Issuu on Google+

4,95 pln

INDEKS 379891 4,95 pln (w tym 7% VAT) 1-2 (75-76) luty-marzec 2010

NASZA PŁYTA: PINK KONG ELECTROPOCHODNE A NEW HOPE

*

cena z płyta tylko

��������������������

novika

���������������������

*

śmigajcie

na parkiet

massive attack

Nowe szaty

U2, PINK FLOYD, LINKIN PARK, MARYLIN MASON,

luty 2010

POCZYTAĆ O GWIAZDACH? WEJDŹ NA POSITIVO.PL

4,95 pln (w tym 7% VAT)

METALLICA, NIRVANA, QUEEN, THE POLICE - CHCESZ...

1-2 (75-76)

AC/DC, AMY WINEHOUSE, DEPECHE MODE,

*

króla

Rockowy cyrk *

groove armada

*

. A takze: Jaga Jazzist ? Etamski ? Joy Orbison Dinky ? Pink Bazooka ? Hot Chip ? Bpitch

--------------------------

*


SPIS TREŚCI

joy orbison

26

NOWA TWARZ BASOWYCH BRZMIEŃ

10

hot chip

ZNOWU NA PARKIECIE the raah project

28

GENIALNY DUET Z AUSTRALII

16

ZAŁOGA ELLEN klub roku

Uważają, że Berlin jest nudny, i porównują go do podstarzałej damy, która wypiła o jeden drink za dużo

TYM RAZEM STOŁECZNE “PIĄTKI”

18

bpitch

groove armada

WRACAJĄ EPICKĄ PŁYTĄ

---<-

7

32

jaga jazzist

NORWESKI KLIMAT

37

massive attack

KONIEC BRISTOL SOUNDU?

ODPALONA EP-KA

49

recenzje muzyczne

62

novika

laifquest

DINKY NIE MOŻE JEŚĆ CEBULI

Okładka płyty jest dziwna, więc słuchacze zrozumieją, że album nie jest o miłości. Choć z drugiej strony krążek może być doskonałym prezentem na walentynki (śmiech).

40

etamski

HIPHOPOWY SURREALIZM

43

< -

<----

24

pink bazooka

MNOSTWO PREMIER

TAŃCZY I FIKA

dzaju rup w ro g i n a f go t czy liby DlaczeP ssion Pi og MGMT, lay Fires nie rmmady? A e e v o Friend o r imy, moż ać G posłuchże to, co robim. Sądzę, ać się także spodob

46

nasza płyta

PINK KONG PRZY NADZIEI WYDAWCA Media Advertising Sp. Z o.o. ul. Obrzeżna 4/19, 02-928 Warszawa

WYDANIE ONLINE press@laif.pl

REDAKTOR NACZELNY Przemek Karolak przemek@laif.pl

PROJEKT GRAFICZNY PRZYGOTOWANIE I SKŁAD Positivo Consulting

REKLAMA Ilona Kaczmarska ilona@laif.pl tel. 0 507 090 252

DRUK Zakłady Graficzne „Taurus”

Piotr Pośpiech piotrek@laif.pl tel. 0 510 270 071

ADRES REDAKCJI ul. Obrzeżna 4/19, 02-928 Warszawa

WSPÓŁPRACOWNICY Jarek „dRWAL” Drążek, Bartek Gil, Paweł „r33lc4sh” Hadrian, Marcin „Harper” Hubert, Łukasz Iwasiński, Filip Kalinowski, Maciek „Lexus” Kasprzyk, Angelika Kucińska („Hiro”), Kasia „Novika” Nowicka, Piotr Nowicki, Tomek Rawski, Sebastian Rerak, Jacek Skolimowski („Machina”), Maciek „Maceo” Wyrobek

Redakcja nie odpowiada za treść reklam, nie zwraca materiałów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do skracania i redagowania tekstów. Rozpowszechnianie materiałów redakcyjnych bez zgody Wydawcy jest zabronione.

3


edytorial

*

Zmiany, zmiany, ------------------------------>

zmiany

Zima zła nie odpuszcza, i z tego, co mówią mądrzy ludzie w piśmie, jeszcze trochę z nami posiedzi. Pewnie do wiosny;) Ale my niezrażeni srogimi mrozami i śnieżnymi zaspami dzielnie, jak zwykle zresztą, staramy się donosić wam o rzeczach istotnych, przynajmniej w materii muzycznej. Jakoś tak się złożyło, że początek roku obfituje w premiery płytowe, i to poniekąd w pewnym sensie przełomowe. Hasłem, które ciśnie mi się na klawiaturę, jest zmiana. Czym powodowana? Tego mogę się tylko domyślać. Dwie formacje powracają skrajnie różnymi wydawnictwami. Legendy parkietu, prekursorzy akceptowalnej przez masy elektroniki – duet Groove Armada zaskoczył dość posępnym dziełem pełnym epickiego rozmachu i mrocznych klimatów, któremu bliżej do natchnionej muzyki gitarowej niż parkietowych szaleństw. Z kolei ojcowie bristol soundu – formacja Massive Attack – gatunku, który na dobrą sprawę się skończył, zanim na dobre zaczął święcić tryumfy, powrócili do źródeł tej wrażliwości. Nagrali krążek, który równie dobrze mógłby powstać 15 lat temu. I w jednym, i w drugim przypadku decyzje te są dość zaskakujące. GA pokusiła się o brzmieniową woltę, a MA przygotował krążek, który mógłby być triphopowym wzorcem z Sevres. I tu pojawia się fundamentalne pytanie: czy warto decydować się na zmianę formuły, czy trwać przy tej doskonale znanej? To ocenią słuchacze. My oceniamy w recenzjach. Poza tym polecamy świeżutkie wydawnictwa mroźnych Norwegów z Jaga Jazzist, parkietowych wyjadaczy Hot Chip oraz zaskakująco tanecznej Noviki. Z serii profile oficyn wydawniczych warte uwagi – w tym numerze berliński BPitch Control kierowany przez Ellen Alien. Do lutowego numeru dołączamy drugą odsłonę wydawnictwa „Pink Kong” prezentującego wszystko, co mieści się w gatunku zwanym electro, ale i czasem bezkarnie z niego wyłazi. Aha, i zgodnie z tym, co obiecywaliśmy w świątecznym numerze, trochę wygładziliśmy naszą makietę. Mamy nadzieję, że się wam spodoba. Dodatkowo, od nowego roku postanowiliśmy, że będziemy dwumiesięcznikiem, co oznacza, że nie poddajemy się kryzysowi, ale zmieniamy jedynie cykliczność. Choć, coś nas drapie pod lewą stopą, że nie na długo;) Zatem widzimy się w kwietniu.

-----------------------------------------

*

PISZCIE: przemek@laIF.PL


*

Ze stadionów na ulicę W kolekcji Nike Sportswear ważną wartością jest ewolucja. Opracowywanie produktów-ikon przy użyciu innowacyjnych materiałów i wytyczających trendy wzorów to jeden z priorytetów firmy. Richard Clarke, global creative director Nike Sportswear uważa, że nieustanna koncentracja firmy Nike na wynikach i innowacyjności odgrywa kluczową rolę w tworzeniu nowych środków wyrażania stylu. Odzwierciedleniem takiej idei jest nowa kolekcja Nike Sportswear na wiosnę 2010. Jej główną bohaterką jest bluza N98 Track Jacket. Nazwa ta jest skrótem od „National 1998” (reprezentacja narodowa 1998). Wzór bluzy oparto na stroju firmy Nike dla brazylijskiej drużny piłkarskiej. To prawdziwa ikona sportowego stylu nawiązująca do tradycji klasycznej bluzy lekkoatletycznej z suwakiem z przodu. Zespół Nike Sportswear przygotował nowy model N98 jako sztandarowy produkt, integrując go z całą linią. Bluza N98 będzie nierozerwalnie dopełnieniem Mistrzostw Świata w 2010 roku. Szykując się do piłkarskich emocji, poszukaj jej w najlepszych sklepach Nike już na początku wiosny.

5


v

INFORMER Francuskie numerki Trochę bida się robi, bo nasz niezmienny do dziś temat żartów i słownych swawoli, czyli nowy album grupy Massive Attack, właśnie przestał być tak wdzięcznym dostarczycielem rozrywki. Krążek „Heligoland” trafił po prawie dwóch wiekach oczekiwania na póki sklepowe, a my zachodzimy w głowę, z czyjej teraz opieszałości w produkcji płyty będziemy się nabijać. Coś nam się zdaje, że chyba skoczymy nad Sekwanę do miasta kochanków i wieży z nitów. Ale nie Uffie chodzi nam po głowie (ona tak naprawdę nigdy nie nagra debiutanckiej płyty, to pewne, jak również to, że nigdy do nas nie przyjedzie z występem – raz miała to zrobić, ale się obraziła i podobno zaprzysięgła samemu Lucyferowi, że do kraju Lachów nie zawita). Coś nas swędzi pod brodą, że trochę możemy poczekać na nowy album pijackiego duetu Justice. W tamtym roku pohuczeli o tym, że kończą prace, mniej koncertowali i podobno bardzo się starali. Ojciec wszystkich bangerowców, czyli Pedro W., w rozmowie z nami przekonywał, że płyta ukaże się jeszcze zimą, a tu wprawdzie mróz nie odpuszcza, ale ani widu, ani słychu. Jedynie w sieci pojawił się fake zatytułowany „Beginning Of The End”, który na pewno nie jest nową kompozycją Justice, a szkoda, bo śmieszny. Na osłodę poszukajcie sobie już prawdziwego nagrania innych Francuzików, którzy w przeciwieństwie do bohaterów tego niusa, nie piją, bo noszą kaski na głowach. Kawałek nazywa się „The Crash” i jest przedsmakiem ścieżki dźwiękowej gotowanej przez chłopaków bez twarzy z Daft Punk do filmu „Tron Legacy”.

Figura woskowa Tak się martwiliśmy, jak z egzotycznego spa wypuścili Grooveridera za praktyki zielarskie albo wtedy gdy Sister Bliss z Faithless dokonała przełomowej analizy gospodarczej, wskazując globalne ocieplenie za przyczynę kryzysu, albo gdy Felix Da Housecat oskarżył Hella, że ten mu zajumał bezczelnie piosenkę – martwiliśmy się, że już nic równie pasjonującego nas nie spotka. Ot, kretinos. Coś tak czuliśmy, że z dziwnym wcieleniem Karin Driejer Andersson, połowy duetu The Knife, jako Fever Ray, chyba nie jest najlepiej. To, że dziewczyna wygadywała jakieś głupoty o powrocie do natury, niespecjalnie nas ruszało, ale jak zaczęła robić sobie dziwny make-up, to już trochę zaczęło nas zastanawiać. Długo nie trzeba było czekać, talent Karin eksplodował podczas wręczania jakichś tam szwedzkich nagród muzycznych. Fever Ray wyszła w zwiewnym czerwonym wdzianku z zakrytą głową, odebrała nagrodę, po czym ukazała wszystkim swoją prawdziwą twarz. Chyba w tych swoich obrządkach pogańskich za długo zabawiała się świeczką, bo na buzi dużo wosku jej zostało. Musiało to też boleć, bo zamiast ładnie dygnąć i podziękować, wydawała z siebie dziwny pomruk. Nie od dziś wiadomo, że dzieci nie powinny bawić się zapałkami.

6


Joy Orbison *** Wystarczył jeden numer, by o pochodzącym z południowego Londynu Joyu Orbisonie w słowach zachwytu rozpisywali się dosłownie wszyscy. XLR8R i Resident Advisor nie szczędzili komplementów małoletniemu angolowi, podczas gdy Carl Craig, Todd Edwars i Martyn wyrazy szacunku oddawali w swoich setach. Czy 2-step dzięki produkcjom Petera O’Grady’ego naprawdę ma szansę wrócić na klubowe parkiety?

Tradycja pseudonimów będących wariacjami na temat wielkich świata show-bizu już od lat ma się dobrze. Od Counta Bass D po Eltrona Johna młodzi gniewni muzycznego światka przekręcają i wykręcają nazwiska ciut bardziej znanych celebrytów. Choć Joy Orbison nie jest siostrzeńcem ani bratankiem amerykańskiego piosenkarza, to jego wujek właśnie miał największy wpływ na dźwiękowe fascynacje dwudziestodwuletniego angola. Na długo przed osiągnięciem dorosłości umuzykalniony krewny wprowadzał Petera O’Grady’ego w tajniki drum’n’bassu i UK garage’u. Od 13. roku życia młody Orbison zabrał się do didżejki, by chwilę później spróbować swych sił w wypełnianiu kolorowych kwadracików Fruity Loop-

sa. Muzyczne fascynacje lokujące się gdzieś pomiędzy disco a dubstepem splótł w swoich produkcjach w równie taneczną, co eksperymentalną, międzygatunkową fuzję. My Bloody Valentine w odtwarzaczu Brytyjczyka towarzyszą Beach Boysi, a grime’owy brud łagodzi funkowa motoryka. Pierwszy singiel Joya swoje miejsce znalazł pod skrzydłami prekursorskiego na polu dubstepu labelu Hotflush Recordings. Dzielące winyl z numerem „Wet Look”, „Hyph Mngo” otworzyło Brytyjczykowi drzwi do elektronicznego światka na oścież. Znany ze swoich electro produkcji Bok Bok ramię w ramię z basowym „technikiem”, Shedem chwalą producencką maestrię małolata, a Four Tetowi i José Jamesowi,

jako pierwszym, udało się skaptować Orbisona do remikserskiej roboty. Wydana w dopiero co założonym wraz z Impeyem własnym labelu Doldrums (którego promomix autorstwa opisywanego angola polecamy znaleźć w odmętach Internetu) druga dwunastka Brytyjczyka potwierdza, że szum wokół jego osoby nie był przesadzony, a będący kręgosłupem jego produkcji 2-step nie umarł wraz z nadejściem swojego zbasowanego potomka. Wujek z całą pewnością jest dumny ze swojego wychowanka, a i Roy mógłby pewnie przyklasnąć poczynaniom dzielącego z nim nazwisko Joya. Tekst Filip Kalinowski Foto Mat. promo

7


v

INFORMER

American dream Czasem tak się w życiu dzieje, że na pewne sprawy nie mamy wpływu. Ot, budzisz się rano, nie poznajesz osoby, która śpi obok ciebie, co samo w sobie nie jest aż takim szokiem, jak to, że ta osobliwa piękność za chwilę przedstawia ci się imieniem Krystian, albo idziesz sobie przez miasto i nagle słyszysz swój utwór w reklamie dużej sieci serwujących hamburgery i szejki. Tak właśnie stało się w przypadku elegancików z Franz Ferdinand (a z ploteczek, to jak panowie byli w Warszawie ostatnio, to po koncercie poszli sobie na piwko do Kulturalnej, a potem na kiełbasę do Zakąsek/Przekąsek). Otóż, okazało się, że wytwórnia, która dystrybuuje Szkotów w kraju Wujka Sama, bez pytania o zdanie sprzedała jeden z ich kawałków firmie gotującej Big Maki. Lider zespołu Alex Kapranos dał upust swojej złości, oczywiście poprzez ćwierkanie na Twitterze, i napisał: „Brudne dranie, głupie aroganckie pieprzone cioty z mózgami świń. Prędzej zjem krowi placek niż cholernego McDonald’sa”. Ciekawe, czy smakowały mu kiełbaski w Zakąskach?

W imię miłości Pamiętacie, jak swego czasu nasz nadwiślański gwiazdor o czerwonych włosach chciał nazwać swoje dziecko Champs Elysees czy inne – Saint Germain de Pres, i nawet nazwał – przyznajemy się bez bicia, że pewności nie mamy, a i nie chce nam się tego sprawdzać. Albo jak gruchnęła plota, że syn M.I.A. będzie nosił dumne imię Ickit. To betka, nasza redakcyjna faworyta (serio, nie nabijamy się, wiele byśmy dali, żeby móc się z nią poprzytulać), co też łatwego imienia nie ma – Róisin Murphy tuż przed gwiazdką powiła zdrową córeczkę, która ochrzciła Clodagh. Na początku jakoś nie mogliśmy się przekonać, no bo jak będzie brzmiało zdrobnienie: Clod? Dagh? Dada? Ale potem doszliśmy do wniosku, że to bardzo ładne imię – takie silne, w sam raz dla operatora koparki albo górnika przodkowego. Ciekawe, czy ktoś kiedyś nazwie swoje dziecko LAIF? 8


Trzy jedynki Wirtuoz, który nawet na marchewce jest w stanie zagrać dowolny menuet Ravela, człowiek, który wszystko nagrywa i potem odgrywa, mistrz orkiestrowej elektroniki – Matthew Herbert postanowił uraczyć swoich fanów... trzema płytami. Na pierwszej śpiewa, co może być dość zabawnym doświadczeniem, na drugiej są dźwięki, które wydawało ileś tam osób zamkniętych w jakimś klubie, a na trzecim nie wiadomo, co będzie, może będzie śpiewał z tymi ludźmi? Najciekawsze z tego wszystkiego są tytuły tych krążków: „One One”, „One Club” i „One Pig”, czyli odrzucając powtarzające się „one”, dostajemy tytuł całego tryptyku „One Club Pig” – w wolnym tłumaczeniu „Jedna klubowa świnia” vel „Jeden świński klub”, ewentualnie „Jedna świnia klubu nie czyni”. Ciekawe, co pan Herbert miał na myśli.

Reklama

Powrót Panie i Panowie uprzejmie donosimy (albo informujemy, lepiej brzmi), że Paul Daley i Neil Barnes po prawie dekadzie milczenia wracają do świata żywych. A kto zacz? No jak? Leftfield przecież!!! Na razie ogłosili, że zagrają latem na kilku festiwalach, ale zapytani o nowe wydawnictwo enigmatycznie odparli, że to wcale nie jest jakie niemożiwe. Ćwierkają wróbelki w zimowych karmnikach, że jest duża szansa na występy duetu w naszym pięknym kraju nad Wisłą.

9


v

FUNDATA

12–14 lutego

Little Dragon

Trzy występy uroczej Yukimi Nagano z formacją Little Dragon, pełne ciepłych, syntetycznych dźwięków, na pewno pozwolą zapomnieć wam o podłej pogodzie za oknem. Po warszawskim koncercie zabawa z cyklu Warsoul Sessions, którą animuje nasz autor i wielki pasjonat melodii z duszą Maceo. DATA: 12–14.02; MIEJSCE: ESKULAP – POZNAŃ, POWIĘKSZENIE – WARSZAWA, HIPNOZA – KATOWICE; START: 20.00; WJAZD: 35–45 ZŁ

Reklama

19 lutego

Club Collab x Motor City Drum Ensemble Dwie uznane marki warszawskiego życia nocnego – Club Collab i Detroit Zdrój – wspólnie prezentują jedyny polski występ najgłośniejszego deep-house’owego artysty ostatnich miesięcy – Motor City Drum Ensemble. Pod tym pseudonimem ukrywa się młody producent ze Stuttgartu. Brudne, głębokie, ale i ciepłe miejskie brzmienie to jego znak rozpoznawczy. Warto wspomnieć, że chłopak zaczynał od kawałków hiphopowych, i to charakterystyczne dla rapu lat 90. brzmienie daje się słyszeć w jego klubowych produkcjach. DATA: 19.02; MIEJSCE: 1500M2 – WARSZAWA; START: 21.00; WJAZD: 10–15 ZŁ

10


S U P ZE!!! M A TER K O AWE I D RA TYW

A N R LATE

5 marca

Roni Size Król połamanego rytmu, jak widać, wyjątkowo polubił nasz kraj, bo pojawia się u nas częściej niż jakikolwiek inny artysta. Tym razem klubowy secik przygotuje pospołu z nawijającym MC Jakesem. Kto nie widział tego duetu w akcji, ma czego żałować. I ma okazję swoją stratę nadrobić w marcu w Pieksie. DATA: 5.03; MIEJSCE: PIEKARNIA – WARSZAWA; START: 22.00; WJAZD: 30–40 ZŁ

31 marca

Method Man Jeden z ojców założycieli legendarnego projektu Wu Tang Clan, człowiek, który na jednym wdechu potrafi zarapować pół książki telefonicznej, nie dostając przy tym zadyszki – wielki Method Man przybywa w nasze gościnne progi. Debiutował w 1994 roku albumem „Tical”, ostatni krążek „4:21 The Day After” ukazał się w 2006 roku. Artysta współpracował z całą liczącą się amerykańską śmietanką słowa rapowanego. Wystąpił też w kilku filmach („Copland”, „Powrót do Garden State”, „Straszny film 3”). Na rozgrzewkę polecamy remiks utworu Mefa „Release Yo’ Delf ” popełniony przez... Prodigy. DATA: 31.03; MIEJSCE: STODOŁA – WARSZAWA; START: 20.00; WJAZD: 99–120 ZŁ

www.RADIOKAMPUS.waw.pl


FUNDATA

23 kwietnia

Pendulum Kto widział ich show na Open’erze, ten wie, że panowie nie wylecieli sroce, a raczej ptaszkowi kiwi, spod ogona. Swoim energetycznym występem przyćmili niemal wszystko, co działo się tamtego dnia na dużej scenie, ba, znaleźli się i tacy, którzy dali sobie zakrętkę od słoika w ucho wsadzić, dowodząc, że to właśnie Pendulum było największym wydarzeniem całego festiwalu. Dlatego wycieczka na ten występ należy do kategorii obowiązkowych. Choć będzie to koncert „klubowy”, więc na rozmach i fantazję muzyków byśmy nie liczyli, i tak warto zmierzyć się z potężną dawką klubowych dźwięków poddanych rockowemu porządkowi. Już za chwilę ukaże się kolejny krążek formacji zatytułowany „Immersion”. Dzień później Pendulum zagra w Centrum Stocznia Gdańska.

DATA: 23.04; MIEJSCE: STODOŁA – WARSZAWA; START: 20.00; WJAZD: 49–59 ZŁ

Festiwalowe lato Mili Państwo, czas najwyższy organizować sobie letni wypoczynek przy muzyce. Łapcie za kalendarze i planujcie. Możecie wierzyć nam na słowo, w tym roku w naszym pięknym kraju pojawią się takie gwiazdy, że aż cały czas czujemy mrowienie w trzewiach, jak sobie tylko o nich pomyślimy. Oczywiście, będziemy wam dawkować te emocje, żebyście nie pomdleli nam przy lekturze LAIFa. Zaczynamy od Krakowa – 4 i 5 czerwca na miejskie Błonia powróci Selektor Festival. Karnet do nabycia za dwie stówki, bilet jednodniowy wart jest 135 złociszy. Potem skok nad morze do Gdyni na Open’era (1–4 lipca). Na razie organizatorzy potwierdzili czterech artystów, takich jak: Pearl Jam, Kasabian, Mando Diao i Tinariwen – szału nie ma, ale nie martwcie się, za chwilę będzie się działo;) Karnet – 350 zł, bilet jednodniowy 155 zł. Proponujemy zostać nad morzem, bo za chwilę w Szczecinie Boogie Brain (22–25 lipca) – w tym roku naprawdę warto pojechać, bo mamy tam dla was małą niespodziankę, ale o tym na razie sza... Niestety, organizatorzy sierpniowych eventów trochę nie pomyśleli i daty płockiego Audiorivera (6–8 sierpnia) pokrywają się z mysłowickim Offem (5–8 sierpnia), na którym wystąpić mają m.in.: Fenesz i Matmos. A jeszcze przecież jeden z naszych faworytów, czyli katowicki Tauron Nowa Muzyka (tu szczegóły na razie nie są znane). Krążą również plotki o tym, że w tym roku Plateaux Festival przeniesie się do stolicy... To co? Kończymy zimę i zaczynamy lato?

31 marca Stodo�a / Warszawa Start koncertu o 20:00

Bilety: eventim.pl, ticketpro.pl, ticketonline.pl, sklep VERT (Pozna�), bilety kolekcjonerskie – klub Stodo�a

with Streetlife & Mathematics Support: Cilvaringz with DJ Sueside & Ledr P


Stereo Stock

ze Slyde’em

Rave przeplatany funkiem, trochę break beatu i hip-hopu. Czyli każdy znalazł coś dla siebie. Gość ostatniej tegorocznej imprezy pod hasłem Stereo Stock Jason Cohen z duetu Slyde pokazał, że gatunki muzyczne można śmiało łączyć. Zanim jednak gwiazda wieczoru stanęła za konsolą, klubowe towarzystwo rozgrzewali Harper z Boogie Mafia oraz FatAl z SoundFellas. Udało im się nakręcić imprezową atmosferę w niedawno otwartym warszawskim klubie Karmel. Taneczna rozgrzewka pozwoliła zapomnieć o chłodzie i deszczu grudniowej nocy. Londyńczyk Jason Cohen, związany z kultową breakbeatową wytwórnią Finger Lickin’, nie zawiódł zebranej publiczności – zagrał istny miks stylów i gatunków muzycznych. 4 grudnia publiczność bawiła się, zebrana wokół centralnie ustawionego, ogromnego baru, nad którym górowała konsola. Między bawiącymi się klubowiczami przechadzały się hostessy, które rozdawały nagrania muzyków grających podczas całego cyklu Stereo Stock. Jak zawsze imprezę wspierał Stock 84 – najbardziej znana marka brandy na świecie, która w połączeniu ze spritem była najczęściej wybieranym drinkiem wieczoru.

23 kwietnia Stodo�a / Warszawa

Start koncertu o 20:00 Bilety: ticketpro, ticketonline, eventim, shortcut, bilety kolekcjonerskie – kasa klubu Stodo�a


*

A oto garść waszych opinii:

Pamiętam jeszcze 1955 klub Jacka Sienkiewicza, „Piątki” uważnie przejęły pałeczkę po tamtym miejscu – Arek z Warszawy

Sorry, Ghettoblaster niezmiennie kojarzyć mi się będą z 55. Szkoda, że już tam nie będą grali. Ale i tak będę zaglądać – Baśka z Warszawy Vinyla już nie ma, kluby na Racławickiej dogorywają, M25 cyklicznie się budzi, tylko na „Piątki” wciąż można liczyć – Łukasz z Konstancina

14


*

KLUB ROKU KLUB 55 Położony w Pałacu Kultury i Nauki, w samym centrum Warszawy, słynie z imprez z muzyką elektroniczną, funkiem, hip-hopem i graniem na żywo. Środowe Jam Session, prowadzone przez popularnych warszawskich instrumentalistów, niezmiennie przyciągają tłumy. W piątki „Piątki” zamieniają się w Nowy Jork z lat 80, oferując mieszankę funku i oldschoolowego hip-hopu, serwowanych przez mistrzów gatunku. Soboty to klubowa elektronika z popularnymi w całym kraju cyklami – Easybooking, detroitZDRoJ! czy Hungry Hungry Models. Rezydenci 55 – Krime, Łąki Łan, Kosakot, Mike P, bshosa czy dr dip regularnie grywają w klubach całej Polski. Pomimo swojej popularności miejsce zdecydowanie odcina się od komercyjnych trendów na rynku muzycznym. Zagraniczni artyści zapraszani do „Piątek” to wybitni przedstawiciele gatunków, a nie gwiazdy mediów branżowych. Do tej pory klub miał zaszczyt gościć m.in.: Carla Craiga, Jazzanovę, Dixona, Chicken Lips, Wighnomy Bros, DJ Formata, Tobiasa, Jackmate’a, A Skillza, Andre Galuzziego, Italoboyz, Butane’a, Someone Else’a, The Bloody Beetroots, Donnache Costello, Shadowdancera i wielu innych. Niepowtarzalne wnętrze, starannie dobrana selekcja alkoholi, będąca w stanie zaspokoić nawet najbardziej wytrawnych smakoszy. W trakcie tygodnia 55 to miejsce goszczące ważne wydarzenia z całego zakresu szeroko pojętej kultury niezależnej, pokazy filmowe, konferencje, cyklicznie zmieniające się wystawy sztuki, zapoczątkowane przez autora fresków na ścianach Andrzeja Świętanowskiego czy obrazów i malowideł Olki Osadzińskiej, w weekendy zamienia się w premium night club, z ekskluzywnymi line-upami, didżejami i live-actami i wizualizacjami.

ADRES: Klub 55, Pałac Kultury i Nauki, Plac Defilad 1 www.klub55.pl

15


*

*

groove armada

*

Superstylistyka na parkiecie

i na sofie ***

Zawodowe live-acty to wyspiarska specjalność, podobnie jak zespoły, które potrafią muzykę klubową wynieść na poziom stadionowej balangi, przyćmiewając rockowych konkurentów. Chemical Brothers, Basement Jaxx, Faithless zawsze potrafiły dać czadu, bujając kilkunastutysięczną publikę i wspaniale wieńcząc plenerowe festiwale muzyki tanecznej. 16


G

*

roove Armada to gwiazdorzy właśnie takiego kalibru – wymarzeni i kosztowni headlinerzy dla każdego promotora i organizatora letniej balangi. Jak sami przyznają, ich muzyka stała się soundtrackiem do życia przynajmniej jednego (jeśli nie więcej) pokolenia klubowiczów. Ludzi, którzy na przełomie wieków bawili się przy „Superstylin” czy „I See You Baby”, co najmniej romantycznie przytulali przy „At The River” lub kolebali się przez miasto, słuchając „Purple Haze”. Część z nich może miała nawet okazję być osobiście na koncercie GA i całkiem prawdopodobne, że posiadają zripowaną lub oryginalną płytę DVD z zapisem koncertu w Brixton Academy, którą ostatnio ciężko kupić. Wszystko to dlatego, że duet Andy Cato & Tom Findlay miał od zawsze patent do pisania muzy wpadającej w ucho, bujającej nie tylko w klubie, lecz także na koncercie, stylowej i zawsze dalekiej od obciachu. Ich pierwszy wypusk „Northern Star”, wydany w 1998 roku przez znaną i lubianą przez didżejów Tummy Touch, przeszedł bez większego echa. Album zrobiony w tydzień, w studiu z jednym samplerem, mikserem i styntezatorem był, zgodnie z założeniami, nieskomplikowany, ale też zbyt prosty, by narobić trochę szumu. No, może poza „At The River”, który ponownie został wydany na następnym krążku i w reedycjach debiutanckiego albumu nie występuje. Ale już druga, mająca 11 lat (tak, tak!) płyta „Vertigo” okazała się pierwszym złożem hitów i napędziła grupie fanów. Otwierającym krążek numerem funkowym „Chicago” zaczynali przez następne bodajże osiem lat wszystkie koncerty, jazdą obowiązkową były także: „If Everybody Looks The Same” i wspomniana wyżej bal-

ladka „o rzece”. Ten ostatni szlagier oparty został na przeboju z lat 60. „Old Cape Cod” Patti Page, na który wpadniecie, przyglądając się powtórkom „Szklanej Pułapki 2” (wesoło rozbrzmiewający w katakumbach lotniska). To pierwsza i nie ostatnia korzyść z bycia łowcą starych nagrań i sampli, co było i jest domeną Toma Findlaya. Gość lubi sobie poszperać w stertach winyli i ma podobno kilka stałych miejsc, m.in. na Ibizie, w San Francisco i Nowym Jorku, gdzie zawsze ustrzeli coś miłego dla ucha. „Vertigo” to także „I See You Baby”, który po energetycznym podkręceniu przez Fatboy Slima stał się imprezową petardą, muzycznym motorem reklamówki Renault oraz podkładem dla wielu programów w TV i małym przekleństwem dla GA, którzy z założenia nie tworzyli tandety dla mas. W efekcie undergroundowy al-

w willach na Ibizie. Funkowy, groove’iasty i ździebko bardziej popowy „Love Box” był jeszcze bardziej skoczny niż poprzednik. Neneh Cherry i Richie Havens wspomogli go wokalnie, a brzmieniowo muzyka zaczęła delikatnie skręcać w stronę disco i śmiem twierdzić, że już wtedy Andy i Tom czuli, że wyspiarskie trendy zaczną kręcić się wokół revivalu ejtisów, co dobitniej zaznaczyli na „Soundboy Rock”. Mnie „Love Box” zaskoczył tym, jak całkiem świeżo brzmi obecnie, i chyba podoba mi się bardziej niż przed laty. „Soundboy Rock” to już czasy „nowożytne”, czyli po kryzysie, jaki dopadł grupę, gdy Andy przeprowadził się do Barcelony. To trochę oddaliło ich od siebie, do tego doszły pieluchy, zmęczenie materiału i przed nagraniem „Soundboy Rock” przeżywali kryzys. Produkcja albumu różniła się od poprzednich: panowie zaczęli pracować razem dopiero na finalnym etapie robienia płyty. Wcześniej wysyłali sobie groove’y i MP3 e-mailami. Na albumie zaśpiewała Angie Stone, ale jej piosenka „Feel The Same” ukazała się tylko w limitowanej edycji 10 tys. sztuk. Najnowsza płyta zatytułowana „Black Light” pierwotnie miała ukazać się jesienią i miała pokazać ciemniejszą stronę zespołu, mniej taneczną, inspirowaną dokonaniami Davida Bowiego i New Order. Tworząc ją, panowie pisali równolegle drugą płytę, bardziej house’ową. Ale wstrzymali moment jej wydania. Po pierwszych przesłuchaniach „Black Light” wydaje się nadzwyczaj frapująca, momentami z rockowym zacięciem, bardziej ejtisowa, gorzka i zdaje się sentymentalna, ale... lepiej posłuchajcie sami.

TWÓRCZOŚĆ DUETU JEST NA SWÓJ SPOSÓB EKLEKTYCZNA, ENERGETYCZNA I ORYGINALNA W IŚCIE WYSPIARSKIM STYLU bum wszedł do TOP 20 na Wyspach, a klimatyczny chillout stał się trademarkiem tandemu, zaś utwory duetu zaczęły obowiązkowo pojawiać się na wszystkich kompilacjach z muzą downtempo. Dwa lata później świat usłyszał „Goodbye Country” zawierający dyskotekowy ragga wymiatacz „Superstylin”, przebojową balladę „My Friend” i rodzynki pokroju hiphopowego spacerownika „Suntoucher” czy trochę zapomnianego rasowego deep-housiaka „Healing”. Zanim stworzyli producencki duet, obaj organizowali imprezy, na których serwowali w jednym pokoju materiał taneczny, a w drugim – chilloutowy. Tak też podobno grali na trochę bardziej wypasionych „domówkach” organizowanych także

Tekst Piotr Nowicki Foto Kartel Music

17


*

Rockowy cyrk 18


*

?

„Black Light” to pozycja nr 6 w dyskografii Groove Armady. Szóstka będzie dla was szczęśliwą liczbą? GA Tego nie wiem (śmiech). Myślę jednak, że „Black Light” to najlepszy album w naszej karierze. Jest wyjątkowy z wielu powodów – nowego brzmienia, nowych koncepcji itp. Właśnie zaczęliśmy grać pochodzące z niego piosenki na koncertach w Australii i ludzie wydają się nimi zachwyceni. Chyba zgodziliby się z nami w ocenie całego materiału.

?

Według waszych zapowiedzi nowy album jest także nieco mroczny. Zdecydowały o tym jakieś szczególne względy? GA Nie, właściwie to zawsze na płytach Groove Armady gdzieś obok całej tej głośnej muzyki czaiły się rzeczy inne, dziwne, klimatyczne. To, że na „Black Light” wypłynęły one na powierzchnię, jest konsekwencją tego, że tym razem stworzyliśmy zestaw piosenek (z naciskiem na słowo „piosenek – przyp. aut.). Rozbudowanych piosenek z emocjonalnymi tekstami. Właśnie połączenie tekstów z mocną muzyką, która w założeniu ma być grana na żywo, przyczyniło się do nieco mroczniejszego nastroju całości.

?

*** Nowy album, nowi wokaliści i przede wszystkim nowe brzmienie. Na aktualnym etapie kariery Groove Armady rewolucja wyparła ewolucję. Płyta „Black Light” może okazać się zaskoczeniem przez duże Z. Jak przekonuje Andy Cato, w nową dekadę wkracza Groove Armada wersja 2.0.

A co ze zwolennikami parkietowych bangerów? Dostaną coś dla siebie? GA Im chyba nie dogodzimy. „Black Light” zdecydowanie nie jest klubową płytą. Didżeje nie mają na niej wiele do szukania, a słuchacze oczekujący powtórki z „Soundboy Rock” mogą poczuć się rozczarowani. Z kolei jednak wielu ludzi, którzy dotąd nas nie słuchali, powinno zainteresować się tym longiem. Grając na kilku dużych festiwalach, przekonaliśmy się, że materiał z niego znakomicie sprawdza się na wielkich scenach.

?

I faktycznie może podobać się rockowej publice. Weźmy taki numer, jak singlowe „Warsaw” – hymnowy klimat, stadionowe brzmienie... 19


* GA Tak, zdecydowanie. Nagrywając „Black Light”, postawiliśmy sobie za cel dotarcie do nowych odbiorców. Dlaczego fani grup w rodzaju MGMT, Passion Pit czy Friendly Fires nie mogliby posłuchać Groove Armady? Sądzę, że to, co robimy, może spodobać się także im. Zgadzam się z tobą, nowe kawałki mają w sobie sporo z rocka, ale też nasze koncerty od zawsze były na swój sposób rockowe. Teraz gramy rockowe koncerty i mamy rockowy album. Doszło więc do synchronizacji (śmiech).

?

Rzuciłeś nazwami kilku formacji, które zyskały wielką popularność zupełnie niedawno. Ktoś może wam zarzucić kokietowanie kapryśnej publiczności, a więc po prostu koniunkturalizm.

Festiwal Produkcja w studiu, koncerty, występy w charakterze didżejów w klubach – wszystkiego tego było im za mało, dlatego panowie zrobili sobie własny festiwal Lovebox Weekender, czyli lipcowe imprezy w Victoria Park. „Lovebox to dziwne doświadczenie – mówi Tom – dwa dni są wspaniałe, a przez następne 363 kombinuje się, jak zrobić ten festiwal fajniejszym następnym razem i choć nie ma z tego wielkiej kasy, to jednak lubimy to robić”. Impreza zażarła i wpisała się w życie kulturalne angielskiej stolicy. Gromadzi do 40 tys. ludzi, co jest niezłym wynikiem, biorąc pod uwagę to, że dzieje się w środku miasta. Duet trochę boleje, że nie jest w stanie zaprosić na występy wszystkich swoich ulubionych gwiazdorów, gdyż ich pozycja, jako niezależnych promotorów i organizatorów, jest gorsza, gdyż są poza układem.

*** 20

NOWY MATERIAŁ POWINIEN BYĆ ROZPOZNAWALNY OD PIERWSZEJ DO OSTATNIEJ MINUTY GA Tak mogą mówić tylko ci, którzy nigdy nie widzieli nas na żywo. Koncerty są szalenie istotną częścią naszej działalności, a od samego początku, w czasach kiedy nikt tego jeszcze nie praktykował, graliśmy z pełnym bandem – z gitarą, basem, bębnami... Nie jest to więc dla nas pierwszyzna, ale teraz zaciągnęliśmy wreszcie cały ten rockowy cyrk także do studia. Jeśli ktoś chce więc nas za to krytykować, nich weźmie poprawkę na to, co robiliśmy wcześniej.

?

Kilka słów o wokalistach, z jakimi współpracowaliście na „Black Light” GA Postanowiliśmy przestać pracować z legendarnymi postaciami, bo robiliśmy to od lat. Lepiej dać szansę nowym talentom i stąd chociażby udział w nagraniach Nicka Littlemore’a z Empire Of The Sun, którego znaliśmy z jego innej grupy, Pnau. Spędziliśmy z nim sześć bardzo dramatycznych dni w studiu. Dramatycznych, bo na swoje nieszczęście, a dla naszej korzyści, w międzyczasie zerwał ze swoją dziewczyną i był tak wkurzony, że napisał całkiem niezłe teksty. Pracujemy też teraz z Saint Savior, która zaśpiewała m.in. w „I Won’t Kneel”. Ona będzie frontmenką na naszych koncertach, przyjmie na siebie rolę serca zespołu, podczas gdy my skupimy się tylko na muzyce.

?

Podkreślacie, że praca w studiu była wolna od presji ze strony wydawcy. To chyba komfort dany dziś nielicznym. Przy całym tym kryzysie w przemyśle muzycznym wytwórnie naciskają na wykonawców, ponieważ oczekują określonego produktu. GA Zgadza się i dlatego nam pracowało się znakomicie, bo nikt nie wywierał na nas presji. Gdybyśmy wciąż nagry-

wali dla Sony, to album, taki jak „Black Light”, nie miałby szansy się ukazać. Tymczasem nowy wydawca pozwolił nam skoncentrować się na realizacji własnej wizji, bez upierdliwego upraszania się o kawałki do radia. Właśnie dzięki temu udało nam się osiągnąć cel i wykreować oryginalne brzmienie, przy zachowaniu pełnej kontroli nad tym, co robimy. Nowy materiał powinien być rozpoznawalny od pierwszej do ostatniej minuty. Sprawdzi się także na scenie, niezależnie od tego, czy wystąpimy przed piętnastoma czy piętnastoma tysiącami ludzi.

?

Grasz na PlayStation? GA Nie (śmiech), tak naprawdę to nie.

?

Ale pewnie domyślasz się, dlaczego o to pytam? GA Tak, pijesz do naszego występu w świecie wirtualnym PlayStation. Dziwna sprawa, czułem się nader osobliwie. Zagraliśmy jednak koncert w Londynie, który został sfilmowany i przetransmitowany do wirtualnego wymiaru, gdzie słuchały nas awatary użytkowników PlayStation. Podobno przyszło na niego dwa razy tyle osób, co liczba ostatecznie go oglądających. Nie rozumiem, dlaczego nie dało się powiększyć lokalu, skoro jest i tak w całości wykreowany, ale zasady rządzące wirtualnym światem są mi zupełnie obce.

?

Twoim zdaniem ważne jest, by próbować nowych form promocji? GA Wszystko zależy od zamiarów. Gdybyśmy chcieli docierać wciąż do tego samego grona odbiorców, to nie musimy podejmować podobnych eksperymentów. Aby jednak tworzyć wciąż nową, interesującą muzykę,


* należy starać się docierać do nowych słuchaczy. To z kolei wymaga pewnej elastyczności w promocji. Jeszcze nie tak dawno zakładanie profilu na Facebooku czy słuchanie muzyki z iPoda mogło się wydać dziwaczne. Teraz zaś działamy nawet w świecie wirtualnym!

?

Pytanie na czasie: jak będziesz pamiętał mijającą dekadę? GA Na pewno nie z jakichś konkretnych płyt, bo moje prywatne rankingi zmieniają się co pół godziny. Na pewno ważnym zdarzeniem ostatnich lat był wspomniany przez ciebie kryzys w branży. Pod koniec dekady miałem jednak poczucie, że oto żyjemy w złotym wieku muzyki. Przy odrobinie chęci można znaleźć dla siebie mnóstwo ekscytujących dźwięków. Wystarczy poszperać w Internecie lub iść na klubowy koncert. Nie brak wcale nowych talentów. To, że gramy nadal i eksperymentujemy z nowym brzmieniem, jest poniekąd konsekwencją tego wszystkiego, co nas teraz otacza. W dużej mierze właśnie dlatego powołaliśmy do życia Groove Armadę wersję 2.0.

GA (Śmiech) Tak, ale może lepiej, że już się skończyła, bo w ciągu roku jej obowiązywania dostałem dość rumu i wódki, by nasycić się za wszystkie czasy. Chociaż nie powiem, ta wódka sprawiała mi przyjemność.

?

Jesteś koneserem? GA „Koneser” to może za duże słowo, ale lubię wódkę. To nasz ulubiony napój w zespole. Lubimy bardzo grać w Polsce, bo u was można dostać marki niedostępne w wielu miejscach. Pamię-

tam, jak raz grałem w Polsce jako didżej. Promotor klubu, w którym wystąpiłem, okazał się koneserem wódki. Spędziliśmy więc rewelacyjną noc, ale poranek następnego dnia był koszmarny.

?

W takim razie jak najwięcej świetnych nocy i jak najmniej koszmarnych ranków! GA Dzięki (śmiech). Tekst Sebastian Rerak Foto Kartel Music

?

Sądzisz, że otwierają się przed wami nowe możliwości? GA Tak, ponieważ możemy komunikować się z ludźmi bez pośrednictwa wytwórni czy kilku zaufanych ludzi z radia. To świetne! Pokonaliśmy tyle ograniczeń, że przemysł przestaje nam być potrzebny. Problemem jest tylko nadmierny tłok. Działają tysiące zespołów, a ludzie co tydzień oczekują czegoś nowego. Trudno w tym nadmiarze wyłowić coś dobrego, zwłaszcza kiedy ciągle wybucha jakaś nowa histeria. Niektórzy wykonawcy rozpadają się, nim zdołają spełnić pokładane w nich nadzieje.

?

Być może to tajna informacja, ale czy umowa, jaka jeszcze do niedawna łączyła was z Bacardi, zakładała także dostawę firmowych produktów? 21


*

*

massive attack

Nowe szaty

*

króla

*** Aż się wierzyć nie chce... Nowy album Massive Attack przeszedł ze sfery powtarzanych półgębkiem spekulacji w realny wymiar. Koniec świata! A właśnie, właśnie, „Heligoland” jest pozycją numer pięć w dyskografii bristolczyków, wydaną w siedem lat po poprzednim długograju. Pięć dodać siedem równa się... dwanaście! Jak 2012. 22


O

to więc kolejny niezbity dowód dla zwolenników apokaliptycznych scenariuszy, że za dwa lata w Ziemię pierdyknie tajemnicza planeta, która do tej pory przechytrzała astronomów, sprytnie przebierając się za generała Hermaszewskiego. A jeśli uważacie, że wodzę was teraz za nos, miast przejść do konkretów, to zwracam uwagę, że wasi triphopowi idole robili to samo przez ostatnie siedem lat. „Ludzie nas często pytają: Co jest z wami, bristolczykami? Pracujecie w jakichś pięcio-sześcioletnich cyklach. Ale w naszym przypadku nie jest to spowodowane okresami bezczynności” – tłumaczy Daddy G. „Po wydaniu 100th Window pozostawaliśmy w trasie przez rok. Potem ukazał się zbiorczy album Collected i znów ruszyliśmy z koncertami. W roku 2008 roku powierzono nam kuratelę nad festiwalem Meltdown w Londynie, co również pochłonęło nam trochę czasu. Dodaj do tego trasę Phantom, ale na niej mieliśmy już przygotowanych sporo kawałków na album”. W międzyczasie dwaj faceci w czerni zastosowali tyle zmyłek i uników, że ostatni wierni w kościele św. Mezzaniny musieli czuć się równie ogłupiali, co angielska defensywa na Mundialu 1986 roku w chwilę po przedryblowaniu przez Boskiego Diego. Ktoś kiedyś widział, jak 3D i Daddy G wychodzą ze studia w towarzystwie różnych znanych person, mówiono, że na nowym longu zachrypi Tom Waits, co niestety okazało się typowym bulszitem. Anglicy zagrali oczywiście masę koncertów oraz skomponowali muzykę do kilku filmów. „Nie możemy sobie pozwolić na zbyt długie próżniactwo” – zapewniał Daddy. „Zarówno w wymiarze artystycznym, jak i finansowym”. Przy innej okazji nasz bohater nie omieszkał dodać, że codziennie zapieprza przez jedenaście godzin i jeśli akurat nie nagrywa lub nie projektuje okładki, to można go zastać przy malowaniu przydomowego garażu. Jednocześnie jednak nikt już chyba nie brał za pewnik kolejnych wyznaczanych

* dat publikacji płyty widmo. Wydawało się już, że ojcowie chrzestni bristol soundu powalczą o rekord niesłowności, ustanowiony przez dziewczyny z Guns’n’Roses. „Album powstawał dziesięć miesięcy” – uspokajał na finiszu prac Daddy G. „Mieliśmy go wydać już rok temu, ale potem pojechaliśmy w trasę z nowymi utworami, a po powrocie postanowiliśmy je w większości przerobić. Ot i cała historia”. Nierychliwy, acz cierpliwy Massive Attack robił więc swoje w studyjnym zaciszu. Kilka z szumnie odtrąbionych kolaboracji rzeczywiście doszło do skutku i tak, oprócz stałego gościa, jamajskiego szamana Horace’a Andy’ego, w premierowych utworach odzywają się: Hope Sandoval, Martina Topley-Bird, Damon Albarn, Tunde Adebimpe i Guy Garvey. Ponadto w nagraniach uczestniczyli m.in. gitarowy Portishead Adrian Utley oraz perkusista Jerry Fuchs, który niedawno zginął śmiercią tragiczno-kuriozalną. Szczególnie interesująco jawi się jednak rewelacja, jakoby premierowy materiał poddać miał remiksowi Burial. Jeśli wieść ta ma pokrycie w rzeczywistości, to ci, którzy pamiętają elektroniczno-dubowe wariacje spod ręki Mad Professora, które znalazły się na zbiorku „No Protection”, mogą pewnie liczyć na replay z elektryzujących wrażeń. W momencie kiedy piszę ten artykuł, fani zespołu, którym należy się medal za ofiarność, znają już „Heligoland” na

wylot i mają wyrobioną opinię na jego temat. Poprzednik albumu, „100th Window”, skutecznie podzielił słuchaczy, niezdolny do detronizacji kultowego „Mezzanine”. Wiadomo, że Trójwymiarowy i Tatko G nie zejdą poniżej pewnego poziomu, więc to, co ponownie popełnili w chwilach przypływu weny, jest nadal brzmieniem z Bristolu, a nie brzmieniem z brystolu, ale czy naprawdę warto czekać aż tyle lat, by król przedefilował w nowych szatach przed poddanymi? Niewykluczone. Niczego nie można już być pewnym, kiedy nawet Metallica nagrała wreszcie porządny album. Na razie o Massive Attack głośno głównie za sprawą wideoklipu do utworu „Paradise Circus”, w którym bez specjalnych skrupułów wykorzystano fragmenty pornosa z epoki przeddepilacyjnej. „Orgazm to ten niemierzalny punkt w czasie” – nawija w teledysku odtwórczyni głównej roli w tym obrazie, dziś szacowna emerytka. „Mistyczny moment, który tak naprawdę nie istnieje w tym wymiarze”. Z życzeniami podobnych wrażeń dla słuchaczy „Heligoland” wasz cyniczny redaktor pozostaje w sceptycznym grymasie. Jeśli nie huknie nas po łbach nowe dzieło Massive Attack, to może zrobi to owa tajemnicza planeta... Tekst Sebastian Rerak Foto EMI Music

ANIOŁY W ostatnich latach Massive Attack szczególnie upodobało sobie igraszki z „zabawką dużych dzieci”, czyli polityką. Dla poparcia idealistycznych deklaracji duet brał m.in. udział w różnych benefitowych koncertach (m.in. na rzecz palestyńskich dzieci poszkodowanych przez umiłowanie pokoju państwa Izrael), ale także w szczególny sposób wsparł inicjatywy innego rodzaju. Jako że społeczno-politycznemu zaangażowaniu można dawać upust na wiele sposobów, Robert „3D” Del Naja zaangażował się w tworzenie muzyki do filmów dokumentalnych, podejmujących tzw. niewygodne tematy. Były to: „In Prison My Whole Life” poświęcony Mumii Abu-

*** 23


*

*

hot chip

*

Miłość na jedną noc *--------------->

***

Z premedytacją odrzucili szemrane łatki – nie potrzebowali koniunkturalnych sztuczek. Pogodzili się z gorzką prawdą, że popowe refreny to nie zawsze popowe nakłady – nie muszą się sprzedawać w setkach tysięcy. Chociaż w sumie, kto wie, bo wydanym właśnie albumem „One Life Stand” Hot Chip deklarują zmasowany atak na listy przebojów. 24


* też produkują masowo, spokojnie), to koncertami właśnie. A tu Hot Chip są już ścisłą czołówką w przedziale, powiedzmy, okołomłodzieżowym. Ilość przyciąga jakość. To nie jest laboratoryjnie wyliczone, błyszczące show. Z autorskich numerów kpią swobodną improwizacją, cudze nieobliczalnie reinterpretują (poszukajcie ich wersji „Nothing Compares 2 U”). Nie bez powodu zagraniczna prasa nadużywa w recenzjach ich występów live dwóch

przystępnej, kuszącej melodiami płycie mówiło się w obozie Hot Chip mniej więcej od roku. Wrócili z trasy gigant i od razu zabrali się do pisania. Al Doyle zapowiadał: „To będzie bezpośredni, zwarty album. Spójna wypadkowa naszych zainteresowań: od disco, przez techno, po klasyczny pop”. I słowo się rzekło, momentami bywa wybitnie klasycznie w formie. I w treści powiedzmy, że też. Taylor: „Tytułowe nagranie jest o sytuacji, kiedy z opcji na jedną noc

TO NIE JEST LABORATORYJNIE WYLICZONE, BŁYSZCZĄCE SHOW

T

yle że takie szczyty to już zbytek łaski. Tak, to oni pogardzili Kylie, ale mimo wszystko – i niezależnie od finansowego/medialnego powodzenia nowego albumu – są dziś jednym z najważniejszych i największych popowych zespołów młodego pokolenia. Jak to się robi? Jakkolwiek blado nie wypadłoby to na tle fluoro odzieży – trzeba pracy. Hot Chip to jeden z intensywniej pracujących zespołów ostatniej dekady. Płyta za płytą, trasa za trasą, krew, pot i łzy na najważniejszych parkietach świata i nadpobudliwy lider, który nawet gdy robi sobie wakacje w imię szczęścia w rodzinie, to i tak słychać go gościnnie z każdej modnej płyty. Opłaca się. Lubią się upierać, że żadne z nich gwiazdy, wychodzą z domu bez kamuflażu, a paparazzi jeszcze długo poczekają na zlecenia. Ale sprawdźcie koncerty. Wyprzedane do ostatniego miejsca. Największe sale. Swoją drogą, to też symptomatyczne dla nowej fonografii – rynku płytowego już prawie nie ma, a fizyczny nośnik to gadżet dla romantycznych i sentymentalnych. Potęgę dzisiejszych gwiazd mierzy się inaczej – jeśli nie singlami (te

przymiotników.„Niespodziewane” i „ekscytujące”. Taki też jest ten cover Vampire Weekend przygotowany przy współudziale Petera Gabriela, bo takim wypada kombinować. Kiedy dzieciaki masowo pociły się do „Over And Over” i „Boy From School” – wciąż największych hitów grupy – pokoleniowy rytm wybijał symboliczny glowstick. Electro odchylenie Hot Chip przypłacili łatwym awansem między sezonowe gwiazdy. „Nu rave? Nie ma czegoś takiego jak nu rave, to sztucznie wykreowany twór” – pomstował swego czasu Alexis Taylor, frontman. „Wiele zespołów, które w żaden sposób nie mają nic z tym nurtem wspólnego, godziło się na taką etykietkę, bo w swoim czasie była pomocna. My się nie daliśmy nabrać”. Słusznie. Z sezonowych histerii historii nie będzie, a oni chcieli tak uniwersalnie, niezależnie od mody i ponad podziałami. I jeszcze wycelować w playlisty, bez prychania z niesmakiem. Kylie chciała pomóc, ale nie starczyło talentu. Joe Goddard: „Kylie napisała dla nas piosenkę, ale to był jakiś żart. Szczerze? Uważam, że żadna z niej kompozytorka”, bo ambitnie marzy im się współpraca z Brianem Eno. I nie mniej odważnie – przekucie nerdowskich disco tęsknot w mainstreamowe hity. Z koncertowej pozycji dawno zdali sobie sprawę, o popowej,

rodzi się miłość na całe życie”. Prawie pedagogicznie i ku pokrzepieniu serc.

Jeśli nie płyty, to co

Szukajcie Hot Chip nie tylko na regularnych albumach. Dyskografię zasadniczą uzupełniają prestiżowe kompilacje, „DJ Kicks: Hot Chip” sprzed dwóch lat i „Bugged Out Mix by Hot Chip” z maja 2009 roku. Fonograficznym rarytasem jest wydana w 2008 roku EP-ka nagrana wspólnie z Robertem Wyattem, ekscentryczną ikoną eksperymentalnego songwritingu.

Skąd oni są? Zaczęło się jakoś na początku dekady. Hot Chip, które znamy dziś, konsekwetnie ewoluowało z półakustycznego projektu dwóch kumpli ze szkoły, Alexisa Taylora i Joe Goddarda. Panowie poszerzyli duet o dodatkowe zespoły, kiedy okazało się, że intelektualiści też czasem tańczą. Zespół zadebiutował pełnowymiarowo pięć lat temu albumem „Coming On Strong”, pierwszą sławę przyniosła kolejna płyta, „The Warning” (to też pierwsze wydawnictwo nagrane w obecnym składzie). „One Life Stand” to czwarty album Hot Chip. Tekst Angelika Kucińska Foto EMI

25


*

*

bpitch

*

Wizytówka z Mitte ***

Berlińska wytwórnia Bpitch Control to nie tylko jeden z czołowych niemieckich labeli, lecz także jedno z najważniejszych miejsc na mapie świata muzyki elektronicznej. Jej katalog jest wyjątkowo eklektyczny, znajdziemy w nim produkcje spod znaku electro, breakbeatu, house’u i techno – wszystko ze stemplem „wydane w Berlinie”. 26


*

P

rzesłuchując jej wydawnictwa i czytając o Ellen Alien – szefówce oficyny – zastanawiało mnie czy faktycznie Bpitch można nazywać najbardziej berlińską wytwórnią Berlina? Czy takie określenie to jedynie fajnie sprzedająca się marketingowa ściema, tak jak przekonywanie przez poznańskiego cukiernika, że to właśnie on sprzedaje najprawdziwsze marcińskie rogale. Wytwórni płytowych, szczególnie tych z taneczną elektroniką, jest przecież w Berlinie od metra. Nie na próżno jednak przy logotypie z nazwą znajduje się napisane pozycjonujące hasło: Berlin Stadt. To po prostu słychać. Najbardziej wyraźnie w produkcjach szefowej, począwszy od albumu „Stadkind” i tytułowego singla, ale i w kolejnych, późniejszych

*

Paul Kalkenbrenner

produkcjach innych artystów. Przy czym nie jest to tylko techno i electro, jak klasyfikowano z początku brzmienie Bpitch, bo obecnie jest to bardzo eklektyczna muzyka. Ellen mówi o niej, że jest jasna i świetlista jak Berlin. Daje swoim artystom wolną rękę, bo wierzy, że w tym mieście ludzie myślą o kreatywności, nie o pieniądzach. Mimo że muzyka labelu dobrze się sprzedaje, Ellen uparcie utrzymuje, że nie chce być na listach przebojów. Obserwując jej rozwój, jako artystki, widać i słychać, że mimo popularności jej oraz wytwórni i pojawiających się podejrzeń o sympatyzowanie z mainstreamem, panią Fraatz stać na ucieczkę z szufladki i klatki ludzkich przyzwyczajeń. To także jej sposób na sterowanie wytwórnią, czyli poszerzanie stylistyki i kręgu producentów przez 10 lat istnienia. To ważne, w przypadku gdy wytwórnia wychodzi z undergroundu w elektroniczny mainstream i gdy w związku z tym pojawia się niebezpieczeństwo „przegrzania” koniunktury i trendu. Faktem jest, że Bpitch przestała być wytwórnią undergroundową i przeszła do ligi światowej podobnie jak koloński Kompakt. Początki były skromne: po tym gdy skończyła z pierwszym labelem Braincandy, który okazał się niewypałem, ze względu na słabą dystrybucję, wystartowała z cyklem imprez pod hasłem Pitch Control. Po dwóch latach doszła do wniosku, że aby zachować klimat w muzyce, można wydawać kompilacje, i jako kobieta przedsiębiorcza założyła Bpitch. Fascynacja duchem rodzinnego miasta, w którego rozwijaniu sceny techno czynnie uczestniczyła, dodała przedsięwzięciu energii i dynamiki, czego efektem było ponad 50 wydawnictw podczas pierwszych trzech lat działalności. Obecnie ten biznes to nie tylko pozyskiwanie i wydawanie muzyki, lecz także organizacja imprez z udziałem artystów zakontraktowanych z labe-

*

Modeselektor

*

lem, odpowiednie wizualizacje, serie ubrań, w których projektowaniu bierze udział artystka, i bezustanna, towarzysząca temu promocja miasta. Ellen jest współautorką rozmaitych przewodników po Berlinie, czy to drukowanych w pismach, czy wydawanych na płytach, i jeśli miałbym doradzić wam muzyczny soundtrack do wycieczek po Berlinie, to albumy i kompilacje Bpitch idealnie się do tego nadają. To przejmujące widokówki, refleksyjne, ale w głębi ducha optymistyczne. Ładnie brzmiące, bo Ellen lubi ładną muzykę, ale nie tandetną. Na szczęście. Poniżej parę słów o tych, którzy te obrazki tworzą.

Paul Kalkbrenner

Mocarz. Najlepszy narrator wytwórni, co pokazał na płycie „Self ” – znakomitym technicznym albumie z melancholijnym klimatem, minimalnymi bitami i ciekawymi opowieściami. Na wcześniejszym „Superimpose” zaprezentował bardziej ponurą muzykę, chwilami mroczną i mocną, w której można doszukiwać się wpływów Detroit techno. Wydany w tym samym 2001 roku „Zeit” był dla odmiany lżejszy, a przy okazji założę się, że operowania kolorami od Paula z pewnością uczył się później 27


* Gui Boratto. Twórczość Kalkbrennera to teoretycznie minimalna forma, ale z maksymalną dawką emocji, zderzenie czasem nieprzystających pomysłów, inspiracji i dobre rzemiosło. Ostatnie kilkanaście miesięcy to szum medialny wywołany filmem „Berlin Calling”. Zagrany przez niego tytułowy bohater Icarus i jego dramatyczna historia nie są odbiciem przeżyć Kalkbrennera. Całą muzykę skomponował oczywiście Paul, prócz jednego utworu, który zrobił Sascha Funke (a jakże!). Praca nad scenariuszem i filmem trwała kilka lat, ale dopiero przed zdjęciami wyszło, że najlepiej Icarusa zagra właśnie Kalkenbrenner. Aktorski debiut wypadł przyzwoicie, choć nie porywająco, a z powodu filmu Paul był ostatnimi czasy mocno zajęty. Pokłosiem obrazu był także album z muzyką i, choć wydany w 2008 roku, nie zawierał nowych nagrań. Nie lubi wypuszczać płyt w pośpiechu, a ostatnio za często nie bywał w studiu i własna muzyka przestała mu się podobać. Woli ciszę i czytanie książek.

upadłego, a że nie mieli zbyt wielu płyt, więc zdarzało się, że puszczali jeden krążek po kilka razy danego wieczoru. Z wytwórnią współpracuje od 10 lat, prócz singli ma na koncie albumy „Bravo” i „Mango” oraz kompilację „Boogebytes”. Jego muzyka jest oczywiście funky i czuć w niej popową nutę, która przywodzi na myśl brzmienie Kompakt (tam zresztą Sascha wydał pierwszy krążek). Jest w niej dużo kolorów, czasem trochę melancholii i w większości przypadków charakteryzuje ją minimalowa formuła. Hipnotyczny „Mango” nadaje się bardziej do słuchania i tańczenia, ale Sascha przyznaje, że świadomie obrał taki kierunek. Mr Funke kolekcjonuje bilety parkingowe, prócz Berlina uwielbia Prowansję – tam powstawały pomysły do jego ostatniego albumu. Jest fanem piłki nożnej, współtworzył team piłkarski Bpitch Control. Przez lata cierpiał na fobię przed lataniem i musiał przejść terapię (serio!). Zeszły rok upłynął mu pod znakiem zaledwie paru remiksów – czyżby szykował nowy album?

Sascha Funke

Jahcoozi

Podobnie jak szefowa wytwórni, urodzony berlińczyk. Zaczynał od imprez we wschodniej części miasta, które organizował wraz z Kalkenbrennerem. Podobno grali na nich do

*

* 28

Sascha Funke

To kolorowe, multikulturowe trio przyjaciół to nowy nabytek Bpitch. Żywiołowa, śpiewająca i pisząca teksty MC Sasha Perera urodziła się w Londynie, wymyślający bity producent Robot Koch jest Niemcem, a pełen spokoju basista i brzmieniowy manipulator Oren Gerlitz mieszka w Tel Avivie. Właśnie wydana nowa płyta jest melodyjna, pełna przestrzeni, groove’iastych bitów i melodyjnych ballad. Podobnie jak poprzednie, eksploruje

*

*

Jahcoozi

tereny awangardowego dubu i glitch podanego w popowej konwencji. Mają za sobą osiem lat wspólnego grania, produkcje dla wielu labeli, dwa pełne albumy (pierwszy będący zlepkiem różnych pomysłów, drugi z bardziej dopracowanymi ideami) oraz sympatię nie tylko berlińskiej publiczności, lecz także krytyków z nieżyjącym już Johnem Peelem na czele. Często także współpracują z innymi (m.in. Asian Dub Foundation, Buraka Som Sistema, Cassy, Luomo czy King Cannibal). Dają energetyczne koncerty.

Kiki

Joakim Ijäs – architekt, grafik i projektant urodzony w Helsinkach, od 1994 roku rezyduje w Berlinie. Po sukcesie na Marlboro DJ Competition, w którym oczarował samych Masters At Work, zamienił projektowanie domów na regularne granie w klubach Tresor, Pfefferbank i WMF. Z Bpitch od 2001 roku, autor pierwszej kompilacji „Boogybytes”. Podobno nieźle gotuje i – jak mówi – gotowanie przypomina granie – masz składniki i musisz użyć ich tak, by zadowolić ludzi. Na zeszłorocznym albumie „Kaiku” mieszanie ingredientów: techno i house’u wyszło całkiem smacznie, ale szaleństwa zmysłów nie oczekujcie, choć był czas na przygotowywanie numerów, bo to raptem drugi longplay artysty


* po pięcioletniej przerwie. Kiki jest kolekcjonerem winyli (ma ich około 15 tysięcy) i żongluje nimi podczas setów, ale przez ostatni rok preferował live-acty, w czasie których improwizował z mikrofonem, syntezatorem i automatem perkusyjnym. Lubi dubstep i – jak twierdzi – dlatego na jego ostatniej płycie jest tyle subbasowych pochodów. Prócz remiksów dla innych zadebiutował w roli współproducenta na albumie Anji Schneider. Uwielbia grać w Panorama Bar i Watergate (a kto nie lubi?).

*

Thomas Muller

Agf/Delay

Modeselektor

Gernot Bronsert i Sebastian Szary (razem od 1995 roku) – para czołowych producentów fuzji breakbeatu, electro i techno w Niemczech. Łączą funk, humor ze „sprytnym” samplingiem i brzmieniem tanich syntezatorów. Na początku dość sporą gromadkę fanów zjednali sobie głównie występami, potem przyszły dwie autorskie płyty dla Bpitch „Hello Mum!” – eklektyczny z electro-techniawą zabarwioną hip-hopem i „Happy Birthday” – megaragga-elektro-petarda z udziałem takich gości, jak: Thom Yorke, Apparat, Paul St. Hilaire i Otto von Schirach, z którymi machnęli... cover Scootera „Hyper, Hyper”. Thoma Yorke’a panowie poznali, robiąc remiks utworu z solowej płyty. Jak sami wspominają, wspólne nagranie było dla nich wielkim zaszczytem (zresztą wyszedł im razem przebojowy numer), a znajomość zaowocowała niezłym szpanem – występami na trasie z Radiohead. Gernot i Seba nie pozostali wierni Ellen i w zeszłym roku zmontowali składak dla Get Physical – konkurencyjnego labela. Chłopcy zawsze byli niepokorni. Uważają, że Berlin jest nudny, i porównują go do podstarzałej damy, która wypiła o jeden drink za dużo. Choć, jak sami przyznają, nie wyobrażają sobie innego miejsca, w którym mogliby mieszkać. O sobie mówią, że wcale nie są muzykami, bo używają samplerów i elektronicznej perkusji. Rok 2009 spędzili na koncertach z Apparatem jako projekt Moderat.

szłym roku, dokooptowali młodego producenta Marco Plazzo i spłodzili album pełen elektroakustycznych brzmień spiętych electropopowym mianownikiem o dużej zawartości „berlińskiej” melancholii. Wyższy poziom italo-disco? Raczej klubowej neoromantyki made in Italy. No i jeszcze do tego cała sceniczna maskarada jak u Daft Punk...

* Thomas Muller

Nowa twarz w wytwórni. Francuz mieszkający w Berlinie. Wniósł do labela odrobinę surowego, technicznego brzmienia. O ile jego pierwsze EP-ki można było przyjmować z mieszanymi odczuciami, bo były to wydawnictwa nierówne, o tyle „Mindre” to konkretna i godna polecenia pozycja, a jej brzmienie dowodzi, że producent „wsiąkł” w Berlin i nasłuchał ię dobrych wzorców.

Fritz Zander i Sven VT

Duet nazywający się Zander VT ma na koncie kilka EP-ek w Bpitch oraz jej sublabelu Bpitch: Memo. Serwuje muzę o raczej tanecznym charakterze. Sven zaczynał od jungle’u i d’n’b, został dziennikarzem magazynu „De: bug”, a potem postanowił pokazać, co potrafi jako DJ i producent. Zaczął od regularnych występów w WMF, w którym grywa do dziś. Fritz produkował remiksy dla Gigolo i WMF Records i współtworzył projekt The Whitest Boy Alive. Zaczął także wydawać pod własnym nazwiskiem (EP-ka „Keep Focused”), a w twórczości solowej stawia na organiczny minimal.

We Love

Nowa nadzieja. Giorgia Angiuli i Piero Fragola stworzyli duet w ze-

Płyty eksperymentującego z popem techniczno-awangardowego małżeństwa to sygnał ze strony Ellen Allien, że widzi swoją wytwórnię nie tylko jako platformę dla muzyki mniej lub bardziej tanecznej. Produkcje w tym stylu to także dobre towarzystwo dla... nowych produkcji samej szefowej, która nie boi się wyjść poza przypisywaną jej dotychczas stylistykę (vide ostatnia płyta). Wydaje się, że takich producentów, jak Agf/Delay, powinno być w katalogu Bpitch więcej. Świetnie urozmaicają propozycję artystyczną wytwórni. Niby jest wielu artystów, którzy eksperymentują z elektroniką i muzyką pop, podobnie jak ten duet, ale brakuje im chyba „berlińskiego powietrza”, które jest czynnikiem nieodzownym, by trafić do Bpitch. Ten luft czuć między nutami, mimo przenosin państwa Luomów do Finlandii. Zatem można być członkiem rodziny Bpitch, nie mieszkając w niemieckiej stolicy, ale trzeba się z nią oswoić i nią przesiąknąć. Przez wytwórnię przewinęli się także m.in.: Mark Broom (ten od imprezowej łupanki), Ben Klock, Thomas P. Heckmann. O supertriu Moderat, które tworzy Aparat, oraz Modeselektorze już na łamach LAIFa pisałem, podobnie o szefowej oraz „miłośniku” Jay Haze, czyli Fuckpony. Dlatego ich sylwetek w tym tekście przypominać nie muszę. Tekst Piotr Nowicki Foto Mat. promo

29


*

*

jaga jazzist

*

Ucieczka przed banalną

jednoznacznością

30


*

L

***

Jak mało który norweski zespół grupa realizuje zapotrzebowanie na bezpieczny muzyczny środek, między blazą dzieciaków, którzy w swoich łóżkach śnią o Annie czy Erlendzie Øye, a snobizmem członków Mensy drapiących brody do improwizatorów z Rune Grammofon. Jaga Jazzist powraca krążkiem „One-Armed Bandit”.

ars Horntveth marzył o swoim zespole, jak większość chłopaków, zaraz po rozstaniu się z marzeniem o zostaniu strażakiem. Mało który niedoszły ogniomistrz już przed trzydziestką na karku może powiedzieć, że przez ponad połowę swojego życia utrzymał w ryzach odnoszącą sukcesy na całym świecie dziesięcioosobową orkiestrę, i to z dwójką rodzeństwa w składzie. Pierwsze próby Jaga Jazzist w połowie lat 90. bardziej niż na nieśmiałych wprawkach polegały na wspólnym słuchaniu klasycznych płyt jazzowych. Z wnoszonych przez rozpalonych emocjami nastolatków inspiracji sięgających post-rocka, elektroniki, jazzu i awangardy z wolna powstał oryginalny amalgamat pobrzmiewający w oryginalnym brzmieniu zespołu już od debiutanckich minialbumów „Jævla Jazzist Grete Stitz” i „Magazine EP”. W pięknych okolicznościach nordyckiej idylli już te pierwsze wydawnictwa wygoniły A&Rowców największych wytwórni zza biurek do walki o podpis pod kontraktem nastolatków z małej mieściny pod Oslo, nad którą unosi się duch pobliskiego obozu koncentracyjnego. Gdy opadł kurz, okazało się, że z tarczą wyszedł z tej bitwy lokalny oddział Warnera. Ciągłe koncertowanie po kraju i znakomicie przyjęty debiut „A Livingroom Hush”, wydany w 2001 roku, sprawiły, że o Jaga Jazzist szeroko rozpisywała się lokalna mainstreamowa prasa. Fiordy jadły im z ręki. Podobno tylko niektórzy lokalni jazzmani podśmiewali się protekcjonalnie z sukcesu gołowąsów z Jaga Jazzist. Dla nich była to banda dzieciaków, która chciała grać jazz, ale im nie wychodziło. Na Wyspach rozgłos przyszedł po wykupieniu od Smalltown Supersound przez Ninja Tune praw do wydania płyty na całym świecie. Podobno o wszystkim przesądziła

31


* wizyta na jednym koncercie, z których Jaga Jazzist już wtedy słynęli. Brytyjska prasa pokochała ich. Pochwalne recenzje zamieścili wszyscy od „NME” po „Observer”. Rok 2002 zamknęli nagrodą BBC Jazz Awards w kategorii „Album roku”, pokonując Wayne’a Shortera i Keitha Jarretta. Nieźle jak na płytę, która premierę na Wyspach miała w listopadzie. W tym czasie Norwegowie już od kilku miesięcy mieli u siebie na półkach drugą płytę, „The Stix”. Album, który,

le mających ze sobą wspólnego wykonawców bardzo szybko obraca się przeciwko wszystkim. Strywializowani łatkami artyści zmagają się z nimi przez następne lata. Za odpruwanie swojej Jaga Jazzist zabrali się na kolejnej płycie „What We Must”, wydanej w 2005 roku. Tam przeniesienie akcentów na rozwiązania bliższe rockowi zjednoczyło kontestatorów takich ucieczek z rozgoryczonymi fanami Tortoise, którzy zaliczyli czołowe zderzenie z progresywną rzeczywi-

PRZYGOTOWANIA DO NAGRAŃ ZACZĘLI OD TYGODNIA PRÓB W WIEJSKIEJ CHACIE W SZWEDZKICH KNIEJACH

32

podobnie jak debiut, dotarł do Top 5 listy sprzedaży płyt. Chwilę później na świecie wybuchł prawdziwy boom na muzykę ze Skandynawii. Jaga Jazzist, jeden z zapalników owego boomu, postawiono w jednej linii z Bugge’em Wesseltoftem i Nilsem Petterem Molværem, wręczając sztandar z napisem „nu jazz”. Narzucanie takich kategorii na niewie-


* stością wydanego w 2004 roku albumu „It’s All Around You”. Tymczasem dla Jaga Jazzist „What We Must” było tym, czym wszystko, co robili do tej pory – salwowaniem się przed banalną jednoznacznością, apatycznością przyzwyczajeń. Podczas gdy za brawurą poprzednich albumów kryła się mimo wszystko dyscyplina cierpliwie pisanej partytury, tamten album był inny. Był pierwszym doświadczeniem z muzyką powstającą w wyniku fizycznych zmagań z instrumentami podczas prób i prac w studiu, a nie intelektualno-formalnych wysiłków za biurkiem. Na nową, czwartą płytę Jaga Jazzist trzeba było czekać, aż wszyscy wyszumią się w swoich projektach pobocznych. Lars Horntveth mówi, że to cena, jaką trzeba zapłacić za konsensus w tak dużym zespole. Sam popełnił niedawno drugi album sygnowany własnym nazwiskiem, bo o ponadpółgodzinnej suicie „Kaleidoscopic”, nagranej z 41-osobową Narodową Orkiestrą Łotewską pod batutą Terje Mikkelsena, trudno powiedzieć, że to płyta solowa. To na tyle zresztą wymykający się klasyfikacjom album, że norweski muzyczny establishment nominował ją do Spellemannprisen – nagród, którym prestiżem bliżej do Grammy niż Fryderyków, w kategorii „open”. „One-Armed Bandit” samym twórcom przywodzi na myśl skojarzenia z Feli Kutim i Frankiem Zappą. Podobno tylko jeden numer bezpośrednio inspirowany jest tym pierwszym. Po usłyszeniu czterech zwiastunów na Soundcloudzie Ninja Tune obstawiam promującego całą płytę tytułowego singla, który nader wyraźnie zdaje się przesiąknięty zmysłowym i żywym punktowaniem choćby „Expensive Shit” z 1975 roku. Rygor kompozycji, która ponownie najpierw powstała za biurkiem Larsa Horntvetha, pozwala wyszumieć się każdemu muzykowi, pozostawiając jednocześnie drzwi otwarte Michałowi Fajbusiewiczowi, gdyby ten zdecydował się zmienić soundtrack do swoich kowbojskich inscenizacji. Przygotowania do nagrań zaczęli od tygodnia prób w wiejskiej chacie w szwedzkich kniejach. Okazjonalne koncerty przez ostatnie cztery lata były jedynymi momentami, kiedy mieli możliwość 33


* poczuć wspólnotowego ducha. Tydzień ten, na zasadzie obozu mobilizacyjno-integrującego, miał owego ducha ponownie wywołać. „One-Armed Bandit” miał być powrotem za stół mikserski Jørgena Træena, który poza wyprodukowanym przez Marcusa Schmicklera (Pluramon) „What We Must” szlifował wszystkie poprzednie wydawnictwa Jaga Jazzist. Chwilę po tym jak już komplet tracków trafił w jego ręce, nabawił się szumów w uszach. Poza oczywistym dramatem osobistym dla zespołu oznaczało to utratę ważnego, sprawdzonego w każdych warunkach zawodnika. Z pomocą przyszedł John McEntire, któremu delegacja Jaga Jazzist przywiozła materiał. Efekt może być naprawdę ciekawy. Jaga Jazzist zapewniają, że byłoby głupotą z ich strony, gdyby człowiekowi odpowiedzialnemu za brzmienie Tortoise zawieźli materiał podobny do Tortoise – zespołu, do którego co najmniej sympatii nigdy nie ukrywali. Wygląda na podświadomą walkę z kolejnymi skrótami myślowymi. Płyta ma ujrzeć światło dzienne jeszcze pod koniec stycznia. Poprzeczka postawiona jest wysoko, bo w swojej klasie Jaga Jazzist równych sobie nie mają. Ich muzyka iskrzy pomysłami, ale jest lekka i strawna, mądra, ale nie przeintelektualizowana, efektowna, ale nie kabotyńska. W tym samym czasie ruszą w żywioł, w którym zawsze sprawdzali się najlepiej, czyli w trasę. Pierwsza w karierze wizyta w kraju hanami i trzy koncerty w październiku 2009 roku spotkały się z ekstatycznym przyjęciem. Japońscy recenzenci zgodnym chórem uznali je za najlepsze występy 2009 roku. W Polsce byli i po „The Stix” (wypchany po brzegi śp. Jazzgot) i „What We Must”. Być może jeszcze w tym roku uda im się odwiedzić nas po raz kolejny. Tekst Bartek Gil Foto Isound

34

Oprócz romansującego ostatnio z neoklasycyzmem Horntvetha, który gra na gitarze, klawiszach, klarnecie i saksofonach (sopranowym i tenorowym), a także odpowiada za aranże piosenek behemotów z Turbonegro, Jaga Jazzist tworzy dziś prawdziwy konglomerat osobowości. Starszy brat Martin to perkusista o posturze i fryzurze przypominającej złote czasy Wikingów, który również nagrywa solowe płyty, też dla Smalltown Supersound. Siostra Line, solidnie odżywiona, nie bez powodu zwana płucami zespołu, to dmiąca w tubę i okazjonalnie róg fletmistrzyni, do tego autorka opowiadań i mózg jednoosobowego projektu Sepultuba. Mathias Eick w Jaga Jazzist głównie obsługuje trąbkę, kontrabas, klawisze i wibrafon. Właśnie zadebiutował solowym albumem w ECM. Wcześniej pojawiał się na ECMowych wydawnictwach Jacoba Younga, Manu Katche’a czy Iro Haarli. Eick nazywany jest najważniejszym skandynawskim trębaczem od czasów Molvaera. Występujący ponownie z Jaga Jazzist gitarzysta Harald Frøland, na co dzień projektant grafiki, w ciągu kilku lat przerwy zdążył między innymi pograć z meteoryczną sensacją sprzed kilku lat Serena Maneesh, nauczyć się śpiewać i wydać własny album jako Black Feather. Basista Even Ormestad nagrywa z Hanne Hukkelberg, norweską odpowiedzią na Emilianę Torrini. Andreas Mjøs, najczęściej obsługujący wibrafon, gra w noise’owo-metaliczno-elektronicznym Killl, produkując jednocześnie słodkie piosenki Susanny i jej Magicznej Orkiestry. Puzonista Erik Johannessen występuje z Loud Jazz Band czy Trondheim Jazzorkester, gdzie dzieli scenę choćby z Terje Rypdalem (kolejnym ECMowym weteranem, swego czasu członkiem grup Jana Garbarka i Lestera Bowie) czy Jonem Balke, ale nie pogardził też rolą sidemana na ostatniej płycie popowej szansonistki Marii Meny. Dwa ostatnie nabytki w zespole Stian Westerhus i Øystein Moen wywodzą się ze sceny improwizowanej, razem tworzą 2/3 freejazzowego zespołu Puma. Westerhus, jako gitarzysta Fraud, jest laureatem BBC Jazz Award w kategorii „innowacja”, ostatnio zadebiutował solowym albumem dla Rune Grammofon.

***


*

*

novika

*

Koniec leniwej niedzieli

*** Właśnie ukazała się druga płyta Noviki zatytułowana „Lovefinder”. Po zadumanym debiucie „Tricks Of Life” zostało wspomnienie. Przy pomocy takich tuzów producenckiego stołu, jak: Michał „Fox” Król, Bogdan Kondracki, Max Skiba czy Emade, Kaśka odważnie szturmuje parkiet.

35


*

?

Na płycie „Tricks Of Life” czuć było jakiś ból, „Lovefinder” jest dużo bardziej optymistyczny. N Moja pierwsza płyta solowa była szczególna – przelałam na nią swoje różne emocje, ale i potrzeby muzyczne, które zbierały się we mnie przez długi czas. A ten ból, o który pytasz, wynikał z moich relacji z mężczyznami, które zawsze obfitowały w skrajne emocje. Stąd też w tekstach pojawiły się refleksje na temat związków oraz siły uczuć. To może banalne, co powiem, ale moje życie dzieli się na przed dzieckiem i po dziecku. Nie chodzi mi o to, że nagle doznałam jakiegoś oświecenia, ale prawdą jest, że człowiek w takich momentach zmienia swój pogląd na wiele spraw. Jako mama szybko wróciłam do pracy, na Open’erze wystąpiłam z zespołem, gdy mała miała półtora miesiąca, po-

tem grałam z Beats Friendly. Ogólnie, pojawienie się dziecka wiele zmieniło, życie stało się jeszcze bardziej dynamiczne, ale mimo zmęczenia dawało niezłego powera (śmiech). Dlatego nie miałam nastroju na smutne, melancholijne piosenki. Siłą rzeczy, w sposób bardzo naturalny, chciałam zrobić płytę, która będzie właściwie zaprzeczeniem tamtej – od razu wiedziałam, że okładka będzie biała, nie ciemna, że utwory będą dynamiczne. Poza tym moją perspektywę muzyczną zmieniło koncertowanie z debiutanckim materiałem. Zawsze podczas występów był taki sam scenariusz – ludzie najpierw byli zasłuchani, zaciekawieni, a kiedy zaczynaliśmy utwór „Tricks”, nagle pojawiał się szał. Chciałabym zagrać koncert, który byłby takim jednym wielkim szałem. Dlatego też pomyślałam o dynamicznym materiale.

***

?

Długo pracowałaś nad płytą? N W sumie dosyć długo. Byłam pewna, że ukaże się jeszcze w 2009 roku, ale zdałam sobie sprawę, że lata parzyste są dla mnie zdecydowanie korzystniejsze, jeśli chodzi o wydawanie płyt – tak sobie to przeanalizowałam (śmiech). I podświadomie czułam, że data premiery się przesunie. A pracowałam nad nią długo, bo zaprosiłam dużo gości. Nie chciałam decydować się na jednego producenta. A jak kombinujesz z wieloma osobami, to niestety tak się dzieje, że ktoś wyjeżdża, ktoś choruje, poza tym ja nie mam w domu studia, więc trochę się to wszystko rozchodziło w czasie. Zdziwiłbyś się, w jakich dziwnych miejscach pracowałam nad tą płytą, w knajpach czy w samochodzie, kiedy pisałam teksty (śmiech).

?

Miałaś jakiś koncept tego albumu? N Teraz podobno są czasy pojedynczych piosenek. Ale powiem ci, że miałam taki pomysł, żeby ułożyć te utwory w jakąś historię, ale problem był taki, że początkowo każdy z tych kawałków był inny, więc układając płytę, dopasowywaliśmy je do siebie stylistycznie, żeby grały ze sobą i dało się tego słuchać jako całość. Żadnego przesłania czy ukrytego sensu w tym nie ma. Na początku byłam mocno zagubiona. Nie wiedziałam, od czego zacząć i jak to wszystko ogarnąć. Kopa dał mi Michał (Fox – przyp. red.), który zaprosił mnie na swoją płytę. Zrobiliśmy jeden kawałek, na którym zaśpiewałam, tak jak to robię w klubach – trochę mocniej i głośniej. Odkąd pamiętam, czy to Bogdan Kondracki, czy Smolik namawiali mnie, żebym śpiewała subtelnie, prawie dysząc. Trochę zaczęło mnie to nudzić. Dlatego postanowiłam sobie, że album musi być żywiołowy. Koniec zwiewnej Kasieńki, Leniwej Niedzieli i śpiewania na siłę delikatnie.

?

Tytuł albumu może być jednoznacznie odczytany – Novika szuka miłości (śmiech).

36


*

*** N Zdaję sobie z tego sprawę, ale po prostu podobało mi się brzmienie tego słowa, poza tym pierwszym utworem, który zrobiliśmy, był właśnie „Lovefinder”. Pamiętam, jak rozmawialiśmy na Free Formie i wtedy powiedziałeś mi o tej swojej interpretacji (śmiech), uwierz mi, że później zaczęłam się zastanawiać, czy może faktycznie z tego nie zrezygnować. Tylko okazało się, że każdy inny tytuł, który wymyślałam, był trochę na siłę, więc zostałam przy „Lovefinderze”. Okładka płyty jest dziwna, więc słuchacze zrozumieją, że album nie jest o miłości. Choć z drugiej strony krążek może być doskonałym prezentem na walentynki (śmiech).

nie sądziłam, że mogę nagrać o czymś takim piosenkę, a sprawiło mi to wielką frajdę. Albo kawałek „Too Much” jest pozornie o niczym, ale użyte słowa konstruują pewną siatkę emocji, oczywiście niekoniecznie moich. Albo na przykład „Perfect Beach” powstała w mojej głowie od razu z tekstem. Byliśmy na wakacjach z Lexusem, jeździliśmy skuterem i szukaliśmy super-

realistycznie, ale też dzięki temu udaje mi się zrobić więcej rzeczy, których nie udaje się innym. Wiem, jaka jest wszędzie sytuacja finansowa, i nie czekam na nie wiadomo co, tylko ładuję swoją kasę i zamiast tracić pół roku na zastanawianie się, kto mi zrobi moją stronę internetową, robię ją sama. Na początku myślałam nawet, że sama wydam płytę i tylko zdam się na czyjąś dystrybucję. Jednak gdy Kayax wyraził tak żywe zainteresowanie moim materiałem, trochę odechciało mi się aż tak ryzykować (śmiech). Mam świadomość, że poza kilkoma stacjami radiowymi raczej nie usłyszę swoich kawałków w eterze. Żeby te utwory hulały, to musiałyby być po polsku i musiałyby być tak zaaranżowane, żeby od razu zaczynały się od wokalu i po niecałych 3 minutach się kończyły. Ale mam takie swoje jedno marzenie związane z tą płytą. Chciałabym wydać przyzwoitą EP-kę z remiksami tych utworów. Są świetne, jeden z nich zrobił nawet Hot Toddy z Crazy P.

TO MOŻE BANALNE, CO POWIEM, ALE MOJE ŻYCIE DZIELI SIĘ NA PRZED DZIECKIEM I PO DZIECKU.

?

Ale teksty w większości kręcą się wokół tego wzniosłego uczucia... N O, nie do końca. Ja bym powiedziała pół na pół. Na przykład „Forever Girl” to utwór o japońskiej dziewczynce, w stylu kawaii, albo utwór „Round The Bar”, który opowiada o potrzebie pójścia na balangę i totalnego zmiażdżenia się z przyjaciółmi – nigdy w życiu

plaży, takiej, na której nie byłoby ludzi, wiesz – piękny czysty piasek, ale... nie mogliśmy jej znaleźć. To był początek piosenki, potem sobie ją nuciłam i tak powstał ten utwór.

?

Masz jakieś oczekiwania związane z tą płytą? Podbój list przebojów? N Nie mam żadnych. Żeby to źle nie zabrzmiało, ale ja naprawdę bardzo długo działam na naszym rynku muzycznym i na pewne sprawy patrzę bardzo

Tekst Przemek Karolak Foto Jacek Poremba

37


* *

etamski

*

*--------------->

Surrealizm

słuchawki i zamknięte *--------------->

***

oczy

Większość przedstawicieli rodzimego hiphopu od lat powiela te same tanie pozy i schematy. Etos osiedlowych meneli, infantylne frazesy ulicznych moralistów albo tandetny lans i szpan.

38


Z

kolei do głosu dochodzą wyrastający ponad subkulturowe klisze, funkcjonujący na obrzeżach gatunku czy też luźno, w bardzo indywidualny sposób z niego czerpiący artyści – warto wspomnieć tu choćby błyskotliwych ironistów w klimatach Anticonu – Napszykłat, proponujący zupełnie autorską, poetycko-surrealistyczną wizję projekt KOT czy abstact-hiphopowy Co. Szczególną pozycję w tym pejzażu zajmuje Etamski. Autor wydanego w 2008 roku albumu „Zabrudzony garnitur” powraca z nową EP-ką, zatytułowaną „Kosmos”. Krążek przynosi porcję wyśmienitych, skupionych, precyzyjnie poszatkowanych kolaży. „Płyta opiera się na elektronice, samplingu, muzyce konkretnej, free jazzie. Jednak jej korzenie tkwią głęboko w podziemiach hip-hopu, co na pewno jest wyczuwalne i czego nie ukrywam” – tłumaczy sam artysta. Opowiedz o sobie, początkach fascynacji muzyką i ewolucji twoich zainteresowań, dotychczasowym muzycznym dorobku... Od dziecka wykazywałem zainteresowanie muzyką. Od rodziców dostałem mały akordeon, który towarzyszył mi przez całe dzieciństwo, jednak nigdy nie chciałem grać podręcznikowo. Nie uczyłem się, po prostu bawiłem się graniem, kombinowałem. Później doszedł komputer, na którym poznałem muzykę od strony producenta, i to mnie najbardziej kręciło. Razem ze starszym kuzynem robiliśmy bity i rymowaliśmy do tego, ja z czasem zrezygnowałem z zabawy w MC i zająłem się na poważnie produkowaniem muzyki. Moje korzenie to hip-hop, który doprowadził mnie do poznania różnych gatunków muzycznych, nauczył mnie doceniać każde źródło dźwięku – to jest właśnie piękne w tej muzyce. Zacząłem coraz bardziej szperać, słuchałem wszystkiego, ciężko mi było trzymać się jednego kierunku, zawsze siedziałem w takim chaosie, czasem było to męczące, na każdą muzykę reagowało się inaczej, a ja nie potrafiłem usiedzieć bez słuchania muzyki. Był

* punk, jazz, hip-hop, funk, ta cała masa muzyki z lat 60., pionierzy elektroniki, cała awangarda... każdy ten kierunek wywarł na mnie ogromny wpływ. Gdy miałem mniej więcej 16 lat, powstała EP-ka „Antykwadrat”, z perspektywy czasu bardzo naiwna, ale myślę, że potrzebna. Udowodniłem sobie, że mogę złamać schemat, mogę zrobić coś innego, to mnie kręciło i weszło w krew

na swych laptopach, działający w obszarze eksperymentalnej elektroniki i hip-hopu w jakiś sposób nawiązują do free jazzu? Przyznam, że sam kiedyś napisałem, iż J Dilla w swej fantazyjnej wizji czarnej futurystyki jawi się niczym Sun-Ra samplera... Jeśli chodzi o samego Sun-Ra – ten człowiek wywarł ogromny wpływ na

MOJE KORZENIE TO HIP-HOP, KTÓRY DOPROWADZIŁ MNIE DO POZNANIA RÓŻNYCH GATUNKÓW MUZYCZNYCH (...) – myślę, że „Zabrudzony garnitur” jest esencją tego okresu (wyszedł w 2008 roku, ale pracę nad nim zacząłem dużo wcześniej). Teraz po prostu wszystko idzie swoim torem, wciąż poszukuję, poznaję, ale chłonę to wszystko nieco rozważniej. Najważniejsze, żeby było naturalnie, nic na siłę. Zdaje się, że ostatnio szczególnie fascynuje cię free jazz. Na twoim myspace’owym profilu, w rubryce inspiracje, widnieją jedynie: Max Roach, Sun-Ra, Ornette Coleman, Contemporary Jazz Quintet. Czy myślisz, że twoja aktualna twórczość wyrasta z podobnego ducha? Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, jedno jest pewne, nie robię free jazzu, bo to całkiem inna muzyka. Co nie znaczy, że moja muzyka nie może wyrastać z podobnego ducha. Free jazz mnie mocno inspiruje, wywarł na mnie ogromny wpływ i wiele mu zawdzięczam. Na MySpace wypisałem cztery płyty, których ostatnio bardzo często słucham, dają mi kopa. „Astro Black” i „Science Fiction” na pewno znalazłyby się w moim topie.

współczesną muzykę, miał wizję, uskuteczniał ją, jest bardzo inspirującą postacią, również dla mnie. Chyba jedną z ważniejszych. Gdzieś tam w sferze inspiracji te nawiązania do free jazzu są na pewno, bo wielu się do tego przyznaje, zresztą jeśli ktoś ma skłonności do eksperymentów, na pewno otarł się o tę muzykę, tak po prostu musi być, bo to zjawisko, które zdecydowanie przyczyniło się do rozwoju muzyki. Czy wobec fascynacji jazzem nie brakuje ci fizycznego kontaktu z „żywym” instrumentem? Nie sądzisz, że taki sposób tworzenia wyzwala zupełnie inne, niemożliwe do osiągnięcia za pomocą komputera emocje?

Spytam szerzej – myślisz, że współcześni muzycy składający dźwięki

39


*

„KOSMOS” (...) TO TAKA TYPOWA MUZYKA NA SŁUCHAWKI I ZAMKNIĘTE OCZY Miałem epizod z trąbką, która teraz leży i jest praktycznie nieruszana, w pewnym sensie ciekawość została zaspokojona, czasem pogram dla przyjemności, ale mój żywioł to sampler i gałki. Siedzenie w zaciszu, kombinowanie, dłubanie, klawisze, pady, słuchanie, nagrywanie – w tym się odnajduję. Kiedyś trochę żałowałem, że nie gram na instrumencie, teraz uważam, że lepiej się skupić na produkcji. Jedyna prawdopodobna opcja to granie z innymi muzykami, takie kolaboracje mnie interesują. Miałem próby z Mateuszem i Łukaszem Rychlickimi z Kristen – to było dla mnie coś zupełnie nowego, świeżego i bardzo chciałbym w przyszłości coś takiego zrealizować. Próby przerwaliśmy, bo Kristen nagrywa teraz płytę, jednak mam nadzieję, że jeszcze do tego wrócimy. Nie chciałbym szufladkować muzyki na siłę, ale nie sposób nie zauważyć eksplozji – nazwijmy to – instrumentalnego abstract hip-hopu w ostatnich latach. Prefuse 73, Flying Lotus, Lukid, Nosaj Thing – to tylko kilka z komentowanych w ostatnim czasie nazw. Jak się na to zjawisko zapatrujesz? Znasz tych twórców? Czujesz z nimi jakieś pokrewieństwo? Zwał jak zwał, ale fakt, że coś ostatnio wybuchło. Prefuse’a trudno nie znać, bo to już klasyk. Flying Lotusa poznałem dopiero w zeszłym roku. Lukida i Nosaj Thinga znam tylko z MySpace. To wszystko bardzo dobra muzyka, wnosząca coś zupełnie nowego. Jeśli chodzi o moją muzykę, podobieństwo pewnie jest zauważalne, ja jednak nigdy nie przywiązywałem się do określonych nurtów, mam taki status wiecznego poszukiwacza, pewnie poobracam się w tym temacie jakiś czas, ale kto wie, co będzie później. Nie inspiruje mnie muzyka ludzi, którzy tworzą podobnie,

40

praktycznie nie słucham tego, wolę posłuchać Wu-Tang Clana albo Toma Waitsa (śmiech). Wykorzystujesz sampling, są w twojej muzyce elementy typowe dla glitchu. Dla niektórych środowisk te strategie miały pozaestetyczny, ideologiczny wymiar; bywały manifestacją kontrkulturowej postawy. Jak to jest w twoim przypadku? Twoja twórczość to tylko dźwięki czy niesie jakieś zamierzone treści, może ma znamiona działań subwersywnych? Nie przywiązuję się do żadnych idei, raczej staram się trzymać dystans, wtedy czuję prawdziwą wolność – tego nauczył mnie buddyzm zen. Każda ideologia, nawet ta teoretycznie dobra, niesie wiele ograniczeń, które powodują, że nie potrafimy się poczuć zupełnie swobodnie, a ja cenię sobie swobodę, nie lubię, jak coś mi się narzuca. Za każdym razem staram się głównie skupić na muzyce, budować nią klimat, operować dźwiękiem w taki sposób, by jak najdokładniej wyrazić to, co aktualnie mi przychodzi do głowy. Chcę być jak najbardziej

szczery, nie chcę nic robić na siłę, staram się polegać na intuicji. A jak ważną rolę w twojej twórczości odgrywa groteska? Chyba dziś nieco mniejszą niż w przypadku „Zabrudzonego garnituru”? Groteska to trochę niebezpieczne narzędzie, łatwo przez nią popaść w banał, kicz, efekciarstwo, taką dziwność na siłę, która potrafi całkowicie zepsuć wyobrażenie o twojej muzyce. Dla mnie w tej kwestii mistrzem jest Bruno Schulz, który w bardzo wyrafinowany sposób operował groteską i tego typu instrumentami. Jeśli zrobisz to z wyczuciem, może powstać coś wyjątkowego, unikalnego. Zawszę staram się do tego dążyć i kontrolować poziom, w pewnym momencie mówię dość albo szukam innych rozwiązań. Klimat dla mnie jest bardzo ważny, robię muzykę instrumentalną, w takiej muzyce tylko poprzez klimat, który nią budujesz, możesz wyrazić cokolwiek. To prawda, że groteska była bardzo ważnym elementem surrealistycznej płyty „Zabrudzony garnitur”, natomiast EP-ka „Kosmos” nie potrzebuje tego tak bardzo, ma trochę inny charakter, bardziej metafizyczny, to taka typowa muzyka na słuchawki i zamknięte oczy. TTekst Łukasz Iwasiński Foto Archiwum artysty


* *

nasza płyta

*

***

Koniec świata za dwa lata, więc zostało mało czasu na eksperymenty z brzmieniem. Od miesiąca nie milkną dyskusje na temat przyszłych nurtów na parkietach – mądre głowy zasypują się pomysłami, czy będzie to bardziej powrót do frencza, disco, techno czy może rejwu. Na stronie electroclash.pl już dawno przestał być opisywany li tylko electroclash – wiedzą o tym zresztą sami czytelnicy. Przykładamy uszy do popularnych (i mniej popularnych) blogów muzycznych, łapiemy nowinki, z ciekawością również obserwując ruch na rodzimej scenie, zwłaszcza tej nieśmiałej, dopiero się wykluwającej. Bo, jak to mówią, młodzież to przyszłość narodu i sól w oku naszej ziemi. Z okazji ponownego zaproszenia na LAIFową składankę postanowiliśmy nie ograniczać się do znanych pseudonimów i zaprosić do zabawy ich młodszych (przynajmniej stażem) kolegów. Co ich łączy? Entuzjazm, z jakim wchodzą do swoich (w większości domowych) studyjek i poświęcają się dłubaniu przy dźwiękach. A różni? Wszystko inne. Być może lutowy Pink Kong jest bardziej eklektyczny niż ten, który mogliście znaleźć w magazynie półtora roku temu. Ale gwarantuję, że nasz kociołek da się zjeść do syta i nawet mlasnąć jęzorem na zakończenie. Oto skadniki tej smakowitej potrawy: POL RAX feat. JULEE – GORĄCO Całość otwiera znany już z poprzedniego pingla Pol Rax w duecie z Julitą na wokalu.

Miłośnik disco i serii „07 zgłoś się” już wcześniej miał okazję kooperować z Julee (cover „Love Is The Drug”). Pol współpracuje z wytwórnią Seek Records (elo Modfunk), która wydała m.in. EP-kę „For You”. Nie brakuje mu czasu na inne muzyczne przyjemności – jest właśnie w trakcie kończenia tłustych podkładów na płytkę pewnego oldskul-rapowego projektu. Nazwy na razie nie zdradzę, ale stay tuned – na pewno nius pojawi się na electroclash.pl. myspace.com/polrax KNAJPENTERRORISTEN – LOVERATS Jest ich dwóch – rossomak (Mateusz Rosiński) i pan muzyk (Łukasz Rajchel). Zjednoczyli szyki, gdy w rodzimej Zielonej Górze zaczęli odczuwać zbyt dużą 41


* suszę zabawową. Po kilku latach doprowadzili do tego, że przed wejściem na ich imprezy ustawiają się kolejki jak w „Zmiennikach”. Oprócz kręcenia tłumami tworzą swoje dźwięki, zarówno remiksy (brali się już do Joy Division, Black Sabbath i Rotofobię), jak i autorskie utwory. myspace.com/knajpenterroristen PINK BAZOOKA – NURSERY Gdy pojawiali się na naszej pierwszej LAIFowej kompilacji, byli dopiero na początku drogi – dziś mają debiutancką EP-kę wydaną nakładem Saturator Label (tytuł jest zbyt enigmatyczny, żeby go tu zacytować – ale wejdźcie na stronę, to go poznacie). Dla przypomnienia – na duet składają się Lady Pinky (prawdziwa dama na wokalu) oraz SZUm (vel Szupla, muzyka i chórello). „Nursery” to wciągająca wyliczanka, która została nagrana dwa machnięcia ogonem temu. pinkbazooka.com myspace.com/ pinkbazooka PUZIA – DŻIUS Robert Purzycki, odkąd pamięta, jest pasjonatem muzyki. Zakręcony na punkcie wszystkiego, co powstało przy użyciu prądu i klawiszy. Produkuje, didżejuje i współtworzy kolektyw Stellar Stories. Kręcą go wszystkie nowinki muzyczne, z ciekawością śledzi trendy w nurcie electro, z których lubi czerpać (naparstkiem oczywiście, a nie łychami) inspiracje do swoich nowych produkcji. „Dżius” z założenia miał być pozytywnym wajbem o kolorze jasnopomarańczowym – więc tytuł całkiem trafiony (zatopiony). myspace.com/puzia

VEIN CAT – BET ON YOU Królewicz Vein i jego nieodłączny giermek Roland. To już trzeci LAIF z jego muzycznym udziałem. I drugi

42

pod szyldem Electroclash Polska. Od ostatniego razu zdążył pojawić się na kilkudziesięciu scenach klubowych w Polszy, wydać „Fold EP” (Saturator Label) i stworzyć garść coraz bardziej rozwalającej na łopaty (i grabie) numerów. „Bet On You” jest jednym z jego najświeższych dzieci – specjalnie dla was w wersji podrasowanej. veincat.com myspace.com/veincat POST50UND – TVTVTV Kajetan Łukomski – człowiek orkiestra, któremu nieobcy jest fach didżejski, graficzny czy muzyczny. W jego ostatnich kompozycjach można wyczuć pewną dozę sympatii do mocno przetworzonych sampli, chropowatych i potraktowanych jak gitary syntezatorów, krótkich, „podwodnych” plim-plamów oraz 8-bitowych wtrętów. „TVTVTV” swoją premierę ma właśnie na łamach LAIFusa – cieszcie się i weselcie ci, którym się spodobał, bo jest to zapowiedź nowego autorskiego materiału przewidzianego na gorące lato 2010. last.fm/music/post50UND AURORA SURREALIS – GHETTO FUNK Aurora Surrealis to projekt tudzież ego Michała Wolskiego, warszawskiego muzyka związanego z kolektywami LiquidSoundSystem i Fünfte Strasse. Koncertując w ramach touru minicroMUSIC, odwiedził sporą część naszego pięknego kraju. Aurorowy projekt poświęcony jest zorzom polarnym oraz dźwiękom starych i nowych syntezatorów. myspace.com/aurorasurrealis


* właśnie należy „Karmel”, który zyskał na klimacie rodem z „Automatic Lover” Dee D. Jackson. Czas zatem założyć srebrny kombinezon i tupaniem księżycowych botków przyspieszyć nadejście wyczekiwanego debiutu. myspace.com/yummycake yummycake.pl

AXMUSIQUE – NT ORDER Nasz debiut 2009 roku. Krzysiek & Krzysiek, dumni łodzianie trafili na języki przy okazji premiery singla w Brennnessel Records (labela prowadzonego przez Kamp!inosy), choć na łamach electroclash.pl pojawili się dużo wcześniej. „NT Order” to melancholijne oblicze duetu – dźwięki powstały w czasach fascynacji deepem. Na żywo są koncertowymi zwierzakami zdzierającymi z siebie ubranie (Krzysiek) i głos (Krzysiek). myspace.com/axmusique brennnessel.pl DJ DRAQ – NIGHT Ta bardziej uzdolniona artystycznie połowa adminostwa electroclash.pl, czyli naczelny grafik (to spod jego łapy wyszło nasze wszędobylskie logo), didżej i ostatnio coraz częściej dźwiękozlepiacz. Wrocławianie mogą go znać jako jednego z założycieli grupy imprezowego (ws)parcia Plug/Play. Choć jego wcześniejsze produkcje z powodzeniem nadają się na klubowe parkiety, tym razem Draq skupia się na budowaniu specyficznego klimatu i napięcia, zagłębiając nas w tajemniczą muzyczną opowieść. myspace.com/djdraqisreadytofuck YUMMY CAKE – KARMEL Miłośnicy różowych landrynek i kosmicznych wcieleń Izabeli Trojanowskiej powracają po tuningu i z nowym materiałem. W magicznym studiu zostały podrasowane także starsze utwory – i do nich

RAVE DANDIES – THUNDER B.A.R.T.O. Didżej, producent oraz mashupowy królewicz. Projekt Rave Dandies zadedykowany jest brytyjskiemu rejwowi, który dodatkowo polany został sosem współczesnej sceny klubowej. Pinkkongowy „Thunder” to mieszanka nowojorskiego heavy bassu oraz rave’u i acid house’u z początku lat 90. Bądźcie czujni – w 2010 roku pojawi się kolejne alter ego B.A.R.T.a – The Phantom, który zostanie wydany za granicą przez Top Billin i Senseless Records. myspace.com/ monsieurbarto myspace.com/ravedandies INVENT – HOUSE OF BASS Dotychczasową karierę Inventa można by podsumować jednym zdaniem: „no patrzaj, taki młody, a taki zdolny”. Trzeci DJ w Polsce (w 2007 roku był wtedy słodką osiemnastką), turntabler i imprezowicz. „House Of Bass” jest hołdem dla miami bassu, do którego Invent, jako fascynat wielu gatunków, musiał jednak dodać swoich 12 groszy – stąd dość oryginalnie brzmiące wobble, powykręcane gałki i filtry. djinvent.blogspot. com myspace.com/natbornspinna Tekst, koordynacja projektu, gimnastyka buzi i języka – Ewa Klej (Vira) Grafa, robienie dobrej miny do dobrej gry – Kacper Piątkowski (Draq). �������������������

43 ��������������������

���������������������


*

*

pink bazooka

*

R贸偶owo -czarna

kanonada

44


* Skończ z tym hipisowskim gównem

*** Nowy wystrzał z Różowej Bazooki obył się może bez wielkiego huku, ale pocisk w postaci sześcioutworowej EP-ki ma swój kaliber i siłę rażenia. Pozostaje jeszcze pytanie o zasięg, ale przy wcale niecherlawej kondycji electroclashowego podziemia warszawiacy mają na pewno dla kogo grać, harcować, różowić i bazuczyć.

„Wpada w ucho, fajnie wygląda zapisana. Taki konkretny cios w nos” – mówi o nazwie Pink Bazooka męska połowa duetu, Bazooka Boy alias Szu A.K.A. Szupla vel Dj SZUm. „Pink kojarzy się ze słodyczą, a Bazooka to coś mocnego. Taka nazwa idealnie pasuje więc do tego, co robimy”. W stołecznych klubach, ze szczególnym uwzględnieniem ojczystego Saturatora, zespół występuje stosunkowo od niedawna, co nie znaczy jednak, że pojawił się znikąd, jako jeszcze jedno koedukacyjne duo na obsługiwany męską ręką klawisz i niewieści wokal. Bombardier Szu może pochwalić się długim stażem w muzycznym podziemiu – był członkiem industrialnej Dysmorfofobii, organizował głośny festiwal Weź To Wyłącz, wcielał się w kuratora niekonwencjonalnych wyziewów fonograficznych jako mózg wytwórni Zgniłe Mięso Records. Obecnie, oprócz Pink Bazooki, ma na głowie organizację imprez electro, niezależną manufakturę Saturator Label oraz dwa inne składy – Two Stupid Dogz oraz ceniony w wielu kręgach zespół znany jeszcze do niedawna jako Bauagan Mistrzów (Szupla: „Po czterech latach zabiegania o zmianę nazwy, dopiąłem wreszcie swego i dosłownie od tygodnia gramy po prostu jako Bauagan”). Pomysł na zmontowanie clashowego projektu przyszedł mu do głowy, gdy pewnego wieczora zobaczył na scenie Mariannę, znaną dziś także jako Lady Pinky. Repertuar wykonywała wówczas odległy od zainteresowań Szupli. „Marianna śpiewała jazz i robi to zresztą do dziś” – wyjaśnia. „Powaliła mnie jednak porywającym wokalem i ekspresją, której nie mogła do końca wyrazić w takiej muzyce”. Po koncercie nakłonił ją więc, by dała sobie spokój z „hipisowskim gównem”. Tak wyglądały faktyczne narodziny Pink Bazooki. Przy okazji Szu zapewnia, że różowa peruka, w jakiej można wypatrzyć Pinky na electro-gigach, nie jest kamuflażem mającym uniemożliwić jej identyfikację przez wykładowców z pewnej warszawskiej szkoły wokalnej.

45


* Punki tęsknią do kolonijnych dyskotek Po niespełna dwóch latach, owocnych w koncerty i udziały we wszelakich kompilacjach, Pink Bazooka popełniła pierwsze samodzielne wydawnictwo, wspomnianą EP-kę. Czy może raczej minialbum, bo na krążku jest ponad 35 minut muzyki. Cztery utwory doczekały się wcześniej publikacji w tej czy innej formie (m.in. „Miauuuuu”, obecne na laifowym cedeku z wakacji 2008), dwa pozostałe to zupełne premiery. „Od kilku miesięcy mamy w zasadzie gotowy materiał na pełnowymiarowy album. Mogliśmy go wydać teraz, ale wolałem, by najpierw ukazała się taka EP-ka. Choćby po to, aby część nakładu rozesłać w celach promocyjnych – do klubów, rozgłośni itd.”. Materiał z EP-ki trzyma electroclashową linię, wolny od naleciałości taneczno-house’owych, które rozpanoszyły się ostatnimi czasy. Jest chropawo i przebojowo zarazem – tu ładna harmonia wokalna, tam znowu punkowy zgrzyt. „Na pewno najbliżej nam do electroclashu, choć muzyka jest względnie spokojna” – przekonuje autor wszystkich kompozycji. „Mam duszę punkowca, ale tego rodzaju ekspresja daje raczej upust w Two Stupid Dogz. Bazooka z kolei powstała nie tylko jako projekt sceniczny, lecz także z myślą o tworzeniu muzyki, której można słuchać w domu dla odprężenia”. Tej czynności powinny sprzyjać synthpopowe melodie, z których Różowej Bazooce także zdarza się korzystać. Jak przekonuje jednak Szu, zamykający EP-kę kower OMD „Enola Gay” nie jest jednak wyrazem uwielbienia dla syntetycznych lat 80. „Tę piosenkę nagraliśmy na jedno z wydań kompilacji Pink Kong. Pamiętałem ją jeszcze z czasów kolonijnych dyskotek. Oczywiście zarówno ja, jak i Pinky przeszliśmy przez fazę lat 80. i tamta muzyka wywarła na nas

pewien wpływ, ale popowy element jest obecny w tym, co robimy głównie dlatego, że jako klawiszowiec gram po prostu melodie, jakie powstają mi w głowie. Pewnie wpadają w ucho, ale przede wszystkim swobodnie jadą z całością”.

DIY – wybór i konieczność Polski electroclash działa w podziemiu. Na uboczu klubowego obiegu hula cał-

czas trzeba pozbierać do kupy nagrania grup występujących w Saturatorze i dać ludziom do ręki płytę. Po to powstał Saturator Label. Ludzie powinni wiedzieć, że jest w stolicy klub promujący kulturę niezależną, a przy okazji poznać coś nowego i posłuchać fajnej muzyki”. Pytanie, czy duża płyta PB także będzie saturatorowym samizdatem? „Zawsze mogę ją wydać sam, ale wolałbym zrobić to w jakimś cenionym niezależnym labelu. Może i zagranicznym, zwłaszcza że często zwraca się nam uwagę, że nagrania Pink Bazooki brzmią, jakby były produkowane na Zachodzie. Duża płyta pewnie niedługo się ukaże i będzie zamknięciem pierwszego etapu naszej historii. Jaki będzie to materiał? Raczej utrzymamy dotychczasową konwencję i nie wychylimy się poza pewne schematy. Elementem spajającym pozostanie oczywiście wokal Marianny, bo to on dodaje nam charakterystyczności”. W zanadrzu nadaktywny Szu ma jeszcze jeden projekt, NooMooN, czyli alter ego Bazooki w wydaniu bliższym regularnemu zespołowi z sekcją i gitarą. „NooMooN to wielka zagadka. Mam gotowe cztery tracki na komputerze, ale poza moim remiksem jednego z nich – nie ujrzały jeszcze światła dziennego. Trzeba nad tym projektem popracować, bo chciałbym zebrać pełny skład. Będzie to spora zmiana w stosunku do Bazooki, o wiele spokojniejsza muzyka. Na razie nie mogę jednak się tym zająć, bo i tak robię tysiąc rzeczy naraz”. No właśnie, zastanawiać może, czy przy tylu innych zobowiązaniach przodownik pracy undergroundowej może poprowadzić PB do świetlanej, różowo-czarnej przyszłości. „Zapału i chęci nie brakuje, problemem jest niedobór czasu. Gdyby nie ta przeszkoda, to pewnie mielibyśmy już na koncie ze trzy płyty”.

LUDZIE POWINNI WIEDZIEĆ,

ŻE JEST W STOLICY KLUB PROMUJĄCY KULTURĘ NIEZALEŻNĄ

46

kiem bujna scena – sporo wykonawców, cykliczne imprezy (jak choćby Dirty Discotheque i Danced To Death pod przewodnictwem wodzireja Szupli), działające DIY (net)labele. Sytuacja dość hardcore’owa i pewnie dlatego nie została jeszcze zaanektowana przez lamusów spijających reklamowe fluidy z anteny radia. Blisko tego twardego rdzenia clashu jest i Pink Bazooka. „W Polsce tak to właśnie funkcjonuje, jest parę klubów, gdzie można zagrać live acty. Powstaje też dużo naprawdę dobrych produkcji, choć niestety rzadko się ukazują, ponieważ brakuje niezależnych wydawców. Grupa odbiorców też nie jest wielka, choć z drugiej strony na imprezy do warszawskiego Saturatora, potrafiło przyjść średnio po trzysta osób. W sytuacji kiedy większość życia klubowego skupia się w centrum, jest to pewien sukces”. Nieformalne przykazanie niezależności różowi bombardierzy realizują pod auspicjami Saturator Label, a więc wytwórni współtworzonej przez Szuplę. „Całe życie siedziałem w undergroundzie i nadal tam pozostaję. Nawet mając możliwość wyjścia na powierzchnię, nie skorzystałem z niej. Jest tyle fajnych projektów, których ludzie nie mają szansy usłyszeć, więc uznaliśmy, że raz na jakiś

Tekst Sebastian Rerak Foto generetionstrange.com


*

Adam Green MINOR LOVE

ROUGH TRADE/SONIC RETRO POP

*****

Nie ma głupich żartów, szowinistycznych bzdur i prostackich rymowanek (może trzy, ale zabawne). Z pierwszych płyt Adama Greena został już tylko wodewilowy blef. I nowojorskotupeciarskie melodie. Na niegdysiejszy menelski urok nabierali się niedomyci chłopcy, wreszcie Adam Green nagrał płytę dla dziewcząt – romantyczną i subtelną, ale nie bez stylowej przekory naczelnego kpiarza NYC. Żebyśmy wczuły się bardziej, drogie fanki – płyta powstała w planowanym z zimną krwią, totalnym odosobnieniu, bo Green postanowił wiernie oddać traumę swoich społecznych lęków. Biedaczek z mizantropią – kupuję to i jego teorię fatalnego zauroczenia. I te niezdarne pląsy w klipie do singlowego „Buddy Bradley”. Ale poważnie. Nawet odstawiając na bok dziewczyńskie słabości, obiektywnie i bez gorączek – Adam Green nie tyle zmiękł, co dojrzał jako kompozytor. Jeszcze niedawno miotał się pomiędzy błyszczącym retro a drwiarskim folkiem, jakby nieskutecznie i na siłę walcząc z lokalnym kultem The Moldy Peaches (macierzysta grupa współtworzona z charyzmatyczną Kimyą Dawson, pierwsza nazwa ruchu anti-folk). „Minor Love” to vintage perfekcyjnie skrojony, wyluzowany i naturalny. Adam czaruje i puszcza oko. Jeszcze mógłby mi się oświadczyć.

Lonelady

Xiu Xiu

Nerve Up

Dear God, I Hate Myself

Warp/Sonic pop/postpunk

***

alternatywa

Za pretensjonalnie smutnym pseudonimem schowała się Julie Campbell, nowa podopieczna Warp, dziewczyna orkiestra. Samotna młoda dama szuka wsparcia w przeszłości – album oparła na suchym, nerwowym rytmie pamiętanym z płyt postpunkowych legend. Ale rwane gitary ugłaskała manieryczną melancholią melodii – te z kolei kojarzą się już raczej z Kate Bush i PJ Harvey (głównie, i to z okolic „Stories From The City, Stories From The Sea”). Jest w tym dziwnym połączeniu coś fascynującego, chociaż boli, że każdą z piosenek niesie ten sam patent i na półmetku płyta ma już niewiele do zaoferowania. Poza natarczywym brnięciem w rymy o tym, że go nigdy nie zapomni. Zapomnij.

*

Kill Rock Stars

******

Szuszusteczka. Za 40-minutowy spazm z niemocy. Za nieskoordynowane gitary i nierozsądne kliki. Spiętrzone zgrzyty i desperacki śpiew przez zaciśnięte zęby domagają się niemal fizycznej reakcji, nawet gdy układają się w jeden z najbardziej przebojowych kawałków w dyskografii Xiu Xiu. Eksperyment spuszczony z estetycznych smyczy. Melodramat bez grama dystansu. Wszystko już było? Nieobliczalne jest nieobliczalne tylko raz? Z czasem cudza premedytacja przestaje obchodzić – życie. Poddaję się, bo nie wiem, jak on to robi, ale z płyty na płytę Jamie Stewart obchodzi mnie bardziej.

Tindersticks Falling Down A Mountain 4AD/Sonic

alternatywa

****

Wszystkie kryzysy za nimi. Milczeli pięć lat, silniejsi nowym składem wrócili dwa lata temu. Ryzyko porażki „The Hungry Saw” – poprzedniego albumu Tindersticks – wyeliminowali fani, jak się okazało, tłumnie czekający na nowe piosenki i nowe koncerty. Udało się. Słychać tę cudownie odzyskaną pewność siebie na „Falling Down A Mountain” – płycie bezkarnie zróżnicowanej, niepodporządkowanej już żadnym oczekiwaniom. Szorstki blues, noir soul, knajpiane gitary, raczej wachlarz środków niż nastrojów, bo to album estetycznie niejednorodny, ale emocjonalnie spójny. Nieszczególnie rewolucyjny, niczego nie wywraca, raczej umacnia w niektórych kręgach wciąż niezagrożoną pozycję grupy. Z naciskiem na te niektóre kręgi właśnie. Bo – wbrew tragizmowi tytułu – na szczyt będą się już chcieli z nimi wdrapać tylko ci najwierniejsi i najwytrwalsi fani.

ANGELIKA KUCIŃSKA

Pojawia się i znika. Nie chciała być dłużej trybikiem w maszynie, więc zrezygnowała z posadki w pewnym magazynie okołomuzycznym. Żeby zasłużyć na jej pochwałę trzeba nagrać więcej niż dobrą płytę albo przynajmniej wyglądać jak gogusie z Kings Of Leon.

* 47


*

Hot Chip

Lindstrøm & Christabelle

One Life Stand

Real Life Is No Cool

EMI

Smalltown Supersound

electronic pop

space pop

**** i pół

*****

Hot Chip to fenomen naszych czasów. Produkcyjnie czerpią z estetyki berlińskiej, ubierają się, jakby szli na ryby, wokalnie dotykają folku, a wychodzi z tego nowoczesny pop. „One Life Stand” jest albumem stonowanym. Są momenty wyśmienite, jak porywający „Thieves In The Night” czy uroczy „Alley Cats”. Ale są też niewybaczalne skuchy w postaci skażonego auto-tunem „I Fell Better” czy zalatującej świętami ballady „Slush”. O ile wcześniej podniosłe momenty były subtelnie przemycane, o tyle tutaj – podbite pianinkiem czy smykami – niemalże wylewają się z większości aranżacji. Teksty głównie kręcą się wokół miłości, również tej braterskiej („Brothers”). Po pięciu mózgach odpowiedzialnych za „Ready For The Floor” można się spodziewać, że każdy z dziesięciu numerów będzie wbijał w ziemię.

Nie ulega wątpliwości, że Hans-Peter Lindstrøm to jedna z ważniejszych postaci współczesnego disco. To producent o ugruntowanej renomie i ze sporą rzeszą wielbicieli. Jedni kochają go za alternatywne podejście do muzyki tanecznej, inni za kosmiczne przestrzenie, jeszcze inni za revival formuły disco w wyjątkowym stylu. Czy swoim najnowszym wydawnictwem będzie w stanie zaspokoić potrzeby wszystkich zainteresowanych? Po singlowym „Baby Can’t Stop” założyłem zdecydowanie taneczny i popowy kierunek, obawiając się nieco o to, że zmęczony monumentalnymi dziełami, takimi jak „Where You Go I Go Too”, zapragnie zostać Moroderem naszych czasów i z wtórującej mu wokalistki zrobi współczesną Donnę Summer. Na szczęście po odsłuchaniu całego albumu miałem już pewność, że proporcje zostały zachowane. „Real Life Is No Cool”, nagrane wspólnie z Christabelle (niegdyś znaną jako Solale), to płyta, która łączy w sobie wszystko, z czego znany był do tej pory Norweg, choć to pierwsza w pełni tak bardzo popowa i piosenkowy album. Lindstrøm i Christabelle to dwie skrajnie różne osobowości. On ceniący sobie raczej zorganizowaną i usystematyzowaną pracę, ona – obywatelka świata, ze spontanicznym i nieco chaotycznym podejściem do rzeczywistości. Podobno teksty pisała na kolanie, a niektóre wokalne partie nagrywała na prosty mikrofon, krzątając się po domu. Zaskakujące, że z takiego połączenia wyszła płyta kompletna i spójna. Do tego bezpretensjonalna i w uroczy sposób prosta.

Novika & Lexus

Mr. Lex

Groove Armada BLACK LIGHT KARTEL MUSIC HOUSE LEGENDS GO ROCK

****

Mariaż rocka z elektroniką to nic nowego. Jednak tak drastyczny zwrot tuzów sceny house’owej w stronę gitar i stylistyki lat 80. może szokować. Po dość przeciętnym albumie „Soundboy Rock” potrzebna była im zmiana. Kolejna porcja house’owo-lounge’owych uniesień przeszłaby bez echa, a nowe wcielenie duetu zapewne podzieli fanów. Po pierwszych szarpanych dźwiękach płyty musiałam sprawdzić, czy oby nie zaszła pomyłka. Na szczęście dalej jest mniej radykalnie, bo gitary zaczynają współgrać z beatem, a wokale wkraczają na pierwszy plan z prostymi melodiami o wielkiej mocy. Wszystko jakby żywcem wyjęte z czasów chwały Davida Bowie’ego, New Order czy Roxy Music (Brian Ferry nawet dał się namówić na featuring!). Tylko tu i ówdzie wkracza współczesna elektronika. W kilku utworach zaśpiewał Nick Littlemore z Empire Of The Sun, ale poza „Just For Tonight”, do złudzenia przypominającym „We Are The People”, udało się uniknąć kalki albumu Australijczyków. Ciekawie brzmi nowa wokalistka Saint Saviour, której powierzono singlowy „I Won’t Kneel” z refrenem ocierającym się o Dolly Parton (sic!). Atrakcji jest wiele, być może za wiele, przez co płycie brakuje oddechu. Produkcyjnie nieco męczą skompresowane ściany dźwięku czy ordynarnie pompujący beat, ale w zamyśle mają zapewne uwiarygodnić naszą podróż w czasie do przełomu lat 70. i 80. Ta płyta to wyzwanie dla recenzentów. Pełno tu sprzeczności, jak w tytułowym „czarnym świetle”. Novika

48

*

NOVIKA & LEXUS

Ona śpiewa, on gra, związani z kolektywem Beats Friendly, autorzy audycji Miastosfera w Radiu Roxy. Pierwszy duet didżejski, który współgra także w życiu prywatnym. Jak córa podrośnie to zmontują kolektyw Beats Family. Kiedy Novika pisze piosenki, Lex jeździ na motorze.

*


Gil Scott-Heron

*

I'M NEW HERE XL/SONIC

PRZYPOWIEŚCI SŁUSZNEJ TREŚCI, CZYLI HUMANISTYCZNY MIEJSKI BLUES W CZASACH ZER I JEDYNEK

*****

Nie ma co sugerować się tytułem, bo choć to jego debiut w barwach firmy XL, ten amerykański artysta tworzy już od 40 lat. Przez ten czas zapracował sobie na takie tytuły, jak: „legenda muzyki soul”, „ojciec chrzestny rapu” czy „czarny Bob Dylan”. Jak się jednak nie wydaje płyt od ponad dekady, wówczas rzeczywiście można poczuć się nowicjuszem. Szczególnie gdy kilka ostatnich wiosen spędza się w zakładzie karnym – za posiadanie substancji, których posiadać się nie powinno. To właśnie w więzieniu Scott-Heron przystał na propozycję nagrania nowego albumu i wydania go w barwach brytyjskiej firmy XL. Za sprawą jego studyjnych wyczynów „I’m New Here” zabrzmiał niczym mroczny, gęsty industrialny blues, wyrosły na hip-hopie (krążek otwiera i zamyka cytat z Kanye’a Westa, który sam kiedyś samplował naszego bohatera), ale świadomy również nowych elektronicznych miejskich brzmień. Oszczędna, ale bardzo sugestywna muzyka doskonale współgra z osobistymi tekstami i głosem artysty. Głosem już nie tak sprawnym, jak w latach 70., ale wciąż niezwykle ciepłym, a dzięki owemu zmęczeniu, wyrażanemu często poprzez bluesowe frazowanie, jeszcze bardziej autentycznym i poruszającym. I choć artysta w swej karierze nagrywał już lepsze, ważniejsze bądź bardziej zbuntowane i zaangażowane społecznie płyty, chyba nigdy wcześniej z taką czułością nie pochylał się nad człowiekiem i słuchaczem. Jeszcze bardziej budujący jest morał płynący z „I’m New Here” – bez względu na to, jak bardzo się w życiu zbłądzi, zawsze z tej drogi można zawrócić. Bez wątpienia to jedno z najważniejszych wydawnictw 2010 roku, wypatrywane nawet przez tych, którzy nigdy wcześniej twórczością Amerykanina nie byli zainteresowani.

Kacezet & Dreadsquad Stara szkoła Superfly

Polacy nie gęsi, swój digital dancehall mają

**** i pół

*

Na krajowej scenie reggae takie płyty trafiają się rzadko. W dodatku tak zrealizowane, i tak brzmiące. Autorzy „Starej szkoły” nie biją tu pokłonów Marleyowi i nie ekscytują się Gentlemanem. Za to otwarcie przyznają, że składają hołd takim „starym mistrzom”, jak: King Jammy, Winston Riley, Yellowman, Sister Nancy czy Eek-a-Mouse. Marek Bogdański aka Dreadsquad perfekcyjnie, ale i radośnie wskrzesza tutaj brzmienie cyfrowego „slengtengowego” dancehallu lat 80. Nie jest to jednak żadna podróbka, ale jego własne, skoczne i balangowe ujęcie tematu. Kacezet, czyli Piotr Kozieradzki, wręcz kipi wokalną energią. W błyskotliwy sposób bawi się konwencją, a także polskim słowem, pokazując tym samym, że w tym gatunku można być efektywnym i efektownym również w języku Słowian. Bez wielkiego budżetu, bez imponujących dreadów, bez tych wszystkich „dża”, „jes aj rastafaraj” oraz sztucznych pokłonów dla ostatniego etiopskiego cesarza, Kacezet & Dreadsquad nagrali znakomitą, wysoce rozrywkową i przebojową płytę, przy której bujać się powinna cała, nie tylko reggae’owa Polska.

HARPER

Elite Force Re:Vamped U&A

tech-funk/breakbeat

***** i pół

Elite Force (dla znajomych sHack, a dla urzędów Simon Shackleton) to jeden z twórców muzyki klubowej – tej w najbardziej hedonistycznym, „podsufitowym” wydaniu. Mimo stale zmieniających się brzmieniowych mód produkcje sHacka zawsze prezentują się świeżo, imponująco i porywająco. Szef wytwórni U&A, ojciec chrzestny tech-funku, a także specjalista od zestawiania motoryki techno z potęgą muzyki breakbeat i house’owym hedonizmem, już dawno powinien być tam, gdzie ci wszyscy, którzy sami go wniebogłosy wychwalają. Czyli choćby Sasha, Fatboy Slim, Laurent Garnier czy inny Zabiela. Mam nadzieję, ze przyczyni się do tego „Re:Vamped” – najbardziej ekscytujący klubowy projekt początku 2010 roku. Elite Force proponuje tutaj nawet nie tyle własne remiksy, tudzież re-edity (re-fiksy, re-ruby, mash-upy itd.), co na bazie istniejących już nagrań – swoich, a także innych artystów – tworzy zupełnie nowe, wgniatające w ziemię utwory, finalnie brzmiące niczym autorskie produkcje sHacka. W jednym kotle mieszają się beaty, sample i acapelle ze Stanton Warriors, Plump DJs, starego dobrego Propellerheads, Bassbin Twins, Meata Katie’ego, grupy Blaze i słynnego „Do You Remember House”, Hijacka czy np. Rolanda Clarke’a. Największe wrażenie wywiera jednak to, co Elite Force wyczynia tutaj z nagraniami dubstepowymi (Bar9, Datsik), przekuwając je w coś, czego scena klubowa jeszcze nie słyszała.

Boogie Mafioso, członek kolektywu Beats Friendly oraz Euro-radiowiec. Za deckami Zwierzak, a poza tym funkowy romantyk na tropie perfekcyjnego (stutonowego) beatu i groove’u. Podobno trochę wie.

*

49


*

Emou

Jaia

Re:Works

Tribal Vison psy-progressive

*****

To się nazywa dobry start! Po rozejściu z Jeanem-Michaelem Blanchetem, po francuskim debiucie „Blue Energy” (1998) i solowym, przełomowym „Fiction” (2005/Digital Structures), Yannis Kamarinos związał się na dłużej z topową czeską wytwórnią. Na dobry początek współpracy Francuz pozbierał swe najlepsze kawałki w sprawdzonych remiksach. A więc mamy tu takich gwiazdorów, jak: AstroNivo, Vibrasphere, Marin Roth czy Blue Planet Corporation. Na osobną wzmiankę zasługuje „Serial Groover” – w miksie własnym, wzbogaconym o żywą trąbkę i po nerwowym złamaniu przez fiński break-progresywny duet Kiwa. Na dokładkę jest także frencz-transowy klasyk z połowy lat 90. – „The Milky Way” Aurora Borealis, zaś web wersja oferuje dwa dodatkowe remiksy. Mam nadzieję, że wkrótce usłyszymy długogrający tuzin świeżych jaj, który będzie jeszcze lepiej smakował.

Liquid Soul

SPRING IS FAR TO COME ECHO PIOSENKI DO RYTMICZNEGO KOŁYSANIA

*****

Lubię takie zaskoczenia. Zupełnie nieznany mi wcześniej wykonawca objawia talent swą nie pierwszą już płytą. Po odrobieniu zaległości nowa produkcja, powstała po pięciu latach przerwy, przetrąca nogi zarówno dwóm poprzedniczkom, jak i... formacji Faithless. Wcześniejsze wydawnictwa kręciły się gdzieś w klimatach Massive Attack i Portishead z dublounge’ową produkcją, zaś nowy krążek Mario Reinscha może wydawać się klubowy! Już choćby otwierający numer tytułowy – wokalny progressive, choć nie pierwszej świeżości, to dzięki nieco dramatycznemu klimatowi i kojącemu wokalowi autora, wypada świetnie. Kolejne numery przynoszą wokalne popisy rockowego gardła Jana Schmidta i współpracującej z Emou Minouche Petrusach. Męski wokal został osadzony w bardziej dynamicznych, lekko breakowych i głębszych numerach („So Beautiful”, „My Ruin” – oba przywołujące z pamięci twórczość Tricky’ego), zaś żeński – w utworach lżejszych, bardziej nastrojowych, jak „Don’t Need No” mocno kojarzący się z numerami Dido, śpiewanymi w Faithless. W uroczy sposób, z bitem na 4/4 i dubową kodą, pląsa „The Sun Is Blinding” (Minouche) oraz „Scoundrel Days” – najbardziej rozchwiane emocjonalnie break-electro, a zarazem cover piosenki A-Ha z ich drugiego albumu. Cała bita godzina to jazda na emocjach, czasem emo-progresywnie, czasem bardziej kojąco, a mimo nieco depresyjnego klimatu płyta świetnie relaksuje i stanowi alternatywę dla wspomnianego Faithless.

Coctails Iboga

AstroNivo

psy-progressive

Instrumental Value

**** i pół

Tribal Vision

Pomysł na kompilację prosty – wziąć świetny, poprzedni album „Love In Stereo”, dołożyć kawałek z debiutanckiego „Sythetic Vibes” oraz utwory z EP-ek, a na koniec wrzucić coś niepublikowanego oraz kilka „prac na zlecenie” – po zmiksowaniu mamy ogromny, bo dwupłytowy, koktajl. Aby wymienić najlepsze remiksy, musiałbym wypisać właściwie cały CD1 (szczególny piątal dla Martina Rotha, Jerome Isma-Ae, Protoculture, Perfect Stranger czy dinozaura System 7). Zresztą S7, formacja Steva Hillage’a, pojawia się w archiwalnym „Space Bird”, który kilka dobrych lat temu na transowe wyżyny wyniósł twórca tego koktajlu. CD2, poza kolejnymi remiksami, przynosi cztery własne kawałki Nicola Capobianco, trzy wybrane z archiwum producenta oraz nowość „Lost Gravity” o klasycznym psy-progowym brzmieniu.

50

*

psy-techno

***

Od ponad roku czekałem na debiutancki album. Po serii EP-ek, singli i tuzinie kawałków na różnych kompilacjach nareszcie się zjawił i... czekał blisko miesiąc na pierwsze przesłuchanie! Tak się bałem rozczarować. Dlaczego? Cóż, w ostatnich produkcjach izraelski duet, Guy Astrogano i Niv Konfotry, niebezpiecznie zminimalizował ilość transu na rzecz techno i już tak nie zachwycał, jak na przełomie lat 2008–2009. Jednak nadszedł ten dzień i tak jak przeczuwałem, zawiodłem się. Sucho, minimalnie, transu jak na lekarstwo, za to sterty opiłków surowego, zimnego, nudnawego minimalu. Za drugim razem zacząłem, prócz bitu, dostrzegać przestrzenie; choć oszczędne są wyczuwalne, tak jak wprasowane między wysuszone pierdnięcia, rytmu basy. Za trzecim razem znów było lepiej, ale już wiedziałem, że więcej nie da się „usłyszeć”. Nie omieszkałem sprawdzić, lecz ucho nie chciało się oszukać. Nie ma sensu wyróżniać jakiegokolwiek kawałka, płyta jest dość spójna, psy-minimalowa z kilkoma odchyłkami w stronę bardziej umięśnionego progressive’u. Jednak to za mało, bym miał ochotę do niej szybko wracać. Aby było jasne, nie twierdzę, że to zła płyta, produkcyjnie i aranżacyjnie jest wyśmienita, jednak wszystko rozbija się o ten drobny szczegół, zwany gustem, no i to „nakręcone wyczekiwanie”.

DRWAL Niedoszły romantyk, naginacz prawdy i gubernator własnego przewodu pokarmowego. Zamiłowania do majsterkowania nauczony od gnomów. Dzięki premii od charyzmy stał się bardem-gramofonistą. Z LAIFem od zarania dziejów.

*


JPLS

The Depths Minus

dark minimal

****

i pół

Dawno nie słyszałem tak ponurego albumu. Dwanaście i pół minuty na start to faktycznie „Reset”, który odbiera nadzieję. Kombinacja klimatów drone i ambient z ulotnymi, industrialnymi hałasami buduje świat opuszczonej, fabrycznej dzielnicy, mrocznego labiryntu, z którego chciałoby się uciec. Rozpoczynający „Zero Point”, stłumiony i przetworzony dźwięk jakiejś golarki elektrycznej, pobudza wyobraźnię. Ciemność rodzi strach i poczucie nieznośnej niemocy. Co za pysznie koszmarna płyta! Ma tylko jeden mankament: jednostajny, przejmujący, monotonny nastrój może deprymować zdołowanego odbiorcę, który broniąc się przed zaciśnięciem mrocznej pętli, zaczyna się uodparniać na muzę i – niestety – nudzić. Gratuluję tym, którzy wytrwają do końca, nie popadając we frustrację i w zwątpienie! Brawa także dla scenarzysty i reżysera tego mrocznego spektaklu!

Reagenz

Martin Schulte

Workshop

*

Odysseia Lantern

ambient/ IDM/deep house

deep techno/minimal/ ambient

*****

Move D wrócił po 15 latach do współpracy z Jonahem Sharpem. Poprzedni krążek Reagenz cechował zimniejszy, abstrakcyjny, IDMowski i ambientowy klimat. Nowa płyta jest cieplejsza, co słychać już w pierwszym, deephouse’owym numerze z beztroskim riffem akustycznej gitary i „międzyplanetarnymi” wycieczkami Sharpa. „DJ Friendly” to podrasowany kawałek z pierwszego albumu, to też house, z charakterystycznym pulsem „sonaru”. „Shibuya Day” niczym wolno płynąca rzeka przecina delikatnym pulsem taneczne rytmy, ale już w „Keep Building” wracamy do deephouse’owej formy. „Freerotation” usypiający falowaniem i „Du bist hier” z ambientowymi szumami i mało wyrazistym rytmem tenże zestaw zamykają. W ostatnim numerze panowie raźniej pokręcili gałkami i dzięki temu, mimo prawie 24 minut, brzmi interesująco. Pomysły podobne jak przed laty, ale oprawione w brzmienia będące bardziej „trendy”.

****

Od czasów pierwszych albumów spod znaku Basic Channell/Chain Reaction przestrzenne brzmienie, oparte na ambientowych otchłaniach, dubowej motoryce i minimalnej w formie, zyskało wielu naśladowców. Marat Shibaev, 22-letni producent z Rosji, umie czarować odbiorcę. Obezwładniający bezruch, w który wprawiają prosty bit oraz rozmyte zdarzenia dźwiękowe, i towarzyszący mu hipnotyczny stan pozwalają na tytułowe odyseje. To jego drugi album i nieprzypadkowo powstał podczas długich jesiennych-zimowych wieczorów. Można zarzucić artyście zasłuchanie w produkcje Maurizio, Fluxion i reszty twórców deep house i techno, zarażonych minimalowym wirusem. Nie wiem, czy świadomie Marat ucieka przed tym w finałowych numerach, bo muza staje się mniej eksperymentalna i chłodna, a nabiera tanecznego pulsu.

Kasper Bjørke

STANDING ON TOP OF UTOPIA HFN MUSIC ALTERNATIVE/DISCO/POP

*****

*

Tworzy dwutorowo: produkcje techno i minimal (jako Kasper Bjørke & His Friendly Ghosts) oraz alternatywne odmiany disco pod własnym nazwiskiem. To druga płyta, na której prezentuje odmianę elektronicznej muzyki pop: amalgamat stylów, podszyty beztroską melancholią. Muzyka jest lekka, ale w głowie pozostaje. Jeden z krytyków wspomniał o kombinacji organicznych brzmień połączonych z taneczną stylistyką bliską labelom Get Physical i DFA. Dodałbym chwytliwe melodie i lajtową skłonność do zgrabnego eksperymentowania z gatunkami. Podstawą są disco i funk, które właściwie stanowią oś większości kompozycji na płycie, a warianty elektronicznego sosu przyprawiają utwory różnymi smakami. Czy w sentymentalnym „Young Again”, ejtisowym „Efficient Machine” (z Tomasem Hoffdingiem z WhoMadeWho na wokalu), nowocześniejszym instrumentalu „Melmac”, wreszcie tajemniczym „Great Kills” z wiolonczelą oraz „Heaven” – coverze Stonesów – Bjørke wykazuje się pomysłami, dobrym gustem i producenckim talentem.

PIOTR NOWICKI Niezależny krytyk i dziennikarz muzyczny. Rzecznik prasowy dwóch edycji festiwalu Creamfields. Faworyzuje niemieckie produkcje, toleruje drum’n’bass,nie lubi hip-hopu (z małymi wyjątkami).

*

51


*

Trus’Me

The Nothings Of The North

IN THE RED

Progressive Form

PRIME NUMBERS

******

DEEP HOUSE/SOUL/FUNK

****

Historia Davida Jamesa Wolstencrofta z Manchesteru brzmi jak bajka. Chłopak zapisał się na sześciomiesięczny kurs produkcji dźwięku, po którego ukończeniu zasiadł przed komputerem i w 20 minut sklecił kawałek, który zawojował parkiety undergroundowych klubów na całym świecie. Mowa o utworze „Nards”, który był błyskotliwym popisem misternego samplingu i doskonałego wyczucia groove’u. Po kilku niskonakładowych singlach przyszedł czas na prawdziwą próbę. Wydany pod koniec 2007 roku debiutancki longplay „Working Nights” potwierdził klasę artysty znanego jako Trus’Me. Liczne zachwyty i porównania do takich tuzów, jak Moodyman, nie były przesadzone. Nowe dzieło „In The Red” to dojrzała pozycja, co jednak nie jest komplementem. Urok wcześniejszych dokonań Trus’Me tkwił w brudnym, niedoskonałym brzmieniu i umiejętności recyclingu starych płyt winylowych, co nadawało jego muzyce swoisty sznyt, którego na drugiej płycie brakuje. Niektóre brzmienia i beaty przypominają patenty z „Working Nights”, jednak tym razem forma jest o wiele bardziej przejrzysta, a przez to chwilami niestety nieco monotonna. Oczywiście trudno nie docenić wkładu tak znamienitych gości, jak: Amp Fiddler, Paul Randolph czy Dam Funk, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że zdominowali oni koncepcję autora. „Put It On Me” mogłoby znaleźć się na solowym albumie Ampa, „Bail Me Out” brzmi jak większość utworów Dam Funka, a tytułowy „In The Red” to nieco mniej efektowna wersja „Nards”. „Sucker For A Pretty Face” to kopia funkowego brzmienia Prince’a z lat 80., zaś dwa ostanie numery to jedynie wypełniacze, które nie powalają. Nie zaryzykuję stwierdzenia, że płyta jest nieudana, bo ma kilka niezłych momentów, ale gdyby to ona była debiutem Wosltencrofta, nie zdobyłaby aż tak wielkiego uznania. Doceniam próbę eksperymentu z bardziej żywym brzmieniem, ale liczę na to, że Trus’Me powróci jeszcze do samplowania starego disco.

Kidkanevil

Basho Basho First Word

abstract beats

*****

Trzeci album brytyjskiego beatmakera, to najbardziej eksperymentalne i bezkompromisowe z jego dotychczasowych wydawnictw. Całkowicie pozbawiony wokali i potencjalnych hitów „Basho Basho” zachowuje typową dla artysty potęgę brzmienia instrumentów perkusyjnych, zarazem dryfując w coraz bardziej abstrakcyjne rejony. Ambientowe pejzaże zwinnie unikają monotonii, dzięki wypasionym beatom, które zostały zlepione zarówno z akustycznych i elektronicznych próbek wykorzystanych w idealnych proporcjach. Główną inspirację stanowi tu kultura japońska. Oprócz tradycyjnych instrumentów Dalekiego Wschodu, znajdziemy tu również próbki rodem z gier Nintendo, a także szczątki głosów mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Podkłady rytmiczne nie zachowują ciągłości, często niespodziewanie się urywają, pozostawiając przestrzeń wypełnioną marzeniami sennymi. Niezwykle oryginalna wizja staje się z płyty na płytę coraz trudniejsza w odbiorze, ale zarazem coraz bardziej fascynująca. Kidkanevil za pomocą dźwięków kreśli poetyckie obrazy, które oddziałują na wyobraźnię. Konsekwentny rozwój i doskonalenie formy to cechy będące domeną niewielu twórców współczesnej elektroniki. Po „Basho Basho” nie mam już żadnych wątpliwości co do tego, że pan Kidkanevil jest jednym z nich. Oby tak dalej!

52

Ametsub

*

IDM Co prawda rzadko zachwycam się glitchowymi produkcjami z gatunku IDM, ale wyjątkowo mroźna zima sprawiła, że sięgnąłem po dźwięki, które stanowią doskonałą ilustrację do intensywnych opadów śniegu i wprowadzają mnie w niemal hipnotyczny stan. Pochodzący z Tokyo Ametsub jako 22-latek zadebiutował w 2006 roku albumem „Linear Kryptics”, który przyniósł mu uznanie w kręgach inteligentnej elektroniki. „The Nothings Of The North” jest poniekąd kontynuacją wypracowanego stylu, choć o bardziej eterycznym brzmieniu. Mniej tu trzasków i urywanych dźwięków, a więcej harmonii i oddechu. Kompozycje utrzymane są w dużo wolniejszym tempie, wydają się mniej nerwowe i intensywne, za to przepełnia je cudowna melancholia i tajemniczość. Ametsub w mistrzowski sposób wykorzystuje elementy muzyki klasycznej, jazzu, dubu, ambientu, a nawet popu. Akustyczne brzmienie fortepianu, jazzowe szczoteczki, skrawki ludzkich głosów, delikatnie zarysowane beaty i cała masa drobnych szczegółów, które stopniowo odkrywa się za każdym przesłuchaniem – to wszystko sprawia, że świat Japończyka jest niczym żywa materia, która mieni się różnymi odcieniami, w zależności od tego, pod jakim kątem się na niego spojrzy. Soczysta, szerokopasmowa produkcja potęguj e doznania i sprawia, że od płyty naprawdę trudno się oderwać. Tego rodzaju emocje towarzyszyły mi, gdy po raz pierwszy w wieku 11 lat zobaczyłem skandynawskie fiordy. W tym roku i my mamy iście norweską zimę, a najlepszą ścieżkę dźwiękową do niej skomponował... młody Japończyk. Przyznaję, brzmi to nieco absurdalnie, ale komponuje się idealnie.

MACEO

Didżej, koneser, tastemaker, twórca cyklu Warsoul Sessions w warszawskim Powiększeniu. Miłośnik czarnej muzyki we wszelkich odmianach – od jazzu, funku, soulu i afrobeatu po hip hop, broken beat i futurystyczną soultronikę. Bardziej niż nazwy gatunków, pociąga go szczerość, świeżość i wyobraźnia w komponowaniu dźwięków.

*


*

These New Puritans Hidden

Domino Kamp! meets BRWP

****

Kolejna płyta z wytwórni Domino, choć jej specjalnym fanem nie jestem. Owszem, zakupiłem Wild Beasts oraz w mieszkaniu znajdę pudełka po Arctic Monkeys i The Last Shadow Puppets (skompletowanie ich z płytami zajmie dłuższą chwilę...), ale do fanatyzmu mi daleko. Zachęcony ogólnoświatowym hajpem wokół Purytan nabyłem ich nowy album. Łatwo i przyjemnie nie jest, obstawiam, że prezentując fragment płyty w swojej audycji, popsułem niedzielny wieczór kilku słuchaczom (tu uprzedzę żarty – to nie byli wszyscy słuchacze Radia Euro, bo jest ich znacznie więcej, i to w różnych zakątkach świata). Być może marszowa rytmika i instrumenty dęte kojarzą się zdecydowanie bardziej z wojną niż tłem do wieczornego wypoczynku, ale nie da się TNP odmówić pomysłu na płytę. Jeżeli nadal sobie nie wyobrażacie, jak brzmią, to może wizja zderzenia Kamp! z Batalionem Reprezentacyjnym Wojska Polskiego coś wam podpowie. Warto przecierpieć, można pochwalić się znajomym, że trzyma się rękę na pulsie.

Blakroc Blakroc V2

****

Blakroc zawiera wszystko to, co może składać się na hasło „męska muzyka” – i to właśnie w tych nagraniach tkwi i bębni prawdziwa dusza, a nie, jak część muzycznych snobów by chciała, w niby-kosmicznych jękach z Antypodów, miłych, bo miłych, ale bez jaj. Jedyne, co jest czarne u pomysłodawców tego pomysłu, to nazwa. Białasy z The Black Keys to, jak wszyscy wiemy, zwolennicy korzennego bluesowo-rockowego brzmienia, które samo w sobie już uszczęśliwia fanów alternatywy. Ale żeby magia zadziałała, potrzebny był drugi składnik, czyli przedstawiciele specyficznego gatunku ludzi – raperzy (do tego znakomici lub co najmniej znani). Jeżeli chodzi o formę zaproszonych, to właściwie nie ma zaskoczeń – absolutnymi mistrzami są: Raekwon, Pharoahe Monch i RZA (psychodeliczny szaman), dobrze wypadają Billy Danze, Q-Tip i Mos Def (zgadnijcie: rapuje czy, tak jak zwykle, śpiewa?). Kilka pytań ciśnie się na usta, na przykład: co tu robi mistrz kanciastej nawijki – Jim Jones? Są też objawienia, jak Noe – człowiek, nad którym nie wiadomo, czy wisi przekleństwo czy błogosławieństwo, albowiem ma identyczny głos i flow, jak Jay-Z. Z jednej strony kto by nie chciał, ale jak tak człowiek dłużej pomyśli... Jasnym punktem jest też pojawienie się w kilku utworach wokalistki Nicole Wray – jej głos nadaje życia kompozycjom i często porządkuje chłopięce zabawy. Jedyne, co można zarzucić tej płycie, to przede wszystkim niewykorzystanie w pełni zaistniałej sytuacji i odczuwalną, zbytnią improwizację. Słychać lekkie podejście do tematu naszych milusińskich raperów, trochę zbyt pewnych swoich umiejętności i sprawności we fristajlu oraz – co tu dużo mówić – upalonych mocno, bo sądząc po filmach z sesji nagraniowej, nawijacze stawiali na aurę zaistniałą podczas sesji studyjnych.

RAWSKI Didżej i producent, członek kolektywu Beats Friendly. Obecnie utanecznia utwory innych swoimi remiksami. Możecie usłyszeć go na falach Radio Euro. Zastanawia się czy chce zostać nowym Gillesem Petersonem...

THERE IS LOVE IN YOU DOMINO

męska muzyka

*

Four Tet

*

FOUR TET MUSIC

*****

Czasem dobrze jest spóźniać się z oddawaniem recenzji, bo wtedy, chcąc nie chcąc, recenzent załapie się na świeżynkę i może brylować nowinkami wśród porządnych kolegów, którzy swoje dzieła oddali już znacznie wcześniej i teraz muszą patrzeć na pomniki intelektu sprzed dwóch miesięcy. Otóż właśnie taka sytuacja przytrafiła się mnie, zatem po celebracji własnej osoby przechodzę do recenzji, nad którą specjalnie długo nie trzeba się zastanawiać. Każde wydawnictwo opatrzone nazwą projektu Kierana Hebdena to wydarzenie, bo dzięki unikalności swojej produkcji znalazł się w komfortowej sytuacji – to on wypracował swój styl, niemal gatunek muzyki, zatem nie może być do nikogo porównywany, co najwyżej inni mogą być porównywani do niego. „There Is Love In You” to ciąg rytmów, mikrodźwięków, brzęknięć i minimelodii. W pierwszym momencie nie robi wrażenia, a im dłużej się tego słucha, tym głębiej jest się wciągniętym w ten wir pozornego chaosu – ukrytego piękna. Wszystko tu takie ładne i o miłości – zakochał się, czy co?

53


*

Jambassa

V/A

Steppas Delight 2: Dubstep Present To Future

MACCHINE PARLANTI

Souljazz dubstep

*** i pół

A QUIET BUMP DUB

*****

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce kompilacja z włoskim dubem. Jako że generalnie lubię włoskie tjuny, co objawia się przez moje wzbudzające zdziwienie zamiłowanie do piosenek Franka Sinatry, postanowiłem sprawdzić, co tam też włosi porabiają. Niestety, byłem mocno rozczarowany tym, że tamtejsi wokaliści gardzą swym rodzimym, jakże pięknym językiem i za wszelką cenę próbują przypominać Jamajczyków. Jednak moją uwagę przykuły dwa kawałki, które dość mocno wyróżniały się na tle pozostałych produkcji. Były nie tylko inne, lecz także po prostu bardzo dobre. Oba autorstwa duetu Jambassa. Postanowiłem więc nawiedzić stronę netlabelu A Quiet Bump, który to wziął sobie za cel promowanie południowowłoskiej sceny dubowej. Szybko doklikałem się do linka umożliwiającego pobranie ostatniej EP-ki duetu... No a teraz o tej właśnie płycie. Siedem bardzo różnych kawałków solidnie wyprodukowanej elektroniki, a w każdym inny gość na wokalu, i do tego każdy z innej bajki. Od śmierdzącego indie, mocnego emo w wymowie i sposobie śpiewania „Dreada Dan Dread”, po wręcz dancehallowe „Combo Combo Thing”. Nie brakuje też iście berlińskiej wycieczki z wokalistką rodem z Lipska – „Like Silence”. Niestety, także na tej płycie zabrakło mi makaroniarskiej mowy (po włosku są tylko dwa kawałki), choć nie wpłynęło to specjalnie na mój odbiór tejże płyty. Pozostałe kawałki w większości bronią się same. Zwłaszcza wspomniany już „Like Silence” i „Unravel” – oba ze świetnie zaśpiewanymi kobiecymi wokalami.

Easy Star All Stars

Easy Star's Lonely Hearts Dub Band Easy Star dub

V/A

Warp 2010

Warp/Sonic

elektronika

******

Easy Star to nowojorski label, który podczas piętnastoletniej działalności stał się ojcem dwóch największych sukcesów w muzyce reggae pierwszej dekady XXI wieku. Mowa o dubowych cover albumach „Dub Side Of The Moon” (dubowa wersja „Dark Side Of The Moon” Pink Floyd) i „Radiodread” („OK Computer” Radiohead), które przez wiele tygodni zajmowały pierwsze miejsca na reggae’owej liście przebojów magazynu „Billboard”. Do tej dwójki dołączyło niedawno trzecie wydawnictwo. Ponieważ panowie z Easy Star wprowadzili do reggae idee koncept albumu, postanowili w końcu sięgnąć do źródła. Do pierwszej tego typu płyty w historii muzyki popularnej – „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” Beatlesów. Efekt jest piorunujący, zwłaszcza że do współpracy udało im się zaprosić czołówkę reggae’owych wokalistów. Gościnnie pojawili się m.in. U-Roy, Luciano, Max Romeo, Matisyahu i Bunny Rugs.

54

Aż dziw bierze, że zainteresowałem się tą płytą. Z zasady omijam z daleka kompilacje, które reklamują się na zasadzie: „all the biggest riddims from the world of dubstep”. Po pierwszych trzech kawałkach już myślałem, że będzie można wieścić upadek tejże muzyki. Na szczęście humor poprawił mi „Focus” Duska, którego bardzo lubię, i, o dziwo, Benga ze swoim „On The Edge”. Kolejnych kawałków słuchało mi się już całkiem przyjemnie, choć dlaczego na tej kompilacji znaleźli się LD, Brackles czy Gemmy, to wciąż nie pojmuję. Resztę tego, co mi nie weszło, powiedzmy, że jestem w stanie zrozumieć, mimo że, moim zdaniem, to kupa. Choć, tak jak już wspomniałem wcześniej, parę numerów naprawdę poprawiło mi humor. Mile zaskoczyło mnie też to, że Souljazz spojrzał na kontynent i znalazł na tej płycie miejsce dla Portugalczyków z Octa Push i hiszpańskiego Relocate, co obok wymienionych już paru numerów, ratuje w moich oczach wizerunek mocno imprezowego dubstepu zaprezentowanego na tej kompilacji. Trójka z plusem.

*

****

Warp wydając kompilację „Warp 2010”, postanowił sprzedawać ją w atrakcyjnej cenie 4,99 $ (widać, można tanio płyty wydawać, jak się chce). Muzycznie oczywiście totalny bajzel. Dokładnie taki sam, jak w katalogu wytwórni. Jest i infantylna, rozjechana elektronika, zwana wonny, w postaci choćby Flying Lotusa, jak też postpunkowe (lubię to określenie, choć chyba nie używam go poprawnie) wycieczki na gitarę elektryczną i przesadnie wyzuty z emocji wokal w klimacie electroclash (Dresden In Dresden). Generalnie na płycie można znaleźć cały przekrój, głównie nowych artystów ze stajni Warp, i to ma być przedsmak tego, co czeka fanów labela w najbliższych miesiącach. Warto się z tą płytą zapoznać, żeby wiedzieć, co w trawie piszczy i czy jest sens, by w tym roku zaglądać na stronę warp.net.

REELCASH Człowiek o wielu mózgach – producent, promotor, a nawet didżej. Fan połamanych rytmów i głębokiego basu. Współzałożyciel Redekonstrukcje Sound System. W wolnych chwilach podróżuje i wypada z samolotu ze spadochronem.

*


Wooden Veil Wooden Veil Dekorder

psychodelia, etno, industrial

The Necks

*

****

Gdzieś między improwizacją a rytuałem, muzyką etniczną i industrialną, Berlinem a Nowym Jorkiem, oryginalnością i wtórnością – tak można umiejscowić debituancki album „Wooden Veil”. Trzon formacji tworzą japońska wokalistka Hanayo (znana nagrań z Merzbow, Schneider TM) i niemiecki basista Marcel Turkovsky (Masonne, Snake Figures Arkestra, UUhuu), a ich inspiracje sięgają zarówno mocnej fali psychodelicznego folku (Sun City Girls, No-Neck Blues Band), jak i leciwego krautrocka (Faust, Amon Duul). Takie utwory, jak „Gravity Problems” czy „Church Scream”, to ponure i radykalne pejzaże dźwiękowe, „Yinglis” i „Shiverings” przypominają pogańskie obrządki, a „Moon And Hamburg” i „Red Desert” to ledwie kilka piosenek, które na chwilę pozwalają złapać oddech. Koncert Wooden Veil musi być niesamowitym doświadczeniem.

Tetuzi Akiyama & Toshimaru Nakamura Semi-impressionism Spekk

improwizacja

****

*

Intrygujący zapis sesji gitarzysyty Tetuzi Akiyamy oraz Toshimaru Nakamury. Tradycyjnie cisza ważniejsza jest niż sam dźwięk, który często sprowadza się tylko do przenikliwych fal sinusoidalnych albo cyfrowych błędów. Natomiast dokładnie napisane melodie i zwarty rytm wypierają swobodne akordy. Oczywiście ta formuła grania została wyczerpana kilka lat temu i przeanalizowana nie tylko przez pryzmat kultury japońskiej. Może te trzy blisko 20-minutowe nagrania nie są obciążone żadnym kontekstem kulturowym i pokazują ponadczasowy urok tej muzyki.

JACEK SKOLIMOWSKI

SILVERWATER RER IMPROWIZACJA, KAMERALISTYKA

*****

Ponadgodzinny track zarejestrowany na żywo i nieco podrasowany przy miksie. Na pierwszym planie Chris Abrahams, na drugim Tony Buck, a na trzecim Lloyd Swanton. Każda minuta ich gry jest coraz bardziej wciągająca: psychodeliczne partie Hammonda rozpływają się w próbach sonorystycznych, chaotyczne uderzenia w fortepian układają się w prosty temat, schowany w tle bas porządkuje kompozycję, gęste afrykańskie rytmy nabierają rockowego wyrazu, a potem dołącza jeszcze jazgotliwa gitara. Narracja płynnie swobodnie i nie narzuca dynamiki gry, tylko pozwala na pracę nad brzmieniem, teksturą dźwięku oraz układanie warstw utworu i synchronizowanie ich ze sobą. Nasuwają się skojarzenia ze składami Milesa Davisa, kompozycjami Steve’a Reicha, sejsami Can, poszukiwaniami Tortoise, a nawet piosenkami Tindersticks. Nie ma miejsca na hochsztaplerkę!

Oren Ambarchi

Intermission 2000-2008 Touch

noize, improwizacja, ambient

****

Ma na koncie kilka znakomitych, elektroakustycznych solowych płyt dla wytwórni Touch, sesje z Keithem Rowe i Fenneszem czy wspópracę z grupą Sunn O))). Ale na „Intermission 2000–2008” wybrał pięć niepublikowanych i mniej znanych własnych utworów. „Intimidator” to wspólne wyciszone nagranie z Antonym Paterasem na fortepian, misy tybetańskie i elektronikę, „Iron Waves” to próbka jego umiejętności remikserskich i wokalnych, „Moving Violations” – pokaz elektronicznych możliwości brzmieniowych na podstawie drone, w „The Strouhal Number” zmierza w delikatniejszą i melodyjną stronę, a w zawiłym „A Final Kiss on Poisoned Cheeks” stopniowo buduje napięcie, a potem rozkłada swoją muzykę na czynniki pierwsze.

Od lat pisuje do magazynów kulturalnych i muzycznych („Glissando”, „Przekrój”, „Dziennik”). Radiowiec, niegdyś związany z Radiostacją i Radiem Copernicus, a obecnie z projektem Radio Simulator. Didżej grywający zarówno szeroko pojętą muzykę eksperymentalną, jak i dobry pop.

*

55


v

DO USŁYSZENIA W REDAKCJI

Deadbeat Radio Rothko

The Agriculture Records dub minimal techno

novikowy właśnie. Nie ma co się silić na jakieś porównania albo łatki, „Lovefinder” to bardzo dobrze skrojony krążek. Do tańca i do biegania. Spójny (mimo kilku producentów) i treściwy. Kasia zaskakuje sposobem śpiewania – pełnym, odważnym i zdecydowanym. To już nie leniwa niedziela to imprezowy piątek!

Znany i ceniony adiunkt w katedrze dubologii stosowanej przygotował wykład na temat:„Dub techno – historia, a stan obecny”. Swoje wywody oparł o muzykę autorów dobrze znanych, czyli Von Oswalda & Co (jako Basic Channel, Rhythm And Sound, Quadrant, Maurizio), Monolake, Substance, naśladowców pokroju Deepchord oraz tych mniej popularnych, którzy niestrudzenie kontynuują schedę po berlińskiej szkole tworząc współcześnie bardziej lub mniej udane klony oryginalnego, przestrzennego soundu. Wśród nich znaleźli się min Mikkel Metal (Kompakt i Echocord), Stephen Hitchell (Echospace), 2562 (Tectonic), duet Pendle Coven i paru innych. Kompilacja Deadbeata nie jest tak szturmowa jak pamiętny miks Scion dla Tresora (zawartość po części podobna), tu przeciwnie – spokojne pulsowanie zaczyna i wieńczy całość, żywsze, mocniejsze, bliższe techno granie, mamy tylko w środku. Szczególnie upajająco i międzygwiezdnie wypada końcówka, potwierdzając wysoki poziom wykładu pana adiunkta. Berliński sound stał się kanonem w techno niczym klasyczne metalowe granie w rocku. Inspirował i inspiruje, może nudzić i uwodzić. Ja mam do niego słabość, wy też?

LAIF Kru

Piotr Nowicki

Novika Lovefinder Kayax klubpop I bardzo ładna płyta wyszła naszej ulubionej współpracownicy. To dobrze, bo gdyby nagrała słaby album, to mielibyśmy nie lada problem z jego oceną, ba, musielibyśmy zmierzyć się również z doborem odpowiednich słów, żeby ta nasza krytyka nie była zbyt bolesna. A tak, mamy z głowy. Po dość zamotanym stylistycznie debiucie, widać, że Novika w końcu znalazła swój kierunek. Jaki? A taki

56


Massive Attack Heligoland

EMI pure ristol sound Ojcowie trip-hopu – gatunku, który jest wręcz modelowym przykładem skończonej formuły, nagrali materiał, który z powodzeniem mógłby się ukazać 15 lat temu. Ktoś bystry może zapytać: a jaki mieli nagrać? No właśnie, i tu dochodzimy do sedna sprawy. Panowie przez siedem lat zwodzili słuchaczy umiarkowanie dawkując wiadomości o nowej płycie. A to niby podawali tytuł, a to nie komentowali spekulacji, co do gości zaproszonych do współpracy (wyobraźnie najbardziej rozpalał oczywiście król atmosferycznych dźwięków podszytych niskim basem, czyli Burial), a to znów z konsekwencją godną pozazdroszczenia przekładali kolejne daty premiery. Aż w końcu stanęło, że 3D i Daddy’ego G producencko wesprze niepokorne dziecko popowych melodii Damon Albarn. Co ciekawe, część nowego materiału była „ogrywana” podczas występów na żywo, co tylko potęgowało napięcie, bo kompozycje były więcej niż dobre. Aż w końcu ukazał się album studyjny. „Heligoland” jest kwintesencją brystolskiego brzmienia. Tu nie ma żadnych kompromisów, dziwnych rozwiązań czy silenia się na coś, co trip-hopem nie jest. Kto spodziewał się interstylistycznego szaleństwa albo łudził się, że MA zmienią swoje posępne oblicze, srogo się zawiedzie. Ten album śmiało można uznać za klasykę gatunku. LAIF Kru

V/A

Plus 8 100 Plus 8 minimal techno Zastanawiałem się jak Rysiek uczci jubileusz Plus 8. Nowa, limitowana EP-ka, może jakiś album? Tymczasem otrzymaliśmy wydany wyłącznie cyfrowo zestaw przemiksowanych 22 utworów z dwudziestoleniej historii wytwórni. Klasykom, które po latach właściwie bronią się same, gromada zacnych producentów (od Kena Ishii po Tiefschwarz) dodała szlifu, unowocześniając brzmienie i nie pozbawiając – w znakomitej większości przypadków –urody. Pewnym mankamentem może być stylistyczna monotonia, bo całość została wpasowana w jednostajny, minimalowy wzorzec. No ale cóż – mimo, że po latach nuży mnie takie traktowanie materii to jednak coś (być może atrakcyjność materiału wyjściowego) spowodowało, że początkowy sceptycyzm zamienił się w uznanie. Nie będę omawiał tutaj wszystkich 22 remiksów, ale dla idących na skróty mam radę: zacznijcie słuchać od utworów ze środka składanki – remiksów Ambivalent, Danilo Vigorito, Alexa Under, Skoozbot. Kompilacja podsumowuje przeszłość, ale stawia też pytanie – czy w czasie najbliższej dziesięciolatki label wyda nowe nagrania i czy później będzie co remiksować?

NOWY! PE�EN ENERGII SOLOWY ALBUM NOVIKI!

Piotr Nowicki

57


*

*

laifquest

*

Jakoś tak się składa, że na nasze błyskotliwe pytania odpowiadają głównie panie, co oczywiście, jest bardzo miłe, sympatyczne i ogólnie fajne. Cóż, widać jest w nas coś takiego, że trudno nam się oprzeć (rednacz ciągle się o coś opiera;). W tej odsłonie swoimi impresjami dzieli się z nami ognista Chilijka, królowa technicznych popisów i house’owych wygibasów – Dinky.

Kim chciałaś zostać jak byłaś mała? Pianistką Szpinak czy brukselka? Szpinak z sosem sezamowym Twoja pierwsza miłość? Luke Skywalker Czy jest coś po śmierci? Mam nadzieję. Pecet czy Mac? Mac Kawa czy herbata? Herbata Najgorsza impreza, na której grałaś? Mam fatalną pamięć, jeśli chodzi o kiepskie imprezy. Po prostu ich nie pamiętam (śmiech). Wierzysz w UFO? Tak Pies czy kot? Kotek Cebula czy czosnek? Zdecydowanie czosnek, cebula źle wpływa na mój brzuch. 58

CD czy winyl? I to, i to. Jakie jest najczęściej zadawane ci pytanie? „Skąd masz takie dziwne imię?” Najgłupsza prośba, jaką usłyszałaś podczas grania? Grałam kiedyś „Contemplation” King Britta, podeszła do mnie wtedy dziewczyna i zapytała, czy mogę puścić jakiś house. Spanie czy ranne wstawanie? Uwielbiam poranki. Jaką płytę zabrałabyś na bezludną wyspę? „Calling Out Of Context”Arthura Russela. Mięso czy warzywa? Mięsooooooo! TV czy DVD? DVD Jakiej muzyki nie lubisz? Deutsche Schlager jest okropna. Kto to jest Kubica? Nie mam zielonego pojęcia. Jaka jesteś? Delikatna, ale silna.


Laif 11 luty-marzec