Issuu on Google+

artykuły • wywiady • recenzje • relacje • festiwale • kluby • płyta

NR 2 kwiecień 2011

Nerwowe Wakacje

rehabilitacja polskiego rocka

lo-fi R’n’B festiwale:

SXSW

powrót Fleet Foxes

i Foo Fighters

specjalnie dla nas: Amplifier The Joy Formidable

Pięścią

Panda ear w twarz

wywiad

Gafyn Davies

broken romance

płyta do pobrania wraz z magazynem


3

Longplay of the month 3 Gafyn Davies

14

Broken Romance

Hit lists

6 Muzyczny magiel Adama Dobrzyńskiego

Clubs 8 Soundbar Poppeak

16

Live fast, love strong and die young 11 To nie musi się wykluczać : wywiad z Nerwow ymi Wakacjami

Nie do określenia :

wywiad z The Joy Formidable

Alternative Stage Pięścią w twarz :

wywiad z Panda Bear

Hard stage

19 Podwójne uderzenie

9 Bez Lęku do przodu 22

35

19

Progressive stage

Jak wirus, jak choroba : wywiad z Amplifier

Folk stage

26 Bezradny blues

28

Electronic stage

W krzyżu zbawienie: witch house nadzieją alternatywy?

black stage

30 Jak Cody i Tom wymyślili trochę inne R’n’B

Stories about big falls

32 Beat Happening

Cooperation

35 Bóg musi być straszydłem 37

49

44 45 46 47 48

On tour

Fu Manchu Nouvelle Vague Chew Lips Bye Bye Bicycle Halla Nordfjörd

Best independent fests 49 SXSW 51

Fifty, fourty, thirty, twenty and ten years ago

Reviews

Od redakcji Walijsko się nam zrobiło. Głównie za sprawą Gafyna Daviesa, którego „Broken Romance” jest longplayem i de facto wydarzeniem miesiąca w „Electric Nights”, bo jak pisze Tomek - „już dawno nie było u nas wokalisty, którego debiut robiłby tak dobre wrażenie”. Martyna Zagórska (która wraz z Emilem Macherzyńskim i Maćkiem Tomaszewskim wskakuje do składu „EN”) porozmawiała z kolei z liderką The Joy Formidable, Ritzy Bryan, a flagę ze smokiem reprezentują jeszcze powracający Funeral For A Friend. Skoro o comebackach mowa - koniecznie sprawdźcie, czy jest na co czekać, jeśli chodzi o nowe albumy Foo Fighters i Fleet Foxes (Maciek Kancerek i Witek mają już wyrobione na ten temat zdanie) oraz jak sobie poradzili Amplifier i Panda Bear. A także, co u nich słychać basistę wyspiarskich progresiarzy, Neila Mahony, przepytał bowiem Robert, a mi udało się wyłuskać parę ciekawostek od lidera Animal Collective. Poza tym startujemy z nowym działem, Black stage i od razu lecimy mało ortodoksyjnie, bo z materiałem o lo-fi R’n’B. Co to za ustrojstwo, podobnie jak witch house - dowiecie się w środku. O nowościach mamy jak zwykle dużo do powiedzenia w recenzjach (z ręką na sercu - ile z nazw tam wymienionych znaliście wcześniej?), nie odpuszczamy też z imprezami - na Fu Manchu, Bye Bye Bicycle, Nouvelle Vague, Chew Lips i Halli Nordfjörd byliśmy ciałem, na SXSW (póki co) duchem. Solidne czytadło zapewnił Przemek Nowak przybliżający sylwetkę Beat Happening, a w Cooperation znajdziecie poruszającą historię przyjaźni Charlesa Mingusa i Joni Mitchell. Dużo mojego gadania, a i tak o wielu rzeczach jeszcze nie wspomniałem! Jest co czytać. I słuchać, więc <skrzypie drzwiami> zapraszamy do środka. Łukasz Kuśmierz Redaktor naczelny 2 Electric Nights


Longplay of the month Gafyn Davies

Lubię pisać o sytuacjach, w których człowiek znajduję się na rozdrożu i nie wie, co ma robić dalej.

Talent

nie wystarczy

Gdyby nie konkurs „Z garażu na scenę”, pewnie jeszcze długo nie wszedłby do profesjonalnego studia nagraniowego. Niewielu wiedziałoby też, że w Lublinie mieszka człowiek z ogromnym potencjałem muzycznym. Utalentowany młody Walijczyk właśnie nagrał swoją debiutancką płytę „Broken Romance”. Jeśli przejdzie niezauważona, będzie to znak, że chyba jednak z Polakami jest coś nie tak. Bo już dawno nie było u nas wokalisty, którego debiut robiłby tak dobre wrażenie. Poznajcie Gafyna Daviesa!

N

ie muszę chyba pytać, czy znasz Johna Portera?

Oczywiście, że nie.

To chyba najbardziej znany „polski” Walijczyk. Będziesz drugim? Mam nadzieje, że może kiedyś spotkamy się z Porterem i zdradzi mi tajemnicę jak odnieść sukces w Polsce jako Walijczyk (śmiech). A tak na serio, lubię brzmienie jego głosu, szczególnie na jego wcześniejszych albumach. A kiedy śpiewał w duecie z Anitą Lipnicką, podobało mi się jak się wokalnie uzupełniali.

Porter podobno przyjechał do Polski z powodu dziewczyny. A Ciebie czym skusił kraj nad Wisłą? Nie znalazłem się w Polsce z powodu dziewczyny (śmiech). Podróżowałem wiele po świecie, bo bardzo chciałem mieszkać poza Wielką Brytanią. Wkrótce postanowiłem znaleźć pracę w innym kraju, ale CV wysłałem nie tylko do Polski - też m.in. do Włoch, Hiszpanii czy Czech. I pewnego dnia ktoś z Polski zadzwonił z informacją: „mamy dla ciebie pracę, możesz zaczynać od poniedziałku”. Zarezerwowałem więc lot i przyleciałem. Na początku myślałem, że pomieszkam tutaj rok, może dwa i przeżyję po prostu fajną przygodę. Minęło pięć lat, a ja wciąż tu jestem.

Electric Nights

3


Jak sobie wyobrażałeś życie w Polsce? Niewiele wiedziałem o Polsce. Kojarzyłem ją głównie z wódką i II wojną światową. Tak naprawdę nie miałem żadnego wyobrażenia jak może wyglądać tutaj życie. Ale też z tego powodu byłem bardzo ciekaw jak tu jest. Myślisz, że to dobre miejsce na rozpoczynanie swojej kariery? Podejrzewam, że ciężko byłoby Ci wymienić trzech światowej sławy polskich muzyków, a ja o słynnych Walijczykach mogę Ci opowiadać godzinami. Ogólnie bardzo trudno jest odnieść sukces, który zapewni ci finansową stabilność. Dlatego, żeby coś osiągnąć, nie wystarczy jedynie talent. Potrzebny jest marketing, np. teledyski, wizyty w radiu czy trasy koncertowe. Jeśli marzysz o nagraniu płyty na wysokim poziomie, musisz zainwestować w nią wiele pieniędzy. No i rzecz najważniejsza – całe to działanie musi przynieść zamierzone efekty. Ktoś przecież musi potem tę płytę kupić i przyjść na twój koncert. Bez kasy tego nie osiągniesz, a jak wiadomo, muzycy na starcie nie dysponują takimi finansami. Dlatego pojawia się kolejny problem znalezienie sponsora, który zechce zaryzykować i zainwestować w ciebie. Nie ukrywam, że sam wydałem już masę pieniędzy na instrumenty i sprzęt do nagrywania. A niestety, jeśli myślisz o tym poważnie, za wiele nie oszczędzisz. Jedyne za co nie musiałem wcześniej płacić, to okładka i płyta, którą zrobiłem sobie sam.

to złe, ale skoro pojawia się już szansa stworzenia profesjonalnego materiału z zespołem, trzeba z niej skorzystać. Jednak, żeby dojść do tego poziomu, trzeba się nieźle napracować. Jeszcze w 2010 r. miałeś stworzony materiał na całą płytę, ale ostatecznie i tak musiałeś go w całości zmienić. Co się stało? Nagraliśmy w Lublinie na próbę trzy numery, żeby posłuchać, jak to w ogóle będzie brzmiało. Prawdę powiedziawszy, byliśmy z tego średnio zadowoleni. Numery ciekawe, wszyscy też fajnie zagrali, ale jednak czegoś w tych kawałkach brakowało. Nie mieliśmy osoby, która prowadziłaby pracę do przodu. Dlatego też zleciliśmy realizację materiału Mirkowi Gilowi z zespołu Believe i od tego momentu wszystko poszło już o wiele sprawniej. Mirek jest prawdziwym zawodowcem, wie dużo o muzyce i wie, jak nad nią pracować. Zresztą na mojej płycie kilka razy pojawia się też gitara Mirka. Jeśli zaś chodzi o zespół - od początku zakładaliśmy, że nagramy tę płytę z muzykami z Acute Mind. Protestowałeś, kiedy ktoś chciał zmieniać Twoje numery? Nie, ani przez chwilę nie miałem takiego podejścia. Są takie numery na płycie, jak choćby singlowy „About Addiction”, które w wersji finalnej brzmią zupełnie inaczej. Nie upierałem się, że ma być tak, jak to sobie wymyśliłem na samym początku. Nigdy nie powiedziałem, że nie zgadzam się na czyjeś pomysły. Jestem na nie

Masz muzycznych idoli w naszym kraju? Prawdę powiedziawszy, dopiero poznaję polskich wykonawców. Bardzo lubię Marka Grechutę - może dlatego, że doceniam artystów, którzy piszą dobre teksty. Podobne wrażenie robi na mnie pochodzący z Belgii Jacques Brel. Z Polski bardzo cenię sobie także grupę Variete. Nie jestem w stanie wymienić ci teraz polskich artystów, nie dlatego, że ich nie słucham, ale dlatego, że cały czas wpada mi do rąk coś nowego i szybko zapominam, co słyszałem (śmiech). Ale kojarzę Czesław Śpiewa, szokiem było dla mnie to, że Mozil zgodził się wystąpić w X Factor. Skoro wspominasz o castingach muzycznych, to i ja wspomnę. W ubiegłym roku w konkursie „Z garażu na scenę” nie miałeś sobie równych, ale też uczciwie przyznajmy, że nie miałeś za mocnej konkurencji. O czym myślałeś po zwycięstwie? Zacznę może od tego, że cała przygoda z tym konkursem była trochę przypadkowa. Koleżanka namówiła mnie, bym przesłał do organizatorów swoje demo. Zrobiłem to, ale już po kilku dniach zupełnie o tym zapomniałem. I któregoś razu dostaję maila, że muszę skontaktować się z osobą odpowiedzialną za wybór wykonawców. Początkowo nie wiedziałem nawet, o co w ogóle chodzi. Mija kilka tygodni i nagle okazuje się, że wygrałem. To był naprawdę wielki szok. Wiedziałem, że zwycięstwo wiąże się z propozycją nagrania płyty, ale nie rozpatrywałem tego w kontekście robienia kariery. Lubię tworzyć muzykę, więc pomyślałem jedynie, że z kontraktem będę mógł zarejestrować utwory w profesjonalnym studiu, co oczywiście wpłynie na ich jakość. Ale gdyby zdarzyło się inaczej, dalej nagrywałbym w domu. Pojawiła się propozycja nagrania płyty i rozumiem, że rozpoczęły się długie miesiące ciężkiej pracy. Musieliśmy włożyć wiele wysiłku, by całość brzmiała naprawdę zawodowo. Nie chodziło przecież o to, żeby zagrać na gitarze kilka kawałków i do nich zaśpiewać. Nie mówię oczywiście, że byłoby 4 Electric Nights

Żeby coś osiągnąć, nie wystarczy jedynie talent. Potrzebny jest marketing, np. teledyski, wizyty w radiu czy trasy koncertowe.


Osobiście interesuje mnie prawdziwa miłość, ale artystycznie zauważam miłości różnego typu, te dobre i te złe. W życiu spotykasz ich wiele.

otwarty, bo wiem, że co prawda potrafię grać na różnych instrumentach, ale nie dla wszystkich jestem zawodowym muzykiem. Oni mają jakąś koncepcję, znają swoje instrumenty i mogą mieć lepsze rozwiązania. Opowiedz mi o „Broken Romance”. Wbrew tytułowi, nie wszystkie numery traktują o miłości. Lubię pisać o sytuacjach, w których człowiek znajduję się na rozdrożu i nie wie, co ma robić dalej. Np. „About Addiction” jest dokładnie o tym, o uzależnieniu, które samo w sobie jest takim „broken romance”. Podobnie niespełniona miłość w „I Think Of You”. Są też inne rodzaje miłości i rozstań, takie jak w „No Reason” i „Sorry Man” czy uświadamianie sobie, że niepotrzebnie braliśmy coś lub kogoś za pewnik („The Rage”). Osobiście interesuje mnie prawdziwa miłość (śmiech), ale artystycznie zauważam miłości różnego typu, te dobre i te złe. W życiu spotykasz ich wiele. Ten album jest o „broken romances”, ale to nie znaczy, że na następnym krążku (jeśli będzie) też zaśpiewam o tym samym. Dawno nie słyszałem tak ciekawego albumu nagranego przez początkującego artystę. Myślę, że masz realne szanse, by trochę na polskim (a może i nie tylko) rynku zamieszać. Jaki masz plan, by tego nie schrzanić? Nagraliśmy płytę i powoli szykujemy się do trasy koncertowej. Prawdopodobnie w kwietniu, najpóźniej w maju pokażemy się w kilku miejscach. A w międzyczasie przeprowadzimy też ofensywę medialną. Jestem raczej spokojny. Ciężko pracowaliśmy nad tym albumem, więc nawet jeśli nie wyjdzie, niczego sobie nie zarzucimy. Ale zobaczysz, że wyjdzie (śmiech). Nagrasz kiedyś płytę po polsku? Raczej nie. Słuchałem ostatnio pewnej popularnej artystki z Polski, która śpiewając po angielsku brzmiała strasznie. Nigdy nie chciałbym znaleźć się w takiej sytuacji. Wolę już śpiewać w swoim języku, nawet jeśli nie wszyscy mieliby mnie w Polsce zrozumieć. To jest muzyka i tutaj każdy element musi być idealnie wykonany. rozmawiał: Tomasz Kowalewicz Electric Nights

5


hit lists

czyli muzyczny magiel Adama Dobrzyńskiego

Wiosna nie tylko w kalendarzu pokazuje swoje słoneczne oblicze. Również w muzyce jesteśmy świadkami zmian na dobre, czyli wysypu znakomitych płyt. Wielu płyt. Znajduje to swoje odbicie na listach przebojów.

N

ajwiększą rewelacją pierwszego kwartału tego roku jest na pewno Adele, której album pt. „21” bije rekordy popularności. To, o czym bezskutecznie marzy od lat Robbie Williams, jej przyszło zaskakująco prosto. Debiut na szczycie amerykańskiej listy przebojów wg tygodnika „Billboard” - zaliczony. Za to na Wyspach Brytyjskich sensacja goni sensację. I w efekcie porównania do The Beatles mają sens - w wymiarze historycznym. Otóż jej najnowszy singiel „Someone Like You”, po brawurowym wykonaniu koncertowym, od razu awansował z 47 na 1 miejsce brytyjskiego chartu. Ale jej pierwszy singiel „Rolling In The Deep” również zanotował postęp oczko w górę, na pozycję numer 4. To oznacza, że Adele w czołowej piątce listy umieściła dwa nagrania. Ostatni raz taka sztuka udała się The Beatles w styczniu 1964 roku. Niebywałe, prawda? Tak było 26 lutego, a w chwili, gdy piszę te słowa, Adele utrzymuje wśród małych płytek pozycję liderki. Ale uwaga - w najlepiej sprzedających się płytach, również zajmuje pozycję pierwszą, mimo że na 2 wskoczył od razu najnowszy krążek Elbow „Build A Rocket Boys”, a dopiero na 5 – R.E.M. z „Collapse Into Now”. Michael Stipe z kolegami powrócili w doskonałej formie, muzycznie odwołując się do dwóch najlepszych płyt w swoim dorobku, „Out Of Time” i „Automatic For The People”. Nadal w czołówce sprzedaży płyt na Wyspach utrzymuje się fantastyczny debiut końca ubiegłego roku, Rumer, której głos wszyscy porównują do Karen Carpenter i mają absolutną rację. Zapowiadana rewelacją tego miesiąca Alexis Jordan, z debiutanckim materiałem spada po nie najgorszym starcie, z 9 od razu na 22 lokatę. Wokalistka ze Stanów Zjednoczonych ma za sobą udział

R

e

k

l

a

m

a

w amerykańskiej wersji programu „Mam talent!” w 2006 roku. Po wyeliminowaniu z programu, umieściła covery piosenek na YouTube, które obejrzało ponad milion internautów. To nie koniec gwiazdek wykreowanych przez podobne music show. W Szwecji nadal ma się nieźle program „Idol”, a zwycięzca ubiegłorocznej edycji, Jay Smith, na swoim debiucie umieścił same covery w rockowych interpretacjach, m.in. „Bad Romance” Lady Gagi, „Like A Prayer” Madonny czy „Heart Shaped Box” Nirvany. Barwą głosu przypomina Chada Kroegera z Nickelback i na tle innych „telewizyjnych odkryć” prezentuje się niebywale świeżo. A na szczycie - klubowa propozycja od September, zaś na 2 debiutuje bardzo eteryczna Lykke Li z płytą „Wounded Rhymes”. Album jest następcą wydanego przed trzema laty „Youth Novels”, a artystka zdobyła popularność w Europie za sprawą współpracy z Röyksopp oraz Kleerup. Na najnowszym wydawnictwie znajdziemy doskonałą mieszankę indie, popu, electropopu oraz muzyki elektronicznej. Naprawdę doskonały krążek. W Holandii najlepiej sprzedającym się albumem, jak w zasadzie w całej Europie, jest płyta Adele. Ale już na 2 pojawia się zestaw największych przebojów od rockowych krezusów z formacji Kane, a na 3, oczko w dół zsuwa się Selah Sue (właściwie Sanne Putseys). Belgijka, jak to ostatnio modne, stylistycznie wraca do lat 60., ale zgrabnie obraca się też w soulu, reggae, popie czy (nieco) funky. Na płycie m.in. Cee Lo Green i zdaje się, że o trzecim albumie tej artystki będzie jeszcze głośno. Na topie i ciągle w czołowej dziesiątce jest też Caro Emerald, jedna z barwniejszych postaci ubiegłego roku z przebojową płytą „Deleted Scenes From The Cutting Room Floor” (pozycja 6). R.E.M. już poza top 10 (spadek z 8 miejsca


na 11), wspomniana wcześniej Rumer na 12, a tylko na 35 debiutuje formacja The Vaccines. Londyńczycy zajęli wysokie trzecie miejsce w tegorocznym ekskluzywnym notowaniu BBC Sound na najgorętszy debiut 2011 roku. Przypomnę tylko, że oczko wyżej postawiono Jamesa Blake’a, a plebiscyt wygrała Jassie J. W Australii najpopularniejszą płytą w ostatnim tygodniu okazała się piąta ścieżka dźwiękowa z musicalu „Glee”. Na płycie m.in. nowe wersje przebojów z repertuaru Michaela Jacksona, Katy Perry, Fleetwood Mac, Joan Jett’s i (o zgrozo) Justina Biebera. Pozycja druga (to kolejna premiera) tym razem dla powracających hardcore’owców z Chicago, Rise Against. Ich szósta płyta „Endgame” wyprodukowana została ponownie przez Billa Stevensona, który stale współpracuje też z NOFX, The Lemonheads czy Pudle Of Mudd. Z pozycji liderki aż na 4 zsunęła się Avril Lavigne z najnowszym albumem - bardzo dobrym i wreszcie naprawdę przebojowym, „Goodbye Lullaby”. Top 10 zamyka Michael Bublé ze swoim „Crazy Love”, które w zestawieniu kraju słynącym z kangurów już od pięćdziesięciu tygodni! Ale to wcale nie najlepszy wynik, bo od sześćdziesięciu tygodni i obecnie na 15 miejscu znajduje się Kesha z „Animal”, a od osiemdziesięciu ośmiu tygodni i w zasadzie zamyka listę, na 49 miejscu druga płyta Taylor Swift pt. „Fearless”.

m ie na jsc liś e po cie lo prze ka d t n ile a ia w raz ze y sta wi en iu

Może to nie obowiązek, ale hobby, przyjemność, kiedyś dla zabawy, później z przywiązania, obecnie też i z potrzeby (bo to pomaga w pracy) - co tydzień przygotowuję całkiem prywatne zestawienie swoich ulubionych piosenek. Gorąca setka jak tygodnika „Billboard”. Z nieco innymi zasadami, inną muzyką, z ewentualnie polskimi artystami, ale jeśli już, to w języku angielskim. A to, że sytuacja na liście odzwierciedla nagrania, które prezentuję na antenie radiowej, jest wielką i satysfakcją, i radością. Przy okazji. W tym

tygodniu notowanie 1270, które przyniosło aż dwanaście nowości, z czego cztery wskoczyły od razu do pierwszej dziesiątki zestawienia. Na 10 mamy więc zajawkę najnowszej płyty braci Hanson, którzy największą popularnością cieszyli się w latach 1996 - 1998, a ich album „Middle Of Nowhere” przyniósł dwa duże przeboje - „MMMbop” oraz „Thinking Of You”. Co ciekawe, choć ślad w Europie po nich zaginął, Isaac, Zac i Taylor płyty wydają systematycznie. „And I Waited” z ubiegłorocznego albumu „Stout It Out”, to bardzo radiowa kompozycja… Zobaczymy co się stanie. Na 9 ze świeżo rozpakowanej paczki z Irlandii, chyba obecnie największa diva irlandzkiej piosenki, Imelda May - główny gość na pięknej płycie Jeffa Becka, hołdzie dla Les Paula. Imelda z końcem 2010 r. opublikowała doskonały materiał „Mayhem”, z którego w tym tygodniu na mojej liście debiutuje song tytułowy. Pozycja 8 należy do kolejnej frapującej artystki - Joan Wasser, bardziej znanej jako Joan As Police Woman. Nowa płyta „Deep Field” zawiera wiele ciekawej muzyki, „Nervous” jest zapowiedzią całości, która na brytyjskiej liście przebojów dotarła do 40 lokaty. Pozycja 3, to najwyżej uplasowana nowość od… Duran Duran. Płyta „All You Need Is Now”, to następczyni wydanego przed czterema laty „Red Carpet Massacre” i powrót do muzycznych korzeni formacji. A „Leave A Light On” jest tego najlepszym przykładem. Oj, nie mogę się od tego nagrania uwolnić. Podobnie zresztą jak od filmowego duetu Gwyneth Paltrow i Tima McGraw oraz White Lies, z którymi nie tak dawno miałem przyjemność rozmawiać. Utwór „Turn The Bells” w dniu wywiadu i koncertu awansował w kosmiczny sposób - z 97 na... sam szczyt listy. W tym tygodniu lideruje już po raz trzeci. Do miłego posłuchania TEKST: Adam Dobrzyński

tytuł piosenki

wykonawca

1

1

4

TURN THE BELLS

WHITE LIES (3 raz na 1)

2

2

5

ME AND TENNESSEE

GWYNETH PALTROW AND TIM McGRAW

3

N

1

LEAVE A LIGHT ON

DURAN DURAN

4

4

6

SPEAK TO ME

ROXETTE

5

5

18

WELL WELL WELL

DUFFY

3

8

SET FIRE TO THE RAIN

ADELE

6

6

20

PUSH ME AROUND

FICTION PLANE

7

7

5

BAD ROMANCE

JAY SMITH

8

N

1

NERVOUS

JOAN AS POLICE WOMAN

9

N

1

MAYHEM

IMELDA MAY

10

N

1

AND I WAITED

HANSON Electric Nights

7


Clubs W naszym piśmie rekomendujemy zazwyczaj muzykę, obok której nie można przejść obojętnie. Taką, przy której trzeba myśleć, często dość trudną w odbiorze. Jednak powiedzmy sobie szczerze - każdemu przydaje się odpoczynek od tego typu dźwięków. Co weekend nie zaszkodzi więc nikomu pójść za radą wąsatego kanclerza z filmiku na YouTube. Wyjdźmy w miasto i poszukajmy electro.

J

eśli akurat jesteś w Lublinie, sprawa wydaje się prosta. Jest jeden klub, który podaje elektronikę na wiele sposobów i niezmiennie trzyma przy tym wysoki poziom. Chodzi o Soundbar, klub zajmujący podziemia dawnego domu handlowego Astoria. Interesująco, choć ascetycznie zaaranżowane wnętrza, ciekawe oświetlenie, ponoć najlepsze klubowe nagłośnienie w kraju. No i oczywiście muzyka. Cały Lublin pamięta znakomity, zeszłoroczny koncert KAMP! właśnie w Soundbarze. Lokalni redaktorzy kulturalni oniemieli, gdy publika (ponad sto gardeł) energicznie wykrzyczała wers „You couldn’t stop the beat” z „Cosmological”. W lubelskim klubie gościły też takie zespoły, jak Out Of Tune, Plug & Play, Crab Invasion, Mass Kotki, 19 Wiosen. Jednak koncerty to stosunkowo mała część repertuaru klubu. Na ofertę składają się głównie świetne sety DJ-skie przedstawicieli polskiej i światowej sceny klubowej. Trzeba do-

8 Electric Nights

oundbar dać, że chodzi tu o pierwszą ligę elektroniki - wspomnieć Roberta Babicza, A1 Bassline czy regularnie wpadających tu warszawiaków z Hungry Hungry Models. Soundbar przyniósł lublinianom powiew świeżości. Przyciągnął tych, którzy chcą się bawić, jednak nie przy byle czym. Z tym że jak zwykle, trzeba dodać do tej beczki miodu odrobinę dziegciu. Po pierwsze - klub jest już ciut za mały. Po drugie - niestety electro nie jest tak fajnie niszowe jak kiedyś, a Soundbar przyciąga bardzo różną, niekoniecznie zainteresowaną muzyką klientelę. Warto jednak się wybrać, wypić kilka drinków i ruszyć w tany. A potem wrócić do słuchania progresywnych łamańców. TEKST: Marcel Wandas


Poppeak

Damon Albarn

Bez lęku do przodu Opera vs. hip-hop? Indie pop kontra reggae? To może być tylko Damon Albarn.

T

en facet nie boi się praktycznie nikogo i niczego. Nie przestraszył się nawet samego Noela Gallaghera, mistrza ciętych, choć banalnych ripost, gdy już szesnaście lat temu Oasis i Blur wydawały swoje single jednego dnia i cała Wielka Brytania przez caluśki tydzień żyła wojną o pierwsze miejsce listy przebojów. Wojną w sensie dosłownym - Noel życzył Albarnowi AIDS i śmierci, Damon nie pozostał dłużny określając swojego rywala robotniczym idiotą (wokalista Blur szczyci się swoim inteligenckim pochodzeniem). Te przepychanki trwały przez lata, do dziś panowie nie są w stanie przebywać ze sobą w jednym pomieszczeniu.

Tyle historia, do niej jeszcze wrócimy, bo od zjawiska pt. „Blur” tak łatwo nie uciekniemy. Tak, Albarn nie boi się niczego. Ostatnia płyta projektu Gorillaz ukazała się w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, czyli w czasie, gdy ludzie mają do roboty zupełnie inne rzeczy, niż łażenie po sklepach muzycznych czy (co bardziej adekwatne do sytuacji, bo krążek na razie jest do pobrania tylko z oficjalnej strony internetowej zespołu) ściąganie muzy z netu. Komercyjny samobój. Ale i na to Albarn znalazł marketingowy wytrych - „The Fall” zostało w całości zarejestrowane na iPadzie muzyka, podczas jesiennego tournee po Stanach Zjednoczonych. „Jesz-

cze nigdy nie byłem tak blisko techniki. Ona zupełnie wpisała się w codzienny krajobraz. Skoro mam pomysł na numer, to mogę go od razu spożytkować” - wyznał ostatnio na łamach magazynu „Spin”. Oficjalna (czyt. fizyczna) premiera płyty przewidziana jest na 18 kwietnia. Pomogą jej z pewnością entuzjastyczne recenzje empetrójkowego wydania. Na „The Fall” nie zabrakło charakterystycznych dla Gorillaz featuringów - jest Mick Jones, Paul Simonon czy Bobby Womack, który nazwał Albarna „współczesnym geniuszem”. A jeśli nawet Albarn nie jest geniuszem, to z pewnością można uznać go za prawdziwego człowieka renesansu. Już w czerwcu, podczas Manchesterskiego Festiwalu Filmowego, swą premierę będzie miała druga już opera, której muzyk jest współautorem. Tytułowym bohaterem „Doctora Dee” jest John Dee, nadworny lekarz królowej Elżbiety I, który wyznawał zasadę ścisłej symbiozy nauki i magii. Prowadził badania nad perpetuum mobile, jako pierwszy użył określenia „Imperium Brytyjskie”, żył szybko, umierał w biedzie. Pytany o wybór postaci Albarn odpowiada: „Dee robił wiele rzeczy, nie ograniczał się w żaden sposób, czerpał radość i inspiracje z różnych dziedzin”. Zbieżność losów bohatera i kompozytora zupełnie nieprzypadkowa. A brytyjska prasa, która nie słyszała nawet

Electric Nights

9


taktu opery, już wróży jej sukces na miarę „Monkey: Journey To The West”, wystawionej w 2007 r. podczas tego samego festiwalu operze, przygotowanej przez Albarna razem z Jamiem Hewlettem (stałym współpracownikiem Gorillaz) oraz słynnym chińskim reżyserem przedstawień, Chen Shi-Zhengiem. Premiera drugiej ze wspomnianych oper zbiegła się z apogeum popularności projektu The Good, The Bad And The Queen, w którym oprócz Albarna udział wzięli Tony Allen, wspominany już Paul Simonon i Simon Tong. Każdy z nich wniósł do zespołu te elementy, z którymi kojarzony był najmocniej: Albarn - zamiłowanie do melodii, Simonon - chropowatość, Tong - wrażliwość, a Allen - wiadomo, luz. Niewykluczone, że pomimo istotnej warstwy narracyjnej (poszczególne piosenki, zgromadzone na jak do tej pory jedynej płycie projektu TGTBATQ, układały się w historię o pulsie współczesnego Londynu, o tłumie i hałasie, o wyrzuconych na margines i święcących tryumfy), jest to najbardziej lekka, niesforna płyta, w zarejestrowaniu której brał udział Damon. I to właśnie ten krążek uświadomił artyście, że może wszystko. Stąd opery, rozwinięcie struktur Gorillaz, stąd zainteresowanie muzy-

Jeśli nawet Albarn nie jest geniuszem, to z pewnością można uznać go za prawdziwego człowieka renesansu. Już w czerwcu, podczas Manchesterskiego Festiwalu Filmowego, swą premierę będzie miała druga już opera, której muzyk jest współautorem.

10 Electric Nights

ką filmową (Albarn będzie autorem oprawy filmu „The Boy In An Oak”, którego reżyserką jest jego siostra Jessica - premiera na dużym ekranie pod koniec tego roku). I zgodnie z obietnicą wracamy do prehistorii - w sumie już samo Blur stało się rozbiegówką dla nieposkromionej ambicji Albarna. Zespół zaczynał proponując udane, choć pozbawione większego sensu nawiązania do dogorywającej już wtedy sceny madchesterskiej. Potem nabrał ambicji, by (przynajmniej w sferze tekstowej) kultywować dobre tradycje The Smiths. Moda na Britpop błyskawicznie wprowadziła Blur do panteonu brytyjskiej popkultury. Nowi królowie na Wyspach abdykowali dobrowolnie równie szybko - ostatnie trzy płyty grupy, to konsekwentna rezygnacja z prostoty na rzecz własnej, często niełatwej wizji artystycznej. „Nigdy nie zamierzaliśmy być tylko epigonami. Chcieliśmy iść własnym szlakiem”. Ta droga na razie została zawieszona - zapowiadana na miniony rok studyjna płyta Blur nie zostanie na razie wydana („Może za 6 lat?” - żartował na łamach „NME” gitarzysta grupy Graham Coxon), ale znając samego Albarna, do tematu powrócą, gdy ten zacznie się nudzić. TEKST: Maciek Tomaszewski


LIVE FAST, love strong and die young Nerwowe Wakacje

To nie musi się

wykluczać

Nerwowe Wakacje robią muzykę, która jest spokojna, szczera, swojska, a tego trochę jednak brakuje na polskiej scenie niezależnej. „Jesteśmy zdeterminowani, by był to ważny, wyrazisty zespół i mocny punkt na muzycznej mapie Polski” - mówi lider Nerwowych, Jacek Szabrański.

M

inęły prawie cztery lata od momentu, kiedy pierwszy raz usłyszeliśmy o Nerwowych Wakacjach dzięki piosence „Ola boi się spać”. Datę premiery debiutu przekładaliście. Poczuliście, że akurat wiosna 2011 jest sprzyjającym okresem dla zaprezentowania światu Waszej twórczości. Dlaczego trwało to tak długo? Trwało długo dlatego, że mamy wymagające zespoły macierzyste. Oprócz tego, część z nas pracuje zawodowo w zupełnie innych dziedzinach. Wynikało to też z tego, że staraliśmy się znaleźć najlepsze formy dla utworów i najciekawszy sposób ich aranżacji. Poza tym, szukaliśmy odpowiednich osób do współpracy. Mieliśmy trochę przygód, łącznie z zalaniem studia w decydującym momencie prac. Jest coś determinującego w nazwie Nerwowe Wakacje. Podróż do pierwszej płyty nie mogła się odbyć bez zakłóceń, bez jakiejś nerwowości właśnie, mniejszych czy większych problemów. Teraz na pewno jesteśmy już gotowi z nagranym i wyprodukowanym materiałem. Jestem jednak pewien, że z kolejnym albumem pójdzie szybciej, a trochę utworów mamy już na niego gotowych. W Polsce nie ma zbyt wielu zdolnych, młodych muzyków? Chodzi mi o to, że kiedy pojawia się jakiś nowy, interesujący projekt, często okazuje się, że tworzą go doskonale znani nam już muzy-

ś Jest co o ą nuj ceg determi we Wakacje. e Nerwo zej płyty w nazwi ws do pier dbyć bez Podróż o ła się kiejś nie mog ,bez ja ń e c ó ł k nie, za ci właś zych ś o w o w r ks ne czy wię h c y z s j mnie ów. problem

cy. W przypadku członków Nerwowych Wakacji kojarzymy Was z The Car Is On Fire, Afro Kolektywu czy Kolorofonu. W Polsce jest wielu dobrych muzyków, z którymi można i trzeba współpracować. W tym celu powołaliśmy do życia Wytwórnię Krajową, której nakładem ukazuje się debiut Nerwowych Wakacji. Jej misją jest wyszukiwanie takich muzyków, których talent i wrażliwość predestynuje do nagrywania płyt przynajmniej w tym głównym nurcie niezależnym. Jeżdżąc z koncertami w różne miejsca w Polsce, miałem okazję poznać wielu wspaniałych artystów, wysłuchać wiele świetnie zapowiadających się zespołów, z którymi ja i moi koledzy wiązaliśmy duże nadzieje. Potem z różnych powodów słuch o tych wykonawcach ginął. W wielu przypadkach nie doszło nawet do powstania debiutu płytowego. Mnóstwo jest zdolnych osób, ale niestety niewiele z nich jest w stanie przebrnąć przez tor przeszkód, który w Polsce stawia rynek i codzienna rzeczywistość. Jak Wytwórnia Krajowa chce pomóc takim twórcom? Na różne sposoby. Chcemy w tym roku ruszyć z mobilnym festiwalem muzycznym, który będzie jeździł do różnych miejscowości, szczególnie w tych mniej uczęszczanych rejonach Polski. To Electric Nights

11


leży mi na tym, by odcinać się od swego rodzaju schematów zamykających. Z The Car Is On Fire robimy coś odwrotnego, śpiewamy po angielsku i nie ma planów, by pisać teksty w języku Sienkiewicza. Świadomie używamy języka angielskiego z jego wszystkimi walorami melodycznymi i fonetycznymi. W Nerwowych sytuacja jest w zasadzie identyczna. Chcemy pokazać, że język polski może być poważnym atutem. Polska muzyka rockowa jest specyficzna w skali świata, jest trochę innym rodzajem sztuki. Sięgając Dajecie radę łączyć tego typu aktywność z działalnością po bardziej obrazowe porównanie: raz można wyratylko muzyczną? żać się za pomocą rzeźbienia w korze, a kiedy indziej poprzez malarstwo akwarelowe. To jest co innego, ale nie jesteśmy jednoć a w wymiarowi. Taka działalność nie musi się o kultyw Chcemy Polska jest dla Was najważniejsza? Prewykluczać, może się uzupełniać i wspiezimej ję rod j e w o cyzując, spuścizna polskiej muzyki, rać. Jako muzyk funkcjonujący na scetradyc k ryw ki roz j n e e i s n o pisanie tekstów po polsku itd. jest dla nie niezależnej, dobrze znam jej realia i p do cemy ązywać h i C w a . n Nerwowych Wakacji najważniejsze? i mankamenty. Wiem, czego jej brakuje i c i noś im, ziałal k d s l j i mogę starać się ten niedostatek zapełe o z p w nas zyku ny ć w ję W tym projekcie Polska jest dla nas nić. Mam nadzieję, że dzięki temu bęatural tworzy anas n l d m t i s n e j w szalenie istotna. Choć, szczerze mówiąc, dzie więcej ciekawej muzyki na rynku, y ę si któr ny atwiej c ł o j sam nie do końca wiem, co to znaczy a interesujący artyści będą lepiej reprem a n b i osó ć w sp i z „Polska”. Staram się definiować siebie zentowani. . a y r n y w jonal i emoc w relacji z tym bardzo pojemnym pojęciem. Czuję, że jest ważne to, gdzie jestem, Wracając do Nerwowych Wakacji. Deże mogę używać mojego osobistego doświadbiutancki krążek grupy ma tytuł „Polish czenia, działając w tej rzeczywistości społecznej. Rock”. Dla Waszych potencjalnych odbiorców, Znam ten świat i mogę o nim mówić, chcę zabierać związanych raczej ze sceną niezależną, może się on głos i zajmować konkretne stanowisko w jego sprawie. kojarzyć nie najlepiej i wydawać się mało nowoczesnym hasłem. Skąd wziął się polski rock u Nerwowych Wakacji? Piosenki Nerwowych Wakacji zdają się był hołdem codzienności, To po części przewrotny tytuł i trochę prowokacja z naszej emanują spokojem trochę na przekór wielkomiejskiemu zgiełkostrony, ale nie tylko. Jesteśmy bardzo związani z polskim korzeniem wi i wszechobecnemu pośpiechowi życia, który towarzyszy Wam muzycznym, z tradycją rodzimej piosenki rozrywkowej. Chcemy na co dzień. Skąd taki klimat płyty? kultywować tę tradycję i nawiązywać do niej w naszej działalnoJest takie powiedzenie buddyjskie, że lotos najlepiej kwitnie na ści. Chcemy tworzyć w języku polskim, który jest dla nas naturalny i najłatwiej się w nim wyrazić w sposób mocny i emocjonalny. Za- błocie. Wbrew pozorom tam, gdzie jest dużo hałasu i zgiełku, może ma być forma spotkań muzycznych twórców miejscowych z bardziej doświadczonymi kolegami, działającymi w nurcie muzyki niezależnej, spotkań inspirujących do działania obydwie strony. Efektem tej trasy ma być płyta z najlepszymi utworami lokalnych twórców. W ten sposób chcemy jakoś ułatwić im przebicie się ze swoją propozycją do szerszego grona odbiorców.

12 Electric Nights


zrodzić się idealna cisza i być może, mówiąc górnolotnie, stąd wziął się taki klimat. Ja jestem Warszawiakiem, urodziłem się tutaj, znam to miasto od podszewki i wiem, jak to jest żyć jego specyficznym rytmem, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jednocześnie mam świadomość, że jest to teatr cieni. Nie mogę na nim polegać, bo konsystencja jego jest zbyt lotna. Nie mam więc innego wyjścia, jak szukać swojego miejsca w zastanej rzeczywistości i przetwarzać ją po swojemu. Twoi koledzy z zespołu podzielają ten punkt widzenia? Nie wiem, trzeba by ich spytać o to. Nerwowe Wakacje to bardzo osobisty koncept muzyczno-iryczny, który podzielił ze mną mój przyjaciel, Michał Szturomski i bardzo mocno go wspierał swoim nieprzeciętnym talentem i zaangażowaniem. Z czasem pojawili się również wyśmienici muzycy, Łukasz i Piotrek, z którymi graliśmy jeszcze w liceum. Niemniej, na poziomie idei, przy tej płycie jestem być może odosobniony nawet w łonie własnego zespołu. Cenisz sobie bardziej polskich muzyków, którzy przywiązują największą uwagę do rodzimej tradycji, czy też tych, którzy mniej lub bardziej udanie podążają za światowymi trendami? Ja cenię dobrych i uczciwych muzyków. Sam jestem wychowany na polskiej, ale też anglojęzycznej muzyce, więc to nie musi się wykluczać, a wręcz odwrotnie: może dobrze uzupełniać. Nic nie jest czarno-białe. Język angielski daje możliwość padku W przy komunikowania się na poziomie globalkacji ych Wa nym, jest narzędziem bardzo wdzięcznym, y Nerwow jest,b ejsze plastycznym. Język polski pozwala na i n e ż a s w naj więk z komunikację w sposób bardziej dosadny ła naj a w a d cji, forma i bezpośredni, za pomocą zwrotów czy munika o k i c oś zywać skojarzeń, które są rozumiane podskórmożliw przeka a ł a g nam nie. poma órych t k a n , treści . zależy Co dalej z projektem Nerwowe Wakacje? Jesteśmy zdeterminowani, by był to ważny, wyrazisty zespół i mocny punkt na muzycznej mapie Polski. Chcemy być grupą z własnym zdaniem, propozycją muzyczną i tekstową, grupą, która nie boi się być sobą. Musieliśmy też do tego dojrzeć i te kilka lat zwłoki było nam zwyczajnie potrzebne.

Na następnej płycie dalej skupicie się na polskiej muzyce rockowej?

Tradycja rockowa jest tradycją wolnościową i daje najszerszy zakres wypowiedzi. To jest też moja tradycja. Na pewno będziemy szukali rozwiązań muzycznych, które pozwolą nam pozostawać aktualnymi i czytelnymi. Będziemy do tego dążyć, pracując nad formą naszych piosenek. W przypadku Nerwowych Wakacji najważniejsze jest, by ta forma dawała największe możliwości komunikacji, pomagała przekazywać treści, na których nam zależy.

Przeczytasz zapewne w recenzjach płyty „Polish Rock” dużo pozytywnych epitetów pod adresem muzyki Nerwowych Wakacji, a jakbyś Ty zareklamował słuchaczom ten album? Jest to bardzo uczciwa płyta, nie ściemniamy na niej. Jeśli ktoś jest przygotowany na prawdziwe spotkanie z nami, zapraszam do sięgnięcia po „Polish Rock”.

ROZMAWIAŁA: Kasia Wolanin

nerwowe wakacje

Electric Nights

13


LIVE FAST, love strong and die young The Joy Formidable

nie do określenia Ona jedna i ich dwóch. Jedni mówią „indie”, drudzy „pop”, jeszcze inni krzyczą „grunge”. Nikt nie ma racji. Bo trio z Walii żyje pomiędzy gatunkami i skutecznie broni się przed jakąkolwiek kategoryzacją. Debiutancki album, „The Big Roar”, zachwycił publiczność i oczarował krytyków. Co takiego ma w sobie The Joy Formidable? Spytajmy Ritzy Bryan, wokalistkę i gitarzystkę The Joy Formidable.

W

tej chwili jesteście w trakcie pierwszej tak dużej i ważnej trasy koncertowej. Jak idzie?

Rewelacyjnie. Świętujemy wydanie naszej płyty i cieszymy się koncertami. To ekscytujące ponownie odwiedzać znajome miejsca i poznawać całkiem nowe. Poza tym, zobaczyć jak reaguje na nas publiczność to świetna sprawa i poniekąd cel tej trasy.

je. To, że jesteśmy nie do określenia sprawia nam radość, ale wielu ludziom się nie podoba, bo sprawia, że czują się zagubieni. Tak jest zwłaszcza teraz – dla mediów najwygodniej jest zamykać rzeczy i zjawiska w pudełkach z etykietkami. Tak jest łatwiej, przyjemniej i bardziej zrozumiale. Ale to nie to ekscytuje nas w muzyce, to nie to definiuje nas jako artystów.

„The Times” określił Waszą muzykę mianem „marzycielskiego indie popu”. Zgadzasz się z tym?

Po kilku latach pracy wydaliście swój debiutancki album. Płyta póki co zbiera wyłącznie rewelacyjne recenzje. O czym jest „The Big Roar”?

Przypinali nam tak wiele łatek, że już straciłam rachubę. Każda klasyfikacja ma swoje granice, tym samym żadna mnie nie interesu-

Jest tu dużo tematów, sporo obserwacji i multum emocji. W wielu momentach płyta jest bardzo osobista, niekiedy

14 Electric Nights


marzycielska, nawet podświadoma. Opisuje okres, który był bardzo ponury, piękny i burzliwy zarazem. To w dużej mierze słychać w tekstach. Jesteś ich wyłączną autorką? Dzielę się pisaniem z Rhydianem (basistą The Joy Formidable - przyp. red.). Jednak, jako wokalistka czuję, że pisanie jest dla mnie bardziej naturalne. Chodzi o to, żeby głos i przesłanie były ze sobą połączone. Każdy tekst, który tworzę, ma jakieś znaczenie. Możesz usłyszeć emocje, intencje, tylko to się liczy. Rhydiana i Ciebie łączy interesująca historia... Dorastaliśmy w Północnej Walii, chodziliśmy do tej samej szkoły, ale do różnych klas. Wiedzieliśmy o wzajemnej miłości do muzyki, ale do naszego pierwszego spotkania doszło dopiero kilka lat później. Na początku byliśmy zupełnie innym zespołem. Mieliśmy kompletnie inną dynamikę. Była depresyjna, na wskroś przepełniona smutkiem. Po pewnym czasie, po raz pierwszy zaczęliśmy pisać wspólnie. Chcieliśmy znów cieszyć się muzyką, tworzyć coś magicznego i znaczącego. To wtedy powstały nasze pierwsze piosenki. To wtedy powstało The Joy Formidable. Prywatnie jesteście parą - jaki to ma wpływ na tworzenie muzyki? Nie jest łatwo, ale to muzyka jest zawsze na pierwszym miejscu, to ona jest naszym priorytetem i największą pasją, jaką ze sobą dzielimy, więc nasz związek tak naprawdę funkcjonuje wokół naszej pracy. Jesteśmy drużyną i doskonale wiemy, czego chcemy.

Ghibli, Audrey Beardsley, Jimi Hendrix, The Flaming Lips, Nick Drake, Rage Against the Machine, Björk, The Smiths... Mogę tak wymieniać bez końca. Myślisz już o następnej płycie? Tak, piszemy cały czas. Tworzymy kiedy tylko nadarzy się okazja. Zawsze myślimy o tym, jaki będzie następny krok. Jest szansa, że zawitacie do Polski? Nigdy nie byliśmy w Polsce, ale planujemy przyjechać w tym roku i mamy nadzieję cieszyć się polską gościnnością i zrobić dla Was prawdziwe show!

rozmawiała: Martyna Zagórska

Po pewnym czasie, po raz pierwszy zaczęliśmy pisać wspólnie. Chcieliśmy znów cieszyć się muzyką, tworzyć coś magicznego i znaczącego. To wtedy powstały nasze pierwsze piosenki. To wtedy powstało The Joy Formidable.

Supportowaliście gwiazdy takie jak Paul McCartney i Editors. Teraz czeka Was kilka koncertów przed Manic Street Preachers. Kto kogo prosił? To Manic Street Preachers zaprosili nas. Jesteśmy zachwyceni i bardzo podekscytowani. Jako fani dorastaliśmy słuchając ich nagrań. To będzie świetna trasa! Jak wyglądają Wasze koncerty, zmieniacie aranżacje utworów? Jest łagodnie i dziko zarazem. Czasem jest cisza, czasem szaleństwo. Lubimy trzymać publiczność w napięciu. Aranżacje zmieniamy absolutnie zawsze. Robimy to, bo występ na żywo rozumiemy jako całkiem odrębne doświadczenie. Nie chodzi o powtarzanie tego co jest na płycie, ale o przeżycie czegoś zupełnie nowego. Robicie specyficzne teledyski, okładka płyty jest bardzo ciekawa - jakie znaczenie ma dla Was strona wizualna? Jest niezwykle ważna. Głównie zajmuje się nią Rhydian. Generalnie prawie wszystko robimy sami. Mamy bardzo precyzyjnie określone wyobrażenia naszej wizualnej tożsamości i chcemy się nimi dzielić, uchwycić połączenie pomiędzy muzyką, tekstami a obrazami w naszych głowach. Czerpiecie w tej dziedzinie z twórczości innych artystów? Jest ich tak wielu i nie wszyscy są muzykami. Na liście podstawowej znajdują się m.in. Elvis Costello, Gaudi, Patti Smith, Picasso,

the joy formidable Electric Nights

15


alternative STAGE Panda Bear

Pięścią w twarz

Gdyby wyróżnić ten jeden jedyny zespół po Radiohead, czyli grupę o podobnym statusie, wpływie na muzykę alternatywną i podejściu do własnej twórczości, nieuchronnie trzeba by wskazać na Animal Collective. Ci ostatni, z całą swoją normalnością i skromnością są jakby przeciwwagą dla wrzawy, jaka im towarzyszy, czego żywym dowodem jest Noah Lennox aka Panda Bear, najważniejszy, wraz z Davidem Portnerem (Avey Tare) człowiek w AC. O muzyce, wierze i meczach Benfiki Lizbona, chwilę przed wydaniem czwartej solowej płyty „Tomboy”, Panda Bear opowiedział czytelnikom „Electric Nights”. 16 Electric Nights


Ś

ledzisz na bieżąco wyniki Benfiki Lizbona?

Pewnie, że tak. Czasami jest to trudne, ale internet zazwyczaj załatwia sprawę. Mają duże szanse w drugim meczu przeciwko PSG dziś wieczorem (Benfika faktycznie awansowała do kolejnej rundy - przy. red.). Prawdę mówiąc, uważam, że są w stanie wygrać Ligę Europejską. Wiesz do czego piję – ostatni utwór na Twojej czwartej solowej płycie nosi tytuł „Benfica”. Wygląda na to, że po zakochaniu się w Lizbonie, do której „uciekłeś” z Nowego Jorku, przyszedł czas na ten znany klub piłkarski.

W jednym z wywiadów wspominałeś o tym, że w odróżnieniu od pierwszej solowej płyty i trzeciej („Person Pitch”), które były zbiorem piosenek, chcesz, by kolejny krążek był skupiony wokół konkretnej idei. Jaka jest więc myśl przewodnia „Tomboya”? Chciałem zrobić coś, co byłoby jak uderzenie pięścią w twarz z emocjonalnego punktu widzenia, jak fala roztrzaskująca się nad człowiekiem. Pragnąłem, by całość brzmiała dla mnie obco - jakby nie miała żadnego oczywistego punktu odniesienia lub kontekstu. Zasłynąłeś charakterystycznym sposobem grania na zestawie perkusyjnym, jednakowoż nieobecnym na Twoich ostatnich nagraniach (myślę zarówno o Twoich so-

Polubiłem europejską piłkę i Benfikę bardzo szybko po przeprowadzce do Lizbony. Jestem fanem sportów amerykańskich, xxxxxx ale my w Ameryce nie czujemy tak futbolu (soccera). Myślę, że wielu fanów sportów ze Stanów lubi myśleć o piłce nożnej jako o „ich grze”, czymś nieamerykańskim, co jest nieszczęśliwym podejściem.

lowych utworach, jaki i o rzeczach od Animal Collective). To przerwa wynikająca z chęci zrobienia czegoś innego, czy już nigdy nie usłyszymy „plemiennego” bębnienia Noaha Lennoxa? Na pewno jest to coś, czego nie robiłem od jakiegoś czasu. W pewnym momencie byłem zmęczony tym, jak podchodziłem do bębnów, więc pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, było zredukowanie zestawu perkusyjnego i zacząłem grać stojąc. Myślę, że to zmusiło mnie do pójścia w określonym kierunku, który polubiłem. Poza tym z pozycji stojącej możesz uderzać mocniej. Ale niedawno ponownie zasiadłem za perkusją, więc sądzę, że tak też będę grał przy okazji tworzenia nowych utworów Animal Collective, choć styl może odrobinę różnić się od poprzedniego...

Wyprowadziłeś się do Portugalii, bo jak mówiłeś, europejski sposób życia był ci bliski. Ale teraz, po kilku latach mieszkania w tym miejscu, czy myślisz, że wpłynęło ono na to jakim jesteś obecnie muzykiem i człowiekiem? Tak, jestem pewien, że na mnie wpłynęło, ale nie potrafię określić w jaki sposób, jeśli wiesz co chcę powiedzieć. Wszystko, co mnie spotyka, oddziałuje na wybory, jakich dokonuję w muzyce i decyzje, jakie podejmuję w życiu. Jest jednak bardzo ciężko wyśledzić dokładne przyczyny oraz skutki. Znowu dziennikarze przy okazji recenzji Twojego albumu będą wspominać o inspiracjach The Beach Boys - takie skojarzenia nasuwa tytuł jednej z piosenek („Surfer’s Hymn”), poza tym sam mówisz o tym, że na „Tomboyu” postanowiłeś skupić się na rytmie. Nie mogę powiedzieć, że The Beach Boys są jedyną grupą wokalną, którą lubię, ale z pewnością są inspiracją. Kochali muzykę chóralną tak jak ja. Można stwierdzić, że czerpaliśmy z tego samego źródła lub piliśmy z tej samej studni. Po tym jak napisałem kilka słów do piosenek, zauważyłem, że łączy je motyw wewnętrznego konfliktu czy paradoksu. Tak więc chłopczyca (po angielsku „tomboy” - przyp. red.) stała się swego rodzaju przenośnią dla muzyki. Poza tym, uważam, że chłopczyce są naprawdę cool, więc to oczywiście pomaga.

Wszystko,co mnie spotyka, oddziałuje na wybory, jakich dokonuję w muzyce i decyzje,jakie podejmuję w życiu. Electric Nights

17


Nie przyjąłem żadnej określonej religii, ale jestem uduchowioną osobą,przynajmniej na pewnym poziomie. Sądzę,że modlitwa i obrzędy mogą być potężną siłą w życiu ludzi.

Dla wielu „Person Pitch” to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy album minionej dekady. Bez wątpienia jesteś jednym z ulubionych wśród internautów (bardzo krytycznych przecież odbiorców) artystów. Za chwilę nowa płyta. Czujesz presję związaną z tym wszystkim, czy po prostu robisz swoje, a oceny słuchaczy to tylko dodatek do Twojej pracy? Jedno i drugie. To jest coś w rodzaju surfowania na dwóch falach jednocześnie. Z jednej strony, staram się zadowolić samego siebie i być zawsze podekscytowanym tym, co robię, mieć poczucie, że się w pewien sposób doskonalę. Z drugiej jednak strony, nie wypuściłbym muzyki, produkcji na masową skalę, gdybym nie miał nadziei, że słuchacze ją polubią i będą się przy niej dobrze bawić. 18 Electric Nights

Ale ta część wydaje się być poza moją kontrolą. Nie mogę powiedzieć, że nie obchodzi mnie, co powiedzą ludzie, na pewno jednak to poczucie dobrze spełnionego zadania jest głównym celem. Co słychać u Animal Collective? Co usłyszymy od Was po „ODDSAC” i czy Deakin wróci do zespołu na stałe (wiem, że w 2011 r. pojawi się podczas koncertów)? Tak, pracujemy nad nowymi piosenkami jako grupa, we czterech, od zeszłego stycznia. Zagramy kilka koncertów począwszy od kwietnia i myślę, że będziemy gotowi. Pozostał nam co prawda tylko jeden tydzień na dogadanie się, ale powinniśmy sobie poradzić.

Studiowałeś religię. Jak wspominasz tamten wątek w swoim życiu i czy miał on jakiś (lub będzie miał) ciąg dalszy? Nie dorastałem w religijnej rodzinie, ale zawsze fascynowało mnie to, w jaki sposób wiara może mieć bardzo pozytywny wpływ na ludzkie życie. Studiowałem ten kierunek, ponieważ chciałem zrozumieć, w jaki sposób to oddziaływanie faktycznie się dokonuje, szczególnie pragnąłem zrozumieć, czym jest to, co pomaga człowiekowi być szczęśliwym. Nie przyjąłem żadnej określonej religii, ale jestem uduchowioną osobą, przynajmniej na pewnym poziomie. Sądzę, że modlitwa i obrzędy mogą być potężną siłą w życiu ludzi. Rozmawiał: Łukasz Kuśmierz


Hard STAGE

Foo Fighters Kiedy w 1995 r. ukazywała się debiutancka płyta Foo Fighters, Dave Grohl z każdej strony słyszał zarzuty, że wozi się na popularności Nirvany. Dziś jest jedną z najważniejszych, najbardziej wpływowych osobowości na scenie i mówi się o nim głównie w kontekście zespołu, z którego uczynił gwiazdę największych scen świata. W połowie kwietnia ukaże się siódma studyjna płyta Foo Fighters.

Podwójne Electric Nights

19


Ukoronowaniem dobrej passy kapeli były dwa wyprzedane koncerty na słynnym londyńskim stadionie Wembley.

P

o wydaniu multiplatynowej (na całym świecie sprzedało się grubo ponad milion egzemplarzy) płyty „Echoes, Silence, Patience & Grace”, formacja wyruszyła w wielkie tournee, po którym Dave Grohl zapowiedział, że chce odpocząć od Foo Fighters i skupić się na innych projektach. Wspominał również o tym, iż pragnie więcej czasu spędzać z rodziną. Krążek trafił do sklepów pod koniec września 2007 r. i przyniósł grupie aż pięć nominacji do nagrody Grammy. Dwie z nich zaowocowały statuetkami - grupę uhonorowano za najlepszą płytę rockową i piosenkę („The Pretender”). Jeszcze w tym samym roku na rynku pojawiła się reedycja wydanej dziesięć lat wcześniej płyty „The Colour And The Shape”, wzbogacona o kilka coverów, w tym „Requiem” Killing Joke i piosenkę Gary’ego Numana, „Down In The Park”. Ukoronowaniem dobrej passy kapeli były dwa wyprzedane koncerty na słynnym londyńskim stadionie Wembley. Występy zarejestrowano na fantastycznym DVD, „Live At Wembley Stadium”. Najbardziej pamiętnym

20 Electric Nights

momentem było pojawienie się Jimmy’ego Page’a i Johna Paula Jonesa z Led Zeppelin - Led Fighters wykonali wspólnie „Ramble On” i „Rock And Roll”. „Inne projekty”, o których wspominał lider Foo Fighters, to supergrupa Them Crooked Vultures, w której oprócz Grohla znaleźli się lider Queens Of The Stone Age, a wcześniej Kyuss Josh Homme oraz wspomniany John Paul Jones. Dave mówił o tym projekcie od 2005 r., ostatecznie rzecz udało się sfinalizować dopiero cztery lata później. Them Crooked Vultures nie tylko wydali fantastyczną płytę (co tak naprawdę nie zawsze udaje się wszelkim supergrupom), ale wyruszyli też w trasę koncertową. Z kolei w listopadzie 2009 r. dyskografia Foo Fi-

ghters poszerzyła się o „Greatest Hits”, na której pojawiły się dwa nowe kawałki. „Składanka jest końcem pewnego etapu. Nie wiem kiedy spotkamy się, aby zacząć pracę nad następną płytą” - deklaracja Grohla brzmiała poważnie i (powiedzmy sobie szczerze) groźnie. Dave wytrzymał zaledwie kilka miesięcy, już w sierpniu 2010 r. ogłoszono, że zespół pracuje nad następcą „Echoes, Silence, Patience & Grace”. Na stanowisku producenta nowego krążka pojawił się znany z Garbage Butch Vig, który przygotowywał już numery „Wheels” i „Word Forward” na „Greatest Hits”, a wcześniej działał z Grohlem przy... „Nevermind” Nirvany. Chcąc być jak najbliżej rodziny, Grohl


Zespół ogłosił konkurs, w którym fani mogą wygrać kameralny koncert grupy w swoim garażu. Zasady są bajecznie proste wystarczy napisać, dlaczego to właśnie u Was grupa ma wystąpić i wysłać pracę na odpowiedni adres mailowy.

zdecydował, że płyta powstanie w jego garażu. Zespół nagrywał na analogowym sprzęcie, dzięki czemu album zatytułowany „Wasting Light” ma brzmieć bardzo organicznie. Muzyk nie ukrywał też, że chce wrócić do przeszłości i znów poczuć się jak dzieciak grający w garażu, w swojej pierwszej kapeli. Pierwsze efekty poznaliśmy w połowie lutego, kiedy Foo Fighters opublikowali klip do utworu „White Limo”. Na podstawie tej kompozycji można stwierdzić, że nowe wcielenie kapeli jest mocniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Utwór brzmi przy tym bardzo surowo i energetycznie, ale... muzycznie nie przekonuje. Zupełnie inną sprawą jest imprezowy teledysk, w którym główną rolę odgrywa, prowadzący tytułową białą limuzynę lider Motörhead, Lemmy

Kilmister. Dużo lepsze wrażenie robi, mający status pierwszego oficjalnego singla, kawałek „Rope”. Ciężar podobny, ale utwór posiada przynajmniej przebojowy refren i dający się zapamiętać riff. Oby płyta podążyła właśnie w tym kierunku. „Wasting Light” nie jest jedynym wydawnictwem Foo Fighters planowanym na kwiecień. 16 kwietnia, pięć dni po premierze albumu w sprzedaży pojawi się wypełniony coverami krążek „Medium Rare”. Zespół weźmie na warsztat numery Cream, Pink Floyd, Thin Lizzy i kilku innych artystów. Album ukaże się wyłącznie w formie winyla i będzie częścią obchodów zapoczątkowanego w 2007 r. Międzynarodowego Dnia Sklepu Płytowego. Amerykański kwartet uderzy więc w kwietniu podwójnie.

Powrót do korzeni spodobał się muzykom Foo Fighters do tego stopnia, że panowie zdecydowali się pociągnąć tę ideę dalej. Zespół ogłosił konkurs, w którym fani mogą wygrać kameralny koncert grupy w swoim garażu. Zasady są bajecznie proste - wystarczy napisać, dlaczego to właśnie u Was grupa ma wystąpić i wysłać pracę na odpowiedni adres mailowy. Jest jednak jedno małe obostrzenie - musicie mieszkać w Nowym Jorku, Denver, Chicago, Waszyngtonie, Seattle, Minneapolis bądź w Toronto. W grę wchodzą też bezpośrednie okolice tych miast, jednak to niespecjalnie zwiększa szanse czytelników „Electric Nights”. Może w przyszłości zespół weźmie pod uwagę także jakieś polskie miasto? Ponoć Foo Fighters wystąpią w Polsce podczas tegorocznej odsłony Orange Music Festival. Plotka pojawiła się po tym, jak dyrektor festiwalu Piotr Metz zadeklarował publicznie, że zespół zagra u nas w tym roku. Na razie brak jednak jakiegokolwiek potwierdzenia tych informacji. Tekst: Maciek Kancerek

Electric Nights

21


PROGRESSIVE STAGE Amplifier

wirus

Jak jak choroba

Kult Ośmiornicy dociera do Polski! Bezkompromisowe podejście do własnej twórczości przyniosło efekt w postaci świetnej, trzeciej płyty tria z Manchesteru. Czy „The Octopus” może być traktowane jako deklaracja niezależności Amplifier? Na to i na inne pytania odpowiedział nam Neil Mahony - basista formacji.

G

dybyś miał jednym słowem opisać Twoje emocje po skończeniu pracy nad „The Octopus”, jakiego słowa byś użył? Wbrew założeniom, wszyscy mieliśmy wrażenie, że praca nad albumem zdawała się nie mieć końca, trwała w nieskończoność. Przez prawie trzy lata pytany o to, co dzieje się w zespole, unikałem odpowiedzi. Nie było nic, o czym można by powiedzieć. Kiedy każdego roku wracałem do Dublina na Święta Bożego Narodzenia, rozmowy dotyczące zespołu zawsze kończyły się tak samo: „pracujemy nad płytą”. Kiedy ten proces dobiegł końca, poczułem ogromną

22 Electric Nights

radość. Nareszcie mogłem zapowiedzieć album i pochwalić się nową muzyką. Czy praca nad albumem zajęła Wam tak dużo czasu, ponieważ wszystko robiliście sami? Krótko mówiąc - tak. Wszystko zależało od nas, więc nie musieliśmy się spieszyć. Spójrzmy na to w ten sposób. Gdybyśmy mieli kontrakt płytowy i chcieli nagrać album po swojemu, bez prób przypodobania się komukolwiek, tak aby zadowolić samych siebie – nie sądzę, aby jakakolwiek wytwórnia zgodziła się na to. Zrobienie tego samemu było jedyną opcją, jaką mieliśmy. Wszy-

scy jesteśmy po trzydziestce. Są w życiu pewne elementarne sprawy, ważniejsze od muzyki. Podjęliśmy decyzję, że nasze życie osobiste nie może cierpieć z powodu zespołu. Musieliśmy te dwie rzeczy pogodzić. I chyba nam się udało. Po wydaniu „Insider”, zanim podjęliśmy decyzję o nagraniu „The Octopus”, przeżyliśmy kilka trudnych lat. Nie wiedzieliśmy co robić dalej. Rozwiązaniem była praca w najlepszy sposób, jaki znaliśmy - wejść do sali prób, zgasić światło i grać. Czy nie wydaje Ci się, że wydanie tak długiego albumu w dzisiejszych czasach, kiedy młodzi ludzie coraz częściej ściągają


jedynie pojedyncze utwory z sieci, jest dość ryzykowne? Czy jest to ryzykowne? Myślę, że tak. Ale to wkalkulowane ryzyko. Tak jak w filmie, kiedy ktoś patrzy ci w oczy i mówi: „zaufaj mi, wiem, co robię”. Ujmijmy to tak - wszystko czego potrzebowaliśmy, to jedna osoba, która wysłuchawszy to, co nagraliśmy, powiedziałaby: „tak, to jest świetne”. To był wystarczający wskaźnik, iż robimy coś dobrego. Nie mogliśmy nagrać innej płyty. Nie sądzę, że „The Octopus” mógłby być czterdziestominutowym albumem z dwunastoma utworami trwającymi trzy minuty. To by się nie sprawdziło. Cały koncept wymaga czasu, aby wyrazić wszystko, co chcemy. Choć początkowo sami nie myśleliśmy, że zajmie to aż dwie godziny. Zaczynaliśmy od ośmiu utworów. Jednak za każdym razem, kiedy wchodziliśmy do sali prób, do studia, rodziły się nowe pomysły. Głupotą byłoby nie wypróbowanie ich, nie danie im szansy. I nagle po roku pracy okazało się, że mamy dwadzieścia świetnych pomysłów. Wszystkie musiały znaleźć się na płycie. Skoro zaś jesteśmy niezależni i nie musieliśmy przejmować się wytwórnią, pomyśleliśmy: „skoro ma to trwać dwie godziny, niech tak będzie”. Czy jednak dwie godziny to nie jest dawka, która może odstraszać słuchacza? Sami nie nazywamy siebie zespołem progresywnym, mówią to inni. Skoro zaś tak jest, nie zdziwimy nikogo robiąc to, co robią tego typu zespoły - wydając dwugodzinny album. Nie uważam, że jest to niebezpieczne, że stracimy fanów, których już mamy. Żaden z nich raczej nie pomyśli: „Boże, nagrali dwugodzinną płytę, to nie dla mnie”. Niebezpieczeństwem może być zdobycie nowych. Czytałem dziś rano w „Musicians Union Magazine” artykuł o Biffy Clyro. Simon (Simon Neil – przyp. red.) powiedział tam między innymi, iż wykonali świadomy wysiłek, aby ich piosenki były mniej skomplikowane. Moim zdaniem, między wierszami można wyczytać, że mówiąc „świadomy wysiłek”, miał na myśli naciski wytwórni, aby piosenki trwały mniej niż cztery minuty. My nie mamy tego problemu. Podejmujemy ryzyko, ale jest to nasze własne ryzyko i jeśli coś pójdzie nie tak, nie możemy nikogo za to winić. Czy zatem „The Octopus” można odbierać jako deklarację Waszej niezależności? Z założenia wydaje mi się, że nie. Ale z czasem zdaliśmy sobie sprawę, że będąc w opozycji, jedynie samodzielnie mogliśmy wydać tę płytę. Z tego punktu widzenia, można odbierać ją, jako deklarację niezależności. Kiedy Radiohead wydali płytę „In

Sami nie nazywamy siebie zespołem progresywnym, mówią to inni.

Electric Nights

23


blemu. Nie winię przemysłu muzycznego za to, że nie jest przyjazny zespołom takim, jak nasz. To tylko przemysł. Ludzie słuchający popu nie kupują już tradycyjnych płyt. Ludzie słuchający awangardowego rocka tak. Z naszego punktu widzenia, w kilku aspektach jesteśmy szczęściarzami. Amplifier to trio, najbardziej wymagająca konfiguracja. Czy oddanie niezwykle bogatego brzmienia zespołu na żywo nie stanowi dla Was problemu? Kiedy zakładaliśmy zespół, nie ustaliliśmy żadnych reguł. Nie chcieliśmy, aby cokolwiek nas ograniczało. Zupełnie naturalnym jest dodanie jeszcze jednego wzmacniacza czy efektu. Sel i ja używamy na scenie samplerów, możemy coś nagrać i na przykład za chwilę odtworzyć od tyłu jednocześnie grając. Widzisz trzy osoby, a słyszysz o wiele więcej. Modyfikacja, wzmocnienie niektórych częstotliwości, dodanie wzmacniacza – to wszystko wpływa na percepcję słuchaczy. Sama nazwa Amplifier wskazuje na to, że brzmienie jest dla nas niezwykle istotne, nie idziemy na skróty. Na nowej trasie spróbujemy jeszcze czegoś nowego – nie zdradzę na razie, co to będzie. Musimy to jeszcze sprawdzić. Jeśli zadziała, może być dużym zaskoczeniem, choć równie dobrze może się nie udać.

Sel i ja używamy na scenie samplerów, możemy coś nagrać i na przykład za chwilę odtworzyć od tyłu jednocześnie grając.

Rainbows” i zamieścili ją w internecie za darmo, ludzie mogli za nią zapłacić, jeśli tylko chcieli. Z ich pozycji byłoby łatwiej powiedzieć, że dali sygnał wytwórniom: „patrzcie, możemy do diabła zrobić co nam się podoba”. My nigdy nie planowaliśmy tego rodzaju przekazu, chcieliśmy jedynie zadowolić siebie. Zresztą jak zawsze od 12 lat. Podpisanie kontraktu i utrata wolności, oznaczałyby brak sto procent duszy w tym, co robimy. Czy zatem nie ma szans na to, że kiedykolwiek traficie pod skrzydła dużego wydawcy? Myślę, że jest to możliwe. To zależy od warunków. Bardzo łatwo dziś szydzić z wytwórni, banków czy korporacji, choć niekoniecznie jest to uzasadnione. Nie wszystkie wielkie firmy są bezduszne, straszne i z założenia złe. Jeśli dają ci swoje pieniądze, chcą wiedzieć co z nimi robisz, nie można ich za 24 Electric Nights

Rozumiem zatem, że wolicie wspomagać się sprzętem, niż na przykład dodatkowymi muzykami? Zasadniczo tak. Tak myśleliśmy w przeszłości, ale jak powiedziałem, teraz możemy spróbować czegoś nowego. Nie ma reguł, wszystko, co daje dobry efekt, jest dozwolone. to winić. Ale z drugiej strony, jeśli chcesz iść z nimi do łóżka, musisz postępować według ich zasad. I nie sądzę, abyśmy czuli się z tym komfortowo. W wielu są wciąż ludzie kochający muzykę, chcący wydobyć na świat to, co wartościowe. Gdybyśmy związali się z jedną z nich, musielibyśmy zachować całkowitą wolność. Płyta fantastycznie sprawdza się jako całość, ale także poszczególne utwory to świetne rzeczy. Myślisz, że mają szansę zaistnieć w oderwaniu od płyty? W tradycyjnym radio, nawet internetowym, większość utworów trwa mniej niż pięć minut. Zatem gdybyśmy chcieli wydać jakiś singiel, będziemy musieli coś skrócić. Nawet jeśli jakieś internetowe radio nas zagra, wybiorą coś nie ze względu na to, że utwór im się podoba, ale dlatego, że będzie pasować do ramówki. Nie mamy z tym pro-

Czy nadal jesteście przyjaciółmi? Jest nam ze sobą bardzo dobrze, inaczej nie przeszlibyśmy przez to wszystko. Między nami panuje braterstwo, trzy osoby to optymalny skład, spisuje się świetnie. Zawsze jest ktoś, kto cię wesprze. Nie mogę się doczekać trasy, za tym tęsknię. Bycie razem w sali prób, w studio, to jedno. Na trasie bawimy się najlepiej. Odwiedziliście już raz Polskę. Jakie masz wspomnienia z wizyty u nas? Mam bardzo dobre wspomnienia… Byliśmy w kopalni soli w Wieliczce, która ze swoimi ogromnymi pomieszczeniami, kaplicami czy wykutą w soli ostatnią wieczerzą, sprawia niesamowite wrażenie. Wybraliśmy się do baru, gdzie świetnie się bawiliśmy. Piliśmy wódkę, jedliśmy dziwne jedzenie. Sam koncert był bardzo udany.


Pamiętam, że tego dnia odbyliśmy piętnaście wywiadów telefonicznych. Mieliśmy wówczas o wiele lepszy kontakt z mediami - mieliśmy agenta (śmiech). Nie ma miejsc, do których nie chcielibyśmy pojechać, a że świetnie się razem bawimy - chętnie wrócimy do Polski. Płytę promujecie na różne sposoby. Jednym z nich jest pół miliona naklejek, które wypuściliście w świat… Widziałeś stronę Cult Of The Octopus? Wpadliśmy na pomysł, że symbol ośmiornicy ma potencjał, aby stać się czymś więcej. Czymś, co zacznie rozwijać się niezależnie. Chcieliśmy go rozpowszechnić w taki sposób, aby ludzie nie wiedzieli, że ma coś wspólnego z muzyką. Jeśli byłby traktowany tylko jako tytuł płyty Amplifier, nigdy nie wyjdzie poza krąg odbiorców zespołu. Chcieliśmy uczynić z tego coś większego, co rozprzestrzenia się jak wirus, jak choroba. Stąd pomysł na naklejki. Jeśli damy je znajomym, ci przekażą je dalej, poprzyklejają w pubach, na przystankach. Każdy kto je zobaczy, może nie wiedzieć, że ma to coś wspólnego z zespołem, z muzyką. Idea Kultu Ośmiornicy może rozwijać się niezależnie od zespołu. Naklejki przyklejone w różnych miejscach nie są oczywiste. Są małe,

więc mogą być tam na zawsze. Za rok, dwa czy dziesięć lat ktoś może nie zwrócić na nie uwagi, ktoś inny może zaś zacząć dociekać co to takiego. Nie myślałem o tym w ten sposób. Czy oprócz tej akcji planujecie jeszcze inne przedsięwzięcia? Mamy wiele planów związanych z „The Octopus”. Na przykład Dzień Ośmiornicy, każdego roku w rocznicę wydania płyty - 21 stycznia. Marsz, który zainteresuje stacje telewizyjne – po to, aby idea się rozprzestrzeniała i być może w końcu zacznie żyć swoim życiem. Zobaczymy. Ale nie planujecie zmienić nazwy z Amplifier na The Octopus? Nie… (śmiech). Nie, w żadnym wypadku. Album ukazał się także w pięknym, limitowanym do pięciuset sztuk albumie. Co Was skłoniło do zaprezentowania takiej edycji? Edycja specjalna pojawiła się przez przypadek. Nie mieliśmy pojęcia, ile osób zechce kupić tę płytę. Pierwsze dwie nie rozeszły się w wielkich nakładach, nie wie-

dzieliśmy ile z osób, które je kupiły, wciąż jest zainteresowanych naszą twórczością. W związku z tym, chcieliśmy wypuścić pięćset egzemplarzy edycji specjalnej i kolejny tysiąc w digipacku. Nic więcej. Pierwszych pięćset sprzedało się w osiem godzin – chyba nikt nie był bardziej zaskoczony, niż my. Wielu fanów pytało nas, czy nie możemy wypuścić ich więcej. Tych pół tysiąca przepięknie wyglądających egzemplarzy jest wyjątkowe, posiada ich tylko pięciuset najzagorzalszych miłośników Amplifier i nie możemy ich dodrukować. Ale wciąż to ta sama muzyka, co na zwykłym albumie. Być może na rocznicę przygotujemy inne wydanie specjalne, mamy klika pomysłów, zobaczymy. Spotkaliście się już z reakcjami na nową muzykę? Reakcje są bardzo dobre. Sam nie czytam recenzji, ale jeśli znajdę naszą, to ją skanuję, cieszę się, jeśli z nią zgadzam, śmieję jeśli nie. Mamy przegródkę z negatywnymi recenzjami, jednak jeśli taka się trafi, nie robimy z tego problemu, to tylko zdanie jednej osoby. Ważniejsze są te dobre - za ich sprawą być może ktoś kupi naszą płytę. Rozmawiał: Robert Grablewski

Sam nie czytam recenzji, ale jeśli znajdę naszą, to ją skanuję, cieszę się jeśli z nią zgadzam, śmieję jeśli nie. Electric Nights

25


folk STAGE

Fleet Foxes

Debiut w drugiej dziesiątce brytyjskiej listy albumowej, a później miejsce na jej podium,to namacalny dowód, że zawartość dzieła Fleet Foxes, przynajmniej w anglosaskich uszach,została uznana za ponadprzeciętną.

Bezradny W szanowanych mediach, trzy lata temu chyba jedynie serwis Drowned In Sound w podsumowaniu rocznym nie zamieścił w czołówce debiutanckiego albumu Fleet Foxes. 26 Electric Nights

T

blues

ransatlantyckie uznanie dla ich długogrającego self-titled nie było jednak niespodzianką, publiczność została odpowiednio przygotowana wcześniejszą publikacją EP-ki o równie nieoczywistej nazwie („Fleet Foxes”), której sukces na lokalnej scenie Seattle otworzył grupie drogę do kontraktu z Sub Pop. W 2008 r. ekipa Robina Pecknolda zyskała także uznanie publikując, krótko przez longplayem, kolejny mini album zatytułowany „Sun Giant”. Sukces pierwszej płyty nie wziął się więc znikąd, mowa o jednym z najbardziej oczekiwanych debiutów w tamtym czasie, ale o ile skala zachwytów krytyki była do przewidzenia, o tyle liczba sprzedanych kopii krążka stanowiła sporą niespodziankę. De-

biut w drugiej dziesiątce brytyjskiej listy albumowej, a później miejsce na jej podium, to namacalny dowód, że zawartość dzieła Fleet Foxes, przynajmniej w anglosaskich uszach, została uznana za ponadprzeciętną. W ojczyźnie, w nieco ponad pół roku ekipa z Seattle sprzedała ponad dwieście tysięcy egzemplarzy swojego self-titled. W 2011 r., gdy grupa zdecydowała się wreszcie zaprezentować swój drugi album, Pecknold i koledzy mają zadanie o wiele trudniejsze. Nie chodzi bynajmniej o wyniki sprzedażowe, bo rozpatrując styczniowy kazus The Decemberists możemy się spodziewać miejsca na szczycie podsumowania Billboardu. Chodzi o utrzymanie wysokiego


artystycznego poziomu znanego z „Fleet Foxes”. Presja jaka ciąży na debiutantach, przed których dziełem krytycy padali na kolana, to nie tylko konieczność zmierzenia się z oczekiwaniami wytwórni, ale przede wszystkim obawa o odbiór dzieła przez rzesze słuchaczy, którzy w większości liczą na udane piosenki utrzymane w stylistce poprzedniego albumu. Tutaj właśnie czai się niebezpieczeństwo dla rewelacyjnie startujących zespołów. Zbytnie przywiązanie do sprawdzonej konwencji nierzadko powoduje powstanie gorszej kopii pierwszej płyty i narażenie się na zarzuty odtwórczości oraz braku pomysłu na rozwijanie kariery. Odejście od sprawdzonej formuły niesie natomiast ze sobą ryzyko wkroczenia na muzyczne obszary, po których artyści nie będą poruszać się tak sprawnie, jak po utartych szlakach. Jedynie nielicznym udaje się skutecznie uniknąć autoplagiatu, nie ulegając zarazem pokusie znacznego redefiniowania stylistyki. Jak z tą odpowiedzialnością poradzą sobie Fleet Foxes? Miejmy nadzieję, że muzycy staną na wysokości zadania, chociaż niepewność co do zawartości „Helplessness Blues” potęgowana była przekładaną sesją nagraniową. Teraz jednak posiadamy już niejaką wiedzę na temat i nie mam na myśli jedynie kolej-

Niewątpliwie premiera „Helplessness Blues” będzie sporym wydarzeniem. Czy krążek okaże się sukcesem na miarę płyty sprzed trzech lat?

nej „obrazowej” okładki (tym razem obyło się bez odniesień do Pietera Bruegela starszego - obwoluta została wykonana przez lokalnych artystów). Tytułowy utwór zaprezentowany przez grupę pod koniec stycznia, mocno odnosi się do twórczości Simona i Garfunkela. Nie jest to może piosenka dorównująca „White Winter Hymnal” czy „He Doesn’t Know Why”, ale określenie jej jedynie jako przyzwoitej byłoby mocno niesprawiedliwe. Podobnie rzecz ma się z udostępnionym przed kilkoma dniami „Battery Kinzie”, sympatyczną marszową wariacją. Wydaje się, że próbki przedstawione przez zespół spełniły swoje zadanie i narobiły apetytu na nowy album brodaczy nie tylko miłośnikom „Fleet Foxes”. Niewątpliwie premiera „Helplessness Blues” będzie sporym wydarzeniem. Czy krążek okaże się sukcesem na miarę płyty sprzed trzech lat? Osobiście nie przewiduję tak powszechnych peanów, jak w przypadku debiutu, ale czy moje przypuszczenia się sprawdzą, przekonamy się dopiero podczas majowego weekendu.

O tym, czy zespołowi udało się utrzymać formę, względnie nie zaliczyć wielkiej wtopy, będziecie mogli przeczytać w kolejnym numerze, gdzie solidnie zrecenzujemy „Helplessness Blues”. Póki co pozostaje nam czekać na promocyjny egzemplarz, inny od tego, który grupa przeznaczyła na internetową aukcję, mającą na celu pomoc ofiarom trzęsienia ziemi w Japonii. Jedno jest pewne - drugi album Fleet Foxes jest nie mniej oczekiwanym krążkiem od debiutu, a grupa licząc na możliwość koncertowej promocji rusza pod koniec kwietnia w światowe tournee. Podczas jego europejskiej części zawita do Polski, dając 7 lipca koncert w Poznaniu i tym samym stanie w szranki z Arcade Fire w walce o miano najciekawszego koncertu lata w naszym kraju. Będziemy więc mieli możliwość na własne uszy przekonać się jak nowe utwory wypadają w wersjach granych na żywo i podnieść wynik sprzedaży „Bluesa Bezradności”, być może jednej z najważniejszych płyt wydanych w tym roku. Tekst: Witek Wierzchowski

Electric Nights

27


electronic STAGE witch house

Mrok to dla witch house’u słowo-klucz. Tak dla witch house’u, jak i dla kiełkującego wokół niego szerszego trendu - grave wave’u.

W krzyżu zbawienie:

witch house

nadzieją alternatywy?

Zapomnij o The Kooks, The White Stripes i The Knife. Jeżeli chcesz iść za trendami, powinieneś dziś słuchać §§D ØUBL i †‡†. Dziwne nazwy? Ciekawe co powiesz, kiedy usłyszysz muzykę... 28 Electric Nights

M

łodzież zawsze stanowi najprężniej działającą siłę w społeczeństwie, jeśli chodzi o twórczość. Prowokuje, stawia pytania, kwestionuje. Na początku XXI w. nie sprawdzała się jednak w tej roli za dobrze. Z braku pomysłu na swoje pokolenie, młodzi sięgnęli po gitarę z lat 60. i syntezatory z lat 80. Wydawało się, że zostaniemy przy tym jeszcze dobrych kilkanaście lat. Coś jednak powoli rusza do przodu. W stronę mroku.

Pewnie każdy, kto sięgnął po najnowszy numer „Electric Nights”, widział kiedyś na portalu YouTube filmik z występu Sunn O))). Zakapturzeni kolesie z gitarami w rękach, w teatralnych pozach atakują nas masywem hałasu produkowanym przez ścianę wzmacniaczy. Obrazek skąpany w półmroku. A muzyka to już czysty mrok. Wyobraźcie sobie, że elektroniczny (dajmy

na to dubstepowy) producent nudzi się przy swoim laptopie. I błądząc w internecie przez przypadek trafia na ten filmik. Potem otwiera programy do robienia muzyki i riff po riffie odtwarza to, co usłyszał przed chwilą. Tak powinien był powstać witch house. Jak jednak powstał, cholera wie. O teoriach spiskowych jednak za chwilę. Mrok to słowo-klucz. Tak dla witch house’u, jak i dla kiełkującego wokół niego szerszego trendu - grave wave’u. Skupmy się jednak na tym pierwszym. Z housem nie ma praktycznie nic wspólnego. Muzyka to niby elektroniczna, jednak przypomina często zupełnie niezwiązane z laptopem gatunki. Zapraszamy słuchaczy gothu, Dead Can Dance, The Cure, My Bloody Valentine, wspomnianego wyżej drone’u, czyt. Sun O))), glitchu, eksperymentalnego minimal techno. Że niby nie da się tego połączyć?


Nowy gatunek, mimo że niesamowicie ciekawy,jest też strasznie nierówny.Tutaj wielkie znaczenie ma powszechna dostępność środków do komponowania muzyki elektronicznej.

Dywagacje na temat korzeni gatunku przyprawiają o ból głowy najbardziej łebskich krytyków. Ci wobec witch house’u są jak dzieci we mgle. Rzadko udaje się trafić w rzeczywistą inspirację artysty, gdy tak gęsto od nieoczywistych odniesień. Można niby wskazywać na gołym okiem widoczne związki z muzyką gotycką. Jednak niektórzy witch house’owcy bez skrupułów wyśmiewają konwencje stosowane przez ten gatunek, konstruując wyjątkowo karykaturalną otoczkę dla swojej muzyki. Do tego opisywany rodzaj grania wyrósł z muzyki niezależnej, a trafia najczęściej do znudzonych, szukających na siłę swojej tożsamości, alternatywnych klubowiczów. Jest jednak jedna, dość oczywista i powtarzająca się często w wywiadach z artystami propozycja do spisu witchhouse’owych inspiracji. „W Michigan mamy wysoki poziom bezrobocia. Znamy wielu zdesperowanych ludzi w dziwacznych sytuacjach” - powiedzieli jedni z ojców-założycieli gatunku Salem w wywiadzie dla „The Boston Phoenix”. Ich pierwsza EP-ka sprzed trzech lat, „Yes I Smoke Crack”, zapowiadała falę zmrocznienia w muzyce alternatywnej. A wychodziła w zupełnie innych warunkach - 2008 r. należał do zespołów takich jak MGMT czy Kings of Leon. Mimo to, ich pierwsze wydawnictwo rozeszło się na pniu w przedsprzedaży. Teraz koniunktura na mrok nakręca się coraz bardziej. Paradoksalnie - również przez pauperyzację dużej części społeczeństwa.

Jednak nie rozpływajmy się w komplementach. Nowy gatunek, mimo że niesamowicie ciekawy, jest też strasznie nierówny. Tutaj wielkie znaczenie ma powszechna dostępność środków do komponowania muzyki elektronicznej. Chodzi tak o programy

Trzeba pamiętać, że gatunek jest bardzo młody, a za zabawę w witch house biorą się najczęściej niedoświadczeni twórcy. Dlatego warto dać czas nawet tym, którzy w tej chwili nie zachwycają.

robione przez pasjonatów, jak i o skomplikowane, zero-jedynkowe machiny tworzone przez wielkie koncerny. Nawet piekielnie drogie narzędzia można łatwo zdobyć w obiegu nielegalnym, a często podstawowa ich obsługa nie wymaga szczególnie wielkiego wtajemniczenia. W ten sposób za robienie muzyki biorą się kompletne beztalencia. Wspomagani jednak odpowiednią dawką mroku i właściwą nazwą muzycy znajdują odbiorców wśród tych, których obchodzi nie tyle wartość, co świeżość. Szczególnie ważną częścią tego wizerunkowego szaleństwa są nazwy - na topie są krzyże (idziemy w stronę Justice?), tyldy, delty. Przykład pierwszy z brzegu - GuMMy†BepR!. Błądząc po niezmierzonych połaciach muzycznej beznadziei można natrafić jednak na wartościowych artystów. Trzeba pamiętać również, że gatunek jest bardzo młody, a za zabawę w witch house biorą się najczęściej niedoświadczeni twórcy. Dlatego warto dać czas nawet tym, którzy w tej chwili nie zachwycają. Pamiętając o tym, można wskazać kilka projektów, które już niedługo narobią sporo mrocznego hałasu na scenie muzycznej. Ritualz (podpisuje się również jako †‡†), oOOoO, wspomniani Salem, White Ring. Tych artystów, o których zresztą obszerniej piszemy w dziale recenzji, bez problemu da się słuchać. Zobaczymy, co stanie się z nowym gatunkiem. Z całego serca życzę witchhouse’owym artystom wszystkiego dubstepowego. Tekst: Marcel Wandas

Electric Nights

29


black, STAGE , lo-fi R n B

Jak

Cody i Tom

wymyślili

trochę inne

R’n’B

Świat przeprosił się z popem. Zwłaszcza w Polsce funkcjonowało przeświadczenie, że muzykę mogą robić tylko długowłosi panowie, którzy opanowali wszystkie harcerskie akordy i mają przynajmniej jedną gitarę na overdrivie. Istniała przepaść między muzyką fabrykowaną i tą absolutnie szczerą, która się pogłębiała przez całe lata 90., jakby antycypując radość, jaką może dać jej zasypanie dekadę później. Chyba tylko ci najbardziej zamknięci nie otworzyli się na dosłownie wszystko. Gigantyczna muzyczna wioska. Znacznie więcej możliwości.

30 Electric Nights

P

ierwszym ujmującym pościelowe, lo-fi R’n’B był łączący Temptations z Elliottem Smithem pieśniarz Cody ChesnuTT. Jeżeli nie kojarzycie tego nazwiska od razu, to może co nieco rozjaśni Wam nazwa „The Roots” i piosenka „The Seed 2.0”. Oryginalna wersja tego utworu trafiła na fenomenalne, dwupłytowe „The Headphone Masterpiece” i tak spodobała się hip-hopowym eksperymentatorom, że zaprosili ChesnuTTa do współpracy, piosenkę nagrali na nowo czyniąc z niej bardzo popularny singiel. Wspomniany album Cody’ego, oryginalnie z 2002 r., był chyba zbyt dużym szokiem, aby wówczas trafić do kanonu. Na pewno ma szansę na beatyfikację teraz, w bardziej sprzyjających warunkach. Na nagranym w sypialni na klasycznym kasetowym cztero-ścieżkowcu, porażającym objętością materiale, Cody umieścił oryginalne, minimalistyczne ujęcie nowoczesnego R’n’B. Jest to jego jedyne wydawnictwo, ale po prawdzie, gdybyście nagrali „69 Love Songs” nowego gatunku, który na dobra sprawę (jeszcze)


Daleko jest lo-fi R’n’B do eksplozji porównywalnej z nurtem chillwave,przez co znacznie trudniej zamknąć je w ramach.

nie istnieje, to śpieszylibyście się? Album robi wrażenie nagromadzeniem pomysłów i przede wszystkim kreatywnym wykorzystaniem keyboardu, gitary, maszyny perkusyjnej oraz głosu, nawet jeżeli czasami Cody wszystko skrywa za fasadą parodii piosenek na modłę macho. Całość była na tyle unikatowa, że zajęło niemal całą dekadę zanim ktoś to podjął. Stojący za projektem How to Dress Well, brooklyńczyk Tom Krell miał zupełnie inne podłoża kulturowe, kiedy zdobywał inicjalną popularność. Od 2002 do 2009 r. przeżyliśmy nawrót hipisów, badziewiarzy, wszystko było przez chwilę balearyczne, ładnie ubrani chłopcy odcinali kupony od post-punku itd. Najważniejsza jednak była chyba cicha, ale dosyć widoczna śmierć podziału na „nas” i „ich”. Kiedy w 1999 r. Travis Morrison z The Dismemberment Plan mówił o inspiracji Missy Elliott i nagrywał przeróbkę piosenki Jennifer Paige, fani specjalizującej się w scenie waszyngtońskiej DeSoto musieli się trochę zżymać. W 2005 r. adultrockowe Elbow przerabiające piosenkę Amerie na żywo w BBC nie dziwiło już nikogo. Cały świat wywrócił się do góry

nogami. Najsłynniejszym złotym dzieckiem ostatniej dekady był Ariel Pink, artysta brzmiący jak składanka nagrana na kasetę i wrzucona na dno morza. Trochę już nużący w dyskusjach o muzyce punkt odniesienia do wszystkiego, ale skala jego wpływu przerosła wszelkie oczekiwania. Nie dziwne więc, że gdy popularni artyści nurtu chillwave, jak Neon Indian czy Washed Out zrewitalizowali home recording i ukierunkowali go na nostalgiczny pop, jego sukcesorem został pop odarty z udawanej tęsknoty za niepamiętanymi latami 80., a będący po prostu popem. Inspirowany raczej doczesnym, radiowym mięsem armatnim, niż przyzwolonymi klasykami, choć mający ich w pamięci. Bo popem interesują się wszyscy. Ale dopiero Krell zdaje się faktycznie piszczeć jak Justin Timberlake i utylizować melodykę TLC czy Seala na własną modłę rozmarzonych, prymitywnych loopów przytłaczanych masą wokalnych nakładek. How to Dress Well powtórzył sukces ChesnuTTa - stworzył coś, czego wcześniej nie było. Z tą różnicą, że tym razem ktoś tego posłuchał.

tem chillwave, przez co znacznie trudniej zamknąć je w ramach. Obok docenionego w najważniejszych rocznych podsumowaniach debiutu How to Dress Well pt. „Love Remains”, pojawili się też tacy wykonawcy, jak pochodzący z Filadelfii John K z albumami „John” i „Lost In The Beat” czy Autre Ne Veut. Mimo to teren pozostaje praktycznie dziewiczy, choć już coraz więcej muzyków zapuszcza tam sondy i to tych dalekich statusowo od sypialnianych romantyków. Np. zaskakujące jak szybko podejście Krella przeniosło się chociażby na debiut kojarzonego dotychczas z dubstepem Jamesa Blake’a. Nawet jeżeli to tylko przypadek. Nurt kojarzony do tej pory z czarnoskórymi wokalistami adaptują praktycznie sami biali. Takie of Montreal poszło dalej i nagrywa z Janelle Monáe oraz Solange Knowles. Może nadchodzi casus hip-hopu, klasycznego rhythm and bluesa, funku czy soulu i nastąpi wchłonięcie? Tylko czy ktoś już wymyślił na to wszystko wygodną łatkę, którą opiszemy zjawisko i wdrożymy do muzycznego szwagrotu?

Daleko jest lo-fi R’n’B do eksplozji porównywalnej ze wspomnianym wyżej nur-

tekst: Emil Macherzyński

Electric Nights

31


Stories about big falls Beat Happening

Beat Happening Gdyby nie Beat Happening, nie byłoby gatunku twee pop (przynajmniej w takiej postaci, w jakiej go znamy), nie byłoby feministycznego ruchu riot grrrl, a muzyka Nirvany brzmiałaby być może zupełnie inaczej.

J

ednak zespół nigdy nie przekroczył liczby kilkudziesięciu tysięcy sprzedanych płyt, a po niespełna dwudziestu latach od wydania ostatniego studyjnego albumu, postać charyzmatycznego frontmana Calvina Johnsona w świadomości wielu fanów alternatywy pozostaje zupełnie anonimowa. A przecież człowiek, który założył wytwórnię K Records i który stoi za fantastyczną inicjatywną International Pop Underground, zasługuje na miejsce w pierwszym rzędzie najbardziej twórczych artystów niezależnych XX wieku.

Calvin Johnson dorastał w miejscowości Olympia, stolicy stanu Waszyngton, kilkadziesiąt kilometrów na południowy zachód od Seattle i niemal każdy aspekt związany z tym miejscem miał wpływ na jego światopogląd, co z kolei znalazło silne odbicie w tworzonej przez niego muzyce. W okolicy Olympii znajdował się postępowy Evergreen State College, a ponieważ w połowie lat osiemdziesiątych miasto to posiadało niespełna 30 tys. stałych mieszkańców, studen32 Electric Nights

ci stanowili spory odsetek ludności, zwłaszcza tej zainteresowanej kulturą i życiem nocnym. Brak jakiegokolwiek klubu muzycznego w mieście spowodował, że młodzież w poszukiwaniu alternatywnych sposobów spędzania wolnego czasu zorganizowała się w unikalną, lokalną subkulturę. Spotykano się w prywatnych domach, urządzano piżamowe przyjęcia z pieczeniem ciast i ciasteczek, wspólnym muzykowaniem. Z czasem na lokalnej scenie zawiązało się kilka regularnie występujących zespołów, a ponieważ koncerty odbywały się gdziekolwiek (w bocznych uliczkach, na miejskich placach, w piwnicach, a nawet w kuchniach podczas imprez) nikt nie przywiązywał większej wagi do jakości brzmienia. Calvin, jako osoba mająca ogromny wpływ na pryncypia kształtującej się bohemy, szybko zdobył popularność i stał się kimś w rodzaju mentora (dziś w niektórych opracowaniach można się nawet spotkać z określeniem „calviniści”).


Na Evergreen State College w latach osiemdziesiątych działała studencka rozgłośnia radiowa, której ówczesny dyrektor muzyczny, John Foster jako jeden z pierwszych dziennikarzy w Stanach Zjednoczonych zauważył rosnące znaczenie muzyki niezależnej i zdefiniował zbiór społeczno-politycznych uwarunkowań dla jej odrębności od głównego nurtu. Rozgłośnia KAOS pod jego przewodnictwem przyznawała ogromny parytet muzyce alternatywnej, co wyraźnie kształtowało gusta jej współpracowników i słuchaczy. Calvin Johnson, należący do obu tych grup jednocześnie, zaadoptował z czasem do własnego światopoglądu dwa najważniejsze aspekty muzyki niezależnej - jej regionalizm i egalitaryzm. Bez problemu odnalazł także w swoim otoczeniu pokrewne dusze, dzięki czemu już na początku lat osiemdziesiątych mógł założyć zespół Beat Happening (w skład którego weszli Bret Lunsford i Heather Lewis) oraz wytwórnię K Records, hołdującą idei „do it yourself ”. W pierwszym numerze newslettera K Records został umieszczony obrazek w konwencji komiksowej przedstawiający zanimizowane logo wytwórni stawiające czoła potworowi i podpisany „Nasz bohater walczy z wieloramiennym ogrem korporacyjnym, przełamując czar muzycznej represji”. Ta filozofia w naturalny sposób przemawiała do otwartej i samodzielnie myślącej młodzieży, zniechęconej z jednej strony, postępującą komercjalizacją muzyki rockowej, a z drugiej, pułapką agresywności, w którą wpadła niemal cała scena undergroundowa. Potwierdza to przykład Kurta Cobaina, który był do tego stopnia zafascynowany atmosferą Olympii i wszystkim co się w tym mieście działo, że kazał sobie na przedramieniu wytatuować tarczę z literą K w środku (logo K Records). Wczesne nagrania Beat Happening doskonale współgrały z ideologią Calvina i spółki. Muzyka opierała się na prostych, ale chwytliwych melodiach, aranżacje były minimalistyczne (efekt fascynacji Johnsona brytyjską sceną post-punkową z Young Marble Giants na czele), a estetyka tak odległa od komercyjnego rocka, jak tylko było to możliwe. Pierwsze demówki nagrywane były na domowym sprzęcie stereofonicznym lub na żywo podczas występów (i nie podlegały dalszej obróbce przed ich dystrybucją), koniecznie na nośniku kasetowym. Okazało się, że prymitywizm w rozumieniu kierunku znanego choćby z malarstwa sprawdza się także jako forma w muzyce, jeżeli tylko ma ona w sobie naturalny, pierwotny magnetyzm. Pierwszy album, self-titled wydany w 1985 r., ukazał pełen wachlarz środków przekazu, które przez lata stanowiły wizytówkę formacji z Olympii. Z oszczędną stylistyką dobrze korespondowały pozornie błahe teksty piosenek, które jednak przy bliższym spojrzeniu ujawniały drugie, znacznie bardziej mroczne dno. Efekt wieńczyły infantylne, rysowane odręcznie przez Calvina okładki (koncept, który artysta eksploatował także podczas tworzenia koncertowych posterów). Swobodna i nieskrępowana postawa twórcza Beat Happening nie ograniczała się tylko do muzycznych wydawnictw. Zespół przez niemal dziesięć lat swojej działalności nie dorobił się nawet własnego zestawu perkusyjnego. Na koncertach korzystał z pożyczonego sprzętu, a na próbach… używał po prostu wszystkiego co było pod ręką – beczek, wiader, garnków, kartonów itp. Nie był to zresztą poważny problem, gdyż ze względu na inne zajęcia i zobowiązania Calvin, Bret i Heather rzadko potrafili znaleźć czas na wspólne próby. Do 1988 r., czyli do czasu wydania znakomitej płyty „Jamboree”, mieli ich raptem około dwadzieścia. W międzyczasie, w różnych częściach świata, w tym samym okresie odnaleźli się ludzie podzielający podobną ideologię, którzy zaczęli ze sobą współpracować i wzajemnie promować swoje wydawnictwa. W ten sposób położone zostały podwaliny pod nurt zwany twee pop lub love rock, którego fundamentalnymi przedstawicielami, obok Beat Happening, byli m.in. The Pastels i The Vaselines ze Szkocji oraz The Cannanens z Australii.

Calvin Johnson od początku swojej muzycznej przygody wojował ze stereotypami i ograniczeniami, których (wbrew pozorom) na scenie alternatywnej było niewiele mniej, niż w mainstreamie. Poszukiwania swojej artystycznej tożsamości zawsze prowadził przy współudziale co najmniej jednej kobiety (przed erą Beat Happening udzielał się w Cool Rays, a później z Tobi Vail tworzył także duet Go Team). W czasach, kiedy alternatywna nisza (z małymi wyjątkami) niemal kipiała testosteronem, taki kulturowy manifest był bardzo istotnym bodźcem dla wszystkich dziewcząt pragnących spróbować swoich sił na scenie. Nie można przecenić wpływu, jaki miała działalność tej formacji na transformacje obyczajowe na scenie niezależnej, które pod koniec lat osiemdziesiątych dokonały się na północnym zachodzie USA. Dość powiedzieć, że to właśnie rodzinna miejscowość Calvina, Olympia stała się kolebką ruchu riot grrrl, pozwalając w dalszej perspektywie zaistnieć takim zespołom, jak chociażby Sleater-Kinney. Kolejnym popularnym mitem na początku lat osiemdziesiątych było przekonanie, że gwiazdy muzyki rockowej egzystują w czymś w rodzaju równoległej rzeczywistości, którą przeciętna osoba (nie mająca w sobie pierwiastka boskiego) może się tylko zachwycać niczym luksusowym autem na wystawie u dealera. Z tym przesądem skutecznie walczyli niemal wszyscy wykonawcy muzycznego podziemia, ale Beat Happening wykonali jeszcze jeden krok naprzód udowadniając, że nawet bez wykształcenia i specjalnych umiejętności można tworzyć interesującą muzykę lub, szerzej, sztukę. Starali się przekonać młodzież, że wszelkie bariery stojące im na drodze do kariery artystycznej, mają podłoże wyłącznie psychologiczne i wynikają z utartych schematów, które dali sobie nieświadomie narzucić.

Efekt wieńczyły infantylne okładki, rysowane odręcznie przez Calvina (koncept, który eksploatował on także podczas tworzenia koncertowych posterów). Electric Nights

33


Waszyngton (głównie Seattle) ze wszystkich zespołów mających w sobie jakiekolwiek znamiona alternatywności. Calvin Johnson znów pozostał wierny swoim ideałom słusznie konstatując, że sprzedając się w takim momencie ostatecznie pogrzebałby swoją reputację i utracił autentyczność.

Ta postawa z czasem przerodziła się w swoisty manifest zmierzający do tego, aby sztuka popularna była jak najbliżej przeciętnych ludzi, zacierając granicę między wykonawcą i odbiorcą. Jednak w odróżnieniu od innych, współczesnych im zespołów (choćby tych ze stajni SST), które starały się osiągnąć podobny cel udowadniając, że artysta jest takim samym człowiekiem, jak osoba z widowni, Calvinowi i spółce zależało na czymś dokładnie odwrotnym. Skutkiem ubocznym tak radykalnej postawy była silna niechęć, a czasem wręcz agresja ze strony twardogłowych wyznawców hardcore’u spod znaku Black Flag. Na większości koncertów poza Olympią, osoby z publiczności wcale nie miały ochoty słuchać prymitywistycznego, zaaranżowanego w estetyce lo-fi indie popu, ale Beat Happening nigdy z tego powodu nie zrezygnowali z występów. Podczas koncertu w Los Angeles, w trakcie mini trasy z Fugazi Calvin został trafiony w nos szklaną popielniczką rzuconą przez sfrustrowanego fana wyczekującego już byłych członków Minor Threat i momentalnie cały zalał się krwią. Nie przestał jednak śpiewać, a później dokończył cały zaplanowany set, rzucił mikrofonem o podłogę, zeskoczył ze sceny i przeciął wrogi tłum (który rozstąpił się niczym Morze Czerwone) kierując się prosto w stronę drzwi wyjściowych. Ciężko nie przyznać racji takim osobom jak Bruce Pavitt, które z perspektywy czasu uznają Calvina za jedną z najbardziej punkowych postaci lokalnej sceny stanu Waszyngton. Lider Beat Happening nieustannie próbował zresztą zredefiniować powszechnie funkcjonujące pojęcie punku jako postawy przynależnej wyłącznie młodym ludziom w skórzanych kurtkach i irokezach. Na koncercie „Nine for the 90’s” w Seattle, kiedy jego zespół grał obok m.in. Alice In Chains, Johnson przed swoim setem wyszedł na scenę i powiedział do mikrofonu: „Nie jesteśmy tacy jak inne zespoły tutaj, my gramy punk rocka, więc się odp...!”. Nieistotne, czy było to z jego strony głupie, czy odważne, na pewno było (jak zawsze) szczere. Dla wielu zespołów brak komercyjnego sukcesu to po prostu kwestia nieznalezienia się w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu. Ciężko jednak szukać tego typu usprawiedliwienia dla Beat Happening, którym przynajmniej dwa razy w karierze uciekł sprzed nosa pociąg do międzynarodowej sławy. Po raz pierwszy, pod sam koniec lat osiemdziesiątych, kiedy duże wytwórnie intensywnie przetrząsały scenę Seattle w poszukiwaniu grup mogących odnieść sukces na miarę Soundgarden. Być może na przeszkodzie stanęła wtedy bardzo awangardowa stylistyka grupy, choć sam Calvin był do tego stopnia zniesmaczony całym procederem i negatywnym wpływem jaki wywarł on na lokalną scenę, że prawdopodobnie nie podpisałby lukratywnego kontraktu tak czy inaczej. Beat Happening, pomimo silnego lobby ze strony Kurta Cobaina, nie skorzystali z okazji także po roku 1991, kiedy koncerny muzyczne na fali niespodziewanego sukcesu albumu „Nevermind” niemal wydrenowały stan 34 Electric Nights

Beat Happening wydali w sumie pięć płyt długogrających oraz kilka EP-ek i splitów. W 1992 r. ukazała się ostatnia studyjna płyta „You Turn Me On”, która przez wielu krytyków została uznana za arcydzieło i kwintesencję gatunku twee pop. Pomimo wyraźnego progresu technicznego i brzmieniowego, a także apogeum osiągniętego w warstwie lirycznej, grupa nie utraciła lekkości i charakterystycznej naiwności. W efekcie powstał najbardziej dojrzały i koherentny album w dorobku kapeli, na którym znalazło się miejsce dla kompozycji stanowiącej doskonałe podsumowanie całej kariery zespołu. Mowa oczywiście o ponad dziewięciominutowym utworze „Godsend”, prowadzonym rozmarzonym wokalem Heather, którego urokowi ciężko się oprzeć nawet nie będąc fanem tego typu estetyki. Mimo to, Beat Happening nie sprzedali nigdy milionów płyt, a Calvin Johnson w odpowiednim czasie nie stał się bożyszczem nastolatków na całym świecie. Jak widać, popularność i kariera w show-biznesie nie są pisane wszystkim wybitnym jednostkom, nie dla wszystkich jest to zresztą cel sam w sobie. W jednym z katalogów K Records znalazł się zapis mówiący: „Jest wiele różnych sposobów na zmierzenie sukcesu, nie tylko przy użyciu kalkulatora”. Tymczasem, pomimo faktu, że rozdział pod nazwą Beat Happening został ostatecznie zakończony w 1992 r. (zespół co prawda nigdy formalnie się nie rozwiązał, ale od tamtego czasu nie koncertuje i nie wydaje premierowego materiału), niezależna wytwórnia K Records radzi sobie znakomicie po dzień dzisiejszy, wydając nagrania takich wykonawców, jak Jeremy Jay, Chain & The Gang, Mount Eerie czy Mahjongg, a w przeszłości choćby Modest Mouse. A sam Calvin Johnson może bez ingerencji i presji ze strony kogokolwiek tworzyć swoje solowe płyty, których (tak jak przed laty) słucha tylko garstka wtajemniczonych osób. TEKST: Przemysław Nowak

„Nie jesteśmy tacy jak inne zespoły tutaj, my gramy punk rocka, więc się odp...!”.


cooperation

Charles Mingus i Joni Mitchell

Bóg

musi być

straszydłem Jak głosi legenda, włoski producent filmowy Daniele Senator zapoznał Charlesa Mingusa z twórczością Kanadyjki Joni Mitchell puszczając mu utwór „Paprika Plains” z jej albumu, „Don Juan’s Reckless Daughter” z 1977 r.

T

o trwający przeszło kwadrans, rozbudowany, nawiązujący dialog z jazzowymi bohaterami Mitchell utwór, choć ciągle utrzymany w jej charakterystycznym stylu - pełnym pięknych, wolnych od wyraźnych ram i ciągle zmieniających się partii pianina, wraz z podążającą za nimi pełną orkiestrą, aż do jazzowej kody z zespołem. Charles (obdarzony perfekcyjnym słuchem) zauważył, że te partie w kompozycji zbudowanej na długiej, samotnej, a następnie obu-

dowywanej improwizacji, zostały zagrane na nie pasujących do siebie strojem instrumentach (co było efektem kilkumiesięcznej pracy nad całością). Owo rozwiązanie uznał za ciekawe, posiadające ikrę. Ekstrawaganckie pomysły Mitchell zrobiły na Mingusie wrażenie na tyle, że legendarny kontrabasista jazzowy zaprosił artystkę do współpracy. Electric Nights

35


Pomysł ten nie był jednak najłatwiejszy w realizacji. W tym okresie Mingus był już w końcowej fazie zmagania się ze stwardnieniem zanikowym bocznym, chorobą prowadzącą stopniowo do paraliżu całego ciała. Nie mógł już grać i ostatni album, wydany jako czynny muzyk, miał za sobą. Mógł jedynie pisać. Pierwsze pomysły, jakie przedstawił Mitchell, były dosyć osobliwe. Artysta chciał np. pełnego utworu orkiestrowego z akompaniamentem basu i gitary wykonującej zupełnie inny styl muzyczny, przy którym miały być czytane poematy T.S. Eliota. Ale Joni nie przystała na (jak to określiła) „świętokradztwo”. Zamiast tego, Charles przygotował sześć kompozycji. Oryginalnym planem było właśnie sześć nowych utworów i dwa stare, do których Joni miała napisać teksty. Do pierwszego wspólnego utworu kazał jej stworzyć ich aż pięć do tyluż równoległych melodii. Rezultat był dosyć wariacki, ale (jak się okazało) było to jedynie swoiste droczenie się ze strony starszego muzyka.

nych. Z pewnością Charles mógłby być dumny z faktu, iż ostatni projekt, nad jakim w życiu pracował, okazał się być artystycznym opus magnum kanadyjskiej pieśniarki, choć (o ironio) nie jest to album uznawany w powszechnej opinii za najlepszy w jej dorobku. Prawdopodobnie jest to także ostatnie wydawnictwo Joni Mitchell, które wywołało szerszą dyskusję na temat jej muzyki. TEKST: Emil Macherzyński

Joni spędziła z Mingusem bardzo dużo czasu. Podczas roku pracy nad albumem (wydanym ostatecznie po wielu zmianach tytułu jako „Mingus”, w kwietniu 1979 r.), spotykali się, by słuchać starych utworów i rozmawiać o kierunkach, jakie chcieliby objąć na swojej wspólnej płycie. Gdy ciało Charlesa odmówiło posłuszeństwa i komunikacja za pomocą mowy stała się niemal niemożliwa, żona Mingusa, Sue, udostępniła Joni różne nagrania jego rozmów. Stanowiły one potem podstawę jej pracy. Kanadyjka towarzyszyła artyście nawet przez dziesięć dni w finalnej wyprawie do Meksyku, dokąd udał się w poszukiwaniu (u lokalnych uzdrowicieli) remedium na swoją chorobę i gdzie ostatecznie zmarł kilka miesięcy później, w styczniu 1979 roku. Na „Mingus” pojawiły się cztery kompozycje jazzmana, w tym trzy nowe i klasyczny utwór „Goodbye Pork Pie Hat” z płyty „Mingus Ah Um”, z dopisanym tekstem autorstwa Mitchell. Dla artystki było to niczym zwieńczenie długiej drogi do świata jazzu. Do jej współpracowników z poprzednich płyt, zespołu Weather Report dołączył legendarny Herbie Hancock, co (jeśli dodać występującego z WR Wayne’a Shortera) dało Joni niepowtarzalną okazję do zagrania z ludźmi, którzy wcześniej wystąpili na jej ulubionej w tamtym okresie płycie, „In A Silent Way” Milesa Davisa. Nowo powstały album charakteryzował się jazzowym podejściem do rytmu i frazowania oraz eksperymentalnym brzmieniem - gitara akustyczna jest na nim albo agresywnie pociągana za struny, albo nagrana tak głośno, że przesteruje. Na swój sposób Joni Mitchell zatoczyła tutaj koło, łącząc swoje jazzowe ciągoty z surowym ascetyzmem i (po kilku płytach zrobionych z większym rozmachem) naturalnością wczesnych nagrań. Każdy z utworów zdaje się szanować ciszę i dynamikę pomiędzy kolejnymi dźwiękami. Dodatkowo pojawiają się krótkie przerywniki, „wyciągnięte” z taśm przekazanych Joni przez Sue - nagrania wypowiedzi Charlesa Mingusa na tematy takie, jak jego wiek, muzyka czy w końcu forma pogrzebu. Umieszczenie ich na płycie to swego rodzaju hołd dla zmarłego muzyka. Jako oprawa graficzna albumu posłużyły obrazy Joni, na których artystka starała się przedstawić swoje doświadczenia z Mingusem. Ponoć jedynym utworem, nad którym Mingus nie mógł już pracować był „God Must Be A Boogie Man”. Mimo że to pierwsza kompozycja na płycie, powstała ona w dwa dni po śmierci muzyka - Joni w wywiadach utrzymywała, że prawdopodobnie, przy swoim poczuciu humoru, uznałby ten utwór za przezabawny. Wspominała też o tym, jak wiele kwestii ich różniło oraz jak dwójkę artystów połączyła (co słychać na krążku) niechęć do instrumentów elektrycz36 Electric Nights

Joni spędziła z Mingusem bardzo dużo czasu.Podczas roku pracy nad albumem spotykali się,by słuchać starych utworów i rozmawiać o kierunkach, jakie chcieliby objąć na swojej wspólnej płycie.


reviews Amplifier The Octopus Dekada z okładem obcowania z materią zwaną rock progresywny przyzwyczaiła mnie do długich albumów. Co nie znaczy, że je lubię. Dlatego z rezerwą podszedłem do „The Octopus”, choć Amplifier zaskarbił sobie moją sympatię już po wydaniu niedocenionego debiutanckiego krążka w 2004 roku. Wydany trzy lata później „Insider” przeszedł niemal niezauważony. Trzecia płyta mam nadzieję zmieni ten stan rzeczy. Nie sposób w kilkunastu zdaniach opisać wszystkiego, co dzieje się przez te dwie godziny. Zaczyna się spokojnie, pierwsza kumulacja mocy następuje w tytułowym „The Octopus”. Mroczny, złowieszczy niekiedy klimat podkreślają powolne rytmy i niepokojące, mocno przetworzone brzmienia gitary. Kolejny, energetyczny „Planet Of Insects” przypomina o przeszło-

zniewalające

ści zespołu. Dysk pierwszy zamyka fantastyczny „Trading Dark Matter On The Stock Exchange”. Po jego zakończeniu irytującym jest moment, w którym trzeba zmienić płytę w odtwarzaczu. Drugą godzinę otwiera wprowadzający małe urozmaicenie „The Sick Rose” - wokalny featuring Rose Kemp. Gości zresztą pojawia się jeszcze kilku czyniąc ten pozornie monotonny album jeszcze bardziej interesującym. Nie można go właściwie ocenić po jednym kontakcie. To, co początkowo przytłacza, przy każdym kolejnym przesłuchaniu odkrywa swoją złożoność, fascynuje i wciąga. A mam tu na myśli jedynie warstwę muzyczną. Za sprawą The Octopus deklarowana wcześniej sympatia przerodziła się w szacunek, a Amplifier dołączył do mojej prywatnej koncertowej listy „must-see”. Czekam!

piękno desperacji

TEKST: Robert Grablewski

tańczyć mi się chce

Beardfish Mammoth Beardfish trafił do mojej świadomości w 2007 r., po świetnym krążku „Sleeping In Traffic: Part One”, nad którym unosił się duch Franka Zappy. Rzecz godna podkreślenia ze względu na fakt, że Zappa przywołany dźwiękami tworzonymi przez młodych muzyków. „Mammoth” to już trzecia płyta wydana od tamtego momentu (szósta w dorobku), na której tego ducha coraz mniej. Nie oznacza, że nie można doszukać się go wcale, przykładem choćby „Akakabotu”, dość obficie ubarwione partiami instrumentów dętych. Muzyka Szwedów nabrała za to mocy, gitarzyści coraz odważniej kręcą w prawo gałkami wzmacniaczy („Green

Waves”). To wciąż zakotwiczona w latach siedemdziesiątych porcja dawki rocka progresywnego wyrosłego z dokonań czołówki moich faworytów tamtego okresu, choćby King Crimson czy Gentle Giant. Rozbudowane kompozycje z częstymi zmianami metrum i (co typowe dla Szwedów) niezwykle intrygującymi melodiami, wszystko podane z niezwykłą lekkością w warstwie instrumentalnej. Słowem – to samo co poprzednio. Płyta trwa jedynie 52 minuty, co jest raczej nietypowe dla Beardfish. Trudno powiedzieć, że zespołowi zabrakło pomysłów. Jest ich tu bardzo dużo. Nie są jednak tak błyskotliwe, jak na poprzednich albumach. Mam nadzieję, że to jedynie chwilowy spadek formy.

TEKST: Robert Grablewski

wieczór, lampka wina i...

przeszło obok, nie zauważyłem, że było

BREAK HORSES TINY BAD GIRL EP Magdalena Noweta, wokalistka ostrzeszowskiej grupy Let The Boy Decide, wydobyła z dna szuflady solowe kompozycje, zdmuchnęła kurz, poprawiła to i owo, i oto mamy EP-kę wydaną pod szyldem Break Horses. Z pomocą kilku znajomych, Magda nagrała cztery pełne wdzięku kompozycje w klimacie alt-country. Trzeba przyznać, że w roli songwriterki sprawdza się całkiem nieźle - słuchając jej piosenek można odpłynąć w dalekie rejony wyobraźni i oddać się beztroskim rozmyślaniom. W tym względzie wybija się przede wszystkim utwór promujący EP-kę, tytuło-

dla wytrwałych

wy „Tiny Bad Girl”, gdzie wokalnie udziela się także młody artysta, Peter J. Birch. Poza Magdą, jej gitarą i oryginalnym głosem, mamy tu bas, gitarę elektryczną i tworzącą klimat trąbkę. Wszystko jest ładne, lekkie i delikatne. Brzmi błogo, nieco słodko i sentymentalnie, a chwytliwe melodie z łatwością zadomawiają się w głowie. Wielu utożsamia Let The Boy Decide z głosem Magdy. Dla nich płyta może brzmieć jak kolejne dziecko zespołu. Natomiast ci, którzy tylko kojarzą twórczość ostrzeszowian, też nie będą zaskoczeni - podobny styl i brzmienie. „Tiny Bad Girl” jest zbiorem miłych dla ucha dźwięków. Ot, kolejna przyjemna płyta.

rozczarowanie

TEKST: Martyna Zagórska

Bullion

gwóźdź do trumny

You Drive Me To Plastic Dobijający do swojego ćwierćwiecza Nathan Jenkins, znany szerzej jako Bullion, wsławił się do tej pory albumem z remixami słynnego „Pet Sounds” na modłę Jay Dilli i nośną EP-ką „Young Heartache”, która trochę zaginęła w chillwave’owym szale. „You Drive Me To Plastic” to coś w rodzaju debiutanckiego albumu, choć sam artysta twierdzi inaczej. Dokładnie rzecz biorąc, jest to raptem dwudziestominutowa suita płynnie przenikających się miniatur (Jenkins tworzy muzykę w 99% opartą na ścinkach piosenek innych artystów), ale też intensywny, idiosynkratyczny miks, jakiego mógłby pozazdrościć mu Girl Talk. Jednak tam gdzie Greg Gills bawi się w szafowanie odniesieniami i oczywistościami mającymi pobudzić naszego wewnętrznego nerda, tam Bullion wprowadza zupełnie nowe konfiguracje dźwięków pozamienianie na tyle,

że ciężko w nich doszukać się oryginału. Zamiast tego, wychodzą one w stronę pełnoprawnych, nowych kompozycji, odległych od tego, co poprzez podobny sposób traktowania sampli osiągali chociażby The Avalanches czy Prefuse 73. Album-niealbum ma momenty tanecznego rozpędu i „rozjeżdżania” się na takiej częstotliwości, że aktywuje mózg na poziomie zarówno przyjemności, jak i potocznej „rozkminy”. Fascynująca, myśląca muzyka. Wątpię, by takie ujęcie sprawy przez Bulliona miało szansę na uniwersalny poklask, ale bycie punktem odniesienia jedynie dla samego siebie w tak młodym wieku, to naprawdę dużo, szczególnie w czasach, w których już prawie wszystko doczekało się prefiksu „post-”.

smaczny deser

absolutnie odkrywcze

TEKST: Emil Macherzyński Electric Nights

37


Clare Maguire Light After Dark W dobie wszechobecnej popularności telewizyjnych konkursów dla muzykówamatorów, umiejętność śpiewania jest absolutnym minimum. Clare Maguire na tym polu absolutnie nie można nic zarzucić. Barwa jej głębokiego głosu jest dość ciekawa, łączy charakterystyczny styl wokalizy Cher z ekspresją Annie Lennox. To zapewne wokalna charyzma pozwoliła Brytyjce zaistnieć w wielu muzycznych prognozach na rok 2011 (MTV, magazyn „Q”, BBC), ale niestety debiutancka płyta Maguire pokazuje, że tylko głos jest tym elementem w jej twórczości, którym można się zachwycać. Na „Light After Dark” składa się

kilkanaście przeciętnych piosenek: udramatyzowanych, przerysowanych, stylistycznie lokujących się gdzieś obok knajpianego, muzycznego kabaretu drugiego sortu. Tylko eurythmicsowy singiel „The Last Dance” jest naprawdę porządnym numerem - trochę na wyrost można go określić jako przebojową, kobiecą odpowiedź na Patricka Wolfa z jego lepszych momentów. Reszta albumu to przegląd pamiątek po niemalże większości wokalistek z ostatnich 30 lat, o jakich w tej chwili pomyślicie, podany w formie nadmiernie teatralnego, nudnego spektaklu. Teatr jednego aktora zwykle bywa interesujący, jednak nie tym razem.

TEKST: Kasia Wolanin

Cold Cave Cherish The Light Years Być może tak właśnie brzmieliby The Cure z okresu trylogii, gdyby ktoś w studyjnym bufecie ukradkiem dosypywał Robertowi Smithowi do oranżady końską dawkę antydepresantów. W tym kierunku mieli obowiązek zboczyć zafascynowani elektronicznymi eksperymentami Bloc Party. Pech jednak chciał, że inspiracje Kelego Okereke w tym zakresie poprowadziły Brytyjczyków w zupełnie inną stronę. Koniec końców, niemal w identycznym położeniu, co Cold Cave znaleźli się rok temu chłopaki z Abe Vigoda, czyli kolejni dumni spadkobiercy spuścizny synthpopu sprzed trzech dekad. Powracający ze swoim drugim albumem Amerykanie mają to, co każdy poważny kontynuator cure’owej tradycji powinien mieć w zanadrzu - mrok i romantyzm. Do tego wszystkiego dorzucamy dyskotekowy bit i w konsekwencji dostajemy

po twarzy nie tylko z główki i łokcia, ale także zupełnie niespodziewanie z kolana. Uwielbiam płyty, których główna moc nie drzemie wcale w kawałkach zwiastujących całość, lecz w przestrzeniach międzysinglowych i taka jest właśnie „Cherish The Light Years”. Na pierwszy ogień promocji krążka poszedł co prawda otwierający tracklistę „The Great Pan Is Dead”, ale dopiero dwa zupełne przeciwieństwa w postaci „Confetti” i „Icons Of Summer” stają się jego sztandarowymi pozycjami. Pierwszy zostaje wprowadzony na panteon przez gitary wzięte z „Disintegration”, drugi stanowi rewitalizację każdej podupadającej imprezy uderzając kanciastym electro, podkradzionym australijskiemu The Presets. Tyleż niecodzienna, co zniewalająca synteza w wykonaniu tyleż normalnego, co nieprzeciętnego zespołu.

TEKST: Kamil Białogrzywy

Cold War Kids Mine Is Yours Kiedy szukam w odmętach pamięci przykładów grup, które z albumu na album sukcesywnie staczały się na dno, przychodzi mi do głowy kilka dość świeżych nazw. Jako pierwsi narzucaj�� się autorzy pamiętnych debiutów - Interpol, Maximo Park, The Killers czy choćby Kings of Leon. Autorzy kapitalnego „Robbers And Cowards”, z poczuciem niemałego wstydu mogą podać rękę swoim kolegom. Najbliżej Amerykanom (co podkreśla w zasadzie każda recenzja i z czym trudno się nie zgodzić) do The Kelly Family muzyki niezależnej, czyli grupy braci Followill. Zastąpienie garażowych fascynacji stadionowymi patentami wrzuciło co prawda do portfeli Kingsów kilka zielonych banknotów, ale pod względem muzycznym absolutnie zatracili oni wiarygodność. Cold War Kids tracą ją bez żadnej finansowej gratyfikacji,

więc tym gorzej dla nich. Nathan Willet mógł niegdyś ostrością swojego wokalu kosić trawniki, obecnie nie byłby w stanie przeciąć kawałka papieru. I choć momentami na „Mine Is Yours” wychodzą na wierzch próby przywrócenia dawnej żarliwości tak, jak w kompozycji tytułowej, mainstreamowa produkcja odbiera niestety zespołowi dawne atuty. Nie jest tajemnicą, że Kalifornijczycy wybijali się ponad głowy konkurencji swoistą „korzennością” swojego brzmienia, które w przypadku nowego albumu zastąpione zostało terminem „młodzieżowa muzyka gitarowa”. Gdyby zawierzyć słowom mówiącym, że „mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy” muzycy CWK przeistoczyliby się po wydaniu trzeciej płyty w najbrzydsze kobiety nie tylko na Zachodnim Wybrzeżu.

TEKST: Kamil Białogrzywy

Duran Duran All You Need Is Now Kiedy jesteś w Duran Duran, możesz wszystko. Masz przecież ugruntowaną pozycję na rynku, miliony sprzedanych płyt i... jeszcze więcej milionów na koncie. Najfajniejsze w byciu częścią zespołu jest to, że wciąż możesz poszukiwać, ale odkrywanie nieznanych obszarów wiąże się z nie lada ryzykiem. Duran Duran przez lata kilka razy lądowali na mieliźnie. Ostatnio w 2007 r. przy okazji płyty „Red Carpet Massacre” nagranej z pomocą Timbalanda. Simon LeBon i spółka dość jednoznacznie odcinają się jednak od tamtego okresu nazywając go wymownie „f... nightmare”. „To był pomysł wytwórni”- tłumaczył się w ostatnio John Taylor. Może dlatego muzycy zdecydowali się uciec od majorsa i powierzyli swoją płytę maleńkim labelom. Producent 38 Electric Nights

także inny, choć równie modny - wybór padł na Marka Ronsona, który ma na koncie współpracę choćby z Amy Winehouse. „All You Need Is Now” idealnie wstrzeliła się w światowy renesans synthpopu. Duran Duran od zawsze najlepiej czuli się w tej stylistyce, więc teraz nie kombinowali za bardzo i skupili się na nagraniu przebojowej płyty czerpiącej garściami z lat osiemdziesiątych. „Being Followed” czy podbity porządnym funkiem „Safe” z powodzeniem mogłyby znaleźć się na kultowej płycie „Rio” z 1982 roku. Kiedy jesteś w Duran Duran, bez względu na wszystko zasługujesz na szacunek. W końcu, mimo trzydziestu lat na scenie, wciąż masz łeb do pisania parkietowych wymiataczy, a „Girl Panic!” to ścisły top 5 największych killerów w Twojej karierze.

TEKST: Maciek Kancerek


Elbow Build A Rocket Boys! Elbow wracają po kilku latach. Należy dodać, że obfitujących w wydarzenia latach - wielki sukces poprzedniego albumu, wygrana Mercury Prize, zapełnione sale koncertowe, trasa z U2. Na nowej płycie słychać upływ czasu i oddziaływanie tych sukcesów. Ten zespół od dawna opierał się na kilku filarach - głosie Guya Garvey’a, działających na uczucia kompozycjach i jednym przeboju na płytę. Po kolei zatem. Głos frontmana, czyli niepowtarzalna maniera czułego brutala, niesamowita chrypa, przenikliwe doły, świetne podkreślenie melodii na granicy falsetu. Zostało tylko to ostatnie. Dalej - dość ckliwe, ale nie przekraczające granicy dobrego smaku, urocze kompozycje. Tym razem mamy do czynienia częściej z banałami, które bardziej nadawałyby

się do ścieżki dźwiękowej „Jeziora Marzeń”, niż „Skins”. Punkt trzeci i chyba najważniejszy, bo poprzednie płyty nie byłyby tak dobre bez „Grounds For Divorce” i „Leaders Of The Free World”. Nie ma tutaj niestety pozycji, która zbliżyłaby się do tego potencjału. Brakuje melodii i genialnych aranży, które porywałyby tak, jak kiedyś „Bones Of You”. Dawne Elbow - dzisiejsze Elbow 3:0. Może chociaż zaproponowali coś świeżego? Niestety, jeśli już miałbym szukać jakiejś nowej drogi na tej płycie, wiodłaby ona gdzieś pomiędzy The National (melancholia) i Arcade Fire (szczypta patosu, wykorzystanie chórów), czyli po bezdrożach. Nie ma co się ścigać z niedoścignionymi w swoich klimatach, szczególnie kiedy miało się tak dobry pomysł na siebie. Osiedli na laurach? Zestarzeli się? Nie wiem, nie chcę dociekać. Ani słuchać „Build A Rocket Boys!” kolejny raz.

TEKST: Marcel Wandas

EVELINE ALPHA-OMEGA Oni mają za sobą dziewięć lat wspólnego grania, a my przed sobą dziewięć ich koncertów. Eveline zagrają w kwietniu na terenie całej Polski promując trzecią płytę. Patrząc na liczbę utworów, a tych jest osiem, mogłoby się wydawać, że płyta w związku z tym jest uboga. Otóż nic bardziej mylnego. Jest ona jak najbardziej bogata - w eksperymenty brzmieniowe. Progrockowa hybryda, w której znajdziemy echa post-rocka, jazz rocka i folku, zaskakuje i hipnotyzuje. Muzycy bawią się ze słuchaczem. Leniwie grające instrumenty i często minimalistyczne melodie usypiają, ale tylko po to, by za sekundę z hukiem obudzić. Rozbudowana struktura utworów opiera się w dużej mierze na sekcji rytmicznej – mamy tu częste zmiany tempa i zabawę metrum.

Napięcie skacze, a przyczynia się do tego w dużej mierze wokalista, który świetnie moduluje głos i śpiewa raz jak Thom Yorke, a raz jak Matt Bellamy. Spośród wszystkich kompozycji na uwagę zasługują w szczególności „Omega” (rewelacyjnie przesterowane gitary, modyfikacje rytmu, znakomity klimat), „She’s From Mars” (piękny fortepianowy początek, długi, intrygujący fragment instrumentalny) oraz „Lunar 8” (ponad dziesięciominutowa kołysanka, okraszona subtelnym wokalem, idealna na koniec płyty). Brzmieniowy eklektyzm powoduje, że płyta (mimo pewnych podobieństw do m.in. twórczości Radiohead) nabrała indywidualnego charakteru. Jest to niewątpliwie album wymagający, ale nie trzeba być ani alfą, ani omegą, żeby go docenić.

TEKST: Martyna Zagórska

Funeral For A Friend Welcome Home Armageddon Trudno być dzisiaj weteranem komercyjnego post-hardcore’u. Z tym muszą się mierzyć na wysokości piątej płyty Walijczycy z Funeral For A Friend. Podczas gdy inne zespoły z ich fali (początek-środek dekady, moda na screamopodobne wynalazki) kompletnie się pogubiły, straciły wenę (The Used) lub zaczęły cierpieć na manię wielkości (My Chemical Romance), oni chyba w największym stopniu pozostali sobą. Oczywiście, po tych paru ładnych latach dawny target grupy Matthew Daviesa na pewno zdążył się gdzieś rozejść, dorosnąć, zainteresować inną muzyką, a ich obecne poczynania nie są w stanie wzbudzić entuzjazmu równego temu z czasów „Casually Dressed & Deep In Conversation” i „Hours”. Mimo to praca jaką wykonują wciąż jest solidna.

Przetrwały sporadyczne wrzaski, przeplatające dynamiczne, alt-rockowe kawałki. Kapela wynajduje złoty środek pomiędzy agresywnym brzmieniem swoich początków, a przystępną college rockowością późniejszego etapu. Pasjonujące to nie jest, ale ja w żadnym wypadku nie mam wrażenia wymęczenia materiału przez grupę. „Owls (Are Watching)”, „Damned If You Do, Dead If You Don’t” czy też „Spinning Over The Island”, to całkiem zgrabne kawałki, jakich można było od nich oczekiwać. Funeral For A Friend na tle kolegów po fachu, jak i młodzieży dopiero próbującej w nim swoich sił, wypadają dość korzystnie i uczciwie. Kto lubił kiedyś „Juneau” i „Roses For Dead”, ten po „Welcome Home Armageddon” może spokojnie sięgnąć.

TEKST: Łukasz Zwoliński

Grouplove Grouplove EP Warpaint, Wild Nothing, Perfume Genius, James Blake, Zola Jesus, Yuck, The Smith Westerns… W którym punkcie krąg tych wielce docenionych już firm styka się z linią wyznaczoną przez dopiero aspirujące do wielkich wyróżnień Grouplove? Odpowiedź jest prosta jak kręgosłup po zastosowaniu pajączka. Wszystkich powyższych artystów łączy „New Musical Express”, a uściślając ich ubiegłoroczna lista „50 Best New Bands”, na której i dla ekipy Christiana Zucconiego znalazło się miejsce. Kalifornijskie country to mieszanka mniej więcej tak karkołomna, jak polski chillwave. Rezydentom miasta Lakersów udaje się mimo to połączyć słoneczny indie powerpop z folkową tradycją,

co najfajniej zazębia się w iście szlagierowym „Don’t Say Oh Well”, chociaż w zasadzie każdy track jest warty wspomnienia. Wysyłająca amerykański kwintet na szerokie wody EP-ka stanowi bowiem ultraprzebojową pigułę letniego, plażowego grania, kipiącego pozytywnym klimatem z okładki. W singlowej przestrzeni „Grouplove” EP spotykają się Alex Ounsworth z Clap Your Hands Say Yeah („Naked Kids”) z surfującym na desce Johnem Darniellem z The Mountain Goats (nosowy wokal!), natomiast muzycy mewithoutYou czy Matthew Dillon aka Windmill dopełniają swoją wirtualną obecnością to szalone beach party. Co najważniejsze, alkohol jeszcze nie wjechał na stół, a ten mały krążek to dopiero początek zabawy przed właściwą, albumową treścią.

TEKST: Kamil Białogrzywy

Electric Nights

39


Incan Abraham Sunscreen EP Poruszanie tematu dwuutworowej EP-ki nieznanego szerzej zespołu musi świadczyć albo o braku lepszych albumów na horyzoncie, albo o niezwykle dużym potencjale samych muzyków. Mimo że każde z kluczowych słów pierwszego zdania („dwa utwory”, „nieznany”, „EP-ka”) przemawia na niekorzyść członków zespołu, ich artystyczne możliwości każą wspomnieć o nich tu i teraz. Incan Abraham, wbrew nazwie, nie jest wcale saharyjskim znajomym Tinariwen, śpiewającym ludowe pieśni afrykańskich Berberów. To czwórka kalifornijskich młokosów próbujących zdyskontować sukces niedawnego krążka swych kolegów z Local Natives, do których najczęściej bywają

porównywani. „Sunscreen” jest już drugim skokiem treningowym zespołu przed arcyważnym konkursem płytowego debiutu. W tamtym roku kwartet z LA podarował na „Adult World” kilka piosenkowych wzruszeń, idealnie wyważonych między indierockowymi gitarami, a subtelną elektroniką. Nie inaczej jest teraz. Tegoroczne kawałki (wzbogacone swoimi remiksami) to ponad dziesięć idealnie rozplanowanych pod względem dramaturgii minut, łączących w sobie melancholię rodem z ostatnich wydawnictw Sub Popu, podniosłość My Morning Jacket, brzmieniową przestrzeń, melodie i wzorcowe harmonie niemal wycięte i wklejone tu właśnie z „Gorilla Manor”. Na miejscu wspomnianej wytwórni z Seattle już biegłbym do nich z propozycją lukratywnego kontraktu.

TEKST: Kamil Białogrzywy

J Mascis Several Shades Of Why Lapidarne tytuły piosenek od zawsze były swego rodzaju ucieleśnieniem nieco skrytego charakteru J Mascisa. „Not Enough”, „Make It Right”, „Can I”, „Too Deep” - wszystkie tytuły z tegorocznej solówki Jaya zebrane w całość nie utworzyłyby pewnie nawet dwóch zdań pojedynczych. Wydaje się, że długowłosy introwertyk wreszcie nagrał płytę w pełni skrojoną pod siebie - płytę unplugged. Słowo „solówka” wreszcie nie będzie rozpatrywane w kategorii surowego jeżdżenia palcem po gryfie. Na „Several Shades Of Why” roi się od typowo mascisowej melodyki utworów, a całość mieni się barwami akustycznego głaskania strun. Joseph nawet w hardym, rockowym anturażu pozostawał trochę romantycznym marzycielem, teraz jego delikatna natu-

ra nieoczekiwanie przybrała na sile. W towarzystwie kilku przyjaciół, wśród których znaleźli się m.in. Ben Bridwell i Pall Jenkins, stworzył płytę, której mimo wszystko bardziej spodziewalibyśmy się po „dinozaurowym” koledze Lou Barlowie, niż starym, dobrym, siwym okularniku. Nie jest to na pewno rzecz tak wybitnie dobra, jak dwa reunionowe krążki macierzystej grupy, ale odejście od ciężkiego schematu musi zostać docenione - nawet w momencie, kiedy nie jest wcale zbyt ryzykowne. Piękne, ascetyczne songi swobodnie mogłyby ubarwić każdą z płyt Dinosaur Jr., gdyby tylko nie ogołocić ich wcześniej z oldschoolowego brzmienia gitar. Takie kawałki jak kompozycja tytułowa czy „Can I” są najlepszą odpowiedzią na postawione na wstępie pytanie „why”.

TEKST: Kamil Białogrzywy

Jamie XX & Gil Scott Heron We’re New Here W poprzednim numerze obszernie pisaliśmy o Jamesie Blake’u. W tym rzucamy okiem na kolejnego młodego bystrzaka. Już zachwycał, wydając wraz ze swoim zespołem najbardziej błyskotliwy debiut minionego dziesięciolecia. Chodzi oczywiście o The xx. Teraz rozpoczął karierę solową. Spodziewacie się rzewnych ballad o wchodzących w dorosłość młodych ludziach? Oj nie, nie w tę stronę. Jamie Smith zabrał się za remiksowanie płyty oddającej marność egzystencji lekko zgorzkniałego, starego pryka. 61-latek po przejściach, wyrokach, długoletniej nieobecności na rynku muzycznym i jego pierwszy po szesnastu latach album - Gil Scott Heron i „I’m New Here”. No i ten niesamowicie bystry podlotek, Jamie xx. Czy taki duet może się w ogóle

w jakikolwiek sposób porozumieć? Artyści kontaktowali się listownie - pisząc na papierze, piórem, adresując, wrzucając do skrzynki. Żadnych e-maili. Nie wiem, czy to wpłynęło na klimat płyty. Jednak ten jest niepowtarzalny. Czuć tu gorzkawy posmak muzyki Herona, jednak nie on tu jest najważniejszy. Pierwszy plan stanowią świetne, ciepłe, choć rzadko pogodne bity Jamiego. W większości (bodaj oprócz „I’ll Take Care of You”) nie przypomina to The xx. Brytyjski producent przygląda się na albumie temu, co stało się w ostatnich latach z dubstepem. I tutaj można go zestawić w jednym rzędzie z Jamesem Blakiem, a przynajmniej jego wcześniejszymi dokonaniami. Zdolną mamy młodzież tej wiosny. Oby tak dalej.

TEKST: Marcel Wandas

Jef Barbara Contamination Kanadyjczyk Jef Barbara podszedł do całej tej „niezależności” od strony drzwi wyjściowych. Zamiast zamknąć się w pokoju na miesiąc ze sterownikiem midi i Maciem jak przystało na chyba KAŻDEGO dzisiaj, zrobił wszystko w tak rozkosznie tradycyjny sposób. Wynajął studio, zaprosił producenta, jest jedynie współautorem swoich kawałków (a i to nie zawsze), ogranicza się tylko do operowania głosem i modyfikowania go wokoderem. Całość zagrali i zaaranżowali panowie ze studia. Znajomi? Nie wiem. Zdrada? Raczej klasyka droga młodzieży. Tak powstawały największe płyty. I tutaj efekt też jest piorunujący. Wydany na kasecie (!) w czeskim labelu Amdiscs

40 Electric Nights

album „Contamination” brzmi, jak zaginiony album ze złotego okresu lat 80., kiedy każdy szanujący się artysta pop miał na swoich płytach przeboje i „coś dla koneserów”. Tak samo jest tutaj. Gatunkowo rozbijamy się od electropopu, przez przypominające Depeche Mode narkotyczne ballady, po zahaczające o Kraftwerk psychodelizujące odjazdy. Całość kończy przeszło dziewięciominutowa pieśń „Wild Boyz”, okraszana frywolne post-disco leadami gitarowymi jak ze złotych czasów popowego radia. Jef jest eklektyczny jak David Bowie, seksualnie przegięty jak Prince i podobnie jak swój idol George Michael nie gustuje w płci przeciwnej. Jakby ktoś otworzył okno i przewietrzył pomieszczenie, naprawdę.

TEKST: Emil Macherzyński


Kurt Vile Smoke Ring For My Halo „Smoke Ring For My Halo” jest bez wątpienia najlepszym albumem w dyskografii Kurta Vile’a, co zaskakuje tym bardziej, że czwarty krążek Amerykanina jest płytą zdecydowanie staromodną i na swój cudny sposób całkowicie archaiczną. To wspaniały, autorski hołd dla romantycznej kultury amerykańskiej prowincji w duchu największych klasyków: Segera, Dylana, Springsteena. Vile ma niesamowity talent do budowania piosenek na bazie tradycyjnego, rockowego instrumentarium, wzorowanego na konstrukcjach kompozycji z lat 70., aranżując je z zachowaniem osobliwej głębi i folkowej wrażliwo-

ści. Płyta zaczyna się od pięknej, eleganckiej ballady „Baby’s Arms”, dylanowskiej kołysanki uzupełnionej o delikatną perkusję i łagodne harmonie z efektem klimatycznego pogłosu. Klasę i dojrzałość Vile pokazuje także w energicznych numerach. „In My Time” i „Jesus Fever” to esencja chwytliwej, poprockowej Americany, którą świat kojarzy przede wszystkim przez pryzmat twórczości Toma Petty’ego. Storytelling fenomenalnego „Runner Ups” automatycznie wprowadza Kurta do przedsionka pałacu najwspanialszych pieśniarzy Ameryki, a gość nie ma jeszcze 30 lat. Najwyższy czas, by wszyscy zwrócili na niego uwagę.

TEKST: Kasia Wolanin

Nerwowe Wakacje Polish Rock Tytuł debiutanckiej płyty projektu Jacka Szabrańskiego z The Car Is On Fire jest tyleż prowokacyjny i przewrotny, co trochę mylący. Zgadza się, że na „Polish Rock” znajdziemy przede wszystkim melodyjne, swojskie piosenki z polskimi tekstami, ale bardziej niż polski rock pasuje do nich określenie „muzyka autentyczna”. Album Nerwowych Wakacji jest bowiem krążkiem absolutnie szczerym, prostolinijnym i prawdziwym do szpiku kości. Cała jego zawartość odnosi się do doświadczenia pokolenia bliskiego liderowi zespołu, które opowiedziane zostało za pomocą prostych, świetnie dobranych, adekwatnych słów. Zgrabne, nieśmiałe utwory w formie brzmieniowej przypominające o polskim bigbicie i rodzimej alternatywie dekady

lat 80., zerkające w stronę spuścizny amerykańskiego indie rocka, tworzą z warstwą narracyjną krążka niezwykle dobraną parę. „Polish Rock” to płyta dla sentymentalistów - tęskniących za tętniącymi życiem lokalnymi domami kultury, romantyków, którzy w teczce z najnowszym modelem laptopa noszą książeczkę z harcerskimi przyśpiewkami, mieszczuchów, szukających wytchnienia od intensywności życia w metropolii i wszechobecnego zgiełku. To być może najważniejszy polski album tej raczkującej dopiero dekady, ale zarówno słuchacze, jak i Nerwowe Wakacje będą mogli się do tego odnieść dopiero w przyszłości. Wierzę w to, że za kilka lat „Polish Rock” nabierze dziejowego znaczenia i naprawdę będzie do czego nawiązywać.

TEKST: Kasia Wolanin

Panda Bear Tomboy Pewnie 99,9% czytających te słowa spojrzało już na wtyczki obok recenzji. Na pierwszy rzut oka wydają się one nawzajem wykluczać, ale w rzeczywistości wszystko się zgadza. Brak przedpremierowego wycieku albumu do sieci, bardzo wysoki poziom wydawnictw zespołowych (Animal Collective) i solowych (Panda Bear) oraz fanatyzm części wielbicieli „najważniejszej grupy na świecie” sprawiły, że płycie „Tomboy” towarzyszy duże ciśnienie. Noah Lennox obiecał skupienie się na rytmie i jak powiedział, tak zrobił. Przypomnijcie sobie pierwsze dwie minuty „Take Pills” z poprzedniego krążka, ale minus wszystkie te chore i kosmiczne rzeczy, które dzieją się w tle – to jest właśnie „Tomboy”. Zapętlone struktury utworów, bardziej konwencjonalne kawałki, zero plemiennych bębnów, podobna ilość sampli. Całość nagrana właściwie tak minimalistycznymi środkami, jak „Spirit They’re Gone, Spirit They’ve Vanished”, zresztą to tak samo mocno

„klawiszowy” album. Powraca też temat wody znany z „Water Curses” i „Merriweather Post Pavilion”. To wszystko mieliśmy okazję poznać już z niezłych singli z „Tomboya” (choć zmiany są, choćby w title tracku, teraz mocno „naelektryzowanym”) publikowanych od niemal roku. Inne oblicze LP, to momenty kontemplacji („Drone” i faktycznie kojarząca się z bajaniem, senna, oparta na pianinie „Scheherazade”), słonecznej energii, czyt. radość lub rozleniwienie (pluskające „Surfer’s Hymn”, „Friendship Bracelet” - w pierwszej chwili przywołujące ducha „Brother Sport” i siesta w „Benfice”) i wyróżniający się muzycznie na tle pozostałych, najdłuższy na płycie, zakończony instrumentalnym pasażem „Afterburner”. W sumie dobry album, ale takie niech sobie nagrywają średniacy sceny indie, a nie giganci pokroju Lennoxa. Stąd, po fenomenalnym „Person Pitch” (dla mnie numerze jeden minionej dekady), solidny „Tomboy” jest paradoksalnie zawodem.

TEKST: Łukasz Kuśmierz

Papercuts Fading Parade Przyznaję, że trochę zauroczył mnie ten album, czwarty już w dorobku Jasona Quevera aka Papercuts, a pierwszy w katalogu Sub Popu. Piosenki na nim zebrane płyną, kołyszą, raczą ślicznymi harmoniami i rozmywają się w przyjemny sposób. Balladowy folk Fleet Foxes, senna, intrygująca atmosfera Beach House, odrestaurowany, sixtiesowy pop The Byrds. Quever pozostaje na czasie z tym z czym trzeba, ma spory talent, potrafi też pisać urzekające melodie. Całość materiału buduje wokół niezmiennego klimatu, wyciskając z niego ile tylko się da. Jest tu ckliwie i smutno, zawzięcie pięknie i śmiertelnie romantycznie. Przypomina się zeszłoroczny Pepper Rabbit, w obrębie

poszczególnych kawałków pewnie i z tuzin innych nazw. „Do You Really Want To Know” to jedna z tych piosenek, przy których znów chcesz się zakochiwać albo nawet przeżywać miłosne zawody. Nie inaczej „White Are The Waves”, ukazujące perfekcję w chamberpopowym piosenkopisarstwie. Do grona faworytów dorzuciłbym jeszcze „Winter Daze”, gdzie fortepian, oniryczna produkcja i głos Quevera składają się na bardzo ładny, muzyczny obrazek. Nawet gdyby pominąć wspomniane highlighty i tak będzie z czego wybierać. Utwory wyrwane z kontekstu nie tracą na urodzie, całościowo tworzą jednak spójny, hipnotyzująco-rozmarzony organizm, który właśnie w takiej postaci posiada największą siłę estetycznego rażenia.

TEKST: Łukasz Zwoliński Electric Nights

41


Peaking Lights 936 Drugi rok z rzędu świetny, dubowy strzał z kojarzonej z bardziej nieprzystępnymi formami wytwórni Not Not Fun. Poprzedni album Peaking Lights był raczej ciężkim, awangardowym eksperymentem z pogranicza muzyki przypadku, rozmarzenia, hałasu i ambientu. Nowy, „936”, zaskakuje konkretnością formy i treści. Przede wszystkim zauważalny jest zwrot w stronę rytmu i basu, oba tworzą hipnotyczną podstawę, na której opiera się konstrukcja całego albumu. I cokolwiek by nie powiedzieć,

trudną sztuką jest stworzyć muzykę wolną od jasno określonych ram, brzmiącą niemalże improwizowanie, a jednocześnie trzymaną w ryzach i pozbawioną syndromu „przynudzania na próbie”. „936” to może niezbyt łatwa i z wierzchu pogmatwana, ale po bliższym poznaniu bardzo zmyślna i dobrze napisana jukstapozycja psychodelicznego dubu i dream popu. W przeciwieństwie do poruszających się po tym samym obszarze trochę nazbyt mechanicznych Forest Swords, Peaking Lights to pełna naturalność, nieodległa od niemieckich pionierów z Can.

TEKST: Emil Macherzyński

Pinnawela Renesoul Nowa płyta Pinnaweli to kawałek porządnego, białego soulu. W świadomości wciąż jednak pokutuje przekonanie, że artystka najlepiej wypada w towarzystwie siostry i duetu producenckiego Plan B. Album Pinnaweli jest pewnego rodzaju zaskoczeniem. Nie dlatego, że powstał, po prostu Paulina Przybysz zapowiadała, że przed Pinnawelą światło dzienne ujrzy inny projekt z jej udziałem. Przedsmak „Renesoul” mieliśmy już dwa lata temu, kiedy Paulina wykonała podczas opolskiego festiwalu ładną, rozkołysaną piosenkę „Przeczucie”. Artystka postawiła tym razem na żywe brzmienie, rezygnując z obecnego na albumie „Soulahili” R’n’B, poza tym do minimum ograni-

czyła rapowane wstawki. Jedyna (w dodatku krótka) pojawia się w „Forest”. To zdecydowanie zmiany na lepsze, bowiem z eklektycznego w założeniach debiutu wyszła niespójna mieszanka, pozbawiona myśli przewodniej. Tym razem obracamy się w kręgu białego soulu, w którym Pinnawela czuje się wyjątkowo pewnie. Szczególnie sympatycznie robi się w polskojęzycznych fragmentach, jak we wspomnianym wcześniej „Przeczuciu” czy w promującej „Renesoul” piosence „Pszczoły”. Mocnym punktem jest kawałek „Serce”, w którym w końcówce obok partii smyczkowych pojawia się mocny beat. Na każdym kroku słychać, że Paulina dojrzała od wydania poprzedniej płyty. Artystka ma pomysł na siebie i należy kibicować, aby jej kariera dalej się rozwijała.

TEKST: Maciek Kancerek

R.E.M. Collapse Into Now Kiedy zespół posiada w dyskografii dwucyfrową liczbę pozycji, trudno jest przeczytać recenzję nie odnoszącą się do poprzednich dokonań. Ciężko nie patrzeć na „-nasty” album przez pryzmat mniej lub bardziej udanych poprzedników. Ostatecznie tekst o kolejnej płycie R.E.M. i tak przeczytają jedynie starzy fani oczekujący takich porównań. „Collapse Into Now” to najlepszy album atheńskiej grupy od czasów „Up” - tyle właściwie powinno wystarczyć za rekomendację do sięgnięcia po ten krążek. Po ogólnie mdłym „Reveal”, nijakich „Around The Sun” i „Accelerate”, z których dobrze wspominam chyba tylko niezbyt enigmatyczne liryczne frazy „yeah yeah yeah yeah” i „zen experience”, Buck, Mills i Stipe postawili na piosenkowość. Piętnasta płyta R.E.M. to rodzaj wycieczki po ich twórczości, od początków

w I.R.S. do najlepszych momentów nagranych już dla Warnera. Nie ma sensu doszukiwać się na niej kompozycyjnych patentów stosowanych przez trzy dekady działalności zespołu i wyłapywać, który utwór nawiązuje w mniej lub bardziej bezpośredni sposób do piosenek sprzed lat. Zepsujemy sobie przyjemność z odbioru „Collapse Into Now” jako albumu, którego główną siłą napędową są nadzwyczaj udane melodie. Po trzydziestu latach od powstania zespołu, praktycznie w każdej nowej piosence natrafimy na ślady przeszłości. Tak chyba musi być, w końcu sięgając po płytę sygnowaną R.E.M. chcę usłyszeć właśnie ich. Chcę smutnych ballad („Oh My Heart”, „Me, Marlon Brando, Marlon Brando And I”), chcę szybkich gitar („Mine Smell Like Honey”), chcę w „Blue” tak, jak na „New Adventures In Hi-Fi“ gościnnego udziału Patti Smith.

TEKST: Witek Wierzchowski

Ritualz Ghetto Ass Witch Każdy, kto oglądał kiedyś Smerfy (swoją drogą - genialnie oprawione muzyką!) słyszał w czołówce, że „to filmy dla tych, co się lubią bać”. Wers przypomniał mi się przy okazji kolejnej witchhouse’owej płyty. I nie są to „Smerfne Hity” puszczone od tyłu w zwolnionym trzy razy tempie. Bo Ritualz jest trochę jak taki Gargamel. Z jednej strony, mrok i groza, z drugiej jednak, słychać, że to nie do końca na poważnie. Zupełnie inaczej niż w przypadku Salem, którzy mimo stosowanego na skalę przemysłową przerysowanego zadęcia, chcą być traktowani całkowicie serio. „Ghetto Ass Witch” w wielu miejscach idzie bardziej w stronę makabrycznej tragifarsy, niż horroru gore. Grzechy to jednak lekkie, o ile w ogóle jakiekolwiek, wszystko jest podyktowane konwencji, a przy odrobinie chęci może się solidnie podobać. Szczególnie gdy po 42 Electric Nights

zmroku puścimy sobie „Bodie” lub kawałek tytułowy. Po tej przygrywce można posłuchać „Ritualz” i wczuć się w klimat. Potem groteska, którą atakuje nas muzyk z San Marino nie jest już aż tak (ekhm) straszna. Nie zwracając na nią uwagi można spokojnie wyczuć dramaturgię płyty, dostrzec fajne nawiązania do lat osiemdziesiątych i innowacyjność formy, zostać porażonym wysokiej jakości, elektronicznym dronem. Warto więc nie odstawiać tej płyty po pierwszym przesłuchaniu, ale próbować się w nią wgryźć. Są jednak na tym albumie momenty irytujące. Witch house w moim odczuciu nie powinien udawać electro rodem z modnych klubów. „Ghetto Ass Witch” raczy nas niestety kilkoma momentami dość słabej dyskoteki. Nie tego szukam w tej muzyce. Całość jednak na plus, choć dla wytrwałych.

TEKST: Marcel Wandas


Rural Alberta Advantage Departing Czasami odtwarzanie czyjejś twórczości przez kalkę może mieć w sobie więcej artyzmu, niż próba zrobienia czegoś absolutnie nowego. Tak właśnie jest w przypadku Rural Alberta Advantage. Ten damsko-męski tercet zadebiutował prawie trzy lata temu zjawiskowym wręcz „Hometowns”, na którym duch lidera legendarnego Neutral Milk Hotel, Jeffa Manguma, odżył w cudowny sposób. Kto wie czy nie lepiej, niż w przypadku odwiecznie porównywanych do nich The Decemberists. Z pewnością dobitniej pod względem stylistycznym. Pierwsza płyta tych emocjonalnych folkowców była tematycznie swoistym albumem ze zdjęciami, kolekcjonującym pamiątkowe fotografie z okresu dojrzewania w rodzimej Albercie. „Departing” porzuca dawny konceptualizm brzmieniowo nie przesuwając Kanadyjczyków dość znacząco,

choć minimalnej redukcji ciętych gitarowych ukąszeń z debiutu można się dopatrzyć. RAA cały czas radzą sobie bez basu tak dobrze, jak Keane bez gitar na „H&F”, jak Mogwai bez wokalu, jak Piotr Rubik ograniczający sekcję rytmiczną jedynie do klaśnięć dłoni (żart). W dalszym ciągu kompozycje opierają się przede wszystkim na gęsto wybijanym przez dwójkę Banwatt/ Cole rytmie (najlepszy w zestawie „Tornado ‘87”), natomiast stojący na czele kapeli Nils Edenloff wciąż pozoruje wokalne umiejętności. Jego krzykliwy głos mogący irytować swą infantylną manierą płaczliwego bobasa, to właśnie (obok rozpędzonych piosenek) główny znak rozpoznawczy trojga muzykantów z Alberty. Być może wiele w tym wszystkim niedoskonałości, jednak nadmierna i wykalkulowana perfekcja zazwyczaj nie wychodzi takiemu graniu na dobre.

TEKST: Kamil Białogrzywy

Salem King Knight „Muzyka z zadupia” - tak określił płytę Salem mój kumpel. Dzieło powstało w biednym Michigan podczas pierwszej fali kryzysu ekonomicznego. Jednak poczucie beznadziei jest dość uniwersalne i nie zna granic geograficznych, równie dobrze więc rzecz mogłaby powstać (bez urazy) w Skarżysku-Kamiennej. Jest źle, będzie jeszcze gorzej. Takie uczucie towarzyszy odsłuchowi tego albumu. Groteskowo powykręcanych dźwięków często nie sposób zrozumieć, jednak mają one w sobie dziwaczną silę przyciągania. Może to ich odkrywczość? Może po prostu jesteśmy ciekawi „brzydszej” strony ludzkiej natury, o której zdaje się nam opowiadać Salem? Może to po prostu dobra

płyta? Żadnego z tych wyjść nie odrzucam. Do tego to album maksymalnie odhumanizowany. Całość wypełniają dźwięki generowane przez laptop, jednak brzmiące jak komunijny keyboard Casio. Co jeszcze wzmacnia poczucie groteski - bywają one nieznośnie, nadmiernie patetyczne. Jeśli słychać wokal, to jest on nienaturalnie niski, pocięty, rozmyty. Salem skondensowali w swojej twórczości prawie wszystko, co w muzyce najgorsze. Jeśli nie wszystko. Opinie o „King Knight” są wśród moich przyjaciół podzielone. Niektórzy mówią, że to idealny podkład do horrorów klasy B. Proszę się jednak nie bać, proszę słuchać. O ile po pierwszych kilku utworach nie uznacie, że się nie da, jak kolejny z moich znajomych.

TEKST: Marcel Wandas

The Bloody Beetroots Best Of Remixes Najlepsi punkowcy wśród muzyków electro. Tak można opisać The Bloody Beetroots. Kto widział ich na żywo, ten wie, o czym mówię. Brawurowa żonglerka gatunkami, przechodzenie od barokowych klawiszy do ostrej gitary, a wszystko to na mocnym klubowym bicie. Tak to mniej więcej wygląda. Ale Bloody Beetroots to nie tylko zespół grający na żywo. To również duet sprawnych producentów, którzy już niejeden kawałek zremiksowali. I właśnie o remiksach teraz mowa. Zbiór najlepszych reinterpretacji autorstwa Sir Corneliusa Boba Rifo i Tommy’ego Tea przedstawia nam Krwawe Buraki z zupełnie innej strony. Rzucają nośne melodie z „Roboramy” w kąt, by zaprosić nas w świat ostrego, ciężkiego bitu. Oczywiście są odstępstwa od tej reguły - dość oszczędny miks dla Vitalika czy znakomita interpretacja The

Chemical Brothers. Jednak w większości przypadków chodzi o mocne podbicie i mało skomplikowaną nadbudowę melodyczną. Szczególnie widać to w przypadku przeróbek Proxy czy Tigi. Na czele tego dość nierównego zestawienia wybijają się smyczkowy remiks „Welcome” Etienne de Crecy i otwierające zestawienie, niesamowicie dynamiczne „Can’t Stop Me Now” (w oryginale Belgowie z Goose). Oczywiście nie sposób przejść obojętnie obok kooperacji Bloody Beetroots z punkowcami z Refused, jednak znaliśmy ten utwór już z niedawnego singla - tam pojawiła się o wiele lepsza wersja z wyrazistym akcentem elektronicznym. Zaczynali właśnie jako zwykli DJ’e i teraz o tym przypominają. I dobrze, na „Best Of Remixes” znalazło się kilka ponadprzeciętnych pozycji. Ja jednak czekam, aż Bloody Beetroots znowu założą maski Spider-Mana i wejdą do studia. A potem rzecz jasna na scenę.

TEKST: Marcel Wandas

The Strokes Angles Pokochaliśmy ich za bezceremonialną, młodzieńczą energię, która kipiała z każdego numeru na krążku „Is This It”, manifestu całej rzeszy wykonawców spiętych klamerką z napisem „garage rock revival”. Z perspektywy dziesięciu lat, cały ten nurt zyskał sobie raczej opinię drugorzędnego i mniej istotnego w spuściźnie ostatniej dekady. Każda kolejna po debiucie płyta The Strokes była słabsza od poprzedniczki, a sięgnąwszy dna przeciętności w 2006 r., zespół postanowił zawiesić swoją działalność. W hibernacji trwał aż do teraz i chyba, mimo wszystko, powinien w niej jeszcze pozostać. Nowojorczycy na „Angles” stoją trochę w rozkroku - między tradycją garażowej stylistyki, w której odnosili największe sukcesy a poszukiwaniem nowych rozwiązań formalnych dla swojej muzyki i w tym miejscu błądzą w

ciemnościach. Ożenione z elektronicznymi dodatkami utwory w ogóle nie brzmią z tradycyjnym instrumentarium, a momentami zamiast iść w stronę ostatniego Yeah Yeah Yeahs, przybliżają się do pełnej patosu wrażliwości Muse („Games”, „Metabolism”). The Strokes prezentują się nieźle jedynie w tych piosenkach, które przypominają o czasach ich młodości. Singlowe „Under Cover Of Darkness” zaraża sentymentalnym optymizmem, „Machu Picchu” eksponuje bardziej zadziorną stronę zespołu, a „Taken For A Fool” równie dobrze mogłoby się znaleźć na „Room On Fire”. Większość zawartości „Angles” powstała ponoć w 2009 r. i nic dziwnego, że The Strokes nie chcieli dłużej czekać na wydanie nowego materiału. Po latach ciągle nie mają jednak dostatecznych argumentów, by wydostać się z otchłani przeciętności.

TEKST: Kasia Wolanin Electric Nights

43


on tour

Fu Manchu,

Fu Manchu The Xcerts

The Xcerts Firlej, Wrocław, 19.03.2011 Amerykańskie pustkowie, pod kołami mnóstwo żwiru, a w uszach głównie warkot silnika. Szaleńczy pęd przeplata się z powolnymi podjazdami na potężne wzniesienia. Koncert Fu Manchu to osiemdziesięciominutowy rajd w towarzystwie króla szos, o czym grupa przypomniała kończąc występ mocarnym wykonaniem „King Of The Road”.

K

wartet grający najbardziej pustynną z możliwych odmianę stoner rocka, przyjechał do nas w ramach trasy będącej hołdem dla wydanej przed piętnastoma laty płyty „In Search Of...”. Wykonanie tego albumu w całości jest centralnym punktem każdego koncertu Fu Manchu odbywającego się w ostatnim czasie. Pomysł wzbudza trochę kontrowersji, ponieważ w dyskografii kapeli bez problemu można znaleźć lepsze płyty, jak choćby „King Of The Road” czy „California Crossing”. Poza tym, pełna prezentacja jednego albumu znacznie ogranicza szanse na usłyszenie ulubionego utworu. Chyba, że tym „naj” jest któryś kawałek z „In Search Of...”. Zaczęli porcją klasyki w postaci lubianych „Eatin’ Dust” i „Hell On Wheels”. Od pierwszego dźwięku piorunujące wrażenie robiło brzmienie. Stężenie brudu

44 Electric Nights

sprawiało, że publiczność czuła piach w zębach. Koncertowy sound Fu Manchu nie tylko nie traci na mocy względem albumów, ale miejscami wydaje się wręcz potężniejszy. Zespół zagrał jeszcze „Mongoose”, a także „Bionic Astronaut” - jedynego reprezentanta ostatniego krążka, po czym Scott Hill wytłumaczył, że „zebraliśmy się tu dziś, by uczcić naszą klasyczną płytę” i popłynęły pierwsze dźwięki otwierającego „In Search Of...” numeru „Regal Begal”. Choć twórczość Fu Manchu nie ewoluowała specjalnie na przestrzeni całej kariery, należy pochwalić zespół za to, że potrafi perfekcyjnie oddać to, jak brzmiał piętnaście lat temu. Z ówczesnego składu pozostali już tylko liderujący grupie Scott Hill i basista Brad Davis. Szalenie sympatyczny Brad po koncercie wyszedł do fanów, zebrał ich płyty, po czym zaniósł

na zaplecze do podpisania reszcie zespołu. Przyznaję, że im głębiej brnęliśmy w „In Search Of...”, tym większego sensu nabierało całe przedsięwzięcie. Konstrukcja longplaya świetnie sprawdza się podczas koncertów, dynamiczne fragmenty przeplatają się z wolnymi jak walec, ale też zabójczo skutecznymi zagrywkami. Kwintesencją było wyluzowane, odrobinę leniwe „The Bargain”, podczas którego nad publicznością unosił się zapach marihuany. Na bis otrzymaliśmy trzy utwory. „Evil Eye” ma w sobie charakterystyczny dla amerykańskich skate’ów zadzior. Numer pojawił się zresztą przed laty w grze „Tony Hawk’s Pro Skater 2”. Był także wyczekiwany przez publiczność „King Of The Road” i „Godzilla” - cover Blue Oyster Cult. Po wszystkim zespół zniknął za kulisami. Oby nie na zawsze.

Około 250 osób we wrocławskim klubie Firlej to niezbyt wiele jak na pierwszy polski koncert kalifornijskiej legendy stoneru. Z jednej strony, świadczy to o pozycji tej odmiany rocka w naszym kraju, ale z drugiej, status gwiazdy gatunku i przystępne ceny biletów (55 zł) pozwalały liczyć na większą frekwencję. Zawsze drażniły mnie zdania w stylu „nie zdążyłem na support”, pojawiające się w co drugiej relacji z koncertu. Ot, gwiazdy dziennikarstwa zawsze muszą przyjść spóźnione. Biję się w pierś, wszystko wybaczam. Pojawiłem się w Firleju na 10 min. przed planowanym rozpoczęciem imprezy i (niestety) załapałem jedynie na końcówkę występu szkockiej grupy The Xcerts. Słaby zespół, ale nie mam nic przeciwko temu, by w przyszłości koncerty nie rozpoczynały się przed czasem. tekst I Zdjęcia: Maciek Kancerek


on tour

Nouvelle Vague La Boétie

Palladium, Warszawa, 24.03.2011

Nouvelle Vague, La Boetie

K

ilkanaście minut po 20, kiedy przy kasie trwała jeszcze walka o bilety, na scenie pojawił się francuski (wszak koncert odbywał się w ramach Francophonic Festiwal) duet La Boétie. Grupa zaproponowała półgodzinny set złożony z kawałków opartych na syntetycznych brzmieniach, uzupełnionych żywą gitarą i basem. W teorii brzmi to całkiem sensownie, niestety grupa cierpi na zaawansowany brak pomysłów. Jedyną zaletą La Boétie jest urodziwa wokalistka Elsa. Francuski duet może spokojnie kandydować do miana najgorszego supportu w dziejach. Elsa i Julien pod koniec swoich popisów sprawiali wrażenie, jakby sami byli zmęczeni swoją sztuką. Zdecydowana większość zgromadzonych w Palladium czuła się podobnie.

„Nouvelle Vague wyprzedane” komunikat opublikowany w dniu koncertu dobił tych, którzy zwlekali z kupnem wejściówki do ostatniego momentu. Co prawda punktualnie o 20 do sprzedaży trafiła jeszcze garść biletów, ale i tak wielu zgromadzonych 24 marca pod warszawskim klubem Palladium musiało obejść się smakiem. W przyszłości warto wykazać się większą czujnością.

Koncert gwiazdy wieczoru rozpoczął się kwadrans po 21 piosenką „Je suis deja parti”. Ciekawostka - na ostatniej płycie Nouvelle Vague, wydanej w 2010 r. „Couleurs sur Paris”, piosenka Taxi Girl pełni funkcję zamykacza. Rzeczywistość pokazała jednak, że utwór idealnie nadaje się także na początek występu. Następnymi w kolejności były covery Depeche Mode „Master And Servant”, a także „Heart Of Glass” Blondie. W trakcie tej drugiej piosenki jedna z wokalistek, Liset Aléa, oddała na moment głos publiczności, po czym ujęła polskich fanów uroczym „dziękuję”.

Podczas spopularyzowanej w Polsce dzięki reklamie napoju piosenki „Ever Fallen In Love” z repertuaru The Buzzcocks, Liset oraz druga wokalistka Marena Galanter zaserwowały bogatą i dość gorącą choreografię. Piękne wokalistki towarzyszące muzykom na obecnej trasie zasługują na to, by poświęcić im trochę miejsca. O ile Marenę można z czystym sumieniem nazwać charyzmatyczną wokalistką, o tyle występująca w żółtej sukience Liset Aléa to autentyczny wulkan niczym nieskrępowanej energii. Gdyby zsumować wszystkie metry, które przemierzyła wzdłuż i wszerz sceny, zrobiłoby się kilka ładnych kilometrów. Podczas „Guns Of Brixton” układała dłonie w pistolet i strzelała co chwilę do ludzi, przed „Human Fly” hipnotyzowała widzów imitując odgłosy muchy, w trakcie tej piosenki zaprezentowała szalenie zmysłowy taniec, co chwilę wieszała się na umieszczonych na boku sceny linach posyłając zalotne uśmiechy w kierunku pierwszych rzędów. Koncertowe wcielenie Nouvelle Vague prezentuje się nadzwyczaj okazale. Ojcowie projektu (Marc Collin i Olivier Libaux) dobrali sobie fantastyczną ekipę. Choć formuła studyjna wydaje się powoli wyczerpywać, o czym świadczy średnio udana „Couleurs sur Paris”, na żywo formacja może z powodzeniem występować jeszcze przez długie lata. tekst: Maciek Kancerek zdjęcia: Artur Rawicz

Electric Nights

45


on tour

Chew Lips

Chew Lips 1500m2 do wynajęcia, Warszawa, 11.03.2011

N

ie wiem jaki jest sens sprowadzać na koncerty do naszego kraju w niemalże dokładnie to samo miejsce jednego wykonawcę w odstępie ledwie kilkunastu tygodni. A właśnie taka sytuacja miała miejsce w marcu z koncertami

grupy Chew Lips - jesienią brytyjski zespół gościł u nas na FreeFormFestival. Być może właśnie tamten gig wpłynął na bardzo słabą frekwencję na ostatnim, warszawskim koncercie Lipsów, podczas gdy w Poznaniu 46 Electric Nights

było pod tym względem po prostu lepiej. Dodatkowo, już po występach Tigs i spółki pojawiły się różne, dziwne plotki na temat stanu zdrowia wokalistki, która w stolicy Wielkopolski miała być hospitalizowana. To też uznano za powód nie najlepszej formy

koncertowej liderki zespołu, choć w 1500m2 wydała się być całkiem zdrowa i w niezłej kondycji. Chew Lips są formacją, która zasłynęła z charakternych, przebojowych, electropopowych

piosenek i właśnie tego typu muzykę słyszeliśmy na koncercie brytyjskiej kapeli. Najlepiej na żywo wypadają najstarsze kompozycje Lipsów. Niewielka publiczność szczególnie intensywnie szalała przy „Solo” i „Salt Air”, ale była też dobrze zaznajomiona z materiałem z zeszłorocznego debiutu Chew Lips, krążka „Unicorn”. Na warszawskim koncercie ewidentnie zabrakło najmocniejszego punktu z tej płyty, singla „Karen”, który uważam za jeden z najlepszych kawałków 2010 r. w ogóle. Numer początkowo został zaplanowany w setliście, ale zespół w trakcie koncertu zmieniał rozkład jazdy wielokrotnie, nie wychodząc także na odznaczony na białej kartce, złożony z dwóch utworów bis. Oprócz nośnych, energetyzujących kawałków, o sile brytyjskiej kapeli i jej koncertowym potencjale decyduje wokalistka. Tigs jest jedną z tych scenicznych osobowości, która nawiązuje świetny kontakt z publicznością bawiąc się razem z nią, nie tylko odśpiewując utwory z własnego

repertuaru, ale też tańcząc do tworzonej ad hoc spontanicznej choreografii własnego autorstwa. Nie inaczej było w 1500m2, gdzie rezolutność liderki Chew Lips sprawdzała się szczególnie przy nowych utworach zespołu, których publiczność nie miała szansy poznać ze studyjnych wydawnictw. Szczególnie kawałek zatytułowany „Rocks” całkiem nieźle wpisuje się w dobrą, singlową tradycję Lipsów, bo dwa pozostałe, premierowe numery były raczej mało wyraziste. Impreza pt. koncert Chew Lips jest dobrą propozycją na sympatyczne spędzenie weekendowego wieczoru, bowiem Brytyjczycy są nie tylko zespołem z niezłą, studyjną płytą, ale też grupą z niemałym potencjałem koncertowym. Być może kolejna wizyta Tigs i ekipy odbędzie się już przy okazji premiery kolejnego, udanego albumu Lipsów. Wówczas będzie to koncert z serii tych, których raczej nie warto przegapić. tekst i zdjęcia: Kasia Wolanin


on tour

Bye Bye Bicycle Hayden Berry

, e l c y c i B e y B B y e en Berry Hayd

Rozrywki Trzy, Kraków, 18.03.2011

K

iedy niecałe dwa lata temu chłopaki z Bye Bye Bicycle wprost rwali się do zagrania koncertu w Polsce dosłownie w zamian za zwrot kosztów benzyny, żadna z polskich agencji nie zareagowała niestety na ochocze zapędy Szwedów. Na szczęście, prężnie rozwijająca się załoga z krakowsko-warszawskiego Front Row Heroes (dzięki której mogliśmy cieszyć się występami takich gigantów, jak Polvo czy HEALTH) obdarowała nas polskim koncertem znakomicie rokującego kwintetu. Debiutancki album „Compass”, będący zarazem jedynym wydanym dotychczas przez ekipę Andre Vikingssona (czy może być bardziej szwedzkie nazwisko?), mimo że został trochę przemilczany, z pewnością uznać trzeba za jeden z lepszych gitarowo-popowych krążków zza Bałtyku w ostatnim czasie. A skoro ma się w swoim skromnym repertuarze piosenki z jednej, ale wielce udanej płyty (nie zapominając oczywiście o dwóch EP-kach), czy koncert może okazać się porażką? Odpowiedź jest oczywista, chociaż skłamałbym mówiąc, że krakowski występ piątki z Göteborga był idealny. Zanim jednak szwedzcy rowerzyści wjechali na scenę, zameldował się na niej Hayden Berry, angielski songwriter dzielący swe życie

między Polską a Wielką Brytanią. Muzyk pojawił się w towarzystwie skromnego zespołu, z którym wykonał kilka tyleż przyjemnych i ładnych, co po prostu niezauważalnych i „przezroczystych” piosenek. Taka „ambient-folkowa”, senna muzyka przeznaczona jest chyba głównie do kontemplacji stricte albumowej zamiast do rozgrzewania publiczności przed kimkolwiek. Nawet jeśli jest to piątka zimnych z natury Skandynawów.

eightiesowego dancingu. Co prawda, gdy ze sceny padło pytanie: „ile osób znało nasz zespół przed koncertem?”, rękę podniosły osoby w liczbie tak małej, że nie udałoby się uformować z nich nawet drużyny koszykarskiej. Nie przeszkodziło to jednak publiczności w czerpaniu przyjemności z tych nostalgicznotanecznych dźwięków. Przysłowie o „zabawie przy piosenkach, które już znamy” odeszło więc do lamusa.

Zarówno w kontekście debiutanckiej płyty, jak i przeniesienia jej na grunt koncertowy, wspomniany chłód musiał ustąpić miejsca tanecznym podrygom. Indie pop prezentowany przez Bye Bye Bicycle nie jest oczywiście pozbawiony klasycznej nutki melancholii, więc połączenie tych dwóch skrajnych sił dało efekt w postaci romantycznego rozmarzenia i namiastki

Koncertowe brzmienie Bye Bye Bicycle nie było tak klarowne, jak to albumowe, przez co melodyjność niektórych partii gitary i klawiszy straciła nieco na soczystości. Poza tym, wokalista zapodział gdzieś swój tamburyn, co zapewne spowodowało niemożność wydobycia kluczowych dla muzyki zespołu dźwięków. Zabrakło niestety powiewającego karaibskim klimatem „Meridian”, ale na tym niedostatku

repertuarowe wady się kończą. Kawałki będące na „Compass” największymi przebojami, przezwyciężyły swym potencjałem braki w trackliście oraz trudne warunki ciasnej salki krakowskich Rozrywek. Cała pierwsza czwórka, czyli hitowe „Haby Bay”, rozpoczynający koncert „Agent”, najważniejszy w singlografii zespołu, opowiadający o dojrzewaniu „Navigation” czy równie przebojowe „Northpole”, to kawałki, których pozazdrościć może im niejeden piosenkowogitarowy zespół z rodzimym Shout Out Louds na czele. Dobrze zabrzmiały także te bardziej refleksyjne numery w postaci „Full Moon”, choć trzeba przyznać, że Szwedzi najlepiej czują się otoczeni chwytliwymi, gitarowymi zagrywkami. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby tylko tamburyn odnalazł się na czas. tekst: Kamil Białogrzywy

Electric Nights

47


on tour

Halla Nordfjörd

Sfinks700, Sopot, 24.02.2011 To jest tak: człowiek stara się jak może, zaciska usta, opuszcza głowę, szybko mruga powiekami... a łza i tak leci. Bo ta Islandka dla emocji słuchacza jest bezlitosna, a jej anielski głos wzrusza piekielnie.

U

roczo nieśmiała i ujmująco skromna. Halla Nordfjörd wyszła na scenę ściskając w ręku kartkę z tytułami piosenek i bez zbędnych słów zaczęła subtelnie kołysać publicznością. A trzeba przyznać, że przychodzi jej to niebywale łatwo i szybko – wystarczyło kilka pierwszych dźwięków, parę zanuconych słów. Ta młoda istota rodem z Islandii została obdarzona wokalem o niesamowitej barwie, poruszającym rejony głęboko ukryte, zastrzeżone dla nas samych. Jej głos brzmiał niewyobrażalnie smutno, czysto i bezpretensjonalnie. Śpiewała tak, jakby chciała podzielić się z obecnymi najintymniejszymi sekretami. Przypomniała, że cisza w muzyce bywa bardziej wartościowa, niż jakikolwiek dźwięk. Minimum środków, maksimum emocji. Każda piosenka była odrębną, zapadającą w pamięć historią. Wychodząc niejeden nucił pod nosem chwytliwą melodię „Jump” albo wspominał rewelacyjny tekst „Maybe”. Songwriterka podzieliła się z publiką paroma historiami

48 Electric Nights

.. Nordfjord

Halla związanymi z życiem muzyka, a kiedy zapowiedziała utwór „Poker Face”, wszyscy wstrzymali oddechy wyczekując coveru samozwańczej Lady. Szczęśliwie chodziło wyłącznie o zbieżność tytułów i przyszło nam wysłuchać kolejnej kojącej kompozycji. Do tego wszystkiego mieliśmy okazję poznać dwie piosenki w jej ojczystym języku. W duecie Nordfjörd plus gitara, islandzki brzmiał równie dobrze, a może nawet lepiej. Jest już niemal regułą, że podczas kameralnych koncertów zawsze

znajdą się przypadkowi ludzie, którzy maja tak wiele do powiedzenia, iż nie potrafią milczeć nawet, kiedy trwa występ. Ten występ był cudownym wyjątkiem. Skamieniała pod wpływem głosu Halli publiczność słuchała piosenek artystki w milczeniu. Obudziła się jedynie pod koniec, żeby głośnymi oklaskami wytrwale domagać się bisów. Na to uśmiechnięta Halla odparła rozbrajająco: „Ale mi już nic nie zostało”. I (ku uciesze słuchaczy) zaczęła grać od początku.

Zdarzył się koncert, po którym Hallę śmiało można mianować najsubtelniejszą odmianą Tracy Chapman czy też islandzką wersją Joni Mitchell. Szlachetne brzmienie, rozczulający minimalizm oraz melancholia w czystej postaci poruszyły tych wrażliwych i tych trochę mniej. Sopot zimą to zjawiskowe miejsce. Zwłaszcza kiedy Bałtyk jest zamarznięty i ma się wrażenie, że śnieg zadomowił się jakby na stałe. I gdy przyjeżdża taka Halla, której głos pewnie byłby w stanie cały ten śnieg roztopić. tekst: Martyna Zagórska


Best independent fests

SXSW „Pewnego dnia, niejaki Roger Thornhill zostaje porwany przez szpiegów obcego wywiadu, którzy biorą go za agenta CIA. Po przesłuchaniu próbują zabić mężczyznę, na szczęście Rogerowi udaje się przeżyć i uciec. Niestety, od tego momentu, skromny dotychczas pracownik branży reklamowej musi borykać się z problemem ścigających go agentów...”.

T

ak w skrócie przedstawia się fabuła jednego z filmów Alfreda Hitchcocka, „Północ - Północny Zachód”. W tym miejscu musi pojawić się pytanie, co dokładnie łączy mistrza suspensu z teksańskim festiwalem SXSW? Odpowiedź nie jest zanadto skomplikowana - kryje się w jego nazwie, która stanowi po prostu parafrazę tytułu tego hitchcockowskiego klasyka. South By Southwest, bo tak brzmi pełna nazwa festiwalu, to obecnie zbyt multidyscyplinarne przedsięwzięcie, żeby zawęzić je tylko do kategorii muzycznej. SXSW składa się z trzech niezależnych części. To swoiste święto kultury, sztuki i biznesu. Łączy w sobie projekcje filmowe, koncerty niezależnych gwiazd i małych rokujących kapel, konferencje, panele dyskusyjne dotyczące kinematografii, muzyki oraz multimediów. Przestrzeń, w której giganci medialnego świata spotykają się z artystami mogącymi jedynie pomarzyć o wydaniu własnego albumu, musi być miejscem niezwykłym. A zaczęło się dość niewinnie, bo od skromnej prywatnej inicjatywy. Tak zazwyczaj rodzi się historia.

W 1987 r. czwórka związanych z tygodnikiem „Austin Chronicle” osób, Louis Black (wydawca i współzałożyciel) wraz ze swoimi współpracownikami: Nickiem Barbaro, Rolandem Swensonem i Louisem Meyersem (który na początku lat 90. wycofał się z robienia imprezy), stworzyła inicjatywę, która z biegiem lat przeistoczyła się w prawdziwe imperium. Odizolowane od reszty świata Austin, położone w samym środku najsurowszego prawem stanu USA, nie wydawało się najlepszym miejscem do lokowania swojego kapitału. „Mylny błąd” - duże zainteresowanie, jakim festiwal cieszył się już od samego początku spowodowało, że z małego wydarzenia o charakterze lokalnym, SXSW z czasem urosło w siłę. Do muzycznej bazy, z jakiej wykształciło się całe przedsięwzięcie, sukcesywnie dodawano kolejne, wykraczające poza pierwotny zamysł eventy (Film i Interactive), w konsekwencji czego South By Southwest stało się nie tylko jednym z największych festiwali w całych Stanach Zjednoczonych., ale także najważniejszym finansowym zastrzykiem dla gospodarki Austin (ponad 100 mln $ w 2008 r.). Electric Nights

49


Jak piszą organizatorzy na swojej festiwalowej stronie: „nadrzędnym celem było stworzenie wydarzenia mogącego stać się narzędziem rozwoju dla kreatywnych ludzi i firm - miejscem ich spotkania i wymiany poglądów”. O tym, że cała idea związana z SXSW okazała się nie tylko słuszna, ale i inspirująca, świadczy chociażby podchwycenie jej przez kilka innych ośrodków, nie tylko tych zza Atlantyku. W Toronto funkcjonuje bliźniaczy festiwal NXNE, natomiast brytyjski In The City w Manchesterze jest przeniesieniem pomysłu na grunt europejski. Główny cel nadal więc udaje się skutecznie realizować, wspierając przy tym muzyczną i filmową kulturę – zarówno lokalną, jak i międzynarodową. Debiutujący na teksańskich scenach miejscowi artyści niejednokrotnie osiągali światową popularność, natomiast przyjezdnym zespołom często udawało się zagościć na dłużej w świadomości amerykańskich słuchaczy. To właśnie na scenach Austin dziewięć występów, jakie w 2009 r. dali Kalifornijczycy z Local Natives, zwróciło na nich uwagę większej publiczności. To właśnie stolica stanu Teksas była dla muzyków Fleet Foxes początkiem wielkiego boomu na brodatych folkowców. Tutaj wybili się Band Of Horses, Midlake czy Avi Buffalo, otwierający na SXSW koncerty legendarnego Modest Mouse. A przecież przypadki znanych nazw można do siebie dodawać, potęgować i następnie znów mnożyć. South By Southwest nie wpisuje się oczywiście w tradycyjny krąg znaczeniowy słowa „festiwal”. Potocznie jest on zazwyczaj rozumiany jako letni festyn z kilkoma scenami ulokowanymi gdzieś na peryferiach miasta. Kojarzy się go z imprezą z nieodłącznym cateringiem, polem namiotowym i strzegącymi bram dziwnymi łysymi ludźmi, których łatwiej przeskoczyć, niż obejść. W przypadku SXSW jest zupełnie inaczej. Początek festu nie pokrywa się z rozpoczęciem wakacyjnego urlopu, wszystko rozgrywa się w ciągu kilku marcowych dni. Wykorzystywana jest przestrzeń miejska, a koncerty organizowane są w klubach, barach i innych rozmaitych lokalach. Nie licząc oczywiście części „nieoficjalnej”, czyli setek próbujących zabłysnąć małych zespolików, rozkładających swoje instrumenty wzdłuż ulic, alejek i wszędzie, gdzie tylko się da. Na każdym kroku szukający swej wielkiej szansy debiutanci próbują

wciskać uczestnikom festiwalu próbki swojej twórczości w postaci płyt, plakatów i innych gadżetów. W końcu prominentnych decydentów (którzy zamieniają się tutaj przede wszystkim w fanów muzyki) na SXSW nie brakuje, a teksański kanał promocji wydaje się najlepszym z możliwych.

Nie wszystkie zespoły można do Austin zaprosić, więc nie dziwi fakt „bocznego obiegu” muzyków, proponujących swoje bibeloty i chcących zagrać tu za wszelką cenę. Mimo że mogłoby się tak wydawać, sceny nie są z gumy. Na każdej z edycji, występujących artystów liczy się nie tyle w dziesiątkach, co setkach, a nawet tysiącach. Niektórym grupom zdarza się grać w ciągu dnia więcej niż jeden raz, tygodniowy bilans zagranych gigów czasami przekracza więc zdrową normę. Ekscytacja wynikająca z poznawania nowości i poszerzania horyzontów przewyższa z kolei ofertę któregokolwiek z alternatywnych festiwali. Za jakiś czas będziemy się zresztą mogli przekonać, czy spore grono anonimowych grup z najnowszej odsłony wykuje w pamięci fanów swoją nazwę. Zobaczymy, czy Pepper Rabbit (dziewięć koncertów w trzy dni!) rzeczywiście stało się nowym Grizzly Bear, czy Gallops zepchnęli z mathrockowego tronu nowojorskie Battles, czy ktokolwiek poza rodziną usłyszy o Adebisi Shank, Hey Rosetta, High Highs, Gobble Gobble i tysiącu innych. W końcu, czy rodzime KAMP!, L.Stadt i Bajzel będą godne określenia „polski towar eksportowy”. Kciuki zaciśnięte, bo co innego pozostaje robić, kiedy od festiwalowych scen dzielą nas tysiące kilometrów i niemal tyle samo dolarów. TEKST: Kamil Białogrzywy

Oficjalna strona festiwalu:

http://sxsw.com/

50 Electric Nights


196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 Fifty, fourty, thirty, twenty and ten 1995200520151966197619861996200 years ago 6 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791989199 920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 1996 2006 2016 1967 1977 1987 1997 2007 2017 1968 1978 1988 1998 2008 2018 1969 1979 1989

1961

The Marvelettes

Please Mr. Postman Na dwa lata przed wydarzeniem, które na zawsze zmieniło oblicze muzyki rozrywkowej, a więc debiutem The Beatles, na rynku wydawniczym pojawił się album, który miał okazać się jedną z kluczowych inspiracji dla wczesnego oblicza Fab Four. „Please Mr. Postman” to szósta pozycja w katalogu Motown (wtedy jeszcze pod nazwą Tamla), raczkującego wówczas wydawnictwa, które w ciągu dekady stało się najbardziej wpływowym amerykańskim labelem. Dość powiedzieć, że flagowi w latach 70. wykonawcy Motown, Smokey Robinson i Marvin Gaye, brali czynny udział w tworzeniu długogrającego krążka The Marvelettes w rolach dla siebie cokolwiek nietypowych - Gaye jako perkusista i członek kolektywu Funk Brothers, Robinson jako jeden ze współproducentów. Za artystyczny i komercyjny sukces „Please Mr. Postman” odpowiadają więc oni w niemal równym stopniu, co Gladys Horton i jej współtowarzyszki - tworząc wspaniałe aranżacyjne tło dla splotu harmonicznych wokaliz tria. Debiutu Marvelettes nie sposób przecenić nie tylko od strony kompozycyjnej. Równie ważna (jeśli nie ważniejsza) wydaje się kulturowa rola tego albumu, który nie tylko przyczynił się w jakimś sensie do podwójnej emancypacji lat 60., ale również na długo stał się drogowskazem i wzorcem dla niezliczonej ilości ciemnoskórych girl groups. Nawet Pussycat Dolls zawdzięczają im więcej, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

1971

196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 1995200520151966197619861996200 6 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791989199 Caravan 920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 In The Land Of Grey And Pink 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 19962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 Na początku lat 70., muzyczny świat zbierał jeszcze plony hipisowskiej rewolucji. David Bowie do spółki 1989 199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 19731983 z Markiem Bolanem definiowali glam rocka, przez Zachodnie Niemcy przetaczała się1963 pierwsza fala krautu, 199320032013196419741984 19942004201419651975 199520052015196619761 której najdonioślejszym osiągnięciem miała okazać1985 się apokaliptyczna, dysonansowa narracja „Tago Mago”, 98619962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 zaś w stolicy Kościoła anglikańskiego kwitła autonomiczna względem brytyjskiego rocka progresywnego scena 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 19731983 Canterbury. Caravan, jej najważniejsi obok dowodzonych przez Roberta Wyatta Soft1963 Machine, do perfekcji 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 19952005201519661976198 opanowali kluczowe dla kanterberyjskiego zagłębia balansowanie między improwizacyjnym szaleństwem 619962006 2016 19671 9771987a maniakalnym 19972007 20171968 197819881998200820181969197919 wręcz uporem w konstruowaniu piosenek o komercyjnym, wybitnie popowym obliczu. „In The 89199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963choć19731983 Land Of Grey And Pink” to płyta udanie godząca artystowskie zapędy i chwytliwą melodykę, zaryzykować 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 można tezę, że to przystępność kompozycji była dla Carvan w trakcie nagrań najważniejsza. Słuchając 19962006 2016196719771987 1997200720171968 wyrafinowanych, zwiewnych przebojów1978198819982008201819691979 z tego albumu (sielankowe „Love To Love You” i nagranie tytułowe1989 to 199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 absolutny kanon muzyki popularnej), trudno uwierzyć, że ich twórcy wyrastali z tej samej tradycji,19731983 co choćby 199320032013196419741984 19942004201419651975 1985 199520052015196619761 psychotyczny, eksperymentalny kolektyw Henry Cow. 98619962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 1995200520151966197619 8619962006 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791 98619962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 1995200520151966197619

1981

The Durutti Column LC

„LC”, album, którego tytuł jest efektem inspiracji rzymskim graffiti z nazwą włoskiej organizacji lewackiej Lotta Continua, jawi się podręcznikowym dla punkowców przykładem, w jaki sposób nie należy obchodzić się z gitarą elektryczną. Fakt, że Vini Reilly, mózg, serce i sumienie The Durutti Column zaczynał w dość obskurnym The Nosebleeds, jest kolejnym dowodem na cuda, jakie przyniosła ze sobą szybka śmierć punk rocka. Filar wczesnego etapu działalności Factory Records nie dostąpił nigdy wielkich zaszczytów, ale w pewnym sensie konstytuowała taki stan rzeczy artystyczna wizja Reilly’ego. Jeżeli możliwa jest w ogóle transmisja emocji za pomocą instrumentów muzycznych, to mniej więcej coś takie zdarzyło się na „LC” - płycie będącej w jeszcze większym stopniu, niż debiut manifestem oszczędności środków wyrazu Durutti Column. Trudno nawet wyobrazić sobie mniej narzucającą się muzykę niż krucha, matematycznie precyzyjna gitarowa wirtuozeria Reilly’ego; wirtuozeria bezsprzecznie wychodząca poza ramy muzyki popularnej. W związku z tym, bardzo możliwe, że nie było lepszej płyty, za którą stał Tony Wilson.

Electric Nights

51


196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 1995200520151966197619861996200 6 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791989199 920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 1996 2006 2016 1967 1977 1987 1997 2007 2017 1968 1978 1988 1998 2008 2018 1969 1979 1989

1991

2001

The Wedding Present Seamonsters

Do momentu spotkania ze Stevem Albinim na początku 1990 r., The Wedding Present pozostawali tyleż sympatycznymi i bardzo solidnymi, co nieszczególnie wybijającymi się ponad wyspiarską średnią pogrobowcami wtórnej, indiepopowej fali z korzeniami tkwiącymi głęboko w kompilacji „C86”. To właśnie Albini (w owym czasie z żelazną konsekwencją umacniający status niekwestionowanego guru amerykańskiej alternatywy) tchnął w formację z Leeds ożywczego ducha, mimo że samo „Seamonsters” może wydawać się z początku albumem wręcz przyduszonym jego antyestetyczną filozofią studyjnej obróbki. Surowa, charcząca produkcja stała się tu jednak idealną matrycą dla projekcji życiowego zgorzknienia i uczuciowych frustracji Davida Gedge’a. Niezawoalowane w zbędną metaforykę teksty, osadzone pośród gęstych, ogłuszających miejscami tekstur Petera Solowki (czy gitarzysta może wymarzyć sobie lepsze nazwisko?) i wyeksponowanego kosztem bębnów basu, skutkują czymś na kształt sonicznego tsunami, potężnych dźwiękowych kaskad, których nie sposób zatrzymać. Historia niezależnego rocka nie zna wielu przypadków, kiedy album wydaje się zbyt brytyjskim, by osiągnąć sukces w Stanach i zbyt amerykańskim wobec oczekiwań publiki na Wyspach. Być może właśnie dlatego „Seamonsters”, tak jak jego autorzy, wbrew sporemu potencjałowi nigdy nie było predestynowane do komercyjnych triumfów.

196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975, 1985 1995200520151966197619861996200 Jim O Rourke 6 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791989199 920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 Insignificance 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 Wprawdzie zwiastunów gatunkowej wolty, która miała dokonać się na wydanym nieco ponad dwa miesiące po 19962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 1989 zamachach z 11 września „Insignificane” doszukiwać można się już na pierwszorzędnych publikacjach z 1999 r. 199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 (mowa tu szczególnie o EP-ce „Halfway To A Threeway”), to jednak właśnie ten album prezentuje nam spełnione 199320032013196419741984 19942004201419651975 1985 199520052015196619761 oblicze Jima O’Rourke’a piosenkopisarza, oglądane dotąd z rzadka. Wcześniejsze, mocno rozbudowane 98619962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 nagrania sygnowane logiem Drag City, sytuowały go gdzieś na pograniczu akustycznego prymitywizmu Johna 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 Faheya i wyrafinowania Pata Metheny’ego. „Insignificance” jest natomiast esencją kompozytorskich zdolności 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 19952005201519661976198 arcydziełem introwertycznej, sypialnianej197819881998200820181969197919 narracji tak muzycznej, jak i tekstowej. Mało kto zwróciłby 619962006 2016 19671 9771987Jima, 19972007 20171968 jednak uwagę na zblazowanie i sarkazm linijek, gdyby nie miażdżące riffy co bardziej 1963 zagęszczonych utworów 89199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 19731983 (choćby „Therefore I Am”), wysmakowane progresje, zdradzające po raz wtóry niebotyczne umiejętności 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 O’Rourke’a gitarzysty oraz niebywała lekkość, z jaką łączy w spójną całość tuziny doskonałych motywów. 1989 19962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 Wszystko to sprawia, że „Insignificance” jest płytą sankcjonującą status Jima O’Rourke jako prawdopodobnie 199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 najbardziej kreatywnego przedstawiciela amerykańskiej sceny niezależnej ostatniego ćwierćwiecza. 199320032013196419741984 19942004201419651975 1985 199520052015196619761 98619962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 199520052015196619761986 TEKST: Bartosz Iwański 19962006 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791 1996 2006 2016 1967 1977 1987 1997 2007 2017 1968 1978 1988 1998 2008 2018 1969 1979

Wydawca: Fundacja Electric Nights, 20-828 Lublin, ul. Wołynian 33/2 Prezes Zarządu: Anna Kułakowska ak@electricnights.org Członek Zarządu: Marcin Hendzel mh@electricnights.org

n Redaktor naczelny: Łukasz Kuśmierz naczelny@electricnights.pl

n Internet: Gafyn Davies technika@electricnights.pl

n Zespół i współpracownicy: Kamil Białogrzywy, Adam Dobrzyński, Robert Grablewski, Bartosz Iwański, Maciej Kancerek, Tomasz Kowalewicz, Marek Kułakowski, Emil Macherzyński, Przemysław Nowak, Marcin Puszka, Przemysław Skoczyński, Maciej Tomaszewski, Marcel Wandas, Witold Wierzchowski, Katarzyna Wolanin, Martyna Zagórska, Łukasz Zwoliński

n Opracowanie graficzne: Kinga Słomska

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do skrótów i redakcyjnego opracowania nadesłanych tekstów. Za treść reklam i ogłoszeń redakcja nie odpowiada.

52 Electric Nights

n Adres do korespondencji: redakcja@electricnights.pl n Reklama: reklama@electricnights.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystanie w jakiejkolwiek innej formie bez pisemnej zgody wydawcy - zabronione. Zabroniona jest bezumowna sprzedaż numerów bieżących i archiwalnych. Sprzedaż taka jest nielegalna i grozi odpowiedzialnością karną i cywilną.


Klub

DISCO FEVER ul. Okopowa 5 wstęp 7 zł czwartek

start: 20:00


Electric Nighst 02/2011