Page 1


www.ice-watch.com

CHANGE. YOU CAN.


WSTĘPNI A K

Krz ysztof Grabań

N

ie wiemy, jak to robimy, ale zawsze jesteśmy tam, gdzie dzieją się rzeczy ważne i warte Waszej uwagi. To już nawyk. Stale myślimy o tym, co powinniście zobaczyć i przeczytać w kolejnym HIRO. Dusza cynika nie pozwala mi powiedzieć wprost, że stale mamy Was z tyłu głowy, ale dokładnie tak jest. Cóż, chyba właśnie się przyznałem, że to z myślą o Was powstał kolejny, 53. już, numer. Co znajdziecie w środku? Jak zwykle dzieją się rzeczy niesamowite. Magazyn otwieramy wywiadem z Tomaszem Wasilewskim – reżyserem, którego Zjednoczone Stany Miłości okazały się sensacją tegorocznego Berlinale. Tuż po premierze byliśmy pod wrażeniem filmu – po wywiadzie jesteśmy także fanami samego Tomasza. Zajrzyjcie koniecznie do tej rozmowy. Udało nam się złapać zabieganego Piotra Głowackiego, który szczerze opowiedział o pracy aktora i nie tylko. Na maksa podjarani byliśmy też wywiadem z bohaterami Mr. Robot. Jeśli chcieliście sprawdzić, co Rami Malek

i Christian Slater mówią o serialu, zrobiliśmy to za Was. Nie musicie dziękować, tacy już jesteśmy – czytamy Wam w myślach. W dziale muzycznym z kolei znajdziecie zespół Foals, którego nikomu przedstawiać nie trzeba. Z chłopakami rozmawialiśmy o tym, co ich kręci w muzyce. Ten wywiad to prawdziwa kopalnia cytatów. Dyktafon włączyliśmy też w towarzystwie Daniela Blooma, który jest dla nas chyba najbardziej inspirującą postacią numeru. Sposób, w jaki mówi o muzyce i życiu sprawił, że sami poświęciliśmy chwilę na refleksję. Chyba to najbardziej lubimy w naszej pracy – kiedy uczymy się czegoś nowego od ludzi, których spotykamy. Poza wywiadami tradycyjnie już trzymamy rękę na pulsie i sprawdzamy, co nowego w trendach i w modzie, więc koniecznie rzućcie okiem na działy moda i lifestyle. Nasze soczyste teksty i felietony polecają się do czytania. HIRO 53 uważam za otwarte! Na koniec przyznam się, że na kolejny numer plany mamy bezczelnie ambitne. Stay tuned, kochani.

hiro.pl kontakt: halo@hiro.pl facebook.com/hirofree.fb W Y DAW NIC T WO In n a K o r p o r a c j a Sp. z o.o. ul. Górskiego 6/73 00-033 Warszawa W Y DAWC A / RE DAK TO R NAC ZE L N Y Krz ysztof Grabań kris@hiro.pl Z A S TĘ P C A RE DAK TO R A NAC ZE L NE G O Ju s t y n a Sz c z e p a n ik justyna.szczepanik@hiro.pl

RE DAK TO R PROWADZ ĄC A D o m in ik a C h a r y t o n i u k dominika.charytoniuk@hiro.pl GR AF IK A / SK Ł AD Michał Dąbrowski michal.dabrowski@hiro.pl S O C IAL ME D IA Ni c o l e S z c z e k o c k a nicole.szczekocka@hiro.pl RE K L A M A Anna Pocenta anna.pocenta@hiro.pl Ju li a P o lk o w s k a julia.polkowska@hiro.pl

WSP Ó Ł PR AC OW NIC Y Jakub Buczyński, Justyna Czarna, Bartosz Czartoryski, Kamil Downarowicz, Ida Drotko, Patryk Dudek, Wojciech Foit, Łukasz Jasiukowicz, Katarzyna Jaworska, Paulina Kaczmarczyk, Nina Kozieradzka, Marta Kudelska, Paweł Kuhn, Sara Leszczyńska, Helena Łygas, Jagoda Michalak, Katarzyna Mierzejewska, Krzysztof Nowak, Emilia Pluskota, Sebastian Rerak, Olga Retko, Patrycja Roszczyk, Karolina Rudnik, Aga Stodolska, Artur Zaborski, Alicja Zielińska

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich redagowania, skracania oraz opatrywania własnymi tytułami. Redakcja nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam i ogłoszeń. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za prawdziwość podawanych w ogłoszeniach i reklamach informacji.


SPIS TR EŚCI

Tomasz Wasilewski Z błyskotliwym reprezentantem pokolenia filmowych roczników 80. rozmawiamy o jego najnowszym filmie, kobietach i Polsce w roku 1990.

10

Rami Malek i Christian Slater

12

S o u t h Pa r k

i wa l k a z p o p r aw n o ś c i ą p o l i t yc z n ą

14

p i o t r g ł o wac k i | N a s z e z a l e t y

s ą n a s z ym i n a js ł a b s z ym i p u nk ta m i

2 0

da nie l b l o o m

6

Odtwórcy głównych ról serialu Mr. Robot, czyli Christian Slater i Rami Malek opowiadają o galopującym konsumpcjonizmie i pół żartem, pół serio wieszczą koniec świata.

Foals Podczas rozmowy z Edwinem Congreavem oraz Jackiem Bevanem z zespołu Foals dowiadujemy się, czym dla nich jest prawdziwa oryginalność w muzyce i kogo uważają za swoich idoli.

24


JA A! Elektroniczne trio o mariażu muzyki z technologią, granicach eksperymentu artystycznego oraz przyjaźni, która ułatwia współpracę.

28 Fenomen Aniołków Victoria’s Secret Jak wyglądała wyboista droga na szczyt, jakie nazwiska stoją za koncernem wartym obecnie miliardy i jak zmieniała się strategia marki? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie w tekście o Aniołkach.

3 8 4 0 6 4

r e w o l u c je c hr is t i a n a d i o r a

i a f ry k a ńsk ie pin g w in y

Se s ja | A m e r i c a n D r e a m

Crown Tatoos

d r u t ko l c z a s t y

54

60

Nie musimy już palić staników, wyrywać sobie książek Simone de Beauvoir czy prześcigać się w cytowaniu Susanne Sontag, żeby mówić o nowej fali feminizmu. Co ma z tym wspólnego tatuażowy trend?


6

FILM W Y WIAD

Zdjęcia: Rafał Guz

Tomasz Wasilewski

Przekleństwo otwartej klatki Rozmawiał: Sebastian Rerak

Za scenariusz do „Zjednoczonych stanów miłości” Tomasz Wasilewski otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia na tegorocznym Berlinale, ale nawet bez laurów i wyrazów uznania, film 35-letniego reżysera nie mógłby zostać niedoceniony. Poruszający, kameralny dramat to świetna propozycja dla koneserów kina inteligentnie psychologizującego, a zarazem potwierdzenie pozycji twórcy jako jednego z błyskotliwszych reprezentantów pokolenia filmowych roczników 80.

Za sprawą Zjednoczonych stanów miłości na dobre już chyba przylgnie do Ciebie etykietka specjalisty od kina kobiecego. Czy taka łatka przeszkadza? Trudno mi odnieść się do podobnych sformułowań, ponieważ nie narzucam swojemu kinu żadnych kategorii. Opowiadam po prostu o człowieku. Wybieram na głównych bohaterów kobiety, ponieważ obecnie bardziej mnie one interesują. Jednak wydaje mi się, że wszyscy mogą odnaleźć się w moich filmach, niezależnie od płci.

Film przenosi widza do roku 1990, ale czy historia w nim przedstawiona mogła wydarzyć się 26 lat później? Tak, ponieważ od strony emocjonalnej Zjednoczone stany miłości są obrazem bardzo aktualnym. Gdyby jego akcja rozgrywała się współcześnie, bohaterowie podejmowaliby zapewne inne wybory, ale to jedyna możliwa różnica. W sferze emocjonalnej jest to film bardzo uniwersalny, dlatego też jest rozumiany na całym świecie.


7

FILM W Y WIAD

Bywa, że wszystko w naszym życiu jest na swoim miejscu, a z jakiegoś powodu jesteśmy nieszczęśliwi i powoli umieramy.

Kontekst historyczny jest w nim jednak istotny. Okazuje się bowiem, że w obliczu odzyskanej wolności ludzie są nieco bezradni. Również kiedy stawką są relacje. Na konferencji prasowej w Berlinie Julka Kijowska użyła bardzo trafnego porównania, mówiąc, że gdy otworzy się klatkę zwierzęciu wychowanemu w niewoli, ono i tak pozostanie w tej klatce. Rozmawiałem też o tym z ludźmi z innego pokolenia – z moimi rodzicami i z Dorotą Kolak. Oni dorastali w minionym systemie, który zaszczepiał im poczucie niewiary, zamykał przed nimi możliwości – zarówno w sensie zawodowym, jak i prywatnym. Reżim komunistyczny wytatuował ogromne piętno na ludzkich duszach i jest to widoczne także u bohaterów Zjednoczonych stanów miłości. Warunki społeczne nieuchronnie determinują zatem także relacje i ich jakość? Z pewnością tak. Pamiętam tamten czas z perspektywy dziecka, ale mam poczucie, że wszyscy mieli wówczas „poukładane” życie. Typowa rodzina złożona była z ojca, matki i dwojga dzieci. Ojciec rano wychodził do pracy, matka zajmowała się domem, w niedzielę wszyscy szli do kościoła... Nie było starych panien ani kawalerów, nie było też rozwodników. Ja dopiero w liceum poznałem kogoś, kto pochodził z rozbitej rodziny. Wcześniej takie historie poznawało się jedynie z filmów. Dawne społeczeństwo budowały inne tradycje, a dziś po 26 latach życia w kapitalizmie, mamy możliwość sięgnięcia do kultury Zachodu. Poszerzył się nasz światopogląd, inaczej więc patrzymy na pewne sprawy. Uwarunkowania społeczne niewątpliwie wpływają więc na ludzi, ich decyzje i relacje. Dorastałeś na takim blokowisku, jakie zostało ukazane w filmie? Wychowałem się na osiedlu położonym na obrzeżach Inowrocławia, w ostatnim bloku. Dla mnie był to wówczas koniec świata. Sferę wizualną Zjednoczonych... zbudowałem na bazie własnych wspomnień. Można odnieść wrażenie, że na tym beznadziejnym pustkowiu upstrzonym bryłami betonu, ludzie skazani są na bycie nieszczęśliwymi. Nie wiem, czy ono jest beznadziejne, ja na to tak nie patrzyłem. Ogromna przestrzeń oznacza bowiem także wolność, tylko co

z tą wolnością zrobić. Moi bohaterowie nie mają narzędzi, by ją „rozpracować”. Mogą wyjść z bloków, ale gdzie pójdą? To widz musi odpowiedzieć na to pytanie. Spotkałeś kobiety podobne do swoich bohaterek? I tak, i nie. W pewnym sensie bohaterki w filmie są odzwierciedleniem kobiet, jakie pamiętam, ale przypisane im historie są jedynie fantazją na ich temat. Dla przykładu Marzena grana przez Martę Nieradkiewicz jest uczestniczką konkursów piękności, bo moją sąsiadką była kiedyś Miss Polski i Miss Universum, Agnieszka Pachałko. Jako dzieciak uczęszczałem też do szkoły tańca w klubie osiedlowym – takim jak ten, w którym Marzena prowadzi zajęcia. Obserwowałem też panią pedagog z podstawówki i na wspomnieniach o niej oparłem postać Izy, odtwarzaną przez Magdę Cielecką. Pojawia się zatem wiele odniesień, ale są to jedynie szkice, z których wyłoniły się zupełnie nowe osobowości. Wspomniałeś o stronie wizualnej... Wiele osób mogło zapamiętać okres transformacji jako czas kolorowy i dynamiczny. U Ciebie jest tymczasem szary, stonowany, nie widać pstrokacizny rodzącego się kapitalizmu. Nie interesowało Cię to? Nie bardzo. Osadziłem akcję w momencie tuż przed wybuchem kapitalizmu. Akcja rozgrywa się na początku roku 1990, kiedy jedną nogą byliśmy w nowym systemie, ale drugą tkwiliśmy jeszcze w komunie. Ta sytuacja krępowała, bo była nieznana – fascynująca i przerażająca zarazem. Poza tym interesowało mnie życie w małej skali, a ono nie wyglądało zbyt kolorowo. Nawet jeśli pojawiały się w nim nowe barwy kapitalizmu, to w małych miejscowościach życie wciąż pozostawało szare i pozorne. Rodzina bohaterki granej przez Julię Kijowską jest na swój sposób bardzo polska. Panuje w niej taki pozorny patriarchat – mąż jest teoretycznie głową rodziny, ale jakby wycofywał się i kurczył w sobie. Próbowałem ukazać różne relacje, przez co ważne było uniknięcie stereotypów. Agata jest kobietą, która teoretycznie ma wszystko – kochającego męża, wspaniałą córkę, własny biznes. Jednocześnie jednak tonie i to właśnie intryguje mnie w jej emocjonalności. Bywa, że wszystko w naszym życiu jest na swoim miejscu, a z jakiegoś powodu jesteśmy nieszczęśliwi


8

FILM W Y WIAD

Zdjęcie: Marcin Oliva Soto

Jeśli aktor spotyka się z niedowierzaniem w to, że jest profesjonalistą, a nie naturszczykiem, to jest to tak naprawdę wielki komplement. Szczególnie w przypadku mojego kina. Dążę do tego, by aktor nie grał, a był.

i powoli umieramy. Bardzo odpowiadała mi też wizja relacji Agaty z mężem, starającym się mimo wszystko utrzymać dom w ryzach. Być może jest to akuratny obraz polskiej rodziny, ale portretowałem go intuicyjnie.

z niedowierzaniem w to, że jest profesjonalistą, a nie naturszczykiem, to jest to tak naprawdę wielki komplement. Szczególnie w przypadku mojego kina. Dążę do tego, by aktor nie grał, a był.

Julia Kijowska otrzymała ponoć rolę w drodze castingu, co jest pewnym zaskoczeniem, bo jest to rola znakomicie obsadzona. To nawet nie był casting, tylko zdjęcia próbne. Wiedziałem dużo o Agacie, ale nadal nie potrafiłem wyobrazić sobie jej fizyczności. Zdecydowałem więc, że zorganizuję zdjęcia próbne, w efekcie których Julia otrzymała rolę.

Czy sukces na festiwalu w Berlinie otworzył już filmowi wiele drzwi? Powiedziano mi, że Zjednoczone stany... były najlepiej sprzedającym się filmem w Berlinie. Poprzednie swoje produkcje także sprzedałem z powodzeniem do zagranicznej dystrybucji, ale najnowsza cieszy się wyjątkowym powodzeniem. Już teraz wiem, że pokazywana będzie w trzydziestu krajach – od Korei i Tajwanu po Brazylię. Fakt, że nagroda w Berlinie zrobiła swoje, ale dystrybutorzy kupowali film jeszcze przed oficjalnymi pokazami. Ostatecznie liczy się sam obraz i jego jakość.

Perspektywa obsadzenia Andrzeja Chyry i Magdaleny Cieleckiej w roli kochanków była kusząca? Bardzo długo chciałem pracować z tą dwójką. Potrzebowałem określonej emocjonalności i wrażliwości, by zbudować relację ich ekranowych odpowiedników. Oczywiście Magda i Andrzej znają się doskonale, wciąż pracują razem w teatrze, ale nie było żadnych fajerwerków, jeśli chodzi o ich dawne relacje. Zależało mi przede wszystkim na współpracy z nimi, a to, że mają wspólną historię osobistą nie miało już wielkiego znaczenia. Podobno w Berlinie krytycy pytali czy obsadę stanowią aktorzy-amatorzy? Pojawiały się takie pytania, świadczące zresztą, że pokazaliśmy na ekranie prawdę. Jeśli aktor spotyka się

Czy wśród głosów uznania, jakie spłynęły wówczas na Ciebie był jakiś szczególnie cenny? Film obejrzała aktorka, którą niezwykle cenię, Angelika Papoulia. Bardzo się z nią zakumplowałem i zaprosiłem na pokaz. Gdy spotkaliśmy się potem w barze, podeszła do mnie i zaczęła płakać. Płakała bodaj przez piętnaście minut, powtarzając tylko: „Brawo, Tomas!”. Przeżyła film tak mocno, że nie była w stanie nawet o nim mówić. Oczywiście jej zdanie jest dla mnie powodem do dumy, ale cieszy mnie sama świadomość, że moja historia wstrząsnęła nią po prostu jako widzem.


FILM W Y WIAD

9


10

FILM W Y WIAD

Our democracy Rami Malek Rozmawiał: Bartosz Czartoryski

Serial „Mr. Robot” uznanie fanów zdobył od razu po premierze. Historia aspołecznego hakera wbrew pozorom okazała się uniwersalna, dlatego też na 2017 rok. zaplanowano już trzeci sezon produkcji. Udało nam się porozmawiać z odtwórcami głównych ról: Christianem Slaterem i Ramim Malekiem, którzy opowiadają o galopującym konsumpcjonizmie i pół żartem, pół serio wieszczą koniec świata. Rami, czym zaskoczył Cię drugi sezon Mr. Robot? Rami Malek: Szczerze mówiąc, po przeczytaniu scenariusza pierwszego odcinka sam nie za bardzo miałem pojęcie, co o nim myśleć, ale z pewnością wszystko to, co spodobało ci się przed rokiem nadal jest tam obecne. Opowieść skupia się na Elliocie, który realizuje plan ratowania świata. Patrzymy na wszystko z jego perspektywy. Jednak w drugim sezonie jesteśmy świadkami konsekwencji, jakie niosło ze sobą wykonanie tego planu. Myślę, że to fajny początek. Nie jesteście tak do końca dobrymi gośćmi, a jednak ludzie fsociety Wam kibicują. R.M.: Fakt, nie jesteśmy, ale o to chodzi. Jak każdy człowiek, członkowie fsociety także popełniają błędy, są tylko ludźmi i muszą radzić sobie z takimi rzeczami, jak chociażby poczucie winy. Elliot ma krew na rękach. Kiedy myślisz o bohaterach, myślisz o kimś pozbawionym wad, kto jest moralnie czysty. Cóż, on zdecydowanie nie jest. Owszem, posiada mocny kręgosłup moralny, lecz nie jest chodzącym ideałem. Próbuje dostosować się do zwyczajnego życia i robi sobie nadzieję, że uda mu się zmienić otaczający go świat. Chyba każdy, kto stawia sobie podobny cel, prędzej czy później będzie musiał zmierzyć się z trudnymi do pokonania przeszkodami. Jakie trudności wobec tego wyrastają przed fsociety? R.M.: Praktycznie wszyscy oni czują się wyalienowani, wyobcowani. Nie sprawują żadnej kontroli nad sytuacją, w której się znaleźli, może nawet i nie panują nad swoim życiem. Poza tym sam serial w pewnym stopniu traktuje o rozpasanym konsumpcjonizmie współczesnego świata, w którym, aby komunikować się z drugim

człowiekiem, potrzebujemy coraz to nowych urządzeń. Dlatego też kwestionujemy takie rzeczy, jak podziały klasowe. Zwracamy uwagę na problem narastającego długu publicznego i rozważamy możliwości, jakimi dysponujemy, aby coś zmienić. Tak naprawdę, ile człowiek może zdziałać? Czy jesteśmy w stanie ze sobą współpracować? Jak daleko znajdujemy się od siebie w tej nieustannie zmieniającej się rzeczywistości? Szybkość rozwoju techniki miała przerzucić między nami pomost, by nas do siebie zbliżyć, a tymczasem jeszcze bardziej nas dzieli. Mr. Robot krytykuje ludzką chciwość. Zastanawia się, jakie są nasze cele i aspiracje, ile jesteśmy w stanie zrobić, aby osiągnąć to, czego tak usilnie pragniemy. Elliot nie jest łatwym facetem do rozgryzienia. Tobie się to udało? R.M.: Była taka chwila, kiedy myślałem, że faktycznie go przejrzałem, ale, gdy szykowałem się do kolejnego sezonu, dowiedziałem się o pewnej luce czasowej, która dzieli obie serie. A przecież w tym okresie mogło zdarzyć się dosłownie wszystko. Dlatego musiałem przygotować się na to, że czeka mnie jeszcze sporo pracy. Zastanawiam się czasem, co się stanie z Elliotem za parę lat, czy się rozwinie, dojrzeje, czy może jednak nigdy mu się to nie uda. Sporo może się zmienić na gorsze, to niewykluczone, że skończy w naprawdę przykrym miejscu, poniesie porażkę, ale jeszcze tego nie wiem. Trudno mi nawet przypuszczać, dokąd ta droga go zaprowadzi, bo po każdym odcinku następuje w nim jakaś zmiana i chyba tylko to jest jedyny constans. Na pewnym poziomie rozumiem tego gościa, ale im więcej czasu z nim spędzam, im więcej nad nim pracuję, wgryzam się w niego, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że nie znam go tak dobrze, jak mi się wydawało.


FILM W Y WIAD

11

has been hacked Christian Slater Jesteśmy pokoleniem wystawionym na działanie zbyt wielu bodźców, poruszamy się po świecie niczym króliki doświadczalne.

Jak rozwija się relacja Pana Robota z Elliotem w drugim sezonie? Christian Slater: To jest, musisz przyznać, interesująca znajomość! Co prawda, z każdym odcinkiem staje się ona coraz bardziej transparentna. Między tymi dwoma gośćmi trwa nieustanna przepychanka. Elliot stara się odepchnąć od siebie, okiełznać tę istotę, która narodziła się gdzieś w jego umyśle, istotę stworzoną przez samotność. Z kolei Pan Robot robi wszystko, co może, żeby pokonać przeszkody, jakie napotyka na swojej drodze. Naprawdę chcę zakończyć to, co obaj bohaterowie zaczęli, czego zdecydowali się dokonać. Jak scharakteryzowałbyś główny temat serialu? Ch.S.: Hm, mówi on na pewno o interakcji międzyludzkiej, izolacji, zmaganiach z zaburzeniami umysłowymi, niebezpieczeństwie utraty kontaktu z drugim człowiekiem z powodu techniki, o granicach, które są między nami stawiane. Jesteśmy pokoleniem wystawionym na działanie zbyt wielu bodźców, poruszamy się po świecie niczym króliki doświadczalne. Daje się nam różne nowe rzeczy niczym klucze do królestwa, testuje na nas coraz to kolejne wynalazki. Za parę lat pewnie będziemy myśleć o dzisiejszych czasach jak o okresie, w którym potrzeba nam było jakiejś kontroli, a raczej wtłoczenia świadomości, do czego mogą służyć wręczone nam narzędzia.

Pan Robot to cokolwiek tajemnicza postać. Jak wgryzłeś się w tę rolę? Po przeczytaniu scenariusza pilota miałem sporo pytań do Sama [Esmaila, twórcy serialu – przyp. red.]. Jednak znalazłem się w nieco osobliwej sytuacji, bo pracujemy z niezwykle pomysłowym człowiekiem, który z czasem stawał się coraz bardziej tajemniczy. Gdy się poznawaliśmy, Sam był niezwykle otwarty, lecz kiedy serial wzbudził powszechne zainteresowanie, przestał wykładać kawę na ławę. To znaczy nadal jest szczery i bezpośredni z obsadą, lecz już nie rozmawia z ludźmi o tym, co się dzieje. Był mi jednak niezwykle pomocny, kiedy starałem się zrozumieć swoją postać. Choć już sam scenariusz był znakomity, otrzymałem materiał, z którym mogłem zrobić coś interesującego. To ten rodzaj roli, o którym marzy chyba każdy aktor, daje niezwykłe możliwości. A w drugim sezonie i widz dowie się, czemu Pan Robot jest Panem Robotem. Możesz pochwalić się niezwykle bogatym dorobkiem kinowym. Teraz grasz w popularnym serialu telewizyjnym. Jakie to uczucie? Znakomite. Cóż, życie to nieprzewidywalna podróż. Aktorstwo to coś, co kocham i wykorzystuję każdą nadarzającą się okazję. I zawsze daję z siebie sto milionów procent, nigdy mniej. Do Mr. Robot podszedłem tak, jak do wszystkich moich projektów. Oczywiście, to miłe, że ludzie zareagowali na ten serial tak entuzjastycznie i nie wolno mi tego nie doceniać.


South Park i walka z poprawnością polityczną

Tekst: Katarzyna Mierzejewska

Parker i Stone zapowiedzieli na wrzesień premierę kolejnego, jubileuszowego 20. sezonu serialu. Mówią, że odcinek o fenomenie Pokémonów zrobili już w 1999 roku, a teraz zabierają się za ruch Free the Nipples. Na rozdanie Oscarów przyszli zjarani i mimo że wszystkich obrażają – i tak nie można bez nich żyć. Od 20 lat grupka niestarzejących się ośmiolatków konsekwentnie wyśmiewa amerykańskie mity o wielkości i bohaterstwie, szydzi z narodowych przywar i wyciąga niewygodne kwestie na światło dziennie, nikogo nie oszczędzając, nawet Świętego Mikołaja. South Park jest jak wino – im starszy, tym lepszy. Ostatni sezon zakończył się mocnym przytupem i fani nie mają wątpliwości, że choć lata mijają, Parker i Stone nie wypstrykują się z żartów, a zmieniająca się rzeczywistość niezmiennie stanowi kopalnię gagów. I nadal będzie stanowić, przynajmniej do 2019 roku – wtedy Eric, Kyle i spółka po raz ostatni mają pojawić się na ekranie.

Wróg publiczny numer jeden W tym roku South Park kończy 20 lat, gdyby był człowiekiem, chodziłby do college’u, kwestionował ustanowiony porządek, imprezował i buntował się przeciwko politycznej poprawności. Trzeba przyznać, że w tych aspektach serial

znakomicie odnajduje się w roli nastolatka/młodego dorosłego. Przetrwał próbę czasu, mocną konkurencję i w każdym epizodzie udowadnia, że nie da się ugłaskać. Pozostanie nieokrzesany i butny. Wszystko to pomimo świadomości, że swoim niecenzuralnym przekazem South Park zrobił sobie wrogów niemal w każdym środowisku: od Żydów, przez cheerleaderki, kierowców TIR-a, po Donalda Trumpa czy Taylor Swift. Animacja pozwala na dużą swobodę przekazu. Tylko w kreskówce można przekonać się jak naprawdę funkcjonują scjentolodzy, spotkać Toma Cruise’a, który „nie chce wyjść z szafy” (z ang. come out of the closet: otwarcie mówić o swoim homoseksualizmie) czy Jezusa wyrywającego pijane laski w barze. Oprócz typowo obrazoburczych wątków (dla niektórych wręcz skandalicznych), Parker i Stone wykorzystują swoją siłę przekazu do przedstawienia frapujących treści, nawet jeśli są one ukazane pod przykrywką głupiutkiej akcji przeprowadzonej przez małoletnich bohaterów. Jeden z odcinków został w całości poświęcony


FILM ART YKUŁ

13

„South Park” zrobił sobie wrogów niemal w każdym środowisku: od Żydów, przez cheerleaderki, kierowców TIR-a, po Donalda Trumpa czy Taylor Swift.

wyborom na nową maskotkę szkoły. Kandydował Giant Douche (wielki idiota) i Turd Sandwich (kanapka z łajnem). Spod natłoku obraźliwych tekstów i niewybrednych żartów wypływa smutna, poważna konstatacja. W polityce ludzie traktowani są jak słupki zwiastujące popularność. Na porządku dziennym jest przepychanka, wyciąganie sobie brudów i wypowiadanie kłamstw pod adresem kontrkandydata. Góruje populizm i brak pomysłu na swoje rządy. Koniec końców, czy to w przypadku rywalizacji o tytuł maskotki w podstawówce, czy rzeczywistej kampanii prezydenckiej w średniej wielkości kraju – mamy do wyboru albo idiotę, albo pana kanapkę. Nazewnictwo jest kompletnie przypadkowe, bo w gruncie rzeczy obaj kandydaci niewiele się od siebie różnią. Bardziej skupiają się na prywatnym wyścigu i udowodnieniu tego, kto jest lepszy niż na powadze, jaka wiąże się z zajmowanym stanowiskiem.

Za plecami swoich animowanych bohaterów South Park dojrzewa wraz ze swoją publiką i zyskuje nowych fanów z każdej kategorii wiekowej. Popularność animowanych kreskówek wśród dorosłych możemy na szerszą skalę zaobserwować od czasów Shreka. Dzieci bawiła historia niezdarnego ogra, dorosłych zaś mnogość podtekstów seksualnych w żartach i nawiązania do kultowych polskich filmów z czasów „słusznie minionych”. Słabość do animacji można tłumaczyć w różnoraki sposób. Ich forma stanowi sentymentalną podróż do czasów dzieciństwa, a także umożliwia spełnienie najskrytszych fantazji scenarzystów. W realnym świecie trudno byłoby zaaranżować na przykład pojedynek zjaranych gwiazd popu, zwłaszcza z zerowym kosztem. Pewnie za odpowiednio wysoką gażę Britney Spears czy Selena Gomez na pewno rozważyłyby taką ewentualność. Twórcy kreskówek kpią sobie też z poprawności politycznej, uczuć religijnych i wartości wyznawanych przez społeczeństwo. Kryją się za plecami swoich animowanych bohaterów i ich ustami wygłaszają teksty dawno przekraczające już granice dobrego smaku. Wykpiwają pseudotolerancyjną kulturę amerykańską, wyciągając rasistowskie przyzwyczajenia. Wyśmiewają walkę o prawa człowieka, pokazując wielkie koncerny zanieczyszczające przyrodę i znęcające się nad Indianami. Twórcy South Parku spróbowali na przykład wyjaśnić swojej widowni, jak doszło do światowego kryzysu finansowego w 2008 roku, przedstawiając bankierów z Wall Street jako bandę półgłówków, którzy operują światowymi indeksami, sugerując się grą w kości i humorami tajemniczej kury – muzy finansistów.

Relacja live South Park nigdy nie był nastawiony na popularność, kiedyś mierzoną słupkami oglądalności, dziś lajkami na Facebooku. Brak presji i postawionych wyzwań w łatwy sposób wyjaśnia ogromny sukces serialu. Skoro niczego nie oczekujemy, możemy robić swoje i cokolwiek się wydarzy, będzie traktowane jako pozytyw. Można być pewnym, że dla chłopaków krytyczne reakcje i fala hejtu są równie miło przyjmowane co aplauz i komplementy. Każda skrajna reakcja oznacza bowiem jedno. Mimo dwóch dekad na szklanym ekranie South Park nadal szokuje w specyficzny dla siebie sposób. Prawdziwi królowie komedii Trey Parker i Matt Stone wbijają szpilę we wszelkie symbole popkultury i polityki. Nie ma równych i równiejszych: śmiejemy się z białych, czarnych, grubych, chudych, republikanów i demokratów. Trzeba przyznać, że chłopaki idealnie wykorzystują sytuację społeczno-polityczną i wyciągają z niej coś dla siebie: nie oszczędzili amerykańskich interwencji na Bliskim Wschodzie, skandali z duchownymi pedofilami czy rzeczy bardziej lifestyle’owych, takich jak rozdmuchane ego Kanyego Westa. Istotna jest też szybkość i sprawność, z jaką ekipa składa nowe odcinki w całość. Ich niewybredne żarty zawsze odwołują się do bieżących wydarzeń i są aktualne. Dlatego też w odróżnieniu od Simpsonów czy Family Guya, South Park oferuje swoim widzom niemal relację live z operacji korekty płci przez ojczyma Kardashianek czy złapania Saddama Husajna. Na każdym kroku czuć w realizacji serialu niebywały luz i improwizację. Parker i Stone nie planują odcinków z wyprzedzeniem, nie tworzą strategii marketingowej, nie rozpisują swojego image’u scenicznego. Siadają w czwartki przed komputerem, zapalają jointa, oglądają newsy i już mają nowy materiał. Czy boją się, że kogoś urażą? Niespecjalnie. Pomimo że chyba literalnie każdemu w Hollywood oberwało się od grupki ośmiolatków, duet komików ciągle zapraszany jest na ważne gale, a „gwiazdy” ochoczo się z nimi fotografują, nie zniechęcając się nawet wiadrem pomyj, które prawdopodobnie wkrótce na nie spłynie. Zrobienie z animowanych postaci komentatorów życia codziennego jest wielkim ułatwieniem. Przenosi ciężar odpowiedzialności za słowa na wymyślonego bohatera, który daje upust naszej ludzkiej, frustracji i mówi to, do czego wielu ludzi nie ma odwagi przyznać się osobiście. Dla niektórych South Park to tylko humor niskich lotów nawiązujący do seksu i fekaliów, dla wielkim fanów jest genialnym przykładem twórczości „moralnego niepokoju”, zmuszając do myślenia o rzeczach i problemach, które są kłopotliwe i wystawiają na próbę naszą hierarchię wartości.


Zdjęcie.: Robert Pałka

Piotr Głowacki

Nasze zalety są naszymi najsłabszymi punktami Rozmawiał: Bartosz Czartoryski

Na dużym ekranie pojawia się od kilku lat, ale dopiero „Bogowie” nadali jego karierze rozpędu. Od tego czasu zdobywca nagrody im. Zbyszka Cybulskiego niemal nie schodzi z planu filmowego. Z Piotrem Głowackim rozmawiamy o jego najnowszym serialu „Belfer”, a także o sposobach na wejście w rolę, polskich produkcjach oraz dojrzałości aktora. Kiedyś powiedział Pan, cokolwiek żartobliwie, że byłby gotowy zagrać Bonda, a zdaje się, że aspirant Papiński to postać na przeciwległym biegunie. Jestem ciekawy, jak pan odbiera Papińskiego po obejrzeniu pierwszego odcinka. Może jest marzycielem, który chciałby być Bondem, a może pod płaszczem stróża prawa kryje się pomocnik Doktora Zło. Z Bondem łączy go przekonanie, że stoi po właściwej stronie i decyduje się od czasu do czasu na przekraczanie granic, ale która to strona i gdzie są granice, pozwólmy odkryć widzom w następnych odcinkach. Mógłby to być taki polski Bond na miarę naszej belfrowskiej miejscowości, a kim się okaże, przekonają się ci, którzy wytrwają do końca.

Ja odbieram go jako faceta, który bardziej niż głową, myśli sercem. Budując tę rolę, myślałem o tym. Zastanawiałem się, co jest jego mocną stroną i doszedłem do konkluzji, że niekoniecznie umiejętności czy potencjał intelektualny, ale przekonanie o słuszności tego, co robi. Jest policjantem stamtąd i chce działać na rzecz konkretnej społeczności. To by się zgadzało z tym, co pan mówi, że to serce jest jego głównym motywem do działania, aczkolwiek nie mogę wykluczyć sytuacji, w której zwiedzie go ono na manowce. Nasze zalety są naszymi najsłabszymi punktami. Jak Piotr Głowacki nasiąka rolą? Nie chciałbym rozszerzać tego pytania na całe pańskie portfolio aktorskie, bo podejrzewam, że za każdym razem jest jednak inaczej i ograniczę się może do rzeczonego Papińskiego...


FILM W Y WIAD

15

To, że serialowa rewolucja staje się u nas coraz wyraźniejsza wynika z faktu, że nasze seriale tworzą ludzie, którzy sami oglądają seriale amerykańskie czy skandynawskie. Po prostu chcemy robić rzeczy tak samo fajne.

Jest podobnie, bo posługuję się zbliżonym zestawem narzędzi pracy. Niezmiennie najbardziej mnie interesuje próba znalezienia jak największej liczby detali i powiązań z rzeczywistością. Tak, żeby z dialogów i strzępów informacji w skąpych scenariuszowych didaskaliach wyciągnąć konkretność życia bohatera, domyślić się jego pragnień i sposobów na ich realizację. Przy Belfrze najciekawsze było to, że mamy do czynienia z zawiłą zagadką kryminalną, której rozwiązania nie znaliśmy, tworząc serial. Nikt z nas nie miał pewności, czy jego postać nie jest mordercą. Jak się Panu pracowało ze scenariuszem z literackimi naleciałościami? Bo, jak przynajmniej podejrzewam z uwagi na fakt, iż odpowiedzialni są za niego Monika Powalisz i Jakub Żulczyk, są one tam obecne? Scenariusz na pewno wyróżnia precyzyjna konstrukcja. Autorzy, którzy nie mają silnych przyzwyczajeń filmowych i jeszcze do końca nie są pewni, co film zrobi z ich scenariuszem, idą, jako literaci, o wiele głębiej w powiązania bohaterów, w szczegóły akcji. To daje dużą radość gry. Można po prostu oddać się zapisanym zdarzeniom, które konsekwentnie wynikają z siebie, dając uważnemu widzowi dostęp do świata wewnętrznego bohaterów. Poznajemy postaci przez ich działania, a nie „odaktorskie” komentarze. Widzimy postaci żyjące, dokonujące wyborów w precyzyjnie skonstruowanym świecie i to przypisałbym właśnie literackiemu doświadczeniu autorów. Ponownie pracuje Pan z reżyserem Łukaszem Palkowskim, spotkaliście się już panowie przy Bogach. Zakładam, że skoro znowu jesteście razem na planie, dobrze się dogadujecie? Łukasz jest człowiekiem akcji. Jego charakter wpłynął na Bogów i z opowieści o przeszczepie serca uczynił historię wręcz kryminalną. Tutaj mamy świetny scenariusz kryminalny, więc tym bardziej mógł skoncentrować się na działaniach, bo tak samo jak lubi opowiadać historie, lubi też nakręcać akcję. A i sama praca była dynamiczna, szybka, powiedziałbym, że błyskotliwa. Często mówi się o złotej erze telewizji, zwłaszcza w kontekście tej zachodniej. Polskie stacje również gonią produkcje amerykańskie. Jak pan myśli, co człowiek przyzwyczajony do takich seriali jak Broadchurch czy Dochodzenie znajdzie nowego w Belfrze? Podobnie poważne traktowanie widza. Zapraszamy go do rozwiązania zagadki kryminalnej, nad którą cała ekipa pracowała, aby do końca pozostała tajemnicą. Zdaje mi się, że lubimy słuchać historii, których końca nie znamy. To, że serialowa rewolucja staje się u nas coraz wyraźniejsza wynika z faktu, że nasze seriale tworzą ludzie, którzy sami oglądają seriale amerykańskie czy skandynawskie. Po prostu chcemy robić rzeczy tak samo fajne.

Nie mogę teraz nie zapytać, czy Pan ogląda na bieżąco jakieś seriale? Na bieżąco nie, raczej oglądam całymi sezonami. Z uwagi na pracę nie mam takiej możliwości, żeby każdego tygodnia o tej samej porze usiąść przed telewizorem. Jeśli jakiś serial do mnie przemówi, to staram się obejrzeć za jednym zamachem najwięcej ile mogę. Ale czasem też sięgam po nie w ramach researchu, żeby zobaczyć, jaki został zastosowany schemat fabularny, chwyt formalny, czy jak potraktowano temat lub bohatera. Ma Pan na koncie wiele zróżnicowanych ról, a przecież całkiem niedawno otrzymał Pan nagrodę Zbyszka Cybulskiego i stąd moje następne pytanie. Czy istnieje jakaś cezura oddzielająca aktora młodego od aktora dojrzałego? A może to się nie wyklucza? Zdecydowanie się nie wyklucza, bo wiek aktora filmowego jest ściśle związany z doświadczeniem. Ono daje nam dojrzałość w naszej pracy. Jeśli ktoś w dzieciństwie zagrał w trzydziestu pięciu filmach, a obok niego stanie aktor, który ma sześćdziesiąt pięć lat doświadczenia scenicznego, ale to jest dla niego debiut filmowy, to dojrzałym aktorem filmowym będzie ten dwunastolatek. Ma obycie, ma wiedzę, z których wynikają konkretne umiejętności: podział kompetencji, komunikacja, język planu filmowego, sposób czytania scenariusza. Składają się one na pracę aktora. Drugim aspektem jest dojrzałość ludzka, w rozumieniu umiejętności korzystania z wiedzy zawodowej i życiowej. Tu mamy coraz większy problem w określeniu tego terminu ze względu na wydłużające się życie, zmiany cywilizacyjne, rodzicielstwo. Dwie rzeczy, które mnie pomagają określić w jakim punkcie dojrzałości się znajduję, to rzeczywiście nagroda Zbyszka Cybulskiego, wręczana do trzydziestego piątego roku życia, co jasno wyznacza górną granicę aktorskiej młodości, oraz fakt, że średni mężczyzna Polak ma dziś trzydzieści sześć lat. Tyle co ja w tej chwili! Z mojej perspektywy Pańska kariera biegnie tak, jak aktor mógłby sobie wymarzyć, ale zawód ten wiąże się zawsze z niepewnością. Czy wobec tego aktor może być kiedykolwiek pewny swojej pozycji? Chyba nikt z nas w żadnym zawodzie, póki rola państwa nie jest ustabilizowana, nie może się czuć w pełni bezpiecznie zawodowo. Bez różnicy, czy jest się lekarzem, dziennikarzem czy murarzem. Poczucie bezpieczeństwa w tym wypadku rozumiem tak, że w chwili gdy się potknę i złamię nogę, to obojętnie, czy pracuję na budowie, czy w filmie, mam pewność zorganizowanego systemu pomocy, który pozwoli mi dojść do siebie, wyleczyć i wrócić do pracy, bez poczucia dodatkowej straty czy wykluczenia. Jako młode społeczeństwo, kraj, naród, ciągle pracujemy na to bezpieczeństwo. Żałuje Pan którejś ze swoich decyzji zawodowych? Nie chodzi mi nawet o role, które Pan przyjął, ale raczej te, których Pan nie przyjął. Myślę, że życie ma tylko jedną wersję i każda, nawet najdrobniejsza, zmiana generuje coś nowego. Cieszę się z tego ciągu zmian, który doprowadził mnie do momentu, w którym teraz jestem.


F I L M R EC E N Z J E

16

Śmietanka towarzyska Skąpane w słońcu i złotych ornamentach Hollywood nigdy nie wyglądało bardziej jak „Fabryka Snów” niż w latach 30. W Śmietance towarzyskiej Woody Allen zabiera widza do złotej ery Los Angeles, pokazuje życie amerykańskiej socjety, która spędza życie na bankietach sącząc martini. Mimo nieco onirycznej scenerii reżyser przemyca do filmu typowe dla siebie smaczki, balansujące wszechobecną idyllę. Tradycyjnie to Nowy Jork stanowi intelektualne centrum Ameryki. Stamtąd pochodzi też Bobby (Jesse Eisenberg), który postanawia poszukać swojej recepty na szczęście w Fabryce Snów. Przygarbiony i nieporadny Bobby liczy na pomoc swojego wujka wpływowego agenta gwiazd, Phila (Steve Carell). Ten początkowo traktuje swojego siostrzeńca jak każdego innego petenta, zatrudnia do roli pomagiera i wysyła pod skrzydła swojej sekretarki, Vonnie (Kristen Stewart). Ta staje się jego przewodniczką po meandrach pięknego acz plastikowego życia, z rozbrajającą szczerością punktuje hipokryzję i fałsz przesłodzonego światka bogaczy i od razu podbija serce młodego gońca. Mimo że Bobby i Vonnie odżegnują się od jakichkolwiek prób przynależności do bogatej socjety, bez mrugnięcia okiem kontynuują

reż. Woody Allen dystrybucja: Kino Świat

7 / 10

tworzenie rozdźwięku w swoich osobowościach przez ciągle obracanie się w świecie złotych kielichów i basenów w ogrodzie. Koniec końców wszyscy bohaterowie „dojrzewają” tutaj do życia, którego nie chcieli wieść. Śmietanka towarzyska to kompilacja motywów i stylów, które są najbliższe artystycznej osobowości Allena. Mamy tu zabawną narrację prowadzoną przez samego reżysera (co umacnia bajkowy wydźwięk), potraktowany z przymrużeniem oka wątek żydowskiej tożsamości i związanych z nią religijnych paradoksów oraz cała paleta typowych allenowskich bohaterów: od intelektualisty, który przez swoje łagodne usposobienie i skłonności do analizy nie jest przystosowany do prozaicznego życia przez wyidealizowanego reprezentanta hollywoodzkiego blichtru po zagubioną dziewczynę, która zamienia „być” na „mieć”. Prawdziwe brawa należą się Jessemu Eisenbergowi, którego Allen intuicyjnie wyznaczył na następcę swojego filmowego alter ego. Przygarbiony, chudy wrażliwiec pochodzenia żydowskiego, który stara się świadomie żyć i jest całkowicie bezradny wobec skomplikowanej machiny napędzającej relacje międzyludzkie. Katarzyna Mierzejewska


F I L M R EC E N Z J E

17

Zjednoczone stany miłości reż. Tomasz Wasilewski dystrybucja: AP Manana

8 / 10 Nowy obraz Wasilewskiego przenosi widza 26 lat wstecz, jednak bez wzbudzania nostalgii za „najntisową” modą, smakiem oranżady czy wymianą kaset VHS (choć te odgrywają tu pewną rolę). Zima 1990 roku w średniej wielkości polskim mieście wygląda szaro i ponuro, a jałowemu krajobrazowi osiedla wielkich bloków odpowiada pustka wdzierająca się w egzystencję tubylców. Reżyser kieruje kamerę na cztery bohaterki, a dokładnie na ich nader skomplikowane życie uczuciowe. Agata (Julia Kijowska) w obliczu atrofii własnego

małżeństwa ulega fascynacji księdzem. Renata (Dorota Kolak), rusycystka z miejscowej szkoły, podkochuje się w dużo młodszej Marzenie (Marta Nieradkiewicz), początkującej modelce. Jest wreszcie i siostra tej ostatniej, a pryncypałka Renaty, Iza (Magdalena Cielecka) uwikłana w nieszczęśliwy romans z ojcem swojej uczennicy, Karolem (Andrzej Chyra). Podczas gdy mężczyźni w tym świecie uchylają się od swych ról i unikają odpowiedzialności, ciężar wyboru okazuje się zbyt duży także dla kobiecych barków. Ostatecznie i one nie wiedzą, jak poradzić

sobie z nową zdobyczą wolności. Zjednoczone stany miłości mogą budzić różnorakie skojarzenia – z kameralnym kinem rumuńskim, z kobieco-centryczną perspektywą najlepszych filmów Almodóvara, przede wszystkim jednak stanowią bardzo autorską wypowiedź Wasilewskiego. Zdarzają się w nich wprawdzie sceny manieryczne, służące chyba jedynie udramatycznieniu (np. przygodny seks Izy z byłym uczniem w ubikacji), ale nie ujmują one obrazowi treści, skupienia ani wizualnej urody. Sebastian Rerak

widz nie znajdzie tutaj egzaltowanych wybuchów płaczu, rzucania talerzami czy zbiegu nieszczęśliwych wypadków. Jedyny dramat jakiego można w filmie doświadczyć odbywa się poza kadrem, w wyobraźni widza. Wszystko jest zasługą starannie budowanej narracji. Jednym z kluczowych tematów obrazu jest przyjaźń. Choć tak mało jej w obecnym świecie tutaj zakwita w najmniej oczekiwanym momencie i wbrew społecznym konwenansom – o których również jest ta historia. Pomimo że na ekranie nie widać rzeszy ludzi, to ich niematerialny wytwór, zaledwie

parę słów, jest w stanie zdeterminować życie innego człowieka, aby ten stał się wyrzutkiem, odmieńcem, którego nawet dobre chęci czy najznakomitsza pasta fasolowa nie uratują od potępienia. Wyobcowanie, którego doświadczają bohaterowie, choć ma różną formę, boli tak samo i jest nie do zniesienia w każdej postaci. Ukojenie i rozwiązanie problemów znajdują w sobie nawzajem, każdy czerpie z każdego i to jest swoistym uwolnieniem się od nękających trosk. Przekaz filmu wydaje się ostatecznie bardzo pokrzepiający. Sara Leszczyńska

Kwiat wiśni i czerwona fasola reż. Naomi Kawase dystrybucja: Aurora Films

8 / 10 Mężczyzna prowadzący budkę ze słodyczami, kobieta szukająca pracy i nastolatka posiadająca kanarka. Nic specjalnego, a jednak przez splot wydarzeń historie tych trojga bohaterów łączą się nad naleśnikami dorayaki i widać, jak pomimo różnic wiekowych i pochodzenia ich problemy dotyczą tego samego. Najnowszy film Naomi Kawase Kwiat wiśni i czerwona fasola to niezwykła opowieść o tym, że niezależnie co człowieka spotkało, należy żyć tu i teraz, brać głęboki oddech i cieszyć się drobnymi rzeczami. Najważniejsza w filmie jest subtelność i brak pośpiechu. Nadpobudliwy


F I L M R EC E N Z J E

18

Noc oczyszczenia: Czas wyboru reż. James DeMonaco dystrybucja: United International Pictures Sp z o.o.

5 / 10 To, że filmy DeMonaco stają się coraz bardziej upolitycznione nie stanowiłoby żadnego problemu, gdyby trzecia odsłona Nocy oczyszczenia nie osiągała w porywach intelektualnej potencji tumblrowego mema spreparowanego przez wyborcę Hilary Clinton. USA, rok 2040. Interesom autorytarnego rządu Nowych Ojców Założycieli zagraża charyzmatyczna senator Charlie Roan (Elizabeth Mitchell), która osiemnaście lat wcześniej straciła rodzinę w czasie „nocy oczyszczenia” – dorocznej legalnej krwawej jatki, służącej władzy za sposób na kontrolę populacji wszelkiego niepożądanego elementu. By zapobiec jej

zwycięstwu w nadchodzących wyborach prezydenckich, ramole w Białym Domu posuną się do wszystkiego, a okazja do eliminacji rywala nadarzy się wraz z kolejną nocną czystką. Znany już widzowi Leo Barnes (Frank Grillo) jako osobisty ochroniarz pani senator musi zadbać o to, by z głowy tejże nie spadł choć jeden platynowy włos. Trudno oprzeć się wrażeniu, że film powstał przede wszystkim jako przestroga przed wyborem pana z fatalną zaczeską na naczelnego ranczera Ameryki. DeMonaco ewidentnie przesadził jednak z polityczną agitką, upraszczając ekranową intrygę do monochromatycznej konfrontacji dobra ze

złem. Nowi Ojcowie są więc masońskim klubikiem zdeprawowanych białych fanatyków, ich zamaskowani siepacze to neonazistowskie zbiry, a nieprzyzwoicie szlachetna Charlie znajduje sojuszników jedynie pośród zacnych szaraczków – Afroamerykanów, Latynosów i ogólnie biedujących ofiar systemu. Film rzadko trzyma w napięciu, zapewne z powodu w pośpiechu skreślonej na kolanie fabuły. Jeśli zaś dodać do tego ogólną naiwność, nowe dzieło DeMonaco zamiast do głosowania przeciw Trumpowi, skłoni raczej jankeską widownię do przedwczesnego opuszczenia kina. Sebastian Rerak

się po tym, jak spotyka na ulicy dawną przyjaciółkę swojej córki. Kilkuminutowa rozmowa budzi demony i jest początkiem opowieści o dramacie matki, której dziecko wiele lat temu zniknęło bez śladu. Almodóvar opowiada epicką historię w sposób niezwykle kameralny. Choć wiele tu wydarzeń, które spokojnie mogłoby stać się kanwą thrillera, romansu czy kryminału, nic takiego się nie dzieje. Reżyser stale myli tropy i konsekwentnie buduje – tak charakterystyczną dla siebie – narrację o kobietach tyleż tragicznych, co silnych. Przez większość filmu Julieta pisze list do Antii. Opowiada jej krok po kroku całe swoje życie i odnajduje w nim powtarzające się elementy. Wszystko po

to, by mocniej wybrzmiał tragizm jej położenia po zaginięciu jedynej córki. O wszystkim dowiadujemy się więc niejako z „z drugiej ręki”. To, co najgorsze dzieje się poza kadrem – czy to w wyniku referowania czy poprzez cięcia w kluczowych momentach. Poprzez bohaterów, których reżyser rysował już wcześniej: zmysłową młodą Julietę, artystkę Avę, czuwającą Marian, pogubionego Xoana udało mu się zaadaptować kanadyjskie, chłodne opowiadania do dusznej Hiszpanii. Almodóvar stworzył przekonującą finalnie historię o stale realizującym się fatum, bólu na skraju szaleństwa i wybaczaniu, na które teoretycznie nigdy nie jest za późno. Karolina Rudnik

Julieta reż. Pedro Almodóvar dystrybucja: Gutek Film

7 / 10 Po bardzo słabych Przelotnych kochankach oczekiwania wobec nowego filmu Pedro Almodóvara były wygórowane. Hiszpański wirtuoz kina musiał udowodnić, że przy obrazie z 2013 w dźwięki nie trafił przez przypadek, a jego talent do tworzenia soczystych portretów nie przeszedł do historii. Ostatecznie luźna adaptacja opowiadań Alice Munro pozostawia lekki niedosyt, ale oczekiwań nie zawodzi. Tytułową Julietę (graną przez dwie aktorki: Emmę Suarez i Adrianę Ugartę) poznajemy jako kobietę w średnim wieku, mieszkającą w eleganckim domu w Madrycie. Razem ze swoim partnerem planują wyjazd do Portugalii, jednak bohaterka w ostatniej chwili rozmyśla


Zdjęcie: Karolina Sacharczuk

19

Skok ze spadochronem to marzenie wielu. Niewielu jednak zdecydowało się spróbować. Powodów jest wiele – strach przed nieznanym, niewiedza, każdy ma swoją własną granicę do pokonania. Czy jednak faktycznie jest czego się bać, skoro skok ze spadochronem jest bezpieczniejszy od jazdy samochodem? W tandemie, tak jest najłatwiej… Najprostszym sposobem na skok ze spadochronem jest oddanie go razem z instruktorem. Dzięki temu nie będzie potrzebne specjalistyczna szkolenie, a jedynie krótkie, kilkunastominutowe poinstruowanie o zachowaniu się podczas skoku. Potem pozostaje tylko lot specjalnym samolotem na wysokość ok. 4000m i wyskoczenie z jego pokładu. Chwilowy strach szybko mija i zostaje zastąpiony niesamowitą ekscytacją spowodowaną wyrzutem ogromnej dawki adrenaliny do krwi.

60 sekund przyjemności Skok ze spadochronem jest niesamowitym wrażeniem – za pierwszym, drugim, czy dziesiątym razem, zawsze podczas skoku towarzyszą emocje. Warto jednak dodać, że najciekawszy etap następuje tuż po wyskoczeniu z samolotu. To właśnie swobodne spadanie daje najwięcej

frajdy, a spadochron, to jedynie narzędzie do bezpiecznego lądowania. Gdyby nie pęd powietrza słyszany w uszach i falująca skóra na policzkach, to wrażenie byłoby podobne do leżenia na miękkim łóżku. Stan ten łudząco przypomina stan nieważkości. Wolność – tak najczęściej określają skok ze spadochronem ludzie, którzy właśnie wylądowali.

Gdzie można skoczyć? Miejsc w Polsce, gdzie organizowane są skoki tandemowe jest wiele, a mieszczą się głównie na terenach lotnisk i aeroklubów - tłumaczy Grzegorz Rożalski z firmy Prezentmarzeń, oferującej m.in. skoki ze spadochronem w formie prezentu. Właściwie, nie ma miejsca na terenie kraju, gdzie w niedużej odległości nie byłoby odpowiedniego lotniska. My współpracujemy już z 13 sprawdzonymi firmami w   całej Polsce, gdzie nasi klienci oddają setki bezpiecznych skoków w czasie każdego sezonu – dodaje po chwili.

Prezent Marzeń to ponad 1500 prezentów w formie niezapomnianych przeżyć dostępnych na terenie całej Polski. Sprawdź na: www.prezentmarzen.com


MUZ YK A W Y WIAD

20

Zdjęcia: Magda Wunsche & Aga Samsel (Instagram wunsche_samsel)

Daniel Bloom

Muzyka eksperymentalna zjada swój własny ogon Rozmawiała: Justyna Czarna

Z Danielem Bloomem, kompozytorem, muzykiem i producentem muzycznym, rozmawiamy między innymi o jego płycie, „Lovely Fear“, a także o tym, że wszystko już było. Dowiadujemy się też, że popularnym tylko się bywa, w muzyce liczy się tylko prawda, a granice nie istnieją. Jakie uczucia towarzyszą tak doświadczonemu artyście, który wydaje „debiutancki” album? Prawdę mówiąc wydałem już kilka albumów, głównie z muzyką filmową czy elektroniczną. Były to głównie instrumentalne produkcje. Lovely Fear to płyta z piosenkami. Do współpracy zaprosiłem wokalistów i w tym sensie jest to debiut. Tę debiutanckość mi przypisano. Dla mnie to kolejny rozdział w 20-letniej podróży. Pamiętasz pierwszy utwór, jaki sam skomponowałeś? Miałem wtedy może 13-14 lat, to był pewnie jakiś akord A-dur, G-dur.

Pamiętam, że kolega w szkole muzycznej pokazał mi, że można grać nie tylko z nut. Zacząłem się wtedy bawić jakimiś rock’n’rollowymi przebiegami ze zdumieniem patrząc jakie to proste. Utwory same się układały. Co byś teraz powiedział temu 16-letniemu Danielowi? On chyba mógłby mi więcej powiedzieć w kwestii wiary we własne możliwości, naiwności i silnego przekonania, że nie ma na świecie rzeczy nie do zrobienia. Powiedziałbym mu, że to było ważne i że po latach na tych fundamentach mentalnych mogę budować zamki.


MUZ YK A W Y WIAD

21

Tak naprawdę dopiero uczę się słuchać słów w muzyce. Wcześniej zatracałem się kompletnie w dźwiękach, traktując słowa jak instrumenty.

Nie wykorzystałbyś dwóch dekad doświadczenia na jakąś cenną radę? Oczywiście coś by się znalazło, ale generalnie jak popatrzę w przeszłość, to bardzo konsekwentnie i z dużą determinacją pchałem te swoje marzenia do przodu. Wszystkie momenty, w których czegoś nie wiedziałem, czy przepełniało mnie zwątpienie, były cenną nauką i drogą, przez którą musiałem przejść. Ta niewiedza co będzie, ale jednocześnie silne przeświadczenie, że to właśnie muzyka będzie moim całym życiem to jest coś, do czego mam dziś duży szacunek. Myślę, że robiłem to, co powinienem.

Chociaż musisz przyznać, że Tulipany to jednak był spory sukces. Spora w tym zasługa Leszka Możdżera, którego zaprosiłem do współpracy przy tym albumie. Połączenie elektroniki i jazzu to była wtedy bardzo świeża rzecz. Początkowo nikt tego nie chciał wydać. W końcu trafiłem do Warnera, który przyjął mnie z otwartymi ramionami. Wcześniej Staszek Trzciński wydał cześć materiału w Pozytywnych wibracjach. Rzeczywiście Tulipany przyniosły mi bardzo dużo satysfakcji. Do dziś ludzie pytają mnie czy będzie reedycja i czy ukaże się wersja vinylowa.

Łatwiej być popularnym czy utalentowanym? Utalentowanym.

Powiedziałeś, że do nagrania Lovely Fear albumu zmusiła Cię pustka, chęć zrobienia czegoś nowego. Jak będzie z nowym materiałem? Tamta pustka była przede wszystkim szczera i niespodziewana. Teraz jej nie ma, jest za to energia i chęć nagrania kolejnego albumu. Wróciłem właśnie z domku na Kaszubach, gdzie przeniosłem studio i przez tydzień nagrywałem muzykę. Uwielbiam takie chwile, kiedy jeszcze nie ma nic i zastanawiasz się: coś się urodzi czy nie? Nagrałem tam sporo nowej muzyki. Na Lovely Fear chyba nikt nie czekał. Ten szalony pomysł dojrzał we mnie w dość szybki i naturalny sposób.

Mało kto tak odpowiada. Utalentowany człowiek ma teraz wszystkie narzędzia na wyciągnięcie ręki: technologia, internet, YouTube. Mając talent, możesz bez problemu realizować swoje pomysły. Kiedyś było znacznie trudniej. Żeby nagrać profesjonalnie utwór potrzebne były dobre studio i pieniądze. Dziś mając laptopa, można bez kompleksów nagrywać muzykę na światowym poziomie. Popularnym tylko się bywa. Czy miałeś do czynienia z granicą pomiędzy chęcią bycia popularnym a potrzebą pozostania niezależnym? Przez ostatnie lata komponowałem głównie muzykę do filmów. To zupełnie inny świat, bez listy przebojów i dużej kampanii promocyjnej. To też zupełnie inny styl życia, inne środowisko. Najważniejszy jest film, a muzyka jest tylko jedną z jego części składowych, choć ważną. Miałem to szczęście, że moje soundtracki były zauważane i wydawane, dlatego nie miałem nigdy poczucia, że jestem w jakimś undergroundzie, tylko sam ze sobą. Nigdy nie ciągnęło mnie do popularności. Zależało mi przede wszystkim na tym, żeby moje soundtracki były wydawane, żeby słuchacze mogli obcować z moją muzyką trochę dłużej niż tylko w filmie.

Ile trwało tworzenie tych ośmiu kawałków ? Niedługo. W cztery miesiące nagrałem wszystkie podkłady, a przez kilka następnych powstawały wokale. Łącznie nie zajęło to dłużej niż rok. Na płycie jest tylko jeden tekst Twojego autorstwa. Resztę napisali goście. Czy dawałeś im jakieś wytyczne, podpowiadałeś o czym chciałbyś, aby pisali? W warstwie tekstowej moi goście mieli całkowitą wolność. Zależało mi tylko na zachowaniu linii melodycznej i rytmiki sylab. Miałem całkowite zaufanie do wszystkich. Tak naprawdę dopiero uczę się słuchać słów w muzyce. Wcześniej zatracałem się kompletnie w dźwiękach, traktując słowa jak instrumenty.


MUZ YK A W Y WIAD

22

Jakie emocje chcesz przekazać ludziom, którzy słuchają Twojej muzyki? Wzruszenie, szczęście, Kosmos. Zachwyt nad przestrzenią dźwiękową, taki rodzaj cyrku słuchowego. Chcę tak obsadzić dźwięki, żeby za pomocą konkretnych instrumentów wykreowały obrazy, dające poczucie głębi psychoakustycznej. Co widzisz, kiedy sam jej słuchasz? Totalnie nie mam pojęcia. Ja widzę te obrazy nie oczami, a uszami. Jest na to takie mądre słowo – synestezja. Ono właśnie określa taką ponadzmysłowość postrzegania. Opisujemy coś słowami, ja mogę powiedzieć jak słyszę obraz, jak go widzę słyszeniem. A gdybyś musiał wybrać między wzrokiem a słuchem? Ciężka sprawa, miałbym spory problem, ale w ostateczności chyba wybrałbym oczy. I to mówi kompozytor z 20-letnim stażem! Czujesz się bardziej częścią filmowego czy muzycznego świata? Wcześniej oczywiście filmowego, od niedawna jest to bardziej muzyczny świat. Kiedy osiągnąłeś brzmienie w Lovely Fear, na którym Ci zależało? Podobno długo współpracowałeś z Michałem Przytułą nad różnymi koncepcjami. Muzycznie płyta była dla mnie prawie skończona i brzmiała całkiem dobrze, ale znajomo. Chciałem coś zmienić, wnieść trochę innego ducha, dlatego poprosiłem Michała o pomoc. Toczyliśmy dysputy co dla kogo jest twardością, a co miękkością w muzyce. Dość łatwo

jest pójść za tym, co znasz, bo tak jest bezpieczniej. Dzięki Michałowi nabrałem większego dystansu do tego materiału i udało nam się sprawić, że płyta mimo, że bardzo analogowa brzmi jednak nowocześnie. Nie masz producenta, bo sam nim jesteś, ale jak postrzegasz rolę producentów w muzyce w ogóle? Trudno powiedzieć, pracowałem jako producent tylko z Tomkiem Makowieckim. I to chyba bardziej przyjaźń niż praca. Jedno i drugie. Bez pracy samo nic się nie nagra. Mamy ze sobą superporozumienie i dzięki temu możemy ze sobą spędzać dużo czasu i bez kompleksów wymieniać pomysły. Producent musi mieć przede wszystkim koncepcję na album, albo bardzo dobrze wyczuwać na artystę, z którym pracuje. Są tacy, którzy prowadzą za rękę, ale zdarzają się również muzycy, którzy producenta potrzebują tylko po to, aby doradził jakiego użyć mikrofonu. Nie lubię takiego podejścia. Muzyk i producent powinni mieć wspólną wizję. Możesz być świetna technicznie, a wyjdzie sztampa. Musisz dodać coś od siebie, a nie zrobić płytę podobną do czyjejś. Dobry producent powinien wyciągnąć z muzyka coś nowego. Na wielu portalach ostatni album występuje pod nazwą muzyka klubowa. Bliżej Ci do klubowej, czy popu? Podobno najtrudniej zrobić teraz pop daleki od kiczu. Zdecydowanie pop. Chociaż ostatnio ten gatunek zatarł się na tyle, że obecnie wszystko może nim być. Brakuje


MUZ YK A W Y WIAD

23

Chcę tak obsadzić dźwięki, żeby za pomocą konkretnych instrumentów wykreowały obrazy, dające poczucie głębi psychoakustycznej.

mi takiego rzetelnego popu, od którego wymaga się czegoś na poziomie produkcji albumów Jaya Z. Czy przy ostatniej płycie Brodki słyszysz, że została wyprodukowana w Los Angeles? Tak. Słychać, że jest zrealizowana bardzo dobrze i spójnie. Nie ma słabych momentów, a całe dobro rozgrywa się w detalach. Nie wszyscy na nie zwracają uwagę, ale to one właśnie decydują o różnicy. Sting powiedział, że w muzyce zrobiono już wszystko. Zgadzasz się z nim? Zgadzam się, że nie pojawiają się żadne nowe, spektakularne propozycje. Nie zdarza się nic takiego, czym było kiedyś pojawienie się chociażby The Prodigy. To było wydarzeniem, teraz takich nie ma. Jeśli chodzi o technologię, to teraz mamy wszystko. Jedyną nowością jest prawdziwa autentyczność ponad formą. Utwór nie musi być doskonały, ale jeśli wyczujesz w nim taką autentyczność, nawet dość naiwną, to właśnie ten element sprawia, że utwór ma w sobie coś nowego i dlatego ci się podoba. Czym jest dla Ciebie muzyka eksperymentalna? Muzyka eksperymentalna zjada swój własny ogon. Zresztą jak każda inna. Nie dzieje się nic nowego, odkrywczego, mimo że mamy tyle nowego sprzętu i elektroniki. Wszystko to jest już znane od lat 20. i 30. XX wieku. Widzisz w muzyce jakieś granice, moment, w którym przestaje nią być? Nie ma żadnych granic. Przy Nieulotnych dużo eksperymentowałem. Nagrywałem dużo szumów, które stały się moją muzyką. Wszystko zależy od chwili i nastroju i wyobraźni. Dziś wszystko może być muzyką. Liczy się tylko prawda.


Zdjęcia: materiały promocyjne

Foals

Moda na wygładzone, elektroniczne brzmienie kompletnie nas nie interesuje Rozmawiał: Kamil Downarowicz

Oksfordzki Foals bez wątpienia jest jednym z najbardziej pożądanych zespołów koncertowych na świecie. Nie ma co się temu dziwić. Zespół w ciągu zaledwie dekady przemycił na swoich płytach mathrock, funk, taneczną elektronikę, odrobinę muzyki współczesnej i mnóstwo cięższych, gitarowych brzmień. Niektórzy mówią nawet, że w swojej kategorii nie ma sobie równych. Oto rozmowa z klawiszowcem zespołu, Edwinem Congreavem oraz perkusistą, Jackiem Bevanem. Jesteście obecnie prawdziwymi gwiazdami rocka. Gracie koncerty na stadionach i największych światowych festiwalach. Nie tęsknicie za czasami, gdy występowaliście w małych klubach? Edwin Congreave: Zabawne, że o to pytasz, bo kilka dni temu graliśmy relatywnie mały, klubowy koncert w Bratysławie. Wtedy rzeczywiście poczułem, że właśnie tego typu występów bardzo mi brakowało. Jack Bevan: Na „małych” koncertach pomiędzy publiką i naszym zespołem krąży zupełnie inna energia. Festiwale muzyczne stają się coraz większe, przyjeżdża na nie ogromna liczba ludzi. Ma to swoje plusy, bo produkcja tego typu występów stoi na bardzo wysokim

poziomie. Brzmienie i wszystkie kwestie techniczne są bez zarzutu. Natomiast brakuje intymności, a kontakt z publicznością jest ograniczony. Sprawa wygląda zupełnie inaczej w klubach. Czujemy wówczas bliskość ludzi i ich emocje. Działa to też oczywiście w odwrotną stronę, dlatego wybierając się na koncerty Foals pod chmurką i do klubu możesz mieć wrażenie, że widzisz dwa zupełnie inne zespoły. Niektórzy mogą pomyśleć, że jeżeli teraz będziemy grali mniejsze koncerty, to przestaniemy się rozwijać i zaczniemy się cofać. Coś na zasadzie: „ale jak to, taka wielka gwiazda nie występuje tylko na stadionach?” A to zupełnie nie o to chodzi.


MUZ YK A W Y WIAD

25

Pamiętam, gdy puściliśmy do sprzedaży album „Holly Fire” i wyprzedał się on w dwie minuty. Byliśmy w ciężkim szoku. Spontanicznie postanowiliśmy, że zorganizujemy koncert tego samego dnia. Wyprzedał się w dziesięć minut. To było naprawdę niesamowite.

W swojej karierze zdobyliście już mnóstwo nagród muzycznych. W 2013 roku zdobyliście Q Awards za najlepszy występ na żywo, w podobnej kategorii wyróżnił Was magazyn MOJO. Czy nagrody mają dla Was jakieś większe znaczenie? E.G.: Już nawet nie pamiętam, jakie nagrody wygraliśmy! To fakt, że mamy ich chyba z dziesięć, ale naprawdę nie kojarzę za co i od kogo… J.B.: To zawsze miłe, kiedy ktoś doceni twoje starania i drzemiący w Tobie potencjał. Lubię, gdy ludzie doceniają nas za koncerty. Granie na żywo to nasz żywioł. Jednak nie robimy tego wszystkiego, by zdobywać nagrody i wyróżnienia. Na początku kariery Foals zupełnie o tym nie myślałem. Wiem, że niektórzy artyści uwielbiają zgarniać różne statuetki. Sprawdzać, czy znowu są na pierwszym miejscu na listach przebojów. Nas to zupełnie nie interesuje. Jaki moment utkwił Wam najbardziej w pamięci z przeszło dziesięcioletniej historii Foals? J.B.: Pamiętam, gdy puściliśmy do sprzedaży album Holly Fire i wyprzedał się on w dwie minuty. Byliśmy w ciężkim szoku. Spontanicznie postanowiliśmy, że zorganizujemy koncert tego samego dnia. Wyprzedał się w dziesięć minut. To było naprawdę niesamowite. Poczułem, że jestem w momencie swojego życia, w którym zawsze chciałem się znaleźć. Nie zapomnę tej chwili do końca moich dni. E.G.: Dla mnie najlepszy czas Foals przypada na 2007 rok, gdy nagrywaliśmy debiutancki album w Nowym Jorku razem z Davidem Sitekiem z TV on the Radio. Byliśmy wtedy pełni pozytywnej energii. Wszystko było jeszcze dla nas nowe. I ten ogromny entuzjazm, który chyba odczuwają wszyscy debiutanci. Podejrzewam, że tak właśnie czują się piłkarze tuż przed wyjściem na swój pierwszy mecz w zawodowej drużynie. W tym roku wystąpiliście na sławnej Pyramid Stage na Glastonbury tuż przed headlinerem – Muse. Czy ten koncert miał dla Was jakieś szczególne znaczenie?

J.B.: To było zdecydowanie coś innego! Chyba nigdy w życiu tak się nie denerwowałem. Dorastaliśmy razem z tym festiwalem, on od zawsze był w naszym życiu. Był także i wciąż jest również pewnym symbolem rock’n’rolla w naszym kraju. Już jako dziecko marzyłem, aby się na nim znaleźć. W tym roku nasz występ był transmitowany na żywo i byliśmy świadomi, że obejrzą go tysiące ludzi. To tylko dodatkowo wyzwoliło adrenalinę. E.G.: Ciężko opowiedzieć słowami, jak niesamowite było to przeżycie. Cały ten ogromny tłum, którego za nic w świecie nie chcesz zawieść i pragniesz dać z siebie wszystko, wyzwolić z siebie całą energię. Na początku koncertu byliśmy zdenerwowani, ale z każdym kawałkiem grało nam się coraz lepiej, czuliśmy wsparcie publiczności. To było wspaniałe doświadczenie. Wielu ludzi twierdzi nawet, że zagraliście dużo lepiej od Muse i to Wy powinniście być headlinerem tej imprezy... J.B.: Cóż, bardzo lubię tych ludzi i pozdrawiam ich serdecznie! Niedawno podzieliście się w sieci remiksem utworu Night Swimmers z Waszej ostatniej płyty What Went Down, przygotowanym przez Murę Masa. Jak doszło do Waszej współpracy? J.B.: To był pomysł wytwórni. Stwierdzili, że taka kombinacja dobrze nam zrobi. Zanim wytwórnia przyszła do nas z propozycją tego remiksu, nawet nie słyszałem o Masie. Jednak postanowiliśmy zaryzykować i wszystko wyszło według mnie świetnie. To bardzo unikalny, młodzieńczy wręcz w swoim brzmieniu remiks. W ogóle temat przeróbek jest dla nas dość trudny. W swojej głowie wszyscy mamy wizję, jak ona powinna wyglądać i w którą stronę powinien zmierzać dany utwór. Jednak efekt końcowy, który ktoś ci przesyła, może mijać się zupełnie z tym, na co liczyłeś. Najgorsze jest to, że nic z tym nie możesz zrobić! Co ciekawe, możesz zapłacić kupę kasy znanemu producentowi i rozczarować się rezultatem jego pracy, a z drugiej strony jakiś anonimowy gość z internetu poprosi cię o możliwość zremisowania twojego kawałka i totalnie rozwali cię tym, co skleci na komputerze.


26

MUZ YK A W Y WIAD

W tym remiksie utwór, który był wcześniej bardzo rockowy nagle zyskał bardzo elektroniczne oblicze. Myślicie, że Foals mógłby tak brzmieć w przyszłości? J.B.: Szczerze? Czeka nas raczej dokładnie odwrotny kierunek. Na dzień dzisiejszy moda na wygładzone, elektroniczne brzmienie kompletnie nas nie interesuje. Nie chcemy być jednym z zespołów, które poszły tą drogą. Dzisiaj bardzo dużo kapel rockowych używa syntezatorów i beatów. Nie jest to zbyt oryginalne. Pamiętam, kiedy w 2002 roku wybuchła moda na takie brzmienia i sam byłem tym podekscytowany. Jednak dość szybko znudziłem się syntetycznymi dźwiękami. Wszyscy zaczęli grać to samo. Jaka w tym frajda? W tym roku odeszło od nas kilku wielkich artystów, takich jak David Bowie, Prince czy Lemmy Kilmister. Czy któraś z tych postaci była dla Was wyjątkowo bliska? J.B. Dla mnie był to zdecydowanie David Bowie. Jego płyty puszczali mi już rodzice, kiedy byłem małym dzieckiem. Dorastałem z jego piosenkami. Cenię sobie też ogromnie Prince’a za to, jak wiele zrobił dla muzyki popowej i jak niesamowitym był producentem. Nie potrafię wyobrazić sobie, jak wyglądałby dzisiejszy muzyczny świat bez tych dwóch geniuszy. E.G.: Mnie jakoś Bowie nigdy nie przekonywał… nawet nie potrafię powiedzieć dlaczego. Może nie ta wrażliwość. Doceniam go jako artystę, ale nie zagłębiałem się nigdy w jego twórczość. Od premiery Waszego ostatniego albumu minął rok. Myślicie już o nagraniu kolejnego krążka? J.B. Po obecnie trwającej trasie koncertowej zrobimy sobie dłuższą przerwę. Wszyscy w zespole tego potrzebujemy. Gdy wcześniej wracaliśmy do domu, to niemal od razu braliśmy się za komponowanie nowych utworów. Teraz będzie inaczej. Występujemy już ponad dziesięć lat, więc nadszedł moment, aby zwolnić tempo i poczuć się znowu jak normalny człowiek. Z czasem pewnie zatęsknimy za muzykowaniem czy koncertami i to będzie świetne! Nie mam ochoty robić niczego na siłę ani wbrew sobie. Wolę, jak wszystko układa się w naturalny sposób. Nowy album z pewnością powstanie, nie mogę ci tylko powiedzieć, kiedy dokładnie to nastąpi. Coś podpowiada mi, że będzie to zupełnie inna rzecz niż wszystko to, co zrobiliśmy do tej pory.

Na dzień dzisiejszy moda na wygładzone, elektroniczne brzmienie kompletnie nas nie interesuje. Nie chcemy być jednym z zespołów, które poszły tą drogą. Dzisiaj bardzo dużo kapel rockowych używa syntezatorów i beatów. Nie jest to zbyt oryginalne.


Zdjęcie: Mikołaj Starzyński

JAAA!

Nie jesteśmy tandetni ani plastikowi Rozmawiała: Justyna Czarna

Z Kamilem Paterem, Markiem Karolczykiem i Mironem Grzegorkiewiczem, czyli zespołem JAAA! rozmawiamy o mariażu muzyki z technologią, granicach eksperymentu artystycznego oraz przyjaźni, która ułatwia współpracę.

Zajmujecie się muzyką od 10-15 lat. Jak ocenicie moment kariery, w którym teraz jesteście? To jest na pewno początek czegoś nowego. Konfiguracja osobowości w Jaaa! spowodowała, że każdy z nas zajmuje się rzeczami, których wcześniej nie robił. Dlatego też jest to coś nowego. Jednak patrząc na to całościowo, można powiedzieć, że jest to kolejny etap rozwoju naszych osobowości muzycznych. Jesteście zespołem, który chyba jako jedyny zagrał na wszystkich największych polskich festiwalach podczas jednego sezonu. Można powiedzieć również, że pod względem muzyki stworzyliście coś nowego, czego jeszcze nie było. To jest fenomenalne.

Dobrze to słyszeć. Muzyka nie ma końca. Zawsze będą pojawiać się nowe hybrydy gatunkowe czy kolejne odnogi różnych myśli muzycznych. Im więcej będzie się ich pokazywać, tym więcej będzie tworzyło się między nimi połączeń. To coraz gęstszy labirynt. W całej historii sztuki obserwujemy, że w końcu dochodzi się do poziomu przesycenia, żeby potem wrócić do prostoty i zaczynać budować coś od nowa. W dodatku wpływa na to rozwój technologii. Dokładnie. To jest bardzo ciekawe, bo nie wiemy, co jeszcze wymyślą w przyszłości i jak to wpłynie na muzykę. Technologia nie przestaje się rozwijać. W końcu ogranicza nas wyłącznie nasza ludzka wyobraźnia. Możliwości instrumentów tradycyjnych mają dosyć wąskie spektrum, jeśli


MUZ YK A W Y WIAD

29

Prawdziwa muzyka eksperymentalna jest niezwykle trudna do zrobienia. Wymaga wielkiego podłoża teoretycznego, a w drugiej kolejności warsztatowego. To jest odwrócenie porządku, a ludzie idą na skróty i nadają sobie łatkę awangardowego z byle czym. chodzi o wykorzystanie brzmienia. Teraz dochodzi technologia, której wcześniej nie było na taką skalę, więc masz wrażenie, że możesz zrobić wszystko. Wiele osób nie rozumie muzyki eksperymentalnej. Stwierdzają, że to dla nich za dużo i taka kompozycja dźwięków nie mieści się w ich pojęciu muzyki. Czy dla Was muzyka może mieć granice? Doszło do przesycenia eksperymentem, który w pewien sposób, zarówno w muzyce, jak i ogólnie w sztuce, został bardzo zbanalizowany i upowszechniony przez szeroko pojęte media, w szczególności internet. Ludzie zobaczyli, że rzeczy ambitne można zrobić w łatwy sposób. Może wydawać się, że to wielki eksperyment. Problem polega na tym, że prawdziwa muzyka eksperymentalna jest niezwykle trudna do zrobienia. Wymaga wielkiego podłoża teoretycznego, a w drugiej kolejności warsztatowego. To jest odwrócenie porządku, a ludzie idą na skróty i nadają sobie łatkę awangardowego z byle czym. Każdą muzykę można wytłumaczyć tak, aby została nazwana muzyką? Z założenia tłumaczenie muzyki jest niebezpieczne. Można ją opisać, można powiedzieć, co się chce, pokazać jej drugie dno, ale tłumaczenie muzyki nie ma sensu… Przyznam się, że sama czasami potrzebuję tłumaczenia, dlaczego nagranie szumu pociągu jest muzyką. Każdy ma inną perspektywę. Każdy postrzega te sprawy inaczej. Jedni nazywają to muzyką, inni nie. Wracając do muzyki eksperymentalnej, warto zwrócić uwagę na to, czy to, czego słuchamy, co obserwujemy, zostało stworzone po raz pierwszy. Bo jeśli ty, jako słuchaczka, docierasz do setnej osoby, która robi to samo, nie jestem pewien, czy ta setna osoba będzie miała inny pomysł na założenia teoretyczne. W sztukach eksperymentalnych zawsze liczy się ten pierwszy pomysł i jeśli jest merytorycznie dobrze podparty, to trzeba to szanować. Ludzie cenią to, co jest pierwsze. Pamiętają tych, którzy byli pierwsi na Księżycu, czy jako pierwsi zdobyli ośmiotysięczniki. Wszyscy pytają jacy jesteście i jak opiszecie swoją muzykę. Gdyby zacząć od drugiej strony – jacy nie jesteście? Nie jesteśmy przekombinowani, nie płyniemy z prądem, bardziej pod prąd. Nie jesteśmy tandetni ani plastikowi. Chyba nie jesteśmy modni? Od jakiegoś czasu lata osiemdziesiąte to gatunek, który dominuje. Na przestrzeni ostatnich 10 lat chyba wszystkie ulubione zespoły zahaczały o te czasy. My bardzo staraliśmy się, żeby tego uniknąć. Tylko w jednym utworze

faktycznie można poczuć tamten okres, ale też zrobiliśmy to w taki sposób, że dla nas to coś świeżego i do zaakceptowania. Czy od początku wiedzieliście, jak chcecie brzmieć, czy świadomy był tylko zamysł artystyczny projektu? Na starcie na pewno świtało nam w głowach, co chcemy osiągnąć. Jednak etap produkcji trwał trzy lata i był na tyle długi, że miał wiele zwrotów akcji. Dzięki temu dziś z ręką na sercu możemy powiedzieć, że takiego efektu, jaki osiągnęliśmy na początku, nikt z nas by nie przewidział. Oczywiście wierzyliśmy w nasze możliwości, ale długo pracowaliśmy na moment, w którym poczuliśmy się spełnieni. Kiedy dołączył do nas Miron, poczuliśmy, że to ma szansę być bardzo dobre. Znaleźć takiego wokalistę to sprawa bardzo trudna, wręcz niemożliwa. Sądzicie, że muzyka jest medium, które może przybierać formę manifestu. Zdarzyło Wam się z tego korzystać? Na pewno! Możemy przedstawić pewien sposób widzenia świata. Pokazać go takim, jak my go widzimy i to czego byśmy oczekiwali w relacjach z ludźmi. Jaaa! może być też manifestem wiary w przyjaźń. Oprócz tworzenia muzyki przez trzy lata uczyliśmy się tego, jak współpracować ze sobą. Od początku też wiedzieliśmy, że jeśli nie będzie temu towarzyszyć przyjaźń, to nie stworzymy dobrej muzyki. Dlatego wszystko tak długo trwało, ale za to ma bardzo mocne korzenie. W wielu przypadkach przyjaźń może przeszkadzać. Trudno czasem powiedzieć, że coś jest słabe albo nie bardzo komuś pasuje, jeśli łączy Was głębsza relacja? W naszym przypadku jest zupełnie odwrotnie. Potrzebowaliśmy zaprzyjaźnić się właśnie po to, aby wszystko mówić sobie wprost. Jeśli darzysz kogoś zaufaniem, to ta osoba może ci nawet nawrzucać, ale ty i tak jesteś w stanie to przyjąć na klatę. Tylko dzięki konstruktywnej krytyce coś może stać się lepsze. Powiedzieliście, że możecie manifestować widzenie świata. Czy artyści, którzy tworzą sztukę, widzą świat inaczej? Jeśli jest to ktoś, kto działa w obszarze sztuk wizualnych, to musi inaczej odbierać rzeczywistość. Jeśli ktoś składa dźwięki, musi inaczej je słyszeć. Jeśli ktoś zajmuje się jakąś sztuką, ma inną formę doświadczania i z jakiegoś powodu wybiera taką, a nie inną drogę. To wszystko musi być spowodowane tym, że jego radar jest na coś bardziej wyczulony. Nasz tytułowy Remik jest postacią kluczową i podstawą, szkieletem opowieści na naszej płycie. Jest postacią symboliczną i naszym hołdem dla takich właśnie ludzi, którzy chodzą własnymi drogami, często zakręconymi. Chcemy pokazać, że warto z takimi ludźmi być. Warto im pomagać i sprawiać, żeby zawsze mieli nadzieję.


RECENZJE MUZ YK A

30

Frank Ocean

Young Thug

Nick Cave & The Bad Seeds

Blonde

Jeffery

Skeleton Tree

¤

¤

¤

9 / 10

8 / 10

8,5 / 10

Muzycy ze Stanów Zjednoczonych uwielbiają płatać psikusy. Raz wydają video album, innym razem wprowadzają szum informacyjny w mediach społecznościowych i znienacka wypuszczają nowy projekt. Nic dziwnego, że Frank Ocean nie chciał być gorszy. Najpierw opublikował nudny Endless, wizualny materiał oglądany i słuchany z zauroczeniem przez odbiorców z całego świata. Potem raptem dobę później zaprezentował nie – jak wcześniej zapowiadano – Boys Don’t Cry, lecz Blonde. Na płytowego następcę klasycznego channel ORANGE trzeba było czekać długie cztery lata, ale już pierwszy odsłuch rekompensuje z nawiązką kompulsywne obgryzanie paznokci. Przede wszystkim czuć, że czas artystycznej hibernacji wyszedł gospodarzowi na dobre. Frank nie musiał naprawiać jakichkolwiek błędów, więc płynnie przeszedł do kolejnego etapu swojej twórczości. Jak to ładnie ujął jeden ze słuchaczy: poprzedniczka namawiała do seksu z partnerką, nowa zachęca do zadzwonienia do swojej ex. Gorycz w tekstach miesza się ze słodkim, zmieniającym się klimatem w produkcji, który pokazuje, że istnieje życie po rzekomej śmierci R&B. Wisienką na torcie jest jednak gościnka Andre 3000 z Outkastu, z gatunku – „gdybyśmy razem nagrali kompakt to nie byłoby czego zbierać”. Do roboty, drodzy artyści, bo mamy już pretendenta do najmocniejszej pozycji w tym roku. Krzysztof Nowak

Trzeci mixtape dryblasa może śmiało pretendować do miana nieoczekiwanego kozaka roku. Jak sugeruje tytuł, Jeffery Lamar Williams ujawnia więcej, niż zwykł to robić pod coraz bardziej ciążącym mu pseudonimem. Tekstowo funduje czysty upust emocji i wspina się na techniczne wyżyny. Między popisami bezbłędnego flow potrafi zachrypić niczym jazzowy kot z nowoorleańskiej knajpy, odpłynąć w beztroski falset albo udatnie wejść w skórę jednego ze swoich ulubieńców (przykład par excellence Future Swag, w którym sprytnie naśladuje pobratymca z Atlanty). Do tego dochodzi naprawdę świetna produkcja, tym razem zaskakująco często oglądająca się na Karaiby. Reggae w Wyclef Jean, dub w Swizz Beatz, ślady calypso w Pick Up the Phone, ale też kapitalnie przepuszczająca trap przez ambientalne szumy Guwop bądź demonstrująca ile dramaturgii można wycisnąć ze zwykłych bramkowanych bębnów Pop Man. Krążek na tyle mocny, że gościnny udział takich tuzów jak Wyclef czy Gucci Mane wypada odnotować przede wszystkim z obowiązku. To, co Kanye robi za worki pożyczonych pieniędzy, z zadęciem i cesarską produkcją, Williams po prostu wydobywa z trzewi i serducha, przydając całości surowego sznytu. A już kawałek Harambe, w którym los nieszczęsnego goryla staje się przyczynkiem do uliczno-filozoficznych rozważań na temat przemocy to małe arcydzieło! Sebastian Rerak

Mogłoby się wydawać, że szesnasty album Nick Cave & The Bad Seeds raczej niczym nas już nie zaskoczy, a jednak. Potężna dawka mroku i stłumionych emocji wokalisty oraz znakomite brzmienie sprawiają, że żaden fan grupy nie przejdzie obojętnie obok tego krążka i z pewnością nie poprzestanie na pojedynczym odtworzeniu albumu. Podczas powstawania szesnastego krążka grupy, Nicka Cave’a dotknęła osobista tragedia, jaką była śmierć syna, co jak nietrudno się domyślić, wywarło ogromny wpływ na całą płytę, która naładowana jest silnymi emocjami. Wśród ośmiu utworów, utrzymanych w charakterystycznym dla grupy stylu, znalazły się zarówno mroczne ballady, jak i niepokojące piosenki utrzymane w klimacie singla (Jesus Alone). Ponure brzmienie albumu, przez które przebija mrok, zwątpienie i stłumione gdzieś wewnątrz przerażenie, dopełnione zostało poetyckimi tekstami, które doprawia wokal Cave’a (Rings Of Saturn). Delikatne dźwięki fortepianu, połączone z klimatycznymi chórkami i drżącym głosem wokalisty sprawiają, że utwory są niezwykle szczere, przejmujące i ściskające za gardło (Girl In Amber). Rytmiczne i wielowymiarowe kompozycje (I need you) tylko potwierdzają, że najnowsza płyta Skeleton Tree jest spójna, chociaż nietrudno wyczuć w niej charakterystyczne dla The Bad Seeds elementy impowizacji. Olga Retko


Projekt Klub powraca! Tekst i zdjęcie: Materiały promocyjne

Rusza druga edycja „Projektu Klub”, czyli konkursu, w którym można zostać szefem jednego z najlepszych klubów w czterech miastach Polski, zorganizować imprezę według własnego oryginalnego pomysłu i wygrać 5 tys. złotych. Warunkiem udziału są tylko nieograniczona wyobraźnia i dar przekonywania. Projekt Klub 2 to już druga edycja konkursu, w którym każda osoba powyżej 18.r.ż. może na tydzień objąć stery w jednym z najbardziej topowych lokali w czterech miastach Polski: Chilli w Olsztynie, Prozak 2.0 w Krakowie, Stars w Toruniu i Baubar we Wrocławiu. Każdy ze zwycięzców otrzyma 5 tys. złotych netto i przez 6 dni będzie przygotowywał lokal do imprezy wedle własnego, oryginalnego pomysłu. Kto może wziąć w nim udział? Każdy, kto jest przekonany, że najlepszą imprezę na jakiej będzie, zorganizuje sam. Wystarczy udowodnić, że wybierze muzykę, przy której ludzie pogubią buty, stworzy wnętrze jakiego świat nie widział, a dress code, który wymyśli, zapisze się w historii mody. To ten moment, gdy kreatywność może pracować na najwyższych obrotach, a każdy powinien przypomnieć sobie znaczenie idiomu „Sky is the limit”. Organizatorzy zapowiadają, że chcą dać się zaskoczyć i nie mogą się doczekać finału tej edycji, po tym jak pierwsza okazała się ogromnym sukcesem. Do współpracy przy Projekcie Klub zaproszono tym razem dwóch ambsadorów. Do Tomsona, wokalisty zespołu Afromental i trenera programu The Voice of Poland, dołączył w tym roku Krzysztof Jankowski „JANKES”, prezenter radia ESKA. Obaj są nie tylko duchowym wsparciem całego przedsięwzięcia, ale wejdą również w skład jury, które wyłoni zwycięzców. Wraz z marką Ballantine’s pomogą także przy organizacji czterech imprez. W końcu temat znają jak mało kto. Energetyczny duet wsparcia nie kryje entuzjazmu. „Projekt Klub to fantastyczna inicjatywa, dzięki której w zeszłym roku udało się zorganizować cztery niesamowite imprezy! Bawiłem się na każdej z nich, poznałem wspaniałych ludzi, było genialnie. W tym roku może być jeszcze lepiej.

Już nie mogę się doczekać realizacji kolejnych niezwykłych pomysłów! Projekt Klub to fantastyczna inicjatywa, która pomaga ludziom zrealizować to, co ich kręci, wynikiem czego były 4 niesamowite imprezy!” – powiedział Tomasz „Tomson” Lach. „Projekt Klub to akcja, w którą wchodzę bez wahania! Przez lata uczestniczyłem w setkach imprez i myślę, że wiem sporo na ten temat. Liczę na masę oryginalnych pomysłów na imprezy, w których organizacji pomogę ja i Tomson. Będzie się działo!” – mówi Krzysztof Jankowski „JANKES”. Jedyne, co trzeba zrobić, to nagrać materiał wideo ze swoim pomysłem na imprezę marzeń, zamieścić go na stronie www.projektklub.pl i przekonać nim jury, że właśnie ta koncepcja powinna doczekać się realizacji. Listę 10 najlepszych pomysłów przesłanych przez uczestników Projektu Klub 2 wyłoni jury, w którego skład wejdą także ambasadorzy konkursu. Tomson i Jankes wskażą dwójkę zwycięzców. Kolejną dwójkę w głosowaniu wybiorą internauci. Czas na to mają do 25.09., bo już pod koniec miesiąca wszyscy poznają wyniki. Imprezy odbędą się w październiku. Wszystkie ręce na pokład! Projekt Klub chce postawić kropkę nad „i” oraz zafundować nam gorący początek jesieni. Odbiór poprzedniej edycji pozwala mieć pewność, że Projekt Klub 2 tylko ugruntuje pozycję konkursu. W końcu tym razem uderzenie jest podwójne! Drugi ambasador to dodatkowa dawka energii i zastrzyk kreatywności. Przed nami cztery nieprzywidywalne eventy, które bez cienia wątpliwości odbiją się szerokim echem na imprezowej mapie Polski. Przyglądamy się temu przedsięwzięciu i czekamy na finał, którego długo nie zapomnimy.


R E C E N Z J E L I T E R AT U R A

32

Jelena Czyżowa Grzybnia Wydawnictwo Czarne

Czy z historii mężczyzny i kobiety, którzy mają wspólną przeszłość i borykają się z bagażem doświadczeń, można stworzyć ciekawą historię? Jelena Czyżowa podjęła to ryzyko, z dość ciekawym efektem. Bóg stworzył świat w 7 dni, tak samo jak autorka stworzyła swoją powieść wokół tego biblijnego motywu, ale nie jest to kolejna książka z religijnymi przesłaniami à la Coelho. Tu tydzień jest ramą czasową, w której wiele może się zmienić, powstać, zniszczyć. Bohaterowie, choć dość schematyczni, dzielą wspólne korzenie, którymi są rosyjskie dacze i wspomnienia z dzieciństwa w czasach ZSRR. Czyżowa wspomnieniami bohaterów przenosi czytelnika w okres, gdy Związek Radziecki zdawał się dbać o każdego obywatela i wierzyli oni w zbawczą moc skrupulatnej pracy na rzecz ojczyzny. Mamy tu wieś z prawdziwego zdarzenia, łapówkarstwo, stare babinki w chustach, a pośród tego wszystkiego dwójkę bohaterów, którzy są jednocześnie narratorami powieści. Dzięki narracji podzielonej na część żeńską i męską, Grzybnia to dość żywa lektura, podczas której czujemy zapach lasu, grzybów i wsi. To także zgrabna gra wielowymiarowym podejściem do rzeczywistości i sztuka pokazania kontrastów społecznych w Rosji zarówno współcześnie, jak i 20 lat temu. Momentami odnosi się wrażenie, że w publikacji aż roi się od bogatych, być może przesadnych ubarwień językowych, a charakterystyka postaci balansuje na krawędzi z banalnymi amerykańskimi powieściami. Grzybnia to interesująca wędrówka bohaterów w głąb siebie.

Niepogodzeni z losem, z przyzwyczajeniami przekazanymi przez rodziców, próbują na nowo zdefiniować swoje życie. Mała wioska, w której wszyscy wiedzą o sobie wszystko, to mała ojczyzna bohaterów. I choć pochodzą oni z innych warstw społecznych, a ich życie podczas odwiedzin w daczach wyglądało momentami skrajnie inaczej, obydwoje niosą w dorosłym życiu podobny bagaż wspomnień i doświadczeń. Mężczyzna, kurczowo trzymający się przeszłości i starający się iść śladami rodziców, i niezależna kobieta, która wybiega w przyszłość i pragnie dla siebie innego życia niż rodzice, to dość banalny motyw, ale zgrabnie ujęty w Grzybni. Ich losy spotykają się nigdzie indziej, jak właśnie na sąsiadujących działkach. Druga powieść Czyżowej, jeszcze przed premierą wzbudzała zainteresowanie na portalach dla moli książkowych. Dostępne opisy książki w porównaniu do treści w niej zawartych to jedynie sucha relacja, bo Grzybnia, pełna metafor i długich wątków, jest wartą uwagi pozycją na jesienne weekendy i wieczory. Dlaczego na weekendy? Bo Czyżowa pokazała, że wolne tempo powieści to chwila na refleksję i analizę swojego życia. Ale nie dajcie się zaczarować zapachom lasu, które zwodziły również bohaterów, bo im dalej w las, tym mniej spokojnie, a akcja z każdym kolejnym dniem rozwija się w coraz szybszym tempie. To pozycja zdecydowanie dla miłośników takich klimatów, inni mogą poczuć znużenie już po pierwszym dniu grzybniowego tygodnia. Katarzyna Jaworska


PRESENTS

WITH SUPPORT FROM O.S.T.R. & AN INTERNATIONAL B-BOY SHOWCASE

SATURDAY 24 SEPTEMBER 2016. TAURON ARENA KRAKÓW. UL.LEMA 7 31-571 POLAND. DOORS 18:00

*CONDITIONS APPLY PLEASE GO ONLINE FOR DETAILS

FREE TICKETS REGISTER ONLINE*


DESIGN

34

Design Owl Contact Lens Case Umieracie ze strachu, że po przebudzeniu nie znajdziecie soczewek? Zdarza wam się zapomnieć, gdzie je odłożyliście? W takim razie powinniście rzucić okiem na ten pojemnik w kształcie sowy. To gadżet z kategorii bardziej zabawnej niż funkcjonalnej, ale czy to naprawdę ma znaczenie? Jeśli lubicie kolor i jesteście entuzjastami umiarkowanego kiczu, to bez wątpienia coś odpowiedniego dla was. kikkerland.com

Fremont Spun Pendant Light Nieuchronnie zbliża się czas, kiedy będziecie zmuszeni ratować się sztucznym światłem od godziny 17. Warto zrobić szybki przegląd i sprawdzić, czy w waszym mieszkaniu nie znajdzie się miejsce na mocny akcent kolorystyczny. Czerwona lampa wykonana jest ze stali nierdzewnej i ma mosiężną wtyczkę. Zawiesza się ją u sufitu, co wciąż pozostaje ciekawym rozwiązaniem, nadąjącym wnętrzu oryginalności. needsupply.com

Nicholas Cage Blanket Parody Miliony ludzi udostępniające memy z Nicholasem Cagem nie mogą się mylić. Aktor jest bardzo wdzięczną postacią, z którą umiejętnie radzi sobie popkultura. Inspirowany najsłynniejszą pracą Andy’ego Warhola koc to zabawny element wystroju, na który każdy zwróci uwagę. I to zdecydowanie większą niż na kolejny plakat z Audrey Hepburn. lookhuman.com


35

DESIGN

Kiełkowniki Na skutek postępującej industrializacji coraz więcej ludzi odczuwa potrzebę przebywania z naturą. Jeżeli należycie do takich osób, mamy dla was rozwiązanie. Stwórzcie własną rabatkę z kiełkujących warzyw w mieszkaniu. Pomaga ona zaspokoić tęsknotę za kontaktem z ziemią, przybliża naturę oraz wspomaga zdrowe odżywianie. Kupując Kiełkownik otrzymujesz zestaw: ceramiczną miskę, sitko, filcową czapeczkę oraz 5g nasion. Udanych plonów! kielkowniki.pl

Łóżko Śpioch Łóżko idealne dla wszystkich ceniących sobie wygodę i funkcjonalność. Zagłowie mebla wyposażone jest w dodatkową półkę, gdzie zmieszczą się książki lub niewielkie przedmioty, takie jak okulary czy budzik. Do półki dołączone są także ruchome elementy podtrzymujące książki. Projekt zdobył nagrodę specjalną, przyznawaną przez architektów w konkursie Diament meblarstwa 2014. snimisie.pl

Biżuteria UMIAR Oto biżuteria, będąca prawdziwą pochwałą minimalizmu. W całości jest wykonana ręcznie, z zachowaniem dbałości o najdrobniejszy detal. Wszystkie modele biżuterii wyróżnia szlachetna prostota i oszczędność wyrazu. Markę UMIAR współtworzą absolwentki Wydziału Wzornictwa warszawskiej ASP oraz Wydziału Architektury PW. I choć projektantki posiadają odmienne doświadczenie zawodowe to cechuje je takie samo podejście do mody i styl pracy. umiar.pl

GRY MEMORY ZAGRYWKI Gry typu memory są starannie zaprojektowane (autorskie ilustracje!) i tematycznie zaangażowane. Serie Dzika zgraja i Ptaki dotyczą gatunków zwierząt objętych ochroną w Polsce. Stwory i Creatures to edycje dedykowane zwierzętom zagrożonym wyginięciem na świecie (wersje: PL/ENG). W każdym pudełku znajduje się 30 kart do gry i ulotka z opisami poszczególnych gatunków. Projekt wyróżniony znakiem Must Have! / Łódź Design Festival 2016. zagrywki.com

Pościel Nocne Dobra Szara jerseyowa pościel ma przepiękny odcień, który idealnie pasuje do skandynawskich oraz nowoczesnych sypialni. Często stanowi tło dla kolorowych dodatków. Dzięki zastosowaniu tego wyjątkowego materiału pościel jest miękka i wygodna – dokładnie tak jak wasz ulubiony t-shirt. Skóra pod nią oddycha i nie poci się. Jersey to tkanina gęsto tkana, co z kolei sprawia, że jest trwała – jerseyowa pościel nie wytrze się przez długi czas. nocnedobra.pl


36

M O DA D A M N G O O D

Mini Fisherman Beanie In Tobacco asos.com

Wayne Latte muscat.pl

Krawat shop.mango.com

Sonny suede jacket shop.weekday.com Koszula shop.mango.com

Grained Leather Belt cosstores.com

Noel vagabond.com

Spodnie hm.com


37

M O DA D A M N G O O D

Bransoletka Bogactwo ankakrystyniak.com

Cheeky Glasses thierrylasry.com

Hanoi Jacket shop.weekday.com

Jacquard-patterned sweatshirt hm.com

Torba Lady Jane showroom.pl

Zamszowa spรณdnica shop.mango.com

Figi Edie Cream moyestore.com Marja vagabond.com


Rewolucje Christiana Diora

Tekst: Sara Leszczyńska

W ostatnim czasie w świecie mody zawrzało. Tym razem za sprawą Diora i nowej dyrektor kreatywnej. Po raz pierwszy w historii francuskiego domu mody to zaszczytne stanowisko powierzono kobiecie. Historia Christiana Diora i jego domu mody to jednak opowieść o niekończącej się rewolucji. Przed nami kolejny jej etap.

M

ożna powiedzieć, że Christian Dior urodził się dwa razy. Najpierw w 1905 roku, a potem w 1946, kiedy założył słynny francuski dom mody. To, co zapoczątkowało jego przygodę z projektowaniem nie miało za wiele wspólnego z krawiectwem. Powracającym w jego biografii motywem jest wizyta u wróżki i jakkolwiek bajkowo to brzmi, przepowiednia się spełniła, choć trzeba było trochę na to poczekać. Usłyszał wtedy: „Będzie pan bez pieniędzy, ale pomogą panu kobiety i dzięki nim odniesie pan sukces. Będzie pan czerpał z nich korzyści i będzie zmuszony odbyć liczne podróże”. Czternastoletni wówczas chłopak z dystansem traktował te słowa, zwłaszcza wątek kobiecy – jego homoseksualna orientacja nie jest przecież tajemnicą. Dużą rolę w kształtowaniu wrażliwości Christiana odegrała jego matka Isabelle Cardamone, później zwana Madame Dior. To ona zaszczepiła w swoim synu uwielbienie dla ogrodów i kwiatów. Począwszy od planowania rozmieszczenia

sadzonek, a skończywszy na planowaniu architektury. Choć rodzice aprobowali pasje syna, nie widzieli jego przyszłości związanej z Akademią Sztuk Pięknych. Dopiero, gdy Christian ukończył naukę w Instytucie Nauk Politycznych, ojciec wsparł go finansowo i pozwolił na otworzenie galerii sztuki (pod warunkiem, że jej nazwa nie będzie sygnowana nazwiskiem rodziny). Niestety, pomimo że były tam wystawiane dzieła Picassa, Jeana Cocteau czy Braque, galerię trzeba było sprzedać, aby ocalić rodzinę od grożącego jej bankructwa. Christian nie porzucił jednak pasji do sztuki i sam zajął się rysunkiem. Zaczął dorabiać, sprzedając projekty kapeluszy i sukni kilku domom mody. Poszczególne szkice pojawiały się w dziale poświęconym modzie w dzienniku Le Figaro. Od tej pory Dior zaczął być kojarzony z rysunkiem, a to z kolei sprawiło, że w 1938 roku Georges Geoffrey przedstawił go Robertowi Piguetowi, który od razu zatrudnił go jako projektanta. Niestety już rok później Christian został powołany do wojska, gdzie służył jako saper drugiej klasy w wojskach inżynieryjnych. Po


39

M O DA A R T Y K U Ł

Kariera tego niezwykłego projektanta trwała zaledwie dekadę, ale to wystarczyło, aby wywrócić świat mody do góry nogami i zostać niezapomnianym mistrzem

powrocie z frontu Piguet chciał, aby projektant powrócił do jego studia, jednak Christian się wahał i kiedy zdecydował się na powrót dawne stanowisko było już zajęte. Znów na pomoc przyszli jego znajomi i ich znajomości wskutek czego poznał Luciena Lelonga, który zatrudnił go w swoim domu mody. Tam Dior nauczył się solidnego rzemiosła krawieckiego, co pomogło mu rozpocząć własną działalność. U Lelonga poznał się z Pierrem Balmainem i choć trudno w to uwierzyć, obaj projektanci nie rywalizowali ze sobą. Moda w tym okresie była bardzo powściągliwa i pełniła służebną rolę, a wszelkie fikuśne fantazje znajdowały odzwierciedlenie jedynie w nakryciach głowy. Dior coraz bardziej czuł, że chce się temu sprzeciwić i tchnąć życie w kobiece ubiory. W 1944 roku Balmain odchodzi z Lelonga, aby stworzyć własną markę. To zainspirowało Christiana do zrobienia tego samego, lecz był zbyt nieśmiały, aby zrealizować marzenia. Wtedy pojawił się stary przyjaciel z dzieciństwa, który opowiedział mu o Marcelu Boussacu – właścicielu domu Gaston. Poszukiwał on osoby, która przemieni jego podupadłe imperium w nowoczesny dom mody. Kto byłby lepszym kandydatem na to stanowisko niż Christian Dior? Tak rozpoczęła się ich współpraca – Christian ma talent i wyobraźnię, Boussac pieniądze. Dior projektuje pod swoim nazwiskiem, a jego projekty współgrają z przemysłem włókienniczym, w jaki zaangażowany jest Marcel. Układ idealny. Wszystko sprzyja, więc Boussac zaoferował Christianowi 10 milionów franków na rozpoczęcie nowego biznesu. Kupują najważniejszy budynek w historii domu mody – czteropiętrową kamienicę położoną na avenue Montaigne 30 między Champs Élysées a Sekwaną. To właśnie tam odbył się pierwszy pokaz kolekcji Christiana Diora. Wzięło w nim udział zaledwie sześć modelek na zmianę prezentujących 90 kreacji z kolekcji Corolle. Jak określiła to wówczas ówczesna redaktor naczelna Harper’s Bazaar, Carmel Snow, kolekcja była zdecydowanym New Lookiem. W powojennym Paryżu eksponowanie ramion, piersi, talii i bioder było prawdziwą rewolucją. „Aby zbudować swoją legendę Napoleon musiał pozbawić życia tysiące ludzi. Diorowi wystarczyło ubranie kilku kobiet” – powiedział kiedyś Bertrand Meyer-Stabley. Kariera tego niezwykłego projektanta trwała zaledwie dekadę, ale to wystarczyło, aby wywrócić świat mody do góry nogami i zostać niezapomnianym mistrzem. Po śmierci Christiana w 1957 roku stanowisko objął 21-letni Yves SaintLaurent. Już po swojej debiutanckiej kolekcji z 1958 roku Trapeze został okrzyknięty królem krawiectwa. Przewrotnie odciął się od

stylistyki Christiana, rezygnując z podkreślania kobiecej sylwetki na rzecz ubrań na bazie trapezu, a jednocześnie zachował wyważone proporcje. Projekty były eleganckie i wystawne. Trapezowa sukienka znów sprawiła, że wszyscy we Francji mówili tylko o Diorze. Tak jak Yves Saint-Laurent, tak każdy następny dyrektor kreatywny marki wnosił do niej coś, czego nie zrobił nikt inny, co powodowało, że wciąż cieszyła się uznaniem, łącząc nowatorskie podejście i odwoływanie się do tradycji. Każde kolejne posunięcie domu Dior zaskakiwało i było absolutną nowością. Analizując tę strategię, nie dziwi już tak bardzo wybór Marii Grazi Chiuri na nową dyrektor kreatywną, następczynię Rafa Simonsa. Wszędzie można było zobaczyć nagłówki: „Pierwsza kobieta na stanowisku dyrektora kreatywnego w Diorze”, jednak mało kto mówił o niej samej. Pochodząca z Rzymu Maria studiowała w Europejskim Instytucie Designu w Mediolanie, aby później na 10 lat związać się z domem Fendi. Kolejny etap w jej karierze to rok 1999, kiedy to została zaproszona przez Valentino do podjęcia współpracy. W 2008 roku choć pracowali razem od lat 90., ona i Pierpaolo Picciolini stanęli na czele domu Valentino. Maria jak nikt zna się na haute couture, dzięki czemu zmieniła oblicze włoskiej marki, nadając jej młodzieńczej świeżości. Dochody wzrosły błyskawicznie. Dodatkowo Chiuri świetnie zna się na „trudnych początkach” nowych projektów, takich jak Baugette Bag Fendi czy autorskiej linii Red Valentino, które potem zamienia w ogólnoświatowe must have’y. Media podały wyłącznie suchy komunikat o tym zaskakującym transferze, jednak w powietrzu czuć obawę. Jak poradzi sobie bez Piccioliniego, jak sprawdzi się jako kobieta i wreszcie jak poprowadzi francuski dom mody? Każdy jej krok jest teraz obserwowany, a cisza przed burzą potrwa do 30 września, kiedy to zaprezentuje swoją debiutancką kolekcję. Czy to klasyczny strach przed nowym, czy może obiekcje co do kobiety na tym stanowisku? Istnieje wiele fenomenalnych projektantek, które odniosły sukces i na zawsze zapisały się na kartach historii mody. Jednak na stanowisku dyrektora artystycznego nie ma ich wiele. Jak to się stało, że moda, która w większości skierowana jest do kobiet, nie dopuszcza, by one same kierowały korporacjami? Tak jak dom mody Dior znany jest z rewolucji, tak i Chiuri potrafi odmienić markę. Czy zmiany, które ma przynieść będą dotyczyć tylko ubrań, czy może za tym wszystkim idzie coś znacznie większego i jej nowa rola stanie się kamieniem milowym w postrzeganiu kobiet w świecie mody? Pozostaje nam jeszcze chwilę zaczekać z odpowiedzią na to pytanie.


40

zdjęcia: Łukasz Jasiukowicz stylizacja: Mateusz Opaciński model: Ale Chad Watterson, Boom Models Agency Milano


kurtka: Linder spodnie: Abasi Rosborough


43

sweter: N. Hollywood spodenki: Abasi Rosborough skarpety: Uniqlo buty: Linder


44

← bluza: Hiro (Kas Kryst) jeansy: Supreme buty: Vans skarpety: Uniqlo

→ koszula: Abasi Rosborough spodnie: Duckie Brown


45


46

M U S T H AV E D L A N I E J

Dla Niej Portfel Iron Slice Jeśli w ostatnim czasie zdarzyło ci się poczuć ukłucie wstydu, gdy wyjmowałaś portfel chcąc za coś zapłacić, czas rozejrzeć się za nowym. Nasze serca skradł ostatnio ten. Pomieści nie tylko gotówkę, karty i dokumenty, ale nawet twojego iPhone’a! Ma specjalną kieszonkę stworzoną właśnie po to, a jednocześnie pozostaje niewielkich rozmiarów. Granatowo-pomarańczowy print idealnie komponuje się z jasną zawieszką. kestrelbags.com

Maskara Upward Lash MAC Potrzebujesz czegoś naprawdę wyjątkowego dla swoich rzęs? Maskara Upward Lash zakrzywia rzeczywistość poprzez totalną zmianę kształtu twoich rzęs, dodając im objętości i długości. Sekret leży w profilowanej szczoteczce z wgłębieniem w środku, w której znajduje się duży zbiorniczek z tuszem, co pozwala na błyskawiczne rozprowadzenie tuszu po całych rzęsach. Jednocześnie dzięki małemu rozmiarowi szczoteczka już za jednym pociągnięciem dociera do nasady każdej rzęsy. maccosmetics.pl

Notatnik Lubisz zapisywać rzeczy analogowo? Najpiewniej czujesz się, mając przy sobie długopis i notatnik? Jeśli dodatkowo lubisz „dziewczyńskie” gadżety, ten notatnik jest czymś dla ciebie. Biała okładka, a na niej rysunki z przedmiotami, które dziewczyny lubią najbardziej. Będzie odpowiedni zarówno dla ciebie, jak i jako prezent dla twojej koleżanki. Aż chce się pisać! bando.com


47

M U S T H AV E D L A N I E J

Nerka Multi Slim Akcesoria i dodatki stanowią nieodłączny element codziennych stylizacji. Najchętniej do nowej sukienki dobieramy buty i torebkę tak by skomponować całość. BASALE wychodzi naprzeciw tym potrzebom – jedna torebka, która zmienia się dla ciebie. Dzięki dopinanym panelom ubierasz ją, dopasowując do okazji, stroju, humoru. Torby wykonane ze skóry wyposażone są w regulowany pasek, który pozwala na noszenie ich jako nerki oraz na ramieniu. basale.pl

New Balance WRT96 Oto nowa kobieca odsłona jednego z najlepiej rozpoznawalnych modeli New Balance 996 unowocześniona o technologię REV-Lite znajdującą się w podeszwie. Ta przeniesiona wprost z biegowego modelu nadaje całości nowoczesnego, sportowego wyglądu, zapewniając przy tym komfort poruszania się. Innowacyjną podeszwę środkową wykonano z najwyższej jakości materiałów, co czyni ją lżejszą o 30% od innych pianek, przy zachowaniu porównywalnej wydajności. nbsklep.pl

Naszyjnik

Najlepiej się czujesz, kiedy biżuteria podkreśla strój, nie wysuwając się na pierwszy plan? W takim razie złoty, delikatny naszyjnik w kształcie trójkąta to propozycja skrojona pod twoje potrzeby. Uwagę zwraca precyzyjnie wykonany łańcuszek, który perfekcyjnie współgra z kształtem samego naszyjnika. Śmiało można powiedzieć, że to ilustracja zdania „Less is more” w przepięknym wydaniu. wwake.com

Słuchawki Taylor Rose Gold Masz słabość do różu? Jeśli od jakiegoś czasu wszystkie twoje gadżety mają różowe elementy, nie inaczej powinno być z twoimi słuchawkami. Nie ma co owijać w bawełnę – poza jakością wykonania, która w tym przypadku jest niezaprzeczalna, liczy się też warstwa wizualna. A ta jest idealna jeśli dopiero na studiach rekompensujesz sobie unikanie tego koloru we wczesnych klasach szkoły podstawowej. eu.wearefrends.com

Koci kubek Nie ma nic lepszego niż herbata zaparzona w ładnym kubku. Jeśli jesteś kociarą, prawdopodobnie nie odmówisz sobie tego, który kształtem przypomina kota. Szczególnie jeśli masz już kolekcję rzeczy roboczo nazwaną „cute cat items”. Idziemy o zakład, że najgorszy napój z takiego kociego kubka zyskuje na smaku. Nie masz wrażenia, że właśnie tego brakuje ci na półce w kuchni? modcloth.com


48

M U S T H AV E D L A N I E J

Akcesoria Para Collective Jeśli ceniesz sobie rękodzieło, powinnaś przyjrzeć się działalności Para Collective. To manufaktura tworząca akcesoria w duchu slow fashion. Pracują w Krakowie, tworzą krótkie serie oryginalnych produktów. Są dwie strony tego, co robią. Pierwszą z nich jest kreatywność, umiejętność wnikliwej obserwacji świata i wyciągania wniosków; drugą – rzemiosło, które daje pewność, że nawet najbardziej krytyczne oko przyjmie to co zrobiłeś z otwartością. paracollective.com

Listonoszka Leather and the Pug Moda na listonoszki nie ustaje od lat. Ta klasyczna torba skradła serce wielu osobom. Szukacie torby dla siebie? Znajdziecie ją w Leather and the Pug. Ręcznie wykonane w Wielkiej Brytanii, ze skóry naturalnej, w różnych rozmiarach, modnych kolorach i o tradycyjnych kształtach. Torby marki Zatchels, z pewnością znajdą miejsce w garderobie niejednej nastolatki czy kobiety. Prosta i ponadczasowa listonoszka jest doskonałą inwestycją i na pewno nie znudzi się pod koniec sezonu. leatherandthepug.pl

Dr. Martens / Heavy Duty Potrzebujesz butów na jesień, które nie przemokną podczas pierwszej ulewy? Rzuć okiem na czarne sztyblety Dr. Martens Flora z czarnej miękkiej skóry. Dzięki elastycznej wstawce są bardzo wygodne przy zakładaniu. Drobna, wykropkowana linia podszycia to interesujący dodatek do tych trwałych butów. Buty Dr. Martens Flora są zszyte tak, by zatrzymywać ciepło. Podeszwa jest w stylu klasycznym, bez widocznych wykończeń. heavyduty.pl

Hagi Cosmetics Oszałamiający zapach, wygodna aplikacja, ochrona suchej skóry – wszystko to oraz bogactwo naturalnych składników znajduje się w niewielkiej pomadzie do ciała Hagi Cosmetics. Zmieści ci się nawet do niewielkiej torebki. Obecne w kosmetyku masła (mango, shea, kakaowe) i oleje (kokosowy, ze słodkich migdałów, monoi, rokitnikowy) natłuszczają, wygładzają i przynoszą ukojenie przesuszonej skórze. Świetny kosmetyk i fajny gadżet zadowoli miłośników uniwersalnej i szybkiej pielęgnacji. sklep.hagi.com.pl

DETOXDESIGN

Duet żeńsko/męski projektujący i wykonujący współczesną autorską biżuterię tworzy markę zapraszaną na najważniejsze imprezy modowe w Polsce. Eksperymentują w formie i w materiałach. Projektują wzory sprawdzające się doskonale w codziennych i wieczornych stylizacjach. Marka została wpisana do „FASHION BOOK POLAND”. W październiku otwarcie autorskiego butiku: ul.Dobra 13, Warszawa. fb.com/detoxdesignLOVE detoxdesign.pl


KOLEKCJA DOSTĘPNA W SALONACH M·A·C ORAZ NA STRONIE WWW.MACCOSMETICS.PL @MACcosmetics


50

Modele: Wiktoria Krasińska , Michał Kurzy Kurzawski Fotograf : Mirek Kazimierczak Makijaż : Martyna Bonislawska Włosy: Carolina Clinic; fryzura damska – Aneta Jawoszek, fryzura męska –Sandra Budek

R

omans marek motoryzacyjnych ze światem mody zaczął się wiele lat temu za oceanem. Na pomysł połączenia sił i wykorzystania potencjału w walce o nowych klientów wpadli rzecz jasna Amerykanie. Już w 1973 roku sensację i podziw budził kultowy AMC Gremlin, trzydrzwiowy hatchback z jeansowym wnętrzem. Tapicerka pochodziła od modowego giganta Levi Straussa i do złudzenia przypominała klasyczne „pięćset jedynki”. Fotele miały niebieski kolor, charakterystyczne pomarańczowe przeszycia i logo firmy. Wśród swoich fanów AMC Gremlin miał także osoby z pierwszych stron gazet. Limitowaną, jeansową edycją jeździł m.in. George W. Bush, przyszły prezydent Stanów Zjednoczonych. W Europie jednym z pierwszych „modowych” aut był Peugeot 205 z „krokodylkiem”. Limitowana wersja stworzona wraz z firmą Lacoste była małym miejskim samochodem z przyciemnionymi

szybami, kraciastą tapicerką i logotypem Lacoste na kierownicy, tylnej kanapie oraz na błotnikach. Prawdziwą furorę zrobiły jednak auta ze stajni Mini Coopera – prawdziwi trendsetterzy, którzy doczekali się kilku projektanckich wersji. Głośno było choćby o tej stworzonej przez Paula Smitha. Brytyjski guru modowy od lat czerpie inspiracje z Henriego Matissa, najsłynniejszego kolorysty XX wieku. To właśnie dzięki jego obrazowi „The Snail” zawdzięczamy przesycone kolorami kolekcje Smitha oraz autorską wersję nadwozia Mini Coopera ozdobioną wielobarwnymi pasami. Kolory zawsze były jedną z cech charakterystycznych tych małych brytyjskich aut. „Red Mudder”, czyli krwistoczerwony Mini w wersji terenowej, stworzyli właściciele marki DSquared. Auto wyglądało zadziornie, miało podwyższone podwozie, orurowany przód, terenowe opony oraz czarne koło zapasowe przymocowane do klapy bagażnika.


51


52


53

Mini to marka kultowa, zawsze budziła emocje, obok tych aut nie da się po prostu przejść obojętnie. To nie tylko samochody. To także, a może przede wszystkim, styl życia.

Autorzy projektu umieścili na jego drzwiach wielki, czarny liść klonowy – logo swojej DSquared. Dlaczego projektanci tak chętnie zamieniają płótno na „miniaki”? – Mini to marka kultowa, zawsze budziła emocje, obok tych aut nie da się po prostu przejść obojętnie. To nie tylko samochody. To także, a może przede wszystkim, styl życia – mówi Krzysztof Fabrykiewicz, właściciel jedynej w Polsce wypożyczalni aut tej marki, Rent Mini. – Utożsamiamy się z tą marką, z jej niepowtarzalnym charakterem, dlatego szukamy rozwiązań, które zachwycą naszych klientów – dodaje. Właśnie dlatego Rent Mini nawiązał współpracę z marką odzieżową MURDERNOV. Jest to polska marka wyróżniająca się unikatowym połączeniem elegancji i streetwearu. Każde ubranie szyte jest na miarę przez krawca, dzięki czemu osoby ceniące indywidualność i wysoką jakość szycia znajdą w niej coś dla siebie. Co wyszło z połączenia tych dwóch marek? Wyjątkowa streetowa sesja, której efekt przedstawiamy z niekrywaną satysfakcją. Takie kolaboracje lubimy!


Fenomen Aniołków Victoria’s Secret

Tekst: Sara Leszczyńska

Lato dobiega końca, żegnamy się z plażami, a wraz z nimi z kostiumami Victoria’s Secret. W maju tego roku koncern, który kontroluje 35% rynku bieliźniarskiego w USA, ogłosił, że wycofuje się z produkcji linii kostiumów kąpielowych. Decyzja spowodowana jest oszczędnościami i rozwijaniem innych sektorów marki. Tymczasem zastanawiamy się, dlaczego co druga kobieta marzy, żeby wyjść ze sklepu z różową torebeczką, w której szeleszczą zmysłowe koronki.

Z

rozumienie fenomenu marki Victoria’s Secret to przede wszystkim zrozumienie jej historii. Choć mogłoby się zdawać, że za tym wielomiliardowym sukcesem stoi szereg czynników, osób i ich pracy, to prawda dotycząca zdecydowanie współczesności. Początki są zasługą jednego człowieka – Leslie Wexnera.

Firmę Victoria’s Secret założył jednak zupełnie ktoś inny – absolwent szkoły biznesu w Stanford, Roy Raymond. Co mężczyzna może mieć wspólnego z fiszbinami i pasami do pończoch? Prawdopodobnie niewiele, za to jego żona już całkiem sporo. To przez nią lub raczej

dzięki niej znalazł on swój pomysł na biznes. Roy chciał kupić swojej ukochanej zmysłową i luksusową bieliznę. W latach 70. nie tak łatwo było coś takiego znaleźć, bo jedyną alternatywę dla szaroburych majtek stanowiły ubrania sprzedawane w sex shopach – wulgarne i tandetne. Dlatego też postanowił, że wypełni tę lukę branżową i otworzy swój salon z bielizną, jakiej nie ma nigdzie indziej i gdzie mężczyzna nie musi czuć się skrępowany wyborem. W 1977r. powstał pierwszy sklep w lokalnym centrum handlowym w miejscowości Palo Alto w Kalifornii. Raymond nazwał go na cześć królowej Wiktorii i jej sławnych pantalonów. Salon emanował elegancją na miarę buduarów


55

M O DA A R T Y K U Ł

Skuteczna strategia, nienaganny PR i świetny marketing sprawiły, że marka stała się znana na całym świecie, a jej produkty pożądane przez miliony kobiet, które Wexner najwyraźniej doskonale rozumiał.

angielskiej monarchii. Komplety bielizny były wyeksponowane niczym dzieła sztuki – tak, aby odwiedzający nie musiał przeciskać się pomiędzy modelami ciasno upchniętymi na wieszakach. Sukces widoczny był już po roku, gdy odnotowano zyski w postaci pół miliona dolarów. Dobra passa trwała, więc Raymond otwierał kolejne sklepy oraz uruchomił sprzedaż wysyłkową i w latach 80. sklepy zarabiały już 6 milionów rocznie. Jednak początkowy sukces i pieniądze sprawiły, że właściciel zapomniał o tym, że bieliznę tworzy dla kobiet. Po 5 latach od osiągnięcia szczytowej formy, model firmy nastawionej na mężczyzn jako głównych klientów przestał się sprawdzać. Sklepy zaczęły przynosić straty i właściciel musiał oddać biznes w inne ręce. Za raptem milion dolarów firmę odkupił Leslie Wexner, właściciel spółki The Limited. Pierwsze, co zrobił, to zrewolucjonizował strategię marki i zwrócił się ku klientkom płci pięknej. Kolorowe motywy na bieliźnie, komfortowo rozmieszczone przymierzalnie, delikatna muzyka i rozpylony zapach perfum spowodowały, że sklep odzyskał swoją świetność i stanął na nogi. Dekadę później w USA działało już 600 sklepów stacjonarnych oraz platforma internetowa, a wartość firmy szacowana była na bagatela 2 miliardy dolarów. Skuteczna strategia, nienaganny PR i świetny marketing sprawiły, że marka stała się znana na całym świecie, a jej produkty pożądane przez miliony kobiet, które Wexner najwyraźniej doskonale rozumiał. Popularność, jaką zyskała Victoria’s Secret, była zasługą nie tylko ślicznych koronek, lecz także licznych skandali, jakie narosły wokół firmy. Na zmianę wychwalana i potępiana przez różne działania marka musiała mierzyć się z wieloma aferami. Począwszy od zbyt szczupłych modelek na drakońskich dietach, przez rasistowskie akcenty na pokazach (jak np. indiański pióropusz Karlie Kloss, który wzbudził protest lokalnych działaczek, oskarżających koncern o nakręcanie spirali przemocy seksualnej wobec kobiet indiańskiego pochodzenia), aż po photoshopowe wpadki. Graficy nie raz dopatrywali się takich mankamentów, jak usunięcie jednego pośladka czy nieproporcjonalne wyszczuplenie rąk. Ludzie protestowali, o marce robiło się głośno, więc ostatecznie klientów wciąż przybywało. Bez wątpienia za sukcesem całego show stały również modelki. Początkowo na wybiegach pojawiały się dziewczyny zupełnie nieznane. Z czasem się to zmieniło i pod koniec

lat 80. zaczęto promować własne twarze. Jedną z najsłynniejszych była Stephane Seymour. Można powiedzieć, że to dzięki niej Aniołki stały się tak sławne. Wkrótce po Seymour pojawiły się inne znane topmodelki takie, jak Gisele Bündchen, Naomi Campbell, Heidi Klum, Miranda Kerr, Karolína Kurková, Adriana Lima, Alessandra Ambrosio. Po aniołkowym catwalku chodziło także kilka Polek, w tym Magdalena Frąckowiak, Monika Jagaciak, Anna Jagodzińska, Kasia Struss oraz Anja Rubik. O zostaniu Aniołkiem marzy niejedna modelka. W końcu ta, której się to uda, poza prestiżem i sławą, może liczyć na lukratywny kontrakt opiewający na kilka milionów dolarów. Bycie Aniołkiem to jednak czasem za mało. Prawdziwym upgradem kariery jest możliwość wystąpienia jako główna gwiazda wieczoru w tzw. „Fantasty bra”. Jest to biustonosz wykonany specjalnie przez jubilerów. Najdroższy z nich był wart 15 milionów dolarów, nazywał się Red Hot Fantasy Bra i nosiła go Gisele Bündchen podczas pokazu w 2000r. Ze względu na swoją zawrotną cenę został wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa jako najdroższy element bielizny, jaki został kiedykolwiek stworzony. Pomysł na uwieńczenie pokazu niebotycznie drogim biustonoszem narodził się wraz z show w 1996r. Pierwszy taki stanik za skromny milion dolarów nosiła Claudia Schif fer. Mimo że wiele dziewczyn dałoby się pokroić za możliwość wzięcia udziału w prestiżowym pokazie i trafienie do bieliźnianej rodziny, są też topmodelki, które same rezygnują z kontraktów. W zeszłym roku modowy świat obiegła informacja, że z firmy odchodzą Karlie Kloss, Doutzen Kroes i Lindsay Ellingson. Bez krzyków i afer polubownie rozwiązano kontrakty, tłumacząc to innymi zawodowymi planami i ambicjami modelek. Czyżby przechadzanie się w 15-centymetrowych szpilkach po 30-metrowym wybiegu nie zaspokajało już ich apetytu? Fenomen Victoria’s Secret to przede wszystkim pieniądze, jakie stoją za całym przedsięwzięciem. Pokazy są pełne przepychu, największe gwiazdy występują na żywo ze swoją muzyką, a Aniołki prezentują na wybiegach swoje wyrzeźbione ciała. Dodatkowo całe show nakręcają genialnie prowadzone kampanie marketingowe, które sprawiają, że z utęsknieniem czekamy na kolejne wiadomości z anielskiego świata. Roy Raymond, który w 1977r. założył firmę, zapożyczając się na 80 tys. dolarów, z pewnością nie sądził, że stworzy bieliźniane imperium warte miliardy.


56

M U S T H AV E D L A N I EG O

Dla Niego New Balance 009 Chcąc dopasować klasyczne modele do codziennego trybu życia, designerzy stworzyli model 009. Stanowi on połączenie trzech znanych modeli NB 997, 998 i 999, z których zapożyczono różne elementy konstrukcji obuwia. W bucie zastosowano podeszwę o podwójnej gęstości oraz piankę na kołnierzu, która chroni staw skokowy i zapobiega kontuzjom. Kolekcja 009 dostępne jest w Polsce w czterech wersjach kolorystycznych. nbsklep.pl

Zapalniczka Nawet jeśli nie jesteś nałogowym palaczem, dobra zapalniczka to coś, co warto mieć w kieszeni. Czarna, podwójna żarowa zapalniczka zdecydowanie do takich należy. Stylowy, acz niewielki, gadżet może ci się przydać w wielu sytuacjach, o których początkowo nawet byś nie pomyślał. Choćby po to, by zrobić wrażenie – to zapalniczka, którą można ładować przez USB, jest produktem eko. A co najważniejsze, płomień nie gaśnie od wiatru. shop-tetra.com

PLECAK Nadal nie przekonałeś się do toreb dla mężczyzn? Nic straconego. Nie ma przecież sensu się zmuszać. Jeśli czujesz, że wolisz plecaki, koniecznie rzuć okiem na ten. Skórzany, czarny plecak z zapięciami w kolorze brudnego złota nie tylko wygląda na porządnie wykonany, ale rzeczywiście należy do tych wyjątkowo trwałych. Nie uszkodzi się szybko pod wpływem ciężarów i posłuży ci przez lata. brookstone.com


57

M U S T H AV E D L A N I EG O

Portfel Stało się. Twój ukochany portfel świeci dziurami, a ty nie chcesz przecież w tak głupi sposób stracić majątku. Jeśli rozglądasz się za nowym, podpowiadamy! Oto portfel, który jest dobrze wyprofilowany, miękki i dobrej jakości. Dodatkowo jego kolor zadowoli zarówno tych, którzy nie chcą powiększać kolekcji czarnych gadżetów, ale nie do końca przekonali się do koloru. Portfel prawdziwie kompromisowy! diamondsupplyco.com

Zegarek Zegarki od dawna są już głównie elementem biżuterii. Mało komu służą jak źródło informacji, która jest godzina. Dlatego coraz częściej dobry zegarek to prawdziwa inwestycja w wizerunek. W oko wpadł nam ostatnio szaro-matowy, który bez wątpienia wyróżni się na tle czarnych i brązowych propozycji, ale w sposób nieprzesadnie nachalny. Skórzany pasek nie podrażnia skóry. asos.com

Bluza GOLDEN LIPS Lubisz czasem chwalić się, że czytasz? Golden Lips to polska marka odzieżowa, która powstała z pasji do mody i literatury. Chce udowodnić, że moda może mieć coś więcej do powiedzenia, a literatura coś więcej do pokazania. Jest pierwszą w Polsce firmą odzieżową, która tworzy ubrania, dodatki i gadżety z projektami graficznymi w postaci cytatów, sentencji polskich i zgranicznych pisarzy oraz poetów, m.in. Charlesa Bukowskiego czy Witolda Gombrowicza. Bluza unisex. goldenlips.pl

Dr. Martens / Heavy Duty W tym sezonie w przypadku glanów mamy do czynienia z kontynuacją tradycji subkultury buntu z elementem psychobilly. Za inspirację posłużyła charakterystyczna „szlamista” grafika, z której słynie psychobill. Sznurowane na osiem oczek buty Dr. Martens Pascal są zrobione z lekkiej skóry licowej, której miękkość odczujesz od razu. A to dzięki charakterystycznej podeszwie pneumatycznej. To glany, których symbolem jest buntownicza pewność siebie. heavyduty.pl

Książka Portraits Of The New Architecture 2 Interesujesz się nowoczesną architekturą? Jeśli tak, koniecznie powinieneś mieć na swojej półce tę publikację. Znajdziesz tu nie tylko wszystko, co w nowej architekturze warte uwagi, ale też przeczytasz obszerny wstęp Paula Goldbergera. Zdjęcia wykonał Richard Schulman, co samo w sobie jest już świetną rekomendacją. assouline.com


58

JAW S D R O P

Ticwatch 2 Najbardziej interaktywny smartwatch na rynku, który oferuje swoim użytkownikom wiele możliwości. Pozwala sprawdzić pogodę, dzwonić do bliskich, odpowiadać na wiadomości tekstowe, a nawet zamówić Ubera, kiedy nie ma jak wrócić do domu. Sterowanie smartwachem jest banalnie proste w obsłudze. Jedyne co należy zrobić to wypowiedzieć wskazaną komendę lub wykonać odpowiedni gest. ticwear.com

M3D Pro Jeśli od dłuższego czasu nie możecie znaleźć odpowiedniego sprzętu do druku w 3D, rzućcie okiem na tę propozycję. M3D Pro to profesjonalna drukarka 3D, której można używać zarówno w pracy, jak i w domu. Zajmuje mało miejsca, ale to, co wyróżnia ją spośród tego typu sprzętu, to nadzwyczajna lekkość i cicha praca. Drukarka drukuje obiekty 3D o maksymalnych wymiarach 19,8 cm x 18,2 cm, a prędkością druku włókna wynosi zaledwie 60mm/s. printm3d.com

Eon Eon to zdecydowanie gadżet dla fanów skateboardingu, którym znudziło się odpychanie nogą od asfaltu. Przy pomocy tego drobiazgu każda deskorolka, w zaledwie kilka sekund, zostanie wyposażona w napęd elektryczny. Nieważne czy jest to longboard czy zwykła deska. Eon pozwala rozwinąć prędkość do 35 km/h, a na jednym ładowaniu można przejechać aż do 24 km, więc w ciągu chwili można szybko dotrzeć we wskazane miejsce. unlimited.engineering


59

JAW S D R O P

Dot W czasach, gdy nasz smartfon dostarcza nam tak wielu informacji, potrzebujemy sprawnego systemu powiadomień. Tym właśnie jest Dot. Informuje on nasz telefon gdzie się znajdujemy, abyśmy otrzymywali dostosowane powiadomienia. Często w samochodzie otwieracie tę samą aplikację? Z Dot otworzy się ona automatycznie. Dodatkowo za pomocą gadżetu można kontrolować, w którym miejscu wiadomość przez nas wysłana zostanie dostarczona do odbiorcy. producthunt.com

Shoka Bell Wszyscy, którzy od samochodu wolą rower, powinni zainteresować się Shoka Bell. Jest to przenośny dzwonek, który dodatkowo został wyposażony w funkcję oświetlania drogi oraz może służyć jako nawigacja. Gadżet zawiera 8 różnych powiadomień dźwiękowych, które informują rowerzystę o istniejących zagrożeniach, a jego nowoczesny design sprawia, że aż chce się wyrzucić stary dzwonek do kosza. shokabell.com

Nunulo Gogle rozszerzonej rzeczywistości można zakupić już praktycznie wszędzie. Dlaczego warto więc zainwestować w Nunulo? Jako jedyne na rynku spośród wszystkich okularów VR, minimalizują problemy związane z nudnościami, zawrotami i bólami głowy, dzięki zastosowaniu odpowiednich soczewek. Dodatkowo są szerokokątne i można dostosowywać je do swoich oczu. Sprawiają, że nasze źrenice nie męczą się tak, jak przy standardowych okularach VR, a wzrok nie ulega znacznemu pogorszeniu. nunulo.com

Ockel Sirius B Ockel Sirius B jest to przenośny, kieszonkowy komputer zasilany przez jeden z najpopularniejszych systemów – Windows 10. Waży mniej niż jabłko. Jest też na tyle mały, że można go spokojnie schować w kieszeni. Wyposażony został w HDMI, Bluetooth, wi-fi oraz dwa porty USB. Konstrukcja niezawierająca wentylatora sprawia, że urządzenie jest niezwykle ciche. Ten przenośny PC sprawi, że zabieranie komputera w podróż czy do pracy będzie prawdziwą przyjemnością, a nie ciężarem jak dotychczas. ockelproducts.com


Crown Tattoos

Tekst: Katarzyna Mierzejewska

Która dziewczynka nie marzyła o życiu w royal family? Oglądając kolejne bajki Disneya, każda młoda kobietka w pewnym momencie miała już swoją ulubioną księżniczkę. Jedne marzyły o pocałunku księcia i zamykały się „w najwyższej wieży”, czekając na prawdziwą miłość. Inne z lubością mierzyły kolejne tiulowe, cukierkowe sukienki i paradowały na placu zabaw z plastikową koroną na głowie. Przywołując tamte wspomnienia reakcja jest jedna: pobłażliwy uśmiech i politowanie.

K

siężniczkowe zapędy u dziewczyn bez dwóch zdań kojarzą się z kiczem i niskim IQ. Bo i kto rozumny dobrowolnie, „na serio”, bawi się w odwołania do monarchii ozdobione górnolotnym cytacikiem z Paulo Coelho. Wszyscy to znają. Dzióbki, selfie w lustrze, za dużo makijażu i przepalone włosy. Rozpaczliwa próba zwrócenia na siebie uwagi okraszona jest tekstem w stylu „jestem pieprzoną księżniczką”, „czekam na księcia”, „zasługuje na królewskie traktowanie”. Tak samo alergicznie reaguje się na T-shirty z nadrukami o podobnym walorze intelektualnym, zakładając, że księżniczkowa faza to dobry materiał na tzw. „bekę”.

Wielki powrót Ostatnimi czasy internet obfituje w zdjęcia zwiastujące powrót „księżniczkowej ery”. Instagram wypełniony jest fotkami tatuaży w kształcie korony. Są małe, subtelne umiejscowione zwykle na palcu bądź w jakimś

niewidocznym miejscu. Zanim jednak nastąpi fala dezaprobaty i zniesmaczenia, warto poznać kulisy nowego trendu w tatuowaniu i motywy kierujące dziewczynami, które decydują się paradować przez życie z permanentną koroną. „Dostałam od życia gorzką lekcję. Powoli wychodzę jednak na prostą. Za każdym razem, gdy dopada mnie chwila zwątpienia (czyli bardzo często), spoglądam na tę małą rzecz zdobiącą mój palec i mój oddech się uspokaja. Może to głupie, ale korona przypomina mi, że nawet kiedy upadam, to nadal jestem wartościowa. Nadal mogę być królową życia. I mogę być z siebie dumna.” Tego typu posty robią prawdziwą furorę w sieci i w błyskawicznym tempie są powielane przez kolejne zwolenniczki „crown tattoos”. Wytatuowana


61

LIFEST YLE ART YKUŁ

W ruchu „crown tattoos” niektórzy dopatrują się nowego, przystępnego wymiaru feminizmu. Nie musimy już palić staników, wyrywać sobie książek Simone de Beauvoir czy prześcigać się w cytowaniu Susanne Sontag.

korona stanowi coś w rodzaju talizmanu szczęścia, zajęła miejsce pluszaka, który towarzyszył nam na sprawdzianach z przyrody. Korony przypominają dziewczynom, że są silnymi, wartościowymi królowymi i mają oczekiwać od innych takiego właśnie traktowania – z szacunkiem. Kiedy sami nie będziemy tego wymagać, nikt ochoczo nie zacznie dbać o nasze dobre samopoczucie. Prowodyrką akcji jest blogerka parentingowa Constance Hall. Dzieli się ona ze swoimi czytelnikami blaskami i cieniami życia aktywnej mamy, która nie boi się przybrać dodatkowych kilogramów. Jej konto na Instagramie śledzi ponad 100 tysięcy osób. Niedawno wydała też książkę Like a Queen – wymowny tytuł rzuca światło zrozumienia na jej wpływową pracę w internecie. Hall jest chwalona przede wszystkim za otwarte przeciwstawianie się wszelkim rodzajom dyskryminacji czy niesprawiedliwości dotykającej kobiety. Począwszy od krytyki ciała i presji osiągania rozmiaru „O”, po krzywdzącą rolę matki, żony i kucharki, w którą po założeniu rodziny próbuje się na siłę wpasować większość pań. Ona pierwsza opublikowała zdjęcie z koroną na palcu okraszone motywującym opisem. Jedna z dziewczyn poczuła się wyjątkowo zainspirowana tym postem i powieliła go na swoim koncie. Tym sposobem, od słowa do słowa, koronowy szał rozprzestrzenił się wśród tysięcy użytkowniczek Instagrama i obecnie „crown tattoo” można spokojnie nazwać nowym trendem, który oprócz designu niesie za sobą mocny, choć prosty, przekaz społeczny.

Królową być Hall nie przebiera w słowach. Jej przekaz jest bezkompromisowy, twardy i pełen soczystych, dosadnych określeń. Jej definicja „bycia królową” jest kompletnie różna od tego, czym karmiły nas bezmyślne figury tworzone przez Disneya. Królowa powinna wspierać inne królowe oraz pomagać im w wychodzeniu z życiowego bagna. Nie może pozwolić, by zaczęły w siebie wątpić i traktować się zbyt surowo. Królowa nie jest i nie może być idealna. Nie byłaby wtedy realna. Królowa jest świadoma swoich wad, przywar i cech charakteru, które są denerwujące. Jednocześnie ma poczucie własnej wartości, akceptuje i szanuje siebie. Zmienia to, co utrudnia jej życie. Nie rani innych ludzi i z pełną odpowiedzialnością akceptuje to, na co nie ma bądź nie chce mieć wpływu. Królowa jest jedna z niewielu osób, która realnie wdraża w życie truizm „żyj po swojemu, żyjesz tylko raz”. Ludzie często o tym zapominają. Hall nie czuje się „trenerem osobistym”, nie chce nikogo na siłę zmieniać czy zabawiać się w wielką moralizatorkę. Ruch królowych jest całkowicie egalitarny i inkluzywny. Niewinna, instagramowa zabawa zamieniła się w prężnie działającą grupę wsparcia, która jest pełna solidarności i akceptacji. To

zadziwiające jak ludzie potrafią tłumić w sobie złe emocje, a potem pod wpływem spontanicznej akcji podzielić się najbardziej traumatycznymi przeżyciami z grupą de facto obcych ludzi, stając się tym samym żywym przykładem na zbawienny wpływ podnoszenia się po porażkach. Poprawianie sobie samopoczucia to jedno, jednak crown tattoos poszły o krok dalej. Kolejne publikowane historie nie dotyczą już tylko pogodzenia się ze swoją tuszą czy problemami dnia codziennego. Swój tatuaż postanowiła pokazać ofiara przemocy domowej, samotna matka ledwo wiążąca koniec z końcem czy osoba przykuta do wózka. Tatuaż-talizman daje nam przyzwolenie na porażkę, błędy, po prostu na bycie człowiekiem. Może przypominać o dawnej świetności albo wręcz przeciwnie – oddzielać przeszłość grubą kreską i zachęcić do dania sobie samemu szansy na lepszą przyszłość. Przekonanie samego siebie, że zasługuje się na dobre rzeczy, to czasem naprawdę trudna sztuka. Sami jesteśmy swoimi największymi krytykami, a nawet wrogami, zależy jak bardzo poplątane emocjonalnie było dotychczasowe życie.

Przystępny wymiar feminizmu W ruchu crown tattoos niektórzy dopatrują się nowego, przystępnego wymiaru feminizmu. Nie trzeba już palić staników, wyrywać sobie książek Simone de Beauvoir czy prześcigać się w cytowaniu Susanne Sontag. Można zwolnić w wyścigu, w którym chodzi o udowadnianie za wszelką cenę swojej wartości. Hall ma na to piękną odpowiedź: nie musisz wylewać siódmych potów, żeby stać się cudowną. Już jesteś cudowna. Ze smutkiem można skonstatować, że blogerka jest jedną z niewielu aktywnych przedstawicielek tej odwróconej psychologii myślenia, które tak bardzo ułatwiłoby życie wielu kobietom i oszczędziło im nocy przepłakanych w poduszkę. Ciągłe dążenie do mitycznego, lepszego jutra, stawianie sobie za wysoko poprzeczki, pokutowanie za błędy sprawia, że przegapiamy teraźniejszość. Taka ciągła walka z samym sobą bywa przytłaczająca. Dlaczego warto czasem się zatrzymać, zrobić przerwę i z uśmiechem powiedzieć do lustra „jesteś super!”. Co jest złego w chwaleniu siebie i dbaniu o komfort psychiczny? Choć w dzisiejszym świecie satysfakcja ze swoich dokonań nie jest w modzie (zawsze możesz być lepszy, nie wolno ci stać w miejscu), można wzorem Hall pokusić się o „rewolucyjny” eksperyment społeczny i zobaczyć co się stanie, gdy będziemy dla siebie życzliwi. Czy naprawdę spektakularnie zakończymy klęską naszą drogę rozwoju? Przy okazji warto pamiętać także o panach (w końcu crown queens to egalitarne przedsięwzięcie). Każdy nieszczęśliwy i krytyczny wobec siebie samiec alfa powinien znaleźć swojego wewnętrznego króla (nie mylić z samozachwytem!) i także spróbować być z siebie choć czasem dumny. Początkowy szok i niedowierzanie mogą z czasem zamienić się w miły i częsty rytuał. W końcu płacimy krocie za używki i rozrywki, które mają nas rozweselać. Warto poszukać tańszych zamienników.


62

Cropp Baltic Games Tekst i zdjęcia: materiały promocyjne

Pierwsza połowa sierpnia to już tradycyjnie czas, kiedy Gdańsk opanowują najlepsi riderzy. Tym razem fani sportów ekstremalnych mieli okazję podziwiać niesamowite triki zawodników w ramach Cropp Baltic Games. Jak wypadł event? Kto zrobił największe wrażenie? Oto nasza relacja!


63

C

zuć było, że ta edycja będzie naprawdę wyjątkowa, ale nic nie zapowiadało, że aż tak. Wprawdzie zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że energia i pasja, jakie stoją za eventami z tej serii, to gwaranty sukcesu, ale tegoroczna Cropp Baltic Games zapisze się na kartach jako zdecydowanie największa i najlepsza w historii. Na Placu Zebrań Ludowych w Gdańsku pojawili się prawdziwi wymiatacze. Wśród nich rider Monster Energy – Colton Walker. I to właśnie on stał się spektakularnym zaskoczeniem wydarzenia.

Młody Amerykanin nie mógł sobie wymarzyć lepszego debiutu na największym festiwalu sportów ekstremalnych i muzyki w Polsce. Zaliczając bezbłędny, gładki przejazd pełen stylowych bangerów, Walker uzyskał notę, o której marzy każdy zawodnik sportów akcji – 100/100 pkt. Tym samym wygrał zawody BMX z maksymalną możliwą notą, a także zajął drugie miejsce w finale Dirt BMX, choć jest bardziej riderem parkowym. Do zwycięzcy – Dawida Godźca – stracił mniej niż trzy punkty. Robi wrażenie! Warto było to zobaczyć chociażby dla min wszystkich tych, którzy pojawili się tego dnia na miejscu. „Jestem mega podjarany. To mój pierwszy raz tutaj na Cropp Baltic Games, a od razu zaliczyłem przejazd, jaki chciałem. Miałem w głowie konkretny plan i wszystko mi się udało. Park był świetny, idealny set up. Wszystko poszło bardzo, bardzo dobrze. Transfery i pozostałe tricki, różne ścieżki – ten park oferował wszystko, co powinien mieć porządny park na zawody. Bardzo się cieszę, że mogłem wziąć udział w tych zawodach i nie mogę się już doczekać powrotu tutaj za rok” – powiedział po wszystkim Colton Walker. Do Gdańska zawitał także jego ziomek z amerykańskiej Monster Army – Jeremy Malott. On również zapadł w pamięć, bo na bmx-owym torze wymiatał jak mało kto. Ostatecznie od miejsca na podium dzielił go tylko jeden punkt. Podobnie jak Walker jarał się atmosferą, panującą na evencie.

„Fani w Polsce są jednymi z najlepszych, przed jakimi mogłem do tej pory startować. Wszyscy szaleją wraz z każdym kolejnym trickiem wykonywanym przez wszystkich riderów, co dodaje nam masę energii. A gdyby nie fani, ta zabawa nie miałaby większego sensu”. Te słowa idealnie oddają, co działo się na Cropp Baltic Games. Na dirtowym torze, składającym się ze step downu ulokowanego na konterach i dwóch konkretnych hop, w zawodach MTB rywalizował także rider Monstera z Węgier – Oszkar Nagy. Po ciężkiej przeprawie w swoim pierwszym przejeździe, którego ostatecznie nie udało mu się ukończyć, Oszkar musiał podejść nieco spokojniej do swojej drugiej i zarazem ostatniej próby – finalnie ukończył zawody na 6. miejscu. Jak zwykle emocje po zawodach każdego z trzech dni podtrzymywały niesamowite aftery w namiocie koncertowym. Cóż, tego, choć bardzo by się chciało, nie da się już opisać. Tam po prostu trzeba być! Takiej atmosfery serdeczności, otwartości i pozytywnego podejścia do świata, nie ma chyba nigdzie indziej. Widać, że wszystkich tych ludzi łączy wspólna zajawka i nieprawdopodobne wręcz porozumienie. Chyba nie będzie przesadą powiedzenie, że to po prostu niebywały wręcz „wajb” wyczuwalny od pierwszych sekund. A co najważniejsze – te wibracje udzielają się nawet tym, którzy na początku nie są aż tak wkręceni i przekonani. Dodatkowo pomiędzy kolejnymi sesjami wszyscy, którzy przyjechali do Gdańska, mogli trochę poczilować w obu parkach. Ci, którzy z eventu chcieli wrócić z dziarą, albo zadbać o brodę, mieli okazję skorzystać ze stoiska tatuażu i barber shopu, znajdujących się w strefie Monster Energy. Co wydarzy się na kolejnych Baltikach – tego nie wie nikt. Mamy jednak pewność, że każdy kolejny będzie tak udany jak ten, a może nawet lepszy! Choć póki co trudno nam w to uwierzyć, bo nie mamy pojęcia, co jeszcze wymyśli ekipa CBG. Jedno jest pewne: będzie grubo! Tymczasem regulujemy oddech i odliczamy tygodnie do kolejnej edycji.


Drut kolczasty i afrykańskie pingwiny Tekst i zdjęcia: Emilia Pluskota

Południowa Afryka nigdy nie jest oczywista. RPA zaskakuje kulturą, kolorami i śmiechem, który wybrzmiewa przez łzy. Tutaj drogi prowadzą przez nowoczesne aglomeracje, dzielnice nędzy, upalne safari i wszechobecny podział klasowy.


65

LIFEST YLE ART YKUŁ

W

czesnym popołudniem czuć skwar i wszechobecną duchotę. Obwodnica wiodąca dookoła Kapsztadu dzieliła miasto na dwie części: bogatą i nowoczesną oraz tę ubogą. W oczy rzucały się domy sklejone z niczego o zadaszeniach z kolorowej blachy, które przed wiatrem chroniły jedynie mocno przytwierdzone kamienie. Ten widok był zaledwie przedsmakiem wszechobecnego podziału klasowego. Apartheid, który zakończył się dopiero w drugiej połowie lat 90. ubiegłego wieku, pozostawił po sobie ogromny ślad. Budynek, w którym znajdowało się nasze lokum, nadal był otoczony potężnym drutem kolczastym. Miał za zadanie odstraszać czarnoskórych mieszkańców przedmieść. Biedne, brudne, na które turyści nie powinni się zapuszczać. Biura podróży oferują wycieczki do Langi, afrykańskiego township tuż obok Kapsztadu, proponując tym samym rozrywkę w postaci fotografowania slumsów i nędzy. Nie ma jak traktowanie biednych ludzi jak zwierzęta w ZOO, na które można z ciekawością spoglądać zza krat. Niewygodny i nieprzyjemny dla ducha podział społeczny, zostaje przypudrowany obfitym, kulturalnym życiem miasta. Muzea, koncerty i liczne galerie sztuki pokazują afrykańskie dziedzictwo od podszewki. Korytarze kolorowych ulic zaskakują, a każda kolejna dzielnica miasta różni się od poprzedniej. Tutaj najlepsza restauracja z organicznym, pełnym owoców jedzeniem znajduje się przy niepozornym, handlowym bulwarze, otoczonym z każdej strony fabrykami. Na odkrycie i poznanie Kapsztadu potrzeba wielu niespiesznych tygodni. Udając się do Afryki Południowej koniecznie trzeba wzdłuż i wszerz zjeździć Półwysep Przylądkowy, który ukazuje nieoczywiste oblicze Czarnego Lądu. Otóż można na nim zobaczyć pingwiny, które zamieszkują wybrzeże kontynentu od Namibii aż po Mozambik. Były też foki, suszące swoje opasłe ciała na skale, ułożone jak sardynki w puszce. Co jakiś czas dopływały do portu, gdzie stary, bezzębny mężczyzna karmił je surowymi rybami prosto ze swoich ust. To się nazywa przyjaźń! Do tego surferzy, rozległe plaże pokryte białym pyłem i pawiany, leniwie obserwujące ruch uliczny z rozgrzanego asfaltu. Jako jedyne przypominały o Afryce, która w tych rejonach, wygląda zupełnie inaczej niż na pocztówkach.

Obowiązkowym punktem wyprawy jest symbol Kapsztadu, czyli Góra Stołowa. Pokryta obrusem z mglistych chmur, przyciąga turystów z całego świata. To właśnie tutaj są najpiękniejsze zachody słońca. Warto

jednak pamiętać, że noc zapada tutaj dosyć szybko, a na zjazd kolejką można czekać niemal dwie godziny w całkowitych ciemnościach, obserwując rozświetlony u stóp góry Kapsztad.

Europejska rozpacz Pożegnanie z Kapsztadem jest jednocześnie przywitaniem z Afryką. Kilka dni w cywilizowanym mieście stanowi preludium do nieco bardziej dzikiego oblicza RPA. Przemieszczając się wzdłuż wybrzeża kontynentu w kierunku Durbanu, coraz bardziej odczuwało się dokuczliwy upał. Palmy zaczynały znikać, a w ich miejsce pojawiały się wysuszone krzewy i szerokie, bezkresne pola. Odległości między zabudowaniami były coraz większe. Głód nieoczekiwanego rósł z godziny na godzinę. Niestety, najbliższe dni przyniosły rozczarowanie i łzy. W zestawieniu z dużymi oczekiwaniami, była to istna katastrofa, w efekcie której można szczerze pożałować wydanych pieniędzy i poświęconego czasu na realizację podróży. Napotkane na drodze miasta przepełnione były białymi twarzami Europejczyków. Czarnoskórzy, rodzimi mieszkańcy stanowili zaledwie znikomy procent tej kolorowej, turystycznej masy. Obsługiwali restauracje, sklepy z pamiątkami, sterowali jachtami. Byli jedynie dodatkiem do afrykańskiego Lazurowego Wybrzeża. Kolejne porty przy autostradzie, nie przywróciły nadziei w prawdziwą Afrykę. Patrząc na widoki rodem z St. Tropez, człowiek czuje się po prostu oszukany. Nie tego oczekujesz po tak odległej wyprawie. Zatapiając się w miękkiej, europejskiej pościeli, marzyłam o safari.

Ciężar na głowie, który cieszy Już tylko kilka dni dzieliło nas od celu podróży. Pokonując trasę, czuć było, że coś się zmienia. Powietrze stawało się coraz cięższe, roślinność uboższa. Co jakiś czas przejeżdżaliśmy przez małe wsie, gdzie niewielkie, okrągłe domki pokryte były strzechą. Tutaj życie toczyło się wzdłuż autostrady. Bez miejskiego transportu ani środków na benzynę, mieszkańcy stali przy jezdni, wymachując banknotem w poszukiwaniu podwózki. Dzieci obserwowały przejeżdżające samochody, odnajdując w tym rozrywkę najwyższej klasy. Czasem można było spotkać przechodniów na kompletnych pustkowiach, którzy na własnych nogach pokonywali ogromne dystanse między miastami. Najczęściej były to kobiety w średnim wieku, niosące na głowie pokaźne zakupy. Jak to możliwe, że są w stanie udźwignąć na szyi tak wielkie kosze? Poza specyficzną kulturą tubylców, werwy z pewnością dodaje wizyta w Addo Elephant Park. Mijając słonia za słoniem, małe guźce, antylopy Gnu, zebry i pawiany, można odnaleźć swoją długo wyczekiwaną przygodę.


66

LIFEST YLE ART YKUŁ


67

LIFEST YLE ART YKUŁ

Tutaj każdy nauczy się pokory i choć na chwilę poczuje prawdziwą radość z prostego życia.

Prawdziwą egzotyką zaskakuje Durban w połowie zamieszkiwany przez Hindusów, a w połowie przez Afrykanów, głównie z plemion Zulu i Xhosa. Ciężki w swojej architekturze, spalił słońcem i uraczył najlepszym jedzeniem. O panującym tutaj etnicznym konflikcie opowiedziała nam starsza hinduska, wegetarianka i uczennica Sai Baby, mistrza duchowego. Robiąc zakupy na ulicznym bazarze można dowiedzieć się, że czarni mieszkańcy nie tolerują innych społeczności, które sprowadzone zostały tutaj wiele lat temu w niewolniczym celu uprawy trzciny cukrowej. Ta niechęć powoduje wiele bójek, kradzieży i innych nieprzyjemności. Po zmroku, który zapada w Durbanie już po godz. 16:00, jest niebezpiecznie i nie należy wtedy krzątać się po ulicach. Bezpieczniej dla turystów jest zamieszkać w białych dzielnicach . Choć prawny podział, oparty na segregacji rasowej, oficjalnie zniesiono, to w praktyce niestety nadal tu funkcjonuje. Kąpieliska dla białych i czarnoskórych mieszkańców są oddalone od siebie o kilkadziesiąt metrów, potęgując rozwarstwienie społeczne. Na miejskich billboardach widać liczne kampanie reklamowe alarmujące przed AIDS, zachęcające do korzystania z prezerwatyw. Można je dostać za darmo na niektórych stacjach benzynowych. Najbardziej razi nierówność klasowa. Z jednej strony są organizowane na plaży festyny dla bogatych dzieci, z drugiej widać ludzi biednych i niewykształconych. Jednak pomimo tego wyraźnego problemu społecznego i ekonomicznego, na ulicach słychać śpiew. To szczery śmiech i żywe emocje, jakich w Polsce wciąż mało. A szkoda. Będąc w środku tego energetyzującego miasta, człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego pomimo tego, że mamy o wiele więcej, cieszymy się znacznie rzadziej? Tutaj każdy nauczy się pokory i choć na chwilę poczuje prawdziwą radość z prostego życia.

Wolność Park Krugera to żywe królestwo zwierząt. Afrykańskie safari było wisienką na torcie afrykańskiej podróży. Ostatnie

dni spędziliśmy łykając leki na malarię i przemierzając zakurzone drogi, rozglądając się godzinami w poszukiwaniu lwów i innych okazów, które znacznie lepiej prezentują się na łonie natury niż w warszawskim ZOO. Mijając bawoły, zebry, żyrafy, słonie trudno uwierzyć, jak te szczęśliwe w swoim środowisku zwierzęta, można zamknąć w klatce, oddalonej od ich domu o tysiące kilometrów. A nocą, kiedy w obozie bez prądu zapadła ciemność, za cienkim płotem nasłuchiwaliśmy głodnych hien i słoni, które zajadały gałęzie drzew, znajdującymi się niemal nad naszymi głowami. Wizyta w parku to kwintesencja Afryki. Pozwala poczuć spokój, wolność i docenić życie bez zbędnego pośpiechu. Bo właśnie taki jest ten kontynent, niespieszny i naturalny w swoich emocjach, pomimo tak wielu konfliktów i okoliczności, w jakich my, Europejczycy nie wyobrażamy sobie żyć. Kilka tygodni to stanowczo za mało, żeby poznać RPA. Jednak my zdążyliśmy się z Południową Afryką zaprzyjaźnić, licząc na kolejne podróże i przygody u jej boku. Ciepłe kolory safari, aromat palonej kawy i szczęśliwy nosorożec na drodze, śnią mi się do dziś.


Zupełnie inny wymiar whisky

Tekst i zdjęcie: materiały promocyjne

Zawrotne tempo życia i ogrom obowiązków sprawiają, że nie zawsze mamy czas, żeby się zatrzymać. Przyznając, że w życiu ważne są tylko chwile, staramy się, by były one warte zapamiętania. Właśnie w takich momentach warto się rozsmakować. Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi Grant’s, proponując nowy wariant swojej kultowej whisky – Grant’s Select Reserve.

S

potkania z przyjaciółmi to czasem spontaniczne wypady, a czasem chwile proszące się o bardziej zaplanowaną i wysmakowaną oprawę. I nie chodzi tu o drobiazgowe dopasowywanie kolejnych elementów, detaliczne planowanie i chirurgiczną wręcz precyzję. Zdarza się, że wystarczy jedna mocno postawiona kropka nad „i”, by pojawił się odpowiedni klimat. Jeden szczegół ma nierzadko moc zmieniania całości. Jaki? To już zależy od każdego z nas, ale życiowym banałem, acz niestety prawdziwym, jest fakt, że nawet to, co na pierwszy rzut oka wydaje nam się złym pomysłem, okazuje się po chwili strzałem w dziesiątkę.

Tak właśnie często ludzie reagują na whisky. Długo żyją w przeświadczeniu, że to nie dla nich. Mówią o zbyt intensywnym smak i zapachu, kojarzą ją z ciężką atmosferą. Imprezy, na których występuje w roli głównej, wydają im się nadęte i poważne. Przed oczami migają im kadry z Ojca Chrzestnego. Kiedy zmieniają zdanie? Gdy spróbują whisky podanej w takiej formie, która im odpowiada. A przede wszystkim tego rodzaju whisky, która przekonuje niedowiarków, że nie zawsze trzeba mieć zestaw kubańskich cygar, żeby polubić ten trunek.

Z myślą o takich osobach powstał nowy wariant whisky – Grant’s Select Reserve, która jest idealna na rozpoczęcie przygody z tą klasą alkoholi. Jej podstawą jest mieszanka starannie dobranych whisky grain oraz single malt. Dojrzewały one w dębowych beczkach po innych alkoholach, m.in. bourbonie. Na rynkach na świecie Grant’s Select Reserve pojawił się niedawno i już zdążył zdobyć złoty medal w ramach konkursu The Global Scotch Whisky Masters 2015. Zapewne przed nim jeszcze więcej nagród – wszystko dzięki opracowanej pod nadzorem obecnego Master Blendera Briana Kinsmana, wyjątkowej recepturze, która przekłada się na niezwykły smak trunku. Warto dodać, że na polskim rynku – dotąd niespotykanego. Od pierwszego łyku poczujemy wanilię, kwiaty, pieczone jabłka, brzoskwinie, gotowane gruszki, gorzką czekoladę. W sam raz na długie jesienne wieczory, w które wracamy sentymentalnie do wspomnień o wakacjach i słońcu. Każdy, kto do tej pory wzbraniał się przed whisky, może właśnie teraz staje przed niepowtarzalną okazją zmiany dotychczasowego punktu widzenia? Jesień może być przecież porą na poszerzanie horyzontów i decyzję o spróbowaniu czegoś nowego. Zawsze jest dobry moment na pozytywne zmiany i małe przyjemności, prawda? Niech to zostanie pytaniem retorycznym.


Współpraca: DM instagram

Nina Kozieradzka - @neen_nah - prezenterka TV, Dj Jakub Buczyński - @jackobbuczynski - model, instagramer

Wybieramy najciekawsze osobowości Instagrama i blogosfery. Tu nie ma przypadków. #hiroinfluencersteam to grupa ludzi o najlepszym stylu, docierająca do właściwych odbiorców. Miasto, moda, muzyka, sport, lifestyle. R A ZE M M A MY DZISIA J 3 12K F O L L OW E R S ÓW, A L E W   S T YC ZNIU 20 17 BĘ DZIE 1 M L N.


HIRO 53  

HIRO 53 Polish culture magazine. Cover photo: Łukasz Jasiukowicz / lukejascz.com Style: Mateusz Opaciński Model: Ale Chad Watterson/ Boom Mo...

HIRO 53  

HIRO 53 Polish culture magazine. Cover photo: Łukasz Jasiukowicz / lukejascz.com Style: Mateusz Opaciński Model: Ale Chad Watterson/ Boom Mo...

Advertisement