się z ludźmi zarówno w sferze emocjonalnej i społecznej, jak i w sferze potrzeb i pragnień. Doskonale odczytują nasze emocje, nastrój oraz sygnały, jakie wysyła człowiek swoją postawą ciała. Zanim pogłaskamy obcego psa, pomyślmy, że tak naprawdę nic o nim nie wiemy – jaki ma nastrój, co lubi. Psy negatywnie odbierają szybkie zbliżanie się na wprost, nachylanie się nad nim czy obejmowanie za szyję (co uwielbiają robić dzieci). Pies w takich sytuacjach czuje się niekomfortowo i wzrasta jego poziom stresu oraz frustracja. Przez ograniczoną możliwość odejścia może poczuć się osaczony. W takich przypadkach interakcja z psem może zakończyć się ugryzieniem czy trąceniem zębami zbliżającej się

ręki. Psom, które potrzebują tzw. bezpiecznej strefy, dedykowana jest międzynarodowa kampania The Yellow Dog Project. Widząc psa z żółtą wstążką, należy uszanować potrzebę czworonoga przestrzeni i braku kontaktu z innymi psami czy ludźmi. Magdalena Świątkowska

Behawiorysta Centre of Applied Pet Ethology (COAPE). Członek Stowarzyszenia Behawiorystów i Trenerów COAPE. Ukończyła wiele kursów z zakresu behawiorystyki zwierząt towarzyszących, m.in.: Terapia psów agresywnych, Analiza komunikacji psów, Trening kooperacyjny. Była Gospodarzem i Sekretarzem na ringach podczas Euro Dog Show w Nadarzynie w 2018 roku oraz podczas IV Międzynarodowej Wystawy Psów Rasowych w Lublinie w 2019 roku. Wspiera stowarzyszenia i fundacje oraz schroniska działające na rzecz zwierząt. Miłośniczka molosów, a prywatnie właścicielka 5,5-letniej bokserki Tosi.

(pod)

tel.+48 604 37 25 85 e-mail: magdalena.swiatkowska@strefapsa.pl http://facebook.com/StrefaPsaPL


okruchy kultury

(KUL)

(EBM)

Paragone. Pasaże sztuki

Nakładem Wydawnictwa KUL ukazała się księga jubileuszowa prof. Lechosława Lameńskiego pt. „Paragone. Pasaże sztuki” pod redakcją Elżbiety Błotnickiej-Mazur, Anny Dzierżyc-Horniak i Magdaleny Howorus-Czajki przygotowana z okazji 70. rocznicy urodzin oraz 45. pracy naukowo-dydaktycznej na Wydziale Nauk Humanistycznych KUL. Dostojny Jubilat, bydgoszczanin z urodzenia, a lublinianin z wyboru, wieloletni kierownik Katedry Historii Sztuki Nowoczesnej i Współczesnej KUL, przez wiele lat był czynnie zaangażowany w działalność uniwersytetu. To także wieloletni prezes lubelskiego oddziału Stowarzyszenia Historyków Sztuki, lubiany dydaktyk, wychowawca kilku pokoleń historyków sztuki oraz ceniony znawca nowoczesnej rzeźby i architektury polskiej. Przygotowana publikacja jest wyrazem uznania i sympatii środowiska naukowego. Zawiera 62 artykuły naukowe badaczy z najważniejszych ośrodków naukowych w Polsce (m.in. Gdańska, Krakowa, Łodzi, Poznania, Torunia, Warszawy, Wrocławia i oczywiście Lublina). Książka została opatrzona bonusem w formie wywiadu filmowego z Jubilatem na płycie DVD, przeprowadzonym przez Grażynę Stankiewicz jesienią ubiegłego roku. (EBM)

Nowożytne rzeźby Muzeum KUL idą do konserwacji

Muzeum Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II w Lublinie otrzymało dotację Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu na konserwację 18 barokowych rzeźb ołtarzowych. Niebawem rozpoczną się prace konserwatorskie w ramach zadania: „Konserwacja nowożytnych rzeźb sakralnych ze zbiorów Muzeum KUL. Etap III ostatni”, czas realizacji: 23 IV – 31 XII 2021. Uniwersytecka kolekcja nowożytnej plastyki ołtarzowej należy do najcenniejszych w Polsce. Rzeźby w przyszłości będą stanowić najważniejszy element stałej ekspozycji w Muzeum KUL – w części poświęconej sztuce religijnej okresu baroku i rokoka. Wartość artystyczna rzeźb pozwoli zbudować narrację, która stanie się bazą w nauczaniu o rozwoju lokalnej plastyki ołtarzowej okresu nowożytnego, a także upowszechni na dużą skalę wiedzę o artystycznej spuściźnie terenów obecnej Lubelszczyzny. W grudniu tego roku odbędzie się wystawa prezentująca efekty prac konserwatorskich. (ann)

Dobra piosenka w Teatrze Muzycznym

„Piosenka jest dobra na wszystko” to widowisko satyryczno-muzyczne oparte na piosenkach z Kabaretu Starszych Panów. Popularne i mniej znane utwory odkrył na nowo reżyser Jerzy Turowicz. Aranżacje muzyków Janusza Bacy i Tomasza Jusiaka zapewniły świeże i współczesne brzmienie. Natomiast pełna dowcipu i humoru sytuacyjnego inscenizacja udowodniła, że twórczość Starszych Panów celnie opisuje również dzisiejszy świat. Liryczne i satyryczne piosenki w wykonaniu solistów i artystów chóru, którym towarzyszą tancerze baletu, stworzyły spójną opowieść, z którą każdy może się identyfikować. Czy z rodziną faktycznie najlepiej wychodzi się na zdjęciu („Rodzina”), czy należy ufać, czy może jednak sprawdzać („Pas cnoty”)? Spójrzmy też z przymrużeniem oka na życie seniorów („Wesołe jest życie staruszka”). Całość uzupełniły pomysłowe rysunki graficzki młodego pokolenia Natalii Salwy. Wystąpili: Dorota Szostak-Gąska, Mariola Zagojska, Monika Rej, Magdalena Rembielińska, Jakub Gąska, Patryk Pawlak i soliści baletu, a także orkiestra Teatru Muzycznego w Lublinie pod kierownictwem Przemysława Fiugajskiego. (Teatr Muzyczny w Lublinie)

40

magazyn lubelski (75) 2021


Wystawa Zbigniewa Jóźwika – naukowca i artysty

Wystawa „Zbigniew Jóźwik. Rysunki i linoryty” została otwarta 25 marca 2021 w Muzeum UMCS. Jest przeglądem blisko 60-letniego dorobku artysty plastyka, a zarazem człowieka pióra. Zbigniew Jóźwik urodził się w 1937 roku w Opolu Lubelskim. Jest doktorem nauk przyrodniczych, wieloletnim adiunktem w Zakładzie Fizjologii Roślin Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, podróżnikiem, artystą grafikiem, bibliofilem, wiceprezesem Lubelskiego Towarzystwa Miłośników Książki, wielokrotnie wystawianym i nagradzanym za swoją twórczość. Zgodnie z założeniem wystawa skupiła się na jego twórczości graficznej. Artysta, biolog i chemik w twórczości graficznej daje przede wszystkim wybrzmieć osobistym przeżyciom, na początek związanym z utratą domu rodzinnego – w linorytach „Osiedla ludzkie”, a następnie z duchowym wzmocnieniem, którego doświadczył, biorąc udział w ekspedycjach polarnych – cykle „Spitsbergen” i „Stawanie się”. Z. Jóźwik posiada również znaczący dorobek jako ilustrator oraz autor opracowań graficznych książek, które od wielu lat ozdabia linorytami albo rysunkami wykonywanymi piórkiem. Również twórczość ekslibrisowa Jóźwika, obejmująca ponad osiemset znaków, doczekała się uznania i licznych omówień – jego prace pełnią funkcję użyteczną, zgodnie z prymarną rolą znaku książkowego. Z kolei karty świąteczne po raz pierwszy trafiły na wystawę grafik, choć od lat stanowią znaczący rozdział w dorobku artysty. (UMCS w Lublinie)

Galeria Biała uchyla ścian

Tym razem lubelska Galeria Biała zaprezentowała depozyty, dary artystek i artystów, zgromadzone w galerii na przestrzeni ponad 35 lat jej funkcjonowania, a także prace premierowe. „Uchylmy ściany tak, jak inni uchylają kapelusze…” to fragment tekstu autorstwa Ryszarda Płazy (1959–1998), który stał się mottem galerii na początku jej funkcjonowania. Po raz pierwszy motto wykorzystano z okazji wystawy „BIAŁA – sztuka bez ścian” w 1994 roku. W cieniu pandemii zyskuje nowe, głębokie znaczenie: otwarcie się na innego, możliwość uważnego przyjrzenia się temu, co już znamy, i temu, co poznajemy, a może przeczuwamy. Założenia wystawy odwołują się do wątków związanych z ciałem, przemijaniem, kondycją fizyczną człowieka, jego kruchością, delikatnością, przemocą i ograniczeniem. Wystawa „Uchylmy ściany” jest wynikiem splotu nieprzewidzianych okoliczności. Pandemia zasadniczo zmieniła funkcjonowanie galerii. Wszystkie zaplanowane w 2020 roku wystawy, które w znacznej mierze opierały się na realizacjach typu „site specific”, musiały zostać przeniesione na następny rok. (Biuro prasowe UM Lublin)

(ann)

Muzeum Nadwiślańskie online

„Nora” na deskach Teatru Osterwy

Teatr im. J. Osterwy w Lublinie przygotował dla widzów klasykę w wydaniu Henrika Ibsena – „Dom Lalki”, czyli „Nora”, w przekładzie Anny Marciniakówny i reżyserii Kuby Kowalskiego, który podjął się również opracowania tekstu. W główne role wcielili się Edyta Ostojak (Eleonora Helmer) i Daniel Dobosz (Torvald Helmer). Premiera sztuki odbyła się 19 marca. Reżyser zrezygnował z oryginalnego ciężkiego sztafażu sztuki, podkreślając jej uniwersalny wymiar, w najbardziej podstawowej warstwie treściowej mówiący o poszukiwaniu prawdy o samym sobie jako człowieku. Drogą wiodącą do celu są bolesne, acz konieczne wybory życiowe. Przekonuje się o tym główna bohaterka sztuki Nora, która w kryzysowym dla swojego małżeństwa momencie wyzwala się z manipulacji, jakiej poddawała się całe życie, infantylizowana najpierw przez ojca, a następnie męża. Uświadamia sobie, że jej bezrefleksyjna zgoda na życie według konwenansów przyczyniła się do zbudowania życia rodzinnego na fałszywych podstawach. Obudzona z „pięknego” snu na jawie, musi podjąć decyzję, co dalej. Widzowie z niecierpliwością oczekiwali, by ponownie mieć kontakt na żywo ze światem sceny. Niestety w związku z ogłoszeniem lockdownu wszystkie pozostałe spektakle zostały odwołane. (ann)

Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym dołączyło do platformy Google Arts & Culture. Jest to jedyne muzeum po tej stronie Wisły, które znalazło się w tym gronie. Google Arts & Culture to platforma stworzona w 2011 r., na której zbiory udostępnia ponad 2000 instytucji kultury z ponad 80 krajów. Wypracowane przez zespół technologie pomagają zachować dzieła kultury i dzielić się nimi z ludźmi na całym świecie oraz umożliwiają kuratorom muzeów tworzenie atrakcyjnych wystaw online i offline. Po miesiącach wspólnej pracy z grupą Edukacja 3.0 MNKD także może pochwalić się kolekcją online. Zaprezentowane zostały dwie wystawy: „Willa pod Wiewiórką”, ukazująca historię Marii i Jerzego Kuncewiczów i ich domu, oraz wystawa „Blacha i drut”, prezentująca warsztat złotniczy. Ponadto na platformie udostępniono ponad 140 elementów odzwierciedlających bogaty zbiór kolekcji muzealnych, począwszy od malarstwa, przez skamieniałości, fotografie, stroje, srebra, aż na zbiorach archeologicznych kończąc. Kolekcje zgromadzone na platformie można oglądać na stronie internetowej, a także dzięki bezpłatnej aplikacji dostępnej na iOS i Androidzie. (Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym)

magazyn lubelski (75) 2021

41


historia

Podróże małe i duże Chełm tekst Andrzej Ranicki | foto Marek Podsiadło

Zamieszanie związane z panującą na całym świecie pandemią spowodowało spore zmiany w wyborze miejsc wypoczynku. I to nie tylko letniego czy zimowego, ale krótszych wypadów poza ścisłym sezonem turystycznym. Już od czerwca zeszłego roku wypoczynek w Polsce cieszył się dużym, żeby nie powiedzieć – ogromnym zainteresowaniem. Tłumy były nad Bałtykiem, tłumy w Tatrach, tłumy na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim. Jeżeli sytuacja epidemiczna nie zmieni się, to te trendy utrzymają się i w tym roku. W związku z tym warto zwiedzić te czasami mniej znane atrakcje województwa lubelskiego. Na początek zwiedzanie zacznijmy od Chełma. Starszym kojarzy się on z manifestem PKWN czy też cementownią. Młodszym ze szkolną wycieczką do Ducha Bielucha. A zajrzeć do Chełma, i to

42

magazyn lubelski (75) 2021

co najmniej na cały dzień, aby zobaczyć coś więcej, naprawdę warto. Jadąc z Lublina, kilka kilometrów przed miastem, w miejscowości Stołpie, po prawej stronie mijamy sporych rozmiarów wieżę. Samotnie stojąca zaraz przy drodze budowla od lat intrygowała ciekawskich. Tajemnicza wieża przez lata była źródłem wielu legend, podań i opowieści. Dopiero dokładne badania przeprowadzone na początku XXI wieku przyniosły sporo informacji. Powstały w XII wieku obiekt był fragmentem niewielkiego grodu o charakterze obronnym. Oprócz wieży znajdował się tu sporych rozmiarów drewniany budynek. Wszystko to otoczone było drewnianą palisadą i fosą zasilaną wodą z pobliskich źródełek. Na ostatnim piętrze wieży znajdowała się kaplica. Są dwie ciekawe hipotezy dotyczące tego wzniesionego w bizantyjskim stylu obiektu (prawie identyczne dwunastowieczne i dato-


wane jeszcze wcześniej wieże znajdują się na terenie obecnej Grecji). Pierwsza z teorii, najbardziej prawdopodobna, to teza o wybudowaniu całego minigrodu dla wielkiej księżnej – żony Romana Halickiego. Wdowa po władcy mogła zostać mniszką i tutaj mógł się mieścić prawosławny monastyr (czyli klasztor). Druga bardziej ciekawa, ale mniej prawdopodobna, że tu ukrywał się zbiegły z Bizancjum cesarz Aleksy III Angelos. O jego pobycie na dworze księcia Romana wspominał w swojej kronice Jan Długosz. Podobna wieża znajdowała się dziesięć kilometrów dalej w miejscowości Białawin. Obecnie są to przedmieścia Chełma, ocalałe fragmenty znajdują się zaraz za miejską oczyszczalnią ścieków. O pochodzeniu ruinek możemy dowiedzieć się ze stojącej tu tablicy informacyjnej.

Z placu na Górkę

Wjeżdżając do miasta, po prawej stronie mijamy aquapark, o którym szerzej można przeczytać na końcu tekstu. Najpierw dojedźmy do samego centrum, zaparkujmy i zacznijmy zwiedzanie miasta. Zaczynamy od placu Łuczkowskiego. W jego central-

nym punkcie znajduje się okazałych rozmiarów studnia miejska. Jest to niestety rekonstrukcja średniowiecznego obiektu, obok niej znajdował się ratusz, którego kontury zaznaczone są cegłą. Z placu udajemy się na Górę Zamkową. Tam kiedyś znajdowało się grodzisko plemienia Lędzian, a następnie kolejno zamek wspomnianego już kniazia Daniela Halickiego i wieża obronna wzniesiona za czasów Kazimierza Wielkiego, co potwierdzają prowadzone od lat badania archeologiczne. Na wzgórzu znajduje się tablica informująca o miejscu, w którym się znajdujemy. Kolejny punkt zwiedzania to okazała świątynia, którą widać już przy wjeździe do miasta. Początki bazyliki sięgają XIII wieku. Początkowo obiekt służył jako cerkiew prawosławna, następnie katedra unicka. Po licznych pożarach obiekt został odbudowany na początku XIX wieku. Przez pewien czas pełnił funkcję soboru prawosławnego.  Po wojnie został świątynią rzymskokatolicką. Warto zwiedzić obiekt, w którym  można rozpoznać ślady po wszystkich tych etapach. W związku z tym nie możemy zapomnieć, że Chełm był kiedyś miastem wielokulturowym. Oprócz wspomnianej już katedry, która służyła wyznawcom

magazyn lubelski (75) 2021

43


prawosławia, unitom, a obecnie katolikom, warto też zajrzeć do cerkwi. Niestety jedyna obecnie czynna to cerkiew św. Jana Teologa. Została wprawdzie zbudowana w latach 1846–1852, ale w środku znajduje się sporo ikon i wyposażenia z innych, nieistniejących już prawosławnych obiektów sakralnych.

chem I wojny światowej. Pewne zdziwienie może wywołać fakt, że znajduje się tu lokal gastronomiczny stylizowany na amerykański westernowy Dziki Zachód o nazwie McKenzee Saloon. Po wojnie zrekonstruowano też kirkut przy ulicy Kolejowej, obecnie znajduje się na nim kilkadziesiąt macew.

Chełmskie judaika

Miasto ogród

Przed wojną miasto zamieszkiwali też Żydzi, którzy przybyli tu już w 1205 roku. Liczba ludności żydowskiej przez lata stale się zwiększała, do 1916 roku społeczność ta stanowiła prawie 72 procent mieszańców. Z 49 kamienic w rynku aż 47 należało do rodzin żydowskich. Z Chełma pochodziło kilku znanych cadyków, znakomita skrzypaczka Ida Hendel czy też ostatni przywódca powstania w getcie warszawskim Szmul Zygielbojm. Tuż przed wybuchem II wojny światowej Żydzi stanowili prawie 50 procent mieszkańców. Z tamtych czasów zachował się budynek synagogi wzniesionej tuż przed wybu-

44

magazyn lubelski (75) 2021

W Chełmie jest wiele interesującej architektury, nie tylko sakralnej. W latach międzywojennych zostało tu wzniesione osiedle „Dyrekcja”, które powstało na zasadzie miasta ogrodu, na które składa się ponad sto budynków mieszkalnych. Krąży opinia, że osiedle zostało zaprojektowane na planie lecącego polskiego orła. Z powodu braku funduszy budowa tej części miasta została przerwana. Podobno swoje istnienie osiedle zawdzięcza interwencji marszałka Józefa Piłsudskiego, który darzył Chełm sporą sympatią. Centralnym punktem osiedla jest modernistyczny gmach, w którym rzekomo został ogłoszo-


ny manifest PKWN w lipcu 1944 roku, a co okazało się historycznym przekłamaniem. Do dziś w podziemiach budynku znajduje się kompletnie wyposażony schron przeciwatomowy. Z jednej strony nowoczesność, z drugiej strony pozostałości architektury garnizonowej z czasów, kiedy miasto znajdowało się pod zaborem rosyjskim. Z tego okresu pochodzą zarówno budynki murowane (m.in. wzdłuż ulicy Hrubieszowskiej), jak i drewniane z ozdobną snycerką. Nadal mieszkają tu ludzie.

W basenie i w podziemiach

Ale największą atrakcją, nie tylko zresztą dla najmłodszych, są podziemia kredowe. Wydobywanie kredy w Chełmie to XIII wiek. Mieszkańcy wydo-

bywali ją w naturalny sposób, powiększając swoje piwnice. Wykopany materiał sprzedawali. W XVII wieku 80 procent domów w centrum Chełma miało swoje powstałe w ten sposób piwnice. I stąd wziął się ogromny, pięciopoziomowy, liczący ponad 40 kilometrów, połączony z sobą kompleks podziemi. Obecna trasa turystyczna liczy 2 km długości. Wybierając się na zwiedzanie, warto się cieplej ubrać, gdyż stała temperatura to 9 stopni. Na zakończenie naszego pobytu w Chełmie proponuję odrobinę relaksu, czyli wizytę we wspomnianym na początku aquaparku, w którym znajduje się naprawdę sporo atrakcji. Przede wszystkim strefa basenów rekreacyjnych z rwącą rzeką, zjeżdżalniami, jacuzzi. Oprócz tego strefa saun z ruską banią, grotą lodową i tężnią solankową. Dodatkowo jest też kręgielnia z czterema torami do bowlingu i sala do gry w squasha. I w ten sposób można w Chełmie spędzić cały dzień.

magazyn lubelski (75) 2021

45


historia

d r o m y O hydn

w Pułankowicac h tekst Mariusz Gado mski, foto zbiory W BP

im. H. Łopacińskieg o

w Lublinie

Widok ul. Królewskiej, przy której w opisywanym czasie prawdopodobnie mieścił się Sąd Kryminalny W tej historii miłość, choć gorąca i namiętna, była zła. Dwojga zakochanych w sobie ludzi doprowadziła do zbrodni. 30 stycznia 1872 r. Andrzej Bućkowski, właściciel osady rolnej we wsi Pułankowice w powiecie kraśnickim, usłyszał o północy dobijanie się do drzwi chałupy. W progu stała sąsiadka Agata Łukasikowa. Była blada i roztrzęsiona. Małżeństwo Łukasików gospodarowało na kilkunastu morgach gruntu. – Andrzeju, pomóżcie! Michał mój życie zakończył! – zawołała z płaczem, a Bućkowski drgnął. Przecież widział męża Agaty całego i zdrowego nie dalej niż dziś po południu. Czym prędzej zbudził posługaczkę i udali się we troje do Łukasików.

Coś tu się nie zgadza... Zwłoki leżały na ławie, twarzą do sufitu. Głowa Michała Łukasika spoczywała na worku sieczki. Jedną nogę miał przykurczoną i opartą o komin, drugą zgiętą ku ziemi. Do pasa był okryty starą parcianką. Łukasikowa wyjaśniła, że mąż przed tygodniem zranił się w nogę, a dziś, wracając do domu, uderzył nią o framugę drzwi. Stękając z bólu, ułożył się na ławie. Agata przykryła go parcianką, a pod głowę wsunęła mu worek z sieczką. – Zaraz potem zaczęły się dziać straszne rzeczy. Michał jęczał, tłukł ciałem o ławę i piec jak szalony. Po półgodzinie ucichł, a gdy podeszłam do niego, już nie żył – powiedziała wdowa. Bućkowski w milczeniu wysłuchał jej opowieści. Spytał, czy po stwierdzeniu zgonu męża dotykała zwłok i czy ktoś jeszcze w tym czasie wchodził do izby bądź z niej wychodził. Tłumaczył, że w przypad-

46

magazyn lubelski (75) 2021

ku nagłej śmierci z niewiadomych przyczyn takie rzeczy są bardzo ważne. Nie umknęło mu, że w oczach Łukasikowej pokazał się strach, zanim na oba pytania odpowiedziała przecząco. Coś mu się nie zgadzało w tej historii. Zrozpaczony ojciec Michała nie uwierzył, że syn zmarł na skutek ataku choroby. Był młodym, krzepkim mężczyzną, nigdy nie cierpiał na poważne dolegliwości. Następnego dnia stary Łukasik udał się do Janowa Lubelskiego, gdzie o zagadkowej śmierci syna rozmawiał z wójtem. Ten z urzędu powiadomił sąd o sprawie. Przeprowadzona sekcja zwłok wykazała, iż Michała Łukasika uderzono silnie w lewą skroń twardym przedmiotem o dwóch guziczkowatych wyniosłościach, powodując tym jego zgon. Rany początkowo nie zauważono, ponieważ zasłaniały ją długie włosy denata. Ponadto Łukasik był duszony za gardło, prawdopodobnie przez silne skręcenie rąbka koszuli.

Z rodziną tylko na zdjęciu Zagadkowe zabójstwo w małej podkraśnickiej wiosce budziło ogromne zainteresowanie opinii publicznej. W kolejnych dniach wieści dochodzące z Pułankowic były coraz bardziej sensacyjne... Z Łukasikami mieszkała ich dwuletnia córka. W czasie zdarzenia dziewczynka spała. Z dorosłych osób w czasie śmierci gospodarza w domu była tylko jego żona. Gdy wzięto ją na spytki, upierała się, że mąż zmarł śmiercią naturalną, skutkiem rany na nodze, która powiększała się, powodując coraz większy ból. W czasie obdukcji kobieta zachowywała się nerwowo, próbując nie dopuścić medyka do pracy.


Chciała mu zapłacić, żeby Michała nie kroił. Takie zachowanie zostało przez sąd uznane za wielce podejrzane. Wywleczono ją z domu i na oczach tłumu włościan zabrano do aresztu w Kraśniku. Została poddana szczegółowemu śledztwu, które w pełni dowiodło, że zaplanowała morderstwo męża. Ale sama nie zabiła. Zbrodnicze ciosy zadał człowiek, którego wpuściła do mieszkania. Był to jej kochanek. Michał Łukasik zakochał się w córce bogatego gospodarza z sąsiedniej wsi Wilkołaz. Przed dziesięcioma laty pojął za żonę piękną Agatę. Niestety, małżonkowie kompletnie nie pasowali do siebie charakterami i upodobaniami. On, łagodny i powolny, miał opinię odludka. Choć liczył dopiero 31 lat, unikał hulanki i karczmy, najchętniej spędzał czas w polu przy pracy, a wieczorami siedział w domu. Natomiast Agata, świadoma swojej urody, uwielbiała wesołe towarzystwo rówieśników i zabawy taneczne w karczmie. – Nie pójdziesz ze mną ty, to znajdzie się ktoś inny – mówiła i nie zważając na protesty, wychodziła. Beztrosko spędzała czas w towarzystwie przystojnych parobków. Michał cierpiał z tego powodu, ale nie umiał skłonić żony do posłuszeństwa. Niewykluczone, iż po pewnym czasie zrozumiała, że takim zachowaniem wystawia sobie złe świadectwo. Nie chcąc być na językach sąsiadów, zarazem jednak nie rezygnując z zabawy, wybrała „złoty środek”. Odtąd na tańcach towarzyszył jej zawsze ten sam mężczyzna. Franciszek Latosz był uzdolnionym tkaczem. Agata pokazywała się z nim bez obaw, że zostanie wzięta na języki. Latosz był bowiem bratem ciotecznym Michała Łukasika. To zamykało plotkarzom usta. Któż podejrzewałby o niecne zamiary bliskiego krewniaka? Sam Łukasik wydawał się być ukontentowany z takiego obrotu sprawy. Uznał, że skoro nie potrafi zatrzymać Agaty w domu, to niech chodzi do miejsc, które lubi, w towarzystwie człowieka, który nie zawiedzie jego zaufania. Wiadomo jednak, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Agata zaczęła zdradzać Michała z Latoszem. Nawet się z tym nie kryła. Spotykali się w Pułankowicach, Kraśniku, Wilkołazie i we wsi Rudnik. Kilka dni przed zabójstwem zbrodnicza para widziana była w Kraśniku. W osobnej izbie szynkowej siedzieli przy stoliku tylko we dwoje i nawzajem częstowali się trunkami.

pluto i odwracano się ze wstrętem. Latosza parę razy pobito. Postanowili pozbyć się Michała. Wtedy będą mogli się pobrać i wyjechać. 30 stycznia 1872 r. zrealizowali zbrodniczy zamysł. Łukasik spał na ławie, jego żona wpuściła do izby kochanka. Latosz kilkakrotnie uderzył gospodarza grubym polanem w głowę. Łukasik ocknął się i próbował walczyć. Wtedy krewniak chwycił go za kołnierzyk koszuli i silnie skręcając oba końce, udusił go. Przystąpili do zacierania śladów morderstwa, pozorując śmierć Łukasika na skutek ataku choroby. Umyli go i zmienili mu koszulę, bo ta, w której został zabity, była poszarpana i poplamiona krwią. To był jeden z błędów, przez które wpadli. Czysta, niewymięta koszula na człowieku, który rzekomo przez pół godziny miotał się z bólu, uderzając ciałem o ławę i piec, wyglądała podejrzanie. Sprawcy nie wzięli też pod uwagę, iż parcianka, którą, wedle oświadczenia wdowy, Łukasik przykrył się, gdy wrócił obolały do mieszkania, musiałaby się z zsunąć z niego w czasie choroby. A jednak był nią opatulony, kiedy w mieszkaniu zjawił się sąsiad. Na to właśnie zwrócił uwagę Andrzej Bućkowski. Następnie przekazał swoje spostrzeżenia policji. Trzecim błędem było zapewnienie Łukasikowej, że zaraz po stwierdzeniu zgonu męża pobiegła do sąsiada. Ten bez trudu odkrył, że kobieta kłamie. Dotykał nieboszczyka i stwierdził potem pod przysięgą, że ciało było zupełnie chłodne. W ciągu kwadransa, jaki rzekomo upłynął od zgonu do pojawienia się sąsiada, zwłoki nie zdążyłyby ostygnąć. Franciszek Latosz utrzymywał, że w czasie zbrodni przebywał w karczmie w Rudniku. Miał na to świadków, m.in. rachmistrzów, którzy wybierali się tego dnia na spis powszechny i przed drogą pokrzepiali się w karczmie. Jednak dochodzenie wykazało, że Latosz wyszedł z karczmy przed dziewiątą. Mógł więc dotrzeć w ciągu paru godzin do Pułankowic i zabić Łukasika. Nie było wątpliwości co do winy kochanków. Wyrokiem Sądu Kryminalnego w Lublinie z dnia 13 (25) września 1872 r. zostali skazani na długoletnie ciężkie roboty na Syberii. Nie wiadomo, jak potoczyły się dalsze losy zbrodniczej pary. Być może po latach spotkali się, a surowy, mroźny klimat i długa rozłąka nie ostudziły ich miłości. Ale to już zupełnie inna historia.

Błąd za błędem Łukasikowie długo nie mogli doczekać się potomstwa. Stracili już wszelką nadzieję. Po 8 latach nieoczekiwanie okazało się, że Agata jest w odmiennym stanie. Urodziła córeczkę. Dziewczynka nie była podobna do Łukasika, tylko do wuja Franka. Jednak Michał dziecko uznał i traktował najlepiej jak potrafił. Natomiast Latosza, który był ojcem dziewczynki, nie uważał już za krewniaka. Sytuacja, w jakiej znaleźli się kochankowie, była nie do pozazdroszczenia. Cała wieś stała po stronie zdradzanego męża, a na widok wiarołomnej żony

Więzienie na Sybe rii, Wikipedia

magazyn lubelski (75) 2021

47


design Maciej Wijatkowski

CZARNO CZ ARNO to widzę

tekst Magdalena Krut foto Pati Robins @patirobins

48

magazyn lubelski (75) 2021


O

Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, czym jest maksymalizm, nie wyrecytowałabym wyklepanej na pamięć regułki, nie wskazałabym konkretnych zasad przy urządzaniu wnętrza w tym stylu. Zamknęłabym oczy i opowiedziałabym o Pati Robins, która jest szaloną maksymalistką, miłośniczką czerni i specjalistką w łączeniu tego w spójną całość. Nie znam nikogo z internetowego świata wnętrz, kto by nie miał, w mniejszym lub większym stopniu, styczności z czterema kątami Pati. Na 59 metrach walijskiego domu Polka stworzyła prawdziwe dzieło sztuki, które podziwiam zawsze z zapartym tchem, niezmiennie od lat. Dokładnie od ponad sześciu, kiedy to po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcia jej domu. Na jednej z grup wnętrzarskich pojawił się post, na widok którego zdołałam wydusić jedynie „wow!!!”. Wszystko za sprawą czerni i niebanalnych dodatków, które w tych oryginalnych wnętrzach wiodą prym. Niestety byłam w mniejszości, bo wnętrza Pati spotkały się wtedy z wielką krytyką. „Jaskinia”, „jak w grobie”, „piekło”, tak określali jej dom internauci, a ja przecierałam oczy ze zdumienia. Po pierwsze dlatego, że nie rozumiałam, dlaczego tak piszą, po drugie nie wierzyłam, że można tak pięknie mieszkać. Wiedziałam, że za kilka lat wszyscy ci, którzy z taką łatwością wystukiwali na klawiaturze niepochlebne słowa, będą bić się w piersi. Nie pomyliłam się! Dziś Pati Robins to marka sama w sobie. Kobieta orkiestra, z talentem do urządzania wnętrz, do fotografii i projektów DIY. Prawdziwa maksymalistka, dla której nie ma rzeczy niemożliwej do zrobienia. Misa z papieru, sztukateria, montaż drzwi czy położenie płytek to dla Pati żaden problem. Jej dom przez to jest jeszcze piękniejszy, bo wszystko zaprojektowała i wykonała sama. Poradziła sobie również z wkomponowaniem sprzętów niepełnosprawnego męża, do tego stopnia, że platforma schodowa na pierwszy rzut oka jest praktycznie niewidoczna. Widoczne są natomiast dodatki i tekstylia, których dobór nie jest przypadkowy. Pati dba o każdy detal dekoracji w najmniejszym szczególe. Wszystkiego jest dużo, jak przystało na maksymalistkę, ale dobrze dobrane do siebie dodatki tworzą bardzo przytulne wnętrza. Lampy, obrazy, sprzęty kuchenne, roślinność, ceramika, poduchy czy dywany to starannie dobrane, zazębiające się jak puzzle elementy. Jest dużo wzorów, kształtów, materiałów, obrazów i zwierzęcych motywów. W wiatrołapie wita nas lampa, klatka z ptakami, którą Pati zrobiła sama. Po przekroczeniu salonowego progu można spotkać misia, stolik pomocniczy, którego podstawą jest podobizna niedźwiedzia. Ściany ozdabiają obrazy z końmi i kotami oraz sztuczna głowa osła. W sypialni nad łóżkiem państwa Robins wisi czaszka kozła, a ścianę zdobi tapeta z małpim gajem. W tych niepowtarzalnych wnętrzach na uwagę zasługują również lampy, które stanowią sporą część dekoracji. Buldog z abażurem na głowie niczym melonikiem, małpa i mysz trzymające w łapkach żarówki czy nogi flaminga jako podstawa. Dużo jest fajansowych figur

o pękatych kształtach, śmiesznych plakatów, koszy, kaktusów. Każdy kąt w tym szalonym domu przestudiowałam tak dokładnie, jak kodeks przed egzaminem z prawa cywilnego. I tak jak w prawie wciąż są nowelizacje, tak wnętrza Pati co chwilę się zmieniają. Jednak ona sama konsekwentnie trzyma się swojej kolorystyki. Wszędobylską czerń otaczają kolory ziemi i ich pochodne. Dużo tu musztardowej żółci, piaskowego beżu, skalistej szarości i różnych odcieni zieleni. W domu Pati nie zobaczymy żywej roślinności. Wszystkie kwiaty są sztuczne, gdyż jak sama twierdzi, do żywych nie ma ręki. Chociaż patrząc na ogrodową florę, myślę, że nie jest to prawda. Jej ogród jest tak samo urodziwy jak dom. Trawy i krzewy otaczające drewniany taras dodają egzotycznego charakteru, a dzięki starannie dobranym meblom i dodatkom ta przestrzeń w okresie letnim zamienia się w dodatkowy pokój. Za sprawą drewna, wikliny i tekstyliów można przyjemnie spędzić czas w przytulnym wnętrzu niezamkniętym sufitem. Jeżeli ktoś uwielbia we wnętrzach dużo i żeby było naprawdę ładnie, a nie potrafi określić swojego stylu, to powinien zajrzeć w te kąty. Odpowiedź kryje się właśnie w nich. Projekty Patrycji są inspirujące, a ona sama zawsze służy radą. Wszystko jest spójne, kompletne, odważne. Skąd u Pati taka odwaga do czerni i miłość do maksymalizmu, nie wiem, wiem natomiast, że ryzyko i odwaga przy urządzaniu wnętrz się opłacają, bo jej dom zapada w pamięć, a ludzie chcą go oglądać. Zapewne nie jestem obiektywna, bo jej styl jest bliski memu, ale trzeba przyznać, że nie da się koło tych wnętrz przejść obojętnie. Ci, co kiedyś wróżyli Pati klęskę, mówiąc, że czarno to widzą, teraz na pewno wiedzą, jak bardzo się pomylili. BLOG: https://www.style-squeeze.com/ Instagram: https://www.instagram.com/patirobins/

magazyn lubelski (75) 2021

49


moda

MOUR

tekst Olga Bronisz, foto Pinterest

GLA

To ulubione słowo Carrie Bradshaw – głównej bohaterki kultowego filmu „Seks w wielkim mieście”, w którym równie ważna jak namiętność, Nowy Jork i losy czterech przyjaciółek jest moda. Polskie określenia przepych, splendor, świetność, wspaniałość nie oddają w pełni tego, co jedno jedyne, brzmiące elegancko i nieco tajemniczo anglojęzyczne słowo – glamour. Ono błyszczy, roztacza aurę, zwraca uwagę, sprawia, że czujemy się jak światowa modowa socjeta. Ale bez zadęcia i tandety. Każdy kolejny rok to nowe odkrywanie glamour, zbudowane na podszeptach, o tym co aktualnie piszczy w światowych sferach mody. A piszczy sporo i z dominującą paletą kolorystyczną. Bo to właśnie kolor jest królem i królową nadchodzącego sezonu. Jeśli garnitur – koniecznie różowy, niebieski, pistacjowy, ale w wersji nieco rozbielonej, pastelowej. Generalnie różne odcienie różu od pudrowego po fuksję to absolutne must have. Tym razem bluzki schodzą na dalszy plan. Zastępujemy je topem, a nawet stanikiem! Jeśli tak, to również w dominującej palecie kolorystycznej. Mimo że kwiaty na wiosnę nie są niczym odkrywczym, w tym roku nasze kwiatowe ubrania tętnią barwą i rysunkiem, a także uwodzą swoją wielkością. A jeśli sukienka z deseniem w całą kwiatową łąkę, to do tego w parze koniecznie mocno przerysowany żakiet – sporo za duży i z zaakcentowanymi ramionami (wracają trendy z lat 80., kiedy kobiety przejęły męską garderobę, otulając się sporo za dużymi marynarkami z wywatowanymi ramionami). Ale niespodzianek w tym sezonie jest nieco więcej. Zazwyczaj zarezerwowane na wieczór srebro można nosić od śniadania. Jako dodatek pod żakiet i jako całość nawet w wersji biurowej. Nosić białą bluzkę trzeba umieć, nie każda z nas to potrafi, więc siłą rzeczy jest nudnym tłem dla równie nudnego żakietu. Tymczasem srebrny top lub podkoszulek są kropką nad i w banalnym zazwyczaj zestawie żakiet – bluzka – spodnie lub spódnica. Uwaga, uwaga – do małych gór ubieramy szerokie spodnie, to również ta chwila, kiedy można nacieszyć się noszeniem szerokich jeansów. A przy okazji jeansów – znowu mamy apetyt na dziurawe ubrania. Ale tym razem nie tylko w modelach z ulubionej tkaniny amerykańskich farmerów. Niesymetryczne/symetryczne dziury mamy w sukienkach, spódnicach i bluzkach. Ponieważ moda wprost lubuje się w skrajnościach, odchodząc od małych gór do szerokich dołów, dodajmy jeszcze słów kilka o dużych, luźnych oversizowych koszulach. Koszulach jak sukienkach, za szerokich, za długich, z odsłaniającymi dekolt wycięciami. Koszule jak sukienki opatulające nas powietrzem i przestrzenią. I pomyśleć, że to jest tylko wierzchołek tej modowej góry lodowej. Na szczęście to dopiero początek sezonu. Jedno jest jednak pewne – wiosna należy do glamour.

G

M


GLA

MOUR


kuchnia

52

magazyn lubelski (75) 2021


Jajka po francusku Jak Lubelszczyzna długa i szeroka, na wielkanocnym stole królują jajka – w 70% jajka faszerowane i zapiekane w skorupkach, pozostałe 30% to najzwyklejsza zwykłość, czyli połówki jaj ugotowanych na twardo i ozdobionych majonezem. Banał. Nasza propozycja jest nieco bardziej wykwintna i bardzo wiosenna. Przepis przedwojenny, przywieziony gdzieś ze Wschodu – prawdopodobnie z Wileńszczyzny bądź Grodzieńszczyzny. Jajka po francusku urozmaiciły tradycyjne i jakże zdobyczne wielkanocne menu tuż po wojnie i przez długie lata PRL-u. Przepis prosty, a smak i wygląd eleganckie. W dodatku przyrządzone z produktów, które zazwyczaj są w domu. A więc! Na półmisku układamy obok siebie niewielkie liście sałaty masłowej, a na niej połówki ugotowanych na twardo jajek, tyle że bez żółtek. Połówki wypełnia-

my groszkiem konserwowym, raczej bez górki. Na każdą z nich kładziemy masę przygotowaną z rozdrobionych żółtek, startego chrzanu, majonezu i pokrojonych w drobną kosteczkę rzodkiewek, soli i pieprzu (według uznania). Masa może spływać na liście sałaty. Wierzch każdego jajka dekorujemy plasterkiem rzodkiewki i gałązką koperku. Dla osób szukających nowych smaków polecam zastąpienie zielonego groszku zieloną oliwką bez pestki. Półmisek z jajkami po francusku to niewątpliwie wiosenna oaza na świątecznym stole. I elegancki konkurent dla zapiekanych jajek. Zrobić, nie zrobić – posmakować warto! Smacznej Wielkanocy, Marta Mazurek

magazyn lubelski (75) 2021

53


winna wino końcówka

, e i c ń a t s W

chodźmy!

Mam ochotę uciec. Zapakować dzieciarnię do auta i jak śpiewała Rodowiczka, patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle. Pewnie to skutek ukąszenia konsumpcjonizmem. Kiedyś szaraki jak ja, nie miały takich zachcianek. Jeszcze do niedawna starsi ludzie mawiali: a co się będę tam pchał? A bo mi tu źle? Trzeba docenić tego benedyktyńskiego ducha przywiązania do miejsca, nieszukania nieba bardziej niebieskiego. Być może to klucz do szczęścia – cieszyć się tu i teraz. Być może ta nasza podróżnicza pasja tak naprawdę odkrywa pustkę i gonitwę za wiatrem. Tak czy owak, i tak bym zwiał, nic na to nie poradzę, gdziekolwiek, byle inaczej gadali, byle doświadczyć zmiany. Od czasu komuny nie czułem się tak bardzo zapuszkowany. Błądząc palcem po mapie i szukając miejsc, gdzie można pojechać bez większego wysiłku, na szybko, łącząc podróż z maksymalną dawką przeżyć winiarskich i kulinarnych, w łbie jak neon daje mi po oczach duszy wielki napis: Alzacja. Wszystko przez ostatnio odkrytego geniusza z Wolxheim – Mathieu Zoellera, który pokazał mi region na nowo. Alzacja ma w sobie ten niezwykły sznyt różnorodności budującej tożsamość. Francja i Niemcy to dwa kulturowe, językowe i mentalne światy, które zdają się wykluczać. Tam tworzą spójną rzeczywistość, jednym z jej fenomenów jest kuchnia i wino. Kuchnię zostawmy – quiche, choucroute, gęsie wątróbki i kougelhopf to tematy fascynujące, nie starczyłoby jednak szpalty. Wino. Podobnie jak w Niemczech, dominują białe – Riesling, Sylvaner, Pinot Gris, Muscat, Gewürztraminer. Z czerwonych niepodzielnie króluje Pinot Noir. I tu, i tam sporo jest win operujących słodyczą, jedni i drudzy, szcze­­ gólnie gdy chodzi o wina jakościowe, preferują te jednoszczepowe.

A jednak! Mimo że dzieli je tak niewiele, Riesling z Alzacji i ten z Palatynatu to dwie opowieści. Jeszcze do niedawna różnica zasadzała się najpierw na słodyczy. Rieslingi alzackie były zdecydowanie bardziej wytrawne. Niemcy przeszły jednak winiarską rewolucję i również u nich wytrawność to trzon peletonu. Tymczasem, niezmiennie, Rieslinga z Alzacji odróżnisz od niemieckiego jak blondyna od rudego, jak pulchnego od chuderlaka. To ostatnie porównanie jest o tyle na miejscu, że Alzatczycy faktycznie produkują wina bardziej krągłe, tłuste, intensywniejsze aromatem, strukturą i alkoholem. Może to czasem powodować pewną ociężałość, brak strzelistości najlepszej Mozeli i polotu Rheingau. Jeśli jednak ta rustykalna oleistość zagra z mineralnością i obroni wielowymiarowość, może być prawdziwie absolutnym doznaniem winiarskim. Nie bez kozery pomyślałem o Alzacji przed Wielkanocą. Umówmy się, to będzie wielkie żarcie. Zwykle tym się kończy, teraz, zamknięci w domach, zdajemy się być na to skazani. Wyrok niewątpliwie pozwolą nam znieść lepiej właśnie alzackie biele. Są stworzone do szynki, kiełbasy, pasztetów, dadzą też radę słodkościom, zwłaszcza tym, które grają nutą orzechową i karmelową. Tak, tak dobrze kombinujecie – mazurki! Jeśli więc nie możemy zapakować auta i kopnąć się do Alzacji, zróbmy sobie Alzację w domach. Ostatecznie podróżowanie kieliszkiem po mapie to najprostszy sposób odkrywania nowych światów – nawet jeśli nie wychodzą one poza obręb naszej jadalni. Kiedyś na pewno uda nam się wyrwać. Usiąść w Weinstube przy kieliszku Pinot Noira, zagryzać flammekueche i patrzeć wesoło w oczy współbiesiadnikom. Bez maseczek i dystansu. Wielkanoc to święta o wyjściu z ciemności i nocy. Wstańcie, chodźmy!

Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych życzymy, Aby ten czas napełnił serca radością i nadzieją, A chwile spędzone w gronie najbliższych dodawały otuchy I pozwalały przezwyciężyć wszystkie trudności.

Prezes Zbigniew Marchwiak, Łukasz Kubiak Zarząd i Pracownicy Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości w Lublinie

54

magazyn lubelski (75) 2021


Port

Lotniczy Lublin otwarty na biznes

Port Lotniczy Lublin wprowadził do swojej oferty nowe usługi adresowane głównie do klientów biznesowych. Pierwszą jest usługa cargo. Uruchomiony został magazyn cargo, a spółka podjęła działania związane z wybudowaniem nowoczesnego terminala. Spółka posiada ok. 400 ha powierzchni, które może wykorzystać do budowania magazynów i składów. Lotnisko posiada szereg atutów: Port Lotniczy Lublin ma status lotniska międzynarodowego, dostępnego przez 24 godziny na dobę. Wyposażony jest w urządzenia nawigacyjne (ILS kat. 2) umożliwiające wykonywanie operacji lotniczych w ograniczonych warunkach pogodowych. Port może obsługiwać samoloty do kodu D, a więc wielkości Boeing 767 czy Airbus A310. Lotnisko jest świetnie skomunikowane z siecią dróg międzynarodowych, ekspresowych oraz z koleją. PLL położone jest przy wschodniej granicy Unii Europejskiej, w bezpośrednim sąsiedztwie najważniejszych przejść granicznych i terminali przeładunkowych do Białorusi, Rosji i Ukrainy. Lotnisko będzie oferowało kompleksową obsługę ładunków lotniczych w zakresie przesyłek importowanych i eksportowanych z i do Portu Lotniczego Lublin. Towar przywieziony na lotnisko przejdzie przez kontrolę bezpieczeństwa i zostanie załadowany do samolotu. Natomiast po przylocie do Lublina ładunek zostanie sprawdzony, przygotowany do odbioru i będzie mógł oczekiwać na przekazanie klientowi. W ramach cargo oferowana będzie także obsługa RFS (Road Feeder Service), czyli transport towaru lotniczego ciężarówkami do samolotu na innym lotnisku. W tym przypadku konieczne sprawdzenie takiego towaru pod względem bezpieczeństwa przeprowadzone zostanie w terminalu cargo PLL. Druga usługa skierowana jest do sektora prywatnego ruchu lotniczego. Lotnisko dysponuje nowoczesnym i komfortowym pomieszczeniem Business Executive Lounge, które chce wykorzystać na rynku usług Business Aviation. Prestiżowy salon wypoczynkowy zapewnia możliwość relaksu. Goście mogą skorzystać z oferty „all inclusive”, która umożliwia skorzystanie z napojów i przekąsek. W saloniku dostępna jest też bezpłatna sieć Wi-Fi. Dla załóg Port Lotniczy Lublin oferuje możliwość bezpłatnego wydrukowania dokumentów, a także skorzystania z oferty biura meteo. Lubelskie lotnisko zapewnia także asystę pracowników Business Executive Lounge przed kontrolą paszportową, indywidualny transport między samolotem a terminalem, organizuje również transport do hotelu. W dniu wylotu personel saloniku VIP zapewni sprawną odprawę, zajmie się sprawdzeniem bagażu i zapewni asystę aż do drzwi samolotu. Dodatkowo lotnisko zapewnia obsługę wszelkich typów samolotów biznesowych z pełną, całodobową ofertą handlingu: sprzątanie pokładu samolotu, serwis wodny, asenizacyjny, GPU, ASU, odladzanie, tankowanie.

magazyn lubelski (75) 2021

55


56

magazyn lubelski (75) 2021

Profile for LAJF Magazyn Lubelski

LAJF Magazyn Lubelski #75  

Advertisement
Advertisement