Issuu on Google+

INDEKS 379891

8,90 pln (w tym 7% VAT)

07(70) wrzesień 2009

CD GRATIS:

ZOMBIE - PRĄD ZMIENNY

BASEMENT JAXX ZABLIŹNIENI LITTLE BOOTS VS LA ROUX pojedynek świeżynek

07(70)

wrzesień 2009

8,90 pln (w tym 7% VAT)

RELACJE Z LETNICH FESTIWALI

od selectora po audioriver

*------>

SIMIAN MOBILE DISCO ORBITAL CALVIN HARRIS KARL BARTOS MAJOR LAZER DINKY MENTALCUT SSSC HERBALISER KAROL SCHWARZ


SPIS TREŚCI

22 24 26 street sweeper social club

44

28 30

34

48

simian mobile disco

36

dinky

nasza płyta

ZOMBIE ATAKUJE

64

CZYSTA PRZYJEMNOŚĆ klub roku

46

BERLIN CALLING

basement jaxx

NAZNACZENI PRZEZ LOS karol schwarz

herbaliser

NA ŻYWO ALE W STUDIU

karl bartos

GWIAZDA FREE FORM FESTIVAL

calvin harris

fundata

KONIEC LATA!

major lazer

ATAK SUPERBOHATERA

little boots vs la roux

--

WRACAJĄ DO GRY

Tak, tutaj gra muzyka dla mas. No to skoro już padło brzydkie słowo sugerujące gigantyczne skupiska ludzkie, niech padnie też jeszcze brzydsze pytanie: która będzie miała większy fanklub? Która zostanie królową serc? Starcie w pięciu rundach.

WYDAWCA Media Advertising Sp. Z o.o. ul. Locci 30, 02-928 Warszawa

PROJEKT GRAFICZNY PRZYGOTOWANIE I SKŁAD Positivo Consulting

REDAKTOR NACZELNY Przemek Karolak przemek@laif.pl

OKŁADKA FOTO: SONIC

REKLAMA Ilona Kaczmarska ilona@laif.pl tel. 0 507 090 252

DRUK Zakłady Graficzne „Taurus”

Piotr Pośpiech tel. 022 852 26 54

<--

wywiad z orbital

--

POJEDYNEK DROBINEK

--

38

relacja z selectora

SZATAŃSKA ZABAWA

18

offowe przemyślenia

NIE WSZYSCY BŁYSZCZELI

NA PIERWSZY OGIEŃ PIEKSA

16

przekaz z audioriver

PLAŻOWANIE

SOUND OF ROZEWIE

14

raport z boogie brain

DESZCZOWA OPOWIEŚĆ

GOTUJCIE SIĘ NA WEEKEND

12

zapiski z open'era

DŁUGI WEEKEND Z GWIAZDAMI

HIP GITAR HOP

10

20

<--------

08

<---

ę z si rzec tal j e z Inac tem Crys ry ue któ d a z es, ł l . a t i s m Ca otem nami e ł n ą b adn odo e zawł lectrop i n cz ne e akty , r ć p ś Brud no ęki, ciem a a n dźwi n a t le zyw h komp rzes c p y a w to adk k z n r u z p z adą wyra kask w i nad óra toró lice, kt na k e l ref a A st ołow wpro ikę żywi ała się publ rzuc e (a i w zyło), i dar . scen się z sterium j e j i m y łnił dope

ADRES REDAKCJI ul. Locci 30, 02-928 Warszawa tel. 022 852 17 31, fax. 022 899 29 45

WSPÓŁPRACOWNICY Norbert „Bert” Borzym, Andrzej Cała, Jarek „dRWAL” Drążek, Marcin Flint, Paweł „r33lc4sh” Hadrian, Marcin „Harper” Hubert, Łukasz Iwasiński, Jarek Jaz, Angelika Kucińska, Łukasz Lubiatowski, Piotr Nowicki, Tomek Rawski, Sebastian Rerak, Jacek Skolimowski („Dziennik”), Maciek „Maceo” Wyrobek

Redakcja nie odpowiada za treść reklam, nie zwraca materiałów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do skracania i redagowania tekstów. Rozpowszechnianie materiałów redakcyjnych bez zgody Wydawcy jest zabronione.


*

*

edytorial

*

Y N A I M Z A N CZAS

N

iestety, jeśli czytacie te słowa, to znaczy, że błogi czas letnich festiwali za nami. Pocieszające jest to, że przed nami jesienna odsłona, wprawdzie już nie plenerowych, ale równie interesujących eventów. O tych jedynie słusznych, według naszego nieomylnego sądu rzecz jasna, dowiecie się z łamów naszego magazynu. I tam

koniecznie musicie być (na imprezach, nie łamach, choć na tych drugich również możecie się znaleźć – kombinujcie jak). A przy okazji festiwalowych wspominek naszła mnie taka oto refleksja. Jakiś czas temu rozmawiałem z moim znajomym, który na moje pytanie, czy wybiera się na Open’er, odpowiedział, że nie, bo z zestawu artystów zna tylko

Faith No More. Nie mogłem w to uwierzyć. Zacząłem drobiazgowe wypytywanie: a Moby? „A taki mały łysy, fakt, coś słyszałem”. Lily Allen? „Hm, coś kojarzę”. Arctic Monkeys? „Nie znam”. Buraka Som Sistema? „Jak mówisz, Buraki? A to dobre. To jakiś polski zespół?”. Gossip? „Nie znam”. Z każdą odpowiedzią czułem się coraz bardziej przerażony. Jak człowiek, w moim wieku, pracujący w mediach, czytający książki i gazety, interesujący się kulturą przyznaje się, że nie zna współczesnych artystów, pal licho tych niszowych, ale nie wiedzieć, kto to Lily Allen, to chyba jakieś nieporozumienie. Co z tego, że festiwal Tauron Nowa Muzyka miał przedni line-up, który do dziś przyprawia mnie o ciarki na skórze, skoro mój kolega i, jak mniemam, tysiące podobnych do niego nie mają zielonego pojęcia, co to za impreza – nie wspominając o artystach, którzy tam wystąpili. Kilka dni później spotkałem kolejnego, dawno niewidzianego, znajomego. Wspomniał o spotkaniu, ja zaproponowałem Orange Music Festival. On zdziwiony spytał, co to? Tłumaczyłem, że Groove Armada, MGMT, Calvin Harris, N.E.R.D. Z każdą kolejną rzucaną przeze mnie nazwą widziałem coraz większe zdziwienie mojego rozmówcy. Kiedy z rozbrajającą szczerością odparł, że nie zna nikogo z tego zestawienia, uznałem, że ktoś mi tu robi jakiś ponury żart. Zapomniałem o sprawie, do momentu kiedy nie wpadły mi w ręce statystyki słuchalności stacji radiowych w przedziale wiekowym 15–44 lata. Co się okazuje, otóż z wyliczeń przeprowadzonych przez jeden z instytutów badań rynku i opinii publicznej dla jednego z portali branżowych wynika, że najpopularniejszą stacją jest... RMF FM z ponad 30% udziałem, za nią jest Radio Zet z ponad 18% udziałem, a na trzecim miejscu Radio Eska (prawie 9% udziału). Dziwne, myślę sobie. Szukam Radia Euro i Roxy: 5., 6., 7., 8., 9. miejsce... Nie ma! Niemożliwe, patrzę raz jeszcze, nie zaglądając na koniec zestawienia. No, nie ma. Coś tu jest nie tak. Wczytuję się wnikliwiej i widzę obie stacje na samym końcu z 0,3% udziałem. Szok. Jak rozgłośnie, które prezentują najsensowniejszy poziom ze wszystkich stacji radiowych, mają taką marną słuchalność? Ano mają. Moja perspektywa nie jest perspektywą moich obu znajomych i pewnie kolejnych setek tysięcy młodych ludzi. Czemu tak się dzieje? To

PISZCIE: przemek@laIF.PL

temat na osobą dysputę. Co zatem możemy zrobić, żeby zmienić ten stan rzeczy? Ciągle to samo. Im więcej będzie bowiem takich przyczółków nieco innej wrażliwości muzycznej, tym większa szansa, że za lat kilka moi obaj znajomi wyciągną mnie na kolejną edycję festiwalu Tauron Nowa Muzyka.


*

*

informer

*

COSA NOSTRA

C

hodzą słuchy (w sumie zastanawialiście się kiedyś, jak słuchy mogą chodzić? Hm, po namyśle, a co to są te słuchy w ogóle?), że włoskie duo, co to swą karierę zbudowało na przerabianiu cudzych kawałków, planuje regularne wydawnictwo. Mowa oczywiście o Crookers, którzy podobno do współpracy zaprosili m.in.: Spank Rocka, Kelis, Róisín Murphy i Madness. Panowie bez żeny przyznają, że płyta nie będzie zestawem parkietowych bangerów i że może zaskoczyć co poniektórych. No, ciekawi jesteśmy niesłychanie, co tam italo duo wymyśli.

Indie trance? No, nareszcie trafiła nam się kolejna niusowa perełka. Że Tiësto i innych van ten tenów wielbimy ponad miarę, to wiecie, a to, że regularnie dostarczają nam powodów do polewki, to chyba jakieś zrządzenie co najmniej boskie. Na początek cytacik: „Przez ostatnie kilka lat odkryłem zupełnie nowy świat indie rocka i przyznam, że bardzo lubię ten gatunek muzyczny. Jestem na to gotowy i myślę, że moi fani również” – zwierzył się wspomniany Tiësto. I tak, konia z rzędem lub kurę na grzędzie temu, kto zgadnie, co z tego wyniknie. Nas to tak bawi, że sama myśl o tym, co mógłby zagrać ten ukochany przez dziewczęta z tipsami do podłogi producent, poprawia nam humor. Naprawdę nie możemy się doczekać.

DEBIUT UFFIE!

Dziewczyna śmiało może konkurować z Massive Attack w kategorii najdłużej nagrywany album ever (w sumie mogliby przyznawać za to jakieś statuetki). Popuściła wieki temu kilka kawałków, buńczucznie zapowiedziała pełen album, miała zagrać sztukę w Warszawie (wieść gminna niesie, że ktoś próbował ją nieźle oszukać i zrezygnowała z przyjazdu) i co? My wiemy (mamy swoje źródła), co porabiała młodziutka Uffie. Otóż, wyszło właśnie na jaw, że jej debiut się zbliża. Ale nie płytowy, ale w roli matki rodzicielki. Tak, tak, nie chciało się nagrywać, to się znalazło inne przyjemności. Choć szef wszystkich Ed Bangerowców – Zajęty Pedro zaklina się na wszystkie nieświętości, że album jest już prawie gotowy. Kawałki zrobili dla niej Pan Oizo, Feadz i SebastiAn, a całość ujrzy światło dzienne jeszcze w tym roku. Zapytany o dalsze plany wytwórni jęczy, że chciałby mieć w swojej stajni konia o gitarowym rodowodzie. Nieśmiało podsuwamy kandydaturę indie trance’owca Tiësto – będzie mrok.

6


*

AIR MAX 1 REWOLUCJA

W roku 1987 firma Nike wprowadziła buty, które na zawsze zmieniły pojęcie obuwia sportowego. Zaprojektowane dla biegaczy wymagających maksymalnego tłumienia wstrząsów i stabilności buty Air Max 1 zawierały największą dotychczas poduszkę gazową Air. Zadanie zespołu Nike Design polegało nie tylko na skonstruowaniu najlepszych butów Air w tamtych czasach, ale też na uświadomieniu sportowcom zalet biegania w Nike Air. Buty należały do nowej generacji obuwia sportowego, zrywając z jego tradycyjnym wyglądem. Model zapoczątkował rewolucję nie tylko w klasie Air, ale – co nie mniej ważne, ale także i w kolorystyce. Zespół projektantów obuwia Nike Sporstwear, któremu powierzono odświeżenie klasyki wzornictwa firmy Nike — Air Max 1 z 1987 roku, połączył technologiczne innowacje z unowocześnionymi możliwościami i wzornictwem oryginału, tworząc Nike Air Maxim, którzy uzyskali 66-procentową redukcję wagi w porównaniu z oryginałem — Air Maxim waży zaledwie 286 gramów. Zgodnie z tradycją, model nadal ma charakterystyczny, zamszowy zapiętek oraz warstwę podeszwy w oryginalnym kolorze Sport Red, co samo w sobie stanowiło rewolucję w roku 1987.

Szok!

MAŁA WPAADKA

Ś

wieżutka ikona stylu, kobietka, która dokopała La Roux, osoba słynąca z ponadprzeciętnego gustu, co to w małych bucikach chadza – Little Boots we własnej osobie popełniła niedawno całkiem Big Foux Pas. Otóż podczas jednego ze swoich setów (tak, tak, grywa podobno takowe) na sam koniec, zwieńczenie i finał swojego występu zagrała... „Children” człowieka jednego hitu, legendy popclubbingu Roberta Milesa. Cóż, zdarza się, każdy ma swoje zboczenia. Wszystko byłoby gites i bajer, gdyby nie tłumaczenia. Lil Booty powiedziała, że bardzo wszystkich przeprasza, że była pod wpływem różnych rozweselaczy (w tym dużej ilości piña colady) zmieniających trochę postrzeganie pewnych rzeczy i zgodziła się za namową swojej drugiej połówki zagrać ten utwór, że rozumie, iż jest to całkowicie nie do zaakceptowania nawet w post nu rave, post postmodernistycznym znaczeniu i że się to już więcej nie powtórzy. Nigdy, nigdy, post post never ever forever and rower.

Jakoś tak niusy zdominowały nowe wydawnictwa, więc żeby wątek zakończyć z osłupieniem graniczącym z szaleństwem, donosimy, że w przyszłym roku na parkietach i letnich festiwalach królować będzie Christina Aguilera! Tak, tak, nie przeczytaliście się. Kryśka zaprosiła do współpracy, uwaga: M.I.A., Santigold, Goldfrapp i Ladytron. Słabo? Nie będzie więcej dżinów w butelce i innych pierdół, teraz będzie ból, rozpacz i mrok. Jak u Tiësto.

Filmowa zagrywka

A skoro mowa o nowych nagraniach, to dwóch panów w motorowych kaskach szykuje się do zaskakującej produkcji. Nie będzie to jednak album Daft Punk, ale ścieżka filmowa do sequelu kultowego dla wszystkich komputerowych nerdów filmu „Tron” z 1982 roku. Temat jak znalazł, szkoda tylko, że na studyjne dzieło duetu będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, ale pewnie nie tak długo, jak na nowy Massive...

7


*

*

sssc

*

M

orello nie ma opinii zadymiarza. Niby jako członek Rage Against The Machine powinien mieć ją z urzędu, niemniej to Zack De La Rocha z rozkoszą wziął na barki większość złej reputacji. Poza tym jak tu odsądzać od czci i wiary mistrza gitary, w którym magazyn „Rolling Stone” ujrzał syna Jimmy’ego Hendriksa i Grandmaster Flasha? Starsi słuchacze stawiają go obok Steve’a Vaia i Joe Satrianiego, wzdychając nad solówkami, które prezentował w ramach projektu Audioslave. Gitarzyści od czasu upadku grunge’u zastanawiają się zaś, w czym tkwi sekret – usiłują trzymać wiosło równie wysoko, dokupują dziesiątki efektów, ale ich skokom między oktawami brakuje płynności, natomiast słynne naśladownictwo technik didżejskich w najlepszym razie brzmi jak szlifierka. Morello, wirtuoz, wystarczająco pobudza wyobraźnię. Na Morella – burzyciela ładu brakuje więc miejsca. Z Bootsem Rileyem sprawa wygląda zupełnie inaczej. Talenty rapera toną w morzu skandali – począwszy od zakazu wnoszenia amerykańskiej flagi na koncerty jego grupy The Coup, a na bójkach ze skinami i aresztowaniami za wszczynanie zamieszek skończywszy. Z hiphopowych encyklopedii dowiemy się, że jest komunistą. Poczytamy o tym, że na okładce płyty „Party Music” zdetonował World Trade Center parę tygodni przed talibami. Za to jego warsztat pozostanie tajemnicą. A jednak ta dwójka jest siebie warta. Fani przekonali się o tym, kiedy Morello wydał w 2007 roku zaangażowany, folkowy album jako Nigthwatchman. „Na ulicach Hawany byłem przytulany i całowany/w willi Playboya nie było mnie na liście/na ulicach Cape Town wszystko jest gotowe, by wybuchnąć/nie wiem, jak się tam dostać, ale jestem gotów, by iść” – śpiewa na nim w kawałku „One Man Revolution”, nawiązując do odwiedzin Audioslave na Kubie i pierwszego w historii plenerowego koncertu amerykańskiej gwiazdy rocka tamże. Zdumiewa konkluzją: „W moich koszmarach ulice płoną, w moich marzeniach sennych – tak samo”. To miód na serce Bootsa Rileya, które od dziecka biło w rytm przemówień Malcoma X z przekonaniem, że bez rewolucji społeczeństwo doprowadzi nas wszyst-

8

Dwuosobowa REWOLUCJA BOOTS RILEY I TOM MORELLO NAGRALI PŁYTĘ. I CO Z TEGO? NIBY NIEWIELE, ALE POLITYCY BĘDĄ SPAĆ NIECO GORZEJ, A CO MNIEJ POSŁUSZNI OBYWATELE ZYSKAJĄ MOTYWACJĘ DO ZASTANOWIENIA SIĘ, CO BY TU JESZCZE ZBROIĆ. kich do obłędu. Nic dziwnego, że na trasie promującej projekt Nightwatchman panowie mieli już wspólne kawałki. Teraz wydano je na płycie. W ramach stworzonego wespół projektu Street Sweeper Social Club artyści mogli nagrać wszystko. Gitary Morello – zapewne urażone tym, że muzyk nigdy jak gitar ich nie traktował – dawno ujawniły jego gusta – a te sięgają od rozpędzającego się niczym stara lokomotywa bluesa, do punkowej kanonady i metalowych bombardowań, zahaczając o prowincjonalne akustyczne brzdąkanie i wielkomiejski, wzbogacony o tłuściutki gro-

ove, hip-hop. Riley z kolei od czasów wspomnianego „Party Music” serwuje nam soulowo-funkowo-rhythm’n’dbluesowo-psychodeliczny koktajl Mołotowa. Nagrali niedzisiejszy, ascetyczny rap-rock, gdzie wrogom wymierza się efektowne klapsy, ale nie pali im się domostw. W czasach post metal disco inferno wciąż można bowiem podnieść ciśnienie za pomocą gadania i paru nieskomplikowanych riffów. Czy nie jest to krzepiąca konkluzja? Tekst Marcin Flint Foto Kartel Music


*

*

informer

*

ROZSZCZEPIANIE ATOMU A wiecie, że Massive Attack nagrywają płytę? Pewnie, że wiecie, wszyscy wiedzą, bo robią to, a przynajmniej utrzymują, że robią od jakichś 10 lat. Idziemy o zakład, że pewnie z drugą dyszkę im to jeszcze zajmie. Ale, ale, jeśli znalazła się choć jedna naiwna osoba, która jednak wierzy w pracowitość ojców bristol soundu, to niech czyta dalej. Otóż mili państwo, uwaga, na 2 października (buhahahahaha – ta, jasne) zaplanowana jest premiera... EP-ki zatytułowanej „Split The Atom”. Podobno wśród zaproszonych gości są: Horace Andy, Tunde z TV On The Radio i Martynka Topley-Ptak. Poczekamy, zobaczymy. W 2012 roku i tak będzie koniec świata.

MECYJE!

Spotkałam ją jakiś rok przed tym, jak została sławna, wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że za chwilę się tak stanie. Nie nosiła poduszek na ramionach, a ja tak. Lady Gaga jest moją tanią imitacją! – powiedziała Róisín Murphy

MUZYCZNA LEGENDA AMERYKI

Dokładna data urodzin Jacka Daniela – założyciela najstarszej działającej destylarni w Stanach Zjednoczonych, twórcy Jack Daniel’s Tennessee Whiskey, pozostaje nieznana. A jednak co roku we wrześniu, miesiącu w którym się urodził, miliony ludzi na całym świecie świętują wznosząc toast ku jego czci. Szczególne więzi, jakie połączyły whiskey ze światem muzyki, pozostawiły ślad w historii. Czy wiedzieliście, że Jack Daniel otwierając dwa bary „Pod Białym Królikiem” i „Pod Czerwonym Psem”, skrzyknął również orkiestrę pod nazwą Silver Cornet Band? W skład zespołu wchodził miejscowy policjant, prawnik, urzędnik bankowy i on sam. Bardzo prawdopodobnym jest też fakt, że Frank Sinatra wznosił we wrześniu szklaneczkę tego szlachetnego trunku ku pamięci Jacka. Według wieloletniego sprzedawcy i przyjaciela Sinatry, Angelo Lucchesiego – Frankie nazywał swój ulubiony trunek „nektarem Bogów”. Zresztą po śmierci został pochowany wraz z butelką Jack Daniel’s Tennessee Whiskey, paczką ulubionych papierosów i garścią dziesięciocentówek (by móc dzwonić do przyjaciół). Dowodów sympatii dla Jacka dostarczyli również Rolling Stonesi, którzy nawet okrzyknęli jego butelkę szóstym członkiem ich grupy... W przeszłości Jack Daniel’s towarzyszył w trasach koncertowych takim wykonawcom jak: Janis Joplin, Keith Richards, Guns’n’Roses czy Plant & Page, a niejeden artysta klubowy przyznaje, że przed swoim setem wzmacnia się szklaneczką tego szlachetnego trunku.

9


*

*

calvin harris

*

CALVIN HARRIS T

rzeba mieć niezły tupet albo nierówno pod sufitem, żeby ni stąd, ni zowąd obwieścić światu, że jest się twórcą disco. Harris się nie bał i swój debiutancki

krążek zatytułował „I Created Disco”. Ba, podpucha okazała się marketingowym strzałem w dziesiątkę, bo album był wdzięcznym połączeniem syntetycznych, wpadających w ucho melodii z tekstami przesiąkniętymi sentymentem za latami 80. Z miejsca zebrał mnóstwo pochlebnych recenzji (takie hity, jak „Acceptable In The 80s” czy „Marrymaking At My Place” długo nie schodziły z czołówek list przebojów) i uznanie światka muzycznego. Niektórzy próbowali go nawet porównywać do Mylo. Jak to zwykle bywa w przypadku młodych, zdolnych i nieznanych producentów, ustawiła się długa kolejeczka chętnych do współpracy. Róisín Murphy nie poznała się na talencie Szkota (nie spodobały jej się jego propozycje przygotowane na płytę „Overpowered”), ale Kylie Minogue już tak – Calvin pomagał jej przy albumie „X”, choć jak dziś wspomina, praca ta była „surrealistyczna, ale w sumie zabawna”. Również uliczny rozrabiaka Dizzee Rascal nie mógł się nachwalić muzycznego wyczucia Harrisa (panowie nagrali wspólnie kawałek „Dance Wiv Me”). Ba, Lady Gaga na początku swojej kariery mocno zabiegała o jego produkcje, ale ten ponoć miał stwierdzić, że nie widzi w niej potencjału:) W międzyczasie wsławił się jeszcze tym, że odbył tour po domówkach swoich fanów, podczas których obżerał się głównie czipsami. O kolejnej solowej produkcji mówił oszczędnie. Głośno zrobiło się, kiedy przyznał, że na lotnisku zgubił bagaż, w którym była jedyna kopia nowego materiału. Jak się później miało okazać, całą historię zmyślił, żeby zyskać więcej czasu. W połowie sierpnia ukazał się krążek „Ready For The Weekend” i o ile przy debiucie krytycy byli zgodni w swoich ocenach, o tyle teraz tej jednomyślności zabrakło. Oryginalne brzmienie „I Created Disco” zastąpiły napompowane melodie ocierające się o poptrance’owe klimaty. Jest kilka parkietowych perełek, ale albumowi brakuje spójności i konsekwencji. Harris nie przyjmuje krytyki i często na Twitterze daje upust swoim emocjom, nie szczędząc razów niepochlebnie piszącym o nim dziennikarzom. Jak dodamy, że Szkot pracuje właśnie z Sophie Ellis-Bextor, w kolejce czeka już Kate Perry, a on sam snuje plany co do wspólnych nagrań z Robbie’em Williamsem, to chyba nie ma już wątpliwości, że „twórca disco” to obecnie jeden z głównych rozgrywających w pierwszej lidze producenckiej.

10

Jeszcze kilka lat temu układał sweterki na półkach w sklepie Marks & Spencer. Dziś ma na koncie dwa hitowe albumy i kilkanaście poważnych kolaboracji, ot żeby wspomnieć jedynie o Kylie i Dizzee'em Rascalu.


*

*

karol schwarz

*

KWAŚNE ROZEWIE PO WYSŁUCHANIU TEJ PŁYTY INNYM OKIEM SPOJRZYCIE NA NAJDALEJ WYSUNIĘTĄ NA PÓŁNOC POLSKĄ LATARNIĘ MORSKĄ. A MOŻE I NA CAŁĄ OTACZAJĄCĄ WAS RZECZYWISTOŚĆ. „ROZEWIE” TO NAJBARDZIEJ PSYCHODELICZNY ALBUM W I TAK MOCNO KWAŚNEJ DYSKOGRAFII KAROLA SCHWARZ I JEGO ALL STARS.

F

ormacja Karol Schwarz All Stars szerszej publiczności ujawniła się w 2005 roku, dzięki CD „Greatest Hits”. Album ten był wyborem utworów z wcześniejszych, opublikowanych własnym sumptem, funkcjonujących w bardzo ograniczonym obiegu wydawnictw. Powstała jedna z najbardziej dezorientujących rodzimych płyt dekady: ludyczno-biesiadno-harcerskie melodie panowie ubrali w dubowo-postrockowo-emotronicowe szatki (sic!). Te zrealizowane przy użyciu tradycyjnych instrumentów i komputera „hity” z równym powodzeniem podbić mogły serca gości wiejskiej zabawy w remizie, sędziwych kuracjuszy z sanatoriów w Ciechocinku, jak też miłośników dźwiękowej awangardy. Tak się jednak nie stało, bo krążek – choć recenzje zebrał wyśmienite – trafił do rąk wąskiego grona amatorów krajowego undergroundu. Kolejna płyta – „100 filmów” – konfundowała nie mniej niż poprzedniczka. Tym razem grupa zaprezentowała muzykę o wiele bardziej drapieżną, hałaśliwą, niepokojącą, ale niepozbawioną przy tym melancholii i liryzmu. Zdecydowanie mniej było chilloutowego, błogiego klimatu i bezpośredniego,

12

swawolnego humoru niż na „Greatest Hits”, znacznie więcej natomiast psychodelii – sięgającej od przestrzennych, pełnych pogłosów, pejzaży po nieokiełznane, niemal electro-punkowe szarże. Zespół na swój sposób przetworzył tu narkotyczną gitarową tradycję – od Velvet Underground, formacji darzonej przez Karola wielką estymą Jasona Pierce’a (Spacemen 3 i Spiritualized), po współczesnego space/post-rocka; zderzył ją z brudnym elektronicznym groove’em czy też psychoaktywnymi eksperymentami o postindustrialnym bądź posttechnowym posmaku. Podczas sesji grupa obeszła się bez komputera, obficie korzystała natomiast z analogowych generatorów – w tym tajemniczego urządzenia, które swą karierę rozpoczęło w legendarnym projekcie Szelest Spadających Papierków. „Maszynę wykonał nieznany mi konstruktor – chyba amator. Oczywiście to jedyny egzemplarz. Niegdyś wykorzystywał ją Szelest, a obecnie służy Prawattowi (drugiemu zespołowi Karola – przyp. aut.) i KSAS. Posiada 4 kanały, z których 3 to generatory, a jeden jest pusty i do niego podłączane jest zewnętrze źródło dźwięku. Każdy kanał jest wyzwalany przez automat perkusyjny. Rytm ustala się za pomocą 64 przycisków

(po 16 na każdy kanał). Wszystko zapakowane w stylową walizeczkę. To, co wychodzi z generatora, przechodzi dodatkowo przez efekty, z których jeden jest również domowej roboty – jego działania nie pojmuję, choć brzmienie kocham. Graty te działają dzięki Jachiemu z Prawatta, który je kilka lat temu przywrócił do życia po długiej przerwie”. Kreowane za pomocą tej diabelskiej maszyny brzmienia w znacznym stopniu zdecydowały o kolorycie tego balansującego na granicy surrealizmu, groteski (choć nie tak dosłownej, jak we wcześniejszej twórczości, bardziej ukrytej i raczej mrocznej) oraz poezji krążka „Taking drugs to make music to take drugs to” – tymi oto słowami, autorstwa Jasona Pierce’a, komentował „100 filmów” Karol. Nowy album pogłębia jeszcze psychodeliczny wymiar muzyki zespołu, wciąż jednak podpierając się ironią. Szalenie surowe, obłędnie kwaśne dźwięki i mocno niekiedy kuriozalne słowa przetaczają się przez rezonujące nawałnice hałasu, toną w spogłosowanych przestrzeniach. Większość materiału wykreowana została za pomocą wspomnianego generatora, który tym razem zdominował album, usuwając w cień gitarę. „Płyta Rozewie różni się od poprzednich również tym, że bardzo mało tu grzebania i poprawiania w miksie. Podczas gdy na 100 filmach jeszcze były jakieś dogrywki, to na Rozewiu jest czysty rozewski sound” – mówi Karol. Jak przyznaje, tym razem to nie Pierce, a Yahowa 13 (enigmatyczny zespół z kręgu narkotycznej muzyki lat 70.) stał się swoistym patronem albumu. „Jestem wychowany na starym dobrym Spiritualized, tego się nie wyrzeknę. Jednak Rozewiu bliżej do Yahowy, jest bardziej otwarte, niż zwarte”. Nie bez wpływu na klimat krążka było miejsce, w którym powstał (i od którego zaczerpnął tytuł): „Rok temu postanowiłem zorganizować na jesień małą sesję nagraniową, tym razem w małym domku w Rozewiu, w najbardziej wysuniętym na północ kawałku polskiej ziemi. Nic tam nie ma oprócz latarni morskiej, kilku bloków mieszkalnych dla rodzin zawodowych żołnierzy, oraz zespołu domków letniskowych również dla żołnierzy. Wybrałem to miejsce, bo jest magiczne. Wiele ważnych dla mnie rzeczy się tam wydarzyło. Nie czas jednak i miejsce aby o tym szczegółowo opowiadać... W każdym razie po Krasnoludkach widok latarni morskiej atakującej nocą pośród drzew, pozostaje w pamięci na całe życie. Chce się wracać”. Tekst Łukasz Iwasiński Foto Karol Schwarz


*

U

informer

RODZONY W DANII PARRA TO ILUSTRATOR

I DESIGNER SAMOUK, NA DESKOROLCE OD MAŁEGO, W WIEKU 18 LAT ZYSKAŁ VANSA ZA SPONSORA.

OBECNIE MIESZKA W AMSTERDAMIE, GDZIE RYSUJE FORMY W STYLU VINTAGE ZE ZDECYDOWANIE NOWOCZESNYM,

POST-POPOWYM PODEJŚCIEM. JEGO ŻYWE, KOLOROWE,

CZĘSTO HUMORYSTYCZNE, WYGLĄDAJĄCE JAK RĘCZNIE

MALOWANE WZORY MOŻECIE ZNALEŹĆ W GALERIACH, NA

ULOTKACH KLUBÓW, OKŁADKACH PŁYT CZY SITODRUKACH NA T-SHIRTACH. AAA, NIE ZAPOMNIJCIE SPRAWDZIĆ JEGO NOWOFALOWEJ MARKI ODZIEŻOWEJ ROCKWELL.

ROZCHWYTYWANY GRAFIK NIE ZAPOMNIAŁ O SWOIM DAWNYM SPONSORZE I JUŻ TERAZ MOŻECIE KUPIĆ UNIKALNE BUTY I KOSZULKI VANS ZAPROJEKTOWANE PRZEZ PARRĘ.

WWW.VANS.PL

Minimovie Kto tam by nie chciał znaleźć się w filmie? Ba, kto by nie chciał być głównym bohaterem filmu. Pan by chciał, pani by chciała, społeczeństwo by chciało. I tak, Ryszard Villalobos – król minimalnych dźwięków i maksymalnych setów – doczekał się tejże nobilitacji. Powstał obraz, na miarę arcydzieła współczesnej kinematografii, pod wiele mówiącym tytułem „Villalobos”. Podobno to klasyczny film z trasy, w którym... niewiele się dzieje. Oj, tam. Pewne jest, że swoją premierę będzie miał podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Wenecji. A co!

CROPP

LN 129 P

*

PIONA Z BERTEM

*

FAKE BLOOD – FIX YOUR ACCENT EP (CHEAP THRILLS) Fake Blood to jeden z tych producentów, którzy niemal nigdy mnie nie zawodzą (wyjątkiem jest ostatni remiks „Ready For The Weekend” Calvina Harrisa). Na drugiej EP-ce Anglika znalazły się trzy nagrania – dwa oparte na samplach disco („Fix Your Accent” i „I Think I Like It”) i trzecie – brudne zbasowane electro, które przypomina dawne artystyczne wcielenie Fake’a Blooda. Czyli DJ Touche. STILL GOING – SPAGHETTI CIRCUS (DFA)

Jak disco, to tylko z Nowego Jorku. Stamtąd pochodzi duet Still Going – wschodząca gwiazda wytwórni DFA i autorzy świetnego singla „Spaghetti Circus”. Olivier „Liv” Spencer i Eric „Dunks” Duncan (połowa modnego duetu Rub-N-Tug) nagrali kawałek, który długo będzie rządził na modnych ostatnio imprezach disco. Polecam też drugą stronę singla – wolne „Untitled Love”. YOLANDA BE COOL – AFRO NUTS (DCUP REMIX) (SWEAT IT OUT)

Porównuje się go do takich artystów, jak Treasure Fingers, Shazam czy Miami Horror – Australijczyk Dcup to bez wątpienia wschodząca gwiazda disco electro. Już teraz jest o nim bardzo głośno, choć ledwie trzy miesiące temu ukazała się jego debiutancka EP-ka „Style”. O tym remiksie mówi się dużo i w samych superlatywach. A jeszcze lepiej przy nim się tańczy. W tym miesiącu to mój numer 1. G.L.O.V.E.S. – P.Y.X. (GOLDEN BUG REMIX) (BANG GANG)

Kolejny artysta z Australii, którego kupuję w ciemno. G.L.O.V.E.S. (Yama Indra) pochodzi z Melbourne i jest podporą modnej wytwórni Bang Gang. Obok świetnych „P.Y.X.” i „Too Much To Dream” na płycie znalazł się remiks Francuza Goldena Buga, czyli groovy disco house w najlepszym wydaniu. Polecam. JAMES CURD – WE JUST WON’T STOP (DFA)

Gdy słucham tego utworu, przypomina mi się twórczość popularnego w latach 80. Iana Dury & The Blockheads. Autorem nagrania jest James Curd z Chicago – jedna z najciekawszych postaci na amerykańskiej scenie house. James Murphy z DFA miał nosa – chłopak z Illinois wyprodukował świetny utwór, który stał się wielkim szlagierem w internetowych sklepach płytowych. Podobno na junodownload to najlepiej sprzedające się wydawnictwo. Polecam też inny singiel tego artysty – „The Will’s And The Wont’s”.

13


*

A oto garść waszych opinii: „CIEKAWA ATMOSFERA, JEDEN Z LEPSZYCH KLUBÓW W WARSZAWIE. MIEJSCE DLA ENERGICZNYCH LUDZI, LUBIĄCYCH SIĘ DOBRZE WYBAWIĆ. DJE POTRAFIĄ OŻYWIĆ NAJWIĘKSZYCH SZTYWNIAKÓW. JESTEM NA TAK”. KRZYSIEK Z WARSZAWY „DO PIEKARNI ZACZĘŁAM CHODZIĆ JAKOŚ W 2004 ROKU. KAŻDE WEEKENDOWE WYJŚCIE PLANOWAŁO SIĘ OD WIZYTY W PIEKSIE”. ANKA Z WARSZAWY „LEGENDA, LEGENDA I JESZCZE RAZ LEGENDA. NIEZAPOMNIANE CHWILE, MNÓSTWO ZNAJOMYCH I MEGAIMPREZY”. ŁUKASZ Z PIASTOWA

14


*

KLUB ROKU NO, NO – TEGO SIĘ NIE SPODZIEWALIŚMY. PODOBNO CLUBBING SIĘ SKOŃCZYŁ, LUDZIE NIE CHODZĄ JUŻ DO KLUBÓW, 10 LAT TEMU BYŁO LEPIEJ, A TU PROSZĘ. LICZBA E-MAILI, KTÓRE WYSŁALIŚCIE NA OGŁOSZONY PRZEZ NAS KONKURS NA NAJLEPSZY KLUB ROKU, PRZESZŁA NASZE OCZEKIWANIA. JEDNEGO DNIA DOSTALIŚMY REKORDOWĄ LICZBĘ 76 WIADOMOŚCI. TAK JAK ŻEŚMY SIĘ SPODZIEWALI, W WIĘKSZOŚCI WSKAZUJECIE MIEJSCA, KTÓRYM I WEDŁUG NAS NALEŻY SIĘ UZNANIE. CZYLI JEDNAK NIE JEST TAK ŹLE Z TYM NASZYM IMPREZOWANIEM. AVEC, PO CZĘŚCI OFICJALNEJ PRZECHODZIMY DO MERITUM, CZYLI PREZENTACJI WSKAZYWANYCH PRZEZ WAS KLUBÓW – KOLEJNOŚĆ PREZENTOWANYCH TYCHŻE JEST PRZYPADKOWA. W PIERWSZEJ ODSŁONIE PREZENTUJEMY WAM STOŁECZNĄ PIEKARNIĘ AKA PIEKSĘ – MIEJSCE, KTÓRE OBROSŁO ZASŁUŻONĄ LEGENDĄ... STARTOWALI DEKADĘ TEMU – TO WŁAŚNIE TAM ODBYWAŁY SIĘ NAJLEPSZE IMPREZY W POLSCE, TO TAM PRZYJEŻDŻALI NAJLEPSI DIDŻEJE, W KOŃCU TO TAM ZACZĘŁA SIĘ MODA NA CLUBBING. KTO NIE BYŁ NIGDY W PIEKSIE, TEN – MOŻNA POWIEDZIEĆ – GUCIO WIE O IMPREZOWANIU. WSZYSTKIE BIBY, KTÓRE ODBYŁY SIĘ W KLUBIE, PRÓŻNO LICZYĆ – PEWNIE NIE ZNALAZŁBY SIĘ TAKI, KTÓRY DAŁBY RADĘ. WŚRÓD WYKONAWCÓW, KTÓRZY ZAWŁADNĘLI PIEKARNIĄ, BYLI M.IN.: CASSIUS, LOTTIE, PLUMP DJ’S, JUSTIN ROBERTSON, CHUS & CEBALLOS, GUS GUS, MJ COLE, SEBASTIAN LEGER, ROGER SANCHEZ CZY TOUCHE. KLUB SKŁADA SIĘ Z CZTERECH POMIESZCZEŃ, LETNIEGO OGRÓDKA ORAZ DZIEDZIŃCA: – SALA GŁÓWNA (DO 350 OSÓB), – SALA OGRODOWA OGRZEWANA ZIMĄ (DO 400 OSÓB), – CHILLOUT (OK. 60 OSÓB), – VIP ROOM NA PIĘTRZE (DO 40 OSÓB), – OGRÓD LETNI (DO 150 OSÓB).

ADRES:

UL. MŁOCIŃSKA 11 WARSZAWA TEL: 0 22 636-49-79 E-MAIL: KLUB@PIEKSA.PL WWW.PIEKSA.PL

15


*

*

selector

*

SZATAŃSKA Franz Ferdinand, Fischerspooner, CSS i Orbital - oto najjaśniejsze

selekcja

gwiazdy krakowskiego Selectora, który w tym roku z powodzeniem otworzył krajowy sezon festiwalowy. I który - jak kilka innych imprez - też został oprotestowany.

A

petyt na tegoroczne koncertowe wojaże już w lutym rozpaliła agencja Alter Art, zapowiadając nowy festiwal i ujawniając jego pierwsze gwiazdy. Choć okazało się, że line-up zdominowali artyści dobrze znani polskiej publiczności, to ani przez moment nie zastanawialiśmy się, co będziemy robić w pierwszy weekend czerwca.

DZIEŃ PIERWSZY

Raczyliśmy się jeszcze chłodnym piwkiem w ogródku niemal sąsiadującym z Błoniami kina, kiedy z głównej sceny pierwszymi bitami zaatakował Mentalcut. Nastał jednak w końcu czas, by uderzyć w stronę festiwalowych bram, bo lada moment swój show miał zaczynać Dizzee Rascal. Nie oczekiwaliśmy zbyt wiele, bo grime’owego hoolsa z Londynu widzieliśmy już parę razy w akcji. Tym razem Rascal – jak zwykle w towarzystwie didżeja i drugiego MC – cytował M.I.A. i The

16

Ting Tings, ale najmocniej w całym zestawie zabrzmiały „Sirens” i kończący całość „Bonkers”, w którym Dizzee popycha z rymami na tłustym basie. No ale w końcu „heavy bass line is his kind of silence”. Chwilę później na Cyan Stage pojawił się nowojorski electro cyrk dowodzony przez Warrena Fischera i Caseya Spoonera. I tu znów zaskoczenie – bo choć Casey dość nieudolnie wspomagał się playbackiem, to po raz kolejny pokazał, że jego ekipa nie cierpi sztampy. Już po raz trzeci mieliśmy okazję na żywo doświadczyć, czym jest energia spod znaku Fischerspoonera, i znów czuliśmy się tak, jakby grali w Polsce po raz pierwszy. Gibkie tancerki, wielkie obrotowe lustra, nieprzerwany ruch w rytm „Emerge”, hitów z „Odyssey” i materiału z nowej płyty. Było kolorowo! Tempa Amerykanom dotrzymali następni w kolejce – Franz Ferdinand. Szkocki kwartet, mimo że trafił na festiwal z założenia elektroniczny, utworami z najnowszej płyty brawurowo wpisał się w klimat imprezy. Ale

i stare hity zabrzmiały niezgorzej. Kiedy Alex Kapranos szarmancko wymachujący gitarą intonował pierwsze wersy „Do You Want To” czy „Take Me Out”, części żeńskiej publiczności napływały łzy do oczu i miękły kolana. A jeden z „naszych” w końcu mógł zaliczyć wymarzony stage diving. Gwiazdą zamykającą pierwszy wieczór na głównej scenie byli Norwedzy z Röyksopp, którym towarzyszyła Anneli Drecker. Panowie byli zachwyceni, Tørbjorn po każdym kawałku zionąc deathmetalowym rykiem, dziękował publiczności. Niestety, dziewczyna o blond warkoczu średnio podołała kawałkom, które w oryginale wykonują Robyn czy Karin Andersson. No, ale w końcu po raz pierwszy mieliśmy okazję usłyszeć na żywo „What Else Is There”...

DZIEŃ DRUGI

Krakowskie powietrze nie pachnie jak malinowa mamba, ale tych, którzy dzień wcześ-


*

niej w stanie alkolewitacji toczyli ciężkie boje z kępami trawy na Błoniach, też błyskawicznie stawia na nogi. Kiedy już zregenerowaliśmy siły (w czym pomógł leniwie skonsumowany obiad na Kazimierzu), ruszyliśmy w stronę niebieskich namiotów. Jako że droga była długa i zawiła, załapaliśmy się tylko na końcówkę New Young Pony Club, którzy ogrywali właśnie materiał z nadchodzącego, drugiego albumu. Po nich na scenie pojawiła się brazylijska dziewczyńska bomba energetyczna – Cansei de Ser Sexy. Pod sceną zawrzało, kiedy z głośników popłynęły „Off The Hook” czy „Let’s Make Love And Listen To Death From Above”. Sceną zawładnęła Lovefoxxx, co rusz pokazując nowy kostium w duże grochy. Lubimy dziewczyny z gitarami, a już szczególnym uczuciem darzymy te, które bezgranicznie chwalą nasze piwo i pierogi. Na tle newrave’owych chiquitas bladziusieńko wypadli chłopcy z Digitalism. Ich didżejski set – pełen technicznych wpadek

i dłużyzn – kompletnie nie przypomniał tego, który dwa lata temu zagrali na hiszpańskim Sonarze. Na szczęście już parę chwil później na głównej scenie miała stanąć prawdziwa legenda. Orbital, podobnie jak CSS, wybrali tylko kilka miejsc na swojej trasie i na szczęście Kraków znalazł się na tej liście. Kiedy na scenie zapadła ciemność, za całym zestawem elektronicznych maszynek stanęli dwaj „klubowi emeryci” ze świecącymi lampkami zamocowanymi w oprawach okularów. To było doznanie na miarę koncertu Underworld na jednym z poprzednich Open’erów. A długo wyczekiwany „Satan” wywołał nadpobudliwą reakcję nie tylko publiczności, lecz także pewnej krakowskiej gazetki. „Dokładnie w 30. rocznicę pierwszej mszy papieskiej na krakowskich Błoniach, wokół Skały Papieskiej, wyrosły namioty dla uczestników festiwalu muzyki techno o podłożu satanistycznym” – zagrzmiał redaktor „Z życia parafii”, relacjonując najazd barbarzyń-

skiej hordy młodzieży na zieloną łąkę w sercu Grodu Kraka. Wiadomo – szatan jest wszędzie, dlatego już nie tylko blackmetalowcy i fani Madge mają pod imprezową górkę. Intensywność koncertów na głównej scenie spowodowała, że na Magenta Stage (jakiś grafik wymyślał te nazwy?:) zajrzeliśmy podczas dwóch festiwalowych dni zaledwie kilka razy. Bez wątpienia najlepszy show dał Erol Alkan, od którego techniki grania, dozowania napięcia, selekty kawałków mogliby się uczyć Digitalism. Z perspektywy zamknięcia sezonu możemy śmiało powiedzieć, że – mimo paru mankamentów (również tych technicznych: zamknięta, niewielka strefa piwna zupełnie nie zdała egzaminu) – pierwsza edycja Selectora wypadła więcej niż dobrze. To jak, za rok powtórka? Tekst LAIF Kru Foto Mat. organizatorów

17


*

*

------------>>

NIE

orbital

*

SCHIZOWAĆ!

Bracia Hartnollowie to ojcowie założyciele. Waszyngton i Jefferson współczesnej elektroniki. O reaktywacji

Orbital - projektu, któremu poświęcili swoje dusze - napisano już dostatecznie wiele. Jak na żywo wypada zreformowana legenda, wiedzą już ci, którzy widzieli ją na scenie krakowskiego Selectora. Teraz pozostaje tylko oddać głos samym bohaterom Philowi i Paulowi Hartnollom.

----

C

O SPRAWIŁO, ŻE POWRÓCILIŚCIE DO GRANIA POD SZYLDEM ORBITAL? CZY MIELIŚCIE POCZUCIE, ŻE MISJA ROZPOCZĘTA DWADZIEŚCIA LAT TEMU JEST WCIĄŻ NIEWYKONANA?

PHIL: Och, zdecydowanie nie jest! PAUL: Czy można w pełni zaspokoić twórcze popędy? Ta misja nie ma końca. Każdy muzyk ma ambicję nagrania płyty idealnej, kompletnego dzieła. Na początku pracy zawsze myśli się: „To będzie właśnie to!” Ale gdy już skończysz, widzisz niedoskonałości swojego dzieła i chcesz zająć się kolejnym. Nie możesz się zatrzymać.

18

PHIL: Bo jeśli się zatrzymasz, to znak, że nie żyjesz (śmiech). PAUL: Wiem, że ostatnią rzeczą, o której będę myślał na łożu śmierci, będzie niezadowolenie, że nie napisałem idealnej kompozycji (śmiech). Nasza misja nigdy się więc nie zakończy, będzie trwać bezustannie. MACIE NA SWOIM KONCIE WIELKIE OSIĄGNIĘCIA, BO ORBITAL ZAINICJOWAŁ POWSTANIE WIELU GATUNKÓW ELEKTRONIKI. BYĆ MOŻE NIEKTÓRZY Z WYSTĘPUJĄCYCH DZIŚ ARTYSTÓW NIE ZAJMOWALIBY SIĘ MUZYKĄ, GDYBY

--------------->

*------------------------>*-----

---------------*------------------***--------*-----------


* NIE WASZ ZESPÓŁ. ŚWIADOMOŚĆ TYCH OSIĄGNIĘĆ ZWALNIA WAS CHYBA Z PEWNEGO CIĘŻARU OCZEKIWAŃ?

PHIL: To prawda. Jedyne ciśnienie, jakie na nas ciąży, związane jest z występami na żywo. To jednak przyjemna presja. Staramy się, by na koncertach nie było podziału na „nas” i „ich”. Na polu muzycznym zaś nie musimy w żaden sposób udowadniać niczego. PAUL: Teraz jest o tyle inaczej, że od momentu reaktywacji Orbital nie napisaliśmy żadnego nowego materiału. Gramy nasze ulubione kawałki, które zapewne usłyszeć chce także publiczność. Być może dzięki tym występom dojdziemy do nowych metod tworzenia, zrewitalizujemy się nieco. Sądzę, że kluczem do robienia interesujących rzeczy jest nieprzejmowanie się tym zbytnio. Nie myśl ponad miarę, nie kombinuj. Ilekroć staraliśmy się wymyślić coś oryginalnego, to nastawienie okazywało się pocałunkiem śmierci. Takie podejście zawodzi zawsze. Trzeba po prostu podążyć za instynktem i nie schizować, a wszystko jakoś się ułoży. PHIL: Pewnie gdybyśmy teraz prezentowali nowy materiał, ciążyłaby na nas znacznie większa presja. Tego lata chcemy jednak tylko dobrze się bawić, grając ulubione utwory. Mamy nadzieję, że ludzie będą bawić się przy nich równie dobrze. CZY TEN DRUGI START WYZWALA W WAS PODOBNE UCZUCIA, CO W CZASACH, GDY ZAKŁADALIŚCIE ORBITAL?

PHIL: W pewnym sensie tak, bo czujemy się bardzo podekscytowani. Odnoszę wrażenie, że cieszymy się swoją muzyką, jak nigdy wcześniej. PAUL: Jest wspaniale! Wczoraj wystąpiliśmy na pierwszym koncercie od pięciu lat i było rewelacyjnie. Przytrafiały nam się pomyłki, co cieszy nas jeszcze bardziej, bo improwizujemy na żywo, więc wszelkie kiksy są wkalkulowane w występ. Coś zawsze musi pójść nie tak, ale to jedynie ubarwia set. Niektóre z pomyłek pchają nas w innym kierunku i wymagają szybkiej reakcji.

MACIE TEŻ TEN KOMFORT, ŻE JESTEŚCIE W STANIE WYRAŻAĆ SWOJE POGLĄDY W MUZYCE I NIKT NIE ZAMKNIE WAM UST.

PAUL: To także część twórczego procesu. Czasami nie można powstrzymać się od wygłoszenia komentarza. Oczywiście muzyka może być abstrakcyjna lub służyć jedynie rozrywce, ale nasze korzenie tkwią w punkcie, który był zawsze bardzo zaangażowany. Cenię sobie także ironię, jestem wielkim fanem Kraftwerk, który był prawdopodobnie najbardziej zabawnym zespołem w dziejach techno! Jego sarkastyczne poczucie humoru bardzo mi odpowiada.

NA ŚWIECIE DZIEJE SIĘ TERAZ BARDZO WIELE I TO NA PEWNO NIE UMYKA WASZEJ UWADZE. CZY CAŁA TA SYTUACJA NIE PROSI SIĘ O KOMENTARZ?

PAUL: Pytanie tylko, od czego zacząć, by posprzątać cały ten bałagan. PHIL: Nie mamy wprawdzie żadnych nowych kompozycji, ale utwory, takie jak „Satan”, nadal stanowią dobry komentarz do całego zła, jakie wyrządzają ludzie. Ten numer jest niestety bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Wolimy jednak stawiać pytania, niż czynić deklaracje. PAUL: Nie jesteśmy też otwarcie polityczni. Wygłaszamy jedynie własny komentarz w kwestiach społecznych. PHIL: Nadal wiele rzeczy nas irytuje w sposobie bycia ludzi w tzw. cywilizowanym społeczeństwie. Nie jest ono bowiem ani trochę bardziej

cywilizowane niż cztery tysiące lat temu. Spójrzmy prawdzie w oczy, to naprawdę przygnębiające. NA TYM FESTIWALU MOŻNA ZOBACZYĆ ZESPOŁY Z GITARAMI I SETY DIDŻEJSKIE. NIE SĄDZICIE, ŻE TAKI ZESTAW JEST KONSEKWENCJĄ WASZEGO WYSTĘPU NA GLASTONBURY PIĘTNAŚCIE LAT TEMU? ZNIEŚLIŚCIE WTEDY BARIERY MIĘDZY ROCKIEM A MUZYKĄ TANECZNĄ.

PAUL: Walczyliśmy z tymi barierami już wcześniej, bo w 1993 roku braliśmy udział w trasie Megadog Midi Circus, na której rock psychodeliczny bratał się z muzyką taneczną. To było niezwykłe wydarzenie, zwłaszcza że w Londynie nie działo się wówczas nic ciekawego. Promotorzy przekonywali nas, że ta trasa zakończy się klęską, ale my wiedzieliśmy, że się uda. Myślę, że to był właśnie przełomowy moment. PHIL: Glastonbury było jednak czymś wielkim. Reakcja publiczności dosłownie nas wymiotła. Okazało się, że ludzie chcą czegoś innego, a my udowodniliśmy organizatorom, że elektroniczni wykonawcy dadzą sobie radę na wielkiej scenie. PAUL: W dodatku wykonawcy instrumentalni! PHIL: Na pewno były to więc ważne wydarzenie i swoisty drogowskaz dla festiwali, że takie granie nie gryzie się z rockiem. Teraz każdy festiwal ma swoją scenę elektroniczną (śmiech). A JAK TO BYŁO Z TYM NAMÓWIENIEM BJÖRK, BY W GLASTONBURY POZWOLIŁA WAM WYSTĄPIĆ PO NIEJ?

PAUL: Ona zawiadywała wtedy programem na tej scenie. Miała wystąpić po nas. Nasz występ był jednak uzależniony od świateł i wizualizacji, więc zależało nam na późniejszej porze. Björk takie efekty nie są potrzebne, bo jest bardzo utalentowaną wokalistką. Zapytaliśmy ją... No, nie ją bezpośrednio, ale za pośrednictwem organizatorów, czy byłaby szansa na zamienienie się miejscami. PHIL: „Co powiesz na trochę dyskotekowych bitów po twoim secie?” (śmiech). Zgodziła się. Spaliśmy pod drzwiami na zapleczu i ją wystraszyliśmy (w tym miejscu Phil imituje dźwięki wydawane przez „przerażoną Björk” – bezcenne!). ZDZIWIĘ SIĘ, JEŚLI NIE MACIE ŻADNYCH POMYSŁÓW NA PREMIEROWE NAGRANIA.

PAUL: Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy, serio! Na razie staramy się cieszyć letnimi koncertami. Nie mamy żadnego planu działania. Jeśli teraz zaczniemy zastanawiać się nad nagraniem albumu, wszystko może się stać bardziej poważne, a wolałbym tego uniknąć. Postarajmy się docenić to, co się dzieje teraz, i nie myśleć zbyt wiele o przyszłości. PHIL: To bardzo ważne, by żyć teraźniejszością, taką mamy filozofię. Cieszy nas to, co teraz i tu. PAUL: To bardzo wyzwalające, prawda? PHIL: I owszem! Dlatego nie zastanawiamy się zbyt wiele nad tym, co się wydarzy. Chcemy wykorzystać w pełni każdą chwilę, ponieważ pracowaliśmy ciężko, by przygotować się do tego powrotu. Wszystko, co człowiek robi, jest formą przysposabiania się do przyszłości, która później rozgrywa się na jego oczach jako teraźniejszość. Tekst Sebastian Rerak Foto Mat.promo

19

*-------------------> *-------------------


<---------<-------------***------->> *

*

Buraka Som Sistema

open'er

*

WITAJCIE w naszej bajce

Nikt nam nie grał na fujarce,

O

pen’er w końcu dojrzał nie tylko w skali europejskiej, lecz także światowej – to ogromna nobilitacja dla tej stosunkowo młodej imprezy. Wielkie brawa, bo zbudować od zera markę jest równie trudno, jak znaleźć podczas imprezy miejsce w dworcowej przechowalni bagażu. Event to kompletny, więc organizatorom pozostaje jedynie utrzymywać wysoki poziom, a to piekielnie trudne zadanie. Ale skupmy się na tym, co najważniejsze – muzyce. W tym roku Open’er rozrósł się do czterech pełnych dni. Obawy, że w czwartek na Babich Dołach hulać będzie głównie wiatr, szybko okazały się przesadne. Fakt, nie było tylu ludzi, co choćby w sobotę, ale i tak dobre kilka tysięcy wystawało pod sceną. Trochę niemrawo się zaczęło, jedna z najbardziej wyczekiwanych gwiazd – Artcic Monkeys – borykała się z problemami technicznymi, przez co jej występ nieco rozczarował, a znaleźli się i tacy, którzy w swoim zestawieniu sklasyfikowali popisy Anglików w kategorii „najgorszy koncert”. Na szczęście wesoła załoga z Basement Jaxx w pełni wynagrodziła tamtą wpadkę. Było trochę mniej energetycznie niż podczas poprzedniego występu duetu (choć przez scenę to całe tłumy się przewijają), ale i tak na wielki plus – a i trochę nowego materiału było ogrywane. Czarnym koniem pierwszego dnia okazał się występ grzecznych chłopców z Late Of A The Pier na scenie namio-

20

------->>***

ale gwiazdy tegorocznego Open'era i tak były zauroczone. A to za sprawą rewelacyjnie reagującej publiczności. towej. Wyszli, zagrali, wrażenie zrobili. Drugiego dnia przybyło publiczności, a zabawa zaczęła się od Gossip. Jak zwykle prowokująca strojem:) Beth Ditto z miejsca kupiła Babie Doły. Bez kombinowania, napinania i niepotrzebnych ceregieli zrobili swoje. Uśmiechy na ich twarzach były więcej niż wymowne. Potem na głównej scenie zainstalowali się retro wariaci z The Kooks – występ mocno energetyczny, z początkowej obojętności wprowadzili nas w stan lekkiego podniecenia. Jednak zawinęliśmy się na piętach i wyruszyliśmy w pielgrzymkę do namiotu zobaczyć Duffy. I zobaczyliśmy, bo dopchać się nie dało. Walijka obiecała, że do nas wróci, więc wtedy się przyjrzymy. Potem na głównej scenie zainstalował się wielki mały człowiek Moby, który w naszym odczuciu zagubił się gdzieś w latach 90. i jakoś nie może poradzić sobie z nową rzeczywistością. Wtórność i miałkość występu to najodpowiedniejsze określenia. Inaczej rzecz się miała z duetem Crystal Castles, który zawładnął namiotem. Brudne electropodobne dźwięki, praktycznie kompletna ciemność, z rzadka przeszywana kaskadą punktowych reflektorów i nad wyraz żywiołowa Alice, która rzucała się wprost na scenie (a i w publikę jej się zdarzyło), dopełniły misterium. Piękne. Trzeci dzień zaczął się od leniwych reggae’owych klimatów serwowanych przez Izrael. Kiedy szykowaliśmy się na Madness,

okazało się, że z powodu opóźnienia na lotnisku koncert został przeniesiony na trochę późniejszą porę, na scenę world. No to ładnie, bo jeszcze spadło na nas, że Buraka Som Sistema z tego samego powodu zagrają ostatniego dnia. Co robić? Piwo pić, ale ile można. W końcu legenda ska pojawiła się na scenie i z miejsca porwała tłum (w którym dało zauważyć się kilku ogolonych panów), żal ściskał, bo chciało się doczekać do końca, ale na dużej scenie za chwilę miało wystąpić reaktywowane Faith No More. Zobaczyć legendę to nie byle co, a ploteczki, że jednak marnie im idzie i te koncerty na odczepnego odbębniają, puszczaliśmy mimo uszu. Jeszcze rzut oka na uroczą Emilkę Torrini, a że znów namiot pękał w szwach, to jedynie powzdychaliśmy do niej przy telebimie. Dłużej nie mogliśmy się rozczulać, bo na scenie pojawili się oni i jedyny raz podczas całego festiwalu zaczęło padać. Na początek kapitalnie pasujący na otwarcie „Reunited”, a później już tylko największe hity. Przy „Easy” deszcz nawet ustąpił. Piękny koncert, nie ulegało wątpliwości, że są w formie, a Patton charyzmą mógłby spokojnie obdzielić połowę nijakich grajków, co to się im wydaje, że są bóg wie kim. Panom tak się podobało (widzieliście kiedyś perkusistę śmiejącego się w głos?), że klawiszowiec na Twitterze napisał, że w Gdyni zagrali najlepszy koncert całej trasy. Duma nas rozsadzała. Przed Open’erem sporo osób zastanawiało się, dlaczego Pendulum dostało


<---------<-------------***------->>----------<-----*--

>----------<-----*--------*----------->> * dużą scenę. Pierwsze takty ich występu rozwiały te wątpliwości. Połamane rytmy zmieszane z gitarowym graniem porwały tłum do miarowych skoków. Wielki szacunek. Ostatni dzień zaczął się od brzmienia kuduro zaserwowanego przez naszych faworytów Buraka Som Sistema. Gruba biba, której kulminacją było zaproszenie części damskiej publiczności na scenę, wywołała euforię tłumu. Dawno nie widzieliśmy wykonawcy, który „zmusiłby” do zabawy dosłownie każdego. A sztuka ta nie udała się natomiast Lily Allen, która lekko gwiazdorzyła – zabrakło iskry. Podobnie zdrowo przynudzili przystojniacy z Kings Of Leon. Jakoś nie porywają nas artyści, którzy podczas występów na żywo z trudem wyłamują się ze studyjnych ram. Ziewaliśmy jak dzicy. Zdecydowanie woleliśmy występ Santigold, która zaczęła wyjątkowo skupiona i jakby nieobecna. Ale w końcu nie wytrzymała i buchnęła śmiechem, przyznając, że nie spodziewała się takiej fantastycznej publiczności, a o szczerości jej słów niech świadczy fakt, że pogodny nastrój nie opuszczał jej do samego końca koncertu. W namiocie w najlepsze bawił się duet The Ting Tings – oczywiście poleciały wszystkie modne piosenki, publika pośpie-

wała i narobiła niezłej wrzawy. Placebo sobie odpuściliśmy, bo nasunęły się nam podobne refleksje do tych o Mobym. Za to zajrzeliśmy na Jazzanowę i tu zaskoczenie, bo staliśmy pod samą sceną. Dziwne, bo każdy występ gromadził tłumy, a tu taka wpadka. Najważniejsze, że ci, co przyszli, bawili się setnie i też udało im się „kupić” kolektyw. Trochę z obowiązku, bo zmęczenie czterodniowym maratonem muzycznym dawało znać o sobie, doczłapaliśmy się na Prodigy. Popowa agresja dźwiękowa jakoś nie zrobiła na nas wrażenia,

a po setnym: „all my Polish people” rzuconym ze sceny uznaliśmy, że czas się zbierać. Bajka się skończyła. Wyróżnienia: Buraka Som Sistema, Faith No More, Crystal Castles, Pendulum Nieporozumienia: Kings Of Leon, Moby, Lily Allen, The Prodigy Tekst LAIF Kru Foto Maciej aka Whitemax alias Godoj vel Mocio Odoj

Gossip

Prodigy

21


*

*

boogie brain

*

EVERYBODY LOVES ROYA AYERSA! Rześki jak nastolatek, siedemdziesięcioletni Roy Ayers, urywający tyłek set ”trójgłowego brytyjskiego smoka“, czyli Scratch Perverts, i okropna ulewa, przez którą festiwal Boogie Brain ochrzczony został mianem Boogie Rain - to najważniejsze momenty szczecińskiej imprezy.

Scratch Perverts

22


T

ak naprawdę festiwalową atmosferę w mieście dało poczuć się dużo wcześniej. Wiele akcji przygotowanych przez organizatorów – wraz z kulminacyjną, czyli rejsem imprezowymi statkami do wraku zatopionego podczas drugiej wojny betonowca, na którym odbył się jazzowy koncert – pozwoliło doskonale przygotować się do dwóch festiwalowych dni. Niecodziennym zjawiskiem był widok ponad setki łodzi, żaglówek i statków cumujących wokół wystającego kilka metrów nad lustro wody betonowego kolosa, gdzie stała niewielka scena. Stamtąd na wody jeziora rozchodziły się jazzowo-elektroniczne improwizacje Antoniego „Ziut” Gralaka i Darka Makaruka. Trudniej byłoby o lepszy warm-up przed eklektyczną ofertą drugiej edycji Boogie Brain, podczas której jazz, elektronika i reggae miały do dyspozycji tyle samo miejsca. Zejdźmy już więc na ląd...

* Roy Ayers

D

wa festiwalowe dni upłynęły na zabawie w tym samym, co przed rokiem miejscu, czyli pamiętającym zamierzchłe lata ubiegłego wieku Teatrze Letnim, w którym ongiś swój wokalny talent szlifowali Czesław Niemen, Helena Majdaniec czy Zdzisława Sośnicka. Jednak to były lata 60., a tego wieczora jako pierwszy na scenie pojawił się duet Sabbia, czyli niezmordowany krzewiciel drum’n’bassu DJ Ros i kontrabasista Jacek Mazurkiewicz. Zgarnęli pod scenę schodzącą się dopiero publiczność, która na dobre zaczęła brykać dopiero podczas koncertu East West Rockers grających tego wieczora w wersji koncertowo-rozbudowanej. Ale, żeby nie było tak słodko, chwilę później z nieba lunęły strugi deszczu, które pogrążyły Szczecin w płynących po ulicach, chodnikach i wszystkim, co się da, potokach wody. Niestety, ucierpiała także zadaszona (!) scena amfiteatru i Boogie Brain musiał wstrzymać oddech... Na szczęście tylko na chwilę, bo za moment za adaptery wkroczyła legenda muzyki house, wokalista Robert Owens. Zagrał dość schematyczny house, który jednak potrafił wzbogacić świetnymi wokalizami. Nie zawiódł za to ani przez chwilę Juergen von Knoblauch z Jazzanovy, świetnie aranżując swój set, mieszając style i serwując na deser kawałek Michaela Jacksona, czym kupił sobie dokładnie wszystkich w amfiteatrze. Zmianę nastroju zapowiadał koncert Inner City Dwellers, formacji prowadzonej przez MC Rage’a (Chase & Status, Metalheadz) realizującego swoje muzyczne fascynacje na styku metalu, hard rocka i rapu. Wokalista odziany w t-shirt Suicidal Tendencies wróżył raczej ostrą zabawę i tak właśnie było.

Mocno, szybko i do przodu. I choć Brytyjczycy, jeśli już łapią za gitary, wychodzi im z reguły brit pop, to I.C.D. mogą stać się lokalnym Limp Bizkit. Wystarczy jeszcze trochę zgrania, warsztatu i scenicznego obycia. Po tak potężnej dawce czadu „trójgłowy brytyjski smok”, jak ochrzczono w Szczecinie trio Scratch Perverts, nie mógł spuścić z tonu. Prime Cuts, Plus One i Tony Vegas nie zrobili tego nawet na sekundę. Czego oni nie zagrali ?!? Dubstep, jungle, crack house, bassline, Santigold, Deadmau5, Daft Punk, Justice, Mr. Oizo, rzeczywistość zaczęła wirować, ludzie chodzili po ścianach...

L

ine-up drugiego dnia obiecywał jeszcze więcej wrażeń, ale i tak liczył się tylko on. Legenda, ojciec chrzestny acid jazzu, papa neo soulu, funkowy pionier, jazzowy eksperymentator, uśmiechnięty freak w żółto-czerwonych lennonkach i osobliwym nakryciu głowy. Roy Ayers!!! Na jedynym koncercie w Polsce, po raz pierwszy na „tej ziemi”. Zaczął i... dostaliśmy wszystko to, czego można było oczekiwać. Rozbujane „Searchin”, chóralnie odśpiewane przez wszystkich „Everybody Loves The Sunshine”, cytaty z Dizzy’ego Gillespie, doskonały kontakt z publicznością i ogromną dawkę poczucia humoru podczas solowych popisów poszczególnych muzyków. Swoje pięć minut

miała też publiczność, bo tego wieczoru urodziny obchodził klawiszo-saksofonista z grupy Ayersa, Ray Gaskins. Na scenie pojawił się tort ze świeczkami, a kiedy z widowni usłyszał gromkie „Happy Birthday”, które gładko przeszło w rodzime „Sto lat”, rozpłakał się chłop ze wzruszenia. Poza liczną widownią w trakcie koncertu Ayersa artystami zapełnił się backstage. Doskonale bawili się Prosumer i Murat Tepeli wraz z delikatnej urody wokalistką Elif Bicer, którzy ze świetnym deep house’owym live actem wystąpili tuż przed mistrzem. Przeszczęśliwa była również weteranka DJ Storm, która nerwowo zastanawiała się, jakim numerem może zacząć swój set tuż po koncercie legendy. Zaprezentowała doskonały drum’n’bass z towarzyszeniem MC Rage’a, a po niej wcale nie gorzej wypadli Coki i Sgt. Pokes z Digital Mystikz. Kultowy już „Night” (autorstwa Cokiego i Bengiego) zabrzmiał gdzieś na koniec festiwalu, tuż około 4. nad ranem. Właśnie zaczął budzić się dzień, a ja wiedziałem, że to, co usłyszałem podczas dwóch festiwalowych dni, zostanie ze mną jeszcze bardzo długo. Tekst Jarek Jaz Foto Dorota Kosz

23


*

24


*

*

audioriver

CIEPŁO, GORĄCO,

*

Blisko 12 tysięcy ludzi,

cztery doskonale obsadzone sceny, wspaniała pogoda i masa pozytywnych wrażeń. Jeśli komuś wydawało się, że organizatorzy Audiorivera po licznych pochwałach za poprzednie edycje spoczną na laurach, to był w wielkim błędzie!

Audioriver 2009!

L

ine-up imprezy zwiastował duże emocje i przede wszystkim multum doskonałej muzyki. Płock przeżył prawdziwy najazd fanów wygłodniałych interesującej elektroniki i brzmień klubowych. Zainteresowanie zdecydowanie przekroczyło oczekiwania organizatorów. Do tego stopnia, że dla wielu przyjezdnych nie starczyło miejsca nie tylko w dość ubogiej ofercie noclegowej miasta, lecz także na polu namiotowym, które już w piątek wieczorem było wypełnione tak, że ciężko by było wcisnąć igłę z któregoś z gramofonów przygotowanych na Audio. Warto w przyszłym roku pomyśleć o tym, aby przygotować dla publiczności więcej alternatyw noclegowych. Przejdźmy do tego, co istotne, czyli do samej muzyki. Przede wszystkim wielkie pozdro dla Rusko, który na Audio nie dotarł, bo... spóźnił się na trzy kolejne samoloty! Jak to możliwe? Niezbadane są wyroki boskie. Szczęście w nieszczęściu, Caspa w towarzystwie MC Roda Azlana doskonale poradzili sobie bez Rusko, udowadniając, że w dubstepie drzemie olbrzymi potencjał imprezowy. Na główną gwiazdę tegorocznej edycji kreowano Richie’ego Hawtina. Kilkugodzinny show mistrza został przyjęty... No cóż, opinie w takich wypadach zawsze są podzielone, ale on sam był zachwycony, ba, nawet bisował! I swoim występem przyprawił organizatorów o ból głowy. Znaleźć w przyszłym roku kogoś, kto przebije Rycha popularnością, a w dodatku będzie pasował do charakteru imprezy, nie będzie łatwo. Gdybyśmy mieli przyznawać wyróżnienia, to z pewnością pierwszym laureatem byłby Dub FX. Wspaniała muzyka, nieziemska wo-

kalistka i odrobinę mistyczna otoczka nadały ich występowi wyjątkowy klimat. Kolejni szczęśliwcy to grający przez cztery godziny James Holden, fantastyczni Telefon Tel Aviv, intrygująco-porywający Moderat, wybitnie energetyczni Status (bez Chase’a, za to z kapitalnym MC Rage’em) i Crazy P. A i jeszcze The Whip – klasa! Jeśli chodzi o rozczarowania, to nie błysnął kolejny wielki obecny imprezy, czyli DJ Hell. Od ojca-założyciela wytwórni Gigolo trzeba wymagać więcej, przede wszystkim pod względem kreatywności, ale i oryginalności w dobrze kawałków. Trochę nerwowości pojawiło się przed występem Aliksa Pereza i Commiksa – zasilanie wysiadło, co mocno obniżyło temperaturę oczekiwań. Oczywiście nie można zapomnieć o naszych rodakach. Jacek Czechowski, czyli Angelo Mike, Jacek Sienkiewicz, Kamp!, Eltron John czy Catz’N’Dogz zaprezentowali poziom absolutnie międzynarodowy. Serce rosło z każdym występem. Organizatorzy festiwalu ciągle podnoszą poprzeczkę. W dodatku nie brakuje im pokory, o czym najlepiej świadczą słowa rzecznika prasowego imprezy Łukasza Napory: „Dzięki wam wiemy, że w Polsce jest mnóstwo osób, które doceniają naprawdę dobrą muzykę elektroniczną. Oczywiście nie wszystko było idealne, ale mamy nadzieję, że publiczność zauważyła i doceniła nasze starania, by każda kolejna edycja była lepsza od poprzedniej”. Chyba nikt, kto był w tym roku w Płocku, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Tekst i foto Cała Przygoda

25


*

*

off

*

CZTERY DNI, PIĘĆ SCEN I FIZYCZNIE NIEOGARNIALNE SZALEŃSTWO LINE-UPU. TO WYZNACZNIKI CZWARTEJ EDYCJI MYSŁOWICKIEGO OFF FESTIVALU – WCIĄŻ NAJLEPSZEJ ALTERNATYWNEJ IMPREZY W POLSCE. BEZKOMPROMISOWY REPERTUAR WOLNY OD PRZAŚNYCH BŁYSKOTEK ZBLIŻA NAS DO ŚWIATA – TU Z IDEOLOGII NIKOGO ROZLICZAĆ NIE TRZEBA, A ARTUR ROJEK BEZWZGLĘDNIE BRYLUJE WŚRÓD RODZIMYCH DYREKTORÓW ARTYSTYCZNYCH OBEZNANIEM W TRENDACH, SCENACH I NAZWISKACH KONIECZNYCH. ALE PRZEŚWIETLMY ZAPROSZONYCH. KTO ROZCZAROWAŁ, KTO ZWYCIĘŻYŁ? PONIŻEJ WZLOTY I UPADKI TEGOROCZNEGO OFFA (PIERWSZYCH JEST WIĘCEJ NIE BEZ PRZYCZYNY). POMINIĘCI NIECH NIE PŁACZĄ – BYŁO DOBRZE.

26

ON-OFF


* HITY OFFA 2009: MICACHU AND THE SHAPES Mieć Micachu w sierpniu 2009 roku to jak widzieć Radiohead tuż po „The Bends” (przykład świadomie prowokacyjny). Tu się bowiem odbywa dziejowo istotny demontaż popu, zmiana warty, idzie młode, świeże i jeszcze nieujarzmione. Mały skład, na trzy osoby i ekscentryczne instrumentarium – duże efekty. Bez pretensji, za to naturalnie i z charyzmą. Skromność. I piosenki, które wytrzymają każdą scenę, więc osobiście nie miałabym problemu, gdyby Micachu w Offowej rozpisce została trochę bardziej wyeksponowana. Powody są. No bo w sumie kiedy ostatnio doświadczyliśmy takiego debiutu? Nie fatygujcie się – dawno. HEALTH Miazga. Futurystyczny hałas, wizjonerski chaos. Piekielnie intensywny, pozbawiający świadomości koncert. Wyłącznie dla zahartowanych, choć amatorów konceptualnego, kontrolowanego zamieszania pod sceną nie brakowało. Zresztą sytuacja podobna jak w przypadku Micachu. To jest ważne teraz. Rave rave’ów. MONOTONIX Reprezentacja rockandrollowego Izraela. Mają wąsy i zasady – nie uznają sceny, więc w Mysłowicach zagrali na zaaranżowanej na potrzeby festiwalu miniplaży. Najbardziej nieobliczalny koncert całej imprezy z półnagim wokalistą odstawiającym ryzykowne akrobacje na wysokościach. Uciekłam, kiedy się zbliżał.

THE NATIONAL Sobotni headliner i zdecydowanie najlepszy koncert całej imprezy – dobra rekompensata rozczarowania, które przyniósł występ Spiritualized dzień wcześniej. Wszystko grało – od setlisty, przez wykonanie, po dziurawy garnitur i dziwną choreografię wokalisty. Dużo kawałków z genialnego „Boxera”, w zasadzie same pewniaki, bez neutralnych wypełniaczy. Trochę złości, trochę magii. Klasa.

THE CAR IS ON FIRE Jedyny polski wykonawca, który zasłużył na odnotowanie w tej części podsumowania. Co jest zaskakujące o tyle, że TCIOF nie wyznacza dobrych koncertowych standardów, ani w Polsce, ani nigdzie. Oni zawsze mieli problem z przeniesieniem na scenę tego, co udało się uchwycić na płytach, występy na żywo nie potwierdzały znakomitości materiału studyjnego. A tym razem wreszcie nadążyli sami za sobą. Jeśli utrzymają ten poziom, będą już w pełni najlepszym gitarowym zespołem w tym kraju. Żyję nadzieją.

KITY OFFA 2009: THESE NEW PURITANS Kto czekał w gorączce, ten pewnie doświadczył natychmiastowego spadku temperatury już w pierwszych minutach koncertu. I bynajmniej nie mówię o bólu nieklimatyzowanej sali Miejskiego Centrum Kultury, w którym These New Puritans grali. Na scenie lód, a lider nawet gdy próbował się trochę pomiotać w rytm, to jakoś tak beznamiętnie. Intensywny, postpunkowy beat pierwszego albumu Brytyjczyków (a to w końcu najlepszy gitarowy debiut ostatnich lat) zastąpiono tu bezpłciowym gotyckim bełkotem. Męczące. SPIRITUALIZED Piątkowa gwiazda, ale tylko na papierze. O charyzmie Jasona Pierce’a można sobie już wyłącznie poczytać w muzycznych encyklopediach, bo doświadczyć ciężko. Za blisko ziemi jak na space pop. I okrutnie zmarzłam. BALLADY I ROMANSE Pewnie można wybrać gorszy koncert wśród tych zagranych przez polskie zespoły – niestety, gorszego nie widziałam (bo w sumie kto o zdrowych zmysłach idzie dobrowolnie na Andy?). Ballady i romanse to pretensja i obciach w wydaniu skrajnym. Nawet jeśli bowiem muzycznie bywa ciekawie i sympatycznie, to w tych ponoć uroczych tekstach o zwykłym życiu szerzy się Częstochowa nieusprawiedliwiona żadną konwencją. Posłuchajcie Kimyi Dawson, dziewczęta.

Tekst Angelika Kucińska Foto Jacek Poremba

27


*

karl bartos

*

KOMPUTERY

---------->

*

ŚPIEWAJĄ O TECHNOLOGII

Klasycznie wykształcony perkusista, niegdyś członek Kraftwerk, odpowiedzialny

za technotopiczne teksty i chirurgicznie precyzyjne rytmy na najważniejszych płytach niemieckich wizjonerów. Dziś gorący orędownik syntezy różnych sztuk audiowizualnych. Już w październiku Karl Bartos wystąpi na Free Form Festivalu.

Z

NA PAN MOŻE KALIFORNIJSKI ZESPÓŁ SYNTH-PUNKOWY THE SCREAMERS?

Nie, przyznaję, że nie znam ich.

TA GRUPA DZIAŁAŁA U SCHYŁKU LAT 70. NIE NAGRAŁA NICZEGO, PONIEWAŻ UWAŻAŁA PŁYTĘ ZA MARTWY ŚRODEK PRZEKAZU, ZAMIAST TEGO REALIZOWAŁA WIDEOKLIPY. TA POSTAWA KOJARZY MI SIĘ BARDZO Z PAŃSKĄ.

Faktycznie jest mi bliskie podobne podejście. Moja muzyczna tożsamość wykształciła się jeszcze w latach 60. Postrzegałem wtedy muzykę jako pewnego rodzaju audialny film, dlatego też przez całe lata 70. starałem się tworzyć rzeczy bardzo silnie wizualne. Na początku dziewiątej dekady pojawiło się MTV, a wraz z nim popularne stały się wideoklipy. Nie były one jednak zbyt artystyczne, a raczej komercyjne – przypominały zazwyczaj dłuższe reklamy. Dziś, korzystając z dystrybucji w Internecie i alfabetu binarnego, możemy bez problemu kopiować muzykę w nieskończoność. Nie widzę więc sensu w nagrywaniu płyt, ponieważ nie jestem już w stanie ich sprzedawać. Mamy więc do czynienia z problemem dwojakiego rodzaju

28

– artystycznym i finansowym zarazem. Najlepszym, moim zdaniem, sposobem przekazywania muzyki jest znów występ sceniczny. Chcę w jego ramach łączyć media wizualne i akustyczne, używać filmów jako pewnej wartości dodanej. Zaletą koncertu jest jego niepowtarzalność, przez co nie sposób utrwalić go na płycie. Jeśli nagrasz operę na DVD, to przepadnie gdzieś cała jej magia. Operę musisz przeżywać pod sceną, mieć ten bezpośredni kontakt z wykonawcami. To samo tyczy się też moich koncertów. CZY TO DLATEGO ZANIECHAŁ PAN NAGRAŃ STUDYJNYCH? OSTATNIE WYDAWNICTWO, MAKSISINGIEL „CAMERA OBSCURA”, UKAZAŁO SIĘ CZTERY LATA TEMU.

Realizacja płyt straciła dla mnie zasadność. Mało kto kupuje dziś nagrania, więc wolę pracować nad ciekawym programem koncertowym. W przyszłym roku zaprezentuję zresztą zupełnie nowy – z premierowym materiałem i wizualizacjami. Nadal mam własne studio, ale korzystam z niego jedynie do komponowania muzyki z myślą o występach na żywo. Nie planuję wydawania płyt. Dopóki nie powstanie nowy atrakcyjny nośnik dźwięku, bardziej zależy mi na łączeniu muzyki i form wizualnych w ramach koncertu.

CZY JEST JAKIŚ KONKRETNY PUNKT, DO KTÓREGO STARA SIĘ PAN ŁĄCZYĆ DŹWIĘK Z OBRAZEM?

Stosuję kryterium własnej ekscytacji (śmiech). Niezmiennie podoba mi się idea synchronizacji ruchu obrazu z przepływem rytmu i melodii. Mamy oczy i uszy, a oba narządy dostarczają nam bodźców. Staram się więc stymulować zmysły wzorku i słuchu jednocześnie.

*---------------------->>----------------->>-------


* NIEKTÓRE UTWORY ŚPIEWA PAN WŁASNYM GŁOSEM, W INNYCH Z KOLEI WYKORZYSTUJE GŁOSY SYNTETYZOWANE. W JAKI SPOSÓB DECYDUJE PAN, KTÓRY NUMER BĘDZIE ŚPIEWANY, A W KTÓRYM WYKORZYSTA PAN SYNTEZATOR?

Wybór jest niezwykle prosty – wszystko zależy od tekstu utworu. Jeśli piosenka poświęcona jest dziewczynom, życiu gwiazd, sławie, to śpiewam ją osobiście, ponieważ czuję się wówczas jak dziennikarz, który coś relacjonuje. Wcielam się poniekąd w twoją rolę (śmiech). Podobnie jest z utworami opowiadającymi o moich emocjach lub opartymi na osobistych przeżyciach. Jeżeli natomiast dany kawałek traktuje o robotach, komputerach i technice, to pozwalam przemówić maszynie. Niech o technologii śpiewają komputery.

CZY OBECNE W PANA PRACACH PRECYZJA I PERFEKCJONIZM SĄ KONSEKWENCJĄ MUZYCZNEGO WYKSZTAŁCENIA? UKOŃCZYŁ PAN PRZECIEŻ KONSERWATORIUM W DÜSSELDORFIE.

Przypuszczam, że tak. Nie mogę znieść sytuacji, w której nic nie jest na swoim miejscu. Wychowałem się na płytach Beatlesów, którzy zawsze zachowywali idealne tempo kompozycji, ponieważ ich producent George Martin jest klasycznie wyedukowanym muzykiem. Muszę także dbać o precyzję dlatego, że obsługa maszyn, takich jak sekwencer, po prostu tego wymaga. POWIEDZIAŁ PAN KIEDYŚ, ŻE WOLI CHODZIĆ NA KONCERTY MUZYKI POWAŻNEJ NIŻ TE Z MUZYKĄ ROCKOWĄ LUB TANECZNĄ. KLASYKA DOSTARCZA PANU INSPIRACJI?

ZAPYTAŁEM O TO TAKŻE DLATEGO, ŻE JEST PAN NADAL KOJARZONY Z KRAFTWERK, A TYM SAMYM RÓWNIEŻ I Z WIZERUNKIEM PÓŁ CZŁOWIEKA, PÓŁ ROBOTA. CZY STARA SIĘ PAN JESZCZE PODTRZYMYWAĆ TO ANDROIDALNE EMPLOI?

Owszem. Każdy artysta potrzebuje inspiracji, ale w ich poszukiwaniu powinien rozglądać się poza obręb własnego podwórka. Należy zachować odpowiedni dystans między własną twórczością a wpływami z zewnątrz. Kluczem do tego jest, w moim przekonaniu, integracja pozornie odległych idei. W zeszłym tygodniu pojechałem do Toskanii posłuchać opery „Manon Lescaut” Pucciniego. Obcowanie z muzyką na otwartej przestrzeni, w miejscu, w którym została napisana przed ponad stu laty, było czymś niesamowitym. Nawet dziś ta opera brzmi niezwykle świeżo, przez co może być inspirująca. Gdybym z kolei czerpał z muzyki tanecznej, to zanudziłbym się na śmierć, ponieważ w jej obrębie wszystko już zostało zrobione.

WÓWCZAS TEN ROBOTYCZNY IMAGE BYŁ JEDNAK DOŚĆ REWOLUCYJNY. DZIŚ, KIEDY CYFROWE UTENSYLIA SĄ PRZEDŁUŻENIEM ZMYSŁÓW CZŁOWIEKA, WIĘKSZYM WYZWANIEM JEST CHYBA ZNALEZIENIE LUDZKIEGO PIERWIASTKA W SZTUCE ELEKTRONICZNEJ?

NO WŁAŚNIE, NIE MA PAN UCZUCIA DÉJÀ VU, SŁUCHAJĄC UTWORÓW WSPÓŁCZESNYCH WYKONAWCÓW SYNTH POPU? WIELU Z NICH NA NOWO PRZERABIA PAŃSKIE POMYSŁY.

Czasami niezmiernie trudno jest być robotem (śmiech). Tak naprawdę nigdy nie wierzyłem w teksty Kraftwerk, takie jak „The Robots” czy „The Man-Machine”. Ja nie jestem człowiekiem maszyną. Oczywiście, w tamtych czasach ja, Ralf Hütter, Florian Schneider i Wolfgang Flür udawaliśmy androidów, ale było to jedynie odbicie naszej filozofii relacji ludzi z technologią. Ten wizerunek był zarówno manifestacją pewnej idei, jak i dość komicznym chwytem.

W pełni się z tym zgadzam. Korzystam z technologii, ale nie zatracam w tym duszy. Kiedy Kraftwerk nagrywało album „Computer World”, w studiu nie mieliśmy tak naprawdę ani jednego komputera. I wtedy, i dziś moje teksty dotyczą ludzkich uczuć i interakcji na linii człowiek – maszyna. Nigdy nie stałem więc po stronie techniki, widziałem ją jako część większej ideologii.

------>

SUMNEREM I JOHNNYM MARREM, ALE MNIE BARDZIEJ INTERESUJE FAKT, IŻ SKOMPONOWAŁ PAN MUZYKĘ DO FILMU BIOGRAFICZNEGO POŚWIĘCONEGO MOEBIUSOWI. CZY MIAŁ PAN OKAZJĘ POZNAĆ GO OSOBIŚCIE?

Nie, przedstawiono mi jedynie fragmenty filmu przed montażem i na ich podstawie stworzyłem soundtrack. Było to bardzo ciekawe, ponieważ idee Moebiusa są mi dość bliskie.

TAK TEŻ POMYŚLAŁEM. JESTEM W STANIE WYOBRAZIĆ SOBIE PANA MUZYKĘ JAKO ŚCIEŻKĘ DŹWIĘKOWĄ DO NIEKTÓRYCH Z JEGO KOMIKSÓW.

(Śmiech) Cenię sobie pracę przy tym filmie, miałem przy nim mnóstwo zabawy. Nie słuchałem jednak tej muzyki od dawna. W PAŹDZIERNIKU WYSTĄPI PAN NA WARSZAWSKIM FREE FORM FESTIVALU. CZY NA TĘ OKOLICZNOŚĆ MA PAN W ZANADRZU COŚ SPECJALNEGO?

Jak zawsze wykorzystam konwergencję obrazu i dźwięku. Odstawiłem niedawno syntezator i teraz obsługuję wizualizacje, tak jakbym grał na instrumencie. Daje mi to swobodę improwizacji, jakiej nie miałem jako klawiszowiec. Nie muszę grać określonych akordów, mogę za każdym razem coś zmieniać, przez co każdy mój koncert jest inny. Na pewno wykonam najbardziej znane utwory ze wszystkich lat mojej kariery, nie zabraknie „The Robots” czy „The Model”. Na scenie będą też odtwarzacze DVD, tablice rozdzielcze itp. Ja natomiast wcielę się w nową rolę – muzyka wizualnego. Tekst Sebastian Rerak Foto Good Music

Właśnie dlatego staram się ich unikać (śmiech). Generalnie słucham bardzo mało muzyki, nie jestem typem fana. Codziennie zajmuję się dźwiękiem. Jako młody człowiek chłonąłem każdą płytę, na jakiej tylko mogłem położyć ręce. Z czasem zacząłem badać muzykę i nabrałem zupełnie innego, analitycznego podejścia. Ze słuchacza stałem się producentem. WIEM, ŻE WSZYSCY PYTAJĄ PANA O WSPÓŁPRACĘ Z BERNARDEM

29


*

*

basement jaxx

*

BOGATSI W SZRAMY, CORAZ SILNIEJSI, DOBRZY JAK ZAWSZE Nowy album Basement Jaxx

nieprzypadkowo nosi tytuł ”Scars“. Felix Buxton i Simon Ratcliffe, specjaliści od zakręcono-tanecznych brzmień, demonstrują wszystkim blizny, jakich dorobili się w trakcie kariery. Pokaz, który z gruntu zakrawałby na tragedię, Anglicy przekuli jednak w typowy dla nich, bajecznie wielobarwny spektakl. DWÓCH FACETÓW W CIENIU

Nie są szeroko znani z nazwiska, niewielu też kojarzy ich twarze. Buxton i Ratcliffe korzystają z cienia, jaki daje im rola producentów. Fama otacza ich produkt, nie ich samych. Nikt nawet nie zgłasza się do nich po autografy, a w skupiskach ludzkich pozostają anonimowi. „Mówię po prostu, że tworzę muzykę albo że jestem producentem – przedstawia się Simon. – Wtedy zazwyczaj słyszę: ooo, to ciekawe lub: zrobiłeś coś, co znam?. Odpowiadam: Basement Jaxx. Reakcja: Och, Basement Jaxx, a jeśli ktoś nas nie zna, to docieka: Czy mogłem słyszeć jakąś waszą piosenkę?. Wówczas mówię: Where’s Your Head at przez zaciśnięte zęby”. Wspomniany kawałek kojarzy chyba każdy. House’owo taneczny, punkowo zadziorny banger przestrzegający przed skutkami ubocznymi ewolucyjnej samowoli zaprzęgniętej w służbę przemysłu muzycznego. To w dużej mierze jego sprawką jest wywindowanie drugiego albumu Basement Jaxx „Rooty” do miana przeboju roku 2001. Od tamtego czasu minęło jednak osiem lat – w świecie muzyki szmat czasu. W międzyczasie Brytyjczycy wydali dwa kolejne longi, a teraz promują następny. Tytuł: „Scars”. „Płyta nie bez powodu nosi tytuł Scars – wyjaśnia Buxton. – Jej tworzenie było wyczer-

30

pującym procesem. Gdy wreszcie skończyliśmy, czuliśmy się, jakbyśmy opuszczali ring bokserski”. Podobne wrażenia odniósł Ratcliffe: „Mieliśmy czasem wrażenie, że sami się boksujemy, pozostawiając blizny”. Okazuje się bowiem, że nawet w dyskretnym cieniu można odnieść bolesną kontuzję. Na potwierdzenie tej tezy obaj panowie przytaczają wiele nieprzyjemnych incydentów, jakie nastapiły w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy: a to Simon spadł ze sceny podczas koncertu w RPA i rozciął sobie skórę na głowie, to Felix podczas wieczornej przejażdżki stracił rower i odrobinę zdrowia po spotkaniu z grupą młodocianych oprychów, a to znowu w trakcie trasy po Australii jeden z wokalistów występujących z grupą nabawił się zakrzepicy. Kulminacja złego fatum nastąpiła w momencie, gdy partnerka Simona i jego nowo narodzone dziecko znaleźli się w szpitalu. Muzyk akurat przebywał wtedy w studiu, nagrywając w towarzystwie flroydzkich lesbijek-raperek z Yo! Majesty. „Powiedziałem im, co się stało, a one chwyciły mnie za rękę i usiedliśmy w kole, aby się pomodlić – wspomina Ratcliffe. – Miały ze sobą butelki Jacka Danielsa i skręty i odmawiały modlitwę. To było zupełnie surrealne”. Po półtora roku album był gotowy, a sami Anglicy – bogatsi o kolejne kancery na ciele i na duszy. „Te emocjonalne szramy sprawia-

ły, że wciąż działaliśmy i staliśmy się silniejsi” – przekonuje Simon. Pora zatem, by ujawnić światu całą kolekcję blizn. Podobno można na to nawet bajerować laski. ZAWSZE KTOŚ ZNAJDZIE SIĘ ZA ROGIEM

Obaj założyciele Basement Jaxx obchodzą w tym roku 38. urodziny. Ich znajomość trwa 16 lat, bo przed tylu właśnie spotkali się i założyli klub muzyczny w londyńskiej dzielnicy Brixton. Można by patrzeć na nich jak na stare małżeństwo, gdyby nie fakt, że panowie wcale nie lubią monotonii, nie cenią sobie rutyny i nie są zasiedziali. Dlatego też pracując nad „Scars”, uciekali co jakiś czas z Anglii, kierując się do Berlina bądź Nowego Jorku, a do udziału w nagraniach zaprosili cały tabun gości. Pierwszy singiel ze „Scars”, „Raindrops”, trafił w eter 21 czerwca. Chwytliwą piosenkę promował feeryczny, ekstrawagancki klip pełen wyginających się, ucharakteryzowanych girlsów. „Nakręciła go projektantka mody nazwiskiem Jess Holzworth – wyjaśnia Simon. – Zależało nam na takim pięknym, psychodelicznym obrazku, ale jak na kawałek pod tytułem Raindrops, w klipie stanowczo brakuje wody. Mimo to teledysk spodobał się Kanye Westowi, który nawet zamieścił link do niego na swoim blogu”. Kolejnym ujawnionym premierowym numerem była electro-skankerska „Saga” wsparta wokalem Santigold. „Wszedłem do studia, byłem dosyć podminowany – opowiada o okolicznościach powstania tego tracka Ratcliffe. – Musiałem wydobyć z siebie całą irytację, więc skomponowałem muzykę całkiem szybko. Wtedy do studia zawitała Santi. Uznała, że numer jest świetny i że chce w nim zaśpiewać”. Wyszczekana Santi nie jest oczywiście jedynym gościem, jakiego do współpracy pozyskali Angole. Najgłośniej komentowany featuring przypadł w udziale samej Yoko Ono. Specjalnie dla tej kooperacji, na pomysł której wpadł Felix, obaj producenci udali się do Nowego Jorku. „Zobaczyłem Yoko w telewizji – wyznaje Buxton. – Robiła w Islandii jakieś lodowe rzeźby upamiętniające holocaust. Coś w jej osobie mnie poruszyło. Ponadto wiedzieliśmy, że ona lubi Basement Jaxx. Uznałem, że coś nas z nią łączy, więc poprosiłem o spotkanie, a ona się zgodziła”. Z udziałem byłej pani Lennon Anglicy nagrali kompozycję „Day Of The Sunflowers (We March On)”, a przy okazji pobytu za wielką wodą spiknęli się także ze wspomnianymi już koleżankami z Yo! Majesty. Resztę gościnnego personelu

*-


* ---------------------->>----------------->>------------>

Nowy album Basement Jaxx nieprzypadkowo uzupełnili m.in.: Lightspeed Champion, Sam Sparro, Paperboy, Paloma Faith i Amp Fiddler. „Zawsze znajdzie się kilku ludzi czających się tuż za rogiem” – mówi o zaprzyjaźnionych artystach Buxton. Czego spodziewać się po piosenkach ze „Scars”, poza tym, że przemówią głosami kilku znanych grajków? Tak jak w przypadku dotychczasowych tworów Basement Jaxx –wszystkiego. Szykujcie się na koktajl z electro, rapu, ska, funku i house’u, który z pewnością stanie się jednym z najchętniej spożywanych drinków tej jesieni. Wielka premiera kolekcji blizn już pod koniec września. Tekst Sebastian Rerak Foto Sonic

BYĆ MOŻE NAJWIĘKSZE BLIZNY NA PSYCHICE FELIKSA BUXTONA

POZOSTAWIŁO PO SOBIE SUROWE PROTESTANCKIE WYCHOWANIE, JAKIE

ODEBRAŁ W DOMU. OJCIEC DZISIEJSZEJ PODPORY BASEMENT JAXX JEST BOWIEM WIKARYM W JEDNEJ Z PARAFII W LEICESTERSHIRE. TATKO – DUCHOWNY UWAŻAŁ WSZELKIE NIEMAL PRZEJAWY POPKULTURY ZA

ROBACZYWY WYTWÓR PERMISYWIZMU, DLATEGO FELIX W DZIECIŃSTWIE

MIAŁ SZLABAN NAWET NA OGLĄDANIE TELEWIZYJNEJ LISTY PRZEBOJÓW TOP OF THE POPS. TALENT MUZYCZNY CHŁOPAKA UJAWNIŁ SIĘ JEDNAK

BARDZO WCZEŚNIE, BO KIEDY TEN MIAŁ TRZY LATA, POGWIZDYWAŁ SOBIE POD NOSEM „EINE KLEINE NACHTMUSIK” MOZARTA. WKRÓTCE ZNALAZŁ SIĘ TEŻ W SKŁADZIE PIERWSZEJ „KAPELI” – CHÓRU CHŁOPIĘCEGO

W KOŚCIELE SWOJEGO OJCA. DZIŚ PODOBNO WIELEBNY BUXTON AKCEPTUJE

KARIERĘ SYNA, A NAWET UWAŻA PUNKOWY HOUSE BASEMENT JAXX ZA „COŚ FANTASTYCZNEGO”. MUZYKA ŁĄCZY POKOLENIA?

31


*

HAPPY END, CZYLI GRUNT, ŻE NIKT NIE UMARŁ Kiedyś w prowincjonalnych imprezowniach na wschód od Odry panowała niepisana zasada, że udana zabawa nie może obejść się bez ofiar w ludziach. Nowa płyta Basement Jaxx kosztowała członków zespołu sporo zdrowia, ale na szczęście ukończyli ją w stanie względnego zdrowia fizycznego i integralności cielesnej. Teraz do was należy zabawa przy dźwiękach ze ”Scars“, wcześniej jednak niech wypowie się jeden z dwóch twórców albumu - Simon Ratcliffe.

Z

A SPRAWĄ „SCARS” BASEMENT JAXX POKAZUJE ŚWIATU SWOJE BLIZNY NA DUSZY. WBREW POZOROM ALBUM NIE JEST JEDNAK DRAMATYCZNY. ZNALEŹLIŚCIE INNY SPOSÓB ZRELACJONOWANIA WSZYSTKICH NEGATYWNYCH PRZYPADKÓW, JAKIE WAS SPOTKAŁY.

Gdybyśmy ukończyli pracę nad płytą wcześniej, byłaby ona na pewno znacznie bardziej rozpaczliwa. Krążek powstawał przez półtora roku, z czego pierwsze dwanaście miesięcy były czasem prawdziwej harówki. Dopiero później zdołaliśmy się otrząsnąć i wprowadzić nowe pomysły, które znacznie ożywiły muzykę, rozjaśniły nastrój całego materiału. Na naszych wcześniejszych albumach utwory pełne radości sąsiadowały z nieco bardziej melancholijnymi, więc ostatecznie „Scars” nie różni się aż tak bardzo od dotychczasowych produkcji. W TRAKCIE NAGRYWANIA „SCARS” PRZYTRAFIŁO WAM SIĘ KILKA NIEPRZYJEMNYCH ZDARZEŃ. NIE ZACHWIAŁY ONE ZESPOŁEM W POSADACH?

Nie, nie było żadnych komplikacji. Nic, co nas spotkało, nie miało na nas zbytniego wpływu. Może oprócz świadomości starzenia się. Zajmujemy się muzyką od 15 lat, więc utraciliśmy już niewinność, jaką mieliśmy jako początkujący muzycy. W zamian zyskaliśmy jednak wiedzę i samoświadomość. To część dorastania, którą należy zapisać po stronie pozytywnych

32

doświadczeń. Wiadomo, że każdemu z nas przytrafiają się różne historie, więc nie ma co nad nimi rozpaczać. Takie jest życie. HALO, PRZECIEŻ KIEDY TY SIEDZIAŁEŚ W STUDIU, TWOJA DZIEWCZYNA I DZIECKO TRAFILI DO SZPITALA!

Owszem, ale nic im się nie stało. Napotykaliśmy na różne przeciwności losu, grunt jednak, że nikt nie umarł. Chociaż nie, umarł pewien mój przyjaciel... Uważam jednak, że wszystko to należy do wyzwań, jakie stawia przed nami życie.

„SCARS” JEST PŁYTĄ, NA KTÓREJ STAWIACIE MUZYKĘ BASEMENT JAXX W NIECO NOWYM KONTEKŚCIE. NIE JEST TO PRODUKT POPOWY, LECZ RZECZ NIECO BARDZIEJ WYMAGAJĄCA NIŻ WASZE WCZEŚNIEJSZE NAGRANIA.

Fajnie, że tak uważasz. Z pewnością staraliśmy się zrobić coś nowego, powracając jednocześnie do tanecznych brzmień, ponieważ poprzednie płyty Basement Jaxx powstawały w pewnym oderwaniu od muzyki klubowej. To podejście samo w sobie było dla nas budujące. Uważam, że cały czas brzmimy charakterystycznie, ale nadal podejmujemy wyzwania i utrzymujemy określony poziom. „Scars” miało być dla nas czymś podnoszącym na duchu, prostym i żywym.

FAKTYCZNIE SPORO NA „SCARS” TANECZNYCH DŹWIĘKÓW, I TO NOWOCZESNYCH BRZMIEŃ ELECTRO, GRIME... ROZUMIEM, ŻE NASŁUCHUJECIE, CO W TRAWIE PISZCZY?

Jak najbardziej. Nie utraciliśmy kontaktu z otoczeniem, słuchamy nowego drum’n’bassu, grime’u. Ekscytują nas wszystkie te świeże brzmienia, dzięki nim mamy motywację do działania.

WIELU WYKONAWCÓW NA WASZYM MIEJSCU WYGŁOSIŁOBY PEWNIE DEKLARACJĘ O „POWROCIE DO KORZENI” I RACZEJ PODĄŻYŁO WSTECZ...


* prezentujà:

To też poniekąd uczyniliśmy. Pisząc piosenki, takie jak „Raindrops”, staraliśmy się oddać uczucia, jakie były obecne w naszej muzyce przed dziesięcioma laty. OK, ALE NIE ZDALIŚCIE SIĘ NA AUTOPLAGIAT, UNIKNĘLIŚCIE BEZPIECZNYCH ROZWIĄZAŃ.

Nie ma sensu tworzyć na nowo czegoś, co zostało już raz zrobione. Niektórym to się wprawdzie udaje, ale w przypadku Basement Jaxx byłby to chybiony pomysł. Możemy spróbować nagrać drugą i trzecią część „Where’s Your Head At”, ale to nie zda egzaminu. TO, CO CZYNI „SCARS” BARDZO EKLEKTYCZNYM, TO TAKŻE CAŁA ZGRAJA GOŚCI, KTÓRYCH ZAPROSILIŚCIE. CZY ICH DOBÓR BYŁ UZASADNIONY ATMOSFERĄ PIOSENEK, W JAKICH SIĘ POJAWIAJĄ?

Było z tym bardzo różnie. Na przykład Santigold po prostu odwiedziła nas w studiu, napisała część słów do jednego kawałka i nagrała do niego wokal. Z innymi gośćmi eksperymentowaliśmy przy różnych utworach. Przymierzaliśmy różne osoby do różnych tracków, sprawdzając, kto będzie najbardziej odpowiedni.

SZCZEGÓLNE ZNACZENIE MIAŁA CHYBA DLA WAS PRACA Z YOKO ONO?

Na pewno dla Feliksa, który bardzo chciał ją poznać. Ja tak naprawdę nie wiedziałem zbyt wiele o Yoko Ono, oprócz tego, że tworzyła kiedyś ciekawą, bardzo futurystyczną muzykę. Na żywo okazała się bardzo miła, skora do współpracy i otwarta. Dosłownie powaliła nas swoją niespożytą energią. Dopiero po nagraniu jej głosu do „Day Of The Sunflowers” sięgnąłem po jej stare nagrania, żeby mieć pewien punkt odniesienia do produkcji kawałka. MACIE JESZCZE JEDNEGO ASA W RĘKAWIE – KOLEJNY MATERIAŁ OCZEKUJĄCY NA PREMIERĘ.

Tak, wyjdzie jeszcze jedna płyta, poniekąd jako adnotacja do „Scars”. Zawierać będzie eksperymentalne, nietaneczne utwory. Felix porównywał je do Pink Floyd, ale to dość odległa paralela. Na pewno ten materiał jest

znacznie bardziej wyciszony i lżejszy niż „Scars”. A CZY UWAŻASZ, ŻE „SCARS” JEST DLA WAS ALBUMEM PRZEŁOMOWYM? ODNOSZĘ WRAŻENIE, ŻE PRZESZLIŚCIE Z NIM PRAWDZIWĄ PRÓBĘ OGNIA.

Jego ukończenie było przełomem, przede wszystkim dla nas samych. Trudno było zapiąć wszystko na ostatni guzik, a nawet zdecydować, co znajdzie się ostatecznie na płycie. Finisz pracy powitaliśmy więc z prawdziwą ulgą. To nasz piąty album zrealizowany dla XL Recordings. Dziesięć lat temu podpisaliśmy z wytwórnią kontrakt na pięć wydawnictw, więc teraz wypełniliśmy nasze zobowiązanie. Nie wiem, czy ktokolwiek słucha jeszcze dziś płyt, ale jeśli są tacy, to mam nadzieję, że docenią „Scars” za nasz wysiłek. Kończymy tym krążkiem pewien rozdział w naszej historii.

NOWA P¸YTA

PREMIERA 21.09.2009

TO SZCZĘŚLIWE ZAKOŃCZENIE?

Tak, upłynęło 10 lat, odkąd zadebiutowaliśmy pierwszym albumem. Dorośliśmy i jesteśmy gotowi na to, co przyniesie przyszłość. A zatem tak, to bardzo szczęśliwe zakończenie! Tekst Sebastian Rerak Foto Sonic

33


*

łu, miej chociaż nazwisko. Taka wersja ązuje w loży szyderców. Im wyżej w gwiazdy, tym już herezje z jakiejś obcej dyskoteki.

ile Disco drugą płytą dowodzą, że

Nie masz pomysłu, miej u, miej chociaż nazwisko. Taka wersja zuje w loży szyderców. Im wyżej w gwiazdy, tym chociaż nazwisko. uż herezje z jakiejś obcej dyskoteki. Taka wersja wydarzeń le Disco drugą płytą dowodzą, że obowiązuje w loży szyderców. Im wyżej 34


*

*

simian mobile disco

*

TANIEC Z GWIAZDAMI

Nie masz pomysłu, miej chociaż nazwisko. Taka wersja wydarzeń obowiązuje w loży szyderców. Im wyżej w gwiazdy, tym bliżej dna? To już herezje z jakiejś obcej dyskoteki. Simian Mobile Disco drugą płytą dowodzą, że z przypadkowej sławy doskonale rozgrzeszają nieprzypadkowe znajomości.

C

i, co nie słyszeli, drwią, że duet James Ford/Jas Shaw niebezpiecznie łapie syndrom UNKLE i wysługuje się utytułowanymi gośćmi. Wykreowany tłok odwraca uwagę. Kiedy James Lavelle przestaje dawać radę, ściąga do studia Autolux. I tak dalej. Ci co słyszeli, nie są zaskoczeni. Tych dwóch zawsze miotało się między scenami, gatunkami, gettami, w imię ponadśrodowiskowej balangi. Nic więc dziwnego, że w ramach porozumienia ponad parkietami gimnastykuje się wokalista bardzo alternatywnego zespołu. Co więcej – tak popowego singla jak „Audacity Of Huge” (zilustrowanego bardzo sugestywnym i bardzo kolorowym wideoklipem) z gościnnie śpiewającym Chrisem Keatingiem z nowojorskiej eksperymentalnej formacji Yeasayer jeszcze nie mieli (nawiasem mówiąc, to też pewnie najprostszy numer, w jakim kiedykolwiek śpiewał Keating). „Hustler” plus „It’s The Beat”, plus milion godzin rozgryzania sekretu list przebojów. W przypadku „Temporary Pleasure”, drugiego pełnometrażowego albumu Simian Mobile Disco, pop ewidentnie był środkiem i celem. Kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt, sesji nagraniowych, przerywanych imprezami, koncertami, dodatkowymi zobowiązaniami. Każdą wolną chwilę wykorzystywali, by zamknąć się w studiu we wschodnim Londynie i dłubać. Te, w których dłubali za bardzo, podzielą smutny los b-side’ów. Na płytę z założenia miały trafić tylko kawałki zwarte, konkretne, przystępne, bliskie tradycyjnej piosenkowej

formule. Na debiucie Simian Mobile Disco też się wsparli kolegami i koleżankami, ale wtedy to był jednak inny kaliber gościa. Pierwsze personalia związane z „Temporary Pleasure” zdradzili już w styczniu zeszłego roku. Gruff Rhys – wokalista nieobliczalnych, freakrockowych Super Furry Animals, niedawno zresztą nawrócony na disco z pobocznym Neon Neon – zaśpiewał w, cytując twórców, „totalnie psychodelicznym” i otwierającym płytę „Cream Dream”. Charyzmatyczna i rockandrollowa (prezencją, bo w głosie ognie gospel) Beth Ditto dostała w przydziale „kawałek absolutnie popowy, kompletnie nie w stylu Gossip. Czysty oldschool”. Do Keatinga, Rhysa i Ditto doszli jeszcze muzycy tak odmienni w zainteresowaniach i uprawianych stylistykach, jak Jamie Lidell i Alexis Taylor z Hot Chip. Jeśli Ford i Shaw faktycznie założyli sobie, że dobry gość wymaga jeszcze lepszego refrenu, to rachunek jest prosty – punktów bez crossoverowego kompromisu mają w trackliście całe trzy (z czego dwa, „10000 Horses Can’t Be Wrong” i „Synthesise”, upublicznili dawno temu). To się musiało tak skończyć. Niedaleko pada Simian Mobile Disco od samego Simian. James Ford, dyplomowany biolog, i Jas Shaw, dyplomowany filozof, pierwszą wspólną muzykę robili jeszcze na studiach. Miało być jak u Broadcast – elektroniczna baza, eteryczne melodie (było trochę inaczej). Do śpiewania zatrudnili znajomego wychowanego na folkowych klasykach (poja-

wił się zresztą gościnnie na debiucie SMD). Działali jako kwartet, jeszcze z basistą. Nazywali się Simian i mieli piosenkę w reklamie Peugeota. Pech chciał, że pojechali w trasę. Koncerty zbliżały ich do żywego rock and rolla, zagłuszając syntetyczny pierwiastek. Nie o to im chodziło, kiedy zakładali zespół, więc w międzyczasie Shaw i Ford zaczęli intensywnie didżejować pod szyldem Simian Mobile Disco (te mobilne dyskoteki z bonusa w nazwie obsługują wesela i inne familijne eventy), w ramach odkrywania nowych źródeł satysfakcji, kiedy Simian podstawowy już nie cieszył. Równolegle wytwórnia, z którą zdążyli się podpisać, zorganizowała konkurs na remiks ich „Never Be Alone”. Justice nie wygrało, reszta jest historią. Kiedy Ford i Shaw rozwiązywali zespół, przegrany remiks Francuzów hulał na modnych imprezach, a Simian Mobile Disco stało się (podobnie jak Justice) wschodzącą gwiazdą światowych klubów. Co tam, że ten pierwszy splendor dostali w prezencie. Rozszerzyli działalność z didżejki do remiksów i produkcji własnego materiału i szybko spłacili kredyt zaciągnięty pod „Never Be Alone” w wersji Simian vs Justice. Premierę debiutu poprzedzili kompilacją „Bugged Out Presents!: Suck My Deck”, serią miksów towarzyszących 15-letniemu już cyklowi imprez. Podobnych wydawnictw mają na koncie jeszcze kilka – z 41. odcinkiem „FabricLive” na czele. Pierwszy album SMD, „Attack Decay Sustain Release” (wśród gości między innymi Ninja z The Go! Team), wyszedł dwa lata temu, w czerwcu 2007 roku i przypieczętował uprawiany wówczas powszechnie miks tanecznej elektroniki i rockandrollowego chaosu. Sam Ford dodatkowo tak się rozpędził po godzinach, że dziś jest jednym z ulubionych producentów młodej Brytanii (właściwie już na etacie u Arctic Monkeys i Klaxons), a hobbystycznie grywa na perkusji z Last Shadow Puppets (to ten drugi zespół wokalisty Monkeys). Ale kalendarz zajęty tak, że nawet znalezienie terminu na nagrania „Temporary Pleasure” wymagało zaawansowanej logistyki. Simian Mobile Disco miało od początku być niezobowiązującym projektem weekendowym, wymyślonym i prowadzonym dla czystej, nieskrępowanej przyjemności. Bynajmniej nietymczasowej. Tekst Angelika Kucińska Foto Mat. promo

35


**----------------------------------->>>---->----<>--------------*-----------------

*

*

major lazer

*

ZABÓJCZE LASERY - SIEMA DIPLO, CO TAM SŁYCHAĆ? -

A DZIĘKI, WSZYSTKO U MNIE

-

TEŻ NIE NARZEKAM. MUSZĘ CI

W PORZĄDKU. A JAK U CIEBIE?

PO RAZ KOLEJNY POWIEDZIEĆ, ŻE

NAPRAWDĘ JARAM SIĘ TYM, CO ROBISZ. MOŻE BYŚMY W KOŃCU ZROBILI COŚ RAZEM? -

W SUMIE - CZEMU NIE?! A MASZ

-

LUBISZ REGGAE I DANCEHALL?

-

JASNA SPRAWA.

-

TO WEŹ SOBIE TROCHĘ WOLNEGO,

JAKIŚ KONKRETNY POMYSŁ?

POLECIMY NA JAMAJKĘ I ZROBIMY

COŚ ZAJEBISTEGO. COŚ, CO ROZWALI KLUBY NA CAŁYM ŚWIECIE I PO RAZ

KOLEJNY ZAPEWNI NAM WYSOKIE OCENY BLOGERSÓW I DZIENNIKARZY.

36

------------------>>>---->----<>--------------

----------*

--------


C

zy tak wyglądał początek współpracy pomiędzy Diplo i Switchem? Pewnie nie. Grunt to wymyślić fajną historię do tego, co się robi. Tak jak ta dwójka rozchwytywanych producentów i didżejów, którzy stoją za projektem Major Lazer. To tak pokrótce – Diplo stoi za sukcesami Santigold i Mayi Arulpragasam, bardziej znanej jako M.I.A. Przez ostatnie cztery lata remiksował artystów ze wszystkich środowisk muzycznych. Jego interpretacje choćby kawałków Kanye Westa, Spank Rocka, Disco D, Becka, Hot Chip czy Bloc Party podbiły parkiety klubów od Tokio, przez Nowy Jork do Londynu. A w Londynie na stałe rezyduje Switch – jedna z flagowych postaci fidget house’u ma na koncie równie imponujący zbiór remiksów, a w pamięci klubowiczów zapisał się również jako autor „A Bit Patchy”, „Get Ya Dub On” i wydanym blisko rok temu miksem dla Fabrica, który oznaczono numerkiem 43. Gdy panowie dogadali się co do współpracy, postanowili dorobić jakąś fajną historyjkę do swojego projektu. W ten sposób powstała postać Major Lazera – fikcyjnego jamajskiego weterana wojny z 1984 roku pomiędzy zombie. Podczas jednej z potyczek biedak stracił ramię, więc w ramach eksperymentu wstawiono mu niszczycielską broń wyposażoną w lasery. Od tego czasu jego misją jest praca pod przykrywką w nocnych klubach i ostre imprezowanie. Przemierza świat na deskorolce uzbrojonej w turbonapęd i walczy z wampirami oraz innymi potworami. Powiedzmy sobie wprost – brzmi ciekawie i pokazuje, że nawet w czasach, gdy mnogość projektów znacznie przekracza nasze możliwości przyswajania i zapoznania się ze wszystkimi, są ludzie, którzy mają na swoją twórczość pomysł. Diplo i Switch podeszli do swojej współpracy z jajem i dystansem, czego kolejnym dowodem był wpuszczony

� � � ����� � �� ��

* do sieci klip „Zumbie”. Wiele osób po tym dość średnim „dziele” przekreśliło projekt Major Lazer, uważając, że będzie to co najwyżej primaaprilisowa akcja. Niesłusznie. Numer na płytę nie trafił. A co znajdziemy na wspólnym projekcie Diplo i Switcha, który zatytułowali „Guns Don’t Kill People... Lazers Do”? Wszystko, co zapewniło im gwiazdorską pozycję i mnóstwo fanów, podlane gęstym dancehallowo-reggae’owym sosem. Jest to, rzecz jasna, duże uproszczenie, bo panowie po raz pierwszy tak odważnie sięgnęli po brzmienia jamajskie, z którymi zapoznali się i zaprzyjaźnili u źródeł. Płyta powstała w legendarnym studio Tuff Gong, a gościnnie pojawiła się cała masa artystów, którzy udanie eksplorują od lat właśnie ten nurt muzyki. Są i siostrzyczki z Nina Sky, obdarzona potężnym głosem Ms. Thing, arcyciekawa raperka Amanda Blank i dancehallowy gwiazdor Mr. Vegas. Żeby całość rzeczywiście rozwaliła klubowe parkiety w pył, o dodatkowe produkcje zadbali coraz popularniejsi Włosi z Crookers oraz Afro Jack.

� ���� � � � � � � � � ����

� � � ��

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że muzyka nie została zepchnięta na dalszy plan przez fajną historię, a goście nie są tutaj najważniejsi. Diplo i Switch udowodnili, że nawet w czasach gdy królują MP3 można zadbać o genialny artwork i tajemniczą otoczkę. A że koniec końców okazuje się ona po prostu skeczem? Tym lepiej. Idziemy o zakład, że imprezowanie z jamajskim majorem będzie tego lata hitem. Ostatnio widziano go gdzieś w okolicach Kingston – wpadł do studia, w którym pracowali Diplo ze Switchem. Spalili jamajski przysmak, potem wbili się do jakiegoś popularnego klubu. Producenci byli mocno zawiedzeni. Liczyli na wyrazy sympatii ze strony najbardziej efektownych mieszkanek Jamajki, ale Major Lazer ukradł im show, wychodząc z lokalu otoczony wianuszkiem lokalnych piękności.

-

STWORZYLIŚMY POTWORA, DIPLO.

-

ŻEBYŚ WIEDZIAŁ, ŻEBYŚ K**** WIEDZIAŁ -

ODPOWIEDZIAŁ SWITCHOWI NIEPOCIESZONY DIPLODOCUS.

Tekst Andrzej Cała

Foto Mat. promo

-*----------------------------------->>>---->--

www.RADIOKAMPUS.waw.pl

37


*

girls just wanna h GIRLS JUST WA Ż *

little boots

*

e pop jest kobietą, dowiodła parę dekad temu Madonna. Ale tak silnej inwazji girl power

na listy przebojów nie obserwowaliśmy już dawno - i to w słusznym, bezstresowym, parkietowym wydaniu.

Dziewczyny znów chcą się bawić, a dobre tendencje inspirują dwie pierwsze damy nieformalnego ruszenia: Victorię Hesketh a.k.a. Little Boots i Elly Jackson, czyli twarz i głos duetu La Roux. To było ich lato, więc porównujemy.

ST WANNA HAVE FUN irls just wanna have girls justGIRLS wanna JUST D girls GIRLS JUST W girls just wanna ha GIRLS JUST WANN ebiutanckie albumy La Roux i Little Boots ukazały się w zaledwie kilkutygodniowym odstępie. Obie płyty intensywnie napędza sentyment do kolorowych, bezproblemowych, syntetycznych lat 80. Obie wyszły nakładami dużych wytwórni. Obie mają pretensje i potencjał – żeby namieszać poważnie i mainstreamowo. Tak, tutaj gra muzyka dla mas. No to skoro już padło brzydkie słowo sugerujące gigantyczne skupiska ludzkie, niech padnie też jeszcze brzydsze pytanie: która będzie miała większy fanklub? Która zostanie królową serc? Starcie w pięciu rundach.

38


have fun ANNA HAVE FUN girls just wanna have *

la roux

*

*

fun GIRLS JUST WANNA HAVE FUN

GIRLS JUST WANNA HAVE FUN

GIRLS e fun JUST aT WANNA haveHAVE fun FUN WANNA s just wanna have fun WANNA HAVE FUN HAVE GIRLS JUST WANNA HAVE ave fun girls just wanna have fun NA HAVE FUN FUN GIRLS JUST WANNA HAVE FUN girls just wanna have fun

39


* Runda pierwsza:

Rzut okiem (w CV) LITTLE BOOTS Wygląda na bardziej zahartowaną i zdeterminowaną. Dorastała w szemranym Blackpool (północny zachód Anglii), rodziców nie było stać na instrument dla nadpobudliwej pięciolatki, więc obrotny wujek zorganizował jej dostęp do pianina w pobliskim pubie. W konkursie dla młodych zdolnych wygrała stypendium w szkole muzycznej – w klasie fletu i harfy. Ale harfę sprzedała, żeby kupić syntezator. Równolegle uczyła się śpiewać u: „Walniętej nauczycielki z zębami brudnymi od szminki. Kazała mi ćwiczyć broadwayowskie szlagiery z krzesłem na głowie”. Poszła do brytyjskiego „Idola”, ale ponoć jury obeszło się z nią cokolwiek niekulturalnie. Zdała na studia, na kulturoznawstwo w Leeds. Na utrzymanie zarabiała, śpiewając „ckliwe covery Nory Jones” z jazzowym triem. W hotelach i przysnobowanych knajpach, bo tam za taką rozrywkę płacono najlepiej. Wzorowo skończyła studia, pisząc pracę o młodocianym (wówczas) szansoniście Jamie’em Cullumie. Z dwiema koleżankami założyła indie taneczną grupę Dead Disco. Nagrały jeden skandalicznie przeoczony album. Pojechały nawet do L.A. nagrywać drugi, ale w trakcie pracy nad płytą cwana Victoria elegancko się wymiksowała, zabierając ze sobą bardzo wpływowego producenta Grega Kurstina (produkował chociażby ostatni album Lily Allen – żeby pozostać przy dokonaniach najświeższych, popowych i z dziewczętami). „Przez cały ten czas ukrywałam własne piosenki, wreszcie musiałam zacząć robić muzykę, której sama chciałam słuchać. Dwie pierwsze płyty, jakie miałam, to albumy Blondie i Kylie – i mój gust muzyczny nie zmienił się w zasadzie od czasu, kiedy miałam pięć lat. Wcześniej w kółko zastanawiałam się: co w tej sytuacji zrobiłby wykonawca jazzowy? Albo: co zrobiłby zespół? Teraz jest łatwiej, teraz chodzi wyłącznie o mnie”. LA ROUX Czyli niedopuszczalnie (rocznik 88.) młoda Elly Jackson. Córka gwiazdy jednego z brytyjskich seriali telewizyjnych. Dorastała w Londynie i chodziła do bardzo konserwatywnej szkoły, gdzie regularnie obrywała, bo nosiła się jak chłopak, co damie przecież nie przystoi. W płytowych zbiorach rodziców odkryła albumy Carole King i Nicka Drake’a. Jej pierwsze autorskie kompozycje łudząco przypominały folkowe hymny Joni Mitchell (miała wtedy 12 lat!). Zmieniła muzycz-

40


* ne zainteresowania po paru wizytach na rave’owych imprezach. Na pierwsze służbowe spotkanie z perspektywą sześciocyfrowego cyrografu zaprosił ją człowiek, „który zakontraktował Amy Winehouse”. Nie zrobili na sobie szczególnego wrażenia. Przełomowym momentem w karierze była sylwestrowa impreza, na której śpiewała i po której jeden ze znajomych przedstawił jej Bena Langmaida, producenta i kompozytora, ważną, choć drugoplanową, postać londyńskiej sceny. Połączyła ich słabość do lat 80. i synthpopowych klasyków. To prosty układ: obowiązkami autorskimi dzielą się po połowie, tyle że ona robi za twarz, on pozostaje w cieniu. Już jako duet La Roux podpisali kontrakt z Polydorem na bardzo żenującą sumę, która nie pozwoliła Jackson nawet wyprowadzić się od rodziców. WYNIK: „Pop Idol”? Norah Jones? Naukowe rozważania o plumkaniu Culluma? Eksharfiareczka nie zna granicy obciachu, a to w masowym, w dodatku inspirowanym perwersyjnymi ejtisami, popie umiejętność więcej niż potrzebna. 1:0 DLA LITTLE BOOTS

Runda druga:

Przeboje i podboje LITTLE BOOTS Na razie poczyna sobie skromnie. Niby okrzyknięta „przyszłością muzyki pop” na długo przed premierą pełnometrażowego debiutu, a ma ewidentny problem z pojedynczymi hitami. „Stuck On Repeat” pojawiło się w sekcji dance, z kolei notowania „Billboardu” są dosyć wysokie (ale pamiętamy, że listy gatunkowe często niewiele mają wspólnego z generalnym podsumowaniem bestsellerów). Wypuszczone jeszcze w zeszłym roku na singlu „Meddle” wstydliwie ciągnęło się w ogonie brytyjskiego Top 100. Tylko „New In Town” (premiera w maju) triumfalnie dobiło szczęśliwej pozycji 13. – i to jak na razie największy sukces Little Boots, bo wydane w sierpniu „Remedy” też wydaje się nikogo nie obchodzić. Znacznie lepiej poradził sobie cały, wydany w lipcu album – zaszczytne

miejsce 5. Dodatkowe punkty należą się Little Boots za myślenie globalne. Dziewczyna już przygotowuje się do podbicia rynku amerykańskiego. Trzy miesiące temu w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie ukazała się EP-ka, „Illuminations”, w której amerykański wydawca, Elektra, widzi ratunek dla swoich finansowych bolączek. „Hands”, debiutancki album Little Boots, ukaże się w USA w przyszłym roku. LA ROUX Tu akurat jest co wyliczać. Choć start nie pozwalał spodziewać się wiele. Kapitalne „Quicksand” wydali jeszcze nakładem Kitsuné (przed podpisaniem się z Polydorem), ale wyszło, że to, co jest hitem YouTube’a, nie zawsze spełnia komercyjne sny wydawców. No to do trzech razy sztuka. „In For The Kill”, singlowy strzał numer dwa, zadebiutował na 12. miejscu listy i ostatecznie przedarł się do miejsca 5., co oznacza pół miliona sprzedanych egzemplarzy. Trzecie nagranie pilotujące płytę, „Bulletproof ”, od razu wylądowało na samym szczycie notowania. Wytwórnia wykorzystała sprzyjający moment i postanowiła nie zwlekać z premierą długogrającej płyty. Album, zatytułowany po prostu „La Roux”, ukazał się tydzień później (koniec czerwca). UK Charts? Miejsce 2. I jeszcze więcej punktów bonusowych. O ile Little Boots globalnie bowiem na razie tylko myśli, o tyle La Roux globalnie działa. W lipcu i sierpniu tandem zagrał minitrasę po Ameryce Północnej, występując między innymi na jednym z koncertów objazdowego festiwalu Lollapalooza. WYNIK: Prosta matematyka, Little Boots do narożnika, tę rundę wygrywa LA ROUX. 1:1

Runda trzecia:

Video Killed The Radio Star LITTLE BOOTS Ale jakie teledyski? W przypadku Little Boots niestety niespecjalnie jest o czym mówić, bo marne wideo do „New In Town”

można podsumować w czterech słowach. Mętna fabuła, niezła sukienka. I choć były już takie, co wygrywały samymi cekinami, Little Boots musi się w tej kategorii zmierzyć z twardym przeciwnikiem. LA ROUX Wow. Pomysł, konsekwencja, klasa. „Quicksand” – przecież pełen odwołań do telewizyjnej klasyki pokroju szpanerskiego „Miami Vice” i luksusowej „Santy Barbary”. Tania fototapeta z zachodem słońca i przerośnięty ananas. Reżyseruje Kinga Burza, która robiła też debiutanckie teledyski dla Ladyhawke i Kate Nash. I nawet przy wyraźnej tendencji zniżkowej (klipy do „In For The Kill” i „Bulletproof ” nie są już tak dobre, choć ten ostatni to esencja image’u La Roux) duet trzyma poziom. WYNIK: Młodzież ma rację: nie ma cię w MTV2, nie istniejesz. Kto to ta Little Boots? 1:2. PROWADZI LA ROUX

Runda czwarta:

Serdecznie witam, panie dziennikarzu

LITTLE BOOTS Kiedy usłyszała od jury wywołanego wcześniej programu „Pop Idol”, że nie umie śpiewać, wybiegła z płaczem. Ale od tamtej pory nauczyła się radzić sobie z mediami. Weteranka telewizyjnych show. Dwa razy u Joolsa Hollanda, raz u Jonathana Rossa, raz u Carsona Daly’ego. Śniadanka w BBC, bogata w cytaty publikacja w „Timesie”. Piosenki w reklamach i na soundtracku. Dziewczyna wie, jak się promować, bo nie tylko pokornie uczestniczy w działaniach oficjalnych i monitorowanych przez wytwórnię, lecz także samodzielnie i intensywnie działa w ramach promocji oddolnej i bezpośredniej. Czyli MySpace i YouTube jeszcze się nie znudziły. „To nie jest coś, czego można się spodziewać po typowej gwieździe popu”. Lakoniczna uwaga, ale jakże słuszna.

41


* LA ROUX Się nie uśmiecha. Braki w mimice szybko zinterpretowano jako dąsy zblazowanej diwy i Elly Jackson dorobiła się nawet przydomku La Rude (niemiła). Pierwszego wywiadu udzieliła niszowemu pismu modowemu, jeszcze przed ukończeniem nagrań debiutu miała na koncie jakąś pięćdziesiątkę dużo ważniejszych i obszerniejszych publikacji. Ale niewiele to zmieniło. Jackson nie lubi i nie potrafi obcować z mediami, w rozmowach z dziennikarzami podobno się peszy, w telewizji sobie nie radzi. Kiedy londyński „Evening Standard” wytknął jej rzekome inspiracje Kylie Minogue, zripostowała artykuł na blogu. Kiedy okazało się, że taki komunikat puszczony w świat to tylko kolejne nieporozumienie, znów zaczęła się tłumaczyć. „Nagle wszyscy myśleli, że nienawidzę Kylie. Nie nienawidzę jej jako osoby, po prostu nie lubię jej muzyki. Ale najwyraźniej wszystkim zależało, żebym wyszła na sukę. A ile jestem w branży, godzinę?”. WYNIK: Wiadomo, bezbarwnie szczerzyć to się może każda, więc za grymasy szacunek. Można być diwą, ale nie można za to przepraszać. PUNKT DLA LITTLE BOOTS. 2:2

Runda piąta:

Wdzięk, styl, szarm, szyk Nie, nie będzie pojedynku na fryzury. Będzie optymistyczna refleksja, że pop znów jest glamour. Po paru sezonach z półakustycznie smędzącymi chłopcami i zeszłorocznej modzie na smutne, bo nędzne, kopie Amy Winehouse wreszcie przyszedł czas dziewczyn w brokacie. Cyndi Lauper byłaby dumna. Tak z Little Boots, jak z La Roux, więc dyplomatycznie KOŃCZYMY REMISEM. PS W nierozegranej rundzie szóstej, czyli tej na płyty, OCZYWIŚCIE zwyciężyłaby Little Boots, bo jeśli falset Elly Jackson („Quicksand” to wyjątek) nie nadweręża komuś tego wszystkiego, co ma w środku ucha, to podziwiam, ale nie wierzę! Tekst Angelika Kucińska Foto Universal, Warner Music

42


*

Świeżość

przez całą noc! TERAZ TO MOŻLIWE DZIĘKI GUMIE DO ŻUCIA MENTOS PURE FRESH! PORĘCZNĄ BUTELKĘ I MAŁE PUDEŁKO ZABIERZESZ ZE SOBĄ WSZĘDZIE. NIGDY NIE WIESZ, KIEDY POTRZEBNE CI BĘDZIE MIĘTOWE ODŚWIEŻENIE.

P

iątek wieczór - jesteś w swoim ulubionym klubie. Fantastyczna zabawa, smakowite drinki, super towarzystwo. Impreza kręci się na całego, królujesz na parkiecie. Nagle wasze oczy się spotykają i wiesz, że to jest to! Musisz tylko coś powiedzieć. Całe szczęście masz w kieszeni gumy do żucia Mentos Pure Fresh z płynną esencją. Jedna drażetka pozostawi miłe uczucie w ustach i kusząco świeży oddech. Teraz śmiało możesz podejść i pogadać. I nie zdziw się jeśli wieczór zakończysz pocałunkiem, gdyż Mentos Pure Fresh to świeżość, której nie można się oprzeć. Wybierz swój ulubiony smak: Fresh Mint, Lime Mint lub NOWOŚĆ Spearmint. Każdy dostarczy ci niezapomnianych wrażeń. Obok fotek z wieczora postaw na swoim biurku dużą, praktyczną butelkę. Będziesz mieć wtedy pewność, że świeżość Mentos’a będzie zawsze pod ręką, a gum nie zabraknie przez długi czas.

43


*

H

erbaliser przez lata związany był ze skupiającą brytyjskich asów samplingu wytwórnią Ninja Tune. W latach 90. stanowił (obok DJ Vadima) najsilniej zorientowany na hip-hop projekt wśród flagowych formacji tej londyńskiej tłoczni. Wierny początkowo wyznawanej przez większość nagrywających dla niej artystów cut’n’pastowej metodzie, z czasem zaczął zapraszać dodających dźwiękom spontaniczności i nowych barw muzyków. Siłą rzeczy surowe bity coraz bardziej ustępowały uwodzicielskim, funkowym, soulowym czy jazzowym brzmieniom. Herbalisera powołali na początku ostatniej dekady minionego wieku Ollie Teeba i Jake Wherry. Wcześniej pierwszy z nich parał się didżejką, drugi był natomiast basistą w funkowo/acid-jazzowej formacji The Propheteers. „Muzyką zainteresowaliśmy się – myślę, że obaj, choć mogę mówić tylko w swoim imieniu – dzięki rodzicom. Moi od zawsze zachęcali mnie, bym poświęcał jej wiele czasu, i wiem, że w domu Jake’a było tak samo – nasi rodzice słuchali czarnej muzyki, soulu, jazzu, funku i nic dziwnego, że dość wcześnie odkryli też hip-hop – ja miałem chyba wtedy około 12 lat” – wspomina Ollie. Pierwsza płyta, wydana w 1995 roku, „Remedies”, określiła zręby stylu Herbalisera. Muzyka oparta była na błyskotliwym miksie przede wszystkim funkowych, jak też soulowych oraz jazzowych sampli sunących na leniwym hiphopowym bicie. Tę strategię duet dopracowywał i rozwijał na kolejnych albumach: „Blow Your Headphones” z 1997 roku czy „Very Mercenary” z 1999 roku – za każdym razem nieco inaczej rozkładając akcenty, dodając partie żywych instrumentów oraz zapraszając MCs, a także zawsze potwierdzając najwyższej klasy producenckie umiejętności i kunszt. Ze względu na swoisty, „szpiegowski” klimat twórczości Herbalisera łatwo narzucającym się, powracającym w wielu recenzjach hasłem-wytrychem stały się ścieżki dźwiękowe do kryminałów z lat 70. Niebezpodstawnie. Owe soundtrackowe właściwości docenił sam Guy Riche, wykorzystując muzykę grupy w głośnym „Przekręcie”. W nowym wieku w dokonaniach duetu zaczęło pojawiać się więcej organicznych, naturalnych brzmień. Jednocześnie panowie bacznie obserwowali, co dzieje się w muzycznym światku. I tak, zrobiony z większym niż poprzednie produkcje rozmachem, wydany w 2002 roku album „Something Wicked This Way Comes” przyniósł odniesienia do ówczesnej, prężnie rozwijającej się brytyjskiej hiphopowej sceny, a zarazem nieco silniejsze inspiracje nu-jazzową

44

kolażami o na hiphopo Jednak na właśnie pł 2“ prezent żywe, pełn

estetyką. Na trzy lata młodszym „Take London” usłyszeć mogliśmy jeszcze bogatszą paletę instrumentów (m.in. sekcję dętą i perkusję, co nadało muzyce zespołu jeszcze bardziej jazzowego kolorytu), a także zacnych MCs (w tym Roots Manuvę), a na zeszłorocznym krążku, „Same As It Never Was”, formacja nie tylko zanurzyła się w korzennym soulu, funku czy rythm’n’bluesie rodem z lat 70., ale śmielej podjęła flirt z piosenkową formą. Takie dźwięki były wtedy zdecydowanie w cenie – przecież na nich swą karierę zbudowali Amy Winehouse i Mark Ronson oraz cała plejada podbijających listy przebojów, debiutujących wokalistek, dzięki nim Jamie Lidell ze znanego głównie elektronicznym freakom eksperymentatora stał się alternatywną gwiazdą. Niemniej trudno podejrzewać londyński projekt o koniunkturalizm, zwłaszcza że panowie historię czarnej muzyki poznawali od dziecka i na niej zawsze opierali swą twórczość. „Interesując się hip-hopem, sięgasz do korzeni – ciekawi cię, skąd pochodzą sample, skąd się to wszystko wzięło. To jak odkrywanie muzycznego wszechświata. Zaczynasz poznawać źródła, kupować stare płyty, zagłębiasz się w historię jazzu, funku, soulu coraz bardziej” – mówił Ollie Teeba. Co ciekawe, „Same As It Never Was”, po latach współpracy z Ninja Tune, Herbaliser wydał w berlińskiej oficynie !K7. W jej barwach ukazuje się także najświeższa pozycja w dyskografii duetu – „Session Two”. Wypełniają ją kompozycje znane z regularnych płyt zespołu, ale zaaranżowane na prawdziwy live band, w składzie którego, oprócz Jake’a Wherry’ego (bas i gitara) i Olliego Teeby (gramofony), znaleźli się m.in.: Ralph Lamb (trąbka i róg), Andy Ross (saksofon i flet), Oliver Parfitt (klawisze), Michah Moody Jr (perkusja). Ci, którzy znają pierwszą część „Session” sprzed dziewięciu lat, doskonale wiedzą, czego się spodziewać. To niewątpliwie gratka dla miłośników naznaczonych psychodelicznym kolorytem wielkomiejskich groove’ów – zwłaszcza tych szukających wytchnienia od mroków dubstepu i zmęczonych eksperymentami tuzów abstract-hip-hopu. Herbeliser Band zbliża się tu do projektów w stylu Breakestry, zahacza też o nieco bardziej stonowane wątki jazzowego wcielenia Jimiego Tenora. Co prawda muzyce można zarzucić brak pazura, improwizatorskiego zacięcia – grupa odrywa aranże do bólu poprawnie, niemniej przyznać trzeba, że całość brzmi soczyście, a zarazem całkiem klimatycznie. Tekst Łukasz Iwasiński Foto Sonic


osadzonymi owych bitach. * wydanej * łycie ”Session tuje się jako nokrwiste

*

herbaliser

Duet Herbaliser zasłynął mistrzowskimi, instrumentalnymi kolażami osadzonymi na hiphopowych bitach. Jednak na wydanej właśnie płycie ”Session 2“ prezentuje się jako żywe, pełnokrwiste funk-jazzhopowe combo.

Wielkomiejski groove 45


*

dinky

*

są Pomyłki świetne!

<---------

----> ------->----------------->----->>----> *

Zawód didżeja i producenta to domena męska. I nie ma co tutaj dyskutować o parytetach czy innych kombinacjach - takie są fakty. Z tym większą radochą umawiam się na rozmowy z paniami, które godnie mieszają płytami. Na Alejandrę Iglesias wołają od małego Dinky i pod tym pseudo znają ją fani muzyki elektronicznej.

Pochodzi z Chile, mieszka w Berlinie. Wydawała dla Traum, Horizontal i Vakant. Właśnie, nakładem Wagon Repair, ukazuje się jej najnowsze wydawnictwo zatytułowane ”Anemik“.

T

WÓJ NOWY ALBUM WYDAJE WAGON REPAIR...

Wysłałam im swoje demo i widać się spodobało. Byłam naprawdę bardzo szczęśliwa, bo to jedna z moich ulubionych wytwórni. Wiedziałam, że muszę pracować dość ciężko nad albumem, by osiągnąć odpowiedni poziom. To było trudne, ale motywujące. Rzeczy, które wydają Matt i Cobblestone Jazz są genialne. Lubię także The Mole i Setha Troxlera. „ANEMILK” BRZMI BARDZIEJ EKSPERYMENTALNIE NIŻ POPRZEDNIK. PRACOWAŁAŚ NAD NIM PRAWIE ROK.

Chciałam poeksperymentować, tak jak będzie to możliwe z analogowym sprzętem i akustycznymi instrumentami. Swojego głosu również używałam jako instrumentu. TYTUŁY UTWORÓW: „ANEMIK”, „GLACIAL”, „CERAMIK”, „GLASSIC” TO ZAMIERZONE BUDOWANIE SKOJARZEŃ?

Większość z nich reprezentuje styl każdego utworu. Na przykład „Glassic” jest szklany lub też symbolizuje odczucia tłukącego się szkła, „Epilepska” to ktoś nerwowy – tak chciałam świadomie budować skojarzenia.

46

W „ROMANICS” UŻYŁAŚ INTRYGUJĄCYCH SAMPLI MUZYKI LUDOWEJ. SKĄD JE WZIĘŁAŚ?

To rumuńska śpiewaczka z początków wieku. Nagranie wzięłam ze starego archiwum nagrań. Z WYWIADÓW WYNIKA, ŻE PREFERUJESZ PRAWDZIWE MUZYKOWANIE Z TEORIĄ W TLE I UMIEJĘTNOŚCIĄ GRY NA INSTRUMENCIE.

Lepiej jest wiedzieć, jak czytać nuty i pisać w pewnych tonacjach. Dla mnie to narzędzie, które pozwala mi robić muzykę w taki sposób, aż zabrzmi tak, jak tego chcę. Jeśli chcę zrobić jazz, blues, pop czy folk, jest dobrze znać trochę teorii i takie podejście wzmaga moją kreatywność. Ale nie ma tutaj reguł. Teraz kombinuję coś na gitarze. Próbuję grać codziennie po trochu z nut. To mnie naprawdę relaksuje. PAMIĘTASZ JAKIŚ BŁĄD, POMYŁKĘ, Z KTÓRYCH URODZIŁ SIĘ FAJNY POMYSŁ NA UTWÓR?

Tak, numer „Glassic” to błąd mojego sekwencera. Nagrałam to, ponieważ bardzo spodobało mi się to, co się wydarzyło. Pomyłki są świetne!

CZUJESZ SIĘ CZĘŚCIĄ MINIMALOWEJ SCENY?

Niezbyt. Nie czuję tego i jestem trochę nieświadoma w tej kwestii. Nie wiem. Może byłam? BERLIN TO TWOJE ULUBIONE MIEJSCE DO GRANIA?

Wydaje mi się, że ludzie tutaj są naprawdę otwarci i nigdy nie masz ciśnienia, by zagrać mocniej jak w innych krajach. Możesz wrzucić cokolwiek, a ludzie mają do tego szacunek. Wydaje mi się, że lubię tu grać, bo jestem rezydentką najlepszego – przynajmniej dla mnie – klubu, czyli Berghain/ Panorama Bar. PRZEZ DŁUGI CZAS UCZYŁAŚ SIĘ TAŃCA. LUBISZ CZASEM WJECHAĆ NA PARKIET? PRZYGLĄDASZ SIĘ TAŃCZĄCYM LUDZIOM ZZA DECKÓW?

Przestałam tańczyć jakiś czas temu, ale uwielbiam tańczyć


*

>>>--------><------------------->----->>--w klubie, szczególnie przy house i disco. Lubię oglądać ludzi w tańcu. Bywa to zabawne. PODOBNO KUMPLUJESZ SIĘ Z MAGDĄ?

Uwielbiam Magdę, jest świetną osobą i moją przyjaciółką. Gdzieś w 2001 roku zaprosiłam ją, by zagrała na imprezie, którą robiłam w Nowym Jorku. Spodobała mi się tak bardzo, że wciąż ją zapraszałam i w efekcie stała się rezydentką na tej imprezie. MUSIAŁAŚ WYJECHAĆ Z USA PO 11 WRZEŚNIA, BO NIE PRZEDŁUŻYLI CI WIZY. MIAŁAŚ PARĘ DNI, ŻEBY SIĘ SPAKOWAĆ I WYJECHAĆ. JAK SIĘ WTEDY CZUŁAŚ?

To był ciężki moment. Byłam bardzo przywiązana do Nowego Jorku, czas płynął tam tak szybko... Nadszedł czas wyjazdu, ale nie było to łatwe po tak wielu fajnych latach tam spędzonych. Dziś tak się zżyłam z Berlinem, że nie mogę sobie wyobrazić życia z powrotem w Nowym Jorku. TWOJA TUŁACZKA CHYBA SIĘ SKOŃCZYŁA. STARASZ SIĘ O NIEMIECKIE OBYWATELSTWO?

Nie wiem, czy kiedykolwiek oddam swój chilijski paszport. To bardzo trudna decyzja. Mam kartę stałego pobytu, choć musiałam czekać na nią ponad półtora roku. Potem miałam problemy, ale bardziej biurokratycznej natury, jednym z nich było odnawianie karty pobytu co rok i przynoszenie tony papierów. Na szczęście koszmar się skończył. Niemcy aprobują ludzi, którzy przystosowują się do ich systemu i zasad, płacą podatki, uczą się języka itd. Jeśli tak robisz, będą cię szanować.

TEKST Piotr Nowicki FOTO Mat. promo

47


* *

nasza płyta

*

AUDIOAUTOPSJA,

CZYLI GABBAKICK W ETERZE Pokrzywa, która wyrosła na niewypale...

kraju można posłuchać w radiu takich wykonawców,

Co to za miasto: położone jest ponoć nad morzem, bliżej

jak Calibre, High Contrast czy Pendulum, jednak

stamtąd do Berlina niż do Poznania, ale mimo to mówi

„AudioAutopsja” zamiast powyższych serwuje raczej

się, że nic się w nim nie dzieje? Szczecin. Właśnie tam,

Current Value, Vanetian Snares czy DJ Scuda, czyli tę

nieco ponad pół roku temu, powstał innowacyjny projekt

znacznie mniej przystępną formę elektroniki, której

radiowy – lokalna rozgłośnia Szczecin.FM. Pierwsza

wpływ na muzykę współczesną rośnie wręcz z miesiąca na

państwowa częstotliwość w eterze o charakterze miejskim.

miesiąc, a mimo to, poza tematycznymi forami i kilkoma

Nastawiona głównie na ambitne dźwięki i pozbawione

tytułami prasowymi, nigdzie się o niej nie mówi.

polityki oraz dziur w jezdniach serwisy informacyjne, wymagającego słuchacza, który często wyjeżdża, ale

Policzek wymierzony panującemu porządkowi

zawsze wraca i zamiast oglądać kolejny kasowy przebój

Można postawić pytanie, czy owe dźwięki potrzebują

w multipleksie, woli zobaczyć wystawę w jakiejś

mainstreamizacji i zainteresowania mediów, jednak

niebanalnej przestrzeni. Na dokładkę: nie utrzymuje

faktem jest, że ich kondycja, wpisany w konwencję

się z publicznych pieniędzy. Wygląda to na misję tyleż

eklektyzm i naturalna potrzeba przecierania nowych

interesującą, co karkołomną. Zwłaszcza w Szczecinie.

szlaków w takich dziedzinach, jak mastering czy

Jeszcze ciekawszą innowację stanowi jeden z programów,

aranżacja, są na tyle ciekawym zjawiskiem, że wielkim

zlokalizowany w ramówce w każdy poniedziałek pomiędzy

błędem byłoby pominięcie ich milczeniem. Coraz więcej

22.00 a 23.00, o nazwie „AudioAutopsja”. Co w nim

poszukujących i rozpychających konwencje twórców

innowacyjnego? Otóż w założeniu jest to „3600 sekund

generuje prawdziwe majstersztyki, które pomimo

z najcięższymi odmianami elektroniki”; można w nim

swojej szorstkiej i nieprzyjemnej na pierwszy rzut

usłyszeć: jungle, drum’n’bass, breakcore, gabba, IDM,

ucha aury, nadają się nie tylko na ogromne sound

8bit, hardcore, drill’n’bass, old school i tym podobne

systemy. Często z tą muzyką łączy się także ściśle

boryka się z niełatwym zadaniem spełnienia oczekiwań

48

historie. Owszem, gdzieniegdzie na terenie naszego


* aspekt, który wyniósł na piedestały muzykę punk

nazwiska światowego formatu, jak np. Neil Landstrumm,

– wielu ludzi bez wykształcenia muzycznego próbuje

opowiadały o tym, jakiej muzyki nie lubią. Innym

swoich sił w rzeczonych gatunkach, jak się często

razem, jak np. Leon Switch, dochodziły na antenie,

okazuje, ze znakomitymi skutkami. Stąd też zapewne

dlaczego dubstep robi furorę na podobieństwo dance’u.

biorą się kolejne kuriozalne przykłady polskich

Jeszcze innym razem promotor jamajskich vibe’ów i stary

artystów, którzy daleko bardziej są znani i doceniani

soundsystemowiec (z 14-letnią tradycją) – Matus I wpadł

za granicą niż w naszym kraju. A naprawdę mamy kogo

do studia, naprostowując kwestie wpływu starego na nowe

łechtać, że wymienimy tu choćby I:gora i Ślepców, którzy zasilają szeregi światowej pierwszej ligi, wydając dla najznamienitszych wytwórni, zdobywając uznanie krytyków i publiczności oraz przyciągając autentyczne tłumy chętnych ich posłuchania niemal na całym świecie. Oczywiście z wyjątkiem krainy nad Wisłą. Fala muzycznych samorodków, która wezbrała pod koniec lat 90. ubiegłego wieku, przyniosła nam wiele innych nazwisk. Działalność ich właścicieli spokojnie możemy uznać za dźwięki na europejskim poziomie (co w większości przypadków oznacza poziom światowy, gdyż to do Starego Kontynentu właśnie ciągle należy hegemonia w dziedzinie najcięższych odmian elektroniki). Nie ma wątpliwości, że należy o tym mówić i pisać, zwłaszcza dzisiaj, w czasach wszechobecnej tandety produkowanej seryjnie dla mas, która swoje

oraz wyjaśniając, co oznacza, coraz bardziej ostatnio

wybory podejmuje via szata graficzna reklamy z napisem

popularne, słowo „bloodclath”.

„Doda”. Tym sposobem każdy, kto mieszka w Szczecinie

Jeszcze innym walorem „AudioAutopsji” jest

i w okolicach i ma w kuchni „kasprzaka”, może

prezentowanie nie tylko oficjalnie opublikowanych

posłuchać – niech będzie, że nawet w mono – zastępów

materiałów, lecz także perełek, które nie sposób

niemiłosiernie pociętych breaków i nieprzewidywalnych

usłyszeć gdzie indziej. Mowa tu zarówno o netlabelach,

pochodów gabberkicków. Ba, każdy, kto ma dostęp do

trudno dostępnych pozycjach oraz produkcjach

Internetu i mieszka nawet na Marsie, również może

wyciąganych wprost z producenckich szuflad! Jako że

uczestniczyć w owej uczcie dźwiękowej, której próżno

ciężar wartościowych dźwięków dawno już przeniósł

szukać na innych częstotliwościach przecinających

się z wydawnictw na sklepowych półkach do sieciowego

tereny Europy Środkowo-Wschodniej.

ścieku, a stworzenie profesjonalnie brzmiącego utworu

Człowiek uczy się całe życie

nie wymaga spędzania horrendalnie drogich godzin w studiu, „AudioAutopsja” bez większego żalu zdecyduje się zaprezentować ciekawy utwór producenta, o którym

Inną, ciekawą stroną programu jest również jego

nikt nie słyszał, niźli kolejną nudną pozycję stworzoną

muzyczno-słowny model. W zależności od idei konkretnego

przez wielkie/modne nazwisko.

odcinka audycji spełnia ona funkcje publicystyczne, innym razem edukacyjne. Po raz pierwszy więc w polski

O 3600 mostów za daleko

eter poszły takie pojęcia, jak: amen break, IDM,

Każdy, kto w jakikolwiek sposób żył, celebrował

digital hardcore czy gabba, w towarzystwie należytych,

i upajał się muzyką w najróżniejszych formach,

jak mniemamy, definicji i przykładów. Podobny podział

zderzył się kiedyś z potrzebą zarażania tą pasją

funkcji następuje również w przypadku gości. Nieraz

innych. Sposobów jest wiele: począwszy od kasetowej

49


* się nie może. Nie chodzi o to, aby naparzać splitterowym gromem z głośników za wszelką cenę, ale przede wszystkim pokazać innym, że pośród nawału łatwo przyswajalnych dźwiękowych popłuczyn, które na potęgę promują masowe media, warto otworzyć głowę na coś innego. Efekty mogą być zadziwiające. Na ten przykład: po jednej z audycji przyszedł do nas e-mail, którego autor pytał, co to za muzyka, jaki utwór poleciał w tej i tej minucie, oraz nie zdawał sobie wcześniej sprawy z istnienia podobnych dźwięków. Po kilku tygodniach ten sam jegomość napisał do nas ponownie, zdając relację z wielkiej multicore’owej imprezy. Trudno o większą propagandy w licealnych czasach, poprzez okupację

satysfakcję i bodziec do dalszego działania. Jednak

szkolnego radiowęzła podczas długich przerw, na

fakt, że nie zawsze jest tak kolorowo; czasami trzeba

partyzanckim przejmowaniu kontroli nad sound systemem

się nieco ugiąć i obniżyć poziom mocy emitowanego

skończywszy. Wszystkie te barwne opcje zawsze bardzo

materiału, choćby po to, żeby redakcja naczelna nie

cieszyły i cieszyć będą młodocianych propagatorów

dostała szału, a panowie z nasłuchu technicznego nie

rozmaitych brzmień. Jednak ich zasadniczym felerem

dostali wylewu.

jest ograniczona siła rażenia. Radio jest do tego

Chociaż czasami pojawiają się głosy, że tego typu

celu środkiem idealnym. Wierzymy, że na tych właśnie

brzmienia powinny pozostać w podziemiu, politykę

fundamentach wyrosły „Trzy kwadranse z jazzem”,

i ideologię „AudioAutopsja” zostawia za drzwiami

„Pozytywny eter” czy inne kultowe audycje. Dla nas

studia. Czy dobrze to, czy nie, oceni historia.

osobiście „AudioAutopsja” to nie tylko niewyobrażalna

Kiedy jednak nadejdzie taki dzień, gdy doczekamy się

frajda napastowania brutalną elektroniką przypadkowych

breakcore’owych aranżacji kolejnego hitu Dody lub kiedy

słuchaczy, lecz także w dużej mierze ww. misja

Feel wyda album z idmowymi remiksami swoich piosenek,

edukacyjna. Przybliżenie zwykłemu zjadaczowi chleba

klniemy się na amen break oraz inne nieśmiertelne

wagi kultu amen breaka czy omówienie wagi przesteru

funkowe breakbity, że popełnimy na antenie seppuku

stopy z TB-303 dla hardcore’u i gabberu powoduje

płytą winylową, a nasze prochy zostaną zakopane pod

dodatkową satysfakcję, z którą nijak molestowanie

toaletą w kwaterze głównej ZAIKSU w Mordorze. Póki co

nie

a yn

jmo

w an

ie , w

nie d o

wyk ona ń

in

ad ań

podróży komunikacją miejską, równać

odsłuchu i współpracy!

pu bli cz ny

ne.

Wsz ystk ie

onio ab r ia z

pra w

len

az as

,w

będziemy robić swoje. Serdecznie więc zapraszamy do

wo ez zz be

trz

a ow pi Ko

i wykorzystywa

ch

eż on e.

staruszek hałasem ze słuchawek, podczas czanie yp o ży

Tekst Szymon „Zombie” Karpierz i Maciej „Nieżytboy” Cybulski (autorzy programu „AudioAutopsja”)

Patron medialny:

�����������������������������

50

���������������������

Jeden z prowadzących audycję – nasz stary, dobry ziom „Zombie” – przygotował dla was płytę „Prąd zmienny”, którą dołączyliśmy do tego numeru LAIFa. Jest mrocznie, a czasem nawet skocznie (przyp. rednacz).


****** SZTOS ***** BUJA **** WCIĄGA *** DAJE RADĘ ** NIE RUSZA * MĘCZY

RECENZJE

FLYING LOTUS, LA EP 3

”Świetnie się tego słucha, choć uważam, że jest to ciężka praca nawet dla recenzentów o wyrafinowanym guście muzycznym“ - Rawski

FAT FREDDY'S DROP, DR. BOONDIGGA & THE BIG BW ”Może nieco bardziej elektroniczny niż słynny debiut Based On A True Story, ale wciąż zawierający tę niezwykłą, bardzo urokliwą miksturę muzyki dub, soulu, bluesa czy hip-hopu, zdominowaną przez genialny, wręcz uleczający głos Joe Dukiego.“ - Harper

SIMIAN MOBILE DISCO, TEMPORARY PLEASURE

”Z jedenastu utworów tylko jeden nie zasługuje na większą uwagę, pozostałe to kawał dobrej muzyki tanecznej.“ - Bert


READY FOR THE WEEKEND SONY MUSIC POP/INDIE POP

**i pół

Nie wiem co począć z moim dawnym ulubieńcem. Kiedyś go wielbiłem. Za to, że nagrał genialną płytę „I Created Disco”. Niestety przyszło rozczarowanie. Calvin nie jest już starym Calvinem, a talent i świeżość brzmienia to już przeszłość Szkot musiał dużo myśleć o swojej artystycznej przyszłości i ostatecznie postanowił nagrać płytę popową. Czyli taką, która dotrze do mas. Tyle że pop Calvina jest równie świeży jak uroda Lady Gagi. Oczywiście znajdziemy tu przeboje – mało wybredne hicory takie jak trance’owy koszmarek „Im Not Alone” czy „Ready For The Weekend” albo inny gniot – „You Used To Hold Me” (nie mylić ze słynnym chicagowskim klasykiem). Na szczęście, nie wszystkie nagrania spełniają kryterium mega kiczu. Płytę od całkowitego zatonięcia ratuje kilka niezłych utworów – otwierający album „The Rain”, chilloutowe „5iliconeator”, „Burns Night” oraz indiepopowy „Stars Come Out”. Słuchając tego ostatniego przypomina mi się jak utalentowanym producentem był kiedyś Calvin Harris. Niestety, to już tylko historia...

52

---------------------------------------------

CALVIN HARRIS

--------------------

*

V/A Gomma Gomma

Dance Tracks Vol.2

disco/electro

***** Niemiecka Gomma to jedna z moich ulubionych wytwórni płytowych. Prowadzą ją Mathias Modica oraz Jonas Imbery. Panowie nie tylko mają oficynę, ale także sami tworzą, i to z dużym powodzeniem. Ten pierwszy nagrywa jako Munk, drugi zaś przyjął pseudonim Telonius. Dla Gommy wydają także Who Made Who, Headman, Rodion, In Flagranti i to wlaśnie oni są bohaterami tej kompilacji. Z góry ostrzegam – na drugim krążku z serii „Gomma Dance Tracks” nie znajdziemy nowości płytowych, ale kolekcję starych, choć wciąż świeżo brzmiących klasyków z katalogu wytwórni. Większość z nich ukazała się na singlach, dziś trudno dostępnych, a niektóre mają nawet 10 lat. Wiek nie ma jednak znaczenia – mimo upływu lat, klasyków Gommy słucha się doskonale. Co znajdziemy na tym krążku? Disco, electro, balearic i elektronikę. Najwyższych lotów.

*---------------------------------------------->

2020 Soundsystem Falling 2020 Vision

groovy deep house

*****

Na tę płytę czekałem długo – aż 4 lata! W 2005 roku ukazał się debiutancki krążek formacji 2020 Soundsystem – świetny dwupłytowy album „No Order”. Dlatego na kolejne wydawnictwo tej formacji warto było czekać. Skład 2020 pozostał niemal niezmieniony. Obecnie grupę z Leeds, kierowaną przez szefa wytwórni 2020 Vision – Ralpha Lawsona współtworzą Argentyńczycy Fernando Pulichino, Julian Sanza i Anglik Danny Ward. Podobnie jak w przypadku debiutu króluje tu groove, czyli pulsacja bębnów i basu wzbogacona o przestrzenne, ale wpadające w ucho melodie. Znajdziemy tu wolne i nastrojowe nagrania (rewelacyjny wokalny „Ocean”), deep house („Sliding Away”) i punk funk w „Dark Matters” (posłuchajcie tego basu!). Nie brakuje też parkietowych wymiataczy („Bisco”), a także gitarowego „Closure”. Myślę, że tego ostatniego nagrania nie powstydziliby się sami Stone Roses. Mimo stylistycznej różnorodności płyta brzmi bardzo spójnie i słucha się jej niezwykle przyjemnie. Prawdę mówiąc, nie mogę się od niej uwolnić – groove w wydaniu 2020 Soundsystem naprawdę uzależnia...

*---------------------------------------------->

Simian Mobile Disco Temporary Pleasure Witchita

indie electro

**** Na temat tej płyty dyskutowałem ostatnio z Tomkiem Rawskim. Mój rozmówca stwierdził, że najnowszy krążek SMD nie jest odkrywczy i przez to słaby. Zgadzam się z nim połowicznie – płyta, owszem, nie jest odkrywcza. Ale to nie znaczy, że jest zła. Wręcz przeciwnie. Większość utworów ma charakter „piosenkowy” – na „Temporary Pleasure” pojawia się wielu gości m.in. Gruff Rhys (Super Furry Animals/Neon Neon), Chris Keating, Jamie Lidell, Young Fathers i Beth Ditto. Płyta jest różnorodna stylistycznie – na albumie pojawiają się odniesienia do italo disco, electro, chicagowskiego house’u i minimalu. Z jedenastu utworów tylko jeden nie zasługuje na większą uwagę, pozostałe to kawał dobrej muzyki tanecznej.

Wielbiciel kotów, piłkarz amator, badacz starożytnego Rzymu i namiętny czytelnik książek Arturo Pereza-Reverte. Didżej, radiowiec, promotor i producent. Współtworzy: Boogie Mafię, Electricity i Defucted.Prowadzi klubową audycję w radiu Euro.

BERT


Fat Freddy’s Drop

*

DR. BOONDIGGA & THE BIG BW THE DROP

MIÓD NA USZY, RADOŚĆ DLA DUSZY

****i pół

People,

Downtown/Mad Decent cartoon dancehall i pół

****

Major Lazer to projekt dwóch wybitnych twórców i trendsetterów muzyki klubowej, Diplo oraz Switcha, zrodzony z miłości do cyfrowego reggae i muzyki dancehall (kłania się Ward 21). Całość ma komiksowo-westernową oprawę („Major Lazer” to czarnoskóry jamajski komandos z laserem zamiast ramienia walczący z hordami zombie i wampirów) i wyraźnie słychać, że przy tworzeniu albumu obaj panowie bawili się znakomicie. Przede wszystkim jednak błyskotliwe i pomysłowe produkcje Switcha i Diplo budzą szacunek, w większości przypadków zachwycają i – co najważniejsze – porywają do tańca. Od klasycznych reggae’owych wibracji i futurystycznych dancehallowych wygibasów aż po tzw. surf music, baile-funkowe trąby urastające do roli całej sekcji dętej, a nawet po bounce’ujące electro i ten wszechobecny, wyciśnięty do granic możliwości auto-tune... Switch i Diplo tak bardzo wczuli się w swe role i uprawiany gatunek, że „Gunz Don’t Kill People...” zarejestrowali w słynnym studio Tuff Gong na Jamajce, a do udziału w projekcie zaprosili takie wokalne gwiazdy, jak: Mr. Vegas, Ms Thing, Vybez Kartel, T.O.K. czy Turbulence. W dodatku ową dancehallową stylistykę przyswoili sobie z całym inwentarzem, czyli niestety również z kiczem (najgorsze na płycie singlowe „Keep It Going Louder”), seksizmem i wulgarnością („What U Like”) oraz infantylnością („Mary Jane”). Bez tych kilku elementów i bez kilku nagrań mielibyśmy do czynienia z albumem wybitnym, a tak mamy jedną z najbardziej wyczekiwanych i najlepszych rozrywkowych propozycji tego roku.

*---------------------<<------>

Lazers Do

------------------------------------------------------*

Major Lazer Gunz Don't Kill

Takie rzeczy to tylko w... Nowej Zelandii. Dr. Boondigga & The Big BW, drugi studyjny krążek grupy Fat Freddy’s Drop, wypełniony mało radiowymi nagraniami o przeciętnej długości siedmiu minut, już w ciągu pierwszych czterech dni od premiery był najlepiej sprzedającym się albumem w rzeczonym kraju. A u nas? U nas Patrycje, Kasie, Anie i piaskiem w uszy. Tym bardziej więc należy podziwiać, gratulować gustu i radować się nowym materiałem Nowozelandczyków. Może nieco bardziej elektronicznym niż słynny debiut „Based On A True Story”, ale wciąż zawierającym tę niezwykłą, bardzo urokliwą miksturę muzyki dub, soulu, bluesa czy hip-hopu, zdominowaną przez genialny, wręcz uleczający głos Joe Dukiego. Nowością są tu subtelne odwołania to syntezatorowego digital reggae oraz głębokiego, berlińskiego techno-dubu, całość ma jednak organiczny charakter, brzmi ciepło i słonecznie i urzeknie oraz rozbuja każdego, kto stanie płycie na drodze.

Ward 21 Genesis

DHFR Records dancehall i pół

****

Nareszcie. Moja ulubiona, zwariowana i postępowa dancehallowa załoga Ward 21 wydała nową płytę. Po słabszym i nagranym na potrzeby japońskiego rynku albumie „King Of The World” sprzed trzech lat Suku, Meandog oraz Kunley (już bez Rumblooda) znów są w świetnej formie. „Genesis”, czwarty krążek w dorobku zespołu, to kwintesencja stylu Ward 21. To oszczędnie brzmiąca, lecz solidnie wyginająca biodra futurystyczna „cyfrowa” muzyka, w której oprócz Jamajki słychać również hip-hop (szczególnie crunk) czy electro-klubowe grepsy. I do tego znakomite, szalone i rozpisane na głosy wokale... Ze swoim nowatorskim podejściem, niezwykłymi pomysłami i mimo wszystko zacięciem do nośnych refrenów, zamiast tworzyć dla mało znanej austriackiej wytwórni, Ward 21 powinni być dziś tam, gdzie The Neptunes czy Timbaland. Pomóżmy im w tym.

-------------------------------------->

Shafiq Husayn Shafiq' En A-Free-Ka Plug Research/Rapster

afro-space soul, czyli jak skopać tyłek sobie oraz kolegom z zespołu i pół

*****

Jak na wyznawcę kultu Sa-Ra (Creative Partners) przystało, zachwycam się wszystkim, do czego dotkną się członkowie tej future-soulowej formacji. Bardzo podoba mi się również ich nowy album „Nuclear Evolution: The Age Of Love”, przyznam jednak, że ów materiał – choć zacny – niespecjalnie mnie zaskoczył i, przy całej mojej miłości, chwilami nawet nieco znudził. Solowa płyta Shafiqa Husayna, jednego z trzech członków Sa-Ra, trafia do mnie z impetem w głąb. Zgodnie z zapowiedzią, która pada już na wstępie, aktywuje bowiem nie tylko umysł, lecz także ciało. Podrasowana witalnym afro-beatowym rytmem jest bardziej „groovy”, za to mniej oczywista niż dzieło całego zespołu. Mimo obecności „Cheeby”, kosmicznego przekazu oraz wciąż eksperymentalnego zacięcia, nie spowija jej i nie obciąża gęsty, psychodeliczny dym, a błysku i melodii przydają wokale takich gości, jak: Bilal, Fatima, Jimetta Rose czy Count Bass D. W planach solowe płyty pozostałych członków grupy plus produkcje na potrzeby nowego albumu Eryki Badu. To oznacza, że kult Sa-Ra tylko się rozprzestrzeni.

HARPER Boogie Mafioso, członek kolektywu Beats Friendly oraz Euro-radiowiec. Za deckami Zwierzak, a poza tym funkowy romantyk na tropie perfekcyjnego (stutonowego) beatu i groove’u. Podobno trochę wie.

53


Beat Pharmacy Wikkid Times -

Versions/Remixes Deep Space

dub-techno

***** Można uznać tę płytę za powtórkę z rozrywki. Materiał wyjściowy był rewelacyjny, ale widocznie Brendon Moeller postanowił zapodać więcej „dubu w dubie”. Kawałki nie tracą nic z tanecznego klimatu, rytm jest wciąż obecny, jednak przestrzennie to zupełnie inny wymiar i jeśli zakochaliście się w brzmieniu oryginału, to „versions” wejdzie jeszcze głębiej! Jakby tego było mało, to dub-wersja „Wikkid Times” jest tylko przystawką do albumu z remiksami. Otwiera go Minilogue, czyli minimalowe wcielenie progresywnego Son Kite, rewelacyjnym miksem „Rooftops”. Z niemal tak samo dobrych fragmentów wyliczę technodubowy miks XDB, dubstepowy Hedhuntera czy ambient-dubowy Quantec. Jeszcze więcej „dubu w dubie”? Choć osobiście wolę „versions” niż „remixes”, to dubu wciąż mało – takich frykasów nigdy dość.

---------------------------------------------------

*

*----------------------------------------------------------->

Dialogue Patchwork Spintwist progressive trance

*****

Boris Blenn Berlin Files vol. Electric Universe

1

techno

*** Internet zwalnia od odpowiedzialności? Takie wrażenie można odnieść po kolejnym albumie niemieckiego producenta znanego z psytransowego Electric Universe. Zaledwie kilka miesięcy temu pojawiła się bardzo elektryczna płyta „One”, a tymczasem do webowej dystrybucji trafia kolejna, zapowiadająca, jak można sądzić po tytule, większy cykl. Podobnie jak w przypadku „One” Boris posługuje się swoim logo w formie okładki, a numery opublikował zaraz po zakończeniu produkcji całości. Internet daje przewagę, jest szybki, tylko czy warto słuchać taśmowo produkowanych bitów? Nowsze o pół roku produkcje Blenna nie są już nasączone electro, dalej jest w nich funkujący rytm, ale brzmieniowo skręcają w stronę techno. Jest skocznie, pulsująco, tanecznie i pozytywnie. Jest niestety także nudno, bo monotonnie, i to już po trzecim, najfajniejszym kawałku.

*---------------------------------->

Do grona udanych wydawnictw niemieckiego labelu, obok Day.Din, Aerospace, Neelix czy Kularis, dołącza debiutujący na scenie progresywnego transu duet Jan Korte i Stefan Feuerhake. O ile pierwszy z nich nie ma zbyt pokaźnego dorobku, poza jednym solowym albumem i tuzinem kawałków na różnych składankach z „goa” w tytule, o tyle drugi z producentów jest znaczącą postacią niemieckiego transu. Najbardziej znany jest z psy-prog-eksperymentalnego trio Klangstrahler Projekt, z którym występuje już 10 lat. A obecnie, spijając młodą krew, psychodeliczne dźwięki opakował w neo-transowe, minimalistyczne bity. Trzy pierwsze kawałki wprowadzają w klimat, rewolucji nie ma, ale ucho jest zadowolone. Czwartym kawałkiem („Quattro Fromaggi”) duet roznosi zaś w pył każde klubowe wrota, czy to techniczne, armadowe, czy psychodeliczne. Kolejnym („Wir”) – ustanawia rekord w kombinacji prostoty z prostactwem, co w połączeniu najzwyczajniej w świecie kopie po jajach! Tak samo jak „Quattro Fromaggi” porywający jest „Moments”, choć zdecydowanie bardziej wymierzony w neotransowe gusta. Po trzech tak masakrujących kawałkach zamykające trzy nie wypadają już tak dobrze, bo mają nieco spokojniejszy charakter. Szczególnie zamykający „Who Is That Guy”, który snuje się po klubie, wypełniając pomieszczenie dźwiękami saksofonu. To właściwie jedyny fragment płyty, który możemy odnieść do lubiącego eksperymenty na polu psy-transu Klangstrahler Projekt.

-<

-----<-<-<---------<-----<<-------------------<---------<-<-<--------

Voodeux THE PARANORMAL MOTHERSHIP VOODOO-MINIMAL

*****i pół Trochę czarnej magii w techno. Trochę pomysłowego minimalu i świetnej produkcji. Pod nazwą Voodeux kryją się Amerykanie Tanner Ross i James Watts, doskonale znani z projektu KiloWatts. I wreszcie ich nie pierwsze wspólne wydawnictwo doczekało się klasyfikacji jako album. Puka, stuka, szumi, brzęczy, pojękuje i pulsuje – taki obraz zostawia po sobie 10-utworowa płyta – jednak to zbyt wielkie uproszczenie. Ważna jest zarówno bardzo kliniczna, oszczędna hi-techniczna produkcja, ale i klimat, nieco mroczny, paranoidalny, klaustrofobiczny. Nad całością czuć jednak, że to ludzie, a nie maszyny, stworzyli tę brzmieniową kreację. A do tego trzeba dodać, że nad produkcją czuwał Claude VonStroke! Od czasów świetności Plastikmana nie sądziłem, że minimal może być tak wciągający i niejednostajny.

DRWAL

54

Niedoszły romantyk, naginacz prawdy i gubernator własnego przewodu pokarmowego. Zamiłowania do majsterkowania nauczony od gnomów. Dzięki premii od charyzmy stał się bardem-gramofonistą. Z LAIFem od zarania dziejów.


Dinky ANEMIK

*

WAGON REPAIR MINIMAL HOUSE

*****

Ola z Berlina ma niesamowitą wyobraźnię i potrafi swoje wizje kompletnie transferować muzyką na odbiorcę. W nowym albumie nie zrezygnowała ze stylistyki bliskiej minimal house, której jest wierna od początku, i z zaciekawieniem przysłuchiwałem się pomysłom, które aplikuje, by nadać tej stylistyce intrygujące oblicze, jakby na przekór tym wszystkim, którzy definitywnie skreślili minimal i jego twórców. Tytuł płyty nadzwyczaj trafnie sugeruje specyficzną atmosferę albumu: miarowy puls, senność jak w gorące letnie popołudnie, sample wrzucane w pierwszych utworach niby niedbale, sprawiające wrażenie, jak gdyby artystka chciała ułożyć rozrzucone po wieeelkim pokoju przedmioty, zdjęcia i myśli. Zatopieni w „Romaniks” rozpoczynający się zwodniczym pianem doświadczamy swoistych halucynacji z ludowymi zaśpiewami w tle. Saksofon, „milesowska” trąbka i basowy walking w „Westoid...” brzmią niczym minimal swing z delikatną wokalizą Dinky i kontrującym ją swym barytonem Jorge’em Gonzalesem. W „Rainfalling” artystka czaruje zestawieniem Rhodesa i gitary, tworząc oniryczny pop. Tytułowy numer przewrotnie wnosi trochę więcej życia, a w „Glacial” spadające niczym w jaskini „wokalne” krople przenoszą naszą wyobraźnię w zupełnie inny świat. „Ceramik” to najbardziej motoryczny track na płycie, rozwija się niczym rasowy, house’owy klasyk, a wokalne sample zaaplikowane nad funkującym bitem w „Skyped” to prawdziwy majstersztyk. I to nie koniec, bo intymny świat, który pani Ola Iglesias nam prezentuje, jest niezwykle intrygujący lub – mówiąc wprost – uwodzicielski.

Broque techno/house/ambient

****

Monachijczyk Heiko Schwanz, czyli Granlab, jest współzałożycielem netlabela Broque, w którym wydał omawiany minialbum składający się z ośmiu kompozycji. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych wydawnictw stawia na klimatyczny miks ambientowych przestrzeni, bliższych lounge roomom niż tanecznym parkietom, oraz rytmicznych kawałków, którym przez finezyjną produkcję daleko do balangowej łupanki. Pierwsze dwa, spokojne numery mają w sobie tę charakterystyczną, niemiecką melancholię, tu przyprawioną skandynawskim chłodem (w jesienno-zimowym „Wintermorgen”). Po nich przychodzi techno. Taneczne, jak w numerze tytułowym, i finezyjne, pełne szklanych paciorków, jak w „Bittersweet”. Nicość „Between Nothing” to kameralna i intymna wypowiedź w stylistyce lajtowego IDM. Finałowy „Silhouette” oparty jest na prostym bicie 4/4, a plamy klawiszy i nienachalny bas nadają muzyce wielowymiarowości i kosmicznego uroku. „Przemysłowe romanse” przynoszą z muzyką zwątpienie, rozterki i naiwny optymizm. Zupełnie jak zakładowe romanse w realnym życiu.

PIOTR NOWICKI

Applescal A Slave's Commitment Traum

techno

***** Gość ma 21 lat, na fotkach wygląda, jakby dopiero co sztachnął się w liceum pierwszą fają, a tymczasem Traum wydaje mu debiutanckiego longplaya! No to się porobiło! Ale nie dziwię się Rileyowi, szefowi Traum Records, który stwierdził, że pochodzący z Bredy Pascal Terstappen ma tyle do powiedzenia, że EP-ka to za mało. Młodzian stworzył bowiem spójny album, opowieść z sensownymi rozdziałami, pełną dojrzałej treści – zaskakującej, zważywszy na wiek i doświadczenie autora. Pod względem formy nie jest to może coś nowatorskiego, ale kombinacja młodzieńczej wrażliwości, naiwności i bardzo poprawnego warsztatu producenckiego zaowocowała numerami, które mają to „coś”. Autorskie, niewyszukane brzmienia i patterny oraz filmowa kinematyka, wypchnięta ponad bit, surowa i dość prosta w formie, to przykłady, jak stosunkowo prostymi metodami osiągnąć bardzo sugestywne efekty. Dodajmy do tego przemyślaną dramaturgię (im bliżej końca albumu, numery są coraz ciekawsze) i mamy bardzo dobry album, świetny jak na debiutanta. „The Forms Of Abstract Life”, „How Heroes Die”, „The Red Dress”, ballada z wokalem „Sjeesh Up” i finałowy „Reeeer” to moje ulubione kawałki. Debiut roku? Wielce prawdopodobne.

------------------------------------------------------------------------>

Romances

------------------------------------------------------>

------------------------------------------* Granlab Industrial

Lusine A Certain Distance Ghostly

pop + IDM

****i pół Nowa płyta Jeffa McIIwaina jest bez wątpienia cieplejsza, mniej „szumowo-eksperymentalna”, a w połączeniu z wokalami w kilku utworach quasi-popowa. Jakkolwiek sam producent nie lubi łatki IDM, to jednak taką muzykę bez wątpienia tworzy, ale tymi nagraniami wychodzi poza matematyczno-abstrakcyjny kanon. Otwierająca album kołysanka to muzyka ilustracyjna, ale wydany na singlu „Two Dots” to już quasi-popowy hicior, bliski pociętym wokalom Akufena – lekki, beztroski i inteligentnie zrobiony. Kolejne numery już tak popowe nie są, może z wyjątkiem piosenki „Twilight”, ale też nie obciążają zbytnio szarych komórek, zbliżając całość do przyjemnego elektronicznego tła, które uspokaja elektryczne przebiegi po synapsach. Przyjęta przez twórcę formuła powoduje, że kolejne kompozycje wtapiają się jedna w drugą, aby totalnie nie przysnąć, mamy przerywniki w stylu akufenowskiego minimal house’u w „Every Disguise”, afterkowatego deep-house’u w „Crowded Room” czy zabawy z wokalnymi samplami w „Gravity”. Określenie Vladislav Delay z Seattle, przeczytane tu i ówdzie, pasuje do części twórczości artysty, ale w przypadku tej płyty nie jest do końca trafne – tu więcej jest skojarzeń z Akufenem. Lusine to mapowanie ludzkich emocji poprzez technologię – głosi ulotka informacyjna albumu. Nie wymyśliłem nic lepszego, może dlatego, że ten krążek tak znakomicie resetuje mózgownicę.

Niezależny krytyk i dziennikarz muzyczny. Rzecznik prasowy dwóch edycji festiwalu Creamfields. Faworyzuje niemieckie produkcje, toleruje drum’n’bass,nie lubi hip-hopu (z małymi wyjątkami).

55


*

Future Soul

future soul i pół

****

Pochodząca z Los Angeles wokalistka o korzeniach sięgających Trynidadu, Joy Jones, zaczynała w kościelnym chórze, by później zainteresować się freestyle’ową poezją i komponowaniem własnych utworów. Po przeprowadzce do Londynu współpracowała m.in. z Kaidim Tathamem, a także Bugz In The Attic, dzięki czemu odnalazła swojego muzycznego mentora w osobie Daz-I-Kue, który pomógł wyprodukować jej debiutancki album. „Godchild” to całkiem nowoczesna, choć nieprzekombinowana płyta. Początkowy „This Too” przypomina zwolniony beat Bugzów, a singlowy „Joy” pojawia się od razu w remiksie Daza, mimo że oryginalna wersja jest w istocie o wiele lepsza. Brokenbeatowe wpływy słychać też w „Hollywood” i „Promised Land”, w którym znakomicie wykorzystano conga. Większość materiału wypełniają wyciszone, kontemplacyjne kawałki, takie jak „Nomad”, „Constellations”, „Right Now” czy znakomita ballada jazzowa „Glass Boxes”. Bardzo ciekawy debiut niewątpliwie obiecującej, wrażliwej artystki.

<--------------------------------------------------------*

Joy Jones Godchild

V/A Browswood

Bubblers Four Compiled by Gilles Peterson Brownswood freestyle

***** Gilles Peterson przyzwyczaił nas już do wysokiego poziomu swoich składanek. Ambicją kompilacji jego wytwórni Brownswood było zawsze przede wszystkim prezentowanie nowych, mało znanych artystów. A zatem i czwarta część „Bubblers” na tym polu zdecydowanie nie zawodzi. Obok znanych z audycji BBC Worldwide, Mayera Hawthorne’a i El Michaels Affair, Floating Points czy Kafki, znajdziemy tu kolejną porcję odkryć, którym z pewnością warto przyjrzeć się bliżej. Są wśród nich przedstawiciele Francji (Souleance, Lisa Papineau), Wielkiej Brytanii (Keaver & Brause, Lone), Brazylii (Jam De Silva), Mali (Omou Sangare), a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. Pochodzący z DC producent yU pojawia się we frapującym utworze „yU”, znanym z wielu podcastów. Elektropopowe małżeństwo z NY, czyli duet New Look, zachwyca przestrzennym „Everything”, z kolei Misled Children to przypominająca nieco projet Mulatu Astatke & The Heliocentrics kolaboracja pomiędzy tajemniczym brodaczem z pustyni Mojave, Clutchym Hopkinsem, a freejazzowym saksofonistą tenorowym, znanym jako Odean Pope. Gilles po raz kolejny imponuje rozpiętością stylistyczną wybranych kawałków. Od retro soulu i funku, przez nowoczesne downtempo i elementy jazzu, po world music i ambientową elektronikę – selekcja znów przysparza wypieków na twarzy. Jak zwykle znakomita robota. Czekamy na więcej!

Maxwell BLACKSUMMER'S NIGHT

<---------------------------------------------------------COLUMBIA/SONY MUSIC SOUL

******

Prawdziwy soul jest domeną największych i to, że próbuje go uprawiać cała masa wokalistów, nie zmienia faktu, iż do historii muzyki przechodzi jedynie kilka najwybitniejszych nazwisk. Wiadomo że James Brown, Marvin Gaye, Stevie Wonder czy Curtis Mayfield to niekwestionowani geniusze. Ale jeśli zastanowić się, kto ze współczesnych artystów ma szansę dołączyć do prestiżowej listy klasyków wszech czasów, to właściwie realne szanse ma tylko dwóch panów (oczywiście panie to oddzielny temat) – D’Angelo i Maxwell. W latach 90. przyczynili się do renesansu klasycznego soulu, nazywanego wtedy neo-soulem, chyba tylko po to, żeby odróżnić go od wszechobecnego, plastikowego r’n’b. W 2000 roku D’Angelo swoim drugim albumem „Voodoo” ustawił poprzeczkę najwyżej, jak tylko się da, po czym... słuch o nim zaginął. Wydana rok później płyta Maxwella „Now” była całkiem przeciętna, dlatego też z o wiele większą niecierpliwością czekałem raczej na kolejne dzieło tego pierwszego. Jednak D’Angelo wciąż milczy, a tu tymczasem niespodziewanie po ośmiu latach powraca Maxwell. Już nie taki piękny i gładki, jak kiedyś, bo o wiele dojrzalszy i bez charakterystycznego afro na głowie. Za to muzycznie lepszy niż kiedykolwiek. Niepodatny na trendy, autotune’y i gościnnych raperów, serwuje oszczędny zestaw dziewięciu kompozycji w piekielnie eleganckim stylu. Niezależnie od tego, czy są to tradycyjne ballady („Pretty Wings”, „Stop The World”, „Fistful Of Tears”, „Playing Possum”) czy funkowe groovery („Bad Habits”, „Cold”, „Help Somebody”, „Phoenix Rise”), z każdego dźwięku na „BLACKsummer’s Night” wprost bije perfekcją. Doskonałe żywe aranżacje i organiczne brzmienie tworzą ponadczasową formę, która nie stara się być na siłę ani zbyt nowoczesna, ani zbyt retro. Sam Maxwell nie bez powodu zasługuje na miano godnego zastępcy Marvina – śpiewa przejmująco, gdzie trzeba łagodnie, a gdzie indziej z niespotykanym dotąd u niego pazurem. Słowem mamy kolejnego klasyka do soulowego kanonu, pozostaje tylko pytanie, czy największy konkurent – D’Angelo podejmie rękawice i pokaże, czy też jeszcze ma coś w zanadrzu. Ale tym razem to jemu nie będzie łatwo przeskoczyć poprzeczki ustawionej przez Maxwella.

MACEO 56

Didżej, koneser, współtwórca kolektywu Niewinni Czarodzieje. Fascynują go różne gatunki - od jazzu, funku i soulu po hip-hop, broken beat i techno. Nigdy nie ogranicza się w poszukiwaniu tego, co naprawdę wartościowe.


Downtown zwykły hip-hop

****

Nie mogę powiedzieć, żeby najnowszy album Mosa Defa wprawiał mnie w ekstazę. Może dlatego, że trochę nadużył zaufanie słuchaczy długimi przerwami między płytami, może też dlatego, że jego ostatnia produkcja nie zachwyciła ani nie wskazała też konkretnego kierunku, w którym raper podąża. Na szczęście na „The Ecstatic” jest lepiej, ale jakoś tak inaczej. Właściwie nie ma tu utworów w klasycznym tego słowa znaczeniu, no i przede wszystkim nie ma wyraźnych singli, które mogłyby zająć, jeżeli nawet nie miejsce „Ms. Fat Booty”, to chociaż „Umi Says”, a wszystko to w formie mikstejpu złożonego z luźnych myśli Mosa. Są momenty rewelacyjne, jak „Auditorium”, „Worker’s Camp” (znowu wyje!) czy „History” z gościnnym udziałem starego kumpla – Taliba Kweliego, ale są też chwile, kiedy nie wiadomo, o co chodzi i co usprawiedliwia obecność utworu na płycie. Dawno temu porzuciłem nadzieję, że Mos Def nagra coś na miarę „The New Danger”, i dlatego bardzo cieszę się z wydania „The Ecstatic”, nawet jeżeli ten album nie mówi nam nic nowego, czego nie wiedzielibyśmy już o nowojorskim raperze i aktorze. Mam też przesłanie dla wszystkich miłośników głębokich, przemyślanych, czarnych brzmień – pora szukać nowych idoli.

<-----------------------

Flying Lotus LA EP 3 Warp

flying music

****

<---------------------------------------------------------------------

Mos Def The Ecstatic

Oto trzecia część trylogii kalifornijskiej Flying Lotusa. W sumie to nawet dobry pomysł – dać nazwisko, inni niech rozwiną już wypracowaną koncepcję muzyczną, a i tak wszystko pójdzie na konto wyżej wymienionego. Moim faworytem na tej EP-ce jest Dimlite, który przetworzył we własnym rozpoznawalnym stylu „Infinitum”. Kolejnym z pewniaków jest Take z „Parisian Goldfish” – ten utwór można by spokojnie umieścić w encyklopedii jako przykład elektronicznego abstrakcyjnego hip-hopu, jeżeli oczywiście taki gatunek by istniał, a poza tym jeżeli w przyszłości istniałyby jeszcze encyklopedie (ostatnia mi znana nazywa się „wikicośtam” i choć z niej korzystam, to jakoś specjalnie jej nie wierzę). Pozostałe utwory na płycie również wstrzykują porządną dawkę awangardowych, obezwładniających barw, rytmów i dźwięków. Świetnie się tego słucha, choć uważam, że jest to ciężka praca nawet dla recenzentów o wyrafinowanym guście muzycznym (oczywiście nie piszę o sobie). Jak tak dalej pójdzie, to pewnie już niedługo usłyszymy Flying Lotusa w Programie II Polskiego Radia.

*------------------<-------------------

Dela Changes

Of Atmosphere EP

Drink Water

hip-hop from the 90�s

***

Dela! Nie De La Soul! Faktycznie można się pomylić, bo Dela (nie De La Soul!) ma podejście do hip-hopu, takie jak De La Soul (nie Dela!) mieli kilkanaście lat temu. Jest ciepło, miło, buja i wszystko zrobione jest według zasady: „to ma pływać, to ma głową kiwać”. Wśród gości pojawiają się m.in.: J-Live, Talib Kweli i Large Professor, a na deser dostajemy instrumentale. Wszystko jest tak klasyczne i nawiązujące do złotej ery rapu, że aż można to uznać za minus płyty. Wiem, że zwykle w recenzjach albumów z tej półki ronię kilka łez nad zmianami, które zaszły w hip-hopie, ale po cichu mam nadzieję, że jeszcze ktoś ten gatunek popchnie do przodu. No i od razu wiemy, że raczej nie będzie to Dela. Nie De La Soul!

RAWSKI

RJD2

*

YOUR FACE OR YOUR KNEECAPS IN RARE FORM THINGS GO BETTER INSTRUMENTALS RJ'S ELECTRICAL CONNECTIONS INSTRUMENTALS

*****

Ostatnio cicho było o RJD2 i na czoło abstrakcyjnego hip-hopu wysunęło się kilku producentów, ale z różnych powodów żaden z nich nie zajął jego miejsca. Na szczęście RJ nie tracił czasu i poczynił kilka konkretnych ruchów. Przede wszystkim założył swoją własną wytwórnię – RJ’s Electrical Connections, w której właśnie wydał w formie digitalnej trzy albumy zawierające B-strony, rarytasy itp. Właściwie w ciemno możecie kupić każdy z tych albumów. Dzięki nim możecie przypomnieć sobie o subtelnej magii, jaka otacza z pozoru proste bity RJD2. Niby to tylko instrumentale, ale każdy z nich opowiada osobną historię. To też świetna przygrywka przed wydaniem boksu podsumowującego jego dotychczasową karierę, którego premiera przypada na 20 października. Wszystko fajnie, tylko ja bym prosił, żeby wydał już nowy autorski album i naprawdę nie musi na nim śpiewać.

Didżej i producent, członek kolektywu Beats Friendly. Obecnie utanecznia utwory innych swoimi remiksami. Możecie usłyszeć go na falach Radio Euro. Zastanawia się czy chce zostać nowym Gillesem Petersonem...

57


V/A LEGENDS OF BENIN

ANALOG AFRICA AFROFUNK

***** „Legends Of Benin” to kolejna w katalogu Analog Africa kompilacja poświęcona muzyce z Beninu – małego afrykańskiego kraju wciśniętego pomiędzy Togo a Nigerię. Ten drugi jest powszechnie uważany za stolicę afrykańskiego funky, choć jak się okazuje, po przesłuchaniu tego albumu warto spojrzeć na to, co działo się po sąsiedzku. Na „Legends Of Benin” znalazły się nagrania czterech kompozytorów pochodzących ze starożytnego królestwa Dahomeju: Antoine Dougbé, El Rego et ses Commandos, Honoré Avolonto i Gnonnas Pedro & His Dadjes Band. Na płycie jako zespół towarzyszący pojawia się też TP Orchestre Poly-Rythmo, któremu Analog Africa poświęciło oddzielną kompilację. Tak naprawdę mogłoby to zrobić z każdym z wymienionych tu artystów. Muzyka z Beninu jest bardziej transowa w porównaniu z nigeryjskim afrobeatem. Jej puls i rytmika jeszcze mocniej nawiązują do plemiennych tradycji Zachodniej Afryki. Instrumentarium w przeważającym stopniu jest typowe dla muzyki zachodniej. Sposób jego wykorzystania jednak bliższy jest akompaniamentowi towarzyszącemu rytualnym tańcom niż temu, do czego przyzwyczaił nas James Brown. Nie zmienia to jednak istoty funkowego grania, które czy to amerykańskie, czy afrykańskie, ma jeden cel – zmusić ciało do ruszenia na parkiet.

58

<----------------------------------------------------------------------

*

Lee Perry vs. Horsepower Exercising On U Sound dubstep

**

To już kolejny koszmarek, który w ciągu kilku ostatnich miesięcy opuścił legendarną tłocznię jeszcze bardziej legendarnego Adriana Sherwooda. Kolejny, w którym ktoś z dubstepowych pionierów próbuje się zabierać do remiksowania materiału Lee Perry’ego. W tym przypadku padło na Horsepower, kolesiów, którzy w zasadzie dubstep wymyślili i którzy na kilka lat zamilkli. Od pewnego czasu próbują wrócić na scenę, jednak muzycznie dokonali wręcz regresu, próbując nadążyć za wyczynami małoletnich kolegów po fachu. Podobnie stało się w przypadku tego wydawnictwa. Z oryginalnego numeru ostał się w zasadzie tylko wokal Perry’ego. Reszta to dość mizerny i schematyczny dubstep, jakiego obecnie na pęczki. Serio zastanawiam się, jaki jest cel wydawania takich rzeczy... Czyżby komuś skończyły się pieniądze, czy może parcie na szkło tak duże, że aż mózg pokaleczyło? A może ja się po prostu gówno znam?

---------------------------------------------------------------<

Relocate/Buraka Som Sistema Hard Boogie For Dub Swingers EP (Part Iberian

Two)

dubstep

***** Ta EP-ka to niemal encyklopedyczny przykład na to, jak się powinno prowadzić label. Trzeba wziąć swój najlepszy rilis, dać go do zremiksowania komuś, na kogo spadło już trochę światowego blichtru, a na stronie B dowalić czymś jeszcze mocniejszym. Tak oto już trzecim wydawnictwem można sprawić, żeby nazwa małej, oderwanej od wielkiego świata oficyny stała się powszechnie rozpoznawalna. Ten najlepszy rilis to oczywiście „Dot Dot Dash” duetu Relocate, a ci sławni, co go zremiksowali, to Buraka Som Sistema. Wyszedł z tego całkiem przyzwoity imprezowy hicior walący środkiem niczym największe londyńskie muzyczne petardy. Najciekawsza jednak jest strona B tej dwunastki. „Origins” to Relocate w najlepszej formie. Bass’n’groove w najczystszej postaci. Najniższy bas świata, precyzyjne, miarowe bębny i echo swingujących lat 30. Strona A na czwórkę, strona B na szóstkę. W sumie daję piątke.

<------------------Southside Steppers When She Moves Soul Jazz

dubstep/dancehall

*****

Soul Jazz nie przestaje eksplorować basowego podziemia i wciąż wynajduje dla nas nie lada ciekawostki. Tym razem ta znana oficyna serwuje nam dubstep dla bansujących chłopaków i królowych tancbudy, czyli jamajskie wokale dwóch nawijaczy: 2-Ice’a i Juniora Lawlessa na londyńskich riddimach autorstwa Southside Steppers. Przypomina to trochę okołodubowe wycieczki Roots Manuva czy dokonania The Bug. To, co zaprezentowali Southside Steppers nie ustępuje zbytnio ich dokonaniom. W sumie to nawet nie wiem, dlaczego to wydawnictwo jakoś mnie wkręca, bo pozornie to nic specjalnego. Może dlatego, że zawsze lubiłem dancehallowy rytm, ale nigdy nie byłem fanem dancehallu, zawsze też lubiłem dobre nawijki, a o te w dzisiejszych czasach trudno. Lubię też posuwisty bas i zluzowany, acz motoryczny beat. To wszystko można na tej dwunastce znaleźć. Ciekawostka warta przesłuchania.

REELCASH

Człowiek o wielu mózgach - producent, promotor, a nawet didżej. Fan połamanych rytmów i głębokiego basu. Współzałożyciel Redekonstrukcje Sound System. W wolnych chwilach podróżuje i wypada z samolotu ze spadochronem.


UNIVERSAL AVANT-POP

*****i pół Veloso, który na muzycznej scenie rządzi już niemal pół wieku, zamiast rozkoszować się urokami spokojnej emerytury, najwyraźniej poza muzyką nie widzi sensu życia. „Śpiewać to więcej, niż pamiętać” – mawia. I całe szczęście, bo nie znam słabego albumu legendy ruchu tropicalia. Rówieśnik Lou Reeda tym razem w fascynujący sposób wykorzystuje ekonomię avant-rockowego kwartetu. To skromna i pozornie mało spektakularna płyta – choć głos i gitara Velosa gwarantują efekt mocniejszy niż większość bombastycznych produkcji nowego rocka. Przeważnie Veloso czaruje akustycznymi barwami i kruchą melodyką, choć czasem potrafi też porazić prądem. Nie gorzej niż zaprzyjaźniony z nim Arto Lindsay w czasach DNA. Caetano jednak oszczędniej dawkuje emocje, a jego zespół buja w niespiesznych i minimalnych, funkowych lub jamajskich rytmach. W gitarowym frazowaniu Velosa wciąż słychać też spuściznę największego mistrza bossa novy – Joao Gilberta. Tacy The Whitest Boy Alive mogliby u niego uczyć się sztuki nieostentacyjnej popowej magii. Z wirtuozerską swobodą Garinchy, precyzją Kaki i dziecięcym wdziękiem Bebeto stary mistrz ogrywa większość młodych gitarowych teamów.

Bibio Ambivalence Avenue Tempa idm

****i pół Melodie Bibio czasem pobrzmiewają echami brytyjskiego hippie-folku: Vashti Bunyan czy Incredible String Band, choć kawałek tytułowy mógłby też napisać Beck. Innym razem Stephen Wilkinson gra luzacki electro funk pop lub abstract hip-hop (raz post-Prefuse, innym razem post-Dilla) – także z niezłym efektem. Całość spajają jednak idm-owa oprawa i wyraźny hauntlogiczny („tęsknota za tym, co się nie wydarzyło”) make-up. Czuć tu ducha Boards Of Canada (nie tylko samplowane rozmarzone głosy), choć produkcje Bibio są cieplejsze, a beaty lżejsze i mniej twarde niż u Szkotów. Brytyjczyk bawi się równocześnie analogowymi brzmieniami klawiszy, magnetycznymi taśmami, samplerem i technologią cyfrową, otulając dźwięki delikatną, odrealniającą mgiełką. Najfajniej z tym efektem współgrają piosenki z „krainy łagodności” – „Lovers’ Carvings”, „Abrasion”, „The Palm Of Your Wave” – akustyczne hippisiarskie smęty, gdy złudzenie popołudniowej sielanki w plenerze mąci pogłos sugerujący, że przestrzeń między słuchaczem a wokalem/gitarą zamieszkują duchy rejestrujących maszyn. Pocztówki z dzieciństwa Bibio są jednak świadomie kadrowane. Dzięki temu całość staje się nie tyle nostalgiczną wycieczką w przeszłość, ile raczej psychoaktywnym treningiem pamięci, ćwiczeniem twórczego poetyzowania własnych wzruszeń, udaną próbą gmerania w podświadomości, psychodeliczną wycieczką w stronę światów nie wiedzieć skąd znanych, wytęsknionych, choć przecież niekoniecznie realnych.

ŁUKASZ LUBIATOWSKI

----------------------------------------------------------------------------->

-------------------------------*

----------------------------------------------------------->

Caetano Veloso ZII E ZIE

Zomby One Foot Other

* Ahead Of The

Ramp

techno-dubstep

****i pół Zomby wyrasta na wielką gwiazdę elektroniczno-tanecznej sceny, choć każde kolejne wydawnictwo Anglika to raczej dowód na jego wszechstronność niż potwierdzenie dystynktywnego stylu. „Where You Been in 92” było hołdem dla breakbeat hardcore’u, choć basy hulały tam znacznie potężniej niż w jakiejkolwiek produkcji 2 Bad Mice. „One Foot Ahead Of The Other” rytmicznie nie jest tak rozwichrzony, jak debiut. Zomby opiera kompozycje na technowym 4x4, to znów wygrywa filigranowy 2-step. Nowy mini-LP (9 kawałków, 27 minut) to zaś feeria ośmiobitowych sampli i szaleństwo melodyjek niczym ze starych gier Nintendo. Anglik robi prawdziwe „kiełbie we łbie”, wygrywając psychotyczne arpeggia, czasem fruwając po skalach z szybkością Glenna Goulda. Choć świadomie ogranicza paletę syntetycznych dźwięków, potrafi raz zabrzmieć niemal acidowo, innym razem – gdy buduje zręby aranżu na progersji akordów loopowanych w rytmicznych sekwencjach – bardziej „deep” (luźna asocjacja – LFO w miksie Martyn). Zomby pobudzony całonocnymi sesjami z GameBoyem z rozpędu machnął fajne szkice, wciąż jednak czekam na jego prawdziwy artystyczny manifest, bo chłopak ma potencjał, by nagrać płytę wybitną.

--------------------------*

El-B The Roots Tempa

Of El-B

dubstep/uk garage

*****

Boss. Legenda. Koleś, któremu Burial, Skream i Kode9 zawdzięczają najwięcej. To EL-B stanowi link łączący rytmiczną formułę późnego d’n’b, kruchy wzorzec uk garage’u i współczesne metryczne schematy. Lewis Beadle, producent z południowolondyńskiego Streatham, niemal samodzielnie przeprowadził pogrobowców rave’u na dubstepowe pastwiska. „The Roots Of El-B” to zapis tej podróży. Zebrane przez Martina Clarka aka Blackdowna kawałki z singli, EP-ek, remiksów przypominają czasy, gdy takie brzmienia określano jako „nu dark swing”. El-B wcześniej próbował swoich sił w garage’owym duo Groove Chronicles i tam przetestował większość swoich rytmicznych patentów. Na przełomie wieku działał najpierw z kolektywem Ghost (m.in. obecnymi tu MC Juiceman), później zaś samodzielnie szukał – jak wspomina – nowej tanecznej formuły, która połączyłaby piękno i brzydotę, pierwiastek męski i żeński, dźwięki jasne i mroczne, paranoiczne i euforyczne. Ta delikatna równowaga stanowi dziś o sile jego nagrań. Mocną stopę kontrują tu synkopowany stukot werbla i swingujące „off-beaty”, niski i ciemny bas zwykle tonuje ciepły melodyczny motyw a la Chicago/Detroit. W tej formule jest jednak też miejsce na poszatkowane wokalne sample, jazzy dęciaki czy głęboki jamajski oddech. To wciąż przede wszystkim taneczne petardy i pewnie lepiej ich słuchać na full volume w klubie. Jednak takie klasyki, jak „The Club”, „Show A Little Love”, „Digital” czy remiks garażowego „Neighbourhood” Zeda Biasa, mają nie tylko walor parkietowy, lecz także urok zmyślnie zaprojektowanych połamanych piosenek.

Mieszka na poznańskiej Wildze. Niegdyś współtworzył magazyn „Kaktus” teraz jest wolnym strzelcem. W Berlinie stara się bywać nie rzadziej niż w Warszawie. Od klubu Watergate woli jednak Kisielice.

59


Regina Spektor

*

FAR

SIRE/WARNER POP/FOLK

*****

Jedyna licząca się ruda w branży. Piątą płytą w dorobku – włączając w te rachunki dwa chałupnicze nielegale rozdawane dawno temu po koncertach w Sidewalk Cafe, nowojorskiej mekce anti-folku – Regina Spektor potwierdza klasę i mocno okopuje się na pozycji, na którą wystrzelił ją sprzedażowy sukces wydanego trzy lata temu „Begin To Hope”. Wciąż bez parcia na platynę, niezmiennie bez kompromisu, z uśrednionym gustem w perspektywie. Zresztą ona nie musi się naginać, by być pop, bo te jej ekscentryczne, absurdalne piosenki, na fortepian i czkawkę, zawsze niosła przystępna i przebojowa melodia. Podobnie jest z „Far”. Choć jej kompozycje zyskały na brzmieniu (aranżacje bogatsze niż te z początków działalności), nie straciły nic ze swojego prostego, bezpretensjonalnego uroku. Również w treści. Może opowiadać w wywiadach, że to płyta z poważną tezą, bo smutnie uzmysławia, jak niewiele znaczy mały człowiek w dużym kosmosie. Tyle że Spektor te rozważania o duchowej tożsamości kontrastuje na przykład antywegetariańską metaforą damsko-męskich fascynacji czy pastiszem dyskotekowej gorączki. W końcu wyrosła ze środowiska, w którym ideologicznym fundamentem była błyskotliwa szydera. Nic więc dziwnego, że nie potrafi wyzbyć się ironii i dystansu. Słusznie i zdrowo, amatorzy bólu i patosu niech sobie dalej zapętlają Tori Amos.

Pauper

Lunatic Asylum

Columbia/Sony Music

***

Jeśli 15 lat temu kibicowaliście Oasis, wstydźcie się, bo dziś pewnie lubicie Kasabian. Zasługi debiutu pulsującego sentymentem do madchesteru dawno już zostały przyćmione przez idiotyczne pyskówki w pseudomuzycznych periodykach. Druga, zła płyta krzyczała nieroztropną ambicją – bo to ich rozdmuchane ego nie przeliczało się na faktyczne umiejętności, ale na komplementy od jednego z Gallagherów, po poziomie „Empire” wnoszę, że tego bardziej głuchego. „West Ryder Pauper Asylum”, trzeci album w dorobku, rozgrzesza ich o tyle, że znów są zespołem, który czegoś chce, muzycznie. Pytanie tylko, czego? Mocny, narkotyczny rytm niby wciąż wyznacza azymut, ale coraz częściej porzucają go dla tradycyjnych konstrukcji, romantycznego gawędziarstwa, którego nie powstydziłby się Pete Doherty, orientalnych motywów, nawet partii gospelowego chóru. Podjęte tematy mogliby rozwinąć w trzy osobne, zupełnie różne płyty. W jednoalbumowej dawce to tylko kompilacja gorszych i lepszych piosenek, mniej i bardziej błyskotliwych pomysłów, bez wspólnego mianownika. Psychodeliczne nadmiary i kolejna nieudana próba stworzenia nowej „Screamadeliki”. Ale szacunek za brawurę w słusznych chęciach. (Zawsze kibicowałam Blur).

60

Theoretical Girl Divided Memphis Industries/Isound

*-----------------------------<

Kasabian West Ryder

pop/folk/elektronika

*****

Najlepsza z przegapionych. W prognozach i nominacjach przegrała z Florence And The Machine, VVBrown i całą resztą brytyjskich debiutantek sugerujących, że w tym roku znów dziewczyny górą. Nie kumpluje się z Albarnem, żadna z niej diwa i choć sama podpowiada, że to, co gra, to trochę jest electro – nie da się do tego tańczyć. Wskazówka potraktowana dosłownie wywiedzie was w pole. Elektroniczne są tu nowoczesne na-

rzędzia i intensywna, beatowa wrażliwość. Ale przełamana szacunkiem do niewinnych i popowych lat 60. i konfesyjnym, folkowym sposobem pisania. Amy Turnnidge a.k.a. Theoretical Girl wygląda, jakby swingujący Londyn nigdy się nie skończył, i gra barokowe piosenki. Czasem mroczne, czasem dziewczęce, czasem naiwne, czasem cyniczne, czasem smutne, czasem wesołe. Ale uprawiając ten swój agresywny eklektyzm, nie zapomina, że priorytetem jest melodia. Bogactwo inspiracji przetapia w proste, szczere, chwytliwe i wdzięczne piosenki. Teoretyczna dziewczyna z praktycznym wyczuciem.

*--------------------------------<

----<<--<-<-<-------<---------<-<-<---------<-----------

The Temper Trap Conditions Infectious/Isound pop/rock

****

Podwójnie spełnione obietnice. The Temper Trap, debiutanci z Australii, to pierwszy nabytek świeżo reaktywowanego Infectious Records, niegdysiejszego wydawcy Ash czy Seafood. Ponowna inauguracja katalogu przyzwoitym albumem wróży dobrze. Przyzwoity, bo bezpretensjonalny album w gatunku, który ostatnio wyznacza nowe poziomy bełkotu, wróży nawet lepiej. The Temper Trap grają stadionowy, udramatyzowany widowiskowymi aranżacjami pop rock. Ale bez smętów i zadęcia ostatnich płyt Coldplay i zdecydowanie z dala od kuriozalnie bucowatego cyrku, który uprawia Muse. Radiohead wraca do gitar, sequel. Duże refreny, duszne przestrzenie. Ewidentna, głęboka i słuszna potrzeba melodii. Punkty ujemne za mimo wszystko niską zapamiętywalność materiału – całość się zlewa i koniec końców jedynie łzawe „Soldier On” nie grzęźnie w gitarowej magmie. I ten pomysł ze śpiewaniem, jakby się tu ktoś urwał z Sigur Rós, też nie najlepszy.

ANGELIKA KUCIŃSKA

Pojawia się i znika. Nie chciała być dłużej trybikiem w maszynie, więc zrezygnowała z posadki w pewnym magazynie okołomuzycznym. Żeby zasłużyć na jej pochwałę trzeba nagrać więcej niż dobrą płytę albo przynajmniej wyglądać jak gogusie z Kings Of Leon.


VERTICAL ASCENT HONEST JON'S RECORDS DUB, IMPROWIZACJA, KRAUTROCK, TECHNO

*****

Hołd pokolenia techno dla epoki krautrocka? Nie będzie przesady w nazywaniu Mortiz Von Oswald Trio supergrupą – dowodzi nią twórca Basic Channel, Chain Reaction czy Rhythm & Sound, na perkusji wspierają go Vladislav Delay i Max Loderbauer (Sun Electric) oraz nazwanie albumu „Vertical Ascent” ważnym wydarzeniem roku. Oto trójka artystów wywodzących się ze sceny techno zatęskniła za graniem na żywo i powrotem do muzycznych korzeni. Ze wspólnych improwizowanych sesji zarejestrowanych na dwie perkusje i elektronikę na płytę trafiły cztery utwory. Oddają one szeroki zakres ich zainteresowań – od krautrocka i dubu, aż po free jazz i funk, a każda ma własny charakter. Pierwsza jest rozbudowana pod względem brzmienia instrumentów oraz kompozycji, druga wskazuje na minimalistyczną formułę grania i ambientowy nastrój, trzecia kładzie nacisk na egzotyczne rytmy i dynamikę, a czwarta daje poczucie przestrzeni i wibracji reggae. Przez te 45 minut raz ma się poczucie powrotu do czasów Can, raz – wizyty w studiu Kinga Tubby’ego albo na próbie kwintetu Milesa Davisa czy wypadu do klubu Tresor. Tymczasem mamy przecież XXI wiek i członkowie Mortiz Von Oswald Trio cały czas o tym pamiętają.

-<-<-<--------------<-----------

-***---------<-<-<

Stephen Mathieu & Taylor Deupree Transcriptions Spekk

ambient, elektroakustyka

****

Album „Transcriptions” słusznie określany jest jako doskonałe spotkanie na szczycie. Stephan Mathieu i Taylor Deupree to od lat czołówka minimalistycznych eksperymentów z pograniczną ambientu i elektroakustyki. Ich pierwsze wspólne dzieło to swego rodzaju konceptualny powrót do początków rejestrowania muzyki na starych woskowych cylindrach oraz nietypowych płytach w formacie 78 rpm (78 obrotów na minutę) oraz próba współczesnego wykorzystania tych nagrań przez cyfrową obróbkę dźwięku. Utwory „Nocturne” czy „Genius” to przykłady wysmakowanego ambientu o szlachetnym, analogowym brzmieniu wzbogaconym partiami gitary i syntezatorów. „Remain” pozwala artystom na odważniejsze użycie brudnych szumów, „Andante” – na swobodniejsze posługiwanie się loopami, a za każdym razem nagraniom sprzyja wciąż ta sama romantyczna aura. To płyta nie tylko dla garstki koneserów.

<--------------------------------------------------------------------------------------------

Mortiz Von Oswald Trio

Mika Vaino Black Telephone Master

* of

noise, elektronika, muzyka współczesna

****

Po świetnym ostatnim albumie dla wytwórni Mego Editions, nagranym razem z saksofonistą Luciem Capecem, Mika Vainio wydaje teraz solowe dzieło w równie prestiżowym Touch. „Black Telephone Of Master” to kolejny dowód niezwykłej wszechstronności i bezkompromisowości połowy duetu Pan Sonic. W otwierającym „Roma A.D 2727” operuje on cyfrowymi trzaskami oraz falami sinusoidalnymi, które przetwarza niemal z symfonicznym rozmachem, podobne środki wykorzystuje również w „In a Frostem Lake” – tym razem jednak w znacznie bardziej oszczędny i kameralny sposób. Dziewięciominutowa kompozycja „Silence Traverses Des Mondes Et Des Endes” to niezwykle sugestywne eksperymenty na bazie field-recordingu, a kluczowa „Bury A Horse’s Head” to typowy również dla jego formacji długi i bardzo intensywny drone. W przypadku tego artysty akurat ilość przechodzi w jakość, a określenie „weteran muzyki elektronicznej” jest komplementem.

<----------------------

The Thing Bag it! Smalltown Superjazz

free jazz, improwizacja

****

Jeden z czołowych freejazzowych saksofonistów młodego pokolenia wciąż nie ustaje w bojach. Mats Gustafson na ósmym już albumie swojego tria The Thing znów bierze na warsztat kompozycje artystów, którzy ukształtowali jego styl gry – od The Ex po Alberta Aylera. Tym razem jeszcze na „Bag it!” poszerzył spektrum możliwości swojego zespołu o elektronikę, którą interesuje się od pewnego czasu, podobnie po raz kolejny sięgnął po klasykę oraz skorzystał z pomocy Steve’a Albiniego. Największe wrażenie oczywiście robią najbardziej brutalne starcia muzyków w „Hidegen Fujnak A Szelek”, „Drop The Gun” oraz wspólna improwizacja „Beef Brisket (For Ruby’s)”, kiedy basista Ingebrigt Haker Flaten i perkusista Paal Nilssen-Love nie odstają go na kroku. Nie brakuje im jednak też klasycznej finezji, chociażby w niezapomnianym „Mystery Song” w hołdzie Duke’owi Ellingtonowi. Jednym słowem – kawał solidnego jazzu, ale nie dla ortodoksów.

JACEK SKOLIMOWSKI

Od lat pisuje do magazynów kulturalnych i muzycznych („Glissando”, „Przekrój”, „Dziennik”). Radiowiec, niegdyś związany z Radiostacją i Radiem Copernicus, a obecnie z projektem Radio Simulator. Didżej grywający zarówno szeroko pojętą muzykę eksperymentalną, jak i dobry pop.

61


do usłyszenia w redakcji

*

Basement Jaxx Scars

XL Recordings/Sonic W obliczu wszystkich zapowiedzi tandemu Buxton-Ratcliffe „Scars” było wielką niewiadomą. Miał być klaser z serią blizn. Czyli co? Poważnie, smutno i cierpiętniczo? Nieee, przecież Basement Jaxx nie jest do tego zdolne. W dziesięć lat po płytowym debiucie Anglicy zdobyli się na album podsumowujący wszystko, co przytrafiło im się w trakcie tego czasu – na scenie i poza sceną, w studiu i na zewnątrz studia. Powstało dziełko wybitnie niejednorodne i mocno osobiste. Mieszanina z wielu składników, jednak o znajomym smaku. Mimo piosenkowej śpiewności niektórych utworów (przy „A Possibility” autentycznie zastanawiałem się, czy aby Buxton i Ratcliffe nie słuchali kiedyś „Wróć do mnie” Krisa Krawczyka) „Scars” nie jest szlifiernią nowych przebojów. Trzeba wgryźć się w tę płytę solidnie, bo BJ nie wychodzi naprzeciw gawiedzi spragnionej gorących parkietowców. Potencjalne hity oczywiście są – na czele z psychodelizującym „Raindrops” i electro-skankerskim „Saga” z kapitalną nawijką Santigold, ale mocno wątpię w możliwość usłyszenia ich w południowym paśmie popularnych radiorozgłośni. Ze „Scars” może być tak, że każdy słuchacz wyrobi sobie inną opinię. Dla mnie płyta na cztery gwiazdki, kto da więcej? Sebastian Rerak ----------------------------------------------*

Enter Shikari Common Dreads

Ambush Reality/EMI W życiu bym nie obstawiał, że Enter Shikari zanotuje komercyjne sukcesy i wparuje z drugą płytą do rockowego mainstreamu. Trudno być prorokiem we własnym kraju, a co dopiero przepowiadać, na co w danym sezonie uweźmie się brytyjska publika. „Common Dreads” nie różni się wiele od debiutu Anglików – „Take To The Skies”. Czołowe zderzenie post-hardcore’owego emo z oldskulową elektroniką. Nowe brzmienia gitarowego undergroundu szarpią się u Enter Shikari z muzyką, która przed dwudziestu laty uchodziła za absolutny futuryzm, a dzisiaj prowokuje wspomnienia po grach komputerowych z Commodore 64. Chciałoby się napisać „Nintendocore”, ale ten termin został zaklepany przez rewelacyjne Horse The Band. Zamiast tego rozłożę więc „Common Dreads” na czynniki pierwsze, a są nimi: rytmiczne łamańce post-core’a, rzewne melodie pop i pocieszne dźwięki sekwencera. Brak na niej choćby śladu wykrzywionego geniuszu wspomnianego HTB, ale jako zestaw piosenek sprawdzających się zarówno przy machaniu głową, jak i przy tańcu „dwójka” Enter Shikari jest zupełnie udatna. Sebastian Rerak PROMOCJA

62


karrot kommando prezentuje:

Vladislav Delay Tummaa Leaf

Sasu przeprowadził się na bezludną wyspę na Bałtyku, przy wybrzeżu Finlandii i z miejsca jego muzyka stała się bardziej mistyczna, tajemnicza, intrygująca i ciemna jak tamtejsze noce. Błądzący, melancholijny fortepian w jedenastominutowym „Melankolia”, opleciony rozmaitymi zdarzeniami dźwiękowymi rodem z teatralnej impresji, ustawia klimat albumu, który towarzyszy nam także podczas kolejnych utworów. Gdzieś w połowie „Kuula” Vladek tumani (vide tytuł płyty) i przestrasza, zsyłając szumy i duchy rodem z analogowych urządzeń. W „Mustelmia” na odmianę elektroakustyczne eksperymenty przybierają na wstępie jazzowego posmaku za sprawą dęciaków, a potem wszystko topi się w bulgoczącym elektrobagnisku, z którego co rusz wyskakują jakieś triggeny (lub inne ciekawe postaci). „Musta planeetta” to znów fortepianowe tryle, rozłożone akordy przeplecione szelestami, nieregularnym rytmem i atmosferą pokoju rozważań. W „Toive” Sasu dokłada symfoniczne wycieczki w stylu kompozytorów muzyki konkretnej, a w numerze tytułowym usypia i pobudza do lewitacji, wprawiając w stan somnambulicznej, sonicznej nieważkości. Proces ten kontynuuje zresztą w numerze wieńczącym płytę. To najambitniejszy i najciekawszy album Delaya w ostatniej pięciolatce, a w jego obecnej karierze przełomowy. Piotr Nowicki

------------------------------*

The Big Pink

A Brief History Of Love 4AD/Sonic

Jeden grał na gitarze w zespole Aleca Empire, drugi prowadził label, który odkrył Klaxons i Crystal Castles. Hipsterskiej reputacji dopełnili historycznie zasłużeni ojcowie i słynne niedoszłe narzeczone. Ale The Big Pink, londyński duet, bynajmniej nie kończy się na sezonowych sensacyjkach, bo pierwszej płyty, która w tak bezpretensjonalny sposób łączyłaby sceny i gatunki, nie było już dawno. Shoegaze revival i surowa elektronika, garażowy hałas i romantyczne melodie. Prawie koncept-album i krótka historia jednej znajomości. Perfekcyjne refreny wmontowane w zgiełk gitar. Ktoś tu wizjonersko skrzyżował My Bloody Valentine i Suicide, i czeka na medal. Że „Velvet” jest singlem roku, wiadomo od kwietnia i nawet dodatkowo z paru remiksów. Ale pełen metraż kryje takich potencjalnych hymnów jeszcze minimum pięć. Złoto w przedbiegach. Angelika Kucińska

------------------------------*

Nouvelle Vague

debiutancka płyta PABLOPAVO już w sklepach WWW.KARROT.PL WWW.PABLOPAVO.PL Wydawca / Koncerty: AKW Karrot Kommando www.karrot.pl

Nagrania zrealizowao w studio LWW w Warszawie 2007/2009

PROMOCJA

3

PIAS/Isound Kolejna odsłona nowofalowych klasyków przerobionych na koronkowy, francuski pop. Pod hasłem: „goście, goście”, tym razem elektryzującym również patriotycznie, bo polską edycję albumu zamyka akustyczny cover piosenki „Johnny & Mary” Roberta Palmera w wykonaniu Ani Dąbrowskiej. Na sympatycznym krajowym akcencie lista bynajmniej się nie kończy. Wokalistkom kolektywu przy okazji tego zestawu wyjątkowo często towarzyszą autorzy oryginałów – Martin Gore w Depeche’owym „Master & Servant” czy Ian McCulloch w „All My Colours” Echo And The Bunnymen. Wśród eleganckich reinterpretacji znalazły się dodatkowo odświeżone nagrania Violent Femmes, Talking Heads, Magazine, Gary’ego Numana, Sex Pistols. Bez wielkich zaskoczeń, ale tradycyjnie z pojedynczymi triumfami – tu do ostatniej kategorii niech się wpisze przeróbka „Our Lips Are Sealed” The Go-Go’s (albo The Specials, w zależności od tego, z którą stroną romansu trzymacie). Angelika Kucińska

------------------------------*

------------------------------*

63


*

fundata 18

****

września

CLUB COLLAB

Pamiętacie stołeczny cykl imprez pod szyldem Club Collab, o którym pisaliśmy w jednym z poprzednich numerów LAIFa? Po wakacyjnej kanikule ta megapopularna zabawa powraca z gościem straight from słoneczna Hiszpania. Jeden z liczących się producentów Półwyspu Iberyjskiego, autor parkietowego bangera „Can’t Love You Babe” – Sidechains we własnej osobie. Spodziewajcie się ekskluzywnych traków i wycieczki w przeszłość muzyki tanecznej – przed Abletonem, Neostradą i blogaskami. Podczas Collaba zagrają również: Jedynak, Richelieu, Dizky, NBRDZJ aka Naharetto, Boy Division, Jick Magger i Kosakot alias Koci. DATA: 18.09; MIEJSCE: JADŁODAJNIA FILOZOFICZNA, WARSZAWA; START: 21.00; WJAZD: 10–15 ZŁ

--------------------------------------------------* PINK KONG FEST

legendary electrocla sh.pl party

electroclash live ac ts!

VEIN CAT djDRAQ

djSZUM

electroclash.pl

DATA: 26.09; MIEJSCE: CAFE MIĘSNA, POZNAŃ, START: 22.00; WJAZD: 15 ZŁ

fractal

CAFE MIESNA

26.09 sobota! start 22:00

---------------------------------*

electroclash.pl

PINK KONG FEST

Zapraszamy na nowy sezon pinkkongowy! Rześcy i wypoczęci przedstawiciele różowego diabła przybywają, by zaświecić wakacyjną opalenizną. W mózgi przybyłych wwierci się Vein Cat – drapieżnik wyciskający wszystkie możliwe płyny z człowieka, od łez aż po pot. Po wiekach nieobecności do Poznania wrócą również Pink Bazooka, by porwać zgromadzonych do aerobiku, stepbajstepu i wspólnego szaleństwa. Przed lajwami i po nich mistrzami ceremonii będą Vira i Draq – miłościwie panujący na tronie electroclash.pl, oraz SZUm – syn swojej mad-ki, na co dzień recytujący poezję w warszawskim Saturatorze.

PINK BAZOOKA djVIRA

26

września

26

wjazd 15pln

września

GLOBAL UNDERGROUND

Po siedmiu latach jedna z najpotężniejszych wytwórni naszego Globu powraca z legendarną kompilacją „Nubreed”. Tym razem pomysłodawcą albumu jest Jim Rivers. Płyta ukazała się 30 marca i wtedy też rozpoczął się Global Underground World Tour, który na jeden wieczór zawita nad Wisłę. Prócz samego Riversa na scenie wystąpią także: Jarek Czachowski, Simon.S, Peres, Glasse, Martin Harmony i Karl Mark. DATA: 26.09; MIEJSCE: M25, WARSZAWA; START: 22.00; WJAZD: 15-25 PLN

9

października

----------------------*

- 14

listopada

30 LAT KLUBU ESKULAP

Eskulap to już legenda. Istnieje od 1979 roku. W latach 80. ostoja studenckiego życia intelektualnego, kilka lat później zmienia się w kolebkę polskiego clubbingu. Od zawsze kojarzony z niezależną sceną muzyczną, jako jedyny klub w Poznaniu i jeden z niewielu w Polsce regularnie gości największe gwiazdy światowego undergroundu. Realizowany jesienią jubileusz klubu to cykl wydarzeń kulturalnych, które będą się odbywały od października do grudnia. A że nas najbardziej kręci muzyka, to spieszymy donieść, że w tej jakże szacow-

64


fundata

*

kamp!

nej imprezowni wystąpią: 9.10 – Alexander Kowalski, 15.10 – Mouse On Mars, 17.10 – Skream i Benga, 23.10 – Danny Byrd, 6.11 – David Caretta i na deser 14.11 – Deadbeat z Tikimanem. Przynajmniej kolejnej trzydziestki życzy LAIF Kru! DATA: 9.10–14.11; MIEJSCE: KLUB ESKULAP, POZNAŃ

----------------------------*

<--------

----------------------* --------<

10-31

października

II WARSZAWSKIE LABORATORIA DŹWIĘKOWE

Druga edycja festiwalu muzyki eksperymentalnej. Głównym celem przedsięwzięcia jest zapoznanie szerokiej publiczności z kreatywnymi technikami tworzenia muzyki alternatywnej. Gwiazdą koncertu inauguracyjnego będzie hiszpański projekt muzyczny Reactable – grupa naukowców-muzyków z Uniwersytetu w Barcelonie, która stworzyła innowacyjny instrument bazujący na niestosowanej dotychczas technologii. Polega ona na wpływaniu na brzmienie generowanego cyfrowo dźwięku poprzez manipulację różnymi przedmiotami na powierzchni podświetlanego stołu dotykowego. Podczas imprezy muzycy przeprowadzą warsztaty z obsługi Reactable, a następnie zagrają godzinny pokaz. Do współpracy z tym stricte elektronicznym projektem zaproszono warszawskich muzyków jazzowych – nowy projekt muzyczny znanego basisty Wojtka Mazolewskiego (Pink Freud, Wojtek Mazolewski Quintet). Po solowym występie muzycy z Reactable zagrają wspólnie z jazzowymi muzykami jam session. Koncert inauguracyjny, ze względu na swój charakter, odbędzie się w Kinie Luna. Natomiast gwiazdą imprezy finałowej będzie formacja Jazzsteppa wspierana m.in. przez Mikrokolektyw i Zooplan. INAUGURACJA DATA: 10.10; MIEJSCE: KINO LUNA, WARSZAWA; START: 20.00, WJAZD: FREE WARSZTATY DATA: 11, 18, 25.10; MIEJSCE: PRASKA PRACOWNIA DŹWIĘKU, BEMOWSKIE CENTRUM KULTURY, WARSZAWA; WJAZD: FREE, ALE LICZBA MIEJSC OGRANICZONA FINAŁ DATA: 31.10; MIEJSCE: CDQ, WARSZAWA; START: 21.00; WJAZD: FREE

-------------------------------------* ogloszenie FFF2009 Laif druk.pdf

8/27/09

3:45:21 PM

PROMOCJA

65


fundata

*

LUOMO

16-17

października

FREE FORM FESTIVAL

Piąta, jubileuszowa edycja festiwalu, który prezentuje nowoczesną i niezależną muzykę oraz sztukę w środowisku miejskim, a jego celem jest pokazywanie nowych światowych trendów muzycznych i artystycznych. Program jest bogaty w wydarzenia na kilku płaszczyznach artystycznych – muzycznych, audiowizualnych i dizajnerskich. W tym roku line-up zapowiada się wyśmienicie. Wystąpią: Karl Bartos, Herbaliser, Birdy Nam Nam, Who Made Who, Luomo, Tommy Sparks, Girls In Hawai i DJ Food, a to jeszcze nie wszyscy artyści... DATA: 16–17.10; MIEJSCE: CENTRUM KULTURY KONESER, WARSZAWA; START: 20.00; WJAZD: 140 ZŁ

<----------* <----------*

20-25

października

UNSOUND 2009

Siódma edycja Unsound Festival – jednego z najciekawszych wydarzeń prezentujących niebanalne i wymagające brzmienia – znowu zawita do grodu Kraka. Niewątpliwym wydarzeniem będzie występ dwóch legendarnych projektów ambientowych, który odbędzie się w scenerii gotyckiego kościoła św. Katarzyny. Amerykański zespół Stars Of The Lid pojawi się razem z oktetem smyczkowym Sinfonietty Cracovii. Następnie norweski artysta Biosphere po raz pierwszy wystąpi przed polską publicznością. Gorąco będzie pewnie podczas imprezy, na której swoje nieprzeciętne umiejętności zaprezentują legendy nowojorskiej sceny elektronicznej Omar-S i DJ Spinoza. Oliwy do ognia zapewne doleją Monolake i Martyn – prawdziwi magicy-technicy. Pasjonatom ciężkiego basu niezapomnianych wrażeń dostarczą legenda dubstepu – Kode9 i wschodząca gwiazda sceny – Zomby. My się jeszcze nastawiamy na eteryczną Soap&Skin.

BIOSPHERE

DATA: 20–25.10; MIEJSCE: MUZEUM I CLUB MANGGHA, KLUB STUDIO, KINOTEATR UCIECHA, KOŚCIÓŁ ŚW. KATARZYNY – KRAKÓW

18-20

-----------------------*

listopada

VIVISESJA

Druga edycja poznańskiego Festiwalu Kultury Audiowizualnej. Podstawowa idea eventu, według której nie ma zamkniętych dziedzin sztuki, która to często może przeplatać się

z działalnością komercyjną, tworząc nową jakość, przyświeca także i tegorocznej odsłonie. Podczas pierwszej edycji odbyły się m.in.: wystawy plakatu klubowego oraz Designer Toys (Urban Vinyl), prezentacja oryginalnego projektu audiowizualnego przygotowanego przez francuski kolektyw Bisou GTI i imprezy klubowe z udziałem m.in. SLG oraz Sunosisa. Podczas trzech dni trwania Festiwalu Vivisesja 2009 przewidziane są: projekcje, wystawy, multimedialne instalacje, koncerty, sety didżejskie i vidżejskie, spotkania z twórcami oraz animatorami kultury. Grupa Antistatic Family przygotuje multimedialną instalację, po raz kolejny zaprezentowane zostaną designer toys – modne winylowe zabawki. Zwieńczeniem będzie audiowizualna impreza w poznańskim klubie Eskulap – będąca jednym z wydarzeń specjalnie przygotowanych na jego 30-lecie. Na dwóch scenach wystąpią m.in.: kolektyw Jazzsteppa oraz vidżeje VJ Any One oraz kolektyw Giraffentoast. DATA: 18–20.11; MIEJSCE: POZNAŃ

19-22

---------------------------------* listopada

PLATEUX FESTIVAL

Kolejna edycja arcyciekawego festiwalu, na który składają się występy czołowych artystów sztuki audiowizualnej, pokazy filmowe, warsztaty, prelekcje i panele dyskusyjne. Pierwszymi potwierdzonymi artystami są: Deaf Center, Claudio Sinatti, Byetone, The Sight Below, Simon Scott, Ezekiel Honig, Morgan Packard, Joshue Ott oraz Anticipate Recordings. DATA: 19–22.11; MIEJSCE: CT PARK – TORUŃ, KLUB MÓZG – BYDGOSZCZ

66


prezentujà:

C

M

Y

CM

MY

Nowa, podwójna płyta austriackiego mistrza klubowych rytmów

CY

CMY

K

Premiera 21.09.2009

www.sonicrecords.pl

PAROV STELAR W POLSCE: 15.10. WROCŁAW (BezsennoÊç) 16.10. KRAKÓW (Rotunda) 17.10. WARSZAWA (Fabryka Trzciny)

wi´cej informacji: www.charm-music.pl


*

fundata/sztuka

Muzeum Guggenheima

Spirala

architektonicznych marzeń

Zaprojektowane przez Franka Lloyda Wrighta jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych budowli na świecie. W październiku minie 50 lat od powstania nowojorskiego muzeum, zbudowanego w latach 1956-59 pod czujnym okiem architekta (który zmarł kilka miesięcy przed otwarciem). Z bruku nowojorskiej ulicy wyrosła wielka, wspaniała spirala Solomon Guggenheim Museum. Odchylająca się odśrodkowo oraz wyznaczająca kształt zewnętrzny i wewnętrzny ślimacznica wykonuje pięć coraz szerszych obrotów wzwyż, aż do szklanej kopuły, która wieńczy gmach. Pochyła rampa wewnątrz została pomyślana jako wijąca się, „nieskończona” galeria malarstwa i rzeźby, która ma wywołać wrażenie rozwijania się wokół zwiedzającego. Wright wzniósł w centrum metropolii cylindryczny bunkier, by chronił świątynię sztuki przed dymami, hałasem i brudem ulicy. Awangardową, przepiękną realizację uznano za arcydzieło XX wieku, natomiast na jej funkcję spadły gromy – twórca pogwałcił kanoniczną zasadę modernistów, że funkcja determinuje formę. Kształt ślimacznicy okazał się dla muzeum zupełnie nieużyteczny, trudności z jego adaptacją pojawiły się już podczas przygotowań do pierwszej ekspozycji. Ale Wright, egocentryczny geniusz, miał w nosie wszystko, co nie należało do jego osobistych fascynacji i obsesji. Oryginał o niewyparzonej gębie, choleryk, a jednocześnie romantyk o nieposkromionej fantazji, nienawidził wszystkiego, co dogmatyczne i schematyczne. Dla tysięcy architektów na świecie stał się bogiem, a duet Simon & Gurfunkel śpiewał o nim balladę: „Żegnaj, Franku Lloydzie Wrighcie! / Umarłeś, zanim zdążyłem / nauczyć się pieśni o tobie. / Gdy nie mogę spać nocą, / myślę o tym, czego dokonałeś. / Żegnaj, Franku Lloydzie Wrighcie!”.

przestrzeń Szopa jako dialogu

---------------->

ma pół wieku

------------------------------- -------

----------------------- ------------------->*---------------------

Daniel Buren Hommage - Henryk Stażewski ms - Muzeum Sztuki w Łodzi

„Cabane éclatée” (franc. pęknięta, rozerwana szopa, chatka) jest instalacją słynnego francuskiego konceptualisty złożoną w hołdzie nestorowi naszej awangardy – Henrykowi Stażewskiemu. To lekka konstrukcja na planie kwadratu, którą tworzą ścianki z białego płótna z nadrukowanymi pionowymi, czarnymi pasami. Fragmenty ścian zostały „wypchnięte” na zewnątrz, co podkreśla nazwa. Każda ze ścian powstała na zasadzie modularnej siatki złożonej z 24 kwadratów w układzie 4:6, co stanowi wyraźne odwołanie do sposobu budowy reliefów Stażewskiego, zwłaszcza z tzw. serii kolorowych kwadratów. Właśnie te kompozycje polskiego awangardzisty zawisły na paskowanym tle; szczególnie zachwyca obraz w tonach cynobru, amarantu i błękitu, tworzący z czarno-białymi pasami doskonale wyważony układ. Przed wejściem do „Szopy” umieszczono motto Stażewskiego (we francuskim tłumaczeniu): „Artysta, który nie walczy poprzez swoją pracę, pracuje przeciwko sztuce”. „Cabane éclatée” Burena, przestrzeń dialogu między artystami, stanęła obok Sali Neoplastycznej, którą stworzył Władysław Strzemiński, „darując” ją dziełom innych wielkich twórców awangardowych. Dla Burena ekspozycja nie ma na celu zaznaczenia swej obecności, lecz pokazanie przestrzeni, jej funkcjonowanie, a gdy trzeba – zanegowanie. W artystycznych działaniach, szukając swego miejsca pomiędzy sztuką (rzeźbą) a socjologią, francuski twórca zaprzecza sensowi istnienia muzeów jako instytucji.

68

*--------------------------------- -----------------------------


Amerykański

sen

<-------------------------------

-------------------------------------------

Muzeum Narodowe w Krakowie, 2 lipca - 4 października

*

TOM BLACKWELL, „SAGOPONACK SUNDAY”, 2003 R.

Tytuł nawiązuje do polskich marzeń o nieosiągalnym (jeszcze nie tak dawno) kraju za oceanem. Asfaltowa szosa tonie w półmroku, w dali światła ostatniego wagonu pociągu znikającego w czerni nocy – tak wygląda wejście na wystawę. Droga to jeden z najważniejszych symboli Ameryki, mit od dawna budowany w kulturze. O drodze na Zachód ku nowemu życiu śpiewali pionierzy i kowboje, powieść Jacka Kerouaca „W drodze” stała się manifestem pokolenia Beat Generation. Drogę pokazywały road movies, filmy o podróży w poszukiwaniu wolności i mocnych, prawdziwych przeżyć, takie jak „Easy Rider” (1969) Dennisa Hoppera. Na wystawie można obejrzeć film „Woodstock” Michaela Wadleigha, dokumentujący festiwal muzyki rockowej, który odbywał się od 15 do 18 sierpnia 1969 roku na farmie Bethel. Woodstock to symbol kontrkultury lat 60., ruchu hipisowskiego. Są także prace fotorealistów, którzy nie zamierzali poprawiać wizerunku Ameryki, nie komentowali rzeczywistości – zamiast szkicu używali fotografii, malowali na podstawie tego, co zarejestrowało obiektywne „oko” obiektywu. W jednej z sal na podstawie płótna „Ćma barowa” sławnego artysty Edwarda Hoppera zbudowano instalację – prawdziwy bar, gdzie można wejść, napić się coca coli i poczuć jak bohater jego obrazów ukazujących samotność człowieka w wielkim mieście.

Zawsze pod ręką

Torebka z pestek ogórka, krokodylej skóry, z baloników?

DavID PARRISH, „ELVIS I MARILYN”, 1996 R.

Muzeum Narodowe w Krakowie - Arsenał Muzeum Książąt Czartoryskich, 26 czerwca - 8 listopada

TOREBKA-WORECZEK Z PESTEK OGÓRKA I SZKLANYCH PACIORKÓW, POLSKA, LATA 20. XIX W.

RYCINA Z „COSTUMES PARISIENS”, 1816 R.

SAKIEWKA POŃCZOCHOWA, POLSKA, XIX W.

Szesnastowieczne wnętrza Arsenału zaaranżowano na uliczkę oświetloną stylowymi latarniami, ze szklanymi gablotami-witrynami w ceglanych murach. Torebka to niezwykle istotny element kobiecego stroju, dopełniający elegancji, funkcjonalny i przydatny... do odpierania ataków natrętów. Na wystawie – przedstawiającej historię torebki jako akcesorium mody od średniowiecza do współczesności – są prawdziwe cacka, jak zrobiona we Francji jedwabna jałmużniczka z frędzelkami i wytwornym haftem z miłosną historią Tristana i Izoldy. Osiemnastowieczna elegantka chowała drobiazgi do torebki w kształcie antycznej urny, innej wisiała u paska jedwabna sakiewka-pończoszka. Dziewiętnaste stulecie cechowały kunszt wykonania oraz różnorodność technik i materiałów, mogły nimi być rybia łuska lub włosy ukochanej osoby. W pierwszej połowie XX wieku w modzie zapanowały wizytowe torebki z egzotycznych skór (cennym „łupem” dla artysty kaletnika był pancernik) i balowe woreczki ze srebrnej siatki. Na wystawie znalazł się też różowy notebook w kwiatki zaprojektowany specjalnie dla kobiet na wzór niedużej torebki kopertowej. Przedmioty te zmieniały formę zależnie od swego przeznaczenia, a ich ewolucja w ciągu ostatnich 200 lat w dużej mierze oddaje proces emancypacji ich właścicielek.

--

-------------------------------------

Jolka Wisłocka

krakóW

fundata/sztuka

69


*

fundata/film

Surogaci Surrogates

<-------- ---------------*

Przerwane objęcia

Los abrazos rotos Hiszpania reż.: Pedro Almodóvar wyst.: Penélope Cruz, Lola Duenas, Lluis Homar czas: 129 min premiera: 25 września

Znów Almodóvar, znów Penélope Cruz i znów o miłości. Tym razem główna bohaterka staje się ofiarą zapętleń miłosnych – nagle zaczyna płonąć uczuciem do młodego, namiętnego filmowca, choć związana jest ze starszym od siebie milionerem (bardziej sponsorem niż ukochanym). Potem jest jak w „Moulin Rouge” – zły maharadża nie zamierza oddać księżniczki i walczy o nią nie całkiem fair. Film nie jest najgorszy, ale po Almodóvarze wszyscy spodziewali się więcej. Nieodparte wydaje się wrażenie, że „to już gdzieś było”, namiętność jest lekko przerysowana, a miejscami nad filmem unosi się dyskretny urok telenoweli. Jedyne, do czego nie można mieć pretensji, to kreacja Penélope Cruz – jest naprawdę znakomita.

70

<------------------------------------* -------

USA reż.: Jonathan Mostow wyst.: Bruce Willis, Rosamund Pike, Ned Vaughn czas: 104 min premiera: 25 września

Fabuła rodem ze świata Phillipa K. Dicka: w świecie przyszłości ludzie nie opuszczają domów, w pracy i kontaktach z innymi zastępują ich kopie – roboty. Zasadę tę musi złamać agent FBI, aby rozwikłać zagadkę tajemniczej serii morderstw. Zdjęcia, muzyka i ogólna atmosfera przywodzą na myśl „Raport mniejszości”, jednak zamiast dyżurnego scjentologa Ameryki, w głównej roli występuje nieśmiertelny twardziel Bruce Willis. Akcja i napięcie jest, fabuła się nie wlecze, efekty specjalne bardzo udane, do tego stary (i wiecznie aktualny, zwłaszcza w dzisiejszych czasach) dylemat z kolekcji Isaaca Asimowa i jego przemyśleń co do człowieczeństwa maszyn. Jeśli ktoś lubi dickowskie klimaty i w ogóle s-f, nie będzie zawiedziony.

-------------------****------

Pierwszy krzyk ¨ Le premier cri Francja reż.: Gilles de Maistre czas: 99 min premiera: 11 września

Dokument o ciąży i narodzinach oraz związanych z nimi obyczajach, wierzeniach czy przesądach w różnych kulturach i miejscach na świecie. Świetnie, że ktoś pokazał w końcu poród i ciążę realistycznie, bo obrazki różowych, gładziutkich niemowląt pozbawionych pępowiny powinny odejść do lamusa razem z serialem „Doktor Quinn”. Niestety, reżyser nie oparł się pozytywistycznej pokusie uświadamiania odbiorcy i oprócz solidnego dokumentalizmu mamy jeszcze całkiem nachalną reklamę eksperymentów w stylu „rodzenie z delfinami”. Obowiązkowa pozycja dla mężczyzn i pracowników polskich szpitali.


Pamiętacie Mechaniczną Magdalenę, Julię sterowaną pilotem od telewizora albo sympatycznego Jacka z dobranocek? Mistrz filmowej baśni znów przenosi nas w zaczarowany świat niezwykłych opowieści. Fabuła „Magicznego drzewa” nawiązuje do serialu, który nie tak dawno emitowała telewizja. Z zaczarowanego drzewa powstawały różne niezwykłe przedmioty o dziwnych właściwościach: szafa, sanki... Tym razem w ręce dzieci trafia magiczne krzesło. Film dla wszystkich, którzy chcą chociaż przez dwie godzinki znowu mieć siedem lat.

----

<--------

Polska reż.: Andrzej Maleszka wyst.: Agnieszka Grochowska, Andrzej Chyra, Hanna Śleszyńska czas: 90 min premiera: wrzesień

------------------------------------*

------------------------------*

Magiczne drzewo

Obsesja Obsessed

*

Bękarty wojny Inglourious Basterds

USA reż.: Quentin Tarantino wyst.: Brad Pitt, Mélanie Laurent, Diane Kruger czas: 148 min premiera: 11 września

Na ten film czekali wszyscy, którzy od czasów „Grindhouse” cierpią z tęsknoty za charyzmatycznym reżyserem i jego filmami. Tym razem pan z Knoxville porzucił na chwilę swoje ukochane Stany i przeniósł się do Francji, w dodatku Francji z czasów II wojny światowej. Nie przeminęła za to Tarantinowi miłość do makabry – w „Bękartach” mamy siekanie, podrzynanie gardeł, rozbijanie głów, duszenie i strzelanie z karabinu maszynowego. Diane Kruger przypomina trochę femmes fatales z „Sin City”. Ważne, żeby potraktować ten film bardziej jako historical fiction (coś w rodzaju „Sky Kapitan i świat jutra”, tylko o klasę wyżej), niż czepiać się niezgodności z faktami. Inaczej nie ma przyjemności oglądania.

-------------------------------*

-------------------------

----------------------

fundata/film

USA reż.: Steve Hill wyst.: Beyoncé Knowles, Ali Arter, Idris Elba czas: 108 min premiera: 18 września

Ograna historia: ona go kocha, on ma żonę, ale ona nie daje za wygraną i zaczyna się... Niektórzy widzą w „Obsesji” drugie „Fatalne zauroczenie”, ale poza podobną fabułą oba filmy niewiele mają ze sobą wspólnego. Znakomity thriller Adriana Lyne’a pokazywał napięcie między agresywnym Danem a niezrównoważoną Alex Forrest, postać Beth raczej stanowiła tło. Steve Hill skupia się tymczasem głównie na osobie zdradzanej żony – nic dziwnego, w końcu gra ją Beyoncé, a to ona jest główną gwiazdą i wabikiem produkcji. Niestety, piękna panna Knowles to świetna wokalistka, ale już jako aktorka spisuje się gorzej. Obsadzonej w roli kochanki Ali Arter, gwiazdki seriali „Jezioro marzeń” i „Herosi”, do Glenn Close daleko.

71


technologie

Yamaha YRS-1000

*

Yamaha ma już na swoim koncie kilka udanych projektorów dźwięku przestrzennego. Najnowszy pomysł firmy polega na wbudowaniu projektora w szafkę RTV. Urządzenie o symbolu YRS-1000 to solidny, elegancki mebel wyposażony w zestaw głośników (wraz z aktywnym subwooferem) i elektronikę potrzebną do odtwarzania dźwięku kinowego. Po podłączeniu odtwarzacza DVD lub Blu-raya oraz telewizora mamy kompletny zestaw kina domowego. Doświadczenia firmy z procesorami DSP pozwalają mieć nadzieję, że jakość dźwięku nowego zestawu będzie na całkiem dobrym poziomie. Szafka Yamahy kosztuje około 5 tys. zł.

Olympus E-P1

Cyfrowy aparat fotograficzny Olympus E-P1 przypomina wyglądem analogową lustrzankę sprzed kilkudziesięciu lat, jednak to tylko pozory. Jego obudowa zawiera najnowocześniejsze dostępne na rynku rozwiązania. E-P1 stanowi połączenie aparatu kompaktowego (małe wymiary i zwarta budowa) i lustrzanki (wymienna optyka wysokiej jakości). Olympusa wyposażono w matrycę o rozdzielczości 13,1 megapikseli z układem czyszczenia, system stabilizacji obrazu oraz gniazdo HDMI umożliwiające bezpośrednie podłączenie do telewizora. Interesujące, że aparat nie posiada wbudowanej lampy błyskowej ani optycznego wizjera. Szeroki zestaw dodatkowych akcesoriów obejmuje m.in. kilka obiektywów o różnych ogniskowych i lampy błyskowe. Cena urządzenia wynosi około 3,5 tys. zł.

Panasonic SC-BTX70

Firma Panasonic przygotowała nowy zestaw dla kinomanów, którzy szukają urządzenia prostego w instalacji i obsłudze, zapewniającego jednocześnie dobrą jakość obrazu i dźwięku. Urządzenie jest przeznaczone do pracy w niedużych pomieszczeniach i ma konfigurację 2.1. Wrażenie dźwięku przestrzennego pochodzącego z dwóch głośników osiągnięto, stosując cyfrowe procesory obróbki sygnału. Co ciekawe, Panasonic umożliwia dekodowanie dźwięku w formacie 7.1. Urządzenie umieszczone jest w wykończonej na wysoki połysk obudowie. Ma ona formę płaskiego, pionowego panelu, którego przednia ścianka się przesuwa, dając dostęp do znajdującego się pod nią odtwarzacza Blu-ray. Nie jest on jedynym źródłem sygnału – obok znajdziemy stację dokującą iPoda. Producent nie zapomniał także o użytkownikach filmowych zasobów Internetu i wyposażył SC-BTX70 w możliwość komunikacji z serwisami YouTube i Google Picasa. Jest też możliwość pobierania z sieci dodatkowych materiałów związanych z odtwarzanymi płytami Blu-ray (opcja BD Live) oraz udziału w grach interaktywnych. Do urządzenia można podłączyć cyfrową kamerę, aparat fotograficzny oraz włożyć karty pamięci SD/SDHC. Zestaw Panasonica jest już dostępny w sklepach. Jego cena wynosi około 3,5 tys. zł.

72


Firma Stealth specjalizuje się w produkcji urządzeń komputerowych, których cechą charakterystyczną jest niezwykła odporność na uszkodzenia. Ich obudowy są konstruowane w taki sposób, aby zapewniały maksymalną ochronę bez względu na warunki zewnętrzne. Do najnowszych produktów firmy należy notebook o symbolu NW-2000. Jest to urządzenie z serii Warrior, przeznaczonej dla pracujących w trudnych warunkach terenowych specjalistów. Obudowa Stealtha jest wykonana ze stopu magnezu, a wszystkie złącza zabezpieczono przed wpływem czynników zewnętrznych. Urządzenie jest wyposażone w procesor Intel Core 2 Duo 1.06 GHz, 2 GB pamięci DRAM (z możliwością rozbudowy do 4 GB), dysk twardy o pojemności 160 GB, nagrywarkę DVD, bezprzewodową kartę sieciową, Bluetooth. Ekran o przekątnej 13,3 cala ma rozdzielczość 1280 x 800 pikseli i jest zamocowany w sposób umożliwiający obracanie go w dowolnym kierunku. NW-2000 spełnia wymagania wojskowej specyfikacji MIL-810F. Jego cena w podstawowej konfiguracji wynosi około 14 tys. zł.

Stealth Warrior NW-2000

technologie

*

Grundig Vision 9 Nowy model Grundiga to telewizor LCD klasy high end. Jego ekran ma rozdzielczość full HD 1920 x 1080 pikseli w technologii 100 Hz i jest wyposażony w specjalne układy poprawy jakości obrazu likwidujące m.in. efekt smużenia, a także specjalny tryb kinowy wyświetlający 24 klatki obrazu na sekundę. Od konkurencji odróżnia jednak Grundiga nie obraz, ale dźwięk, ponieważ urządzenie posiada wbudowany projektor dźwięku przestrzennego. Jest to pierwszy na rynku telewizor wyposażony w takie rozwiązanie. Pod ekranem zamontowano panel zawierający 16 niewielkich głośników, a z tyłu obudowy subwoofer. W połączeniu z odpowiednimi układami obróbki sygnału rozsyłającymi sygnał do poszczególnych głośników z odpowiednim opóźnieniem i kompletem wzmacniaczy, system stwarza efekt przypominający pełnowartościowy zestaw 5.1. Telewizory Vision 9 są dostępne z ekranami o przekątnych 37”, 42” i 47” i kosztują odpowiednio 4.999, 5.999 i 6.999 zł.

Nowe urządzenie firmy Sony to rodzaj stacji dokującej, nazywanej przez producenta „osobistym fotografem”. Po podłączeniu aparatu fotograficznego urządzenie samo ustawia go w odpowiedniej pozycji, kadruje i robi zdjęcie. Stacja współpracuje z nowymi modelami kompaktowych aparatów Sony i wykorzystuje ich funkcje rozpoznawania twarzy i uśmiechu. Na ich podstawie śledzi znajdujące się w pobliżu osoby, robiąc im zdjęcia. Dzięki temu powstaje kolekcja ciekawych, niepozowanych fotografii, które trudno byłoby zrobić „z ręki”. Cena stacji dokującej Sony wynosi około 450 zł.

Sony Party-shot IPT -DS1

73


*

*

W tej odsłonie rzeczowych odpowiedzi na nasze niedorzeczne pytania udziela

laifquest

*

MENTALCUT Kim chciałeś zostać jak byłeś mały? Koszykarzem, dziennikarzem lub didżejem.

<---------*

Szpinak czy brukselka? Szpinak Twoja pierwsza miłość? Na początku podstawówki. Pociąłem dla niej zdjęcie Michaela Jacksona. Miały być puzzle. Nie doceniła. Wielkie rozczarowanie. Czy jest coś po śmierci? Mam nadzieję. Pecet czy Mac? Pecet + iPhone Kawa czy herbata? Kawa

Najgorsza impreza, na której grałeś? W lipcu grałem w Tropikalnej Wyspie we Władysławowie. Zostałem wyrzucony z klubu na kilkanaście minut przed zakończeniem setu. Za repertuar. Muzyka podobała się publiczności. Niestety szefowa była innego zdania. Wierzysz w UFO? Wierzę, że nie jestem sam. Pies czy kot? „If you got the dogs you got bitches” – Andre 3000. Cebula czy czosnek? Czosnek CD czy winyl? Winyl Jakie jest najczęściej zadawane ci pytanie? Co oznaczają te wszystkie skomplikowane nazwy gatunków muzycznych, które gram. Najgłupsza prośba, jaką usłyszałeś podczas grania? Zagrałbyś tego Michaela, co niby ostatnio umarł? Spanie czy ranne wstawanie? Poranek o 13. Jaką płytę zabrałbyś na bezludną wyspę? Długogrającą Mięso czy warzywa? Ogórek, co zielony ma garniturek. TV czy DVD? Internet Jakiej muzyki nie lubisz? W każdej znajdę ukryte piękno. Kto to jest Kubica? Say whaaaaat? Jaki jesteś? Dobrze wychowany.

74

<---------*

Na początku podstawówki. Pociąłem dla niej zdjęcie Michaela Jacksona.

Miały być puzzle. Nie doceniła. Wielkie rozczarowanie.


AC/DC, AMY WINEHOUSE, DEPECHE MODE, U2, PINK FLOYD, LINKIN PARK, MARYLIN MASON, METALLICA, NIRVANA, QUEEN, THE POLICE - CHCESZ...

POCZYTAĆ O GWIAZDACH? WEJDŹ NA POSITIVO.PL


Laif 06 wrzesien