Page 1


od redakcji

foto Bożena Rożek

Piotr Nowacki

Grażyna Stankiewicz

Na ekrany kin właśnie wszedł film „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, rzecz nie tylko o tym, jak można skomplikować swoje życie uczuciowe, ale też o potrzebie miłości, bliskości i bycia zrozumianym przez drugiego człowieka. Dowodem na to, że coraz częściej zdarza się nam wybierać życie z samym sobą, są dane Głównego Urzędu Statystycznego, które pokazują, że co czwarte gospodarstwo domowe w Polsce jest gospodarstwem pojedynczym. Jednak wybór samotnego życia coraz bardziej jest związany z dotkliwym osamotnieniem. Literaci, dziennikarze, a nawet socjolodzy nazywają to zjawisko dżumą współczesności. Niezależnie od pochodzenia, szerokości geograficznej i wyznawanych wartości. W związki uczuciowe i sztukę kochania samego siebie również i my pragniemy wniknąć w rozmowie z seksuologiem i psychoterapeutą Moniką Czułnowską-Rybicką. Ale też nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie mogli zaprosić do naszego panteonu osób pozytywnie myślących i działających. A ten barwny korowód postaci tym razem otwiera prof. Andrzej Kokowski, nie tylko jeden z najbardziej cenionych archeologów na świecie, ale również osoba mająca w sobie wyjątkową synergię. Zapraszamy do lektury

Wydawca

Redaktor naczelna


miejsce przyjazne seniorom Społeczeństwo starzeje się, zmienia się model funkcjonowania rodziny. Kiedyś senior rodziny był otoczony opieką najbliższych. Dziś, będąc w ciągłym pośpiechu, trudno zadbać o starsze osoby w taki sposób, aby czuły się komfortowo, zwłaszcza jeśli mają tylko jedno dziecko. Siłą rzeczy seniorzy są pozbawieni opieki najbliższych. Dzięki postępowi medycyny ich życie się wydłuża, przez co za 10 lat problem będzie dwukrotnie większy. Tymczasem już teraz jako opiekunowie nie dajemy sobie rady z tą sytuacją i mentalnie, i organizacyjnie. Zwłaszcza kiedy powtarzamy sobie, że skoro nasi rodzice zajmowali się nami w dzieciństwie – teraz powinniśmy się odwzajemnić. Oczywiście, że tak, ale w sposób satysfakcjonujący

W Jastkowie koło Lublina stworzyliśmy niezwykłe miejsce. To urządzony według najnowszych światowych standardów nowoczesny dom opieki, otoczony wspaniałym ogrodem, z przytulnymi pokojami, znakomitą domową kuchnią i zapachem drożdżowego ciasta. Dom różniący się od wszystkich innych tego typu miejsc. Seniorzy czują się tu bezpiecznie i lubią tu przebywać. Naszą wielką radością jest ich powrót do formy sprzed choroby. Bo też przebywanie w środowisku rówieśników, działania kulturalne, dostępność kaplicy i cotygodniowe nabożeństwa, terapia zajęciowa, a także możliwość zamieszkania ze współmałżonkiem działają stymulująco na ich kondycję psychiczną i fizyczną. W naszym domu przebywają osoby przyjmowane na pobyt stały, ale co równie ważne, przyjmujemy także pacjentów na krótsze, kilkumiesięczne czy kilkutygodniowe pobyty rehabilitacyjne. Są z nami także pacjenci w stanach terminalnych , którym rodziny pragną umożliwić godną śmierć. To, co wyróżnia nasz ośrodek, to kompleksowa diagnostyka geriatryczna z wykorzystaniem specjalistycznego sprzętu i znakomicie wyposażone zaplecze rehabilitacyjne. Nad wszystkimi pacjentami każdej doby czuwa kilkanaście osób. Oprócz lekarza rodzinnego i geriatry są to pielęgniarki, rehabilitanci, terapeuci, opiekunki i osoba organizująca zajęcia kulturalno-rekreacyjne. Część naszych pacjentów to osoby z chorobą Alzheimera i innymi formami otępienia. Każdy przypadek traktujemy indywidualnie. To dla nas ogromny sukces, kiedy pacjent wraca do domu o własnych siłach, choć kilka tygodni wcześniej nic nie wskazywało na poprawę. To również komfort dla osób, które bez konieczności przemieszczania się podczas kilkudniowego pobytu mogą zrobić wszystkie potrzebne badania oraz nauczyć się ćwiczeń, które można samodzielnie wykonywać w domu. Ideą naszej placówki jest także pomoc rodzinom, zachęcamy bliskich do udziału w terapii. W Comfort Place nie obowiązują stałe godziny odwiedzin, a decyzje dotyczące przebiegu leczenia podejmujemy razem z rodziną. Wcześniej czy później każdy z nas zetknie się z problemem starzejących się bliskich, ich chorobami, wspólną niemocą i utratą wiary w godne przeżywanie zmierzchu życia. Dlatego tak ważne jest nasze myślenie o tym już teraz.

zarówno naszych bliskich, jak i nas samych.

Dom Opieki i Rehabilitacji Comfort Place 21 – 002 Jastków koło Lublina ul.Jastków 110 tel. 81 531 27 70 | 730 905 730

Kierownik Artur Danieluk specjalista medycyny rodzinnej, geriatra

www.comfortplace.pl | kontakt@comfortplace.pl


od redakcji

pirat śródlądowy

kocia kołyska

4  Grażyna Stankiewicz, Piotr Nowacki Na ekrany kin właśnie wszedł film

8  Paweł Chromcewicz. Trump a sprawa polska

9  Grażyna Stankiewicz. Tulipany w kryształowym wazonie

z okładki

społeczeństwo

biznes

12  Poznaniak z Masłomęcza. Z Andrzejem Kokowskim rozmawia Aleksandra Biszczad, foto Natalia Wierzbicka

20  Jak kochać? tekst Aleksandra Biszczad, foto Marek Podsiadło

24  Chodźmy do kina. tekst Jacek Słowik, foto Marcin Pietrusza

podróże

38   Auto z wyobraźnią. Toyota Agya. tekst Anna Piłat, foto Marek Podsiadło

podróże 40  Opalenizna i koniak w pakiecie. tekst Andrzej Ranicki, foto Watra Travel

44  Przyjemny spacer po mieście, ale z potknięciami. tekst Jacek Słowik, foto Maciej Rukasz 46  Puste miejsce przy stole. Tekst Aleksandra Biszczad

taki LAJF

34 biz-njus

motoryzacja

20  Ulica różowych lampionów. Tekst Marta Mazurek, foto Marek Podsiadło

kultura

10 tygiel

historia

obyczaje

48  Tragedia przy 1 Maja. tekst Mariusz Gadomski, foto Marek Podsiadło 51 Rodzina Glenmorangie, tekst Anna Góral

52  Jazz: Jazz i nie tylko. tekst Wojciech A. Mościbrodzki 53  Wino: O istocie temperatury, tekst Łukasz Kubiak, foto Marek Podsiadło

zaprosili nas 55  Jamniki górą/ Jagiełło przy Grodzkiej/ Francja-elegancja/ Noworocznie na Górze Puławskiej/ Wyznaczać nowe standardy/ Prapremiera filmu o patronce UMCS/

42 okruchy kultury

integracja 54  Integracja: Łukasz. tekst Monika Murat, foto Marek Podsiadło

58 kalendarium marzec/kwiecień


Reklama

LAJF magazyn lubelski Lublin 20-010 ul. Dolna Panny Marii 3 www.lajf.info e-mail: redakcja@lajf.info, redakcjalajf@gmail.com tel. 81 440-67-64, 887-090-604 Redaktor naczelna: Grażyna Stankiewicz (gras), g.stankiewicz@lajf.info

Skład: Irek Winnicki Foto: Marcin Pietrusza (qz), Maks Skrzeczkowski (maks), Daniel Mróz (mró), Michał Patroń (moc), Anna Floryszek-Kosińska (flo), Olga Bronisz (obro), Krzysztof Stanek (sta), Robert Pranagal (gal), Jakub Borkowski (bor) Natalia Wierzbicka (nat), Łukasz Parol (parol). # 2017/2/44 egzemplarz bezcenny

REKLAMA i MARKETING: Bartosz Pachucy b.pachucy@lajf.info Wojciech Mościbrodzki w.moscibrodzki@lajf.info

Poznaniak z Masłomęcza

Idziemy do kina

Jazz&Wino, Wino& Jazz

Wydawca: KONO media sp. z o.o, 20-010 Lublin ul. Dolna Panny Marii 5 Prezes Zarządu: Piotr Nowacki (now) p.nowacki@lajf.info

reklama@lajf.info praca@lajf.info 423_best_auto_G30_prasa_205x275cm_3mmspad_300.indd 1

27.02.2017 10:23

ISSN 2299–1689

Regon 061397085, NIP 946 26 38 658, KRS 0000416313 e-mail: kono.media.sp.zoo@gmail.com Treści zawarte w czasopiśmie „LAJF magazyn lubelski” chronione są prawem autorskim. Wszelkie przedruki całości lub fragmentów artykułów możliwe są wyłącznie za zgodą wydawcy. Odpowiedzialność za treści reklam ponosi wyłącznie reklamodawca. Redakcja zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów tekstów, nadawania śródtytułów i zmiany tytułów. Nie identyfikujemy się ze wszystkimi poglądami wyrażanymi przez autorów na naszych łamach. Nie odsyłamy i nie przechowujemy materiałów niezamówionych. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wydawnictwo ma prawo odmówić zamieszczenia ogłoszenia i reklamy, jeśli ich treść lub forma są sprzeczne z linią programową bądź charakterem pisma (art. 36 pkt. 4 prawa prasowego) oraz interesem wydawnictwa KONO media sp. z o.o. Egzemplarz bezpłatny.

Prenumerata

Cena prenumeraty rocznej: 59 zł brutto Nr konta: V oddział Bank Pekao S.A. 42 1240 1503 1111 0010 4544 7511

Adres odbiorcy: KONO media sp. z o.o ul.Dolna Marii Panny 3 20 – 010 Lublin

Oświadczenie: „Wyrażam zgodę na przesyłanie mi przez KONO media sp. z.o.o. ul Dolna Panny Marii 3, 20-010 Lublin, czasopisma "LAJF magazyn lubelski" zawierającego materiały reklamowe i promocyjne. Oświadczam ponadto, że jestem osobą pełnoletnią oraz, że wyrażam zgodę na umieszczenie moich danych osobowych w bazie danych KONO media sp.z.o.o. wydawcy czasopisma „LAJF magazyn lubelski”, a także na korzystanie z nich i przetwarzanie dla celów marketingowych i promocyjnych. Oświadczam, iż wyrażam zgodę na umieszczanie danych osobowych w bazie KONO media sp.z.o.o. wydawcy „LAJF magazyn lubelski” oraz ich przetwarzanie zgodnie z treścią ustawy o ochronie danych osobowych z dn. 29.08.1997 r. (Dz.U.133 poz. 88) wyłącznie na potrzeby wydawnictwa”. KONO media sp.z.o.o. informuje, że przysługuje Państwu prawo wglądu i poprawiania zgromadzonych danych zgodnie z Ustawą o ochronie danych osobowych (Dz.U.1997.133.833).

Okładka: Natalia Wierzbicka

LAJF magazyn lubelski 2017/2/44

.

Sekretarz redakcji: Aleksandra Biszczad a.biszczad@lajf.info Korekta: Magdalena Grela-Tokarczyk Współpracownicy i korespondenci: Izabella Kimak (izk), Jola Szala (jos), Michał Fujcik (fó), Katarzyna Kawka (kk), Maciej Skarga (ms), Marzena Boćwińska (boć), Karolina Wójciga (wój), Marek Podsiadło (pod), Marta Mazurek (maz), Anna Góral (ag), Izolda Wołoszyńska (izo), Jerzy Janiszewski (jan), Klaudia Olender (kol), Aleksandra Biszczad (abc), Paweł Chromcewicz (chro), Jacek Słowik (slow)


pirat śródlądowy

Trump a sprawa polska

PAWEŁ CHROMCEWICZ

Skąd my to znamy? Donald Trump, dziwny gość z dużą kasą wybrany na prezydenta USA, zakazał wpuszczenia na konferencję prasową swojego rzecznika niektórych mediów – tych, których nie lubi, np. telewizji CNN. Wśród obłożonych zakazem wejścia były też dwie gazety, powszechnie uznawane za najbardziej wiarygodne i obiektywne: „New York Times” i „Los Angeles Times”.

8

Anatema, którą objęto część mediów, jest dla Amerykanów o tyle szokująca, że pierwsza poprawka do konstytucji (z 15 grudnia 1791 roku) zapewnia dziennikarzom swobodę dostępu do informacji. Dosłownie „zakazuje ograniczania wolności religii, prasy, słowa, petycji i zgromadzeń”, ale – jak widać – dla Trumpa prawo znaczy tyle samo, co dla dzisiejszych władców Polski, marzących o tym, by zamknąć usta mediom obiektywnie relacjonującym rzeczywistość. Naczelnik Polski już zapewne rozważa, jak przykład zza oceanu przekuć na polskie realia, wszak od dawna wiadomo, że co najmniej dwie telewizje, a także kilka gazet i rozgłośni są mu solą w oku. Ale też wydaje się, że przykład działa w drugą stronę. Mam nieodparte wrażenie, że Trump mógłby wykorzystać polskie doświadczenia w pacyfikowaniu sądownictwa, zwłaszcza Trybunału Konstytucyjnego, bo – jak do tej pory – w potyczce z sądami ponosi klęskę za klęską. Fakt, sądownictwo w Stanach Zjednoczonych jest naprawdę niezależne i działa zgodnie z klasycznym trójpodziałem władzy, ale przecież – jak dobrze pogmera się w paragrafach – zawsze znajdzie się jakiś bat na sędziów. Zależy tylko, jak się do tego zabrać. Polski minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, postać wybitna nie z powodu znajomości prawa, ale z tego, jak je relatywizować, mógłby Trumpowi dobrze się przysłużyć, gdyby przestawić go na amerykańskie tory. Bo zdaje się, że tak wybitnego specjalisty od manipulacji paragrafami Amerykanie nie mają. Może im go wypożyczmy?... Pierwsza przegrana batalia Trumpa z sądami dotyczyła imigrantów, o których zdanie zdaje się ma identyczne, jak władca Żoliborza i całej Polski, czyli: niebezpieczni, brudni, źli, obrzydliwi i roznoszący zarazki. Nie widzę więc przeszkód, żeby panowie zwarli szeregi (a to już kolejny powód) i razem położyli kres degrengoladzie, jaką światu funduje ta obrzydliwa Unia Europejska i liberalne amerykańskie barachło, kompletnie nierozumiejące wizji świetlanej przyszłości rozsiewanej przez tych wybitnych przywódców. magazyn lubelski (44) 2017

Dziwnym trafem jednak do współpracy obydwu mocarstw nie może jakoś dojść, co jak się wydaje wynika z krótkowzroczności Trumpa. Bo że ten drugi chciałby zacieśniać, rozwijać i iść ramię w ramię, nie mam wątpliwości. Na niedawnej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium nie udało się naszym wybitnym dyplomatom doprowadzić nawet do spotkania prezydenta Dudy z wiceprezydentem USA Mike’m Pencem. Wicek z Waszyngtonu po prostu olał głowę naszego państwa, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, że polsko-amerykańska wymiana doświadczeń może przynieść naprawdę znakomite rezultaty w ograniczaniu demokracji. Widać tam, za oceanem, brakuje im przenikliwości, jaką mają władze nad Wisłą. Co gorsza, kompletnie nie czują, jakiego mogą mieć cudownego sojusznika w Europie, zwłaszcza gdy ta stanie się Europą dwóch prędkości. Co dzięki PiS mamy już prawie zagwarantowane (oczywiście, my będziemy w tej niższej prędkości). No więc nie chcą się spotykać, nadal ani im w głowie znosić wizy dla Polaków, co najwyżej ich kolumny wojskowe mogą u nas spowodować kilka groźnych wypadków na drodze. A przecież naprawdę moglibyśmy im pomóc i natchnąć naszą „dobrą zmianą”. Żal patrzeć, że nie korzystają np. z doświadczeń ministra Szyszki, dzięki któremu od dwóch miesięcy zewsząd słychać cudowny dźwięk pił spalinowych, a nasz stan zadrzewienia ulega znacznej redukcji. A przecież tam, w USA, mają znacznie więcej nikomu niepotrzebnych drzew… Nie chce się wierzyć, ale naprawdę ten cały Trump nadal traktuje Polskę tak samo, jak Algierię czy inną Somalię, a przecież powinien dostrzec najlepszy przykład dla siebie. Może gdy w końcu zobaczy w nas jedynych i prawdziwych odnowicieli Unii Europejskiej, zniesie te cholerne wizy, choć zapewne wyłącznie dla wybranych reprezentantów polskiego narodu – tych, którzy mieć będą zaświadczenie o właściwym głosowaniu. Tak jak wybrał sobie media na konferencję.


kocia kołyska

Tulipany w kryształowym wazonie

garnek sycącej strawy, stawia na stół domowej roboty nalewki, ma na podorędziu ciągle gotującą się wodę i zapasy herbaty i kawy i tacę ze szklankami. I zanim zawita pierwszy gość, już ją łupie w krzyżu i bolą stawy. Natomiast kiedy wieczorem wszyscy już sobie pójdą, kiedy uwolni swoją twarz od nieustannego uśmiechu, kiedy pomyje naczynia, powyciera je i poustawia w szafach, zamiecie podłogę, wymieni obrus, doleje wodę do kryształowego wazonu z kwiatami, powiedzmy sobie szczerze – jest wykończona. A całe to zamieszanie przez Clarę Zetkin, odznaczoną orderami Lenina i Czerwonego Sztandaru niemiecką socjalistkę, pacyfistkę, feministkę i współzałożycielkę Komunistycznej Partii Niemiec. To z jej inicjatywy Międzynarodowy Dzień Kobiet został ustanowiony przez Międzynarodówkę Socjalistyczną w 1910 roku, aby uczcić pamięć 126 amerykańskich sufrażystek, które rok wcześniej w Nowym Jorku, walcząc o równouprawnienie kobiet i wynagrodzenia równe zarobkom mężczyzn, zostały zamknięte w fabryce, w której wybuchł pożar. W tamtych czasach w Polsce ruch feministyczny nie miał tak burzliwego przebiegu. Może dlatego święto 8 marca upowszechniło się dopiero po zakończeniu wojny. Początkowo było negatywnie odbierane, jak wszystko, co zostało narzucone przez komunistyczną władzę. Ale odpowiedni PR zrobił swoje i w końcu udało się uwieść kobiety symbolicznym czerwonym goździkiem i pocałunkiem w dłoń. Jak pokazują badania opinii publicznej, więcej niż połowa Polek Międzynarodowy Dzień Kobiet lubi i je obchodzi.

magazyn lubelski (44) 2017

FOTO JACEK DALMATA

Mijający ją tłum (godziny szczytu), w tym mężczyźni z kwiatkami, patrzył na nią z pogardą albo co najmniej z niesmakiem. Kobieta mogła być pracownikiem jednego ze znajdujących się w pobliżu urzędów lub Centrali Rybnej. Z pewnością była osobą kulturalną i z dużym poczuciem humoru. Nie złorzeczyła, nie przeklinała, tylko się śmiała, śmiała i śmiała. Próbowała wstawać, siadała, śmiała się i znowu brała się za wstawanie, żeby klapnąć pupą w to samo miejsce co przed chwilą i ponownie zacząć się śmiać. Schody były strome i było ich dużo, ale nikt nie podał jej ręki i nie zaproponował pomocy. Żaden szarmancki mężczyzna i żadna mijająca ją kobieta. W końcu był przecież Międzynarodowy Dzień Kobiet, a alkoholizacja zarezerwowana była wyłącznie dla mężczyzn, którzy przybywali z goździkiem ucałować rączki szanownej pani. Stojące na piedestale matki, żony, córki, teściowe i kierowniczki działów zostały a priori z tego świętowania wyłączone. No, może z wyjątkiem owej damy ze schodów na dworcu głównym, która postanowiła w całości wykorzystać ustawowo dedykowany jej dzień. Z kolei pewna członkini prężnie działającego Koła Gospodyń Wiejskich (tzw. lokalna aktywistka) zdradziła w sekrecie, że szczerze nie cierpi Dnia Kobiet. Po pierwsze, po drugie i po trzecie dlatego, że musi się do niego przygotować, a potem jest nieziemsko zmęczona. Każdego odwiedzającego ją mężczyznę – członka rodziny, sąsiada, znajomego, znajomego znajomych i chłopaka córki trzeba ugościć co najmniej kawałkiem własnoręcznie upieczonego ciasta. Nie daj Boże, jeśli ktoś zawita w godzinach obiadu. Więc ona piecze już dwa dni wcześniej i gotuje

GRAŻYNA STANKIEWICZ

Był początek lat 80. Na schodach dworca głównego w dużym mieście wojewódzkim 8 marca w godzinach popołudniowych siedziała kobieta. Miała na sobie jasny kożuszek, brązowe botki, rozpięty żakiet i nonszalancko zarzucony na ramiona szalik. Na głowie miała blond kok, choć prawdę mówiąc, znajdujący się w sporym nieładzie. W ręku trzymała torebkę i futrzaną czapkę. Co jakiś czas próbowała podnieść się, ale jakaś zdumiewająca siła dośrodkowa uniemożliwiała jej ten manewr. Na każdy powrót na miejsce reagowała salwą śmiechu na zmianę z rozbrajającym rechotem. Powiedzmy sobie szczerze – była pijana w sztok.

9


tygiel

Najlepsi z Lubelszczyzny

HIT

Polska Organizacja Turystyczna wręczyła w lutym certyfikaty dla Najlepszego Produktu Turystycznego w Polsce 2016 roku. Do konkursu zgłoszono aż 232 projekty. Kapituła wybrała 10 najlepszych. Wśród nich znalazły się aż dwa projekty realizowane na Lubelszczyźnie: Green Velo i Noc Kultury. Green Velo, który otrzymał pierwsze miejsce, to Wschodni Szlak Rowerowy, którego trasa prowadzi przez 5 parków narodowych i 15 parków krajobrazowych. To ponad 2000 km niezwykłej wędrówki na rowerze w 5 województwach wschodniej Polski, z czego długość lubelskiego odcinka wynosi 414 km. Certyfikat otrzymała również Noc Kultury w Lublinie, jedna z najbardziej znanych corocznych imprez promująca miasto. Podczas jednej nocy na obszarze Starego Miasta i w jego sąsiedztwie organizowanych jest ponad 250 różnych wydarzeń. W znakomitym gronie miejsc i wydarzeń nagrodzonych certyfikatem znalazły się również miedzy innymi: gdański Teatr Szekspirowski, Festiwal Kultury Żydowskiej Warszawa Singera oraz Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu. (ag)

(pod)

Kocie losy w ludzkich rękach

(pod)

Zdrowie zamknięte w karafce W Bazanowie Nowym koło Ryk miał miejsce konkurs domowych nalewek ,,Zdrowie Zamknięte w Karafce”, które zostały przygotowane na bazie naturalnych produktów. Jury pod przewodnictwem Marka Dyrki, Mistrza Polskich Nalewek, oceniło 20 nalewek z aronii, jagody, porzeczki, cytryny, maliny, czereśni, a nawet kiwi, kokosa i płatków róż. Bezkonkurencyjna okazała się nalewka z truskawek przygotowana przez Jadwigę Bendel z Koła Gospodyń Wiejskich z Rososzy. Jak podkreślił przewodniczący jury, w aspekcie nalewkowym truskawka jest jednym z najtrudniejszych owoców miękkich i rzadko kiedy udaje się osiągnąć spójny rezultat pod względem smaku, klarowności i aromatu. Zorganizowany po raz pierwszy turniej ma charakter integracyjno-towarzyski, a jego celem jest promocja regionalnych tradycji nalewkarskich. Organizatorem konkursu jest Stowarzyszenie Kół Gospodyń Wiejskich Gminy Ryki. (gras)

10

magazyn lubelski (44) 2017

Tym razem drzwi otwarte w schronisku dla bezdomnych zwierząt przy ul. Metalurgicznej 5 w Lublinie były dedykowane kotom. Stałych kocich rezydentów przybywa tu każdego miesiąca około 40. Organizowana co roku przy okazji Międzynarodowego Dnia Kota akcja, poprzez spotkania z behawiorystami, kocim psychologiem i zoologiem, a także organizację warsztatów artystycznych dla najmłodszych, ma na celu edukowanie przyszłych właścicieli oraz pokazanie, jak ważne jest towarzystwo czworonogów i ich rola w naszym życiu. – Staramy się też mówić o odpowiedzialności za zwierzę, którym się opiekujemy. Zapewne gdyby ta świadomość w społeczeństwie była większa, nie mielibyśmy w schronisku tylu pensjonariuszy – przekonuje weterynarz dr Bożena Kiedrowska, kierująca schroniskiem od 9 lat. Obecnie w schronisku przebywa 160 kotów, ponad 200 psów oraz 60 zwierząt egzotycznych. Lubelskie schronisko dla bezdomnych zwierząt jest jednym z kilku działających na terenie Lubelszczyzny. Kolejne znajdują się w Krzesimowie koło Mełgwi, Nowodworze koło Lubartowa, Puławach, Chełmie i Zamościu. (maz)


tygiel

(pod)

Smaczne, zdrowe i na podium Już 176 produktów tradycyjnych z Lubelszczyzny znajduje się na liście Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Lubelskie przysmaki o udokumentowanej co najmniej 25 letniej tradycji przygotowywania są już na trzeciej pozycji po województwach podkarpackim ( 215 produktów ), małopolskim ( 183 ) i wyprzedzając o dwa produkty województwo pomorskie. Na liście najwięcej zarejestrowanych z Lubelszczyzny wyrobów jest piekarniczo cukierniczych, w tym całuski pszczelowolskie, szarlotka józefowska, korowaj, chleb niedrzwicki i oczywiście cebularz lubelski. Wszystkie urzędy marszałkowskie z terenu całej Polski zgłosiły w sumie 1661 produktów. Z chwilą wejścia ustawy o sprzedaży bezpośredniej tradycyjnie wytwarzane przysmaki w końcu mają szansę trafić bezpośrednio do rąk kupującego bez pośredników i w o wiele krótszym czasie. (ag) (pod)

Na dworcu w Gołębiu

(abc))

Czajnia W dumnym sąsiedztwie niedawno odnowionej cerkwi Św. Mikołaja, w samym sercu Tomaszowa Lubelskiego, mieści się pod warstwami reklam czajnia. Niestety „czaju” na próżno tu szukać, gdyż stara herbaciarnia już lata temu straciła swoje pierwotne przeznaczenie. To charakterystyczny obiekt, ale mało kto wie, jak długa jest jego historia. Czajnia została wzniesiona w 1895 roku z okazji koronacji cara Mikołaja II. Wykonana z bali drewnianych, wzorowana na domostwach wznoszonych ówcześnie w północnej Rosji, odgrywała rozmaite role podczas ponad stu dwudziestu lat swego istnienia. Dawna herbaciarnia służyła niegdyś jako teatr, w okresie międzywojennym działał tutaj dom teatralny. Na scenie występowały teatry miejscowe, a także przyjezdne. Po II wojnie światowej powstał tu dom ludowy Czajnia. Losy budynku były coraz bardziej skomplikowane, z czasem umieszczono tu siedzibę firmy odzieżowej, później chińską restaurację, a obecnie funkcjonuje jako niewielki pasaż usługowy. Niestety, o przywrócenie świetności dawnej herbaciarni póki co zabiega jedynie lokalne Stowarzyszenie „Czajnia”, działające na rzecz miejscowej wspólnoty. Mamy nadzieję, że walory architektoniczne i historyczne tego miejsca zostaną w końcu dostrzeżone i docenione również przez innych. (abc)

Kiedyś zatrzymywały się tu pociągi pospieszne, dziś jedynie osobowe, które kursują na trasie Lublin – Dęblin. Drewniany dworzec został zbudowany w 1878 roku i był jednym z przystanków uruchomionej w ekspresowym tempie (zaledwie trzy lata) Kolei Nadwiślańskiej. Licząca 522 km dwutorowa droga wiodła z Mławy przez Warszawę, Lublin i Chełm do Kowla. Kiedy ją uruchamiano, na Kolei Nadwiślańskiej pracowało prawie 2400 osób. Obok dworca znajduje się nieużywana już dziś rampa przeładunkowa, a także obelisk upamiętniający wysadzenie w nocy z 12 na 13 września 1943 r. przez żołnierzy Batalionów Chłopskich niemieckiego pociągu z bombami lotniczymi i amunicją artyleryjską, który jechał na front wschodni. Wybuch było słychać w odległości kilkudziesięciu kilometrów, zniszczył kilka budynków w Gołębiu i Wólce Gołębiowskiej oraz 200 metrów torów. Była to jedna z największych akcji dywersyjnych partyzantów na terenie całej okupowanej Polski. (maz) magazyn lubelski (44) 2017

11


z okładki

Poznaniak

z

Masłomęcza

Dzięki niemu lubelska archeologia odżyła na nowo. Odkryciem wioski Gotów w Masłomęczu z II wieku n.e. zmienił życie swoje, jej mieszkańców, a także spojrzenie na potencjał naukowy Lubelszczyzny. Z profesorem Andrzejem Kokowskim, znanym na całym świecie archeologiem z UMCS, o intuicji, wytrwałości, polskiej wsi i urokach bycia dziadkiem rozmawia Aleksandra Biszczad, foto Natalia Wierzbicka.

12

magazyn lubelski (44) 2017


magazyn lubelski (44) 2017

13


– Podobno nie rozstaje się Pan z Bolesławem Chrobrym? – Można tak powiedzieć. W 1979 roku, gdy przyjechałem do Lublina, w księgarni Pax zastałem 6 tomów tego wielkiego dzieła Aleksandra Gołubiewa „Bolesław Chrobry”. To książka dotycząca początków państwowości polskiej, czyli dosyć bliska archeologii. Zresztą autor wykorzystał w swojej pracy wiedzę z różnych odkryć archeologicznych. Uwielbiam język, jakim jest napisana. Gołubiew na potrzeby tej książki stworzył własny język, archaiczny, słowiański, którym mnie zupełnie oczarował. Uwiodła mnie również umiejętność odtworzenia aury tamtych czasów, a także

14

magazyn lubelski (44) 2017

komponowanie wątków, które zawsze mają bardzo rzetelne odniesienie do historii Polski. Taki sposób opowiadania szalenie mnie fascynuje, a poprzez swoje bogactwo słownictwa, wiedzy o gramatyce i słowotwórstwie uczy szacunku dla języka. – Pochodzi Pan ze Złotowa na Pomorzu, studiował w Poznaniu, ale naukowo związał się Pan z Lublinem. – Są osoby, które płyną z nurtem i los za nich układa ich przyszłość. Są też tacy, którzy stawiają sobie pewne warunki i cele. Z takim właśnie nastawieniem przyjechałem do Lublina. I jak to zwykle bywa u młodych


ludzi, było w tym dużo ambicji, trochę arogancji i bezczelności. Przyjechałem z przekonaniem, że mogę zdziałać wiele w archeologii, chociaż nie wiedziałem jeszcze jak. Miałem świadomość, że bez większych odkryć będę trwał na uczelni aż do emerytury. A ja bardzo chciałem znaleźć dla siebie ważne miejsce w archeologii. – W realiach lat 80. w Polsce nie było to łatwe. – To były siermiężne czasy. W najlepszym razie mogłem wyjechać dwa razy w roku za granicę. Mimo wszystko bardzo walczyłem o każdy wyjazd, co w przyszłości zaprocentowało. Nabrałem obycia w świecie naukowym, poznałem wiele osób, z którymi później związałem swoją karierę. A co najważniejsze, zacząłem budować świadomość o tym, że archeologia w Lublinie ma coś do powiedzenia. Pod koniec lat 70. pojechałam na kongres do South Hampton. Kiedy powiedziałem, skąd jestem, jeden z nowo poznanych rozmówców odrzekł, że był wiele razy w Lubljanie i bardzo mu się tam podoba. Takie sytuacje z jednej strony pobudzały moje ambicje, a z drugiej pewną energię, żeby wypromować Lublin. I to powoli się zmieniało. W 1992 roku zorganizowaliśmy dużą wystawę w Niemczech, która prezentowała wyniki wykopalisk w Masłomęczu. Był to ogromny sukces, pojawiły się tysiące zwiedzających. Przed organizacją wystawy zlecono badania na temat tego, co społeczność niemiecka wie na temat Lublina i UMCS-u. Okazało się, że niewielki procent osób ankietowanych kojarzył w ogóle Lublin, a jeżeli chodzi o uniwersytet, to jedynie kilka osób znało KUL. Po zamknięciu wystawy powtórzono badania. Tym razem ankietowani wiedzieli już, gdzie jest Lublin, znali Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej i oczywiście Katedrę, wówczas, Archeologii. – Po tym, jak trafił Pan do Masłomęcza, już nic nie było takie, jak przedtem. – To była historia podobna do tych spod szyldu Indiany Jonesa. Miałem zorganizować wyjazd ze studentami. Postawiłem sobie proste harcerskie pytanie: Gdybyś żył 2000 lat temu i miałbyś dostać się np. z Kołobrzegu do Odessy albo z Kijowa do Berlina, to jaką drogą byś podążał? Linie na mapie skrzyżowały się, padło na Kotlinę Hrubieszowską. Była ponura jesień, wylądowaliśmy w Hrubieszowie. Podzieliliśmy teren na pewne obszary, ja wylosowałem Masłomęcz. Pojechałem tam brudnym autobusem PKS, wysiadłem na przystanku skleconym z dykty, było zimno, mżyło. Wyjąłem moją mapę, przeżegnałem się i pomyślałem: Rodzice mieli rację, co ja tutaj robię? Za przystankiem na horyzoncie widniał rząd starych chałup. Postanowiłem, że jeżeli na tym odcinku nic nie znajdę, to wracam do Poznania. Po dosłownie pierwszych magazyn lubelski (44) 2017

15


Andrzej Kokowski, rocznik 1953. Uznany za jednego z najwybitniejszych współcześnie działających archeologów na świecie, profesor nauk humanistycznych, twórca Instytutu Archeologii UMCS w Lublinie i jego długoletni dyrektor. Specjalizuje się w archeologii Polski i Europy okresu przedrzymskiego i rzymskiego, jest międzynarodowym autorytetem w zakresie historii wędrówek Gotów, Wandalów i Sarmatów. Stypendysta prestiżowej Fundacji Alexandra von Humboldta w Bonn. Kierował projektami Schätze der Ostgoten i Die Vandalen, die Könige, die Eliten, die Krieger, die Handwerker, uczestnik kilkudziesięciu międzynarodowych kongresów, autor kilkuset publikacji, a także członek licznych międzynarodowych gremiów naukowych. Jego wykopaliska w Masłomęczu i Gródku koło Hrubieszowa zasadniczo zweryfikowały dotychczasową wiedzę o dziejach Gotów, a ich wyniki pozwoliły na zbudowanie marki regionalnej i stworzenie projektu „Wioska Gotów”. Prywatnie osoba z ogromnym poczuciem humoru, znakomity tancerz i jeden z najbardziej stylowo ubranych lubelskich naukowców – świetnie prezentuje się zarówno w muszce, jak i w hawajskich koszulach.

16

magazyn lubelski (44) 2017


trzech krokach znalazłem skorupę ze starożytnego naczynia. Idąc przez pole, zbierałem kolejne. Po jakimś czasie zaciekawieni mieszkańcy wysłali do mnie dwóch chłopców, którzy zapytali o to, co właściwie robię na ich polu. Odpowiedziałem, że zbieram „szczerubki”, bo tak je tam nazywano. Zdziwili się, ale zaczęli mi pomagać. Jeden znalazł przęślik, czyli obciążnik do wrzeciona, drugi szklane koraliki. W następnym sezonie założyłem już wykopy, odnaleźliśmy całe „osiedle”. Ale to było wciąż mało, ażeby zabłysnąć wynikami na świecie. – Poszukiwania trwały dłużej niż Pan przypuszczał. Dopadało Pana zwątpienie? – Na wzgórzu za pewną niebieską chatą w Masłomęczu znalazłem spaloną ludzką kostkę. Są takie momenty w życiu naukowca, kiedy kieruje nim pewna intuicja, że jest blisko dużego odkrycia. Przeczuwałem, że tam właśnie mogę znaleźć starożytne cmentarzysko. Jednak przez te dwa lata poszukiwań wracałem do Instytutu bez wystarczająco satysfakcjonujących wyników. Koledzy patrzyli na mnie z politowaniem, ale nie poddawałem się. – Dla mieszkańców Masłomęcza był Pan obcy, nie potraktowali Pana jak intruza? – Nie – traktowali mnie jak nieszkodliwego wariata z miasta. Zaczynałem o 5 rano i wracałam o zachodzie słońca, ale nic nie znajdowałem. Było im mnie trochę żal. Pytali mnie: i co? I nic! Byłem dla nich egzotycznym zjawiskiem, w jeansach, z długimi włosami i brodą. Chciałem skrócić ten dystans. Zagadywałem, kłaniałem się, jak szła burza, to rzucałem łopatę i pomagałem w składaniu siana. Pierwsi zainteresowali się właściciele pola, rodzina Mazurów. Przychodzili, pytali, oglądali to, co znalazłem. Nie rozumieli, czego szukam, i troszkę śmiali się ze mnie pod nosem, ale było w tym dużo sympatii. – Finalnie ten niegroźny wariat skierował życie Masłomęcza na nowe tory. – Przełamaniem lodów było rozmowa z wioskowym mędrcem, Stefanem Macybułą, starym partyzantem z Armii Krajowej. Zabrał mnie na męską rozmowę przy samogonie. Padły konkretne pytania: co tutaj robisz, jak długo to potrwa, a co my z tego będziemy mieli? Wiedziałem, że to ten moment, kiedy wieś zaczyna się angażować w wykopaliska. Od tamtej pory mogłem liczyć na ich pomoc. Z czasem zaczęli mnie zapraszać na różne uroczystości, w niedzielę na obiad kolejno do każdej rodziny. Gdy sprawą zainteresowali się dziennikarze, telewizja BBC, National Geographic, a do Masłomęcza zaczęli przyjeżdżać cudzoziemcy z całej Europy, to wówczas sami zaczęli się interesować wykopaliskami. W niedziele po mszy tłumy przychodziły do mnie na wykopy. Zaproponowałem, że na zakończenie każdego sezonu będziemy organizować ognisko za Mazurową stodołą dla wszystkich z wio-

ski. Przed wódką, kiełbasą i tańcami rozmawialiśmy o aktualnym stanie wykopalisk. Po trzech takich spotkaniach doszło do tego, że mieszkańcy już czekali na nasze przybycie, jak na przylot bocianów. Pod koniec wykopalisk, w 25. rocznicę ich rozpoczęcia, mieszkańcy Masłomęcza zorganizowali przyjęcie dla prawie 700 osób. Przyjechali studenci biorący udział w wykopaliskach, naukowcy. Wszyscy płakali, że to już koniec. Przychodziły do mnie delegacje z pytaniem: Panie inżynierze, a może by co jednak jeszcze wykopał? Może u nas za stodołą coś się znajdzie? Nie chcieli stracić tego nowego życia w Masłomęczu. – Okazało, że sukces naukowy dał początek nowego życia w Masłomęczu. – Mieszkańcy wsi postanowili stworzyć grupę, która będzie naśladowała życie Gotów, ich tradycje, zwyczaje, sposób ubierania się, nawet jedzenia. Zaczęło się od spisania kompendium podstawowej wiedzy pod hasłem: „30 powodów do dumy z mieszkania w krainie Gotów” w formie niewielkiej książki, dzięki czemu masłomęczanie w końcu dostali konkretną, przyswajalną wiedzę na temat tego, co nasze wykopaliska oznaczają dla nich. Potem powstała Wioska Gotów. Więc oprócz dumy ze swojej spuścizny, dostrzegli też szansę na lepsze życie. Jako Goci zostali zaproszeni do Brukseli, Bułgarii, Danii, wcześniej co najwyżej wybierali się do lekarza do Hrubieszowa lub Zamościa… – Masłomęcz zasłynął na świecie, ale czy świat zapukał do drzwi Masłomęcza? – Dosłownie, bo media później interesowały się już nie tylko odkryciami archeologicznymi, ale właśnie Wioską Gotów. Powstawały filmy, reportaże, sesje zdjęciowe. To pociągnęło za sobą rozwój agroturystyki, ale i np. potrzebę nauki języków obcych. Dzisiaj mieszkańcy są specjalistami od historii Gotów, z czego jestem bardzo dumny. Coroczne Gockie Święto, obchodzone w ostatni weekend lipca, różni się od wszystkich wiejskich imprez. Przyjeżdża na nią kilkanaście tysięcy osób, również ze świata nauki, którzy chcą słuchać o Masłomęczu i chwalą mieszkańców za ich w pełni historyczną wizję skansenu. Masłomęcz jest wzorem, teraz to inni chcą dorównać temu projektowi. Jej Wysokość królowa Małgorzata II powiedziała mi kiedyś przy kolacji, że fascynuje ją fakt, że w sercu słowiańskiego kraju bardzo prości ludzie doszli do wniosku, że germański lud Gotów jest ich dziedzictwem kulturowym. Największe nazwiska naukowe w Europie znają Masłomęcz i Wioskę Gotów, wyrażają podziw dla otwartości i wiedzy jej mieszkańców. A moja praca naukowa dzięki temu ma akceptację nie tylko w środowisku specjalistów. – Z Pana życiorysu wynika, że wiele razy był Pan w sytuacji: przyjezdny – tutejsi. Jakie odczucia miał Pan po przeprowadzce z Poznania do Lublina? – Jak gdybym wylądował w innym kraju. Poznań był


mocno uporządkowany, Lublin patriarchalny i radosny. Wszyscy witali się serdecznie, czas nie miał znaczenia. Dzieciństwo spędzałem na wsi u babci. Tam wieś była zwartą zabudową z widocznym początkiem i końcem; każda posesja była dokładnie ogrodzona płotem. Na Lubelszczyźnie wioski były i jeszcze są porozrzucane, nie widać ich granic. Drzwi do domów były tutaj zawsze otwarte, na każdym stole dla gości czekał chleb i mleko. W poznańskim, jeżeli chciałem się napić wody u gospodarza, to trzeba było zapłacić! Byłem nieustannie zdziwiony wielką serdecznością lubelskiej wsi. – Zorganizowana przez Pana konferencja naukowa rozpoczęła obchody 700-lecia nadania Lublinowi praw miejskich. Zaskoczył Pan wiele osób, spodziewano się stricte badawczego podejścia do tematu początków Lublina. – Taki był cel. Lublinianie są dumni ze swojego miasta, ale nie interesuje ich to, co inni sądzą o nim. Postanowiłem więc pokazać, jak Lublin był postrzegany przez obserwatorów z zewnątrz, z północy, wschodu, południa i zachodu. Oczywiście najważniejszym punktem konferencji był początek Lublina, ten przed nadaniem prawa magdeburskiego. Gdy rozpoczęliśmy przygotowania do konferencji z docentem Markiem Florkiem, okazało się, że tak naprawdę niewiele wie-

18

magazyn lubelski (44) 2017

my na ten temat. Przeanalizowaliśmy różne hipotezy. Okazało się, że większość dowodów świadczy za tym, że Lublin zaczął się kształtować na Wzgórzu Zamkowym. Między innymi musieliśmy wykazać niedorzeczność tezy, że Lublin miał początek na Wzgórzu Czwartek. Wszystkie te zagadnienia udało nam się wyjaśnić w trakcie konferencji, ponadto pokazaliśmy, jakie miejsce zajmował Lublin na mapie politycznej i ekonomicznej tamtych czasów w Europie i kraju. – Od ponad 30 lat jest Pan wykładowcą akademickim. Jak Pan postrzega przyszłych archeologów? – Kiedyś studenci w większości zajmowali się tylko studiami. Teraz większość moich studentów pracuje i studiuje, a przez to nie mają czasu na prawdziwe oddanie się nauce – na bibliotekę, czytanie, dyskusje, zgłębianie archeologii. 20 lat temu na archeologię trafiały osoby, którym na tym zależało. Obowiązywały egzaminy wstępne. Niestety obecnie część osób trafia tu z powodu tzw. „wolnych miejsc”. Brakuje też zaangażowania, zdarza się, że studenci nawet nie wiedzą o wystawach archeologicznych organizowanych w Lublinie. Na spotkania ze znakomitymi naukowcami zagranicznymi przychodzi zaledwie kilka osób. Ale są też pozytywy. Nasi studenci organizują kapitalną akcję: Archeologia dzieciom. Jeżdżą do szkół i opowiadają najmłodszym o archeologii. Je-


stem dumny, bo w Muzeum im. Stanisława Staszica w Hrubieszowie pracuje para moich studentów, realizująca projekty naukowe na skalę światową. Są partnerami dla największych instytucji naukowych w Europie. Muzeum w Berlinie podpisało z nimi umowę o współpracy. – Masłomęczowi poświęcił Pan ze swojego życia całe ćwierćwiecze. Czym zastąpił Pan tę fascynację? – Piszę książkę o Jerzym Faczyńskim, polskim znakomitym artyście, zupełnie w rodzimym kraju nieznanym. Jeszcze w czasie wojny zamieszkał w Wielkiej Brytanii. Był architektem z wykształcenia, ale zajmował się malarstwem, grafiką, rysunkiem. Jego dzieła znajdują się we wszystkich najważniejszych muzeach świata, od Nowego Jorku po Sydney i Brazylię. Najbardziej znane pisma brytyjskie drukowały jego grafiki, projektował okładki dla najważniejszych światowych wydawnictw. Trafiłem na niego przypadkiem, później kupiłem za grosze jego szkice, projekty architektoniczne z likwidowanej pracowni w Liverpoolu. Wypromowanie go w Polsce to mój aktualny cel. – Życie naukowe jest życiem naukowym, ale istnieje jeszcze życie rodzinne. Podobno ma Pan ciekawą teorię na temat bycia dziadkiem. – Od momentu, kiedy wnuczka pojawiła się na świe-

cie, czyli cztery lata temu, w moje życie wkroczyła nowa energia. Wystarczy pół godziny zabawy z nią i czuję się odmłodzony i silniejszy. Dzięki niej odkrywam dzieci na nowo, ponieważ przez intensywną drogę do tzw. kariery naukowej troszkę przegapiłem dzieciństwo własnych. Moja córka i syn spędzili ze mną sporo czasu na wykopaliskach. Jakkolwiek to zabrzmi, córka zawsze miała swój grób, nad którym zawzięcie pracowała, odkopywała poszczególne jego części z niezwykłą precyzją. Ta żyłka archeologa jej pozostała i taki też kierunek studiów wybrała. Teraz prowadzi bibliotekę naszego Instytutu. Natomiast syn wyjechał za granicę, ukończył studia w Paryżu i Londynie. Zajmuje się wieloma rzeczami, m.in. fotografią i PR, a nawet meblarstwem. Moja żona Ewa stworzyła dla nas wspaniały dom, pełen ciepła i dobrej aury. Dzięki jej wyrozumiałości i troskliwości mogłem rozwijać się naukowo. Otaczamy się książkami i obrazami, podobnie odbieramy świat. No i nie mogę pominąć faktu, że moja żona kapitalnie gotuje. Sama również ukończyła archeologię. Na ślub zdecydowaliśmy się w Masłomęczu. Na 35-lecie naszego związku małżeńskiego mieszkańcy zorganizowali nam jubileusz i odnowienie przysięgi. Był wójt z łańcuchem, bukiety kwiatów, pieśni i łzy wzruszenia. Ewa od początku jeździła razem ze mną do Masłomęcza i uważa go za nasz wspólny sukces i drugi dom.


społeczeństwo

Jak kochać?

Tekst Aleksandra Biszczad, foto Marek Podsiadło

Tuż po ukazaniu się nowego wydania „Sztuki kochania” Michaliny Wisłockiej, premierze filmu biograficznego o słynnej „pani od seksu”, a także w aurze Walentynek rozmawiamy o związkach i sztuce kochania siebie z Moniką Czułnowską-Rybicką, psychologiem i psychoterapeutą zajmującym się leczeniem zaburzeń seksualnych. – Kiedy zetknęła się Pani po raz pierwszy ze „Sztuką kochania”? – Jako nastolatka w domu rodzinnym. Do tej pory nie wiem, czy mama celowo postawiła ją na półce, a ja w ten sposób miałam przejść etap wtajemniczenia w „te sprawy”? I oczywiście tak się stało. Czerwona książka z kontrowersyjnym, jak na tamte czasy, rysunkiem na okładce szybko przyciągnęła moją uwagę i okazała się świetnym wprowadzeniem do edukacji seksualnej. I nie tylko, wciąż uważam, że Wisłocka walczyła o szczęście w związkach, a seks jest jego składową. – Poruszyła Pani istotną kwestię rozmawiania z dziećmi o seksie. To trudny temat dla rodziców, jak do niego podejść? – Uważam, że trzeba otwarcie rozmawiać. Nawet jeżeli sami się wstydzimy, to warto pomyśleć, że w ten sposób możemy uchronić dziecko przed pornograficzną wersją seksu dostępną w Internecie. Członek to członek, a pochwa to pochwa. Jeśli rodzic uzna za stosowne inne nazewnictwo, to OK, ale niech nie stosuje dziwnych opowieści o nasionach czy bocianie. W ten sposób wprowadza tylko zamęt w głowie małego człowieka. Pamiętajmy, że dzieciństwo odgrywa bardzo ważną rolę również w dorosłym życiu.

20

magazyn lubelski (44) 2017

– No właśnie, rozmawia Pani z parami, które mają różne problemy emocjonalne. Czy zdarza się, że są uwarunkowane właśnie cieniami z przeszłości i dzieciństwem? – Nawet bardzo często. Dziecko obserwuje rodziców i od nich uczy się zachowań. Jeżeli w domu nie było bezpiecznie i dziecko nie czuło się akceptowane, a w zamian pojawiały się naprawdę trudne sytuacje, to dorosłe życie może również nastręczać trudności w życiu uczuciowym. Dominujący ojciec może być wzorem dla syna, który w przyszłości będzie takim samym partnerem. Oczywiście nie można poprzestać na słowach: miałem/miałam trudne dzieciństwo. Przez całe życie pracujemy nad swoim charakterem. Terapia pozwala spojrzeć na to z dystansem i wyłonić pewne konteksty i mechanizmy zachowania. – Z jakimi problemami najczęściej zwracają się do Pani pary? – Paradoksalnie w moim gabinecie najczęściej problemy związane z seksem nie mają wiele wspólnego z fizycznością, np. przedwczesnym wytryskiem, tylko z więzią emocjonalną, czyli z tym, co łączy partnerów na poziomie psychicznym. Nie chcę generalizować, ale z mojej praktyki wynika, że najczęściej są to związki z dłuższym stażem, po 35 roku życia, które zatraciły umiejętność komu-


nikacji, a również bliskość na płaszczyźnie psychicznej i tym samym fizycznej. Bez więzi emocjonalnej nie ma również dobrego seksu. Jeżeli para kłóci się przez cały dzień, to wieczorem nie ma ochoty na zbliżenie. Często dochodzimy do takiej standardowej sytuacji: ona narzeka, a on jest zmęczony tym narzekaniem. Za tym stereotypem małżeństwa stoi jednak znacznie więcej. Dynamika związku na każdym etapie jest inna. Kobiety wciąż chcą czuć się kochane i bezpieczne. Potrafią o tym mówić, ale w niezbyt przyjemny sposób. Atakują partnera, który na ogół również jest zmęczony kłótniami i nie słucha już tak uważnie, jak kiedyś. Na kanapie u psychologa i seksuologa te rozmowy przybierają inny kształt. Czasami wystarczy poprosić, by ta druga strona powtórzyła, jak rozumie słowa pierwszej. Wypowiedziane na głos i zrozumiane poprawnie, niepodyktowane emocjami, nabierają nowego znaczenia. Wsłuchiwanie się w potrzeby partnera to pierwszy krok do zdrowego związku. – A co ze zmieniającą się dynamiką związku, o której Pani wspomniała? Czy mamy na nią jakiś wpływ? – Nie możemy powstrzymać tego procesu, ale możemy zawsze nadać mu odpowiedni kierunek. Zakochanie i intensywna namiętność między partnerami trwa do kilku lat. Zmieniamy się my, czyli nasze ciało i umysł. Zmieniają się również okoliczności. Dochodzą sprawy życia codziennego, praca, obowiązki w domu, dzieci. Wraz z upływem czasu różnicuje się również poziom libido i samego zainteresowania partnerem. Podstawą jest dbanie o więź. Gdy czujemy bliskość z partnerem, to wciąż mamy również ochotę na seks. Poziom namiętności zmienia się, ale pamiętajmy, że jednonocne przygody mają urok tylko ze względu na element nowości, seks z bliską osobą to swoboda i zabawa, o której często wspominała również Wisłocka w swojej „Sztuce kochania”. – Czy książka wydana, bagatela, 40 lat temu może być wciąż aktualna? – Zmieniły się realia, ale uniwersalne wartości zawarte w tej publikacji są wciąż aktualne. Wisłocka zdecydowanie wyprzedziła swoje czasy. Seks w tamtych latach był sprawą tabu i miał na celu głównie prokreację. Brak wyartykułowania swoich potrzeb owocował marnym życiem seksualnym i częstymi zdradami. Może nawet częstszymi niż obecnie. O związek się nie walczyło, tylko trwało w nim mimo wszystko. Nawet gdy nastręczał patologicznych sytuacji, rzadko dochodziło do rozwodów. A Wisłocka walczyła właśnie o szczęśliwe związki, pełne bliskości i zrozumienia. Bez zdrad, a za to z dobrym seksem. Zapoczątkowała pracę u podstaw w temacie edukacji seksualnej Polaków, nad którą wciąż pracujemy. Przekaz „Sztuki kochania” więc pozostaje w dużej mierze aktualny. – Paradoksalnie, sama Wisłocka nie stworzyła właśnie takiego typowego zdrowego małżeństwa.

– Z perspektywy psychologa i seksuologa śmiało mogę stwierdzić, że trójkąt miłosny, w którym żyła, choć nie do końca nim był w praktyce, był bardzo trudną emocjonalnie konstrukcją dla każdego z uczestniczących. Nie wiem, czy ktokolwiek może być szczęśliwy, mając tylko miłość platoniczną albo fizyczną, a tu te role, między układem Michalina – Stach, Wanda – Stach, niejako tak były rozłożone. Kolejny partner Wisłockiej, Jurek, też był żonaty. Wszystkie te relacje były mocno nietypowe, szczególnie w tamtym pruderyjnym czasie. Widocznie Wisłocka musiała być o kilka kroków dalej niż kobiety jej epoki, ażeby móc rozmawiać o budowaniu szczęścia. Oczywiście prawdopodobnie najcenniejszym źródłem wiedzy w tym zakresie była wieloletnia praktyka ginekologiczna i wiele rozmów z pacjentkami. – Wisłocka zmagała się jednak z innymi problemami, przede wszystkim uczyła kobiety rozmawiać o swoich potrzebach. Jak sama Pani zauważyła, współczesne kobiety już nie mają problemu z mówieniem. – Wypada przypomnieć żart: My kobiety chcemy tylko jednego… wszystkiego! Obecnie kobiety mówią wprost o swoich emocjach, gdy nie mają ochoty na seks, raczej się nie zmuszają. Za czasów Wisłockiej bywało z tym różnie, panował patriarchat, a rola kobiety często sprowadzała się do bycia żoną i matką. Współczesne kobiety wywalczyły swoje, ale za to zmagają się z wymaganiami, które narzuca im społeczeństwo, a przede wszystkim one same. Głównie chodzi o pogoń za perfekcyjnym wyglądem, pięknym domem, idealną rodziną i świetną pracą. Atmosferę perfekcyjności podsyca również Internet. W moim gabinecie słowem często powtarzającym się jest „orgazm”. Pacjentki chcą doświadczać intensywnych przeżyć za każdym razem, bo pragną, ażeby ich seks był równie idealny. To rodzi frustrację, pretensje do siebie i partnera. Zawsze powtarzam im, żeby odpuściły i nie myślały o tym kulminacyjnym momencie. Seks ma być przyjemnością samą w sobie, a orgazm pojawi się prędzej czy później. – Wychodzi na to, że obecnie kobieta ma na głowie jeszcze więcej zajęć… – Tak, chociaż wiele zależy od podejścia. Obowiązki w domu można dzielić z partnerem. Miałam pacjentki, które były z natury pedantkami. Z małymi dziećmi i pracą utrzymanie non stop porządku w domu nastręczało trudności. To powodowało kłótnie. Gdy tylko trochę przestawały panicznie bać się bałaganu, okazywało się, że same stawały się szczęśliwsze. Miały czas dla siebie, dzieci i partnera. Pogoń za karierą i sukcesem to również stres. Wypadałoby mieć również życie towarzyskie i jakąś pasję. A oczywiście moda na bycie fit powoduje poczucie niezgody na niedoskonałość swojego ciała. Zresztą mężczyźni mają bardzo podobnie. – No właśnie, ale atrakcyjność w związku jest chyba zawsze ważna? – Oczywiście, ale nie dbajmy o siebie tylko dla partnera. Dbanie o ciało, wygląd, skutkuje dobrym samopoczumagazyn lubelski (44) 2017

21


ciem, poczuciem własnej wartości, eliminacją kompleksów. Makijaż u kobiet, zabiegi upiększające, zdrowe odżywianie, różnego rodzaju sport przyczyniają się do piękniejszego wyglądu i dobrej kondycji. Oczywiście dbanie o siebie ma również znaczenie dla związku, atrakcyjność zawsze jest ważna. Kobiety lubią się podobać swojemu mężczyźnie i odwrotnie. Długi staż w związku nie powinien tego znacząco zmieniać. Nie mamy wpływu na starzenie, ale zawsze warto o siebie zadbać. – A co sądzi Pani o popularnym ostatnio sformułowaniu „przestrzeń w związku”? – Jest popularny, ale i bardzo pożyteczny. Dopasowanie niczym dwie połówki jabłka jest mitem. Każdy człowiek jest indywidualnością. Ważne są podobne cele i wartości w życiu, ale wymaganie idealnego dopasowania do partnera jest przesadą. Przestrzeń w związku to nie tylko akceptacja odmiennego zdania na jakiś temat, ale również brak zaborczości czy zazdrości. Własne grono przyjaciół, pasja, spędzanie czasu z innymi wprowadza zdrową równowagę. A nawet potęguje uczucia. Wówczas partner wraca do domu z radością po typowo męskim wieczorze, kiedy nie musi spodziewać się kłótni partnerki. A dla partnerki wieczór z koleżankami może być dobrą okazją do zwyczajnego babskiego plotkowania. Przestrzeń w związku to przede wszystkim zaufanie. – Z jakimi problemami zwracają się do Pani pary? – Z jednej strony mam do czynienia z bardzo poważnymi kryzysami, ale z drugiej widzę pary, które po kilkunastu czy kilkudziesięciu latach wciąż chcą o siebie walczyć. I to jest nasz punkt wyjścia. Chcą być szczęśliwi, nie chcą się już kłócić i nie chcą rezygnować. Inną kategorią są zdrady, czasami wynikają one z kryzysów będących

22

magazyn lubelski (44) 2017

efektem znudzenia, potrzebą nowych wrażeń, presją środowiska czy po prostu przypadkiem. Podświadomie pojawia się myśl, że chce się przeżyć jakąś przygodę, często później się tego żałuje. Z mojego doświadczenia wynika, że w najtrudniejszej sytuacji są pary, które poznały się bardzo młodo i nie miały kontaktów seksualnych z innymi. Osoby w takich związkach zastanawiają się, czy czegoś w życiu nie przegapiły. Takie związki często przetrwają kryzysy związane ze zdradą. Tak też było w czasach Wisłockiej, ślub w młodym wieku i ciąża w niedługim odstępstwie czasowym, ale nie szło to w parze z dojrzałością emocjonalną. – Teraz realia znacząco się zmieniły. – Ślub przestał być jakąś magiczną granicą w związku. Mieszkanie ze sobą i współżycie przed ślubem jest zupełnie normalne. Decyzje o ślubie i dziecku podejmuje się z dużo większym namysłem, na ogół po kilku latach wspólnego życia. Nie ma już takiej presji społecznej, stawiamy raczej na jakość. Skądinąd efektem ubocznym są częstsze rozstania i pewien egoizm. Nie mając perspektywy trudnego rozwodu przed sobą, łatwiej jest się rozstać. Jest coraz więcej osób, które świadomie też rezygnują z zakładania rodziny. – Przychodzą do Pani pary, ale czy zawsze problem dotyczy dwóch osób? – Nie zawsze. Czasami problem tkwi w jednej osobie, która źle się komunikuje i zamyka się w sobie razem z problemami. Ma niskie poczucie wartości, a partner czy partnerka tego nie rozumieją. Wtedy zaczynam od pracy nad właśnie tą jedną osobą. To długa droga do procesu samoakceptacji, które stanie się punktem wyjścia do dialogu w związku.


– W takim razie można powiedzieć, że punktem wyjścia jest zgodny związek z samym sobą? – Związek z samym sobą, metaforycznie ujmując, to najbardziej fascynująca relacja trwająca przez całe życie. Jest najważniejsza. Nie można kochać i dbać o kogoś, zaniedbując jednocześnie siebie. To pewna sztuka kochania siebie. Przez całe życie się rozwijamy, zmieniamy i zostajemy poddawani różnym przeszkodom. Gdy świetnie czujemy się ze sobą, swoimi zaletami i wadami, które możemy, ale nie musimy skorygować, to możemy dać od siebie naprawdę wiele szczęścia drugiemu człowiekowi. – Czy to recepta na szczęśliwy związek? – Poniekąd, ale często mówię też pacjentom, żeby korzystać z tego, co jest teraz. Nie czekać na lepsze jutro. Nie zadręczać się przeszłością czy przyszłością. Żyć chwilą, mniej narzekać, nie tęsknić za tym, co moglibyśmy mieć. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej, większe mieszkanie i lepszą pracę. Jednak cenniejszą wartością będzie docenienie tego, co się ma, a zwłaszcza partnera właśnie dzisiaj. Monika Czułnowska-Rybicka, ukończyła psychologię na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie, seksuologię kliniczną na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, a także Profesjonalną Szkołę Psychoterapii w Instytucie Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.


biznes

Chodźmy

do kina tekst Jacek Słowik  |  foto Marcin Pietrusza

24

magazyn lubelski (44) 2017


magazyn lubelski (44) 2017

25


Nazywano je kinoteatrami, iluzjonami albo po prostu kinami. To, co je łączyło, to nie tylko film, ale przede wszystkim wyjątkowa atmosfera. To tutaj biło serce miejskiej społeczności, której w żyłach tętnił film. Małe kina, których w okresie PRL było w Lublinie prawie dwadzieścia, wracają do łask. Odświeżone po remoncie, niekiedy zmienione, ale bije w nich wciąż to samo, filmowe serce. Mała sala z balkonem i miejscami dla zaledwie 292 widzów. Przed wejściem, w korytarzu, gdzie obok jest restauracja i sklep papierniczy, tłoczą się ludzie. Przedział wiekowy duży, choć raczej dominują starsi. Czekając na film, rozmawiają, niekiedy znają się z widzenia. Gdy drzwi sali otwierają się, do wejścia ustawia się kolejka. Wewnątrz stare drewniane fotele, obite czerwoną tkaniną, skrzypią przy rozkładaniu. Lampy gasną, a z małego okienka na końcu sali wystrzeliwuje wąska struga światła padającego na ekran. Cichną rozmowy, oczy patrzą w jednym kierunku, rozpoczyna się projekcja. I tak od 26 lat w kinie Bajka.

Od iluzjonu do multipleksu W reżyserce, poza nowoczesną aparaturą cyfrową do odtwarzania filmu, są jeszcze dwa wielkie projektory szpulowe i maszyna do przewijania taśm. Tak przez większą część historii kina wyświetlano filmy. Na taśmach 35 milimetrów. W małych kinach taśma filmowa funkcjonowała do 2011 roku. Potem większość kin sięgnęła po dotacje Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej lub funduszy europejskich i zakupiła cyfrowe projektory. Dla wielu było to ostatnie koło ratunkowe. Bez tego nie miały szans konkurować z multipleksami, gdzie średnia liczba miejsc to ponad dwa tysiące. Tam już od początku nowego wieku korzystano z jakości cyfrowej. – Filmy na taśmie 35 mm grałem bardzo późno. Często nawet miesiąc lub dwa od daty premiery. Widzowie dziesięć razy obejrzeli film w multipleksie, dopiero ja mogłem go wyświetlać – mówi Waldemar Niedźwiedź właściciel kina Bajka. Tę sytuację spowodowała technologia. Powstawało coraz mniej kopii filmów na taśmach i coraz trudniej było je dostać. Małe kina zaczęły bankrutować. To wtedy zamknęły się kolejno lubelskie kina Robotnik i Wyzwolenie. W Kosmosie ostatni seans odbył się 1 marca 2009 roku. Na pożegnanie widzowie obejrzeli „Popiełuszko: wolność jest w nas” w reżyserii Rafała Wieczyńskiego. Największe na Lubelszczyźnie kino z blisko 800 miejscami wytrzymało niespełna dwa lata, po tym jak otworzyło się Cinema City przy Lipowej. To wtedy zakończyła się era małych kin i sal projekcyjnych przy Fabryce Samochodów Ciężarowych, w Domu Żołnierza przy ul. Żwirki i Wigury, w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej przy ul. Narutowicza czy w cukrowni przy ulicy Krochmalnej (kino Kryształ). W tamtym czasie nawet ratusz miał swoją salę kinową.

26

magazyn lubelski (44) 2017

Lublin od początku miał szczęście do kin. Po raz pierwszy wyświetlono tu film za pomocą kinematografu w 1899 roku. Projekcja odbyła się w Teatrze Wielkim (dzisiejszy Teatr im. Juliusza Osterwy). W dwudziestoleciu międzywojennym takich miejsc było już kilka, choć zdarzały się też kina działające w ukryciu, tylko dla dorosłych. Jedno z nich, kino Pallach, mieściło się na tyłach Poczty Głównej. Dla przeciwwagi powstało kino przy ul. Bernardyńskiej, które należało do zakonników, więc i repertuar był nieco bardziej religijny. W tym czasie najmodniejsze były dwa kinoteatry – Apollo (późniejsze Wyzwolenie) przy ówczesnej ulicy Szpitalnej (obecna ul. Peowiaków) oraz Corso (wcześniej znane pod nazwą Oaza) przy ulicy Radziwiłłowskiej, które spłonęło w 1944 roku. Aż do 1981 roku filmy wyświetlano także w Kinie Staromiejskim, dzisiejszym Teatrze Starym. Pod koniec działalności widzowie przeżywali ciężkie chwile, zdarzało się, że podczas projekcji butelki po alkoholu fruwały nad głowami.

Z rodziną do kina Okazuje się, że po kilkunastoletnim krachu małe, jednosalowe kina wracają do łask widzów. W ubiegłym roku ich udział w rynku wyniósł ponad 20 procent i ciągle rośnie. Dla porównania w roku 2010 było to zaledwie 11 procent. Pomimo że ze starych kin w nowej rzeczywistości odnalazły się tylko kino Grażyna przy Domu Kultury LSM, kino Chatka Żaka w Akademickim Centrum Kultury, no i Bajka. Jednak dwa pierwsze prowadzą działalność cykliczną, a jedynie Bajka oferuje widzom codzienne seanse, choć wcześniej też przeżywała chude lata. Zwłaszcza po 2004 roku. – Pracownicy często czekali na pensje, którą nie zawsze dostawali w terminie, szczególnie w okresach wakacyjnych, kiedy frekwencja w kinach malała – przyznaje Waldemar Niedźwiedź. Jego przygoda z kinem zaczęła się dość przypadkowo, bo z powodu starszego brata, który na początku lat 90. został właścicielem warszawskiego kina Muranów. Ale że upatrzył sobie stołeczną Bajkę, która przypadła komu innemu – postanowił Bajkę otworzyć w Lublinie. Roman Gutek organizuje festiwale filmowe (m.in. Nowe Horyzonty we Wrocławiu), a jego firma Gutek Film zajmuje się dystrybucją kina niezależnego. To dzięki niemu na ekrany polskich kin trafiły obrazy Dereka Jarmana, Jima Jarmuscha i Pedro Almodóvara. Z kolei młodszy brat Krzysztof również pracuje w lubelskiej Bajce. Zanim w 1991 roku Bajka trafiła w ich ręce, nie mieli większego doświadczenia w tej branży. Jednak dla Waldemara prowadzenie kina stało się jego idée fixe, czuje radość, dając widzom coś wartościowego. W latach 90., kiedy do kin wchodziło w ciągu roku 60–70 tytułów, oglądał praktycznie wszystkie. Wtedy miał świadomość, co oferuje swoim gościom i czy to na pewno jest pełnowartościowe kino. Obecnie na srebrny ekran trafia rocznie 10 razy więcej tytułów. – Przy tej ilości trzeba by wysłać pracownika do Warszawy, aby siedział i oglądał po kilka filmów dziennie. W latach 90. była


magazyn lubelski (44) 2017

27


pełna świadomość tego, co proponuje się widzom – kwituje. Waldemar Niedźwiedź nigdy nie zagrał też u siebie ekranizacji komiksu typu „Spider-Man” czy „Hulk”. – Uważam, że każdy rodzaj filmu ma prawo powstawać i być grany w kinach, natomiast kina jednosalowe nie mają możliwości wyświetlenia tego typu produkcji. Chyba że decydują się grać dany tytuł przez trzy tygodnie – na tzw. wyłączność. Wolę w tym czasie zagrać kilka innych tytułów, choćby „Milczenie” czy „Moonlight, który właśnie dostał Oscara – wyjaśnia. Tego, co robi, nie chce nazywać misją, raczej egoistyczną chęcią spełnienia zawodowego. – Jeżeli wprowadzam film „Sztuka kochania”, to w zasadzie nie mam co przy nim robić. Ludzie przychodzą i już. A w przypadku np. „Mustanga” trzeba pomyśleć o reklamie, strategii – mówi. – Mnie ta praca sprawia przyjemność. Wymyślanie strategii i reklamy, realizacja. Przemyślenie, do jakiej grupy, do kogo zaadresować film. Być może na to, że Bajka przetrwała próbę czasu i starcie z kapitalizmem, wpływ ma wcześniejsza historia tego miejsca. Kino znajdujące się w sąsiedztwie Domu Nauczyciela działało od 1979 roku. W tym czasie funk-

Waldemar Niedźwiedź, właściciel kina Bajka

28

magazyn lubelski (44) 2017

cjonował w nim również Dyskusyjny Klub Filmowy prowadzony przez Stanisława Krusińskiego, lubelskiego propagatora filmu związanego obecnie z kinem Grażyna. To były też lata, kiedy przed każdym seansem była wyświetlana Polska Kronika Filmowa, a zamiast bloków reklamowych najlepsze polskie filmy dokumentalne, m.in. nagrodzony Złotym Lajkonikiem „Szczurołap” czy „Przypadek Hermana Palacza” Leszka Wosiewicza. Podczas organizowanych w lubelskich kinach Konfrontacji Filmowych bilety sprzedawały się na pniu. Jednak w okresie przemian ówczesna Bajka zawiesiła działalność i odżyła, dopiero gdy bracia Niedźwiedź postanowili uczynić z niej swój sposób na życie. Z sentymentem wspominają pierwsze seanse, na których wyświetlili „Tańczącego z wilkami” i „Podwójne życie Weroniki”. Choć w ciągu ponad ćwierć wieku prowadzenia Bajki zdarzały się też wpadki. Bywały sytuacje, kiedy grając obraz ze szpul (jeden film zajmował około 7–8 szpul), pomylili kolejność i film zaczynał się napisami końcowymi. Pan Waldemar pamięta też historię z jednego z lubelskich iluzjonów, gdy pomylono nie tylko kolej-


ność, ale i tytuły. – Film był o procesie w Norymberdze. Nagle, zamiast sali sądowej, na ekranie pojawili się Indianie pędzący konno przez pustynię. Wszystko wyglądało naprawdę komicznie – wspomina.

Nie tylko film W 2011 roku w Bajce już mieli projektor cyfrowy. Rok później frekwencja wzrosła ponad sto procent. Reakcja była natychmiastowa. – To nie było tak, że widzowie chcieli chodzić tylko do multipleksów. Po prostu nie mieli wyboru – słyszę od mojego rozmówcy. Obecnie małe, jednosalowe kina są czwartą siłą w Polsce, jeśli chodzi o rynek. Ich widownia znacząco się podniosła i nawet najwięksi dystrybutorzy zaczynają dostrzegać w nich potencjał. Ten trend potwierdza także Renata Pawłowska-Pyra, pełnomocnik Dyrektora Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej. – Od kilku lat obserwujemy reaktywację tych małych, jednosalowych kin. Jest ich więcej niż kilka lat temu. Są w każdej małej miejscowości – odpowiada. Ale przyczyn doszukuje się nie tylko

w technologii, ale także w specyficznych funkcjach, jakie w odróżnieniu od multipleksów mogą pełnić. – Małe kina, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, lepiej czują widownię. Są w stanie podjąć odpowiedni repertuar, który przyciągnie widzów. Dostają różne sugestie, wsłuchują się w głos publiczności. Takie miejsca stwarzają przyjaźniejszą atmosferę, służą budowaniu więzi społecznych – tłumaczy. To samo można usłyszeć od gości Bajki. Ale są też dodatkowe argumenty. – Obsługa jest bardzo miła, zawsze pomocna, orientująca się w repertuarze – komentuje pani Elżbieta, emerytka, która do Bajki przyszła na „Milczenie”, najnowszy film Martina Scorsese. I to głównie repertuar przyciąga ją do tego kina. – Filmy, które tutaj wyświetlają, są ideowe, niosące ze sobą pewną wartość. Taki repertuar nam odpowiada – tłumaczy. Ważne są też przystępniejsze ceny niż w multipleksach. Pani Elżbieta jest lubinianką, w młodości mieszkała przy ulicy Peowiaków, więc za czasów funkcjonowania kina Wyzwolenie była jego stałym bywalcem. – I do Kosmosu się chodziło kiedyś, a w tych dużych multipleksach to byłam tylko raz i zdecydowanie

magazyn lubelski (44) 2017

29


bardziej wolę takie małe kino – dodaje pani Danuta, również emerytka. Ale do Bajki zaglądają też młodzi. Dawid, Sandra i Janusz oglądają około 6–7 filmów tygodniowo. Nie wszystkie w kinie, wiadomo, zbankrutowaliby. Mimo to do sal kinowych zaglądają regularnie i najczęściej właśnie w Bajce. Mają blisko, jest taniej, a przede wszystkim jest ambitniejszy repertuar i przyjaźniejszy klimat do zagłębienia się w wyświetlaną historię. – Nie ma biegających dzieci, nie śmierdzi popcornem – dodaje Janusz, najstarszy z grupy. Zawodowo związany z branżą budowlaną, ale prywatnie miłośnik dobrego filmu. Najmłodsza z trójki jest Sandra, która kończy szkołę średnią. Dawid to z kolei student piątego roku historii i stuprocentowy kinoman. Do tego stopnia, że swoją pracę magisterską postanowił napisać właśnie o filmie w ujęciu historycznym. Cała trójka zgodnie stwierdza, że przez tę miłość do dobrego kina nawet stare, niewygodne fotele w Bajce im nie przeszkadzają.

Ale komuna Z tego śmieje się także Renata Skowronek, pracująca od 25 lat w Bajce. – Ale fotele mają też swój urok – kwituje. Przenoszą w inny świat: koników, urywających się taśm filmowych i wielkich filmowych przeżyć. Zdarzają się jednak osoby, które widząc je pierwszy raz, komentują: „O rany, ale komuna”. Choć w tym przy-

30

magazyn lubelski (44) 2017

padku owa „komuna” ma jeszcze inne oblicze. – 1990 rok, przełom, to był inny czas i inne pokolenie. Świat otworzył się. Ludzie niekoniecznie chcieli te światełka kapitalizmu łapać, chcieli je najpierw poznać. Dlatego powstawały filmy artystyczne, poważne, niekomercyjne, na nie było zapotrzebowanie – wspomina Waldemar Niedźwiedź. Dodaje też, że życie było wolniejsze, bez komputera, internetu czy komórek. – W filmie można się było zanurzyć. Kino stawiano wtedy na równi z wizytą w teatrze. Panowie przychodzili w garniturach, panie wystrojone jak do kościoła. Po seansie szli do kawiarni i rozmawiali na temat tego, co zobaczyli. Nawet do biura kina przychodzili porozmawiać o filmie. Widzowie wychodzili z kina zadumani, oszołomieni tym, co przeżyli. Pracowało się wówczas z filmami takich reżyserów, jak Greenaway czy Jarmusch. To była czysta przyjemność – wspomina. Kiedy w Bajce wyświetlano tryptyk Krzysztofa Kieślowskiego „Trzy kolory” kolejka ustawiła się dookoła budynku, 200 metrów od kina. O takiej atmosferze kina mówi także Agata Usidus-Staręga z Teatru Starego. Aby nawiązać do kinowej historii miejsca, również tutaj organizowane są projekcje. – Kiedyś kino było traktowane jak kontakt ze sztuką. W kinie się oglądało, w pełnej ciszy i szacunku, a nie zajmowało popcornem. Tak samo jak nikt nie jadłby kanapki w teatrze czy rozmawiał przez telefon – wyjaśnia. Ten szacunek do filmu pozostał w starych, jednosalowych kinach. I z każdym skrzypnięciem rozkładanego fotela zdaje się ożywać.


biz-njus Lublin w czołówce Lublin zanotował skok o dziesięć pozycji w porównaniu z poprzednim rankingiem „fDi Magazine” w kategorii Strategia Przyciągania Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych 2017/2018. Obecnie znajduje się na podium, tuż za Wrocławiem i Katowicami. Ranking jest wynikiem FDi Strategy Index – najszerszego panelu porównawczego miast i regionów prowadzonego w Europie. Od ponad 10 lat „fDi Magazine” na podstawie danych analitycznych zestawia ze sobą potencjały miast i regionów, tworząc mapę najbardziej atrakcyjnych lokalizacji biznesowych, stanowiącą istotne źródło informacji przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. W tegorocznym zestawieniu wzięło udział 50 polskich miast, które są najlepiej ocenianie m.in. pod kątem potencjału ekonomicznego, atrakcyjności inwestycyjnej, efektywności kosztowej oraz warunków prowadzenia biznesu. Autorzy raportu docenili Lublin za pracę na rzecz rozwoju klastrów działających w mieście (w tym Klastra Lubelska Medycyna oraz Klastra Zaawansowanych Technologii Lotniczych), wspieranie innowacji technologicznych oraz tworzenie dobrych warunków dla rozwoju sektora motoryzacyjnego we współpracy z lubelskimi uczelniami. (ag)

przez swoją działalność w szczególny sposób przyczyniają się do promocji regionu i budowania jego pozytywnego wizerunku zarówno w kraju, jak i za granicą. Dotychczas w XVIII edycjach wyróżniono w ten sposób wiele osób, instytucji i firm reprezentujących Lubelszczyznę. (ag)

(qz)

Walka ze smogiem

Ruszył kolejny konkurs na dofinansowanie wymiany pieców i kotłów węglowych w gospodarstwach domowych Lublina. Do mieszkańców, na ograniczenie tzw. niskiej emisji, trafi 350 tys. zł. Wnioski można składać do 15 marca. Dodatkowe środki na przyłączenie do sieci ciepłowniczej przeznaczy także LPEC. Stare piece są główną przyczyną wzrostu stężenia zanieczyszczeń w powietrzu, dlatego ich wymiana jest priorytetem w walce ze smogiem. Lublin jako jedno z pierwszych miast w Polsce wprowadziło już w 2013 r. Program Ograniczenia Niskiej Emisji (UMWL) (PONE), dzięki któremu do mieszkańców Lublina trafił ponad milion zł przeznaczony Ambasadorzy 2016 na likwidację ponad 230 pieców i kotłów. Kolarki olimpijskie Aleksandra Tecław W ramach Programu Ograniczania Niskiej i Iwona Podkościelna, Uniwersytecki Szpi- Emisji Miasto Lublin dofinansowuje zmianę tal Dziecięcy w Lublinie i firma Ambra czynnego systemu ogrzewania opartego na S.A. to nowi Ambasadorzy Wojewódzpaliwie stałym (węgiel, drewno) na bardziej twa Lubelskiego. Specjalne wyróżnienie ekologiczny, czyli podłączenie do miejskiej z okazji 700 lat Lublina otrzymało Miasto sieci ciepłowniczej, ogrzewanie elektryczne, Lublin, a statuetkę odebrał prezydent gazowe, olejowe czy pompy ciepła. DofinanKrzysztof Żuk. Podczas Gali przyznano sowanie może wynieść do 50% poniesionych również prestiżowe certyfikaty Marka kosztów wymiany. (ag) Lubelskie, które wręczono 11 firmom. Ekotransport Uroczystość, która odbyła się w Centrum Spotkania Kultur, uświetnił występ Kayah Prezydent Krzysztof Żuk podpisał list i Katarzyny Nosowskiej. Tytuł i statuetka intencyjny o współpracy Lublina z Minister„Ambasadora Województwa Lubelskiego” stwem Rozwoju oraz Ministerstwem Energii przyznawane są od 1999 roku w trzech w zakresie elektromobilności w Polsce. Na kategoriach: osoba, instytucja oraz firma. mocy porozumienia w mieście powstanie Zaszczytny tytuł otrzymują ci, którzy poCentrum Elektromobilności. Miasto od lat

32

magazyn lubelski (44) 2017

inwestuje w niskoemisyjny transport, tworzy go dziś ponad 61 km trakcji trolejbusowej i 90 trolejbusów. W następnych latach dokupionych zostanie kolejnych 40 trolejbusów, a trakcja będzie rozbudowana o co najmniej 10 km. Podpisane porozumienie zakłada m.in. udział w pracach badawczo-rozwojowych związanych z opracowywaniem nowych rozwiązań dotyczących autobusów bezemisyjnych, samochodów elektrycznych oraz związanej z nimi infrastruktury ładowania, rozwój bezemisyjnego transportu, przygotowanie katalogu dobrych praktyk w zakresie wprowadzania w miastach elektrycznego transportu miejskiego oraz samochodowego, a także poszukiwanie i definiowanie możliwości finansowania. Od kilku lat w Lublinie rośnie liczba pojazdów zasilanych energią elektryczną. W 2014 r. zarejestrowanych było 19 pojazdów elektrycznych, w 2015 już 39 pojazdów, a w 2016 roku 96 samochodów osobowych i 1 autobus elektryczny.(ag)

(Ursus S.A.)

URSUS w Iranie

Ursus SA podpisał porozumienie o współpracy przemysłowo-handlowej z Iran Tractor Manufacturing Co (ITMCO) – irańskim producentem i eksporterem maszyn rolniczych. Umowa dotyczy wzajemnego wykorzystania komponentów i silników w produkcji ciągników o mocach małych i średnich oraz rozpoczęcia dialogu technologicznego umożliwiającego uruchomienie nowych innowacyjnych projektów. Porozumienie jest również punktem wyjścia do ekspansji na rynkach Bliskiego Wschodu. Ursus SA to największy polski producent ciągników i maszyn rolniczych oraz lider elektromobilności z marką o ponad 120-letniej tradycji mechanizacji polskiego rolnictwa. Już w tym roku spółka wygrała dwa przetargi na dostarczenie środków transportu miejskiego do Torunia i Warszawy. W ramach podpisanych umów spółka dostarczy 15 autobusów, z możliwością zwiększenia zamówienia o kolejnych 5 autobusów. Ursus produkuje rocznie ok. 1,5 tysiąca ciągników i kilka tysięcy maszyn rolniczych sprzedawanych w Polsce i na świecie. Jeden z trzech zakładów produkcyjnych spółki, który zatrudnia 800 osób, znajduje się w Lublinie. (maz)


Ja tego nie toleruję ! Zdarza się, że cierpisz na bóle brzucha? A może zauważasz częste wzdęcia lub biegunki bez konkretnej przyczyny? Być może twój organizm nie toleruje niektórych składników pokarmowych i traktuje je jak ciała obce, które natychmiast trzeba zwalczyć. Można to sprawdzić wykonując nowoczesne badanie laboratoryjne – test FIT. Dostarcza on informacji, które pokarmy wywołują w naszym organizmie reakcję immunologiczną.

Odżywianie to podstawa istnienia każdego organizmu i powinno przynosić same korzyści. Niestety, nie zawsze pełnowartościowy pokarm jest dla każdego tak samo dobry. U niektórych może powodować nietolerancję pokarmową lub alergię. Przyczyny nietolerancji pokarmowej nie są w pełni zbadane i nadal pozostają przedmiotem dyskusji. Niemniej jednak, wiele czynników zostało zdefiniowanych. Są to: skłonność genetyczna do nietolerancji pokarmowych, nieodpowiednie karmienie w okresie niemowlęcym, niewłaściwe nawyki żywieniowe, przemysłowe przetwarzanie żywności. Różnorodność dodatków (barwniki, środki konserwujące, aromaty) i szkodliwych substancji w pożywieniu zwiększa nietolerancje pokarmowe i może wywoływać swoiste reakcje. Alergia na gluten Na co dzień, jeśli mówimy o nietolerancji pokarmowej, najczęściej mamy na myśli alergię na białko roślinne występujące w zbożach, czyli gluten. Rzeczywiście jest to rozpowszechniona dolegliwość i dotyka nie tylko dzieci, ale też osoby dorosłe, a nawet seniorów. W przewodzie pokarmowym osoby zdrowej białko to nie przynosi żadnej szkody. Natomiast u osób dotkniętych nietolerancją

glutenu, działa toksycznie, uszkadzając kosmki jelita cienkiego, czyli malutkie wypustki błony śluzowej, odpowiedzialne za wchłanianie składników pokarmowych. W efekcie pokarm wchłania się w minimalnych ilościach, co prowadzi do wystąpienia różnorodnych objawów klinicznych i pojawienia się w surowicy antyprzeciwciał. Nie tylko zboża … Okazuje się, że nie tylko produkty zbożowe mogą wywoływać reakcję immunologiczną organizmu, ale wiele innych pokarmów czy ich składników. Układ odpornościowy traktuje te składniki pokarmowe jako ciała obce. Ciągłe obciążanie układu odpornościowego, wywołane absorpcją niestrawionych cząsteczek pokarmu, wymaga dużego nakładu energii. Im bardziej organizm jest zaangażowany w produkcję przeciwciał przeciwko niedającym się strawić cząstkom pokarmu, tym mniej pozostaje mu energii. Takie przeciążanie układu odpornościowego może prowadzić do pojawienia się symptomów chorobowych określanych mianem „nietolerancji pokarmowej”. Unikając produktów wywołujących reakcję immunologiczną, dajemy sobie szansę na regenerację. Właściwa dieta wspiera proces leczenia i pomaga zwalczyć wiele przewlekłych chorób. Skąd jednak mamy wiedzieć, które produkty nam szkodzą? Metoda prób i błędów może zająć wiele czasu i tylko pogłębić dolegliwości. Test nietolerancji pokarmowej Jest to nowoczesne badanie z krwi, które pozwala zbadać reakcję immunologiczną dla 176 różnych rodzajów żywności. Pokazuje, jakie pokarmy wywołują reakcję immunologiczną, powodując objawy chorobowe. Ponieważ system immunologiczny wytwarza reakcję obronną przeciw wszelkim ciałom obcym, dostającym się do układu krwionośnego, produkuje przeciwciała IgG, które neutralizują ciała obce we krwi. Test FIT określa koncentrację poszczególnych przeciwciał. Jeśli okaże się, że cierpisz na nietolerancję pokarmową, wskazana będzie odpowiednia dieta, dobrze dobrana pod względem jakościowym i ilościowym. W tym przypadku nieoceniona może być pomoc dietetyka. Test nietolerancji pokarmowej wykonasz w naszym laboratorium.

luxmedlublin.pl


podróże

Ulica różowych

lampionów Tekst Marta Mazuek Foto Marek Podsiadło

Z Lublina do Pekinu mamy całkiem spory kawałek drogi, ale chiński nowy rok jak w pigułce możemy obejrzeć w Chinatown w Londynie. Nieporównywalnie bliżej, łatwiej i taniej a faeria kolorów, wymyślnych dekoracji i kameralnych restauracyjek z tradycyjną azjatycką kuchnią jest prawie taka sama jak za Chińskim Murem.

34

magazyn lubelski (44) 2017


Chiński Nowy Rok jest świętem ruchomym, więc gwarancją maksymalnych doznań jest zwiedzanie tej części Londynu na przełomie stycznia i lutego. Temperatury nie tak bardzo odstraszają, najmniej jest około dwóch stopni ciepła. Rzadkością jest padający tu śnieg, choć trzeba liczyć się z tym, że nawet dwucentymetrowa warstwa białego puchu paraliżuje to największe miasto Unii Europejskiej na długie godziny. Włącznie z tym, że zostaje zamknięte metro.

Rok Koguta Chiński Nowy Rok w dosłownym tłumaczeniu to Święto Wiosny, które jest najważniejszym świętem w tradycyjnym kalendarzu chińskim. Trwa piętnaście dni i kończy się Świętem Latarni. Przygotowania zaczynają się miesiąc wcześniej jednak najważniejszym dniem jest wigilia Nowego Roku. Za wspólny posiłek jest odpowiedzialna cała rodzina a głównym daniem na świątecznym stole są pierożki jiaozi z nadzieniem z wołowiny i wieprzowiny z dodatkiem kapusty, szczypiorku i czosnku przyprawione sosem sojowym, olejem sezamowym i imbirem popijane przez Chińczyków grzanym winem lub wódką. Zwieńczeniem świątecznego wieczoru są pokazy sztucznych ogni, wspólne uczestniczenie w rozmaitych grach oraz pogawędki do wczesnego rana. Ważnym elementem świątecznego rytuału jest udział w ulicznych tańcach lwów oraz w barwnych korowodach osób niosących specjalnie przygotowane na te okazję smoki.

Poprzedni chiński rok minął pod znakiem Małpy, obecny przebiega pod znakiem Koguta. Chiński zodiak podobnie jak europejski składa się z dwunastu znaków. Jednak według dalekowschodniej tradycji podział następuje nie tylko na miesiące, ale także 12 lat oraz 12 podwójnych godzin doby. Dodatkowo, lata są notowane w cyklu dwunastostopniowym w oparciu o ruch Jowisza. W ogóle astrologia odgrywa w życiu Chińczyków fundamentalną rolę. Uważają, że przeznaczenie człowieka wynika z pozycji głównych planet, słońca, księżyca, komet oraz znaku zodiaku a także czasu, w którym dana osoba się urodziła. Wszystkie znaki chińskiego zodiaku ucieleśniają zwierzęta. Oprócz Małpy i Koguta są jeszcze: Pies, Świnia, Szczur, Bawół, Tygrys, Królik, Smok, Wąż, Koń i Koza.

W samym centrum Londyn ma wiele centralnych dzielnic a przytulona do Soho chińska część miasta z pewnością należy do tych najbardziej centralnych. To również największa chińska dzielnica w Europie. Pierwsi Chińczycy zamieszkali tu już w XVIII w. Było to związane z działalnością Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, która zatrudniała tysiące chińskich marynarzy. Chińczycy chętnie zaczęli się tutaj osiedlać, rozwijać przedsiębiorczość, wznosić budynki mieszkalne. Od początku główną ulicą stała się Gerrard Street, przy której jak grzyby po deszczu wyrosły punkty usługowe, sklepy, salony masażu, magazyn lubelski (44) 2017

35


piekarnie i najlepsze w Londynie orientalne restauracje, które zazwyczaj są prowadzone jako biznes rodzinny. W ulicę wchodzi się przez jedną z trzech znajdujących się na terenie dzielnicy bogato udekorowanych bram. Są wzorowane na tradycyjnym chińskim budownictwie a zostały ustawione z inicjatywy władz gminy Westminster, które chciały w ten sposób podkreślić wkład chińskiej społeczności w rozwój miasta. Dzisiejsze granice chińskiej dzielnicy znajdują się na obszarze wyznaczonym przez dzielnice West End i Westminster, Oxford Street, Charing Cross Road,  Shaftesbury Avenue i Regent Street. Gerrard Strret jest nie tylko interesująca ze względu na detale architektoniczne i nazwy ulic pisane po angielsku i mandaryńsku, ale też ze względu na literacko filmowe konotacje. To właśnie tutaj mieszkał Mr Jaggers z Wielkich Nadziei Karola Dickensa, to również tutaj reżyser Micheal Powell ( uznawany za ojca chrzestnego filmowych horrorów) nakręcił w 1960 roku swój najbardziej rozpoznawalny film „Podglądacz”. Jak twierdzą wtajemniczeni w jednej z piwnic przy Gerrard Street swoją pierwszą próbę latem 1968 roku miał zespół Led Zeppelin.

36

magazyn lubelski (44) 2017

Londyńskie Chinatown najmocniej rozbrzmiewa wieczorami, kiedy trudno przecisnąć się przez ulicę pełną ludzi. I pomimo, że Londyn głównie żyje o tej porze, jednak warto zapuścić się w ciągu dnia w kwartał uliczek zamieszkałych przez chińską mniejszość, aby na spokojnie posmakować specjałów w piekarni lub posiedzieć w jednej z niewielkich restaurcji, pod którą stoją w kolejce oczekujący na możliwość wejścia do środka. A we wewnątrz wzdłuż okien przez które można obserwować życie na ulicy, których znajduje się lada z przygotowanymi na bieżąco daniami z dodatkiem ryżu, makaronu i dużej ilości duszonych warzyw. Konsumpcja, która odbywa się przy niewielkich stołach i pod czujnym okiem właściciela na zasadzie open bar kosztuje około 10 funtów od osoby. Prawda jest taka, że londyńską Chinatown można przebyć i okrążyć w niecałą godzinę. Ale prawda też jest taka, że warto zadrzeć tu do góry głowę i podążać trasą, którą wyznaczają rozwieszone nad głowami lampiony. I czekać w jaki zakamarek Chinatown się trafi.


życia ortodonta pracuje najczęściej nad wyrównaniem proporcji między szczęką a żuchwą. Prostowanie i wyrównywanie zębów odbywa się w późniejszym wieku, kiedy dziecko będzie już miało wszystkie zęby stałe. Nie ma ograniczeń wiekowych. Osoby po czterdziestym czy pięćdziesiątym roku życia też mogą podjąć leczenie ortodontyczne.

– Jakie mamy rodzaje aparatów ortodontycznych?

MOŻE BYĆ PROŚCIEJ...

– W naszych klinikach CSK Aldent zakładamy wiele rodzajów aparatów ortodontycznych, które generalnie dzielimy na dwa typy: ruchome i stałe. Specjalizujemy się w leczeniu dzieci aparatami ruchomymi (wyjmowanymi), tak zwanymi Traynerami. Traynery wykształcają prawidłowe nawyki czynnościowe u dzieci w fazie wzrostu. Aparaty zakładamy dzieciom z uzębieniem mieszanym, które mają za zadanie pobudzić część twarzową do wzrostu w odpowiednim kierunku. Traynery ćwiczą język, aby układał się w prawidłowej pozycji, sprzyjają wdrażaniu prawidłowych wzorców połykania i oddychania. Aparaty takie są wykonane z elastycznego miękkiego materiału, dzięki czemu są bardzo dobrze tolerowane przez małych pacjentów. Innowacyjną metodą leczenia wad ortodontycznych wśród aparatów wyjmowanych są nakładki Clear Aligner. Wykonane są z miękkiego i przeźroczystego tworzywa, które sprawia, że codzienne użytkowanie nakładek odbywa się bez niedogodności, co daje naszym pacjentom najwyższy komfort leczenia ortodontycznego. Ta metoda leczenia przeznaczona jest zwłaszcza dla osób dorosłych i jest alternatywą dla aparatów stałych. Nakładki są termoplastyczne, dzięki czemu przylegają do zębów i zapewniają komfort. Szybko i łatwo można je zakładać i wyjmować. Leczenie jest całkowicie bezbolesne.

WSPÓŁCZESNA ORTODONCJA Ortodoncja jest dziedziną stomatologii, zajmującą się leczeniem wad zgryzu. Już sama nazwa z języka greckiego oznacza orthos – prosty i odous – ząb i wskazuje priorytet, czyli proste, równe i piękne zęby. Obecnie coraz więcej osób decyduje się na leczenie ortodontyczne. Każdy marzy o pięknym i zdrowym uśmiechu, który dodaje pewności siebie, odwagi do realizowania celów zawodowych i nie tylko. O pozytywach leczenia ortodontycznego przekonuje dr n.med. Małgorzata Majewska-Paradowska, współwłaścicielka klinik Centrum Stomatologii Kompleksowej i Implantologii Aldent s.c. w Lublinie.

– Dlaczego warto mieć proste zęby?

– Jest wiele ważnych powodów, dla których warto leczyć się ortodontycznie. Dzięki prostym zębom w idealnie pasujących do siebie łukach zębowych szczęki i żuchwy uśmiech nabiera wdzięku, a twarz idealnych proporcji. Oprócz walorów estetycznych aparaty ortodontyczne niwelują wady wymowy oraz ułatwiają prawidłowe rozgryzanie pokarmów i co za tym idzie, lepsze trawienie. Równo i harmonijnie ustawione zęby po leczeniu ortodontycznym łatwiej utrzymać w należytej czystości, ponieważ w czasie czyszczenia szczoteczką dociera ona do wszystkich powierzchni zębowych. Prawidłowo ustawione zęby są mniej podatne na choroby przyzębia, na przykład paradontozę.

– W jakim wieku najlepiej podjąć leczenie ortodontyczne?

– Na pierwszą wizytę u ortodonty w naszych klinikach zapraszamy już od 6 roku życia, kiedy zaczynają wyrzynać się pierwsze stałe zęby. Lekarz stwierdzi, czy są jakieś wady w ukształtowaniu szczęki. W 10–12 roku

– Na czym polega najnowsza terapia aparatami stałymi?

– Aparaty stałe stosuje się przy uzębieniu stałym zarówno u dzieci, jak i dorosłych. Najnowocześniejsze aparaty to aparaty samoligaturujące, które pozwalają na użycie mniejszej siły niż przy klasycznych aparatach stałych. Terapia ta zmniejsza ból, skraca czas leczenia i wydłuża odstępy między kolejnymi wizytami kontrolnymi, co jest ogromną zaletą u pacjentów przebywających za granicą kraju. Aparaty te składają się z najwyższej jakości precyzyjnie wykonanych zamków metalowych lub złotych, łuków i ligatur. Zamki metalowe mogą być w kolorze srebrnym i złotym. W naszych klinikach największą popularnością cieszą się aparaty stałe estetyczne. Aparaty estetyczne różnią się od klasycznych metalowych tym, że ich zamki są porcelanowe, szafirowe bądź kryształowe. Zamki te imitują barwę zęba, dzięki czemu stają się mniej widoczne. Nie przebarwiają się i zachowują swoje właściwości estetyczne przez cały okres leczenia. Są gładkie i o niskim profilu, przez co dają maksymalny komfort dla pacjenta.

– W jaki sposób należy przygotować się do leczenia ortodontycznego?

– Przed podjęciem leczenia ortodontycznego istotna jest diagnostyka radiologiczna. Bardzo ważne jest zdiagnozowanie wszystkich problemów związanych z wyrzynaniem bądź nieprawidłowym umiejscowieniem zębów. W naszych klinikach CSK Aldent wykonujemy zdjęcie pantomograficzne i zdjęcie teleboczne. Dr n. med. Małgorzata Majewska-Paradowska, członek Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego (PTS), Polskiego Towarzystwa Endodontycznego (PTE), Polskiego Towarzystwa Stomatologii Dziecięcej (PTSD). Dziękujemy za rozmowę.

• Implantologia  |  Dental implants • Ortodoncja  |  Orthodontics • Protetyka  |  Dental prosthetics • Stomatologia dziecięca  |  The treatment of children • Stomatologia estetyczna  |  Aesthetic stomatology

ul. Pana Balcera 6 lok 1A |  tel. 81 307 62 62 ul. Kraśnicka 145 A |  tel. 81 473 71 71 ul. Willowa 1 lok. 4 |  tel. 81 71 888 00

www.aldent.lublin.pl          /aldent.lublin


moto

AUTO Z WYOBRAŹNIĄ Toyota Aygo

tekst Anna Piłat  |  foto Marek Podsiadło, archiwum

Kiedy zobaczyłam Toyotę Aygo, pomyślałam: mała, ale drapieżna. Trochę ekstrawagancka. I bardzo kobieca. Wcześniej serca kobiet, zwłaszcza tych, które dużo jeżdżą po mieście, podbiła niewielka i „poręczna” Toyota Yaris, wprowadzona na rynek w 1999 r. Ale Toyota Aygo jeszcze lepiej wpasowuje się w kobiecy standard myślenia. Przede wszystkim kolory – Lemon Yellow, Mambo Red, Smokey Ice, Blue Velvet i Orange Twist. To nie zwyczajny cytrynowo-żółty, czerwony, niebieski czy pomarańczowy. Dla nas, kobiet, to nie to samo. Dodatkowo możliwość indywidualnego wyboru wersji kolorystycznej: 7 wersji dachu, 8 wersji

38

magazyn lubelski (44) 2017

listew bocznych, grilla, tylnego dyfuzora i pierścieni ozdobnych na felgi, 12 wersji kołpaków i 21 wzorów felg i kołpaków. To jest to, co może się podobać. Toyota proponuje nam np. lakier metalik Smokey Ice z pierścieniami ozdobnymi felg Mambo Red, czerwonymi nakładkami na lusterka i okleinami na przedni i tylny zderzak oraz czerwonymi listwami bocznymi. Chyba że lakier metalik Orange Twist z kołpakami w tym samym kolorze. Nie chcesz standardu – możesz wybrać sama, zmienić kolory wybranych elementów. To wielka frajda, prawdopodobnie niewielu mężczyzn to zrozumie.


Jeśli chodzi o sylwetkę Toyoty Aygo, naszą uwagę przykuwa przede wszystkim przednia część nadwozia. Przymrużone reflektory oraz kontrastujący z jaskrawą kolorystyką karoserii grill w kształcie litery „X”, widziane we wstecznym lusterku, nie wyglądają grzecznie i przyjaźnie. Dodają całej sylwetce drapieżności. Ciekawie prezentują się też tylne światła w kształcie bumeranga. Wnętrze Aygo jest mniej ekscytujące niż wygląd zewnętrzny. Jest spokojnie, ale również efektownie. Ciemna tapicerka z elementami koloru nadwozia jest nie tylko ładna, ale i praktyczna. Centralne miejsce wśród wskaźników zajmuje duży i czytelny prędkościomierz. Z jego lewej strony znajduje się cyfrowy obrotomierz, któremu niewiele można zarzucić w kwestii czytelności. W testowanym przez nas modelu na środkowej konsoli ulokowany został duży wyświetlacz dotykowego systemu multimedialnego. Jego obsługa jest prosta i intuicyjna, a grafika bardzo poprawna. Dodatkowo Toyota oferuje nam w zależności od wersji i naszego wyboru: pakiet VIP (nawigacja satelitarna X-nav, tylne czujniki parkowania), pakiet X-Touch (system multimedialny Toyota X-touch z 7” ekranem i kamerą cofania), pakiet comfort (klimatyzacja manualna, radio + MP3n + USB +Aux-In + 2 głośniki) i pakiet safety (układ

wczesnego reagowania w razie ryzyka zderzenia PCS i układ ostrzegania o niezamierzonej zmianie pasa ruchu Lda). Bagażnik nie rzuca na kolana, ale to przecież małe, miejskie autko, a nie limuzyna. Torebka, torba na fitness, kije na nordic walking i dodatkowo codzienne zakupy zmieszczą się bez problemu. Nie budzi wątpliwości, dla kogo została stworzona Toyota Aygo. Dla nas, dla kobiet, które w pośpiechu i miejskiej ciasnocie codziennie muszą pokonywać mniejsze i większe odległości pomiędzy pracą, domem, sklepem, szkołą i przedszkolem. Toyota Aygo jest kolorowa i nietuzinkowa, więc niezależnie od obowiązków jazda tym samochodem sprawi nam po prostu przyjemność. I pasuje do każdej z nas, bo każda z nas może ją stworzyć po swojemu.

TOYOTA LUBLIN AUTO PARK Kalinówka 18 k/Lublina tel.: (81) 534-14- 00 info@toyota-lublin.pl www.toyota-lublin.pl magazyn lubelski (44) 2017

39


podróże

Opalenizna i koniak

w pakiecie tekst Jerzy Ranicki   |  foto Warta-Travel

Bułgaria – w latach 70. i 80. była ulubionym wakacyjnym kierunkiem Polaków. Od paru lat trwa ponowna moda na ten czarnomorski kraj, nic więc dziwnego, że wakacyjne czartery do Bułgarii cieszą się dużym zainteresowaniem lublinian. Już po godzinie i kilku minutach lotu możemy się cieszyć słońcem i plażą. Czarnomorskie plaże to prawie 130 km piaszczystego wybrzeża. Cieszące się największą popularnością kurorty to Słoneczny Brzeg, Złote Piaski, Obzor, Primorsko, Pomorie, Albena, Kraniewo, Święty Włas i kilkanaście innych większych lub mniejszych ośrodków z szerokimi, piaszczystymi plażami.

40

magazyn lubelski (44) 2017


Najczęściej odwiedzanym przez Polaków ośrodkiem jest Słoneczny Brzeg. Jeździli tam już nasi dziadkowie i rodzice, przywożąc stamtąd opaleniznę i koniak. Obecnie w hotelach, restauracjach, na uliczkach, deptaku czy plażach przelewa się wielotysięczny tłum Anglików, Irlandczyków, Rosjan, Niemców, Polaków, Rumunów, Skandynawów, ale także turystów z Włoch, Izraela i różnych państw azjatyckich. Jednak Słoneczny Brzeg to przede wszystkim obietnica odpoczynku, znakomitej bałkańskiej kuchni i niezapomnianych krajobrazów. W mieście znajdziemy też liczne dyskoteki, kluby, większe lub mniejsze aquaparki, sklepy z oryginalnymi pamiątkami i chińszczyzną oraz restauracje i tawerny z lokalną kuchnią. Pamiętajmy, że Bułgaria jest niezwykle atrakcyjna pod względem kulinarnym. Oferuje typową bałkańską kuchnię wzbogaconą o smaki tureckie – jest więc czego spróbować. Oprócz znanej w Polsce sałatki szopskiej znajdziemy tu również kebabcze, tarator i lokalne owoce morza (w tym przepyszne małże). Jeśli jedzenie, to także podawany wszędzie chleb pita, a do tego koniecznie bułgarskie piwo w rewelacyjnej cenie, równowartości dwóch złotych za kufelek. Polakom Bułgaria kojarzy się z winami, królującą na stole kadarką lub sofią. I tu może czekać nas przyjemne zaskoczenie, bo wybór win jest znacznie większy, a smakowo i cenowo nie stanowi żadnego problemu. Podobnie jest z mocniejszymi alkoholami, w tym z najpopularniejszą rakiją i bułgarskimi koniakami (starsi pamiętają smak

Słonecznego Brzegu czy Pliski). Również amatorzy anyżówki nie będą zawiedzeni. Tak jak w Grecji napijemy się ouzo, w Turcji raki, we Francji pastis, tak w Bułgarii możemy degustować mastikę, najlepiej z odrobiną wody i paroma kostkami lodu w szklance. Powrót mody na czarnomorskie klimaty jest spowodowany nie tak dużym kosztem – za kilka tysięcy złotych czteroosobowa rodzina może polecieć na dwutygodniowy wypoczynek. Na miejscu mamy oprócz wyjątkowo atrakcyjnych cen i szerokich, czystych plaż gwarancję dobrej pogody. Miłośnicy zwiedzania mogą wypożyczyć samochód i udać się na odkrywanie tutejszych zabytków, których zresztą nie brakuje. Tak jak będąc w Rzymie wstyd nie zobaczyć Watykanu, tak tutaj obowiązkowym punktem wycieczki jest Nessebar – nazywany Perłą Morza Czarnego, zabytkowe miasteczko położone na skalistym półwyspie, a które zostało wpisane na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Nie bez przyczyny – spacer po nastrojowych uliczkach i zwiedzanie zbudowanych w stylu bizantyjskim licznych świątyń robi wrażenie. Do Nessebaru można ze Słonecznego Brzegu przejść plażą, dojechać autobusem lub wożącą turystów kolejką. Na pobyt w Nessebarze warto przeznaczyć kilka godzin. Na zwiedzających, oprócz zabytków i licznych straganów z mniej lub bardziej kiczowatymi pamiątkami, czekają też liczne restauracje z trudnym do zapomnienia widokiem na morze.

magazyn lubelski (44) 2017

41


kultura – okruchy

(pod)

Bohdan Butenko: Plakaty 17 lutego w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie zagościł Bohdan Butenko – grafik i ilustrator z kilkudziesięcioletnim dorobkiem twórczym. W Lublinie światło dzienne ujrzały plakaty artysty z jego prywatnej kolekcji: filmowe, teatralne, dotyczące wydarzeń kulturalnych, ale również reklamujące towary w czasach PRL. Najstarsze prace pochodzą z 1962 roku. Powrót do przeszłości ostatniego półwiecza uświetniły także filmy animowane Bohdana Butenki, zachwycające surrealistyczną grą obrazu. Artysta jest absolwentem warszawskiej ASP, uczniem Wojciecha Fangora, Konstantego Sopoćki i Henryka Tomaszewskiego. Dyplom obronił w 1955 roku w pracowni Jana Marcina Szancera. Bohdan Butenko (rocznik 1931) współtworzył takie zjawiska kulturalne powojennej Polski, jak Polską Szkołę Plakatu oraz Polską Szkołę Ilustracji. Wernisaż w CSK zgromadził liczne grono odbiorców w wieku zdecydowanie zróżnicowanym. Wiele osób przyszło z książkami ilustrowanymi pracami artysty, które im towarzyszą nawet od kilkudziesięciu lat. Kuratorem wystawy jest dr Krystyna Rybicka, a patronat nad wydarzeniem objęło Muzeum Plakatu w Wilanowie. Wystawę można oglądać do 2 marca. (ag)

siedziby. Jednocześnie muzeum zaznaczyło swoją mocną pozycję na wystawienniczej mapie Polski, a to dzięki monograficznej prezentacji dzieł Chaima Goldberga, przygotowanej wspólnie z KUL wystawy znakomitej kolekcji Olgi i Tadeusza Litawińskich, monograficznej wystawie Władysława Skoczylasa oraz wielu innym. W Kazimierzu zrobiło się bardziej światowo, a działania edukacyjne dedykowane wszystkim grupom wiekowym pozwoliły kojarzyć muzeum jako placówkę nie tylko dla wybranych odbiorców. Z tym większą satysfakcją przyjmujemy decyzję komisji konkursowej, w wyniku której Agnieszka Zadura ponownie została dyrektorem muzeum. Nasze gratulacje. (gras)

największych ośrodków. Zagłębiając się w sztukę, warto mieć pełny obraz, wiedzieć, co dzieje się także na jej peryferiach. Na Zamku przedstawiono najlepsze realizacje 19 artystów, panowała tu duża różnorodność tematów i technik: od malarstwa oraz grafiki po instalacje i wideoperformance. Organizatorzy nie zdecydowali się na połączenie prac żadnym motywem przewodnim, przez co ich zestawienie wyglądało na dość przypadkowe. Wystawa nie zaskoczyła niczym nowym, poza tym, że udokumentowała pięcioletnią działalność stowarzyszenia, no i pokazała, co się dzieje w drugim planie. Teks i foto (Marta Zawiślak) Gala na 700-lecie

(pod)

Didaskalia Tekst poboczny, didaskalia, czyli wskazówki dotyczące dramatu pisane gdzieś na marginesie. Wydaje się, że nie mają wpływu na treść dzieła, ale to właśnie one budują tło i uzupełniają całość. „Didaskalia” to także tytuł wystawy zorganizowanej na Zamku Lubelskim. Zaprezentowano tu prace plastyków z Otwartej Pracowni, stowarzyszenia zrzeszającego artystów, krytyków i historyków sztuki z Lubelszczyzny. Ideą ekspozycji było pokazanie tego, co powstaje poza głównym nurtem, zwrócenie uwagi na mniej znanych twórców działających z boku, na marginesach, z dala

Obchody 700-lecia nadania Lublinowi praw miejskich stały się pretekstem do zorganizowania Gali Programowej, podczas której w Centrum Kultury w Lublinie został zaprezentowany całościowy program wydarzeń, w których możemy uczestniczyć przez cały 2017 rok. Jubileusz miasta został pomyślany jako Festiwal Społeczeństwa Obywatelskiego, na który złoży się 1000 nowych wydarzeń, działania w dzielnicach, konferencje i seminaria, programy edukacyjne, publikacje, stypendia, co zaangażuje kilkaset organizacji pozarządowych oraz tysiące wolontariuszy. Faktem jest, że duża część programu to wydarzenia odbywające się cyklicznie od wielu lat. Natomiast tym, co zwróciło na siebie uwagę, to sama gala, która z dużym przytupem pozwoliła rozpocząć jubileuszowe działania. Włącznie z programem, który został zaprezentowany w formie multimedialnego widowiska, było elegancko, krótko, dowcipnie i na temat. Jeśli tak miałby wyglądać cały rok w Lublinie, to już nam się to podoba. Więcej na www.700. lublin.eu (maz)

(mro)

Nowy dyrektor Po pięciu latach zakończyło się urzędowanie dyrektor Agnieszki Zadury w Muzeum Nadwiślańskim w Kazimierzu Dolnym. Kadencja bardzo owocna – udało się zakończyć proces identyfikacji i wizualizacji wszystkich placówek muzealnych (w tym Kuncewiczówki i zamku w Janowcu) oraz sfinalizować budowę nowej

42

magazyn lubelski (44) 2017

(mar)

Dawid Ryski – 1982 Plakaty koncertowe gwiazd rocka, projekty okładek płytowych, ilustracje książkowe i prasowe dla największych wydawnictw to tylko wycinek tego, czym zajmuje się Dawid Ryski. Z wykształcenia jest architektem krajobrazu, ale to rysunek od zawsze był jego największą pasją. Dopiero kilka lat temu porzucił karierę w korporacji, a Warszawę zamienił na Puławy, by w pełni poświęcić się grafice. Wybór okazał się słuszny, artysta został doceniony. Jego


prace prezentowane były już na wystawach w Nowym Jorku, Mediolanie, Londynie i Stambule. Na początku lutego pojawiły się także w Lublinie w Galerii Białej na ekspozycji zatytułowanej „1982”. Co kryje się pod tą liczbą? To rok urodzenia artysty, a jednocześnie ilość realizacji i projektów, w których brał udział. Mimo młodego wieku Ryski ma już spory dorobek. Wypracował charakterystyczny dla siebie styl, ciekawie operując formą i kolorem. W Lublinie mogliśmy zobaczyć większość jego prac – to pierwsza tak duża indywidualna wystawa artysty. Prawdziwym rarytasem dla miłośników jego twórczości był ogromny mural, specjalnie na tę okazję wykonany na jednej ze ścian galerii. (mar)

KUL z uczniami i najbliższymi przyjaciółmi profesor Stefan Sawicki, związany z uniwersytetem od kilkudziesięciu lat. Pan Profesor jest wybitnym badaczem, teoretykiem i historykiem literatury, autorem licznych publikacji z zakresu historii literatury, teorii literatury oraz metodologii badań literackich. W kręgu jego zainteresowań naukowych szczególne miejsce zajmuje twórczość Cypriana Norwida. Cieszący się wielkim autorytetem zajmował liczne stanowiska, w tym w latach 1971–1983 był prorektorem KUL, od 1990 do 1993 roku był wiceprzewodniczącym Komitetu Nauk o Literaturze Polskiej PAN, na początku lat 80. był członkiem Rady Społecznej przy Prymasie Polski, a w 1980–1990 – Rady Naukowej Episkopatu Polski. Jest laureatem wielu nagród i odznaczeń, m.in. medalu Pro Ecclesia et Pontifice – jednego z najwyższych odznaczeń Stolicy Apostolskiej, które może otrzymać osoba świecka. Ale przede wszystkim był i jest mentorem dla młodzieży akademickiej i kadry naukowej, wybitnym humanistą, osobą o dużym poczuciu humoru i uroku osobistym. Kolejnych równie (Tomasz Koryszko) udanych lat, Panie Profesorze. (maz) Kolejnych 90 lat Konkurs na projekt pomnika KUL ogłosił konkurs na projekt pomni„Wiedzą Państwo, że chcąc nie chcąc, skończyłem 90 lat dzisiaj” – rozpoczął spotkanie na ka ks. Idziego Radziszewskiego, pierwsze-

go rektora uniwersytetu. Pomnik ma stanąć na skwerze abp. Józefa Życińskiego u zbiegu ulicy Radziszewskiego i Alei Racławickich, pomiędzy CSK a hotelem Mercure, w związku z tym konkurs obejmuje nie tylko projekt pomnika, ale także koncepcję zagospodarowania jego bezpośredniego otoczenia. Nagrodą dla zwycięzcy jest realizacja projektu oraz 30 tys. zł. Regulamin przewiduje także przyznanie nagród dodatkowych w wysokości 70 tysięcy złotych. Zgłoszenia przyjmowane są do 20 marca, projekt należy przygotować do 7 czerwca, a wyniki konkursu zostaną ogłoszone 12 czerwca. Komisja konkursowa złożona m.in. z historyków sztuki, artystów rzeźbiarzy i architektów krajobrazu wyłoni najlepszy projekt, który będzie harmonijnie wpisywał się w przestrzeń i współgrał z otoczeniem. Przy ocenie prac będą brane pod uwagę przede wszystkim walory artystyczne pomnika, kompozycja przestrzenna, rozwinięcie detalu architektonicznego bryły i twórcze, oryginalne rozwinięcie przesłania ideowego. Lublin, poza kilkoma wyjątkami, nie ma tradycji w stawianiu interesujących założeń pomnikowych. Oby tym razem było inaczej. (gras)


kultura

Przyjemny spacer po mieście, ale z potknięciami tekst Jacek Słowik  |  foto Maciek Rukasz

tekst Jacek Słowik, foto Maciej Rukasz

Spacery są dobre dla zdrowia i – jak pokazał koncert „Zakochani w Lublinie” – również dla ducha. Otwierająca oficjalne obchody 700-lecia miasta kantata jazzrockowa Tomasza Momota to spacer przyjemny i pełen zwrotów akcji. Ale lubelskie staromiejskie kocie łby to trasa niewygodna dla wysokich obcasów i eleganckich strojów. Były więc też potknięcia.

44

magazyn lubelski (44) 2017


Wydarzenie tego typu to w pewnym sensie „samograj”, bo już sama obecność na scenie dwóch chórów akademickich (UMCS i Politechniki) i dwóch orkiestr (Orkiestry Trybunału Koronnego i Orkiestry Tomasza Momota) robi wrażenie niesamowite, zapiera dech w piersiach i rysuje uśmiech zadowolenia jeszcze przed rozpoczęciem. Robi wrażenie, ale też winduje oczekiwania pod sam sufit Centrum Spotkania Kultur. Te na pewno spełnił Tomasz Momot, pomysłodawca kantaty, jej kompozytor i dyrygent w jednej osobie, przygotowując występ, w którym wzięło udział blisko 160 artystów. Otwarcie zatytułowane „Wschód Słońca” to utwór pierwszoligowy. Połączone ze sobą lubelskie chóry niczym w romantycznym dramacie wyśpiewywały „Co tu się działo, co tu się zadzieje”, zapowiadając tym samym wieczór pełen muzycznych niespodzianek oparty na niemal całym lubelskim gwiazdozbiorze: Krzysztof Cugowski, Urszula, Beata Kozidrak, Piotr Cugowski, Lubelska Federacja Bardów, Natalia Wilk i Jan Kondrak. Przed Tomaszem Momotem stanęło więc ciężkie zadanie przygotowania kompozycji oddających osobowość poszczególnych artystów, a jednocześnie tworzących spójną całość. I to się udało zrobić, za co dla Tomasza Momota, muzyków, chórzystów i wokalistów – chapeau bas. Były więc mocne, energetyczne wykonania Krzysztofa Cugowskiego i Piotra Cugowskiego. W przypadku pierwszego z nich uderzał osobisty kontekst w pieśni „Sen” i stylistyka przypominająca starą dobrą Budkę Suflera. Piotra Cugowskiego fantastycznie słuchało się śpiewającego o legendzie Czarciej Łapy w mocnej rockowej aranżacji. Panowie pokazali ogromną siłę swoich gardeł i znakomicie wyczuli nastroje. Były także nieco bardziej sentymentalne i wzruszające momenty, które okazały się domeną Beaty Kozidrak. Urszula, która wprawdzie chwilami pokazywała rockowy pazur, jednak gdzieś znikała. Może to kwestia kiepskiego momentami dźwięku (słowa nie zawsze były czytelne), a może nietrafionego w temperament artystki doboru piosenek. Również Jan Kondrak śpiewający o Sztukmistrzu z Lublina w tempie tanga wypadł przyjemnie dla ucha, choć w głowach został głównie refren, bo i tutaj teksty kolejnych zwrotek gdzieś zgubiły się w czasoprzestrzeni CSK. No i Natalia Wilk – znakomity głos, jednak z jednoczesnym przeświadcze-

niem słuchaczy, że śpiewanie to również emocjonalność, a nie tylko sztywne stanie na scenie i rola polegająca na poprawnym odśpiewaniu kolejnych piosenek. Wokalistce można polecić muzyczną ciekawostkę tego wieczoru duet Beata Kozidrak – Piotr Cugowski. Artyści wystąpili we wspólnym utworze „Noce i dnie” wyśpiewanym w formie dialogu na nutę jazzową. Mimo tak dalekiej im stylistyki było dowcipnie, radośnie i na dużym luzie. Również Lubelska Federacja Bardów ze wsparciem pozostałych artystów, która zamknęła koncert pieśnią finałową „Zróbmy sobie miasto”, wypadła bardzo sympatycznie. Cały spektakl ubrany został w formę spaceru po Lublinie. Oprowadzającymi były Grażyna Lutosławska – także autorka scenariusza wydarzenia i Ewa Tutka – współproducent kantaty. „Chodźmy na spacer” padało z ich ust kilkukrotnie. Tymi słowami zabierały nas na przechadzkę po różnych zakątkach miasta, przy okazji przybliżając jego barwne losy. Jedyne, czego w tym spacerze zabrakło, to większego wyczucia różnicy między doniosłością a słodyczą. Miód na Lublin lał się tak gęsto, że zabijał wyrazistość muzycznego dania. Przypominanie o tworzeniu miasta miłości i żywieniu wzniosłych uczuć do Lublina przy każdej okazji zamiast dodawać elegancji, lekko ją zabierało. Kwestią sporną okazała się kreacja Ewy Tutki, przypominająca niektórym bardziej weselną sukienkę druhny niż galowy strój. Zgodność panuje jednak w kwestii konferansjerki Ewy Tutki. Było sztywno i kwadratowo. Panie zdecydowały się przeprowadzić publiczność przez koncert wzajemnym dialogiem. I o ile Grażyny Lutosławskiej, z dużym radiowym dorobkiem, słuchało się przyjemnie, o tyle Ewa Tutka zapomniała o tym, że opowiadanie to nie tylko automatyczne wypowiadanie słów, ale też cała wokół tego gra aktorska i stosowanie choćby odpowiedniej intonacji. Podobnie rzecz się miała z tekstami do utworów przygotowanymi przez Jana Kondraka. Tak jak bić można brawa Tomaszowi Momotowi, tak Janowi Kondrakowi kilkukrotnie zabrakło pomysłu na opowiedzenie poszczególnych wydarzeń. Teksty momentami brzmiały infantylnie, jakby inspiracją było motto podobno przyświecające twórcom amerykańskich blockbusterów: „najmądrzejszy bohater ma być głupszy od najgłupszego widza”. Parokrotnie wkradły się określenia potoczne typu „fajnie” i „muza”, co raziło wymuszoną „młodzieżowością”. Założeniem koncertu miało być wysunięcie na pierwszy plan opowieści o Lublinie snutych przez artystów. Muzyka miała być tylko tłem. Okazało się, że owo tło przyćmiło pierwszy plan.

magazyn lubelski (44) 2017

45


księgarnik kultura

Puste miejsce przy stole W okresie przedświątecznym, jakże znaczącym dla poruszanego tematu, w Domu Słów w Lublinie miała miejsce premiera picture booka: „Puste miejsce przy stole”. To sześć niezależnych graficznych opowieści o radzeniu sobie z tematem uchodźstwa. To również bardzo poruszające wyznania o zetknięciu się ze światem, który się zawalił, z uchodźcami, o których tyle już przeczytaliśmy, obejrzeliśmy i usłyszeliśmy, z uchodźcami, których się boimy tak, jak boimy się czasem niezapowiedzianych gości. Książka „Puste miejsce przy stole” powstała w ramach Pracowni Książki Nieobojętnej i programu Inny Lublin realizowanego w Domu Słów. Prace nad książką trwały niemal pół roku. Do jej stworzenia zaproszono sześć młodych artystek, które najpierw odbyły dwutygodniowe warsztaty pod opieką uznanych autorek: twórczyń nagradzanych na całym świecie picture booków Iwony Chmielewskiej i Jo-

46

magazyn lubelski (41) 2017

anny Concejo, lingwistki dr Magdaleny Sikorskiej oraz poetki Justyny Bargielskiej. Ważnym elementem warsztatów była wizyta w Ośrodku dla Cudzoziemców w Bezwoli koło Radzynia Podlaskiego, gdzie młode autorki mogły spotkać się z uchodźcami. Ponadto w ramach warsztatów odbyły się spotkania z wolontariuszami z Centrum Wolontariatu pomagającymi uchodźcom oraz społecznymi aktywistami m.in. z ks. Alfredem Wierzbickim i prof. Jerzym Bartmińskim. Autorkami picture booka „Puste miejsce przy stole” są: Małgorzata MAUKO Korczak, Joanna Ambrozja Lewandowska, Marta Tomiak, Dasza Voronina, Karolina Jeske i Ada Augustyniak. Opowiadają one o głębokiej chęci pomocy, współczuciu, ale też o wyparciu i strachu. Prezentacje poszczególnych autorek są niezwykle osobiste; chętnie sięgają do swoich własnych doświadczeń życiowych, jednak w kręgu ich inspiracji znalazły się też dziecięce rysunki z cza-


księgarnik

sów II wojny światowej czy wiersz Stanisława Barańczaka „Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka”. Autorki zdają sobie sprawę, że nawet najdoskonalsza Książka Nieobojętna nie jest w stanie pomóc ludziom, którzy przez wojnę stracili dorobek całego życia, zdrowie i najbliższych członków rodzin, a teraz szukają schronienia. Może jednak pomóc nam samym przełamać niechęć, wynikającą ze strachu przed Innym. Tomasz Pietrasiewicz o idei powstania książki mówi w ten sposób: We współczesnym świecie historię każdego miasta europejskiego współtworzą uchodźcy i przybysze z innych krajów, ci, którzy utracili swoją ojczyznę i swój dom. W tej nowej i dramatycznej dla nich sytuacji spotykają się z wieloma problemami, są często traktowani jak niechciani „obcy”. Chcemy opowiedzieć ich historię.

Poprzez picture book nie jesteśmy w stanie zmienić ich życia, ale możemy przywrócić im poczucie godności, pokazać ich problemy i dać rodzaj wsparcia oraz solidarności. Pracownia Książki Nieobojętnej powstała w ramach programu edukacyjno-społecznego Inny Lublin, mającego na celu budowanie solidarności i empatii z ludźmi dotkniętymi różnego rodzaju marginalizacją i odrzuceniem. Wszyscy oni, często przez nas niedostrzegani, ze swoim trudnym losem, żyją obok nas. (abc) „Puste miejsce przy stole”, wyd. Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, Lublin 2016.

magazyn lubelski (41) 2017

47


historia

Mężczyzna i dziewczynka byli już martwi. Kobieta i chłopczyk dawali słabe oznaki życia. Cała czwórka miała przestrzelone głowy kulami z rewolweru. Pogotowie ratunkowe przewiozło rannych do szpitala szarytek przy ulicy Staszica. Niestety, nie można było już im pomóc. Sześcioletni Janek zmarł w karetce, a kobieta, którą brano za matkę, na stole operacyjnym.

Tragedia przy 1 Maja

tekst Mariusz Gadomski |  foto Marek Podsiadło Lato 1934 roku, kapryśne pogodowo, stało pod znakiem klęsk żywiołowych i katastrof. W połowie lipca ulewne deszcze w dorzeczu górnej Wisły doprowadziły do największej powodzi w Polsce międzywojennej. Odnotowano 55 ofiar śmiertelnych. 8 sierpnia pod Węgrowem autobus z 19 pasażerami wpadł do Bugu. Uratował się tylko kierowca. 12 sierpnia w Berlinie w wyniku zderzenia dwóch pociągów zginęło 160 osób. Czarna seria nie ominęła województwa lubelskiego. 12 sierpnia w Woli Uhruskiej piorun uderzył w kościół, w którym odprawiano niedzielne nabożeństwo, zabijając dwie osoby, a 30 raniąc. Z powodu dużej liczby tragicznych wypadków w prasie nie było praktycznie „sezonu ogórkowego”. Chociaż niektórzy czytelnicy woleliby zapewne poznać zagadkę „prehistorycznego słonia”, którego kieł ponoć znaleziono latem w lubelskiej dzielnicy Rury, niż dowiadywać się o kolejnych dramatach.

48

magazyn lubelski (44) 2017

Rodzinne wakacje w Lublinie W latach 30. XX wieku „pokoje umeblowane” Sury Cukerman cieszyły się dużą popularnością wśród przyjezdnych, szukających w Lublinie taniego noclegu. Pensjonat znajdował się bardzo blisko kolei. Szyld był widoczny zaraz po wyjściu z dworca. Właścicielka, pochodząca ze znanego lubelskiego rodu kupców, zapewniała wszelkie wygody, domową kuchnię i prawdziwie rodzinną atmosferę. „Pokoje umeblowane” pani Sury nie mogły, rzecz jasna, konkurować poziomem z Hotelem Europejskim czy Victorią, ale względnie niskie ceny sprawiały, że trudno niekiedy było o wolne miejsca. Budynek dawnego pensjonatu nadal stoi przy ulicy 1 Maja 55 (do 1928 roku była to ulica Foksal). Po sąsiedzku znajduje się bar Dworcowy.


Na początku sierpnia 1934 r. zamieszkał tu niejaki Antoni Hofman. Towarzyszyła mu kobieta i dwójka dzieci. Przyjechali z miejscowości Stara Rafałówka na Wołyniu, żeby w Lublinie spędzić kilkanaście wakacyjnych dni. Hofman, który wyglądał na zamożnego przedsiębiorcę, chciał przy okazji załatwić interesy. Mówił, że zamierza kupić młyn pod Lublinem. Cała czwórka dała się poznać z jak najlepszej strony. Sprawiali wrażenie szczęśliwej rodziny. Odnosili się do siebie z szacunkiem i widoczną miłością. Dzieci: dziewięcioletnia Stasia i sześcioletni Janek zawarły znajomości z rówieśnikami mieszkającymi po sąsiedzku i bawiły się z nimi na podwórzu kamienicy. Grzeczne i roześmiane, były bardzo lubiane przez obsługę pensjonatu i innych gości. Popołudnia spędzali na przechadzkach i rozrywkach. Ulica 1 Maja wyglądała wówczas nieco inaczej niż obecnie. Po obu jej stronach rósł gęsty szpaler drzew, po których dawno nie ma śladu. Pełniła funkcję spacerowo-wypoczynkową, co dziś jest raczej nie do pomyślenia. Przy 1 Maja znajdowało się kilka ciekawych obiektów. Antoniego Hofmana, człowieka o upodobaniach technicznych, z pewnością zainteresowała fabryka Wolskiego pod numerem 14, gdzie produkowano maszyny rolnicze. Stąd widać było rozciągający się za „klinem” okazały most żelbetonowy (nazwany w 2012 roku imieniem jego konstruktora Mariana Lutosławskiego), którym można było – pieszo lub dorożką – dotrzeć do śródmiejskich dzielnic. Ku ogromnej radości dzieci, rodzina była na przedstawieniu Cyrku Braci Staniewskich, który przyjechał do Lublina na początku sierpnia. Namioty cyrkowe w latach międzywojennych rozbijano na wolnym placu na rogu ulic Chopina i Okopowej. Atrakcję tegorocznego programu stanowiły dwa słonie, Jenny i Piccolo, oraz tresura koni pod kierownictwem Emmy Truzzi. Olbrzymią sensację wywołał „fenomen XX wieku, kapitan Smith, człowiek o stalowej piersi, żywy cel dla pocisków armatnich”. Endecki „Głos Lubelski”, zwietrzywszy szansę na zwiększenie sprzedaży gazety, drukował kupony, upoważniające okazicieli do bezpłatnego wejścia na widownię cyrku. Przedstawienia cyrkowe w międzywojennym Lublinie zawsze spotykały się z żywym zainteresowaniem mieszkańców, chociaż niekiedy groźnie się kończyły. Swego czasu jeden z akrobatów, wykonując salto mortale, popełnił błąd i na krótko trafił do szpitala.

Kolejne dni upływały Hofmanowi i jego bliskim beztrosko i radośnie. Nikt nie przeczuwał zbliżającej się tragedii, która jednak – wszystko na to wskazuje – nie nadciągnęła nagle, lecz postępowała krok po kroku.

Ta ostatnia niedziela Pogoda w lipcu i sierpniu 1934 najwyraźniej kpiła sobie w żywe oczy z amatorów niedzielnego wypoczynku na łonie natury. „W okresie lata kalendarzowego nie było dotąd bodaj ani jednej niedzieli pogodnej” („Głos Lubelski” 1934, nr 220). Niedziela 12 sierpnia zaczęła się co prawda słonecznie i ciepło, ale już w południe niebo się zachmurzyło i spadły pierwsze krople deszczu. Lublinianie wypoczywający na łąkach nad Bystrzycą w popłochu uciekali do domów. Z powodu niepogody rodzina Hofmanów spędzała ten dzień, prawie nie wychodząc z pensjonatu. Dzieci rysowały zwierzęta cyrkowe i kapitana Smitha. Towarzysząca Hofmanowi kobieta czytała książkę, a on siedział nad gazetą. Wieczorem dorośli postanowili pójść do kina, zostawiając dzieci pod opieką obsługi „pokojów umeblowanych”. Letni repertuar lubelskich przybytków X muzy był dostosowany do różnych gustów. W „Stylowym” przy Krakowskim Przedmieściu wyświetlano komedię z Flipem i Flapem oraz sensacyjny hit „Niewidzialny człowiek”. W „Corso” (Radziwiłłowska 3) radziecką (!) epopeję „Ostatni z Gołowlewych”. Z kolei kinoteatr „Apollo” przy ulicy Szpitalnej 6 zapraszał na podwójny wieczorny program (dwa filmy w cenie jednego). Po powrocie z kina szybko położyli się spać. Zachowywali się cicho, żeby nie pobudzić dzieci i innych gości. Około godziny 4.45 dozorczyni pensjonatu usłyszała naraz huk kilku wystrzałów. Nie miała wątpliwości – strzelano w którymś z pokoi. Czym prędzej udała się do właścicielki. – Pani Suro, proszę się obudzić! Ktoś strzelał w domu! – zawołała przerażona. Cukermanowa nie zadawała zbędnych pytań. Kazała mężowi pobiec z dozorczynią, żeby sprawdzić, co się wydarzyło. Wydawało się, że strzelano w pokojach zajmowanych przez gości, którzy nie zrobili na obsłudze tak dobrego wrażenia, jak ci mili państwo z Wołynia z dwójką dzieci. Ale tylko Hofman nie reagował na pukanie do drzwi, które były zamknięte na


klucz od wewnątrz. Właściciele pensjonatu zbudzili personel i nakazali wyłamać drzwi. Potem Cukermanowa pierwsza weszła do pokoju i krzyknęła ze zgrozy. Martwy Hofman leżał na podłodze w bieliźnie, zalany krwią; na łóżkach zaś kobieta i dzieci. „Leżeli bez znaków życia z ranami od kul rewolwerowych w głowach. Koło Hofmana leżał rewolwer i pudełko z 25 ładunkami rewolwerowymi” („Głos Lubelski” 1934, nr 220). Zauważono, że kobieta i chłopczyk jeszcze oddychają. Telefonicznie wezwano pogotowie ratunkowe, które zabrało rannych do szpitala. Niestety, nie dało się ich uratować. Przy ulicy 1 Maja (w pobliżu gimnazjum żeńskiego Michaliny Sobolewskiej) znajdował się posterunek policji, więc mundurowi zjawili się po kilku minutach. Dokonali wstępnych oględzin miejsca zbrodni i przekazali śledztwo komendzie miejskiej, która miała swoją siedzibę tam, gdzie urzędował komisarz Maciejewski z serii retro kryminałów o Lublinie Marcina Wrońskiego, czyli przy Staszica pod numerem 3.

Zabójcą był ojciec... Problemem lubelskiej prasy dwudziestolecia międzywojennego był brak środków i bazy technicznej. Gazety składano w innych miastach, głównie w Warszawie. Decydowano też o zawartości numerów. Wiadomości z Lublina i województwa często były redagowane niedbale i publikowano je z opóźnieniem na ostatnich stronach. Czasami dochodziło do paradoksów – zdarzało się, że o ważnych wydarzeniach lokalnych dzienniki lubelskie w ogóle nie informowały, można było o nich natomiast poczytać np. w łódzkim „Echu” czy w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym”, wydawanym w Krakowie. Jednak w przypadku strzałów na 1 Maja, zarówno „Głos Lubelski”, jak i „Express Lubelski i Wołyński”, stanęły na wysokości zadania, publikując na czołówkach gorące relacje z miejsca tragedii. „Tło niesamowitej zbrodni nie zostało dotychczas wyświetlone. Wieść o jej dokonaniu szybko rozeszła się po całej dzielnicy i spowodowała, że przed domem Nr. 55 zgromadziły się wielkie tłumy żądnych sensacji gapiów” – napisali dziennikarze „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego” w tekście „Cztery trupy w pokojach umeblowanych”. W kolejnych dniach gazety podawały sensacyjne wyniki policyjnego śledztwa. Ustalono, że dzieci i kobieta zostały zastrzelone przez Antoniego Hofmana z należącej do niego broni. Następnie mężczyzna skierował lufę rewolweru w swoją skroń i popełnił samobójstwo. 41-letni Hofman był ojcem Stasi i Janka, natomiast zastrzelona kobieta nie była matką jego dzieci i nie była jego żoną, jak wcześniej uważano. Była kochanką człowieka, który zamordował własne dzieci, ją i na koniec zastrzelił siebie. Nazywała się Olga Łuba, nie ustalono, skąd pochodziła i jak długo pozostawała w związku z Hofmanem.

50

magazyn lubelski (44) 2017

Matką dzieci Hofmana była jego legalna żona, z którą mężczyzna niedawno się rozszedł i wyjechał z domu. Mieszkała w Starej Rafałówce. Policja sprowadziła zrozpaczoną kobietę do Lublina celem identyfikacji zwłok. Od Hofmanowej dowiedziano się, że bracia jej byłego męża również dokonywali w przeszłości samobójczych zamachów, co mogło dowodzić jakiegoś dziedzicznego obciążenia psychicznego w tej rodzinie.

Obawa przed nędzą? Antoni Hofman zostawił list pożegnalny, z którego wynikało, że w ostatnich tygodniach życia miał nóż na gardle. Elegancki i wytworny Wołyniak jedynie udawał zamożnego przedsiębiorcę rolnego, który spędzał z bliskimi beztroskie wakacje. W rzeczywistości balansował na krawędzi. Był dzierżawcą młyna na Wołyniu. Niedawno młyn na podstawie wyroku sądu przeszedł w posiadanie Skarbu Państwa, po czym został wydzierżawiony innemu zarządcy. Pozbawiony warsztatu pracy Hofman znalazł się w trudnym położeniu. Przyjechał do Lublina, ponieważ chciał pod miastem kupić lub wydzierżawić jakiś młyn. Było ich wtedy w okolicach Lublina sporo (obecnie reaktywacja kilku z nich jako atrakcji turystycznej znalazła się w miejskich planach rewitalizacji Doliny Bystrzycy), toteż Hofman liczył, że coś dla siebie znajdzie. Niestety, niczego nie udało mu się kupić ani wydzierżawić. Nie znalazł najlichszej nawet posady. Widmo braku środków do życia z każdym dniem stawało się coraz wyraźniejsze. Obawa przed nędzą popchnęła go do morderstwa najbliższych i do samobójstwa. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, dlaczego zastrzelił nie tylko siebie, ale również dzieci (które przecież miały matkę) i kobietę, która zastąpiła mu żonę. W ostatnich słowach listu Hofman prosił, żeby nikogo nie winić za to, co się stało. Do zabójstw i samobójstw, których podłożem były ubóstwo, bezrobocie i lęk przed utratą pracy, w czasach II RP, zwłaszcza w latach wielkiego kryzysu, dochodziło dość często. Innym charakterystycznym zjawiskiem w tym czasie były bunty robotników i bezrobotnych. W 1934 r. krwawe zamieszki na tle biedy i niskich płac wybuchały w całym kraju, również w Lublinie. W wyniku starć bezrobotnych z policją przed lubelskim Państwowym Urzędem Pośrednictwa Pracy w dniu 11 kwietnia dwie osoby poniosły śmierć, a kilkanaście odniosło poważne rany. Wydarzenia te przeszły do historii pod nazwą lubelskiej „krwawej środy”. W tekście wykorzystano następujące materiały: „Express Lubelski i Wołyński” 1934, N-ry 222–225 „Głos Lubelski” 1934, N-ry 215–221 http://tnn.pl/himow_fragment.php?idhr=1695


historia

Rodzina Glenmorangie,

czyli o istocie beczki

Położona w północnej Szkocji destylarnia Glenmorangie słynie z pionierskiego ducha kreacji – to tu wypracowano tzw. designer casks, beczki konstruowane ze specjalnie selekcjonowanych gatunków wolno rosnącego dębu, pozyskiwanego aż z amerykańskich Gór Ozark. W tych beczkach z suszonego na świeżym powietrzu dębu, robionych ręcznie i starannie wypalanych, wiele odmian Glenmorangie spędza co najmniej 10 lat. Po to, by przed dojrzewaniem whisky drewno oddało zbyt dominujące aromaty waniliowe, beczki są najpierw jednorazowo wykorzystywane do dojrzewania amerykańskiego bourbona. Następnie, już w destylarni Glenmorangie, są one napełniane whisky. W przeciwieństwie do wielu destylarni w Glenmorangie wypełnia się je najwyżej dwukrotnie, dzięki czemu drewno przekazuje whisky najbardziej złożone i intensywne aromaty. Według mistrzów tworzenia Glenmorangie aż dwie trzecie aromatów i nut smakowych zawartych w whisky pochodzi właśnie z wieloletniego procesu dojrzewania w odpowiednim drewnie, dlatego dobór drewna jest wciąż zgłębianą sztuką. Tajników tej sztuki strzeże Szesnastu Mężczyzn z Tain – i to właśnie oni są bezkompromisowymi gwarantami niepowtarzalnego smaku i charakteru najbardziej wyrafinowanej szkockiej whisky. Glenmorangie słynie z wielu odmian. Klasycznym wyrazem stylu Glenmorangie jest The Original, niezwykle ceniona przez koneserów na całym świecie z uwagi na swoją wyrafinowaną złożoność i finezję. Dzięki 10-letniemu dojrzewaniu w specjalnie selekcjonowanych dębowych beczkach po bourbonie destylat z najwyższych alembików w Szkocji nabiera charakterystycznej słodyczy, aksamitnej harmonii i bogactwa nut kwiatowych, owocowych i korzennych. Glenmorangie Extra Matured to nadzwyczajne odmiany, które także dojrzewają w beczkach po bourbonie (przez 10 lat), a następnie dodatkowo przez dwa lata w beczkach po ekskluzywnych Sherry, Porto lub winach z regionu Sauternes. Z kolei The Lasanta to elegancka i pełna whisky. Jej bogactwo i głębia smaku są wynikiem dodatkowego dojrzewania w beczkach po hiszpańskich sherry Oloroso i Pedro Ximenez. Aromat rodzynek w czekoladzie miesza się z nutami cukierków toffi i wosku z miodowego plastra, wiśnie, esencje cytrusowe, a także

orzechy włoskie z nutą kajmaku. The Quinta Ruban to niesamowicie pełna, niefiltrowana na zimno whisky o bogatym smaku i pięknej rubinowej barwie. Doskonała równowaga słodkich i wytrawnych smaków oraz aksamitna tekstura tej whisky kuszą podniebienie swą intensywnością i złożonością. The Nectar D’Or to niesamowicie esencjonalna, bogata i jedwabista w smaku whisky, co jest efektem dodatkowego dojrzewania w beczkach po najlepszych winach z francuskiego regionu Sauternes. Natomiast w beczkach po słynnych białych winach deserowych whisky nabiera bogatych korzennych i słodkich aromatów. Glenmorangie 18 Years Old to szlachetna odmiana z kategorii extreme rare, czyli unikalnych whisky tworzonych w bardzo ograniczonej ilości, dojrzewająca aż 15 lat w beczkach po najlepszym bourbonie, a następnie jeszcze przez trzy lata w beczkach po sherry. W jej bukiecie żywiczne nuty orzechów włoskich, wymieszane ze świeżą słodyczą śmietankowego toffi, ustępują miejsca kremowej wanilii. Glenmorangie Quarter Century to wybitnie szlachetna i złożona whisky single malt dla koneserów, najwyższy wyraz unikalnych whisky extreme rare. Swoją wyrafinowaną głębię, harmonię i gładkość zawdzięcza ekstremalnie długiemu, ponad 25-letniemu dojrzewaniu w beczkach z najszlachetniejszego dębu. Bukiet tej whisky wypełniają aromaty drzew owocowych pełnych dojrzałych czereśni i śliw, dopełnione zapachem dzikich jeżyn oraz intensywnymi tonami czekolady i kawy, po których następuje czystość dzikiej mięty. Glenmorangie Signet dojrzewa w trzech rodzajach beczek, wyselekcjonowanych i zaprojektowanych tak, by uzyskać najbardziej wysublimowany i jedwabisty smak. Jej głęboki bukiet mieni się aromatami espresso, tortu czekoladowego oprószonego kakao, mięty, ciemnego puddingu śliwkowego z sherry, kandyzowaną skórką pomarańczy, rozgrzewającym imbirem i cynamonem, a także nutami owoców: daktyli i świeżych wiśni oblanych czekoladą. W bogactwie smaków Glenmorangie Signet intryguje kontrast pomiędzy rozpływającą się w ustach bogatą słodyczą a eksplozją pikantnych przypraw i gorzkiej mokki, ze zmysłowymi nutami pieczonych moreli i cierpkiej skórki pomarańczowej. Tak dumnie prezentuje się cała rodzina whisky Glenmorangie. (ag)


obyczaje

Jazz

Jazz i nie tylko

52

Dwie płyty, propozycje z tych nie do odrzucenia. Kluczem (wiolinowym) do nich są wybitni pianiści jazzowi, Paweł Tomaszewski i Gonzalo Rubalcaba, aranżerzy i producenci tych wydawnictw muzycznych. To ich wyobraźnia, zmysł i wyczucie w połączeniu z pomysłem i interpretacją niezwykłych wokalistek Marty Król i Anny Marii Jopek zaowocowały dwiema wyjątkowymi płytami, których słucham od kilku dni nieprzerwanie. The Police, trio, które na przełomie lat 70. i 80. świętowało ogólnoziemski sukces. Sting, Stewart Copeland i Andy Summers nagrywali, koncertowali i wylansowali wiele przebojów, których chętnie słuchamy do dziś. Marta Król i Paweł Tomaszewski wybrali swoje ulubione piosenki z ich repertuaru i nagrali wspólnie płytę pod tytułem TRIBUTE TO THE POLICE (2017). Pianista zasiadł przy klawiaturze, naostrzył ołówki i w styczniu 2016 rozpoczął pracę, by już w czerwcu spotkać się z zespołem muzyków na pierwszej próbie. Klasyczne trio jazzowe (fortepian – Paweł Tomaszewski, kontrabas – Andrzej Święs, perkusja – Paweł Dobrowolski) zostało rozbudowane o waltornię (Ewelina Sandecka), flet, klarnet, saksofon (Przemysław Florczak) i instrumenty perkusyjne (Sławomir Berny). Podczas pierwszej wspólnej próby okazało się, że wyobrażenia dwojga głównych wykonawców o stylistyce płyty bardzo się różniły. W ogniu dyskusji, a później po rozmowie w cztery oczy wyklarowała się koncepcja całego materiału. Efektem ustaleń powstał produkt tak doskonały, że palce lizać. Rozbudowanie zespołu ociepliło graną muzykę i nadało jej filmową barwę. Rezygnacja z gitary była posunięciem genialnym, nadającym balladowe brzmienie. Fortepian w tej sytuacji zastąpił gitarę i wprowadził elementy improwizacji jazzowej. Całość materiału ma raczej brzmienie soulowo-popowe. Smaczne to i nie za słodkie. Marta Król interpretuje swobodnie, z lekkością, to oddalając się, to przybliżając się do oryginału, zawsze pozostawiając swoje piętno. Interpretacja hitu ROXANNE to crème de la crème, jakże zaskakująca słuchacza. Znacie?… to posłuchaj-

magazyn lubelski (44) 2016

cie, koniecznie. Dali nam magię (...magic), palec (... finger), oddech (…breath), ból (...pain), herbatę (… tea) i księżyc (…moon). Marta i Paweł dołączają nam jeszcze dodatkowo dwa bonusowe utwory z repertuaru Stinga i też jest pięknie. Premierowy koncert odbędzie się w Operze Śląskiej w Bytomiu (22.02.2017), ale mam nadzieję, że zobaczymy Martę Król i Pawła Tomaszewskiego Group w Lublinie. Czekam, tęsknię. Przenikanie się polsko -żydowsko-argentyńskich wpływów zaowocowało powstaniem całej serii piosenek, które grano i śpiewano na wszystkich balach lat 30., wiele z nich to szlagiery do dziś. Jerzy Petersburski, Zygmunt Białostocki, Władysław Dana i oczywiście Marian Hemar nadawali rytm przedwojennej Polsce. A że słowo było także ważne, teksty pisali Julian Tuwim, Andrzej Włast czy Zenon Firewald. Anna Maria Jopek (AMJ) wyselekcjonowała tanga, które zaaranżował Gonzalo Rubalcaba, wybitny kubański pianista jazzowy. To, co powstało, to esencja zmysłów, erotyki i subtelnej konwersacji , nosi tytuł MINIONE (2017). Melodie w aranżacji Gonzalo zostały ocieplone, spowolnione i rozkołysane w latynoskim klimacie. Trio Rubalcaby: Gonzalo – fortepian, Armando Gola – bass i Ernesto Simpson – perkusja to maszyna precyzyjna, wrażliwa i subtelna. To, jak AMJ interpretuje, śpiewając, mrucząc i wzdychając, to poezja, która pozwala na całkowite wtopienie się w melodie. Minione lata, chwile zdrady i miłości są dla AMJ okazją do opowiedzenia tych historii tak bardzo osobiście. „Co nam zostało z tych lat”, „Pokoik na Hożej”, „To ostatnia niedziela”, „Miasteczko Bełz”, „Rebeka” jakże nas zaskoczą i jak mile. Słuchając tej płyty, mamy poczucie , że artyści instynktownie rozumieją się nawzajem i czerpią przyjemność ze wspólnego muzykowania. Fortepian Bösendorfer specjalnie na sesję nagraniową został sprowadzony z Wiednia do studia w Miami. Gonzalo zakochał się w brzmieniu instrumentu tak bardzo, że nie chciał się z nim rozstać. Jak wiele wysiłku i zaangażowania bez reszty włożono w przygotowanie tej płyty. Pomimo melancholijnego „slow motion” utwory nie nudzą, nie usypiają, bo tam naprawdę wiele się dzieje. A i potańczyć można we dwoje. Warto.

WOJCIECH A. MOŚCIBRODZKI


Czuję się trochę, jakbym pisał o tym, czy rozmiar ma znaczenie. „Trochę” w poprzednim zdaniu nie pełni roli wierszówkowego wypełniacza, to literalnie po części tak, a po części nie. Po części tak, bo zarazem rozmiar, jak i temperatura są przez wielu uważane za temat godny artykułu. Po części nie, bo o ile chodzi o rozmiar, zdania są podzielone, o tyle w przypadku temperatury opinia jest jedna – tak, TEMPERATURA MA ZNACZENIE. Kilka obrazów budzących rozsądek. Chłodne jak trup frytki, ciepła cola. Co powiecie na zimne ziemniaki w mundurkach z masłem i ciepłym kefirem? A żurek lodowaty? Śledzik w occie parujący? Ciepłą wódką go! Etap argumentacji uznaję za zamknięty. Może jeszcze odrobina motywacji. Jeśli już wydałaś (eś) ciężko zarobione pieniądze na zbytki i chcesz pohulać z dobrym winem w garści, to marnuj i swawol z głową. Wyciśnij z każdego grosza i każdego winnego grona ile się da. Nie kupujesz aston martina na wycieczki dla nobliwej mamusi, nie używasz oliwy z pierwszego tłoczenia, żeby smażyć na nim frytki (i potem zjeść zimne), nie zamawiasz egzotycznego drewna, żeby palić nim w kominku i wreszcie nie pijesz czerwonego wina w temperaturze 23 stopni, czyli tak zwanej pokojowej. Oczywiście możesz, bo ci wolno, ale cytując apostoła, nie wszystko, co wolno, przynosi korzyść. Nie chodzi zatem o jakieś bon ton, kanony salonu, snobistyczne gierki, bułkę przez bibułkę, chodzi wyłącznie o to, żeby smakowało. Wino jest jak kiełbasa, jak jesz często, zaczynasz rozpoznawać smaki, niuanse, rozumieć kiedy, z jaką musztardą i w jakiej temperaturze daje ci najwięcej frajdy. Próbując sporo wina, nie przełkniesz ugotowanego czerwonego, zamarzniętego na lód białego albo odwrotnie, zamkniętej chłodem czerwieni i przegrzanej bieli. To, co w pewnym momencie staje się instynktowne, warto na początek jakoś usystematyzować i opisać. Warto znaleźć klucz do tej systematyki, bo ona nie wynika z tradycji, umów, zakulisowych układów, ale jest narzucona przez rzeczywistość, czyli to, jak

się rzeczy (wina) mają. A mają się tak, że zbyt niska temperatura zamyka aromaty, uwydatnia taniny i gorycz, spłaszcza wino, zbyt wysoka uwydatnia alkohol, czyni wino rozlazłym i męczącym, i mdłym. Dla każdego rodzaju wina trzeba więc znaleźć złoty środek, czyli temperaturę właściwą. Zacznijmy od bąbelków. Jest już co prawda właściwie po karnawale, ale do postnego śledzika, jeśli już koniecznie wino, to właśnie najlepiej musujące. Odkrycia tu nie będzie – na bardzo zimno, choć nie lodowato! 6 stopni mniej więcej. Jeśli są bardziej złożone, rocznikowe, dojrzewające w beczce, a w każdym razie takie, w których niska temperatura zabije aromat, mogą być nieco cieplejsze – nawet do 10. I tutaj uwaga, która dotyczy wszystkich rodzajów win, ale musujących szczególnie. Jeśli jesteś szczególarzem i chcesz podać wino w naprawdę idealnej temperaturze, to musisz pamiętać, że chodzi o temperaturę w kieliszku, a nie w butelce. Wino rozlane do szkła dość szybko się ogrzewa (zwłaszcza w lecie), dlatego jeśli ma trzymać 6 stopni, to trzeba je schłodzić do 3–4. To zaś najlepiej osiągnąć w kubełku z wodą i lodem. Dlaczego musujące najlepsze są naprawdę zimne? Niska temperatura pozwala zachować jak najdrobniejsze bąbelki, czyli czyni wino trwałym i przyjemniej musującym. O to przecież ch(ł)odzi. Poza tym to, że wino się nadmiernie nie pieni, nie traci gazu, oprócz wpływu na smak, nie jest bez znaczenia przy otwieraniu butelki. Eksplozja szampana czy cavy jest dobra jako zwieńczenie rajdu samochodowego, tak normalnie ma tu wyłączne prawo rozkoszne dla ucha syknięcie. Zanosi się na pierwszy w historii tej skromnej winiarskiej rubryczki cykl. Na białe lekkuchne i te ciężkie rokokowe, filigranowe czerwone i konfiturowe czarne jak smoła nie wystarczy już miejsca. Zatem do następnego razu. W znacznie przyjemniejszej, bo wiosennej aurze. Bo temperatura, proszę Państwa, ma znaczenie.

Wino

O istocie temperatury

ŁUKASZ KUBIAK magazyn lubelski (44) 2016

53


integracja Łukasz Siatkowski ma 31 lat i pochodzi z Lublina. Od urodzenia porusza się na wózku. W wyniku błędu lekarskiego podczas porodu doznał dziecięcego porażenia mózgowego. Pomimo niepełnosprawności ukończył licencjat z kulturoznawstwa na KUL. Do tego dołożył magisterium z teologii. Przede wszystkim ma jednak duszę artysty: grał w zespole, pisał poezję, ale najlepiej komunikuje się ze światem, rysując.

Łukasz tekst Monika Murat foto Marek Podsiadło

54

magazyn lubelski (44) 2017

Zaczepiam go na portalu społecznościowym. Jeszcze nikt nie odpowiedział mi tak szybko. Oferuje też pomoc w dotarciu do innych potencjalnych bohaterów tego działu. Sprawia wrażenie osoby odpowiedzialnej, otwartej i słownej. Deklaruje, że w imię integracji odpowie na każde pytanie. Jego żona Joanna mówi, że nie widać po nim niepełnosprawności i często o niej zapomina. Te słowa mogą dziwić, ale kiedy poznaje się jej męża, faktycznie najpierw dostrzega się jego poczucie humoru i pozytywne nastawienie do życia i własnej niepełnosprawności. Już w pierwszych słowach naszej rozmowy Łukasz zaskakuje jednym stwierdzeniem: – Nie chciałbym powiedzieć, że na nią cierpię, bo choroba w zasadzie dużo mi daje. W tym, co go najbardziej zajmuje, czyli w rysowaniu, wyraża siebie, a choroba to część jego osoby. Wierzy, że to, co w efekcie powstaje na papierze, wygląda tak, a nie inaczej, właśnie dzięki temu, że jest tym, kim jest. Łukasz w ogóle nie narzeka na los. Nie przechodził okresu buntu czy żalu. Takie nastawienie zawdzięcza rodzicom, którzy pomogli mu utwierdzić się w poczuciu własnej wartości. Nie spotykał się też z brakiem akceptacji ze strony otoczenia. Nie odczuwa wykluczenia społecznego – jeśli już, źródła lekkiego wyalienowania doszukiwałby się raczej w swej introwertycznej naturze, nie w uwarunkowaniach fizycznych. Od zawsze ważna była dla niego wiara. Także w jego szkicach można dostrzec motywy religijne. To koronkowa robota. Autor stara się zagospodarować całą przestrzeń arkuszy, pełno na nich detali. Na pierwszy rzut oka wyglądają abstrakcyjnie, lecz gdy się przyjrzeć, rozpoznaje się elementy krajobrazu. Tak Łukasz widzi świat. Choć podstawowym kolorem prac jest czerń, nie przygnębiają. Wplata w nie czasem żartobliwe treści. Wystarczy zwykły długopis żelowy, kartka z bloku i góra dwa dni i powstaje kolejna praca. Nawet w tym, jak tworzy, widać, jak bliska jest mu filozofia minimalizmu. Z drugiej strony to zwolennik twórczego chaosu. Nie dziwi więc, że swoją działalność artystyczną Łukasz nazywa „karambolizacją przestrzeni”. – Lubię karambolizować. Zderzać rzeczy ze sobą – tłumaczy. Przyznaje, że nawet gotując, miesza wszystko ze wszystkim. Zdarzało mu się prowadzić warsztaty rysunku, gdzie przy relaksującej muzyce dzielił się z uczestnikami tajnikami swej techniki. Marzy, by jego działalność zyskała wymiar komercyjny i by mógł z niej żyć. Już teraz udaje mu się sprzedawać swoje grafiki. Podkreśla, że chce być kowalem własnego losu. Najważniejsza jest dla niego rodzina. Założył ją w ubiegłym roku, teraz pragnie utrzymać. Poza tym do szczęścia potrzeba mu niedużo. Żartuje, że chętnie zamieszkałby w lepiance z dala od cywilizacji, bo przyzwyczajanie się do luksusu jest zgubne. Czuje się artystą i podchodzi do tego poważnie. „Być totalnym w tym, co się robi” to jego motto. Dla Łukasza istotna jest również muzyka. Był członkiem zespołu Strefa Pracy Żurawia, ale pociąga go twórczość solowa. Zależy mu, aby projektować przestrzeń wokół po swojemu. Dlatego woli sam odpowiadać za kształt utworów. Kiedyś pisał wiersze, ale dziś tego nie robi, bo – jak żartuje – Poezja jest dla zakochanych, a ja jestem już po ślubie. Żonę poznał na wykładzie motywacyjnym, który prowadził. Joanna pokazuje zmarszczki, jakich się przy nim nabawiła od śmiechu. Przy nikim nie czuła takiej pewności siebie. Mężczyzna ujmuje silnym poczuciem sprawiedliwości. Chce być traktowany tak jak inni. Nie lubi taryfy ulgowej, podwójnych standardów, nie popiera postaw roszczeniowych. – Nie tędy droga – twierdzi. – Do czego samemu się dojedzie, to się ma. Łukasz zdecydowanie protestuje przeciwko specjalnemu uprzywilejowaniu niepełnosprawnych. – Odrzućmy zbiorowe poklepywanie się po plecach. Do niczego dobrego to nie prowadzi. Przyzwyczajamy ludzi tylko do tych granic. Potem buduje się podjazdy po schodach dla nikogo, bo nikt nas nie poznał, nie zobaczył tego naszymi oczami. Jeśli chcemy, by nas zrozumiano, dajmy im nasze oczy.


(Ireneusz Pilipczuk)

Kolejna odsłona w Galerii Wirydarz w Lublinie i niezwykłe malarstwo Bogusława Jagiełły, pochodzącego z Gorzowa Wielkopolskiego absolwenta PWSSP w Poznaniu, gdzie studiował grafikę warsztatową w latach 1979–1984 i gdzie obronił pracę dyplomową w pracowni technik metalowych prof. Tadeusza Jackowskiego. Artysta zajmuje się grafiką warsztatową, użytkową, rysunkiem i malarstwem. Bliska jest mu ilustracja książkowa, malarstwo monumentalne, scenografia, plakat, a także aranżacje sakralne i witraże. Wielokrotnie nagradzany i wyróżniany. Na wystawie w Galerii Sztuki Wirydarz prezentuje najnowsze obrazy – pełne wiosennej aury, ulotności, znakomicie dobranej palety barwnej z kobietami w roli głównej. Wernisaż tradycyjnie odbył się w doborowym towarzystwie i z interesującymi rozmowami nie tylko o sztuce. Wystawa w Galerii Małgorzaty i Piotra Zielińskich będzie prezentowana do 20 marca. (maz)

(pod)

(pod)

Wyjątkowo nie o I. B. Singerze, Irenie Krzywickiej ani o Wierze Gran. Tym razem spotkanie z pisarką Agatą Tuszyńską, która zawitała do Domu Słów na lubelskim Żmigrodzie, poświęcone było jej najnowszej książce pt. „Jamnikarium”. I jak wynika z tytułu, zostało ono poświęcone oglądowi świata z jednej strony z punktu widzenia tej niezwykłej rasy psów, z drugiej strony z punktu widzenia ich właścicieli, wśród których znalazły się takie postaci, jak Napoleon Bonaparte, cesarz Wilhelm II, John F. Kennedy, Picasso, Czechow, Marylin Monroe, a także Jerzy Waldorff i Sławomir Mrożek. Co połączyło tak różne osobowości? Zdecydowanie jamnikolubstwo. Spotkanie prowadziła Grażyna Lutosławska, która wprawdzie jamnika nie posiada, ale stworzyła atmosferę spotkania, w której każdy posiadacz i nieposiadacz poczuł się znakomicie, spędzając ten czas na fascynującej opowieści o jamnikach. (gras)

Jagiełło przy Grodzkiej

(woj)

Jamniki górą

(Dorota Mościbrodzka)

zaprosili nas

magazyn lubelski (44) 2017

55


Wykwintne sery, zupa cebulowa, tarty na słodko i słono oraz pieczone kasztany. Do tego degustacja białego i czerwonego wina z cennymi informacjami od lubelskiego sommeliera Michała Kasińskiego. Utwory Jacques’a Brela śpiewane przez Annę Bobruś-Chołotę i Mirosława Majewskiego, antologia siedmiu dekad piosenki francuskiej przygotowana przez Tomasza Moskala, a także opowieść o podróży przez południe Francji, którą podzielił się Grzegorz Gorczyca. To wszystko z okazji kolejnego już spotkania Chełmskiego Klubu Podróżników, jakie miało miejsce w Gospodzie Sto Pociech w Chełmie. Poprzednio był wieczór włoski, pełen ekspresyjnych opowieści wykładowcy tego języka Stanisława Żebrowskiego w otoczeniu znakomitej kuchni i win, a w najbliższym czasie szykuje się wieczór brytyjski. Jak widać, podróże kształcą i nieustannie wzbogacają nasze doznania. (maz)

56

magazyn lubelski (44) 2017

Noworocznie w Górze Puławskiej

(Adam Abramowicz)

Francja-elegancja

(Grzegorz Gorczyca)

zaprosili nas

Spotkania noworoczne mają to do siebie, że oprócz tego, że są sympatyczne, to jeszcze podsumowują minione dwanaście miesięcy. Z tym większą satysfakcją, jeśli jest czym się chwalić. Na uroczystości w Górze Puławskiej zorganizowanej na zaproszenie Krzysztofa Brzezińskiego, wójta gminy Puławy, świętowano kolejny udany rok, który obfitował m.in. w liczne inwestycje na terenie gminy. Ale taka uroczystość to również okazja do podzielenia się uwagami dotyczącymi dalszego rozwoju oraz wyróżnienia osób szczególnie zasłużonych na rzecz lokalnej społeczności. Były więc podziękowania, słowa uznania, wzruszenia i kwiaty. Na rozpoczęcie i zakończenie wieczoru wystąpił dziecięcy zespół „Scholares Minores pro Musica Antiqua” z Poniatowej. Młodzi artyści wystąpili w strojach stylizowanych na barokowe, a podczas występu grali na dawnych instrumentach. (ag)


W Salonie Dealera Best Auto w Lublinie przy ul. Metalurgicznej 60 miała miejsce uroczysta premiera limuzyny biznesowej – nowego modelu BMW serii 5, dla zainteresowanych – pierwszego ze stajni BMW w wersji hybrydowej plug-in. Jak zaznacza producent, przy jego projektowaniu kierowano się ideą wyznaczania nowych standardów, o czym mogli przekonać się osobiście zaproszeni goście. A jeśli luksus, to również wykwintne menu, a także równie wykwintne smakowo trunki. Oprawę artystyczną wydarzenia zapewnił Mateusz Ziółko, zwycięzca 3. edycji programu telewizyjnego „Voice of Poland”. Premiery nowych modeli BMW w lubelskim salonie Best Auto są już tradycją i nie tylko z powodu prezentacji nowych modeli BMW. Wieczór wzbogaciła aukcja charytatywna. W tym roku pieniądze były zbierane na fundację „dlaczego?” prowadzoną przez Konrada Gacę, a wspierającą dzieci z rzadkimi zespołami wad wrodzonych. (ag)

Prapremiera filmu o patronce UMCS

(pod)

Wyznaczać nowe standardy

()

zaprosili nas

W Inkubatorze Medialno-Artystycznym UMCS „Chatka Żaka” w Lublinie odbył się pokaz filmu „Maria Skłodowska-Curie” w reżyserii Marie Noëlle. W spotkaniu z twórcami filmu wziął udział m.in. Daniel Olbrychski, który wcielił się w postać nieprzychylnego bohaterce paryskiego uczonego. Film zachwyca ujęciami filmowymi autorstwa Michała Englerta. Gra aktorska odtwórczyni głównej roli Karoliny Gruszki, dramaturgia oraz dialogi są kwestią dyskusyjną. Prapremiera odbyła się z okazji rozpoczęcia na UMCS obchodów 150 rocznicy urodzin polskiej uczonej. Przypomnijmy, Maria Skłodowska-Curie jako pierwsza kobieta w Europie uzyskała tytuł doktora, została pierwszą kobietą profesor na paryskiej Sorbonie oraz pierwszą uczoną, która zdobyła Nagrodę Nobla i to dwukrotnie. Poza dystrybucją kinową film Marie Noëlle niedługo trafi również do szkół. (gras)

magazyn lubelski (44) 2017

57


marzec/kwiecień 4-9 marca ZAMOŚĆ XXII Międzynarodowe Dni Filmu Religijnego - Sacrofilm 2017 Centrum Kultury Filmowej „Stylowy”, ul.Odrodzenia 9

12 marca GÓRA PUŁAWSKA Bieg Zielonych Sznurowadeł

start: 11:00, więcej na www. bieganie.bezmiar.org

18 marca CHEŁM Whisky Time, czyli Wieczór Brytyjski

Gospoda Sto Pociech, ul.Pocztowa 38, godz. 16:00

31 marca-2 kwietnia LUBLIN Metamorfozy Sentymentalne VI Lubelski Festiwal Piosenki Autorskiej i Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego

ACK Chatka Żaka, ul. Radziszewskiego 16

8-10 marca LUBLIN Spotkania Teatralne Zwierciadła II Liceum Ogólnokształcące im. Hetmana Jana Zamoyskiego, ul.Ogrodowa 16

16 marca LUBLIN 75. rocznica likwidacji gett w Lublinie i otwarcie wystawy „Dzielnice zagłady” Stare Miasto w Lublinie

24-26 marca LUBLIN Akademia Odkryć Fotograficznych: Mistrzowskie Warsztaty z Wacławem Wantuchem Centrum Kultury w Lublinie, ul. Peowiaków 12

8-9 kwietnia LUBLIN I edycja Lubelskiego Tattoo Festivalu

Targi Lublin S.A.,ul. Dworcowa 11

10 marca 16 -19 marca LUBLIN Złotnictwo Lubelskie ze zbiorów muzealnych i kolekcji prywatnych- LUBLIN Wiosna Gospel wystawa ACK Chatka Żaka, ul.RadziszewMuzeum Lubelskie na Zamku, ul.Zamkowa 9, wernisaż 17:00

skiego 16

31 marca LUBLIN Unia Film Festival

Centrum Kultury w Lublinie, ul. Peowiaków 12

11 marca LUBLIN Wojtek Mazolewski „Chaos pełen idei” Centrum Spotkania Kultur, Plac Teatralny1, godz. 20:00

17 marca LUBLIN VII Zjazd Zbyszków

Trybunał Koronny, godz. 16:00

58

magazyn lubelski (44) 2017

20-23 kwietnia LUBLIN XIII Studencki Ogólnopolski Festiwal Teatralny „Kontestacje” ACK UMCS „Chatka Żaka”, ul Radziszewskiego 16


LAJF Magazyn Lubelski #44  

Jedyne na Lubelszczyźnie pismo pozwalające dotrzeć do tak dużej liczby wpływowych i opiniotwórczych osób w tym regionie. Nowoczesny layout,...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you