Page 1

12/jesień/zima2014

numer 12 jesień/zima 2014 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSN 2083-912X iNDEKS 281034

wywiad

Zenon ­Żyburtowicz

turystyka

Królewski Kąt zamek na Bugu – ­bajka to czy prawda? Dokument

jakby anioł przy mnie stanął

Prawosławni pątnicy przybywają na ­Grabarkę tłumnie na każde ze świąt religijnych, bo nigdzie indziej nie czują takiej mistyki i ­bliskości nieba.

wciąż odczuwam głód Wschodu


sen o Bugu Za nadbużańskimi krowami, które przeprawiają się wpław przez posłuszną im rzekę, za drewnianymi wierzejami pachnących sianem stodół, za  samotnym księżycem na  grafitowym niebie, który wędruje niespiesznie od jednej wioski do  drugiej… O  czym śni Stanisław Koguciuk, autor niezwyczajnych obrazów, malowanych przy świetle zniczy? A może jego dzieła to przedłużenie sennego marzenia, w którym świat jest tylko dobry, Bóg sprawiedliwy, a ludzie kochają się aż po grób… O to proste, uszlachetnione tylko wzajemną obecnością życie, wołają, choć bezgłośnie, „Leśni ludzie” – małżeństwo bezdzietnych staruszków, mieszkających w samym sercu lasu. Ile światła w sobie noszą, by rozproszyć mrok niespełnionego rodzicielstwa, ile nadziei, by odejść razem, zanim poznają smak bezmiernej tęsknoty… A  artyści z  Wybrzeża powracają w  rodzinne strony, wyzbywając się resztek zapożyczonej ojczyzny, by w podlubelskiej wsi dzień za dniem zaludniać na nowo oswajane miejsce na ziemi… Poznajcie sny naszych bohaterów, dzięki którym odkrywają prawdę o sobie samych. Nie chcę się wybudzać z  mojego snu o  Bugu. Z mojej pamięci i wyobraźni, która przenosi mnie do kraju dzieciństwa. Bo tam jest dobrze. Pachnie szyszkami i rzeką. Wszyscy są obecni. Jeszcze się nie wie, co będzie jutro. Jutro jest dziś.

Monika Mikołajczuk Redaktor prowadząca

Foto: G. Szczerbaciuk

C

o Ci się śniło dzisiaj, drogi Czytelniku? Czy obudziłeś się z  uśmiechem na  ustach, zaciskając powieki, by piękny sen nie uleciał, czy też płaczem przepędziłeś nocne demony, z otwartymi oczami czekając na  świt – obietnicę szczęśliwego dnia…? A może twoja pamięć zaczęła się w tym pierwszym śnie i od tamtej pory on Ci nie daje spokoju. Ciągnie Cię w głąb siebie, szarpie, dławi i choć czasem boli, to nie jesteś w stanie się od  niego uwolnić. Niespokojne sny Stasiukowe, tkane w nadbużańskim krajobrazie, „których nie zachowała pamięć, lecz potem nie śniło się już nic ważniejszego” („Wschód”, Czarne 2014). Ten sen wciąż go na Wschód zapędza, przypomina mu, że on, Andrzej Stasiuk, istnieje, a Bug wciąż płynie. „I teraz, ilekroć widzę Bug, to cofam się w czasie. Odzyskuję siły. Myślę, że mógłbym to wszystko, co się wydarzyło, zapamiętać od nowa. Jeszcze mocniej” – czytamy. Sen o  Bugu, który śnią bohaterowie zimowego wydania Krainy Bugu, jest głęboki i twardy, jak twarde może być życie. A ich tęsknota za miejscem, gdzie się urodzili i skąd pochodzą, jest silniejsza niż śmierć. O tej tęsknocie z dostojnym wzruszeniem opowiada Zenon Żyburtowicz – mistrz fotografii, reporter i obieżyświat. I choć oswoił już całą kulę ziemską, z jej egzotyczną menażerią, w każdej dalekiej podróży tęskni za „swoim” Podlasiem.


www.arche.pl

Hotele Arche ∑ Z nutą historii ¢

¢

¢

¢

¢

¢

¢

¢

tel. 16 649 17 00 www.palacsieniawa.pl

tel. 25 675 11 14 www.palaclochow.pl

tel. 42 207 07 07 www.hoteltobaco.pl

tel. 533 444 797 Otwarcie w 2015 r.

[\

[\

[\

[\


Nasi Partnerzy

poznajcie

naszych Partnerów Partnerzy to firmy, samorządy, organizacje i ludzie, dla których „Kraina Bugu” to nie tylko magazyn, który co kwartał pojawia się na ich biurku, ale idea, którą warto realizować i poświęcić jej czas. Nasi Partnerzy są jak dobrzy Przyjaciele, podzielający wspólną wizję i patrzący na świat podobnie jak my. To podmioty, dla których ważne są wspólne wartości, a nie tylko indywidualne korzyści. Dzięki nim możemy odkrywać naszym Czytelnikom bardzo bliski Wschód.

Drodzy Przyjaciele, za Wasze wsparcie, zaangażowanie i życzliwość serdecznie dziękujemy!

6

kraina bugu · jesień/zima 2014


Powiat legionowski

Powiat Legionowski

Powiat bialski

7


fotogaleria

Pomiędzy światłem a kolorem Autor: Jakub Kłopotowski

8

kraina bugu · jesień/zima 2014


A jednak czegoś żal… A  utor: Adam Falkowski

9


W numerze

Tu nikt nie mówi o  intencjach, z  jakimi przychodzi. Nosi je w sercu, a zdradza tylko Bogu. Prawosławni pątnicy nigdzie indziej nie czują takiej mistyki i bliskości nieba. Pogrążają się w zadumie, w skupieniu proszą i dziękują. Nie przestrona szkadzają im niedogodności czy zła pogoda. Święta Góra Grabarka przyjmuje zaś ich wszystkich i  tuli do piersi niczym kochająca matka.

Choć od dziesięcioleci jego przystanią jest stolica, wychowany w Siedlcach Zenon Żyburtowicz uwielbia Wschód, jego specyficzny klimat, przyjaznych i żyjących w rytm natury mieszkańców, urokliwe wioski, niespotykane nigdzie indziej strona krajobrazy. Zwiedził co prawda kawał świata, ale i tak uważa, że najpiękniejsze jest Podlasie, które wciąż odkrywa na nowo.

36

Foto: J. Zaim

22

zaprogramowany na Wschód

Foto: S. Garucka-Tarkowska

jakby anioł przy mnie stanął

z wizytą u leśnych ludzi

Spotkanie z niezwykłymi osobowościami – Anastazją i Henrykiem, którzy żyją na krańcu świata w wiekowej chatce. Egzystują w rytm natury, niezakłóceni „dobrami” cywilizacyjnymi, oddając swe życie w opiekę świętych, których obrazki strona zdobią ściany domostwa. Czasem serca staruszków ściśnie na chwilę żal po niespełnionych marzeniach, ale zaraz powraca szczęście, bo nadal mogą być razem.

56

10

powrót do korzeni

Artur Wosinek i Ewa Graniak‑Wosinek postanowili porzucić Ustkę na rzecz lubelsko‑podlasko‑poleskiego pogranicza. Było to ostre cięcie, bo chcieli odwrócić złe karty z talii zwanej życiem, jakimi „częstował” ich los. Niecały rok strona temu przeprowadzili się więc do Branicy Radzyńskiej Kolonii, gdzie odnaleźli wszystko, czego potrzeba do szczęścia.

74

kraina bugu · jesień/zima 2014


spis treści FELIETONY

12

Barbara Wachowicz: Krzymosze‑Bajki – Ojczyzna mego serca

14

Leszek Stafiej: Wycinek LUDZIE Z KLIMATEM

20

Wędrowny Zakład Fotograficzny – za jego pośrednictwem Agnieszka Pajączkowska dokonuje z mieszkańcami podlaskich wiosek niecodziennej wymiany barterowej: zdjęcie w zamian za opowieść. OBLICZA RZEKI

22

Święta Góra Grabarka – „matka” grzeszników, która wysłucha każdego i ukoi ból. MOJE PRZESTRZENIE

36

Zenon Żyburtowicz: Wciąż odczuwam głód Wschodu. Wywiad PUNKT DOCELOWY

Królewski Kąt – legenda splata się z historią

44

W cieniu kryłowskiego zamku, czyli gmina Mircze i jej atrakcje BRZEGIEM RZEKI

Gmina Mircze czeka na odkrycie przez turystów. Jej przebogata historia przemawia różnymi językami: raz krwawym strona opisem bratobójczych walk, innym razem barwną legendą z miłosnym wątkiem w tle… Ale najwięcej tajemnic kryje zamek na Bugu.

44

56

Leśni ludzie. Reportaż ZNIKAJĄCY ŚWIAT

66

Aga Król i Marek Zubik. Muzeum rozmaitości OBRZĘDY PRZESZŁOŚCI

72

Narodzenie adwent głosi MOJE SIEDLISKO

74

Artur Wosinek i Ewa Graniak-Wosinek założyli „Dom Mokoszy” – Pracownię Sztuk Różnych w hołdzie dla natury i swoich artystycznych pasji. Stała się ona ich odnalezionym rajem. W MOIM STYLU

80

Dzieciństwo pachnące jabłkami BIZNES NAD BUGIEM

84

Daria Wysocka-Zajul. Marzenia tkane lnianą nicią KULTURALNY KWARTAŁ

90

Album: „Nadbużańskie historie”; Koncert: „Panta Rhei”; Książka: „Wschód”; Płyta: „Wieloma językami”; Sztuka: El Greco z Podlasia; Teatr: Maraton Teatralny w Gardzienicach; Wystawa: „Widziane z bliska”

92

Stanisław Koguciuk. Artysta dokumentuje na płycie pilśniowej pejzaże oraz życie codzienne wsi – tradycje i obrzędy ludowe.

ZAINSPIROWANI

KUCHNIA NADBUŻAŃSKA

len mój najdroższy

98

Miłość do lnu sprawiła, że Daria Wysocka‑Zajul niemalże z dnia na dzień podjęła decyzję o przeprowadzeniu w swoim życiu wielkiej rewolucji. Spakowawszy męża, dzieci i cały dobytek, ruszyła w  drogę – z  Warszawy do  Włodawy, gdzie strona otworzyła własny biznes. Tak powstał LINO – sklep internetowy z wyrobami z lnu, które są najwyższej klasy rękodziełem.

84

Waldemar Sulisz. Dereniami jesień się zaczyna BIRDWATCHING

102 Andrzej G. Kruszewicz. Nadbużańskie czaple, cz. II PRZESTRZEŃ NATURY

104 Smak białowieskiego miodu, cz. II Z kamerą wśród ssaków OBIEKTYW TABORA

108 Wiewiórka pospolita

11


Felieton

Barbara Wachowicz Urodzona w Warszawie i Honorowa Obywatelka Stolicy, ale za najważniejszą epokę swego życia uważa Podlaskie dzieciństwo przeżyte w wiosce pod Siedlcami. Autorka książek i wystaw o wielkich Polakach, laureatka wielu nagród – w tym tytułu „Zasłużona dla Ziemi Łosickiej”.

Ojczyzna mego serca

Foto: A. Perepeczko

Krzymosze-Bajki

I

nawet szosa ku „żal się Boże – Mordom wiodąca” wy- ps. Nirwan), śpiewali pieśni tamtego powstania „Hej strzelcy dawała się Pani Barykowej w „Przedwiośniu” „pełna nie wraz, nad nami Orzeł Biały!”. W naszym dworze był punkt tylko błota, kurzu i stałych wybojów, lecz i uroku”. Mnie koncentracji oddziałów dowodzonych przez majora Mariana też. Bo kiedyś prowadziła do mojego domu. Za Stokiem Zawarczyńskiego „Ziemowita” i podpułkownika Lucjana SzyLackim, gdzie na świat przyszedł znamienity kuzyn Hen- mańskiego „Janczara”. Stąd miał pójść na Siedlce atak, by zdoryka Sienkiewicza – Profesor Ignacy Chrzanowski – wybit- być miasto przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Według ny historyk literatury polskiej zamęczony przez Niemców, dokumentów historycznych wsławiła się w tej akcji: „Sekcja nad asfaltową dziś szosą stare wierzby pochylają swe potęż- Zenona Wachowicza, która w obronie elektrowni zniszczyła ne głowy. Już jestem tu u siebie. Już czuję w płucach – jak czołg niemiecki”. mówi Żeromski – „swoje powietrze”. Tu była kraina mojego Patrzę ze wzruszeniem na zdjęcie naszej kaplicy, która podzieciństwa – wsie Krzymosze‑Bajki i Krzymosze‑Laski. Mój wstała w Krzymoszach już w roku 1678, a ta z mego dziecińdom – gontem kryty, biały, dzikim winem stwa została zbudowana w roku 1851. Nigdy Dla mnie, dla porośnięty, do dziś wraca w snach. Jesteśmy nie zapomnę cudownych nabożeństw majowych, które się w niej odprawiały. Modlirodem z Ziemi Łosickiej, do moich praszczu- mojej tożsamości, ły się z nami razem żaby grające w stawach, rów Kuleszów należały od roku 1670 (wedle ta opowieść o węsłowiki śpiewające w krzewach, zapach bzów zapisów w księgach parafialnych Huszlewa) drujących grani– „dobra ziemskie Kopce ze  wsiami Harai narcyzów. Wszystko – łąki umajone, cienicach na Wschodzie ste gaiki, źródła i kręte strumyki – chwaliło chwosty, Juniewicze i Mszanna w powiecie Łosickim”. Dziś już tylko akacje potężne z nami Maryję. Krzymosze-Bajki kupił mój ma wymiar podznaczą miejsce, gdzie stał dwór Elżbiety i Stadziad z Suchej, ojciec mojej matki, od hrastawowy. To oponisława Kuleszów, odebrany przez Moskali biny Marii Anieli Lucyny Zaleskiej, która wieść o Pograniczu, za udział pięciu braci Kuleszów w powstaniu straszyła moją młodziutką mamę swoim na którym nic styczniowym. Jedyny, który ocalał – to mój szklanym okiem. Rozparcelowała ona pozoprapradziad Władysław Kulesza. O  takich stałą część majątku między tych, których nanie jest dane raz zwiska pamiętam do dzisiaj, jako znajomych jak on i jego bracia pisał Roman Rogiński, na zawsze. i przyjaciół mojej mamy – Borkowscy, Wysojeden z  czołowych dowódców powstania styczniowego na Podlasiu, że „z miłości do kraju gotowi byli kińscy, Ługowscy, Cielemęccy. Krzymosze-Laski kupił wtezdobyć się na najwyższe poświęcenie”. W aktach procesu Ro- dy młody szlachcic Władysław Krukowski, już ciężko chory, i w testamencie zapisał trzy morgi „na szkołę w swej gminie mualda Traugutta odnalazłam nie tylko mianowanie mego z lasem na Cielemęcu”. Bardzo by nam się taki zapis przydał, prapradziada na podporucznika, ale także odkryłam postać młodziutkiej powstańczej kurierki, Klementyny Kisielew- kiedy walczyłyśmy z Basią Cielemęcką o zbudowanie szkoły skiej, aresztowanej w marcu 1864 roku, która w zeznaniu w miejscu, gdzie stał dwór mego dzieciństwa. pisze: „Urodzona jestem we  wsi Krzymosze”. PrzesłuchiNie ma już tego dworu. Zostało tylko kilka starych drzew wano ją w cytadeli, chcąc trafić na trop brata – powstańca. i pamięć. Dwaj wspaniali Rodacy-Podlasiacy – Tomasz ŁuNiczego nie zdradziła. Skazano ją na Sybir. Jakaż musiała gowski i Rajmund Orzyłowski – zbudowali w naszym parku być atmosfera tego domu, w którym wyhodowało się dwo- świetlicę i w sierpniu 2013 roku zaprosili mnie na spotkanie je młodzieńczych buntowników. Pamiętam wieczory, gdy z mieszkańcami mej wsi. Powiedział Żeromski, że „każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie i to jest ojczyzna żołnierze Armii Krajowej obwodu siedleckiego, oddziału „Wierzba”, wśród których byli moi rodzice (Lili ps. Hanka, Ze- duszy, ojczyzna serca”. Taką ojczyzną pozostaną dla mnie non ps. Motor i mój ukochany Ojczym Stanisław Łastowiecki na zawsze Krzymosze‑Bajki. £

12

kraina bugu · jesień/zima 2014


Felieton

Leszek Stafiej Dziennikarz, wydawca, niezależny doradca medialny, tłumacz i krytyk literacki. Znawca mediów i kultury. Wykładowca uniwersytecki, twórca i scenarzysta programów radiowych i telewizyjnych.

wycinek Z

końcem lata wybierałem się samochodem do Janozdjęć. Pojęcie „były chłopak mamy” nie budziło już niezdrowa Podlaskiego na czwarte urodziny Krainy Bugu. wej sensacji. Zapytano mnie, czy mógłbym zabrać z Warszawy Ale minęło jeszcze sporo czasu, zanim opowiedzieliśmy Tadeusza Rolke, którego fotografie miały pojawić dzieciom o tym, jak któregoś dnia ten chłopak mamy zniknął, się na jednej z wystaw i na skomponowanej wespół z Chrisem po prostu ślad po nim zaginął. I że dopiero po kilku tygoNiedenthalem słynnej diaporamie pt. „Sąsiadka”. dniach, a może nawet miesiącach, okazało się, że wyjechał Nie znałem Tadeusza Rolke. Wiedziałem, że jest wybitza granicę razem ze swoją rodziną, nikomu – a zwłaszcza manym fotografem. Na fotografii się nie znam. W każdym ramie – nic nie mówiąc. Wyjechali na zawsze, jak wiele innych zie nie tak, jak Tadeusz Rolke. Więc o czym mam rozmawiać polskich rodzin. Musieli wyjechać z Polski, bo byli Żydami. — Czy to było w czasie wojny? — pytały dzieci. — Nie, to było już przez te dwie godziny? prawie ćwierć wieku po wojnie. — A czy my też jesteśmy Żydami? Postanowiłem opowiedzieć mu o tym wycinku z gazety. — pytały dzieci. — Czy też będziemy musieli wyjechać z Polski Wycinek miał w naszej rodzinie status specjalny. Oglądano go tylko przy specjalnych okazjach, ze szczególnym naboza granicę na zawsze? A dokąd? żeństwem. Wyciągano ostrożnie z szuflaTadeusz Rolke dobrze pamiętał ten cykl. Oglądano go tylko dy sekretery, gdzie spoczywał razem z paUcieszył się, bo nie miał ani jednej kopii komiątkowymi listami. Cieszył się, zwłaszcza miksu. Potwierdził, że T. był jego młodszym, przy specjalnych wśród dzieci, znacznie większym niż listy młodszym, kolegą. Interesował się fotookazjach, ze szcze- dużo powodzeniem. Po pierwsze, nie był pisany grafią. Dzisiaj jest znanym i cenionym fotogragólnym nabożeńodręcznie. Po drugie, przedstawiał śmieszną fem w Danii. Kilka razy spotkali się za granicą. historyjkę obrazkową. Historyjka składała Z przejęcia parę razy gubiłem drogę. Tadestwem. Wyciągano się z trzech obrazków, łączących fotografię usz – szybko przeszliśmy na „ty” – wypytyostrożnie z szuz rysunkiem. Na pierwszym ulicą jechał sawał mnie o żonę, dzieci, o pracę. Pod koniec flady sekretery, podróży poprosił o przerwę na kawę. Lubi mochód, volkswagen garbus. Prowadziła go gdzie spoczywał długowłosa kobieta. Na drugim samochód kawę z ekspresu. W kawiarni w Łosicach ekszatrzymywał się na  światłach i  zaglądał pres był, ale zepsuty. Może na stacji benzynorazem z pamiątdo niego młody przechodzień, najwyraźniej wej? Ale aż do Janowa Podlaskiego nie było kowymi listami. już żadnej stacji benzynowej. Po obu stronach z zamiarem poderwania długowłosej kobiedrogi ciągnęły się malowniczo drewniane domki. Na ławeczty. A na trzecim obrazku kobieta była odwrócona do podrywacza i pokazywała mu wampirze kły, on zaś odskakiwał kach siedziały starsze panie w chustkach na głowie. Czekały przerażony. I właśnie ten trzeci obrazek sprawiał, że wycina objazdowy sklep. Tu i ówdzie ciągnięto wodę ze studni. nek cieszył się taką popularnością. Bo długowłosa kobieta W Janowie Podlaskim wypiliśmy kawę rozpuszczalną. w volkswagenie to była mama! Oczywiście z dorysowanymi Diaporama pt. „Sąsiadka” okazała się bardzo wzruszająca: kłami. Maja, wietnamska dziewczynka, sąsiadka Tadeusza z HamWycinek pochodził z  komiksowego cyklu satyryczneburga „nie ma niebieskich oczu i blond warkoczyka, należy go, publikowanego w latach siedemdziesiątych w tygodnido rodziny sąsiadów, którzy są inni”. Na fotografiach ukazana ku „Szpilki”. Autorami cyklu byli: Eryk Lipiński, rysownik, jest współcześnie w scenerii przedwojennych miasteczek, i ­Tadeusz Rolke, fotograf. O młodym przechodniu, wystęw których mieszkali Żydzi. pującym w tym komiksie, nie mówiło się u nas zbyt wiele. Mimo obietnicy, nie zdołałem dotąd odnaleźć tego wycinKiedy dzieci nieco podrosły, dowiedziały się, że wcielił się ka z tygodnika „Szpilki”. Diabeł nakrył ogonem. Ale nie ustaję w niego ówczesny chłopak mamy, niejaki T., przyjaciel autora w poszukiwaniach. £

14

kraina bugu · jesień/zima 2014


Z lotu ptaka

ziemia

płonie

tekst i zdjęcia:

Robert Lesiuk

D

zień jest wyraźnie krótszy od najdłuższego w roku, po polach wiatr unosi wspomnienia gorącego lata, na łąkach nie uświadczysz już ptasiej ferajny, w lesie zaległa cisza. Oto jesień. Coraz częściej można spotkać na słupach opuszczone bocianie gniazda, a do ludzkich domostw skradają się nowi lokatorzy… W plenerze widać płonące łęty po wykopkach i babie lato zaplątane we wrzosy, a w odmętach Bugu ucztujące w najlepsze szczupaki. Jeszcze tylko słońce ciepłem delikatnie muska policzki, dając tym samym znak, że niebawem świat spowije mgła i spadnie pierwszy śnieg. Przed zimowym snem dokonuje się ostatnie przeobrażenie przyrody. Nad Bugiem objawia się wyjątkowo barwnie i widowiskowo, bo na oczach rzeki, która studzi ogień jesiennych drzew na skarpie, przeglądających się w chłodnym lustrze wody. Ale nie odbiera im urody – wręcz przeciwnie: stroi je w fantazyjne odcienie żółci, purpury i czerwieni, radując się bliskością tak uroczyście dostojnych sąsiadów… t

16

Duże zdjęcie: „Po drodze” z Terespola do Kostomłotów. 1. Pola nieopodal Kryłowa. 2. Październikowa burza kolorów.

kraina bugu · jesień/zima 2014


1

2

17


kolekcja

Krainy Bugu

w kolejnym numerze: Maciej Tołwiński Blokhaus, akryl/olej na pilśni, 100 x 150 cm, 2009 r.

Więcej o autorze i jego pracach: www.tolwinski.blox.pl

18

kraina bugu · jesień/zima 2014


Tomasz Nowak Madonna z Levočy


Historia obrazu Madonna z Levočy Osadzony w  pejzażach krajów i  kultur Europy, próbuję przedstawić prawdę mojej przestrzeni, moich emocji, którym poddaję się podczas podróży. W lipcu 2003 r. brałem udział w  międzynarodowym sympozjum artystycznym w  Levočy na  Słowacji, którego patronem był Mistrz Paweł – średniowieczny artysta. Jego dzieła mogłem poznać m.in. w  kościele św. Jakuba, w  tamtejszym muzeum. Atmosfera pobytu w  Levočy oraz rzeźby mistrza wywołały we  mnie zaskakującą reakcję. Sprowokowały do zbudowania własnego wizerunku „Madonny Dnia Każdego”, z  jej troskami, radościami, namiętnościami i  momentami codziennego zwątpienia. Obecność mojej partnerki życiowej zwielokrotniła pierwiastek emocjonalny w kreowaniu obrazu. Obrazu „mojej Madonny”, który nabierał wymowy metafory, odnoszącej się do związku między dwojgiem ludzi. „Czas Levočy” był istotnym momentem, dzięki któremu bardziej emocjonalnie zacząłem kreować swoją wypowiedź malarską, aż po pójście w stronę figuracji w moim obrazowaniu.  Foto: P. Tołwiński

Tomasz Nowak

Foto: E. I. Nowak

U

www.tomeknowak.pl

rodził się w Ełku. W  1989 r. ukończył studia pedagogiczne z rozszerzonym fakultetem plastyki w Wyższej Szkole Rolniczo‑Pedago‑ gicznej w Siedlcach. Z  potrzeby kontaktu ze  sztuką i w poszukiwaniu inspiracji bierze udział w licznych plenerach i sym‑ pozjach artystycznych, wyjeżdża do muzeów i galerii sztuki w kraju i w Europie. Od 1989 r. związany z sie‑ dlecką uczelnią – Uniwersytetem Przyrodniczo‑Humanistycznym,

obecnie adiunkt w katedrze edukacji artystycznej. Jest założycielem galerii „Prze‑ strzeń Sztuk”, działającej od  2007  r. w Bibliotece Głównej UPH w Siedlcach, oraz galerii „A galeria ” na wydziale humanistycznym macierzystej uczel‑ ni, powstałej w 2013 r. Pomysłodaw‑ ca nieformalnej grupy „Ławeczka” (2008 r.), która swoje działania opiera na propagowaniu formuły otwartości, odnoszącej się do idei sztuki i jej od‑ działywania poprzez malarstwo. 


HONDA EXCELLENCE.

PRECYZJA. DOŚWIADCZENIE. PRESTIŻ.

Wyprzedaż rocznika 2014! Zapraszamy! HONDA WYSZOMIRSKI SIEDLCE, UL. TERESPOLSKA 7

TEL. 25 633 33 55 WWW.WYSZOMIRSKI-HONDA.PL


wędrowny

zakład fotograficzny

20

kraina bugu · jesień/zima 2014


Sylwetka/ludzie z klimatem

K

Zdarza się, że ów pojazd, z racji swojego zaawansowanego wieku, psuje się i pół wsi uczestniczy w jego ponownym uruchomieniu, co tylko dodaje wyprawie pikanterii. Każda podróż Agnieszki Pajączkowskiej to wielki znak zapytania. — Jedyne, co wiem, to skąd wyruszę i w którym kierunku pojadę, mniej więcej określam też, gdzie chciałabym skończyć, ale mimo to nigdy nie wychodzi tak, jak sobie zaplanowałam. Podobnie jest w  całym projekcie: nie ma w nim przymusu, aby zrobić określoną liczbę zdjęć czy odwiedzić ileś tam miejscowości. Chodzi o to, żeby czerpać satysfakcję ze spotkania z drugim człowiekiem, rozmowy z nim, wysłuchania opowieści o jego życiu lub lokalnej historii. Pretekstem do  tego jest zdjęcie, które bywa konkretem w tej niecodziennej wymianie barterowej. — Mówię, że zakład jest kobiecy, bo często fotografuję samotne kobiety, zazwyczaj wdowy, zwykle osoby starsze. Spotykam też młodych ludzi, samotnych mężczyzn, starszych albo młodszych kawalerów, wdowców, młodych rolników z  kilkorgiem dzieci, panie sklepowe, listonoszy, strażników granicznych, bardzo różne osoby — opowiada wędrowczyni. Jeśli tylko chcą, uwiecznia ich na fotografiach, które potem wstawiają za szkło meblościanki, wysyłają krewnym czy w przyszłości chcą umieścić na nagrobku. — Od początku przyjęłam, że zdjęcia

Foto: Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”/www.e.org.pl

iedy 33‑letni żółty volkswagen toczy się wolno wiejską drogą, nie może nie zwrócić na siebie uwagi. Podobnie jest z  drobną blondynką, która siedzi za jego kierownicą i rozgląda się uważnie, wypatrując osoby, z którą skrzyżuje swój wzrok. Będzie to znak, że powinna się zatrzymać, wysiąść z auta i powiedzieć: „Dzień dobry, nazywam się Agnieszka Pajączkowska, prowadzę Wędrowny Zakład Fotograficzny i mogę Panu/Pani zrobić zdjęcie w zamian za szklankę wody, jajka, pomidory lub opowieść”. Czy zastanawialiście się, jak sami zareagowalibyście na taką propozycję? Tego lata zakład fotograficzny na kółkach powrócił na podlaskie drogi. Pierwszy raz Agnieszka Pajączkowska wyruszyła w trasę w kwietniu 2012 r. Wystartowała z Sejn, zjeżdżała na południe wzdłuż granicy z Litwą i Białorusią, kończąc swoją podróż w Mielniku. Tam też zaczęła drugą wyprawę, która wiodła wzdłuż granicy z  Ukrainą, aż w  okolice Przemyśla. Trzecia podróż znów zaczęła się w Sejnach, ale jej szlak wiódł w kierunku północnym. W lipcu tego roku wędrowczyni powróciła na Podlasie, odwiedzając niektóre osoby i miejsca poznane dwa lata wcześniej. Co takiego spowodowało, że młoda kobieta, zamiast wypoczywać na słonecznych plażach zagranicznych kurortów, woli wsiąść do starego samochodu i samotnie bądź w towarzystwie przyjaciółek pokonywać nierówności podlaskich dróg? — Chęć wyruszenia w podróż, zrobienia czegoś własnego, indywidualnego, bez przestrzegania terminów i wytycznych, które dotyczą każdej pracującej osoby — mówi. Kiedy przyszedł odpowiedni moment, od  pary emerytów kupiła wspomniane już auto z duszą, które było stworzone na tego typu wyprawy. Poprzedni właściciele sami byli bowiem globtroterami, przerobili więc pojazd na dom na kółkach, wyposażając go w: jednopalnikową kuchenkę gazową, zlew, który działa na zasadzie grawitacji – na górze są baniaki z wodą, zasłonki, łóżko, pokaźną liczbę schowków na ubrania i jedzenie.

są tylko dla tych osób, które fotografuję. Nie powielam ich, nie wykorzystuję w innych projektach. Nie traktuję ich w kategoriach artystycznych, nie tworzę z nich reportażu ani dokumentu. Robię zdjęcia codziennego użytku, które mają wartość jedynie dla znajdujących się na nich osób. Zapewne wartość nie tylko materialną, lecz także, a może przede wszystkim, emocjonalną. £ JUSTYNA ­FRANCZUK • Foto: K. Szuba/www.kamilaszuba.pl

Agnieszka Pajączkowska Warszawianka, dyplomowana kulturoznawczyni – absolwentka Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego, doktorantka w Zakładzie Filmu i Kultu‑ ry Wizualnej tejże uczelni, animatorka kultury, artcoach. Członkini Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę”, Stowa‑ rzyszenia Katedra Kultury, Grupy Okołofotograficznej, Kolektywu Terenowego i sieci Latających Animatorów Kultury. Koordynatorka projektów, m.in. „Migawki. Spotkania z fotografią”, „Młodzi menedżerowie kultury”, „Seminarium Wizualne”. Należy do osób, dla których zawód to jednocześnie pasja. Głównym polem jej zainteresowania jest fotogra‑ fia portretowa, traktowana jako narzędzie, które służy do pracy z ludźmi. Interesuje ją szczególnie codzienny aspekt użycia zdjęć jako przedmiotów, które stanowią pamiątkę albo dokument. Zawodowe wojaże po Polsce, podczas których wspierała lokalnych liderów kultury w realizacji ich projektów, w 2011 r. zaprowadziły ją m.in. do Supraśla, Gródka i Wasilkowa. Tam wówczas odkryła Podlasie jako miejsce ciekawe z punku widzenia mieszczucha i osoby zajmującej się kulturą, miejsce, które warto poznać bliżej. Wtedy też wpadła na pomysł założenia Wędrownego Zakładu Fotograficznego, za sprawą którego rok później wróciła na Wschód, poznała go lepiej, a fotograficzna pasja posłużyła jej jako pretekst do spotkania z ludźmi i wysłuchania ich życiowych opowieści.

21


Dokument/oblicza rzeki

jakby anioł rynek

przy mnie stanął

tekst:

Anna Kłossowska  zdjęcia: Grupa Twórcza Motycz

Harleyowiec w pełnym rynsztunku padający krzyżem u wrót cerkwi, pątnik wędrujący boso po lodzie, studentka gołymi kolanami po trzykroć obchodząca świątynię. Każde z nich przybywa na Grabarkę ze swoimi bardzo osobistymi intencjami. A Święta Góra słucha i przynosi ukojenie. 22

kraina bugu · jesień/zima 2014


23

foto: T. MĹ‚ynarczyk


foto: K. Sak

N

igdy nie byłaś na Grabarce? — zapytał mnie ze zdziwieniem fotoreporter frontów wszelakich Bartek Kosiński, gdy przed dwoma laty realizowaliśmy razem jeden z reportaży dla „Krainy Bugu”. — No, to w drogę! — zadecydował i pojechaliśmy w kierunku dokładnie odwrotnym, niż przewidywały to nasze dziennikarskie plany. Na miejsce dotarliśmy pod wieczór, parkując samochód pod wysokim murem z obrobionych otoczaków. Wokół nie było nikogo. Doznałam silnego uczucia déjà vu. Nagle zniknęły intensywne zapachy rozgrzanych letnim słońcem polnych ziół, a  pojawiło się wspomnienie. Nie moje, a  prof.  Stanisława Baja, malarza, wykładowcy na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, pochodzącego z  Dołhobrodów nad Bugiem, a więc człowieka pogranicza, w którego rodzinie byli i katolicy, i unici, i prawosławni: — Przydarzyło

24

mi się to na początku lat 90., pamiętam dokładnie – 8 grudnia. Mróz ściął ziemię, wówczas jeszcze piaszczystą, a nie jak dziś asfaltową drogę, prowadzącą na Grabarkę. Oprócz mnie nie było wokół żywej duszy. Panowała absolutna cisza. Wtem zza zakrętu wyłonił się pątnik, cały obwieszony wotami. Znałem go z widzenia, bo często pielgrzymował na Świętą Górę – wyróżniał go charakterystyczny, haczykowaty nos i  długie włosy. Mój wzrok przykuły naraz gołe, mimo zimna, stopy... Z jaką szedł intencją? Tylko Bóg to wiedział, bo o intencjach na Grabarce nikt głośno nie mówi, ma je w sercu. Te słowa profesora Baja dźwięczały mi w głowie, gdy wraz z Bartkiem podchodziliśmy pod Grabarkę. Mrok coraz gęstszym welonem przykrywał ścieżkę, wpełzał między ledwo widoczne już krzyże. Dziesiątki, setki – ponoć na Grabarce jest ich 10 tysięcy, ale chyba trudno o dokładną statystykę, bo niemal codziennie ktoś dokłada nowy. Nie

większy niż palec albo ogromny, wielometrowy. Obok świeżo wbitych w ziemię stoją te  starsze, na  wpół spróchniałe, przekrzywione, obłażące z farby, zapadające się... Bo nikt ich nie prostuje, nie odnawia, nie układa, nawet jak padają czy tworzą – wydawać by się mogło – bezładny stosik. Mają tak trwać, postawione niegdyś ludzką ręką w konkretnym bardzo celu. W ślad za pierwszymi, umieszczonymi na  Grabarce podczas szalejącej w 1710 roku epidemii cholery na Podlasiu. Przez tych, którzy poszli za głosem Boga, mówiącego, że ratunek znajdą na tym właśnie wzgórzu. Uwierzyli i śmierć ich ominęła.

Intencje Na niektórych krzyżach wypisane są intencje, ale bardzo oszczędne w słowach, zazwyczaj hasłowe: za zdrowie, za pomoc, za spokój duszy. Część po polsku, reszta cyrylicą. Namalowane, wyryte, wypalone. Niekiedy już niewidoczne,

kraina bugu · jesień/zima 2014


Oblicza rzeki bo „czas zatarł ślad”. Ale miałam takie wrażenie, że tutaj nie jest to  istotne, bo Góra i tak je wszystkie zna, pamięta, one są wszechobecne. — Jeżdżę na Grabarkę co roku, od zawsze – dlatego dobrze pamiętam jeszcze starą cerkiew, przed pożarem z  1990 roku, kiedy to  została podpalona — opowiadał mi już po powrocie z mojej pierwszej wizyty na Grabarce Włodzimierz Zabrocki, właściciel agrokwater w  Narewce. — Cała moja rodzina jest głęboko wierząca – mamy w niej dwóch duchownych. Świętą Górę nawiedzałem zresztą już jako dziecko, podobnie moja żona i jej bliscy. Teraz zaś pielgrzymujemy wspólnie, nie powodowani jakimś nawykiem, zwyczajem, ale głęboką wiarą. Na  Grabarce modlę się o zdrowie dla siebie, bo nogi już mnie nie niosą i nie mogę tam się udawać pieszo, jak kiedyś, tylko samochodem. Proszę też o pokój na świecie i nie jest to frazes, puste słowo, bo pokój jest nam dziś szczególnie

Grupa zgarbionych kobiet idąca na górę, w pełnym skupieniu, ze wzrokiem wbitym w ziemię, jakby o niczym innym nie myślały tylko o tym, że dźwigają krzyż na swoich plecach. potrzebny. Tyle że nie za  Ukrainę, jak wszyscy teraz. Bo my tutaj za dobrą mamy pamięć… — zawiesił głos znacząco. Barbara Kubaj, 22‑letnia studentka, podobnie jak Zabrocki wyznania prawosławnego, opowiadała mi: — Wielu znajomych przed maturą pojechało pomodlić się w  intencji zdania

egzaminu dojrzałości i z tego, co wiem, wszyscy oni przeszli przez niego pomyślnie. Ja zresztą też o to prosiłam na Świętej Górze i choć wiadomo, że najważniejsza jest solidna nauka, to  wsparcie duchowe bardzo mi  pomogło — przyznała. — A ja w tym roku po raz pierwszy nie idę na Grabarkę z żadną intencją, tylko aby podziękować — Karolinę Szarą spotkałam już podczas tegorocznego Święta Przemienienia. — Przez 24 minione lata, gdy tu co roku pielgrzymowałam, prosiłam kolejno o  zdrowie, które mi  trochę szwankowało, o dobrą pracę i znalezienie miłości życia. Ponieważ wreszcie wszystko udało się ułożyć, jestem bardzo szczęśliwa! — dodała Karolina, która nie wyobraża sobie niedzieli bez modlitwy w cerkwi.

Sacrum i profanum Na Święto Przemienienia przyjechałam wczesnym rankiem. W  promieniach sierpniowego słońca połyskiwał lakier

foto: K. Sak

25


Oblicza rzeki dziesiątków samochodów zaparkowanych pod sosnami, na leśnej drodze. Przeważnie lepszych marek, wypucowanych odświętnie. Podobnie odświętnie ubrani wysiadający z nich ludzie. Panie w letnich sukienkach bądź przeważnie „galowych”, białych bluzkach i  wzorzystych, choć niekrzykliwych barwami spódnicach, panowie w garniturowych spodniach i koszulach z długimi rękawami, które zaraz podwijali. To, co od razu zwróciło moją uwagę, to właśnie ubiór pątników niezależnie od  statusu materialnego. W  przeciwieństwie do  katolickich kościołów,

gdzie już niemal na porządku dziennym są szorty, minispódniczki i głębokie dekolty oraz bluzki na ramiączkach – tutaj dominowała wstrzemięźliwość stroju. Jeśli zdarzały się krótkie u  panów – to za kolana. Podobnie było ze spódnicami, a koszulki u pań i dziewcząt miały co najmniej krótki rękaw. Żadnej rewii mody. Zresztą i tak zdecydowana większość nosiła po  prostu zwykłe podkoszulki, sandały na  gołych nogach i, naturalnie, chustki na głowach. — Batiuszka u nas, w Jabłecznej, bardzo pilnuje „obyczajności” stroju – ostatnio nie pozwolił wejść do  środka

trzem rowerzystom ubranym w lycrowe, obcisłe ubranka — zauważyła towarzysząca mi  koleżanka, na  co  dzień związana z monasterem św. Onufrego. — Na Grabarkę na Święto Przemienienia suną tłumy, ale tym razem mamy do  czynienia z  prawdziwym apogeum — uczestniczący w  uroczystościach Włodzimierz Zabrocki nie mógł wyjść z podziwu. — Policja podała, że w tym roku na  Grabarce było 5 tysięcy ludzi, a moim zdaniem było ich w międzyczasie 150 tysięcy — podchwycił Mariusz Wideryński, nauczyciel akademicki i fotograf, członek ZAIKS‑u i ZPAF‑u, który

foto: D. Hankiewicz

26

kraina bugu · jesień/zima 2014


Oblicza rzeki od 1976 roku przyjeżdża na Świętą Górę, od  wielu lat utrwalając ją na  swoich zdjęciach i w albumach. — Byli prawosławni i katolicy, i osoby innych wyznań, indywidualnie i grupowo, ze świeckimi przewodnikami i duchownymi — dodał. — Utkwiła mi w pamięci taka stop‑klatka: grupa zgarbionych kobiet idąca na  górę, w  pełnym skupieniu, ze  wzrokiem wbitym w ziemię, jakby o niczym innym nie myślały tylko o tym, że dźwigają krzyż na swoich plecach — wspominała studiująca w stolicy białostoczanka Marta Jastrzębska, która, choć katoliczka, często bywa na  Grabarce.

Skupienie, zaduma, zatopienie się w modlitwie, wyłączenie są charakterystyczne dla tego miejsca, które wydaje się znacznie bliżej nieba niż reszta świata, przyciąga jak niewidzialny magnes. Niespiesznie podchodziłam do  cerkwi, zanurzając się w  zupełnie inny wymiar. Dosłownie na  dole pozostawały „kolorowe jarmarki”, stragany odpustowe z mydłem, powidłem, zapachem kiełbasy z rusztu i zgiełkiem dnia codziennego. Gdzieś w  połowie drogi, na zielonych zboczach, rozkładały się na  kocach i  ręcznikach całe rodziny i grupy pątnicze, ale niewiele

tu było z klasycznej atmosfery pikniku. Znużeni wędrowcy musieli po prostu trochę odpocząć i  posilić się. Nawet liczne mamy z  wózkami zdawały się czuwać, aby ich pociechy zbyt głośno nie dokazywały – znów przypomniała mi się niedzielna msza święta w mojej, katolickiej parafii, podczas której kapłana skutecznie zagłusza wrzask bezstresowo wychowywanych maluchów. Jaki niezwykły kontrast, pokazujący ogromny szacunek dla wiary! Im bliżej szczytu, czyli stojącej na nim cerkwi, tym tłum stawał się coraz gęstszy. Ludzie – wsparci o strzeliste sosny,

foto: K. Kuzko

27


Oblicza rzeki szumiące nad lasem krzyży, lub o same krzyże – sprawiali wrażenie, jakby nie dostrzegali bliskości innych. Usta bezgłośnie szeptały modlitwy albo nie poruszały się wcale. Nieobecny wzrok błądził gdzieś bardzo daleko... Nagle w nozdrza uderzyła mnie woń kadzidła, płynąca z  otwartych drzwi świątyni, pomieszana z dymem woskowych świec. Wraz z intensywnym aromatem świeżej żywicy tworzyło to niepowtarzalną kompozycję zapachową, jaką można poczuć tylko na Grabarce. — Ten zapach jeszcze bardziej czuje się nocą, a tamtejsze sosny zdają się posiadać niesamowitą, witalną energię — komentował to potem w telefonicznej rozmowie ze mną prof. Baj.

Relikwie Między 16 a 23 sierpnia tego roku po świątyniach prawosławnych w Polsce peregrynowały relikwie św. Marii Magdaleny z  Góry Athos: cudowna dłoń „Świętej równej Apostołom” i cząstka drogocennego drzewa Krzyża Pańskiego. Relikwie zostały powitane uroczyście w warszawskiej cerkwi metropolitalnej Św. Marii Magdaleny. Biskup Jerzy, wikariusz diecezji warszawsko‑bielskiej, a  zarazem prawosławny ordynariusz wojska polskiego w stopniu podporucznika, podkreślił, że ich przybycie do Polski to „zaszczyt dla miejscowej ludności prawosławnej”. — Jest to jeden z najważniejszych dni naszej Cerkwi, o którym nikt nigdy nie myślał, że nadejdzie. Przywozicie do naszej Cerkwi ogromną paschalną radość — zwrócił się do dwóch mnichów, którzy przywieźli relikwie z  Athos. Na  trasie peregrynacyjnej nie mogło zabraknąć Grabarki, którą relikwie nawiedziły w wigilię i podczas Święta Przemienienia Pańskiego. — To niebywałe, gdy weźmie się pod uwagę ich wiek oraz fakt, że przetrwały do naszych czasów. To prawdziwy cud! Uczestniczyłem nocą w liturgii, w której brało udział blisko czterysta osób – wśród nich chyba połowę stanowiła młodzież. Rzekłbym: piękni reprezentanci młodego pokolenia – wyciszeni, skupieni na modlitwie,

28

a więc zupełnie inni niż dzisiejsi nastolatkowie w miastach, eksplodujący agresją, krzykiem, rozpychający się. Mam wrażenie, że to  Grabarka ma  na  nich taki wpływ – ona ich przemienia. Zresztą widziałem dużo młodych pełniących funkcje organizacyjno‑porządkowe, chociażby w kolejce do relikwii — dodał jeden ze  świadków tego wydarzenia. Tylko cudem osoba wierząca może nazwać fakt, że do naszych czasów w niezmienionym stanie dotrwała lewa dłoń Świętej, tej, która wraz z Chrystusem przebyła jego ostatnią, człowieczą drogę – na Golgotę, asystowała przy jego pogrzebie i jako jedyna kobieta odkryła pusty grób Pański – to  jej zresztą jako pierwszej ukazał się Syn Boży już po Zmartwychwstaniu. Umieszczone w złotym, wysadzanym cennymi kamieniami relikwiarzu w kształcie ręki święte szczątki przechowywane są w kunsztownej, srebrnej szkatule wraz z fragmentem drzewa Krzyża Świętego. Mają zachowywać stałą temperaturę ciała ludzkiego, czyli 36,6°C i wydzielać delikatny, przyjemny zapach – niestety, nie czuło się tego w przepełnionej, dusznej cerkwi. Mimo to nastrój wśród ustawionych karnie w  kolejce do  ich ucałowania był bardzo podniosły. Nikt nikogo nie poganiał, nie deptał czekając na swoją kolej. — Zawsze daleka byłam od wszelkiej afektacji, ale moment, gdy dotknęłam relikwii ustami, był dla mnie głęboko mistyczny — wyznała mi Agata, jedna z licznych podczas Święta Przemienienia harcerek ZHR, które jako wolontariuszki

Ludzie – wsparci o strzeliste sosny, szumiące nad lasem krzyży, lub o same krzyże – sprawiali wrażenie, jakby nie dostrzegali bliskości innych.

pilnowały porządku na Grabarce. Św. Maria Magdalena zmarła w Efezie, znajdującym się na terenie dzisiejszej Turcji. Leon VI Filozof, cesarz Bizancjum, który swój przydomek zawdzięczał upodobaniu do wygłaszania kazań w kościołach Konstantynopola, sprowadził jej relikwie do ówczesnej stolicy cesarstwa wschodniorzymskiego, czyli dzisiejszego Stambułu. Na co dzień zamknięte w monasterze Simona‑Petra (Skała Szymona) na  św. Górze Athos w Grecji, są najcenniejszym skarbem klasztoru również dlatego, że dłoń św. Marii Magdaleny słynie z wielu cudów. W 1945 r. i dwa lata później, gdy wybuchł groźny pożar lasów wokół klasztoru, tamtejsi mnisi wynieśli relikwie w pobliże szalejącego żywiołu, a ogień, tak jak się wcześniej nagle pojawił, równie szybko zniknął.

Źródło U podnóża Grabarki tryska święte źródełko. Jego cudowne właściwości odkryli ci, którzy podczas wspomnianej epidemii cholery w  1710  r. obmyli się wodą, by  zaraza ich nie dotknęła. Spodobał mi się sposób zagospodarowania tego terenu – jak i całej Grabarki zresztą – bez żadnych „luksusów”, epatowania bogactwem. Nad studnią wznosi się pobielana kapliczka z  charakterystycznym, cerkiewnym, kopulastym dachem. Do źródła ciągną pielgrzymi. Czerpią zeń świętą wodę do butelek po napojach, bidonów, termosów – do  czego się da. Zresztą świętą wodę można też nabyć za dobrowolną ofiarę na stoisku prowadzonym przez wolontariuszy. Utrwalił mi się w pamięci bardzo malarski obraz tego miejsca: dziesiątki białych, mokrych chustek w kopcach i  porozkładanych na  trawie dookoła, a jednak niesprawiający wrażenia nieporządku. To właśnie tymi zwilżonymi świętą wodą chustkami wycierali się wcześniej pielgrzymi wierząc, że w ten sposób zmyją z siebie wszelkie choroby. Chustki zbierają potem siostry z tutejszego monasteru św. św. Marty i Marii, odprawiają nad nimi modlitwy,

kraina bugu · jesień/zima 2014


foto: G. Hankiewicz foto: T. MĹ‚ynarczyk

29


30 foto: G. Hankiewicz


Oblicza rzeki a następnie palą. Utworzony w 1947 r., był pierwszym w  powojennej Polsce żeńskim klasztorem prawosławnym. Wraz z trzema cerkwiami (oprócz głównej, parafialnej Przemienienia Pańskiego, są tu jeszcze cerkwie Ikony Matki Bożej „Wszystkich Strapionych Radość” oraz refektarzowa – Zaśnięcia Przenajświętszej Bogurodzicy) i dwoma domami pielgrzyma tworzy kompleks‑osadę Grabarka‑Klasztor.

Pokuta Największe wrażenie na Grabarce zrobiły na mnie pątniczki – bo kobiet jest więcej niż mężczyzn – obchodzące dookoła cerkiew. Trzy razy. Na gołych kolanach. Uniesiona nieco powyżej, ale nie za bardzo, spódnica – tylko raz widziałam pod nią chroniące nogi leginsy! Obowiązkowa chustka na głowie. Zamaszysty ruch biodrem i prawe kolano do przodu, potem ten sam ruch i lewa noga. I dalej. — Proszę zauważyć, że nie widać na ich twarzach żadnego grymasu cierpienia, bólu – choć przecież poruszają się po nierównym terenie, natrafiając na kamienie, gałęzie – ale skupienie, jakąś nieobecność duchową — uzmysłowił mi Mariusz Wideryński, obserwujący takie sceny niejednokrotnie przez obiektyw. Rzeczywiście. Dla mnie to wprost niesłychane. Nawet nie próbowałam pójść śladem obserwowanej przeze mnie od  dłuższego czasu szczuplutkiej dziewczyny w  podkoszulku firmowym czołowej spółki giełdowej. Dłuższe włosy wyślizgiwały jej się spod przekrzywionej chustki, z  prawego ramienia zwisała wypchana torba‑worek. Musiała być ciężka. Czy to niewinnie wyglądające stworzenie może mieć tak ciężkie grzechy, że dodatkowo się umartwia? Zachodziłam w głowę, ale nie miałam szans potem z nią porozmawiać. Po prostu nie chciała. To zbyt osobiste przeżycia, aby „sprzedawać” je prasie. Ale widziałam otarte do  krwi, posiniaczone kolana. — Polska, gdzie zderzają się dwie wielkie religie: katolicka i prawosławna – ich przenikanie właśnie na przykładzie chodzenia na kolanach, które nie jest prawosławne — zwrócił moją uwagę Wideryński.

Trzy razy. Na gołych kolanach. Uniesiona nieco powyżej, ale nie za bardzo, spódnica. Obowiązkowa chustka na głowie. Zamaszysty ruch biodrem i prawe kolano do przodu, potem ten sam ruch i lewa noga. I dalej. — A czy potrafi sobie Pani wyobrazić taką scenę? — profesor Baj, z  którym na tematy eschatologiczne można rozmawiać w nieskończoność, ma w zanadrzu kolejną, ciekawą opowieść. — Cerkiew, a wewnątrz i wokół rozmodlony tłum. I nagle pojawia się człowiek jakby zupełnie z innego świata, ubrany cały w czarną skórę, w kasku na głowie – harleyowiec. Zamaszystym, pewnym krokiem zmierza ku schodom świątyni, staje przed nimi i nagle... łup... pada na ziemię, rozkłada ręce na krzyż i tak leży. Przez godzinę – bez ruchu!

Wiara, która czyni cuda Włodzimierz Zabrocki opowiadał, że na jego kwaterach zatrzymuje się wielu katolików, których on potem kieruje na  Grabarkę. — Pytają mnie najczęściej o  różnice mojej i  ich wiary, co  nas dzieli. Nie owijam w  bawełnę, bo  gdy katolicy oddzielili się od  chrześcijan w 1051 r., to właśnie my pozostaliśmy przy starym porządku, który trwa od  czasów Chrystusa. Mamy komunię pod dwiema postaciami, a  pierwszą komunię dziecko już przyjmuje, gdy po raz pierwszy, w sześć tygodni po narodzinach, przynoszone jest przez matkę do cerkwi — uświadomił mi Zabrocki. W  tegorocznym tłumie dostrzegłam mnóstwo mam z malutkimi dziećmi, które komunię przyjmowały na długiej

łyżeczce. Nikt jej nie mył, nie czyścił pomiędzy kolejnym użyciem. — Wielu katolików się temu dziwi, ale ja zapewniam, że nikt nigdy się nie zaraził przez to  żadną chorobą, bo  to  wiara czyni te cuda! — zaznaczył Zabrocki.

Liturgia Przekraczając próg cerkwi nie mogłam nie zgodzić się z Wideryńskim, że prawosławie różni się od  mojego wyznania nawet kolorytem. Świątynia przyciągała ciepłem płonących, cieniutkich białych świec trzymanych przez wiernych, ale i zatkniętych w specjalnych stojakach. Wierni podczas trwającej półtorej godziny liturgii nie siedzieli, jak my, w ławkach, a cały czas stali. I znów nie zauważyłam tu, na  Grabarce, żadnego przestępowania z nogi na nogę, podpierania ścian, znużenia, choć przecież zwłaszcza starszych musi boleć kręgosłup. Nie wiem, na ile pomagają zaściełające posadzkę kobierce, ale one też „ocieplają” atmosferę, tłumiąc skutecznie dekoncentrujący zazwyczaj odgłos kroków. Melorecytacyjna modlitwa niemal na  jednym tonie i  „sekundujący” jej chór wiernych, bez wsparcia organów, których w cerkwi nie ma, też tworzyły wyjątkowy nastrój. Zwłaszcza że odbywały się w  języku starej wiary, a zarazem najstarszym słowiańskim języku, czyli starocerkiewno‑słowiańskim. Językiem liturgicznym obrządku słowiańskiego uczynili go misjonarze Słowian, Cyryl i  Metody. Stał się on potem podstawą języków bułgarskiego, rosyjskiego i serbsko‑chorwackiego, a dziś najbliżej spokrewniony jest właśnie z bułgarskim i macedońskim. Uczyłam się go na  studiach polonistycznych, co nie znaczy, że ułatwiło mi to uczestnictwo w obrządku. Myślę jednak, że właśnie ta bariera językowa w  postaci esceesu, którego przecież dzisiejsi prawosławni, poza duchowieństwem, też nie znają, wyzwala większy szacunek wiernych do Słowa Pana. Zresztą tak jak w Kościele katolickim, gdy językiem liturgii była jeszcze łacina, a  więc przed Vaticanum

31


Oblicza rzeki

foto: D. Hankiewicz

II. Ubrani w bogato zdobione szaty duchowni emanowali dostojeństwem i powagą. Podczas głównych uroczystości Święta Przemienienia obecny był w tym roku prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski z małżonką – gościł zresztą na Grabarce już po raz drugi. Mówił o ekumenizmie, o  potrzebie jedności wyraźnie w duchu Jana Pawła II. Nie widać było na twarzach zgromadzonych tutaj wiernych jakiegoś wielkiego ożywienia czy podniecenia z powodu obecności VIP‑a  nr 1. Może z  wyjątkiem prasowych fotoreporterów, którzy uwijali się jak w ukropie, aby złowić jakieś wyjątkowe ujęcie. Trzeba przyznać, że funkcjonariusze BOR, chroniący Głowę Państwa, starali się być dyskretni, choć zazwyczaj nie przebierają w środkach i zbyt bliskie podejście do prezydenta może grozić mocnym odepchnięciem albo, w  skrajnych wypadkach, nawet

32

ciosem w żołądek. — My tu wszystkich ważnych gości traktujemy tak samo, bez specjalnego wyróżniania – przecież to tacy sami ludzie jak my — szepnęła mi na ucho jedna z sióstr z tutejszego monasteru. A ja obserwowałam zafascynowana, jak abp Sawa, prawosławny metropolita warszawski i całej Polski, wręczał prezydentowi prosforę,

bułeczkę na zakwasie, będącą odpowiednikiem „naszych” komunikantów. — W komunii świętej używane są jej konsekrowane cząstki, zanurzane w poświęconym winie – reszta zostaje rozdana wiernym po mszy. W czasie prawosławnej Wigilii domownicy dzielą się przyniesioną z  cerkwi prosforą, a  dopiero potem zasiadają do wieczerzy — instruowała mnie szeptem ta sama siostra.

Iwerska ikona

Znajdowaliśmy się od siebie w pewnym oddaleniu, każdy pogrążony w modlitwie. I naraz poczułem go tuż obok, tak jakby anioł koło mnie stanął…

Podczas pierwszego, nocnego wypadu na Grabarkę, nie miałam możliwości zobaczyć iwerskiej ikony Bogurodzicy, która – podobnie jak częstochowska Matka Boska otacza opieką Jasną Górę – tak ta czuwa nad Świętą Górą prawosławia. W  rzeczywistości jest kopią ikony z  IX w., która w  sposób cudowny pojawiła się w  iwerskim monasterze, założonym przez Jana Gruzina (Iweria to  historyczna nazwa Gruzji) na Górze Athos. Zgodnie

kraina bugu · jesień/zima 2014


foto: K. Kuzko

z tradycją cudowne zniknięcie oryginału ikony w  nieokreślonej bliżej przyszłości będzie zwiastunem końca świata. Dlatego nigdy nie opuszcza klasztornych murów. Kopia ikony natomiast przebywa od 14 lat na Grabarce. Przed Świętem Przemienienia sięgnęłam po  „Rozważania wokół teologii ikony” Anny Agnieszki Wyparło. Pisze w nim autorka: „Ikona jest często postrzegana jako dzieło sztuki, cenny element kolekcji prywatnych i  muzealnych, równy w swej istocie dziełom Michała Anioła, Rembrandta, Picassa. Tymczasem w  prawosławiu ikona nie służy do  oglądania, ikonę należy kontemplować. Ikona jest nośnikiem, przekazuje informacje o boskiej naturze, o  historii Zbawienia. Prowadzi ku Bogu, prowadzi ku Niemu myśli patrzącego”. A potem trafiłam na niezwykłego bloga autorstwa Mikołaja Korgol‑Sowińskiego, zatytułowanego „Magia naszych korzeni”.

I przeczytałam relację z jego pierwszej pielgrzymki rowerowej na Święto Przemienienia sprzed roku. Oto wybrany fragment: „Około godziny 22 wszedłem na  Św. Górę. To, co  tam zobaczyłem, było czymś niesamowitym. Było już ciemno. Świeciły tylko świece oraz lampy... wokół cerkwi nadal stała wielka kolejka... dokoła niej siedzieli w ławkach ludzie, którzy się  modlili. A  jeszcze inni przemierzali na  kolanach otoczenie cerkwi. Dzwony biły przepiękną melodię. Część pielgrzymów po  prostu pchała się do  ikony, która wystawiona była przed cerkiew. Wszystko to  dało tak niesamowite uczucie, jak wielka jest wiara człowieka... łza oczywiście poszła:)”. Mnie w tym roku również – i to niejedna.

Krzyż w wagonie To, jak silnie oddziałuje Grabarka, zawarte jest w ostatniej opowieści profesora Baja, której nie mogłam na koniec

mojej osobistej pielgrzymki po Świętej Górze pominąć: — Pamiętam inne zdarzenie, kiedy pod wielometrowym krzyżem zobaczyłem młodego człowieka. Znajdowaliśmy się od siebie w pewnym oddaleniu, każdy pogrążony w  modlitwie. I naraz poczułem go tuż obok, tak jakby anioł koło mnie stanął: „Dobrze, że Pan tu zdjęć nie robi” – odezwał się naraz – „bo tu się takie intymne rzeczy dzieją, które się do fotografii nie nadają, bo ona fałszuje rzeczywistość”. A potem opowiedział mi, że ten krzyż, pod którym się modlił, to  przywieźli pociągiem aż z Zielonej Góry do Warszawy, skąd jego grupa przyniosła go już na swoich plecach na Grabarkę. Czy Pani sobie wyobraża, jak oni ten wielometrowy, masywny krzyż do wagonu wsadzili? I ten chłopak wyznał mi na końcu, że to właśnie dziś, tu, na Grabarce postanowił, że wstąpi do seminarium. Potem już każdy z nas poszedł w swoją stronę. Wtedy odniosłem wrażenie, że oto anioł uleciał...”. £

33


ZAMÓW

prenumeratę roczną

49 zł

CENA ROCZNEJ PRENUMERATY

Zamówienia rocznej prenumeraty: poprzez stronę internetową www.krainabugu.pl dzwoniąc pod numer 83 357 51 46 wysyłając e-mail na adres prenumerata@krainabugu.pl, podając adres oraz okres prenumeraty

dokonując przelewu bankowego PEKAO SA 75 1240 2685 1111 0010 6091 6234, podając imię i nazwisko, pełny adres oraz okres prenumeraty


SKLEP

Krainy Bugu 25 zł

35 zł

20 zł

299 zł Zamówienia: poprzez stronę internetową www.krainabugu.pl/sklep dzwoniąc pod numer 83 357 51 46 wysyłając e-mail na adres magazyn@krainabugu.pl, podając adres oraz przedmiot

dokonując przelewu bankowego PEKAO SA 75 1240 2685 1111 0010 6091 6234, podając imię i nazwisko, pełny adres oraz przedmiot


Rozmowy na prowincji

wciąż odczuwam

głód Wschodu rozmawiała:

Justyna Franczuk

Choć minęło wiele lat, odkąd wyprowadził się z Siedlec, każda okazja, aby zawitać do nich ponownie, jest świętem. Podobnie jak każda inna sposobność dotknięcia stopami podlaskiej ziemi, która bywa powrotem do korzeni, inspiracją, pokarmem dla duszy, wytchnieniem lub samotną wędrówką. Zenon Żyburtowicz, reporter, artysta, fotografik i podróżnik, nieustannie odkrywa zakamarki Wschodu, na który jest zaprogramowany. ››Urodził się Pan w Siedlcach i spędził w nich pierwszych 16 lat życia. Jak wspomina Pan tamten okres? Czy dorastanie na Podlasiu było sielskie i anielskie? ››Urodziłem się w tym mieście w domu moich dziadków, w którym dorastała również moja mama. Choć wówczas kobiety rodziły już w szpitalach, moja mama powiła mnie w domu w towarzystwie akuszerki. Z opowieści wiem, że stało się to o 3:15 nad ranem. Mieszkałem tam do 16. roku życia, miałem niezwykle ciepły dom, który stworzyli mi dziadkowie, ponieważ rodzice już w  tym czasie mieszkali i  pracowali w Warszawie. ››Jakie wspomnienia przychodzą Panu na myśl o tamtych czasach? ››Pierwszym skojarzeniem jest rower, który dostałem od dziadka, kiedy miałem dziewięć, może dziesięć lat. Jeździłem na  nim do  leżących w  pobliżu Siedlec wiosek. Do  dziś

36

ich nazwy – Kisielany, Niwiski, Stok Lacki – brzmią mi ciepło w  uszach. Wyprawiałem się też na  Sekułę, leżącą na  obrzeżach miasta, popularne miejsce wypoczynku siedlczan, znane z kart „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego. Były tam piękne lasy, w których podczas wojny ukrywali się partyzanci. To  miejsce intrygowało mnie zapewne dlatego, że słyszałem o nim w opowieściach dziadka. Chodzą mi  też po  głowie nazwy: Kózki, Mierzwice, Platerów, Mielnik, ale właściwie nie wiem, dlaczego. Możliwe, że jeździłem tam wraz z dziadkami do ich przyjaciół. ››Zatrzymajmy się na chwilę przy tych dziadkowych opowieściach. Czy kil‑ kuletni chłopiec potrafił docenić ich wartość? ››Niestety nie, czego dziś bardzo żałuję. Dziadek miał piękną i bogatą przeszłość. Brał udział w bitwie warszawskiej, był w AK, walczył w partyzantce,

spędził dwa lata i trzy miesiące – co bardzo często podkreślał – w łagrze jenieckim w Królewcu, był dwukrotnie ranny. Kiedy wspominał mi, że jeździł bryczką do Sarnak albo Łosic, wydawało mi się to takie oczywiste. Dziś, jak na to patrzę, już takie oczywiste nie jest. Ponieważ dziadek działał w podziemiu, opowiadał mi o przygotowaniu i przebiegu zamachu na Fabischa – komendanta Siedlec, który wydawał wyroki śmierci. W końcu AK wydało takowy na niego. Dla dziecka nie było to interesujące, nie chciałem wtedy słuchać tych opowieści, myślałem: co ciekawego mogą przekazać mi starzy ludzie? A potem miałem żal do siebie, że nie skorzystałem z szansy dowiedzenia się tylu ciekawych rzeczy i bycia dumnym z rodzinnych historii, które mógłbym przekazać dalej. Jest mnóstwo pytań, które zadaję sobie w  związku z  tymi wydarzeniami, ale odpowiedzi na nie nigdy nie poznam.

kraina bugu · jesień/zima 2014


Foto: B. Kosiński


Rozmowy na prowincji ››Pana rodzice mieli równie barwną przeszłość? ››Tak, poznali się, gdy ojciec był w partyzantce. Jako młody żołnierz służył w  oddziale „Zenona”, dowodzonym przez mjr. Stefana Wyrzykowskiego, cenionego wówczas na  Podlasiu nie tylko jako dowódcę, lecz także jako człowieka. Myślę zresztą, że to właśnie na jego cześć nadano mi imię, które on przyjął jako pseudonim: Zenon. Ojciec miał patriotyzm w genach. Jego rodzice posiadali majątek na  terenie dzisiejszej Białorusi. Kiedy skończyła się wojna, usłyszeli: „Albo zostajecie, wyrzekacie się polskości i otrzymujecie obywatelstwo Związku Radzieckiego, albo wracacie do Polski”. Decyzja była dla nich oczywista, zostawili dwór i osiedlili się na Podlasiu. Dwa lata temu wybrałem się razem z  ciotką w  tamte okolice. Po  wojnie majątek był siedzibą NKWD, później

38

mieściła się w nim biblioteka publiczna, następnie stał pusty. Sad, który znajdował się wokół niego, rozparcelowano na działki, postawiono w nim budynki robotnicze. Popatrzyłem na to ze smutkiem. Niedawno okazało się jednak, że historia zatoczyła koło, bo moi dalecy krewni postanowili ten dworek wyremontować i w nim zamieszkać. Tym samym majątek wrócił do naszej rodziny, choć okolica nie ta, a i mieszkańcy niechętnie patrzą na przybyszów z Polski. Jako ciekawostkę dodam, że w tamtych czasach cała osada, w której mieszkali dziadkowie, liczyła 36 rodzin Żyburtowiczów, więc trochę nas tam było. ››Wróćmy jeszcze na  chwilę do  Sie‑ dlec. Czy dom dziadków stoi tam nadal? ››Tak, to ładna przedwojenna kamienica, która – szczęśliwie – ocalała. Znajduje się w samym centrum Siedlec, przy zbiegu ulic Floriańskiej i Sienkiewicza,

choć za moich czasów ta  pierwsza nazywała się bodajże I  Dywizji, ale pamięć bywa zawodna, więc mogę się mylić. Naprzeciwko domu moich dziadków było liceum im. Bolesława Prusa, które zresztą jest tam nadal. ››Kiedy ostatnio był Pan w tym domu dzieciństwa? ››Nie pamiętam dokładnie, ale bardzo dawno temu. Jest we  mnie pokusa, żeby kiedyś tam zajrzeć, może zapukać do mieszkania, w którym się urodziłem, choć nie wiem, kto tam teraz gospodarzy. Z drugiej strony, coś mnie przed tym powstrzymuje. Na pewno nie chciałbym zakłócić spokoju ludzi, którzy tam teraz mieszkają, stworzyć jakiejś nieprzyjemnej sytuacji, ale jest też we mnie lęk przed powrotem. Wiem z doświadczenia, że jak powtórnie przybywa się gdzieś, gdzie przeżyło się wspaniałe chwile, to można się rozczarować, bo pewnych rzeczy nie da się

kraina bugu · jesień/zima 2014


powtórzyć. Bardzo chciałbym, aby obraz mieszkania, z którego wyjechałem, został taki, jaki noszę w sercu i w pamięci, więc boję się tej nowej rzeczywistości, którą mógłbym tam zastać. ››Z jakimi smakami i zapachami koja‑ rzy się Panu tamto mieszkanie? ››Na  pewno zawsze z  utęsknieniem czekałem na święta wielkanocne, ponieważ wtedy babcia robiła majonez, który uwielbiałem, i właściwie w każde święta byłem zakodowany już na kolejne, bo  wiedziałem, że ten smakołyk się pojawi. Pamiętam też babcine zupy, zresztą do dziś obiad bez nich dla mnie nie istnieje. Do większości jem ponadto chleb, co  jest podobno charakterystyczne dla ludzi pochodzących ze Wschodu. ››Edukację rozpoczął Pan na Podlasiu. Czy na myśl o szkole w Pana sercu robi się równie ciepło, jak na myśl o domu dziadków? ››Ściślej: szkołę podstawową – bo  ją kończyłem w  Siedlcach – wspominam bardzo miło. Miałem polonistkę, która pewnego razu powiedziała mi, że jestem z  Kresów, choć nie bardzo wiedziałem wtedy, o co chodzi, byłem bodajże w drugiej klasie. Wyjaśniła mi, że charakterystyczna dla nazwisk Polaków kresowych jest końcówka „wicz”. Potem zacząłem zwracać na to uwagę i  zdałem sobie sprawę, że nazwiska tych największych – Sienkiewicz, Mickiewicz, Karłowicz – kończą się taką właśnie zbitką, choć oczywiście nie ośmielam się do nich porównywać. ››Po 16 latach życia na styku Mazow‑ sza i Podlasia wyprowadził się Pan do Warszawy. Częste były powroty w rodzinne strony czy jednak na do‑ bre zapuścił pan korzenie w stolicy? ››Kiedy dziadkowie żyli, odwiedzałem ich często, bo  choć Warszawa szybko stała się moim portem macierzystym, sentyment do Podlasia pozostał. Zresztą jakaś część mnie zawsze tam będzie. Do dziś, kiedy tylko mam okazję choćby przejechać przez Siedlce, będąc na  przykład w  drodze na  północny‑wschód, zawsze z  niej korzystam. Wjeżdżam tam i czuję po prostu

Do dziś, kiedy tylko mam okazję choćby przejechać przez Siedlce, zawsze z niej korzystam. Wjeżdżam tam i czuję po prostu inny klimat. Nie potrafię tego określić, to jest coś bardzo dziwnego. Od razu uśmiecham się wewnętrznie. inny klimat. Nie potrafię tego określić, to jest coś bardzo dziwnego. Od razu uśmiecham się wewnętrznie. To chyba nawet nie chodzi o dzieciństwo. Sienkiewicz pisał „laski, piaski i karaski”, ale nie do końca bym się z nim zgodził w  odniesieniu oczywiście do  całego Podlasia. Jest w nim coś takiego, czego nie potrafię określić. Może to ta nieskażona jeszcze przyroda, może pewnego rodzaju sielskość. Nie wiem, niech nazywają to poeci i utalentowani pisarze. ››Jak Pan już przez te  Siedlce prze‑ jeżdża, to  się w  nich czasem zatrzymuje? ››Zawsze, tam są pochowani moi dziadkowie, więc odwiedzam ich grób. Mam jeszcze kilku kolegów, z którymi utrzymuję kontakt, więc jest to dobra okazja do spotkania. Siedlce są mi bliskie w sposób naturalny, ale z przyjemnością odkrywam inne miejsca na Podlasiu, których wcześniej nie znałem. Tak było na przykład z Supraślem, do którego pierwszy raz pojechałem z ekipą filmową TVP, realizującą serial „Blondynka”. W  poszukiwaniu pięknych plenerów odkryłem tam wiele miejsc, które mnie urzekły. Z  sentymentem myślę też o  Janowie Podlaskim, który za  każdym razem, kiedy do  niego przyjeżdżam, robi na mnie ogromne wrażenie.

››Podlasie to przede wszystkim Bug, rzeka magiczna, z pięknymi krajo‑ brazami, ale też krnąbrna. Miał pan okazję poczuć na plecach jej oddech? ››Miałem, mało tego – to  właśnie na Bugu przeżyłem zarazem śmieszną i  straszną przygodę, kiedy goniło mnie osiem byków. Jeszcze w czasach studenckich przepłynąłem na tratwie Wisłę z Warszawy do Gdańska, a potem Narew – spod Białegostoku do Zalewu Zegrzyńskiego. Do pełni szczęścia brakowało mi spływu Bugiem, do czego wraz ze znajomymi przymierzyłem się kilkanaście lat później. Co prawda nie udało nam się wtedy zbudować tratwy, ale wypożyczyliśmy dwie stare łodzie jachtowe i związaliśmy je linami, żeby zrobić coś na kształt domku z możliwością spania, gotowania i schronu przed deszczem. Zwodowaliśmy je pod białoruską granicą i przez dwa tygodnie płynęliśmy z prądem rzeki Bug, ciesząc się tym, co widzieliśmy. Któregoś dnia, kiedy zbliżał się zachód słońca, zwyczajowo ulokowaliśmy się na brzegu, rozstawiliśmy stolik i szykowaliśmy się do kolacji. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że po naszej stronie rzeki jest pusto, po przeciwnej zaś znajdują się wędkarze i rozstawione namioty. Nie zastanawiając się nad przyczyną tego stanu rzeczy, wziąłem aparat i poszedłem fotografować pejzaże, znajomi zaś zostali, aby przygotować posiłek. Wszędzie było pusto, w oddali zobaczyłem tylko pasące się krowy, więc skierowałem się w ich kierunku. Kiedy już byłem przy nich i zacząłem fotografować, kątem oka spostrzegłem, że coś, co stoi niedaleko mnie, to jednak nie krowa, bo jakieś takie za duże. Pomyślałem: „Oho, byk!”. Z racji tego, że dwa lata wcześniej byłem na korridzie i widziałem, co byk zrobił z torreadorem, wiedziałem, co to może dla mnie oznaczać. Mój niespodziewany towarzysz był autentycznie zdziwiony, że ktoś mu wlazł w stado, ja zaś byłem zdziwiony, że widziałem krowy, a nagle miałem przed sobą byka. Chwilę później zauważyłem, że jest i  drugi byk, a  tuż za  nim kolejne,

39


Rozmowy na prowincji mniejsze już okazy. Okazało się, że wszedłem w sam środek stada, którego przywódca zdurniał na mój widok, ja zaś starałem się zachować spokój. Choć czułem, jak adrenalina rozrywa mnie od środka – swoją drogą to niesamowite, jak dziwne i śmieszne rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy w ekstremalnych warunkach – w myślach powtarzałem: „Udawaj, że go nie widzisz”. To  mnie chyba uratowało, dalej zachowywałem się w naturalny sposób, zacząłem powoli oddalać się od stada, mając przy tym świadomość, że jeśli będę zmierzał w linii prostej, byk uda się za mną i rozniesie moich towarzyszy, którzy zostali na brzegu, obrałem więc przeciwny kierunek. Ja  szedłem powolutku, byk też powolutku. Ja szybciej, on też szybciej. Ja zaczynałem biec, on też, tylko jemu było ciężej, bo  miał większą masę. W końcu odbiłem od niego, wpadłem w krzaki, zakręciłem i zacząłem krzyczeć do znajomych, żeby uciekali. Mój kolega, który z daleka widział sytuację i uznał ją za abstrakcyjną, w tym czasie powiedział do swojej dziewczyny: „Hania, zbieraj się powoli, bo Zenka goni byk”. Do nich w ogóle nie docierało, w jakiej sytuacji się znalazłem, pakowali wszystko w żółwim tempie. Gdy Hania powiedziała: „Andrzej, weź butlę ze stołu”, mając na myśli tę gazową, kolega zabrał przygotowaną do  kolacji półlitrówkę. Kiedy dobiegłem do  nich zdenerwowany i  zasapany, zrozumieli, że to jednak nie żarty, że musimy się szybko zbierać, bo one zaraz tu będą! Miałem rację, dotarły po zapachu, kiedy znaleźliśmy się już na  łodzi, ale nie zdążyliśmy jeszcze odczepić liny. Sytuacja była patowa. Byki wraz z towarzyszącymi im krowami stały jakieś dwa metry nad nami, na skarpie, która stanowiła naturalną granicę rzeki. Nagle byk w swojej bezsilności pokazał, do kogo należy ten teren i jaką ma moc: z całej siły zaczął wierzgać kopytami, w przypływie furii „powyrywał” mnóstwo ziemi. Obserwowaliśmy ten spektakl z łodzi, bladzi z przerażenia, szarpiąc

40

nieugiętą linę. W końcu jakoś udało nam się ją odczepić i  powoli odpłynąć. To  jednak nie koniec przygody, bo  w  międzyczasie zapadła noc. Trzeba wiedzieć, że Bug na brzegach jest porośnięty łęgami, nie jest łatwo wydostawać się na ląd, bo trzeba się przebić przez te krzaczory. Płynęliśmy z latarką. Po jakimś czasie udało nam się znaleźć wyjście na brzeg. Przywiązaliśmy łódki do powalonego drzewa i poszliśmy spać. O piątej rano wstałem do toalety, wyszedłem na brzeg i  co  zobaczyłem? Byka. Stał na  łące niedaleko naszych łodzi, ale to nie był ten, który pogonił mnie poprzedniego wieczoru. Okazało się, że na kilkunastokilometrowym odcinku Bugu rolnicy mieli hodowle byków, o czym nie mieliśmy pojęcia. ››Wychodzi więc na to, że dzięki Bu‑ gowi odebrał Pan prawdziwą lekcję życia: aby nie zadzierać z bykami… ››Zgadza się, aczkolwiek nie była to jedyna lekcja. Podczas tamtej wyprawy przeżyłem też nawracającą kilka razy w ciągu nocy burzę z piorunami, będąc wówczas na  rzece. Wtedy poczułem

Kątem oka spostrzegłem, że coś, co stoi niedaleko mnie, to jednak nie krowa, bo jakieś takie za duże. Pomyślałem: „Oho, byk!”. Z racji tego, że dwa lata wcześniej byłem na korridzie i widziałem, co byk zrobił z torreadorem, wiedziałem, co to może dla mnie oznaczać.

potęgę przyrody i zrozumiałem, że trzeba być wobec niej pokornym, tak jak podlascy gospodarze. ››Planuje Pan powrót do przeszłości i podobną wyprawę? ››O tym nie myślałem, ale bardzo chciałbym wypuścić się na Podlasie na dłużej, tylko ciągle brakuje mi czasu. Może w przyszłym roku uda mi się taka podróż, którą zacznę w Suwałkach albo Białymstoku i będę się kierował wzdłuż granicy z Litwą, Białorusią i Ukrainą. Chciałbym jechać maksymalnie blisko granicy, nigdzie się nie spieszyć… Tak dla własnej przyjemności, by cieszyć oko mijanymi wioskami, które dzięki swojej dziewiczości są po prostu cudowne i nigdzie indziej w Polsce niespotykane, czy zatrzymać się na chwilę rozmowy z gospodarzami, którzy mają zdrową filozofię życia. ››Cały czas krążymy po  Polsce, ale przecież zwiedził i  sfotografował Pan kawał świata. Która podróż była ukoronowaniem tych wędrówek? ››Zdecydowanie wyprawa na  Syberię, aczkolwiek Ameryka Południowa też była równie baśniowa. Myślę jednak, że w tym przypadku Syberia zwycięża ze względu na Wschód, który zawsze był i jest mi bliższy niż inne kierunki. To jest tak, jak z krzewami winnymi: jedne wyrastają na żyznej glebie, a inne na lawie wulkanicznej, i od ziemi oraz minerałów, które one pobierają, zależy smak wina. Myślę, że moje korzenie są tam, gdzie organizm wyczuwa najbardziej odpowiedni dla siebie klimat, i to jest właśnie Wschód. Ludzie, ich ciepło i  serdeczność oraz ten piękny zaśpiew językowy, który jest miodem na moje serce. ››Czy to była podróż, o której Pan za‑ wsze marzył, czy kolejny kraj, który przytrafił się z racji zawodu? ››I jedno, i drugie. Zawsze chciałem tam pojechać, a przypadek sprawił, że mogłem spełnić swoje marzenie. Podróż trwała dwa tygodnie, miałem okazję popłynąć Jenisejem z  Krasnojarska za koło podbiegunowe i z powrotem. Największe wrażenie zrobił na  mnie pobyt w  łagrze, który zachował się

kraina bugu · jesień/zima 2014


w dobrym stanie. Szedłem do  niego przez tajgę, dziesięć kilometrów w  jedną stronę, pełen poświęcenia, nastawiając się na żer komarów syberyjskich, które są straszne. Jako ciekawostkę dodam, że na koniec dostałem od Rosjan dyplom, w którym „Zaświadcza się, że obywatel Zenon Żyburtowicz oddał cząstkę własnej krwi komarom syberyjskim”. Co prawda na zwiedzanie miałem zaledwie dwadzieścia minut, ale dzięki moim współtowarzyszom szybko dotarłem do najważniejszych miejsc: teatru obozowego, karceru, wieży wartowniczej, które udało mi się sfotografować. ››Podobno trzy najpiękniejsze rzeczy w życiu to koń w galopie, statek pod żaglami i kobieta w tańcu. Czy to są inspiracje Zenona Żyburtowicza? ››Tak, i  ma  to  potwierdzenie w  całej mojej twórczej działalności. Kiedy patrzę na janowskie araby czy elegancką kobietę w tańcu, zostaje zaspokojona

moja potrzeba estetyki. Statek na morzu to też rzecz niebywała, niedawno miałem zresztą okazję podziwiać żaglowce z całego świata, które zawitały nad Bałtyk. ››Co  poza tym inspiruje fotografa? A może nie ma takiej rzeczy, bo dla osoby z wyostrzonym okiem wszyst‑ ko może być pretekstem do utrwale‑ nia na kliszy? ››Nigdy nie wiadomo, co nas zauroczy. Czasami forma, drobiazg, jakiś kamień, szron na zeschłym liściu. Kiedyś spotkałem na Podlasiu drogę, tak zwane kocie łby, które były oblodzone, i one stały się dla mnie inspiracją. Tak naprawdę Bóg raczy wiedzieć, co może nią być. ››Fotografuje Pan krajobrazy, gwiazdy kina, pałace, uwiecznił pan na kli‑ szy PRL. Która z tych dziedzin jest Panu najbliższa? A może taka kla‑ syfikacja nie ma  znaczenia, bo  li‑ czy się fotografowany obiekt, a nie

jego przynależność do konkretnej dziedziny? ››Ma znaczenie. Najbardziej cenię sobie fotoreportaż – gatunek dziennikarski, który już praktycznie zaginął, a  jeśli jeszcze występuje, to tylko szczątkowo i to już w zupełnie innej formie niż przed laty. Robiłem reportaże społeczne, czarno‑białe, które miały określony szkielet. Te fotografie pozwalały mi pokazać prawdziwe życie: cierpienie, biedę, bogactwo, szczęście, zresztą dzięki nim odnosiłem największe sukcesy i w kraju, i za granicą. Do dzisiaj są one mi najbliższe ze względu na emocje. One stały się też niejako moim przekleństwem, bo  po  kilku latach patrzenia na  gorzkość PRL‑u  i  ludzkie krzywdy trochę się wypaliłem. Momentem, w którym coś we mnie pękło, były zdjęcia chorych na  raka dzieci, które robiłem przez kilka tygodni. W międzyczasie niektóre z nich umarły, co  bardzo przeżyłem. W  sytuacji,

41


Rozmowy na prowincji

w której otoczony byłem cierpieniem, aparat nie był tarczą, którą można się osłonić i fotografować chłodnym okiem. Z drugiej strony, dzięki temu doświadczeniu zacząłem fotografować przyrodę i ludzi, wydawać albumy, zrobiłem też zdjęciową kronikę filmu „Ogniem i mieczem”, a potem serialu „Blondynka”. ››Co  ukształtowało Pana spojrzenie na świat? ››Myślę, że zrobiły to ludzkie dramaty. Widziałem je prywatnie i zawodowo. Wielokrotne stykanie się z nieszczęściem przewartościowało we  mnie wiele rzeczy. Zawsze powtarzam, że jeżeli jesteśmy zdrowi i szczęśliwi, nie powinniśmy ścigać się z innymi o stan posiadania. Widzę, jak ludzie licytują się między sobą, kto ma więcej. Jeden postawił krasnala w  ogrodzie, inny pałac, a trzeci stwierdził, że w takim razie wybuduje coś większego. To nie ma  sensu, zawsze znajdą się od  nas bogatsi, mądrzejsi, inteligentniejsi,

42

ciekawsi, ładniejsi. Taka licytacja może trwać bez końca, zróbmy lepiej coś wartościowego. ››Fotografia daje takie możliwości? ››Oczywiście. Zwykłem mawiać, że fotograf to zawód służebny. Dzięki wspomnianym już zdjęciom chorych dzieci jedna z  firm podarowała szpitalowi komputery, które w  latach 80. były

Zawsze znajdą się od nas bogatsi, mądrzejsi, inteligentniejsi, ciekawsi, ładniejsi. Taka licytacja może trwać bez końca, zróbmy lepiej coś wartościowego.

zupełnym novum. To drobna rzecz, którą dzięki swojej pracy mogłem zrobić dla innych. Poza tym fotograf, tak jak każdy artysta, nie wykonuje swojej pracy dla siebie, nie chowa zdjęć do szuflady, tylko pokazuje je innym. Jeśli robię wystawę czy album, to po to, aby nacieszyć oko tych, którzy nie mogą gdzieś pojechać albo wstać o 5.00 rano nad Bugiem i podziwiać wschodu słońca. Jesteśmy w pewnym sensie kronikarzami, którzy niosą ludziom radość. ››Czy fotograf zawsze uważa, że to naj‑ ważniejsze zdjęcie jest wciąż przed nim? ››Moim zdaniem tak. Nie wiem nawet, czy mogę powiedzieć, że czekam na fotograficzny szczyt, ale nawet gdyby tak było, dopóki żyję, nie wiedziałbym, czy go osiągnąłem. Bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie następny dzień czy kolejna podróż. Robię to, co mi w duszy gra, i wciąż wierzę, że jeszcze wiele przede mną. £

kraina bugu · jesień/zima 2014


turystyka/Punkt docelowy

w cieniu

kryłowskiego zamku tekst:

Zbigniew Lubaszewski

Przebogata historia tej części Polski przemawia do turysty różnymi językami: raz krwawym opisem pogranicznych walk, innym razem barwną legendą z miłosnym wątkiem w tle, jeszcze innym – opowieściami, sięgającymi czasów pogańskich. Powodów, by poznać ten zakątek Lubelszczyzny, można znaleźć wiele. Ale najważniejszy jest jeden: to kraina nadbużańska, w której przeszłość współgra z teraźniejszością. Jedna bez drugiej nie istnieje. 44

kraina bugu · jesień/zima 2014


45


Punkt docelowy

G

mina Mircze, leżąca na południowo‑ -wschodnich krańcach Lubelszczyzny, czeka jeszcze na  odkrycie przez turystów. I  choć jest typowo rolnicza – usytuowana na żyznych czarnoziemach – ma przybyszom wiele do zaoferowania, nie tylko w postaci darów natury. Geograficznie położona jest na obszarze Kotliny Hrubieszowskiej, zaliczanej do Wyżyny Wołyńskiej. Jedynie południowe fragmenty związane są z krainą, znaną jako Grzęda Sokalska. Od wschodu biegnie wzdłuż malowniczej doliny Bugu, która kończy w tym rejonie rolę rzeki

46

granicznej, dokładnie w sąsiadującej od południa gminie Dołhobyczów. Rzeka na tym obszarze prezentuje się szczególnie atrakcyjnie. Liczne meandry i zakola nadają jej wyjątkowy urok, a nieuregulowane brzegi stanowią siedlisko cennych gatunków roślin i zwierząt. Bug w tym miejscu na  całej długości objęty jest ochroną w  ramach Nadbużańskiego i  Dołhobyczowskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu. Zawitała tutaj również „Natura 2000”, w ramach której utworzono obszary: Dolina Środkowego Bugu, Zachodniowołyńska Dolina Bugu i złożone z dwóch enklaw Lasy Mirczańskie.

kraina bugu · jesień/zima 2014


Punkt docelowy Meandry historii Historyczne tereny gminy związane były w przeszłości z Grodami Czerwieńskimi, obszarem pogranicznym między Polską i Rusią Kijowską, zajętym w 981 r. przez wielkiego księcia kijowskiego Włodzimierza Wielkiego i odzyskanym w 1018 r. przez Bolesława Chrobrego. Na trwałe w obręb Rusi włączył je Jarosław Mądry w 1031 r. Po podziale państwa ruskiego na dzielnice, trafiły w skład Księstwa Halicko‑­Włodzimierskiego. W XIV w. po wymarciu lokalnych dynastów Romanowiczów, po licznych wojnach, włączono ten obszar do państwa polskiego. W kolejnych wiekach wchodził w skład

1

dwóch jednostek administracyjnych. Zachodnia część z Mirczem należała do  województwa bełskiego, natomiast rejon Kryłowa, wraz z niewielkimi obszarami po drugiej stronie Bugu, związany był z enklawą hrubieszowską, stanowiącą (mimo braku połączenia) część ziemi chełmskiej. Kres podziałów przyniosły zabory, w wyniku których włączono cały teren do powiatu hrubieszowskiego, funkcjonującego w zmiennym kształcie do dzisiaj. Od 1867 r. siedzibą gminy był Kryłów. Po II wojnie światowej jego rolę przejęło Mircze.

Zamek na Bugu Wśród miejscowości na terenie gminy szczególne miejsce zajmuje Kryłów, przyciągający uwagę ruinami malowniczego zamku. Obiekt, usytuowany na otoczonej wodami Bugu wyspie, powstał prawdopodobnie już w X w. jako jeden z grodów czerwieńskich. Pierwsze informacje źródłowe o miejscowości pochodzą z  1430/31 r., kiedy należała do  księcia kobryńskiego Romana Lubartowicza. Około 1458 r. (w okresie wojny trzynastoletniej) król Kazimierz Jagiellończyk nadał Kryłów Janowi Tęczyńskiemu, wojewodzie, a następnie kasztelanowi krakowskiemu, jednemu z najpotężniejszych możnowładców ówczesnej Polski. Jego syn Mikołaj, wojewoda bełski i ruski, prawdopodobnie rozpoczął budowę nowego zamku. Niestety, poległ w trakcie słynnej wyprawy bukowińskiej króla Jana Olbrachta w 1497 r. Prace kontynuował jego syn Jan Tęczyński, kolejno miecznik krakowski, podkomorzy i kasztelan chełmski, wojewoda bełski, podolski, ruski i sandomierski. U podnóża zamku powstało również miasto, lokowane prawdopodobnie ok. roku 1523. Jan Tęczyński zmarł w 1541 r., pozostawiając dwie córki. Dobra kryłowskie odziedziczyła starsza z nich – Zofia, bohaterka romantycznej historii, której echa pobrzmiewają do dzisiaj. Otóż w Zosi zakochał się kasztelan międzyrzecki Stanisław Ostroróg, związany z protestantyzmem. Różnice religijne sprawiały, że Tęczyńscy niechętnie traktowali zakochanego magnata. Ostroróg zdecydował się ostatecznie porwać pannę i poślubić. Po kilku latach rodzina Zofii zaakceptowała związek i małżonkowie w 1546 r. objęli Kryłów wraz z czternastoma wsiami. Stanisław Ostroróg (pod koniec życia otrzymał także starostwo chełmskie) oraz jego syn Mikołaj, kasztelan bełski, dokończyli budowę zamku. W wyniku inwestycji powstał jeden z najbardziej malowniczych obiektów na terenie Polski. Założona na  planie trójkąta (dosyć rzadkim), ceglana budowla, posiadała wymiary 180 × 120 × 150 metrów. W narożach znajdowały

polecamy Festyn majowy termin: maj

Festyn „dzień miętkiego” termin: czerwiec

Piknik historyczny w kryłowie termin: czerwiec

Forum kobiet aktywnych termin: lipiec

Festyn „dzień mircza” termin: lipiec

„Święto suma” w prehoryłem termin: lipiec

Europejskie dni dobrosąsiedztwa termin: sierpień

Festyn z cyklu „mireckie spotkania plenerowe” termin: sierpień

„Święto pieczonego ziemniaka” w szychowicach termin: wrzesień

47


Punkt docelowy

 rama wjazdowa z domkiem B odźwiernego w Kryłowie. Foto: R. Biskup

w okolicy Hrubieszów Najdalej wysunięte na wschód miasto Polski. Do najciekawszych jego zabytków należą: muzeum we dworze Du Château z XVIII w., dwa klasycystyczne dwory: Gołachowskich i Kiese‑ wetterów, murowana cerkiew prawosławna pw. Wniebowzięcia NMP z 1873 r., barokowy zespół klasztorny dominikanów i kościół garnizonowy.

Zamość Miasto nazywane jest „Perłą Renesansu”, „Miastem Arkad” i „Padwą Północy”. Zalożył je pod koniec XVI w. Jan Zamojski. Centralny punkt Zamościa stanowi Rynek Wielki o zaskakujących wymiarach 100 x 100 m, jeden z naj‑ piękniejszych miejskich placów w Polsce i Europie. Znajduje się tam ratusz z 52‑metrową wieżą i wa‑ chlarzowymi schodami.

Czumów W miejscowości warto zo‑ baczyć pałac Pohoreckich, wzniesiony w II poł. XIX w. Budowla, oparta na niere‑ gularnym planie, posiada czworoboczną wieżę ze spiczastym dachem, zwieńczonym kopułą. Własność prywatna.

Dołhobyczów Znajdziemy tu cerkiew prawosławną pw. św. Szy‑ mona Słupnika. Świąty‑ nia została wzniesiona w latach 1903–1904 po po‑ żarze cerkwi drewnianej. Zbudowano ją na planie greckiego krzyża w stylu bizantyjskim.

Szpikołosy Wieś położona we wschod‑ niej części gminy Hrubie‑ szów. Na uwagę zasługuje dawna drewniana cerkiew unicka, wybudowana w 1801 r., obecnie kościół rzymskokatolicki pw. Matki Bożej Łaskawej.

48

się potężne bastiony, nawiązujące do architektury obronnej z terenu Niemiec i Włoch, połączone murem kurtynowym. Do zamku prowadził zwodzony most i brama wjazdowa. Obok bastionów na obszernym dziedzińcu wyłożonym cegłą znajdowały się obiekty mieszkalne i gospodarcze. Zamek istniał już około 1585 r. i należał do głównych twierdz w tej części Polski, stanowiąc ważne ogniwo w systemie obronnym państwa, szczególnie przed najazdami tatarskimi.

Wojenne pożogi Związani z kalwinizmem Ostrorogowie uczynili również z Kryłowa ważny ośrodek protestancki. Obok zboru, który istniał od 1560 r., Mikołaj Ostroróg założył w  mieście gimnazjum kalwińskie, funkcjonujące w latach 1593–1612. Po jego śmierci (w 1612 r.) dobra odziedziczył jego bratanek (syn wojewody poznańskiego Jana Tęczyńskiego), również noszący imię Mikołaj, krajczy i podczaszy koronny, a także jeden z regimentarzy wojsk koronnych w 1648 r. (określany złośliwie mianem „Łacina”, z racji zamiłowania do ksiąg; w funkcji regimentarza wspierali go jeszcze „Pierzyna” – książę Władysław Dominik Ostrogski‑Zasławski, i „Dziecina” – Aleksander Koniecpolski). Mikołaj Ostroróg zakończył również związek rodziny z kalwinizmem, fundując w Kryłowie w 1635 r. nowy kościół dla odtworzonej parafii katolickiej. Wkrótce jednak utracił zadłużone dobra, które zakupił książę Jerzy Wiśniowiecki, żonaty z Eufrozyną Eulalią Tarnowską. Po jego śmierci w 1641 r. atrakcyjna wdowa została drugą żoną słynnego Hieronima Radziejowskiego, znanego z awanturniczego życia, konfliktów z królem Janem Kazimierzem i współpracy ze Szwedami w czasach potopu. Zanim doszło do całkowitego zerwania z monarchą, Radziejowski, pełniący w tym czasie funkcję podkanclerzego koronnego, gościł Jana Kazimierza na zamku w Kryłowie w 1651 r., tuż przed zwycięską bitwą z Kozakami pod Beresteczkiem. U jego boku znajdowała się już trzecia żona, Elżbieta ze Słuszków Kazanowska, dziedziczka olbrzymiej fortuny marszałka nadwornego koronnego Adama Kazanowskiego. Po bitwie utrzymujący kontakty z Kozakami Radziejowski został zaocznie skazany na banicję i infamię. Z czasem trafił do Szwecji i współpracował z królem Karolem X Gustawem w trakcie najazdu na Polskę, co przynisoło mu wątpliwą sławę bycia jednym z najbardziej znanych zdrajców Rzeczypospolitej. Dobra kryłowskie przeżywały w tym czasie trudne chwile. W 1655 r. zostały zniszczone przez oddziały rosyjskie i kozackie. W Kryłowie spalono most i bramę zamkową

kraina bugu · jesień/zima 2014


49


Punkt docelowy

50

kraina bugu · jesień/zima 2014


Kościół Matki Boskiej Królowej Polski w Modryniu. Foto: P. Krysa

oraz zniszczono większość zabudowań. Najeźdźcy nie oszczędzili także biblioteki Hieronima Radziejowskiego, wrzucając większość dzieł do Bugu. Rok później do Kryłowa dotarli Szwedzi pod dowództwem gen. Gustawa Stenbocka i dokonali kolejnych zniszczeń.

Od świetności po upadek Po zakończeniu wojen, przywrócony do łask Radziejowski prawdopodobnie próbował odbudować zamek, jednak obiekt nie odzyskał dawnej świetności. Po śmierci Hieronima Radziejowskiego dobra przejął jego syn Michał Stefan Radziejowski, biskup warmiński, a później arcybiskup gnieźnieński i prymas, występujący jako „hrabia na Kryłowie i Radziejowicach”. W odbudowanym zamku przyjmował w 1673 r., powracającego spod Chocimia, hetmana Jana Sobieskiego. Również w Kryłowie wysłannik papieża Agostino Cusani wręczył Radziejowskiemu kapelusz kardynalski. Pod koniec życia prymas przekazał dobra kryłowskie synowi swej przyjaciółki Kazimiery Towiańskiej, kasztelanowi łęczyckiemu Krzysztofowi Towiańskiemu. Natomiast po śmierci prymasa w 1705 r., dobra trafiły w posiadanie jego siostry, Anny Prażmowskiej. Były to czasy wojny północnej, która przyniosła kolejne zniszczenia. W 1710 r. zamek zdewastowały wojska szwedzkie. Siedem lat później, dotarły do Kryłowa oddziały, walczących z królem Augustem II Mocnym, konfederatów tarnogrodzkich. W wyniku tych działań zamek stał się ruiną. Kolejni właściciele zrezygnowali z odbudowy obiektu i zamieszkali w skromnym dworku. W 1820 r. Józef Chrzanowski, ówczesny właściciel Kryłowa, wybudował w południowej części miejscowości barokowo‑klasycystyczny dwór. Pod koniec XIX w. kolejni właściciele (Horodyscy) przebudowali dwór na neogotycki pałac, który został zdewastowany podczas I i II wojny światowej i którego pozostałości rozebrano po 1950 r. Mimo zniszczenia zamku Kryłów nadal rozwijał się jako miasto. Wprawdzie po powstaniu styczniowym utracił prawa miejskie (w 1869 r.), jednak pod koniec XIX w. liczył blisko 2,5 tysiąca mieszkańców (najwięcej w swoich dziejach). Ponad połowę ludności stanowili Żydzi, którzy w Kryłowie pojawili się już w XVI w. Po zniszczeniach w okresie I wojny światowej (w 1921 r. miejscowość liczyła ok.  1300 mieszkańców), wymordowaniu Żydów w okresie II wojny światowej oraz wysiedleniu ludności ukraińskiej (do ZSRR i w ramach akcji „Wisła” na Ziemie Odzyskane), Kryłów przekształcił się w niewielką miejscowość o charakterze wiejskim,

warto zobaczyć Wioska Gotów w Masłomęczu Dzięki Masłomęckiemu Stowarzyszeniu „Wioska Gotów” zwiedzimy cieka‑ we obiekty, wysłuchamy historii o plemieniu, weź‑ miemy udział w warszta‑ tach tkackich, garncar‑ skich, sprawdzimy swoje umiejętności w strzelaniu z łuku i spróbujemy dawnego jadła. Można również obejrzeć gockich wojowników, walczących na włócznie i miecze. Dodatkowe atrakcje na terenie osady to: chata tkaczki – półziemianka, chata wojownika‑kupca o konstrukcji zrębowej oraz chata garncarza, wykonana z plecionki obrzuconej gliną.

Ruiny Zamku w Kryłowie Murowany zamek obronny, który przed wiekami ukazywał potęgę Kryłowa, został ufundowany w XVI w. przez wojewodę poznańskiego Jana Ostro‑ roga. Został zniszczony przez liczne najazdy Koza‑ ków, Tatarów i Szwedów. Do dziś zachowały się jedynie ruiny wielkiego bastionu. Całość stanowi dość rzadki przykład zam‑ ku nawodnego na planie trójkąta.

Kościół w Modryniu Kościół Matki Boskiej Kró‑ lowej Polski w Modryniu, pierwotnie cerkiew unicka, a następnie prawosławna, powstał w 1740 r. z inicja‑ tywy Rozalii Wilgi. Cerkiew należała do parafii unickiej do 1870 r., wtedy została przejęta przez parafię pra‑ wosławną. Ta murowana budowla, o ciekawej bryle, stanowi nietypowy przy‑ kład połączenia barokowej szaty zewnętrznej z ele‑ mentami tradycyjnego budownictwa drew‑ nianego. Świątynia jest jednonawowa, z węższym prezbiterium oraz prosto‑ kątną kruchtą od zachodu. Nad nią wznosi się drew‑ niana czworoboczna wieża 51 o konstrukcji słupowo­ ‑ramowej.


Punkt docelowy 1. Sanktuarium Św. Mikołaja „Wilcze Uroczysko” w Kolonii Kryłów. Foto: R. Biskup

2. Grodzisko w Gródku. FOTO: K. Wasilczyk

3. Wioska Gotów w Masłomęczu. Foto: B. Bartecki

4. Bieg Polesie w ramach Europejskich Dni Dobrosąsiedztwa. Foto: A. Cyganowski

liczącą obecnie około 400 mieszkańców. Dzisiaj głównym obiektem zainteresowania turystów jest oczywiście zamek, który stał się dostępny dopiero w 1987 r. (po korekcie granicy z ZSRR), kiedy połączono wyspę groblą od strony południowej i wybudowano drewniany most od zachodu. Z dawnego założenia obronnego zachował się bastion z północnego naroża, fragmenty murów kurtynowych i ślady bastionów od strony południowej i wschodniej. Najlepiej zachowany fragment budowli był niegdyś głównym punktem obrony zamku. Wybudowany został na planie równoległoboku. Posiada

1

obecnie dwie kondygnacje sklepione kolebkowo – piwnice i część drugiego poziomu z głębokimi otworami okiennymi i strzelniczymi. Obok pozostałości zamku Ostrorogów, na terenie Kryłowa zachowała się neogotycka brama z dawnego zespołu pałacowo‑parkowego Horodyskich, neogotycki kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny z 1859 r., wzniesiony na miejscu poprzednich świątyń (parafia istniała już w XV w.), pozostałości po istniejącym w latach 1757–1808 klasztorze reformatów (ogród otoczony ceglanym murem) oraz rokokowa figura św. Jana Nepomucena z XVIII w. Nie zachowała się murowana cerkiew prawosławna z 1911 r., zburzona w 1938 r. przez władze polskie. Ciekawe obiekty można również odnaleźć na terenie innych gminnych miejscowości. Obecna siedziba władz gminnych Mircze, osada wymieniana od 1396 r., niegdyś własność m.in. Tęczyńskich, Mireckich, Sobieszczańskich i Rulikowskich, liczy ok. 1500 mieszkańców. Zachowała się tutaj murowana cerkiew unicka pw. św. św. Kosmy i Damiana, od 1919 r. funkcjonująca jako kościół rzymskokatolicki pw. Zmartwychwstania Pańskiego. Ciekawy obiekt sakralny zachował się także w Modryniu. Jest nim dawna cerkiew unicka pw. Opieki NMP, ufundowana w 1740 r. przez Rozalię z Wilgów. Murowana świątynia pełni obecnie funkcję kościoła filialnego parafii w Mirczu. Obok Kryłowa i Mircza siedzibą samodzielnej parafii jest także Wiszniów. Katolicy również tutaj przejęli dawną cerkiew unicką z 1850 r. Od 1922 r. w drewnianej świątyni funkcjonuje parafia pw. św. Stanisława.

Św. Mikołaj z wilkiem Ciekawym obiektem, owianym legendami, jest figura św. Mikołaja z  wilkiem, znajdująca się w Kolonii Kryłów. Usytuowana na tzw. Wilczym Uroczysku, obok uznanego za cudowne źródełka, czczonym także w czasach pogańskich. Z biegiem lat patronem obiektu został św. Mikołaj (między innymi opiekun bydła i pasterzy) i skromne sanktuarium odwiedzane było przez licznych pielgrzymów różnych wyznań. W XVIII w. miejscem tym prawdopodobnie opiekowali się reformaci z Kryłowa, którzy ufundowali zachowaną do  dzisiaj figurę świętego. W tym czasie być może powstała również towarzysząca świętemu rzeźba wilka. Rosnąca popularność Wilczego Uroczyska w XIX w. doprowadziła nawet do sporu między katolikami i prawosławnymi. Cudowna woda ze źródła miała leczyć ślepotę, reumatyzm, a przede wszystkim bezpłodność. Wymagało to  dość specyficznych

52

kraina bugu · jesień/zima 2014


zabiegów. Licząca na zajście w ciążę niewiasta musiała nago usiąść na wilku, a następnie wykąpać się w źródełku. Obecnie miejsce to nadal cieszy się dużą popularnością i jadący do Kryłowa turyści starają się zawsze tutaj zatrzymać. Obok zabytków sakralnych, wędrówki w okolicach Kryłowa i  Mircza pozwalają na  poznanie wielu innych miejsc. Po  wielokulturowej przeszłości regionu pozostały między innymi liczne cmentarze. Jeden z  najciekawszych znajduje się w miejscowości Prehoryłe, niegdyś przedmieściu Kryłowa. Do 1938 r. istniała tutaj cerkiew unicka (później prawosławna) z 1785 r. Związany z cerkwią cmentarz unicki powstał w XVIII w. Zajmuje powierzchnię 0,3 ha i zachowały się na nim cztery nagrobki. Najstarszy pochodzi z 1788 r. Podobne obiekty znajdują się także w Łaskowie, Małkowie Kolonii, Miętkiem, Mirczu, Modryniu, Modryniu Kolonii, Radostowie, Szychowicach i Wereszynie. W Kryłowie warto zatrzymać się na starym cmentarzu rzymskokatolickim (dawniej również prawosławnym), gdzie zachowały się między innymi nagrobki właścicieli miejscowości (Chrzanowskich i Horodyskich) oraz miejsce po zniszczonym cmentarzu żydowskim. W Modryniu i Radostowie usytuowane są cmentarze z I wojny światowej, natomiast w Mołożowie Kolonii mogiła zbiorowa powstańców styczniowych z 1863 r. Pozostałością po krwawych walkach polsko‑ukraińskich w 1944 r. jest cmentarz w Smoligowie. Z innych obiektów zabytkowych wymienia się także kurhan w Kolonii Kryłów, park podworski w  Szychowicach i  zabudowania folwarczne w Starej Wsi.

2 3

Turystyczne perły gminy Walory przyrodnicze i ciekawe zabytki sprawiają, że gmina Mircze cieszy się rosnącą popularnością wśród turystów, zarówno przybywających w celach rekreacyjnych (rzeka Bug przyciąga spore rzesze wędkarzy oraz amatorów kajakarstwa), jak i osób zainteresowanych historią oraz zabytkami. Z myślą o turystach planuje się zagospodarowanie zamkowej wyspy, na której ma powstać między innymi punkt widokowy i ścieżka historyczna wzdłuż murów dawnego zamku. Popularyzacji regionu służą także organizowane od  2009 r. Europejskie Dni Dobrosąsiedztwa. Podobną rolę spełnia Kryłowski Piknik Historyczny, organizowany od 2008 r., a także przeznaczone dla wędkarzy Święto Suma w  Prehoryłem, które po  raz pierwszy odbyło się w 2009 r. W 2014 r. gmina Mircze została również zakwalifikowana do cyklicznej akcji „Turystyczne Perły Lubelszczyzny”. £

4

53


Informator/Punkt docelowy

Gmina Mircze informator Masłomęcz 22

Szychowice

Kryłów

Modryń

3 4 5 6 7 8 9

21

Modryń Kolonia

Kryłów Kolonia Prehoryłe 1 2 Małków Kolonia

16 17 18 19

10

Mircze

Miętkie

20

Łasków Mołożów Kolonia

Smoligów

15

Stara Wieś 14

Wiszniów

Dołhobyczów

11 12

23

Radostów 13

Legenda

1 Kurhan w Kryłowie Kolonii 2 Sanktuarium Świętego Mikołaja „Wilcze Uroczysko” w Kryłowie Kolonii 3 Neogotycki kościół pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny wraz z dzwonnicą w Kryłowie 4 Pozostałości ogrodzenia klasztoru reformatów z XVIII w. w Kryłowie 5 Fragment bastei zamkowej w Kryłowie 6 Rokokowa figura św. Jana Nepomucena w Kryłowie 7 Park dworski z zachowaną bramą wjazdową oraz domkiem odźwiernego w Kryłowie 8 Cmentarz parafialny w Kryłowie, założony na przełomie XVIII i XIX w. 9 Młyn motorowy z 1911 r. w Kryłowie 10 Cmentarz unicki w miejscowości Prehoryłe 11 Kościół parafialny w Wiszniowie, wzniesiony w 1850 r., wraz z przykościelnym cmentarzem 12 Dawna drewniana szkoła w Wiszniowie 13 Cmentarz wojenny z okresu I wojny światowej w Radostowie – ślady mogił zbiorowych oraz kurhan 14 Dawna szkoła podstawowa w Starej Wsi, wcześniej budynek folwarczny z XX w. 15 Zbiorowa mogiła powstańców styczniowych z 1863 r. w Mołożowie Kolonii 16 Dawny drewniany urząd gminy w Mirczu, wzniesiony w II połowie XIX w. 17 Dawny drewniany areszt gminny w Mirczu 18 Kościół parafialny pw. Zmartwychwstania Pańskiego, dzwonnica, kamienny pomnik z 1928 r. oraz cmentarz w Mirczu 19 Dom młynarza w Mirczu 20 Kwatera z okresu II wojny światowej w Miętkiem 21 Dawna cerkiew greckokatolicka, wybudowana w 1740 r. – obecnie kościół rzymskokatolicki pw. Matki Boskiej Królowej Polski w Modryniu 22 Wioska Gotów w Masłomęczu 23 Cerkiew pw. św. Szymona Słupnika w Dołhobyczowie

54

Ważne informacje 1. Lokalizacja województwo lubelskie, powiat ­hrubieszowski 2. Odległości Białystok: 338 km, 4h 49 min Lublin: 141 km, 1h 58 min Warszawa: 307 km, 4 h 21 min Rzeszów: 181 km, 2 h 52 min 3. Dojazd PKS w Hrubieszo‑ wie, ul. Nowa 14, tel. 84 696 31 16, 512 032 536

Komunikacja ­prywatna: TRANSWAY Usługi ­Przewozowe, Hrubieszów, ul. Batalionów Chłopskich 25, tel. 501 510 780, transway.waw.pl Przewóz osób – Robert Bas, tel. 609 062 061 Rezerwacja on‑line: www.e‑­podroznik.pl www.ebusy.pl 4. Wypożyczalnia sprzętu ­sportowego Pod Strzechą. Wypożyczalnia

Kajaków w Kryłowie, ul. Krótka, tel. 606 857 117, info@kajakibug.pl, www.kajakibug.pl 5. Punkt ­Informacji ­Turystycznej Gminny Ośrodek Kultury w Mirczu, ul. Kryłowska 45, tel. 84 651 90 72 6. Przydatne linki www.mircze.pl www.krylow.info www.molozow.zz.mu www.gotania.pl www.wioska‑go‑ tow.pl

kraina bugu · jesień/zima 2014


Zima

nad Bugiem

Dwór w Zabużu Hotel Spa ***

Zabuże 40, 08-220 Sarnaki, tel. 83 359 87 25, 606 102 228

www.zabuzedwor.pl

Dworek nad Bugiem

Bubel Granna 119, 21-505 Janów Podlaski, tel. 606 184 877

www.dworeknadbugiem.pl

Gościniec ,,Wygoda'' Wygoda 2, 21-505 Janów Podlaski, tel. 83 341 30 60 www.wygoda.bt.pl

Stowarzyszenie Nadbużańskie Dwory i Pensjonaty | www.nadbuzanskiedwory.pl


Reportaż/Brzegiem rzeki

leśni tekst:

56

ludzie

Urszula Gronowska  zdjęcia: Jacek Zaim

kraina bugu · jesień/zima 2014


Tam, gdzie droga gubi swój kres, a dalej już tylko lasy i lasy, żyją spokojnie jak w niebie Ona i On… W dojrzałym wieku oboje mają chatkę maleńką, do ziemi przycupniętą, wiekową jak oni sami. 57


Brzegiem rzeki

L

eśni Ludzie, co otwierają swoje skromne podwoje. Anastazja i Henryk… Henryk i Anastazja. Zapraszają z uśmiechem do sieni o glinianej podłodze, do kuchni wapnem bielonej. Oni sami dla siebie… a z nimi cały ich dobytek. Najważniejsza jest Mućka, główna żywicielka rodziny. Holenderka z temperamentem jak w balecie ustawia kopyta, wachlując się wdzięcznie ogonem. To psy za wierną służbę jako pierwsze raczą się jeszcze ciepłym mlekiem.

\ Anastazja troszczy się o stado kur i dumnego jak paw opiekuna ptasiego haremu. To, co własne, jest podstawą bytu. Mają jeszcze króliki, gołębie i dwie papużki w klatce, wypełniające dom radosną muzyką w szare deszczowe dni.

\ Zimą i wiosną, latem i jesienią pokornie czeka pod płotem wysłużony rower emeryt, jedyny łącznik ze światem. Zapracowani w obejściu od świtu do zmierzchu, w polu tuż pod lasem, skąd nocami nadciągają dziki, wielcy smakosze ich ziemniaków. W ogródku, gdzie jest wszystko, czego potrzeba. W sadzie dającym jabłka pełne jesiennego uśmiechu. Pracują i czekają cierpliwie na plony. Sprawdzają, czy już czas na kośbę, czy siano suche, czas na zwózkę. Żyją z tego, co urodzi przyroda, co odda las nieopodal.

\ Henryk „niewodem” własnej konstrukcji łapie ryby w śródleśnym potoku, Anastazja potrafi je smacznie przyrządzić. Cały zwierzyniec czeka już pod drzwiami, może coś skapnie, może uda się coś zwędzić, taki zapach rozchodzi się po obejściu… Cieszą się na wszystko, co w podzięce pracowitych rąk dadzą zwierzęta, sad, pole. I progi

58

kraina bugu · jesień/zima 2014


domu gościnne i uśmiech taki dobry i szczerość dojmująca i serca dwa ciągle ku sobie zwrócone.…

\ Wypatrują sklepu na kółkach, co czasami dojedzie, a czasami nie… zapomni o nich na końcu świata, tak daleko. Skromni, a swoim życiem szczęśliwi, aż trudno w to uwierzyć z dala od miejskich spalin, hałasu, gwaru. Dalecy od świata telewizji, nachalnych informacji, reklam. Sami sobie zapewniają rozrywkę. Henryk gra na harmonii guzikówce, rzeźbi świątki, figurki, pieski.

\ Anastazja dba o dom, kiedyś tkała pasiaste kilimy, haftowała kuchenne makatki. Henryk był strażakiem, z godnością i dumą wyjmuje mundur ze skrzypiącej szafy. Z jaką starannością dba o medal wręczony przez samego premiera.

\ Ze wszystkich ścian ich leśnej chatki wyłaniają się święci. A oni, pełni wiary oboje, oddają się pod ich opiekę z nadzieją, że nigdy nie opuszczą ich w potrzebie, powierzając im swój los, zdrowie, troski dnia codziennego. Matka Boska na wierzejach stodoły strzeże dobytku i swoich gospodarzy. Tutaj przyroda dyktuje warunki, jej trzeba uważnie słuchać, przewidywać, żyć z nią w zgodzie.

\ Zgięci przez lata od pracy jak sędziwe konary pod ciężarem dojrzałych owoców, chodzą swoimi ścieżkami wydeptanymi latami dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok po roku. Dzieci nie mają, ale… na strychu cichutko spoczywa malowana drewniana kołyska, w której wykołysano jeszcze ojca Henryka. Czasami wejdzie

59


Brzegiem rzeki


Brzegiem rzeki

62

kraina bugu · jesień/zima 2014


63


Brzegiem rzeki

na strych, usiądzie przy niej, sobie pobuja. Gdzieś tam… drzemią utulone w sercu niespełnione marzenia. Spowity pajęczynami kołowrotek i krosna Anastazji, budzą zamglone obrazki wspomnienia, przeszłe czasy.

\ A oni jak dwa gołąbki… Anastazja od ponad pół wieku wyczekuje u okna swojego Henryka… A Henryk w dowód swoich uczuć od tyluż lat przynosi Anastazji wonne kwiaty z leśnych polan… A przecież kiedyś go nie chciała, długo kazała mu czekać. Zaradnością, wytrwałością i uporem dopiął swego. Sam mełł ziarna na mąkę, tłoczył olej z siemienia lnianego, zgniatając je stalowymi walcami. Od lat w drewnianej prasie wytwarza sery, wyciskając serwatkę.

\ Jak im tu dobrze ze sobą, z ziemią, którą tak kochają… z lasem i zwierzętami, ich pełnoprawną rodziną. Zanurzeni w zieleni, szczęśliwi życiem w przyrodzie, której są nieodłączną częścią. Inaczej żyć nie potrafią. I choć los i ciężka praca odbiły się na obojgu, pochyliły ich ku ziemi, każdym zdarzeniem, chorobą, kolejną wiosną podnoszą się na nowo jak las, co szumi wokół…

\ Z najpiękniejszą muzyką przyrody, trelem marcowego skowronka, lipcowym lotem pszczoły, jesiennymi zbiorami, krzykiem kruka ponad lasem, dodającym im sił i witalności.

\ Ona i On. Anastazja i Henryk… Henryk i Anastazja. Jak w starej bajce Kraszewskiego żyją w chatce pod lasem, tacy szczęśliwi, bo… razem. £

64

kraina bugu · jesień/zima 2014


Fotoreportaż/obrazy świata

muzeum

rozmaitości zdjęcia:

Aga Król, Marek Zubik

Niezapomniany marcowy wyjazd do Kazimierza Dolnego… Naszą uwagę przyciąga ogrodzone miejsce w centrum miasta przy ul. Nadrzecznej, wyglądające jak złomowisko.

P

rzed wejściem tablica z napisem: MUZEUM ROZMAITOŚCI – WJAZD 1 ZŁ. Wchodzimy. Wita nas kustosz muzeum, jego pomocnik i przyjaciółka – mała czarna sunia, dla której na środku placu gospodarz postawił magiczną budę z obudowy po telewizorze, z wejściem w  kształcie serca. Teofil Czarnocki

66

przedstawia się i zaczyna opowiadać – widać, że lubi ludzi i chętnie z nimi gawędzi. Choć miejscowi uważają go za pijaczka i zbieracza śmieci, drzemie w nim emocjonalna inteligencja. Zaczynamy zwiedzanie… Zadziwia nas porządek w  tak wielkim bałaganie. Eksponaty poukładane są tematycznie, a pan Teofil o każdym opowiada

kraina bugu · jesień/zima 2014


67


Obrazy świata

68

kraina bugu · jesień/zima 2014


Obrazy świata

69


70

kraina bugu · jesień/zima 2013


Obrazy świata

długą historię – muszę przyznać, że ma ogromną wiedzę, zna przeszłość poszczególnych eksponatów i pamięta, kiedy i  w  jakich okolicznościach trafiły pod jego dach. W zabytkowym domu zgromadzone są sterty gazet i mniej lub bardziej wartościowe drobiazgi… Właściciel nietuzinkowego muzeum żali się, że włodarze Kazimierza chcą go stąd usunąć. Ponoć skarżą się, że wysypisko odstrasza turystów i psuje wizerunek – jak by nie było – jednego z urokliwszych miast Polski… Czasem ktoś zajrzy do „muzeum” z ciekawości, ktoś inny ze śmiechem ominie je szerokim łukiem… A tu wszystko tętni życiem. Na kuchni pod chmurką pichci się obiad i wrze woda w czajniku. Czas ucieka jak para… Wróciliśmy w to miejsce po  roku. Plac uprzątnięty, czysty, bezduszny… O  muzeum rozmaitości nikt nie słyszał… £ Aga Król

71


Ginące obrzędy

narodzenie adwent głosi

Narodzenie Adwent głosi Świąt wygląda wierny lud Młody chłopiec na ligawce Gra do Gód, aby do Gód! (B. Pietrzak, „Na ligawce”, fragment)

tekst: Barbara Ogrodowska

Adwent (łac. adventus – przyjście) w przeszłości nazywany „czterdziestnicą” (ponieważ w ­średnio­wieczu trwał 40 dni), a w polskiej tradycji „przedgodami” – to czterotygodniowy okres oczekiwania na Boże Narodzenie, po staropolsku zwany „godami”, którym w Kościele rozpoczyna się rok liturgiczny.

P

ierwsze wzmianki o liturgii adwentu przynosi sobór saragoski (380  r.). W  wiekach średnich czas adwentowy z obowiązującymi modłami, postami i pokutą zaczynał się po św. Marcinie, 12 lub 14 listopada. Obecnie w Kościele obchodzi się adwent przez 4 tygodnie: od pierwszej z czterech niedziel adwentu, przypadającej ok. dnia św. Andrzeja Apostoła między 30 listopada a 3 grudnia, do 24 grudnia, czyli do wigilii Bożego Narodzenia.

72

Święta Katarzyna skrzypki pogubiła Święty Andrzej znalazł, schował skrzypki zaraz. Był to również znak, że ustać muszą zabawy i  hałaśliwa wesołość, że nie wolno urządzać wesel, hucznych zabaw i biesiad, bo oto nastaje czas skupienia, pobożnych praktyk i modlitw, zwłaszcza za dusze zmarłych, które w czasie adwentu, w  długie ciemne wieczory i noce, mogą błąkać się po ziemi.

Otrąbianie adwentu

Rorate coeli desuper. „Gotowy jestem na sąd Boży”

Na Podlasiu przede wszystkim (ale także i w innych regionach Polski) początek adwentu obwieszczało głośno trąbienie na ligawach, zwane „trąbieniem na adwent” lub „otrąbianiem” adwentu. Dla lepszego efektu trębacz stawał przy studni, aby dźwięk ligawy był donośniejszy i niósł się po całej wsi, tak aby nikt nie mógł wymówić się, że go nie usłyszał. Dla wszystkich był to  sygnał, że wraz z  nastaniem adwentu mają zamilknąć instrumenty muzyczne – najlepiej je  schować, a  dla pewności zamknąć na klucz w skrzyni, zgodnie z przysłowiem:

Powszechną w całej Polsce praktyką był udział w  codziennym  nabożeństwie adwentowym – jutrzni, odprawianej przed świtem ku czci Najświętszej Marii Panny, zwanej roratami, od śpiewanej pieśni błagalnej o przyjście Zbawiciela świata, zaczynającej się od cytatu z proroctwa Izajasza: Rorate coeli desuper – spuście rosę niebiosa. (Iz 45,8). W  Polsce roraty odprawiano już w XIII w., najpierw w Poznaniu (wprowadzone tam przez księcia Przemysława Pobożnego), następnie w Krakowie (zapoczątkowane przez znanego z pobożności króla Bolesława Wstydliwego).

Do dzisiaj podczas mszy na ołtarzu pali się wielka świeca woskowa – roratnica – symbolizująca Matkę Boską. W  przeszłości zapalano świece także w stojącym na ołtarzu siedmioramiennym świeczniku. Oznaczał on króla i sześć polskich stanów (biskupa, senatora, ziemianina, wojskowego, mieszczanina i kmiecia). Zapalali je kolejno ich przedstawiciele, a składając ofiarę na ołtarzu, mówili: Gotowy jestem na sąd boży. Rytuał ten uwieczniony został w wierszu Ludwika Kondratowicza (Syrokomli): A stany polskie szły do ołtarza I każdy jedną świecę rozżarza: Król który berłem potężnym włada, Prymas – najwyższa senatu rada, Senator świecki – opiekun praw, Szlachcic – co królów Polsce nadawa, Żołnierz – co broni swoich współbraci, Kupiec – co handlem ziomków bogaci, Każdy na świeczkę grosz swój przyłoży. I każdy gotów iść na sąd Boży (fragment)

Od najdawniejszych czasów w całej Polsce przychodzono na roraty ze światłem. Zapalone świece adwentowe, zwane roratkami, symbolizujące Światłość, która wkrótce nadejdzie, po nabożeństwie wierni nieśli do  swych domów. Natomiast wracające z  kościoła panny na wydaniu w panujących jeszcze ciemnościach zaczepiały napotykanych na drodze mężczyzn, wołając: Roracie, roracie – jak na imię macie? – aby dowiedzieć się, jak mieć będzie na imię przyszły mąż.

kraina bugu · jesień/zima 2014


Ginące obrzędy Kto ziemię w adwent pruje, ta mu trzy lata choruje W całej Polsce przestrzegano zasady, aby przed dniem św. Marcina (w przeszłości w tym właśnie czasie zaczynał się adwent), zakończyć wszystkie prace w polu i ogrodzie, a bydło powróciło z pastwisk. Zapędzano je do obór rózgą brzozową lub zieloną, iglastą gałązką, tzw. marcinką, rzekomo chroniącą przed czarami i złymi urokami. Wierzono, że w adwencie ziemia zasypia i wypoczywa. Nie wolno jej zatem niepokoić: orać, grabić, rozkopywać, rozrzucać nawozu itp., ponieważ poruszona w następnym roku nie wyda plonów.

Na prządkach i „szkubaczkach”. Czas swadziebny Adwent i długie jesienne wieczory były na wsi czasem zwyczajowych spotkań sąsiadek, łączonych zawsze z wykonywaną wspólnie pracą: darciem pierza

(tzw. szkubaczkami, inaczej podskubkami), przędzeniem wełny i lnu (prządkami, łamańczykami) i innymi kobiecymi robotami ręcznymi. Czas ten upływał także na gawędach, plotkach, opowiadaniu baśni i  niezwykłych historii, np. o duszach pokutujących, o upiorach i czarownicach. Podczas spotkań podejmowany był także luby temat: kojarzenie młodych par. To  dlatego zapewne na  terenach wschodnich nazywano adwent czasem swadziebnym. Nierzadko pod okna izby, w  której zbierały się gospodynie z córkami, podkradali się kawalerowie i straszyli je, stukając w szyby, zawodząc, ukazując się w oknie w odwróconym włosem na wierzch kożuchu lub narzuconym na  głowę worku. Później wbiegali do izby, dmuchali w piórka, przewracali sita, plątali nici, gonili dziewczyny i  próbowali pomazać je  sadzą. Ciche

i spokojne spotkanie zmieniało się (pomimo napomnień księży) w śmiechy, psoty, piski, gonitwy i zabawę, na której pojawiał się często i krążył z rąk do rąk garnuszek z ciepłym piwem albo flaszka z gorzałką. Chłopcy zawsze znajdowali pretekst, aby odprowadzić do domu, otoczyć swym silnym ramieniem młode, ładne panny, bojące się ciemności, i szeptać im do ucha czułe słówka. Powiadano więc: W Adwencie same zięcie. Kto się zaleca na adwenta, będzie miał żonę na święta. Dawne adwentowe tradycje i zwyczaje odchodzą w przeszłość. Adwent pozostał jednak – jak niegdyś – oczekiwaniem na Boże Narodzenie i czasem rozpoczynających się przygotowań świątecznych. 

Foto: A. Falkowski

73


Styl życia/Moje siedlisko

przystań

nie tylko dla artystów tekst:

74

Monika Mikołajczuk  zdjęcia: Sylwia Garucka-Tarkowska

kraina bugu · jesień/zima 2014


Są tu zaledwie od roku, a już zdążyli rozkochać się w tym miejscu. Przeprowadzka z Pomorza na Podlasie okazała się – wbrew sceptykom – strzałem w dziesiątkę, choć to zupełnie inne życie wśród zupełnie innych ludzi. „Dom Mokoszy – Pracownia Sztuk Różnych”, aktualnie – z Branicy Radzyńskiej, ostrożnie zdobywa serca miejscowych, dla których sąsiedztwo artystów to powód do dumy i radości.

P

ierwszy raz razem byli na Podlasiu w  podróży poślubnej i  już wtedy znajomi dziwili się, jak można spędzać miesiąc miodowy w dzikiej głuszy gdzieś na wschodzie, gdzie tylko laski i piaski… Wyjechali z zatłoczonej i zadeptanej przez turystów Ustki prosto w objęcia podlaskich lasów, stogów siana, pachnących miodem drewnianych chat i już wówczas postanowili, że na pewno tu wrócą. Tym bardziej że rodzice Ewy Graniak‑Wosinek pochodzą stąd, z miejscowości Kolano, nieopodal Radzynia Podlaskiego. W 2012 roku pojawili się ponownie w Radzyniu Podlaskim na wernisażu własnego projektu fotograficznego „Jezus, Maria!”, który w dużej mierze opierał się na fotografiach z Podlasia. Rok temu przyjechali w to samo miejsce z postanowieniem, że zostaną na  dłużej. Choć nie była to  łatwa decyzja. — W  ostatnim roku przydarzyło nam się dużo niefajnych rzeczy — mówi Artur Wosinek, z zawodu złotnik. — Mieliśmy już wylewać fundamenty naszego domu. Planowaliśmy troszkę innego wymiaru agroturystykę, warsztaty dla młodzieży, ale nasz deweloper zbankrutował. Straciliśmy prawie wszystko. Do tego doszły różne nieszczęścia w rodzinie, seria pechów. Postanowiliśmy zacząć od  nowa, ale w  innym

miejscu. Wybór padł na Podlasie i  nie żałujemy tej decyzji — zapewnia.

Magia Podlasia Ewa Graniak‑Wosinek, z wykształcenia polonistka, z zawodu plastyk, też nie miała wątpliwości, że trzeba gdzieś się ruszyć, coś zmienić, odwrócić złą kartę. Na swoim blogu napisała: „Kiedyś, gdy nie wyobrażałam sobie wyjazdu z Ustki, mieszkania w innym miejscu, wydawało mi  się, że moje rodzinne miasto to nie tylko moja enklawa, ale także centrum wszechświata. Później – gdy zaczęłam troszkę podróżować – nie wyobrażałam sobie mieszkania na  terenach, gdzie nie ma  dostępu do  morza. Zawsze gdy przebywałam gdzieś w  centrum Polski, czułam się jakaś taka stłamszona, brakowało mi powietrza. Teraz już wiem, że to raczej nie był lokalny patriotyzm, umiłowanie mojego miasteczka, które nie raz dało mi w kość. Nie, nie. Teraz już wiem, że była to nieprzecięta pępowina. Serio. Dopiero w  wieku 30‑kilku lat zrozumiałam, że powinnam zacząć żyć dla siebie. Tym bardziej że założyłam swoją rodzinę, która powinna być najważniejsza. Że moje dzieciństwo dawno się skończyło, że teraz ja  za  kogoś jestem odpowiedzialna. To  taka trochę niepełnosprawność

75


Moje siedlisko psychiczna, która nie pozwalała mi zaczerpnąć takiego głębokiego oddechu. Nadarzyła się okazja – a  raczej przymus, który przyjęliśmy z  radością – żeby wyjechać w  rodzinne strony moich rodziców. Pogranicze Lubelszczyzny, Podlasia i Polesia było na liście naszych marzeń emerytalnego osadnictwa. To  było jedno z  tych miejsc, o których myśleliśmy, że zaanektujemy je na starość”. — Choć jesteśmy w  Branicy Radzyńskiej dopiero od  grudnia, już czujemy się jak u siebie — przyznaje Ewa.

Tu nikt się nigdzie nie spieszy, za niczym nie goni, dzień trwa, ile powinien, a noc cierpliwie czeka na świt… — Zostaliśmy tutaj ciepło przyjęci. Ludzie są dla nas bardzo życzliwi, pomagają na każdym kroku. Sąsiadka z naprzeciwka niesie pomidory prosto z krzaka, inna

ogórki, a jeszcze inna ciepłe ciasto z pieca. Jest ogromna różnica w mentalności między zachodem a  wschodem Polski. Tu  czujemy archetypiczną otwartość, dzięki której łatwiej jest żyć — tłumaczy właścicielka pracowni „Dom Mokoszy”. — Wzruszyłem się, kiedy będąc w Radzyniu Podlaskim jakiś starszy pan ukłonił mi się w pas i poprosił ze śpiewnym akcentem: „Pobłogosław Braciszku!”. Być może z powodu mojej długiej brody uznał mnie za staroobrzędowca — uśmiecha się Artur. — W Ustce mąż był wiele razy wyzywany od Arabów, Bin Ladenów i tym podobnych. Tutaj nikt go nie prześladuje z powodu tego, jak wygląda, a wręcz przeciwnie — dodaje Ewa. Ale to, co ich najbardziej zaskoczyło, to  inny czas, jakby zwolnione tempo życia. Tu nikt się nigdzie nie spieszy, za niczym nie goni, dzień trwa, ile powinien, a noc cierpliwie czeka na świt… — Przez większość dorosłego życia cierpiałam na bezsenność, a  kiedy przyjechałam tutaj, nie mam z tym problemu — mówi Ewa. — Mam czas na to, by powitać poranne słońce i by je pożegnać, kiedy rozgrzane do czerwoności znika za horyzontem…

Opiekunka żywiołów „Dom Mokoszy – Pracownia Sztuk Różnych” powstała z potrzeby wolności i z miłości do sztuki. Wosinkowie przez wiele lat pracowali w  korporacjach,  m.in. jako graficy w  redakcji pomorskiego dziennika. W  pewnym momencie powiedzieli dość. — Byliśmy niespełnieni jako artyści, stąd pomysł na naszą pracownię. A dlaczego taka nazwa? Dom – bo słowo to jest jednym z  pierwszych polskich słów, a  Mokosz, bo to najstarsza słowiańska bogini, patronka czterech żywiołów: wody, ziemi, ognia i powietrza. Nazwa wpisuje się w filozofię naszego życia zgodnego z naturą i szanującego jej prawa — wyjaśnia Ewa. W pracowni Mokoszaków, jak siebie nazywają, powstają prawdziwe cudeńka z gliny – od różnego rodzaju wisiorków, talizmanów i figurek, aniołów, przez talerze, patery i miseczki, po ozdobne kafle wypalane w piecu, wykonywane na specjalne zamówienie. I oczywiście

76

kraina bugu · jesień/zima 2014


misie, dziergane na szydełku, które Ewa zaczęła tworzyć będąc w ciąży z Jagodą. Jest miłośniczką i kolekcjonerką lalek, które zapełniają każdy kąt drewnianej podlaskiej chałupy. — To trochę powrót do dzieciństwa, próba zatrzymania tego niewinnego, cudownego czasu, który tak szybko staje się tylko wspomnieniem… Poza tym, lubię ładne rzeczy — wyjaśnia sens swojej pasji. I misie, i misterne przedmioty z  ceramiki sprzedaje w  sklepie internetowym, a  klientów nie brakuje. Tych, którzy cenią precyzję, piękno i pomysł. — Doszliśmy do wniosku, że to, czym się zajmujemy w Ustce, możemy robić gdziekolwiek indziej. Tutaj jest dużo mniejsza konkurencja w naszym zawodzie niż na Wybrzeżu, mamy więc większe pole do  popisu. Chcemy także organizować warsztaty dla młodzieży z  ceramiki i  garncarstwa, wykorzystując pomoc rodzimych rękodzielników. Jest ich tutaj sporo. Szczególnie zależy nam na kontaktach z tymi najstarszymi, od których możemy jeszcze się wiele nauczyć — mówi Artur.

Łucznictwo na Podlasiu Oboje kochają historię. Artur był pomysłodawcą i pierwszym redaktorem naczelnym portalu internetowego poświęconego fantastyce – www.gildia.pl. Żona wychowała się na literaturze fantasy. Zaczytywała się w  Thorgalu. Stąd tylko krok do  zainteresowania średniowiecznym orężem i  łucznictwem, na  którym znają się jak mało kto. — To  bardzo niedoceniony sport w Polsce, a niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że nasz kraj przodował przed wojną w tej dyscyplinie, a i dzisiaj w strzelaniu z łuku odnosimy wielkie sukcesy. Między innymi mistrzem świata w łucznictwie konnym w 2013 roku został Michał Sanczenko, mieszkający na Podlasiu — zauważa Artur. Całkiem niedawno, dzięki przychylności starosty, udało się im zorganizować I Turniej Łuczniczy w Radzyniu Podlaskim. Zainteresowanie było bardzo duże, a zabawa przednia. Ich marzeniem jest organizowanie warsztatów łuczniczych dla młodzieży i dorosłych oraz propagowanie wiedzy

77


Moje siedlisko na ten temat. W planach mają powołanie Muzeum Łucznictwa na Podlasiu i stworzenie Ligi Wschód, skupiającej zainteresowanych łucznictwem z  tej części kraju.

Jagoda Pojawiła się na świecie cztery lata temu, dokładnie 22 kwietnia, w święto Ziemi. — Uznaliśmy to  za  dobry znak, tym bardziej że naszej pracowni patronuje opiekunka Ziemi — śmieje się Ewa. — Nasza córka bardzo dobrze się tutaj zaaklimatyzowała. Biega od świtu do nocy na bosaka w towarzystwie naszych dwóch piesków i dzieci sąsiadów.

78

Mamy proste marzenia: żeby Jagoda była zdrowa, a nam starczyło odwagi, by realizować swoje pasje. Jest szczęśliwa, a my razem z nią — przyznaje Artur. Zapytana o to, kim chciałaby zostać w przyszłości, odpowiada, że albo weterynarzem albo łuczniczką.

Nic dziwnego. Jako czterolatka całkiem nieźle radzi sobie z łukiem, podpatrując rodziców. Dla niej zbudowali przed domem specjalny szałas, gdzie na posłaniu z siana może odpoczywać, słuchać barwnych opowieści swoich rodziców i obserwować świat. Towarzyszami jej zabaw są dwa przygarnięte przez gospodarzy psiaki, okrutnie skrzywdzone przez człowieka. — Kolegę, bo tak nazywa się ten sympatyczny psiak, przygarnęliśmy w zimę, kiedy został postrzelony ze  sztucera. Tośkę zaś przywieźliśmy z  domu tymczasowego, prowadzonego przez radzyńskie Stowarzyszenie „Podaj Łapę”, z którym współpracujemy. Nie miała praktycznie żadnych szans na adopcję, bo strasznie się bała ludzi, chowała się cały czas w budzie — wspomina Ewa. — Serce pęka, kiedy widzimy, jak na  wsi traktuje się psy i koty… Kiedy już znajdziemy swoją przystań, na pewno będzie tam miejsce dla wielu porzuconych zwierząt. Tymczasem mieszkają w  Branicy Radzyńskiej Kolonii. — Nie wiemy, czy zostaniemy tu na dłużej, ale na pewno nie opuścimy Podlasia i nie wrócimy na Wybrzeże. Chcielibyśmy, by odwiedzali nas ludzie tak samo jak my spragnieni spokoju, ciszy, optymistycznie patrzący w przyszłość, ale jednocześnie potrafiący cieszyć się chwilą, tym, co jest tu i teraz. Nasza Arkadia to przede wszystkim nasza rodzina. Nam jest ze sobą bardzo dobrze. Jesteśmy szczęśliwi. Robimy razem wiele rzeczy. Mąż jest świetnym organizatorem, a ja mam impresjonistyczną duszę, więc się dobrze uzupełniamy. Mamy proste marzenia: żeby Jagoda była zdrowa, a nam starczyło odwagi, by realizować swoje pasje — zwierza się Ewa. Wieczorami siadają we trójkę przy ognisku. Tego lata prawie codziennie. Jagoda biega wokół, zachwycając się ulatującymi w niebo iskierkami, a oni przytulają się do siebie, patrząc w rozgwieżdżone niebo. Kiedy w  sierpniu spadały z niego perseidy, nie prześcigali się w wypowiadaniu życzeń. Mają tylko jedno: trwać razem na Podlasiu. Na dobre i na złe. £

kraina bugu · jesień/zima 2014


Foto: Shutterstock

Styl życia/Design

dzieciństwo

pachnące jabłkami

Przemierzając Podlasie spotkamy je w każdej zagrodzie, nawet tej już nieistniejącej – stare jabłonie, świadkowie minionych lat. W ich cieniu bawiły się dzieci, na ławeczce pod nimi odpoczywali wiekowi gospodarze, częstując owocami przysiadających się sąsiadów. Dziś, gdy już nawet kikut komina nie ocalał z ich domu, one trwają dumnie pośród milczącego krajobrazu.

80

kraina bugu · jesień/zima 2014


Barbara Chwesiuk

J

abłka. Pomysł na felieton do jesiennej edycji magazynu zadeklarowałam na  początku roku. Nikt wówczas nie podejrzewał, że rynek jabłek tak drastycznie się załamie. Nie ma  jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Często tak właśnie rodzą się wynalazki czy inne rozwiązania, gdy coś się zawali i trzeba czemuś zaradzić. Coraz więcej mówi się u nas o produkcji cydru czy jego destylatu, znanego pod nazwą calvados. Tak więc mam nadzieję, że wszystko pójdzie w dobrą stronę. Osobiście przeżyłam podobną sytuację na początku mojej działalności w roku 1995. Zaczęłam produkcję odzieży z myślą o rynku wschodnim. Na dwie pierwsze maszyny szwalnicze i kilka bel tkaniny zadłużyłam się, a za pierwszą wysyłkę wyrobów na Wschód nie byłam w stanie wyegzekwować płatności od  białoruskiego kontrahenta. Zostałam więc ze  swoim produktem na  rynku polskim. Z  perspektywy tych prawie 20 lat niczego nie żałuję. Nasz rynek jest dość duży i chłonny, pomimo wciąż zbyt niskich zarobków, a i świadomość polskich konsumentów zmienia się bardzo w ostatnich latach. Tak jak nasi zachodni sąsiedzi, Polacy doceniają rodzime produkty, rozumiejąc, że tylko w ten sposób możemy się wspierać i wspólnie pracować na nasz dobrobyt. Najbardziej budujące jest, że procesy te świetnie rozumieją młodzi ludzie. Wiedzą, że jeśli kupią polski produkt, ktoś zarobi pieniądze i wyda je na inne artykuły rodzimej produkcji. W  ten sposób powstaje łańcuch, który układa się w spiralę nakręcającą koniunkturę.

jabłoni, dlatego wiele gatunków jabłek przetrwało wiele lat w okalających gospodarstwo sadach. Wczesną wiosną zdarzało mi się pogryzać z rówieśnikami niewielkie, całkiem zielone, lekko gorzkawe owoce. Od lipca jednak sady wypełniały się pysznymi, dojrzałymi jabłkami. Najpierw papierówki i oliwki, potem titówki, glogierówki, kronselki, kosztele… Wspominając dawne czasy z moimi rodzicami, przypomnieliśmy sobie o  blisko 20 odmianach. Niestety, mój tata nie był w stanie podać mi nazw wszystkich. Szkoda, bo były bardzo charakterystyczne. Teraz niektóre z  nich odkrywam we  własnym sadzie, okalającym pałac w Cieleśnicy. Minęły lata i  jestem bardzo szczęśliwa, bo udało mi się spełnić marzenia o kontynuacji uprawy dawnych odmian jabłoni, których owoców próżno szukać w sklepach… Stare odmiany, podobnie jak te  bardziej współczesne, również wymagają nieustannej troski, choć na szczęście opryski stosowane są sporadycznie, w kryzysowych sytuacjach, a tych, jak dotąd, było niewiele.

Bezcenne wspomnienia Jabłonie zasadzone jako pierwsze już owocują. Z ogromną ekscytacją kosztuję kolejnych pojawiających się

Foto: W. Franco

Projektantka i właścicielka marek Bialcon oraz Rabarbar.

na młodych drzewkach owoców i  sprawdzam, czy przypominają mi  te  z  dzieciństwa. Z  utęsknieniem czekam na owoce koksy pomarańczowej i malinówki. To były moje ukochane odmiany. Ostatnio zerwałam z drzewa taką właśnie „zagadkę” i odkryłam smak, który mnie rozczulił. To dokładnie ta  sama odmiana jabłoni, która rosła pomiędzy moim rodzinnym domem a piwnicą na warzywa – ogromna, rozłożysta jabłoń, „zaczepiana” przez wszystkich domowników. Niestety, już jej tam nie ma. Pamiętam, że rodziła winne, zielonożółte owoce. Pod drzewem było ich mnóstwo. Ponieważ osypywały się już w lipcu, moja mama i babcia gotowały z nich kompot i robiły susz na Boże Narodzenie. Pocięte na paseczki jabłka najpierw były podsuszane

Spełnione marzenia Jabłka mają dla mnie szczególne znaczenie. Dzieciństwo kojarzy nam się często z różnymi smakami. Moje ma smak jabłek. Miałam szczęście urodzić się w rodzinie, w której tych owoców nigdy nie brakowało. Mój tata „zabawiał się” przeszczepianiem starych odmian Moja mama przy zbiorze jabłek.

Foto: Archiw um

B. Chw esiu k

81


Design Foto: Arch iwum B. Chw

1. Wyjście do kościoła w dniu mojego ślubu – pod starymi jabłoniami. 2. Jabłonie dawnych odmian przy cieleśnickim pałacu.

esiu k

moja radość była wielka. Glogierówki, umieszczone w całości w słoju, w słodkiej marynacie z dodatkiem goździków, są idealne jako dodatek do mięs.

na blasze kuchni, a potem dosychały w lipcowym słońcu. Podobnie odkrywałam na  nowo glogierówkę. Kiedy stara, na pół uschnięta jabłoń, zwykle obsypana małymi jabłuszkami, w końcu złamała się ze starości, myślałam, że już nigdy w życiu nie spotkam tego smaku i zapachu. Ogarnął mnie wręcz egzystencjalny smutek, tak jakby jakiś gatunek flory czy fauny zniknął z powierzchni ziemi. Wówczas myślałam, że jabłoń była tak stara, że drugiej takiej na świecie już nie ma. Gdy więc ponownie posmakowałam tych owoców,

Szarlotka jak u babci

1

82

Foto: Archiwum B. Chwesiuk

2

O odżywczych i leczniczych właściwościach jabłek wszyscy wiedzą. Mówi się o tym w literaturze. Są także obecne w  polskich przysłowiach. Zapewne dlatego jabłka mają tak szerokie zastosowanie. W  kuchni najbardziej ceniona jest antonówka – stara rosyjska odmiana, ale też kronselka, reneta landsberska, boiken, grochówka, żeleźniak. Inne XIX‑wieczne odmiany to: cortland, golden delicious, jonatan, lobo, mcintosh, reneta. Kosztela zaś to  polska odmiana, pochodząca z XVII‑wieku, uznawana za owoc deserowy, podobnie jak ananas berżenicki, rodem z Wileńszczyzny, czy starking. Mamy jeszcze renetę landsberską, pochodzącą z Gorzowa Wielkopolskiego, i wiele innych odmian. Ostatnio trochę jabłkowych dzieci, a może wnucząt czy prawnucząt, wróciło do pałacu w Cieleśnicy. Bardzo sympatyczny dostawca borówki, mieszkający po sąsiedzku, poczęstował nas jabłkami z jabłoni, którą dostała jego babcia od barona Rosenwertha – przedwojennego właściciela majątku. Jabłka duże i kwaśne, przypominające antonówkę, wkrótce zagościły na naszych stołach w postaci przepysznej szarlotki. Jeśli już jesteśmy przy słodkościach, to  szczególnie ciepło wspominam z  domu rodzinnego ciasto w  postaci dwóch cienkich, niezwykłej kruchości placków, upieczonych z dodatkiem dużej ilości masła, wypełnionych świeżo uwarzoną marmoladą z jabłek. Ciasto przesiąkało nią lekko i stawało się bardzo delikatne, wręcz rozpływało się w ustach. Warto by chyba też wrócić do ryżu, zapiekanego z utartymi jabłkami z dodatkiem cynamonu. Z ciekawszych i  rzadszych zastosowań jabłek w  kuchni należy wspomnieć o  occie z obierzyn, który wymaga czterech tygodni fermentacji. Ma specyficzny, niepowtarzalny smak i aromat.

kraina bugu · jesień/zima 2014


Foto: M. Jencz

Dobre źródło Gdzie dzisiaj można zaopatrzyć się w sadzonki jabłoni? Arboretum Bolestraszyce koło Przemyśla wyprzedaje sadzonki w jeden dzień od momentu uruchomienia sprzedaży. Warto się na nie zapisać, ponieważ są to sadzonki na podkładkach z antonówki, co oznacza, że wyrosną z nich duże drzewa, do wysadzenia co 8–10 m. W październiku 2013 roku mieliśmy szczęście kupić 15 drzewek jabłoni, każde z  innej odmiany, oraz kilka grusz. Dwa lata wcześniej spóźniliśmy się w Bolestraszycach i mężowi udało się pozyskać kilkanaście odmian w Grójcu u kobiety, która – z powodu nieopłacalności – rezygnowała z biznesu… Uprawą starych odmian drzew owocowych zajmuje się również Polska Akademia Nauk, prowadząca obok sadu również ogród botaniczny w Powsinie pod Warszawą. W kolekcji PAN znalazło się wiele rzadko spotykanych odmian. Niektóre z nich pochodzą nawet z XVI wieku. Znaczną kolekcję drzew owocowych posiada również Instytut

Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach. Gromadzone są tam stare odmiany jabłoni, grusz, czereśni i wiśni. Park Krajobrazowy Doliny Dolnej Wisły realizuje od  1995 roku projekt „Ochrona in situ i ex situ starych odmian drzew owocowych oraz przywracanie tradycyjnych metod przetwórstwa”. Zinwentaryzowano wiele starych sadów, znajdujących się w obrębie parku. We wsi Chrystkowo została założona szkółka podkładek oraz kolekcja czterdziestu odmian występujących na tym terenie, gdzie tradycje sadownicze sięgają kilkuset lat.

Szlachetny wybór Wyszukiwanie starych odmian jabłoni i ich uprawa to z pewnością szlachetne i pasjonujące zajęcie. Gdybym kiedyś miała trochę więcej wolnego czasu, chętnie bym się temu poświęciła. Tym bardziej że można to doskonale połączyć z turystyką, wykorzystując walory regionu. Praca na rzecz ocalania zanikających gatunków może przynieść

dużo satysfakcji, a do zrobienia jest naprawdę bardzo wiele. Jabłonie to  tylko część tematu. A  co  z  gruszami rosnącymi na  miedzach? Tu dopiero jest pole do popisu! Nie ma lepszego kompotu wigilijnego niż ten z suszonych ulęgałek. Pamiętam, jak w dzieciństwie biegałam po polach z innymi dziećmi, również tymi z miast, przebywającymi na wakacjach u babć. Mieliśmy swoje ulubione grusze. A było ich mnóstwo. Różne kształty, wielkości, różnie też smakowały. Zapewne są i takie, które występują w niemalże pojedynczych egzemplarzach. Gdyby ktoś zaczął kolekcjonować odmiany grusz, naprawdę zasłużyłby się dla ludzkości. Nie ukrywam, że pisząc te słowa mam nadzieję – jak zwykle – że ktoś odkryje w sobie takie powołanie. Osobiście ubolewam, że doba ma tylko 24 godziny, a życie jest takie krótkie... bo tyle jest jeszcze do zrobienia. Pozdrawiam wszystkich z jesiennego, pachnącego jabłkami o smaku dzieciństwa sadu. £

83


marzenia

Styl życia/Biznes

tkane lnianą nicią rozmawiał:

Daniel Parol  zdjęcia: Bartek Kosiński

Daria Wysocka‑Zajul miała dużo czasu na zastanowienie się, co chce robić w życiu. Pytanie brzmiało: czy po ­sześciu latach poświęconych na ­wychowanie synów wracać na etat czy zaryzykować i zacząć robić coś swojego? Otworzyć własny biznes, dzięki któremu mogłaby realizować artystyczne pasje? Serce podpowiadało, że czas na zmiany. Dlatego spakowała dobytek i razem z rodziną wróciła do rodzinnej Włodawy. Tu powstało LINO – firma, w której wszystko opiera się na naturze, ekologii i pięknie. Oraz miłości – nie tylko do lnu… 84

››Pochodzicie z Włodawy, ale przez wiele lat mieszkaliście w  Warsza‑ wie. Tam pracowaliście, tam przyszli na świat Wasi synowie. Trudno było podjąć decyzję o powrocie w rodzin‑ ne strony? ››Rzeczywiście, jako młodzi ludzie, tak jak wielu naszych rówieśników, obraliśmy kierunek na  Warszawę.

kraina bugu · jesień/zima 2014


Spędziliśmy tam w sumie czternaście lat. Mój mąż Rysiek – mimo że, podobnie jak ja, skończył ekonomię – znalazł zatrudnienie w  agencji reklamowej, z  czasem zaś założył własną firmę o  podobnym profilu. Ja  pracowałam w  branży nieruchomości. Kiedy urodzili się nasi synowie, postanowiłam na jakiś czas zrezygnować z pracy i zająć się ich wychowaniem. Miałam sześć lat na to, by zastanowić się, czego tak naprawdę oczekuję od życia. Zatem, odpowiadając na Twoje pytanie, decyzja o powrocie do Włodawy nie była prosta, ale chciałam podjąć to ryzyko. ››No tak, ale biznes mogłaś prowadzić w Warszawie, pracując jednocześnie w korporacji. Znam mnóstwo ludzi, którzy tak robią: w dzień są na eta‑ cie, a po pracy zajmują się prywatny‑ mi przedsięwzięciami. ››Wiedziałam, że nie wrócę na  etat. Chciałam realizować swoje pasje, nie ograniczając czasu przeznaczonego dla

rodziny. Bardzo cenimy sobie wolność. Poza tym zawsze z Ryśkiem marzyliśmy o powrocie do Włodawy, a że nadarzyła się okazja, żeby spełnić to marzenie… ››O jakiej okazji mówimy? ››Lubelska Fundacja OIC Poland organizowała konkurs w ramach projektu Kapitał Ludzki, który był skierowany m.in. do matek powracających na rynek pracy po urlopie wychowawczym. Postanowiłam wziąć w nim udział i złożyłam biznes­plan, który okazał się jednym z tysiąca, jakie wpłynęły na konkurs. Miejsc było jedynie trzydzieści sześć, więc nie liczyłam na wiele, ale – ku mojemu zdziwieniu – okazało się, że znalazłam się wśród finalistów. Do  dziś śmiejemy się z Ryśkiem, że to skrawki materiałów, które wzięłam ze sobą na rozmowę, przekonały do mojego projektu panie zasiadające w komisji. Lniane próbki miały być dowodem w sprawie – chciałam pokazać, że nowoczesny len nie ma nic wspólnego ze sztywnym

i trudnym do prasowania materiałem, który większość osób, szczególnie starszych, ma w pamięci. Warunkiem otrzymania dotacji było prowadzenie biznesu na  terenie województwa lubelskiego, spakowaliśmy więc walizki i wyruszyliśmy na Wschód. ››Trudno uwierzyć, że to pozytywna opinia komisji konkursowej przesą‑ dziła o przeprowadzce do Włodawy… ››I  tak planowaliśmy, że wrócimy do Włodawy. To znaczy planowaliśmy, że wrócimy, ale nie aż tak szybko. Jednak skoro los za nas zadecydował, nie było sensu się sprzeciwiać. Ja nie pracowałam, mój mąż swoje obowiązki może wykonywać praktycznie z każdego miejsca na globie. Wystarczą mu do tego komputer i internet. Swoją drogą, od czasu wyprowadzki Rysiek ani razu nie był służbowo w  Warszawie. Nie było takiej potrzeby. ››Jak Wasi znajomi zareagowali na taką decyzję?

85


Biznes ››Nasi przyjaciele z Warszawy trochę się zmartwili. Niektórzy byli zaskoczeni. Przecież właśnie skończyłam studia podyplomowe z wyceny nieruchomości, zrobiłam praktyki, a praca rzeczoznawcy gwarantuje dobre zarobki. Ale ja  po  prostu chciałam robić to, co lubię. Obraliśmy przeciwny kierunek – wróciliśmy do małej miejscowości, by tu pracować. Taki lokalny patriotyzm. Bo nas cieszy każda nowa inicjatywa we Włodawie, szczególnie kulturalna. Wkrótce na naszych wyrobach będzie można znaleźć odtworzone wzory haftów z okolic Włodawy z początku XX wieku. ››Wiem już, jak narodził się pomysł na biznes i jak znaleźliście się z po‑ wrotem nad Bugiem, ale dlaczego wybór padł na len, a nie na przykład budowę ekologicznych domów, które Rysiek promowałby za  pośrednic‑ twem swojej agencji?

86

››Wybór branży był tak naturalny, jak sam len, który kochałam od zawsze. To część moich wspomnień z dzieciństwa. Pamiętam warsztat tkacki mojej babci i piękny zapach lnianego płótna. Teraz też, gdy przychodzi do szwalni nowa bela materiału, nie mogę się powstrzymać, żeby jej nie powąchać. Jako dziecko nie tolerowałam sztucznych materiałów. Kiedy byłam nastolatką, biegłam do  sklepu, kupowałam szaro‑zgrzebny len, dostępny w  jedynym wówczas we  Włodawie domu handlowym, i  szyłam z  niego sukienki, w których czułam się komfortowo. Len zawsze królował w mojej szufladzie i nadal króluje, a LINO to tak naprawdę efekt połączenia miłości do lnu oraz pasji do aranżacji wnętrz i projektowania. ››Czy mam przez to  rozumieć, że wszystkie dostępne w sklepie rzeczy projektujesz sama?

››Tak, aczkolwiek swój udział w ich powstawaniu ma nasza krawcowa Wanda, która jest prawdziwym skarbem. Mamy coraz więcej stałych, zadowolonych klientów, którzy do nas wracają, doceniając perfekcję wykończenia naszych produktów. To właśnie zasługa Wandy, także mającej wpływ na to, jak one ostatecznie wyglądają. ››Ryśka nie kusi projektowanie, w końcu też je uprawia, tylko w wy‑ daniu graficznym… ››Nie, Rysiek ma  swoją działkę, czyli promocję, prowadzenie sklepu internetowego i  naszego facebookowego profilu. Poza tym dzielimy się wieloma obowiązkami, bo przecież wszystko musimy zrobić sami: zaopatrzenie, sesje zdjęciowe, wyjazdy na kiermasze czy inne sprawy, które wymagają załatwienia. Nie ukrywam jednak, że moim ulubionym zajęciem w firmie jest projektowanie. To jest mój konik.

kraina bugu · jesień/zima 2014


››Początki niemal każdego biznesu nie należą do łatwych, zwłaszcza w małych miastach. Jak wyglądało „pączkowanie” LINO?  ››Było ciężko, ale dla chcącego nic trudnego. Do  Włodawy przyjechaliśmy w lipcu. Zamieszkaliśmy z mężem i synami w domu moich rodziców. Musiałam jeździć na szkolenia, dotyczące wykorzystania przyznanych mi unijnych środków, w międzyczasie trzeba było załatwić synom szkołę i przedszkole, założyć firmę. Należało znaleźć lokal, kupić maszyny, zatrudnić krawcową, stworzyć stronę internetową, otworzyć sklep – pracy było naprawdę dużo, ale dzięki temu, że musieliśmy działać szybko, nie mieliśmy czasu, aby zastanawiać się nad sensem dokonanego przez nas wyboru.  ››Może to jest właśnie sposób na suk‑ ces, bo dziś szyjecie nie tylko lnianą pościel dla dzieci, ale także lniane ga‑ dżety, a nawet ubrania dla dorosłych. ››Tak, choć jesteśmy młodą, bo niespełna dwuletnią marką, już rozszerzyliśmy zakres produkcji. W pierwotnym założeniu mieliśmy produkować tylko wyroby dla dzieci: pościel, prześcieradła, beciki, śpiwory. Potem stwierdziliśmy, że powinniśmy wykorzystywać skrawki, które nam zostają, i zaczęliśmy szyć z nich zabawki. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo cieszą się one dużym powodzeniem, co  widać chociażby na  kiermaszach, na  które jeździmy – dzieci są nimi zachwycone.  W tym roku, na prośbę klientów, zaczęliśmy szyć ubrania. Kolekcja na razie jest niewielka, składa się z  t‑shirtów dla panów, bluzek dla pań, sukienek dla dziewczynek i spodni dla chłopców. Będziemy nadal ją produkować, ale naszym głównym produktem pozostanie pościel i artykuły wyposażenia wnętrz. Od niedawna oferujemy też prześcieradła na gumce, które bardzo polecam. Klienci po nie wracają. To produkty bardzo trwałe, antyalergiczne, nie kurczą się w praniu. ››A jeżeli przyszedłbym do Was z po‑ mysłem na rzecz nietypową, podję‑ libyście wyzwanie?

Kiedy byłam nastolatką, biegłam do sklepu, kupowałam szaro‑zgrzebny len, dostępny w jedynym wówczas we Włodawie domu handlowym, i ­szyłam z niego sukienki, w których czułam się komfortowo. ››Zależy, co  masz na  myśli, ale często zdarza nam się realizować indywidualne zamówienia klientów. Czy to na przykład prześcieradło o nietypowym wymiarze, czy zasłony o określonej długości, czy pościel ze specjalnym haftem, którą ktoś chce podarować w prezencie ślubnym. Jesteśmy otwarci na tego typu współpracę. Staramy się przy tym, aby cena takich produktów nie odbiegała znacznie od  cen, które proponujemy w naszym sklepie internetowym.  ››No właśnie, porozmawiajmy o  ce‑ nach… ››Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę z  tego, że pościel lniana zawsze będzie droższa od bawełnianej. Ma to związek ze znacznie wyższą ceną materiału, jednak len ma wiele zalet, których nie posiadają inne tkaniny: jest bardzo wytrzymały, antyalergiczny, antystatyczny – nie przyciąga kurzu, ma właściwości antygrzybiczne i antybakteryjne. Jest idealnym rozwiązaniem dla osób z problemami skórnymi oraz dla wszystkich, którzy lubią obcować z naturą. Uważam, że ceny naszych wyrobów są atrakcyjne. Podobna pościel u konkurencji potrafi kosztować nawet dwa razy więcej. Ale my od początku nastawialiśmy się na sprzedaż poprzez własny sklep internetowy, stąd niewygórowane marże. ››Co wyróżnia Wasze produkty? 

››Przede wszystkim szyjemy z dosyć grubego lnu, co u innych się nie zdarza. Podczas gdy my tworzymy w gramaturach od  180 wzwyż, większość lnianej pościeli jest w gramaturze 130, głównie z powodu tańszego materiału. Warto też podkreślić, że nasze rzeczy to  tak naprawdę rękodzieło. Wszystko kroimy ręcznie, pojedynczo, każda rzecz powstaje oddzielnie, zatem każdy wyrób jest dopracowany do ostatniego szczegółu.  Ważny jest też dla nas aspekt ekologiczny biznesu. W zasadzie nie produkujemy odpadów, a jeśli już, to niewielkie ilości. Od samego początku dbaliśmy o to, aby minimalizować wpływ naszej działalności na środowisko naturalne. Wyposażając szwalnię, staraliśmy się, by kupowane maszyny były energooszczędne, a wybierając opakowania naszych produktów, zdecydowaliśmy się na te pochodzące z recyklingu papieru. ››Gdzie są dostępne produkty z logo LINO? ››Sprzedajmy głównie we własnym sklepie internetowym, ale współpracujemy także z kilkoma wybranymi podmiotami, które prowadzą handel w sieci. Zastanawiamy się też nad współpracą ze sklepami stacjonarnymi, bo wiemy, jak ważne jest to, by klienci mieli możliwość dotknięcia naszych wyrobów, odczucia na własnej skórze ich jakości. Na dobry początek nasze wyroby będzie można kupić w Krakowie, skąd pochodzi przedsiębiorca, który sam zgłosił się do nas z propozycją współpracy.  ››Czy Wasze produkty sprzedajecie również za granicą? ››Bardzo byśmy tego chcieli, bo  obcokrajowcy to  świadomi klienci. Kiedy na  przykład podchodzili do  naszego stoiska na kiermaszu Made in Poland, byli zainteresowani naszymi wyrobami, bo wiedzieli, co to jest. Na razie mamy głównie polskich klientów, ale zauważyliśmy, że na naszą stronę internetową wchodzą również obcokrajowcy. To pewnie przez angielsko brzmiącą nazwę firmy, bo za granicą jeszcze się nie promowaliśmy. Jesteśmy teraz na  etapie tłumaczenia strony, mamy

87


Biznes

więc nadzieję, że uda nam się wejść na inne rynki.  ››Czy któreś kierunki interesują Was szczególnie, czy myślicie o ekspansji światowej? ››Uważamy, że naszymi potencjalnymi klientami są Skandynawowie i mieszkańcy Europy Zachodniej, bo oni uwielbiają len, który postrzegają jako towar luksusowy. U nas, niestety, wciąż pokutuje opinia, że len jest sztywny i trudny w prasowaniu.  ››Spróbujmy zatem obalić ten lniany mit. ››Sama prasuję lnianą pościel i  gwarantuję, że nie ma  żadnej różnicy w porównaniu z wyrobami z innych tkanin. Poza tym trzeba zdać sobie sprawę, że dzisiejszy len nie ma  nic wspólnego z  tym, który część z  nas pamięta z  dzieciństwa. Nasze wyroby wykonane są ze  zmiękczanych lnów, które są przemiłe w  dotyku. Len ma zresztą takie właściwości, że

88

pięknieje i mięknie z każdym praniem. Chętnie jeździmy też na  kiermasze, żeby rozmawiać z ludźmi i pokazywać im nasze wyroby oraz ich właściwości.

Sama prasuję lnianą pościel i gwarantuję, że nie ma żadnej różnicy w porównaniu z wyrobami z innych tkanin. Dzisiejszy len nie ma nic wspólnego z tym, który część z nas pamięta z dzieciństwa.

Uwierz, że kiedy ich dotykają, są bardzo zdziwieni. ››Jak rozumiem, oprócz projektowa‑ nia i sprzedaży także edukujesz swo‑ ich klientów? ››Można tak powiedzieć (śmiech). Poza tym chcemy uświadamiać ludziom, że len ma też właściwości zdrowotne, co  zostało zresztą udowodnione naukowo dzięki pracownikom poznańskiego Instytutu Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich. Dowiedli oni, że w lnach lepiej odpoczywamy i śpimy głębiej. ››Obserwujecie już pierwsze sukcesy pedagogiczne? ››Nie wiem, czy nie brzmi to  zbyt górnolotnie, ale na  pewno widzimy, że postrzeganie lnu wśród Polaków ulega zmianie. Jest coraz więcej młodych ludzi, którzy poszukują towarów dobrej jakości. To  oni stanowią największą grupę naszych klientów, kupując nasze wyroby dla swoich dzieci. To pewnie

kraina bugu · jesień/zima 2014


też kwestia tego, że są oni bardziej „eko” niż starsze pokolenia. ››A w jakiej pościeli śpią właściciele LINO? ››(śmiech) W lnianej oczywiście. Uwielbiamy ją, nasi synowie nie chcą spać w innej, twierdząc, że dzięki tej nie jest im gorąco w buzię. Dzieci zainspirowały mnie też do zaprojektowania m.in. śpiwora. To  prawdopodobnie jedyny lniany śpiwór na rynku. ››Dziś etap tworzenia biznesu macie za  sobą. Czy przychodzą pierwsze refleksje, dotyczące słuszności pod‑ jętej dwa lata temu decyzji? Czy jeste‑ ście już na etapie zbierania śmietan‑ ki z tego lnianego tortu? ››Od  momentu powrotu do  Włodawy ani przez chwilę nie żałowaliśmy swojej decyzji. Nasi synowie bez problemów zaaklimatyzowali się w nowym miejscu, a dla nas był to powrót do czegoś, co znaliśmy. Choć Włodawa, położona na pograniczu, bardzo

się zmieniła, nadal pozostaje miejscem niezwykłym, w którym czuć na co dzień wielokulturowe dziedzictwo. Dobrze nam się tutaj żyje, mamy przyjaciół i znajomych. Mąż mówi, że sam fakt, iż budzi się we Włodawie, wprawia go w  dobry nastrój. Po  powrocie znalazł nową pasję – łowienie ryb – której najchętniej oddawałby się w każdej wolnej chwili. Myślę, że już tutaj zostaniemy. A co do biznesu, jesteśmy już na takim etapie, który pozwala nam optymistycznie patrzeć w  przyszłość. Sklep istnieje od  ponad roku, więc przetrwaliśmy najtrudniejszy okres. Cały czas szukamy klientów, ale mamy już stałe grono takich, którzy nam zaufali i  do  nas wracają, co  bardzo cieszy. Często się zdarza, że ktoś zrobi u nas zakupy, a potem pisze e-mail z podziękowaniami, komplementując jakość naszych produktów. Lubimy jeździć na  kiermasze, bo  zwykle podchodzą

do nas ciekawi ludzie, z którymi fajnie się rozmawia, którzy mówią nam miłe rzeczy, którym podobają się nasze wyroby. Nie każdego z nich stać na zakup, ale miłe słowo, które od nich słyszymy, jest dla nas bezcenne. Dlatego też staramy się mieć tańsze produkty, na przykład worki na chleb czy torby na zakupy, aby każdy mógł sobie na coś z LINO pozwolić.  ››Jednym słowem warto było iść za głosem marzeń… ››Zdecydowanie tak. Choć nadal mamy dużo pracy, niczego nie żałujemy. Trzeba walczyć o swoje marzenia. Myślę, że gdy człowiek kocha to, co robi, przenosi na to swoją energię, jest pozytywnie nakręcony. Wtedy cały wszechświat pomaga w  osiągnięciu  upragnionego celu. Własny biznes to wiele możliwości, ale i wiele wyrzeczeń. Jednak dziś, z  perspektywy ostatnich dwóch lat, z  całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że tak – było warto. £

89


kultura/kulturalny kwartał

o wydarzeniach z dawnych lat, widzianych oczyma tych,

Album

Wspomnienia wciąż żywe XX „NADBUŻAŃSKIE HISTORIE”, STOWARZYSZENIE HOMO FABER, LUBLIN 2014

Wydawnictwo jest swego rodzaju podręcznikiem dla animatorów kultury i animatorów społecznych, którzy na bazie trudnej polsko‑ukraińskiej historii chcą budować programy edukacyjne, ale interesujące informacje znajdą w niej również

na własnej skórze. Od 2010 r. przedstawiciele Stowarzyszenia Homo Faber podróżują na rowe‑

Foto: B. Kosiński

Foto: Materiały prasowe

którzy zawirowania losu odczuli

rach wzdłuż Bugu. Zatrzymują się w małych miastach i wsiach, w których spędzają kilka letnich

Wystawa

dni, oddając się poznawaniu ludzi oraz wysłuchiwaniu ich

Świat oczami Elżbiety Dzikowskiej

wspomnień. Zawarte w książce opowieści zaczynają się w roku 1938, kiedy to podczas akcji polonizacyjno‑rewindykacyjnej

XX WIDZIANE Z BLISKA, GALERIA 72 MUZEUM ZIEMI CHEŁMSKIEJ W CHEŁMIE, 12 GRUDNIA 2014 – 31 STYCZNIA 2015

na Chełmszczyźnie i południo‑ wym Podlasiu m.in. wyburzono cerkwie na tym obszarze, kończą zaś w roku 1947, kiedy część

Wystawa „Widziane z bliska” pozwala łączyć nazwisko autorki z makrofotografią, która w jej przypadku wykazuje znacząco bliskie związki z przykładami prac z obszaru sztuki współczesnej.

z tych miejscowości przestała istnieć, mieszkańcy zostali zaś wysiedleni, ale części z nich udało się tu wrócić w latach 50. w ramach akcji „Wisła”. 

Książka

Płyta

Podróż do wspomnień

Tradycja w nowoczesnym brzmieniu

XX „WSCHÓD”, ANDRZEJ STASIUK, WYDAWNICTWO CZARNE, 2014

90

XX KAROLINA CICHA & SPÓŁKA FEAT. BART PAŁYSA, „WIELOMA JĘZYKAMI” Foto: Materiały prasowe

Andrzeja Stasiuka nikomu przedstawiać nie trzeba. Fani jego talentu zawsze z niecier‑ pliwością czekają na jego nową książkę, bo nigdy nie są do syta „najedzeni” opowieściami, jakie pisarz im serwuje. Z utęsknieniem czekają też na to, czym autor ich zaskoczy. Tak też jest w przypad‑ ku najnowszego jego „dziecka”, które wraz z końcem września trafiło na księgarskie półki. Mowa oczywiście o „Wschodzie”. Jak czytamy na stronie wydawcy, „książka to niezwykły zapis podróży na Wschód – podróży we wspomnienia do obrazów z dzieciństwa spędzanego u dziadków na Podlasiu i podróży

Pamięć i wrażliwość E. Dzikow‑ skiej łączy obrazy różnych części świata z dokonaniami rodzimych i obcych przedstawicieli sztuk pięknych. Stąd w swoich foto‑ graficznych utworach nie waha się pokazać błotnej mazi, spękań – jak krakelura – pokrywających wyschniętą połać ziemi, szczelin ujawniających w prześwicie drugą stronę kurtyny, faktur kory róż‑ nych gatunków drzew, układów przyrostu słojów drzew, ulotnych jak chwila struktur piasku czesa‑ nego wiatrem, rozlewisk wody o zmiennej dynamice form, ko‑ lorów i zadziwiających odbiciach światła. Prezentacja fotografii Elżbiety Dzikowskiej porusza wy‑ obraźnię odbiorców, pozwala zro‑ zumieć, jak odmienny jest nastrój natury w zależności od pory dnia, roku, kąta padania światła, stopnia jego wilgotności, zamglenia czy temperatury i przejrzystości powietrza w miejscu, z którego zdjęcie pochodzi. 

Foto: Materiały prasowe

pozostali miłośnicy opowieści

tam, skąd wyszły oddziały ­Czyngis‑chana, tam, gdzie histo‑ ria jest jak geologia i tektonika: nieunikniona, nieprzewidywalna, miażdżąca, tam, gdzie lucyfe‑ rycznym blaskiem świeci nowa potęga – do Rosji, Chin i Mongo‑ lii. To próba uchwycenia cienia Wschodu, który na nas pada. Opowieść o tęsknocie, pragnie‑ niu i strachu. I o tym, jak umyka przestrzeń, a powraca pamięć”. 

Ona jest wokalistką, kompozy‑ torką i multiinstrumentalistką. On specjalizuje się w grze na kilkuna‑ stu instrumentach smyczkowych i etnicznych z wielu stron świata. Kiedy więc stają w jednym szere‑ gu, muszą brzmieć niepowtarzal‑ nie. Tak jest z projektem „Wieloma językami”, który rozbrzmiewa dźwiękami muzyki etnicznej i archaicznej. Elektroniczne in‑ strumenty tworzą tu idealną sym‑ biozę ze swoimi mniej znanymi „braćmi”: morin chuurem, mando‑ lą, fujarą, dotarem czy drumlą. Ich oryginalny wydźwięk dopełnia archaiczny śpiew alikwotowy. Płyta jest spotkaniem z wielokul‑

turowością – słychać tu pieśni śpiewane po ukraińsku, litewsku, białorusku, cygańsku, tatarsku, rosyjsku, romsku i w jidysz, czyli językach mniejszości etnicznych, które zamieszkują województwo podlaskie – rodzinne strony Karoliny Cichej. Projekt wyróż‑ niono m.in. nagrodą Grand Prix Festiwalu Polskiego Radia „Nowa Tradycja”. Taka rekomendacja to gwarancja najwyższej jakości, i choć tych wielojęzykowych nut nie usłyszymy w stacjach radio‑ wych, bez problemu dotrą one do prawdziwych koneserów. 

kraina bugu · jesień/zima 2014


XX Ośrodek Praktyk Teatralnych „Gardzienice” w Gardzienicach, 13 stycznia

Foto: K. Bieliński

Eksperymentalny teatr antropo‑ logiczny, tak krytycy nazywają Ośrodek Praktyk Teatralnych „Gardzienice”, powstały w 1977 r. z inicjatywy Włodzimierza Sta‑ niewskiego, nie ustaje w twór‑ czych poszukiwaniach, realizując nowe autorskie projekty w kraju

Koncert

Na rockowo w operze XX WIDOWISKO W OPERZE, PANTA RHEI, 7 STYCZNIA, BIAŁYSTOK

Debiutancką płytę zespołu Holy Tram, zatytułowaną „Panta Rhei”, możecie już nabyć w przedsprze‑ daży. Uroczysta premiera albumu odbędzie się już 7 stycznia w Operze i Filharmonii Podlaskiej „Europejskim Centrum Sztu‑ ki” w Białymstoku. Jak mówią o tym wydarzeniu członkowie grupy, tego wieczoru „wszystko popłynie, sztuka ożyje… bez granic… Na scenie nasze emocje pokażemy poprzez entourage, teatr, taniec, dźwięk…” Muzycy wystąpią w składzie: Monika Kurza, Adam Moczydłowski, Mateusz Śledziński, Maciek Roma‑ nowski, Mateusz Kurza, Martyna Kotarska, Joanna Pomykała, Agata

Foto: Materiały prasowe

Maraton Teatralny w Gardzienicach

i za granicą. Przed rokiem w pod‑ lubelskiej wsi, od której grupa teatralna wzięła swoją nazwę, odbyło się otwarcie nowej siedzi‑ by teatru w odrestaurowanych przestrzeniach XVIII‑wiecznego zespołu pałacowo‑parkowego. Już w styczniu (13 stycznia, godz. 16.30) i w lutym (27 i 28 lutego, godz. 19.00) widzowie będą mo‑ gli obejrzeć dwa spośród spek‑ takli repertuarowych autorstwa Włodzimierza Staniewskiego („Oratorium pytyjskie” z muzyką Mikołaja Blajdy, „Ifigenia w A…” wg Eurypidesa z muzyką Zyg‑ munta Koniecznego, „Ifigenia w T…” wg Eurypidesa, „Elektra” wg Eurypidesa). Spektaklom towarzyszyć będą prezentacje Akademii Praktyk Teatralnych „Gardzienice”, wystawa multime‑ dialna oraz teatralne jam session. Kolejne przedstawienia zaplano‑ wane są na 20, 21, 27 i 28 marca oraz 10 i 11 kwietnia 2015 r. 

Wywiad

El Greco z Podlasia – obraz, który przemienia XX Rozmowa z Dorotą Pikulą, historykiem sztuki, kustoszem w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach

Chwaszczewska, a towarzyszył im będzie Dom Latających Tancerzy i białostocki chór. Holy Tram łączy w swojej muzyce rocka klimatycznego i alterna‑ tywnego z dużą dawką emocji i fabularnych tekstów. Każdy występ wzbogaca niepowta‑ rzalny efekt sceniczny w postaci jednorodnych strojów i makijażu. Grupa znakomicie odnajduje się także podczas koncertów akustycznych, które są nieza‑ pomnianym przeżyciem dla publiczności. 

Foto: L. Sawicki

Teatr

Jedyny obraz El Greco – „Ekstaza św. Franciszka” – który możemy podziwiać w siedleckim Muzeum Diecezjalnym, został odnaleziony 50 lat temu w Kosowie Lackim nad Bugiem. Jakie były okoliczności tego zdarzenia i dlaczego dopiero po czterdziestu latach od momentu jego odkrycia dzieło zostało pokazane publicznie? Po raz pierwszy usłyszano o tym obrazie w 1966 roku, gdy została opublikowana w „Biuletynie Historii Sztuki” praca dr Izabelli Galickiej i mgr Hanny Sygietyńskiej pt. „Nieznany obraz w Kosowie z serii franciszkańskiej El Greka”, na który przypadkowo trafiły dwa lata wcześniej podczas prac inwentaryzacyjnych. Konserwa‑ cja tego zniszczonego obrazu, przeprowadzona w 1974 roku, potwierdziła wcześniejsze infor‑ macje i uznano to dzieło za jedno z sześciu najcenniejszych obrazów w Polsce. Zanim obraz znaleziono w Kosowie Lackim, był prawdo‑ podobnie w pobliskim majątku Tosie. Inni mówią, że zakupiono

go przed wojną w warszaw‑ skim antykwariacie, jeszcze inni sugerują, że obraz mógł należeć do którejś magnackiej kolekcji sztuki – Ossolińskich, Radziwiłłów, Krasińskich. Wszystko to dziś jed‑ nak tylko przypuszczenia. Jedno jest pewne: wiele musiał przejść, skoro znaleziono go na plebanii w bardzo złym stanie i niewiele brakowało, a spalono by go ze śmieciami. Po konserwacji ob‑ raz został przewieziony do Siedlec, gdzie, z racji bezpieczeństwa, ukrywano go wiele lat w zbio‑ rach kurii siedleckiej. Dopiero po sprostaniu niezwykle surowym wymogom ochrony i bezpieczeń‑ stwa dzieł sztuki, po 40 latach od znalezienia, w październiku 2004 roku został po raz pierwszy pokazany publicznie w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach. Ma tam stałą ekspozycję. Czym dzieło to różni się od pozostałych prac mistrza z Toledo? Jak odbierają go odwiedzający Muzeum Diecezjalne? Przyjmuje się, że to jeden z pierwszych obrazów namalo‑ wanych przez malarza po przy‑ byciu do Hiszpanii, powstał w 1578 roku. Nie posiada jeszcze, widocznego w późniejszych jego pracach, tak wyraźnego odreal‑ nienia postaci, wielkich płasz‑ czyzn o nienaturalnych barwach malowanych w ekspresyjnych kolorach. Ale wyczuwa się w tym obrazie niezwykły mistycyzm, niemal magnetyzujący widza i dramatyzm sceny, przeszywają‑ cy na wskroś, oddany z niezwykłą świetlistością i widocznym duk‑ tem pędzla. Turyści są zdziwie‑ ni, w jaki sposób można było kiedyś przybliżyć Boga. Obraz El Greco „Ekstaza św. Franciszka” z 1578 roku sprawia, że przy nim wszyscy milkną. W sali z obrazem mistrza panuje cisza. Bywa, że wychodzi się z niej na miękkich nogach. 

91


Sztuka/zainspirowani

tekst: Jagoda Barczyńska

zdjęcia: Marek Szymański

Stanisława Koguciuka

raj utracony 92

kraina bugu · jesień/zima 2014


W niezwykle skromnych warunkach, przy blasku zniczy, w prowizorycznym domu otulonym zielenią lasu powstają dzieła n ­ iepospolite, przemawiające do wyobraźni, rozumu i serca. I choć los nie szczędzi Stanisławowi Koguciukowi nieszczęść, artysta dziękuje Stwórcy za każdy dzień i za dar malowania, który czyni go szczęśliwym. 93


zainspirowani

K

oguciuk twierdzi, że odkąd sięga pamięcią, zawsze towarzyszyła mu potrzeba rysowania. Dzieciństwo spędził we wsi Jankowce za  Bugiem (obecnie Ukraina). Tutaj przyszedł na świat w 1933 roku. Wspomina, jak z matką pokonywał boso drogę do kościoła, z butami związanymi sznurowadłami i zarzuconymi przez ramię. Dopiero przed samą świątynią zakładał je  na  nogi. W  szkole dobrze mu szło, ale przed wojną zdążył ukończyć tylko pierwszą klasę. W  1945 roku przeniósł się do Pławanic, nieopodal Chełma, gdzie mieszka do  dzisiaj. Tutaj etapami zdobył wykształcenie na poziomie podstawowym, a w wojsku – w  Legionowie – nauczył się zawodu zduna. Mając 27 lat założył rodzinę i zarabiał na jej utrzymanie, stawiając piece w Pławanicach i okolicy. Pracowity, stroniący od alkoholu, wychował dwójkę dzieci, wybudował dom.

94

Światło i mrok W pewnym momencie życia tak zaczął organizować swój czas, by  wygospodarować wolne chwile na malowanie. Przez sześć lat prowadził zakład rzemieślniczy, którego specjalnością było „malowanie na  tkaninach ręcznie”. Swoje obrazy oddawał do wielu sklepów. W 1988 r. zawiózł je do Ministerstwa Kultury i Sztuki – bezterminowo otrzymał uprawnienia do wykonywania zawodu artysty plastyka. Można przypuszczać, że jego marzenia się spełniły. Życie jednak dopisało scenariusz, jakiego się nie spodziewał. Z  niezawinionych powodów stracił dom, następnie zmarła mu żona, trzeba było na nowo podjąć trud budowania elementarnej egzystencji. Nigdy nie zawiodła go jedynie wielka pasja i zamiłowanie do malarstwa, które pomogło przetrwać najtrudniejsze chwile. Maleńki domek – robiący wrażenie raczej prowizorki niż czegoś trwałego – spełnia wiele funkcji: jest jego kątem

na ziemi, świątynią dumania, ale głównie pracownią artystyczną, w  której wciąż powstają nowe dzieła. Wieczorami maluje przy świecach. Wybiera i kupuje specjalne znicze, które najsłabiej kopcą, ustawia po cztery sztuki na stole, bo dopiero pomnożony płomień daje wystarczającą ilość światła. Nastawia radio na baterie i w tak zaaranżowanej scenerii oddaje się wielkiej radości tworzenia. Jego prace powstają na  płycie pilśniowej, którą gruntuje emulsją polinit, a następnie pokrywa bielą cynkową lub tytanową. Tej fachowej roboty nauczył się od Juliana Bajkiewicza (1904–1990) – znanego chełmskiego malarza prymitywisty. Największym jego uznaniem cieszą się farby krajowe, na te chińskie narzeka, że słabo kryją i  wszystko wychodzi mdłe, a on lubi kolory żywe, dźwięczne. Gotowe dzieło zamyka prostą drewnianą listewką, którą pokrywa brązową bejcą. Aby pracę można było powiesić na ścianie, wycina z zużytych konserw

kraina bugu · jesień/zima 2014


skrawki blachy i wmontowuje zręcznie jako zawieszkę.

Wieś, której nie ma Obok pejzaży chętnie podejmuje tematy dokumentujące życie codzienne wsi: rodzime tradycje i obrzędy ludowe. Każda z kompozycji ma swój przemyślany porządek, nastrój budowany kolorem, widać w nich skłonność do symetrii, przywiązanie do detalu, dbałość o szczegóły. Perspektywa budowana jest strefowo – najniższy pas przedstawienia sugeruje najbliżej nas rozgrywającą się scenę, wszystkie wyżej usytuowane sygnalizują odleglejszy plan. Koguciuk nie zaniedbuje żadnej pory roku, tak jakby chciał zaznaczyć, że życie wiejskie uzależnione jest od  zmian zachodzących w naturze. Wieś w jego malarstwie jest sielska, chaty kryte strzechą szczelnie okalają kwietne ogródki, bociany znajdują tu przyjazne dla siebie schronienie, w rzeczkach i niewielkich stawach kąpią się kaczki, studnie z  żurawiem

przypominają o życiodajnej wodzie. Zima jest zawsze biała, śnieg czysty, przyjazny, świerki, chaty i drogi zatopione w lekkim puchu, a jeśli pojawia się w  tej przestrzeni człowiek, to  bez pośpiechu sunie w powożonych końmi saniach. W scenach ilustrujących życie powszednie wsi najbardziej zajmuje go natura: różne gatunki drzew, krzewów, kwiatów. Ożywionymi bohaterami tych kompozycji są zwierzęta odgrywające kluczową rolę w gospodarstwie. Człowiek niespiesznie przemierza z  kosą wiejski krajobraz, a ślad jego ręki widoczny jest w postaci stogów siana lub ciągnących się na horyzoncie złocistych poletkach pól pszenicznych. Prawdziwy znój pracy ludzkiej widoczny jest jedynie w kompozycji zatytułowanej „Orka”. Ale i tutaj oracz nie pozostaje sam – towarzyszą mu nadlatujące stada ptaków czy odważnie kroczące wśród ornych bruzd bociany. „Pastuch z  krowami”, „Zwózka zboża do  młyna”, „Wiejskie

gospodarstwo” to często powtarzane przez Koguciuka tematy, w  których przybliża nam zapamiętany z dzieciństwa obraz polskiej wsi. Wielką wagę przywiązuje do tradycji i obrzędów wiejskich, które stara się malarsko przekazać w obrazie. Wykonał wiele wersji „Wesela” – kompozycji dynamicznej, pełnej werwy i stukotu kopyt końskich. Cały sznur furmanek wypełnionych gośćmi podąża za czołowym – z parą młodą – powozem. Radość i nadzieja na nowe życie, klimat zabawy i oddechu od codziennych zmagań, emanują z tej kompozycji. Równie dziarski w charakterze jest „Śmigus dyngus”, ale już „Wigilia” i „Święcenie jaj” utrzymane są w atmosferze skupienia i powagi. Artysta chętnie sięga po tematy religijne. W swoim repertuarze ma „Szopki”, „Wjazd do  Jerozolimy”, „Madonnę w  kwiatach” czy pełną dramatyzmu scenę „Panie! Ty śpisz, a my toniemy”. Niedawno stworzył kilka wersji „Ukrzyżowania”, odważył się namalować

95


zainspirowani Na stronie otwierającej: Gęsiarka. Na poprzedniej stronie: Cztery pory roku. Obok: Podróż poślubna z grzybobraniem.

„Ostatnią wieczerzę”. Tymi pracami zajął już znaczące – jeśli nie pierwsze – miejsca na wielu krajowych konkursach twórczości nieprofesjonalnej.

„Humory” Koguciuka

Stanisław Koguciuk

Urodzony 1 maja 1933 r. we wsi Jankowce, w powiecie lubomelskim, w województwie wołyńskim (obecnie Ukra‑ ina). Mieszka w Pławanicach, gm. Kamień, pow. chełmski. Artysta plastyk.

Nagrody i wyróżnienia: 1996 – II nagroda na międzynarodowym konkursie „Saty‑ rykon” w Legnicy 1999 – w  yróżnienie za udział w konkursie „Twórczość ludowa między Wisłą a Bugiem”, organizowanym przez Zarząd Główny STL w Lublinie 2002 – I I nagroda w dziedzinie malarstwa na Przeglądzie Rękodzieła Lubelszczyzny w Lublinie, zorganizo‑ wanym przez Zarząd Fundacji „Cepelia” Polska Sztuka i Rękodzieło w Warszawie 2008 – I  nagroda na XV Ogólnopolskim Konkursie Ma‑ larstwa Nieprofesjonalnego im. Ignacego Bieńka w Bielsku‑Białej 2012 – II nagroda na międzynarodowym konkursie „Saty‑ rykon” w Legnicy Nagrody w Konkursie na Sztukę Religijną, ogła‑ szanym przez Civitas Christiana w Kielcach (XXXV konkurs – I nagroda, XXXVII – II nagroda, XXXVIII – III nagroda). Wielokrotnie wyróżniany pierwszą nagrodą w kategorii malarstwa na przeglądach twórczości ludowej w Krasnymstawie, organizowanych przez Krasno‑ stawski Dom Kultury i Stowarzyszenie Twórców Ludowych w Lublinie.

Osobny rozdział twórczości pławanickiego artysty stanowią tak zwane „humory”, których w ciągu kilkunastu ostatnich lat namalował setki. Tak jak prace o tematyce wiejskiej utrzymane są w formacie mniej więcej 48 x 65 cm, tak scenki o charakterze humorystycznym mają stałe wymiary 30 x 42 cm. Impulsem do powstania pierwszej serii tych prac był prestiżowy konkurs „Satyrykon”, organizowany corocznie w Legnicy. W 1996 roku trzy prace wysłane na tę międzynarodową imprezę („Zakochany”, „Blondynka bez nałogów, „Wybory w Polsce”) zaowocowały drugą nagrodą. Był to punkt zwrotny w karierze Stanisława Koguciuka. Stał się popularny, szeroko znany, a o jego prace zaczęli zabiegać kolekcjonerzy z  kraju i  z  zagranicy. Jego twórczość stała się powszechnie rozpoznawalna. Każda z prac opatrzona jest tekstem, który wyjaśnia sens przedstawienia. „Humory” malarza z  Pławanic są jak krótkie utwory literacko‑plastyczne, ośmieszające i piętnujące wady ludzkie, drogę postępowania i  poglądy, obyczajowość oraz stosunki społeczne i polityczne. Zwięzłe lub bardziej rozbudowane słowa, często rymowane, stają się zawsze trafnym, często zaskakującym komentarzem do przedstawienia operującego formą skrótową, bez ozdobników,

rozgrywanego na ciemnym, neutralnym tle. W trudnych czasach, pełnych napięć i stresującego pośpiechu, Koguciuk pozwala nam zarówno odprężyć się, uśmiechnąć, przystanąć, ale i zastanowić. Zaprasza do refleksji, przestrzega, ironizuje, odgrywa rolę mentora, ale wyrozumiałego dla naszych słabości. „Znajomość na  wczasach”, „Rozwód. Tata gdzie nasza chata?”, „Proszę Wysokiej Sprawiedliwości”, „Hej! Wy tam! Na górze!”, „Produkcja i zbyt”, „Randka w ciemno”, „Gospodarz śpi a jemu rośnie”, „Małżeński dialog”, „Nam już słońce zachodzi”, „Najlepszy kandydat na męża”, „Pani Unia” – to tylko wybór kilku tytułów z długiej listy prac tego gatunku.

Artysta pokornego serca Stanisław Koguciuk wciąż zaskakuje świeżymi pomysłami. Spod jego ręki wychodzą nowe dzieła, które cieszą oczy i radują serca. On sam jest człowiekiem wielkiej dobroci, któremu talent pozwala na komunikację z dużą rzeszą odbiorców. Ten autentyczny twórca, oddany w  całości swej sztuce, emanuje nieustannie spokojem, ciepłem, uśmiechem i serdecznością. Nie uskarża się na los, choć ten go boleśnie doświadcza. Niedawno stracił syna Adama, również malarza, a trzy tygodnie potem ciężkiemu wypadkowi uległ jego zięć. Kiedy pojawiła się iskierka nadziei na jego wyzdrowienie, dziękował Stwórcy za  przychylność. I wrócił do swoich obrazów, które o północy, w blasku zniczy i światła księżyca, przemówiły do niego na nowo. £

kraina bugu · jesień/zima 2014


W niedzielę, 17 sierpnia, w Jano‑ wie Podlaskim odbyła się 45. aukcja Pride of Poland. Do aukcji zgłoszono 28 klaczy, z których w ciągu trzech go‑ dzin wylicytowano 24 konie za kwotę 2 mln 89 tys. euro (3 klacze nie uzyska‑ ły cen minimalnych, ustalanych przez właścicieli koni, 1 klacz została wyco‑ fana z aukcji). Osiągnięta kwota jest wyższa o 17 tys. euro od kwoty wyli‑ cytowanej w zeszłym roku. Sprzedane konie pojadą lub polecą z Polski do: Arabii Saudyjskiej, Kataru, Zjednoczo‑ nych Emiratów Arabskich, Iranu, USA, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Niemiec, Szwecji i Namibii. Dwie klacze – mi‑ chałowska Pustynna Róża i janow‑ ska Piraneza – zostały kupione przez polskich hodowców. W tym roku podczas finału Naro‑ dowego Pokazu Koni Arabskich miało miejsce niecodzienne wydarzenie. SK Janów Podlaski przyjęła w darze pustynnego ogiera Maidaan ze słyn‑ nego rodu Kuhailan Afas. Dar pocho‑ dzi z prywatnej Królewskiej Stadniny Bahrajnu. Ogier został prze‑ kazany przez szejka Isa bin Salman Al Khalifa (wnuka obecnie panującego króla i syna następcy tronu). Podczas aukcji Pride of  Poland jak zwykle nie było większych niespodzianek. Polscy hodowcy doskonale znają wartość swoich koni i dokładnie wytypowali faworytów tegorocznej aukcji. Mi‑ chałowska gniada, dwuletnia klacz Piaccola osiągnęła najwyższą cenę 305 tys. euro. Klacz poleci do Arabii Saudyjskiej. Drugą cenę tegorocznej aukcji – 250 tys. euro – osiągnęła tak‑ że michałowska klacz Norma, która również trafi do  Arabii Saudyjskiej. Dwie kolejne klacze, które uzyskały ceny powyżej 200 tys. euro, to: janow‑ ska Cenoza – 240 tys. euro, i białec‑ ka Perfirka – 220 tys. euro. Shirley Watts, wielka admiratorka polskich koni, żona legendarnego perkusisty zespołu The Rolling Stones Charliego Wattsa, kupiła trzy klacze (Cenozę, Alhambrę i Elimę). Oprócz budzącej emocje aukcji w  dniach 15–17 sierpnia odbył się 36. Narodowy Pokaz Koni Arabskich Czystej Krwi, który jest najważniejszą krajową imprezą hodowlaną tej rasy koni. Pokaz został objęty honorowym

patronatem prezydenta RP Bronisła‑ wa Komorowskiego. Gospodarzem dorocznych Dni Konia Arabskiego jest Agencja Nieruchomości Rolnych. W tym roku nagrodami dla czem‑ pionów i czempionek w kategoriach koni młodszych i starszych stadniny z Janowa i Michałowa podzieliły się równo, zdobywając po  6 czempio‑ natów. Zwycięzcami w  poszczegól‑ nych kategoriach wiekowych zostały: czempionką klaczy młodszych – roczna, janowska Al Jazeera; czem‑ pionem ogierów młodszych – roczny michałowski Morion, czempionką klaczy starszych – dziewięcioletnia, janowska Pepita, czempionem ogie‑ rów starszych – czteroletni, micha‑ łowski Equator. Zdobyte nagrody są jedynie wstępem do międzynaro‑ dowych sukcesów polskich arabów. Najlepszym koniem pokazu (Best in Show) została tegoroczna czem‑ pionka – Pepita. Za  najlepszego prezentera pokazu i trenera uznano Pawła Kozikowskiego, pokazującego konie z Janowa Podlaskie‑ go. Należy on do światowej czołówki prezenterów koni arabskich. Dzień po  aukcji Pride of Poland odbyła się Let‑ nia Aukcja Koni Arabskich, na  której wystawiono 30 koni (26 klaczy i 4 ogiery), z których sprze‑ dano 23 klacze i  jednego ogiera. Łączna kwota ze  sprzedaży koni na Letniej Aukcji wyniosła 352 tys. euro, co stanowi kwotę o przeszło 220 tys. euro większą niż w zeszłym roku. Najdroższymi sprzedanymi klaczami były: Elfera (42 tys. euro) z hodowli prywatnej i michałowska Espa (30 tys. euro). Suma uzyskana w  obu aukcjach wzrosła do  2  mln 441 tys. euro. W  tym roku mecenasem wyda‑ rzenia była firma BLUE JET SP. Z O.O. Natomiast sponsorami i  firmami partnerskimi imprezy: HONDA WY‑ SZOMIRSKI, ARCHE SP. Z O.O, ADAM‑ POL S.A., UNIQA T.U. S.A., DIAMED, KROŚNIEŃSKIE HUTY SZKŁA „KRO‑ SNO“  S.A., FERRERO POLSKA COM‑ MERCIAL SP. Z O.O., STOCK POLSKA SP. Z  O.O, AMAZIS.NET SP. Z  O.O, KOMPANIA PIWOWARSKA S.A. z mar‑ ką PILSNER URQUELL, COCA COLA HBC Polska SP. Z  O.O., BELVEDERE

Dni Konia Arabskiego 2014 45. Aukcja Pride of Poland i Letnia Aukcja Koni Arabskich

CATERING BY DESIGN, ART CAFE, HOTEL POLONIA PALACE, ROYAL PRESTIGE CLUB, GRĄBCZEWSCY oraz szereg partnerów zagranicznych. Media także doceniają wagę wy‑ darzenia. Patronat telewizyjny ob‑ jęły: Polsat i Polsat News, radiowy: Katolickie Radio Podlasie, prasowy: Observer, Manager, Top Class, Chro‑ nos, Kurier Finansowy, Bank, Gentle‑ man, Home&Market, Kraina Bugu,

Murator Projekty, Świat Koni oraz media elektroniczne: Podlasie24 – Regionalny Portal Informacyjny, i Biała24. Dni Konia Arabskiego 2014 to nie tylko konie, ale także festyn wyro‑ bów ludowych i  jeździeckich z  ca‑ łej Polski oraz pokazy jeździeckie. W tym roku występowali w nich mi‑ strzowie świata łuczników konnych z klubu sportowego w Supraślu.

GOSPODARZ I ORGANIZATORZY DZIĘKUJĄ: SPONSOROM I FIRMOM PARTNERSKIM ORAZ PATRONOM MEDIALNYM ZA WSPÓŁPRACĘ PRZY TWORZENIU

GOSPODARZ IMPREZY:

SPONSORZY I FIRMY PARTNERSKIE:

PATRONI MEDIALNI:

MECENAS:

materiał promocyjny


Kuchnia nadbużańska

dereniami

jesień się zaczyna

98

kraina bugu · jesień/zima 2014


Na jesień czekam już od zimy. Wiosną wyglądam jesieni. Zjawia się niespodzianie. Najpierw pojawia się w mgłach, które rano unoszą się nad parującą ziemią. A ziemia, stęskniona wody, odwdzięcza się rydzami. Skwierczą na żeliwnej patelni zupełnie jak te, rzucane przez mamę na blachę węglowej kuchni.

N

iespodzianie także opada dereń, co jest znakiem, że to najwyższy czas, by owoce nabrzmiałe słodyczą zamienić w  dereniówkę, której karafka zawsze stała w kredensach nadbużańskich dworków. A  zielone pomidory, pomarańczowe dynie czy przejrzałe ogórki wraz z listkami winogron i ziołami zalać marynatą i ustawić na parapecie. Uwielbiam jesień. I  jej skarby. Jeszcze można przysiąść na  ławeczce pod sklepem i  omówić sprawy świata, jeszcze wymienić się przepisem na  dżem z  papryki i  utwierdzić się

w przekonaniu, że na  ganeczku jest w  życiu najlepiej. Nie zapomnę takiego ganeczku, kiedy jechałem z Kodnia na Włodawę i  co  rusz przystawałem, żeby sfotografować ławeczki z ludźmi. Jest taka wieś, gdzie Bug podchodzi niemal pod dom. Rozciąga się stąd nieziemski widok. Na takiej ławeczce siedząc, podpytywałem o miejscowe przepisy.

Sało i dymione śliwki To niemal jesienna poezja. O przemijaniu. Jerzy z nadbużańskiej ławeczki rysuje w moim notesie dół w ziemi. — W  ziemi kopano dół

na półtora metra. W poprzek dołu mocowano drewniane szyny. Na  nich wiklinowe maty ze śliwkami. Schodziło się po  schodkach, żeby rozpalić ogień. Z  wierzchu nakrywano śliwki jutą. Śliwki dymiono kilka dni – płynęła opowieść z ławeczki. Jeszcze przed wojną we  wsiach położonych nad Bugiem robiono sało w  domu. Cienkie plastry solonej słoniny podawano z  plastrami cebuli na  ciemnym chlebie. Na sało potrzebna jest słonina o  grubości 5  cm, najlepiej, żeby miała mięsne przerosty. Po  dokładnym oczyszczeniu słoniny robię

Waldemar Sulisz Prezes Stowarzyszenia Kresowa Akademia Smaku, pomysłodawca i organizator Ogólnopolskich Turniejów Nalewek Kresowych. Twórca i dyrektor Europejskiego Festiwalu Smaku. Miłośnik ogrodów, bulterierów i antyków.

Zupa dyniowa z bursztynem. Z Wisznic Składniki: ▶▶1 litr bulionu warzywnego ▶▶50 dag dyni ▶▶1 ziemniak ▶▶2 białe kawałki pora ▶▶2 cebule ▶▶kawałek świeżego imbiru ▶▶1 chili ▶▶2 ząbki czosnku ▶▶śmietana, masło, oliwa ▶▶gałka muszkatołowa, sól, pieprz ▶▶3 łyżki kremówki ▶▶ser bursztyn W yko nan i e: W garnku rozgrzać oliwę z masłem, wrzucić pokrojone pory, cebulę, chili i starty imbir. Zeszklić, dodać dynię pokrojoną w kostkę, dusić 5 minut, dodać pokrojonego w kostkę ziemniaka. Podsmażyć, zalać wywarem, dodać posiekaną czuszkę. Zagotować, doprawić solą roztartą z czosnkiem, pieprzem, gałką i śmietaną. Pod koniec gotowania dodać trochę startego sera bursztyn. Podawać z czosnkowymi grzankami. Uwaga: zupę z dyni można podać w połówkach dyni.


Kuchnia nadbużańska

Kołduny z rydzów. Z Kodnia Składniki na ciasto: ▶▶35 dag mąki ▶▶jajo ▶▶woda składniki na nadzienie: ▶▶50 dag rydzów ▶▶cebula ▶▶10 dag tłuszczu ▶▶2 łyżki tartej bułki ▶▶2 jaja ▶▶sól, majeranek, pieprz W yko nan i e: Rydze i cebulę oczyścić, opłukać i poszatkować, a następnie udusić na tłuszczu i posiekać. Dodać przyprawy, trochę tartej bułki i jaja. Ciasto zagnieść, rozwałkować i układać na nim farsz. Zawijać, formować małe kołduny i gotować je w osolonej wodzie. Podawać z czystą zupą grzybową. Lub z sosem śmietanowym na rydzach. Uwaga: obie wersje uzależniają.

solankę w proporcji 10 dag soli na  1 litr wrzątku. Kiedy solanka wystygnie, zalewam nią kawałki słoniny na 3 dni. Po wyjęciu z zalewy słoninę wrzucam do  dużego garnka, dodaję kilka listków laurowych, 10 ziaren ziela angielskiego i  10 ziaren czarnego pieprzu. Gotuję 30 minut. Po  ostudzeniu nacieram połowę słoniny zmiażdżonym czarnym pieprzem. Drugą połowę roztartym czosnkiem i  ostrą papryką. Na każdym kawałku kładę listki szałwii, przyciskam deseczką i zostawiam na kilka godzin. Następnie obtaczam w gruboziarnistej soli, zawijam w folię aluminiową i chowam do lodówki. Po kilku dniach sało jest gotowe. Tak przygotowaną słoninę wędzę w  zimnym dymie. Reszta jest poezją. Dymione (dziś wędzone) śliwki zawijam w cienki plaster sała, spinam drewnianymi

patyczkami i piekę w piekarniku. Coś pysznego.

Wisznice w odcieniach pomarańczy Kiedy już nacieszę się śliwkowymi fioletami, kiedy w kredensie stygnie prosty placek ze śliwkami do herbaty, obowiązkowo podawanej ze śliwkową konfiturą, zabieram się w ogrodzie za  dynie. Dynie są rodem z Wisznic, gdzie o tej porze całe pola złocą się na pomarańczowo, pomarańcz przechodzi w ciepłe czerwienie, czerwień w róż. Tam, w Wisznicach, nauczyłem się robić zupę z dyni w  imbirowych klimatach. Ale nie tylko. Także dynię marynowaną z goździkiem, konfiturę z dyni wzmocnioną imbirem, dynię duszoną z cukinią i ziołami. Ale najbardziej do gustu przypadły mi proste racuszki z dyni. Podawane z miodem nawłociowym. Dynię kroję na  kawałki i  ścieram

na tarce do  miski. Dodaję kilka łyżek mąki, jajko, wyrabiam i smażę na oleju rzepakowym jak placki ziemniaczane. Podaję z miodem. Dlaczego z nawłoci? Nawłoć złoci pola, a potocznie nazywa się ją mimozą. A mimozami jesień się zaczyna.

Lepszy rydz niż nic Od śliwkowych fioletów na  talerzach jesienią nie mogę się uwolnić. Ani rusz. Śliwki suszę, wędzę w  wędzarce, duszę do  mięsa. Dodaję do jagnięciny, wedle przepisu od brata Mariusza z  kodeńskiego klasztoru. Mięso kroję na  gulasz, doprawiam ziołami prowansalskimi z  klasztornego zielnika, skrapiam oliwą i  odstawiam do  lodówki. Obtaczam mięso w  mące, smażę partiami na  oleju, zrumienione przekładam do  garnka, zalewam lubelskim piwem perła koźlak, dokładam dużo suszonych śliwek, czosnek i  duszę

kraina bugu · jesień/zima 2014


do miękkości. Podaję z  racuszkami z dyni. I  poluję na  rydze. Jest ich coraz więcej. Jak upoluję, piekę na grilowej patelni i  posypuję solą. Skwierczą, jak te z dzieciństwa, pieczone na blasze węglowej kuchni. Kiedy już się rydzami z  blachy nacieszę, duszę je na maśle z cebulą. Kiedy zrumienią się z  obu stron, solę i  zalewam śmietaną, duszę kilka minut. W  tym czasie rozgniatam w rękach plastry polędwicy, obtaczam w grubo mielonym pieprzu, smażę na  ostrym ogniu, zmniejszam ogień, dosmażam i podaję z rydzami.

Dereń na ławeczce Jesień pachnie przemijaniem. Uczy cierpliwości, jak dereń. To  trudne drzewo. Najpierw trzeba kupić dobrą odmianę, posadzić, pielęgnować i  czekać 7 lat na pierwsze owoce. Jak zakwitnie, chronić przed zimnem, bo jak lekki

przymrozek zetnie kwiat, owoców nie będzie. Kiedy zacznie dojrzewać, zawczasu wyłożyć pod drzewem folię, bo dereń nagle opada i ginie w trawie. A następnie można robić nalewki. Po zalaniu owoców derenia nakłutych uprzednio srebrną igłą, odczekaniu miesiąca i połączeniu z syropem cukrowym na owocach dereniówka jest gotowa. Z  derenia robię konfiturę. Sypię kilogram cukru na wrzątek, kiedy się cukier rozpuści dodaję 3 goździki, gotuję kilka minut i cedzę. Kilogram przebranego derenia wrzucam do  syropu i  zostawiam na  12 godzin. Po ponownym zagotowaniu,

odstawiam na 6 godzin. Po  trzecim zagotowaniu trzymam na małym ogniu, pracowicie zbierając pianę. Kiedy konfitura robi się szklista, przekładam do wyparzonych słoiczków, studzę, zakręcam i  wstawiam do spiżarki. Co ma dereń do ławeczki? Siedziałem na wspomnianej wcześniej ławeczce kilka godzin. Bug płynął dostojnie. Zachodziło słońce. Na  ławeczkę dosiadł się sąsiad. — Wieczorem, zachodzi słońce, czuję, jak dobroć spływa na mnie. Dobroć z nieba, z powietrza, z  wody. To  jest dla mnie szczęście — powiedział. Może to szczęście ma dereniowy smak? £ Foto: M. SUlisz

Dereniówka na jesień. Z ­Uroczyska Zaborek Składniki: ▶▶1 kg dereni ▶▶1 litr dobrej wódki ▶▶50 dag cukru ▶▶3 jagody jałowca ▶▶mała gałązka rozmarynu W yko nan i e: Owoce umyć, wysuszyć, wsypać do słoja, zalać wódką, dodać jałowiec, rozmaryn, zakręcić wieczko, odstawić na 2 tygodnie w ciepłe miejsce. Wsypać cukier, wymieszać, odstawić na 7 dni. Co kilka godzin wstrząsnąć słojem. Dereniówkę przecedzić przez papierowy filtr do kawy i rozlać do butelek, zakorkować i schować do spiżarki.


Natura/Birdwatching

nadbużańskie czaple (część II)

Czapla siwa zasiedla niziny. Zwykle stoi na brzegu, przygarbiona, z szyją zgiętą jak podczas lotu. Gdy ujrzy rybę lub żabę, gwałtownie wyprostowuje szyję i celnie wystrzeliwuje ostry dziób w kierunku zdobyczy. Ofiarę przebija lub chwyta dziobem. Jest przy tym bardzo szybka i precyzyjna.

W

czesną wiosną czaple pojawiają się w koloniach. Bodaj najdalej wysuniętą na wschód kolonią czapli siwych jest czapliniec w  lasku na  skraju wsi Dołhobrody w  gminie Hanna. Czasem schodzę z drogi jadąc od Sławatycz do Włodawy, by sprawdzić, jak się czaple mają. Latem poprzez zasłonę liści drzew kolonii już nie widać. Czaple pojawiają się tutaj tylko wieczorem. Żerują nad Bugiem, nad stawami i jeziorami oraz na łąkach, a nawet na polach zaraz po  żniwach, gdyż chętnie polują na drobne gryzonie. Zjadają nie tylko ryby, ale także owady, dżdżownice i pijawki. No i oczywiście myszy, norniki i nornice, dla których pozostają na łąkach i polach aż do zmroku.

102

Foto: shutterstock (2)

Czapla biała (Casmerodius albus)

Wczesną wiosną, zaraz po powrocie do kolonii, czaple porządkują swe gniazda. Podkradają sobie przy tym budulec, wrzeszczą na siebie i wystrzeliwują strugi białych odchodów. Po kilku latach drzewa, na których czaple gniazdują, obumierają z nadmiaru azotu pochodzącego z ich odchodów i kolonia przenosi się na następne drzewa. Pod kolonią rosną tylko czarne bzy upstrzone na biało, gdyż tylko one tolerują nadmiar azotu w glebie. Już na początku kwietnia w gniazdach czapli pojawią się niebieskawe jaja. Jest ich zwykle 3 lub 4, a ich wysiadywanie trwa 25–26 dni. Pisklęta przebywają w gnieździe około 50 dni, a później jeszcze przez 2–3 tygodnie koczują w  kolonii i  są dokarmiane przez rodziców „na gnieździe”. Łatwo można więc wyliczyć, że w  połowie lipca kolonia pustoszeje, a w okolicy pojawia się wyjątkowo dużo czapli, gdyż młodzież opuszcza lasy kryjące kolonie lęgowe i uczy się samodzielnego polowania. Te młode czaple są mniej płochliwe niż dorosłe, dlatego w krainie Bugu lato to sezon na czaple. Można je wtedy obserwować dosłownie wszędzie, nie tylko nad wodą. Wieczorem warto popatrzeć na ich powolne, a jednocześnie lekkie loty w kierunku kolonii, do których powracają na noc. Młode gamoniowate czaple odkrywają czasem oczka wodne ze złotymi rybkami. Stare wygi wiedzą, że takich miejsc trzeba unikać. Gdy właściciel stawu jest na  wakacjach, to młoda czapla czuje się jak w wymarzonym Eldorado i  zjada jedną złotą rybkę za drugą. Dopóki starczy złotych

kraina bugu · jesień/zima 2014


Wybitny polski ornitolog, doktor nauk weterynaryjnych. Od 2009 roku dyrektor zoo w Warszawie. Twórca tamtejszego Ptasiego Azylu, w którym już od 15 lat leczone są ranne dzikie ptaki. Autor ponad 20 książek. rybek. Nie ma litości i spełniania życzeń. Jedyne marzenie młodej czapli to  zaspokojenie głodu. Kilka rybek dziennie wystarczy. Bywa więc, że po powrocie z wakacji dumny właściciel stawu z ozdobnymi karasiami lub karpiami nie zastaje ani jednej rybki. Nie ma śladów kradzieży, nie ma resztek martwych ryb, sprawa wydaje się tajemnicza, chyba że rankiem znów

stawu od świtu do zmierzchu. Ale przecież na wakacje wyjeżdża się z psem! Co wtedy? Pomocny okazuje się helowy balon, a jeszcze lepiej dwa. Im bardziej świecące i jaskrawe, tym lepiej. A jeżeli jeszcze namaluje się na nich wodoodpornym flamastrem wielkie oczy, to  efekt odstraszający będzie murowany. Poruszany wiatrem lekki balon skutecznie zniechęca czaple do polo-

andrzej g. kruszewicz

wania w jego sąsiedztwie. Robiąc czaplę „w balona”, warto jednak pomyśleć o  młodej czapli. To  przecież nasz rodzimy, potrzebujący pokarmu ptak. Jak nie zje, to zginie z głodu. A złota rybka to w naszej faunie element obcy, sztuczny i niepotrzebny, a przez rodzimą czaplę skutecznie usuwany ze środowiska.

Wszystko dzieje się więc w zgodzie z Naturą, a czapla jest regulującym elementem tej Natury. Lepiej więc będzie zasiedlić oczko wodne żabami, bo te wiedzą, jak należy czapli unikać, a nie złotymi rybkami, które zjadają żabie kijanki – nasze rodzime kijanki. Chwała więc czaplom za ochronę żab! £

Czapla siwa (Ardea cinerea)

pojawi się czapli gamoń, by sprawdzić, czy może jeszcze coś w  tym stawie jest. Wtedy odium spada na cały czapli ród, a młoda czapla poznaje skrywany charakter i niecodzienne słownictwo homosapiensa. Jedyną skuteczną ochroną złotych rybek przed czaplami jest pies pilnujący

103


Natura/Przestrzeń natury

smak białowieskiego miodu (część II)

z kamerą wśród ssaków tekst i zdjęcia:

Jan Walencik

Tym razem Jan Walencik ze swoją niestrudzoną ekipą zaprasza nas do tajemniczej krainy ssaków, podpatrywanych w ich naturalnym środowisku. Widok młodego żubra, pijącego ciepłe matczyne mleko, czy troskliwe spojrzenie karmiącej nornicy – prosto w oko kamery – są warte każdej ceny, nawet utraty zdrowia… Bo przygód autorowi tych niezwykłych opowieści, prosto z serca pierwotnej puszczy, nie brakuje.

104

kraina bugu · jesień/zima 2014


18 maja 1994 Żuberek ssie matkę zapamiętale, potem ona oblizuje go tak czule, że w zachwycie odrywam oko  od  wizjera kamery. Oczywiście w ten sposób, niechcący, zaświetlam końcówkę ujęcia. Jestem niepocieszony, bo to, co do tej pory nakręciłem, jest obarczone błędem. Wszystkie ujęcia żubrów nakręciłem z  górnej pozycji, znad płotu. Jesteśmy w Rezerwacie Hodowlanym BPN. Akurat dwie żubrzyce urodziły niedawno młode i teraz przychodzą z resztą stada do miejsca codziennego karmienia przez strażnika. Zatrzymują się tu na dłużej i wtedy

można zaobserwować ssanie. Młode karmione są dość często, więc przewiduję, że uda mi się dzisiaj jeszcze raz to nakręcić. Uciekam się jednak do fortelu. W płocie dzielącym nas od stada znalazłem luźną deskę. Pomagam jej – trzymała się na końcach dwóch wielkich gwoździ. Tylko zgrzytnęła… No, teraz widzę żubry jak na dłoni, z tej właściwej, bo niskiej pozycji. Wystarczy poczekać na ssanie. Tak sobie myślę i tak też się dzieje. W ciągu paru minut drugi żuberek dopada mleka. Mam, mam to! Chryp, paka, pak, pak – z charakterystycznym terkotaniem schodzi końcówka taśmy w kasecie kamery. — Krzysiek, dawaj natychmiast drugą kasetę — rzucam, nie odrywając oka od wizjera. — Nie mam tutaj, jest w  samochodzie — Krzysiek biegnie do auta na drugi koniec rezerwatu. Co mam zrobić? Żuberek już kończy ssać, a ja nie mam na czym tego nakręcić! Tyle zachodu na  nic! Szlag mnie trafia! Gorączkuję się, biegam w kółko, wykrzykuję coś w nerwach. I nagle… jak nie wrzasnę! — To było tak, panie doktorze. Janek odskoczył jak oparzony od kamery — relacjonuje Beńka — zaczął pokrzykiwać, wymachiwać rękami. Nagle wrzasnął i ucichł potulny jak baranek. — Lewy czy prawy? — pytam naiwnie. — Jak pan woli — lekarz w hajnowskim pogotowiu aplikuje mi  domięśniowo zastrzyk przeciwtężcowy. Dla bezpieczeństwa. Bo było tak: najpierw poczułem ból i wrzasnąłem, a potem aż przysiadłem z wrażenia. W tym szaleństwie nadepnąłem dokładnie na  gwóźdź, wystający z  deski, którą niedawno wyjąłem z płotu i odrzuciłem gdzieś nierozważnie. Zardzewiały gwóźdź przebił miękki trampek i stopę, głęboko, aż do  kości. Krew się polała obficie. Zanim jednak Beńka namówiła mnie na pogotowie, wrócił Krzysiek z kasetą, a żuberek wciąż ssał. Musiałem dokończyć zdjęcia i… przybić deskę.

15 września 1994 Jak tu nie polubić rzęsorka? Małe toto, ma  gładkie aksamitne futerko i  taki

pyszny ryjek! A jaki sprytek zwinny! Miniaturka wydry, tyle że o wiele szybsza od niej. A jak bystro przebiera tylną łapką, gdy czyści się po wyjściu z wody. Tak szybko, że stopy nie widać – wiruje jak miniaturowa trzepaczka do ubijania jajek. A kiedy tą łapką czyści futerko za uchem, to już nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Bzyk, drap, drap, drap, drap, drap – od góry i błyskawicznie – bzyk, drap, drap, drap, drap, drap – od dołu, a potem znowu – bzyk po karku... Najwidoczniej za głośno parsknąłem, bo rzęsorek – chyc, uciekł do wody i dawaj przebierać łapkami – pruje, jak torpeda. Po pięciu sekundach wynurza się i… chops, wyskakuje na swój drewniany stolik. Futerko zupełnie niezamoczone, ale… on musi się znowu podrapać! Ten nasz Gucio jest aktorem niezrównanym. Bez oporów nurkuje na zawołanie. Miałem już z pięć rzęsorków, ale ani jeden nie zagrał jak należy, nie mówiąc o tym, że za żadne skarby nie chciały nurkować, jak na rzęsorki przystało. Po  trzydziestu sekundach pływania ich futerka były zupełnie mokre. Pełen wątpliwości, czy przypadkiem studyjne warunki zdjęć nie są przyczyną takiego zachowania, poprosiłem o radę szefa Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży, profesora Zdzisława Pucka, który wcześniej zgodził się udostępnić nam kilka zwierzaków odławianych do badań teriologicznych. — Teoretycznie każdy rzęsorek, jako organizm ziemno‑wodny, powinien chwytać pokarm i w ściółce, i pod wodą. Ale nie wszystko jest tak proste, wiele zależy od  kondycji, a  ta  – od  dostępności pokarmu i od pory roku. Bardzo możliwe, że wszystkie poprzednie osobniki to były przezimki urodzone w  ubiegłym roku, a teraz przechodziły tzw. linkę starczą, czyli ostatnią w  życiu zmianę sierści. Zazwyczaj ma  ona postać rozproszoną na  całym ciele, więc być może to  było przyczyną przemakania. A może były to, zupełnie nam nieznane, predyspozycje osobnicze... (…) — Jasiu, ten na pewno będzie niezły, musi polować — zawyrokował Arek,

105


Przestrzeń natury

kiedy przyniósł nam Gucia. — Jak poszedłem sprawdzić powierzchnię po ośmiu godzinach od  ostatniego obchodu, on siedział suchy w pułapce stożkowej wypełnionej do połowy wodą, bo przez ten czas mocno padało. Odpoczywał na patyku rozpierającym ściany pułapki. Wiesz, na takim, co zawsze zakładamy, jak jest deszczowo, na wszelki wypadek, żeby złapany ssak nie utopił się. I wiesz, co on zrobił, jak mnie zobaczył? Zanurkował! Mało tego: na  dnie stożka znalazłem resztki dwóch żuków, które wpadły do pułapki jeszcze przed nim i utopiły się, więc on musiał wyłowić je z dna! Poza tym spójrz na jego pokrój: jakie mocne futro i jaki kształtny długi ryjek – toż to klasyczny przykład rzęsorka rzeczka, jak z atlasu! Jak tu nie wykorzystać takiego aktora, przecież jak ulał pasuje do  roli

106

ze scenariusza. Nie można zwlekać ani chwili. Na szczęście, od wielu tygodni mamy w naszym piwnicznym studiu stałą scenografię i sprzęt przygotowany właśnie na wypadek nagłego pojawienia się gwiazdora. Przede wszystkim odtworzyliśmy w  niewielkim akwarium kawałek podwodnego świata. Według najlepszych wzorców: obserwując dno zalanego lasu – olsu. Spód pełen jest zbutwiałych liści i gałązek. Ostry brzeg ograniczają czerwone korzenie olch, pełne guzowatych narośli. Tu i ówdzie strzelają ku  górze zielone podwodne pędy kosaćca i turzycy. Nie od rzeczy jest też kilka, dawno opadłych do wody, szyszeczkowatych owocostanów i zrudziałych kotek olchowych. No i woda – nie może być przezroczysta jak z kranu, przytargaliśmy więc plastikową beczkę

najprawdziwszej rdzawożółtej wody olsowej. Cała ta dekoracja to zaledwie tło, bo pierwszy plan znajduje się tuż przy frontalnej szybie akwarium. Aby ograniczyć niewielkie skądinąd pole zdjęciowe, a ściślej: by rzęsorek nurkował w stałym miejscu, przegrodziłem akwarium dodatkową szybą i jeszcze kilkoma mniejszymi oraz kawałkami drewna. Na dnie znalazły się oczywiście ulubione ofiary Gucia: larwy jętek i ważek. Postanowiłem nie filmować rzęsorka inaczej, jak tylko z szybkością 150 klatek na sekundę. Jest tak szybki, że dopiero przy sześciokrotnym zwolnieniu będzie można jako tako obserwować jego ruch na ekranie. (…) Krzysiek Komar ostrożnie wypuszcza rzęsorka do akwarium z jego tymczasowej kryjówki – skrzynki wypełnionej mchem, do której zamocowana jest półmetrowa rura o średnicy czterech centymetrów. Gdy tylko otworzy się szyberek w skrzynce, rzęsorek natychmiast odnajduje korytarz wyjściowy. Rośnie napięcie. Zanurkuje czy nie? Przez kilka minut Gucio kręci się po drewnianym stoliku. Nawet kilka razy dotknął ryjkiem wody i  o  mały włos nie puściłem kamery w ruch. Węszy, wciąż węszy. Plum! Bez uprzedzenia, bez jakiegokolwiek znaku, bez cienia szansy dla mnie – siupnął w wodę i popłynął prosto do dna – ani zdążyłem się spostrzec. Włączam arrifleksa dopiero, kiedy trzyma już w pyszczku larwę świtezianki. Po trzech sekundach jest na wierzchu i od razu ją zajada. Ciap, ciap, chrup, chrup – z niezwykłą szybkością połyka zdobycz, tnąc ją ostrymi bocznymi ząbkami. Po minucie nie ma śladu po uczcie, a Gucio znów zaczyna węszyć. O nie, teraz mnie nie nabierzesz! Puszczam kamerę i  całe szczęście, bo gwiazdor zasmakował w roli: chlup do dna! Chwilkę szuka wśród zbutwiałych liści, wrażliwym ryjkiem odnajduje larwę żagnicy, chwyta ją w pyszczek i sunie w górę. Kiedy jest tuż nad powierzchnią, larwa wysuwa mu się z  pyszczka i  opada. On wywija pętlę

kraina bugu · jesień/zima 2014


i z powrotem za nią. Chaps – ma ją. Wypływa i zabiera się do chrupania okazałej zdobyczy. Oczywiście jest suchutki. Za to ja jestem mokry z emocji. Kręcę bez przerwy. Nie przerywam pracy kamery, tylko panoramuję za aktorem i jednocześnie przymykam przysłonę obiektywu. O dwie działki, bo na powierzchni, gdzie Gucio żeruje, jest o wiele jaśniej niż w zmąconej wodzie. Nawet nie mam czasu nacieszyć się kapitalnym ujęciem i to zrobionym tak szybko, bez wielokrotnych prób i bez wyczekiwania. Jedynie wewnętrzny głos podpowiada mi: nieźle, nieźle, ale nie popadaj w samozachwyt, skręć jeszcze coś lepszego!

17 maja 1995 Malutkie różowe golasy wielkości ziarna fasoli. Tak milusie, że aż trudno powstrzymać się przed wzięciem ich do rąk, dotknięciem choćby przez chwilę. Wczoraj rano nornica ruda, którą hodowaliśmy od  ponad dwóch tygodni, urodziła pięć pięknych osesków. Dostaliśmy ją od pracowników Zakładu Badania Ssaków PAN w Białowieży, którzy dłuższy czas szukali dla nas kotnej samicy wśród odławianych gryzoni. Dzień w  dzień trzeba było

doglądać przyszłej mamy. Nornica przyzwyczaiła się do nas do tego stopnia, że nie uciekała, gdy włożyło się rękę do jej klatki. Nawet podchodziła. Oczywiście, gdy w  ręku był kawałek marchewki czy innego smakołyku. Przez cały ten czas starałem się także przyzwyczaić ją do sztucznego światła. Dwa dni temu zaczęła znosić w jeden kąt kawałki mchu, listki, źdźbła trawy. Zbudowała gniazdo – scenografię do opisanej w scenariuszu sceny. I  oto teraz wszystko procentuje. Kręcimy ssanie osesków. Pięć minut temu pozwoliłem sobie na poprawienie dekoracji. Rozchyliłem troszkę wierzch gniazda, żeby obiektyw coś niecoś widział. Teraz kręcę: samiczka wraca do  gniazda, delikatnie, nie depcząc po  maluchach, mości się chwilę i układa na boku tuż przy nich, za to one wiercą się nieznośnie i popiskują. Choć jeszcze ślepe, próbują na wyścigi dopaść do mleka, a jak już dopadają, to ssą, ssą i ssą. Jeszcze niepewne swego szczęścia, a może właśnie z rozkoszy, przebierają przednimi i tylnymi łapkami, kręcąc w powietrzu „rowerki”. Przyssane są tak mocno, że nie puszczają nawet, gdy nornica wstaje na chwilę, by się poprawić – wtedy

u jej brzucha wisi pięć golasów! Taka mała idylla... £ Tekst i zdjęcia pochodzą z książki „Smak białowieskiego miodu”, wydanej przez ŻUBROWĄ 10 w 2010 r.

Jan Walencik Fotograf i filmowiec, dokumentalista przyrody. Filmy kręci wraz z żoną Bożeną, z którą mieszkają w Białowieży. Są autorami 52 filmów, w tym realizatorami dwóch pierw‑ szych (!) polskich telewizyjnych seriali przyrodniczych: „Tętno pierwotnej puszczy” (5 części – 1995) i „Saga pra‑ starej puszczy” (10 części – 2009). Wybrana filmografia: „Symbioza?” (1987), „Kraina wody, piasku i wiatru” (1990), „Dolina nieujarzmionej rzeki” (1991), „Bobrze, czy na Wi‑ grach jest dobrze?” (1993), „Ostatnia puszcza” (1996), „Tajemnice przyrody” (2000), „Zabójczy ogień” (2012).

JAN WALENCIK

JAK KRĘCIŁEM SERIAL „TĘTNO PIERWOTNEJ PUSZCZY”

ZUBROWA 10


Natura/obiektyw tabora

108

kraina bugu · jesień/zima 2014


Wiewiórka pospolita (Sciurus vulgaris) Długość ciała tego sympatycznego zwierzęcia, które zwinnie skacze po parkowych alejkach i wspina się po drzewach, wynosi 20–28 cm. Posiada ono charakterystyczny rozwichrzo‑ ny ogon o długości 20–24 cm i ozdobione na końcach specyficznymi „pędzelkami” uszy (2,5–3,5 cm), waży zaś 200–400 g. Powszech‑ nie znane jest rude ubarwienie wiewiórki z lekko szarawymi bokami, jednak możemy spotkać także tzw. czarną odmianę, której futro ma kolor czarnobrunatny. U obu brzuch i pierś są białe. Wiewiórki żyją około 10 lat, prowadząc w tym czasie samotną egzystencję, łącząc się z innymi osobnikami jedynie na czas rui. Każdy przed‑ stawiciel gatunku ma swoje własne terytorium, na którym jest aktywny w dzień. Nie przesypia

zimy, ale kiedy pogoda nie jest sprzyjająca, chowa się w kryjówkach – dziuplach lub gniaz‑ dach w kształcie kuli, zbudowanych z gałązek i wyścielonych mchem oraz porostami. Dzięki okazałemu ogonowi wiewiórki są niezwykle zwinne – skaczą z drzewa na drzewo, w po‑ dobny sposób poruszają się też po ziemi. Wiewiórki żywią się nasionami drzew iglastych i orzechami – ich skorupę potrafią przegryźć w ciągu kilku sekund. Nie stronią też od grzybów (zdarza się, że suszą je na ga‑ łęziach), jagód, młodych pędów i pączków drzew, owadów, piskląt i ptasich jaj. Znane są z tego, że na każdą zimę przygotowują pokaźne zapasy jedzenia (głównie orzechów i żołędzi), które przechowują w licznych spiżarniach. t

Artur Tabor (1968–2010) Jeden z najwybitniejszych polskich fotografików przyrody. Specjalizował się w zdjęciach ptaków i zwierząt w ich naturalnym środowisku. www.arturtabor.pl

109


w ó d u c m y n ł e p m e b e i n d po trzecie K r a i nA urodziny Bugu magazynu Nie mogło być inaczej. Trzeci rok istnienia nasz magazyn świętował w samym sercu nadbużańskiego Podlasia – w Janowie Podlaskim. Ci, którzy byli razem z nami, mają co wspominać. Ci, których nie było, powinni żałować. Spotkania z nietuzinkowymi ludźmi i muzyka z górnej półki towarzyszyły nam przez cały piątek, 29 sierpnia, który niepostrzeżenie skradła sobotnia noc – ciężka od gwiazd na sierpniowym niebie i pełna urodzinowych gości…


µ Raz Dwa Trzy

Foto: T. Młynarczyk

A

było ich wielu. Przyjechali z różnych zakątków Podlasia, ba, nawet Polski, bo – jak się okazuje – „Kraina Bugu” ma swoich wiernych Czytelników od morza po góry. Przygotowaliśmy dla nich kilka niespodzianek za dnia, wieczorem okraszonych koncertami czterech niesamowitych zespołów: „PodobaMiSię”, „Orkiestry Dni Naszych”, „Chłopcy Kontra Basia” i charyzmatycznego „Raz Dwa Trzy”. Ale zanim to się stało, efekty swoich wędrówek po wschodniej Polsce z aparatem w ręku pokazali członkowie Grupy Twórczej Motycz, prezentując w Janowie Podlaskim wystawę fotografii „Kupcy”. Swój udział w  tym przedsięwzięciu ma  także znakomity fotografik Tadeusz Rolke, uznawany za czołowego przedstawiciela fotografii humanistycznej, pod którego okiem wykształciło się i  poszło w  świat wielu podziwianych dziś twórców. Pan Tadeusz był obecny na urodzinach „Krainy Bugu”, prezentując stworzony wspólnie z  Chrisem Niedenthalem projekt „Sąsiadka”, mający swoją „premierę” w warszawskiej Zachęcie w 2001 roku. Kilka godzin przed jej projekcją w Janowie mistrz Rolke w scenerii okazałej stadniny otwierał wernisaż Grupy Twórczej Motycz, opowiadając o swojej przygodzie z fotografią i udzielając rad młodym adeptom tej sztuki. Kuba Szymański, autor kilkunastu zdjęć, wrócił do początków tej przyjaźni i jej owoców w postaci wspólnej wystawy: — Wszystko zaczęło się, gdy podczas ubiegłorocznych Międzynarodowych Warsztatów Fotograficznych w  Janowie Podlaskim poznaliśmy osobiście pana Ta‑ deusza Rolke. Przez rok przygotowywaliśmy się do wystawy o kupcach. Znając zdjęcia pana Tadeusza z  targu rybnego w  Ham‑ burgu z 1979 roku, postanowiliśmy ośmielić się i poprosić o zgodę na wspólną wystawę. Szczęśliwie uzyskaliśmy akceptację. Będzie‑ my mogli pokazać i skonfrontować nasze zdjęcia kupców z dziełami Mistrza! To dla nas wielkie wyróżnienie. Zafascynowali nas kupcy – ludzie handlujący rozmaitymi towarami. Kobiety z czosnkiem i wiejskimi jajami, handlarze sprzedający dywany, ba‑ lony i koronki, ludzie polecający swoje wa‑ rzywa, owoce, miody… Nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie można spotkać ich przy

drogach, płotach, sprzedających swe dobra wprost z bagażników samochodów, w ma‑ łych budkach, na straganach przy głównych placach miast i miasteczek. Dziś jeszcze są – szczególnie w Polsce Wschodniej. To tętnią‑ ce życiem tradycyjne targowiska sprawiły, że pojawiliśmy się tam z aparatami fotograficz‑ nymi, by odkrywać emocje i relacje między‑ ludzkie — uzasadniał wybór tematu Kuba Szymański. Mamy nadzieję, że te emocje i podobne refleksje towarzyszyły odwiedzającym ekspozycję w Janowie Podlaskim, i że zapragną oni śledzić losy kreatywnej grupy przyjaciół z  Motycza, podziwiając świat utrwalony w ich kadrach.

Refleksje z pogranicza Nieprzypadkowo o  krainie Bugu mówi się, że jest magiczna. Że przyciąga, omamia, nie pozwala o sobie zapomnieć. Że tęskni się do niej jak do ukochanej kobiety i że płacze się za nią jak za utraconą miłością. Niejeden z nas uronił łzę, oglądając na dużym ekranie, rozpostartym pod rozgwieżdżonym niebem, diaporamę „Leśni ludzie”, autorstwa utytułowanego Duetu Romantycznego, czyli Jacka Zaima i Urszuli Gronowskiej. To prosta historia dwojga staruszków, żyjących gdzieś na krańcu Polesia, opowiedziana subtelnym językiem fotografii i skomentowana poetycką frazą. Jak żyją tytułowi leśni ludzie, na co czekają, czym się cieszą i o czym marzą, rodzi w nas pytanie o to, czym tak naprawdę jest szczęście. Jak jesteśmy i po co? Czy umiemy dostrzegać sens w  drobinkach codzienności, tak jak oni to potrafią? I czy podobnie jak oni umiemy się do  siebie uśmiechać, tak po prostu, bez specjalnej przyczyny i czy tak jak oni umiemy bez trwogi czekać na śmierć… Bo ona nie boli, kiedy jest się razem… Po  tej nostalgicznej opowieści trudno było umościć się wygodnie w świecie „Sąsiadki”. Ten niezwykły projekt Tadeusza Rolke i  Chrisa Niedenthala, dwóch tuzów polskiej i światowej fotografii, choć powstały ponad trzynaście lat temu, nie stracił nic ze swojej aktualności. Pod czarnym nieboskłonem janowskiej stadniny wybrzmiał jeszcze mocniej i  brutalniej. Nietrudno odnaleźć w  nim inspirację

111


µ Orkiestra Dni Naszych

Foto: T. Młynarczyk

wydarzeniami, jakie miały miejsce w Jedwabnem w  1941 roku. Choć tytułowa sąsiadka to  kilkuletnia Wietnamka, mieszkająca przez pewien czas w  niedalekim sąsiedztwie domu Tadeusza Rolke, a więc „nasze” dziecko, oswojone i  znajome. Autorzy w  mistrzowski sposób, za  pomocą wyłącznie języka fotografii pokazują, jak cienka granica dzieli to „swoje” od „obcego” i do czego to w konsekwencji prowadzi… „Wystawa «Sąsiadka», będąc istotnym wkładem Tadeusza Rolke i Chrisa Niedenthala w debatę na temat stosunku postaw szowinistycznych wobec mniejszości etnicznych i religijnych, wiąże dwa pojęcia: sąsiedztwa i  tolerancji. Antysemityzm, ksenofobie i uprzedzenia rasowe nie zniknęły wraz z zakończeniem II wojny światowej. Te postawy trwają nadal, przybrały tylko inną formę. W tym sensie ta wystawa jest formą przestrogi na dziś. Jednak autorzy nie mają gotowych recept, nie dają poprawnych odpowiedzi, raczej stawiają pytania w nadziei, że ich artystyczna wizja skłoni widza do myślenia i refleksji” – pisał w 2013 roku Zdzisław Pacholski. Sam autor tego projektu podkreślał w Janowie niemalże metafizyczny powód i sens pokazania „Sąsiadki” właśnie na rubieżach wschodniej Polski, gdzie dawny

112

tygiel narodów – choć w szczątkowej formie – nadal istnieje i gdzie historia wciąż drąży tunel pamięci…

Szaleńcy zauroczeni Bugiem Nie byłoby tak wspaniałego urodzinowego przyjęcia, gdyby nie muzyka – towarzyszy „Krainie Bugu” od początku jej powstania, a nasz magazyn z chęcią patronuje wielu muzycznym przedsięwzięciom. Zaproszenie do Janowa przyjęły cztery jakże różne muzyczne rodziny: „PodobaMiSię”, „Orkiestra Dni Naszych”, „Chłopcy Kontra Basia” i „Raz Dwa Trzy”. Różnorodność artystyczna tylko przysłużyła się okolicznościowemu spotkaniu, dopełniając atmosfery barwnego muzycznego widowiska. A publiczność to  doceniła, śpiewając wspólnie z  artystami (teksty wielu piosenek znała na pamięć) i domagając się bisów. „Jutro możemy być szczęśliwi, jutro możemy tacy być, jutro by mogło być w tej chwili, gdyby w ogóle mogło być”… – długo brzmiało nam w  uszach, kiedy opuszczaliśmy otulony mgłą koncertowy plac w sercu stadniny… Kilka dni potem Mirek Kowalik, kontrabasista zespołu „Raz Dwa Trzy”, przysłał mejlowy list, w którym opowiedział o  pierwszym spotkaniu z  krainą

Bugu i o tym niezwykłym dniu, „zagranym” i  spędzonym w  nadbużańskim towarzystwie. „Któregoś dnia stałem się dorosły i  świat z  mojego dzieciństwa bardzo się ode mnie oddalił. Prawie zniknął. Myślałem, że był on tylko wytworem mojej wyobraźni i poza nią nigdy nie istniał. Pewnie byłbym o tym przekonany do tej pory, gdyby nie moja przypadkowa podróż do miejscowości Pratulin. Po raz pierwszy zobaczyłem wtedy rzekę Bug i ujrzałem rzeczywisty wymiar mojego wirtualnego świata z dzieciństwa. On istnieje naprawdę!!! Z  jednej strony pourywane fragmenty nadbrzeża, a z drugiej gąszcz. Woda stanowi granicę ideologiczną między jednym a drugim światem. Piękno owiane tajemnicą, którego obecności nie da się nie zauważyć. Na niebie kołują bociany… Swobodnie przekraczają wytyczoną przez rzekę granicę. Szkoda, że nie potrafię malować. Może wiersz? Nie wszystko można opowiedzieć słowami… Cisza i dźwięki, które do mnie docierają, są ze sobą w  harmonii. Lubię wracać do  tych tajemniczych miejsc. Tym razem z zespołem «Raz Dwa Trzy» zagrałem koncert w Janowie Podlaskim. Kolejny raz poczułem tajemnicę tego miejsca. Poznałem

kraina bugu · jesień/zima 2014


Foto: K. Grabowska

µ Chłopcy Kontra Basia

µ Wystawa prac Grupy „Ławeczka” Foto: T. Młynarczyk

nowych szaleńców zauroczonych Podlasiem. Wspaniali ludzie. Oddali swoje serce tej krainie. Niedługo znowu przyjadę… Spotkam się z przyjaciółmi”.

Kiedy minęła północ, na niebie wciąż było pełno gwiazd, a księżyc kołysał się nad głowami tych, którzy postanowili doczekać finału urodzinowego przyjęcia. A był nim pokaz filmu Wojciecha Smarzowskiego „Pod mocnym aniołem”. I choć nie na takiego anioła czekaliśmy tej nocy, każdy z nas spotkał własnego. Wyszeptał nam cicho do ucha, tak jak szepce wieczorna rzeka: „A gdybyś chciał się dowiedzieć, co dobre i złe. Szukał prawdy, zaiste wspaniały to cel. Nim zerkniesz w  prawdy oblicze, żyj, ale kochaj nad życie, choć raz, choć raz, choć raz…”  Monika Mikołajczuk

Foto: D. Hankiewicz

***

µ Pokaz fotografii Tadeusza Rolkego


09/zima2013

W następnym numerze

numer 09 zima 2013 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

wywiad

fotografia daje nieśmiertelność i energię

Ko le j n y, wiosen n y n u m er – j uż w k wi e tn iu!

survival

zimowy

obóz przetrwania

Ostatni seans

Lwów

miasto, o którym trudno zapomnieć

10/wiosna2014

wywiad

Jacek Kleyff mazowiecki góral

zainspirowani

Roman Śledź

RepoRtaż

rzeźbię, więc jestem

karczeby Adam Pańczuk

dokument

Tajemniczy ręcznik

Ręcznik obRzędowy to nie tylko tekstylny dodatek do wyposażenia domu, lecz także swoista księga, na któRej wyszywano histoRię życia, z jego Radościami i smutkami. księga, któRa kRyje wiele sekRetów.

11/lato2014

piotr dzięciołowsKi

ach, te konie!

turystyka

Drohiczyn

jak zmienił się „koński” świat na przestrzeni dziejów

królewskie miasto na skrzyżowaniu dróg doKument

łzy nad wiklinową kołyską

Jeszcze KilKanaście lat temu w KażdeJ nadBużańsKieJ wiosce przynaJmnieJ Jedna osoBa z rodziny plotła wiKlinę. dziś nie ma do tego chętnych…

12/jesień/zima2014

numer 12 jesień/zima 2014 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

wywiad

Zenon Żyburtowicz

turystyka

Królewski Kąt

wciąż odczuwam głód Wschodu

zamek na Bugu – bajka to czy prawda? kraina buGu

dokument

nr 12 jesień/zima 2014

jakby anioł przy mnie stanął

Prawosławni Pątnicy Przybywają na Grabarkę tłumnie na każde ze świąt reliGijnych, bo niGdzie indziej nie czują takiej mistyki i bliskości nieba.

Redaktor naczelny: Daniel Parol

Piotr Świderski, rocznik ´82. Z wykształcenia historyk, z za‑ miłowania fotograf‑dokumentalista.

Redaktor prowadząca: Monika Mikołajczuk

Foto: P. Świderski

„Portrety tutejszych”

— Chcę pokazywać zwykłe ży‑ cie, ludzi i ich otoczenie. Jestem fanatykiem portretu reportażo‑ wego, dokumentalnego i środo‑ wiskowego oraz pejzażu z dużą ilością przestrzeni i „powietrza”. Poruszam się z aparatem

po obszarze północno‑wschod‑ niej Polski i tu wypatruję twa‑ rzy, kapliczek czy przydrożnych świątków. Fotografując wieś, szukam obrazów ze swojej przeszłości. Od kilku lat reali‑ zuję większy projekt „Portrety Tutejszych” oraz parę skrom‑ niejszych pomysłów. Używam jedynie analogowego sprzętu i wbrew opinii, że najważniejszy jest efekt, czyli zdjęcie, wolę za‑ pis na taśmie celuloidowej niż zero‑jedynkowy. — Efekty tej pracy zobaczymy w najbliższym wydaniu naszego magazynu.

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo redagowania nadesłanych tekstów i nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam oraz materiałów promocyjnych. Przedruk tylko za zgodą redakcji. Zabroniona jest sprzedaż numerów bieżących i archiwalnych „Krainy Bugu” po cenie niższej od ceny detalicznej ustalonej przez wydawcę.

Foto: Grzegorz Maciuk

„archanioł natchnął mnie na nową drogę”

WWW.krainaBugu.pl

Po raz pierwszy lalki jego autor‑ stwa zobaczyliśmy w widowisku poetyckim „Pokutnik z Osjaku” Romana Brandstaettera, przygo‑ towanym wspólnie z żoną Ewą Sokół‑Maleszą. W tym samym czasie artysta rozpoczął także współpracę z Piotrem Tomaszu‑ kiem. Ich pierwszym przedsta‑ wieniem był „Turlajgroszek” – baśń Tomaszuka wykorzystująca

motywy z białoruskich podań, wystawiona na scenie Biało‑ stockiego Teatru Lalek. Od 1991 roku związany z Towarzystwem Wierszalin. Zajmuje się także ma‑ larstwem. — Lubię pusty, czysty pejzaż, ale i syntetyczny, upo‑ rządkowany. Kiedy namaluję serię „szarych” obrazów, tęsknię za wyraźnym kolorem, ale nie za pastelowym półcieniem, który „rozrzedza” emocje i tłumi napięcie, a napięcie w moich pracach jest kluczowe — zdra‑ dza kulisy malarskiego warsztatu.

Stan Borys reportaż

Foto: Adam Falkowski

Urodzony w Krynkach na Białostocczyźnie Mikołaj Malesza zawładnął wy‑ obraźnią niejednego widza.

wywiad

numer 11 lato 2014 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

nr 11 lato 2014

Foto: T. Młynarczyk

ma jowy

Foto: Mieczysław Wieliczko

we

Kraina Bugu

114

na

ugdi dłek en

numer 10 wiosna 2014 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

www.krainabugu.pl

Sprostowanie W numerze 11/LATO 2014 „Krainy Bugu” na stronie 122 błędnie podpisaliśmy zdjęcie, zapowiadające materiał o prawosławiu. Jego autorem jest Krzysztof Sak, nie zaś ­Dariusz Hankiewicz, jak zostało zamieszczone. Za pomyłkę przepraszamy obu panów oraz czytelników. Redakcja

6

propoz ycji

Mikołaja Maleszy pejzaż skrzydlaty

— Kolejka po bilet, słynni aktorzy spoglądający z poroz‑ wieszanych plakatów, ciche rozmowy o filmie i niepewność, czy na pewno wpuszczą nas na film. Magiczna tablica, wyświetlająca komunikat o tym, co dzieje się za grubą, ciężką kotarą – to wszystko sprawiało, że czuliśmy dreszczyk emocji. Miny i liczba wychodzących z poprzedniego seansu były pierwszą niezawodną recenzją filmu. Szum odsłanianej kotary, tradycyjne naderwanie biletu i już mogliśmy szukać najlep‑ szego miejsca na sali… Takie kino pamiętam z dzieciństwa — wspomina Tomasz Młynarczyk, autor zdjęć do dokumentu o sta‑ rych, prowincjonalnych kinach.

dokuMent

brodacze

Maski na twarzach, długie brody, barani kożuch, kwiaty na wysokiej czapce. uciekać przed niMi czy dać się „wziąć na chocki”?

Foto: Materiały prasowe

Wyjście do kina było wiel‑ kim wydarzeniem, na które czekało się cały tydzień. Widok krzątającego się po poczekalni dyrektora z fajką w ustach i egzotycz‑ ny zapach tytoniu dawały przedsmak przygody.

turystyka

Foto: Bartek Kosiński

Czesław Czapliński

Sekretarz redakcji: Justyna Franczuk Dyrektor artystyczny: Andrzej Zawadzki Fotografie: Bartek Kosiński, Sylwia Garucka-Tarkowska, Michał Rząca, Artur Tabor Etnografia: Barbara Ogrodowska Mapy: Jakub Popłoński Felietoniści: Piotr Brysacz, Barbara Chwesiuk, Tomasz Kolecki‑Majewicz, Andrzej G. Kruszewicz, Paul Lasinski, Konrad T. Lewandowski, Robert Lesiuk, Anna Maruszeczko, Grzegorz Móżdżyński, Leszek Stafiej, Waldemar Sulisz On-line: Jacek Dziuban Współpraca: Maciej Omelaniuk, Tomasz ­Wawryniuk, Lech Ścibor-Rylski, I­ rina Szepielewicz, Aleksandra Mateuszuk Korekta: Ewa Nofikow Wydawnictwo: 5 STRONA sp. z o.o. ul. Zamkowa 1, 21-505 Janów Podlaski Dyrektor wydawniczy: Daniel Parol Adres redakcji: ul. Rynek 12, o8-2oo Łosice tel. 83 357 51 46 e-mail: magazyn@krainabugu.pl Nakład: 8 000 egz.


ZAMÓW

N U ME R Y ARCHIWALNE 06/wiosna2013

9

propozycji na

i dług kend wee

numer 06 wiosna 2013 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034 NUMER 03, WIOSNA 2012 CENA 14,90 ZŁ (W TYM 5% VAT) ISSN 2083-912X, INDEKS 281034

majowy

turystyka

Brześć

reportaż ewa zwierzyńska

UkrAinA

Siedlce i Mielnik

jakiej nie znacie

TURYSTYKA/ WEEKEND W SERCU DOLINY BUGU

pieprz czy wanilia?

,,Zawsze chcieliśmy pokazywać świat, który wówczas był zamknięty” WYWIAD/ ELŻBIETA DZIKOWSKA

Polesie – europejska Amazonia

nadbużańska włóczęga REPORTAŻ/ MAREK WAŚKIEL

Muzykanci

nieznana histOria

Olędrów z krwi i kOści nie ma już Od dawna. ich dzieci i wnuki żyją nad bugiem lub zjeżdżają w te strOny, aby wciąż na nOwO Ożywiać pamięć O przOdkach.

08/jesień2013

Numer 4/2012 lato/jesień 09/zima2013

Numer 5/2012 zima

10/wiosna2014

6

propozyc

turystyka

numer 07 lato 2013 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

powiat siedlecki

Włodawa

spacer z księżną Ogińską

miasto trzech kultur

wywiad

turystyka

Czesław Czapliński

Sokołów Podlaski miasto na szlaku pioTr durak

fotografia daje nieśmiertelność i energię

z Hrubieszowa nad Bałtyk

surwiwal

reportaż

Pontonem

podlaski klimat

do miłości

Trzy pokolenia, Trzy hisTorie i jedno uczucie, kTóre łączy ze sobą ludzi od wieków. dawniej było Tak, że jeśli miłość, To na całe życie, na dobre i na złe. czy dzisiaj To jeszcze możliwe?

Numer 7/2013 lato

dokumenT

rynek będzie zawsze

Roman Śledź

Tu się poTargujesz, kupisz świeże pomidory, czersTwy chleb, wódkę i firanki, a przede wszysTkim spoTkasz barwnych kupców. dla obserwaTorów są nomadami wschodu, a dla siebie – dinozaurami.

Numer 8/2013 jesień

Stan Borys

ach, te konie!

karczeby Adam Pańczuk

brodacze

dokument

Ręcznik obRzędowy to nie tylko tekstylny dodatek do wyposażenia domu, lecz także swoista księga, na któRej wyszywano histoRię życia, z jego Radościami i smutkami. księga, któRa kRyje wiele sekRetów.

Maski na twarzach, długie brody, barani kożuch, kwiaty na wysokiej czapce. uciekać przed niMi czy dać się „wziąć na chocki”?

Numer 9/2013 zima

turystyka

królewskie miasto na skrzyżowaniu dróg

łzy nad wiklinową kołyską

Tajemniczy ręcznik

dokuMent

Cena jednego egzemplarza archiwalnego:

Drohiczyn

jak zmienił się „koński” świat na przestrzeni dziejów

dokument

Lwów

„Archanioł natchnął mnie na nową drogę”

reportaż

piotr dzięciołowski

RepoRtaż

rzeźbię, więc jestem

wywiad

numer 11 lato 2014 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

mazowiecki góral

zainspirowani

turystyka miasto, o którym trudno zapomnieć

y

wywiad

obóz przetrwania

Czesław Lang

ma jow

Jacek Kleyff

zimowy

wywiad

mój tour wciąż trwa dokumenT

numer 10 wiosna 2014 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

11/lato2014

nr 11 lato 2014

wzdłuż wschodniej granicy

Podlasie wciąż mam w sercu

we

numer 09 zima 2013 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

kraina bugu

Wachowicz

Piesza

wyprawa

wywiad

BarBara

reportaż

eliza orzechowska

ji na

ugndi dłeke

numer 08 jesień 2013 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

Numer 6/2013 wiosna

Jeszcze kilkanaście lat temu w każdeJ nadbużańskieJ wiosce przynaJmnieJ Jedna osoba z rodziny plotła wiklinę. dziś nie ma do tego chętnych…

Numer 10/2014 wiosna

9,90 zł

Numer 11/2014 lato

Komplet numerów archiwalnych w zestawie kolekcjonerskim www.krAinAbugu.pl

11/lato2014 10/wiosna2014

6

propoz ycji

na

wywiad długdi en

numer 11 lato 2014 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

Stan Borys

numer 10 wiosna 2014 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

reportaż

„Archanioł natchnął mnie na nową drogę”

09/zima2013

we ek

ma jowy

08/jesień2013 07/lato2013

numer 09 zima 2013 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

piotr dzięciołowski

ach, te konie!

wywiad

wywiad

Jacek Kleyff

numer 08 jesień 2013 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

kraina bugu nr 11 lato 2014

turystyka Czesław mazowiecki góral turystyka jak zmienił zainspirowani się Drohiczyn Czapliński „koński” świat Romanfotografia daje Sokołów Podlaski królewskie miasto na przestrzeni miasto na szlaku na skrzyżowaniu dróg nieśmiertelność RepoRtaż dziejów Śledź i energię rzeźbię, reportaż więc jestemsurwiwal pioTr durak miastoAdam trzechPańczuk kultur dokument numer 07 lato 2013 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

numer 06 wiosna 2013 cena 14,90 zł (w tym 5% vat) ISSn 2083-912X InDeKS 281034

06/wiosna2013

9

turystyka

powiat siedlecki

i dług kend wee

ma jow y

spacer z księżną Ogińską Włodawa karczeby turystyka Brześć Pontonemewa reportaż wywiad zimowy zwierzyńska miasto twierdza

łzy nad wiklinową jakiej Piesza wywiad Lang Podlasie wciąż mamAniA Tajemniczy kołyską wciąż trwa nie znacie w sercu wyprawa Dąbrowska Lwów mój tourręcznik Polesie – europejska wzdłuż wschodniej miasto, o którym bawię się świetnie

nad Bałtyk obóz z Hrubieszowa reportaż BarBara eliza orzechowska UkrAinAWachowicz dokument przetrwania wywiad turystyka Czesław

299 zł

propozycji na

NUMER 03, WIOSNA 2012 CENA 14,90 ZŁ (W TYM 5% VAT) ISSN 2083-912X, INDEKS 281034

Jeszcze kilkanaście lat temu w każdeJ nadbużańskieJ wiosce przynaJmnieJ dokuMent dokumenT Jedna osoba z rodziny plotła Ręcznik obRzędowy towiklinę. nie tylko tekstylny dziś nie ma do tego chętnych… dodatek do wyposażenia domu, lecz także swoista księga, na któRej wyszywano dokumenT histoRię życia, z jego Radościami i smutkami. nieznana histOria Maskiwiele na twarzach, księga, któRa kRyje sekRetów.długie brody, TURYSTYKA/ WEEKEND W SERCU DOLINY BUGU barani kożuch, kwiaty na wysokiej czapce. uciekać przed niMi czy dać się „wziąć na chocki”? Tu się poTargujesz, kupisz świeże pomidory, ,,Zawsze chcieliśmy pokazywać świat, który wówczas był zamknięty” czersTwy chleb, wódkę i firanki, a przede wszysTkim WYWIAD/ ELŻBIETA DZIKOWSKA spoTkasz barwnych kupców. dla obserwaTorów są nomadami wschodu, a dla siebieTrzy – dinozaurami. Trzy pokolenia, hisTorie i jedno uczucie, kTóre łączy ze sobą ludzi od wieków. dawniej Olędrów z krwi i kOści nie ma już było Tak, że jeśli miłość, To na całe życie, REPORTAŻ/ MAREK WAŚKIEL ich dzieci i wnuki żyją na dobre i na złe. czy dzisiaj ToOd dawna. jeszcze możliwe? nad bugiem lub zjeżdżają w te strOny, aby wciąż na nOwO Ożywiać pamięć O przOdkach.

trudno zapomnieć

granicy

Amazonia

brodacze rynek będzie Siedlce i Mielnik podlaski klimat zawsze moi sąsiedzi

pieprz czy wanilia? do miłości olędrzy

nadbużańska włóczęga

Muzykanci

i kapele ludowe KIEDYŚ BEZ NICH NIE BYŁO ANI WESELA, ANI POTAŃCÓWKI. POTEM ZNIKNĘLI NA DWIE DEKADY. DZIŚ ZNÓW GRAJĄ „NA DZIEŃ DOBRY”

Zamówienia numerów archiwalnych: poprzez stronę internetową www.krainabugu.pl

dzwoniąc pod numer 83 357 51 46

wysyłając e-mail na adres prenumerata@krainabugu.pl, podając dane adresowe i kontaktowe oraz wpisując rodzaj pakietu archiwalnego lub liczbę wybranych numerów archiwalnych

Cena zawiera koszty przesyłki i doręczenia.

Numer 3/2012 wiosna

www.krAinAbugu.pl

07/lato2013

bawię się świetnie

moi sąsiedzi

KIEDYŚ BEZ NICH NIE BYŁO ANI WESELA, ANI POTAŃCÓWKI. POTEM ZNIKNĘLI NA DWIE DEKADY. DZIŚ ZNÓW GRAJĄ „NA DZIEŃ DOBRY”

Numer 2/2011/2012 zima

AniA

Dąbrowska

olędrzy

i kapele ludowe

Numer 1/2011 jesień – dostępny wyłącznie w zestawie kolek­cjo­nerskim

miasto twierdza

wywiad


Kraina Bugu jesień/zima 2014  

Połączone wydanie jesienno-zimowe magazynu Kraina Bugu.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you