Page 1

1


SPIS TREŚCI

2


[10] 2013 GRUDZIEŃ

30 REKLAMUJĄC SKANDALE

Redaktor naczelny & Creative direktor KAMIL RODZIEWICZ black.wall.magazine@gmail.com

12

POJAWIAM SIĘ I ZNIKAM

32

Grafik: DOMINIK KONDZIOŁKA

„CZYLI SYNDROM MR BIGA”

XIX GALA MODA&STYL

13

„RELACJA Z JEDNEGO Z NAJWIĘKSZYCH WYDARZEŃ MODOWYCH W POLSKACE”

Redakcja: AGNIESZKA JÄCKEL, CLUADIA KARWACKA, TOMASZ REPETA, MONIKA SZODA, BARTOSZ ZASIECZNY Współpraca: NINA OLEJNICZAK, KAROLINA JAKUBIEL, AGATA KUCHARCZYK, ANNA KRĘPCZYŃSKA, MARTA POŁCHOWSKA, REMIGIUSZ SZUREK Fotograf: EDYTA BARTKIEWICZ, BARTOSZ KLIMASIŃSKI, BARTOSZ WOJCIECHOWSKI, Korekta: KAROL NOWAKOWSKI

Welcome to the Jungle

„TOP 5 MODOWYCH SKANDALI”

NIKOTYNOWA PIĘKNOŚĆ „KOBIETA A PAPIEROS – RÓŻNICE I PODOBIEŃSTWA”

14 MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

„IDEA ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA I PREZENTÓW”

„CZY ONA W OGÓLE ISTNIEJE?”

35 TRADYCJE WIGILIJNE

15 KOBIETA MNIE PODRYWA

„CZY JESTEŚMY PRZESĄDNYM NARODEM”

„KOBIETY PRZEJMUJĄ INICJATYWĘ”

37 RECEPTA NA SZCZĘŚCIE

16 FACEBÓG WYZNACZA RZECZYWISTOŚĆ „CZY FACEBOOK STAŁ SIĘ NASZYM PRZEKLEŃSTWEM?”

17 MŁODZIEŻ NARKOPOLSKA „NARKOTYKI SĄ DOBRE … DLA IDIOTÓW!”

„SZCZĘŚLIWI „OT TAK” PO PROSTU”

44 OPOWIADANIE „TO BYŁ NASZ OSTATNI DZIEŃ”

46 JAZDA KULTURALNA „RECENZJE: KSIĄŻKA I CD”

60

26 TRIKI MAKIJAŻU „JAK ZROBIĆ MAKIJAŻ DZIENNY?” PHOTO: EDYTA BARTKIEWICZ MODEL: MAJA/ D'VISION STYLIST: ANNA LEWANDOWSKA, KAROLINA KORKUĆ MAKE-UP AND HAIR: KAROLINA KORKUĆ DESIGNERS: KAROLINA KORKUĆ AND IGA TOMASZEWSKA MIEJSCE SESJI: WARSZAWSKIE ZOO

34 BOŻE NARODZENIE

28 KOSMETYCZNE POMYSŁY NA DROBNE PREZENTY ŚWIĄTECZNE „3 KLUCZOWE ZASADY, KTÓRYMI POWINNIŚMY SIĘ KIEROWAĆ PRZY WYBORZE PREZENTU”

3

ROK 2013 W MUZYCZNEJ PIGUŁCE


4


5


6


7


8


9


PHOTO: BARTOSZ

KLIMASIŃSKI WEBISTE: WWW.FELIZ.PL MODEL: ANIA B./UNCOVERMODELS MAKE-UP: MAŁGORZATA MARKOWIAK WWW.MARGO-WIZAZ.PL DESIGNERS: SYLWIA ROMANIUK SYLWIAROMANIUK.COM

10


11


LIFESTYLE

Pojawiam się i znikam, czyli Syndrom MR BIGA NIE ZNAM KOBIETY, KTÓRA NIE OGLĄDAŁABY (CZY CHOCIAŻ NIE ZNAŁA) SEKSU W WIELKIM MIEŚCIE. NIE ZNAM TEŻ MĘŻCZYZNY, KTÓRY NIE NAZWAŁBY SARAH JESSIKI PARKER KOBIETĄ-KONIEM. ALE SARAH (A WŁAŚCIWIE TO KULTOWA CARRIE BRADSHAW) MIAŁA CHYBA POWAŻNIEJSZY PROBLEM NIŻ TEN, ŻE WYWOŁYWAŁA U NIEKTÓRYCH ZWIERZĘCE SKOJARZENIA. JAKA KOBIETA PCHA SIĘ W ZWIĄZEK Z FACETEM, KTÓRY MA GDZIEŚ JEJ UCZUCIA, BAWI SIĘ NIĄ, ROZKOCHUJE W SOBIE, A POTEM ZNIKA I… ZNÓW SIĘ POJAWIA? O DZIWO, SPORA CZĘŚĆ KOBIET MA SWOJĄ WŁASNĄ WERSJĘ BIGA. tekst: ANIA KRĘPCZYŃSKA http://co-nas-kreci.blog.pl

K

im jest Mr Big? To przystojny, bogaty i charyzmatyczny mężczyzna, za którym Carrie biega od pierwszego, aż do ostatniego odcinka. Czyli przez jakieś 10 lat. Rozstają się, by po jakimś czasie do siebie wrócić i znów się rozejść. W międzyczasie, ona napotyka na swej drodze kolejnych mężczyzn, a on się żeni, ale jego małżeństwo rozpada się, bo… Big nawiązuje romans z Carrie. W ich przypadku wszystko kończy się szczęśliwie, w końcu stają na ślubnym kobiercu, ale niemało

się wcześniej dziewczyna nacierpiała. Łącznie z tym, że raz ją przed ołtarzem zostawił. Mimo to, potrafiła wybaczyć i widząc go nie uciekała w popłochu, lecz w jednej chwili, była w stanie porzucić dla niego swoje dotychczasowe, idealne życie. A on był jak statek-widmo. Pojawiał się (namącił jej w głowie) i znikał.

C

o faceci w stylu Biga mają w sobie, że nie możemy się im oprzeć? Wiemy doskonale, że głębsza relacja nie przyniesie nam nic dobrego, ale mimo wszystko ciągnie nas do naszych eks. Oczywiście nie do wszystkich. Są rzeki, do których nie wchodzi się dwa razy, ale są też i takie, których nurtem znowu z przyjemnością popłyniemy i damy się porwać. Czemu tak jest? Żadna z nas tego do końca nie wie. Może to mityczne „to coś”, przez które tracimy głowę? Może to, że lubimy gonić za czymś, co jest nieosiągalne i przez to bardziej nas kręci? Można by powiedzieć – czysty masochizm. To tak, jakbyśmy się uzależniły od bólu i choćby zrobiono nam najgorsze świństwo, pozwalamy ranić się ponownie.

12

Jak widać, kobieca naiwność nie zna granic. Wciąż wierzymy, że kiedy kolejny raz spotkamy się z naszym Bigiem, on się zmieni, przejrzy na oczy, uświadomi sobie, że jesteśmy „tą jedyną”, miłością jego życia (nie zajmując mu to dekady, jak serialowemu bohaterowi) i wróci do nas. Niestety życie jest brutalne i zanim się obejrzymy, kolejny raz bijemy się w piersi, że znów byłyśmy dla niego tylko zabawką, którą odłożył na później i kiedyś wróci, by ponownie się pobawić.

W

dodatku, wiele wysiłku w to nie muszą wkładać. Wystarczy zwykłe spojrzenie, żeby rozpętać burzę. Oczywiście mamy świadomość, że pewnie znowu wszystko skończy się jak zawsze, ale głupie serce nie daje za wygraną. Tym sposobem pozwalamy się wykorzystywać super samcom, dbającym tylko o swoje potrzeby i pragnienia. Czekamy latami na kogoś, kto jest w stanie poświęcić dla nas jedynie parę chwil. I przywiązujemy się do mężczyzn, którzy za nic nie chcą się wiązać…


LIFESTYLE

Nikotynowa piękność Z KOBIETĄ JAK Z PIERWSZYM W ŻYCIU PAPIEROSEM . OD SAMEGO POCZĄTKU CIEKAWI, INTRYGUJE, POCIĄGA. WIADOMO, ZAKAZANY OWOC SMAKUJE NAJLEPIEJ, DLATEGO SMAKUJMY GO KĘS, PO KĘSIE. tekst: KAMIL RODZIEWICZ

K

iedy po raz pierwszy zapaliliśmy papierosa, to nie potrafiliśmy się nim od razu zaciągać. Fakt, niczego odkrywczego nie napisałem, ale do rzeczy. Wszystkiego człowiek musi się nauczyć, a jak to mówią, praktyka czyni mistrza. Im więcej papierosów wypalimy, tym z każdym kolejnym zaciągnięciem czerpać będziemy większą przyjemność z naszego uzależnienia. Analogiczna sytuacja zachodzi w relacjach damsko-męskich.

Jak sobie zapalisz tak się wyśpisz Gdy jako dorastający mężczyźni poznajemy kobietę, nie wiem jak się z nią obchodzić. Z czasem jednak, tak jak i z papierosem, stajemy się bardziej odważni, a chęć zgłębienia jej tajników rośnie. Dochodzimy do etapu, w którym wiemy czego chcemy i potrafimy się tym samym odwdzięczyć. Będąc uzależnionym, nie możemy myśleć o niczym innym niż o naszym nałogu. Wszystkie nerwy w naszym ciele krzyczą. Nasze zmysły szaleją, marzymy tylko o jednym. Chcemy po raz kolejny zanurzyć się w naszej nikotynowej piękności.

W

kraczając w dorosłe życie, papieros bezustannie tam towarzyszy. Poznajemy dzięki niemu nowych ludzi, miejsca, otwierają się przed nami nowe możliwości, o których nie mieliśmy dotychczas pojęcia. Podobno modna na palenie odchodzi w zapomnienie, ale moda na seks – NIGDY. Kiedy rozpocząłem swoją przygodę z nałogiem nikotynowym, paliłem L&M light’y. Z czasem chciałem spróbować czegoś innego i przerzuciłem się na blondwłose Marlboro. Z perspektywy czasu i upodobań wiem, że odpowiadają mi ciemnowłose L&M. Aby wiedzieć, jaka kobieta jest dla nas odpowiednia, należy szukać, poznawać i smakować paczkę po paczce, aż w końcu trafimy na tą właściwą. Blondynki, brunetki, szatynki, czy rude. Od koloru do wyboru dla każdego w zupełności wystarczy, i każdy znajdzie tę, której walory najbardziej mu odpowiadają. Pamiętajcie, w każdej kobiecie jest coś interesującego, co warto zgłębić. Każdą można się zaciągnąć i ulec jej nałogowi. Idąc do kiosku, aby kupić papierosy, kierujemy się upodobaniami i podejmujemy szybką, prostą i świadomą decyzję. Płacimy za paczkę, którą chcemy mieć. W

13

tym miejscu zaczynają się schody – nie te do nieba, lecz do piekła. Z kobietą, nie da się tak racjonalnie postępować. Nie można kierować się ogólnie przyjętymi regułami. Chcąc którąś zdobyć, trzeba za każdym razem przyjmować inną taktykę. Metoda małych kroczków, kontra ostra jazda. Niestety Panowie, mamy przechlapane. Aby móc ją wziąć należy się trochę nabiegać i nieźle napocić. Zacznijmy stopniowo, co nagle to po diable – wyjątek stanowi szybki, niezobowiązujący seks. Wszystkie chwyty dozwolone, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Kiedy przebijemy powłokę niedostępności, będziemy mogli w końcu zapalić i móc się zaciągnąć. Gra warta świeczniki, czy raczej zapalniczki.

I

stnieją różne rodzaje uzależnień. Nie należy wszystkiego wrzucać do jednego wora i potępiać. Fakt, bycie uzależnionym nie skutkuje niczym dobrym, choć jak od wszystkiego, tak i tu zdarzają się wyjątki. Nie wszystko jest czarne albo białe. Nie każdy nałóg powoduje u nas aż tak poważne uszczerbki na zdrowiu. Nikt nie powiedział, że życie jest proste, dlatego sami musimy się hartować i rozsądnie wybierać nałogi. A poza tym, kto palaczowi zabroni się zaciągać?


MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO..

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA DOPADA NAS W NAJMNIEJ OCZEKIWANYM MOMENCIE. JEDNI MÓWIĄ, ŻE TO MIT, DRUDZY TWIERDZĄ, ŻE ISTNIEJE I MAJĄ NAWET NA TO DOWODY. CHYBA PÓKI SAMI TEGO NIE DOŚWIADCZYMY, NIE PRZEKONAMY SIĘ, JAK JEST NAPRAWDĘ. „NIE ISTNIEJE MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA, OD PIERWSZEGO WEJRZENIA MOŻE SIĘ OBUDZIĆ TYLKO POŻĄDANIE”, JAK POWIEDZIAŁ PIERRE LA MURE. NO WŁAŚNIE… A MOŻE TO TYLKO ZAUROCZENIE NASZYM WYGLĄDEM, POCIĄG FIZYCZNY? JAK WYTŁUMACZYĆ TO NIEZWYKŁE ZJAWISKO? tekst: ANIA KRĘPCZYŃSKA http://co-nas-kreci.blog.pl

W

1997 roku CBOS przeprowadził badania m.in. na ten temat i 52% ankietowanych opowiedziało, że jest przekonana o istnieniu romantycznej, „porażającej” miłości. Tylko dwie piąte badanych odniosło się do tego sceptycznie i uznało, że coś takiego nie jest możliwe. Ale już osiem lat później, liczba ankietowanych wierzących w miłość od pierwszego wejrzenia wzrosła do 62%, a 30% wyrażało tę opinię w sposób zdecydowany. Tylko jedna trzecia przebadanych odpowiedziała na „nie”, przy czym zdecydowany brak wiary w możliwość ekspresowego zakochania się, deklarował co dziewiąty Polak

(11%). Tak jak 16 lat nie miało znaczenia, czy więcej kobiet, czy mężczyzn w nią wierzy, tak teraz bardziej skłaniają się ku niej panie.

Liczby nie kłamią – Polacy wierzą w miłość od pierwszego wejrzenia. Ale czy istnieje naprawdę? My znamy ją głównie z hollywoodzkich produkcji filmowych. Ona piękna, on przystojny. Wpadają na siebie w jakiejś zwyczajnej sytuacji, patrzą głęboko w oczy i wystarczy sekunda, by wiedzieli, że są sobie przeznaczeni (choć żadne z nich nie wypowiada ani słowa) i mimo przeciwności losu, kiedyś znów na siebie wpadną i będą razem. W prawdziwym życiu prawdopodobieństwo, że czegoś takiego doświadczymy, jest chyba mniejsze niż trafienie szóstki w Totka.

A

nalitycy twarzy człowieka twierdzą, że zakochujemy się w kimś, kierując się trzema cechami. Właśnie fizycznymi. Wybieramy partnera na podobieństwa, kogoś zbliżonego do nas, naszego wyglądu i stylu

14

(mityczna „druga połowa”?) oraz według znanych rysów, które nam przypominają jakiegoś bliskiego, a tym samym, łatwiej nam tej osobie zaufać. Ważny jest też kontakt wzrokowy, im dłuższy i intensywniejszy, tym szansa na wpadnięcie w sidła miłości większa. Nawet jeśli spodoba nam się ktoś na przystanku/ w sklepie/ na uczelni, to czy można nazwać to miłością? W przeciągu paru sekund możemy ocenić kogoś tylko po jego wyglądzie i „zakochujemy się” na podstawie optycznego wrażenia. Nie wiemy, jaki ktoś ma charakter, kim jest, jakiej muzyki słucha i co je na śniadanie. Kierujemy się (zwykle) ładnym obrazkiem. To tak naprawdę zauroczenie, które być może przerodzi się w tę właściwą miłość, ale nie musi tak też być. Nie możemy mylić miłości od pierwszego wejrzenia z pociągiem fizycznym, czy pożądaniem. To, że ulegliśmy czyjemuś urokowi osobistemu, nie czyni z tego prawdziwego uczucia. To pewne – tęsknimy za wielką, romantyczną miłością. Nie dajmy się jednak ponieść emocjom i nie


SZTYKA PODRYWANIA wierzmy tylko w to, co widzimy. Często tracimy kontrolę i zbyt szybko się angażując, układamy w głowie daleko idące w przyszłość scenariusze u boku tej osoby, a zapominamy o tym, że miłość wymaga ciągłej pracy i pielęgnacji. A to, na co szybko się „napalamy” może równie szybko zgasnąć i czeka nas rozczarowanie. Zaślepieni „miłością” nie dostrzegamy negatywnych cech tej osoby, albo co gorsza – ktoś nie odwzajemnia naszego uczucia. A na miłość od pierwszego wejrzenia, jak na ironię, najbardziej podatni są single, osoby w nieudanych związkach lub niedawno porzucone. Zawód miłosny gotowy. I biadolenie potem na cały ród męski/damski. Bo przecież „wszyscy są tacy sami!”. Ile badań i ankiet nie byłoby przeprowadzonych, miłości nie da się do końca jej poznać. Żaden naukowiec nie jest w stanie zajrzeć nam do serca i powiedzieć, co tak naprawdę czujemy. Jeden związek zacznie się od przyjaźni, drugi od wspólnie spędzonej nocy, trzeci być może od pierwszego wejrzenia.

N

a miłość nie ma reguły. Tylko od nas zależy, czy uczucie, jakie towarzyszy nam przy pierwszym spotkaniu i czasem jedynie wymianie spojrzeń, zamieni się w coś poważnego, co będziemy mogli bez żadnych wątpliwości nazwać miłością, czy stanie się tylko przelotną znajomością… Miłość od pierwszego Wejrzenia Wisława Szymborska „…Były znaki, sygnały, cóż z tego, że nieczytelne. Może trzy lata temu albo w zeszły wtorek pewien listek przefrunął z ramienia na ramię? Było coś zgubionego i podniesionego. Kto wie, czy już nie piłka w zaroślach dzieciństwa?...”

Kobieta

czekając, aż to oni zrobią pierwszy krok.

mnie… podrywa!

mawiano nam przez lata, że to facet zawsze wychodzi z inicjatywą. Do dziś słyszę słowa: „Poczekaj, przetrzymaj go trochę. Będziesz niedostępna, staniesz się wyzwaniem, sam do ciebie przyjdzie”. Dziś w prasie kobiecej widzę hasła: „Atakuj! Nie czekaj!”, czy „Jak zdobyć faceta marzeń w pięć minut – 15 prostych trików”. Oczywiście, nie jest też tak, że nagle wszystkie kobiety stały się zagorzałymi indywidualistkami, porzuciły dawne zwyczaje i same decydują o tym, z kim, jak i dlaczego. Ciągle istnieją takie, dla których ma ogromną wartość, że mężczyzna się o nie stara, chce się spotkać, czy zwyczajnie zacząć rozmowę. I to się ceni, że nadal są kobiety, które nie krzyczą głośno na każdym kroku: „Mam gdzieś zasady!”, „Sama o sobie decyduję”, albo „On będzie mój!”.

CZY KOBIECIE W DZISIEJSZYCH CZASACH WYPADA ZABIEGAĆ O MĘŻCZYZNĘ I WYJŚĆ PIERWSZEJ Z PROPOZYCJĄ SPOTKANIA, BĄDŹ W SYPIALNI? JAK MĘŻCZYŹNI ZAPATRUJĄ SIĘ NA DAMSKIE ZALOTY I CZY LUBIĄ, GDY TO ONE PRZEJMUJĄ STERY? CZY JEST JAKAŚ GRANICA, KTÓREJ NIE POWINNYŚMY PRZEKROCZYĆ, GDY CHCEMY PODBIĆ MĘSKIE SERCE? tekst: ANIA KRĘPCZYŃSKA http://co-nas-kreci.blog.pl

O

d wieków towarzyszy nam pogląd, że to mężczyzna powinien starać się i zabiegać o kobietę. W naszych głowach utrwalił się przede wszystkim obraz szlachetnego rycerza, który do końca walczył o serce ukochanej, wielbił ją i czcił oraz dbał o to, by czuła się szczęśliwa. A białogłowa, nie znając innego wzoru postępowania, potulnie godziła się na taki stan rzeczy. Potem pojawił się gentleman, czyli mężczyzna o dobrym, uprzejmym, wspaniałomyślnym i kurtuazyjnym zachowaniu. Ale czy w czasach, kiedy kobiety stają się coraz bardziej niezależne i panuje moda na feminizm, jest jeszcze miejsce dla prawdziwych gentlemanów i tego, by tylko mężczyźni mieli prawo do „ustalania zasad”? Kobiety też chcą mieć coś do powiedzenia i coraz częściej same wychodzą z propozycjami, np. spotkania, zagadują do facetów w autobusach i knajpach, zakładają konta na portalach randkowych, nie

15

W

Ale co zrobić, gdy niektórzy z mężczyzn są wstydliwi, kobiety ich onieśmielają lub sami nie wiedzą, czego chcą? Czasami bez impulsu ze strony dziewczyny nie potrafiliby sobie tego uświadomić. Lata nieudanych prób nauczyły ich, żeby rezygnować z wyśnionej kobiety, bo im bardziej cel im się podoba, tym większe ryzyko. A im większe ryzyko, tym potem kolejny zawód miłosny jest bardziej bolesny. Ale często chłopak nie odrzuca zalotów damskich, o ile kobieta nie jest bardzo nachalna, czy podoba mu się fizycznie. Wielu mówi, że to dla nich pewnego rodzaju nobilitacja, czują się podłechtani i doceniani. Nie chcą, by tylko oni odwalali „czarną robotę” i cieszy ich, gdy kobieta przejmuje stery. Panowie doskonale zdają sobie sprawę, że to głównie im wypada zainicjować znajomość i czują się w swoim żywiole, kiedy mogą wykazać inicjatywę. Ale jednocześnie lubią też kobiety pewne


CYBERPRZESTSZEŃ siebie, dążące do realizacji swoich celów oraz takie, które dadzą im pewien rodzaj niezależności i komfortu psychicznego.

FaceBÓG

W

rzeczywistość

edług statystyk, to panowie częściej inicjują intymne zbliżenia, ale i kobiety są coraz bardziej śmiałe w tej kwestii. Stały się odważne i nie boją się wyrażać swoich potrzeb. Zaproszenie do seksu to sygnał, że partnerowi zależy na budowaniu trwałości związku. Kto więc powinien go proponować? Nie ten, któremu „wypada”, ale ten, kto ma na to ochotę. Brak inicjatywy jednej ze stron może być odebrane jako przejaw rutyny, niezaangażowania, obojętności lub tego, że nam nie zależy – na partnerze i na związku. Aby relacja dobrze funkcjonowała, obie strony muszą równie mocno się starać i o siebie zabiegać. W obecnych czasach, gdy wszelkie zasady i reguły mocno się pozmieniały, coraz częściej to kobiety są siłą sprawczą wielu sytuacji. Co nie znaczy, że im nie zależy na staraniach mężczyzn. Wciąż chcą wiedzieć, że są dla kogoś ważne i lubią, gdy ktoś o nie walczy, ale równie silnie chcą mieć kontrolę nad własnym życiem i nie krępuje ich nawiązywanie kontaktu z mężczyznami. Mit faceta-zdobywcy (stworzony pewnie przez nas same), potrzebującego dominować w związku i udowadniać swej męskości, powoli odchodzi w niepamięć. Bo mężczyzna też chce odczuć, że komuś na nim zależy.

N

ajtrudniejszy pierwszy krok, ale jak już się go zrobi, to nieważne, kto go wykonał. Czasem warto zaryzykować, chociażby zagadać, czy uśmiechnąć się, by nie ominęło nas coś wyjątkowego. Chyba nie po to nasze prababcie walczyły o równouprawnienie, żeby teraz zastanawiać się, czy nam, kobietom, coś wypada lub nie wypada…

wyznacza

CHYBA NIE MA NIKOGO TAKIEGO, KTO NIE WIEDZIAŁBY O ISTNIENIU FACEBOOKA. BA, DZIŚ ZDECYDOWANA WIĘKSZOŚĆ POSIADA JUŻ NAWET PRYWATNE KONTA Z KTÓRYCH KORZYSTA REGULARNIE. DZIŚ DANE STATYSTYCZNE POKAZUJĄ, ŻE INTERNET JEST NIEODŁĄCZNYM ELEMENTEM ŻYCIA ZDECYDOWANEJ WIĘKSZOŚCI SPOŁECZEŃSTWA. A LICZY SIĘ, ŻE JUŻ OKOŁO 900 MILIONÓW AKTYWNYCH KONT ISTNIEJE NA FACEBOOKU. POTĘŻNY WYNIK- DLA PORÓWNANIA TAKA ILOŚĆ LUDZI ZAMIESZKUJE CAŁY KONTYNENT AFRYKAŃSKI- A WIĘC CAŁKIEM SPORO. PORTAL STWORZONY PRZEZ MARKA ZUCKERBERGA DOCIERA DO NIEMAL KAŻDEGO MIEJSCA NA ŚWIECIE I JAK KAŻDA RZECZ POSIADA SWOJE WADY I ZALETY. tekst: TOMASZ REPETA

Nie idę do kina, wolę posiedzieć na Facebooku

F

acebook już na tyle zadomowił się u niektórych użytkowników, że staje się bardziej atrakcyjny niż wyjście ze znajomymi, chociażby do kina. Stworzył się cyberprzestrzeń, w której jest niemal wszystko. Użytkownik podaje swoje dane personalne, systematycznie oznacza ważne wydarzenia z życia, poznaje nowych znajomych, aktualizuje zdjęcia i chwali

16

się tym, co fascynującego zrobił w ciągu ostatnich dni. Wszystko wydaje się być całkiem normalne, gdyby nie

Jestem chory na Facebooka

G

dyby oczywiście nie to, że wyodrębniła się grupa ludzi. którzy od portalu są najwyraźniej w świecie uzależnieni. Historia uzależnienia jest podobna do wszystkich innych. Zaczyna się od tego, że znajomi namawiają na założenie konta. Po czym powoli udostępnia się zdjęcia, aktualizuje informacje. Aż do momentu, kiedy o Facebooku myśli się nawet wtedy, kiedy jest się poza domem. Kiedy masz nieokiełznaną chęć sprawdzenia tego, czy jakiś znajomy nie skomentował Ci zdjęcia, a może ktoś się zaręczył itd. To wszystko wydaje się być banalne, aczkolwiek całkiem prawdziwe. Z badań wynika, że każdy z nas spędza na Facebooku średnio 8 godzin tygodniowo, co stanowi 416 godzin w ciągu roku. Nie pozostawia to złudzeń, że problem istnieje. Aktualnie taki stan rzeczy uznany jest jako uzależnienie, które należy leczyć. Z badań również wynika, że wszelkie portale społecznościowe są bardziej uzależniające niż papierosy czy alkohol.

Facebook jako idealny sposób na reklamę

M

imo całego szumu dookoła uzależnienia i wszystkich innych niebezpieczeństw Facebook niesie za sobą mnóstwo pozytywów. Nie da się ukryć tego, że przy tak


STOP NAROKOMANII dużej ilości użytkowników strona jest idealnym sposobem na reklamę dla osób publicznych, firm czy większych przedsiębiorstw. Tworząc fanpage jesteśmy w stanie na bieżąco zbierać nowych fanów, którzy dostają co jakiś czas informacje o nowych rozwiązaniach. Ponadto jest to idealny sposób na kontakt z ludźmi z którymi nie ma się kontaktu na co dzień. Dzięki temu możemy obserwować osobę, którą w rzeczywistości widzimy raz na ruski rok.

N

a chwilę obecną Facebook jest jednym z najpopularniejszych portali społecznościowych. Dzięki niemu można wiele zyskać, ale też dużo stracić. Wszystko wiąże się z odpowiednim korzystaniem i kontrolowaniem tego, co się robi i w jakim celu.

MŁODZIEŻ NARKOPOLSKA NA ŚWIECIE SZOKUJE MNÓSTWO RZECZY. CO CHWILĘ DOCHODZĄ DO NAS PRZERÓŻNE WIADOMOŚCI, KTÓRE WPRAWIAJĄ W OSŁUPIENIE. KILKA NUMERÓW WCZEŚNIEJ PORUSZAŁEM FENOMEN MOWY, KTÓRĄ POSŁUGUJE SIĘ MŁODZIEŻ, A DZIŚ PORUSZĘ DELIKATNY TEMAT, PONIEWAŻ NIEPOKOJĄ DANE DOTYCZĄCE ZAŻYWANIA NARKOTYKÓW WŚRÓD MŁODZIEŻY. tekst: TOMASZ REPETA

Czym jest narkomania?

N

ajprościej zawsze warto zajrzeć do encyklopedii i rozjaśnić sobie podstawę każdego zjawiska, z którym mamy do czynienia. W encyklope-

dycznym ujęciu pochodzi z greckiego narke – czyli odurzenie, mania albo szaleństwo. Jest to niezaprzeczalnie patologiczne zjawisko społeczne. Uzależnienie to spowodowane krótszym lub dłuższym zażywaniem leków (głównie przeciwbólowych środków narkotycznych) albo innych środków uzależniających (narkotyki, leki uspokajające i psychotropowe).Warto być świadomym tego, że narkomania prowadzi do poważnych zmian psychicznych pod postacią obniżenia uczuciowości wyższej, degradacji społecznej, zaburzeń krytycyzmu, osłabienia woli, kłamliwości. Często staje się przyczyną wejścia na drogę przestępczą. (portalwiedzy.onet.pl)

Polska młodzież coraz częściej sięga po narkotyki

D

ane udostępniane opinii publicznej są, co najmniej niepokojące. To właśnie Polska w Europie stała się zieloną wyspą w kwestii spożywania narkotyków wśród młodzieży. Dlaczego niepokojące? Dlatego, że o ile w Europie spożycie narkotyków spada to w Polsce wciąż rośnie i tendencja jest wzrostowa. Centrum Informacji o Narkotykach i Narkomaniipodają, że już co 3 nastolatek w wieku 1718 lat przyznaje się do zażycia marihuany albo haszyszu. Potwierdzeniem tego, że Polacy coraz częściej sięgają po narkotyki są dane Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii- do spożycia marihuany przyznaje się już uczeń w wieku 15-16 lat.

Dlaczego młodzież narkotyki?

J

zażywa

edną z najczęstszych przyczyn to nacisk rówieśników, co za tym idzie chęć dostosowani się do większości i nie odstawania od niej. U przyczyn zażywania narkotyków leżą również problemy emocjonalne z którymi nie

17

radzi sobie jakaś jednostka. Oprócz tego wszystkiego wielu ludzi mówi, że zażywa narkotyki tylko okazjonalnie, a zażywanie ich sprawia im po prostu przyjemność. Grunt w tym, że mnóstwo młodocianych nie jest w stanie kontrolować tego, kiedy zabawa nieoczekiwanie zamienia się w uzależnienie.Polska młodzież przoduje w Europie- w zażywaniu narkotyków, niestety Badania Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii z maja 2013 wskazują, że w Polska zajmuje czołowe miejsca w Europie pod względem zażywania ecstasy i marihuany. Aż 17,1 proc. młodych Polaków (brani pod uwagę byli ludzie w wieku15-34 lat) paliło marihuanę w ciągu 12 miesięcy od wykonywanego badania. Mało tego, dostęp do narkotyków w naszym kraju określany jest, jako łatwy. Co oznacza, że nielegalne substancje można załatwić w każdej chwili. Oprócz tego wszystkiego pojawia się mnóstwo nieznanych substancji, które określane są jako dopalacze.

M

iejmy nadzieję, że nasza młodzież jest świadoma skutków, jakie niesie za sobą spożywanie narkotyków i branie ich traktuje jako jednorazową przygodę.


18


19


20


21


22


23


FOTOGRAFIA

Welcome to the Jungle *** PHOTO: EDYTA BARTKIEWICZ WEBISTE: WWW. EDYTABARTKIEWICZ.CARBONMADE.COM FACEBOOK PAGE: E.BARTKIEWICZPHOTOGRAPHY MODEL: MAJA/ D'VISION

ANNA LEWANDOWSKA, KAROLINA KORKUĆ MAKE-UP AND HAIR: KAROLINA KORKUĆ DESIGNERS: KAROLINA KORKUĆ AND IGA TOMASZEWSKA STYLIST:

MIEJSCE SESJI: WARSZAWSKIE ZOO

24


25


URODA – TRIKI MAKIJAŻU

Jak zrobić makijaż dzienny? ADRIANNA PAWŁOCZISZ

RADZI

Przede wszystkim pielęgnacja skóry

N MAKIJAŻ DZIENNY JAK SAMA NAZWA WSKAZUJE JEST MAKIJAŻEM NA DZIEŃ – CZYLI M.IN. DO SZKOŁY LUB DO PRACY. Jaki powinien być zatem nasz make up za dnia?

S

ubtelny i delikatny, taki który ukryje nasze niedoskonałości a podkreśli walory twarzy. Taki, w którym będziemy się czuły komfortowo przez cały dzień, a wieczorem powiemy: „Wyglądam jakbym się dopiero pomalowała”.

Pokażę Wam jak dobrać kosmetyki, aby nie wydać za dużo i mieć wszystko, co potrzebne.

iezależnie od tego jaki makijaż chcemy wykonać, pierwszym krokiem do pięknego wyglądu jest zadbanie o to, aby nasza cera była promienna, zdrowa i młodsza niż by to wynikało z metryki. Tak my kobiety już mamy, że po tej przysłowiowej osiemnastce nader wszystko pragniemy zachować młodość, dlatego należy stosować peelingi, kremy i maseczki oczywiście odpowiednio dobrane do naszej cery. Podkład

P

odkład oczywiście musi być trwały i jednocześnie nie może być zbyt ciężki, aby nie tworzył efektu maski. Za pomocą podkładu (fluidu jak kto woli) wyrównujemy kolor naszej cery. Jeżeli chodzi o krycie, najbardziej polecam podkłady średnio kryjące, a w lecie przy ładnej cerze nawet lekko – taka konsystencja spokojnie wystarczy aby ładnie wyrównać koloryt cery. Jeżeli macie dużo niedoskonałości, wtedy lepiej sięgnąć po dobry korektor czy nawet kamuflaż, który ma większą trwałość i krycie (zakrywa nawet blizny). Stosujemy go wtedy punktowo nie obciążając przy tym skóry całej twarzy.

26

Przy doborze podkładu zwracajcie także uwagę na rodzaj waszej cery. Dla cer suchych najlepsze są podkłady lekkie, nawilżające, dodające blasku i promienności (nie zapomnijcie o nawilżającej bazie czy kremie). Przy cerze tłustej warto sięgnąć po fluid matujący czy podkład o przedłużonej trwałości, dobrze sprawdzają się podkłady o gęstszej konsystencji a także podkłady w sztyftach (tzw. sticki). Dla cer dojrzałych najlepsze są podkłady z formułami liftingującymi czy napinającymi. Panie o cerach dojrzałych powinny zwracać szczególną uwagę, aby podkład zbytnio nie wysuszał skóry – zwykle prowadzi to do podkreślenia zmarszczek. Dla Pań, które mają tzw. sińce pod oczami polecam specjalne korektory pod oczy. Ich konsystencja nie obciąża delikatnej skóry pod okiem a co ważne nie podkreśla zmarszczek. (Aplikacja: Podkład nakładamy palcami, zwilżoną gąbeczką lub pędzlem z włosia syntetycznego). Puder sypki – klucz do sukcesu Żaden podkład nie wytrzyma całego dnia, jeżeli nie nałożymy na niego pudru – jest to podstawa trwałego makijażu. Połączenie dobrej bazy z trwałym podkładem i utrwalenie tego odpowiednim pudrem sprawi, że ma-


URODA – TRIKI MAKIJAŻU kijaż utrzyma się cały dzień. Polecam pudry transparentne – nie nadają koloru Twojej twarzy, są przeźroczyste i dopasowują się do koloru podkładu. Dla problematycznych, bardzo tłustych cer polecam puder ryżowy na całą twarz lub tylko na strefę, która się szybciej świeci na tzw. strefę T – czoło – nos – broda. Puder ryżowy cechuje się silną adsorpcją sebum i wilgoci. Jest polecany dla cery tłustej i mieszanej. Panie z suchą skórą nie powinny sięgać po ten rodzaj kosmetyku. (Aplikacja: Puder sypki aplikujemy pędzlem z włosia naturalnego, najlepiej jeśli jest okrągły). Róż lub bronzer do policzków

A

by nasza twarz stała się idealna – należy jej nadać kształt owalu. W tym celu stosujemy bronzer, który jest trochę ciemniejszy od Waszego naturalnego kolorytu skóry. Należy przyjrzeć się w lustrze jaki kształt twarzy mamy, czy jest ona owalna, trójkątna, prostokątna.. i starać się trochę przyciemnić np. nasadę zbyt wysokiego czoła lub dół żuchwy, jeśli jest zbyt szeroka. Najbezpieczniejszym bronzerem mogą stać się dość popularne kulki brązujące. Mają w sobie różne odcienie: od beży do brązów i dzięki temu nie można ich „przedawkować”. Różem najbezpieczniej. Jeśli nie czujecie się na siłach, aby operować bronzerem, sięgnijcie po róż do policzków. Oczywiście kolorów „róży” jest mnóstwo, więc jak poradzić sobie z wyborem odpowiedniego koloru..? Najłatwiej i najszybciej spojrzeć sobie głęboko w oczy i przypatrzeć się kolorowi naszych tęczówek. Czy tęczówki są bardziej w kolorach jesiennych (zielenie, brązy, rdzawe kropeczki), czy raczej w kolorach z domieszką niebieskiego (niebieskie, szare, brunatne w kolorze kamienia)? Jeśli mają w sobie dużo złota to sięgnijcie po róż w kolorze brzoskwini, jeśli

Wasze tęczówki są w zimnych odcieniach, na pewno Wasze kości policzkowe będą dobrze wyglądały muśnięte kolorem chłodnej wiśni. To samo tyczy się doboru szminki lub błyszczyka. (Aplikacja: Róż i bronzer nakładamy za pomocą pędzla z naturalnego włosia ze ściętą końcówką. Dzięki takiemu zakończeniu róż będzie nałożony perfekcyjnie). Rozświetlacz

U

żyjcie np. satynowych jasnych cieni do rozświetlenia kącika oka i łuku pod brwią. Dzięki temu oko stanie się świetliste i nabierze uwodzicielskiego spojrzenia. (Aplikując rozświetlacz możemy użyć pacynki z cieni, pędzelka do nakładania cieni lub możemy zrobić to palcami). Brwi

Z

aakcentowane brwi nadają charakteru. kredka do brwi lub cienie do brwi podkreślą i wykonturują brwi. Dzięki temu oczy staną się wyraźniejsze i nabiorą uroku. (Aplikacja: Doskonały do malowania brwi jest pędzel do brwi ze ściętą końcówką - można również nim malować kreskę na oku)

aby nadać jej głębi. Panie o małych oczach mogą sobie pozwolić na wyjechanie ciemniejszym cieniem ponad powiekę ruchomą. Ważne jest, aby takie oko po pomalowaniu przypominało kształt migdała – a wszystkie linie były liniami liftingującymi czyli unoszącymi oko ku górze. Tusz do rzęs

W

ytuszuj rzęsy maskarą, można wybrać przedłużające lub podkręcające rzęsy. Usta

U

sta w makijażu dziennym powinny być w miarę stonowane, dla Pań o małych ustach polecam błyszczyki, dla Pań z dużymi ustami bardziej matowe pomadki. Kolory starajcie się dobierać do urody niż do ubrania. Dobrze wykonany makijaż dzienny to klucz do dobrego rozpoczęcia dnia. Czujemy się piękniejsze, młodsze, a co za tym idzie bardziej atrakcyjne. Pamiętajmy o zachowaniu umiaru we wszystkim.

Cienie do powiek

W

ybór kolorów jest dowolny, jednak do makijażu dziennego skłonna jestem polecić kolory ziemi brązy lub szarości. Dla Pań o ciepłych kolorach raczej te z palety ciepłych barw, dla Pań o zimnej kolorystyce skóry, te z zimnej palety barw. Najlepiej mieć podwójny lub poczwórny zestaw kolorystyczny – jasne cienie, średnie i ciemne. Panie, które mogą się poszczycić dużymi oczami mogą pomalować powiekę jasnym świetlistym cieniem, ciemniejszym kolorem musnąć linię rzęs i w załamaniu powieki,

27

Tu znajdziecie Adriannę: www.studioadria.pl www.maxmodels.pl/studioadria. html


URODA – KOSMETYKI

KOSMETYCZNE POMYSŁY NA DROBNY PREZENT ŚWIĄTECZNY MAMY GRUDZIEŃ, A TO OZNACZA TYLKO JEDNO – PREZENTY! MAM NADZIEJĘ, ŻE KAŻDY Z WAS BYŁ GRZECZNY W TYM ROKU I DOSTANIECIE TO, O CZYM MARZYŁ? W MOIM PRZYPADKU WIĘCEJ PRZYJEMNOŚCI SPRAWIA DAWANIE, ANIŻELI BRANIE. WIADOMO TAKŻE, ŻE GRUDZIEŃ TO MIESIĄC, KIEDY CHYBA KAŻDY MA MOCNO NADSZARPNIĘTY BUDŻET, DLATEGO W TYM NUMERZE PROPONUJĘ POMYSŁY NA ŚWIĄTECZNE POMYSŁY, KTÓRE NIE SPOWODUJĄ KONIECZNOŚCI ZACIĄGANIA KREDYTÓW. tekst: AGATA KUCHARCZYK believe-u-can.blogspot.com 3 zasady kluczowe zasady robienia prezentów Świątecznych – w kwadracie

P

rzy świątecznych zakupach dla moich bliskich kieruję się trzema złotymi zasadami. Słucham w ciągu roku, co dana osoba chciałaby otrzymać, co mogłoby jej się przydać i co lubi. To zdecydowanie pomaga i ułatwia sprawę podczas świątecznej gorączki. Drugie kryterium to praktyczność kupowanego prezentu. Muszę mieć pewność, że obdarowana osoba z chęcią skorzysta z prezentu. Ostatnia zasada to kupowanie rzeczy, które wiem, że prezentobiorca sam sobie nie kupi z różnych powodów. Zacznijmy od naszych kochanych mężczyzn. Nie jest tajemnicą, że nie lubią oni kosmetyków - nie-

koniecznie ucieszą się z kremu, przeciwzmarszczkowego, ale zawsze dobrym rozwiązaniem jest obdarowanie takiego delikwenta ulubionym zapachem. Tu przedział cenowy jest naprawdę ogromny, co akurat umożliwi nam dostosowanie go do własnych możliwości. Polecam szukać w internetowych perfumeriach czy popularnych drogeriach, gdzie dostaniemy najlepsze ceny. Ostatnio moim ulubionym miejscem, jeśli chodzi o kupno zapachów jest sklep Zara czy Massimo Dutti. Dostaniemy tam świetne, trwałe zapachy, inspirowane wysokopółkowymi perfumami w naprawdę dobrych cenach. Polecam zajrzeć! Pozostając w temacie zapachów to samo dotyczy także naszych pięknych pań, w każdym wieku. W tym roku moim osobistym hitem są mgiełki zapachowe marki Bath & Body Works. Ogrom zapachów do wyboru. Znajdziemy coś dla kobiet jak i nastolatek, w różnych pojemnościach. Niestety w Polsce występuje problem z ich znalezieniem. Jeśli macie okazję nabyć owemgiełki w warszawskim sklepie lub sprowadzić ze stanów to bardzo polecam. Każda maniaczka pięknych zapachów chce je wypróbować! W myśl zasady, że staram się kupować to, co osoba obdarowywana sama sobie niekoniecznie kupi, często stawiam na kremy do rąk z wyższej półki. To idealny pomysł na prezent dla mamy czy babci. W tym roku stawiam na limitowaną wersję otulającą marki Pat&Rub lub rozgrzewającą. To bomba dobroczynnych substancji pochodzenia naturalnego i ekologicznego. Są to kremy, z których dłonie Waszych ukochanych osób skorzystają na pewno! Dobrą alternatywą są także popularne na całym świecie kremy marki L’Occitane z masłem shea. Do wyboru także kilka pojemności,

28

co w sam raz wpasuje się w Wasz budżet.

M

acie w otoczeniu kobietę, która interesuje się kosmetykami? Dobrym pomysłem będzie obdarowanie ją czymś, co niekoniecznie znajdzie na polskich półkach, ale np. u naszych wschodnich sąsiadów już tak. Ostatnio rekordy popularności biją rosyjskie kosmetyki, które swoją ceną wcale nie odbiegają od naszych rodzimych produktów, a można je dostać w wielu drogeriach internetowych np. Kokardi, Skarby Syberii. Moim hitem są ich maski do włosów receptury Babuszki Agafii: jajeczna i drożdżowa. To wspaniały pomysł na prezent nie tylko dla włosomaniaczek, a do tego kusi budyniowym zapachem! WYMIENIONE KOSMETYKI:

W

ARTYKULE

1. ZARA – perfumy, około 50 zł 2. BATH&BODY WORKS – mgiełki zapachowe, od 20 zł 3. PAT&RUB, balsam do dłoni, od 34 zł 4. RECEPTURY BABUSZKI AGAFII – maski do włosów, od 14 zł 1.

2.

3.

4.


POLECAMY

29


SKANDALE

REKLAMUJĄC SKANDALE CZY CZYTELNIKÓW INTERESUJE PRAWDA CZY KŁAMSTWO? CZY NAPRAWDĘ SZUKAMY PIKANTNYCH PLOTEK? CZY TYLKO CZYTAMY TO, CO PODAJĄ NAM MEDIA? JESTEŚCIE PRUDERYJNI? ZAMYKACIE OCZY, USZY I USTA NA ODROBINKĘ KONTROWERSJI? CZY LUBICIE SKANDALE, SZALEŃSTWA I ŻYCIE NA KRAWĘDZI? CO OPINIĄ PUBLICZNĄ WSTRZĄSA NAJMOCNIEJ?

trzyć całą ochronę i przejść się po wybiegu?!

4.

Francuska edycja Vogue’a, opublikował sesję zdjęć z dziewczynkami, pozującymi w kobiecych makijażach, ubraniach i pozach. Przepiękne zdjęcia, które wepchnęły dzieci w sferę seksualności, w której w tym wieku na pewno nie powinny się znaleźć. Wkrótce po wybuchu skandalu Carine Roitfeld pożegnała się z fotelem naczelnej. Sama zrezygnowała czy ją zwolniono? Tego nigdy się nie dowiemy?

3.

Twórca niebotycznie wysokich i niebezpiecznie pięknych szpilek,

tekst: KAROLINA JAKUBIEL

ŚWIAT MODY

M

edialna kreacja wokół modelek, pokazów mody, projektantów. Życie, zarobki i romanse. Modelki albo są za chude albo za grube, chorują na anoreksję lub bulimię. Jedzą waciki i pół ogórka. Zażywają narkotyków, alkoholu i oczywiście sprzedają się starszym bogatym mężczyzną. Projektanci to homoseksualiści, tworzący ubrania dla kobiet przypominające wieszaki. Łamiący obyczajowość i konwenanse. Zarabiają miliony. O TO MOJE TOP 5 MODOWYCH SKANDALI

5.

Piękne blond włosa działaczki Femenu, które na paryskim Fashion Week pokazały w pełnej krasie swoje walory. Na nagich piersiach wypisały hasła: Fashion Dictaterror, Model don’t go to Brothel. Jak dwie kobietki mogły przechy-

30

które tak umiłowała Lady Gaga popełnił samobójstwo. Śmierć Aleksandara MaQueena była ogromnym ciosem dla całego świta mody. Jeden z najzdolniejszych projektantów, czterokrotnie tytułowany Najlepszym Brytyjskim Projektantem Mody, cierpiący na depresję i niemogący pogodzić się ze śmiercią bliskich osób postanowił skończyć swoje życie. Smutne, że nie zobaczymy, czego mógł jeszcze dokonać.

2.

TOP MODEL program telewizyjny, który szokował i przyprawiał o zawrót głowy - o zgrozo - co ty dzień. Obmacywanie, chamskie


komentarze, przedmiotowe traktowanie. Nikomu nie trzeba tego przypominać.

1.

Najświeższy skandal i dlatego znalazł się na czele tej list. Pokaz mody Macieja Zienia w kościele św. Augusta w Warszawie. Oczywiście związane z tym całe ceremonialne i mętne próby wytłumaczenia i ze strony projektanta i kurii. Obserwowałam z zapartym tchem cały ten medialny lincz na polskiego mistrza mody. Występujący w popularnym programie kulinarnym, często przebywającym na kanapach telewizji śniadaniowych zapomniał o tym, że dobry towar nie potrzebuje medialnej wrzawy. Czy tak lubianemu i cenionemu artyście potrzebne jest rozgrzeszenie?

T

o by było na tyle z moich ulubionych skandali modowych. Chcecie więcej? Już niebawem kolejna dawka ploteczek.

31


XIX GALA MODA&STYL

XIX Gala Moda&Styl MODOWE KOLEKCJE W NAJRÓŻNIEJSZYCH ODCIENIACH, NIEZWYKŁE WYSTĘPY MUZYCZNE TOMKA DOLSKIEGO I YASIRA MANZOOR – TAK W SKRÓCIE WYGLĄDAŁY NAJWAŻNIEJSZE ATRAKCJE XIX GALI MODA&STYL, KTÓRA ODBYŁA SIĘ 07 LISTOPADA B.R. W HALI ZDJĘCIOWEJ W WARSZAWIE. WIECZÓR POPROWADZIŁ CHARYZMATYCZNY MICHAŁ PIRÓG, NATOMIAST PRZY ROZDANIU STATUETEK TANCERZ OTRZYMAŁ WSPARCIE REDAKTORA NACZELNEGO TOMASZA RACZKA.

G

oście zaproszeni na galę mogli podziwiać aż 20 pokazów, w tym konkursowych i specjalnych.Wieczór rozpoczął się specjalnym pokazem kolekcji rajstop Levante i bielizny Esotiq, podczas którego zaprezentowana została lodówka SMEG ( Dom Bianco). Dużym zaskoczeniem dla widowni był moment, w którym z lodówki wyszła polska Top Model Anna Piszczałka. O statuetkę „&” („Enda”) rywalizowały firmy w kategorii „Moda Polska”: Jo.Mu Clothes, Just Unique, Mo.Ya Fashion, L'emi Atelier i Lola Fashion. W kategorii „Bielizna damska” wystąpiły: Ava Lingerie i Nipplex. W wybranych pokazach zaprezentowana została biżuteria Canley Jewellery. W pokazach specjalnych zobaczyliśmy kolekcję Marzeny Grzelińskiej, kolekcję niemieckiej marki odzieżowej Bonita oraz pokaz butiku Imperium z kolekcją Luisy Cera-

no. Swoją prezentację miały również marki galanteryjne m.in.: 3i (salon w Galerii Mokotów), Moreschi (jedyny salon w Poznaniu), a także obuwie sklepu internetowego vooi.pl. Dodatkowo w pokazach zobaczyliśmy okulary marki Carrera, Dior i Gucci. Część pierwszą Gali zamknął koncert uzdolnionego skrzypka Tomka Dolskiego, finalisty programu „MUST BE THE MUSIC”. Druga część programu rozpoczął się pokazem krakowskich projektantów Zbigniewa Fulary i Jarosława Żywczyka, następnie zobaczyliśmy bardzo męską kolekcję marki Lavard, w tym garnitury i casual. Pokaz kolekcji erotycznej markiAnais Apparel rozbudził zmysły gości, a zaraz po nim pokaz Olgi Passia. Chwilę później, by nieco odetchnąć od modowych pokazów, na scenie wystąpił norweski wokalista Yasir ” YM” Manzoor. W kolejnych pokazach specjalnych goście mogli zobaczyć luksusową bieliznę Piege, która dostępna jest tylko w salonach Lanoro, następnie pokaz torebek zaprojektowanych przez B. Wysocką z sukienkami Agnieszki Kawala-Surma. Wśród damskiej publiczności emocje sięgnęły zenitu kiedy na scenę wyszli panowie w bieliźnie Rossoporpora. Bardzo kolorowo zrobiło się przy pokazie czapek i obuwia Avanti Konieczko oraz kolekcji Folk Design Anety Larysy Knap. Na zakończenie pokazowej części Gali zobaczyliśmy bardzo seksowne, koronkowe sukienki projektantki Sylwii Romaniuk. Statuetki zaprojektował Mariusz Chrząstek, właściciel Gamma Art.

32

artysta

Statuetki zostały przyznane: 1. Kategoria „MARKA POLSKA” – JO.MU 2. Kategoria „POLSKI PRODUCENT BIELIZNY” - NIPPLEX 3. Nagroda specjalna magazynu MODA&STYL – SYLWIA ROMANIUK 4. Nagroda specjalna Mediów – AVANTI KONIECZKO & FOLK DESIGN 5. Nagroda Publiczności – LAVARD 6. Nagroda za wyjątkową kolekcję – MO.JA 7. Nagroda Pol- Mot Auto Autoryzowanego Salonu i Serwisu ŠKODA AUTO – LANORO

S

ponsorami głównymi Gali byli: Levante – producent włoskich, ekskluzywnych rajstop, Esotiq – marka doskonałej bielizny damskiej, ekspertów w brafittingu i Dom Bianco – przedsiębiorstwo reprezentujące na polskim rynku wybranych, renomowanych producentów urządzeń AGD do zabudowy: Smeg, okapów Faber, a także zlewozmywaków ceramicznych Villeroy&Boch oraz Duravit.

P

atronat medialny: Avangarda Magazine, Black Wall Magazine, Businesswomanlife.pl, Fashionmedia.pl, Flesik.pl, Glamourina.pl, Glow.pl, Humanoidy.com, Kobieta Mag, Kobietysukcesu.eu, Media Elite, Miasto Kobiet, Moda i Ja, Obcasy.pl, Pewna Pani, Przeambitni.com, Tour4You, Trendz.pl, Telewizja TVR, Veronique.pl, Videoportal.pl, magazyn VIP, Moda&Styl.


33


BOŻE NARODZENIE

Idea Św. Mikołaja i prezentów WBREW POZOROM, ŚWIĘTY MIKOŁAJ NIE OD ZAWSZE NOSIŁ CZERWONY STRÓJ, CZAPKĘ, BIAŁĄ DŁUGĄ BRODĘ, CZY WIELKI BRZUCH. NIE LATAŁ TEŻ SANIAMI ZAPRZĘGNIĘTYMI W RENIFERY. MIKOŁAJ, ZANIM ZOSTAŁ ŚWIĘTYM, BYŁ ZWYKŁYM MĘŻCZYZNĄ, JEDYNYM SYNEM SWOICH ZAMOŻNYCH RODZICÓW. URODZIŁ SIĘ OKOŁO 270 ROKU W PATRAS W GRECJI. ZAWSZE BYŁ BARDZO POBOŻNY I WRAŻLIWY NA LUDZKĄ KRZYWDĘ. AUTORYTETEM BYŁ DLA NIEGO JEGO WUJ BISKUP, OD KTÓREGO SAM PRZYJĄŁ ŚWIĘCENIA KAPŁAŃSKIE. tekst: MONIKA SZODA

P

omagał potrzebującym, co było o tyle łatwiejsze, że jego rodzice dysponowali znacznym majątkiem. Po ich śmierci chętnie dzielił się bogactwem z najbiedniejszymi. O jego czynach krążą legendy. Podobno zaopatrzył w posag trzy córki człowieka, który stracił swój majątek, dzięki czemu mogły one wyjść za mąż. Mikołaj wrzucił im przez okno domu mieszek ze złotem. Potem uczynił to jeszcze dwa razy, dlatego też często na obrazach przedstawiany jest z trzema mieszkami lub trzema złotymi kulami. Wybrany na biskupa Miry, podbił serca wiernych nie tylko miłością do swojego zawodu, lecz również

dbałością o ich potrzeby materialne. Cuda, które czynił, dostarczały mu wielkiego uwielbienia. Jedna z historii mówi o ocaleniu trzech mężczyzn od kary śmierci. Mikołaj udał się osobiście do Konstantynopola, do cesarza Konstantyna I Wielkiego, aby się za nimi wstawić i prosić o ułaskawienie. Według niego, ich czyny nie były adekwatne do kary. Kolejną z legend jest ta, w której biskup modlitwą ratuje rybaków w czasie gwałtownej burzy. Dzięki temu stał się również patronem marynarzy i rybaków. W innej historii, Mikołaj wskrzesza troje ludzi, którzy zostali zamordowani w furii przez hotelarza, gdyż nie mieli czym zapłacić należności. Przez całe swoje życie biskup dbał o dobro innych, bardziej niż o samego siebie i uczynił więcej dobrego, niż większość ludzi. Zmarł 6 grudnia między rokiem 345 a 352. Jego ciało zostało pochowane w Mirze, gdzie przetrwało do 1089 roku. 9 maja tego samego roku, ciało Mikołaja zostało przewiezione do włoskiego miasta Bari . 29 września 1089 roku papież Urban II uroczyście poświęcił jego grobowiec, postawiony w bazylice wystawionej ku jego czci.

34

W całym chrześcijańskim świecie św. Mikołaj miał tak wiele świątyń, że pewien pisarz średniowieczny pisze: "Gdybym miał tysiąc ust i tysiąc języków, nie byłbym zdolny zliczyć wszystkich kościołów, wzniesionych ku jego czci". W XIII wieku pojawił się zwyczaj rozdawania w szkołach pod patronatem św. Mikołaja stypendiów i zapomóg. W Polsce w chwili obecnej znajduje się 327 kościołów pod wezwaniem Świętego Mikołaja. Popularyzację wizerunku biskupa zawdzięczamy Holendrom. Był on patronem Amsterdamu i otaczano go tam szczególną czcią. Przedstawiany był jako stary człowiek w szatach biskupa, który jeździł na ośle. Od XVI wieku ukazywano go jak pływającego statkiem i jeżdżącego na białym koniu. W Holandii zapiski o celebrowaniu dnia 6 grudnia pochodzą już z XIV wieku, ale wtedy świętowali jedynie uczniowie oraz członkowie chóru kościelnego, którzy w związku ze świętem dostali kieszonkowe i mieli wolny dzień. Zwyczaj ten bardzo szybko został przejęty przez wszystkie grupy społeczne, a 6 grudnia 1804 roku urządzono pierwsze Mikołajki. Pierwsza wzmianka o tej tradycji w Polsce notowana jest na XVIII wiek. Już wtedy prezenty dosta-


BOŻE NARODZENIE wały tylko grzeczne dzieci. Były to jednak jabłka, orzechy lub drewniane krzyżyki. Z czasem odeszliśmy od wizerunku Świętego Mikołaja – Biskupa z Miry i zastąpiliśmy go zarumienionym, starszym panem z lekką nadwagą i słusznie wyglądającym mięśniem brzusznym. Wizerunek ten powstał w latach 30. ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych i przetrwał do dnia dzisiejszego.

T

ak oto powstał zwyczaj dzielenia się prezentami w dniu 6 grudnia, czyli dniu śmierci Świętego Mikołaja. Pamiętajmy jednak, że jest to dzień, którego głównym założeniem jest czynienie dobra i niesienie radości innym. DLA ZAINTERESOWANYCH ADRESY, POD KTÓRE MOŻNA WYSŁAĆ LIST DO ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA: Adres świętego Mikołaja w Laponii: Santa Claus Arctic Circle 96930 Rovaniemi Finlandia Adres świętego Mikołaja w Norwegii Julenissen’s Postkontor Torget 4 1440 Drobak Norwegia Julenissen i Norge 2500 Savalen Norwegia Adres świętego Mikołaja w Niemczech An den Weihnachtsmann Weihnacht postfiliale 16798 Himmelpfort Niemcy W Polsce również znajduje się biuro Świętego Mikołaja. Pomocnicy odpisują na każdy list z adresem zwrotnym. Biuro Listów Świętego Mikołaja Polska Wioska Świętego Mikołaja Przystanek Mikołajów 57-215 Srebrna Góra

TRADYCJE WIGILIJNE CZY JESTEŚMY PRZESĄDNYM NARODEM? BOŻE NARODZENIE JEST DLA WIELU LUDZI ULUBIONYM ŚWIĘTEM W ROKU. JEST ONO NAJBARDZIEJ UROCZYSTYM, RODZINNYM I WZRUSZAJĄCYM. MIMO, ŻE WEDŁUG KOŚCIOŁA TO WIELKANOC POWINNA ZAJMOWAĆ NAJWAŻNIEJSZE MIEJSCE, W SERCACH KATOLIKÓW TO WŁAŚNIE GRUDNIOWE ŚWIĘTA WIĘKSZOŚĆ Z NAS WSKAZUJE JAKO NUMER JEDEN. tekst: MONIKA SZODA KOLACJA WIGILIJNA

M

a charakter rodzinny. Zapraszani są na nią często również bliscy przyjaciele. Choinka – bez której nikt nie wyobraża sobie Świąt. Tradycja ta ma swój początek tysiące lat temu, kiedy to przystrajana była jabłkami mającymi symbolizować rajskie drzewo i płodność. Iglaste drzewko jest również symbolem życia i odradzania się. Na choince powinny się znaleźć aniołki, które mają chronić i opiekować się domownikami, łańcuchy, które wzmocnią więzy rodzinne, dzwoneczki niosące dobre nowiny i radosne wydarzenia, choinkowe lampki, które

35

mają chronić dom przed złymi mocami, odwrócić złe uroki i odpędzić nieżyczliwych ludzi, jabłka jako symbol rajskiego drzewa oraz gwiazdę betlejemską na czubku, która pomoże wrócić do domu z dalekich stron. Święty Mikołaj i prezenty – współczesną wizję Mikołaja wykreował w 1930 roku koncern Coca-Coli. Pierwotnie miał on symbolizować biskupa Mirry, który rozdawał drewniane zabawki maluchom oraz pieniądze najbiedniejszym. Na górnym Śląsku dzieci dostają prezenty od Dzieciątka, a w Wielkopolsce od Gwiazdora. 12 postnych potraw, które mają symbolizować 12 apostołów, którzy zasiedli razem z Jezusem do ostatniej wieczerzy oraz dwanaście miesięcy w roku. Na stole powinny się znaleźć ryby – symbol wolności, pojednania i odrodzenia; kapusta, która miała chronić od złego, zapewnić siły i przyciągnąć dostatek; groch, który ma gwarantować zdrowie i przyrost naturalny; fasola zapewniająca miłość i dostatek; grzyby mające zapewnić bezpieczeństwo i szczęście, były również uznawane za łącznik ze światem zmarłych; śliwki jako symbol długowieczności i pomyślności; orzechy symbolizujące mądrość, pojednanie i sprawiedliwość; mak, który uchodził za symbol płodności, zdrowia i nieśmiertelności oraz zapewniał dostatek i potomstwo; jabłka jako znak miłości, zgody i nieśmiertelności; miód – symbol radości i dostatku, odpędzający zło oraz buraki, które symbolizowały długie życie, urodę i powodzenie. Z tego powodu, to barszcz otwierał kolację wigilijną. Miał być dobrą wróżbą na przyszły rok. Biały obrus na stole, który ma symbolizować czystość i niewinność. Jest także wyrazem radości,


BOŻE NARODZENIE że narodził się Chrystus i świątecznego nastroju. W liturgii, kolor biały jest symbolem światła, chwały i czystości. Sianko pod obrusem, które ma przypominać o żłóbku, w którym urodził się mały Jezus oraz symbolizować ubóstwo.

Pasterka – odprawiana o północy i kończąca wieczór wigilijny. Upamiętnia ona przybycie do Betlejem pasterzy i złożenie przez nich hołdu nowonarodzonemu dzieciątku Jezus.

Zostawianie wolnego miejsca przy stole, zazwyczaj dla zbłąkanego wędrowca. Może również symbolizować osoby z rodziny, które nie mogą z nami zasiąść przy wigilijnym stole, jak również bliskich nam zmarłych. W Polsce Wigilia rozpoczyna się wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdy na pamiątkę Gwiazdy Betlejemskiej, którą ujrzeli Trzej Królowie, i za którą podążyli do żłóbka, ma ona również wskazać drogę do poznania Zbawiciela. Łamanie się opłatkiem jest momentem najważniejszym i najbardziej uroczystym. Najczęściej następuje po wysłuchaniu fragmentu Ewangelii. Wszyscy zgromadzeni składają sobie życzenia i przełamują się opłatkiem, wybaczając wszelkie urazy. Tradycja ta ma swoje korzenie w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Wówczas to na wigilijną mszę przynoszono do kościoła chleb, który poświęcano i którym się dzielono. Zabierano go też do domów dla chorych, czy tych, którzy z różnych powodów nie byli w kościele. PO WIECZERZY Śpiewanie kolęd, które jest przejawem radości z narodzin Pana. Zwierzęta mówiące ludzkim głosem o północy symbolizują zwierzynę, zwłaszcza bydło, które było obecne przy narodzinach Dzieciątka i w nagrodę otrzymało dar mówienia ludzkim głosem w noc wigilijną.

36


RECEPTA NA SZCZĘŚCIE

Szczęśliwi „ot tak”, po prostu tekst: CLAUDIA KARAWACKA

J

ak co roku, kiedy nadchodzi grudzień i spada pierwszy śnieg, a kolejki w sklepach wydają się nie mieć końca, wizja końca roku i początku nowego staje się praktycznie rzeczywistością. W okresie Świątecznym wielu z nas zastanawia się nad tym, jaki był ten ostatni rok i jaki będzie kolejny. Z każdym rokiem w naszym życiu wiele się dzieje. Poznajemy nowych ludzi, nowe miejsca, przeżywamy kolejne sukcesy i porażki, a co najważniejsze, to my sami się zmieniamy i zaczynamy odkrywać siebie, od nowa. Dzięki takim chwilom, możemy na spokojnie przewartościować swoje życie i prowadzić zmiany, na które jeszcze nie jest za późno. Może i niewiele się u nas pozmieniało od zeszłego roku - przyjaciele pozostali przy nas, niewiele zmieniło się w naszym wyglądzie, studiujemy nadal to samo, pracujemy w tym samym miejscu. A nawet jeśli zaszło kilka zmian, to my jesteśmy nadal tacy sami. Nic bardziej mylnego - zmieniamy się, z każdym dniem. Każde, nawet z pozoru małe zdarzenie ma na nas wpływ. 5 grudnia b.r. nie jesteśmy tymi samymi ludźmi, którymi byliśmy dokładnie tego samego dnia w 2012. Dlaczego? Odmienia nas miłość, nowe doświadczenia, nowo poznani ludzie, a nawet jeden człowiek i rozmowa z nim, ostatnio prze-

czytana książka czy sukces na egzaminie. Żyjąc z dnia na dzień nie zdajemy sobie sprawy, ale spoglądając wstecz i porównując nas samych sprzed roku czy dwóch, wielu z nas, a przynajmniej kilku, nie poznałoby osoby z tamtego okresu. Poznając nowych ludzi, poznajemy ich życie, przyzwyczajenia, zachowania. Czasami mimowolnie upodabniamy się do otoczenia, zmieniamy nawyki, zaczynamy robić i lubić to, co inni. Nie jest to złe, bo jak we wszystkim, umiar i równowaga przyczyniają się do zachowania zdrowego rozsądku. Zakochując się, tak prawdziwie, zaczynamy rozumieć sens bycia z drugą i dla drugiej osoby. Kochając, pielęgnujemy w sobie dobre wartości, częściej się uśmiechamy, jesteśmy na ogół bardziej życzliwi. Czasem również zmieniamy pewne nawyki czy upodobania i wychodzi to tak po prostu, nie z przymusu i na ogół siebie teraz lubimy bardziej, niż tę poprzednią wersję.

N

awet jeśli wydaje nam się, że kolejne miesiące nie przynosiły żadnych przełomów w naszym życiu, że nic aż tak znaczącego się nie wydarzyło, to i tak, nawet te drobne wydarzenia, w sumie odkrywają w nas samych nowe ego. Może z początku tego nie widzimy, bo ciężko jest spojrzeć na siebie z dystansem i na ogół widzimy nas samych troszkę opacznie, to w pewnym momencie orientujemy się, że moje ja sprzed dwóch lat, to zupełnie obca osoba lub przynajmniej trochę dziwna. Prawdziwym pięknem w życiu jest to, że cały czas się rozwijamy, doskonalimy, poznajemy, odkrywamy w nas samych to, co lubimy, a czego (już) nie. I nie chodzi tutaj o przeganianie samych siebie i wręcz obsesyjne ulepszanie wyglądu czy nawet, co absurdalne, samych siebie. Mowa o rozwoju, czasem powolnym, ale

37

nadal rozwoju i doskonaleniu umiejętności, pielęgnowaniu wartości czy poznawaniu rzeczy, które do tej pory mogły być mniej lub w ogóle nieistotne, a teraz stoją na pierwszym miejscu. Tak jest w przypadku prawdziwej miłości, przyjaźni czy pasji. Można wymieniać bez końca, ale kiedy poznajemy, odkrywamy, nawet powoli, z dnia na dzień, to co naprawdę dla nas ważne, stajemy się po prostu szczęśliwsi, a dotychczasowe problemy stają się błahostkami. A dzieje się to wszystko naturalnie, bez przymusu powtarzania sobie: jestem szczęśliwa.

W

ażne jest, żeby nauczyć się doceniać w życiu nasze małe (i większe) powody do radości i przestać tracić energię na to, co niepotrzebne, nieistotne. Oczywiście każdy subiektywnie postrzega swoje problemy, które dla innych mogą być bzdurą, ale potrzeba czasu, doświadczenia i chęci poznania samego siebie, aby to wszystko zauważyć. Nie czekajmy na przełom w życiu, nie warto również dążyć na siłę do szczęścia. Życie kieruje się swoimi prawami i często to, co najpiękniejsze dzieję się niespodziewanie, tak po prostu naturalnie. Wielką sztuką jest zauważyć to i robiąc bilans ostatniego roku czy półrocza, warto pomyśleć nie nad tym, co w moim życiu wydarzyło się fajnego, jakie sukcesy czy porażki odniosłem, ale nad tym, co zrobiłem dla innych, jakie wartości wniosłem do ich życia, bo często nie pamiętamy, ale to nie tylko dzięki sobie samym jesteśmy szczęśliwi, ale często dzięki innym ludziom, którzy pomogli nam się zmienić, odkryć nas samych. Żyjemy w społeczeństwie i tak już jest, że wywiera ono na nas ogromy wpływ. Drogę w życiu obieramy sami, ale to często ludzie dookoła, przyjaciele, ci, których kochajmy, pomagają nam ją obrać albo chociaż ją zauważy


BARTOSZ KLIMASIŃSKI MODELKA: MARTA MARCZEWSKA MAKE-UP: MILENA GOŁĘBIEWSKA-DACEWICZ HAIR: JOANNA STANKOWSKA L'OR SZCZECIN BIŻUTERIA: SORAYA PHOTO:

38


39


40


41


42


43


OPOWIADANIE

TO BYŁ NASZ OSTATNI DZIEŃ tekst: MARTA POŁCHOWSKA

D

otknął delikatnie wargami moich nagich pleców. Nigdy nie mówił: dzień dobry. Zawsze pozostawiał subtelny pocałunek na skórze, który powodował w moim ciele przyjemny dreszcz. Potem robił mi kawę z dodatkiem kakao. I nigdzie się nie spieszył. Tego dnia byłam bardzo zaspana. Powoli, niezwykle ostrożnie stawiałam kroki, by zejść po niebezpiecznych schodach do kuchni i posłuchać jak opowiada mi swoje sny. Na dużym, mahoniowym stole, stały dwa kieliszki i pusta butelka po winie. Przez okno wkradały się nieśmiało pierwsze promienie słońca, a z głośników po cichu wydobywały się dźwięki impresjonistycznej kompozycji. Na moment odpłynęłam w świat muzyki, ale po chwili spostrzegłam, że pozostało nam tak niewiele czasu.

nia zielonego światła na sygnalizacji świetlnej. Gwałtownie ruszył, a ja spontanicznie cofnęłam rękę. To był nasz ostatni dzień. Jeszcze nie wiedział, że następnego dnia obudzi go budzik i cisza uwalniająca się z odtwarzacza, który zawsze włączałam. Nie był świadomy tego, że tym razem kawę wypije zupełnie sam, mimo, że nie będzie miał nawet na nią ochoty. I nikt mu nie przypomni o upływających sekundach. Ja też tego nie wiedziałam. Nigdy nie chciałabym, by płakał. Nie spakowałam przecież swoich rzeczy. Nie uciekłam nagle z naszego wspólnego, obiecującego życia. Chociaż wiem, że to była ucieczka, lecz nie ja ją zaplanowałam. Gdy wysiadałam z auta, rzucił mi szybko: miłego dnia, a ja objęłam jego twarz dłońmi i zaczęłam namiętnie i zachłannie całować jego usta. Wstałam i starannie zamknęłam drzwi. Poczekałam, aż zniknie mi z oczu. Wciąż uśmiechałam się na wspomnienie naszego pocałunku.

To ja zazwyczaj pilnowałam wskazówek zegara. Gdybym tego nie robiła, mężczyzna z którym dzieliłam łóżko, nigdy nie dotarłby na odpowiednią godzinę do pracy. Moje hasło było dla niego jak rozkaz. Zrywał się z miejsca i krzątał po całym domu, mówiąc coś pod nosem w swoim języku, którego nie rozumiałam. Powoli obserwowałam jego ruchy i biorąc duży łyk napoju bogów, śmiałam się z jego braku organizacji. W mgnieniu oka myłam naczynia, malowałam szybko rzęsy czarnym tuszem, brałam do ręki czerwoną torebkę, wkładałam siedmiocentymetrowe szpilki i wsiadałam z lewej strony jego białego samochodu. Po kilku minutach siadał obok mnie, dłońmi dotykał kierownicy i oświadczał, że zapomniał okularów, które podawałam mu w momencie kończenia zdania. Wtedy całował moje czoło, wciskał gaz i wiózł mnie do pracy. Było bardzo wcześnie, ale mimo porannej godziny na ulicach zaczął już formować się korek. Gdy na czerwonym świetle zatrzymał auto, położyłam prawą dłoń na jego lewym kolanie, lekko wbijając wewnętrzną stroną srebrny pierścionek w jego cienkie, beżowe spodnie. Po chwili wolno i swobodnie zaczęłam unosić palce fortepianową techniką legato, zaczynając od kciuka, a kończąc na czwartym w kolejności palcu serdecznym, którego powtórzenia trwały, aż do ujrze-

W porze drugiego śniadania, weszłam na najwyższe piętro budynku swojego biura. Nie skoczyłam, oczywiście. Chociaż bardzo chciałam - pofrunąć jak ptak i uwolnić się od wszystkich przyziemnych spraw. Poczuć tę wolność i nigdy nie spadać w dół. Pogoda była naprawdę piękna, mimo, że w tej części świata słońce często zapominało zaglądać. Przygryzając kolejne kęsy posiłku, uśmiechałam się do siebie jak głupia, że po południu będę bliżej nieba i polecę do Polski. Chwilę później, usiadłam przy biurku, włączyłam komputer i sprawdziłam godzinę wylotu. A potem nigdy nie wróciłam. Chociaż bardzo chciałam.

T

o był nasz ostatni dzień. Dla mnie był ostatnim w ogóle. Kochałam życie, kochałam tego roztargnionego mężczyznę, który spał obok mnie. Kochałam swoją pracę, rodzinę, muzykę, ptaki i drzewa. Ale zginęłam. Nieoczekiwanie śmierć zajrzała w moje jasne oczy, ale ja się nie bałam. Po raz pierwszy mogłam latać. A kiedyś on będzie latał ze mną…

44


45


LITERATURA

„Skazana” Hannah Kent się w dniu, w którym dwóch mężczyzn straciło życie?

Agnes Magnúsdóttir to autentyczna postać, która na stałe wpisała się w karty historii Islandii. Niestety nie znalazła się tam za sprawą chlubnych czynów, a sposobu, w jaki zginęła. Agnes była ostatnią kobietą w Islandii, na której przeprowadzono wyrok śmierci. Jej tragiczne losy stały się inspiracją dla australijskiej pisarki, Hannah Kent, która właśnie na niej oparła swoją debiutancką książkę. W roku 1829, w północnej Islandii, Agnes Magnúsdóttir zostaje skazana za współudział w okrutnym morderstwie, popełnionym na dwóch mężczyznach. Ponieważ jednak egzekucja nie zostaje przeprowadzona natychmiastowo, dla skazańców trzeba znaleźć miejsce, w którym mogliby się do niej przygotować, pod upieką wskazanych przez siebie duchownych. Agnes trafia do gospodarstwa przedstawiciela miejscowej władzy, urzędnika okręgowego, Jóna Jónssona. Oczywiście zarówno jego żona, jak i dwie córki nie są zachwycone faktem, że muszą dzielić domostwo z morderczynią. Jednak im więcej czasu z nią spędzają, ciężko pracując, ale również rozmawiając, tym bardziej zmienia się ich stosunek do tej kobiety. Również Tóti, młody wikariusz, którego Agnes wybrała na duchowego opiekuna, zamiast straszyć ją piekielnym ogniem i wymuszać na niej akt skruchy, próbuje do niej dotrzeć, a im lepiej ją poznaje, tym bardziej wątpi w jej winę. Co naprawdę wydarzyło

Muszę przyznać, że już dawno nie czytałam równie klimatycznej opowieści. Hannah Kent zdołała niezwykle wiarygodnie oddać specyficzne piękno islandzkich krajobrazów. Sugestywne opisy zimnej, surowej przyrody idealnie harmonizują się z charakterami osób, żyjących w tym niedostępnym kraju. Pisarka ciekawie opisała życie ówczesnych ludzi, ich pracę, organizację zajęć, rodzinną i społeczną hierarchię. Nic nie zostaje pozostawione przypadkowi, całość sprawia wrażenie bardzo dopracowanej. Co więcej, całą historie poznajemy z różnych punktów widzenia, w tym również ze strony samej Agnes, przez co cała opowieść staje się jeszcze głębsza i na swój sposób pełniejsza. Nie zapomniano nawet o oficajnych pismach i dokumentach związanych ze sprawą brutalnych morderstw. Choć sama autorka wyraźnie zaznacza, że jej powieść stanowi fikcję literacką, trudno nie docenić dbałości, z jaką się do niej przygotowała. H. Kent korzystała z archiwów parafialnych, spisów ludności i miejscowych publikacji. Każda nazwa miejscowa, pojawiająca sie w powieści, jest autentyczna, niektóre ze wspomnianych tu gospodarstw istnieją do dnia dzisiejszego. Książka została również wzbogacona o wyjaśnienia odnośnie do sposobu tworzenia nazwisk w Islandii, jak również zastosowanych uproszczeń w pisowni, która ma ułatwić czytelnikowi lekturę. Hannah Kent stworzyła cały szereg interesujących postaci, jednak najbardziej intrygującą pozostaje sama Agnes. Początkowo zupełnie niedostępna i zamknięta w sobie, z czasem nabiera coraz większego zaufania i powoli zaczyna ujawniać wiele przejmujących wydarzeń ze swojej przeszłości. Czytelnik szybko przekona się, że nie jest to zwykła, prosta służąca, a kobieta inteligentna, o bogatej osobowości i dużej odwadze w dążeniach do godnego bytu. Czy wszystko, o czym opowiada jest prawdą, a może jedynie umiejętną grą w nadzei, że przejmująca historia

46

uchroni ją od nieuchronnego? Tego nigdy się nie dowiemy, jednak wersja wydarzeń, jaką opisała autorka książki, może nieźle namieszać nam w głowie. Powieść z pewnością nie należy do szczególnie dynamicznych, charakteryzuje ją specyficzny spokój i uczucie pogodzenia się z losem. Intrygujący temat i wyjątkowy klimat sprawiają jednak, że książkę trudno odłożyć na półkę. Gorąco polecam, a sama już wyczekuję ekranizacji książki, w której jedną z głównych ról powierzono znanej z „Igrzysk śmierci” Jennifer Lawrence. autor: Hannah Kent tłumaczenie: Jan Hensel tytuł oryginału: Burial Rites wydawnictwo: Prószyński i S-ka data wydania: 5 września 2013 ISBN: 9788378396031 liczba stron: 392

„Przywróceni” Jason Mott

Życie ludzkie jest niezwykle kruche i ulotne. Śmierć niemal zawsze przychodzi zbyt szybko. Po bolesnej stracie bliscy zmarłego często rozmyślają o tym wszystkim, co chcieli jeszcze mu powiedzieć, z nim przeżyć. W tych rozmyślaniach często pojawia się jedna konkretna myśl – o tym, co można by zrobić, gdyby zmarła osoba powróciła do świata żywych choćby na jeden dzień... Jason Mott również przeżył bolesną stratę.


LITERATURA Zmarła jego ukochana matka – oczywiście zbyt wcześnie. W swym nieszczęściu spotkało go coś wyjątkowego – matka „powróciła” do niego we śnie. Doświadczenie to do tego stopnia poruszyło Mottem, że stało się inspiracją do napisania książki „Przywróceni”, która podejmuje jakże intrygujący temat – co byś zrobił, gdybyś faktycznie dostał szansę ponownego spotkania ze zmarłą osobą? Lucille i Harold to małżeństwo z bardzo długim stażem. Łączy ich nie tylko silne uczucie ale również niezwykle bolesna tragedia. W dniu swoich ósmych urodzin, utonął ich jedyny syn, a ten fakt znacząco wpłynął na kolejne, długie lata ich życia. Pewnego dnia przed drzwiami ich domu staje nieznajomy mężczyzna, któremu towarzyszy mały chłopiec. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wygląda on dokładnie tak jak zmarły syn starego już małżeństwa... Podobne sytuacje spotykają ludzi na całym świecie. Nikt nie potrafi wyjaśnić tego zjawiska – faktem jest jednak, że osoby zmarłe powracają do życia. Wszystko, czego pragną to odzyskać to, co utracili w dniu swej śmierci – życie w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Zjawisko coraz bardziej nabiera na sile i zaczyna wyraźnie dzielić społeczeństwo. Powracający z zaświatów zostają nazwani Przywróconymi, pozostali Prawdziwie żywymi. Takie rozgraniczenie nie może prowadzić do niczego dobrego... Nie da się ukryć, że podjęty przez pisarza temat, jest naprawdę niecodzienny i nic dziwnego, że książka szybko zyskała spory rozgłos, wkrótce doczeka się również spektakularnej ekranizacji. Zanim jednak wszyscy pobiegną do księgarni, by ją kupić, warto chwilkę się zastanowić, czy faktycznie spełni ona nasze oczekiwania. Bo choć sama tematyka naprawdę pobudza wyobraźnię, o tyle rozwiązania zastosowane przez pisarza w moim odczuciu pozostawiają sporo do życzenia. Pierwszy nie do końca dopracowany punkt to samo przybycie Przywróconych. Na próżno szukać tu mniej lub bardziej racjonalnego wytłumaczenia, jakim cudem zmarłe osoby pojawiają się pośród żywych. Oczywiście możemy założyć, że nie jest to aż takie istotne,

choć jestem przekonana, że będzie to powodem lekkiego rozczarowania części czytelników. Jeżeli jednak wychodzimy z założenia, że w książce chodzi, o co innego i sam proces „powracania” nie jest ważny, po co autor umieścił informację, że mały synek głównych bohaterów został odnaleziony w Chinach? Ta informacja, bez jakiegokolwiek wytłumaczenia, staje się nieco irytująca i z pewnością niczego wartościowego do historii nie wnosi. O wiele bardziej rozczarował mnie jednak sposób, w jaki pisarz rozwinął fabułę. O ile początek skupia się na rozterkach osób doświadczonych dziwnym zjawiskiem, o tyle dalsza część zdaje się być napisana z myślą o ewentualnej produkcji filmowej w iście amerykańskim stylu. Trzeba, więc zadbać o odpowiednią dawkę napięcia, z pewnością przyda się „mała strzelanka”, obowiązkowo ktoś musi stracić życie. Pomysł odizolowania Przywróconych niestety nie należy do innowacyjnych, i wielokrotnie był wykorzystywany zarówno w literaturze (przykładowo „Miasto ślepców” Saramago) jak i filmie rozrywkowym (choćby „Dystrykt 9”), przy czym temu rozwiązaniu niestety bliżej do rozrywki niż dobrej literatury. Nie rozumiem dlaczego pisarz, który doświadczył bolesnego dramatu, zarysował przed czytelnikiem bardzo złożony i delikatny problem, by w dalszej części niemal całkowicie porzucić go na rzecz fabuły pisanej pod Hollywood. Pomimo sporych minusów i spłaszczenia trudnej tematyki, „Przywróconych” nie mogę jednoznaczenie odradzić. Jakby na to nie spojrzeć, już sam początek jest na tyle intrygujący, że zmusi czytelnika do pewnych przemyśleń. Czy wypowiadając w smutku życzenie ponownego spotkania utraconej osoby faktycznie chcemy, by się ziściło? Czy bylibyśmy w stanie zmierzyć się z podobną sytuacją, również po wielu latach, gdy pogodzimy się ze śmiercią i ułożymy życie na nowo? Pomysł może wydawać się całkowicie abstrakcyjny, jednak biorąc pod uwagę choćby krioprezerwację – proces zamrażania ciała ludzkiego w nadziei, iż w przyszłości będzie można przywrócić je do życia, może faktycznie warto głębiej się nad nim zastanowić. Książkę można również potraktować zdecydowanie lżej, w

47

kategorii zwykłej rozrywki, a wtedy czyta się ją naprawdę nieźle. I choć nie mogę obiecać niezapomnianych wrażeń, być może właśnie w przypadku tej książki warto zaryzykować i wyrobić sobie własne zdanie? autor: Jason Mott tłumaczenie: Barbara Budrecka tytuł oryginału: The Returned wydawnictwo: Harlequin/Mira data wydania: 20 listopada 2013 ISBN: 9788323890867 liczba stron: 394

„Bransoletka" Ewa Nowak

Ewa Nowak to jedna z najbardziej popularnych, współczesnych, polskich autorek książek skierowanych do dzieci i młodzieży. Obecnie na rynku można znaleźć już ponad trzydzieści tytułów tej pisarki. Akcja jej książek rozgrywa się w czasach współczesnych, jej bohaterowie to osoby młode, które muszą się zmagać z takimi problemami jak choćby kalectwo czy też skomplikowane stosunki rodzinne. Młodzi ludzie muszą dokonywać trudnych wyborów, walczyć ze swoimi słabościami, uczą się odróżniać zło od dobra, jednym słowem zajmują się dokładnie tym samym, co współczesne nastolatki. Być może właśnie, dlatego książki pisarki cieszą się tak dużą popularnością, wiele osób czyta je nawet kilkakrotnie. Główna bohaterka „Bransoletki” to Weronika, uczennica trzeciej klasy gimnazjum. Pochodzi z szanowanej,


LITERATURA wykształconej i na pozór wzorowej rodziny. Niestety mało, kto wie, że za murami mieszkania dziewczynka stale musi zmagać się z uszczypliwymi docinkami ze strony ojca i brata. Matka zdaje się zupełnie odcinać od tego problemu, generalnie bardzo trudno wzbudzić jej zainteresowanie czymkolwiek. Niestety sytuacja w szkole wcale nie prezentuje się lepiej. Weronika nie należy do szczególnie towarzyskich osób, coraz trudniej jest jej wierzyć w szczerość intencji najlepszej przyjaciółki. Sytuacja zdaje się zmieniać w chwili, gdy dziewczyna wybiera się na wycieczkę z inną klasą. Tam zwraca na nią uwagę Łukasz, a Weronika zaczyna wierzyć, że będzie to jej pierwsza wielka miłość. Gdy chłopak proponuje jej wyjazd na zimowy obóz teatralny, dziewczyna nie może uwierzyć własnemu szczęściu. I choć już wkrótce okaże, że za propozycją stoi perfidny podstęp, wyjazd odmieni życie Weroniki. Powieść napisana została w narracji pierwszoosobowej i podzielona na krótkie, pełne dialogów rozdziały, które idealnie harmonizują się z dynamiką życia przeciętnej nastolatki. Tutaj nawet przelotne spojrzenie zupełnie obcego chłopaka może urosnąć do rangi wydarzenia miesiąca, by w obliczu kolejnej „sensacji” zostać zupełnie zapomnianym. Każda sytuacja i zachowanie może zostać nadinterpretowane i doprowadzić do kompletnie błędnych wniosków. I choć sama nigdy nie brałam udziału w zajęciach związanych z teatrem, czytając „Bransoletkę” naprawdę poczułam się tak, jakbym cofnęła się w czasie, wróciło wiele wspomnień, które kiedyś wydawały się tak ważne, a dziś, co najwyżej wywołują uśmiech. Dużym plusem jest możliwość śledzenia zarówno przemyśleń Weroniki, jak i jej działań. Pomiędzy myślą, pragnieniem i zachowaniem bardzo często dochodzi do dużego rozdźwięku. Podejrzewam, że za sprawą tej książki, niejeden nastolatek przez pryzmat zachowań głównej bohaterki, inaczej spojrzy na własne życie.

CD go wyglądu często pada ofiarą stereotypów, nastolatkę, która od lat zmaga się z bolesną stratą, chłopca, który w wyniku zupełnie bezmyślnego zachowania stracił rękę, czy też „lokalnego przystojniaczka”, dla którego co druga dziewczyna gotowa jest stracić głowę. Nie można również pominąć pani Salemei, prowadzącej zajęcia, osoby, która przez z pozoru absurdalne zadania, jakie przydziela swoim podopiecznym, zmusza ich do przemyśleń, spojrzenia na życie z zupełnie innej perspektywy. Każda z tych postaci ma istotny wpływ na to, co dokonuje się w Weronice. I choć dziewczyna po powrocie z warsztatów, czuje się bardziej przygnębiona i sfustrowana niż szczęśliwa, w jej wnętrzu dokonała się już pewna istotna zmiana, która z czasem zacznie procentować. „Bransoletka” to z pozoru bardzo lekka i zabawna opowieść, jednak w jej wnętrzu aż roi się od dobrych i mądrych rad. Pisarka niczego nie narzuca czytelnikowi, jednak sposób, w jaki prowadzi akcję sprawia, że bez trudu sam dojdzie do mądrych konkluzji. Swoją drogą bardzo mi się spodobała proponowana w książce metoda nauki nielubianych przedmiotów i wierzę, że w przypadku osób o bogatej wyobraźni może ona przełożyć się na bardzo wymierne efekty. Książkę bez wahania polecam wszystkim młodym czytelnikom, choć wierzę, że i starszy czytelnik znajdzie w niej wiele wartościowych informacji. Zachęcam. autor: Ewa Nowak wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie data wydania: wrzesień 2013 ISBN: 9788308051849 liczba stron: 296

WIĘCEJ RECENZJI ZNAJDZIEDZIE NA OFICJALNYM BLOGU AGNIESZKI

„Bransoletka” to jednak nie tylko Weronika, a cała masa innych, ciekawych postaci. Mamy tutaj dziewczynkę, która za sprawą nietypowe-

48

1.Britney Spears – Britney Jean O tym, że na każdą kolejną płytę Britney oczekuje się z niecierpliwością, raczej nie trzeba nikogo przekonywać. Tak było na początku kariery, kiedy zawładnęła listami przebojów. Tak jest od wyjścia z załamania nerwowego, po którym udowodniła, że choć jej dotychczasowa publiczność dorosła, ona sama wciąż świetnie radzi sobie w błyskawicznie zmieniającym się szołbiznesie i odnosi sukcesy większe niż na starcie. Dwoma poprzednimi albumami pokazała, że nie tylko nadąża za konkurencją, ale potrafi także wyznaczać trendy. To w dużej mierze dzięki „Femme Fatale” w popie zadomowiły się takie gatunki, jak dubstep, drum'n'bass i „ciężka” elektronika. Dlatego nic dziwnego, że oczekiwania wobec nowego albumu były duże. Sama artystka zapowiadała, że będzie to najbardziej osobisty album w jej karierze. Można było, więc zastanawiać się, jak bardzo osobiste mogą być teksty osoby, która przez większość życia była produktem muzycznych koncernów i mówiła raczej to, co potencjalni odbiorcy mieliby usłyszeć, niż to, co sama ma do powiedzenia. Niestety, tych osobistych wyznań jest tu jak na lekarstwo. Właściwie, jak to w popie, są to raczej uniwersalne teksty o miłości, złamanym sercu i kobiecej sile, które każda Rihanna mogłaby wyśpiewać, zamiast głębokich, personalnych wynurzeń. Choć pewnych odwołań do prywatnych doświadczeń można się z odrobiną dobrej woli dopatrzeć. Singlowe „Perfume” to zapis przeżyć kobiety podejrzewającej swojego mężczyznę o zdradę, a „Don't Cry” mówi o sile, jaką trzeba mieć przy rozstaniu z do niedawna ukochaną osobą. Może to dalekie reminiscencje burzliwego związku z Federline'm, który kładzie się cieniem na całym życiu Britney? Zaś „Alien” porusza kwestię wyobcowania i niezrozumienia, które piosenkarka w swoich trudnych momentach z pewnością doskonale poznała, choć przesłanie trochę gubi się w „kosmicznym” koncepcie. Tak jak tytuł nowego albumu zbyt odkrywczy nie jest – bo to pierwsze i drugie imiona artystki (a płyt tak tytułowanych jest zatrzęsienie) – tak i pod względem muzycznym jest to raczej krok w tył w stosunku do


CD naszpikowanego nowatorskimi, świeżymi rozwiązaniami „Femme Fatale”. Ciekawym rozwiązaniem, choć wykorzystanym już u Miley, jest otwarcie płyty łagodnym utworem. „Alien” to jeden z lepszych tu kawałków, utrzymany w folktronicznych klimatach gdzieś między Ellie Goulding i Madonną sprzed wyznań na parkiecie. Jednak petardę dostajemy od razu potem – chamsko elektroniczne „Work Bitch”, w którym Britney z fałszywym brytyjskim akcentem i delikatnością buldożera przekazuje nam uniwersalną prawdę, że „kto nie pracuje, ten nie je”. Pojawiały się doniesienia, że ten kawałek oparty będzie na samplu utworu RuPaul (to się odmienia?) – nie jest, ale rzeczywiście, coś w nim przywołuje skojarzenia z paradą równości. A zaraz potem znów jest delikatnie dzięki zabarwionemu nastrojowo „Perfume”, gdzie Spears wzorem swoich najlepszych balladach („Everytime”) udowadnia, że umie przekazywać emocje. Tu sinusoida nastrojów się kończy i wchodzimy w imprezową część płyty. Otwierają ją rzadkie w twórczości Spears duety (OK, ostatnio się to zmienia). „It Should Be Easy” to podróbka twórczości Calvina Harrisa, gdzie przeprogramowanie głosu Britney osiąga niezdobyte dotychczas szczyty, a producencki i wokalny udział will.i.ama ma skutek daleki od pozytywnego. Następne nagrania są już lepsze, choć producencka ręka lidera The Black Eyed Peas i nawiązania do eurodance'u ujawniają się czasami przesadnie. Na uwagę wraca zwłaszcza nieco rihannowy „Tik Tik Boom”, gdzie pojawia się T.I. - co ciekawe, bo Brit dotychczas rzadko miała do czynienia z raperami. Końcówka płyty jest bardziej nastrojowa, tu ciekawie wypada współpraca z siostrą, Jamie Lynn Spears, choć połączenie dwóch bajek – elektronicznego popu starszej i country młodszej brzmi karkołomnie. I czy to nie dziwne, że w tym samym czasie Jamie Lynn wydaje też swój pierwszy singiel? Godne polecenia są jeszcze piosenki z wersji deluxe: kołysankowe „Brightest Morning Star”, mroczne, dubstepowe, jak wyjęte wprost z „Femme Fatale” „Hold On Tight” i przebojowe, choć czerpiące pełnymi garściami z „Wake Me Up” Avicii „Now That I Found You”. Choć „Britney Jean” może nie jest najlepszą płytą Britney, doskonale

podsumowuje jej dotychczasowe dokonania i zapoczątkowuje kolejną dekadę życia – usłyszymy tu nawiązania i do początków, i do „In the Zone” czy wreszcie dwóch ostatnich płyt. Może się wydawać, że teksty nie są tak osobiste, jak zapowiadano, ale w większości czuć gorycz – a tej w życiu Spears przecież nie brakowało. Dopiero końcowe utwory tchną większą nadzieją. A to dobre rokowania. 2.Jhené Aiko – Sail Out Przyznam szczerze, że od pewnego czasu Jhené Aiko jest jedną z bardziej śledzonych przez mnie wokalistek. W jednym z wcześniejszych numerów Black Wall Magazine mogliście już przeczytać recenzję jej wydanego w 2011 roku mixtape'u „Sailing Soul(s)” – choć ma już dwa lata temu, wydał mi się na tyle ciekawy, że grzechem byłoby go nie polecić. Od tego czasu każdej informacji o nowych numerach łaknąłem niczym kania dżdżu. Okazało się jednak, że w swoim oczekiwaniu nie jestem osamotniony. Rzesza fanów piosenkarki stale rośnie. Początki jej kariery sięgają 2002 roku, jednak swoje skrzydła zaczęła rozwijać stosunkowo niedawno, czego rezultatem właśnie wspomniane „Sailing Soul(s)”. Stosunkowo mało znacząca wokalistka współpracowała przy jego tworzeniu m.in. z Kanye Westem, Kendrickiem Lamarem czy Drakiem. Efekt końcowy odbił się szerokim echem w muzycznym światku i zaowocował gościnnymi udziałami w wielu projektach czołowych hiphopowych muzyków, z których do najważniejszych zaliczyć fakt, że jest jedyną kobietą, występującą na najnowszej płycie Drake'a. Natomiast Solange Knowles umieściła jej piosenkę na składance „Saint Heron”, zawierającej kompozycje młodych, obiecujących artystów, definiujących na nowo soul. Medialny szum, praca z największymi, rosnąca rzesza fanów – czego chcieć więcej? Tylko własnego albumu, wreszcie. Żeby zaspokoić apetyty i i uradować wszystkich oczekujących na debiutancki, zaplanowany na 2014 rok krążek, Jhené zdecydowała się na wypuszczenie EP-ki. W ten sposób do naszych rąk trafia „Sail Out”. Zgromadzone tu melodie wpisują się w coraz popularniejszą nową falę

49

r'n'b, za której początek można uznać chociażby „808s and Heartbreak” Kanyego Westa, a pełne rozwinięcie znajdziemy w twórczości takich artystów, jak The Weekend i Frank Ocean. Ci, którzy znają stylistykę „Sailing Soul(s)”, nie będą zawiedzeni – ale też nie będą zaskoczeni niczym nowym, czego nie słyszeliby wcześniej. Jhené Aiko jest mistrzynią tworzenia delikatnej, zwiewnej atmosfery, a „Sail Out” stanowi doskonały soundtrack do spokojnych, długich, chłodnych nocy. Jednak w przeciwieństwie do większości tworów spod znaku r'n'b, nie będą to noce w towarzystwie drugiej osoby, a raczej te spędzane samotnie. Każdy potrzebuje czasem odrobiny prywatności, kiedy może oddać się marzeniu i przysłowiowemu bujaniu w obłokach. Wydaje się, że do takich właśnie chwil muzyka panny Aiko jest stworzona najlepiej. To idealnie wyważona mieszanka r'n'b i neo soulu z mroczną, dreampopową elektroniką, momentami wręcz niepokojącą („3:16AM”). Czasem tylko robi się odrobinę cieplej, kiedy dołączają folkowe brzmienia gitary w „Bed Peace”. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie fakt, że piosenki mają też tekst. A te, niestety, psują całą przyjemność z odbioru muzyki. Wcześniej może nie były odkrywcze (zresztą co w muzyce popularnej może odkrywcze być), ale tym razem kręcą się praktycznie tylko w obrębie doznań zmysłowych, i to oddanych tak przyziemnie i bezpruderyjnie, że kłóci się to z łagodnością muzyki. Pasuje to bardziej do wrażliwości przeciętnej gimnazjalistki, a nie dwudziestokilkuletniej kobiety z dzieckiem. Całości nie ratuje też głos piosenkarki. Nigdy nie dysponowała ona ani dużą skalą, ani technicznymi zdolnościami, ale potrafiła naprawdę pięknie oczarować swoją surowością i delikatnością. Niestety, monotematyczność tekstów uwydatnia braki interpretacyjne i emocjonalne, przez co sprawy seksu, z natury sensualne, wyśpiewane są z takim samym zaangażowaniem, jak ulotka leku na ból głowy. Gdyby nie zróżnicowana aranżacja, nie zawsze bylibyśmy w stanie odróżnić momentów dramatycznych od przyjemnych Osobiście mam nadzieję, że przygotowywanemu debiutowi bliżej będzie do mixtape'u niż tej EPki. Ta najlepiej sprawdzi się u słuchaczy,


CD którzy albo nie znają angielskiego, albo będą potrafili wyłączyć rozumienie i skupić się na kołyszących, „nocnych” dźwiękach. Nie będzie to trudne, bo głos Jhené nie jest tu dominantą, a raczej jednym z wielu składników instrumentarium. Nie czuję się porwany, ale wciąż jest to dobra płyta na noc, bo bez problemu można się przy niej nie tylko rozmarzyć, ale także zasnąć. 3.Tomasz Makowiecki – Moizm Niestety, wygląda na to, że udział w talent show w przypadku każdego muzyka będzie pozostawał punktem odniesienia dla jego kariery, bez względu na to, jaka ona będzie. Drogi są trzy: można wyjść z talent show i nagrywać proste (czasem wręcz prostackie) piosenki dla komercyjnych stacji muzycznych, można zacząć od chałtur, ale w pewnym momencie przejść metamorfozę i zrobić coś oryginalnego (Monika Brodka), można wreszcie zacząć z grubej rury i od razu zaprezentować materiał dojrzały, potencjalnie niekomercyjny, a jednak odnieść sukces (Dawid Podsiadło, Ania Dąbrowska). Przypadek Tomka Makowieckiego wydawał się początkowo prawie tak beznadziejny, jak Eweliny Flinty i Szymona Wydry – czyli powielanie gotowych schematów. W ich pierwszych nagraniach potencjał był, ale skutecznie zatarty przez szołbizową machinę. W pewnym momencie jednak Tomek zaczął dojrzewać i poszukiwać, czego efektem wpierw było zrucenie szyldu „Makowiecki Band”, a następnie wspólna płyta z muzykami Myslovitz. Od „Ostatniego wspólnego zdjęcia” minęło aż sześć lat, od ślubu z Reni Jusis, po którym oboje zniknęli z muzycznej sceny – pięć. Epizodu z NO! NO! NO! niektórzy mogli nawet nie zauważyć (żałujcie!). Piszczące na koncertach fanki dorosły, ślub rozwiał ich nadzieje na „coś więcej”, w międzyczasie pojawiło się mnóstwo innych interesujących projektów, na których skupiła się uwaga gawiedzi. Aż tu nagle, niczym Filip z konopii, prawie niezapowiedzianie, pojawia się „Moizm”. Jeśli dobrze rozumieć tytuł, zawartość krążka reprezentować ma to, co Tomkowi – pardon, Tomaszowi – w duszy gra, bez oglądania się na wymagania szołbizu (na tyle, na ile to możliwe w dużej wytwórni). Cóż, w końcu już

Wojciech Młynarski mówił „Róbmy swoje”. Ale słuchając tego dziesięciopiosenkowego zbioru elektronicznych kompozycji nie sposób nie odnieść wrażenia, że inspiracje nie pozostają tak do końca „swoje”, a Makowiecki idzie szlakiem przetartym przez artystów ze stajni Brennnesel – fenomenalnego tria Kamp!, który od ponad roku trzęsie naszą sceną alternatywną, oraz ich chrzestnych dzieci, duetu Rebeka. Wystarczy posłuchać takich kompozycji, jak „A Summer Sale” czy „Your Foreign Books”, żeby bez problemu wyznaczyć punkty styczne. Można sądzić, że to chęć powtórzenia sukcesu tamtych. Ale Tomasza różni od nich jedno – ma on już wyrobione nazwisko na naszym rynku, wciąż tkwiące w zakamarkach pamięci niejednego fana (i nie tylko) programu „Idol”, a więc kawał pracy z rozpychaniem się łokciami przez konkurencję ma już za sobą. Bardziej prawdopodobną będzie raczej teza o wspólnych inspiracjach, zakorzenionych gdzieś w elektronice lat 80. Stąd też ukoronowanie albumu, zamykająca go suita „Ostatni brzeg” z udziałem tuzów z tamtych czasów i stylistyki, Władysława Komendarka i Józefa Skrzeka! Niemały wpływ z pewnością miała też żona, Reni Jusis, która przed akustycznym „Iluzjonem” świetnie radziła sobie elektronicznej stylistyce. Podobieństw między „Moizmem” i „Trans misją”, choć nieco odległych, to jednak dostrzegalnych, można dopatrzeć się np. we wspomnianym już „A Summer Sale” czy nawet singlowym „Holidays in Rome”. Wybór tej ostatniej kompozycji do celów promocyjnych jest oczywisty, bo to najbardziej przebojowa, taneczna i radiowo przyjazna kompozycja. Z pewnością bardziej reprezentatywna w stosunku do całości materiału niż „Trójkąty i kwadraty” Podsiadły, ale tych, którzy „Moizmu” nie słyszeli, przestrzegam – pozostałe kawałki nie są już tak porywające – w parkietowym rozumieniu tego słowa. Większość kompozycji to senne, marzycielskie, nsotalgiczne kompozycje, otulające nas niczym puchowa pierzyna natłokiem elektronicznych dźwięków, przez które przebija się, często przetworzony, choć wcale nie w irytujący sposób, głos Makowieckiego. Sam piosenkarz odpowiada za warstwę muzyczną krążka, co tylko

50

potwierdza jego dojrzałość i talent. Plusem jest też to, że sprawę tekstów oddał w ręce innych, głównie Marka Jałowieckiego z Delons, Dzięki temu uniknęliśmy banalizacji, jaką mogły uderzać poprzednie teksty Makowieckiego, nie tracąc przy tym na szczerości materiału. Można tylko wymieszać piosenki angielskie z polskimi, zamiast robić z tracklisty kanapkę z polskiego chleba z angielskim wypełnieniem. Ale OK, czepiam się. Ważne, że angielski wypada tysiące razy lepiej niż u większości polskich artystów, którym tylko wydaje się, że śpiewają w języku Szekspira. Natychmiastowy sukces komercyjny tylko potwierdza, że „Moizm” to strzał w dziesiątkę! 4.The Weeknd – Kiss Land The Weeknd, czyli Abel Tesfaye, to jeden z najlepiej zapowiadających się artystów sceny r'n'b. Mozna było się o tym przekonać już słuchając jego trzech wydanych w 2011 roku mixtape'ów: „House of Balloons” (skąd pochodzi chyba najbardziej znana piosenka, „High for This”, rozpropagowana przez cover w wykonaniu Ellie Goulding), „Thursday” i „Echoes of Silence”. Rzadko się zdarza, żeby artysta, który nawet porządnie nie zadebiutował (w końcu mixtape to jeszcze nie album), potrafił zaprezentować tak dojrzały, przemyślany materiał. W tym wypadku nasuwa się jedno skojarzenie: Frank Ocean. Rzeczywiście, twórczość obu panów wpisuje się w nową stylistykę, gatunek może, określane mianem PBR&B. Termin ten powstał ze skrótu od Pabst Blue Ribbon (jednego z typowo hipsterskich piw), połączonego z R&B. Czasem gatunek ten nazywany jest równie „hipsterskim R&B”, co jednak dla wielu twórców ma wybrzmienie pejoratywne. Wiadomo, co opinia publiczna myśli o hipsterach. Rzeczywiście, nie jest to muzyka komercyjna, raczej niszowa. Jak to jednak niszami bywa, to one, nie pomysły wielkich koncernów, najczęściej i najlepiej wpływają na mainstream. I dobrze, bo dzięki temu nie musimy się nudzić. Choć po tytule „Kiss Land” spodziewalibyśmy się ciepłego, leniwego brzmienia, zmysłowych tekstów i pościelowych ballad w stylu R.Kelly'ego czy Johna Legenda, skojarzenia te nie mogą leżeć dalej od


CD idei, jaka stoi za tym konceptalbumem. Mianowicie według samego autora ma symbolizować jego dotychczasowe doświadczenia, ale jako stworzony w jego głowie świat. Świat mroczny, zezwierzęcony, pełen wzlotów i upadków, dramatów, wypranego z uczuć seksu, wyuzdania i bestialstwa. O ile Jhené Aiko bezemocjonalnie traktuje kwestie sensualne w tekstach głównie z powodu braków interpretacyjnych, u The Weeknda dystans, gdy się pojawia, ma głęboko umotywowany podtekst psychologiczny. Piosenkarz, mimo młodego wieku (rocznik '90) już potrafi krytycznie podejść do ciemnej strony sławy, szołbiznesu i świata jako takiego. Kiedy nie ma emocji, to dlatego, że współczesność często bezceremonialnie i okrutnie obchodzi się z wrażliwcami. Innym razem jest melancholijnie i depresyjnie, jak w opisującym zapijanie smutków „Adaptation”. Pozytywnych momentów jest tu niesamowicie mało. Album brzmi raczej jak ścieżka dźwiękowa do psychologicznego dreszczowca w stylu np. Ridleya Scotta – takie porównanie zresztą proponuje sam autor. „Kiss Land” jest jak horror – dosłownie – usłyszymy tu i szum deszczu, i krzyki przerażonych kobiet. Muzycznie również jest zróżnicowanie. Już otwierający album „Professional” roztacza przed nami szerokie pejzaże, malowane dźwiękiem po części symfonicznym, nasuwającym skojarzenia z darkwave'm i ambientem. W sukurs idzie tez następny kawałek, „The Town”, w którym głos wokalisty dochodzi do nas jakby przez mgłę, z oddali, a bogate instrumentarium czasem ustępuje miejsca folkowej gitarze, znów w mrocznym wydaniu. Ale czasem muzyczne decyzje są znacznie odważniejsze, jak chociażby w „Belong to the World”, które rozpoczyna się dźwiękami deszczu i śpiewu ptaków, lecz już po kilkunastu sekundach te organiczne dźwięki zderzone zostają z ze speedcore'owy, połamanym bitem. Rozdarcie stylistyczne doskonale podkreśla mrok wypracowanego świata. Najbardziej przyjaznym radiowo utworem wydaje się jednak „Wanderlust”, które otwiera psychedeliczna, prog-rockowa gitara, natychmiast przechodząca w taneczny bit niczym z produkcji Michaela Jacksona, dzięki czemu choć raz w

towarzystwie Tesfaye możemy ruszyć na parkiet, choć raczej żeby zapomnieć o smutku niż rzeczywiście dać porwać się zabawie. Odniesienie do Jacksona jest tu bardziej niż trafne. Już sam wokal z tymi charakterystycznymi falsetami przypomina nam wczesnych nagraniach Michaela. Ale łączy ich także talent do tworzenia angażujących melodii i tekstów, w które jesteśmy w stanie uwierzyć. W większości przypadków, bo nie do końca jesteśmy w stanie uwierzyć, że sława, podróżowanie po świecie i wolność kreatywna niosą za sobą tylko negatywne emocje. „Kiss Land” jest trudne do ocenienia. Jest to jakby nie było debiut, a jak na debiutancki twór jest niesamowicie mocny i odkrywczy, a tego nam cały czas w muzyce potrzeba. Ale nie sięga znacznie dalej od mixtape'ów, które zapowiadały daleko bardziej idącą kreatywność i mnogość tematów niż to, co w rezultacie dostaliśmy. W porównaniu do konkurencji świetnie, do samego siebie – trochę za mało. Zwłaszcza jak na reformatora r''n'b. 5.Katy Perry – Prism W ciągu bardzo krótkiego czasu, bo zaledwie około trzech lat, Katy Perry stała się ogólnoświatową gwiazdą, sprzedającą miliony egzemplarzy na całym świecie. Stanęła tym samym w jednym rzędzie z Rihanną, Beyoncé i Lady GaGą. Co je łączy? Młodość, wiek, sukces osiągnięty i ukonstytuowany mniej więcej w tym samym czasie. Pewnie, że kilka nazwisk można tu dołożyć, ale np. Britney debiutowała jednak trochę wcześniej i ma większy wpływ na młode piosenkarki, Keshy i Miley jeszcze czegoś brakuje a Jennifer Lopez jak szybko wróciła, tak szybko zniknęła. Wróćmy więc do zestawu podstawowego. Beyoncé ma głos, Rihanna wyrobioną pozycję w świecie hiphopowym, Lady GaGa nawiązuje do jazzu, rock'n'rolla, bluesa i jest nienormalna. Katy wydaje się przy nich trochę nijaka. Ot, miała szczęście, że trafiła na Łukasza „Dr. Luke'a” Gottwalda, który zrobił jej przebojową płytę, choć celebrującą głównie pozytywną stronę życia, szalenie lekkostrawną, pełną słodyczy, że aż mdli. Kilka singli porywających i reszta przeciętnych, płynących głównie na

51

fali popularności poprzedników. Szczególnie słabo wypadły dwa ostatnie, „Part of Me” i „Wide Awake”. Jakie było więc moje zdziwienie, że promujący najnowsze wydawnictwo „Roar” brzmi raczej jak popłuczyny z sesji nagraniowej do reedycji „Teenage Dream”, głównie gloryfikujących siłę piosenek porozwodowych. Hitem stało się chyba tylko przez nazwisko wykonawczyni. Nie pomogła nawet pomoc Bonnie McKee, autorki dotychczasowych hitów Perry, piszącej też dla Brtney, Keshy, Kelly Clarkson, Ellie Goulding, Carly Rae Jepsen, Cher i Bóg wie, kogo jeszcze. Nie da się też uniknąć porównań z „Brave” Sary Bareilles, która wypada znacznie szczerzej. Na szczęście „Prism”, czy jak wolałaby Katy, „PRISM” (co te piosenkary mają do kapitalików? GaGa też wydała „ARTPOP”), wypada w całości zarówno lepiej niż promujący go singiel, jak poprzedni, cukierkowy album. Oczywiście, wesołe, imprezowe utwory też się tutaj znajdą, jak np. „International Smile” i „This Is How We Do”, które do złudzenia przypominają motywy zgrane już na „Last Friday Night (T.G.I.F.)”, wzbogacone nieco zużytą już, choć wciąż angażującą stylistyką lat 80. Gorzej, kiedy pojawiają się reminiscencje eurodance'u z lat 90., czego przykładem „Walking On Air” - wypada to raczej irytująco niż przebojowo. Na szczęście jest czym uratować wrażenie o całości krążka. Broni się chociażby „Dark Horse” z gościnny udziałem rapera Juicy J, jedna z mroczniejszych piosenek na „Prism”, łącząca wpływy takich gatunków, jak grime, trash i southern hip hop. Refren świeci światłem odbitym od „E.T.”, ale i tak należy pochwalić Katy za eksplorowanie nowych terenów, nawet jeśli wcześniej przebiegła po nich Miley. Silną częścią krążka są też m.in. orientalnie okraszone estetyką bhangra „Legendary Lovers” (choć plemienne bębny wydają się być zgapione z „Cannibal” Keshy) czy najnowszy singiel i ulubiona piosenka samej artystki, powerballada „Unconditionally”, przywodząca na myśl utwory Sii Furler (to ta od „Titanium” Davida Guetty). Sia zresztą pojawia się jako współtwórczyni innej ballady, „Double Rainbow”. Jej duchowe namaszczenie bez wątpienia powiewa nad całością, ale przynajmniej dostajemy jedno z najbar-


CD dziej osobistych wyznań na płycie – o ile „Roar” mogło być manifestem siły, „Double Rainbow”odsłania bardziej wrażliwą stronę osobowości Katy: „I thank my sister for keeping my head above the water / When the truth was like swallowing sand”. Ta oraz inne nastrojowe utwory, umiejscowione głównie pod koniec tracklisty (także na wersji deluxe), mogą zostać uznane za dowód posiadania prawdziwej osobowości, a co za tym idzie, także autentycznych uczuć i przeżyć. „Prism” przede wszystkim należy docenić za to, że sama Perry przejęła kreatywna kontrolę nad tworzeniem krążka, na co nie pozwoliła wytwórnia w przypadku „Teenage Dream”. Dzięki temu możemy liczyć na nieco bardziej osobisty wymiar tekstów i dźwięki nieco bliższe temu, co piosenkarce w duszy gra. Częściowo zmieniła się też grupa współpracowników. Pojawiają się więc takie nazwiska, jak wspomniana Sia („Doube Rainbow”), Emeli Sandé („It Takes Two”), a także obecny chłopak Katy, John Mayer („Spiritual”). Niestety, ich obecność we współtworzonych utworach jest aż nazbyt oczywista, przytłaczając osobowość samej Katy Perry. „Prism” to album bezpieczny, nieco inny od poprzedniego, ale też nie odchodzący daleko. Będzie hitem, ale raczej ze względu na nazwisko autorki, a nie nowatorską, przebojową zawartość.

3.

4.

5.

6.

1.

6.Bastille – All This Bad Blood 2.

Wydawanie reedycji jest ostatnio bardzo popularne. I to nie w przypadku płt, których nakład się wyczerpał. Najczęściej nie mija nawet rok (jak w tym przypadku), a już dostajemy reedycję, wersję deluxe, platinum, gold, extended, zwykle ze zmienioną okładką (jak w tym przypadku), nieraz zmienionym odrobinę tytułem: „Lights” Ellie Goulding stały się „Bright Lights”, „Halcyon” to

52

„Halcyon Days”, „Lungs” Florence + The Machine zmieniono na „Between Two Lungs”, a w tym przypadku wersja podstawowa zatytułowana była po prostu „Bad Blood”. Ale dobrze, przynajmniej jest okazja do przyjrzenia się całości. Już pierwsze kroki w obcowaniu z całokształtem twórczości zespołu pozwalają odnieść wrażenie, że jeśli autor miał coś na myśli, to głównie były to myśli samobójcze, a przynajmniej destrukcyjne. To przekonanie wynika z następującego zestawu skojarzeń: Bastylia (nazwa grupy), której zburzenie jest symbolem Rewolucji Francuskiej, Pompeje („Pompeii”, trzeci singiel, pierwszy hit) to rzymskie miasto zniszczone w wyniku erupcji Wezuwiusza. Kolejne single noszą tytuły „Thing We Lost in the Fire” i „Laura Palmer” – od nazwiska bohaterki, wokół morderstwa której toczy się akcja legendarnego serialu „Miasteczko Twin Peaks”. Dodajmy do tego jeszcze piosenkę „Icarus” (mit o Ikarze każdy powinien znać). Wystaczy? W przypadku „Pompeii” powracające jak czkawka chórki mogą drażnić, ale po kilku przesłuchaniach można się przyzwyczaić, a nawet uzależnić. Dwa nowsze przeboje są tak zgrabnie skrojonymi earwormami, że trudno przejść obok nich obojętnie. Przyjemnie brzmi nieco melancholijne „Things We Lost In the Fire”, ciekawie zaaranżowane – początkowo oszczędnie, z każdą kolejną częścią wzbogacane o kolejne dźwięki, z chwytliwym refrenem i plemiennymi bębnami, które udzielają się bardzo szybko i trudno wygnać je z głowy. Zaś „Laura Palmer” doskonale sprawdzi się podczas stadionowych występów, podobnie jak balladowy „Oblivion”. Przy „Icarus” da się nawet poskakać i potańczyć. Jeśli nie myślisz o spadaniu do morza, oczywiście. Tym, co może ciekawić w twórczości Bastille, a stanowi też swoisty klucz do lepszego jej odbioru, jest filmowość. Pięknie to widać, kiedy spojrzy się poza samą muzykę, dość przecież soundtrackową. Ot, na okładkę płyty na przykład, która przypomina filmowy plakat (zarówno standardu, jak i reedycji) a teledyski ogląda się niczym krótki metraż, utrzymany w stylistyce z pogranicza noir i surrealizmu spod znaku Davida Lyncha. Odwołania do jego twórczości są więc głębsze niż tylko tytuł jednej


MUZYKA piosenki (tak, chodzi o „Laurę Palmer”). Problem tylko w tym, że ładna otoczka to jeszcze nie wszystko. „Bad Blood” jest tylko zwykłym indie popem, jeśli zdarzają się różnogatunkowe wycieczki, to raczej na krótki dystans. Zaskoczenia i powiewu świeżości brakuje. Wszystko już gdzieś było, jakbyśmy od dawna mieli to w radiach – nie, inaczej, w radiach ma to Wielka Brytania – u nas to jednak to wciąż granie zaliczane do alternatywy. Mimo wszystko łatwo da się znaleźć i Coldplay, i Arcade Fire, a w przypadku „Flaws” i „Daniel In the Den” nawet folkowe wpływy Mumford & Sons. Drugi krążek, clou reedycji, też niestety, nie wnosi nic nowego, i stanowi raczej przedświąteczny chwyt marketingowy, mający na celu podbicie sprzedaży i wydojenie rzeszy nowych miłośników. Jak w przypadku zawartości wersji standardowej, starzy fani bowiem mogli ten „niepublikowany wcześniej” materiał znaleźć na singlach, epkach i mixtape'ach. Choć przeszedł on drobny lifting. Tak jest w przypadku nowego singla „Of The Night”. Choć utwór ten i tak broni się sam – stanowi mashup eurodance'owych hitów „The Rhythm of the Night” i „Rhythm Is a Dancer” - traci kiczowaty posmak lat 90., pozostaje taneczny, brzmiąc przy tym jak z sennego marzenia. Co udowadnia, że Dan i zespół potrafią podejmować odważne (i trafne!) decyzje. Brzmienie reszty jest przewidywalne, choć wyróżniać się może zalatujące Editors „The Silence”. Brawa należą się za mroczne zamknięcie krążka: darkwave'owe „The Draw” (choć inspiracje Joy Division są już strasznie zużyte), ambientowe, plemienne, recytowane „What Would You Do” oraz jednocześnie taneczne i mroczne jak twórczość Grace Jones „Skulls”. Wszyscy lubimy niespodzianki, zwłaszcza przed Świętami, ale co to za frajda, jeśli wiemy, czego się spodziewać… Jednak mimo wszystko „All This Bad Blood” to dość przebojowy i radiowo przyjazny materiał, zawsze mniej wtórny niż GaGa czy Katy Perry ostatnio. Autor kolumny: BARTEK ZASIECZNY

Bartka możecie również posłuchać w Radiu BAS!

2013 w muzycznej pigułce JAK PRZYSTAŁO NA KONIEC ROKU, WARTO SPOJRZEĆ ZA SIEBIE I DOKONAĆ PODSUMOWANIA TEGO, CO PRZEZ OSTATNIE DWANAŚCIE MIESIĘCY WYDARZYŁO SIĘ W MUZYCZNYM BIZNESIE. 2013 OKAZAŁ SIĘ WYJĄTKOWO OWOCNY, BOGATY I RÓŻNORODNY. CZĘŚCIOWO MOŻNA BYŁO SIĘ TEGO SPODZIEWAĆ PO UBIEGŁOROCZNYCH ZAPOWIEDZIACH, ALE NIE OBYŁO SIĘ TEŻ BEZ NIESPODZIANEK. tekst: BARTEK ZASIECZNY

Debiuty Jak co roku, tak i tym razem mieliśmy możliwość przywitania całego mnóstwa ciekawych debiutantów. Oczywiście od dłuższego czasu przodują w tym przypadku Wyspy Brytyskie. Stąd pochodzi odnoszący niemałe sukcesy na listach przebojów (debiut na 1. miejscu sprzedaży albumów) zespół Bastille, oferujący nam sporą dawkę przebojowego indie rocka z filmowym filingiem. BBC wybrało na najbardziej obiecującą gwiazdę złożoną z trzech sióstr grupę Haim. Ich album „Days Are Gone” sprzedawał się świetnie po obu stronach oceanu. U nas relatywnie mało znane, na uwagę zasługują przez ciekawe łączenie indie folkowych brzmień z r'n'b – choć

53

wydawałoby się, że to dość odległe gatunki. Nieco zawiedzionym można być przez uhonorowanego nagrodą „Critics' Choice” podczas tegorocznych BRIT Awards Toma Odella. Oczekiwano, że zaproponuje nam materiał na miarę poprzednich laureatek (Adele, Emeli Sandé Florence + The Machine), jednak płyta „Long Way Down” nie sprostała nadziejom rozbudzonym przez wspaniały singiel „Another Love”. Znacznie bardziej na docenienie zasłużyła Laura Mvula, kontynuująca brytyjską tradycję utalentowanych dziewcząt, która na albumie „Sing to the Moon” zaproponowała nowatorskie podejście do neo soulu i r'n'b, które „The Guardian” określił jako gospeldelia. Zupełnie niezauważeni zostali też chłopcy z indierockowego Autoheart, którzy zebrali na płycie „Punch” bardzo różnorodny materiał, którego najważniejszymi elementami są szczere, niebanalne jak większość szołbiznesu teksty Jody'ego Gadsdensa, wokalisty, który musi mieć płuca jak Whitney Houston. Może nie powala siła głosu, ale niesamowicie lekkie melizmy i zdolności interpretacyjne zasługują na zdecydowanie większa uwagę. Duety To ciekawe, że w tym roku mieliśmy do czynienia z kilkoma ciekawymi duetami. Najwięcej zamieszania narobili chłopcy z Disclosure, na swoim albumie „Settle” przynoszący nam ogromny ładunek typowo brytyjskiej elektroniki spod znaku garage, deep house'u i synthpopu. To oni odkryli dla świata Sama Smitha (znanego głównie z nagranego z Naughty Boyem „La La La”), a także przyczynili się do promocji kolejnego duety – AlunaGeorge. Ta para mieszana w nowatorski sposób podchodzi do r'n'b, łącząc ten gatunek z zimną, garage'ową elektroniką. Na listach przebojów


MUZYKA królowały też Szwedki z Icona Pop. W rodzinnym kraju znane już w 2012, resztę świata zaskoczyły i z marszu porwały do tańca nagranym z Charli XCX single „I Love It”, nie pozwalając zejść z parkietu z pomocą kolejnych singli: „Girlfriend” i „All Night”, a wreszcie całym albumem „This Is... Icona Pop”. Ze Stanów natomiast pochodzi grupa MS MR łącząca mroczne dźwięki spod znaku pierwszej płyty Florence z oldskulowymi gatunkami, jak chociażby charakterystyczny dla lat 50. doo wop. Specyficzna mieszanka pozwoliła im przebić się do zbiorowje świadomości, także z pomocą seriali, w których ich muzyka często była wykorzystywana. Na szczęście my, Polacy, nie mamy się czego wstydzić, gdyż w 2013 roku na światło dzienne wyszła też „Hellada” poznańskiego duetu Rebeka. Ta płyta wpisuje się doskonale w panującą obecnie modę na retro elektronikę, zapoczątkowaną w naszym kraju przez Kamp! To jednak nie jedyny powód do dumy. Dobre, bo polskie 2013 rok przyniósł też wysyp świetnych płyt na naszym rodzinnym rynku muzycznym. Do najważniejszych zaliczyć należy fenomenalny debiut Dawida Podsiadły - „Comfort and Happiness”. Nikt nie spodziewał się, że młody laureat „X Factora” nie pójdzie utartą ścieżką, wyznaczoną przez dotychczasowych laureatów talent show, ale z marszu uderzy słuchaczy albumem świeżym i dojrzałym, na poziomie światowych singer-songwriterów, świetnie łączącym to, co wystarczy, by się sprzedawać, a jednocześnie pozwoli zachować artystyczną niezależność. Porównywalnym debiutem jest Fismolla, młody, bo zaledwie 19-letni piosenkarz, który pod opieką Roberta Amiriana stworzył „At Glade”. Ten krążek zabiera nas w intym-

ną podróż po delikatnych, organicznych dźwiękach niczym ze Skandynawii, których nie powstydziłby się nawet Ólafur Arnalds. Do ważnych wydarzeń na naszej scenie należy zaliczyć też drugą płytę Ani Rusowicz. Podobnie jak debiut, „Genesis” również wyrasta z big-bitowej tradycji tak bliskiej jej rodzicom, jednak dzięki pomocy Emade przełamuje sprawdzone schematy i czerpie także z dokonań zagranicznego rocka i psychodelii, sięgając od lat 60. aż po nowoczesność. Młody Waglewski potrafił także świetnie zadbać o własną dyskografię, wydając już drugi album nagrany wspólnie z ojcem i bratem pt. „Matka, Bóg, Syn”. Dwa pokolenia znów łączą siły, jednak zupełnie odmiennie niż po raz pierwszy, pięć lat temu. Efektem jest bogata, garażowo rockowa płyta o życiu i przemijaniu, na której doskonale słychać zarówno doświadczenie ojca, jak i szerokie inspiracje obu synów. Nowe oblicze zaprezentowała nam również Anita Lipnicka. Po raz pierwszy od rozpoczęcia współpracy z Johnem Porterem stworzyła autorską płytę całkowicie po polsku. „Vena amoris” udowadnia, że Lipnicka nie tylko dobrze śpiewa, ale przede wszystkim posiada ogromną wrażliwość, którą realizuje poprzez marzycielskie dźwięki sięgające dream popu z jednej, a americany z drugiej strony. Do tego potrafi uraczyć nas zgrabnie skrojonymi tekstami o niemałym ładunku poetyckości. Jednak nic nie może ciszyć nas tak, jak „Renovatio”. Długo zapowiadany powrót Edyty Bartosiewicz po dwunastu latach wreszcie ujrzał światło dzienne. Mogło być różnie. Jak często w takich przypadkach, wokół piosenkarki narosła niemała legenda, spotkania z którą nowe nagrania mogły po prostu nie przetrwać. Okazało się na szczęście, że przez cały czas nieobecności artystka pozostała

54

przede wszystkim wierna sobie. I chociaż jak sama przyznaje, materiał ten nie może być aktualny, skoro powstawał na przestrzeni ponad dekady, to i tak bez problemu zdobył status platyny. Powrotów ciąg dalszy W marcu mieliśmy okazję do ponownego spotkania z legendą rocka, Davidem Bowiem. Jego najnowszy, wydany po 10 latach przerwy album nie tylko zaskoczył opinię publiczną tym, że w ogóle się ukazał, ale także dojrzałością i introspektywną szczerością zawartych nań nagrań. „The Next Day” spotkał się nie tylko z doskonałym przyjęciem krytyków, ale osiągniął tz komercyjny sukces, jakiego Bowie nie zaliczył od 20 lat. Nieco krócej, bo tylko 4 lata, kazali czekać na siebie panowie z Depeche Mode. Również w marcu wydany został ich trzynasty album, „Delta Machine”, nie tylko konstytuując ich pozycję jako najpopularniejszy elektroniczny zespół, jaki świat kiedykolwiek znał, ale także uznany został za najświeższe i przebojowe dzieło grupy od piętnastu lat. Nie tylko Edyta Bartosiewicz kazała na siebie czekać 12 lat. Tyle samo czasu minęło od ostatniej długogrającej płyty... Cher. Okazuje się, że ta 67-letnia kobieta wciąż pozostaje w świetnej formie, niczym prawdziwy zabytek – zapewne dzięki licznym pracom renowacyjnym. Ich efekt możemy podziwiać na okładce „Closer to the Truth” (tytuł-ironia, naprawdę bliżej prawdy?). Cher wygląda tam na niewiele więcej lat niż większość kilka dekad młodszych piosenkarek pop. Niestety, sukcesu „Believe” nie udało się powtórzyć i wygląda na to, że już Madonna ma więcej pomysłów nie tylko na wizerunek, ale także muzykę. Dziewczyny trzymają się nieźle, ale coraz słabiej. Tendencja spadkowa, jaką można było za-


MUZYKA uważyć na albumie Cher, dotknęła także inne, znacznie młodsze piosenkarki, które dopiero biją się by zdobyć dla siebie chociaż część jej legendy. Na 2013 rok zapowiadana była bitwa największych piosenkarek ostatnich alt, gdyż swoje albumy przygotowywały Lagy GaGa, Britney Spears, Katy Perry, Beyoncé, a wiele wskazywało na to, że Rihanna będzie kontynuować tradycję i znów jak co roku, bez zapowiedzi wyda nową płytę. Tak się jednak nie stało – dała nam odpocząć. O ile Rihanna próbowała jeszcze zdziałać coś coraz gorzej przyjmowanymi singlami, Beyoncé zdecydowała się zwolnić i dłużej posiedzieć w studiu, odsuwając datę premiery w bliżej nieokreśloną przyszłość. Trzy pozostałe panie, mimo hucznych zapowiedzi, nie zaatakowały nas nową porcją hitów. Katy i Brit zdecydowały się raczej na stagnację i bezpieczne przeżuwanie już wcześniej proponowanych schematów. I tak wypadły lepiej niż GaGa, która wyraźnie pogubiła się w swoich licznych inspiracjach i stylistycznych wycieczkach, próbując sprzedać nam stare rozwiązania niczym używane łachy, doczepiając do nich metkę z własnym nazwiskiem.„Stare” wyjadaczki powinny wziąć się do roboty zamiast osiadać na laurach, jeśli nie chcą zostać zrzucone z piedestału przez młode i pełne wigoru następczynie. W tej grupie prym wiodą przede wszystkim Selena Gomez, która sięga do najnowszych popowych rozwiązań, cytując jako inspiracje przede wszystkim Britney (która – o ironio! - zarzuciła rozwiązania z „Femme Fatale”), a także – a może przede wszystkim – Miley Cyrus, która raz a dobrze odrzuciła wszystko to, co do tej pory narzucał jej szołbiznes i poszła własną drogą. Udowodniła dzięki temu, że posiada niemały talent wokalny, świetnie czuje się w około hiphopowej stylistyce (może wygryzie Rihannę z ficzer-

ingów), a przy okazji potrafi narobić wokół siebie zamieszania. O jego jakości wypowiadać się jednak nie ma sensu. Dużo dobrego Ze względu na przeglądowy charakter artykułu trudno pomieścić tu wszystko, co wydarzyło się jeszcze w tym roku. Z pewnością warto wspomnieć o nowych płytach księżniczek alternatywy – m.in. Agnes Obel („Aventine”), Emiliany Torrini („Tookah”), Anny Calvi („One Breath”) – czy mocnych, rockowych propozycjach od Arcade Fire („Reflektor”), Placebo („Loud Like Love”), Arctic Monkeys („AM”), Franz Ferdinand („Right Thoughts, Right Words, Right Action”), Editors („The Weight of Your Love”) czy Kings of Leon („Mechanical Bull”). Działo się także w popie, chociaż nie były to żadne rewolucje, raczej albumy przeciętne i jednorazowe hity. Jest więc nowa płyta Celine Dion („Loved Me Back to Life”), kolejny producencki koszmarek will.i.ama („#willpower”) czy mdłe debiuty Johna Newmana i Jamesa Arthura. Nieco bardziej obiecująca okazała się młodzutka Lorde, która niczym petarda zachwyciła nas pod koniec roku swoim „Royals”. Od Arthura znacznie lepiej wypadła inna uczestniczka „X Factora” Lucy Spraggan, której „Join the Club” to kawałek dobrego indie popu – jak widać, nie trzeba wygrać talent show, by pokazać swój talent. Mijający rok to także czas dominacji Macklemore'a i Ryana Lewisa, których niezależnie wydana płyta „The Heist” i pochodzące z niej single zawojowały listy przebojów. Swój sukces kontynuowała też Emeli Sandé. Wcześniej wspierał ją producent, Naughty Boy, teraz role się odwróciły i to ona wystąpiła aż na dwóch singlach z jego płyty „Hotel Cabana”. Choć i tak największy sukces to „La La La” z Samem Smithem, który tego lata konku-

55

rować mógł tylko z „Blurred Lines” Robina Thicke'a i „Get Lucky” Daft Punk, oba zresztą z udziałem obdarzonego dotykiem Midasa Pharrellem. Jest nadzieja Kto może nas zachwycić w nowym roku? Trudno przewidzieć. Z pewnością jednak warto obserwować Mikky'ego Ekko (znanego przede wszystkim z gościnnego występu na „Stay” Rihanny oraz solowego „Kids”), Ellę Eyre (do tej pory udzielała się gościnnie w projektach Rudimental i Naughty Boya), wspomnianego Sama Smitha (być może solowo powtórzy sukces „La La La”), Samphę (podobnie jak Jessie Ware współpracował z SBTRKT, a ostatnio z Drakiem) i Janet Devlin (jej debiutancki singiel „Wonderful” już ujrzał światło dzienne). Do tej pory nie ukazały się też albumy świetnie zapowiadających się raperek: Azealii Banks, Angel Haze i Iggy Azalei. No koniec szczególnie polecam moich faworytów: Jhené Aiko, której delikatność głosu i chłód muzyki doskonale towarzyszą długim nocom, oraz Until The Ribbon Breaks – chociaż nie jest wymieniany wśród reformatorów r'n'b, zachwyca mrocznymi, filmowymi kompozycjami w stylu The Weeknda, polecanymi m.in. przez Dido – jego świetną EPkę można ściągnąć za darmo na Soundcloud.


56


57


58


59


NO PHOTO: BARTOSZ WOJCIECHOWSKI WEBISTE: WWW.BARTOSZ WOJCIECHOWSKI.EU FACEBOOK PAGE: WWW.FACEBOOK.COM/BARTOSZ-

WOJCIECHOWSKI-PHOTOGRAPHY MODEL: MARIUSZ/AMQ MODELS STYLIST: MARIUSZ BRIANSKI PHOTOGRAPHER'S ASSISTANTS: KLAUDIA ZABINSKA

60


61


62

Black Wall Magazine #10 2013  

[10] december 2013 Redaktor Naczelny: Kamil Rodziewicz