__MAIN_TEXT__
feature-image

Page 1

KWARTALNIK NR 5/ 2020

BIEGUNY

BIULETYN INFORMACYJNY ´ AGH STUDENTOW

1


Zapraszamy do świata biegunów, któremu towarzyszy kolor Shaded Spruce. Niech ten turkusowy odcień zabierze was wyobraźnią na mroźne lodowe stepy, gdzie doświadczycie spokoju. Towarzyszyć będą wam Albatrosy wędrowne, patrolujące zimne niebo. Jedynym słyszalnym dźwiękiem będzie południowy wiatr opływający waszą twarz. 2


3


Opowiadanie

Zorza

Zuzanna Szott

Nie byli prawdziwymi podróżnikami, bo wyjeżdżali po to, by wrócić. A wracali z ulgą, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. - Olga Tokarczuk, Bieguni

Do tekstu posłuchaj utworu: Gotye - Eyes Wide Open

4


Opowiadanie

Od dziecka o tym marzył. Chciał zwiedzać świat, odkrywać jego najodleglejsze zakamarki, a najlepiej jeszcze opowiadać o tym innym ludziom. No i utrzymywać się z tego. Dlatego po maturze poszedł na studia dziennikarskie, skończył dziesiątki kursów i większość swojego życia starał się znaleźć w miejscu, które pozwoliłoby mu opuścić jego maleńkie mieszkanie i wyruszyć w świat. Bywał już, co prawda, na kilkudniowych wyjazdach, czasem relacjonował jakieś wybory na drugim końcu świata, a czasem robił reportaż o zamykającej się fabryce za wschodnią granicą. Ale to mu nie wystarczało. Chciał naprawdę wsiąknąć w jakiś temat, chciał gdzieś siedzieć tygodniami, miesiącami, stać się specjalistą. Chciał stworzyć coś przełomowego, coś, co stanie się szkolną lekturą, co zmieni percepcję postrzegania tematu, co pokaże to, o czym wcześniej nikt nie mówił. No i trafił się to cholerne Angikuni. Zapowiadało się obiecująco – od lokalnych informatorów od dłuższego czasu dochodziły wieści, że dzieje się tam coś dziwnego Że zniknęła jakaś wioska, że nie ma żadnych śladów, że wygląda to na jakieś tajemnicze, zbiorowe zniknięcie. Wśród dziennikarzy nie brakowało oczywiście teorii na temat tego, co się wydarzyło. Od amerykańskiego rządu, rosyjskiego wywiadu, duchy, aż po kosmitów – to zaginięcie pokazywało pełne spektrum ludzkich wierzeń i fantazji. Jack oczywiście nie wierzył w żadną z tych teorii. Właściwie nie wierzył nawet w to całe zaginięcie. Jeśli nawet na świecie była kiedyś jakaś magia, to zdecydowanie zniknęła już z naszej planety, wygoniona przez te wszystkie maszyny, komputery i zanieczyszczenia. To nie był już świat, w który wierzyli, ani nawet w którym żyli jego dziadkowie – wszystko zdążyło się już zmienić. Już prędzej byłby w stanie uwierzyć w jakiś rządowy spisek, ale niby co by komukolwiek było do jakiegoś biednego, dzikiego plemienia na końcu świata? Oczywiście, że nic. Najprawdopodobniej żyjący tam ludzie ulegli jakieś zbiorowej histerii lub skuszeni żądzą sławy, umówili się na opowiadanie nie wiadomo czego zagranicznym mediom. Ale nie to było najważniejsze. Liczyło się tylko to, że Jack może tam pojechać i obnażyć całą prawdę. Napisać dzieło, o którym następne pokolenia będą mówić, że oto on, Jack, oddał przysługę nauce i udowodnił, że ani żadne wioski, ani nic innego, nie znika samo z siebie, ani tym bardziej z winy jakichś nadprzyrodzonych sił. Gdy jego szef zaproponował mu wyjazd do mroźnej Kanady, nie wahał się ani chwili. To była szansa, na którą czekał tak długo. Spakował aparat, dyktafon, najcieplejsze ubrania jakie miał i dwa tygodnie później, odbierany przez lokalnego korespondenta jego gazety, przyglądał się lodowej pokrywie ziemi. Był zachwycony. Ale teraz, gdy stał na środku niczego, przemarznięty, zdezorientowany i zagubiony, nie był już wcale tak pewny powodzenia swojego planu. Po pierwsze nie spodziewał się, że będzie tu aż tak zimno. Już w dniu przyjazdu musiał kupić sobie grubszą kurtkę, bo w tamtej nie mógł nawet wystać chwili na zewnątrz. Poza tym odległości pomiędzy

poszczególnymi wioskami w tej okolicy były po prostu ogromne. Czasem musiał iść i godzinę, żeby porozmawiać z jedną rodziną o tym, co tu się stało. Historie tych ludzi były czasem wartościowe czy niezwykłe, ale czasem stanowiły niezrozumiały dla niego bełkot pełen narzekań na tutejszy klimat, sąsiadów lub średnią jakość wczorajszej kolacji. Przemierzał lodowe trasy, odwiedzał ludzi i słuchał tych dziwnych, mroźnych ludzi, którzy opowiadali mu o swoich losach, o historiach swoich przodków, o bogach i demonach odwiedzających to miejsce. Za każdymi drzwiami, w każdym domu, kryły się nowe stwory, nowe historie i nowe rzeczywistości, o których Jack wcześniej nie miał pojęcia. W miarę odkrywania nowych wierzeń, poprzez każdą historię usłyszaną od tych obcych mieszkańców końca świata, coraz bardziej tracił kontakt ze swoim własnym, pierwotnym światem. Zacierały się jego granice między tym, co realne, a tym, co zmyślone, tutejsze. Historia zaginionej wioski nabierała barw i odcieni, o których nigdy wcześniej nie mógł nawet myśleć. Jego chłodne, racjonalne podejście topniało jak śnieg z jego kurtki w obliczu ciepłego paleniska jego rozmówców. - Już od dawna wiedzieliśmy, że to się wydarzy. Wskazywały na to znaki na niebie i ziemi. Pół roku temu jeden z naszych odnalazł niedaleko stąd dziwne ślady na śniegu. Nie przypominały odcisków żadnych znanych nam zwierząt ani tym bardziej ludzi. Wiedzieliśmy, że to znak i że niedługo spotka nas coś złego. I doczekaliśmy się, zresztą całkiem szybko. Musisz tam pójść i sam to zobaczyć. Przekonasz się. Jack zbierał się do tego długo. Tygodniami kolekcjonował informacje, słuchał, pisał. Przygotowywał się. Różni ludzie mówili mu różne rzeczy – jedyni kazali iść, inni nie zbliżać się do tego miejsca. Jednak wszyscy tubylcy byli zgodni co do jednego – w tym miejscu stało się coś niedobrego i nadal nie jest tam bezpiecznie. Zatapiał się w ich słowa, wsiąkał w nie. Zaczynał widzieć świat ich oczami. Czy tego właśnie chciał, gdy wyruszał w tę podróż? Czy naprawdę chodziło mu o to, by bezgranicznie zatracić się w tej historii, by stracić poczucie swojej codzienności, by czuć się jak tubylec tak bardzo, by pozbyć się całej swojej racjonalności? Czuł, jak traci rozum, jak zanika jego wiedza i wszystko, co znał. Trzymał się kurczowo faktów, które ustalił, tych trywialnych wiadomości, które znali wszyscy, ale które pozwalały mu nie oszaleć i pamiętać, że to nie jest jedynie dziwny, zbyt już długi, sen. Wiedział, że wioska zaginęła w styczniu 1930 roku i wtedy też w stanie kompletnej pustki, odnalazł ją Joe Labelle. Wszystko wskazywało na to, że mieszkańcy opuścili ją nagle – Joe odnalazł zamrożone jedzenie nad paleniskiem, koszule, które ktoś zaczął zszywać i porzucił w trakcie tej czynności, pozostawiając igłę wbitą w rozerwany rękaw. Koło domów znaleziono broń i siedem martwych psów. Gdzie tak nagle zniknęli tubylcy, zostawiając jedzenie i codzienne obowiązki? Jeżeli czegoś się bali, dlaczego nie zabrali ze

5


Opowiadanie sobą cennej broni? Dlaczego nie odnaleziono nigdy ich śladów odchodzących od wioski? Co się z nimi stało, skoro nigdy ich nie odnaleziono? Żadnego z nich? Jack nie miał pojęcia. Mieszkańcy okolicznych wiosek twierdzą, że bogowie dali w ten sposób znać o swojej obecności. Że to, co stało się z tymi ludźmi to kara. Że zniknęli oni tak, jak stali, bo wyrok na nich wykonały istoty, przed którymi nie obroniłaby ich żadna broń. Jack oczywiście nie chciał w to wierzyć. Nie on, nie po tych wszystkich latach edukacji, nie z tezą, z którą tu przyjechał. Opierał się temu jak mógł, chociaż czuł, niemal wiedział, że coś tu jest nie tak. Poza tym, było jeszcze jedno. Wszystkie groby przodków plemienia zostały rozkopane, a ich zwłoki zniknęły. Nie było po nich najmniejszego śladu. Nikt, żaden uciekinier w trakcie ucieczki nie porzuca broni i jedzenia, aby w zamian za to wziąć na plecy swoich dziadków i pradziadków, aby następnie zniknąć w śnieżnej otchłani, nie pozostawiając po sobie nawet odcisku buta. Co więc się z nimi stało? Jack długo zastanawiał się nad tym pytaniem. Myślał o tym codziennie, tygodniami i miesiącami. Czasem, gdy leżał w nocy pod grubym kocem i patrzył w nieprzeniknioną ciemność swojego sufitu, zaczynał wierzyć w tutejsze legendy. Czasem wyobrażał sobie tę wioskę, pełną życia i radości. Śnił o niej codziennie. Gdy budził się rano rugał siebie za te nocne mary, za te senne marzenia, za ten kryzys racjonalności. Rano myślał: być może ta wioska po prostu nie istnieje, nigdy nie istniała. Być może tubylcy zmówili się, by straszyć tą bajką takich jak on. Nocny i dzienny on spierali się i nie mogli znieść siebie nawzajem. W końcu, po tych wszystkich dniach wiedział, że jest tylko jedno rozwiązanie. Musi zrobić to, co tak długo odkładał. Musi sam odwiedzić to miejsce. Wyruszył z samego rana, gdy tylko wzeszło słońce. Wiedział, że i tak nie zdąży tam dotrzeć przed nocą, ale chciał przynajmniej uniknąć błądzenia po lodowej powłoce po ciemku. Wiedział jak niebezpiecznie tu bywa i jak bezbronny może być człowiek wobec natury.

Już z daleka widział to miejsce. Iskrzyło się przed nim przysypane jaskrawą bielą śniegu. W miarę, gdy się zbliżał, przed jego oczami rosły małe chatki, a w oddali lśniło jezioro Angikuni. Gdy stanął w końcu przed pierwszym, najbliższym domkiem, dookoła niego było już niemal całkiem ciemno. Światło księżyca, odbijane przez gładką taflę lodu i śniegu pozwalało mu jakoś widzieć w tym półmroku. Powoli przemierzał wioskę. Zaglądał do każdej chatki i oglądał obrazy wyrwane z zasłyszanych wcześniej opowieści. Codziennie przedmioty porzucone w pośpiechu, jakby tylko na chwilę. Ubrania, broń, jedzenie, bez których tak ciężko jest gdziekolwiek się udać, leżące spokojnie. Porzucone. Nieprzydatne. Wioska wyglądała jakby spała, jakby czekała, aż wrócą do niej jej ludzie i wyrwą ją z letargu. Dotarł w końcu na podwyższenie, na którym znajdował się cmentarz. Przyglądał się rozsypanym grudom ziemi, śniegu i lodu. Żadnych kości. Żadnych śladów. Podniósł głowę znad grobów i zobaczył to. Najpierw nie mógł zrozumieć co dokładnie ma przed oczami. Wiedział, że tam, gdzie patrzy powinno leżeć jezioro, ale jedyne co widział, to wysoka, półprzezroczysta, kolorowa mgła, która na jego oczach rozszerzała się i otaczała wszystko, co miał przed sobą. Jego świat wypełnił się wszystkimi barwami, które w życiu widział, a także tymi, których nigdy wcześniej nie mógł sobie wyobrazić. Czuł jak mimo woli rusza do przodu. Jak zaczyna stawiać powolne kroki. Jak zrzuca z siebie plecak i kurtkę. Już nie jest mu zimno. Idzie w stronę środka zorzy, w stronę tego pięknego, kolorowego centrum jeziora. Z każdym kroku jest mu coraz cieplej, czuje się coraz lepiej. Wytęża wzrok i widzi ruch na zamarzniętej tafli wody. Wie już, kto się tam znajduje. To mieszkańcy wioski, tak samo kolorowi jak wszystko, co go otacza, jak on sam. Machają mu. A on wszystko już rozumie. Opowiadanie inspirowane historią wioski Inuitów.

Grafiki: Joanna Dudlińska 6


7


Nauka

Ekstrema kosmosu

Grzegorz Boroń

Patrząc w gwiazdy, często nie zdajemy sobie sprawy, że to co widzimy uformowane zostało miliony, jeśli nie miliardy lat wcześniej. Kosmos pełen jest niesamowitych zjawisk i obiektów, które wymykają się naszym wyobrażeniom. Podobnie jak opisujące je wielkości. Jak daleko jest Słońce? Niektórzy powiedzą, że bardzo blisko. Ba! Nawet widać je z Ziemi i to dosyć wyraźnie. Niektórzy mogą nawet pokusić się o stwierdzenie, że to Słońce krąży wokół Ziemi, a nie odwrotnie, ale tym ludziom chwilowo nie dajemy dojść do głosu. W rzeczywistości ta odległość jest ogromna. 150 milionów kilometrów! Bardzo trudno sobie to wyobrazić. Odległość tak duża, że światło pędząc z prędkością 300 tysięcy kilometrów na sekundę, potrzebuje około 7,5 minuty, żeby obudzić zaspanego studenta. Żeby pokonać taką samą odległość, człowiek musiałby przemierzać 8220 kilometrów. Codziennie. Przez 50 lat. Dużo. Prawda? Najbliższa Ziemi gwiazda, oprócz Słońca oczywiście, czyli Proxima Centauri znajduje się około 40 bilionów kilometrów od nas. 10 i 12 zer. Niewyobrażalna odległość, a stanowi jedynie niewielki ułamek odległości, jaką zwykle przebywa światło w nieskończonym kosmosie. Wspomniana wyżej gwiazda ma masę około ⅛ masy Słońca, ale jej średnica jest (uwaga) 40 razy większa! Biorąc pod uwagę, że Słońce ma średnicę około 109 razy większą niż Ziemia, to Proxima Centauri ma 4360 razy większą od naszej planety. Nie jest jednak największa. Najpotężniejsze nadolbrzymy mają promienie o wielkości nawet 2000 promieni Słońca. Nie zaliczają się do największych obiektów we wszechświecie. Uwierzcie, jest jeszcze coś większego.

Wszystkim pasjonatom kosmosu polecam sięgnąć do książki Bryana Gaenslera “Potęga i piękno. Ekstremalne zjawiska w kosmosie”. Wcale nie trzeba być studentem czy doktorem po pełnym kursie fizyki, zaliczonym do tego na bite 5,0. Książka Geanslera znakomicie opisuje kosmos. Od powstania, aż po dzień dzisiejszy. Miejscami ucieka nawet w przyszłość, stwierdzając, co stanie się z naszym rodzimym Układem Słonecznym. Ten australijski astronom znakomicie wyjaśnia, w jaki sposób powstały pierwiastki i dlaczego w największych gwiazdach jest żelazo. Pokazuje, że mimo iż jesteśmy w stanie przemierzać niesamowite odległości, w porównaniu do wielkości całego wszechświata – wymiękamy. Opisywane przez niego siły miejscami zwalają z nóg.

Jednocześnie, pomijając opisy kosmosu autor wyjaśnia główne prawa fizyki i odwołuje je do gwiazd. Pojęcia: dźwięk, magnetyzm, światło, ciepło, elektryczność nie będą nam obce. Robi to w taki sposób, aby jego książka zadowoliła każdego żądnego wiedzy studenciaka, pasjonata, doktora i dopiero poznającego kosmos laika. W książce znaleźć można niesamowite zdjęcia opisywanych przez autora obiektów. Sprawia to, że lektura jest nie tylko ciekawa, ale pozwala zabrać czytelnika w świat gigantycznych olbrzymów i najjaśniejszych gwiazd. Książkę bardzo łatwo się czyta, aczkolwiek bywa też wymagająca i zmusza czytelnika do szerszego spojrzenia na opisywaną rzeczywistość. W takich chwilach pojawia się moment zawahania, po których przychodzi nagłe olśnienie. “No tak. Dlaczego nie pomyślałem o tym wcześniej?” Jest to lekka lektura, w sam raz na zimowe wieczory. Idealna do zagięcia wujka na imprezie rodzinnej oraz wręcz obowiązkowa dla każdego, kto choć raz patrząc w gwiazdy, zastanawiał się “cholera, ciekawe jakie to wielkie”.

Do tekstu posłuchaj utworu: Interstellar - Running out

Grafika: Julia Czajka 8


Nauka

Jowisz

Merkury

Mars

us Wen

rn tu

Z i em ia

Sa 9


Nauka

Między spiskiem, a prawdą Aleksandra Skrzypiec

Pojęcie teoria spiskowa jest przez wielu odbierane niezwykle pejoratywnie, jako pewna część dyskursu, która powinna zostać zmarginalizowana. Potoczne rozumienie tego pojęcia od razu nasuwa nam same negatywne skojarzenia z nim związane. Osoby, które są zwolennikami myślenia konspiracyjnego, bywają upokarzane, nazywane ,,foliarzami”, a także uznawane za nieszkodliwych głupców. Jak na pojęcie teorii spiskowych zapatruje się nauka? Czy teoria spiskowa jest zawsze tym, czym się wydaje?

ny światowej, odtajnianie dokumentów związanych z projektem MK-Ultra, czy też przejęcie Cult Awareness Network przez Kościół Scjentologiczny, sprawę Dreyfusa oraz zmowę General Motors. Tego typu przykłady można mnożyć. Po wpisaniu w Google fraz ,,teorie spiskowe, które okazały się prawdą” możemy bez trudu odnaleźć dziesiątki z nich. Dzisiejsza nauka stara się podchodzić do zjawiska teorii spiskowych w obiektywny sposób, by móc uchwycić jego złożoność oraz niejednolity charakter.

Odpowiadając na to pytanie, można powiedzieć, że i tak i nie. Nie każda powielana przez pewną grupę osób teoria spiskowa jest prawdziwa. Niepotwierdzone informacje mogą być bardzo szkodliwe, tak jak było w przypadku przekonania, że papierosy nie szkodzą oraz w przypadku bezgranicznej wiary w to, że szczepionki powodują autyzm. Ale co w sytuacji, gdy pewien zbiór abstrakcyjnych przekonań, które wykraczają poza racjonalne pojmowanie otaczającej nas rzeczywistości, staje się prawdą?

Co ciekawe nauka nie spisuje terminu teorii spiskowej na straty i nie zawsze wartościuje go jedynie w negatywny sposób. Od wielu lat są one bowiem podmiotem badań, a ma to związek z tym że zaczęły być częścią głównego nurtu kultury, co automatycznie sprawia, że nie da się już ich dłużej marginalizować. Ponadto wywierają ogromny wpływ na życie społeczne, a także na samą sferę polityki. Warto więc bliżej przyjrzeć się temu, czym jest myślenie w kategoriach spisku, by przekonać się, czy każda z teorii spiskowych jest potencjalnie szkodliwa. Jak zatem pojęcie to definiuje sama nauka?

Historia zna takie przypadki. Co to oznacza? Nic innego jak to, że w historii ludzkości pewne domniemane spiski i teorie konspiracyjne okazywały się być trafną diagnozą pewnych zjawisk. Możemy do nich zaliczyć, chociażby dowody na współpracę USA z nazistami pod koniec II woj-

Zdaniem wielu naukowców “określenie teorii mianem teorii spiskowej nie implikuje ani jej fałszywości, ani szkodliwego charakteru”. Wynika to między innymi z prostych faktów. Otóż już jako dzieci byliśmy ofiarami spisków, które kierowali w naszą stronę rodzice. Wiara w Świętego

Do tekstu posłuchaj utworu: Dr Misio - Strach XXI Wieku

10

Mikołaja czy też Wróżka Zębuszka brzmi znajomo? Tego typu historie tworzone przez rodziców również można zaliczyć do zbioru teorii spiskowych, dlatego, że zawiera się w nich element wpływu - rodzice mający ogromną siłę perswazji i ,,władzę” nad dziećmi, snują intrygę by dziecko mogło miło spędzić okres Bożego Narodzenia i by było grzeczne. Jak widać, teorie spiskowe funkcjonują na poziomie mikro i makrostruktur, począwszy od naszych rodzinnych domów, skończywszy na globalnej wierze w to, że księżna Diana została zamordowana, Billowi Gatesowi zależy na depopulacji ludzkości, a Barack Obama jest muzułmaninem. Wszystkie te teorie mają wspólny rdzeń - siłę wpływu. Mocne jednostki dominują nad innymi i ukazują wizję świata, która ma odwrócić uwagę ludzkości od odkrycia prawdy. W znaczeniu subiektywnym ma to negatywny wydźwięk, w znaczeniu obiektywnym nie jest to tak proste, jak się może wydawać. Psychiczne predyspozycje, które sprzyjają wierze w teorie spiskowe Do głównych cech myślenia spiskowego zalicza się wiarę w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny i przez zupełny przypadek, ponieważ pewne zdarzenia są odgórnie zaplanowane. Zwolennicy myślenia spiskowego często uważają, że z pozoru proste rzeczy to mistyfikacja, która ma zatuszować prawdziwy obraz świata. Nawet niezbite dowody na prawdziwość pewnych zdarzeń, które nie mają nic wspólnego ze spiskiem, bywają kwestionowane. Wiele z tych zdarzeń jest również łączonych we wspólną całość - nic nie dzieje się bez przyczyny, więc to oznacza, że wiele wydarzeń, które na pozór nie mają ze sobą


Nauka

nic wspólnego, w istocie są ze sobą powiązane. Przyczyn determinujących taki obraz świata upatrywano w zaburzeniach psychicznych oraz ignorancji, która z kolei miała być powiązania z posiadaniem niskiego wykształcenia bądź też jego brakiem. Są to dwie najpopularniejsze propozycje wyjaśnienia fenomenu, jakim jest wiara w teorie spiskowe. Okazuje się jednak, że przez naukę są one traktowane jako niepełne, mocno uproszczone i nie stanowią merytorycznego argumentu w żadnej dyskusji, ponieważ wiarę w teorie spiskowe propagują często osoby wysoko wykształcone. Jaki więc zestaw predyspozycji sprzyja myśleniu spiskowemu? Zdaniem profesora Mirosława Kofty istnieją dwie grupy czynników, które powodują taki stan rzeczy. Po pierwsze decydują o tym cechy osobowości, jakie jednostka posiada oraz życiowe doświadczenia. Poczucie frustracji, autorytarny charakter, utrata kontroli nad własnym życiem, wskutek rozwodu czy też utraty pracy, destabilizacja i nieprzewidywalność zdarzeń w świecie polityki i gospodarki, porównywanie się do ludzi, którym wiedzie się lepiej sprawiają, że wzrasta podatność na wiarę w teorie spiskowe. Zdaniem prof. Kofty ludzie rzadko

wytwarzają tego typu historie sami, często przejmują je od innych. Dużą rolę odgrywają w tym procesie media, w szczególności internet. Człowiek dzięki postrzeganiu pewnych zdarzeń w kategoriach spisku odzyskuje wiarę w to, że jest w stanie zrozumieć to, co się dzieje na świecie. Trudne do pojęcia rzeczy w świetle teorii spiskowych wydają się mieć sens. Często również zdarza się, że zidentyfikowanie przeciwnika, intryganta wywołuje lepsze samopoczucie, albowiem jednostka czuje się bardziej usatysfakcjonowana, gdyż winą za swoje niepowodzenia może obarczyć kogoś innego. Osobiste klęski traktowane są jako skutek tego, że światem rządzą siły, którym nie jesteśmy w stanie się przeciwstawić. Niejednokrotnie dzięki temu zaczynamy bronić się sami przed sobą.

istnienia. Myślenie w kategoriach spisku będące zdaniem naukowców naturalną, integralną częścią ludzkiej natury bywa zawodne i ułomne. Warto mimo wszystko wierzyć nauce i naukowcom, którzy pracują po to, by ulepszać naszą wiedzę opartą o racjonalne, logiczne fakty. Propagowanie fałszywych, niepotwierdzonych poglądów oraz teorii, które przeczą nauce, może być bardzo destruktywne i szkodliwe, albowiem tak jak ma to miejsce w przypadku zaprzeczenia skuteczności szczepionek oraz zaprzeczaniu istnienia AIDS, może potęgować ryzyko występowania poważnych chorób. Dlatego zanim zaczniemy powielać niesprawdzone informacje warto zajrzeć do literatury naukowej by sprawdzić czy nauka nie przygotowała już wcześniej odpowiedzi na nurtujące nas pytania.

Co z tą nauką?

Źródła:

Odrzucanie teorii spiskowych tylko dla- Guzowski Janusz. 2016. Psychologiczne tego, że one teoriami spiskowymi jest źródła teorii spiskowych (w) Hybiris nr 33 lekceważące, albowiem tym samym za- (str. 87-100) mykamy pole swej percepcji na pewne obszary rzeczywistości, tym samym uda- https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/ jąc, że nie istnieją. Z drugiej strony jednak kraj/1512460,1,rozmowa-z-psychologiemto, że pewne historie spiskowe stały się -o-teoriach-spiskowych.read prawdą, nie oznacza, że mamy w każdą z nich wierzyć i czekać na dowody ich

Grafiki: Michał Cembrowski 11


Lifestyle

Bieguny społeczne, czyli kilka słów o nierównościach Zuzanna Szott

Co nie jest pożyteczne dla roju i dla pszczoły nie jest pożyteczne - Marek Aureliusz, Rozmyślania

Bieguny. Prawie wszystkie konflikty zaczynają się od tego, że ludzie znajdują się na dwóch różnych biegunach, że jest im do siebie tak daleko, że nie są w stanie się dogadać. Ich krańce rzeczywistości są tak odległe, jak odległe mogą być dwie przeciwne krańce globu. Ktoś jest bogaty, ktoś biedny, ktoś uprzywilejowany, a ktoś pozbawiony praw. Stąd właśnie biorą się i jednocześnie na tym dokładnie polegają nierówności społeczne – na odległościach, których nie sposób przeskoczyć. Żeby móc opowiedzieć coś o nierównościach, będę opierać się na danych liczbowych, opracowanych przez Richarda Wilkinsona na podstawie badań wykonanych przez ONZ. Całość wykonanej przez niego analizy jest dostępna na nagraniu z jego wystąpienia na TED „Richard Wilkinson: Nierówność ekonomiczna szkodzi społeczeństwom”. Należy zacząć od tego, że społeczeństwa dzielą się na takie, wewnątrz których są mniejsze i większe nierówności społeczne. Jak określić taką miarę? Wilkinson na potrzeby swoich badań przyjął za swój miernik prosty czynnik – różnice w zarobkach między 20% najbogatszych i 20% najbiedniejszych mieszkańców danego kraju. Jak można by się tego spodziewać, najmniejsze różnice w tym zakresie występują w krajach skandynawskich oraz Japonii (są to wielkości razy 4-krotnie wyższych zarobków wśród najbogatszych), największe zaś – w USA oraz Singapurze (tutaj są to już różnice rzędu 8-krotnie większych płac). No dobrze, ale co z tego? Jaki to może mieć wpływ na społeczeństwo, a jaki na jednostki? Różnice w zarobkach to nie tylko kontrast w jakości życia, wakacje za granicą lub ich brak, trzy samochody zamiast jednego. To przede wszystkim nierówny dostęp do edukacji, ochrony zdrowia i bezpieczeństwa żywieDo tekstu posłuchaj utworu: John Lennon - Imagine

12


Lifestyle

niowego. Co więcej, zagadnienie nierówności społecznych nie dotyczy jedynie różnic pomiędzy jednostkami, ale także, a może i przede wszystkim – całych społeczeństw, w których one występują. Dla przykładu, opracowany został wskaźnik, który zawierał w sobie: dane o średniej długości życia, wynikach dzieci w liczeniu, pisaniu i czytaniu, współczynnikach umieralności niemowląt, liczbie zabójstw, odsetku populacji w zakładach karnych, wskaźników urodzeń wśród nieletnich, poziomie zaufania, otyłości, chorób psychicznych (w tym uzależnieniach od narkotyków i alkoholu), a także o mobilności społecznej. Współczynnik ten okazał się być najwyższy w krajach z największymi nierównościami społecznymi, najniższy zaś – w tych z najmniejszymi. To zjawisko tłumaczyć można na kilka sposobów. Jednym z nich jest to, o czym już wspomniałam – równy dostęp do podstawowych dóbr, które zapewnia nam obecnie cywilizacja – edukacji, opieki zdrowotnej, dostępu do żywności. Jednocześnie w tej układance ważny jest też inny czynnik – nasze odczucia społeczne. To, czy czujemy się szanowani, czy uważamy nasz kraj zamieszkania za bezpieczny, to czy musimy stale z kimś rywalizować i walczyć, ma ogromny wpływ na to jak się zachowujemy oraz jak funkcjonuje społeczność, w której żyjemy. Mogłoby się jednak wydawać, że ten problem dotyczy właściwie tylko biedniejszych jednostek. W końcu w jak nierównym kraju by się nie żyło, dobra sytuacja finansowa zawsze pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb i życie na godnym poziomie. Jest to z jednej strony teza prawdziwa, z drugiej zaś – nie do końca pokazuje całe spektrum problemu. Badania wskazują, że negatywne skutki zbyt dużych nierówności społecznych dotykają nie tylko dolne (pod względem zarobków) 20% społeczeństwa, ale i to górne. Przykładem takiego właśnie badania jest zestawienie danych dotyczących umieralności niemowląt wśród Szwedów (z niskim czynnikiem nierówności społecznych) i Anglików (z wysokim współczynnikiem nierówności społecznych). Dane dotyczące tego zjawiska rozbito na kilka podkategorii, które określono ze względu na zawód ojca dziecka – niewykwalifikowani pracownicy fizyczni, pracownicy umysłowi niższego szczebla oraz zawody wymagające wysokich kwalifikacji (lekarze, prawnicy, dyrektorzy dużych firm). Okazuje się więc, że współczynnik umieralności niemowląt był niższy w Szwecji, ale – co może być zaskakujące – był taki w każdej kategorii zarobkowej. Wynika z tego, że problem całego społeczeństwa nie dotyka jedynie najbiedniejszych, ale również najbogatszych. Co ciekawe, dwa kraje, w których współczynnik nierówności społecznych jest najniższy – to znaczy Szwecja i Japonia – bardzo się od siebie różnią. Nie chodzi tutaj jedynie o względy kulturowe, ale również podejście do kwestii regulowania poziomu płac, a co za tym idzie, nierówności. W Szwecji na przykład, różnice w zarobkach mieszkańców są ogromne. Jest to jednak państwo silnie opiekuńcze, co oznacza, że owe różnice zmniejsza poprzez nakładanie dużych podatków i redystrybucję dóbr poprzez zasiłki, inwestycje w służbę zdrowia

i tym podobne. Z kolei Japonia radzi sobie z tym zagadnieniem w zgoła inny sposób – poprzez odgórne ustalanie mniejszych różnic płacowych między swoimi mieszkańcami. Jest to kraj o zdecydowanie mniej opiekuńczym modelu, który pozostawia obywatelom więcej swobody. Są to więc dwa bardzo różne podejścia do równej dystrybucji dóbr, jednak działają one w tym zakresie niemal równie skutecznie. Nierówności społeczne to jedno z największych wyzwań, przed którymi stoi świat. Ciągną one za sobą wiele negatywnych konsekwencji, które dotykają każdego w obrębie danej społeczności. Jest to zagadnienie złożone, powiązane również z rodzajem prowadzonej przez państwo polityki socjalnej, z wskaźnikiem globalizacji, modelem gospodarczym i wieloma innymi zagadnieniami. Mimo to uważam, że każdy powinien być świadomy istnienia zjawiska nierówności społecznej oraz tego, jakie niesie ono za sobą skutki. Możemy się co prawda nie zgadzać co do tego, w jakim modelu powinno dojść do ich zmniejszenia, jednak wszyscy powinniśmy obrać za cel ich zniwelowanie.

Grafiki: Julia Rybska 13


Lifestyle

Bieguny kawowych doznań Natalia Nitarska Nie ma dwóch takich samych filiżanek kawy. Nie ma też dwóch takich samych ziarenek kawy, bo nie możliwym jest wyhodowanie dwóch owoców w identycznych warunkach. Uwielbiam i nienawidzę kawy z tego samego powodu - jest dostępna. Większość z nas wypija ją codziennie, nie zastanawiając się głębiej, co ona właściwie ze sobą niesie. Lubię obserwować ludzi i to jak podchodzą do swojej codziennej kawy. Czy z namaszczeniem wybierają ziarna, skrupulatnie je mielą i parzą swoją ulubioną metodą, czy kupują w markecie “zalewajkę” - albo co gorsza “rozpuszczalkę” - która akurat jest w promocji i zabijają jej gorzki smak mlekiem i cukrem. Prześwietlmy zatem ten napój, a raczej surowiec i dowiedzmy się czemu jedna kawa drugiej nierówna. Historia kawy w pigułce - a może w ziarenku? Historia kawy sięga pierwszego tysiąclecia przed naszą erą. Legenda głosi, że odkrył ją etiopski farmer zastanawiając się dlaczego jego kozy po zjedzeniu dziwnie wyglądających wiśni czy jagód są nad wyraz pobudzone. Popularyzacja napoju na całym kontynencie Afrykańskim nastąpiła około piętnastego wieku, skąd kawa powędrowała najpierw na Bliski Wschód, a ostatecznie dotarła nawet do Europy. Jak zapewne się domyślacie, kawa w tym okresie była napojem bardzo cennym, drogim i deficytowym. To właśnie czas do około roku 1800 określamy mianem pierwszej fali kawy. Dziś kawa uprawiana jest w tak zwanym pasie kawowym, czyli w strefie międzyzwrotnikowej, bo właśnie tam panują najbardziej odpowiednie dla niej warunki. Kawowiec lubi wyraźny podział na pory roku i właśnie to zapewnia mu strefa międzyzwrotnikowa. Największym producentem kawy w dzisiejszym świecie pozostaje Brazylia. 1903 to rok powstania kawy instant, czyli istnej profanacji tego napoju. To czas w kawowej historii, który upłynął pod hasłem dostępności. To kawa dostępna już nie tylko dla najwyższych klas społecznych, ale dla każdego. Kolejna rewolucja miała miejsce na początku lat 70., kiedy to po14

wstawać zaczęły kawiarnie sieciowe, które bardzo szybko rozsiały się po całych Stanach Zjednoczonych, a niedługo później po całym świecie. Kawa przestała być już tylko napojem, ale wokół jej spożywania i kupowania rozkręcił się właściwie zupełnie odrębny biznes i styl życia. Kubek na wynos z logiem popularnej sieciówki stał się atrybutem określonej klasy społecznej i symbolem statusu. Niekoniecznie jednak zastanawiano się nad zawartością tego kubka, a już na pewno nie nad jakością surowca, z którego przyrządzono kawę czyli mały procent wypełniającego kubek słodkiego, mlecznego napoju. Niestety w efekcie tych przemian właściwie zgubiliśmy po drodze samą kawę, jej smak i jakość. To właśnie pokłosie tej fali kawy zbieramy do dziś i obserwujemy w polskich kawiarniach. W jednej z takich właśnie kawiarni miałam okazję pracować i kulić uszy pod ostrzałem codziennych “kapuczin” i “czarnych z mleczkiem”. Krótka lekcja przyrody Wszystko zaczyna się od ziarna. Kawowiec to rodzaj krzewu, który obejmuje ponad 100 gatunków. Tylko dwa z nich to Robusta i Arabica, które są uprawiane najprężniej i w rezultacie najczęściej pojawiają się na sklepowych półkach, potem w naszych domach, by każdego ranka wylądować w naszych ulubionych kubkach i filiżankach. Każdy z nich ma jeszcze wiele odmian botanicznych.

Owocne zbiory? To, co znamy jako kawa, to wypalone ziarno owocu kawowca. Podobnie jak inne owoce - powinny zostać zebrane w odpowiedniej fazie wzrostu. Jak możecie się domyślać, nie wszystkie owoce na danej plantacji dojrzewają w tym samym momencie. W procesie zbioru owoców kawowca znane są trzy metody. Pierwsza z nich to zbiór maszynowy, czyli zbieranie w jednym czasie wszystkich owoców z plantacji - dojrzałych, niedojrzałych, a może i nawet przejrzałych. To metoda praktykowana na plantacjach przemysłowych, a więc w ten sposób najczęściej zbierana jest kawa, którą zgarniamy ze sklepowej półki. Kolejna z nich, lepsza, to stripping, czyli obrywanie całych gałęzi. Trzecia i najlepsza to picking - zrywanie pojedynczych, dojrzałych owoców. Jest to metoda najbardziej pracochłonna, ale tylko owoce (a docelowo ziarna) pozyskiwane w ten sposób mają szansę zaspokoić najwybredniejszych kawoszy. Mam nadzieję, że udało mi się w przystępny sposób nakreślić Wam historię kawy i choć trochę przybliżyć kawę jako surowiec. To jednak jedynie kropla w morzu tego, jakie tajniki kryje w sobie kawa. W następnym wydaniu postaram się przybliżyć Wam proces wypalania oraz to dlaczego jedna kawa może smakować jak karmel z solą, inna jak czerwone owoce, a jeszcze inna jak słoma. Jeśli jednak chcecie zgłębić temat - odsyłam Was do świetnego kompendium kawowej wiedzy stworzonego przez Ikę Graboń “Kawa - Instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie”, z którego sama czerpałam wiedzę podczas tworzenia tego artykułu i nauki celebracji picia i przyrządzania kawy.

Oprócz położenia na mapie, dla uprawy kawowca istotna jest również wysokość, na jakiej położona jest plantacja. Arabika, uważana za bardziej szlachetną od Robusty, ma znacznie wyższe wymagania dotyczące wilgotności, temperatury czy zacienienia i uprawiana jest wyżej niż Robusta. To na jakiej wysokości lubi rosnąć dana odmiana kawowca zależy również od Źródła: jej indywidualnych cech. Zazwyczaj jednak Ika Graboń “Kawa - Instrukcja obsługi im wyżej, tym lepiej. To właśnie powyżej najpopularniejszego napoju na świecie” 1370 metrów nad poziomem morza rosną coffeedesk.pl/blog najszlachetniejsze odmiany Arabiki, zali- https://qualiashop.pl/blog/news/trzeciaczane do kategorii Strictly Hard Bean, czyli -fala-kawowa wyłącznie twarde ziarna. Kolejną półką są https://www.ekogroup.info/15267/ kawowce rosnące powyżej 1200 metrów gdzie-rosnie-kawa-i-jak-wyglada-kawon.p.m, czyli Hard Bean oraz te rosnące wiec/ poniżej 1200 metrów n.p.m - Strictly Soft Bean, czyli kawa najniższej półki. Grafiki: Julia Czajka

Do tekstu posłuchaj utworu: Julia Marcell - Matrioszka


Kultura

Konik, czy dalej na biegunach? Weronika Rawska Kiedy słyszysz magiczne słowa konik na biegunach, co wyobrażasz sobie oczami wyobraźni najpierw? Idealną zabawkę z dzieciństwa, dzięki której mogłeś się stawać zupełnie inną osobą, czy może zabawę wśród bliskich podczas spotkań towarzyskich i melodii Urszuli? Nieważne, jaką pierwszą myśl miałeś, pewne jest to, że tym skojarzeniom towarzyszyła radość podczas zabaw. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się Czytelniku, skąd wziął się pomysł tej zabawki? Dlaczego po tylu latach dzieci ciągle się nią bawią i co sprawia, że na samą myśl o tym przedmiocie uśmiechamy się mimowolnie? Zapewne odpowiedź na te pytania brzmią “nie”. Życie w biegu nie daje nam chwil na zastanawianie się nad takimi błahymi dla nas sprawami. Jest to jest i super! Zabieram was więc w podróż do przeszłości, do dzieciństwa. Spójrzmy oczami dziecka na fenomen tej zabawki i przypomnijmy sobie dlaczego ją tak ceniliśmy. Pierwsze koniki na biegunach pojawiły się już w XVII wieku. Jest to zabawka wykonana zwykle w kształcie konia przymocowanego do dwóch wygiętych w łuk profili, zwanych biegunami. Wywodzi się prawdopodobnie od podobnych zabawek, ale na kółkach - przedmiotach, które można było dosiadać i ciągnąć, a jeszcze głębiej – od zwykłych kołysek. Figurka konia oparta na łukowatych biegunach nie dość, że bardzo ciekawie wygląda, to jeszcze zapewnia rozrywkę w formie miarowego, wręcz uspokajającego bujania się, co dla rodzica jest wybawiającym sposobem na chwile odetchnienia od opieki nad potomstwem. Taka forma zabawki zdobyła serca ludzi i zyskała ogromną popularność w XIX wieku i utrzymała ją po dziś dzień. Skąd taki fenomen koników na biegunach? Od wieku XIX konie na biegunach były już powszechnie kojarzone z dziecięcą zabawką. Do końca XIX wieku wykonywali je rzemieślnicy, ich ornamentyka i wykończenie kojarzyły się z końmi przeznaczonymi dla rycerzy. To właśnie wtedy zaczęto ją produkować seryjnie. Współcześnie nadal możemy zauważyć na wystawach sklepowych konie na biegunach wytwarzane tradycyjnymi, rękodzielniczymi metodami. Obraz konika na biegunach jest znany na całym świecie. Do dziś ta zabawka dostarcza rozrywki dzieciom w różnych częściach świata. Również dorośli mają pomysły na jej ciekawe wkomponowanie w aranżację domu, jest interesującą dekoracją. Niestety coś, co było nam znane jeszcze niedawno temu, teraz możemy już spotkać w muzeach zabawek, narodowych oraz etnograficznych.

Grafiki: Amelia Kowalska Do tekstu posłuchaj utworu: Urszula - Konik na Biegunach

15


Kultura

W świecie retro melancholii Aleksandra Skrzypiec

16


Kultura Gdy w 2011 roku Lana del Rey wraz ze swoim kawałkiem Video Games wkroczyła dumnie do świata popkultury, wielu zastanawiało się, czy ten eksperyment ma szansę się udać. Wspomniana ballada szybko skradła serca milionów słuchaczy, ale mimo wszystko była jednak zupełnie inna niż większość utworów, którymi raczył nas przemysł muzyczny w owym czasie. Co sprawiło, że Lana del Rey cieszy się dziś bardzo mocną pozycją w show-biznesie i nadal może sobie pozwolić na odstępstwa od wszechobecnego mainstreamu? Kochać lub nienawidzić Kto z nas przynajmniej raz nie widział enigmatycznych kadrów, które zostały wykorzystane w teledysku do Video Games? Wielu widząc go w 2011, zastanawiało się, skąd wzięła się ta dziewczyna. To z pozoru niewinne pytanie stało się przyczyną wielu kontrowersji wokół artystki, przez co początki jej kariery nie były łatwe. Później również nie było lepiej. W stronę del Rey kierowano mnóstwo różnego rodzaju zarzutów związanych zarówno z jej muzyką, jak i z życiem prywatnym. Nie przeszkodziło to jednak w gromadzeniu się wokół niej rzeszy wiernych fanów, którzy wiele są w stanie poświęcić, by móc zrobić zdjęcie ze swoją idolką i zamienić z nią kilka słów. Zacznijmy jednak od początku i cofnijmy się o kilka lat wstecz do czasów kiedy Lana del Rey śpiewa pod pseudonimem May Jailer. Początków kariery Elizabeth Woolridge Grant znanej dziś jako Lana del Rey można doszukiwać się w 2005 roku, kiedy to wydała swój pierwszy folkowy materiał pod pseudonimem May Jailer. Był to dość nieśmiały początek, ponieważ nie stanowił przełomu w życiu artystki- jeszcze… albowiem niestrudzona wtedy May Jailer zmieniła pseudonim na Lizzy Grant i wydała w 2008 pierwszą profesjonalną epkę. Choć jej popularność wzrosła, to nadal nie była to kariera na miarę Hollywood. Dopiero utwór Video Games przyniósł del Rey niekwestionowaną sławę. Teledysk w ciągu pierwszych pięciu miesięcy

od publikacji został obejrzany ponad 20 milionów razy w serwisie YouTube. Dziś liczba wyświetleń opiewa na 200 milionów. Wówczas piosenkarka przyznała, że była twórcą teledysku i montowała go mieszkając w… przyczepie. Media szybko podchwyciły jej słowa, dokonały researchu na temat jej osoby i z prędkością światła ogłosiły światu, że Lana jest córką przedsiębiorcy. Padły wówczas w jej kierunku pierwsze poważne zarzuty, iż okłamuje swoich fanów, a zainteresowanie Hollywood jej osoba zawdzięcza ojcu. Lana szybko żałowała decyzji o tym, że poinformowała świat swojej twórczości ,,z przyczepy". Po pewnym czasie publicznie przyznała, że to był błąd. Dziś nie wiadomo, ile wkładu w rozwój jej kariery wniósł ojciec, ale faktem jest, że Lana w akcie buntu kupiła przyczepę i w niej zamieszkała na jakiś czas. Od momentu pierwszego kryzysu w jej karierze minęło już dziewięć lat. Dziewięć lat, w ciągu których Lana del Rey oprowadziła swoich fanów przez wspaniałą podróż, a także rzuciła nowe światło na popkulturę. Hollywood również nie było w tym czasie dłużne del Rey i jej dorobkowi muzycznemu, albowiem stała się ona inspiracją dla wielu gwiazd takich jak The Weeknd, Ariana Grande i wielu innych. Co ciekawe, stanowi ona po dziś dzień inspirację dla gwiazd, których twórczość można określić jako mainstreamową, idealnie dopasowaną w główny nurt. Muzyka del Rey jest swoistym przeciwieństwem tego, co się wokół niej dzieje. Artystka swoimi utworami przenosi się nas do świata Hollywood z lat 50. i 60. Tworzy klimat starego amerykańskiego brzmienia, a swoje inspiracje czerpie z oldschoolowego kina. Utwory te są melancholijne, spokojne, powolne, wyważone. Nie usłyszymy ich w klubie, nie usłyszymy ich na domówkach. Mimo to fanów del Rey to nie zniechęca. Wręcz przeciwnie, del Rey działa jak magnes. Świadczy o tym, chociażby fakt, że w 2015 roku była drugą najczęściej odtwarzaną artystką na Spotify w Stanach, natomiast trzecią najchętniej odtwarzaną za pomocą tego medium na świecie. Nie można jednak idealizować jej twórczości, bo prawdą jest to, że Lanę del Rey albo się kocha, albo nienawidzi. Pośrodku mogą

Do tekstu posłuchaj utworu: Lana Del Rey - High By The Beach

być jedynie utwory Video Games lub Summertime Sadness, dzięki którym kojarzona jest artystka i które przyniosły jej światową sławę. Wszystko na przekór Lana del Rey nigdy nie płynęła z nurtem, nawet wtedy, gdy była ostro krytykowana, nie zrezygnowała ze swojej kreacji artystycznej. Muzyka Grant nie tylko działa jak magnes na fanów, ale też działa jak magnes na krytykę. Czołowym zarzutem jest to, że jej twórczość jest nudna, smutna i na jedno kopyto. Mimo tego, że artystka stroniła od wywoływania kontrowersji swoim zachowaniem, romansami czy też ubiorem, to i tak zawsze wywoływała skandal za sprawą wypowiadanych przez siebie słów, które często były przez opinię publiczną opacznie interpretowane. Przedmiotem krytyki są również często teksty jej piosenek, w których śpiewa o przemocy skierowanej w stronę podmiotu lirycznego, będącego kobietą. Zarzucano bowiem del Rey i zachęca ona kobiecą publiczność do bycia wierno-poddańczymi wobec swoich mężczyzn, oraz że gloryfikuje przemoc skierowaną w ich stronę. Co ciekawe, Lana była podejrzewana o odprawianie rytuałów satanistycznych czy też o uprawianie czarów. Możemy jedynie podejrzewać, iż niewiele jest prawdy w tych pogłoskach, jednak warto się zastanowić, dlaczego z jednej strony tak często del Rey obrywa, a z drugiej strony jest tak bardzo uwielbiana przez swoich fanów. Faktem jest, że począwszy od pierwszego albumu Born to die artystka na każdym z kolejnych rozprawia się z demonami przeszłości, toksycznymi związkami, uzależnieniem od alkoholu, a także dzieli się z nami swoimi pragnieniami i marzeniami. Przybiera to czasami dość ekscentryczną formę. Aby wiedzieć, o czym mowa, warto wsłuchać się w piosenki takie jak Ultraviolence, Cola czy też Off to the races. Mimo tego, że nie są to piosenki, które każdego ich słuchacza zamienią w oddanego fana del Rey, to i tak nie może ona narzekać na brak zainteresowania. Na początku swojej kariery Grant wykreowała pewną personę rodem z Hollywood lat 50. 60. i to był klucz do jej popularności. Krytycy nazwali ją gangsterską Nancy Sinatrą, a dziewczyny plądrowały ciucholandy w poszukiwaniu strojów w stylu Lany. Mocne makijaże, tapir i długie tipsy to atrybuty 17


Kultura del Rey z ery jej płyty Born to die. Nie możemy również zapominać o nonszalancko palonych przez nią papierosach podczas śpiewania piosenek. Każdy fan Lany wie, że nikt z tak wielką gracją nie pali papierosów, jak ona. To, czym podbiła serca fanów zapewne też fakt, iż podczas swoich koncertów zawsze wchodzi z nimi w interakcje - robi selfie, obdarowuje buziakami w policzek i stara się zamienić kilka słów. Del Rey nigdy nie ignorowała fanów, wchodziła również z nimi w dyskusje w mediach społecznościowych. Każdy fan, który miał szczęście stanąć z nią twarzą w twarz, mógł liczyć na to, że będzie mógł ją przytulić. Przy tym wszystkim zawsze starała się zachować normalność. Nigdy nie budowała murów i sztucznego dystansu, zawsze wydawała się być taka jak ,,każdy z nas” mimo milionów na koncie. Być może między innymi to mogło mieć ogromny wpływ na to, że cieszy się ona jednym z największych fanbaseów. Sama mówiła o sobie w ten sposób: chciałam być częścią wysokiej klasy sceny muzycznej. To było pół-natchnienie, bo nie mam wielu przyjaciół, i miałam nadzieję, że spotkam nowych ludzi, zakocham się i otworzę społeczność wokół mnie, tak jak czynili to w latach sześćdziesiątych XX wieku.

Grafiki: Szymon Krzak

18

Chodząc własnymi ścieżkami Mimo wielu zarzutów, iż muzyka Grant jest nudna i nie ma zbyt wiele do zaproponowania, to i tak nigdy nie zrezygnowała ona z pomysłu na siebie, który przyniósł jej popularność w 2011 roku. Jej muzyka z roku na rok ewoluowała, ale nigdy w stronę konwencjonalnego mainstreamu. Del Rey na przestrzeni lat bawiła się treścią i formą, ale robiła to zawsze w charakterystycznym dla siebie stylu glamour, trzymając się symboliki lat 50. i 60. Mroczne elementy, intrygujący głos, leniwe i niespieszne brzmienia, to cała Lana. Nigdy nie inspirowała ją teraźniejszość, zawsze żyła duchem minionych epok. Pierwsze trzy płyty, Born to die, Ultraviolence i Honeymoon wprawiają fanów w nieco depresyjno-romantyczny nastrój. Lana swoim seksownym barokowym głosem oprowadza fanów po świecie tragi-romansów, zarówno z mężczyznami, jak i z uzależnieniami. Każdy z jej teledysków w owym czasie staje się prawdziwym dziełem sztuki, opowiada historie i przenosi nas w czasie. Na pierwszy rzut oka można dostrzec, iż Lana ma pomysł na siebie inny niż jej rówieśniczki z Hollywood. Kolejne dwie płyty Norman Fucking Rockwell i Lust

for Life wydają się być swego rodzaju odwilżą i delikatnym przeciwieństwem Born to die, Ultraviolence i Honeymoon. Lana coraz częściej śpiewa o radości życia, oddaje się swoim marzeniom i przemyca coraz więcej szybszych brzmień, co możemy zauważyć, chociażby w The Next Best American Record. Robi w charakterystycznym dla siebie, enigmatycznym stylu. NFR i LFT to manifest, jak sama określa w jednej z piosenek, jest to jej „modern manifesto”, który co prawda nie wywołuje rewolucji, ale ukazuje, iż Lana jest dojrzałą, zaangażowaną artystką. Rezygnując podczas promocji tych dwóch płyt z dość jaskrawych stylizacji, pokazała, że jest w stanie zatrzymać przy sobie fanów. Podróż w nieznane Lana kreując swoją osobowość sceniczną, za każdym razem zabiera fanów w swego rodzaju podróż. Oprowadzając nas po starym kinie Hollywood, zabierając nas na „wycieczki” po Ameryce lat 50. i 60. pokazała, że da się być artystką kompletną i oryginalną w tak komercyjnej branży, jaką jest branża muzyczna w Stanach Zjednoczonych. Produkty, które tam powstają, są eksportowane na cały świat i ich głównym zadaniem jest potęgowanie zysków. Elizabeth Grant kreując personę, jaką jest Lana del Rey, od samego początku nie wpisywała się w konwencję i była na uboczu głównego nurtu. Trudno określić, czy był to i w jakim stopniu mógł to być celowy zabieg marketingowy, jednak niewątpliwe nie musiał gwarantować zysków. Przyzwyczajenie ludzi do dość ekscentrycznych form bywa trudne i nie zawsze kończy się sukcesem. W tym przypadku niewątpliwie eksperyment się udał i dziś fani na całym świecie mogą delektować się melancholijnymi, retro dźwiękami, dzięki którym mogą poznać stylistykę minionych epok. Są to oryginalne doznania muzyczne, albowiem z każdej strony jesteśmy bombardowani szybkimi, nowoczesnymi brzmieniami, które produkowane są z myślą o podbiciu wszelkich możliwych list przebojów. Wydaje się, iż Lana del Rey nie czuje takiej presji, bo jest świadoma tego, co tworzy i dla kogo tworzy - jej celem nie jest tworzenie muzyki dla wszystkich. Wydaje się, że jej ambicją nigdy nie było zaspokojenie upodobań możliwie jak największej publiczności, ale zaspokojenie tych gustów muzycznych, które odnajdują się w jej stylistyce i wiedzą co gwiazda chce nam przekazać.


Kultura

Jak to jest słyszeć kolory? Agnieszka Stawicka

Zastanawiałeś się kiedyś, jak to by było słyszeć absolutnie wszystko, nawet kolory? Brzmi nierealnie, a jednak, żyją wśród nas tacy wybrańcy. I jest ich całkiem sporo, a ich naturalnym środowiskiem jest szkoła muzyczna. Kiedy byłam jeszcze małym dziecięcym pączkiem, rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej. Na liście obowiązkowych przedmiotów widniało „kształcenie słuchu”, które zajmowało się – jak sama nazwa wskazuje – szlifowaniem naszych możliwości słuchowych. Uczyliśmy się tam rozpoznawać typy współbrzmień, spisywać melodie i rytm ze słuchu, śpiewać piosenki, kaligrafować nutki i tym podobne. W naszej szkole krążyła legenda o chłopcu, który spisywał dyktanda melodyczne na papier po pierwszym przesłuchaniu, głos miał jak skowronek, a na dodatek nie dość, że rozpoznawał wszystko współbrzmienia bezbłędnie, to jeszcze potrafił dokładnie powiedzieć jakie dźwięki się na nie składają. Był formułą 1 wśród słuchowych fiatów 126p. Z początku nie rozumiałam, na czym polegał fenomen tego chłopca, ale bardzo mu zazdrościłam darmowych szóstek za wszystkie zadania. Stwierdziłam, że muszę mu dorównać. Po latach ciężkiej pracy, krwi, potu i łez, nauczycielka wezwała mnie do siebie na dywanik. Zagrała mi kilka przypadkowych dźwięków, a potem kazała je dokładnie nazwać. Nie odpowiedziałam bezbłędnie. Wtedy dowiedziałam się, że niektórzy ludzie potrafią rozpoznawać dźwięki bez żadnego punktu odniesienia – ba, potrafią je nawet widzieć lub czuć. Dowiedziałam się także, że takie zjawisko to nic innego jak słuch absolutny i że ja takowego nie posiadam. Ta wspaniała umiejętność jest jokerem w świecie muzyki osoby obdarzone słuchem absolutnym zabierają zwyklakom wszystkie nagrody na konkursach z kształcenia słuchu, mają niesamowitą łatwość w uczeniu się utworów na pamięć i często też potrafią bezbłędnie zagrać utwór raz przesłuchany „z głowy”. Oczywiście dla niektórych jest to jednocześnie dar i przekleństwo, ale zanim przejdę do tego, to może spróbuję wytłumaczyć, skąd bierze się słuch absolutny i jakie formy

przybiera.Słuch absolutny to, krótko mówiąc, umiejętność zapamiętania wysokości dźwięków w sposób, który umożliwia późniejsze rozpoznanie ich bez żadnego punktu odniesienia. Za wystąpienie u kogoś słuchu absolutnego odpowiadają znaczące zmiany w mózgu – asymetria lewej i prawej równiny skroniowej. Są to obszary odpowiedzialne za percepcję mowy i muzyki. Badania wykazują, że odpowiada za to także tło zarówno genetyczne, jak i kulturowe. W rodzinach muzyków częściej rodzą się absoluty. Szansa na wykształcenie słuchu absolutnego jest też wyższa w przypadku osób, które zaczynają swoją przygodę z muzyką stosunkowo wcześnie – sporo przed 8. rokiem życia. Co ciekawe, język, jakim posługuje się osoba, może mieć wpływ na wykształcenie słuchu doskonałego – języki tonalne, takie jak mandaryński, wietnamski czy chiński, pozytywnie wpływają na tę umiejętność. Z posiadaniem słuchu absolutnego łączy się jeszcze jedna ciekawa przypadłość – synestezja. Synestezją nazywamy zdolność (lub stan) odczuwania jednego zmysłu przy akompaniamencie innych. Stąd u synestetyków możliwość widzenia dźwięków jako kolory lub nawet odczuwania ich przez dotyk: często dźwięki niskie sprawiają wrażenie miękkich, zaś wysokie – twardych i ostrych. W połączeniu z słuchem absolutnym, każdy dźwięk jest nie tylko zapamiętany przez słuch, ale jest mu także przyporządkowany kolor, wrażenie dotykowe, a nawet smak. Dla synestetyka koncert musi być więc wrażeniem znacznie bardziej intensywnym – zalewa go feeria barw, uczta słodko-słonych dźwięków, a fale zimna i gorąca na zmianę przeszywają jego ciało. Brzmi dobrze? Chyba nie bardzo. Warto zaznaczyć, że u każdej osoby słuch absolutny oraz synestezja przybierać mogą inną formę. Jedni także mogą być w stanie „wyłączyć” swoją zdolność doskonałego słyszenia, inni nie. Jedni będą cierpieć bardziej od nadmiaru bodźców, innym może to zupełnie nie przeszkadzać w codziennym życiu. Jedno jest pewne – w karierze muzycznej będzie iść takim ludziom jak po maśle.

19


Kultura

Zaskakująca podróż po zakątkach umysłu - Sevdaliza „Shabrang” Justyna Klamut

Sevdaliza to artystka wyjątkowa. Jedna z barwniejszych postaci na rynku muzycznym ostatnich lat, jednocześnie - w moim odczuciu - jedna z bardziej niedocenianych w mainstreamie. Wszystko w jej twórczości - od wizerunku scenicznego, przez elementy wizualne (jak teledyski czy okładka płyty) po muzykę, jest bardzo dobrze dopracowane. Ale nie przez wielką wytwórnię i ekipę od marketingu. Sevdaliza jest bardzo świadomą i szczerą twórczynią. Jej wizerunek emanuje siłą, spokojem i mądrością. Warto też wspomnieć, że muzyka nie jest jedynym polem jej artystycznej działalności. Jak sama mówi, tworząc sztukę nie ogranicza się do jednego medium. Robi to, co czuje w danym momencie. Spotykamy się tu jednak nie po to, żeby rozmawiać o samej Sevdalizie, a o jej najnowszym albumie.

niskimi dźwiękami wprowadzają u odbiorcy lekki niepokój. Nic z wyżej wymienionych nie jest wadą. Kolejny na liście jest „Shabrang”. Jak dla mnie przyjemny, ale nieszczególnie zapadający w pamięć. Tytuł tego utworu, jaki i całej płyty, nawiązuje do perskiej mitologii i oznacza dosłownie „noc w kolorze czystej krwi”. Odnosi się do konia, na którym legendarny książę miał przejechać przez ogień na znak swojej niewinności. Jest to pierwsze z wielu bardziej lub mniej oczywistych odniesień do Bliskiego Wschodu. Odniesienia te są nieprzypadkowe. Sevdaliza, a właściwie Sevda Alizadeh, urodziła się w 1987 roku w stolicy Iranu, a wychowała w Holandii, gdzie zamieszkała z rodziną w wieku pięciu lat. Artystka bardzo umiejętnie wykorzystuje walory swojego dziedzictwa i wychowania na granicy dwóch bardzo odmiennych światów.

„Shabrang”, następca debiutanckiego „ISON” z 2017 roku, miał premierę końcem sierpnia. Co serwuje nam tym razem? Gatunkowo krążek można umiejscowić gdzieś w rejonach alternatywnego R&B, elektroniki, art popu z elementami trip-hopu. Warto pamiętać jednak, że Sevdaliza swoją filozofię względem sztuki stosuje również w muzyce i nie daje się ograniczyć, co też po tym albumie widać. Co znajdziemy na płycie? Trzynaście nowych propozycji (w wersji cyfrowej czternaście z bonusowym „Darkest Hour”) oraz odświeżone „Human Nature”, które oryginalne wydane było na EPce „The Calling” z 2018 roku. To daje nam nie za dużo, nie za mało - nieco ponad godzinę muzycznych doświadczeń. Czy dobrych? O tym za moment.

Następny w kolejce jest wydany jeszcze w marcu singiel „Lamp Lady”. Intrygujące, przyciągające uwagę słuchacza brzmienie, przynajmniej w moim odczuciu, również w delikatny sposób nawiązuje do irańskiej kultury. Na pewno to odniesienie odnajdziemy w warstwie lirycznej. W tym momencie przychodzi czas na pierwszy utwór, który mnie nie przekonał. Wielowarstwowy, skomplikowany i przez to trochę eklektyczny „All Rivers at Once”. Sam w sobie jest ciekawym eksperymentem, ale chwilami jest po prostu męczący. „Shabrang” nie jest płytą monotonną. Przeciwnie, wiele w niej różnorodnych elementów, które mimo wszystko tworzą całość. Ta pozycja nie jest jednym z nich.

Album otwiera „Joanna” – wydawałoby się spokojna ballada. Tytułowa Joanna uosabia cierpienie. Jest trudną i nieodwzajemnioną miłością. Utwór nadaje niejako ton całemu wydawnictwu. Jest przepełniony spokojem i podszyty mrokiem. Smyczki przeszywają mnie na wskroś z każdym odsłuchem. Charakterystyczne kontrasty między bardzo wysokimi i bardzo

Później serwowane są nam: kojące, wręcz kołysankowe „Habibi”, wybudzające nas ze snu, bardzo elektroniczne „Dormant” i wpadające w ucho „Wallflower”. A po nich czas na perełkę – „Gole Bi Goldoon”. Jest to cover piosenki w oryginale śpiewanej przez irańską ikonę – śpiewaczkę i aktorkę Googoosh. Wersja prezentowana przez Sevdalizę zdecydowanie różni się od pierwotnej. Wydaje się być dużo bardziej surowa, a nawet, zgodnie z nastrojem całego albumu, mroczna. Pozostaje w niej jednak piękno. Nastrojowe pianino i partie smyczkowe przekonują nas, że rozprawia o rzeczach ważnych, mimo że prawdopodobnie w większości nie możemy zrozumieć przekazu słów.

Do tekstu posłuchaj utworu: Sevdaliza - Joanna

20


Kultura W podobnym klimacie wchodzimy w kolejny utwór – wspomniany wcześniej bonusowy „Darkest Hour”. A przynajmniej tak się na początku wydaje, bo po około minucie wszystko się zmienia, a my dostajemy żywy, prawie taneczny kawałek. Jest to dość zaskakujące, nie powiem, ale nie odstaje za bardzo od charakteru albumu. Jest intrygującym przerywnikiem.

Po dawce mocno elektronicznych wrażeń nadchodzi czas na „No way”, które koi naszą duszę pięknymi melodiami. Następnie „Rhode”, do którego osobiście wracać raczej nie będę... i dotarliśmy do mety. Tutaj czeka na nas nagroda w postaci „Comet”, które potęguje wrażenia po przesłuchaniu całości, a jednocześnie zostawia w słuchaczu spokój i siłę.

Protest song „Oh My God”, który następuje później, jako pierwszy zapowiadał nadejście drugiej płyty Sevdalizy, jeszcze z początkiem roku. Wydaje się być jednym z bardziej wpadających w ucho utworów na krążku. Sam bit, choć bardzo wciągający, jest dość prosty. Przynajmniej w porównaniu do innych serwowanych nam podczas tej uczty. Postanowiono zabawić się tutaj głosem, niejednokrotnie modyfikując jego brzmienie i nakładając na siebie różne warstwy. Tym samym, zbudowano z prostych elementów bardzo intrygującą kompozycję. Podobne zjawisko, tylko w ekstremalnej wersji, obserwujemy w „Human Nature”. Tym razem jednak z niezbyt pociągającym rezultatem. Utwór ratują dodane w tej wersji smyczki, które słyszymy na końcu. Miedzy dwoma wspomnianymi wyżej kawałkami znajduje się zdecydowanie godne uwagi „Eden”. Żywsze od reszty i zapadające w pamięć.

Jaka więc jest ta płyta? Subtelna i surowa jednocześnie. Wciągająca. Ciekawa pod różnymi względami. Różnorodna. W końcu - zdecydowanie warta polecenia. Oprócz dosłownie trzech mniej pociągających, ale nie całkowicie straconych momentów, jest doskonałą ucztą dla ucha i duszy. Podróżą, która zabierze nas w dziwne zakątki naszej głowy. Nie porywam się tutaj na górnolotne interpretacje, bo uważam, że warto samemu odkryć, co znaczą dla nas poszczególne utwory. Warto zagłębić się nie tylko w muzykę, ale i w warstwę liryczną tego albumu. I zobaczyć, dokąd nas to zawiedzie.

Grafiki: Paulina Maguda

21


Koła naukowe

Podróż z dziennika Grotołaza Weronika Rawska

Strzeliste, surowe i tajemnicze - to ten obraz sprawia, że na samą myśl o poznaniu nowych zakątków jaskiń, oczy świecą się członkom AKG AGH, czyli Akademickiego Koła Grotołazów AGH. Połączyła ich pasja do nieznanych i nieodkrytych terenów znajdujących się w podziemiach naszego globu. W odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób udaje im się połączyć ich pasję z nauką na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie odpowiada Bartłomiej Kurdziel, prezes AKG AGH. Weronika Rawska: Muszę bez bicia przyznać, że bardzo zaciekawiliście mnie swoim Kołem. Z zaskoczeniem przyjęłam fakt, że taka organizacja działa na terenie AGH. Skąd wzięła się inspiracja na powstanie takiego zrzeszenia na AGH? Bartłomiej Kurdziela: O to pytanie należałoby zapytać naszych praprzodków. Istniejemy na AGH od 1971 roku i pewnie wtedy były trochę inne pobudki niż teraz, ale zarówno wtedy, jak i teraz u podstaw naszej działalności jest zrzeszanie ludzi ciekawych gór i tego, co się w nich kryje, czyli jaskiń. Uczelnia głównie słynie z Kół Naukowych i ich innowacyjnych wynalazków - nie baliście się, że wasze Koło może nie “przebić się” przez obraz organizacji naukowych? My trochę z innej bajki, wprawdzie w naszych szeregach było i jest wiele osób z wydziałów geologicznych czy górniczych, którym pomagamy w ich badaniach naukowych, ale ciężko nas nazwać kołem naukowych w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jakiś czas temu uczelnia ujednoliciła działalność rozmaitych organizacji studenckich do rangi „kół naukowych”. Do jednych ta łatka pasuje bardziej, do innych mniej. Dla nas najważniejsze jest to, że możemy dalej działać na AGH jako Akademicki Klub Grotołazów i jesteśmy z tego dumni. A czy ma to formę koła naukowego, czy czegoś innego, to już mniejsza o to. Co Was wyróżnia na tle innych organizacji? Trudne pytanie, obecnie jest ciężki czas do zrzeszania się. Chodzi o to, że za czasów, kiedy zakładano nasz klub, pewnie jednym z powodów do jego założenia były ciężkie czasy, zarówno jeśli chodzi o finanse studentów, jak i sytuację polityczną niesprzyjającą wyjazdom zagranicznym. Studenci zrzeszali Do tekstu posłuchaj utworu: Dawid Podsiadło - W dobrą stronę

22

się, aby wspólnie się organizować, a większość posiadanego sprzętu alpinistycznego była po prostu klubowa. Teraz jest dobrobyt, wszyscy wszystko mają, na przykład do takiej wspinaczki skałkowej, jakże obecnie popularnej potrzeba dwóch studentów, jednej liny i paru innych średnio drogich rzeczy. Podejrzewam, że dwa stypendia naukowe by na to wystarczyły. I tu właśnie nasza szansa! Do przyzwoicie dużej jaskini tatrzańskiej potrzeba 300-400 metrów liny, kilka kilogramów innego sprzętu zespołowego, nie mówiąc już o sprzęcie osobistym. Wszystko trzeba tam zanieść i potem z tym wrócić. Nikt, no może prawie nikt, nie będzie tego trzymał w akademiku pod łóżkiem. Na taką akcję potrzeba przynajmniej 4-5 wyszkolonych osób i dorodnego magazynu. Dlatego właśnie kluby jaskiniowe wciąż mają się dobrze. Często ludzi gór ma się za indywidualistów i samotników. W jaskiniach się to nie udaje, tu potrzebny jest sprawny wyszkolony zespół. Jesteśmy takim klubem, który na potrzeby realizacji wspólnych celów łączy indywidualistów w grupy. W jaki sposób można zauważyć waszą działalność na AGH-u? No to jest nasza słaba strona. Najaktywniejszy jest nasz profil na Facebooku. Ale za mało o nas, za mało… Mamy tablice, banery, ale oczywiście chcielibyśmy więcej. Nasza siedziba mieści się w wydziale nauk humanistycznych, przygotowujemy się do zrobienia wystawy zdjęć jaskiniowych na korytarzach. Ciężko opisać, o co chodzi w naszym sporcie. To trzeba zobaczyć. Wciąż chodzenie po jaskiniach jest bardzo mało popularne i często mylnie kojarzone ze wspinaczką, a to jednak całkiem inny sport. To trochę jak z kwadratem i prostokątem, każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy prostokąt jest kwadratem. Tak i u nas, nie każdy wspinacz jest grotołazem, za to każdy grotołaz potrafi się wspinać. Jak funkcjonuje wasze zrzeszenie podczas roku akademickiego? Przez cały rok akademicki w czwartki o 20.00 mamy spotkania w naszej siedzibie w podziemiach (jak na grotołazów przystało) w budynku Wydziału Humanistycznego przy ul. Gramatyka 8a. Zapraszamy wszystkich zainteresowanych. Rok akademicki poświęcamy głównie na organizację szkoleń i działalność w naszych ukochanych Tatrach. Często udaje się nam wyjechać za granicę na takie wyjazdy, zwane przez nas „weekend +” czyli 3-4 dni działalności w Alpach lub na Bałkanach.


Koła naukowa A w wakacje, kiedy nie macie ograniczeń w postacie kolokwiów i projektów? No właśnie, najbardziej znamienita część naszej działalności odbywa się w czasie wakacji. Wyprawy eksploracyjne, bo o nich mowa to 2-3 tygodniowe wyjazdy do miejsc, gdzie możemy eksplorować, czyli odkrywać nowe jaskinie. Jest w tym wszystkim jakaś dziwna satysfakcja, znaleźć się tam, gdzie jeszcze nikt nigdy nie był i to nie w miejscu bez wyrazu, tylko w prawdziwym raju – przynajmniej dla nas. W tym sporcie wciąż jest jeszcze wiele do odkrycia i są miejsca na ziemi, gdzie wcale nie jest o to tak bardzo trudno. Jaka podróż, którą organizowaliście najbardziej zapadła Ci w pamięć? Na mnie osobiście największe wrażenie robi eksploracja masywu Picos de Europa w Hiszpanii. Kiedyś, jak zaczynałem chodzić po górach, jeden z czołowych polskich taterników powiedział mi, że nie mógł uwierzyć, że całe Tatry mogłyby się zmieścić w jednej dolinie alpejskiej, dopóki nie pojechał w Alpy, jak również nie mógł uwierzyć, że całe Alpy mogłyby się zmieścić w jednej dolinie himalajskiej, dopóki nie pojechał w Himalaje. Tak samo z jaskiniami, na początku chodzi się po jaskiniach jurajskich i trudno sobie wyobrazić, że jest coś dużo większego. Po pierwszej akcji w Tatrach ta granica jest już dużo dalej postawiona, a w Picos, trudno sobie naprawdę wyobrazić, że góry mogą być aż tak puste w środku…

na jakieś wyjazdy towarzyskie itd., ale żeby być grotołazem z prawdziwego zdarzenia trzeba przejść Kurs Taternictwa Jaskiniowego organizowany przez nas przeważnie dwa razy w roku na wiosnę i na jesień. To taki rodzaj unifikacji, żebyśmy wiedzieli, że każdy z Kartą Taternika Jaskiniowego jest w stanie iść z nami na akcję i nie będziemy się musieli o niego martwić. Polskie jaskinie nie należą do prostych, głównie za sprawą ich pionowego charakteru. Pewne wytyczne nakłada na nas Tatrzański Park Narodowy, bo niestety dużo największych Polskich jaskiń jest właśnie tam. Jeszcze inne warunki nakłada na nas Ministerstwo Sportu, bo pod nie też podlegamy, a pozostałe po prostu zdrowy rozsądek. Ogólnie taki kurs trwa około roku i składa się z kilku różnych bloków tematycznych i obozów tatrzańskich. Nasi członkowie po kursie jaskiniowym, oprócz poruszania się po jaskiniach, umieją się wspinać, chodzić zimą po górach, odbywają szkolenie lawinowe, warsztaty z pierwszej pomocy, ratownicze i wiele innych ciekawych rzeczy. Dziękuje za poświęcony czas. Cieszę się, że dowiedziałam się o was co nieco. Również dziękuję. Polecamy się wszystkim ciekawym świata gór i jaskiń!

Bardzo jestem ciekawa, jak wygląda u Was rekrutacja. W większości kół polega to na wypełnieniu formularza i rozmowie z zarządem podczas drugiego etapu rekrutacji. A u was? Przeprowadzacie jakieś testy w jaskiniach czy dana osoba nadaje się do AKG ? No u nas wygląda to trochę inaczej, oczywiście każdy może przyjść do nas na spotkanie i pogadać, może się z nami zabrać

Grafiki: Klaudia Wójtowicz 23


Koła naukowa

Sztuka Rozwoju Osobistego Weronika Rawska

Sztuka rozwoju osobistego jest rzeczą bardzo złożoną oraz ważną, ale jednocześnie trudną do realizacji. Ma ona dość szerokie spektrum działalności. Odważyłabym się o porównanie jej do zdobycia bieguna polarnego, który tak jak zmiany w życiu, wydaje się na pierwszy rzut oka trudny do osiągnięcia. Na pytania w wywiadzie z Kołem Naukowym Rozwoju Osobistego opowiadają Maria Wolak, Prezes KNRO oraz Natalia Ciosmak, Wiceprezes ds. Public Relations KNRO z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Weronika Rawska: Jesteście pierwszym kołem spoza Akademii Górniczo - Hutniczej, z którym przeprowadzamy wywiad do naszego kwartalnika! Zgłosiliście chęć na udzielenie wywiadu. Powiecie skąd taka inicjatywa ? Natalia Ciosmak: Z tego, co pamiętam, to zgłosiła nas jedna z naszych dawnych członkiń koła, Marta. Jednak uwielbiamy takie inicjatywy studenckie i bardzo lubimy nawiązywać nowe znajomości z innymi kołami, więc uważamy, że ten wywiad może być świetną tego typu współpracą. Jakie były pobudki do powstania koła? Natalia: W roku 2011 Robert Szydło, który jest obecnym opiekunem koła, stwierdził, że chciałby założyć koło naukowe. Jego członkowie byliby sami odpowiedzialni za własne kształcenie się oraz przekazywaliby zdobytą wiedzę dalej - tak Do tekstu posłuchaj utworu: Mrozu - 1000 metrów nad ziemią

24

zwanie "studenci studentom", czyli jeden z naszych filarów działania. Robert stwierdził, że nie będzie samemu zakładał koła. Postanowił odezwać się do Marka Koczyńskiego, czyli obecnego konsultanta Zarządu KNRO, z którym dobrze mu się współpracowało. Gdy się skontaktowali, okazało się, że Marek ma podobne plany! Stworzyli więc wspólnie koncepcję Koła Naukowego Rozwoju Osobistego - koła, które jak najmocniej będzie wspierało rozwój studentów. Opiekunem koła zgodził się zostać ówczesny promotor Roberta - dr Jarosław Piwowarczyk. Spotkanie założycielskie odbyło się 9 listopada 2011 - tak więc za rok odbędzie się dziesięciolecie działalności! Wydajecie się bardzo interesującym kołem. Opowiedzcie o waszej działalności na uczelni. Natalia: Zacznę może od najbliższego nam czasu. Można było nas zobaczyć na kampusie Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie w sierpniu i wrześniu, gdy pomagaliśmy Działowi Nauczania z rekrutacją. Nasze działania opierały się o pomoc w dokumentacji dotyczącej rekrutacji osób na licencjat lub magisterkę. Jeśli chodzi o czas, gdy działaliśmy normalnie na uczelni, to zacznijmy od projektu Badania KNRO. Prowadzony był przez nas Research Corner, gdzie uczestnicy spoza koła, ale również i członkowie KNRO, wypełniają ankiety, które służą nam jako narzędzie do pozyskiwania danych potrzebnych do badań. Towarzyszą temu również liczne konkursy. Organizowaliśmy także Szkolenia Językowe, które najbardziej można było zauważyć na uczelni, ponieważ odbywały się one w salach wykładowych, zaraz po zakończonych zajęciach studentów.


Koła naukowa A czy poza uczelnią również można zauważyć waszą działalność w Krakowie? Maria Wolak: Oczywiście! Odbiór przez ludzi jest bardzo pozytywny, ponieważ można zauważyć, że uczestnicy są z różnych uczelni, nie tylko z UEK-u. Szkolenia Językowe jest naszym największym projektem i w związku z tym jest on najbardziej widoczny, natomiast jednak rzeczywiście ściąga zainteresowanie studentów z całego Krakowa, a nawet szerszej. Zważywszy na to, że przy obecnej sytuacji w kraju nie trzeba dojeżdżać na kursy, więc zdobyły one jeszcze większą popularność niż dotychczas. W wydarzeniach organizowanych przez Trenerów KNRO, BusinessWomen, Badania KNRO itd. biorą udział osoby z innych uczelni jako słuchacze, natomiast w projektach takich jak Liga czy Szkolenia Językowe również jako nauczyciele. Powiedziałabym, że mamy wśród studentów bardzo szeroki pole do popisu i to nie tylko w krakowskich uczelniach. Nasze konferencje są otwarte na uczestników z innych uczelni. Przykładowo, teraz na Naukowym Pożegnaniu Wakacji mieliśmy prelegentów z 12 jednostek akademickich z całej Polski! Jakie projekty realizujecie na chwilę obecną? Maria: Realizujemy 6 projektów. Są to Badania KNRO, BusinessWomen, Case Club, Szkolenia Językowe i Trenerzy KNRO. Najnowszym projektem jest Liga Rozwoju. Należy zaznaczyć, że nigdy nie mamy ograniczeń co do szkoleń, więc każda zainteresowana osoba może słuchać i uczestniczyć. Możecie opowiedzieć, o czym są poszczególne projekty ? Maria: Projekt Trenerzy KNRO organizują głównie szkolenia z zakresu kompetencji miękkich, a ponieważ wierzymy, że kompetencje miękkie to jednak przyszłość rynku pracy, to temat jest na czasie. BusinessWomen zajmuje się tematyką kobiet w biznesie i skupia się na empowermencie kobiet, więc

jest to bardzo aktualna rzecz. Zajmuje się on również tematyką wspierania kobiet w biznesie. Szkolenia Językowe mają za zadanie pomóc poprawić umiejętności studenta w zakresie wybranego języka obcego lub zachęcić go do poznania kolejnego języka. Natomiast Liga Rozwoju jest to projekt, który wykorzystuje mechanizm grywalizacji. Tworzy środowisko edukacyjne w internecie, gdzie uczestnicy mogą rozwiązywać testy, niczym na zasadzie konkursów i zajmować miejsca w rankingach. Natalia: Warto dorzucić, że Liga Rozwoju, która polega na tworzeniu lig tematycznych. Trwa ona określony czas i jest prowadzona przez dwóch prowadzących, którzy tworzą zadania. Są one codziennie dodawane i wyświetlane są przez dobę. Uczestnicy tego kursu wypełniaj codziennie te zadania. Badania KNRO są dla ludzi ciekawych świata. Tak jak wcześniej wspomniałam, organizujemy Research Corner, czyli wydarzenia, podczas których zbieramy dane. Przygotowujemy wystąpienia konferencyjne oraz artykuły, dzięki którym wyniki naszej pracy mają szansę ujrzeć światło dzienne. Case Club jest to pośrednik między studentami a biznesem. Stwarzamy studentom możliwość zastosowania zdobytej wiedzy w praktyce oraz w stawianiu pierwszych kroków w dostaniu pracy poprzez współpracę z firmami. Organizujemy również CASE STUDY, czyli studium przypadków - wydarzenie, podczas którego studenci dostają do rozwiązania realny zaistniały problem w firmie. Czy student AGH ma możliwość uczestniczyć w Waszych Szkoleniach Językowych? Maria: Nasze szkolenia generalnie są otwarte na wszystkich studentów. Szkolenia Językowe są na wysokim poziomie, jednak wciąż dążymy do doskonałości. Na ten moment możemy się pochwalić bardzo szerokim wachlarzem możliwości, dlatego że oferujemy języki z całego całego świata. W każdej edycji jest ich około dwudziestu, więc jest to dość szeroka oferta. Zajęcia prowadzone przez native speakerów, a więc środowisko jest coraz bardziej międzynarodowe, przez to coraz więcej studentów zapisuje się na kursy. Liczba kursantów w ostatniej edycji oscyluje w okolicy 400. osób. Te liczby są coraz większe, co wskazuje na zapotrzebowanie na takiego rodzaju kursy. Możecie rozwinąć temat BusinessWomen? Podejrzewam, że jest to intrygujący temat, nie tylko dla mnie. Maria: Oczywiście! BusinessWomen powraca w tym roku akademickim w wielkim stylu. Obecnie są planowane 3 główne działania. Pierwszym działaniem jest podcast, w którym będą prowadzone wywiady z kobietami pracującymi na stanowiskach kierowniczych m.in. w nauce, biznesie itp. Po drugie wydajemy gazetę z okazji dnia kobiet. Będzie to czasopismo stworzone przez studentki dla studentek, na różne tematy związane szeroko z tematyką kobiecą oraz biznesową. Jako trzecie przeprowadzimy serię szkoleń dla studentek, która

25


Koła naukowa ma być zorganizowana z końcem semestru. Będą to szkolenia z zakresu kompetencji miękkich, które mogą pomóc młodej kobiecie w pracy. Zauważyłam, że macie również “opcję” bycia Trenerem. O co w tym chodzi? Maria: Nasi Trenerzy prowadzą bardzo szeroki wachlarz szkoleń m.in. kompetencje autoprezentacji, zarządzanie sobą w czasie, planowanie i organizacja, wystąpienia publiczne, emisja głosu, negocjacje itd. szeroka tematyka z zakresu zarządzaniem zespołem i projektem. Są to dość ważne tematy, o których się mam wrażenie, że się mało mówi. Trenerzy uczą się tych wszystkich kompetencji związanych z prowadzeniem szkoleń. Ten program jest podzielony na 3 etapy. Są to tak zwane ścieżki. Będąc na pierwszej ścieżce, kandydaci uczą się podstaw, na drugiej prowadzą już swoje własne szkolenia, natomiast na trzeciej zajmują się całymi cyklami szkoleniowymi. Celem projektu jest kształcenie profesjonalnych trenerów biznesu, a więc właśnie osób, które znają się na kompetencjach miękkich i potrafią przekazać tę wiedzę innym. W naszym kraju panuje teraz pandemia. Jak wygląda wasza działalność w tym czasie? Organizujecie projekty online? Maria: Pandemia nas nie zatrzymała! Na ten moment prowadzimy działalność w formie online i po pewnych modyfikacjach nasze projekty dalej działają tak dobrze, jak do tej pory i dalej się rozwijają. Rekrutacja przebiegła w tym roku z bardzo pozytywnym skutkiem. Po prostu postawiliśmy tylko na działania w sferze online, ponieważ z oczywistych względów nie możemy tego robić teraz na uczelni, w związku z czym nasze rozmowy rekrutacyjne odbywały się przez Zooma. Nasze spotkania, wydarzenia integracyjne oraz szkoleniowe, wszystko odbywało się zdalnie za pośrednictwem Zooma. Jak się okazało sprawdza się to, ponieważ mimo tego, że jesteśmy daleko, to w jakiś sposób możemy się jednak spotkać, wspierać i pracować. Możemy mieć z tego jakąś radość! Natalia: Może się wydawać, że w dobie pandemii koła naukowe zdecydowanie mniej pracują, ale powiedziałabym, że u nas jest wręcz odwrotnie. Nie tracimy czasu na dojazdy oraz łatwiej jest zebrać dostępności na spotkania z innymi osobami, więc nasze koło w tym roku bardzo szybko się rozwija. Pandemia nie sprawiła, że przestaliśmy działać. Z własnego doświadczenia wiem, że przez naukę zdalną obowiązków studenckich przybyło. W jaki sposób udaje się członkom waszego koła pogodzić obowiązki studenta z działaniem w tak ambitnym kole? Maria: Nawet najlepszy zespół ma czasem kryzysowe momenty, jednak mam wrażenie, że całkiem nieźle radzimy sobie z godzeniem naszych obowiązków. Mam wrażenie, że nasi członkowie są po prostu bardzo zmotywowani i na tyle widzą sens w tym, co robią, że to jednak wszystko jakoś działa. Kiedy wiesz, że robisz projekt, z którego masz satysfakcję, z ludźmi których lubisz, to jest troszeczkę łatwiej to wszystko przetrwać. To jest sposób na przeżycie tych trudnych czasów, jakie aktualnie mamy. Dla mnie koło zawsze było miejscem, w którym mogłam złapać oddech. Wiedziałam, że są tu ludzie których znam i lubię oraz, że robię tu coś, co ma dla mnie sens.

26

Natalia: Zgadzam się z Marią. Dodam tylko, że tak sobie jakiś czas temu myślałam, co bym zrobiła, gdybym nie była w kole. Gdybym na studiach miała jedynie uczyć się, gdzie często robi się rzeczy, które mogą nas aż tak bardzo nie interesować, to nie czułabym się tak dobrze, jak czuję się teraz, będąc w kole. Mam wrażenie, że robię coś i do czegoś dążę, przy okazji się rozwijając cały czas. Jak działaliście przed pandemią, kiedy zajęcia odbywały się na salach wykładowych, a studenci funkcjonowali normalnie na uczelni? Maria: Do tej pory nasze spotkania i szkolenia odbywały się stacjonarnie, na Uniwersytecie Ekonomicznym. Teraz siłą rzeczy pracujemy online, natomiast pozwala nam to rozszerzyć nasz zasięg, ponieważ możemy prowadzić działania na skalę ogólnopolską. Przykładowo organizujemy teraz zupełnie nowe konferencje naukowe, których wcześniej nie mieliśmy. W ramach wspomnianego przez Natalię projektu Badania KNRO zorganizowaliśmy konferencję online w czerwcu i we wrześniu - Naukowe Powitanie Wakacji oraz Naukowe Pożegnanie Wakacji. Na styczeń planowana jest kolejna konferencja o zasięgu międzynarodowym. W sytuacji, kiedy wróciłoby wszystko do normy, konferencje te odbyłyby się stacjonarnie na uczelni. Szkolenia Językowe, które teraz odbywają się na platformie Zoom, odbyłyby się w salach. Nasze wydarzenia, organizowane przez Trenerów KNRO, czyli szkolenia z kompetencji miękkich oraz wydarzenia organizowane przez projekt Case Club, również odbywały się na miejscu w salach. Liczymy na powrót na uczelni, jednak liczymy się z tym, że jeżeli szybko to nie nastąpi, to będziemy to inaczej rozwiązywać.


Koła naukowa

Współpracujecie z innymi uczelniami czy tylko działacie na terenie Ueku? Maria: Tak jak wspominałam, Szkolenia Językowe jest naszym flagowym projektem, w związku z czym jest objęte honorowymi patronatami rektorów części krakowskich uczelni i w związku z tym zajęcia odbywają się na innych uczelniach, dzięki uprzejmości ich władz. Stacjonarnie zajęcia Szkoleń Językowych odbywały się na 3 wydziałach - na Uniwersytecie Ekonomicznym, na wydziale filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. Jedną z naszych kluczowych wartości jest otwartość, w związku z czym cenimy sobie współprace międzyuczelniane. Jakie są korzyści z dołączenia do Waszego koła? Maria: Korzyści jest multum! Przede wszystkim jest to wiedza i doświadczenie. Są to bardzo praktyczne umiejętności, których rzadko nie mielibyśmy okazję opanować gdzie indziej. Chociażby umiejętność jak współpraca z ludźmi, która na pozór jest prosta, a której również trzeba się nauczyć, więc realizacja wspólnych projektów jest tutaj niezłym sposobem. Oprócz możliwości rozwoju, wiedzy i zdobycia doświadczenia, poznaje się mnóstwo ludzi i uczestniczy w wydarzeniach i integracjach. Tak samo, jak prężnie działamy, tak również się integrujmy! W normalnych warunkach co roku organizujemy 3 wyjazdy integracyjne, Wigilie, Andrzejki, a także różnej imprezy i spotkania. Myślę, że mamy tak szerokie spektrum działalności,

że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Tak jak mówiła Natalia, można tu odkryć swoje zainteresowania. Gorąco wszystkich zachęcam do udziału w naszych wydarzeniach, czy jako słuchacze, odbiorcy. Zachęcam również osoby zainteresowane do spróbowania swoich sił podczas naszych rekrutacji. Po prostu warto dołączyć do organizacji i spożytkować swój czas na studiach, ponieważ z całym szacunkiem, ale aktualnie tytuł magistra lub inżyniera nie jest czymś, co nas wyróżnia w oczach pracodawcy. W związku z tym, mam wrażenie, że jest ważne i będzie coraz bardziej, aby mieć doświadczenie wyniesione spoza toku studiów. W dużej mierze taką funkcję spełnia nasze koło, dlatego że możemy tutaj nauczyć się wielu praktycznych umiejętności, trochę spoza naszego cyklu studiów, więc niewątpliwie poszerza ono horyzonty. Natalia: Należy również dodać, że w naszym kole jest możliwość stworzenia i poprowadzenia własnego projektu. Jeszcze rok temu w kole mieliśmy 4 projekty, a aktualnie jest ich 6, więc serdecznie zachęcam do spróbowania swoich sił w naszych szeregach. Czy również studenci spoza waszej uczelni mogą dołączyć do waszego Koła? Maria: Zgodnie z przepisami obowiązującymi na uczelni, 10% członków naszego koła może być spoza uczelni. Na tyle pozwalają nam wytyczne UEK-u.

Grafiki: Szymon Krzak 27


Koła naukowa

Bieguny na Podkarpaciu Małgorzata Kaczkowska

Biegun to z definicji miejsce z jakiegoś względu najdalsze. Zdjęcia przedstawiają zapis czasu pandemii spędzonego na podkarpackiej wsi. To symboliczne uchwycenie bieguna – okolic, w których dorastałam i którego z biegiem czasu z centrum świata stają się coraz bardziej nieznane, oddalone od miejsca, w którym jestem teraz. To refleksja nad przebytą drogą, lockdownem zmuszającym do korzeni. To w końcu spojrzenie na relacje, rachunek sumienia nad ilością poświęcanego im czasu. Bo biegunem może stać się nawet drugi człowiek, a w tych przypadkach nie chciałabym do tego dopuścić

K 28

F


Fotostrony

Do artykułu posłuchaj utworu: Tęskno - Kombinacje

29


30


31


Fotostrony

Spitsb Maciej BernaĹ›

K

32


Fotostrony

bergen F

33


34


35


36


37


Bieguny

Od Redakcji Cześć! W ostatnim, tegorocznym, wydaniu naszego magazynu. Chcielibyśmy podzielić się z wami naszymi Biegunami. Każdy z nas inaczej interpretuje to pojęcie. Tym razem do naszych tekstów postanowiliśmy dodać utwory, które naszym zdaniem oddają klimat słów splecionych w treści. Zachęcamy was do słuchania ich podczas czytania. Zapraszamy również do posłuchania naszego nowego projektu powstałego we współpracy z Radio 1.7, Słuchowiska „Splot” dostępnego na wszystkich platformach streamingowych. Wszyscy dobrze znamy ten rok. Za dobrze. Na koniec pozostaje mi tylko życzyć wam i nam już wkrótce nowego lepszego świata.

Pingwiny zaobserwowane* (przez redakcję) *na biegunie południowym

Przyjemnej lektury! Szymon Krzak Redaktor Naczelny Biuletynu Informacyjnego Studentów AGH

Redakcja: Redaktor naczelny: Szymon Krzak Z-ca redaktora naczelnego: Grzegorz Boroń Szefowa działu graficznego: Kamila Kochanowska Szefowa działu dziennikarskiego: Natalia Nitarska Szefowa działu promocji i współpracy: Ewa Mazurkiewicz Zdjęcie na okładce: Maciej Bernaś // KSAF AGH Druk: arkadiadruku.pl

38

Dział graficzny: Michał Cembrowski, Julia Czajka, Joanna Dobrzyńska, Joanna Dudlińska, Kamila Kochanowska, Amelia Kowalska, Szymon Krzak, Paulina Maguda, Julia Rybska, Klaudia Wójtowicz Dział dziennikarski: Grzegorz Boroń, Dawid Cioch Julia Koziolek, Natalia Nitarska, Weronika Rawska, Kamil Serafin, Aleksandra Skrzypiec, Adrianna Suder, Zuzanna Szott, Agnieszka Wróbel, Dział promocji i współpracy: Maria Borowska, Monika Jękosz, Karolina Machnik, Sylwia Madej, Ewa Mazurkiewicz, Natalia Pietrewicz, Sylwia Sowa,


Rok dwa tysiące dwudziesty przyniósł nam, do tej pory wiele niespotykanych doświadczeń. Przemierzaliśmy sinusoidę wzlotów i upadków - jako świat, społeczeństwo, jednostki. Mam nadzieję, jak wszyscy, że następny rok będzie lepszy, spokojniejszy.

39


cm.agh.edu.pl

40

Profile for BIS AGH

BIS AGH Kwartalnik "Bieguny" 2020/21  

BIS AGH Kwartalnik "Bieguny" 2020/21  

Profile for bis.agh
Advertisement