Issuu on Google+

LUTY 2013

#01[07]

Biznes widzenia Relikwie św. Walentego w Lublinie Wroński – Widokówki z Chartres

magazyn lubelski luty 2013

1


od redakcji

Grażyna Stankiewicz

nie lubię pierwszych miesięcy roku, bo czuję na sobie presję postanowień noworocznych. Nie lubię ich od chwili, kiedy odkryłam notatki sprzed dobrych dziesięciu lat, w których są spisane moje ówczesne postanowienia. Problem z tą presją i życzeniami jest taki, że sporej części postanowień nie udało mi się ziścić. A jeszcze większy problem jest taki, że nadal są one zadziwiająco aktualne. Lubię początek roku, ponieważ niesie w sobie obietnicę zmian i pięknych przyjaźni. Lubię też świadomość upływającego czasu, który zamienia tzw. dramaty sprzed roku w niewiele znaczące wysepki, prawie niewidoczne na odległym horyzoncie. A wszystko po to, aby zdać sobie w końcu sprawę, że ważne są owe chwile spędzone w dobrym towarzystwie i niezwykłe krajobrazy w oczach, a nie wydumane problemy, choć codzienność wymaga ciągłego ruchu, niepokoju i zadziwienia nad kondycją świata. Dlatego w nowym numerze „LAJF – magazyn lubelski” pokazujemy Państwu ścieżki, drogi, ba – może nawet całe trakty, które mogą zaprowadzić nas do krainy spełnienia marzeń i jeśli nie wszelkiej, to przynajmniej chwilowej szczęśliwości. Chwilowej i często złudnej, ale też rzeczywistej i trwającej niekiedy dłużej. A nie byłoby tego bez wielkiej miłości, której gwarancją bywa święty Walenty, być może znalezienia ciepła drugiego człowieka w internecie i oddania się sprawie braci mniejszych. I pomyśleć, że to wszystko może mieć wspólny mianownik. A myśląc o tym, jak wiele można dać z siebie innym, nie zapominajmy, że warto przynajmniej co nieco zostawić dla siebie.

2

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

3


Reklama reklamy KOZIOŁEK 1938 r.

SPIS TREŚCI

od redakcji

Grażyna Stankiewicz. Nie lubię/lubię. 3

pieska huśtawka

Maciej Skarga. Dobre wzorce schowały się w nieczytanych książkach. 6

kocia kołyska

Grażyna Stankiewicz. Preludium przed maturą – czas na małą starą. 7

tygiel 8 z okładki

Biznes widzenia. Ze Sławomirem Rokitą właścicielem i założycielem Centrum Okulistycznego Eyemed rozmawiał i fotografował Krzysztof Ożóg 10

bliski horyzont

Relikwie świętego Walentego w Lublinie – niosą moc zakochanym. Notował Maciej Skarga, foto Paulina Daniewska, Wojciech Santarek 16

ludzie

Sztukmistrze z Lublina. tekst Klaudia Olender, foto Paulina Daniewska 24 Straż braci mniejszych.tekst Katarzyna Kawka, foto Paulina Daniewska 30

obyczaje

Francesco z Rzeszowa, Stefano ze Świdnika, Felix z Chełma. tekst Grażyna Stankiewicz, foto polka, gfx fujcik 34

horoskop na 2013

str. 10

Zodiakalny. Ziemski. teksty MAX 39

biznes

Oranżada z Kąkolewnicy dobrem narodowym Polaków. Marek Podsiadło 40

biz-njus 42

Fabryka Świętego Mikołaja. tekst Marek Podsiadło, foto Magdalena Guz, Piotr Duma 43

moto

Nie tylko rodzinna.tekst Krzysztof Ożóg, Blanka Koziara, foto Krzysztof Ożóg 44

sport i turystyka

Zawody sportowe i wydarzenia towarzyskie. 220 koni i trybuny na 2000 widzów. zapraszamy od godz. 8.00 1-3 marca 2013 w hali MTL www.cavaliada-lublin.pl

JEŹDZIMY... Stoki narciarskie na Lubelszczyźnie. foto Marcin Pietrusza 46

kultura

Mały świat dużych możliwości.tekst Aneta Galek, foto Marek Podsiadło 48

galeria

Księżycowy jest poemat. foto Grzegorz Zupan 52

literatura

Widokówki z Chartres. tekst Marcin Wroński, foto Marcin Wroński 54

str. 16

kultura – okruchy 64 księgarnik 65 historia

Robert Kuwałek. Kuwałki historii. Niemiecka podróż z lubelskimi akcentami 66

moda

Jola Szala. Mały przewodnik po modzie lat 90 tych z Lublinem w tle. foto archiwum 68

zdrowie i uroda

LAJF magazyn lubelski

Lublin 20-010 ul. Dolna Panny Marii 5 www.lajf-ml.pl e-mail; redakcja@lajf-ml.pl tel. 81 440-67-64 Redaktor naczelny: Grażyna Stankiewicz (gras), g.stankiewicz@lajf-ml.pl

Wieczorem. foto Rafał Sikora, makeup Aneta Błaszczak, hair Irena Bzdoń, Karol Brzyski 70 Katzenjammer... czyli bolesny tupot białych mew. tekst Anna Augustowska 72

prawo

Korekta: Magdalena Grela-Tokarczyk Współpracownicy i korespondenci: Anna Augustowska (aa), Janka Suseł-Kowalska (jask), Iza Kimak (izk), Jola Szala (jos), Elia Lorka (eli), Michał Fujcik (fó), Robert Kuwałek (rok), Anna Cisak (aci), Katarzyna Kawka (kk), Kacper Sulowski (sul), Aneta Galek (ag), Maciej Skarga (max), Jacek Szymczyk (szym), Marzena Boćwińska (boć), Wojciech Santarek (santi), Marek Podsiadło( pod). Wojciech Zakrzewski (zak), Klaudia Olender (kol), Blanka Koziara (bk), Krzysztof Ożóg (kroz). Foto: Artur Woszak (vosh), Patryk Data (pad), Marcin Pietrusza (qz), Paweł Klajnert (pak), Krzysztof Cichoń (kc), Maks Skrzeczkowski (maks), Daniel Mróz (mró), Paulina Gębura-Daniewska (pg) Jerzy Liniewicz (lin), Krzysztof Ożóg (kroz), Olga Michalec-Chlebik (mich). Skład & DTP: Michał P. Wójcik – fujcik@o2.pl

Beata Kokot, Anita Nowacka. Śmierć zawodowa. 73

integracja

Anna Augustowska. Agnieszka. 74

pedagog

Marzena Boćwińska. Gdzie się podziały tamte podwórka czyli w co się bawić? 75

kuchnia

REKLAMA i MARKETING: Jolanta Jaroszek j.jaroszek@lajf-ml.pl Paweł Klajnert (Chełm) p.klajnert@lajf-ml.pl Blanka Koziara b.koziara@lajf-ml.pl

Michał P. Wójcik. O karnawale. 76

zaprosili nas 77 dystrybucja 80 wizytownik/prenumerata 81 kalendarium imprez – luty/marzec 2013 82

str. 54 4

magazyn lubelski luty 2013

ISSN 2299–1689

Wydawca; KONO media sp. z o.o 20-010 Lublin ul. Dolna Panny Marii 5 Regon 061397085, NIP 946 26 38 658, KRS 0000416313 e-mail; kono.media.sp.zoo@gmail.com

reklama@lajf-ml.pl praca@lajf-ml.pl

nakład: 5000 egz. Treści zawarte w czasopiśmie LAJF magazyn lubelski chronione są prawem autorskim. Wszelkie przedruki całości lub fragmentów artykułów możliwe są wyłącznie za zgodą wydawcy. Odpowiedzialność za treści reklam ponosi wyłącznie reklamodawca. Redakcja zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów tekstów, nadawania śródtytułów i zmiany tytułów. Nie identyfikujemy się ze wszystkimi poglądami wyrażanymi przez autorów na naszych łamach. Nie odsyłamy i nie przechowujemy materiałów niezamówionych. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wydawnictwo ma prawo odmówić zamieszczenia ogłoszenia i reklamy jeśli ich treść lub forma są sprzeczne z linią programową bądź charakterem pisma (art. 36 pkt. 4 prawa prasowego) oraz interesem wydawnictwa KONO media sp. z o.o. Egzemplarz bezpłatny.

magazyn lubelski luty 2013

5


kocia kołyska

pieska huśtawka

Dobre wzorce schowały się w nieczytanych książkach Maciej Skarga

O

d kilku dziesięcioleci daje się zauważyć, że najlepiej w naszej pokoleniowej edukacji wychodzą zabawy. Z racji zakończenia pobytu w przedszkolu, nauki w szkole podstawowej, w gimnazjum i liceum – bawimy się w najlepsze. A tym, że w roku ubiegłym co piąty maturzysta nie zdał matury i w obecnym wcale na lepsze się nie zanosi, kto by się przejmował. Coraz częściej w uczniowskim życiorysie najważniejszym staje się odpowiednio zaistnieć na szkolnej imprezie. Natomiast zdobywanie wiedzy znalazło się poniżej średniej, a czytanie książek w gruncie rzeczy spadło już nawet z szarego końca. Nie czytamy więc i zjawisko to stale się w Polsce pogłębia. Rodzice nie czytają dzieciom. Dzieci, z pewnymi wyjątkami, nie czytają nauczycielom. Zresztą po co, skoro i tak na egzaminie gimnazjalnym, a potem maturalnym, który, póki co, z dojrzałością nie ma wiele wspólnego, nikt z nimi o tym, co zrozumiały z owej literatury, rozmawiał nie będzie. Od kilku lat bowiem stały się wyłącznie „testowymi numerami” skreślającymi kilka zdań, które potem przemęczony egzaminator, oddalony od nich o wiele kilometrów – zamieni na punkty. I żeby nie było nieporozumień. Nie oceni tych prac wedle tego, co sam czytał, jeżeli w ogóle czytał, ale wedle formuły, którą wymyślił krajowy edukacyjny nadzorca. Dodajmy – formuły jedynie słusznej! (I skąd my to znamy?) A potem? Potem nowożeńcy w akcie małżeństwa czytają tylko swoje dane i czterdzieści osiem godzin później rachunki za weselne przyjęcie. W biznesie czyta się zazwyczaj faktury, a nie lektury. Nasi „mandatowi wybrańcy” są tak szalenie zapracowani wielomiesięcznym tworzeniem ustaw, zarządzeń i rozporządzeń, że w rezultacie nie mają czasu dokładnie ich przeczytać i potem szalenie się dziwią, że to, co im wyszło – narodowi jakoś nijak do głów wejść nie chce. I tak dalej, tak dalej... dalej, że o wszelkich umowach bankowych, ubezpieczeniowych i innych nie wspomnę. Jednym słowem, czytanie czegokolwiek poza Internetem, który powinien być tylko przy okazji, a nie w zamian, zanika. A wraz z tym zjawiskiem niknie poprawność naszego języka. Tego codziennego także. Dzięki temu naszych milusińkich, którzy przebrnęli pierwszy rok lub dwa swej egzystencji – od początku życia wprawiamy w zdumienie. Najpierw bowiem mówimy do nich: ple, ple, ple, ple, a karmiąc: mniam, am, am, mniam. Później zaś, kiedy uczymy je samodzielności, mówimy: jedz, idź, daj rękę, uśmiechnij się, czy też – nie właź tam. I nie ma się co dziwić, że później dzieciaki nie bardzo rozumieją, co się do nich mówi. W rodzinie, do partnera, na ulicy, przez telefon mówimy monosylabami i stale to samo: hej, coś w tym stylu, aha, daj, postaw, ehe, cool, nara, zara, itp. Kiedy w zatłoczonym autobusie ktoś kogoś zdrowo depnie po palcach lub kopnie w łydkę, zazwyczaj pojawia się przeraźliwy syk i, o zgrozo, zaraz potem, dość często słyszymy taki dialog: – O przepraszam – mówi kopiący. – Proszę bardzo. Nie szkodzi – odpowiada kopany. – Dziękuję – dorzuci atakujący. – Dziękuję – ze łzami szczęścia kończy zdezorientowany nieszczęśnik Do gabinetu lekarza wchodzi pacjent i powiada: – Panie doktorze, jestem chory. Na to od razu słyszy: – A co panu jest? Mówimy zatem „dzień dobry”, lecz nie potrafimy się ukłonić. Wzajemna komunikacja między sobą coraz częściej szwankuje. Małżeństwo zaczyna nam przeszkadzać, partnerstwo przestaje istnieć, samotność pojawia się już w szkołach, media coraz częściej czynią językowe spustoszenie, a dobre wzorce schowały się głęboko w nieczytanych książkach i czekają, aż ktoś wreszcie ponownie po nie sięgnie. Człowiek tak mówi, jak myśli. Tym samym myśli tak jak mówi i koło się zamyka. Im bardziej upraszczamy zasób słów własnego języka – tym bardziej upraszczamy siebie i swoje życie, niejednokrotnie, prawie na ślepo, przyjmując wszystko, co nam inni w jakimś tam zapisie podrzucą. Zatem czytać: samemu, dzieciom i wnukom. I niechby między imprezami, szkolnymi także, czas na to się jednak znalazł. Bo jeśli nie, to w końcu sami siebie nie damy rady w tym świecie odnaleźć.

Małżeństwo zaczyna nam przeszkadzać, partnerstwo przestaje istnieć, samotność pojawia się już w szkołach, media coraz częściej czynią językowe spustoszenie, a dobre wzorce schowały się głęboko w nieczytanych książkach i czekają, aż ktoś wreszcie ponownie po nie sięgnie

6

magazyn lubelski luty 2013

Preludium przed maturą – czas na małą starą

C

Grażyna Stankiewicz

zuł pismo nosem Ildefons Gałczyński, pisząc w 1947 roku skecz o dyrektorze Zapszczykulskim i jego uroczej małżonce Gieni, posiadaczach sztucznych szczęk i szkieł dla krótkowidzów, i ich osiemdziesięciu gościach, którzy tradycyjnie jak co roku zamierzali gromadnie pojawić się na imieninach pana domu. Był jednak problem i to poważny, bo finansowy. Summa summarum goście dopisali, tyle że po uprzednim spieniężeniu okularów i sztucznych zębów obojga małżonków. Najważniejsze jednak, że przyjęcie odbyło się z suto zastawionym stołem, a goście byli ukontentowani. Od premiery w Teatrzyku Zielona Gęś minęło grubo ponad sześćdziesiąt lat i w tym czasie miała miejsce niezliczona ilość imprez, na które najzwyczajniej w świecie fundatorów albo nie było stać, albo uważali takie wydatki za zbędne. Trudno jednak postawić tego typu argumenty naprzeciw owczemu pędowi i stwierdzeniu, że skoro wszyscy to i ja. Finansowym koszmarem karnawału od wielu lat są studniówki. I bynajmniej nie chodzi o to, że zostało już tylko sto dni do matury, a o walkę z własną, czyli naszych dzieci pozycją w środowisku. Pewien mój znajomy, z powodu wydatków studniówkowych swojej córki, rozpaczał alkoholowo już we wrześniu, nie mogąc poradzić sobie psychicznie i logistycznie z pierwszymi przymiarkami do budżetu. Kiedy otrzeźwiał, pierwsze kroki skierował do banku w celu zaciągnięcia kredytu. Może zamiast gloryfikacji kiczu w wydaniu nastolatek, chcących wyglądać jak podstarzałe babiszony przyodziane w garsonki, krynoliny i tafty lub równie nieprzystające do sytuacji golizny, wybrać coś bardziej adekwatnego do szkolnej zabawy? Przy okazji przypomina mi się opowieść mojej znajomej, która weszła do szkoły swojej córki podczas dużej przerwy. Chwilę później relacjonowała: „‒ Nie uwierzysz, co w tej szkole się dzieje... Idę korytarzem, a tam same ladacznice!”. Niemal bez wyjątków każda z maturzystek, jak u Gałczyńskiego, chce się postawić, a zastawić. Mam dwie zaprzyjaźnione trzecioklasistki, z których pierwsza na ten jedyny i wyjątkowy wieczór zamówiła długą balową suknię za ponad dwa tysiące złotych. Suknia wymagała specjalnego wzmocnienia, więc trzykrotna podróż do gorseciarki do Warszawy w końcu zaowocowała nabyciem stosownej bielizny za 1200 złotych. Buty zakupione w popularnej galerii handlowej w stolicy kosztowały prawie 400 złotych. Fryzura, kosmetyczka z pełnym makijażem i manicure zamknęły się w koszcie około 500 złotych. No i jeszcze dodatki ‒ następne 500 złotych. Finalnie rachunek wyniósł prawie pięć tysięcy złotych i to za sam wygląd. Problem w tym, że podobnie jak w wielu innych sytuacjach wartość nie zawsze idzie w parze z wyczuciem smaku. Choć i tu zapaliło się światełko w tunelu. Bowiem druga z maturzystek wystąpiła w nowej sukience, która kosztowała jedynie 49 złotych. Rachunek za buty, rajstopy, naszyjnik, atłasowe rękawiczki, fryzurę, make up, manicure wyniósł razem 350 złotych. Przy czym poczynione zakupy w większości nadają się do ponownego użycia w celach nie tylko balowych. Im więcej upływa lat, tym z większym uśmiechem myślę o tym, co było za moich czasów. A za moich czasów studniówki odbywały się w szkolnych salach gimnastycznych, z organizacyjną pomocą mocno zaktywizowanego komitetu rodzicielskiego, trójkami klasowymi i nieodłącznym dekorem w postaci wojskowej siatki maskującej sufit oraz wiszących srebrnych taśm z dziurkami ‒ pozostałości po wytłoczonych kapslach na butelki z mlekiem. Dziewczyny z moich roczników występowały w najlepszym, co miały. Pod warunkiem stonowanego koloru i proporcjonalnie mało pokazanego gołego ciała, co kiedyś uznawano za bycie elegancką stosownie do wieku i sytuacji. I co ciekawe ‒ żadna z nas nie miała na sobie czegoś tak pospolicie przaśnego, jak czerwona podwiązka, będąca gwarancją zdanej matury. Oglądając się za siebie, widzę dziewczynę w pożyczonych od starszej siostry brązowych pantoflach, granatowej spódnicy z zagranicznej paczki i białej bluzce z dużo za dużym kołnierzem przefastrygowanym na modny wówczas na zachodzie kołnierzyk typu „baby”. No i jeszcze złota kokardka we włosach. Była szczególna, bo wcześniej ozdabiała pudełko szwajcarskich czekoladek, które ktoś przysłał z zagranicy, żeby osłodzić ponure życie stanu wojennego. Studniówki lat osiemdziesiątych z całym anturażem wojskowo‒mleczarskim były sympatycznym preludium do owych stu dni i balu maturalnego, który już w mocno cywilnych dorosłych ubraniach kończył szkolną edukację po zdanej maturze. W morzu szampana i strusich piór, w parze z nauczycielami na parkiecie, często w wytwornych lokalach. Już bez opieki dorosłych i wypijanego duszkiem alkoholu pod stołem. Studniówka, matura, bal. Bez zadęcia, kredytów i małych starych babiszonów. I komu to przeszkadzało...

za moich czasów studniówki ❞ odbywały się w szkolnych

salach gimnastycznych z [...] nieodłącznym dekorem w postaci wojskowej siatki maskującej sufit oraz wiszących srebrnych taśm z dziurkami [...] po wytłoczonych kapslach na butelki z mlekiem

magazyn lubelski luty 2013

7


tygiel

kity i hity Kiedy pomnik bywał łukiem

U

Lubelszczyzna a zwłaszcza stolica regionu nie mają szczęścia do założeń pomnikowych. Właśnie została odsłonięta kolejna marmurowa realizacja tym razem upamiętniająca Powstańców Styczniowych. Gdyby postawić większość pomników odsłoniętych na Lubelszczyźnie w ciągu ostatnich dwudziestu lat obok siebie to naszym oczom ukazałaby się jedna wielka bliźniacza rodzina w dodatku z dominującym genem brzydoty we krwi. Pomniki godne uwagi można policzyć na palcach jednej ręki, a wśród nich niezmiennie dominuje monument na Majdanku dłuta gdańszczanina Wiktora Tołkina jak również kameralne realizacje na LSM będące efektem Lubelskich Spotkań Plastycznych. Jakiś czas temu wyróżniały się jeszcze pomnik Bieruta (głównie gabarytami) i statua radzieckiego sałdata na Placu Litewskim pieszczotliwie nazywana przez mieszkańców Lublina „kakije/ dawaj cziasy”. Podczas gdy w całej kulturalnej Europie na zachód od Wisły powstają interesujące założenia pomnikowe, będące wynikiem konkursów i nieograniczonej inwencji autorów, nas nadal nie stać na pożegnanie się z modą na marmur z tablicą. I tylko żal, że w 1954 roku po rozstrzygnięciu ogólnopolskiego konkursu zabrakło pieniędzy na wzniesienie (autorstwa uznanych polskich rzeźbiarzy) monumentalnego łuku tryumfalnego w Alejach Racławickich w dziesiątą rocznicę PKWN. Przynajmniej byłoby dziś co pokazywać turystom. ... a za hit uznajmy fakt, że ten pomnik w ogóle powstał. (gras)

❞ ❞ 8

Lublin, Stare Miasto

magazyn lubelski luty 2013

Puławy perłą samorządu

Ty słyszałeś, Angole mają Walentego za patrona zakochanych?!

D

W rankingu ogólnopolskiego Dziennika Gazeta Prawna na najbardziej zasłużony dla mieszkańców samorząd lokalny w kategorii do 100 tysięcy na trzecim miejscu znalazły się Puławy. Pod lupę wzięto działalność samorządów miejskich w 2012 roku w zakresie inwestycji infrastrukturalnych, ochrony środowiska oraz rozwoju turystyki, sportu i rekreacji. W kategorii najlepszy gospodarz miasta prezydent Puław zajął ósme miejsce. Tu o wyniku decydowały takie czynniki jak wywiązywanie się z obowiązków statutowych a także dbanie o dobro mieszkańców i relacje ze społeczeństwem. W rankingu „najlepsze samorządy” Puławy otrzymały wyróżnienie jako jedyny przedstawiciel Lubelszczyzny. Niekwestionowanym zwycięzcą rankingu okazał się Aleksandrów Łódzki.

Elastyczni jak Biłgoraj

Toż to nasz święty!!! Od stukniętych, świrów, i wariatów! takich jak my!

Brawo dla radnych z Biłgoraja, którzy szybko, efektywnie i co najważniejsze – jednogłośnie podjęli decyzję o przesunięciu środków finansowych. W związku ze środkami, które nie zostały wykorzystane na budowę obwodnicy północnej, zostały one przeznaczone na rewitalizację Placu Wolności i przebudowę budynku Urzędu Miasta. Całościowy remont placu szacowany jest na 16 mln złotych podczas gdy oszczędności to 400 tysięcy złotych. Jednak jest to wystarczająca kwota na uporządkowanie chodników i zieleni wokół centralnego placu miasta. Dzięki temu Biłgoraj, podobnie jak Łęczna i wiele innych mniejszych miejscowości Lubelszczyzny, będzie przyciągać uwagę przyjezdnych i turystów. (stek)

Personalia – TRANSFER

Monika Januszek – popularna dziennikarka Radia Lublin zmieniła swoje życie o 180º. Od lutego tego roku kieruje działem promocji Muzeum w Kozłówce. – Uwielbiałam swoją pracę w radio, ale po dwudziestu latach czas na zmiany. Kozłówka to duże wyzwanie. Zwłaszcza, że jest to jeden z najbardziej atrakcyjnych pałaców muzeów w Polsce. Jest tu znakomity zespół ludzi, z którymi chcielibyśmy uczynić z Kozłówki „lokomotywę” oferty turystycznej i powędrować z naszą propozycją daleko poza region. Planujemy też ożywić to miejsce np. przez różne artystyczne wydarzenia plenerowe – opowiada świeżo zatrudniona specjalistka do spraw promocji w kozłowieckim pałacu. Monika Januszek pracowała w radio Lublin m.in. z Danutą Bieniaszkiewicz, Piotrem Wróblewskim a także Anną Kaczkowską. Zajmowała się publicystyką kulturalną, jest autorką licznych reportaży radiowych. (gras)

z sieci

www.polandinspires.pl

Kampanie promujące Polskę Wschodnią oraz regionalne działania mają wpływać na rozwój turystyki. Przy tej okazji warto wspomnieć o prywatnych inicjatywach takich jak stworzenie strony promującej Lubelszczyznę za granicą – Poland Inspires. Portal, którego autorką jest Karolina Węgrzynek, odwiedzany jest przez turystów z całego świata. Największa grupą odbiorców stanowią turyści z Zachodniej Europy. Pomysłodawczyni portalu zaprasza do krainy pełnej inspiracji czyli Poland Inspires. Stronie towarzyszą dwa hasła Polska: kraj niezwykłych inspiracji (ang. Poland country out of the beaten track inspirations!) oraz Nasz własny cud to Polski wschód. Na stronie można znaleźć wiele zachęcających sposobów na spędzenie wolnego czasu, zaczynając od warsztatów kulinarnych poprzez warsztaty artystyczne aż do zajęć nauki gry na suce biłgorajskiej. Ważna cześć działalności związana jest z organizacją wypraw przyrodniczych i podglądania natury. Inicjatywa związana z Poland Inspires dotyczy również prowadzenia działań promocyjnych za granicą. Wkrótce zostanie wypracowana strategia rozwoju turystyki w Polsce Wschodniej. Aby wypromować Lubelszczyznę za granicą, właścicielka portalu pisze artykuły dla zagranicznej prasy, kontaktuje się z blogerami oraz społecznością internetową z całego świata. Co tu dużo mówić – Poland Inspires! (gras)

W 90 dni do ECO

Co można zmienić w ciągu trzech miesięcy? Dużo, a na pewno można zmienić swoje nawyki. Uczestnicy ogólnopolskiego programu codziennie dostają nowe wskazówki, które motywują ich do wprowadzania zmian w swoim dotychczasowym życiu. W dużej mierze program dotyczy nawyków żywieniowych. Dzięki projektowi jego uczestnicy zaczynają smakować a nie konsumować. A jest to jeden z wielu efektów jakie można osiągnąć w ciągu trzech miesięcy. W programie bierze udział wiele ogólnopolskich podmiotów w tym województwo lubelskie. Kampania ruszyła w połowie stycznia a jej przebieg odbywa się pod patronatem Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Ministerstwa Środowiska.

www.90dnidoeko.pl

Jak wykorzystać bibliotekę

Miejska Biblioteka Publiczna w Radzyniu Podlaskim przeprowadza na swojej stronie internetowej ankietę online na temat potrzeb mieszkańców tak, aby dopasować ofertę placówki do ich oczekiwań. Pytania dotyczą m.in. tego w jaki sposób Radzynianie chcieliby spędzać wolny czas i czego im brakuje do rozwijania swoich zainteresowań. Sama biblioteka oprócz wypożyczania książek zajmuje się również organizowaniem zdarzeń kulturalnych a także zaprasza dzieci i młodzież na ferie zimowe. W dobie kryzysu czytelnictwa i placówek kulturalno oświatowych, otwieranie się bibliotek na potrzeby potencjalnych odbiorców, pokazuje, że tworzenie nowej jakości tego typu placówek jest nie tylko potrzebne ale i możliwe.

www.mbpradzyn.pl magazyn lubelski luty 2013

9


z okładki

BIZNES WIDZENIA O

ze Sławomirem Rokitą właścicielem i założycielem Centrum Okulistycznego EYEMED rozmawiał i fotografował Krzysztof Ożóg

kulistyka kojarzy się z miłym, starszym i milczącym panem w dużym białym fartuchu... Zgadza się. Choć nie zawsze milczącym i nie zawsze panem. Przeważnie zawód ten wykonują piękne kobiety i niekoniecznie w długich fartuchach.

Pan jednak w takim stroju nie chodzi. Faktycznie, ale przecież nie jestem okulistą. Jestem z tą branżą związany biznesowo. Zająłem się tym przez przypadek. Pierwotny pomysł na biznes nie zakładał nawet posiadania gabinetu okulistycznego. Gdy w 1999 roku pojawił się po raz pierwszy pomysł otworzenia salonu optycznego, miał on sprzedawać oprawki i robić okulary na podstawie dostarczonych recept. Obok optyka miało znajdować się laboratorium fotograficzne. Skoro nie jest Pan okulistą, to…? Przyjechałem do Lublina z Warki w ’89 studiować wychowanie muzyczne na UMCS-ie. Nigdy wcześniej nie byłem w Lublinie. Mój ojciec studiował tutaj ekonomię, może to w tym należy upatrywać powodów tego wyboru. Muzyka zawsze była moją pasją, lecz nigdy nie stała się moim źródłem utrzymania. Miałem nadzieję, że wspomni Pan o pasji. Przysłowie mówi, że należy znaleźć pracę, którą się kocha. Wtedy nie przepracuje się ani jednego dnia. Niczego w życiu nie robiłem z przymusu. Wszystko zawsze było dla mnie wyzwaniem i stawało się pasją. Chociaż dzisiaj ten świat tak się zmienia, że mój biznes zaczyna mnie nieco ograniczać. Dziś już nie wszystko co robię przynosi mi satysfakcję. Tak jak inni przedsiębiorcy w tym kraju, muszę ciągle dostosowywać się do zbyt często zmieniających się przepisów, co nie zawsze jest łatwe i przyjemne. Na pewno trudno być innowacyjnym i kreatywnym, gdy codziennie trzeba gasić pożary. Choć to też trzeba robić z pasją. Odnoszę wrażenie, że od wolnego ducha artysty do biznesmena w krawacie jest daleka droga do przebycia i jest to również niemała zmiana w życiu. Studia muzyczne były w czasie, kiedy Polska przechodziła transformację. Gdy kurs dolara i marki niemieckiej poszybowały w górę, Polska otworzyła się na świat. Ja ten świat trochę znałem, byłem w Niemczech Zachodnich i będąc studentem, pracowałem w Norwegii w czasie wakacji. To pozwoliło mi zobaczyć świat z nieco innej perspektywy. Samodzielność, którą zdobyłem dzięki pracy na Zachodzie, pchnęła mnie do biznesu.

10

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

11


W 1991 roku urodził się mój pierwszy syn i wtedy właśnie założyłem działalność gospodarczą. Urodziny kolejnego syna w 1999 roku zapoczątkowały pracę nad powstaniem Optical Center. Wtedy uznaliśmy z żoną, że należy poszukać czegoś innego niż reklama. Tym czymś okazała się optyka okularowa i okulistyka. Niedługo później otworzyliśmy salon Optical Center w Leclercu i później w galerii Olimp. W 2010 roku dzięki środkom unijnym zbudowaliśmy od podstaw Centrum Okulistyczne EYMD. To brzmi, jakby praca zajmowała cały czas, którym Pan dysponuje… Myślę, że ci, którzy poświęcają się w biznesie kosztem życia prywatnego, są nieszczęśliwi. Osobiście uważam, że nie ma naprawdę takich ludzi. Nikt nie byłby w stanie tak pracować na dłuższą metę. Na studiach ekonomicznych pewien profesor mówił, że praca jest złem i jest to zawsze wielkie poświęcenie. Że człowiek woli odpoczynek od pracy, dlatego jest ona nieszczęściem społecznym. Wtedy wstałem i powiedziałem, że to właśnie poprzez pracę człowiek tak naprawdę się realizuje i to ona nadaje mu sens. Nigdy nie stawiałem granicy pomiędzy życiem prywatnym a pracą. Poza tym, byłoby to dość trudne, skoro moim wspólnikiem jest moja żona.

Wtargnął Pan na polski rynek z zagranicznym doświadczeniem w jednej dłoni i złotym pomysłem na biznes okulistyczny w drugiej? Absolutnie nie! Zamiast doświadczenia mieliśmy wtedy wszyscy wielki zapał do pracy i determinację. W nowej wolnej Polsce było wiele do zrobienia. Założyłem pierwszą firmę z kolegą, z którym śpiewałem szanty w zespole Szantymen. Okulistyka w moim życiu pojawiła się 10 lat później. Zaczynałem od bezpłatnej gazety Inforpress. Ona pozwoliła mi przeistoczyć firmę w agencję reklamową. W latach 1991‒1997 obsługiwaliśmy kilka znaczących lubelskich firm. Biznes to jest jeden wielki przypadek, a doświadczenie nie jest kluczowym czynnikiem sukcesu. Nie wierzę w żadne planowe działania długoterminowe. Można oczywiście mieć pewne marzenia, wizje, plany i strategie, ale to jest jak ewolucja – zawsze rozwinie się w takim kierunku, w jakim tylko chce. I nie sądzę, aby do końca udało się wszystko zaplanować, a już na pewno nie należy kierować się wyłącznie doświadczeniem. Dzisiaj świat zmienia się tak szybko, że dotychczasowe doświadczenia mogą stać się dużym ograniczeniem.

Polska zmieniła się na tyle, że nie wyobrażałem sobie funkcjonowania i utrzymywania rodziny z pensji nauczyciela wychowania muzycznego

Wielu przedsiębiorców mówi o widzeniu biznesu jako „big picture”. Kluczową kompetencją w biznesie jest obserwacja otoczenia i pewnego rodzaju prognozowanie. Ciągle trzeba analizować rynek i patrzeć, w którą stronę rozwinie się gospodarka i jakie będą przyszłe potrzeby ludzi, bo biznes to nic innego, jak ciągłe doskonalenie się w zaspokajaniu potrzeb innych ludzi. Nie można się ograniczać do jednej wąskiej dyscypliny. Dzisiaj każdy musi dywersyfikować źródła przychodu, aby w porę móc wycofać się z takiej gałęzi, która przestaje być opłacalna.

Rzeczywiście, jak to już się wie, wydaje się proste. Ale wiedzieć to jedno, zrozumieć i umieć wykorzystać to coś zupełnie innego. Agencja reklamowa pozwoliła mi patrzeć na biznes od strony potrzeb tych, którzy już wtedy w tym biznesie byli. Ludzie, dla których pracowałem, nauczyli mnie najwięcej. Żadne studia menadżerskie czy ekonomiczne nie nauczą tyle, ile kontakty z ludźmi, którzy codziennie przedzierają się w biznesie. Studia muzyczne przerwałem na czwartym roku. Polska zmieniła się na tyle, że nie wyobrażałem sobie funkcjonowania i utrzymywania rodziny z pensji nauczyciela wychowania muzycznego. Kontynuowanie tych studiów w perspektywie rozwijającej się rzeczywistości było bez sensu. Rozpocząłem studia w Lubelskiej Szkole Biznesu, a w konsekwencji skończyłem ekonomię na UMCS. Wykorzystałem dobrze czas na kształcenie się i dzisiaj chyba dzięki temu mogę osiągać dobre wyniki jako manager w prywatnej służbie zdrowia. Wspomniał Pan o zbieżności narodzin dzieci i etapów biznesowych. To raczej niecodzienna zależność.

12

magazyn lubelski luty 2013

Honoriusz Balzak mówił, że żona jest dla męża tym, czym ją uczyni. Pan swoją uczynił współpracownikiem. Po pierwsze to dzisiaj i w tej części świata jest dość niezręcznie powiedzieć, że mężczyzna może uczynić kogoś z własnej żony. Może to właśnie żona kształtuje męża i wybija mu z głowy głupie pomysły. To prawda, że pracujemy razem od lat. Nie rywalizujemy ze sobą, lecz staramy zawsze się wspierać, choć nie zawsze oczywiście jest różowo. Żona jest bardzo aktywna w takich segmentach działalności, w których ja czuję się niepewnie i odwrotnie. Najczęściej pracujemy obok siebie, dzieląc się pracą dość organicznie, uzupełniając się wzajemnie. Taka synergia daje dobre efekty i polecam ją każdemu. W pracy jest tak jak w rządzie. Premierem jest potrzeba chwili, a ministrami i aparatem wykonawczym jesteśmy razem. Relacje z żoną ma Pan spisane w jasnych warunkach umowy spółki. A co z dziećmi, za kilka lat i one będą siedziały przy biurkach obok Pana? Moja matka nigdy nie decydowała, co mam robić w życiu. Ojca niestety straciłem w wieku 4 lat. Nigdy też starsze rodzeństwo, a mam dwie siostry i dwóch braci, nie sugerowało, czym mam się zajmować. Nie chcę mówić swoim dzieciom, co mają robić ze swoim życiem. Syn jest studentem III roku SGH, córka studiuje równolegle dwa fakultety na Uniwersytecie Warszawskim, a najmłodszy syn ma 13 lat i studiuje podręcznik „Szkoła Hakerów”. Jestem z nich strasznie dumny. To są dzieci pokolenia wolnej Polski i w nich jest nadzieja na lepszą przyszłość dla nas wszystkich. Każde z nich musi jednak znaleźć swoją drogę w życiu. Aczkolwiek w tej chwili można powiedzieć, że prowadzimy trzy firmy. Jedna jest typowo okulistyczna – EYMD Centrum Okulistyczne, druga optyczna ‒ Optical Center Salony Optyczne, a jest jeszcze trzecia spółka Unison Systemy Informatyczne, która zajmuje się tworzeniem oprogramowania do zarządzania w okulistyce. No więc, gdyby chcieli… No dobrze, ale nie uwierzę, że jedyne co Pan robi, to pracuje albo myśli o pracy. Gdzieś musi pojawić się oderwanie od roboczej codzienności. Zawsze znajdowałem czas na hobby. To pozwala zachować dystans w stosunku do problemów zawodowych. Moim największym hobby jest i zawsze było żeglarstwo. Dzisiaj pływam też na większych akwenach, i już nie tylko w Polsce, choć Mazury ciągle robią na mnie ogromne wrażenie. W pracy zawodowej moim hobby jest optometria. Zacząłem się nią interesować, gdy wprowadziliśmy na rynek wysokiej klasy soczewki okularowe progresywne. Optometria jest nauką niedocenianą w Polsce. Na Zachodzie to nie lekarze okuliści dobierają okulary czy soczewki kontaktowe. Lekarze diagnozują i leczą choroby oczu, przeprowadzają operacje, ale raczej rzadko zajmują się korygowaniem wad wzroku. W Polsce, dzięki temu, że bardzo dużo okulistów jest kształconych, zbudował się taki model, że to okulista dobiera okulary, ale to się powoli zmienia. Tak naprawdę optometria jest to nauka dotycząca fizyki widzenia – to nauka ścisła. W tej chwili rozwija się w Polsce bardzo dynamicznie. Do niedawna jedynymi ośrodkami kształcenia były Poznań i Wrocław. Dzisiaj już Gdańsk, Warszawa, a inne ośrodki dydaktyczne, w tym lubelski UMCS, przygotowuje się do kształcenia optometrystów. W Optical Center zdobycze optometrii pozwalają nam badać wady wzroku z naprawdę wielką dokładnością, co stało się już dawno naszą wizytówką. magazyn lubelski luty 2013

13


Od niedawna Pana przedsięwzięcia są nagradzane. Jak to na Pana działa? Nagrody zawsze mobilizują. Poza tym podkreślają, że są pewne etapy w biznesie tak jak wygrane w sporcie. Pokazują, że coś się udało i należy to kontynuować, albo robić coś jeszcze. Przede wszystkim pokazują, że ktoś nas docenił. W 2011 roku otrzymaliśmy nagrodę specjalną w II edycji konkursu Innowacyjny Przedsiębiorca Województwa Lubelskiego, przeprowadzanego co roku przez Lubelski Urząd Marszałkowski. To była nagroda przyznawana jedna we wszystkich kategoriach i to nasza firma okazała się tą, która najlepiej wykorzystała środki unijne pro publico bono. Dziś firma Gabi-Bis jest laureatem w ogólnopolskim konkursie Innowacyjny Przedsiębiorca 2012. To bardzo cieszy, że możemy być wizytówką Lubelszczyzny na szczeblu ogólnopolskim. W wyścigu po takie wyróżnienia jest wielu zawodników. Ale to jednak Pana firma pozostaje w czołówce. Ma Pan jakiś przepis na sukces? A może to znów przypadek? Optical Center wystartował bardzo dynamicznie. Szybko uzyskaliśmy przewagę nad innymi optykami w Lublinie. Kiedy wchodziliśmy na rynek, standardem w korekcji wzroku były tanie okulary ze szkłami z polskich zakładów optycznych. My od początku zaoferowaliśmy japońskie organiczne soczewki okularowe. Materiał o wysokiej technologii, która zrewolucjonizowała optykę okularową w ogóle. Zaproponowaliśmy markowe oprawki okularowe w zamian niemodnych, bardziej przypominających protezę, oprawek sprzedawanych wtedy przez większość lubelskich optyków. Po wielu latach pracy w reklamie i po studiach ekonomicznych patrzyłem nieco inaczej na biznes. Natychmiast postawiłem w optyce i okulistyce na jakość, nowe technologie, szkolenia i rekrutację personelu, reklamę i marketing. Do dziś jestem temu wierny i widzę, że przynosi to efekty. Również w NZO EYMD stosujemy wyłącznie najwyższej jakości materiały chirurgiczne i nowoczesne technologie operacyjne, dzięki czemu już po dwóch latach działalności cieszymy się uznaniem naszych pacjentów. Jakość organizacyjna i technologiczna w medycynie zawsze się opłaci. Nie ma piękniejszego widoku niż 70letni pacjent, który po operacji zaćmy z uśmiechem na twarzy widzi jak nastolatek i może również czytać bez okularów. Kluczowym czynnikiem w zapewnieniu jakości są ludzie, którzy pracują w Optical Center, w NZO EYMD oraz w mojej firmie informatycznej. Staram się nigdy nie zatrudniać ludzi z tzw. „polecenia”. Zawsze podstawowym kryterium jest kompetencja. Dlatego mamy wspaniałych lekarzy, chirurgów, optyków i asystentów sprzedaży. To jest moja recepta na sukces. Czyli znów wracamy do tego, że wszystko jest proste, jak się już wie co i jak zrobić. Dokładnie tak. Każdy biznes powinien być stymulowany oddolnie. Biznes to zaspokajanie potrzeb – uświadomionych, czy też jeszcze nie. Na rynku okulistyki w Lublinie były trzy główne potrzeby: ogromne kolejki do zabiegów chirurgii zaćmy, trudna sytuacja w segmencie państwowej opieki ambulatoryjnej i niewykorzystana energia lekarzy okulistów. W tej chwili badamy ponad 10 000 osób rocznie, w statystykach NFZ jesteśmy jedną z największych poradni okulistycznych w województwie. W EYMD przeprowadzamy ponad 800 zabiegów operacyjnych zaćmy, a ponadto zabiegi jaskrowe i witrektomie, iniekcje preparatu Lucentis oraz pełną diagnostykę. Leczenie na wysokim poziomie nie jest proste, ale my dzięki finansowaniu z NFZ potrafimy sprostać temu zadaniu. Niezwykle dynamicznie rozwija się też prywatny rynek zabiegów chirurgii zaćmy. Dzięki temu wszczepiamy implanty akomodujące, które pozwalają pacjentom po zabiegu zaćmy ostro widzieć w dali oraz czytać bez używania dodatkowych okularów. Mam nadzieję, że tego typu zabieg będzie kiedyś finansowany przez NFZ lub przez inne firmy ubezpieczeniowe. To już ponad dwa lata, odkąd pierwszy pacjent przekroczył próg EYEMED-u. Z naszej rozmowy wynika, że nie chodzi tu tylko o zarabianie pieniędzy. Jesteśmy doceniani przez pacjentów. O czym świadczy największa w województwie kolejka do zabiegu chirurgii zaćmy. Mamy w tej chwili ok. 2200 pacjentów, którzy oczekują u nas na taki zabieg. Dodatkowo ok. 3000 pacjentów czeka na wizytę w ambulatorium. I to jest fantastyczne, że możemy tym ludziom zaoferować pomoc na najwyższym poziomie.

14

magazyn lubelski luty 2013

Kiedy zapytałem o Pana latorośle i ich przyszłość w firmie, zaczął Pan opowiadać o najmłodszym dziecku... (śmiech) No tak... Unison jest firmą informatyczną, produkującą oprogramowanie dla okulistyki. W pewnym momencie zorientowałem się, że podstawowym problemem w branży jest brak informatyzacji. Już w 2007 roku w naszych gabinetach ruszyło pierwsze oprogramowanie. W ten sposób o trzy lata wyprzedziliśmy rozporządzenie ministra zdrowia, w którym została podkreślona wartość dokumentacji elektronicznej. Wiadomo, że jeżeli pewien proces jest dokumentowany zapisami na papierze, to jest on realizowany raz lepiej, raz gorzej. A kiedy jest dokumentacja elektroniczna, to można o wiele staranniej i dokładniej prowadzić zapisy. Ponadto komputeryzacja pozwala na znacznie pełniejszą i szybszą diagnostykę. Stąd to najmłodsze dziecko – Unison, wydaje się najbardziej innowacyjne. Już dzisiaj możemy czuć się wyróżnieni, ponieważ około 100 lekarzy w Polsce używa tego oprogramowania. W pewnym momencie Sprzyjają Panu dobre wiatry. Gdzie widzi się Pan za piętnaście lat? Na pewno chciałbym rozwijać okulistykę. Chciałbym stworzyć taki ośrodek, który będzie prywatną placówką z osiągnięciami na krajową, a może i międzynarodową skalę. Mamy bardzo zdolnych i ambitnych lekarzy. Mamy podobne marzenia dotyczące rozwijania okulistyki i prowadzenia badań naukowych. Myślę, że tak jak w innych krajach, również w Polsce mogą się rozwinąć ośrodki, które będą nie tylko specjalizować się w danej dziedzinie medycznej, ale również przekazywać tę wiedzę dalej.

zorientowałem się, że podstawowym problemem w branży jest brak informatyzacji. Już w 2007 w naszych gabinetach ruszyło pierwsze oprogramowanie

Inwestorzy omijają nasz region szerokim łukiem. Przedsiębiorcy uciekają jak najdalej. Co możemy zrobić, żeby to zmienić? Jak uatrakcyjnić Lubelszczyznę? Lublin powinien pozostać miastem serwisowym i uniwersyteckim. Lubelszczyzna powinna postawić na turystykę, ale też na kształcenie i inwestycje w nowe technologie. Za przykład dam tutaj ośrodek firmy Intel, który w Gdańsku zatrudnia w tej chwili około 1500 osób. Z czego 1000 to inżynierowie. Takie placówki można sobie wyobrazić na Lubelszczyźnie. Kształcimy wielu specjalistów. Co roku wypuszczamy absolwentów, których starczyłoby na kilka takich ośrodków. Lubelszczyzna powinna być miejscem, które ściąga ludzi z innych województw. Są takie jaskółki – na przykład szpital w Łęcznej, który w tej chwili stał się jednym z wiodących ośrodków leczenia oparzeń w Polsce. Powinniśmy się rozwijać w segmentach wysoko specjalistycznych. Mówiąc o Lubelszczyźnie, nie da się wspólną kreską podkreślić rozwój regionu i samego Lublina. Region jest jednak rolniczy i powinien takim zostać. Mamy dobre ziemie, mamy najwyższe nasłonecznienie w Polsce. Na przykład Opole Lubelskie jest największym producentem malin w Polsce i Europie. Co dziesiąta malina w Europie pochodzi z tego regionu. Tak więc Lublin pozycjonowałbym w segmencie wysokich technologii i kształcenia wyższego, a region w turystyce i rolnictwie. Dziękuję za rozmowę.

magazyn lubelski luty 2013

15


bliski horyzont

Relikwie świętego Walentego w Lublinie – niosą moc zakochanym notował Maciej Skarga foto Paulina Daniewska, Wojciech Santarek

T

Bądź ze mną, moje złotko, tylko czule i słodko

en wyjątkowy dzień zaczyna się kwiatami. Zanim o świcie ulice zaczną zapełniać się tłumem – one już tam są. Wystawione w miednicach, plastykowych flakonach, wiklinowych koszach lub wiadrach czekają na deptakach, murkach, pod kościołami i w najbardziej ruchliwych punktach miast na zakochanych. Wiedzą, że dzisiaj są w cenie. Róże, tulipany, goździki i różnokolorowe wiązanki czują, że miłość dzisiaj o nich nie zapomni. Tego dnia zanim ktokolwiek wyjdzie z domu najpierw zatrzyma się przy skrzynce pocztowej, wyjmie z niej kartkę, przeczyta: „Uśmiechnięty Walenty ‒ Pod błękitnym niebem ‒ Niesie moje serce ‒ z miłością dla Ciebie” i uśmiechnięty ruszy w szarą rzeczywistość.

„Dzień dobry, dziś święty Walenty.

Dopiero co świtać poczyna; Młodzieniec snem leży ujęty, A hoża doń puka dziewczyna. Podskoczył kochanek, wdział szaty, Drzwi rozwarł przed swoją jedyną I weszła dziewczyna do chaty, Lecz z chaty nie wyszła dziewczyną” 16

magazyn lubelski luty 2013

William Szekspir „Hamlet” – Akt IV – pieśń Ofelii (fragment)

Późnobarokowy relikwiarz św. Walentego z 2. poł. XVIII w. Kościół pw św. Mikołaja w Lublinie: (na Czwartku).

magazyn lubelski luty 2013

17


mogli wstępować w związki małżeńskie, bowiem ówczesny cesarz rzymski Klaudiusz II Gocki uważał, że tylko kawaler może dobrze pełnić służbę w legionach. Za ten czyn został także uwięziony i z tych samych powodów, co poprzedni, stracony przez ścięcie w tym samym czasie. Kiedy był w więzieniu, pokochał i uzdrowił od ślepoty niewidomą córkę dowódcy straży więziennej. I do niej tuż przed egzekucją napisał list, podpisując się: „Od twojego Walentego”. Ponieważ jednak Walenty biskup Terni jest bardziej wiarygodnie opisany w historii chrześcijaństwa z czasów rzymskich i przynajmniej wiadomo, że istniał naprawdę, przyjmuje się, że cechy przypisane dwóm Walentym są z nim związane i jest to ta sama osoba. Nad jego grobem papież Juliusz I wystawił bazylikę. Odnowił ją później papież Teodor I. Natomiast W 1496 r. papież Aleksander VI w ogłosił św. Walentego nie tylko patronem pięknej miłości, ale także małżonków i narzeczonych. Bazylika wraz z grobem św. Walentego stała się prawdziwym sanktuarium i jednym z pierwszych miejsc pielgrzymkowych. Od niemal kilkunastu wieków w dniu 14 lutego odbywa się w niej „Święto Zaręczyn”. Przy tym grobie gromadzą się narzeczeni z Włoch i z całego świata, aby wyznać sobie wzajemną miłość i potwierdzić dozgonną wierność. Przy nim odnawiają swoje śluby małżonkowie, którzy obchodzą srebrne, złote lub inne małżeńskie jubileusze. W roku 1997 papież Jan Paweł II w Bazylice św. Walentego napisał i odczytał krótki list do narzeczonych. „Miłość zwycięża, znosi granice, przełamuje bariery między ludźmi. Miłość stwarza nowe społeczeństwo”. Jego treść została wyryta na marmurowej płycie i umieszczona w pobliżu grobu patrona zakochanych. W średniowieczu święty Walenty, zwłaszcza na terenie Niemiec, był wzywany jako orędownik w przypadku ciężkich chorób. Zwłaszcza nerwowych, a w tym i epilepsji. Natomiast na Zachodzie, zwłaszcza w Anglii i Stanach Zjednoczonych został, patronem zakochanych. W Polsce relikwie świętego Walentego znajdują się m.in. również w Lublinie, w dwóch kościołach: pw. Nawrócenia Świętego Pawła przy ulicy Bernardyńskiej i pw. Świętego Mikołaja Biskupa na Czwartku.

Obraz św. Walenty w ołtarzu bocznym, 3. ćw. XIX w., ol. pł., autor nieznany. Kościół pw św. Agnieszki w Lublinie.

Święty Walenty czuwa

Barokowy ołtarz św. Walentego z XVII w. w ołtarzu obraz św. Walenty XVII/XVIII w. i XIX w., ol. pł., autor nieznany. Kościół pw św. Mikołaja w Lublinie.

Ów dzień potrafi nie tylko dać chwilę szczęścia, ale czasem pozostawia go na całe życie. ‒ Muszę przyznać, że tak było w moim przypadku – opowiada Anna, obecnie małżonka Artura i mama rocznego Kamila. – Nie spodziewałam się, że po kilku latach niewidzenia się, gdy wielu z nas rozjechało się po studiach, Artur sobie o mnie przypomni. A tu naraz, w mroźny lutowy ranek, dostałam od niego kartkę: „Bądź dla mnie jawą ‒ Szczęściem na lata ‒ Plastrem na radość ‒ I smakiem świata”, zaproponował spotkanie i proszę ‒ jesteśmy razem. Mogę śmiało powiedzieć, że św. Walenty sprawił się wręcz cudownie. ‒ Nie wiedziałem, co będzie ‒ przyznaje Adam, którego spotykam na spacerze z Grażyną ‒ uśmiechniętą brunetką. – Nie udawało mi się namówić jej na spotkanie, aż wreszcie gdy napisałem w dzień Walentego: „Gdy Walenty robi oko ‒ Wśród serduszek ‒ w noc – wysoko ‒ To po prostu nie ma siły ‒ by się nasze nie złączyły” i niecierpliwie czekałem na nią z kwiatami ‒ przyszła. Było uroczo i już rok jesteśmy ze sobą. To rzeczywiście jakiś magiczny dzień. ‒ Fakt ‒ podkreśla Grażyna. – Nigdy przedtem nie pomyślałabym, że to będzie on, a tu naraz jest i Adamek nawet mi się nieźle sprawdził, ha, ha, ha. ‒ zaśmiała się, puszczając do niego oko. W tym dniu, choć nie wszystkim marzenie do razu się spełnia, warto próbować. ‒ Oczywiście – mówi Bartek, singiel, którego spotykam, gdy wybiera walentynkową kartkę w EMPIKu. – Piszę do niej już drugi rok: „Roztop swego serca lody ‒ Już wystarczy tej ochłody ‒ W dzień świętego Walentego ‒ Przyjmij mnie ‒ zakochanego” i wierzę, że wreszcie zwróci na mnie uwagę. Czasem w duchu myślę, że św. Walenty uśmiechnie się i do nas. Oby tak się stało.

Miłość zwycięża

Być może świętych Walentych, do których od kilkunastu wieków niezmiennie zwracają się zakochani ‒ było dwóch. Być może, bowiem o obu dowiadujemy się z przekazu legendy. Jeden Walenty, z wykształcenia lekarz, z powołania kapłan, był biskupem w prowincji Terni w Umbrii, 100 km od Rzymu. Do wiernych słał listy, pisząc o miłości do Chrystusa. Wszystkim, którzy go odwiedzali, wręczał kwiaty ze swego ogrodu. Uzdrawiał. Towarzyszył chrześcijanom, którzy byli skazywani na śmierć. Apelował do serc mężczyzn, aby ‒ jeśli kochają swoje żony ‒ pozostawali w domu i nie szli na wojnę. Za to właśnie pojmano go i wytoczono mu proces. Zmuszany do zaparcia się Chrystusa nie zrobił tego i został skazany na śmierć. Ścięto go 14 lutego 269 roku. Drugi, także lekarz i rzymski kapłan, potajemnie udzielał ślubu legionistom, którzy oficjalnie nie

18

magazyn lubelski luty 2013

‒ W naszym kościele ‒ mówi ks. kan. Bogdan Jan Zagórski, proboszcz parafii rzymskokatolickiej pw. św. Mikołaja ‒ relikwie świętego Walentego znajdują się w bocznym ołtarzu w nawie po prawej stronie. Podpisane są Walentinus Martyr, czyli Walenty Męczennik. Najbardziej prawdopodobnym jest przywiezienie ich z Rzymu przez pierwszego proboszcza tutejszej parafii św. Mikołaja, utworzonej w roku 1669 ‒ księdza Walentego Turobojskiego Bończyka. Przywiózł on po prostu swego patrona do tego kościoła. Nad nimi znajduje się także jego osiemnastowieczny obraz. Dodam, że podobne obrazy znajdują się w kościele św. Pawła oraz w kościele św. Agnieszki na Kalinowszczyźnie. W czasie ślubów w naszym kościele, kiedy małżeństwa są błogosławione, relikwiarz św. Walentego zawsze jest wystawiany na głównym ołtarzu, a po mszy świętej jest obrzęd ucałowania relikwii. Natomiast każdego roku w dniu 14 lutego na mszach świętych jest błogosławieństwo relikwiami św. Walentego. Zapraszamy tego dnia zakochanych, narzeczonyc i małżeństwa i msze są w ich intencji. ‒ Rozumiem, że się spełniają. ‒ Oczywiście. Jakżeby inaczej. Wedle naszych statystyk śluby tu zawarte w sumie się nie rozpadają. W przeciągu ostatnich pięciu lat z naszych par tylko dwukrotnie zdarzył się przypadek, że było stwierdzenie nieważności małżeństw, które zostały zawarte w latach jeszcze wcześniejszych. Mamy odnotowany także przypadek kobiety, której w wypadku zginął narzeczony. Długo nie mogła dojść

19 magazyn lubelski luty 2013(santi)


do siebie i sobie wszystkiego poukładać. W momencie kiedy wspólnie z nią modliliśmy się za wstawiennictwem św. Walentego o wyproszenie łaski u Pana Boga ‒ pół roku później znalazła partnera, zawarli małżeństwo i jest do dzisiaj szczęśliwa. ‒ Słowem św. Walenty czuwa. ‒ Nie tylko on. Mamy bowiem w naszym kościele dość wyjątkową kompilację patronów związanych z małżeństwem, narzeczeństwem i miłością. Matka Boża Nieustającej Pomocy, św. Walenty i św. Mikołaj. Tak, tak, św. Mikołaj, którego dzisiaj najczęściej się kojarzy wyłącznie z prezentami. A przecież odnotowujemy w jego historii, że w Azji Mniejszej traktowano go jako patrona dobrego zamążpójścia. Miało to związek z historią o trzech pannach, którym w nocy miał wrzucić przez okno posag i dzięki temu mogły wyjść za mąż. Dodam w tym miejscu rzecz szalenie istotną. Ukazując świętych, nie patrzymy na nich jak na bóstwa, ale jako na przykłady zwykłych ludzi, którzy na serio potraktowali Ewangelię i wcielali ją w życie, dzięki czemu zasłużyli na chwałę świętości i wywyższenia. ‒ Zapewne jest wiele modlitw do św. Walentego. ‒ O ‒ mamy ich wiele. Przytoczę tylko jeden cytat. Jest to zakończenie litanii do św. Walentego. „... Panie Jezu Chryste, który chwałą niebieską obdarzyłeś świętego Walentego, kapłana i męczennika, udziel nam za jego wstawiennictwem zdrowia duszy i ciała, abyśmy czystym sercem mogli Ci służyć...” ‒ Czy jednak słusznym jest, że wobec tego samo pisanie walentynkowych kartek uważane jest przez niektórych za obrazoburcze? ‒ Ależ nie. Walenty, pisząc swój legendarny list, przecież nie zastanawiał się nad tym, jak później będzie postrzegany. I myślę, że jeżeli w samych kartkach wysyłanych tego dnia jest wyrażana szczera miłość, to bardzo dobrze. Niech tego będzie jak najwięcej. Tylko warto by było przy tym pamiętać, że one i inne symboliczne gesty okazywane w tym względzie mają swoje źródło w świętym Walentym, a nie jakimś tam Walentym.

Walentynki

Relikwiarz św. Walentego wbudowany w mensę ołtarza z wglądem od antepedium. Kościół pw. Nawrócenia św. Pawła (pobernardyński) w Lublinie.

20

Od XIV w. dzień św. Walentego obchodzono we Francji, Wielkiej Brytanii, Belgii, a później w Ameryce jako święto młodych i zakochanych. Książę Karol Orleański w 1415 roku uwięziony przez Anglików i osamotniony przez 25 lat, pisał, między innymi, powiedzmy pierwsze walentynki w formie romantycznych wierszy i w ten sposób przekazywał uczucia swojej żonie. Za panowania króla Francji Henryka IV w dniu św. Walentego ofiarowywano kobietom kwiaty. A wszystko zaczęło się od święta zorganizowanego przez jedną z córek króla, kiedy to każda z obecnych dziewczyn poza czułym liścikiem otrzymała bukiet kwiatów od swego kawalera. Od kilku wieków kobiety i mężczyźni w Anglii i Szkocji 14 lutego wybierają „Walentego” lub „Walentynkę”. W Wielkiej Brytanii zakochani ofiarowują sobie przy tym kartonowe serca ozdobione postaciami Romea i Julii.

magazyn lubelski luty 2013

(santi)

Najczęstszym jednak jest zwyczaj wysyłania kartek walentynkowych. Bywa też, że i e-maili. Wśród nich bywają czasem anonimowe. Nie są jednak nimi do końca, bowiem kończy je podpis „Twój Walenty”. Co najmniej dwieście lat temu pojawiły się już manufaktury produkujące, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, różne walentynkowe gadżety, miniaturowe dzieła. Zazwyczaj były udekorowane sercami i amorkami. Nie brakło dekorowanych jedwabiem i kwiatami. Ale były też skrapiane perfumami i ozdabiane elementami ze złota. Zwyczaj wysyłania gotowych kart dla zakochanych zapoczątkowała w 1850 roku Amerykanka Esther Howland. Pomysł chwycił nadspodziewanie szybko i zaczął przynosić jej znaczne dochody. Tematyka kartek była i pozostała do dzisiaj szalenie wszechstronna. Wymyślane w nich treści bywają żartobliwie, np.: „Moja żono – przyjacielu ‒ Mam Cię w sercu i portfelu ‒ Żyj mi długo – miej swój gust ‒ I pamiętaj – Ty to biust”, „Przy Tobie wystarczy chwilka i czuję w sobie „motylka” ‒ leci kolorowy, uderza do głowy, a potem w sercu zostaje Walentynkowym rajem”, „Imprezka do świtu ‒ super czad i ktoś – bez kitu w oko mi wpadł ‒ Pikawa wali ‒ a ja chcę, byśmy spotkali jeszcze się”, „W dzień miłości wstyd jest pościć, więc bez względu na: wiek – płeć, kochać się z bliskimi – leć”. Są także romantyczne, rozpływające się wręcz nad czarem osób, do których mają trafić, np. „Ten Walenty dobry facet ‒ Przyrzekł mi, że Cię zobaczę ‒ Powiem ‒ patrząc prosto w oczy, że świat z Tobą – jest uroczy”, „Jak pszczoły lecą do ula, tak moje serducho hula ‒ Bo każdy ma swój miodzik, który mu życie słodzi, a Twój jest tak wyjątkowy, że po nim – mam zawrót głowy”, „Chcesz? To przyjdę na paluszkach ‒ Jestem ‒ szepnę Ci do uszka ‒ Potem jeszcze dwa słóweczka, ciepły kocyk ‒ poduszeczka, żeby przyśnił się Kociaczek, który daje Ci buziaczek”, „Niech miłość Walentynkowa ‒ Na zawsze Nas w sercach chowa”. Bardzo często pojawia się w nich wszechwładne: kocham Cię, które to samo znaczy w różnych językach. Ot, np. w albańskim: Te dua, w angielskim: I love you, w arabskim: Ohiboka, w chińskim: Wo ai ni, we francuskim: Je t´aime, w greckim: S´agapo, w japońskim: Watakushi wa anata o aishinasu, w niemieckim: Ich liebe dich, w rosyjskim: Ja ljublju tiebja i we włoskim: Ti amo... Jednym słowem walentynki, które opanowały już niemal cały świat, są wspaniałym momentem na wyznanie swych uczuć. Co prawda, niektórzy początków dzisiejszych walentynek doszukują się w historii Cesarstwa Rzymskiego, zauważając, że starożytni Rzymianie 15 lutego każdego roku świętowali luperkalia, czcząc boga płodności Faunusa Lupercusa. Tuż przed nimi odbywała się szczególna loteria. Imiona dziewcząt zapisywano na skrawkach papieru, po czym losowali je chłopcy. W ten sposób na czas luperkaliów łączyli się w pary, a bywało, że potem często zostawali ze sobą na całe życie.

Barokowy ołtarz św. Walentego, 3. ćw. XVIII w. warsztat Sebastiana Zeissla w ołtarzu obraz św. Walenty po poł. XVIII w., ol. pł., aut. atryb. Aleksander Lesser (?) Kościół pw. Nawrócenia św. Pawła (pobernardyński) w Lublinie.

magazyn lubelski luty 2013

21


Z miłości do Kuchni, z miłości do Italii, z miłości do Życia... Historia tego święta udowadnia jednak niezbicie, że zapoczątkował go skromny lekarz i kapłan rzymski, a dzień jego męczeńskiej śmierci ‒ 14 luty, stał się dniem życia uczuć. Relikwie św. Walentego znajdują się w wielu zakątkach świata i do tych miejsc, zwłaszcza w każdą walentynkową rocznicę, wędrują pielgrzymki zakochanych. Do Terni, gdzie został pochowany, zjeżdżają się wtedy narzeczeni, małżonkowie i samotni. Nie tylko z całych Włoch, lecz i z zagranicy. W miejscowej bazylice jedni dziękują za łączącą ich miłość, a inni proszą o jej przyjście. W centralnych punktach miasta biorą zaś udział w festynowych imprezach, które często trwają do końca lutego. Chełmno, w którym, m.in. poza Krakowem, Poznaniem, Jasną Górą i naszym miastem, są relikwie św. Walentego – nazywane jest Miastem Zakochanych Polaków. A w Lublinie? Niestety. Mimo jakże wyjątkowej sytuacji, gdy mamy dwie relikwie świętego, w dwóch kościołach – całorocznych wędrówek do nich raczej nie uświadczysz. Turyści z folderów częściej dowiadują się o „czartowskiej” wdowie, niż o św. Walentym. Na lubelskich festynach i jarmarkach także nam się nie pojawia. I czas wreszcie coś tu zmienić Jak na razie nie udało nam się stać Stolicą Kultury, ale ze Stolicą Miłości powinno pójść o wiele łatwiej.

Rozmowa z Edytą Wójtowicz, która wyczarowała w Lublinie miejsce wyjątkowe

Włoska restauracja w centrum Lublina przy samym deptaku to duża niespodzianka dla smakoszy. Dlaczego właśnie kuchnia południowych Włoch? Dolce Vita otworzyłam dla tych z Państwa, którzy chcą nacieszyć zmysły i otrzymać sporą dawkę słonecznej Italii. Zawsze marzyłam, aby stworzyć miejsce w jakim sama chciałabym spotykać się z osobami, które są mi bliskie. Mój szósty zmysł podpowiada mi, że tu w Lublinie jest miejsce dla osoby z pasją, kochającą i rozumiejącą prostotę ale i wykwintność włoskiej kuchni. Od kilkudziesięciu lat „Dolce Vita” kojarzy się z filmem mistrza Felliniego i słynną sceną w fontannie Ti Trevi. Federico Fellini nakręcił piękny film o trudnych sprawach i na przekór wszystkiemu zatytułował go właśnie „Dolce Vita” czyli słodkie życie. Myślę, że Fellini ujął w tej nazwie kwintesencję, tego co we Włoszech jest najlepsze, najsmaczniejsze i najbardziej aromatyczne. Sam wygląd restauracji nie wystarczy aby przywiązać do siebie klientelę. Jaki jest przepis na udaną włoską kolację? Zioła, pieprz, szczypta soli, wino, co jeszcze? W Dolce Vita udało się stworzyć wysmakowane menu, w którym nasi goście znajdą aromatyczne mięso, subtelny smak makaronów, doskonale przyrządzone owoce morza, prawdziwą włoską pizzę i codziennie świeże i pachnące desery. Moją dumą jest zupa rybna, którą z lubością sama przyrządzam. Na czym polega wyjątkowość najmodniejszej restauracji w Lublinie? Moda ma to do siebie, że przemija. Tymczasem zapraszam do spędzenie czasu w przytulnym, utrzymanym w stylu południowym wnętrzu. Nie od dziś wiadomo, że dobre kontakty należy zawierać we właściwych miejscach, które tchną pozytywną energią. Zwłaszcza, że Dolce Vita jest otwarta do późnego wieczora, kiedy gastronomiczne drzwi w Lublinie są już raczej pozamykane. Dla stęsknionych za dobrą kuchnią a nie mogących dojechać oferujemy catering.

REKLAMA

Okulary Okulary przeciwsłoneczne przeciwsłoneczne i fotochromowe i fotochromowe

Rabat 20% Rabat 20% nana soczewki soczewki Polaroid, RayRay Ban,Ban, Chanel, okularowe PNX Polaroid, Chanel, okularowe PNX VeraVera Wang, Nordik, Belutti i inne. odporne na uderzenia, Wang, Nordik, Belutti i inne. odporne na uderzenia, Rabat 70 zł bezpieczne podczas Rabat 70 zł bezpieczne podczaszabawy zabawy na nową kolekcję 2013 i uprawiania sportu. na nową kolekcję 2013 i uprawiania sportu.

Na Lubelszczyźnie jest jeszcze jedno miejsce związane z kultem świętego tu: relikwiarz św. Walentego, XV w. i I poł. XVIII w. – kościół parafialny pw. św. Józefa w Markuszowie.

22

magazyn lubelski luty 2013

Okulary Okulary dla dladzieci dzieci

(santi)

Okulary Okulary korekcyjne korekcyjne

Soczewki kontaktoweiipłyny płyny kontaktowe

Soczewki

• •do dokomputera komputera • •progresywne progresywne • •do doczytania czytania Okulary Okularyzzpowłoką powłokąantyrefl antyrefleksyjeksyjną HVL fi rmy Hoya, ną HVL firmy Hoya, 3-letnia 3-letniagwarancja gwarancjana na powłokę. powłokę.

jednodniowe59 59zł/op. zł/op. •• jednodniowe •• dwutygodniowe dwutygodniowe47zł/op. 47zł/op. •• miesięczne miesięczne67 67zł/op. zł/op. progresywne •• progresywne Płyny: SoloCare, Care,Opti OptiFree, Free, Płyny: Solo Complete, Renu. Complete, Renu.

Umówsię siędo dookulisty okulistytelefonicznie telefonicznie lub lub on-line on-line na Umów na www.opticalcenter.pl www.opticalcenter.pl Optical Center Salon Optyczny, Optical Center Salon Optyczny, tel. 81 740 95 27, ul. Chodźki 14, Lublin, Hipermarket Real tel. 81 740 95 27, ul. Chodźki 14, Lublin, Hipermarket Real Optical Center Salon Optyczny, Optical Center Salon Optyczny, tel. 81 444 15 62, al. Spółdzielczości Pracy 32, Lublin, Galeria Olimp IV tel. 81 444 15 62, al. Spółdzielczości Pracy magazyn 32, Lublin,lubelski Galeria luty Olimp IV 23 2013


ludzie

Sztukmistrze z Lublina tekst Klaudia Olender foto Paulina Daniewska

24

magazyn lubelski luty 2013

N

azywają się pasjonatami żonglerki i od pięciu lat podczas wakacji zamieniają Lublin w tętniące życiem kuglarskie miasteczko, które na kilka dni opanowują artyści cyrkowi. Carnaval Sztuk‒Mistrzów jest jednym z najciekawszych wydarzeń plenerowych na Lubelszczyźnie. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że przygotowania kilkudniowej imprezy wymagają wiele determinacji i dyscypliny, które przydają się podczas wielogodzinnych treningów.

CHCĘ TO ROBIĆ!

Wszystko zaczęło się od działającej w Lublinie KLANZY – Polskiego Stowarzyszenia Pedagogów i Animatorów. Na sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej nr 29 w Lublinie odbywały się pierwsze treningi entuzjastów twórczości cyrkowej. Była żonglerka, flowerstick, diabolo, podstawy fireshow i nie brakowało chętnych. Ekipa rozrastała się, jej członkowie z roku na rok byli coraz starsi, w związku z tym szkolna sala była już za mała. Nową siedzibą stała się Pracownia Sztuk Fizycznych, działająca ówcześnie przy lubelskim Centrum Kultury. Wtedy też powstała nieoficjalnie nazwa „Sztukmistrze”, nawiązująca do słynnego dzieła noblisty Isaaca Singera – „Sztukmistrza z Lublina”. – U mnie zaczęło się od konwencji fantastyki i fireshow. Prowadziłem warsztaty kuglarskie w Parczewie, później pojechałem do Hołowna na Polesiu, gdzie poznałem Monikę Kalinowską, z którą rozpocząłem współpracę. To ona nauczyła mnie żonglować, a ja z kolei nauczyłem ją kręcić ogniem, prowadziliśmy wspólne warsztaty. Później przyjechałem na studia do Lublina i uczestniczyłem w kolejnych projektach KLANZY – o swoich początkach opowiada Daniel Chlibiuk, członek zarządu Fundacji Sztukmistrze, instruktor warsztatów i przede wszystkim wielki cyrkowy zapaleniec. To właśnie od niego Jakub Szwed, kolega z fundacji, zaraził się fireshow. – Kiedy przyjechałem do Lublina koleżanka ze studiów, która działała z Danielem w grupie ogniowej, zaprowadziła mnie na warsztaty z pedagogiki cyrku organizowane właśnie przez KLANZĘ. Wtedy jeszcze trenerką była Asia Reczek, obecna prezes Fundacji Sztukmistrze. Gdy zobaczyłem pokaz Daniela, od razu pomyślałem: „Kurczę, ale to fajne, chcę to robić!”. Dopiero w 2011 r. Sztukmistrzom udało się założyć fundację, która prawnie reprezentuje grupę lubelskich miłośników Nowego Cyrku, liczących już ponad 100 osób. Prowadzą warsztaty kuglarskie, specjalizując się, przede wszystkim, w rozległej dziedzinie żonglerki. Podrzucają wszystko, co tylko wpadnie im w ręce: piłki, maczugi, poi, kije, ��wiczą fireshow, levistick, flowerstick, slacklining, żonglerkę kontaktową. – My używamy słowa „żonglerka” w bardzo szerokim znaczeniu. Jeśli mówimy komuś o żonglowaniu, to ten ktoś zazwyczaj myśli wtedy o podrzucaniu przedmiotów w taki sposób, żeby nie spadły na ziemię. Ale są różne rodzaje żonglerki: zabawa wyciętą z plastiku ósemką może być żonglerką manipulacyjną, a z kolei toczenie kryształowej kuli po ciele to żonglerka kontaktowa.

magazyn lubelski luty 2013

25


Dyscypliny fireshow są też bardzo mocno związane ze środowiskiem żonglerskim, szczególnie w Polsce – tłumaczy Jakub Szwed. Lubelscy kuglarze treningi traktują jako zabawę i pewnego rodzaju pomysł na życie, są otwarci na nowe wyzwania i nowe osoby. To taka społeczność, do której niezależnie od miejsca i czasu może dołączyć każdy, bo działalność opiera się na współpracy i wzajemnej pomocy. Ich misją jest szerzenie idei Nowego Cyrku, rozwijanie pasji i zarażanie tą pasją innych. Działalność Sztukmistrzów silnie wpisuje się w kalendarz wydarzeń kulturalnych Lublina, jak i całej Europy, bo oprócz cyklicznych warsztatów, corocznie organizują, znany już na całym świecie, Carnaval Sztuk‒Mistrzów, dziecięce międzynarodowe wakacyjne obozy cyrkowe. Z kolei w 2012 roku wcielili się w gospodarzy największej europejskiej imprezy cyrkowej – EJC (Europejskiej Konwencji Żonglerskiej). Realizują wiele projektów, w tym tegoroczny „Żonglując po zdrowie”, dofinansowany przez Gminę Lublin. Jakub Szwed myśli jeszcze o powołaniu zespołu, odpowiedzialnego za rozwój strony merytorycznej Nowego Cyrku w Polsce, tworzącego opisy, recenzje czy artykuły dotyczące współczesnej sztuki cyrkowej.

JASZA BYŁBY Z NAS DUMNY

Dobra promocja to przede wszystkim dobra nazwa. „Sztukmistrze” to słowo, które budzi pozytywne konotacje, zupełnie inne niż cyrkowiec czy kuglarz. Nawiązuje do Jaszy Mazura, postaci literackiej, inspirującej wiele osób związanych z kulturą, i podkreśla mocno tożsamość z Lublinem. Bo wiadomo, jak Sztukmistrze to z Lublina. – Podczas organizacji festiwalu kontaktowaliśmy się z Komendą Stołeczną Policji, żeby zapytać o przepisy dotyczące przejazdu nieletnich PKP. Kiedy pani dowiedziała się, że dzwonią Sztukmistrze, od razu skojarzyła nas z Lublinem – opowiada Jakub Szwed. Wiele wysiłku i pracy w promocję Carnavalu Sztuk‒Mistrzów wkłada Wydział Strategii i Obsługi Inwestorów Miasta Lublina. To m.in. dzięki niemu działalność „lubelskich cyrkowych zapaleńców” znana jest już prawie w całej Polsce. Niedawno pojawili się w Discovery, w TVP1, a nawet brali udział w debiutanckim filmie „Biec w stronę Ty”, znanej lubelskiej aktorki Hanki Brulińskiej. – Pani reżyser Hania zaprosiła nas do współpracy w swoim filmie. Braliśmy udział w scenie ze snu dziewczynki Irmy, pewnego rodzaju retrospekcji. Wcieliliśmy się w wędrowną trupę takich cyrkowców-kuglarzy na placu Po

Farze. Było to bardzo fajne doświadczenie, potwierdzające przy okazji, że Lublin mocno kojarzy się z nami. Wzięliśmy też udział w prezentacji Zamościa i w filmie promocyjnym Miasta Lublina. A trzeci ogień z lewej w kuli to ja! – wspomina z uśmiechem Daniel Chlibiuk.

WARSZTATY

Akademia Sztukmistrzów to cykl wolnych treningów oraz kursów skierowanych specjalnie do osób początkujących. Można nauczyć się tu żonglerki, spróbować swoich sił w dyscyplinach związanych z fireshow czy udoskonalić umiejętności w spacerach na linie. Oprócz prowadzonych przez doświadczonych trenerów kursów, organizatorzy zapraszają na otwarte treningi ze Sztukmistrzami. Zainteresowanie jest ogromne i z roku na rok systematycznie wzrasta liczba entuzjastów nowo cyrkowej twórczości. Tegoroczna Akademia liczy sobie ok. 100–150 osób, są to zarówno dzieci, studenci, jak i dorośli, a nawet osoby w bardziej zaawansowanym wieku. – Nie dzielimy wszystkich grup, sala jest wspólna – podkreśla Daniel, po czym szybko dodaje, że na zajęcia może przyjść naprawdę każdy, bez względu na wiek, płeć czy predyspozycje fizyczne. A wszystko w myśl idei Nowego Cyrku – maksimum otwartości, zero dyskryminacji. Jakub Szwed ma również duże doświadczenie w warsztatach kuglarskich. Uczył już przedszkolaki, dzieciaki z podstawówki, studentów, był nawet w lubelskiej Szkole Superbabci i Superdziadka, gdzie z paniami po 70. trenował żonglowanie. Twierdzi, że tego typu działalność jest dobra na wszystko. – Żeby podładować akumulatory na cały tydzień, wystarczy godzina ćwiczeń. Gwarantuję, co zresztą potwierdzają wszyscy nasi wychowankowie, że to naprawdę wielka energia. Zajęcia odbywają się prawie codziennie. – Szczególne zapraszamy na te połączone z kursami dla początkujących, we czwartki od 18.00 do 20.30 oraz w piątki od 17.00 do 20.30. W tym roku Akademia organizowana jest dzięki dużemu wsparciu Klubu Batalionu Dowodzenia Międzynarodowej Brygady, mieszczącego się w lubelskim Domu Żołnierza. – Tam zostaliśmy przygarnięci i bardzo nas to cieszy, bo nareszcie możemy spokojnie się rozwijać – podkreślają Sztukmistrze.

MAMO, TATO, CHCĘ BYĆ KUGLARZEM

Oprócz cotygodniowej działalności warsztatowej Sztukmistrze organizują, wraz z Polsko-Niemiecką Współpracą Młodzieży, wymiany dla dzieci i młodzieży. Są to tak zwane „cyrkowe wakacje”. Dzieci przyjeżdżają do miejsca, gdzie ustawiony jest cyrkowy namiot, a w nim scena. Do dyspozycji uczestników obozu znajduje się wszystko to, co potrzebne do stworzenia występu: światła, reżyser dźwięku, powstaje scenografia, którą wykonują same dzieciaki. To one są artystami, budują oprawę, wymyślają historię swojego spektaklu. W ciągu tygodnia nabywają wiele umiejętności – uczą się technik cyrkowych, odwagi i kreatywnego wykorzystania wyobraźni. Dodatkowo od

26

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

27


tego roku ruszają warsztaty rodzinne – dla dzieci i rodziców. Zajęcia będą odbywać się tradycyjnie w Domu Żołnierza, cyklicznie we czwartki od godziny 18.00.

CYRK BEZ ZWIERZĄT

Ideą Nowego Cyrku jest synteza sztuk – muzyki, teatru, tańca, ognia, ruchu, z wykorzystaniem żonglerki, akrobatyki, clownady czy ekwilibrystyki. Dlatego też stworzenie ścisłej definicji tego zjawiska dostarcza trudności nawet samym twórcom. Bo czy można określić ramy czegoś, co przekracza wszelkie możliwe granice? – Staramy się promować coś innego. W Nowym Cyrku chodzi przede wszystkim o wymianę doświadczeń, umiejętności, o sam klimat – mówi Daniel Chlibiuk. Poniekąd założenie Nowego Cyrku opiera się na idei teatru, czyli opowiedzeniu historii i przełożeniu pewnego problemu na działalność artystyczną. W unowocześnionym cyrku zamiast okrągłej, piaszczystej areny jest scena lub ulica, a efekt końcowy zależy od formy wystąpienia i rodzaju show. – W istotę Nowego Cyrku wpisana jest otwartość, zarówno jeśli chodzi o przestrzeń, jak i formę kontaktu z widzem. Festiwale, konwencje żonglerskie są takim świętem umiejętności, gdzie można podzielić się doświadczeniami, obserwować innych i czerpać inspiracje. Pomysły są wszędzie, nawet na Youtube. Dużo rzeczy dostępnych jest właśnie online: są serwisy internetowe, fora, jednak nic nie zastąpi żywego warsztatu – tłumaczy Jakub Szwed.

CARNAVAL SZTUK–MISTRZÓW

Carnaval Sztuk‒Mistrzów odbywa się w Lublinie już od lat pięciu. Pierwsze dwie edycje nosiły nazwę Festiwalu Sztukmistrzów, jednak wraz ze wzrostem międzynarodowej popularności i rozbudową formuły imprezy została ona nieco uwspółcześniona. – Pierwsze edycje wyglądały trochę inaczej, bo dawniej nie było tak dużego środowiska jak dzisiaj. Od początku nasz projekt wspierali: Mirek Urban, Monika Kalinowska oraz animatorzy z Warsztatów Kultury, m.in. Rafał Sadownik, czy Rafał „Koza” Koziński – opowiada Daniel Chlibiuk. Obecnie w organizację imprezy zaangażowane są przede wszystkim trzy podmioty: Fundacja Sztukmistrze, Urząd Miasta Lublina i Warsztaty Kultury. Prace nad festiwalem zaczynają się zaraz po zakończeniu ostatniej edycji. Są prowadzone rozmowy, negocjacje, badania rynku i możliwości. Z roku na rok atrakcji przybywa, realizowane są coraz bardziej odważne i nowatorskie pomysły. Wśród nich m.in.: Wielka Parada, Miasto Kuglarzy, różne warsztaty i igrzyska cyrkowe, nocne czytanie „Sztukmistrza z Lublina”, Open Stage, Renegade Show, przyjeżdża wiele światowych gwiazd, prezentujących współczesny nurt cyrkowy. W 2010 roku, podczas pierwszej edycji Carnavalu, za sprawą francuskiej grupy Cirque Baroque można było „na własne oczy” przekonać się, jak wygląda to słynne nouveau cirque. – Najfajniejsze i najtrudniejsze w tej pracy jest to, że trzeba sobie stawiać poprzeczkę coraz wyżej i coraz trudniej znaleźć coś, co przebije program z poprzedniego roku. Zawsze staramy się pokazać nowe rzeczy, a to wymaga najwięcej czasu – tłumaczy Jakub Szwed, który przy organizacji festiwalu współodpowiada za program oraz kontakty z artystami.

nawet, żeby wyczyścić prysznic, albo pilnuję ludzi wchodzących na pokaz, bo to jest nasze wspólne święto. Są różne tzw. „joby” i to jest najfajniejsze w tym wszystkim, że każdy jest gospodarzem tego wydarzenia. Nasi ochroniarze po paru dniach mówili: „wiesz co, nigdy nie byliśmy na festiwalu, gdzie ludzie tak się bawili, uśmiechali i dbali o siebie nawzajem” – relacjonuje Jakub Szwed. Impreza przerosła największe oczekiwania, do Lublina zjechało ponad 3000 gości z samej zagranicy, a Sztukmistrze za wzorową organizację zostali docenieni przez całą Europę. Dodatkowo wypromowali miasto i przyczynili się do rewitalizacji Parku Ludowego, na terenie którego wydarzenie miało miejsce.

NO STRES – TERAPIA POPRZEZ ZABAWĘ

Według dr. Carla Simontona, eksperta w dziedzinie badań nad stresem i chorobami nowotworowymi, „Śmiech i zabawa przełamuje brak nadziei, a żonglowanie jest formą terapii zabawą. (…) Żonglowanie wywołuje twórcze spożytkowanie dobrej zabawy i czasu, daje nową możliwość odkrycia radości z zabawy i nauki, odkrycia sensu i wartości niecodziennych dokonań dla codziennych obowiązków”. Podobnie twierdzi dr Barry Berkowitz z San Francisco: „Warsztaty te i nauka żonglowania mają pomóc ludziom, jak dzięki żonglowaniu można zmniejszyć stres”. Lubelscy Sztukmistrze swoją pracę również opierają na pedagogice cyrku. Bo doświadczenie nabyte podczas ćwiczeń przekłada się często na różne sfery życia. Treningi uczą pokory, ale i wiary w swoje możliwości. Wiadomo, wszystko zależy od tego, co chce się osiągnąć. Jakub Szwed twierdzi, że pedagogika cyrku wymaga od nas odpowiedniego nastawienia na cały proces, a nie tylko na sam wynik. Najważniejsza jest chęć uczestnictwa, przełamania własnej granicy, doświadczenie i nauka. Można przecież stworzyć sztukę z umiejętności niekoniecznie zaawansowanych technicznie. Np. występy uliczne opierają się na odpowiednim, ciekawym „sprzedaniu” swoich umiejętności. A to w jaki sposób będzie wyglądało show i jaką formę przyjmie, zależy wyłącznie od nas samych. – Ten proces fajnie przekłada się na inne strefy życia, bo mamy jakiś cel i próbujemy zrobić coś więcej. Ja żonglerką zajmuję się od ponad 7 lat i odnoszę wrażenie, że dalej nie umiem żonglować – śmieje się Daniel Chlibiuk. – Widziałem wielu różnych artystów i wiem, jak dużo mi brakuje do osiągnięcia określonego poziomu. Jednak nie poddaję się i cały czas do niego dążę. Ćwiczenia cyrkowe oprócz zwiększenia zręczności, koordynacji ruchowej, poprawiają pamięć, koncentrację, a także działają zbawiennie na stres. Według kuglarzy stanowią również świetne rozwiązanie dla studentów, którzy właśnie w ten sposób mogą „wyżyć się” teraz, podczas sesji. Żonglerka wymaga wielkiego skupienia, a wtedy zupełnie zapomina się o stresie. Ale jednak, żeby nauczyć się sztuki żonglowania, najlepiej przyjść do Sztukmistrzów.

LUBLIN – EUROPEJSKA STOLICA ŻONGLERKI 2012

Europejska Konwencja Żonglerska to najbardziej prestiżowy festiwal cyrkowy znany na całym świecie. Zrzesza artystów różnych narodowości i profesji zawodowych, których łączy idea Nowego Cyrku. Od 35 lat odbywa się raz do roku w różnych państwach Europy. Dopiero w 2012r. gospodarzem imprezy została Polska. Organizacją całej imprezy zajęła się Fundacja Sztukmistrze. Przygotowania do wydarzenia trwały prawie trzy lata, wszytko według założeń konwencji – we własnym zakresie, bez żadnych zewnętrznych sponsorów, niezależnie, choć wiadomo, propozycji było niemało. Podczas festiwalu pracowało ponad 150 osób na zasadach wolontariatu. I organizatorzy, i uczestnicy wspominają dobrą atmosferę. – To jest coś pięknego. Przyjeżdżam na festiwal, na miejscu wpłacam określoną kwotę na rzecz imprezy i dodatkowo jestem wolontariuszem. Zapisuję się

28

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

29


ludzie

Straż braci mniejszych tekst Katarzyna Kawka foto Paulina Daniewska

W

ychudzony pies stojący na metrowym łańcuchu, kilkanaście kotów trzymanych w fatalnych warunkach, potrącona przez samochód sarna na poboczu drogi, okaleczona czapla zaplątana w żyłkę wędkarską. Wystarczyło zadzwonić do Fundacji Lubelska Straż Ochrony Zwierząt, a każde z nich miałoby szansę odzyskać zdrowie i żyć w lepszych warunkach. Pod budynek, w którym mieści się oddział ginekologiczno-położniczy Kliniki Weterynaryjnej Uniwesytetu Przyrodniczego w Lublinie, podjeżdża samochód oznakowany „Fundacja Lubelska Straż Ochrony Zwierząt”. Wysiadają z niego trzy kobiety, które wspólnymi siłami wyjmują z samochodu duży plastikowy transporter. To wolontariuszki fundacji i pani Ewa, która znalazła w lesie porzuconą sukę ze szczeniakami. We wnętrzu transportera widać błyszczące, czarne ślepia i wpychający się między kraty mokry nos. Sonia jest duża i ma charakterystyczną czarną sierść. Ośmielona przez swoją opiekunkę przełamuje niechęć i pewnie staje na asfalcie parkingu. W klinice zostanie poddana zabiegowi sterylizacji. Po kilku chwilach Sonia pozwala się głaskać, jest wesoła, chętnie podaje łapę, niczym miś w wierszu „Zoo” Jana Brzechwy. Ktoś ją tego kiedyś nauczył. Ten sam ktoś porzucił ją w lesie krótko przed oszczenieniem. Psia mama szukała pomocy u ludzi. Miała szczęście, że trafiła na podwórko pani Ewy. – Po wyglądzie zorientowałam się, że ma młode. Kiedyś poszłam za nią do lasu. Doprowadziła mnie do szczeniaków. Widziałam, jak zwraca jedzenie, żeby je nakarmić. – Opowiada pani Ewa, która przygarnęła Sonię i jej dzieci, chociaż miała już dwa psy. Szczeniaki trafiły do adopcji, a Sonia została na swoim nowym podwórku. Historia jak z psiej bajki, jednak nie każdy podopieczny fundacji ma tyle szczęścia.

Ludzie im ten los zgotowali

– Zwierzęta, które do nas trafiają, są okaleczone fizycznie i psychicznie. Pchełce ktoś obciął nogi kosiarką, a Cookie wypadła macica. Sięgała prawie do ziemi. Suczka chodziła w tym stanie, bo jej właściciele czekali, aż narząd sam odpadnie – mówi Marta Włosek, wolontariuszka fundacji. Marta na co dzień prowadzi własną firmę, mimo to znajduje czas, aby zająć się zwierzętami, pojechać na interwencję, przywieźć zwierzaka na zabieg. Marta szczególną opieką otoczyła Bambu. Ośmioletni owczarek niemiecki został odebrany w trakcie interwencji. Po bujnej sierści prawie nie było śladu, robaki zjadały mu uszy, a skóra pulsowała od pcheł. Właściciel trzymał go na łańcuchu, a miskę z jedzeniem podsuwał grabiami. Twierdził, że Bambu jest agresywny i nie pozwala nikomu do siebie podejść. Marta powolne oswajanie zaczęła od podawania wątróbki przez kaganiec i zabierania na spacery. Udało się. Bambu polubił ludzi i mógł zostać oddany do adopcji. Nowym domem nie nacieszył się jednak długo. Jego państwo rozstali się i żadne z nich nie chciało zatrzymać psa. Dzięki fundacyjnej akcji adopcyjnej Bambu ma już nowych właścicieli.

30

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

31


kilometrów poza Lublin. – Ludzie wrażliwi na krzywdę zwierząt dzwonią do nas i zgłaszają, że zwierzęta są trzymane w złych warunkach, głodzone, często bite. Kiedy jadę gdzieś prywatnie i zauważam, że być może dzieje się krzywda jakimś stworzeniom, muszę zareagować. Czasami chodzi o wydłużenie łańcucha, zapewnienie psu lepszej budy. Łańcuch nie może mieć mniej niż trzy metry, a pies może być przywiązany maksymalnie dwanaście godzin na dobę. Niestety, Ustawa o Ochronie Zwierząt nie podaje wymiarów kojca. Stanowi tylko, że zwierzę musi się swobodnie poruszać, a to trudno precyzyjnie zinterpretować – wyjaśnia Marta. Na teren obejścia cudzego domu wolontariusze mają prawo wejść za zgodą i bez użycia siły. Pouczają ludzi, co należy poprawić. Jeśli zwierzę jest rażąco zaniedbane, jego stan zagraża życiu lub zdrowiu, to znaczy że jego właściciel popełnia przestępstwo i sprawa jest kierowana do prokuratury. Jednak sprawy w polskich sądach trwają długo, natomiast wolontariusze muszą działać natychmiast, gdyż w dosłownym sensie jest to sprawa życia i śmierci. Czasami trudno mówić o winie. Trafiliśmy do gospodarstwa, w pobliżu Cycowa, gdzie było kilka zwierząt w opłakanym stanie. Ich właściciel też nie był w najlepszej sytuacji bytowej. Wezwaliśmy lekarza i urzędników z gminy. Często okazuje się, że musimy również pomagać ludziom, którzy nie radzą sobie życiowo.

Nie tylko pies z kotem

Jesienią media opisywały historię Mony, która niemal została zagłodzona przez swoich właścicieli. To był normalny dom z pełną rodziną z małymi dziećmi. Długowłosy owczarek niemiecki nie dostawał jeść, ponieważ właścicielka nie lubiła psów. Wolontariusze fundacji dotarli do Mony w ostatniej chwili. Przetrwała dzięki szybkiej transfuzji krwi. Mona jeszcze długo potem nie była w stanie poruszać się o własnych siłach. W jej jelitach zalegały kamienie kałowe. Z głodu zjadała własne odchody i części wyposażenia kojca. Teraz przebywa w domu tymczasowym u jednej z wolontariuszek. Mimo że jedzenia jej nie brakuje, każdy posiłek pochłania z zachłannością, jakby nie jadła od kilku dni. „Ludzie są diabłami na ziemi, a zwierzęta dręczonymi przez nich duszami” – stwierdził niegdyś Arthur Schopenhauer. Po wysłuchaniu historii każdego z podopiecznych fundacji myśl filozofa wydaje się ponadczasowa. Jednak krzywda wyrządzana zwierzętom nie zawsze jest efektem złej woli. Brakiem wyobraźni można nazwać przypadek Tequili. Kilkumiesięczna suczka zakrztusiła się, kiedy właściciele wlewali do pyszczka olej razem z witaminami, co spowodowało zachłystowe zapalenie płuc. Tequili nie udało się uratować.

Z potrzeby serca

Fundacja Lubelska Straż Ochrony Zwierząt powstała trzy lata temu. Założyli ją państwo Małgorzata i Krzysztof Żerdziccy. Organizacja współpracuje z Kliniką Weterynaryjną Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, a wspierają ją wolontariusze, wśród których sporą grupę stanowią studenci. Pomoc jest potrzebna przy wyprowadzaniu zwierząt na spacer, oswajaniu, uczestniczeniu w patrolach interwencyjnych. – Ciągle za mało mamy domów tymczasowych, bo zdrowe zwierzęta nie mogą przebywać w klinice. Muszą u kogoś zamieszkać do czasu, kiedy znajdzie się osoba chętna do adopcji – mówi Aleksandra Lipianin-Białogrzywy, wolontariuszka. – Na okres przejściowy zapewniamy karmę, niezbędne akcesoria i opiekę weterynaryjną. Nieustannie poszukujemy ludzi do pomocy. Często bywa tak, że ktoś pisze, że chciałby z nami współpracować. Ale kiedy informujemy, że nie jest to praca zarobkowa, zapał mija. Mimo to ludzi dobrej woli nie brakuje. Jedna z agencji reklamowych za darmo okleiła samochód fundacji. Pan Marek Niwiński, konstruktor wózków inwalidzkich dla zwierząt, sprezentował jeden z nich Pchełce, dzięki czemu suczka może swobodniej się poruszać. Fundacja zbiera również akcesoria dla zwierząt - nowe i używane smycze, legowiska, karmę i oczywiście pieniądze. Większość podopiecznych wymaga opieki weterynaryjnej. Zabiegi są kosztowne, a leki kupuje się bez zniżek. Pomimo wsparcia finansowego w postaci dobrowolnych wpłat na konto fundacji potrzeby są duże i wciąż rosną.

Jest co robić

Zajmowanie się potrzebującymi zwierzętami jest czasochłonne. W ciągu dnia ma miejsce nawet po kilka interwencji. Gdy kończymy rozmawiać, Ola z Martą jadą na kolejne wezwanie, kilkadziesiąt

32

magazyn lubelski luty 2013

Pod skrzydła organizacji trafiają też dzikie zwierzęta. Był bocian, który pomimo zimna nie chciał dać się przygarnąć. Opieki wymagała czapla, która zaplątała się w żyłkę wędkarską. – Obrażenia okazały się na tyle poważne, że byliśmy zmuszeni poddać ją eutanazji – wspomina Ola. – Dzikie zwierzęta, które do nas trafiają, najczęściej są w złym stanie. Mieliśmy też malutkiego zająca przygniecionego przez drzewo. On również nie przeżył. Był problem z sarną, którą zaopiekowali się ludzie, którzy ją znaleźli. Ledwie przeżyła tę opiekę, bo była karmiona krowim mlekiem, którego sarny nie przyswajają. Nie zabierajcie ani nie dotykajcie młodych dzikich zwierząt, chyba że są ciężko ranne – prosi Ola. W sytuacji zagrożenia życia dzikie zwierzęta sobie radzą, gdyż chroni je natura. Na przykład młode sarny nie wydzielają zapachu, więc nie ściągają na siebie niebezpieczeństwa. Koza często odchodzi od młodych, żeby nie wabić drapieżników, ale zawsze wraca. Podobnie małe puszczyki, które często wypadają z gniazda, ale potrafią chodzić po drzewach. Natomiast jeśli zostawimy swój zapach na zwierzęciu, to rodzice mogą je porzucić i wtedy zginie.

Telefon albo życie

Kogo zawiadamiać, gdy widzimy bezdomne czy ranne zwierzę? Na terenie Lublina należy dzwonić do schroniska przy Metalurgicznej lub do straży miejskiej, a w nagłych przypadkach, np. kolizjach drogowych z udziałem zwierząt, także na policję. Poza miastem należy powiadomić pracownika danego urzędu gminy, który ma obowiązek zająć się tym. Po piętnastej najlepiej jest zadzwonić pod numer alarmowy fundacji. Dzięki telefonowi do fundacji udało się uratować również Alfa. Mały, biały, włochaty kundelek, potrącony przez samochód, kilka zimnych dni przeleżał na poboczu drogi. Kiedy wolontariusze go zabierali, Alf był brudny, przerażony i przemarznięty. W klinice został ostrzyżony i poddany leczeniu. Nie wiadomo, jak długo umierałby w męczarniach, gdyby nie telefon jednego z wielu mijających go kierowców.

Telefony alarmowe: Straż miejska 986 Policja 997 Schronisko dla zwierząt w Lublinie, ul. Metalurgiczna 5, tel. 81 466-26-42, 500-091-208 Fundacja Lubelska Straż Ochrony Zwierząt

tel. 883-577-493

Stowarzyszenie Chełmska Straż Ochrony Zwierząt tel. 518-224-978, 511-272-695 Schronisko dla bezdomnych psów w Zamościu, ul. Braterstwa Broni 161, tel. 84 64-11-286 „Azyl” Schronisko dla zwierząt w Białej Podlaskiej, ul. Olszowa 4, tel. 504-177-547 Schronisko dla zwierząt w Puławach, ul. Dęblińska 2, tel. 724-890-386 Schronisko dla zwierząt w Biłgoraju, ul. Nadstawna 12, tel. 608-514-597

magazyn lubelski luty 2013

33


obyczaje

P

Francesco z Rzeszowa, Stefano ze Świdnika, Felix z Chełma tekst Grażyna Stankiewicz, foto polka, gfx fujcik

O różnych drogach szukania szczęścia. I o tym, że szczęśliwe zakończenia są możliwe. Choć nie zawsze. 34

magazyn lubelski luty 2013

rzede wszystkim są samotni. Równie mocno pragną zrozumienia, możliwości bycia wysłuchanym, jak i seksu. Nie znajdując bliskości drugiej osoby w życiu rzeczywistym, decydują się na kontakty poprzez portale randkowe. Ani wiek, ani pozycja zawodowa nie odgrywają roli. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, mając już spory bagaż doświadczeń z dotychczasowym partnerem, szukają drugiej połowy. Na wyłączność, tylko dla siebie. Truizm? Nie. Jeśli nie trafiają na oszustów, to są w stanie stworzyć relacje przyjacielskie, erotyczne, a nawet małżeńskie. – Poznałam go na jednym z portali towarzyskich. Zaintrygował mnie. Napisał, że jest korespondentem wojennym, pracuje dla telewizji i dużo podróżuje. Był u mnie kilka razy. Zatrzymywał się na dzień lub dwa. Kiedyś zostawił włączony komputer. Przeczytałam, o czym pisał z inną kobietą. Okazało się, że miał na liście adresy e-mailowe do ośmiuset pań. Miał też samochód i walizkę. I tak zwiedzał Polskę, spędzając noc co chwilę u innej. – Pijemy herbatę w restauracji przy deptaku w Lublinie. Barbara jest spokojna, niemal powściągliwa. Zadbana pięćdziesięciokilkulatka z błyskiem w oczach. Niektóre adresy przepisała i skontaktowała się z kilkoma kobietami. Ale większość respondentek nie chciała dać wiary jej słowom. Najlepszą porą na łowy jest wieczór. Późne godziny sprzyjają samotnym i spragnionym ciepła. Pobudzają zmysły i pozwalają marzyć. Dobrą porą jest też poranek, kiedy przemierzamy puste mieszkanie w poszukiwaniu kogoś, z kim moglibyśmy napić się kawy. Ale w realnym życiu kogoś takiego nie ma. Dlatego oddajemy się marzeniom z kimś, kogo nie znamy. Bo nawet zdawkowa rozmowa w sieci daje poczucie głębszej więzi. Ale nie wszystko jest za darmo. Na portalu randkowym www.sympatia.onet.pl lub www.edarling.pl zanim ktoś stanie się bliski, najpierw trzeba za to zapłacić. Za kilkadziesiąt złotych miesięcznie można stać się członkiem anonimowej zazwyczaj społeczności. Zamiast imion są pseudonimy, podaje się też zawód i wiek. Jednym z użytkowników jest Marek z Krakowa, interesujący sześćdziesięciolatek z dużą pewnością siebie i jeszcze większym apetytem na życie. Sprawia wrażenie osoby, która o kobietach wie wszystko, ale chciałaby wiedzieć jeszcze więcej. Założył dwa konta, koresponduje od czterech lat. Nie chce wiązać się na stałe, ale ciągle szuka. „Kiedy wpisałem, ile faktycznie mam lat, system skontaktował mnie z kobietami w moim wieku. Z kilkoma korespondowałem, ale rozmowa głównie dotyczyłam uprawiania ogródka, wychowywania wnuków i przebytych chorób. Zmieniłem kategorię wiekową i od razu poszerzyło się grono znajomych pań”. Z portali towarzyskich można też korzystać darmowo, choć zdarza się, że zmienia się poziom oczekiwań i otrzymywanej oferty. O ile www.mkontakt.pl udaje jeszcze, że jest profilem towarzyskim, o tyle coraz bardziej popularny www.zbiornik.com epatuje pornografią lub „poczuciem wolności i wyzwolenia”, jak niektórzy eufemistycznie to określają. Wzorowany na popularnym Facebooku zamiast zdjęć profilowych użytkowników prezentuje ich fallusy i waginy. Jednak w każdej z takich autoprezentacji wyczuwalne są chęć zwrócenia na siebie uwagi i akceptacji. – Tego typu kontakty nie są niczym nowym.To zrozumiałe, że ludzie mają potrzebę bycia ze sobą. Kiedyś nawiązywało się kontakty towarzyskie podczas gier salonowych, później w czasie festynów, gier zespołowych i dancingów. Dziś są zagonieni i zapracowani, a formą zacieśniania więzi międzyludzkich staje się właśnie Internet. – twierdzi psycholog społeczny dr Ireneusz Siudem z UMCS w Lublinie. „Ogłoszeniodawcy” dzielą się na dwie kategorie. Do pierwszej należą mistrzowie słowa pisanego, którzy wolą zostać w ukryciu, prowadząc często długie nocne dysputy. Wielu z nich nie finalizuje znajomości w życiu realnym. Boją się rozczarowania albo zakochania. Druga grupa to ludzie czynu, którzy spragnieni są fizycznej bliskości, namiętności i seksu. Tym, których nie stać na hotel lub pokoje na godziny, pozostają parkingi wokół lubelskiego Zalewu Zemborzyckiego, gdzie wczesnym rankiem i późnym wieczorem stoją samochody z zaparowanymi szybami, poruszające się w rytm miłosnych uniesień pasażerów. Dyskretnym adresem są wolne place wokół poligonu na Górkach Czechowskich, a dla lubiących adrenalinę opustoszały teren dawnej FSO w Lublinie.

„Najbardziej jestem wdzięczny życiu za rodziców, wykształcenie i Internet”

Portale płatne wybierają kandydatów do związku automatycznie na podstawie ankiety, jaką należy wypełnić przy rejestracji konta. Trzeba podać swój wiek, zainteresowania, sposób spędzania wolnego czasu i oczekiwania względem osoby, którą zamierzamy poznać – wiek, wzrost, poziom zarobków i wykształcenia. Z opisów wynika, że większość potencjalnych kandydatów do związku to mężczyźni samotni, dbający o kondycję fizyczną, podróżujący, mający domy z kominkami i szybkie samochody. Wolny czas spędzają, majsterkując, na działce lub w siłowni. Są dumni ze swoich dzieci, a resztę życia najchętniej spędziliby u boku ukochanej kobiety. Pragną czuć obecność drugiej osoby. magazyn lubelski luty 2013

35


Niektórzy piszą o byciu namiętnym i o tym, że lubią uprawiać seks. Marzą o spokoju, zrozumieniu, rozmowie, a przede wszystkim o normalności w relacjach z kobietami. Wielu mężczyzn jest w stałych związkach i deklaruje dyskretną znajomość – przyjaźnią się ze swoimi żonami lub tworzą z nimi coś na kształt spółki handlowej. Niektórzy przyznają otwarcie, że szukają kobiety podobnej do swojej matki. Chcą kobiet z klasą, odpowiednią prezencją i „naturalną urodą bez konserwantów”. Niektórzy są chętni „przyjąć samotną panią z małym dzieckiem”. 46-letni wykładowca wyższej uczelni deklaruje wprost: „Nie szukam sprzątaczki, praczki czy kucharki. Szukam fajnej babki. Nie szukam przygód. Chcę partnera na całe życie. Szkoda mi czasu, bym trwonił go na przelotne znajomości. Zatem kobietom szukającym jedynie flirtu i chwili zapomnienia bardzo dziękuję. Barbara nie potrafi powiedzieć, dlaczego poświęciła swojemu niedoszłemu „mężczyźnie życia” tyle czasu i energii. – Zawsze się spieszył. Afganistan, Haiti. Mówił, że jest dziennikarzem, ale z wykształcenia lekarzem. Nie wiem dlaczego, ale każdej z nas podał swoje prawdziwe imię i nazwisko. Dzięki temu znalazłam rejestr spółki, jaką prowadził razem z żoną w Katowicach. Mówił, że ma 55 lat, a naprawdę był dziesięć lat starszy. Kilka razy wspomniał o ślubie. Woził ze sobą złotą obrączkę i dawał ją każdej z nas do przymierzenia. Chciał sprawiać wrażenie światowca i wziętego dziennikarza. Ale na proste pytania dotyczące branży nie potrafił odpowiedzieć. Seks? Głównie na poziomie werbalnym. Na forach internetowych dotyczących portali randkowych można znaleźć wypowiedzi świadczące o tym, że znalezienie swojej wymarzonej połówki w pakiecie z przyjaźnią, zrozumieniem, atrakcyjną powierzchownością i udanym seksem jest możliwe. Ale krążą też czarne listy z pseudonimami oszustów matrymonialnych i finansowych, niekiedy ustaloną tożsamością i wysokością kredytu, jaki zaciągnęły wybranki serca dla swoich adoratorów. Kobiety czasami zgłaszają policji wyłudzenia majątkowe, ale częściej ze wstydu próbują zapomnieć o całej sytuacji. „UWAGA PANIE!!!!!!!!!!!! calm wings lub jacekwind lub achird1996 lub inne podobne nicki należą do pana Jacka Ł., facet ma 45 lat (choć wydaje mu się, że mniej). Facet ma też kota, jest po rozwodzie, mieszka pod Warszawą, subaru, dom, praca w środkach masowego przekazu. Kłamie, zdradza, jest w związku, z kimś innym wdaje się w romans, jeszcze z kimś gada na sympatii, skypie itp. Znam jego ostatnią ofiarę, zniszczył ją totalnie”.

„Gdyby mogły spełnić się moje życzenia to chciałbym być muzykiem zespołu Iron Maiden i znaleźć kobietę moich marzeń”

Na portalach towarzyskich znajduje się cały przekrój społeczeństwa. Sporą grupę stanowią osoby aktywne zawodowo, które szukają ucieczki od codzienności, domowego i małżeńskiego marazmu. Już trzydziestolatkowie piszą o oziębłości seksualnej małżonek i braku zainteresowania ich problemami. Wielu mężczyzn deklaruje, że jest przed, w trakcie lub po rozwodzie. Niektórzy zostali wdowcami i nie radzą sobie ze swoim osamotnieniem, wzruszająco opisując współmałżonków, którzy niedawno odeszli. Inni nudzą się w swoich związkach i szukają niezobowiązującej rozmowy. Przykładem takiej sytuacji jest Dorota. Czterdziestoletnia atrakcyjna i energiczna lekarka, znudzona widokiem swojego męża obłożonego gazetami na kanapie, dowiedziała się o portalach towarzyskich od znajomej. – Wciągnęło mnie. Postawiłam wysokie wymagania, ale o dziwo zaczęli pisać różni mężczyźni. Pierwszy chciał mi zaimponować sportowym samochodem. Miał opięte polo i okulary w złotych oprawkach. Zniechęciła mnie szybkość znajomości i jego stwierdzenie „jak nie, to nie". Z jednym bardzo się zaprzyjaźniłam. Bez śladu erotyzmu. Piszemy do siebie e-maile na dzień dobry i dobranoc. To, co się zrodziło, jest zbyt ważne, aby popsuć to spotkaniem. W realu spotkałam się z jednym mężczyzną. Przyjechał do Lublina z południa Polski, żeby wypić ze mną kawę. Byłam pod wrażeniem jego przyjazdu i naszej korespondencji. Wiele wskazywało na to, że znajomość

36

magazyn lubelski luty 2013

skończy się romansem. Ale po tym, jak wykłócał się o opłatę na parkingu, jak wybrzydzał przy zamówieniu w restauracji i jak brudno miał w samochodzie – odeszła mi ochota na cokolwiek”. Eliza – równolatka Doroty i bizneswoman z Lublina, która ma wszystko w życiu z wyjątkiem zainteresowania własnego męża, pojechała za swoim domniemanym narzeczonym na Śląsk. – Wszystko, o czym mówił mi Piotr, okazało się prawdą, ale w wydaniu jego żony! On przypisał sobie jej zasługi finansowe i pozycję zawodową, którą chwalił się na portalu. Kiedy spotkałam się z tą panią, ona zbagatelizowała sprawę. Wzruszyła ramionami i powiedziała, żebym dała spokój, że już za późno, żeby go zmieniać! Najprostszą drogą do poznania się z kimś interesującym jest opisanie samego siebie. Już kilka pierwszych zdań autoprezentacji oddaje charakter danej osoby. 49-letni Stanisław z okolic Chełma już w pierwszych słowach wygłosił płomienną deklarację ludzie mają potrzebę bycia „Cały jestem twuj”. Wybaczyłam mu błąd ortograficzny, kiedy dowiedziałam się, że gra w szachy i brydża. Mechanik spod Warszawy sfotografował się ze sobą. Kiedyś nawiązywało się w garniturze przed komputerem. Wyznał, że w wolnym czasie przebywa kontakty towarzyskie podczas w parkach i lasach. Inny zadeklarował, że jest wzrokowcem i lubi szczupłe, proporcjonalne dziewczyny. Z kolei Robert z Puław poszukuje kobiety średgier salonowych, później w czasie nio inteligentnej, fajnej i ładnej oraz ze znajomością języka angielskiego. W większości wypowiedzi dominuje potrzeba ciepła i więzi emocjonalnej festynów, gier zespołowych równie mocno dotycząca seksu, jak i życia codziennego. „Mam spory tempei dancingów. Dziś są zagonieni rament, lubię sex i strona erotyczna jest dla mnie ważna; chciałbym kochać, czuć ciepło i bliskość drugiej osoby, wsparcie w trudnych chwilach, dzielić radości i zapracowani i smutki... być kochanym i szaleć, szaleć, szaleć... póki zdrowie pozwala... świat stoi otworem, brać pełnymi garściami...” Trudno nie dostrzec, że opisy własnych potrzeb są podbudowane dotychczasowymi doświadczeniami. „Nie lubię brudu, flejtuchowatych kobiet, brzydkiej cery i zębów, tłustych ludzi, arogancji i agresji, wulgarności, cwaniactwa, wykorzystywania faceta z zimną krwią, pijawek co się przyssają i ciągną kasę bez umiaru, sztuczności, kłamstwa, udawania kogoś innego niż się jest, podartych pończoch (...po seksie jest ok ;) nieuctwa, nieudolności, braku poprawnej polszczyzny, wyniosłości, etc...” Dr Ireneusz Siudem twierdzi, że kontakty z drugą osobą za pośrednictwem Internetu dają poczucie bezpieczeństwa, ale są również czymś zastępczym. – Głębokie relacje emocjonalne, jak miłość, przyjaźń, bliskość, zaufanie to coś, co trudno znaleźć we współczesnym świecie. Dodatkowo u mężczyzn od dziecka pielęgnuje się takie cechy, jak powściągliwość np. w okazywaniu empatii. A tymczasem w środku są rozedrgani, lękliwi, często sfrustrowani. Do tego dochodzi świadomość niezrozumienia przez drugą osobę. Kontakty w sieci powodują, że mogą się otworzyć i powiedzieć o swoich problemach wprost.

„Jestem samodzielny, zaradny i godny zaufania”

Wśród moich kandydatów do ręki, wybranych automatycznie przez portal, znaleźli się redaktor naczelny, optoelektronik, przedstawiciel handlowy, tłumacz, terapeuta, nauczyciel, liczne grono przedsiębiorców i dyrektorów, duże grono lekarzy, szybownik, nurek, montażysta filmowy, aktor znany z ekranu, dekarz, ogrodnik i wojskowy na emeryturze. Wiele interesujących życiorysów, przy lekturze których często miałam przekonanie, że mogą być prawdziwe. Po przejrzeniu kilkuset profili moim ulubieńcem stał się kierownik projektu z okolic Warszawy i jego wyznanie: „Pobudka ok. 8 rano, mycie ząbków + prysznic. Luba też wstała i jest pachnąca i czysta (jak zawsze) – więc poranne przytulanki i kizie mizie;) śniadanko wspólne, potem chwila relaksu – wypad na rolki lub rower etc. Powrót, prysznic – wyjazd autkiem do Wa-wy na dobry obiadek, potem jakieś wędrówki po mieście albo zakupy. Wieczorem teatr albo kino i powrót do domku na TV – kolacja przy winie i... idziemy na całość z Misią again – do zwycięstwa:)”.

magazyn lubelski luty 2013

37


horoskop na 2013 rok Barbara na forach dyskusyjnych i portalach randkowych przez cztery lata spędzała większość nocy i wolnych chwil. Dziś utrzymuje znajomość z kilkoma zaprzyjaźnionymi panami, z którymi nie ma kontaktu rzeczywistego. – Jeden z moich przyjaciół jest w wieku mojego syna, mieszka nad morzem. Co roku dostaję od niego życzenia na Dzień Kobiet i Dzień Matki. Byłam zaproszona na każdy z jego trzech ślubów. Jak jest się samotnym, to jest duża potrzeba rozmawiania o problemach innych i próbowaniu wspólnego ich rozwiązywania. I jest to zakończenie dość optymistyczne. Ale to tekst o potrzebie miłości, bliskości i wspólnym życiu na dobre i na złe. Nawet jeśli jest to któreś już wspólne życie z rzędu, to nie może zabraknąć prawdziwego happy endu. Anna – 37-letnia menadżerka kultury wyszła za mąż za mężczyznę poznanego na e-Sympatii. – Po tym jak rzucił mnie facet, koleżanka namówiła mnie na rozejrzenie się po portalu. Przeglądając oferty, zwróciłam uwagę na kogoś, kto wcale nie zrobił na mnie wrażenia. Ale kiedy po raz trzeci trafiłam na jego zdjęcie, pomyślałam, że wyglądem przypomina mi trzy osoby, które były mi bliskie. Uznałam to za znak. Zobaczyliśmy się po raz pierwszy po trzech miesiącach pisania. Jesteśmy ze sobą od czterech lat. Mamy dwoje dzieci i naprawdę jesteśmy szczęśliwi. Codziennie na portalach randkowych logują się nowe osoby. Każda z nich najpierw z ciekawością, potem ze zdziwienie, że tak w ogóle można, aż w końcu oswajaniem się z zupełnie obcymi ludźmi i ich historiami. Trudno ocenić, w jakich proporcjach są tu prawda i fałsz. I czy chodzenie na skróty w TAKICH sprawach jest właściwe. Ale jeśli efektem tego mogą być chwila bliskości z drugą osobą, przyjaźń, a nawet małżeństwo to może zastanawianie się nad tym nie jest potrzebne. Imiona bohaterów zostały zmienione. Oryginalna pisownia cytatów.

38

magazyn lubelski luty 2013

3 4 5 6 7 8 9 0 = 1 2

Zodiakalny Wodnik Rybę tak zanęci Że ją w wir swój mocno wkręci Baran czasem Byka tryknie Choć nic z tego nie wyniknie Bliźniąt wciąż luzacka paczka Targnie Raczka nieboraczka Lew do Panny ruszy zdrowo Myśląc grzywą – a nie głową Waga chwyci Skorpionika By mieć z niego odważnika Strzelec zaś odpuści owcę I się zajmie Koziorożcem Czasem jednak – tak już bywa Koziorożca ujmie Ryba Lew na szalę Wagi wpadnie Baran Pannę ujmie składnie Skorpion z Rakiem dadzą czadu Strzelec z Bykiem Gadu-Gadu A Bliźniaki puszczą oko Do Wodnika – hen głęboko Jednym słowem różnie będzie Na tej Zodiakalnej grzędzie Ale, co by się nie działo Ty poderwij swoje ciało I donośnie krzyknij sobie: ‒ Moje szczęście?! Sam je zrobię!!

Ziemski

n a b c d e f g h i j m

A w tym roku, gdy trzynastka zacznie nam układać gniazdka! Niewątpliwie! Wyjątkowo! Wszystko trzeba robić z głową! Mocniej patrzeć pod swe nogi! Nie dać się wpasować w rogi! Aby nic nie przeszkadzało Kiedy ciało będzie chciało! Na spokojnie i rzeczowo Zawsze poznać się z umową! Żeby potem nasza kasa Nie uciekła: Hen! Do lasa! Bez pośpiechu! Nie na siłę! Przyjąć różne słowa miłe! Bo gdy się pomyli człowiek Uśmiech zniknie mu spod powiek I uważać bardzo pilnie! Nie być pewnym – nieomylnie! Błąd kosztuje wiele potu Kiedy nie ma już odwrotu! I tak dalej! I tak dalej! Z tym i tamtym niezbyt szalej! Ale jedno niech zostanie Czytać horoskopy miło Nasze ludzkie zakochanie! Lecz by się nam dobrze żyło Bo z miłością tak już bywa Niech tam gwiazdy świecą w niebie Że z nią zawsze się wygrywa! My na ziemi – wierzmy w siebie! MAX magazyn lubelski luty 2013 39


biznes

ORANŻADA

z Kąkolewnicy dobrem narodowym Polaków Marek Podsiadło

O

ranżada w butelkach z białego lub brązowego szkła z ceramicznym kapslem na metalowym drucie i gubiącą się ciągle gumową uszczelką była nieodłącznym elementem dzieciństwa i młodości tych, którzy pamiętają jeszcze okres międzywojenny, i tych, którzy wychowywali się już w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Kultowa, bo łącząca i rówieśników, i pokolenia, była substytutem czegoś, co na Zachodzie można było znaleźć na jednej półce obok coca-coli. Dwadzieścia lat po transformacji ustrojowej lemoniada została wpisana przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi na Listę Produktów Tradycyjnych. Okazuje się, że w prestiżowym wykazie znalazł się napój pod nazwą Oranżada z Kąkolewnicy produkowany w wytwórni wód gazowanych w Rudniku w dwóch podstawowych smakach – cytrynowym i malinowym.

Między tradycją a biznesem

Lista produktów regionalnych z Lubelszczyzny cieszących, się długą historią, przekroczyła w tym roku już sto pozycji, wśród których nie mogło zabraknąć cebularza. Przepis na wypiek placka z pszennej mąki z cebulą i makiem był znany już w XIX w. W ministerialnym wykazie znajduje się od sześciu lat. Ale jego historia toczy się dalej. Obecnie cebularz czeka na certyfikat produktu chronionego przez Unię Europejską. Produkty tradycyjne znajdujące się na liście można popróbować, jak i zakupić na festynach i jarmarkach, jakich w regionie nie brakuje. Podobnie jak podczas imprez promujących Lubelskie na forum ogólnopolskim. Ale w większości tych produktów albo nie można ich kupić w wolnej sprzedaży albo są tak drogie, że ceny odstraszają klientów. W takiej sytuacji trudno uczynić z niego bazę dobrze prosperującego interesu. ‒ To nie producent dyktuje ceny, tylko pośrednik. Dany produkt przechodzi przez ręce wielu dystrybutorów i kiedy trafia w końcu do sklepu np. ze zdrową żywnością, to stać na niego nielicznych ‒ wyjaśnia Marzena Bielecka z firmy eventowej Latające Jarmarki, która zajmuje się organizowaniem festynów i kiermaszów świątecznych. Trudnością dla wytwórców są również działania marketingowe. Kiedy produkuje się twaróg, trudno przeznaczyć część zysku na działania promocyjne. Problem leży także w umiejętnościach miękkich, czyli np. w komunikacji biznesowej. Wyjściem z sytuacji byłoby np. organizowanie w mniejszych miejscowościach ekobazarów, na które mogliby przyjeżdżać producenci indywidualnie. To pozwoliłoby zajmować się sprzedażą bezpośrednią, która umożliwia najbardziej skuteczny kontakt z klientem. Taka sprzedaż lokalnych wyrobów mogłaby odbywać się w różnych miejscowościach w poszczególne dni tygodnia na wzór zachodnich targowisk, które są rozstawiane rano na kilka godzin i można tam kupić zarówno rękodzieło, jak i cieszące się dużą popularnością spożywcze produkty lokalne. Taka inicjatywa powstała w Bychawie i Jabłonnej koło Lublina, ale szybko targ został zdominowany przez handlujących chińszczyzną i narzędziami z Ukrainy. ‒ Szkoda takich sytuacji, bo znalezienie się na targu produktów tradycyjnych to wejście w zupełnie inny świat. Wartością nabywania bezpośrednio u producenta jest rozmowa i możliwość próbowania. Takie kontakty tworzą inne podejście do kwestii spożywania tego, co oferuje nam sadownik czy producent sera. Klienci nie tylko przyjeżdżają z innych miejscowości. Chętnie wracają na taki targ, bo u tych producentów głównie liczy się jakość, a nie ilość. I to jest siła tego, co nazywamy produktem tradycyjnym – przekonuje Marzena Bielecka.

40

magazyn lubelski luty 2013

Dobre praktyki

W jednej z warszawskich restauracji raz w tygodniu spotykają się dostawcy z właścicielami lokali w celu nabycia towaru wprost od producenta. W ciągu kilku porannych godzin plac przed restauracją zamienia się w niewielki targ, na którym można wybrać świeże warzywa, owoce i jajka bez pośrednictwa hurtowni i marketów. Produkty nie są pryskane, pochodzą z pewnych upraw, w związku z czym inaczej pachną i inaczej smakują. Marcin Majcher, restaurator z Lublina, który przez 16 lat pracował w jednej z rzymskich restauracji, upatruje możliwości rozwiązania problemu m.in. w dostarczaniu przez lokalnych producentów warzyw czy owoców bezpośrednio do restauracji, tak jak na co dzień robi się to we Włoszech. ‒ Jeśli dostawca organizuje zaopatrzenie w jednym mieście do kilku restauracji, to opłaca się jednej i drugiej stronie. Zazwyczaj w takim systemie współpracuje ze sobą cała rodzina, sąsiedzi, znajomi. Jeśli wiezie się warzywa, to przecież po drodze można zabrać od kogoś pomidory, od innego oliwę itd. Na takiej samej zasadzie można to zrobić w Polsce. Pod warunkiem, że zintegrują się zarówno dostawcy, jak i restauratorzy. Póki co, sam jeżdżę po dobre pomidory kilkadziesiąt kilometrów za Lublin. Pomidorów na liście ministerstwa wprawdzie nie ma, ale w ubiegłym roku znalazło się na niej 16 nowych smakołyków regionalnych a wśród nich m.in. pyzy z soczewicą – woleńskie kartoflaki, faszerowane cebulą i grzybami, karasie z Polesia oraz całuski pszczelowskie – kruche, miodowe ciasteczka. Produktów na liście ciągle przybywa, dzięki czemu mieszkańcy Fajsławic mogą poszczycić się umieszczeniem w tak dobrym towarzystwie zupy chłopskiej, a mieszkańcy Dobrosławowa kiełbasy wiejskiej. Osobą, która pilotuje sprawy związane z produktami tradycyjnymi na Lubelszczyźnie, jest Jadwiga Tatara, wicedyrektor Wydziału Rolnictwa Urzędu Marszałkowskiego w Lublinie. – Jestem entuzjastką tego, co lubelskie, i ogromnie mnie cieszy, kiedy kolejne produkty znajdują się na liście ministerstwa. Rolą Urzędu Marszałkowskiego jest promowanie tych produktów i dbanie o dobrą atmosferę związaną z działaniami informacyjnymi.

Siła tradycji

Nieustannie pozostaje sprawa marketingu produktów lokalnych i upowszechnianie wiedzy o nich w taki sposób, aby w szerszym zakresie były dostępne w sklepach oraz w małej i dużej gastronomii. – Sami często serwujemy naszym gościom regionalne potrawy ale w pobliskiej gospodzie można zjeść jedynie tradycyjny polski obiad z rosołem i schabowego – mówi Gabriela Bilkiewicz, prezes Stowarzyszenia Na Rzecz Aktywizacji Polesia Lubelskiego. Propozycję produktu lokalnego może zgłosić sam producent (szczegółowe informacje znajdują się na stronie internetowej Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi). Należy napisać wniosek, podać szczegółowe parametry produktu, a także opisać jego minimum 25letnią historię, a następnie czekać na akceptację. Wpisanie produktu na ministerialną listę nie jest jednak gwarantem, że pozytywnie zweryfikowana kiełbasa czy pierogi znajdą się w sklepach czy restauracyjnym menu. I wprawdzie lemoniada produkowana w Rudniku od 1957 roku jest niekwestionowaną królową stołów biesiadnych podczas wesel i chrzcin, ale tylko na niewielkim terytorium Lubelskiego. Bo niezmiennie od lat głównymi odbiorcami oranżady z Kąkolewnicy są mieszkańcy Kąkolewnicy i pobliskiego Międzyrzeca Podlaskiego.

Redakcja „LAJF magazyn lubelski” zwraca się do producentów produktów lokalnych o nadsyłanie informacji o tym, co jest przedmiotem tej produkcji, w jaki sposób odbywa się dystrybucja oraz jaki jest pomysł na marketing. Podzielcie się z nami informacjami na temat Waszej działalności oraz tego, gdzie Wasze produkty można kupić. Temat ważny nie tylko dla smakoszy, ale również dla odbiorców zdrowej, tradycyjnej żywności. Do tematu będziemy wracać. Kontakt e-mail: redakcja@lajf-ml.pl lub telefonicznie 81/ 440 67 64. magazyn lubelski luty 2013

41


biz-njus Certyfikat dla MPK Lublin z rąk Prezydenta RP

Smaczny czas dla fundacji

Na całej Lubelszczyźnie powstają co 30 stycznia br. prezes MPK Lublin Tomasz roku fundacje, stowarzyszenia i inne Fulara otrzymał certyfikat „Pracodawca Przy- organizacje pozarządowe. – Taka forma jazny Pracownikom”. Wyróżnienie wręczył umożliwia realizowanie swoich zamiePrezydent RP Bronisław Komorowski. Lubel- rzeń, czegoś, co nam chodzi po głowie. skie MPK jest jedyną firmą z Lubelszczyzny, To działalność, którą można ukierunkoktóra w tej edycji otrzymała to wyróżnienie. wać na odbiór publiczny, a jednocześnie Tytuł przyznał NSZZ „Solidarność”. wprowadzić w życie własne plany. PonadCelem organizowanego od kilku lat konkur- to, kiedy idziemy do urzędu rozmawiać su jest promowanie dobrych praktyk o naszych celach, to nie jesteśmy kimś w polskich przedsiębiorstwach. W składzie z ulicy, tylko partnerem – mówi HenryKomisji Certyfikacyjnej znaleźli się przedsta- ka Labiszak, współzałożycielka fundacji wiciele związku, Rady Ochrony Pracy przy Qulturalne Qulinaria z siedzibą Sejmie RP oraz prezydenta Bronisława Kow Lublinie. Organizacja powstała morowskiego, który objął patronat nad akcją. z potrzeby popularyzowania stylu slow Pod uwagę były brane m.in. takie aspekty, food, kultury jedzenia, a także edukacji jak stałe zatrudnienie, BHP czy standardy młodzieży w kwestiach zdrowego żypracy. Tym, co zaważyło na decyzji Komisji, wienia. W ciągu półrocznej działalności była otwarta współpraca prezesa Fulary ze fundacja wzięła udział między innymi związkami zawodowymi i pracownikami, jak w prezentacji zdrowego gotowania również stworzenie motywacyjnego systemu w Dubience, Zawichoście, podczas Dni płacowego. Wyróżnieniem „Pracodawca Przy- Języków na lubelskim deptaku, a także jazny Pracownikom” zdobywca będzie mógł kiermaszu gwiazdkowym w centrum się posługiwać 3 lata. Gratulujemy! (now) handlowym Plaza w Lublinie. Fundację tworzy kilku lubelskich restauratorów IKEA znów w budowie oraz grono osób, którym bliskie są idee Po zimowej przerwie wznowiono przygotowysoko pojętej kultury jedzenia. wania terenu pod halę centrum IKEA przy al. Spółdzielczości Pracy w Lublinie. Na miejscu pojawiły się również maszyny odpowiedzialne za wyburzanie starych zabudowań oraz oczyszczanie otoczenia. Już za kilka miesięcy, jak podaje kierownik projektu Jacek Kardaszewski, ruszą prace budowlane. Informacja dotyczy zarówno samego obiektu, jak i infrastruktury komunikacyjnej z nim związanej. Powstałe centrum o powierzchni 80 000 m2 Lotnisko w liczbach będzie największym we wschodniej Polsce Po miesiącu działalności Port Lotobiektem tego typu. W środku znajdziemy ok. 150 sklepów i parking na 3000 pojazdów. niczy Lublin może pochwalić się blisko trzynastoma tysiącami pasażeSalon IKEA będzie pierwszym rów. Wykonano 52 operacje lotnicze, w południowo-wschodniej części kraju. obsługując w tym okresie kilka typów Do tej pory mieszkańcy Lubelszczyzny kusamolotów. Uruchomione zostały także powali produkty szwedzkiego potentata linie autobusowa oraz szynobusowa, w Warszawie i Krakowie. Salon w Lublinie którymi pasażerowie bez problemu już teraz jest wyzwaniem dla firm meblarskich w naszym regionie. Na zakupy wybie- mogą przemieszczać się między miastem i lotniskiem. Samoloty z Lublina na rzemy się już w kwietniu 2014 roku. (gras) razie latają do Londynu, Oslo, Dublina i Liverpoolu. Port Lotniczy w Lublinie cieszy przyjemną architekturą, kompetentną obsługą i coraz większym zainteresowaniem nie tylko podróżnych, ale i ciekawskich z całej Lubelszczyzny. (bk)

Lubelscy akademiccy szczypiorniści odnieśli 12 w sezonie zwycięstwo!

magazyn lubelski luty 2013

K

To już 8. edycja GRY O LUBLIN – projektu łączącego sport i kulturę z biznesem, a przeznaczonego dla mieszkańców Lubelszczyzny. Wystawa fotografii, 1﹪ na leczenie Magdy, licytacja kalendarza i oczekiwany występ zespołu „The Moment”. I to wszystko tylko do końca przerwy. Na zakończenie odbyło się spotkanie z trenerem rozwoju osobowości i specjalistą z zakresu NLP. Działo się! Całość eventu osłodziło 12. już zwycięstwo AZS UMCS Lublin 16:11. Gratulujemy! Na kolejne odsłony GRY O LUBLIN przychodzi coraz więcej uczestników. Sukcesy szczypiornistów idą łeb w łeb z atrakcyjnością wydarzenia. (ko)

ażdy lubi dostawać prezenty, zwłaszcza w okresie świąt Bożego Narodzenia. Stąd pomysł zainicjowania akcji Zlot Mikołajów. Zorganizowały ją stowarzyszenie Klaster Turystyczny „Zagrody Lubelskie”, Lokalna Grupa Działania „Dolina Giełczwi” oraz Bank Gospodarki Żywnościowej. W listopadzie ubiegłego roku rozpoczęło działalność 5 Fabryk Świętego Mikołaja ‒ w Biskupicach, Rybczewicach i aż trzy w Świdniku. „Siłą roboczą” Fabryki działającej przy Zespole Szkół Ogólnokształcących w Rybczewicach byli przede wszystkim uczniowie, nauczyciele i rodzice. Po błyskawicznie przeprowadzonym szkoleniu pompony do maskotek wykonywali również wójt, dyrektor szkoły i ksiądz. I takim oto sposobem w worku Świętego Mikołaja z Rybczewic znalazły się maskotki wykonane z włóczki – gąsienice w egzotycznych kolorach i równie kolorowe lalki. Trwające kilka tygodni przygotowania uwieńczono 6 grudnia zlotem Mikołajów i ich przemarszem przez Biskupice. Z zebranych na terenie szkoły w Rybczewicach słodyczy i wyprodukowanych, także przez inne fabryki, maskotek powstało 15 zacnych „paczek”. Jeszcze przed świętami Mikołaj z Dobrymi Duszkami osobiście odwiedzili kilkanaście rodzin i obdarowali kilkadziesiąt dzieci. ‒ Fabryka Świętego Mikołaja to spory wysiłek, a zarazem fantastyczna przygoda. Chodziło o to, aby poprzez zabawę osiągnąć ważne cele – integracyjne i edukacyjne. A to, co było najważniejsze, to udział w akcji, której efektem była radość obdarowanych dzieci – podkreśla Piotr Duma z Lokalnej Grupy Działania „Dolina Giełczwi”. W dobrym biznesie jest tak, że gdzie jest dobra konkurencja tam, powinny być premie. Podczas Spotkania Noworocznego w Centrum Kultury w Piaskach ogłoszono, że Fabryka Św. Mikołaja z Rybczewic okazała się najlepsza.

Małe biznesy, wielkie smaki

Tłusty czwartek wypada w tym roku 7 lutego i ten dzień jest zwiastunem dobrych utargów dla cukierników. A ponieważ świadomość smaku i jakości zwiększa popyt, branża szykuje się do wzmożonej konkurencji również dotyczącej kosztu jednego ciastka. – U mnie skład surowcowy pączka to 92 grosze. Do tego dochodzi podatek VAT i koszta zakładowe. Finalna cena w cukierni to 1.80 – wylicza chełmski cukiernik Wojciech Hetman, aktywny członek Stowarzyszenia Cukierników, Karmelarzy i Lodziarzy, który swoje pączki przygotowuje według liczącej sto lat receptury. Tym samym odżegnuje się od pączków pieczonych, a już na pewno wyrobów pączkopodobnych, wyrabianych z gotowych mieszanek. Średnia sprzedaż pączków w kameralnej cukierni na Lubelszczyźnie kształtuje się w granicach 1500 sztuk. (gras)

(santi) 42

Fabryka Świętego Mikołaja

tekst Marek Podsiadło foto Magdalena Guz, Piotr Duma magazyn lubelski luty 2013

43


moto

Nie tylko rodzinna tekst Krzysztof Ożóg, Blanka Koziara foto Krzysztof Ożóg

P

ierwsze randki… Jedne stresują, inne dają nadzieję, ale wszystkie bez wyjątku budzą emocje. Nie inaczej było tamtego wieczoru.

Ona ubrana w srebrną kreację ściągała na siebie liczne spojrzenia przechodniów. On prowadził ją do ulubionej kawiarni za miastem. Rzadko się zdarza, by już po pierwszej rozmowie pojawiło się uczucie aż takiej bliskości, zrozumienia, chęci niemal współistnienia. Miała w sobie wigor, który daje tylko młodość, ale i zdecydowanie, tak powszechne w jej rodzinie. Na zewnątrz panował mróz i mrok. Ale kiedy zbliżył się do niej, zobaczył, jak droga przed nimi nabiera światła. Chłód rzeczywistości zastąpiła gorącym temperamentem. Noc nie była już samotna, a świat szary. Nowa Toyota Auris dała się okiełznać… Na życiowych wykładach z motoryzacji nasza redakcja zgodnie spała, dlatego cylinder kojarzy nam się z czapką, hamulec z bezczelnym typem, a poduszki powietrzne z materacami plażowymi. Co więc możemy powiedzieć o nowej dziecince japońskiego koncernu? Lubimy to! Stare przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”, dlatego pierwsze komentarze przekornej redakcji zostały rzucone na zewnętrzną prezencję samochodu. Zgrabny, z pazurem, nawet elegancki, en face prezentuje się całkiem nieźle. Skopaliśmy opony na szczęście i wskoczyliśmy na siedzenia. Biliśmy się o miejsce na podgrzewanych przednich fotelach, których ciepło okazało się zbawienne. Wygrała najsłabsza, bo przecież kobiety potrzebują w życiu dużo ciepła. Wewnątrz Auris prezentuje się jeszcze lepiej niż z zewnątrz. Niczym magiczny namiot z Harry’ego Pottera niewielkie miejskie auto stało się rodzinnym (czy też w naszym wypadku redakcyjnym) samochodem. Po przekręceniu kluczyka w stacyjce deska rozdzielcza rozbłysła błękitnymi przyciskami i wskaźnikami. Auris z prawdziwie kobiecą gracją wymogła na nas obietnice bezpiecznej jazdy. Na trasie okazało się, że w pozornie niewielkim silniku w rzeczywistości ktoś zostawił kilka koni więcej. Głowa redakcyjnej rodziny z uśmiechem na ustach tłumaczyła się skurczem mięśni prawej stopy. Trudno mu się dziwić – kusiłoby każdego z nas. Jest cichy. Bardzo cichy… Chwilami zastanawialiśmy się, czy pod maską nadal pracuje silnik. Inteligentna bestia sama parkuje, pilnuje świateł i ścisza muzykę, kiedy odbieramy telefon. Ma w sobie delikatność i zdecydowanie. Klasę i nutę szaleństwa. Jest wygodna, ale nie pozwala się rozleniwić. Im dłużej jechaliśmy, tym większy żal nas ogarniał na samą myśl, że zaraz będziemy musieli się pożegnać. Oczekiwaliśmy wiele, a dostaliśmy… jeszcze więcej.

44

magazyn lubelski luty 2013

TOYOTA AUTO PARK 21-040 Kalinówka 18 k/Lublina tel: +48 81 534 14 00 magazyn lubelski luty 2013

45


sport i turystyka

Biała Góra 350 mnp – Justynówka, 5 km od Tomaszowa Lubelskiego długość trasy 276,4 m wyciąg orczykowy, nie posiada sztucznego zaśnieżania ani oświetlenia tel. 84 665 93 50 / 84 666 00 28

Bobliwo k. Izbicy

długość trasy 650 m wyciąg talerzykowy, szeroki stok, sztuczne naśnieżanie i oświetlenie tel. 84 539 81 55 / 603 933 038

Celejów (między Kazimierzem Dolnym a Nałęczowem) długość trasy 300 m wyciąg talerzykowy, sztuczne oświetlenie i naśnieżanie wypożyczalnia sprzętu narciarskiego tel. 601 832 001

Chrzanów k. Janowa Lubelskiego długość trasy 80 m i 650 m sztuczne naśnieżanie i oświetlenie wypożyczalnia sprzętu, instruktorzy tel. 81 440 66 08, 602 676 900

Jacnia k. Krasnobrodu

długość tras 200 m i 460 m wyciągi narciarskie i snowtubing, szkoła narciarska i snowboardowa, gastronomia, sztuczne naśnieżanie i oświetlenie wypożyczalnia sprzętu, gastronomia tel. 513 75 95 92

Kobylany k. Terespola

długość trasy 160 m wyciąg orczykowy, wypożyczalnia sprzętu narciarskiego. tel. 83 375 15 39

Krasnobród - Góra Chełmowa długość tras 450-600 m naśnieżanie, oświetlenie na 2 trasach tel. 84 687 81 44 / 605 966 873 tel. 84 687-81-44, kom. 605-966-873

Kumowa Dolina w Chełmie

długość trasy 180 m 2 wyciągi narciarskie i wyciąg do snowtubingu sztuczne naśnieżanie tel. 609 590 707

Lublin ‒ GLOBUS

trasy zjazdowe 100 m i 250 m wyciąg orczykowy sztuczne naśnieżanie i oświetlenie tel. 81 535 08 31

Parchatka k. Puław

długość trasy 360 m sztuczne oświetlenie i naśnieżanie, wyciąg talerzykowy tel. 81 881 02 12 / 609 64 99 44

Rąblów k. Wąwolnicy

długość tras 120 m, 160 m i 180 m sztuczne naśnieżanie i oświetlenie tel. 81 882 55 00 / 502 16 80 54

Stok Batorz

długość trasy 500 m sztuczne oświetlanie i naśnieżanie tel. 15 874 50 28

Sulów k. Zakrzówska 4 trasy narciarskie 3 wyciagi tel. 602 299 851

Tomaszów Lubelski ‒ narciarska trasa biegowa „Siwa Dolina” długość trasy 3 km i 5,5 km 84 6659310

Zwierzyniec - Klub Sportowy „Sokół” Wypożyczalnia nart i łyżew, czynne od 8 do 15. ul. Armii Krajowej 18 84 687-20-27

JEŹDZIMY... foto Marcin Pietrusza

46

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

47


kultura

Mały świat dużych możliwości tekst Aneta Galek foto Marek Podsiadło

N

ieciekawy budynek przy ruchliwej drodze na skraju lasu. Ma prawie 40 lat, niemal tyle samo, co miasto, którego miał być pulsem. Wygląda jak większość tego typu placówek w Polsce, które powstały w latach PRL-u. Dwója z siły pierwszego wrażenia. Ale to, jakim jest łącznikiem z historią miasta, oraz to, co dzieje się w środku ‒ to już zupełnie inna opowieść. Współczesna Poniatowa niewiele ma wspólnego z ośrodkiem miejskim, który rozwijał się wraz z Zakładami Radiofonicznymi EDA. Od upadku fabryki przypomina sypialnię dla lokalnej społeczności. I jest inaczej, niż to zostało zaplanowane w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego. Jeszcze w 1937 roku zbudowano tu przyfabryczne osiedle przy państwowych Zakładach Tele‑ i Radiotechnicznych. Podczas wojny Niemcy najpierw utworzyli obóz dla jeńców radzieckich, a potem obóz pracy dla Żydów. O wojennej historii tego miejsca opowiada film dokumentalny pt. „Podwórko z widokiem na obóz”. Podczas wojny, w miejscu dzisiejszego domu kultury, rosły drzewa. Ale kilkadziesiąt lat później to właśnie tutaj, do sali klubowej z bogatą peerelowską metaloplastyką i kawiarnianymi potężnymi, drewnianymi ławami, na casting do filmu przyszło ponad stu mieszkańców Poniatowej. Pierwszym kulturalnym obiektem w Poniatowej był wybudowany w 1956 roku, a działający do dziś Kino-Teatr „Czyn”. Dom kultury, czyli dzisiejsze Centrum Kultury Turystyki i Promocji, powstał obok kina w połowie lat siedemdziesiątych. Mimo niemodnych już dekoracji od wielu lat odbywają się tu bale sylwestrowe i dyskoteki. Ale to, co tu jest najważniejsze, to zwyczajne popołudnia, kiedy idąc długim korytarzem i wsłuchując się w odgłosy dobiegające zza drzwi, można nabrać przeświadczenia, że dom kultury jest dla mieszkańców Poniatowej podróżą do świata innych możliwości.

Plastyka – sztuka – plastyka – sztuka...

– Zajmuję się wychowaniem dzieci przez sztukę i wychowaniem dzieci dla sztuki. Jeden z naszych uczniów, Dawid Szymański jest już studentem Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Konserwacji i Restauracji Zabytków w Warszawie – mówi dr Monika Szymczyk, instruktor kółka plastycznego. Koncepcja zajęć, odbywających się w sąsiedztwie izby pamięci, opiera się na kontakcie z profesjonalnymi artystami, kreowaniu wystaw, udziale i prezentowaniu swojego dorobku na konkursach. Trudno uprawiać sztukę bez znajomości szerszego kontekstu, więc ważną rolę odgrywają zajęcia z historii sztuki. Kółko plastyczne współpracuje m.in z Galerią 31 i Miejską Biblioteką im. Hieronima Łopacińskiego w Lublinie. Dzięki listom artystycznym do kapituły przyznającej Order Uśmiechu wspólnie walczyli o nagrodę dla Bohdana Butenki, mistrza polskiej ilustracji. Pani Monika też jest wychowanką domu kultury w Poniatowej. – Zajęcia tutaj otworzyły mnie na perspektywy sztuki. To tu można doprowadzić każdego do tak wysokiego poziomu artystycznego, aby dzieci w wieku szkolnym mogły być świadomymi twórcami sztuki. – Instruktorka żałuje, że finansowe możliwości domu kultury są ograniczone, ale jak mówi: - W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że pieniądze przeszkadzają, wszystko kręci się wokół nich. W sferze sztuki nie zawsze tak powinno być. Zbyt duże możliwości ograniczają naszą wyobraźnię. A tak, czasami sztuka powstaje z niczego. Na przykład realizacja projektów architektonicznych na konkurs „Kosmos” i „Tektura” pokazała, że często wygrywają prace dzieci, pochodzących z biedniejszych rodzin. W aspekcie ekspresji ich prace są dużo bogatsze. Czternastolatka Sara Popiołek twierdzi, że jak się tu nie przychodzi, to jest nudno i nie ma co robić. W tym roku szkolnym inspiracją na zajęciach jest dadaizm. Stąd pracownia wypełniona jest starymi komputerami, telewizorami i innymi tworzywami, którym tutaj młodzi artyści nadają drugie życie.

48

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

49


Kuba jest wychowankiem Ogniska Muzycznego. – Zawsze, gdy znajdę chwilę, to odwiedzam swoich instruktorów i pracowników, bo są naprawdę świetnymi ludźmi – mówi. Zaczynał u Dariusza Gołofita, który uwrażliwił go na muzykę rozrywkową. Później grał pod kierunkiem Janiny Bednarz, która zadbała o bardziej klasyczne podejście do muzyki. Teraz, gdy studiuje, granie jest dla niego oderwaniem od codzienności. I tego oderwania szuka właśnie tutaj. W ognisku muzycznym regularnie ćwiczą też gitarzyści – Jakub Bijak, Błażej Kuchta i Paulina Chabucka. Grają przede wszystkim hiszpańską klasykę i klasykę rozrywkową. Ale dom kultury w Poniatowej ma również inne muzyczne oblicze. Stoi za nim Artur Wyroślak „Wyro”, który ma 21 lat i jest wykonawcą hip-hopowym. – Sam komponuję, piszę teksty, realizuję i obrabiam swoje nagrania. Nawet teledyski i okładki sam projektuję – opowiada. Swoje sukcesy zawdzięcza Centrum Promocji, które udostępnia mu salę, gdzie może robić próby do koncertów i nagrywać utwory. Jego największym sukcesem jest występ na festiwalu MTV Gdańsk Dźwiga Muzę w 2011 roku. Wyro współpracuje z takimi wykonawcami jak, Junior Stress i SinSen.

Poniatowska pętla czasu

To tu każde dziecko skonstruowało swoją planetę, która została zademonstrowana podczas otwarcia wystawy „Kosmos”. – W statku kosmicznym były okna, przez które można było wyglądać i wpatrywać się w przestrzeń kosmosu. Były tam planety wykonane na kulach styropianowych, balonach i kulach z plasteliny – barwnie opowiada trzynastoletnia Ola. Wanda Braksal, drobna elegancka blondynka, była dyrektorem placówki w latach 70. i 80. – Wtedy było inaczej. Dom kultury miał wszystko, czego potrzebował, bo działały Zakłady EDA. Więc zakład na wszystko nam dawał pieniądze. Dziś z podziwem patrzę na to, jak trzeba się nagimnastykować, żeby stworzyć dzieciom warunki do rozwijania swoich zdolności.

Folklor, klasyka, hip-hop

Mogliby śpiewać piosenki Katy Perry, Rihanny albo Justina Biebera. Ale oni śpiewają lub grają w Dziecięcej Kapeli Ludowej. Nieco odstają od stereotypu dzieciaków, które spędzają czas przed komputerem. Robią to, co wielu innych uważa za obciach. Dziesięciolatka Gabrysia Sągała, oprócz śpiewania, gra na gitarze i pianinie. W zajęciach uczestniczy od szóstego roku życia. Dwunastolatka Emilka Samonek i prawie jej rówieśnica Natalia Bednarz śpiewają w kapeli ludowej dla swoich babć. Kontynuują w ten sposób rodzinną tradycję. – Mobilizuje mnie to, że babcia jest szczęśliwa – mówi Emilka. Dziecięca kapela regularnie odbywa tournée na terenie Lubelszczyzny i ma na swoim koncie już jeden puchar. Oprócz śpiewania dla babć i zdobywania trofeów w konkursach ważne są wspólne śpiewanie i zawarte tu przyjaźnie. – I to, że możemy jeździć i koncertować, a ludzie nas oglądają i czują do nas respekt – podkreśla z dumą 11-letnia Dagmara Muciek. Opiekunem młodych muzyków jest Jan Koziński, który specjalizuje się we wszystkim po trochu. – Zajmuję się muzyką ludową i trochę kinem. Takie teraz czasy, że trzeba być bardziej elastycznym i uniwersalnym. Kapela w obecnym składzie istnieje trzy lata i liczy 13 osób. Nie ukrywam, że bardzo trudno jest znaleźć kogoś, kto chciałby taką melodię śpiewać. Piosenki nie są ani popularne, ani szczególnie lubiane przez dzieci. Bo wiadomo, to wstyd, bo koledzy pokazują palcami, bo się wyśmiewają, że trzeba założyć strój ludowy. Jestem szczęśliwy, że ich tu mam. Daje mi to pewnego rodzaju spełnienie – mówi pan Jan. Ale jeśli muzyka, to nie tylko folklorystyczna. Podążając pustym, długim korytarzem, ozdobionym jedynie plastycznymi pracami dzieci, można trafić do sali, w której znajduje się pianino. Siedzi za nim wyrośnięty chłopak z burzą loków związanych w kucyk. Jego palce mistrzowsko operują klawiszami, a dźwięk muzyki hipnotyzuje zebranych. To duma Poniatowej, 22-letni Jakub Bigos, student biotechnologii i inżynierii chemicznej i procesowej na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie.

50

magazyn lubelski luty 2013

Poniatowa to swoista pętla czasu. Historia zatacza tu koło. Ci, którzy przychodzili do domu kultury jako małe dzieci, teraz stanowią kadrę pracowników i osób na swój sposób uzależnionych od tego miejsca. W odgłosach rozchodzących się dźwięków pieśni folklorystycznych i hip-hopu spotykają się miejscowi emeryci, którzy organizują sobie tutaj np. dancingi. 67-letnia Janina Stępień jest jedną z tych osób, dla których dom kultury w Poniatowej był i jest pewnym etapem życia. Przychodziła tu jako młoda dziewczyna i czuje się wychowanką tego miejsca. Z Centrum Kultury nie może też rozstać się Wanda Braksal, osoba, która dała życie domowi kultury w Poniatowej. Większość osób obecnie tu pracujących to wychowankowie z czasów pani Wandy, która doskonale pamięta małą dziewczynkę z francuskim warkoczem Małgorzatę Piskor. Dziewczynka w międzyczasie stała się dorosłą osobą i wygrała konkurs na stanowisko dyrektora placówki. Była instruktorka teatralna w Poniatowej i chodząca dawka energii, odczuwa pracę w tym miejscu w sposób szczególny. – Dopóki ten dom kultury będzie miejscem, do którego ludzie przychodzą i w którym chcą coś ważnego dla siebie robić, to jest to dla mnie ważne. Chciałabym, żeby nasz dom kultury miał lepsze warunki lokalowe, żebym nie musiała się martwić, czy mnie stać na nastrojenie pianina. Chciałabym zmienić sposób myślenia o tym, co my tu robimy, że my nie jesteśmy po to, żeby się wszystkim podobało, ale po to, żeby rozwijać w człowieku to, co ma związek z kulturą. Teraz jest wszystko głośno, dużo i po nic. Ja bym chciała dostać z tego dużego worka pieniędzy dla dużego miasta 1/8 tego i byśmy robili małe, ale wartościowe rzeczy – podkreśla ze stanowczością. Uważa, że dramatem naszych czasów jest to, że wszyscy „znają się” na kulturze, największą oglądalność mają kiepskie filmy i najłatwiej jest zrobić wielką akcję, bo przyjeżdża telewizja czy radio. – Ja nie chcę robić szybko i głośno. Chcę pracować długofalowo, żeby potem te dzieciaki, jak dorosną, mogły sobie wybrać swoją drogę w życiu, bo to jest cały bagaż, który wyniosły stąd, z domu kultury i domu rodzinnego – dodaje. Dom kultury w Poniatowej to unikat. I nie dlatego, że na skraju drogi wśród drzew stoi nieciekawy budynek, w którym można spotkać duchy realnego socjalizmu. W cieniu przeszłości i w małomiasteczkowej atmosferze pracują tu ludzie, którzy bez najnowszych technologii i ogromnych sum pieniędzy pragną wychowywać. Wartością samą w sobie jest to, że mają dla kogo pracować. Brzmi pompatycznie i wygląda co najmniej jak stojący nieopodal Kinoteatr „Czyn”. Ale czy to źle, że buduje się na wartościach, które nie przemijają?

magazyn lubelski luty 2013

51


galeria

Księżycowy jest poemat foto Grzegorz Zupan

Grzegorz Zupan – chełmski fotografik, zafascynowany krajobrazami industrialnymi i fotografią otworkową. Z równą pomysłowością tworzy prace artystyczne jak i marketingowe. Prezentowany fotoreportaż ukazuje księżycową scenerię odkrywkowej kopalni kredy w Chełmie. Zdjęcia powstały w latach 2005–2010.

52

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

53


literatura

Widokówki z Chartres

– Zabił kogoś? Napadł na bank? – zaczyna dopytywać. – Walczył o wolność! – oburza się madame Fasolette. To Miriam potrafi zrozumieć. W końcu chodziła do francuskiej szkoły, gdzie może źle uczą języków obcych i geografii, ale o wolności, równości i braterstwie mówi się na okrągło. Odwraca kartkę, żeby chociaż spojrzeć na pismo odważnego stryja madame Fasolette, ale starucha odbiera jej widokówkę, jakby w obawie, że dziewczyna zrozumie coś z naskrobanych piórem liter z dziwnymi haczykami przy a i e. – To pani nie jest Francuzką? – domyśla się wreszcie Miriam. – Jestem nikim – przyznaje się madame Fasolette.

Lublin, Polska – lipiec 1939 roku

tekst Marcin Wroński foto Marcin Wroński

C

hartres, Francja – dziś

Madame Sophie Fasolette lubiły tylko koty wałęsające się po Rue aux Juifs, ale francuskie koty są głupsze od polskich, niemieckich czy izraelskich – nie boją się ludzi, nawet złych. Teraz madame Fasolette jest już tak stara, że chyba wreszcie umrze. Leży w szpitalnym łóżku w Hôtel Dieu i patrzy w sufit z otwartymi ustami, z których lepkiego kącika zawsze ścieka strużka śliny. Mówi, że nienawidzi tego miejsca, i podle traktuje pielęgniarki. Podle traktuje nawet najmilszą i najładniejszą w całym szpitalu Miriam Groseille. A ta uparcie jest miła, przysiada obok madame Fasolette, poprawia pościel, nawet się uśmiecha. Być może dlatego, że Miriam ma zielone, kocie oczy i tak jak francuskie koty nie umie rozpoznawać złych ludzi. – To ty nazywasz się Miriam? – pyta starucha. – Tak – odpowiada pielęgniarka. – Jesteś żydówką? – Jestem niewierząca. – To dobrze! – cieszy się madame Fasolette. – Sięgnij tam, do szafki. Pielęgniarka otwiera metalowe drzwiczki szpitalnego mebla. Kiedyś, gdy śmierć była dla wszystkich rzeczą zwyczajną, malowano takie szafki na sterylną trupią biel. Teraz, gdy śmierć stała się niestosowna, pokrywa się je pastelowymi odcieniami błękitu lub zieleni. W szafce leży pudełko po czekoladkach starannie obwiązane sznurkiem na czworo. – To, to, to! – ponagla madame Fasolette. – Otwórz! – Co tam jest? – pyta Miriam. – Dowody! – chrypi starucha. – Dowody, że nie ma Boga. Chrześcijańskiego ani żydowskiego. Francuskiego, polskiego, niemieckiego, izraelskiego, żadnego!

54

magazyn lubelski luty 2013

foto santi zbiory własne

Zofia Fasolet patrzyła na elegancką klientkę przymierzającą śliczne białe futerko z lisów. – Bardzo dobry wybór. I lepiej nie czekać do jesieni, skoro dziś może pani kupić dużo taniej – przekonywała ją matka Zofii. – A jeśli życzy pani sobie czapeczkę… Palce klientki z lubością zanurzały się w lisiej sierści, oczy błyszczały pożądliwie, ale usta wciąż udawały niezdecydowanie. Zofia nerwowo obracała w dłoniach wieszak z firmowym napisem: FUTRA I WY. SKÓZNE – M. FASOLET  S-KA, KROWSKIE PRZEDMEŚCIE 2, LUBLIN. Niech ta gojka kupi futerko albo niech sobie wreszcie pójdzie! Jedynaczka Mojżesza i Hanny Fasolet miała przecież osiemnaście lat, buzię jak z reklamy kremu Nivea

i figurę jak aktorka, ale zupełnie nie miała cierpliwości. Była na to zbyt młoda i zbyt ładna! W nocy nie mogła spać, bo nie dość, że lato było piękne i upalne, to znowu przyszedł list od stryja Jakuba. Rodzice długo sprzeczali się w jidysz, tak żeby Zofia nie zrozumiała, i chyba po raz dwudziesty czytali zapisaną gęsto stronicę z nadrukiem DCR JB FET, MÉD GÉNÉ AH, C (E--L), TÉÉFNE: 3-75. Dziewczyna dostała od stryja tylko widokówkę ze ślicznym starym mostem nad śliczną, łagodną rzeką i równie śliczną przechadzającą się parą, chyba zakochanych. „Kochana Sophie – napisał po francusku – winszuję Ci matury! Za każdą piątkę masz u mnie eklerkę, za każdą trójkę zjesz gorzkiej lukrecji”. Jakby miała osiem lat, nie osiemnaście! I jakby nie rozumiała, że wcale nie chodzi o wakacje we Francji, na które naprawdę sobie zasłużyła, ale o wojnę, która wisiała na włosku. Zofia nie wierzyła, że Niemcy pokonają polskie wojsko – sama widziała nowoczesne samoloty nad miastem podczas ćwiczeń przeciwgazowych – ale nie mówiła o tym głośno. Ojciec nie wierzył, że kto by nie wygrał, nie splądruje żydowskich sklepów – przeżył dwie wojny i jeden pogrom. Matka nie wierzyła, że jeśli jedynaczka opuści dom, to kiedykolwiek do niego wróci – sama też była kiedyś osiemnastoletnia, śliczna i niecierpliwa… A Zofia chciała po prostu pochodzić ulicami w mieście, gdzie wszyscy mówią po francusku. Z francuskiego była najlepsza w klasie.

Chartres – październik 1940 roku

Gdyby gazety nie pisały o wojnie i gdyby Zofia nie bała się o rodziców, jej pierwszy rok w Chartres to byłyby wspaniałe wakacje.

Madame Fasolette milknie, jej usta łapczywie chwytają powietrze, jakby była rybą. Nieznaną nauce brzydką, pomarszczoną rybą z dna Atlantyku. Miriam rozwiązuje sznurek i ostrożnie otwiera puszkę Pandory. Jednakże w pudełku są tylko widokówki. Widokówki śmierdzą starością jak madame Fasolette, ale nie są tak brzydkie. Miriam bierze je do rąk. Nachylona nad staruchą ogląda pierwszą kartkę, błyszczące zielone oczy pielęgniarki i matowobrązowe madame Fasolette spotykają się nad obrazkiem. W oddali widać katedrę, a z małego pociągu wysiada nieproporcjonalnie duża kobieta w kapeluszu sprzed pierwszej wojny. Przyjechałam do CHARTRES i zasyłam wam Bonjour. Tak jest wydrukowane po francusku. Odkładając pocztówkę, Miriam rzuca okiem na drugą stronę, lecz nie zauważa ani jednego znajomego słowa. Za to parska śmiechem, gdy widzi kolejną kartkę. Pod katedrą w Chartres odpoczywa wielbłąd z jednym garbem, a na nim siedzi kaleka bez jednej nogi. J. B. DOUSSINEAU, były piekarz, ofiara Kompanii Kolejowej Zachodniej, pozbawiony odszkodowania i publicznej opieki zdrowotnej, podczas podróży z Marsylii do Paryża na dromaderze i 29 stycznia 1911 poddany nagłej operacji laparotomii w Hôtel-Dieu, Salle Saint-Côme. – Mój… stryj – wyrzuca z siebie madame Fasolette. – Ten mężczyzna bez nogi? – dziwi się Miriam. – Głupia! Przysłał kartkę. Madame Fasolette krótkimi, urywanymi zdaniami mówi o Rosji i Polsce, Polsce włączonej do Rosji albo odwrotnie – Miriam nie rozumie, bo kto we Francji zawracałby sobie głowę geografią albo nauką języków obcych! Jednak historia stryja madame Fasolette uciekającego za granicę przed Ochraną, czyli rosyjską Sûreté, wydaje się pielęgniarce podniecająca. magazyn lubelski luty 2013

55


Chartres – maj 1942 roku

Pocztówka przedstawiała Bramę Krakowską w rodzinnym mieście Zofii, a przed nią kręcili się uliczni sprzedawcy. Kiedy Zofia była mała, bardzo chciała mieć wstążkę od jednej z takich handlarek, ale matka kręciła głową, że to tandeta. Przez Stare Miasto chodziły tylko na ulicę Szeroką do piekarni, jednej i zawsze tej samej, która nasycała zapachem chałek i chleba dawny dom słynnego cadyka zwanego Widzącym z Lublina. Potem szybko wracały, jakby matce Zofii czarne chałaty mężczyzn głośno rozprawiających na ulicy sprawiały przykrość albo poruszały zadawniony wyrzut sumienia. Teraz matka pisała: Kochana Zofio! Jest nam bardzo dobrze w nowym osiedlu żydowskim, które zbudował nam gubernator. Jesteś mądra, to rozumiesz, że mamy warunki co najmniej jak przed wojną pan Fuszer, z którego córkami bawiłaś się, kiedy byłaś mała. Pozdrowimy od Ciebie ciocię Lejlę, z którą niedługo się zobaczymy. Hanna i Mojżesz Fasolet „Jesteś mądra”? Nie była głupia, ale z tego liściku długo nic nie rozumiała. Dlaczego rodzice pisali tak chłodno, nie „kochana córeczko”, tylko „Zofio”? Mają dobrze jak pan Fuszer? O ile pamiętała, pan Fuszer mieszkał w ciemnej suterenie w jednej izbie z piątką dzieci, chorą żoną i starą matką! I te pozdrowienia dla cioci Lejli… Przecież ona umarła na gruźlicę ponad dziesięć lat wcześniej! Zofia powoli zeszła ze schodów poczty, odprowadzana wzrokiem przez nieczułą, wszystko widzącą postać z mozaiki na frontonie budynku. I nagle odskoczyła w bok, bo wszystko zrozumiała, a właściwie pomogły zrozumieć stryjenka i jej córki. Miasteczko nawet przypominało trochę Lublin ze swymi wąskimi uliczkami i schodami w zabytkowym centrum, ale było mniejsze, cieplejsze i ładniejsze. Żyło tu mnóstwo kotów, które zupełnie nie bały się obcych, a ponieważ miały zwykle dobry humor, ocierały się o nogi Zofii i zadzierały głowy, żeby je głaskać. Była tylko zła z powodu przesadnej zapobiegliwości matki. Hanna Fasolet napakowała kilka kufrów najlepszymi futrami ze sklepu, a potem jeszcze dała Zofii całą swoją biżuterię – na czarną godzinę. Przez nią poddasze w domu stryjostwa przy Rue aux Juifs przypominało magazyn odzieżowy, a nie śliczny, przestronny pokój przygotowany specjalnie dla Zofii. Po co tyle tego? Dziewczyna czekała przecież tylko do wiosny na zwycięską kampanię Francuzów, a stryj Jakub – powołany jako lekarz wojskowy w stopniu kapitana – wyglądał w mundurze, jakby ubyło mu lat. Wyglądał jak na tej widokówce jeszcze sprzed pierwszej wojny, na której elewi wojskowego liceum Marceau ćwiczą walkę karabinem. Nie wrócił. Stryjenka dowiedziała się o jego śmierci tego samego dnia, kiedy marszałek Pétain „ze ściśniętym sercem” oświadczył przez radio, „że należy podjąć próbę przerwania walki”. Płakała stryjenka i jej dwie córki, a Zofia chyba jeszcze bardziej. Ale wspólny płacz nie zawsze zbliża ludzi… Stryjenka Ella była taką samą polską Żydówką jak Zofia, wcale nie mówiła po francusku z lepszym akcentem, za to miała francuski paszport od dwudziestu lat. Jej córki miały obywatelstwo Republiki od urodzenia. Tego dnia Zofia jadła czerstwą bagietkę, maczając ją w kawie, zaś one po raz kolejny czytały półgłosem pismo sygnowane przez prefekta Jeana Moulina. – „Mam honor zaświadczyć, iż Madame Elle Fasolet…” – Wyprowadzisz się na Rue des Oiseux – powiedziała stryjenka.

56

magazyn lubelski luty 2013

– Rozmawiałam z madame Planctin. Ona też straciła męża na wojnie. I ma wolny pokój, a ty masz z czego płacić czynsz. – „…oraz jej córki Adèle i Marie…” – Ale przecież ja nie mam pieniędzy, pracy ani… – Zofia omal nie zakrztusiła się kawą. – „…są jedyną rodziną doktora Jacoba Fasolet…” – Masz te futra, pierścionki matki… Sprzedasz! A wyprowadzić się musisz, bo jeszcze ściągniesz na nas nieszczęście. Gdybym była sama, to może… – Stryjenka Ella zrobiła chytrą minę, źle udającą uśmiech. – Ty jesteś dorosła. Będziesz miała córki, to sama zrozumiesz. – Ale jeśli Niemcy… Ja mam tylko polski paszport! – „…weterana Wielkiej Wojny, który następnie jako lekarz oddał nieocenione usługi miastu Chartres oraz całemu departamentowi Eure-et-Loir…” – Właśnie dlatego możesz nas zgubić. I to twoje polskie imię: Zofia! – prychnęła stryjenka Ella. – Ale też jestem rodziną stryja… – Zofia nie jadła już bagietki. Zofia błagała. – Mam to samo nazwisko. Jeśli Niemcy… – Wy tam w Polsce przesadzacie z tymi Niemcami! – machnęła ręką stryjenka Ella. – A ja cię już karmić nie mogę. Mam dość własnych kłopotów! – „…i umarł śmiercią żołnierza w dniu…”

Wszystkie trzy szły prowadzone przez dwóch żandarmów do komisariatu po drugiej stronie Place des Épars. Kuzynki przypominały posłuszne, zaganiane owce, tylko madame Fasolet co chwilę próbowała coś tłumaczyć, podstawiając żandarmom pod nos jakiś papier. Wreszcie wyrwał jej go z ręki zniecierpliwiony brygadier

i przy pomniku generała Marceau zmiął ze złością i rzucił na bruk. Stryjenka chciała podnieść dokument, ale żandarm chwycił ją za ramię i stanowczo pociągnął w stronę komisariatu. Papier chwilę później podniosła Zofia. Mam honor zaświadczyć, iż Madame Elle Fasolet oraz jej córki Adèle i Marie są jedyną rodziną doktora Jacoba Fasolet, weterana Wielkiej Wojny, który…

Chartres – czerwiec 1942 roku

– Lepiej to spalić, mademoiselle – poradził życzliwie podbrygadier policji Bidet. Zofia nie wiedziała, co ma na myśli: zmięte zaświadczenie byłego prefekta Moulina, które trzymał w lewej ręce, czy niewysłaną kartkę do rodziców, którą trzymał w prawej. W pierwszej chwili przestraszyła się, gdy stanął na progu, ale przecież znała go, monsieur Bidet bywał u madame Planctin. Teraz z uśmiechem przypatrywał się widokówce, w górnej części przedstawiającej szesnastowieczną rycinę z panoramą Chartres, w dolnej Chartres prawdziwe, uchwycone okiem aparatu. – Lepiej to spalić – oddał Zofii dokument prefekta i westchnął nad widokówką. – Wciąż tu pięknie, prawda? Dziewczyna przytaknęła. Wskazała policjantowi krzesło i obrzuciła wzrokiem swój maleńki, ciasny pokoik – tym ciaśniejszy, że musiał pomieścić kufry z Polski. Jednakże na stole stały bardzo piękne świeże kwiaty, za oknem bardzo pięknie przelewała się rzeka Eure, a po niej pływały bardzo piękne kaczki. – Pani wie, że gestapowcy niemal zakatowali prefekta Moulina? Więc domyśla się pani, że teraz jego podpis to jak wyrok. Wielkie szczęście, że się pani przeprowadziła, inaczej panią też by zabrali. – Tutaj nie przyjdą? – zapytała Zofia, nalewając Bidetowi kawy.

Adèle i Marie zachlipały. Nie, to nie działo się naprawdę! Zofia nie wierzyła. To było jak w szkolnym przedstawieniu o Kopciuszku, w którym dziesięć lat wcześniej grała główną rolę. Ale w Kopciuszku macocha kazałaby Zofii wybierać mak z popiołu. Tymczasem stryjenka Ella zgarnęła ze stołu miskę z niedopitą kawą i resztką bagietki. Mrucząc: „wybredna, nic jej nie smakuje”, objęła swoje córki, jakby nie wystarczyło, że zatroszczył się o nie prefekt Moulin. magazyn lubelski luty 2013

57


Podbrygadier prześliznął się wzrokiem najpierw po strużce czarnego płynu, potem po dzbanku, rękach i dekolcie Zofii. – Wielkie szczęście, że ja tu przyszedłem. I coś pani powiem, mademoiselle… – Ujął ją za rękę i posadził obok siebie. Czuć było od niego winem i papierosami. – Służę w Policji Municypalnej dość długo, by znać pewnych ludzi… – Przysunął się razem z krzesłem. – Jeśli posłucha pani mojej rady… Jakie to okazało się proste! Wystarczyło na kilka dni powierzyć swój polski paszport podbrygadierowi Bidetowi, aby Zofia Fasolet stała się Sophie Fasolette, zupełnie inną osobą niż ta, którą policja wkrótce zacznie szukać w związku z podejrzeniem o żydowskie pochodzenie. I coś takiego zaproponował służący prawu monsieur Bidet?... Bała się, bo wyglądał w tamtej chwili niczym mężczyzna z innej pocztówki, której w końcu nie kupiła – stał w Vieille Rue Saint-Yves i patrzył w obiektyw w taki sposób, jakby wiedział o fotografie coś bardzo kompromitującego. Ale podbrygadier Bidet był dobrym człowiekiem i dobrym Francuzem, przy Rue des Oiseux wszyscy tak mówili. – Czym się panu odwdzięczę? Monsieur Bidet otoczył ją opiekuńczym ramieniem i rozpiął górny guzik uniformu. – Pani jest bardzo piękna, mademoiselle…

Chartres – sierpień 1942 roku

Prawie wszystkie pocztówki z Chartres przedstawiają katedrę Notre Dame. Jej górujących nad miastem wież nie da się nie zauważyć. A jednak Sophie Fasolette zaczęła tam chodzić dopiero niedawno. „Lepiej nie kłuć ludzi w oczy”, mówiła madame Planctin, która wprawdzie podwyższyła Sophie czynsz, ale przecież musiała, mimo że podobnie jak jej piękne córki była dobrą kobietą. Sophie Fasolette oddała gospodyni większość futer, które przywiozła z Polski, niedługo przyjdzie kolej na biżuterię matki… „Trzeba się modlić o boskie miłosierdzie”, dobrze radził monsieur Bidet, który wprawdzie zdradzał z Sophie swoją małżonkę, ale jako katolik nigdy nie zażądał od niej w łóżku niczego naprawdę nieprzyzwoitego. Sophie posłuchała. Przywiozła z Polski futra i biżuterię na czarną godzinę, ale nie przywiozła żadnego Boga – ani chrześcijańskiego, ani żydowskiego. Nie było takiego w lubelskim domu Mojżesza Fasoleta, który ku oburzeniu służącej jadał niekoszerną wieprzowinę nawet w szabas. W ogóle nie było takiego w Polsce –

w Polsce byli Niemcy, nie Bóg. A tu, w Chartres? Klęcząc w chłodnej katedrze, Sophie patrzyła na dwa anioły adorujące skrawek płótna, który kiedyś okrywał ciężarny brzuch matki chrześcijańskiego mesjasza, i ukradkiem dotykała własnego, po którym jeszcze nie było nic widać. Oby jak najdłużej… Oby wcale?... Bardzo potrzebowała kogoś, kto podjąłby za nią najgorsze decyzje – tak jak matka, gdy mimo wątpliwości zdecydowała się wysłać ją do Francji. Sophie nie mogła urodzić tego dziecka! – Ale skrobanka? Teraz?! Jeszcze pół roku temu byłoby to tylko wykroczenie – martwił się podbrygadier Bidet. – Nie mogłaś bardziej uważać, głupia?! Nie, nie! – zdecydował, zanim jeszcze trzasnął drzwiami. – Byłem dla ciebie dobry, ale z przestępstwem przeciw bezpieczeństwu państwa nie mogę mieć nic wspólnego. Świece przed Dziewicą przy Filarze świeciły niepewnym blaskiem. Światło słońca, przefiltrowane przez kolorowe postacie świętych na witrażach, napełniało katedrę barwami tęczy. Sophie myślała o dziadku, który miał nadzieję, że przynajmniej ona wyrośnie na pobożną żydówkę. Dlatego opowiadał jej o cadykach. Jeden na przykład znał sekretne miejsce w lesie, gdzie rozpalał ogień, odmawiał specjalną modlitwę, a wtedy Bóg spełniał każdą jego prośbę. Kiedy umarł, nikt już nie znał tej specjalnej modlitwy, ale inny cadyk chodził w to samo miejsce i to wystarczało. Po wielu latach ludzie zapomnieli nawet, w którym lesie trzeba rozpalić ogień, lecz według dziadka, dopóki opowiadają tę historię, Bóg też będzie o nich pamiętał… Tak?! Sophie połknęła łzę. Klęczy przecież w katedrze przed suknią matki Jezusa, szepcze specjalne modlitwy z francuskiej książeczki do nabożeństwa, robi wszystko jak trzeba, jak ten pierwszy cadyk, a Bóg milczy! Nic go nie obchodzi! A jednak nie miała racji, bo chociaż nic nie obchodziła Dziewicy Maryi, ledwie wróciła do domu, do jej pokoju przyszła madame Planctin. – Powiedz, że ja cię przysłałam – powiedziała, kładąc na stole dziewczyny kartkę z adresem pewnego lekarza. Ta piwnica, w której Niemcy bili i kopali prefekta Moulina, nie mogła być bardziej przerażająca niż stara podziemna kuchnia w szpitalu Hôtel Dieu. Metalowa winda błyszczała w świetle lamp, kat w białym lekarskim kitlu poruszył parującym naczyniem, zagrzechotały w nim narzędzia. Takiego Chartres nie ma na żadnej widokówce.

– Pan doktor mi powie, czy to był chłopiec czy dziewczynka? – poprosiła Sophie, półleżąc z rozłożonymi nogami na kilku zestawionych stołkach. – To jeszcze ani chłopiec, ani dziewczynka – uśmiechnął się do niej lekarz. – Spokojnie, mademoiselle…

Chartres – marzec 1943

Gdyby sądzić Chartres po sprzedawanych tu widokówkach, nic tu się nie zmieniło od co najmniej 1930. Wejście do katedry nigdy nie było obłożone workami z piaskiem, a Żydów z departamentu Eure-et-Loir – na pocztówkach nieróżniących się niczym od prawdziwych Francuzów – pociągi woziły do Paryża lub Orleanu, nie do obozu w Drancy, a stamtąd do Auschwitz, Bełżca, Sobiboru. A jednak chociażby od 1942 zmieniło się wiele: podbrygadier Bidet zdezerterował i podobno przystał do degaulistów, natomiast madame Planctin, chociaż po dawnemu była dobrą kobietą, znowu zażądała wyższego czynszu. Sophie, która miała już coraz mniej do sprzedania, powiedziała, że się zastanowi. Pokłóciły się, ale z pewnością to przypadek, że następnego dnia po dziewczynę przyszli żandarmi – tak jak rok wcześniej po stryjenkę. Na dworcu nie była sama. Poznała pana Mendelmanna i pana Felda z Warszawy, którzy – co za przypadek – mieszkali zaledwie kilka uliczek dalej! Zwłaszcza pan Feld był absolutnie pewien, że może przyjdzie im znieść pewne niewygody, lecz są przecież we Francji, a tu nawet Niemcy muszą ważyć swoje okrucieństwa. Zamilkł jednak, kiedy do stłoczonej na peronie kilkunastoosobowej grupy Żydów i pilnujących ich żandarmów podszedł niemiecki oficer. Wyjął z raportówki listę, a dużo niższy wzrostem brygadier wysoko podniósł swoją. Zaczęli porównywać nazwiska. Niemiec kiwał głową i stawiał przy nich znaczki. Sophie, która przed chwilą ze strachu ledwie trzymała się na nogach, nagle poczuła ulgę. Pan Feld to albo bardzo dobry, albo bardzo głupi człowiek, pomyślała. To się wreszcie skończy i bardzo dobrze. A ona zobaczy się nie tylko z ciotką Lejlą, którą ledwie pamiętała, ale także z rodzicami. Szkoda tylko, że gestapo nie chce zaprowadzić Sophie pod mur cmentarza Saint Chéron i zastrzelić na miejscu. Tak byłoby prościej. Podniosła dumnie głowę i ze zdziwieniem spostrzegła, że Niemiec patrzy na nią już od dłuższej chwili. Dał znak, by podeszła. – Dokumenty! – Wyciągnął rękę. Sophie podała mu swój sfałszowany polski paszport. – To przecież oczywista pomyłka! – Oficer pokazał go brygadierowi. – Fasolette to francuskie nazwisko. Sophie nie miała ochoty kłamać. – Proszę pana – powiedziała po niemiecku – nazywam się Zofia Fasolet i jestem polską Żydówką. Oficer boleśnie ścisnął jej ramię i nachylił się do ucha Sophie. Pachniał wodą kolońską. – Zamknij się, idiotko! Za ładna jesteś na to miejsce, gdzie chcą cię zawieźć – syknął, po czym znów zwrócił się do żandarma po francusku: – Zwalniam tę panią. Przecież widać, że nie jest Żydówką! Z dyskusji francuskiego żandarma i niemieckiego oficera Sophie słyszała może co piąte słowo: „ale panie nadporuczniku”, „skorygować raport”, „na pańską odpowiedzialność”, a potem nie słyszała już nic, bo pociąg do Drancy, który z głośnym sapaniem wtoczył się właśnie na stację, zagłuszyłby nawet pana Felda z Warszawy. Kiedy odjeżdżał, Sophie pomyślała, że mogłaby chociaż pomachać na pożegnanie. Nie pomachała jednak, bo niemiecki nadporucznik wciąż stał obok.

58

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

59


Kiedy widziała go po raz ostatni, miał na sobie policyjny uniform, nie skórzaną kurtkę i przekrzywiony beret. A już na pewno nie nosił wówczas na ramieniu opaski z krzyżem lotaryńskim ani pistoletu maszynowego. Teraz oddał go Amerykaninowi, a sam wyjął z kieszeni maszynkę do strzyżenia owiec. Madame Planctin wyciągnęła ręce po dziecko, w końcu miała dobre serce, ale Sophie, skulona na krześle, obejmowała płaczącego Jacoba z całych sił. Silna, pachnąca nikotyną dłoń chwyciła ją za gardło, maszynka wgryzła się we włosy. Już rozumiała, dlaczego jako dziecko tak bała się fryzjera… Kasztanowe pukle opadały na główkę Jacoba… Po bólu i upokorzeniu ogarnęło ją otępienie. Prowadzona przez monsieur Bideta i policjanta w stalowym hełmie, szła przez wygrażające pięściami ludzkie urągowisko, wzdrygała się obok ruin zbombardowanych domów, trzy razy omal nie upadła na schodach św. Mikołaja, ale przytrzymała ją silna dłoń pachnąca nikotyną. Ile razy Sophie podnosiła wzrok, widziała górującą nad miastem katedrę. A kiedy dowleczono ją już do więzienia przy św. Teresy, w Notre Dame zaczęły bić dzwony, bo było przecież południe.

Chartres – dziś

Są sprawy, które kobieta może powierzyć tylko obcej kobiecie. Nawet jeśli jedna topiła się w brudnych wirach historii, a druga pamięta tylko ułamek tego, o czym uczono ją w szkole. Miriam trzyma za rękę madame Fasolette i delikatnie gładzi patykowate, już prawie trupie palce obciągnięte suchą, pergaminową skórą. Staruszka mówi coraz ciszej, tak cicho, że niektóre zdania pielęgniarka odczytuje tylko z ruchu jej warg. Ale tylko niektóre, te prostsze, jak „Jacob płakał i płakał” albo „włosy odrosły mi siwe”. Rozumie też to, co może odczytać, na

Zapytał o coś po francusku, ona mu odpowiedziała po niemiecku, i sama nie wiedząc kiedy, znalazła się wraz z nim na pachnącej rzeką i gorącym, rozgrzanym na słońcu tynkiem Rue des Oiseux.

pokój, przez okno, na ludzi, to wypatruje swojego ojca Reinhardta. Wierzyła, że ten wróci, przysłał jej przecież kartkę z Bramą Brandenburską, napisał, że kiedy tylko wojna się skończy…

– Jesteś prostytutką? – Niemiec spojrzał na nią z takim niesmakiem, aż się przestraszyła, że zaprowadzi ją z powrotem na dworzec. – Ja? Nie! – prawie wykrzyknęła. – A ty nie wiesz, co to za dom?

Śpij, syneczku, śpij, żołnierzu, Twoi koledzy tu leżą, Będziesz spokojny już tu. Na grób ci krzyżyk dali Virtuti Militari, Aj luli, luli, synku mój...

Jak mogła nie wiedzieć? To był przecież dom madame Planctin i jej córek, które straciły ojca na wojnie, tak jak ona straciła stryja. Do madame przychodzili goście, nawet urzędnicy prefektury, którzy przecież nie narażaliby swojej opinii, bywając w domu publicznym. Aby to udowodnić oficerowi, zaprosiła go na górę, do ciasnego pokoiku, w którym nie było ani parawanu, ani irygatora jak u prostytutek. Uwierzył. Zaparzyła kawy. – Czym się panu odwdzięczę? Niemiec otoczył ją opiekuńczym ramieniem i rozpiął haftkę munduru. – Pani jest bardzo piękna, mein Mädchen…

Chartres – sierpień 1944 roku

Jacob nie lubił jak inne dzieci trzymać buzi przy ramieniu matki. Uspokajał się, dopiero gdy Sophie brała go na ręce tak, jak Maryja małego Jezusa. Tłumaczyła sobie, że kiedy Jacob patrzy na

60

magazyn lubelski luty 2013

przykład list z prefektury departamentu Eure-et-Loir, który tylko taka dziwaczka jak madame Fasolette mogła złożyć we czworo i nakleić na widokówkę z pomnikiem bohatera narodowego Jeana Moulina. „Mamy honor powiadomić Panią, że po rozpatrzeniu zażalenia Pani, w związku z Pani wyjątkowym położeniem i zrozumiałymi obawami o życie, aresztowanie Pani oraz inne przykre incydenty towarzyszące aresztowaniu należy uznać za godną ubolewania pomyłkę”… Natomiast nie rozumie, dlaczego madame Fasolette, która nigdy z nikim nie utrzymywała kontaktów, akurat do jakiejś Anny Langfus z Sarcelles wysłała pocztówkę z bulwarem nad Eure. Miriam nie może przecież wiedzieć, że obie chodziły do tego samego liceum w Lublinie i chociaż w różnych miejscach Europy, to obie przeżyły dzięki litości niemieckiego oficera – tylko madame Fasolette obcięto włosy, zaś madame Langfus dano nagrodę literacką Goncourtów. Jednakże nawet gdyby dziewczyna interesowała się literaturą, i tak nie potrafiłaby zrozumieć, dlaczego Anna Langfus przekreśliła krótki liścik na odwrocie pocztówki, włożyła ją do taniej koperty i odesłała bez żadnych wyjaśnień. Może jako pisarka umiała przewidzieć, jakim okropnym babskiem stanie się już niedługo madame Fasolette? A może była w zmowie z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem („Z przykrością informujemy Panią, że o Mojżeszu i Hannie Fasolet, zamieszkałych w Lublinie, Polska, nie posiadamy danych w ewidencji”) i Ziomkostwem Lubelskim w Izraelu („Uprzejmie prosimy, do czasu przedstawienia wyjaśnień dotyczących Pani postawy moralnej w bolesnym dla Żydów okresie Zagłady, o nieponawianie zapytań”)? Oba listy madame Fasolette przykleiła do kartek z maszkaronami z chartryjskiej katedry, bo gdyby nawet przeżyła drugie dziewięćdziesiąt dwa lata i codziennie pytała o to samo, odpowiedzi byłyby niewzruszone jak maszkarony.

– kończyła nucić jedyną kołysankę, którą pamiętała z Polski, sama nie wiedząc, czy śpiewa ją bardziej Jacobowi, Reinhardtowi, czy może pamięci stryja. Nuciła, kiedy na dole domu rozległy się hałasy i kilka par ciężkich butów załomotało na schodach. Sophie drgnęła. Jacob zakwilił cicho i zamarł. Kroki nagle umilkły i w otwartych drzwiach stanęła madame Planctin. – To jest ta nazistowska kurwa! – wskazała palcem zaskoczoną Sophie. – Ja, monsieurs, nie mam z nią nic wspólnego! Ktoś ją odepchnął. Do maleńkiego pokoju wdarło się dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach, policjant w stalowym hełmie i czarnoskóry amerykański żołnierz. – And whose baby is this? – spytał. – Made in Germany! – zarechotał ktoś znajomy. Sophie podniosła głowę i ze zdziwieniem rozpoznała monsieur Bideta. magazyn lubelski luty 2013

61


– A pani syn? – Miriam połyka łzę. – Wytłumaczyła mu pani? Madame Fasolette niecierpliwie kręci głową. W jej kolekcji pozostały jeszcze dwie widokówki. Obie wyjątkowo nie przedstawiają Chartres, Lublina ani Berlina. Na przedostatniej pręży się paryska wieża Eiffla z dorysowaną czerwoną flagą. Miriam nie bardzo rozumie, co to ma oznaczać. Odwracając kartkę, nie zwraca uwagi na stempel pocztowy z maja 1968, ale fajnie brzmi jej to, co napisał Jacob: „Mamo, pod brukiem jest plaża!”. – Student Sorbony – mówi madame Fasolette z dumą i smutkiem. Miriam nie rozumie tego smutku. Nie rozumie, dopóki nie weźmie do rąk ostatniej widokówki. To nie jest zwykła kartka pocztowa, to niepokojąca fotografia. Przedstawia dziedziniec szartryjskiego więzienia przy Rue Sainte Thérèse, na którym obcięte włosy kobiet walają się niczym gigantyczne kłęby kurzu. Przedstawia pewnych siebie młodych mężczyzn z Ruchu Oporu, którym dopiero co ściskał dłonie sam generał de Gaulle, i tłum, który stał się tym odważniejszy, im bardziej bał się wcześniej. Przedstawia wreszcie grupę aresztowanych kolaborantów, pośród których stoi młoda kobieta z nierówno ogoloną głową, trzymająca na rękach przestraszone dziecko. – Przeczytaj – wzdycha staruszka. Na odwrocie zdjęcia Miriam widzi naklejony znaczek i adres madame Fasolette. Poznaje także charakter pisma Jacoba. Jesteś faszystowską kurwą! To nieprawda! Miriam i każda pielęgniarka z Hôtel Dieu mogłaby zaświadczyć: madame Fasolette nie jest kurwą. To staruszka, której z kącika ust znowu cieknie ślina.

CCC

foto Andrzej Koziara

Marcin WroŃski – pisarz, dramaturg i scenarzysta. Popularność przyniósł mu cykl kryminałów retro o komisarzu Maciejewskim, którego tłem jest Lublin lat 30. i 40. XX wieku. Kilkakrotnie nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru za najlepszą polską powieść kryminalną, nagrodzony Medalem Prezydenta Miasta Lublina i honorowym tytułem Bene Meritus Terrae Lublinensi. Na początku 2013 roku (6 marca premiera) ukaże się jego nowy retrokryminał: Pogrom w przyszły wtorek.

Projekt citybooks posiada długą tradycję europejską, prowadzony jest w różnych formach (do dawnej formy radiowej przez formę nagrań na CD aż po obecną formę multimedialną w oparciu o dużą platformę internetową) przez flamandzką organizację Vlaams-Nederlands Huis deBuren. Projekt zakłada promocję niewielkich, ale posiadających czytelny dla organizatorów potencjał kulturalny i społeczny miast, które dzięki powstałej na ich temat „księdze miasta” zaistnieją w świadomości europejskiej poprzez swoistość klimatu, specyfikę kultury i potencjał ludzki. Teksty powstały na zlecenie wydawnictwa deBuren we współpracy z Towarzystwem Edukacji Kulturalnej.

www.city-books.eu 62

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

63


kultura – okruchy

PLUS

MINUS

5 x NAJ 3

37-letni pasjonat kultury z doświadczeniami twórczymi i menedżerskimi, człowiek z gruntowną wiedzą tematyczną i biurokratyczną, osoba równie żywo zainteresowana lubelską kulturą na poziomie sublokalnym jak i jej miejscem w wymiarze międzynarodowym. Był jednym z liderów dwóch najważniejszych w swoim czasie, bardzo kontrowersyjnych i ambitnych lubelskich przedsięwzięć: alternatywnego festiwalu ZdaErzenia i starań o tytuł ESK 2016. Przez cztery lata pracy w swoim wydziale przeszedł wszystkie szczeble kariery. To w największym skrócie nowy dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta Lublin Michał Karapuda. Po jego awansie, za którym stała Katarzyna Mieczkowska-Czerniak, zastępczyni prezydenta Lublina ds. kultury, i który miał miejsce 15 stycznia, można sobie wiele dobrego obiecywać. Na razie Karapuda trudzi się nad wątkiem kulturalnym do Strategii Rozwoju „Lublin 2020” i nad rozdzieleniem funduszy w konkursie o dotacje do działalności kulturalnej (wyniki będą do 25 lutego). Jednak pracuje zza biurka tylko w stopniu niezbędnym i stara się jak najwięcej bywać „w terenie”. Tradycyjnie niemal każdego dnia uczestniczy w imprezach kulturalnych, a od dwóch tygodni intensywnie wizytuje podległe miastu instytucje. (szym)

Najlepszy wernisaż W Lublinie otwierano ostatnio kilka ciekawych wystaw, ale najczęściej robiono to w niekoniecznie funkcjonalny i fascynujący sposób. Zupełnie inaczej zadziałali szefowie galerii Art i autorka ekspozycji „Karp-Soja Express”. Otwarcie zaplanowano nie na wczesną godzinę 18, jak czyni większość zapraszających, tylko na 19. Była fajna teatralizacja: gości witał mężczyzna przebrany za konduktora z końca XIX wieku, co stanowiło także wprowadzenie do formuły obrazów (znakomitych!), wyglądających z grubsza jak krzyżówka wagonu i biletu mieszcząca findesieclowe portrety i sceny humorystycznie ilustrujące tytułowe zagadnienia. Główna bohaterka wydarzenia wystąpiła w zabawnym czerwonym cylindrze i we fraku z żabotem. Był poczęstunek z kilkoma rodzajami kanapek i dwoma gatunkami wina. Rozdawano piękne katalogi.

Wojewódzki Ośrodek Kultury to instytucja organizująca kilka ciekawych cyklicznych imprez, w tym festiwali. Także w Lublinie np. Festiwal Teatrów Niewielkich. Mogłoby uczestniczyć w nim sporo publiczności. Ale nie uczestniczy. Choćby dlatego, że mało kto wie o tym wydarzeniu. Ludzie z WOK-u mają problemy z wysyłaniem informacji mejlem, a newsletter na jego witrynie to atrapa, która nie rozprowadza żadnych wiadomości. Równie ciekawe jest to, co widać na stronie głównej niedawno odnowionego website’u. Jej czołowe pole zajmuje powitalny tekst dyrektora z jego wielkim zdjęciem. A zatem zjawisko z cyklu „Coś tam to JA”. Ten pan wydaje się generalnie mocno zjawiskowy. Kilka miesięcy temu lubelskie gazety pisały o wątpliwościach marszałkowskich kontrolerów co do dożynkowych finansów i o tym, że nie zrealizował zaleceń z kontroli przeprowadzonej przeszło trzy lata wcześniej. Czyżby marszałek o tym nie wiedział lub zapomniał, skoro połączył siły z Arturem Sępochem w staraniach o umiejscowienie w Lublinie tworzonego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Krajowego Instytutu Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego. (szym)

2

+

-

64

magazyn lubelski luty 2013

1

Najefektowniejsza książka Wydana niedawno książka „BAJM: Płynie w nas gorąca krew” robi duże wrażenie. I wcale nie dlatego, że ma dość duży format. Jest zarazem albumem z potężną dawką atrakcji wizualnych i wdzięcznym czytadłem utkanym z krótkich wywiadów pełnych anegdot oraz z cytatów z artykułów prasowych i z paru krótkich form powracających w kolejnych rozdziałach. Do tego dochodzą reprodukcje całych prasowych stron lub ich fragmentów z publikacjami o lubelskim zespole. Wszystko jest znakomicie dobrane wizualnie i merytorycznie, składając się na wyjątkowo efektowną i efektywną, wyczerpującą temat, biografię.

4

Najambitniejsze kalendarze Zaskakująco wiele lubelskich instytucji i firm wydało kalendarze na 2013 rok. Niektóre druki są bardzo efektowne. Najambitniejszym jest wspólny kalendarz Veny Art i Intrografu. Został zatytułowany „Zobacz, czego nie widać, czyli Lublin w HDR-ach” i rzeczywiście otwiera nowe światy wizualne. Na wyróżnienie zasługują także publikacje firmy Prim (z zabawnyNajdziwniejszy koncert mi obrazami Jacka Frąckiewicza o Lublinie), Cenię członków grupy Lublipracowni Rewiry (kolażowa realizacja Joanny ner Klezmorim za umiejętności Wowrzeczki poświęcona mieszkańcom muzyczne i lubię posłuchać ich, jak grają instrumentalne kawałki klezmer- ul. Grygowej) i Urzędu Marszałkowskiego skie. Trudno mi jednak w obecnej sytuacji (jeden z oryginalnie ujętym kalendarium, popierać działalność tego zespołu i cieszyć drugi z pięknymi fotami pejzażowymi). się z jego niezłego występu 9 stycznia Najciekawsze płyty w Teatrze Starym. Jaka to sytuacja? Otóż W ostatnich miesiącach jedną w sercu Lublina, na Starym Mieście, dość z bardziej celebrowanych postaci regularnie występują trzy bandy muzykująpolskiej kultury był – z racji 75.roczce po żydowsku – Berberys, Klezmaholics nicy urodzin – Edward Stachura, pisarz i właśnie ekipa Tomasza Czaplińskiego. Zarazem pod żadnym staromiejskim adre- mocno związany przez pewien czas z Lublinem. Owocami tego zainteresowania są m.in. sem nie można choćby co tydzień posłuchać jakiejś kapeli wykonującej tradycyjną albumy „Sted” duetu Babu Król i „Stachura – Poematy” Lubelskiej Federacji Bardów. To muzykę polską. Zwolennicy i animatorzy kultury żydowskiej są dowartościowywani longplaye znakomite, choć bardzo odmienprzez miasto finansowo (Brama Grodzka – ne. Pierwszy oferuje altrockowe wykonania duży budżet) lub symbolicznie (Mandrago- wierszy i piosenek ra – tytuł Miejsce Inspiracji), a Stowarzy- Stachury. Drugi przynosi umuzycznione szeniu Twórców Ludowych utrudnia się działalność, m.in. odbierając nieodpłatnie softrockowo fragmenty użytkowany od wielu lat miejski budynek. jego poematów. Zatem cedeki znakomicie się W tym kontekście dodawanie prestiżu grupie Lubliner Klezmorim przez szefową uzupełniają, dając dość szeroki obraz twórczości Teatru Starego koncertem w tej zacnej instytucji uważam za co najmniej dziwne. Steda. (szym)

5

Powieści Marcina Wrońskiego czyta się z zapartym tchem, ale też nutką żalu, żalu, że oto mamy już ostatnie stronice tomu i chciałoby się czytać dłużej i więcej, a tu... nie ma co. Ale nadszedł ten czas, w którym będziemy się mogli delektować kolejną powieścią o śledztwach komisarza Zygmunta „Zygi” Maciejewskiego. Nadeszło szczęście do Lublina – trzeba by rzec parafrazowanymi słowami reklamy przedwojennej loterii lubelskiej Morajnego. Wydawnictwo W.A.B. przygotowało właśnie kolejny, piąty tom z retrokryminalnego cyklu Komisarz Maciejewski, pt. Pogrom w przyszły wtorek. Będzie on niebawem dostępny w księgarniach. Części poprzednie: Morderstwo pod cenzurą, Kino Venus, A na imię jej będzie Aniela i Skrzydlata trumna sprzedają się doskonale, zyskując uznanie także u krytyków. Każdy tom cyklu nominowany był do najważniejszej w środowisku Nagrody Wielkiego Kalibru, przyznawanej rokrocznie na festiwalu kryminałów we Wrocławiu. Komisarza Maciejewskiego czytać można wielopłaszczyznowo. Czytamy cykl jako powieści historyczne – wszystkie tomy osadzone są w czasie przeszłym: w sanacyjnej Polsce, latach okupacji hitlerowskiej oraz w okresie „wyzwolenia”, w Lublinie PKWN-owym. W kolejności poszczególnych części: rok 1930, 1931, 1938-44 i 1944 z reminiscencjami do 1936. Najnowszy tom obejmuje czas jesieni 1945 roku. W powieściach Wrońskiego odnajdujemy wiele faktów nieznanych lub wręcz przez lata przemilczanych, na przykład dotyczących Glikera ‒ „króla ghetta”, odkrywamy autentyczne fragmenty prasy przedwojennej, czasem przemieszane z fikcyjnymi, spreparowanymi przez autora, ale bardzo prawdopodobnymi. Pasjonaci miasta, „fani” Lublina, odnajdują na kartach powieści zapomniane zaułki, zakazane dzielnice i miejsca których już nie ma: dzielnicę żydowską na Podzamczu, fabrykę samolotów Plagego i Laśkiewicza, wieżę ciśnień na placu Wolności, hotel Victoria przy Krakowskim Przedmieściu. Dzięki barwnym opisom możemy zobaczyć miasto z zupełnie innej perspektywy. Lublin jawi nam się jako miejsce, jak mawiał Stanisław Grześkowiak, tak duże, że jeśli się chce, można się w nim zgubić, i tak małe, że jeśli się chce, to można się w nim znaleźć. Wreszcie trzeci aspekt, wątek kryminalny i sensacyjny prowadzony ze starannością godną sir Arthura Ignatiusa Conan Doyle’a. Lublin jawi nam się na kartach powieści niekiedy jako wylęgarnia zła wszelakiego, płatnej miłości, bezwzględnego złodziejstwa i bandyterki okrutnej. Zbrodnie, przestępstwa, konflikty są dziwnie znajome, przypominające czasy współczesne, a jednak jakby trochę inne. Złodzieje u Wrońskiego są złodziejami, bandyci bandytami, urzędnicy urzędnikami, politycy... to... jak zwykle. Każda z grup zawodowych mówi barwnym językiem środowiskowym, co wspaniale ubarwia akcje powieści. Z niecierpliwym oczekiwaniem na kolejny retrokryminał z cyklu Komisarz Maciejewski, prezentujemy Państwu okładki tłumaczeń na język rosyjski dwóch pierwszych tomów: Morderstwa pod cenzurą i Kina Venus, wydanych w zeszłym roku w Moskwie. Gratulujemy autorowi i życzymy więcej. PS. Na okładce Pogromu... znalazł się fragment fotografii z roku 1944/45, która odnaleziona została na rosyjskim portalu historycznym przez administratora fejsbukowej strony Aj law LUBLYN. Przedstawia radziecką żołnierkę na placu Łokietka przed Bramą Krakowską w Lublinie. (fó) magazyn lubelski luty 2013

65


historia

Robert Kuwałek

66

magazyn lubelski luty 2013

KUWAŁKI HISTORII

Niemiecka podróż z lubelskimi akcentami

magazyn lubelski luty 2013

67


moda

Mały przewodnik po modzie lat 90 tych z Lublinem w tle

Jola Szala

J

z projektantką i stylistką Jolą Szalą rozmawia Beata Brandal

olu, ubierasz kobiety nieprzerwanie od wielu lat. W jaki sposób, Twoim zdaniem, przemiany sprzed dwudziestu lat wpłynęły na sposób ubierania się? ‒ Lata 90. w Polsce były niezwykle interesujące, ponieważ był to czas otwarcia się na „nowe”. Ludzie zaczęli wyjeżdżać, przyglądać się temu, co było noszone gdzie indziej, porównywać. Ten okres nie miał modowych odkryć, które weszłyby na stałe do kanonu stylu. Ale przede wszystkim był to okres poważnej transformacji politycznej, ideologicznej, gospodarczej i społecznej, więc te potężne zmiany miały również odniesienie w sposobie ubierania się. Czyli… Zdecydowana większość kobiet ubierała się bez żadnych modowych zasad. W tamtym czasie szyło się ubrania u krawcowych. Ubrania były najczęściej kiepsko wykończone bez modowej fantazji. Ale były też krawcowe, które posługiwały się żurnalami, czasopismami przywożonymi z zagranicy, potrafiły doradzić i uszyć ubranie z dużym kunsztem i polotem. Szyło się ubrania, bo nie było ich w sklepach? Coś w sklepach bywało, ale było też kilka innych ważnych miejsc. Snobistyczne komisy i pachnące zachodem sklepy Pewex i Baltona. Popularne były wypady do Warszawy i zakupy na bazarach w Rembertowie i Różyckiego. Tam było prawie wszystko, od ubrań, torebek, butów, kosmetyków, rajstop do peruk. Były też prywatne sklepy przy ul. Rutkowskiego (dzisiejsza Chmielna), w których zawsze kłębiły się tłumy kupujących. I Hoffland, który miał siedzibę w Domach Centrum. Z naszego, lubelskiego punktu widzenia, ubrania czy buty przywiezione ze stolicy miały szczególną wartość. Czy w związku z tym tworzyła się grupa kobiet dobrze ubranych, które nadawały ton ulicy? To za dużo powiedziane. Były jak barwne ptaki – dekorowały i odmieniały w małym stopniu bardzo przeciętną ulicę. W latach 90. kobiety ubierały się w przymarszczone spódnice do połowy łydki z niezgrabnymi prostymi bluzkami, które nie zachowywały żadnych proporcji sylwetki. Ludzie radzili sobie jak mogli i jak umieli. Dla większości marzeniem było posiadanie bawełnianych kompletów, koszuli w kratkę, skórzanej kurtki, futra czy dżinsowych kompletów, które były przywożone z Turcji, Indii, Tajlandii i Grecji. Furorę robiły swetry w charakterystycznych zestawieniach kolorystycznych – zieleń, szarość, czerń i bordo. Te ubrania kupowało się z łóżek polowych na chodnikach albo np. na stadionie Sygnał w Lublinie. I nagle pojawiły się bizneswoman – właścicielki firm, które zaczęły kreować zupełnie inny wizerunek. Wtedy największym powodzeniem cieszyły się marynarki i spodnie, które bardziej przypominały

68

magazyn lubelski luty 2013

męski garnitur niż kobiecy kostium. Znam kobiety, które namiętnie kupowały męskie koszule, krawaty i nosiły półbuty, twierdząc, że obcas do tego ubioru to faux pas. Zapewne wynikało to z chęci pokazywania równości wobec mężczyzn. Marynarka i spodnie. Czy uważasz, że ten sposób ubierania się wpłynął w sposób szczególny na kobiety? Wcześniej modne dziewczyny nosiły spodnie, ale wyrażały tym coś zupełnie innego. Dzwony, szwedy czy inne łączyły z bluzkami, aplikacjami, żabotami, falbankami, koralikami, kapeluszami z miękkim, opadającym rondem, czyli atrybutami mieszczącymi się w obszarze mody damskiej. Natomiast zakładając spodnie, marynarkę, męską koszulę, zrezygnowały z kobiecej estetyki. Poza tym w spodniach i marynarce kobieta kompletnie inaczej porusza się, chodzi, siedzi. Zazwyczaj nie dba o elegancję postawy, którą wymusza sukienka i buty na obcasie. Lata 90. to również moda na butiki i nowy pomysł na sprzedaż ubrań. W Lublinie było ich kilka. „Parissette”, gdzie sprzedawano i szyto na miarę z gipiur, koronek, jedwabiu, kreacje ślubne, na wielkie bale i przyjęcia. Tam ubierały się kobiety zamożne lub chcące na takie wyglądać. „Europa” ubierała przede wszystkim kobiety i mężczyzn biznesu w eleganckie, świetnie uszyte i z doskonałych materiałów ubiory. Trudno zapomnieć sprzedawcę nad sprzedawcami ‒ pana Krzysia, profesjonalnego i naprawdę znającego się na swojej pracy. Kolejny sklep był przy ulicy Staszica, a jego oferta skierowana była do szukających nowości modowych i końcówek serii kolekcji. No i prawdziwe rarytasy ‒ bawełniane bluzeczki zapinane na haftki czy zatrzaski, dopasowane sukienki, albo przeciwnie, szerokie i zamaszyste swetry i T-shirty, które coraz bardziej wpisywały się w standardy ulicy. I w końcu galeria ubioru „Czad”, której byłam właścicielką. Jedwabne sukienki łączone ze skórą, żakiety-żupany, niesamowite nakrycia głowy, bawełniane spódnice ręcznie malowane. To była oferta dla młodych kobiet, które lubiły być widoczne i ceniły artystyczny design. „Czad” to było również miejsce spotkań i działań ludzi ze świata kultury i sztuki, jak np. pokazy inscenizowane przez Janusza Opryńskiego. Jakie jeszcze masz skojarzenia z tamtymi latami? Bardzo szerokie, kwadratowe, karykaturalne ramiona płaszczy, żakietów i bluzek. Ten modowy boom powstał po emisji „Dynastii” ‒ serialu, który pokazywał cukrowe życie, intrygi rodziny Carringtonów. I wtedy się zaczęło... Oprócz tego plastikowa, jarmarczna biżuteria. Były też buty robione na zamówienie przez mistrzów-szewców, którzy potrafili wyczarować perełki w postaci brązowych i czarnych oficerek, pięknych skórzanych szpilek w dowolnym fasonie i kolorze, czy muszkieterek, którymi zadawało się szyku. Ale byli też tacy, którzy robili białe, kiczowate kozaki z frędzlami. Tak wiele zmieniło się w sposobie ubierania się. Czy można to jakoś usystematyzować, poukładać, by dojść tą drogą do teraz? Są kobiety, które noszą sukienki i czasem zakładają spodnie, oraz takie, które chodzą wyłącznie w spodniach. Ubieram kobiety od dawna i zauważyłam, że gdy kobieta zakłada sukienkę i szpilki, natychmiast coś się w niej zmienia: prostuje plecy, wciąga brzuch, skraca krok, staje się bardziej powściągliwa, ładniej siedzi. Sukienka ma w sobie moc, tajemnicę i siłę, przynależną kobiecej naturze. I myślę, że w tym zawarte jest metaforyczne sedno sprawy – negowanie sukienki w jakimś sensie neguje również kobiecość.

JOLA SZALA ubiera kobiety od ponad dwudziestu lat, więc doskonale poznała ich potrzeby. Projektuje ubiory dla kobiet z różnych środowisk zawodowych, przede wszystkim do pracy. Lubi klasykę i praktyczność w ubiorach, nie stroni jednak od projektowania strojów na małe i duże okazje. Od wielu lat prowadzi pracownię w Lublinie i Warszawie. Ma na swoim zawodowym koncie wiele pokazów, spotkań i wystaw w prestiżowych miejscach w Polsce i za granicą. Systematycznie pisze o modzie i potrzebie posiadania własnego stylu. Jest laureatką Złotego Wieszaka – nagroda przyznawana przez Telewizję Polską Złotej Pętelki – nagroda przyznawana przez Polską Akademię Mody Top Mody – nagroda przyznawana przez Polską Akademię Mody Zawodowe motto projektantki brzmi: KAŻDA KOBIET MŻE WYGLĄDĆ TRCYJNIE EZ WZGLĘDU N WIEK  RZMR Więcej na:

www.jolaszala.com

siła kobiecego ubioru

Dziękuję za rozmowę. magazyn lubelski luty 2013

69


zdrowie i uroda

„Kobaltowa Noc” Cera modelki wygładzona bazą i rozświetlającym podkładem, na szczycie kości policzkowych róż w kremie w odcieniu lodowego pink . Powieki pomalowane w sposób graficzny kobaltowym pigmentem, na rzęsach przyklejone naturalne pióra. Usta winylowo błyszczą, pomalowane amarantowym błyszczykiem. Twarz obsypana srebrnym pyłem diamentowym. (modelka Ada)

70

magazyn lubelski luty 2013

Wieczorem

foto Rafał Sikora, Makeuplace makeup Aneta Błaszczak, Makeuplace hair Irena Bzdoń, Karol Brzyski, Hair Design

„Barokowy Przepych” Puder matujący nadał twarzy aksamitna gładkość. Makijaż oczu rozdymiony, wykonany cieniami w barwie burgunda i brokatowego złota, na ustach modelka ma pomadkę w kolorze wina. Do tego mocno wytuszowane rzęsy czarna mascarą. Mocno podkreślone kości policzkowe bronzerem. (modelka Sabina)

magazyn lubelski luty 2013

71


prawo

zdrowie i uroda

Śmierć zawodowa tekst Anna Augustowska

H

enri de Toulouse-Lautrec namalował portret kobiety, która siedzi samotnie przy stoliku z podpartą głową i z bezbrzeżnym smutkiem patrzy gdzieś w dal… Przed nią szklanka i butelka – prawdopodobnie pusta. Obraz jest portretem francuskiej malarki Suzanne Valadon (zarazem ulubionej modelki Renoira) ale nie tylko. Niektórzy twierdzą, że to portret osoby z kacem… Och! Gdybyż tylko o melancholię i smutek chodziło w kacu – westchnie niejedna ofiara tego bolesnego ze wszech miar stanu. Cierpi ciało, cierpi dusza Kac (z niem. Katzenjammer) to wyjątkowo złe samopoczucie – i ciała, i ducha – jakie dopada nas już kilka godzin po spożyciu nadmiernej ilości napojów alkoholowych. Winny jest etanol zawarty w alkoholu. Jego picie zmienia metabolizm organizmu, wywołując cały wachlarz fatalnych dolegliwości, które towarzyszą kacowi: ból głowy, pragnienie, światłowstręt, nadwrażliwość na hałas, nudności, biegunka, uczucie rozbicia, apatia, problemy z koncentracją, bezsenność, osłabienie, brak łaknienia lub nadmierny apetyt, dreszcze, potliwość, zaburzenie funkcji motorycznych (drgawki, zaburzenia równowagi), depresja i rozdrażnienie. U wielu osób cierpiących na kaca występuje też wstręt przed wypiciem lub wąchaniem alkoholu. Przyczyną kaca jest hipoglikemia, odwodnienie, zatrucie organizmu aldehydem octowym, niedobór glutaminy i witaminy B12. Trzeba sobie jasno powiedzieć – jedynym lekiem na kaca jest… abstynencja! Innych nie ma! Można więc tylko postarać się, aby po upojnej imprezie kac nie był zbyt dotkliwy. Rady, rady, rady… Nie ma chyba osoby, która nie sypałaby jak z rękawa własnymi, sprawdzonymi receptami na „zespół chorób dnia drugiego”. Większość ma swe uzasadnienie i warto wziąć je pod uwagę, wybierając się na karnawałowe spotkania, których główną zaletą dla wielu jest właśnie alkohol… Tak więc jeszcze przed pierwszymi kieliszkami należy zjeść coś tłustego. Doskonale sprawdzają się mięsne zakąski, śledzie w oleju, golonka i pieczenie, ciepły barszcz lub bulion. Między toastami trzeba jeść i pić dużo wody mineralnej (idealnie by było pić szklankę wody po każdej wychylanej porcji), żeby wyrównać poziom minerałów wypłukiwanych przez alkohol oraz zapobiec odwodnieniu. Dobrze jeśli w menu nie zabraknie produktów zbożowych i jajek (zawierają cysteinę – aminokwas neutralizujący wolne rodniki, które uwalniają się w czasie rozkładu alkoholu). Sprawdza się też zasada: „im wolniej pijesz, tym mniej alkoholu dostaje się jednorazowo do mózgu”. Kolejne drinki jest więc najlepiej wypijać w co najmniej 20-minutowych odstępach. Tyle bowiem czasu potrzebuje organizm na wchłonięcie alkoholu. W miarę możliwości trzeba dużo tańczyć i spacerować. Ruch świetnie przyśpiesza spalanie alkoholu. A po… Po imprezie obowiązkowo dużo pić – doskonała jest woda z cytryną. Warto mieć przygotowaną na rano kwaśną zupę: kapuśniak, żurek albo ogórkową, które dostarczą organizmowi witaminy C (można sięgnąć po witaminy w tabletkach). Doskonale robi poranny prysznic – ożywia ciało i umysł – a do środka przez cały dzień podawane duże ilości niegazowanej wody mineralnej (uzupełnia minerały i mikroelementy), może być napój izotoniczny (bomba jonowa), kawa (zwężając naczynia krwionośne, pomoże zwalczyć ból głowy), sok pomidorowy (zawiera potas korzystnie wpływający na układ nerwowy), soki owocowe i miód do słodzenia (dzięki fruktozie przyspieszają spalanie alkoholu). A na deser: spacer – spora dawka tlenu stawia na nogi i łagodzi ból głowy. No i może odgonić depresyjne myśli… czyli moralniaka – przynajmniej do następnego razu.

72

magazyn lubelski luty 2013

W

Beata Kokot Anita Nowacka

praktyce zawodowej spotykamy się z niepokojącym zjawiskiem wykorzystywania przez pracodawców tzw. zwolnienia dyscyplinarnego celem pozbywania się niewygodnych dla nich pracowników. Zjawisko to oceniamy jako szkodliwe, szczególnie w odniesieniu do zwolnień dyscyplinarnych osób należących do kadry zarządzającej. Zgodnie z art. 52§ 1 Kodeksu pracy, pracodawca może rozwiązać umowę o pracę bez wypowiedzenia z winy pracownika, m.in w przypadku ciężkiego naruszenia przez niego podstawowych obowiązków pracowniczych. Ponieważ prawo pracy nie zawiera katalogu takich uchybień, pracodawcy mają dużą dowolność w kwalifikowaniu przyczyn uzasadniających zwolnienie dyscyplinarne. Z tego też powodu niejednokrotnie dochodzi do nadużycia przez nich prawa. Pracodawcy zdają się bowiem zapominać, że rozwiązanie umowy o pracę w trybie dyscyplinarnym to szczególny i wyjątkowy sposób rozwiązania tej umowy i może być stosowany tylko w przypadku, gdy wina pracownika nie budzi najmniejszych wątpliwości. Niejednokrotnie wskazane przez pracodawcę przyczyny zwolnienia dyscyplinarnego budzą wiele zastrzeżeń, a częstokroć nie uzasadniają zastosowania tego trybu rozwiązania umowy. Niestety, sytuacja menadżera, który bezpodstawnie otrzymał „dyscyplinarkę”, jest trudna. Z dnia na dzień traci pracę i otrzymuje świadectwo pracy, które wskazuje podstawę prawną rozwiązania stosunku pracy. W praktyce ma więc niewielkie szanse na podjęcie pracy odpowiadającej jego kwalifikacjom i doświadczeniu zawodowemu. W przypadku menadżerów wyższego szczebla informacja o rozwiązaniu umowy i postawionych zarzutach staje się szybko „tajemnicą poliszynela”, a niejednokrotnie trafia do opinii publicznej za pośrednictwem mediów. Wprawdzie menadżer, jak każdy inny pracownik, ma prawo odwołania się do sądu pracy i może żądać przywrócenia do pracy albo odszkodowania, ale proces sądowy jest długotrwały i stresujący, niejednokrotnie celowo przed��użany przez byłego pracodawcę. Należy zauważyć, że nawet pozytywny wyrok sądu pracy, potwierdzający rażące naruszenie przez pracodawcę prawa pracy, nie cofnie skutków, które w życiu menadżera wywołała bezprawna „dyscyplinarka”. W przypadku zwolnienia dyscyplinarnego pracowników innych niż kadra zarządzająca pozytywny wyrok sądu pracy w dużej mierze niweczy negatywne skutki postępowania pracodawcy. Stosunkowo rzadko zwolniony dyscyplinarnie menadżer żąda w procesie przywrócenia do pracy, z uwagi na oczywisty konflikt z pracodawcą. Pozostaje mu więc żądanie zasądzenia odszkodowania za niezgodne z prawem rozwiązanie umowy o pracę na podstawie art. 56 i 58 kp. Odszkodowanie to w naszej ocenie jest niewspółmierne do wyrządzonej przez pracodawcę szkody. Co prawda obowiązujące przepisy prawa dają zwolnionemu dyscyplinarnie pracownikowi możliwość dochodzenia odszkodowania także na drodze cywilnej (odpowiedzialność deliktowa), ale jest to proces długotrwały i skomplikowany. Ustalenie odpowiedzialności pracodawcy jest możliwe tylko w przypadku udowodnienia, że jego zachowanie polegało na zamierzonym (umyślnym) naruszeniu przepisów o rozwiązaniu umowy o pracę bez wypowiedzenia. Dochodzenie odszkodowania pociąga więc za sobą obowiązek udowodnienia przez pracownika bezprawności działania pracodawcy, winy pracodawcy, szkody poniesionej przez pracownika i adekwatnego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy nimi. Wykazanie przesłanek odpowiedzialności pracodawcy, w szczególności umyślnego naruszenia prawa, jest więc trudne. W kontekście powyższych rozważań należy stwierdzić, że jeśli pracodawca stosuje ten tryb rozwiązania umowy o pracę w sytuacji, gdy przyczyny, którymi to uzasadnia, budzą wątpliwości (nie są jednoznaczne i nie można w sposób ewidentny przypisać pracownikowi winy), działa zawsze bezprawnie i takie postępowanie powinno być kwalifikowane jako zamierzone (umyślne) naruszenie przepisów o rozwiązaniu umowy o pracę. Niestety, na dzień dzisiejszy Sąd Najwyższy nie wydaje się podzielać tego stanowiska. Postępowanie pracodawcy, który nadużywa prawa w celu „pozbycia się” pracownika, jest wysoce naganne. Niejednokrotnie prowadzi do załamania kariery zawodowej menadżera, naruszenia jego dobrego imienia, godności osobistej czy renomy dobrego menadżera, na którą pracował przez lata. Niestety, na dzień dzisiejszy stworzone przez ustawodawcę mechanizmy prawne nie zapewniają menadżerom właściwej ochrony przed skutkami bezprawnych „dyscyplinarek”. magazyn lubelski luty 2013

73


pedagog

integracja

AGNIESZKA tekst Anna Augustowska

Gdzie się podziały tamte podwórka

Z

G

awsze zapędzona i w ruchu; trochę „niespokojny duch”, z głową pełną pomysłów – Agnieszka Zańko, której energii i zapału nie powstrzymała przebyta przed laty choroba mimo, że jej skutek pozostał na zawsze. – Nie chcę dzielić życia na: „przed” i „po” chorobie. Po prostu w pewnym momencie moimi nogami stał się wózek i choć nie było lekko, on teraz pomaga mi się przemieszczać – mówi dzisiaj Agnieszka. Zanim tak się stało mieszkała w rodzinnym Krasnymstawie, gdzie chodziła do I LO, trenowała lekkoatletykę, specjalizowała się w biegach przełajowych, pokonując z lekkością 4–5 km dystanse; tańczyła w zespole tańca ludowego, a później współczesnego i śpiewała w zespole wokalnym. – Do domu w zasadzie przychodziłam tylko spać – wspomina. Nagle musiała wyhamować. Rok przed maturą zachorowała na grypę. Wywiązały się powikłania, zapalenie mózgu, rdzenia i mięśni. – Nie miałam władzy w nogach, to było straszne. – Na początku nie było łatwo. O wózku w ogóle nie chciałam słyszeć, trochę trwało, za nim zaczęłam z niego korzystać – wspomina. Nie poddała się jednak, zrobiła maturę i rozpoczęła studia na Wydziale Pedagogiki Opiekuńczej UMCS w Lublinie („Zawsze chciałam być pedagogiem. Pochodzę z nauczycielskiej rodziny”).

(foto Rożek)

Kim byłaby dzisiaj Agnieszka Zańko, gdyby przed laty nie zachorowała? – Nie wiem. I nie lubię gdybać. Chcę żyć tu i teraz, i jak najwięcej z tego życia czerpać. Pewnie nie znałabym tak dobrze świata ludzi niepełnosprawnych. Może nie uprawiałabym pływania? Odkryłam je dopiero 10 lat po zachorowaniu! Sądziłam, że to będzie dodatkowa forma rehabilitacji, tym czasem pływanie mnie porwało i zaczęłam je z zapałem trenować. W efekcie zaledwie półtora roku od pierwszej lekcji pływania, na letnich Mistrzostwach Polski Agnieszka zdobyła dwa złote medale (na 50 i 100 m w stylu dowolnym), a w 2005 roku na zimowych Mistrzostwach Polski aż trzy złote krążki, osiągając wyniki porównywalne do rekordów świata. Rok później popłynęła tak dobrze, że jej wynik był o 260 punktów lepszy od rekordu świata. Jej ówczesny trener Antoni Górny z ICSiR START nie krył dumy z zawodniczki, która swoją pierwszą lekcję pływania wzięła, mając… 27 lat. – Teraz pływam tylko rekreacyjnie, chociaż to nadal moja ogromna pasja. Ale odkryłam na nowo lekkoatletykę, trenuję dyscypliny techniczne – rzuty dyskiem i oszczepem oraz pchnięcie kulą. Kilkakrotnie zdobyłam tytuł Mistrza Polski w rzucie dyskiem i oszczepem oraz srebrny medal w pchnięciu kulą, co w efekcie dało mi powołanie do kadry narodowej. Bez sportu nie wyobrażam sobie życia, ale są jeszcze inne bardzo ważne zajęcia, które realizuję z radością – zaznacza. Pracuje w ICSiR SA w Lublinie, gdzie pomoc i profesjonalne wsparcie znajdują niepełnosprawni sportowcy. Od 16 lat współprowadzi Dom Spotkania w Dąbrowicy k. Lublina, jest przewodniczącą Społecznej Rady ds. Osób Niepełnosprawnych przy Prezydencie Miasta Lublina. Od kilku lat na antenie TVP jest prezenterką „Potrafisz”, programu o tematyce osób niepełnosprawnych, – a od minionego roku współpracuje z Radiem eR, gdzie w każdy wtorek od godz. 20.15 jest gospodynią audycji prowadzonej na żywo pt. „W pogoni za miłością”. – Mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia – śmieje się – czasem tylko doba jest dla mnie zbyt krótka. Niewykluczone, że Agnieszka jeszcze nie raz odkryje w sobie nowe pasje, zainteresowania i talenty, którymi zadziwi nie tylko innych, ale i siebie. Artykuł został opracowany na potrzeby projektu „Punkty Informacyjno-Konsultacyjne. Aktualizacja”— Poddziałanie 7.2.2 Wsparcie ekonomii społecznej.

74

magazyn lubelskiProjekt luty 2013 współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.

foto z archiwum autorki

czyli w co się bawić? Marzena Boćwińska

dzie się podziały tamte podwórka niezapomniane? Te nasze staroświeckie, pełne szczebiotu dzieci, mieszaniny zapachów i ludzkich losów. Być może czas zatarł ślad, a być może świat na tyle się zmienił, że nie ma już na nie miejsca. Moje podwórko było zwyczajne i niezwykłe. Z jednej strony niczym nie różniło się od pozostałych podwórek w okolicy, z drugiej zaś było magiczne. Mieszkaliśmy w kwartale miasta, który przed wojną był własnością kilkunastu jego obywateli. Stały tu parterowe domy otoczone ogrodami. W latach 60. między tymi domami, w ogrodach, postawiono czteropiętrowe bloki. Żyliśmy więc wśród drzew owocowych, pachniały kwiaty, w ogródkach warzywnych kusił szczaw, szczypior, marchew i rzodkiewka. Nikt z nas nie chodził głodny – jedliśmy w domu, karmiły nas sąsiadki i natura. Buszowaliśmy w gąszczu komórek, skakaliśmy po dachach i kryliśmy się w piwnicach. Oficjalnie graliśmy w klasy, gumę, króla Lula (solidarnie chłopcy i dziewczynki), bawiliśmy się w ślepca na trzepaku, „wywołuję wojnę”, podchody i chowanego, ale mieliśmy też swoje tajemnice. Było nim „porywanie”. Chłopcy wcielali się w bohaterów „Pana Wołodyjowskiego” i „Czterech pancernych”, a my wybierałyśmy Baśkę, Krzysię, Lidkę, Marusia zarezerwowana była TYLKO dla Wiolki. Siedząc na kocach przy domu pana Brzozowskiego, czekałyśmy, aż nasi „mężczyźni” raczą nas porwać. Każda stawiała opór, ale jakże było miło, gdy wzięli w jasyr w pierwszej kolejności. A co do pana Brzozowskego. Był właścicielem ogromnej biblioteki i jedynej wiśni. Bibliotekę stanowiła część zbiorów jego kuzyna Stanisława, który stworzył „Legendę Młodej Polski”. Zarówno dostęp do woluminów, jak i owoców był reglamentowany. Oglądaliśmy książki tylko przy wyjątkowych okazjach, a wiśnie smakowaliśmy wyłącznie, gdy pan Brzozowski zerwał je, umył i postawił w durszlaku na taborecie. I co dziwne – nikomu nie przyszło do głowy, by zerwać jedną wisienkę potajemnie. Równie kultową postacią była pani Derkaczowa, która na kurzajki miała jaskółcze ziele oraz umiejętność, której nie posiadł nikt w całej okolicy – umiała ucinać łby kurom kupionym na miejskim targu. Z panią Derkaczową nie mógł się równać ani komendant straży pożarnej, ani major milicji. No i jeszcze „dziad kościołowy”, który w okolicach dni odpustowych pojawiał się na naszym podwórku ze swoją pielgrzymią torbą, grał na harmonijce i snuł fascynujące historie. A wracając do zabaw. Klatka schodowa naszego bloku była studnią i stawała się pretekstem rozmaitych igraszek. Na najwyższym piętrze przechowywano sanki i kotły do gotowania bielizny. Chowaliśmy się w tych kotłach, rzucaliśmy w dół żarówkę i spod pokrywek testowaliśmy, który z sąsiadów wyleci na klatkę najszybciej. Za każdym razem konfiguracja oburzonych dorosłych była identyczna. Cóż za eksperyment! Ale nie tylko psota była nam w głowie. Wiernie wypełnialiśmy zadania Alertu „Świata Młodych”, byliśmy wieloosobową „Niewidzialną ręką”, należeliśmy do harcerstwa, śpiewaliśmy w chórze i mieliśmy świetne stopnie. Chcieliśmy być zawsze niewinni i prawdziwi, zawsze pełni wiary i nadziei. „Tak jak Bolek i Lolek, Tytus, Romek i A’Tomek, Dzieci z Bullerbyn, Tomek na tropach Yeti”. Nie „żyliśmy krótkimi zadaniami”, byliśmy (nie wiedząc o tym) epikurejczykami, którzy lada moment – dzięki rozumowi, rozlicznym cnotom, nielękaniu się śmierci i życiu w zgodzie z naturą wejdą do ogrodu, w którym panuje błoga przyjemność. Niestety, jego bramy zatrzasnęły się, dorosłość była od nas szybsza, ale czas spędzony razem dał nam to, czego dzisiejszy świat nie jest w stanie nam zaoferować. „Ty wiesz, że podwórko daje miłość”. Nasze podwórko dało nam przyjaźń, zabawę do utraty tchu, mądrych dorosłych i poczucie bezpieczeństwa. Co mogą dać dzisiaj współczesne podwórka, na których gra w piłkę graniczy z przestępstwem, wiszenie na trzepaku (jeżeli taki istnieje) jest zabronione, a chodzenie po drzewach jest niszczeniem przyrody? Oj, dorośli, dorośli! magazyn lubelski luty 2013

75


kuchnia

Michał P. Wójcik

O karnawale

K

iedy myślę o karnawale, przypomina mi się... przedszkole. Tak, tak, przedszkole, a ściślej moje stare fotografie grupowe, na których uwieczniono dzieciaki ustawiane „na baczność” ‒ nigdy nie stały równo ‒ w dziwnych, niecodziennych strojach: misie, górnicy, książęta, Pinokie, Zorro w kilku wersjach i inne, zgodnie z umiejętnościami manualno-krawieckimi babć i mam oraz, z ilościami posiadanej bibuły w domu czy bardzo cennych skrawków materiałów tekstylnych. Oczywiście także z zabawami choinkowymi odbywającymi się do początków lutego, w szkole i pracach: ojca i matki, paczkami i prezentami, Świętym Mikołajem i, czasem, z Dziadkiem Mrozem wraz z koleżanką Śnieżynką. A gdy już się napatrzę na te zjawiskowe fotografie, to od razu wspominam kuchnię przedszkolną, która wpłynęła na moje życie, czego bardzo długo sobie nie uświadamiałem. Smaki dzieciństwa odciskują w pamięci różne wzory, dobre i złe, ale na pewno na bardzo długo. Chociaż właściwie jestem wszystkożerny to mielonych ze szczypiorkiem, zamiast cebuli, jakoś nie jestem w stanie skonsumować, szczególnie gdy z przekrojonego kotleta „mrugają do mnie okiem” plamki zieleniny. Smaczne są i pożywne, ale jakoś mi jednak „mrugają...”. Potrawy, które zapamiętałem z tamtego okresu, to przede wszystkim: łyżka tranu z plasterkiem ogórka kiszonego, ryż z jabłkiem i słodką śmietaną (nie dawano tam cynamonu z oszczędności lub braku, dlatego do tej pory nie lubię z cynamonem), makarony z truskawkami, z jagodami... po prostu pyszności. Ale najważniejszym daniem były, niepoprawnie mówiąc ‒ kluski z serem (oczywiście na słono, a nie na jakąś galicyjską modłę ‒ na słodko), a poprawnie ‒ makaron z twarogiem ze skwarkami. Lekceważone danie przez medialnych kucharzy do tej pory jest jednym z moich ulubionych dań, goszczącym co jakiś czas w domowym menu. Nie będę podawał przepisu na tę „skomplikowaną potrawę”, w zamian najprostszy makaron włoski, którego nauczył mnie kolega Tomek, kucharz praktykujący lat kilka w Italii. Strawa, której przygotowanie trwa tyle, ile czasu potrzebuje woda, by zawrzeć i ugotować makaron, czyli ledwo się obejrzysz, a już jest. Spaghetti aglio e olio – spaghetti z oliwą i czosnkiem spaghetti 400 g czosnek 4 szt. (ew. czosnek suszony w proszku lub płatkach) oliwa z oliwek 60 ml bazylia suszona lub świeża (pół opakowania lub pęczek świeżej) parmezan do posypania, może być „stary” podlaski ser bursztyn, wyśmienicie zastępuje parmezan (ja używam jeszcze rokpola lub lazuru, dlatego nie dodaję soli, bo by było za dużo) 2‒3 szczypty ostrej papryczki (wg uznania) czasami: nać pietruszki 1 łyżka pieprz 1 szczypta sól ‒ do wody z makaronem Przygotowanie Spaghetti wstawiamy do gotowania w osolonej wodzie i gotujemy al dente spaghetti. Gdy makaron zaczyna się powiększać, bierzemy się za smażenie. Czosnek obrany przeciskamy przez praskę na zimną patelnię i zimny olej. Smażymy na małym ogniu, często mieszamy, nie pozwalamy czosnkowi zbrązowieć, dodajemy bazylię suchą lub posiekaną świeżą, pod koniec dodajemy szczyptę ostrej papryczki. Do usmażonego czosnku i ziół dodajemy ugotowane spaghetti, mieszamy wszystko cały czas na małym ogniu. Jeśli chcemy, ja to robię rzadko, pietruszkę myjemy i drobno kroimy, dodajemy do makaronu na samym końcu, po odstawieniu go z ognia. Mieszamy wszystko, podajemy od razu posypane parmezanem i utartym lub pokruszonym rokpolem. Powodzenia i smacznego.

76

magazyn lubelski luty 2013

magazyn lubelski luty 2013

77


u braki

zaprosili nas

Meeting Design w salonie Kameleon Design

W

foto (kroz)

ostatni dzień stycznia w salonie Kameleon Design przy ul. Fabrycznej 2 w Lublinie odbył się Meeting Design. Fakt przybycia architektów, projektantów, dziennikarzy i miłośników dobrego wzornictwa świadczy o tym, że zapotrzebowanie na estetyczne wnętrza wciąż rośnie. Produkty prezentowane podczas pokazu nawiązują do najlepszych tradycji wzornictwa europejskiego. W spotkaniu wzięły udział firmy hiszpańska Marset produkującą lampy będące połączeniem wzornictwa nowoczesnego i klasycznego, meblarska Nicoletti Home z Włoch i amerykańska Tempur specjalizująca się w produkcji materacy i poduszek. (bk)

78

magazyn lubelski luty 2013

Bauerfeind także w Lublinie

J

foto (org)

est szansa, że bedziemy chodzić w odpowiednio dobranych wkładkach do butów. Wlasnie został otwarty Salon Medyczny Bauerfeind, pierwsza tego typu placówka w Lublinie, a także jeden z pierwszych oficjalnych oddziałów firmy na polskim rynku. Osoby chore, w trakcie rehabilitacji oraz sportowcy mogą zaopatrzyć się tu m.in. w nowoczesny sprzęt ortopedyczny. W czasie spotkania mieliśmy okazję skorzystać z komputerowych badań pomagających w doborze odpowiednich wkładek ortopedycznych jak również wyrobów uciskowych wspomagających leczenie żylaków. (bk)

magazyn lubelski luty 2013

79


dystrybucja HOTELE Art. Residence, ul. Dubois 1 Duet, Chełm, ul. Hrubieszowska 54 Hotel–SPA Korona, Zemborzyce Tereszyńskie 97A Hotel Campanile, ul. Lubomelska 14 Hotel Europa, ul. Krakowskie Przedmieście 29 Hotel Kamena, Chełm, al. Armii Krajowej 50 Hotel Kozak, Chełm, ul. Hrubieszowska 39 Hotel Vanilla, ul. Krakowskie Przedmieście 12 Hotel Victoria, ul. Narutowicza 58/60 IBB Grand Hotel Lublinianka, ul. Krakowskie Przedmieście 56 Montis***Hotel & SPA, ul. Nałęczowska 1, Poniatowa Pensjonat Ewelina, Nałęczów, ul. Lipowa 16 Rezydencja Waksman, ul. Grodzka 19 Vincent, Kazimierz Dolny, ul. Krakowska 11

Optical Center, C.H. Real Optical Center, C.H. Olimp Patro s.c., ul. Okopowa 12 Sagan–Salon Firmowy, ul. Dożynkowa 44, ul. Krakowskie Przedmieście 44 Sklep cynamonowy, ul. Grodzka 21 NIEPUBLICZNE OŚRODKI ZDROWIA Centrum Medyczne Luxmed, ul. Radziwiłłowska 5, ul. Królewska 11, ul. Zwycięska 6A, Centrum Medyczne Sanitas, ul. Hempla 5 Eyemed Centrum Okulistyczne, ul. Chodźki 13 Niepubliczny Zakład Opieki Stomatologicznej – Maria Czaban-Fajks, ul. Ametystowa 16 Top Medical, ul. Zana 29/19

SALONY SAMOCHODOWE Audi „Danelczyk”, Świdnik, ul. Piasecka 16 RESTAURACJE, PUBY, KAWIARNIE, PIZZERIE Auto Broker, ul. Mełgiewska 10 Auto Park, Kalinówka 18, k/Lublina 16 stołów, Rynek 16/1 Automobile Torino, ul. Mełgiewska 10 Acerna, Rynek 2 Carrara, ul. Lwowska 1 Akwarela, Rynek 6 Energozam Opel, Świdnik, Kalinówka 17A Alzacja, ul. Chopina 16 Expak, ul. Kalinowszczyzna 43, ul. Północna 56 Atrium, Rynek 2 Fiat PZM, ul. Prusa 8 Bagatela Pub, ul. Grodzka 3 Konopnica 164E, Motycz Bistro Ćma, ul. Krakowskie Przedmieście 32 Nazaruk Service, ul. Abramowicka 45 Browar Restauracja, ul. Grodzka 15 Nova, al. Kraśnicka 217B Cassa Mia, ul. Hryniewieckiego 43 Sabat Sp. z o.o., ul. Budowlana 24 CityWine, ul. Krótka 3 Salon samochodowy Citroen, al. Kraśnicka 150A CoCo, Chełm, ul.Lubelska 17 Cukiernia Finezja, Świdnik, ul. Wyszyńskiego 12 Scandinavia Auto, al. Kraśnicka 150 Technotop, al. Kraśnicka 150 Cukiernia Williams, C.H. Olimp, al. Spółdzielczości Pracy 34, ul. Krakowskie Przedmieście 39 VW Danelczyk Świdnik, ul. Piasecka 18 Czarcia Łapa, Rynek 19 INSTYTUCJE SKUPIAJĄCE Czarny Tulipan, ul. Grodzka 1 ŚRODOWISKA BIZNESU Czeska Piwnica, ul. Grodzka 28 Lubelski Klub Biznesu, Plac Litewski 2 Dolce Vita, ul. Krakowskie Przedmieście 36 „Lewiatan”, ul. 1 Maja 25 Fatamorgana, ul. Krakowskie Przedmieście 30 Lubelska Izba Rzemieślnicza, ul. Chopina 5 Giuseppe, ul. Hipoteczna 3 Targi Lublin, ul. Dworcowa 11 Gramoffon, Rynek 12 Dom Kultury LSM, ul.Wallenroda 4A Hades Szeroka, ul. Grodzka 21 Fundacja Rozwoju Lubelszczyzny, Homo Faber, ul. Chopina 15/12 ul. Lubartowska 74A Incognito, ul. Peowiaków 3 Lubelska Izba Lekarska, ul. Chmielna 4 Insomnia, ul. Skłodowskiej 12 Karczma Młyn, Zwierzyniec, ul. Wachniewskiego 1A Karczma Nałęczowska,Nałęczów, ul. Poniatowskiego 4 SALONY ODNOWY BIOLOGICZNEJ, SALONY FRYZJERSKIE, SPA, KLUBY FITNESS Kuchnia Zamkowa, Janowiec, ul. Lubelska 20 SPA Orkana, ul. Szaserów 2 La Traviata, ul. Chopina 16 Locco, ul. Narutowicza 78A Magia, ul. Rybna 1, ul. Grodzka 2 Awast, al. Warszawska 120 Mandragora, Rynek 9 Sports Park, ul. Bohaterów Monte Cassino 53A Między słowami, ul. Rybna 4/5 Harmony, ul. Warmińska 6 Odlot Caffe, Port Lotniczy Lublin Centrum Odchudzania Konrada Gacy, Pijalnia Czekolady Wedel, C.H. Olimp, al. Spółdzielczości Pracy 34 Nałęczów, al. Małachowskiego 11 ArenA Fitness Club, ul. Watykańska 5 Pijalnia wód, Nałęczów, al. Małachowskiego 11 Vincent-Studio Urody, ul. Okopowa 12, Pożegnanie z Afryką, ul. Złota 3 ul. Jutrzenki 16 Przedwojenne smaki Lublina, Rynek 14 Strefa Fitness&Wellness, E.Leclerc, ul. Zana 19 Restauracja Old Pub, ul. Grodzka 8 SKY SPA-Akademia Urody, C.H. Olimp, Spirala, ul. Okopowa 9 al. Spółdzielczości Pracy 34 U Fotografa, ul.Rybna 13 Akademia Wizerunku L’Oreal, ul. Zana 32 U Szewca, ul. Grodzka 18 Pure Jatomi Fitness, C.H. Plaza. ul. Lipowa 13 Ulice Miasta, Plac Łokietka 3 Salon Fryzur Laurent, ul. Zana 19 El Lamis, ul. Zana 41 SKLEPY, SALONY, USŁUGI Laurent Salon Fryzur, ul.Hipoteczna 5 Dom Handlowy Brama 36, ul. Krakowskie Przedmieście 36 TEATRY, KINA, FILHARMONIE In Form, ul. Dolna Panny Marii 5 Filharmonia Lubelska Korn, ul. Zana 19, ul. Turystyczna 1 Kino w Browarze, ul. Bernardyńska 15 Ocular Canada, ul. Zana 19

80

magazyn lubelski luty 2013

Teatr im. Juliusza Osterwy, ul. Narutowicza 17 Teatr im. H.CH. Andersena, ul. Dominikańska 1 Teatr Stary w Lublinie, ul. Jezuicka 18

I Ty możesz pomóc! Rozlicz się sercem... Przekaż 1% na pomoc i ochronę zdrowia Leszka

1%

GALERIE, PRACOWNIE ARTYSTYCZNE Galeria Klimaty–Kazimierz Dln., ul. Męćmierz 5 Galeria Wirydarz, ul. Grodzka 19 Pracownia Jola Szala, Lublin, Warszawa

KRS 0000037904 9462 Łuszczek Leszek www.dzieciom.pl//9462

INFORMACJA TURYSTYCZNA Centrum Kultury, Promocji i Turystyki w Poniatowej Centrum Promocji Województwa Lubelskiego, ul. Krakowskie Przedmieście 41 Lubelska Regionalna Organizacja Turystyczna, ul. Skłodowskiej 5/107 Lubelski Ośrodek Informacji Turystycznej i Kulturalnej, ul. Jezuicka 1/3 ANTYKWARIATY, KSIĘGARNIE, KIOSKI Antykwariat, ul. Jasna 7 Kiosk w DOKP, ul. Okopowa 5 Kolekcjoner-Zbigniew Nestorowicz (gmach Poczty Polskiej), ul. Krakowskie Przedmieście 50 Lektor-księgarnia, ul. 1 Maja 28 Lista dystrybucji jest stale aktualizowana. Prosimy o informacje dotyczące ciekawych miejsc na całej Lubelszczyxnie, gdzie w przyszłości będzie można przeczytać „LAJF‒magazyn lubelski”. Za wszystkie informacje o ciekawych miejscach serdecznie dziękujemy i życzymy miłej lektury.

PRZYJMUJEMY ZLECENIA NA OPRACOWANIA GRAFICZNE, SESJE FOTOGRAFICZNE I DRUK

ALBUMÓW BIULETYNÓW, INFORMATORÓW, KALENDARZY I INNYCH PROJEKTÓW WYDAWNICZYCH od gmin, organizacji, instytucji, przedsiębiorstw i osób prywatnych

Lublin 20-010 ul.Dolna Panny Marii 5 email: kono.media.sp.zoo@gmail.com tel. 81 440-67-64

LAJF

magazyn lubelski

LAJF

magazyn lubelski

magazyn lubelski luty 2013

81


luty/marzec 2013 LUBLIN

ZIMOWA MAJSTERIADA

Warsztaty Kultury ul. Grodzka 5 Wstęp wolny www.warsztatykultury.pl/

warsztaty/zimowa-majsternia/

11–22 lutego ZAMOŚĆ

BWA – Galeria Zamojska

ul. Staszica 27 Ferie dla najmłodszych – zajęcia plastyczne i pokazy filmów

16 lutego

17 lutego

LUBLIN

Miłość i Wesele w pieśniach tradycyjnych

Dzielnicowy Dom Kultury „Węglin” ul. Judyma 2a, wstęp wolny godz. 19.00 koncert w wykonaniu lubelskiego Zespołu Międzynarodowej Szkoły Muzyki Tradycyjnej. Śpiewacy przygotowują program „Podlasie – pogranicze polsko-ukraińskie”, na którym będzie można posłuchać tradycyjnych pieśni z Polski i Ukrainy oraz pieśni ukraińskich z Połtawszczyzny.

LUBLIN

Alosza Awdiejew – koncert

godz. 18.00 i 20.00 Centrum Kongresowe UP, bilety 40‒70 zł. Aktor i wykonawca związany z Piwnicą pod Baranami wykonujący utwory ze swojej najnowszej płyty „Jestem Tutaj”.

ŁĄCZKI PAWŁÓWEK Gmina Borzechów

Spektakl pt.,,Inna" wystąpi Mirella Rogoza-Biel.

9 marca, godz. 17.00 wstęp wolny Stowarzyszenie Centrum Artystyczne Teatr w Remizie zaprasza na spektakl z okazji dnia Kobiet. Reżyseria Marian Półtoranos, muzyka ‒ Człowiek z maszyną.

11 marca CHEŁM

Frak&roll – kabaretowy wieczór z grupą MoCarta CHDK, Plac Tysiąclecia 1, bilety 50 zł godz. 19.00

14 lutego LUBLIN

14 marca

Walentynkowe Warsztaty Fotograficzne

LUBLIN

Centrum Kultury, ul. Narutowicza 32 Prowadzenie ‒ podróżnik i fotografik Max Skrzeczkowski.

3. Zjazd Zbyszków w Lublinie 24 lutego

14 lutego

Trubunał Koronny godz. 15.30

LUBLIN

Dwudziestolecie KROKE – koncert

LUBLIN

Koncert Maitres Queux

Opium ul. Langiewicza 15 godz. 21.00

17– lutego LUBLIN

Wielkopostne Śpiewanie 2013 – Wierzę...

Bazylika Ojców Dominikanów Stara Miasto ul. Złota 9 godz. 15.00 Piotr Selim i Magdalena Celińska wraz z zespołem w programie pt. „Spacer po zmierzchu”.

Centrum Kongresowe UP, ul. Akademicka 15 bilety 80 zł. Zespół założony w Krakowie w 1992 r. przez trzech przyjaciół. Początkowo repertuar klezmerski ewoluował w stronę muzyki etnicznej i orientalnych brzmień czego dowodem jest współpraca m.in. z mongolską wokalistką Uma Chahar – Tughi, którą również zobaczymy w Lublinie. Zespół nagrywał m.in. z Nigelem Kennedy. Edytą Geppert i Mają Sikorowską.

16 lutego BIŁGORAJ

Koncert zespołu A.J.K.S.

DCKN Pogotowie, wejściówka 12 zł, wykonujący deathrap, Carper – niezależny raper łączący klasyczny rap z growlem, rockiem oraz z punkowym tłem. W projekcie bierze udział również raper Ozzy znany z grup Monometria i Projektu Wolnych Wierszy.

1-3 marca Targi Lubelskie Bazylika Ojców Dominikanów Lublin – Stare Miasto, ul. Złota 9

Wierzę... 17 lutego 2013 r. niedziela, godz. 15 słowo: o. Włodzimierz Wieczorek OP Piotr Selim – śpiew, fortepian Magdalena Celińska – śpiew Katarzyna Wasilewska – skrzypce Piotr Bogutyn – gitara

w programie: Spacer po Zmierzchu – utwory z muzyką P. Selima do słów ks. J. Twardowskiego i H. Lewandowskiej

00

24 lutego 2013 r. niedziela, godz. 15

00

słowo: o. Krzysztof Lorczyk OP Jerzy Zelnik – recytacja Chór Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II Magdalena Jemioła – mezzosopran Anna Kabulska – fortepian Dymitr Harelau – fisharmonia Grzegorz Pecka – dyrygent

w programie: G. Rossini, G. Puccini, A. Bruckner, J. Rutter

Po każdym spotkaniu ze słowem i muzyką zapraszamy na Mszę Świętą o godz. 1600 Sponsorzy:

Patronat medialny:

Organizator: Fundacja Restaurare Basilicam Współpraca: Klasztor Ojców Dominikanów w Lublinie Kierownictwo artystyczne: Elżbieta Krzemińska

Wstęp wolny!

82

9 marca

magazyn lubelski luty 2013

Dofinansowano z budżetu Województwa Lubelskiego.

Wstęp wolny!

LUBLIN

www.cavaliada-lublin.pl

Po raz pierwszy w Lublinie odbędzie się jedna z największych, najważniejszych i prestiżowych imprez jeździeckich w Europie. codziennie od 8.00

marzec 2013 LUBLIN

Studenckie Konfrontacje Filmowe

Akademickie Centrum Kultury UMCS „Chatka Żaka” ul. Radziszewskiego 16 Warsztaty Kultury ul. Popiełuszki Studenckie Konfrontacje Filmowe to doroczny przegląd najciekawszych osiągnięć kina światowego, odbywający się w sali widowiskowej Akademickiego Centrum Kultury UMCS „Chatka Żaka”. Jego ideą jest prezentacja filmów nagrodzonych na najważniejszych światowych festiwalach, zdobywców Złotych Globów, Złotych Palm w Cannes czy Oscarów. Wszystkie tytuły Konfrontacji pojawiają się w Lublinie po raz pierwszy, a większość z nich także po raz pierwszy w Polsce. Impreza, która przyciąga tłumy miłośników kina, bardzo szybko wpisała się w pejzaż najważniejszych wydarzeń kulturalnych Lublina. Twórcą i autorem programu Studenckich Konfrontacji Filmowych od początku pozostaje ten sam człowiek, niestrudzony animator kultury filmowej w Lublinie ‒ Piotr Kotowski.

www.ack.lublin.pl/kino

Chełmska Biblioteka Cyfrowa cyfrowa.chbp.chelm.pl/dlibra

9–21 lutego

magazyn lubelski luty 2013

83


84

magazyn lubelski luty 2013


LAJF Magazyn Lubelski #7