Issuu on Google+

artykuły • wywiady • recenzje • relacje • festiwale • kluby • płyta

NR 3 maj 2011

specjalnie dla nas:

płyta do pobrania wraz z magazynem

Ballady i Romanse Dirty Goods Noblesse Oblige Tysiąc twarzy Sufjana Stevensa

Queens Of The Stone Age i De La Soul w Polsce

Pociąg odjechał

ultimate universe welcome to the south


3

Longplay of the month 3 Ultimate Universe

13

Hit lists

6 Muzyczny magiel Adama Dobrzyńskiego 8

Clubs Łaźnia Nowa

Poppeak 9 Idealnie skrojeni

Live fast, love strong and die young 11 Muzyka klubowa na popowych salonach

Po radosnej stronie życia: wywiad

z Dirty Goods

Welcome To The South 15

19

38

22

Folk stage Sufjana

Alternative Stage Pociąg odjechał:

wywiad z Muzyką Końca Lata

Nie wszystko musi być jasne: wywiad

z Balladami i Romansami

Hard stage

22 Przeszłość Królowych

Progressive stage

24 Totentanz zaczyna od nowa

40

26 Tysiąc twarzy

28

Electronic stage

Seks i śmierć to esencja życia: wywiad z Noblesse Oblige

black stage

31 Własnymi ścieżkami

Stories about big falls 35 Syd Barett Cooperation

38 Nieokiełznany umysł

50

Reviews

On tour

48 Megadeth, Slayer 49 Belle & Sebastian 50 Blackfield 51 IamX 52 God Is An Astronaut 53 Jamie Woon

Best independent fests 54 Creepy Teepee 56

Fifty, fourty, thirty, twenty and ten years ago

Od redakcji „Nawet w bramie pan Walenty stróż / Puszcza wiosną pierwsze pędy już”. I tylko dozorców z tamtej epoki zastąpili amatorzy tanich trunków, reszta się zgadza. Do tego stopnia, że cytowani we wstępie Skaldowie jak i inni klasyczni przedstawiciele polskiej kultury w 2011 r. ciągle są obecni, nawet jeśli część z nich już dawno odeszła. Dzieje się tak za sprawą młodych zespołów kłaniających się swoim poprzednikom - Muzyka Końca Lata i Pomorzanie podążają drogą tradycji bigbitowej, zaś siostry Wrońskie, w ramach projektu Ballady i Romanse, cytują Miłosza. Na przeciwnym biegunie (pustyni?) usadowili się Ultimate Universe. Twórcy „Welcome To The South”, naszej płyty miesiąca, wolą nawiązywać do klasyki bliższej czasowo i dalszej geograficznie, bo sięgającej aż Stanów Zjednoczonych. Czy młodym muzykom z Puław uda się przekonać rodzimych słuchaczy do stoner rocka? Moment na to jest wyśmienity - do Polski zawitali sztandarowi przedstawiciele tego gatunku, Queens Of The Stone Age. Maj to też koncert innej legendy, raperów z De La Soul i występ „młokosa” (gdy spojrzeć na dorobek grupy Josha Homme’a i trójki z Long Island) Sufjana Stevensa. O wszystkich przeczytacie w odpowiednio Hard, Black i Folk stage. Dział elektroniczny przejęli natomiast ci, których polscy słuchacze mieli okazję podziwiać na żywo już jakiś czas temu – Noblesse Oblige. Jeśli wywiad z ekscentrycznym duetem jest dla Was propozycją zbyt niszową, zapraszamy do przyjrzenia się twórczości Katy B i Jamiego Woona, którzy wraz z opisywanym w pierwszym numerze „Electric Nights” Jamesem Blakiem wyważyli właśnie drzwi z napisem „pop”. Nadal zbyt enigmatycznie? W dziale Fifty, fourty... znajdziecie The Rolling Stones czy The Shadows. Za duża komercja? Zapraszamy do Best independent fests i artykułu o czeskim Creepy Teepee oraz Clubs, w którym taneczny parkiet zastąpiły tym razem deski teatru (Łaźnia Nowa). U nas naprawdę jest wszystko. Wszystko co dobre i warte uwagi. Więc gdy już wsiąknięcie w lekturę, nie zapominajcie o dotlenieniu szarych komórek! Wszak wiosna za pasem. Łukasz Kuśmierz Redaktor naczelny 2 Electric Nights


Longplay of the month Ultimate Universe

PIASEK

z glosnikow

Cudze chwalicie, swego nie znacie

- tak mówi stare polskie porzekadło i ono jak żadne inne pasuje do nowych bohaterów naszego stałego cyklu „Longplay of the Month”.

U

ltimate Universe nie pochodzą z Palm Desert, Orange County ani żadnej innej części Wschodniej Kalifornii, a jednak ich muzyka śmiało mogłaby imitować brudne brzmienie, charakterystyczne dla sceny stonerowej lat dziewięćdziesiątych. Co więcej, pod względem jakości samych kompozycji zespół wcale nie ustępuje formacjom swoich starszych kolegów z zachodnich i południowych części Stanów Zjednoczonych. Dlaczego zatem nie stawia się tej pochodzącej z Puław formacji na równi z takimi tuzami jak Orange Goblin czy Nebula? Być może dlatego, że póki co mało kto o niej słyszał. Ale to już niebawem ma szansę się zmienić.

Zespół Ultimate Universe został założony w 2008 r. przez trzech przyjaciół - Michała Reszkę (wziął na siebie rolę wokalisty i gitarzysty), Dawida Szewczyka (chwycił za bas) i Wojtka Kołodzieja (zasiadł za bębnami). Od początku skupili się oni na komponowaniu własnych utworów i dopracowywaniu autorskiego materiału, dzięki czemu byli w stanie relatywnie szybko, bo już rok później, wyjść ze swojego garażu i zacząć koncertować. Początkowo tylko w okolicy, ale w miarę ogrania zasięg geograficzny ich występów stopniowo się rozrastał. Latem 2009 r. skład grupy uzupełnił Krystian Piasek, zwiększając jej siłę rażenia swoją przesterowaną

Electric Nights

3


gitarą i zbliżając zespół pod względem brzmienia jeszcze bardziej w stronę pustyni Mojave. W obecnym składzie na perkusji wyżywa się Maciek Ciupa, który zastąpił Wojtka dezerterującego do Servants Of Silence. Wygląda na to, że ostatecznie ukształtował się także wizerunek zespołu, którego kwintesencją jest świetne, jednoznacznie kojarzące się logo. Zastanawiające jest, że w latach kiedy scena stonerowa przeżywała na świecie prawdziwy renesans, w Polsce mało kto tak na dobrą sprawę interesował się tym zjawiskiem. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że nasz kraj zdaje się mieć ponadprzeciętny odsetek fanów cięższych odmian rocka i metalu, a najbardziej rozpoznawalnymi rodzimymi zespołami za granicą jeszcze do niedawna były Vader i Behemoth. Trudno zatem uwierzyć, że do tej pory tak niewielu muzyków zdecydowało się sięgnąć po szlachetne, pustynne inspiracje. Na szczęście, jak twierdzą chłopaki z Ultimate Universe, od jakiegoś czasu zaczęło się to zmieniać. Scena około-stonerowa w Polsce powoli się rozkręca i nawet oni są już de facto drugim

jej pokoleniem skoro wśród swoich inspiracji wymieniają rodzime zespoły takie jak Oregano Chino, Distant Earth oraz Elvis Deluxe. Obecnie na naszej ziemi funkcjonuje już całkiem pokaźna grupa artystów skupionych wokół podobnej muzycznej filozofii na czele z Palm Desert, Tres Perros, Fifty Foot Woman, Satelite Beaver, Broken Betty, Adhezja, Solarbabes. Wbrew pozorom kolejne nazwy można by jeszcze dłuższą chwilę wymieniać. Okazuje się, że gdzieś tam pod powierzchnią powszechnej ignorancji tliła się jednak delikatna iskierka, czekająca tylko na odpowiedni moment, aby zaprószyć ogień, który rozprzestrzeni się wśród sympatyków gitarowego rocka. Mimo wszystko, w porównaniu z innymi odłamami rocka i metalu, stoner ciągle nie jest w Polsce szczególnie popularnym gatunkiem, nie tylko jeśli chodzi o natchnienie dla młodych zespołów, ale także biorąc pod uwagę zainteresowanie fanów muzyki. Zrzucić to należy na karb braku rzetelnej edukacji w tej materii. Przez wiele lat stoner kojarzony był niemal wyłącznie

W porównaniu z innymi odłamami rocka i metalu, stoner ciągle nie jest w Polsce szczególnie popularnym gatunkiem.

4 Electric Nights


z twórczością Queens Of The Stone Age (ewentualnie, choć nie do końca poprawnie, z Monster Magnet), czyli z grupą prezentującą jego najbardziej przystępne i wygładzone oblicze. Dlatego w tym miejscu warto poświęcić choćby jeden akapit tekstu, aby dla części niezorientowanych czytelników rozszyfrować prawdziwe znaczenie tego słowa. Oczywiście nie w sensie leksykalnym (to jest dość oczywiste), lecz semantycznym. Początki sceny stonerowej sięgają przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Wtedy to jej prekursorzy, czyli zespoły takie jak Kyuss i Fu Manchu, wypracowali unikalny styl wykonywania muzyki rockowej oparty na klasycznym hard rocku, południowym bluesie, psychodeli lat sześćdziesiątych i ciężkich gitarowych riffach spod znaku Black Sabbath. Całość doprawili surowym i brudnym brzmieniem, zapożyczonym od młodych, zdobywających dopiero popularność zespołów ze stajni Sub Pop. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy nurt stonerowy był już w pełni ukształtowany, część sympatyków (jak również wykonawców) muzyki gitarowej zrobiło w jego stronę świadomy odwrót. Rozczarowani przeprodukowanymi i aranżacyjnie przesyconymi produkcjami nu-metalowymi, na których swoje piętno odcisnęły czuwające nad wszystkim wielkie wytwórnie, zaczęli eksplorować mniej skomercjalizowane i tym samym bardziej autentyczne rejony. Dzięki temu natrafili na kontynuatorów klasycznego, gitarowego brzmienia takich jak Nebula, Unida, Electric Wizard itd. W ten sposób nastąpiło odrodzenie estetyki stonerowej, którego efektem było powstanie na lokalnym poletku takich formacji jak choćby Ultimate Universe. Muzycy Ultimate Universe nie boją się wprost mówić o muzyce, która miała na nich bezpośredni wpływ. Jednym tchem wymieniają nazwy pokroju Kyuss, Orange Goblin, Black Label Society,

Electric Wizard, Down, Corrosion Of Conformity i Brain Police. Poproszeni o próbę wytłumaczenia się z takich właśnie fascynacji opowiadają o tym, jak słuchając tej muzyki czują wszechogarniającą przestrzeń i absolutną wolność. Jak bez trudu potrafi ona zawładnąć ciałem i umysłem, wprowadzając człowieka w swego rodzaju trans. I o tym jak łatwo wyrazić za jej pomocą siebie, bo przecież w gruncie rzeczy jest to bardzo ciepła muzyka, komponowana za pomocą prostych środków. Dając się ponieść twórczości Ultimate Universe można doskonale zrozumieć, co jej autorzy mają na myśli. Być może czasami jest w niej jeszcze za mało oryginalności, a za dużo odniesień do klasyki, ale na poprawę tego przyjdzie czas. Na moją uwagę, że Michał w utworze „Woman” brzmi prawie jak John Garcia, młodzi muzycy reagują śmiechem, choć mam nadzieję, że nie traktują tego jako zarzutu. Bo z mojej strony był to zdecydowanie komplement. Być może nie wszyscy o tym wiedzą, ale do najbliższej pustyni (Błędowskiej) jest z Puław w linii prostej dobrych dwieście kilometrów. Zdecydowanie za daleko, ażeby robić na nią spontaniczne wypady albo spędzać tam wolne popołudnia. Tymczasem muzyka Ultimate Universe jest tak brudna i surowa, że można odnieść wrażenie, jakby z głośników oprócz płynących dźwięków sypał się także piasek. Czy grupie udało się zatem znaleźć gdzieś w okolicy geograficzny substytut amerykańskich pustkowi? Muzycy przekornie twierdzą, że Puławy same w sobie są wystarczającą muzyczną pustynią, aby nie było konieczności szukania dla niej alternatywy. Po chwili jednak dodają, że jest na niej kilka oaz, choćby kluby Oskar i Smok, w których można nie tylko posłuchać miłych dla ucha brzmień, ale także uraczyć podniebienie porządnym trunkiem. Zapewne starym, dobrym bourbonem… TEKST: Przemysław Nowak

Muzyka Ultimate Universe jest tak brudna i surowa, że można odnieść wrażenie, jakby z głośników oprócz płynących dźwięków sypał się także piasek.

Electric Nights

5


hit lists

czyli muzyczny magiel Adama Dobrzyńskiego

Wiosna w pełni (choć pogoda w Polsce w kratkę), na listach przebojów chyba po części z powodu Wielkanocy nie ma aż tylu znaczących muzycznych ruchów, jakich można było się spodziewać.

N

a Wyspach Brytyjskich palmę pierwszeństwa na liście sprzedaży płyt odzyskała rewelacja tego roku, Adele. Tym samym zrzuciła na fotel wicelidera najnowsze dzieło Dave’a Grohla i jego Foo Fighters zatytułowane „Wasting Light”. Tak się zastanawiam, jak czują się inni artyści, skoro w kręgu największego zainteresowania Brytyjczyków znajduje się też płyta, która miała swoją premierę 28 stycznia 2008 roku. Debiutancka płyta Adele „19” na pozycji 3. Najwyżej uplasowane premiery bez sensacji związanych ze sprzedażą. Na 10 pojawił się Jahmaal Noel Fyffe znany bardziej jako Chipmunk. Płyta „Transition” jest następcą wydanego przed dwoma laty „I Am Chipmunk” z tą jednak różnicą, że wówczas artysta zadebiutował na wysokiej 2 pozycji, teraz zameldował się o osiem oczek niżej. Podobnie jak w przypadku poprzedniego longplaya, soul miesza się z R’n’B, nieco skondensowanym hip-hopem i popem. Generalnie - krążek można sobie darować.

Dwie pozycje niżej, na 12, zanotowano nieoczekiwany, bardzo szybki comeback. „The Fall” to taka płyta widmo od widmo zespołu Damona Albarna, Gorillaz. Longplay udostępniony był najpierw bezpłatnie, zaś od 25 grudnia ubiegłego roku jest do odsłuchania na stronie internetowej grupy (członkowie fanklubu Sub Division mogą cały czas pobrać go za darmo). Jak już informowaliśmy na naszym portalu, wszystkie utwory na płytę zostały stworzone w miesiąc przy pomocy tabletu iPad Damona, w czasie trwania amerykańskiej trasy koncertowej Gorillaz. Teraz krążek jest też dostępny w wersji klasycznej, ale właściwie kto, oprócz fanów projektu (którzy już znają materiał), nabędzie to wydawnictwo? Dopiero na 15 debiutuje kolejna nadzieja BBC, Jamie Woon z płytą „Mirrorwriting”, która jednak kompletnie nie zaskakuje. Zaznaczyłem sobie tylko trzy nagrania, które mógłbym zaprezentować słuchaczom, reszta zaś jest wtórna, nudna jak flaki z olejem, a słuchając materiału w całości, strasznie można się wynudzić. Zostaję więc „na tak” w przypadku innych nadziei BBC - Clare Maguire, The Vaccines i ewentualnie Jessie J. Jej krążek „Who You Are” na brytyjskiej liście przebojów już na 4. Może najnowszy album Foo Fighters nie należy do ich szczytowych osiągnięć, ale pierwsze miejsce m.in. w Szwecji, Norwegii, Austrii czy w Niemczech zdobyli. U naszych zachodnich sąsiadów kosztem najnowszej płyty Guano Apes. „Bel Air” spadło tym samym od razu na 4 miejsce. Lubię zaglądać do Szwajcarii - na tamtejszej liście przebojów można odnaleźć skondensowaną dawkę i muzyki z państw niemieckojęzycznych, i z krajów Beneluksu. Tak właśnie jest w przypadku najnowszego zestawienia, choć na pozycji lidera uplasował się zespół zza Oceanu, wspomniani wyżej Foo Fighters. Na 2 z 8 przesuwa się kompletnie nie znany w Polsce projekt Cel6 Electric Nights

tic Woman z „piosenkami prosto z serca”. A zatem na celtycką lub może bardziej irlandzką modłę przerobiono tu szlagiery takie jak „Fields Of Gold” Stinga, „You’ll Be In My Heart” Collinsa, „Amazing Grace”, klasyk „O Come All Ye Faithful” i „Forever Young” Alphaville. W skład grupy wchodzą urodziwe Chloë Agnew, Lynn Hilary, Lisa Kelly, Alex Sharpe oraz Máiréad Nesbitt i przyznam, że wolę im się jedynie przyglądać, bo na płycie wieje nudą.

R

e

k

l

a

m

a


Na 3 spada z pozycji lidera (miejsce drugie w Niemczech) Herbert Grönemeyer i jego „Schiffsverkehr”. Ten bardzo popularny aktor, ale też i piosenkarz, który wystąpił w głośnym obrazie Wolfanga Petersena „Das Boot”, dysponuje bardzo charakterystycznym wokalem. Najbardziej znanymi przebojami Grönemeyera (albumy nagrywa od 1978 r.) są cieszące się wielką popularnością „Männer”, „Bochum”, „Musik, nur wenn sie laut ist”, „Flugzeuge im Bauch” oraz „Mensch”. Ten ostatni utwór to track tytułowy z płyty wydanej w 2002 r. - od tego czasu jego piosenki goszczą na mojej prywatnej liście przebojów. Herbert jest też autorem hymnu Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2006, „Zeit, Dass Sich Was Dreht”. Utwór został wydany również w wersji angielskiej pod tytułem „Celebrate The Day”.

m ie na jsc liś e po cie lo prze ka d t n ile a ia w raz ze y sta wi en iu

Dwa oczko w dół, na 7 spada najnowsza propozycja Milowa, „North And South”. Belga, który przebił się do naszej świadomości wylansowanym ostatnio przebojem „Ayo Technology”. Tuż za nim uplasowali się panowie z Sunrise Avenue z „Out Of Style”. Finowie lada moment niniejszy materiał opublikują również w Polsce. Na liście singli, na pierwszym roztańczona Jennifer Lopez z nową wersją czy bardziej motywem przeboju Kaomy, „Lambada”. Wykonywana z Pitbullem piosenka „On The Floor” jest zarazem zapowiedzią siódmego albumu w dyskografii piosenkarki pt. „Love?”. Po czterech latach przerwy artystka ma nadzieję ponownie zawojować muzyczny świat i choć po pierwszym przesłuchaniu nowej płyty kompletnie mnie nie zainteresowała, zapewne ta sztuka jej się uda. Na koniec jeszcze Australia, gdzie na pierwszym także Foo Fighters, za to na 3 odnajdujemy najwyższą premierę w tym tygodniu - „Rrakala” to rzecz od Geoffreya Gurrumul Yunupingu, aborygeńskiego piosenkarza i muzyka tworzącęgo w języku Yolngu. Artysta urodził się niewidomy, gra na gitarze, bębnach, instrumentach klawiszowych i śpiewa. Swoje utwory wykonuje zarówno

w językach rdzennych mieszkańców Australii, jak i w języku angielskim. Najnowszy materiał, który ukaże się także w Polsce, jest jego drugim albumem długogrającym. Nieco egzotycznym, ale pięknym. Jeśli chodzi o moje prywatne, 1275 zestawienie, to przynosi ono po raz piąty liderowanie pięknej piosenki Duran Duran, „Leave A Light On”. Krążek „All You Need Is Now” zawiera dużo więcej takich pewniaków. Niektórzy uważają, ze album ukazał się o dwadzieścia lat za późno, ja sądzę, że w odpowiednim czasie. „The Show Must Go On”… Nowa wersja hitu New Order z 1987 r., nagrana przez George’a Michaela na potrzeby organizacji charytatywnej Comic Relie, jest być może zapowiedzią nowej płyty artysty. Choć prawdziwego George’a w niej prawie nie słychać, song ten w sobie ma coś… przyciągającego. U mnie numer 2. Powracający do doskonałej formy, po długiej chorobie, Jon Anderson w przepięknym „Unboken Spirit” z longplaya „Survival & Other Stories” to chyba kwintesencja tego, za co byłego wokalistę Yes kochamy najbardziej. Najnowszy krążek jest udokumentowaniem czteroletniej korespondencji z fanami, którzy przesyłali artyście swoje muzyczne pomysły i dawali tym samym sygnały, o czym i jak powinien pisać. Jon po rejestracji wspomnianego materiału wydał jeszcze jedno cudeńko, „The Living Tree”, minimalistycznie brzmiący album nagrany wspólnie z Rickiem Wakemanem (nota bene byłym klawiszowcem Yes). Oj, chyba o Jonie będzie na mojej liście jeszcze głośno. Wreszcie, w top 10 powracający Blackfield (po cudownym koncercie w warszawskiej Progresji), a na 10 najwyższa w tym tygodniu (jedna z ośmiu) premiera - nowy hit od Roxette. Zespół powrócił po długiej przerwie z nowymi, bardzo klasycznie brzmiącymi piosenkami. Rodzimi fani powinni być szczęśliwi, lada dzień pojawią się przecież znowu w Warszawie. TEKST: Adam Dobrzyński

tytuł piosenki

wykonawca

1

1

5

LEAVE A LIGHT ON

DURAN DURAN (5 RAZ NA 1)

2

2

2

TRUE FAITH

GEORGE MICHAEL

3

3

2

UNBROKEN SPIRIT

JON ANDERSON

4

4

4

I FOLLOW RIVERS

LYKKE LI

5

5

10

WAVING

BLACKFIELD

6

6

5

BEING FOLLOWED

DURAN DURAN

7

7

6

MAYHEM

IMELDA MAY

8

9

2

POST BREAK-UP SEX

THE VACCINES

9

10

2

THE BALLAD OF MONA LISA

PANIC! AT THE DISCO

10

N

1

DREAM ON

ROXETTE Electric Nights

7


Clubs Obecność Łaźni Nowej w dziale Clubs może okazać się nie lada zaskoczeniem dla gustującej w hedonistycznych uciechach młodzieży. W końcu nie mamy tu do czynienia z rozlewnią kolorowych drinków, lecz teatrem, w którym dobrej muzyki na pewno nie zabraknie.

Ł

aźnia Nowa w Krakowie stanowi perełkę nowohuckiej postindustrialnej przestrzeni. Na powierzchni niemal 5 tys. metrów kwadratowych, w budynku dawnych warsztatów technikum elektrycznego, stworzono nowoczesną (nie tyle architektonicznie, co funkcjonalnie) instytucję, łączącą w sobie ważne funkcje artystyczne i społeczne. Powołany przez Bartosza Szydłowskiego teatr, najmłodszy w stolicy Małopolski, miał integrować i angażować mieszkańców poprzez różnego rodzaju przedsięwzięcia, wykorzystując także przestrzeń poza samym budynkiem - podwórka czy blokowiska.

Tak też się stało, dzięki czemu Łaźnia Nowa roztacza szerokie spektrum inicjatyw dla ludzi wymagających rozrywki na poziomie znacznie wyższym, niż polska średnia telewizyjna. Poza spektaklami teatralnymi, w ofercie Łaźni znaleźć można różnego rodzaju wystawy, spotkania, pokazy filmowe, imprezy plenerowe, festiwale czy

8 Electric Nights

(co dla czytelników „Electric Nights” najważniejsze) koncerty. Może i na muzycznych występach i wśród rozentuzjazmowanej, pogującej widowni nie uświadczymy Marka Kondrata lub Janusza Gajosa, ale sytuacja odwrotna bez problemu może tutaj zaistnieć. Teatralne deski Łaźni Nowej otwarte są na nowości, a więc nieobca jest im także muzyka niezależna. Niedawno na krakowskiej scenie noiserockowy zgiełk zasiali Randy Randall i Dean Spunt z kalifornijskiego No Age, wkrótce zameldują się na niej Dan Boeckner wraz z Alexei Perry, czyli indierockowe małżeństwo z Handsome Furs. Z kolei 22 maja do Łaźni wkroczą nowojorscy eksperymentatorzy z Animal Collective. Trzeba przyznać, że jak na młody stażem teatr, obsada aktorska rodem z muzycznego Hollywood. TEKST: Kamil Białogrzywy


Poppeak

The Cars

Idealnie skrojeni W sierpniu 1987 r. ukazała się płyta „Door To Door” odchodzącego coraz bardziej w niepamięć zespołu The Cars. Udało się nagrać jeszcze jeden przebój, ale krążek zasadniczo był raczej rozczarowaniem, albumem nazbyt bezpiecznym, niezbyt wyróżniającym się i rozwodnionym. Grający ze sobą od przeszło dekady muzycy byli już trochę zmęczeni. I jako że w sumie mało już kogo obchodzili, w lutym 1988 r. ogłosili koniec.

K

ażdy z nich poszedł w swoją stronę. Lider, gitarzysta i czasami wokalista Ric Ocasek kontynuował swoją solową karierę oraz produkował płyty innych artystów. Greg Hawkes i Elliot Easton muzycznie nie robili nic, aż założyli The New Cars w połowie poprzedniej dekady, zespół, o którym taktownie nie będziemy wspominać. David Robinson i Benjamin Orr cieszyli się przedwczesną emeryturą.

Wczesne lata 90. przyniosły w świadomości masowej powrót muzyki gitarowej. Prawdopodobnie za sprawą tego, że u szczytu popularności byli ludzie, którzy nasłuchali się w młodości zespołów takich jak The Cars w momencie ich inicjalnej popularności. Coś podobnego przerabialiśmy niedawno, kiedy pod koniec poprzedniej dekady za sprawą kilku 20-latków powrócił synthpop. Prosta, ale skuteczna formuła z wczesnych albumów The Cars działała magnetycznie na młodych twórców. Kiedy masz w zanadrzu coś idealnie skrojonego, z fenomenalnymi refrenami, będącego połączeniem typowo rockowej energii z nowofalowym nerwem, wiesz, że nie musisz martwić się o swoją spuściznę. Przeróbki piosenek z tego okresu szybko wypełniły rynek. Jednymi z pierwszych byli chyba panowie z Nirvany, którzy na ostatnim (jak się później okazało) koncercie przed samobójczą śmiercią Kurta Cobaina zagrali kinksowate „My Best Friend’s Girl” i improwizowali do odważnie elektronicznego, jak na rockowy zespół w 1978 r., „Moving In Stereo”. Obydwa kawałki Electric Nights

9


pochodzą z debiutanckiego „The Cars”. Niedługo później studyjne przeróbki wypuścili The Smashing Pumpkins i The Melvins. Zespoły kojarzone z nurtem grunge odnalazły się w tej stylistyce zaskakująco naturalnie. Jednak pierwsze grupy faktycznie zainspirowane dokonaniami Ocaska i spółki były trochę młodsze od wyżej wymienionych. Przede wszystkim mowa tu o namaszczonym przez byłego lidera The Cars zespole Weezer. W 1994 r. był to prawdopodobnie najgorętszy band dla starszej młodzieży na ziemi. I znowu - idealnie przycięte piosenki, nośne refreny. Zabrakło tylko wyrazistego syntezatora, ten przyszedł później z grupami takimi jak The Rentals. Retrofuturystyczne brzmienie, które dzielili z Tubeway Army Gary’ego Numana, wgryzało się w ogólną świadomość. Tak, że strywializowane dźwięki zdominowały niemalże cały amerykański rynek muzyki alternatywnej, który nie był pop punkiem czy powoli dochodzącym do władzy nu metalem. Ale jak by nie patrzeć, cały nowy ekstatyczny power pop w stylu The New Pornographers zawdzięcza debiutowi The Cars z 1978 r. tyle samo, ile znacznie częściej wymienianym w tym kontekście The Kinks. A i reszta dyskografii miała się jeszcze doczekać swoich pięciu minut. Lata zerowe czy jak mawiają Anglosasi - noughties, obeszły się z The Cars chyba lepiej, niż wcześniejsza dekada. Przede wszystkim za sprawą przywrócenia wartości późniejszym, gładszym dokonaniom The Cars. W noworomantycznej epoce Carsi byli majestatycznym, popowym zespołem korespondującym zarówno z artyzmem XTC (album „Panorama”), jak i mega popularnym synthpopem („Heartbeat City”). I to uchodziło przez jakiś czas za obciach, tak samo, jak słuchanie The Beatles w dobie punkowej rewolucji. Ale w okresie powrotu całej tej kolorowo-kiczowatej estetyki nie trzeba było długo czekać, by ktoś upomniał się o The Cars. W końcu to na początek XXI w. przypada największa produktywność singli, które były gigantycznymi hitami i zrobienie jakiegoś „The Best Of ”

Carsów wymagałoby raczej cięć, niż dokładania na siłę utworów. Duch songwritingu Ocaska i Hawkesa (midtempo, reverb, raczej mało imponujące głosy na tle chwytliwych klawiszy) unosił się nad nową falą dziwnego popu od tych bardziej medialnych jak MGMT, po tych raczej „dla wtajemniczonych” jak Washed Out. The Cars zawsze starali się nadganiać otaczające ich trendy, nigdy nie bali się używać szerokiej palety brzmień klawiszowych czy elektronicznej perkusji i ten brak strachu przed ciągłym rozwojem słychać w nagraniach z lat 80. Każdy kolejny album zespołu czymś się różnił od poprzedniego i zawsze był to krok w przód, nawet jeżeli tylko brzmieniowo. Niemalże równo 23 lata od rozpadu grupy muzycy powrócili, co jest zaskakujące w kontekście odżegnywania się Ocaska od idei reunionu. Artysta założył profil na Facebooku, puścił fragment nowej piosenki i jakby to zupełnie nic nie znaczyło ogłosił, że The Cars nagrali nowy album („Move Like This”). Przez ten długi czas rozłąki skład zespołu zmniejszył się w smutnych okolicznościach. W 2000 r. na raka zmarł wokalista i basista Benjamin Orr. I jak przystało na ekipę, która oficjalnie nigdy nie zmieniła personaliów, nikt na jego miejsce nie wskoczył. W studio na basie zagrał Greg Hawkes, a partie wokalne przypadły w udziale Ocaskowi, wcześniej dzielącemu tę funkcję jedynie połowicznie. Aktualne wcielenie zespołu, jak w przypadku większości powrotów, bazuje głównie na rewitalizacji starego oblicza. Jednak w przeciwieństwie do innych tego typu zabiegów budzących ogólną nieufność, The Cars faktycznie potrafią powtórzyć swoje stare sztuczki. Może i ze świecą szukać tutaj hymnów na miarę „Just What I Needed”, ale odtworzenie tej energii i sztuki pisania piosenek powiodło się. The Cars są z nami znowu i wygląda na to, że podjęli właściwą decyzję. Nawet jeżeli stylistycznie tym razem nie posunęli się do przodu nawet o milimetr. TEKST: Emil Macherzyński

The Cars zawsze starali się nadganiać otaczające ich trendy, nigdy nie bali się używać szerokiej palety brzmień klawiszowych czy elektronicznej perkusji i ten brak strachu przed ciągłym rozwojem słychać w nagraniach z lat 80. 10 Electric Nights


LIVE FAST, love strong and die young Katy B

Nie do końca sensownie ochrzczono

Kathleen Brien nową królową brytyjskiej sceny klubowej - jej debiutancki krążek to przede wszystkim

taneczna muzyka pop. Skąd

się wzięła rudowłosa dziewczyna na

szczytach wyspiarskich list

przebojów? „Z fabryki”, chciałoby się powiedzieć.

MUZYKA KLUBOWA NA POPOWYCH

SALONACH

Z

a fabrykę młodych, brytyjskich gwiazd może uchodzić położona w londyńskiej dzielnicy Croydon prestiżowa BRIT School - kochana przez wytwórnie placówka, która kształci najzdolniejszych serwując im treningi wokalne, zajęcia z zakresu wiedzy o sztuce i funkcjonowania mediów, a nawet zaznajamia studentów z najnowocześniejszymi technologiami wykorzystywanymi w bliskich im dziedzinach. Z BRIT School właśnie niemalże wprost na muzyczny rynek trafili Amy Winehouse, Imogen Heap, Kate Nash, Adele, a ostatnio Jessie J, Jamie Woon i Katy B oraz zapewne rzesza innych. W przypadku panny Brien edukacja nie poszła na marne – jej nienaganny warsztat wokalny czy świetne wyczucie rytmu i melodii w jakimś stopniu na pewno przyczyniły się do sukcesu projektu Electric Nights

11


Katy B. Moda na „brytyjskie, nowe brzmienia”, dobry klimat dla muzyki klubowej czy zainteresowanie czołowych DJ-ów i producentów młodą, fajną wokalistką też nie były bez znaczenia. Katy B marzyła o tym, by nagrywać klubowe numery, do których na imprezach mogliby bawić się jej kumple i znajomi. Ze swoją muzyczną twórczością wyszła jednak daleko poza pierwotny plan. W przeciągu roku udało jej się wprowadzić trzy single do czołówki brytyjskiej listy przebojów, a z pierwszą płytą zadebiutować na drugim miejscu najlepiej sprzedających się albumów. Sukces Brien zawdzięcza w dużej mierze sobie, ale też producentom, którzy zdecydowali się na współpracę z młodą wokalistką. Głównym producentem płyty „On A Mission” został Geeneus, naczelny promotor grime’u i dubstepu, w którego wytwórni Rinse Katy B wydała swój album. Znaczący udział w tworzeniu krążka mieli też drum’n’bassowy weteran Zinc (w zeszłym roku wypuścił znakomity singiel „Wile Out” z Ms. Dynamite), ekipa Magnetic Man (Brien współpracowała z nimi jeszcze przed wydaniem własnego longplaya), Benga (producent kultowego już singla „Katy On A Mission”) i inni. Cała ta wesoła gromadka stworzyła szalenie spójną wersję muzyki klubowej dla mas, skondensowała jakieś kilkanaście lat historii brytyjskiej elektroniki w jeden, świetnie przyswajalny album. Dubstep, funk, UK garage, soul i R’n’B na „On A Mission” mienią się radośnie i kolorowo prezentując bezczelnie cały, ogromny, komercyjny potencjał klubowego podziemia, które od kilku lat coraz skuteczniej rozpycha się łokciami próbując przebić się do mainstreamu. Z „historycznego” punktu widzenia singlowe „Lights On” stanowi chyba najsympatyczniejszy moment na debiucie Katy B. Młoda wokalistka występuje tu na równych prawach z legendarną, uznaną, angielską MC, Ms. Dynamite. Ta symbiotyczna kolaboracja pomogła obu artystkom. Ms. Dynamite przez połowę poprzedniej dekady nie mogła się odnaleźć po wydaniu dobrego, debiutanckiego krążka, a dzięki zeszłorocznej współpracy z Zinciem i Brien, znów przypomniała wszystkim, za co kiedyś ją uwielbialiśmy (nieziemski flow!). Kathleen jest zupełnie innego typu wokalistką - ma ciepły głos, świetnie porusza się w wysokich rejestrach, ma zdecydowanie

Katy B marzyła o tym, by nagrywać klubowe numery, do których na imprezach mogliby bawić się jej kumple i znajomi. Ze swoją muzyczną twórczością wyszła jednak daleko poza pierwotny plan.

12 Electric Nights

bardziej piosenkowy potencjał, nie jest tradycyjną, klubową MC. Przywodzi na myśl smoothjazzowe weteranki jak Jill Scott, a nawet klasyczne, trip-hopowe divy jak Tracy Thorn. Producenci tworzący dla Katy podkłady doskonale potrafili wykorzystać walory głosowe piosenkarki. „On A Mission” nie jest do końca autorską inicjatywą. Nie wiadomo, czy bez swoich świetnych producentów Brien radziłaby sobie równie udanie. Ona jest jednak liderką całego projektu jego piękną wizytówką (urodę ma przecież intrygującą i niebanalną) i wokalną królową, która na pewno ma ostatnie zdanie w temacie kształtu nagrywanych kompozycji. Jej rolę przymierzyć można trochę do roli charyzmatycznego frontmana w rockowej kapeli, bez którego zespół po prostu by się rozpadł. Brien bardzo lubi zarówno Jamesa Blake’a, jak i Jamiego Woona, z którym najbardziej jej po drodze. Oboje wypłynęli z klubowego undergroundu wspierani na początku swojej kariery przez znakomitych twórców (Burial u Woona, Benga u Brien). Oboje wokalnie budzą skojarzenia z soulowymi artystami. Młodzi Brytyjczycy póki co bez ewidentnej płytowej wpadki (choć Blake akurat trochę przeszarżował w dekonstruktywizmie i niedopowiedzeniach) oswajają kulturę klubową masowej publice. Nie każdy pewnie rozumie wszystkie niuanse albumów „James Blake”, „Mirrorwriting”, „On A Mission”, bo ta wiedza w pełnym zakresie zdaje się być dostępna przede wszystkim dla tych, którzy od lat śledzą klubowe podziemie. Komercjalizacja undergroundowych gatunków muzycznych rzadko przebiega bez zgrzytów i zakłóceń, ale Jamie Woon i Katy B udowodnili jak można dobrze przeprowadzić tego typu operację. Trzymajmy kciuki, by za ich przykładem poszli też inni młodzi, zdolni i ambitni. TEKST:: Kasia Wolanin

Katy B


LIVE FAST, love strong and die young Dirty Goods

Antony, James i Mikee - trzej muszkieterowie z Walii właśnie zabierają się za wydanie debiutanckiej płyty. Nie było łatwo, ale już wkrótce

Dirty Goods

ruszy w trasę, by pokazać, że przez ostatnich kilka lat nie próżnowali. O ciężkich chwilach, problemach i w końcu o wielkiej

satysfakcji

opowiada Mikee Gregory, perkusista zespołu.

PO W

RADOSNEJ STRONIE ŻYCIA

Polsce panuje przekonanie, że w Wielkiej Brytanii łatwiej zaistnieć młodym zespołom. Fakt czy mit?

Mit! To bardzo trudne, dlatego każdego dnia wytrwale pracujemy. Każdą godzinę poświęcamy albo na przyklejanie plakatów, albo na pisanie muzyki i próby, albo też kręcenie teledysków czy wywiady. Wszyscy jesteśmy w zespole od lat i ciężko w nim harujemy. Jednak to jest dokładnie to, czego chcieliśmy. Trzeba cały czas się starać. Jeśli choć na chwilę przestaniesz, to, czego pragniesz, się nie zdarzy. Wszyscy zrezygnowaliśmy z pewnej i ciepłej posadki, żeby móc pracować w zespole na pełen etat. Byliśmy kompletnie spłukani, ale szczęśliwi. Jak ta „harówka” się zaczęła? Ja i James, basista, spotkaliśmy się pierwsi, bo razem studiowaliśmy. Niemal chwilę później poprzez wspólnych przyjaciół poznaliśmy Antony’ego, naszego wokalistę i gitarzystę. Między nami od razu zrodziło się porozumienie i w ciągu kilku miesięcy pojawił się pierwszy wspólny zespół - Jump The Underground. Przez kilka

lat dawaliśmy koncerty w Walii. Trwało to do momentu, w którym poczuliśmy, że muzyka, którą robiliśmy to już nie to. Odszedłem. Wtedy właśnie James i Antony zaczęli pisać „muzykę do tańca”. Poprosili mnie, żebym wrócił. Po przesłuchaniu kilku nowych piosenek rzuciłem wszystko i dołączyłem do chłopaków. Tak uformował się skład Dirty Goods. Wzbudziliście zainteresowanie. Jak pozyskaliście kontrakt z Necessary Records? Robiliśmy to, co zwykle. Pisaliśmy, nagrywaliśmy, imprezowaliśmy i generalnie cieszyliśmy się każdą cząstką tego, co stworzyliśmy. Komuś innemu w duszy zagrało podobnie. To był Warren Clarke. Przyszedł do nas po tym, jak oficjalnie wydaliśmy „Honest”. Chciał wiedzieć nie tylko to, jaką muzykę tworzymy, ale też jacy jesteśmy jako zespół i jako ludzie. Z miejsca się zrozumieliśmy. Kilka miesięcy później, po całej papierkowej robocie, wizytach prawników itd. podpisaliśmy kontrakt. Najzabawniejsze jest to, że Warren nie słyszał nas wcześniej grających na żywo. Musimy być naprawdę fajnymi chłopakami (śmiech). Electric Nights

13


Nasze piosenki to „muzyka do tańca”. Będąc w Dirty Goods od początku byliśmy skupieni na konkretnym brzmieniu, choć komponując nie ograniczamy się do jednego gatunku. Poruszamy się w muzyce dance, dubstepie, popie, a w przyszłości, mam nadzieję, pójdziemy jeszcze dalej. Kto wie, może za 10 lat będziemy tworzyć muzykę na pogrzeby. Chcemy kreować coś unikalnego. Wszystkie teksty pisze Antony, nasz wokalista. Opowiada o swoich snach, sytuacjach, które przeżył, hipotetycznych pytaniach, o życiu. „Honest” to świetny debiutancki singiel. O czym opowiada? To była jedna z naszych pierwszych kompozycji i, tak naprawdę, przepustka do przemysłu muzycznego. Za każdym razem, kiedy pytałem Antony’ego, o czym jest ta piosenka, on odpowiadał: „Jest o tym, o czym chcesz żeby była”. Tekst ma dla niego pewne znaczenie, inne ma dla mnie, jeszcze inne dla ciebie. Chodzi o to, żeby wyciągnąć z niego to, co się tyczy nas samych. Jaka jest Wasza publiczność? Publiczność to dziwna istota. Kilkaset osób, które zachowują się jak jedna. Jeśli jedna zaczyna tańczyć, pozostałe też. Przyjemnie jest to obserwować, a jeszcze przyjemniej jest słyszeć, jak cały ten tłum śpiewa naszą piosenkę, piszczy i obłędnie tańczy. Uwielbiamy grać koncerty. Zarówno w czyimś garażu, jak i w sali na 3000 osób. Nasze piosenki Wciąż występujemy dla ludzi, którzy słyszą to „muzyka nas po raz pierwszy, więc staramy się dopasowywać playlistę do konkretnych miejsc i osób. do tańca”. Będąc Jeśli jednak koncertujemy w naszym rodzinw Dirty Goods nym mieście, przychodzi publika, która nas od początku zna. Dlatego za każdym razem, staramy się byliśmy skupieni dać im coś nowego, żeby chcieli do nas wracać.

Dirt Goody s

na konkretnym brzmieniu, choć pisząc nie ograniczamy się do jednego gatunku.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam jeden z Waszych kawałków, „Hollywood”, pomyślałam, że brzmicie dokładnie jak Kings of Leon. Sporo osób Wam to mówi? Niektórzy pisali o tym w internecie. Ale szczerze mówiąc, żaden z nas nie widzi podobieństwa. Lubimy ich wczesne płyty, a ich kawałki zawsze będą jednymi z ulubionych na imprezowych playlistach. Oni są południowoamerykańskim, rockandrollowym zespołem, my nie. Nasze inspiracje rozpościerają się od Prince’a do Talking Heads, od The Rolling Stones do... kto wie! Gdzieś po drodze mogą być Kings of Leon, ale zapewniam cię, że po przesłuchaniu naszej płyty, takie porównanie będzie pudłem. No własnie... Kiedy będzie można jej posłuchać? Praca nad albumem prawie skończona, ale wciąż go dopracowujemy. Chcemy mieć pewność, że to będzie najlepsza płyta, jaką byliśmy w stanie nagrać. A co na niej znajdziemy? 14 Electric Nights

Macie za sobą kilka interesujących show, m.in koncert na wystawie sklepowej... O co chodziło?

Newport, urocze miejsce, w którym mieszkamy, to gówniana dziura. Ale to nasza dziura. Życie toczy się powoli. Jest sporo sklepów z pustymi wystawami, które ludzie często wykorzystują do różnych ekspozycji itp. Wpadliśmy na pomysł, żeby wykorzystać takie miejsce w centrum miasta i w środku dnia dać koncert. Graliśmy za szklaną szybą ok. pół godziny dopóki, dopóty nie kazano nam przestać. Chodziło o zbyt duży hałas czy jakiś inny nonsens. Niemniej, zgromadziliśmy prawie 150 osób i wszystko wyszło bardzo fajnie. A przed kim chciałbyś zagrać? Wymarzony support? Prince i Prodigy. Głównie dlatego, że nie widziałem ich koncertów. Jestem też zbyt spłukany, żeby kupić bilet, a support oznacza, że wchodzę za darmo (śmiech). Bycie muzykiem kosztuje mnóstwo pracy i wyrzeczeń. Nie lepiej mieć stałą, bezpieczną posadkę? Gdybym nie był muzykiem, pracowałbym w Call Center. Miałbym fajny samochód, wyprasowaną koszulę i dopasowany do niej krawat. Wstawałbym każdego ranka i pił w weekendy. Już przez to przechodziłem i mam nadzieję, że nie będę musiał do tego wracać. Teraz jestem bardziej szczęśliwy. Jestem pewien, że przeszedłem na radośniejsza stronę swojego życia. ROZMAWIAŁA: Martyna Zagórska


alternative STAGE

Muzyka Końca Lata

Pociąg odjechał Lider Muzyki Końca Lata, Bartek Chmielewski, przekonuje, że album „PKP Anielina” podsumowuje okres młodości „durnej i chmurnej” i zamyka miński etap w historii zespołu. Zapowiada zmiany, ale tak naprawdę one już nadeszły - trzeci krążek MKL to najładniejsza i najstaranniej zrobiona płyta w dorobku kapeli. O trudnych kulisach powstawania „PKP Anieliny”, pożegnaniu z młodością na mazowieckiej prowincji i zmianach, jakie zaszły i zajdą w zespole, przeczytacie w wywiadzie z Bartkiem.

Z

espołowi lata lecą, płyt na koncie przybywa, a Wasze romantyczne podejście do rzeczywistości i stosunków międzyludzkich zdaje się pozostawać bez zmian. Tak będzie już zawsze? Z biegiem czasu coś tam się zmienia, co widać już na tej płycie. Część piosenek jest sprzed kilku lat, a część jest świeża i pojawiają się już w nich nowe tony, ale to może słuchacze wychwycą. Jako autor tekstów piszę zawsze o swoich przeżyciach, obserwacjach lub marzeniach, a to jakoś tam ewoluuje. Te teksty w dużej mierze są dlatego romantyczne, bo się na takich bajkach wychowałem, na przeświadczeniu, że w życiu chodzi o to, by znaleźć miłość, że trzeba być życzliwym i starać się zachować w sobie jak najwięcej dziecka. I to się przenosi na piosenki, Electric Nights

15


w nich sobie idealizuję pewne sprawy. Poza tym, lubię jak muzyka podnosi na duchu, a nie dołuje, lubię jak wzrusza, ale w taki budujący sposób.

Zespół pochodzi z Mińska Mazowieckiego. Mówisz, że album „PKP Anielina” zamyka okres miński. To wynika z coraz większych, stałych kontaktów z Warszawą?

ciągu wielu Twoich rówieśników odnajduje w tekstach MKL trochę własnych wspomnień i może się z nimi utożsamiać. Masz to na uwadze, gdy piszesz swoje piosenki?

Nie obrażacie się, kiedy o muzyce Muzyki Końca Lata mówi się, że jest sentymentalna, naiwna czy prowincjonalna?

Tak się złożyło, że piosenki na ten album skompletowałem w momencie cezury życiowej. Skończyłem studia, skończył się ważny dla mnie związek, nie miałem stałego zajęcia i tak się bujałem po tym Mińsku, który wydawał mi się coraz bardziej ciasny i dołujący. Więc z niego uciekłem. Od dwóch lat mieszkam i pracuję w Warszawie, toteż piszę już trochę inne piosenki. Ten album jest dla mnie taką klamrą spinającą dotychczasową opowieść MKL.

Nie jest tak, że siadam i obmyślam, że teraz napiszę o czymś konkretnym. Tak mi nie wychodzi. Najpierw jest melodia, a potem jakoś tak naturalnie przychodzi fraza i z niej się wyłania pomysł na resztę tekstu. Jak już mówiłem, wydaje mi się, że piosenki Muzyki Końca Lata są dosyć uniwersalne, jeśli chodzi o tematykę. Na nowej płycie jest np. opowieść o wakacjach na wsi, o wyprawie nad jezioro w gorący, duszny dzień, o wystawaniu pod szkołą w oczekiwaniu na swoją dziewczynę, o nudzie picia z kolegami w plenerze, o tym, jak pięknie jest przytulać się ze sobą w łóżku po ciężkim dniu, gdy zza okna straszy kiepska pogoda. Owszem, pojawia się w tych historiach osobisty konkret w postaci np. rzeżuchowego serca, czarnych sznurówek czy rajskiego kogucika, ale same w sobie te opowieści są zwyczajne i powszednie. Nic tylko się z nimi utożsamiać.

Nie widzę nic negatywnego w tych określeniach. Choć nie do końca rozumiem, na czym polega naiwność Muzyki Końca Lata. Na tym, że bohaterowie tych piosenek są czuli? Że np. cieszą się z pójścia nad wodę albo są zakochani? To przecież samo życie. Dla mnie MKL jest przede wszystkim szczere. Nie jest jakąś wydumaną kreacją, nie jest stylizacją. Treściowo opieramy się w dużej mierze na walce z melancholią i smutkiem, które zakradają się podstępnie i ciągną człowieka w dół. Te zmagania słychać w utworach. Zdecydowana większość naszych piosenek opiera się na miksie akordów molowych i durowych, przeplatają się tonacje smutna i wesoła, z tego wychodzi specyficzna atmosfera pogodnej melancholii. Niedawno uświadomiłem sobie, że nie umiem napisać tekstu wchodzącego w piosence na molowym, czyli smutnym dźwięku.

W dalszym ciągu to Ty jesteś głównym podmiotem lirycznym tekstów piosenek Muzyki Końca Lata. Na pewno nie mam problemu, żeby się z nimi identyfikować, ale wydaje mi się, że takiego problemu nie powinna mieć też znacznie większa grupa ludzi, bo historie śpiewane na płycie są raczej uniwersalne. Na „PKP Anielina” nie ma utworu na miarę „To co widziałem”, ale zapewne w dalszym

Zdecydowana większość naszych piosenek opiera się na miksie akordów molowych i durowych, przeplatają się tonacje smutna i wesoła, z tego wychodzi specyficzna atmosfera pogodnej melancholii. 16 Electric Nights

Zespół znany był z pracowitości i artystycznej płodności. Między premierą pierwszej i drugiej płyty Muzyki Końca


Lata minęło kilkanaście miesięcy. Na trzeci album natomiast musieliśmy czekać prawie cztery lata. Dlaczego? Ta płyta miała ukazać się dwa lata po „2:1 dla dziewczyn”. Całą muzyczną podstawę nagraliśmy latem 2009 r., ale po drodze przytrafiła mi się blokada wokalna. W studiu byłem spięty i miałem zaciśnięte gardło. Pierwszą wypłatę wydałem na sprzęt, żeby móc nagrać wokal w domu. Zeszło mi się z tym pół roku. Mam na laptopie gigabajty fałszów i prób przełamywania się. Nagrywałem się samemu, było to hardcorowe doświadczenie. W kolejne weekendy wracałem do domu, do Mińska, żeby rejestrować wokal. Ocierało się to już o groteskę i paranoję. Potem miksy też nie były łatwe. Do Szubina, gdzie nad nimi pracowaliśmy, mamy daleko, a studio też nie zawsze było wolne. Psuły się różne rzeczy. Czuję wielką ulgę, że to się już skończyło, wymęczyła mnie ta płyta strasznie. Nagrania pod następny album zaczniemy pewnie jakoś po Euro 2012. Już się trochę nowego materiału uzbierało.

liśmy przez trzy płyty. Tytuł pasuje idealnie, by zamknąć ten wątek. Nie będzie już piosenek o miłości? Na razie starczy. Nowe piosenki mają większy potencjał singlowy i opowiadają m.in. o siedzeniu przy komputerze, wyprowadzaniu psa i słuchaniu płyt. „PKP Anielina” trochę się różni od poprzednich płyt MKL. Jest tutaj więcej ładnych detali, które fajnie wzbogacają utwory. Album zdaje się być jeszcze mocniej zakorzeniony w bigbitowej stylistyce lat 60. Chciałbyś na coś szczególnie zwrócić uwagę słuchaczom, którzy sięgną po tę płytę?

Na pewno jest to najbardziej różnorodna ze wszystkich naszych płyt. Mniej jest tu tradycyjnych piosenek typu zwrotka-refren. Poprzednie krążki tworzyliśmy w bardzo krótkim czasie, teraz podeszliśmy do piosenek bardziej indywidualnie. Ciekawym doświadczeniem była też współpraca z sekcją dętą Contemporary Noise Sextet. Jak zespół bigbitowo-gitarowy dogadał się z jazzowymi muzykami Contemporary Noise Sextet? Baliśmy się trochę, jak im przekażemy, o co nam chodzi, bo nie znamy nut, ale dzięki nuceniu ustaliliśmy wspólnie partie dęte i ta część nagrań poszła bardzo szybko.

Gdzie można dojechać ze stacji PKP Anielina? Skąd taki tytuł płyty? Stacja naprawdę się nazywa Mińsk Maz. Anielina i jadąc z niej pociągiem na zachód dotrzemy do Warszawy. W drugą stronę są Siedlce, Terespol i można jechać aż do Moskwy, choć ten pociąg dalekobieżny akurat się tutaj nie zatrzymuje. To mniejsza stacja Mińska, położona jest niedaleko osiedla, na którym się wychowywałem. Była miejscem odpoczynku od blokowiska, namiastką łona natury. Do niedawna anielińskie perony otoczone były łąkami, zagajnikami, rano, jak się szło na pociąg, można było lisa i zająca zobaczyć. Teraz ta fajna przestrzeń zabudowuje się i tam, gdzie jeszcze kilka lat temu chodziło się po trawie, dziś stoją domy. Dla mnie to miejsce symboliczne, z tej stacji jeździłem na studia przez pięć lat, byłem tu na najlepszych randkach w swoim życiu. Miejsce magiczne? Na pewno sentymentalne. Przyciąga jak wir. Twoja przeszłość związana z tym miejscem znalazła odzwierciedlenie na płycie? Tak, jest chociażby zawarta w tekście tytułowego kawałka. „PKP Anielina” zamyka okres miński w twórczości Muzyki Końca Lata i nazwę krążka można traktować np. jako symboliczny odjazd z tego miejsca, z tego miasta. Album w pewien sposób kończy też tą całą opowieść miłosną, którą snu-

„PKP Anielina” zamyka okres miński w twórczości Muzyki Końca Lata i nazwę krążka można traktować np.jako symboliczny odjazd z tego miejsca,z tego miasta. Electric Nights

17


Na nowej płycie w istotnych, drugoplanowych rolach pojawiają się kobiety. Skąd wzięły się panie w składzie Muzyki Końca Lata? Z Karotką z Kawałka Kulki znamy się już długo i współpracowaliśmy razem już przy okazji poprzedniej płyty. Na nową wymyśliła piękne chórki i zagrała przejmującą partię skrzypiec w „Całowaniu” właściwie ot tak. Z Olą (Bilińską - przyp. red.) świetnie się śpiewa, to jest dziewczyna-petarda. Poznaliśmy się przez Płyny. Teraz jest już na stałe w naszym składzie. W MKL część tekstów opiera się na damsko-męskich dialogach, zawsze nam brakowało dziewczyny, żeby te rozmówki piosenkowe zabrzmiały bardziej przekonująco. Ola nas przeniosła na zupełnie nowy poziom. Na albumie zagrała też Natalia Fiedorczuk, która w „Johnnym” zbudowała fajną przestrzeń na klawiszach. Mieć trzy ulubione artystki na swojej płycie to naprawdę super uczucie. Kontynuując wątek płci, kto jest idealnym słuchaczem MKL? Stereotypowo postrzegane jako bardziej uczuciowe i romantyczne dziewczyny, czy też twardo stąpający po ziemi chłopcy? Muzyki Końca Lata słuchają marzyciele i ludzie wrażliwi.

wchodził przez okno. Serwisom muzycznym z jakiś względów bardziej opłaca się wrzucać newsa, że Gwyneth Paltrow ciągle nie ma wydawcy, niż, że jakaś mazowiecka formacja wydaje nową płytę. Poza tym, sam krąg ludzi interesujących się w tym kraju polską muzyką, chodzących na koncerty, kupujących płyty, nakręcających temat jest stosunkowo niewielki. Nawet lansowane zespoły ze sceny niezależnej w rodzaju Cool Kids Of Death czy Much nie mają lekko. Nie powiem, żeby nas ten brak większej uwagi nie obchodził, ale też nie zamierzamy z tego powodu rezygnować z grania czy się tym załamywać.

W Polsce niezależni muzycy często sami kreują różne kanały promocji, tworzą wytwórnie płytowe, dogadują się między sobą w temacie tras koncertowych itd. Ciebie też interesuje tego typu aktywność? Tak, to najlepsza odpowiedź na brak przebicia w mediach. Trzeba tworzyć własne kanały dystrybucji, gdy nie ma możliwości innego dotarcia do odbiorców. Ja jestem wielkim fanem współpracy międzyzespołowej, to nakręca dobrą energię, ktoś tam zawsze kogoś zna, zagada, pomoże zorganizować koncert, puści w świat informację. My wydajemy się teraz w Thin Man Records - firmie, która może nie ma wielkiego zaplecza promocyjnego, ale jest w niej bardzo dobra atmosfera, dużo rozmawiamy, kombinujemy, nakręcamy się wzajemnie. Wkrótce w jej barwach ukażą się kolejne fajne albumy. 19 maja koncertem w warszawskiej Hydrozagadce rozpoczynacie promocję nowej płyty. Szykujecie jakieś niespodzianki z okazji premiery albumu i tego koncertu? Niedługo zaczniemy odpalać różne filmiki i konkursy wymagające od naszych fanów twórczego podejścia. A co do koncertów, to z reguły są one niespodzianką samą w sobie, nawet dla nas.

„PKP Anielina” jest już trzecią Waszą płytą, w dodatku w porównaniu do poprzednich, jeszcze ładniejszą na poziomie melodii, jeszcze bardziej urzekającą tekstowo, a zespół w dalszym ciągu zdaje się funkcjonować w dość zamkniętej niszy. Dlaczego tak się dzieje?

Pojedziecie w ogólnopolską trasę koncertową?

Nie wiem, może jesteśmy za mało efektowni, może zwyczajnie ta muzyka nie ma aż takiego rażenia. My się staramy pukać pod różne adresy, ale nie wiele z nich się otwiera, a żaden z nas w MKL nie ma natury kogoś, kto wyrzucony przez drzwi będzie

Dokąd jedzie pociąg z Muzyką Końca Lata?

18 Electric Nights

Trasa to duże słowo. Będziemy grali tzw. weekendy, czyli dwu, trzydniowe wyjazdy w różne regiony kraju. Chcielibyśmy w końcu zawitać na Śląsk.

Do przodu.

RozmawiałA: Kasia Wolanin ZDjęcia: Antek Opolski


alternative STAGE Ballady i Romanse

Nie wszystko

musi być jasne

Przez trzy lata siostry Wrońskie przeszły bardzo długą drogę. Drugą płytą Ballad i Romansów dają prztyczka w nos wszystkim tym, którzy kiedyś nie szczędzili gorzkich słów pierwszemu albumowi. „Zapomnij” to fajna zabawa formą i tekstem prezentująca Basię i Zuzię Wrońskie tylko i wyłącznie z dobrej strony. Jaki mają stosunek do własnej, muzycznej przeszłości, jak przyjmują sukces nowego krążka oraz inne, ciekawe historie zza kulis projektu Ballady i Romanse - o tym wszystkim przeczytacie w wywiadzie z siostrami.

P

odobało się Wam ochrzczenie projektu sióstr Wrońskich polskim odpowiednikiem CocoRosie? Bo tak było przy okazji poprzedniej płyty. Basia: Nie, nie podobało nam się. Ten zespół trochę nas drażni i takie porównania po prostu sprawiły nam przykrość. Tak mówiąc całkiem serio - my robimy jednak trochę coś innego. Te odniesienia były trochę pomyłką. Jedynym punktem wspólnym jest fakt, że oba projekty tworzą siostry. Może gdybyśmy nie były siostrami, takich porównań by nie było. CocoRosie mają swój własny styl i nie sądzę, by był on podobny do naszego. Zuzia: One też na początku nagrywały

płyty w domu, ale muzycznie to są dwa, różne światy. Funkcjonujemy w zupełnie innej tradycji niż one. Debiut Ballad i Romansów zebrał różne recenzje - od absolutnych zachwytów po traktowanie Waszych utworów jako drugorzędne, niedojrzałe wariacje muzyczne dwóch sióstr. Jak podeszłyście do negatywnych opinii o Waszej o muzyce? Basia: Ile jest ludzi, tyle jest zdań odnośnie muzyki. Każdą negatywną opinię znamy, bo czytamy wszystkie recenzje. Zuzia: W każdej negatywnej recenzji było też trochę prawdy.

Basia: Jeśli ktoś nam zarzucał, że coś zostało źle nagrane albo kiepsko zaśpiewane, to jest to prawda, ale to nie znaczy, że my mamy być spalone na stosie. Gdy w trakcie radiowego wywiadu do audycji dzwoni basista - fan Pilichowskiego i mówi nam, że jesteśmy nieprofesjonalne, to ma prawo do takiej opinii, ale to nie znaczy, że jesteśmy złe. Poza tym, z każdej negatywnej opinii można wyciągnąć jednak jakieś pozytywy. Album „Zapomnij” w przeciwieństwie do Waszej pierwszej płyty został nagrany już w bardzo profesjonalnych warunkach. Krążek jest dużo bardziej różnorodny. Charakterystyczny, freakfolkowy jazgot sióstr Casady pojawia się już rzadziej. Electric Nights

19


Co zdeterminowało ewidentny progres muzyczny Ballad i Romansów? Basia: Może niektórzy się zdziwią, ale my się rozwijamy. Pierwsza płyta to były takie nasze prapoczątki. Poszłyśmy do przodu, zapragnęłyśmy inaczej brzmieć, więc zaczęłyśmy komponować piosenki, które były już bardziej skomplikowane pod względem muzycznym. Poprzedni album nagrałyśmy trzy lata temu, więc to wszystko wynika z upływu czasu. Jesteśmy starsze, bogatsze w różne doświadczenia. Chciałyśmy się też odciąć od tej pierwszej płyty, żeby ludzie cały czas nie myśleli, że my nic innego nie potrafimy zrobić. Wolimy być zespołem, po którym nie wiadomo, czego się spodziewać, chcemy trzymać w napięciu. Nie wszystko musi być jasne. Łatwo było się przestawić z zabawek i domowych sprzętów udających instrumenty na te prawdziwe?

Zuzia: Moim marzeniem były też dęciaki, ale nie znałyśmy nikogo, kogo mogłybyśmy zaprosić do współpracy. Aż tu nagle pojawił się Piotrek Łyszkiewicz i włączył się w parę piosenek, dzięki niemu wszystko się fajnie potoczyło.

Ballady i Romanse w dalszym ciągu ślizgają się gdzieś po cienkiej linii między polską muzyką niezależną a poezją śpiewaną - oba gatunki zamknięte są w zupełnie oddzielnych gettach. Nie chcecie w końcu przejść na którąś ze stron?

Basia: Bębny też super wypadły na płycie. Zagrał na nich Maciej Gołyźniak - wybitny perkusista. Wszystkie elementy perkusyjne, jakie się pojawiają, zagrane są perfekcyjnie i idealnie pasują do naszej koncepcji.

Basia: Myślę, że nie. Nie mamy takiej potrzeby. Bardziej przydałoby się to chyba krytykom piszącym recenzje i artykuły. Teraz pewnie stracili grunt pod nogami, kiedy odcięłyśmy się od podobieństw z CocoRosie.

Wolimy być zespołem, po którym nie wiadomo,czego się spodziewać, chcemy trzymać w napięciu.

Zuzia: My nie grałyśmy na wszystkich tych instrumentach same, na szczęście. Miałyśmy np. świetnego saksofonistę z Wrocławia, Piotrka Łyszkiewicza, współpracowałyśmy z Markiem Dziedzicem, który nam we wszystkim pomagał. Miałyśmy też wizję, jak nasza płyta ma wyglądać, nie było więc konieczności, by jakoś specjalnie się spinać i kombinować. Basia: Bardzo nam pomógł Marek, który produkował album. Pracowaliśmy cały czas razem, staliśmy się jednym teamem. On nam podsuwał różne rozwiązania i np. obecność saksofonu zawdzięczamy właśnie jemu, bębny też były jego pomysłem. Niemniej, niektórych może zdziwić fakt, że obie mamy wykształcenie klasyczne - Zuzia gra na pianinie, ja jestem skrzypaczką i na nowej płycie miałyśmy okazję się po prostu wykazać. Poprzednim razem nie było to możliwe, bo działałyśmy tylko we dwie. Teraz jesteście zadowolone z rezultatów? Zuzia: Bardzo. Tamta muzyka też była fajna, bo stała blisko mojej minimalistycznej filozofii życiowej, ale muzycznie „Zapomnij” to dużo ciekawsza płyta. Ja jej uwielbiam słuchać, bo poprzednia trochę mnie męczyła. Żywa sekcja rytmiczna, obecność dostojnych instrumentów smyczkowych czy zabawy z elektroniką - co Wam się najbardziej na „Zapomnij” podoba? Basia: Saksofon. Bardzo fajnie tu zabrzmiał, co trochę nas zaskoczyło.

20 Electric Nights

Zuzia: Dzięki tym instrumentom w piosenkach pojawiło się więcej przestrzeni, każdy utwór ma swój własny, niesamowity klimat. Ale przecież na tej płycie też są piosenki przypominające te z pierwszego albumu. Nie odcięłyśmy się od niego zupełnie. Basia: Jeszcze jedna rzecz. Chórki na tej płycie także mają moc i są bardzo ważne. Wraz z instrumentarium, saksofonem czy elektronicznymi bitami tworzą nową jakość. Poznaję dużo muzyki, ale nie przypominam sobie, bym ostatnio coś takiego słyszała. W jakim stopniu to jest płyta sióstr Wrońskich, a w jakim osób, które zaprosiłyście do współpracy? Basia: My jesteśmy autorkami piosenek, wymyśliłyśmy melodie i harmonie. Nasz producent doskonale rozumiał nasze pomysły, ogarnął dużo rzeczy technicznie. Chciałam dzwonek w piosence i Marek wymyślił dzwonek. Cały materiał był jednak przygotowywany przeze mnie i przez Zuzię. To jest nasza autorska płyta, w której ważną rolę odegrał producent, bo nadał jej brzmienie i właściwy ton. To album mój i Zuzi, lecz w jakimś stopniu też Marka Dziedzica.

Zuzia: Przede wszystkim, jesteśmy piewcami dobrych piosenek. Jest trochę poezji, ale chodzi nam głównie o piosenki, w których śpiewamy o czymś konkretnym. Takie mamy założenie. Czy porównają nas do Björk, czy do poezji śpiewanej w stylu Magdy Umer, czy do Avantpopu, dla nas zawsze liczą się piosenki. Basia: Nagrywamy dla wytwórni niezależnej i nie jesteśmy obecne w nurcie mainstreamowym. Nie zapieramy się, by w tym mainstreamie nie być, ale nikt nas po prostu tam nie chce. Zapewne dlatego zaliczamy się do wykonawców niezależnych. Zuzia: Używamy też dość osobliwego słownictwa w naszych tekstach. Basia: Mogę wszystkich uspokoić, że zespół Ballady i Romanse nigdy nie zagra w Piwnicy pod Baranami. Nie wyobrażam sobie tego. Skąd się biorą pomysły na Wasze zakręcone, niezwykłe teksty? Zuzia: Nie wiem w sumie. Takie jest po prostu życie wokół mnie. Różne rzeczy mi się przytrafiają. Trochę biorę z gazet, bo


Na zdjęciach staramy się nawiązać do klimatów, w których się wychowałyśmy: narożnik, meblościanka i amerykanka (śmiech).

bardzo lubię je czytać. Poruszają mnie współczesne historie i to, co się wokół mnie dzieje.

typu Dostojewski czy Grass. To tylko taki koncept, czy jakaś poważniejsza miłość do literatury się tutaj ujawnia?

Jesteś trochę poetką.

Zuzia: Wszyscy deklarujemy, że czytamy książki. Przynajmniej w moim środowisku. Nigdy nie połykałam jakoś intensywnie książek jak np. nasza mama, literatura jest jednak ważna w moim życiu, ale to się tyczy sztuki w ogóle. Lubię chodzić na wystawy, oglądać filmy jak tylko mam czas, więc siłą rzeczy to jakoś na mnie oddziałuje.

Zuzia: Trochę może tak (śmiech). Czasami tak mi się wydaje, ale potem idę do pracy, gdzie jestem copywriterką i piszę na zamówienie. Szybko się przeradzam w korporacyjnego potwora. Basia: Bycie poetą polega na tym, że coś się obserwuje i przelewa słowa na papier, używa do tego jakichś metafor. Zuzia mówi dużo konkretnych rzeczy, które są proste i dość bezpośrednie. Zuzia: Moje teksty przypominają trochę opowiadane historie, które stają się piosenkami, gdy jest muzyka. Dlaczego wybrałyście wiersze Czesława Miłosza na tę płytę?

Projekt Ballady i Romanse chyba już na stałe zadomowił się na naszej scenie. Co planujecie teraz, po premierze drugiej płyty? Co się z Wami stanie? Basia: To jest pytanie, które zadaję sobie codziennie po przebudzeniu (śmiech). Odzew na krążek „Zapomnij” strasznie nas zaskoczył. Wszystkiego jeszcze, co się tu dzieje, nie przyjmujemy do wiadomości. Zuzia: Pod koniec marca ta płyta trafiła do sklepów i po trzech tygodniach nakład zdążył się wyczerpać.

Basia: Dostałyśmy propozycję opracowania dwóch utworów Miłosza. W tym samym czasie szukałyśmy z Zuzią tekstów na płytę, więc dobrze się złożyło, zwłaszcza że wybrałyśmy te same wiersze. Wszystko się działo przy wsparciu Instytutu Książki, dzięki któremu w ogóle została nagrana nasza płyta. Proporcja jest dość normalna - na albumie są dwa wiersze Miłosza i trzynaście naszych utworów. One się fajnie połączyły w jedną, spójną całość.

Basia: Wreszcie możemy się rozwijać jako zespół. Fajnie jest widzieć, że ludzie chcą słuchać naszej muzyki, że lubią nasze teksty i się z nimi utożsamiają. To jest dla nas wspaniała nagroda, lepsza, niż pieniężne gratyfikacje. Dzięki temu możemy już powoli się zastanawiać, jaką nagramy trzecią płytę.

Wasza muzyka jest w ogóle literacko-poetycka. Nie tylko tak śpiewacie, ale też przywołujcie postacie różnych pisarzy

Zuzia: Zaczynamy funkcjonować jako regularny, stały zespół, mamy punkty zaczepienia. Wcześniej tak nie było.

Basia: Inna sprawa, że my się do tego dopiero przyzwyczajamy. Uświadomiłam sobie dzisiaj, czytając jakąś recenzję, że Zuzia jest moją siostrą, z którą ja zaczynam kroczyć wspólną drogą zawodową. Nie wiem jeszcze, jak się do tego odnosić, ale to jest dobre i musi wyjść z tego coś fajnego. A propos relacji rodzinnych - kim są „córy dansingu”? Basia: To jesteśmy my. Dojrzewałyśmy w czasach, kiedy dansingi królowały. Nasza mama występowała na dansingach w różnych knajpach. Wszystkie hity, które wykonywała, świetnie znamy. Na zdjęciach staramy się nawiązać do klimatów, w których się wychowałyśmy: narożnik, meblościanka i amerykanka (śmiech). Może córy dansingu w przyszłości pokuszą się o intensywniejszy romans z muzyką elektroniczną? Fajnie wam te elementy na „Zapomnij” wyszły. Basia: Naszym marzeniem było nagrać płytę jak Fever Ray. Ja bym chciała, żeby kolejny album był jeszcze inny. „Zapomnij” na pewno pomoże nam ustabilizować brzmienie, ale dużo też zależy od tego, czego będziemy aktualnie słuchały i co się wydarzy. Zuzia: Kiedyś OFF Festival dostarczył nam wielu muzycznych wrażeń. Basia: Może następna płyta będzie w klimatach elektronicznych. Pożyjemy, zobaczymy. RozmawiałA: Kasia Wolanin Zdjęcia: Joanna Szproch

Electric Nights

21


Hard STAGE

Queens Of The Stone Age

Przeszłość

Królowych

Kiedy Genesis grało na żywo całą płytę „The Lamb Lies Down On Broadway”, nikt tego specjalnie nie krytykował. Mieliśmy do czynienia z albumem koncepcyjnym, więc prezentując materiał na koncertach grupa opowiadała po prostu tą samą historię, co na płycie. Gorzej, kiedy kapela decyduje się na taki krok, „bo tak”. Jeszcze gorzej, gdy bierze na warsztat najsłabszy longplay w swojej karierze. Właśnie na taki krok zdecydowali się Queens Of The Stone Age. 22 Electric Nights

O

kreślenie „najsłabszy”, z jednej strony, może być krzywdzące w stosunku do krążka „Queens Of The Stone Age”, ale z drugiej... każdy następny przebijał debiut. Trudno też mówić o nim jak o faktycznym początku, bowiem QOTSA powstało na zgliszczach fantastycznego Kyuss, który sporo namieszał na początku lat 90. na stonerrockowej scenie. Płyty „Blues For The Red Sun” i „Welcome To Sky Valley” weszły do kanonu ciężkiego grania. Niestety, sukces grupy znacznie przerósł psychiczne możliwości muzyków i na skutek konfliktów na linii lider Josh Homme-wokalista John Garcia, Kyuss przestał istnieć w 1995 roku. Po tym wydarzeniu Josh powołał do życia nowy zespół, który przyjął nazwę Queens Of The Stone Age. Gdy producent Chris Goss (pracujący z Hommem już przy


płytach Kyuss) poznawał brzmienie grupy, stwierdził, że są to „królowie epoki kamienia”. Josh uznał jednak, że „królowie” to określenie zbyt macho, więc zamienił je na „królowe”. Wokalista nie ukrywał także, że nazwa miała na celu wywołanie kontrowersji wśród homofobów. Do pierwszego składu Queens Of The Stone Age weszli (obok Homme’a) znajomy z Kyuss, perkusista Alfredo Hernandeza oraz... ponownie Josh, tym razem pod pseudonimem Carlo Von Sexron. Power „trio” wydało debiutancką płytę w 1998 roku. Wcześniej ukazał się split, na który oprócz numerów nowego składu trafiły piosenki ze schyłkowego okresu działalności Kyuss. „Queens Of The Stone Age” kontynuowała muzyczną wizję poprzedniego bandu Homme’a, artysta wciąż penetrował rejony desert/stoner rocka generując wspólnie z Gossem pełne przestrzeni brzmienie. Krążek zebrał pochlebne recenzje, dobrze poradził sobie też pod kątem sprzedaży. Komercyjny sukces albumu niewątpliwie był efektem pozycji, jakiej lider QOTSA dorobił się grając w Kyuss. Inna sprawa, że płyta po prostu broniła się muzycznie zawierając tak kapitalne numery jak „Regular John”, „Avon” czy instrumentalny, nawiązujący do hendrixowskiego „Manic Depression” kawałek „Hispanic Impressions”. Wkrótce po wydaniu albumu trzeba było ruszyć na koncerty, Homme nie mógł być dalej jednocześnie sobą i Von Sexronem. Posadę basisty dostał więc kolejny znajomy z Kyuss, Nick Oliveri. Postać tego muzyka jest niezmiernie ważna w biografii zespołu. Charyzmatyczny Oliveri przez wiele lat przyjaźnił się z Joshem, wielu fanów twierdzi, że panowie są stworzeni do grania razem. Kto wie, być może występowaliby wspólnie do dziś, gdyby nie trudne charaktery obu artystów. Oliveri podpadał Joshowi wielokrotnie, ale przegiął w momencie, gdy zamienił się w damskiego boksera. Homme, który najwyraźniej wymaga od członków swojej kapeli, by traktowali kobiety jak gentlemani, nie namyślał się długo i wywalił Nicka. „Wyrzuciłem go, ponieważ katował swoją dziewczynę. Ja nie będę tolerować takiego zachowania” - deklarował w wywiadach Homme. Oliveri najpierw przyjął skruszoną postawę, przepraszał w mediach i mówił, że rozumie decyzję Josha. Szybko jednak połapał się, że taką postawą niczego nie wskóra i przystąpił do zmasowanego ataku, krzycząc przy tym, że nigdy nie wróci do QOTSA. Sytuacja zmieniła się w tym roku, kiedy Oliveri zaproponował Joshowi, by znowu zagrali razem. Ten drugi odparł: „Nie wydaje mi się, aby

w tym momencie był to dobry pomysł”. Fani oczywiście wiedzą swoje, w sieci rozgorzała dyskusja na temat tego, kiedy Nick powróci na łono Queensów. 7 marca do sprzedaży trafiła reedycja debiutanckiego albumu QOTSA. To właśnie ukazanie się tej płyty jest przyczyną trasy koncertowej i wizyty zespołu w Polsce. Wydawnictwo w nowej wersji dorobiło się trzech dodatkowych nagrań - „The Bronze”, „These Aren’t The Droids You’re Looking For” oraz „Spiders And Vinegaroons”.Oprócz materiału z debiutu, grupa gra jeszcze kilka największych hitów, więc jeśli martwiliście się

o „Go With The Flow”, „Sick, Sick, Sick” czy „No One Knows”, nie traćcie nadziei te kawałki przewijają się w setlistach z poszczególnych koncertów. Tegoroczny występ będzie trzecią okazją do obejrzenia Queens Of The Stone Age w Polsce. Za pierwszym razem grupa zagrała w stołecznej, niewielkiej gabarytowo Proximie. Drugi koncert to już większy klub - Stodoła i to samo miejsce będzie areną majowego show. Skoro bilety zeszły praktycznie na pniu, może przy następnej wizycie warto byłoby pomyśleć o większym obiekcie? Tekst: Maciek Kancerek

„Queens Of The Stone Age” kontynuowała muzyczną wizję poprzedniego bandu Homme’a, artysta wciąż penetrował rejony desert/stoner rocka generując wspólnie z Gossem pełne przestrzeni brzmienie.

Electric Nights

23


PROGRESSIVE STAGE Totentanz

Choć nigdy nie zdobyli statusu gwiazdy, zawsze mogli liczyć na kilkunastotysięczną grupę fanów, będących z zespołem na dobre i na złe. Dlatego też tak wielkim zaskoczeniem dla muzyków Totentanz był moment, kiedy po wydaniu nowej płyty usłyszeli pierwsze oceny. „Totalna porażka”, „upadek z wieżowca”, „pogoń za kasą” to tylko niektóre z nich.

Totentanz zaczyna od nowa „Oberwaliśmy za to, że nie stoimy w miejscu. Ale powalczymy o słuchaczy, zarówno tych starych, jak i nowych” - tłumaczył później lider zespołu Rafał Huszno. Lekko nie będzie, ale przecież już raz udowodnili, że dobra muzyka obroni się sama. A ich atutem (wbrew temu co piszą zawiedzeni fani) jest krążek „Inni” - jeden z ciekawszych polskich albumów wydanych w tym roku. 24 Electric Nights

Zagłębiając się w karierę Totentanz nie sposób nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z sytuacją co najmniej schizofreniczną. Trudno bowiem znaleźć w naszym kraju zespół jednocześnie tak bardzo doceniany, jak i niezauważany. Wszystko zaczęło się w 2007 r., kiedy nieznana wówczas nikomu tarnowska kapela wyruszyła w trasę grając jako support przed gwiazdami polskiej sceny. Takie koncerty nie zawsze

są łatwe - mniejsze zainteresowanie, gorsze nagłośnienie, a niekiedy także i spory z organizatorami o długość występu. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji osiągnięcie jakiegokolwiek sukcesu graniczy niemal z cudem. Ale i te się podobno zdarzają, o czym Totentanz przekonał się wyjątkowo szybko. „Zagrali lepiej, niż Coma” - mówili jedni, inni dodawali: „szedłem na Riverside, a wróciłem jako fan tarnowskiego zespołu”.


Nie każdy co prawda wierzył w te opowieści, ale już sam fakt wspominania o supporcie musiał wzbudzać zainteresowanie. Debiutując jeszcze w tym samym roku płytą „Nieból”, żaden z muzyków Totentanz nawet nie marzył, że sukcesy mogą przyjść tak szybko. Już trzy miesiące od premiery słuchacze rockowego Antyradia przyznali albumowi tytuł Płyty Rocku 2007. Grupa znalazła także uznanie czytelników magazynu „Metal Hammer”, którzy w plebiscycie na najlepszy debiut wskazali właśnie ją. Wydawać by się mogło, że po takich wyróżnieniach najbliższe lata będą należały do tarnowian. Nic bardziej mylnego - longplay sprzedał się na poziomie kilku tysięcy egzemplarzy, a frekwencja na pierwszej samodzielnej trasie koncertowej pozostawiała wiele do życzenia. Trudno było zrozumieć taki stan rzeczy, ale ów zmotywował tylko muzyków do dalszej pracy. Efekty pojawiły się rok później w postaci krążka „Zimny dom”, nominowanego do Fryderyka 2008 w kategorii „najlepszy album z muzyką metalową”. Wyróżnienie miłe, choć niestety świadczy o tym, że osoby przyznające te nagrody nie mają zielonego pojęcia o muzyce, którą wybierają. „Zimny dom” nie mógł otrzymać tej statuetki, bo z metalem nigdy nie miał nic wspólnego. „Za rok nagrywamy koncert z orkiestrą symfoniczną. Kto wie, może ktoś z kapituły wpadnie na pomysł nominowania nas w kategorii muzyki poważnej. Wcale nas to nie zdziwi” - żartowali muzycy Totentanz.

Nie zdziwiła ich też pewnie aktywność fanów, którzy przy okazji drugiej płyty przypomnieli sobie o zespole. Wkrótce zespół mógł poszczycić się drugim miejscem w plebiscycie na najlepszą rockową płytę wg Antyradia. W rankingu portalu Onet.pl fani brzmienia gitar zdecydowali także, że to właśnie Totentanz powinien wystąpić na festiwalu w Węgorzewie w 2009 r. (niewielu z nich potem do Węgorzewa pojechało). Kolejne wyróżnienia nie przerodziły się jednak w komercyjny sukces, wciąż klasyfikując zespół na pozycji dalekiej od czołówki polskich gwiazd rocka. „Nie załamujemy rąk i robimy swoje. Taki jest dzisiaj show biznes, w którym liczy się przede wszystkim skandal. My stawiamy na muzykę i nie zamierzamy niczego zmieniać” - wyjaśniał Huszno. Nawet nie przypuszczał, że słowo „zmiana” będzie miało wkrótce w karierze zespołu tak wielkie znaczenie.

„Od dawna mieliśmy ochotę pójść w innym kierunku. Nie chcieliśmy nagrywać kolejnej takiej samej płyty, więc już na wstępie zrezygnowaliśmy z ciężkiego grania”

Pod koniec 2010 r. muzycy zabrali się do pracy nad premierowym materiałem, wtedy też zapadła decyzja, że najwyższy czas na nowe rozdanie. „Od dawna mieliśmy ochotę pójść w innym kierunku. Nie chcieliśmy nagrywać kolejnej takiej samej płyty, więc już na wstępie zrezygnowaliśmy z ciężkiego grania” - tłumaczyli. Łatwo też zauważyć, że o zmianie brzmienia w dużej mierze zadecydowały odmienne fascynacje muzyczne: „Każdy z nas słucha czegoś innego. Lubimy Coldplay czy Snow Patrol, ale też pojawiają się takie kapele jak Queens Of The

Stone Age, The Killers. To musiało odbić się na naszej muzyce. Zresztą nie ukrywamy, że ciągnęło nas też trochę w stronę indie rocka”. Efekt to krążek „Inni”, który pojawił się w sklepach w kwietniu. Nagrany już bez gitarzysty Adriana Bogacza (muzyk odszedł z zespołu na początku roku) album wywołał wśród fanów prawdziwą burzę. Na zarzuty o sprzedanie się odpowiadają ze śmiechem: „Widzisz, tak się sprzedaliśmy, że teraz nie gra nas żadne radio, a fani nie chcą kupić naszej płyty”. Muzycy nie mają jednak wątpliwości, że to najlepszy materiał w ich dorobku. Przemyślany, bezkompromisowy i z klimatem, który zawsze chcieli osiągnąć. Totentanz nie kryje też radości z zastanego stanu rzeczy: „Zaczynamy wszystko od nowa. Czas pokaże, czy dotrzemy do nowego słuchacza…”. TEKST: Tomasz Kowalewicz

Electric Nights

25


folk STAGE

Sufjan Stevens

TYSIĄC TWARZY

SUFJANA Nie jest bohaterem, o którym się często czyta, mówi i plotkuje. Ale na pewno bohaterem jest. Żyje i tworzy gdzieś pomiędzy starym światem a współczesnością. Tworzy muzykę, pisze opowiadania, rysuje, szyje, projektuje, fotografuje i wciąż uparcie twierdzi, że nie jest utalentowany. Wariat? Nie - Sufjan Stevens.

W

tym roku muzyk postanowił ruszyć w trasę koncertową po Europie. Wybrał zaledwie kilka państw, w tym Polskę. 5 maja w Teatrze Polskim Sufjan Stevens da ekskluzywny koncert promujący ostatnią płytę - „The Age Of Adz”. Jak sam przyznaje, będzie to najbardziej urozmaicony występ w jego karierze. Lista instrumentów, na których gra Sufjan, jest tak długa, że zaprezentowanie jej to materiał na oddzielny artykuł. Podobnie wykaz artystów, z którymi pracował. Jego bogata dyskografia to dla fanów folku prawdziwe Eldorado. Ale nie tylko dla nich. Na płytach sygnowanych nazwiskiem muzyka można spotkać dźwięki wyciągnięte z różnych worków. Bo różnorodność to coś, co od lat pielęgnuje w swojej twórczości. Może dlatego, że doskonale zna to słowo. Ojciec Litwin, matka Greczynka

26 Electric Nights


i on - chłopiec o perskim imieniu, mieszkający w USA. Tak, Sufjan miał do czynienia z różnorodnością od urodzenia... „Kiedy byłem małym chłopcem (…) to miałem krzywe zęby i do jedenastego roku życia ssałem kciuk” - mógłby dośpiewać Sufjan. Nie był pięknym dzieckiem, a jego najmłodsze lata nie należały do najłatwiejszych. W ciężkich chwilach nie mógł pobiec z płaczem do mamy, bo ta akurat różniła się od innych matek. Uzależniona od narkotyków, miała poważne problemy psychiczne – cierpiała na schizofrenię i depresję, była bardzo dziecinna, ale też (jak twierdzi dziś Stevens) bardzo twórcza. Chłopcem i jego rodzeństwem zajął się ojczym. Po latach żal ustąpił miejsca zrozumieniu. Bo dusza mamy, choć chora, pozostała artystyczna. A Sufjan, rzecz jasna, artystów szanował. Od najmłodszych lat przejawiał zainteresowania muzyczne. Ojczym dostrzegł talent chłopca i zaangażował do wspólnego tworzenia dźwięków. Założyli wytwórnię Asthmatic Kitty. Młody artysta napisał kilka piosenek i wydał na debiutanckim albumie, „A Sun Came”, w liczbie tysiąca egzemplarzy. Utwory były poświęcone nietypowym tematom - dziewięciu planetom, dwunastu apostołom i czterem humorom. Płyta nie wywołała w USA muzycznej rewolucji. Rozczarowany chłopak postanowił wziąć się za tworzenie tekstów literackich. Przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie zaczął chodzić na zajęcia do Szkoły Kreatywnego Pisania. Jak opowiadał później w wywiadach: „Dołączyłem do klubów literackich, pisałem dla studenckiej gazety, uczestniczyłem w marszu praw kobiet na Kapitolu. Paliłem papierosy i pokonałem mój lęk wysokości. Kąpałem się na golasa w jezio-

rze Michigan i pocałowałem dziewczynę na dachu fabryki. Jak każdy, żyłem wielkim amerykańskim snem. Moje nastoletnie lata spędziłem działając jak 38-letnia osoba. Będąc w rodzinie wielodzietnej i przeżywając ekonomiczny ucisk z tego powodu czułem, że jestem odpowiedzialny za własny los. Zrozumiałem bardzo wcześnie, że jedyna rzecz, która umożliwi mi odniesienie sukcesu jako osobie, to wykształcenie”. Ale i w tej dziedzinie sukces nie chciał nadejść. Powrócił zatem do dźwięków. Po wielu próbach, kombinacjach i wydaniu płyty z cyklem muzycznym o chińskich znakach zodiaku, „Enjoy Your Rabbit” (która również nie wywołała zachwytu), zaczął nagrywać piosenki na serio. Rejestrował je wszędzie, gdzie tylko mógł - w piwnicach, stodołach. Gromadził wcześniej napisane teksty, przy których tworzeniu czerpał garściami z klasyków takich jak William Blake czy William Faulkner, i przerabiał na utwory. Tak powstał jeden z najpiękniejszych albumów w jego dorobku - „Michigan”. Do tego momentu Sufjan Stevens karmił słuchaczy głównie elektroniką. Ten krążek stanowił akustyczną ucztę, składającą się z piętnastu melodyjnych kompozycji. Tym razem duet syn-ojczym postanowił załatwić wszystko w sposób jak najbardziej profesjonalny. Od tej pory Sufjan miał agenta, specjalistę od reklamy, a nawet charakteryzatora. Płyta pozwoliła wypłynąć chłopakowi na wielkie fale radiowe. Krytycy chwalili, fani stawali się coraz liczniejszą grupą, ekscytacja artysty rosła. Nagrywał kolejne albumy, w tym m.in. najbardziej osobisty, „Seven Swans”, na którym zawarł piosenki dotyczące wiary oraz zjawiskowy „Illinoise”, uznany za jedno z najważniejszych wydarzeń w muzyce rozrywkowej XXI wieku. Współpracował

z wieloma innymi muzykami, zagrał nawet na fortepianie w krótkometrażowym filmie „Eve”, na specjalne życzenie Natalie Portman. Dziś ma 36 lat, bogaty życiorys i jest postacią niemal tak ciekawą, jak skomplikowaną. Jego zainteresowania są szerokie, a ambicje wielkie. Dziś Sufjan żyje w pełni. Jednak pomiędzy „dziś”, a „wtedy” jest sporo różnic. Pięć lat temu mówił, że nie uważa muzyki za sztukę, raczej za prawa fizyki. Teraz jest przekonany, że to „język duszy” z nieskończonymi pokładami mistycyzmu. W 2003 r. wymyślił, że nagra album o każdym stanie USA z osobna, sześć lat później podsumował ten projekt jako „żart i obciach”. Przyznaje, że zdarza mu się popadać w depresję, a sama muzyka jest dla niego podstawą bytu - tworzenie piosenek postrzega dziś jako rękodzieło, ciągły proces, siebie zaś jako tworzącego je rzemieślnika. Pytany o ulubiony kawałek własnego autorstwa, odpowiada: „Holland”. Czemu? Bo o miłości. A on mało nut poświęca temu stanowi. Wierzy, że każda kompozycja powinna mieć kilka wersji, wymaga ciągłych zmian, ulepszeń, tak jak on sam. Nieustanna potrzeba rozwoju jest dla niego najlepszym motorem wszelkich działań. To co robi należy definiować jako sztukę. To na wskroś przepełnione znaczeniami kompozycje. Nie ma efekciarstwa. Są emocje. Jaki jest zatem Sufjan Stevens? Prawda jest taka, że nie ma na świecie słownika, który zawierałby wszystkie słowa określające jego osobę. Nie ma takich dźwięków, przy pomocy których mógłby w pełni wyrazić siebie, a żaden tekst o nim nie będzie dość dobry. Również i ten. Tekst: Martyna Zagórska

Nieustanna potrzeba rozwoju jest dla niego najlepszym motorem wszelkich działań. To co robi należy definiować jako sztukę. To na wskroś przepełnione znaczeniami kompozycje. Nie ma efekciarstwa. Są emocje.

Electric Nights

27


electronic STAGE Noblesse Oblige

SEKS I ŚMIERĆ TO ESENCJA ŻYCIA

Francuska aktorka i niemiecki producent poznali się na balu maskowym w Londynie. Ona dawała emocjonalny występ na scenie, on jej emocje chłonął jak gąbka. Kilka tygodni później pisali już wspólnie piosenki. W Polsce gościli parokrotnie i wciąż chętnie wracają. Ostatnio jako support IamX. 28 Electric Nights


Wierzę,że ważne jest, żeby artysta co jakiś czas zmieniał otoczenie,żeby się nie przyzwyczajał.

Intrygujący z Was duet... Sebastian Lee Philipp: Lubimy próbować wielu różnych rzeczy i stapiać kilka stylów na każdej płycie. Od electro i punku po akustyczne brzmienie i muzykę świata. To bardzo szczere dźwięki! A żadne z nas nie jest tak naprawdę muzykiem. Podążamy za instynktem, bo nigdy nie uczyliśmy się grać na instrumentach. Bardziej od technicznych kwestii interesuje nas kreowanie nastrojów i atmosfery. Podobno niezbyt namęczyliście się nad pierwszym albumem? Sebastian: Działaliśmy szybko i spontanicznie. Wszystko nagraliśmy w moim małym mieszkaniu w Londynie. Byliśmy kompletnie wolni od oczekiwań i praca okazała się prawdziwą zabawą. Myślę, że można to usłyszeć na płycie. W 2007 r. przeprowadziliście się z Londynu do Berlina. Jaki wpływ na Waszą twórczość ma miejsce, w którym tworzycie?

Sebastian: Wierzę, że ważne jest, żeby artysta co jakiś czas zmieniał otoczenie, żeby się nie przyzwyczajał. Berlin okazał się dla nas idealnym miejscem do życia i tworzenia. Valerie Renay: W Berlinie istnieje ekscytująca scena artystyczna, która zachęca do procesów twórczych. Oczywiście, zawsze samo poznawanie nowego miasta jest inspirujące, zwłaszcza takiego, które ma wiele wcieleń. Porozmawiajmy chwilę o Waszym drugim albumie. „In Exile” zdobyło rosyjską nagrodę Steppenwolf Music Prize Award dla najlepszego zagranicznego zespołu. Byliście zaskoczeni, że wyróżnienie spotkało Was akurat ze strony Rosjan? Sebastian: Tak, to była bardzo przyjemna niespodzianka. Dowiedzieliśmy się o tym od Artemiego Troitsky’ego, jednego z najbardziej znanych rosyjskich dziennikarzy muzycznych. Występ w Moskwie, w Central House Of Artists, przed ogromną publicznością i kamerami telewizyjnymi był fantastycznym przeżyciem.

Wasza ostatnia płyta, „Malady” to koncept album. Oscylujecie na niej wokół ezoteryki - skąd taka fascynacja? Sebastian: W 2007 r. zostaliśmy poproszeni przez Roberta Pacittiego o wzięcie udziału w jego projekcie - Spill Festival’s Tarot. Mieliśmy, razem z fotografem Manuelem Vasonem, wizualnie zinterpretować kartę „kochankowie”. To zapoczątkowało nasze zainteresowanie okultyzmem, zwłaszcza dziełami Aleistera Crowley’a. Co więcej, Valerie miała wiele wspomnień z dzieciństwa w Martinique, gdzie była i jest obecna religia voodoo. Te wpływy uformowały podstawę muzycznych i tekstowych pomysłów na „Malady”. Wszystkie piosenki zostały zainspirowane utworami, poezją, ludowymi opowieściami i filmami poruszającymi te tematy. A jak jest teraz? Jakie tematy są dla Was najbardziej interesujące podczas pisania tekstów? Valerie: „Malady” był pierwszym albumem, na który teksty napisaliśmy przed

Electric Nights

29


muzyką. To było łatwe, bo pracowaliśmy wokół określonych wątków i zrobiliśmy dokładny research. Teraz często powracającymi tematami, zarówno w tekstach jak i w wyobraźni, są seks i śmierć, bo to one zawierają esencję życia i są niekończącym się źródłem fascynacji dla większości ludzi. Sebastian, powiedziałeś kiedyś, że Wasze płyty są jak podróż. Co miałeś na myśli? Sebastian: Lubię myśleć, że każdy album to podróż przez nasze wszystkie zróżnicowane inspiracje. Mam nadzieję, że kiedy ludzie słuchają płyt Noblesse Oblige, nie słyszą wyłącznie piosenek, ale odczuwają cały proces tworzenia i nas, jako ludzi. Valerie: Tworzenie albumu jest jak kreowanie nieistniejącego świata. Słucha-

Zdecydowaliśmy nigdy nie korzystać z pomocy innych muzyków na scenie i robić jak najwięcej we dwoje.Używamy wielu instrumentów.Lubimy robić prawdziwe show!

nie go, jak podróżowanie przez równoległy wszechświat. Nasi odbiorcy odczytują różne znaczenia i odnajdują różne wpływy w tym, co tworzymy. A to stanowi w jakiś sposób echo ich osobistych doświadczeń. W naszych pracach jest pewna intymna jakość, która prowadzi do tego, że dotykamy ludzi na wielu poziomach. Co robicie poza działalnością w Noblesse Oblige? Sebastian: Prowadzę studio muzyczne w Berlinie, gdzie nagrywam i produkuję albumy innych artystów. Jestem także częścią innego zespołu - Der Räuber und der Prinz, z którym ostatnio wypuściłem nowy singiel. Oboje jesteśmy też didżejami, gramy regularnie w berlińskich klubach. Ponadto, produkujemy remiksy dla wielu artystów.

Valerie, jesteś też aktorką. Czy to pomaga w byciu muzykiem? Valerie: Każda forma sztuki pozwala indywidualistom wyrazić siebie. Aktorstwo, robienie muzyki, pisanie, fotografia itd. - to wszystko pomaga nadać sens światu. Granie, tak samo jak tworzenie dźwięków, daje mi szansę na dzielenie się pewną wizją. Jaką rolę w tym procesie pełni Femme Façade? Valerie: Femme Façade to moje alter ego. Imię, którego używam występując solo. Wciąż trwający projekt tropiący najbardziej osobiste aspekty życia - obsesje, pragnienia, obawy, marzenia. Moje występy pomagają mi stawiać pytania i lepiej rozumieć sens istnienia. Wasz image to część kreacji, czy to, kim jesteście również prywatnie? Valerie: Nie mamy stylisty ani grupy menadżerów, którzy mówiliby nam, jak się ubrać. Nasz wygląd, tak jak i muzyka, jest refleksją na temat tego, co czujemy i kim jesteśmy. Estetyka tego zespołu jest częścią naszej tożsamości. Nie podążamy za trendami. Jak sie czujecie koncertując u boku IamX? Valerie: To wspaniałe doświadczenie dawać koncerty w całej Europie jako specjalny gość IamX. Szanujemy się wzajemnie i podzielamy zamiłowanie do teatralności na scenie. Występy na żywo to nasza pasja. W ciągu ostatnich pięciu lat zagraliśmy ok. 500 koncertów. Za każdym razem zmieniamy listę piosenek i używane w nich instrumenty. Dostosowujemy stare utwory do naszego obecnego brzmienia. Zdecydowaliśmy nigdy nie korzystać z pomocy innych muzyków na scenie i robić jak najwięcej we dwoje. Używamy wielu instrumentów. Lubimy robić prawdziwe show! Daliśmy ostatnio w Polsce kilka koncertów jako główna gwiazda. Czuję, że Polacy świetnie rozumieją naszą muzykę i cały występ. Reagują bardzo żywo i entuzjastycznie. Uwielbiamy jeździć przez piękne polskie lasy i smakować waszej kuchni. Nic nie przebije pysznego czerwonego barszczu z uszkami! Zwłaszcza z kieliszkiem miodowej wódki... Krąży opinia, że zwariowani z Was ludzie. Wobec tego zdradźcie na koniec, co najbardziej szalonego zrobiliście w życiu. Sebastian: Moglibyśmy ci powiedzieć, ale wtedy musielibyśmy cię zabić... ROZMAWIAŁA: Martyna Zagórska

30 Electric Nights


black STAGE De La Soul

Własnymi

ścieżkami Dokładnie 10 lat temu przeżywałem szczyt fascynacji De La Soul. Wtedy coś takiego jak koncert rapowej legendy w Polsce, w dodatku darmowy, był rzeczą przynależną do sfery abstrakcji. Hip-hop w naszym kraju dopiero nieśmiało łapał równowagę na fali wznoszącej, jeśli chodzi o popularność. Dekada zmieniła wszystko. Także w życiu De La Soul.

P

iosenki artystów z Long Island, którzy w maju zagrają na Warsaw Challenge, znałem (i lubiłem) oczywiście wcześniej. Trudno było ich nie znać - w końcu mowa o jednej z najbardziej charakterystycznych grup w świecie nie tylko hip-hopu, ale muzyki w ogóle. Właśnie mieli za sobą wielki comeback, po czterech latach nieobecności Posdnuos, Trugoy i Maseo wraz z piątym albumem w dorobku („Art Official Intelligence: Mosaic Thump”) postanowili wejść jeszcze raz do tej samej rzeki. Ale rap się już zmienił - kreatywność coraz bardziej ustępowała miejsca robionym na szybko

podkładom, płaskim jak skocznia narciarska tekstom i kasie. Dużej, dużej kasie. Pewnie gdyby to nie byli goście, którzy od zawsze szli własną drogą nie oglądając się na aktualne trendy, nie doczekalibyśmy się tego powrotu, a ja nie miałbym wyrazistego punktu zaczepienia, dzięki któremu spojrzałem uważniej na De La Soul i przeżyłem jedną z najwspanialszych zajawek muzycznych w życiu. Kelvin Mercer, David Jude Jolicoeur i Vincent Mason byli inni już gdzieś tak na wysokości wymyślania swoich ksyw, wszak

Posdnuos (pseudonim Mercera) i Trugoy ( Jolicoeura) to swego rodzaju ananimy oznaczające odpowiednio „sound sop” i... „yogurt”, deser, który lubił pałaszować Dave. Wołali na siebie również Plug One, Plug Two i Plug Three. To z kolei od oznaczeń na gniazdkach, do których były podłączone mikrofony raperów, choć krążyła i idea mówiąca o tym, że Maseo jest systemem nagłaśniającym, a Posdnuos i Trugoy to wtyczki mikrofonowe przekazujące wiadomości z Marsa. Dziwne? Raczej doskonale wpisujące się w sposób bycia De La Soul polegający na nieustającej przekorze. Gdy zaczynali Electric Nights

31


swoją przygodę ze światem muzyki pod koniec lat 80., hip-hop właśnie zaostrzał kurs, w czym celowali raperzy z Zachodniego Wybrzeża, choć i przecież tacy ludzie jak Kool G Rap dołożyli do zjawiska swoją cegiełkę. Za kilka lat Common w piosence „I Used To Love H.E.R.” porówna hip-hop do ukochanej, która się zepsuła, co z kolei sprowadzi na artystę złość pionierów gangsta rapu. De La Soul zaproponowali alternatywę dla agresywnych gości w bandamkach - pozytywny, inteligentny, abstrakcyjny, humorystyczny hip-hop. Gdy pierwsi wymachiwali pistoletami, rzucali mięsem i przyczynili się wydatnie do postrzegania rapu jako muzyki seksistowskiej, nowojorczycy przekazywali światu znak pokoju, nie używali w swoich tekstach bezmyślnie wulgaryzmów i (o zgrozo!) nabijali się z westcoastowych gangsterów. Przez to przylgnęła do nich łatka współczesnych hippisów, której szczerze nie znosili: „Gdybyśmy tylko mieli wielki sterowiec okrążający ziemię i wyświetlający wiadomość NIE JESTEŚMY HIPPISAMI” - skarżył się Pos w „New York Magazine”. Okazało się, że na lokalnym podwórku jest jeszcze kilku takich wykolejeńców jak Kelvin, Dave i Vincent, więc wraz z m.in. A Tribe Called Quest, Jungle Brothers czy Black Sheep założyli kolektyw The Native Tongues, grupę ludzi, których łączyło podejście do muzyki i życia (afrocentryzm, skupienie na problemach społecznych, pozytywne nastawienie do otoczenia, abstrakcyjny i inteligentny humor). Wszyscy wymienieni pojawiają się na albumach De La Soul. Był jeszcze jeden dziwak, prawdopodobnie największy z nich wszystkich – Prince Paul, nieformalny, czwarty członek i producent hitów De La Soul. Formuła była więc gotowa, a ciało uzyskała w 1989 r., kiedy to światło dzienne ujrzała płyta „3 Feet High And Rising”. Longplay, którego tytuł został zainspirowany wersem z piosenki Johnny’ego Casha, „Five Feet High And Rising”, okazał się krokiem milowym w hip-hopie, niezwykle ważnym dziełem w świecie muzycznym i zwierciadłem dla Stanów Zjednoczonych. Przesada? Krążek roku wg „New Musical Express” („jeden z najlepszych albumów wszech czasów”), miejsce na liście „500 najlepszych płyt wszech czasów” magazynu „Rolling Stone” i w zestawieniu „100 najlepszych rapowych albumów” wg biblii hip-hopu, „The Source”, zaś „The Village Voice” piał, że mamy do czynienia z rapowym „Sierżantem Pieprzem”. Debiut De La Soul został wybrany, wraz z zaledwie 24 innymi albumami, przez Bibliotekę Kongresu Stanów Zjednoczonych (największą bibliotekę na świecie) do Narodowego Rejestru Nagrań, 32 Electric Nights

który gromadzi zapisy audio kulturowo, historycznie lub estetycznie ważne dla USA. Bezpośrednie nawiązanie do sytuacji w kraju znalazło się m.in. pod indeksem czternastym, w utworze „Say No Go” odnoszącym się do antynarkotykowej kampanii prezydentowej („Po prostu powiedz nie”) Nancy Reagan, skierowanej do młodzieży. Pośród pogodnych kawałków, De La Soul nagle wprost mówią o realnym problemie trawiącym życie młodych osób. Tak jak zaskakiwali samplując artystów odległych od hip-hopu (Cash, Hall & Oates, Led Zeppelin), tak i lirycznie wymykali się zaszufladkowaniu.

Ciężar gatunkowy to tylko jeden z aspektów decydujących o istotności „3 Feet High And Rising” - ten album przyniósł przede wszystkim cudowne przeboje takie jak m.in. „Me Myself And I”, „Eye Know” czy „The Magic Number”. Na okładce przewrócona doniczka ze stokrotką i tytuł płyty - „De La Soul Is Dead”. „D.A.I.S.Y. Age”, koncept zapoczątkowany przez Posdnuosa, Trugoya i Maseo na debiutanckim krążku („D.A.I.S.Y.”, akronim od słów „Da Inner Sound, Y’all”, zaś „daisy” to po polsku „stokrotka” - przyp. red.),

De La Soul zaproponowali alternatywę dla agresywnych gości w bandamkach – pozytywny, inteligentny, abstrakcyjny, humorystyczny hip-hop.


został symbolicznie uśmiercony. Przez kogo właściwie? Przemoc („Millie Pulled A Pistol On Santa”), wszechobecność narkotyków („My Brother’s A Basehead”), degenerujący się hip-hop („Afro Connections At A Hi-5 (In The Eyes Of The Hoodlum)”) czy samych muzyków, którym ciążyła łatka hippisów? Wypowiedzi artystów wskazują na to ostatnie, faktem jest, że „De La Soul Is Dead” z 1991 r. zerwało z beztroską poprzednich lat, choć rzecz jasna nie całkowicie. Obok gorzkich refleksji na temat stanu rapu czy prób wykorzystania sławy De La Soul do zrobienia własnej kariery (przebojowe „Ring Ring Ring (Ha Ha Hey)” - najbardziej znany hip-hopowy refren ever?), płyta przyniosła przecież słoneczne hity pokroju „A Roller Skating Jam Named „Saturdays””, „Talkin’ Bout Hey Love” i dużo śmiechu - vide fikcyjny raper o ksywce MC No Shame dzwoniący do radia w „Rap De Rap Show”. Nie wolno zapomnieć też o graficzno-dźwiękowej oprawie longplaya - wkładka do niego jest komiksową historią, opowiedzianą też w skitach przedzielających poszczególne piosenki. Charakterystyczny dźwięk oznacza, że należy zmienić stronę, a całość jest osnuta wokół przygód znalezionej w śmieciach przez niejakiego Jeffa kasety De La Soul. Nagranie zabierają chłopcu po bójce osiłki (głos pod draba irytującego się pochwałami na temat De La podkłada Maseo), dalej jesteśmy świadkami krytykowania przez nich zawartości, aż w końcu album ponownie ląduje w koszu, a chuligani wygłaszają tytułową sentencję - „De La Soul umarło”. Co ciekawe, choć na listę najlepszych rapowych płyt wszech czasów „The Source” trafiło zarówno „3 Feet...”, jak i następca debiutanckiego albumu, to właśnie ten drugi dostał w recenzji prestiżowe ���5 mikrofonów”, najwyższą, bardzo rzadko przyznawaną ocenę (jest zaledwie parę takich płyt w dziejach pisma). We wspomnianym tekście, dziennikarz „The Source” opisując zawartość krążka wygłosił de facto motto artystów: „wyraźnie widać, że Da La bawią się robiąc dokładnie to, na co mają ochotę”. Następny album, „Buhloone Mindstate” z 1993 r., przyniósł zdecydowany zwrot w stronę muzyki Milesa Davisa, w nagrywaniu krążka brali udział jazzmani - Maceo Parker, Fred Wesley i Pee Wee Ellis, przez co utwory trójki z Long Island uzyskały cieplejsze, pełniejsze brzmienie (niektóre starsze kawałki to dość ascetyczne rzeczy). Pewnym zaskoczeniem był występ na „Buhloone...” raperów z Japonii, Scha Dara Parr i Kena Takagi z Major Force, poza tym, to ostatni longplay De La Soul wyprodukowany przez Prince Paula. W magazynie

„Vibe” Posdnuos mówił: „Ten album mogę porównać do pierwszego, ponieważ mieliśmy dużo zabawy przy tworzeniu go. Pomyłki jakie zrobiliśmy nagrywając płytę? Pozostawiliśmy je, bo brzmiały cool”. Oczywiście artystów nie mogło zabraknąć na tak oryginalnym przedsięwzięciu, jakim był soundtrack do filmu „Judgment Night”. Doskonała ścieżka dźwiękowa to owoc współpracy raperów z gitarowymi zespołami, a sami Pos, Dove i Maseo połączyli siły z Teenage Fanclub w świetnym „Fallin’”. Kolejne wydawnictwo, „Stakes Is High” (1996 r.), zaprezentowało światu dwóch młodzieńców, którzy wkrótce zatrzęśli hip-hopem (Mos Def, zaś title track wyprodukował 22-letni Jay Dee), kilka hitów z „Brakes” i „Itzsoweezee (HOT)” na czele, podobnie jak poprzednie zebrało niezłe recenzje... i sprzedało się marnie. Na „Stakes Is High” De La Soul krytykowali kondycję hip-hopu i gangsta rap, za co zebrali cięgi od m.in. 2Paca. De La Soul zniknęli na cztery długie lata, aż wreszcie w 2000 r. na rynku pojawiło się „Art Official Inteligence: Mosaic Thump”. I znowu wyruszyli własną drogą - idea (początkowo żartobliwa) stojąca za płytą głosiła, że „AOI” zostało zaplanowane jako potrójne wydawnictwo, a kolejne krążki miały ukazać się w niedługich odstępach czasu. W tygodniku „Billboard” artyści mówili, że chodziło o to, iż w czasie kiedy zaczynali nagrania, wielu muzyków wydawało

podwójne albumy. W związku z tym, ktoś stwierdził, że w przypadku De La powinno to być potrójne wydawnictwo. Trugoy podkreślał, że od „Stakes Is High” nowy longplay różni się tekstami - nie ma na nim prawdziwych opowieści i jest to imprezowa rzecz: „Ten album nie jest czymś, czego ludzie oczekiwaliby od De La Soul, ale jest bardzo chwytliwy”. Artyści chcieli zawalczyć o nową publiczność, bo (paradoksalnie) choć mieli tyle przebojów na koncie, to nigdy nie byli często grani w radiu. Pamiętam, że „Mosaic Thump” było dla mnie strasznym zawodem, nie trafiało do mnie te „kanciaste” brzmienie, ale muzycy cel osiągnęli - płyta została nominowana do nagrody Grammy, w czym pomogły hitowe „Oooh.” czy „All Good”, w którym zaśpiewała legendarna Chaka Khan. „Jak „Mosaic Thump” było imprezowym albumem De La, tak „Bionix” jest o rymach i słowach” - w ten sposób opisała w „CMJ New Music Report” kolejną część „Art Official Inteligence” Lisa Hageman. Dziennikarka ponadto zaznaczyła, że raperzy „nigdy nie brzmieli tak autentycznie”. Dave precyzował, że na wysokości „Bionix” muzykom zależy na klarowności przekazu, więc zaczęli używać jasnych zwrotów zamiast (jak dotąd) „kamuflować słowa lub idee”. Tym razem całość promował singiel „Baby Phat” będący odą do... puszystych kobiet. Trzecia część „AOI” miała być albumem, na którym ten najbardziej wycofany z trójki,

„Wyraźnie widać, że Da La bawią się robiąc dokładnie to, na co mają ochotę”.

Electric Nights

33


Przegrywając na komercyjnym polu i będąc odrzuconym przez własne środowisko, De La Soul musieli mieć niezły zawrót głowy,gdy,zaledwie rok po wydaniu „The Grind Date”,ich współpraca z Gorillaz w kawałku „Feel Good Inc.” przyniosła trzy nominacje i jedną nagrodę Grammy.

Maseo, miał być wreszcie w centrum DJ-ować, rymować i produkować kawałki. Trugoy wspominał też o ponownej współpracy z Prince Paulem, krążek jednak nigdy się nie ukazał (ponoć pracują nad nim teraz). W 2004 r. ukazał się ostatni studyjny longplay De La Soul, „The Grind Date”, który zgromadził hiphopową śmietankę (m.in. Madlib, Common), zebrał pozytywne opinie i poległ, jeśli chodzi o wskaźniki sprzedaży. Popularna, zajmująca się promocją czarnej muzyki stacja „BET” odmówiła wręcz grania singla „Shopping Bags” tłumacząc swoją decyzję tym, że piosenka nie odwołuje się do targetu tego kanału (!). Przegrywając na komercyjnym polu i będąc odrzuconym przez własne środowisko, De La Soul musieli mieć niezły zawrót głowy, gdy, zaledwie rok po wydaniu „The 34 Electric Nights

Grind Date”, ich współpraca z Gorillaz w kawałku „Feel Good Inc.” przyniosła trzy nominacje i jedną nagrodę Grammy. W ostatnich latach De La Soul wydawali mixtape’y zawierające ich stare i nowe nagrania, związali się z firmą Nike przy produkcji nowej linii butów (sprzedawały się świetnie), co zaowocowało później miksem dla popularnej marki, przeznaczonym głównie dla ludzi uprawiających jogging. „Are You In?: Nike+ Original Run” z 2009 r. to jeden długi track składający się z kilku utworów Posdnuosa, Trugoya, Maseo i zarazem ostatni „album” tria. W zeszłym roku amerykańscy raperzy pojawili się na płycie „Plastic Beach” Gorillaz, a w tym zawitają po raz drugi do Polski (poprzednio grali u nas przed ponad dwoma laty). U progu

XXI w. wszyscy traktujący hip-hop poważnie byli zainteresowani ich powrotem. Czas, który upłynął od tamtego momentu dużo zmienił - młodszych słuchaczy rapu pewnie w większości mało obchodzi, co się dzieje z De La Soul, jeśli w ogóle wiedzą, kto zacz. Starsi? Pewnie wspominają z sentymentem, szanują, ale ciekawe ilu z nich postawiłoby pieniądze na to, że kolejny album artystów z Long Island dorówna klasycznym płytom z lat 90.? Zespół, który przez ostatnią dekadę lawirował między mainstreamem a undergroundem i zaczął wreszcie poważnie zarabiać na swojej twórczości, jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Kto jak kto, ale oni jeszcze nas czymś zaskoczą - w końcu tę sztukę opanowali do perfekcji. tekst: Łukasz Kuśmierz


Stories about big falls

Syd Barrett

Syd Barrett

Czy Syd Barrett był chory? Na pewno nie można użyć w stosunku do niego określenia „normalny”.

U

rodzony w 1946 r. jako Rogert Keith Barret, przyszły muzyk od najwcześniejszych lat życia przejawiał szczególny talent plastyczny - przepięknie rysował i malował. Z czasem jednak jego główną pasją stała się muzyka i (jak samo ciśnie się na usta) reszta to już legenda. Muzyka, którą Syd tworzył w połowie lat 60., nie przypominała niczego, co wówczas pojawiało się w radiu. Była niejako baśniowa i przystępna, ale też najeżona psychodelicznymi efektami i pozostawiająca wiele miejsca na abstrakcyjne improwizacje

w czasie koncertów. Ciężko jest się więc dziwić muzykom założonego przez Barretta Pink Floyd, że mieli tendencję do bagatelizowania pewnych aspektów jego osobowości. Na organizowane regularnie w londyńskim klubie UFO psychodeliczne przedstawienia ściągały tłumy ludzi, single wydawane przez EMI zyskiwały coraz większą popularność, aż w końcu pojawiła się płyta „Piper At The Gates Of Dawn” (1967 r.). Dzięki temu łatwiej było zrzucić na karb ekscentryzmu tak niepokojące incydenty, jak zbicie dziewczyny Electric Nights

35


mandoliną po głowie lub uwięzienie innej w pokoju na kilka dni, przez które Syd karmił ją jedynie ciasteczkami i mlekiem. Nadużywanie LSD przez głównego kompozytora w zespole nie martwiło muzyków z Pink Floyd praktycznie aż do schyłkowego okresu działalności artysty. Problemy zaczęły się nasilać wraz z absencjami Barretta na próbach, a z czasem także na koncertach. Jeśli natomiast muzyk pojawiał się fizycznie, ciężko było określić go jako obecnego mentalnie - zwyczajem stało się, że w czasie występów na żywo, Syd stał w jednym miejscu bijąc jeden akord przez całą godzinę lub też rozstrajając gitarę w najmniej oczekiwanych momentach. Równie „uniesiona”, co lider publika była zachwycona, którego to entuzjazmu jednakowoż nie podzielała reszta zespołu. Podczas gdy koledzy z Pink Floyd mierzyli coraz wyżej, chcieli więcej grać i zarabiać, Barrett żył w stworzonej przez siebie bańce mydlanej, napędzany przez własne gigantyczne ego. Ciężko więc winić zespół, który chcąc się rozwijać zrezygnował z ciężaru w postaci usług koncertowych Syda. Przez pewien czas próbowano z niego zrobić kogoś, kim dla The Beach Boys był Brian Wilson - czyli mistrza, który siedząc w swojej samotni od czasu do czasu napisze dla grupy hit. Jednak gdy w czasie jednej z prób Barrett przez godzinę uczył muzyków nowej kompozycji nieustannie zmieniając aranż, także i z tego rodzaju współpracy zrezygnowano. Syd już nigdy nie wydobrzał. Wprawdzie w opowieściach o jego nadużywaniu LSD po odejściu z Pink Floyd jest sporo przesady, jednak ciężko posądzić osobę w pełni trzeźwą i zdrową o taki incydent jak ten - pewnego razu Barrett zabrał się za malowanie swojej podłogi w wielkie pasy zaczynając cały proces od drzwi, na koniec został więc uwięziony w rogu pokoju otoczony schnącą farbą. EMI chciało, żeby muzyk grał dalej solo, jednak niewiele zostało z entuzjastycznego, zaangażowanego dzieciaka, jakim Barrett kiedyś był. Jego nowe kompozycje (celowo lub nie) nie miały struktur akordowych i rytmu. Teksty przypominały prozę Jamesa Joyce’a, były pełne surrealistycznych obrazów i osobistych odniesień. Nietypowo wyglądały też metody pracy producentów jego solowego debiutu, nagrywanego pomiędzy 1968 a 1969 rokiem. Najpierw rejestrowano Syda śpiewającego i akompaniującego sobie na gitarze akustycznej, resztę zaś starali się ogarniać i ubierać w aranże muzycy sesyjni. Wydany w 1970 r. album „The Madcap Laughs” był tak nietypowy i awangardowy jak na standardy muzyki pop, że natychmiast zderzył się ze ścianą niezrozumienia. Dopiero z czasem zaczęto dostrzegać, że w tym (nomen omen) szaleństwie jest metoda, iż nie są to nieskładne gaworzenia, a przemyślane, pełne ciągłych zmian kompozycje. Surowość, naturalność i wręcz ekshibicjonizm bijący z tego krążka robią gigantyczne wrażenie. Płyta stanowi poruszające studium pięknego, rozpadającego się w naszej obecności umysłu. Drugi album, zatytułowany po prostu „Barrett”, wydany na jesieni 1970 r., nie miał już tej siły. Świetne skądinąd utwory były wygładzone i przycięte do radiowych standardów, pozbawione największej do tej pory broni Syda - uniwersalnej szczerości. Płyta nie poruszała więc na płaszczyźnie emocjonalnej. Znamienne, że poza rzadkimi wizytami w studiu, w tamtym okresie Barrett nie robił właściwie nic. Zagrał kilka koncertów (wszystkie skończył przedwcześnie) i sesji dla radia BBC wydanych potem na płycie „The Peel Sessions”. W 1972 r., wraz z perkusistą Twinkiem i basistą Jackiem Monckiem, powołał do życia zespół Stars, który zagrał trzy koncerty. Ostatni dostał tak złą recenzję, że Syd rzucił gazetę pod nogi Twinka i oznajmił, że to koniec - tym samym zakończył swoją karierę performera. W 1974 r., za namową przyjaciół, spróbował jeszcze raz wrócić do nagrywania, ale nic z zarejestrowanych dźwięków nie nadawało się do użytku, a materiał skończył jako wypełnieniacz niezliczonych bootlegów. 36 Electric Nights

Przez pewien czas próbowano z niego zrobić kogoś, kim dla The Beach Boys był Brian Wilson - czyli mistrza, który siedząc w swojej samotni od czasu do czasu napisze dla grupy hit.


Muzyka Barretta egzystowała swoim życiem na kolejnych edycjach płyt i kompilacjach odciskając piętno na całych pokoleniach twórców, którzy przyszli po nim - od The Flaming Lips i The Smashing Pumpkins po The Shins i Animal Collective.

Podczas gdy Syd miotał się, jego były zespół urósł do rangi jednego z najważniejszych i największych na świecie. Popularność ta zaczęła powoli spływać także na niego, ale prawdziwe zainteresowanie jego osobą przyszło u schyłku pierwszej ery punka. Coraz większą ilość ludzi zaczęło nurtować pytanie „gdzie jest Syd Barrett?”. The Damned próbowali namówić go na produkcję ich płyty, a zespół Television Personalities nagrał singla pt. „I Know Where Syd Barrett Lives”. Muzyk od 1975 r. mieszkał w domu swojej rodziny w Cambridge mając spędzić tam resztę życia w nieświadomości co do wielkości swojego artystycznego dorobku. Roger (muzyk wrócił do swojego prawdziwego imienia) zajął się malarstwem i ogrodnictwem. Odmawiał udzielania wywiadów i reagował wściekłością, gdy fani robili mu zdjęcia. Chorował na cukrzycę znacznie przytył i wyłysiał. Za to jego dorobek miał się naprawdę dobrze. Muzyka Barretta egzystowała swoim życiem na kolejnych edycjach płyt i kompilacjach odciskając piętno na całych pokoleniach twórców, którzy przyszli po nim - od The Flaming Lips i The Smashing Pumpkins po The Shins i Animal Collective. O Syda upomniał się nawet świat filmu - przez pewien czas stwo-

rzeniem biografii artysty zainteresowany był Johnny Depp. Z czasem, jak to zwykle w przypadku tak tragicznych postaci bywa, Barrett stał się ikoną, swoistym papierkiem lakmusowym kolejnych genialnych „szaleńców” i gigantyczną zagadką dla fanów. Jego rodzina utrzymuje, że nie miał żadnych zaburzeń, a wizyta w szpitalu psychiatrycznym, jaką odbył w połowie lat 80., miała inne przyczyny. Jakie? Nie wiadomo. Pilne strzeżenie prywatności i świętego spokoju przez najbliższych oraz otoczenie muzyka sprzyjało pojawianiu się i podsycaniu rozmaitych plotek. Przebywanie w ukryciu i cisza medialna walnie przyczyniły się do powstania wielkiej legendy. Barrett w milczeniu doczekał swojego końca, gdy 7 lipca 2006 r. zmarł na raka trzustki. Podobno niedługo przed śmiercią natrafił w BBC na program na swój temat - muzyka w nim zaprezentowana podobała mu się, choć, jak stwierdził, była trochę „zbyt hałaśliwa”. Ale to, co naprawdę działo się przez te wszystkie lata w jego głowie, pozostanie tajemnicą na zawsze. TEKST: Emil Macherzyński Electric Nights

37


cooperation Mike Patton

Nieokiełznany

umysł

Dziś zrobię coś z genialnym jazzmanem, jutro zadzwonię do gwiazdy pop. Jeśli najdzie mnie ochota - w środę nagram coś z raperem, a potem dla odmiany podłożę głos w grze komputerowej. Na sobotę mam zaplanowany koncert z włoskimi piosenkami, w niedzielę może trochę odpocznę. W końcu od poniedziałku karuzela rusza od nowa. Cześć, nazywam się Mike Patton i ogranicza mnie tylko czas. W mniejszym stopniu pieniądze.

L

ista projektów, w które angażował się Mike Patton wydaje się nie mieć końca. Co ważne, niemal każda inkarnacja przedstawia artystę z trochę innej strony. Kluczową postacią dla realizacji większości z nich jest osoba Johna Zorna. Jazzowy multiinstrumentalista (przede wszystkim saksofonista) pojawił się w życiu Pattona na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, podczas prac nad pierwszą płytą dowodzonej przez Pattona grupy, Mr. Bungle. Mike był już wówczas wokalistą Faith No More, odniósł z tą grupą olbrzymi sukces, który przyniósł muzykowi spo-

38 Electric Nights

re pieniądze. To właśnie dzięki nim udało się sfinansować debiut Mr. Bungle. Współpraca z Zornem nie tylko rozwinęła się do poziomu przyjaźni, ale zaowocowała kilkoma wspólnymi płytami, jak choćby „Elegy” z 1992 roku. Patton na przestrzeni lat, w okresie promowania albumu „Naked City” na koncertach Zorna pojawiał się wielokrotnie. Nie uczestniczył jednak w nagrywaniu wspomnianego krążka, choć niektóre źródła podają taką informację. Fani znający Mike’a do tej pory wyłącznie z Faith No More byli zaskoczeni, kiedy usłyszeli zbiór całkowicie eksperymentalnych utworów, któ-


re tylko najodważniejsi próbowali wrzucać do szufladki z napisem „free jazz”. Płyty nagrane z Zornem zapoczątkowały serię mniej i bardziej dziwnych przedsięwzięć Pattona. Kolejne lata w Faith No More oznaczały jeszcze większą sławę i... jeszcze większe pieniądze. W którymś momencie było ich tak dużo, że spokojnie starczyło na spełnienie kolejnego marzenia artysty. W 1999 r., wspólnie z Gregiem Werckmanem, Patton założył wytwórnię Ipecac Recordings. „Kiedy nie możesz wydawać swoich płyt w innych firmach, po prostu zrób to u siebie” - mówił przy okazji uruchamiania labelu muzyk. To właśnie w Ipecac Patton wypuścił na rynek albumy kultowego Fantômasa, w którym występował wspólnie z Davem Lombardo (m.in. Slayer), Buzzem Osbornem (The Melvins) oraz Trevorem Dunnem (Mr. Bungle). Choć kwartet składał się z muzyków o typowo rockowych inklinacjach, jego twórczość ma charakter stricte awangardowy. Przede wszystkim, warto zwrócić uwagę na płytę „The Director’s Cut” (2001), na której znalazły się przeróbki motywów filmowych. Unikajcie natomiast skrajnie eksperymentalnego „Delìrium Còrdia” z 2003 roku. Na trwającą 74 min. płytę składa się jedna ścieżka, która tylko miejscami ma cokolwiek wspólnego z tradycyjnie rozumianą muzyką. W miarę upływu czasu, rzeczy robione przez Pattona miały coraz mniej wspólnego ze stricte gitarowym graniem. Artysta pojawiał się chociażby na płytach Sepultury czy The Dillinger Escape Plan, cały czas prowadził też dość tradycyjnie rockowy (jak na swoje możliwości) Tomahawk, ale większość jego projektów dryfowała w najróżniejszych kierunkach. W 2004 r. nakładem Ipecac ukazała się płyta „Romances”, nagrana wspólnie z norweskim pianistą Johnem Erikiem Kaadą. Krążek, na którym dominują klimaty noise i daleko posuniętej awangardy, jest jedną z najtrudniejszych, ale też najbardziej wciągających pozycji w dyskografii Pattona. W tym samym roku niezmordowany Mike pojawił się na wyjątkowej, bo nagranej prawie bez udziału instrumentów płycie Björk, „Medúlla”. 2004 to też niezmiernie ważny czas dla polskich fanów Mike’a Pattona - artysta pojawił się u nas dwukrotnie. W czerwcu, w stołecznej Proximie, wystąpił z beatboxerem Rahzelem, byłym członkiem The Roots. Muzycy zaprezentowali barwny koktajl będący czymś na kształt Fantômasa, tyle że z beatboxem zamiast tradycyjnych instrumentów. Zresztą, Fantômas pojawił się w Polsce trochę

W 1999 r.,wspólnie z Gregiem Werckmanem,Patton założył wytwórnię Ipecac Recordings. „Kiedy nie możesz wydawać swoich płyt w innych firmach, po prostu zrób to u siebie” - mówił przy okazji uruchamiania labelu muzyk. wcześniej, bo w maju. Grupa wróciła nad Wisłę w 2005 r. promując krążek „Suspended Animation”. Współpraca z Rahzelem przyniosła m.in. kawałek „Mojo”, który promował kolejny projekt Pattona - Peeping Tom. „To moja własna wizja tego jak powinny brzmieć stacje radiowe” - reklamował swoją nową płytę Mike. Idea Peeping Tom chodziła muzykowi po głowie mniej więcej od 2000 r., ale ostateczny efekt w postaci longplaya trafił na rynek dopiero sześć lat później. Patton na tym albumie genialnie żonglował konwencjami przedstawiając mieszankę soulu, popu, jazzu, rapu, rocka i funku, odpowiednio przefiltrowaną przez wrażliwość artysty. Niesamowite wrażenie robi lista gości zaangażowanych w „Peeping Tom”. Można znaleźć na niej m.in. Amona Tobina, muzyków Massive Attack czy Norah Jones (wokalistka zaprezentowała się z nieznanej wcześniej, dość wulgarnej strony). Od jakiegoś czasu Patton w wywiadach wspomina o drugiej płycie Peeping Tom, na razie jednak brak jakichkolwiek konkretów. Kiedy wszyscy myśleli, że Mike Patton spenetrował już każdą możliwą przestrzeń w muzyce, artysta zaskoczył świat płytą „Mondo Cane”, na której pojawiły się przeróbki włoskich piosenek z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. W 2010 r. muzyk promował wspomniany projekt m.in. koncertem na festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Rok wcześniej Patton wspólnie z reaktywowanym Faith No More zaszczycił swoją obecnością Open’era. Aż strach pomyśleć, jaki będzie następny krok Pattona. Kiedy znudzi mu się muzyka, nagra odgłosy kosmitów na potrzeby filmu, tak jak zrobił w przypadku „Jestem legendą” z Willem Smithem w roli głównej. Nikt nie jest w stanie okiełznać umysłu Mike’a Pattona. Prawdopodobnie nawet on sam. TEKST: Maciek Kancerek

Electric Nights

39


reviews Baaba Kulka Baaba Kulka Tej płycie wyrządzono olbrzymią krzywdę. Dyskusje w sieci sprowadzały się zwykle do następującej konkluzji: podoba Ci się? Zdradziłeś maidenowe ideały i spłoniesz na stosie. Nie podoba - jesteś ograniczonym intelektualnie troglodytą. Czym jest „Baaba Kulka”? Oto zdradzająca wyraźnie jazzowo-elektroniczne inklinacje grupa Baaba połączyła siły z obracającą się na ogół w rejonach alternatywnego popu Gabrielą Kulką. Na ich wspólnym albumie znalazło się dziesięć coverów Iron Maiden (plus kilka dodatkowych, na dołączonej do zestawu płycie DVD). Oryginały stanowią tutaj jedynie punkt wyjścia, ale nie w każdym przypadku. Bo o ile „The Clairvoyant” miejscami jest bardzo bliski pierwowzorowi, o tyle już „The Number Of The Beast” dryfuje w całkowicie innym kierun-

ku. Kawałek przypominający stąpanie pijanej Godzilli absolutnie nie sprawdza się w roli otwieracza. Ładnie wypada za to balladowe, wręcz oniryczne „Flight Of Icarus”, w którym Kulka zachowała linie wokalne Bruce’a Dickinsona. Płyta miała być hołdem dla Iron Maiden, ale na tym polu nie wypada najlepiej. Większość interpretacji na siłę próbuje się wymykać nawiązaniom do oryginału. Wesołe i skoczne „Children Of The Damned” to strzał w kolano („spłoniesz dzisiaj, jesteś wyklętym dzieckiem”, lalalalalala). „Still Life” w smoothjazzowej wersji jest nieporozumieniem, ale już pod takim „Prodigal Son” jak najbardziej się podpisuję. Na płycie „Baaba Kulka” chybione pomysły łaczą się z fajnymi interpretacjami tworząc ciekawą, acz miejscami potwornie irytującą mieszankę.

zniewalające

piękno desperacji

TEKST: Maciek Kancerek

tańczyć mi się chce

Ballady i Romanse Zapomnij Jedyne wspomnienie, jakie pozostało mi w głowie po debiutanckim krążku sióstr Wrońskich to ogromna rozbieżność opinii względem tej płyty - od potężnych zachwytów po totalną krytykę. Prawda jest taka, że dziewczyny dostarczyły wówczas solidnego oręża przeciwnikom ich rodzinnego, domowego (dosłownie) muzykowania. „Zapomnij” od tamtego albumu dzielą jednak lata świetlne. Siostry nie ukrywają, że to, co z początku miało być odskocznią od ich codzienności, staje się właśnie konkretnym, regularnym przedsięwzięciem muzycznym. Już nikt nie będzie mógł wypominać Zuzie i Basi bliskich relacji z CocoRosie, bo „Zapomnij” wraz z profesjonalną produkcją wyrwało się na dobre ze szponów chałupniczego freak folku stając gdzieś pomiędzy stylistyką popowo-folkowego,

rodzimego niezalu a elegancką poezją śpiewaną. Ballady i Romanse aktualnie tętnią życiem i bogactwem instrumentów: pięknymi smyczkami, sekcją dętą, stylowymi chórkami, a nawet chwytliwymi, elektronicznymi bitami. Klasą samą dla siebie są teksty Zuzi Wrońskiej, która z lekkością i wdziękiem miejskiej, rezolutniej poetki opowiada o banalnych sprawach w niecodzienny, magiczny sposób. Najlepszym komplementem dla autorki jest chyba fakt, że ciężko oddzielić jej twórczość od wierszy Czesława Miłosza, które też na płycie zostały wyśpiewane. Zapomnijcie o pierwszym longplayu sióstr Wrońskich. Zwróćcie uwagę przede wszystkim na ich bezpretensjonalny, sympatyczny album numer dwa – z jego nieznajomości już nikt nie będzie rozgrzeszał.

TEKST: Kasia Wolanin

wieczór, lampka wina i...

przeszło obok, nie zauważyłem, że było

CAT’S EYES CAT’S EYES Faris Badwan, wokalista brytyjskiej formacji The Horrors plasującej się gdzieś pomiędzy post-punkiem a indie rockiem, kilka lat temu spotkał ją - Rachel Zeffirę, piosenkarkę i multiinstrumentalistkę, której subtelny sopran rozbrzmiewał w operach na terenie całych Włoch. Choć oboje zajmowali się muzyką, to co tworzyli było skrajnie różne i w żaden sposób do siebie nie przystawało. Z niezwykłych spotkań rodzą się jednak równie niezwykłe rzeczy i tak oto mamy pierwszą płytę wydaną pod szyldem Cat’s Eyes. Płytę, trzeba przyznać - zaskakującą i niezwykłą. Wśród dziesięciu kompozycji słychać inspirację m.in. twórczością dziewczęcych grup z lat 60., tu i ówdzie pobrzmiewają smyczki, fortepian, okołosymfoniczne

dla wytrwałych

wariacje. Eteryczny głos Rachel wprowadza do projektu nutkę romantyzmu, a i wokal Badwana daje się poznać z innej, nieco wygładzonej strony. Dwa pierwsze kawałki kojarzymy z wydanej niedawno, reklamującej album EP-ki „Broken Glass”. Pozostałe często brzmią jak marzenie senne, zwłaszcza piękny „I’m Not Stupid” czy kończący płytę „I Knew It Was Over”. Nie brakuje też piosenek, przy których grzech stać w miejscu - wystarczy przesłuchać „Face In The Crowd” albo tytułowe „Cat’s Eyes”. Faris i Rachel to duet nadzwyczaj zgrany i obiecujący. Razem stworzyli wyśmienity materiał, który jest kolejnym dowodem na to, że muzyce nie sposób narzucić jakichkolwiek ograniczeń.

rozczarowanie

TEKST: Martyna Zagórska

gwóźdź do trumny

Chad VanGaalen Your Tan Looks Supernatural EP Człowiek renesansu. Bez wątpienia tak nobilitującym określeniem można opatrzyć Chada VanGaalena. Kanadyjski artysta to chodzące ucieleśnienie hasła „do it yourself” - jest nie tylko multiinstrumentalnym wokalistą, ale również reżyserem teledysków, twórcą instrumentów, grafikiem oraz producentem. Czy taki muzyczny Leonardo DaVinci może więc nagrać album przeciętny? Przewrotnie możemy powiedzieć, że nie, bo „Your Tan Looks Supernatural”, stanowiące charytatywną cegiełkę na rzecz pomocy Japonii, pełnoprawnym wydawnictwem wcale nie jest. W praktyce jednak, tą sześcioutworową EP-kę wypada traktować tylko i wyłącznie w charakterze osobliwej ciekawostki, 40 Electric Nights

dopełniającej płytotekę twórcy wspaniałego „Soft Airplane”. Przytłoczenie elektroniką porcelanowego, nieco youngowskiego głosiku VanGaalena sytuuje go bliżej eksperymentalnego projektu Black Mold, niż tradycyjnej, folkującej twórczości sygnowanej własnym nazwiskiem. Odejście od dawnej, ściskającej serce estetyki (której zgliszcza pozostały chyba jedynie w „Beehives”) lekko rozczarowuje rysując obraz VanGaalena bardziej jako brzmieniowego kombinatora, niż typowego autora wzruszających piosenek. Trzeba jednak pamiętać, że są to tylko i wyłącznie odrzuty z sesji do zapowiadanego na połowę maja albumu „Diaper Island”, który może przywrócić właściwy porządek rzeczy.

TEKST: Kamil Białogrzywy

smaczny deser

absolutnie odkrywcze


Craft Spells Idle Labor Jeśli w danym temacie nie ma się nic nowego do przekazania, można przynajmniej spróbować powiedzieć coś ciekawego. Mniej więcej z podobnego założenia wychodzi Justin Vallesteros, 22-latek próbujący uzyskać jeszcze kilka świeżych kropel z wyciśniętej dawno temu cytryny. Rewitalizacja syntezatorowych brzmień z trzydziestoletnim bagażem to proceder dość częsty i obecnie nad wyraz nużący. Jednak w kontekście Craft Spells (tak samo jak w przypadku Twin Shadow czy Wild Nothing) wysoka jakość samych kompozycji jest najlepszym adwokatem dla pozwanego o brak oryginalności artysty. Niczym jedyny prawnik w Warszawie w postaci mitycznego wuja Stefana z „Klanu” songwriting młodego twórcy jest

w stanie wybronić go z każdej sytuacji podbramkowej. Niezależnie, czy jest to zarzut o posługiwanie się tanim sentymentalizmem, odcinanie kuponów od sławy New Order, czy jechanie na ogranym patencie wytwórni Captured Tracks, która wytworzyła pewien model brzmienia, lokujący swoich podopiecznych w niemal identycznym punkcie mapy muzycznych stylistyk. Klejąc lo-fi synth z chillwavem, a chillwave z dream popem, mały modelarz z kalifornijskiego Stockton buduje na stworzonej bazie zestaw arcychwytliwych motywów, okraszając całość autorskim sznytem. Jeśli więc z rozrzewnieniem wracasz do lat swojej młodości, w których „Przybysze z Matplanety” do pary z Panem Tik-Takiem ubarwiali szarą codzienność, kurs wehikułem o nazwie „Idle Labor” jest zarezerwowany właśnie dla Ciebie.

TEKST: Kamil Białogrzywy

DannielRadall Pardo Mini album utalentowanego Meksykanina to 30 minut trochę innego podejścia do tęskniącego za latami 80. chillwave’u. Przede wszystkim - jest tu bardzo dużo gitar. Jednak nie tych artystycznych jak z The Durutti Column, tylko tych popowych, melodyjnych, prowadzących, co w (do tej pory) opierającym się głównie na syntezatorach gatunku jest pewnym novum. Kolejną innowacją jest mariaż hip-hopu z dream popem - uliczne beaty w takiej muzyce to

żadna nowość, ale chyba nikt nie przeprowadził eksperymentu w drugą stronę, dodając rapera. Efekt tej wycieczki jest zaskakująco naturalny. Uwagę zwraca też dbałość o szczegóły tła, wszędzie panoszą się jakieś odgłosy, przeszkadzajki, ornamenty. „Pardo” to chillwave bliższy wyrazistości pionierów gatunku, niż ich późniejszych, rozmytych naśladowców. Króluje tutaj klarowność, piosenkowość, a nie samo robienie odpowiedniego klimatu i ukrywanie się za szumami. Kolejne świetne wydawnictwo z czeskiego labelu Amdiscs. Jak oni to robią?

TEKST: Emil Macherzyński

Drekoty Trafostacja EP No czegoś takiego wcześniej nie było, przynajmniej ja nie kojarzę. Za projektem Drekoty stoi Ola Rzepka - perkusistka i wokalistka mająca w dorobku współpracę m.in. z Jackiem Szymkiewiczem (Pogodno, Budyń i Sprawcy Rzepaku). „Trafostacja” przynosi miks akustycznych, „poszukujących” bębnów, elektroniki i abstrakcyjnych tekstów, w których da się wyczuć szymkiewiczowski rys. „Poddania” i „Oścież” ewidentnie kojarzą się z lirykami oraz ekspresją wokalną Budynia, choć trzeba zaznaczyć, że słowa do obu kawałków zostały napisane przez inne (lub także inne) osoby, niż Ola Rzepka. Z kolei tam, gdzie artystka sama odpowiada za teksty („Masłem”), przypomina Marysię Peszek - „Spadam masłem w dół / Niezdolna jak woda

z kranu / Spadam masłem w dół / Czepiam się palcami / Spadam masłem w dół / Wszechstronnie nieuzdatniona / Spadam masłem w dół / Kwadraty zataczam” wyśpiewane z charakterystyczną dla krakowskiej wokalistki i aktorki manierą. Do tego dochodzi jeszcze tytułowa „Trafostacja”, czyli instrumentalna, stricte elektroniczna (wręcz taneczna) kompozycja. Co o tym wszystkim sądzić? EP-kę trzeba chyba potraktować jako poligon doświadczalny, zasygnalizowanie słuchaczom, że na polskiej scenie pojawiła się niebanalna postać. Na razie ciężko znaleźć element spajający twórczość Oli Rzepki, na razie za dużo jeszcze oglądania się na innych, kiedy samemu jest się wystarczająco oryginalnym, jeszcze brakuje bezdyskusyjnych strzałów w dziesiątkę. Póki co, zarzucono zanętę. Za jakiś czas wrócimy tu z wędką.

TEKST: Łukasz Kuśmierz

Fabric A Sort Of Radiance Słuchając „A Sort Of Radiance”, debiutanckiego longplaya Matthew Mullane’a aka Fabric, można odnieść wrażenie, że półki na płytowych regałach nieznanego dotąd amerykańskiego multiinstrumentalisty uginają się pod ciężarem klasyków krautrocka o silnie zmechanizowanym obliczu, a jego psychika została solidnie nadwyrężona psychodelicznymi medytacjami. Album ten to bowiem zbiór pięciu wyjątkowo oszczędnych w środkach wyrazu, rozbitych eksperymentalnymi przerywnikami pejzaży z pogranicza niepokojącego, syntezatorowego ambientu, ciepłego, klawiszowego impresjonizmu czy nawet ospałego space disco. Kreśląc swoje mroczne wizje Mullane nie boi się nadawać kompozycjom cyklicznego, opartego na powtórzeniach

charakteru (mroczny bezkres „Leaving The House”), z dużą dozą śmiałości łączy pozornie sprzeczne elementy (rozdzierające wrzaski dysonansów naniesione na kojące, ambientowe plamy „Light Float”), ale zarazem zręcznie unika popadania w dłużyzny czy zbędny patos. „A Sort Of Radiance” jest kosmiczną podróżą do kresu nocy - podróżą zdecydowanie bliższą błogiemu lewitowaniu w nieskończonej przestrzeni, niż przemierzaniu jej statkiem napędzanym paliwem rakietowym. Mechaniczne, pozornie odhumanizowane kompozycje Fabric (jakkolwiek paradoksalnie to brzmi) oddychają pełną piersią. Tak jak w „High Ceilings” - fascynującej wariacji na temat enowskiego „Unfamiliar Wind”, w której pełnią życia cieszą się (zamiast żywych, leśnych organizmów) mikroprocesory i szpiegowskie nadajniki, a czas wyznacza miarowe tętno światłowodów. Psychodela dla robotów.

TEKST: Bartosz Iwański

Electric Nights

41


The Feelies Here Before Dawno, dawno temu The Feelies okrzyknięci zostali przez „The Village Voice” najlepszą kapelą nowojorskiej sceny undergroundowej, a ich status potwierdzały koncerty w CBGB z Television czy Patti Smith. I to nawet pomimo zerowego dorobku płytowego. Długo przed tym, nim świat usłyszał o R.E.M. i nic w muzyce niezależnej miało już nie być takie jak wcześniej, dowodzona przez genialny duet Glenn Mercer/Bill Million formacja z New Jersey przecierała szlaki, którymi w niedalekiej przyszłości kroczyć miały tabuny introwertycznych jangle popowców z zespołem Stipe’a i Bucka na czele. Wydany w 1980 r. debiutancki album Feelies, „Crazy Rhythms”, uznawany jest za dzieło pomnikowe, jeden z najważniejszych krążków amerykańskiej nowej fali. I na tym w zasadzie powszechna wiedza o Feelies się kończy, mimo że przez ponad dziesięć lat dalszej aktywności udało się im nagrać

jeszcze cztery znakomite płyty. W tym sensie pierwszy od blisko dwóch dekad studyjny album Amerykanów miał szansę przysłużyć się sprawie. Niestety, „Here Before” jest w dużej mierze zbiorem poprawnych (w porywach niezłych) autoplagiatów, które zdają się krzyczeć: „kiedyś wychodziło nam to dużo lepiej, sprawdźcie nasze zapomniane nagrania z lat 80.!”. Obiecujący początek zwodzi - środek płyty wypełniony jest kompozytorską próżnią, a nowe piosenki (poza nielicznymi wyjątkami takimi jak „Change Your Mind” czy wskrzeszającym epileptyczną narrację „Crazy Rhythms” kawałkiem „Time Is Right”) zwyczajnie nudzą. „Is it too late / To do it again?” pyta ze stoickim spokojem Glenn Mercer w linijce otwierającej „Here Before”, czym przyprawia mnie o spory ból głowy. Bezwiedne, kurtuazyjne zaprzeczenie nie byłoby bowiem w tym wypadku do końca szczere i uczciwe.

TEKST: Bartosz Iwański

The Flaming Lips + Neon Indian The Flaming Lips + Neon Indian EP Może i rok 2009 należał do Animal Collective i ich „Merriweather Post Pavilion”, ale to co zrobili wtedy The Flaming Lips i Neon Indian było z perspektywy czasu chyba nawet bardziej wyraziste. Ci pierwsi, z dłuższym stażem, wymyślili się na nowo nagrywając swoją najgłośniejszą i najbardziej eksperymentalną płytę od czasów „Zaireeki”. Drugi, debiutant, nazywający się tak naprawdę Alan Palomo, zamknął nowy gatunek chillwave w formie jednego, krótkiego albumu. Wspólne wydawnictwo siłą rzeczy jest więc wydarzeniem, które koniec końców wypada dosyć przeciętnie. Mamy tu 20 min. czasami bardziej, czasami mniej konwencjonalnych eksperymentów z dźwiękami. Wszystko opiera się na oscylujących syntezatorach i frywolności improwizacji. Bardzo

chciałbym zadąć w trąbę, że oto tworzy się na naszych oczach historia, lecz poza ciekawym sposobem wydania (Wayne Coyne z The Flaming Lips osobiście zostawił płyty w tylko dwóch sklepach, bez zapowiedzi) i naprawdę kreatywnymi tytułami piosenek („Do You Want New Wave Or Do You Want The Truth?”), rewelacji nie ma. Ten album to bardziej ciekawostka. Ale sami twórcy raczej nie mierzyli w rzeczy wielkie, tylko dobrze się bawili i pod tym kątem to wydawnictwo sprawdza się. Jeżeli ktoś liczył na choćby skrawek odpowiedzi odnośnie tego, czy Neon Indian jest naprawdę czegoś warte, czy było tylko sezonową gwiazdką i czy The Flamig Lips faktycznie wrócili do formy - będzie musiał chyba poczekać na coś bardziej zobowiązującego od wspomnianych wykonawców.

TEKST: Emil Macherzyński

Foo Fighters Wasting Light Pierwsze zwiastuny „najostrzejszej i najcięższej płyty Foo Fighters” (tak zapowiadał krążek Dave Grohl) nie napawały optymizmem. Opublikowane w połowie lutego „White Limo” przerażało przetworzonym wokalem, tępym riffem i ogólnym chaosem. Sytuacji nie ratował nawet chwytliwy refren. Dziś już wiemy – na szczęście, wspominany kawałek to jedyna wpadka na „Wasting Light”. Choć Foo Fighters zdecydowanie podrasowali swoje brzmienie, wciąż są tym samym zespołem, który nagrywał choćby „The Colour And The Shape”. Echa tej płyty słychać wyraźnie w „Dear Rosemary” czy „These Days”. Za sprawą „Rope” wracamy do klimatu „Echoes, Silence, Patience & Grace” z 2007 roku. Gdzie zatem ten obiecywany ciężar? Ano choćby w otwierającym całość „Bridge Burning” lub wspomnianym na początku, nieszczęsnym

„White Limo”. Nie ma tutaj jednak nieprzerwanego, pięćdziesięciominutowego łojenia. Niby jest mocniej, ale zróżnicowane tempa i ładne melodie nie pozwalają zapomnieć, że to wciąż Foo Fighters. Rolę ballady pełni „I Should Have Known”, choć i ten utwór w końcówce wyraźnie się rozkręca. Filozofia grupy pozostaje niezmienna. Surowa, pozbawiona jakichkolwiek fajerwerków produkcja oddaje garażowego ducha „Wasting Light”. Brzmienie płyty jest zasługą producenta Butcha Viga, który pracował już z Grohlem przy kultowym „Nevermind”. Dla fanów Nirvany będzie jeszcze jeden prezent – gościnny udział basisty Krista Novoselica. Mocna, zadziorna i energetyczna – właśnie takim albumem jest „Wasting Light”. Teraz pozostaje tylko czekać na wizytę Foo Fighters w Polsce.

TEKST: Maciek Kancerek

Gatto Fritto Gatto Fritto Pod koniec zeszłej dekady do głosu doszedł nurt łączący geometrycznie dokładną, niemiecką elektronikę lat 70. i lekko kiczowate, frywolne brzmienia nurtu Italo disco. Londyńczyk Ben Williams, znany pod pseudonimem Gatto Fritto, kontynuuje drogę obraną przez artystów takich jak Studio czy nasz rodzimy KAMP!. Wydany w urugwajskim International Feel debiutancki album bazuje w pewnym stopniu na singlach publikowanych przez Bena od 2007 roku. Każdy z nich (co warto zauważyć) zaliczył odświeżenie i okrojenie ze zbęd42 Electric Nights

nych elementów tak, by brzmiał jak najlepiej jako część większej całości. Dzięki temu, mimo że mamy do czynienia z godziną muzyki opartą na de facto jednostajnym rytmie, „Gatto Fritto” nie zlewa się w jeden długi utwór. W muzyce Williamsa pojawiło się więcej wokali, piosenki szybko przechodzą do konkretu, zadbano również o zróżnicowanie nastrojów. Jeżeli takie nazwiska jak Moroder, Russel czy Göttsching coś Wam mówią - poczujecie się jak przysłowiowe ryby w wodzie. Jeżeli zaś nie... to zazdroszczę pierwszego wrażenia, jakie może wywrzeć ten album. Bo jest naprawdę świetny.

TEKST: Emil Macherzyński


Holy Ghost! Holy Ghost! Nie odnalazłszy praktycznie żadnej przyjemności w obcowaniu z tegorocznym krążkiem Cut Copy, poszukuję co najmniej solidnych zastępców. W przypadku Holy Ghost! taką próbę mogę zaliczyć do względnie udanych. DJ-ski duet z Nowego Jorku nagrał płytę pod skrzydłami wytwórni DFA i już ów fakt stanowi rekomendację - to przecież label, którego podopieczni pozamiatali na niejednym parkiecie. Electropop w wersji Holy Ghost! stanowi całkiem rześką mieszankę modnych motywów z ostatnich kilku sezonów i może mieć różnorodne zastosowanie. Możemy tą płytą wypełniać pustkę po LCD Soundsystem, traktować ją jako całkiem ciekawy substytut na słabsze krążki wspomnianych Cut Copy albo też Hot Chip, czy nawet umilać sobie czas

w oczekiwaniu na nowy album Junior Boys. Drażni mnie trochę wokalna sterylność duetu - na tle całkiem krnąbrnych brzmień disco, house’u lub funku te kompozycje proszą się o mniej statyczny wokal. Brakuje mi też na „Holy Ghost!” choćby jednego, oczywistego przeboju. Lekko transowe, intrygujące „Do It Again” czy seksowne „Say My Name” nie stawiają kropki nad i, ciężko uznać je za wystarczająco chwytliwe kompozycje. Nowojorskiemu zespołowi należą się oklaski za obszerność tanecznych inspiracji i naprawdę sensowne, twórcze ich wykorzystanie, ale z drugiej strony - trzeba wylać nań kubeł zimnej wody z powodu braku dbałości o detale, które to dopiero z ciekawych, surowych, elektronicznych form Holy Ghost! uczyniłyby naprawdę porywające kompozycje.

TEKST: Kasia Wolanin

IAMX VOLATILE TIMES Zapraszał nas już do swojego królestwa pełnego uzależnień, śpiewał, że po każdej imprezie umiera, a w następnym wcieleniu chciałby być psem. Chris Corner i jego cyrk ponownie czaruje dźwiękami, z tym że my te czary skądś już znamy. Znowu mamy ładne melodie pełne kombinacji, przesterowane gitary, charakterystyczną perkusję. Po raz kolejny dużo o brudnych myślach i tajemnych sprawkach (ale kto tego nie lubi?), znów przejmujący głos Chrisa przyprawia o ciarki, a w chórkach słychać Sue Denim z duetu Robots In Disguise, prywatnie połowę (tą lepszą) Cornera. Sporo takich „znów” się nasuwa. Najbardziej rozczarowuje początek. „I Salute You Christopher” jest

rozciągnięty do granic nudy. Za to potem mamy kawałek, przy którym śmiało można robić „och” i „ach”. „Music People” to bezsprzecznie najlepszy utwór na płycie i jeden z czołowych w dorobku projektu IamX - zaskakuje i ciekawi, wciąga i hipnotyzuje, electrorockowe cudo. Po drodze napotykamy m.in. promujący całość singiel, świetne „Ghosts Of Utopia”, przypominające kompozycje z „The Alternative” tytułowe „Volatile Times” czy liryczne, wieńczące album „Oh Beautiful Town”. Płyta nie wchodzi z taką łatwością, jak poprzednia („Kingdom Of Welcome Addiction”), ale po parokrotnym przesłuchaniu wszystkie jej walory dochodzą do głosu i udowadniają, że Chris i spółka trzymają poziom. Prawda jest taka, że kto pokochał IamX raz, kochać będzie dalej.

TEKST: Martyna Zagórska

I’m From Barcelona Forever Today Zespół Emanuela Lundgrena nigdy nie będzie traktowany poważnie. Fakt 29-osobowego składu grupy zdradza cel twórczości I’m From Barcelona - zabawa, radość ze wspólnego śpiewania nieskomplikowanych piosenek napisanych specjalnie, aby zaktywizować publiczność. Od czasu wydania singla „We’re From Barcelona” minęło już pięć lat, a repertuar prezentowany przez Lundgrena i jego ferajnę pozostaje niezmienny. Na „Forever Today” znajdziemy proste,

żeby nie powiedzieć banalne utwory, przy których instynktownie zaczniemy wybijać stopami rytm. Wesołe, niekiedy jedynie kilkudźwiękowe melodie stanowią uzupełnienie oczekiwania na refreny, w których słyszymy multum wokali. Z racji równie lekkiego podejścia do tekstów, gwarantuję, że szybko zaczniemy nucić fragmenty „Charlie Parker”, „Get In Line” czy „Battleships”. Kompletnie niezobowiązujący album, przepełniony radością z samego tworzenia sympatycznych dźwięków, idealny na wiosnę.

TEKST: Witek Wierzchowski

Jamie Woon Mirrorwriting To właśnie Jamie Woon, Katy B i James Blake z podniesionymi głowami fajowo wprowadzają klubową elektronikę na popowe salony. Największe zaskoczenie, jakie przynosi debiutancki album 28-letniego Londyńczyka, to iluzoryczne przywiązanie Woona do post-dubstepowej stylistyki, która z racji jego współpracy z Burialem zdawała się być czymś naturalnym. Dubstepowego klimatu nie uraczymy na „Mirrorwriting” prawie wcale, za to praktycznie każdy utwór na debiucie Woona to jego autorska interpretacja klasyki współczesnego soulu i R’n’B. Tego typu poszukiwania determinuje wybitnie soulowa barwa głosu Brytyjczyka (bardziej chłopięca wersja Jamiego Lidella) oraz ogromna wrażliwość na melodie, bo to właśnie Woon jako autor lub współautor wszystkich piosenek na płycie jest przede wszystkim odpowiedzialny za

efekt końcowy. Na „Mirrorwriting” wokalista grzeszy trochę brakiem systematyczności - obok świetnych momentów („Middle”, „Night Air”) raczy nas okropnie przeciętnymi utworami, które jakiegoś wyrazu nabierają dopiero w quasi-akustycznej, koncertowej wersji. W przeciwieństwie do Blake’a czy Jamiego z The xx za to podobnie jak w przypadku Katy B, kompozycje Woona nie są szkicami, ale konkretnymi, skończonymi utworami. Umiejętności i potencjału Londyńczyk ma sporo, na „Mirrorwriting” nie wykorzystał jednak swojego talentu w pełni, bo ten krążek pozostawia jednak trochę niedosytu. Zeszłoroczny, współprodukowany przez Buriala, mroczny singiel „Night Air” pozostaje najlepszym, najbardziej wyrazistym utworem Woona. Mimo drobnego rozczarowania albumem, niewiele zjawisk tchnęło we mnie tyle optymizmu, co autorska muzyka Jamiego. Chcę więcej i wierzę, że następnym razem będzie już dużo lepiej.

TEKST: Kasia Wolanin

Electric Nights

43


Je Suis France Let’s Give ’Em Something To Talk About Pochodzący z Athens amerykański kolektyw zaprzyjaźnionych muzyków jest bardziej popularny w Polsce, niż w swoim kraju. Wszystko to za sprawą fenomenalnego albumu „Fantastic Area” łączącego psychodeliczne indie z shoegazem, który w 2003 r. był u nas swego rodzaju sensacją. W 2007 wyszło „Afrikan Majik”, klimatem nawiązujące do krautrocka. W tym roku Je Suis France wracają po raz kolejny odmienieni. Panowie są dorośli, mają rodziny i jako ustatkowani muzycy proponują album wyważony i spokojny.

Piosenki na „Let’s Give ’Em Something To Talk About” są nieśpieszne, w większości akustyczne, z wyrazistymi i leniwymi melodiami. Jedyne odstępstwo to ironiczny kawałek „Get Liberal”, w którym wszystko jest przesterowane i głośne. Je Suis France zawsze brzmią luzacko, ale to chyba pierwszy album, na którym słychać totalny, pozytywny tumiwisizm. No bo czy muszą coś wydawać? Gdzie tam. I ta muzyczna wolność ducha naprawdę potrafi się udzielić. Prawdopodobnie idealny soundtrack do letnich spacerów, jak banalnie by to nie zabrzmiało.

TEKST: Emil Macherzyński

Katy B On A Mission Choć za debiutanckim albumem Kathleen Brien stoją najbardziej atrakcyjne nazwiska brytyjskiej sceny klubowej (Zinc, Benga, Geeneus), nie ma co ukrywać - nie jest to modelowy przykład takiej muzyki. „On A Mission” jest w pierwszej kolejności zgrabnym, popowym krążkiem o niekwestionowanych, tanecznych walorach, w których delikatnie odbija się zjawisko „nowych brytyjskich brzmień”. W przypadku Katy B - opierających się głównie na ukochanym przez młodą wokalistkę UK funku. Brytyjka w tego typu dźwiękach odnajduje się znakomicie - jest naturalną, ciepłą, nieprzeciętną wokalistką, doskonale czującą rytm, parkiet, brytyjską kulturę klubową. Bawi się swoją muzyką (świetne „Lights On”), zaskakuje (prawie smoothjazzowe

„Movement”), tańczy do utworów, których nie powstydziłby się Calvin Harris (nachalne „Broken Records”). Zasadniczym problemem „On The Mission” jest ta cienka granica, po której album się porusza. Dla nie orientujących się w temacie będzie to płyta z niemalże chilloutowym, łagodnym popem, równie łatwo wchłonięta, co wydalona, dla miłośników klubowych brzmień z wyspiarskim rodowodem - debiut Katy B może okazać się za lekki, zbyt popowy, zostać zdominowany przez hymniczny, pierwszy singiel „Katy On A Mission” i w końcu jako całość zapomniany. Na chwilę obecną to jednak najlepszy album w swojej kategorii w tym roku, będący znakomitym wprowadzeniem do spuścizny brytyjskiej kultury klubowej, krążek, na którym Kathleen wciela się w rolę nietuzinkowej przewodniczki. Polecam tę wycieczkę.

TEKST: Kasia Wolanin

Low C’mon W latach dziewięćdziesiątych Low uczynili ze wszechogarniającej depresji swój manifest programowy. Surowe, oparte na powolnie narastających, repetetywnych sekwencjach gitar (przełamywanych miarowym taktowaniem perkusji i tęsknymi harmoniami pary Alan Sparhawk i Mimi Parker) piosenki stały się znakiem firmowym formacji z Minnesoty, czyniąc ją jednocześnie kluczowym reprezentantem wyrastającego w opozycji do grunge’owego nabuzowania slowcore’u. Dziś Alan i Mimi z romantyczną niefrasobliwością zdają się ignorować zmiany, jakie zaszły w muzyce na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat i chwała im za to. Bo choć w ostatecznym rozrachunku „C’mon” jest płytą ledwie poprawną, to w żadnym stopniu nie rozczarowuje - w przeciwieństwie choćby do swej nudnawej poprzedniczki. Wprawdzie osiadłe na emo-

cjonalnej mieliźnie kompozycje stanowią zaledwie poprawnie wykonane ćwiczenie stylistyczne, a momentami mogą wręcz drażnić brakiem choćby iskry kreatywności, to jednak ciężko wysunąć wobec nowych utworów Amerykanów cięższe działa. Zarejestrowany w zimnych murach przerobionego na studio nagraniowe kościoła, dziewiąty studyjny album Low (wieńczący wydawniczą trylogię dla Sub Popu) operuje świetnie znanymi schematami. Teoretycznie więc idealnie wpisuje się w rolę bezbronnego popychadła muzyki niezależnej 2011, ale tak mocarne próbki talentu, jak okraszony zapętlonym banjo „Witches” czy typowy dla Low, spadający bezwolnie w najgłębsze doły ludzkiej psychiki, ośmiominutowy kolos „Nothing But Heart”, każą z niecierpliwością oczekiwać koncertu na tegorocznym OFF-ie. Bądź co bądź, wszyscy starzejemy się i dojrzewamy razem ze smutasami z Low i tak jak oni warto to robić z klasą.

TEKST: Bartosz Iwański

Make Out How To EP Jesper Mortensen zawsze wydawał się bardziej utalentowaną połówką duetu Junior Senior. Dobitne potwierdzenie tej tezy przynosi rzut oka na jego ostatnie poczynania i zestawienie ich z nieszczególnie udanym, kopiującym Madonnę „Born This Way”, napisanym dla Lady Gagi przez Jeppe Laursena, drugiego z ojców Duńskiego Dynamitu lat dwutysięcznych. Tymczasem, skrzyknięta naprędce przez Mortensena grupa anonimowych niezależnych grajków zza Oceanu stworzyła niezwykłą, trwającą zaledwie osiem minut i mieszczącą tylko trzy indeksy EP-kę „How To”. To piosenki proste, by nie powiedzieć banalne – i w tym właśnie tkwi spora odwaga Make Out. Zamiast aranżacyjnych smaczków – wsparte na soczystych riffach naparzanie. Zamiast 44 Electric Nights

wokalnej polifonii – żywo przywołujące nowofalową buńczuczność i lśniącą cekinami chropowatość Bonnie Tyler, frapujące skandowanie Lei Hennessey. W trzech króciutkich piosenkach ścierają się pierwiastki powerpopowe i glamrockowe, które jednocześnie podają sobie ręce z typowymi dla Junior Senior handclapsami czy syntezatorowymi błyśnięciami. Nie zmienił się natomiast wybitnie beztroski, zachęcający do nieskrępowanej zabawy nastrój kompozycji autora „Move Your Feet”. Intensywne refreny idealnie nadają się zarówno do pijackich pokrzykiwań w samym środku imprezy na pięćdziesiąt osób, jak i wielkomiejskiej gonitwy za wiecznie uciekającymi środkami komunikacji. Jeśli już więc się bawić, to tylko z Duńczykami. Miejmy nadzieję, że jeszcze w tym roku przyjdzie nam zetknąć się z pełnoprawnym albumem, który w pełni potwierdzi wysoką formę Juniora.

TEKST: Bartosz Iwański


The Mountain Goats All Eternals Deck „Dwanaście ciężkich lekcji, jakich nauczyła mnie Biblia”. Autorem tego cytatu nie jest bynajmniej Robert Friedrich reklamujący albumową reaktywację Arki Noego. Tak swoją poprzednią płytę opisywał nie kto inny jak John Darnielle - lider The Mountain Goats, a zarazem pomnikowa postać amerykańskiego folku. Powyższe słowa okazują się tym bardziej zadziwiające, jeśli weźmiemy pod uwagę angaż w roli producenta „All Eternals Deck” byłego muzyka deathmetalowych destruktorów z Morbid Angel, Erika Rutana. Fascynacja Johna ciemną stroną mocy już kiedyś wynurzyła się na powierzchnię, chociażby w utworze „The Best Ever Death Metal Band In Denton” z prawie

dziesięcioletniego „All Hail West Texas”. Teraz, na „Czarnym Albumie”, także znalazła swoje odbicie, głównie pod kątem tematycznym nie doprawiając szatańskich rogów tradycyjnemu brzmieniu Kozłów. Trzynasty studyjny krążek (i jednocześnie pierwszy po siedmioletniej przygodzie z 4AD) jawi się jako jeden z najlepszych zestawów piosenek w całej dyskografii zespołu. Melodie co prawda nigdy nie stanowiły nadrzędnej wartości w twórczości The Mountain Goats, ale tutaj, nie dość że i one są pierwszorzędne, to pod względem songwritingu i emocjonalności wykonania Darnielle także utrzymuje wysoki poziom. Kto by pomyślał, że horrory Gheorge’a Romero będą w stanie zainspirować kogokolwiek do tworzenia wielkich rzeczy.

TEKST: Kamil Białogrzywy

Muzyka Końca Lata PKP Anielina Muzyka Końca Lata przez stację PKP Anielina opuszcza Mińsk Mazowiecki. Ta płyta stanowi pożegnanie z romantyczną estetyką i małomiasteczkowym, młodzieńczym storytellingiem. Z piosenek mazowieckiej grupy zawsze biła słodka naiwność i urocza nostalgia, w życiowych tekstach Bartka Chmielewskiego odnajdywało się całe pokolenie jego rówieśników podzielających fascynacje, bolączki, radości i tęsknoty podmiotu lirycznego. Pod tym względem „PKP Anielina” nie przynosi żadnych zaskoczeń - album sprawi wiele radości tym, którzy kochają słuchać o młodzieńczych miłościach i zabawach na podwarszawskiej prowincji. Jak zwykle w przypadku MKL, te historie opowiadane są z luzem i bezpretensjonalnością. Zaskakuje za to warstwa muzyczna – najbogatsza ze wszystkich dotychczasowych płyt. Do

Muzyki Końca Lata dołączyła wokalistka Płynów, Ola Bilińska, znów obecna jest Karotka z Kawałka Kulki, gościnnie pojawia się też Natalia Fiedorczuk. Panie wzbogaciły płytę przede wszystkim optymistycznymi, eleganckimi chórkami, nadały muzyce MKL zalotności i delikatności. Zespół w stu procentach zatroszczył się w końcu o estetykę swoich melodii, co tylko wychodzi mu na zdrowie (gdy skupia się na bigbitowej spuściźnie). W „Dokąd” czy „Całowaniu” grupa z Mińska jeszcze nigdy nie stała tak blisko pięknej prostoty i błyskotliwości Belle & Sebastian. Być może w końcu MKL złapie wiatr w żagle i skorzysta na chwilowym, lokalnym revivalu harcerskiej, biwakowej piosenki, bo w końcu utrzymana w takim właśnie klimacie „PKP Anielina” i świetny debiut Nerwowych Wakacji to jakby nie było dwie najlepsze polskie płyty 2011 roku.

TEKST: Kasia Wolanin

O’Death Outside Sesja z kolejną, trzecią już płytą Nowojorczyków z O’Death generuje w głowie kilka obrazków. Odziany w czerń Neil Young na featuringu z 16 Horsepower czy choćby Bonnie Prince Billy, dzierżący w ręku czachę z okładki „ I See A Darkness”, zadający egzystencjalne pytania penetrujące mroczne obszary ludzkiej duszy. W boleściwym świecie czarnego albumu Oldhama nie było jednak miejsca na światło czy nadzieję. W twórczości O’Death słychać wyraźne inspiracje muzyką Bonniego Prince’a z końcówki lat dziewięćdziesiątych, jednakże klimat „Outside” nie jest z pewnością tak dobitnie wisielczy, jak miało to miejsce na wspomnianym, genialnym albumie brodacza. Propozycja O’Death znajduje swoje miejsce w wyjałowionej z dobrych i mrocznych

folk wydawnictw muzycznej przestrzeni, stanowiąc swego rodzaju dopełnienie dla gothic Americany spod szyldu The Black Heart Procession. „Outside” jest na pewno albumem znacznie bardziej dojrzałym kompozycyjnie od swego trzy lata młodszego poprzednika „Broken Hymns, Limbs & Skin”. Tam mieliśmy do czynienia z dziwną hybrydą punkrockowego pieniactwa z tradycyjnym country, co dawało efekt w postaci czegoś w rodzaju folk punku. Nowy longplay to czerwone światło dla pomykających na złamanie karku, napędzanych folkiem wyścigówek. Teraz szóstka śmiercionośnych grajków umiejętniej gra klimatem, odpowiednio bilansując mroczny nastrój z kapitalnymi melodiami. Wystarczy spojrzeć na okładkę, by nie mieć wątpliwości kto jest czarnym koniem gonitwy.

TEKST: Kamil Białogrzywy

The Pains Of Being Pure At Heart Belong W kontekście debiutu nowojorczyków zastanawiającym był fakt, dlaczego spośród przepastnego morza kapel kontestujących piękno swego obuwia właśnie oni stali się tym najbardziej gorącym post-shoegazowym towarem. Pytajnik wydawał się niezbędny w obliczu jednoczesnego ignorowania zespołów pokroju Gliss czy wyszydzania Silversun Pickups, elegancko jadących na nostalgii za tłustymi latami Smashing Pumpkins. „Belong”, będąc albumem jeszcze lepszym od poprzednika, ripostuje wszelkie docinki zmierzające ku zignorowaniu artystycznej jakości TPOBPAH. Niezwykła przytomność w odkurzaniu wiekowych motywów przejawia się tutaj w umiejętnym zespoleniu tweepopowej melodyki z potęgą gitar Billy’ego

Corgana. Niby nic nowego, ale współpraca z Alanem Moulderem i producencka piecza Flooda, współodpowiedzialnych za brzmienie legendarnego „Mellon Collie”, dobitnie odcisnęły się na soczystym brzmieniu drugiego albumu. Painsi robią więc wiele hałasu o coś tnąc gitarowymi żyletami rodem z legendarnych nagrań łysola. Swego rodzaju batalistyczny sound „Heaven’s Gonna Happen Now” mógłby wzbogacić ostatnie, dyskusyjne dokonania British Sea Power, a kapitalny balladowy „Anne With An E” stawia pod ścianą najbardziej rozmarzone momenty debiutu z samym „Teenager In Love” na czele. Dwukrotne użycie słowa „dreams” w trackliście nie jest w końcu bezpodstawne. Jeśli tak właśnie smakują w Stanach „odgrzewane kotlety”, obrastanie w tłuszcz amerykańskiego społeczeństwa nie powinno nikogo dziwić.

TEKST: Kamil Białogrzywy

Electric Nights

45


PANIC! AT THE DISCO VICES & VIRTUES Ponad rok temu skład Panic! At The Disco zmniejszył się o połowę. Tym samym, pozostałe 50% zespołu - Brendon Urie i Spencer Smith zostali na placu boju z mikrofonem i perkusją. Mimo że panowie utracili basistę, gitarzystę i autora tekstów, żaden z nich nie płakał, nie jęczał, nie dramatyzował. Uzbrojeni w długopisy, kartki i z pomocą nowych muzyków (Iana Crawforda i Dallona Weekesa) dzielnie przystąpili do tworzenia trzeciego albumu. Jaki mamy efekt? Bardzo apetyczny! „Vices & Virtues” to dziesięć świetnych, niezwykle dynamicznych kompozycji okraszonych przyjemnie hałasującymi gitarami ze wstawkami disco i electro. Album idealnie reprezentuje promujące

całość „The Ballad Of Mona Lisa”, kawałek, przy którym nie sposób nie tupnąć chociaż nóżką. Melodia w tym singlu wchodzi jak nóż w masło. W wywiadach duet parokrotnie wspominał, że nowy materiał ma przede wszystkim dobrze brzmieć na koncertach. I faktycznie, jest energicznie i bardzo przebojowo. Na tle żywiołowej całości wyróżniają się dwa utwory - spokojny, gitarowy i pięknie brzmiący „Always” oraz barwny i nieco zawadiacki „Sarah Smiles”. Teksty rzeczywiście bywały lepsze, ale to nie znaczy, że obecne są grafomańskie. Część z nich opowiada o ostatnich wydarzeniach z życia zespołu. Przyszły zmiany i trzeba było wyciągnąć z nich to, co się dało najlepszego. „Vices & Virtues” jest sympatyczną, post-punkową rzeczywistością w wersji light.

TEKST: Martyna Zagórska

Pomorzanie Mocne Uderzenie EP Z jakiegoś dziwnego powodu, może poprzez genetyczną fobię przed komunizmem, Polacy starają się nie doceniać naszego dorobku muzycznego sprzed ery kapitalizmu. A faktem jest, że przez całe lata 60. i początek 70. deptaliśmy mitycznemu Zachodowi po piętach i to na znacznie bardziej partyzanckim sprzęcie, niż nasi wolni bracia i siostry. Mieliśmy swój garaż (Polanie), psychodelię (Klan), baroque pop (Skaldzi), hard rock (Trzy Korony), nawet funk (Dżamble). I aż dziw, że nie doczekaliśmy się poważnego odniesienia do omawianego okresu poza chwilowym powrotem tego klimatu w połowie lat 90. (Myslovitz, Rotary). Pomorzanie, projekt poboczny muzyków Vespy, to najbardziej rasowy z bigbitów jaki przyszło mi słuchać poza kanonem.

Oczywiście, ma na to wpływ fakt, że chłopaki z dość dużym szacunkiem potraktowali przerabianych artystów (m.in. znane z kompilacji „Wrenchin’ The Wires” zespoły Dzikusy i Chochoły), ale i autorskie kompozycje zadziwiająco wiernie symulują dawne piosenkopisarstwo. Te naiwne teksty, zwiewne melodie, kołysząca rytmika i wszechobecna nutka psychodelii utkana z wiekowego reverbu. Patrząc na to jaką sensacją okazały się Nerwowe Wakacje zauważam dużą szansę na dojście do ładu z naszą (traktowaną po macoszemu) muzyczną historią. A okazja jest nie lada, w końcu w tym roku mija okrągłe 50 lat od wydania pierwszego polskiego bigbitowego singla - „czwórki” Czerwono-Czarnych. Nie muszę chyba wspominać, jak bardzo by mnie to ucieszyło?

TEKST: Emil Macherzyński

Pulseprogramming Charade Is Gold Chicago po raz kolejny daje o sobie znać jako miasto pełne kreatywnych, artystycznych umysłów w właściwie każdej muzycznej stylistyce. Od melodyjnego punka (Lawrence Arms, Alkaline Trio), przez eksperymentalne indie (multum formacji skupionych wokół braci Kinsella), po elektronikę i synthpop. Bohaterem ostatniego jest człowiek o nazwisku Marc Hellner. Jego Pulseprogramming to projekt istniejący od połowy lat dziewięćdziesiątych, mający na koncie jak dotąd tylko dwa studyjne albumy i kilka wydawnictw z remiksami. Osiem lat od sztandarowego „Tulsa For One Second” nakładem Audraglint ukazuje się „Charade Is Gold”. Krążek reklamowany jako „nothing less than some of the finest classicallyorchestrated synthetic pop…”. I rzeczywiście, sądząc po zawartości Hellner wydaje się mieć w głębokim poważaniu wszelkie dubstepy, witch-house’y

czy inne modne dziś wynalazki. Dźwiękowa rzeczywistość, jaką tu kreuje, należy do tych trochę staroświeckich, zdecydowanie nieinwazyjnych, pozbawionych gwałtowności, subtelnych i spokojnych. Jednocześnie to rzecz skonstruowana precyzyjnie, unikająca monotonii, operująca syntetycznymi melodiami (piosenkowymi wręcz), łatwa w odbiorze nie tylko dla pasjonatów gatunku. Piętno na brzmieniu odciska inspiracja Kraftwerk, ambient łączony z dream popem (przychodzą skojarzenia z Loveliescrushing, też z Chicago) czy nawet Joy Division/wczesne New Order (otwierające „Perfect Problematic”). Dobrym punktem odniesienia dla wokalu i klimatu będzie też najświeższa twórczość Steve’a Masona - The Black Affair i „Boys Outside”. Płyta całościowo prezentuje się co najmniej solidnie, nie jest to nic, nad czym można by piać z zachwytu, ale na pewno jest to album, który niejednemu słuchaczowi będzie w stanie umilić życie.

TEKST: Łukasz Zwoliński

The Raveonettes Raven In The Grave Po lubiących zaskakiwać (pamiętacie stylistyczną woltę między „Whip It On” a „Chain Gang Of Love”?) The Raveonettes w zasadzie można było się spodziewać interesującego albumu. Nie żeby dwa poprzednie były słabe czy mdłe. Po prostu nie miały one takiej spójności jak te wydane w latach 2003 i 2005. Wydaje się, że Sune Wagner po „Preety In Black” zatracił klarowny pomysł na kierunek muzycznego rozwoju, więc chociaż długogrające płyty Duńczycy wydają w regularnych, dwuletnich odstępach, to po zauważonym chyba tylko przez najwierniejszych fanów „In And Out Of Control” pieniędzy na ich comeback bym nie postawił.The Raveonettes udało się jednak wrócić 46 Electric Nights

z kilkoma fantastycznymi piosenkami i zwięzłym, lecz nie monotonnym longplayem. Co prawda najlepsze w zestawie piosenki - „Recharge And Revolt” i „Evil Seeds” nie są hitami na miarę „Beat City” czy „Love In Trashcan”, to jednak, jeśli zespół kiedykolwiek zdecyduje się na wydanie płyty „Best of”, wspomniane kawałki na pewno się na niej znajdą. Dziewięć utworów tworzy 35-minutową podróż w dobrze znane z wcześniejszych dokonań post-punkowo shoegazujące obszary, z dźwięcznymi gitarowymi melodiami i charakterystycznymi wokalami Sharin i Sune Rose. „Raven In The Grave” to album zbudowany na spójnej formie i chyba najlepiej w całej dyskografii The Raveonettes wykorzystujący instrumenty klawiszowe.

TEKST: Witek Wierzchowski


SEA OF BEES SONGS FOR THE RAVENS Być może będzie to komplement nieco na wyrost, ale wyobraźcie sobie, że Pati Yang, razem z całą swoją mroczną otoczką śpiewa folk... Tak z grubsza brzmi „Songs For The Ravens”, debiutancki album Amerykanki Julie Ann Bee, wokalistki i multiinstrumentalistki. Talentu artystce odmówić nie można. Sama nagrała większość partii instrumentalnych, w tym klawisze, gitary i instrumenty perkusyjne. Spokojnym, słodko-infantylnym głosikiem wyśpiewuje smutne melodie, których niewątpliwie najprzyjemniej jest słuchać po zachodzie

słońca. Mamy ich jedenaście. Godne polecenia są zwłaszcza rozczulające „Strikefoot” oraz szybko i łatwo przyswajane przez pamięć „Wizbot”. I choć całość jest miła dla ucha, nie można „Songs For The Ravens” uznać za arcydzieło czy kandydata do „debiutu roku”. Płyta jest odrobinę przesłodzona, teksty mało ambitne, a głos Julie, początkowo intrygujący, po dłuższej chwili zaczyna być... irytujący. Artystka zapewne ma wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia, niemniej nie potrafi jeszcze tego wyrazić w sposób wystarczająco atrakcyjny. Tak czy inaczej, można, a nawet warto posłuchać.

TEKST: Martyna Zagórska

Sucker Punch OST Industrialny, mroczny, depresyjny, a przy tym pełen agresjii - właśnie taki jest „Sucker Punch”, nowy film Zacka Snydera, autora m.in. „300” i „Watchmen”. Ścieżka dźwiękowa do „Sucker Punch” zawiera siedem coverów i dwa prawie covery. Na dzień dobry dostajemy grającą główną rolę w filmie Emily Browning, mocującą się z klasykiem Eurythmics „Sweet Dreams (Are Made Of This)”. W filmie to jedna z najbardziej wymownych scen – pozbawione dialogów wprowadzenie do fabuły, podczas którego zwiedzamy posępny dom przy dołujących dźwiękach piosenki. Niestety, wersja bez obrazu nie broni się. Miało być posępnie, wyszło przezroczyście. Głos Emily Browning jest pozbawiony jakichkolwiek emocji. Aktorka udziela się jeszcze w przeróbce

„Where Is My Mind” The Pixies oraz „Asleep” The Smiths i to niestety trzy najsłabsze fragmenty płyty. Na szczęście, reszta wypada zdecydowanie przekonująco. Skunk Anansie wykrzesali potężny ogień z „Search And Destroy” z repertuaru The Stooges i wykonali świetną robotę przy remixie „Army Of Me” Björk. Beatlesowskie „Tomorrow Never Knows” w wykonaniu Carli Azar i Alison Mosshart to z kolei schizofreniczne mistrzostwo świata. Warto zaznaczyć, że cała ścieżka jest potwornie dołująca i depresyjna, ale dzięki temu spójna. Wieńczący całość cover Roxy Music „Love Is The Drug” stanowi swoisty strumień światła kontrastujący z dławiącym mrokiem wcześniejszych utworów. Pogodna piosenka wykonana przez piękną Carlę Gugino i mniej pięknego Oscara Isaaca pozwala na powrót uwierzyć, że świat potrafi być też kolorowy i dobry.

TEKST: Maciek Kancerek

TV On The Radio Nine Types Of Light Odpowiednio w latach 2004, 2006 i 2008 szeroko pojęta muzyka indie rockowa była „daleko za Murzynami”. Mowa oczywiście o dokonaniach odświeżających wytartą formułę grania TV On The Radio. Wytoczona przez nich potrójna albumowa seria, podczas której z pozycji zaangażowanych, inteligentnych eksperymentatorów weszli w obszar gitarowego mainstreamu, wywindowała zespół do statusu prawdziwej gwiazdy. „Nine Types Of Light” (do którego nakręcono osobny film obrazujący każdy z kawałków) z jednej strony, wydaje się tę znakomitą passę bezlitośnie przerywać, z drugiej jednak - to zbyt dobra rzecz, żeby mówić o jakimkolwiek upadku. Piąty już longplay brooklyńskiego kolektywu jest płytą zbyt bezpieczną, aby nawiązać rywalizację z dwiema pierwszymi, a jednocześnie za mało przebojową,

by iść w konkury ze spektakularnie singlowym „Dear Science”. To właśnie wydawnictwo sprzed trzech lat wydaje się w tym przypadku najlepszym punktem odniesienia do „Nine Types...”, albumu wyraźnie próbującego błyszczeć światłem odbitym znakomitego poprzednika. Tak się jednak niefortunnie złożyło, że na poziomie piosenkowych cząstek elementarnych w każdym punkcie czerwonej płyty Telewizyjni Radiowcy przegrywają ze swoim niebieskim wcieleniem. Wszystkie kawałki, choć piekielnie poprawne, w porównaniu z melodyjnym rogiem obfitości pełnym diamentów w postaci „DLZ” czy „Shout Me Out”, sprawiają wrażenie B-side’ów z poprzedniej sesji nagraniowej. Następnym razem taka asekurancka próba jednoczesnego zjedzenia i zatrzymania ciastka nie ujdzie im na sucho.

TEKST: Kamil Białogrzywy

Wye Oak Civilian 2011 może okazać się rokiem duetów i innych damsko-męskich kooperacji, nie tylko tych wokalnych. Low wraz ze swym dziewiątym albumem wracają właśnie do ekstraligi, tandem z The Rosebuds szykuje się do czerwcowej ofensywy wydawniczej, natomiast kanadyjskie Wye Oak urasta do miana najsympatyczniejszej niespodzianki. Jenn Wasner i Andy Stack dzięki swojej trzeciej już płycie mogą upiec kilka pieczeni na jednym ogniu i na fali świetności nowego albumu przypomnieć o dwóch wcześniejszych, lekko przemilczanych dokonaniach. A jest o czym mówić, bowiem tak zgrabne połączenie slowcore’owych walców, onirycznych mgiełek i kobiecego, emocjonalnego indie rocka nie występuje w przyrodzie nader często. „Civilian” jest płytą dla

niedopieszczonych kobieciarzy, którym żeński pierwiastek w Beach House do pełni szczęścia nie wystarczy, a cztery śpiewające spódnice z Warpaint to wciąż za mało. To nieoczekiwany prezent dla roztargnionych romantyków, którzy miotają się między niepokojącym przekazem kalifornijskiego kwartetu a usypiającymi melodiami Victorii Legrand. Przy twórczości Wye Oak na pewno nie zaśniemy, bo błogą drzemkę uniemożliwią nam okazjonalne, cięższe gitary. Przed wchłonięciem przez opary eterycznego mroku uchroni nas z kolei słodkie, dreampopowe ciepło brzmienia, przywołujące na myśl niektóre momenty ubiegłorocznego „Teen Dream”. Być może termin „Civilian” zacznie kojarzyć się melomanom z czymś milszym, niż pierwotną nazwą późniejszego Audioslave.

TEKST: Kamil Białogrzywy Electric Nights

47


on tour

Megadeth Slayer

Niedługo po ogłoszeniu terminów wspólnych koncertów rozpoczęły się spekulacje dotyczące tego, kto wyjdzie na plac boju jako pierwszy. Niby podczas występów Big 4 zespół , , Dave a Mustaine a poprzedzał występy Slayera, ale tym razem wcale tak być nie musiało.

O2 Arena, Praga, 10.04.2011

T

om Araya stwierdził, że kolejność nie ma dla niego absolutnie żadnego znaczenia. „Jeśli ktoś ma odwagę wyjść po nas na scenę, proszę bardzo” - deklarował basista i wokalista Slayera. „Rudy” chyba wziął sobie te słowa do serca, bowiem to właśnie Megadeth pierwsi meldowali się przed publicznością podczas American Carnage. Podobnie rzecz ma się w przypadku europejskiej części trasy. Wybór „Trust” na openera metalowego koncertu dziwiłby potwornie gdyby nie fakt, że Megadeth rozpoczynali już niejednokrotnie od tego kawałka. Następny w kolejce ustawił się „In My Darkest Hour”. Praska O2 Arena posiada bardzo dobrą akustykę, sprzyjającą odbieraniu wszelkiej maści występów. Nic dziwnego, że Megadeth od pierwszych dźwięków brzmieli niesamowicie czysto, selektywnie i dostojnie. Może brakowało w tym trochę ikry, ale i ta pojawiła się wraz z pierwszymi dźwiękami kultowego „Hangar 18”. Problemem koncertowego wcielenia zespołu

48 Electric Nights

Megadeth Slayer

Mustaine’a jest to, że kawałki na żywo brzmią niemal identycznie, jak na płytach. „Hangar 18” miał więc wszystkie zalety ostrej jak brzytwa „Rust In Peace”. To właśnie fragmenty tego krążka robiły największe wrażenie - porywające „Poison Was The Cure”, odegrane z pasją „Holy Wars... The Punishment Due”, wymieszane z „Mechanix”, które fani innej metalowej legendy na „M” znają jako „The Four Horsemen”. Gdyby jeszcze zagrali „Tornado Of Souls”! Ogromne wrażenie robiło „A Tout Le Monde”, wykonane przy wydatnej pomocy publiczności.

przez problemy Slayera. Kontuzje muzyków w ostatnich miesiącach można rozpatrywać w kategoriach prawdziwej klątwy. Najpierw Tom Araya „dorobił się” urazu kręgosłupa, potem Jeff Hanneman na skutek ugryzienia przez pająka rozchorował się na tyle poważnie, że trafił do szpitala i w tej chwili dochodzi do siebie w domu. Tymczasowym zastępcą Jeffa został Gary Holt z Exodus, zmieniony w trakcie tour przez Pata O’Briena z Cannibal Corpse. To właśnie z nim zespół wystąpił 10 kwietnia w Pradze i dzień później w łódzkiej Atlas Arenie.

Wielkie ukłony należą się liderowi formacji. „Rudy” zachowuje się jak prawdziwy gentleman. Nie dość, że odziany w gustowną koszulę, to jeszcze zamiast wulgaryzmów raczy publiczność zwrotami w rodzaju „good evening”. Rzadko spotykana na metalowej scenie postawa. Porządny show Megadeth miewał jedynie słabsze momenty, ale jeśli zespół z takim dorobkiem artystycznym gra tylko godzinę, nie może sobie pozwolić nawet na tych kilka gorszych chwil. Niewiele brakowało, a trasa posypałaby się

Slayer chętnie nawiązywał do swojej ostatniej płyty. Zaczęli od tytułowego numeru z „World Painted Blood”, potem były jeszcze m.in. „Hate Worldwide” i „Americon”. Fani najbardziej ożywiali się jednak przy klasyce, stąd Araya czuł potężne wsparcie w refrenach „War Ensemble”, „Dead Skin Mask” czy „Seasons In The Abyss”. Wokalista na zmianę robił groźne miny w kierunku widzów i raczył ich rozbrajającym uśmiechem. Widać, że trochę im zazdrościł, bowiem on sam przez

wspomniane problemy z kręgosłupem nie mógł pozwolić sobie na headbanging. Basistę w tej materii wyręczał Kerry King wyposażony w nieodłącznego B.C. Richa z diabelską główką i obowiązkowy, solidny łańcuch. Koncertowa energia Slayera właściwie się nie zmienia. Jeśli ktoś bezgranicznie kocha tę ekstremalną formę thrashu - zawsze będzie zachwycony. A że „slayeryzmami” można się po pewnym czasie znudzić - cóż, to już zupełnie inna rzecz. Niestety, podobnie jak w przypadku Megadeth, godzinny set wiąże się z pewnymi ograniczeniami. Z rzeczy obowiązkowych na pewno brakowało „Chemical Warfare”. Europejska Masakra miała być wielkim świętem metalu. Może nie tak wielkim, jak koncerty Wielkiej Czwórki, niemniej pozycja Megadeth i Slayera pozwalała liczyć na wielki show. Wyszło... zaledwie dobrze. Zawsze lepiej pozostawić niedosyt, niż przesadzić i znudzić fanów. Tylko że tym razem niedosyt jest zdecydowanie zbyt duży. tekst I ZDJĘCIA: Maciek Kancerek


on tour

Belle & Sebastian Paula i Karol

Belle & Sebastian Paula i Karol

Stodoła, Warszawa, 19.04.2011

Jeśli tak właśnie krawiec kraje, na ile mu materii staje, Belle & Sebastian wydają się być w dziedzinie krawiecko-muzycznego rzemiosła prawdziwymi wirtuozami. Stuart Murdoch wraz z ekipą stworzyli widowisko znacznie lepsze, niż wskazywałby na to tylko przyzwoity (jak na nich koncerty) repertuar.

P

rywatne perypetie związane z ochroną koncertów w warszawskiej Stodole za każdym razem każą mi odczuwać nieskrywaną trwogę w obliczu umięśnionych herosów w czerni, traktujących ludzi jak arabskich terrorystów. Kiedy już się okazało, że moje sznurówki nie będą służyły duszeniu wokalisty, a paskiem nie zrobię krzywdy żadnemu z instrumentalistów, udało się wejść. I zdecydowanie było warto, chociaż przedkoncertowa przystawka nie była mi najwyraźniej pisana. Przyzwyczajony do „punktualności” artystów rzadko zgrywających czas wyjścia na scenę z tym wydrukowanym na bilecie, zdążyłem jedynie na finałową piosenkę rozgrzewających publiczność Pauli i Karola. Szkoda tym bardziej, że to kolejna (po zimowym występie w Krakowie)

przeoczona okazja do zobaczenia tego sympatycznego duetu. Jednak to, co najlepsze miało dopiero nastąpić. B&S nie bywają u nas na co dzień, a okazja zobaczenia młodego duetu przytrafi się jeszcze zapewne niejeden raz. Mimo że ostatnia płyta Brytyjczyków nie niosła za sobą fali przesadnie pozytywnych recenzji, koncertowe wersje jej sztandarowych kawałków zabrzmiały nad wyraz dobrze. Początek w postaci „I Didn’t See Coming”, w połowie którego włączył się Stuart, tytułowe „Write About Love” czy przede wszystkim kapitalny „I Want The World To Stop”, wplatane pomiędzy starsze przeboje, nie traciły na jakości w porównaniu z jeszcze bardziej fantastycznymi przecież „Another Sunny Day” czy „I’m A Cuckoo”.

Trzeba przyznać, że niesamowita świeżość, bogactwo i klasa wprost biją z utworów tego jednego z najlepszych piosenkowych zespołów świata. W wydaniu scenicznym wszystko zostało spotęgowane do kwadratu. Liczba muzyków oscylująca wokół trzynastu robi nie lada wrażenie. Dyrygujący tym całym ensemblem Stuart Murdoch to chodzące czy raczej uroczo stąpające w miejscu ucieleśnienie słowa „charyzma”. Dorównywać kroku temu nastolatkowi po czterdziestce byłby w stanie chyba tylko Erlend Øye z The Whitest Boy Alive. Cała reszta może przed Szkotem co najwyżej pastować posadzkę. Tak się złożyło, że okazję ku zaprezentowaniu swoich możliwości miało także kilku szczęśliwców wybranych przez lidera Belle & Sebastian spośród

publiczności. W drugiej części koncertu, gdzieś na wysokości „Legal Men”, cztery dziewczyny i jeden męski rodzynek dostąpiło przyjemności dzielenia z zespołem sceny. Swoimi tanecznymi próbami ubarwili końcówkę właściwej części setlisty, za co zostali zresztą udekorowani przez Murdocha pamiątkowymi medalami. Można oczywiście narzekać, że złożony z dwóch piosenek bis był zbyt ubogi, a Brytyjczycy zbyt mało uwagi poświęcili swej starszej twórczości grając zaledwie jeden kawałek z „Tigermilk” („We Rule The School”, choć chciałoby się takie „Expectations”) i tyleż samo z „If You’re Feeling Sinister” („Judy And The Dream Of Horses”). No ale to ostatnie czego wypada wymagać od zespołu, który, jakby nie było, przyjechał do Polski promować swój najświeższy album. Przekrojowy przegląd twórczości poczeka więc do letnich festiwali, czasu, kiedy muzyka Belle & Sebastian sprawdza się najlepiej.

tekst: Kamil Białogrzywy ZDJĘCIA: Rafał Nowakowski Electric Nights

49


on tour

Blackfield Mati Gavriel

Progresja, Warszawa, 14.04.2011

Blackfield Mati Gavriel

To była już czwarta, przepraszam - trzecia wizyta duetu w naszym kraju. Choć gdyby zwrócić uwagę na skład i repertuar, a nie nazwisko sygnujące krakowski występ Aviva w styczniu 2009 r., można powiedzieć „trzecia i pół”. Nie ukrywam, że to jeden z tegorocznych koncertów, na który czekałem.

W

ystęp rozpoczął obdarzony dość wysokim, niemal kobiecym głosem Mati Gavriel - pochodzący z Izraela muzyk, na co dzień rezydujący w Berlinie. Artysta zaprezentował krótki, ok. półgodzinny występ, podczas którego na zmianę akompaniował sobie na gitarze i instrumentach klawiszowych. Partie sekcji rytmicznej odtwarzane były z komputera, dlatego na scenie działo się niewiele. Choć we mnie większych emocji nie wzbudził, sądząc po reakcji zebranej w Progresji publiczności set należy zaliczyć do udanych. Kilka minut po 21 na scenie pojawił się perkusista Blackfield, za nim zaś swoje miejsca zajęli pozostali muzycy. Aplauz, jaki towarzyszył wyjściu Stevena Wilsona, nie pozostawił

50 Electric Nights

wątpliwości kto jest motorem popularności tego składu. Zaczęli od „Blood”, a zaraz po nim rozbrzmiał killer w postaci „Blackfield”. Przyznam, że nie spodziewałem się tej kompozycji na starcie. Przez kolejne dwie godziny artyści serwowali co smaczniejsze kąski ze swojego dotychczasowego dorobku na przemian z materiałem z najnowszej płyty, „Welcome To My DNA”. Jak to już z Blackfield bywa, aktywniejszy na scenie okazał się Aviv Geffen, pozbywający się w miarę upływu czasu kolejnych elementów swojej garderoby, począwszy od zaskakującej, świecącej na czerwono marynarki. Na wielkie brawa tego wieczoru zasłużył Tomer Zidkiahu (grający także w Ephrat), którego sposób traktowania zestawu perkusyjnego znacząco podniósł wizualną atrakcyjność występu. Muzyk

bębnił z niekłamaną radością i zaangażowaniem. Repertuar duetu nie należy do niezwykle zróżnicowanego, ale z pewnością nie można odmówić mu melodyjności. Kolejne utwory, przerywane okazjonalną konferansjerką, płynęły bardzo zgrabnie aż do „Dissolving With The Night”, który zakończył podstawowy set. W trakcie „występów słownych” Stevena i Aviva dowiedzieliśmy się co nieco o genezie kompozycji „Go To Hell” czy „Zigota”, a także o polskich korzeniach izraelskiego muzyka. Na bis pojawiły się „Hello”, „End Of The World” i „Cloudy Now”. W tym ostatnim Steven dał do zrozumienia, że wykonanie koncertowe często różni się od wersji płytowej. Zabawnym był widok lidera Porcupine Tree z podniesionym palcem,

pouczającego głodną zaśpiewania „we are a f...d up generation” publiczność słowami „Not yet…” . Muzycy opuszczali scenę wyraźnie ucieszeni. Publiczność chyba również. Dla mnie magnesem był tu Steven Wilson. Choć nowa płyta Blackfield nie zachwyciła, to każda koncertowa odsłona jego działalności jest dobrym pretekstem do spotkania starego, dobrego, muzycznego znajomego. Tu ujawnić się może brak obiektywizmu - przyznaję, jestem zagorzałym fanem twórczości tego artysty, dlatego być musiałem i występ... podobał mi się. I już wypatruję kolejnej wizyty. Porcupine Tree? Blackfield? No-Man? Tudzież ciągle czekające na swoją premierę Memories Of Machines. tekst I ZDJĘCIA: Robert Grablewski


on tour

IamX Noblesse Oblige

IamX

Noblesse Oblige

Stodoła, Warszawa, 16.04.2011

Czy mogło być lepiej? Pełna sala, poprzebierani ludzie, kolorowe światła, krzyki, piski i muzyka, która porusza wnętrzności. Obłęd - tak najkrócej można skomentować to, co działo w się w Stodole podczas kolejnego polskiego występu projektu IamX.

N

a początku trzeba jednak wspomnieć o supporcie. W tej roli wystąpił wyjątkowy francusko-niemiecki duet, Noblesse Oblige. Piękniejsza połowa - Valerie Renay, skutecznie czarowała na scenie wykonując hipnotyzujące tańce, śpiewając i krzycząc. Co jakiś czas artystka też przebierała się i malowała. Wtórował jej wyraźnie zadowolony z występu partner, Sebastian Lee Philipp. Trzeba przyznać, że zespół został idealnie dopasowany do gwiazdy wieczoru. Charyzmatyczny Chris Corner i aktorzy iamX’owego teatru wskoczyli na scenę i (jak zwykle czerpiąc energię od oszalałego

tłumu) zaczęli grać z niebywałym impetem. Na początek dwa kawałki z najnowszej, jeszcze ciepłej płyty - jeden z najlepszych, „Music People” i tytułowy „Volatile Times”. Publiczność była świetnie przygotowana. Każdy tekst został zaśpiewany od początku, każdy rytm wyskakany do końca. Genialnie ułożona playlista, na której starsze hity mieszały się z nowszymi, a dynamiczne z wolniejszymi, zapewniła stałe zaangażowanie absolutnie każdego na sali. „Think Of England”, „President”, „Tear Garden”, „Nature Of Invating” - było wszystko, czego fani mogli sobie zażyczyć, w tym parę

momentów, które szczególnie i na długo zapadną w pamięć. Pojawienie się na scenie polskiej flagi, wspólne z supportem wykonanie „The Alternative”, a przede wszystkim chwila, w której Chris, podczas piosenki „Cold Red Light”, zanurkował w rozgrzanym do czerwoności tłumie. Na deser dostaliśmy długi bis, którego rewelacyjnym zwieńczeniem był utwór wyczekiwany przez chyba każdego - „Spit It Out”. Występ skondensował tyle emocji, że spokojnie można by nimi obdzielić kilka innych koncertów. Każdy kto

darzy zespół sympatią, a nigdy nie zaliczył jego występu na żywo, ma na koncie grzech ciężki, bo IamX to jeden z tych projektów, które żyją sceną i wybuchają na niej całym swoim talentem. Co ciekawe i istotne - w porównaniu do poprzednich koncertów IamX w Polsce, tym razem dało się odczuć brak jakiegokolwiek dystansu pomiędzy muzykami a fanami. Znakomita większość obecnych w klubie nie była w stanie wydusić z siebie po koncercie nic poza „wow”. Dwie godziny czystego szaleństwa. Stodoła poszła z dymem. tekst I ZDJĘCIA: Martyna Zagórska

Electric Nights

51


on tour

God Is An Astronaut Sands Of Sedna

God Is An Astronaut

Progresja, Warszawa, 18.04.2011

Sands Of Sedna

J

edni narzekają: „koncert w poniedziałek to zły pomysł”, inni wyznają zasadę: „koncert w ten dzień to świetny początek tygodnia”. Widząc tak liczną gromadę słuchaczy w Progresji, podpisuję się po tym drugim. A akurat na tę gromadę aż miło było patrzeć. Głównie ze względu na niebywałe zróżnicowanie młodzież, starsi, emo, metalowcy, ci „grzeczni” i ci trochę mniej. Każdy z dziewięcioletniej twórczości GIAA wyławia coś dla siebie. Miło. Zaskoczeniem numer dwa był support. Nie, że zły, niedopasowany, irytujący (a znamy takie historie, oj znamy...), przeciwnie - świetny i do tego made in Poland! Sands

52 Electric Nights

Of Sedna to warszawski skład, który istnieje dopiero dwa lata, a już sprawia wrażenie, że dokładnie wie jak chce brzmieć. Prezentują się wybornie - artyści obracają się w rockowo-elektronicznej estetyce z wyraźnie słyszalnym echem post-rocka. Dodajmy do tego naprawdę zdolnych muzyków i mamy przyczynę ogólnych zachwytów. Bo rzadko się zdarza, żeby po takim koncercie na forach internetowych powtarzały się wpisy: „Wszystko super, ale szkoda, że support tak krótki!”. Imponujące. No ale support supportem, wiadomo, że każdy i tak czeka na

główną gwiazdę. Torsten, Niels i Lloyd działają już długo tworząc rzeczy piękne i mocne. Nad Wisłę przyjechali, by promować najnowszą, piątą już płytę „Age Of The Fifth Sun”. Artyści wkroczyli na scenę w wyznaczonej kolejności i zaraz zebrali brawa wymieszane z okrzykami. Na końcu (ale absolutnie nie szarym) wpadł basista. I się zaczęło. Głośno, mocno, dogłębnie, do trzewi. Zmiany tempa, cicho-głośno, jeszcze ciszej-jeszcze głośniej. W końcu muzyka GIAA to przecież nie tylko hipnotyzujące i urokliwe melodie, ale też w wielu momentach ciężkie, gitarowe granie. Skoki ciśnienia podczas „In The Distance Fading” i krótkie

Po co komu słowa, skoro istnieją takie dźwięki! Irlandczycy słynący z wokalnej powściągliwości po raz kolejny odwiedzili Polskę. Wyszli na scenę i wylali na publiczność morze post-rockowych emocji. Wchłonęliśmy je bez zbędnych pytań. I wciąż dudnią w płucach.

oddechy w trakcie minimalnych przerw. Po każdym utworze charakterystyczny gest - zaciśnięta pięść uniesiona w górę. Do tego intrygujące wizualizacje wyświetlane na zawieszonym za sceną ekranie. Fragmenty filmów, niepokojące obrazy, pełna psychodelia. Publika zachwycona, muzycy pod wrażeniem. Brawa należą się akustykom - coraz rzadziej można z czystym sumieniem powiedzieć, że odwalili kawał dobrej, brzmieniowej roboty. Wszystko sprawnie, szybko, profesjonalnie. Hasło „nie lubię poniedziałku” oficjalnie straciło na znaczeniu. tekst: Martyna Zagórska ZDJĘCIA: Jakub Ćmil


on tour

Jamie Woon

e i m a J n o o W

1500m2 do wynajęcia, Warszawa, 9.04.2011

Jamie Woon jest niewątpliwie reprezentantem nurtu muzyki klubowej nawet jeśli nie ukrywa (podobnie jak jego rodaczka Katy B) swoich ciągot w stronę popu. Chętnie wyrywa szeroko rozumianą, współczesną muzykę elektroniczną z brytyjskim rodowodem z podziemia do mainstreamu, choć sam pierwsze kroki stawiał w faktycznym, dubstepowym undergroundzie pod okiem Buriala i Subeeny.

P

ierwsza wizyta Woona w Polsce zbiegła się z premierą jego debiutanckiego albumu. To właśnie utwory z „Mirrorwriting”, skonfrontowane na świeżo ze studyjnym materiałem, miały być głównym punktem programu warszawskiego koncertu Brytyjczyka. Tak też się stało, choć sporym zaskoczeniem było to, w jakiej formie zostały one zaserwowane. Materiał z pierwszej długogrającej płyty Woona w wersji koncertowej zbudowany został wokół intymnych, dość minimalistycznych aranżacji. Wokaliście towarzyszyło kilku instrumentalistów z gitarzystą i perkusistą na czele, ale wszyscy

oni postawili bardziej na klimat w stylu Jamesa Blake’a, niż na intrygującą, chwytliwą, popową elektronikę. Od czasu do czasu piosenkom towarzyszył wyraźniejszy bit, jednak sama aura występu bliska była nastrojowym, akustycznym koncertom z jakimi ciężko utożsamiać Jamiego Woona. Publika starała się żywiej reagować na najbardziej znane, singlowe numery Brytyjczyka takie jak „Night Air” czy „Lady Luck”, choć tak naprawdę ciężko było się bardziej zdecydowanie bujać w rytm tak melancholijnie zaaranżowanych numerów. Ten występ miał jednak fajny klimat. Gdy zaskoczenie

brzmieniowym wyciszeniem klubowego wokalisty już minęło, można było dostrzec ogromny w gruncie rzeczy potencjał jego kompozycji. Na „Mirrorwriting” utwory Woona są po prostu mniej lub bardziej soczystymi, electropopowymi formami, w których odbija się niewyraźnie dubstepowa przeszłość muzyka oraz konstrukcje chłopięcego soulu i R’n’B w nieco archaicznym już wydaniu (nieprzypadkowo odnosi się brzmienie płyty Brytyjczyka do początków solowej kariery Justina Timberlake’a). Plastyczność kompozycji z „Mirrorwriting” robi wrażenie. Bez jakichkolwiek komplikacji piosenki Woona odnalazły się w quasi-

akustycznym środowisku, brzmiały szalenie naturalnie i dostojnie. Sam zaś Jamie Woon, sprawiający mylne wrażenie wyrwanego z boysbandowego kontekstu wokalisty, pokazał się tutaj w roli świadomego, wrażliwego, skupionego pieśniarza, żeby nie powiedzieć - rasowego singer/ songwritera. Nawet jeśli jego debiutancka płyta niekoniecznie jest wybitna, nawet jeśli jego koncerty nie rzucają na kolana, czuć, że ten chłopak ma zadatki na bycie świetnym artystą. Na razie bowiem Jamie Woon pozostaje sympatycznym, sezonowym zjawiskiem. tekst I ZDJĘCIA: Kasia Wolanin

Electric Nights

53


Best independent fests

Creepy Teepee estival F

Choć z roku na rok jesteśmy coraz bardziej rozpieszczani przez duże festiwale i agencje koncertowe, warto zajrzeć za naszą południową granicę. We wspieraniu młodych, mniej medialnie aktywnych artystów ideałem wartym naśladowania są Czesi.

54 Electric Nights


O

dbywający się od 2009 r. festiwal Creepy Teepee jest ściśle powiązany z wytwórnią Amdiscs. Lokalną inicjatywą, która, co ciekawe, zamiast skupiać się na promocji swoich rodaków, inwestuje w wykonawców z zagranicy, których omijają inne niezależne labele. Najgłośniejsze ich wydawnictwa, to artyści z Meksyku (recenzowany w tym numerze DannielRadall), Kanady, Portugalii czy Stanów Zjednoczonych. Wydają kasety, winyle i dużą ilość darmowych mp3. Gatunkowo od Sasa do Lasa - potrafi być tylko dla fanów eksperymentów, potrafi też tak, że mogłoby lecieć w komercyjnym radio. Całości przyświeca idea „zrób-to-sam”, a Creepy Teepee jest jej celebracją.

Tegoroczna edycja odbędzie się 27-31 lipca, jak co roku w mieście Kutná Hora, w byłym konwencie jezuickim, który jest teraz najnowocześniejszą galerią sztuki w kraju znaną jako GASK. Za wszystkim stoi młody kolektyw A.M. 180, pomysłodawcy festiwalu odpowiedzialni też za dobór artystów. Bilety są utrzymane w bardzo przystępnej cenie - ok. 100 zł, co za cztery dni wypełnione fantastycznymi koncertami jest nie lada gratką. I niech Was nie przerażają plakaty, Creepy Teepee nie jest rytualnym spotkaniem nawiedzonych sekciarzy! Na poprzedniej edycji występowali tacy artyści jak Vivian Girls, Toro Y Moi czy Moon Duo. Wszyscy na pewno świetnie znani ludziom śledzącym muzykę alternatywną. W tym roku Czesi poszli nawet dalej. Gwiazdą będzie legenda home recordingu, R. Steve Moore, od dekad uważany za ojca

chrzestnego wszystkich sypialnianych kompozytorów, mentor, współpracownik Ariela Pinka i jego świty. Drugą wielką gwiazdą jest folkowe Xiu Xiu, które wystąpi też na naszym OFF-ie kilka dni później. Pojawi się nawet mało znane w Polsce, ale szaleńczo popularne w rodzimych Stanach Zejdnoczonych, indierockowe The Thermals ze stajni Sub Pop. Mieli być też reprezentanci art rocka z Liars, ale ich udział jest chwilowo odwołany. Na Creepy Teepee nie jedzie się jednak na gwiazdy, co zresztą starają się podkreślać organizatorzy. Na czeski festiwal wyrusza się w celu obcowania z muzyką, która na co dzień jest poukrywana w czeluściach internetu. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy istnieje większe święto szalenie utalentowanych artystów kojarzonych z takich stron jak Bandcamp. Festiwale pokroju zarysowanego na większą skalę SXSW mają podobną ideę, ale tam główną atrakcją są ci muzycy, którym już się udało. Na Creepy Teepee nacisk położony jest na prezentację zespołów, na które boom może przyjść w każdej chwili. Tak jak recenzowany w poprzednim numerze „Electric Nights” Kanadyjczyk Jef Barbara czy ambientowe Cvlts. Festiwal jest też świetną okazją do zwiedzania Pragi, oddalonej raptem o 50 km. W kontekście otwartych granic i dosyć korzystnego kursu złotówki względem czeskich koron, impreza może być świetną rozgrzewką przed bogatym w indie gwiazdy katowickim OFF-em. Creepy Teepee na pewno warto odhaczyć w koncertowym kalendarzyku na wakacje. TEKST: Emil Macherzyński

Electric Nights

55


196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 Fifty, fourty, thirty, twenty and ten 1995200520151966197619861996200 years ago 196419741984 19942004201419651975 1985 6 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791989199 920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 1996 2006 2016 1967 1977 1987 1997 2007 2017 1968 1978 1988 1998 2008 2018 1969 1979 1989

1961

The Shadows The Shadows

Pierwszy album, który chciałbym przedstawić w niniejszym artykule musi mieć coś, co wpłynęło na pozostałe. Nie chodzi mi tutaj o bezpośrednią inspirację, bo takowej raczej nie doszukamy się w opisywanych płytach. Debiut The Shadows to płyta stawiająca gitarową muzykę w nowym, korzystnym świetle pierwszego miejsca brytyjskiej listy przebojów. To krążek fascynujący z powodu swojej doniosłości jako albumu docenianego przez muzyków The Beatles, The Who czy Queen. Nie odpowiem na pytanie, czy rzeczywiście przed premierą „The Shadows” muzyka w UK nie istniała, jednak jedno jest pewne - w krótkim czasie po jego wydaniu na Wyspach wielu młodych ludzi poszło w ślady zespołu, niekiedy odnosząc większy sukces, niż ich idole. Szkoda, że pierwsza płyta The Shadows, nagrana w legendarnym studiu Abbey Road, przez swój instrumentalny charakter nie została zapamiętana w powszechnej świadomości jako epokowe dzieło, w przeciwieństwie do produkcji wielu artystów, których zainspirowała. Ważne jednak, że wprowadziła gitarę na należne jej miejsce w muzyce rozrywkowej.

1971

196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 1995200520151966197619861996200 The Rolling Stones 6 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791989199 920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 Sticky Fingers 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 Wybór na jeden z wielkiej czwórki albumów Stonesów, pierwszy wydany dla własnej wytwórni, padł wcale1989 nie 19962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 jako oczywisty typ z roku196219721982199220022012 1971. Rocznik jest to wyborny, wydaje się, że najlepszy z pięciu opisywanych przez nas 199920092019 196119711981199120012010 1963 19731983 w tej serii artykułów. Dlaczego więc „Sticky Fingers”? Nie tylko ze199520052015196619761 względu na skandalizujące elementy 199320032013196419741984 19942004201419651975 1985 w postaci1997200720171968 legendarnej już rozsuwanej okładki, tekstów o esencji życia (czyli o łatwych panienkach i prochach), 98619962006 2016196719771987 1978198819982008201819691979 drugim po „Satisfaction” najlepszym riffie w historii rocka w postaci „Brown Sugar”. To1963 jedna z najbardziej 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 19731983 spójnych płyt Stonesów, bez zbędnych wypełniaczy, inspirowana muzyką amerykańskiego południa, na której 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 19952005201519661976198 Jagger/Richards położył nacisk na fantastyczne melodie. To, z jednej strony, album z hitem z pierwszego 619962006 2016 19671 9771987duet19972007 20171968 197819881998200820181969197919 miejsca Billboardu, a z drugiej, zawierający dwa najbardziej niedoceniane utwory w dyskografii Mam 89199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 zespołu. 19731983 na myśli chyba jednak współtworzony przez Marianne Faithfull „Sister Morphine” i posiadający rewelacyjny, 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 rzężący riff, zblazowany „Sway” z ukrytymi za wokalem Micka partiami klawiszy. Na „Sticky Fingers” słyszymy 19962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 1989 The Rolling Stones w najwyższej formie. Czego można chcieć więcej… Pomimo tego,1963 że w 1971 r.19731983 wydano co 199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 najmniej dziesięć płyt zaliczanych do kanonu rocka,1985 nieobiektywnie powtórkę z ich odsłuchu polecam zacząć 199320032013196419741984 19942004201419651975 199520052015196619761 od tego albumu – realizacji hasła „sex, drugs and rock ’n’ roll”. 98619962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 1995200520151966197619 8619962006 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791 98619962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 1995200520151966197619

1981

56 Electric Nights

Wipers

Youth Of America W każdej dekadzie natrafimy na album, który nie zyskał uznania w momencie premiery, ale jego rolę w kształtowaniu się nurtów muzycznych czy kolosalny wpływ na legendarne płyty wydane później nie sposób przecenić. „Youth Of America” jest właśnie przykładem takiego longplaya. W półgodzinnej dawce dźwięków stłoczono esencję punkowej energii i psychodeliczne efekty, które nadają całości unikalnego brzmienia. Wokal spełnia wrażenie opętanego, wprowadza paranoiczny nastrój. Wydawać by się mogło, że płyta stanowić będzie jedynie niespójny konglomerat pomysłów autorów. Nic bardziej mylnego, charakterystyczne połączenie chaotycznych dźwięków gitar z „przerażającymi” ozdobnikami (podobne zabiegi stosował wtedy Bauhaus) w rozwleczonym do 10 min. utworze tytułowym stanowią nadzwyczaj dopracowaną całość. Klimat i nieoczywista melodyjność piosenek zawartych na „Youth Of America” oraz nowatorskie podejście Wipers do punkowej stylistyki sprawiły, że dziś możemy się cieszyć dokonaniami Sonic Youth, My Bloody Valentine, Dinosaur Jr. czy Nirvany. Chociaż ani płyta, ani zespół nie odniosły wielkiego sukcesu, zapoznając się z albumami wspomnianych grup (i wielu innych, których z uwagi na ograniczoną ilość miejsca nie będę wymieniać) prędzej czy później natrafimy na ślad inspiracji tym krążkiem. W owym wpływie na tuzy muzyki oraz genialnym brzmieniu tkwi jego siła.


196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 1995200520151966197619861996200 6 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791989199 920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 1996 2006 2016 1967 1977 1987 1997 2007 2017 1968 1978 1988 1998 2008 2018 1969 1979 1989

1991

Smashing Pumpkins Gish

W roku, w którym świat usłyszał o grunge, w Chicago ukazała się płyta zespołu często błędnie szufladkowanego jako przedstawiciela tego nurtu. Na „Gish” nie słychać jeszcze jak wielkie spektrum inspiracji różniło dokonania Smashing Pumpkins od całej sceny Seattle. Ten album jest nie tylko docenionym przez krytykę debiutem dobrze zapowiadającej się grupy (a w latach 1991-1994 najlepiej sprzedającym się albumem w historii rocka wydanym przez niezależną wytwórnię), ale przede wszystkim odejściem od pływających w oparach twórczości The Cure piosenek z wczesnych dem oraz preludium do genialnego „Siamese Dream”. Fascynację hard rockiem i rozbudowanymi aranżacjami spod znaku Queen, umiejętnie połączonymi z elementami psychodelicznymi, Billy Corgan doprawia fantastycznymi melodiami (jednak bez tak dominującej roli, jaką mają na późniejszych płytach), wspartymi mocarnymi uderzeniami w kotły Jimmy’ego Chamberlina. Przyćmiony legendarnymi już kolejnymi pozycjami w dyskografii Smashing Pumpkins „Gish” jest chyba nieco zapomnianym fragmentem historii chicagowskiej grupy. Stanowi jednak dowód rozwoju artystycznego Billy’ego oraz doskonałej współpracy z producentem Butchem Vigiem. Pamiętajcie - rok 1991 to nie tylko zachodnie kresy USA, „Czarny Album” zespołu Metallica i upadek Związku Radzieckiego.

2001

196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 1995200520151966197619861996200 Black Rebel19781988199820082018196919791989199 Motorcycle Club 6 2016 19671 9771987 19972007 20171968 920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 B.R.M.C. 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 Po przesłuchaniu albumu mniej lub bardziej shoegazującego zespołu zawsze mam tak, że odpalam 19962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 1989 „Psychocandy”. Ot tak, dla porównania. Niewiele płyt wytrzymuje starcie z gigantem.1963 Tym razem,19731983 do pewnego 199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 momentu, walkę udało się nawiązać. Krążek najbardziej brytyjskiego z amerykańskich zespołów debiutujących 199320032013196419741984 19942004201419651975 1985 199520052015196619761 w pierwszej dekadzie XXI w. (wcześniej to miano należało do The Dandy Warhols) to rzecz zapowiadająca 98619962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 jedną z najciekawszych karier ubiegłego dziesięciolecia. Karierę grupy niesłusznie niedocenianej i przez wielu 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 przekreślonej po country-bluesowym „Howl”. Black Rebel Motorcycle Club zostaną jednak przede wszystkim 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 19952005201519661976198 jako autorzy „B.R.M.C.”, płyty będącej zwiastunem garage rock revival, albumu odnoszącego się 619962006 2016 19671 9771987zapamiętani 19972007 20171968 197819881998200820181969197919 w wyraźny sposób do dokonań Jesus and Mary Chain i Ride, nie stroniącego też od nawiązań twórczości 89199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963do 19731983 The Stooges. Krążka, którego znakiem rozpoznawczym są ciężkie, brzęczące gitary i psychodeliczna atmosfera 199320032013196419741984 199420042014196519751985 199520052015196619761986 wylewająca się pod ciśnieniem ich jazgotu na uszy słuchacza. Sztandarowymi trackami zapowiadającymi 1989 nową 19962006 2016196719771987 1997200720171968 1978198819982008201819691979 rewolucję są „Love Burns”, „Red Eyes And Tears” i „Spread Your Love”. Największym jednak indywidualnym 199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 atutem „B.R.M.C.” pozostaje „Whatever Happened To My Rock ’N’199520052015196619761 Roll (Punk Song)”, jedna z najważniejszych 199320032013196419741984 19942004201419651975 1985 rockowych1997200720171968 piosenek lat 2000-2009. 98619962006 2016196719771987 1978198819982008201819691979 1989199920092019 196119711981199120012010 196219721982199220022012 1963 19731983 199320032013 196419741984 19942004201419651975 1985 199520052015196619761986 TEKST: Witek Wierzchowski 19962006 2016 19671 9771987 19972007 20171968 19781988199820082018196919791 1996 2006 2016 1967 1977 1987 1997 2007 2017 1968 1978 1988 1998 2008 2018 1969 1979 Wydawca: Fundacja Electric Nights, 20-828 Lublin, ul. Wołynian 33/2 Prezes Zarządu: Anna Kułakowska ak@electricnights.org Członek Zarządu: Marcin Hendzel mh@electricnights.org

n Redaktor naczelny: Łukasz Kuśmierz naczelny@electricnights.pl

n Webmaster: Gafyn Davies technika@electricnights.pl

n Redaktor prowadzący serwisu internetowego: Emil Macherzyński prowadzacy@electricnights.pl

n Opracowanie graficzne: Kinga Słomska

n Zespół i współpracownicy: Kamil Białogrzywy, Adam Dobrzyński, Robert Grablewski, Bartosz Iwański, Maciej Kancerek, Tomasz Kowalewicz, Marek Kułakowski, Przemysław Nowak, Antoni Opolski, Marcin Puszka, Przemysław Skoczyński, Maciej Tomaszewski, Marcel Wandas, Witold Wierzchowski, Katarzyna Wolanin,Martyna Zagórska, Łukasz Zwoliński

n Adres do korespondencji: redakcja@electricnights.pl

Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do skrótów i redakcyjnego opracowania nadesłanych tekstów. Za treść reklam i ogłoszeń redakcja nie odpowiada. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystanie w jakiejkolwiek innej formie bez pisemnej zgody wydawcy - zabronione. Zabroniona jest bezumowna sprzedaż numerów bieżących i archiwalnych. Sprzedaż taka jest nielegalna

n Reklama: reklama@electricnights.pl

i grozi odpowiedzialnością karną i cywilną.

Electric Nights

57



Electric Nights 03/2011