Page 1


od redakcji

foto Bożena Rożek

Piotr Nowacki

Grażyna Stankiewicz

Wyobraźnia, kreowanie, tworzenie – rodzaj aktywności, z której powstają rzeczy wielkie. Tu, teraz i na przyszłość. I ważne, bo i prawdziwe słowa Alberta Einsteina, klucz do zrozumienia tego, co właśnie dla Państwa przygotowaliśmy: Wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza, bo choć wiedza wskazuje na to, co jest, wyobraźnia wskazuje na to, co będzie. W taki właśnie sposób wpisują się w najnowszy numer LAJF-a nasi bohaterowie: Edward Wąsikowski i jego syn Daniel i opowieść o pięknej tradycji rodzinnego przedsięwzięcia – huty szkła gospodarczego na Lubelszczyźnie, obecnie już jednej z nie tak wielu w całej Polsce. Prof. Piotr Francuz i jego widzenie oddziaływania mediów na nasze postrzeganie rzeczywistości. No i niebywała Krystyna Szydłowska i wiara w to, że niezależnie od wieku i przepracowanych lat nadal, a właściwie ciągle od nowa można przenosić góry. Galeria pozytywnych osób, u których wyobraźnia o biznesie, ogóle społeczeństwa, sztuce i własnym życiu tworzy niepowtarzalne życiorysy i dokonania. I tą dawką pozytywnego myślenia pragniemy się z Państwem podzielić, ciesząc się z wiosny i czekając na Święta Wielkanocne.

Wydawca

Redaktor naczelna


Zdrowych i spokojnych Świąt Wielkiej Nocy, pełnych ciepłej atmosfery, miłości i spokoju,

życzy redakcja LAJF magazyn lubelski


od redakcji

pirat śródlądowy

kocia kołyska

4  Grażyna Stankiewicz, Piotr Nowacki Wyobraźnia, kreowanie, tworzenie

8  Paweł Chromcewicz. Czyści-ciele

9  Grażyna Stankiewicz. Kanapka z szynką i dywan na trawniku

z okładki

społeczeństwo

ludzie

12  Alchemia szkła. Z Edwardem i Danielem Wąsikowskimi rozmawia Aleksandra Biszczad, foto Marcin Pietrusza

18  Escape roomy- rozrywka dla każdego. tekst Anna Góral, foto Jakub Borkowski

24  Wałęsa. tekst Grażyna Stankiewicz, foto Krzysztof Stanek

10 tygiel

kuchnia 24  Alan Hugs- radość dla podniebienia i oka. tekst Aleksandra Biszczad, foto Paweł Waga, Jakub Borkowski.

32 Jarmark Lubelski na Lubartowskiej. tekst Erwin Gałan, foto: Damian Witek, Lubartowska 77

społeczeństwo 26  Najważniejsza jest wyobraźnia. tekst Klaudia Olender, foto Jakub Borkowski

34 biz-njus

zdrowie 35  Endodoncja (leczenie kanałowe).tekst Anna Góral, foto Jakub Borkowski

motoryzacja 36  Ford Kuga po drapieżnym liftingu. tekst Piotr Nowacki, foto Marek Podsiadło, archiwum

podróże 38  Uliczkę znam w Barcelonie. tekst Andrzej Ranicki, foto Watra Travel

historia 52  16/17 marca 1942. tekst Marta Mazurek, foto Marek Podsiadło

kultura 44  Królowa Krystyna. tekst Grażyna Stankiewicz, foto Natalia Wierzbicka

42 okruchy kultury

zaprosili nas 56  Magnetyzmy serca, Kobieco i kryminalnie/ „Zwierciadła” coraz lepsze/Co słychać u Adama i Ewy / Bo w kobietach jest moc/ Michał Rusinek o Szymborskiej/ Lubelskie Dni Autyzmu

galeria 50  Mała wielka sztuka . tekst Aleksandra Biszczad

taki LAJF

60 kalendarium kwiecień/maj


Wiosenne Fit Menu w Fabryce Pizzy!

Reklama

KUGA

Odwiedź Autoryzowanego Dealera i odkryj bogate wyposażenie nowego Forda Kuga:

• aluminiowe felgi 17” • automatyczna klimatyzacja dwustrefowa • elektrycznie otwierana i zamykana klapa bagażnika • podgrzewane przednie fotele i przednia szyba • tempomat • system audio SYNC 3 z ekranem 8”

Sekretarz redakcji: Aleksandra Biszczad a.biszczad@lajf.info Korekta: Magdalena Grela-Tokarczyk NA BOGATO Z NISKĄ RATĄ 643 PLN /mies.* Współpracownicy i korespondenci: Izabella Kimak (izk), Jola Szala (jos), Michał Fujcik (fó), Katarzyna Kawka (kk), W FORD MULTIOPCJE 1,99% Maciej Skarga (ms), Marzena Boćwińska (boć), Monika Murat ( mur ), Marta Zawiślak ( mar), Marek Podsiadło (pod), Marta Mazurek (maz), Anna Góral (ag), Izolda Wołoszyńska (izo), Jerzy Janiszewski (jan), Klaudia Olender (kol), Aleksandra Biszczad (abc), Paweł Chromcewicz (chro), Jacek Słowik (slow). Skład: Irek Winnicki Foto: Marcin Pietrusza (qz), Maks Skrzeczkowski (maks), Daniel Mróz (mró), Michał Patroń (moc), Anna Floryszek-Kosińska (flo), Olga Bronisz (obro), Krzysztof Stanek (sta), Robert Pranagal (gal), Jakub Borkowski (bor) Natalia Wierzbicka (nat), Łukasz Parol (parol). JUŻ Z A

* Rata miesięczna dla Forda Kuga Trend z pakietem Amber X 1.5 EcoBoost, 120 KM, M6, FWD, w promocyjnej cenie brutto 96 900 zawierającej rabat od Ford Polska i Autoryzowanego Dealera, wkład własny 25%, okres finansowania 24 miesiące, przebieg roczny 20 000 km. Zużycie paliwa 6,3 l/100 km, emisja CO2 145 g/km (zgodnie z rozporządzeniem WE 715/2007 z późniejszymi zmianami w WE 692/2008, cykl mieszany). Na zdjęciu Ford Kuga w wersji ST-Line. Oferta ograniczona w czasie i ilości.

# 2017/3/45 egzemplarz bezcenny

REKLAMA i MARKETING: Bartosz Pachucy b.pachucy@lajf.info Wojciech Mościbrodzki w.moscibrodzki@lajf.info

LAJF magazyn lubelski 2017/3/45

NOWY FORD

Alchemia szkła

Jarmark Lubelski na Lubartowskiej

Królowa Krystyna

reklama@lajf.info praca@lajf.info

Przykład reprezentatywny na dzień 16.01.2017. Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania (RRSO) wynosi 8%, całkowita kwota kredytu (bez kredytowanych kosztów) 57 948,67 zł, całkowita kwota do zapłaty 71 897,69 zł, oprocentowanie zmienne 5,95%, całkowity koszt kredytu 13 949,02 zł, w tym opłata przygotowawcza 2 897,43 zł, odsetki 11 051,59 zł, 47 miesięcznych równych rat w wysokości 740,78 zł i ostatnia rata – 34 183,57 zł. Wymóg zawarcia umowy ubezpieczenia AC samochodu – koszt nie jest wliczony do RRSO.

Wydawca: KONO media sp. z o.o, 20-010 Lublin ul. Dolna Panny Marii 5 Prezes Zarządu: Piotr Nowacki (now) p.nowacki@lajf.info

CARRARA - Lublin, ul. Turystyczna 45, tel. 81 746 11 44 www.ford-lublin.pl

ISSN 2299–1689

Regon 061397085, NIP 946 26 38 658, KRS 0000416313 e-mail: kono.media.sp.zoo@gmail.com Treści zawarte w czasopiśmie „LAJF magazyn lubelski” chronione są prawem autorskim. Wszelkie przedruki całości lub fragmentów artykułów możliwe są wyłącznie za zgodą wydawcy. Odpowiedzialność za treści reklam ponosi wyłącznie reklamodawca. Redakcja zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów tekstów, nadawania śródtytułów i zmiany tytułów. Nie identyfikujemy się ze wszystkimi poglądami wyrażanymi przez autorów na naszych łamach. Nie odsyłamy i nie przechowujemy materiałów niezamówionych. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wydawnictwo ma prawo odmówić zamieszczenia ogłoszenia i reklamy, jeśli ich treść lub forma są sprzeczne z linią programową bądź charakterem pisma (art. 36 pkt. 4 prawa prasowego) oraz interesem wydawnictwa KONO media sp. z o.o. Egzemplarz bezpłatny.

Prenumerata

Cena prenumeraty rocznej: 59 zł brutto Nr konta: V oddział Bank Pekao S.A. 42 1240 1503 1111 0010 4544 7511

Adres odbiorcy: KONO media sp. z o.o ul.Dolna Marii Panny 3 20 – 010 Lublin

Oświadczenie: „Wyrażam zgodę na przesyłanie mi przez KONO media sp. z.o.o. ul Dolna Panny Marii 3, 20-010 Lublin, czasopisma "LAJF magazyn lubelski" zawierającego materiały reklamowe i promocyjne. Oświadczam ponadto, że jestem osobą pełnoletnią oraz, że wyrażam zgodę na umieszczenie moich danych osobowych w bazie danych KONO media sp.z.o.o. wydawcy czasopisma „LAJF magazyn lubelski”, a także na korzystanie z nich i przetwarzanie dla celów marketingowych i promocyjnych. Oświadczam, iż wyrażam zgodę na umieszczanie danych osobowych w bazie KONO media sp.z.o.o. wydawcy „LAJF magazyn lubelski” oraz ich przetwarzanie zgodnie z treścią ustawy o ochronie danych osobowych z dn. 29.08.1997 r. (Dz.U.133 poz. 88) wyłącznie na potrzeby wydawnictwa”. KONO media sp.z.o.o. informuje, że przysługuje Państwu prawo wglądu i poprawiania zgromadzonych danych zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych (Dz.U.1997.133.833).

Okładka: Marcin Pietrusza

LAJF magazyn lubelski Lublin 20-010 ul. Dolna Panny Marii 3 www.lajf.info e-mail: redakcja@lajf.info, redakcjalajf@gmail.com tel. 81 440-67-64, 887-090-604 Redaktor naczelna: Grażyna Stankiewicz (gras), g.stankiewicz@lajf.info


pirat śródlądowy

Czyściciele

PAWEŁ CHROMCEWICZ

Jakże lepiej wygląda dziś, po trzech miesiącach obowiązywania ustawy ministra Szyszki, nasza Polska cała. Jak okiem sięgnąć, z ziemi sterczą pnie i pieńki, które kiedyś były paskudnymi drzewami zasłaniającymi widoki, zawalidrogami, sprawcami wypadków i zmorą dozorców oraz właścicieli posesji, zupełnie bezsensownie każdej jesieni sprzątających liście. Teraz będzie czyściej, lżej i piękniej.

8

No, oczywiście, może być jeszcze piękniej, bo przecież zostało całkiem sporo drzew i krzaczorów. Na ich pozbycie się nie starczyło czasu przed początkiem wegetacji i okresem lęgowym ptaszysk, które – jak każdy myśliwy – minister Szyszko uwielbia wyłącznie nadziane ołowiem. Nic straconego, znowu przyjdzie jesień i zima, to dokładniej wyczyści się horyzont. Lepsza część narodu z entuzjazmem przyjęła tę kolejną ustawę czyszczącą zapaskudzoną przez 25 lat rzeczywistość, ruszając do boju z pilarkami, piłami i siekierami. Potwierdza to ponad wszelką wątpliwość, że działalność czyścicieli spod znaku PiS spotyka się z masowym poparciem społecznym, a obce ideowo jednostki, protestujące przeciwko wycince i bredzące coś o ochronie środowiska, są marginalizowane i izolowane przez zaangażowany aktyw narodowy. Bo przecież – nie od dziś wiadomo – naród z partią, a partia z narodem. Wybrańcy suwerena nie ulegali i nie będą ulegać wrogim działaniom gorszego sortu i nie ustaną w zbożnym dziele czyszczenia tej stajni Augiasza ze złogów tuskowo-kwaśniewsko-wałęsowych, a także wszelkich innych zachwaszczeń niszczących zdrową tkankę społeczną. Wprawdzie samego Tuska nie udało się sczyścić w Europie, ale to tylko mała porażka. W Polsce pokaże mu się, jak działa niezależna prokuratura i ile będzie potrafiła z niego wycisnąć. Wyczyszczenie Trybunału Konstytucyjnego dało początek, a końcem wcale nie jest wyczyszczenie plenerów z drzew. Kolejka jest długa i co rusz na listę prac dla czyścicieli trafiają nowe zadania. Ostatnio media, tzw. papierowe, czyli po prostu tradycyjne gazety. Za półtora roku wybory samorządowe i prasa, zwłaszcza regionalna, mogłaby pomóc je wygrać. Bo podobno lepszy sort czyta, w co jakoś trudno mi uwierzyć. No więc, skoro czyta, to jak mu się na piśmie wytłumaczy, gdzie jest prawdziwa Polska i jedynie słuszne wartości, łatwiej PiS-owi będzie dobrać się do konfitur w terenie. Ma w tym pomóc coś, co propagandyści magazyn lubelski (45) 2017

dobrej zmiany nazywają repolonizacją mediów. Karkołomne do przeprowadzenia, ale nie takie numery dla dobra obywateli już robiono. W każdej dyktaturze. Póki jednak prasa jeszcze jest wolna, to może lubelskie gazety staną w obronie przynajmniej dwóch patronów ulic, których chce się wymazać z przestrzeni miasta i świadomości. Bo najpierw czyściciele z Sejmu uchwalili ustawę dekomunizacyjną, czyściciel z Pałacu Prezydenckiego jak zwykle podpisał, a IPN dorobił do niej nazwiska, które mają zniknąć z przestrzeni publicznej. W Lublinie czyszczeniu poddani mają zostać m.in. profesor Henryk Raabe i Jan Hempel. Dlaczego Raabe, założyciel i pierwszy rektor UMCS, znalazł się na liście, naprawdę trudno pojąć. Dzięki niemu mamy w Lublinie wielki ośrodek akademicki, trzy potężne uczelnie, które wyłoniły się z JEGO uniwersytetu i powinniśmy raczej stawiać mu pomniki i tablice dziękczynne. Był lewicowcem, PPS-owcem, nie komunistą. Że działał we wczesnym PRL-u? No taki to był powojenny czas. Że współpracował z komunistami? A z kim miał, żeby w tamtym czasie stworzyć uczelnię? Profesor Henryk Raabe jest postacią wybitną, obrońmy go przed lepszym sortem. Jan Hempel, związany z Lublinem, dwukrotny redaktor wydawanego na początku XX wieku „Kuriera Lubelskiego”, który za teksty w tej gazecie trafił do carskiego więzienia. Filozof, nauczyciel, teoretyk i popularyzator spółdzielczości. Socjalista, który pod koniec życia trafił w objęcia komunizmu, ale został zamordowany przez Stalina w okresie wielkiej czystki. W swych pracach walczył o niezależność ruchu spółdzielczego od jakiejkolwiek partii politycznej. Można powiedzieć – komunista. Ale można też: twórca spółdzielczości, a także – ofiara komunizmu. Hempel na pewno nie jest jednoznaczny. Jak jednoznaczni są jego czyściciele. Jak wszyscy czyściciele wszystkich czasów. Gdyby wiedzieli, że też będą kiedyś wyczyszczeni….


kocia kołyska

Kanapka z szynką i dywan na trawniku

– z dywanem, stołem, kanapą i stojącą lampą. Całości dopełniał znajdujący się tu również odkurzacz. Wychodzący z apteki, sklepu warzywniczego i pobliskiej szkoły zostali obdarowani kartkami z wizerunkiem podobnego pokoju, a także dowiedzieli się, że organizator tej „instalacji” (jedna z kulturalnych instytucji Lublina) pragnie zwrócić uwagę mieszkańców osiedla na fakt zaśmiecania przestrzeni publicznej. Trudno powiedzieć, czy poskutkowało to czyjąś refleksją, ale z pewnością pokój na trawniku zwracał na siebie uwagę. Było nieco abstrakcyjnie, zabawnie, intrygująco i sympatycznie. No i dywan miał całkiem ładny wzorek. Trzeba przyznać, że Lublin posiada jakieś tradycje performance’u, a ze trzy dekady temu niewątpliwym ich popularyzatorem był Jarosław Koziara, obecnie dyżurny dekorator miasta. Pewnego razu Biuro Wystaw Artystycznych, mieszczące się wówczas w budynku dzisiejszej biblioteki wojewódzkiej przy ulicy Narutowicza, zaprosiło na autorski seans z cytryną. Artystyczne zamierzenie polegało na zgromadzeniu w jamie ustnej artysty dużej ilości świeżo wyciśniętego soku z cytryn, wykonaniu przez artystę kilku obrotów wokół własnej osi przy jednoczesnym wypluwaniu na podłogę całej zawartości i tworzeniu tym samym tajemniczego kręgu ze świeżej cytrynowej plwociny. Co J.K. miał na myśli i czego chciał dowieść częściowo zdumionej, częściowo rozbawionej, a częściowo zdegustowanej publiczności, to tylko J.K. sam najlepiej wie, o ile to oczywiście pamięta. No ale to było jeszcze zanim Polska wstąpiła do Unii Europejskiej i cytryny były nie tylko towarem deficytowym, ale i drogim. Co warto wziąć pod uwagę, rozważając artystyczną wartość tej twórczej demonstracji. Natomiast autorce gastronomiczno-towarzyskiego zdarzenia na dworcu PKS teoretycznie powinno było być łatwiej. Ale podobno tam, gdzie jest łatwo, zazwyczaj jest za trudno. magazyn lubelski (45) 2017

FOTO JACEK DALMATA

W mediach społecznościowych znajduję informację o tym, że autorka pomysłu Małgorzata Kaczmarek postanowiła zorganizować biesiadę na wzór znanych z literatury towarzyskich spotkań w przestrzeni, która choć jest pewnego rodzaju tyglem spotykających się tu ludzi, to jednak nie sprzyja integracji. Artystka, która pozyskała na to przedsięwzięcie środki finansowe z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zapragnęła pokazać oblicze polskiej gościnności mogącej połączyć wszystkich ludzi znajdujących się w danej chwili w hali dworca. Jak wiemy z historii sztuki, artyści niejednokrotnie wywracali do góry nogami całe nasze dotychczasowe myślenie o istocie artyzmu, ale tym razem to nijak do tego się ma. Powiem szczerze – jestem zła na autorkę, która za projektem się nachodziła, a efektu nie osiągnęła. Żeby artystycznie zorganizować biesiadę gastronomiczną w entourage’u tak mało przytulnym, jakim jest dworzec PKS w Lublinie, oraz zwrócić na wydarzenie uwagę, trzeba mieć primo – wyobraźnię, secundo – wyczucie estetyki, tertio – pomysł. Siłą pierwszego mocnego wrażenia takiej akcji rzeczywiście powinien być niemal literacki stół z muzykiem grającym np. na wiolonczeli, przytulnymi siedziskami, no i wykwintnym jedzeniem wyglądającym co najmniej jak z XVII-wiecznych holenderskich martwych natur. Tymczasem stół otoczony plastikowymi składanymi krzesłami, z bylejakością w menu i bałaganem siatkowo-prowiantowym na półce obok bardziej przypomina kąt w miejskiej noclegowni niż wydarzenie artystyczne. Powiało pospolitością i brakiem wyczucia estetyki. Nie tak, droga Pani, robi się takie akcje. Albo robimy coś z przytupem, albo zostajemy w domu. Któregoś razu na lubelskim osiedlu Na Skarpie, pomiędzy sieciowym sklepem spożywczym a szeregiem pawilonów handlowych, został zagospodarowany na wzór pokoju kawałek trawnika

GRAŻYNA STANKIEWICZ

Dworzec PKS w Lublinie. W rogu między ścianą a oknem za stołem siedzi kilka osób. Nie wyglądają na podróżnych, raczej na tych, którzy szukają schronienia przed chłodnym marcowym wiatrem oraz miejsca do odpoczynku. Na stole przykrytym białym obrusem stoi kilka białych nakryć obiadowych, fioletowa plastikowa miska z pokrojonymi w ćwiartki jabłkami, białe półmiski z kromkami chleba z szynką, szklanki z herbatą i flakon na wino z sokiem pomarańczowym. Dziwny to miszmasz, zwłaszcza że sytuacja jest projektem artystyczno-społecznym. Patrzę i zastanawiam się, ile w tym sztuki, a ile myślenia o innych.

9


tygiel

(pod)

W Kośminie nad Wieprzem Kraków ma Kossakówkę – neogotycki dwór rodziny Kossaków, a my mamy dwór w Kośminie, w którym wychowała się znakomita polska pisarka Zofia Kossak-Szczucka. Parterowy, wzniesiony w stylu klasycyzującym, położony w pobliżu starorzecza Wieprza, znajduje się przy trasie z Żyrzyna do Warszawy. Pisarka skoligacona była ze słynną rodziną Kossaków, do której należeli malarze Juliusz i Wojciech, a także poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i satyryczka Magdalena Samozwaniec. Zofia, jedna z najwybitniejszych polskich pisarek, znana m.in. z „Pożogi” i trylogii „Krzyżowcy” przetłumaczonej na 16 języków, była także współzałożycielką w 1942 r. Rady Pomocy Żydom „Żegota”. Kossakowie mieszkali w Kośminie do 1911 roku, kiedy sprzedali dwór i przeprowadzili się na Wołyń. Wojna obeszła się z budynkiem łaskawie, w 1944 roku powstała tu szkoła podstawowa, która działa do dziś. Pomimo że od śmierci Zofii Kossak-Szczuckiej minęło prawie 50 lat, dwór nadal żyje swoją przeszłością. We wnętrzach oprócz sal lekcyjnych znajdują się salon z panoramiczną polichromią namalowaną przez Wojciecha Kossaka, salonik pisarki oraz kolekcja kopii obrazów autorstwa Juliusza i Wojciecha Kossaków. (maz) (Dorota Sitkowska)

Bieg Zielonych Sznurowadeł

Lublin na znaczku Współczesną zabudowę Starego Miasta wkomponowaną w panoramę Lublina z XVII wieku uwiecznioną przez miedziorytnika Abrahama Hogenberga przedstawia znaczek pocztowy wydany przez Pocztę Polską z okazji 700-lecia miasta. Autorem znaczka jest malarz i grafik, uczeń Jerzego Tchórzewskiego –Andrzej Gosik, który zaprojektował sto innych znaczków, wśród nich uznany przez filatelistów za najpiękniejszy w 2000 roku – znaczek „1000 lat Wrocławia”. Okolicznościowy znaczek pocztowy z podobizną Lublina ma wymiary 43 na 31 mm, kosztuje 2,60 zł i został wydany w nakładzie 200 tysięcy egzemplarzy. (maz)

10

magazyn lubelski (45) 2017

Listy uczestników zamknięte były już tydzień przed wydarzeniem. Na każdy dystans zapisanych było po 300 zawodników. Start i meta: Marina Puławy. Kategorie Open, kategorie wiekowe, rywalizacje drużynowe, najszybsza puławianka, najszybszy puławianin, najstarsi zawodnicy, najlepsza strefa kibica i najlepsza atmosfera sportowej rywalizacji – tak w skrócie wyglądał Bieg Zielonych Sznurowadeł 2017, który miał miejsce w Puławach 12 marca. W Kategorii Open 5 km najszybszym mężczyzną był Michał Kosior z Łodzi, a najszybciej biegającą kobietą okazała się Joanna Szmit z Łabuń. Najlepsi w półmaratonie byli Michał Orzeł z Lublina i Karolina Wiśniewska z Radomia. Najmłodszy uczestnik Biegu Zielonych Sznurowadeł miał 14 lat, najstarszy 69. W obydwu kategoriach razem wystartowało 551 osób. Bieg został zorganizowany już po raz trzeci, a pomysłodawcą i organizatorem wydarzenia jest Fundacja BezMiar z Puław. (maz)


tygiel

Żywa Biblioteka w Zamościu W Książnicy Zamojskiej w otoczeniu znakomitej kolekcji wolumenów można „wypożyczyć” żywą książkę, jaką jest osoba z bagażem swoich doświadczeń, a która powszechnie uznawana jest przez społeczeństwo za kogoś odmiennego. Międzynarodowy projekt edukacyjny znany na świecie jako „Human Library” to akcja społeczna, która narodziła się w Danii w 2000 roku i z powodzeniem podbija kolejne kraje, miasta i biblioteki, a której celem jest zmiana stereotypowego myślenia. I tak 11 marca w Zamościu Stowarzyszenie Pomocy Dzieciom Niepełnosprawnym „Krok za krokiem” zorganizowało własną edycję, której bohaterami było kilkanaście osób, a ich wspólnym mianownikiem odmienność. Wśród nich znaleźli się m.in. były więzień, kobieta, która była alkoholiczką, osoba bezrobotna, amazonka, samotna matka, osoby niepełnosprawne i obcokrajowcy. – Żywa Biblioteka działa jak prawdziwa biblioteka, z tą różnicą, że książkami są ludzie, a czytanie jest rozmową – mówi Katarzyna Chmura, koordynatorka projektu, u podstaw którego leży edukowanie w kwestii przestrzegania praw człowieka, niwelowanie uprzedzeń, promowanie tolerancji i przeciwdziałanie dyskryminacji. (abc)

Pamięci Bolesława Prusa

(pod)

Budżet obywatelski – aktywnie Wraz z początkiem cieplejszych dni rozpoczęły się zajęcia sportowe dla mieszkańców Lublina finansowane w całości z budżetu obywatelskiego. Dzięki projektowi Aktywny Lublin, a także Aktywny Student i Aktywny Uczeń, na terenie Areny Lublin możemy korzystać z siłowni oraz z zajęć prowadzonych przez instruktora np. ogólnorozwojowego treningu TBC, bazującego na tańcu, a przeznaczonego zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn. A już niedługo ruszą zapisy na aqua aerobik, nordic walking, biegi po Ogrodzie Saskim, specjalne zajęcia gimnastyczne dla seniorów, taniec z małym dzieckiem w chuście, taniec towarzyski, trening funkcjonalny, zumbę, bubble football, paintball, a nawet szachy. To jeden z ciekawszych projektów finansowanych z budżetu obywatelskiego, który od razu spotkał się z dużym zainteresowaniem. To również znak, że Lublin dzięki działaniom takim jak wprowadzenie ekologicznych autobusów, ulg dla aut hybrydowych, Lubelskiemu Rowerowi Miejskiemu, a i wspomnianym darmowym zajęciom sportowym idzie w kierunku miasta nowoczesnego, ekologicznego i dbającego o zdrowie swoich mieszkańców. Więcej informacji na: www.bo2017.pl. (abc)

(pod)

Aleksander Głowacki, bardziej znany jako Bolesław Prus, autor „Lalki”, „Emancypantek”, „Placówki” i „Faraona”, a także wielu nowel napisanych w duchu pozytywizmu, dziennikarz, kronikarz Warszawy oraz miłośnik turystyki pieszej i rowerowej pierwszy raz przyjechał do Nałęczowa w 1882 roku. Tak bardzo uzdrowisko przypadło mu do gustu, że odwiedzał je przez kolejne trzy dekady, stając się częścią historii Nałęczowa. Od siedmiu lat muzeum imienia pisarza, mające swoją siedzibę w pałacu Małachowskich, organizuje Ogólnopolski Konkurs Na Felieton im. Bolesława Prusa, który jest dedykowany miłośnikom twórczości tego pisarza, a także próbującym swoich sił w tym niezwykłym gatunku dziennikarsko-literackim. Prace konkursowe można nadsyłać do końca czerwca. Ogłoszenie wyników planowane jest w dniu 170. rocznicy urodzin Aleksandra Głowackiego 20 sierpnia. Uroczystość wręczenia nagród została zaplanowana we wrześniu, oczywiście w Nałęczowie. LAJF ma przyjemność patronować wydarzeniu. Więcej na www.muzeumlubelskie.pl/Muzeum_Boleslawa_Prusa_w_Naleczowie.pl (ag) magazyn lubelski (45) 2017

11


z okładki

W Rossoszu, niewielkiej miejscowości koło Łęcznej, od prawie 40 lat prężnie funkcjonuje huta szkła Edwanex, produkująca szkło dekoracyjne i opakowania szklane. Przed laty założył ją Edward Wąsikowski, hutnik o duszy artysty, ale mocno stąpający po trudnej ziemi, zwanej biznesem. Dołączył do niego syn Daniel, który do firmy wnosi nowoczesne podejście i kolejne pomysły na rozbudowanie rodzinnego biznesu. Z Edwardem i Danielem Wąsikowskimi rozmawia Aleksandra Biszczad, foto Marcin Pietrusza.

ALCHEMIA SZKŁA 12

magazyn lubelski (45) 2017


EDWARD WĄSIKOWSKI: – Edwanex istnieje od prawie 40 lat, ale w branży jest Pan od o wiele dłużej. Można powiedzieć, że ten pozornie kruchy biznes jest jednak ponadczasowy? – Szkło było i zawsze będzie potrzebne, jednak przetrwanie przez tyle lat na rynku było i wciąż jest nie lada wyzwaniem. Zmieniają się czasy, ludzie i ich potrzeby, a za tym idzie również rynek. Ciągle też musimy nadążać za nowinkami technologicznymi i trendami, ale takimi, które spełnią funkcję szkła gospodarczego. Walczymy też z problemem taniego, ale marnej jakości szkła, które „zalało” rynek. Mnie, jako starego hutnika, aż boli ten widok. Chciałbym, żeby Polacy wyznawali przywiązanie do jakości i polskich produktów. Bo nawet najmniejszy kieliszek może być pięknie wykonany, ponadczasowy i niezwykle funkcjonalny. Życzyłbym sobie, żeby Polacy chcieli gromadzić w swoich domach przedmioty ładne i wartościowe, które przetrwają kilka pokoleń, a nie jeden bankiet. – Urodził się Pan i wychował w Dorohuczy, w której nie było żadnej huty. Jak w takim razie został Pan hutnikiem i to z dala od domu rodzinnego? – Moi rodzice bardzo liczyli się ze zdaniem mojego wuja Stanisława, który pracował w Technikum Przemysłu Szklarskiego w Wołominie pod Warszawą. Zaproponował, żebym udał się tam do technikum. Nie oponowałem, bo praca, którą mogłem dostać po szkole, wydawała się być w miarę stabilna. Po maturze zacząłem pracować w hucie szkła w Kunicach Żarskich. Później powróciłem na Lubelszczyznę i pracowałem przez jakiś czas w hucie szkła Mira w Chełmie. Kilka lat później znowu się przeniosłem, tym razem do Radomska koło Łodzi, gdzie pracowałem w nieistniejącej już hucie szkła Radomsko. Ale przyszedł moment, kiedy chciałem działać na własną rękę. Jak na tak młody wiek, miałem już spore doświadczenie, w końcu uczyłem się zawodu od 14 roku życia! W 1977 r. otworzyłem nieduży zakład szlifierski w Sękocinie Nowym pod Warszawą. Byliśmy blisko rynku zbytu, ale zajmowaliśmy się tylko dekoracją i szlifowaniem kryształów, bardzo popularnych w tamtych czasie. Zatrudniałem kilka osób i szło nam całkiem dobrze. – Ale to chyba było za mało, niebawem znowu wrócił Pan na Lubelszczyznę, z dużo odważniejszym planem biznesowym. – Wróciłem z kilku powodów. Kierowałem się chęcią rozwoju oraz sentymentem do rodzinnych stron. Chciałem sprowadzić tutaj żonę i dzieci, którzy pozo-

stali w Radomsku ze względu na pracę żony. Widywaliśmy się tylko w ciągu weekendów. Tęsknota dawała się we znaki. No i oczywiście nie bez znaczenia był również fakt, że miałem większe ambicje niż prowadzenie zakładu szlifierskiego. Chciałem pracować na szkle wytworzonym we własnej hucie. A więc sprzedałem wszystko i w 1977 r. kupiłem działkę, a właściwie pole w Rossoszu. Dokładnie była to stara chałupa, obora, sad i ponaddwumetrowe pokrzywy. Przez rok walczyłem o pozwolenie na budowę. Opór ze strony lokalnych działaczy partyjnych sprawił, że choć budowa nowego zakładu została rozpoczęta w 1985 r., to pierwsze kieliszki ze szkła wytopionego w moim nowym, wymarzonym piecu powstały dopiero w październiku 1987 r. Były kontrole i duża doza nieufności. Inna też była specyfika surowca – najpierw pracowaliśmy na tłuczonym szkle z butelek z pobliskiej mleczarni. – Wolne wybory w 1989 roku i rodzący się na nowo polski kapitalizm to były ciekawe, ale i trudne lata dla prywatnej przedsiębiorczości. – Sytuacja rozwijała się dynamicznie, ale generalnie nie było lekko. Przez trzy lata po otwarciu huty zmagaliśmy się z dużymi problemami. Rachunki za gaz były bardzo wysokie, ciągle spłacaliśmy odsetki i długi. Panowało za to duże zapotrzebowanie na szkło gospodarcze. Czasem klienci cierpliwie czekali kilka tygodni na dostawę towaru. Produkowaliśmy tonę szkła na dobę, czyli około 6000 kieliszków dziennie. Początkowo zatrudniałem 18 osób, a już w 1991 roku załoga liczyła prawie 80 pracowników. Stało się tak za sprawą rozbudowy huty, zmieniliśmy technologię, to był dla nas duży skok technologiczny. Uruchomiliśmy produkcję z piasku, który sprowadzamy z oddalonej o 700 km Osiecznicy koło Bolesławca, jakościowo najlepszego piasku szklarskiego w Polsce. Z czasem zaczęliśmy produkować szkło kolorowe i mrożone. – Mimo pewnych problemów, z Pana huty w Polskę i świat wyjeżdżały kolejne kieliszki, szklanki i uwielbiane w Niemczech charakterystyczne kufelki z zielonym uszkiem. – Te kufelki tak naprawdę wyciągnęły nas ze sporych kłopotów finansowych. W Niemczech, a konkretnie w Bawarii i Nadrenii, są wręcz niezbędnikiem do picia reńskiego wina, co jest u nich tradycją. Przez długi czas kupowali je od hut w Rumunii, ale po obaleniu dyktatury Ceausescu musieli poszukać innego producenta. Trafili do nas w 1992 roku. Z lekką obawą, ale i ogromnymi nadziejami podjęliśmy się magazyn lubelski (45) 2017

13


tego zadania. To było dla nas bardzo duże zamówienie i krok w przyszłość, ku współpracy z klientami zagranicznymi. Systematycznie rozbudowywaliśmy też hutę. Z czasem szło nam na tyle dobrze, że uruchomiliśmy szlifiernię oraz zakład produkcji opakowań tekturowych. – Jak zmieniała się branża szklarska w Polsce z perspektywy czasu? – W Polsce mamy długą tradycję wyrabiania szkła, pierwsze huty to były zakładane na przełomie XIII i XIV wieku, w XVIII powstały pierwsze manufaktury szkła. Kiedyś na Lubelszczyźnie było dużo hut, byliśmy trzecim pod względem wielkości takim ośrodkiem w Polsce. Większość z nich już nie funkcjonuje. Wystarczy przytoczyć liczbę zatrudnionych osób w Zjednoczonych Hutach Szkła Gospodarczego i Technicznego „Vitropol” w Sosnowcu, trzydzieści lat temu było około 40 000 osób, obecnie około 7000. Innym problemem jest brak szkół uczących tego zawodu. Jeździmy co roku na Targi Glasstec w Düsseldorfie, pojawiają się tam uczniowie szkół technicznych z całych Niemiec. Można powiedzieć, że zawód hutnika wręcz się tam reaktywuje, co można uznać za kontynuację pewnej tradycji, bo niegdyś to właśnie Niemcy przodowali w produkcji szkła, a ich technologie przyjmowały inne kraje. W Polsce nie ma szkół kształcących hutników. W naszej firmie większość pracowników szkolimy sami, a oni z kolei przekazują wiedzę kolejnym. W pewnym momencie mocno nas to ograniczało. Nie mogliśmy rozszerzyć produkcji, bo brakowało nam wykwalifikowanych pracowników.

14

magazyn lubelski (45) 2017

Brak specjalistycznej edukacji dotyczy też projektantów. Kierunki kojarzone z projektowaniem szkła na uczelniach artystycznych mają za mało wspólnego z praktyką. Bez wiedzy o technologii wytwarzania nie można zaprojektować szkła użytkowego. Szkło jako materię po prostu trzeba poznać od podstaw, pracując na nim. – Podobno każdy dzień zaczyna Pan tak samo? – Żyję według ustalonego rytuału: wstaję codziennie o 4.30, ubieram się, piję kawę i przychodzę do zakładu. Robię obchód całej huty, wszystko sprawdzam osobiście. Spoglądam na piec i od razu wiem, czy wszystko jest z nim w porządku. Pracuję w tym zawodzie całe życie. Wiem, że nawet najdrobniejsze szczegóły mogą zaważyć na całości. Huta jest moim domem, a pracownicy wręcz rodziną. Między sobą mówią o mnie: tato. DANIEL WĄSIKOWSKI: – Huta szkła jest obecna w Pana życiu niemal od dziecka, ale początkowo miał Pan inny plan na życie. – Zanim zamieszkaliśmy w Rossoszu na stałe, przyjeżdżałem tu z Radomska do ojca niemal na każde wakacje. I była to najlepsza rozrywka. Miałem czas na zabawę i na pomaganie. Jako kilkuletni chłopiec przybijałem pieczątki na dokumentach w biurze u ojca. Od małego podpatrywałem sztukę wytapiania szkła. Byłem tym zafascynowany, ale marzyłem o innym zawodzie. Chodziłem do klasy humanistycznej i lubiłem zabierać głos, dlatego naturalnym wyborem


było dla mnie prawo. Rodzice nie do końca byli przekonani co do mojej decyzji, ale wspierał mnie wuj Stanisław, ten sam, który wysłał ojca do technikum w Wołominie. Postanowiłem zdawać na prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Miałem dobre perspektywy pracy w zawodzie i dobrze czułem się na sali sądowej. Zdałem egzamin adwokacki, jednak zwyciężyło zamiłowanie do szkła. Pewnego dnia przyjechał do mnie ojciec i powiedział: wracaj, będziesz miał co robić. Wróciłem i nie żałuję. Edwanex to szalenie wymagający biznes, ale jednocześnie bardzo pasjonujący i rozwojowy. Wykształcenie prawnicze przy tym pomaga. Zresztą uważam, że każdy powinien znać podstawy prawa. – A jak pracuje się z ojcem? – Nazywamy to szorstką przyjaźnią. Jesteśmy bardzo podobni, a jednocześnie różni. Mamy zupełnie inne podejście biznesowe, ale szanujemy swoje zdania. Obaj jesteśmy zwolennikami ewolucji, a nie rewolucji. Trudno mówić o jakimś dokładnym podziale obowiązków. Nie mamy z tym problemu, raczej dzieje się to naturalnie. Czasami jesteśmy tak zajęci, że kompletnie mijamy się w firmie. Ojciec pamięta o tradycji wyrabiania szkła, a ja od lat wnoszę pierwiastek nowoczesnego podejścia. Do tej pory pamiętam moment, kiedy mimo oporów ojca, na początku lat 90. wprowadziłem do firmy pierwsze nowinki technologiczne, takie jak fax i telefon komórkowy. Dziś już nieco przestarzałe, oczywiste narzędzia do komunikacji z klientem.

– Jak postrzega Pan przyszłość Edwanexu? – Jestem świadomy tego, że musimy i chcemy podążać za potrzebami rynku, dlatego stopniowo dążymy do automatyzacji części produkcji, np. butelek. Jednak nie zapominamy o tym, że wytapianie szkła to również sztuka, przy czym konieczna jest tutaj znajomość materii. Obecnie 80% produkcji trafia na rynki zagraniczne, czasem do tak odległych miejsc, jak Singapur czy Stany Zjednoczone. Systematycznie rozbudowujemy też hutę. Poprzez promocję wzornictwa na najwyższym poziomie staramy się uświadamiać i wskazywać trendy. Do tego wykorzystujemy media społecznościowe, obecne w życiu codziennym, i od niedawna prowadzimy bloga. Stawiamy na kontakt z użytkownikami naszych wyrobów, dlatego stworzyliśmy sklep internetowy i portal www.szklanydom.pl, którego zadaniem jest promocja nowoczesnego designu i naszych projektów. Ważne jest dla nas również środowisko artystów projektantów. – Dlatego też zaangażowaliście się w Lubelskie Dni Modernizmu? – Naszym przedstawicielem będzie Grażyna Unold projektantka szkła, która wspiera hutę właściwie od jej początków. Co ciekawe Grażyna mieszka i tworzy swoje projekty na LSM i w moich oczach jest ikoną lubelskiego modernizmu. Ponadto zaprosiliśmy wręcz światowej sławy projektantów związanych z modernizmem, Jana Sylwestra Drost i Erykę Trzewik-Drost, z którymi również współpracujemy. Ogłosimy konkurs na projekt talerza z okazji 700-lecia Lublina, a Jan Drost będzie zasiadał w jury konkursowym. Chcemy też zorganizować panel dyskusyjny z udziałem Jana tak, aby przybliżyć magazyn lubelski (45) 2017

15


jego kilkudziesięcioletni dorobek i wkład we wzornictwo szkła w Europie. On fantastycznie czuje szkło, jest artystą, ale tworzącym rzeczy również bardzo praktyczne i uniwersalne. Pracował w technologii szkła prasowanego, które wcześniej było traktowane przez projektantów jako wyrób tani i niewymagający podczas projektowania kunsztu artystycznego. Myślę, że zdecydowanie warto przyjść 19 maja na pierwszy dzień Lubelskich Dni Modernizmu i posłuchać jak Jan Drost będzie opowiadał o tym, jaki wpływ na jego późniejsze prace miał słynny skandynawski design i doświadczenie zdobyte w instytutach w Szwecji oraz o ponad czterdziestu latach pracy w Ośrodku Wzornictwa Huty Szkła Gospodarczego „Ząbkowice” w Ząbkowicach Będzińskich. – Projekty Jana Drosta, m.in. modele z serii Rotor, są obecne w waszej stałej ofercie. – Rotory charakteryzują się znanym wzorem spirali na całej powierzchni. Mają ponadczasowy design i dzięki temu miłośnicy sztuki z czasów PRL polują na nie na portalach aukcyjnych. Niewiele osób o tym wie, ale cała linia produktów z serii Rotor czy też „spirala”, jak zwykliśmy je nazywać, jest wciąż produkowana w naszej hucie. Projekty Jana Drosta idealnie wpisują się w koncepcję szkła gospodarczego, czyli czegoś, co ma dla nas największą wartość. A my przecież cenimy rzeczy piękne i praktyczne. Również tata od czasu do czasu projektuje nowe wzory. – Przy okazji trudno nie zapytać o gusta, czy Polacy chętnie kupują szkło? – Zdecydowanie tak, ale zależy, o jakim szkle mówimy. Największą popularnością cieszy się tanie szkło z masowej produkcji, które można kupić w skandynawskich

16

magazyn lubelski (45) 2017

sieciówkach. Wyodrębnia się jednak coraz większa grupa świadomych konsumentów. Są to miłośnicy designu i pięknego szkła pochodzącego z ręcznej produkcji. Do tej grupy chcemy trafić z naszą koncepcją szkła i to właśnie ich chcemy inspirować. Z drugiej jednak strony uważam, że każdy może sobie pozwolić na szkło dobrej jakości w dobrej cenie. Moim skromnym marzeniem jest, aby w każdym polskim domu znalazł się przynajmniej jeden przedmiot pochodzący z naszej huty. – Ekolodzy twierdzą, że skoro szkło rozkłada się dwa tysiące lat, to jest ono szkodliwe dla przyrody. – Nic bardziej błędnego. Powstało z piasku i ze swoimi naturalnymi składnikami wraca do natury, co nie znaczy oczywiście, że mamy w lesie porzucać butelki czy słoiki. Prawdziwym zagrożeniem dla natury jest plastik. Natomiast szkło ze względu na swoją ekologiczną czystość jest najdroższym opakowaniem dla produktów spożywczych. Osoby dbające o swoje zdrowie nie piją wody z butelek plastikowych, tylko ze szklanych. – A czym właściwie jest szkło? – Szkło to pewna alchemia. Niektórym wydaje się, że szkło to proces technologiczny. Jednak wszystko zależy od składników, najbardziej od jakości piasku. My sprowadzamy piasek z Bolesławca na Dolnym Śląsku, który jest oddalony aż o 700 km od Rossosza. Jest najwyższej jakości. Poza tym szkło potrzebuje sody, mączki wapiennej, potażu, temperatury 1450 st. Celsjusza i dużego wyczucia. O kolorze szkła decydują małe, ale jakże znaczące szczegóły. W zasadzie w procesie wytapiania wszystko jest ważne. I nigdy do końca nie jesteśmy pewni, czy uzyskamy np. oczekiwany kolor. Ten proces wciąż mnie zadziwia i fascynuje.


biznes

Zazwyczaj to gry komputerowe bazują na rzeczywistości i próbują ją naśladować. Gracze, ci młodsi i starsi, zasiadają przed monitorami i wcielają się w rolę żołnierzy i władców państw, piłkarzy i menadżerów piłkarskich, policjantów i przestępców. Na tym tle geneza escape roomów jest niezwykła, ponieważ nie tylko ich pierwowzorem jest rodzaj gier komputerowych, ale i śmiało można powiedzieć, że ów pierwowzór został prześcignięty. Od kilku lat „rzeczywiste” escape roomy, takie jak lubelski Let Me Out, biją rekordy popularności na całym świecie, ponieważ oprócz rozrywki i rozwiązywania łamigłówek dają swoim uczestnikom coś, czego nie może dać żadna gra komputerowe: interakcję z prawdziwymi ludźmi w prawdziwym świecie. Cała misja może udać się dzięki współdziałaniu zespołu, a sama zabawa dostarcza jednocześnie satysfakcji intelektualnej z rozwiązywania zadań, emocji związanej z upływającym na realizację zadania czasu oraz - przede wszystkim - naprawdę przedniej zabawy.

ROOMY rozrywka dla każdego!

Obecna oferta, zlokalizowanego na Starym Mieście w Lublinie, Let Me Out obejmowała do niedawna trzy różne pokoje: Psychiatryk, Kraina czarów i Cela nr 3. Każda z tych trzech scenerii dostarcza jedynych w swoim rodzaju wrażeń - od zachwytu nad światem wprost z bajki, do dreszczyku grozy niczym w dobrym horrorze. Wszystko jest połączone tak, by każda kolejna zagadka prowadziła do następnej. Jak łatwo się domyślić, dzięki temu Let me out to gratka dla każdego, bez ograniczeń wiekowych.

18

magazyn lubelski (44) 2017

Najnowszym pomysłem teamu Let me Out jest Archiwum Kryminalne, które zlokalizowane jest w klimatycznej kamienicy przy Rynku 8. Historia jest osadzona w latach 30. XX wieku. Trzy pokoje: Gabinet Marszanda, Komisariat, Dziupla Złodziei to połączone fabularnie trzy części jednej opowieści, stworzonej wspólnie z Marcinem Wrońskim, słynnym lubelskim autorem kryminałów o komisarzu Maciejewskim. Fabuła jest co prawda oparta na kryminałach tego autora, ale ich znajomość nie jest niezbędna do rozwiązania zagadki. Podpowiemy, że w nieoczywisty sposób spotkamy tam również Poławiaczy Pereł z Teatru Impro. Artystyczna bohema z dawnych lat wpleciona w klimat retro kryminału z historią Lublina w tle, tak pokrótce można streścić fabularyzowaną opowieść noir stworzoną w Archiwum Kryminalnym. To prawdziwy creme de la creme wśród escape roomów, dzięki któremu uczestnicy zabawy stają się detektywami na tropie zagadki, a także świadkami złożonej historii niejakiego Marszanda z Lublina. Już niebawem do trzech pokoi spod szyldu Archiwum


Kryminalnego, a także tych należących do zespołu Let me Out: Psychiatryk, Kraina czarów, Cela nr 3, dołączy kolejny, owiany jeszcze tajemnicą. Łącznie oferta będzie obejmować aż 8 pokoi. Dzięki zróżnicowanym pomysłom na poszczególne escape roomy świetnie czas spędzić może tutaj zarówno cała rodzina, jak i grupa znajomych. To również ciekawy pomysł na niebanalną randkę, a jak wspominają właściciele, goście sami zaskakują ich swoją kreatywnością. W Let me out odnotowano już kilkukrotnie zaręczyny, odwiedziny w ramach wieczorów kawalerskich i panieńskich, komunii i wesela. Trafiają tutaj często także goście z zagranicy, zachwyceni aranżacją i klimatem zabytkowych lubelskich kamienic i ich podziemi. Let me Out i Archiwum Kryminalne to również odpowiednie miejsce na męską przygodę ojca i syna, w którym obaj poczują się jak dziecko, ale doświadczą też adrenaliny podczas wspólnie przeżytej przygody. Wizyta tutaj to także alternatywa dla nudnych wycieczek szkolnych, szczególnie Archiwum Kryminalne sprzyja poznaniu Lublina z nieco innej strony. Rozrywka w escape roomach może być też niebanalnym wstępem do imprez firmowych. Możliwości są duże, bo łącznie we wszystkich pokojach może przebywać aż 50 osób. Rozwiązywanie łamigłówek i wspólny cel zintegruje zespół i dostarczy miłych wspomnień dla całej grupy pracowników. Wachlarz możliwości jest duży, a o zaletach escape roomach można by długo się rozpisywać. Na żywo i namacalnie doświadczamy satysfakcji z rozwiązywanej łamigłówki, musimy przy tym wykazać się spostrzegawczością, sprytem i logicznym myśleniem. I co najważniejsze, gramy zespołowo. Można śmiało powiedzieć, że oprócz przebywania w nietuzinkowej scenerii wybranego pokoju, to jeden z największych atutów tego typu rozrywki. O sukcesie, czyli wyjściu z pokoju, decyduje właśnie wspólne działanie. W erze wyalienowania się przed komputerowym monitorem jest to bardzo miła odmiana. Wszak wspólny sukces smakuje o wiele lepiej!


ludzie

WAŁĘSA tekst Grażyna Stankiewicz foto Krzysztof Stanek

20

magazyn lubelski (45) 2017


31 sierpnia 1980 Powrót pociągiem z obozu wędrownego w Pieninach. Dworzec w Gdańsku wita wyjątkowym rodzajem ciszy. Za to mur otaczający stocznię imienia Lenina aż krzyczy od kolorów – białego, czerwonego i czarnego. Nie mam kluczy do mieszkania, stoję zrezygnowana na klatce schodowej. Mijające mnie sąsiadki biadolą, że cała rodzina czeka pod stocznią na koniec strajków. Ktoś przynosi kubek z herbatą, ktoś inny częstuje kanapką. Starsza pani z drugiego piętra kwituje – Wszystko przez jakiegoś Wałęsę!

Październik 1980 Centrum Wrzeszcza, dawny Hotel Morski przy alei Grunwaldzkiej. Główna siedziba Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Centrum świata. Tu i na plebanii kościoła św. Brygidy – zachodnie agencje prasowe, dyplomaci, poniżej Oriana Fallaci. Na parterze wałuje się ulotki i odbija na sicie plakaty. Wyżej są biura komisji krajowej, biuro interwencji, biuro prasowe, pracownia plastyczna, bufet. Z innymi dzieciakami z techników, zawodówek i liceów siedzimy na schodach i czekamy na przydział. Jedni wezmą ulotki, inni wiaderka z farbą, inni z klejem i plakatami. Związek jest jeszcze niezarejestrowany, działamy nielegalnie. Każdy z nas ma przy sobie kilka kartek z nazwiskami osób z grupy i telefonem do dyżurnego w siedzibie związku. Jeśli złapie nas SB albo milicja, trzeba wyrzucić kartki na ulicę. Na schodach ktoś pociąga mnie za warkocz. Pyta się, czy na pewno chodzę do szkoły i czy przypadkiem nie mam klasówki. Bo on się nie uczył i oto jak skończył.

Grudzień 1980 Premiera „Robotników 80”. Jedziemy do Gdańska razem – Lech Wałęsa, jego ochroniarz, mój kolega Michał i ja. Kino Leningrad przy ul. Długiej pęka w szwach. Wszyscy czekają na Wałęsę. Kiedy wchodzimy spóźnieni, nic nie widzę. Oślepiają nas flesze, ale słyszę niesamowitą wrzawę – oklaski, okrzyki, skandowanie. Większość bohaterów filmu siedzi na widowni. Wzruszenie. 16 grudnia. Przenikliwe zimno. Nie idę do szkoły, jadę do Gdańska. Jestem na liście porządkowych ochraniających obchody rocznicy Grudnia 70. Na ramieniu mam biało-czerwoną opaskę. Na placu przed bramą do stoczni wznoszą się trzy krzyże, montowany na szybko Pomnik Poległych Stoczniowców 1970. Ktoś złorzeczy, że rozleci się, zanim skończy się zima. Nacierający tłum oczywiście nie zwraca uwagi na usiłującą utrzymać porządek nastolatkę. Nad głowami unoszą się słowa psalmu recytowanego przez Daniela Olbrychskiego.

Marzec 1981 Kryzys Bydgoski. W siedzibie związku podminowana atmosfera. Wszyscy dywagują, czy wejdą wojska radzieckie. Ktoś przyjechał z Białegostoku z wiadomością, że


Rosjanie już stoją wzdłuż granicy. Wałęsa zdenerwowany, niewiele go widać na korytarzach. Na parterze pełną parą pracuje drukarnia, w kolejce po świeże biuletyny czekają związkowcy z całego województwa. W sekretariacie stoi dar od Japończyków – pierwsza w Trójmieście kserokopiarka.

Wrzesień 1981 Piękna, słoneczna pogoda. Na Przymorzu w hali Olivia I Zjazd Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. W całym Trójmieście pełno plakatów przestawiających roczne dziecko w koszulce z charakterystycznym napisem. Wokół Wałęsy powstają różne frakcje. Najstarsi stażem współpracownicy twierdzą, że Lechu otacza się niewłaściwymi doradcami. Tymczasem wszędzie kłębią się dziennikarze. Po starej znajomości przewodniczący udziela wywiadu szkolnej gazecie. Rozmowa jest nagrywana na wielkim szpulowym magnetofonie, który ledwo mieści się w turystycznym plecaku.

Grudzień 1981 Niedziela 13 grudnia. Najpierw niekończący się sznur czołgów jadących z jednostki wojskowej przy plaży w Oliwie w stronę Gdańska, potem próba przechwycenia wiadomości z zagłuszanego Radia Wolna Europa i wyjazd do Wrzeszcza pod siedzibę związku. Na miejscu okropny widok. Na parterze pootwierane na oścież drzwi drukarni, unoszące się na wietrze ulotki i dokumenty. W czteropiętrowym

22

magazyn lubelski (45) 2017

budynku nikogo nie ma. Za to dookoła tłum gapiów. Ktoś mówi, że Wałęsa jest już na Łubiance, inni, że został aresztowany.

Listopad 1982 Blokowisko na Zaspie. Długi budynek z balkonami od strony kolejki podmiejskiej. Na jednym z nich z okazji różnych świąt narodowych pojawia się ręcznik – biały z czerwonym napisem „Solidarność”. 14 listopada późnym popołudniem nikt nie patrzy w stronę balkonu, tylko w kierunku ulicy. Niedowiarkowie nie wierzą, że puścili go z internowania. Oczekiwanie się dłuży, robi się chłodno. W końcu przyjeżdża. Przeprasza, że musi iść, ale Danusia z dziećmi czeka.

Październik 1983 Komitet Noblowski przyznaje Lechowi Wałęsie Pokojową Nagrodę Nobla. Po raz kolejny spotykamy się pod blokiem na gdańskiej Zaspie. Lech przemawia, stojąc w oknie. I znowu cały parking osiedlowy jest pełen ludzi. Rozchodzimy się przed północą. Tych spotkań przed nami jeszcze całe mnóstwo.

Czerwiec 1989 Pierwsze w powojennej Polsce demokratyczne wybory. Na ulicach króluje plakat z kowbojem, bohaterem westernu „W samo południe”. Bodaj w każdej komisji wyborczej jest solidarnościowy


mąż zaufania. Na Przymorzu wyborcy przynoszą członkom komisji ciasto, słodycze, kawę w termosach. Wałęsa jeszcze tym razem głosuje na Zaspie. W południe obowiązkowa msza święta w kościele Świętej Brygidy. Potem spotkanie na plebanii u ks. Henryka Jankowkiego. Zanim Wałęsa wejdzie do środka, staje na podeście schodów i mówi do nas tym swoim zwyczajnym językiem. Zawsze w tym samym miejscu, od kilku lat.

Listopad 1989 W Waszyngtonie w Kongresie USA Lech Wałęsa rozpoczyna swoją wypowiedź od słów: My, naród!, odnosząc się do sentencji zawartej w amerykańskiej konstytucji . – Oto słowa, od których chcę zacząć moje

przemówienie. Nikomu na tej sali nie muszę przypominać, skąd one pochodzą. Nie muszę też tłumaczyć, że ja, elektryk z Gdańska, też mam prawo się na nie powoływać.

Grudzień 1990 Ostatni miesiąc starego roku. Polska z impetem wchodzi w okres transformacji ustrojowej. Jadąc kolejką podmiejską z Gdańska w stronę Gdyni, mijam ciągle ten sam płot otaczający stocznię. Za chwilę Lech Wałęsa zostanie zaprzysiężony na prezydenta RP. 9 marca Lech Wałęsa spotkał się z mieszkańcami Lublina w Centrum Kongresowym Uniwersytetu Przyrodniczego. Kilkusetosobowa sala była pełna.

Reklama


radość dla podniebienia i oka

Alan Hugs tekst: Aleksandra Biszczad foto: Paweł Waga, Jakub Borkowski

24

magazyn lubelski (45) 2017

Zaledwie kilka kroków od deptaka przy Krakowskim Przedmieściu, w sąsiedztwie placu Wolności, prawie pół roku temu powstała restauracja Alan Hugs, miejsce, jakiego bardzo brakowało na mapie kulinarno-kulturalnej Lublina. W restauracji od razu uwagę przykuwa nietuzinkowa aranżacja. Styl industrialny zgrabnie połączono z luksusową elegancją, a efekt domowej atmosfery wprowadza duża ilość roślin. Tutaj bajeczna zielona sceneria wiedzie prym, a już przy wejściu wita nas okazała, prawie dwumetrowa palma. Ambientowe światło ze świec i miedzianych lamp w połączeniu z jazzową muzyką w tle tworzą przyjemną, intymną atmosferę. Duża przestrzeń natomiast pozwala poczuć się tutaj komfortowo i anonimowo, nawet przy większej liczbie osób na sali. Nietypowym rozwiązaniem są przeszklone podłogi, przez które możemy podglądać kulisy przygotowania dań i warzenia piw. Ten odmienny i bardzo stylowy wystrój sprawia, że wizyta w restauracji cieszy zarówno podniebienie, jak i oko każdego, kto ceni wysmakowaną estetykę. Do dyspozycji gości jest parter i piętro, co również można uznać za pewien nieformalny podział restauracji. Parter jest utrzymany w swobodnym stylu, jako miejsce idealne do codziennych odwiedzin. Klimatyczna sala klubowa mieści aż 60 miejsc, co stwarza świetne warunki do organizacji imprez zamkniętych, np. wydarzeń muzycznych i uroczystości. Przylegająca do niej sala barowa z dużym, profesjonalnym cocktail-barem mieści blisko 40 osób. Na parterze możemy zobaczyć również minibrowar, w którym wręcz na naszych oczach powstają autorskie piwa rzemieślnicze. To również doskonałe miejsce na rodzinny obiad. Dla dzieci przygotowano specjalną kartę menu z wierszykami zamiast tradycyjnych opisów, a dodatkowo każdy mały gość zostaje obdarowany pamiątkowym prezentem w postaci czapki kucharskiej. Poziom górny jest utrzymany w nieco innym stylu, bardziej luksusowym i eleganckim. Efektowna sala restauracyjna świetnie sprawdzi się przy oficjalnych kolacjach i biznesowych eventach. Do dyspozycji jest VIP room z salą konferencyjną wyposażoną w sprzęt RTV na około 20 osób, a także loża VIP w odrębnej części restauracji na ponad 10 osób. Górna sala ma ponadto do dyspozycji elegancki i bogato wyposażony bar. Alan Hugs może pochwalić się autorskim menu, a także


kartą doskonałych win z selekcji Roberta Makłowicza. Karta dań jest bardzo różnorodna, możemy liczyć na steki wołowe, owoce morze, a nawet burgery z antrykotu. Wśród dań głównych króluje kaczka pieczona podana z sosem demi-glace z porto, purée z selera i dyniowym gratine w spianacie, golonka w porterze, a także wegetariańskie warianty, takie jak risotto z warzywami na mleku kokosowym. Jak już powiedzieliśmy we wstępie, restauracja ma w planach zaistnieć również jako miejsce o sznycie kulturalnym. Alan Hugs niebawem rozpocznie cykl wieczorów z muzyką na żywo. Pierwszy z nich odbędzie się już 28 kwietnia o 19.00 pod sugestywną nazwą „Kolacja z Jolką”. Gośćmi specjalnymi będą legendy polskiej sceny muzycznej: Romuald Lipko i Felicjan Andrzejczak, którzy wykonają m.in. kultowy kawałek „Jolka, Jolka, pamiętasz?”. Wieczór będzie miał charakter kolacji degustacyjnej, a do każdego dania będzie serwowany inny trunek. Restauracja na górnym piętrze ma w planach również wydarzenia typu live cooking, czyli gotowanie na żywo. Podążając za potrzebami zróżnicowanych klientów, w drugiej połowie kwietnia do menu wprowadzone zostaną dania o obniżonej kaloryczności, wegetariańskie i wegańskie. Nazwa Alan Hugs (z ang. hugs – uściski) sugeruje odwiedzającym ideę tego miejsca. Restauracja emanuje przytulną, komfortową atmosferą, która ogarnia każdego gościa niczym serdeczny uścisk dobrego przyjaciela, do którego przychodzimy w odwiedziny.


społeczeństwo

NAJWAŻNIEJSZA

jest wyobraźnia 26

magazyn lubelski (45) 2017


O tym, jak media wpływają na nasze postrzeganie rzeczywistości, w jaki sposób są konstruowane programy informacyjne oraz o tym, co wynika z odcięcia się od energii elektrycznej z prof. dr. hab. Piotrem Francuzem rozmawia Klaudia Olender, foto Jakub Borkowski. – Neuronauka, psychologia eksperymentalna, wyobraźnia kinestetyczna czy perspektywa neuropoznawcza. To dziedziny i zjawiska, którymi Pan się zajmuje, jednak dla laika to pojęcia zbyt skomplikowane. Co się za nimi kryje? – Najogólniej zajmuję się relacją pomiędzy różnymi stanami umysłu a tym, co oferuje nam współczesny świat w sferze mediów. Żyjemy w określonej kulturze, oglądamy filmy, telewizję, mamy telefony komórkowe, kupujemy płyty, słuchamy radia, wykorzystujemy cały stuff różnego rodzaju obiektów i sposobów komunikowania. Wszystkie te zjawiska są obecne nie tylko w świecie, ale przede wszystkim w naszych umysłach. Ludzki umysł jest pewnego rodzaju programem biologicznego narzędzia, jakim jest mózg. Na przykład, jeżeli ja mówię teraz do pani, to jakieś części mojego mózgu pracują w inny sposób niż wtedy, kiedy nie mówię. Jeśli myślę czy patrzę, to jest analogicznie. Choć nie wiemy dokładnie, jaka jest zależność, to zakładamy, że istnieje taki związek. Ten nasz mózg jako narząd biologiczny rozwijał się w toku ewolucji przez wiele milionów lat. To proces ciągły i trudno ustalić początek naszego „ja”, który pozwala nam dzisiaj się komunikować, rozmawiać o ideach. W związku z tym, że ewolucja trwa tak długo, ten biologiczny narząd, który generuje nasze myśli, jest podstawą doświadczania świata i z całą pewnością jest przygotowany do tego wszystkiego, co go do tej pory kształtowało, do życia w jaskini lub innych naturalnych warunkach. W swoich badaniach staram się zmniejszać wpływ czynnika kultury, związanego m.in. z naszymi preferencjami, czyli to, że np. bardziej lubimy impresjonistów niż kubistów, bo to jest modne. Jeżeli z zachowania człowieka próbuję zdjąć warstwę kultury, to tylko po to, żeby zajrzeć, co dzieje się niżej. A niżej jest właśnie mózg, który zawsze jakoś reaguje. Powstaje więc pytanie: jak? Na tym to polega. – Porównując dzisiejszego człowieka nawet z tym z XIX wieku, to świat mediów jest totalną nowością. – Wszystko zależy od tego, jakie ustalimy kryteria czasu. Załóżmy, że przyjmujemy perspektywę najdłuższą, przy mediach audiowizualnych będzie to mniej więcej 150 lat. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę obraz jako formę przedstawiania, pewnego rodzaju medium, to możemy mówić o 30 tysiącach lat, może nawet więcej, a może mniej, właściwie to przestaje mieć większe znaczenie, bo w kontekście całej ewolucji są to tylko jakieś krótkie okresy czasu. Media mają taką cechę, która jest bardzo typowa dla funkcjonowania umysłu – wytwarzają światy niemożliwe. Niemożliwe w tym sensie, że nienaturalne. Takie światy, które możemy sobie tylko wyobrazić. Jeżeli rzeczywistość jest tym, w czym tkwimy, np. tu i teraz siedzimy przy stole, to dość łatwo możemy sobie wyobrazić, że np. film przeniesie nas w zupełnie inny świat, otworzy nowe możliwości.


– Czyli dzięki mediom wkraczamy w jakieś inne uniwersum? – Ja nie lubię takich dużych słów, można mówić o tym prościej. Na przykład bardzo lubię oglądać programy popularnonaukowe, uwielbiam podróże, obserwować życie ludzi, specyfikę innych kultur. W łatwy sposób nagle znajduję się w rzeczywistości mi nieznanej, oglądam ją z zupełnie nowej perspektywy i staje się to moim doświadczeniem jako wspomnienie. Oczywiście dość specyficznym, bo mnie tam nie ma. Tym niemniej mogę o tym komuś powiedzieć, przeprowadzić na ten temat wykład, mogę się czegoś nauczyć o życiu gdzie indziej, ale nie jest to takie doświadczenie, że ja tam byłem, dotknąłem, zaznałem zapachu, bo nie mogę podjąć tam żadnej aktywności. Ponieważ dużo podróżuję, widzę wyraźnie różnicę między tym, co to znaczy być na pustyni, a jak to jest widzieć pustynię w telewizji, próbować ją zrozumieć przez świat wirtualny 3D. Wydaje się, że te media, o których mówimy, w odróżnieniu od doświadczenia świata w naturze, są uboższe. Te pierwsze mają jedno lub dwuwymiarowość, podczas gdy te drugie są wielowymiarowe i multisensoryczne. My, psychologowie, i wszyscy ci, których badamy i o których myślimy, jesteśmy zanurzeni dokładnie w tej samej zupie mediów. – Jak w tej zupie nauczyć się pływać, żeby nie utonąć? – Mamy z tym ogromną trudność i przede wszystkim nie potrafmy się do tego zdystansować. I jest postęp, który nie liczy się z człowiekiem albo liczy się tylko pod jednym względem – wciągnięcia tego człowieka jeszcze głębiej. Jak kiedyś kupowano telewizor, to przede wszystkim chodziło o to, żeby w ogóle było widać coś na ekranie. Dzisiaj jeśli ktoś zdecyduje się na telewizor, to może wybrać 62 cale, 2 metry przekątnej, 4k, z ultra HD, żeby nie zobaczyć piksela. A tak naprawdę, z punktu widzenia producentów takiego sprzętu, chodzi o to, żeby mózg przestał odróżniać to, co jest w reality, świecie, w którym tkwimy, od świata wyobrażonego. Jest w tym coś fascynującego. – A może to ucieczka w uproszczenie od bezpośredniości kontaktu. Może po prostu nie radzimy sobie z emocjami, z rozmową, nie potrafimy się skupić na drugim człowieku? – Nie wiem, czy ucieczka, myślę, że jest to coś znacznie ważniejszego. Spróbujmy sobie wyobrazić taką sytuację, że jedziemy na koniu. Wokół nas jest step, wysoka trawa, która dotyka nasze stopy tak, że koń w niej prawie płynie. Z pozoru nie jest to trudne zadanie. A teraz wyobraźmy sobie, że jest to film. Dzięki technologii mamy ofertę 4D. Możemy włączyć wentylator, żeby poczuć wiatr, ruchy fotela umożliwią nam odczucia kinestetyczne. Być może to nie jest to, ale my jesteśmy na początku tej drogi, która umożliwia nam wejście w ten świat. Najciekawszy jest ten związek. Przed chwilą mogliśmy sobie wyobrazić, że

28

magazyn lubelski (45) 2017

stało się to naszym doświadczeniem, że przeżyliśmy to w jakimś sensie, używając wyłącznie naszej wyobraźni. – Wystarczy, że sobie coś wyobrazimy, nie musimy się o nic martwić. Nakładamy specjalne okulary i wyruszamy w wirtualną podróż na koniu. – Skutkiem takich sytuacji jest zwolnienie z myślenia. Nic nam się nie stanie, przestaniemy tylko myśleć. – Czyli uzależniamy się od mediów. – Uzależniamy się dlatego, że ludzki umysł ma coś takiego, co w wersji eleganckiej nazywa się ekonomią poznawczą, a w wersji mniej eleganckiej po prostu lenistwem. Mamy taką cechę, która sprawia, że jeżeli możemy czegoś nie robić, a wiemy, że łatwiej uzyskamy podobny efekt, to tego nie robimy. Możemy pójść do kina i idziemy tam po to, żeby do naszej głowy bez wysiłku trafił jakiś nowy rodzaj doświadczenia. Te dwa światy się uzupełniają, jest jedno „ale”. W momencie, kiedy ten zewnętrzny świat, właśnie takiego medium, zaczyna być w nas, to my nie jesteśmy już sobą. Przestajemy być kreatywni, zawiesza się nasza wyobraźnia i stajemy się 100% odbiorcami. W kontekście ewolucji jest to zjawisko niebezpieczne. Za chwilę będziemy wykonawcami czyichś myśli, które zostaną nam wtłoczone do głowy. Na nasze życzenie zresztą. Przewidywało to już wielu, np. podobną sytuację mamy w pierwszej części „Matrixa” Wachowskich. – I w filmie „Equilibrium”, pisał też o tym Huxley w „Nowym wspaniałym świecie”, a w terminologii Deborda to „społeczeństwo spektaklu”. To, co kiedyś było wyobrażeniem, po raz kolejny staje się rzeczywistością. – To nie chodzi o straszenie. My sobie musimy zacząć uświadamiać, że tego typu procesy zachodzą w głowach pojedynczych osób, a w dalszym planie kształtują specyfikę całego społeczeństwa. Chodzi o głowę pani, moją, każdą. Możemy sądzić, że jesteśmy wolni, a jesteśmy ubezwłasnowolnieni, jeśli mówimy o kontekście media – ludzki umysł. Proszę zauważyć, czy nie fajnie byłoby pójść do kina tylko dlatego, że sprawia nam to przyjemność, tak jak jedzenie czekolady. Później możemy zrobić switch i powiedzieć: okej, teraz ja chcę coś wymyślić. Ale tu jest problem, wielu ludzi nie ma tego przełącznika, bo oferta mediów jest bardzo bogata i w tym sensie uzależniająca. Ludzki organizm przez miliony lat przygotował się do różnych mega ekstremalnych sytuacji i dzięki temu wytworzył sobie różne mechanizmy, m.in. wyobrażeniowy, który pozwala przetrwać. – Można powiedzieć, że wyobraźnia jest naszym mechanizmem obronnym. – Oczywiście, wyobraźni nie mamy po to, żeby fantazjować, tylko, żeby przeżyć. A co się dzieje teraz? Wyobraźmy sobie epokę postmedialną, gdzie mamy scenę z „Roku 1984” Orwella. Wszyscy w jednym


rzędzie jak automaty. Czy oni przetrwają? Nie mają żadnych szans. Zaczynamy dochodzić do pewnych fundamentalnych kwestii dotyczących kondycji ludzkiej. To właśnie wyobraźnia jest najważniejszym mechanizmem, który czyni nas ludźmi, bo potrafimy wyobrazić sobie czyjąś perspektywę, możemy przywidywać przyszłość i zawczasu próbować ją zmieniać. – Jak najlepiej stworzyć w telewizji informację dla odbiorcy? Jaka jest strategia wyboru odpowiednich wiadomości, ich kolejności? – Przede wszystkim telewizyjny program informacyjny nie jest programem do przekazywania informacji. To jest rozrywka. Jeśli chcemy dowiedzieć się, co zrobić, żeby informacje były bardziej zrozumiałe, to musimy sobie odpowiedzieć na pytania: o co chodzi, czy ludzie muszą być informowani o czymś, dlaczego to jest ważne, żeby ktoś coś wiedział? Jeśli zaczynamy rozmowę o mediach, to musimy rozpocząć ją od intencji, ponieważ to ona określa powody i cele, dla których pojawia się komunikat w mediach. Ich konsekwencją są decyzje, co ma iść, a co nie, i w jaki sposób ma być zrobione w programie. W dużym stopniu program informacyjny zawiera wiadomości, które mają kontekst polityczny. Chodzi o to, żeby ludzi do czegoś przekonać, bo za trzy lata będą kolejne wybory. Proszę zobaczyć, co dzieje się teraz. Ta radykalna zmiana od czasu, kiedy PiS przejął władzę, w stosunku do tego, co było poprzednio, jest widoczna we wszystkich mediach. Ale czy fakty się zmieniły? Zmieniło się medium i jego właściciel, a więc i intencja. Media są na usługach władzy. Druga kwestia to kontekst komercyjny. Kategoria prime time dotyczy przede wszystkim czasu wydań głównych programów informacyjnych, wtedy bloki reklam są najdroższe. Nie chodzi o to, żeby ta informacja objaśniła nam świat, ona ma zatrzymać naszą uwagę. – Co zrobić, żeby zatrzymać widza, żeby nie uciekł do innej stacji i wrócił do nas następnego dnia? – Jest parę sztuczek. Np. budujemy jakieś story. I w kolejnych wydaniach dzienników mamy historie takie jak w telenoweli, którą możemy kontynuować, np. co słychać w świecie przestępczym albo co tam w drogówce. Dzięki temu widz zastanawia się, co się zdarzy, jaki będzie ciąg dalszy. Ludzie lubią wiedzieć, co się dzieje, w związku z tym włączą program znowu. I im gorzej, tym lepiej. Mamy w mediach mnóstwo wiadomości, które mówią nam, jak bardzo jest źle. – Dlaczego tak wiele osób nie rozumie przekazywanych wiadomości? – Ale czy ich rozumienie ma tu jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Jeżeli chcemy, żeby ktoś nas zrozumiał, to mówimy do niego prostym językiem, bo on ma tę własność, że buduje komunikację. Kiedyś robiłem badania nad językiem mediów i okazało się, że w programach informacyjnych jest to pewnego rodzaju hybryda naukowo-potoczna. Łączy w sobie

takie formy komunikacji, które powodują, że ktoś, kto tego słucha, na ogół nie wie, o co chodzi. Używa się trudnych słów, jest mnóstwo skrótowców, liczb, nazw, nazwisk, różnej specjalistycznej terminologii. Wystarczy posłuchać notowania giełdowe. – Ale przecież są osoby, do których to jest adresowane bezpośrednio, które cały dzień czekają na informacje giełdowe. – Jeśli są to faktyczni odbiorcy, to można wysłać im SMS-a. Budżet telewizji, zwłaszcza publicznej, to jest ogromna masa pieniędzy i jeśli tę masę pieniędzy podzielimy przez ilość czasu emisji, to zobaczymy, ile będzie kosztować 10 sekund. I nagle okazuje się, że w programie telewizyjnym znajdujemy całe godziny, które niczemu nie służą. Jest taki program telewizyjny „Rybka śpi”, on przynajmniej nie udaje, że jest tam coś więcej niż śpiąca rybka. – A radio? – A dlaczego w radio stosuje się technikę wycinania oddechów? Żeby wcisnąć więcej treści. Jeśli upakujemy zbyt dużo wypowiedzi w krótkim czasie, to odbiorca nie będzie w stanie tego wszystkiego wyłapać. Po to są kropki, pauzy, oddechy, czasem trzeba zwolnić mówienie. Nasza myśl podąża bardzo szybko, czasem wypowiadamy ją z pewną gwałtownością, np. podczas kłótni. W „Nagiej małpie” Desmond John Morris pisze, że gdyby ludzie kłócąc się, nie wypowiadali żadnych sensownych słów, tylko warczeli na siebie z dużą intonacją, to efekt byłby taki sam. To pokazuje, jak ważną rolę odgrywa sposób komunikowania się, w tym znaki przestankowe, usuwanie ich zmniejsza możliwość zrozumienia komunikatu. Ludzki umysł niestety nie zdążył jeszcze wykształcić mechanizmów do radzenia sobie z takim światem. Żyjemy w pośpiechu, a media odgrywają ważną rolę w nakręcaniu tego tempa, w budowaniu aspiracji. – To są niebezpieczne zabawy, wielu ludzi tego nie wytrzymuje. – Jeszcze 20 lat temu depresja była traktowana jako choroba psychiczna, coś wyjątkowego. Dziś urosła do rangi choroby cywilizacyjnej, co najgorsze, śmiertelnej. Dlaczego nagle ludzie zaczęli mieć coraz więcej problemów ze sobą, dlaczego coraz bardziej lecą w dół? Może właśnie istnieje związek czasowy pomiędzy rozwojem nowych technologii, wzrostem tempa życia, tego, co nam daje cywilizacja, a frustracją, lękiem i depresją. Byłem wiele razy w Afryce i za każdym razem zastanawiałem się, czy to jest dobre, że ci ludzie wchodzą w nasz europejski świat. Wydaje mi się, że ta cała technologia niszczy tamten świat i staje się źródłem cierpień tamtych ludzi. – I zabija autentyczność. My już nie mamy szansy powrotu to tamtego świata. – Nie ma szans. Nie ma odwrotu, tylko pozostają pytania, co z tego wynika. Musimy się ostro wziąć do roboty i rozważać możliwe scenariusze. Tego nie zrobią za nas potentaci medialni.


– Może gdyby tak wysadzić wszystkie korki na świecie, wtedy zostalibyśmy odcięci od energii. – Takie sytuacje zawsze mogą się wydarzyć, ale są do rozwiązania w krótkim czasie. Problemem zasadniczym jest to, co dzieje się w głowach ludzi. Mam nadzieję, że człowiek sobie z tym poradzi, tak jak poradził sobie ze zlodowaceniem czy suszą. Nauczy się z tym żyć i jeśli okaże się, że ta cała koncepcja technologicznego zamknięcia człowieka w wirtualnym świecie upadnie, to dostosuje się do innych warunków. Wierzę, że jest jakiś przetrwalnik w nas. To być może jest daleka perspektywa, ale jeżeli spojrzeć na czas, w którym tkwimy, to te pytania są szczególnie dramatyczne. To tak, jakbyśmy nagle znaleźli się w dżungli, pewnie próbowalibyśmy sobie jakoś poradzić, ale trudno przewidzieć, czy to by nam się udało. – Tak jak osoby z dżungli nie odnalazłyby się w tej naszej „dżungli mediów”. – Teraz już wymiera pokolenie tych nieprzystosowanych do mediów. Ja mam niebywałe szczęście mieć doświadczenie świata bez mediów albo w dużym ich ograniczeniu i świata teraz. I stale ta zmienność mnie fascynuje. Na co dzień mam kontakt ze studentami, z ludźmi młodymi, którzy kompletnie nie mają pojęcia, co to znaczy świat bez telewizji, bez radia, bez telefonu komórkowego… – Jest jeszcze Internet. Podobno wystarczy kilka godzin surfowania w Sieci, żeby nasz mózg przestawił się na inny odbiór informacji. – Mózg się nie przestawia zasadniczo. Oczywiście tworzą się nowe połączenia neuronalne, które pozwalają nam się dostosować do nowych sytuacji, ale zasadniczo jest taki sam, jak przed tysiącami lat. Zaczynamy sobie jakoś radzić z tą sytuacją, korzystając z tego dobrodziejstwa, bo niewątpliwie jest to rzecz godna uwagi. Dzisiaj, jak ktoś chce się czegoś dowiedzieć, to Internet jest znakomitym medium, które mu to umożliwia. Ale ma też pewne uwarunkowania i w gruncie rzeczy niewiele różni się od TV. – Albert Einstein powiedział kiedyś, że „wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy”. Jak wygląda relacja pomiędzy wyobraźnią a procesem widzenia? – Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy te terminy. Można powiedzieć, że wyobraźnia to proces, ale też pewien dynamiczny magazyn naszych wspomnień, np. wizualny, wtedy mówimy o wyobraźni wizualnej. Mamy pewien katalog widoków, który wypełniamy

w ciągu życia. Nabywając nowe widoki, korzystamy z zasobów pamięci wizualnej i w momencie kiedy spotykamy się ze światem, to w pierwszej kolejności sprawdzamy tę naszą wiedzę. Stale zatem jesteśmy zanurzeni w naszej osobistej historii. – Z tego wynika, że nasze aktualne widzenie jest ograniczone tym, co widzieliśmy wcześniej. – Jeżeli nabyłem jakąś wiedzę – widoki, to chowam je w magazynie wspomnień i w specyficzny sposób koduję. Mam ich mnóstwo i ciągle się do nich odwołuję. Te widoki, które nabyłem wcześniej, w momencie aktu widzenia teraz stają się najważniejsze. Bo jeśli coś widzę, to ten obraz ma pewne własności, które mogę dopasować do tych, które już znam, i wtedy dopiero mogę powiedzieć „aha, to jest to”. Nasze aktualne widzenie jest zawsze uwikłane w przeszłość. I w tym sensie wyobraźnia odgrywa rolę czynnika, punktu odniesienia do tego, co teraz, jest przetrwalnikiem widoków, wyzwala to, co odczuwamy jako widzenie. Ale wyobraźnia ma jeszcze jedną, ważniejszą funkcję, bo pozwala nam w sposób swobodny operować widokami i dzięki temu możemy wyobrazić sobie coś, czego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, ale moglibyśmy zobaczyć. Na tym właśnie polega akt twórczy. Kiedy malarz tworzy dzieło, ma jakąś wizję, którą przekłada na płótno. Dodając kolejno plamy, układa je w kompozycję, która odzwierciedla obraz z jego głowy. – Ale odbiorca takiej sztuki może zobaczyć coś zupełnie innego. – To wszystko zależy od nabytych doświadczeń. Artysta, wytwarzając dzieło, odwołuje się do swojego magazynu doświadczeń, natomiast odbiorca korzysta ze swojej bazy widoków. Stąd mogą wynikać rozbieżności w interpretacji sztuki. Ale są jeszcze eksperci, którzy inaczej patrzą na kompozycję, dla nich treść ma znacznie mniejsze niż to, jak jest ona przedstawiona. A więc układy kontrastów, rozkłady cieni i jasności, punktów kompozycyjnych. Nie ma znaczenia, czy na obrazie jest czerwony autobus, ważne, że jest skontrastowany z czymś wokół niego oraz z innymi elementami ułożonymi w tle. Bardzo łatwo wyobrazić sobie odniesienie do dzieła w dwóch perspektywach: twórca – odbiorca, a pomiędzy nimi szyba-medium. Mniej wrażliwi na sztukę odbiorcy nie zwracają uwagi na tę szybę, a dla ekspertów to właśnie ona jest najważniejsza.

Prof. Piotr Francuz – psycholog, kierownik Katedry Psychologii Eksperymentalnej oraz Perception & Cognition Lab; dyrektor Instytutu Psychologii KUL; członek Komitetu PAN, stypendysta uniwersytetów amerykańskich i europejskich. W kręgu jego zainteresowań znajduje się m.in. problematyka rozumienia przekazów wizualnych oraz percepcji i wyobraźni wizualnej i kinestetycznej w perspektywie poznawczej i neuropoznawczej. Autor i współautor 150 publikacji, w tym 20 książek. Nagrodzony m.in. Nagrodą Teofrasta za najlepszą naukową książkę psychologiczną w roku 2013 (Imagia, w kierunku neurokognitywnej teorii obrazu) oraz wyróżniony tytułem Wykładowca Roku 2011, nadanym przez Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej.

30

magazyn lubelski (45) 2017


WESOŁYCH ŚWIĄT!


historia

Jarmark Lubelski na Lubartowskiej tekst Erwin Gałan foto Damian Witek, Lubartowska 77

Można podróżować po naszej lubelskiej krainie w poszukiwaniu smaków i tradycji, odwiedzać stare chaty, młyny i pracownie rękodzieła. Można zapytać babcię, jak wypieka się chleb na liściu kapusty i jak powstaje haft krzczonowski, a dziadka – dlaczego najlepsze wędliny są wędzone na dymie olchowym. Niestety, nie każdy ma takie możliwości. Od niedawna można jednak poczuć klimat tradycyjnej Lubelszczyzny na Jarmarku Lubelskim, organizowanym przez Lubartowską 77. Jarmark jest odwołaniem do dawnych tradycji i formą promocji lokalnych dóbr, naturalnej żywności i rękodzieła. Wydarzenia organizowane pod szyldem Jarmarku Lubelskiego przyjmują różne formy, ale zawsze łączy je to, że skupione są na budowaniu pozytywnych relacji wśród lokalnej społeczności. – W dobie hipermarketów i sklepów internetowych zwiększa się dystans pomiędzy ludźmi. Dawne jarmarki były naturalną przestrzenią do nawiązywania relacji, a my chcemy tę tradycję pielęgnować – mówi Erwin Gałan, zajmujący się promocją Jarmarku. Wchodząc do hali przy Lubartowskiej 77, można zastać prawdziwą eksplozję kreatywności. Na ścianach wiszą ręcznie wykonane witraże, drewniane rzeźby, przedmioty z bogatą historią, a tu i ówdzie znajdują się także dzbanki i figurki ceramiczne oraz różnorodne ręcznie robione dekoracje. Samo miejsce można kontemplować długimi godzinami. Jednak to ludzie, którzy odwiedzają Jarmark Lubelski, stanowią podstawę tej idei. – Goście Lubartowskiej 77 to nieprzypadkowe osoby. Zazwyczaj trafia się pod ten adres, szukając autentycznych producen-

32

magazyn lubelski (45) 2017

tów zdrowej żywności i po prostu dobrych relacji – dodaje Robert Niedziałek, inicjator całego przedsięwzięcia. – Bywam tu regularnie. Dlaczego? Taki styl życia. Zależy mi na zdrowym odżywianiu. Jestem świadomy, że żywność konwencjonalna zawiera dużo konserwantów, które nam nie służą. Dodatkowym atutem tego miejsca jest to, że po prostu wspiera ono ludzi z okolicy – opowiada Przemysław, jeden z klientów Lubartowskiej 77. Jarmark organizowany jest regularnie. Można wziąć w nim udział w każdą ostatnią sobotę miesiąca w godzinach przedpołudniowych. Organizatorzy zapraszają na Lubartowską 77 do zrewitalizowanej hali, gdzie dawniej mieściła się Fabryka Wag Hessa. Takim spotkaniom towarzyszy akompaniament niewidomego pianisty Marcina Pietrasa oraz aromat świeżo palonej kawy z lokalnej palarni Galicya w Zamościu. Letnia edycja Jarmarku Lubelskiego będzie także organizowana w Dąbrówce niedaleko Kozłówki już od 29 kwietnia. Wydarzenie także będzie odbywało się regularnie w każdą ostatnią sobotę miesiąca. Jarmark Lubelski powstawał przez ponad dwa lata. Początkowo na Lubartowskiej 77 zagościł EkoBazar, który odbywa się co sobotę między 8:30 a 13:00. To wydarzenie, na które przyjeżdżają tylko sprawdzeni lokalni producenci żywności. Zazwyczaj są to małe manufaktury lub rolnicy. Można zaopatrzyć się w świeże żytnie pieczywo, wędliny, konfitury, mąki, warzywa i przeróżne ekosmakołyki. Oprócz EkoBazaru istnieje także Jarmark Talentów, który swoje początki miał w Dąbrówce pod


Lublinem. Pomysłodawcy zapraszają głównie artystów i rękodzielników, którzy prowadzą miniwarsztaty oraz oferują swoje wyroby. Jarmark Lubelski powstał z połączenia tych dwóch inicjatyw. Dzięki temu pomysłodawcy mogą realizować misję, którą jest prezentowanie lubelskiej kultury i smaku oraz kultywowanie, a tym samym chronienie przed zapomnieniem dawnych tradycji. Jarmark Lubelski to także inicjatywa mobilna. Organizatorzy zapraszani są na przeróżne wydarzenia: od dużych imprez na około 30 tysięcy osób, takich jak targi, po konferencje i imprezy firmowe. Wówczas Jarmark rozstawia pieczołowicie przygotowane stoły, prowadzi degustację lokalnych produktów, parzy świeżą kawę i organizuje różne miniwarsztaty, przybliżając lokalną kulturę i tradycje kulinarne. – Powstaje w ten sposób mobilny punkt networkingowy, a my możemy dumnie powiedzieć,

że Lubelskie jest tu… – dodaje Erwin Gałan. Do tej pory prezentowali się już m.in. w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Swoją ofertę pokazują podczas licznych wydarzeń na Lubelszczyźnie, jak choćby podczas tematycznych spotkań na Targach Lublin. Lubartowska 77 aktywizuje ludzi do twórczego spędzania czasu, inspirując ich do odkrywania własnych talentów. Każdy może wziąć udział w różnorodnych warsztatach i rozwijać tu swoje pasje. Wystarczy spotkać się na kawie z organizatorami, a przestrzeń na dobre inicjatywy z pewnością się znajdzie.


biz-njus 700 rocznicy nadania Lublinowi praw Lubelskiego. Rozmowy koncentrowały miejskich. Stąd w programie znalazła się się na możliwościach wsparcia lubelskich sesja poświęcona dawnym i współczesnym przedsiębiorstw. Jednym z najważniejszych traktom i ulicom miasta. W obradach punktów konferencji było podpisanie oprócz grona znawców tematu wzięła porozumienia o współpracy pomiędzy udział kilkunastoosobowa grupa stuPolską Agencją Inwestycji i Handlu dentów specjalności drogi i mosty na a województwem lubelskim, które ma na Wydziale Budownictwa i Architektury celu zintensyfikowanie procesu napływu Bianco Latte w Katowicach Politechniki Lubelskiej, a wychowawnowych inwestycji, a także wspierania ca wielu pokoleń drogowców prof. Jan eksportu. – Słuchamy was i dla was się Firma Bianco Latte Polska uczestniczyła Kukiełka został uhonorowany tytułem zmieniamy. Konsekwentnie budujemy w Targach Gastronomicznych Food Show system wsparcia przedsiębiorców. Aby 2017, które pierwszy raz odbyły się w Ka- „Zasłużony dla Sprawy Drogowej”. (ag) system współpracy był skuteczny, musimy towicach. Podczas trzydniowej imprezy prenim objąć całe województwo, i to właśnie zentowano różnorodność polskiej gastrodzisiaj wychodzimy dalej, wchodzimy na nomii. Z kolei w czasie Food Show odbyło poziom powiatowy. Za chwilę uruchomisię blisko 20 debat branżowych z udziałem my dziesięć Centrów Rozwoju Przedsięponad 100 prelegentów. Towarzyszyły im biorczości i dzięki temu będziemy wzmacwystawy, prezentacje produktów żywnoniać współpracę na poziomie regionalnym, ściowych, degustacje, pokazy gotowania, a także centralnym – podkreślił podczas warsztaty kulinarne, spotkania z mistrzami konferencji Sławomir Sosnowski, marszakuchni i blogerami kulinarnymi. W ciągu łek województwa lubelskiego. (ag) tych dni w wydarzeniu wzięło udział ponad 1500 osób związanych z tą branżą oraz ponad 5000 amatorów dobrej kuchni. Firma Bianco Latte Polska, która ma swoją Światowy Dzień Wody Z okazji Światowego Dnia Wody obchosiedzibę w Bychawie, zaprezentowała całą gamę produktów, a w szczególności pełen dzonego 22 marca 2017 roku każdy chętny asortyment Mozzarelli w kuleczkach, kuli mógł zobaczyć, jak wygląda codzienna praw opakowaniach pojedynczych i w opako- ca Oczyszczalni Ścieków „Hajdów”. Mimo waniach do gastronomii 3 kg i 5 kg. Duże niesprzyjających warunków pogodowych goście dopisali. Oczyszczalnię zwiedzili zainteresowanie wzbudzała nowość firmy Mozzarella wędzona, która będzie dostępna między innymi uczniowie lubelskich szkół. Poznali historię obiektu i wszystkie tajniki na rynku już w maju. (abc) związane z procesem oczyszczania ścieków. (gal) Oczyszczalnia ścieków „Hajdów”, która oczyszcza ścieki bytowe i przemysłowe z aglomeracji Lublin (Lublin, ŚwidNowe połączenia z Lublina Wizz Air, największa niskokosztowa linia nik, Wólka, Konopnica, Głusk, Niemce), lotnicza w Europie Środkowo-Wschodzajmuje łącznie 62,6 ha, z czego pola (sta) niej, ogłosiła otwarcie dwóch nowych zalądowywania – 22,4 ha. Obiekt został zaprojektowany w latach siedemdziesiątych, tras z Polski do Kijowa, łącząc Lublin i II Lubelskie Forum Drogowe a jego budowa trwała do 1992 roku. Ostat- Poznań ze stolicą Ukrainy. Oba połączenia WIZZ będą działać od 25 sierpnia, a loty Po oddaniu do użytku w grudniu ubiegłe- nie lata to okres nieustającej modernizacji będą odbywać się dwa razy w tygodniu: go roku zachodniego odcinka obwodnicy oczyszczalni w Hajdowie. Przy wsparciu zewnętrznych funduszy zrealizowano szereg w poniedziałki i w piątki. WIZZ oferuje Lublina można mówić o zasadniczej aktualnie loty do Kijowa ze wszystkich inwestycji, dzięki którym proces oczyszzmianie w komunikacji drogowej wokół Lublina i w samym mieście. Łącznie w la- czania jest dziś znacznie bardziej efektywny, swoich sześciu baz operacyjnych w Polsce. Nowe połączenia umocnią relacje biznetach 2006–2016 na terenie województwa ekologiczny i ekonomiczny. sowe między Ukrainą i Polską. W czasie powstało 137 km nowych dróg krajowych, Export – Invest Lubelskie wakacji zostanie uruchomione również pow tym: 89 km dróg ekspresowych i ponad łączenie z Lublina do Tel Awiwu.W 2016 17 marca w Lubelskim Centrum Konfe48 km obwodnic. Perspektywy dalszej rencyjnym prawie 300 osób, wśród których roku linia Wizz Air przewiozła ponad 6,9 rozbudowy sieci dróg na Lubelszczyźnie mln pasażerów na trasach w polskiej siatce były tematem wiodącym II Lubelskiego znaleźli się przedstawiciele administracji, połączeń, co stanowi wzrost o 13% w Forum Drogowego, które obradowało na nauki i biznesu oraz przedsiębiorcy postosunku do poprzedzającego roku. WIZZ dejmujący działalność eksportową, wzięło początku marca w Lubelskim Centrum wspiera ponad 5000 lokalnych miejsc pracy udział w konferencji „Export – Invest Kongresowym. Konferencja była formą w branżach pośrednio związanych z działalLubelskie”. Organizatorem wydarzenia włączenia się środowiska drogowego nością linii. (ag) był Urząd Marszałkowski Województwa w obchody przypadającej w tym roku

34

magazyn lubelski (45) 2017


• koferdamu służącego do izolacji pola zabiegowego przed dostępem śliny • mikroskopu operacyjnego, który pozwala na dużą dokładność pracy, dając zwielokrotniony obraz pola zabiegowego • endometru – urządzenia służącego do określania długości kanałów korzeniowych w danym zębie • końcówki do płukania pod ciśnieniem kanałów Rins Endo • nowoczesnego systemu Symbron Endo i Beefill do wypełnienia na ciepło kanałów korzeniowych zapewniając perfekcyjną szczelność

OSTATNI RATUNEK DLA TWOJEGO ZĘBA...

ENDODONCJA (LECZENIE KANAŁOWE) Endodoncja, czyli leczenie kanałowe zębów. Celem leczenia endodontycznego jest przede wszystkim usunięcie chorej, zakażonej tkanki zębowej – miazgi. Powstałej przez proces próchnicowy. Zabieg ten jest konieczny aby infekcja nie rozprzestrzeniała się dalej po całym organizmie. Dzięki nowoczesnej mikrotechnologii, którą dysponujemy w naszych klinikach CSK Aldent S.C. możemy z dużą dokładnością i precyzją prawidłowo wyleczyć zainfekowany ząb. Nowoczesne leczenie kanałowe jest specjalnością naszych placówek. O szczegółach w rozmowie z dr n. med. Małgorzatą Majewską - Paradowską, członkiem Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego (PTS), Polskiego Towarzystwa Endodontycznego (PTE), Polskiego Towarzystwa Stomatologii Dziecięcej i lekarzem dentystą Bartłomiejem Gniedziejko. Jaki sprzęt jest niezbędny do osiągnięcia sukcesu w leczeniu endodontycznym? Małgorzata Majewska - Paradowska: Współczesna endodoncja jest bardzo dynamicznie rozwijającą się dziedziną stomatologii. Wymaga najnowocześniejszego sprzętu oraz wielu specjalistycznych szkoleń. W naszych palcówkach (klinikach) do perfekcyjnego przeprowadzenia leczenia kanałowego używamy : • cyfrowego obrazowania RTG, dzięki któremu można śledzić przebieg leczenia • komputerowego znieczulenia miejscowego co sprawia, że zabieg jest całkowicie bezbolesny i komfortowy dla pacjenta

Jak przebiega leczenie endodontyczne? Małgorzata Majewska - Paradowska: W klinikach CSK Aldent przed rozpoczęciem leczenia kanałowego wykonujemy niezbędne badanie rentgenowskie, które umożliwia ocenę warunków anatomicznych korzeni, jak również obecność zmian okołowierzchołkowych. Warunkiem sukcesu jest zachowanie sterylności w trakcie opracowania kanałów. Niezbędnym jest użycie koferdamu izolującego ząb od środowiska jamy ustnej oraz dokładne płukanie środkami chemicznymi systemów kanałów korzeniowych końcówką Rins Endo, aby usunąć zainfekowaną bakteriami miazgę. Precyzję opracowania kanałów wspomaga jest endometr. Jest to urządzenie pozwalające naszym lekarzom ustalić prawidłową długość kanałów. Jednym z najistotniejszych elementów leczenia kanałowego jest szczelne wypełnienie kanałów. Używamy do tego systemu Symbrom Endo podgrzewającego termoplastyczną gutaperkę, równocześnie wypełniającą kanał główny i kanały boczne. W naszych klinikach CSK Aldent wszystkie zabiegi z zakresu endodoncji wykonujemy przy użyciu mikroskopu operacyjnego. Co daje nam praca w powiększeniu? Bartłomiej Gniedziejko: Rozwój endododoncji umożliwił uzyskanie trwałych i przewidywalnych wyników leczenia. Zastosowanie mikroskopu zabiegowego pozwala leczyć z precyzją dotąd niedostępną. Małe rozmiary kanałów i ich niekiedy zawiły przebieg oraz utrudniony dostęp wymagają wielokrotnego powiększenia mikroskopowego gwarantując najwyższą jakość opracowania kanałów. Zastosowanie mikroskopu pomaga w odnajdywaniu wszystkich kanałów, w usuwaniu złamanych narzędzi, jak i w przypadku powtórnego leczenia kanałowego. W CSK Aldent przeprowadzamy każde wysokospecjalistyczne leczenie kanałowe przy użyciu mikroskopu zgodnie z najwyższymi standardami. Nawet bardzo zniszczone zęby prawidłowo wyleczone kanałowo mogą po odpowiedniej odbudowie służyć pacjentowi jeszcze wiele lat. Jak ważna jest odbudowa zęba po leczeniu kanałowym? Bartłomiej Gniedziejko: Po leczeniu kanałowym ząb nie jest już trak wytrzymały i staję się bardziej podatny na złamania. Wynika to stad, że w trakcie leczenia usuwane są zakażone tkanki zarówno miękkie jak i twarde, co sprawia, że ściany komory korzeni i korzeni są cieńsze i bardziej kruche. Odbudowa zęba z zastosowaniem wkładów włókna szklanego pozwala na równomierne rozłożenie nacisku w czasie żucia i zwiększenia wytrzymałości zęba leczonego kanałowo. W CSK Aldent wykonujemy wzmacniane perfekcyjne odbudowy materiałami kompozytowymi z użyciem wkładów z włókna szklanego oraz przy dużych zniszczeniach zęba koron protetycznych ceramicznych na metalu lub pełnoceramicznych. Dziękujemy za rozmowę.

• Implantologia | Dental implants • Ortodoncja | Orthodontics • Protetyka | Dental prosthetics • Stomatologia dziecięca | The treatment of children • Stomatologia estetyczna | Aesthetic stomatology

ul. Pana Balcera 6 lok 1A |  tel. 81 307 62 62 ul. Kraśnicka 145 A |  tel. 81 473 71 71 ul. Willowa 1 lok. 4 |  tel. 81 71 888 00

www.aldent.lublin.pl          /aldent.lublin


moto

tekst Piotr Nowacki  |  foto Marek Podsiadło, archiwum

Ford Kuga po drapieżnym liftingu Niesłabnący wciąż popyt na samochody typu SUV zmobilizował FORDA do stworzenia odmłodzonej KUGI. To już druga generacja tego modelu, dostępnego na rynku od 2012 roku. KUGA uległa znacznemu przeobrażeniu, nadwozie auta jest nowoczesne i eleganckie. Już na pierwszy rzut oka widać wpływ amerykańskich tendencji stylistycznych. Z przodu uwagę zwraca duży grill, wyglądem nawiązujący do grilla w znacznie większym Fordzie Rangerze. Dobrze współgrają z nim przednie lampy. Tył też odbiega od dotychczasowej poprawnej stylistyki, jest bardziej wyrazisty, dodatkowo jego charakter podkreślają dwa wydechy. Wszystko to sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z dużo większą jednostką niż w rzeczywistości. Po zajęciu miejsca za kierownicą i odpowiednim ustawieniu foteli czujemy się dość komfortowo. Materiały, których użyto do wykończenia wnętrza, są przyjazne i dobre gatunkowo. Mnogość kratek wentylacyjnych, niespotykana w innych modelach i markach samochodów, świetnie sprawdza się przy dwustrefowej klimatyzacji. Daje się to wyraźnie odczuć, pomimo sporego wnętrza KUGI. Czytelna deska rozdzielcza, wielofunkcyjna kierownica oraz duży, 8-calowy wyświetlacz pozwalają na sprawną obsługę wszelkich dostępnych funkcji. Dodatkowo producent wyposażył auto w nowy system

Sync 3. Dzięki niemu możemy obsługiwać telefon, nawigację, systemy audio nie tylko za pomocą dotykowego ekranu monitora czy sterowników na kierownicy, ale także za pomocą głosu (co najważniejsze, w języku polskim) – to bardzo przydatne rozwiązanie. Nam szczególnie podobało się, że po wydaniu komendy „muszę zatankować” na mapie nawigacji pojawiają się najbliższe stacje paliw. Podobnie dzieje się w przypadku zapalenia kontrolki braku paliwa. Jeżeli chodzi o czynne wspomaganie kierowcy w czasie jazdy, KUGA też jest pomocna. Przykładowo, auto wyposażone jest w system Active City Stop, który zareaguje w przypadku nagłego zahamowania poprzedzającego nas pojazdu. Bez wątpienia jest to funkcja bardzo przydatna podczas jazdy w mieście. Działa do prędkości 50 km/h. KUGA posiada również system aktywnego parkowania, który pozwala na równoległe i prostopadłe samodzielne parkowanie KUGI (oczywiście przy asyście kierowcy, który musi stosować się do komend wyświetlanych na monitorze). Ten sam system wspomoże nas przy opuszczaniu miejsca parkingowego. Są to przydatne funkcje, ponieważ martwa strefa w pozycji pionowej w przypadku SUV-a jest znacznie większa niż w niższych samochodach osobowych. Z kolei jeżeli chodzi o jednostki napędowe, Ford dla nabywców KUGI przewiduje do wyboru


trzy jednostki benzynowe EcoBoost o pojemności 1,5 l i mocy od 120 do 182 KM oraz trzy jednostki wysokoprężne o pojemności 1,5 l i 2,0 TDCi i mocy od 120 do 180 KM. KUGA, którą mieliśmy przyjemność testować, wyposażona była w dwulitrowy TDCi o mocy 150 KM i zadowalała się 6,8 litrami paliwa na 100 km. Przy czym musimy zaznaczyć, że większość jazdy odbywaliśmy w mieście.

Podsumowując krótką przygodę z KUGĄ, możemy pokusić się o stwierdzenie, że jest to dynamiczny SUV, z ładnie zaprojektowaną sylwetką i dobrym wyposażeniem. Obserwując zainteresowanie, jakie wzbudzał wśród innych użytkowników drogi, bez wątpienia będzie to poważny gracz na rosnącym rynku SUV-ów.


podróże

Uliczkę znam w Barcelonie tekst Andrzej Ranicki   |  foto Watra Travel

Stolica Katalonii to miasto, które znają wszyscy, z filmów, literatury lub mieli je okazję zwiedzić osobiście. W związku z tym niniejszy materiał jest dla tych, którzy tam jeszcze nie byli. Zwiedzanie miasta może nam zająć nawet tydzień. Ale zacznijmy od początku.


Barcelona jest największym miastem Katalonii. Musimy bowiem pamiętać, że nie jesteśmy w Hiszpanii, co Katalończycy uświadamiają nam na każdym kroku. Różnic jest kilkanaście lub kilkadziesiąt (w zależności z kim rozmawiamy). Począwszy od kuchni, a skończywszy na języku, gdyż kataloński różni się od hiszpańskiego. Jak dobrze wiemy, symbolem Hiszpanii jest byk, natomiast Katalończycy za swój symbol obrali osła, zwierzę spokojne, mądre, za to uparcie dążące do obranego celu. Osobna jest również historia i flaga. Legenda mówi, że pierwszy władca Katalonii Wilfred Kosmaty (Włochaty) zjednoczył cztery hrabstwa, tworząc księstwo Katalonii. W trakcie walk z Maurami jako lennik towarzyszył władcy królestwa Franków – Karolowi Łysemu. W trakcie oblężenia jednej z twierdz odniósł śmiertelną ranę. W ostatnim życzeniu umierający książę poprosił władcę o „niepodległą Katalonię” i właśnie herb. Karol Łysy zanurzył palce w ranie swojego lennika i przejechał po złotej tarczy. Tak oto powstała Senyera – herb Katalonii. Obecnie region posiada znaczną autonomię, własny parlament, rząd z prezydentem na czele, przedstawicielstwo dyplomatyczne przy Unii Europejskiej, język i wiele innych.

Miasto artystów Architekt Antonio Gaudi bezapelacyjnie wywarł ogromny wpływ na wygląd miasta, głównie jako twórca najsłynniejszej w świecie katedry Sagrada de Familia. Projektant poświęcił jej 15 lat swojego życia i niestety dzieła nie ukończył. Mimo że minęło już 130 lat od rozpoczęcia prac, jej rozbudowa trwa dalej. Zamysłem twórcy był obiekt sakralny, w którym podczas nabożeństwa mogliby się zmieścić wszyscy mieszkańcy miasta. W trakcie mszy świętej odprawionej przez papieża Benedykta XVI, w listopadzie 2010, udział wzięło 62 tysiące osób. Cały obiekt zawiera mnóstwo symboli. Cztery wieże to oczywiście czterej ewangeliści, a Magiczny Kwadrat na fasadzie to kryptogram zawierający cyfry, których wynik dodawania zawsze wynosi 33. Idąc szlakiem dzieł projektanta, zobaczymy jeszcze budynek Casa Battlo znajdujący się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, kolejne domy Casa Milà, Casa Vicens i w końcu Park Güell, także niedokończone dzieło artysty. Jest to jeden z 68 miejskich parków uznawany za obowiązkowy punkt wycieczkowy, więc dodam tylko, że znajdująca się w parku rzeźba słynnej jaszczurki, z którą robią sobie zdjęcia turyści, to salamandra, symbol Plutona. Barcelona to także miasto Pabla Picassa, który pomimo że urodzony w Maladze, kilka lat znanych jako „okres błękitny” spędził w Barcelonie. Wielbiciele artysty mogą wędrować śladami jego licznych mieszkań, pracowni i ulubionych knajpek. Należy do nich restauracja „Cztery koty”, gdzie często przesiadywał z Salvadorem Dali, tutaj miała miejsce jedna z jego


pierwszych wystaw. Ukoronowaniem wycieczki koniecznie musi być największe na świecie Muzeum Pabla Picassa. Znajdują się tu zarówno obrazy, rysunki, szkice, jak i prace rzeźbiarskie. To właśnie w tym muzeum możemy oglądać jedno z najsłynniejszych dzieł artysty, obraz „Guernica”. Łącznie wystawione jest tu 4249 jego dzieł. Po chwilach pełnych wrażeń w stolicy Katalonii warto przemieścić się o140 km do miasteczka Figuerras, gdzie znajduje się muzeum innego wielkiego Katalończyka. Salvador Domènec Felip Jacint Dalí i Domènech, marquès de Dalí de Púbol, bo o niego chodzi, to światowej sławy surrealista, który urodził się i zmarł właśnie w tej miejscowości. Tutaj też urządził otwarte w 1974 roku Teatro Museo Dalí, gdzie zgromadził kolekcję (składającą się w większości z jego dzieł) ponad 4000 obrazów, rzeźb, biżuterii i różnego rodzaju dość ekscentrycznych przedmiotów.

Serce miasta Drugim obok Sagrady Familii miejscem, gdzie turyści kierują swoje pierwsze kroki, to słynna Les Rambles, czyli kilometrowej długości ulica z szerokim trotuarem, która wiedzie z centrum na nabrzeże, gdzie wznosi się pomnik Krzysztofa Kolumba. Uwaga, ulica jest znana w całej Europie z uwagi na kieszonkowców. Ale i kierowcy nie mają tu najlepszej opinii. Co 19 sekund dochodzi do wypadku bądź stłuczki, w związku

z czym proponuję korzystanie z komunikacji miejskiej. Jeżeli jesteśmy już na Rambli, usiądźmy w którejś z licznych knajpek na kieliszek wina lub sangrii i zamówmy do tego obowiązkowo małą przekąskę tapas. Skąd znalazła się w hiszpański menu? Podobno król Alfons X Mądry nakazał, aby nie spożywać wina bez przekąsek. Inna teoria mówi, że kanapeczka lub kawałek suchej kiełbasy miały przykryć kieliszek wina, tak aby do niego nie wpadła np. mucha. Nieważne, skąd się wzięły te małe przekąski, ważne, jak smakują. Najlepiej oczywiście spróbować ich na miejscu, w jednym z licznych tapas barów. Mogą być podane na ciepło albo na zimno. Można je spożywać, siedząc przy stoliku, ale można też na stojąco przy barze. Jemy je zarówno w dzień, jak i w nocy. Hiszpanie, umawiając się na tę przekąskę, mawiają tapear (jeść tapas). Bowiem nie jest to tylko wyprawa kulinarna, to także spotkanie towarzyskie, czasem nawet na kilka godzin. W każdej prowincji będą one nieco inne. Niektórzy dzielą je na te, które możemy jeść palcami (cosas de picar), czyli oliwki, różne małe kanapeczki, np. z suszonymi pomidorami, kiełbasą chorizo, nadziane na wykałaczki, czyli pinchos, oraz smakołyki prosto z miseczki, takie jak np. różnego rodzaju owoce morza, czyli casuelas. Zresztą owoców morza jest tutaj mnóstwo. Kilka gatunków małży, kalmary w różnej postaci, ośmiorniczki, sardynki i inne ryby. Ale jeżeli ktoś woli dania mięsne, także nie będzie zawiedziony.


Być na plaży w Barcelonie Jest całkiem szeroka i ma cztery kilometry długości. Z plaży dobrze widać panoramę miasta. Rzecz ciekawa, powstała niedawno, bo przy okazji Igrzysk Olimpijskich w 1992 roku. Będąc przy sporcie, nie możemy nie zobaczyć największego stadionu w Europie, czyli FC Barcelony. Rajem dla dzieci (i nie tylko) będzie też L’Aquàrium de Barcelona. Jest ono naprawdę warte zwiedzania. Liczba 1.400 000 turystów, którzy rocznie zwiedzają to miejsce, mówi sama za siebie. Sześć milionów litrów wody, 11 tysięcy zwierząt (m.in. rekiny, płaszczki, ośmiornice, koniki morskie) w kilkudziesięciu akwariach wiernie odtwarzających różne morza i oceany, w tym Wielką Rafę Koralową w Australii czy Morze Karaibskie. Naszą opowieść i zwiedzanie kończymy, zapraszając do obejrzenia słynnych Magicznych Fontann. Pokazy odbywają się co 30 minut w określone dni tygodnia, wieczorem, rzecz jasna. Repertuar jest różny, można trafić na muzykę klasyczną, rockową, z bajek, jak i przeboje filmowe, np. z filmu „Ojciec chrzestny”. Jak widać, ze względu na swoją niebywałą różnorodność, Barcelona jest jednym z tych miast, które jest obowiązkowym punktem każdego podróżnika i konesera kultury i dobrej kuchni. Reklama

Materiał promocyjny został sfinansowany/współfinansowany ze środków finansowych pochodzących z 1% podatku dochodowego od osób fizycznych.


kultura – okruchy

(mar)

Kolekcja dla Lublina Charakterystyczna puszka zupy Campbell, ikona popartu Andy’ego Warhola, starannie wyważona, abstrakcyjna kompozycja Mondriana oraz syntetyczne przedstawienie korridy, które wyszło spod ręki Picassa – od 18 marca m.in. te prace można oglądać na Zamku Lubelskim. Na wystawie zaprezentowano najciekawsze grafiki polskich i zagranicznych twórców, powstające od niemal początku XX wieku po dziś dzień. Wybrane dzieła ponad setki artystów, w tym: Nowosielskiego, Opałki, Dalego, Duchampa, Malewicza, Kandinskiego czy Matisse’a po raz pierwszy prezentowane są w Polsce. Ekspozycję charakteryzuje duża różnorodność technik, tematów i stylów – to przekrojowe spojrzenie na współczesną sztukę. Wszystkie prace pochodzą z prywatnej kolekcji Tadeusza Mysłowskiego – wybitnego grafika, malarza i fotografa. Artysta jest blisko związany z Lublinem, w którym wiele lat temu rozpoczął swoją plastyczną edukację. Chociaż dziś mieszka i tworzy w Nowym Jorku, nie zapomina o mieście swojej młodości. Gromadzoną przez ponad pół wieku i liczącą blisko 250 grafik kolekcję właśnie przekazał lubelskiemu muzeum. (Marta Zawiślak)

200-osobowy międzynarodowy zespół artystów, w tym tancerze Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu, Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie oraz tancerze Lubelskiego Teatru Tańca. Autorem choreografii do spektaklu jest Jacek Łumiński. Oprawę muzyczną stworzyli muzycy Orkiestry Symfonicznej Lwowskiej Filharmonii Obwodowej oraz Orkiestry Symfonicznej Filharmonii im. H. Wieniawskiego w Lublinie, zespół Kwadrofonik, a także pianiści, perkusiści, specjalnie powstały na potrzeby wydarzenia lubelsko-lwowski chór oraz soliści. „Przejścia” są wspólną produkcją Ośrodka Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych „Rozdroża” oraz CSK w Lublinie. I jak się okazało – kooperatywa nad wyraz udana. (ag) Sacrofilm 2017 Zakończyły się 22. Międzynarodowe Dni Filmu Religijnego Sacrofilm. W przeglądzie wzięło udział blisko tysiąc osób. Na ekranach Centrum Kultury Filmowej „Stylowy” w Zamościu widzowie obejrzeli 10 filmów, których motywem przewodnim było przebaczenie i pojednanie. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in. twórcy: Krzysztof Zanussi – honorowy patron wydarzenia, reżyser Tomasz Marek Pawłowski, autor wielokrotnie nagrodzonego dokumentu „Uciekinier”, i producentka filmowa Małgorzata Walczak, a także przedstawiciele festiwali religijnych z Włoch, Francji oraz Niepokalanowa. Zwieńczeniem tegorocznej edycji Sacrofilmu był pokaz ukraińskiego filmu „Bracia. Ostatnia spowiedź”, którego akcja rozgrywa się w huculskiej wsi w

Karpatach Wschodnich – udany i dojrzały debiut fabularny ukraińskiej reżyserki młodego pokolenia Wiktorii Trofimenko. (ms)

(mat.org.)

Wiosna Gospel 2017 Wydarzenie zorganizowane już po raz ósmy w tym roku przyciągnęło blisko dwustu entuzjastów muzyki gospel. Z warsztatów mogli skorzystać zarówno wokaliści zaczynający swoją przygodę ze śpiewem, jak i zaawansowani soliści, którzy szukają nowych wyzwań. W ramach tegorocznej edycji festiwalu tej niezwykle ekspresyjnej muzyki tradycyjnie odbyły się również koncerty podsumowujące poszczególne części festiwalu, w tym szczególnie prestiżowy Koncert Finałowy Warsztatów Gospel. Gośćmi specjalnymi tej edycji były gwiazdy gospel, pochodząca z Wielkiej Brytanii Tula Lynch, a także dobrze znany w tym środowisku Amerykanin Brian Fentress. W warsztatach dziecięcych zagranicznych instruktorów wspierała Agnieszka Jagiełło – dyrygent chóru Gospel Project. Po raz kolejny Wiosna Gospel pokazała, że nawet w mieście bez korzeni w tym gatunku muzycznym możemy poczuć żywiołową energię i refleksję płynącą z muzyki gospel. (mar)

(qz)

Według Strawińskiego Na Scenie Operowej Centrum Spotkania Kultur w Lublinie obejrzeliśmy spektakl teatru tańca „Przejścia” według baletów Igora Strawińskiego, na które złożyły się nowe choreografie baletów: „Wesele” i „Święto wiosny”. To pierwsza w historii tańca próba połączenia obu sławnych utworów w spójnej wizualnie, choreograficznie i teatralnie całości. Przedstawienie jest opowieścią o ludziach wyrzuconych, wykorzenionych, wydziedziczonych – bez domu, ojczyzny i bogów. W spektaklu wziął udział blisko

42

magazyn lubelski (45) 2017

(qz)

To idzie modernizm! Po bardzo udanym wydarzeniu, jakim były ubiegłoroczne Lubelskie Dni Modernizmu, pora na ich kolejną edycję. Tym razem festiwal poświęcony architekturze lat 50. i 60. XX wieku skoncentruje swoje działania m.in. wokół symbolu lubelskiego modernizmu – Chatki Żaka na Miasteczku Akademickim oraz wzornictwa tego okresu. Gwarancją wysokiego poziomu festiwalu, zaproszonych gości i zaplanowanych wydarzeń jest Izabela Pastuszko, pomysłodawczyni i organizatorka, która nie tylko skompletowała niebywale kompetentny zespół, ale również zaprosiła do współpracy grupę partnerów z różnych dziedzin. Lubelskie Dni Modernizmu już 19–21 maja. LAJF ma przyjemność patronować wydarzeniu. (maz)


edycji komisja, której przewodniczył Piotr Florianowicz, artysta współczesnej Szkoły Plakatu, główną nagrodą uhonorowała Kamila R. Filipowskiego, zresztą nagradzanego również w poprzednich latach. Za najlepszą uznano pracę jego autorstwa promującą 20. Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca. Ogłoszenie wyników oraz uroczyste wręczenie wyróżnień odbyło się podczas wernisażu wystawy pokonkursowej w ACK „Chatka Żaka”. (Marta Zawiślak) Orły dla „Wołynia”

PLAKATON Festiwale, koncerty, wystawy, spektakle – wszystkim takim imprezom zazwyczaj towarzyszą promujące je plakaty. Nie tylko informują i zachęcają, by wziąć udział w wydarzeniu, często to świetnie graficznie opracowane projekty, którym warto poświęcić więcej uwagi. Właśnie dlatego kilka lat temu powstał PLAKATON – konkurs na najlepszy kulturalny plakat skierowany do twórców i instytucji. Podczas tegorocznej

Aż dziesięć statuetek otrzymał film fabularny Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”, które zostały wręczone podczas Gali Polskich Nagród Filmowych Orły 2017. To również powód do dumy dla Lubelszczyzny, gdyż województwo lubelskie znalazło się w gronie oficjalnych partnerów filmu. Większość ujęć filmowych ukazujących polskie Kresy z lat 1939–1945 było kręconych w Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie, na Małym Rynku w Kazimierzu Dolnym oraz nad Wieprzem w okolicach Jeziorzan. Tylko w pierwszy weekend wyświetlania „Wołyń” obejrzało ponad 200 tys. widzów, zaś do końca 2016 roku prawie 1,4 mln, co we-

dług Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej było jednym z najlepszych frekwencyjnych wyników całego 2016 roku. (UMWL) Wszystko dla Polski Po udanej premierze w Centrum Kultury Filmowej Stylowy w Zamościu również w Kinie na Zamku w Lublinie mogliśmy obejrzeć najnowszą produkcję filmową poświęconą powstaniu zamojskiemu. Film dokumentalny „Wszystko dla Polski” został wyreżyserowany przez Magdalenę Kołodziejczyk i Rafała Kołodziejczyka, który również film zmontował. Dokument z licznymi scenami fabularyzowanymi, filmami archiwalnymi i interesująco pokazaną ikonografią przenosi nas w lata 1942–1944, kiedy miały miejsce wysiedlenia na Zamojszczyźnie oraz zaludnianie tych terenów ludnością niemiecką. Film przypomina historię zbrojnego oporu oddziałów Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich, a jego narratorami są m.in. żyjący jeszcze uczestnicy tamtych wydarzeń. Długość filmu została dostosowana do długości jednej godziny lekcyjnej, tak aby zachować edukacyjny charakter dokumentu i aby móc go zaprezentować jak największej liczbie uczniów, nie tylko na Zamojszczyźnie. (maz)


kultura

Krystyna

KRĂ“LOWA

tekst GraĹźyna Stankiewicz | foto Natalia Wierzbicka

44

magazyn lubelski (45) 2017


Potrafi być jej wszędzie pełno. Zajmuje dużo przestrzeni, ekspresyjnie gestykulując, mówiąc za głośno i równie głośno się śmiejąc. Szybko chodzi, lubi kapelusze i kobiece sukienki. Ma niebywały temperament sceniczny i towarzyski. I duże, wyraziste oczy, którymi potrafi czarować bez końca. Krystyna Szydłowska, bodaj najbardziej rozpoznawalna artystka lubelskiego Teatru Muzycznego, ma już za sobą 40 lat pracy twórczej. W życiu nie wszystko jest proste, natychmiastowe i kończące się happy endem. Ale Krystyna Szydłowska stara się od zawsze tak swoim życiem kierować, aby mieć z niego jak najwięcej radości. Ktoś, kto nie zna jej blisko, może pomyśleć, że w tej dojrzałej osobie jest sporo egzaltacji. Ale kiedy pozna ją bliżej, uzna to pierwsze wrażenie za mylne. Kilka lat temu w lipcu, nad ranem, siedząc w jednym z ogródków na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie, zaśpiewała lirycznym sopranem fragment arii Królowej Bony z opery „Zygmunt August” Tadeusza Joteyki. Słowa uniosły się ponad szczytami kamienic, wprawiając zgromadzone tu towarzystwo w zdumienie. Otulona w lniany szal, kończąc, zawiesiła głos, odczekała chwilę i opuszczając głowę, zakryła rzęsami swoje wielkie zielone oczy. Cała ona.

Jestem z Łodzi To była kamienica, i w dodatku w Łodzi, ale za to należąca przed wojną do właściciela fabryki, więc elegancka, z drewnianą werandą, otoczona ogrodem i z fontanną na dziedzińcu o kształcie przypominającym kielich kwiatu, przy której wszyscy mieszkańcy robili sobie zdjęcia. Lata 50. w mieście z secesyjnymi dekoracjami, tętniącą dziesiątkami sklepów ulicą Piotrkowską i sławą włókienniczego centrum Polski dla małej dziewczynki były oazą sielankowego dzieciństwa, które z upływem lat wspomina się z coraz większym sentymentem. No i wielopokoleniowa rodzina z babcią i dziadkiem, i z mamą, która zajmowała się domem. Wprawdzie mieszkanie składało się tylko z dwóch pokoi, za to w jednym z nich stał ogromny okrągły stół, który gromadził i cementował całą rodzinę. Tata Antoni był prezesem Związku Hodowców Kanarków i ZBOWiD w Łodzi, na co dzień pracował w fabryce zegarów. Był zawodowym kierowcą, woził wycieczki zakładowe. – Często zabierał mnie ze sobą, zwłaszcza kiedy jechał nad morze. Oprócz wygodnego ubrania i butów, ja, mała dziewczynka, miałam też ze sobą elegancką sukienkę na wyjścia do muzeum i teatru – wspomina. Zapamiętała ojca jako osobę niezwykle wymagającą, chwalącą ją tylko przy obcych. Po ukończeniu szkoły podstawowej złożyła papiery do technikum włókienniczego. Znalazła się w klasie o profilu: chemiczna obróbka włókna. Do dziś szczegółowo pamięta zajęcia z chemii organicz-

46

magazyn lubelski (45) 2017

nej, technologii tkanin i kolorystyki. Przypomina sobie za każdym razem, kiedy czuje w palcach splot swetra czy fakturę materiału sukienki, którą właśnie na siebie wkłada. Ale na tym jej pasja w dziedzinie włókiennictwa się skończyła. Krystyna Szydłowska wprawdzie była dobrą uczennicą, ale to co pragnęła najbardziej robić, to móc śpiewać.

Anioł, Kopernik i Otello Mama Zofia przez 40 lat śpiewała w chórze przykościelnym. Młodsza siostra Jola wraz z zespołem Primo Voto zdobyła jedną z głównych nagród na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu. Średnia siostra Ela miała i ma zespół, z którym uświetnia różne rodzinne spotkania. Z kolei bez Krystyny nie mogła odbyć się żadna szkolna akademia. Swoją karierę rozpoczęła od śpiewania w chórze, ale szybko została szkolną solistką. Szło jej znakomicie, nauczyciele chętnie zwalniali ją z lekcji. Kiedy klasa nie chciała pisać klasówki, Krystyna wchodziła na stół w laboratorium chemicznym i śpiewała do wyczerpania repertuaru. W końcu Krystyna Szydłowska zaistniała na scenie auli w łódzkim technikum włókienniczym trudnym utworem „Słowik” Aleksandra Alabiewa oraz arią Adeli z „Zemsty nietoperza”. W szkole średniej, zarówno ze względu na blond włosy, jak i głos, nie mówiono o niej inaczej niż „anioł”, co było zdecydowanie lepsze od „Kopernika”, którym ją przezywano w szkole podstawowej, kiedy na krótko ścięła włosy. Dalszy kierunek edukacji mógł być tylko jeden. Złożyła dokumenty na Wydział Wokalno-Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, zdała na piątkę z plusem. Po trzech semestrach nie zaliczyła jednego przedmiotu i oblała egzamin komisyjny. Nie rozczulając się nad sobą, wzięła urlop dziekański i zaangażowała się w Teatrze Wielkim w Łodzi. – Już wtedy wiedziałam, że żadna edukacja szkolna nie daje tyle, co jeden rok na profesjonalnej scenie w teatrze. Mój pierwszy występ był w „Baronie cygańskim”, później w „Otello”. Opowiadając o tym, Krystyna Szydłowska nie może oczywiście pominąć faktu, że w „Otellu” jej szykowna suknia była uszyta z ciężkiego granatowego aksamitu, który był pomalowany w kwiaty przypominające koronki. W 1975 roku artystka chciała wrócić na uczelnię, ale okazało się, że na roku, na którym powinna była studiować, nie było wolnego miejsca. – Ojciec był załamany, ale mama jak zwykle opanowana i pomysłowa. Włączyła telewizor, a tam akurat był występ Wandy Polańskiej, gwiazdy Operetki Warszawskiej. No i było już wiadomo, co trzeba robić dalej – wspomina, śmiejąc się. Żeby dostać wówczas etat, trzeba było mieć stały pobyt. Znalazła więc mieszkanie z meldunkiem 44 km od Warszawy. No i została zatrudniona w Operetce Warszawskiej w charakterze artystki chóru, codziennie dojeżdżając do teatru. Pamięta, że ze szczęścia


nie chodziła, tylko fruwała i nie miało znaczenia, że z powodu niskiej gaży nie stać jej było na jedzenie. Dla niej to był raj na ziemi – wielka scena, znakomici artyści i jej sopran chórzystki w „Zemście nietoperza”. Zawsze była gotowa do wyjścia na scenę, brała wszystkie zastępstwa. Kiedy nie śpiewała, nie siedziała w garderobie czy w bufecie, tylko za kulisami podpatrywała, jak śpiewają inni. W końcu dostała swoją pierwszą rolę. Została wróżką w bajce „O skrzypcowej duszy”, ale czuła, że jest już gotowa na dużo więcej.

Dziewanna z Lublina Padło na Lublin. Dyrektorem Teatru Muzycznego był wówczas Andrzej Chmielarczyk, który z dniem 1 września 1980 roku zaproponował jej etat solistki śpiewaczki z gażą 4 tysięcy złotych i służbowym pokojem przy ulicy Ogrodowej. Po raz pierwszy lubelska publiczność zobaczyła Krystynę Szydłowską w „Księżniczce Czardasza”, jednak za swój prawdziwy debiut artystka uważa rolę Dziewanny w „Dzwonach z Corneville”. W Lublinie zamierzała zostać dwa lata, po których planowała starać się o etat solistki w Warszawie. Ale nowe miejsce i okoliczności całkowicie nią zawładnęły. Osiadła tu na stałe, choć scena w teatrze gabarytowo było mniejsza o trzy czwarte od sceny w Warszawie, a siedziba teatru mieściła się w Domu Żołnierza. – Jednak była tu niepowtarzalna atmosfera, miałam poczucie wspólnoty i robienia rzeczy wielkich. Choć nie było łatwo. Z jednej strony duże wymagania reżysera Ryszarda

48

magazyn lubelski (45) 2017

Zarewicza, z drugiej zaś strony – niewielkie pieniądze na życie. Uwielbiałam chodzić Alejami Racławickimi, ulica Lipową, napawać się pięknem Lublina. Autobusy zawsze długo stały na przystanku, pasażerowie długo wchodzili do środka, przechodnie nie spieszyli się, ludzie życzliwie ze sobą rozmawiali. Dużo grałam, czułam się tu potrzebna. Zakochałam się w tym mieście – wspomina swoje lubelskie początki śpiewaczka. Wkrótce założyła rodzinę, a jej córka Krystyna poszła w jej ślady. Od trzeciego roku życia za kulisami podpatrywała, co dzieje się na scenie. Obecnie jest w zespole chóralnym lubelskiego Teatru Muzycznego, ale też już dostaje role. Matka Krystyna grała główną rolę kobiecą w „Balu w Savoyu” w 1989 roku, dziś tę samą rolę Daisy gra jej córka. Łatwiej byłoby powiedzieć, czego Krystyna Szydłowska nie zagrała, niż zagrała w lubelskim teatrze. Na liście je ról znajdują się m.in. Arsena w „Baronie cygańskim”, Bella Giretti w „Paganinim”, Ella w „Dziewczęciu z Holandii”, Diabeł w „Szopce polskiej”, Maria Antonowna w musicalu „Rewizor jedzie”, Kamilla w „Żołnierzu królowej Madagaskaru”, Aniela w „Damach i huzarach”, Celia Peachum w „Operze za trzy grosze”, Marica w „Hrabinie Maricy”, Dolly w „Hello, Dolly”, Cajtel i Gouda w „Skrzypku na dachu”, Stara Niewiasta w operze „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki oraz Praskowia w „Wesołej Wdówce” F. Lehara. W 2007 roku za całokształt dokonań została uhonorowana medalem Gloria Artis, przyznanym przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Nie toleruję ogonów Mówi o sobie, że należy do osób, które nie wiedzą, co to są kłopoty. Uważa, że z każdej sytuacji jest wyjście, które w dodatku może dać dużo życiowej radości. – Wstaję rano, idę do łazienki, patrzę w lustro i zaczynam rozmowę z mądrym człowiekiem, mówię swojemu odbiciu – kocham cię – śmieje się. Jest ponętną, temperamentną blondynką, trudno nie zapytać, jakie miejsce w jej życiu zajmują mężczyźni. Publicznie przyznała się do romansu z młodszym od siebie Marcinem Różyckim, nieżyjącym już lubelskim bardem. Ona miała 28 lat, on 18. Śpiewaczka uznała spędzony z nim czas za najpiękniejszy okres w swoim życiu. – Byłam fanką jego talentu. Chodziłam na jego koncerty. Byliśmy ze sobą prawie dwa lata. Rzucił mnie, jak obrósł w piórka – wspomina, ciągle się śmiejąc. Dziś z pierwiastkiem męskim w swoim życiu jest trochę na bakier. Wprawdzie jest otwarta na relacje damsko-męskie, ale nie toleruje w związkach ogonów – cokolwiek miałoby to znaczyć. „Płocha młodzież trafiała mi się tylko, nikt w wieku rozsądnym” przytacza wypowiedź Anieli

z komedii Aleksandra Fredry „Damy i huzary”. Tak więc nie trafiła jeszcze na swoją drugą połowę. Może to wina relacji z ojcem, w konsekwencji czego od zawsze szuka w mężczyznach przede wszystkim bezwarunkowej akceptacji. Ma 64 lata i jest w coraz lepszej formie fizycznej. Jakiś czas temu postanowiła oczyścić organizm i oparła swoje żywienie tylko na sokach, owocach i warzywach. Szczupła, zeszczuplała jeszcze bardziej. Dziś jest weganką i twierdzi, że nigdy nie miała tyle energii co teraz. Trzy lata temu została finalistką ogólnopolskiego konkursu „Miss po 50-tce”. Kobiecość i urok osobisty nieustannie są jej znakiem rozpoznawczym. Ona sama z sympatią wspomina ponad stuletnią aktorkę Danutę Szaflarską i jej pozytywne nastawienie do życia. Prosta rachuba – jej zostało jeszcze prawie 40 lat, więc ciągle ma dużo czasu do zagospodarowania. Ten rok już należy do wyjątkowych, zaczął się dedykowaną jej galą jubileuszową w Teatrze Muzycznym w Lublinie, a wszystko inne jeszcze przed nią. Kończąc spotkanie, proszę, aby spuentowała naszą rozmowę. – Napisz, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Reklama

KUPUJĄC NASZE PRODUKTY,

INWESTUJESZ W SWOJE ZDROWIE

BYCHAWA: ul Piłsudskiego 71

LUBLIN: ul. 1-go Maja 40  |  ul. Kunickiego 139

ŚWIDNIK: ul. Racławicka 7a magazyn lubelski (45) 2017

49


galeria

MAĹ A WIELKA SZTUKA

50

magazyn lubelski (45) 2017


Sylwia Krasoń-Nowińska jest rodowitą lublinianką. Nie jest plastykiem z wykształcenia, ale od zawsze interesowały ją różne kreatywne zajęcia artystyczne. Jej największą pasją jest Egg Art, czyli misterne małe dzieła sztuki, tworzone na wydmuszkach. -W porównaniu z innymi polskimi twórcami swoją przygodę z rzeźbieniem wydmuszek rozpoczęłam dość niedawno, bo na początku 2016 roku. Biorąc do ręki pierwszą w życiu multiszlifierkę i gęsie jajo od razu poczułam, że zaprzyjaźnię się z nimi na dłużej. I tak też się stało. Początki nie były łatwe, nieraz owiane niepewnością, zniecierpliwieniem i płaczem, jednak z perspektywy czasu, nie żałuję dziś poświęconych godzin, czasem nawet się z nich śmieję - wspomina. Jej talent szybko się rozwinął i zyskał uznanie, obecnie jest już jednym z artystów The World Egg Artists Assocation, ponadto należy do nielicznego grona polskich twórców Poland Handmade. Tworzenie rzeźby na wydmuszce jest złożone i wieloetapowe. Sylwia swoje pomysły na zdobienie najpierw przelewa na papier, szkic jest punktem wyjścia do dalszej pracy. Proces wykonania jednej pisanki wiąże się z poświęceniem dużej ilości czasu na naniesienie szkicu i niekończącymi się poprawkami. Gładką i śnieżnobiałą gęsią skorupkę łatwo jest pomalować. Największą trudnością, wymagającą nie lada precyzji, jest użycie odpowiednich wierteł i frezów do rzeźbienia. Chwila nieuwagi czy źle podjęta decyzja może zniweczyć całą pracę. Po czasochłonnym wyrzeźbieniu zostaje już tylko trawienie wnętrza skorupki, wysuszenie, przyozdobienie farbami i dodatkami biżuteryjnymi. Wszystkie wzory to jej własne autorskie pomysły, dzięki temu każda wydmuszka jest unikatowa pod względem wykonania, jak i samego wyglądu. Styl Sylwii można nazwać nowoczesnym faberge. Ręcznie rzeźbiona wydmuszka z pewnością jest ładną ozdobą Wielkanocną, ale może być także oryginalną pamiątką na różne okazje. Ten kto otrzyma taką wydmuszkę, może poczuć się wyróżniony, bo choćby bardzo chciał, to nigdzie indziej nie znajdzie identycznej, wykonanej z sercem i pasją. -Każda praca jest odbiciem mojego nastroju, efektem wielogodzinnych eksperymentów i możliwości tego kruchego materiału. Trzeba pamiętać, że wszelkie niedoskonałości, wpisane są w technikę rękodzieła, ale to właśnie one nadają wyrobom niepowtarzalności, dlatego zawsze zachęcam do pamiętania o polskich twórcach i rzemieślnikach bez których świat byłby nijaki- mówi Sylwia. Więcej jej prac można zobaczyć na: www.quillart.pl (abc)


historia

16/17 marca

1942 tekst Marta Mazurek | foto Marek Podsiadło

52

magazyn lubelski (44) 2017


Ulica Zimna w Lublinie. Teren przedwojennej rzeźni miejskiej, dziś siedziba m.in. przedsiębiorstwa produkującego mięso i wyroby z indyka. Całkiem długa, z rzędem samochodów stojących wzdłuż ogrodzenia. Niemal nieustający hałas wjeżdżających i wyjeżdżających wozów dostawczych, rozmów i kroków spieszących się do pracy albo wychodzących już do domu. I jeszcze paląca papierosy grupka osób, która stoi przed portiernią zakładu. Naprzeciwko równa ceglana ściana z wmontowaną na całej jej długości metalową tablicą informującą po hebrajsku, polsku i angielsku, co zdarzyło się w tym miejscu przed 75 laty. Akcja „Reinhardt”, będąca planem biologicznej eksterminacji ludności żydowskiej, rozpoczęła się w dystrykcie lubelskim, obejmując stosunkowo szybko kolejne dystrykty Generalnego Gubernatorstwa. W trakcie operacji ofiarą padli przede wszystkim Żydzi polscy, ale także zagraniczni, których transporty do GG rozpoczęły się już pod koniec 1939 roku. Szczególne natężenie deportacji nastąpiło jednak w trakcie realizacji akcji „Reinhardt” w latach 1942–1943. Szacuje się, że w tym czasie w obozach zagłady, podczas akcji wysiedleńczych i w masowych egzekucjach zamordowano około dwa miliony kobiet, mężczyzn i dzieci. Część z nich zmarła w gettach na skutek wycieńczenia, głodu i chorób. W komorach gazowych obozów zagłady akcji „Reinhardt” ginęli przede wszystkim Żydzi polscy, ale także niemieccy, austriaccy, słowaccy, czescy, holenderscy, francuscy, greccy oraz macedońscy. Pierwszym akordem operacji była likwidacja getta na Podzamczu w Lublinie, która rozpoczęła się w nocy z 16 na 17 marca od ulic Lubartowskiej i Unickiej. Niepokój mieszkańców wzbudziło włączenie oświetlenia, pomimo obowiązującego od dłuższego czasu nakazu całkowitego zaciemnienia dzielnicy. Akcja przebiegała w sposób usystematyzowany, obejmowała kolejne kwartały getta. Brały w niej udział oddziały niemieckie, wachmani z Trawnik i policja żydowska. Wysiedlenie od początku miało brutalny przebieg, wielu Żydów pobito bądź zamordowano. Każdy z wysiedleńców mógł zabrać ze sobą 15-kilogramowy bagaż, pieniądze i rzeczy wartościowe. Ofiary grupowano na placu Targowym, na placu przy ulicy Szerokiej 2 i na skwerze przylegającym do budynku Judenratu w pobliżu placu Po Farze. Selekcje przeprowadzano w Wielkiej Synagodze Maharszala przy ulicy Jatecznej, skąd Żydzi byli pędzeni w kierunku placu przeładunkowego na terenie rzeźni miejskiej przy ulicy Łęczyńskiej (obecna Turystyczna). W pobliżu znajdowała się rampa kolejowa, a sama rzeźnia usytuowana była na obrzeżach miasta, dzięki czemu gromadzenie tylu osób w jednym miejscu nie rzucało się tak bardzo w oczy. Tam ładowano ludzi do bydlęcych wagonów kolejowych. Kierunek – obóz zagłady w oddalonym o 130 km od Lublina Bełżcu. Codziennie wysiedlano 1600 osób. Do końca marca wywieziono w ten sposób około 18 000 kobiet, dzieci i mężczyzn. Deportacje kontynuowano do połowy kwietnia. W pierwszych dniach akcji likwidacyjnej Niemcy wymordowali osoby, które mogły spowalniać akcję wysiedleńczą – rozstrzelano pensjonariuszy Domu Starców


przy Krawieckiej 5 i Domu Inwalidów Wojennych przy Jatecznej, pacjentów dwóch szpitali (ogólnego przy Lubartowskiej 53 i zakaźnego przy Czwartek 4) oraz podopiecznych Ochronki przy Grodzkiej 11. W przededniu rozpoczęcia likwidacji getta na Podzamczu na jego terenie zamieszkiwało 37 000 – 38 000 Żydów, z czego około 28 000 zostało wywiezionych do obozu zagłady w Bełżcu. Do getta wtórnego na Majdanie Tatarskim usytuowanego na peryferiach Lublina trafiło 7000 – 8000 osób. Większość z nich wkrótce podzieliła los pozostałych mieszkańców dzielnicy żydowskiej. Część została zamordowana w obozie na Majdanku, inni w lesie krępieckim, niektórzy trafili przez getto tranzytowe w Piaskach do obozu zagłady w Sobiborze. Ostateczna likwidacja getta na Majdanie Tatarskim nastąpiła 9 listopada 1942 roku. Ludobójcza operacja, która w ciągu następnych miesięcy objęła całe Generalne Gubernatorstwo oraz getto w Białymstoku, miała na celu biologiczną eksterminację ludności żydowskiej, połączoną z grabieżą jej mienia. Była to część realizowanego przez Trzecią Rzeszę „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Początkowo zagładą objęto przede wszystkim polskich Żydów, lecz z czasem rozszerzono ją również na Żydów pochodzących z Rzeszy, okupowanych państw Europy Zachodniej i Południowej oraz państw satelickich. Większość transportów z ofiarami kierowano bezpośrednio do komór gazowych obozów zagłady, które zlokalizowano w peryferyjnych niewielkich miejscowościach, takich jak Bełżec i Sobibór w dystrykcie lubelskim oraz Treblinka w dystrykcie warszawskim. Sztab akcji znajdował się w Lublinie

54

magazyn lubelski (44) 2017

w budynku przedwojennego gimnazjum im. Stefana Batorego, obecnie Collegium Iuridicum KUL przy ulicy Spokojnej. Eksterminacją ludności żydowskiej na terenie całego Generalnego Gubernatorstwa kierował Odilo Globocnik, wcześniej Gauleiter Wiednia, jesienią 1939 roku mianowany dowódcą SS i policji w dystrykcie lubelskim. Do wykonania zadania został desygnowany przez samego Heinricha Himlera. Aktion „Reinhardt”, która rozpoczęła się w chłodną marcową noc 1942 roku od likwidacji getta lubelskiego, miała swój krwawy epilog w dniach 3 i 4 listopada 1943 roku podczas Akcji „Erntefest” („Dożynki”). W ciągu dwóch dni funkcjonariusze Waffen SS, policji bezpieczeństwa oraz dwóch pułków policji wymordowali ponad 40 tysięcy więźniów żydowskich ulokowanych na terenie niemieckiego obozu koncentracyjnego na Majdanku, obozów pracy w Trawnikach i Poniatowej oraz w innych miejscach w dystrykcie lubelskim. 75 lat później 16 marca 2017 roku w miejscu dawnego placu przeładunkowego przy ulicy Zimnej została otwarta instalacja „Nie/Pamięć Miejsca”. Autorem idei, koncepcji przestrzennej i wizualnej jest Tomasz Pietrasiewicz. Instalacja, którą tworzy kilkunastometrowy mur z tablicą upamiętniającą tę tragedię, jest częścią Szlaku Pamięci „Lublin. Pamięć Zagłady”, opracowanego i wytyczonego przez Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, który od 20 lat dokumentuje i popularyzuje historię społeczności żydowskiej na Lubelszczyźnie. Tekst powstał na podstawie materiałów ze strony www.teatrnn.pl


zaprosili nas

Magnetyzmy serca Magnetyzmy w liczbie mnogiej, bo zaprezentowany na scenie Teatru Muzycznego w Lublinie spektakl „Śluby panieńskie, czyli magnetyzm serca” to rzecz nie o jednym, a o kilku nawiązujących się relacjach uczuciowych. A wszystko za sprawą Alicji Jachiewicz i Stefana Szmidta, aktorów i reżyserów, założycieli Fundacji Kresy 2000 – Domu Służebnego Polskiej Sztuce Słowa, Muzyki i Obrazu w Nadrzeczu koło Biłgoraja, niezwykłego miejsca niemal w środku lasu, gdzie stworzyli znakomitą scenę teatralną, na którą zapraszają twórców, ale i sami wystawiają (do tej pory można było tu zobaczyć m.in. „Drzewo” Wiesława Myśliwskiego, „Ostatnią lekcję” Anny Bojarskiej czy „Ostatnią miłość” według I. B. Singera).

(pod)

Zaprezentowana w Lublinie dwuaktówka Aleksandra Fredry przywraca wiarę w klasykę i to w najlepszym słowa tego znaczeniu. W dominującym na polskiej scenie nurcie teatru poszukującego kameralne i tradycyjne w wyrazie swojej inscenizacji „Śluby panieńskie” okazują się być ciekawą i jak na komedię przystało – zabawną propozycją sceniczną. Ogromnym walorem są z jednej strony dość ascetyczna scenografia, zapraszająca nas do wnętrza XIX-wiecznego

dworu z naturalną muzyką otoczenia (brzmienie kurantów czy zegara), zaś z drugiej strony – język, jakim posługują się bohaterowie. Nagle okazuje się, że o uczuciach można rozmawiać czystą, pełną niuansów polszczyzną, która jest nie tylko zrozumiała dla młodszego pokolenia, ale przyjemna dla ucha i znakomicie nadająca się do słownych gierek. Biorąc pod uwagę, jak bardzo ostatnimi czasy został uproszczony nasz codzienny język, słowny przekaz płynący do nas ze sztuki Fredry jest prawdziwą ucztą. Nie byłoby to oczywiście możliwe bez zaangażowanej gry aktorskiej. W obsadzie mamy Natalię Matuszek (Klarę), Magdalenę Maścianicę (Anielę), Damiana Kreta (Gustaw), Zbigniewa Dziducha (Albin), Andrzeja Kobielskiego (Jan) oraz parę reżyserów, którzy zagrali role Pani Dobrójskiej i Radosta. Krótko mówiąc – pełna pozytywnej energii i wyczucia komizmu sytuacji aktorska młodzież i równie dobrze czujący się w takiej sytuacji scenicznej dojrzali swoim doświadczeniem Alicja Jachiewicz i Stefan Szmidt. Spektakl mieliśmy okazję obejrzeć przy okazji przypadającego na dzień 27 marca Międzynarodowego Dnia Teatru. Dla twórców spektaklu święto, a dla publiczności – pozycja obowiązkowa. (maz)

56

magazyn lubelski (45) 2017


Maja Wolny, sercem i duszą związana z Kazimierzem Dolnym, była dziennikarką tygodnika „Polityka”, mieszkała w Belgii, gdzie prowadziła fundację promującą kulturę krajów Europy Wschodniej. Była kuratorką wystaw, szefową muzeum oraz felietonistką flamandzkiego serwisu informacyjnego VRT. Autorka powieści „Kara”, „Dom tysiąca nocy” oraz „Czarne liście”. Jej najnowsza książka – „Księgobójca” to tylko z pozoru kryminał, którego akcja dzieje się w Amsterdamie. Spotkanie z Mają Wolny, które odbyło się w domu Marii i Jerzego Kuncewiczów, miało niecodzienną oprawę muzyczną, o którą zatroszczyła się pianistka Anetta Stawińska. Kompozycje mistrzów muzyki klasycznej nawiązywały do tematów poruszanych w „Księgobójcy”, czyli o starości i na taką starość pomyśle (bohaterowie książki to seniorzy), książce (jako bycie, kostiumie kryminału i materii do twórczości), Amsterdamie oraz o byciu obcym w z pozoru tylko przyjaznym świecie. Było ciekawie, publiczność dopisała i tłumnie kupowała książki wzbogacone autografem autorki. (Monika Januszek-Surdacka)

(mat.org.)

„Zwierciadła” coraz lepsze

II LO im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Lublinie, organizujące po raz czternasty Spotkania Teatralne Zwierciadła, znowu zaskoczyło, nie tylko poziomem artystycznym wydarzenia, ale i samą organizacją. Licealiści doskonale wykorzystali narzędzia social media, skądinąd pewnie znane im najlepiej, do bardzo szeroko zakrojonej promocji. Była parada, ścianka i czerwony dywan, a także Klub Festiwalowy w Centrum Kultury. Uczestnikami były grupy teatralne m.in. z Kraśnika, Puław, Nałęczowa, Lubartowa, Biłgoraja i Staszowa. Gościem specjalnym był aktor Przemysław Stippa, a pokazom bacznie przyglądało się jury w składzie: Małgorzata Adamczyk z Teatru im. Hansa Christiana Andersena w Lublinie, Jerzy Turowicz – twórca i dyrektor Akademii Teatralno-Wokalnej Jerzego Turowicza oraz Mieczysław Wojtas – kierownik i reżyser lubelskiego Teatru Panopticum. Główną nagrodę otrzymał Teatr Nic Konkretnego z II LO im. Hetmana Jana Zamoyskiego za spektakl pt. „Próba generalna”. Przyznano również nagrody indywidualne. Pierwszą nagrodę i stypendium w Akademii Teatralno-Wokalnej Jerzego Turowicza otrzymali Anna Kosek oraz Mikołaj Zieńczuk, oboje z Teatru Satyry Zielona Mrówa z Bursy Szkół Artystycznych w Lublinie. (abc)

(woj)

(Monika Surdacka-Januszek)

Kobieco i kryminalnie

magazyn lubelski (45) 2017

57


Bo w kobietach jest moc

(LGD ZK)

Co słychać u Adama i Ewy

(pod)

zaprosili nas

W marcowy sobotni wieczór w Teatrze w Remizie w Łączkach – Paw- LAJF z przyjemnością patronuje wydarzeniom, których znakiem łówku w pobliżu Borzechowa miał miejsce spektakl Joanny Lewickiej rozpoznawczym jest dobra energia i równie dobra atmosfera. Lo„Lublove”. To już po raz szósty Stowarzyszenie Centrum Artystyczne kalna Grupa Działania Ziemi Kraśnickiej pod kierownictwem Teatr w Remizie, wójt Gminy Borzechów Zenon Madzelan oraz bodaj Wioletty Wilkos, o której pisaliśmy latem ubiegłego roku, po najbardziej uteatralniona wspólnota mieszkańców na Lubelszczyźnie raz kolejny zorganizowała wielkie świętowanie kobiet z powiatu zaprosili na tak niebywały Dzień Kobiet. Tradycją corocznych spotkań kraśnickiego. W wydarzeniu wzięło udział 600 pań, z których wiele najpierw jest uczta artystyczna, a następnie uczta kulinarna. Teatralnie działa w Kołach Gospodyń Wiejskich oraz działa na rzecz aktywizaw tym roku było przede wszystkim o miłości. Stąd na scenie Teatru cji kobiet na wsi. Program artystyczny został przygotowany przez w Remizie pojawiły się takie postaci, jak Scarlett O’Hara i Rhett Dzieci z Zespołu Szkół w Blinowie, Kabaret z Rzeczycy Księżej Butler, Tristan i Izolda, Piękna i Bestia, Romeo i Julia, a nawet oraz żywiołowy Zespół Wokalny Fantazja z Gościeradowa. Z kolei Adam i Ewa. Na scenie zobaczyliśmy Wojciecha Kapronia i Katarzynę Teatr Pokoleń z Siennicy Różanej, który zaprezentował spektakl Tadeusz, Ilonę Zgiet i Dariusza Jeża, a także poetkę i malarkę Marię „Kryminalnie w Koziej Wólce”, do łez rozśmieszył wszystkich zgroSzczęsną-Jeleniewską z Lublina. Dowcipne dialogi, dynamiczna gra madzonych. Tradycją spotkań z okazji Dnia Kobiet w Kraśniku jest postaci oraz interesujące scenografia i kostiumy sprawiły, że zaproszeni zaproszenie gościa specjalnego, którym tym razem była lubelska goście znaleźli się w zgoła innej rzeczywistości. (gras) stylistka Monika Butrym. (ag)

58

magazyn lubelski (45) 2017


Gościem KUL-owskich spotkań literackich był literaturoznawca, tłumacz, pisarz i wykładowca akademicki, a także bliski współpracownik noblistki Wisławy Szymborskiej – Michał Rusinek. Spotkanie pt. „Wszystko (nad)zwyczajne. Michał Rusinek – rozmowa o Wisławie Szymborskiej i literaturze” było wielce emocjonujące intelektualnie z domieszką dużego poczucia humoru. Michał Rusinek jest krakowianinem, absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisuje felietony o książkach i języku, publikuje limeryki i drobne formy literackie. Stale współpracuje z portalem xiegarnia.pl, gdzie nagrywa felietony i recenzuje książki. Jest także autorem tekstów piosenek m.in. dla Doroty Miśkiewicz, Anny Marii Jopek i Grzegorza Turnaua. W latach 1996–2012 był sekretarzem Wisławy Szymborskiej. Od roku 2005 zasiada w Komisji Żywego Słowa przy Radzie Języka Polskiego PAN. Od 2012 roku zarządza Fundacją Wisławy Szymborskiej. (kabo)

(pod)

Lubelskie Dni Autyzmu

Przed Centrum Spotkania Kultur w Lublinie 2 kwietnia zebrało się około dwustu osób, aby wspólnie zamanifestować wsparcie dla osób cierpiących na autyzm oraz dla ich bliskich. Każdy z zebranych otrzymał charakterystyczną niebieską chustę. O godz. 20.00 na niebiesko zaświeciła się fasada CSK oraz rozpoczęło się spotkanie informacyjno-edukacyjne. Światowy Dzień Świadomości Autyzmu został ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Organizowane tego dnia wydarzenia mają na celu zwrócenie uwagi na: wczesne rozpoznawanie i diagnozowanie autyzmu, ale także na izolację czy nawet dyskryminację, jakich doświadczają osoby dotknięte autyzmem i ich rodziny. 2 kwietnia wieczorem na znak solidarności z osobami z autyzmem, zgodnie z hasłem „Zaświeć się na niebiesko” – na całym świecie reprezentacyjne budynki i budowle podświetlane są na niebiesko. (maz)

(sta)

Michał Rusinek o Szymborskiej

(Tomasz Koryszko)

zaprosili nas

magazyn lubelski (45) 2017

59


kwiecień/maj 12 kwietnia LUBLIN Inny Lublin: spotkanie autorskie z Martinem Pollackiem Sala Czarna, Ośrodek „Brama Grodzka - Teatr NN”, ul. Grodzka 21, godz. 18.00

20-23 kwietnia LUBLIN XIII Studencki Ogólnopolski Festiwal Teatralny „Kontestacje” ACK UMCS „Chatka Żaka”, ul. Radziszewskiego 16

21 kwietnia JAKUBOWICE KONIŃSKIE Pokaz modowy “Ogrody Mody”

Dwór Anna, Jakubowice Konińskie Kol., ul. Lubelska 3, godz. 18:00

21-30 kwietnia LUBLIN Lublin Restaurant Week

Szczegóły i lista restauracji biorących udział w wydarzeniu: www.restaurantweek.pl.

Szczgółowe info na:

22 kwietnia

RYKI Otwarte Mistrzostwa Polski Grupy Biegusiem.pl w biegach przełajowych

24-26 kwietnia

LUBLIN Konferencja naukowa: Godzina ŚWIDNIK IV wojewódzkie spotkania baletowe rozumu, Ogólnopolska, interdyscyplinarna konferencja w Świdniku naukowa Miejski Ośrodek Kultury w Świdniku, al. Lotników Polskich 24, godz. 10.00

Kościół oo. Dominikanów, ul. Złota 9

LUBLIN Lublin Jazz Festiwal

Centrum Kultury w Lublinie, ul. Peowiaków 12

Centrum Spotkania Kultur, Plac Teatralny 1

magazyn lubelski (45) 2017

14 maja LUBLIN Noc Muzeów

Muzeum Lubelskie, ul Zamkowa 9, godziny wieczorne i nocne

20-22 maja

21-29 kwietnia

60

3 maja

Ranczo Kozia Górka, start: godz. 14.00

LUBLIN Scena bluesowa: koncert Boo Boo Davis i Adam Bartoś

LUBLIN Festiwal Scenografii i Kostiumów „Scena w Budowie”

ul. Rynek 19, godz. 13:00

DĄBRÓWKA Otwarcie Parku Dźwięków Dąbrówka koło Kamionki na obrzeżach Lasów Kozłowieckich

19 kwietnia

20-23 kwietnia

KAZIMIERZ DOLNY Otwarcie wystawy fotografii Szymona Brodziaka w Muzeum Nadwiślańskim,

22 kwietnia

www.parkdzwiekow.pl

Klub Graffiti, ul. Piłsudskiego 13, godz. 21:00

29 kwietnia

28 kwietnia LUBLIN Koncert Charytatywny ,,Okaż Serce”

Amfiteatr przy kościele pw. Niepokalanego Serca Maryi i Św. Franciszka z Asyżu, Al. Kraśnicka 76, godz. 19:00

LUBLIN Lubelskie Dni Modernizmu

Akademickie Centrum Kultury “Chatka Żaka”, Centrum Spotkania Kultur, Osiedle LSM Szczegóły na: www.dnimodernizmu.pl


LAJF Magazyn Lubelski #45  

Jedyne na Lubelszczyźnie pismo pozwalające dotrzeć do tak dużej liczby wpływowych i opiniotwórczych osób w tym regionie. Nowoczesny layout,...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you