Page 1

ISSN:368849

NR 18

PRZEDMIEŚCIA

2x

czyli Who, the f**K, is Arcade fire?!

DODA, lady gaga, NIWEA, ARIEL PINK, porcys, HARRY POTTER & VLOGI

I 243 INNe NAGRODY

www.hiro.pl


INTRO HIRO 18

foto okładka | ERIC KAYNE

hiro świętuje prezydencję! wszystko pomiĘdzy

INFO

RECENZJE

4 Niwea 6 Hennessy Williams 10 Festiwale 12

23 Arcade Fire Zawiedzione nadzieje

Nasi na Jamajce

28

16

Osiedle Swoboda Niech żyje wolność i Swoboda

Doda

oto Rozpoczęła się polska prezydencja w unii europejskiej. Nadziei z tym związanych jest co najmniej tyle, ile parę lat temu mieliśmy w związku z planowaną rozbudową kraju na Piłkarskie mistrzostwa europy. na razie udało się skutecznie zdemontować połowę dróg, a sprawa przycichła i legła odłogiem. w porównaniu z powyższym wyniki tegorocznego egzaminu dojrzałości, którego nie zdał zaledwie co czwarty polski maturzysta, są po prostu znakomite. dlatego wyluzujmy się i świętujmy nasze przewodnictwo w unii! niech nam nie mówią, że nie umiemy cieszyć się z sukcesów. „HIRO” przychodzi wam z pomocą − W wakacyjnym numerze znajdziecie wszystko, co odmóżdża i relaksuje.

MIEJSCA, W KTÓRYCH JESTEŚMY

30 Ariel Pink’s Haunted Graffiti Nawiedzone piosenki 50

34

Muzyka

Lady Gaga Królowa wyprzedaży

52 Film

36 Porcys 10 lat niezalu w Polsce

54 Książki 55 Komiks 56 Gry

CUD NAD WISŁĄ w WARSZAWIE

Tylko dla was rabat na hasło: hiro* Zdjęcia HD to soczystsze kolory i głębsze czernie, naświetlone w rozdzielczości 640DPI na profesjonalnych materiałach Kodak. Nie zechcesz innych odbitek! *Rabat upoważnia do złożenia zamówienia z 20% zniżką, na odbitki od 9x13 do 30x45 cm *Rabat ważny do 31.08.2011 *Hasło „hiro” wprowadź podczas składania zamówienia w koszyku w polu „Tutaj wpisz kod rabatowy”. Ważna jest wielkość znaków

redaktor naczelny:

Grzegorz Czyż grzegorz.czyz@hiro.pl

REKLAMA:

Wojciech Bartoszewicz wojciech.bartoszewicz@hiro.pl Łukasz Brzezicki lukasz.brzezicki@hiro.pl redaktor strony Małgorzata Cholewa internetowej: malgorzata.cholewa@hiro.pl Agnieszka Wróbel Michał Panków agnieszka.wrobel@hiro.pl michal.pankow@hiro.pl promocja:

Maciek Lisiecki maciek.lisiecki@hiro.pl

SKŁAD:

Mariusz Kaczmarek mariusz.kaczmarek@hiro.pl

PROJEKT MAKIETY:

Paweł Brzeziński (Rytm.org // Defuso.com) Współpracownicy:

Piotrek Anuszewski, Jerzy Bartoszewicz, Andrzej Cała, Tomek Cegielski, Patryk Chilewicz, Artur Cichmiński, Bartosz Czartoryski, Piotr Czerkawski, Piotr Dobry, Karolina Dryps, Marek Fall, Zdzisław Furgał, Marcin

Wcześniej nie działo się tu wiele. Aż zdarzył się Cud. Koncerty, imprezy z najróżniejszymi kolektywami i didżejami, spektakle, projekcje filmowe, giełdy rowerowe. Wszystko w romantycznym wakacyjnym klimacie z widokiem na dziki praski brzeg.

Flint, Piotr Gatys, Aleksander Hudzik, Mateusz Jędras, Marcin Kamiński, Łukasz Knap, Łukasz Konatowicz, Dawid Kornaga, Adam Kruk, Sonia Miniewicz, Jan Mirosław, Marla Nowakówna, Maciek Piasecki, Jan Prociak, Jakub Rebelka, Kasia Rogalska, Dorota Smela, Jacek Sobczyński, Filip Szałasek, Bartosz Sztybor, Maciej Szumny, Patrycja Toczyńska, Marek Turek, Kasia Walentynowicz, Dominika Węcławek

WYDAWCA:

Agencja HIRO Sp. z o.o. ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa prezes wydawnictwa:

Krzysztof Grabań kris@hiro.pl

ADRES REDAKCJI:

ul.Chmielna 7/14 00-021 Warszawa tel./fax (22) 8909855

OWOCE I WARZYWA W ŁODZI

Przytulna klubokawiarnia tuż obok, ale bez ciężaru, a więc i tłumów lokali na Piotrkowskiej. Strawa dla ciała – obowiązkowa w tym sezonie bionada – i umysłu: dyskusje, koncerty, projekcje, wernisaże. Przyjemniejsza część miasta.

WWW.HIRO.PL e-mail: halo@hiro.pl

Informacje o imprezach: HIROZDZIRO.PL Społeczność: FACEBOOK.COM/ HIROFREE.FB DRUKARNIA: LCL DYSTRYBUCJA ul. Dąbrowskiego 247/249 93-231 Łódź


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

LUBIMY BLADOŚĆ

NIWEA tekst | JAN PROCIAK

foto | materiały promocyjne

DAWID SZCZĘSNY I WOJCIECH BĄKOWSKI MOCNO NAMIESZALI W POLSKIEJ MUZYCE JUŻ W MOMENCIE SWOJEGO DEBIUTU JAKO NIWEA. ALBUM „01” DLA JEDNYCH BYŁ PRAWDZIWĄ REWELACJĄ, A DLA INNYCH NIESMACZNYM ŻARTEM. WŁAŚNIE UKAZAŁ SIĘ ICH DRUGI KRĄŻEK. I OD RAZU WIDAĆ, ŻE NIWEA NIE ŻARTUJE I NIE ZWRACA UWAGI NA KRYTYCZNE OPINIE, TYLKO ROBI SWOJE. Przy okazji „01” wiele osób uważało, że to będzie jednorazowy projekt, a tu wyszedł kolejny krążek. Skąd wybór, aby wydać go tylko w formie cyfrowej i limitowanego winyla z pominięciem CD? Dawid Szczęsny: Nie mamy czasu, aby bawić się w szukanie

dystrybucji i w problemy z sieciami handlowymi. Wojtek Bąkowski: Poza tym przy każdym działaniu trzeba się zastanowić, o co się walczy. Moim zdaniem CD ma tyle wad, że można z niego zrezygnować. Jest to dość brzydki przedmiot, o który nie chce się dbać. Dystrybucja płyt CD w Polsce jest trudna, a że ludzie ostatecznie ściągają pliki z sieci, nie da się z tego żyć. Zatem jeśli już jakiś przedmiot, to lepiej duży. Taki jak winyl. Płyta jest czarna podobnie jak wasz image. Skąd przywiązanie do tego koloru? Wojtek: Czerń jest brakiem, a to motyw wiodący albumu...

Oczywiście czerń jest ciężka, więc może budzić skojarzenie przeciwne, ale zdecydowanie lepiej pasuje niż biel. Zresztą był „Biały album” The Beatles, więc to już zajęte, zaklepane. Twarze mamy białe. Lubimy bladość. Była też czarna Metallica... Wojtek: Ale z napisem, a my w ogóle nie mamy okładki. To,

że w czasopismach pojawia się czarny kwadrat, nie znaczy, że taka jest okładka. My jej po prostu nie mamy.

Dlatego na końcu płyty pojawia się utwór „Program”, czyli booklet w formie dźwiękowej? Dawid: Tak. Skoro nie mogliśmy nic napisać na płycie, bo założyliśmy

sobie, to musieliśmy to jakoś rozwiązać. I to było wyjście z sytuacji. Co myślicie o głosach, że ta płyta jest mroczniejsza od poprzedniczki, ale jednocześnie przystępniejsza, bardziej zwarta. Dawid: Trudno jest nam to ocenić, bo te utwory powstawały bardzo

długo. Niektóre z nich nagrywaliśmy jeszcze zanim wydaliśmy pierwszą płytę. I generalnie mamy tak, że zgadzamy się ze wszystkim, co się o nas pisze. Wojtek: Tak. My nie mamy programu. W czasie kiedy coś się tworzy regularnie, a my właśnie tak pracujemy nad muzyką, to podobnie jak buty, które się wycierają, styl się zmienia. Nie kontrolujemy tego do końca i dopiero później dowiadujemy się o płaskostopiu. Tak właśnie było z tym albumem. Czym kierowaliście się umieszczając na „02” właśnie te utwory. Bo wiem, że było ich więcej, np. „Jem kamienie” czy „Blady wojownik”. Dawid: Jest wiele utworów, które nie weszły na płytę. Mieliśmy wiele

rozmów na ten temat i ostatecznie z około 20 piosenek wybraliśmy te. Kryterium była spójność. Wojtek: Mimo że te piosenki powstają bez żadnego programowego założenia, jeśli chodzi o stylistykę, to przy tworzeniu albumu działa się koncepcyjnie, jak przy wystawie obrazów. Wybiera się te, które ze sobą korespondują, tworzą jakąś narrację. Pewne rzeczy są odstawione na bok, ale to nie znaczy, że są złe. Właśnie z nich robimy filmy.

04

INFO

I


KONKURS

CALZEDONIA Kwiatowe i geometryczne wzory, kolory nude albo delikatne parea. Tegoroczna kolekcja plażowa Calzedonii uwodzi bogactwem projektów i dbałością o najmodniejsze detale. Z miłości do kobiecych kształtów - Calzedonia i HIRO Free ogłaszają konkurs na WAKACYJNY BIUST. Do wzięcia 2 komplety kostiumów kąpielowych obok których nikt nie przejdzie obojętnie. Na maile ze zdjęciem popiersia (w dowolnej interpretacji) czekamy pod adresem: konkurs@hiro.pl.

konkurs

Tak było z „Bladym wojownikiem”. A co z „Jem kamienie”? Wiele osób uważało, że ten numer promuje płytę. Wojtek: Odseparowanie tego numeru to zasługa Dawida, który ma

fetysz kolekcjonerski związany z winylami. Zbiera single i uważa, że to rzecz wyjątkowa. Powinny one być poszukiwane, zawierać utwory, których nie ma na płytach głównych. Tak jak „Źdźbło meblo” i słynna piosenka Beatlesów... Dawid: Tak, „Strawberry Fields Forever”. Piosenka, która się kojarzy z albumem „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, a nie ma jej na płycie. Lubimy single, których teraz raczej się nie wydaje. Wojtek: Jeśli będziemy dalej regularnie pracować, to kiedyś wydamy składankę „The Singles” (śmiech). Można w takim razie spodziewać się kolejnych filmów? Wojtek: Nie wiem. Zobaczymy, co się stanie. Jesteśmy ze sobą blisko.

Ozoshi

IJesteś jedziesz dalej fanem sportów motoro-

HIRO promuje

wych? Bardziej niż powrotem PiS do władzy przejmujesz się szybką rekonwalescencją Roberta Kubicy? Ubrania Ozoshi są właśnie dla ciebie! Dynamiczny design i ostre niczym zakręty torów formuły F1 kolory to gwarancja najwyższego poziomu adrenaliny, mody i bezpieczeństwa – podczas długich tras i chłodnych letnich wieczorów. Kolekcji szukaj pod adresem: www.thesigned.com

A jak jest z życiem z tych koncertów? o zdarzało się wam narzekać na publikę, która nie chce płacić i próbuje wchodzić na koncerty po znajomości. Wojtek: Jest lepiej. Sytuacja się polepszyła od pierwszego albumu. Na koniec powiedzcie o najdziwniejszych przeżyciach w waszej koncertowej karierze. Wojtek: Graliśmy kiedyś dla japońskiej wycieczki w Bytomiu. Jeden

z Japończyków czołgał się po scenie, znalazł się z głową między moimi nogami i robił zdjęcia z fleszem w górę. To był piękny koncert. Chyba dwie osoby przyszły specjalnie na Niweę. Reszta przypadkowo. Moje niebieskie oczy na próżno szukały szlachetnych rysów białego człowieka na tej sali... Dawid: Pamiętam, że dwie dziewczyny były na tym koncercie. One też były przypadkowo? Wojtek: Tak. To smutna historia. Bytom to nie jest stolica Niwei, chociaż to było dawno, przy pierwszej trasie. Musimy jechać znowu.

Mamy wspólne sprawy i tajemny język do rozmawiania o nich. To wpływa na kształt naszych utworów. Ale może zaczniemy robić rzeźby z gipsu.

POGODA

Jeśli już przy tym jesteśmy, to jak się współpracuje mieszkając w innych miastach? (Wojtek − Poznań, Dawid − Berlin; przyp. red.) Dawid: Dobrze nam się razem pracuje. Bardzo często się widujemy.

Czasami spotykamy się, by popracować nad czymś konkretnym. A czasem po prostu podczas rozmowy wpadamy na pomysł muzyczny.

Warto przy okazji wyjaśnić jedną kwestię. W tekstach na wasz temat często pojawia się zdanie, że to, co robicie, to bardziej performance niż muzyka. Zaś sama Niwea to „widzimisię” artysty Bąkowskiego, który postanowił nagle nagrywać muzykę. Nie wkurza was to? Wojtek: Wkurza. Równolegle rozwijałem się jako muzyk i artysta wi-

zu-alny i nie ma najmniejszego powodu, żeby spychać mnie na margines audioart. Dawid co o tym myślisz? Mówię dobrze czy gadam bzdury? Dawid: Mówisz dobrze. Zamierzacie jakoś się rozwijać, rozszerzyć instrumentarium? Dawid: Nie planujemy. Wojtek: Chyba nie, ale może dziewczyna na bębnach...? Dawid: Poznałem świetną perkusistkę. Dobrze wyglądającą i grającą. Wojtek: To by mogło być dobre. Nagle żywy instrument w tym wszyst-

v

DLA

BIEGACZY

Długo trenowałeś – poprawiałeś kondycję i budowałeś formę po to, żeby w odpowiednim momencie dać z siebie wszystko. Wielkimi krokami zbliża się sprawdzian efektów twoich treningów – jesienny sezon startów! Przed tobą podniesiony poziom adrenaliny na starcie, emocje na finiszu i wciąż to samo pytanie – czy dam radę? Nie pozwól, aby kontuzja pokrzyżowała twoje plany! Eksperci adidas doskonale wiedzą, jak osiągnąć sukces – przygotowali na nadchodzący sezon nową odsłonę kolekcji ubrań adidas Supernova oraz linię stabilizujących butów adidas Supernova Sequence 4 – dla biegaczy, którzy potrzebują maksymalnego komfortu i oparcia, bez utraty prędkości.

kim.

HIRO promuje

Z drugiej strony wtedy nie bylibyście już klasycznym duetem DJ i MC. Wojtek: No. Ale to jest takie gadanie. Nic się nie stanie. Dawid: Nie stanie się. Nie stać nas na to. Wojtek: Właśnie. Trzy gęby do wykarmienia. Jak masz dwie gęby to

jakoś z tych koncertów wyżyjesz.

05

INFO

I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Hennessy WilliamS coś jak strumień świadomości tekst | Maciek Lisiecki

foto | joanna kurkowska

Oto Hennessy Williams, człowiek-rejestrator, autor poczytnego bloga, gdzie udostępnia zapisy alternatywnych koncertów. ostatnio zaś również współzałożyciel labelu THIN MAN RECORDS. Zaczęło się...

Za Oceanem. A u nas?

Zaczęło się pewnie na pierwszych Jarocinach. Wystawanie z grundigami pod sceną to była forma bootlegowania. A u ciebie?

Na początku chciałem mieć coś dla siebie. Było parę koncertów, których żałowałem – że nie mogę ich sobie w żaden sposób odtworzyć, odsłuchać. Stwierdziłem więc, że zacznę nagrywać. I już?

Już. Pomyślałem jednak, że fajnie byłoby robić nagrania dokumentalne, które będą też w miarę brzmiały. Nie jak dyktafonik ukryty w koszuli w marynarce, tłumiony przez piętnaście osób, które stoją przed tobą i wydzierają się. Udało się?

Musiałem się jeszcze nauczyć, jak nagrywać, żeby było fajnie słychać, jakich mikrofonów użyć, żeby odseparować publikę, żeby świetnie wyszła scena... Na początku działałem z partyzanta – nie przejmowałem się zakazami. Nagrywałem, bo wiedziałem, że to będzie tylko dla mnie. Kiedy stwierdziłem, że fajnie by było gdzieś to puścić, to zacząłem się już bardziej przejmować – jak zrobić, żeby to miało ręce i nogi, żeby nie było akcji, że kradzione, a potem agencja antypiracka siądzie mi na głowę.

chodzi. W większości musiałem tłumaczyć. To też było fajne, bo mogłem przemycić własne idee. Kogo interesują bootlegi?

reebok

Wyróżniam dwa typy odbiorców. Pierwszy to fani zespołu, którzy chcą mieć dany koncert u siebie, by sprawdzić, posłuchać. Drugi to osoby, które były na koncercie, które chcą go sobie przypomieć. Te grupy mogą się oczywiście uzupełniać. Czy bootlegi mają przyszłość?

Chciałbym odpowiedzieć, że w związku z tym, jak otwarta jest sieć i coraz bardziej otwarta się staje, że mają przyszłość świetlaną. Ale nie. Coraz więcej wytwórni – głównie dużych – upatrzyło w tym interes. Zaczynają sami nagrywać, wydawać i sprzedawać bootlegi. Rynek płyt fizycznych kurczy się, większość wytwórni coraz mniej zarabia na ich sprzedaży, szukają więc wszelkich form zarobienia na artystach, stąd też tzw. kontrakty 360. Ostatnio zawiesiłeś działalność bootlegerską. Będzie ciąg dalszy?

Zatem?

Każdy zespół, artysta, wykonawca powinien mieć jakieś zdanie na ten temat. Z zachodnimi jest łatwiej, bo wiedzą, jak reagować. Przećwiczyli ten scenariusz nieraz. W Polsce jest inaczej. Czyli jak?

Było parę osób, które nagrywały konkretne zespoły. Fani, np. Kultu, którzy mieli błogosławieństwo zespołu, a nagrania mogli prezentować na forach dyskusyjnych tegoż. Ale to wąski margines tych, którzy wiedzą, o co

Była przerwa, ale wynikająca z zajętości, zaangażowania się w inny projekt... No właśnie. Jaki?

Pomagam w rozkręceniu nowego wydawnictwa płytowego Thin Man Records, którego zarzewiem było dwuletnie kombinowanie Bartosza z Muzyki Końca Lata pod szyldem „Daleko Od Szosy”, wokół którego skupiła się tzw. scena mazowiecka. Aczkolwiek tamto pozostaję autonomiczną inicjatywą. W TMR inspirujemy się kanadyjskim labelem Arts & Crafts, który wydaje Broken Social Scene i wszelkie projekty członków tegoż. Na razie jest wielki sukces albumu Muzyki Końca Lata. Kto więc po nich?

Plan na przyszłość obejmuje długo oczekiwany debiut Maków i Chłopaków oraz Karotkę – dziewczyna od Gaby Kulki.

06

INFO

I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

TWILITE Z TRASY tekst | jacek sobczyński

foto | materiały promocyjne

tekst | JAN PROCIAK

HIRO promuje

Jesteście w trasie promującej „Quiet Giant”. Czym różni się odbiór nagrań publiczności od tego, który miał miejsce po pierwszym krążku?

Zauważamy większe zainteresowanie naszą muzyką. To pewnie z racji tego, że płyta dotarła do szerszego grona niż debiut. Według nas nastąpiła spora zmiana stylistyczna, nowy materiał został wzbogacony grubymi aranżacjami i nawet zastanawialiśmy się, czy dla ludzi oczekujących skromnych akustycznych piosenek będzie to do przełknięcia (śmiech).

DISCO!

Odpalony oficjalnie przy okazji festiwalu Selector portal burn-studios.com ma ambicje i spore szanse stać się Facebookiem dla fanów muzyki elektronicznej. Przykazanie wiary zawiera się w trójcy play, dj & create, a pomocny przy realizacji tejże będzie audiotool – mocarna aplikacja, oferująca wszystkie cuda współczesnego studia nagraniowego. Bez żadnych opłat i downloadów – wystarczy dostęp do internetu. A jeżeli spodobasz się opiekunom portalu, to może pomogą ci w muzycznej karierze. How cool is that?

VANMOOF

Na płycie i Open’erowym koncercie udzielał się Piotr Maciejewski. Jako Drivealone operował melodyjnym hałasem, wy stawiacie raczej na ciszę. Jak się uzupełniacie?

VANMOOF Nº 5 to w za-

HIRO sadzie tradycyjny dwupromuje kołowiec do miasta. Nie

Nie uważam, żeby nasza muzyka była tylko cicha i spokojna. Korzenie mamy mocno gitarowe i wydaje mi się, że te wpływy zawsze było u nas słychać. Wkład Piotrka i jego osobiste piętno na płycie jest bardzo po naszej myśli.

znajdziecie w nim jednak żadnych wiszących przewodów, wystających lampek, linek hamulca, itp. Wewnątrz aluminiowej ramy ukryto nie tylko reflektor diodowy ale też akumulatory (ładowane przez baterię słoneczną lub przewód USB) oraz zintegrowany system antykradzieżowy Abus Lock. VANMOOF wyposażony jest w siodełka kultowej firmy Brooks, a każdy rower w najlepszej wersji „over the top” otrzymuje trzybiegową przerzutkę w piaście oraz hamulec rolkowy działający na przednie koło. www.vanmoof.com

Czy według was można już mówić o polskiej scenie akustycznych singersongwriterów? I jak oceniacie swój wkład w jej powstanie?

Nie sądzę, by akurat nasz przypadek spowodował jakąś lawinę nowych songwriterów. Chyba nie ma też jeszcze co mówić o jakiejkolwiek scenie. Ale na pewno jest kilka składów czy autorów, za których warto trzymać kciuki. Czy wakacje spędzacie pod scenami festiwali muzycznych?

Wakacje póki co bez planów, raczej rower, jojo i piłkarzyki. Na wczasy w kurorcie nas nie stać. Trochę jaramy się OFF-em, na którym planujemy obadać Warpaint (basistka!), Neon Indian, How To Dress Well, no i popiknikować trochę.

LECĄ X-FIGHTERS Minęły trzy lata, odkąd Stadion X-lecia w Warszawie został uroczyście zamknięty przez finały zawodów Red Bull X-Fighters. Wówczas wiele osób twierdziło, że tak dobrego widowiska w Polsce jeszcze nie było. Rzeczywiście organizatorzy stanęli na wysokości zadania i w trakcie międzynarodowej rywalizacji można było zobaczyć wiele polskich akcentów – peleton Wyścigu Pokoju, tańce zespołu ludowego, a nawet specjalny pokaz umiejętności motocyklistów z jednostek policji! Ale to wszystko było jedynie tłem dla rywalizacji freestyle motocrossowej, w której udział wziął m.in. Travis Pastrana. Tegoroczne zawody to przede wszystkim nowa lokalizacja, nowi zawodnicy i nowe triki. Konkretniej ujmując: w Poznaniu zobaczymy młodych egzekutorów i do-

BURNTHE

świadczonych weteranów, którzy pokażą nam, jak bardzo ich dyscyplina poszła do przodu przez ostatnie trzy lata. Levi Sherwood, Robbie Maddison, Nate Adams, Dany Torres – sprawdźcie filmiki w serwisie YouTube z udziałem tych zawodników i sami osądźcie, czy warto pojawić się 6 sierpnia w Poznaniu na kolejnym przystanku Red Bull X-Fighters 2011. (pG) Więcej informacji: www.redbull.pl

08

INFO

I


ERYKAH BADU W POLSCE

COTTON

MA BEAT!

Można załamywać ręce z powodu spadającej na łeb, na szyję sprzedaży płyt albo zapytać, na co przeniosła się ludzka potrzeba posiadania? Muzycznych gadżetów nie brakuje, ale najbliższe fanom są bez wątpienia koszulki. Mnogość modeli nowych – od Beatlesów, przez Czesława Niemena, po Nirvanę – i vintage oraz okazji do kolejnych zakupów – rocznicowy blog – oferuje Cotton Beat. Zaglądajcie na: www.cottonbeat.com

Legenda głosi, że w jednej ze scen teledysku „On And On” Erykah Badu miała taplać się w błocku ze świnią. Ostatecznie sceny nigdy nie nakręcono, gdyż menadżer zwierzęcia uznał, że pora kręcenia jest dla świni za późna. Nigdy nie jest natomiast za późno, żeby zobaczyć na żywo mamuśkę neo-solu, a tego lata polscy fani będą mieli na to nie jedną, nie dwie, a trzy okazje! I choć Badu powiedziała kiedyś: Neo-soul jest martwy. Nigdy tak naprawdę nie wiedziałam, co to było, to 5 sierpnia w Ergo Arenie (Gdańsk), 6 w parku Sowińskiego (Warszawa) albo 7 na Wyspie Słodowej we Wrocławiu będzie można otrzymać jego piękną definicję. Warto zapisać sobie te daty w wakacyjnych rozkładach jazdy. Królowa od momentu powrotu w 2008 roku z pierwszą częścią „New Amerykah” jest w szczytowej formie, a do nas przyjedzie na kilka miesięcy przed premierą ostatniej części swojej trylogii. Smaczku dodaje fakt, że jak jak wieść niesie nad częścią nowych utworów pracował z nią Flying Lotus, który niedawno wyreżyserował też teledysk do „Gone Baby, Don’t Be Long”. „New Amerykah” plus „Cosmogramma”? Jestem na tak! Paulina Przybysz twierdzi, że najbardziej ceni Erykę Badu za piękno, które nigdy nie odkrywa do końca, o co chodziło. Może uda się to rozpracować podczas polskich koncertów, zamykających europejską trasę Badu, która wystartuje 17 lipca w Londynie.

foto | Materiały promocyjne

HIRO promuje

MAREK FALL

Płock

lato pełne wrażeń

Wybrane imprezy Kazik Na Żywo Audioriver

15 lipca 29-31 lipca

Rynek Sztuki Pożegnanie Lata - Cover Festival 25-lecie Farben Lehre SkArPa - Transgraniczny Festiwal Sztuk im. St. Themersona

19-21 sierpnia 3 września 17 września 28 września – 1 października

Amfiteatr Plaża nad Wisłą, Stary Rynek Stary Rynek Plaża nad Wisłą Plaża nad Wisłą Płockie placówki kulturalne

Płock to nie tylko fenomenalne położenie na wysokiej skarpie nad Wisłą, od wieków uwieczniane przez mistrzów pędzla i fotografii. Jego magia polega także na wyjątkowym uroku, jaki tworzy połączenie historii i nowoczesności. Bazylika Katedralna, skarbiec w Muzeum Diecezjalnym, secesja w Muzeum Mazowieckim, mury najstarszej szkoły w Polsce - „Małachowianki”, to tylko część miejsc, które koniecznie trzeba w Płocku zobaczyć. Jedną z największych atrakcji jest położony na ponad 50-metrowej skarpie ogród zoologiczny, w którym żyje ponad 3,5 tys. zwierząt. Bogaty kalendarz letnich imprez to jeszcze jeden powód, aby odwiedzić Płock. W letnie wieczory plaża, amfiteatr i Stary Rynek rozbrzmiewają muzyką. Wszystkich przyciąga Audioriver, największy w Polsce festiwal z muzyką elektroniczną, połączony z targami muzycznymi. Stałe grono sympatyków ma Rynek Sztuki, łączący teatry uliczne z kinem „pod chmurką”, a w tym roku również z projektem R.U.T.A. Rosnącą popularnością cieszy się SkArPa, festiwal sztuki poświęcony urodzonemu w Płocku awangardowemu artyście Stefanowi Themersonowi. Płock to lato pełne wrażeń. Zapraszamy!

www.plock.eu


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

KOCHAMYFESTIWALE POLSKIE

A Wujaszek kocha wszystkie dzieci! W spodniach chowa 20 karnetów na najlepsze polskie festiwale, które wkrótce rozda na facebooku. Wystarczy sięgnąć mu do kieszeni...

AUDIORIVER

Audioriver, 05-07.08, Płock

foto | Materiały promocyjne

Na każdej edycji płockiego festiwalu Audioriver pojawia się mocny zestaw elektronicznych wykonawców. W tym roku line-up też wygląda dobrze, zwłaszcza dzięki mocnej reprezentacji artystów techno. Główną gwiazdą pierwszego dnia festiwalu będzie Duńczyk – Trentemøeller. Recenzent Resident Advisor nazwał jego wydany w 2006 roku debiutancki album „The Last Resort” „organicznym leśnym techno”. Techno to jednak głównie domena Niemców, których też nie zabraknie na Audioriverze. Na szczycie listy artystów, którzy zaprezentują się drugiego dnia, odnajdziemy Paula Kalkbrennera i duet SuperMayer. Tworzą go Michael Mayer i Aksel Schaufler nagrywający pod pseudonimem Superpitcher. Znaczenie tego pierwszego dla rozmaitych odmian house’u i techno jest nie do przecenienia. Jest współwłaścicielem ikonicznego labela Kompakt, w dużej mierze odpowiedzialnego za mit sceny kolońskiej. Zajrzyjcie też na występ tria Brandt Brauer Frick. Tych trzech eleganckich Niemców nosi się trochę jak Kraftwerk, ale ich równie elegancka muzyka tworzona jest przy użyciu akustycznych instrumentów, których używają również na żywo. Jest jeszcze Robag Wruhme, który wydał w tym roku ujmujący album „Thora Vukk”, podobający mi się coraz bardziej z każdym odsłuchem. Jeśli będziecie mieć dość niemieckiej muzy, to gra też francuski Vitalic, którego brudne rzężące electro, na czele z hitem „Poney, Pt. 1”, olewa elegancję i stawia na maksimum brutalnej, tanecznej ekfektywności. Dozo na plaży. ŁUKASZ KONATOWICZ Robag Wruhme

COKE LIVE MUSIC FESTIVAL

Po tym, jak miejski magazyn na „A”, spisał na straty trzeciego bliźniaka Alter Artu, umieszczając go gdzieś pomiędzy Przystankiem Woodstock a imprezą reggae w Ostródzie, organizatorzy Coke’a rzucili pod nogi wszystkich narzekaczy prawdziwą petardę. – Jest jednym z najbardziej kreatywnych, genialnych i wpływowych muzyków ostatniej dekady – chwali się Mikołaj Ziółkowski. – Jego ostatni album „ My Beautiful Dark Twisted Fantasy” był jednym z najważniejszych albumów ubiegłego roku, a przez prestiżowe Pitchfork i Billboard został uznany numerem jeden. I trudno nie zgodzić się z szefem Alter Artu, bo Kanye West od samego początku solowej kariery słyszał tylko entuzjastyczne oklaski. Nawet jeśli zdarzyło mu się kilka razy (dokładnie trzy) narobić wiochy na gali MTV Video Music Awards. Bookingiem gwiazdy udało się również obronić honor czarnej reprezentacji, która na jubileuszowej edycji Open’era zjawiła się w wyjątkowo skromnym składzie. Jej headmaster Big Boy zagrał z półtoragodzinnym opóźnieniem i uszkodzonym MacBookiem... A przecież z perspektywy czasu to właśnie afroamerykański akcent sprawdził się na krakowskim festiwalu w stu procentach. Kid Kudi i Q-Tip to kolejne gwiazdy, które potwierdzają, że line-up Coke’a nie jest zbitką muzycznych bubli, a pomysł na imprezę rzeczywiście istnieje. Bez obaw. Nie zabraknie też czegoś dla białych dzieciaków. Dla nich zagrają gitarowe zespoliki w wąskich spodniach: Interpol, The Kooks, Editors i White Lies. Ale i tak wiadomo, że wszyscy zaciskają piąstki w oczekiwaniu na buca z Atlanty. Can we get much higher? Festiwal odbędzie się na terenie Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. AGNIESZKA WRÓBEL Kanye West

Coke Live Music Festival, 19-20.08, Kraków


Hip Hop Kemp

Method Man & Redman

TAURON NOWA MUZYKA

10 lat minęło... Hip Hop Kemp obchodzi w tym roku jubileusz! Organizatorzy, zdając sobie sprawę z rangi wydarzenia, które rokrocznie gromadzi ponad 20 tys. osób, zadbali o ciekawy line-up, w którym przeszłość miesza się z przyszłością. Jeszcze kilka lat temu, nikt nie myślał o gwiazdach pokroju The Roots czy Redmana. Minęło kilka tysięcy dni i HH Kemp stał się obok Splasha najbardziej istotnym festiwalem z czarną muzyką w Europie. W tym roku na scenie w Hradec Králové (a w zasadzie scenach, bo poza główną areną mamy też kilka hangarów z doskonałymi imprezami tematycznymi) zobaczymy artystów stanowiących przekrój dotychczasowych edycji. Wielkie show powinien zafundować ambasador festiwalu, obecny od samego początku, DJ Vadim. Będzie Wildchild z ekipy Lootpack, będą krzykacze z M.O.P., których niezapomniane przeboje rozgrzewają nas od ponad dekady. Będzie Pharoahe Monch i trio Random Axe. O soulowe ciepło i trochę melancholii zadba Mayer Hawthorne z żywym bandem. Polską załogę zeprezentować będą: Ten Typ Mes z ekipą Alkopoligamii, Don Guralesko, trio Parias oraz Grubson i 3oda Kru. Na deser wybuchowy duet Method Man z Redmanem oraz nadzieja amerykańskiego hip-hopu – kolektyw Odd Future z Frankiem Oceanem i Tylerem The Creatorem na czele. A poza tym jeszcze z 30 ciekawych artystów, na których wymienienie zabrakło mi po prostu miejsca. Dobra rada – przygotujcie coś, co pomoże po bezsennych nocach z czeskim alkoholem zachować dużo uroku osobistego, bo Czeszki są nad wyraz urodziwe i chętne do dyskusji nie tylko o hip-hopie. A przede wszystkim weźcie dzień wolny już na czas powrotu. Pieniędzy aż tak wiele nie potrzeba. Energii i zdrowia za to w zapasie. Hip Hop Kempie – serdeczne życzenia urodzinowe! Urosłeś duży, teraz po prostu trzymaj poziom. ANDRZEJ CAŁA Hip Hop Kemp, 18-20.08, Hradec Králové

Best Small Festival in Europe! Tak, tak – przynajmniej za 2010 rok. Nowa Muzyka wyznacza więc przyjemniejszy biegun festiwalowego spektrum – na drugim dumnie puszy się Open’er. Miejsce? Klimatyczna lokalizacja starej kopalni, która dzięki odpowiedniej grze świateł zyskuje niemal futurystyczny sznyt plus obowiązkowy wypad na miasto – koncerty inauguracyjny i finałowy. Czas? Na chwilę przed rozpoczęciem roku szkolnego, zatem atmosfery weekendowego święta muzyki nie popsują watahy rozwydrzonych nastolatków, którzy do tego czasu na pewno będą już mocno spłukani. Line-up? Wciąż jest rozbudowywany, ale jak zawsze godzi szerokie gusta fanów muzyki elektronicznej. Jamie Woon powraca w chwale zaskakująco przekonującego „Mirorrwriting”, by satynowym głosem łamać damskie serca. Z kolei Little Dragon pod przewodnictwem apetycznej Yukimi Nagano ponownie rozpali do czerwoności męską część publiczności. Znany i lubiany w kraju nad Wisłą Joel Ford z Tigercity – które nie doczekało się poza Polską należnego sukcesu – w duecie z Danielem Lopatinem skutecznie wskrzeszą wspomnienia dzieciństwa (bo o czym innym jest wciągające „Channel Pressure”?). Klimat nielegalnych zlotów rave z przełomu wieków przywoła natomiast Mary Anne Hobbs – brytyjska didżejka i dziennikarka radiowa w zeszłym roku wysmażyła najbardziej zakręcony set festiwalu, zatem w 2011 sprawuje kuratelę nad całą sceną. Do zabawy zaprosiła m.in. Darkstara, Roskę i Instra:mental. A przecież w Katowicach zagrają jeszcze Amon Tobin, Gold Panda, Modeselektor i Seefeel. Gieraryhir! Najprzyjemniejszy z mniejszych festiwali lata? Bez wątpienia. MACIEK LISIECKI Tauron Nowa Muzyka, 26-29.08, Katowice

Jamie Woon

turek


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

PIELGRZYMKA DO MEKKI REGGAE tekst | Dominika Węcławek

foto | Andżelika Stefańska

Dla fanów reggae Jamajka znaczy więcej niż Delta Missisipi dla miłośników bluesa czy Nowy Jork dla entuzjastów hip-hopu. I naszym artystom udaje się do tej obiecanej ziemi dotrzeć. Ula Fryc, Rastasize i StarGuardMuffin to dobre tego przykłady. Przygoda polskich muzyków, którzy przylecieli do Kingston i pracowali w legendarnym studiu nagraniowym Tuff Gong, zaczęła się od marzeń. – Na Zachodzie taka wyprawa nie byłaby niczym nadzwyczajnym – mówi Mirosław „Maken” Dzięciołowski, naczelny promotor reggae. Ale nad Wisłą wciąż należy mówić o wielkim wydarzeniu. Tuff Gong to coś znacz-

nie ważniejszego niż tylko miejsce, gdzie można zarejestrować dźwięk. Studio założyli muzycy z The Wailers, zespołu Boba Marleya. Nagrywali tam najważniejsi twórcy reggae, a ponieważ sam gatunek silnie powiązany jest ze sferą duchową, przyjazd do takiego miejsca przywodzi na myśl pielgrzymkę. Z tą jednak różnicą, że w Tuff Gong nie może nagrywać każdy. Gdy Dawid Portasz docierał w 2008 roku na wyspę z projektem Rastasize, nie był anonimowy. Wraz z zespołem Jafia Namuel zdążył już wypracować sobie w Polsce markę. Jednak by móc nagrać nowy materiał w Tuff Gong, potrzebował jeszcze spotkać właściwych ludzi – takich, którzy pomogą mu finansowo, oraz takich, którzy uświadomią Jamajczyków, że warto przeznaczyć czas dla artysty z Polski. I tu zadziałał Maken, który drzwi do legendarnego studia otworzył również zespołowi StarGuardMuffin. O grupie zrobiło się głośno, kiedy jej lider Kamil Bednarek wystąpił w programie „Mam talent”. – To wszystko są młodzi chłopcy – mówi Maken. – Teraz, gdy opada wrzawa związana z telewizyjnym

show, przychodzi czas, by udowodnili swą prawdziwą wartość. A nagrania z Jamajki na pewno pomogą. Członkowie grupy mówią, że ważna była nie tylko sama sesja nagraniowa, ale też spotkania, rozmowy, wspólne muzykowanie. – Mieliśmy okazję współpracować z Uziah Thompsonem, ten człowiek ma siedemdziesiąt lat, olbrzymie doświadczenie i praca z nim to było coś niesamowitego! – opowiada z entuzjazmem Szymon, gitarzysta SGM. Wydawnictwo podsumowujące pobyt zespołu na wyspie, „Jamajca Trip”, jest już dostępne. Co ciekawe, Bednarek nie był jedynym uczestnikiem programu „Mam talent”, który trafił do ojczyzny Marleya. Niemal w tym samym czasie co Dawid Portasz do Kingston pojechała Ula Fryc. Mistrzyni polski w tańcu dancehall wygrała w 2008 roku stypendium, wzięła też udział w mistrzostwach świata, na których zajęła drugie miejsce. Dla niej wyjazd był jak wejście na inny poziom, poznała nowe kroki, obserwowała jak tańczą i pracują najlepsi. Dziś prowadzi warsztaty w całej Polsce. Niestety większości rodzimych twórców długo jeszcze nie będzie stać, by uczyć się u jamajskich mistrzów. Choć dobrze wiedzieć, że szlak już mamy przetarty. A jednak można.

ZAPRASZA!


Przejrzyj światową prasę. Seria: We love newspapers w naszym sklepie na www.sashka.pl

Co tydzień nowe t-shirty w naszym sklepie Wejdź na www.sashka.pl zarejestruj się na i weź Marilyn w promocyjnej cenie

SASHKA.pl We love t-shirts. Wejdź na naszą stronę. Już od lipca nasza pierwsza kolekcja online. Zarejestruj się na naszym fanpage’u na Facebooku i kup premierową Marylin tylko za 29 pln. Co tydzień nowe t-shirts. Wejdź na nasz blog i zobacz jak powstaje nasza marka.

WWW SASHKA PL

Kontakt:info@sashka.pl

Kontakt e-mail: info@sohobike.pl Więcej informacji o naszych rowerach fixie na stronie: www.sohobike.pl Wejdź na naszego fanpage’a na Facebooku, zarejestruj się i weź udział w konkursie.


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

DODA SWAROVSKIEGO WÓZEK OD

tekst | Patryk grząbka

foto | łukasz murgrabia

PODOBNO IMIĘ DODA W JĘZYKU ELFICKIM OZNACZA ELFA NOCY. STĄD NA SWOJEJ NOWEJ PŁYCIE „7 POKUS GŁÓWNYCH” ARTYSTKA UDAJE ELFA. CHOĆ NADAL TAKIEGO Z FILMÓW PORNO. A ZATEM MIMO CIĘŻKICH PRZEJŚĆ DODA JEST ZDROWA! W piosence „Bad Girls” śpiewasz: Od życia biorę to, czego chcę. Ostatnio życie wcisnęło ci takie rzeczy, których nikt by nie chciał...

Wydaje się, że ten wers nie odzwierciedla mojego dotychczasowego życia, ale paradoksalnie jest właśnie tak jak w tej piosence. Nawet w dziwnych, nietypowych i bardzo złych sytuacjach wyciągam z życia tylko same pozytywy. Np. gdy Adam zachorował, pomogłam wielu ludziom, ileś osób udało się uratować. Ty też masz kłopoty ze zdrowiem...

Uprawiam sport ekstremalny, jakim jest chodzenie w szpilkach. Jestem uzależniona od adrenaliny, więc nie odmawiam sobie karkołomnych wyzwań. Wolę żyć krótko, ale intensywnie. Chcę mieć zajebiste wspomnienia, gdy przyjdzie czas, że będę musiała przesiąść się na wózek inwalidzki. Mam już projekt mojego wózka. Cały będzie wysadzany kamieniami Swarovskiego, włącznie ze specjalną podpórką na mikrofon. Będę jak Stephen Hawking estrady (śmiech). Media nieustannie śledzą i relacjonują twoje rozstania z partnerami. Przywykłaś do tego?

Do tego nie da się przywyknąć. Moje miłości rozgrywały się na forum publicznym, często bez mojej zgody i chęci. Rozstanie rozdrapywane przez media boli jeszcze bardziej. Rozstanie z Adamem Darskim czegoś cię nauczyło?

Nauczyło mnie, że nigdy nie znamy człowieka do końca. Ludzie są egoistami. Nawet będąc w silnych uczuciowych relacjach. I nawet jeśli wspólnie uda im się przebrnąć przez trudne okresy, burze i trąby powietrzne, to i tak będą myśleć tylko o sobie. I jeszcze jeden nieciekawy wniosek wyciągnęłam... Słucham uważnie.

Kiedyś laski wiązały się z facetami w zamian za komfort życia, kasę i zyskanie wyższego statusu społecznego. Facet był po prostu trampoliną, która wynosiła je w górę, a one musiały tylko udawać uczucia i orgazmy. Teraz zrobiło się odwrotnie. Twój seksapil i wyzywający wygląd często najzajadlej krytykują właśnie faceci...

Tacy przedstawiciele mediów bardziej cię śmieszą, czy denerwują?

Denerwują, bo promują pomyłki showbiznesowe. Kiedyś musiałeś sobie ciężko zapracować na to, żeby twoje nazwisko zostało wymienione w gazecie lub telewizji. Teraz wystarczy przejść się z Dodą za rękę, zasugerować, że jest się jej dziewczyną bądź chłopakiem, a media natychmiast robią z kogoś takiego gwiazdę. Takich pseudogwiazd czy też białych karłów są tysiące. I one świetnie prosperują, robiąc kasę nie wiadomo, na czym. Jakiś przykład?

Przypuśćmy, że jedna laska wymyśliła sobie historię z dupy. Zaczęła rozpowiadać, że na jakimś bankiecie wylała mi na głowę swojego drinka. I za chwilę była gwiazdą na wszystkich portalach, miała wywiady w gazetach, a wkrótce potem nagrała płytę. I nieważne, kurwa, że na tej płycie nic nie ma! Zapraszają ją do TV, gra sobie koncerty po klubach za 3-4 kawałki. W jednym z wywiadów powiedziałaś: Jestem showmanką w domu. Nie masz czasem ochoty choć przez chwilę nią nie być?

Nie, bo chyba nie umiem. Mężczyzna, z którym ostatnio spędzam miłe chwile, za każdym razem, jak tylko dłużej mi się przypatrzy, mówi: Ty jesteś tak kompletnie inna od ludzi, których znam. To jest niesamowite! Z jakiej ty jesteś planety? To jest najfajniejszy komplement, jaki mogę usłyszeć. Gdybym próbowała otrzeć się o normalność, byłabym strasznie sztuczna. Więc po co to robić?

SOHO BIKE

konkurs

Zaprojektowany w Amsterdamie, testowany w Londynie. Aluminiowa rama, nieskazitelna biel, lśniący chrom, cienkie opony i tylko 10.5 kilograma. Teraz nadszedł czas na polskie ulice, chodniki i ścieżki rowerowe. Chcesz pośmigać nim po mieście? Zostań naszym fanem na Facebooku i wymyśl hasło promocyjne dla SoHo Bike, a podarujemy ci białego jak mleko – Fixa. Hasła ślijcie na adres: konkurs@hiro.pl, w tytule wpisując SOHO BIKE.

Nie rozumiem tych, co wieszają psy na kobietach za to, że seksownie wyglądają i nie wstydzą się pokazywać swego pięknego ciała. Jednocześnie ci sami „obrońcy moralności”, po cichu, w kiblu wywieszają sobie zdjęcia modelek. Pewnie wielu z tych, co oczerniali mnie w swoich artykułach, ma co najmniej jeden plakat, na którym jestem prawie naga i chowa go przed żoną. Łączy ich to, że są sfrustrowani, bo mogą sobie o mnie tylko pomarzyć.

16

INFO

I


GRAJ I WYGRAJ Wyślij mail na adres: konkurs@hiro.pl – w temacie wpisz nazwę nagrody

KONKURSY

UNCOMMON OWEN HATHERLEY

Elegant about the songs, lucid about the band’s warped trajectory, and incisive about the politics of daily life coiled within the sound and lyrics and moment, Hatherley chronicles the adventures of the Sheffield gang and their “class war casanova” who came forth as the truth of a deeply false moment, bad faith you could dance to, a dialectical verdict on a singular passage in time.

UNCOMMON OWEN HATHERLEY

Were Pulp just national treasures, Britpop stars, fit now only for revivals and ‘I Love the 90s’? Or did they mean more than that? Uncommon takes Pulp seriously – very seriously indeed. Away from the muddy festivals, this book returns to their exotic land of acrylics, adultery, architecture, analogue synthesisers and burning class anger.

Więcej konkursów na hiro.pl

Joshua Clover, author of 1989 – Bob Dylan Didn’t Have This To Sing About

Britain’s best writer on modern architecture on Britain’s best pop group informed by modern architecture. Bob Stanley, Saint Etienne

3

komplety książek z serii Linia Muzyczna ufundowanych przez Krakowskie Biuro Festiwalowe.

Music UK £9.99 US $19.95

5

www.zero-books.net Cover design by Design Deluxe

książek OBOK albo Ile Procent Babilonu? ufundowanych przez wydawnictwo Manufaktura Legenda.

US $19.95

2

książki UNCOMMON Owena Hatherley ufundowanych przez wydawnictwo Zero Books.

10

boxów DVD z serii Przeboje Polskiego Kina i Awangar da/Of f ufundowanych przez Wydawnictwo Kino Polska.

zestawów płyt Gorillaz ufundowanych przez EMI.

Męski anzug od Dickies: t-shirt, spodenki i koszula ufundowane przez oficjalnego dystrybutora marki w Polsce, sklep www.livinlow.pl. Przedpremierowo i tylko w HIRO!

7

10 10

10 10 10

egzemplarzy komiksu Julia&Roem ufundowanych przez Wydawnictwo Egmont.

3

15

zaproszenia na koncert Królowej Soulu w ramach WrocLove Fest, 7 sierpnia, Wyspa Słodowa. Ponadto: 20 zaproszeń na sierpniowe YouStars Live Meet-Up, 4 pary damskich spodni fitness marki gWINNER oraz 3 t-shirty marki Asics.

15 15

Płyty Arcade Fire ufundował Universal; płyty Beats Of Freedom, Kate Bush, Danger Mouse & Daniele Luppi i N.E.R.D. sponsoruje EMI; płyty Fink, Junior Boys i Washed Out podarował Isound; Skadja to prezent od Anteny Krzyku.

voucher ważny do końca 2011 r. Regulamin promocji na stronie www.hiro.pl

5

10

3

egzemplarzy Osiedla Swoboda ufundowanych przez wydawnictwo Kultura Gniewu. Śledziu, pozdrawiamy!

9

komplety składanek Polskie Single ufundowanych przez MTJ.

Koszulki ufundowane przez COTTON BEAT.

5

niespodzianek filmowych – specjalna torba filmowa z zestawem 5 płyt DVD oraz 3 egzemplarze kultowej komedii Orzeł Kontra Rekin – ufundowanych przez Vivarto.

2

10

20%

zniżki na 10-godzinny kurs fotografii cyfrowej i pasjonackiej

20%

zniżki na 10-godzinny kurs fotografii sportowej i ruchu

17

INFO

I


W JNA MEGAHIRO

PRZEDMIEŚĆ tekst | Maciej Wesołowski

foto | Alexei Bien/The half-year project, Theodor Barth/Laif, Martin parr/magnum

przedmieście to jeden z najbardziej urokliwych mitów kulturowych stworzonych w Ubiegłym wieku. no i jeden z najbardziej odbiegających od prawdy... Gdy robi się ciemno, ulice Copacabany zaludniają się. Postaci schodzą stromymi i wąskimi uliczkami z otaczających luksusową dzielnicę wzgórz. Roześmianym turystom giną portfele, czasem zmuszeni są rozstać się z okularami słonecznymi od renomowanego projektanta, swoim ulubionym zegarkiem, markową koszulą... Nastoletni chłopcy z faveli kupią za to biały proszek, przez parę dni mają szansę pokazania się przed dziewczynami. Tylko nieliczni wydadzą kasę na jedzenie, przetrwanie. Bo to się nie opłaca. W faveli życie jest tanie. Zginąć można każdego dnia. W przypadkowej strzelaninie, z ręki konkurencyjnego gangstera lub policyjnego siepacza. Chłopcy wiedzą, że życia nie można odkładać na później. Trzeba żyć teraz, chwilą. Nascycać się choćby drobnymi przyjemnościami, bo kolejnych być może nie uda się doświadczyć. Nowego znaczenia nabiera tu dawne punkowe zawołanie „No future”. NIENAWIŚĆ Tobie zawsze wydawało się to pewne/ Że któregoś dnia będziemy walczyć/ W wojnie przedmieść/ Twoja część miasta przeciwko mojej/ Widziałem cię stojącego na przeciwległym brzegu – śpiewa Amerykanin Win Butler z Arcade Fire w „The Suburbs” (ang.: „Przedmieścia”). Ja atmosferę wiecznej wojny wydanej centrom przez przedmieścia czułem w Rio de Janeiro. Oryginalnie portugalskie słowo „favela”, którym określa się biedne przedmieścia, oznacza karłowate, kolczaste i bardzo twarde drzewko. I takie są brazylijskie suburbie. Od kilkudziesięciu lat oplatają coraz bardziej przerażone śródmieścia swoimi kolczastymi gałęziami, a życie w nich jest wyjątkowo twarde i karłowate. Miejscowi bogacze i wyższa klasa średnia chronią się więc za potężnymi murami zakończonymi kolczastym drutem, licząc na sprawność swoich ochroniarzy. Takie domy-fortece widać w Rio zaraz za linią słynnych plaż: Copacabany, Ipanemy, przylądka Arpoador. Favela budzi strach, rodzi przemoc. Już w latach 50., nie mogąc sobie poradzić z hordami biednych, którzy masowo przenosili się ze wsi do wielkich miast, brazylijskie władze dały wolną rękę policji. Dość szybko zaowocowało to monstrualną korupcją i niespotykaną brutalnością. Szczególnie złą sławą cieszył się swego czasu generał policji Amauri Kruel (ciekawym zbiegiem okoliczności to nazwisko po angielsku oznacza „okrutny”). To jego dziełem są słynne Szwadrony Śmierci, czyli policyjne oddziały „czyszczące” ulice miasta z bezdomnych, włóczęgów, bezrobotnych, nędzarzy po prostu – często niczemu niewinnych przypadkowych ludzi. Sam Kruel mówił o nich „ludzkie śmieci” i przez wiele lat bezkarnie mordował. Echa i konsekwencje tego czuje się w Brazylii do dziś. Nawet jeśli władza nie daje już przyzwolenia na bezprawną przemoc. Nie bez przczyny w każdej brazylijskiej faveli najbardziej znienawidzoną postacią jest zawsze policjant. Kulkę w głowę można dostać nie tylko za współpracę z policją, ale też choćby randkę z „psem”. O przemocy przedmieść jest głośny film Matthieu Kassovitza „Nienawiść”, którego akcja dzieje się – co może dla niektórych być zaskoczeniem – w Paryżu, a w zasadzie pod Paryżem. To tam swoje miejsce na ziemi znalazły tysiące imi-

grantów. U Kassovitza również zaczyna się od pobicia jednego z chłopaków z blokowisk przez gliniarza. Jego koledzy – Żyd, Arab i Murzyn – poprzysięgają policji zemstę. To znakomite studium nienawiści rodzącej się na glebie społecznej niesprawiedliwości. Biedni nienawidzą bogatych za to, że coś posiadają. Że mogą się uczyć. Że mają jakiekolwiek perspektywy. Przede wszystkim jednak chcą się odegrać, odszczekać światu za to, że ten kompletnie nie liczy się z ich zdaniem. Stąd już niedaleko do spalonych samochodów, wybitych szyb wystawowych, pobitych i zabitych ludzi. Nie przypadkiem to z Francji dochodzą informacje o wychodzących z przedmieść rewoltach. Gdybym miał opierać się jedynie na własnych doświadczeniach, bez wahania wskazałbym Paryż, a przynajmniej niektóre jego rejony, jako najniebezpieczniejsze miejsce w Europie. Raz miałem przyjemność być prawie obrabowany w metrze przez dwóch 15-latków, którzy bez żenady paradowali po wagonie z ogromnymi pisoletami i terroryzowali pasażerów. Innym razem, na przedmieściu nad Marną, kilku chłopaków próbowało nawiązać ze mną konwersację, uchylając okno samochodu. Kiedy na francuskie pytania odpowiedziałem po angielsku, poczułem na twarzy strzał z jakiegoś dziwnego rozpylacza proszku przypominającego wapno, na szczęście nie tak żrącego. Co nie zmienia faktu, że przez następny tydzień okropnie piekły mnie oczy. Ludzie Boga Francuskie przedmieścia – nie tylko przecież Paryża, ale też choćby Marsylii, Lyonu czy Grenoble, na których regularnie dochodzi do zamieszek – nie chcą już być cicho, chcą być słyszane. Ich mieszkańcy chcą mieć prawa do czczenia własnych świąt, noszenia tradycyjnych ubrań, do bycia szanowanymi. Nic dziwnego, że na całym świecie przedmieścia mają swoich bohaterów – ludzi, których wszyscy muszą podziwiać. Wielbieni, bajecznie bogaci, idealnie uosabiający mit kopciuszka. W Brazylii – Ronaldo, we Francji – Zidane... Ci, którym udało się wyrwać z poniżenia i biedy. A teraz są symbolami. Głosem i „produktem” francuskich przedmieść jest bard ubogich Manu Chao, nie bez przyczyny najbardziej wielbiony w Ameryce Łacińskiej: w Kolumbii, Meksyku, Argentynie. Tam to już człowiek-instytucja – nie tylko ceniony artysta, ale prawdziwy rzecznik sprawy. W podobną kampanię w Stanach Zjednoczonych zaangażował się niegdyś również pochodzący z przedmieść raper Ice-T. W kwietniu 1992, po głośnym pobiciu w Los Angeles niejakiego Rodneya Kinga, okazało się, że czarne przedmieścia nie chcą – cytując klasyka Chiraka – skorzystać z szansy, by siedzieć cicho. Po uniewinnieniu policjantów, którzy brutalnie spałowali wspomnianego murzyńskiego budowlańca, na ulice dzielnicy South Central wyszły tłumy ludzi. Świat czarnej biedoty stanął naprzeciw białego establishmentu. Zginęły 53 osoby, zdemolowano setki aut i budynków. Przez sześć dni rocinha w rio to największy slums w ameryce południowej – mieszka tu 300 tys. ludzi. przy wejściu nieznajomych wita żołnierz gangu z karabinem maszynowym

19

megahiro

M


str. 18 – Buenos Aires, str. 20 – San Francisco, CA i Sun City, AZ (2), str. 21 – Londyn (2), str. 22 – Londyn

20

megahiro

M


po wyroku ulice wyglądały jak w czasie prawdziwej wojny. Płonęły ogniska, opony, na asfalcie widać było ślady krwi. Straty sięgnęły miliarda dolarów. W samym Rio jest ponad pięćset takich biednych przedmieść. W São Paolo jeszcze więcej. W dziesiątki i setki można liczyć favele w całej Ameryce Łacińskiej. Największe z nich rządzą się własnymi prawami. Jedyną, niepodzielną władzą jest tu narkotykowy baron. Zdarza się, że szef gangu jest kimś w rodzaju filmowego dona Corleone – w zamian za lojalność i posłuszeństwo dba o ustanowione przez siebie prawo i sprawiedliwość. Złoczyńców karze, szalchetnych wynagradza. „Na dzielnicy” niemal znika drobne złodziejstwo, nie słychać o gwałtach czy oszustwach. Respekt wobec „prawa” jest większy niż w dobrych okolicach. Ale bywa i tak, że prawa gangu prowadzą do sytuacji absurdalnych, nie mających nic wspólnego z cywilizowanym prawem. Jeden z lokalnych bossów w Rio swego czasu zabraniał kobietom wychodzenia z domów po godzinie 21. Ta, która nie dopełniła tego wymogu, musiała spędzić noc z szefem, tudzież jego żołnierzami, czasem kilkoma na raz. Obcy może wejść do faveli jedynie z przewodnikiem, który ma na dzielnicy poważanie. Policja nie zapuszcza się tu w ogóle. No chyba że są to Szwadrony Śmierci. Przewodnik – za pieniądze – gwarantuje bezpieczeństwo. Mimo to trudno nie poczuć dreszczu na plecach, wchodząc np. do dzielnicy Rocinha w Rio. To największy slums w całej Ameryce Południowej – mieszka tu prawie 300 tys. ludzi. Już przy wejściu nieznajomych wita żołnierz gangu z karabinem maszynowym. Potem jeszcze kilkakrotnie oglądał będę 13czy 14-latków przykucniętych na murkach czy w jakichś prymitywnych wiatach z ciężką bronią w rękach. Rocinha jest jak filmowe Ciudad de Deus – Miasto Boga. Tu kończy się państwowa władza. Mieszkańcy Rocinhii za nic sobie mają państwowe podatki, nie obchodzą ich opłaty za prąd czy wodę, mimo że są podłączeni do miejskich sieci elektrycznych i wodociągów. Pierwsze, co rzuca się w oczy w faveli, to absurdalna wręcz plątanina wszelakich kabli, ciągnących się kilometrami nad prowizorycznymi domami z paru czerwonych pustaków, plastiku, drewna, blachy i kartonu. Czasem te mieszkania wyglądają jak makiety, filmowe dekoracje, które za chwilę rozpadną się od większego podmuchu wiatru. I nie jest to dalekie od prawdy. Zdarza się, że całe obejścia osuwają się w dół, po stromym wzgórzu. Całe rodziny zostają bez dachu nad głową. Kolejna rzecz – ciężki zapach. Smród! Patrzę wokół. I poza kablami widzę śmieci. Śmieci, śmieci, śmieci... Wszędzie. Na ulicach, między krawężnikami, pod domami. I brodzący w nich ludzie, dzieci. W takich momentach najboleśniej myśli się o marności ludzkiego życia. Serdeczne Miasto Umarłych To samo czułem kilka lat później w Kolumbii, kiedy z czystego, zamieszkałego w dużej mierze przez białych Medellin wjeżdżałem na przedmieścia karaibskiej Cartageny. Wszędzie czuć było zapach tropiku: mieszankę gnijących owoców, skisłego mleka, lekko psujących się, wystawionych na słońce ryb. W południe powietrze aż drgało od gorąca. Temperatura dochodziła do 40 stopni. Czyste i dobrze utrzymane ulice Medellin momentalnie zamieniły się w dziurawe, czasem jedynie lekko utwardzone polne drogi. To już nie był świat białych wąsaczy. Przed domami siedzieli potomkowie tysięcy afrykańskich niewolników,

21

megahiro

M


Urban lub suburban sprawl, a po naszemu eksurbanizacja, to niekontrolowane „rozlewanie się” miast. do bombaju przyjeżdża codziennie kilkanaście tys. osadników. prawie nikt nie wyjeżdża, za to mnóstwo szybko umiera. miastu przybywa w ten sposób ok. miliona mieszkańców rocznie.

przywiezionych tu kilkaset lat temu do pracy na olbrzymich plantacjach. Obejścia były brudne, zaniedbane. Ludzie poruszali się jakby wolniej, bez pośpiechu. Poczułem się jak w biednej równikowej Afryce. Gdyby ktoś pokazał mi zdjęcia przedmieść Cartageny i np. Arushy w Tanzanii, nie jestem pewien, czy byłbym w stanie je odróżnić. Afryka to zresztą osobna historia, bo są tam miasta, których śródmieścia wyglądają nie lepiej niż przedmieścia. Ulice wspomnianej Arushy nawet w ścisłym centrum przeważnie nie są brukowane, ani asfaltowane. Do tego raczej słabo oświetlone i trzeba mocno uważać, by idąc w nocy nie wpaść do głębokich tu kanałów ściekowych. O mieszkańcach karaibskiego wybrzeża, a więc tych z Cartageny, Santa Marty, Baranquilli, nazywanych costeńos, reszta Kolumbii wyraża się, mówiąc oględnie, ze średnim entuzjazmem. Że lenie, że cwaniacy, że mają wszystko gdzieś. Że nie sposób robić z nimi żadnych interesów. I że spowalniają rozwój kraju. Żadnego etosu pracy, zero solidności, pracowitości. Podobnie wyraża się bogata, europejska czy amerykańska Północ o Czarnej Afryce, która jako całość stanowi dla niej wielkie przedmieście. Pisze się, że korupcja, że brak rzetelności. Że marnotrawstwo i lenistwo. Ale jak tu być pracowitym i solidnym, gdy przez większą część roku z nieba leje się żar, a jedyne, o czym marzy się pomiędzy dziewiątą rano a szóstą po południu, to sjesta, porządnie zmrożony napój i wygodne łóżko? Zresztą czy to jest najważniejsze? Przecież ci ludzie, mimo biedy, potrafią cieszyć się życiem. Żyją jak chcą, a serdeczność potrafią okazywać również obcym. Sam wieloktotnie miałem okazję przekonać się, że mieszkańcy

afrykańskich czy latynoamerykańskich suburbii nie są krwawymi potworami, przeciwnie – gościnnością przewyższają bogatych o lata świetlne. Nigdy nie zapomnę kilku dni, jakie spędziłem w Mwenge, a więc slumsach dużego afrykańskiego portu Dar es-Salaam. Ludzie na ulicy z troską pytali, czy się nie zgubiłem, czy na pewno znam drogę. W knajpie, w której wspólnie z kolegą byliśmy jedynymi białymi, grzeczna, uśmiechnięta kelnerka tylko nam zdejmowała kapsle z butelek piwa poprzez śnieżnobiałą chustkę. Mieliśmy też zapewnione mycie rąk – przez panią – po skończonym obiedzie. I co z tego, że liczyła na większy napiwek? Było naprawdę miło. Z taką samą życzliwością spotkałem się dużo wcześniej, na przedmieściach Kairu, gdzie trafiłem w poszukiwaniu Miasta Umarłych. To określenie przylgnęło do zamieszkałych przez setki tysięcy ludzi dwóch ogromnych cmentarzy: Północnego i Południowego – z grobami nawet sprzed tysiąca lat! W masywnych kamiennych grobowcach, wśród rewelacyjnie zachowanych mauzoleów i pomników nagrobnych toczy się życie niczym nie zmącone. Podobne temu, jakie prowadzi przeciętny Egipcjanin w centrum Kairu czy Aleksandrii. Wielu z tych ludzi przyjechało tu w latach 60., a zwłaszcza w czasie wojny sześciodniowej (1967), uciekając z półwyspu Synaj przed napierającą armią izraelską. Izraelczycy zajęli ich domy na 15 lat, ostatecznie kończąc okupację w 1982 roku, ale większość bezdomnych nie wróciła już na Synaj. Tym bardziej, że nie byli już bezdomni. Zdobione i nierzadko podpiwniczone katafalki okazały się znakomitymi mieszkaniami, doskonale chroniącymi przed letnim słońcem i zimowym chłodem. Na długo zapamiętam uczucie, jakie mi towarzyszyło, kiedy zdałem sobie sprawę, że kamienny stół, na którym pani domu kroi warzywa i serwuje słodką herbatę, jest płytą nagrobną jakiegoś XI-wiecznego paszy. Przedmieścia oglądane z boku wydają się straszne, mroczne. Czasem nudne. To wszystko prawda. Ale czasem warto im się przyjrzeć z bliska, docenić to, co z pozoru nieoczywiste. Że mieszkają tam ludzie, którzy mają podobne marzenia, uczucia, namiętności, pasje jak ci z centrów. I tylko możliwości nie zawsze te same. Tym, którym w głowach się to mimo wszystko nie mieści, zostaje przedmieście bez skazy. Krakowskie Przedmieście.

22

megahiro

M


ZAWIEDZIONE NADZIEJE WYSTĘP ARCADE FIRE NA WARSZAWSKIM TORWARZE BYŁ OBOK SUFJANA STEVENSA W STOŁECZNYM TEATRZE POLSKIM ORAZ FLEET FOXES NA POZNAŃSKIEJ MALCIE JEDNYM Z NAJLEPSZYCH DOTĄD KONCERTÓW W POLSCE A.D. 2011. WYJĄTKOWO DYNAMICZNE, PEŁNE ENERGII SHOW POZOSTAWIŁO FANÓW GRUPY BEZ TCHU. ZŁOŻYŁY SIĘ NAŃ W RÓWNYM STOPNIU UTWORY ZE WSZYSTKICH TRZECH PŁYT KANADYJCZYKÓW. CO Z JEDNEJ STRONY BYŁO DLA NAS ZNAKOMITĄ OKAZJĄ DO NADROBIENIA ZALEGŁOŚCI Z LAT, KIEDY ZESPÓŁ ZOSTAŁ PO RAZ PIERWSZY WYNIESIONY NA OŁTARZE, A NIE DOTARŁ NAD WISŁĘ, Z DRUGIEJ JEDNAK POZWOLIŁO NA ZAPREZENTOWANIE TYLKO SKROMYCH FRAGMENTÓW JEGO NIEZWYKŁEJ DŹWIĘKOWEJ OPOWIEŚCI O PRZEDMIEŚCIACH Z ALBUMU „THE SUBURBS”. ZDECYDOWANIE ZBYT SKROMNYCH JAK NA RZECZ, KTÓREJ LEGENDA NIE PRZERASTA ANI TROCHĘ JEJ WALORÓW ARTYSTYCZNYCH, A CELNOŚĆ I POMIESTNOŚĆ METAFORY POZWALA MÓWIĆ O WIELU SPRAWACH KODEM ZACZERPNIĘTYM Z TEGO ZBIORU PIOSENEK. PRZEDMIEŚCIA JAKO STAN DUCHA WSPÓŁCZESNEGO CZŁOWIEKA ZACHODU, KTÓRY PRZEŻYWA EGZYSTENCJALNE ROTERKI I PRÓBUJE POGODZIĆ SIĘ ZE ŚWIATEM ORAZ SOBĄ SAMYM? NA TRZY GODZINY PRZED KONCERTEM ANTROPOLOGICZNO-URBANISTYCZNE REFLEKSJE NA TEN TEMAT SNUŁ DLA NAS JEDEN Z GŁÓWNYCH FILARÓW ARCADE FIRE – RUDOWŁOSY RICHARD REED PERRY.

tekst | GRZEGORZ Czyż

Album „The Suburbs” nagrywaliście nie tylko w przerobionym przez was na studio nagraniowe kościele Petite Église w Farnham oraz kilku innych studiach w Kanadzie i USA, lecz przede wszystkim w domu Régine Chassagne i Edwina Butlera. Tam łatwiej poczuć klimat przedmieść?

Prawdę mówiąc, nagrywaliśmy w domu każdej z osób należących do zespołu, nie tylko u Régine i Wina. A jako że jest nas siódemka, to chyba dość niezwykłe – nawet jak na czasy, kiedy płyty nagrywa się właśnie w domach. Nie uważam jednak, by to pozwoliło nam lepiej poczuć klimat przedmieść. Zgaduję, że nikt z was nie mieszka na przedmieściu...

To prawda, wszyscy mieszkamy obecnie w samym centrum Montrealu. Gdzie żyjemy z wyboru – tylko Régine się tutaj urodziła, reszta przyprowadziła się z innych miast. Odpowiada mi to miejsce jak żadne inne. To środowisko bogate kulturowo i kulturalnie – ciągle stykasz się z mnóstwem sztuki, mnóstwem ludzi, masz duże poczucie wspólnotowości. Ale podobie jak Win, autor tekstów z „The Suburbs”, masz też osobiste doświadczenia z życia na przedmieściu, prawda?

Większą część dzieciństwa i wczesnej młodości spędziłem wraz z rodzicami w Toronto, w otoczeniu ich przyjaciół-artystów. Nie miałem nawet telewizora jak normalne dzieciaki, tylko od najmłodszych lat zajmowałem się muzyką, teatrem. Ale czasem zapuszczałem się na przedmieścia, by odwiedzić moich kumpli.

foto | materiały prasowe

I często błądziłem, gdyż wszystko dookoła wyglądało tak samo. Wymowa piosenek z „The Suburbs” jest dość gorzka. Odniosłem wrażenie, że w porównaniu z trudami dorosłości czasy dzieciństwa i młodości spędzone na przedmieściach wydają się wam jednak czymś pozytywnym...

Arcade Fire w parku (ale nie w londyńskim Hyde Parku, gdzie 30.06 zagrali dla 60 tysięcy osób)

Nie. Dużo bardziej podoba mi się moje obecne życie. Myślę, że podobnie jest też z resztą zespołu. Rany, ty strasznie nie lubisz przedmieść!

Nie wiem, jak ludzie doszli do tego, że zbudować coś takiego to dobry pomysł (śmiech). Czy ktoś myślał, że to piękne? Czy przyświecała temu idea stworzenia miejsca, w którym będziesz się dobrze czuł, zasadzisz pod oknem drzewo i bezpiecznie wychowasz swoje dzieci? Czy też nie było za tym żadnej idei, tylko chciano zarobić na sprzedaży domków, które rozlecą się po 30 latach? Dla mnie przedmieścia to symbol zawiedzionych nadziei i nigdy nie zamieszkałbym tam ze swoją rodziną. Wyobrażasz sobie, co będziesz robił za 5 lub 10 lat?

Jest wiele rzeczy, które zamierzam zrobić, wiele projektów artystycznych. Wiesz, jestem typem człowieka, który ekscytuje się tym, nad czym dopiero będzie pracował, a nie tym, co już zrobił. Czy Arcade Fire przetrwa tak długo?

Sądzę, że tak. W takiej czy innej formie. nie miałem nawet telewizora jak normalne dzieciaki, tylko od najmłodszych lat zajmowałem się muzyką, teatrem

25 23

MEGAHIRO PLUs

I


DZIECIAKI Z SĄSIEDZTWA tekst | AGNIESZKA WRÓBEL, MACIEk LISIECKI

foto | materiały promocyjne

Jednakowe domy po horyzont, spięte asfaltową żyłą, familijne SUV-y na podjeździe, równo przycięte trawniki, potężne zestawy do grilla i psy, które szczekają tylko na wiecznie uśmiechniętego listonosza. Amerykańskie przedmieścia. A wśród nich kilkoro dzieciaków, które przebudziły się z cudownego amerykańskiego snu... STEWIE GRIFFIN Naukowcy dowodzą, że średnio jednemu na milion idiotów udaje się spłodzić geniusza. Peter Griffin – dziesiąty na liście „Najgorszych Ojców w Historii Telewizji” magazynu „Time” – wygrał na genetycznej loterii. Diaboliczny jednolatek Stewie robi wszystko żeby opuścić Quahog – fikcyjne zadupie w stanie Rhode Island i nie skończyć jak jego nieudolni rodzice oraz skazane na klęskę rodzeństwo. Nieporadny w oczach dorosłych, samodzielnie konstruuje multigalaktyczny transporter, czyta Machiavellego, a jego orientacja seksualna jest nie do końca sprecyzowana. Kiedy już zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych, wprowadzi podatek od grubasów, deportuje rodzinę Simpsonów, a swoim zastępcą mianuje najwierniejszego pluszaka Ruperta. W co się bawić? Przejęcie władzy nad światem, na razie na niby. Z KIM SIĘ BAWIĆ? Lisa Simpson, Daria Morgendorffer i Eric „Cheese Poof” Cartman z „South Parku”. KEVIN ARNOLD Cudowne – swoim przeciętniactwem – dziecko przedmieść. Ale i przeklęty samoświadomością bubek – mógłby go równie dobrze zagrać Woody Allen! Zagubiony w labiryncie pastelowych sweterków Winnie Cooper. Fatalne zauroczenie wybił mu z głowy dopiero psychoterapeuta, na studiach brał heroinę (przesadzone „The Rules Of Attraction”), drugie dziecko sprzedał do „Truman Show” (bo jego już nie chcieli), a ducha wyzionął wraz z cichym „Rosebud”. Wcale nie pierwszy bohater Ameryki zapatrzonej w swoje białe odbicie i upalonej wspomnieniem cudownych lat, które dotąd spłacają kolejne pokolenia „prawdziwych obywateli”. W co się bawić? W „dorosłość”, cokolwiek to znaczy. Z KIM SIĘ BAWIĆ? Eric Foreman, Ferris Bueller, wszystkie geeki z „Freaks & Geeks”. KEVIN McCALLISTER Paulo Coelho miał jednak rację z tym wszechświatem... Bo jak inaczej wytłumaczyć przypadek małego Kevina, któremu spełniło się życzenie milionów socjopatycznych dzieciaków? Bezkarne łamanie zasad we własnym domu smakuje o niebo lepiej niż łyk cierpkiego piwa. Bajeczka o uroczym blondasku, odpierającym ataki mazgajowatych złodziei, doczekała się kilkunastu mniej lub bardziej nieudanych hybryd. Grunt, że zawsze chodziło o to samo – udowodnić swoim starym, że ośmiolatek też człowiek i od dawna nie moczy się w łóżku. W co się bawić? W dręczenie dorosłych. Z KIM SIĘ BAWIĆ? Bart Simpson, Corky z „Dzień za dniem”.

SIOSTRY LISBON Kiedy zdziwiony psychiatra pyta najmłodszą z pięciu córek państwa Lisbon, co robi na oddziale dla samobójców, Cecile odpowiada z przekąsem: Chyba nigdy nie był pan trzynastoletnią dziewczyną. Życie nastolatek to piekło, ale inaczej nie byłoby cudu gospodarczego i dwutygodnika „Bravo”. Jeśli twoi starzy tego nie rozumieją, to masz problem. Rozerotyzowanym Lisbonównom matka wciska zużytą niewinność, a ojciec wszelkie symptomy buntu pacyfikuje szlagierem „Kiedy byłem w twoim wieku, gówniarzu...”. Wszystkiemu przyglądają się chłopcy z sąsiedztwa, zafascynowani rodzinnymi tajemnicami sąsiadek. Można się śmiać albo płakać, ale historia młodocianych samobójczyń z Michigan jest prawdziwa. Gdzie byli rodzice? W domu. W co się bawić? W emo. Z KIM SIĘ BAWIĆ? Laura Palmer, Jane Burnham z „American Beauty” i cała obsada „Dazed & Confused”.

24

MEGAHIRO PLUs

I


DONNIE DARKO O co chodzi – nie wie nawet sam Richard Kelly, ale z gracją równą zakłopotaniu fałszywego kaowca z „Rejsu” zdrapuje farbę z idyllicznej scenerii środowiska, którego jest produktem. Uparte wywracanie rzeczywistości na drugą stronę dotąd nie doczekało się równie porywającej oprawy: przeszywające spojrzenie młodziutkiego Jake’a Gyllenhaala vs. diaboliczna maska Franka (choć dużo sprawniejsze opracowanie tego samego tematu zawiera urocze „Where The Wild Things Are”). Odkrycie to żadne, ale gdy się dorasta, najbardziej doskwiera nadmiar czasu, który na przekór pragnieniom i ambicjom wydaje się stać w miejscu. Warto jednak wytrzymać do „napisów końcowych”. Choćby dla przejmującego „Mad World”. W co się bawić? Outing znanych i poważanych. Z KIM SIĘ BAWIĆ? Dawson z „Jeziora Marzeń”, Elliot Smith i uwiązany do własnego kciuka bohater „Thumbsucker”. JUNO Wpadka na przedmieściu? Normalka. Gorzej kiedy matką dzieciaka jest błyskotliwa 16-latka, a ojcem tępy kolega ze szkoły (Bleeker). Sprawę można było załatwić oldskulowo. Dzieciaka zapakować do koszyka i puścić w szuwary jak małego Mojżeszka... Ale Juno dobrze trafiła, lokalsi Twin Cities w niczym nie przypominają bohaterów „okruchów życia” i „prawdziwych historii”. Rodzice też wyluzowani, bo czy ich córkę może spotkać coś jeszcze gorszego? Ktoś coś przebąkiwał o dorosłości, ale w gruncie rzeczy chodzi tu o hajskulową przyjaźń, pomarańczowe tic-taki i piosenki Kimyi Dawson. W co się bawić? Macierzyńskie instynkty. Z KIM SIĘ BAWIĆ? Gilmore Girls, Thomas i Vada z „Mojej Dziewczyny” oraz załogą z „That 70s Show”. JAY I CICHY BOB Bez względu na to czy mieszkasz na przedmieściach Chicago czy Oklahomy, zawsze znajdzie się dwóch głupków, których podstawowym zajęciem jest uprzykrzanie życia jego mieszkańcom. Kiedy komuś zniknie radio z samochodu, a z kota sąsiadki zostanie tylko futerko, wszyscy wiedzą, do czyich drzwi zapukają stróże prawa. Jay i Cichy Bob to średniej wielkości wrzód na dupie Ameryki, bo w powietrze wysadzają co najwyżej związki THC. Całe dnie stoją przed supermarketem albo handlują zielem w jego okolicy. Zatroskani rodzice wskazują na nich palcem i szepcą pociechom do ucha: Ucz się, dziecko, bo skończysz jak te dwa jełopy... W co się bawić? Plucie podsercówą na odległość i drobne kradzieże. Z KIM SIĘ BAWIĆ? Beavis i Butthead. Mało?! JEFFREY BEAUMONT Nuda wyniszcza. Z każdym kolejnym leniwym tyknięciem zegara i po kawałku. Dla głównego pionka „Blue Velvet” – bo bohaterem filmu, jak chce Žižek, jest rozpad amerykańskiej rodziny załamującej się pod naporem kolejnych nowinek obyczajowych – staje się początkiem piekielnej, jak to u Lyncha, przygody. Fellatio od nieznajomej? Check! Zatarg z psychopatycznym gangsterem? Done! Konfrontacja z wiecznie nieobecnym ojcem? A daj pan spokój z tym Žižkiem! Znamienne, że filmowe emploi Kyle MacLachlan dopełnia rolą „ofiary” przemocy domowej w rozbrajających mit amerykańskiego przedmieścia „Gotowych na wszystko”. Życie, życie jest nowelą... W co się bawić? Stalking, czyli wtykanie nosa w nie swoje sprawy. Z KIM SIĘ BAWIĆ? cisi ze „Słonia” Van Santa, dzieciaki z „Kids” Larry’ego Clarka. BENJAMIN BRADDOCK Czy może być coś stosowniejszego dla 21-letniego prawiczka niż wakacyjny kurs bzykania? Malkontenci mogą się spierać, czy Pani Robinson i jej łydka były wystarczająco gorące, żeby uwieść wysportowanego kurdupla... Ale chuć to jedno, a rozsądek to drugie. Pod koniec bezowocnych wakacji Benjamin nie pogardziłby nawet Roseanne Barr. Historia romansu cnotliwego absolwenta college’u i ryczącej czterdziestki z filmu Mike’a Nicholsa położyła podwaliny pod nowe kierunki w branży porno. „Mom I’d like to fuck” (w skrócie MILF) to dziś fantazja połowy chłopięcej populacji, śniącej o sąsiadkach z naprzeciwka. Ręce na kołdrę! W co się bawić? Girls, girls, girls. Z KIM SIĘ BAWIĆ? Bud Bundy, FEZ i Finch z „American Pie”. I


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

KIEDY PUNK BYŁ MŁODY tekst | krzysztof grabowski

TERAZ PODRÓŻ W CZASIE. KRZYSZTOF GRABOWSKI, PAŁKER I TEKŚCIARZ LEGENDARNEJ PUNKOWEJ FORMACJI DEZERTER, OPROWADZA NAS PO PRZEDMIEŚCIACH PRZESZŁOŚCI. Kiedy w połowie lat 50. poprzedniego wieku kończyła się w architekturze PRL-u epoka socrealizmu, skończył się według mnie również pomysł na wygląd polskich miast. To, co do tej pory było monumentalne i miało chwalić „szczytne” idee socjalizmu, zaczęło być wypierane przez miałki, masowy styl blokowisk. Był to skutek oszczędności i zmiany nastawienia władzy do budownictwa. Teraz miało być ono powszechne, tanie i szybko zaspokajać potrzeby przybywających w dużym tempie obywateli. Polskie miasta zaczęły przypominać przedmieścia. Tam, gdzie nie zachowały się przedwojenne zabytki, wyrastały potworki z betonu. Zmieniała się też struktura społeczna kraju i coraz więcej ludności ze wsi przenosiło się do miast. Zasiedlali brzydkie bloki i w tej brzydocie skazani byli egzystować. Z każdą zmianą pierwszego sekretarza PZPR zmieniał się nieco styl owych budowli, ale charakter pozostawał ten sam... Niestety, większość funkcjonuje do dziś i mimo licznych liftingów nadal straszy brzydotą. Oczywiście jest liczne grono fanów takiej architektury, ale ja się do nich nie zaliczam. Będąc z Dezerterem na naszej pierwszej zagranicznej wyprawie w Finlandii (grudzień 1987), natychmiast po opuszczeniu promu w Helsinkach doznaliśmy estetycznego szoku. Wiedzieliśmy, choćby z filmów, że świat może wyglądać inaczej niż szary PRL, ale na żywo czystość i nowoczesność ówczesnej Finlandii zrobiły na nas kosmiczne wrażenie. Doszło wtedy do ciekawej rozmowy z naszymi punkowymi organizatorami owych koncertów na temat estetyki. Oni, zagorzali wrogowie gdy wreszcie otworzyły się drzwi do krajów nazywanych przez komunistów „Zgniłym Zachodem”, ochoczo postanowiliśmy sprawdzić, gdzie i co gnije

foto | archiwum autora

mieszczańskiego klimatu swojego miasta, nie mogli zrozumieć naszych zachwytów nad schludnymi, kolorowymi budynkami. My natomiast nie mogliśmy pojąć, że ktoś, kto żyje w ładnym miejscu, krytykuje je właśnie za tę ładność. Kilka lat w PRL- u wyleczyłoby ich – myślę – z takiego malkontenctwa. Ale i to nie jest pewne, bo podróżując po świecie, spotkaliśmy mnóstwo takich estetycznych buntowników. Formując zespół, my też byliśmy podobnymi buntownikami. Nie tylko muzycznie, społecznie, politycznie czy obyczajowo. My po prosty chcieliśmy wyrwać się z komunistycznego uniformu, który zakładał, że wszyscy obywatele ludowej ojczyzny powinni mieć podobne oczekiwania i dążenia. A Polska Zjednoczona Partia Robotnicza miała wskazywać świetlisty horyzont. Tak jednak nie było. Ludzie na szczęście cenią sobie indywidualność. My byliśmy jaskrawym przykładem – jak bardzo. Pierwszą rzeczą, która wyróżniała powstającą na początku lat 80. subkulturę punkową, był wygląd. Nie było butików z fajnymi ciuchami, więc trzeba było radzić sobie samemu. To był fantastyczny okres, kiedy każdy chcący wyglądać inaczej, musiał włożyć w to sporo swojej inwencji i energii. T-shirty czy spodnie farbowało się samodzielnie, a co ambitniejsi (w tym ja) za pomocą własnoręcznie wykonanych szablonów przyozdabiali swoje ubrania. Efekty były zaskakujące. Dziś takie rzeczy kupuje się w sklepach za duże pieniądze. Nawet podarte w fabryce spodnie! Dezerter, jak i inne podobne nam zespoły, zawsze skazany był na bliski kontakt z przedmieściami. W pierwszej fazie działalności, jeszcze jako SS-20, nie mogliśmy znaleźć miejsca na próby. Nikt takiej muzyki nie chciał mieć u siebie. Instytucje państwowe, a takie tylko były, miały za zadanie wspierać ideologicznie kierunki rozwoju kulturalnego PRL-u. Wielokrotnie błąkaliśmy się od jednego do drugiego osiedlowego domu kultury z prośbą o kąt. Zaliczyliśmy m.in. Bródno, Targówek, daleką Ochotę, a nawet Nieporęt pod Warszawą. Zanim udało nam się na dłużej zatrzymać w Hybrydach, poznaliśmy smak dojazdów komunikacją miejską w najdalsze zakątki miasta. Ale ponieważ mieliśmy zapał i młodzieńczą energię, nie narzekaliśmy. Taki był czas, a nikt nie przypuszczał wtedy, że to się zmieni. Przyjmowaliśmy więc pewne rzeczy za normalne, mimo że normalne nie były. Choć

26

megahiro plus


mniej zorientowani mylą autora tekstu z noszącym to samo imię i nazwisko wokalistą pidżamy porno i strachów na lachy. Panowie znają się od blisko 30 lat i, co ciekawe, to samo imię (JAN) noszą również ich synowie.

PRL uwierał nas na wszystkie możliwe sposoby, to o tym, że może być zupełnie inaczej, naprawdę dowiedzieliśmy się dopiero za granicą. Po kilku latach starań o otrzymanie paszportów (za komuny nie można było ot tak sobie podróżować – władza musiała się na to zgodzić) wreszcie udało się. Najpierw wspomniana już Finlandia, a potem kolejne kraje Europy. Apogeum była nasza podróż do Japonii. Ale o tym za chwilę. Tak się złożyło, że punk był kulturą przedmieść. To tam mieszkało najwięcej sfrustrowanych swoją sytuacją ludzi. Choć ton nadawały zespoły z „miasta”, to cała masa odbiorców tej zbuntowanej muzyki wywodziła się z zapyziałych dzielnic (czy to w Warszawie, czy w Berlinie rzecz miała się podobnie). I na tle swojego otoczenia wyglądali oni niczym kwiaty na śmietnisku. Kolorowe, wyzywające ubrania, dziwne fryzury szokowały porządnych obywateli. Niejednokrotnie spotykaliśmy się z agresją i przemocą. Tylko dlatego, że inni nie mogli zrozumieć, że ktoś chce wyglądać inaczej. Ale to jest w społeczeństwie element stały, nawet dziś. Tylko może nieco inne cechy wyglądu drażnią idiotów. Oczywiście w PRL-u władza też nie pochwalała takiej ekstrawagancji i rękami Milicji Obywatelskiej dawała temu wyraz – to legitymując, to pałujac, to aresztując. Gdy wreszcie otworzyły się przed nami drzwi do krajów nazywanych przez komunistów „zgniłym Zachodem”, ochoczo postanowiliśmy sprawdzić, gdzie i co gnije. Odwiedzając takie miasta jak Paryż, Zurych, Amsterdam, Kopenhaga, Sztokholm, Oslo, Tokio i mnóstwo innych nie stwierdziliśmy żadnego śladu zgnilizny. Było kolorowo, ciekawie i o wiele bardziej tolerancyjnie niż w Polsce. Punkowe kluby były zwykle położone, poza paroma wyjątkami, w mniej prestiżowych miejscach niż centra miast. Z wiadomych powodów – finanse. W zależności od kraju miejscowi krzewiciele niezależnej kultury radzili sobie inaczej. Np. w Niemczech sporo było „młodzieżowych centrów kultury” współfinansowanych przez lokalne władze. W Holandii skłotersi mieli szansę otrzymać zajęte budunki na potrzeby kulturalne, jeśli ich działalność była dobrze oceniana przez okolicznych mieszkańców. Wszystko było inne niż u nas i to bardzo nam się podobało. Mieliśmy wrażenie, że nawet jeśli koncert odbywał się w jakiejś ciemnej piwnicy, to potem wychodziło się na powierzchnię i tam tętniło normalne życie. Tego brakowało nam w kraju. Gdzie byś się nie obejrzał, było szaro, ponuro i depresyjnie. Po chwilowym, 16-miesięcznym okresie „wolności” (sierpień 1980 - grudzień 1981), kiedy Solidarność – pierwszy niezależny związek zawodowy w krajach komunistycznych – wywalczyła dla zmęczonego nieustającym kryzysem społeczeństwa oddech świeżego powietrza, nastąpił zwrot o 180 stopni. 13 grudnia 1981 bojący się o utratę władzy generał Jaruzelski wraz z towarzyszami zarządził stan wojenny. Nie potrafię opisać naszych emocji i lęku przed tym, co wówczas nastąpiło. My, nastolatkowie, przyzwyczailiśmy się już, że ta odrobina wolności pozostanie na stałe, tymczasem wymierzone w społeczeństwo lufy kałasznikowów boleśnie pokazały, jak bardzo się myliliśmy. Stan wojenny wprowadził społeczeństwo w letarg na prawie dziesięć lat. Poczucie depresji narastało i nie było widać żadnego światła w tunelu. My oczywiście robiliśmy swoje, ale poczucie wściekłości narastało. Dawaliśmy mu upust w swoich piosenkach, co z kolei dawało – taką przynajmniej mam nadzieję – odrobinę nadziei naszym słuchaczom. Będąc na Zachodzie, miałem nieodparte wrażenie, że nasze życie ucieka, a z powodu geopolitycznej sytuacji Polski tracimy najlepsze lata na użeranie się z rzeczywistością, zamiast korzystać z tego, co inni już mieli. Koncerty zagraniczne dały nam poczucie jasnego celu, który do tej pory był tylko w domysłach. Też chcieliśmy mieć możliwość wyboru swojej drogi, bez oglądania się na taką czy inną władzę. Ale w tym samym okresie mieliśmy możliwość dokonać jeszcze jednego porównania dwóch systemów. W 1988 roku udało nam się wyjechać na koncert do Kijowa na Ukrainie – wtedy będącej częścią Związku Radzieckiego. ZSRR – imperium zła – jawił nam się jako równie niedostępna kraina co Zachód. Tam wolność jednostki była jeszcze bardziej ograniczona niż u nas, choć trudno to sobie wyobrazić. A jednak. Im się udało utrzymywać społeczeństwo w wiecznym strachu przez wiele lat. Komuniści radzieccy byli po prostu bardziej bezwzględni. Kijów

to piękne miasto. Mnóstwo monumentalnych budowli z epoki socrealizmu robi przytłaczające, ale jednocześnie wielkie wrażenie. Niestety, nie dane nam było obejrzeć przedmieść, ponieważ byliśmy pod stałą „opieką” odpowiednich osób. Po całej serii kuriozalnych sytuacji, łącznie z przerwaniem naszego koncertu przez jakąś panią kierownik, wyjechałem z ZSRR z przeświadczeniem, że Polska Ludowa to niemal wolny kraj, a to, co robimy jako zespół, jest niczym w porównaniu z tym, z czym mierzą się niezależni artyści tam. Niedługo po tej podróży na skutek kilku cudownych zbiegów okoliczności mogliśmy udać się na drugi kraniec świata, do Japonii. Komuna właśnie wyzionęła ducha i nasz kraj wpłynął na mętne wody kapitalizmu. Zmiana nie dokonała się od razu. Wszyscy towarzysze pozostali na pokładzie i chętnie zajmowali lukratywne stanowiska w nowopowstających spółkach, bądź przejmując majątek tych starych. Ale miało być o Japonii... Jadąc z lotniska do Tokio, a potem do Kawasaki, miałem wrażenie, że przemierzamy niekończące się przedmieścia. Miasto się nie kończyło, a wręcz sprawiało wrażenie, że pokrywa całą Japonię. Stolice Europejskie są wielkie, ale Tokio bije je na głowę. Odmienna kultura sprawia, że pomysł na zabudowę przestrzeni miejskiej jest inny. Inna jest estetyka, inne zachowania ludzi. Jest po prostu egzotycznie. Nawet punkowcy japońscy wyglądali inaczej. Byli jacyś tacy schludni, mimo że równie obdarci i poszarpani jak nasi. Ale jednocześnie bardziej „butikowi”. Być może ich design był wynikiem przemyślanych zakupów w odpowiednim sklepie dla punków. Tego nie wiem, ale nie byłbym zbytnio zdziwiony. Wyjechać wtedy na koncerty do Japonii było dla nas czymś takim, jak dziś lot na księżyc. Niewiarygodne, ekscytujące przeżycie. Wszystko było odmienne. Od fantastycznej japońskiej kuchni po kluby i koncerty. Organizacja perfekcyjna. Wszystko zaplanowane i przemyślane. Dla nas Słowian trochę to było przerażające. Ale z perspektywy czasu myślę, że gdyby nie ich umiejętności organizacyjne i dyscyplina, szybko nie dźwignęliby się po tym, jak Amerykanie zafundowali im dwie bomby atomowe. W roku 1990 Amerykanie byli już przyjaciółmi i sporo ich można było spotkać na ulicach Tokio. Koncerty na Zachodzie i w Japonii pokazały nam jak powinny być organizowane imprezy niezależne. Jakie powinno być podejście do muzyków i publiczności. Kto jest najważniejszy – organizator i właściciel sprzętu, czy artysta i publiczność, która płaci za bilet? To wszystko staraliśmy się przenosić na nasz grunt. I mam wrażenie, że nasze doświadczenia przydały się całej, wówczas błyskawicznie rozwijającej się scenie niezależnej. Wniosek jest taki: podróże kształcą, tylko trzeba umieć z tej wiedzy korzystać.

P.S. W każdym z miast zachodnich i w Japonii spotkaliśmy osoby, które kontestowały konsumpcyjny wygląd swoich miast. Wszystkie te krytyczne uwagi były dobrze umotywowane i jak najbardziej zrozumiałe. Za rozwój trzeba płacić, a najdotkliwiej płacą zwykle ci, którzy sami nie mają zbyt wiele. Jednak należy przypomnieć, że za obskurne i brzydkie budownictwo komunistyczne płaciło całe społeczeństwo, nawet o tym nie wiedząc. Standard życia był tak obniżony po to, żeby władza miała pieniądze zarówno na czołgi, jak i na własne domy. Jeśli mam być szczery, to wolę dzisiejszy układ. Przynajmniej wiem, za co muszę zapłacić, i wolę kiedy otoczenie nie wpędza mnie w depresję.

27

Na zdjęciach Dezerter kolejno w: Toruniu (1984), Paryżu (1989), Tokio (1990)

megahiro plus


NIECH ŻYJE WOLNOŚĆ

I SWOBODA tekst | Dominika Węcławek

ilustracje | michał śledziński

Młody chłopak – włosy nastroszone, bródka króciutka, spodnie bojówki i bluza z kapturem – pędzi przed siebie. Jest uśmiechnięty, bo już wie, że udało mu się wystrychnąć przeciwników na dudka. Daleko w tyle zostaje banda rozwścieczonych dresiarzy i szare bloki. Tak zaczyna się „Osiedle Swoboda” – seria, która zmieniła myślenie o polskim komiksie. Opisywany obrazek był okładką pierwszego numeru magazynu „Produkt” – dziś niemal ikony, jednego z najważniejszych ogniw w historii rodzimych opowieści z dymkiem. Wydawnictwo było o tyle istotne, że zapoczątkowało kariery wielu ważnych dla tej niszy twórców, choćby Karola KRL Kalinowskiego. Tu też narodziły się takie serie jak „Wilq superbohater”. Ale filarem całego przedsięwzięcia było właśnie „Osiedle Swoboda”. Miejskie legendy Zamiast siódmej wody po fantastyczno-naukowym kisielu zza Oceanu bądź artystowskich powieści graficznych, czytelnik dostał obyczajówkę z krwi i kości. Koncepcja całego „OS” powstała z potrzeby snucia dłuższej opowieści. Michał „Śledziu” Śledziński, wcześniej rozpoznawany przede wszystkim przez graczy czytujących „Secret Service” czy „Świat Gier Komputerowych” bądź tropicieli zinów takich jak „Azbest”, miał już bowiem dosyć krótkich form. Co ciekawe, sam przyzna po latach, że pierwsze szkice wykonał z nudów. Powstali wówczas główni bohaterowie: obdarzony czymś na kształt afro Szopa („diler z zasadami”) i masywny, zawsze przyodziany w czapkę Niedźwiedź („największy moczymorda na osiedlu”). Potem pojawiła się pozostała trójka – zakręcony wodzirej Wiraż w kapelusiku „po dziadku”, znawca kobiecych serc i umysłów Kundzio, a wreszcie Smutny, który ponoć ma tendencję do spotykania największych świrów na osiedlu i postrzegany bywa jako alter ego autora (co sam zainteresowany dementuje). Cała piątka przeżywa niespiesznie swoją młodość, trochę jak u wczesnego Spike’a Lee, trochę jak w filmach Kevina Smitha. Dwudziestoparoletni kolesie trwający w zawieszeniu między szczeniactwem a dorosłością, między rozmowami o dupie maryni i dupach znanych artystek, nie mogą niby uwolnić się od spojrzeń okolicznego elementu i poleceń rodziny. Mają jednak czas, by wieczorne wyjście na koncert zakończyć piciem do rana, a potem spędzić dzień szwendając się po okolicy. Czasem któryś pójdzie do roboty, ale to nic poważnego. Zresztą jak człowieka kac męczy, a zioło samo wskakuje w bibułę, kto by myślał o niej poważnie? I tak w oparach marihuany tracą przykładowo pracę w miejskiej kostnicy, po uprzednim... hm... podpaleniu nieboszczyka. Niektóre wydarzenia nie są zwyczajne, ale co dziś jest normalne – zapytałby taki Ciachciarachciach, postać drugoplanowa, osiedlowy filozof z lepianki, mistyk o powierzchowności żula. Wydarzenia dnia powszedniego uzupełnia więc realizm magiczny. Miejskie legendy ożywają, by zderzyć się z trącącymi sucharem żartami o 2Pacu. Nienajgorsze realia Tłem do wszystkiego jest zaś osiedle. W rzeczywistości Swoboda to bydgoskie Szwederowo, które – wbrew obiegowej opinii czytelników – nie składa się z samej wielkiej płyty. Wśród mieszkańców spoza dzielnicy, było za to miejscem „złą sławą owianym”. – Szwederowo miało swoją mroczną legendę, ale to raczej wynik działań PR-owych naszych zakapiorków, którzy chcieli odstraszyć tzw. nieproszonych gości – mówi Michał Śledziński. I dodaje jeszcze: Jeśli

28

megahiro plus


ktoś wychowuje się na podobnym osiedlu, zna je od podszewki. Wie, gdzie przesiadują wesołki, a gdzie psychole. No i zna jednych i drugich, więc jest poczucie przynależności i pewne bezpieczeństwo. „Szwederko” dzieli się na Nowe i Stare – to drugie to przede wszystkim brukowane ulice, stare kamienice. No ale cóż, łatka blokowiska przylgnęła do Osiedla Swoboda. Może dlatego, że piątka głównych bohaterów rzadko rusza się poza swoją okolicę. Centrum postrzegane jest jak inny świat. Można z niego toczyć wojnę o wpływy, można tam ruszyć na wyprawę, ale życie toczy się na Swobodzie. Wszystko, czego potrzeba, znajduje się przecież pod ręką – kościół, w którym zbiera się na mdłości, jak również sklepy nocne, gdzie za ladą stoi baba, co „z wina by sobie nie żartowała”. Swoboda ma swój patrol obywatelski „Osiedle Pod Ochroną” i oczywiście własną enklawę kulturalną – klub o wdzięcznej nazwie „Mordownia”, jako żywo przypominający najmroczniejsze zaułki krasnoludzkiej kopalni. Co prawda, Śledziu bardziej niż topografią inspirował się klimatem i postaciami, niemniej pokazany w drugim odcinku komiksu autobus linii 64, zawsze po brzegi wypchany emerytami, istnieje naprawdę. I na Morską jeździ do dziś. Jeżeli zatem ktoś z was gustuje w wycieczkach tropami postaci literackich, śmiało może ruszyć szlakiem bohaterów: Niedźwiedzia i jego kumpli. Ale nie trzeba jechać w Bydgoszczy, by poczuć ten klimat... My i dresy Dorastaliście w polskim mieście na przełomie wieków? Wasz dokładny wiek czy gust nie jest ważny. Wystarczyło jedno spotkanie z „Osiedlem Swoboda” i wsiąknęliście. Ta seria komiksowa miała znacznie więcej celnych spostrzeżeń niż prasowa socjologia Pęczaka i „Blokersi” Latkowskiego. Operowała językiem znanym z podwórek, a nie stylizacją jak u Masłowskiej. Pozostawała przy tym bardziej uniwersalna niż ówczesny, „uliczny” hip-hop. Zamiast kreować ponury świat pełen zła i patologii, Śledziu pokazał zwyczajne życie nieco leniwych, ale zwykłych dzieciaków, żadnych tam narkomanów czy alkoholików. Bo fakt, że bohaterowie lubią popić i nie gardzą „elementem baśniowym”, czyli marihuaną, nie uczynił z nich degeneratów. Wręcz przeciwnie, często pomagają innym... No dobrze, może nie mają w poważaniu „wapna”, czyli dzisiejszych „moherów”, i – tradycyjnie – starają się zagrać na nosie tępym dresiarzom. Jednak poza rozgraniczeniem na dresów i nie-dresów, brak tu wyraźnych subkulturowych podziałów. Sposób noszenia się postaci pierwszoplanowych nie odstaje też szczególnie od tego, co możemy i dziś zaobserwować na osiedlach, o ile odsiejemy wszystkich hipster-wannabe i lansiarzy. Natomiast przez mury, koszulki i plakaty przewija się swoista komiksowa ścieżka dźwiękowa. Śledziu przemycał nazwy zespołów, których słuchał przy tworzeniu: Kyuss, Aphex Twin, Cypress Hill, Deftones, Queens Of The Stone Age, Sonic Youth. Są też charakterystyczne dla tego autora motywy związane z grami komputerowymi – bluza z logówką „GTA2” czy stara przyczepa z automatami. Dla dzisiejszych dzieciaków to inna rzeczywistość, ale świetnie wpisuje się ona w falę sentymentalnego powrotu do przeszłości, jaki przeżywają współcześni trzydziestolatkowie.

Swobodna ewolucja Forma graficzna opowieści ewoluowała z każdym numerem „Produktu”. – Komiks powstał na przestrzeni czterech lat i to w momencie, kiedy próbowałem podpatrzonych tu i ówdzie sztuczek, stąd np. od czwartego epizodu pojawia się więcej czerni – mówi Śledziu. – Niektóre epizody mają bardziej wyczyszczoną kreskę, bo wciągnąłem jakiegoś „amerykana” i postanowiłem przygotować komiks „pod kolor”. Autor opowiada też o ulepszaniu postaci: Niedźwiedź w pierwszym epizodzie ma niemal płaską twarz, a jego czapka wygląda jak doniczka. Dopiero z czasem postać nabiera przestrzeni. Wszyscy bohaterowie łapią właściwie proporcje dopiero w połowie całej historii. Ta zaś, po 14 odcinkach i ponad 250 zarysowanych stronach, zakończyła się melodramatycznym finałem związku Smutnego i Młodej (siostry Wiraża). Owszem, Śledziński podjął jeszcze próbę zmiany komiksu obyczajowego na sensacyjny. Akcja, tajemnica i główni bohaterowie zepchnięci na drugi plan, wszystko to podane w odrębnych zeszytach, tym razem już w pełni w kolorze. Niestety nowe, sześcioodcinkowe „Osiedle Swoboda” zatraciło swój wyjątkowy charakter i nie zaskarbiło sobie sympatii czytelników. Dekadę po premierze ukazał się natomiast zbiorczy album zawierający „produktowe” historie i galerię, w której własne interpretacje bohaterów przygotowali twórcy związani z polskim komiksem. Jako że cały nakład rozszedł się bardzo szybko, a przez prasę opiniotwórczą przetoczyła się fala zachwytów – Bartek Chaciński pisał np. o „Swobodzie” „pięknie obyczajowej”, a Alex Kłoś o „doskonałej kresce i kadrach” – zebrane „Osiedle” ma powrócić w Kulturze Gniewu po raz drugi, wzbogacone o nowy odcinek. Ten zapowiadany jest przez autora jako „trochę swobodny, a trochę nie”. O tym, jaki będzie dokładnie, przekonamy się już pod koniec sierpnia. Czekając na chemię Warto wiedzieć, że komiksowy odpowiednik Szwederowa wciąż żyje. Fani piszą „swobodne” magisterki, kręcą własne filmiki (fanowska wariacja w temacie „Ballady o Bystrym” jest na YouTube) i rośnie ciśnienie, by Smutny z ekipą dołączył do grona kolegów z „Produktu” – zekranizowanego już Jeża Jerzego oraz czekającego w kolejce Wilq. Śledziński nie mówi „Nie”, choć nie najlepiej wspomina pierwszą – i jak dotąd jedyną – próbę przeniesienia „Osiedla” na ekran. – Tuż przed wydaniem kolorowej serii, czyli kontynuacji tego, co było w „Produkcie”, zgłosili się do mnie ludzie od programu Wojewódzkiego – wspomina. – „Osiedle” miało się pojawić tam w formie krótkich, aktorskich shortów. Mój wydawca przebrał się w garnitur i udawał agenta, ja spaliłem lolka. Przyjął nas jakiś nieprzyjemny grubcio, pogadaliśmy chwilę, ale chemii nie było. Śledziu zdradza też, że oferta finansowa za prawa do tytułu okazała się śmiesznie niska, a producenci zażyczyli sobie zmiany miejsca akcji, a nawet imion bohaterów! Szczęśliwie „sprawa zdechła” i może po latach „Osiedle Swoboda” doczeka się lepszego traktowania. Bo o ile porównywanie go do rewolucyjnych nowel graficznych Willa Eisnera jest może ciut na wyrost, to jednak zasługuje ono na ogromny szacunek.


Ariel Pink’s Haunted Graffiti to zespół, który w drugiej połowie lat zerowych zrewolucjonizował podejście do muzyki lo-fi. Piosenki lidera, oryginalnie stworzone w kuchni na najtańszym i najbardziej zdezelowanym sprzęcie, po kilkuletnim okresie inkubacji na peryferiach hipsterskich mediów znalazły miejsce w katalogu wytwórni Paw Tracks dzięki zainteresowaniu panów z Animal Collective. Pierwszym albumem nagranym w pełnym składzie, na prawdziwych instrumentach i w dużej wytwórni (legendarnej 4AD) było zeszłoroczne „Before Today”.

30

MUZYKA

M


NAWIEDZONE

PIOSENKI

tekst | mateusz jędras

Ariel Pink’s Haunted Graffiti to bezdyskusyjnie największa gwiazda tegorocznego OFF Festivalu – nawet jeśli dziś jeszcze nie wszyscy się z tym zgadzają. O liderze kapeli mówi się, że trzeba było dla niego wymyślić nową kategorię estetyczną, żeby ludzie zaczęli rozumieć jego dziwaczny, zamglony pop. Jak się jednak okazuje, ani hauntologia nie jest niczym nowym (pochodzi z prac Jacques’a Derridy z lat 90.), ani muzyka Pinka nie jest aż tak hermetyczna, bo fanów skrajnie amatorskich brzmień i przywoływania na wpół zapomnianych melodii z lat 80. i 90. wciąż przybywa. Chillwave i hipnagogiczny pop zyskują coraz więcej miejsca w opiniotwórczych serwisach internetowych, stając się pełnoprawnym elementem spektrum muzyki niezależnej. O najciekawsze wycinki tego ektoplazmatycznego tortu zapytaliśmy człowieka z samego epicentrum – Tima Koha, prawą rękę Miry Billotte w projekcie White Magic, a przede wszystkim basistę i pierwszego po Arielu członka Haunted Graffiti.

Kiedy ostatnio się widzieliśmy, wasz przyjazd do Polski był niemalże cudem. Tak jak i to, że ktokolwiek przyszedł na ten koncert. Aż nagle staliście się gwiazdami indie-światka, nagle wszyscy was słuchają. Jaki udział ma w tym 4AD?

Poza profesjonalnym studiem nagraniowym chodzi głównie o to, że teraz bardzo dużo koncertujemy, co w dużej mierze też zawdzięczamy im. Ale to, co robimy, jest nasze. Pracujecie dla nich nad czymś nowym?

Tak, będzie kolejna płyta dla 4AD. Ale mimo że są wspaniałą wytwórnią, nie widzę tego jako współpracy do końca życia. Wiesz, u mnie przez cały czas coś się dzieje (śmiech). Ostatnio co na przykład?

Jestem typem, który gra w wielu projektach naraz. Ostatnio współpraca z Arielem trochę mnie ograniczyła – w końcu to teraz mój macierzysty zespół – ale udaje mi się robić małe przerwy na granie z innymi, przykładowo z Gang Gang Dance. Właśnie – jak zaczęła się współpraca z GGD?

Są moimi dobrymi ziomami z Nowego Jorku. Czasem przyjeżdżają pograć w Kalifornii i wtedy zawsze coś razem knujemy. Zagrałem na basie w dwóch kawałkach z ich nowego albumu. Są dla mnie potrzebną odskocznią od tego, co robię w Haunted Graffiti. Potrzebną, mimo że podziwiam Ariela i jest on moim najlepszym przyjacielem. Ponadto grałem też z dziewczyną z Cibo Matto i paroma innymi ludźmi jako Food Of The Gods. A z najnowszych wieści – będę się udzielał na koncertach Prince Rama. Jeszcze nie wiem, co z tego wyniknie. Zmieniam kolaboratorów, jak tylko się znudzę. Jedynymi w miarę stałymi projektami są dla mnie Haunted Graffiti i White Magic. Widzisz jakikolwiek związek między tym, co robicie z Arielem, a tym, co się teraz dzieje w Kalifornii? Myślę choćby o labelu Not Not Fun.

Żadnego. Zupełnie żadnego. Szanuję Johna Wiese’a, eksperymentalnego noise’owego artystę, albo na przykład taki Damian Romero też jest świetny. Jest garstka ludzi, którzy mi imponują. Ale nie Not Not Fun. Nie znoszę ich! Możecie to wydrukować? (śmiech) Wydaje mi się, że Amanda Brown (szefowa labelu – przyp. red.) jest kłamliwa. Wiem, że są popularni, ze wszystkimi artykułami o nich w „The Wire”, i wszyscy ich kochają. Ale ja myślę, że są pozerami. Uważam, że wszystko, co robią, jest maksymalnie średnie, nudne, to nic nowego. A prasa poświęca im tyle uwagi! Jest u nich jedna dziewczyna z Estonii, chyba... Minerva?

foto | TIM SACCENTI

Aaa, Maria Minerva. Wszyscy ją kochamy!

Tak, ona jest spoko. Wiesz, tak naprawdę nie czuję się powiązany z niczym tutaj w Los Angeles. Może oprócz Puro Instinct. A Nite Jewel albo Dâm-Funk?

Lubię Nite Jewel. To moi dobrzy znajomi. Dâm-Funk? Wiadomo – gość jest niesamowity, uwielbiam go! Ale to tyle z Kalifornii. Czego w takim razie teraz słuchasz?

Właściwie niczego nowego. Grzebię dużo w starych rzeczach, a najbardziej w etiopskiej muzyce, głównie z końca lat 70. Kiedy myślisz o muzyce z Afryki, jesteś w stanie wyodrębnić kilka cech wspólnych dla nagrań z tego kontynentu. A muzyka z Etiopii nie przypomina niczego innego. Dlatego można ją porównać z Haunted Graffiti. Poza tym słucham bardzo różnych rzeczy. W tym tygodniu dużo Rachmaninowa, Panda Bear, John Maus... Był z nami w zespole, kiedy zaczynaliśmy. Na początku byliśmy we czwórkę: Ariel, ja, nasz kumpel Greg i właśnie John. Jego nowa płyta jest niesamowita! Tak, słucham praktycznie wszystkiego (śmiech). Wszystkiego oprócz Not Not Fun...

Jest w nich coś, co pozostawia zły smak (śmiech). Tak samo mam z Sun Araw. Nie wiem, może to sympatyczny koleś, ale kiedy tego słucham, strasznie mnie nudzi. Jest też taki label Captured Tracks... Wszystko, co wydają, to straszna nuda. Najbezpieczniej słucha mi się moich znajomych. Wiesz, Geneva Jacuzzi na przykład. Zdaję sobie sprawę, że w tym momencie strasznie hejtuję. Ale to mój pierwszy raz, kiedy hejtuję coś w wywiadzie. Zwykle jestem miły (śmiech). Serio! Pamiętasz swój występ w Warszawie dwa lata temu?

Jasne! Graliśmy z takim zespołem... Przypominali mi Devo. Zapomniałem, jak się nazywali. The Car Is On Fire.

Tak! To chyba wtedy miał być ich ostatni koncert. A tu nagle zobaczyłem ich na Primaverze! Miła niespodzianka. W każdym razie w Warszawie było świetnie. Nie mogę się już doczekać wizyty w Katowicach. Omar Souleyman będzie zajebisty! My zresztą też... (śmiech)

Muzyka z etiopii nie przypomina niczego innego. dlatego można ją porównać z haunted graffiti

31

MUZYKA

M


HARRY POTTER

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

i NIEŚMIERTELNA FRANCZYZA tekst | PIOTR DOBRY

foto | materiałY promocyjne

WRAZ Z KINOWĄ PREMIERĄ DRUGIEJ ODSŁONY “INSYGNIÓW ŚMIERCI” ERA POTTERA DOBIEGA KOŃCA. CHĘTNI DO PRZEJĘCIA TAJEMNEJ WIEDZY NA TEMAT ZAKLĘCIA OPRÓŻNIUS PORTFELUS OD DAWNA USTAWIAJĄ SIĘ W KOLEJCE, ALE SĄ NA Z GÓRY STRACONEJ POZYCJI. GROMADZONY PRZEZ DEKADĘ MAJĄTEK CZARODZIEJA Z HOGWARTU SZACUJE SIĘ DZIŚ NA OK. 20 MLD DOLARÓW.

Młodzi aktorzy z obawą patrzą w przyszłość...

Dotychczasowe wpływy ze sprzedaży książek J.K. Rowling sięgnęły 10 mld USD, zaś siedem filmów (wyłączając drugie „Insygnia Śmierci”) zarobiło łącznie blisko 7,5 mld w samej tylko dystrybucji kinowej (dla porównania, licząca już 23 odcinki seria „Bondów” ma na koncie niecałe 6,7 mld). Do tego dochodzą jeszcze zyski ze sprzedaży płyt DVD i Blu-ray, gier komputerowych i niezliczonych gadżetów. Potteromania to biznes iście gargantuicznych rozmiarów. I zarazem popkulturowy i socjologiczny fenomen, nad którym od lat głowią się zarówno domorośli filozofowie, jak i najwięksi specjaliści w dziedzinach socjologii, psychologii czy literatury. Część z nich odmawia autorce cyklu wybitnego talentu, zarzuca zbyt rozległe inspiracje (niekiedy całkiem zasadne, jak w przypadku „Gry Endera” Orsona Scotta Carda bądź „Czarnoksiężnika z Archipelagu” Ursuli K. Le Guin, innym razem totalnie odjechane, by wspomnieć tylko niesławny artykuł z „Faktów i mitów” ukazujący „Kamień Filozoficzny” jako plagiat... „Akademii Pana Kleksa”), trywializację magii i nazbyt częste operowanie rozwiązaniami deus ex machina. Z drugiej strony, sam Andrzej Sapkowski zalicza sagę Rowling do kanonu literatury fantasy, zaś mało kto zaprzecza, że dzieło Brytyjki, jakkolwiek dalekie od przedrostka „arcy-” doskonale rozbudza wyobraźnię bez względu na wiek odbiorcy, w małoletnim czytelniku uruchamiając tęsknotę za szkołą nauczającą magii, nie matmy, natomiast w mugolu – za czasami beztroskiego dzieciństwa. Można też „Pottera”, zarówno książkowego, jak i filmowego, odczytywać jako znakomitą opowieść o dojrzewaniu, i ten klucz mi osobiście wydaje się najwłaściwszy. Rowling tyleż subtelnie, co wiarygodnie oddała problemy, lęki i nastroje nastolatków wchodzących w dorosłość, zaś filmowcy i młodzi aktorzy godnie przyszli jej w sukurs. Bo wypada zaznaczyć, że globalny triumf potterowych superprodukcji zapewne nigdy nie osiągnąłby obecnej skali, gdyby nie fenomenalny casting. Daniel Radcliffe to urodzony Harry Pot-

co takiego jest w filmach o harrym, czego nie ma w „złotym kompasie”, „kronikach spiderwick”, „Opowieściach z narnii”? odpowiedź brzmi: odtwórcy głównych ról

ter, Emma Watson jest perfekcyjną Hermioną Granger, a Rupert Grint – jedynym właściwym Ronem Weasleyem. Dlaczego żadne „postpotterowe” hollywoodzkie widowisko dla dzieci i młodzieży nie odniosło spodziewanego sukcesu? Co takiego jest w filmach o Harrym, czego nie ma w „Złotym Kompasie”, „Kronikach Spiderwick”, „Opowieściach z Narnii”? Odpowiedź brzmi: odtwórcy głównych ról. Taki wniosek zadaje kłam twierdzeniu, jakoby młodego, rzekomo bezrefleksyjnego widza, interesowały głównie efekty specjalne. Te przecież we wszystkich wymienionych powyżej filmach stały na równie wysokim poziomie. Oczywiście, również we wszystkich tych filmach brały udział zdolne dzieciaki. Ale tylko „ekipa Pottera” wykazała się charyzmą elektryzującą tłumy i wrodzonymi talentami uwydatnianymi wraz z rozwojem postaci. Co prawda dla znacznej części krytyków filmowych i co bardziej wyrobionych widzów największą atrakcją serii pozostają nierzadko kradnący sceny „młodym wilkom” wybitni angielscy aktorzy, jak Alan Rickman, Michael Gambon, Helena Bonham Carter, Ralph Fiennes, Maggie Smith, Emma Thompson i liczni inni, jednakże z odcinka na odcinek wzrasta liczba pochwał dla Radcliffe’a, Watson i Grinta. Czy młodzi Brytyjczycy sprostają oczekiwaniom, czy już na zawsze pozostaną w masowej wyobraźni Harrym, Hermioną i Ronem? Jak na razie są na dobrej drodze. Cztery lata temu niepełnoletni jeszcze wówczas Daniel Radcliffe wystąpił nago na deskach londyńskiego teatru w sztuce „Equus”, by po premierowym spektaklu zebrać owacje na stojąco. W przyszłym roku zobaczymy go w gotyckim horrorze legendarnego studia Hammer – „The Woman In Black” Jamesa Watkinsa – zaś bukmacherzy znad Tamizy już obstawiają, za ile lat wskoczy w smoking Bonda! Z kolei Emma Watson wystąpiła w ciekawie zapowiadającym się dramacie „My Week With Marylin” Simona Curtisa, którego amerykańska premiera odbędzie się w listopadzie. Rupert Grint natomiast wyrasta na gwiazdę brytyjskiego kina niezależnego, choć ma też w planach udział w nowym filmie Norwega Pettera Næssa, autora „Ellinga”. Szczęśliwie wygląda na to, że żadnej z młodych gwiazd „Pottera” nie zobaczymy na razie w standardowej komedii romantycznej czy superbohaterskiej hiperprodukcji w 3D. Czy kiedykolwiek powrócą do Hogwartu? Joanne K. Rowling coraz częściej przebąkuje w wywiadach o możliwości napisania ósmej części sagi, więc teoretycznie wszystko jest możliwe. Z Danielem i Emmą lub nawet bez nich. Cóż, nie czarujmy się, że to definitywny koniec potteromanii. Przed nami niekończący się festiwal spin-offów, parodii, specjalnych wydań kolekcjonerskich, „baloników na druciku”. Harry Potter zamyka ważny etap swej fantastycznej kariery, ale franczyza nie umiera nigdy...

32

FILM

F


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Królowa

Wyprzedaży foto | nick knight

tekst | jan mirosław

To było wyjątkowo krótkie panowanie. Przed wydaniem „Born This Way” nic nie zagrażało pozycji Lady Gagi. biedaczka pogubiła się sama...

Podsycała napięcie, zapowiadając epokowe dzieło, które zmiecie konkurencję. Gdy wyłoniła się z wielkiego jaja podczas nagród Grammy, świat wstrzymał oddech. Niestety, wtedy Gaga zaczęła śpiewać „Born This Way”. Tytułowy utwór z nadchodzącej płyty natychmiast okrzyknięto plagiatem „Express Yourself” Madonny, ale – o dziwo – nie szkodziło to początkowej dobrej sprzedaży. Pomimo fali krytyki, Gaga miała kolejny numer 1 na światowych listach. Przez moment wydawało się, że cokolwiek robi, robi to dobrze. Coś jednak pękło i dotychczasowa królowa nie mogła liczyć na taryfę ulgową przy kolejnym podejściu. Postanowiła zagrać agresywnie i wypuścić drugą piosenkę znacznie wcześniej niż oczekiwano. Po niosącym przesłanie tolerancji „Born This Way”, „Judas” był ewidentnie obliczony na skandal, który biblijnymi odniesieniami wzburzy tradycjonalistów i rozkręci medialny cyrk wokół piosenkarki. Premiera w Wielki Tydzień nie była przypadkowa, ale jedyne protesty, które wzbudziła piosenka, dotyczyły jej jakości. Gaga podrabiająca samą siebie (z „Bad Romance”) okazała się jeszcze słabsza niż Gaga podrabiająca Madonnę. Pomysł na teledysk, w którym artystka gra Marię Magdalenę uciekającą z Judaszem na motorze, miał potencjał, ale pogrzebało go tandetne wykonanie. Mimo zmasowanej promocji, piosenka zadebiutowała dopiero na 10. miejscu Billboardu, po czym od razu zaczęła spadać. Strategia szoku przestała działać. Konieczne stało się wydanie trzeciego singla przed premierą płyty – ruch zdradzający desperację, bo np. bezbłędna kampania Katy Perry rok po wydaniu płyty potrafiła dowieźć na sam szczyt list przebojów czwarty kawałek z rzędu. Po raz pierwszy od debiutu to Lady Gaga musiała gonić konkurencję: Ke$hę, Rihannę, Britney Spears. Zakasała rękawy. Objechała finały „X-Factora” w Wielkiej Brytanii i Francji, zaśpiewała w „Amerykańskim Idolu”, odwiedziła telewizję śniadaniową i wieczorny talk show Lettermana. Wisienką na torcie był jednak udział w odcinku wieńczącym sezon satyrycznego programu „Saturday Night Live”. Jej partnerem w wygłupach na planie był sam Justin Timberlake, a głównym punktem programu – parodia pościelówek z lat 90. pod wiele mówiącym tytułem „It Ain’t Gay If It’s In A Threeway”. Tymczasem nieodwołalnie zbliżała się premiera płyty. I jeśli wspomniane występy lekko podgrzały atmosferę, to żaden nie wzbudził takich emocji, jak koncert na rzymskiej Paradzie Równości. Choć Gaga od zawsze angażowała się w walkę o równouprawnienie gejów i lesbijek, dopiero w tym roku jej aktywizm nabrał prawdziwie spektakularnych rozmiarów. 4 czerwca w Rzymie pokazała się nie jako piosenkarka, ale samozwańcza liderka ruchu społecznego, rzucająca wyzwanie Watykanowi i rządom krajów odmawiających równego traktowania wszystkim obywatelom. Nie wahała się wymienić ich z nazwy, dzięki czemu nieoczekiwanie słowa „Polska” i „Lady Gaga” sąsiadowały w przekazach medialnych całego świata. Prasowa lokomotywa ruszyła na całego i w dniu premiery było wiadomo, że będzie hit. Pytanie brzmiało – będzie milion w pierwszym tygodniu, czy nie? I był. Tak jakby. Po tym, jak sztab Gagi odtrąbił rekord, złośliwcy zwrócili uwagę na to, że prawie połowa rozeszła się przez Amazon, który sprzedawał całą płytę w cenie jednej piosenki, za 99 centów. Do płyty przylgnęła etykietka towaru z wyprzedaży, jeszcze zanim pojawiły się pierwsze recenzje. Te zaś były uprzejme, lecz letnie. Werdykt publiczności był bardziej jednoznaczny. W drugim tygodniu sprzedaż „Born This Way” spadła o 84%, a w trzecim na pierwsze miejsce Billboardu powróciła Adele. Nie można sobie wyobrazić lepszego dowodu na zmęczenie Gagą niż triumf 21-letniej wycofanej Brytyjki...

34

MUZYKA

M


fot: Stanisław Malinowski

ww

.pl a d i r muzyka w . s35t

m


Niezależny Serwis Muzyczny

10 LAT NIEZALU W POLSCE SERWIS PORCYS OBCHODZI WŁAŚNIE 10. ROCZNICĘ ISTNIENIA. Z TEJ OKAZJI MY, NIŻEJ PODPISANI JEGO REDAKTORZY, PRAGNIEMY PRZEDSTAWIĆ WAM WYBRANE MUZYCZNE PEREŁKI, DO KTÓRYCH ZDOŁALIŚMY W TYM CZASIE DOTRZEĆ. NIEPRZERWANIE OD 2001 ROKU STARALIŚMY SIĘ NA BIEŻĄCO RELACJONOWAĆ WYDAWNICZE PREMIERY Z OBSZARU WSZYSTKICH GATUNKÓW I STYLÓW MUZYKI ROZRYWKOWEJ – OD INDIE-ROCKA, PRZEZ ELEKTRONIKĘ, HIP-HOP I KOMERCYJNY POP, AŻ PO NISZOWE TRENDY W RODZAJU MODNEGO NIEDAWNO CHILLWAVE’U. PRZY OKAZJI TEGO OKRĄGŁEGO JUBILEUSZU POSTANOWILIŚMY PRZYPOMNIEĆ PARU ARTYSTÓW, KTÓRYCH DOKONANIA W MINIONEJ DEKADZIE SZCZEGÓLNIE SOBIE UPODOBALIŚMY, A KTÓRZY NIE ODNIEŚLI KOMERCYJNEGO SUKCESU I W ZWIĄZKU Z TYM NADAL POZOSTAJĄ RACZEJ MAŁO ROZPOZNAWALNI. Z JEDNEJ STRONY CHCEMY W TEN SPOSÓB OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA WYKONAWCÓW GODNYCH SZERSZEGO ROZGŁOSU, Z DRUGIEJ ZAŚ ARTYKUŁ TEN STANOWI PRÓBĘ PRZEDSTAWIENIA PORTALU PRZEZ PRYZMAT NIECO NISZOWYCH, ALE BARDZO DLA NAS CHARAKTERYSTYCZNYCH BRZMIEŃ. POLECAMY SPRAWDZIĆ PONIŻSZE REKOMENDACJE. A JEŚLI WAM SIĘ SPODOBA, TO PO WIĘCEJ SERDECZNIE ZAPRASZAMY NA WWW.PORCYS.COM.

Solex, Low Kick and Hard Bop (Matador 2001)

Thief, Sunchild (Sonar 2007)

Pracując za ladą w amsterdamskim sklepie z winylami, Elizabeth Esselink na boku komponowała własne podkłady na bazie fragmentów wysamplowanych z bogatej sklepowej kolekcji. Potem dośpiewywała do tego swoje partie wokalne, kompilując teksty z przypadkowo zasłyszanych urywków anglojęzycznych programów telewizyjnych. Zwykle podobne niezobowiązujące igraszki z materią twórczą nie przynoszą nic ponad ciekawostkę, ale w przypadku Solex wyszło inaczej. Jej utwory – skonstruowane wbrew wszelkim schematom aranżacyjnym, ale w dziwny sposób przystępne i nasycone groove’em – cechuje radykalnie nowatorskie ujęcie narracji. Trudno je sklasyfikować (ni to elektroniczny pop, ni avant-rock), ale oferują swój własny, spójny i odkrywczy język. To najlżejsze, najmniej akademickie i najbardziej beztroskie spotkanie awangardy z zabawą, omijające jednocześnie mielizny post-modernistycznego pastiszu. BORYS DEJNAROWICZ

Thief skradli nasze serca wiosennymi barwami, zwiewnymi melodiami i wysublimowanymi aranżacjami. Ten projekt został stworzony przez muzyków na co dzień parających się nu-jazzem, zatem dbałość o wysmakowane, a przy tym bezpretensjonalne i lekkie kompozycje nie powinna w ich przypadku dziwić, ale oni zaproponowali coś więcej. Tym, co ostatecznie przesądza o urodzie piosenek z „Sunchild”, jest cała paleta zawartych w nich delikatnych emocji. Thief potrafią czarować łagodną melancholią, koić mądrym spokojem i podnosić na duchu swoją pogodnością i radością. Łączą inteligencję muzyczną ze spontanicznym przeżywaniem jak mało kto, zatem absolutnie nie powinni być zapomniani. Naprawdę, warto dać im szansę któregoś słonecznego poranka albo wieczora. Zresztą w te pochmurne też. KRZYSZTOF MICHALAK

The Bird And The Bee, The Bird And The Bee (Blue Note 2007)

The Cancer Conspiracy, Omega (Gilead 2008)

Dla fanów: Stereolab, Lily Allen, Saint Etienne

Dla fanów: King Crimson, Don Caballero, Mercury Program

Jeśli czasem zastanawiacie się, co by się stało, gdyby któregoś z genialnych, pomysłowych autorów przebojów gwiazd z MTV zwolnić z obowiązku schlebiania masowym gustom, dać mu swobodę artystyczną i polecić, by nie przejmował się wynikami sprzedaży – właśnie taki scenariusz realizuje duet The Bird And The Bee. Gregowi Kurstinowi, współtwórcy kawałków m. in. Sophie Ellis-Bextor, Kylie Minogue i Britney Spears, tutaj pracującemu z Inarą George, ledwo co debiutującym żeńskim talentem z Los Angeles, udało się w kameralnej bedroompopowej scenerii wyczarować niezwykle złożone formy – pełne wyrafinowanych harmonii, koronkowych motywików, cukierkowych melodii z pięknie przeplatającymi się liniami wokalnymi, pełnym spektrum instrumentów i niezliczonymi smaczkami produkcyjnymi. Można kręcić nosem, że bardziej precyzyjne i wystudiowane są już tylko pomiary geodezyjne, ale pamiętacie ten zespół od „Dots And Loops”? MICHAŁ ZAGROBA

Gdyby członkowie King Crimson urodzili się 30 lat później, byliby znacznie młodsi, nie nagraliby ulubionej płyty waszego wujka, w swoich pokojach wieszaliby plakaty Tortoise i uważaliby, że najlepszy post-rock pochodzi z Chicago, a wreszcie – graliby jak The Cancer Conspiracy z Burlington w stanie Vermont. Naprawdę, mało kto tak bardzo zasługuje na takie porównanie. A w zasadzie to nikt, bo zdradzając przemożny wpływ tuzów math-rocka, Amerykanie żenią obezwładniającą precyzję z iście prog-rockową wirtuozerią. Jednak w przeciwieństwie do innych pogrobowców ich hołd dla Eno, Gilmoura czy Frippa przedkłada chłodną repetycję nad żarliwe rozbuchanie, a garażowy autentyzm – nad studyjną egzaltację. „Omega” jest tym dla progrocka z lat 70., czym „Leaves Turn Inside You” dla „środkowego” Sonic Youth – post-scriptum z zaskakującą puentą, a zarazem furtką dla następnego pokolenia. My tylko dajemy wam klucz – zdają się sugerować muzycy. JAN BŁASZCZAK

Dla fanów: Beck, Captain Beehfeart, wczesna Björk

Dla fanów: Stereolab, Jaga Jazzist, smooth jazz

Z


ynzcyzuM siwreS ynżelazeiN

Baxter, Proof (Mullet 2009)

Dla fanów: Kylie Minogue, Junior Boys, Daft Punk

Rehabilitując pop, zdołaliśmy również dotrzeć do schowanych gdzieś w kącie utalentowanych artystów-producentów, w sposób świadomy i bezpretensjonalny wykorzystujących konwencję popowej piosenki z okresu pochopnie przez wielu deprecjonowanych lat 80. Willi Baxter reprezentuje scenę fińską – bardzo oryginalnie – ale utwory wykonuje w języku angielskim. Czteroutworowa EP-ka „Proof” to skondensowana próba wykrzesania z bazy syntezatorowego popu oraz klimatu new romantic czy italo-disco nowej, elektro-popowej jakości. Baxter skomponował i zaśpiewał kawałki, które podrywają konkretną przebojowością i pozwalają rozsmakować ucho w czystym i selektywnym brzmieniu struktury dźwiękowej, utkanej z ciepłych barw i miękkich bitów, dookreślonych rozmarzonymi liniami melodycznymi. Co istotne – nie jest to powierzchowna retro-stylizacja, lecz treściwa, samodzielna, świeża muzyka. MICHAŁ HANTKE

Body Language, Speaks (Moodgadget 2009) Dla fanów: The xx, Junior Boys, Hot Chip

W recenzji tej EP-ki dziwiłem się, że jej autorzy nie są ulubieńcami młodzieży. To był rok 2009 i furorę swoją debiutancką płytą robił zespół The xx, a trzeci album wypuścili Junior Boys. Body Language również nagrali zestaw intymnych, kameralnych i nieco letargicznych (nie licząc agresywnego „Huffy Ten Speed”), popowych utworów na elektronicznych bitach. Ich małe wydawnictwo zdecydowanie deklasowało sławniejsze i dłuższe dzieła. Weźmy te wspomniane bity – na „Speaks” znajdziecie jedne z ciekawiej programowanych rytmów ostatnich lat. Melancholii Body Language zawsze towarzyszy mocny, poruszający ciało groove. Nie zmienia to faktu, że piosenki takie jak „Work This City” czy „At A Glance” są świetną, delikatną ścieżką dźwiękową do leczenia kaca, jeżdżenia komunikacją miejską czy samotnych wieczorów w blokowym mieszkaniu (albo może nie tylko samotnych, bo to całkiem zmysłowe kawałki). Teraz niech zespół nagra długogrający album takiej wspaniałej muzyki miejskiej.

Je Suis France, Fantastic Area (Orange Twin 2003) Dla fanów: Pavement, Sebadoh, Archers Of Loaf

Gdyby pochodząca z Athens formacja Je Suis France wydała swoje opus magnum jakieś dziesięć lat wcześniej, to śmiem twierdzić, że dziś byłaby uznawana za jedną z legend indie rocka i wymieniana jednym tchem z Built To Spill czy Pavement. Stało się inaczej – w 2003 roku większość odbiorców interesowała się rozwojem „new rock revolution” – grania, z którym JSF nigdy nie mieli nic wspólnego. Ten wieloosobowy kolektyw znajomych od zawsze traktował swoją muzyczną działalność jako niezobowiązujące hobby i w pewien sposób przełożyło się to na jedyny w swoim rodzaju, „bałaganiarski” charakter ich nagrań. Nie zmienia to faktu, że „Fantastic Area” jest zbiorem niesamowicie chwytliwych utworów, które pokazują, jak różnorodne oblicza może przybierać indie rock, gdy biorą się za niego ludzie z wyobraźnią. To jeden z tych albumów, których po prostu nie da się nie polubić. KACPER BARTOSIAK

Ariel Pink’s Haunted Graffiti, Worn Copy (Paw Tracks 2005) Dla fanów: Panda Bear, Toro Y Moi, Neon Indian

Ariel „Pink” Rosenberg, założyciel projektu Haunted Graffiti, to ekscentryczny outsider z Los Angeles. Zanim w roku ubiegłym zebrał uznanie dla nagranego z pełnym zespołem albumu „Before Today” (wydanego przez zasłużoną brytyjską oficynę 4AD), przez lata tworzył piosenki w zaciszu swojego domowego studia. Używał w tym celu 8-ścieżkowych magnetofonów i własnych ust w charakterze perkusji. „Worn Copy” jest kolekcją najbardziej różnorodnych utworów muzyka, inspirowanych popem wszystkich dekad, funkiem i R&B, a także jinglami ze starych reklam i spotów radiowych. Nostalgiczne lo-fi brzmienie (często imitujące sampling) oraz specyficzne podejście Pinka do kompozycji, przypominających bardziej czołówki bajek Disneya niż współczesne alternatywne hity, przyczyniły się później do powstania takich muzycznych nurtów jak chillwave i hypnagogic pop. PATRYK MROZEK

ŁUKASZ KONATOWICZ

Ris Paul Ric, Purple Blaze (Academy Fight Song 2005)

Rangers, Suburban Tours (Olde English Spelling Bee 2010)

„Purple Blaze” jest płytą-niespodzianką, trudną do ostatecznego sklasyfikowania. Teoretycznie powinna być słaba, bo z jednej strony to solowy kaprys gitarowego gościa, a z drugiej była poprawiana przez innego kolesia od elektroniki. To na dodatek mają być utwory na akustyka i wokal! Tymczasem gdy wstawimy w puste pola nazwiska, sprawa staje się całkiem intrygująca. W centrum staje Christopher Richards z Q And Not U, a nieco z tyłu – mistrz ambientu Tim Hecker i w efekcie powstaje intymny, wciągający album. Zanurzony w charakterystycznych bezdechach wokalisty, z najlepszymi utworami w karierze Richardsa i ze wspaniale rozmytym tłem, „Purple Blaze” rozpoczyna zaskakującą wyliczankę inspiracji. Obok typowych w takich sytuacjach Simonów i Garfunkelów do puli wpada Prince i Timberlake. Nic, tylko się jarać. RYSZARD GAWROŃSKI

Kapitalny album, będący soundtrackiem do nocnego spaceru po przedmieściach, kiedy nie wie się, co zaraz będzie i właściwie nie chce się wiedzieć. Joe Knight wziął lo-fi brzmienie wczesnego Ariela Pinka, ciężkie: atmosferę i bas, a następnie zmontował płytę, której nie zrozumiesz za pierwszym razem. Patent polega na hipnotycznej repetycji niewielkiej w gruncie rzeczy ilości motywów oraz dołożeniu do nich w odpowiednich miejscach wariacji – poskręcanych jak blanty jazzujących solówek. Trzeba się o tym dowiedzieć, wyłuskać to i poskładać, zapewniając sobie tym samym sycące doświadczenie „aha!”. Przede wszystkim jednak podczas układania tych puzzli nie znudzi się nikt, kto lubi horrory, w których do końca nie wiadomo, co właściwie jest tym złym, albo chociaż zwykłe ciarki na plecach. Narkotyczny straszny film, a w dodatku avant. RADEK PULKOWSKI

Dla fanów: jakiegokolwiek gościa z ładnym głosem i akustykiem, Prince’a

Dla fanów: Public Image Ltd., Ariela Pinka, fusion i minimalizmu


Niezależny Serwis Muzyczny

Forest Swords, Dagger Paths (Olde English Spelling Bee 2010) Dla fanów: Animal Collective, Boards Of Canada, Gang Gang Dance

Jeśli idziecie przez las i zapada już zmrok – uważajcie. Gdzieś w poszyciu czają się wilcze kły i rysie pazury. Gdy ostatni promień zniknie tuż za horyzontem, zabrzmi róg, odpowiedzą bębny. To misterium świętej Dymphny. Dzikie harce z mieczami wokół buzującego ognia i zaśpiewy tłumaczące dubstep na szeleszczącą mowę drzew. Skręcone jak korzeń ambientowe struktury plączą się pod nogami, gdy próbujecie otrząsnąć się od dławiących dreszczy. Strach ma wielkie oczy, a na ścieżce sztyletów obserwują was setki lśniących ślepi. Znachor Matthew Barnes mami nimfim pląsem i rzuca urok, którego zdjąć nie sposób. Pomyślcie więc, zanim zapuścicie się w tę knieję, bo żeby z niej wrócić, nie wystarczy rozwijanie kłębka lub rzucanie za siebie okruszków – nić się splącze, a okruszki zostaną pożarte. WAWRZYN KOWALSKI

Teen Inc., Fountains/ (self-released 2010)

Friend

Of

The

Night

Dla fanów: Prince, Steely Dan, Toro Y Moi

Ich nazwa, Inc., nie pasuje do algorytmów Google. Jak dotąd wydali zaledwie dwie piosenki (i to na limitowanym winylu pod nieco dłuższą niż obecna nazwą). Znani są tak naprawdę tylko z występów u boku Dâm-Funka i Nite Jewel. Ich strona oficjalna jest ciągle w budowie. Nie bardzo więc wiadomo jak, ale dali się jednak odkryć i o dwóch braciach z Kalifornii w końcu zaczyna być coraz głośniej. Najwyższy czas, bo ich przejrzysty funk pełny pogłosów i nawiązań do smooth-popu lat 80. jak mało co nadaje się jako soundtrack do wieczornego wylegiwania się w ogrodzie. Wystarczy odrobina YouTube i cierpliwości – jeśli zrobią sobie przerwę od grzania pieca na koncertach bardziej popularnych znajomych z L.A., może w tym roku uda im się nagrać płytę. A może nie – i wtedy zostaniemy z tymi kilkoma dostępnymi w sieci perełkami. Co i tak jest o niebo lepsze niż nic. MATEUSZ JĘDRAS

Les Sins, Lina (Carpark 2010)

Dla fanów: Toro Y Moi, Daft Punk, Modjo

Nim Chaz Bundick jako Toro Y Moi zdążył wystąpić na OFF Festivalu, nim rozpętała się burza zachwytów nad „Causers Of This”, wpadł nam w ręce ten utwór. Szybko powiązaliśmy fakty i zorientowaliśmy się, że za wszystkim stoi jedna osoba. Chaz, który niejednokrotnie przyznawał się do czerpania z french house’u i którego muzyka stworzona jest do słuchania latem, w projekcie Les Sins te dwa aspekty swojej muzyki potraktował bardzo dosłownie. „Lina” to wakacyjny szlagier cierpiący na schizofrenię – z jednej strony nawiązujący do plażowych przebojów takich jak „Lady (Hear Me Tonight)”, z drugiej – z samplami ciętymi bez litości, utopionymi w gęstym basie, dusznym miksie, zaplątanymi w niekończącą się repetycję melodii nuconej przez nieznaną wokalistkę. B-side to wariacja na temat agresywnej french-house’owej samplerki, która może wprawić wielu producentów działających w tym gatunku w lekkie zakłopotanie. KAMIL BABACZ

38

MUZYKA

M


ALFABET

HIPSTERÓW tekst | Patryk Chilewicz, Mateusz Jędras, Łukasz konatowicz

ilustracja | KASIA WALENTYNOWICZ

W KANSAS POWSTAŁ ICH KOŚCIÓŁ, CHOĆ WYZNAWCÓW OD DAWNA MAJĄ NA CAŁYM ŚWIECIE. WYGLĄDA NA TO, ŻE ZAWŁADNĄ MŁODZIEŻĄ NA DŁUŻSZY CZAS. NIKT NIE WIE, SKĄD PRZYSZŁO, DOKĄD ZMIERZA I CO WŁAŚCIWIE PRZEDSTAWIA TO ZJAWISKO. POSTARAMY SIĘ ODPOWIEDZIEĆ NA TE PYTANIA W NASZYM WŁASNYM ALFABECIE HIPSTERÓW. W ODRÓŻNIENIU DO PARU POWAŻNYCH GAZET, KTÓRE MNIEJ LUB BARDZIEJ NIEUDOLNIE STARAŁY SIĘ TEMAT OPISAĆ, MY NIE MUSIELIŚMY ZBIERAĆ MATERIAŁÓW NA PLACU ZBAWICIELA. MY MATERIAŁY MAMY W GŁOWACH, ZA ŚCIANĄ ORAZ NA EKRANACH NASZYCH IPADÓW.

A

LTERED ZONES – Blogowy konglome-

rat stworzony przez Pitchfork, giganta w świecie muzycznych serwisów internetowych. Strona zajmuje się wszelkimi przejawami hipnagogii, chillwave'u, new age'u i rozmaitą ezoteryczną muzyką, najlepiej nagrywaną po domach na kasety. Skupienie zajawek z takich stron jak Gorilla vs. Bear czy Chocolate Bobka w jednym miejscu oszczędza klikania.

B

OGACI RODZICE – Źródło sukcesów wszelakich. To właśnie oni płacą za iPhone, imprezy, narkotyki, rowery i skutery. Innymi słowy: sponsorują, mniej lub bardziej świadomie, życie hipsterów. To dzięki nim hipsterzy mogą oddać się swobodnej prokrastynacji i zająć sprawami wyższymi, takimi jak Kant, droga współczesnej lewicy czy zwyczajne nachlanie się w modnej knajpie.

C

APS LOCK – W mowie potocznej funkcjonują zwroty, których każdy oczytany członek społeczeństwa na co dzień nie używa. Dla podkreślenia swojego elityzmu warto czasem sięgnąć do bulwarowego słownika. Kiedy zauważycie kogoś wtrącającego emfazę Z GŁUPIA FRANT, zastanówcie się, czy nie macie do czynienia z hipsterem. To właśnie oni najlepiej operują POPULARNYM KAPSLOKIEM.

D

ISS – Pojazd, krytyka, okazanie braku

szacunku. Prawdopodobnie od angielskiego „disrespect”. Słowo zaadoptowane z języka raperów. Łódzki zespół Psychocukier jest w tym lepszy niż w nagrywaniu płyt (oj, to był trochę taki diss!). Diss często prowadzi do beefu, czyli wymiany kolejnych dissów.

E

KOLOGIA – Boli, gdy nazywają „zwykłym

zjadaczem chleba”, prawda? A gdyby tak zjadany przez nas chleb był NIEZWYKŁY? Taki na przykład orkisz popity bionadą zaspokaja podstawowe potrzeby niedzielnego amatora delikatesów. Wszystko pod warunkiem, że nasze śniadanie wyprodukowano z organicznych składników przez organicznych pracowników z organicznymi godzinami pracy.

F

ACEBOOK – Biblia. Źródło towarzyskiego i imprezowego hajpu. Po co kupować magazyny lifestyle’owe, skoro wszystkie najważniejsze linki, teksty i zdjęcia są już od dawna na Fejsie? Szkoły są dwie: albo totalny minimalizm, wrzucanie jednego linka na tydzień i wieczny offline (przy ciągłej obecności na portalu), albo maksymalizm – tysiące linków, komentarzy i postów.

40

ZJAWISKO

Z


G

ENTRYFIKACJA – W czasach, kiedy sztuka stała się obiecującą inwestycją, prywatny kapitał zaczął spływać do zaniedbanych dzielnic, do których wcześniej nikt przy zdrowych zmysłach nie zapuściłby się na melanż. Zagrzybione kamienice i rdzewiejące, upadłe fabryki to dziś najpopularniejsze miejsce do upicia się. Znajdziecie je m.in. na warszawskim Powiślu. A jeśli mieszkacie na południu Polski, w poszukiwaniu krakowskiego Kreuzbergu czy Williamsburga udajcie się w postindustrialne rejony Podgórza czy Nowej Huty.

N

AMECHECKING – Podstawowe narzędzie retoryczne. Hipster zna się na wszystkim, a swoje kompetencje manifestuje, ogłuszając rozmówcę jak największą liczbą trudnych nazw. Jeśli twój znajomy wymieni dziesięć różnych zespołów, zanim w końcu odpowie, czy pojedzie z tobą na Open’era – wiedz, że coś się dzieje.

O

STRE KOŁO – W dzisiejszych cza-

sach dobrą knajpę rozpoznacie po barykadzie vintage’owych rowerów przed jej wejściem. Przyjazny środowisku i tani środek transportu pomaga młodzieży osiągnąć komunikacyjną niezależność od AJP – Medialna lub promocyjna wypchanych źle ubranymi ludźmi autowrzawa, najczęściej wokół wykonaw- busów, a przy okazji pozwala uniknąć awarii, ców muzycznych. Przykładowe zas- bo przerzutki to dziś przeżytek. tosowanie: Nie rozumiem hajpu na tego ROKRASTYNACJA – Napiszę to Toro Y Moi. Przypomnijcie sobie, kiedy hasło, tylko sprawdzę jeszcze dwa zaczęliście się zajawiać Tylerem, mimo że obrazki ze śmiesznymi kotami. wcale nie słuchacie rapu. To był hajp. I zobaczę, co ludzie piszą na Twitterze. TECHNOLOGIA – Istnieją dwa podejścia I zobaczę newsy na Niezalu Codziennym. do firmy Apple. Albo jest się jej I czy Dejnarowicz coś napisał na Substance wyznawcą, albo jest się jej hejterem. Only. O, ktoś skomentował mi link na FaceObydwa obozy oskarżają się o lans i głupotę, booku. Do diaska, ktoś w internecie nie ma tocząc ze sobą słowne potyczki. A właściciele racji! Moment, bo syf na biurku się zrobił. Apple zacierają ręce z radości. Gdzie dwóch No, to co teraz? A, śmieszne koty! się bije, tam Steve Jobs korzysta. uestionable Content – Internetowy ACOBS, MARC – Z brzydala w rogokomiks Jeph Jacquesa. „O romanwych oprawkach, wyrósł na globalne sach, indie rocku, małych robotach bożyszcze mody. Jego tors jest wiel- i problemach, jakie ludzie mają”. Seria obybiony na równi z jego projektami, a jego czajowych stripów o młodych i atrakcyjnych kolejne romanse są śledzone bynajmniej ludziach czytających Pitchforka. Takich jak nie przez zagorzałych fanów mody. Kariera wy. godna wzorcowego hipstera. ETROMANIA – Zauważyliście, że RYTYKA POLITYCZNA – „Krytyka” bieżąca muzyka indie opiera się na totalnie zawładnęła umysłami co tym, co królowało w mainstreamie ambitniejszych młodych ludzi. Ma jeszcze kilka lat temu? Że revival dekady lat same plusy: jest niszowa i nieakceptowana 80. trwa już dłużej niż same lata 80.? Tezą przez większość społeczeństwa, a więc eli- Simona Reynoldsa jest, że jeśli coś przestaje tarna. Głosi hasła, które hipsterzy mają we się sprzedawać masowo w jednym rejonie, krwi: tolerancję, równość, ekologię. A jeśli po kilku latach zostaje zaadoptowane przez nie mają, to z pewnością udają, że mają. drugi. Eminem rapujący do Haddawaya czy Poza tym miło wypić piwo w knajpie „Kryty- Kelis nagrywająca płytę z euro-dance’owymi ki” w towarzystwie licznych intelektualistów podkładami to tylko wierzchołek góry i dziennikarzy. A najważniejsze, żeby było miło. lodowej.

H

P

i

J

Q

K

R

L

ONGBOARDY – Za Wikipedią: Dłuższa

wersja normalnej deskorolki. Używa się jej do downhillu, slalomu lub przemieszczania się po wzniesieniach. Do lansu też się używa. Longboardy stały się stuprocentowo hipsterskim akcesorium. Bardziej niż rowery z ostrym kołem!

S

UCHARY – Nawet żarty są dzisiaj

autoironiczne. „Dowcip” polega na tym, że zabawy słowne ad hoc i potoczne, brukowe komizmy należy oznaczać „UWAGA SUCHAR”, żeby nikt przypadkiem nie pomyślał, że żartujemy całkiem szczerze. Bardziej zaawansowanym odbiorcom wystarczy zafundować caps lock tudzież EMY – Filmiki, obrazki, teksty. Co- cudzysłów. kolwiek, co wirusowo rozprzestrzeUMBLR – Gdy poblokowaliśmy już nia się po internetach, co sobie filtrami co bardziej irytujące osoby, linkujemy i namecheckujemy. Czasami są a Facebook nie akceptuje naszej bardzo śmieszne (Peja tańczący do kawałka Les Sins). Czasami wszyscy udają, że są nagości i zabielonych nosków, na ratunek bardzo śmieszne („Friday” Rebeki Black) śpieszy Tumblr. Niezależny, banalnie prosty,

M

T

współpracujący ze wszystkimi dużymi serwisami. Obrazkowy Facebook dla pokolenia informacji wizualnych. Poza tym zobaczycie, gdzie pod koniec roku będą wszystkie najbardziej hajpowane blogi muzyczne.

U

BIK – W swojej kanonicznej powieści Philip K. Dick rozprawia się z fenomenem nostalgii i zapożyczonych wspomnień, których konsumpcja odbywa się literalnie, z drugiej ręki. Świat rozpada się na oczach bohaterów, którzy desperacko próbują zachować spokojny osąd sytuacji, spryskując wszystko tytułowym sprayem. Zmora? W popieprzonych czasach łatwo stracić głowę.

V

ICE – Miejska legenda głosi, że magazyn założyła dwójka pijaków i jeden ćpun za pieniądze z kanadyjskiego zasiłku dla bezrobotnych. W kwietniu ubiegłego roku ruszyła polska edycja „VICE’a”, doprowadzając na skraj załamania psychicznego facebookowych estetów i kilku biednych stażystów. Nigdy o nas nie słyszałeś?! Goń się, lamusie!

W

I-FI – Nieważne, czy akurat sączysz macchiato w kafejce, gapiąc się w ekran MacBooka, czy na ławce przed sklepem z używanymi deskorolkami palcujesz swój ekran dotykowy, odświeżając Twittera po raz dwudziesty w ciągu minuty – ludzie myślą, że pracujesz. Nie przejmuj się, brak etatu ma swoje dobre strony. Inaczej nie dałoby się uprawiać lookizmu w BUW-ie, byłyby też problem z wrzucaniem na Fejsa zdjęć świeżo zakupionych sałatek.

X

OXO – Z angielskiego: „Hugs and Kisses”, czyli coś na wzór polskich buziaków. Wydaje się, że „xoxo” istniało od zawsze, ale dopiero Plotkara wprowadziła to słowo do powszechnego użycia i nadała mu mocno sukowaty charakter. Xoxo, Gossip Girl.

Y

OUTUBE – Dom memów i piosenek do linkowania na Facebooku. Znajdziemy tu też kanały takie jak theneedledrop, na którym Anthony Fantano recenzuje hipsterskie zajawki muzyczne. A także thefoodreviewer, na którym gruby dzieciak recenzuje najbardziej niezdrowe jedzenie, jakie istnieje.

Z

ERÓWKI – Poprawiają twój hipsterski

wizerunek. Można dzięki nim osiągnąć look na Buddy’ego Holly’ego, na Elvisa Costello, na Grahama Coxona, na słodkiego informatyka. Szczególnie w cenie są oprawki rogowe. Wada wzroku niewymagana. WE WSTĘPIE AUTORZY TYLKO WAS WKRĘCALI – OCZYWIŚCIE ŻADEN Z NICH NIE JEST HIPSTEREM.


MILIONY FANÓW NIE MOGĄ SIĘ MYLIĆ HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tekst | Jerzy bartoszewicz

foto | materiały promocyjne

Są rozpoznawalni i uznawani za autorytety we wszystkich dziedzinach życia publicznego, a na swojej działalności zarabiają duże pieniądze. oto gwiazdy nowej generacji – vlogerzy.

Lekko Stronniczy Włodek Markowicz i Karol Paciorek

Wszystko zaczęło się na długo przed powstaniem globalnej sieci. Zainteresowanie życiem innych istnieje w ludzkiej naturze od zarania dziejów. Obojętnie, czy czytamy pamiętniki, myśli i biografie zasłużonych ludzi, czy sięgamy po kolorowe tabloidy obnażające prywatne życie gwiazd – zawsze przyświeca nam ta sama idea. W dobie Internetu ludzka ciekawość zderzyła się z klasyczną potrzebą pisania pamiętników. Tak oto w drugiej połowie lat 90. minionego wieku narodził się termin blog, będący skrótem od „webloga”, czyli sieciowego dziennika. Blogi szybko zmieniły formę z internetowych pamiętników na niewielkie samodzielne serwisy poruszające różnorakie tematy, przedstawiane w luźnej i subiektywnej formie. Web 2.0 umożliwiający swoim użytkownikom swobodne dodawanie i modyfikowanie treści sprzyjał rozkwitowi blogowania, lecz naturalną koleją rzeczy były narodziny nowych multimedialnych form przekazu. Z początkiem nowego milenium, a dokładniej jesienią 2000 roku, Australijczyk Adrian Miles wykładający na Królewskim Uniwersytecie Technologii w Melbourne opublikował pierwszy w historii vlog. Jest on też autorem nazwy tego zjawiska, która powstała z połączenia słów „video” i „blog”. Dla historii vlogowania był to rok absolutnie przełomowy również dlatego, że Sam-

sung pokazał światu pierwszy telefon wspierający streaming obrazu w technologii 3G. W tym czasie, w telewizji rekordy popularności biły programy typu reality show, zapoczątkowane blisko dwanaście miesięcy wcześniej, gdy w Holandii wyemitowano pierwszy odcinek „Big Brothera”. Przez następne lata, trend vlogowania stopniowo się popularyzował. Był to okres, w którym dynamicznie rozwijano technologię 3G. W 2001 przeprowadzono pierwszą transatlantycką operację chirurgiczną przy wykorzystaniu wideokonferencji. Jednym z wczesnych przykładów nagrywania i przesyłania materiałów wideo za pomocą telefonujestwideo-relacjazdziałańzbrojnychprowadzonych przez Amerykanów w Afganistanie. Trzy lata później Steve Garfield, określany obecnie za granicą jako „videoblogging hero”, rozpoczął nagrywanie swoich vlogów, począwszy od nagrania zatytułowanego „2004 The Year Of Videoblog”. W styczniu 2005 w Nowym Jorku odbyła się pierwsza konferencja dla autorów vlogów, zwana VloggerCon. Cztery miesiące później, podczas corocznej prezentacji Apple, Steve Jobs ogłosił wsparcie platformy iTunes dla podcastów audiowizualnych. Światło dzienne ujrzał również serwis YouTube, co dla społeczności vlogerów było kamieniem milowym. Według danych Google na tym popularnym serwisie służącym do publi-

przechadzanie się z kamerą po sklepach lub restauracjach jest często niemile widziane czy wręcz zabronione. organizowana obecnie akcja vlog friendly zone ma na celu to zmienić

kowania materiałów wideo, codziennie umieszczanych jest ponad 85 tys. plików. Największy ruch na serwisie generują vlogerzy. Obecnie dwaj z nich, posługujący się loginami Nigahiga i RayWilliamJohnson są najczęściej oglądanymi i subskrybowanymi użytkownikami. Każdy z ich kanałów ma ponad trzy i pół miliona subskrybentów. YouTube po dziś dzień jest świadkiem błyskawicznych karier; użytkowniczka Katers One Seven w ciągu trzech miesięcy vlogowania zyskała ponad czterdzieści tysięcy subskrybentów. Warto o niej wspomnieć dlatego, że różowy aparat cyfrowy, którym kręciła swoje vlogi, wystawiony na aukcji charytatywnej na cele pomocy poszkodowanym w tegorocznym kataklizmie w Japonii, został zakupiony przez Polaka. Vlogi dość szybko przeszły metamorfozę z internetowych pamiętników w półprofesjonalne nagrania przypominające programy telewizyjne. Użytkownicy RayWilliamJohnson, Nigahiga i ShaneDawsonTV, bijący rekordy popularności na YouTube, prowadzą cykle komediowe. Popularni są również vlogerzy zajmujący się recenzjami i poradami, jak choćby MichellePhan, której kanał poświęcony jest tematyce kosmetyków i makijażu. Obojętnie jednak, czy mówimy o specjalistycznych nagraniach adresowanych do określonych odbiorców, czy kanałach pełniących funkcję internetowego dziennika, tym, co wyróżnia vlogerów na tle normalnych dziennikarzy, jest stały i bardzo bezpośredni kontakt z odbiorcami. Vlogerzy regularnie odciskają swoje piętno także na rynku muzycznym. Niegdyś wschodzące gwiazdy estrady musiały zdobywać kolejnych fanów poprzez morderczą ilość koncertów i poszukiwać wytwórni oraz producenta, który zgodziłby się zaryzykować i pomóc im w wydaniu płyty. Dziś to sami producenci odzywają się do utalentowanych vlogerów, którzy robią muzyczną karierę w Internecie, nie wychodząc z domu. Przykładem choćby Justin Bieber, największy obecnie idol nastolatek na całym świecie, który zaczynał od umieszczania w sieci coverów znanych piosenek. Z drugiej strony offowy francuski filmowiec Vincent Moon, podróżując po świecie i nagrywając setki amatorskich klipów, głównie z zespołami grającymi indie rocka, zyskał na tyle duże uznanie, że mainstreamowi muzycy sami zaczęli zgłaszać się do niego z propozycjami współpracy, a wynaleziona przezeń formuła sesji wideo została natychmiast podchwycona przez setki kontynuatorów (także w Polsce – by wspomnieć przede wszystkim ekipę portalu www.uwolnijmuzyke.pl, ale i wielu innych, w tym naczelnego tego pisma). Obserwując panujące obecnie w Internecie trendy, można śmiało powiedzieć, że tak jak

42

INTERNET

I


Barbara Kwarc, Gracjan Roztocki i Agnieszka Orzechowska

telewizyjne serwisy informacyjne od lat wypierają prasę, tak też w sieci materiały audiowizualne zaczynają dominować nad tekstem. Informacje uzyskane przez oglądanie filmów są najczęściej bardziej wyczerpujące i przystępne niż tekstowe opisy. Możemy na własne oczy zobaczyć jakiś produkt lub zjawisko, okraszone odpowiednim komentarzem. O sile vlogów wiedzą również wielkie korporacje, bacznie obserwujące poczynania niezależnych internetowych wideorecenzentów. Subiektywne opinie popularnych vlogerów bywają dla producentów znakomitą reklamą ich produktów. W Polsce kultura vlogowania dopiero raczkuje, choć mamy już pierwsze wschodzące gwiazdy YouTube’a, takie jak użytkownik Damianero, autor głośnego filmiku „20 rzeczy, których nie należy mówić do kobiety”, czy Pani Basia – lokatorka słynnej klatki B, która przyczyniła się do upowszechnienia soczystych powiedzonek: „odpierdalać tarło”, „git majonez” czy „robić minę jak kot srający na puszczy”. Polska płeć piękna lubi oglądać materiały umieszczane przez dwie siostry korzystające z konta RockGlamPrincess, których nagrania poświęcone są tematyce mody i urody. Nowy, lecz błyskawicznie zdobywający popularność vlog Lekko Stronniczy prowadzony jest natomiast w formie zabawnego talk-show, w którym dwóch autorów rodem z Krakowa komentuje najróżniejsze aspekty życia w Polsce – od codzienności po kulturę. Nowy odcinek prezentowany jest codziennie około godz. 18. Niekryty Krytyk proponuje z kolei program prześmiewczy, inspirowany dokonaniami zachodnich komików z YouTube z Ray Williamem Johnsonem i Angry Video Game Nerdem na czele. Należy też wspomnieć o kontrowersyjnych postaciach takich jak Gracjan Roztocki, Agnieszka Orzechow-

Niektórzy Polacy zostają gwiazdami YouTube przez przypadek – tak było z użytkownikiem sauron100vlog, którego „pierwsze nagranie w Internecie” stało się w pewnych kręgach kultowe i zaczęło funkcjonować jako mem.

ska a.k.a. Polska Angelina Jolie czy Luntek, o których złośliwi mówią, że są znani tylko i wyłącznie z tego, że są znani. Dzięki mobilności kamer, aparatów cyfrowych i telefonów komórkowych vlogerzy mogą nagrywać praktycznie wszędzie, zaś my możemy śledzić poczynania naszych ulubionych autorów, oglądać interesujące miejsca, testy produktów czy liczne relacje z wydarzeń kulturalnych. W naszym kraju publiczne przechadzanie się z kamerą po sklepach lub restauracjach jest jednak często niemile widziane czy wręcz zabronione. Organizowana obecnie akcja Vlog Friendly Zone ma na celu ten stan rzeczy zmienić. Przypadki zachodnich gwiazd YouTube pokazują, że ze współpracy vlogerów oraz firm obie strony potrafią wynosić wymierne korzyści. Ideą akcji jest więc oznakowanie miejsc przyjaznych vlogerom, z czego skorzystają oni sami i podmioty wspierające tę inicjatywę. Internet przechodzi na naszych oczach wielką transformację i dzieje się to również w polskiej sieci. Albert Einstein powiedział, że wolność nauczania i wyrażania opinii w książkach i prasie stanowi podstawę zdrowego i naturalnego rozwoju każdego społeczeństwa. Gdyby sławny uczony żył dziś, zapewne wspomniałby o nagrywaniu vlogów.


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

Z

różowym

rewolwerem u boku tekst | bartoSZ czartoryski

foto | materiały promocyjne

doczekaliśmy ciekawych czasów... retrospektywa Terry’ego Gilliama będzie jedną z bardziej konwencjonalnych sekcji programowych tegorocznego festiwalu Nowe Horyzonty. “Wspaniałe życie Sachiko Hanai” /reż. Mitsuru Meike/, 11. MFF Nowe Horyzonty, Wrocław, 21-31.07.2011

W obliczu japońskiego kina seksploatacyjnego, westernów ze wschodu czy filmów Jacka Smitha, twórczość amerykańskiego Pythona wydaje się polskiemu widzowi po prostu znajoma – co nie oznacza, że nie będzie on chętny odkryć na nowo wspaniałego „Brazil”, „12 Małp” albo „Las Vegas Parano”. Gilliam zjawi się we Wrocławiu osobiście, lecz istnieje obawa, że jego obecność zostanie przyćmiona rzeczonym repertuarem, wszak trudno będzie odmówić sobie seansów z pinku eiga – filmami w pewien socjologiczny sposób symptomatycznymi dla kultury Kraju Kwitnącej Wiśni. Nurt ten znakomicie opisuje japońską seksualność z jej cenzurą (np. nie wolno na ekranie pokazywać genitaliów) i jednoczesną perwersyjnością, fetyszem. Obowiązkowo trzeba zapoznać się z obrazami bodaj najbardziej kultowego z autorów pinku – Koji Wakematsu. Obawiam się nieco odbioru pinku przez nowohoryzontową publiczność z uwagi na hermetyczny profil festiwalu – dzieła z peryferiów kina, nierzadko z filmowego rynsztoka, zawsze puszczane były mimochodem, gdzieś z boku, np. w specjalnych blokach typu „Nocne Szaleństwo”, gdzie Kenji Misumi czy Dario Argento traktowani byli bez należytego zrozumienia specyficznych kontekstów kulturowych. Być może zmieni się to nieco w tym roku dzięki filmom o północy, „Midnight Movies”, które wybrał i zapowie Michał Oleszczyk. Mnie w szczególności cieszy, iż „Noc żywych trupów” zostanie wyświetlona na dużym ekranie obok filmów Lyncha czy Watersa, bowiem ów horror w Polsce nie doczekał się chyba nigdy wcześniej podobnej nobilitacji. Zresztą grozy nie zabraknie także i w innych sekcjach. Wystarczy wspomnieć chociażby o pano-

ramie kina norweskiego, w ramach której pokazane zostaną filmy „Zombie SS” i „Łowca trolli” – znakomite obrazy łączące bez zbytniej pretensji i ostentacji horror z humorem. Będzie też próbka skandynawskiego kina śmieciowego w postaci „Komandor Treholt i grupa specjalna Ninja”, pozycji nawiązującej do amerykańskiego filmu akcji i bijatyk z Hong-Kongu. „Czerwone westerny”, czyli filmy o kowbojach i traperach wyprodukowane w państwach bloku wschodniego, to kolejny obowiązkowy punkt programu znakomicie obrazujący wpływ amerykańskiej kultury filmowej na kinematografie wschodnie, innymi słowy – co kraj, to western. Kręcili wszyscy: Bułgarzy, Rumuni, Rosjanie, Czesi i Słowacy. Mimo że sama idea komunistycznego Dzikiego Wschodu może brzmieć odstraszająco dla widzów przyzwyczajonych do rewolwerowych pojedynków puszczanych w niedzielne popołudnie w telewizji, warto zapoznać się z prawdziwymi arcydziełami, jak choćby „Według prawa” Lwa Kuleszowa. W tym zacnym gronie Polskę reprezentuje „Prawo i pięść” Hoffmana i Skórzewskiego z rolą Gustawa Holoubka jako prawdziwego badassa, byłego więźnia obozu koncentracyjnego (rzecz dzieje się zaraz po drugiej wojnie). Co jeszcze? Z pewnością Jack Smith – autor u nas praktycznie nieznany, a szkoda. Waters i Zorn nie mogą się mylić, określając go symbolem sztuki undergroundowej i nowym Warholem. Smith to czysty queer, camp i awangarda, a jego „Płonące istoty” to totalny must-see, będący esencją kina amerykańskiego mistrza performance’u. Będą też oczywiście, jak co roku, sekcje konkursowe i panorama kina światowego, czyli pojawi się szansa zobaczenia filmów pokazywanych na międzynarodowych festiwalach oraz nadrobienia wstydliwych zaległości (gdyby ktoś jeszcze nie widział np. wspaniałego, halucynacyjnego „Wkraczając w pustkę” Gaspara Noé). A moim osobistym faworytem jest „Michael” – austriacki film o pedofilu, który w piwnicy swojego domu więzi małego chłopca. Kino niepokojące, ale pozbawione perfidnej sensacyjności. Bez czołobitności wobec Nowych Horyzontów przyznać muszę, że program prezentuje się okazale, choć dla bywalców festiwali w Berlinie, Wenecji czy Karlovych Varach będzie to powtórka z rozrywki. Lecz z drugiej strony, gdzie indziej w jednym miejscu można zobaczyć filmy Breien, Dumonta, Kim Ki-duka? Na ostatnie dziesięć dni lipca Wrocław is the place to be.

44

FILM

F


Zawodnicy pierwszej edycji KROSS Dirt Sessions udowodnili, że na motorach i rowerach da się latać. Kręcicie głową z niedowierzaniem? Na pumptracku grawitacja nie istnieje! Przasnyskie „brudne sesje” (dosłownie) upłynęły pod znakiem strug deszczu i czarnych chmur, ale dla zawodników, którzy regularnie lądują na izbie przyjęć, warunki atmosferyczne nie grają roli. Tor autorstwa braci Rynkiewiczów na szczęście nie był wykonany z cukru i nie odstraszył motorowej ekipy G-Shocka w składzie Bartek Ogłaza, Adam Puzio i Michał Daciuk, która na luzie wykonała komplet karkołomych trików. Gwoździem programu byli jednak rowerowi riderzy i rzeczony turniej KROSS Dirt Sessions 2011. Warun-

ki od początku dyktował miejscowy bohater – Sebastian Vader Chamski, który na pierwszej skoczni sieknął flipa, a na drugiej 720! Nie zabrakło też salt, tailwhipów i backflipów. Wszyscy zawodnicy dali z siebie wszystko, ale to właśnie pochodzący z Leszna Vader stanął na najwyższym podium. Na kolejną edycję Dirt Sessions organizatorzy zapowiadają wypuszczenie kilku MiG-ów 29 ze srebrnym proszkiem, który odpędzi chmury. Trzymamy za słowo! (PG)

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

LATAĆ KAŻDY MOŻE


HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

odcinek 11: Herbert George Wells tekst | Filip Szałasek

ilustracja | marla nowakówna

Wszyscy znają „Wehikuł czasu” i „Wojnę światów”, niewiele więc pożytku przyjdzie ze wspominania ich po raz kolejny. Pomińmy powieści Wellsa, aby zająć się najciekawszymi z jego krótkich form. W 1985 roku gdańskie Wydawnictwo Morskie wypuściło malutką książeczkę z dwiema wczesnymi narracjami Wellsa. „W otchłani” wydano prawdopodobnie na fali popularności pierwszego polskiego tłumaczenia „Zwu Ctulthu” (1983). Zawadiacki poszukiwacz przygód opuszczający się na dno oceanu w dzwonie do nurkowania nie przypomina jednak paranoików Lovecrafta – zdradza raczej powinowactwo Wellsa z Juliuszem Verne’em, któremu obaj zaprzeczali. Na tym etapie swojej twórczości zgłębianie tajemnic świata oddaje Wells jeszcze nie naukowcom, a twardym mężczyznom o junackiej wyobraźni. Bez śladu strachu, dopalając swobodnie papierosa, światowiec-macho opuszcza się w brzuchu stalowej kuli w sam środek okultystycznego obrzędu prowadzonego przez mieszkańców dna – zaginioną rasę, dla której reflektor batyskafu jest odpowiednikiem świętego blasku z naszych, ludzkich, renesansowych ikon.

Pochwała technologii objawia się ciekawie także w „Nowym akceleratorze”. Paradoksalnie, opowiadanie degradujące technikę do roli zabawki obłąkanego naukowca uzasadnia pozycję Wellsa jako jednego z ojców steam punka. Akcelerator to wynalazek o wiktoriańskiej aurze znanej z „Frankensteina” Mary Shelley, ale jednocześnie pomost do buchalteryjnej skrupulatności Verne’a. Parametry osiągane przez organizm używający wynalazku są pilnie odnotowywane. Ciekawym dodatkiem jest jednak komediowa aura: bohaterowie, poruszając się tak szybko, że pozostają niewidzialni dla ludzkiego oka, płatają przechodniom figle, powstrzymani dopiero przez prawa fizyki: karkołomna szybkość rozgrzewa ciało jak przekraczanie atmosfer i grozi zatleniem się ubrań.

kurortu, bohater wysłuchuje poruszającej historii obłędu, jaki dotknął mieszkańców osady. Człowiek, któremu udało się uciec, roztacza przed nim rozstrojoną opowieść o pierwotnym złu, które ustawicznie podjudza nerwy tubylców przemożnym strachem. Mnożą się zabójstwa, przypadki bezsensownych tortur i katatonicznej apatii. Błotniste wrzosowiska ukrywają pod warstwami torfu szkielety neolitycznych łowców, których fluidy wciąż promieniują na żywych, lekceważąc barierę czasu. Czaszka jednego z prymitywów rozrasta się w wizjach chorego do groteskowo roześmianego zamczyska... Psychiatra zajmujący się przypadkiem ofiary Cainsmarch wydaje się równie obłąkany. Mimo wszystko jednak złowrogiej historii wysłuchujemy wraz z bohaterem na tarasie letniska, przy fontannie, z iskrzącym się morzem w zasięgu wzroku. Wells jest chyba jedynym pisarzem science-fiction proponującym czytelnikowi przyjęcie perspektywy zblazowanego turysty. Filisterskie lekceważenie tytułowej postaci okazuje się pociągającą postawą życiową: Spojrzałem mu w twarz stanowczo, lecz grzecznie i powiedziałem: „Nic mnie to nie obchodzi. Możliwe, że świat się rozpada. Możliwe, że wracamy do epoki kamiennej i że cywilizacja, jak pan mówi, dobiega swego kresu. Przykro mi, ale dziś nie mogę nic na to poradzić. Jestem już zajęty gdzie indziej. Mimo wszystko, zgodnie z żelaznym prawem, będę grał dzisiaj z ciotką w krokieta o wpół do pierwszej”.

Poza tym, że położył fundamenty pod wyobraźnię steam punka, Wells bywa uznawany także za ojca postapokalipsy. Wystarczy wspomnieć „Wehikuł czasu” – powieść, której obszerne fragmenty toczą się tysiące lat po zagładzie cywilizacji przełomu XIX i XX wieku. Pośród krótkich form szczególnie godna uwagi jest „Gwiazda” – nowelka, której bohaterem jest sama Ziemia, pustoszona przez zbliżające się tytułowe ciało niebieskie i uratowana w ostatniej chwili, obiektywnym cudem. Można by posądzać Wellsa o zrezygnowany pesymizm rodem z „Ostatniego brzegu” Nevila Shute’a, jest jednak trochę inaczej: wizyjność Brytyjczy-ka bliższa jest marzeniu o pełnym godności chaosie rodem z Titanika. Owszem, ludzkość gra w „Gwieździe” rolę rozsypanego mrowiska, które prędzej czy później ulegnie astronomicznej zagładzie. Owszem, anihilacji Gai nie odroczy cud rodem z „Wojny światów”. Ale orkiestra będzie zachwycać grą do końca.

Wyłania się z tego przeglądu opowiadań dość dziwna sugestia – Wells wcale nie fascynował się technologią i sekretami wszechświata, tak naprawdę był nimi zniechęcony. To jednak tylko pozory, ten najlepiej rozumie, kto szydzi i wątpi. Pod maską sceptycyzmu i katastroficznych wizji ukrywa się pasjonat wąskiej, lecz stale rozżarzonej linii pomiędzy mistyką a nauką. Nic dziwnego, że zainspirował kilka podgatunków fantastyki – to właśnie na pograniczach należy szukać pionierów. W wizji Wellsa XIX-wieczna Ziemia jest planetą, pomimo dynamicznego rozwoju nauk przyrodniczych, wciąż pełną dziwów. Większość lokacji można odnaleźć na mapie, ale nie wydają się znajome. W zaułkach miejskich molochów ukrywają się cudowne sklepiki przywołujące atmosferę „Fletu z mandragory” Łysiaka lub opowiadań Brunona Shulza. Morza wciąż zaskakują nawigatorów dziewiczymi wyspami z czasów Guliwera, Duże wrażenie robi także „Gracz w krokieta”, wyraźnie inspirowany wyobraźnią a z laboratoriów nawiedzonych naukowców można by utworzyć osobne Lovecrafta. Cainsmarch, złowieszcza mieścinka, w której rozgrywa się akcja, to szalone miasteczko, przewyższające urodą Nowe Crobuzon, stolicę wariacja na temat mrocznego Providence. Grzejąc się w słońcu nadmorskiego wykreowanego przez Chinę Mieville’a steampunkowego świata Bas-Lag. pod maską sceptycyzmu i katastroficznych wizji ukrywa się pasjonat wąskiej, lecz stale rozżarzonej linii pomiędzy mistyką a nauką

Sięgnij też po... „Robur Zdobywca” Juliusza Verne’a lub „Doktor Jekyll i Pan Hyde” Roberta L. Stevensona

48

książka


“My, ludzie, ostrzymy się na kamieniu szlifierskim bólu i konieczności”

49

książka


RECENZJE MUZYka

PŁYTY HIRO

Bon Iver Jagjaguwar 9/10 Latem w góry czy do wód? Jeżeli wakacyjnym miesiącom towarzyszyć ma nowa płyta Justina Vernona, spędzimy je raczej na mokradłach. Duszna i parna atmosfera krążka wciąga krok po kroku, aż w końcu ogarnia w całości i trudno się od niej uwolnić. Dlatego lepiej zastanowić się dwa razy, zanim sięgniemy po płytę artysty z Wisconcin, bo nada ona charakter nadchodzącym dniom. Ale jak tu po nią nie sięgnąć, skoro mówi się o niej wszędzie?! Jeżeli po wydaniu debiutanckiego albumu „For Emma, Forever Ago”, który trzy lata temu nieoczekiwanie olśnił melomanów, można było jeszcze podejrzewać, że to cud jednej płyty, teraz nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z talentem ogromnym. Na drugim krążku, choć wciąż panuje tu bar-

austra Feel It Break Domino 7/10

Dwa pierwsze single z „Feel It Break” dały nam idealny przedsmak tego, co Austra przygotowuje na debiutanckiej płycie. Bawiąc się nieco znaczeniem tytułów „Beat And The Pulse” i „Lose It”, można założyć, co dostaniemy: bit, puls i zatracenie. Z jednej strony te kawałki potrafią porwać do opętańczego tańca, hipnotyzują zjawiskowym głosem Katie Stelmanis, z drugiej są na tyle intrygujące, że chce się je poddawać głębszym analizom. W niektórych nutach można usłyszeć nieco kontrolowanej teatralności lub echa kabaretu, jednak nigdy w takiej dawce, która mogłaby irytować. Katie wyjątkowo panuje nad swoim głosem, ma za sobą operową przeszłość i słychać to w wielu momentach. To właśnie ona jest tutaj na pierwszym planie, skupiając wokół siebie uwagę tak, jak potrafi w tej chwili niewielu wokalistów (m.in. Karin Dreijer z The Kinfe i Fever Ray lub Antony Hegarty). Jedyne, co można zarzucić „Feel It Break”, to pewna monotonność dynamicznych utworów. Zamykający płytę fortepianowy „The Beast” pokazuje jednak, że zapewne nie jest to ostatnie słowo Austry. Czekam na więcej. Kasia Rogalska

dzo intymny klimat, brzmienie jest głębsze, bardziej przestrzenne, pozostawia więcej miejsca dla słuchacza. Bogate instrumentarium (saksofon, wibrafon, róg, trąbki), wprowadzane w kolejnych zachwycających utworach, osiąga apogeum w finałowym „Beth/ Rest”, stanowiącym monumentalne podsumowanie albumu. Tu dzieją się rzeczy najdziwniejsze – aranże budzą skojarzenia z twórczością Everything But The Girl z lat 80., a nawet... wczesnego Phila Collinsa. Ostentacyjna niemodność i wsobność jest największą siłą Bon Iver. Każdy dźwięk płyty emanuje urodą i elegancją. adam kruk

junioR boys It’s All True Domino 8/10

Junior Boys demonstrują spektrum swojej twórczości w dwóch pierwszych utworach „It’s All True”. Jadące na nerwowym bicie „Itchy Fingers” zderza się z eterycznym walczykiem „Playtime”. Obydwa są świetne. Do tego okazuje się, że otwierają kolejny kapitalny album duetu. To ich najbardziej zróżnicowany, tak pod względem tempa jak i nastroju krążek (a to ulga po zbyt mało wyrazistym i letargicznym „Begone Dull Care”). Kanadyjczycy są często pochopnie klasyfikowani jako reanimatorzy syntezatorowego popu lat 80. Tymczasem Jeremy Greenspan i Matt Didemus zawdzięczają tyle samo wykonawcom new romantic co współczesnemu r&b. Muzyka na „It’s All True” to kontynuacja ich wizji wysmakowanego popu. Nic nie zaskoczy fanów, ale Junior Boys wpasowują się w swoją niszę z niebywałym wdziękiem i wigorem. Piosenki wciąż opowiadają głównie o nieudanych związkach, ale muzyka jest zaskakująco optymistyczna. A Greenspan, który nigdy nie śpiewał tak dobrze, ujawnia też nowego asa w rękawie – falset w stylu George’a Michaela. Nikt wam nie zrobi takiego soundtracku do wieczorów. łukasz konatowicz

mysLovitz Nieważne jak wysoko jesteśmy EMI 2/10

Po pięciu latach wydawniczej przerwy, wypełnionych legendami o „fabryce” i tarciach w studiu, Myslovitz powracają z następcą niedocenionego „Happiness Is Easy”. W tym momencie uderzam się w pierś, przyznając się do mało trafnych decyzji w defensywie. Otóż broniłem tego „Ukryte”, bo przecież dopiero druga połowa refrenu to rozpięta biała koszula i Marcin Rozynek, a teraz muszę to wszystko odszczekiwać. Zespół, który dotychczas swymi albumami i masą dziejowych singli brukował na złoto aleję polskiej muzyki rozrywkowej, teraz bez zająknięcia serwuje krążek wręcz kompromitujący. Depesza z frontu jest krótka: Myslovitz na „Nieważne jak wysoko jesteśmy” wykazują się niewiarygodnym brakiem samokrytycyzmu i ambicji pisania dobrych, ważnych numerów. Dają siódmą wodę po kisielu „Knives Out”, daleki cień „Lata ’76”, absurdalny post-punk, sterylne emocjonalnie podejścia do wyjścia poza format „poprockowej piosenki”, lejącą się grafomanię w tekstach („starość jak mgła”, „dni jak motyle”) i absurdalne próby diagnoz społecznych. Uff, nie mieści mi się to wszystko w głowie! marek fall

Świeże

bon iver

HIRO

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

woods Sun And Shade Woodsist 8/10

Pracowici Brooklynczycy, którzy nie zważając na nic, wypuszczają co roku album, właśnie częstują nas swoim szóstym wydawnictwem. Retro folku ciąg dalszy, znów wszystko w konwencji lo-fi, choć tym razem materiał wydaje się znacznie bardziej dopracowany i lepiej wyprodukowany. Charakterystyczna niska jakość staje się więc w swojej kategorii zaskakująco wysoka, co czyni z „Sun And Shade” niemal ideał tego typu grania. Oczywiście wszystko rozbija się o detale – nie każda kompozycja jest genialna, nie wszystkie zagrania ekipy Jeremy’ego Earla są dziesiątkowe, tak jak „Who Do I Think I Am” czy „Pushing Onlys”. Szkoda, choć też bez przesady – muzyka to zacna. A już na pewno grzechem byłoby kręcić nosem na te dwa numery, których długość znacznie zaburza porządek rzeczy na tej wypełnionej krótkimi formami płycie. Owe psychodeliczne obrazki z podróży w inne czasy, kraje i stany świadomości są jak znak zakazu wjazdu dla każdego, kto „Sun And Shade” umieści w jednym zdaniu z wakacjami, słońcem i hipisami. Dla Woods warto pokusić się o bardziej wysublimowany zasób słów. zdzisław furgał


Warszafski Deszcz PraWFDepowiedziafszy Wielkie Joł 6/10

washed out Within And Without Sub Pop 6/10

pati yang Wires And Sparks EMI 7/10

Najważniejszy na polskiej scenie hiphopowej duet tym razem tylko dwa lata kazał nam czekać na nowy materiał. Kapitalne „Powrócifszy” rozbudziło nadzieję, ale już nowa pozycja jest jak zimny, jesienny deszcz, gdy dramatycznie biegniesz do autobusu nocnego i masz świadomość, że szanse są marne. O ile Numer Raz jak zawsze jest spoko, niesie sobą pełen luz i uśmiech, o tyle spięty i zły na świat Tede zwyczajnie psuje zabawę (czego nie miał w zwyczaju jeszcze nie tak dawno). Ja rozumiem, że może mu się nie podobać krytyka w internecie, że może czuć żal do części osób, iż nie bardzo doceniają jego wkład w rozwój hip-hopu w Polsce i przede wszystkim umiejętności, zaś głównie czepiają się wagi oraz medialnej popularności, ale po co przenosić to na pół płyty?! Po co tyle jadu, zacietrzewienia na albumie grupy, która zawsze proponowała raczej luz i odskocznię od codziennych problemów? Mam problem z nowym WFD, bo zwyczajnie przyzwyczaiłem się u nich do dystansu i klimatu zachęcającego do rozłożenia się z piwkiem na kocu w letni dzień. Po „PraWFDepowiedziafszy” tę butelkę z piwem najpierw bym gdzieś cisnął. Dobrze chociaż, że Tede jako producent spisał się świetnie. Zawsze jakieś pocieszenie. Andrzej Cała

Nie bez kozery zdjęcie z okładki „Within And Without” można było znaleźć w majowym numerze „Cosmopolitan” (wersja amerykańska, of course). Ilustrowało artykuł „Is This The Most Satisfying Sex Position?”, zdający sprawę z poszukiwań legendarnej techniki zwiększającej szanse na orgazm pochwowy o bite 56%. Łatwo wyliczyć możliwe inkarnacje takiej odysei: monotonne szperanie, wojaż życia lub złoty środek. EP-ki Washed Out zrealizowały opcję nr 2. Zdołały odkształcić ledwo rysujący się horyzont chillwave’u, przełamując monopol Toro Y Moi i poszerzając paletę barw gatunku o zmierzchające, chłodne światłocienie. Na długogrającym debiucie Ernest Greene studzi rozbudzone oczekiwania i serwuje bezpieczną opcję trzecią – spójny set balearycznych ballad, przyjemny zbiór sampli (np. „Porcelain” Moby’ego w „Eyes Be Closed”) i profesjonalne kompozycje. Wymogi znaczącego labela zaważyły na porzuceniu estetyki lo-fi na rzecz francuskiego disco i nieinwazyjnego electro-shoegaze’u. Gładki element pokojowego designu to rzecz miła dla ucha, ale daleka od rozerotyzowanej nostalgii z „Life Of Leisure”, która powinna była stać się signature sound Washed Out. Chillwave się sprzedał. filip szałasek

Przyjemna nuda. Przyjemna, bo po długich latach rozpamiętywania triphopowych fascynacji Pati Yang doszlusowuje do electro-popowego peletonu pań, które ostrzą sobie pazurki na czołówkę brytyjskiej listy przebojów. Nuda,

lady Gaga Born This Way Streamline 3/10 Jeśli zastanawialiście się kiedyś, czy w masce gazowej da się tańczyć na wiejskiej potańcówce, to macie odpowiedź: technicznie tak, ale wszyscy będą zażenowani. Nie żeby pytanie wydawało się specjalnie ciekawe, ale ilustrację dokładnie takiego połączenia stanowi nowa płyta Gagi, która z tylko so-

bie znanych powodów pożeniła estetykę weselnego dance i wielkich ballad z prostacko rozumianym techno. Kiedy robiła podobny szpagat przy okazji „Bad Romance”, wszyscy wierzyli, że to ironiczny komentarz do kultury pop. Dziś to Gaga jest kulturą pop – i nie oferuje w zamian nic interesującego. Najciekawsze muzycznie kawałki topi albo w plastikowej produkcji („Edge Of Glory”) albo w przekazie na poziomie technikum dla fryzjerów („Hair” – wyrażają mnie pasemka, serio). To ostatnie to zresztą największy grzech płyty, na której dobrze zapowiadająca się piosenkarka skręca na drogę Bono i zaczyna serwować nam swoją wersję zbawienia, obejmującego odrzuconych i niedopasowanych. Ona sama wierzy, że śpiewa o gejach, freakach i artystach, ale brzmienie zdradza, że chodzi raczej o amerykańską nastolatkę, co pożera dziennie sto batonów, ale marzy o karierze w modelingu. Oczywiście, każdy może marzyć, ale czasem po prostu lepiej zejść z cukrowego haju i zacząć ćwiczyć. Stefani Joanne Angelina Germanotta tym razem nie zmusiła się do wysiłku. Jedna z nowych piosenek nosi tytuł „Scheiße”. No właśnie, szajs! jan Mirosław

thurston moore Demolished Thoughts Matador 8/10 Ponad 30-letnia kariera lidera Sonic Youth przebiegała tak bezpiecznie i przewidywalnie, jak tylko mogła. Po dekadach przecierania szlaków na polu hipsterskiego avant-rocka, obecnie Thurston znajduje się w pozycji uprzywi-

Skadja Jest M Antena Krzyku 4/10 Duet Skadja deklaruje, że na swojej debiutanckiej płycie „Jest M” stawia na nieskrępowaną zabawę dźwiękami i brak stawiania sobie muzycznych granic. Oj, chyba jednak powinni poważnie pomyśleć nad tym drugim. Eklektyzm w „Jest

bo entuzjazm rozglądania się dookoła jest w przypadku „Wires And Sparks” nad wyraz słyszalny. Pati mierzy się więc wzrokiem z Florence Welch (odrabiane lekcji z tematu Kate Bush w „Breaking Waves”), przepycha łokciami między Ellie Goulding i Little Boots („Hold Your Horses”), podsłuchuje dziewczyny z Ladytron (transowe „Darling”, ale i posępne „Near To God”), a nawet skutecznie (!) przybija piątkę Robyn – bardziej „Near To God” (ustawienie wokalu) niż „Kiss It Better” (leniwy taneczny podkład). „Jestem na tak”, ale na sprzedażowy sukces przywołanych wyżej koleżanek po fachu nie ma co liczyć – ani na Wyspach, ani w kraju. Szaleństwem byłoby myśleć inaczej. Kompleksów o podboju anglojęzycznego świata za pomocą „Wires And Sparks” nie wyleczymy, ale przez niespełna pięćdziesiąt przyjemnych minut możemy podumać co by było gdyby. A w tym, jak wiadomo, jesteśmy mistrzami świata. mAciek lisiecki

lejowanego weterana: z macierzystym zespołem wciąż wydaje nowe, niewiele się od siebie różniące, solidne płyty; w ramach projektu SYR realizuje swoje eksperymentalno-improwizacyjne zapędy, a pod własnym nazwiskiem bez cienia ironii gra lekko niepokojące piosenki o przemijaniu, zbawieniu i samotności. Tym razem nagrał najbardziej folkową płytę w swoim dorobku, osadzając akustyczne lamenty w kameralnych aranżacjach smyczkowych Samary Lubelski, znanej ekspertki w dziedzinie rzewnego indie. Jest też harfa i precyzyjne, instrumentalne wojaże rodem z „Murray Street”. Scaleniem tego wszystkiego zajął się nie kto inny jak tylko sam Beck. I choć jego rzemiosło nie wybija się tu na pierwszy plan, to poprockowa ogłada, z jaką powiązał ze sobą te molowe opowiastki, uczyniła z „Demolished Thoughts” spójny zestaw poruszających utworów starzejącego się awangardowca. mAteusz jędras

M” zmienił się w spory przesyt pomysłów, od którego zwyczajnie boli głowa. A przecież otwierający album „Niedobrak” zwiastuje coś innego – utrzymany w konwencji psychodelicznej bajki dla dzieci kawałek mógłby odbić się echem na reszcie płyty, stawiając ją tym samym jako ciekawą alternatywę dla chociażby Małego Wu Wu. Niestety warszawsko-płocki duet Krojca (Lao Che) i Praczasa (m.in. Masala) postawił sobie za cel podzielenie się z nami całą gamą swoich fascynacji, nie dbając o jakąkolwiek spójność krążka. Odbijają się na „Jest M” i echa skąpanych w elektronice wczesnych Püdelsów („Robot analogowy”) i przedziwna mieszanka hip-hopu z niemal numetalowymi gitarami („Harden-Kurzweil”). Całościowo Skadja brzmi jak Lao Che postanawiające przechrzcić się na elektroniczną modłę. Oczywiście to nie zarzut, ale... płycie kipiącej od pomysłów zabrakło tego najważniejszego – konceptu na samą siebie. jACek sobczyński


RECENZJE FILM

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

HIRO

FILMY HIRO

Świeże

Harry Potter i insygnia śmierci Cz. 2

reż. JAVIER MARISCAL, FERNANDO TRUEBA premiera: 1 lipca 7/10 Ona jest ponętną pieśniarką, on – jurnym pianistą. Tytułowi Chico i Rita spotykają się w późnych latach 40. na Kubie, potem los rzuca ich do lśniącego Nowego Jorku lat 50. Animowani bohaterowie targani są pragnieniami, szaleją i zdradzają się... Buzujące w ich młodych ciałach namiętności nie chcą dać się zaprzęgnąć w służbę monogamicznego związku. Ale uczucie jest szczere – tylko czy przetrwa ciężkie próby, na które, wedle zasad melodramatu,

musi zostać wystawione? Naprzeciwko szczęściu kochanków staje bowiem zazdrość innych, własne kaprysy i... polityka wizowa. Animacja, z wyjątkiem robiącej spore wrażenie sekwencji snu, jest raczej klasyczna – w pewnym momencie przestaje się ją zauważać. Ale to bajka nie dla dzieci - nabuzowane erotyzmem i gorącymi kubańskimi rytmami „Chico i Rita” stanowi bardziej skrzyżowanie „Casablanki” ze „Sto lat samotności” Marqueza niż kontynuację tradycji disneyowskiej. To prawda, że podobnych historii widzieliśmy już wiele, a film ociera się o banał. Mimo wszystko jednak „Chico i Rita” cieszy oko, porusza serce i brzmi bardzo prawdziwie. Adam Kruk

AGNOZJA

reż. Eugenio Mira premiera: 26 sierpnia 5/10 Reżyser „Agnozji” stworzył trochę beznamiętny film o utracie zmysłów. Tajemniczy tytuł nawiązuje do schorzenia polegającego na zaburzeniu odbioru bodźców wzrokowych, słuchowych bądź czuciowych. W filmie Eugenio Miry agnozja stanowi punkt wyjścia dla thrillera o więzieniu, jakim bywa dla człowieka jego własny umysł. Osadzona w realiach XIX-wiecznej Hiszpanii historia chorej Joany zaskakuje precyzją scenariusza i posępnym pięknem obrazu, ale dziełu brakuje osobistego tonu, autorskiego rysu, emocjonalnego zaangażowania w opowiadaną historię. Być może problem młodego reżysera polega na zbytnim podporządkowaniu się woli producentów. Twórcy odpowiedzialni m.in. za sukces „Labiryntu fauna” wydają się prowadzić Mirę po wydeptanej ścieżce do potencjalnego sukcesu. Tak jak w pamiętnym filmie Guillermo del Toro stawiają na połączenie rodzinnego dramatu, stylizacji retro i podszytej poezją grozy. „Agnozja” dowodzi jednak, że ta formuła już się wyczerpała. piotr czerkawski

foto | materiały promocyjne

CHICO I RITA

reż. DAVID YATES premiera: 15 lipca 6/10 Dziesięć lat to dla młodego człowieka pół życia. A tyle dokładnie towarzyszyła nam najdłuższa w historii kina seria fantasy, która właśnie dobiegła końca. Nic dziwnego, że wokół wielkiego finału „Harry’ego Pottera” narosły histeryczne oczekiwania. „Insygnia Śmierci cz. 2” to wielki budżet, wielkoformatowy obraz, ogromna liczba statystów i armia speców od efektów specjalnych. Ale czy są tu wielkie emocje i wzruszenia? Nie do końca, bo twórcy postawili raczej na ekspozycję walorów produkcji, zwłaszcza kosztownego trójwymiaru, który parokrotnie pozwala poczuć tzw. motylki w brzuchu. Ale i boleśnie uwypukla brak wymiaru czwartego. Pośpiech i cięcia montażowe zrobiły z bohaterów widowiska płaskie wycinanki, które już tylko biegają za horkruksami. Zagubił się gdzieś tanatologiczny dramat Wybrańca. Mają za swoje ci, którzy narzekali na pierwszą część „Insygniów”. W ferworze nieustającej akcji nie ma miejsca na ludzkie emocje, a nawet porządny dialog – na wieść o tym, że za chwilę umrze, Harry ma wyraz twarzy prymusa, który nie dostał świadectwa z czerwonym paskiem. Podsumowując: ktoś wreszcie pokazał Peterowi Jacksonowi, że są miejsca, gdzie czaruje się lepiej niż w jego Śródziemiu, jednocześnie potwierdziło się, że tylko prawdziwie wielkich opowieści nie da się spaprać. Dorota Smela


KRET

reż. Rafael Lewandowski premiera:

5 sierpnia 5/10

Rafael Lewandowski, Polak z francuskimi korzeniami, postanowił dotknąć tematu, nad którym nasze kino wciąż nie ma odwagi należycie się pochylić. Śmiałków, którzy wykorzystali w swoich obrazach wątek lustracji, byłych ubeków i ich ofiar, wreszcie naszą peerelowską przeszłość, było niewielu. Co ciekawe, twórcy rodzimej kinematografii jak na razie raczej „biorą stronę” tych, których komunistyczny system zwerbował do współpracy, pokazując dramat ich i osób im bliskich. Tak było w przypadku „Korowodu” Jerzego Stuhra, podobnie rzecz się miała chociażby z „Rysą” Michała Rosy. Nie inaczej jest w obrazie Lewandowskiego zatytułowanym „Kret”. Tu były działacz solidarności, przywódca strajku w jednej ze śląskich kopalń podczas stanu wojennego, okazuje się być tym, który wtedy był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Oczywiście nic nie jest tak proste, jakby niektórzy może chcieli. Zawsze są jakieś okoliczności, zawsze jest jakiś relatywizm. „Kret” ma ambicje kina społecznego z sensacyjnym zacięciem. Lewandowski opowiada całą historię z żelazną dyscypliną, pilnując, żeby nie zrobiło się zbyt patetycznie czy po prostu ckliwie. I choć nie jest to kino duże, to w swej kameralnej postaci potrafi przykuć uwagę. Szkoda jedynie, że w finale reżysera zbyt mocno poniosła wybujała wyobraźnia, sprowadzając poważny dramat do taniego kryminału. artur cichmiński

zielona latarnia reż. Martin Campbell premiera: 29 lipca 5/10

Wydany w Polsce w latach 90. komiks „Green Lantern” nie cieszył się dużą popularnością, a Zielona Latarnia, superbohater z potencjałem, zaginął gdzieś w mrokach dziejów. Szansę na podbicie naszego kraju otrzymuje teraz ponownie dzięki ekranizacji Martina Campbella. W przeciwieństwie do komiksowego pierwowzoru, z dręczonego poczuciem winy Hala Jordana uczyniono prawdziwy wykwit XXI wieku – nieco nadętego błazna, jedynie czasami nękanego wspomnieniami tragicznie zmarłego ojca. Magiczny pierścień otrzymany od umierającego kosmicznego przybysza otworzy furtkę do serii mniej lub bardziej zabawnych gagów – a to kumpel Hala rzuci kilka ciętych ripost, a to sam Jordan będzie badał swe nowe umiejętności ku uciesze widzów. Dopiero później bohater zajmie się wyznaczoną misją, choć zdaje się, że zamiast obroną porządku wszechświata, względnie Ziemi, bardziej zainteresowany byłby romansem z Carol (drętwa Blake Lively). By zatem okazać się godnym nowego wcielenia, Hal musi pokonać własne lęki i słabości, a fabuła będzie mogła podążyć przewidywalnym torem. Cytując słowa komiksowego Green Lanterna: pierścień to „niesamowity gadżet, jeśli się wie, co się robi”. Campbell nie wiedział. Sonia Miniewicz


RECENZJE KSIĄŻKI

książki HIRO

HIRO

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

tekst | grzegorz czyż

Moment ostatecznego triumfu polskiego punk rocka okazał się jednocześnie jego klęską. Nasi artyści walczyli przecież głównie o to, co dla ich kolegów z Zachodu było od dawna definicją upadku współczesnego świata, a nikt nie może przejść płynnie – tu posłużę się metaforą zbudowaną z metafor – od szarych koszmarów do zagubienia w supermarkecie. W punk rocku musi o coś chodzić, dlatego tak świetnie trzymał się on u nas do 1989 roku i tak szybko potem zgasł. To, co wydarzyło się w Polsce Ludowej w ciągu wcześniejszej dekady na niwie muzyki niezależnej, pozostaje jednym z najbardziej fascynujących rozdziałów w historii punku oraz nowej fali w skali całej Europy i niewątpliwie zasługiwało na kilka poważnych opracowań książkowych. A tych w ostatnich miesiącach ukazało się co najmniej pięć. Każde nieco inne, ale wszystkie niezwykle udane i – co godne podkreślenia – wręcz monumentalne. Cieszy, że pieniądze z naszych podatków idą nie tylko na niewarte tego inicjatywy pseudokulturalne, ale i na działalność wydawniczą Narodowego Centrum Kultury, które przygotowało właśnie imponującą księgę „Artyści Wariaci Anarchiści” o trójmiejskiej scenie alternatywnej lat 80., zawierającą dodatkowo materiały audio-video na płycie CD i DVD oraz wielkoformatowe reprinty plakatów z epoki. Instytucja wsparła także wydanie monografii „Dezerter: Poroniona generacja?” pióra Krzysztofa Grabowskiego, perkusisty tej legendarnej formacji, której rola została – nie wiedzieć czemu – zupełnie zmarginalizowana w niedawnym filmie „Beats Of Freedom – Zew wolności” Leszka Gnoińskiego i Wojtka Słoty. Z dużym zainteresowaniem przeczytałem też ukazujący się po wielu latach starań pierwszy tom rozmów o Jarocinie autorstwa Grześka Witkowskiego, z którym miałem okazję pracować w czasach, gdy nosił jeszcze kawalerskie nazwisko. W następnych książkach, którym wypada przyznać ex aequo grand prix niniejszego przeglądu, pojawia się wiele tych samych nazwisk co u Witkowskiego, ale opowieści są chyba jeszcze ciekawsze. W przypadku „OBOK albo ile procent Babilonu?” dotyczą one nie tylko Jarocina, lecz całej odysei punk rocka w Polsce. A główny autor wywiadów Mirek Makowski to również bezdyskusyjnie najlepszy fotoreporter doby punku. Co potwierdza drugie z jego wydawnictw – album „Pokolenie J8”.

k. skiba, J. Janiszewski, P. Konnak, Artyści Wariaci Anarchiści, Narodowe Centrum Kultury k. grabowski, Dezerter: Poroniona generacja?, KAYAX/ Agora K. wojciechowski, M. R. makowski, Pokolenie J8. Jarocin ’80-’89, In Rock G. K. Witkowski, Grunt to bunt. Rozmowy o Jarocinie. Tom 1, In Rock m. R. Makowski, m. szymański, OBOK albo ile procent Babilonu?, Manufaktura Legenda


RECENZJE KOMIks POZDROWIENIA Z SERBII

scen. i rys.: Aleksandar Zograf

Centrala 8/10

komiks HIRO

HIRO tekst | Bartosz Sztybor

„Pozdrowienia z Serbii” to seria jednoplanszowych komiksów o nalotach NATO w Serbii, które Aleksandar Zograf zaczął tworzyć za namową Chrisa Ware’a. Publikowane w wielu magazynach i na niezliczonej ilości stron internetowych, stały się jednym z najlepszych, najszczerszych, a dzięki temu i najbardziej obiektywnych źródeł opisujących konflikt w byłej Jugosławii (a dokładniej w Serbii) z końca ubiegłego wieku. I choć album wydany przez Centralę nawiązuje tytułem do serii tych kilkudziesięciu pojedynczych plansz, zbiera także wszystkie inne komiksy Zografa dotyczące tego tematu. Tematu, do którego autor podchodzi w niezwykle ciekawy sposób. To bowiem z jednej strony komiks reporterski, ale pozbawiony publicystyki i wartościowania, których tak wiele w twórczości Joe Sacco. Z drugiej to komiks historyczny, w którym konkretne wydarzenia, fakty i daty (jak choćby w „Berlinie” Jasona Lutesa) nie są nawet istotnym tłem. To w końcu komiks autobiograficzny, ale tak mocno introwertyczny, że przerazić mógłby samą Alison Bechdel z jej ekshibicjonistycznym „Fun Home”. Aleksandar Zograf opowiada o swoich snach, o ludziach mijanych na ulicy, o zmieniającej się telewizji i sklepowych półkach. Jego często groteskowe konstatacje idealnie łączą się z surrealistycznym stylem rysunku, dając jednocześnie obraz tego, jak bardzo absurdalny był konflikt w Serbii. Drobne sytuacje i na pozór nieistotne obserwacje pokazują prawdziwe oblicze wojny. Prawdziwe, bo opowiedziane z perspektywy niesamowicie wrażliwego artysty, a nie historyka, dziennikarza czy innego jakże bezstronnego i jakże obiektywnego obserwatora. „Pozdrowienia z Serbii” to więc jedno z oryginalniejszych podejść do tematyki komiksu autobiograficznego/historycznego/reporterskiego (niepotrzebne skreślić), który doskonale pokazuje, że prawda nie wynika z faktów, tylko z emocji.

C

M

Y

CM

MY

CY

Simon Bisley. Mokry sen wielu fanów komiksu, którzy w latach 90. kartkowali strony – z trudem powstrzymując ślinotok – albumów pełnych kobiet z gigantycznymi cyckami i facetów o mięśniach w rozmiarze XXL. Bisley, przykładny padawan genialnego Franka Frazetty, zawsze był niegrzecznym chłopcem (czyli enfant terrbile – że zabłysnę znajomością języków obcych) w świecie historii obrazkowych. I zawsze rysował niegrzecznych chłopców. A za to pokochały go miliony. Stworzył wizerunki takim hardcorowym koksom (w rozmiarze doubel blasta), jak Slaine, Sędzia Dredd czy Lobo, dzięki czemu był jednym z głośniejszych nazwisk i najbardziej charakterystycznych postaci końca zeszłego stulecia. Czasy się zmieniły, mięśnie sflaczały, a alkohol zaczął się lać strumieniami. Przyszedł nowy wiek, a z nim zniżka formy, którą można równie dobrze nazwać rozleniwieniem, ale także – wersja dla fanów – chęcią eksperymentowania ze swoim stylem. Bisley zaczął tworzyć mniej, a jak już za coś się zabierał, to ciężko było w tym dojrzeć choćby cień dawnego mistrzostwa. I właśnie na ten okres przypada pojawienie się „Biblii”, autorskiego artbooka Szymona (w końcu jego babka jest ponoć polskiego pochodzenia), w którym można znaleźć szkice, rysunki i obrazy nawiązujące tematyką do historii przedstawionych w Starym i Nowym Testamencie. Na ponad stu stronach, Simon Bisley prezentuje swoje wersje wielu słynnych scen religijnych oraz portrety zarówno tych świętych, jak i tych potępionych. Niektóre grafiki zaskakują swoją oszczędnością, inne zachwycają charakterystycznym dla autora przepychem (w kwestiach podejścia do detalu i koloru). Niestety to bardzo nierówny artbook, w którym rysunki średniej jakości sąsiadują z tymi przypominającymi o geniuszu Bisleya. I choć samo zjawisko jest niezwykle interesujące – bo przecież niegrzeczny chłopiec bierze się za malowanie scen biblijnych – to zawiodą się poszukiwacze kontrowersji. Bo niestety, co trzeba przyznać z żalem, największe kontrowersje wzbudza tu fakt, że czasy starego dobrego Simona Bisleya już raczej nie wrócą.

BIBLIA

rys.: Simon Bisley

Hanami 4/10

CMY

K


GRY HIRO

HIRO

tekst |Tomek Cegielski

L.A. NOIRe

Twórcy gier, nieczęsto dają nam możliwość wcielić się w rolę detektywa, który oprócz pociągania za spust, musi ruszyć makówką, żeby rozwiązać zagadkę. Taką sposobność oferuje nowa gra od Rockstars – „L.A. Noire”. Wcielamy się tu w rolę policjanta, który rozwiązując kolejne skomplikowane sprawy, wspina się po szczeblach kariery i dostaje coraz to bardziej odpowiedzialne zadania. Akcja toczy się w przesiąkniętym korupcją Los Angeles z 1947 roku, zaś konwencja gry utrzymana jest w filmowym klimacie kryminałów z gatunku noir. Na naszej drodze pojawia się wiele charakterystycznych, przerysowanych postaci – śmieszny glina, zły glina, doświadczony glina alkoholik, starszy pan, który nam szefuje i tak dalej. Jedyną bezpłciową postacią jest nasz główny bohater – praworządny harcerzyk, weteran wojenny. Najważniejsze w rozwiązywaniu kolejnych spraw jest szukanie dowodów i przesłuchiwanie świadków. Każdy przesłuchiwany może mówić prawdę, ukrywać informacje lub porostu kłamać. Naszym zadaniem jest obserwować mimikę rozmówcy, wsłuchiwać się w barwę głosu, kojarzyć fakty i na tej podstawie decydować o jego prawdomówności. Owszem, są momenty, w których przyjdzie nam chwycić za broń, jednak strzelaniny nie sprawiają większego problemu i stanowią tylko urozmaicenie. Dzięki takiemu systemowi rozgrywki „L.A. Noire” daję nam poczucie, iż w tę grę gramy głową, a nie palcami. Przyczepić można się jednak do nierównej grafiki. Z jednej strony ulice L.A. wyglądają bardzo surowo i monotonnie, z drugiej jednak strony mimika postaci podczas przesłuchań stanowi totalną rewolucję, jeżeli chodzi o oddawanie emocji. Kupna gry odradzam jednak wszystkim, którzy spodziewali się kolejnego „GTA” w trochę innym sosie.

DUKE NUKEM FOREVER Take 2 Interactive

PC, PS3, XBOX360

4/10

Rockstar

PC, PS3, XBOX360 9/10

„Duke Nukem” to legenda wśród gier FPS. Od wydania osławionej, pierwszej części minęło już 12 lat. Przed twórcami sequela stanęło więc trudne zadanie: stworzyć grę, która z jednej strony nawiąże do klimatu pierwszej części, a z drugiej sprosta standardom narzucanym przez dzisiejsze FPS-y. Nie udało się. Ale po kolei. Fabuła w niewielkim uproszczeniu przestawia się następująco: na Ziemię przylatują kosmici i musimy ich zabić. Cała gra skupiona jest na głównej postaci Duke’a – wulgarnego, brutalnego aroganta. Na ekranie naprzemiennie pojawiają się krew i cycki, a w tle co chwila słychać prawie śmieszne teksty bohatera. Nawet jego pasek życia został zastąpiony paskiem „ego”, po którego wyczerpaniu, chojrak umiera. Kosmici, do których będziemy strzelać, to

w większości postacie z pierwszej części – świnie w policyjnych mundurach, latające mózgi, itp. Całkiem dobrze, na tle reszty gry prezentują się bossowie – wielkie monstra, z którymi trzeba się trochę pomęczyć. Interakcja z otoczeniem jest dosyć nieźle zrealizowana, co jest sporym plusem. Mimo to, grafika nie zachwyca, wszystko wygląda jak plastikowa makieta. Nowy „Duke Nukem,” nastawia się na brutalność, wulgaryzm i erotyzm, zapominając zupełnie o tym co najważniejsze, czyli o samej rozgrywce. Wirtualne cycki i gimnazjalny humor być może mogą się wydać atrakcyjne dla młodszych graczy, jeżeli jednak należysz do grupy tych bardziej dojrzałych, „Duke Nukem Forever” na dłuższą metę wyda ci się zwyczajnie żenujący. Legenda została utopiona w kałuży własnych odchodów.

´NIEJSZY DZIEN ´. W NAJCZARNIEJSZA˛ NOC. W NAJJAS

foto | MATERIAŁY PROMOCYJNE

RECENZJE Gry

HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL


Dawid vs. Goliat o wojnie, którą wiodę z szatanem, światem i ciałem HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

NASZE BEVErlyhillsy tekst | DAWID KORNAGA

Czy aby na pewnoo chcesz tak żyć...?

KIEDY PEWNEGO DNIA TWÓJ PRZYJACIEL ZWYCZAJNIE NAWALI, TAK ŻE TO CIĘ WIĘCEJ NIŻ ZABOLI, A POTEM, WIDZĄC SWOJĄ WINĘ, BĘDZIE BŁAGAŁ O WYBACZENIE, MÓWIĄC ŻE ZROBI DLA CIEBIE WSZYSTKO, POWIEDZ: DOBRZE, POD WARUNKIEM, ŻE NA PÓŁ ROKU WYPROWADZISZ SIĘ POD MIASTO. Nie ma sprawy, odpowie, poczytując to po pierwsze za twoją naiwność, a po drugie nie za karę, tylko za nagrodę – mniejszy hałas, więcej zieleni, dresy mniej agresywne, lokalsi bardziej ludzcy. I to go zgubi. Przynajmniej jeśli powyższa fabuła toczy się w Warszawie. Konkretnie na jej południowych przedmieściach, gdzie Piaseczno, Józefosław, Mysiadło, Iwiczna Stara i Nowa, Zalesie, Magdalenka i inne polskie Beverlyhillsy. Opowiem ci, przyjacielu, jak jest. Tak się złożyło za dyktatury złego losu, że przyszło mi mieszkać na początku tego wieku dokładnie w owych okolicach. Pół dekady na emigracji. Pół dekady w czyśćcu. Sprawa wydawała się na początku prosta jak miłość francuska; nie, kochany, nie wystarczy język, trzeba wyczucia. Wyczucia do pogodzenia się z nowym stylem życia. Warszawa to nie Paryż (wybacz, Warszawo), ze dwie dekady jeszcze trzeba, żeby komunikacja podmiejska funkcjonowała jak RER, nie mówiąc o rozbudowie siatki metra. Inaczej nie da rady, inaczej nie ma co się łudzić. Choć łudzi się wielu, bo taki trend. Bo fajnie mieć znacznie większe mieszkanie pod miastem. Albo bliźniaka. Albo dom wolnostojący z ogrodem i poświęconym przez proboszcza miejscem na grill. W porządku, każdy lubi, co lubi. Wróćmy do mojego przypadku. Przypadek ten wstaje rano. Do pracy kreatywnej w centrum miasta. Dworzec kolejowy hen daleko. Jeśli nawet bym dojeżdżał i zostawiał auto na parkingu, dalszy etap nie wyglądał zachęcająco: pociąg kursował rzadko jak dobre wieści z giełdy, pasażerów zaś całe bataliony, wyszkolone w atakach na pozycje wagonów. Wsiadam do samochodu zakupionego w celu etatowego dojazdu. Przypominam, początek tego wieku. Sporo już pobudowali to tu, to tam, ale Puławska, którą dojeżdżałem, była wtedy jeszcze przejezdna. Korkowała się gdzieniegdzie. Jadę sobie, jadę, leci muzyka, fajnie, niech będzie, dam radę. Minęły dwa lata i kilka tysięcy litrów przejechanej benzyny. W tym czasie powstało dookoła chyba dwa tysiące nowych osiedli. W każdym osiedlu mieszkanie. Każde mieszkanie to jeden, dwa samochody. I każdy pędzi Puławską w stronę stolicy, do swojego konglomeratu pracowniczego. Innej drogi prak-

foto | NEMO STUDIO

tycznie nie ma. Jednostki niezmotoryzowane zapuszkowane w autobusie linii 709, gdzie człowiek człowiekowi kradnie resztki powietrza. Jadę sobie, jadę. W korku zwyczaje korkowe. Jeden pan goli się elektryczną maszynką czekając na zielone światło. Jedna pani dokańcza makijaż. Drugi pan pogrążony w lekturze gazety rozłożonej na kierownicy. Druga pani spożywa kanapkę i popija herbatę z kubka termicznego. Jadę sobie, jadę. Nie, już nie jadę. Wystarczy deszcz, o śniegu nie wspomnę, by ruch zwolnił, wręcz zamarł. Pierwszy bieg, drugi, stop. Pierwszy bieg, drugi, stop. Minuty uciekają z cyferblatu. Ci, którzy wyjeżdżali kiedyś po ósmej, teraz muszą o siódmej, inaczej nie zdążą do pracy. Nie ona najważniejsza. W moim przypadku to czas towarzyski. Wszędzie samochodem. Jak Hank Moody w „Californication”. On dla funu, ja z przymusu. Pewnego dnia przykleił mi się do pleców fotel. Był gorszy niż koszula Dejaniry. I tak chodziłem z nim do momentu ucieczki z przedmieść. Wiesz, jak niewygodnie się śpi, kiedy coś sterczy z pleców? Było ciężko. Dosłownie. Każdy ma prawo do swojego stajlu. Wszelako, przyjacielu, jeśli lubisz wybrać się na wernisaż czy wieczór literacki, tam sięgnąć po wino... Jeśli lubisz pójść do teatru, a potem na kolację... Jeśli marzą ci się randki, spontaniczne wypady, Przekąski Zakąski, schadzki, manifestacje, eventy, wino w Charlotte, wódka w Planie B, jeśli lubisz przebywać z ludźmi, a potem ani myślisz stresować się wskazaniem taksomierza, zdecydowanie nie zapuszczaj korzeni, nie sadź drzewa, nie rób dzieci na przedmieściach. Jasne, tam spokojniej. Więcej oddechu. Woda smakuje jak woda. Wiewiórki z ręki jedzą. Ptaszki ćwierkaniem budzą zamiast budzika. Dzieci mają się gdzie wybiegać. Ale ile można biegać, stary, zapytają kiedyś. Nikt nikomu niczego nie zabrania, pod warunkiem, że to jego wybór. Żal mi więc mojej przyjaciółki, której mąż uparł się przy wypasionym bliźniaku w Józefosławiu. Początkowo rewelacja, Pana Boga za genitalia złapali; przeprowadzka z pięćdziesięciu sześciu metrów na dwieście dwadzieścia. Jak słodko, jak uroczo. Drzewo zasadzone. Dziecko podrosło. Ona dzielnie znosiła matkowanie podmiejskie. Wreszcie przyszedł dzień wypadu na miasto, szaleństwo, alkohol, hedonizm, kochanie! Co to była za logistyka przed wyprawą, niania na posterunku, wyprawa na przystanek, oczekiwanie na spóźniający się autobus, jazda, długa jazda do metra, potem dalej i dalej. Powrót taksówką. Zwykłe wyjście do restauracji skończyło się wydaniem paru paczek. Lecz nie kasa ważna, prawda? No dobrze, powtórzymy, kochanie. Mija miesiąc, może wypad? Jesteś pewna? Ja, pewnie! Przecież nie możemy ciągle siedzieć w domu. Oszaleję! Oj tam, oj tam, nie lepiej usiąść przy winie? Będzie romantycznie, zobaczysz, zapewnia mąż. Potem obejrzymy sobie film, poczytamy czy cokolwiek. Cokolwiek? Cokolwiek?! Patrz, kochanie, jak tu dobrze, marzyłaś o tym. No marzyłam. Cholera, marzyłam! Tylko czemu, kiedy chcę sobie wyjść na Plac Trzech Krzyży, to zamienia się to w drogę krzyżową? I usiedli zrezygnowani. I tak piją do siebie. Naturalnie, inni mają inaczej, bez takich dysonansów. Ona nie może. Nienawidzi mężowskiej ostoi, marzy o powrocie na Mokotów. W wieku trzydziestu dwóch lat ma siedemdziesiąt sześć. O nie! O tak, przyjacielu. DAWID KORNAGA – PISARZ. DEBIUTUJĄC KILKA LAT TEMU, NAZYWAŁ SIEBIE POSZUKIWACZEM OPOWIEŚCI. DZIŚ POTRAFI JE TEŻ NIEŹLE KREOWAĆ, CO NIE ZAWSZE SŁUŻY JEGO ZDROWIU, JAK RÓWNIEŻ PROWADZI GO DO NAŁOGOWEGO ŁAMANIA WIĘKSZOŚCI Z SIEDMIU GRZECHÓW GŁÓWNYCH. MIESZKA W WARSZAWIE.

58

FELIETON


Transatlantyk Międzynarodowy Festiwal Filmu i Muzyki

Poznań 5–13 sierpnia 2011

Mecenas główny

Patronat HONOROWY

Organizator

Współorganizatorzy

Partner strategiczny

Patroni medialni

Dofinansowanie

Sponsorzy


Moje HIRO HIRO MAGAZYN | WWW.HIRO.PL

czyli komu mógłbym nogi myć i wodę pić BIAŁY WCALE NIE ZNACZY, ŻE LEPSZY tekst | MACIEJ SZUMNY

ostatnie problemy niejakiego jakuba władysława wojewódzkiego, którego za szerzenie rasizmu za kratkami chciałyby widzieć paradoksalnie największe ksenofoby, każą zastanowić się, gdzie naprawdę tkwi istota problemu. i kto tak naprawdę ma z czarnymi problem. Peugeot 504. Zmotoryzował pół Afryki. Niezły model

Jadę sobie taksówką przez Dakar i zastanawiam się, czy dojadę. Stary, schorowany Nissan Bluebird rozwija chyba tylko 40 kilometrów na godzinę, schowek ma zamknięty na śrubę, podsufitka już dawno odpadła. Jest gorąco, więc pan kierowca podaje mi pokrętło, które też odpadło, abym mógł z tyłu otworzyć okno. Przez przednią szybę mało co widać, bo cała jest popękana, a kiedy zawracaliśmy, pan kierowca zahaczył samochodem o drzewo. Może wsteczny nie działa? Działa za to klakson, a to chyba najważniejsze, radio gra, no i samochód jedzie dalej. Na ulicy inne zdezelowane taksówki: Toyoty Cariny, Toyoty Corony starsze ode mnie, Renault 18 i chińskie podróby Matiza. Każdą z nich chciałbym się przejechać, zanim trafią do samochodowego nieba. Ten dreszczyk emocji: dowiezie mnie, czy wcześniej rozpadnie się na kawałki? Ale po nowym bulwarze mkną też nowoczesne modele luksusowych samochodów, tylko że to nuda, bo takie same można spotkać teraz wszędzie. Niestety za dwadzieścia lat najprawdopodobniej nie będą jednak służyć jako taksówki. Nikt nie będzie wiedział, jak uruchomić prehistoryczny komputer umieszczony gdzieś pod maską. I nie da się ich naprawić młotkiem. Jadę, jadę i mijam pomnik Odrodzenia Afrykańskiego, który ledwo tydzień wcześniej chcieli zniszczyć demonstranci. Pomnik jest przeolbrzymi, góruje nad miastem i myślę, że może rozmachem konkurować ze świebodzińskim Chrystusem. Tylko że Chrystus jest jeden, a tu cała trójca: kobieta, mężczyzna i dziecko, wszyscy mają wyciągnięte ramiona w kierunku przyszłości, patrzą w nią ufnie i zdecydowanie, mają zacięte twarze. Mimo że pomnik jest nowy, to istny socreal. Ale czemu się dziwić, skoro postawiła go Korea Pół-

foto | materiały promocyjne

nocna? Mężczyzna ma w głowie okna – pytam, czy to restauracja, ale kierowca nie wie. W ogóle nikt nie wie, co znajduje się w środku, może nawet wyrzutnia statków kosmicznych, bo z pewnością by się zmieściła. I pomimo że pomnik budzi skrajne kontrowersje, moim zdaniem to dobrze, że powstał, bo Afryce, poza RPA, wciąż brakuje rozmachu i upamiętnienia historii. Nie wspominając o szacunku. To smutne, jak wielu osobom, a szczególnie tym, którzy nigdy nie odwiedzili tego kontynentu, wydaje się, że Afryka to tylko domki z gliny przykryte liśćmi i golasy biegające między dzikimi zwierzętami. Cóż, takie zdjęcia najczęściej pojawiają się w mediach, tak jak Polska wciąż obrazowana jest końmi ciągnącymi wóz drabiniasty, bocianami na łące i babciami w kolorowych chustach na głowie, siedzącymi przed chatą krytą strzechą. A przecież także tutaj operatorzy internetu bezprzewodowego kuszą najnowszym modelem iPada. I nawet w Afryce nikt nie trzyma go prawie nad głową, tykając wyprostowanym paluszkiem, jak to tydzień wcześniej zdarzyło mi się widzieć w Paryżu. Tu takie wynalazki to zupełnie normalne rzeczy. W dakarskim hotelu wszyscy są eleganccy, pachnący i mówią przepiękną francuszczyzną. I sami są piękni – wysocy, o wspaniałych sylwetkach i muskulaturze, uśmiechy odsłaniają bieluśkie zęby. Na ulicach podobnie – oczywiście, różnice kulturowe sprawiają, że co chwila ktoś chce nam coś sprzedać, ale nikt nie jest zbytnio nachalny. Młodzież słucha podobnej muzyki i podobnie się ubiera i bawi jak w Warszawie, Krakowie, czy Poznaniu. Niestety wciąż u nas funkcjonuje mit „dziecka z Afryki” – wygłodniałego, chorego, zacofanego. Nie rozumiem też, skąd w polskim internecie tyle rasizmu. Zastanawiam się czasem, czemu moderatorzy popularnych stron z czasem zabawnymi rysunkami pozwalają na coś takiego. Owszem, mi też się niekiedy zdarza debilnie żartować, ale ja żartuję ze wszystkiego, także z siebie. I mam nadzieję, że coraz lepiej wiem, jak zachować umiar, nikogo nie urażając. Czasem jednak na Wikarym czy na Mistrzach niektórzy w swoich rasistowskich tekstach i komentarzach posuwają się za daleko. Z pewnością bierze się to też z niewiedzy, z nieznajomości, ale rozwala mnie to polskie przekonanie, że jesteśmy lepsi od innych. Niby czemu? A może to nasze kompleksy? Jestem pewien, że kolesie zamieszczający takie posty nie mają w majtach nic, tylko tak płasko, jak lalka. I na koniec dodam, że dobrze czasem poczuć się w mniejszości, także tej rasowej. Być jednym z niewielu białasów w ulicznym tłumie. To zmienia perspektywę i pokazuje relatywizm problemu. Bo uwierzcie, tak porównując na plaży, to my białasy to zupełnie nic specjalnego. Maciej „Ebo” Szumny – bloger i poeta, wielbiciel starych citroënów. Wcześniej związany z markami Nike oraz Reebok, doprowadził do rozkwitu kultury sneakers w Polsce. aktualnie mieszka na wyspach zielonego przylądka.

60

FELIETON


dodaj się do na szego faceboo ka i bądź na bieżą co z życiem swoje go miasta oraz bierz udzia ł w konkursach z turbo nagrod ami albo zgiń!


HIRO 18  

Polish free culture magazine

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you