Issuu on Google+

,

1


2


BLACK WALL MAGAZINE [1]2012 listopad

>>> Jesienne nowości muzyczne

s. 4

BARTOSZ ZASIECZNY >>> Skipping Stone – Recenzja

B

s. 9

KAMIL RODZIEWICZ

lack Wall Magazine miesięcznik kulturalny, w którym ukazywać się będą barwne, kontrowersyjne, zajmujące artykuły i wywiady poświęcone muzyce, modzie, filmowi i przede wszystkim życiu. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

>>> Nikifor Krynicki , czyli geniusz tkwi w prostocie

s. 11

KINGA DZIADOSZ >>> Serialowa rewolucja

s. 14

BARTOSZ ZASIECZNY >>> Lumpeksy, bazary, chińskie markety …

s. 17

IGA RANOSZEK >> Samobójstwo nową modą Internetu?

s. 19

KAMIL RODZIEWICZ >>> wywiad z Piotrem Popiołkiem

s. 22

KAMIL RODZIEWICZ >>> Mama, najcięższy zawód świata

s. 31

MONIKA SZODA >>> Wojownicze świnki w starciu z wilczą sesją

s. 33

KAMIL RODZIEWICZ >>> A Bad dream

s. 34

DOMINIK KONDZIOŁKA

Marzenia jednak się spełniają. Bez was, nigdy by mi się to nie udało. Pierwszy numer Black Wall Magazine nadchodzi. Dziękuję wam za wszystko, jesteście niesamowici. Najlepszy zespół redakcyjny jaki mogłem sobie wymarzyć.

>>> Smacznie, tanio i zdrowo

s. 43

MAGDALENA OCHRYMIUK I ŁUKASZ KOKOSZKA >>> Stopka redakcyjna

Okładka: fot. KAROLINA GAJCY logo: DOMINIK KONDZIOŁKA

Redaktor naczelny

projektant: PIOTR POPIOŁEK

3

s. 45


Jesienne nowości muzyczne >> BARTOSZ ZASIECZNY

Z

a oknami coraz szarzej i zimniej, dni stają się coraz krótsze i ogólnie robi się nieprzyjemnie. Wakacyjne szaleństwa powoli zamieniają się w odległe wspomnienia, podobnie, jak letnia opalenizna (nawet najlepsze solarium, czy kosmetyki jej nie pomogą). Najpierw do szkół wracają uczniowie, miesiąc później podobny los spotyka studentów, o ile piękna czerwcowa pogoda nie załatwiła im poprawek. Ogólnie – smutek przygnębienie i nic się nie chce…Ale paradoksalnie to właśnie ten okres jest najgorętszy pod względem wszelkiego rodzaju nowości, zwłaszcza na rynku muzycznym. Po części dlatego, że poszukujemy jakiegoś leku na chandrę, ale przede wszystkim w grudniu przecież są święta, a co za tym idzie – prezenty. Może my w Polsce tego tak nie odczuwamy, ale na Zachodzie, szczególnie w USA i Wielkiej Brytanii sezon świątecznych zakupów zaczyna się już w listopadzie. To właśnie wtedy ludzie biegają po sklepach, krzycząc „Shut up and take my Money!”, a towary sprzedają się lepiej niż przez resztę roku. Dlatego też na ten okres przypada prawdziwy wysyp muzycznych nowości. Choć w ostatnich latach nie mogliśmy narzekać na nieurodzaj, to właśnie ta jesień zapowiada się szczególnie ciekawie. Warto przyjrzeć się temu, co nas czeka.

WIELKIE POWROTY GWIAZD (NIE TYLKO) POPU

Jeszcze w połowie września światło dzienne ujrzała nowa płyta Nelly Furtado „Spirit Indestructible”, będąca następcą średnio udanego hiszpańskojęzycznego „Mi Plan”. To właśnie Nelly w 2006 roku dosłownie powaliła konkurencję przebojowym „Loose”, który sprzedał się na świecie w 10-milionym nakładzie, a stworzony został przy udziale Timbalanda, którego produkcje właśnie wtedy święciły największe triumfy. Nowy album ma być swoistym powrotem do korzeni, do tego, czym piosenkarka zdobyła nasze serca, debiutując 12 (!) lat temu. Znajdziemy tu przede wszystkim dużo dobrego popu okraszonego folkowa melancholią, ale wszystko to okraszone wpływami muzyki miejskiej (hip hop i r’n’b, znane z „Loose”), reggae, szeroko pojętej alternatywy czy nowych nurtów (jak drum’n’bass). Po komercyjnej porażce dwóch pierwszych singli raczej nie można spodziewać się powtórki dawnego sukcesu, ale może to i dobrze. Zamiast tworzonych na siłę hitów dostaliśmy płytę bardzo dojrzałą, wciąż popową, ale ambitną, eklektyczną i głębszą niż wiele obecnych produkcji.

Choć nie narzekamy obecnie na brak przebojów, komercyjne stacje radiowe non stop zalewają nas nowymi „hitami” starych wyjadaczy i „wschodzących gwiazd” a niektóre postaci wprost nie dają o sobie zapomnieć (Rihanna i Gaga w tym przodują), to jednak wielu z nas wciąż pamięta pewne gwiazdy, które już lata temu zwróciły naszą uwagę i nawet nie tak dawno zaliczyły trochę sukcesów, ale zniknęły z firmamentu stłumione światłem innych i odeszły w zapomnienie, zaszywając się gdzieś w cichym kątku. Teraz wracają, na nowo próbują zwrócić nasza uwagę i każdy może znaleźć cos dla siebie.

Kolejną popową gwiazdą, która ma nadzieję na odzyskanie dawnego blasku jest Christina Agilera. Jej poprzedni album „Bionic”, który okazał się komercyjną porażką i sprzedawał się gorzej od poprzedników, średnia rola w „Burlesce” oraz

4


problemy prywatne negatywnie odbiły się na jej karierze. Pomocnym okazał się występ w amerykańskim „The Voice” i współpraca z Maroon 5 nad hitem „Moves like Jagger”. Teraz na listopad przewidywana jest premiera nowego krążka pt. „Lotus”, który promuje wypuszczony we wrześniu singiel „Your Body”. Kawałek wyprodukował Max Martin, odpowiedzialny m.in. za produkcję utworów z ostatniego albumu „odwiecznej rywalki”, Britney Spears. Czego możemy spodziewać się po tym albumie? Z pewnością niczego specjalnego i odkrywczego, ale powiedzmy sobie szczerze, że specjalistką od odkryć Christina nigdy nie była. Na pewno będzie to płyta dobra, taka, która swobodnie może mierzyć się z dokonaniami królujących obecnie popowych diw. A jeżeli „Lotus” stanie się dla Aguilery tym, czym „Femme Fatale” dla Britney, tym lepiej.

Autorką jeszcze jednego wartego uwagi powrotu jest P!nk. Piosenkarka święciła triumfy na listach przebojów 4 lata temu, potem wydała składankę największych przebojów, po czym słuch o niej zaginął. We wrześniu ukazał się jej najnowszy album „The Truth About Love”. Powielone zostały tu formaty znane z wcześniejszych wydawnictw. P!nk, choć sama popową diwą jest, dalej ma być niegrzeczną i charakterną odpowiedzią na słodkie, nijakie i nadrabiające urodą idolki nastolatek. Dlatego znów mamy tu chwytliwe pop-punkowe melodie, które nadają się tak samo dobrze do tańca, jak i do spokojnego słuchania, a to za sprawą naprawdę niezłych tekstów. Przykładem na to jest promujący płytę „Blow Me (One Last Kiss)”, szczególnie polecany tym, którzy lecząc złamane serce nie chcą płakać w poduszkę. Ale nastrojowych i dorosłych ballad, znanych z poprzednich dwóch albumów też nie zabraknie. Poza tym na szczególną uwagę zasługują goście pojawiając się na albumie, reprezentujący totalnie inne bajki, a mianowicie Lily Allen, Eminem i Nate Ruess (wokalista fun.).

Inną powracającą diwą jest zwyciężczyni XFactora, Leona Lewis. Po przebojowej pierwszej i średniej drugiej płycie, obu pełnych rzewnych balladach i wokalnych popisów, trzecia miała być inna, bardziej taneczna i śmiała. Zmianę zapowiadał singiel „Collide”, który na nieszczęście okazał się plagiatem i nie był takim przebojem, jakiego oczekiwano. To sprawiło, że wydanie „Glassheart” przesunięto praktycznie o rok. Zgodnie z najnowszymi zapowiedziami Leona wróciła jednak do sprawdzonych formatów – a więc znów będą ballady i piosenki o miłości. Ale pojawią się też wpływy najnowszych trendów w muzyce, jak dubstep i drum’n’bass, będzie też mroczniej i dojrzalej. Warto się bliżej przyjrzeć temu, czy produkt jednego z najbardziej udanych formatów talent show potrafi zagościć na listach przebojów, a także na półkach i w odtwarzaczach, na dłużej.

5


TEST DRUGIEJ PŁYTY

The xx. Ich debiut spotkał się z aplauzem tak krytyków, jak i fanów muzyki, a o jego zawartości nie ma sensu się rozpisywać. Na „Coexist” jest jeszcze bardziej melancholijnie i minimalistycznie, niż wcześniej. Znacznie trudniej znaleźć tu kawałki wybijające się, ale tylko dlatego, ze jest jeszcze bardziej spójnie. Już singlowy „Angels” nie nastraja pozytywnie, wywołując raczej smutek i przysłowiowego doła, a później jest tylko gorzej. Ale tylko pod względem emocji, z pewnością nie muzycznie! Całość wymaga skupienia, ciszy i najlepiej sprawdza się w samotne noce, kiedy może całkowicie zatopić się w dźwiękach, po to, by w pełni poświęcić się i poczuć cały ładunek zawartych tu emocji. Jest trochę inaczej, dojrzalej, pewne schematy z debiutu zostały powtórzone, ale to i tak pozwala zostawić konkurencję daleko w tyle, zwłaszcza, że The xx przebili się do mainstreamu.

Obok popowych diw, które w różnym czasie trzęsły listami przebojów, warte uwagi są wydawnictwa młodych twórców, którzy udany debiut mają już za sobą. I właśnie teraz czeka ich najtrudniejsze – dobry debiut to oczywiście sukces, ale dopiero stworzenie drugiego albumu, który sprosta poprzednikowi, udowodni klasę artysty. Do takich właśnie zalicza się płyta „The Vaccines Come of Age” brytyjskiego zespołu „The Vaccines”. Najpierw zwrócili uwagę krytyków, którzy widzieli w nich nadzieję 2011 roku – i nie zawiedli się. Teraz udowadniają, że ostatniego słowa jeszcze nie powiedzieli, a nowy album tylko potwierdza, że mamy do czynienia z dobrym zespołem, który jednocześnie świetnie sprawdza się w odtwarzaczach wymagających poszukiwaczy alternatywy i fanów punk rocka, jak i zdobywa listy przebojów, lądując na pierwszym miejscu najlepiej sprzedających się albumów w Wielkiej Brytanii. Znów jest rockowo, znów jest wesoło, znów jest na poziomie. I oby tak dalej! Test drugiej płyty zdawać będzie też rodaczka chłopaków z The Vaccines, Ellie Golding. Uważana była za nową nadzieję, tym razem 2010 roku. Wydała wtedy debiutancki album „Lights”, będący ciekawym mixem elektroniki, popu i folka. Zwróciła uwagę na Wyspach, jednak reszta świata trochę jej nie dostrzegła, a prawdziwy sukces przyszedł rok później z wydaniem singla o tym samym tytule, co płyta, zwracając na młodą artystkę uwagę także za oceanem. Tym bardziej oczekiwany jest jej nowy krążek, „Halcyon”. Z jednej strony powiela on sprawdzone klimaty, w których Ellie czuje się najlepiej, z drugiej potwierdza jej rangę jako songwriterki i kompozytorki, ale jest dowodem na muzyczny rozwój i otwarcie na nowe wpływy. Jest tu folktronica, jest dream pop, ale album z pewnością trafi w gusta szerszego grona odbiorców za sprawą bardziej mainstreamowego brzmienia. Niewątpliwie jest to także zasługa jej chłopaka, którym jest dubstepowy DJ – Skrillex.

JAK SPRZEDAĆ DWA RAZY TO SAMO Wydawcy i sprzedawcy zawsze zastanawiali się, jak na różne sposoby podnosić sprzedaż. Wiadomo, że trudno sprzedać coś, co już raz sprzedano. Ale od kilku lat wykorzystuje się pewne bardzo opłacalne rozwiązanie. Zarówno, jeżeli album jest pasmem sukcesów i chce się je kontynuować, jak i okazuje się fiaskiem i próbuje się go ratować. Stąd zalew najróżniejszego rodzaju reedycji, wersji deluxe, edycji złotych, platynowych czy w innych kolorach tęczy. Nie omija nas to również tej jesieni.

No i oczywiście jedna z najważniejszych „drugich płyt”, ale również albumów zapowiadanych na ten rok w ogóle. A mianowicie „Coexist” grupy

6


2012 rok z pewnością należy do Lany del Rey, amerykańskiej wokalistki, która okazała się kolejnym zabiegiem marketingowym, ale jednak innym od tych, z którymi mamy do czynienia, a to za sprawą specyficznego brzmienia, określanego jako „gangsterska Nancy Sinatra”. I choć wokal nie powala (szczególnie na żywo), to jednak mamy inną jakość niż gołe cycki, machanie tyłkiem i powtarzanie wciąż tych samych słów do rytmicznego umpa-umpa. „Born to Die” okazał się jednym z najlepiej sprzedających się albumów tego roku, stąd na listopad zaplanowano jego reedycję pt. „Born to Die: Paradise Edition”. Tych, którzy Lany nie polubili, z pewnością nie przekona, ale fani na pewno skorzystają z okazji do zdobycia 7 nowych utworów.

naniami i nowy rekord sprzedaży w 2012 roku na Wyspach. To sprawiło, że zdecydowano o wydaniu wersji deluxe „Our Version of Events”.

Również w listopadzie dostaniemy reedycje płyty artystki nie tylko z planety innej niż Lana, ale wiele wskazuje na to, że z innej planety w ogóle. Mowa oczywiście o Nicki Minaj. Dziewczyna długo musiała czekać na swoje 5 minut. Jej debiut nie należał do najlepszych, za to uwagę zwróciła świetnymi nawijkami w gościnnych występach u raperów (Kanye West, Drake), DJów (David Guetta) i piosenkarek (Rihanna, Madonna). Często były to naprawdę świetne występy, a porównywano ją do Missy Elliott czy Lil’ Kim. Niestety, Guetta namówił ją do śpiewania na swojej ostatniej płycie i co najgorsze, spodobało jej się to. Drugi album składa się w połowie ze świetnych numerów hiphopowych, które komercyjnie udały się średnio, oraz tanecznych i „śpiewanych”, które (o zgrozo!) odniosły sukces i do dziś straszą nas w radiu. Dlatego dziewczyna poszła za ciosem i nagrała więcej materiału, który ukaże się jako „Pink Friday: Roman Reloaded: The Re-Up”. Jedyną nadzieją są goście, jak Cassie w nowym, singlowym „The Boys”.

Oczywiście są też tacy artyści, którzy nie chcą się ukrywać i wolą kontynuować raz osiągnięty sukces. Do takich zalicza się Rihanna. Niby nie ma najlepszego głosu, w procesie tworzenia swoich utworów też wielkiego udziału nie bierze, początkowo niczym się nie wyróżniała, ale odrobina szczęścia i współpraca z najlepszymi (niedawno z Davidem Guettą, później z Calvinem Harrisem) sprawiły, że jest jedną z najważniejszych postaci na międzynarodowym rynku. Nie można jej też odmówić pracowitości. Dlatego od 2009 roku, co rok wydaje nowy album. O ile w przypadku innych artystów nowości są zapowiadane z wyprzedzeniem, o tyle Rihanna nie kończy promocji poprzedniej płyty a już nagrywa nową. I choć na razie cały projekt jest owiany tajemnicą, wszystko wskazuje na to, że znów dostaniemy murowany hit.

KONTYNUACJA SUKCESU

Innym wartym uwagi albumem, wydanym we wrześniu, jest debiut Brytyjki albańskiego pochodzenia, dostrzeżonej przez Jaya Z, Rity Ory. Rita zwróciła na siebie uwagę gościnnym występem w przebojowym singlu DJa Fresh „Hot Right Now”. Po tym sukcesie udało jej, już samodzielnie, wskoczyć na pierwsze miejsce listy przebój w Wielkiej Brytanii. Sam album, „Ora”, w sumie nie zaskakuje, a wszystko, co na nim jest, już gdzieś słyszeliśmy. Jest i trochę tańca, i trochę hip hopu, i trochę dubstepu. Nie da się uniknąć porównań do Rihanny, a to za sprawą tych samych współtwórców, a nawet singlowego „RIP”, które dla Rihanny zostało napisane. Niemniej ci, którym zależy przede wszystkim na przebojowości i dobrej zabawie, nie będą zawiedzeni. A

Natomiast wcześniej, bo na październik zapowiadana jest reedycja debiutanckiej płyty Brytyjki Emeli Sandé. Jest ona odpowiedzialna za przeboje takich artystów, jak np. Cheryl Cole, Sugababes, Tinie Tempah, Tinchy Stryder czy Professor Green. Po sukcesach jako songwriterka w końcu wydała własny debiut z przebojowym singlem “Next to Me”. Ponownie zwróciła na siebie uwage występem podczas otwarcia i zamknięcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie, co spowodowało wzrost zainteresowanie jej doko-

7


wiele wskazuje na to, że Rita może zostać z nami na dłużej.

„marysiowo”, muzycznie jednak znacznie bardziej pogodnie i przebojowo.

W POLSCE NIE GORZEJ

Wrzesień przyniósł także premierę trzeciego krążka poznańskich Much. Po pewnych zawirowaniach w składzie zespołu (odejście Piotra Maciejewskiego) oraz zmianie wydawcy w końcu wychodzi nowy album „chcecicospowiedziec”. Singlowe kawałki „Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę” oraz „Zamarzam” pozwalają stwierdzić tylko jedno – że warto było czekać na ten krążek bo znów będzie tak, jak przywykliśmy – rockowo, offowo, „muchowo”.

Choć nasz rynek jak zwykle zaleje fala lepszej, gorszej i różnorakiej muzyki z Zachodu, my także mamy kilka pozycji wartych uwagi.

Absolutny numer jeden to oczywiście nowa płyta zespołu Hey. Jak zaznacza gitarzysta Hey, Michał Żabiełowicz, nowa płyta czerpać będzie z ostatnich dokonań zespołu, a mianowicie koncertowego „MTV Unplugged” oraz remiksowego „Re-Murped!”.

Jak widać, tej jesieni każdy będzie mógł znaleźć cos dla siebie, zarówno fani popu, oczekujący przebojowych nowości i dawnych miłości, jak i poszukiwacze czegoś oryginalniejszego – a zaprezentowałem zaledwie niewielki wycinek tego, o czym z pewnością będziemy mówić, no i słyszeć. Jedno jest pewne – ta jesień nie pozwoli nam się nudzić i popaść w chandrę. Chyba, że ktoś lubi emocjonalne doły – też znajdzie idealną dla nich muzykę.

W połowie września premierę miał też singiel „Padam”, zapowiadający najnowszą, trzecią płytę Marii Peszek. Tak, jak zaskoczyła różnica między pierwszym i drugim albumem, tak po trzecim znów możemy spodziewać się zmiany stylistyki, wnioskując po brzmieniu nowego kawałka. W warstwie tekstowej dalej jest oryginalnie i

8


A

>> KAMIL RODZIEWICZ

lexzandra ‘Alexz’ Spencer Johnson – 26 letnia kanadyjska piosenkarka, autorka tekstów, aktorka i producent muzyczny. Znana szerszej publiczności z roli Jude Harrison w serialu „Instant Star” CTV, jako Annie Thelan w serialu Disney Channel „So Weird” oraz Erin Ulmer z trzeciej cześci serii „Oszukać przeznaczenie”. Na swoim konicie ma występy w filmach telewizyjnych i hitach kinowych: „Devil's Diary”, „Stronger with me face” i „House of Bodies”, w którym partneruje jej Queen Latifah. Była trzykrotnie nominowana do nagrody Gemini za najlepszą rolę w programie dla dzieci i młodzieży lub serialu. W 2008 roku zdobyła nagrodę za rolę w serialu Instat Star. Pierwszy solowy album artystki zatytułowany „Voodoo” został wydany 30 marca 2010 roku. W 2011 roku wydała EP „The Basement Recordings” publikując dema piosenek, które napisała wspólnie z bratem na potrzebny serialu „Instant Star” oraz solowego albumu. Po sukcesie TBR, Alexz wydała jego kontynuację. 24 kwietnia 2012, ukazało się najnowsze wydawnictwo artystki – „Skipping Stone”.

9


„Skiping Stone” to mini album, który po raz kolejny udowodnił, że Alexz Johnson jest jedną z najzdolniejszych wokalistek młodego pokolenia. Album ten jest świadectwa dojrzałości niezależnego artysty, który tworzy muzykę, którą kocha. Skipping Stone zdobył wiele pozytywnych recenzji wśród fanów i krytyki, tym samym umacniając pozycję artystki w środowisku alternatywnego, nieskomercjalizowanego przemysłu muzycznego. Jednym z producentów płyty jest Greg Wells znany ze współpracy m.in. z OneRepblic, Miką, czy Adele.

rocket ship, I push you over when I dip my hip”. Najbardziej zmysłowy utwór na całej płycie. Naprawdę, warto się przy niej zatrzymać – to prawdziwa eksplozja namiętności. Thief - mieszkanka folk’u i pop’u: „przesłodzonych” dźwięków z niebanalnym tekstem. Kolejna gitarowa piosenka, w której artystka opowiada o złamanym sercu i mężczyźnie, który wywrócił jej świat do góry nogami: „A thief tearing my whole world down A thief turning my whole world around”. Stopniowo zwiększające się tempo przybliża nas do nieuchronnego końca miłości. „I didn’t want him to see me cry but every word became a lie and only he can read my mind. His every touch is like a crim”. Thief to zapowiedź wielkiego finału, który nastąpi za moment.

Album otwiera bez wątpienia najbardziej chwytliwym i namiętny utwór „Give Me Fire”, który wprowadza słuchaczy w motyw przewodni całego wydawnictwa, jakim jest miłości, na różnych etapach życia. „When I kiss your lips we're touching finger tips My stomach starts to flip I'm ignited this is it” . Beat i rytm są zabawne i niesamowite. Słowa są bardzo autentyczne i prawdziwe. Zabawa słowem, melodiom i surowym brzmieniem perkusji przenosi słuchaczy w lata 80. Ta piosenka, pokazuje zupełnie nowe oblicze Alexz – anioł nareszcie pokazał pazurki. Artystka od pierwszych taktów flirtuje, uwodzi głosem słuchaczy: „My panties in a knot ya I'm into what you got I can't fight it it's too hot when it gets too much I'm melting in your touch I'll be welcoming the rush Can't deny it this is love”. Jedna z moich ulubionych piosenek na płycie.

Tytułowy utwór jest również ostatnią piosenką albumu. „Skipping Stone” jest końcem historii miłosnej, spowiedzią, rozrachunkiem z przeszłością, przepełnioną smutkiem i bólem balladą: “My heart's beating better alone, and if it is broke why let you know? This heart's not your skipping stone. If I'm sinking water than why even bother just leave it alone. This heart's not your skipping stone…” Ta piosenka niesie potężny ładunek emocjonalny. który po wysłuchaniu ostatnich dźwięków, pozostawia po sobie pustkę. Rozdrapuje rany skłaniając odbiorców do refleksji nad tym, co w życiu najważniejsze. Mądrość wypływająca z tej piosenki jest prosta - lepiej żyć w samotności, niż być w toksycznym związku, który zamiast uskrzydlać zamyka nas w klatce i nie chce wypuścić.

Drugi na liście jest „Walking”, który idzie w zupełnie innym kierunku niż poprzedni utwór. Po dynamicznym i namiętnym „Give Me Fire” przyszła kolej na balladę, opowiadają o miłości, która się wypaliła, i której nie da się uratować: „What was I thinking? Been lying to myself all along and I knew I was wrong, I could tell in your eyes the love is gone. And I know I can't fix what I have done so I keep walking until I'm done”. „But I can't stay with you, but I'll miss you. Soles on fire, I can't see through. All the smokey, smoking higher, my feet won't bring me to you”. Utwór napędzany jest nostalgicznym brzmieniem gitary, stając się jedynie dopełnieniem przepełnionego emocjami, głosu Johnson. Artystka wybrała tę piosnkę na drugi singiel, tym samym pokazując, że wokalnie śmiało może konkurować z takimi gwiazdami jak Adele.

Niewątpliwie jest to najlepszy materiał w całym dorobku artystycznym Alexz Johnson. Prezentuje dojrzałą, świadomą własnej wartości kobietę. Albumem tym udowadnia, że nie boi się balansować między różnymi gatunkami, przy czym zawsze pozostaje wierna samej sobie. W jej słownictwie nie ma czegoś takiego jak komercja „muzyka, to dar od Boga, który należy pielęgnować, kochać jak siebie samego”. To pokazuje, że Skipping Stone, chodź nie będzie puszczany w radiach, jest albumem, po który warto sięgnąć. To szczera, liryczna, osobista produkcja, która chwyta za serce i nie chce puścić. Polecam ten album wszystkim tym, którzy szukają w muzyce czegoś więcej, niż tylko prostej melodii i słów, które niczego nowego w nasze życie nie wnoszą.

Pleased to Meet You – w tej piosence głos Johnson staje się delikatny, namiętny taki jak uczucie, o którym śpiewa: „But hold on, it isn’t over here, the sun isn’t awake my dear, we’re feeling higher than a

10


Nikifor Krynicki, czyli geniusz tkwi w prostocie >> KINGA DZIADOSZ

lami „prawdziwego” prymitywizmu byli głównie amatorzy, osoby upośledzone i chore psychiczne, bez żadnego merytorycznego przygotowania, tworzący głównie z potrzeby serca. Niemniej, w XIX wieku oczy świata zwróciły się ku sztuce naiwnej, odkrywając głębię w jej subiektywnym punkcie widzenia, uproszczonych technikach i symbolicznych odwołaniach. Najpierw zachwyciła się Francja, chwilę później świat. W 1884 roku powstał we Francji Salon Artystów Niezależnych, który w pierwszych latach istnienia zajmował się głównie promowaniem sztuki prymitywnej. Tyle tytułem wstępu, gdyż nie o skróconą historię sztuki tu chodzi. Tuż pod nosem mamy przedstawiciela prymitywizmu, którym warto i należy się chwalić. Ba, wspomnieć należy, że Nikifor, bo o nim tu mowa jest jednym z wybitniejszych przedstawicieli prymitywizmu na świecie. Dla tych, którzy nie będą w stanie zachwycić się tym, ujmijmy to eufemistycznie, nurtem dla koneserów jest też łzawa i wzruszająca historia z happy Endem

S

ztuka prymitywna jest hm…specyficzna. Dla entuzjastów estetycznych wrażeń może się ona okazać rozczarowaniem równie wielkim jak pierwsza styczność z obrazami Rothka. Później jest zdecydowanie lepiej, jednak pierwsze wrażenie nie powala. Z pewnością znajdzie się wielu przeciwników i takich, którzy uznają, że są wstanie dorównać jej przedstawicielom bez najmniejszego wysiłku i trudno będzie się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Faktycznie, uproszczone formy, zaburzona, zdeformowana perspektywa, ludowa oraz oniryczna tematyka czy skłanianie się ku skrajnemu realizmowi to cechy charakterystyczne tego nurtu, w pełni zasługującego by nazwać go prymitywizmem lub sztuką naiwną. Nic dziwnego, w większości przypominają bowiem pełne fantastyki dziecięce rysunki. Poza dziełami stylizowanymi na prymitywne powstałymi głównie dzięki nagłemu wzrostowi zainteresowania kulturą ludową przez francuskich, salonowych znawców, przedstawicie-

Nikifor Krynicki a właściwie Epifaniusz Drowniak, urodził się w 1895 roku w Krynicy jako syn Jewdokii Drowniak i nieznanego nazwiska polskiego malarza. Legenda głosi, że ojciec Nikifora dorobił się nawet uznania dla swoich dzieł, co nadaje tej biografii romantycznego zabarwienia. Poza pozostawieniem genów, w których niewątpliwie krył się talent, Nikifor nie dostał od ojca nic więcej. Jego matka, głuchoniema, upośledzona psychicznie żebraczka trudniła się noszeniem wody i wykonywaniem najpodlejszych robót w krynickich pensjonatach. Żyjąca w skrojonym ubóstwie, odizolowana od społeczeństwa idąc do pracy zastawiałazawiniątko z synem pod mostem. Wada słuchu i przyrośnięty język, lata życia w skrajnej biedzie oraz towarzystwo wyłącznie chorej matki przyczyniły się do tego, że osierocony podczas I wojny światowej Nikifor nie był w stanie samodzielnie porozumieć się z otoczeniem, był traktowany jako

11


odmieniec, chory acz nieszkodliwy wybryk, jakich mnóstwo w każdej społeczności. Zanim został odkryty prowadził tułaczy tryb życia, ze sprzedawania nielicznym chętnym swoich obrazków. Jego talent został zauważony przez ukraińskiego malarza Romana Turyna, który zachwycony pracami artysty-samouka nie tylko zajął się jego promocją ale też jako pierwszy został wytrwałym i dzielnym kolekcjonerem jego prac. Turyn w czasie podróży do Paryża próbował wypromować Nikifora pokazując jego twórczość członkom Komitetu Paryskiego. Zachwyceni samorodnym geniuszem ze wschodu, kapiści próbowali zorganizować wystawę prac Nikifora, co ostatecznie nie doszło do skutku, niemniej część jego dzieł została włączona do zbiorowej ekspozycji malarzy włoskich i przedstawicieli Ecole de Paris w 1932 roku.

obrazów stały się jego znakiem charakterystycznym. Również wrodzona wrażliwość na barwy, ich bezbłędne połączenie oraz malarska intuicja zdają się potwierdzać geniusz Drowniaka, także Nikifora nie da się pomylić z żadnym innym twórcą a jego indywidualny, kształtowany przez wiele lat styl i kreska plasują go w rankingu światowych prymitywistów na bardzo wysokim miejscu. Jednocześnie w Polsce wyszedł szereg publikacji dotyczących twórcy, pisanych początkowo przez jego opiekunów, później tematyka była wznawiana przez kolejnych entuzjastów jego twórczości.

W znakomitej większości przypadków Drowniak tworzył swoje dzieła za pomocą akwareli, jednak, choć rzadko zdarzają się prace szkicowane ołówkiem i dopracowane kredkami. Za najwybitniejsze uznawane są przez znawców i historyków sztuki akwarele stworzone na przełomie lat 20 i 30. Właśnie w tym czasie Nikifor określił swoje zainteresowania ikonograficzne i estetyczne, wykształcił styl i zakres tematyczny. W zasadzie dorobek artysty można podzielić na osobne, choć powiązane z sobą cykle. Na początku lat 20 tematem jego prac są między innymi sceny wojskowe pochodzące prawdopodobnie z czasów I wojny światowej, przedstawiające żołnierzy armii austrowęgierskiej i rosyjskiej przy składaniu meldunków i raportów. Okres ten i tematyka militarna uważane są za niezwykle znaczące w dorobku „Matejki z Krynicy”, jednak za najcenniejsze i najbardziej wybitne uważane są te, które przedstawiają beskidzkie pejzaże i architekturę fantastyczną. Część prac z tego okresu przestawia stacje kolejowe wzdłuż linii Krynica- Tarnów oraz w kierunku Lwowa. Faktycznie, to właśnie te obrazy przyniosły mu uznanie Francuzów i sprawiły, że pod koniec życia stał się sławnym i cenionym artystą. Kolejną inspiracją była architektura sądecka, która

Najwcześniejsze zachowane prace Nikifora pochodzą sprzed 1920 roku, w większości malowane na skrawkach papieru, pudełkach po papierosach czy drukach urzędowych. Właśnie te prace ukazują w pełni drogę kształtowania się talentu artysty- samouka, który jedyną możliwość porozumienia się ze światem upatrywał w prymitywnej i uproszczonej sztuce. Niezwykła wola w dążeniu do celu uwidacznia się przede wszystkim w tematyce i ilości prac artysty, który czterdzieści trakcie swojego życia stworzył blisko czterdzieści tysięcy dzieł. Często można było go spotkać, jak z przenośną pracownią wędruje po ulicach Krynicy, dlatego w krótkim czasie stał się barwną postacią górskiego uzdrowiska. Większość jego prac malowanych jest akwarelą, łączoną z temperą i farbą olejną. Poszczególne fragmenty, detale i szczegóły artysta zaznaczał czarnym tuszem, dając tym samym wrażenie ostrych krawędzi i wyraźnego podziału przestrzeni obrazów. W ten sposób okonturowane i bezbłędnie wypełnione kolorem płaszczyzny

12


ma odzwierciedlenie z cyklu dzieł przedstawiających cerkwie, kościoły, wille i pensjonaty. Styl, w jakim Nikifor oddawał architektoniczne zawiłości Krynicy i okolic poprzez charakterystyczne akcenty takie jak na przykład mężczyzna palący fajkę na dachu jednego z dachów zakładu tytoniowego, nosi nazwę architektury fantastycznej. Ktokolwiek był z Krynicy Górskiej przyzna z pewnością, że uzdrowisko ma zdecydowanie pozytywny wpływ na wszelkie przejawy twórczej inicjatywy. Najtrafniej chyba ujął charakterystykę tych dzieł doc. Jerzy Zanoziński, pisząc o malarstwie Nikifora w katalogu do wystawy w warszawskiej „Zachęcie” w 1967 r.: (...) wyeksponowane zostały pejzaże krynickie czy raczej podkrynickie z motywami kratkowanych lasów, pól szachownicowych, torów i stacji kolejowych, malowane częściowo przed wojną, częściowo zaś podczas okupacji. Pejzaże tego typu, wykonywane przez Nikifora z różnymi odmianami i później a właściwie aż po dzień dzisiejszy, ugruntowały jego sławę jako artysty, który pierwszy dostrzegł i w niezmiernie sugestywny sposób utrwalił odrębne piękno krajobrazu doliny Popradu.

niezwykłym, czasem jako elegancki mężczyzna w garniturze, czasem jako święty. Dzięki szczególnej roli jaką według niego miał do odegrania w społeczeństwie malarz- artysta. Nikifor stał się naprawdę sławny dopiero w ciągu ostatnich dziesięciu lat swojego życia. Mimo wcześniejszego uznania krytyków i profesjonalnych malarzy jego sztuka mimo lokalnego zainteresowania nie odbiła się szerszym echem poza Sądecczyzną. Niemniej po II wojnie światowej dzięki zorganizowaniu kilku wystaw zainteresowanie twórcą powróciło ze zdwojoną siłą, co przełożyło się na publikacje dotyczące jego twórczości, filmy dokumentalne oraz honorowe przyjęcie do Związku Polskich Artystów Plastyków. Mimo poprawy warunków bytowych i sławy Nikifor nigdy nie zmienił trybu życia, codziennie można go było widywać na krynickich ulicach, jak rozkładał swój przenośny warsztat i przystępował do pracy, która stanowiła dla niego sens życia. Zmarł 10 października 1968 r. w Foluszu koło Jasła. Obecnie pamięć o Epifaniuszu Drowniaku i jego talencie powraca cyklicznie głównie dzięki wznawianiu wydań i publikacji o jego życiu i twórczości, filmów biograficznych i dokumentalnych oraz dzięki talentowi, który nawet po tylu latach broni się sam.

Jak inni wielcy malarze również Nikifor stworzył kilka autoportretów przedstawiających go przy pracy, jednak zawsze jest na nich kimś lepszym i

13


>> BARTOSZ ZASIECZNY

Często zdarza się z ich powodu nie przygotować do zajęć, odłożyć jakąś pracę na później lub zawalić wieczór. Bywa, że wolimy je od przeczytania książki, wyjścia na spacer, zrobienia czegoś pożytecznego. Seriale telewizyjne. Choć nie zawsze chcemy się do tego przyznać, zabierają nam bardzo dużo czasu. Tylko czy zawsze jest to czas zmarnowany i coś, czego powinniśmy się wstydzić? Z reguły oglądamy je, żeby przenieść się do innego świata, lepszego czy gorszego, spojrzeć z boku na ludzkie problemy, współczuć ulubionym bohaterom, albo przeciwnie – pocieszyć się, że nie mamy przecież tak źle, bo oni mają gorzej. Można przeżyć jakąś historię – a to trudny przypadek medyczny, skomplikowane śledztwo lub sercowe problemy pary kochanków. Potem spokojnie wracamy do naszego życia, a wszystko w ciągu godziny między kolacją snem, na przykład. Do następnego odcinka będziemy zastanawiać się, jak perypetie potoczą się dalej. A cudze przeżycia sprawdzają się lepiej niż własne, na które coraz trudniej znaleźć w życiu miejsce. Nie trzeba też męczyć wyobraźni przy książce, bo obrazki są podane jak na tacy, ani tracić na cały film czasu. Ten przyda się na coś innego. Przez lata telewizyjne seriale traktowano jako prostą rozrywkę dla gospodyń domowych albo niewymagających, zmęczonych po pracy ludzi. Scenariusz opierano na prostych zasadach – jeśli telenowela, to jak najwięcej miłosnych uniesień i problemów „życiowych”, jeśli komedia, to niewybredny humor. W środowisku aktorskim role serialowe traktowano zawsze jako poślednią fuchę, angaż dostawali ludzie słabo nieznani albo mocno wyblakłe gwiazdy, których pięć minut już przeminęło. Bo taka rola wybitnych umiejętności nie wymagała. Miejsce na kunszt artystyczny, prawdziwe historie i trudne tematy były gdzie indziej. W wielkim kinie.

14


Zanim ktokolwiek się obejrzał, Hollywood zamiast sztuką i treścią zaczęło interesować się, no cóż, łatwymi pieniędzmi. Na wiele trudnych, ale nurtujących współczesnego człowieka zagadnień zabrakło miejsca, bo uważano, że nie wypada, że widz tego nie potrzebuje albo nie jest gotowy. Stąd piękne, wygładzone scenariusze, stereotypowe postaci, do tego efekty specjalne. Zaczęło też brakować nowych, oryginalnych pomysłów. Wystarczy rzut oka na box office, żeby zobaczyć, że większość hollywoodzkich produkcji z ostatnich lat to adaptacje książek i komiksów, kolejne kontynuacje starszych filmów, remaki albo historie oparte na faktach. To, co pozostaje, rzadko kiedy jest odkrywcze i niebanalne, prędzej naszpikowane komputerowymi trikami, najlepiej w 3D.

siostrach”. Przekrój społeczeństwa ukazano na przykładzie jednej rodziny, która musi poradzić sobie z rozwodami, homoseksualizmem, różnicami światopoglądowymi, a nawet narkomanią i szkodami w psychice, wywołanymi udziałem w wojnie w Iraku. Można pozwolić sobie na większą swobodę obyczajów, stąd żywy, potoczny, często wulgarny język i odważne sceny erotyczne, jak np. w „Czystej krwi”, „Grze o tron”, czy „Rodzinie Borgiów”, która przecież opowiada o Watykanie za czasów papieża Aleksandra VI! Jest też miejsce na aktualne problemy. Stąd „Braciach i siostrach” Jest też humor, choć często czarny i przewrotny. Wiadomo, że tego, co dzieje się np. w „Gotowych na wszystko” nie można traktować poważnie. Te pozornie zwykłe kobiety, niczym „żony ze Stepford”, prowadzą podwójne życie, mają swoje grzeszki i tajemnice, i nie chcą pozwolić na naruszenie panujących na osiedlu tabu, co mogłoby zburzyć wszystkie usilnie utrzymywane pozory. Ale zwraca się nam w ten sposób uwagę, że przecież całe społeczeństwo opiera się na pewnej umowie, że to o czym się nie mówi i czego nie widać, nie istnieje. Tak naprawdę wszyscy chcemy cos ukryć i nie wiemy ¾ faktów o najbliższej rodzinie i przyjaciołach.

I to właśnie seriale telewizyjne zaczęły wypełniać powstałą niszę. Początki można dostrzec na początku lat 90-tych, gdy telewizja ABC zdecydowała się na realizację „Miasteczka Twin Peaks”. Z pozoru kryminał, twór ten był tak pełen charakterystycznej dla Davida Lyncha psychodelii, surrealizmu i zawiłej fabuły, że przeciętnego zjadacza chleba powinien raczej odrzucić. Tymczasem, doceniony przez widzów i krytyków, stał się jedną z najpopularniejszych produkcji stacji i wbrew pierwotnym zamierzeniom reżysera, nakręcono drugi sezon. Mimo zaledwie trzydziestu odcinków, stał się pozycją kultową i wciąż ma wiernych fanów na całym świecie. Początkowo potraktowano to jak pojedynczy sukces, nie siląc się na kolejne próby. W następnych latach powstało kilka projektów, które również zdobyły ogromną rzeszę fanów, jak np. „Przyjaciele”, ale wiele z nich wciąż bazowało na utartych schematach. O przełomie możemy mówić mniej więcej od dziesięciu lat. Wtedy wszystko to, co przestało mieścić się w schematach większości filmów, trafiło do seriali.

Nową jakość utrzymuje też telewizja Showtime. Mamy w jej produkcjach do czynienia z policjantem, który nocami sam wymierza sprawiedliwość jako seryjny morderca („Dexter”), uzależnioną od leków pielęgniarką („Siostra Jackie”), kobietą, która chcąc zachować resztki dotychczasowego życia, po śmierci męża zaczyna handlować marihuaną w tajemnicy przed synami i sąsiadami („Trawka”), czy inną bohaterką, która zmaga się z zaburzeniami tożsamości (Wszystkie wcielenia Tary”). Seriale te wymykają się tradycyjnym podziałom na komediowe („comedy”) i obyczajowe („drama”), bo obok wielu trudnych aspektów życia zawsze znajduje się miejsce na uśmiech. Stąd nawet propozycja nowego gatunku – „dramedy”, co z pewnością ułatwiłoby przyznawanie nagród – Emmy, Złotych Globów i Satelit.

Przede wszystkim zerwano ze stereotypami w stworzeniu seriali. Nie mamy już do czynienia ze stypizowanymi postaciami. Teraz są skomplikowane, często nietypowe, jak w życiu. W „Jak poznałem waszą matkę” to Ted jest wrażliwy i chce założyć rodzinę, Robin woli poświęcić się karierze i raczej nie myśli o dzieciach, a Barney – playboy, może się jednak szczerze zakochać. Wcześniej nie byłoby to do pomyślenia, zwłaszcza w sitcomie.

Nagrody telewizyjne od pewnego czasu skupiają coraz większą uwagę. Nie można się dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że aktorzy nie są już tymi gorszego gatunku, jak dawniej. Są tacy, których kariera opiera głównie na serialach, ale cale nie wychodzą na tym źle, jak np. Neil Patrick Harris („Jak poznałem

W wielu serialach otwarcie mówi się o współczesnych problemach, co widać choćby w „Braciach i

15


waszą matkę”), Michael C. Hall („Dexter”, „Sześć stóp pod ziemią”), Jim Parsons („Teoria wielkiego podrywu”), Edie Falco („Rodzina Soprano”, „Siostra Jackie”). Często pojawiają się aktorzy mniej znani, z krajów innych niż USA, co nie znaczy, że gorsi. Na uwagę zasługują John Noble („Fringe”), dzięki umiejętnościom którego potrafimy rozpoznać, z którą wersją Waltera z równoległych światów mamy do czynienia. Albo Toni Collette – grająca tytułową postać ze „Wszystkich wcieleń Tary”, która potrafiła oddać, czasem tylko kilkoma ruchami twarzy, charakter zarówno swojej bohaterki, jak i jej siedmiu alternatywnych osobowości, w tym dwóch mężczyzn i zwierzęcia! Coraz częściej pozyskuje się też światową czołówkę, jak Alec Baldwin („Rockefeller Plaza 30”), Glenn Close („Układy”), Kate Winslet („Mildred Pierce), czy Maggie Smith („Downton Abbey”). Poza aktorami na mariaż z telewizją zdecydowały się też inne wielkie postaci kina, przyjmując na siebie rolę reżyserów i producentów. Poza wspomnianym Davidem Lynchem zrobili to chociażby Martin Scorsese („Zakazane imperium”) i Steven Spielberg („Kompania braci”, „Terra Nova”, „Wrogie niebo”, znów „Wszystkie wcielenia Tary”)

dolarów, „Rzymu” – 100 milionów, a „Gry o tron” – 60 milionów. Na produkcję pierwszego odcinka „Zakazanego imperium”, w którym trzeba było ukazać Atlantic City lat 20. i 30. wydano 18 milionów dolarów, pilotażowe odcinki „Fringe” i „Lost” kosztowały ponad 10 milionów. Kolejne są oczywiście dużo tańsze. Nie są to inwestycje stracone. „Gotowe na wszystko”, „CSI”, „Chirurdzy” czy „Dwóch i pół” zarabiają po 3 miliony w pół godziny. Czas reklamowy w trakcie ostatniego odcinka przyjaciół kosztował 2 miliony za 30 sekund. Jak widać, wszystko się opłaca. No i korzysta na tym kilkadziesiąt milionów widzów. Dlatego, jak widać, nadszedł czas, żeby przestać się wstydzić seriali. Choć niestety, polskie produkcje zostają daleko w tyle. Coś zaczyna się zmieniać, o czym może świadczyć „Przepis na życie” z rewelacyjnymi rolami Mai Ostaszewskiej i Piotra Adamczyka, czy pierwsze polskie produkcje HBO – „Bez tajemnic” z Krystyną Jandą i „Krew z krwi” z Agata Kuleszą. Jednak w wielu produkcjach, zwłaszcza telewizji z misją bohaterowie są wciąż wiecznie nieszczęśliwi przez wszystkie zdrady, rozwody, nagłe zgony i bankructwa. Dalej pewna producentka wmawia nam, że przeciętny student zawsze ma własne mieszkanie i dobrze płatną pracę, na porządku dziennym są trzykrotne rozwody, przypadkowe zdrady, zapłodnienie zamiast cytologii albo śmierć jedynego żywiciela rodziny, na dodatek w kartonach.

Kuszą oczywiście pieniądze. Charlie Sheen dostawał nawet 1,8 mln dolarów za odcinek „Dwóch i pół”, odtwórcy „Przyjaciół” – po milionie. Kosztuje też produkcja. Ale przynajmniej dostajemy świetne efekty specjalne i scenerię historyczną oddaną z największa dbałością o szczegóły. To spowodowało, że budżet „Pacyfiku” wyniósł prawie 200 mln

Ale jeśli wybierzemy dobrze, możemy dostać rozrywkę na najwyższym poziomie.

16


Lumpeksy, bazary, chińskie markety – Tandeta, czy sposób na tanie zakupy >> IGA RANOSZEK

więćdziesiątych. Sklepy tego typu szybko się mnożą i co więcej, coraz częściej nie są to już obskurne, ciemnie pomieszczenia w piwnicach czy garażach, zagracone foliowymi worami pełnymi starych łachów o wątpliwie przyjemnym zapachu. Dziś second-hand czasem trudno odróżnić od normalnego sklepu odzieżowego. Estetyczne lokale, ubrania wiszące na wieszakach według kolorów, kilka miłych ekspedientek i eleganckie przymierzalnie – takich miejsc jest coraz więcej i trudno nazywać je już „lumpeksami”. Jedynie tym, co na pierwszy rzut oka odróżnia je od zwykłych sklepów są długie kolejki ustawiające się pod drzwiami jeszcze przed otwarciem w dzień dowozu nowego towaru. Sukces second-handów tkwi zapewne w cenie towarów i tym, że jeśli się potrafi i wie gdzie szukać, można tam znaleźć modowe perełki (nierzadko znanych domów mody), które kosztują grosze.

W

czasach pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego każdy oszczędza, jak może. Ograniczamy wydatki na rozrywkę, benzynę, jedzenie i oczywiście ubrania, które (jak wszystko inne) wciąż nie tanieją. Galerie handlowe rosną jak grzyby po deszczu. Statystyki wykazują jednak, że słupki ich zysków permanentnie się kurczą. I nic dziwnego, skoro przeciętna cena damskich dżinsów w sklepach sieciowych marek waha się od około stu dwudziestu do stu osiemdziesięciu złotych. Czy można taniej? W sieciówkach raczej nie, chyba, że na wyprzedażach, ale istnieją przecież inne miejsca.

Innym miejscem zyskującym coraz większą popularność są miejskie bazary. Czy je także, tak jak second-handy czeka niemalże świetlana przyszłość? Według internetowego słownika slangu i mowy miejskiej „bazarówa” to dziewczyna ubierająca się w róże, mini i kozaki, zazwyczaj tleniony blond, uzależniona od tanich dyskotek, nieprzeciętnie pusta. Każdy, kto jednak niedawno był na bazarze na pewno zauważył, że owe „bazarówy” to nie jedyne tamtejsze klientki. Bazary, tak jak second-handy, ewoluują z PRLowskich brudnych parkingów zastawionych tak zwanymi. „szczękami” do przyzwoitych miejskich targowisk. Coraz częściej władze miast dbają o ich wygląd. Inwestuje się w porządne stanowiska, a nawet małe murowane sklepiki, kładzie się nowe chodniki, stawia lampy. Powoli znikają bazary, gdzie handlowano bielizną rozło-

Lumpeksy, ciuchlandy, szmateksy – jakby ich nie nazywać second-handy niezaprzeczalnie są fenomenem modowym ostatnich lat. Można się zastanowić, dlaczego ich wielki comeback odniósł taki sukces? Być może to przez wspomniany już wcześniej kryzys. Możliwe też, że przyczyniły się do tego celebrytki, które coraz chętniej przyznają, że swoje kreacje znajdują w „ciuchbudach”. Nie zapominajmy o hippsterach, których niedbały, „lumpeksowski” styl bardzo szybko się rozprzestrzenia. Ubieranie się second-handach samo w sobie stało się pewnym trendem, ale przede wszystkim przestało być obciachem, jakim było jeszcze w końcu lat dzie-

17


żoną na łóżku polowym pod dziurawym parasolem. Stąd i klientela inna. Obok „standardowych” niewybrednych nastolatek i ubogich emerytek zaczynają pojawiać się eleganckie kobiety w średnim wieku oraz młode dziewczyny obeznane w panujących w danym sezonie trendach.

dziewięćdziesiąt). Większość oferowanych tam rzeczy, głównie ubrań, butów i bielizny, to okropny kicz o przerażająco marnej jakości. Tshirty z nadrukami zwykle nie mogą przetrwać w nienaruszonym stanie nawet jednego prania. Mimo wszystko śmiesznie niskie ceny robią swoje – przyciągają kupujących, którzy często nie wiedzą, że nabywane przez nich ubrania są po prostu niebezpieczne. Coraz częściej w mediach słyszy się o szkodliwości naczyń i sztućców sprzedawanych „u Chińczyków”, o wysypkach, podrażnieniach skóry czy poparzeniach drugiego stopnia wywołanych przez legginsy lub swetry z takiego marketu. A przecież matki kupują tam ciuszki dla swoich dzieci. Nierzadko nawet świadomi zagrożenia ludzie dają się skusić ofercie typu: skarpety frotte 12 par jedynie 9,99! Chińskie markety na pewno nie powinny być alternatywą dla sieciówek, bazarów czy second-handów.

Na bazarze, tak jak w „ciuchlandzie” obowiązuje kilka tych samych zasad: umiejętność szukania, gust i znajomość aktualnej mody. Nie zapominajmy o tym, że handlarze też wiedzą, co się obecnie nosi, więc przy drobinie szczęścia można na bazarku z morza tandety wyłowić ubrania czy buty bardzo podobne do tych z sieciówek, ale w o wiele niższej cenie. A, co z jakością? Tu chyba tak, jak wszędzie. Przecież nawet drogie ubrania popularnych marek są made in China lub made in Tajwan. Zresztą to właśnie na bazarze jest większa szansa kupienia towaru wyprodukowanego w Polsce. Ubrania często sprowadzane są z hurtowni w Łodzi czy Warszawy, czego w sieciówkach raczej się nie spotka. Poza tym ile razy zdarzyło Wam się kupić na przykład drogie buty w „porządnym” sklepie, którym po tygodniu odpadła podeszwa? Z jakością reguły nie ma. Wszędzie znaleźć można zarówno rzeczy dobrze wykonane, jak i totalny bubel. Ważne w tym wszystkim jest to, aby jakość dorównywała cenie sprzedawanego towaru. Bazary mają więc spore szanse na bycie alternatywą dla sieciówek i to nie tylko alternatywą wynikającą z braku wystarczających funduszy. Ostatnim hitem dla fanów tanich zakupów są otwierane z prędkością błyskawicy tzw. chińskie markety. Początkowo miały one formę jarmarkową. Rozkładano je w miastach i miasteczkach na kilka dni, po czym zwijano interes i jechano dalej. Cieszyły się one popularnością również w kurortach nadmorskich, gdzie przez cały sezon letni można było kupić np. bikini za dziesięć dziewięćdziesiąt dziewięć lub jakże przydatne wieńce hawajskie ze sztucznych kwiatów za jedyne dwa pięćdziesiąt. To już jednak odchodzi do lamusa. Chińskie markety wyszły z dusznych namiotów i na stałe zagościły w pełnowymiarowych budynkach miast. Klientów raczej im nie brakuje tak, jak i towaru, bowiem asortyment owych marketów najtrafniej określić słowami: mydło i powidło. A wszystko w bardzo przystępnych cenach (trampki, różne kolory za pięć

Rozsądek podpowiada, że nie wszystko za półdarmo jest dobre. I to właśnie tego zdrowego rozsądku powinno się słuchać podczas każdych zakupów, czy to na rynku, czy w ekskluzywnym butiku. Wówczas na pewno unikniemy sytuacji, gdy okazuje się, że mamy uczulenie na materiał, z którego zrobiona jest bluzka, kupiona tylko dlatego, że była w promocji lub zaglądając do szafy zorientujemy się, że spodnie, które nabyliśmy po bardzo okazyjnej cenie są też bardzo podobne do dwóch innych par, które zalegają już na półce. Zawsze warto zwracać uwagę na jakość towaru i nie gnać ślepo za trendami, bo nie zawsze to, co modne jest warte swoich pieniędzy. Na pewno warto od czas do czasu odwiedzić bazar czy second-hand i nauczyć się tej trudnej sztuki, jaką jest znajdywanie ciekawych ubrań pośród wszechobecnego chłamu.

18


Samobójstwo nową modą Internetu? Ile potrzeba odwagi, by samemu odebrać sobie życie? >> KAMIL RODZIEWICZ „Świat niczego od ciebie nie potrzebuje, ale ty musisz mu coś dać. Dlatego żyjesz. Jeśli się teraz zabijesz – niczym się nie różnisz od miliardów innych czaszek, które leżą pod ziemią. Jeśli dasz coś światu, nawet coś nietrwałego, wygrasz” - Jonathan Carroll, „Dziecko na niebie”.

S

amobójstwo to tragedia, której nie wolno lekceważyć. Czasem nie można jej zapobiec, ale istnieją sytuacje, w których dostajemy znaki od innych, że coś się dzieje i śmiało należy ingerować. Myśli samobójcze mogą być pierwszą oznaką chęci odebrania sobie życia. Dlaczego ludzie chcą popełnić samobójstwo? Człowiek samotny, odrzucony, nieradzący sobie z życiem i problemami wybiera drogę, która nie jest najlepszym rozwiązaniem. Osoby otwarcie mówiące o tym, że chcę się zabić, nie są traktowane poważnie, gdyż zdaniem innych w ten sposób próbują zwrócić na siebie uwagę. Zadawanie sobie bólu fizycznego ma na celu złagodzenie bólu psychicznego, który w nas drzemie i z którym w inny sposób niż okaleczanie się nie możemy sobie poradzić.

ściół od wieków przyjmuje tezę, że życie ludzkie i decydowanie o nim nie należą do człowieka, lecz spoczywają w rękach Boga. Czy jednak osoba, dla której wszystko straciło sens, patrzy takimi samymi kategoriami jak Kościół? Czy po prostu chce się uwolnić od cierpienia i nie potrafi myśleć trzeźwo? Problem czy nowa moda? Zastanawiający w tym wszystkim jest fakt, że samobójstwo jako jeden z nielicznych problemów, jakich jesteśmy świadkami, stało się czymś w rodzaju hobby lub swoistej mody. Kiedyś głośno mówiło się o seksie czy narkotykach. Dzisiaj do tego grona śmiało można zaliczyć samobójstwo lub samo rozmawianie o nim. Niegdyś temat tabu, dzisiaj to desperacka próba zaistnienia wśród znajomych, walka o popularność. Nie masz talentu wokalnego, tanecznego lub nie jesteś sportowcem – nic straconego, zawsze możesz stać się samobójcą. Oczywiście nie można generalizować i wrzucać wszystkiego do jednego worka; samobójstwo jest problemem, którego w żaden sposób nie powinno

W wierze katolickiej samobójstwo uznawane jest za grzech śmiertelny, skazujący na wieczne potępienie, choć Kościół dopuszcza inne przypadki, których skutkiem jest samobójstwo. Jeśli odebranie sobie życia spowodowane zostało zaburzeniami na tle psychicznym, depresją lub opętaniem, wtedy samobójcy mogą osiągnąć zbawienie. Ko-

19


się lekceważyć. Wszystko jednak zależy od pobudek, jakimi człowiek się kieruje przy podejmowaniu tak radykalnej, desperackiej decyzji. Czy jest to problem, z którym faktycznie nie jest się w stanie sobie poradzić, czy ktoś chce, by o nim mówiono? Rozprawianie o swoich podbojach łóżkowych i o tym, czy się przerobiło już całą Kamasutrę, wśród młodzieży odchodzi do lamusa; tak samo stało się z narkotykami. Trzeba było czymś tę lukę zastąpić, wyciągnięto więc na światło dzienne samookalecznie lub samobójstwo. Obecnie niemal każdy w „towarzystwie” ma swój pierwszy raz za sobą: zarówno ten seksualny, jak i ten z narkotykami. Nie jest to już nic zaskakującego, nic, czego mogliby pozazdrościć znajomi lub dzięki czemu wyjdzie się przed szereg. Wielu pseudosamobójców nie rozumie problemu dążenia do autodestrukcji, wykorzystuje je zaś po to, by pokazać coś, czego jeszcze nie było, by zaszokować i wykreować swój oryginalny image. Takie postępowanie działa również destrukcyjne. Postawa i zachowanie „licealnych przywódców” w stosunku do innych często jest powodem myśli albo prób samobójczych. Nie można jednak za wszystko winić jedynie młodych ludzi. Rozpowszechnienie tematyki samobójczej możemy zawdzięczać zarówno muzyce, jak i literaturze. Wielu pisarzy wykorzystuje postać samobójcy, który przez większość opowieści zadaje sobie ból fizyczny, psychiczny, cierpi katusze na ziemi, a za jedyne rozsądne wyjście uważa zejście z tego świata. Kiedyś modny był motyw śmierci nieszczęśliwych kochanków, jak Romeo i Julia, którzy popełnili samobójstwo, ponieważ życie w pojedynkę, bez ukochanej osoby, nie miało dla nich sensu. Obecnie ten kontrowersyjny temat staje się czymś w rodzaju „drzwi do kariery”; taki sam zasięg szerzenia emocjonalnej pustki mają teksty piosenek, w których bez ogródek pisze się, że śmierć jest jedynym wyjściem z sytuacji: „Nic, tylko śmierć wyrwie nas ze szponów tego pierdolonego świata”.

taki rodzaj inspiracji wykorzystują artyści. W wyniku zetknięcia się z silnymi emocjami: buntem, agresją czy strachem, stworzyć można arcydzieło. Odbieranie świata w sposób niezrozumiały dla pozostałych powoduje, że we własnym mniemaniu stajemy się wyjątkowi, przybliżamy się do Boga. Wiele subkultur i sekt uprawia kult zadawania bólu. Cierpienie oraz smutek są dla nich czymś normalnym, czymś, co sprawia przyjemność.

fot. Agata Sorbian Przeglądając Internet, można się natknąć na wiele stron poświęconych tematyce związanej z samobójstwem, w tym na niezliczone fora internetowe, których użytkownicy opowiadają o swoim, w ich przekonaniu nic niewartym, życiu. Forumowicze piszą również o tym, jak skutecznie i bezboleśnie zakończyć swój żywot. W sieci powstają wręcz tak zwane „poradniki samobójców”, opisujące krok po kroku sposoby udanego zabicia się. Wśród porad zaczerpniętych z tych poradników, przez sceptyków określanych też jako „biblii samobójców”, znajdują się: podcięcie żył; połknięcie odpowiednich tabletek; upadek z wysokości; powieszenie się; podpalenie ubrań; strzał w głowę; próba uduszenia się pod wodą. To tylko kilka przykładów „doskonałej śmierci” wymienianych na stronach internetowych. Przyzwyczailiśmy się już do programów dotyczących zdrowego trybu życia oraz do cudownych poradników z serii „jak szybko i bez wysiłku schudnąć i wyrzeźbić sylwetkę”. Na pod-

Samobójstwo to sztuka? Przez wielu potępiana, przez innych nazywana bywa elementem sztuki, jakim jest zadawanie sobie bólu. To sztuka kreowania, rozwijania wyobraźni. W głowie układamy plan, jak powinno wyglądać nasze odejście z tego świata. Doprecyzowanie i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik ma tu ogromne znaczenie, bo od tego zależy, czy plan się powiedzie, czy spali na panewce. Często

20


stawie obserwacji Internetu można się spodziewać, że niedługo pojawią się też tak absurdalne pozycje, jak „Każdy może popełnić samobójstwo”, które staną na bibliotecznej półce obok książek w rodzaju „Każdy możne gotować”.

wszystko. Tak samo ma się sprawa z narzędziami lub metodami stosowanymi przy próbie odebrania sobie życia. Poniżani są ci, którzy próbują zabić się za pomocą tabletek, powieszenia się lub utopienia. Dla „przywódców” ważny jest ból, cierpienie, które towarzyszą „misji samobójstwa”. Świetnym przykładem tego zjawiska jest historia przedstawiona w „Sali samobójców” Jana Komasy. W filmie ukazana została historia pochodzącego z bogatej rodziny chłopaka o imieniu Dominik, który ma wszystko, czego mógłby zapragnąć. W pewnym momencie jednak całe jego życie się zmienia: z lubianego, popularnego ucznia staje się pośmiewiskiem całej szkoły. Nie mogąc znaleźć wsparcia w rodzinie i przyjaciołach, zajętych swoimi problemami, ratunku szuka w świecie sieci. W dobie łatwego dostępu do Internetu nietrudno trafić na portale poświęcone tematyce śmierci, przemocy czy samookaleczenia. Taki dostęp do niezliczonych informacji stwarza zagrożenie spotkaniem ludzi, z którymi nie powinno się rozmawiać ani przebywać. Wrażenie, że tylko oni potrafią nas zrozumieć i tylko z nimi można porozmawiać, jest złudne — to właśnie oni stają się największym wrogiem, przepaścią, grobem, który wykopują razem z nami. Brak akceptacji, samotność, nierozładowanych gniew, agresja prowadzą do myśli samobójczych.

Na forach internetowych można znaleźć wiele podobnych do siebie wpisów młodych ludzi, dla których życie nie ma sensu. Czytając te posty, czuje się to wszystko, o czym piszą internauci: żal do świata, ludzi, do samego siebie. Nawet jeśli chce się im pomóc, oni są już często na takim etapie, że żadne słowo ani czyn nie będą w stanie odwieść od podjętej decyzji. Ze względu na anonimowość i tajność nie mogę przedstawić tu rozmaitych wypowiedzi znalezionych na forach. Jedynie Magda, z którą udało mi się skontaktować, podzieliła się ze mną swoją historią. Dwa razy próbowała popełnić samobójstwo: pierwszy raz były to tabletki, za drugim razem podcięła sobie żyły. Po ostatniej próbie trafiła do ośrodka, który zajmuje się leczeniem ludzi o skłonnościach samobójczych. To, co tam widziała i słyszała, dało do myślenia. Po roku doszła do siebie; dzisiaj jest matką małej Ani, która jest dla niej całym światem.

Coraz częściej słyszy się o nieudanych próbach samobójczych, które niosą za sobą przykre konsekwencje. W większości przypadków nieumiejętna próba odebrania sobie życia skutkuje trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, a nie, jak było zamierzone – śmiercią. Samobójstwo to jedna z wielu przyczyn zgonów wśród młodzieży; ważnym problemem są również próby samobójcze, co teoretycznie jest czymś zupełnie innym. Samobójstwa najczęściej są efektem choroby psychicznej lub silnej depresji, natomiast próby samobójcze to swoiste wołanie o pomoc, odpowiedź na brak wsparcia otoczenia i problemy, z którymi dana osoba nie potrafi sobie poradzić. Mimo wszystko samobójstwa i próby samobójcze „made by Internet” wydają się zupełnie inną kategorią, którą trudno jak dotąd jednoznacznie scharakteryzować i dla której trudno znaleźć właściwe rozwiązanie. Być może przeciwstawić im się mogą jedynie fora oraz strony poświęcone szeroko rozumianej sztuce i afirmacji życia, hamujące popularność sieciowej „sztuki umierania”. Być może też — choć zabrzmi to bezdusznie — moda na „śmierć w sieci”, jak każda moda, po prostu przeminie.

Hierarchizacja forumowiczów Wśród użytkowników widoczna staje się hierarchia, pozycja, którą zajmują w grupie. Przeglądając wpisy, można natknąć się na wiele komentarzy krytykujących lub wręcz wyśmiewających poszczególnych userów. Internetowi samobójcy dzielą się na grupy w zależności od tego, na jakim poziome się znajdują. Osoby, które mają za sobą kilka nieudanych prób samobójczych, uznają siebie na znawców, mentorów, którzy na ten temat wiedzą

21


fot. Maxwell modelka: Ola Hołda stylizacja: Karolina Tomaszewska

22


stworzyć własną markę, ale jego najważniejszym priorytetem jest ukończenie studiów związanych z modą. Kamil Rodziewicz: W jaki sposób zaczęła się Twoja przygoda z projektowaniem? Czy jest to zrealizowane marzenie z dzieciństwa? Piotr Popiołek: Pasja do projektowania rozwijała się we mnie już od dzieciństwa - rysunki ubrań na każdej możliwej stronie zeszytów, książek oraz sterty pociętych ubrań ubrania. Przed tworzeniem debiutanckiej kolekcji odbyłem kilka praktyk w pracowniach krawieckich gdzie nauczyłem się bardzo dużo i zyskałem wiele cennych rad. Moim pierwszy oficjalnym projektem była debiutancka kolekcja, nad którą pracowałem dwa lata. Był to długi okres czasu, ale chciałem być pewny każdej rzeczy, którą zaprojektowałem. Wszystko tak naprawdę zaczęło się od tańca. Jednym słowem taniec otworzył Cię na modę?

P

Dokładnie. To właśnie przez taniec zacząłem projektować. Pierwsze rysunki przedstawiały stroje taneczne. Myślę, że to właśnie ta pasja ukształtowała najbardziej moje życie, bo już od dziecka traktowałem ją poważnie. Taniec trenuj od 11 lat. Jest on dla mnie niesamowitą przygodą, w której można poznać siebie. Ostatnio nawet byłem choreografem w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Chciałbym w przyszłości pogodzić te dwie pasje ze sobą.

iotr Popiołek to młody, świetnie rokujący projektant mody ze Świnoujścia. Ma zaledwie 17 lata, a na swoim koncie ma już pierwszą debiutancką kolekcję. Obecnie trwają przygotowania do następnej, która ujrzy światło dzienne już niebawem. Jego kariera zaczyna nabierać tempa, między innymi za sprawą publikacji w branżowych magazynach w USA. Zainteresowanie modą wzięło się z drugiej pasji Piotrka, jaką jest taniec. Fascynacja niezwykłymi strojami tanecznymi przełożyła się na jego projekty. Inspiracją przy tworzeniu kolekcji czerpie nie tylko z tańca, ale także z innych dziedzin sztuki. Niekonwencjonalne rozwiązania, połączone z ręcznie wykonywanymi zdobieniami tworzą unikatowe kreacje wieczorowe. W każdy strój wkłada wiele serca, przez to jego stroje posiadają duszę, przez co są jedyne w swoim rodzaju. Piotr tworzy modą dla kobiet pewnych siebie, odważnych i eleganckich. Planuje

Czy design stanowi istotny element w Twoim życiu? Zdecydowanie tak. Z upływam czasu stał się moim priorytetem. To nie tylko moda, ale też architektura i inne dziedziny sztuki. Nie powinniśmy zamykać się tylko na jedną z nich, ponieważ wówczas zawężamy nasz pole widzenia, które powinno być otwarte, dzięki czemu możemy chłonąć piękno otaczającego nas świata.

23


Co najbardziej pociąga Cię w zawodzie projektanta?

dzie najlepiej wyglądała. Natomiast, gdy robię lookbook'a, czy kampanię to wtedy ja wybieram modelkę taką, która będzie wyglądała świetnie we wszystkich ubraniach mojego projektu – to jest wyjątkowa sytuacja (śmiech).

To bardzo trudne pytanie (zastanawia się). Ciężko jest wybrać jedną, najważniejszą cechę. Kreatywność, obcowanie z ludźmi, z którymi dzielę wspólną pasję oraz zmiany. Fascynujące w tym wszystkim jest to, że mogę projektować cały czas coś nowego, niezależnie od trendów, wymagań branży.

Jakich materiałów używasz, czy eksperymentujesz z tkaninami? Staram się nie ograniczać tylko do jednego rodzaju tkaniny. Nigdy nie kieruję się panującymi w danym sezonie trendami, leczy tym, aby materiał był odpowiedni do kroju i założeń technicznych, ale jednocześnie wyglądały ciekawie. Jestem cały czas na etapie próbowania. Nie ukrywam, że szalenie lubię eksperymenty ostre kolory, hipnotyzujące wzory, dziwne, odważne tekstury. Mój styl nie jest jeszcze do końca sprecyzowany, ale wiem, w którą stronę chce iść i powoli to widać. Debiutancka kolekcja była krzykliwa, mało spójna ze względu na to, że nie mogłem się zdecydować na konkretny motyw przewodni. Z kolei druga jest od początku do końca przemyślana – dominują w niej stonowane kolory – beże, biele i czernie. Każda moja kolekcja jest zupełnie inna, za każdy razem odrywa nową nieznaną dotąd cząstkę mojej osoby.

Do kogo głównie kierujesz projekty? Na tym etapie tworzenia, ciężko jest określić konkretnego odbiorcę. Wszystko zależy od tego, co się komu podoba. Na pewno nie są to ubrania konwencjonalne, do noszenia na codzienne np. do szkoły. Są to stroje z pazurem, dla odważnych kobiet, które nie boją się eksperymentować. Czy projektując myślisz o konkretnej modelce, konkretnym typie kobiety, która powinna nosić dany strój? Absolutnie nie. Nigdy nie myślałem, że akurat ta spódnica musi być dla brunetki. Robię zupełnie na odwrót. Jeżeli mam sesję z konkretną modelką to do niej dobieram ubrania, w których bę-

fot. Paweł Skarbek, modelka Angelika

24


fot. Karolina Gajcy modelka Ola Hołda stylizacja: Karolina Tomaszewska

fot. Karolina Gajcy modelka Ola Hołda stylizacja: Karolina To

25


Jakich materiałów używasz, czy eksperymentujesz z tkaninami?

Może jest jakaś modelka, która szczególnie Cię inspiruje?

Staram się nie ograniczać tylko do jednego rodzaju tkaniny. Nigdy nie kieruję się panującymi w danym sezonie trendami, leczy tym, aby materiał był odpowiedni do kroju i założeń technicznych, ale jednocześnie wyglądały ciekawie. Jestem cały czas na etapie próbowania. Nie ukrywam, że szalenie lubię eksperymenty - ostre kolory, hipnotyzujące wzory, dziwne, odważne tekstury. Mój styl nie jest jeszcze do końca sprecyzowany, ale wiem, w którą stronę chce iść i powoli to widać. Debiutancka kolekcja była krzykliwa, mało spójna ze względu na to, że nie mogłem się zdecydować na konkretny motyw przewodni. Z kolei druga jest od początku do końca przemyślana – dominują w niej stonowane kolory – beże, biele i czernie. Każda moja kolekcja jest zupełnie inna, za każdy razem odrywa nową nieznaną dotąd cząstkę mojej osoby.

Akurat w tej kwestii jestem wierny Polkom. Uważam, że to one są najlepszymi modelkami w branży. Anja Rubik, Kasia Struss, Magda Frąckowiak, Zuza Bijoch i wiele, wiele innych. Mam w swoim zespole dziewczynę, która chodzi na wszystkich moich pokazach od samego początku i wielokrotnie prezentuje moje ubrania. Każda rzecz wygląda na niej idealnie. Do Oli mam pełne zaufanie. Razem zaczynaliśmy naszą przygodę z modą. Cały czas współpracujemy ze sobą, wspierając się w każdym nowo powstałym projekcie.

Trzech najważniejszych dla Ciebie projektantów? Jest bardzo wielu projektantów których sobie cenię, ale w pierwszej trójce znajdują się na pewno Alexander McQueen, Donatella Versace i Georges Chakra. To właśnie ich prace wywarły na mnie największy wpływ.

Czy są dla Ciebie dodatki? Kluczowym elementem stroju, czy jedynie jego dopełnieniem? Oczywiście, dodatki są nieodłączną częścią moich ubrań. Do każdej kolekcji zawsze tworzę linię dodatków. Nie są one najważniejsze, ale nadają indywidualnego charakteru i dopełniają całość kolekcji. Bardzo lubię modowe gadżety i sam mam swoją prywatną mini kolekcję, z której codziennie mam coś na sobie. Uważam, że jest to świetny sposób na spersonalizowanie swojego stylu.

Jaki jest Twój stosunek do sporów o wagę modelek? Myślę, że modelki powinny być przede wszystkim zadbane, a co za tym idzie zdrowo wyglądać. Powinny mięć odpowiednią sylwetkę, ale są granice, których nie można przekroczyć. W moim kampaniach uczestniczą modelki z polskich agencji, które chodzą również po zagranicznych wybiegach i z racji wymaganych standardów muszą mieć odpowiednie wymiary. Nad swoją sylwetką pracują aktywnym trybem życia i odpowiednią dietą, dlatego nie uważam żeby obecne standardy są zbyt surowe. Jeżeli postępuje się mądrze nie ma mowy o narażaniu życia. Przede wszystkim należy pamiętać, że jest to zawód, który jak każdy inny wymaga poświęcenia, nie mówię tu o głodzeniu się, które jest ważnym problemem, który na szczęście stopniowo zanika.

Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia? Inspirację czerpię ze wszystkiego, co mnie otacza. Może to brzmi banalnie, ale tak właśnie jest. Nawet niespodziewane zdarzenie może wywrzeć tak silne wpływ, który mimowolnie przekładają się na moje projekty. Myślę, że kluczowa jest wrażliwość na piękno, dzięki której możemy wyselekcjonować to, co najlepsze z tych inspirujących doświadczeń.

26


fot. Karolina Gajcy, modelka Ola Hołda, stylizacja: Karolina Tomaszewska

Czy widzisz jakieś zmiany w polskim podejściu do stroju? Jak Ci się podobają polskie ulice? Czy Polacy potrafią się dobrze ubrać?

Gdzie można obejrzeć Twoje praca? Debiutancką kolekcję można było zobaczyć w kwietniu tego roku, na moim pierwszym pokazie. Zdjęcia prezentujące kolekcje, dodawane są na bieżąco na moim fanpage na facebook’u facebook.com/piotrpopiolek.fd, na który serdecznie zapraszam (facebook.com/piotrpopiołek.fd).

Jestem dosyć młody i niestety nie mam tak dużej skali porównawczej. Źle na pewno nie jest, ale zawsze mogłoby być lepiej (śmiech). Żartuję, wszystko idzie w dobrym kierunku. Świadomość modowa Polaków z roku na rok jest coraz większa. Mamy grupę osób, która ubiera się na światowym poziomie, śledzi aktualną modę i ma swój wysmakowany styl oraz tych, które wolą założyć stary dres i rozciągnięty t-shirt. Polska ulica jak na razie wygląda szaro, trochę nudno. Jesteśmy bardzo ostrożni w doborze kolorów, krojów. Boimy się zaryzykować. Modą powinniśmy się bawić. Eksperymentować.

Jak reagują na to wszystko Twoi rówieśnicy? Doceniają to, co robisz, czy starają się zniszczyć Twoje marzenia? Ludzie są różni. Są osoby, które mnie wspierają od początku, ale jest też grupa, która tego nie popiera. Muszę się z tym liczyć, ponieważ wystawiam swoje prace na forum. Nie jestem osobą, która jakoś specjalnie przeżywa nie konstruktywną krytykę, więc jak na razie nie mam z tym problemu. Jestem osobą, która ciężko pracuje na swój sukces i stara się być w tym coraz lepsza. Szanuję zdania osób, którzy coś dla mnie znaczą lub tych, którzy krytykując mnie mają na to sensowne i przede wszystkim prawdziwe uzasadnienie.

Jak chciałbyś nazwać swoją swoja markę? Będzie desygnowana Twoim nazwiskiem, czy zamierzasz stworzysz modowy neologizm? Dużo nad tym ostatnio myślałem. Doszedłem do wniosku, że powinienem zostać przy własnym nazwisku. Myślę, że jest to właściwa decyzja „Piotr Popiolek”.

27


fot. Maxwell modelka Agnieszka HOOK

28


Ale na rodzinę na pewno możesz liczyć?

może chcesz się rozwijać w zupełnie innym kierunku?

Mam ogromne wsparcie ze strony rodziny. To dzięki rodzicom mogę realizować swoje pasje, To oni ukształtowali moje poglądy i pozwolili mi uwierzyć, że marzenia trzeba realizować Mój brat, Krzysiek najlepiej mnie rozumie. Dzięki niemu nauczyłem się, że zazdrość i rywalizacją prowadzą w złą stronę. Rodzina jest dla mnie bardzo ważną wartością w życiu, bez której nie był bym teraz w tym miejscu.

Lubię mieć jasno wyznaczone cele na przyszłość. Na pewno chciałbym wybrać studia związane z projektowaniem mody, a dokładnie SAPU w Krakowie. Cały czas myślę nad moją karierą taneczną, w związku, z którą nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie wszystko się ułoży. Po studiach chciałbym mieszkać i tworzyć w Paryżu. To moje największe marzenie, do którego krok po kroku dążę. Miałem okazję zwiedzić Paryż, języka uczę się w szkole. Myślę, że każde marzenia można spełnić, wystarczy tylko chcieć.

Jakie jest Twoje największe związane z modą marzenie? Mam całą masę marzeń. Bardzo często wyobrażam sobie swoją przyszłość związaną ze stolicą mody. Duże atelie w centrum Paryża oraz cykliczne pokazy na czterech największych fashion week'ach na świecie w Paryżu, Mediolaanie, Lodynie i Nowym Jorku.

„Każde marzenie można spełnić wystarczy tylko chcieć” – niech to będzie puenta naszej rozmowy. Mam, też nadzieję, że za parę lat zaprosisz redakcję BWM na swój pokaz w Paryżu?

Jakie są Twoje plany na przyszłość? Masz dopiero 17 lat i całe życie przed sobą. Czy planujesz podjąć studia związane z modą, czy

Jasne, że tak. Macie już zarezerwowane miejsca w pierwszym rzędzie. >> KAMIL RODZIEWICZ

fot. Maxwell, modelka Agnieszka HOOK

29


fot. Maxwell modelka Angelika

30


Mama, najcięższy zawód świata >> MONIKA SZODA

P

ogoda za oknem jak na jesień przystało. Deszcz, zimno, aż się nie chce wychodzić z domu. Dlatego rozpaliłam w kominku i weszłam pod ciepły koc z filiżanką gorącej kawy. Pod wpływem chwili naszła mnie refleksja, którą chcę się dzisiaj podzielić i poddać pod dyskusję. Czy w dzisiejszych czasach, gdy świat goni za pieniądzem a szefostwo nie chce zatrudniać młodych kobiet w obawie, że wejdą za moment w wiek rozrodczy i niespodziewanie poczują instynkt macierzyński, opłaca się posiadać potomstwo?

jednego i drugiego. Dlaczego zatem nie pójść na żywioł i nie pokazać wszystkim niedowiarkom, że bycie matką nie oznacza całkowitego zamknięcia w domu jak w klasztorze, odseparowania od otoczenia, założenia na siebie stroju pokutnego i poświęcenia własnego „JA” dla dobra ogółu? Jak wszyscy dobrze wiemy początki zazwyczaj bywają straszne: pierwszy dzień w przedszkolu, szkole, na studiach, w pracy, ale nic, co do tej pory przeżyłam nie równa się z pierwszym dniem z życia mamy. To był właśnie ten moment, kiedy cała moja wiedza dotycząca macierzyństwa okazała się nic nie warta, a słodkie, lukrowane opowieści o „mamusiowaniu” zostały zrównane z ziemią walcem, zwanym rzeczywistością.

Otóż zdania są podzielone. Część młodych ludzi zdecydowanie stawia na karierę i odkłada macierzyństwo na bliżej nieokreśloną przyszłość. W wyjaśnieniu słyszymy zwykle, że na dziecko jest jeszcze czas. O założeniu rodziny myślimy, gdy skończymy studia, znajdziemy pierwszą pracę, zadomowimy się w niej, kupimy mieszkanie, urządzimy je, czy „zasadzimy drzewo”. Myśląc takimi kategoriami, nigdy nie będzie odpowiedniego momentu na posiadanie potomstwa a zegar biologiczny tyka. Warto zauważyć, że kariera nie oznacza jedynie pięcia się po szczeblach w dużej firmie korporacyjnej. Dla mnie osobiście oznacza to pewnego rodzaju doskonałość. Można być doskonałym pracownikiem, doskonałą matką albo połączeniem

Ktoś kiedyś powiedział: „Dziecko - kiedy jest maleńkie chciałoby się je zjeść, a jak dorośnie żałujesz że tego nie zrobiłeś” i coś w tym jest. Oczywiście macierzyństwo jest wspaniałe i za nic w świecie i nikomu nie oddałabym mojej córeczki, ale są momenty, w których myślę „i na, co Ci to babo było?”. Żyłam sobie spokojnie, bezstresowo, na zegarek zerkałam z ciekawości, spałam, do której chciałam, a prysznic trwał co najmniej dwadzieścia minut. Te

31


dni minęły bezpowrotnie. Od pierwszego lutego zeszłego roku, kto inny w moim domu zaczął ustalać reguły. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że takie maleństwo potrafi wywrócić życie do góry nogami, na pewno bym mu nie uwierzyła. Niemowlaki kojarzą nam się z samą słodyczą – papuśne buziaczki z zarumienionymi policzkami, słodkie uśmieszki, pucołowate nóżki i rączki. Tylko śpią, jedzą i robią kupę. I tak oczywiście jest – przez pierwsze dwa-trzy miesiące. Nikt jednak nie wspomina o tym, że maluchy potrafią nieźle dać w kość! Śpią w dzień, w nocy niestety niekoniecznie. Poza tym jedzą średnio, co trzy godziny od rozpoczęcia karmienia, co w efekcie wygląda tak, że ledwie skończysz karmić i zdążysz usnąć a Twoje dziecko już drze się w niebogłosy. Dodajmy fakt, że to raczej my matki, dostarczamy im pokarmu tak, więc jesteśmy niezbędnym elementem otoczenia. Z drugiej strony nawet gdyby nadarzyła się okazja na romantyczną randkę, kolację z przyjaciółmi czy tańce, to raczej żadna z początkujących mam nie miałaby na to ani siły, ani ochoty. Z wyglądem na początku też nie jest tak kolorowo jakby mogło się wydawać. Nie dość, że męczą i dręczą nas dodatkowe kilogramy pieczołowicie zbierane podczas trwania ciąży, to jeszcze doskwiera brak czasu na dodatkowe zabiegi kosmetyczne. Wbrew pozorom brzuszek ciążowy nie znika wraz z dniem porodu.

Ot taka ciekawostka, że jak się chce to można. Nie mamię nikogo złudzeniami, że teraz po domu biegam w wyjściowych ciuchach i pełnym make-up’ie. Moim domowym strojem dalej jest mój przyjaciel dres, który towarzyszy mi również na spacerach z wózkiem po okolicznym parku. Jednak na większe wyjścia z przyjemnością robię się na bóstwo. Poza tym znaczącym plusem, jest całe mnóstwo momentów, dzięki którym nie raz, mimo licznych przeciwności, myślę o drugim dziecku. Jak przypomnę sobie poród, pierwszy płacz, spojrzenie, uśmiech, pierwsze słowo, moment, w którym usłyszałam pierwszy raz „Mamo” to serce samo się raduje. Każdy kolejny, tak wyczekiwany etap w jakże krótkim życiu mojej pociechy jest jak zapłata za całe moje zmęczenie, rozgoryczenie i poświęcenie. Czy jestem spełniona w tym, co robię? Na pewno tak. Przez pierwsze półtora roku byłam tak zajęta potrzebami mojego dziecka, próbą zorganizowania i pogodzenia wszystkiego, że nie miałam czasu, żeby zastanowić się nad tym, czy czegoś mi nie brakuje. Teraz, kiedy mam chwilę, żeby odetchnąć, myślę, że „odwaliłam kawał dobrej roboty” wychowując dziecko, wracając do formy sprzed porodu, opiekując się domem i odnosząc sukces, w każdej z wymienionych czynności oraz nie zatracając się w tym wszystkim. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że wczesne macierzyństwo jest wspaniałe. Ten wzrok osób trzecich gdy widzą mnie z wózkiem uśmiechniętą, w szpilkach, pełnym makijażu i jeszcze dowiadują się, że nie jestem dużo starszą siostrą a mamą maleństwa – bezcenny. mamię nikogo złudzeniami, że teraz po domu biegam w wyjściowych ciuchach i pełnym make-up’ie. Moim domowym strojem dalej jest mój przyjaciel dres, który towarzyszy mi również na spacerach z wózkiem po okolicznym parku. Jednak na większe wyjścia z przyjemnością robię się na bóstwo.

Z czasem, jednak coraz łatwiej jest się zorganizować. Odpowiednia dieta (bo na ćwiczenia brakuje energii po całym dniu z harpaganem), dobry podkład, tusz, trochę pudru, lakier do paznokci i wyglądam jak zupełnie nowa, odrodzona ja. Nie można zapominać o hektolitrach wypitej kawy, która od jakiegoś czasu stała się moją najlepszą przyjaciółką a bez której nie wyobrażam sobie dnia. Dodatkowym bonusem w posiadaniu potomstwa jest to, że w robieniu makijażu doszłam do perfekcji. Ubrana, umalowana i gotowa do wyjścia, jestem w średnio siedem/dziesięć minut, co według mnie spokojnie nadaje się do Księgi Rekordów Guinessa.

32


Wojownicze w starciu z wilczą sesją >> KAMIL RODZIEWICZ

C

zym tak naprawdę jest sesja? Każdy z nas mógłby stworzyć własną definicję tego pojęcia. Wiadomo, że nie będzie opisywana w sposób pozytywny. Nikt z nas nie podchodzi do niej z uśmiechem na twarzy, lecz z grobową miną. Moja definicja słowa „sesja” będzie inna …

Ostatnia deska ratunku Drugą grupę reprezentują studenci nieco bardziej zmobilizowani, którzy jeszcze nie zeszli na „słomianą drogę”. Jak wiadomo, studiowanie a bycie studentem, to dwie różne rzeczy. Te świnki używają drewnianych materiałów budowlanych. Na pierwszy rzut oka konstrukcja wydaje się solidna, ale wystarczy dmuchnąć, zadać pytanie i struktura się rozpada. Wilk, czy jak wolicie egzaminator, pożera studenta ze smakiem, wpisując – EGZAMIN NIEZALICZONY! ZAPRASZAMY WE WRZEŚNIU.

Jak wiadomo, życie studenckie to ciągła walka z przeciwnościami. Codziennie, gdy słyszymy dźwięk budzika, zadajemy sobie to samo pytanie: „Czemu on znowu dzwoni?! Pójść na zajęcia, czy zostać w ciepłym łóżku i odespać wczorajszą lub przedwczorajszą imprezę?”. Przed sesją jednak wszystko ulega zmianie. Budzą się w nas zwierzęce instynkty. Trwa walka o przetrwanie, a w tym wypadku walka o zdobycie notatek potrzebnych do egzaminu. Całą tę sytuację można odnieść do jednej z czytanych nam w dzieciństwie bajek o trzech świnkach i wilku. Świnkami, jak się łatwo domyślić, są studenci. Wilkiem patrzą na nas egzaminatorzy, zwani również egzekutorami. Przygotowanie do sesji przypomina budowanie przez bajkowe świnki domów. Każda z nich, jak na świnkę przystało, wybiera inną strategię budowlaną.

Przeczytaj pan cegłę Trzeciej grupie grozi wyginięcie! Coraz rzadziej możemy zaobserwować przedstawicieli klubu świnek stawiających ceglane domki. Wykazują się ogromną potrzebą zgłębiania tajników wiedzy niezbędnej do zaliczenia egzaminu. Swój wolny czas spędzają w bibliotekach, między regałami, poszukując potrzebnej literatury. Cechuje ich systematyczność i pracowitość. Nie zostawiają wszystkiego na ostatnią chwilę, mają solidne fundamenty. W dzień egzaminu ich domek jest gotowy, a ich trud z pewnością zaowocuje dobrą oceną. Wilk, choć z natury jest drapieżnikiem, widząc tak zdolną świnkę, mięknie.

Słomiany zapał Pierwsza grupa żaków decyduje się na łatwe i szybkie osiągnięcie celu, budując słomiany domek. Zebrane przez nich materiały leżą na półkach i czekają do ostatniej chwili, aby z nich skorzystać. Nauka jest też dla nich ostatnią i najmniej przyjemną rozrywką. Ta grupa liczy na szczęście, boską pomoc w otrzymaniu pozytywnej oceny. Niektórym z nich się to udaje, ale większość otrzymuje możliwość ponownego spotkania z wilkiem. Wniosek jest prosty, budowanie ze słomy nie przynosi korzyści, przerzućmy się na drewno!

Ta bajka, jak każda, niesie ze sobą przesłanie: jak sobie zbudujesz, tak sobie… postudiujesz. Czy jakoś tak. W każdym razie, drogie świnki, należałoby zachować umiar między ilością zużytej w trakcie budowy cegły i słomy. Wiadomo, że profesorowie chcieliby pożerać same pełnowartościowe okazy, choć z pewnością ich życie byłoby o wiele uboższe, gdyby nie te strzelające gafy, nieogarnięte świnki w słomie.

33


>> DOMINIK KONDZIOŁKA

„Wszystko to, co Widzę, wiem – Czyż jest tylko We śnie snem?” – Edgar Allan Poe

- Obudź się! Co? Kto to mówi? - Obudź się! Znam ten głos. To Alfred Kamiński. Mój przyjaciel. Czy ja, śpię? Nie wiem. Chciałbym się obudzić, ale nie mogę. Nie umiem. Rozglądam się, dookoła. Otacza mnie pustka i czerń. - Sylwester obudź się do diabła! Krzyk się nasila. Dlaczego tu w ogóle jestem? Zawieszony pomiędzy niebem, a piekłem, życiem, a śmiercią, tkwię cały czas we wspomnieniach. Jak do tego doszło? Jak się tutaj znalazłem? Odpowiedź powoli formowała się w mojej głowie. - Obudź się! – przyjaciel się nie poddawał. - Nie mogę – wyszeptałem. Nie usłyszał.

- Sylwester obudź się do diabła! – Alfred potrząsnął mną mocno. – Śpisz w środku dnia, wolę nie wiedzieć co musiałeś robić w nocy. I z kim – chłopak zachichotał. - Przymknij się…

34


Przetarłem zmęczone oczy i kantem dłoni starłem strużkę śliny, która ściekała mi po brodzie. Część kapnęła na stronę książki z wierszami Edgara Allana Poego. Próbowałem zetrzeć kropelki, ale tylko rozmazałem tekst sprawiając, że stał się miejscami nieczytelny. „Z poc---nkiem pożegnania, Kied- --dszedł czas ro----nia, Dziś już wyznać się n-e w--raniam: Miałaś rację – ter-- -iem Ż--ie moje było --em,…” Pod książką leżała otwarta gazeta, którą czytałem przed niekontrolowanym zaśnięciem. W tekście autor opisywał morderstwa, które ostatnio wstrząsnęły Piłą i Szczecinem. Wszystko rozpoczęło się około dwa miesiące temu, gdy w jednej z uliczek w Pile znaleziono dekapitowane ciało młodej dziewczyny. Juliana (tak miała na imię ofiara) trzymała w dłoni antracytowy krzyżyk na rzemieniu, który był jedynym punktem zaczepienia w sprawie. Wtedy myślano, że to jednorazowy akt bestialstwa. Tak jednak nie było. Morderca - albo raczej Apostoł jak zaczęła go nazywać później prasa – widocznie znudził się miasteczkiem, w którym się „narodził” i postanowił przenieść się do większego miasta. Padło na Szczecin. Miesiąc później w pociąg z Piły przywiózł straszliwą niespodziankę. W jednym z przedziałów znaleziono dziewczynę…, a właściwie jej resztki. Rąk nie trzeba było daleko szukać, leżały odcięte na siedzeniach, przed właścicielką. W zaciśniętych dłoniach trzymały mały antracytowy krzyżyk, którego nie puściły nawet po śmierci. Głowy nie odnaleziono. Snuto domysły dlaczego morderca odciął tylko niektóre kończyny, a nie wszystkie, dlaczego wybrał akurat te. Zdania były różne, może to tajemniczy obrzęd jakiejś sekty, a może po prostu zabrakło mu czasu? Najprawdopodobniej nigdy się już tego nie dowiemy. Obok artykułu było zdjęcie. Bazylissa B. Ładna dziewczęca twarz uśmiechała się z czarno białej fotografii. Zastanawiałem się co może skłonić ludzi do takiego bestialstwa. Właśnie miałem zacząć czytać o trzeciej ofierze gdy odezwał się mój przyjaciel. - Powinien już tu być – powiedział Alfred. - To nie jego wina, że pociąg się spóźnia – odrzekłem spokojnie. – Ciekawe co to za niespodziankę dla nas ma. Spojrzałem na stół gdzie jeszcze przed chwilą była gazeta, teraz blat był pusty. Musiałem przez nieuwagę upuścić Kurier na ziemię, ale nigdzie go nie widziałem. Szkoda, byłem ciekaw dalszej historii o Apostole. - Mam nadzieję, że ta niespodzianka nie będzie tak, jaką Skaza przygotował dla Mufasy. - Oby nie – potwierdziłem i wróciłem do nudnego czekania. Po kilku minutach poczułem, że oczy znowu zaczynają mi się kleić. Nagle ktoś złapał nas za głowy, Alf jak błyskawica zerwał się z krzesła i przyjął pozycję gotową do ataku. Przed nami stał wysoki chłopak z gęstą czarną brodą przechodzącą bakami w bujne włosy na głowie. Gdy nas zobaczył wyszczerzył śnieżnobiałe zęby i zaśmiał się dudniącym głosem.

35


- Znalazłem ich są na peronie trzecim – powiedział do komórki po czym zakończył połączenie i schował telefon do kieszeni. - Zdurniałeś Markiewicz? Mogłem cię zabić – odezwał się pierwszy Alfred. – Wiesz, że ćwiczę karate, jeden cios – jedna śmierć. - Alf to ty?! – Adam znowu zaśmiał sie serdecznie. - Nie poznałbym cię przez te kudły, zarosłeś jakbyś się nie strzygł jak jakiś asceta z lasu – poczochrał Kamińskiego po głowie jak małego chłopca. - Tylko bez takich. - Karateka wielki, haha. Czemu tu czekacie? Przecież pociąg z Piły już dawno przyjechał. Szukaliśmy was na pero… - Mów lepiej co z tą niespodzianką – zaczął bez ceregieli Alf. Prawdę mówiąc i mnie ciekawiło co było, aż tak ważne, że Adam pofatygował się do Szczecina. - Najpierw musze wam kogoś przedstawić. Staliśmy w ciszy przez minutę. Potem dwie I jeszcze trzy kolejne. - I? – przerwał Kamiński, który przez cały czas tupał ze zniecierpliwienia stopą. - Już, zaraz tu będzie. Pod tym względem pasujemy do siebie – uśmiechnął się młodzieniec, a my przytakująco pokiwaliśmy głowami. W tej samej chwili na plecy naszego wielkiego kolegi skoczyła piękna dziewczyna, o krótko ściętych, postrzępionych włosach w kolorze dojrzałego kłosa. Roześmiana pocałowała Adama we włochaty policzek. Gdy skończyła, figlarnymi oczami spojrzała na nas. - To ci twoi przyjaciele? Cześć jestem Felicyta. - Czy to czasem nie od łacińskiego felicitas? Co znaczyło – chwilę pogrzebałem w pamięci. - Szczęśliwość albo błogosławieństwo? Porażona moją wiedzą otworzyła usta w kształt litery „O”, jednak Alf nie pozwolił mi napawać się wrażeniem jakie zrobiłem na dziewczynie. Już miałem pocałować nastolatkę w dłoń gdy złapał mnie za rękaw koszuli. - Albo znaczyło Zyta, więc nie mądrz się i nie popisuj się swoja „wiedzą”. – lekko uniósł lewy kącik ust co było u niego zapowiedzią szeregu złośliwych komentarzy. - Zaczyna się – westchnąłem, a Adam zaśmiał się wiedząc już co zaraz nastąpi. – Jeden semestr łaciny na filologii i już jesteś specem od etymologii imion? Pewnie to jedyne słówko, które zapamiętałeś, a ty… - wycelował palcem w młodzieńca, na którym wciąż wisiała jego wybranka. – Jak chciałeś się pochwalić swoją nową dziewoją, wystarczyło dodać mnie na Fejsie do znajomych. Umiem przeglądać zdjęcia. Felicyta zgromiła Alfreda spojrzeniem. - Nie lubię go – powiedziała jak mała dziewczynka wtulając główkę w bark Adama. - Nie fatygowałem się tutaj taki kawał tylko po to żebyś mnie lubiła. Wielka mi niespodzianka… marudził jak dziecko, któremu popsuł się samochodzik zabawka.

36


- Adaś mówił wam już o ślubie? – zapytała nastolatka zupełnie nie przejmując się zrzędzącym chłopakiem. Obaj wydaliśmy z siebie długie i przeciągłe „CCCOOOOO?!” - Gratuluję! – powiedziałem. - Zdurniałeś?! – stwierdził Alfred. - Teraz naprawdę już go nie lubię – Felicyta wydęła policzki, wyglądając przy tym niczym księżyc w pełni. Przez cały czas miałem jednak wrażenie, że za tym wszystkim kryje się coś jeszcze. - I tylko po to przyjechałeś? – zapytałem wielkiego kolegę. - Nooo, nie do końca – kręcił jak student odpowiadający przed wykładowcą. – Właściwie to… sam nie wiem od czego zacząć… - Dobra skończ się jąkać i chodźmy coś zjeść bo konam z głodu – przerwał katorgę Adama Alfred. – Obok archikatedry św. Jana jest dobry bar z chińskim żarciem. Tam uczcimy nieroztropność naszego przyjaciela, a wszystko na koszt Sylwka. - Chyba zgłupiałeś do reszty. Ty płacisz połowę cwaniaku – odrzekłem. - Co?! Ja nie kazałem mu się żenić! - Ja też nie! Opuszczając dworzec obejrzałem się przez ramię, cały czas miałem wrażenie, że ktoś z tłumu stale nas obserwuje. Nie myliłem się. Pięcioprzęsłowy budynek nie zachwycał. Trzy nawowy na planie prostokąta z zewnątrz przypominał zwykły sześcian z dwoma niskimi wieżyczkami flankującymi wejście. Główną atrakcją budynku był jego wiek datowany na X wiek. - Jest cudowna! – zaszczebiotała Felicyta. Miała piękny głos, trochę zazdrościłem brodatemu koledze że udało mu sie upolować tak śliczną partię. Przy jednej z przypór1 zauważyliśmy grupkę młodzieńców, wyglądających na studentów architektury. Nikt inny nie rysowałby z takim zapałem szkiców budowli i klął przy tym pod nosem nie gorzej niż szewc. Alfred podniósł dłoń, z której zrobił daszek osłaniający oczy i wytężył oczy. - Niemożliwe – powiedział do siebie, po czym puścił się pędem do jednego ze studentów. – Witek ty stary psie! Ty tutaj! Chłopak poprawił okulary na nosie i przyjrzał sie osobie, która złapała go za oba ramiona. Zaskoczony przeczesał ręką postawione na jeża włosy. - Jaki ten świat mały – odpowiedział. Gdy wszyscy zbliżyliśmy się do studenta Alfred zaczął tłumaczyć.

stanowi ważny element chroniący ścianę przed parciem wewnętrznego łęku Lu węzła sklepienia, a zarazem rozszerzając się schodkowo lub pochyło ku dołowi dodaje budowli masywności.

37


- To Witold Nowicki mój serdeczny kolega ze studiów. Razem walczyliśmy z frajerstwem na architekturze, ale po zdobyciu tytułu inżyniera nasze drogi się rozeszły. Co tutaj robisz? – Kamiński walnął młodzieńca w plecy tak mocno, że okulary prawie spadły mu na ziemię. - Przyjechałem tutaj rok temu na praktyki i tak już zostałem. Teraz pracuje w małym biurze projektowym i udało mi się załapać do konserwacji tego obiektu – wskazał ołówkiem na jedną z bocznych ścian kościoła. - Alfred wspominał o jakiejś kontrowersyjnej sprawie, o co chodzi? – zagaiła Felicyta uczepiona ramienia Adama. - Otóż widzicie… - Nowicki wziął głęboki wdech jak wykładowca, który ma zamiar zaraz wygłosić długi monolog. – Renowacja zabytków wbrew pozorom nie jest łatwą czynnością. Konserwatorzy muszą zmierzyć się z wieloma czynnikami, pomijając oczywiście tak „błahe” jak pieniądze, trzeba umieć oszukać czas i materiał. Czy dany materiał wytrzyma nasze działania? Czego użyć tak aby przykładowo nie zniszczyć gotyckich reliefów2 podczas konserwacji. Problem pojawia się także w trakcie wdrażania nowych pomysłów, Czy do romańskiej katedry, która nie miała praktycznie żadnych ozdób dodać gipsowe ozdoby, których w pierwotnym projekcie sprzed stuleci nie było? Czy to nie zniszczy harmonii budowli? Trzeba podjąć ważne decyzje czy architekt powinien tworzyć czy odtworzyć dzieło, jeśli wiecie co mam na myśli. Archikatedra św. Jana przykładowo pochodzi z końca X wieku, jak wiemy kamienna architektura, która panowała wtedy w Polsce była uboga w ozdoby, bardziej liczyła się bryła, która przypominała proste bryły geometryczne. A jednak, architekt-konserwator zdecydował się na ozdobienie bocznych ścian płaskorzeźbami, po jednej na przęsło. W oryginalnym projekcie tych reliefów oczywiście nie było. Czy to dobrze? Tego nie wiem, na pewno nie wszyscy zgadzają się w taką ingerencję w zabytki. Nasza mała grupka ma się zająć jedną z fasad i reliefami przedstawiającymi świętych męczenników. - Jaka grupa? – zaciekawił się Alfred. - Prócz mnie jest tutaj dwóch innych studentów i rzeźbiarz-konserwator, który nadzoruje to wszystko i którego nigdy nie ma. - Rozumiem… A co jest tam w tym namiocie? - A tam… Wszystkie szkice i wstępne projekty, rzeźby… - Ooo rzeźby! – weszła w pół zdania dziewczyna. – Możemy je zobaczyć jeszcze nigdy nie widziałam prawdziwej rzeźby. - Widocznie nigdy nie byłaś w muzeum – zauważył Kamiński, na co nastolatka pokazała mu język. – Jakby te rzeźby co już są u góry były sztuczne… - ostatnie zdanie powiedział do mnie i Adama. - Pewnie. Chodźcie tędy, pod tą płachtą jest wszystko – Witold zachęcił nas ręką i wprowadził do wielkiego białego namiotu, zupełnie takiego samego jaki rozkłada policja na miejscu zbrodni. – Wchodźcie śmiało, tylko nic nie porozwalajcie. Na stołach leżało mnóstwo wspaniałych odręcznie narysowanych szkiców z propozycją renowacji i umiejscowieniem płaskorzeźb. Na kilku kartkach A2 narysowane były kolejne fragmenty reliefu z wizerunkami nowych świętych. Największy stół zajmowały kobiece głowy w

relief – kompozycja rzeźbiarska, która zależnie od stopnia wypukłości dzieli się na: r. płaski, r. wypukły, r. wklęsły. Inaczej płaskorzeźba. 2

38


skali 1:1 odlane z gipsu. Zaciekawiony Adam zbliżył się do nich i z zainteresowaniem badał jedną z nich. Właśnie miałem zrobić to samo gdy mój wzrok padł na rysunki różniące się od innych swymi kolorami. Wszystkie poprzednie prace były rysowane ołówkiem, cienkopisem, bądź piórkiem, dlatego gama ich kolorów zamykała się w odcieniach szarości lub czerni. Na tych dodana była karminowa czerwień. Szkice przedstawiały portal archikatedry - z dokładnie odwzorowanymi detalami - przed którym leżała kobieta, a właściwie jej ciało pozbawione głowy oraz wszystkich kończyn. Czerwona kałuża, w której leżała była hipnotyzująca na tyle, że trudno było mi oderwać od niej wzrok. Na marginesie ktoś czerwonym tuszem napisał ozdobną czcionką „B”. Materiał będący wejściem do namiotu wystrzelił do góry i przed nami ukazało się dwóch pozostałych studentów. - Witek co się tutaj dzieje – warknął najwyższy. – Kim są ci ludzie. Zapytany chłopak rozejrzał się po twarzach zebranych. - Jak mam być do końca szczery to nie wiem – poprawił okulary na nosie. – Znam tylko Alfreda i trochę kojarzę tamtego – wskazał palcem na mnie. – A pozostali to chyba jacyś ich znajomi. - Tu nie wolno wchodzić! Dobrze o tym wiesz, jak Mistrz się dowie urwie nam głowy. W namiocie zrobiło się zamieszanie prawie takie jak na dworcu i nim się spostrzegłem cała nasza piątka stała ściśnięta jak grupka pingwinów w mroźny dzień. - Przepraszamy, nie wiedzieliśmy chcieliśmy tylko zobaczyć rzeźby – nastolatka próbowała załagodzić atmosferę. - Cicho Felicyta – burknął Adam. Drugi ze studentów drgnął i głośno westchnął. - Dobra już dobra, nic się nie stało, ale musicie stąd wyjść. To zapomnimy o całej sprawie. - Chciałem tylko zapytać tam na stole widziałem… – zacząłem mówić, ale krwistych szkiców już nie było. - No co widziałeś? – przerwał ciszę wyższy student. - Nie już nic. - No to sio i nie przeszkadzajcie artystom w pracy. Po przebywaniu w namiocie słońce na zewnątrz było prawdziwie oślepiające. - Jeszcze raz przepraszamy – zaczęła nastolatka. Drugi niższe student uspokoił ją dłonią. - Nic się nie stało. O ile niczego nie zepsuliście – zaśmiał się donośnie. - A tak na serio to naprawdę nazywasz się Felicyta? - Tak? - Bez jaj jest takie imię? - A ty jak się nazywasz co? – odparła urażona dziewczyna. - Normalnie. Patkiewicz, a ten za mną to Malewski – wyższy student ukłonił się na dźwięk swojego nazwiska. - Dajcie juz spokój. Za dużo imion jak na jeden raz – Alfred wzruszył ramionami i machnął na to wszystko ręką.

39


- Nie przejmuj się – Patkiewicz uśmiechnął się. – Od tej chwili będzie ich do zapamiętania coraz mniej. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że student ma rację a kolejnego dnia nie dożyjemy wszyscy.

- Adam przestań bo dostaję gęsiej skórki – skrzywiła się Felicyta. - Poważnie? Przecież opowiada o waszym przyszłym ślubie – wtrącił żart Alfred. - Jak ja cię nie lubię… - Dobra mniejsza o was. – Adam podjął przerwaną opowieść. – Dopiero po tygodniu rozpoznali do kogo należały zwłoki. Bazylissa B. młoda dziewczyna jechała do koleżanki… marnie skończyła – mówiąc to przyglądał się kostkom lodu w pustej już szklance. - Czy ten Apostoł zabił kogoś jeszcze? Znaczy później – wtrąciłem. Ciekawiło mnie zakończenie historii, którego nie doczytałem na dworcu. - Tak. Jakieś dwa tygodnie później w jednej ze szczecińskich uliczek znaleziono spalone zwłoki dziewczyny. Były zwęglone do tego stopnia, że policja do dziś nie wie do kogo należą. Jedyną wskazówką jest breloczek z imieniem „Agata”, który leżał kilkadziesiąt centymetrów od ciała nastolatki. - To skąd wiadomo, że to robota tego Apostoła? – zauważył rezolutnie Alfred. - W zaciśniętych dłoniach znaleziono spopielone resztki jakiegoś przedmiotu, jednak wnioskując z pozostałości, które wtopiły się w ciało, bez dwóch zdań można stwierdzić, że był to krzyżyk. - Więc ofiary są religijne? Czy to morderca wsadza im te rzeczy do rąk? – zapytałem. - Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę słuchać o takich rzeczach o suchym psyku. Trzeba skoczyć po więcej alkoholu – Felicyta uderzyła ręką w stół i chwiejąc się zaczęła iść w stronę drzwi. – Idzie ktoś ze mną, czy puścicie kobietę samą? - Chodź tu i siadaj dziewczyno, jest druga w nocy, zresztą dość już wypiłaś – krzyknął Alfred. - Adam powiedz mu coś! – nastolatka szukała pomocy w swoim wybranka, który wywrócił oczyma i głośno westchnął. - Alf idź z nią proszę. Ona nie odpuści, a jest już naprawdę tak ciemno, że można by pomylić ją w tej ciemności z Sylwkiem. Nie wiem czemu tutaj nigdy nie palą się żadne lampy. - Czekaj Alf już z tobą idę – coś kazało mi iść z przyjacielem. Zupełnie jakbym przeczuwał nadciągające nieszczęście. - Wiecie, co już dobrze, Alfred zostanie z Felicytą, a ja z Sylwkiem na chwilę was opuścimy – Adam nałożył na siebie kurtkę. - Może być – odpowiedziałem i prawie łapiąc zająca dołączyłem do przyjaciela, co dla trzeźwego z boku pewnie musiało wyglądać komicznie Jeszcze na klatce schodowej słychać było krzyki kłótni dwójki, która została w mieszkaniu. Byłem zdziwiony, że jeszcze nie pobudzili połowy bloku, i że nikt nie zadzwonił po policję. Dopiero na dworze zapadła na moment cisza. Zaraz potem rozległy się cykania chrabąszczy, które najwyraźniej oswojone naszą obecnością nabrały odwagi. - Tych dwoje naprawdę się lubi – zachichotał Adam.

40


- Chyba tak – w głowie wyobraziłem sobie dantejskie sceny jakie teraz musiały odbywać się w salonie. – Po co tak naprawdę chciałeś się z nami zobaczyć? – wypaliłem. - Żebyście mi pomogli! – zatrzymał się i złapał mnie za ramiona. Przy jego wzroście musiałem wyglądać jak kukiełka. - Już raz rozwikłaliśmy zagadkę morderstwa w naszej szkole pamiętasz? I ty, i Alfred umiecie myśleć nieszablonowo, a ja muszę rozwiązać tę zagadkę, po prostu muszę! Cały czas gryzie mnie, że coś złego stanie się Felicycie – chłopak oparł zmęczoną głowę o dłoń. – To zaczęło się już w Pile. Dlatego stamtąd wyjechałem. - Nie martw się z Alfem jest bezpieczna… - Bezpieczna?! Co ty pleciesz! Ten morderca przybył tu za mną rozumiesz? Wynająłem te mieszkanie miesiąc temu – chyba jeszcze nigdy nie widziałem Markiewicza tak wzburzonego. - To znaczy? – nic nie rozumiałem, alkohol spowolnił moje myślenie. - Byliśmy tu z Felicytą miesiąc temu. W Szczecinie. - Dalej nic. - To wtedy zabito Bazylissę? – zapytał retorycznie. - Chcesz powiedzieć, że morderca przyjechał tutaj za wami pociągiem i zabił tę biedną dziewczynę? A teraz czeka na Felicytę? - Znasz inne wytłumaczenie? – twarz Adama ściągnęła się a oczy nabrały złowrogiego wyrazu, wyglądał jak szaleniec. Nagle złapał się za włosy i szarpnął nimi mocno jakby chciał się własnoręcznie oskalpować. – To wszystko jest jak jakiś zły sen, a ja się chcę obudzić! Tak bardzo się o nią martwię… - Raczej o siebie powinieneś się martwić – sam nie wiem czemu to powiedziałem. Wtedy nie wiedziałem, że niedługo będę tego żałował. – Wiesz co… lepiej wracajmy bo jeszcze naprawdę… Syrena policyjna przerwała mi w pół zdania. Mijające nas radiowozy musiały jechać ponad 100 km/h. - O mój Boże… - nawet w tej ciemności zdołałem zauważyć, że Adam trupio zbladł. Jednocześnie zaczęliśmy biec z całych sił, podświadomie przeczuwając niebezpieczeństwo i to co nas spotka na miejscu. Przed klatką kłębił się tłum gapiów zwabionych kolorowymi kogutami na dachach aut. „Przecież to niemożliwe” pomyślałem. Opuściliśmy przyjaciół zaledwie pięć minut temu, co się mogło złego stać? Adam przepychał się przez ludzi, niczym buldożer, zupełnie nie zważając na okrzyki protestów. Pokonywaliśmy po cztery schodki na raz, a gdy w końcu znaleźliśmy się przed mieszkaniem, obojgu nam zmiękły nogi.

W środku kłębiło się od policjantów, pospiesznie zabezpieczających dowody zbrodni.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że słyszę muzykę. „I wake up, it's a bad dream, No one on my side,…”3 Znałem tę piosenkę… Kto ją włączył i dlaczego?

3

Piosenka zespołu Keane – „A Bad Dream”

41


- Wyłączcie to proszę! – krzyknąłem do policjantów, ale żadne z funkcjonariuszy nawet na mnie nie spojrzał, a co dopiero zareagował na moja prośbę. „I was fighting But I just feel too tired to be fighting, guess I'm not the fighting kind.…” Zauważyłem nogi Alfreda wystające z pokoju. Jakiś mężczyzna w niebieskim kostiumie ochronnym wszedł do pomieszczenia z moim przyjacielem. Jego kroki cicho pluskały gdy przechodził przez karminową kałużę krwi. Próbowałem przełknąć ślinę, ale gardło miałem suche na wiór. „Wouldn't mind it if you were by my side…” Upadłem na kolana, nie pamiętam aby kiedykolwiek w życiu chciało mi się aż tak płakać. Zacząłem szlochać jak dziecko. „But you're long gone, yeah you're long gone now.” Czułem się jakbym został na tym świecie zupełnie sam. Moje łzy kapały na karmazynowe ślady stóp mordercy. Wtedy zauważyłem leżący pod moją dłonią „upominek” od zabójcy. Antracytowy krzyżyk.

CDN.

Druga część opowiadania ukaże się w grudniowym numerze [2] 2012 grudzień BLACK WALL MAGAZINE

42


Smacznie, tanio i zdrowo >>MAGDALENA OCHRYMIUK I ŁUKASZ KOKOSZKA

„Nieustannie zastanawiamy się, co podać, czym zaskoczyć, jaką potrawą pocieszyć bliskich. Gotowanie i jedzenie zbliżają, inspirują i są zawsze idealnym pretekstem do spotkań i rozwoju życia towarzyskiego”.

wej) dwie porcje przyprawionego (wg gustu) schabu(o grubości ok 1cm). Danie można podać na wiele sposobów np. z ziemniakami puree, ryżem, frytkami itp. Dodatkowo podać np. z pomidorami i zieleninką dla dodania koloru.

ESKALOPKI W SOSIE KURKOWY

TILAPIA W SOSIE PESTO

Składniki:

2 kawałki schabu 100 g kurek ½ średniej cebuli Ok. 80 ml śmietanki 36% (ewentualnie 30%) Pieprz, sól, curry, masło

Składniki:

500 g tilapii 150 g ryżu Brokuł Kurkuma, Curry Pesto Masło

Sposób przygotowania: Kurki oczyścić dokładnie w zimnej wodzie i osuszyć. Na patelni rozpuszczamy masło, podsmażamy na złoto drobno posiekaną cebulkę. Kolejno dodajemy kurki (najlepiej jak najmniejsze) i wszystko razem smażymy. Po ok. 5 minutach dodajemy śmietankę, sól, pieprz do smaku i odrobinę curry do zmienienia koloru sosu na żółtawy. Czekamy aż sos się zredukuje(przy 30% może to potrwać dużej, więc ewentualnie można zrobić zaklepkę z odrobiną mąki) i zgęstnieje. W miedzy czasie smażymy na patelni(najlepiej grillo-

Sposób przygotowania: Ryż zalewamy zimną wodą pół godziny wcześniej. Na patelnię dodajemy trochę masła i podsmażamy na nim

43


kurkumę lub curry (co kto ma), następnie dodajemy wcześniej moczony ryż i mieszamy aż się „ zafarbuje”. Po czym zalewamy wodą w proporcjach 2:1 i gotujemy. Rybę przyprawiamy solą i pieprzem, obtaczamy w mące i smażymy na oliwie na złoty kolor. Brokuły pokrojone w duże pierścienie gotujemy w osolonej wodzie (można dodać do wody troszeczkę masła). Ryż układamy na talerzu z otłuszczonej filiżanki (foremki). Rybą polewamy sosem pesto.

na patelni bez tłuszczu aż się zarumieni. Na duży talerz układamy na środku sałatkę. Na warzywach krewetki na przemian z kurczakiem. Wokół rozsypujemy grzanki. Sosem z krewetek polewamy całość lub podajemy obok w kieliszku (ma intensywny smak i zapach krewetek).

PUSZYSTY OMLET Z WKŁADKĄ

SAŁATKA Z KREWETKAMI I KURCZAKIEM

Składniki:

Składniki:        

1 średnia cebula 5 jaj 20 dag szynki Dwa kabanosy/parówki Szczypiorek Pomidor 10 dag sera żółtego Pieprz, sól, odrobina tłuszczu do smażenia Sposób przygotowania:

10 sztuk krewetek królewskich 250 g piersi z kurczaka Czosnek Masło Pomidor ½ ogórka długiego Sałata rzymska/lodowa Słonecznik łuskany Jogurt naturalny Majonez Bazylia

Oddzielić żółtka od białek. Białko ubić na pianę, a żółtka rozmieszać z pieprzem i solą. Na patelni podsmażyć pokrojoną w kostkę lub paski szynkę (jeśli dość tłusta to nie dodawać już oleju) i po ok. 1-2 min. dodać drobno posiekaną cebulę. Gdy cebula będzie miała już złocisty kolor, wlewamy żółtka do białka i delikatnie mieszamy by nie stracić konsystencji pianki. Jajka wlewamy na patelnie i należy od razu rozmieszać by cebulka i szynka rozeszły się po całej grubości omleta. Kolejno na wierzch posypujemy startym żółtym serem. Smażyć na małym ogniu i gdy omlet będzie dość sztywny obracamy na drugą stronę. W międzyczasie kabanosy podgrzewamy w piecyku/na patelni. Usmażony omlet dzielimy na pół w dowolny sposób ( np. zygzakiem) i układamy na talerzu, po czym zawijamy wkładając do środka ciepłego kabanosa. Całość ozdabiamy/ posypujemy pokrojonym w paski/ kostkę pomidorami i szczypiorkiem.

Bagietka Sposób przygotowania: Sałatę rwiemy na kawałki, a resztę warzyw kroimy w kostkę. Wszystko mieszamy razem z odrobiną słonecznika w misce. Jogurt (2-4 łyżki), majonez (1-2 łyżki), 2-3 ząbki czosnku mieszamy razem, dodajemy roztartą w rękach bazylię. Pieprz i sól do smaku. Sos dodajemy do warzyw i wszystko razem dokładnie mieszamy. Pierś z kurczaka kroimy na kawałki średniej wielkości i doprawiamy wg uznania. Podsmażamy na patelni. Obrane krewetki wrzucamy na wcześniej rozgrzane na patelni masło (ok. 50g) z czosnkiem (czosnek musi puścić smak zanim dodamy krewetki). Smażymy około 3 minut mieszając aż kolor krewetek będzie wpadał w czerwień. Na koniec dodajemy 50ml wytrawnego lub półwytrawnego białego wina i czekamy aż alkohol wyparuje, a sos stanie się klarowny i gęstszy. Bagietkę pokrojoną w kostkę należy podsmażyć

44


Są takie rzeczy,

za którymi tęsknisz

Za którymi tęsknisz

oddałbyś wiele

Ukryte gdzieś wśród miliardów liter

aby dzisiaj je spełnić

A każda krzyczy o bólu egzystencji

oddałbyś serce, czas i pieniądz

Kiedy smutkiem myśli są przybite?

pytanie tylko czy one coś zmienią?

Jedni wciąż marzą o rodzinnym domu

Może warto zacząć od siebie,

Drudzy o cieple czyjegoś serca

Chwycić w dłonie nowy dzień

Inni swe smutki topią w alkoholu

Smutki zakopać w czarnej glebie

dla nich czas istnieć już przestał

Niech nasze serca znów napędza krew

Są takie rzeczy,

JAROSŁAW PENDZIWIATER

BLACK WALL MAGAZINE redaktor naczelny:

Kamil Rodziewicz

art director:

Dominik Kondziołka

redakcja:

Łukasz Kokoszka, Dominik Kondziołka, Magdalena Ochrymiuk, Iga Ranoszek, Eryk Sławiński, Monika Szoda, Bartosz Zasieczny

współpraca:

Kinga Dziadosz

fotograf:

Agata Sorbian

45


46


BLACK WALL MAGAZINE