Page 1

ISSN:368849

30 30

MARZIA GAGGIOLI KRÓLOWA JEST TYLKO JEDNA


okładka: modelka | MARZIA GAGGIOLI foto | ARCHIWUM ARTYSTKI

INTRO

WWW.HIRO.PL e-mail: halo@hiro.pl

Wydawca: Agencja HIRO Sp. z o.o. ul. Chmielna 7/14 00-021 Warszawa tel. (22) 403 88 08 Prezes wydawnictwa: KRZYSZTOF GRABAŃ kris@hiro.pl

Dyrektor zarządzająca: DOMINIKA ROKOSZ dominika.rokosz@hiro.pl

Redaktor naczelny: PIOTR DOBRY

piotr.dobry@hiro.pl

Dyrektor artystyczny: ŁUKASZ MAJEWSKI lukasz.majewski@hiro.pl

Promocja, internet: ALEKSANDRA ZAWADZKA internet@hiro.pl

Nadszedł czas podsumowań i proroctw. Podsumowujemy więc 2012 w popkulturze i wskazujemy wydarzenia mogące namieszać w 2013. Przede wszystkim zaś wieszczymy: trzynasty rok bieżącego tysiąclecia będzie rokiem kobiet! Niezwykłych, nietuzinkowych, niepokornych, niedających się łatwo zaszufladkować. Jak bohaterki styczniowego numeru: włoska hipergwiazda muzyki Marzia Gaggioli parająca się bodaj każdym istniejącym gatunkiem; serbska reżyserka i działaczka społeczna Maja Miloš, siostry Casady z amerykańskiego duetu dreampopowego CocoRosie, fotografka Mary Ellen Mark, najbarwniejsza postać brazylijskiej bossa novy Cibelle Cavalli czy afrykańska gwiazda world music Angélique Kidjo. Tradycyjnie też zapraszamy na nasz profil na fb, gdzie – niezależnie od płci – czeka was moc atrakcji!

Reklama: ANNA POCENTA - DYREKTOR anna.pocenta@hiro.pl

JAKUB KLESZCZ

jakub.kleszcz@hiro.pl

MICHAŁ PANKÓW

michal.pankow@hiro.pl

Społeczność:

FACEBOOK.COM/HIROFREE.FB

22. 24. 26. 28. 34. 44. 52. 62.

angélique kidjo: miej wielkie marzenia albo żadnych hercules and love affair: syntetyczne anioły cocorosie: dorośli również potrzebują baśni archive: wreszcie możemy śpiewać o miłości fotografia: mary ellen mark marzia gaggioli: z ziemi włoskiej do polski maja miloš: za fasadą przesady django: marka tarantino

Projekt graficzny magazynu: TIN BOY y communications Group Sp. z o.o. skr. poczt. nr 64, 03-996 Warszawa 131

MIEJSCA, W KTÓRYCH JESTEŚMY:

Współpracownicy: PIOTREK ANUSZEWSKI, DAREK AREST, JERZY BARTOSZEWICZ, KAROLINA BIELAWSKA, JĘDRZEJ BURSZTA, ANDRZEJ CAŁA, BARTOSZ CZARTORYSKI, PIOTR CZERKAWSKI, KAMIL DOWNAROWICZ, EWA DRAB, KAROLINA DRYPS, MAŁGORZATA DUMIN, JACEK DZIDUSZKO, MAREK FALL, ZDZISŁAW FURGAŁ, MARCIN FLINT, JAKUB GAŁKA, PIOTR GATYS, RAFAŁ GÓRSKI, MAŁGORZATA HALBER, MICHAŁ HERNES, ALEKSANDER HUDZIK, KAJA KLIMEK, ŁUKASZ KNAP, ŁUKASZ KONATOWICZ, DAWID KORNAGA, MAŁGORZATA KRĘŻLEWICZ-DZIECIĄTEK, ADAM KRUK, MATEUSZ KUBIAK, URSZULA LIPIŃSKA, KRYSTIAN LURKA, BARTŁOMIEJ LUZAK, ŁUKASZ ŁACHECKI, PIOTR METZ, KRZYSZTOF MICHALAK, SONIA MINIEWICZ, JAN MIROSŁAW, KAROLINA MISZCZAK, MACIEK PIASECKI, PIOTR PLUCIŃSKI, JAN PROCIAK, SEBASTIAN RERAK, DAGMARA ROMANOWSKA, MAREK J. SAWICKI, WERONIKA SIWIEC, MARTA SŁOMKA, DOROTA SMELA, JACEK SOBCZYŃSKI, FILIP SZAŁASEK, BARTOSZ SZTYBOR, PIOTREK SZULC, MACIEJ SZUMNY, MAJA ŚWIĘCICKA, MAREK TUREK, KONRAD WĄGROWSKI, DOMINIKA WĘCŁAWEK, ARTUR ZABORSKI

KOSMOS KOSMOS Abstrakcyjna klubojadalnia w Warszawie przy Koszykowej 55. W dzień restauracja z szeroką gamą potraw wegetariańskich i mięsnych, wieczorami odbywają się koncerty i wydarzenia kulturalne. Kosmos Kosmos stawia na szerokie spektrum muzyki alternatywnej różnych gatunków. Lokal czynny od 11:00 (pon.-sb.) i 12:00 (nd.) do ostatniego klienta. Kontakt: tel. 535 558 552, rezerwacje@kosmoskosmos.pl

GŁOSUJ W PLEBISCYCIE SUPERHIRO I WYPOSAŻ SWOJĄ ULUBIONĄ MIEJSCÓWKĘ RAZEM Z ASUS I INTEL W MOBILNĄ STREFĘ. DO DZIEŁA!


TECHNOKRACJA

Metza sprzęt tekst | PIOTR METZ

foto | KRZYSZTOF GRABAŃ

PIERWSZYM ALBUMEM WYDANYM WYŁĄCZNIE W WERSJI STEREOFONICZNEJ NAJPOPULARNIEJSZEGO ZESPOŁU ŚWIATA THE BEATLES BYŁ „ABBEY ROAD” Z ROKU 1969. ZALEDWIE NIECAŁE PIĘĆ LAT PÓŹNIEJ POKAZAŁY SIĘ W SKLEPACH PŁYTOWYCH KLASYKI NAJWIĘKSZYCH, NA PRZYKŁAD „DARK SIDE OF THE MOON” PINK FLOYD ZAWIERAJĄCE DŹWIĘK EMITOWANY W CZTERECH, A NIE DWU KANAŁACH Kwadrofonia pojawiła się na rynku hi-fi i w przemyśle nagraniowym równie błyskawicznie, jak z niego zniknęła. Pomysł próbujący jeszcze bardziej przybliżyć realia sali koncertowej przegrał z niedoskonałą jeszcze technologią i delikatnymi nośnikami. Można jednak powiedzieć, że po prostu wyprzedził epokę, wracając dopiero w erze kina domowego, jako cała seria rozwiązań numerowanych od 5.1 w górę. Epoka kwadro, jak nazywano tę technologię w Polsce, zostawiła po sobie kilkadziesiąt tysięcy tytułów płytowych, często, w epoce elektronicznych szaleństw Oldfielda, Jarre’a i Pink Floyd, osobno miksowanych w unikatowy sposób podkreślający bogactwo efektów fruwających po czterech kanałach, w odróżnieniu od np. nagrań muzyki klasycznej, gdzie dodatkowa przestrzeń dżwiękowa miała raczej imitować akustykę filharmonii. W ten sposób stała się też prekursorem współczesnych eksperymentów z DVD-Audio i Super Audio CD 5.1. Na najnowszych reedycjach najklasyczniejszych pozycji z katalogu Pink Floyd wersje kwadrofoniczne zajmują honorowe miejsce. Z przyczyn czysto technologicznych najbardziej przekonywujące brzmienie miały 4 kanałowe nagrania na taśmach szpulowych, wydawane w małych nakładach. Mieliśmy tu polski rodzynek – kwadrofoniczny magnetofon Unitry dziś osiągający na Allegro zawrotną cenę. Innym naszym osiągnięciem w tej dziedzinie na skalę światową były eksperymentalne audycje kwadro Polskiego Radia o znakomitej jakości. Najbardziej popularnym nośnikiem czterokanałowej muzyki była jednak w latach siedemdziesiątych płyta winylowa, tłoczona w jednym z kilku konkurujących ze sobą systemów. Najbardziej wyczynowy – CD-4 opracowany przez JVC – wymagał specjalnej igły gramofonowej o wdzięcznie brzmiącym profilu Shibata i specjalnego dekodera. Bardziej popularny SQ i jego brat bliżniak QS były,

6 felieton

w przeciwieństwie do poprzedniego, kompatybilne ze sprzętem stereofonicznym. W elektronice oko przyciągały przede wszystkim cztery, a nie dwa wskaźniki wysterowania, a w najbardziej wyczynowych modelach specjalny joystick do sterowania dżwiękiem wokół pokoju. Najbardziej unikatowym, do dziś niemającym swego współczesnego odpowiednika urządzeniem były kwadrofoniczne słuchawki zapewniające za przystępną cenę cztery kanały dżwięku w warunkach osobistej intymności i w samym centrum pola najlepszego odsłuchu, bez konieczności zagracania pokoju kolejnymi głośnikami. Można je było poznać natychmiast po podwójnych końcówkach kabla włączonego do odpowiednich gniazd we wzmacniaczu – frontowego i tylnego. Niedoścignionym projektem, pozwalającym na przeróżne eksperymenty z dźwiękiem, pozostaje Phase 2+2 firmy Koss, mającej w katalogu kilka czterokanałowych modeli. Równie legendarne są produkty włoskiej firmy Galactron z przedwzmacniaczem o tysiącu pokręteł i końcówce mocy z wnętrznościami wyeksponowanymi za czerwonawą szybą oraz – na przeciwnym biegunie designu – kompletny zestaw Bang&Olufsen z przepięknym minimalistycznym receiverem wyposażonym w jeden z pierwszych bezprzewodowych pilotów. I na koniec przykładowy zestaw obowiązkowy z półki z winylami: Pink Floyd – „Dark Side of the Moon” John Lennon – „Imagine” Miles Davis – „Bitches Brew” Omega – „III” Krzysztof Penderecki – „Symphony no. 1” „Lokomotywy Świata” lub „Startujące Odrzutowce” – płyty z efektami nieporównywalnymi z niczym innym w analogowym jeszcze świecie.

WWW.HIRO.PL


MUSTHAVE NOWE SŁUCHAWKI HEBANOWE

Kruger&Matz poszerzył serię drewnianych słuchawek o trzy kolejne modele. Produkty zostały dostosowane do zróżnicowanych gustów klientów. Wśród nich znaleźć można modele zapewniające głębokie basowe brzmienie, naturalne i zrównoważoned dźwięki oraz takie, które wydobywają najbardziej skryte tony słuchanej muzyki. Dodatkowo poszczególne produkty wyróżnia niepowtarzalny design. W celu zminimalizowania strat sygnału w słuchawkach Kruger&Matz zastosowano kabel z miedzi beztlenowej OFC z powłoką TPE oraz wysokiej jakości pozłacane wtyki (3,5 mm). Słuchawki dedykowane są do współpracy z iPhonem, iPodem, MP3, MP4, odtwarzaczami CD, telefonami komórkowymi, komputerami itp. Sugerowana cena detaliczna KM0621EB –119 zł, KM0660EB – 249 zł, KM0830EB – 159 zł. Więcej informacji na: www.krugermatz.pl.

NOWE OPAKOWANIA IMPREZOWE

Desperados, czyli najbardziej dzika marka piwa, znowu nas zaskakuje. Jako pierwsze piwo w Polsce stworzył 3 designerskie sleevy na swoje butelki nawiązujące do imprezowych stylów Urban, Rock i Carnival. Desperados zaprasza również do wzięcia udziału w konkursie, w którym można wygrać wyjazd na szalone imprezy w Rio de Janeiro, Nowym Yorku i Londynie. Gotowi? Więcej informacji na: facebook.com/Desperados oraz Desperadosbeer.com.


Neotantric Fragrances to linia uwodzicielskich zapachów nawiązujących do tantrycznych mądrości sprzed wieków i prezentujących je w nowoczesnym ujęciu. Do nabycia wyłącznie w Mon Credo, wyjątkowym miejscu powstałym z myślą o najbardziej wymagających klientach. Jest to pierwsza tak ekskluzywna i niszowa perfumeria w Polsce. Stworzona dla osób, które poszukują produktów oryginalnych i niepowtarzalnych. Wśród bogatej oferty perfumerii znajdziemy wiele marek, których nie spotkamy w żadnym innym sklepie w Polsce. Dobór zapachu stanie się inspirującą przygodą, na . gdy udasz się w podróż do domu handlowego przy ul. w Warszawie. Jeśli cenisz sobie wygodę i szybkość robienia zakupów, odwiedź nasz salon na facebook.com/MonCredoPerfumery


MUSTHAVE DIABELNIE NEOTANTRYCZNE

Perfumy Neotantric Fragrances Kwaśno-metalowa kamasutra.Oszroniona, metaliczna kombinacja cytrusów, bergamotki i geranium spoczywająca na ciężkim łożu usłanym liśćmi tytoniu, bursztynu, cedru oraz piżma. Kreator: Karine Dubreuil. Do nabycia wyłącznie w Perfumerii Mon Credo, www.moncredo.pl.

PROFESJONALNE SŁUCHAWKI DLA PROFESJONALNYCH GRACZY

Nadajnik USB Sound Blaster Tactic3D Rage Wireless bezprzewodowo przesyła i odbiera dźwięk bez kompresji i współpracuje z komputerami PC i Mac, zapewniając bogate efekty dźwiękowe w czasie rzeczywistym. Za przekazywanie dźwięku o najwyższej czystości i głębi odpowiadają wbudowane w słuchawki 50-milimetrowe przetworniki FullSpectrum. Akumulator litowo-jonowy pozwala na 16 godzin nieprzerwanej gry. Cena: 399 zł.


KONKURS

po prostu klasyka tekst | REDAKCJA

KLASYCZNA MIEJSCÓWA

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

TYM RAZEM WYBÓR KLASYCZNYCH RZECZY ZOSTAWILIŚMY NASZYM CZYTELNIKOM, KTÓRZY NA ŚCIANKĘ FACEBOOKA WKLEJALI NAM SWOJE PROPOZYCJE. OTO ZWYCIĘSKIE KLASYKI! WSZYSCY AUTORZY OTRZYMUJĄ PO SKRZYNCE TYSKIEGO KLASYCZNEGO MIESZCZĄCEJ 10 BUTELEK. GRATULACJE!

wybrana przez Ewę Dudałę

KLASYCZNE UBRANIE

KLASYCZNA MUZYKA

wybrana przez Dawida Kurowskiego

12 zjawisko

wybrane przez Aleksandrę Drzymulską

WWW.HIRO.PL


KLASYCZNE ŻARCIE

Tyskie Klasyczne. Piwo inspirowane tradycją, które jest odpowiedzią na potrzeby coraz bardziej wymagających i świadomych konsumentów, poszukujących oryginalnych, tradycyjnych smaków. Skład piwa przygotowany został zgodnie z poszanowaniem prawa czystości ustanowionego w XVI wieku. Nowy wariant ma w sobie trzy składniki: powstaje w 100% ze słodu jęczmiennego, chmielu oraz wody. wybrane przez Anetę Przeniczkowską KLASYCZNY NAPÓJ

KLASYCZNY FILM wybrany przez Ewę Michalik KLASYCZNY WYNALAZEK

wybrany przez Małgorzatę Cholewę KLASYCZNY POJAZD

wybrany przez Klaudię Żark wybrany przez Mikołaja Lusińskiego

zjawisko 13


WARTO ROZMAWIAĆ „Nie wiem, nie orientuję się”. Ile razy w życiu to słyszeliście? Około sześćdziesięciu.

dwa sławy

Nie zaczyna was wkurzać etykietka żartownisiów? Nie macie poczucia, że za dużo osób postrzega was jak standupowców, a za mało jak raperów? No, to trochę irytuje, fakt, ale cóż, to Sławy Sławom zgotowały ten los. Nam też często ciężko przebrnąć przez wizerunek hardkorowca z syndromem downa, choć fora internetowe i recenzenci spuszczają się #bungee, przekonując, że pod tą maską są nie lada skillsy. Co ciekawe, kiedy my robimy nasz standup, 90% sceny robi sitdown, ooooł!

no. Album produkowany w całości przez Radosnego i nawinięty przez Astka nie jest możliwy, natomiast jeden numer był nawet w planach. Niestety Radosny, mimo że wirtuoz keyboardu, bitów sklejać nie umie, a Astek nawija tylko na najlepszych podkładach.

No proszę, do takich rezultatów, jak i do specyficznej formuły dwusławowej trzeba było dojść. A wszystko mogło przecież wyglądać inaczej… Płytę zaczynacie od oddania głosu partnerom z waszych dawnych składów. To już wszystko zamknięte rozdziały? Zespół Uśpione Miasto rozwiązał się zupełnie naturalnie, w wyniku problemów zdrowotnych jednego z członków. Świat nie jest jeszcze gotowy na poznanie wyników diagnozy. Zespół Ustinstrumentalix z kolei tak naprawdę nigdy się nie rozwiązał i kto wie, może jeszcze coś, gdzieś, kiedyś. Ani Astek, ani Szerszeń nie mają pojęcia, gdzie muzycznie mogliby się dziś spotkać, ale nigdy nie mów nigdy #jamesbond.

Skoro na nawijkę zeszło, to skąd u was to dzielenie włosa na czworo, wykrzywianie powiedzonek i przysłów, obsesyjne doszukiwanie się dwuznaczności? To da się leczyć? Ciężko to leczyć, tu nie wystarczy raptem, nie wiemy, logopeda. Takie dwuznaczności bawią nas od pierwszego obejrzanego Teleexpressu, czy kiedykolwiek nas znudzą? Nie wiem, nie orientuję się. O doszukiwaniu się też nie ma mowy. My tak mówimy, uwierz. Ostatnio mamy nawet zajawkę na bitwę na hashtagi. Kiedy jeden z nas kończy zdanie sugestywną, znaną tylko nam i ziomkom, intonacją, drugi ma za zadanie skwitować to stosownym, dwuznacznym „hashem”. Weezy byłby dumny, Bisz by spropsował, internauci by się obsrali. Na miętowo.

Żebyśmy mieli z głowy te zaszłości – wasz poprzedni album – wydana niezależnie „Muzyka Kozacka” – przyniósł podział funkcji: Astek produkował, Rado nawijał. Na oficjalnym debiucie jesteście za mikrofonem razem. Co to za roszady? I czy możliwy jest album w całości produkowany przez Radosnego i nawinięty przez Astka? Roszady stąd, że wraz ze wspólną działalnością muzyczną krystalizowała się nasza wspólna, specyficzna stylówka. Humor, slang, zachowanie. Zrobiło się mocno bliźniaczo. Grzechem byłoby nie wykorzystać takiej chemii na mikrofonach, tak więc

Wiele osób powie, że przeginacie, choćby dowcipkując sobie z kalectwa Moniki Kuszyńskiej czy wypadku Karola Bieleckiego, że o Fritzlu i Madzi z Sosnowca nie wspomnę. Macie jakieś granice, czy w kwestii tego co wypada, co nie, panuje wolnoamerykanka? Nigdy nie śmialiśmy się z dotkniętych przez los. Wykorzystanie faktu, że ktoś porusza się na wózku, w celu naładowania mocnego i szokującego skojarzenia diametralnie różni się od „ha, ha, ty cipo, nie chodzisz”. Jeśli mylimy się, popraw nas. Jeśli tak nie działa czarny humor, popraw nas. A pani Monika

14 wywiady

tekst | MARCIN FLINT

Dobrze, już będę na serio – jeżeli wasz etap to jeszcze nie etap cannabis, whisky i ananasa, to sami jesteście sobie winni. Przecież już Ogilvy, jeden z najbarwniejszych jegomości w historii reklamy, pisał, że humor nie sprzedaje. Oglivy Sroglivy. Bernbach pisał, że nie musisz być Żydem, żeby kochać Levy’s. Copywriterzy chlubią się wesołkowatym zastosowaniem związków frazeologicznych i dwuznacznościami defloracyjno-kopulacyjnymi. Sprzedaje głównie humor. I seks. Kasa, inny geniusz reklamy, nawijał, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że spełni się najpiękniejszy sen. Tego się trzymamy. W innym wypadku pozostaje seks.

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Jak radzicie sobie z sukcesem po debiucie? Domyślam się, że trudno być sławnym w fabrycznym, charakternym mieście takim jak Łódź, trzeba się starać, żeby za bardzo nie kłuć w oczy splendorem, trudno o wygodny parking dla helikoptera. Nie wiemy, dlaczego się wygłupiasz. To, że dopiero debiutujemy i zaczynamy oficjalnie zabiegać o słuchacza, to nic śmiesznego #łona. Natomiast, żeby nie było #mezo, zdarzają się nam przejawy sympatii naszych fanów spotkanych gdzieś na ulicy. Serdecznie pozdrawiamy ziomeczka, który ostatnio zaczepił nas na Piotrkowskiej, w drodze do dziewczyny. Mamy nadzieję, że mama nie wróciła wcześniej z robo.

to utalentowana i gorąca kobieta, jedna miłość dla niej. Chętnie podmienimy dętki jej wózka na coś twardszego. Granic chyba nie mamy #finalfrontier. A zawężacie sobie horyzonty dla dobra hiphopowej konwencji, żeby ludożerka pokumała? Wydajecie się całkiem łebscy, a ta spora ilość celebryckich porównań, wulgarność, trochę dowcipów rodem z tych sprzedawanych po kioskach tomików ze złymi rysunkami daje do myślenia. „Dobry Humor” za dwa złote z kiosku to klasyk, nie hejtuj, panie bon ton ziom. Nic nie zawężamy, serio. To, że mamy trochę szerszy niż statystyczny Polak leksykon, nie zmienia faktu, że jesteśmy dość prostymi chłopakami. Nie czytamy zbyt dużo książek, nie chadzamy często do teatru, a klubokawiarnie omijamy łukiem szerokim jak odbyty ich stałych bywalców. Normalne chłopaki, nie żadne odmieńce. Ludożerka i tak nie kuma, bo metafory są zawiłe. Niech lepiej Glidera rozkminią. „Nie wiem, nie orientuję się” kończy gorzki „Koniec świata”. Czy to jakaś podpowiedź interpretacyjna, że ten cały wasz śmiech jest przez łzy? To bardziej eksperyment, jak wesołe Sławki sprawdzą się na poważnie-gorzko. Przerażające jest, że duża liczba słuchaczy wymienia ten numer wśród swoich faworytów na płycie. No niestety, to pieprzona prawda: fejm się zgadza, jak robisz numery smutne, motywujące, będące instrukcją obsługi życia na osiedlu. Chyba czas się zafrapować i nagrać o tym płytę.

WWW.HIRO.PL


Jak książka została odebrana przez ludzi z branży komiksowej, a jak spoza branży? Środowisko komiksowe, rzecz jasna, miało kilka zastrzeżeń. Podstawowe dotyczyło selekcji. Podobno zrobiłem źle, że nie ma w książce wydawców, ale celowo ich tam nie ma, ponieważ głos wydawców w polskim światku komiksowym jest moim zdaniem wyraźnie słyszalny. Po drugie, gdym miał zaprosić jednego wydawcę, musiałbym zaprosić wszystkich i zrobiłaby się książka z rozmowami na temat polskich wydawnictw komiksowych, a tego nie chciałem. Inny zarzut był taki, że wciskam na siłę komiks do galerii sztuki i nadmiernie zajmuję się tym zagadnieniem. Ale relacja komiks-sztuki wizualne w Polsce nie była tematem zbyt częstych dyskusji, WWW.HIRO.PL

Chciałbyś, by komiks wyszedł z getta kosztem jakości i brylował popularnością typu Paktofoniki po „Jesteś Bogiem”? Chciałbym, żeby komiks wyszedł z getta jako dojrzałe, ciekawe medium, ale nie chodzi o popularność kosztem jakości. Komiks nigdy już nie będzie tak popularny jak za PRL, to nie te czasy, wszystko się zmieniło. Raczej chodzi o to, by funkcjonować na takich samych zasadach jak inne dziedziny kultury i zamiast tego tysiąca egzemplarzy móc sprzedać pięć tysięcy. To już byłby duży postęp. Skoro już o postępie – chyba możesz uznać rok 2012 za udany?

Na koniec typowe pytanie zadawane na początku roku. Które komiksy z 2013 trafią na twoją półkę? „Kroniki jerozolimskie” Guya Delisle, komiks Chestera Browna o jego przygodach z najstarszym zawodem świata i „Za imperium” rysowane przez Bastiena Vivesa. Ale bardziej niż na te nowe albumy czekam na pierwsze instytucje komiksowe, które mają powstać w 2013: pierwsza galeria komiksowa w Poznaniu oraz centrum komiksu w Łodzi przygotowywane przez organizatorów MFKiG. Czyli w 2013 komiks będzie już troszeczkę dalej na trasie getto-wolność? Tu chyba nie ma dwubiegunowości getto-wolność, ale raczej getto-główny obieg kultury. I tak, zmieniło się sporo w ciągu dziesięciu lat, chociażby to, że komiks jest dobrze zakorzeniony w mediach i pisze się o nim w miarę regularnie. Ale wciąż nie ma tak podstawowych rzeczy jak własne instytucje. Mam nadzieję, że dzięki galerii w Poznaniu i centrum komiksu w Łodzi to się szybko zmieni.

foto | ALICJA FRĄCKIEWICZ

Miałem nadzieję na wzruszającą odpowiedź w stylu: „Tak, kilka rozmów odmieniło moje życie”. Cóż… Ale wracając do książki. Często po wykonanej robocie – nawet tej dobrze wykonanej – przychodzi poczucie zwątpienia i myśli, że coś zrobiłoby się inaczej i lepiej. Miałeś podobną sytuację z „Wyjściem…”? Jasne, że miałem. To chyba naturalne, że z czasem widzi się wady i niedoskonałości w swojej pracy. Jeśli miałbym wytknąć wady swojej książki, to sądzę, że przede wszystkim brakuje w niej rozmowy z organizatorami Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi, bo temat festiwalu często przewija się w rozmowach w „Wyjściu z getta”. Ale sądzę, że – o ile mi się uda – za jakiś czas przygotuję kolejny tom z rozmowami o polskim komiksie i wtedy to nadrobię. Trudno mi natomiast powiedzieć, w jakim stopniu jestem z książki zadowolony, ocenić to w jakichś procentach satysfakcji. Tego typu publikacji chyba wcześniej nie było i wypełniłem jakąś lukę.

W tym momencie do gratulacji za książkę dołączam gratulacje za wyróżnienie, którą otrzymał twój blog Outline. To kolejny pozytywny efekt twojej pracy. Chyba fajnie wiedzieć, że to, co się robi, ma sens i poświęcona energia nie leci w próżnię, prawda? Byłem bardzo zaskoczony i kompletnie się tego nie spodziewałem. To na pewno jest motywujące, szczególnie że nie mam zbyt wielkiego doświadczenia jako bloger. Nie znam żadnych technik zabiegania o czytelników. Owszem, energia nie leci w próżnię, ale trzeba pamiętać, że jest to mimo wszystko blog o komiksie, zatem nie ma jakiejś wielkiej poczytności. Chociaż staram się prowadzić go w taki sposób, by pisać nie tylko o komiksie. Pojawiają się zatem na nim wpisy o innych aspektach opowiadania obrazem: książkach obrazkowych dla dzieci czy ilustracji. Zapraszam: www.komiks.blog.polityka.pl.

Jeśli chodzi o to, czy był on udany z punktu widzenia zajmowania się komiksem, to jak najbardziej. Ukazała się książka, dołączyłem do blogerów „Polityki” i przeniosłem się na jej łamy z tekstami o komiksie. Wcześniej pisałem dla „Przekroju”. Jak wspominaliśmy, blog dostał wyróżnienie od „Press”. Także pod tym względem poszło bardzo dobrze. Choć muszę przyznać, że jakoś tego wszystkiego specjalnie nie analizowałem. Nie myślę już o tej książce prawie wcale, z mojej perspektywy – pamiętajmy, że od napisania do wydania minęło pół roku – to już są stare dzieje, a wyróżnienie „Press” jest miłe, choć w rzeczywistości niewiele zmienia w codziennej, dziennikarskiej pracy. Trochę zwiększyła się po prostu liczba czytelników i fanów bloga.

tekst | KRYSTIAN LURKA

Czy któryś z wywiadów do „Wyjścia z getta” wyjątkowo cię poruszył, wpłynął na ciebie? Starałem się dobrać do książki po prostu mądre i kompetentne osoby, ale mimo wszystko żadna z tych rozmów nie zmieniła mojego życia. Generalnie rozmowy o komiksie nie zmieniają ludzkich losów. No, chyba że ktoś miał 20 lat, mieszkał w USA, spotkał wówczas Eisnera czy Millera i po rozmowie z którymś z nich wiedział już, jak rysować komiksowe hity. Żartuję oczywiście, choć jestem w stanie sobie taką sytuację wyobrazić.

zatem myślę, że warto było tę zaległość nadrobić. Poza tak zwanym komiksowym światem książka została przyjęta lepiej i nikt raczej na badanie związków komiks-sztuki wizualne nie narzekał. Była recenzja w świątecznej „Wyborczej”, „Dzienniku”, rozmowa w Trójce. Oddźwięk medialny jak na książkę o komiksie był naprawdę okej.

sebastian frąckiewicz

Napis na górze strony, na której będzie publikowany nasz wywiad, to „Warto rozmawiać”. Chyba nic bardziej nie pasuje do tego działu, jak kilka pytań o książce, która jest kilkunastoma wywiadami. „Wyjście z getta – rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce”. Przeczytałem ją uważnie. Bardzo dobra pozycja, której największym atutem jest poczucie, że czytelnik jest świadkiem – o ile nie uczestnikiem – kumpelskich, ale i rzeczowych rozmów, prowadzonych przez osoby znające się na rzeczy. Gratuluję. Trudno byłoby mi nazwać te rozmowy kumpelskimi, tym bardziej że część moich rozmówców poznałem dopiero w trakcie robienia książki. Na przykład Agatę Nowicką, Łukasza Rondudę, Macieja Sieńczyka czy Bartosza Minkiewicza. Jeśli miałeś takie wrażenie, że podsłuchujesz swobodną, luźną rozmowę, to bardzo dobrze. Zawsze robiąc wywiad staram się robić je według – nazwijmy to umownie – szkoły Pawła Dunina-Wąsowicza lub szkoły „Lampy”, bo właśnie w miesięczniku „Lampa”, do którego dawniej pisałem, wywiady robione były, i nadal chyba są, w taki sposób, by zachować żywioł języka mówionego: jego swobodę, naturalność, ale też niedoskonałości, indywidualne nawyki językowe rozmówców itp. To daje dobre efekty.

14 wywiady 15


GRAMOFOMANIA

you know my steez foto | PRZEMEK CHUDKIEWICZ

tekst | PIOTREK „STEEZ” SZULC

16 felieton

SYLWESTER JUŻ ZA NAMI I PISZĘ TEN FELIETON, CZYTAJĄC JEDNOCZEŚNIE NAJROZMAITSZE PODSUMOWANIA MINIONEGO ROKU. CIĄGNĄ SIĘ W NIESKOŃCZONOŚĆ: 100 NAJLEPSZYCH ALBUMÓW, 10 NAJLEPSZYCH NUMERÓW, 5 NAJBARDZIEJ NIEDOCENIONYCH ARTYSTÓW, 3 NAJGORSZE TRENDY, 15 NAJPIĘKNIEJSZYCH OKŁADEK I TAK DALEJ…

Pośród wszystkich trendów związanych z muzyką zauważyłem coś, o czym nikt nie wspomniał, a mianowicie powracającą fascynację kosmosem. Jest ona bardzo wyraźna w wizualnej identyfikacji artystów, płyt bądź samych numerów. Wiele okładek powstało na bazie zdjęć kosmosu i niekoniecznie jest to niszówka jak album „Night & Day” Oriola albo „Lone” Galaxy Garden. Nawet takie tuzy jak Pearl Jam pokusiły się swego czasu o zdjęcie mgławicy na okładce swojego 6. albumu pt. „Binaural”.

wiastki te następnie trafiają w przestrzeń kosmiczną, np. dzięki wiatrom słonecznym. Co ciekawe, najcięższe ze znanych nam pierwiastków powstają w jeszcze bardziej ekstremalnych warunkach – podczas tzw. supernowych, czyli wybuchów najmasywniejszych z gwiazd. Eksplodując, pozostawiają one po sobie ślady w postaci obłoków najróżniejszych cząstek elementarnych. Te z czasem formują się w przestrzeni kosmicznej w mgławice, a następnie w planety lub kolejne gwiazdy. I tak w kółko!

Wiele z ogólnodostępnych zdjęć z teleskopu Hubbla zdołało się już na stałe wpleść w krajobraz popkultury. Sama NASA ogłosiła w 2010 roku konkurs na najlepszy przykład wykorzystania zdjęć z teleskopu albo jego motywu w kulturze popularnej. Kto by się spodziewał, że logotyp popularnej przeglądarki Firefox został oparty na fotografii gwiazdy o tajemniczym symbolu V838 Mon?

W naszych organizmach, w mniejszych lub większych ilościach, znajduje się niemal cały układ okresowy pierwiastków. Wniosek jest prosty, ale niesamowity. Materia, z której powstaliśmy, pochodzi bezpośrednio z gwiazd, które produkowały ją w cyklach przez miliardy lat. Źródło fascynacji jest więc w dosyć subtelny sposób związane z obserwatorem!

Oczywiście, żeby ulec fascynacji, nie potrzebna jest wybitna artystyczna wrażliwość. Co i rusz widzę, jak ktoś ze znajomych wrzuca sobie na facebookowe tło jeden z tych majestatycznych widoków. Pytanie, czy wiedzą, co się na tych zdjęciach znajduje…

Czym jest zatem muzyka? Może po prostu niebem, z nutami zamiast gwiazd? – pytał jeden z polskich poetów. Muzyka ma bardzo uporządkowany charakter, przez co już w starożytności była łączona z porządkiem wszechświata. Często natykam się na sformułowania, że „świat jest wibracją dźwięku” lub ˛muzyka jest wibracją wszechświata”. Bez wątpienia jest ona wyjątkowo abstrakcyjną emanacją nas samych. Bardzo to romantyczne, szczególnie gdy pomyślimy o tym, że międzygwiezdny pył osiągnął taki stopień organizacji, że emanuje dźwiękami à la najnowszy album Flying Lotusa. Mniej, gdy przychodzi na myśl ostatni hit zespołu Weekend. Tym niemniej polecam przejrzeć spektakularne zdjęcia pod adresem www.spacetelescope.org/images/ i życzę wysokich lotów w 2013!

Zatem do rzeczy: najwięcej zdjęć poświęcone jest gwiazdom, galaktykom, a także mgławicom, czyli obłokom gazu i pyłu międzygwiezdnego, których rozpiętość dochodzi do setek tysięcy lat świetlnych. Głównym materiałem tworzącym wszystkie obiekty kosmicznych fotografii są wodór i hel. Z takich właśnie obłoków pod wpływem własnej grawitacji powstają gwiazdy. Są one wielkimi piecami, a reakcje jądrowe w ich wnętrzu generują pierwiastki o średnim ciężarze. Pier-

WWW.HIRO.PL


DOBRY GATUNEK RAGGA – W ROZWINIĘCIU RAGGAMUFFIN – UWAŻANE JEST ZA PODGATUNEK MUZYKI REGGAE ALBO „COŚ” POŚREDNIEGO POMIĘDZY KLASYCZNYM REGGAE A DANCEHALLEM. MNIE TAKA DEFINICJA WYSTARCZY, GDY SZYBKO CHCĘ NAKREŚLIĆ KOMUŚ, CZYM SIĘ ZAJMUJĘ. TERAZ SIĘ NIGDZIE NIE SPIESZĘ, WIĘC MOGĘ SIĘ ZAJĄĆ MUZYKĄ RAGGA NIECO SZERZEJ tekst | SPALTO

foto | PAWEŁ JANASZ/PROSTO

rag a g Zacznę od genezy słowa „raggamuffin”. Oznacza ono „obdartus”, a odzwierciedleniem może być popularny rude boy, czyli gość, który żyje w trudnych warunkach i poprzez muzykę próbuje poradzić sobie z ciężkim życiem. Raggamuffin powstało w latach 80. na Jamajce, jest muzyką gett, sprzeciwu wobec polityki czy nierówności na tle rasowym. Można powiedzieć, że tak samo jak reggae. Raggamuffin jest jednak w swojej formie ostrzejsze niżeli reggae, bezpardonowo traktuje niesprawiedliwość i zło świata. Raggamuffin od strony czysto muzycznej również różni się od tradycyjnego reggae, gdyż do produkcji podkładu nie trzeba angażować całego zespołu, co jest zarówno łatwiejsze, jak i bardziej ekonomiczne. Pierwsze raggamuffinowe produkcje robiono na syntezatorach MIDI. Do historii przeszedł jeden z pierwszych na świecie riddimów o nazwie „Sleng Teng” stworzony przez Jamajczyka King Jammy’ego w 1985 roku na syntezatorze Casio MT-40. Było to przełomowe wydarzenie, ponieważ udowodniło, że można dokonać czegoś wielkiego na organkach za kilkadziesiąt dolarów. Do dziś wielu producentów korzysta z tego typu urządzeń do produkcji swoich rytmów. Powstanie riddimów naturalnie wiązało się z coraz to większą ilością wokalistównawijaczy, którzy pozwolili tej muzyce ewoluować. To właśnie w latach 80. ujawnili się tacy artyści jak Yellowman, fenomenalny Junior Reid czy General Trees. Raggowi MC’s prześcigali się wzajemnie w sztuce opanowania ultraszybkiej „nawijki”. Umiejętności te były później wykorzystywane podczas soundsystemowych clashów, czyli imprez, na których rywalizowały ze sobą przeróżne składy, bardzo często z odległych zakątków świata. Przez kolejne lata powstały szeregi nowych riddimów i riddimowych składanek, tzw. riddim drivenów z pierwszoligowymi nawijaczami. Muzyka ragga szybko rozprzestrzeniła się po całym świecie i po jakimś czasie zawitała do Polski. Mój pierwszy kontakt z tym gatunkiem miał miejsce podczas soundsystemu w rodzimych Kozienicach w 2004 roku, gdzie pojawiło się Zjednoczenie Soundsystem” w składzie Dj.Krzak, Pablopavo i Reggaenerator aka Rankin’ Fish. Było to dla mnie odkrycie, które mi uświadomiło, że nie tylko ta muzyka ma w Polsce prawo bytu, ale że Polacy radzą sobie w tym gatunku świetnie. Jakiś czas później trafiła w moje ręce płyta Bass Medium Trinity pt. „Mówisz i masz” Mariki, Frenchmana i Abselektora nagrana w całości na zagranicznych riddimach. Stało się

18 muza

dla mnie jasne, że muzyka w takiej estetyce odpowiada mi najbardziej i chcę spróbować swoich sił w ragga. Ja raczkowałem, ale polska scena Ragga rozwijała się niesamowicie szybko, w krótkim czasie pojawiło się wielu znakomitych „nawijaczy” i wiele świetnych zespołów. Kamieniem milowym dla raggamuffin w Polsce była pierwsza płyta Vavamuffin pt. „Vabang” – na majkach wspominani wcześniej Pablopavo, Reggaenerator aka Rankin’ Fish plus charyzmatyczny Gorg (były wokalista zespołu Transmisja). Krążek wprowadził sporo zamieszania, poszerzył spektrum odbiorców raggamuffin w Polsce, których urzekły uliczne, dające do myślenia historyjki w rytmie do którego można tańczyć. Po premierze „Vabangu” z każdej strony Polski dało się słyszeć nowe raggowe młode głosy. Zdecydowana czołówka Polskich artystów została zebrana na jednym krążku produkcji Germaican Records pt. „Polski Ogień” (2006).To wtedy szerokiej publice zaprezentowali się m.in. Junior Stress, Cheeba, Natural Dread Killaz, Bob One, Ras Luta czy Deer. Polski ogień zapłonął na dobre, jak grzyby po deszczu mnożyły się imprezy z muzyką raggamuffin i dancehall, które np. mnie pozwoliły się rozwijać, nabierać raggowego vibe’u czy zawierać nowe znajomości, które z czasem owocowały wspólnymi utworami. Dziś scena raggamuffin w Polsce ma się bardzo dobrze. Mimo że przysłowiowe bum sprzed plus/minus dziesięciu lat już minęło, to nadal imprezy w tym klimacie cieszą się sporym powodzeniem. Polscy artyści coraz częściej współpracują z światową czołówką reggae/ragga/dancehall, utrzymując przy tym ogromny szacunek i wysoką pozycją na scenie. Zespoły, które niegdyś grały w małych mieścinach, dziś koncertują na całym świecie, więc nasza scena żyje, polski ogień nadal płonie i oby nigdy nie zgasł. Tego życzę sobie i wszystkim tworzącym lub wspierającym polskie raggamuffin. BigUp! www.facebook.com/Spaltooficjalnie Materiał dostarczony przez: Life Is Music Entertainment www.facebook.com/LifeIsMusicEntertainment

WWW.HIRO.PL


ANTHONY

HOPKINS

HELEN

MIRREN

SCARLETT

JOHANSSON

TONI

COLLETTE

JESSICA

BIEL

PROPERTY OF FOX. PROMOTIONAL USE ONLY. SALE, DUPLICATION OR OTHER TRANSFER OF THIS MATERIAL IS STRICTLY PROHIBITED.

PRZECZYTAJ, ZANIM ZOBACZYSZ

W KINACH OD 8 LUTEGO

PŁYTA CD W SPRZEDAŻY

N I E Z N A N A HIS TO R I A POWS TANIA FILMU , K TÓRY ZASZOKOWAŁ ŚWIAT


TYSKIE

browar klasyczny tekst | REDAKCJA

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

WEDŁUG NIEMIECKIEGO PRAWA CZYSTOŚCI TYLKO TRZY SKŁADNIKI: SŁÓD JĘCZMIENNY, CHMIEL I CZYSTA WODA POTRZEBNE SĄ, ABY WYPRODUKOWAĆ DOBRE PIWO. NAWIĄZANIEM DO NIEGO JEST NOWE PIWO, OPARTE NA TRADYCYJNEJ RECEPTURZE – TYSKIE KLASYCZNE. POWSTAJE W MIEJSCU, GDZIE NA CO DZIEŃ TRADYCJA ŁĄCZY SIĘ Z NOWOCZESNOŚCIĄ, A DOŚWIADCZENIE WSPÓŁGRA Z INNOWACJAMI – W TYSKICH BROWARACH KSIĄŻĘCYCH W Tychach piwo warzy się nieprzerwanie od prawie 400 lat. Tradycja nieustannie przenika się tutaj z nowoczesnością. Rozwiązania technologiczne stosowane w tyskim browarze od początku wyprzedzały swoje czasy i gwarantowały, że przez cztery wieki produkuje się tutaj smaczne i wysokiej jakości piwo. Pierwsze wzmianki o browarze pochodzą z 1629 roku, zaś z 1640 roku pochodzi dokument nominacji Stanisława ze Zbytneli na piwowara. Akt ten zobowiązywał pierwszego polskiego piwowara do skrupulatnego nadzoru nad wszystkimi etapami warzenia piwa. Od początku stosowano tutaj ustanowione w XVI wieku niemieckie prawo czystości piwa, którego treść głosiła, iż: „W szczególności chcemy, by odtąd wszędzie w naszych miastach, wsiach i na targowiskach do żadnego piwa nie używano i nie dodawano nic innego niż jęczmień, chmiel i wodę. Kto by to zarządzenie świadomie naruszył i nie przestrzegał, ten przez odpowiedni sąd bezwzględnie ukarany zostanie każdorazowo konfiskatą piwa”. 400 lat później Kompania Piwowarska – obecny właściciel Tyskich Browarów Książęcych – postanowiła nawiązać do dawnej receptury. Tak powstało Tyskie Klasyczne – warzone tylko ze słodu jęczmiennego, wody i chmielu. Jeszcze w XIX wieku jęczmień sprowadzano do Tychów z Galicji, Węgier i Czech, aby na miejscu przerobić go na słód. Obecnie jest on sprowadzany już przetworzony, gdyż zapotrzebowania browaru są ogromne. Na początku XX wieku produkowano w Tyskich Browarach Książęcych do 150 hl

rocznie, w latach 90. już około 1 mln hektolitrów, a obecnie rocznie Tychy opuszcza nawet 6 mln hl piwa. Woda, która wykorzystywana jest do produkcji Tyskiego Klasycznego, pochodzi z tyskich ujęć, między innymi ze źródła Gronie, usytuowanego na Wzgórzu Mikołowskim, którego eksploatację rozpoczęto w 1898 roku. To właśnie to źródło, z którego po dziś dzień czerpie się czystą wodę dało nazwę najpopularniejszej marce produkowanej w Tyskich Browarach Książęcych. Trzecim ze składników jest chmiel, dzięki niemu Tyskie Klasyczne ma tak bogaty, a zarazem delikatny smak. Piwo to zawiera mniej niż 5% alkoholu i jest nieco słabiej nagazowane. Jest ono łagodniejsze niż dostępne na rynku lagery, dzięki czemu „lekko się pije”. Tyskie Klasyczne powstaje częściowo w zabytkowej, nadal wykorzystywanej warzelni, której budowę rozpoczęto jeszcze przed I wojną światową, a częściowo przy użyciu najnowszych technologii. Sztab odpowiednio wyszkolonych specjalistów i maszyny nowej generacji sprawiają, że linię rozlewniczą opuszcza doskonałe piwo, dla tych, którzy cenią autentyczny, tradycyjny smak. Obecnie w browarze takie linie są cztery – dwie butelkowe i dwie puszkowe. Codziennie schodzi z nich 60 tys. puszek i 50 oraz 100 tys. butelek na godzinę. Wśród nich różne marki produkowane w Tyskich Browarach Książęcych, w tym – Tyskie Klasyczne, którego każdy łyk prowadzi nas przez kilkuwiekową historię największego i najstarszego polskiego browaru.


Prawdziwy dźwięk

X-CM31-W

Zachwyć swoje zmysły.

X-CM31-T

X-CM31-K

X-CM31 Mikrosystem Hi-Fi Jeśli doceniasz wyjątkowy design i uwielbiasz muzykę, ten mikrosystem Hi-Fi jest przeznaczony dla Ciebie. Wybierz swój kolor: czarny, biały, czerwony lub brązowy. Umieść iPoda bądź iPhone’a w stacji dokującej i podaruj nowe brzmienie swoim ulubionym utworom. Możesz także podłączyć iPada, czy przenośną pamięć poprzez gniazdo USB. System odtworzy też Twoje ukochane płyty CD i stacje radia AM/FM - w zupełnie nowej jakości. Brzmi nieźle, prawda? iPhone, iPod, iPad są znakami handlowymi Apple Inc., zarejestrowanymi w U.S. i innych krajach. “Made for iPod/iPhone/iPad” oznacza, że urządzenie zostało zaprojektowane tak, aby można było podłączyć iPod/iPhone/iPad i otrzymało certyfikat potwierdzający standardy Apple, jednakże Apple nie jest odpowiedzialne za działanie takiego urządzenia, czy jego zgodności z normami i przepisami bezpieczeństwa. Pioneer nie prowadzi sprzedaży iPod/iPhone/iPad.


ANGÉLIQUE KIDJO

miej wielkie marzenia albo żadnych tekst | SEBASTIAN RERAK

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE


PODOBNO NALEŻY DO NAJBARDZIEJ WPŁYWOWYCH CELEBRYTÓW W AFRYCE, ALE OKREŚLENIE „CELEBRYTA” NIEZBYT DO NIEJ PASUJE. ANGÉLIQUE KIDJO (A WŁAŚCIWIE ANGÉLIQUE KPASSELOKO HINTO HOUNSINOU KANDJO MANTA ZOGBIN KIDJO) TO JEDEN Z WYRAZISTSZYCH GŁOSÓW WSPÓŁCZESNEGO WORLD MUSIC, A ZARAZEM NIEZŁOMNA AKTYWISTKA PRAW CZŁOWIEKA. W PEWIEN GRUDNIOWY WIECZÓR MIAŁEM PRZYJEMNOŚĆ ZAMIENIĆ Z NIĄ KILKA ZDAŃ, A SŁYSZĄC JEJ PEŁEN ENERGII, NIEMAL WPADAJĄCY W KRZYK GŁOS, MIAŁEM JUŻ PEWNOŚĆ, ŻE DO WSZYSTKIEGO PODCHODZI Z NIEKŁAMANĄ PASJĄ Dosłownie tydzień temu wystąpiła pani na specjalnym koncercie organizowanym przez Alicię Keys… To był doroczny benefit na rzecz fundacji Keep a Child Alive pomagającej dzieciom chorym na AIDS w krajach trzeciego świata. Alicia Keys jest ambasadorką fundacji i każdego roku zaprasza na koncert gości specjalnych. Tym razem padło na mnie i na Oprah Winfrey. Bardziej jednak interesuje mnie zdarzenie, które miało miejsce wiele lat temu. Wspomina pani, jak w 1974 roku zobaczyła w telewizji żonę Nelsona Mandeli, opowiadającą o pobycie jej męża w więzieniu. Miało to chyba wielki wpływ na pani życie? Ogromny wpływ. Mieszkałam wtedy w Beninie, a moi rodzice byli pacyfistami o liberalnych poglądach i zawsze mówili mi, że ludzkość to jedno. Kolor skóry nie odgrywa roli – powtarzali – jeśli kogoś krzywdzisz, to sprawiasz też krzywdę każdemu. W 1974 roku miałam czternaście lat i nie wiedziałam, co działo się w tym czasie w RPA, bo nie było tak szerokiego dostępu do mediów, jak dzisiaj. Oto więc znalazłam się przed telewizorem, widziałam Winnie Mandelę i myślałam sobie: „Co tu się, do diabła, dzieje?”. Niedaleko mnie, na tym samym kontynencie ludzie byli prześladowani za swoje poglądy. To zupełnie zmieniło moje życie! Zrozumiałam, że nadal niektórych Afrykanów pozbawia się wolności i godności. Napisałam też wtedy piosenkę na ten temat i tak poniekąd rozpoczęła się moja muzyczna przygoda. O polityce i sprawach społecznych wyraża się pani otwarcie, ale pani muzykę trudno uznać za „zaangażowaną”. Czy powinno się rozdzielać sztukę i politykę? Wszystko jest ze sobą powiązane, choć nie zawsze w oczywisty sposób. Sam fakt bycia kobietą wyrażającą swoją opinię jest na swój sposób polityczny. Poza tym wszyscy – zarówno artysta, jak i stolarz – płacimy podatki, co także jest politycznym aktem. Ja staram się poruszać ludzi poprzez muzykę, a muzyka przypomniała mi, gdzie tkwią moje korzenie. Tworząc ją, muszą spojrzeć w głąb samej siebie. Nie mam gotowych rozwiązań na problemy świata, ale mogę zachęcać ludzi do tego, by nad nimi pomyśleli. Jeszcze w Beninie słuchała pani raczej tradycyjnej muzyki afrykańskiej czy wykonawców europejskich? Największą inspiracją była dla mnie zawsze muzyka tradycyjna. Uważam, że bez jej znajomości nie da się zrozumieć

WWW.HIRO.PL

artystów takich jak James Brown. Każdy rodzaj muzyki wywodzi się tak naprawdę z Afryki, a świadomość tego pomogła mi nabrać przekonania, że mogę tworzyć w dowolnym gatunku, nie ryzykując utraty własnej tożsamości. Jak wobec tego przyjmuje pani porównania do Miriam Makeby? Ludzie mogą mówić co chcą. Miriam Makeba przetarła drogę afrykańskim artystom, była moją idolką i wzorem do naśladowania, ale na pewno nie staram się jej naśladować. Mama Afrika była tylko jedna. Czy był w pani karierze jakiś szczególnie istotny moment? Każdy moment jest na swój sposób ważny, choć dla mnie kluczowy był czas dorastania w Beninie. Będąc młodą dziewczyną, musiałam przyjąć do wiadomości, że dla społeczeństwa jestem tylko córką swojego ojca. Rodzice mogli decydować za mnie, zaaranżować mi małżeństwo itd. Oczywiście tego nie zrobili, niemniej tak właśnie traktowano w owym czasie kobiety. Miały szybko wyjść za mąż, urodzić trójkę dzieci, siedzieć w domu i zapomnieć o swoich marzeniach. Mój ojciec tymczasem zachęcał mnie, żebym żyła po swojemu. Mówił, że trzeba mieć wielkie marzenia albo żadnych. Jako kobieta tworząca nowoczesną muzykę musiałam jednak pokonać wiele przeszkód. Nie byłabym tu teraz, gdyby nie wsparcie moich rodziców. Śpiewając w różnych językach, odnosi pani wrażenie, że któryś z nich jest szczególnie wdzięczny dla wyrażania pewnych emocji czy nie ma to większego znaczenia? Nie ma znaczenia. Emocje są uniwersalne, bo odczuwają je wszyscy. Możesz nie rozumieć jakiegoś języka, ale rozpoznasz zawarte w nim uczucia. Długo irytował mnie fakt, że afrykańscy artyści musieli śpiewać wyłącznie po francusku, aby zostać zauważeni. Język nie powinien być barierą dzielącą ludzi. Przede wszystkim pozwólmy przemówić emocjom. Nie miałabym zresztą oporów przed śpiewaniem po polsku. Miałem okazję przeczytać felieton, w którym z uznaniem pisze pani o współczesnym rapie i rosyjskim Pussy Riot. Rozumiem, że ciekawi panią, jak ludzie wyrażają w muzyce swój sprzeciw? Tak. Muzyka stwarza platformę dla tych, którzy domagają się otwartości i sprawiedliwości. Dziewczęta z Pussy Riot zagrały koncert w cerkwi, a więc powinny były cieszyć się swobodą wypowiedzi. Gdyby zakłócały spokój na ulicy, zrozumiałabym dlaczego mają kłopoty. Ale z powodu występu w kościele? Co polityka ma do szukania w kościele? Potępiając Pussy Riot, cerkiew udowadnia, że jest narzędziem polityki, a nie Boga. Żaden człowiek wierzący nie powinien stawać po stronie przywódcy ograniczającego prawa swoich obywateli. Mój czas dobiega właśnie końca, więc dziękuję za wywiad. Cała przyjemność po mojej stronie. Przekaż czytelnikom swojego czasopisma najlepsze życzenia noworoczne.


HERCULES AND LOVE AFFAIR

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Z HERCULES AND LOVE AFFAIR, ULUBIEŃCAMI PARKIETÓW, ROZMAWIAMY O DZIKICH POLSKICH FANACH, POCIESZANIU EUROPEJCZYKÓW I TYM, ŻE DISCO TO NIE WSZYSTKO

syntetyczne anioły dać się ponieść. Bardzo ważna jest obecność Gustapha i Rogue, bo ja nie mógłbym śpiewać przez cztery czy pięć utworów pod rząd – straciłbym głos. Oni za to mogą skakać, krzyczeć i śpiewać przez dwie godziny!

tekst | DOMINIKA WĘCŁAWEK

Nie pierwszy raz odwiedzacie Polskę. Andy, czy miałeś jakieś oczekiwania względem tej wizyty? Andy: Moje wspomnienia z poprzednich wizyt w Polsce zawsze były bardzo miłe, byłem więc nastawiony dosyć entuzjastycznie. Spodziewałem się uroczej publiki imprezowej. Cenię sobie to, że tutejsi odbiorcy są zawsze bardzo zaangażowani w nasze występy, słuchają, tańczą i żywo reagują na piosenki. Mogę więc powiedzieć, że oczekiwałem tego, co zwykle – że Polacy dadzą z siebie wszystko! Dotychczas byłeś u nas z zespołem, tym razem zaproponowałeś nam soundystem. Granie w ten sposób jest dla ciebie łatwiejsze czy wręcz przeciwnie – wymaga większego skupienia? Andy: Jest zdecydowanie inne. Wczoraj wieczorem po raz pierwszy od dłuższego czasu miałem okazję znów zagrać z zespołem. Było super, ale stresująco, tym bardziej, że zagraliśmy kilka nowych piosenek. Początkowo bardzo wahałem się, czy warto startować z imprezami soundsystemowymi, byłem ciekawy, jak to wypadnie, czy będziemy umieli rozruszać tłum tak jak podczas koncertów, bo przecież nasze występy z zespołem ustawiły poprzeczkę bardzo wysoko. Było dużo tańczenia, śpiewania, krzyków i pisków, dzikich ludzi. Pytałem więc, czy damy radę osiągnąć ten poziom tylko we trójkę. Chyba nam się udało. Rogue, Gustaph, jak wy się czujecie w tej sytuacji? Rogue: Taka konwencja to dla nas radość. Na imprezach soundsystemowych jest adrenalina. I magia. Jak Andy stoi za tobą, wiesz, że musi być magicznie! I pewnie sporo miejsca zostawiacie na improwizację? Gustaph: Tak, to klucz do odczytania tego projektu. Andy: Ja nie przychodzę z gotową listą utworów, raczej mam ze sobą pewien wybór piosenek, nie wiem w jakiej kolejności będę je grał, nie wiem czy zagram wszystkie, staram się po prostu zdać na intuicję, puścić coś, a potem

24 muza

Andy, wygląda na to, że w Hercules And Love Affair jesteś dyktatorem – ludzie wokół realizują twoje zamysły, nie ma tutaj typowej, zespołowej demokracji. Zauważyłeś, by artyści, z którymi współpracujesz, czuli się dzięki temu dobrze? (śmiech) Andy: Wygląda na to, że tak (śmiech). Bardzo trudno jest być liderem, to nie jest coś, co zawsze chciałem robić, nie lubię nieustannie podejmować decyzji i ponosić za nie odpowiedzialności, ale jakoś przez te lata istnienia projektu mi się udaje. Najważniejsze, żeby od początku była pełna jasność, w jakiej ja i moi współpracownicy jesteśmy relacji, by moje pomysły były dla nich zrozumiałe. Oczywiście jest też tak, że teoretycznie ja tu rządzę i mam ostatnie słowo, niemniej po drodze jest jednak mnóstwo wspólnie podejmowanego wysiłku. Teraz po raz pierwszy w życiu czuje potrzebę demokracji w działaniu. Prowadzę dużo rozmów z moimi artystami. Mam też olbrzymie zaufanie do nich, wiem, że są to bardzo utalentowani tekściarze, kompozytorzy, wokaliści, i mogą wnieść dużo świeżości i dobrych pomysłów do tego, co robimy. Wiesz, po prostu któregoś dnia obudziłem się i poczułem, że już nie mam ochoty być prezydentem, potem nadeszło wiele takich dni i postanowiłem ustąpić ze stanowiska.

Chłopcy, poczuliście, że Andy już nie jest tym prezydentem? Gustaph: Trochę tak, chociaż my zawsze mieliśmy dużo swobody. Rogue: W tym, co robimy na scenie, musi być wolność, inaczej to się nie uda. A w studiu wygląda to tak, że Andy przedstawia nam bardzo wyraźny pomysł na piosenkę, przy czym ostateczny kształt to wspólne dzieło. Andy: Nawet podczas nagrywania utworów staram się stawiać na tę naturalną energię, jaka wytwarza się miedzy ludźmi w czasie, gdy grają wspólnie. Nie mógłbym niszczyć

czegoś tak pięknego tylko z racji własnego widzimisię. Odmieniacie to nagrywanie w studio przez przypadki. Czy to znaczy, że nowa płyta Herculesa jest już w drodze? Andy: Oczywiście, będzie gotowa przed końcem stycznia! Doskonale to słyszeć! Andy: Jasne. Mamy już gotowych siedem piosenek, na płycie usłyszycie głosy zarówno Rogue’a, jak i Gustapha. Całość zaś powinna stanowić solidną dawkę dobrej tanecznej muzyki. Zapewne pracowałeś nad tym krążkiem w inny sposób niż nad poprzednimi dwoma? Andy: Zgadza się, technicznie dużo się zmieniło, mam nowych producentów, otacza mnie więcej ludzi związanych ze sceną techno, mam nowy sprzęt grający, najpewniej też disco nie będzie już tym wiodącym gatunkiem, do którego się odwołujemy. Będzie więcej house’u, więc zaszło sporo zmian. Wasza muzyka jest idealna do tańca, ale ma też przesłanie. Teksty są bardzo ważne… Andy: Dziękuję. Często zdarza się, że podchodzą do was ludzie i dziękują za te słowa? Andy: Miałem takie spotkania. Dla mnie to jest przedziwny fenomen. Gdy zdarzyło się to po raz pierwszy, byłem wstrząśnięty. To było gdzieś we Wschodniej Europie, podszedł do mnie młody gej… Nawiasem mówiąc, właśnie w rejonach wschodnich albo w Rumunii zdarza się to najczęściej – po naszych występach podchodzą do mnie młodzi homoseksualiści i mówią mniej więcej tak, że jesteśmy jak anioły z nieba, które przynoszą im pocieszenie, że nie mają w swoich krajach możliwości, by przemawiać o swoich sprawach, o uczuciach, nie mają swoich artystów, którzy śpiewaliby dla nich piosenki o tym. Myślę, że „Blind” jako piosenka taneczna dotarła do społeczności LGBT na całym świecie i spotkała się z ogromnym odzewem. Gustaph: Ale wiele dziewczyn hetero przychodzi do nas i przyznaje, że to też są „ich” piosenki. Andy: Po prostu staramy się w tekstach docierać do sedna emocji, dotykać tego, co boli najbardziej.

WWW.HIRO.PL


foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

COCOROSIE

dorośli również potrzebują baśni tekst | PIOTR CZERKAWSKI


„MUZYKA, KTÓRĄ WYKONUJEMY JEST ODBICIEM NASZEJ RELACJI. A MY W TYM SAMYM CZASIE KOCHAMY SIĘ I NIENAWIDZIMY. MOŻE UTRUDNIA NAM TO ŻYCIE, ALE WCIĄŻ POZOSTAJE INSPIRUJĄCE” – TWIERDZĄ SIOSTRY CASADY Z AMERYKAŃSKIEGO DUETU DREAMPOPOWEGO COCOROSIE

Ciekaw jestem, jak mógłby wyglądać wyreżyserowany przez was film. BC: Och, z pewnością byłoby w nim dużo krwi i połamanych kończyn… SC: Tak, bardzo interesuje mnie proces poszukiwania piękna, próby sztucznego wytworzenia go poprzez mutacje i deformacje. Myślę, że to mógłby być dobry temat na film.

Znakomity austriacki dokumentalista Michael Glawogger użył w swoim dokumencie „Chwała dziwkom” aż trzech waszych piosenek: „Miracle”, „Honey or Tar” i „Beautiful Boyz”. Gdy z nim o tym rozmawiałem, przyznał, że muzyka CocoRosie pociąga go, bo jest umiejscowiona w pół drogi między dyskomfortem a przyjemnością. To chyba całkiem niezła definicja waszej twórczości? Sierra Casady: Hm, przyjemność może czasem okazać się źródłem wielkich kłopotów. Zwłaszcza jeśli chodzi o przyjemność ekstremalną. Rzeczywiście w swojej twórczości – tak jak zauważył to Glawogger – lubimy poruszać się między skrajnościami. Muzyka, którą wykonujemy, jest odbiciem naszej relacji. A my w tym samym czasie kochamy się i nienawidzimy. Może utrudnia nam to życie, ale wciąż pozostaje inspirujące.

Jedną z waszych specjalności pozostaje perfekcyjne żonglowanie nastrojami. Potraficie na całym albumie konsekwentnie budować nastrój melancholii, by w pojedynczej piosence zaskoczyć eksplozją radości. Idealny przykład takiego utworu stanowi dla mnie „Hopscotch” z waszej ostatniej jak dotąd płyty „Grey Oceans”. SC: To na pewno również jedna z moich ulubionych piosenek. Nie umiem tego precyzyjnie uzasadnić, ale to zasługa nastroju, w który wprawia, atmosfery, jaką przywołuje. Kiedy jej słucham, odczuwam szczególny rodzaj satysfakcji. Mam wrażenie jakbym znajdowała się na polanie w lesie i była otoczona przyjaznymi, śmiejącymi się zwierzętami. BC: W „Hopscotch” doskonale słychać to, o czym mówiłam przed chwilą. To piosenka, która wprost odwołuje się do dziecięcej gry w klasy, wydaje się beztroska. Gdyby jednak się w nią wsłuchać, można dostrzec, że w rzeczywistości może całkiem poważnie opowiadać o ludzkim losie, o jego przypadkowości. Z tego kontrastu wyłania się poezja, którą bardzo w tej piosence lubię. SC: Od czasu do czasu wciąż zresztą zdarza nam się wspólnie grać w klasy i podobne gry. BC: Bywa tak, że to, co pozornie błahe i należące do codzienności, wpływa na nas w najmniej oczekiwanym momencie.

Można odnieść wrażenie, że potraficie czerpać natchnienie także z wielu innych rzeczy. Wasza pierwsza płyta – nagrywana w Paryżu „La Maison de Mon Rêve” – wydaje się mocno przesiąknięta atmosferą tego miasta. SC: Zazwyczaj lubimy mówić o sobie, że jesteśmy kosmopolitkami, mieszkamy w Wieży Babel i miejsce, w którym aktualnie się znajdujemy, nie ma na nas żadnego wpływu. W przypadku Paryża i pierwszego albumu było jednak inaczej. Podczas pracy nad płytą bardzo długo włóczyłyśmy się po okolicy naszego mieszkania na przedmieściach. Nagrywałyśmy wtedy dźwięki deszczu, ulicznego ruchu, gwaru rozmów, a potem wracałyśmy do naszego małego pokoiku i w dziwnych, nocnych godzinach pracowałyśmy nad kolejnymi piosenkami. Bez wątpienia, gdybyśmy nagrywały „La Maison…” gdziekolwiek indziej, płyta ta nie brzmiałaby tak samo. Bianco, czy zgadzasz się z siostrą? SC: Na pewno powie, że nie! Bianca Casady: Oczywiście, że się zgadzam. Myślę jednak, że warto pamiętać o czymś jeszcze: na pierwszej płycie umieściłyśmy bardzo dużo nawiązań do muzyki związanej z naszą ojczyzną. We fragmentach niektórych piosenek da się na przykład usłyszeć wpływy gospel albo dźwięków amerykańskiego Południa. Gdy pracowałyśmy nad „La Maison…”, po raz pierwszy w życiu mieszkałam przez dłuższy czas za granicą. Być może wszystkie te odniesienia do amerykańskich brzmień wzięły się po prostu z tęsknoty za domem. Ze względu na odrealnioną, nieco oniryczną atmosferę wasze piosenki często bywają odbierane jako – opowiadane za pomocą muzyki – baśnie. Czy zgadzacie się z takim podejściem do własnej twórczości? SC: Podobne opinie zawsze bardzo nas cieszą, bo w swoich piosenkach staramy się opowiadać niezwykłe historie, kreować barwny świat i tworzyć bohaterów, z którymi mogłybyśmy się identyfikować. Bianca zresztą zajmuje się pisaniem opowiadań i porusza się w obrębie różnych konwencji, ale najczęściej sięga właśnie po baśnie. BC: Wymyśliłam nawet własną krainę, w której rozgrywa się większość moich opowieści. SC: Trochę zazdroszczę jej tej kreatywności. Wiesz, że chciałabym kiedyś kręcić filmy? Sama pisałabyś scenariusze? SC: Nie, nie jestem uzdolniona w tym kierunku. Od tego mam Biancę. Bardziej interesowałaby mnie praca na planie, prowadzenie aktorek i aktorów. Sama również mogłabym w tych filmach grać. Myślę, że na ekranie mogłabym wypaść całkiem uroczo. Ostatnio Bianca napisała zresztą scenariusz baletu, w którym zagram tancerkę brzucha. Wprost nie mogę się doczekać realizacji! Ale bynajmniej nie zapominam także o ambicjach reżyserskich.

WWW.HIRO.PL

muzyka: MASSIVE ATTACK

Brzmi jak baśń dla bardzo niegrzecznych dzieci. BC: Niekoniecznie. Dorośli również potrzebują baśni. Irytuje mnie, gdy krytycy próbują pisać o nas jako o dużych dziewczynkach, które wyłącznie bawią się muzyką. Tymczasem to, że korzystamy z naszej bogatej wyobraźni, nie znaczy, że nie zajmujemy się dojrzałymi tematami.

Tę spontaniczność słychać na waszych płytach. Nie wyobrażam sobie, żebyście ślęczały godzinami nad pustą kartką papieru, żeby zapisać na niej słowa bądź nuty. To wszystko bierze się raczej z impulsu, prawda? BC: Jak najbardziej… SC: Ale mimo wszystko skomponowanie pojedynczej piosenki potrafi zająć nam nawet rok! BC: Nieustannie czujemy się czymś inspirowane, ale gdy pod wpływem impulsu stwierdzimy, że jakiś pomysł jest dobry, to potem potrafimy modyfikować go i szlifować do perfekcji. Być może właśnie dzięki takiemu stylowi pracy dziś – dużo rzadziej niż w przypadku „La Maison…” – da się dostrzec w waszej muzyce nawiązania do innych twórców? BC: Rzeczywiście, znacznie bardziej niż profesjonalna muzyka wykonywana przez kogoś innego interesują nas na przykład dźwięki ulicy. W przeszłości wyglądało to, oczywiście, zupełnie inaczej, ale przyznam szczerze, że teraz rzadko słucham jakichkolwiek klasycznych zespołów. W ogóle bardziej niż muzykiem czuję się dziś kimś w rodzaju projektanta dźwięku. SC: Może to paradoksalne, ale bardzo mocno inspiruje nas również sama cisza. BC: Niektórzy mówią zresztą, że nie możesz obcować z tym, co genialne, bo wiecznie będziesz wpędzać się w depresję, że sam nie osiągniesz tego poziomu. To chyba właśnie nasza filozofia. Część krytyków porównuje jednak waszą muzykę do twórczości brazylijskiej gwiazdy Cibelle Cavalli. BC: Nie jesteśmy znawczyniami jej muzyki, ale słyszałyśmy parę piosenek i na pewno zrobiły na nas wrażenie. Cibelle ma wspaniały głos. SC: I jest piękna!

WOMEN ARE HEROES

SIŁA KOBIET

Miałem okazję to zauważyć, gdy się spotkaliśmy. SC: Uważaj, to czarodziejka! Zakochałeś się w niej? Robiliśmy wywiad wcześnie rano w obskurnym wrocławskim hotelu. Byłem bezpieczny. SC: Twoje szczęście. Pamiętam, że parę razy mijałyśmy się z Cibelle na tych samych festiwalach. Od razu przykuwa uwagę. To pewnie przez ten seksapil!

W KINACH OD 25 STYCZNIA


ARCHIVE DWÓCH „DELEGATÓW” ANGIELSKIEJ ORKIESTRY, DANNY’EGO GRIFFITHA I DARIUSA KEELERA ZDYBAŁEM NA ZAPLECZU NOWOHUCKIEJ ŁAŹNI NOWEJ, TUŻ PRZED KONCERTEM ARCHIVE W TYPOWY PÓŹNOLISTOPADOWY WIECZÓR. ROZMAWIAŁO SIĘ SYMPATYCZNIE, ALE WYWIAD – CZY TO Z WINY JESIENNEJ AURY, CZY SPECYFICZNEGO WYLUZOWANIA INDAGOWANYCH – OKAZAŁ SIĘ JAKIŚ… NIETYPOWY. JAK W MUZYCE ARCHIVE. PRZED WAMI TAKA TAM LUŹNA POGAWĘDKA TRZECH TYPÓW, KTÓRZY NIEZBYT PRZEJMOWALI SIĘ LEŻĄCYM POMIĘDZY NIMI DYKTAFONEM. POMIMO PEWNEJ NIECHLUJNOŚCI, POSTANOWIŁEM JEDNAK NIE INGEROWAĆ W ZAPIS DYSKUSJI. BO JEST W NIEJ JAKIŚ NERW, ALE I DUŻO SWOBODY. ZUPEŁNIE JAK W MUZYCE ARCHIVE

wreszcie możemy śpiewać o miłości tekst | SEBASTIAN RERAK

28 muza

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNEG

WWW.HIRO.PL


Zdajecie sobie sprawę z tego, że niektórzy dziennikarze w Polsce dopatrzyli się w was następców Pink Floyd? Danny: Z porównaniami do Pink Floyd spotykaliśmy się już w Anglii. Mniej więcej od czasów naszej trzeciej płyty „You All Look the Same to Me” co jakiś czas ktoś coś takiego beknie. Nie możemy mieć o to pretensji, bo Pink Floyd jest wielkim zespołem. Zdecydowanie wolę jednak jego najstarsze nagrania. To porównanie to taki miecz obosieczny. Dla jednych Pink Floyd to czysty geniusz, dla innych nieznośna zmuła. Danny: Wiadomo, Floydzi wzbudzają skrajne reakcje. Generalnie cały ten prog-rock nie dla wszystkich jest strawny. Warto więc chyba podkreślić, że nie ograniczaliśmy się nigdy do podobnych dźwięków, eksperymentujemy z różnymi brzmieniami. I nowy album „ With Us Until You’re Dead” jest na to dowodem. Danny: Mam nadzieję, że rzuciliśmy nim pewne wyzwanie słuchaczom. Darius: Staramy się wciąż wnieść coś nowego do muzyki Archive. Każda kolejna płyta jest też dla nas pewną lekcją, takim zadaniem do odrobienia. Nowa płyta to chyba też wasz „powrót do korzeni”? Darius: Na pewno po trosze tak, ale różni się jednak od reszty dyskografii. Przede wszystkim jest bardziej elektroniczna, mniej gitarowa. Danny: Ja jestem w szoku, kiedy ktoś mówi mi, że to bardzo rockowy krążek (śmiech). Przecież jest wręcz przeciwnie, bardzo mało na niej gitar. Nie, żebyśmy to planowali, tak po prostu wyszło. Całkiem logiczna zmiana po „Controlling Crowds”, które było rozbuchanym concept albumem. Danny: Musieliśmy zrobić coś innego. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. Darius: „Controlling Crowds” rodziło się powoli, bo musieliśmy napocić się nad aranżami, orkiestracjami itd. Dla odmiany „With Us…” powstało bardzo spontanicznie, a przez to o wiele szybciej. Nagraliśmy album prosty, zwięzły i… po prostu świetny. Nie macie oporów przed zrobieniem czegoś, co mogłoby okazać się zbyt radykalne? Danny: Na pewno nie pali nam się do nagrania płyty w stylu reggae (śmiech). Dopóki jednak coś sprawia nam przyjemność, to nie powinniśmy się w żaden sposób ograniczać. Swego czasu deklarowaliście, że nie czujecie się mocno związani z prog-rockiem, bo zamiast fantastycznych odrealnionych opowieści w stylu wszystkich tych wielkich bandów z lat 70., staracie się mówić o problemach społecznych. Darius: Jasna sprawa, jeśli żywisz silne przekonania na jakiś temat, to siłą rzeczy wspominasz o tym w tekstach. Na „Controlling Crowds” dużo było ciężkich, mrocznych tematów. Teraz poczuliśmy, że wreszcie możemy śpiewać piosenki o miłości (śmiech). Robimy coś zupełnie innego, ale cały czas

WWW.HIRO.PL

słuchamy się naszego wewnętrznego głosu. Kiedyś inspirowała nas sytuacja panująca we współczesnym świecie, więc reagowaliśmy na nią. „With Us…” jest natomiast zbiorem zwykłych piosenek o miłości. Krótko po wydaniu „Controlling Crowds” głośno zrobiło się o ruchu Anonymous, który korzystał z podobnej symboliki, co wy. Poczuliście się jak prorocy? Darius: Nieee (śmiech), to czysty przypadek. Danny: Najwidoczniej ludzie reagują podobnie w obliczu tych samych problemów. Pewne emocje są uniwersalne. A co wy sądzicie o tym ruchu? Darius: Świetna sprawa i bardzo potrzebna. Kibicuję wszelkim przejawom obywatelskiego nieposłuszeństwa, a zwłaszcza witrynie Wikileaks. To hańba, że z jej założyciela zrobiono kryminalistę i zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. To ma być wolność słowa? Czysty absurd! Ludzie tacy jak on są potrzebni, aby mówić prawdę o nadużyciach władz. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi życie niewinnych ludzi mordowanych przez żołnierzy. Przeciętni Brytyjczycy odczuwają jakoś zaostrzenie przepisów dotyczących bezpieczeństwa publicznego? Darius: Oczywiście, że tak. Im więcej nadzoru, tym więcej kłopotów. Ludzie, którzy nie zdają sobie z tego sprawy, prędzej czy później staną się karmą dla systemu. Zmiana tematu. Jak wam idzie na tej trasie? Darius: Jest świetnie, to chyba nasza najbardziej udana tura. Publiczność jest zadowolona, wszystkie koncerty wyprzedane… Nie możemy narzekać. Mówi się, że jesteście popularniejsi na kontynencie, niż na Wyspach. Darius: Bo to prawda. Teraz jednak gramy intensywniej w Anglii i nasz nadchodzący koncert w Londynie też jest już wyprzedany. Przez długi czas nie mieliśmy w UK wydawcy ani menedżmentu, który popracowałby trochę nad promocją, ale wreszcie się to zmieniło. Zamierzamy w przyszłym roku skupić się na własnym podwórku. A preferencje publiki nie miały w tym udziału? Darius: Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Myślę jednak, że w Europie, zwłaszcza we Francji, w Polsce czy we Włoszech, ludzie lubią melancholijną muzykę. Inaczej niż Anglicy, którzy wolą rock’n’rolla. No co ty? Przecież Anglia kojarzy się ze smutną muzyką – The Smiths, The Cure, Joy Division… Darius: Ale to nadal rock’n’roll, a u was melancholia zakorzeniona jest o wiele głębiej. My nie mamy takiej muzyki klasycznej, jak Polacy. Także elektronika zawsze przegrywała w Anglii z gitarowymi zespołami. Mimo wszystko działają u nas zespoły podobne do Archive, które radzą sobie całkiem nieźle. Jestem pewien, że w następnych dwóch-trzech latach zjednamy sobie więcej słuchaczy. Mieliście okazję poznać polską muzykę?

Darius: Nie. Jezu, dziś ciężko usłyszeć dobrą angielską muzykę w radiu! Radio jest do dupy, więc polskiego też nie słuchamy (śmiech). Pewnie moglibyście poznać całkiem sporo grup wyznających podobną filozofię co Archive. Darius: Póki co nie mieliśmy jeszcze okazji się o tym przekonać. Zawsze przyjeżdżamy do Polski na cztery-pięć dni, gramy każdego wieczora i nie mamy czasu nawet na relaks. Bardzo chciałbym poznać lepiej polską kulturę. Może kiedyś wpadnę tu i zatrzymam się przez chwilę w Krakowie i Warszawie. Waszą muzykę wykorzystano w polskim filmie „Sęp”. Co to za produkcja? Darius: W sumie nie wiemy. Ktoś napisał do nas z prośbą o skomponowanie muzyki do filmu, ale byliśmy zbyt zajęci. Ostatecznie wykorzystano w nim kilka naszych starszych numerów w rodzaju „Bullets”. Nie widziałem całego filmu, tylko niektóre sceny, a te były bardzo… hmmm… mroczne. Poczekamy do premiery. Danny: Powiedziano nam, że w filmie grają bardzo dobrzy polscy aktorzy. A co jeśli okaże się porażką? Darius: C’est la vie (śmiech). Danny: Nie zrobiliśmy całego soundtracku, więc nie będziemy rozpaczać. Darius: W każdym razie fragmenty wyglądały obiecująco. Wy nawet mieliście kiedyś w planach nakręcić własny film. Darius: Tak, nasze wielkie marzenie, które najprawdopodobniej pozostanie tylko marzeniem (śmiech). Wszystko rozbija się oczywiście o kasę, a raczej jej brak. Szkoda, bo „Controlling Crowds” nadawałoby się świetnie do adaptacji na film. Pollard powiedział kiedyś, że Archive nie jest zespołem, tylko kolektywem. Słowo „kolektyw” sugeruje, że nie ma u was miejsca na ego. Darius: Nie jesteśmy egocentryczni, więc mnie to odpowiada. Gra w zespole ma nam przede wszystkim sprawiać radość, a nie głaskać nasze ego. To nie nasz styl. Danny: Ktoś z wielkim mniemaniem o sobie zwyczajnie nie wpasowałby się w ten zespół. W Archive panują rodzinne relacje, nie chcemy tego zepsuć. Czyli gdybyście byli drużyną piłkarską, to Cristiano Ronaldo nie miałby czego u was szukać? Danny: Nie (śmiech). Darius: Ronaldo to dupek. Chociaż piłkę kopie nieźle (śmiech). OK, to na koniec zdradźcie jeszcze, co aktualnie chodzi muzykom Archive po głowach. Darius: Nowy album! Będziemy nagrywać w styczniu i lutym, aby płyta doczekała się wydania latem. W międzyczasie koncerty. Masa, masa, masa koncertów. Nie możecie usiedzieć na miejscu Darius: A mamy inne wyjście? (śmiech)

muza 29


TRUST

cukierkowe ściany lochów tekst | DOMINIKA WĘCŁAWEK

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

TRUST TO ZESPÓŁ GRAJĄCY DLA WSZYSTKICH TYCH, KTÓRZY SAMI JESZCZE NIE WIEDZĄ, CZY MOŻE CHCĄ POSKAKAĆ, CZY POPŁAKAĆ, WYBRAĆ SAMOTNOŚĆ CZY RACZEJ EKSCESY W GRUPIE. KANADYJCZYCY SERWUJĄ ELEKTRONICZNY GOTYK UGŁASKANY EKSCENTRYCZNĄ RĘKĄ To nie tak, że ponurzy postpunkowcy z lat 80., ci uciekający w teatralne rozbuchanie i niewesołe wizje artyści, nie dostrzegli istnienia syntezatorów czy wręcz nie przesiadali się na nie. Ale zderzenie dawnej wrażliwości i nowych możliwości okazało się na tyle niejednoznaczne, że nadal z powodzeniem można z niego czerpać. Magia nie przeminęła. W Kanadzie – kraju Death From Above 1979 czy Crystal Castles – pojawiła się więc ostatnio nowa gwiazda: Trust. To tandem, w którym swe siły połączyli nieznany szerzej wokalista i klawiszowiec Robert Alfons oraz Maya Postepski, perkusistka synthpopowej Austry. Ta dwójka trzy lata zbierała materiał na swój debiut. Apetyty zaś rozbudzali choćby takimi wydawnictwami jak zeszłoroczny singiel „Bulbform” – porywający swą szorstką repetytywnością synthpop pogrążony w ciemnościach i działający na emocje. Wydany początkiem 2012 roku długogrający krążek „TRST” pokazał zaś, że singiel został wybrany właściwie – wśród zawartych na nim kawałków łatwo bowiem znaleźć podobny klimat. Jest niespieszne, ciężkie „Candy Walls” okraszone do przesady niskim, bo wręcz przywodzącym na myśl szorowanie o kamienne podłogi zamkowego lochu wokalem Alfonsa, niosącym tekst pełen wieloznaczności. „Gloryhole” jest innym utworem, niby dynamicznym, bardziej skocznym, ale zarazem dźwiękowo masywnym. Posępnie tanecznym i mrocznie kiczowatym. Paradoksalnym. Elektronika nie służy w nim wyłącznie do zagrania czterech akordów, które powtarzane przez kilka minut wprawią słuchaczy w trans, choć świadomość europejskiej sceny dance’owej istnieje. Baza instrumentalna Trust to raptem klawisze i perkusja. Ta druga jest w części programowana, a po części grana na żywo. Nie jest ordynarnie, ba, to co dzieje się z aranżacjami, stanowi dla słuchaczy atrakcję. Mogą bowiem obcować z bogactwem wykończonych detali, syntetycznych ornamentów, cyfrowych szmerów, zgrzytów, marzycielskich pogłosów, doświadczać nieostrości, kompozycyjnego

30 muza

zamazania, echa odbijającego się i powracającego do słuchacza. Słychać to wszystko choćby w „F.T.F.”, mocno orientalnym utworze doprawionym zaskakująco funkującym basem i śpiewanym również przez Mayę Postepski. Kanadyjczycy pozwalają sobie na to, by swoje utwory dosyć szczelnie wypchać dźwiękiem. Najczęściej rzeczywiście nie wpuszczają do nich światła, równolegle budując napięcie w sferze erotycznych podtekstów, niedomówień, słów-kluczy. Oddech można złapać gdzieś miedzy jednym rozmytym w pogłosach dźwiękiem a drugim. To dobra ścieżka dźwiękowa na drodze ku zatraceniu. Nic tylko założyć słuchawki albo rozkręcić głośność tak, by nie istniało już nic innego z dźwiękowego tła i dać się porwać. Trust może tak działać. Z drugiej strony całość jest jak jeden wielki flashback z lat 80. To nie zarzut, weź no zrób synthpop czy dark wave inaczej. Ale puszczając sobie Trust w dowolnym momencie dnia czy nocy, człowiek może się poczuć tak, jakby go Zemeckis wpakował do DeLoreana i wysłał prosto na jakiś taki trochę romantyczny, a trochę trącący myszką balet. Szczęśliwie Trust umie dopisać do tej podróży własną narrację. Jak jednak Trust może brzmieć na żywo? Pomyli się ten, kto sądzi, że swoje występy zmieniają w ponurą dyskotekę – to jest zarezerwowane dla ich studyjnego oblicza. Ci, którzy mieli okazję widzieć już Mayę i Roberta na scenie, są zgodni – to bardziej punk niż rave, duet potrafi doskonale uwolnić energię drzemiącą w nagraniach. Niewiarygodne? Możliwe do sprawdzenia na własnej skórze – Trust wystąpili w Polsce na dwóch koncertach: 9 stycznia w poznańskim klubie Spot, a dzień później w warszawskim 1500m2.

WWW.HIRO.PL


foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

CIBELLE

dowartościować tandetę tekst | PIOTR CZERKAWSKI, MARCIN SOBCZAK


„MAM W SOBIE DUŻO Z HIPISKI. ALE W RÓWNYM STOPNIU JESTEM TEŻ PUNKÓWĄ. UWAŻAJCIE, BO TO MYLĄCA KOMBINACJA!” – OSTRZEGA CIBELLE CAVALLI, BODAJ NAJBARWNIEJSZA POSTAĆ BRAZYLIJSKIEJ BOSSA NOVY Bardzo cenimy wszystkie trzy twoje studyjne płyty, ale odnosimy wrażenie, że pełnię talentu Cibelle da się odkryć dopiero na żywo. Wiele twoich koncertów przypomina bardzo pomysłowe występy kabaretowe. Czy ta forma sztuki bywa dla ciebie szczególnie inspirująca? Oczywiście, nie tylko zresztą na scenie. Gdy nagrywałam w studiu swój ostatni album „Las Venus Resort Palace Hotel”, chciałam jak najbardziej zbliżyć się do estetyki kabaretowej. Siłą rzeczy podobne myślenie przeniosło się później także na koncerty. Uwielbiam kabaret, bo jego celem jest dostarczenie dobrej zabawy w sposób najbardziej szalony i ekscentryczny z możliwych. Do tego samego dążę w trakcie swoich koncertów. Scena staje się miejscem, w którym przywykłam do odpuszczania jakiejkolwiek wewnętrznej kontroli. Kabaret, a w szerszym stopniu jakikolwiek występ sceniczny, zmusza do odgrywania ściśle określonej roli. W jaki sposób udaje ci się wtedy zachować autentyzm przekazu? Zależy jak by go zdefiniować. Jeśli autentyzm oznacza bycie stuprocentowo oryginalnym, to nikt z nas nie jest do tego zdolny, bo każdy kimś się inspiruje i podświadomie nawiązuje do czyichś pomysłów. Niemniej myślę, że naprawdę wartościowa twórczość ostatecznie zawsze okazuje się prawdziwa. Kiedy wymyślam tekst albo piosenkę, nie spocznę dopóki nie uznam, że udało mi się wyrazić to, co naprawdę czuję. Gdybym robiła inaczej, pewnie mogłabym wykorzystać moje umiejętności w celach bardziej komercyjnych, zostałabym gwiazdą pop. Doskonale jednak wiem, że nie tędy droga. Do czego więc – jako artystce – potrzebna ci jest iluzja? Gdy ktoś objawia ci nagą prawdę, czasem możesz uznać, że jest odpychająca. Zadanie artysty polega na tym, żeby tej prawdzie nałożyć make-up, ubrać w fajne ciuchy i uczynić atrakcyjną dla odbiorcy. Właśnie w tym tkwi cała frajda płynąca z tego zawodu. Skąd wiesz jednak, gdzie wytyczyć granicę między tym co atrakcyjne a odpychające? Wszystko zależy od indywidualnego postrzegania. Osobiście uważam, że świat jest piękny. Mogę myśleć tak jednak tylko dlatego, że dowartościowuję wiele rzeczy, które inni uważają za zwykłą tandetę. To niezwykle ważne dla mojej pracy. Chcę rzucać światło na to, co pozornie obrzydliwe i pokazywać, że rzeczy uznane za nieładne czy kiczowate często mają w sobie jedyny w swoim rodzaju urok. Po tym co mówisz, odnosimy wrażenie, że musisz być fanką filmów Johna Watersa, który epatuje widzów obrzydliwościami, żeby ostatecznie przedstawić je w jak najbardziej pozytywnym świetle. Kocham Johna Watersa! W pełni zgadzam się z jego poglądami. W kulturze amerykańskiej, którą wykpiwa, istnieje jakiś nienormalny pęd do tego, co nieskazitelne i idealnie czyste. Wszystko, co niepoprawne politycznie czy niedopasowane do estetycznego kanonu, jest uważane za nieodpowiednie. W ten sposób przeszkadza się ludziom w wyrażaniu siebie, a to niedopuszczalne. Moja muzyka – tak jak zapewne filmy Watersa – stanowi formę oporu przeciw takiemu myśleniu. Odnosimy wrażenie, że to, co ty czy Waters przekazujecie w swoich niszowych środowiskach, powoli przedostaje się także do mainstreamu za sprawą Lady Gagi. Jak zapatrujesz się na jej fenomen? Bardzo mocno jej kibicuję, choć w ogóle nie znam się na muzyce, którą wykonuje. Lubię jednak Gagę za to, że wydaje mi się kolorową świruską, która staje na scenie przed tysiącami ludzi i wywrzaskuje coś w rodzaju: „Chodźcie do mnie, potworki! Zapraszam wszystkich, także tych, którzy czują się wykluczeni! Łączmy się!”. To zupełnie nowa tendencja w świecie, w którym do tej pory wykluczeni mogli co najwyżej integrować się między sobą i tworzyć pozbawione wpływu na rzeczywistość getto.

WWW.HIRO.PL

Akceptacja samego siebie wymaga, wbrew pozorom, sporej odwagi. Masz poczucie, że tobie się udało? Dobrze czuję się z samą sobą. Próbuję wykorzystywać w stu procentach każdą chwilę mojego życia, nie cofać się do przeszłości ani nie wybiegać myślami w przyszłość, istnieć tu i teraz. Wiem, że to niełatwe, ale naprawdę bardzo się staram. Lubię zresztą myśleć, że mam gdzieś zamontowaną małą kamerę, która obserwuje mnie i kocha niezależnie od tego, co robię. Dzięki temu daję sobie prawo do błędów i mogę się na nich uczyć. Wychodzę zresztą z założenia, że kiedy żyjesz pełnią życia zamiast podpierać ścianę i oceniać innych, automatycznie emitujesz dobrą energię, która udziela się również twojemu otoczeniu. Ten programowy optymizm jest bardzo cenny, ale czy chwilami nie czujesz się nim przytłoczona? Nie, bo ja naprawdę nie jestem skomplikowana. Do szczęścia potrzebuję tylko natury, słońca, jedzenia, snu, miłości i ludzi, z którymi mogłabym się tym wszystkim dzielić. Ręczę wam, że ta postawa nie ma nic wspólnego z życiową naiwnością. Wręcz przeciwnie, uznaję ją za rezultat wieloletniego nabierania doświadczeń i formowania się mojej osobowości. Taki optymizm wydaje mi się dojrzały także dlatego, że – wbrew pozorom – nie zawsze jest podszyty jakąś szaloną ekspresją. Doskonale wiem, że od czasu do czasu należy się wyciszyć, spędzić nawet dzień lub dwa w milczeniu. Wtedy naprawdę można spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy. W swojej twórczości z sukcesem łączysz różne style, inspiracje i rodzaje wrażliwości. Czy wciąż jednak czujesz się ukształtowana przez rodzinną Brazylię? Ciężko powiedzieć, co to tak naprawdę znaczy, bo Brazylia jest szalenie różnorodnym krajem. Czasem mam wrażenie, że to wręcz kilka państw, w których po prostu mówi się jednym językiem. Nawet samo Sao Paulo, w którym mieszkałam do 23. roku życia, traktuję niemal jak osobny kontynent. Ten eklektyzm jest chyba po prostu wpisany w naszą mentalność. Spróbujcie zresztą znaleźć wspólne korzenie dla wszystkich Brazylijczyków, a dostaniecie ode mnie lizaka! Brazylia to względnie młody kraj, ludzie zaczęli migrować tu ze wszystkich stron świata ledwie 500 lat temu. Jako naród jesteśmy wymieszani, jakby ktoś wrzucił nas wszystkich do blendera. Ten miks zresztą wciąż tworzy się na naszych oczach, jest bardzo dynamiczny i czyni z Brazylii prawdziwe zagłębie kreatywności. Bardzo cieszę się, że mogłam tam dorastać, choć przyznam szczerze, że prawdziwie dojrzała poczułam się dopiero po przeprowadzce do Londynu. Podróż inicjacyjna do Londynu… Brzmi to bardzo hipisowsko! Bo sama mam w sobie dużo z hipiski. Ale w równym stopniu jestem też punkówą. Uważajcie, bo to myląca kombinacja! Czujemy się ostrzeżeni. Niemniej wciąż jesteśmy ciekawi, w jaki sposób Londyn uformował dzisiejszą Cibelle. Prawda jest taka, że jedyną rzeczą, która przeszkadzała mi w Brazylijczykach, był zawsze ich wybuchowy i kłótliwy temperament. Kiedy jesteś tam i próbujesz z kimś podyskutować, coś doradzić, zasugerować jakąś zmianę, od razu kończy się to awanturą. Dlatego ludzie wolą być dla siebie mili i nie poruszać jakichkolwiek drażliwych tematów. Tymczasem brak konstruktywnej krytyki zawsze jest zwodniczy i nie pozwala ci się rozwijać. Żeby się z tym uporać, musiałam dopiero przeprowadzić się do Londynu. W Anglii nauczyłam się tego, żeby słuchać uważnie innych ludzi i umieć spojrzeć na pewne sprawy także z innego punktu widzenia niż swój. Myślę, że moje brazylijskie wychowanie i brytyjska dojrzałość tworzą razem świetne połączenie. Zawsze zresztą uważałam, że podróże, nawet te najkrótsze, rozszerzają horyzonty. Właśnie dlatego tak bardzo się cieszę, że dzięki mojej pracy tak często mogę jeździć po świecie. Czy w trakcie tych wojaży udało ci się odnaleźć miejsce, w którym czujesz się szczególnie dobrze? Przysięgam, że w tym co za chwilę powiem nie ma żadnego lizania tyłka, ale… naprawdę uwielbiam przyjeżdżać do Polski, byłam u was z siedem czy osiem razy. Za każdym razem kiedy do was trafiam, mam wrażenie, że przechodzicie swój renesans, jestem pod wrażeniem kwitnącej kultury młodzieżowej i zainteresowania sztuką. Zresztą w ogóle ludzie w Polsce wydają mi się otwarci i opiekuńczy, umieją cieszyć się sobą nawzajem. Właśnie dlatego uwielbiam chodzić w waszym kraju na imprezy! Teraz zdałam sobie zresztą sprawę, że byłam chyba we wszystkich polskich dużych miastach z wyjątkiem Krakowa. Myślicie, że mają tam jakieś fajne knajpy?


MARY ELLEN MARK

trzeba walczyć tekst | MICHAŁ HERNES, JUSTYNA SURMA

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

Mary Ellen Mark specjalizuje się w czarno-białych zdjęciach przedstawiających ludzi ulicy: bezdomnych, samotnych lub sprzedających swoje ciało ze pieniądze. Artystka szuka ich zarówno w Ameryce, jak i po całym świecie. Chociażby w Indiach, gdzie przepięknie uchwyciła Matkę Teresę pochylającą się nad wykluczonymi. Inną pasją Mark jest robienie zdjęć na planach filmowych. Podglądała prace największych mistrzów: Francisa Forda Coppoli na planie „Czasu apokalipsy”, Federico Felliniego podczas prac nad „Satyriconem” czy Milosa Formana kręcącego „Lot nad kukułczym gniazdem”. Wykonała zdjęcia wielu aktorów, przykładowo Marlona Brando, Jacka Nicholsona czy Nicole Kidman. Mark nagrodzono między innymi Robert F. Kennedy Journalism Awards. Obecnie ma 72 lata i mieszka w Nowym Jorku. Wciąż pracuje nad kolejnymi projektami i nie zamierza zwalniać tempa.

34 foto

„BYCIE FOTOGRAFEM BYWA PRZEPUSTKĄ DO INNYCH, CZASEM TRUDNO DOSTĘPNYCH REWIRÓW” – MÓWI MARY ELLEN MARK, JEDNA Z IKON FOTOGRAFII DOKUMENTALNEJ


Co według pani pomaga w pracy fotografa? Pomagać trzeba przede wszystkim samemu sobie. Gdy pracujesz w tym zawodzie przez kilkadziesiąt lat, masz nadzieje, że twoje umiejętności stają się coraz większe. Jesteś jednak zdany tylko na siebie i musisz pozostać sobą. Należy sobie uświadomić, kim się jest i nie próbować być kimś innym. To podstawa. Z jakimi problemami zmaga się pani w tym fachu? Niczym nie różnią się one od rozterek każdego człowieka. Rozmawiamy w końcu o bardzo trudnej branży, która podlega nieustannym zmianom. Nie wolno im ulegać tylko dlatego, że aktualnie wymaga tego sytuacja na rynku. To zmusza do bycia twardym i nieustępliwym. Komercja próbuje cię chłonąć, ale nie wolno do tego dopuścić. Przypominają nam się słowa Dorothei Lange, która apelowała: „Wybierz temat i pracuj nad nim do wyczerpania. Musi to być coś, co naprawdę kochasz lub wyjątkowo nienawidzisz”. Czy ta filozofia jest pani bliska? Nie lubię podejmować tematów przeze mnie znienawidzonych. O wiele bardziej interesuje mnie fotografowanie tego, na czym mi zależy lub czym się przejęłam. Robienie zdjęć czemuś, czego się nie lubi, to pójście na łatwiznę.

jące o tematykę dokumentalną i socjologiczną. Obecnie liczą się tylko pieniądze. Dlatego powtarzam raz jeszcze: trzeba walczyć. Niekiedy aparat działa jak legitymacja. Czy przypomina sobie pani sytuację, kiedy aparat coś pani ułatwił lub zadziałał jak swego rodzaju zabezpieczenie? Nie, chociaż zgadzam się, że to przepustka do innych, czasem trudno dostępnych rewirów. Przebywasz w nich tylko dlatego, że jesteś fotografem. Wyróżnia cię to, że sprzęt fotograficzny masz zawsze w gotowości. Gdybyś próbował zaprzyjaźnić się z ludźmi, a potem nagle wyciągnął aparat, zrobiłoby się strasznie niezręcznie. Wyobraźmy sobie, co by czuli, jakbyś nagle powiedział: „Jestem waszym przyjacielem, ale muszę zrobić to zdjęcie”. Proszę opowiedzieć o swojej ostatniej podróży. Pracowaliśmy z mężem nad jednym z najwspanialszych zadań, jakie można otrzymać. Podróżowaliśmy po całym świecie, obserwując, jak w poszczególnych krajach funkcjonuje pediatryczna służba zdrowia. Przede wszystkim jednak mogliśmy robić wszystko, co chcieliśmy. Dzięki temu dane było nam poczynić bardzo staranne przygotowania. W Afryce obserwowaliśmy ludzi zmagających się z malarią. Byliśmy też na Ukrainie, w Chinach i Stanach Zjednoczonych, gdzie w Kalifornii trafiliśmy na oddział onkologii. W Meksyku nie odstępowaliśmy na krok lekarzy, którzy odwiedzają pacjentów w wioskach. To niesamowite, że mogłam skupić się na tym, co kocham. Podobnie jak mój mąż, który zebrał materiały do filmu dokumentalnego. Niestety, przeważnie pracodawcy oczekują ode mnie komercyjnych projektów. Tym razem stało się inaczej i nie ukrywam, że jestem bardzo dumna z rezultatu mojej pracy. Fotograf Piotr Andrews powiedział, że najlepsze zdjęcia, których nie zrobił, to fotografia butów jego zabitego kolegi po fachu i fotoreportaż z niespodziewanej kolacji z udziałem Nelsona Mandeli. Miała pani podobne dylematy? Nie potrafię myśleć o tym w tych kategoriach. Jeśli chcę zrobić zdjęcie, po prostu działam. Problemem jest raczej to, że chciałabym podjąć jakiś temat czy wyruszyć w podróż, ale nie mogę, bo nie dostałam na to pieniędzy. Postępująca komercjalizacja degraduje rynek.

Co więc pani kocha? Przykładowo napotkanych na ulicy ludzi. Z jednej strony ważne są sytuacje, które ściskają mnie za serce, a z drugiej portretowanie osób wykluczonych, którzy nie potrafią sami zabrać głosu w swoich sprawach. Nie nazwałabym tego jednak miłością, tylko raczej empatią. Gdybym zrobiła sesje z udziałem członków Ku Klux Klanu, to bardzo łatwo mogłabym ich przedstawić w złym świetle, ale naprawdę wolę spędzać czas w towarzystwie kogoś innego. Jakim więc tematem zajmuje się pani najdłużej? Tiny, czyli żyjącą na ulicy dziewczyną, którą poznaliśmy z mężem w Seattle w 1983 roku, kiedy miała trzynaście lat. Wciąż ją fotografuję, a mój mąż zrobił o niej film dokumentalny pod tytułem „Streetwise”. Uwielbiam obserwować, jak ludzie i ich życie ulegają zmianie. Proces dojrzewania i starzenia się to fascynujące zjawisko. Zdarza się pani fotografować mimochodem – w myślach – rzeczywistość, która akurat panią otacza? Nie, chociaż bardzo uważnie przyglądam się wszystkiemu, co się wokół mnie dzieje. Czasem człowiek żałuje, że w danej chwili nie ma przy sobie aparatu fotograficznego, ale nic nie można na to poradzić. Pomaga pani w przygotowywaniu wystaw swoich prac? Na pewno muszę walczyć o ich organizowanie. Jak wspominałam, czasy się zmieniają i zainteresowanie fotografią dokumentalną jest coraz mniejsze. Ogromnie ważną rolę odgrywa dla mnie tworzenie książek z moimi zdjęciami. W przeszłości czasopisma takie jak „Life” bardzo chętnie stawiały na fotografie zahaczaWWW.HIRO.PL

Sprzeciwia się jej pani, ale z drugiej strony od lat gości pani na planach filmów, fotografując znanych aktorów i reżyserów. Czy to się ze sobą nie kłóci? Nie, bo jak na komercję jest to bardzo interesujące. Dostrzegam magię w obserwowaniu tego, jak powstają wielkie filmy. Naprawdę wiele się nauczyłam, podglądając w akcji filmowe osobistości. Chociażby tego, jak kierować ludźmi. To ogromnie przydaje się w czasie tworzenia fotograficznych portretów. Dużo dowiedziałam się też na temat światła i obrazu. Miałam szczęście pracować z najlepszymi filmowcami, takimi jak Tim Burton czy Milos Forman. Aktorzy są natomiast doskonałymi modelami i komunikacja z nimi przebiega rewelacyjnie. Johnny Depp i Brad Pitt to ujmujący faceci. Ciepło wspominam również Marlona Brando. Nie zawsze jednak dobrze pracuje się z aktorami. Wszak w fotografii najważniejsze jest uchwycenie chwili, a nie ruch. Na szczęście Leonardo DiCaprio, Nicole Kidman i wielu innych bardzo ułatwiają fotografowi pracę. Co nie zmienia faktu, że fotografując ich, musi się pani trzymać sztywnych kanonów. W przeszłości na planach filmowych robiło się prawdziwe zdjęcia, tymczasem obecnie myśli się tylko o filmowych plakatach. Nie ukrywam, że mam słabość do zwiedzania z aparatem wspaniałych muzeów i na przykład fotografowania kanonu Rembrandta. W ten sposób niejako interpretuję pracę innych. Chodzi o nowe, odświeżone spojrzenie. O inną perspektywę. W USA ukazała się właśnie pani książka pod tytułem „Prom”. Pracowałam nad tym tematem przez pięć lat. Opowiadam w niej o rytuale, który co roku ma miejsce w Ameryce. Dzieci po ukończeniu szkoły średniej urządzają sobie wielki bal. Na jego potrzeby kupuje się eleganckie stroje i zamawia limuzyny. Używałam aparatu analogowego 20*24, co bywało uciążliwe, biorąc pod uwagę fakt, że podróżowaliśmy po całych Stanach. Nie lubię jednak chodzić na łatwiznę. Jednocześnie mój mąż rozmawiał z tymi wszystkimi dzieciakami i zadawał im setki pytań. Powstanie z tego także film dokumentalny. Nie mogę się go doczekać.

foto 35


NOMINACJE 2012

SUPERHIRO W TYM ROKU PONOWNIE MY JEDYNIE WSKAZUJEMY NOMINOWANYCH W POSZCZEGÓLNYCH KATEGORIACH, ZAŚ NAGRODY PRZYZNAJECIE WY, CZYTELNICY – GŁOSUJĄC NA HIRO.PL LUB ZE SPECJALNEJ APLIKACJI NA FACEBOOKU. UWAGA, WSZYSCY GŁOSUJĄCY BIORĄ UDZIAŁ W LOSOWANIU ULTRABOOKA MARKI ASUS!

SUPERHIRO MUZYKA

SUPERHIRO KOMIKS/KSIĄŻKA

1. KARI AMIRIAN 2. BISZ 3. THE KDMS

1. SZAWEŁ PŁÓCIENNIK 2. MARIUSZ SIENIEWICZ 3. AGATA WAWRYNIUK

SUPERHIRO FILM

MEGAHIRO – BOHATER ROKU

1. LESZEK DAWID 2. MICHAŁ MARCZAK 3. WŁADYSŁAW PASIKOWSKI

SUPERHIRO MODA

1. ROBERT LEWANDOWSKI 2. PARAOLIMPIJCZYCY 3. MACIEJ STUHR

ANTYHIRO – ANTYBOHATER ROKU

1. KAMILA GAWROŃSKA-KASPERSKA 2. MALDOROR 3. NENUKKO

1. BARBARA BIAŁOWĄS 2. GRZEGORZ BRAUN 3. ŁUKASZ KARWOWSKI

SUPERHIRO WYDARZENIE

SUPERHIRO TU LUBI Z ASUS

1. EURO 2012 2. OFF FESTIVAL 3. T-MOBILE NOWE HORYZONTY 2012

SUPERHIRO PRZYSZŁOŚCI 1. GATHASPAR 2. MARCIN KOWALCZYK 3. TOMASZ WASILEWSKI

36 nagrody

1. MINISTERSTWO KAWY 2. RESORT 3. SZTUKI SZTUCZKI

Zwycięską niesamowitą miejscówkę Asus i Intel wyposażą w strefę mobilną!

WWW.HIRO.PL


jestem tutaj


modelka | MARZIA GAGGIOLI


MARZIA GAGGIOLI NAJPOPULARNIEJSZA – PRZYNAJMNIEJ W SIECI – ARTYSTKA 2012 ROKU. JAK INFORMUJE JEJ POLSKI FAN PAGE, „ŚPIEWA W WIELU JĘZYKACH, SKOMPONOWAŁA PONAD 1000 UTWORÓW, OD DISKO PRZEZ HIP-HOP PO GOTYK I SONATY! RYSUJE, MALUJE, MONTUJE WIDEO, PROJEKTUJE STROJE”. TYLKO „HIRO” WŁOSKA MULTIDIWA OPOWIADA O SWOICH PASJACH I PLANACH, WSRÓD KTÓRYCH JEST M.IN. KSIĄŻKA BĘDĄCA „MIKSEM HORRORU, FANTASY I KOMIKSU”. CZYŻ MARZIA NIE JEST FENOMENALNA?

z ziemi włoskiej do polski tekst | KAMIL DOWNAROWICZ

foto | ARCHIWUM ARTYSTKI


top 5 klipów Marzii

Wiesz, że jesteś w Polsce Królową Internetu? Wielu przyjaciół z Polski mówi mi, że jestem popularna w waszym kraju. Oczywiście mnie to cieszy i wciąż mile zaskakuje. Ale czy czuje się Królową Internetu? Raczej nie… Jesteś prawdziwą kobietą renesansu, co wzbudza podziw. Nie tylko śpiewasz, ale także grasz na kilku instrumentach, sama kręcisz teledyski do swoich utworów, rysujesz, piszesz książki. W której z tych ról czujesz się najlepiej? Zajmuje się tyloma rzeczami, bo wszystkie one sprawiają mi niesamowitą frajdę. Nic nie robię na siłę, żeby pokazać, jaka to jestem uzdolniona i w ogóle super. Jeżeli poczuję kiedyś, że na przykład kręcenie teledysków przestaje mnie satysfakcjonować, to przestanę to robić. A najfajniejsze jest to, że znajdę sobie pewnie w miejsce tego jakieś inne zainteresowanie, któremu się poświęcę. W chwili obecnej najbardziej lubię komponować muzykę. To najważniejsza potrzeba mojego serca. W Polsce popularne są przede wszystkim twoje teledyski. Opowiedz nam, jak je przygotowujesz – od pomysłu, poprzez kostiumy i montaż. Niektóre klipy robię bardzo szybko. Trzy dni i są już gotowe. Nad innymi siedzę ponad tydzień. Czasami też komputer i programy do montażu potrafią spłatać psikusa i przedłuża to moją pracę. Trzeba być cierpliwym. Pomysły na teledyski czerpię bezpośrednio z muzyki. Wsłuchuję się w melodię, słowa, i oczami wyobraźni widzę już, jak powinno to wyglądać w sferze wizualnej. W głowie widzę gotowy wideoklip – scena po scenie. Potem próbuję przekształcić swoje wyobrażenia w rzeczywisty efekt. Podobnie jest z moimi kostiumami. Instynktownie czuję, które się będą nadawały i w których będę dobrze się prezentować.

JESTEM TUTAJ Pierwszy z trzech jak do tej pory polskich hitów Marzii. Wzruszający klip w stylu lat 90. Blisko milion wyświetleń na YouTube!

UN INFERNO SENZA TE Teledysk zrealizowany specjalnie na Halloween. Marzia w diabelskim wydaniu, choć w finale pojawiają się też anioły.

Fakt, w teledyskach pojawiasz się w wielu rozmaitych stylizacjach. Sama projektujesz te ubrania? Osiemnastowieczne stroje projektuję sama. Inne ubrania niekoniecznie, ale też się zdarza. Śpiewasz w kilkunastu językach, między innymi po polsku. Mówisz tymi wszystkimi językami czy tylko wykorzystujesz je w swojej twórczości? Jednym z moich ulubionych hobby jest poznawanie nowych języków. To taka moja mała obsesja. Polski jest bardzo pięknym, choć trudnym językiem. Mam w planach się go poduczyć. Na razie nie mówię po polsku. Planujesz odwiedzić nasz kraj? Gwarantuję, że na twój występ przyszłaby masa osób. Bardzo chciałabym do was przyjechać! Czekam na odpowiednią okazję. Jak tylko się pojawi, obiecuję, że zawitam do Polski. Nie ograniczasz się do jednego stylu muzycznego. Wykonujesz disco, hip-hop, a nawet gotyk i muzykę poważną. Jaki rodzaj muzyki jest ci najbliższy? Zdecydowanie muzyka poważna. Z wielu powodów… Może odpowiem przewrotnie na to pytanie – nie ma ani jednej rzeczy w muzyce poważnej, która mi się nie podoba. A jak jest z malarstwem? Co lubisz malować najbardziej i co cię inspiruje? Lubię malować krajobrazy. Ale prawdę rzekłszy, nie mam teraz zupełnie czasu na malarstwo! Pochłaniają mnie inne sprawy. Nie potrafię wymienić rzeczy, które mnie na tej płaszczyźnie inspirują. Chyba po prostu życie i jego obserwacja jest motorem mojej sztuki. Ale, jak wspomniałam, nie mam teraz czasu na malowanie…

AUF WIEDERSEHEN Electro-pop po niemiecku, jakiego nigdy nie nagrała Lady Gaga, okraszony równie wybornym klipem. Czego tu nie ma? Marzia siedząca na dachu kosmicznego pojazdu do złudzenia przypominającego TU-154, lot na komecie, stroje rodem ze space-opery lat 80. Jeden z największych hitów artystki.

DIE KOMODIE

Marzia przywołuje ducha Klausa Nomi. Kabaret – dosłownie i nie tylko!

No tak, teraz jesteś w trakcie pisania nowej książki. Zgadza się. Będzie to miks horroru, fantasy i komiksu. Myślę, żeby opublikować tę książkę w odcinkach w sieci. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Śledźcie to! Zajmujesz się tyloma rzeczami, że trudno zrozumieć, jak starcza ci na to wszystko czasu. Masz jakiś specjalny magiczny kalendarz, w którym wszystko rozplanowujesz? Nie mam żadnego kalendarza. Planowanie nie jest dla mnie. O wszystkim decyduję spontanicznie i jestem zadowolona z efektów!

WWW.HIRO.PL

IF YOU WANT

Mroczne wcielenie artystki, doskonała gra czernią i czerwienią w klipie. Gotycka opera, z której sam Kurt Weill byłby dumny.

zjawisko 45


czeka?

U Phillipa Dicka w „Przez ciemne zwierciadło”, gdzie akcja dzieje się właśnie w 2013 roku, społeczeństwo wyniszcza narkotyk o tajemniczej nazwie Substancja A. Wprawdzie w „Ucieczce z Los Angeles” Johna Carpentera grany przez Kurta Russella Snake Plissken ratuje świat przed wielką nuklearną katastrofą, jednak perspektywa Los Angeles jako enklawy kryminalistów, utworzonej po gigantycznym trzęsieniu Ziemi, również nie napawa optymizmem. Łaskawy dla roku 2013 nie był również Kevin Costner w swoim „Wysłanniku przyszłości”. Tu z kolei świat zniszczyła III wojna światowa, a ocalała ludność, unikając wzajemnych kontaktów, próbuje otrząsnąć się po tragedii. Idąc zatem tropem twórców i proroków, najbliższa przyszłość raczej nie będzie dla nas łaskawa. Na całe szczęście świat nie oszalał, a pionierzy show-biznesu nie wyprzedali swoich majątków, aby spędzić ostatnie chwile świata, korzystając z uciech tajlandzkich burdeli i hawajskich plaż. Skoro więc nowe dobra nadal powstają, warto przyjrzeć się temu, co może zaskoczyć nas w roku 2013. Przyszłoroczne premiery mogą okazać się bardziej spektakularne niż oczekiwany przez wszystkich koniec świata, który się jednak nie odbył…

tekst | BARTŁOMIEJ LUZAK

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

2013 co nas

ROK 2013 NIE ROKUJE NAJLEPIEJ. CZARNY SCENARIUSZ KOŃCA ŚWIATA ZAPLANOWANY PRZEZ MAJÓW SIĘ NIE SPRAWDZIŁ, ALE WARIANTY PRZYSZŁOŚCI, JAKIE SERWUJE NAM FIKCJA LITERACKA I FILMOWA, RÓWNIEŻ NIE NAPAWAJĄ OPTYMIZMEM


2013

muzyka

MOŻNA OCZYWIŚCIE PRZEWIDYWAĆ I TYPOWAĆ, KTÓRZY Z DEBIUTUJĄCYCH W BRANŻY MUZYKÓW MAJĄ NAJWIĘKSZĄ SZANSĘ WYBIĆ SIĘ W NAJBLIŻSZYM OKRESIE, JEDNAK JEDNO JEST PEWNE – NIE BĘDĄ MIELI ŁATWO, PONIEWAŻ ROK 2013 MOŻE OKAZAĆ SIĘ CZASEM WIELKICH POWROTÓW ORAZ PŁYT NA KTÓRE CZEKAMY JUŻ BARDZO DŁUGO.

NINE INCH NAILS

W ostatnim czasie Trent Reznor skupił się na komponowaniu muzyki do filmów i na pobocznym projekcie tworzonym z żoną Mariqueen, „How To Destroy Angels”. Jak sam jednak twierdzi, powoli tęskni za swoim starym zespołem, a zarys nowych kompozycji powoli się pojawia. Trudno powiedzieć, czy możemy liczyć na nowe Nine Inch Nails jeszcze w 2013 roku, jednak to już prawie pięć lat od udostępnionego w sieci „The Slip”, dlatego prawdopodobieństwo ukazania się płyty jest naprawdę spore.

TOOL

Podczas gdy Maynard James Keenan skupił się na projekcie Puscifer, reszta zespołu od 2010 roku nagrywa materiał na nową płytę. Materiał miał być skończony do końca 2012 roku, trudno jednak powiedzieć, czy kolejne dwanaście miesięcy wystarczy, żeby zarejestrować wokale. Niestety, sięgając pamięcią do niekończących się zmian w dacie premiery płyty „10000 Days”, trudno na cokolwiek się nastawiać.

48 popkultura

QUEENS OF THE STONE AGE

Tutaj informacje są już potwierdzone. Nowa płyta zespołu, którym dowodzi Josh Homme, ukaże się w pierwszej połowie nadchodzącego roku. Po odejściu Joeya Castillo za perkusją znowu zasiadł Dave Grohl. Pojawił się on jednak tylko w studiu, zaprzeczając jakoby miał regularnie koncertować z zespołem. Miejmy nadzieję, że zespół znajdzie równie dobrego muzyka na miejsce Castillo jeszcze przed tegorocznym Open’erem, gdzie QOTSA potwierdzili już swoją obecność.

WWW.HIRO.PL


film

CO INNEGO MOŻE PRZYCIĄGNĄĆ WIDZÓW DO KIN W OBLICZU RYCHŁEGO KOŃCA LUDZKOŚCI, JEŚLI NIE SUPERBOHATEROWIE GOTOWI RATOWAĆ ŚWIAT Z KAŻDEJ OPRESJI. ROK 2013 BĘDZIE NALEŻAŁ DO NICH. MARVEL NIE SPUSZCZA Z TONU, A DC ODŚWIEŻA KOLEJNĄ KULTOWĄ POSTAĆ. NIE ZABRAKNIE TEŻ ADAPTACJI KLASYCZNEJ POWIEŚCI DLA DZIECI…

MAN OF STEEL

DC po raz kolejny próbuje przywrócić świetność Supermana. Tym razem odświeżaniem jego wizerunku zajął się Zack Snyder, który całkiem nieźle poradził sobie już z adaptacjami „300” i „Watchmen”. Film wejdzie do kin w czerwcu, mamy więc trochę czasu, by nadrobić zaległości w czytaniu komiksów i oglądaniu ostatnich sezonów „Smallville”.

IRON MAN 3

Robert Downey Jr. sprawił, że Spiderman czy Batman dorobili się naprawdę sporej konkurencji w kategorii ulubionych superboharerów. Nie wiemy jeszcze zbyt wiele na temat fabuły, poza tym, że w filmie pojawi się w końcu Mandarin, największy wróg Tony’ego Starka. Za film odpowiedzialny będzie Shane Black, twórca udanego „Kiss Kiss Bang Bang”, gdzie główną rolę także zagrał Downey Jr. Oby i tym razem współpraca ułożyła się pomyślnie.

WWW.HIRO.PL

OZ WIELKI I POTĘŻNY

Hollywood od dobrych kilku lat kombinuje, jak przywrócić dawną świetność słynnej Dorotce z Krainy Oz. Prace nad kilkoma tytułami trwają, jednak ten zdaje się być najciekawszym, choćby ze względu na obsadę. W rolę czarnoksiężnika wcieli się James Franco. Pojawią się także Abigail Spencer, Mila Kunis oraz Rachel Weisz. Co jak co, ale Disney wie, co zrobić, żeby zachęcić brzydszą płeć do oglądania bajek…

popkultura 49


2013

gry

ŚWIAT GIER KOMPUTEROWYCH, PODOBNIE JAK BRANŻA MUZYCZNA, W NOWYM ROKU ZOSTANIE ZDOMINOWANY PRZEZ WIELKIE POWROTY. „HALO 4” ORAZ „CALL OF DUTY: BLACK OPS II”, KTÓRE GRACZE ZNAJDĄ POD CHOINKĄ JESZCZE W 2012, TO TYLKO POCZĄTEK KONTYNUACJI SERII, KTÓRE OD LAT NIE POZWALAJĄ ODERWAĆ SIĘ OD PADÓW I MONITORÓW…

SIMCITY

Na długo przed pojawieniem się gry „The Sims”, wielkim przebojem było budowanie miast w „SimCity”. Graczom przyszło czekać dziewięć lat na kolejny tytuł z tej serii. W końcu, w 2013 roku ich prośby zostaną wysłuchane. Firma EA liczy na długoterminowy sukces, co może oznaczać, że nowa gra jeszcze długo po premierze będzie wspierana przez różnego rodzaju dodatki i uzupełnienia.

TOMB RAIDER

Nie ma chyba bardziej kultowej postaci kobiecej jeśli chodzi o gry wideo, dlatego twórcy naprawdę nie ryzykują wiele, odświeżając ten tytuł. Tym razem Lara Croft ma być młoda, bezbronna i niedoświadczona. Zwolenniczki silnej i zaradnej pani archeolog wyraziły głębokie zaniepokojenie. Zwolenników uspokoiła informacja o jeszcze krótszych szortach bohaterki. Czas pokaże, kogo bardziej uszczęśliwi nowy wizerunek Lary…

50 popkultura

GRAND THEFT AUTO V

Nie ma jeszcze oficjalnej daty premiery, jednak wszelkie prognozy wskazują na to, że już w marcu będziemy mogli cieszyć się najnowszą odsłoną serii „GTA”. Mimo że poza trailerem, który jakiś czas temu pojawił się w sieci, o grze nie wiemy tak naprawdę nic, to 15 milionów sprzedanych kopii poprzedniej części pozwala przypuszczać, że i tym razem gracze kupią produkt w ciemno i raczej nikt nie będzie rozczarowany.

WWW.HIRO.PL


gadżety

PONIEWAŻ NOWY IPHONE 5 JUŻ DAWNO POJAWIŁ SIĘ W SKLEPACH, ŚWIAT TECHNOLOGII W PRZECIWIEŃSTWIE DO GIER CZY MUZYKI, NIE POSTAWI W 2013 ROKU NA SPRAWDZONE PRODUKTY W NOWYCH ODSŁONACH. A JEŚLI ŚWIAT BĘDZIE TRWAŁ DALEJ, MOŻEMY LICZYĆ NA KILKA MIŁYCH UDOGODNIEŃ W ŻYCIU CODZIENNYM…

BASIS BAND

Było już wiele gadżetów, które z poziomu naszego nadgarstka mogły służyć jako odtwarzacz muzyki, monitor pracy serca, telefon czy aparat. To urządzenie, na które wszyscy fani nowych technologii czekają od dawna, zajmuje się monitorowaniem praktycznie każdej aktywności naszego ciała. Mierzy tętno, liczy spalone kalorie, śledzi nasz sen oraz wiele innych funkcji naszego organizmu. Czas pokaże, czy Basis Band okaże się tylko sezonową modą, czy kulturowym przełomem w codziennym dbaniu o zdrowie.

XBOX 720

Nowa generacja konsol do gier nadchodzi wielkimi krokami. Podobno koniec z optycznym napędem, podobno gry będziemy pobierać z sieci, podobno za grafikę będzie odpowiedzialne AMD, a detale w grach mają wyglądać jak w filmie „Avatar”. Plotek jest wiele, jednak wszystko wyjaśni się prawdopodobnie podczas przyszłorocznych targów E3. Informacje o możliwościach graficznych z pewnością ucieszyły wszystkich, jednak z powodu braku gier w fizycznej postaci, zwolennicy „kupowania” gier na Pirate Bay mogą być lekko niepocieszeni. WWW.HIRO.PL

SMART GLASSES

Gadżety, które do tej pory znaliśmy tylko z filmów science fiction, coraz częściej wkraczają do prawdziwego życia. Google w roku 2013 wprowadzi okulary rozszerzające naszą rzeczywistość obrazem wyświetlanym na małym ekranie, tuż przed naszymi oczami. Nie trzeba już nawet sięgać do kieszeni po smartfon, żeby dowiedzieć się, jak dotrzeć w wyznaczone miejsce, sprawdzić jaka będzie pogoda albo odbyć wideokonferencję z przyjaciółmi. Przeraża to, że jeśli są jeszcze rzeczy, których Google o nas nie wie, to z pomocą swoich okularów na pewno się dowie…

popkultura 51


MAJA MILOŠ W DEBIUTANCKIM „KLIPIE” 29-LETNIA MAJA MILOŠ LUSTRUJE UMYSŁY I CIAŁA NASTOLETNICH MIESZKAŃCÓW PRZEDMIEŚĆ, DLA KTÓRYCH ZAKRAPIANE IMPREZY I SEKS STAŁY SIĘ WYZNACZNIKAMI ŻYCIA. KIM JEST MŁODA REŻYSERKA: BIERNĄ PODGLĄDACZKĄ, INTERWENIUJĄCĄ DZIAŁACZKĄ SPOŁECZNĄ, PROPAGANDZISTKĄ CZY MOŻE PO PROSTU ARTYSTKĄ, DOWIECIE SIĘ Z NASZEJ ROZMOWY, W KTÓREJ OPOWIADA O PROCESIE POWSTAWANIA FILMU, REAKCJI ROSJI I KONDYCJI RÓŻNYCH POKOLEŃ SERBÓW „Klip” ma dość oryginalny rodowód. Wymyśliłaś go, oglądając filmiki w internecie. Widziałam mnóstwo filmików nagranych przez młodych ludzi. Jedne pokazują znęcanie się nad młodym chłopcem, inne to seks-taśmy naprawdę młodych dziewczyn. Wielu z młodych „reżyserów” rejestrowało też bardzo ostre imprezy, na których konkretnie się upijali i ćpali. Szczególnie istotnym obszarem tematycznym tych nagrań jest przemoc w szkole i to nie tylko ta w relacji uczeń-uczeń, ale też nauczyciel-uczeń. Widziałam tego naprawdę sporo. Pomyślałam, że dookoła mnie dzieje się coś naprawdę dziwnego. Młokosy mają mnóstwo niespożytej energii, którą kanalizują w niewłaściwy sposób, nie wiedząc jak ją właściwie spożytkować. Chciałam zbadać, jakie są tego powody, co stoi temu na przeszkodzie. Ten temat bolał mnie jak drzazga wbita pod skórę. Zaczęłam go intensywnie badać. Kiedy zdecydowałam się zrobić film, wiedziałam, że nie chcę uprawiać propagandy ani piętnować systemu socjalnego. Chciałam skupić się na intymnej historii miłosnej, która dzieje się na takim tle. Rozmawiałaś z autorami tych filmików? Pisałam scenariusz przez dwa lata. Przez cały ten czas, a nawet po napisaniu, prowadziłam badania. Chcąc zrobić autentyczny film, musiałam zgłębić ten temat bardzo dokładnie. Zaczęłam od oglądania, ale przeszłam do rozmów. Kolejne dwa lata trwały castingi. Rozmawiałam z każdym kandydatem o jego doświadczeniach w tym temacie, o jego otoczeniu, problemach, punkcie widzenia na sprawę. Musiałam się dowiedzieć wszystkiego o tej generacji, by rozgryźć, o co w tym chodzi. Nie mogłam sobie pozwolić na dystans, o który było bardzo łatwo, bo przecież pochodzę z zupełnie innego pokolenia. Mam za sobą kompletnie inne doświadczenia. To nie mogło wyglądać tak, że przyglądam się młodym ludziom z problemami, tylko młodym ludziom, którzy napotykają problemy. To duża różnica. Stąd dokumentalny charakter filmu. Zależało mi na autentyczności i lokalności, ale jednocześnie też na uniwersalizmie. Rzeczy, które dzieją się w „Klipie”, nie są przecież typowe tyko dla Serbii. To pewien model zachowania mieszkańców przedmieść wielkich miast na całym świecie. Oczywiście w innych miejscach też się ujawnia. Ale zależało mi na utrzymaniu filmu w duchu dokumentu także z innego powodu. Istotna była dla mnie kwestia, na ile reżyser może o takim charakterze zdecydować? Czy zależy od tego, jak się film nakręci i zmontuje, czy to głos reżysera jest rozstrzygający i to on decyduje, co nazwać fikcją, a co dokumentem. Spójrzmy na problem z perspektywy widza, jak dla niego ta granica przebiega. Oglądając fikcję, musi uwierzyć, że to rzeczywistość. A oglądając dokument, wie, że to jest rzeczywistość. Kiedy oglądałam klipy w internecie,

52 film

wiedziałam, że one są realne. Chciałam, żeby widz wiedział, że mój film też taki jest. Rosja uwierzyła ci chyba za bardzo, nie pozwalając na pełną dystrybucję „Klipu”. Na szczęście tylko w Rosji nie dostaliśmy pozwolenia na projekcje w regularnej dystrybucji. Film był tam pokazywany na festiwalu w Moskwie. Żałuję, że Rosjanie go nie zobaczą, bo problemy młodych ludzi w Rosji są bardzo podobne do młodzieży w Serbii. Ukrywanie filmu nikomu nie pomoże. Tylko pokazując go, możemy wzbudzić dyskusję, poruszyć ten problem. Publiczność chce o nim rozmawiać? Film wzbudza bardzo żywiołowe reakcje, co niezmiernie mnie cieszy, bo nie zależało mi przecież na tym, żeby zrobić dobry film, tylko taki, który prowokuje pytania, o którym się myśli. Dla mnie największym komplementem jest wypowiedź jednego z widzów, który powiedział mi, że po kilku dniach od projekcji wciąż o nim myśli. Po seansach odbywają się długie, szczere rozmowy. Ludzie są szczególnie ciekawi, jak moi aktorzy zagrali w nim w taki sposób, i jak to zrobiliśmy, że jest tak realistyczny. Interesujące jest dla mnie to, że w różnych częściach świata poruszane są inne kwestie. Na Zachodzie ludzie pytają o aspekt socjalny, mówią o namiętności. Na Wschodzie – o specyfikę lokalną: czy ta przedstawiona w filmie jest prawdziwa, czy nie. Bardzo ładnie pokazujesz wpływ Wschodu i Zachodu na twoich bohaterów. Stroją się na modłę Zachodu, ale imprezują w sposób typowo wschodni. Wpływ Zachodu jest ogromny. Ale nie umniejsza roli serbskiej kultury, której bliżej jednak do Wschodu. Te kultury przecinają się u nas, co widać też w filmie. Konsumpcja serbskich alkoholi wynika z prostego faktu – ceny. Ale styl ubierania się musi być na bogato. Młodzi pokazują, że nie są ani biedni, ani szarzy. Kiedy kilka tygodni temu rozmawiałem z Bojanem Vuleticem, reżyserem „Przewodnika po Belgradzie”, powiedział mi, że słowem najlepiej opisującym Serbów jest „przesada”. Po seansie „Klipu” dochodzę do wniosku, że miał rację. (śmiech) Pewnie! (śmiech) W „Klipie” bohaterami są nastolatkowie, którzy zawsze szukają granic, żeby je przekroczyć. W różnych okresach czasu to się zmienia, człowiek inaczej próbuje pokazać to, że żyje. Młodzi sprawdzają, na jak dużo ich stać, a ich eksperymenty mają ciche przyzwolenie społeczne. Takie postępowanie ma duży związek z ich wyobrażeniem na temat tego, co inni uznają za cool. Dlatego też nagrywają te filmiki, żeby pokazać, że ich życie nie jest takie szare i beznadziejne. Ich wizja seksualności też jest przesadzona, co wynika z pewnego modelu

tożsamości: samca alfa z jednej strony i pozbawionych tabu kobiet z drugiej. Młodzi tę tożsamość przyjmują za swoją, zanim naprawdę ją odkryją. Ale nie tylko młodość jest przepełniona przesadą. Serbowie ogólnie reagują przesadą na okrutną rzeczywistość, w której żyją: pasją i samozniszczeniem, a one potrafią być bardzo kolorowe. Z drugiej strony rzeczywistość cały czas próbuje cię skrzywdzić, dlatego najprościej uciec przed nią właśnie w przesadę. Mówisz o cichym przyzwoleniu rodziców, ale w filmie przedstawiciele ich pokolenia wcale nie wyglądają, jakby chcieli zabrać w czymkolwiek głos. Generacja rodziców jest zmęczona walką. To wynika ze specyfiki ostatniej dekady w Serbii. W okolicach roku 2000 wszyscy byli przekonali, ze zmiany przyjdą szybko, od razu, a są bardzo powolne. Młodym nie chce się o nie walczyć, starsi są zaś walką zmęczeni. Do przepaści pokoleniowej, która jest duża, przyczyniła się także zmiana form komunikacji. Stare pokolenie, zwłaszcza żyjące na przedmieściach, nawet nie wie, jak młodzież się komunikuje. Oczywiście, nie wolno tego uogólniać. Chciałam zrobić uniwersalny film, więc nie mówię tylko o Serbii, to dotyka większości miejsc. Ale jest bardziej widoczne na przedmieściach. To tam szukałaś obsady? Obsada była najważniejsza. Muzykę, kostiumy i plenery mogłam sobie dokładnie przemyśleć, zaplanować. Aktorstwa – nie. Nie chciałam na pewno, żeby nastolatków grali wyćwiczeni na planach dwudziestopięciolatkowie. W aktorach, którzy przeszli castingi, zakochałam się od razu. Są świetnie wykształceni i ciekawi świata. Dostali ode mnie scenariusz, który przeczytali z rodzicami. Po lekturze omawiałam z nimi każdy aspekt każdej sceny. Ćwiczyliśmy przez cztery miesiące codziennie po kilka godzin. Staliśmy się sobie bardzo bliscy, zaprzyjaźniliśmy się i to było najważniejsze, bo to na tej miłości i zaufaniu powstawał ten film. Tak bardzo chcieli o nim rozmawiać! Dali mnóstwo od siebie, co było niebywale trudne. Musieli przecież porzucić dystans do klasy społecznej i kulturowego zaplecza, które odgrywali. Pracowaliśmy też razem nad montażem, który trwał rok. Cały czas się spotykaliśmy i mieliśmy świetną zabawę. Pewnie chcesz nakręcić z nimi kolejny film. Mam kilka pomysłów na następny projekt, ale jeszcze nie zaczęłam nad nimi pracować. Na razie prowadzę badania. Chcę zrobić kolejny film o nastolatkach, najchętniej z całą ekipą, z którą robiłam „Klip”. Jeśli się nie uda, to Isidora Simijonović, główna aktorka, i tak na sto procent dostanie u mnie chociaż epizod!

za fasadą przesady tekst | ARTUR ZABORSKI

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

WWW.HIRO.PL


TARANTINO

marka: tarantino tekst | PIOTR PLUCIŃSKI

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE


„TARANTINO SPOTYKA BRACI COEN”, „IRONICZNY JAK PULP FICTION”, „TARANTINOWSKI W DUCHU” – TO TYLKO TRZY Z WIELU HASEŁ REKLAMOWYCH, JAKIE W OSTATNICH MIESIĄCACH POJAWIŁY SIĘ NA PLAKATACH WCHODZĄCYCH NA EKRANY FILMÓW. NAJBARDZIEJ WPŁYWOWY TWÓRCA FILMOWY NASZYCH CZASÓW STANOWI JUŻ MARKĘ SAMĄ W SOBIE – DYSTRYBUTOROM ŁATWIEJ ZESTAWIĆ SWÓJ PRODUKT Z JEGO TWÓRCZOŚCIĄ, NIŻ REKLAMOWAĆ GO WYIMKAMI Z RECENZJI Pomysł jest genialny w swojej prostocie – Tarantino od lat kreuje nowe trendy, pozostając przy tym na szczycie filmowego panteonu. Dla przeciętnego widza pozostaje kumplem z wypożyczalni, który najlepiej rozumie jego potrzeby, dla krytyka zaś – cudownym dzieckiem, które na zgliszczach celuloidu zbudowało swój filmowy pałac. Po dwudziestu latach od swego debiutu Tarantino wciąż jest najchętniej kopiowanym twórcą w branży, a sprawę dodatkowo ułatwia fakt, że granice jego filmowego uniwersum są wyjątkowo płynne – z każdym kolejnym projektem poszerzają się o nowe, obce mu dotąd zagadnienia. Dziś nie da się już – jak to było za czasów „Pulp Fiction” – zamknąć jego dorobku w kilku krzykliwych przymiotnikach. Marketingowcy mają tym samym ułatwione zadanie, a odniesień do twórczości QT używają bez opamiętania. Co w ogóle oznacza dziś słowo „tarantinowski”? Że film jest brutalny, przegadany? Że ma nietypową konstrukcję fabularną albo wspiera się kinem gatunków? Czasami wystarczy naprawdę niewiele. Gdy przed laty dystrybutor IDG wprowadzał na polski rynek japońskie hity pokroju „Battle Royale” czy „Ghost in the Shell”, nie interesowało go, kto stał za ich realizacją. Na okładkach DVD bardziej opłacało się zaznaczyć, że są to „filmy, które zainspirowały Tarantino”. Jak, do czego? Nie wiadomo. Jeszcze inny wybieg zastosowano przy okazji premiery „Strefy X” Best Filmu. Na plakacie kinowym pojawiła się informacja, że jest to „ulubiony film Petera Jacksona i Quentina Tarantino”. Być może jest w tym nawet jakieś ziarno prawdy, ale gdzie szukać potwierdzenia tej informacji? Publikowane corocznie przez samego Tarantino zestawienia ulubionych filmów z lat 2009, 2010 i 2011 rzeczonego tytułu nie uwzględniają. Jeszcze kilka lat temu, by na plakacie pojawiło się jego nazwisko, Quentin musiał w jakimś filmie wystąpić lub go wyprodukować. Przykładowo, gdy na polskie ekrany wchodziły „Hostel” Eliego Rotha i „Sukiyaki Western Django” Takashiego Miike, a na DVD pojawiła się komedia „Daltry Calhoun” z Johnnym Knoxville’em, słowo „Tarantino” było na nich bardziej wyeksponowane niż sam tytuł. Okazji nie stracił nawet wydawca antologii „Arcydzieła czarnego kryminału” – liczący zaledwie półtorej strony monolog, stworzony przed laty na potrzeby „Pulp Fiction”, miał być epilogiem dla blisko dwudziestu innych pełnowymiarowych opowiadań, a jednak nazwisko Quentina trafiło na okładkę obok takich tuzów jak Raymond Chandler, Elmore Leonard czy James Ellroy. To oczywiście tylko kilka przykładów z polskiego podwórka. W Stanach czy Wielkiej Brytanii kult Tarantino jest jeszcze bardziej zauważalny, a jego nazwiskiem sygnowano już całe kolekcje. Dość powiedzieć, że współprodukowane i/lub sprowadzane przez niego do Stanów azjatyckie hity pokroju „Żelaznej małpy”, „Hero” czy „Chungking Express” obowiązkowo wyświetlano pod szyldem „Quentin Tarantino przedstawia”. Dziś powszechnie uwielbiany reżyser nie musi się już nawet starać. Wystarczy, że o jakimś tytule wspomni lub publicznie go doceni, a chwilę później każdy chce jego słowa wykorzystać WWW.HIRO.PL

do celów promocyjnych. Znane są przypadki filmów, którym przerabiano plakaty lub ponownie wprowadzano do kinowego obiegu po tym, jak Tarantino umieścił je na liście ulubionych tytułów roku. Także twórczość Quentina jest niezwykle wpływowa – od lat wyznacza nowe kierunki filmowej ekspresji, inspirując zarówno twórców, jak i dystrybutorów. Po onieśmielającym sukcesie „Pulp Fiction” rynek zalały dziesiątki bliźniaczych produkcji. Twórcy m.in. „2 dni z życia w dolinie”, „Czwartku”, „Rzeczy, które robisz w Denver, będąc martwym” czy „Go” chętnie wybierali z jego filmu to, co najbardziej im odpowiadało: brutalność, narracyjne połamanie, smolisty humor. Po „Jackie Brown”, melodramacie trawestującym motywy kina blaxploitation, w Hollywood zapanowała chwilowa moda na „czarne” sensacje, a odtwórczyni głównej roli, Pam Grier, dostała szansę na odbudowanie kariery. Prawdziwy wysyp naśladownictw pojawił się jednak dopiero w minionej dekadzie, gdy Tarantino zaczął kleić swoje b-klasowe patchworki: dylogię „Kill Bill” i zrealizowany wspólnie z Robertem Rodriguezem projekt „Grindhouse”. Zręczne, miejscami nowatorskie przetwórstwo odpadków amerykańskiej popkultury zaowocowało dziesiątkami gatunkowych pastiszów, z których część powstawała także w dość egzotycznych miejscach – np. Japonii. Tamtejszy rynek wyspecjalizował się w dość radykalnej odmianie kina upadłego – po sukcesach Tarantino (i Rodrigueza) powstały tam m.in. tak dziwaczne filmy jak „Tokyo Gore Police” czy „Machine Girl”. Każdy nowy film QT to także wyraźny sygnał dla wszelkiej maści dystrybutorów i wydawców. Lepiej zainteresować się jego projektem jeszcze na etapie powstania, by przy okazji późniejszej premiery kinowej nie przegapić szansy dodatkowego zarobku. Nie jest tajemnicą, że motywy, gatunki czy wręcz konkretne tytuły, które stanowiły dla Tarantino punkt wyjściowy przy realizacji nowego filmu, później bardzo dobrze się sprzedają. Tak było choćby z japońską sensacją „Lady Snowblood”, odświeżoną przy okazji „Kill Bill”, czy „Bohaterami z piekła”, którzy użyczyli swój oryginalny tytuł („The Inglorious Bastards”) „Bękartom wojny”. Najnowszy film Quentina, „Django”, jeszcze nie wszedł do kin, a zagraniczni dystrybutorzy (m.in. w Stanach, Wielkiej Brytanii i Niemczech) już zapowiadają kolekcje DVD ze spaghetti westernami, którymi ten mógł się inspirować lub po prostu sobie ulubił. W całym tym marketingowym szale na znaczeniu straciło tylko jedno – twórczość rozchwytywanego reżysera. Bo choć zróżnicowanymi, kreatywnymi projektami Tarantino wybronił się przed zaszufladkowaniem ze strony prasy czy fanów, to wszelkiej maści oportuniści i specjaliści od marketingu na powrót go tam wpychają, przyklejając „tarantinowski” slogan wszystkiemu, co może się dzięki niemu sprzedać. Dziś, gdy czytamy na plakacie czy okładce, że oto przed nami „estetyka »Pulp Fiction«” albo „tarantinowski klimat”, najpewniej oznacza to, że film jest po prostu dosadny, cyniczny albo chronologicznie zaburzony. To częściowo zasadne, ale jednak banalne skojarzenia – serce jego kina zawsze biło przecież gdzieś indziej, głębiej. Ale to już temat na zupełnie inny artykuł…


BOHDAN SLAMA

czeskie sprawy tekst | PIOTR CZERKAWSKI

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

BOHDAN SLAMA NALEŻY DO NAJBARDZIEJ UTYTUŁOWANYCH CZESKICH TWÓRCÓW SWOJEGO POKOLENIA. WYREŻYSEROWANE PRZEZ NIEGO „SZCZĘŚCIE” OTRZYMAŁO PRZED KILKU LATY ZŁOTĄ MUSZLĘ NA FESTIWALU W SAN SEBASTIAN. „CZTERY SŁOŃCA” – NAJNOWSZY TYTUŁ W DOROBKU REŻYSERA – OKAZAŁY SIĘ PIERWSZYM CZESKIM FILMEM, KTÓRY TRAFIŁ DO SEKCJI KONKURSOWEJ NA FESTIWALU W SUNDANCE

Mimo wszystko w kinie Slamy trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia. Inaczej niż Petr Zelenka czy Jan Hrebejk, twórca „Dzikich pszczół” nie portretuje w swoich filmach barwnych perypetii wielkomiejskich ekscentryków. Slamę bardziej interesuje pozornie nieatrakcyjna codzienność prowincjuszy. Czeski reżyser lubi swoich bohaterów, ale rzadko kiedy po kumpelsku klepie ich po ramieniu. Zamiast tego przygląda się portretowanej rzeczywistości z filozoficznego dystansu. Dzięki przyjęciu tej perspektywy Slamie często udaje się jednak dostrzec więcej niż innym. Z polskiej perspektywy kontakt z twórczością reżysera może przede wszystkim pomóc w obaleniu stereotypów narosłych wokół naszych południowych sąsiadów. Filmy Slamy wydają się dla nas co najmniej tak dobrym przewodnikiem po dzisiejszych Czechach, jak reportaże Mariusza Szczygła. SPOJRZENIE OUTSIDERA We własnym środowisku filmowym autor „Szczęścia” zyskał opinię trzymającego się na uboczu ekscentryka. Slama zrobił wiele, by na nią zapracować. Od większości kolegów po fachu różni go chociażby stosunek do czechosłowackiej Nowej Fali. Podczas gdy inni reżyserzy urodzeni w latach 60. starają się raczej podkreślać dystans do narodowej klasyki, Slama nie ukrywa swych inspiracji dawnymi mistrzami. Późniejszy twórca „Mojego nauczyciela” zdobywał zresztą reżyserskie szlify jako asystent

56 film

pierwszej damy czeskiego kina – Very Chytilovej. Już po swoim pierwszym filmie – „Dzikich pszczołach” – zasłużył natomiast na porównania do samego Milosa Formana. Debiut Slamy wyraźnie zrywa z rozpowszechnioną w czeskim kinie sielską wizją prowincji. „Dzikie pszczoły” kłują widza sugestywnym do bólu portretem małomiasteczkowej beznadziei. Pozbawieni perspektyw i karmiący się niemożliwymi do spełnienia marzeniami bohaterowie wzbudzają skojarzenia z indywiduami sportretowanymi w Formanowskim „Pali się, moja panno”. Kino Slamy łączy z wczesnymi dziełami mistrza jeszcze jedno. Choć twórca „Dzikich pszczół” jak ognia unika otwartego wypowiadania się o polityce, w jego filmach wyraźnie da się dostrzec ostrą diagnozę czeskiej rzeczywistości. Sceneria z debiutu reżysera przypomina dobrze znane z naszych realiów popegeerowskie slumsy. W krainie powszechnego bezrobocia, zrujnowanych budynków i podłych barów równie nieatrakcyjne muszą okazywać się ludzkie życiorysy. O tym, że Slama ma na celu rzetelny portret pewnego wycinka czeskiej rzeczywistości, może świadczyć sama struktura filmu. Zamiast opowiadać historię pojedynczych bohaterów, reżyser postanowił pochylić się nad całą lokalną zbiorowością. POTYCZKI Z SAMYM SOBĄ

Stworzenie szerszej diagnozy społecznej stanowi również cel kolejnego tytułu w dorobku reżysera. W „Szczęściu” reżyser przenosi się do szpetnego miasteczka w północnych Czechach. Bezduszny, przemysłowy krajobraz – niczym w „Czerwonej pustyni” Antonioniego – daje smutne świadectwo prymatu technologii nad człowiekiem. Właśnie w takich warunkach toczy się codzienne życie grupy przyjaciół, którzy wychowywali się na tym samym blokowisku. Choć Monika, Tonik i Dasza poszli w życiu innymi drogami, dziś wszyscy troje zmagają się z podobnymi problemami. Niesatysfakcjonujące, pogmatwane życie osobiste około trzydziestoletnich bohaterów zaświadcza o odczuwanym w ich pokoleniu kryzysie instytucji rodziny. Postacie z filmu Slamy nie potrafią porozumieć się z najbliższymi i nie są w stanie poradzić sobie z własnymi uczuciami. Zgodnie z tytułem, Monika, Tonik i Dasza podporządkowują swoje wysiłki próbie odnalezienia życiowego szczęścia. W ich przypadku mamy jednak do czynienia z błądzeniem po omacku, zachowawczym skrywaniem pragnień i powściąganiem namiętności. W rozczarowującym świecie spełnienie bohaterom może przynieść tylko pielęgnowana latami przyjaźń. Także i ta relacja ulega jednak ewolucji, której zaakceptowanie będzie wymagało od młodych Czechów olbrzymiej dojrzałości. W skomplikowanym świecie Slamy przyjaźń przynoWWW.HIRO.PL


si znacznie więcej satysfakcji niż zgubne z reguły miłosne porywy. Na własnej skórze przekonuje się o tym także tytułowy bohater „Mojego nauczyciela”. Zamiast brnąć w szaleńczą pogoń za szczęściem, Petr Dolezal usiłuje osiągnąć je dzięki ucieczce. Zmęczony wyzwaniami wielkiego miasta mężczyzna przenosi się z praskiej szkoły do placówki położonej na niewielkiej wsi. Petr liczy, że w tych warunkach łatwiej uda mu się uzyskać akceptację dla swojego homoseksualizmu. Za sprawą postaci Petra w uniwersum Slamy pojawia się jeszcze jedna płaszczyzna społecznego wykluczenia. Wbrew mitowi o wielkomiejskiej tolerancji, w praskiej rzeczywistości główny bohater źle czuje się z własną odmiennością. Na prowincji poradzenie sobie z kłopotami wcale nie wydaje się jednak łatwiejsze. W „Moim nauczycielu” Slama po raz pierwszy rezygnuje z równoległego prowadzenia losów kilku postaci, by wyraźnie skupić się na jednym bohaterze. Portretowana przez reżysera sceneria wreszcie nie przytłacza, lecz zaskakuje swoją urodą. Piękno otaczającego świata wyłącznie pogłębia jednak wewnętrzne cierpienia Petra. Film Slamy obfituje zresztą w podobne kontrasty, których obecność pozwala uznać reżysera za posępnego ironistę. Nie bez przyczyny bohater mający problem z akceptacją swojej natury zostaje przecież uczyniony akurat nauczycielem biologii. Gdy Petrowi wydaje się natomiast, że będzie w stanie nawiązać więź z nastoletnim Ladą, w mężczyźnie zakochuje się nie chłopiec, lecz jego matka. OD LĘKU DO ODWAGI Choć perypetie Petra mogłyby posłużyć za scenariusz WWW.HIRO.PL

czarnej komedii o nowym Hiobie, reżyser bynajmniej nie stara się drwić z bohatera. Co najwyżej próbuje skłonić go, by zamiast stosować kolejne uniki przystąpił wreszcie do egzaminu życiowej dojrzałości. W przypadku Petra oznacza to przyznanie się do swojej odmienności i wiarę w to, że drugi człowiek będzie w stanie ją zaakceptować. Podobne wezwanie do autentyczności zostaje zresztą skierowane pod adresem wszystkich innych bohaterów Slamy. Postacie z uniwersum czeskiego twórcy każdorazowo przebywają wewnętrzną podróż od marazmu do aktywności, od lęku do odwagi. Nie inaczej dzieje się w przypadku najnowszego filmu reżysera. „Cztery słońca” odnoszą się do diagnozowanego u współczesnych Czechów kryzysu duchowości. Kolejni bohaterowie, zupełnie jak Petr z „Mojego nauczyciela”, próbują wzmagać się z tragiczną ironią własnego losu. U Slamy – zdeklarowanego ateisty – pocieszenia nie może przynieść katolicki Bóg. W małomiasteczkowej społeczności jego miejsce usiłuje zająć samozwańczy prorok. Całkiem możliwe, że długowłosy Karel to najzabawniejsza postać jaka kiedykolwiek pojawiła się w uniwersum Slamy. Jej istnienie nie bierze się jednak bez przyczyny. Mimo wpisanej w siebie groteskowości, aktywność Karela odpowiada wyrażanej nieśmiało przez jego otoczenie chęci kontaktu z sacrum. Obowiązkowa w świecie Slamy przemiana bohaterów w „Czterech słońcach” dokonuje się dopiero, gdy porzucą dotychczasową beztroskę i zadadzą sobie pytanie o sens i cel swojego życia. Nawet jeśli do samego końca pozostanie nieodkryty, już sam podjęty przez bohaterów wysiłek świadczy o osiągniętej przez nich dojrzałości.

film 57


CAŁA POLSKA CZYTA Z „HIRO”

poczet pisarzy różnych

odcinek 23:

tekst | FILIP SZAŁASEK

ilustracja | TIN BOY

„W POSZUKIWANIU STRACONEGO CZASU” OD ZAWSZE PRZODUJE W ZESTAWIENIACH NAJBARDZIEJ ŻMUDNYCH LEKTUR. CZAS POWALCZYĆ Z TYM STEREOTYPEM, BO PRZECIEŻ PROUST TO LEKTURA OBOWIĄZKOWA PRZEDE WSZYSTKIM DLA SŁUCHACZY WSPÓŁCZESNEJ MUZYKI ROZRYWKOWEJ

W siedmiotomowym wydaniu Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1974 roku, w przekładzie Tadeusza Żeleńskiego (Boya), Macieja Żurowskiego i Juliana Rogozińskiego, „Poszukiwanie” rozciąga się na 3513 stron. Poszczególne tomy liczą ich kolejno po 472, 578, 656, 603, 453, 324 i 427 z wyłączeniem okładek, kart tytułowych i noty od redakcji. A jednak Paul de Man nazywa dzieło Prousta „powieścią, gdzie barometr tak często pokazuje dobrą pogodę”, Samuel Beckett pisze, że „Poszukiwanie” to „amabilis insania [«słodkie szaleństwo»] i Holder Wahnsinn [«błogie obłąkanie»]” (w przekładzie Antoniego Libery), zaś Barthes – tak jak Żeleński – łączy odczucia towarzyszące lekturze Prousta z doznaniami zmysłowymi; w „Przyjemności tekstu” marzy na przykład o czytaniu „Poszukiwania” „w gabinecie pachnącym irysami”. Skąd biorą się te przyjemne impresje, kontrastujące z powszechnym mniemaniem na temat elaboratu Prousta? Czy tylko ze snobizmu? Nie sądzę, „Poszukiwanie” czyta się naprawdę przyjemnie i wcale nie tak długo, jak można by sądzić. Wystarczy uświadomić sobie, że Sienkiewiczowska trylogia ku pokrzepieniu serc to blisko połowa Prousta, a korzyści z jej lektury o wiele mniej. Nic dziwnego, że Alain Botton napisał książkę „Jak Proust może zmienić twoje życie”, bo „Poszukiwanie” to już na pierwszy rzut oka seria doskonałych poradników. Tom „W stronę Swanna” mówi wszystko o zazdrości, „Combray” zachęca do poszanowania dziecinnych wspomnień, „W cieniu zakwitających dziewcząt” radzi w sprawie skutecznego podrywu, a „Czas odnaleziony” to podręcznik do teorii literatury. Przydatność Prousta jest niepodważalna – Marcelowi najbardziej zależy na dialogu, a jego ton nigdy nie jest dydaktyczny, stara się uczyć czarując potoczystą frazą i barwnym opisem.

Marcel Proust

wiem oryginalnych artystów, tyloma dysponujemy światami, które bardziej różnią się między sobą od światów krążących w nieskończoności”. Proust mówi tym samym: „macie mnie do dyspozycji”. Nieskończonością, którą pragnie nam objaśnić, jest przede wszystkim pamięć i nie tyle inni autorzy, co my sami, kiedy tracimy czas, gdy niektóre epoki rozmywają się i zostają po nich tylko samotne przedmioty. Bez lektury Prousta nie sposób zadowalająco słuchać chill wave’u, library music i innych gałęzi współczesnej muzyki rozrywkowej, błogo skąpanej w nostalgii za minionym. Liczniejsze niż kiedykolwiek nawiązania do przeszłych dekad – w postaci brzmienia, instrumentarium, rozpoznawalnych sampli czy nawet nieuchwytnej aury – to kulturoznawcze magdalenki, których kosztowanie potrafi przenosić w czasy sprzed naszych narodzin. Zmysłowa teoria pamięci nie jest wynalazkiem Prousta, ale to on jest autorem jej najlepszej wykładni – zarazem czułej i gorzkiej, głodnej innych i narcystycznie sytej. Wśród utworów Francuza, które zostały przełożone na język polski, warto sięgnąć także po „Jana Santeuil” – nieukończony prototyp „Poszukiwania” – oraz po teksty pomieszczone w zbiorze „Pamięć i styl”. Później zostają jeszcze pastisze i fragmenty rozprawy o Ruskinie w jednym z numerów „Literatury na Świecie” (1-2/1998). Niektórzy niezbyt ciepło wypowiadają się o eseistycznych próbach Prousta – Beckettowi na przykład wydał się w tej wersji „leciwą, rozplotkowaną matroną” – ale aktualny pozostaje aforyzm Stanisławy Przybyszewskiej. Kiedy w 1927 roku ukazał się w Polsce ostatni tom „Poszukiwania”, miała powiedzieć z przekąsem: „Znać i podziwiać Prousta to obowiązek, na pewno najtrudniejszy z obowiązków współczesnego człowieka”. Sprostać mu jest dziś równie łatwo co kiedyś, jeśli nie łatwiej – wszechobecna w popkulturze nostalgia, mp3 i wirtualne dyski przygotowały nas do własnej lektury Prousta. Czy jest coś bardziej na czasie niż sonata Vinteuila – zmyślony utwór, który wzrusza bardziej niż prawdziwe?

Przydatność Prousta jest niepodważalna – najbardziej zależy mu na dialogu, a jego ton nigdy nie jest dydaktyczny; stara się uczyć barwnym opisem.

W „Książce twarzy” Marek Bieńczyk ciekawie streszcza pogląd Johna Miltona na literaturę: „Milton przedstawiał byt książki jako przeciwieństwo «rzeczy martwej», czyli jako byt mający zdolność przenosić, przedłużać życie duszy, która go stworzyła. Książka jest jak «fiolka» przechowująca geniusz pisarza, zapewniająca mu nieśmiertelność”. Rozpoczęcie lektury jest w ujęciu Miltona rozszczelnieniem „fiolki”: uwalnia aromatyczną esencję zawartą wewnątrz i pozwala na dialog poza ograniczeniami czasu czy języka. Dokładnie w ten sposób myśli Proust o swoich czytelnikach. W ostatnim tomie swej powieści pisze: „Dzięki sztuce, zamiast widzieć jeden świat, nasz, widzimy, jak świat się pomnaża, ilu jest bo-

58 książka

Sięgnij też po… Włodzimierz Odojewski „Wyspa ocalenia” lub Umberto Eco „Wyspa dnia poprzedniego”

WWW.HIRO.PL


KENDRICK LAMAR GOOD KID, M.A.A.D CITY POLYDOR GROUP

Słusznie nazywany filmem, pierwszy album Kendricka Lamara wydany w „du-żej” wytwórni jest opowiedzianą z rozmachem spójną historią dorastania w Compton. O tym, że nie jest to raj na Ziemi, zapewniali nas już gangsterzy z N.W.A, Kendrick jednak pokazał to miejsce w znacznie bardziej wyrazisty sposób. Zepsute kobiety, koledzy z sąsiedztwa, którym w głowie świtają wyłącznie złe pomysły i nastolatek, który próbuje jakoś przetrwać. Niekoniecznie też ma ochotę wpisać się w to otoczenie. „Naprawdę, jestem spokojny, ale teraz jestem z moimi koleżkami”, „Normalnie jestem czysty od narkotyków, ale, cholera, dziś jestem z koleżkami” – wyznaje w utworze „The Art Of Peer Pressure”. Kendrick, dobry dzieciak, ma tę zaletę, że wrażliwość poety i emocje łączy z dobrą techniką i bardzo śpiewnym flow. Pozwalają mu na to podkłady. Gustowne, nowoczesne, a jednocześnie noszące znamiona brzmienia z zachodu i południa. MARCIN FLINT

FRANK OCEAN

CHANNEL ORANGE

DEF JAM / UNIVERSAL Frankowi Oceanowi udało się stworzyć album tak kompletny i wielowymiarowy, że każde kolejne z liczonych w dziesiątkach spotkań odsłania nowe detale w warstwie tekstowej, jak również dźwiękowej. Choć trzon jest osadzony w tradycjach r’n’b i soulu, całość śmiało wykracza poza wszelkie granice, chłodna elektronika spotyka więc ciepłe analogowe brzmienia i gitarowe akordy. W ramach jednego utworu może nastąpić spektakularny zwrot od muzyki niemalże klubowej do przestrzennego, pełnego „kosmicznych” dźwięków, klimatycznego i leniwego bitu. A Ocean? Cóż, faluje. Parę utworów po pociągniętym falsetem, fantastycznym „Thinking Bout You”, nadpływa podbite świetnymi chórkami, kipiące emocjami „Lost”. Z jednej strony mamy intymny świata własnych rozterek sercowych w „Bad Religion”, z drugiej – „Pyramids” – rozbuchaną opowieść o czarnej Kleopatrze. „channel ORANGE” to sztorm i to w takiej skali, że po premierze do odtwarzacza nie zbliżyło się cokolwiek, co mogłoby od jego skutków uratować. DOMINIKA WĘCŁAWEK

62 recenzje best of 2012

GODSPEED YOU! BLACK EMPEROR

ALLELUJAH! DON’T BEND! ASCEND! CONSTELLATION

Kiedy piszę te słowa, nie wiem jeszcze, czy 21 grudnia rzeczywiście nastapił koniec świata. Gdyby tak się stało, widzę przejaw naturalnego porządku rzeczy w tym, że zdążyliśmy jeszcze „odfajkować” pierwszy od dekady, nowy longplay Godspeed You! Black Emperor. „Allelujah! Don’t Bend! Ascend!” mogłoby więc w takim wypadku być czymś w rodzaju komety Hale’a-Boppa dla sekty Heaven’s Gate. Nowy materiał GY!BE to „Mladic” i „We Drift Like Worried Fire”, dwa instrumentalne utwory trwające po prawie 20 minut, przeplatane przez krótsze kompozycje drone’owe. Zasadnicza część płyty stanowi prawdziwy popis orkiestry, wykorzystującej, poza „rockowym” instrumentarium, także instrumenty smyczkowe, wibrafon, marimbę czy glockenspiel, by z agresywnych riffów przechodzić do spokojniejszych, rzewnych motywów. Przy Brueglowskich Swansach, Kanadyjczycy są jak Jackson Pollock! Podpisuję się pod tym, co napisał Bartek Chaciński – przeżyć premierę GY!BE, to jak przeżyć premierę „Gwiezdnych wojen”. Płyta roku 2012! MAREK FALL

BARONESS

YELLOW & GREEN

RELAPSE Tegoroczny album Baroness bardzo mnie zaskoczył melodyjnością, wypolerowanym brzmieniem i bardzo ładnymi akustycznymi momentami. Dwupłytowy „Yellow & Green” po prostu rozsadzają świetne melodie. Do tego zespół postawił na najbardziej wypasioną, wysokobudżetową produkcję w karierze. W efekcie powstał album, jakiego nie spodziewałem się w 2012 roku usłyszeć, a już zupełnie do głowy by mi nie przyszło, że może być tak udany – długaśna, dopieszczona w szczegółach płyta altrockowa. Od bezwstydnie przebojowego singla „Take My Bones Away”, przez narkotycznie-senne „Cocainum”, po epickie „Eula”, Baroness przytłaczają słuchacza kawałkami pełnymi treści i ciekawych motywów. A to dopiero pierwszy krążek. „Green”, czyli drugi dysk jest bardziej wyluzowany, bardziej pobrzmiewający echami southern rocka i równie zajmujący. „Yellow & Green” kojarzy mi się z „Superunknown” Soundgarden i „Siamese Dream” Smashing Pumpkins – wypolerowanym na połysk hard rockiem dla stadionów pełnych fanów „muzyki alternatywnej”. Czuję się jak długowłosy nastolatek w 1993 i jest mi z tym dobrze. ŁUKASZ KONATOWICZ

LIARS

WIXIW

MUTE O ile niemiecka grupa Kraftwerk próbowała w końcówce lat 70. sięgnąć ideału zdehumanizowanej, sterylnie ascetycznej muzyki elektronicznej, o tyle Liars na swoim najnowszym krążku postawili na coś zupełnie odwrotnego. Mroczne beaty, przenikające się wzajemnie ambientowe warstwy i posępnie dźwięki syntezatora zanurzone są w głębokim dźwiękowym oceanie emocji. Ocean ten nie jest krystalicznie czysty, łagodny, a wzburzony i mętny. Uwielbiam, kiedy zespół, który, wydawałoby się, dobrze znasz i wiesz, czego możesz się po nim spodziewać, zaskakuje cię czymś zupełnie nowym. Amerykanie dyskretnie pochowali gitary do pokrowców, zapomnieli na chwilę o jazgotliwej jeździe bez trzymanki i z wielką klasą zaprezentowali swoje nowe oblicze. Choć nie są dziś tak odkrywczy jak za czasów „Drum’s Not Dead”, to nadal intrygują i pokazują charakter. „WIXIW” jest niezwykle ekscytującym, spójnym i orzeźwiającym albumem, bez którego nie wyobrażam sobie żadnego muzycznego podsumowania 2012 roku. KAMIL DOWNAROWICZ WWW.HIRO.PL


FRANCE JOBIN VALENCE LINE

CONVERGE

HONOR FOUND IN DECAY

Była obawa, czy Converge nadal kopie jak kiedyś. Kurt Ballou – spokojny człowiek z nies p o k o j n ą gitarą, kolekcjoner dziar Jacob Bannon oraz ich sekcja zwiedzali ostatnio wielkie sceny, gra ją c n a w e t w towarzystwie jakichś indie-płotek. Z tym większą ulgą przyjąłem „All We Love We Leave Behind”, bo chociaż pojawiają się na płycie jakieś shoegaze’owe zmuły w sam raz dla posiadaczy „bezradnych męskich nóżek”, to w uszach zostaje i tak chaotyczna, wkurwiona, hałaśliwa wybroczyna. Math-core’owe łamańce, noise’owe spazmy, metalowa technika, sludge’owy ciężar. Do tego kilka numerów to czysty destylat punkowej agresji, który każe myśleć o starym amerykańskim hardcore, tyle że zagranym na miarę XXI wieku. Converge to czyste science fiction, Philip K. Dick muzycznej ekstremy. I to się nie zmieni, na wet jeśl i będą otwi erać k oncerty Rolli ng Stonesom. SEBASTIAN RERAK

Post-rock/ post-metal to denat, którego dawno już znaleziono z nieprzetrawionym ogonem we własnym żołądku. Neurosis, należące poniekąd do kowali gatunku, pozostaje sobie samo sterem, żeglarzem i okrętem, nie bacząc na to, jak epigoni zagrzebują wykreowane przez niego jakości w piaskownicy. „Honor Found in Decay”, dziesiąta płyta działającej od 27 lat formacji, to kolejny monument poświadczający jej wielkość. Ciężar, mrok, liryzm, psychodelia, trans… Przytłaczająca gra sekcji, fantastyczne pajęczyny gitar i zachrypłe wokale. Do słuchania w długie zimowe wieczory, jeżeli nie planujecie w najbliższym czasie popełniać samobójstwa. Na tej płycie ujawnia się też pełne spektrum inspiracji załogi Kelly’go i von Tilla – od hardcore punka po ambient, od Americany po crust, od doom metalu po noise. Tymczasem polskie postmetaluchy za klasyka mają Comę. I dlatego „Honor…” miażdży je jednym dźwiękiem, jak buldożer puszkę po coli. SEBASTIAN RERAK

EPITAPH Ambient rzadko trafia na salony. Na jednego Tima Heckera przypada kilka setek artystów, którzy pozostają znani jedynie czytelnikom obskurnych blogów. Jasne jest, że większość tego typu nagrań to smęcenie, które zapomina się kilka sekund po przesłuchaniu, jednak w całej tej masie trafiają się rzeczy wybitne. Do tej ostatniej kategorii z pewnością zalicza się krążek France Jobin pt. „Valence”, który wymaga od słuchacza całkowitego zaangażowania. Jej muzyka słuchana jednym uchem łatwo miesza się z tłem. Artystka sprawnie operuje ciszą i często wprowadza motywy na granicy słyszalności. Właśnie dla takiej muzyki powstały słuchawki. Jobin przeplata jednostajne drony mikromotywami, tworząc oryginalny soundscape. Konkret pojawia się w jej muzyce rzadko, ale dzięki temu każdy nowy motyw wybrzmiewa z wielką siłą. Wystarczy wspomnieć minimalistyczny początek drugiego na płycie „P Orbital”. Warto dodać, że całość inspirowana jest fizyką kwantową, co nadaje „Valence” prawdziwie awangardowy sznyt. Dla koneserów. JAN PROCIAK

ROBERT GLASPER EXPERIMENT BLACK RADIO

BLUE NOTE / EMI

J a z z o w a k o n strukcja, postawiona na hip-hopowym fundamencie i zwieńczona soulem? Budowano to już sporo razy, ale rzadko z takim sukcesem jak Robert Glasper. Amerykański pianista i producent wziął swój wirtuozerski kwartet, kilka gatunków, kilku znakomitych gości, po czym wymieszał rzeczy autorskie z coverami w taki sposób, że za cholerę nie brzmi to jak składanka. Tym większe to osiągnięcie, że bezpiecznych wyborów jest niewiele. O ile na początku podziwiamy, jak Erykah Badu wraz z muzykami wydobywa groove zamknięty w latynoskim standardzie, a Lalah Hathaway z wdziękiem przywdziewa buty Sade, tak na końcu czeka na nas David Bowie po grubym joincie i Nirvana pośród wokoderów. Wszystko to bez taniej ironii, serwowane gdzieś między snem oraz jawą, zawsze na ciepło. Czasem nawet gorąco, jak wtedy gdy bardzo dynamiczna, mało za to regularna perkusja kontrastuje z jedwabistym wokalem w „Why do we try” albo gdy Mos Def daje popis oldschoolowego rapowania w tytułowym tracku. „Black Radio” koncesję ma w kieszeni. MARCIN FLINT

WWW.HIRO.PL

NEUROSIS

ALL WE LOVE WE LEAVE BEHIND

SWANS

NEUROT RECORDS

THE XX

THE SEER

COEXIST

Lider Swans, Michael Gira, twierdzi, że głównym celem podczas nagrywania „The Seer” była ekstaza, a sam album to apogeum trzech dekad jego pracy. Nie są to deklaracje bez pokrycia i te dwie godziny muzyki mówią same za siebie. Swans nagrali przygniatający i mroczny materiał, który nawet nie leżał obok kompromisu. W czasach wydawania 30-minutowych albumów grupa opiera swój longplay na dwóch gigantycznych filarach, „The Seer” (32 minuty) i „The Apostate” (23 minuty), „obudowanych” treścią, która od początku chwyta za gardło i nie chce puścić. Niebo wali się na głowę niezależnie czy Gira decyduje się na powtarzanie ciężkich, monotonnych riffów i eksploatację monumentalnego instrumentarium (gitara lap steel, wibrafon, klarnet, dzwony rurowe), czy ucieka w ciszę, pozwalając sobie na zagranie apokaliptycznego bluesa albo mollowej ballady. Ostatni raz równie intensywnych przeżyć dostarczyło chyba „F♯A♯∞” Godspeed You! Black Emperor. W kontekście tego, co się wyczynia od ponad dekady, „The Seer” jest albumem z alternatywnej rzeczywistości o wartości z tych ponadczasowych. MAREK FALL

„ C o e x i s t ” wydaje się zaczynać tam, gdzie kończyło się „xx” ze swoją “wielkomiejską intymnością”. To kolejna dawka Ibuprofenu w dźwiękach, dostępnego bez recepty i przyswajalnego dla większości organizmów. Gitary brzmią niczym klawisze, wokaliści jakby chcieli coś wyznać, nie zaś szantażować odbiorcę swoimi umiejętnościami. Biorąc pod uwagę, z jak krótkim albumem mamy do czynienia, jest tu bity rekord jeżeli chodzi o ładność – bo jednak chyba nie piękno – na minutę. Na szczęście dostajemy coś ponad ścieżkę dźwiękową do chuchania na zimną szybę, czasem odzywa się bas czy często spychana na drugi, jeśli nie trzeci plan perkusja. Moment, w którym w „Tides” pojawia się bit, by po słowach „I wouldn’t just leave us alone / when we could be close, close” zamilknąć, należy do moich ulubionych na „Coexist”. Kupuję tu zresztą wszystko, łącznie z ucieczkami w dość niewybredne rytmy. Miło słyszeć jak doskonale brzmiąca, tagowana jako „indie pop” muzyka nie ucieka od potrzeb tzw. „zwykłych zjadaczy chleba”. MARCIN FLINT

YOUNG GOD

YOUNG TURKS / SONIC

recenzje best of 2012 63


ARTYSTA REŻ. MICHEL HAZANAVICIUS Ujęte w melodramatyczne ramy burzliwe i zagmatwane losy gwiazdora kina niemego George’a Valentine’a i początkującej aktorki Peppy Miller – która z czasem, z jego pomocą, awansuje na pierwszą damę Hollywood – ukazane na tle przełomu dźwiękowego, to nie sentymentalny cukierek ani nostalgiczna wydmuszka. Na pierwszy rzut oka czarno-biały, pozbawiony dźwięku „Artysta” może się wydawać archaicznym kuriozum, lecz w istocie jest to niepowtarzalny ukłon złożony romantycznemu okresowi w historii kina amerykańskiego; to film pielęgnujący mit, doskonale samoświadomy i autotematyczny – także na poziomie intertekstualnym, gdyż pełno tutaj mrugnięć do kinomanów i nawiązań do wielkich dzieł dużego ekranu. Haznavicius może i kokietuje, ale mało komu wcześniej udało się w tak spektakularny i przewrotny sposób podsumować dorobek klasycznego Hollywood. BARTOSZ CZARTORYSKI

RZEŹ

AVENGERS

REŻ. ROMAN POLAŃSKI

REŻ. JOSS WHEDON

Pięć nieskrępowanych niczym talentów (reżyserskich i aktorskich) zamkniętych w czterech ścianach musi zaowocować dziełem co najmniej błyskotliwym. Doskonały scenariusz oparty na teatralnej sztuce Yasminy Rezy „Bóg mordu” staje się podstawą kameralnego spektaklu, wnikliwej obserwacji ludzkiej natury. Niczym w „Kto się boi Virginii Woolf” Mike’a Nicholsa, tak i tutaj humor będzie podszyty ironią, celny i wymierzony w widza, a konkluzja w zasadzie drastyczna, pozostawiająca oglądającego w zawieszeniu, zmuszająca do dyskusji. Roman Polański konfrontuje ze sobą dwa małżeństwa, każe im porzucić przybierane na co dzień pozy, prowadzi ich na niebezpieczny, nieznany grunt, pozwalając, by bez skrępowania pokazali, co naprawdę myślą, co skrywają przed współmałżonkiem, światem i sobą samym. Nie ma tu miejsca na grzeczności i konwenanse, istnieje jedynie chaos i żądza mordu, każdy chce coś wykrzyczeć i właśnie dostaje swoją szansę. SONIA MINIEWICZ

64 recenzje best of 2012

„Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by je odnaleźć, Jeden, by zgromadzić i w ciemności związać w krainie Marvel, gdzie zaległy cienie…”. Nie, chwila, to nie to, ale w sumie… Joss Whedon też jest tylko Jeden. To ubergeek, który wygrał w życie. Po latach trochę jednak pokątnego dostarczania cudów (Buffy, Firefly, Dr Horrible), obdarzony wreszcie kredytem zaufania – zwołał superbohaterów z ich cykli i dostarczył na skalę przemysłową. „Avengers” to pierwszy epicki ekranowy crossover. I za to już tytuł filmu roku w moim świecie, ale jest więcej: bosko (Thor!) rozegrana dynamika drużynowa (Iron Man i Hulk, czyli „my fizycy”), wysoka doza ciepłej szydery z poprzedników („Shakespeare in a park”, czyli siema, Kenneth Branagh), silna i interesująca superbohaterka (która skopała Skolimowskiego), armia kosmitów, która chce zniszczyć nasz świat (jak zwykle) i rzecz jasna – Hulk. I ukryta po napisach scena z shoarmą. Ja chcę jeszcze raz. Ekipa się rozpierzchła po filmach, ale Nick Fury i Joss Whedon już zwołują ich na sequel. Roku 2015 – nadejdź szybciej. KAJA KLIMEK

WWW.HIRO.PL


CZŁOWIEK Z HAWRU

MISTRZ

REŻ. AKI KAURISMAKI

REŻ. PAUL THOMAS ANDERSON

Aki Kaurismaki to Chaplin naszych czasów. Tak jak amerykański mistrz, fiński reżyser znakomicie łączy komizm z melancholią i płynnie przechodzi od trywialności do wzniosłości. W „Człowieku z Hawru” Kaurismaki zbliża się do poziomu osiągniętego przez Chaplina w „Brzdącu”. Opowieść o przyjaźni francuskiego pucybuta i małego afrykańskiego uchodźcy wpisuje się jednak także w kontekst dnia dzisiejszego i obiera za tło problem nielegalnej imigracji. Zamiast ideologicznym manifestem film Kaurismakiego okazuje się jednak deklaracją żarliwego humanizmu. Główny bohater przyjmuje pod swój dach afrykańskiego uchodźcę wbrew bezdusznemu prawu i bez względu na grożące mu konsekwencje. W tych wysiłkach wspiera pucybuta także lokalna społeczność, która w trudnej sytuacji odkrywa w sobie poczucie wspólnoty. Bijący z „Człowieka…” idealizm nadaje filmowi pewną umowność i każe odczytywać go w kategoriach współczesnej baśni. Choć Hawr w kształcie ukazanym na ekranie nie istnieje, bez wątpienia chciałoby się w nim zamieszkać. PIOTR CZERKAWSKI

Dla jednych to arcydzieło, dla innych chybiony film zdolnego reżysera. Już sam rozstrzał opinii na temat „Mistrza” Paula Thomasa Andersona mówi coś o samym filmie – wypełnionym sprzecznościami, uporządkowanym w swym pozornym chaosie, zabawnym w swej śmiertelnej powadze, intymnym, ale w taki ostentacyjnie spektakularny sposób. Pojedynek między Freddie’em Quellem, zamotanym w sobie weteranem wojennym i Lancasterem Doddem, maestro uwodzenia ideologią, pokazuje, że w tym układzie nie ma strony dominującej. Ofiara potrzebuje mistrza, mistrzowi niezbędna jest ofiara. Oboje żyją tylko dzięki fascynującej chemii pulsującej między nimi, w relacji wzajemnej zależności, macając coraz bardziej bezkarnie granice własnej wytrzymałości. Anderson natomiast sprawdza granice wytrzymałości kina, odrzucając elegancką narrację na rzecz rozkołysanego transu treści i obrazów. Zbyt rozbitych, aby ułożyć je w jednoznaczną fabułę na konkretny temat i zbyt intrygujących, aby nie męczyły jeszcze długo po seansie. URSZULA LIPIŃSKA

NIETYKALNI

SPADKOBIERCY

REŻ. OLIVIER NAKACHE, ERIC TOLEDANO

REŻ. ALEXANDER PAYNE

W „Nietykalnych”, francuskim przeboju europejskich kin, najlepsze jest dokładnie to samo, co podoba się sparaliżowanemu Phillippe’owi w jego nowym opiekunie Drissie, czyli bezpretensjonalność, bezpośredniość i niepoprawność polityczna. Pracujący w duecie reżyserzy Olivier Nakache i Eric Toledano zdołali połączyć konwencję ciepłej i autentycznie zabawnej komedii z trafnymi obserwacjami społecznymi wymierzonymi w klasę bogatych. W zestawieniu niepokornego czarnoskórego Drissa, przedstawiciela grupy biednych imigrantów, i białego intelektualisty-bogacza, inwalidy Phillippe’a, nie ma tego, co czyniło z podobnych historii ckliwe i lukrowane bajeczki – litości i niepotrzebnego sentymentalizmu. To wszystko nie jest konieczne, żeby w filmie pojawiły się emocje i wzruszenia. Oprócz świetnego humoru (niezapomniane sceny w galerii sztuki i w operze) oraz brawurowego aktorstwa nagrodzonego Cezarem Omara Sy, „Nietykalni” oferują wiele poziomów znaczeniowych, zaczynając od kwestii poprawności politycznej, przechodząc przez problem różnic klasowych i relacji między warstwami społecznymi, a na prostej ludzkiej historii poszukiwania szczęścia kończąc. EWA DRAB

Tragikomedia czy, jak kto woli, komediodramat to bodaj najbardziej niewdzięczny z gatunków. Strasznie łatwo przedobrzyć w którąś ze stron: przedowcipkować lub przedramatyzować. Alexander Payne, zaprawiony wcześniej w bojach przy „Bezdrożach” i „Schmidcie”, osiągnął w „Spadkobiercach” prawdziwe mistrzostwo. Bohaterem jest tu prawnik z Hawajów zawiadujący ogromnym rodzinnym majątkiem ziemskim. Szczęściarz w czepku i raju urodzony? Niekoniecznie, bo poznajemy go w momencie, gdy musi zaopiekować się dwiema dorastającymi córkami, po tym jak jego żona zapada w śpiączkę, z której raczej nie ma szans się wybudzić. Jakby tego było mało, nasz nieborak właśnie wtedy dowiaduje się, że konająca małżonka miała kochanka. Proszę sobie wyobrazić, co by z tego tematu zrobił Krzysztof Zanussi! Payne tymczasem historię śmierci, zdrady i dysfunkcjonalnej rodziny przekuwa ze swadą, lekkością i kapitalnym humorem w optymistyczną w gruncie rzeczy opowieść o odpowiedzialności i godzeniu się z losem. Wyśmienity jest też Clooney, aktor jak mało który potrafiący bez cienia fałszu balansować między powagą a komizmem. Doskonałe kino.

WWW.HIRO.PL

PIOTR DOBRY

recenzje best of 2012 65


scen. i rys.: Tom Gauld wyd.: Centrala

tekst | BARTOSZ SZTYBOR

GOLIAT

Nie ma co się silić na oryginalność, bo w tym przypadku to niepotrzebne. Wystarczy prosty przekaz. To jeden z najciekawszych tegorocznych komiksów, bo bardzo ciekawy. Jeden z najbardziej błyskotliwych, bo bardzo błyskotliwy. I w końcu jeden z najbardziej interesujących graficznie, bo bardzo interesujący graficznie. Gauld wszedł na polski rynek mocnym uderzeniem. Jego „Goliat” to opowieść o pojedynku Dawida z Goliatem, ale opowiedziana z perspektywy tego drugiego. I już za to brawa, plusy i ordery z ziemniaka, bo pomysł wyjściowy jest bez wątpienia ciekawy, błyskotliwy oraz interesujący. A im dalej w las, tym lepiej. Gauld świetnie opowiada historię, nie spieszy się, sączy treść, a jednocześnie nie zanudza, potrafi wciągnąć odbiorcę. Wciąga go na tyle, że zakończenie, choć przewidywalne (bo przecież w katolickim kraju wszyscy czytali Biblię), to zaskakuje, tak treściowo, jak i emocjonalnie. „Goliat” to – że znowu pozwolę sobie powrócić do prostego przekazu – największe zaskoczenie wydawnicze tego roku. Oczywiście pozytywne. Świetna rzecz.

KIKI Z MONTPARNASSE’U scen.: Jose-Louis Bocquet rys.: Catel wyd.: Kultura Gniewu W tym samym momencie Kultura Gniewu wydała dwa zagraniczne komiksy: „Baby’s in Black” i właśnie „Kiki z Montparnasse’u”. Przed premierą większe nadzieje wiązałem z tym pierwszym tytułem, bo początki Beatlesów, bo historia miłości Stuarta Sutcliffe’a oraz Astrid Kirchherr i w końcu, bo to powieść obrazkowa świetnego niemieckiego twórcy Arne Bellstorfa. Rozczarowanie zastąpiło ekscytację wraz z przeczytaniem komiksu, ale na szczęście po chwili wróciła (ekscytacja oczywiście), kiedy – i nie ma tu grama przesady – pochłonąłem „Kiki z Montparnasse’u”. Niesamowita historia muzy całego Paryża przedstawiona w luźny, pełen emocji i dowcipny sposób. Niby klasyczna biografia, ale pozbawiona nadmiaru faktów, a skupiona na anegdotach oraz interesujących postaciach. Na dodatek nie tłumacząca zachowań głównej bohaterki i nie wydająca werdyktów. To komiks, który opowiada o niezwykle ciekawej postaci przez pryzmat jej różnych zachowań i różnych sytuacji życiowych, który jednocześnie pozwala czytelnikowi na jego własną ocenę. A to wszystko sprawia, że tak powinna wyglądać każda biografia. Nie tylko komiksowa.

PROFESOR BELL #2 scen.: Joann Sfar rys.: Herve Tanquerelle wyd.: Mroja Press Fanfary. I jeszcze raz. No dobrze, jeszcze raz, bo warto z pompą (w tym przypadku za pomocą dźwięku fanfar) oznajmić, że „Profesor Bell #2” to najlepszy komiks wydany w Polsce w 2012 roku. Najlepszy pod każdym względem. I nie chodzi tutaj tylko o świetny scenariusz, i doskonałe rysunki, ale także o wszystko, co zawarte w nich, jak i pomiędzy nimi. Perfekcyjna jest tutaj narracja, historia wręcz płynie po kadrach, a kadry płyną po stronach. Świetne są także dialogi, żywe, inteligentne i dowcipne. Do budowy scenariusza też nie można się przyczepić, bo w odpowiednich miejscach rozłożone są tutaj punkty zwrotne, a początek, rozwinięcie i zakończenie mają nieskazitelne proporcje. A do tego jeszcze cudowna strona graficzna. Te twarze, te tła, te kolory – wszystko jest hipnotycznie piękne. No i kreacja światów oraz postaci, a przy tym ta pędząca przed siebie (bez żadnych ograniczeń) wyobraźnia wręcz fascynują. Tak więc jeszcze raz fanfary. I jeszcze. I jeszcze. Bo to komiks, który na to zasługuje. Dla takich perfekcyjnych wydawnictw fanfar szczędzić nie można.

WWW.HIRO.PL


tekst | JĘDRZEJ BURSZTA

TROCINY Krzysztof Varga

WYDAWNICTWO CZARNE Najnowsza powieść Vargi to smakowita szydera ze współczesnej Polski. Bohater „Trocin” nie darzy szacunkiem nikogo i niczego, wnerwia go natomiast absolutnie wszystko, od modnej młodzieży zajadającej się kebabami, przez niezmiennie inspirujące dla artystów wojaże kolejowe (można uznać, że to jeden z większych sukcesów spółki PKP), aż po chore relacje międzyludzkie, przez które nawet najbliżsi tworzą sobie polskie piekiełko na ziemi. Trudno nie wczuć się w sytuację zmęczonego otaczającą go rzeczywistością komiwojażera Piotra, który potrafi na nią reagować jedynie językiem nienawiści, ostrej krytyki bądź prześmiewczej karykatury. Niestety albo stety, takie powieści o Polsce lubimy czytać najbardziej – nawet jeśli nie podzielamy ani doła, ani niechęci bohatera do współczesności. Ale skoro już na nią utyskiwać, punktować absurdy i znęcać się nad tradycyjnie nic nierozumiejącymi pokoleniami młodych, to przynajmniej w wyśmienitym stylu „Trocin”.

PONIEDZIAŁKOWE DZIECI Patti Smith

WYDAWNICTWO CZARNE Piękny, wzruszający portret zmierzchu ważnej dla współczesnej kultury epoki, opisany z czułością i zrozumieniem, jakiego można się spodziewać po naczelnej poetce rocka. W „Poniedziałkowych dzieciach” Patti Smith maluje poruszający obraz tego, jak żyło się w nowojorskiej bohemie artystycznej lat siedemdziesiątych. Przewodnikiem po tym świecie – pełnym buntu, przesiąkniętego młodzieńczym idealizmem, napędzanym odważnymi deklaracjami i nowatorskimi eksperymentami ze sztuką – staje się dwójka młodych zakochanych: Patti Smith i Robert Mapplethorpe, autor wielu fotografii artystki, który zmarł na AIDS w 1989 roku. To przejmująca opowieść o przyjaźni, ale dalekiej od banału, w pewnym sensie równie nieprawdopodobnej jak otaczająca ich rzeczywistość. I z pewnością nie mniej trudnej. To fascynujące, że jeden z najlepiej napisanych dokumentów z tej epoki wyszedł spod pióra „matki chrzestnej punk rocka”; po części kronika, po części autobiografia, książka Smith napisana jest surowym, oszczędnym stylem, w pełni korespondującym z jej twórczością muzyczną. Ale przede wszystkim jest to książka ważna i dla dzisiejszego czytelnika, bo mówiąca o tym, co uniwersalne i zawsze na czasie.  

PIĘĆDZIESIĄT TWARZY GREYA E.L. James

SONIA DRAGA W tym roku na polskim rynku ukazało się co prawda kilka powieści Henry’ego Jamesa, ale to właśnie książka amerykańskiej pisarki noszącej to samo nazwisko (czy raczej pseudonim) bez wątpienia wzbudziła największe emocje w literackim świecie. Prawie każdy miał coś do powiedzenia o tej powieści; nawet najbardziej nobliwi klienci salonów prasowych ukradkiem przerzucali jej strony, nieudolnie skrywając pąsy i rumieńce. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to książka-fenomen – reklamowana jako „hipnotyczna” i „kontrowersyjna”, w rzeczywistości niezwykle durna powiastka obyczajowa przyobleczona w kostium odważnej erotyki. Znaki rozpoznawcze – skórzany pejcz, rozbuchane opisy seksualnej ekwilibrystyki, ciągnące się stronami pojękiwania głównej bohaterki, pałającej pożądaniem do tytułowego Greya. Powieść zła, ale z gatunku tych, którym poświęca się jednak uwagę. Kiedy już wszyscy myśleli, że nie dotknie nas większa klęska niż świecące zmierzchowe wampiry, pojawiła się E.L. James, i nagle dno den najgłębsze wypełniły pensjonarskie fantazje erotyczne i grzeszny grzechot kajdanek. Kto nie miał przyjemności zapoznać się z tym dziełem w roku 2012, zdecydowanie powinien odczuwać dumę.

WWW.HIRO.PL


FAR CRY 3 UBISOFT PC, PS3, X360 Akcja tej pierwszoosobowej strzelaniny toczy się na tropikalnej wyspie, na której bohater Jason Brody spędza wakacje wraz z przyjaciółmi. Raj szybko za-

XCOM: ENEMY UNKNOWN 2K GAMES PC,PS3,X360

Jedna z najlepszych serii gier lat 90. powróciła na rynek w glorii i chwale. „XCOM: Enemy Unknown”

SUPER MARIO STICKER STAR NINTENDO 3DS

Nintendo po raz kolejny wysyła swojego najsłynniejszego bohatera na misję ratowania świata. Nowa produkcja nie przypomina jednak klasycznych

znakomicie łączy najlepsze elementy starych odsłon ze współczesną oprawą i mechaniką. To pozycja obowiązkowa, nie tylko dla fanów gatunku strategii. Obcy zaatakowali Ziemię. Pojawiają się w różnych miejscach globu i porywają ludzi, czasem terroryzując całe miasta. Nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z postępującą inwazją. Rada Narodów formuje specjalną, międzynarodową tajną agencję, której zadaniem jest poznanie motywów wroga i wyparcie go z naszej planety. Gracz wciela się w jej dowódcę. Rozgrywka podzielona jest na dwie, naprzemiennie występujące części – taktyczne misje, w których walcząc z Obcymi dowodzimy oddziałem wyszkolonych żołnierzy, a także zarządzanie bazą, gdzie podejmujemy ekonomiczne, strategiczne i polityczne decyzje. Twórcy postanowili wprowadzić szereg zmian i usprawnień, które pozwoliły uczyć z gry tytuł z całkiem wartką akcją, pomimo podziału na tury. Wszystko to okraszono dobrą oprawą audiowizualną. Na gromkie brawa zasługuje muzyka, skomponowana przez fenomenalnego Michaela McCanna, który zasłynął dzięki niezapomnianej ścieżce dźwiękowej do „Deus Ex: Human Revolution”.

platformówek z wąsatym hydraulikiem – to połączenie gatunków RPG i gry przygodowej. Akcja gry toczy się w alternatywnej wersji świata Mario zbudowanej z papieru, a właściwie z kartonu. Osobliwą, tekturową krainę zamieszkują równie nietypowi mieszkańcy – naklejki. W trakcie wielkiego święta, gdy oddają cześć spadającej gwieździe spełniającej życzenia, na teren imprezy wpada zły król Bowser Koopa i dotyka gwiazdy, zyskując olbrzymią moc i niszcząc wszystko dookoła. Świat pogrąża się w chaosie, a Bowsera tradycyjnie powstrzymać może tylko Mario. W trakcie rozgrywki bohater zbiera różnorakie przedmioty, rozmawia z mieszkańcami i rozwiązuje liczne zagadki. W międzyczasie toczy liczne walki z poplecznikami Bowsera, rozgrywane z podziałem na tury. Tekturowa konwencja prowadzi do różnorakich zabawnych sytuacji (np. ratowanie bohaterów przyklejonych do różnych powierzchni) i łamigłówek – Mario zdobywa zdolność pozwalającą mu odklejać i przyklejać wybrane elementy otoczenia. Warto dodać, że gra dobrze wykorzystuje efekt 3D, który oferuje konsolka, dzięki czemu świat wygląda jak dziecięcy teatrzyk z dekoracjami zbudowanymi z kartonu.

tekst | JERZY BARTOSZEWICZ

mienia się w piekło, a turyści zostają schwytani przez piratów pragnących wymienić ich na okup. Jasonowi udaje się jednak uciec. Wkrótce poznaje tubylców, z którymi łączy siły, by uratować przyjaciół i zemścić się na psychopatycznym Vaasie, jednym z przywódców piratów. Gra zrywa z obowiązującymi trendami liniowych, oskryptowanych misji i wąskich korytarzy, stawiając na otwarty świat, który możemy swobodnie eksplorować, pieszo lub za pomocą samochodów, quadów, łodzi, a nawet lotni. Wyspa kryje wiele sekretów i pozwala m.in. na polowanie, przejmowanie pirackich posterunków i wykonywanie licznych zadań pobocznych. Wraz z postępem w rozgrywce, Jason zdobywa nowe umiejętności wizualizowane w postaci tatuaży. Może również dowolnie modyfikować dostępne w grze, liczne rodzaje broni. Pochwała należy się oprawie audiowizualnej – krajobrazy wyspy zachwycają ilością szczegółów. Poza długą kampanią dla pojedynczego gracza, w grze znalazł się bardzo wciągający tryb misji kooperacyjnych (wersja konsolowa pozwala dwóm osobom grać na podzielonym ekranie) oraz tryb rozgrywki wieloosobowej, zapewniający dodatkowe godziny emocjonującej zabawy.


DAWID VS. GOLIAT o wojnie, którą wiodę z szatanem, światem i ciałem

jak przetrwać zimę tekst | DAWID KORNAGA

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

NOWY ROK, MYŚLISZ SOBIE, ŚWIETNIE, BYLE DO WIOSNY. ZARAZ, ZARAZ! GDZIE TAK SIĘ SPIESZYSZ? JEST ZIMA. NIE MA, ŻE ZARAZ ZAŁOŻYSZ SZORTY I POGNASZ NA SQUASHA. A TY, ŚLICZNA, ZAPOMNIJ O MINIÓWCE, NIECH SOBIE ODPOCZNIE PO TYCH WSZYSTKICH HARCACH. JEST ZIMA I KONIEC

Po korkach od szampanów, które upadły na ziemię podczas sylwestrowych hulanek, przychodzi w końcu czas na smutę, czyt. zimę w pełni. Biadolenia nie ma końca. Jest lodowato i jeszcze długo będzie. Ślizgawice, zawieje, zamiecie. Praktycznie cała Europa utytłana w zimie. Broni się może Sycylia czy Kreta. Nawet Riwiera pochmurna, obrażona na słońce. Biedacy z krajów tropikalnych cieszą się, że wreszcie bogata Północ dostaje za swoje. I to regularnie jak co roku. Nie pomagają technologie, iosy i androidy, appki i fejsbuki. Mróz rozkłada się sprawiedliwie na szybach pałaców krezusów i chatkach dziadów. Ciemności zapadają o trzeciej po południu, trwają długo jak w jakimś horrorze, wiele się wydarza złego. Na ulicach więcej stłuczek. Firmy ubezpieczeniowe recytują treny. W wiadomościach powtarzająca się informacja, że znów zamarzł jakiś bezdomny. Wpadł do rowu albo odszedł od siebie w skleconym na skraju lasu szałasie. Oczywiście, jego wina, w noclegowni by przekimał, ale nie, chlać mu się chciało, to się nachlał ten ostatni raz, udany drink z kostkami lodu z jego ciała. Wędkarz wpadł do przerębli. Dotąd go szukają. Ktoś odgarniał śnieg przed domem, poślizgnął się, złamał rękę i nogę. Kilku narciarzy odmroziło sobie nosy na stoku. Pijany snowboardzista najechał na dziewczynkę, nie, dwie dziewczynki. Dwudziestu zaczadzonych w tym miesiącu; podkręcili piecyki gazowe do oporu i się doigrali. Na warzywniaku kłótnie, panie, co mi pan tu odmrożone pomidory sprzedaje?! Jakie tam odmrożone!? Twarde, fakt, gdyż dopiero co zerwane. Zerwane? Chyba z sopla lodu! Najgorsze, że wiosna wydaje się taka nieodległa. Jeszcze tylko styczeń, luty, marzec, ba, niecały przecie, skoro wraz z kocimi godami przychodzi przedwiośnie. W sklepach nawet stosowne kolekcje rzucają. Linie lotnicze kuszą wakacyjnymi pro-

70 felieton

mocjami. Biura podróży dilują upusty na pobyty w resortach, jakby dosłownie nazajutrz była zbiórka na lotnisku. Wszyscy zgodnie mówią: zimo precz! Lub bardziej dosadnie, co i tak jej nie ruszy. Przez krótkie dni i długie noce pierwsze dwa miesiące wystarczają za pięć. Ciągną się ospale, dosłownie. Zegarki chodzą wolniej. Kalendarze niedokładnie się synchronizują. Panuje niemrawość. Kto ma doła, często z niego nie wychodzi. Kto cieszył się jako taką energią, przepija ją grzanym winem i pozostaje wyłącznie kac z wyczerpania. Przypominasz sobie sylwestra i noworoczne postanowienia. Że skończysz, co zaczęte. Że zaczniesz, co postanowione. Teraz tamte deklaracje zacierają się na twoim tajmlajnie. Zdają się przynależeć do jakiejś odległej epoki. Zazdrościsz jedynie dzieciakom, które jadą na ferie. I ekonomicznej magnaterii, co bryluje na alpejskich stokach i zażera się fondue. Albo sam szusujesz, próbując przegonić zimę i jej beznadzieję. Jak wiadomo, najgorszy jest luty, zajadle chłodny i nieszczędzący śniegu. I dobrze! Wszystko po to, żeby ci się nie poprzewracało wiadomo gdzie. Nie marudź, proszę. Skoro czytasz „Hiro”, znaczy, mieszkasz w jednym z większych polskich miast. Pomyśl, równie dobrze możesz właśnie w tej chwili znajdować się w odległej, być może uroczej, ale cholernie nudnej wioseczce pod Augustowem. Gdzie wilcy wyją i zaraz tyłek ci odgryzą, jak na siłę zaczniesz szukać funu w gęsto zalesionej okolicy. Nie, nie wolno upadać na duchu. Rozczulać i roztkliwiać się nad sobą. Robić niedorzecznych zestawień typu: teraz w Los Angeles +18, w Warszawie -8 stopni Celsjusza. I co z tego? Znaczy się, przenosimy się do Ameryki? Nawet dotąd nie dali nam – po całym wkładzie w dokopanie talibom i innym złym, nieogolonym gościom – możliwości wjazdu bez wizy,

a my łasimy się jak wygłodzone pieski. Zresztą oprócz upałów w Teksasie, bywają tam takie mrozy, że nasze środkowowschodnie są jak smarcik przy mercu. Nasi przodkowie, pamiętaj, na Sybir nie tyle czwórkami, co tysiącami szli. Często bez opcji powrotu. Więc nie jęcz, że znów trzeba założyć kurtkę puchową, rękawiczki i szalik. Oj, biedactwo. A co, gdyby gołego na gołoledź cię wygnano, mówiąc, ha, pokaż no charakter. Nie znaczy, że nie możesz przeżyć tej zimy na gorąco, w emocjach i zajmującym lajfstajlu. Zaryzykuj, zobaczysz, to się opłaci zarówno tobie, jak i miejscom, gdzie zostawisz swoje pieniądze. Jak antenaci sarmaccy uczyli, co rozgrzewa nas podczas ziąbu najbardziej? No, dokładnie! Zatem kiedy drżysz w drodze przez miasto, pomstujesz na kraj, klimat, parlament, prezydenta, premiera i prezesa, miarkuj, siostro, bracie, zaciśnij pięści, włóż do kieszeni czy torebki, poszukaj drobniaków i bez wahania maszeruj gdzie trzeba, na shota, banię, lufę czy jak tam lokalnie u ciebie gadają. I rób swoje. Z umiarem, bo się przegrzejesz i pójdzie w drugą stronę. Ofiar więcej nam nie trzeba. Wiem, łatwo pokrzepiać, że zima nie taka straszna, jak nam meteorolodzy malują, trudniej zaś z wykonaniem. Dobrą metodą na pozytywne nastawienie jest stuprocentowa pewność, że inni mimo wszystko mają gorzej. Pokochasz wtedy tę kontrowersyjną porę, przebrniesz przez nią i rzucisz się w objęcia lata; przynajmniej docenisz, a nie jak ci Kalifornijczycy, plaża, ciągle tylko plaża, słoneczny patrol, Pamela Anderson i kokainowa czkawka. Świetnie. San Francisco. Ciepło. Hollywood. Super. Ale w każdej chwili może ich tam za te upały trafić takie trzęsienie ziemi, że po słynnym napisie ostanie się li tylko „H”. Egipt. Myślisz: snurkowanie zamiast saneczkowania. I co ci z tamtejszych upałów? Muszą chodzić w galabijach, a jak nie, to brać udział w demonstracjach na Placu Tahrir. Może ich tam grzeje, lecz cóż to za grzanie, skoro w zamian łatwo dostać pałą po głowie od „braci” muzułmańskich. Nie ma więc jak porządna dawka chłodu, od razu człowiek trzeźwieje i na świat patrzy jakoś tak… skandynawsko. DAWID KORNAGA – PISARZ. DEBIUTUJĄC KILKA LAT TEMU, NAZYWAŁ SIEBIE POSZUKIWACZEM OPOWIEŚCI. DZIŚ POTRAFI JE TEŻ NIEŹLE KREOWAĆ, CO NIE ZAWSZE SŁUŻY JEGO ZDROWIU, JAK RÓWNIEŻ PROWADZI GO DO NAŁOGOWEGO ŁAMANIA WIĘKSZOŚCI Z SIEDMIU GRZECHÓW GŁÓWNYCH. MIESZKA W WARSZAWIE. WWW.HIRO.PL


MOJE HIRO czyli komu mógłbym nogi myć i wodę pić

fatalny felieton tekst | MACIEJ SZUMNY

foto | ARCHIWUM AUTORA

OD CZASU DO CZASU ZDARZAJĄ SIĘ FELIETONY, KTÓRE WOLAŁYBY POZOSTAĆ W NIEBYCIE, NIEDRUKU I NIECZYCIE. NIE SZUKAJMY DALEKO I WEŹMY PIERWSZY LEPSZY – WŁAŚNIE TEN PRZED TWOIMI OCZAMI. ROBI WSZYSTKO, ABY UPRZYKRZYĆ MI ŻYCIE I NIE POZWOLIĆ, ABY POJAWIŁ SIĘ NA ŚWIECIE. KAŻDE SŁOWO MUSZĘ WYGRZEBYWAĆ Z WIELKIM TRUDEM, NICZYM RESZTKĘ NUTELLI ZE SŁOIKA. CZY TEŻ OKAŻE SIĘ SŁODKI JAK MÓJ ULUBIONY KREM CZEKOLADOWY? TEGO JESZCZE NIE WIEM W TEJ CHWILI Najpierw felieton zaprosił do gości prosto z Polski, licząc, że w ferworze zabawy, zwiedzania i oprowadzania o nim zapomnę. Głowę miałem zaprzątniętą udzielaniem odpowiedzi, czy warto na przykład zabrać buty do konnej jazdy. Kinga wyobrażała sobie, że będzie cwałować po plaży, a końska grzywa rozwiewana przez wiatr stanie w szranki do konkursu piękności z grzywami fal oceanu. Powiedziałem, że owszem, buty może zabrać, ale pojeździć będzie sobie mogła najwyżej na ośle. A potem zajęty byłem organizowaniem kolacji-niespodzianki, bo w dniu przyjazdu moich gości wypadała dwunasta rocznica ich poznania. Jednym z najbardziej romantycznych miejsc na wyspie Santiago, jest urocza latarnia morska położona na cypelku. Roztacza się stamtąd niezwykłej urody widok na ocean, zachody słońca, niebo oraz księżyc, który tego tej akurat nocy miał ukazać się w pełnej swojej krasie. W takich okolicznościach przyrody łatwo zapomnieć o felietonie, ale mam łeb nie od parady i felieton zapomnieć się nie dał rady. Dlatego zaraz potem zorganizował nam wycieczkę na przeciwległy koniec wyspy. W jedną stronę jedzie się jej środkiem, poprzez góry i doliny. Zapierające dech w piersiach widoki i zmiany ciśnienia oraz tropikalna roślinność, która zmienia się w zależności od wysokości. Po drodze wdrapaliśmy się na tysiącletni baobab, jak Piotrek słusznie zauważył RÓWNO tysiącletni i przejechaliśmy obok portugalskiego obozu koncentracyjnego, w którym szalony dyktator Salazar przetrzymywał swoich przeciwników. I choć miejsce to znane było jako Campo de Morte Lenta (Obóz Powolnej Śmierci), przy Oświęcimiu czy Treblince jawi się niczym spokojny ośrodek wczasowy. Dobrze, że te miejsca należą już do historii. Natomiast droga powrotna prowadzi nad samym oceanem, fale rozbijają się o skały i chwilami aż nie wierzę, że mieszkam w tak pięknym miejscu. Planowałem, że kiedy wrócimy, zabiorę się do pisania felietonu, ale zdecydowaliśmy się iść na kolację do restauracji Pescador, która serwuje świeże ryby, pięknie wyłożone na lodowej ladzie.

72 felieton

Najciekawiej prezentowały się dwie: czerwona w niebieskie kropeczki garoupa (nie mam pojęcia, jak ta ryba nazywa się po polsku, a łumacz google pokazuje mi „grouper” – nie wiem, czy mogę w to wierzyć) oraz większa i cała czerwona garoupa madeira, co ja przetłumaczyłbym jako „drewniana garoupa”. Natychmiast zapytałem kelnera z poważną miną, czy to znaczy, że ta druga ryba jest wystrugana z drewna i pomalowana farbką, na co on oczywiście równie poważnie zaczął tłumaczyć jak głupkowi, że nie, że ta ryba jest prawdziwa i do jedzenia i pływa sobie na większych głębinach, niż ta kropkowana. Jak zwykle mało kto poznaje się na moich żartach, a tu już szczególnie – wszystko zawsze bardzo serio. Jakby tego było mało, felieton wpadł na szatański pomysł: przeprowadzkę! Rzekomo że lepiej nam i psom będzie w domu z ogródkiem i jeszcze bliżej plaży. I znowu na nic nie było czasu. Ten, kto przeżył przeprowadzkę, zna doskonale ów moment, kiedy już-już wydaje się, że to już, a tu nagle otwiera się szafa z milionem rzeczy w środku, o których dawno się zapomniało, ale które trzeba oczywiście zabrać. Po czterech dniach ciężkiej pracy, dźwigania pudeł i ponownego meblowania i ustawiania porcelany na półkach, usnąłem nad moim laptopem. A felieton się tylko cieszył, bo już było po dedlajnie! Wczoraj musiałem przeprosić naczelnego i obiecać, że napiszę tekst wieczorem. I co? I wróciłem po kolacji do nowego domu, wszedłem na piętro i okazało się, że bojler w jednej z łazienek zaczął przeciekać i cała podłoga była w wodzie. Wycierałem na kolanach do pierwszej w nocy i nici wyszły z ręczników i pisania. A łazienek jest pięć, więc jeszcze cztery szanse na kolejną katastrofę. Piszę zatem szybko i kończę, bo nie pozwolę, żeby jakiś felieton zesłał na mnie kolejny kataklizm. Bo nowi goście i tak przyjeżdżają już dziś. MACIEJ „EBO” SZUMNY – BLOGER I POETA, WIELBICIEL STARYCH CITROËNÓW. WCZEŚNIEJ ZWIĄZANY Z MARKAMI NIKE ORAZ REEBOK, DOPROWADZIŁ DO ROZKWITU KULTURY SNEAKERS W POLSCE. AKTUALNIE MIESZKA NA WYSPACH ZIELONEGO PRZYLĄDKA. WWW.HIRO.PL


MATTHEW MCCONAUGHEY • ZAC EFRON • DAVID OYELOWO • MACY GRAY ORAZ JOHN CUSACK I NICOLE KIDMAN

„NICOLE KIDMAN, JAKIEJ JESZCZE NIE ZNACIE...” – MOVIELINE

POKUSA

„ZMYSŁOWY THRILLER W STYLU ALMODOVARA” - MARIANNE

ULEGNIESZ JEJ W KINACH OD 4 STYCZNIA


Podejmij artystyczne wyzwanie i zdobądź międzynarodową sławę. Zremiksuj przeszłość Heinekena, tworząc butelkę przyszłości, która stanie się ikoną limitowanej edycji 2013. Szczegóły na www.yourfuturebottle.com


ASUS zaleca system Windows 8.

DOTKNIJ Wybierz wyjątkowy ASUS VivoBook z systemem Windows 8 stworzony z myślą o Twoich potrzebach. Nowe urządzenie posiada doskonale opracowany panel dotykowy i zapewnia intuicyjną obsługę. ASUS VivoBook jest lekki, smukły i bardzo łatwy w przenoszeniu. Niezależnie od tego, co będziesz na nim robić, procesor Intel® Core™ i3 i system Windows 8 zapewnią Ci największe możliwości, a technologia ASUS SonicMaster zagwarantuje realistyczny dźwięk, szerszy zakres częstotliwości oraz głębsze i mocniejsze brzmienie basów. Intel, logo Intel, Intel Inside, Intel Core, Core Inside oraz Ultrabook są znakami towarowymi należącymi do Intel Corporation w Stanach Zjednoczonych i innych krajach.

Vivo Book X202

HIRO 30  

Polish free culture magazine

HIRO 30  

Polish free culture magazine

Advertisement