Issuu on Google+

artykuły • wywiady • recenzje • relacje • festiwale • kluby • płyta

NR 6 sierpień 2011

OFF Festival wspomnienie

Amy Winehouse przyjeżdżają Deftones

Disco Inferno

kultowi, zapomniani

wywiady:

Shiny Beats EP

płyta do pobrania wraz z magazynem

Riverside • Ancient Crux Jef Barbara • Novika • Napszyklat Sinusoidal • Skadja


7

album of the month

12

Shiny Beats

Hit lists

Adama Dobrzyńskiego

14

Clubs

6 Warszawa

Powiśle

Poppeak

7 Śmierć zamiast odwyku

Live fast, love strong and die young 9 Zaraźliwy Jef: wywiad z Jefem

Barbarą

Przestrzeń, oddech, spokój:

wywiad z Sinusoidal

3 Shiny Beats

4 Muzyczny magiel

19

31

25

wywiad z Ancient Crux

27

Coś nieprawdopodobnego:

Hard stage

16 Konsekwencja

zamiast kompromisu

19

Progressive stage Koła i elipsy:

wywiad z Riverside

Folk stage

33

Electronic stage

To jakiś absurd:

39 OFF Festival 46 Heineken Open’er Festival 50 Inne Brzmienia Art’N’Music Festival 53 Morrissey

Stories about big falls

54 San Miguel

23 Ujarzmić strach

Alternative Stage

Po liftignu:

wywiad z Noviką

black stage wywiad z Napszyklat

29 Disco Inferno 31

54

Cooperation Męski punkt widzenia: wywiad ze Skadja

Reviews

On tour

Best independent fests Primavera Sound

56

Fifty, fourty, thirty, twenty and ten years ago

Od redakcji Ocenianie muzyki jest bezsensu. Udająca obiektywizm cyfra zamieszczona obok recenzji to zazwyczaj odzwierciedlenie subiektywnego odczucia autora - na ile płyta trafiła w gust piszącego, przy czym im trafiła bardziej, tym nota wyższa. Na polu faktów da się jedynie oszacować np. techniczne aspekty kompozycji, wokalu lub produkcję. Ale nie oszukujmy się - większość recenzentów nie ma takiej wiedzy. Poza tym, muzyka to w pierwszej kolejności emocje, co staramy się pokazywać w naszym magazynie, m.in. w dziale recenzji przyznając albumom wtyczki-uczucia zamiast not. Gdy prześledzić opinie uczestników tegorocznej edycji OFF Festivalu, okazuje się, że poszczególne koncerty zostały odebrane zupełnie inaczej. Tym bardziej w naszej relacji z katowickiej imprezy nie silimy się na matematykę, ale wspominamy miniony czas i prezentujemy własne wrażenia. Wy podzielcie się swoimi! Stwórzmy wspólną stopklatkę złożoną z komentarzy, zdjęć i linków do muzyki. Tym samym zachowamy w pamięci obraz (myślę) dobrej zabawy zamiast przerzucać się opiniami w celu ustalenia jednej prawdy o OFF-ie. No i to też okazja do spotkania się (choć w wirtualu), swego rodzaju echo dni z początku sierpnia. Myślimy coraz intensywniej o naszym festiwalu, który już tuż-tuż, bo pod koniec października. Chyba nigdy nie wyczekiwałem jesieni z taką ekscytacją! Oczywiście druga edycja Electric Nights Festival znajduje i znajdować będzie odbicie w treści magazynu. Poza tym jak zwykle dużo wywiadów, od awangardzistów z Napszyklat przez Novikę do popowego Jefa Barbary. Ciężko było pominąć bieżące wydarzenia - nagłą śmierć Amy Winehouse i przyjazd do Polski zespołu Deftones. Zwracam uwagę na artykuł o Disco Inferno, bo to świetna i będąca inspiracją dla wielu artystów grupa, ale ciągle mało znana. Na koniec proponuję skonfrontować sylwetkę barcelońskiej Primavery z rodzimymi festiwalami (oprócz OFF-a, z Open’erem i Innymi Brzmieniami) i sprawdzić, czy jeśli w piłce nożnej jeszcze daleko nam do Hiszpanów, to czy przypadkiem na polu imprez masowych już z nimi nie wygrywamy? Łukasz Kuśmierz Redaktor naczelny

2 Electric Nights


album of the month Shiny Beats

Hipsterami już byliśmy

Trójmiasto rozbłyska bitami. A to dzięki Shiny Beats - kolejnemu zespołowi, który stara się skłonić nasz smutny kraj do tańca, o czym mogliśmy się przekonać podczas ich występu w ramach cyklu imprez klubowych Electric Nights Warm-up. Shiny B. i Shiny S. zapewniają Wam podrygi w trakcie wciąż trwającej trasy koncertowej oraz oczywiście na swoich pierwszych wydawnictwach. M.in. o nich opowiadają w rozmowie z nami.

asze brzmienie jest bardzo surowe. To celowy zabieg, czy jednak chętniej rozbudowalibyście aranże, ale na razie nie ma takiej możliwości? Shiny B.: Nie wydaje mi się, żeby nasze brzmienie było surowe. Pierwszą płytę wydaliśmy w sierpniu 2010 r., a więc dokładnie rok temu. Znajduje się tam pięć utworów, które miały być eklektyczne, ale utrzymane w tej samej stylistyce. Staraliśmy się, żeby były bogate. Jeśli o któryś kawałkach można powiedzieć, że są surowe to o „Following Dreams” i „Kings & Questions”. Wynika to po części z tego, że są to stare utwory i kiedy je komponowaliśmy mieliśmy taką ich wizję, a po części trochę też z tego, jakie możliwości i umiejętności wtedy prezentowaliśmy. Shiny S.: Rozwinęliśmy się od tego czasu muzycznie i nasze nowe kawałki są o wiele lepsze brzmieniowo. Kiedyś był tylko jeden wokal, męski, angielskie słowa. Dzisiaj śpiewamy też trochę po polsku i coraz częściej po mikrofon sięgam ja... Shiny B.: I to jest hit, bo Shiny S. ma mocny, bardzo kobiecy głos. Wracając zaś do dwóch wspomnianych przeze mnie wcześniej utworów, to nagraliśmy ich nowe wersje, zupełnie inne brzmieniowo - cięższe, bardziej mroczne i z większym kopem. Na razie można ich posłuchać tylko na koncertach, ale może kiedyś ukażą się także na płycie. Niektóre z Waszych piosenek mimo wszechogarniającej elektroniki wydają się mieć bardzo punkowy charakter. Czy to dobry trop jeśli chodzi o korzenie muzyczne Shiny Beats? Shiny S.: Tak napisali o naszej muzyce w jednej z recenzji, jest to jednak porównanie, którego zupełnie nie rozumiem, chyba że chodzi o „brud” i gniew, który gdzieniegdzie się przebija. Shiny B.: Pierwsza płyta inspirowana była bardziej nu ravem, niż punkiem, jeśli chodzi o dzikie brzmienia. Przede wszystkim trzymamy się jednak stylistyki electro - mocnych bitów i melodyjnych klawiszy.

Jak radzicie sobie z graniem na żywo? Elektronika, szczególnie jeśli chodzi o młode zespoły, wychodzi różnie w wersji live. Shiny S.: Jak każdy zespół mamy lepsze i gorsze występy, ale bez udawanej skromności mogę powiedzieć, że jesteśmy bardzo dobrzy koncertowo. Staramy się robić prawdziwe show, przygotowujemy się do występów starannie, przebieramy się, używamy świateł, laserów, dymu i wielu innych rekwizytów. Chcemy, żeby ludzie tańczyli na naszych koncertach, a potem długo je pamiętali... Shiny B.: ...i chyba jakoś nam się to udaje. Jeśli zaś chodzi o samą muzykę, to staramy się jak najwięcej robić na scenie. Używamy stosunkowo mało podkładów jak na zespół zajmujący się electro, tak aby większość muzyki grana była na żywo. Było demo, jest EP-ka i muszę przyznać, że radzicie sobie coraz lepiej. Co dalej jeśli chodzi o plany wydawnicze? Shiny B.: EP-kę wydaliśmy trzy miesiące po pierwszym koncercie, dwa miesiące później nagraliśmy teledysk do jednej z piosenek. Mamy dużo nowego materiału, ale nie wiemy jeszcze, kiedy go wydamy w jakiejś dużej formie. Póki co, na przełomie sierpnia i września, wydajemy singiel, do którego dorzucimy pewnie kilka bonusów. Nie chcemy jednak zdradzać na razie jakich. Shiny S.: Możemy tylko powiedzieć, że równolegle z płytą ukaże się teledysk promujący singiel. Mamy już za sobą wszystkie dni zdjęciowe, teraz zaś trwają prace post-produkcyjne. To ostatnio dość nośny temat, więc nie odmówię sobie tego pytania. Jesteście hipsterami (śmiech)? Shiny S.: Hipsterami byliśmy pół roku temu… Teraz to już niemodne (śmiech). ROZMAWIAŁ: Marcel Wandas Electric Nights

3


hit lists

czyli muzyczny magiel Adama Dobrzyńskiego

Dominacja Adele zanim jeszcze znudzi, stawia banalne pytanie - o co w tym wszystkim chodzi? Pop jednak górą?

O

j dzieje się bardzo wiele na muzycznej scenie. W czwarty weekend lipca Festiwal Pozytywne Wibracje w Białymstoku, a na nim i De-Phazz, i Count Basic, i (uwaga) Seal, z którym mam nadzieję kilka minut porozmawiać. A już po niedzieli spotkam się z Beth Hart, fantastyczną wokalistka, pianistką i gitarzystką z LA. Można jej posłuchać na ostatnim krążku Slasha (z nim też nagrała na ostatniej swojej płycie genialny utwór „Sister Heroine”) czy Joe Bonamassy. W sierpniu da dwa koncerty w Polsce, lepiej ich nie przegapić. Skoro o „wielkim świecie” mowa, nasz przegląd list przebojów zaczniemy od USA. Tygodnik „Billboard” odnotowuje od kilku tygodni duże zainteresowanie śpiewającymi paniami. Najpierw na szczyt wdrapał się najnowszy album Jill Scott „The Light On The Sun”, ale na pozycji lidera wytrzymał tylko siedem dni. Drugi tydzień z rzędu fotel lidera obejmuje najnowsze dzieło Beyonce oznaczone cyferką „4”. Co ciekawe, cały czas w sąsiedztwie (pozycja 2) Adele z krążkiem też sygnowanym liczbą - „21”. To chyba będzie najlepiej sprzedający się album w bieżącym roku.

Najwyżej uplasowanym nowym krążkiem jest „King Of Hearts” od Lloyda. To jego czwarta produkcja i jak to już stało się regułą - z odpowiednią ilością gości. Na LP znajdziemy m.in. Trey’a Songza, André 3000, Lil Wayne’a, Keri Hilson, a nawet R.Kelly’ego. Kolejna nowość dopiero na 43 pozycji, a jest nią druga w dyskografii kapeli Pop Evil płyta „War Of Angels”- hard rock, alternative rock i post-grunge wcale nie najgorzej się tu prezentują. Ale w Europie o zespole z Muskegon w stanie Michigan w zasadzie nikt nie słyszał. To co pewnie lada moment nastąpi za oceanem, już pojawiło się w UK. Z pozycji lidera Adele na miejsce drugie zepchnęła Beyonce, dobitnie pokazując, czy miałkie i wtórne R’n’B może równać się z popem z najwyższej półki. Choć doza mainstreamu pozostaje w tym wszystkim jak zawsze. Już 122 tydzień zalicza w zestawieniu debiutancki materiał uroczej autorki przeboju „Set Fire To The Rain” czy „Rolling In My Deep” - jej „19” znowu na pozycji numer 3. Niebywałe! 11 lipca światło dzienne ujrzał trzeci album Horrorsów i płyta ta od razu zadebiutowała na 5 miejscu, co należy uznać za spory sukces. To także ich najlepszy wynik na liście, poprzednie płyty, licząc od ostatniej, docierały kolejno do 25 i 37 miejsca. W Holandii tymczasem na pierwszym miejscu niezmiennie Adele, której nie straszni artyści rodem z kraju tulipanów, państw Beneluksu czy całej Europy razem wziętej. Ten trudny chyba do zdefiniowania fenomen na równi sprawdza się zarówno na starym kontynencie, jak i w najdalszych zakątkach świata. Czy w Australii, czy Nowej Zelandii, Adele sprzedaje się najlepiej, mało tego, lista singli też jest przez nią zdominowana, a na czele znajduje się ten sam, najnowszy przebój artystki - „Someone Like You”. W Australii za to tuż za Adele wśród małych krążków na pozycję wicelidera 4 Electric Nights

przedostaje się debiutantka ze Stanów Christina Perri ze swoim pierwszym singlem „Jar Of Hearts”. Warto jednak podkreślić, że poprzedni utwór promujący płytę Adele, wspomniany wcześniej „Rolling In My Deep”, zatrzymał się na 4 pozycji! Sensacją zatem nie będzie informacja, że i również w Kanadzie Adele nie znalazła sobie równych. Warto jednak zauważyć, co poza nią dzieje się na liście. Od siedmiu tygodni w zestawieniu znajduje się Lady (z)Gaga, która z krążkiem „Born This Way” właśnie znajduje się na równie dobrej, drugiej pozycji. Oczko niżej w stosunku do poprzedniego notowania spada Selena Gomez. Jej najnowsza propozycja „When The Sun Goes Down” przynosi zestaw całkiem R

e

k

l

a

m

a


przyjemnych radiu kompozycji, w których prócz plewa znajdziemy naprawdę kilka potencjalnych przebojów, co tylko oznacza, że dziewczyna bardzo szybko dojrzewa. Efektem tego jest też jej 10 miejsce na mojej prywatnej liście, ale o tym za chwilę. Na 4 miejscu znajdujemy krążek od LMFAO. Niezorientowanym śpieszę wyjaśnić, że jest to zawiązany przed pięcioma laty w LA duet tzw. electrohopowy, który tworzą raper, tancerz i DJ Redfoo (czyli Stefan Kendal Gordy) oraz SkyBlu (Skyler Austen Gordy). „Sorry For Party Rocking” jest ich drugą płytową propozycją, na której pojawiają sie m.in Will.I.Am, Busta Rhymes czy Natalia Kills. Dla odmiany sprawdźmy co sprzedaje się w Meksyku. Pozycja lidera należy do krezusów nurtu latino - Los Tigres Del Norte i ich płyty koncertowej nagranej w niekończącym się cyklu „MTV Unplugged”. Na 2 znajdziemy Alejandra Guzmana z dwudziestoma najpopularniejszymi przebojami, zaś na 3 Zoe z także koncertowym zestawem zarejestrowanym w MTV. Uwaga - tu dla odmiany Adele dopiero na 12 miejscu, ale za to Lady Gaga na pozycji numer 7, a Selena Gomez oczko wyżej. Supergrupa z Meksyku, Mana, choć już była na pierwszym miejscu z płytą „Drama Y Luz”, obecnie dopiero na 18 - słabiutko…

m ie na jsc liś e po cie lo prze ka d t n ile a ia w raz ze y sta wi en iu

Na koniec jak zawsze zaglądam do swojego prywatnego zestawienia, na którym pojawiło się kilka istotnych zmian i dodatkowo premier. Na 10 anonsowana wcześniej Selena Gomez z pierwszym

singlem promującym jej najnowsze wydawnictwo. Ta piosenka naprawdę szybko wpada w uszy. A jak obejrzymy wkładkę do płyty, zobaczymy, że artystka dokonała bardzo ładnego historycznego rysu. 9 miejsce najświeższej propozycji od Moby’ego to duża zasługa warszawskiego koncertu Nowojorczyka. Płyta „Destroyed” wcale nie jest zachwycająca, ale ma kilka pewniaków i na listy przebojów, i na europejskie klubowe parkiety. Na 8 z 16 wskakuje koncertowy Jeff Beck składający hołd Les Paulowi z wielką pomocą Irlandki Imeldy May. Doskonały głos, od lat gwiazda na Zielonej Wyspie - czas najwyższy żeby uległa jej Polska, tym bardziej, że Irlandia to chyba najbliższy nam dziś kraj... z powodu emigracji, choć piwo też mają bardzo dobre. No i uwielbiany Bono. Na 7 wskakują z zajawką pierwszej od dziesięciu lat płyty panowie z Yes. Miejsce Jona Andersona zajął Benoit David, który wprowadza do zespołu powiew świeżości. Jak zasłuchamy się w tytułową suitę „Fly From Here”, można się momentami pomylić - to chyba dobrze. „Młokosa” wspierają Chris Squire, Geoff Downes, Steve Howe, Alan White, produkcją i komponowaniem zajął się Trevorn Horn, a momentami da się usłyszeć też syna Ricka Wakemana, Olivera. Piękna płyta. Najwyżej uplasowaną nowością jest (na 6) zapowiedź nowego materiału od Coldplay, zaś na szczycie, jak można było się domyśleć - hard rockowcy z Pragi, zespół Kabat. TEKST: Adam Dobrzyński

tytuł piosenki

wykonawca*

1

2

7

BANDITI DI PRAGA

KABAT

2

3

11

ANNABEL LEE

STEVIE NICKS

3

7

9

OXYGEN

BLACKFIELD

4

10

12

YOU AND ME (IN MY POCKET)

MILOW

5

9

17

I SURRENDER

CLARE MAGUIRE

6

N

1

EVERY TEARDROP IS WATERFALL

COLDPLAY

7

N

1

HOUR OF NEED

YES

8

16

5

BYE BYE BLUES

JEFF BECK & IMELDA MAY

9

18

11

THE DAY

MOBY

10

N

1

WHO SAYS

SELENA GOMEZ & THE SCENE *notowanie 1287 z 16.07.2011

Electric Nights

5


Clubs

Tu nigdy nie ma miejsc siedzących. Jest tylko jedna toaleta, a wnętrze pod względem powierzchni przypomina przeciętną kawalerkę, dlatego 90 procent ludzi stoi przed wejściem. Mimo to lub właśnie dlatego istniejąca od dwóch lat Warszawa Powiśle to kultowa miejscówka na koncertowoimprezowej mapie stolicy, do której co wieczór ściągają dzikie tłumy.

P

o co czekać na weekend, skoro równie dobrze można bawić się każdego dnia w tygodniu? Z takiego założenia wychodzi większość przesiadujących na Powiślu. Może chodzi o przystępne ceny, specyficznych barmanów, rewelacyjne imprezy, częste koncerty? Świetną lokalizację? Albo o fakt, że nie spotkamy tu Joli Rutowicz, tylko Andrzeja Chyrę? W 2009 r. dwóch młodych i kreatywnych ludzi, Bartek Kraciuk i Norbert Redkie, wykupiło i przerobiło dawne kasy Dworca Powiśle pod Mostem Poniatowskiego. Przeszklony okrąglak, prowadzony sprawną ręką zdolnych animatorów kultury, z miejsca stał się gorącą miejscówką, przez wielu określaną dziś jako „kiosk z wódką i kulturą”. Bo Warszawa Powiśle to nie tylko imprezy i koncerty, ale też wiele innych inicjatyw jak np. spotkania

6 Electric Nights

z ciekawymi ludźmi, targi rowerów, pikniki, pokazy jazdy na deskach czy wyprzedaże ubrań młodych projektantów. Muzykę słychać tu różną - na zasadzie „dla każdego coś miłego”. I trochę alternatywy, i nieco mocniejszych bitów, i szczypta rockowych brzmień. Często wpada jakiś zdolny DJ, żeby w kilkanaście minut rozkręcić imprezę, o której na drugi dzień będzie plotkować pół stolicy. Ilu by plusów czy minusów nie wymieniać, siłą napędową tego miejsca jest przede wszystkim klimat - chilloutowy, błogi, uzależniający. Jedni się zachwycają, inni narzekają, ale wszyscy przychodzą. TEKST: Martyna Zagórska ZDJĘCIA: Antek Opolski


Poppeak

Amy Winehouse

Śmierć zamiast odwyku Zamiast koncertu w Bydgoszczy i trzeciej płyty mamy nekrologi oraz ogólny smutek połączony z refleksją, czy tej śmierci nie dało się uniknąć? Chyba nie, bo Amy Winehouse już od dawna igrała z życiem i nie miała do niego za grosz szacunku.

W

dniu 23 lipca brytyjska gwiazda dołączyła do tzw. „Klubu 27”. Grono to niezwykle zacne, bo znajdziemy w nim Janis Joplin, Kurta Cobaina, Jimiego Hendrixa, Roberta Johnsona, Briana Jonesa oraz Jima Morrisona. Bezwzględnie wybitne jednostki, którym Bóg dał dużo więcej talentu niż zwykłym śmiertelnikom, za to poskąpił daru umiejętnego radzenia sobie z życiowymi problemami, sławą, nałogami i nadmiernymi nierzadko oczekiwaniami fanów oraz dziennikarzy, którzy non stop zawieszali im poprzeczkę coraz wyżej. Śmierć Winehouse trudno (jakkolwiek smutno to nie zabrzmi) określić niespodzianką i czymś wielce zaskakującym. Tak naprawdę od czterech lat z zatrważającą częstotliwością dawał się we znaki jej autodestrukcyjny charakter. Wielka artystka z potencjałem wręcz niemożliwym do opisania

w chwilę po odniesieniu największego życiowego sukcesu straciła nad tym życiem panowanie. Tak naprawdę wszystko robiła źle. Źle dobierała mężczyzn, przyjaciół, momenty powrotu na scenę. Nie pomagały odwyki, dramatyczne wyroki lekarzy, którzy podkreślali, że prowadząc wciąż tak rock’n’rollowy tryb życia Amy zwyczajnie igra z losem, skazuje się na przedwczesne odejście z tego świata. Swoich kilka groszy, a w zasadzie pensów, dołożyła prasa bulwarowa na Wyspach, najbardziej krwiożercza, jaką można sobie wyobrazić. Śledziła każdy krok piosenkarki, donosiła o każdym jej upadku, nie potrafiła wpłynąć na Winehouse czy jej doradców jakkolwiek pozytywnie. Nie można jej jednak o wszystko obwiniać, bo przecież to nie dziennikarze czy paparazzi mieszali wszystkie możliwe rodzaje narkotyków z hektolitrami alkoholu.

Electric Nights

7


Katastrofa wisiała w powietrzu tak naprawdę od początku jej kariery. Żydówka wychowała się w domu, w którym niczego nie brakowało, a rodzice chętnie spełniali jej zachcianki. Od najmłodszych lat wiedzieli, że mają w córce potencjalną gwiazdę. Amy nie interesowała się w życiu w zasadzie niczym więcej niż muzyką. Z jednej strony był jazz i soul, z drugiej hip-hop, do którego zapałała miłością na początku lat 90. Wspaniały, czarny jak smoła głos i zamiłowanie do poezji sprawiło, że szybko zaczęła pisać i nagrywać pierwsze piosenki. Ze szkół wylatywała w błyskawicznym tempie, bo nie umiała się przystosować do panujących reguł. Chciała zrobić karierę i zostać gwiazdą, a czy do tego potrzebne były lekcje fizyki, biologii albo chemii? Nie, w żadnym wypadku. Dlatego też miała w nosie wszelkie konwenanse. Już w wieku 14 lat zdiagnozowano u niej problemy z psychiką. Nie akceptowała siebie, zaczęła eksperymentować z narkotykami, robić tatuaże, przekłuwać sobie wszystkie części ciała. Ratowała ją muzyka. Nieważne, czy śpiewała na szkolnych akademiach, czy w małych londyńskich klubach, zawsze zyskiwała ogromny aplauz. Pierwszą umowę wydawniczą podpisała w wieku 19 lat. Pod skrzydła przygarnął ją Simon Fuller, który do interesów nos ma niebywały i potrafi w minutę rozpoznać, czy ktoś będzie gwiazdą, czy nie warto poświęcać mu uwagi. Amy oczywiście przeszła test pozytywnie. Niedługo potem zaczęła pracować nad debiutanckim materiałem. Nagrywała go na Wyspach i w Stanach pod czujnym okiem m.in. Salaama Remiego oraz Luke’a Smitha. Wydawnictwo „Frank” z października 2003 r. zachwycało wspaniałym brzmieniem, które było wypadkową fascynacji wspomnianymi wcześniej gatunkami, ale nade wszystko zwracało uwagę dojrzałymi, gorzkimi tekstami Amy oraz jej wokalnymi akrobacjami. Tak naprawdę mało kto słysząc jej muzykę, a nie widząc żadnego zdjęcia czy klipu, wierzył w to, że jest młodą, jasnoskórą mieszkanką Londynu. Bardziej pasował do niej wizerunek doświadczonej życiowo, czterdziestoparoletniej Murzynki z ubogiej dzielnicy Nowego Jorku. Nie sposób jednak ocenić „Frank” jako bezapelacyjnego sukcesu. Płyta na Wyspach dotarła do raptem piątej pozycji listy sprzedaży, nie wygrała BRIT Awards pomimo dwóch nominacji, żaden singiel nie stał się międzynarodowym przebojem. Winehouse zyskała za to coś dużo istotniejszego - zaufanie wymagających fanów i dziennikarzy, a przede wszystkim artystów z całego świata. Jej legendy nie zbudował rozbuchany, wart miliony funtów PR, lecz talent. To bardzo rzadkie w tych czasach. Triumfem z prawdziwego zdarzenia był za to wydany pod koniec 2006 r. materiał „Back To Black”. Płyta w zasadzie bez wad - fantastyczna muzycznie (to zasługa tym razem również Marka Ronsona), dojrzalsza tekstowo, jeszcze lepiej zaśpiewana, a na deser okraszona kilkoma hitami, które przez kolejne lata nie spadały z ramówek stacji telewizyjnych oraz radiowych. Nie dziwiła wspaniała sprzedaż (ponad 5 mln sztuk) i masa nagród z pięcioma Grammy na czele. Wielki triumf, wielkie pieniądze, wielka sława, wielkie problemy. Promując płytę Amy zaczęła przegrywać z życiem. Rozpoczęła wyścig, w którym tylko kwestią sporną było, kiedy przegra i nas opuści. Odwoływała koncerty, a w najlepszym wypadku wychodziła na scenę kompletnie zalana. Miała problemy z narkotykami, paliła na potęgę pomimo rozedmy płuc, biła się z mężem Blakiem Fielderem-Civilem. Dzień po dniu na własne życzenie zbliżała się do wiecznego odpoczynku na żydowskim cmentarzu Edgwarebury w Londynie. Co pozostawiła po sobie? Dwie wspaniałe płyty, które uzupełnione o edycje deluxe (a talent do wybierania świetnych remixów miała ogromny!) dają w sumie ok. trzy godziny muzyki. Niezłe koncertowe DVD z występu w Londynie. Najważniejsze jednak jest to, co tak naprawdę nigdy w jej CV wpisane nie będzie. Amy 8 Electric Nights

Amy Winehouse przywróciła modę na soul lat 60., na brzmienie bogate w jazzowe nawiązania, z pełnymi rozmachu partiami instrumentów dętych.

Winehouse przywróciła modę na soul lat 60., na brzmienie bogate w jazzowe nawiązania, z pełnymi rozmachu partiami instrumentów dętych. Dobitnie ukazała, że nie liczy się kolor skóry, otwierając pole do kariery takim artystkom jak Duffy i Adele. Osiągnęła też największy, jeśli chodzi o brytyjskie piosenkarki sukces w Stanach Zjednoczonych. Zwróciła uwagę całego świata na wyspiarską scenę soulową. To dużo więcej niż próbują nam wmówić ludzie, którzy na okrągło wspominają i wypominają jej wybryki. Warto o tym pamiętać. tekst: Andrzej Cała


LIVE FAST, love strong and die young Jef Barbara

Zaraźliwy

Jef

Nad przyjazdem Kanadyjczyka do naszego kraju ciążyło swoiste fatum. Niezbyt przyjazne polskie pociągi zamiast do Łodzi wywiozły go do stolicy, w hotelu nękały go swoimi wygłupami niemieckie dzieci, a wywiad zakłócił wypadek samochodowy za oknem w miejscu, w którym rozmawialiśmy. Najważniejsze, że w 100% udał się koncert, który porwał licznie zgromadzoną w MS Cafe publikę. O czym rozmawialiśmy jednego ładnego popołudnia z Jefem Barbarą, przeczytacie poniżej.

P

ewnie często słyszysz to pytanie, ale czy mógłbyś opowiedzieć nam, kiedy i jak doszło do tego, że zajmujesz się muzyką?

Zawsze lubiłem muzykę, ale dość długo lekceważyłem to upodobanie. Jako dziecko uczyłem się gry na pianinie i dopiero potem zacząłem interesować się wszystkim, co związane z gwiazdami muzyki pop. W którymś momencie, parę lat temu, zdałem sobie sprawę z tego, że właściwie nie robię nic ze swoim życiem. Zostałem trochę popchnięty w tym kierunku przez przyjaciela i zacząłem zajmować się muzyką. Byłem raczej niepewny siebie, jeśli chodzi

o efekty mojej pracy. Tak krok po kroku nawiązałem współpracę z innymi ludźmi i założyłem zespół Jef and The Holograms. Nazwa grupy wzięła się od tytułu kreskówki, której byłem fanem w dzieciństwie. Główna bohaterka nazywała się Jem i w ciągu dnia była pracownicą społeczną, a w nocy przemieniała się, po wypowiedzeniu zaklęcia, w gwiazdę popu - jej zespół nazywał się właśnie The Holograms. Wydaliśmy razem jedną EP-kę („Truly Contagious”, czyli „Naprawdę Zaraźliwe” - przyp. red.), a potem zdecydowałem, że czas pozbyć się Kelly i Michelle, i rozpocząć solową karierę w stylu Beyonce (śmiech).

Electric Nights

9


Co do nowego albumu - podążysz dalej starym tropem, czy może będzie to coś zupełnie innego?

Jak Ci się podoba w Europie?

Jest fantastycznie! Reakcje są wspaniałe, zupełnie jak w latach Myślę, że to będzie coś zupełnie innego. Dążymy do typowej dla 80. To nie był złoty wiek dla muzyki samej w sobie, ale z pewnością popu różnorodności, do zróżnicowania rodzajów utworów na płycie. był dla docierania z nią do szerszych mas, a wszystko to dzięki teTa sama idea przyświecała nam przy nagrywaniu dwóch poprzed- ledyskom. Mimo wszystko uważam siebie za performera i dużo dla nich albumów, więc pod tym względem nowy krążek będzie podob- mnie znaczą te aspekty muzyki, które mają związek z występami. ny do wcześniejszych, ale piosenki nie będą brzmiały tak samo. To Moje klipy bardzo wszystko ułatwiły, dzięki nim trafiłem do dużej będzie mieszanka rozmaitych stylów i podejść. Prawdę mówiąc nie ilości osób, bo ludzie dużo żywiej reagują na wideo niż na inne media, pojechałem w trasę, a w Czechach publiczność znała napisałem na tę płytę tak dużo, jak na poprzednie. Mam nawet teksty do niektórych piosenek i rozpoznawała coraz więcej propozycji od ludzi, którzy chcą pisać utwory po kilku pierwszych nutach. Więc jak dodla mnie piosenki i chociaż sam też chcę to rotąd trasa jest naprawdę świetna. bić, często ten materiał jest zbyt dobry, żeby im odmówić. Z pewnością pojawi się więc sporo Występując śpiewasz i korzystasz głównie zewnętrznych wpływów. Dążymy z iPoda. Czy daje Ci to poczucie wolności, do typowej dla popu swobody ruchów, czy jednak narzuca Ci Od czego zaczynasz, kiedy piszesz swoje różnorodności, to pewne ograniczenia - nie możesz nic piosenki? Od tekstów, melodii, grania na do zróżnicowania zmieniać od strony muzycznej? instrumentach? rodzajów utworów na płycie. Kiedyś dawałem koncerty z keyboardem, To zależy. Pomimo klasycznego wyale głównie dlatego, że nie czułem się wystarkształcenia, jestem naprawdę kiepski w graczająco swobodnie ze swoim ciałem i swoimi niu na klawiszach. Prawie nigdy nie zaczynam ruchami. Nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić od pisania akordów, wolę położyć nacisk na tekst przed publicznością, a keyboard był dla mnie swego i melodię i dopiero potem obudowuję je akordami. rodzaju podporą. W tej trasie postanowiłem nie korzystać z Myślę, że tym, co tworzy doskonałą popową piosenkę, jest jej chwytliwość. W innych przypadkach, bo na „Contamination” jest instrumentu i coraz więcej tańczyć, utrzymywać ciągły kontakt z pudużo utworów współtworzonych z innymi osobami, wnoszę pomysł blicznością, co jak dotąd mi się udaje, więc jestem z siebie naprawdę tekstu do piosenki, którą ktoś inny dla mnie napisał. Czasami są to dumny (śmiech). Kolejnym powodem, dla którego występuję użytylko gotowe akordy, do których tworzę melodię i słowa. Ten proces wając odtwarzaczy mp3, jest to, że szalenie ułatwia to wyjechanie w trasę. Gdybym miał zespół, pewnie nie udałoby mi się zawitać do ciągle się zmienia, w zależności od tego, z kim pracuję. tych wszystkich miejsc, które teraz odwiedzam. Powtarzam sobie, 10 Electric Nights


łeś ten album na kasecie. Wolisz format cyfrowy czy kasety? Jakie masz techniki nagrywania? Tak naprawdę to nie mam żadnej techniki, bo mam inżyniera dźwięku (śmiech). Wolę jednak rytuał słuchania muzyki z kaset i płyt winylowych. Podoba mi się też to, że dźwięki brzmią wówczas cieplej. Kiedy skończyliśmy prace nad „Contamination”, płyta brzmiała bardzo czysto, ostro i chłodno, a ja chciałem więcej ciepła. Pierwotnie zamierzałem wydać ten album na winylu, ale nie miałem na to wystarczającej ilości pieniędzy, więc zdecydowaliśmy się na kasetę i jestem zadowolony z rezultatu. W ogóle mam słabość do kaset i sporo ich ostatnio kupuję, również dlatego, że są tak tanie. Współpracowałeś z Kidem Casablanką, teraz wydałeś EP-kę z DannielemRadallem. Chciałbyś nagrywać więcej duetów? Poruszam się w wielu stylistykach i uwielbiam współpracować z innymi muzykami. Uważam, że to bardzo interesujące. Mam już na myśli kilka planów, które dadzą mi zajęcie na przynajmniej następny rok. Ale nie chcę za bardzo wybiegać w przyszłość. W tej chwili jest w porządku. Specjalne podziękowania dla Kuby Kowalczyka za pomoc przy realizacji wywiadu oraz dla Anny Charzyńskiej za transkrypcję i tłumaczenie.

Jef barbara

Rozmawiał: Emil Macherzyński ZDJĘCIA: Anna Charzyńska

R

e

k

l

a

m

a

że skoro artyści tacy jak John Maus lub Geneva Jacuzzi zaczęli występować w ten sposób, to jest to w porządku (śmiech). Ale kiedyś chciałbym mieć wspomagający mnie zespół. Czy Twoje teksty różnią się od siebie w zależności od języka, w którym powstają, bo piszesz po angielsku i francusku? Niektóre teksty są pisane naprzemiennie w obu językach. Czy ma to jakiś cel lub szczególne znaczenie? Jeśli chodzi o ton i poziom językowy, to te teksty się nie różnią. Mam swobodę wyrażania się w zarówno angielskim, jak i francuskim i łatwo przychodzi mi poruszanie się pomiędzy nimi. Te zmiany języka w obrębie jednego utworu były widoczne już na EP-ce Barbary Blanki. Czasami jest to zabieg stylistyczny, a czasami mam po prostu na to ochotę. Ty pewnie nawiązywałeś swoim pytaniem do „Les Homosexuelles”. Wiecie w ogóle, o czym jest „Les Homosexuelles”? To żartobliwy komentarz do tej całej mody wśród heteroseksualnych kobiet na udawanie lesbijek tylko w celu przyciągnięcia męskiej uwagi. Te dziewczyny są cholernie żałosne (śmiech). A co z innymi Twoimi utworami? O czym zazwyczaj piszesz? Z tym bywa różnie. Zazwyczaj opisuję osobiste doświadczenia albo rzeczy, jakie przydarzyły się ludziom, których znam jak np. w „Sebastien” - zerwanie, trójkąt miłosny. Inne teksty z kolei są po prostu dziwaczne i wzięte z kosmosu, i nie mają nic wspólnego z tym, co przeżyłem. Muszę jednak przyznać, że na „Contamination” wszystkie tematy są bliskie mojemu sercu. Mówiłeś, że nagrałeś „Contamination” cyfrowo, ale jednak wydaElectric Nights

11


LIVE FAST, love strong and die young Sinusoidal

Przestrzeń,

oddech, spokój

Zwycięstwo w talent show gwarantuje kontrakt płytowy i czek na całkiem sensowną sumę. Jednak czasami wystarczy sam udział, możliwość pokazania się szerszej publiczności. Dla wielu widzów pierwszej edycji „X-Factor” Adrianna Styrcz była absolutnym objawieniem, otarła się o finał programu, choć ostatecznie się do niego nie zakwalifikowała. Osiągnęła jednak istotny cel - publiczność zwróciła uwagę na projekt Sinusoidal, który Ada współtworzy z Michałem Siwakiem. To właśnie on opowiedział nam o korzyściach płynących z udziału w telewizyjnym show. Przede wszystkim jednak mówił o fascynującej muzyce, która trafiła na debiutancką EP-kę Sinusoidal.

12 Electric Nights

W

asza muzyka jest z jednej strony mieszanką melancholii i smutku, ale z drugiej - bije z niej ogromna nadzieja i jakiś optymizm. Która część tej muzycznej sinusoidy jest Ci bliższa? Na pewno bliższa jest mi ta smutna strona. Z taką muzyką obcuję zresztą częściej. Lubię być poruszonym, lubię mieć ciarki podczas słuchania. A to zdarza się raczej przy melancholijnych dźwiękach. W utworze „Lullaby” słychać Twój głos. Lubisz go używać, czy wolisz zostawić tę przestrzeń Adzie? Rzeczywiście. Jest to mocno przetworzony wokal, ale mój. Absolutnie nie czuję się w tym mocny i tę przestrzeń pozostawiam


Sinusoidal

Adzie. Nie wykluczam, że kiedyś jeszcze gdzieś pojawi się mój głos, ale raczej będzie to jakieś gadanie, bo do śpiewu się nie kwapię (śmiech). Z umieszczonej na opakowaniu informacji wynika, że Ty odpowiadasz w Sinusoidal za warstwę muzyczną, a teksty pisze Ada. W praktyce ten podział obowiązków jest tak samo wyraźny, czy też wspólnie pracujecie nad utworami?

programie traktujemy jako dobry zabieg marketingowy. Pod koniec września do sprzedaży trafi Wasza pełnowymiarowa płyta. Czy część materiału z EP-ki znajdzie się na tym krążku? Na longplayu powtórzy się jedynie nasz singiel „Cookie With A Surprise”.

Oficjalnie funkcjonujecie jako duet, ale na scenie towarzyszy Podział jest i zarysował się samoistnie. Nie mamy z tym żadne- Wam kilkuosobowy zespół. Kim są muzycy, z którymi gracie? go problemu. Za muzyką, produkcją i aranżacją stoję ja. Ada zaś Jest Sinusoidal, czyli ja i Ada, jest też Sinusoidal odpowiada za teksty i całą stronę wokalną. Wymieniamy Live, w którym pojawiają się inni muzycy. Obecsię pomysłami. Dostaję od Ady surowe wokale, do nie występujemy z Tadkiem Kulasem, trębaczem których coś komponuję. Sam wysyłam jej podznanym między innymi z formacji Sensorry, kłady - jakieś pomysły na utwory. W pierwZbyszkiem Kozerą, kontrabasistą z jazzowej szym stadium pracujemy osobno w skupieniu. Nasza muzyka formacji Talama oraz Wojtkiem OrszewPo jakimś czasie się spotykamy. Słuchamy, kojarzy się nam skim, byłym gitarzystą Miloopy, a obecnie omawiamy i dopieszczamy materiał. z przestrzenią, szefem grupy Nat Queen Cool. z oddechem i spokojem. W jaki sposób okładka Waszej EP-ki koTaka jest nasza EP-ka Sinusoidal nie jest Twoim pierwszym muresponduje z muzyczną zawartością płyi taka też jest zycznym projektem. Możesz opowiedzieć ty? Możesz opowiedzieć coś o głównym okładka. coś o swojej dotychczasowej twórczości? zdjęciu? Współpracowałeś z różnymi artystami, często spoza Polski. Zdjęcie zrobił mój przyjaciel Piotr Sokołowski. Aparatem Holga, który słynie ze swojej nieprzeRzeczywiście. Sinusoidal jest dla mnie sprawą najwidywalności. Efekty wychodzą niezwykłe, co widać na ważniejszą. Jednak staram się też rozwijać na innych polach muokładkowym zdjęciu. Nie przerabialiśmy go w Photoshopie. Nie było takiej potrzeby. Nasza muzyka kojarzy się nam z przestrzenią, zycznych. Przed Sinusoidalem, w ramach Projektu Siwak, współz oddechem i spokojem. Taka jest nasza EP-ka i taka też jest okładka. pracowałem z wieloma artystami z kraju i z zagranicy - Natalią Lubrano, wokalistką Miloopy i Nat Queen Cool, trębaczem JanMyślisz, że udział Ady w „X-Factor” pomoże w promocji Sinu- kiem Michalcem oraz wokalistkami Lullapop i Jordi Rosen. Swego soidal, czy raczej nie odbije się w żaden sposób na popularności czasu robiłem też wiele remiksów, m.in. dla Antony and the Johnsons, The Crystal Method, Muna Zul, Pustek, Fisza i Emade czy dla grupy? Noviki. Komponuję dla teatru, występuję jako DJ. Zajmuję się też Jej występ już nam pomógł, gdyż dzięki temu wiele osób zwró- produkcją muzyczną spotów reklamowych. ciło na nią uwagę, a przy okazji na Sinusoidal. Ada zawsze podkreślała jak ważna jest dla niej autonomia artystyczna i jej udział w tym Rozmawiał: Maciek Kancerek

Electric Nights

13


alternative STAGE

Coś nieprawdopodobnego

Ancient Crux

14 Electric Nights

Istniejące od 2009 r. Ancient Crux z Murriety w Kalifornii to jedna z najciekawszych, choć często pomijanych grup młodego pokolenia. Bez wsparcia większego labela funkcjonuje gdzieś poza alternatywnym mainstreamem, co rusz wydając kolejne bezbłędne powerpopowe wydawnictwa. Jako że trzymamy rękę na pulsie, zamieniliśmy kilka słów z założycielem zespołu, liderem i autorem całego materiału - Travisem von Sydowem.

C

zy dużo osób pyta Cię o powiązania z Maxem von Sydowem? Jesteście spokrewnieni? Tak, często jestem o to pytany. W zeszłym roku uczestniczyłem w zajęciach z filmu, skoncentrowanych głównie na horrorach. Jednym z obrazów, którymi się zajmowaliśmy, był „Egzorcysta” (film, w którym gra Max von Sydow - przp. red.). Reakcje ludzi na to powiązanie były naprawdę zabawne, ale niestety nie sądzę, żebyśmy byli bezpośrednio spokrewnieni. W Kalifornii macie dość sporą i prężną scenę muzyczną, a niektórzy z Was regularnie ze sobą współpracują. Jak pozna-

łeś choćby Brenta Mitznera lub Kevina Greenspona? Brent i ja spotkaliśmy się przypadkowo w San Diego, kiedy mieliśmy po szesnaście lat. Ja i mój wieloletni, najlepszy przyjaciel, a także współpracujący ze mną muzyk Tyler Haran, poszliśmy do Che Cafe obejrzeć koncert jednego z naszych ulubionych zespołów - Shoplifting. Zwróciłem na niego uwagę w trakcie występu, bo miał identyczne buty jak ja. Wydawał się fajny, ale nie podszedłem wtedy do niego, żeby zagadać, bo myślałem, że to po prostu kolejny przypadkowy gość z San Diego, którego nie spotkam już nigdy w życiu. Jakiś tydzień później zorientowaliśmy się, że nie tylko


pochodzimy z tego samego miasta, ale też chodziliśmy do tej samej szkoły i przez lata mieliśmy wielu wspólnych znajomych. W Murrietcie jest mnóstwo naprawdę świetnych ludzi, ale niekoniecznie takich, którzy interesują się tym samym, co my. Tak więc znalezienie kogoś w swoim wieku, kto ma te same zainteresowania i chodzi na te same koncerty wydawało się czymś wręcz nieprawdopodobnym. Praktycznie natychmiast stworzyliśmy własną małą paczkę i zaczęliśmy spędzać ze sobą czas właściwie codziennie, chodząc na masę koncertów i tworząc wspólnie muzykę. A Kevina poznałem dzięki temu, że mieliśmy wspólnych znajomych i bywaliśmy na tych samych występach. Jak powstało Ancient Crux? Do czego jest Ci potrzebny zespół, skoro wszystko robisz sam? Wymyśliłem Ancient Crux będąc jeszcze w zespole Rapid Youth razem z Tylerem Haranem i Brentem Mitznerem. To była grupa, w której wszyscy bardzo ściśle współpracowaliśmy. Każdy z nas grał na różnych instrumentach i pisał własne piosenki. Jesteśmy po prostu bardzo różnymi osobami i powstanie naszych solowych projektów było naturalną koleją rzeczy. Brent założył Trudgers, Tyler - Twin Lion, a ja - Ancient Crux. Chciałem grać na wszystkich instrumentach i pisać wszystko samodzielnie. Uznałem to za dobry sposób na nauczenie się efektywniejszej aranżacji i na lepsze współpracowanie z innymi w przyszłości. Na początku zależało mi po prostu na pisaniu krótkich, prostych piosenek, chwytliwych i przystępnych, ale teraz to jest już coś więcej. Pomysły są moje, ale opracowuje i aranżuje je cały zespół, a moje piosenki są dużo bardziej zróżnicowane. Idealnie byłoby mieć dużą grupę, z mnóstwem dźwięków i struktur, z których można by wybierać, ale nie chcę dołączać do nas więcej stałych członków, skoro mam przy sobie muzyków, z którymi naprawdę coś mnie łączy. W tej chwili mam świetną sekcję rytmiczną i to wszystko, czego mi potrzeba. To trzyosobowy projekt, ale gdyby udało mi się znaleźć więcej muzyków mogących dodać coś do całości, to skorzystałbym z tej okazji. W moim idealnym świecie Ancient Crux dysponowałoby każdym dostępnym na kuli ziemskiej dźwiękiem i instrumentem, ale do tego potrzebuję ludzi, którzy naprawdę znają się na rzeczy i wiedzieliby, o co mi chodzi. Wydajesz się być multiinstrumentalistą, ale często grywasz u różnych muzyków na perkusji. Masz swój ulubiony instrument? Nie mam. Większość swoich piosenek piszę na gitarę, ale to dlatego, że to zwyczajnie łatwe i wygodne. Nie przedkładam gitary ponad inne instrumenty. Najbardziej

lubię grać na perkusji, ale tylko dlatego, że to jej się najpierw nauczyłem i lepiej ją opanowałem, więc mogę być kreatywniejszy i jednocześnie jeszcze w większym stopniu się bawić. Piszę też dużo piosenek opartych o wokal i naprawdę lubię śpiewać, bo to dla mnie największe wyzwanie. „Interracial Coupling” i „Stage Fright” bardzo się od siebie różnią pod względem brzmienia i instrumentów. Buńczuczne, nastoletnie piosenki jak „Demand Respect” czy choćby „In Teen Dreams” zniknęły na rzecz bardziej otwartych tekstów takich jak tytułowe „Stage Fright”. Co zmieniło się w Tobie i w Twoim podejściu do muzyki w czasie dzielącym ukazanie się tych płyt? „Interracial Coupling” polegało na tworzeniu bezwstydnie popowych piosenek o moich związkach, pozytywnych i negatywnych. Dużej ilości osób się to spodobało, ale było też sporo pochopnych porównań, wynikających z lenistwa i sporo ludzi, których w ogóle nawet nie obchodziło to, dokąd zmierzam z tym projektem. Ciągle jestem dumny z tej EP-ki i nadal mi się podoba, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że kiedy pisałem te piosenki, miałem jakieś 17-18 lat. Uważam jednak, że Ancient Crux może i powinno być czymś więcej. „Stage Fright” było moją reakcją na reakcję na „Interracial Coupling”. Byłem wtedy już niesamowicie znudzony swoim brzmieniem i bardzo chciałem zrobić coś trochę bardziej zróżnicowanego i dziwacznego, głównie po to, by pokazać ludziom, że Ancient Crux nie jest przewidywalne. Na pewno istnieje związek między moim prawdziwymi emocjami a tym, że te płyty tak różnią się od siebie nastrojem. Chciałbym pokazać ludziom, że staram się być jak najbardziej szczery w swoich piosenkach i tekstach. Moje uczucia wpływają na to, czego słucham i na to, co piszę. Staram się tworzyć muzykę, na jaką akurat w danym momencie mam ochotę,

a nie taką, która pasuje do jakiegoś ustalonego wcześniej pomysłu. Wydajesz się być fanem hip-hopu. Zamierzasz wykorzystać to tworząc dla Ancient Crux? To chyba już miało na mnie wręcz niewiarygodnie duży wpływ, to chyba jedna z moich największych inspiracji w ogóle. Dobry hip-hop ma w sobie mnóstwo różnorodności i otwartości. Naprawdę uważam, że to najbardziej przyszłościowo myślący gatunek. Bardzo cenię sobie otwarcie na całą różnorodność dźwięków, tekstów i rytmów, a jakość hip-hopowej produkcji jest dla mnie jednym z kluczowych punktów odniesienia. Trochę flirtowałem z produkcją beatów i mam kilka instrumentalnych utworów w tym stylu nagranych po prostu dla frajdy, ale wątpię, bym je kiedyś wydał lub też zabrał się w najbliższym czasie za robienie czystego hip-hopu. Wydajesz się być utalentowanym artystą. Czy rozważałeś kiedyś pomysł, by zarabiać na życie sztuką, wystawami itd.? Dziękuję bardzo! Nie czuję się wystarczająco pewny swojej sztuki, by nawet próbować funkcjonować tak na pełen etat, ale to zawsze miłe, kiedy komuś podoba się to, co robię. Sztuka jest dla mnie bardziej pasją, niż aspiracją zawodową. Myślę, że miałem kilka interesujących pomysłów, ale zupełnie nie widzę siebie jako „prawdziwego artysty”. Nie sądzę, bym czuł się dobrze próbując zarabiać tak na życie. Jeśli ktoś naprawdę by tego ode mnie chciał, to jestem otwarty na zrobienie czegoś na zlecenie, ale nie leży to w kręgu moich ambicji. Specjalne podziękowania dla Anny Charzyńskiej za tłumaczenie. ROZMAWIAŁ: Emil Macherzyński ZDJĘCIA: Brayan Magdaleno Electric Nights

15


Hard STAGE Deftones

Konsekwencja

zamiast kompromisu Dużymi krokami zbliża się pierwszy w historii występ Deftones w naszym kraju. Warto przy tej okazji przypomnieć, że kariera tego zespołu jest jednym z dość rzadkich przypadków na scenie heavymetalowej w erze post-grunge’owej, kiedy komercyjny sukces idzie w parze z oryginalnością i rzeczywistą wartością artystyczną.

P

oczątki nie były łatwe. Pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy na scenie rockowej szaleli natapirowani hair metalowcy w lateksowych spodniach, ciężko było przebić się do tej samej publiczności z muzyką co prawda osadzoną mocno na fundamentach heavymetalowych, ale nawiązującą po trochu do kultury skate’owskiej i kalifornijskiej sceny post-hardcore’owej. Wczesne

16 Electric Nights

nagrania Deftones nie eksponowały jeszcze pełni twórczych możliwości muzyków z Sacramento. Choć materiał, który trafił na debiutancki krążek („Adrenaline”) zdradzał ich niemały potencjał artystyczny, to kompozycyjnie i wykonawczo brakowało mu wykończenia, ostatniego szlifu, czegoś, co pozwoliłoby nie tylko wyróżnić się na mocno skostniałej już wtedy scenie, ale

także przekonać potencjalnych słuchaczy, że tego rodzaju twórczością warto się zainteresować. Album został zresztą wydany dopiero w 1995 roku, a więc już na starcie był spóźniony w stosunku do pierwszej płyty zaprzyjaźnionego Korna (który przecież założony został trzy lata po Deftones). Fakt ten na wiele lat ustanowił hierarchię ważności w nowym nurcie, który z czasem zaczęto nazywać nu metalem. Przełom w karierze nastąpił dopiero dwa lata później, zaraz po wydaniu „Around The Fur”, płyty zdecydowanie ciekawszej i bardziej przemyślanej. Utwory singlowe – „My Own Summer (Shove It)” i „Be Quiet And Drive (Far Away)” całkiem nieźle radziły sobie na rockowych listach przebojów zważywszy, że zespół wciąż pozostawał dla fanów niemal anonimowy. Wraz z sympatią


słuchaczy przyszło uznanie ze strony krytyków. Nawet niechętny ciężkim brzmieniom, alternatywny serwis Pitchfork napisał pochlebną recenzję tego krążka, przyznając ostatecznie notę 7.8 w dziesięciostopniowej skali (choć jakiś czas później usunął ją ze swoich łamów). Wszystko to sprawiło, że „Around The Fur” dotarło do pierwszego miejsca listy „Billboard” Heatseekers, bły-

skawicznie lokując Kalifornijczyków w czołówce wykonawców alternatywnego metalu. W czerwcu tego roku longplay otrzymał status platynowej płyty w USA, co świadczy o tym, że nawet po niemal piętnastu latach od premiery potrafi on znaleźć nowych odbiorców. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, po zakończonej ogromnym sukcesem trasie koncertowej, Deftones rozpoczęli prace nad nowym materiałem. W czerwcu 2000 roku, kiedy światło dzienne ujrzał album „White Pony”, chyba nawet sami jego twórcy nie spodziewali się tak dobrego przyjęcia. Pierwsze, mieszane odczucia dotyczące odejścia od stricte hardcore’owej stylistyki w stronę bardziej eklektycznego brzmienia, wspartego w dużej mierze elektroniką szybko ustąpiły niemal powszechnemu zachwytowi, gdy okazało się, że kompozycje (już same w sobie zaskakująco oryginalne i dojrzałe) zyskały jeszcze więcej polotu i przestrzeni. Aby się o tym w pełni przekonać wystarczy posłuchać singlowych „Change (In The House Of Flies)”, „Digital Bath”

albo świetnego „Passenger”, nagranego z gościnnym udziałem Maynarda Keenana. Z perspektywy czasu płytę „White Pony” uznać należy za opus magnum Deftones nigdy wcześniej ani nigdy później nie udało im się osiągnąć tak wysokiego poziomu artystycznego i jakościowego na przestrzeni całego longplaya. Nigdy nie udało się także stworzyć tak niesamowitej, dusznej i nieco

wcale nie jest łatwo znaleźć pomysł na siebie i zadowolić wymagających fanów, będąc jednocześnie na świeczniku recenzentów czyhających tylko na potknięcie. Krążek „Deftones” z 2003 r. to udana próba powrotu do agresywnej estetyki metalowej i potwierdzenia swojej przynależności do tego nurtu. Przy tym materiale wszystko co w całej swojej karierze stworzyli Linkin Park

Sukces komercyjny nie był w żadnym wypadku efektem artystycznego kompromisu, lecz konsekwentnej realizacji własnej wizji muzycznego rozwoju.

schizofrenicznej atmosfery. Docenili to zarówno krytycy, jak i pospolici zjadacze muzycznego chleba. Zespół otrzymał nagrodę Grammy w kategorii Best Metal Performamce za utwór „Elite”, a sam album dotarł aż do trzeciego miejsca listy „Billboardu” i pozostaje do dziś najlepiej sprzedającą się płytą grupy z Sacramento.

Od tego momentu nieznajomość nazwy Deftones zaczęła być postrzegana jako przejaw ignorancji i to nie tylko w kręgach fanów metalu. Trzeba jednak przyznać, że sukces komercyjny nie był w żadnym wypadku efektem artystycznego kompromisu, lecz konsekwentnej realizacji własnej wizji muzycznego rozwoju, która całkiem słusznie przypadała do gustu coraz większej liczbie fanów ciężkiego brzmienia. Chociaż grupie nigdy nie udało się powtórzyć sukcesu „White Pony”, to na pewno nadużyciem byłoby stwierdzenie, że było to jej ostatnie solidne wydawnictwo. A przecież

brzmi jak muzyka napisana z myślą o przedszkolakach. „Saturday Night Wrist” ukazujący bardziej melodyjne oblicze zespołu oraz mroczny, powstający w trudnych okolicznościach (groźny wypadek samochodowy basisty Chi Chenga, który do dziś nie wrócił do formy), zeszłoroczny „Diamond Eyes” także znacząco nie ustępują poziomem wcześniejszym dokonaniom. Jakkolwiek oceni się twórczość Deftones w pierwszej dekadzie tego stulecia, nie można im odmówić sukcesywnego rozwoju i konsekwencji w unikaniu oczywistych rozwiązań. Jak również szerokiego horyzontu odniesień, który wcale nie kończy się przecież na punku i metalu, ale zahacza o takie formacje jak The Smashing Pumpkins, U2 czy The Cure (jedna z najważniejszych inspiracji wokalisty i gitarzysty Chino Moreno). Na koniec lat dziewięćdziesiątych i początek tego stulecia przypadł okres najszybszego rozwoju sceny numetalowej. Electric Nights

17


Do worka o tej nazwie bezrefleksyjnie wrzucono bez mała połowę wykonawców nowoczesnego metalu i hard rocka. Wystarczyło grać ostrą muzykę i umieścić na płycie choćby jeden kawałek z rapowanymi wstawkami, prezentować tatuaże i kolczyki jako element własnego image’u, ewentualnie mieć w składzie kogoś paradującego w sportowej bluzie lub czapeczce z daszkiem w miejscach publicznych. Taki los spotkał też (a jakże) formację Deftones. W końcu pasowali do tak szerokiego, ukutego na poczekaniu terminu nie tylko chronologicznie i stylistycznie. Nawet po latach ciężko oszacować, jaki wpływ na ich karierę miał mariaż z nu metalem - czy byli oni beneficjentami całego zjawiska, czy raczej stanowili motor napędowy fanatycznej momentami reakcji młodych ludzi na nową modę. Za tą pierwszą hipotezą przemawia nieustający od lat komercyjny sukces zespołu, którego początek przypada na okres kulminacyjnej popularności całego nurtu. Za tą drugą fakt, że ich najlepsze płyty, a więc „Around The Fur” i „White Pony”, wydane zostały dokładnie w tym samym czasie. Jakakolwiek byłaby prawda, warto zastanowić się, czy szufladkowanie Deftones w towarzystwie takich wykonawców jak Papa Roach, Linkin Park, P.O.D. czy Disturbed, które nawet po latach zdają się definiować wspomniany termin, rzeczywiście było w tamtych czasach zasadne (jest to zresztą problem dotyczący wielu innych grup, ale to temat na osobną rozprawkę)? Problemem w tym przypadku jest zbyt szeroka definicja nu metalu, wykorzystana

18 Electric Nights

przez wielkie wytwórnie w celach marketingowych. Obejmuje ona za dużo wtórnych i nieciekawych kapel, które nie wniosły do rozwoju muzyki rockowej absolutnie nic, a jedynie wykorzystały koniunkturę na brzmienie post-grunge’owe i alt-metalowe (a których nazw przez grzeczność nie będę wymieniał).

fornijskiej grupy nigdy nie można być pewnym, czym zaskoczy nas następny utwór, a czasem wręcz kolejny jego fragment. W sukurs wokaliście idą zresztą pozostali muzycy, których nienaganna technika gry na poszczególnych instrumentach pozwala na realizację najbardziej nawet nietypowych pomysłów.

Deftones zagrają w Warszawie 16 sierpGdyby zostawić tylko rzeczywiście oryginalnych artystów, którzy pchnęli metalową nia jako niekwestionowana gwiazda w rai hardcore’ową estetykę na nowe tory, takich mach wakacyjnego cyklu Rock In Summer jak Korn, System of a Down czy Deftones Festival. Możemy spodziewać się przede właśnie, to myślę, że ten termin nie budziłby wszystkim przekrojowego spojrzenia na wśród wielu ludzi tak jednoznacznie nega- ostatnią studyjną płytę zespołu. Potwiertywnych skojarzeń. W końcu wymienieni dzają to statystyki tegorocznych występów wykonawcy zdobywają obecnie uznanie - najczęściej wykonywanymi na żywo piozarówno w oczach fanów metalu, jak i es- senkami są singlowe „Diamond Eyes” czy tetyki indie, i przyznanie się do zaintere- „Rocket Skates”. Ale fani wcześniejszego sowania nimi nie jest już od dawna powo- wcielenia Deftones też powinni być ukondem do jakiegokolwiek wstydu w obu tych tentowani, bowiem w aktualnym repertukręgach. Formacje te potrafiły wypracować arze koncertowym grupy znajdują się takie indywidualny styl, miały też rozpoznawal- highlighty jak np. „Be Quiet And Drive (Far nych liderów pełniących rolę swoistych wi- Away)”, „Change (In The House Of Flies)” zytówek w świecie kolorowych magazynów. lub „Elite” z „White Pony”. Abstrahując Chino Moreno nie jest tak charyzmatycz- jednak od szczegółów repertuaru, pierwsza nym frontmanem jak Jonathan Davies, nie wizyta Kalifornijczyków w Polsce jest znama też tak charakterystycznej maniery jak komitą okazją, aby osoby nie mające wczechoćby Serj Tankian albo David Draiman. śniej styczności z ich twórczością lub mające Jego repertuar wokalnych tricków jest jed- styczność wyłącznie okazjonalną nadrobiły swoje zaległości. Kto wie, nak wyjątkowo rozbudomoże wreszcie Chino wany i obejmuje obok stanMoreno i spółce uda się dardowego śpiewu także Słuchając albumów wyjść z cienia grupy Korn rapowanie, szeptanie oraz tej kalifornijskiej grupy także w naszym kraju? melodyjne i atonalne wynigdy nie można dzieranie się. Taki wachlarz być pewnym, umiejętności powoduje, że Tekst: czym zaskoczy nas słuchając albumów tej kaliPrzemysław Nowak

następny utwór, a czasem wręcz kolejny jego fragment.


PROGRESSIVE STAGE Riverside

Koła

i elipsy

Dziesięć lat na scenie, popularność nie tylko w ojczyźnie, ale i w Europie. W październiku zagrają na Electric Nights Festival jako jeden z headlinerów. Bez wątpienia Riverside to dziś uznana marka. Początki jednak były trudne i na swój status musieli ciężko zapracować, o czym opowiedział nam wokalista i basista zespołu Mariusz Duda.

R

ozmawiamy w trakcie między trasą rocznicową a letnimi festiwalami. Zatem porozmawiajmy najpierw o koncertach. Czy pamiętasz ile ich już zagraliście?

Z roku na rok coraz więcej osób przychodzi na koncerty. Podczas tej trasy udało nam się pobić ze trzy rekordy frekwencyjne w niektórych miastach, zatem ogólnie jest bardzo pozytywnie.

Nie wiem, nie chciałbym strzelać, ale myślę, że ponad 200. Może więcej. Wiem, że w 2009 zagraliśmy 60 czy 70. Nie jesteśmy zespołem wybitnie koncertującym, 300 dni w roku, ale myślę, że jakąś normę wyrabiamy. Przez te 10 lat trochę by się tych występów nazbierało.

Po wrocławskim występie spotkała Was niemiła sytuacja. Piotrkowi Grudzińskiemu skradziono gitarę. Już się odnalazła?

Koncertem w Stodole zakończyliście trasę, podczas której świętowaliście dziesięciolecie. Dobrze było?

Niestety nie i jakoś nie wierzę w to, że tak się stanie. Tak zwany system monitoringu można sobie o kant tyłka rozbić w momencie, kiedy zamiast twarzy złodzieja widać tylko piksele. Nic się z tym nie da zrobić.

Dobrze było, cały czas to się rozwija, małymi kroczkami idziemy do przodu.

Przed momentem skończyliście trasę po Polsce, ale w planach jest jeszcze występ

Electric Nights

19


w Lublinie w ramach festiwalu Electric Nights. Taki jest plan, żeby to dziesięciolecie jeszcze świętować jesienią. Mamy zamiar zagrać jeszcze trochę za granicą oraz w Polsce. Lublin jest brany uwagę jako jedno z pierwszych miast. Koncertujecie w różnych okolicznościach. Wolisz grać w klubie czy na festiwalach? To są dwa zupełnie różne światy. Tak samo ciężko jest mi odpowiedzieć na pytanie, czy wolę grać koncerty, czy nagrywać płyty. I jedno, i drugie jest dla mnie spełnianiem pasji, i jedno, i drugie dostarcza mi odpowiedniej dawki emocji. Ale na różne sposoby. W przypadku koncertów w klubach na 150 osób, głównie fanów i tych, którzy znają naszą muzykę, można wytworzyć intymną atmosferę. Dla takiej publiczności można grać wszystko. Festiwal to wyzwanie, żeby zawładnąć tłumem ludzi, żeby przekonać do siebie tych, którzy widzą nas po raz pierwszy. Z jednej strony wciąż pamiętam jak świetnie mi się grało dla kilkunastu osób w Tarnowie podczas naszej pierwszej trasy, z drugiej - kiedy na festiwalu BOSPOP w Holandii 6 tys. ludzi śpiewa „Left Out”. Wrażenie jest niezapomniane. Młode zespoły zwykle same szukają każdej możliwości, aby zagrać koncert. Mogę podejrzewać, że podobnie było na początku z Riverside. Popraw mnie jeśli się mylę. Obecnie na Wasze koncerty zwykle czeka się w okolicach wydania płyty. Czy pamiętasz moment, kiedy przestaliście zabiegać o występy, a stało się to normalną, zdrową pracą?

20 Electric Nights

Festiwal to wyzwanie, żeby zawładnąć tłumem ludzi, żeby przekonać do siebie tych, którzy widzą nas po raz pierwszy. Na początku naszej działalności zagraliśmy ze cztery koncerty jeszcze w starym składzie. Pamiętam, że pierwszy występ był w Otwocku. To była prawie jakaś rozlewnia piwa i graliśmy tam dla 40 pijanych osób. Kolejny zagraliśmy w klubie rodem z post-apokalipsy. Nazywał się Przestrzeń Grafenberga. Już nie istnieje. Potem w klubie Park w Warszawie i na koniec ten słynny koncert w Warszawskiej Kopalni, na którym rozdawaliśmy demo. To były luźne występy, niezwiązane

z żadną promocją płyty. Potem się to zmieniło. Ruszyliśmy w pierwszą normalną trasę koncertową, jak przystało na zespół, który nagrał płytę. Nie bawiliśmy się w żadne weekendowe rzeczy, tylko wynajęliśmy autokar, wzięliśmy ze sobą dwa zespoły i pojechaliśmy zagrać kilkanaście koncertów - jak spadać, to od razu z wysokiego konia. Postanowiliśmy zaryzykować. Akurat mieliśmy wtedy urlopy, więc wyruszyliśmy na spotkanie przygody (śmiech). Generalnie wyszliśmy na tej trasie na zero. Skoro tak i nie musieliśmy dokładać, potem, w październiku, ruszyliśmy na drugą edycję. I tak dalej, i tak dalej. Później zawsze pojawiał się schemat, że po płycie jeździliśmy na trasy koncertowe. Nawet się nie zastanawialiśmy, czy wszyscy tak robią, czy nie. To było dla nas naturalne. I tak zostało do dzisiaj. Czy na początku działalności koncertowej spodziewałeś się, że po niespełna dziesięciu latach będziecie częściej występować za granicą? Wiesz, to, że śpiewam po angielsku, na pewno przełożyło się na nasze zagraniczne koncertowanie. W momencie kiedy płyta ukazała się za granicą, trzeba było iść za ciosem. Zorganizowaliśmy więc trasę zagraniczną. I to nie było tak, że wytwórnia przedstawiła nam listę koncertów i zaprosiła do grania. To też robiliśmy sami. Mieliśmy pomoc ze strony naszej koleżanki Ani, która wysyłała maile do różnych klubów i załatwiała nam koncerty. Generalnie graliśmy za zwrot kosztów. Myślałem o tym, że kiedyś na pewno to się w jakiś sposób zwróci, w jakiś sposób zacznie procentować. To co się teraz dzieje, to efekt naszej ciężkiej pracy. Wypracowanych celów, które na początku sobie założyliśmy.


terze, w jakim były nagrane dwa pierwsze albumy. Natomiast w przyszłości kolejny krążek, już niezwiązany ze śmiercią i podróżami w zaświaty, będzie miał inny charakter. Ale nie wiem, czy pojawi się tam gitara, czy nie. Jeżeli tak, nie będzie na pewno to taka, jaką słychać u większości rockowych zespołów. Nowe nagrania Lunatic Soul powstają w Polsce. Czy podobnie będzie w przypadku nagrań Riverside?

Nową płytę zapowiadacie na 2012. Na jakim etapie jest praca nad nią? Mówiąc szczerze, nie ma jeszcze żadnego utworu na nową płytę. Nie mam kiedy się tym zająć. W tej chwili siedzę w studiu i robię tzw. bonusy do Lunatic Soul (solowego projektu Mariusza Dudy - przyp. red.). A jak tylko to skończę i wystąpimy na Woodstocku, zagramy koncerty jesienią i na pewno weźmiemy się za obrabianie nowego materiału. Do tej pory jest on na etapie tak zwanych kół i elips muzycznych, gdzieś w mojej głowie. Mam trochę pomysłów, przede wszystkim chyba główny pomysł na płytę, ale jeszcze nie pracowaliśmy wspólnie w sali prób nad niczym nowym. Czy zatem minialbum „Memories In My Head” można w jakikolwiek sposób traktować jako zapowiedź tego, co znajdzie się na nowej płycie? Jak wspomniałem - są u mnie w głowie pewne rzeczy, które dojrzewają i rozwijają się. Przyznam, że nie wyglądają ani jak rozwinięcie „Anno Domini High Definition”, ani „Memories In My Head”. Absolutnie nie mam zamiaru powtarzać tego, co było do tej pory. Myślę, że chcielibyśmy już zmienić formę i formułę. Minialbum to zamknięcie pewnej całości i raczej specjalne nawiązanie do tego, co było wcześniej, niż zwiastun przyszłego filmu.

Po poprzednim albumie wspominałeś, że chciałeś użyć przy jego nagrywaniu bezprogowego basu, fretlesu, co się nie udało. Czy powrócisz do tego planu? Na pewno każdy z nas będzie musiał zmienić podejście do swojego instrumentu. Ja aktualnie jestem na etapie powrotu do korzeni, znowu zacząłem grać na Fenderze Jazz Bassie, na którym zrobiłem debiutancką płytę i grywałem pierwsze koncerty. Nowe utwory Lunatic Soul powstają głownie na tej gitarze, więc może nie fretles, a Fender (śmiech). Ale sam bas już mi nie wystarcza. Myślę, że uzależniłem się od grania na kilku instrumentach, więc chyba i tego nie zabraknie na nowym Riverside. Skoro już mówimy o instrumentach - na płytach Lunatic Soul nie używałeś gitary akustycznej. Ostatnio na swoim profilu na Facebooku umieściłeś zdjęcie instrumentów, po które obecnie sięgasz w studiu. Nie widać tam gitary elektrycznej. Czy nadal jej nie używasz? Tak, jak najbardziej. Tzn. nie wiem jak będzie wyglądała trzecia pełna płyta Lunatic Soul, może gitara elektryczna się pojawi. Na razie jednak nie mam takiej potrzeby. To, nad czym obecnie pracuję, to są tzw. strony B do płyty „Czarnej” i „Białej”. Finalizuję i kończę pewne pomysły, które zostały rozpoczęte. Chcę utrzymać to wszystko w takim charak-

Myślę, że jeszcze będziemy chcieli to nagrać u nas, w studiu, w którym obecnie tworzymy, w Serakosie. Zrobiliśmy sobie przerwę po trylogii i płyta „Anno Domini High Definition” powstała w Olsztynie pod okiem innego realizatora. Potrzebowaliśmy zmiany. Teraz minialbum nagrywaliśmy właśnie w studiu Serakos, ja obecnie siedzę tu z nowym Lunatic Soul i wydaje mi się, że najnowszy album Riverside również będzie powstawał w tym miejscu. Studio zmieniło swoją siedzibę, jest teraz większe, ma lepszy sprzęt. To tak jakbyśmy pracowali zupełnie gdzie indziej, tyle tylko, że będą to wciąż ci sami realizatorzy - Magda i Robert, którzy znają mnie, nas, wiedzą o naszych potrzebach. Na pewno pomogą nam wykręcić w 2012 coś bardzo fajnego. Lada dzień Inside Out wyda winylowe edycje dwóch Waszych płyt. Czy to oznacza, że odnowiliście z nią kontakt? Nie, nie. Wciąż nie mamy kontraktu na nową płytę, wciąż trwają negocjacje z pewnymi firmami. Być może przedłużymy obecny, wszystko zależy od tego, jakie będą warunki. Natomiast sprawa winyli dotyczy materiału „Second Life Syndrome” i „Rapid Eye Movement”, czyli materiału, do którego jeszcze przez parę lat prawa ma Inside Out. Ponieważ wszystkie zespoły są przez nich aktualnie wznawiane na winylach, padło również i na nas (śmiech). Z tego co wiem, jedno i drugie wydawnictwo ukaże się na czarnym krążku już 1 sierpnia. Na przyszłość zapowiedziano również „Anno Domini High Definition”. „Memories In My Head” dostępne jest w katalogu Kscope… To jest tylko dystrybucja. EP-ka wydawana jest w Europie przez firmę naszego menadżera - Glassville Records. W Stanach Zjednoczonych przez Laser’s Edge, czyli znowu takie nawiązanie do naszej pierwszej płyty. Natomiast w Polsce przez ProgTeam firmę Piotrka Kozieradzkiego, tą samą, która wydała DVD. Wspomniałeś, że pracujesz obecnie nad Electric Nights

21


nowymi nagraniami Lunatic Soul, które nie trafią na trzeci album. Możesz powiedzieć o tym coś więcej? To jest tak, w skrócie - firma Kscope umówiła się ze mną, że prędzej czy później będzie chciała wydać „Czarny” i „Biały” album w wersji dwupłytowej. Na jednym CD znalazłby się „Czarny” Lunatic Soul, na drugim bonusy plus jakiś remix. Podobnie z „Białym” albumem. Mają tendencję do wznawiania swoich wydawnictw w ten sposób, powiedziałem OK, nie ma sprawy. Przygotowałem bonusy na „Czarny” album, pokończyłem pewne pomysły, zrobiłem nowe utwory. Jakieś 25 min. muzyki. Wysłałem im to z pytaniem, kiedy wspomniane wznowienie w wersji podwójnej będzie miało miejsce. W Kscope posłuchali tego i stwierdzili, że jest to za dobre, żeby znalazło się tylko na jakimś tam podwójnym wydaniu. Powiedzieli, że z przyjemnością poczekają na dodatki do „Białego” albumu, po czym wszystko razem zbierze się do, za przeproszeniem, kupy i zrobi z tego oddzielne wydawnictwo. Nie chciałem, żeby ta płyta była odbierana jako „Lunatic Soul III”, bo nią nie jest. Jest raczej suplementem do jedynki i dwójki. Zgodziłem się więc pod warunkiem, że będzie to wydane tylko w Kscope, jako ich tzw. exclusive i najprawdopodobniej wyłącznie w limitowanej edycji. Na to przystali. Ale teraz zaznaczę, że „Lunatic Soul - Impressions” to nie będą jakieś tam odrzuty, tylko zupełnie nowe utwory, z tą różnicą, że instrumentalne. Może pojawią się jeszcze dodatkowo ze dwa remixy znanych piosenek. Generalnie więc czeka nas w tym roku zupełnie nowe wydawnictwo Lunatic Soul. Nawiązujące do poprzednich, ale o własnym charakterze. W terminologii gracza powiedziałbym, że będzie to „Assassin’s Creed: Brotherhood” (śmiech). 22 Electric Nights

„Lunatic Soul - Impressions” to nie będą jakieś tam odrzuty, tylko zupełnie nowe utwory, z tą różnicą, że instrumentalne.

Trzecia płyta dołączona do dyptyku? Czy Kscope nie zechce wydać tego w formie trzypłytowej? Nie, nie, nie, to nie jest trylogia, absolutnie. Jest „Lunatic Soul I” i „II”. „Czarny” i „Biały”. „Impressions” to będzie raczej taka ścieżka dźwiękowa do „Jedynki” i „Dwójki”, do tej całej historii. Niektórzy będą to odbierali jako kolejną trylogię, ale to jest dyptyk z instrumentalnym suplementem. A wiadomo już kiedy ukaże się box Riverside „Reality Dream Trilogy”? Myślę, że będzie to we wrześniu, tylko nie wiem, czy na początku, czy pod koniec. Zamknęliśmy grafikę. W tej chwili materiał idzie do tłoczni, więc sądzę, że pod koniec września, na początku października powinien ukazać się na rynku. Wciąż fascynują Cię gry komputerowe? Fascynują mnie wytwory wyobraźni innych ludzi, zarówno filmy, książki, jak i gry. Zawsze staram się wyszukiwać jakieś ambitne tytuły. Trafiłem w statystyczny wiek trzydziestopięciolatka, który korzysta z możliwości, rozwoju technologii. Staram się więc raz na jakiś czas podpatrywać, co nowego dzieje się w świecie grafiki komputerowej. Nie ukrywam - bardzo mnie to kręci. Kiedy tylko czas mi na to pozwala,

korzystam z tego jak mogę. Zazdroszczę, że mimo wszystko udaje Ci się pogodzić te wszystkie rzeczy. No, to prawda. Piotrek Grudziński śmieje się, że moja doba trwa więcej niż 24 godziny. Czasami sam się zastanawiam, jak to jest, że udaje mi się jednocześnie przeczytać kilka grubych książek, obejrzeć sporą dawkę filmów, skomponować trochę utworów i jeszcze przy okazji zdobyć platynowe trofeum w jakiejś grze RPG (śmiech). Niektórym trudno tak się zorganizować. Przyznam szczerze, że mi również. Ale mam łatwiej, bo mam wolny zawód. Bardzo się cieszę, że nie muszę pracować od 9 do 17. Chociaż czasami tęsknię za takim układem, bo nie potrafię się często wyłączyć i pracuję praktycznie 24 godz. na dobę, wszędzie szukając inspiracji na nowe wydawnictwo. Rozwijanie pasji po godzinach pracy może jest trudne, ale nie niemożliwe… Czasami zdaję sobie sprawę z faktu, że osoby, które nie mają wolnego zawodu, posiadają większy komfort psychiczny. Jednak wciąż poruszam się po niepewnym gruncie. No wiesz, teraz jest dobrze, ale kto wie, co się będzie działo za 5, 10 lat? Tak czy inaczej, na chwilę obecną staram się realizować, rozwijać swoją pasję i umiejętności. To dodaje mi sił. Jeżeli przy okazji są jeszcze osoby, które chcą zapoznawać się z tym, co tworzę, to czego więcej potrzeba do szczęścia? ROZMAWIAŁ, ZDJĘCIA: Robert Grablewski


folk STAGE

The Mountain Goats

Ujarzmić

strach

W okrutnym świecie chwilowej popularności i szybko zapominanych debiutów rzadko zdarza się, żeby zespół z blisko dwudziestoletnim stażem nagrywał swoje opus magnum na wysokości trzynastego studyjnego albumu. Ale właśnie ta pechowa liczba okazała się nad wyraz szczęśliwa dla Johna Darnielle’a.

T

he Mountain Goats, zespół tyleż niedoceniany, co dla amerykańskiej tradycji niezależnego folku po prostu klasyczny, pod względem wydawniczym od zawsze miał dużego pecha. Traf chciał, że trzy lata temu na muzycznym świeczniku byli brodacze z Fleet Foxes, co zapewne przyczyniło się do znalezienia się na całkowitym uboczu świetnego „Heretic Pride”. Identyczna historia miała miejsce wcześniej. W latach 2002 i 2005 splendor należny albumom „Tallahassee”, „All Hail West Texas” i „The

Sunset Tree” odebrany został niejako przez Wilco i Sufjana Stevensa. Geniusz tych jednych z najważniejszych nie tylko w historii muzyki amerykańskiej płyt, jakimi były „Yankee Hotel Foxtrot” i „Illinoise”, przykrył cieniem dokonania Darnielle’a. Co ciekawe, w momencie, gdy światło dzienne ujrzało „Tallahassee”, jego wartości nie doceniła należycie nawet sama krytyka. Serwis Pitchfork przyznał longplayowi średnią notę 6.7, by pod koniec ubiegłej dekady ulokować go wśród najwybitniejszych

krążków mijających dziesięciu lat. Przed dwoma laty kalifornijski tercet wydał album, którego główną inspiracją uczynił Pismo Święte, kontynuując tym samym religijne wątki poruszane w przeszłości. Tematykę świetnie ocenionego „The Life Of The World To Come” najlepiej odzwierciedlał już sam tytuł oraz nazwy piosenek będących wersami z poszczególnych ksiąg biblijnych. Tym większe było zdziwienie fanów, kiedy w grudniu ubiegłego roku na Electric Nights

23


stronie internetowej zespołu pojawiła się notka anonsująca następcę „dźwiękowego katechizmu”. Wśród ekipy czterech producentów współpracujących przy „All Eternals Deck” pojawiło się nazwisko dość egzotyczne w uniwersum alternatywnego country. Oprócz Johna Congletona, Scotta Soltera i Brandona Egglestona, mających na koncie pomoc przy płytach m.in. Modest Mouse, The Walkmen czy Okkervil River, w studiu nagraniowym zameldował się były gitarzysta deathmetalowego Morbid Angel, a obecnie lider pokrewnego stylistycznie Hate Eternal - Erik Rutan. W tym miejscu zaczyna się w zasadzie właściwa część historii związanej z powstawaniem tego „czarnego albumu” amerykańskiego indie folku. Pomysł przedziwnej współpracy godzącej dwa przeciwstawne bieguny zrodził się w głowie Johna po obejrzeniu ponad siedmiogodzinnego (!) filmu „Centuries Of Torment”, dokumentującego pierwsze dwadzieścia lat istnienia grupy Cannibal Corpse. „Przyniosłem ten dokument podczas trasy koncertowej. Na tyłach autokaru mieliśmy odtwarzacz DVD, na którym puszczaliśmy go niemal przez 24 godziny na dobę. Kiedy tylko chciałeś zobaczyć Kanibali w akcji, szedłeś do tylnego salonu i oni też tam byli” - opowiadał artysta w rozmowie z Tomem Breihanem z Pitchforka. „Pomyślałem - a gdybym tak zadzwonił do tego gościa i sprawdził, czy nie zechce czasem spróbować swoich sił w innym muzycznym stylu? Wysłałem mu więc maila i następnego dnia dostałem odpowiedź hej stary, kocham death metal, ale słucham wszystkich rodzajów muzyki. Jeśli jest szansa współpracy, wchodzę w to!”. O tym, że decyzja była opłacalna świadczy fakt, że obaj muzycy ocenili sesję nagraniową jako jedną z najlepszych w ich karierze. Trzynasty longplay Amerykanów kończy trwającą ponad sześć lat współpracę z legendarną londyńską wytwórnią 4AD. Jego wczesne kopie, wydane już pod szyldem Merge, wzbogacone były o limitowaną, ręcznie zdobioną kasetę „All Survivors Pack”, zawierającą te same utwory w wersjach demo. Znakomicie obrazuje to stosunek lidera grupy do internetowej dystrybucji muzyki, która w dzisiejszych czasach zdominowała rynek. „Internet jest świetną rzeczą, ale z góry zakłada wysoki stopień masowego obnażania się, zamazując linię między prywatnością a tym co publiczne. Podejrzewam, że w młodości by mnie to wystraszyło i zamiast muzyki zająłbym się raczej pisaniem poezji”. Słuchając bogatej twórczości The Mountain Goats nie można jednak nie ulec wrażeniu obcowania z najwyższego kunsztu wielowątkową literaturą muzyczną, gdzie na równi stoją treść i forma. Odbijają się tu24 Electric Nights

taj z pewnością liczne podróże Darnielle’a po Stanach (seria utworów „Going To...”), praca w szpitalu, studia anglistyczne, działalność w organizacjach chroniących prawa zwierząt czy... pisanie książek. Jego literacki debiut miał miejsce trzy lata temu, kiedy to światło dzienne ujrzała publikacja z cyklu „33 1/3”, w której każdy z autorów opisuje jedną z kultowych płyt w historii rocka. Johnowi zgodnie z muzycznymi upodobaniami przypadło w udziale... Blacksabbathowe „Master Of Reality”.

zawarto strach, który jest zupełnie inny. Nie jako zmysł mówiący, że zaraz zdarzy się coś przerażającego, lecz przyjemne, pełne siły uczucie nie budzące przerażenia. Uczucie, które musisz ujarzmić niczym falę, zamiast dać mu się przytłoczyć”. W obszarze inspiracji The Mountain Goats znalazł się także cykl tzw. „Czarnych obrazów” Francisco Goyi, będących przejmującą wizją upadku dawnego świata i rozpadu tradycyjnych wartości. Kiedy dodać do tego fascynację powieścią „Spadkobiercy” noblisty Williama Goldinga, gdzie poruszono temat wrodzo-

Słuchając bogatej twórczości The Mountain Goats nie można nie ulec wrażeniu obcowania z najwyższego kunsztu wielowątkową literaturą muzyczną, gdzie na równi stoją treść i forma.

Jako odwieczny miłośnik skrajnie ciemnych brzmień i penetrator mrocznych zakamarków duszy człowieka Darnielle nie byłby sobą, gdyby nie dotknął w nowych piosenkach wątku ludzkich lęków i niepokojów. Za podstawę dociekań posłużyły mu tym razem nie tylko osobiste tragedie jak choćby śmierć przyjaciela sprzed lat, która zainspirowała najbardziej osobistą piosenkę w dotychczasowym dorobku Kozłów - „Birth Of Serpents”. Dużą rolę w ostatecznym kształcie nowych nagrań odegrały klasyczne pozycje kina grozy z lat 70., a przede wszystkim okultystyczne horrory w rodzaju „Spalonych ofiar” czy „Martina” w reżyserii George’a Romero (twórcy legendarnej „Ziemi żywych trupów”). „Tam

nego w naszą naturę zła, mamy jasny obraz klimatycznej zawartości „All Eternals Deck”. Tu zdecydowanie nie ma miejsca na wesołkowatość.

Zobaczymy jak historia rozliczy się z nową płytą Kalifornijczyków. Chwalony pod niebiosa album ekipy Robina Pecknolda (Fleet Foxes), a także prezentujący nowe oblicze krążek Justina Vernona (Bon Iver) wyraźnie wskazują, że John Darnielle po raz kolejny będzie musiał stanąć w drugim szeregu. Entuzjastyczne recenzje mówią jednak, iż ów dwuszereg skupia naprawdę wąskie grono zespołów ze szczytu muzycznej ekstraklasy. TEKST: Kamil Białogrzywy


electronic STAGE Novika

Po liftingu

W

olisz przygotowywać remixy dla kogoś, czy oddać swoje piosenki w ręce innych artystów? Niestety nie umiem remixować ani w ogóle produkować samodzielnie. Zawsze uczestniczyłam czynnie w powstawaniu moich albumów, ale raczej asystując producentom. Myślę, że remixowanie jest fajne o ile ma się pomysł na nową wersję piosenki, a nie na siłę robi się kolejną wersję tego samego numeru.

Na „Mixfinder” znalazły się aż cztery remixy „Miss Mood”, ale za to nie ma ani jednego opracowania kilku innych piosenek jak np. „Mother’s Duty”. Z czego to wynika? No właśnie, wiadomo, że lepiej byłoby zebrać remixy wszystkich utworów. Na początku jednak nie byłam pewna, czy taki album z remixami w ogóle się ukaże. Najpierw pojawił się singiel „Miss Mood”, do którego szybko zebrałam aż sześć przeró-

Artyści często mówią o swoich płytach „dzieci”. Pisząc piosenki, nagrywając je, a potem śledząc ich losy, ogromnie przywiązują się do swoich dzieł. Dlatego oddając swoją twórczość w ręce osób odpowiedzialnych za remixy zdarza im się obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na efekty liftingu. „Mixfinder”, album wypełniony przeróbkami piosenek z płyty „Lovefinder”, był głównym tematem naszej rozmowy z Noviką. Katarzyna Nowicka opowiedziała nam także o polskim procesie digitalizacji muzyki i przyszłości longplayów.

bek. Potem jak ktoś sam chciał poddać jakiś numer liftingowi, mówiłam, żeby sobie wybrał kawałek, który go interesuje. Stąd powtórki. Dopiero na końcu sugerowałam, że może warto wybrać któryś z jeszcze niezremixowanych utworów. Czasem lepiej nie narzucać producentom, co mają zmienić. Efekty chyba są wtedy lepsze. Za remixy na „Mixfinder” odpowiadają po części uznane osobowości polskiej sceny. Dlaczego akurat ci twórcy?

Electric Nights

25


Hmm, a w jakich kręgach są oni aż tacy znani (śmiech)? Myślę, że to nadal grupa dość niszowych producentów, może poza KAMP! i Maxem Skibą. No i oczywiście jedynym zagranicznym rodzynkiem w postaci Hot Toddy’ego. Dałam całej tej zabawie płynąć, rozwijać się po swojemu, nie zastanawiałam się, czy będą nazwiska, czy nie. Są tu też twórcy zupełnie debiutujący jak Milf, And Ray lub Liquid Molly. Czy po wydaniu „Mixfinder” zmienią się koncertowe aranżacje utworów znanych z „Lovefinder”? One już się zmieniają i akurat nie wzięłabym tych projektów. Mój zespół tak kipi pomysłami, że myślę, iż wolą wykorzystywać swoje idee. Czy Twoim zdaniem poziom promocji polskiej muzyki w mediach jest należyty? Czy nie uważasz, że prawo nakazujące emisję piosenek z polskim tekstem dyskwalifikuje artystów nagrywających po angielsku? Jasne. Ja akurat nie należę do grupy artystów, którzy mówią „nie narzekaj, dobrze, że chociaż jest takie prawo, to już jest jakiś krok, cieszmy się tym”. Wcale nie! Bo rezultat jest taki, że szefowie muzyczni różnych stacji załamują ręce, gdyż będą musieli grać jeszcze więcej polskiej piosenki „opolskiej”, żeby wyrobić ten procent. Artyści nowi, młodzi, alternatywni bardzo często nagrywają po angielsku i po raz kolejny zostają niezauważeni. Albo zaczną na siłę tworzyć po polsku po to tylko, żeby ich kawałki wybrano. Nie boisz się przygotowywać albumów w obecnej sytuacji rynkowej? Nie obawiasz

R

e

k

l

a

26 Electric Nights

m

a

się, że pełnowymiarowe krążki odejdą niedługo do lamusa? Boję się, szkoda by było. Sama jednak widzę po sobie, że w natłoku działań i zalewie muzyki oraz technologicznych nowinek nie potrafię poświęcić już tyle czasu longplayom. Teraz liczy się dobry numer, „wałek” (śmiech). Ludzie często mówią, że uwielbiają jakiś zespół, a usłyszeli jedną piosenkę. Nie mam jednak póki co innego pomysłu i na pewno nagram kolejną płytę. Jak oceniasz poziom cyfrowej dystrybucji muzyki w Polsce? Wciąż nie możemy się doczekać choćby iTunes i mimo planów zmiany tej sytuacji, nie wiadomo co zrobi

z tym ZAiKS. Polskie sklepy często oferują mp3 w słabej jakości. To zniechęca do legalnego nabywania muzyki tą drogą. Bardzo! Korzystam na porządku dziennym z serwisów typu 7digital, do którego zachęciłam już wielu znajomych. A moglibyśmy wszyscy korzystać z polskich sklepów, prawda? Sytuacja z iTunesem jest żenująca, mam nadzieję, że szybko się zmieni. W ZAiKS-ie digitalizacją rynku musi zająć się osoba młoda, mająca jakiekolwiek pojęcie o tym, jak to działa na świecie, a nie panie od „repartycji”. Rozmawiał: Maciek Kancerek ZDJĘCIA: Tomasz Kamiński


black STAGE Napszyklat

To jakiś

Są ekscentryczni, to na pewno.

I nie chodzi tylko o zmienianie co album nazwy zespołu. Jeśli chcecie wprowadzić w konsternację dziennikarza muzycznego, każcie mu określić twórczość Napszyklat jednym słowem, podpiąć pod jakiś gatunek. Ale są jeszcze sami artyści i ich przemyślenia. Hip-hop to stary dziadyga, telewizja jest niebezpieczna, wycieczki do lasu zamiast słuchania płyt. Że co? Niech głos zabierze MC zespołu Robert Piernikowski, czyli Zbrakulaku.

absurd N

Nie mam w domu telewizora, ale z tego co pamiętam z czasów, gdy posiadałem TV, to „Kawa czy herbata” przed wyjściem z domu skutecznie oznajmiała mi, gdzie żyję.

Telewizja jest dla mnie niebezpieczna, dlatego musiałem pozbyć się telewizora. Z ekranu leci jakieś przygnębienie i smutek. Chyba gołym okiem widać, jaka fikcja serwowana jest w świecie TV, a ja fikcję wolę robić sobie sam. Jest milion ciekawszych rzeczy od telewizji.

Spytałem o to, gdyż z Twoich tekstów przebija „miłość” do oferty programowej mediów publicznych i chyba też ogólnie do tego, co jest pokazywane w telewizji.

Jak generalnie powstają teksty? Czy wszystkie wersy na „Kultur Shock” zrodziły się z freestyle’u, czy tradycyjnie - w wyniku namysłu nad kartką papie-

o, przyznaj się - jaki program w TVP jest Twoim ulubionym?

Electric Nights

27


ru? Ich abstrakcyjność i dekonstrukcja są bardzo charakterystyczne dla Waszego zespołu. Widzisz, mi te teksty nie wydają się wcale abstrakcyjne i zdekonstruowane. Może taki mam tok myślenia. Wewnętrznie jestem chaotyczny i trudno mi sklecić poprawnie złożone zdanie. Codzienność, której doświadczam, daje mi taki właśnie obraz, świata niespójnego, bezsensownie ułożonego, zadziwiającego. Te napisy, szyldy, bannery, bazary, ulice, centra handlowe, ludzie - to wszystko układa mi się w abstrakcję. Na płytę „Kultur Shock” wszystkie teksty powstały na papierze. Sami siebie określacie mianem zespołu hip-hopowego. Choć na świecie eksperymentalny rap czy też szerzej - muzyka, dla której hip-hop jest dopiero punktem wyjścia ma swoich zwolenników, w Polsce jeszcze nie wyszliśmy z hermetycznego podejścia do tego gatunku. Jak wobec tego odnajdujecie się na rodzimym gruncie? Czy np. jest komu przychodzić na Wasze koncerty? Kiedyś hip-hop był eksperymentem w swoim założeniu. Teraz widzę go jako starego dziadygę, który boi się wszystkiego co nowe, udaje kozaka, a w rzeczywistości trzęsie portkami. Sami nie wiemy, czy gramy hip-hop, czy inne diabelstwo. Mamy pęd do wykraczania poza znane patenty i ramy, i jeśli hip-hop nie jest redefiniowalny, żywy, to niech pozostanie historycznym pojęciem. Nie będę płakał z tego powodu. Czy jest komu przychodzić? W tym kraju żyje 40 mln ludzi i znajdzie się z pewnością grupa, która ma ułomności podobne do naszych. Bardzo wyraźny jest u Was pierwiastek słowiański i sympatia do krajów sąsiadujących z Polską. Z jednej strony w Waszych dźwiękach da się usłyszeć folkowy, rodzimy koloryt, z drugiej - zaprosiliście na „Kultur Shock” rapera Bene ze Słowacji, czeskich avant-folkowców z DVA, pojawiliście się na składance remake’ów alternatywnych piosenek z Czech z lat osiemdziesiątych. Koncertujecie też po krajach ościennych, widziałem, że np. w październiku szykuje się trasa po Ukrainie. Awangarda bez znajomości własnych korzeni to pusta rozrywka? Tu mieszkam i pracuję, stąd też jest kontekst. Długo poszukiwaliśmy naszej tożsamości. Chłopaki grający amerykańską muzykę gdzieś na wschodzie Europy to jakiś absurd. Dziwnie się z tym zawsze czułem. Poubierani w te zachodnie ciuchy staliśmy się postaciami w cudzej bajce, którymi chyba 28 Electric Nights

Postanowiliśmy być do bólu stąd, wbrew artystom, którzy „w ogóle się nie różnią od zagranicznych zespołów”.

zawsze byliśmy. Postanowiliśmy być do bólu stąd, wbrew artystom, którzy „w ogóle się nie różnią od zagranicznych zespołów”. Nasza współpraca z Czechami i Słowakami wynikła z naszych podróży w tamte strony, gdzie gramy więcej koncertów niż w Polsce. Jak się zaprasza na płytę kogoś takiego jak Dälek? Opowiedz trochę o tym jak wyglądała Wasza współpraca i jaką jest osobą prywatnie.

Dälek jest normalnym chłopakiem. Spodobał się mu nasz materiał i powiedział „I’m definitely down with them”. Do tej pory działaliśmy korespondencyjnie, ale na jesień planujemy wspólne koncerty. Na „Kultur Shock” pojawia się też raper Sibitt z Japonii. Skąd pomysł na zaproszenie tak egzotycznego gościa? W jaki sposób się poznaliście? Jakimś trafem nasza poprzednia płyta trafiła do Japonii, gdzie usłyszał ją właśnie Sibitt. Po jakimś czasie zaproponował współpracę. Kiedy poznałem jego muzykę, stwierdziłem, że pasuje do nas i musi się znaleźć na płycie. Płyta częściowo powstawała w Berlinie. Z Waszego rodzinnego Poznania jest niby niedaleko, ale i tak jest to też coś awan-

gardowego, jeśli chodzi o proces twórczy polskich artystów, hip-hopowych na pewno. Czyżby tamtejsze studia nagraniowe były tańsze?

Było drogo, ale dobrze zrobione. Poznaliśmy w Berlinie ludzi, którzy wiedzą jak robi się twórczą produkcję i chcą uczestniczyć w rzeczach totalnie nowych. Współproducentem naszej płyty był Jayrope z Berlina, który tam na miejscu wykreował twórczą atmosferę. Skoro już jesteśmy przy Niemczech wśród swoich inspiracji wymieniacie m.in. zespół Can. Ale też i inne, nie kojarzone z czarną muzyką składy. W związku z tym aż mnie korci, by spytać, jakie płyty leżą na Waszych półkach? W jakie albumy zasłuchujecie się ostatnio? Ostatnio nie słucham muzyki, bo wszystko wydaje mi się lekko wtórne. Po ostrej pracy z dźwiękiem udajemy się do lasu. Nazywaliście się już NP., Napszykłat, teraz Napszyklat. Rozumiem, że na okładce kolejnego krążka zobaczymy „NaPrzyklad” albo coś w tym rodzaju? Szukamy imienia. Rozmawiał: Łukasz Kuśmierz


Stories about big falls Disco Inferno

Disco Inferno Flagowi przedstawiciele brytyjskiego post-rocka od początku skazani byli na spektakularną komercyjną klęskę, a mimo to nigdy nie sprzeniewierzyli się swoim artystycznym ideałom. Oto romantyczna historia genialnego zespołu, o którym pamięć kultywuje dziś nieliczna grupa oddanych fanów.

P

owstała u kresu epoki thatcheryzmu grupa od samego początku była w większym stopniu wehikułem dla twórczych eksperymentów lidera Iana Crause’a, niż pełnowymiarową, demokratyczną formacją. Zainspirowany muzyką Joy Division i Simple Minds Crause już od 1988 r. snuł dalekosiężne plany realizacji swych artystycznych wizji. Buntownicze usposobienie Iana, dla którego muzyka i poezja stanowiły naturalną drogę ucieczki od wszechogarniającego społecznego marazmu i szkolnych obowiązków, nie ułatwiało pozyskania grupy współpracowników skłonnych zaufać jego rozbestwionej wyobraźni. Ostatecznie w skład uformowanego w 1989 r. Disco Inferno (nazwa będąca w założeniu dowcipem, z czasem stała się prawdziwym przekleństwem muzyków wprowadzając w błąd nieświadomych słuchaczy i dziennikarzy) weszli obok Crause’a basista Paul Willmott i perkusista Rob Whatley. Przez krótki czas członkiem zespołu pozostawał także jeden z najbliższych przyjaciół lidera - Daniel Gish, który w nadchodzącej dekadzie miał jednak współstanowić o sile innych gigantów wyspiarskiego eksperymentalnego rocka, Bark Psychosis. Wprawdzie we wczesnych, silnie inspirowanych nową falą

i post-punkiem a la Factory Records nagraniach Disco Inferno nie sposób doszukać się wyraźnego pierwiastka geniuszu, niemniej stanowią one cenne świadectwo artystycznego progresu zespołu. Wydany w 1991 r. singiel „Entertainment/Arc In Round” oraz upubliczniony kilka miesięcy później długogrający debiut „Open Doors, Closed Windows”, mimo fascynującego, przepełnionego niepokojem wyrażanym także w mrocznych tekstach Crause’a brzmienia, spotkały się ze znikomym zainteresowaniem tak słuchaczy, jak i krytyki. Świadomi niedoskonałości swojego dzieła byli także sami muzycy. Dość powiedzieć, że Ian Crause usłyszawszy w profesjonalnych, studyjnych warunkach barwę swojego głosu, postanowił w akcie rozpaczy upić się półlitrówką szkockiej i pod jej wpływem dokończyć proces rejestracji wokali. W tym samym czasie w umyśle Crause’a rodzi się pomysł zaprzęgnięcia do brzmieniowego arsenału Disco Inferno techniki dźwiękowego kolażu, jednak borykającym się przez całą karierę z problemami finansowymi muzykom jeszcze długo nie było dane skorzystać z dobrodziejstw samplerów. Mimo rozlicznych trudności, jeszcze pod koniec szalenie intensywnego 1991 r. Crause’owi Electric Nights

29


i spółce udaje się zarejestrować dwudziestominutową EP-kę „Science”, która przez fanów i sam zespół zgodnie uznawana jest za przełom w działalności formacji. Zestaw czterech kompozycji na czele z fantastycznym „Waking Up” nie tylko przyniósł frontmanowi Disco Inferno pierwsze w scenicznej karierze poczucie dumy, ale też zapewnił grupie kilka drobnych artykułów w „Melody Maker”. Od początku 1992 r. pewne było, że dalszy byt kapeli zależy w decydującym stopniu od sukcesu w negocjowaniu kontraktu z wytwórnią. Ponieważ rozmowy z potężnym Virgin spełzły na niczym, Disco Inferno musieli zadowolić się skromnymi warunkami proponowanymi przez niezależny label Cheree, który wprawdzie umożliwił grupie reedycję w większym nakładzie dotychczasowego materiału, na kompilacji „In Depth”, ale nie znajdował zrozumienia dla wizji snutych przez Crause’a. Prośby o pozyskanie dla zespołu nieszczęsnego samplera wywoływały jedynie pełen pobłażania uśmiech - Disco Inferno wciąż postrzegani byli jako ledwie przyzwoita indiepopowa kapela, zaś wynikające z potrzeby nieustannego rozwoju starania o technologiczne innowacje jako szczeniacka fanaberia. Nic dziwnego, że zniecierpliwiony Crause postanowił nie czekać w nieskończoność na ruch wytwórni i w chałupniczych warunkach, łącząc ze sobą walkmana, wzmocnioną kilkoma tanimi efektami gitarę i kupionego za oszczędności z pracy w supermarkecie upragnionego Rolanda S-750, na kilka miesięcy oddał się namiętnym wycinankom dźwiękowym. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania - stworzonego w opisany sposób brzmienia na EP-ce „Summer’s Last Sound” do dziś nie sposób porównać z jakąkolwiek formacją. Kolaż niemal apokaliptycznej, skandowanej z przejmującym chłodem poezji Crause’a, dźwiękowych próbek ptasiego śpiewu i kakofonicznych pogłosów, hipnotycznego basu i surowych perkusyjnych padów w utworze tytułowym miał stać się drogowskazem dla dalszych posunięć Disco Inferno. W żadnym stopniu nie przyczynił się jednak do wzrostu popularności grupy - krótko po premierze „antymuzykę” ledwie wyrosłych od ziemi Anglików odważyła się wyemitować tylko jedna z lokalnych rozgłośni w Londynie. Wobec obranej metody twórczej i zawartości krążka, tytuł drugiego albumu grupy „D.I. Go Pop” zakrawa na wyrafinowany sarkazm. Trudno bowiem o mniej przyjazną dla ucha, nieoczywistą i karkołomną muzykę niż ta, która jest zawarta na wydanej już przez zasłużone Rough Trade, a poprzedzonej kolejną znakomitą EP-ką („A Rock To Cling To”) płycie. Choć uznawany (acz nie bezspornie) za szczytowe osiągnięcie Disco Inferno longplay obfituje w mnóstwo chwytających za serce przy pierwszym odsłuchu motywów, to trudno nie odnieść wrażenia, że Brytyjczykom zależało przede wszystkim na całkowitej dekonstrukcji muzyki. Oparte na ostrych krawędziach basu Paula Willmotta, skąpane w hałaśliwych pogłosach i samplach płynącej wody, ostrych błyskach fleszy czy niejasnych przekazach werbalnych melodie z „D.I. Go Pop” jawią się w większym stopniu jako intrygujące słuchowisko dla koneserów muzyki eksperymentalnej, niż klasycznie popowe konstrukcje. Podobnie więc jak przy okazji poprzednich wydawnictw Disco Inferno wciąż pozostawało obiektem kultu garstki wyznawców. Na nic zdało się nawet przesunięcie daty premiery krążka o niemal rok - wyczekiwane szersze zainteresowanie publiczności miało nigdy nie nadejść. Na niczym spełzły także próby autentycznego upopowienia brzmienia kapeli. Najbardziej melodyjna piosenka w karierze Disco Inferno, promujący EP-kę „The Last Dance” utwór tytułowy, który w bardziej sprzyjających okolicznościach przyrody zapewniłby muzykom podbój brytyjskich wysp przebojów, przeszedł zupełnie niezauważony. Ukoronowaniem czarnej serii stała się kradzież całego niemal sprzętu zespołu po jednym z koncertów. Znaczącemu pogorszeniu uległy także stosunki wewnątrz grupy - w obliczu 30 Electric Nights

finansowych i artystycznych niepowodzeń coraz silniej rysowały się antagonizmy między odpowiedzialnym za praktycznie wszystkie kompozycje Crause’m a czerpiącymi takie same profity z działalności grupy Whatley’em i Willmottem. Nic dziwnego, że wydany w 1996 r. trzeci, znakomity longplay Disco Inferno „Technicolour” okazał się łabędzim śpiewem formacji z Essex. Kto wie, być może historia potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby Steve Albini lub Brian Eno, o których obecności w studiu nagraniowym marzył Ian Crause, zgodzili się wyprodukować materiał anonimowych w globalnej perspektywie Anglików. Gwoździem do trumny Disco Inferno okazało się nagłe rozwiązanie kontraktu z Rough Trade spowodowane w dużej mierze marginalizacją wewnątrz wytwórni jej założyciela, a zarazem entuzjasty twórczości zespołu Geoffa Travisa. Ponieważ dalsza współpraca zantagonizowanego tercetu nie wchodziła dłużej w rachubę, Ian Crause opublikował częściowo gotowy materiał na nigdy niewydaną czwartą płytę własnym sumptem (rezygnując jednak z nazwy „Disco Inferno”), by wkrótce całkowicie zniknąć z pola widzenia. Przed kilkoma laty za pośrednictwem internetu przypomniał o sobie grupie zainteresowanych zapaleńców - okazało się, że niemal zupełnie odcięty od świata osiadł w Ameryce Południowej. Ponoć coraz intensywniej myśli o powrocie do muzyki. Nawet jeśli nadzieje okażą się płonne, trudno o lepszy moment na przypomnienie dorobku jego formacji - już za miesiąc światło dzienne ujrzeć ma kompilacja pięciu obrosłych legendą EP-ek Disco Inferno, których nakład wyczerpał się jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Ostatni dźwięk lata raz jeszcze rozbrzmi w pełni majestatu. TEKST: Bartosz Iwański R

e

k

l

a

m

a


cooperation Skadja

Męski

PUNKT WIDZENIA

Nadszedł czas na kolejną część muzycznej rewolucji w wykonaniu Krojca (Jakuba Pokorskiego) i Praczasa (Rafała Kołacińskiego), czyli artystów związanych z takimi zespołami jak Lao Che, Masala czy Village Kollektiv. Projekt nazywa się Skadja i zamierza ostro namącić na rodzimym rynku. O co chodzi obu twórcom wyjaśnia doskonale znany fanom Lao Che Krojc.

Dziwną nazwę sobie wymyśliliście... Co się za nią kryje? Skadja to nazwa obcojęzyczna. W języku ludności Sami oznacza „pogłos, odbicie się dźwięku”. Podczas pracy nad płytą odbijaliśmy sobie z Praczasem piłeczkę muzyczną, czyli pomysły na poszczególne utwory. Raz Praczas, raz ja dodawaliśmy coś od siebie, zmienialiśmy. Nazwa nawiązuje więc mocno do sposobu powstawania muzyki. W opisie Waszego projektu znalazłam zdanie: „Skadja to trójkącik na drzwiach męskiej toalety” (śmiech). O co tu chodzi? Ten trójkącik to obrazek, który mógłby przedstawiać nasz projekt, a w szczególności debiutancki album. Rozmawiając o tej płycie jeszcze przed jej powstaniem oraz w trakcie prac postanowiliśmy, że będzie ona całkowicie męska w warstwie przekazu słownego.

Wszystkie teksty są napisane przez mężczyzn i przedstawiają męski punkt widzenia. Stąd właśnie ten trójkącik. To także małe nawiązanie do płockiego zespołu szkolnego, w którym miałem okazję zagrać jeden koncert będąc uczniem szkoły podstawowej. Ten zespół nazywał się „Trójkąciki i kółeczka”, czyli portrety z toalety. Tworzyło go kilku starszych ode mnie chłopaków. Byłem wtedy chyba w 6-7 klasie. Tak mi się to wbiło w głowę i zostało. W jaki sposób muzyka Skadji różni się od Twoich poprzednich projektów? Przede wszystkim to mój pierwszy projekt, w którym biorą udział inni muzycy i artyści, poza oczywiście Lao Che. Muzyka jest jednak znacznie inna, bo zdecydowanie elektroniczna, powstała przy pomocy maszyn elektronicznych i mechanicznych.

Electric Nights

31


Co mieliście na myśli nadając płycie tytuł „Jestem”? (Śmiech) No tu jest niezła draka, bo tytuł płyty to „Jest M”, a dokładnie w zbitce z nazwą projektu - „Skadja Jest M”, czyli „Skadja jest mężczyzną”! To tak jak z tym trójkącikiem. Jednak pierwszy nakład płyt ma błąd na szczycie okładki - po prostu do tłoczni wysłany został nie ten plik graficzny, który powinien! Ta płyta to nie tylko Wy. Jest też sporo gości. Kto Wam pomagał przy nagraniach?

w piosence kwadratowo. „Jest M” to polska płyta, robiona w Polsce, przez polskich muzyków i dla polskich odbiorców. W swojej twórczości skaczecie po wielu gatunkach. Nie uważasz, że w dobie różnorodności współczesnej muzyki nazywanie jej mianem „rock”, „hip-hop” itp. jest już pozbawione sensu? Trochę tak. Szczególnie młodzi ludzie przywiązują uwagę do nazywania gatunków muzycznych, być może z chęci przynależności do jakiegoś nurtu, subkultury. Nieco śmieszą mnie też podziały gatunków na podgatunki. (Śmiech) To jakiś kompletny nonsens tworzenie 25 podgatunków muzyki elektronicznej jak dubstep, breakbeat, broken beat, downtempo, grime, bassline… Te szufladki są tak dokładne, że wiesz co za chwilę usłyszysz, nawet jeśli nie znasz producenta czy zespołu, który zaraz poleci. Co więcej, wielu producentów robiąc swoją muzykę próbuje zmieścić się dokładnie w jakiejś wybranej szufladce i w ten sposób powstają tysiące płyt, stworzonych przez różnych ludzi, a brzmiących jakby zrobiła je ta sama osoba. Tworzycie dla własnej satysfakcji, czy chcecie dotrzeć do ludzi z określonym przekazem? Chyba głównie dla satysfakcji. Staramy się jednak, żeby to, co robimy, niosło ze sobą jakiś przekaz, jakąś treść. Uważasz, że muzyka powinna być swego rodzaju manifestem, czy po prostu spełniać rolę umilacza czasu, bawić ludzi? Co kto lubi. Na szczęście na rynku jest miejsce na obydwie misje dla muzyki i jeśli ktoś chce znaleźć w niej coś więcej niż umilacz, ma taką możliwość. Internet jest wielki! Szkoda tylko, że w przestrzeni medialnej typu radio i telewizor jest tak mało miejsca dla wartościowych treściowo produkcji. Ja bardziej sobie cenię muzykę, którą można nazwać sztuką. Lubię jednak posłuchać winyla z muzyką elektroniczną, przy której da się tupać nogą. Wszystko zależy od nastroju. No właśnie, czego słuchasz prywatnie? 100 tysięcy płyt. Wielu gatunków. Jestem zbieraczem płyt. Ale żeby coś przytoczyć i jakoś sensownie odpowiedzieć, to ostatnio najczęściej słucham płyty Lee Fields „My World”, koncertu Bauhaus z lat 80. oraz winylowych reedycji muzyki reagge z lat 60. i 70.

Wiele utalentowanych osób pomagało nam zrobić tę płytę. Przede wszystkim w warstwie wokalnej i tekstowej, za co mocno dziękujemy! Pośpiewali nam Limboski z Limboski Quartet, Szymon Danis (CO.IN, Bipolar Bears), Nut Cane (Diszobabaa) oraz Kabuko, jedyny głos żeński (także z Diszobabaa). Warstwa muzyczna wiele zyskała dzięki zaproszonym muzykom, którzy mocno pokolorowali nasze piosenki. Pomagali nam m.in. Gosia Szarlik-Woźniak, która zagrała na skrzypcach (DesOrient, Zespół Polski), Trocki (Lao Che), który nagrał instrumenty perkusyjne oraz Benek Turkowicz (klarnet) i Hubert Chiczewski (trąbka), którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. Mocno im dziękujemy, bo wnieśli dużo do charakteru muzyki na płycie. Teksty są po polsku. Chcecie w ten sposób, żeby przekaz był jaśniejszy dla odbiorców, czy po prostu najlepiej czujecie się w rodzimym języku? I jedno, i drugie. Język angielski jest fajny do śpiewania, bo jest bardzo muzyczny, ale trzeba naprawdę go znać, żeby nie zabrzmiał

32 Electric Nights

Coraz częściej pojawiają się opinie, że niedługo płyty znikną ze sklepów na rzecz mp3. Myślisz, że do tego dojdzie? Na pewno. Moim zdaniem CD jako nośnik zostanie zepchnięty do niszy. Myślę, że muzyka w całości przeniesie się do sieci i tak, jak telewizja będzie do oglądania online. Internet i sieć bezprzewodowa rozwija się tak szybko i nabiera tak wielkich prędkości, że nie będą nam potrzebne nośniki. Już dziś wiele osób słucha muzyki bezpośrednio ze stron internetowych jak Soundcloud.com i podobne. Myślę, że już za 15 lat większość urządzeń RTV będzie miało opcję oglądania i słuchania muzyki online. Zresztą już dziś większość nowych odbiorników tv ma możliwość poznawania filmów w ten sposób. Gdzie można Was usłyszeć na żywo? Niestety na razie nigdzie. Nie przygotowaliśmy się jeszcze koncertowo. Chyba czekamy na oceny płyty, reakcje słuchaczy i wyniki sprzedaży (śmiech). Wtedy ocenimy, czy warto ruszać w Polskę! rozmawiała: Martyna Zagórska


reviews Bibio Mind Bokeh W kontekście dotychczasowej twórczości Stephena Wilkinsona mówiło się o balansowaniu pomiędzy laptopowymi dźwiękami i elektroniką spod szyldu Warp Records a brzmieniami natury folkowej. Eklektyczna, konceptowo i nastrojowo przebogata układanka „Ambivalence Avenue” sprzed dwóch lat stała się dla Bibio rzeczą pod wieloma względami przełomową. Średnio znany twórca folkotronicznego lo-fi zebrał ósemkowe recenzje, wbił się na albumowe listy roku, wszystkich niepodzielnie oczarował. „Mind Bokeh” wzbudza już reakcje znacznie bardziej zróżnicowane. Sumując opinie przedstawiłby się nam obraz płyty jak najbardziej solidnej, miłej i ciekawej, ale jakby przynoszącej lekki niedosyt. Wilkinson

zniewalające

znów stara się odnaleźć miejsce pomiędzy odmiennymi stylistycznie stronami medalu. Można by te kompozycje spokojnie posegregować, a następnie podzielić na dwie części. W jednej prym wiodłyby popowe melodie oraz przystępne motywy jak w radosnym „K Is For Kelson” czy rockowym „Take Off Your Shirt”. Druga skupiałaby nocne, absorbujące impresje o metafizycznym klimacie. I to właśnie „Excuses”, „More Excuses”, „Artists’ Valley”, „Saint Christopher”, „Pretentious” fascynują, miażdżą atmosferą, ukazują talent artysty w najczystszej postaci. „Mind Bokeh” to może dość niespójny, ale wciąż piekielnie dobry album, którego zlekceważenie może być jednym z błędów roku.

piękno desperacji

TEKST: Łukasz Zwoliński tańczyć mi się chce

Black Country Communion 2 Supergrupy rzadko nagrywają dobre płyty. Muzyczne spotkania silnych osobowości wymuszają kompromisy, które sprawiają, że skład na papierze zwalający z nóg tworzy mdły, rozmyty materiał. Kiedy czterech wybitnych muzyków daje projektowi kawałek siebie, zamiast kompletnej całości powstaje dziwny potwór, który stoi na skrzyżowaniu i nie do końca wie, w jaką stronę pójść. Tym razem mogło być inaczej. Joe Bonamassa doskonale odnajduje się w zespołowym graniu, podobnie Glenn Hughes. Derek Sherinian na potrzeby Black Country Communion odpuścił sobie kosmiczne szaleństwa, od których roi się na jego solowych płytach i skupił się na tworzeniu oldschoolowego, hammondowego tła. Podstawową bolączką drugiej płyty Black Country Communion jest czas trwania

niektórych utworów. Podobny strzał w kolano zaserwowała inna supergrupa ostatnich lat - Chickenfoot. BCC stworzyli bardzo dobre, energetyczne numery, ale ich potencjał wyczerpuje się po trzech, czterech minutach. Singlowy „The Outsider” wie, kiedy się skończyć, „Man In The Middle” też, ale już „Save Me” trwa wieczność. Można to jednak przeboleć, bowiem „2” kipi od dobrych pomysłów, fajnej rytmiki i hardrockowej energii. Nowy album Black Country Communion to garść mocnych, rockowych numerów o lekko bluesowym posmaku. W stosunku do poprzedniej płyty widać progres, bowiem tam utwory były jeszcze dłuższe. Kto wie, może na trzecim krążku uda się idealnie wyważyć proporcje.

wieczór, lampka wina i...

przeszło obok, nie zauważyłem, że było

TEKST: Maciek Kancerek

dla wytrwałych

Brahms Pressure Brahms to tak naprawdę Jovan Moran, pochodzący z Kalifornii artysta zajmujący się wizualizacjami. Kaseta „Pressure” ma być ponoć jego jedynym wydawnictwem. Zapełniają je mgliste, organowe kompozycje połączone z kolażem. Cztery krótkie utwory (całość nie przekracza 10 minut) to przecudne, powoli snujące się utwory, które jak nieśpiesznie się zaczynają, tak równie spokojnie konkludują. Gdyby Harold Budd i Brian Eno

byli młodzieńcami zamkniętymi w matczynej piwnicy nagrywającymi na najprymitywniejszym sprzęcie, pewnie tak brzmiałoby ich „Plateaux Of Mirrors”. Odprężający, szumiący krążek (czy też raczej - prostokąt) zamyka temat prymitywizmu w muzyce na ten rok. Gorąco polecane doświadczenie.

rozczarowanie

TEKST: Emil Macherzyński gwóźdź do trumny

Cate Likes Candy Cate Likes Candy Cate Likes Candy to jeden z tych zespołów, których członkowie ewidentnie chcą być fajni, rockowi i bardzo cool. Ale jak to często bywa, na chęciach się kończy. Byli muzycy zespołu Kashmir, w tym Kasia Pietras, córka Beaty Kozidrak, na nasze nieszczęście postanowili dać sobie „second chance” i powrócić na scenę ze świeżymi (?) pomysłami i lepszymi (?) umiejętnościami. Na albumie „Cate Likes Candy”, słabym i na wskroś przewidywalnym, proste melodie zabijają nudą. Fakt, że wszystkie tek-

sty są po angielsku daje złudną nadzieję, że może nie wszystko stracone. A jednak. Zero w tym polotu. Płyta co chwilę ociera się o kicz, a sama muzyka, mimo że teoretycznie rockowa, jest jakaś bez życia i właśnie rockowego kopa. Piosenki są w większości przepełnione bezsensownymi i niebywale męczącymi krzykami wokalistki. Zarówno ballady, jak i nieco żywsze kawałki sprawiają, że nie chce się do tego albumu wracać. Niestety - drugie podejście, drugie pudło. Szkoda czasu.

smaczny deser

absolutnie odkrywcze

TEKST: Martyna Zagórska

Electric Nights

33


Eastern Youth 心ノ底ニ灯火トモセ Ze święcą szukać póki co dobrego punk rocka łamanego przez post-hardcore w 2011 roku. Przynajmniej jeśli wchodzą w grę jedynie standardowi, anglojęzyczni wykonawcy. W takim układzie zamiast czekać na zbawienie, lepiej będzie zasięgnąć rady starych, skośnookich wyjadaczy z Eastern Youth. Japończyków kojarzą na pewno fani Cursive, z którymi grupa nagrała w 2002 r. splita „8 Teeth To Eat You”. Istotniej byłoby jednak wspomnieć o robiącym wrażenie 14-albumowym dorobku zgromadzonym do tej pory przez ekipę Hisashiego Yoshino. Ikona indie rocka z Kraju Kwitnącej Wiśni na „Tomose Lights At The Bottom Of The Heart” wykazała się nie lada sprawnością, energią oraz kreatywnością w dziedzinie piorunujących riffów, emocjonujących

gitarowych jazd i ekspresyjnie wykorzystywanych wokali. Poziom materiału naprawdę robi wrażenie, jeśli weźmiemy pod uwagę ile ci panowie mają już lat na karku i jak blado wypada przy tym ¾ stylistycznie pokrewnych im bandów z USA. Ich muzyka robi jednak wrażenie i bez wyżej wspomnianego kontekstu czy jakichkolwiek porównań. Eksplodująca dynamika kawałka spod indeksu drugiego, chwytliwość refrenu „trójki”, pogodzona na całej linii intensywność świeżego rockowego grania z przystępnością i przebojowością. Perełką w zestawie jest czwarte „West Tokyo”, numer przechodzący drogę od wyciszonej ballady o nowofalowych naleciałościach do desperacko-wrzaskliwego post-hc. Nie szkodzi, że nie rozumiem, o czym śpiewają. Przekaz odczuć i wrażeń jest jak najbardziej czytelny. TEKST: Łukasz Zwoliński

Explosions In The Sky Take Care, Take Care, Take Care Explosions In The Sky uparli się, by nie zbaczać ze ścieżki, jaką sumiennie podążają od debiutanckiego „How Strange, Innocence” z 2000 roku. Ich utwory tworzone w obrębie melodyjnego, operującego kontrastami „cicho-głośno” post-rocka nadal jawią się wariacjami na temat jednego motywu, usilnie eksplorowanego w każdy możliwy sposób. Na „Those Who Tell The Truth Shall Die, Those Who Tell The Truth Shall Live Forever” osięgnęli w tym mistrzostwo. Doprawdy na jednej ręce można by policzyć albumy tak zażarcie i emocjonalnie porażające pięknem i destrukcją. O jego następcy „The Earth Is Not A Cold Dead Place” również nie dam złego słowa powiedzieć, ale już z „All Of A Sudden I Miss Everyone” z 2007 nie zapamiętałem zupełnie nic. Logiczne jest, że z czasem co raz trudniej jest i będzie im

zaskakiwać. Tym samym „Take Care, Take Care, Take Care” z jednej strony potwierdza zaistniały stan rzeczy, ale z drugiej - potrafi jeszcze ucieszyć. W przeciwieństwie do poprzedniczki, tu znalazły się wyraziste momenty. Udanym posunięciem było nagranie zwięzłego, singlowego niemal „Trembling Hands”, które szczególnie na koncertach musi wychodzić wstrząsająco. Nie wypadnie drugim uchem kończące całość „Let Me Back In” z całkiem zgrabnie wyprowadzonym w trzeciej minucie motywem. „Last Known Surroundings” i „Human Qualities” to solidne, klasyczne Explosions In The Sky, bez pasji sprzed lat, ale nadal dające satysfakcję. Lania wody uniknąć się nie udało, widocznie taki już urok tego typu muzyki. Grunt, że panowie z Teksasu nie pozwalają o sobie zapomnieć, a dodatkowo z wydanego przez nich krążka wynika coś istotnego. TEKST: Łukasz Zwoliński

Incubus If Not Now, When? Otwierający krążek utwór tytułowy sprawdziłby się w roli kilkudziesięciosekundowego intro. Wsłuchujemy się, czekamy aż piosenka się rozwinie, aż coś zacznie się dziać, czekamy, czekamy... i nic. Co dalej? Singlowe „Promises, Promises” - ładna, ale strasznie miałka ballada, pretensjonalna linia wokalna Brandona Boyda balansuje na granicy dobrego smaku. Jest ciężko. Trzecia piosenka i... znów smut, w dodatku koszmarnie nudny. Czy to się kiedyś skończy? Może teraz - czwarty na liście „Thieves” zaczyna się jakby miał za moment eksplodować, ale nie, nie ma szans. Entuzjazmu starczyło na 10 sekund, potem znowu smędzenie. Koszmar. W zeszłym roku Brandon

wydał pełen balladek solowy album „The Wild Trapeze”. Chyba zostało mu dużo niewykorzystanego materiału, bo piosenki z „If Not Now, When?” brzmią bardzo podobnie, tyle że zostały zaaranżowane na więcej instrumentów. Niby znalazło się miejsce na ciekawe, połamane „Switchblade” i „Adolescents”, ale trudno wyłowić je z potoku jednostajnych i smętnych dźwięków. Tym bardziej, że oba są pod koniec albumu i słuchacz niekoniecznie musi do nich dotrwać. Jeden z najciekawszych zespołów poprzedniej dekady ewidentnie się wypalił. Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, Incubus nagrał drugą słabą płytę z rzędu. „Light Grenades” miała przynajmniej fajny tytuł. Tym razem nawet to się nie udało. TEKST: Maciek Kancerek

Junior Boys It’s All True Droga kanadyjskiego duetu do statusu jednego z najważniejszych elektronicznych zespołów czasów współczesnych była tyleż konsekwentna, ileż nie pozbawiona ambiwalencji. Każda ich dotychczasowa płyta podmywała grunt pod nogami konkurencji, choć „Last Exit” do chwili obecnej pozostaje niedoścignionym ideałem humanistycznej, uwrażliwionej elektroniki, nawet dla Junior Boys. Paradoksalnie każdy następny krążek Didemusa i Greenspana był gorszy od poprzedniego, choć w dalszym ciągu były to albumy dobre i bardzo dobre. „It’s All True” to próba połączenia pogodniejszej, najbardziej przebojowej strony Kanadyjczyków z „Begone Dull Care” ze stylem, za który na początku pokochaliśmy Junior Boys. Ich wysmakowana indie-

34 Electric Nights

tronica, tradycyjnie oderwana od parkietowego kontekstu, znów opiera się na świetnie dobranych proporcjach ciepłego, łagodnego wokalu Jeremy’ego Greenspana i konkretnych retro bitów Matta Didemusa. Do nowości zaliczyć można elementy tech-house’owe o niemieckiej proweniencji oraz inspiracje chińską egzotyką, które na „It’s All True” pojawiły się jako efekt wojaży duetu i specyficznego, niejako na odległość procesu nagrywania płyty. Przez większość tego albumu utrwalamy sobie świetny obraz przede wszystkim dwóch pierwszych krążków Junior Boys, by na finiszu (kapitalne „ep” i dziewięciominutowe, esencjonalne, witalne „Banana Ripple”) stwierdzić, że choć ciągle jest to ten sam styl Didemusa i Greenspana, są oni strasznie daleko od odcinania kuponów. TEKST: Kasia Wolanin


Machinedrum Room(s) Jak by nie patrzeć Travis Stewart, muzyk zajmujący się electro, trafia na świetny moment ze swoim projektem Machinedrum. Nową ulubioną elektroniczną płytą wszystkich jest „Cosmogramma” Flying Lotusa, a jakiekolwiek przejawy post-hiphopowej DJ-ki przyjmowane są z otwartymi ramionami. Dodatkowo „Room(s)” to debiut w barwach legendarnego labela Planet Mu, prowadzonego przez Mike’a Paradinasa (znanego jako µ-Ziq i ze współpracy z Aphex Twinem). Jeżeli jest szansa, aby się przebić, to teraz. Niestety, podobnie jak u Zomby’ego mamy do czynienia z niewystarczająco dobrym i zajmującym

albumem, by mówić o podbijaniu świata. Przeszyte dubstepową retoryką, pełne pociętych sampli wokalnych kawałki na „Room(s)” dalekie są od wywołania u kogoś poznawczego szoku czy choćby wciągnięcia na tyle, by sprawdzić całą dyskografię artysty. A ta miała lepsze momenty, choćby na debiucie „Now You Know” z 2001 roku, który do złudzenia przypominał eteryczne poczynania Boards of Canada przefiltrowane przez glitch-hop. To jednak było już dekadę temu. Teraz Machinedrum wraca z lepszymi plecami, ale mniejszą ilością rzeczy do zaoferowania. TEKST: Emil Macherzyński

Maritime Human Hearts Davey von Bohlen u progu nowej dekady. Co może jeszcze udowodnić facet, który w latach 90. grał w dwóch niebagatelnych dla amerykańskiego indie emo kapelach (Cap’n Jazz, The Promise Ring), w zerowych zaś wystartował z nowym projektem (Maritime) wydając serię kolejnych udanych płyt? Odpowiedź jest prosta. Ciągnąć wózek dalej, pracować nad ciekawymi piosenkami, odwalać dobrą robotę póki starczy inwencji. Nie zabrakło jej na czwartym w dorobku „Human Hearts”. Spośród zebranych tu dziesięciu kompozycji kilka śmiało można wyróżnić i dołączyć do kompletowanego powoli „The Best Of Maritime”. Za jednym zamachem wszystkie trzy pierwsze z brzegu - zaskakująco shoegaze’owe „It’s Casual”, uzależniający marzycielskim brzmieniem killer

o twarzy dziecka „Paraphernalia” i zadumane „Black Bones”. Sięgając nieco dalej, do drugiej połowy tracklisty, również fantastyczne „Annihilation Eyes”, które szczególnie teraz, latem, eksploduje w całej swej powerpopowo przebojowej krasie. W roku 2011 zaczynamy szukać zbawców muzyki, wykonawców i albumów, które za parę lat uznamy za symbol obecnej dziesięciolatki. Dobrze mieć jednak pod ręką kilku pewniaków. Takich, którzy podobnie jak Maritime Ameryki nie odkryją, ale jeśli coś nagrają, to z zasady nie zawiodą i słuchać się ich będzie znakomicie. TEKST: Łukasz Zwoliński

R

e

k

l

a

m

a

Mux Mool Drum EP 2 Brian Lindrgen, czyli osoba stojąca za projektem Mux Mool, to młody producent z Minnesoty wydający swoją muzykę w Ghostly International, których kojarzyć możecie np. z recenzowanym w pierwszym numerze „EN” Justinem Broadrickiem (Pale Sketcher). Wiemy, że lubi wyzwania - pierwsza część „Drum” powstała w wyniku narzucenia sobie rytmu jedna piosenka na jeden dzień w ciągu jednego tygodnia (dokładnie siedem kawałków trafiła na wspomnianą EP-kę), zaś na następcę tamtego albumu trafiły wyłącznie utwory skomponowane na pokładzie samolotu. Wiemy też, iż Mux Mool ma słabość do... czaszek, bo te pojawiają się na okładkach prawie wszystkich dotychczasowych wydawnictw artysty, że jest maniakalnym kolekcjonerem różnych dźwięków, a jego dobę wypełnia praca, mała ilość snu i napoje energetyzujące. Czy tego witalnego kopa lub zamułkę wynikającą z niechętnego opadania w objęcia Morfeusza słychać na „Drum EP 2”? Bardziej precyzję i spójność. Wszystkich sześć kawałków na albumie to rzeczy zakorzenione w eksperymentalnym, instrumentalnym hip-hopie. Co ciekawe - największym growerem jest tu „Flying Dreams”, utwór (jeden z lepszych w tym roku) dodany dopiero przy okazji wznowienia i zremasterowania płyty, pierwotnie wydanej jeszcze w poprzednim labelu Lindrgena. Głównie to miodność tej piosenki sprawiła, że Mux Mool trafił do naszego działu recenzji, ale trzeba oddać, że i pozostałe kompozycje trzymają poziom. Minusy? Eksperymentalny hip-hop to fajna sprawa, ale producenci tacy jak Brian Lindrgen lub Paul White muszą mocno kombinować, by odróżniać się od siebie nie tylko imieniem i nazwiskiem. Różnie z tym bywa. TEKST: Łukasz Kuśmierz

Electric Nights

35


Obits Moody, Standard And Poor Niesamowite, ale Rick Froberg już od ponad dwudziestu lat po cichu wspiera honor alternatywnego grania, każdym kolejnym projektem czyniąc wiele dobrego, zawsze prawie wzorowo stojąc na uboczu. O Pitchforku pewnie nikt nie słyszał (chodzi o zespół), Drive Like Jehu ma dziś kultowy status, ale przecież nawet w jednej dziesiątej nie jest to tak doceniona kapela, jak Built to Spill czy Fugazi, Hot Snakes przez chwilę pojawili się na listach najlepszych albumów w pierwszej połowie poprzedniej dekady. Obits z kolei znają tylko wtajemniczeni. W sumie nie dziwne, bo Froberg, jak miał już wcześniej w zwyczaju, ze swym najnowszym dziełem wyraźnie schodzi do garażu. Tak

w przenośni, jak i w praktyce, bo zarówno „Moody, Standard And Poor”, jak i debiutanckie „I Blame You” są kawałem krwistego, rockowego mięsa a la The Stooges czy umiarkowanie popularne ostatnio Disappears. Podejrzewam, że te kawałki oparte na oldschoolowym brzmieniu, rock’n’rollowym i protopunkowym rzępoleniu sprawiać muszą autorom nie lada frajdę. W końcu kiedy na niezalowym gruncie osiągnęło się już tyle co lider Obits, można sobie spokojnie pofolgować tworząc coś z natury mniej przebojowego i nieinwazyjnego. Ważne, że tych wszystkich „You Gotta Lose”, „I Want Results” czy „I Blame Myself” słucha się z niewymuszoną przyjemnością. „Moody, Standard And Poor” to solidny wypełniacz surowo-gitarowej luki zaistniałej ostatnio na indierockowej scenie. TEKST: Łukasz Zwoliński

Queensryche Dedicated To Chaos Queensryche przypomina piłkarza, który w przeszłości walczył o najcenniejsze trofea, ale potem plaga kontuzji zepchnęła go na drugi plan. Teraz ma już swoje lata, sporą nadwagę i choć zdarzają mu się przebłyski (jak „If I Were King” z poprzedniej płyty), pałęta się po klubach niższych lig odgrażając się, że jeszcze wszystkim pokaże. Odrobinę bezczelne byłoby nazywanie „progresywnym” czegoś, co nie zmienia się od dwóch dekad, dlatego uznajmy, że Queensryche zamiast prog metalu uprawiają poletko zwykłego (w dodatku biednego) heavy. Geoff Tate i jego koledzy borykają się z permanentnym brakiem pomysłów. „Get Started”, „Hot Spot Junkie” czy „Got It Bad” rażą przezro-

czystością, pozostałe numery wcale nie są lepsze. Pisanie o „Dedicated To Chaos” nie ma większego sensu, bo ona powstała po prostu po nic. Przez blisko 54 minuty nie dzieje się nic godnego odnotowania. Na nic zdały się próby reanimowania magicznego składu z Chrisem DeGarmo (płyta „Tribe” z 2003 r.), niewiele przyniosło zaproszenie śp. Ronniego Jamesa Dio do udziału w naciąganej kontynuacji kultowego „Operation: Mindcrime”. Prawda jest taka, że ostatnia dobra płyta Queensryche ukazała się w 1990 roku, potem było już tylko gorzej. XXI w. w wykonaniu Tate’a oraz spółki to już seria mniej lub bardziej spektakularnych porażek i „Dedicated To Chaos” tej tendencji nie zmieni. Przynajmniej można zespołowi pogratulować konsekwencji. TEKST: Maciek Kancerek

SBTRKT SBTRKT „Człowiek w kolorowej masce”. Takim hasłem można by reklamować ukrywającego się pod pseudonimem SBTRKT Aarona Jerome’a, jednej z najciekawszych (i najmodniejszych) aktualnie postaci brytyjskiej sceny klubowej. Anglik przeszedł tradycyjną dla tego typu twórców drogę - był na początku wziętym producentem remiksów, by w końcu zabrać się za działalność na własny rachunek. Jerome na tym pierwszym polu radził sobie całkiem nieźle, ale dopiero w autorskim kompozycjach pokazał się jako producent daleki od statusu klasycznego, zdolnego rzemieślnika, przybliżając się do kręgów twórców-wizjonerów. Sukces „SBTRKT” z jednej strony tkwi w zaproszonych przez Jerome’a gościach. Yukimi Nagano z Little Dragon, Jessie Ware, Roses Gabor czy Sampha nie są osobistościami, które zdążyły się już znudzić. Co więcej - w postmodernistycznej żonglerce motywami,

jaką na swoim debiucie zaserwował Anglik, wspomniani artyści odnaleźli się znakomicie. W tej kategorii najjaśniej świeci „Something Goes Right” z partiami znakomitego Samphy. Poza tym muzyka SBTRKT jest niesamowicie świeża na tle nużącego już delikatnie trendu rozpychania się dubstepu w mainstreamie. Post-dubstep Jerome’a został podlany soulowym sosem, ucieka od dominacji basowych elementów w stronę nie zawsze sensownego eklektyzmu, ale w dalszym ciągu niezwykle wciągającego. James Blake też szedł w tym kierunku i trochę zbłądził. Aaron Jerome sprawia wrażenie człowieka, który nie do końca wiedział, gdzie dokładnie chce iść, a jednak był w stanie stworzyć album intrygujący, świeży, w pewien sposób nawet lekki i wakacyjny. Bez względu na to, czy efekt końcowy był dziełem przypadku, czy efektem świadomych przemyśleń (stawiam jednak na to pierwsze), nie da się inaczej niż w ciepłych i pozytywnych słowach wypowiadać się o „SBTRKT”. TEKST: Kasia Wolanin

Sea Oleena Sleeplessness Wkład Kanady w umilanie mi ostatnich miesięcy jest nieprzeceniony. Obok pop-dziwadła Tonetta (taki ichniejszy Ariel Pink, tylko znacznie starszy) i glam gwiazdy Jefa Barbary teraz trafiło mi się coś po drugiej stronie muzycznego spektrum. Sea Oleena to projekt niejakiej Charlotte Loseth, dwudziestolatki z kraju Klonowego Liścia, która w zaciszu swojej sypialni budzi duchy freak folku i delikatnej, islandzkiej elektroniki. Jej tegoroczny album „Sleeplessness”

36 Electric Nights

to pół godziny błogiego, melancholijnego, kruchego grania, w którym jest miejsce na odpowiednio wyciszony nastrój i (co najważniejsze) świetne piosenki. Jeżeli brakuje wam tej ekscytacji znanej z pierwszych przesłuchań takich zespołów jak Slowdive czy Sigur Rós - Sea Oleena przywróci ten klimat aż miło. I choć naśladowcy wyeksploatowali ów do cna, młodej Kanadyjce udaje się go ponownie uchwycić w bezpośredni, bezpretensjonalny sposób. Tutaj nie ma nudy.. TEKST: Emil Macherzyński


SebastiAN Total Francuski duet przed wydaniem debiutanckiego albumu niczym specjalnie się nie wyróżniał. Owszem, zdarzały się SebastiAN soczyste, taneczne, singlowe numery i niezłe remixy, ale nikt chyba nie wierzył, że starczy im pomysłów na całą płytę. Tymczasem w stajni Ed Banger muzycy dali z siebie po prostu wszystko, nagrywając krążek, który jest przekrojowym spojrzeniem na współczesne trendy w muzyce klubowej. Nazwa albumu mówi wszystko - owe spojrze-

nie w wykonaniu SebastiAN ma charakter totalny. Na krążku znalazły się więc żywe, prince’owe kawałki z domieszką soulu (gościnnie pojawia się Mayer Hawthorne), rześki, przebojowy electropop („Embody”), cała paleta chwytliwych, frenchtouchowych utworów (z najlepszym „Arabest” na czele), a nawet trashhouse’owe kolaże („Motor”). Nadmiarem pomysłów Francuzi mogli obdarzyć niejeden album, ale postawili na efektowny maksymalizm. Wybronili się, ale od tego bogactwa głowa może rozboleć. TEKST: Kasia Wolanin

Sinusoidal Sinusoidal EP Adrianna Styrcz objawiła się w „X-Factor” śpiewając energetyczne soulowe numery Etty James i Gabrielli Cilmi. W takiej sytuacji debiutancka EP-ka tworzonego z Michałem Siwakiem duetu Sinusoidal okazuje się ogromnym zaskoczeniem. Arytmiczny, instrumentalny „This Side” sprawia, że nadstawiamy ucho wyraźniej. Z czasem numer stopniowo się rozwija, zdradzając ambientowo-triphopowe aspiracje projektu. W IDM-owym „Cookie With A Surprise” do głosu dochodzi Ada, która swoim oszczędnym śpiewem idealnie wpasowuje się w klimat tworzonej przez Michała muzyki. On sam

odzywa się w „Lullaby”, ale bardziej recytuje, niż śpiewa, w dodatku jego głos jest przetworzony. Na razie jest dobrze, choć bez większych uniesień. Te czekają nas dopiero na wysokości czwartego w zestawie „The One”. Bardzo oszczędny podkład i unoszący się nad nim wokal Adrianny przeszywają i wywołują samoczynne, lekko konwulsyjne ruchy. Niesamowita, całkowicie pochłaniająca mieszanka niepokoju i piękna. We wrześniu na rynku pojawi się pełnowymiarowy album Sinusoidal. Jeśli znajdą się na nim jeszcze dwa, trzy takie utwory, dostaniemy jedno z najmocniejszych tegorocznych wydawnictw na rodzimej scenie. Trzymamy kciuki. TEKST: Maciek Kancerek

Thievery Corporation Culture Of Fear Amerykanie lubią gości. Na ich płytach śpiewali już choćby Perry Farrell i David Byrne. Tym razem nie ma aż tak głośnych nazwisk, choć raper Mr. Lif czy Shana Halligan, wokalistka Bitter:Sweet, nie są anonimowymi postaciami. A na „Culture Of Fear” możemy usłyszeć jeszcze choćby Lou Lou, dla której to nie pierwszy featuring z Thievery Corporation. Tym razem kooperacja zaowocowała m.in. chilloutowym, falującym „Take My Soul”. Zdarza się jednak, że Rob Garza i Eric Hilton dają odpocząć wokalistom i przekazują emocje wyłącznie

przy pomocy muzyki. Tak jest choćby w „Light Flares” i trwającym blisko osiem minut dubowym „Tower Seven”. Bez względu na to, czy słuchamy podszytego funkiem „Web Of Deception”, czy jesteśmy np. przy „Stargazer”, muzyka Thievery Corporation jest niezwykle wysmakowana i na swój sposób elegancka. Nowa propozycja od artystów z pewnością ucieszy ich sympatyków. „Culture Of Fear” nie przynosi żadnych rewolucji, nie zawiera też słabych utworów, choć z drugiej strony brakuje tutaj wybijających się numerów. Takich należy szukać choćby na „The Cosmic Game” z 2005 roku. TEKST: Maciek Kancerek

Tides From Nebula Earthshine Wyobraźcie sobie, że jesteście gdzieś w górach. O świcie wychodzicie ze schroniska, z kubkiem kawy w dłoni siadacie na lekko chyboczącej się starej ławce, rozglądacie się dookoła i podziwiacie piękno oraz majestat czystej, niczym nieskażonej przyrody. Bierzecie głęboki wdech i... coś jest nie tak. Świat wykreowany na drugiej płycie stołecznego kwartetu z jednej strony jest przestronny i głęboki, ale z drugiej - brakuje mu namacalności. Jest na „Earthshine” coś, co sprawia, że boimy się „dotknąć” tej muzyki, żeby nagle nie okazało się, iż przedstawione krajobrazy są sztuczne, że ktoś tworzy przed nami jedynie iluzję. Właściwie wszystko jest na swoim miejscu

– odpowiednie brzmienie, mnóstwo fantastycznych pomysłów. Zabrakło tylko jednego. Duszy. Dlatego „Earthshine” ma szansę Wam podejść, ale nie pochłonie Was bez reszty. Mimo to penetrujące post-rockowe obszary Tides From Nebula to wyjątkowe zjawisko na polskiej scenie. Niewielu wykonawców u nas zajmuje się tym trudnym nurtem, choć target post-rockowy ewidentnie funkcjonuje. Świetnie, że ambitne rodzime kapele wychodzą z podziemia zyskując coraz szerszą publiczność. Europejscy słuchacze także doceniają TFN, grupa obskoczyła w tym roku kilka ważnych imprez na całym kontynencie. W kraju też budują sobie mocną pozycję. W końcu producentem „Earthshine” jest sam Zbigniew Preisner. TEKST: Maciek Kancerek

Electric Nights

37


Washed Out Within And Without EP-ki Ernesta Greene’a sprzed dwóch lat były nie lada wydarzeniem w rzeczywistości raczkującego jeszcze wówczas chillwave’u. Amerykanin z Georgii stał się drugą po Chazie Bundicku twarzą interesującego gatunku, który dzisiaj ma już status czegoś na kształt nowego popu, a kolejnych, „buszujących w chillwavie” wykonawców poznajemy praktycznie każdego tygodnia. Nagrany dla Sub Popu debiut sprawia wrażenie, jakby dla Greene’a czas trochę stanął w miejscu. Na poziomie ogólnym jest to bowiem chillwave w najczystszej, niemalże pierwotnej postaci z całą tą charakterystyczną, synthpopową nostalgią, do której gatunek zdążył nas już doskonale przyzwyczaić. „Within And Without” prezentuje się jako bardzo spójna płyta, podczas słuchania której (jeśli się dostatecznie nie skupimy) nie zauważymy, że jeden kawałek przeskakuje w drugi. Pod tym względem EP-ki sprzed dwóch lat okazują

się o wiele lepsze – kompozycyjnie były ciekawsze i jednak nieco bardziej zróżnicowane. Z homogenicznej całości albumu szczególnie pozytywnie wybija się downtempowe „Echoes”, brzmiące jak zaginiony numer z 2009 r. „Amor Fati” czy rozmarzone, balearyczne „Before”. Mimo pozornej, leniwej monotonii, „Within And Without” jest albumem, który w swojej kategorii dystansuje sporą część konkurencji, potwierdzając klasę jego autora. Greene w dalszym ciągu nie opuścił romantycznych, spokojnych plaż, które pojawiały się na okładkach jego wydawnictw sprzed paru lat, co z jednej strony jest zaletą (nigdy za wiele łagodnych, wakacyjnych brzmień na chillout w słońcu), z drugiej wadą. W końcu gatunek przez te kilkanaście miesięcy mocno zdążył już ewoluować w stronę nieco bardziej skomplikowanych, interesujących form. Wydaje się, że Ernest Greene to wie, ale niekoniecznie chce zawsze i wszędzie się do tego dostosowywać. TEKST: Kasia Wolanin

Władysław Komendarek Chronowizor Władysław Komendarek to artysta niekoniecznie znany młodej publiczności. Nic w tym dziwnego, w końcu ma swoje lata (muzyk urodził się w 1948 roku), a największe sukcesy jego macierzystej formacji Exodus przypadły na lata 80 XX wieku. Uczestnicy festiwali takich jak Nowa Muzyka czy OFF nie mają najczęściej pojęcia o jego istnieniu. Jestem jednak pewien, że zaproszony na te imprezy przyciągnąłby sporą publiczność i zdobył tym samym fanów wśród polskich hipsterów. Mroczna elektronika Komendarka nie jest specjalnie daleka od wielbionych przez młodzież gatunków. Słychać na „Chronowizorze” klasykę trip hopu, odrobinę techno, ambientu, dark electro. W line-upie

Yellowcard When You’re Through Thinking, Say Yes Pojawiają się jak grzyby po deszczu, zawsze wtedy, gdy wzrasta zapotrzebowanie na wakacyjne, pop-rockowe granie. A skoro chłopaki są z Florydy i od paru lat produkują słoneczny, wybitnie lightowy melodyjny punk, to na bank wiedzą, jak się to robi. Zespół Ryana Keya zrobił sobie co prawda ostatnio kilkuletnią przerwę, ale na chwilę obecną możemy ze spokojem stwierdzić, że nic się u nich nie zmieniło. Już „Paper Walls” pokazywało, że nie w głowie im rewolucje, że wiedzą kim są i nie zamierzają udawać nikogo innego. „When You’re Through Thinking, Say Yes” to dokładnie ten sam typ romantycznych, melodyjnych, gitarowych piosenek utrzymanych w licealno-koledżowej estetyce. O dziewczynach, o miłościach, tęsknotach. O wykrzykiwaniu słów z kawałków Saves The Day podczas wspólnej jazdy samochodem, o tym jak trudno słuchać muzyki przywołującej niektóre wspomnienia, o tym jak ludzie po latach zmieniają swoje odczucia względem siebie. Yellowcard brzmią w tym wszystkim autentycznie, nie rażą banałem, kumulują zaś ogromną ilość pozytywnych wibracji. Zarówno szybsze, energiczne numery („With You Around”), jak i przeplatające się z nimi ładne ballady („Hang You Up”) w społeczeństwie, które wyrobiło sobie choć odrobinę lepszy masowy gust, mogłyby bez problemu podbijać radiowe listy przebojów. TEKST: Łukasz Zwoliński

38 Electric Nights

letnich imprez artysta świetnie wpasowałby się w sceny zapełnione przez Moderat, Emeralds, Barn Owl, Aphex Twina czy Fennesza. Mimo skondensowania już znanych, nieco przewidywalnych eksperymentalnych brzmień, płyty słucha się przyjemnie. Wyraźną wadą jest jedynie długość. Pomysły na utwory kończą się czasem już po trzeciej minucie, a w niektórych przypadkach są rozciągnięte na minut kilkanaście. TEKST: Marcel Wandas

R

e

k

l

a

m

a


on tour Dolina Trzech Stawów, Katowice, 4.08-7.08.2011

OFF Festival

Dzien I Centrum Kultury Katowice, 20:30 Tegoroczna edycja OFF-a nie mogła wymarzyć sobie lepszego rozpoczęcia od koncertu Current 93. Koncertu zarówno świetnego pod względem repertuaru, jak i klimatu. David Tibet wraz ze swoim zespołem, wzmocnionym o talent Michaela Cashmore’a, zaprezentował w dużej mierze materiał z nowszych wydawnictw. Jednak biorąc pod uwagę ich imponującą dyskografię, ciężko było oczekiwać przekrojowego setu. Pod względem nastroju ten

występ to z jednej strony mroczne, lekko apokaliptyczne show, z drugiej - widowisko powodujące uśmiech na twarzach słuchaczy. Głównie za sprawą intra w postaci „Rivers Of Babylon” Boney M oraz Baby Dee grającej i śpiewającej „Be Optimistic” Shirley Temple. Muzycznie najmocniejszym fragmentem koncertu był bis, podczas którego obok wspomnianej piosenki Amerykanki pojawił się „Lucifer Over London”. Do tej pory powtarzam w głowie „And six six six / It makes us sick...”. Po takim otwarciu cały festiwal po prostu musiał się udać! (GL)

Tegoroczny OFF Festival pokazał, że jesteśmy o krok od wpisania go na mapę najważniejszych imprez masowych w Europie. Świetna organizacja, czujna, ale nienachalna ochrona i przede wszystkim tłum kulturalnych ludzi udowadniają po raz kolejny, że można zorganizować dobry festiwal bez pójścia na łatwiznę. I co najważniejsze - nie rezygnując z wysokiego poziomu artystycznego.

THE CAR IS ON FIRE Scena mBank, 16:10

Dzien II

CURRENT 93

Tradycji musiało stać się zadość właściwie po raz trzeci duży festiwal rozpocząłem przy dźwiękach The Car Is On Fire. Przez te lata skład grupy zmieniał się parokrotnie, obecnie jest najliczniejszy w historii warszawskiego zespołu. Jakie to ma przełożenie na sceniczne wcielenie chłopaków? Jeszcze bogatsze wielogłosy, jeszcze bardziej wysmakowane brzmienie. Sam koncert (jak kilka innych w Katowicach) odbył się niestety jakby równolegle do mnie, przeleciał gdzieś obok. Czy to wina tego, że na terenie OFF Festivalu pojawiłem się niemal zaraz po ponad pięciogodzinnej,

rozpoczętej z samego rana podróży pociągiem, czy ostro naparzającego słońca i pustego żołądka, czy rozmów ze znajomymi - czegoś zabrakło. Podczas gigu TCIOF usłyszeliśmy m.in. nowy singiel „Lazy Boy” czy kończące występ „Love”, jeszcze nielicznie zgromadzona publiczność dobrze się bawiła, ale ogólny klimat przypominał niedzielny piknik w parku. (ŁK)

WARPAINT

Scena Leśna, 18:45 Już kilka tygodni przed wkroczeniem na scenę pań z Warpaint wiadomym było, że godzina rozpoczęcia tego koncertu może absolutnie zniweczyć wysiłki

Electric Nights

39


dziewcząt. Stało się to, czego można się było obawiać. Jak członkowie Interpolu dość głupio wyglądają w wełnianych swetrach, tak i żeński, zdecydowanie bardziej wyjściowy odpowiednik ekipy Paula Banksa oświetlany bijącym z nieba blaskiem stracił wiele ze swego naturalnego uroku. Pierwsza wielka gwiazda OFF Festivalu 2011 nie rozczarowała bynajmniej pod względem czysto muzycznym, odgrywając kawałki ze swojego albumu z należytą starannością i rzetelnością. Otwierające występ Kalifornijek „Warpaint”, hitowe „Undertow” czy pochodzące z debiutanckiej EP-ki cudowne „Elephants” desperacko domagały się jednak kameralnej, intymnej atmosfery, którą zagwarantować może jedynie męskie ramię. I któraś ze scen namiotowych w późnych godzinach nocnych. (KB)

JUNIOR BOYS

Scena mBank, 19:40 Nie jest to zespół potrafiący odnaleźć się na tak wielkiej scenie ani też gromadzący publiczność mogącą zapełnić całą przestrzeń, więc nie wyglądało to imponująco. Ale wykonawczo muzycy poradzili sobie bardzo dobrze i odkryli trochę składniki swojego brzmienia ukrywane pod warstwami nowoczesnego technominimalizmu. Mowa o ewidentnych koneksjach ze szkołą kompozycyjno-melodyczną spod znaku ambitnego popu z lat osiemdziesiątych Tears For Fears. Co mnie osobiście zachwyciło. (EM)

to dzielny ruch. I (jak się okazuje) trafiony. Nie będę Wam polecał słuchania Meshuggah i nie będę udawał, że da się ich znieść w zaciszu domowym, ale zobaczenie na żywo tej technicznej precyzji połączonej z energią miażdżyło. Ciągłe zmiany metrum, wirtuozeria bez symfonicznego nadęcia i ani chwili wytchnienia od ciężaru lejącego się z głośników. Prawdopodobnie największe zaskoczenie całego festiwalu. (EM)

MATTHEW DEAR (LIVE BAND)

Trójkowa Scena Prezydencji, 22:00 Omar Souleyman zaserwował imprezę weselną, o której wszyscy marzyli, a do jakiej każdy wstydził się przyznać. Matthew Dear wywołał ten sam skutek przy pomocy zupełnie innych środków. Autor „Black City” wskazał nam drogę do mrocznej, niebezpiecznej dyskoteki. Tego, co zastanie się w środku nikt się chyba nie spodziewał, ale niemal każdy z uczestników swoistego misterium nie miał obiekcji przed nazwaniem go później jednym z najlepszych koncertów tegorocznej edycji OFF-a. Przyodziany w białą marynarkę DJ uraczył wszystkich soczystym, intensywnym setem „elektronicznym”, w którym najmniej było elektroniki, a dominującą rolę odegrały żywe, hedonistyczne brzmienia gitary i wprowadzającej hipnotyczny klimat trąbki. Wszyscy zostali wprost stłamszeni charyzmą

CZESŁAW ŚPIEWA TESCO VALUE

OMAR SOULEYMAN

Znając Czesława Mozila z jego solowych poczynań można się trochę zaskoczyć faktem, iż jego grupa Tesco Value to w zasadzie nieodległe od teatralnej barokowości Dresden Dolls nowoczesne, bezpretensjonalne granie z bardzo rozbudowanym instrumentarium. Artyści byli w formie, piosenki dobre i choć konferansjerka lidera miała w sobie coś z taniego szołmeństwa oraz dziwactw, muzycznie był to świetny koncert, na którym przygotowany zespół z obopólną przyjemnością odgrywał swoje kawałki. Życzę sobie, by o większej ilości muzyków z telewizji można było tak powiedzieć. (EM)

Syryjska muzyka weselna była na tym festiwalu nawet większą ciekawostką niż zaskakujący zwrot line-upu w stronę eksperymentalnego metalu. Przez pierwszy kawałek słuchało się Omara z zainteresowaniem, ale jeżeli nie weszło się w wielką imprezę pod sceną, z punktu widzenia odbiorcy występu gościa z Bliskiego Wschodu, na wysokości trzeciego utworu patent z beznamiętnym wodzirejem melodeklamującym „nie wiadomo co” na egzotycznie brzmiącym podkładzie po prostu nudził. (EM)

Scena mBank, 22:00

MESHUGGAH

Scena Leśna, 20:45 Gigantyczny szacunek dla Artura Rojka za odwagę. Ściągnięcie ekstremalnie metalowego zespołu na festiwal koncentrujący się wokół muzyki potocznie zwanej „indie”

40 Electric Nights

gwiazdy wieczoru, potwierdzającej zasadność porównań z parkietową inkarnacją Davida Bowiego i nakreślając jednocześnie różnice między słowami „Matthew Dear” oraz „Matthew Dear (Live Band)”. Jeszcze nigdy to, co w nawiasie nie miało aż tak dużego znaczenia. (KB)

Scena Eksperymentalna T-Mobile Music, 23:00


THE JON SPENCER BLUES EXPLOSION Scena Leśna, 23:05

Jeżeli się lubi takie dźwięki, to prawdopodobnie było super, ale stojąc z boku bez większej sympatii czy antypatii dla muzyki zespołu Jona Spencera jego tendencja do grania wszystkiego „na jedno kopyto” po jakimś czasie zaczynała męczyć. Brudny, energetyczny blues to rzecz bardzo ciekawa, ale nie kiedy wydaje ci się, że od godziny zespół wykonuje jeden, nierozbudowany utwór. (EM)

MOGWAI

Scena mBank, 00:10 Koncert rozmarzonych postrockowców przypomniał chyba wszystkim zgromadzonym pod

Sceną mBank, że ich muzyka to w znacznej większości narastające powtarzanie jednego motywu przez ok. sześć minut, co nie sprzyjało atrakcyjności występu. I chyba publika zgodziła się ze mną w tej konstatacji, bo najbardziej żywiołowo zareagowała na jeden z niewielu przypadków flirtu zespołu z popem - przy piosence „Hunted By A Freak”. Zabrakło większej ilości takich zróżnicowań dynamiki, set nie miał żadnej dramaturgii, a odbębnione na koniec „Mogwai Fear Satan” z ich klasycznej już debiutanckiej płyty nie zabrzmiało wcale z większą mocą niż oparte na podobnych schematach mniej porywające, nowsze piosenki. Tego dnia nawet osławione ściany gitarowego ataku, które podobno mają rozsadzać uszy słuchających, były trochę zaspane. (EM)

LOW

że chłopakom może chodzić o coś więcej niż tylko okładkowe sesje w młodzieżowych magazynach. Wielka szkoda, że nie zagrali coveru Wolf Parade „You Are A Runner And I Am My Father’s Son”), który do tej pory był w zasadzie ich jedynym rozpoznawalnym utworem. Czekamy na album, bo może już niedługo ta sytuacja ulegnie zmianie. (KB)

Może zespół porwałby bardziej, gdyby nie ciągłe problemy sprzętowe - szwankowały mikrofony, odsłuchy, rozstrajały się gitary i odkręcały śruby od hi-hatu. Mimo to Blonde Redhead powodów do narzekań nie dostarczyli, co chyba jest najważniejsze. (EM)

Scena Leśna, 01:25 Intymna muzyka formacji z Duluth, jaką przyszło nam słuchać pod koniec pierwszego dnia, nie za bardzo przemawiała do trochę zmęczonej już publiki. I choć Low starali się bardzo (pojawiły się elementy jak na ultra wolną muzykę zespołu bardzo głośne i żywiołowe, zagrali hit „Sunflower”, zagadywali trochę publikę), ich statyczność i bariera fizyczna w postaci zasłaniających scenę płotów nie pomagały we wczuwaniu się w klimat koncertu. OFF Festival powoli zaczyna być za dużym eventem na muzykę, jaką Artur Rojek zdaje się preferować - ciepłą i na wskroś personalną. (EM)

Dzien III KAMP!

Trójkowa Scena Prezydencji, 15:00 Podobnie jak w przypadku koncertu The Car Is On Fire występ KAMP! o mały włos nie wpisał się w moją małą tradycję festiwalową. Czyt. prawie ominął mnie zupełnie, choć chciałem go zobaczyć. Był to zresztą największy dylemat całego eventu - iść na très.b z wielkim kartonowym sercem z napisem „Misia” w środku, czy wybrać jednak imprezowy pewnik w postaci setu łódzko-wrocławskiej grupy. Koniec końców z racji przygód w Katowicach straciłbym oba, pędząc (jednak) na imprezę w namiocie Trójki przez dłuższy moment nawet nie załapałem, że na mijanej Scenie mBank gra właśnie très.b. Tomek, Michał i Radek przywitali mnie swoimi najmłodszymi dziećmi w postaci „Heats” (to jeszcze w drodze na koncert), „Distance Of The Modern Hearts” i świetnego „Cairo” z klawiszem na dużym pogłosie. Był też tradycyjny elektroniczny jam, ale przede wszystkim pełen namiot ludzi, wśród których dało się zauważyć osoby z logo KAMP! na koszulce.

No Panowie, ojczyzna na Was liczy (z tą płytą)! (ŁK)

DRY THE RIVER

Scena Leśna, 17:00 Muzykom brytyjskiego Dry „o Boże, jacy oni śliczni” The River najwięcej krzywdy wyrządziła chyba zamieszczona w festiwalowej książeczce informacja lokująca ich w połowie drogi między Fleet Foxes a post-rockowymi destruktorami z Godspeed You! Black Emperor. Tych przymierzających się dopiero do swej debiutanckiej płyty dość amerykańskich Anglików czekała więc poważna próba sił. Jakkolwiek porównania do grupy Robina Pecknolda wydawać się mogą całkiem niegłupie, tak łamanie sielskiego folkowego klimatu mocarnymi, instrumentalnymi tąpnięciami równie dobrze porównać można z każdym zespołem, który posiada w swoich szeregach więcej niż jedną gitarę. Było więc w przeważającej części ładnie i piosenkowo, choć inspiracje brodatą Americaną powinny być tutaj raczej zastąpione Britfolkową tradycją spod szyldu Mumford & Sons. Potężne gitarowe końcówki wyraźnie wskazują,

BLONDE REDHEAD Scena mBank, 17:50

Jednojajowi bliźniacy i Azjatka zaprezentowali nam zarówno swoją bardziej eklektyczną, flirtująca z elektroniką stronę, jak i przypomnieli, że kiedyś uważano ich za kontynuatorów stylu wczesnego Sonic Youth. Jeżeli można określić ten występ jednym słowem, był to wyraz „solidny”.

MALE BONDING

Trójkowa Scena Prezydencji, 17:50 Decyzja odnośnie wyboru między świetnie rokującymi Male Bonding a już niemal legendarnymi Blonde Redhead była jednym z największych dylematów festiwalu. Porażka Warpaint w walce z nieprzystającą do muzyki aurą odebrała koncertowi Kazu Makino i bliźniakom pewnie więcej niż jednego widza. Czy było warto? Pogujący w pierwszych rzędach

Electric Nights

41


miłośnicy alternatywnego gitarowego old schoolu powiedzą zapewne, że nie mogło być lepiej, a przydeptane glanami buty można szybko wyczyścić pastą polecaną w TV Mango. Niestety trudno mi podzielać ich entuzjazm - w pójściu na koncert Male Bonding upatruję jeden z większych błędów weekendu. Kilkanaście krótkich, tak samo brzmiących piosenek zdecydowanie lepiej wypadło w wydaniu albumowym. Kończące gig Brytyjczyków, znakomite „Bones” spowodowało jednak dziwne wrażenie niedosytu i nadziei, że sobowtór Moby’ego w bejsbolówce razem ze swoimi kompanami odwiedzi wkrótce któryś z polskich klubów, promując już drugi, lepszy album. (KB)

KURY - „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” LIVE Scena mBank, 19:40

awarii prądu, swojski klimat został trochę zepsuty, lecz ubrany w ogrodniczki zespół nic sobie z tego nie robił grając w scenicznym półmroku. Trzeba pamiętać, że oprócz pełnienia roli komediantów Tymon i spółka to wybitni instrumentaliści, więc nie mogło zabraknąć typowych dla koncertowego wcielenia zespołu pierwszorzędnych improwizacji. Dla niezaznajomionych z kurzą twórczością był to najlepszy dowód na istnienie drugiego polovirusowego dna. (KB)

NEON INDIAN

Scena Leśna, 20:45 Jak przystało na prawdziwą gwiazdę młodego niezależnego popu, Alan Palomo zagrał bezbłędny, energetyczny set. Z owianych rozgrzanym teksańskim kurzem piosenek zrobił taneczne, ruszające ciało

zobaczyć na żywo legendę sceny post-punkowej. Gang Of Four, zespół należący do najbardziej oryginalnych i stylistycznie rozpoznawalnych w historii muzyki rockowej, dał naprawdę przyzwoity występ, w którym nie zabrakło miejsca zarówno dla nowych, jak i klasycznych kompozycji. Repertuar obejmował takie szlagiery jak „Ether”, „Damaged Goods”, „At Home He’s A Tourist” czy „Anthrax”, a utwory z tegorocznego albumu „Content” w wersji live brzmiały zdecydowanie lepiej niż w wersjach studyjnych. Można było wprawdzie mieć zarzuty do formy wokalnej Jona Kinga albo narzekać na brzmienie gitary, która nie „piłowała” uszu z taką zaciekłością jak na płytach, ale te niewielkie mankamenty nie wpływały na odbiór całego koncertu. W końcu okazja, aby usłyszeć na żywo połowę klasycznego albumu „Entertainment!” nie zdarza się w XXI w. na co dzień. (PN)

DESTROYER Zadziwiające to zjawisko, że Arturowi Rojkowi rokrocznie udaje się doprowadzić do zagrania kultowych polskich płyt w wykonaniu kapel, które istnieją już tylko w wyobraźni fanów. Co prawda z różnych przyczyn twórcy „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” są obecnie daleko od oryginalnego składu, jednak miło było przypomnieć sobie ten dźwiękowy kolaż gatunków w pastiszowej obróbce, przeplatany komediową konferansjerką maestro Tymańskiego. Konsternacja zagranicznych turystów musiała być niemała, kiedy polska publiczność zaśmiewała się do łez z tekstów disco-polo-reggaeweselno-metalowych kawałków, pomiędzy które wkradły się m.in. wątki dotyczące NBA, np. miłość Koby’ego do Shaqa. W drugiej części koncertu, za sprawą

42 Electric Nights

killery, wywijając przy tym i szalejąc bez opamiętania wcale nie gorzej niż ludzie pod sceną. Skład zespołu, jaki zobaczyliśmy, uzupełniali gitarzysta, perkusista i urocza pani od klawiszy oraz tamburynu, a sam lider skupiał się na radosnych pląsach, czasami tylko manipulując efektami i samplami, grając na ciekawie urozmaicającym brzmienie zespołu thereminie. Kolejny (po zeszłorocznym występie Toro Y Moi) chillwave’owy, przytomny strzał ze strony organizatorów. (EM)

GANG OF FOUR Scena mBank, 22:00

Kto w sobotę punktualnie o dziesiątej wieczorem nie stawił się pod sceną główną, ten prawdopodobnie przegapił jedną z ostatnich okazji, aby

Scena Leśna, 23:05 Fanów wycieńczonych całym dniem festiwalowych zmagań nie

mogła czekać w sobotę lepsza nagroda niż koncert Destroyera. Godzinę przed północą Dan Bejar rozpoczął swój magiczny pokaz, który oczarował sielskim, onirycznym klimatem, idealnie uzupełnionym o przytulny wokal ocieplający chłodną noc. Rozmarzony Kanadyjczyk włóczył się po scenie lekko wyobcowany, ale brak konferansjerki nikomu nie mógł przeszkadzać, gdyż ta zabiłaby z pewnością cały nastrój wytworzony przez jego obfitych rozmiarów zespół. Bawiąc się kabelkiem od mikrofonu niczym Jerzy Połomski, Destroyer w przerwach między piosenkami popijał piwo z butelki (tu analogie z Jerzym Połomskim się kończą), by później czarować repertuarem głównie z ostatniego albumu, „Kaputt”. Trudno wyobrazić sobie lepszy początek niż „Chinatown”, tak samo jak ciężko o bardziej adekwatny do późnej godziny motyw niż intro „Suicide Demo For Kara Walker” czy piękniejszy wokalnie kawałek niż „Song For America”. Dan Bejar we wspaniały sposób utulił nas do snu, z którego szybko i bezczelnie wyrwali wszystkich Primal Scream. (KB)


PRIMAL SCREAM - „SCREAMADELICA” LIVE Scena mBank, 00:10

Trochę oszukali z tym graniem „Screamadelici”, bo nie wybrzmiały literalnie wszystkie piosenki („Shine Like Stars”!) ze sławetnego mariażu stonesowskiego rock ’n’ rolla i acid house’u. Były za to potężne,

taneczne bębny, te wszystkie wypełnione narkotykami melodie, tłum świetnie bawiących się ludzi i ogólny przekaz, że należy się wzajemnie kochać. Jeżeli można mieć jakieś zastrzeżenie, to do faktu, iż na koniec Primal Scream zagrali set złożony z trzech piosenek spoza kultowego albumu - finał części głównej

z tysiącami gardeł krzyczącymi słynny zaśpiew z „Come Together” (co przecież przez moment miało miejsce) byłby magią totalną. Zamiast tego usłyszeliśmy jeszcze m.in. „Country Girl” i czar trochę prysł, ale pomijając ten drobny zgrzyt, Gillespie i spółka spisali się wzorowo. (EM)

SUUNS

Scena Eksperymentalna T-Mobile Music, 01:15 Wydawać by się mogło, że wybierając Kanadę nie da się źle trafić, ale najwyraźniej nie wszystko zrodzone pod tamtą szerokością geograficzną to czyste złoto. Suuns zaprezentowali się jako dosyć standardowy skład spod znaku nowszego gitarowego grania i nie porwali. Gorycz tym większa, że nie tak daleko od Sceny Eksperymentalnej tłum szalał przy Danie Deaconie. Cóż, uroki festiwalowego bogactwa. (EM)

DAN DEACON

Scena Leśna, 01:25 Pamiętam jak na Open’erze w 2009 r. puszczałem o 4 nad ranem nagranie z YouTube’a z występu Dana Deacona mówiąc kumplowi, że tego zabrakło w Gdyni, iż na taki koncert „to by się poszło”. Nie wiem

co się zadziało w oficjalnym programie OFF-a, ale zaczynający teoretycznie swój występ zaraz po Primal Scream szalony Dan musiał jakoś przeskoczyć w rozpisce, bo po przybyciu na teren Sceny Leśnej impreza trwała już w najlepsze. Co gorsza, skończyła się też niezgodnie z planem, przedwcześnie, mi z kolei już zabrakło w środku nocy sił i chęci, by przedzierać się przez tłum festiwalowiczów, którzy szczelnie otoczyli Amerykanina. Tym samym to był bodaj pierwszy koncert w moim życiu, na którym ani przez moment nie widziałem mistrza ceremonii. I pierwszy, podczas którego na scenie siedziała obsługa techniczna, bo Deacon wbił się do fosy dla fotografów i z tej pozycji dał zwariowany performance. Ale ten los podzielili też i inni słuchacze, którzy nic z tego sobie nie robiąc radośnie pląsali gdzieś z boku przy elektronicznych mózgotrzepach, świetnie (jak się okazuje) sprawdzających się o tej porze. Były oczywiście konkursy dla publiczności, szlagiery pokroju „Woof Woof” czy „Baltihorse” i słowa wystrzeliwane z prędkością karabinu przez artystę („Wyślijcie mi tysiąc hamburgerów!”). Jednym słowem - beznapinkowa zabawa w najlepsze. (ŁK)

Dzien IV RINGO DEATHSTARR Scena Leśna, 15:35

Znam ludzi, którzy znają ludzi, których kuzyni mają znajomych uważających koncert Ringo Deathstarr za najlepszy występ festiwalu. Przy takim obrocie zdarzeń, potencjalny gig My Bloody Valentine musiałby wystrzelić ich zapewne prosto na księżyc. Sympatyczni młodzi ludzie z Teksasu nie mieli zbyt sprzyjających okoliczności pogodowych (albo mieli je zbyt dobre) w postaci lejących się

z nieba kropel upiornie gorącego słońca, przez co większość słuchaczy oglądała ich występ w pozycji horyzontalnej. Wystarczy wypowiedzieć magiczny zwrot „gitarowa ściana dźwięku”, by doskonale zorientować się w sytuacji i dowiedzieć się jak mniej więcej zaprezentowali się na scenie Amerykanie. Koniec końców co by na niej zrobili i tak wszyscy mówiliby później tylko i wyłącznie o maskotce zespołu w postaci długonogiej, rudej basistki w przykrótkiej sukience. (KB)

BIELIZNA - „TANIEC LEKKICH GORYLI” LIVE Scena Leśna, 17:00

Koncert Bielizny był unikalną okazją, aby starzy fani tego zespołu mogli raz jeszcze usłyszeć na żywo klasyczny, debiutancki materiał „Taniec lekkich goryli”, wykonany w oryginalnym składzie. Co ciekawe - ani muzyka, ani przesłanie tej płyty wcale się po latach nie zestarzały, a młodszej publiczności, być może nie pamiętającej realiów późnego socjalizmu, Jarek Janiszewski zgrabnie tłumaczył

wszelkie zawiłości i metafory ukryte w tekstach piosenek, uzupełniając je anegdotami i przaśnymi, ludycznymi dowcipami, często opartymi o niedwuznaczne aluzje seksualne. Szkoda, że Bielizna zdecydowała się zagrać w trakcie koncertu jeden nadmiarowy utwór, bowiem przy końcu okazało się, że zabraknie czasu na szlagierowy finał w postaci „Prywatnego życia kasjerki P.K.P.” Cóż, organizatorzy zaopatrzeni w bułgarskie zegarki byli pod tym względem wyjątkowo skrupulatni, zabierając publiczności (całkiem licznej,

Electric Nights

43


dobrze wyselekcjonowali materiał, racząc najlepszymi momentami z drugiego krążka „Rated O”, chociaż nikt zapewne nie pogardziłby kilkoma przystępniejszymi fragmentami „The Wedding”, których nawet z górniczą lampą próżno było szukać. Namiot T-Mobile rozrywała potęga podwójnego zestawu perkusyjnego i pierwotna gitarowa moc, czego nie spodziewali się ci, którzy znali zespół dotychczas tylko i wyłącznie z dodawanej przy wejściu książeczki. Przypominający pracowników Microsoftu zespół z frontmanem wyglądającym jak Paweł Kowal z ugrupowania Polska Jest Najważniejsza z miejsca stał się jedną z najmilszych niespodzianek tegorocznej edycji OFF Festivalu i pewnie jednym z najgłośniejszych gigów w jego historii. Obawiam się jednak, że dziesięć kolejnych godzin ich koncertu mogłoby skutkować wizytą na kozetce u psychologa. (KB)

biorąc pod uwagę niesprzyjającą aurę) wisienkę z tego smakowitego tortu. (PN)

LIARS

Scena mBank, 19:40 Liars, co w związku z offowym koncertem należałoby przetłumaczyć jako „Hochsztaplerzy”, zaczęli grać z grubo dwudziestominutowym opóźnieniem. Zaowocowało to wystartowaniem Nowojorczyków z pułapu punktacji ujemnej, lecz ci niewiele próbowali później zrobić, by się w jakiś sposób zrehabilitować. Kiedy już jednak zaczął się eksperymentalnoszamańsko-noise’owy set Amerykanów, ciężko było jednoznacznie ocenić, czy próby dźwiękowe cały czas trwają, czy jednak już można śmiało chłonąć koncert. Z tym bywało różnie, głównie dzięki fatalnemu nagłośnieniu początkowej części występu, co niestety w przypadku głównej sceny nie było jednorazowym incydentem, a co kompletnie wyprało ten performance z jakiegokolwiek klimatu. Liars zaserwowali pokaz dysonansów, przechodząc od cichego mruczenia do hałasu, czego najlepszym przykładem było oczywiście „Scissor”. Niestety, klimatyczne mruczanki w lepszym

44 Electric Nights

wykonaniu serwował w Katowicach już niejeden zespół, natomiast próby roztrzaskania świata za pomocą gitar to główna domena grającej tuż za rogiem Oneidy. W namiocie eksperymentalnym prawie się to udało, drużyna Angusa Andrewa nie rozłupałaby nawet orzeszka. (KB)

ONEIDA

Scena Eksperymentalna T-Mobile Music, 20:45 Ta ostatnia niedziela, a ściślej rzecz ujmując niedzielne godziny wieczorne były wyraźnie zdominowane przez niezależne amerykańskie granie gitarowe. Męczący się na scenie mBanku Liars poprzez swoje spóźnienie nałożyli się z początkiem koncertu Oneidy, która jednak też nie zaliczyła porażającego i zachęcającego startu. Rozpoczynając od siejącego konsternację drone’owego „Horizon” z ostatniego albumu „Absolute II”, kolejni reprezentanci Big Apple wystraszyli tych, dla których ów koncert był jedną wielką niewiadomą. Kto jednak przebrnął przez ospały początek, a hałas jest jego drugim imieniem, ten w głośnej, psychodelicznotransowej masakrze odnalazł się zapewne bez najmniejszego problemu. Brooklyńczycy dość

DEERHOOF

Scena Leśna, 20:45 Deerhoof to jeden z niewielu gitarowych zespołów, którego liderem jest perkusista. Na żywo odznacza się to szczególnie, kiedy na swoim bardzo skromnym zestawie bębnów gra dosłownie całym ciałem, ciągle szalejąc i uskuteczniając swoją ulubioną sztuczkę z robieniem przejść nie w tempo, przez co muzyka zespołu brzmi niesamowicie skomplikowanie, ale bez popisywania się. Koncert na OFF-ie był świetną energetyczną bombą, podczas której każdy członek zespołu „wariował” na swój sposób (wokalistka Satomi wykonywała charakterystyczne wykopy nogami), tak jak i szalała publika zgromadzona pod Sceną Leśną. (EM)


dEUS

Scena mBank, 22:00 Zgodnie z popularnymi prawami Murphy’ego - jeśli istnieje choćby najmniejsze prawdopodobieństwo, że coś pójdzie źle, to na pewno tak się stanie. Jeśli czekasz więc cały festiwal na koncert konkretnego zespołu, a prognozy, które zawsze się mylą akurat na tę godzinę przepowiadają deszcz, wtedy sprawdzą się ze stuprocentową dokładnością. Nie inaczej było podczas jednego z kluczowych gigów tegorocznej odsłony katowickiej imprezy. Obawy związane z nagłośnieniem głównej sceny nie były bezpodstawne, bowiem podczas pierwszych kawałków dEUS swobodnie można było ze sobą rozmawiać bez podnoszenia głosu, stojąc nawet w okolicach przednich barierek. Wokal dziękującego po polsku Toma Barmana był ledwie słyszalny, tak samo jak talerze, w które okazyjnie uderzał ubrany w czarną skórę wokalista belgijskiej kapeli. Na szczęście im dalej w las, tym sytuacja pod względem brzmienia wyglądała coraz lepiej, a po wcześniejszym rozczarowaniu nie było śladu. Zespół repertuarowo zaprezentował się dość przewidywalnie, chociaż nie ma w tym grama krytyki. Setlista zawierała w zasadzie wszystkie najlepsze piosenki z dość pokaźnej już dyskografii, nie zabrakło też oczywiście premierowych kawałków z zapowiadanej na wrzesień płyty, które zwiastują udany powrót do najlepszej piosenkowej formy z okresu „Ideal Crash”. (KB)

ARIEL PINK’S HAUNTED GRAFFITI Scena Leśna, 23:05

Wszyscy liczący na jakieś sceniczne ekscesy Ariela Pinka mogli być trochę zawiedzeni, choć ewidentnie znajdujący się pod wpływem Rosenberg dostarczał wielu akrobatycznych, szołmeńskich zagrywek. Haunted Graffiti to już dzisiaj pełnoprawny zespół, a nie grupa instrumentalistów odgrywająca pomysły lidera, co było widać na koncercie. Ich muzyka zmierza w stronę totalnej pop-psychodelii jakiej nie powstydziłby się David Bowie z jego najbardziej eksperymentalnego okresu z lat siedemdziesiątych. Mimo że klasyczne, nagrane w domu albumy wciąż będą głównym piosenkowym magnesem dla przyszłych fanów grupy, wygląda na to, że przed zespołem ciągle jest świetlana przyszłość jako

rzeczników freak-rocka w stylu Captaina Beefhearta. (EM)

PUBLIC IMAGE LTD Scena mBank, 00:10

Był to koncert udany i nieudany zarazem. Po takiej nazwie oczekiwało się nihilistycznej ekstazy będącej cały czas „na krawędzi”. W rzeczywistości profesjonalizm wykonawczy, bezbłędne brzmienie i bardzo przyswajalna setlista dały nam fenomenalne 90 minut muzyki na najwyższym poziomie, w której zabrakło chaotycznej magii. Dokładnie tej, która sprawiła, że teoretycznie skazany na porażkę były lider The Sex Pistols jest dzisiaj legendą głównie za sprawą swojego talentu, a nie pozamuzycznych, niepoprawnych politycznie ekscesów. Ciężko jednak oczekiwać, by czterech starszych panów wyszło na scenę i „walczyło”. Bo niby o co? Muzyka zupełnie wystarczyła, ale lekki niedosyt pozostał. Warto podkreślić też niesamowicie selektywne, potężne brzmienie. Prawdopodobnie najlepsze na całym festiwalu. (EM)

SEBADOH

Scena Leśna, 01:25 Szósta odsłona OFF Festivalu to edycja wielkich reaktywacji

- wznowienie działalności przez kultowy Sebadoh wydawało się najbardziej sensowne. Slot w samym środku nocy ostatniego dnia imprezy udostępniony alternatywnym rockowcom mógł wydawać się jednak dość ryzykowny. Wielu festiwalowiczów pakuje się niebawem i wybiera na pociąg, a ci, którzy jeszcze zostali, woleliby pewnie ukoić nerwy przy kołysankach Warpaint. Co prawda Public Image Ltd odebrali Sebadohowi w pierwszej fazie koncertu kilkanaście rzędów przysłowiowych krzesełek, jednak z biegiem czasu Lou Barlow, Jason Loewenstein i Bob D’Amico zbierali pod sceną coraz większą ilość fanów gitarowego mięsiwa. Amerykański tercet na najlepiej nagłośnionej scenie festiwalu swym klarownym, fantastycznym soundem odciął pępowinę łączącą ich niegdyś z nurtem lo-fi. Legenda wypruwała żyły, grając kawałki głównie z dwóch najlepszych albumów, czyli „Harmacy” i wznowionego w tym roku „Bakesale”, którego reprezentanci cieszyli się najbardziej entuzjastycznymi reakcjami słuchaczy. „License To Confused”, „Careful” czy lekko zmienione aranżacyjnie „On Fire” cofnęły publiczność kilkanaście lat wstecz. Niestety wielkimi nieobecnymi okazały się jedne z najbardziej

lirycznych fragmentów twórczości Barlowa. Mimo wszystko był to koncert bez wątpienia lepszy niż ubiegłoroczny występ grających na pożyczonych gitarach Dinosaur Jr. (KB)

Wygląda na to, że zarówno frekwencyjnie, jak i pod względem rangi występujących artystów szósta edycja OFF-a była największą z dotychczasowych. Co cieszy, bo choć Artur Rojek i inni ludzie odpowiedzialni za festiwal stawiają na coraz popularniejsze gwiazdy, dbają też o to, by nie można było narzekać na formalną nudę i z roku na rok podkręcają eklektyzm. Pomyśleć, że jeszcze pięć lat temu wydawało się, iż połowę zespołów, jakie wystąpiły do tej pory na OFF-ie, będzie można zobaczyć bez opuszczania kraju co najwyżej na kiepskiej jakości filmikach w internecie. Tak trzymać!

tekst: Kamil Białogrzywy, Łukasz Kuśmierz, Gosia Lewandowska, Emil Macherzyński, Przemysław Nowak ZDJĘCIA: Gosia Lewandowska

Electric Nights

45


on tour

Heineken

Lotnisko Gdynia-Kosakowo, Gdynia, 30.06-3.07.2011

Open’er Festival

, Dziesięciolecie przyniosło Open erowi wiele znaków zapytania. Zmiana , grupy docelowej, odwrót części publiczności wskutek ściągniecia Prince a jako najważniejszego headlinera, do tego wciąż spadające obroty branży festiwalowej. Mimo to (jak zapewniają organizatorzy) jubileusz zapewnił gdyńskiej imprezie rekordową frekwencję i jeszcze wyższy niż poprzednio poziom artystyczny. Jak było naprawdę? Sprawdziliśmy to sami.

Dzien I THE TWILIGHT SINGERS Tent Stage, 19:00

Prawdziwym openerem Open’era były w tym roku nie Pustki, a występujący godzinę po nich The Twilight Singers. Jeszcze do niedawna Greg Dulli (razem z Robertem Smithem) mógł ubiegać się o honorową legitymację członkowską Klubu Kwadransowych Grubasów. W Gdyni wyraźnie widać było, że po kilku podbródkach śladu dawno już nie ma, a fizyczna forma przyszła w parze wraz z kondycją

46 Electric Nights

muzyczną. Ten dość wolno rozkręcający się koncert Amerykanie zaczęli tak samo, jak najnowszą płytę, czyli od klimatycznego „Last Night In Town”. Apogeum występu miało jednak miejsce w okolicach jego połowy, na wysokości klasycznego „Teenage Wristband”, w którym pierwsze dźwięki pianina zasiały w Tent Stage prawdziwie gwiezdną atmosferę. Rockerskie czasy Afghan Whigs przywołane zostały z kolei przy pomocy najlepszego kawałka z „Dynamite Steps”, czyli rasowego, agresywnego „On The

Corner”. Włos się jeży na głowie, a czymś naturalnym staje się pojawiająca na ciele gęsia skórka, kiedy Dulli z godną siebie furią wykrzykuje refreny swych bardziej dynamicznych numerów. Szkoda tylko, że było ich tak mało. (KB)

COLDPLAY

Main Stage, 22:00 Pierwszą rzeczą jaką zapamiętam z koncertu Coldplay będą wzięci z kosmosu osobnicy jedzący w tłumie zapiekanki oraz grupka

Rosjan, która swym zachowaniem skutecznie utrudniała odbiór kilku pierwszych piosenek. Mimo dość niesprzyjających okoliczności i biorąc pod uwagę kształt repertuaru, mocno odbiegającego od sevresowskiego ideału setlisty kompletnej, załoga Chrisa Martina zagrała dobry koncert. Można narzekać, że za dużo uwagi członkowie Coldplay poświęcili nowym, przeciętnym kawałkom - słaby, wspomagany zupełnie arytmicznym klaskaniem publiczności „Us Against The World” wydawał się zupełnie


zbędny, chociaż z drugiej strony „Major Minus” udanie kroczy przebojową drogą, jaką londyńczycy obrali na dwóch poprzednich płytach. Gdyński koncert przypomniał także jak świetną rzeczą było „A Rush Of Blood To The Head”, z którego (obok nadchodzącego krążka) angielski kwartet zagrał najwięcej. Tu na największe brawa zasługuje o dziwo nie „In My Place” ani „The Scientist”, ale zupełnie przearanżowany „God Put A Smile Upon Your Face”, który obok „Fix You” stał się nieoczekiwanym highlightem czwartkowego performance’u. Trudno zasiadać przy klawiszach i być jednocześnie frontmanem. Chrisowi Martinowi udało się to doskonale. Wydawać by się mogło, że trudno też być Coldplay i na poziomie 2011 r. choć trochę zafascynować kogoś kto nie jest piszczącą nastolatką. A jednak. (KB)

Dzien II

CARIBOU

Tent Stage, 01:00 Dan Snaith zawiesił poprzeczkę niemal pod samymi chmurami, kiedy w 2008 r. w Mysłowicach wraz z Bradem Weberem zmiażdżył totalnie perkusyjną ścianą publiczność zgromadzoną pod Sceną Leśną. Pierwsza miłość jest tylko jedna, więc te uczucia trudno było przywołać i przebić tamten, wspominany dziś z rozrzewnieniem gig. Kanadyjski matematyk dokonał rzeczy niezwykłej. Wyprowadził wzór na dorównanie, a momentami nawet na przebicie tamtego kunsztownego popisu, przywołując specyficzny klimat sennej, transowo-klimatycznej dyskoteki, który kiedyś na OFF Festivalu rozkręcił Axel Willner a.k.a. The Field. Okazało się, że ostatnia płyta Snaitha została wręcz stworzona do odtwarzania jej na koncertach, a postulat nagrania „żywej i organicznej muzyki tanecznej” wcielono w życie bez najmniejszego zarzutu. Zaskakujące, że to nie te typowo bujające numery w stylu „Found Out” czy „Leave House” zahipnotyzowały najbardziej, a albumowe „wyciszacze” pokroju leniwie sączących się „Jamelii” i „Lalibelii”. Kto jednak opuścił tłusty od highlightów koncert Caribou po fenomenalnej „Odessie” tłumacząc to festiwalowym zmęczeniem (C’mon! To był pierwszy dzień!), popełnił błąd, który trudno będzie naprawić. Trwające chyba ponad kwadrans „Sun” może śmiało pretendować do miana najlepszego bisu w historii wszechświata, przy którym powroty tonącego w miłości do siebie Prince’a wydają się wręcz niesmaczne. (KB)

MONIKA BRODKA Main Stage, 20:00

Od rana na polu namiotowym rozlegały się komunikaty ochrony festiwalu ostrzegające przed deszczową apokalipsą. Lekko przesadzone prognozy nie sprawdziły się, pogoda jednak nie wprawiała w dobry nastrój, a już w żadnym wypadku nie skłaniała do wesołych podrygów w rytm muzyki. Całe szczęście, że na początku festiwalowego dnia trafiłem na koncert Moniki Brodki, która zajęła się pierwszym i drugim. Dwa jaskrawożółte jelenie na scenie, kolorowe wstążki, oryginalny strój i makijaż artystki (która jednak, trzeba przyznać, wiele z image’u ściągnęła od Björk), dziecięca trampolina jako normalne wyposażenie sceny. Wszystko to doprawione świetną muzyką. I cały tłum (naprawdę tłum!) zgromadzony przed główną sceną skacze. Nie obyło się niestety bez problemów. Zacinający w twarz Moniki deszcz zepsuł instrumenty, charakteryzację, a fantazyjne ubranie Brodki musiało schnąć pewnie ze dwa dni. Mimo to piosenkarka z zespołem dała z siebie wszystko, pokazując do tego prawdziwie rock’n’rollowy pazur przy bisach. Niemal dziecięcej postury wokalistka, lekko podenerwowana awarią sprzętu, postanowiła zaśpiewać bez ich towarzyszenia, co oznajmiła publiczności cudownym: „A cappella k... ch...”. I wtedy wszyscy już wiedzieli,

że ten koncert będzie zapamiętany jako jeden z najlepszych w historii festiwalu. (MW)

dumy nie było zbyt wielu. Niebezpiecznie wkroczyliśmy na terytorium muzycznych weteranów. (KB)

BRITISH SEA POWER

PULP

Trzy lata temu po znakomitym offowym koncercie British Sea Power nie przypuszczałbym, że kiedykolwiek wyjdę z ich występu w połowie. Co gorsza - ten krok nie był wcale spowodowany rychłym popisem reaktywowanych Pulp, ale prostu bardzo słabą formą Brytyjczyków. Kawałki z „Valhalla Dancehall” jak choćby singlowe „Who’s In Control” czy jeden z lepszych na nowym albumie, motoryczny „Mongk II” pokazały z jak słabym materiałem mieliśmy do czynienia. Chociaż twierdzenie o kolosalnej różnicy pomiędzy debiutem a najnowszą odsłoną kapeli z Brighton, którą ten koncert miałby rzekomo unaocznić, nie jest do końca prawdziwe. BSP udała się bowiem sztuka niecodzienna, a mianowicie potrafili zepsuć nawet takie klasyki jak fatalnie w tym przypadku spowolnione „Apologies To Insect Life”, które zostało pozbawione nerwowości, tak charakterystycznej dla podszytego punkiem wcielenia sprzed niemal dekady. Ogołoceni z życia członkowie zespołu zupełnie słusznie chowali się za rozlokowanymi na scenie krzakami, bo powodów do

Kiedy niebo nadal stroiło sobie niewybredne żarty z festiwalowiczów, punkt 22 ich oczom ukazał się systematycznie rozświetlany, czteroliterowy napis „PULP”. Mimo że nie należę do fanklubu kapeli, a tym bardziej do miłośników brzmień britpopowych, podczas one man show Jarvisa Cockera zdziwiłem się jak wiele piosenek Brytyjczyków nie tylko znam, ale i bardzo lubię. Zagrane na starcie „Do You Remember The First Time”, „Różowa rękawiczka”, której tytuł pierwszorzędną polszczyzną wymówił Jarvis, obłąkane „Disco 2000”, „F.E.E.L.I.N.G.C.A.L.L.E.D.L.O.V.E.”, „I Spy”, przygotowane na deser „Common People”... Jeśli to istne „The Best Of” (OK, przydałoby się jeszcze „Acrylic Afternoons” i „Razzmataz”) było w stanie poruszyć neutralnego uczestnika występu Brytoli, nie chciałbym wchodzić w skórę prawdziwych pulpowych fanatyków. To, że Jarvis jest wybitnym performerem, okazało się informacją mniej więcej tak zaskakującą, jak fakt jego nieprzeciętnej konferansjerki. Z relacji ludzi, którzy widzieli solowe gigi Cockera oraz wcześniejsze reaktywacyjne

Tent Stage, 21:00

Main Stage, 22:00

Electric Nights

47


koncerty Pulp wynika, że gdyby nie gęsta deszczowa zawiesina, ten szalony, chudy, zarośnięty dryblas byłby w stanie pokazać pełnię swoich możliwości. Reszty muzyków wchodzących w skład zespołu dało się nie zauważyć, tak jakby to nie instrumenty, a oni sami schowani byli pod folią. This is hardcore. (KB)

FOALS

Main Stage, 00:00 Przed Foals postawione zostało zadanie z gatunku „Mission Impossible”, przy którym nawet niestrudzony Tom Cruise mógłby tylko podrapać się po głowie. „Wyjdź na scenę, która przed momentem dźwigała geniusz Jarvisa Cockera i spróbuj w strugach deszczu zatrzymać przy sobie wycieńczonych ludzi” - zdawali się mówić stojący pod sceną ochroniarze. Oksfordczykom dowodzonym przez zakapturzonego Yannisa Philippakisa udało się jednak więcej. Oni wysadzili publiczność w kosmos. Bez jakichkolwiek kompleksów wobec legendy

R

e

k

l

a

48 Electric Nights

m

a

poprzedników. Gitarowy trans znany z albumów w wersji live tylko przybrał na intensywności, czyniąc takie petardy jak „Olympic Airways” czy kończący koncert „Two Steps, Twice” przykładem wyciskaczy emocji i rezerw głęboko ukrytej energii. Jeśli już podczas słuchania płyt trudno ustać w miejscu, można tylko podejrzewać, co działo się w pobliżu sceny. W pewnym momencie straciło znaczenie lejące się z nieba Morze Bałtyckie - przeciwdeszczowe kapoki zostały porzucone, bo przecież bardziej mokrym być się już nie dało. Foals zagrali, tak jakby już w tym momencie byli na samym szczycie sinusoidy obrazującej przebieg artystycznej kariery. Tutaj charyzma uwidaczniała się nie w pustych gestach i przesadnej gestykulacji, a precyzyjnym, punktowo realizowanym planie. Można narzekać, że zabrakło „Hummera” i nadającego się tu idealnie „Tronu”, ale Foals wyraźnie zadbali o to, żeby zasady punktacji koncertów nie zostały złamane, a takim naruszeniem przepisów byłaby nota oscylująca wokół 11/10. Perfekcja. (KB)

Dzien III KATE NASH

Tent Stage, 21:00 Kate Nash starała się nam ze wszystkich sił udowodnić, jaką to rock’n’rollową dziewczyną nie jest. Warczała, sapała, rżnęła akordy barowe, krzyczała. Sceniczne szaleństwo nie zmieniło jednak tego, że nadal najlepiej wychodzą jej najbardziej dziewczęce utwory z repertuaru. Ci, którzy nastawili się na dobrą zabawę, dostali to, czego chcieli. Ja nie będąc szczególnie wielkim fanem dokonań Kate, mogę jej jedynie polecić, żeby rock ’n’ roll zostawiła tym paniom, które mają do tego predyspozycje. (MW)

PRINCE

Main Stage, 22:00 Nadeszła długo wyczekiwana przez fanów muzyki godzina. Godzina zbawienia, w której rolę Mesjasza gra On. Chwila oczekiwana także przez spacerującego pod sceną Tomka Iwana. Dobrze, że akurat w tym najważniejszym dla wszystkich momencie nie padał deszcz, bo Prince zapewne odmówiłby występu w obawie, że krople za bardzo przysłonią jego nietuzinkową osobę tudzież przemoczą cekiny. To także dobra sytuacja dla siedzących na tarasie VIP-ów, którzy przy gęstych opadach (niczym podczas koncertu Pulp) dalej zajadaliby makaron w festiwalowej restauracyjce. No, chyba że deszcz okazałby się fioletowy. Nagle zapalają się światła - obok siebie pojawia się kolejno coś małego, malutkiego i znowu małego. To Prince stojący między dwoma telebimami. „Baby, he is a star” daje się słyszeć wokół. „Poland, are you ready?!!!”. Prawda jest taka, że nikt nigdy nie jest gotowy na Prince’a, nawet on sam. Ale jeśli już zaczął, jakiekolwiek protesty okażą się zbędne. Jest funkowo i jest podobno tanecznie, chociaż otwartą kwestią pozostaje, „czy był już refren?” oraz „kiedy wreszcie przejdzie do drugiego kawałka?”. Przeszedł... w pierwszym bisie, coverze Michaela Jacksona rozpoczynającym serię siedemdziesięciu czterech kolejnych wyjść gwiazdy. „Unieście

swoje telefony!!!” - krzyczy Prince. „Zapomniałem zegarka i nie wiem, czy zdążę upchnąć wszystkie czterdzieści dziewięć piosenek w te trzy godziny koncertu” chciałoby się dodać. No cóż, najwyżej niektóre skróci do minuty. Błyskają flesze aparatów i komórek, lecz jutro wszystkie zdjęcia tajemniczo wyparują. Uwiecznić Księcia może tylko on sam oraz jego kieszonkowe lusterko. Całe szczęście, że koniec koncertu Prince’a (czy aby na pewno?) nie jest równoznaczny z zakończeniem dobrej zabawy. Mikołaj Ziółkowski, jak przystało na dobrego ojca, naprawdę się o nas zatroszczył przygotowując piękny pokaz fajerwerków. Obserwujemy jak dziesiątki tysięcy złotych, dzięki którym openerowa sobota byłaby choć odrobinę lepsza, wybuchają na niebie mieniąc się feerią barw rodem z festiwalowej gastrostrefy. Nie pozostaje nam nic innego jak tylko udać się po baloniki i watę cukrową. Trzecia odsłona Dni Gdyni została zakończona zanim na dobre zdążyła się rozpocząć. (KB)

BIG BOI

World Stage, 01:50 Ponad godzina spóźnienia. Jak się tłumaczyli, chodziło o amerykańskiego laptopa, który zwariował po podłączeniu do polskiego gniazdka. Wielu zwątpiło po tak długim oczekiwaniu, jednak ja, po dokładnym zwiedzeniu terenu festiwalu, postanowiłem jeszcze raz sprawdzić, czy Duży już wyszedł. Całe szczęście koncert po pierwsze się odbył, po drugie się udał. Wspierany przez laptopowego DJ’a i dodatkowego MC Big Boi wykonał prawie całą solową płytę, doprawiając całość outkastowymi szlagierami jak „B.O.B.” czy „Ms. Jackson”. Brakowało jedynie André 3000, którego głos puszczono z taśmy, co pozostawiło lekki niesmak. (MW)


Dzien IV THESE NEW PURITANS Tent Stage, 19:00

These New Puritans, sensacyjni autorzy najlepszej płyty ubiegłego roku według „NME”, to także zdobywcy nieoficjalnej nagrody dla najgorszego koncertu OFF Festivalu 2009. Od tamtej pory ekipa braci bliźniaków rozrosła się, ale w zakresie umiejętności muzycznych nie posunęła się do przodu nawet o długość zapałki. Sekcja dęta, o którą wzbogacono twórczość TNP, próbowała dodać nieco patetycznego, niepokojącego posmaku do koncertowego wcielenia zespołu. Jednak tym, co zwracało uwagę w pierwszej kolejności, było plemienne bębnienie podwójnego zestawu, do którego dostosował się Jack Barnett, wijący się niczym odprawiający modły szaman. Trudno było jednak upatrywać w tym wszystkim nastroju misterium, który muzycy prawdopodobnie chcieli wytworzyć. W dalszym ciągu muzyczna wizja These New Puritans trochę wykracza poza ich realne możliwości. I chociaż druga płyta Anglików, będąca bazą openerowego występu, posiada kilka intrygujących momentów, nadal trudno im przekuć te atuty w sukces podczas koncertów. Festiwalowa publiczność zawsze domaga się przebojów. TNP takowych nie posiadają, chyba że za hit należy uznać pochodzącego z pierwszego albumu „Elvisa”. Jego

też niestety w Gdyni nie zagrali. (KB)

który stanowił znakomite uzupełnienie line-upu. (MW)

JAMES BLAKE

THE STROKES

Objawienie roku? Niewykluczone. Płytowe, gdyż album młodziana z Wielkiej Brytanii po kilku miesiącach broni się jeszcze lepiej. Na pewno koncertowe, bo występ Blake’a zaliczę do tych najlepszych w moim open’erowym rankingu (a mam kilkuletni festiwalowy staż). Okazuje się, że James posiada jeden niesamowity talent - potrafi uciszyć kilkadziesiąt tysięcy ludzi. W jaki sposób? Właśnie ciszą. Ona jest integralną częścią muzycznej całości. Publiczność, wyraźnie przejęta muzyką, milkła czekając na kolejne akordy. Słychać było czasem jedynie pisk fanek, które wyraźnie onieśmieliły muzyka. „We… we’re not used to… to... that” - wypowiedział Blake jąkając się. Do tego rzecz jasna wszechogarniający bas, który przypomniał o pierwszych, lepszych latach dubstepu i zatrząsł całym namiotem. Nadal towarzyszy mi niesmak z jednego prostego powodu - James miał ponoć występować na OFF Festivalu, który lepiej by do niego pasował. Jednak, jak słychać w rozmowach bardziej i mniej wtajemniczonych, został skłoniony do zmiany miejsca jedynego koncertu w Polsce. Gratuluję panu Ziółkowskiemu walki o artystę,

Przyznam szczerze, że obawiałem się tego koncertu. Od nowojorskiej świty Juliana Casablancasa można było oczekiwać typowo hollywoodzkiej blazy, nonszalancji i tradycyjnego zmanierowania. W praktyce okazało się, że daleko od prawdy byli ci, którzy upatrywali w występie tych wskrzesicieli rocka odrobienia pańszczyzny i następnie zatopienia się w miękkich siedziskach autokaru. The Strokes zagrali piekielnie równy, konkretny i niemal esencjonalny set, którego przemiłym zaskoczeniem było napakowanie setlisty piosenkami z legendarnego debiutu. „Is This It” wyraźnie zdominowało repertuar, stanowiąc w przybliżeniu jego 64,1 procent, jeśli już mamy być tak bezbłędnie precyzyjni, jak nowojorczycy. Debiutanckie nagrania uzupełniły cztery numery z drugiej płyty, dwa z „First Impressions Of Earth” i sześć utworów z najnowszej „Angles”. Już sam początek zwiastował to, co najlepsze - „New York City Cops”, „The Modern Age” i „Reptilia” nie mogły zapowiadać złego koncertu. Zespół zagrał bez zbędnego owijania w bawełnę, stanowiąc idealne odwrócenie ubiegłorocznego „show” The Flaming Lips na OFF Festivalu,

Tent Stage, 21:00

Main Stage, 22:00

kiedy to bezsensowne gadanie niemal zabiło muzykę. Hit gonił hit, a słowne zagadywanie Juliana ograniczało się do skromnego „you’re so f... great” lecącego w kierunku tratującego się wzajemnie tłumu. Co prawda podobno ktoś z rozentuzjazmowanych festiwalowiczów podwędził wokaliście okulary, kiedy ten przytulał się do gawiedzi, ale teraz przynajmniej ma nauczkę - w końcu po co komu szkła przeciwsłoneczne niemal w samym środku nocy? (KB) Jako się rzekło, Open’erowi stuknęło dziesięć lat. Pozostało pytanie - co dalej? Czy to już szczyt możliwości Alter Artu? Czy polski rynek festiwalowy jest gotowy na jeszcze większą imprezę i (nie czarujmy się) jeszcze wyższe ceny biletów? Na pewno szkoda by było, gdyby „Heniek” stanął w miejscu i osiadł na laurach po uzyskaniu dwóch, nieco przecież przesadzonych nagród dla najlepszego europejskiego festiwalu. Jednego można być pewnym - ten event, inaczej niż dziesiątki starających się mu dorównać, dotrwa i do piętnastej, i do dwudziestej edycji.

tekst: Kamil Białogrzywy, Marcel Wandas Zdjęcia: Artur Rawicz, Alter Art

Electric Nights

49


on tour

STARE MIASTO, LUBLIN, 08-12.07.2011

INNE BRZMIENIA

ART’N’MUSIC FESTIVAL

,

,

50 Electric Nights

Dzien II

Specyfika Innych Brzmień polega m.in. na tym, że prezentują grupy szerzej nieznane rockowej braci. Tak było choćby rok temu, kiedy zachwyciły mnie Dubioza Kolektiv i Balkan Beat Box. Podobnie było w przypadku Russkaja. Formacja skupiona wokół Georgija A. Makazaria zaprezentowała starannie wyreżyserowany show, doskonale zaspokajający potrzeby publiczności. Jak wielką nad nią władzę osiągnął ogromnej postury Georgij może świadczyć choćby „Psycho Traktor”. Mniej więcej w połowie koncertu bez trudu

Dzien I

P

atrząc na festiwal z perspektywy całości, organizatorzy chyba dobrze rozplanowali program. Zaczęło się spokojnie, zagrzmiało w środku, aby kameralnie się zakończyć. Część muzyczną rozpoczął Jan Trebunia-Tutka promujący swój najnowszy album „Góry w sercu”. Mocny akcent na wstępie w postaci kompozycji tytułowej zdefiniował zawartość muzyczną setu górali - dźwięki osnute wokół rytmów wywodzących się z reggae, podbarwione tatrzańskim folklorem. Bez większych scenicznych ekscesów. Podobnie zaprezentował się występujący jako drugi pierwszego dnie kolektyw Sedativa i Dawid Portasz. To co ujęło mnie najbardziej podczas tych dwóch występów to z jednej strony głos, który rodził się w gardle Jana Trebunia-Tutki - zupełnie nie przystający do wyglądu, z drugiej zaś, entuzjazm i emocje, jakimi kipiał gitarzysta Sedativa. Nie przepadam za reggae. Ale publiczności się podobało, zespołom również. Członkowie Sedativa twierdzą, że to ich najlepszy koncert na trasie.

Inne Brzmienia to nie tylko muzyka. To także spotkania, wystawy, warsztaty, prezentacje. Impreza stworzona przez Mirka Olszówkę już po trzech edycjach zdążyła na stałe wpisać się do kalendarza istotnych lubelskich wydarzeń. Nieoczekiwane odejście twórcy postawiło pod znakiem zapytania przyszłość festiwalu. Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy z zaangażowaniem kontynuują dzieło Mirka, wcielając idee od początku przyświecające przedsięwzięciu.


– każdemu życzę takiego odbioru po jednym koncercie w nowym miejscu. Muzycy Los de Abajo z Meksyku rozpoczęli zaznajamianie się z polską kulturą już pierwszego dnia festiwalu, czemu wielokrotnie dali wyraz podczas swojego koncertu. Ściślej – dość intensywnie głosili pochlebne opinie o jednym z trunków wzbogaconym

o źdźbło trawy rosnącej w okolicach Białowieży. W ich występie zaś można doszukać się kilku analogii do owego wywaru: ognisty, smaczny i rozweselający wprost proporcjonalnie do czasu spożywania. Niewymuszona radość i ogromna naturalna muzykalność wylewała się z głośników wypełniając lubelskie Stare Miasto. A jakby tego było mało, na koniec występu na rynek wyszli

także muzycy i wśród rozanielonej publiczności wykonali pożegnalny utwór. W chwili ich powrotu na deski sceny miałem okazję się na niej znajdować i gwarantuję, że uśmiechy Meksykanów były całkowicie szczere. Tak jak owacje, jakie im w pełni zasłużenie zgotowano.

wydaje się dość długim okresem. Wraz z okryciem pozbyła się swoich tanecznych zahamowań podobnie jak tłum przed sceną. Przy „Hasnaduro” parkietem stała się zarówno scena, jak i rynek. Lublin został zdobyty. Dobrze, że nie był to najazd militarny - kiepsko wypadłaby nasza defensywa, jakkolwiek pewien uszczerbek poniósł także obóz przeciwnika. Z powodu zagrożenia opadem atmosferycznym głośniki stojące przed sceną zostały przykryte niebieską, nieprzezroczystą folią. W chwili, kiedy Matt wcielił się w rolę Dr Bass’a, entuzjazm, który mu się udzielił, skłonił go do podróży po owych głośnikach. Ta przerwana została gwałtownym upadkiem. Sprzed sceny dokładnie było widać, że nie cała przykryta przestrzeń jest wypełniona sprzętem nagłośnieniowym. Ze sceny niestety nie. Na szczęście skończyło się jedynie na potłuczeniu, które zresztą dało się we znaki dopiero po zakończeniu występu. Z całą pewnością pod względem oprawy, muzyki i zaangażowania po obu stronach mikrofonu był to świetnie przyjęty, fantastyczny koncert. Plus dla nas. Pierwszy występ w Polsce

Francuzi będą długo wspominać.

,

Dzien II I

zdołał nakłonić zdecydowaną większość słuchaczy do zamiany pozycji stojącej na siedzącą, zaś połączeniem „Daddy Cool”, „Another Brick In The Wall” i „Katiuszy” w finale „Dope Shit”, tańcem oraz zachętami „танцуют все (tancujut wsje)”, „танцуют диско (tancujut disco)” całkowicie zdobyli moją sympatię. Przypuszczam, że niemal wszyscy widzieli Russkaję po raz pierwszy

Trzeci dzień z pewnością wzbudził największe zainteresowanie. I chyba nic w tym dziwnego, skoro Watcha Clan można było traktować jako najjaśniejszą gwiazdę festiwalu. Po krótkim wprowadzeniu Hirka Wrony, z głośników rozległy się pierwsze dźwięki „La Camel”. Suprem Celm skąpany w błękitnym świetle (które ubranemu w biały kaptur muzykowi nadało niemal mistyczną prezencję) od razu zaczął rozgrzewać niepewną jeszcze tego co się stanie widownię. Chciałbym być optymistą, ale podejrzewam, że znaczna część słuchaczy nie wiedziała co ją czeka. I bez wstydu przyznam, że ja również do tej części się zaliczałem. Ale przecież jedną z ról tego festiwalu

jest przybliżanie właśnie innych brzmień, przynajmniej od tych, z którymi obcuje na co dzień. Po chwili, przy dźwiękach „Im Nin’alu”, pojawili się pozostali muzycy - Sista Ka, Matt La Bess i Nassim ze swoim gumbri wyglądający jak połączenie Franka Zappy i Tony Levina. Sista K wytrzymała w bluzie kwadrans. Co zresztą, zważywszy na jej sceniczny temperament,

Po krótkiej przerwie przyszedł czas na Kirila Dżajkovskiego. Macedońskiego muzyka i producenta wspierała w Lublinie orkiestra Serdzuk oraz pochodzący z Jamajki Ras Tweed. Na początku czarnoskóry MC oznajmił: „music is a mission, not a competition”. Biorąc sobie do serca to powtarzane w rytm przeszywających wnętrzności basów przesłanie wspomnę tylko, że drugi występ trzeciego dnia podobał mi się mniej. Początkowo było dość statycznie, choć z czasem muzycy się rozruszali. Wydaje mi się, że w łączeniu muzyki bałkańskiej z elektroniką Kiril Dżajkovski większy nacisk kładzie na elektronikę, co czyni jego twórczość dość mechaniczną. Na plus zaliczyć należy wykorzystanie żywych instrumentów - skrzypiec, trąbki i gitary elektrycznej, która momentami odgrywała dość istotną rolę. Podczas tego występu dał się we znaki jeden dość poważny mankament, wspomniane wcześniej basy. Ściślej zaś ujmując - ich głośność. Zdecydowanie za duża, szczególnie w pobliżu sceny.

Electric Nights

51


W poniedziałek odbył się „tylko” jeden koncert. W Teatrze im. Andersena pojawił się John Porter. Słyszałem niemal same pochlebne opinie o tym występie. Ja się z nimi nie zgadzam. Przede wszystkim problemem była atmosfera. I nie mam tu na myśli klimatu wytworzonego na linii artysta-muzyka-publiczność, a proste, zwyczajne warunki, nazwijmy je „higienicznymi”.

Na zbyt małej powierzchni zgromadzono zbyt wielu widzów, co spowodowało podniesienie temperatury, niedostatek powietrza i ogólny dyskomfort. Walijczyk oparł repertuar na swojej najnowszej płycie, choć nie zabrakło podróży w przeszłość. Jeśli miałbym tego wieczora odbyć jakąkolwiek wyprawę wstecz, chętnie cofnąłbym się do roku 1995, kiedy to w kazimierskich

kamieniołomach Porter zagrał obok m.in. Homo Twist, Voo Voo i Martyny Jakubowicz. Koncert ten zresztą był kilkukrotnie wspominany na wtorkowym spotkaniu poświęconym Mirkowi Olszówce. Choć miałem wówczas lat „naście”, doskonale pamiętam go po dziś dzień. Komu udało się wrócić z Kazimierza do Puław autostopem… statkiem wycieczkowym płynącym Wisłą?

Ten sam utwór Wojtek Waglewski wykonał kilka miesięcy wcześniej w tym samym miejscu w dniu ostatniego pożegnania Mirka. Zresztą dobór repertuaru stanowił o wyjątkowości tego występu. „Łobi jabi”, „Człowiek wózków”, „Sfora zmor”, „Turczyński” czy „Flota zjednoczonych sił” - każdy utwór w jakiś sposób wiążący się z fragmentem drogi, jaką zespół przebył wraz ze swoim menadżerem. Zmarłego niedawno Piotra „Stopę” Żyżelewicza zastąpił

Michał Bryndal i muszę przyznać, że wpasował się bardzo dobrze, choć był nieco schowany za swoim zestawem. Wyjątkowość wydarzenia podkreślało miejsce i niezwykła oprawa świetlna, która zresztą towarzyszyła wszystkim występom.

Nawet jeżeli zapraszane zespoły to nie czołówka list przebojów - nie o to chodzi w Innych Brzmieniach. Z pewnością nie można wypełnić jednej luki, tej po Mirosławie Olszówce. Festiwale zazwyczaj mają to do siebie, że nie identyfikuje się ich szczególnie z ich pomysłodawcą, twórcą. Tu jest inaczej. I oby tak zostało.

,

Dzien V Ostatni punkt koncertowego programu w ramach Innych Brzmień 2011 to akustyczny występ Voo Voo z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego Ladies String Quartet w Bazylice oo. Dominikanów. Podobnie jak na występ Portera wstęp był darmowy, o ile wcześniej zdobyło się zaproszenie. Warto było się postarać. Cały koncert poświęcono pamięci Mirka Olszówki, a szczególnie wzruszający był zagrany na początek „Kowboj”.

R

e

k

l

a

m

a

Porównując tegoroczną edycję do trzech poprzednich należy pogratulować osobom odpowiedzialnym za organizację utrzymania wysokiego poziomu.

tekst I Zdjęcia: Robert Grablewski


on tour

Morrissey

Studio, Kraków, 22.07.2011

The Heartbreaks C

zarny wyszczupla, więc ten chyba najstarszy muzyk, na którego koncercie kiedykolwiek byłem, wkroczył na scenę w stylowej ciemnej koszuli (w końcówce wymienionej na biały, bardziej elegancki wariant), choć już bez charakterystycznej „zaczeski”, pamiętającej bogate w sukcesy lata młodzieńcze. Zespół odziany tego wieczoru w t-shirty z napisem „F... Fur” podczas tegorocznej trasy przyzwyczaił wszystkich do otwierania swych występów którymś z dwóch klasyków The Smiths („Panic” albo „I Wan’t The One I Can’t Have”). W Krakowie padło na ten drugi, natomiast pierwszej piosenki niestety próżno było szukać tak samo jak „This Charming Man” obecnego na niektórych setlistach. Niemniej jednak Mozzer zabrał nas w cudowną podróż piętrowym autobusem wzdłuż szlaku swoich największych hitów, do czego zobowiązuje w końcu nazwa trasy - „The Best Of 2011 Tour”. Zaczęło się więc od prawdziwej strzeleckiej kanonady, która oprócz Smithowskiego szlagieru z „Meat Is Murder” zaatakowała pierwszymi singlami z trzech ostatnich albumów. „Irish Blood, English Heart”, „You Have Killed Me” i „I’m Throwing My Arms Around Paris” wzbudziły niemałe uśmiechy na twarzach zebranej publiczności, która odwdzięczając się kwiatami, wzorowo śpiewała razem z Morrisseyem. His Majesty jak zawsze ściskał serdecznie dłoń każdego, kto tylko wyciągnął ją w jego kierunku, zaś w konferansjerskich przerwach między kawałkami gestykulował z tradycyjną dla siebie manierą. Nie mogło zabraknąć odgrywanego regularnie na koncertach coveru Lou Reeda „Satellite Of Love”. Pojawiły się także dwa premierowe utwory, wśród których rolę nowego singla z gotowego już ponoć materiału będzie chyba pełnił „Action Is My Middle Name” - klasyczna dla brytyjskiej legendy nośna melodia, wpisująca się w klimat ostatnich solowych dokonań. Choć nie do

Fizyczna forma może już nie tak wysoka, jak dawniej, a ślady potu na czole dało się zauważyć po drugim kawałku, jednak muzycznie Steven Patrick Morrissey cały czas jest w niemal perfekcyjnej dyspozycji. Who s the boss? Mozz!

końca osłuchana mogła sprawiać wrażenie zapychacza. Zazwyczaj bywa tak, że każdy koncert można podzielić na dwie części - tą repertuarowo lepszą i tą trochę jej ustępującą. Pomimo doskonałości pierwszych trzydziestu minut, druga połowa znacznie przyćmiła początek. Jasne stało się, że to, co Morrissey ma najlepszego do zaoferowania, pochodzi z repertuaru The Smiths (nie licząc „Everyday Is Like Sunday”!). Ale nie może być inaczej, kiedy na ponad kwadrans wsiada się do maszyny czasu cofającej nas o dwie dekady, a tak należy określić przejmujące wykonanie „I Know It’s Over”, fantastyczne „There Is A Light That Never Goes Out” i trochę bardziej teatralne w porównaniu z oryginalną wersją „Meat Is Murder”, któremu nie można niestety odmówić dużej dawki interpretacyjnej łopatologii (obrazki zarzynanych zwierząt). Końcówka kończącego właściwą część koncertu kawałka pokazała zresztą, jak prezentowaliby się Boz Boorer ze swoimi szczuplejszymi kolegami, gdyby Mozz zdecydował się na przedwczesną emeryturę. Otóż mniej więcej tak jak... Mogwai w „Like A Herod”, „Batcat” i „Glasgow Mega Snake” razem wziętych. Ostra gitarowa rzeźnia, jaką zaserwowali prężący się w pomnikowych pozach instrumentaliści oświetlani tylko czerwonymi punktówkami, to jeden z tych koncertowych obrazków, które pamięta się przez lata. Tak jak prześwietny bis, czyli „First Of The Gang To Die” z najlepszego w solowym dorobku „You Are The Quarry”. W takich okolicznościach o poprzedzających gig legendy The Heartbreaks wypada powiedzieć tylko tyle, że basista brylowałby na castingu do ekranizacji „Johnny’ego Bravo”, a wokalista miał o trzy rozmiary za dużą koszulę. Morrissey na coś takiego nigdy by sobie nie pozwolił.

tekst: Kamil Białogrzywy Zdjęcia: Michał Dzikowski

Electric Nights

53


Best independent fests Hiszpański festiwal Primavera jest jednym z młodszych na muzycznej mapie świata, a mimo to bardzo szybko wyrobił sobie świetną markę i renomę. To w Barcelonie w maju każdego roku można zobaczyć najgorętszych wykonawców sezonu, wschodzące gwiazdy oraz weteranów, których reaktywacyjne trasy po latach praktycznie nigdy nie omijają katalońskiej stolicy.

San Miguel

Primavera Sound P

orównując Primaverę do polskiego Open’era pozornie można zauważyć wiele podobieństw. Najważniejsze to takie, że obie imprezy odbywają się w nadmorskich miastach. W Barcelonie jednak miejsce na festiwal usytuowane zostało dokładnie nad wodą, a uczestnicząc w nim niejednokrotnie można poczuć ożywczy wiatr prosto znad morza. Primavera odbywa się w nowoczesnej części dzielnicy Sant Martí (do której metrem z centrum dojechać można szybko i bez problemu), w malowniczym miejscu Parc del Fòrum w Diagonal Mar, gdzie na co dzień stoi słynne L’Auditori - jedna z najlepszych sal koncertowych Europy. Zwykle goszczą tam orkiestry symfoniczne, muzycy klasyczni, tradycyjni artyści czy chóry, ale na czas trwania imprezy L’Auditori staje się integralną częścią masowego festiwalu. W tym roku można tam było zobaczyć m.in. dwukrotnie magiczne, nieziemskie show Sufjana Stevensa czy też wyciszonego singer-songwritera kryjącego się pod pseudonimem Perfume Genius, Mike’a Handreasa.

Nie od początku jednak okolica Diagonal Mar gościła festiwal. Przez kilka pierwszych edycji odbywał się on w Poble Espanyol (Miasteczku Hiszpańskim) wybudowanym w okolicach Montjuïc z okazji światowej wystawy EXPO pod koniec lat 20. minionego wieku. W 2011 r. w tym rejonie miały miejsce tylko rozgrzewkowe 54 Electric Nights

koncerty na dzień przed festiwalem oraz pożegnalne imprezy, kiedy większość uczestników rozjeżdżała się już do domów. Na Parc del Fòrum Primavera przeniosła się kilka lat temu, w czasie kiedy wydarzenie systematycznie się rozrastało. W 2001 roku, na pierwszej edycji festiwalu, największą gwiazdą był Armand Van Helden, podczas gdy rok później w Barcelonie zagrały już takie gwiazdy jak Pulp, Tindersticks, Spiritualized, Echo & The Bunnymen


czy Aphex Twin. Na trzeciej edycji pojawiło się już ponad 24 tys. uczestników. Od momentu kiedy sponsorem tytularnym imprezy stał się międzynarodowy koncern piwowarski z Filipin (od 2009 r.), na Primaverze regularnie przewija się średnio 80 tysięcy widzów. Niesamowicie bogata oferta koncertowa sprawia, że nie tylko mało wykonawców jeszcze nigdy nie przyjechało do Barcelony, ale wielu odwiedzało ten event już kilka razy w jego krótkiej historii. Weterani jak Pixies, Pulp, The Fall, Sonic Youth czy Echo & The Bunnymen grali na Primaverze więcej niż jeden raz, ale też nieco

młodsze zespoły pokroju Animal Collective mają na koncie większą ilość koncertów na katalońskim festiwalu. Do największych wydarzeń w historii Primavery należą na pewno występ My Bloody Valentine z 2009 roku, Portishead z 2008 czy kolorowy spektakl Pet Shop Boys z roku ubiegłego. Primavera już dawno przestała być ekskluzywną imprezą z muzyką alternatywną. Dziś obok niszowych wykonawców z najodleglejszych zakątków świata (w 2011 r. silną reprezentacją na festiwalu miała Polska) w Barcelonie pojawiają się gwiazdy pop, najwybitniejsi, młodzi i starsi przedstawiciele sceny klubowej, dziarscy raperzy, zespoły stricte eksperymentalne i te o klasycznym, rockowym rodowodzie. Tradycją jest, iż zawsze kilkoro wykonawców przyjeżdża tylko po to, by zagrać jedną ze swoich klasycznych płyt (w latach ubiegłych np. The Charlatans, Low, Mercury Rev) - tę inicjatywę na polskie podwórko przeniósł Artur Rojek przy okazji OFF Festivalu. On sam jest zresztą regularnym gościem Primavery. Barcelona ma jeszcze jedną, ogromną zaletę - rano zmęczeni uczestnicy po całej nocy festiwalowych szaleństw mogą wypoczywać na słonecznej, gorącej plaży. W maju bowiem w Katalonii jest już doskonale letnia pogoda, a nie ma lepszego pomysłu na krótki urlop niż muzyka w słońcu. Nie macie pomysłu na wakacje? Zaplanujcie je wcześniej i jedźcie do Barcelony! TEKST: Kasia Wolanin ZDJĘCIA: Primavera Sound, Susana Lopez-Blanco, Dani Canto, Eric Pamies

Electric Nights

55


Fifty, fourty, thirty, twenty and ten years ago

1961

Joan Baez

Joan Baez, Vol.2

„Bob Dylan w spódnicy” - tak często mówiło się o Joan Baez, nowojorskiej artystce i aktywistce. Może dlatego, że była z nim związana lub też dlatego, że tak jak on śpiewała o tym, co ważne. Drugi album tej uznanej kompozytorki to czternaście folkowo-bluesowych kompozycji. Nie są to tylko miłe dla ucha melodie, ale też (albo przede wszystkim) wartościowe teksty po brzegi wypełnione życiowymi mądrościami. Dziś Joan ma 70 lat, niezwykle bogatą dyskografię i tyle samo wigoru, co w latach sześćdziesiątych.

1971

Out Of Focus Out Of Focus

Zespół powstał w Monachium w 1968 r. i należy do grona najlepszych niemieckich grup rockowych lat siedemdziesiątych. Ich drugi album „Out Of Focus”, nagrany dla rodzimej wytwórni Kuckuck Schallplotten, to mieszanka rocka, psychodelii i jazzu. Efekt tej syntezy jest piorunujący. Lewacko-hipisowskie pokolenie naszych sąsiadów ogarnął szał na punkcie Out Of Focus. Na krążku znajdziemy sześć rozbudowanych utworów, z czego na szczególną uwagę zasługuje kompozycja „Television Program” będąca kwintesencją niemieckiego rocka progresywnego. Dzisiaj zarówno zespół, jak i ta płyta są jedynie miłym wspomnieniem i perełką dla koneserów.

1981

Iron Maiden Killers

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy punk był na ustach wszystkich, w Londynie mieszkaniec East Endu Steve Harris zakładał zespół Iron Maiden. Były to czasy, gdy na Kings Road toczyły się regularne bitwy Punks z Teddy Boys, a większość koncertów odbywała się pod czujnym okiem policjantów. Drugi album grupy, „Killers”, wydany przez EMI w 1981 r., jest utrzymany na ultra wysokim poziomie, bardziej dojrzały muzycznie od debiutu. Wśród dziesięciu utworów umieszczonych na płycie znalazło się kilka perełek - „The Ides Of March”, „Wrathchild” czy tytułowe „Killers”, które jeszcze przez długi czas były sztandarowymi pozycjami niepowtarzalnych koncertów.

56 Electric Nights


1991

Lynyrd Skynyrd ‚ ‚

‚ ‚ ‚ ‚ (Pronounced Leh- nerd Skin- nerd)

Kultowa grupa z z południa Ameryki, stanowiąca odpowiedź na pochodzących z północy The Allman Brothers Band, po latach braku aktywności będącej wynikiem katastrofy lotniczej wydała kolejną w swojej dyskografii płytę. Na „(Pronounced ’Lĕh-’nérd ’Skin-’nérd)” tragicznie zmarłego Ronnie Van Zanta zastąpił jego młodszy brat Johny, który razem z weteranami zespołu stworzył ciekawy album, zawierający 11 utworów nagranych w Atlantic Records. Brak tu arcydzieł na poziomie chociażby kultowego „Free Bird”, ale materiał przedstawiony przez nowe wcielenie grupy nie jest pozbawiony dynamiki i pozytywnych akcentów przywodzących na myśl wspaniały okres z lat 1973-76.

2001

,

Gov t Mule

The Deep End, Volume 1 Grupa zawiązała się w 1994 r. Nigdy by do tego nie doszło gdyby nie fakt, że inny zespół, The Allman Brothers Band, chwilowo zawiesił działalność, a jego członkowie nie mogli żyć bez grania. Nowy projekt tak bardzo wciągnął muzyków, że trzy lata później porzucili swoją macierzystą formację. Czwarty studyjny album Gov’t Mule zawiera 13 utworów, a wśród nich rewelacyjny „Beautifully Broken”. Panowie nigdy nie ukrywali swojej fascynacji zespołem Free, stąd nawiązanie do mentorów w utworze „Worried Down With The Blues”. Amerykanie umiejętnie połączyli rocka i hard rocka z bluesem, w pełni zaspokajając oczekiwania wygłodniałych fanów.

TEKST: Martyna Zagórska

Wydawca: Fundacja Electric Nights, 20-828 Lublin, ul. Wołynian 33/2 Prezes Zarządu: Anna Kułakowska ak@electricnights.org Członek Zarządu: Marcin Hendzel mh@electricnights.org n Redaktor naczelny: Łukasz Kuśmierz naczelny@electricnights.pl

n Webmaster: Gafyn Davies technika@electricnights.pl

n Redaktor prowadzący serwisu internetowego: Emil Macherzyński prowadzacy@electricnights.pl

n Opracowanie graficzne: Kinga Słomska

n Zespół i współpracownicy:

n Adres do korespondencji: redakcja@electricnights.pl

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do skrótów i redakcyjnego opracowania nadesłanych tekstów. Za treść reklam i ogłoszeń redakcja nie odpowiada. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kamil Białogrzywy, Andrzej Cała, Adam Dobrzyński, Robert Grablewski, Bartosz Iwański, Maciek Kancerek, Tomasz Kowalewicz, Marek Kułakowski, Gosia Lewandowska, Przemysław Nowak, Rafał Nowakowski, Antek Opolski, Maciek Tomaszewski, Marcel Wandas, Witek Wierzchowski, Kasia Wolanin, Paweł Wygoda, Martyna Zagórska, Łukasz Zwoliński

Wykorzystanie w jakiejkolwiek innej formie bez pisemnej zgody wydawcy - zabronione. Zabroniona jest bezumowna sprzedaż numerów bieżących

n Reklama: reklama@electricnights.pl

i archiwalnych. Sprzedaż taka jest nielegalna i grozi odpowiedzialnością karną i cywilną.

Zdjęcie na okładce - Gosia Lewandowska

Electric Nights

57


R

e

k

l

a

m

a


Electric Nights 06/2011