Page 1

Life begins here

ET SRCEAP E Ś Ć Antonio d’Amico Gaétan Lebègue Imię Nazwisko  Lykke Li GiuliaImię y LosNazwisko Tellarini Imię Nazwisko  ImięNieścier Nazwisko Leslie Hsu Olga ImięJeż Nazwisko  Imię Nazwisko Jerzy Saturczak

11 log out, go to park

21zł / 6€ (8% VAT incl.) numer 11 | 11th issue lato | Summer 2011 INDEKS 256544


TEL. 022 636 60 16


ph. Igor Drozdowski


contributors

Hervé Landry

 42

Trend setter i trend hunter w dziedzinie sztuki i designu dla takich marek jak LVMH, Rolex, Absolut, Cartier, itp. Mieszka i pracuje w Paryżu. Był kuratorem kilku wystaw w paryskim Muzeum Sztuki Dekoracyjnej i podczas Biennale w Wenecji, m.in. Mirosława Bałki. Jest odpowiedzialny za dział sztuki w szwedzkim BON Magazine. Trend setter and trend hunter in the field of art and design, with work experience gained at LVMH, Rolex, Absolut, Cartier, etc. He lives and works in Paris. He administrated several exhibitions in the Paris Museum of Decorative Arts and the Venice Biennale of, i.a., Mirosław Bałka. Author of the art section of the Swedish BON Magazine. Katarzyna Okińczyc

 34

Projektant produktu i strategii wizerunkowej marek. Studia rozpoczęła na ASP w Poznaniu, a ukończyła na UdK (Universitaet der Kuenste) w Berlinie na wydziale Projektowania Przemysłowego. Doświadczenie zawodowe zdobyła pracując dla firm projektowych w Niemczech i USA. Obecnie prowadzi w Polsce firmę projektową okińczyc-design. Product and marketing strategy designer. She started studying at Poznań Academy of Fine Arts and later graduated from industrial design at the Berlin Universitaet der Kuenste. She gained her professional experience working for design companies in Germany and the US. Currently she heads a Polish design company, okińczyc-design. Amadeusz AAAGHR Mierzwa

 159

Ilustrator z krainy węgla, robiący dyplom na wydziale malarstwa Katowickiej Akademii Sztuk Pięknych. Silesian illustrator, student of painting at the Katowice Academy of Fine Arts. Ewa Gumkowska

 164

Architekt wnętrz i przestrzeni publicznych. Zainteresowania: miasto, ludzie, podróże, kulinaria. Interior and public space designer. Interested in city life, people, traveling and cooking. Franciszek Sterczewski

 30, 38

Rocznik 1988, student Architektury i Urbanistyki UA w Poznaniu. Muzyk samouk. Amator grafiki. Jak każdy miły, młody człowiek interesuje się filmem, historią sztuki, podróżowaniem na stopa, kulturą niezależną i dobrą kuchnią. Czasem coś napisze. Born in 1988, student of architecture and urban studies at the Poznań University of Economics. Self-taught musician. Interested in graphics. Like every well-disposed young adult, he is into film, history of art, hitch-hiking, independent culture and good cooking. He writes every now and then.

14


content

18 DRAWME

58

112

160

I Saloni i antypody

Rubber Dots

Out There

Na wojskowym garnuszku

26

60

125

162

Mediolans

Management to nie hobby

Esc Ramona

FejsBóg czy FakeZbuk?

30

64

137

164

Krytyka architektury

Olgi Dolce Vita

Po nitce dookoła świata

Patrz pod nogi!

34

70

140

Mały-duży projektant

Nie narzekać na eventy modowe!

Jeż Jerzy

38

73

144

Warto widzieć, by wiedzieć

Antonio d'Amico

Epifanie pamięci

42

83

DRESSME

148 SHOOTME

Gaétan Lebègue

Impossible Princess

Out of…

49

93

152

DRAWME

DRAWME

DRAWME

DRAWME

DRAWME

MUSEME

MUSEME

DRESSME

MUSEME

DRESSME

TELLME

DRESSME

README

README

README

TELLME

DRESSME

TELLME

DRESSME

README

DRESSME

okŁadka / cover Photo: Amilcare Incalza + Alexandro Martinengo Model: Ramona / HOOK

Lykke Li

Hamen

Pani Frenher

52

100

154

MUSEME

README

DRESSME

Shirt: Patrizia Pepe Redakcja zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów, zmian stylistycznych i opatrywania nowymi tytułami materiałów

Giulia

Polska filozofia mody

Sprawdź Fejsa, Bóg zabije Hipstera

56

102

159 README

MUSEME

DRESSME

nadesłanych do druku oraz nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczonych reklam i ogłoszeń. Oznaczenie uwolnionych dzieł pojawi się w PDF, który będzie dostępny do pobrania na www.take-me.pl

Dori Fi

Freestyle, głupcze!

Maddie pure white

15

po zakończeniu sprzedaży TM11.


m asthea d Wydawca / Publisher Fundacja Twórcy Możliwości ul. Garncarska 9  61-817 Poznań kontakt@tworcymozliwosci.pl

Redaktor naczelny / Editor in chief

Dyrektor kreatywny / Creative director

Michał Gołaś michal.golas@take-me.pl

Dominik Fórmanowicz dominik.formanowicz@take-me.pl

Redaktorka / Editor Ela Korsak ela.korsak@take-me.pl / redakcja@take-me.pl

Museme

Shootme / Dressme

Magda Howorska museme@take-me.pl

Igor Drozdowski igor@take-me.pl

Drawme

Dressme Mediolan / Londyn

Jerzy Woźniak, Franciszek Sterczewski aroundme@take-me.pl

Darien Mynarski darien@take-me.pl

Współpraca / Cooperation Amilcare Incalza, Alexandro Martinengo, Edward Pasewicz, Ewa Gumkowska, Sławomir Magala, Zofia Ziółkowska, Anna Demidowicz, Katarzyna Okińczyc, Patyczak, Łukasz Samsonowicz, Alina Kubiak, Sebastian Frąckiewicz, Łukasz Saturczak, Magdalena Urbańska, Piotr Chudzicki, Zosia Zija i Jacek Pióro, Wojciech Mikołaj Rukujżo, Nyco Dyszel, Marcin Brylski, Katarzyna Toczyńska, Ada Buchholc, Dorota Wątkowska, Agata Dudek, Marta Gliwińska, Ada Kovacheva, Marta Dudziak, Anna Wyżykowska, Klara Czerniewska, Piotr Stokłosa, Hervé Landry, Leslie Hsu, Anna Kubiak, Łukasz Urbańczyk, Krystian Lurka, Ola Jaskułowska, Dorota Kubiak, Amadeusz Mierzwa

Italian Public Relations STUDIO TERENZI, MARA TERENZI mara@terenzis.com tel. +39 02 66719268

Biuro Marketingu i Reklamy, patronaty / Marketing & Advertising Office, patronage Katarzyna Kin kasia.kin@take-me.pl

public relations

Prenumerata / Subscription

Tomasz Szymański tomasz.szymanski@take-me.pl

Patrycja Todorowska subscribe@take-me.pl

Korekta / Proof-reading

Konsultacje Prawne / Legal Advice

Ela Dajksler, Marta Molińska, Krystian Lurka, Joanna Garbacik

Bartosz Siekacz, Marcin Barański, Maciej Burger

English Corrections

Tłumaczenia / Translations

Zygmunt Nowak-Soliński

Tomasz Jarmużek, ponadto Maria Skiba, Anna Wontorczyk

Skład / Layout

DTP

Michał Gołaś, Joanna Garbacik, Maria Skiba

Łukasz Siwik www.grafikdtp.pl

Druk / Printing

Print manager

Graphus-Pach Sp. z o.o. www.graphuspach.pl

Piotr Toczyński p.toczynski@gfp.pl

16


e d it o ri a l Kapryśne Nastki, czyli kolejny set poszukiwań Dominik Fórmanowicz

L

OG OUT, GO TO PARK to numer niezwykły (znowu…) pod wieloma względami. Przede wszystkim otwiera drugą dziesiątkę wydań TAKE ME, co dla miesięczników może nie jest specjalnym wydarzeniem, ale dla redakcji magazynów wydawanych w formie rzadszej i bardziej kolekcjonerskiej jest niemałym przeżyciem. Przeżycie to dobre słowo, oznacza bowiem, że „przeżyliśmy” i nadal tu jesteśmy! Poprzednim numerem zamykaliśmy pewien etap, teraz wchodzimy w nowy. U wielu z nas, również prywatnie, nastąpiło sporo zmian. Czasem okazuje się, że w nowej rzeczywistości niektóre sprawdzone rozwiązania już nie działają, trzeba wypracować nowe, spojrzeć na rzeczywistość z innej perspektywy. Być może w obliczu zmian szalejących dookoła okaże się, że największe zmiany zaszły w nas samych.. Chay Blyth, jeden z uczestników owianych legendą regat Golden Globe w 1968 roku, napisał: Była to dla mnie podróż odkrywcza, a przedmiotem odkrycia miałem być ja. Pewnie większość z Was utożsamia się z tym zdaniem tak, jak my, mimo, że samotny rejs dookoła świata jest tylko niedoścignionym marzeniem. W każdym razie szeroko pojęte „my”, czyli ekipa TAK ME, cały czas próbujemy utrzymać stały kurs, ale zamiast Ryczących Czterdziestek i Wyjących Pięćdziesiątek Oceanu Południowego mamy przed sobą

Kapryśne Nastki branży prasowej i wymagań naszych Czytelników. Po dziesięciu wydaniach TAKE ME przychodzi zatem czas na refleksję, określenie pozycji i ponowne przejrzenie map. Wylogowujemy się z fejsa, opuszczamy biura i idziemy do tytułowego parku szukać kolejnych inspiracji, żeby w dalszym ciągu móc Was zaskakiwać. Weźcie frisbee, książki, papierosy, wino i znajomych i chodźcie z nami. Tak jak Ramona Chmura podczas swojej wielkiej ucieczki ujętej w historii Amilcarego Incalzy (str. 125) czy Maddie Kulicka, zagubiona pośród korytarzy Teatru Wielkiego (str. 102). Zróbcie coś dla siebie, coś, co dawno mieliście zrobić albo przypomnijcie sobie cel, który kiedyś nieopatrznie zarzuciliście. Może sesja Out There autorstwa niedoścignionego Lesliego Hsu (str. 112) pomoże Wam przenieść się do innego świata, a może jej egzotyczny posmak będzie motywacją do tego, żeby wreszcie kupić ten cholerny bilet i „tam” pojechać, gdziekolwiek Wasze „tam” się znajduje. Lato w kraju, w którym największą wartością zdaje się być swojski, leniwy „długi weekend”, to najlepsza okazja, by wreszcie zrobić coś, o czym jeszcze niedawno nie myśleliście poważnie albo na co, w swoim mniemaniu, nie jesteście jeszcze gotowi. Nikt nie będzie miał do Was pretensji. My na pewno nie. Niech tytuł TAKE ME 11 będzie pierwszą zachętą do kolejnego seta letnich poszukiwań – zachętą od nas, którzy, tak samo jak wy, cały czas szukamy. ×

17


drawme

I Saloni i antypody Celebrując mediolański tydzień designu Tekst i zdjęcia: Klara Czerniewska

Stół Duke i wazy Crystall Ball zaprojektowane przez Matteo Zorzenoniego, a wykonane przez Viero i+Sartori (szkło) oraz La Veneta (stół)

18


drawme

Z

awsze ta sama Reisefieber. Towarzyszące przygotowaniom do wyjazdu wczuwanie się. Niektórzy przed podróżą muszą szczepić się przeciw egzotycznym chorobom. Tymczasem ja wieczorami pochłaniałam okiem i uchem Io sono l’amore Luki Guadagnina. Piękny, melodyjny język. Mistrzowska kuchnia pieszcząca wszystkie zmysły. Ponadczasowa elegancja i wyrafinowanie rekwizytów życia codziennego. Przedsmak podróży do innego, lepszego świata. Przez tydzień 11–17 kwietnia design zawładnął całym Mediolanem. Dzięki zaproszeniu od Sanitec Koło miałam prawie trzy dni na liźnięcie jedynie skromnej części całej imprezy. Nie interesowała mnie pogoń śladami światowej sławy nazwisk i marek ani wyłapywanie rynkowych nowalijek, które trafią niebawem do butikowych concept sto-

re’ów (i tak można je szybko namierzyć w necie). Ponieważ to był mój pierwszy raz, próbowałam odnaleźć się w topografii i Saloni, chłonąć potencję tkwiącą w ludziach, miejscach i rzeczach. Poddać się urokowi wszechobecnego spektaklu. To, na co na pewno mo g łam licz yć , to z achłyst estetyczny. Coroczne, międzynarodowe targi mediolańskie mają już swoją historię. Pierwszy Salone otwarto pół wieku temu, 24 września 1961 roku, na terenach wystawowych pamiętających międzywojenne targi La Campionaria. Aby zrozumieć istotę Saloni, warto uświadomić sobie prosty fakt: 20 lat po wojnie odbudowany rynek krajowy był już nasycony. To spowodowało, że niewielka grupa reprezentantów branży meblarskiej postanowiła promować włoskie meble i akcesoria wyposażenia wnętrz na skalę międzynarodową. Salone del Mobile był więc pierwotnie pokazem możliwości eksportowych włoskich manufaktur. Z czasem zaś, wraz z kolejnymi falami gości i wystawców z zagranicy, rozrósł się do dzisiejszych, gargantuicznych rozmiarów i obrósł w nieokiełznaną liczbę imprez towarzyszących. Obecnie tydzień designu w Mediolanie to nie tylko komercyjne i Saloni, w ramach których wyodrębniono wystawy działające na zasadzie biennale: w latach nieparzystych oświetlenia (Euroluce – od 1976) i mebli biurowych (SaloneUfficio – od 1982), a w latach parzystych targi wyposażenia kuchni (od 1974) i łazienek (od 2006). To także liczne pokazy rozproszone w prywatnych galeriach i butikach, oznaczone chorągwiami FuoriSalone (poza salonem). To również dwie wydzielone w przestrzeni miejskiej strefy: Ventura Lambrate, gdzie znani kuratorzy oraz absolwenci i studenci cenionych uczelni redefiniują pojęcia projektowania, sztuki, komercji; oraz Zona Tortona, postindustrialna dzielnica, której jądrem jest Superstudio Piu – miejsce najbardziej spektakularnych pokazów i premier luksusowych marek. Ponadto równolegle odbywają się działania alternatywne, krytyczne, nawołujące do przemyślenia prokonsumpcyjnej formuły promowanej przez oficjalną politykę targów – przykładem Public Design Festival czy eksperyment

19

dizzzy.eu. Jednak nawet te wydarzenia o wywrotowym charakterze, choćby przez swoją symultaniczność, wpisują się w globalną afirmację designu we wszystkich jego przejawach. Teatralizacja konsumpcji Sposób eksponowania luksusowych dóbr, scenografia (i choreografia) wystaw miała niebagatelne znaczenie, szczególnie w Zona Tortona i na targach oświetlenia Euroluce. Królowały tam piękne, drogie przedmioty spowite aurą tajemniczości i niedostępności. Aby zobaczyć wyroby marki Alcantara trzeba było przebyć gęstwinę zielonych, splątanych frędzli, a niektóre stoiska na Euroluce zamykały się za wszelkiej maści parawanami rozpraszającymi lub filtrującymi światło, wzbudzając ciekawość, jaka forma jest jego źródłem. Z kolei inne obiekty całkiem zatracały swą prozaiczną, użytkową funkcję i stawały się aktorami w pełnym monumentalności i splendoru spektaklu. Przykładem przepełniona dramaturgią multimedialna choreografia oświetlenia Foscarini, a także bajkowe dywany haute couture marki Floor to Heaven, w które przyobleczono modelki stojące na postumentach, a wielki ochroniarz pilnował, by niczego nie fotografować. Eksperymenty z pogranicza Leżące poza ścisłym centrum Mediolanu strefy Ventura Lambrate i SaloneSatellite mają zbliżony profil. W obu odbywają się prezentacje szkół i młodych, stawiających pierwsze kroki projektantów. Ventura Lambrate, jak oznajmił mi właściciel okolicznego butiku, jest najbardziej kreatywną częścią miasta. Tu przychodzi się w poszukiwaniu inspiracji i by wyłapać kiełkujące talenty. Tutaj, w wąskich podwórkach apartamentowców pachnących świeżym tynkiem, w pracowniach architektonicznych i pofabrycznych hangarach, nieraz trudno uchwycić granice między użyteczną sztuką, rzemiosłem i artystycznym projektowaniem, którego rezultatem niekoniecznie jest produkt. Niektóre obiekty nieodparcie kojarzą się z pracami Aliny Szapocznikow (biżuteria


drawme

w Londynie Hiszpanka Andere Monjo specjalizuje się w iluzjonistycznych rysunkach na meblach, talerzach czy poduchach; Soojin Kang obija retro mebelki kolorowym zamszem, a studio Future Tradition (Niemiec Christoph John, Serbka Jovana Bogdanovic i Chińczyk Zhang Lei) eksploruje nowe możliwości wykorzystania tradycyjnego chińskiego papieru, używanego do produkcji parasoli. Wątki narodowe

Fragment ekspozycji Carwan Gallery z Bejrutu

holenderki Fien de Graaf) czy Artonami Włodzimierza Borowskiego (prace Jenny Lee z Central Saint Martins). Trzy bardzo charakterystyczne wystawy koncentrują się wokół nowatorskich rozwiązań w zakresie tkaniny i jej odniesień do takich dziedzin jak biotechnologia, psychoanaliza czy digitalizacja. Są to prezentacje prac dyplomowych wydziału Textile Futures na Central Saint Martins, Swedish School of Textiles Uniwersytetu Boras oraz konceptualna wystawa Talking Textiles, zorganizowana przez Li Edelkoort, obwieszczającą triumfalny powrót tkanin do sztuki urządzania wnętrz.

czytać” książkę bez tekstu, pachnącą lasem albo morzem; unieść ceramiczną tackę, wyglądającą jakby była wykonana z papieru czy wreszcie zabrać ze sobą przezroczysty balon w kształcie komiksowego dymka, ze swoim osobistym przesłaniem dla świata. Młodzi designerzy swoje prototypy współtworzą często z lokalnymi rzemieślnikami, w oparciu o dostępne technologie. Działająca

Na SaloneSatellite szczególnie zaintrygowała mnie wystawa szkoły designu z Nantes, której studenci postawili na projektowanie nowych udogodnień dla zwierząt domowych. Niezwykłe wrażenia zapewniała też prezentacja Design Facility z Politechniki Singapurskiej, obrazująca koncepcje inspirowane żywiołem powietrza. Można było udekorować biały puf poprzez dmuchanie weń kolorowymi bańkami mydlanymi; „prze-

Powoli doszukuję się podobieństw pomiędzy kolejnymi wystawami. Dostrzegam w jaki sposób projekty z poszczególnych szkół są zakorzenione w lokalnym kontekście. My Bauhaus is Better than Yours, kolektyw założony przez absolwentów z Weimaru, podchodzi do zmitologizowanej tradycji swej uczelni z humorem i dystansem, zachowując jednocześnie koncepcję totalnego projektowania przestrzeni mieszkalnej: od stołu po grafikę na ścianie. Agnieszka JacobsonCielecka i Paweł Grobelny w szóstej odsłonie UnPolished legitymizują kanon współczesnych polskich ikon designu. Czesi z praskiej Akademii Architektury, Sztuk i Projek­ towania eksplorują możliwości rodzimej porcelany i kryształów, a Anglicy z The New English zasiadają do fajfa przy niepokojąco wzorzystej zastawie. Australijczycy bawią się stereotypem „drugiej półkuli”. Studenci Bezalel Academy of Arts and Design z Jerozolimy „myślą" rękoma na wystawie Thinking hands: eksperymentują z „ubogimi”

My Bauhaus is Better than Yours to inicjatywa absolwentów z Weimaru

20


drawme

materiałami, takimi jak odpady, zgodnie z zasadą, że w trudnych pustynnych warunkach wszystko się przydaje i można zrobić coś z niczego (to wiedza wyssana z mlekiem pierwszych osadniczek). Japonia świeci przykładem w zastosowaniu najnowocześniejszych materiałów i technologii w subtelny, wręcz poetycki sposób, co szczególnie uderzyło mnie w bodaj najgenialniejszej ekspozycji studia 3-1 design (tkaniny z metalowymi nićmi funkcjonujące jako włączniki lub nośniki światła albo przestrzenne konstrukcje otulające inne obiekty). Polskie aspiracje Obecność naszego krajowego projektowania była zaznaczona we wszystkich strefach tygodnia designu. We właściwej przestrzeni targowej, pod wspólną egidą Young Creative Poland wystawiały Iker, Noti, Vox i Zieta Prozessdesign. Prezentowały się również meble Kler, a Balma wystąpiła w SaloneUfficio. W SaloneSatellite zasłużonym zainteresowaniem cieszyli się Bashko Trybek, (o którym pisałam w TAKE ME 10), a także poznańskie studio Beyond (Karolina Tylka i Szymon Nawój), które przedstawiło obrotową stoliko-ławkę Coffee Bench. W Superstudio Piu, w sercu Zona Tortona, odbyła się premiera nowej kolekcji Comforty: Real Industry Future Classics, będącej wdrożonym do produkcji pokłosiem międzynarodowego konkursu, prezentowanego wcze-

Ekspozycja studia Future Tradition w SaloneSatellite

śnie j w warsz awsk im CSW Z amek Ujazdowski. Podczas wtorkowego wernisażu nie mogło zabraknąć takich osobistości, jak trend watcher Zuzanna Skalska, dyrektorka Śląskiego Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości w Cieszynie Ewa Gołębiowska, Dorota Stępniak z Łódź Art Center czy też projektantów młodego i średniego pokolenia: Oli Mireckiej, Kuby Sobiepanka czy Tomka Rygalika, który pod

koniec ubiegłego roku został dyrektorem artystycznym Comforty. W Ventura Lambrate, oprócz wspomnianej wystawy UnPolished, osobny prowokacyjny pokaz The Dowry (Słoneczko) z pogranicza sztuki i nauk społecznych zaprezentowała Agnieszka Lasota, która od jakiegoś czasu kontestując zasadność procesu projektowania i (re) produkowania funkcjonalnych przedmiotów – obiektów pożądania i bezrefleksyjnej konsumpcji – podąża ścieżkami wytyczonymi przez Krzysztofa Wodiczko i Marcela Duchampa. Polskiej scenie projektowej wciąż daleko jeszcze do instytucjonalizacji. Dla porównania, Holendrzy, Brytyjczycy, Szwedzi czy Niemcy wydają publikacje obejmujące nie tylko wszystkie miejsca w Mediolanie, w których można znaleźć prace ich rodaków, ale też zaopatrujące wnikliwego czytelnika w artykuły opisujące środowisko twórców, mechanizmy promocji krajowego designu itd. Przed nami jeszcze sporo do nadrobienia, ale jesteśmy na najlepszej drodze by wyrosnąć na nową potęgę. ×

Ściemniacze - zabójcy nudnych krzeseł studia Beton

21


drawme

I Saloni and the Antipodes Celebrating Milan Fashion Week : Klara Czerniewska Text & photos

Soojin Kang presented a collection of furniture upholstered in colorful suede Photo: Ania Wawrzykowicz, courtesy of Soojin Kang www.soojinkang.net

22


drawme

A

lways the same Reisefieber. The feeling accompanying my preparations for the journey. Some have to be vaccinated against exotic diseases, while I spent many evenings visually and audially devouring Io sono l’amore by Luca Gaudagnino. What a beautiful, melodic language. A masterpiece caressing all the senses. Timeless elegance and sophistication of everyday life. A prelude to a voyage to a better, different world. For a week, April 11th-17th, design ruled in Milan. Thanks to an invite from Sanitec Koło I had almost three days to experience a tiny piece of the event. I was not interested in chasing the big names and brands, nor in fishing out the newest trends that will soon be in concept stores (you can spot them easily on the internet anyway). Because it was my first time, I tried to explore the topography of I Saloni, take in all the potential of people, places and things. Give in to the surrounding spectacle. What I counted for, and got, was aesthetic exhilaration. The annual, international Milan Fair already has a history. The first Salone was opened a half century ago, September 24th 1961, on the exhibition grounds of the still remembered La Campionara – the inter-war Fair. To really understand the idea behind the Fair, one has to realize a simple fact: twenty years after the war, the Italian market was saturated. This made a small group of the furniture industry representatives want to promote Italian furniture on an international scale. So initially, Salone del Mobile was a show of the export capabilities of Italian manufactures. With time, and with new waves of international guests and exhibitors, it grew to its current, gargantuan size and incorporated a countless amount of accompanying events. Currently, Milan Design Week is not only the commercial I Saloni, where we have shows on a biennale-basis: in the uneven years lighting (Euroluce– from 1976) and office furniture (SaloneUfficio– since 1982), and in even years kitchen– (from 1974) and bathroom equipment (from 2006). There are also shows spread around

23

private galleries and boutiques, marked with FuoriSalone flags (outside the salon). There are also two spaces, outlined within the city: Ventura Lambrate, where famous curators, students and alumni of design schools redefine the idea of design, art and commerce; and the Zona Tortona, a postindustrial part of the city, with a center in Superstudio Piu– a place for spectacular shows and luxury brand premieres. What’s more, there are parallel alternative events, critical, calling for a rethink of consumption-aimed at the official politics of the Fair– for example Public Design Festival or the dizzy.eu experiment. There are also those actions, rebellious in nature, a part of the global affirmation of all kinds of design, even if only by their simultaneity to the official Fair. A theatre of consumption The way luxury goods are displayed, scenery (and choreography) of the shows, was of the greatest importance, especially in the Zona Tortona and the Euroluce Fair. Beautiful, expensive objects were there to be admired, they seemed unattainable and mysterious. To see some of the Alcantara products, one had to pass through a thicket of green, entangled fringes, and some of the Euroluce stands were behind screens, diffusing or filtering the light, to make the viewer curious as to the form of the light source. Other objects lost their everyday, usable function, to become actors in a monumental, splendid spectacle. An example: a dramatic multimedia choreography of the Foscarini lighting; fairytale haute-couture carpets by Floor to Heaven, draped over models on postuments. High security made sure no photos were taken. Borderline experiments The Ventura Lambrate and SaloneSatellite zones, a little off-centre, are of a similar profile. Both present schools and young, debuting designers. Ventura Lambrate, as a boutique owner claimed, is the most creative part of the city.


drawme

able technologies. The London-based Andere Monjo from Spain, specializes in illusionist drawings on furniture, plates and pillows; Soojin Kang works with retro-furniture, and the Studio Future Tradition (Christoph John from Germany, Jovana Bogdanovic from Serbia, Zhang Lei from China), explore new ways of using traditional Chinese paper used in parasols. National threads

Thanks to students from Design Facility in Singapoure we can feel the presence of air. Photo: courtesy of Design Facility, www.designfacility.sg

Here you come to find inspiration and ‘sprouting’ talent. Here, in the narrow backyards of freshly-plastered condos, in architecture workshops and post-industrial hangars, it is sometimes difficult to distinguish between craftsmanship and artistic design, which not always results in a product. Some objects evoke the memory of Alina Szapocznikow (Fien de Graaf jewellery) or of Włodzimierz Borowski’s Artony (the works of Jenny Lee from Central Saint Martins). Three very characteristic shows concentrate around fabric and its links to biotechnology, psychoanalysis and digitalization. Those are the works of the Textile Futures department from Central Saint Martins, the Swedish School of Textiles from the Boras University and a conceptual Talking Textiles show, organized by Li Edelkoort who announced a great comeback of textiles in the art of interior design.

in the air element. You could decorate a white pouf by blowing bubbles on it; “read” a book with no text but smelling of a forest and the sea; lift a ceramic tray that looked like paper or finally, take away a transparent balloon in the shape of a comic book talk bubble with your personal message to the world. Young designers cooperate on the prototypes together with local craftspeople, using avail-

At the Salone Satellite, I was especially drawn to the show by the Nantes School of Design, where students designed facilities for household animals. A special experience was also the show Design Facility by the Singapore Technical School, depicting concepts based

Slowly, I start seeing similarities in the subsequent exhibitions. I noticed how the different projects are rooted in a local context. My Bauhaus is Better than Yours, founded by graduates from Weimar, approaches the mythical tradition of their school with humor and distance, at the same time staying true to the concept of the total design of an interior: from the table to the wall graphics. Agnieszka Jacobson-Cielecka and Paweł Grobelny justify the canon of contemporary Polish design icons in the sixth UnPolished show. The Prague Academy of Architecture, Art and Design explore the boundaries of their local porcelain and crystal; The New English have their five o’clock in disturbingly patterned tableware. The Australians play with the stereotype of the “other hemisphere”. Bezalel Academy of Arts and Design students from Jerusalem “think with their hands” at the show Thinking Hands: they experiment with

Exposition of the Swedish School of Textiles in Ventura Lambrate

24


drawme

“poor” materials like waste, according to the something out of nothing. Japan shines a light using new technologies in a subtle, poetic way, which struck me the most in a fantastic display of the Studio 3-I design (fabrics with metal threads, functioning as switches or carrying light, spatial constructions wrapped around other objects). Polish aspirations The presence of our national design was marked in all the zones of the Design Week. On the Fair grounds, under the common name of Young Creative Poland, we could find Noti, Iker, Vox and Zięta Prozessdesign. We could also see Kler furniture, and Balma was displayed at the SaloneUfficio. At the SaloneSatellite, Bashko Trybek (about whom I wrote in TAKE ME 10) enjoyed his welldeserved attention, as well as the Poznańbased studio Beyond (Karolina Tylka and Szymon Nawój), who displayed their Coffee Bench. In the Superstudio Piu, in the heart of Zona Tortona, was the premiere of the new Comforty collection: Real Industry Future Classics, the effect of an international contest, put into production, presented previously in the Warsaw CSW Zamek Ujazdowski. During Tuesday’s vernisage we had celebrities, the trendwatcher Zuzanna Skalska, the director of Śląski Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości in Cieszyn –

Photo: courtesy of Design Facility, www.designfacility.sg

Ewa Gołębiewska, Dorota Stępniak from Łódź Art Center or designers from the y o u n g e r a n d m i d d l e g e n e ra t i o n s: Ola Mirecka, Kuba Sobiepanek and Tomek Rygalik who became the art director of Comforty last year. At the Ventura Lambrate, besides the above mentioned UnPolished show, we had a separate, controversial show connecting art and social sciences, by Agnieszka Lasota, who questions the idea of (re)producing and designing functional

objects – desired and consumed in a thoughtless manner – she follows the paths of Krzysztof Wodiczko and Marcel Duchamp. The Polish design scene is far from being an institution. In comparison, the Netherlands, Great Britain, Sweden, Germany, have publications regarding places where you can find work by their countrymen(women), but also provide you with in-depth background information about the creators, promotional mechanisms and so on. We have a lot of work to do, but we are on the good way and will grow, become influential and powerful! One day. ×

Klara Czerniewska kończy historię sztuki. Pisaniem stara się nadać znaczenie swej nadmiernej konsumpcji dóbr kultury.

Klara Czerniewska almost finished history of art studies. In her writing she tries to give a meaning Decor of Lumini stall at Euroluce fair

to h e r e xc e s s i v e c o n s u m p t i o n o f c u l t u ra l commodities.

25


drawme

Mediolans Tego włoskiego miasta chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Mekka stylu, luksusu oraz mody. Od wielu lat nieomylnie wyznacza kierunki rozwoju w wielu dziedzinach nie tylko sztuki i kultury, ale również biznesu. Miejsce, gdzie od 12 do 17 kwietnia w Salone Internazionale del Mobile swoje święto mieli wyznawcy religii zwanej designem. Do rzeczy. Chodzi oczywiście o Mediolan. : Mateusz Banach zdjęcia: Young Creative Poland / materiały prasowe tekst

Iker, Lemming by Tomasz Rygalik

S

twierdzenie, że nigdy nie słyszało się o Milan Design Week z czystym sumieniem można uznać za faux pas. Tegoroczna edycja jest wyjątkowa, bo jubileuszowa. Od ponad 50 lat, miasto to jest świadkiem największych wzorniczych premier oraz narodzin trendów, które stają się leitmotivem dla kolejnych pokoleń projektantów. Wystawiają się tam producenci z całego świata prezentując na nowo zdefiniowane przedmioty codziennego użytku, które intrygują formą, jak i kontekstem.

Dodać należy, że zaprezentowanie swojego projektu na Milan Design Week nie jest zadaniem łatwym. Nad jakością wystawy czuwa duet dizajnerów Giulio Cappelini oraz Gisela Borioli, którzy bez mrugnięcia okiem, odrzucają projekty nie kwalifikujące się do kategorii wzorniczych perełek. Biorąc pod uwagę to gęste sito, które oddziela prawdziwy Design pisany wielką literą, od wtórnych i standardowych produktów, obecność polskiego przedstawicielstwa, w tym prestiżowym wydarzeniu, cieszy jeszcze bardziej.Chowając typowo polskie

26

malkontenctwo do kieszeni oraz skłonności do nieuzasadnionego zachwytu tym co zagraniczne zauważymy, że jest się czym chwalić w dziedzinie wzornictwa przemysłowego. Tegoroczna wystawa Young Creative Poland: in Production, jest tego niezbitym dowodem. VOX, Iker, Zięta czy Noti, to tylko niektóre marki promujące własne linie produktów w Mediolanie. VOX zrobił niemałą furorę, prezentując linie mebli Mamama, która w zamyśle ma wspierać rozwój psychofizyczny dziecka oraz


drawme

oddziaływać na jego zmysły. I nie jest to wiecznie żywa meblościanka pomalowana, na żywe kolory. Materiały, które zostały użyte do produkcji tego mebla oraz jego przystępna, z perspektywy młodego użytkownika, forma zachwycają użytecznością oraz prostotą. Za sukcesem firmy Iker stanął sam Tomasz Rygalik. Co by nie wyszło spod jego ręki, zawsze zyskuje uznanie w środo-

minającą formą znane każdemu dziecku nie tylko w Japonii, ale i w Polsce origami. Natomiast Oskar Zięta przywiózł to Mediolanu słynne krzesło Plopp wyglądające jak nadmuchane helem balonowe siedzisko, które w efekcie okazuje się wytrzymałym meblem zrobionym z metalu. Nie zapominajmy również o Unpolished 6 – young design from Poland, czyli szóstej

(Anna Kotowicz-Puszkarewicz + Artur Puszkarewicz), Beton (Marta Rowińska +  Lech Rowiński), Agnieszka Czop i Joanna Rusin, Gogo (Maria Makowska +  Piotr Stolarski), Kosmos  Project (Ewa Bochen + Maciej Jelski), Bogdan Kosak, Malafora (Agata Kulik-Pomorska + Paweł Pomorski), Kariny Marusińskiej, Po o r   D e s i g n ( B a r t o s z M u c h a ) , Monika Patuszyńska i Magdalena Trzcionka. Ta mocna wizytówka skutecznie zwróciła

Vox, Mamama by Marta Krupińska 

wisku designerów oraz zwykłych konsumentów. Tym razem nie było inaczej. Siedzi­ sko Leming, na nowo określające perspektywę, z której człowiek odbiera otaczającą go rzeczywistość, zadziwiło wielu zaproszonych gości. Design to również zabawa proporcjami. Z tego zabiegu skorzystał producent mebli Noti za sprawą projektu ORIGONO Piotra Kuch­ cińskiego, Sofy na pierwszy rzut oka przypo-

edycji wystawy powstałej pod czujnym okiem Agnieszki Jacobson-Cieleckiej i Pawła Grobelnego. Od dwóch lat prezentowana jest ona na najważniejszych wydarzeniach z dziedziny wzornictwa. Swoją premierę miała w 2009 roku w Brukseli i obecnie postrzegana jest jako świetna okazja do wypromowania młodych i zdolnych designerów z Polski. W tym roku skorzystało z niej 12 artystów i grup projektow y c h : A g n i e s z k i   B a r, A z e d e s i g n

27

oczy Mediolanu na potencjał, jaki niewątpliwie tkwi w polskich projektach. Milan Design Week 2011 z perspektywy rodzimych projektantów uznać należy za udany. Co jednak bardziej zwróciło moją uwagę, to fakt, że bez ironii i zbędnego patosu w głosie, możemy mówić o polskiej szkole wzornictwa, która nie boi się przemawiać własnym językiem, pełnym tradycji i nowoczesności. ×


STOWARZYSZENIE TWÓRCÓW GRAFIKI UŻYTKOWEJ ul. Foksal 11 00-372 Warszawa

sekretariat@stgu.pl +48 600 599 011


drawme

Czym nie powinna być krytyka architektury ? : Franciszek Sterczewski : Zosia Zija i Jacek Pióro

tekst

zdjęcia

Na czym będzie polegać zaprojektowanie Warszawy na nowo? Pyta Franciszek Sterczewski, odpowiada Grzegorz Piątek – krytyk architektury oraz główny projektant starań Warszawy o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

S

Dużym problemem jest to, że studia architektoniczne bardzo często są szkołą zawodową, gdzie się kształtuje umiejętności, a nie refleksje. Miałem szczęście, że trafiłem na paru profesorów, którzy wymagali czytania i umiejętności argumentacji, a nie tylko sprawnej ręki i rozwiązywania problemów funkcjonalnych. Natomiast wielu studentów architektury przez całe studia nikt nie zachęca do szerszej refleksji. To duża strata, bo architektura to coś więcej niż rzemiosło.

kończyłeś architekturę na Politechnice Warszawskiej, ale nigdy nie pracowałeś

w zawodzie architekta. Kiedy zdałeś

sobie sprawę, że to pisanie, mówienie i teoretyzowanie o architekturze bardziej Cię kręci?

Pracowałem chwilę na studiach jako architekt, ale już wtedy zacząłem również pisać i mówić o architekturze. Pisałem do miesięcznika Architektura i wtedy zdałem sobie sprawę, że ta teoretyczna praca bardziej mi odpowiada, że przychodzi mi łatwiej i z lepszym efektem. Projektując często nie byłem zadowolony z efektu i z samego siebie, a pisząc sam byłem zadowolony i inni też byli zadowoleni.

Chodząc po mieście myślisz sobie: Ja mógłbym, to lepiej zaprojektować?

Nie, krytyka nie powinna na tym polegać. Najgorsze jest kiedy mówisz: O tu na rogu powinno być trochę wyżej. Można powiedzieć, że coś ma złe proporcje, ale nie można stwierdzać jak powinno wyglądać. Krytyka nie jest od tego by wskazywać palcem! Jest przede wszystkim od tego, by umieszczać pewne obiekty w jakimś kontekście społecznym czy kulturowym. Staram się w swoim pisaniu nie lansować jednej estetyki, pilnować raczej logiki i spójności.

Patrząc szerzej, doszedłem też do wniosku, że w Polsce dużo się buduje, ale mało pisze, mało mówi i mało myśli o architekturze, a to bardzo niebezpieczna sytuacja dla naszego krajobrazu architektonicznego. Zatem skoro nieźle mi wychodzi pisanie, to właśnie tym powinienem się zająć. Zarzuca się architektom, że nie znają się na teorii, a historykom sztuki, że

Póki co, można pogratulować

nie mają pojęcia o praktyce. Gdzie jest

środowisku warszawskiemu np.

złoty środek?

uratowania Dworca Centralnego.

30


fot. Zosia Zija & Jacek Pi贸ro

drawme

31


drawme

Bardzo się cieszę, że dworczec jest remontowany, a nie rozbierany. Przez lata powtarzałem, że wystarczy go umyć i wszyscy będą zachwyceni. Nawet taksówkarze – czyli najbardziej narzekająca grupa społeczna, mówią: O jaki ładny dworzec mamy wreszcie!

turę. Bez ESK Warszawa może poprzestać na tym czym jest, czyli dużym w skali kraju, ale przeciętnym w Europie ośrodkiem. Marginalnym mimo, że się dużo dzieje, słabo włączonym w światowy obieg, mało istotnym dla reszty świata.

Jeśli chodzi o nowe budynki, to w tym

Lublin promuje się jako okno na Lwów.

roku wznowiono budowę wieżowca

Na co wy chcecie być oknem?

Złota 44. Czy cieszysz się, że jednak powstaje?

Tak, aczkolwiek mam duży dystans do tego projektu, ponieważ mam dystans do samego Libeskind’a. Uważam, że jest architektem, który zrobił jeden świetny budynek, czyli Muzeum Żydowskie w Berlinie. Ta forma była niezwykle dostosowana do funkcji i charakteru budynku. Potem Libeskind zaczął przykładać ten sam idiom estetyczny do wszystkiego, niezależnie od tego czy projektuje apartamentowiec czy muzeum, wszędzie stosuje te same, ekspresyjne formy. Jest przy tym mistrzem autopromocji. Fajnie, że ten budynek powstaje, ale nie popadałbym w jakieś skrajne podniecenie. Wyobrażam sobie Twój ogrom pracy związanej z kandydaturą Warszawy do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury, ale czy pracujesz nad czymś jeszcze?

Nie, tylko nad tym. Trochę piszę, ale znacznie mniej niż kiedyś i z większym trudem. To jest praca od rana do nocy, cały tydzień. W pierwszej tegorocznej odsłonie kampanii promującej kandydaturę

Na całą Polskę. Na Łódź w szczególności, to dla nas bardzo naturalne partnerstwo i chyba łatwiejsze niż Lublin-Lwów. Dzieli nas bowiem mała odległość i dużo drobnych powiązań. Podobno 30 tysięcy Łodzian ma Warszawską Kartę Miejską, to znaczy, że

Nasze miasto potrzebuje kopa, aby stać się prawdziwą metropolią kulturalną. regularnie korzysta z transportu miejskiego w Warszawie. To o czymś świadczy. Kultura może nas połączyć mocniej.

Warszawy do ESK 2016 wpisujecie dzielnice Warszawy w mapy różnych

A teraz postawmy się w roli

krajów Europy. Jakie konsekwencję

Portugalczyka, konsumenta kultury.

w działaniu będzie miał ten zabieg?

Czym chcesz go skłonić by przeleciał trzy tysiące kilometrów akurat do

Można by tę kampanię podsumować hasłem: więcej Europy w Warszawie, więcej Warszawy w Europie. Nasze miasto potrzebuje kopa, by stać się prawdziwą metropolią kulturalną. Nie tylko na skalę polską, ale na skalę europejską. By była naturalnym miejscem wymiany intelektualnej, projektów artystycznych, miejscem do którego jeździ się po kul-

Warszawa – nie tracąc ze swojej dzikości, nieprzewidywalności – musi stać się przyjemniejsza w obsłudze. Obcokrajowiec musi łatwiej docierać do tego, co w warszawskiej kulturze najciekawsze, najbardzie j oryginalne. A czego nie lubisz w Warszawie?

Warszawy?

Z punktu widzenia turysty, Warszawa ma taki walor, że jest dużym miastem w którym mało kto był. Jest niezadeptana. Ma nowatorską kulturę i młodą energię. Teraz wyzwaniem jest by wszyscy ci, którzy przyjadą tutaj z ciekawości nie przeżyli rozczarowania.

32

Czasami nie lubię nieciągłości przestrzeni. Można mieć zupełnie inne wrażenie Warszawy w zależności od tego, w którą stronę się skręci. Można ją bardzo polubić albo bardzo znienawidzić. Nieciągłość męczy zwłaszcza w brzydką pogodę, dezorientuje turystów, utrudnia poruszanie się piechotą.


fot. Zosia Zija & Jacek Pióro

drawme

Nie lubię też wyniosłości niektórych warszawiaków. Oczywiście uważam, że Warszawa jest najlepszym kandydatem do tytułu ESK, ale jednocześnie nie myślę, że to tylko nam należy się ten tytuł, że inne miasta to dziury i pipidówy. A wielu warszawiaków lubi się tak podśmiewać. Wyobraźmy sobie, że jest rok 2017. Jaka jest Warszawa?

Jest bardziej różnorodna społecznie, ponieważ przyjechało do nas i zamieszkało więcej obcokrajowców. Zarówno imigrantów, jak i twórczych ludzi z całej Europy i nie tylko, którzy wyczuli, że tutaj jest miejsce w którym mogą

zrealizować swoje pomysły i ambicje. Jest przyjemniejsza w obsłudze. Można się po niej lepiej poruszać pieszo czy rowerem. Jesteśmy spójniejsi jako społeczność. Więcej ludzi uczestniczy w kulturze na co dzień, dzięki likwidacji wielu barier. Zarówno przestrzennych, jak i finansowych, infrastrukturalnych i mentalnych. Jest więcej kultury na przedmieściach. Jest więcej Europy w Warszawie. Budynki i przestrzenie publiczne służące kulturze i życiu społecznemu tworzą nową mapę miasta. Miasto jest lepiej zaprojektowane. Nie chodzi tylko o te wielkie budynki, ale też o przedmioty którymi się posługujemy: od biletów na komunikację miejską po stojaki na rowery. Po prostu dobre projektowanie staje

33

się standardem. Warszawa 2017 jest miejscem, w którym chce się zostać na dłużej, nieważne czy jest się turystą, który wpadł na jeden dzień, czy kimś, kto szuka dobrego miejsca do życia na pół roku lub całe życie. Nie będzie silić się na bycie Paryżem Północy czy drugim Berlinem, tylko będzie nową Warszawą, Warszawą do kwadratu, która zmodernizowała się nie tracąc nic z odwagi i energii, która dziś czyni ją tak ciekawą. × Grzegorz Piątek (rocznik 1980), krytyk architektury i kurator. Od 2005 roku jest członkiem redakcji miesięcznika Architektura-murator. Autor artykułów o architekturze, designie i mieście. Od 2010 roku członek Rady Programowej warszawskiej kandydatury do ESK 2016.


drawme

Mały-duży projektant czyli jaka jest wartość rynkowa designu z klocków i plasteliny?

: Katarzyna Okińczyc zdjęcia: Piotr Sadowski

Tekst

Mały projektant, to duży projektant za kilkanaście lat. Jak wtedy wyglądać będzie nasza rzeczywistość? Jest szansa, że może być interesująco i całkiem kreatywnie. Od jakiegoś czasu, na kanwie akcji popularyzujących pojęcie designu, pojawiają się możliwości edukowania w tym kierunku najmłodszych. Trend, który, miejmy nadzieję, będzie się coraz dynamiczniej rozwijał w naszym kraju. 34


W

drawme

zornictwo przemysłowe – znane też jako design oraz projektowanie produktu – jeszcze wczoraj nie był profesją o której marzyły małe dzieci. Słowo „projektowanie” chyba wciąż kojarzy się sporej ilości społeczeństwa raczej z architekturą, ewentualnie z usługami graficznymi lub modą. "Produkt" brzmi trochę jak permutacja długu narodowego skrzyżowana z ciemną stroną mocy. Jednak wszystkie przedmioty codziennego użytku są w jakiś sposób zaprojektowanymi produktami. Designer wszędzie widzi Produkt. Wracając do tematu przewodniego, czyli dzieciaków, okazuje się, że one wiedzą czym jest produkt! Co więcej, dzieci widzą w tym coś interesującego dla siebie. Rozumieją, że fajny stworek ulepiony z plasteliny mógłby przy odpowiedniej konstrukcji zafunkcjonować jako wieszak na ubrania czy fotel. Takie podejście do sprawy otwiera wiele nowych możliwości. Jesteśmy w tym samym kanale, w kanale przyszłego dużego projektanta produktu i co najważniejsze – świadomego konsumenta ułatwiającego swoimi dobrymi wyborami pracę dużemu projektantowi produktu. I o to właśnie chodzi.

domowych. Ponadto, konkursowi towarzyszą warsztaty z projektowania dla najmłodszych. Warsztaty prowadzone są przez autorkę pierwszej w Polsce książeczki dla najmłodszych o designie Ewę Solaż. Projektowane w ramach zajęć są oczywiście baterie natynkowe. Można je równolegle zgłaszać do kranowego konkursu, w którym do wygrania jest aż 3000 zł. Wygra ten projekt, który zdobędzie najwięcej „Lubię to” w Internecie. Przestrzeni na warsztaty użyczyła sama warszawska Zachęta, sukcesem zakończyły się też warsztaty w znanej kawiarni Kalimba na Żolibożu. Dla większości uczestników nie były to pierwsze warsztaty o tego typu profilu. Zdumiewające, że spora część dzieciaków na pytanie o przyszły zawód odpowiadała: Chciałbym zostać projektantem i projektować różne produkty. Dlaczego? Bo to fajne! Bardziej złożonej argumentacji nie przedstawiono, ale jak fajne, to znaczy, że fajne. Dziecko prawdę ci powie. Warsztaty z Kludi to chyba najbardziej medialne warsztaty małego designera do tej pory, co nie znaczy, że innych opcji brak. W Poznańskim SPOT. organizowane są co jakiś czas warsztaty o profilu stricte designerskim. Była już "Szkoła Młodego Designu" oraz "Wielkie Projektowanie". W ostatnim cyklu znany projektant mebla Tomasz Augustyniak prowadził zajęcia zatytułowane "Skąd taki pomysł? – technologia i funkcja", chyba niejeden dorosły byłby zainteresowany udziałem! Wrocławskie BWA również prowadzi podobne zajęcia dla najmłodszych. Cykl nosi nazwę "3D czyli design dla dzieci", kolejne cykle zajęć nawiązują tematycznie do aktualnych wystaw w galerii. Wrocławska Galeria Wnętrz Domar również posiada podobną ofertę. Cieszyński Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości od zeszłych wakacji oferuje w ramach „Lata na Zamku” warsztaty dla najmłodszych o profilu projektowym.

Wraz z rosnącym lobby na uznanie wartości projektowania na poziomie konsumenckim i gospodarczym, o designie, tym produktowym, zaczyna się mówić coraz więcej. Jednak jak zrozumieć na czym polega praca projektanta? Najlepiej samemu coś zaprojektować. Z tej perspektywy największą wartość maja akcje, dzięki którym można samemu zbadać materię, sprawdzić, czy projektowanie jest czymś, co może stać się pasja, a nawet źródłem przychodu w przyszłości. Takie akcje dla dzieciaków, które dopiero kształtują swój gust i świadomość są naprawdę na wagę złota. Ostatnio Facebook aż drży w swych cyberpodstawach za sprawą projektów kranów według najmłodszych. Konkurs organizowany przy współudziale producenta armatur y łazienkowej Kludi, portalu DomplusDom i wydawnictwa "Dwie Siostry" okazał się ogromnym sukcesem. Do konkursu zgłosiło się 700 dzieciaków ze swoimi szalonymi wizjami kranów przyszłości. Wydawałoby się, że projektowanie armatury łazienkowej nie wzbudzi wielkich emocji, a tu jednak niespodzianka! Konkurs jest internetowym hitem. Kran dla kota, prysznic z kolorową wodą i stworkiem chwytającym szczoteczkę magnesem, wodobot, który dodatkowo pomaga mamie w pracach

Zajęcia z projektowania dla najmłodszych to nowość w naszym kraju, nowość z dużym potencjałem na rozwój. Jest więc nadzieja, że pojedyncze akcje przerodzą się w stałe cykle zajęć dla chętnych dzieciaków, a tych ostatnich na pewno nie zabraknie. Nie chodzi tu przecież wcale o to, żeby wykształcić armię bezrobotnych projektantów, wręcz przeciwnie – chodzi o to, żeby projektanci nie musieli się już bać, że ich najlepsze produkty nie będą się sprzedawać, bo klienci nie potrafią dostrzec ich wartości! ×

35


drawme

Small-Big Designer or: w h a t i s t h e m a rket va l ue of cl ay a n d bl o c k de s i g n?

: Katarzyna Okińczyc : Piotr Sadowski

text

A little designer is a big designer in a couple of years. How will our reality look like then? There is a chance it will be interesting and quite creative. The idea of educating the youngest generation in this direction is new and based on acts spreading the concept of design. A trend that will hopefully last and grow. 36

fot. Piotr Sadowski

photos


I

drawme

ndustrial design—also known as design or product design— just yesterday was a profession no child would dream of. The word "designing" is still mainly associated with architecture, perhaps with graphics or fashion. "Product" sounds like a permutation of the national debt with the dark side of the force. But all of our everyday objects were somehow designed. A designer sees the Product everywhere.

shop in Warsaw Zachęta and the workshop in Kalimba Cafe were a great success. For most of the participants, this was not the first workshop of this kind. It's amazing how most of the kids asked about their future profession, answered: I would like to be a designer and design products. Why? Because it's cool! A more complex argumentation was not presented, but hey, cool is cool. Children speak the truth!

Back to the main thread, children, it turns out, they know what a product is! What's more, children see it as interesting for themselves. They understand that a cool clay monster could function as a clothes hanger or an armchair, given the right construction. This approach opens many new possibilities. We are on the same wave length, the wave length of a future big product designer, and what is most important — a conscious consumer who makes a big designer's work easier by choosing the right things. And that's what it's all about folks!

The Kludi workshop has the most media coverage so far. Which does not mean there are no other options? In Poznan's SPOT, from time to time there are workshops with a strict designer profile. We had the "School of Young Design", and "Big Designing". In the recent cycle, a known furniture designer, Tomasz Augustyniak, animated a class "Where is this idea from?–technology and function", probably many grown-ups would be interested in it! BWA in Wrocław also has classes like this for kids. The series of meetings is called "3D or design for children", subsequent classes refer to the current shows in the gallery. Domar Interior Design Gallery from Wrocław also has a similar offer. Cieszyn Castle of Art and Entrepreneurship has had design classes for children from last summer, within the "Summer in the Castle" program.

Along with a rising lobby to appreciate designing at the consumer and market level, design talk is on the rise too. But how to better understand what a designer exactly does? Well, best to design something. From this perspective, the most important things are those where you can explore the subject yourself, check if designing is something that could become a passion or even create income in the future. Such initiatives for the kids, who are still developing taste and consciousness, are worth a thousand words.

Design classes for kids is a new idea in Poland, with great potential, though. So there is hope that one-time events will develop into something available all the time, the interest from the kids is not something to worry about. Because it is not there to create an army of unemployed designers, on the contrary – the designers will not be afraid their best products will not sell, because clients won’t be able to appreciate them! ×

Facebook has been trembling in its cyberfoundations recently because of tap designs by youngsters. A contest co-organized by bathroom equipment producer Kludi, DomplusDom portal and "Dwie Siostry" publishing, turned out to be a great success. 700 kids took part with their crazy visions of taps of the future. One would think armature would not evoke any emotions. It was a surprise. An internet hit. A tap for a cat, a shower with colorful water and a magnetic creature catching your toothbrush, a waterbot who helps mom with her household chores. The contest was accompanied by a design workshop, with the author of the first Polish children's book about design Ewa Solaż. Of course the theme was water taps with contest entries, and a prize of 3000 PLN. The winning project was the one with the most "likes" on Facebook. The work-

Katarzyna Okińczyc Projektant produktu i strategii wizerunkowej marek. Studia rozpoczęła na ASP w Poznaniu, a ukończyła na UdK (Universitaet der Kuenste) w Berlinie na wydziale Projektowania Przemysłowego. Doświadczenie zawodowe zdobyła pracując dla firm projektowych w Niemczech i USA. Obecnie prowadzi w Polsce firmę projektową okińczyc-design.

Katarzyna Okińczyc Product and marketing strategy designer. She started studying at Poznań Academy of Fine Arts and later graduated from industrial design at the Berlin Universitaet der Kuenste. She gained her professional experience working for design companies in Germany and the US. Currently she heads a Polish design company, okińczyc-design.

37


drawme

: Franciszek Sterczewski : Kuba Sowiński wydawnictwo: Karakter

tekst

zdjęcia

„Widzieć/Wiedzieć” jest pierwszą w Polsce tak bogatą antologią tekstów o historii i teorii projektowania graficznego. Książka ta wydana została przez Karakter – wydawnictwo, którego misją jest publikacja pozycji nie tylko z dobrą treścią, ale również z dbałością o estetyczną oprawę.

T

a ambicja jest już zawarta w  samej nazwie. Słowo Karakter w szesnastowiecznej polszczyźnie oznaczało krój pisma. Dotychczas mogliśmy usłyszeć o Karakterze, dzięki takim publikacjom jak zbiór esejów guru światowej architektury Petera Zumthora Myślenie architekturą, czy serii Z innej strony, gdzie ukazuje

się proza pisarzy z Japonii, Maroka, Konga, Haiti czy świetnie przetłumaczone przez Prof. Sławomira Magalę, książki Susan Sontag O fotografii, Widok cudzego cierpienia. Pozycje wydawnictwa to po prostu piękne przedmioty, które nawet nie tylko czytający, ale szanujący się pozer (nie tylko designu), może śmiało postawić na swojej wystawnej szpan-półce. Ich surowe jednokolorowe

38

oprawy, będą dobrze widoczne na tle Taschena, czy Phaidona. Każda okładka Karakteru przyciąga wzrok swoim minimalizmem. Nie musi być jak u większości książek: z wielkim zdjęciem i z nie wiadomo jak pstrokatą feerią kolorów. Karakter opiera swoje okładki wyłącznie na typografii, nie bojąc się tym samym, że książka się nie sprzeda.


drawme

Biorąc do ręki Widzieć/Wiedzieć, doliczymy się – co jest prawie nie spotykane w Polsce – jedynie trzech kolorów. Litery są czarne lub pomarańczowe w  didaskaliach, a  okładka w   k o l o r z e u l t r a m a r y n y. Z g o d a ,   s ą c z te r y, a l e to naprawdę wystarczy. Właśnie na okładce widnieje cytat Jeffery’a Keedy’ego: Jedyne, co może zirytować bardziej niż zapomnienie lub zignorowanie cię przez następne pokolenia, to przyglądanie się, jak powtarzają twoje głupie błędy. W tym zdaniu zawarty jest sens ultramarynowej cegły. Teksty w Wiedzieć/Wiedzieć niepodają gotowych rozwiązań na  talerzu. Nie spotkamy się z zaklęciami z poradnika w stylu: book dizajn w weekend. Próżno szukać też kaznodziejskiego moralizowania o etyce w sztuce użytkowej. Mając wiedzę na temat designu oraz różnych związanych z nim poglądów, mamy świadomość używanego przez nas języka projektowania. Wiemy, co zostało powiedziane i czego nie mówić, by się zwyczajnie nie powtarzać. Dzięki tej pozycji, możemy skonfrontować nasze spojrzenie na projektowanie z innymi ludźmi, którzy zajmowali się projektowaniem w przeszłości. Kształcąc artystę, często zadaje się praktyczne pytanie: Jak zrobić instrukcję? Ja k m a w y g l ą d a ć z n a k ? Natomiast teoria zawarta w tym zbiorze, zadaje czytelnikowi inne, jeszcze ważniejsze pytanie: Dlaczego? Dlaczego podejmuję takie, a nie inne decyzje w projekcie? Dlaczego w ogóle zajmuję się projektowaniem? Słowem: opłaca się to wiedzieć, by potem widzieć co dobre, a co złe w projektowaniu.

Mimo że jest to książka o gałęzi designu, to być może niektórych zmartwi fakt, iż oprócz paru ilustracji (w przypadkach niezbędnych do objaśnienia treści) nie ma w niej żadnych

obrazków. Jedynym znakiem graficznym jest skromne logo wydawcy. Jednak Jan Tischichold we wstępie do swojej Lekcji

39

Projektowania Druku z 1930 roku dokonuje odważnego – jak n a s w o j e c z a s y – przewartościowania. Założył mianowicie, że w projekcie książki czy czasopisma nie powinny znajdować się rysunki, czy drzeworyty. Uważał jedynie fotografię za słuszną i najbardziej obiektywną w swoim przekazie. O ile od tamtego czasu, obraz fotograficzny rzeczywiście zdominował świat mediów, o tyle Tischichold nie mógł przewidzieć dzisiejszej tendencji, w której to powszechne są (przynajmniej częściowo ręczne) ilustracje. Dlatego nie szukając daleko w magazynach, tygodnikach i innych periodykach spotykamy prace m.in. Ady Buchholc czy Macieja Sieńczyka. Widzieć/Wiedzieć jest nie tylko grafików. Może również zainteresować osoby chcące zapoznać się z meandrami kultury wizualnej. Mimo braku zdjęć, znajduje się tam blisko czterdzieści esejów, artykułów i polemik dwudziestu dziewięciu teoretyków i praktyków grafiki. Postaci takiego formatu jak: El Lissitzky, L ászló Moholy -Na g y cz y Massimo Vignelli. Tymczasem w gąszczu ideologii, pomiędzy konstruktywizmem a post modernizmem, zdarzają się humorystyczne wstawki. Wspomniany Lissitzky – z pozoru zabawnie, ale trafnie stwierdza, że: słowa na zadrukowanym papierze ogląda się, a nie odsłuchuje. Może to brzmieć jak dowcip z korytarza Bauhausu, ale podkreśla on, że poza treścią, za którą odpowiada pisarz, projektant odpowiada za czytelność tego przekazu. Truizm? A jednak wystarczy się przejść do najbliższej księgarni, aby przyszła myśl, żeby chwycić za puszkę z farbą i przytoczyć powyższe hasło na nie jednym murze. ×


drawme

Gaétan Lebègue : Piotr Stokłosa : Hervé Landry

zdjęcia / photos

rozmawiał / interview by

Architekt wnętrz w Paryżu.

Interior designer Paris.

Wiek : 38 lat

Age 38.

Doświadczenie: Ecole Camondo /Dyplom w 1997 r.

Experience: Ecole Camondo / Diploma 1997. For

Sześcioletnia współpraca z Yves Taralon (projekty dla

6 years Gaétan Lebègue collaborated with Yves Taralon

Bernardaud, Hermes), India Mahdavi (projekty hoteli

(Bernardaud, Hermes projects), India Mahdavi (hotels

i rezydencji) oraz Olivierem Saguez (projekty dla Lafayette

and residences projects) and Olivier Saguez (Lafayette

Gourmet, BHV, Lafayette Maison). Podpisanie dwulet-

Gourmet, BHV, Lafayette Maison projects). In 2003,

niego kontraktu na przygotowanie kolekcji mebli dla

signed a 2-year contract for a collection of furniture

L.O.V.E. Editions w 2003 r. (przy współpracy z Faillant

for L.O.V.E. Editions (in collaboration with Jérome

Dumas) oraz otwarcie własnego biura projektowego.

Faillant Dumas) and established his own interior design

Projekty autorskie: mieszkania w Paryżu, rezydencji, kilka

bureau. Projects: apartments in Paris, residences, sev-

podmiejskich posiadłości, chat góralskich i rezydencji

eral country houses, cottage residences and beach

nadmorskich, centrum spa dla La Prairie w Monako,

houses, a spa for La Prairie in Monaco, restaurants, art

restauracje, galerie sztuki oraz butiki w Paryżu.

galleries and boutiques in Paris.

42


drawme Natura obnażająca się przed Nauką / Ernest Barrias (brąz) w tle César Baldaccini Nature exposed to science / Ernest Barrias (bronze)

fot. Piotr Stokłosa

with César Baldaccini in the background

43


fot. Piotr Stokłosa

drawme

44


drawme zdjecie / photo by: Massimo Vitali

D

omyślam się, że urzą­dzanie tego mieszkania sprawiło Panu wiele przyjemności?

Tak, to prawda. Przede wszystkim dlatego, że klienci obdarzyli mnie sporym zaufaniem i chcieli współpracować. W moim fachu najważniejsze są szczere i bezpośrednie relacje. Muszę rozumieć styl życia moich klientów, aby móc przełożyć go na odpowiedni projekt. Tak urządzić im świat, aby czuli się w nim dobrze, aby do nich pasował. Jeżeli klientem jest kolekcjoner sztuki, który oczekuje realizacji jego konkretnych pomysłów, to ogranicza to kreatywność czy też może stanowi jeszcze bardziej ekscytujące wyzwanie?

W tym projekcie bardziej chodziło o przeanalizowanie bryły i komunikacji celem pozostawienia jak największej ilości wolnych ścian na wieszanie dzieł sztuki. Chciałem wyeksponować widok na plac oraz zachować znaki szczególne tego mieszkania, w którym wszystko, od podłogi do sufitu jest w pochyleniu. Elementy architektoniczne trzeba ograniczyć do minimum, aby zostawić miejsce na sztukę. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest tak manipulować przestrzenią, aby nie odebrać mieszkaniu duszy. Czy eksponaty wpływały na Pana decyzje co do wystroju?

Ani trochę. Znałem tylko niektóre dzieła. Mój klient często zamienia miejsca eksponatów, dodaje do kolekcji nowe, stąd potrzeba neutralnej przestrzeni, w której dobrze będą wyglądały różnego typu dzieła sztuki. Jeżeli klient dałby Panu wolną rękę w kwestii budżetu i zamysłu, to jak wyglądałby wymarzony projekt domu?

To byłby dom ponadczasowy. Bryły z drewna, szkła i betonu. Położony nad oceanem na nierównym gruncie. Dom posiadałby patio w centrum, wokół którego usytuowane byłyby pomieszczenia. Użyłbym autentycznych trwałych materiałów, takich jak drewno, kamień i glina. A do tego ogród pachnący drzewami pomarańczowymi, cytrynowymi i figowcami. ×

45


drawme

I

believe decorating this apartment gave you a lot of pleasure.

Yes, it’s true, mainly because on this project there was a lot of trust and complicity with the customers. What is fundamental in my profession is having sincere and frank relationships. I need to understand my interlocutors’ lifestyle and interpret it in order to offer a project that they would find convenient. Create a universe they would like, feel good in and that would resemble them. A client who is an art collector and has a precise idea of what he wants stifles creativity or rather poses an even more exciting challenge?

My intention was to privilege the views on the square and to respect and preserve the cachet of the apartment where everything is at an angle. Architectural elements virtually had to disappear in order to leave space for art. What was the most difficult was to modify volumes and circulation without distorting the spirit of the apartment. Did the pieces from the collection determine your decisions regarding interior design?

Not at all. I only knew a couple of the works. My client likes to change his exhibition quite often and adds new pieces to the collection. Thus, there was a need for a neutral space to suit different types of art objects.

This project was more about revising volumes and circulation in the apartment and trying to leave as much wall space as possible in order to hang art pieces.

46

If you had a client giving you carte blanche in terms of budget and style, what would your dream project look like?

A timeless house. Made of wood, glass and concrete, it would be built on uneven ground and it would have to face the ocean. I would like to arrange a patio as a centre surrounded by the rooms. It would be a house made of wood, stone and clay. And then, a garden scented with orange, lemon and fig trees. ×


fot. Piotr Stokłosa

drawme

47


museme

Lykke Li

fot. ナ「kasz Krテウl / www.lukaszkrol.eu

Skandynawski fenomen

48


museme

: Laura Godek : Łukasz Król

Tekst

Zdjęcia

Elektryzujący taniec, zniewalający wokal i interesująca estetyka koncertu składały się na niezapomniane wrażenia z wieczoru 11 kwietnia. Doskonałe wykonanie zarówno znanych utworów, jak i nowości pozostawiło we wszystkich sercach na widowni iskrę skandynawskiego geniuszu.

S

ala Glor ia T heater przy Neumarkt w niemieckim Köln powoli wypełnia się przy muzyce Sarah Blasko – australijskiej artystki i pisarki. Sarah otrzymała w 2009 roku ARIA Music Award. Jednak jest coś, co łączy Sarę z główną gwiazdą wieczoru – Lykke Li, mianowicie fakt, że swój trzeci album nagrywała w Sztokholmie, co wyraźnie zaznaczone jest w utworach z tej płyty. Charakterystyczne ballady z wyjątkową barwą głosu urzekały widownię i były idealnym tłem do powoli zapełniającej się sali. To na co jednak wszyscy czekali nastąpiło kilka minut po 21. W Gloria Theater zabrzmiały dźwięki Untitled z proLA aż po Paryż. Lykke promuje w ten sposób jej najnowszą płytę – Wounded Rhymes, której zakup absolutnie polecam wszystkim wahającym się oraz tym, którzy lubią odkrywać nowe dźwięki. Artystka jest kolejnym przykładem skandynawskiego fenomenu, który porywa tłumy mimo krótkiego istnienia w świecie muzycznym.

jektu WoundedRhymes.com promującego album Lykke. Długa trasa koncertowa rozpoczęła się w Londynie, prowadziła przez

Wystrój sceny koncertowej nawiązywał estetyką do kilku klipów Lykke Li. Scena z efektami dymnymi i dużą ilością dynamicznych świateł wprawiała widownię w pewnego rodzaju trans, niemal hipnotyczny. Podczas występu nie zabrakło, rzecz jasna, znanych całej widowni utworów z debiutanckiej płyty Lykke Li, takich jak Little bit, I’m good, I’m gone oraz wyjątkowe wykonanie Dance, Dance, Dance. Już przy pierwszych taktach przez widownię przelała się fala entuzjazmu!

49

Jako że jednak jest to trasa promocyjna Wounded Rhymes, podczas koncertu artystka zagrała w zasadzie wszystkie utwory z nowej płyty. Największe wrażenie wywarły Love Out Of Lust, I Know Places i oczywiście I Follow Rivers. Również wartym odnotowania było porywające widowisko wykonania utworu Silent Shout The Knife – wokalistka wraz z pierwszym perkusistą tego zespołu grali na bębnach przy rytmicznie pulsujących światłach. Niesamowity talent taneczny Lykke Li nie tylko robił zapierające dech w piersiach wrażenie, ale jednocześnie wprawiał widownię w ekstatyczny trans taneczny. Takie efekty nie dziwią jednak, jeśli pamięta się o tym, że artystka jest również tancerką. Zachwycona i rozedrgana rytmem publiczność, dodatkowo zachęcona do tańca przez Lykke, nie pozwoliła zakończyć koncertu bez bisów. Zespół zagrał trzy utwory, między innymi zapadający na długo w pamięci wspomniany wcześniej utwór I Know places. Dowodem doskonałego widowiska i absolutnego sukcesu były spełniony muzycznie twarze. Lykke Li dała nam muzyczną energię, naelektryzowała nas mistycyzmem, z którym każdy wychodził, jak z dawką doskonałej muzyki połączonej ze zniewalającymi wspomnieniami tego wieczoru. ×


museme

fot. Igor drozdowski

50


museme

Giulia : Magda Howorska : Igor Drozdowski

z giulią rozmawiała zdjęcie

Hiszpania to za mało! Kto by pomyślał, że Polska stanie się ich drugim muzycznym domem? Po spektakularnym debiucie u Allena, Giulia y Los Tellarini szturmują europejskie sceny muzyczne ciesząc ucho zmysłowym, współczesnym folkiem. O starości, o dziadku Woodym i o specyficznym postrzeganiu świata opowiada wokalistka zespołu.

G

dzieś wyczytałam,

Ale to nie jest tak, że tylko Woody

że masz problemy

Allen Wam pomógł, Wy sami dodaliście

z akceptacją rzeczy­

dużo uroku filmowi…

wistości, o co chodzi?

Cóż, to szumne stwierdzenie. Myślę, że bardziej chodziło mi o brak odpowiedzialności, o to, że nie potrafię żyć jak dorosła. Zupełnie mi to nie wychodzi. To chyba jednak specyfika zawodu…

Na pewno wiem, że muzyka pełni istotną rolę w filmie – zwraca uwagę, chwyta za serce. Teraz jednak o tym nie myślimy. Zaczynamy

naszkicować ich twarze. Prawda jest taka, że nie mieliśmy zielonego pojęcia jak zatytułować album, bo powstawał w niesamowicie szybkim tempie. Uznaliśmy, że to imię jest bardzo charyzmatyczne. Nadało sporo charakteru płycie. Czy Esuebio wie o Waszej płycie?

W Hiszpanii konserwatyzm, w pewnym sensie zachowawczość, Sądzę, że to, co nas sobie zjednało, to przejawia się muzyka i szczególne podobieństwo brzmieniowe naszych dźwięków z klirównież w gustach matem filmu. To dlatego zwrócił na nas uwagę. muzycznych. Nowe style, muzyka, która Byliśmy bardzo dumni. Na początku nie pozwala na szybką nie mogłam w to uwierzyć, sądziłam, kategoryzację, nie że to żart. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji pracować z tak wielką jest tam przyjazna i ważną postacią. To było niesamowite doświadczenie. Ta współpraca pozwodla ucha. liła nam wypłynąć. Takie podejście do życia bliskie jest samemu Allenowi…

To Was połączyło? Jak się poznaliście?

Oczywiście, że tak. Ale on ma dziewięćdziesiąt sześć lat i jest mu wszystko jedno, albo inaczej, jest ponad wszystkim. To trochę taki Woody. Osiągnął sędziwy wiek i nie dba o takie detale. Co do Waszej twórczości, hiszpański indie rock, to rzecz całkowicie w Polsce nowa. Staliście się tutaj w pewnym sensie prekursorami, jak to jest w Hiszpanii?

Jak zareagowaliście na wieść o współpracy?

To on jest Waszym ojcem sukcesu?

Tak, można tak to ująć. Szczególnie, że jego wiek świadczy o tym, że mógłby nim być, mógłby być nawet naszym dziadkiem… d z i ad k i e m s u kce s u … A p o w a ż n i e , jest naszym patronem. Spo­pularyzował nas,tak jak wielu innych, młodych twórców.

nową podróż, pracę nad kolejnym albumem. Cały czas fajnie jest słuchać i rozmawiać o Vicky Cristina Barcelona, ale czas biegnie bardzo szybko, a to było dawno, dawno temu.

Muszę powiedzieć, że to dziwne, ale w Hiszpanii jesteśmy mniej popularni niż w Polsce. W naszym kraju ludzie są bardzo konserwatywni. To często z a l e t a , a l e ró w n i e ż p ro b l e m . Konserwatyzm, w pewnym sensie zachowawczość, przejawia się również w gustach muzycznych. Nowe style, muzyka, która nie pozwala na szybką kategoryzację, nie jest tam przyjazna dla ucha. Nasz projekt jest zby t niekonwencjonalny. Myślałam, że wygląda to bardziej kolorowo…

A Esuebio, tajemnicza postać z płyty?

To stary człowiek z ulic Barcelony. Urozmaica czas przechodniom, pytając się, czy może

51

Nie jest łatwo. Jednak Hiszpania to za mało, nie dbam o to. Europa jest dla mnie jak kraj, tu mamy większe pole do popisu.


museme

O czym opowiadają Wasze piosenki?

sprawą hiszpańskiego?

Mogłabyś w Polsce?

O wielu aspektach. Niektóre z nich są bardzo osobiste. Opowiadają o miłości, odległości, czysto życiowych sprawach. Są też protesty, jak jedna z piosenek napisana w związku z ekonomicznym kryzysem i całym tym zamieszaniem. Kolejna jest o pracy i trudach z nią związanych. Żadna osoba z zespołu nie jest już dzieckiem. Mamy ponad trzydziestkę i swoje problemy…

To fantastyczne. Kraj, w którym tak mało osób zna język hiszpański, śpiewa naszą piosenkę… To faktycznie niesamowite!

Dlaczego nie? Nie za zimno?

Jaki jest przepis na dobrą, popularną

Zdecydowanie, ale gdybym się zakochała…

Proszę Cię…

Poważnie, jestem najmłodsza, a mam trzydzieści dwa lata… Tak czy inaczej, piosenki nie traktują znowu o niczym specjalnym. Dopiero poprzez kombinację słów i mojego nietypowego akcentu zaczynają być ciekawe. Nie jestem przecież wielką poetką.

piosenkę? Jesteś Włoszką, śpiewającą po

Wiesz, gdybym miała taki przepis robiłabym hit co najmniej raz dziennie, w wolnej chwili… Szczerze? Nie mam pojęcia. Powiem Ci tylko, że piosenkę Barcelona napisaliśmy w piętnaście minut, ale czy to jest typowy hit? Nie sądzę. Dla mnie piosenka jest dobra, jeżeli wypływa ze środka, to od razu słychać. A jaka jest Wasza Barcelona, można się w niej zakochać? To miasto,

hiszpańsku indie rocka, to niezła mieszanka

To właśnie ja. Nie zawsze jest wesoło. To  rodzaj chemii, przyciągania, bardzo  zmienny. Jednego dnia czujesz się nikim, próbujesz napisać piosenkę i zwyczajnie nie możesz , po to by dnia n a s tę p n e g o   w s t ać i s t wo r z yć co ś niepowtarzalnego.

do którego się wraca? Jak sobie radzisz z tyloma facetami

Wiecie, że piosenkę Barcelona, po filmie Woodiego, nuciło sporo osób, nie wiedząc, o czym śpiewają. Wasze piosenki są bardzo wdzięczne i melodyjne, to za

Tak jak do każdego innego miejsca. Zależy czego szukasz. Miłości, przyjaźni, weny… Na obecnym etapie mojego życia, nie dbam o to gdzie mieszkam.

Giulia

w zespole?

Kochamy się i nienawidzimy, na zmianę. ×

Spain is not enough! Who would have thought Poland would become their second home, music-wise? After their spectacular success scored with Woody Allen, Giulia y Los Tellarini take European stages by storm with their sensous contemporary folk music. About ageing, grandpa Woody and the specific worldview talks the band's vocalist. : Magda Howorska photo: Igor Drozdowski

giulia talked to

I read somewhere you find it somewhat difficult to accept reality. What did you mean?

Well, it’s a high-sounding statement. I think I meant the lack of responsibility, the fact I can’t live like an adult person. I completely fail at it. But I think it’s the specifics of the profession… Such an approach is typical of Allen. Is it what connected you? Is this how you met?

I think it was music and a specific sound similarity with the film ambiance that connected us. That’s how he noticed us. How did you react to the news that you would be working together?

We felt really proud. At first I couldn’t believe it, I thought it was a joke. We had never had any opportunity to work with such a big and important figure. It was an amazing experience. Collaborating with him has helped us emerge.

52

Would you call him the father of your success?

Yes, you can say that. The more so because our age indicates he could be our father, he could even be our grandfather… the grand­ father of our success… But seriously, he’s our patron. He promoted us just as he did with many other young artists. But it’s not only thanks to Woody Allen; you yourselves contributed so much to the film’s charm.


museme

I’m sure music plays an important role in the film – it catches your attention, it moves you.But we don’t think about it anymore. We’re setting off on a new journey.It’s still cool to hear and talk about Vicky Christina Barcelona but time flies and the film was made a long time ago. Who is Eusebio, the mysterious figure from your record?

What are your songs about?

Your songs are very melodic, is it because of the Spanish language?

Many things. Some of them are very personal. They talk about love, distance, simple life stories. Some are protest songs, like the one written in reaction to the economic crisis and the whole fuss it caused. Then there is one about work and how hard work can be. No band member is a kid anymore. We’re over 30 years old and we have our own problems…

He’s an old man from the streets of Barcelona. He entertains pedestrians, asking if he could draw their portraits. The truth is we had no idea how to title our album, given how quickly it was recorded. We agreed that his name was very charismatic. It gave the record a stronger character.

It’s fantastic. In a country where so few speak Spanish people sing our song… It’s really amazing! What’s the recipe for a good and catchy tune?

You know, if I knew the recipe, I would deliver a smash hit once a day at least… Honestly? I have no idea. I can only tell you that we wrote Barcelona in 15 minutes, but is it a typical hit? I doubt it. To me, a song is a good one if it comes straight from your heart. You can hear it.

People in our homeland are very conservative. Often it’s an advantage, but it can also be a problem. Of course he does! But he’s 96 years Conservatism is old and indifferent to it, or maybe Just like any other place. It depends he’s far above it all. It’s a little like reflected in music on what you look for. L ove, with Woody. He’s aged and doesn’t friendship, inspiration… Currently, care about trifles. I don’t care where I live. preferences as well. New genres, music And why not? hard to pigeonhole isn’t considered ear-friendly It puzzles me but the fact is we’re there. Our project is too Definitely, but if you fall in love… less popular in Spain than in Poland. People in our homeland are very unconventional. And what is your private

Does Eusebio know of

Barcelona like? Is it a city you

your record?

fall in love with, one to come back to?

As for your work, Spanish

Could you live in Poland?

indie rock is a completely new thing to Polish audiences. in

a way You’ve become precursors here, how about in Spain?

Not too cold?

You’re Italian singing indie

c o n s e r v a t i v e . O f t e n i t ’s a n advantage, but it can also be a problem. Conser vatism is ref lected in music preferences as well. New genres, music hard to pigeonhole isn’t considered ear-friendly there. Our project is too unconventional. I thought it’s more colourful there…

It’s not easy. Anyway, Spain is not enough to me, so I don’t care. Europe feels like a country to me, we can show what we’ve got much better here.

rock songs in Spanish. Quite

Come on…

a combination…

Seriously, I’m the youngest one and I’m 32… Anyway, the songs aren’t really all that extraordinary in their message. Only when coupled with the word play and my unusual pronunciation do they become interesting. I’m no big-time poet after all.

That’s all me. It’s not always nice. It’s a kind of chemistry, magnetism, very changeable. One day you feel lousy, you try to write a song and you just can’t do it, only to come up with something outstanding the next day.

You know that after Woody’s film

How do you handle so many guys in

was released, many people sang

your band?

your song not knowing what it was about.

54

It’s love and hate interchangeably. ×


museme

Dori Fi : Magda Howorska : Wojciech Mikołaj Rukujżo stylizacja: Patrycja Fitzet

z Dori fi rozmawiała zdjęcia

Wie co grać i jak grać, by sprawić, że się uśmiechniesz. Mówi, że robi to co czuje i umie najlepiej. Wysyła pozytywną energię, bo wierzy, że kiedyś do niej powróci. O tym jak to jest być kobietą z krwi i kości mówi DoriFi - Dorota Kopka-Broniarz, frontmenka jedenastoosobowego projektu muzycznego.

W

iesz, że musimy zacząć od banału..? Chciałabym, byś przybliżyła, czym jest projekt DoriFi.

 To projekt muzyczny.  Jak to się zaczęło? Bardzo długo już działam muzycznie. Przez większość czasu było to śpiewanie w chórkach. Myślałam, że już nie będę miała siły na nic więcej… Kiedy zaczynałam, mając osiemnaście lat, pisałam teksty, zarówno sobie jak i innym, trwało to jakiś czas, aż nastąpiło zmęczenie i zdałam sobie sprawę, że tworzę banały. Dopiero w momencie, w którym spotkałam chłopaków, coś znów drgnęło. To było jakieś cztery, pięć lat temu. Początkiem była zwyczajna próba, na której spotkałam Cichego. Grał tak, że od razu pomyślałam sobie, że z takimi właśnie ludźmi chciałabym pracować. Któregoś dnia dopadł mnie impuls i napisałam piosenkę. Wiedziałam też o konkursie Hirka Wrony. Postanowiłam zadzwonić do Cichego i zobaczyć co zrobi z tym numerem. Razem z Michałem Sękiem wzięli numer na tapetę - powstał nowy aranaż do Mentliqa i wygraliśmy. Niesamowity kopniak do działania. Później było drugie miejsce na Venie. Jeden numer i tyle szumu. Zdecydowanie coś mi dawało znać, że moja praca nie idzie na marne. Niestety, nadal w Polsce jest tak, że to co się chce robić, to jedno, a to z czego ma się pieniądze, to zupełnie inna sprawa.

Robienie naszej muzyki okazało się, i nadal jest drogim hobby, a przecież gdzieś trzeba było na to zarabiać. Nasze drogi się rozeszły. Szybko jednak poznałam młodą, prężną ekipę, chętną do pracy: Żabę, Bubu, Artura Michalskiego. Zrobiliśmy nowe aranże w wersjach koncertowych, zagraliśmy w kilku miejscach, no i okazało się, że znów to chwyta. W końcu doprowadziłam projekt do końca. Nie ukrywam, że było trudno.

budzę rano, jak czuję się wieczorem. Mówią o tym, co dzieje się ze mną, gdy kocham, co gdy jestem wkurzona… Myślę, że każdy się odnajdzie. Muzycznie, słychać mieszankę funky, jazzu i nu soulu. Wszystko oparte na trochę hip-hopowych beatach. Ciężko to sklasyfikować. Mamy swoje brzmienie, gdzieś pomiędzy. Jest was jedenaścioro, to bardzo duży skład.

Powiedziałaś, że Twoja muzyka nadal jest drogim hobby. Liczysz, gdzieś podskórnie, że w związku z nową, debiutancką płytą to się zmieni?

Jestem realistką. Wiem, że to długofalowy proces. Moja muzyka i tak mnie cieszy, bez względu na to, czy będę musiała na nią pracować. Nie można się skupiać w tym wypadku na pieniądzach. Wtedy robienie czegoś tak osobistego nie ma sensu. Mam swój plan. Ta płyta jest mi potrzebna do promocji. Powysyłam, porozdaję… Następna płyta dopiero będzie miała wejście. Aktualnie liczę, że wyjdę na zero. No to jaka jest ta płyta? Co można na niej znaleźć?

Fajne, babskie teksty i przeróżne nastroje. Staram się nie pisać o rzeczach wydumanych. Piosenki są o codzienności, o tym jak się

56

Właśnie zastanawiamy się jak to uciągnąć, ale zupełnie nie ma warunków. Próbujemy pogodzić wszystko i robić tak, by nikt nie czuł się poszkodowany, bo każdy włożył w tą płytę mnóstwo serca, pracy i czasu i nie robił tego za pieniądze. Z płyty emanuje mnóstwo pozytywnej energii, myślisz, że przyda się nam taki optymizm w pigułce?

Zwłaszcza nam, w Polsce. Ciężko generalizować, ale potrzebujemy czegoś na szarość. Mam taką teorię, że widzisz to, co chcesz widzieć. Jeżeli jesteś malkontentem – mało co cię zadowoli, ale jeżeli z założenia myślisz pozytywnie – miłe rzeczy, mimo wszystko ci się przydarzają. Masz pewnie jednak gorsze dni, jak każda z nas.


museme

Pewnie, że mam. Uważam, że takie momenty są potrzebne, żeby później było znów dobrze. Mam nawet kilka takich numerów. Mentliq, jest jednym z nich. Tam wręcz krzyczę, jestem nieźle wkurzona. Ballada Będzie co ma być, w której śpiewam, miękną mi nogi, mięknie mi wola, w popiół zamienia się moje nie… Czysta melancholia. Fajnie przelać takie nastroje na papier, nie dusić w sobie. Bardzo podoba mi się to, w jaki sposób podkreślasz kobiecość, nie manifestujesz, nie krzyczysz, nie jesteś feministką…

Nie wyprę się kobiecości. Jestem kobietą, uwielbiam być kobietą!!! A każda kobieta potrzebuje mężczyzny. Oczywiście jesteśmy silniejsze od facetów, ale to nie zmienia faktu, że same mogłybyśmy nie dać rady. Zamiast się zastanawiać nad ciężkim losem, powinnyśmy czerpać ze swojej siły to, co najlepsze, same pozytywy. Podoba mi się ta cała babska prawdziwość. Nie lubię wydumanych, pustych lal, rozhisteryzowanych panienek. Wydumane lale… to może brzmi trochę nieładnie z mojej strony. Płyta DoriFi, zagwarantuje mi dobry humor?

fot. WOjciech Mikołaj Rukujżo

Pewnie, ale specyficzny. Klimat nie jest ani infantylny, ani landrynkowy. Tam mimo wszystko jest brud. Mam nadzieję, że ta dobra energia, którą przekazujesz wszystkim dookoła i o której tak często wspominasz, wróci do Ciebie ze zdwojoną mocą.

Bardzo tego chcę. Wróci! ×

57


museme

RUBBER dots : Magda Howorska zdjęcia: Wojciech Mikołaj Rukujżo make up: Olga Stawska

z rubber dots rozmawiała

Wpisując w wyszukiwarkę internetową słowa  rubber i dots, pierwsze co jawi się naszym oczom, to reklama gumowych rękawiczek ogrodowych. Na tę ciekawostkę wpadł nasz fotograf Wojtek. Ani Iwanek i Stefanowi Głowackiego dało to do myślenia. Może by tak znak firmowy…? I chociaż dyskusja na ten temat trwała, to i tak uznaliśmy, że najlepszym znakiem rozpoznawczym Rubber Dots są świeże dźwięki elektro, zabarwione domieszką ciepłego wokalu, które pomału zaczynają rozbrzmiewać w polskich klubach.

V

intage, czy oldschool, to nurty, które aktualnie sprawdzają się w sztuce. Zdają się być gwarantem sukcesu. Mnóstwo artystów bezpiecznie sięga do tej

kopalni, mając pewność, że pozyska grono odbiorców. Wy

należycie do takich twórców. Jak, poruszając się po takim gruncie, uniknęliście sztampy i zadaliście trochę świeżego muzycznego szyku? STEFAN: prawda, że łatwo odwoływać się do vintage, bo to wszystko

już było. Na początku, gdy zaczynaliśmy, faktycznie było trochę takiego brzmienia, później od tego odeszliśmy. Fajnie jest łączyć nurty, robić z czegoś bazę, dodać wokal Ani i stworzyć ciekawy elektro pop. Jestem jednak daleki od używania analogowych syntezatorów, przebierania się w dresy i bawienia się, że coś jest kiczowate, niby specjalnie, a jednak nie, bo tak naprawdę jest to po prostu słabe. Dla mnie ważne jest dobre współczesne brzmienie.

Skąd pomysł na taką stylistykę? STEFAN: Oboje wcześniej byliśmy zaangażowani w kilka projektów

innych stylistycznie. Nie chcieliśmy łączyć oczywistości typu jazz czy soul z beatem. Spójrzmy na Anię, ona z bazy ma ten soul w głosie, brzmi on jednak dość typowo, jak u innych wokalistów lecących w radiu, postanowiliśmy więc pobawić się barwą i poszukać czegoś innego, wyjątkowego. Kiedyś interesowałem się jazzem. Przyszedł jednak moment, w którym zdałem sobie sprawę, że już za późno i choćbym nie wiadomo ile ćwiczył to nie będę wybitny jak Leszek Możdżer. Nie było więc w tym żadnego sensu. Pomyślałem, że lepiej będzie zrobić coś prostszego a dobrze. Stąd może zainteresowanie sprzętem i stylistyką elektro pop.

58


museme

A jak to jest u Was z muzyką? Interesowaliście się nią od dziecka? ANIA: Jako kilkuletnie dziecko poszłam do szkoły muzycznej, z którą

po dwóch latach musiałam się pożegnać, bo nie zaliczyłam egzaminów na koniec roku. Próbowałam później jeszcze kilkakrotnie, na różnych instrumentach, tym razem już bez pomocy szkół, jednak zawsze kończyło się tak samo. Albo wygrywało moje lenistwo, albo dany instrument po prostu nie był dla mnie. Moja edukacja muzyczna nie szła w parze z moim, czasem niestety słomianym, zapałem. Chciałam dużo, a straszny los mi to uniemożliwiał… Postawiłam na śpiew. Tu znowu nie miałam szczęścia do nauczycieli. Były przypadki, że nie wiedziałam, kto kogo ma uczyć. Wyjechałam do Danii gdzie spędziłam pół roku. Jednak to nie była typowa szkoła. Przez pierwsze kilka miesięcy śmiałam się nawet, że to pewien rodzaj terapii. Tam nie ważne co się robiło, wszystko było wspaniałe. Taka pozytywna motywacja, wszyscy się cieszą i głaszczą po główkach. Inaczej niż u nas. Może właśnie dzięki temu, podsumowując cały mój pobyt tam, dużo się nauczyłam. Od ludzi, których na początku nie traktowałam do końca poważnie, bo najzwyczajniej w świecie ich nie rozumiałam. STEFAN: Ja też nie mam żadnej szkoły za sobą. Jako dziecko zwy-

czajnie nie chciałem, a później chyba po prostu się bałem i myślałem, że jest za późno. Do wszystkiego doszedłem sam. Kiedyś chciałem grać jazz i tylko jazz, choć, przyznam, brzmiało to trochę śmiesznie w moim wykonaniu, nie wspominając o swingu… Później przewinąłem się przez kilka projektów sceny alternatywnej i przyznam, że Rubber Dots to wypadkowa moich działań. Powiem szczerze, że drażni mnie podział na off i mainstream, bo jeśli chodzi o muzykę klubową i alternatywę często brakuje jej tak zwanego pierdolnięcia. Albo słyszysz coś tandetnego, albo pitu pitu. Chcieliśmy zrobić coś co ma kopa i zarazem nie jest kiepskie. Dużo u nas „ alternatywnego” zawodzenia i jęków… ANIA: A już myślałam, że to ze mną coś jest nie tak i zwyczajnie nie

rozumiem muzyki, a tu proszę, myślisz dokładnie tak samo…

A jak wyglądają Wasze koncerty? Duet, szczególnie prezentujący muzykę elektro, jest pewnie wymagający? ANIA: To mój pierwszy projekt, który jest tak mały, a paradoksalnie jestem najbardziej zadowolona pod względem koncertowym. Choć jest nas dwójka, nie mamy problemu z przekazywaniem energii. Łatwiej się wszystko organizuje. To chyba sztuka w dwójkę porwać ludzi, a jednak się udaje. Scena klubowa kojarzy mi się z czymś więcej niż z kultem muzyki, to moda, styl życia..? STEFAN: Pewnie tak, z tym, że ciężko mi o tym mówić, bo nigdy nie

byłem clubberem… ANIA: Wręcz odwrotnie. Przez to, że prawie każdy weekend mamy

zajęty koncertami, gdy tylko przyjdzie chwila wolnego uciekamy z klubów… ×

59


museme

Management to nie hobby : Łukasz Napora : Paula Bartczak

tekst

zdjęcie

W poprzednim numerze pisałem, że najlepiej gdy muzyka dla artysty jest jak pasja – gdy tworzy dla siebie, bez ciśnienia. Ale co gdy muzyka ma być naszą pracą? Biznesem z prawdziwego zdarzenia? Czy wtedy artysta z hobbysty ma się zmienić w biznesmena? Nie, wtedy artysta powinien zaangażować managera.

M

iędzy innymi taki wniosek wyciągnąłem z debaty „Management Artystów w Polsce“, którą prowadziłem 16 kwietnia w ramach pierwszej Konferencji Muzycznej Audioriver. W dyskusji udział wzięły osoby patrzące na kwestie zarządzania z bardzo różnych stron. Mieliśmy dr Teresę Dudzik, która jest kierownikiem studium podyplomowego Menadżerów Kultury w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie; Jarka Czechowskiego (Angelo Mike), który od lat pracuje nad karierą swoją oraz młodych producentów i DJ-ów; Mariusza Maurycego – managera Nerwowych Wakacji i współpracownika The Car Is On Fire w zakresie promocji zagranicznej; Marcina Flinta, czyli dziennikarza piszącego do Machiny, Rzeczpospolitej, Przekroju i Interii. I wreszcie – Briana Allana – szkockiego managera muzycznego, który od 7 lat mieszka w Polsce. Po co to wszystko zostało zorganizowane? Odpowiem jako jeden z pomysłodawców i organizatorów całej Konferencji: ponieważ dobrych managerów muzycznych w Polsce praktycznie nie ma. Chcieliśmy sprawdzić, dlaczego tak się dzieje i co trzeba zrobić, żeby to zmienić. Bo, że nie żyjemy w normalnym kraju, dowodzi choćby fakt, że poszukiwanie informacji o polskich managerach często kończy się trafianiem na jakiś serwis plotkarski. Do tego, mamy masę ludzi, którzy gdzieś pokątnie, amatorsko starają się zarządzać karierą swoją, swojego zespołu lub zespołu swoich znajomych. Jakby nie patrzeć – ani tych z tabloidów, ani tych z piwnic i garaży – nie sposób nazwać zawodowcami.

Przejdźmy jednak do meritum, czyli wniosków z dyskusji. Cała debata była jak kubeł zimnej wody i jednoczesna inspiracja do działania. Kubeł, bo zarówno według Briana, czyli wieloletniego praktyka, który podpisywał umowy z Warnerem w Stanach Zjednoczonych, jak i dr Teresy Dudzik, która wie wszystko o teorii zarządzania – management artysty to biznes jak każdy inny. Trzeba znać przynajmniej podstawy ekonomii i prawa! To pewnie przykra informacja dla tych, którzy zamiast do szkoły wolą iść na jakąś galę wypełnioną fotoreporterami myśląc, że rozgłos wszystko załatwi. Nie ucieszyło też to zapewne tych osób, dla których managment to tylko zajęcie po godzinach. Okazało się bowiem, że fakt nie zarabiania nie zwalnia nikogo z profesjonalizmu i podwyższania swoich kompetencji. W tej pracy dobre chęci nie wystarczą. Marcin Flint powiedział, że polscy managerowie nie są wyszkoleni w swoim fachu i zwykle uczą się na błędach. Dodając, że niektórzy artyści nigdy więcej się po takich błędach nie podnoszą. Wyobrażasz sobie, że prowadzisz firmę i podpisujesz umowę, przez którą będziesz tracił pieniądze, które ci się należą? Oczywiście, że sobie wyobrażasz. Firmy upadają codziennie, bo ktoś czegoś nie doczytał, bo czegoś nie wiedział, bo coś mu się wydawało. Dokładnie tak samo jest z artystami i ich managerami. Można sobie – rzecz jasna – powiedzieć: ale mnie nie stać na profesjonalnego managera albo ja mam pracę, w której codziennie haruję – nie mam czasu, żeby czytać książki prawnicze czy ekonomiczne. Nie ma co jednak liczyć wtedy na sukces. Co najwyżej na fart. To, czego Brian nauczył się w swojej pierwszej pracy,

60

to że w biznesie muzycznym, muzyka to 10%, a biznes to 90%. Jeśli tak jest, to każdy artysta jest jak inwestycja. Nie da się otworzyć warzywniaka, jeśli nie ma się choćby minimalnych środków finansowych na start – na wynajem lokalu, na towar, na ładny szyld. Tak samo, bardzo trudno będzie rozwinąć karierę z prawdziwego zdarzenia, jeśli się w nią nie zainwestuje. To jest bolączka wielu artystów, którzy drepczą w miejscu, bojąc się zaryzykować i licząc, że może mnie kiedyś znajdą. Gdy produkujemy sznurówki i chcemy wejść na nowe rynki czy rozwinąć nasz asortyment, to pójście do banku i wzięcie kredytu będzie czymś absolutnie naturalnym. Dlaczego więc dla ogromnej rzeszy muzyków taki krok jest po prostu przerażający? Dlaczego artysta miałby nie wziąć kredytu na profesjonalnego managera, dobrego prawnika czy agencję public relations? Wracając do początku – muzyka jako hobby jest super. Hobby, na które zarabiasz czymś innym, gdzie indziej. Jeżeli jednak jesteś lub chcesz być muzykiem, który będzie zawodowym artystą za 10, 20 i 30 lat, a nie stolarzem czy barmanem, który wieczorami gra koncerty za 5 złotych, to potraktuj siebie jak firmę i znajdź ludzi, którzy znają się na rzeczach, o których ty nie masz pojęcia. Profesjonalny manager zajmie się stroną biznesową twojej kariery i zrobi wszystko, żebyś ty miał czas i głowę do robienia dobrej muzyki. Jeśli pomyślisz o sobie jak o firmie, to na pewno nie oddasz zarządzania nią jakiemuś hobbyście. × Łukasz Napora / Nermal Dziennikarz. Specjalista od elektroniki, który nie zamyka się na inne nurty muzyczne. W rebel:tv prowadzi Nu Shouts Chart oraz Rockfiler.


dressme

: Destino Communications

Tekst i zdjęcia

Hugo Boss proponuje wszystkm chcącym dobrze wyglądać podróż. Samochodową wyprawę po słonecznej części starego kontynentu, szukając modowych inspiracji.

H

ugo Boss sugeruje rozpocząć swoją wyprawę od Wiecznego Miasta. Dobrze ubrani panowie powinni zwiedzać Rzym w podwijanych jeansowych szortach lub w spranych rurkach, oraz w przypominającej uniform kurtce z miękkiej cielęcej skóry. Modne kobiet najchętniej widziałby w jedwabnych sukienka z plisami. W takich, które inspirowane są miejscowymi obrazami Michała Anioła, w takich które dają wrażenie zarówno wdzięku, jak i swobody.

sukienka, zapinana na guziki, ze spódnicą asymetrycznie plisowaną, która może być noszona na co dzień lub jako trencz. Kolory w zestawie na pomarańczową podróż Hugo Bossa są zdecydowanie naturalne: biały, beż, khaki i szary połączone z jasnym i ciemnym niebieskim. Natomiast świetnym akcentem w damskiej kolekcji będzie kolor różany, morelowy i różowy. Mężczyzna musi w tym sezonie posiadać żółte i turkusowe dodatki. Luźne koszule, jeansowe szorty i romantyczne, zwiewne sukienki dominują w modowej wyprawie.

Podwijane, z cienkiego jeansu spodnie w połączeniu z pastelowymi, cieniowanymi koszulami w kratę – to idealna sugestia na męskie plażowanie na L azurow ym Wybrzeżu. Lazurowe Wybrzeże to kolejny punkt, którego nie może zabraknąć na mapie pomarańczowej podróży według Hugo Bossa. Jeans w podróży pełni kluczową rolę: odcienie materiałów są sprane, farbowane i po­psikane sprayem, w celu osiągnięcia nowoczesnego, jakże autentycznego charakteru vintage. Wraz z bawełnianą, sportową kurtką ze wytartymi jeansowymi wykończeniami warto ubrać lniany cardigan z długimi rękawami. Dla kobiet doskonałe podczas wypoczynku na Riwierze Francuskiej są zwiewne sukienki i kobiece kombinezony ozdobione delikatnymi, malutkimi kwiatami. W duecie z sukienkami, powinny występować żakiety lub grube, skórzane paski. Hitem tego sezonu jest delikatnie połyskująca

Zwieńczenie podróżniczych fantazji Hugo Bossa jest casualowa kolekcja Boss Orange wiosna/lato 2011. Miejscem grudniowej prezentacji była warszawska, historyczna fabryka Soho Factory, która na czas pokazu zamieniła się w zakład samochodowy. Beczki, warsztatowe narzędzia oraz stylowe Mustangi, były tłem dla świeżych stylizacji. Na prezentację ubrań zaproszono ponad 300 gości – wśród nich VIPów, celebrytów, ludzi mediów oraz ich partnerów. Wieczór uświetnił występ znakomitej amerykańskiej artystki muzyki soul i funk – Janelle Monae. Jej świeżość i niecodzienny styl bycia doskonale dopełniały luźny i uliczny styl. Po koncercie Janelle Monae, after party rozkręcał DJ Bartek Michalec, projektant i stylista. Po grudniowej prezentacji kolekcji Boss Orange w historycznej fabryce, zapowiada się wiosna i lato pełne wypraw i casualowego stylu. Nie pozostaje nic, tylko podróżować ubranym w Boss Orange. ×

62


dressme

63


dressme

OLGI DOLCE VITA : Marta Dudziak zdjęcia: Wojtek Mikołaj Rukujżo make up: Magdalena Marinkovic  hair: Adrian Lasota Ubrania: Archiwalne autorskie kolekcje Workshop i Wolgan rozmawiała

Spotkałyśmy się podczas majowego Fashion Philosophy Fashion Week Poland. Zaproponowałam „Może pójdziemy porozmawiać w vip roomie?”. Odpowiedziała „Ale ja nie wejdę. Wszystkie swoje wejściówki oddałam studentom”. Poznałam wyjątkową osobę…

T

e ubrania… Piękne… Nie robisz już autorskich kolekcji?

W tej chwili nie. Oczywiście jest to kuszące, ale pracuję projektując dla firm i odnajduję się w tym. Działam w środowisku, w którym kreatywność w żaden sposób nie jest ograniczana, choć moje podejście do projektowania jest bardziej rzemieślnicze, a mniej artystyczne. Mam świadomość, że praca projektanta mody ma sens tylko wtedy, jeśli odpowiada na prawdziwe potrzeby piękna, harmonii oraz wyrażania siebie samego. Jestem dumna, że swoją pracą mogę przyczynić się do powstawania pięknych kolekcji np. dla Armaniego. No właśnie. Jak wygląda Twoja współpraca z modowym gigantem?

Trwa już 3 lata. Jestem konsultantem zewnętrznym firmy. Pracuję jako wolny strzelec. Zajmuję się wyszukiwaniem materiałów i ich obróbką. To ode mnie oczekuje się największej kreatywności, bo daję propozycje projektantom pracującym w firmie.

Cztery razy do roku przygotowuję research (dwie kolekcje, dwie pre-kolekcje). Jeżdżę po targach i laboratoriach, wymyślam. Obróbka, druk, cięcie, haft, farbowanie, wytłaczanie, etc. To są niuanse stanowiące o wartości końcowej luksusowej mody. Poza Armanim, pracujesz jeszcze dla kilku firm, prawda?

Tak, byłam koordynatorem kolekcji dla Burberry. To była świetna przygoda, bo pracowałam między londyńskim biurem projektowym a wykonawcami we Włoszech. Burberry całą swoją kolekcję realizuje we Włoszech, bo ma zaufanie do tutejszej jakości, wykonania i kroju. To Włosi nad­ zorują produkcję w innych krajach, nawet w Polsce. A Fratelli Rossetti?

To firma, która przede wszystkim robi buty, ale zawsze ma też małą kolekcję ubrań i ja nadzoruję tutaj część kolekcji. To jest produkt bardzo klasyczny, wysokiej jakości.

64

Marka ma około 30 sklepów w najpiękniejszych miejscach na świecie, np. w Mediolanie przy Via Montenapoleone, a we Florencji przy Piazza Republica. Fajne jest to, że dostaję znać, kiedy na witrynę trafia realizowany przeze mnie projekt. Wtedy mam ogromną satysfakcję. Trudno się nie cieszyć mając świadomość, że część mnie jest w Tokio, Berlinie czy Londynie. Jak pracuje się we Włoszech?

Włoska branża modowa to potężny biznes, na który pracują tysiące zdolnych ludzi, bo  trzeba być zdolnym i rozumieć kreatywność. W tamtejszej mentalności kreatywność i komercja nie zaprzeczają sobie. Coś jest wtedy komercyjne, kiedy jest dobrze  wymyślone, w odpowiednim stopniu nowatorskie i piękne. Takiego podejścia nie ma jeszcze w Polsce. Trzeba do niego czasu. Póki co w środowisku słyszę, że kreacja jest zaprzeczeniem komercji. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Nawet moda masowa jest dziś innowacyjna i kolorowa.


dressme

fot. WOjciech Mikołaj Rukujżo

65


dressme

fot. WOjciech Mikołaj Rukujżo

66


dressme

Olgo, jak to się w ogóle stało, że trafiłaś do Florencji?

Miałam możliwość zrealizowania swojego marzenia. Wyjechałam do Włoch na studia podyplomowe. Trafiłam do Polimody, Międzynarodowego Instytutu Projektowania i Marketingu Mody, gdzie dziś jestem wykładowcą. Od 4 lat dyrektorką szkoły jest Linda L oppa , która wcześnie j prowadziła w  Antwerpii Królewską Akademię Sztuk, wypuściła na rynek mody Martina Margiellę, Driesa van Notena, słynną belgijską siódemkę. A co pojechałaś studiować?

Wybierałam między projektowaniem a zarządzaniem modą. Kusiło mnie to drugie, ale postanowiłam pójść za moim powołaniem i zgodnie z wcześniejszym wykształceniem wybrałam projektowanie. Dzielnie uczęszczałam jednak na wszystkie wykłady. A dziś tym, czego się nauczyłam dzielę się z innymi, bo w Polsce konieczna jest edukacja, potraktowana inaczej niż do tej pory się to odbywało. Znalazłaś antidotum?

Tak, wraz z grupą zaangażowanych osób, udało nam się stworzyć trzy podyplomowe kierunki studiów, dotyczące zarządzania, marketingu i prognozowania trendów. Na wzór i we współpracy z florencką Polimodą powstała polska Viamoda, Polsko-Włoska Szkoła Designu i  Managementu. Podstawą jej działania jest praca z zawodowcami, z których każdy ma realny kontakt z branżą. Nasza uczelnia działa po to by zrozumieć, po co tak naprawdę to wszystko się robi. Moda to trudny biznes, bo trzeba łączyć myślenie ekonomiczne z kreatywnym. Jest dziedziną  sztuki, odzwierciedleniem tego, co dzieje  się w społeczeństwie. Nie ma sukcesu jeśli  nie myśli się o tym, co czują inni. My  tego  uczymy. W programie uczelni jest kierunek Prognozowanie trendów. Jak można nauczyć się prognozować?

Przede wszystkim z obserwacji, badania rzeczywistości, wyciągania wniosków i umiejętnego łączenia ich z sobą tak, aby miały one sens. Robię między innymi takie ćwiczenia ze studentami na bazie aktualnych dostępnych w prasie i sieci zdjęć, oni składają kolaże, które opowiadają o tożsamości kulturowej współczesnej Europy i są zmuszeni myśleć, zastanawiać się nad tym co ludzi boli, a co cieszy. W ten sposób są w stanie zacząć określać co się zmienia. W modzie proces zmian jest szybki, ale np. w architekturze czy motoryzacji, gdy w grę wchodzą duże pieniądze, trzeba przygotowywać produkty w oparciu o takie badania. Nie bez powodu Mercedes, synonim luksusu produkuje niewiele większe od Smarta samochody. Ipad także narodził się, bo potrzebujemy być online już przez cały czas. To spróbujmy przewidzieć. Jest miejsce na niszowe marki odzieżowe?

Jest. I to coraz więcej. Rynek dojrzewa, gusta i style życie się dywersyfikują, komunikacja jest prosta, dostęp do rzeczy coraz łatwiejszy, świadomość klienta coraz większa, więc niszowe marki mogą zataczać coraz większe kręgi, aby znaleźć potrzebnego im indywidualistę. Co z zarządzaniem w sektorach mody?

Ten kierunek powstał we współpracy ze znakomitą Akademią Leona Koźmińskiego. Działa od półtora roku. W zajęciach biorą udział zarówno projektanci jak i pracownicy znanych polskich firm, wszyscy, którzy chcą usystematyzować i poszerzyć swoją wiedzę o mechanizmach branży modowej. Łączą myślenie biznesowe z kreacyjnym. A trzeci kierunek?

Nazywa się zarządzanie w sektorach produktów luksusowych. To  są studia biznesowe dla sektora luksusowego. Fantastyczna tematyka: jachty, samoloty, biżuteria, luksusowa moda. Ten  rynek w Polsce jest jeszcze dość nieokreślony, ale i rozwijający  się. Uczymy się o jego przemianach.

67

Ty lubisz nauczać?

Tak. Jeśli tym co robię, jestem w stanie otworzyć nowy sposób myślenia i rozwijania się, to myślę, że to jest to, co robi dobry nauczyciel. Na własnym przykładzie wiem, że ci nauczyciele, którzy na mnie wywarli wpływ, nie mówili mi rób tak i tak, ale pokazywali mi drogę mojego własnego rozwoju. Uczulali, że trzeba wiedzieć, żeby coś robić. Dla mnie nauczanie jest ciągłym uczeniem się. Praca w Polimodzie jest spełnieniem. Czasem, kiedy przygotowuję się do zajęć, patrzę dookoła i myślę sobie: o kurcze, niemożliwe. I wtedy jeszcze chętniej zabieram się do pracy. A to Twoje nauczanie w Polsce?

To dla mnie taka misja. Nie spodziewałam się, że moje życie potoczy się tak, że prawie całkiem pozostanę poza Polską. Nazywam swój wybór konformizmem estetycznym, bo we Włoszech mieszka się wspaniale. W Polsce nie chciałam być gościem, ale współtworzyć, przywozić z powrotem to, czego się nauczyłam. Czuję, że to jest mój dług wobec miejsca, z którego jestem. Takie mam powołanie. W Polsce pracuje się świetnie, potencjał jest ogromny i nie rozumiem narzekania. Jest energia, możliwość, świeżość kapitalizmu, która pozwala na zrobienie wielkich rzeczy w szybkim tempie. Przyjeżdżam tu jak do siebie, ale mój dom jest na wsi, pod Florencją , tak , jak to sobie kiedyś wymarzyłam. Ty wszystko tak sobie wymarzasz, prawda?

No tak. Wierzę, że jak się czegoś bardzo chce, to się do tego dochodzi. Nie myślą, ale dążeniem, analizowaniem co zrobić. Nie ma rzeczy niemożliwych. A kim chciałaś zostać jak byłaś dzieckiem?

Malarką. Mój tata jest malarzem. Potem w liceum, pomyślałam, że nie chcę zajmować się sztuką dla sztuki. Chciałam tworzyć ładne rzeczy, które zmieniałyby świat dookoła.


dressme

Mam taką swoją anegdotę o 2 najważniejszych momentach w moim życiu. Pierwszy był w przedszkolu, jak zapytałam: Mamo, a w co ja mam się ubrać?, a mama powiedziała: Wybierz sobie sama. Od tego dnia już nigdy nikt mi nie mówił, w co mam się ubrać. Drugi moment był w  liceum. Mama zawsze szyła ubrania, ja je wymyślałam. Poszłam kiedyś do niej i  powiedziałam: Zrób mi, a ona odparła: A zrób sobie sama. Mój wybór był więc oczywisty. Nie robisz nic wbrew sobie, prawda?

Żyję w zgodzie sama z sobą. Uczę studentów, że jeśli ich wybory będą w zgodzie z tym, co czują jako pasję i powołanie, ich życie nabierze innej jakości. Będą chętniej się rozwijać. Ja od zawsze miałam jasną wizję i intuicję wewnętrzną, co chcę robić. I cały czas zadaję sobie pytania. Słucham swojego wnętrza. W  moim przypadku praca zawodowa to jest całe życie. Nie ma tak, że kończę pracę, zamykam komputer i wychodzę. Masz swoje autorytety? Wskaźniki?

w Polimodzie, bo jest punktem odniesienia i mojego rozwoju w edukacji. Śledzę to, co robi Li Edelkoort, bo ona w swojej pracy reserchera zawsze eksploruje n i e s k o ń c z o n e p i ę k n o n a t u r y, a i dla mnie jest to nieustająca inspiracja, z a r ó w n o   w   p r o j e k ­t o w a n i u j a k i w malarstwie.

kolekcji? A może pochłonie mnie świat edukacji? Nie wiem. Najważniejsze jest to, żeby zaprowadziła mnie tam moja intuicja. I ogromna radość życia, którą w sobie masz…

Ja taka jestem. Mnie w Polsce brakuje podejścia do życia z radością. Tutaj jest niesamowita energia, a ludzie lubią narzekać, nawet jak robią duż o i dobr z e. S taram się zaszczepiać w ludziach pozytywne podejście. Bo trzeba wierzyć w siebie i mieć optymizm. Jak mawia Dalaj Lama „Sharing your knowledge is the only way to be immortal”. I ja w to wierzę. ×

Mam świadomość, że praca projektanta mody ma sens tylko wtedy, jeśli odpowiada na prawdziwe potrzeby piękna, harmonii oraz wyrażania siebie samego. Jestem dumna, że swoją pracą mogę przyczynić się do powstawania pięknych kolekcji.

W kontekście znanych postaci chyba nie. Zbyt dużo rzeczy mnie zachwyca, żeby powiedzieć: to jest mój mentor. Po drodze jednak spotykałam takie osoby. Zaczynając od domu rodzinnego i autorytetów rodziców, w walce o piękno życia. To rodzicom zawdzięczam wrażliwość na piękno i rozwój w tym kierunku. Ich winą jest to, że nie mieszkam w Polsce, bo rozbudzili we mnie potrzebę niezgody na brzydotę. Moim autorytetem był wspaniały profesor z łódzkej ASP Andrzej Chętko, Marek Janiak , architekt , któr y bardzo na mnie wpłynął. To osoby, które miały odwagę robić swoje na bardzo w y s o k i m p oz i o m i e , z o g ro m ny m zapleczem intelektualnym. Linda Loppa

Olga Nieścier Projektant, artysta, wykładowca. Mieszka i pracuje w Toskanii we Włoszech. Jest absolwentką międzynarodowych studiów podyplomowych z projektowania ubioru w Instytucie Polimoda we Florencji. Pracuje jako konsultant i projektant m.in. dla: Giorgio Armani, Fratelli Rossetti, Burberry, Thes & Thes. W Polsce ukończyła z wyróżnieniem studia na Wydziałach: Projektowania Tkaniny i Ubioru oraz

Jak wyobrażasz sobie siebie

Grafiki na Akademii Sztuk Pięknych

za 10 lat?

w Łodzi. Zajmuje się tworzeniem kolekcji damskich pret-a-porter i dodatków, a także nowatorskim zasto-

Trudne pytanie. Gdyby ktoś mi powiedział kilka lat temu, gdzie będę za 5 lat, w życiu bym nie uwierzyła, niezależnie od tego, że zawsze byłam ambitna i miałam aspiracje. W mojej skali wartości jestem w fantastycznym miejscu, z racji na spełnienie. Chciałabym czuć takie samo spełnienie za 10 lat. Kto wie w którą pójdę stronę? Może rzucę to wszystko i będę malować? Może zdecyduję wrócić do autorskich

68

sowaniem druku i obróbki tkanin i skóry.

Marta Dudziak Redaktorka,

blogerka, fashion-

loverka i podróżniczka. Pisze do Dilemmas Magazine, Aktivist'a i kilku modowych portali. Wykłada kreowanie wizerunku w warszawskim SWICH'u. Zakochana w rozmowach z fajnymi ludźmi, lekturze I-D i Industrie, ogladaniu kolekcji Jacobsa, Wojewódzkim, Nowym Jorku i spacerach z kubkiem naprawdę dobrej latte. Marzycielka i idealistka.


dressme

fot. WOjciech Mikołaj Rukujżo

69


dressme

Nie narzekać na eventy modowe! Kto w ostatnim czasie ulegał pokusie krytykowania, że w polskiej modzie niewiele się dzieje, mógł robić to tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia i dla podtrzymania jednej z naszych najważniejszych narodowych tradycji zwanej narzekaniem. Działo się. Dzieje się. tekst: Marta Dudziak : Marta Gliwińska/matrioszka

ilustracje

B

ywa, że w ciągu jednego wieczora modowych imprez, eventów czy spotkań jest kilka. Wytrawni wyjadacze zaprawieni w bojach posiadają umiejętność obskakiwania wszystkich. Wymaga to naturalnie pewnego zorganizowania. Mnie, jako osobie raczej walczącej z czasem niż z nim się układającej, trudno czegoś podobnego dokonać. Być może jednak wszystko przede mną. Ponoć można sobie pomóc wizualizacją. O obrazek samej siebie za pan brat z zegarkiem trudno jednak nawet w myślach, co dopiero w realu. Tak czy owak, trafiłam w ostatnim czasie na kilka ciekawych, modowych eventów.

Dyplomy MSKPU, Warszawa, 20 kwietnia Międzynarodowa Szkoła Kostiumografii i Projektowania Ubioru to jedna z najbardziej znanych modowych uczelni w kraju. W słoneczne, kwietniowe południe w Arkadach Kubickiego stołecznego Zamku Królewskiego miał miejsce pokaz dyplomantów uczelni – 41 projektantów i kostiumografów. Oglądali go miłośnicy mody, fani niektórych talentów, przedstawiciele brandów odzieżowych, dziennikarze, styliści oraz tacy projektanci jak Łukasz Jemioł, Michał Starost czy Karina Królak. Oceniano pod kątem kreatywności, wyczucia trendów, spójności, orygi-

70

nalności i dojrzałości. Podobała mi się bananowa kolekcja Tomasza Białka, której szczególnie radosnym akcentem było wyjście jednej z modelek, konsumującej owoc. Zrobiło się jakoś tak lekko i wakacyjnie. Ciekawie było u Marty Smolarczyk. Napewno zapamiętam pokaz kolekcji Michała Szlasy. Z kilku powodów. Bo było teatralnie, faceci poruszali się na niebotycznie wysokich obcasach, ubrani w czarno-czerwone outfity. Wreszcie z uwagi na lalkę, którą jak dziecko niósł Michał Sadowski. Na koniec Kamila Gawrońska-Kasperska. Po „Metropolis” tym razem na czarno, ze strzelistymi sylwetkami i mocno uwypuklonymi ramionami. Fantastycznie.


dressme

Fashion Day, Warszawa, 20 kwietnia O modzie zaczyna się rozmawiać. Daje się zauważyć, że jest coraz szersze grono odbiorców, które chce wiedzieć co w fashionowej trawie piszczy. Na naszych oczach przestaje być tylko przywilejem rich&famous. Jest zjawiskiem, które chce się poznać. Można to zrobić podczas cyklicznych, warszawskich spotkań ze znanymi postaciami rodzimej sceny mody, organizowanych przez Fashion Management Club. Tym razem klub, działając y w stołecznej Szkole Głównej Handlowej, poszedł o krok dalej i dzień, 20 kwietnia ogłosił Fashion Day’em. Od rana do nocy było o modzie i z modą. Agnieszka Gniotek, mówiła o fotografii mody, a na tej zna się jak mało kto. Mikołaj Komar opowiadał o tym jak stworzył własny magazyn. Mówiło się o markach luksusowych, o tym jak zarządzać markami, o stylizacji biznesowej czyli zasadach, którymi należy się kierować przy wyborze oficjalnego stroju, tak aby było poprawnie. Poza wykładami były pokazy mody Joanny Jachowicz, Oli Kucharczyk i Bartka Malewicza, wystawa kolekcji Asi Wysoczyńskiej oraz prezentacja ilustracji mody Anny Marii Przybysz , Magdy Antoniuk, Olki Osadzińskiej i Krzysztofa Zdunkiewicza. Po całym dniu wrażeń, wieczorem odbyło się afterparty w klubie Bank, gdzie miał miejsce pokaz kolekcji Guess.

wieczoru był pokaz kilku outfitów gościa specjalnego eventu – Łukasza Jemioła, koncer t żywiołowej Marceliny oraz prezentacja ilustracji fantastycznej Ani Halarewicz. Mało? Wieczór Konesera, Warszawa, 13 kwietnia Jak mówili organizatorzy z nutą mediolańskiego szyku. Odbył się w warszawskim LOFT 44. Pokazywano ubrania, biżuterię, samochody i szkło. Wszystko ekskluzywne. I wszystko z Włoch.Pierwsze i drugie na manekinach i wybiegu, trzecie – Maserati – stały pod sceną a ostatnie marki Villa

Kasia Wyrozębska, która stoi za marką Justin Iloveu, stworzyła kolejny brand. Nazwała go Mozcau by Justin. 9 kwietnia w warszawskim Love&Trade miał miejsce pokaz debiutanckiej kolekcji na wiosnę – lato 2011. Fani Justin’a doskonale wiedzieli czego oczekiwać. Na pewno jakości tkanin: jedwabiu, kaszmiru, satyny, bawełny i dżinsu, użytych do powstania tunik, sukienek czy legginsów. Kolekcji intrygująco łączącej luz, elegancję i sex appeal. Poza odzieżą była jeszcze prezentacja okularów przeciwsłonecznych Massada. Na żywo grał White Clove. Dodatkową atrakcją wieczoru był performance taneczny Oh lala. Strata dla tych, których zabrakło na inauguracyjnym pokazie marki, bo było wyjątkowo. Oscary Fashion, Warszawa, 24 marca

Noc Młodych Zdolnych 3, Warszawa, 14 kwietnia Warszawska Królikarnia była miejscem, w którym odbyła się trzecia edycja modowej imprezy zwanej Nocą Młodych Zdolnych. Jej inicjatorem jest Word&Mind Fashion Adevertising. Cel jest jeden: promocja m ł o d y c h z d o l n y c h p r o j e k t a n t ó w. W poprzednich edycjach swoje kolekcje pokazali Agata Krajewska i Plastikowy. Tym razem młodą, zdolną była Małgosia Dudek, która zaprezentowała najnowszą kolekcję w kolorach pomarańczu, czerni i beżu. Było performance’owo, z udziałem wijącej się na podłodze tancerki w klimacie Tildy Swinton oraz dwóch mężczyzn ubranych w  kombinezony, prześwietla jąc ych pojawiające się modelki. Dodatkową atrakcją

Mozcau, Warszawa, 9 kwietnia

Italia, zaraz przy wejściu. Podczas pokazu mody pokazano odzież m.in Pupigia, Haute Marne, Nicola Luccarini, Pashmere, Massimo Panuccio. Uwodziła lekkość, z jaką poruszały się modelki, znak, że mają na sobie odzież do noszenia, wygodną, na co dzień. Konsultantem owych włoskich brandów odzieżowych jest Antonio D’Amico (patrz strona 73), który był gościem specjalnym wieczoru. Pewnie pamiętacie jego osobę z czasów, gdy na czele Domu Mody Versace stał legendarny Gianni. Antonio był tam wówczas projektantem. Potem były pokazy tańca, występy skrzypaczki i saksofonisty, tort, toast i bardzo zabawna loteria z nagrodami.

71

Z rozmachem. Ogromnym. Pod hasłem Big City Lights. W Soho Factory, pretendującym do tytułu modowego zagłębia kraju. Fashion Magazine przyznaje nagrody najlepiej ubranym. Muzykom, aktorom, dziennikarzom, ludziom mody. Wskazuje też na osoby debiutujące. Na zdolnych i dobrze rokujących projektantów mody, fotografów, blogerów i modelki. Właśnie dlatego obok Moniki Olejnik, Ksawerego Dębskiego czy Małgosi Sochy statuetki odbierali Adam Pluciński (fotograf), Macaroni Tomato (bloger), Hania Koczewska (modelka) i Ola Kawałko (projektantka). Swoje kolekcje poza tą ostatnią na wybiegu pokazali również Alicja Antoszczyk, Jacek Kłosiński Hyakinth, Kamila Gawrońska-Kasperska oraz Sophie Kula. Jak było? Bardzo modowo. Bardzo gwiazdorsko. Na scenie z pierwszym modowym dziennikarzem kraju nad Wisłą – Olivierem Janiakiem, u którego boku co chwila pojawiały się znane twarze by wręczyć nagrody. Kto był? Szybciej chyba wskazać tych, których nie było. Miałam wrażenie, że są wszyscy. A poza tym, a może przede wszystkim był jeszcze łódzki Fashion Philosophy Fashion Week Poland. Ale to już zupełnie inna historia… ×


dressme

fot. Zosia Zija & JAcek Pi贸ro

72


dressme

Antonio d’Amico

„Chciałbym, żeby na świecie było więcej elegancji.”

: Anna Wyżykowska zdjęcia: Zosia Zija i Jacek Pióro

Z Antonio rozmawiała

O globalnym języku, odważnym patrzeniu w przyszłość i teatralności wybiegu opowiada Antonio D’Amico – wyczulony na nowe bodźce projektant mody i indywidualista, który po 35 latach w branży konsekwentnie wysoko ustawia poprzeczkę i cierpliwie uczy kobiety elegancji na miarę Katharine Hepburn. 73


dressme

M

asz jakieś szczególne plany

Zrobiłeś bardzo udaną kolekcję dla

urlopowo – wypoczynkowe?

Francesco Demuro, a do Polski

Czy Wakacje mogą być

przyjechałeś z projektem Le Collezioni

inspirujące?

Artigiane Milano.Na czym on polega? W czym tkwi wyjątkowość włoskiej mody,

Wakacje najchętniej spędzam na południu Włoch, w rodzinnych stronach. Od dziecka lubię podróżować, zawsze byłem bardzo ciekawy świata. Miejsca oczywiście bywają inspiracją. Ale w moim przypadku może nią być właściwie wszystko: podróże, konkretna wystawa, film, albo ludzie spotkani na ulicy. Podróżujesz z psem? Wiem, że długo miałeś Silvanę, cocker spaniela, który był prezentem od Eltona Johna, a imię otrzymał po Silvanie Pampanini, włoskiej aktorce.

Tak, Silvana była moim najukochańszym psem. Niestety zmarła dwa lata temu. Teraz mam Meticcio, jest cały czarny i szalony. Faktycznie, podróże bywają ciężkie, gdy ma się psa, ale mam przyjaciela, który zawsze się nim opiekuje podczas mojej nieobecności. Taki zastępczy ojciec. Dzięki temu pies może zostawać w swoim domu i ogrodzie. Przez lata pracowałeś dla wielkiego domu mody jakim jest Versace. Teraz związany jesteś z mniejszymi markami. Co jest dla projektanta lepsze? Moda w przyszłości będzie należała do gigantów czy do niewielkich kreatorów i małych zakładów?

Dla projektanta najważniejsze są nowe bodźce. Po 35 latach w tym zawodzie i po latach współpracy z Giannim Versace poczułem potrzebę pracy z mniejszymi firmami i nowymi markami. Tam często jest więcej świeżości i energii. Dla mnie to bardzo stymulujące i ważne. Istotne jest, by dawać szansę rozwoju młodym ludziom, nowym osobom pojawiającym się w branży. Duże domy mody zawsze będą mieć przewagę, są silniejsze. Ale sądzę, że to małe marki stają się coraz atrakcyjniejsze dla ludzi. Nie trzeba wybierać, bo to nie są wykluczające się opozycje. Świat potrzebuje różnorodności. Wielcy i mali mogą i powinni współistnieć. Po odejściu z Versace powstała marka

którą reprezentujesz i propagujesz?

Starałem się trochę ożywić i odświeżyć markę Francesco Demuro. To doskonała jakość i świetne wykonanie. Ale będąc wykwalifikowanymi rzemieślnikami, brakuje im nowoczesnej wizji mody. Zostałem poproszony o pomoc i podjąłem się tego zadania z ogromną przyjemnością. Z mojej strony była to jednosezonowa praca, coś w stylu wyznaczenia kierunku, któr ym teraz Francesco Demuro może podążać sam. Taki brak świeżości to zresztą problem wielu projektantów i marek. Również w Polsce.

Klasyczny wybieg wydaje mi się nudny, pozbawiony indywidualności i osobistego zaangażowania Jest wielu zdolnych kreatorów mody, niektórzy z nich tworzą unikatowe rzeczy. Ale spora grupa ma przestarzałe podejście do mody. Brak w tym współczesnego elementu, spoglądania w przyszłość. Jeśli chodzi o "Le Collezioni Artigiane Milano" to jest to koncept zakładający połączenie różnych, starannie wyselekcjonowanych włoskich marek, pokazujący jak można stworzyć personalizowaną modę dla kobiet. Niezwykle istotnym wyznacznikiem jest tu doskonała jakość i ponadczasowa prostota, które sprawdzają się bez względu na sezon. W Warszawie zaprezentowaliśmy wybór takich kolekcji.

A zatem moda to sztuka czy sztuka użytkowa?

Dla mnie moda to rodzaj wizji, tak ją postrzegam. Celem tej wizji jest przyciągnięcie uwagi kobiet, zainteresowanie ich. Bycie projektantem oznacza przekazywanie energii jaka towarzyszyła pracy, którą się kocha. Kobiety, które rozumieją i interesują się modą odbierają tę energię. Dla kogo projektujesz?

Projektując nie myślę o konkretnej kobiecie, ale o kobietach w ogóle. Chciałbym wszystkie je uczynić pięknymi, sprawić, by tak się czuły. Chciałbym, by wszystkie miały w sobie coś z Katharine Hepburn, która była jedną z najelegantszych kobiet świata. Skoro jesteśmy przy elegancji. Kiedy myślę o włoskiej modzie, pojawiają się skojarzenia z wyjątkowym, na swój sposób unikatowym rodzajem elegancji. Sophia Loren, Gina Lollobrigida, Claudia Cardinale – ikony mody, które wielbił cały świat.

Antonio D’Amico. Co się z nią stało?

Marka jako taka istnieje, ale jej działalność została zawieszona. Za mniej więcej rok planuję do tego wrócić i zrobić własną kolekcję.

Pracuję dla teatru i bardzo lubię tę pracę. Wynika to z tego, że praca w teatrze pozwala na dwukierunkową działalność: teatr można przenosić do mody i odwrotnie – modę na deski teatru. Nie jestem kostiumologiem w klasycznym rozumieniu tej funkcji, natomiast bardzo lubię działać w obrębie tego pojęcia. Jeśli mam być szczery, klasyczny wybieg wydaje mi się nudny, pozbawiony indywidualności i osobistego zaangażowania. Pokaz ma na celu przyciągać uwagę, budzić zainteresowanie. Moim zdaniem zwykłe, klasyczne pokazy mody nie są w stanie wzbudzić zainteresowania, bo są zwyczajnie nudne. Modelka wychodzi, szybko przemierza wybieg i znika. Nic w tym ciekawego. Dlatego lubię nieco teatralne prezentacje mody. Chcę pokazywać ją w niebanalny, ciekawy i budzący zainteresowanie sposób. Współpracując z doskonałymi reżyserami teatralnymi, takimi jak Maurice Bejart czy Bob Wilson, nauczyłem się jak łączyć obie te dziedziny w spójną i interesującą jedność, jak kostium przenosić do mody, a modę do teatru. To dużo ciekawsze dla widza. Tak pracowaliśmy z Giannim.

Współpracujesz też z teatrem.

Jak moda koresponduje z elegancją?

Ile mody jest w teatrze, a teatru

Sądzisz, że kobiety, zwłaszcza

w modzie? Wybieg może być rodzajem

Włoszki, nadal reprezentują kultową,

sceny teatralnej?

włoską elegancję?

74


dressme Elegancja to coś naturalnego. Albo się to ma, albo nie. To część osobowości i niestety część, której często brakuje. Chciałbym, żeby na świecie było więcej elegancji. Smutne, ale większość kobiet nie ma naturalnego wyczucia elegancji i musi się jej uczyć. Szczerze mówiąc nie widzę tu różnic pod względem kraju czy narodowości. Na całym świecie spotykam kobiety niezwykle szykowne i te wyglądające fatalnie. Ideały zdarzają się rzadko. Zwykle coś jest nie tak. Czasem włosy, czasem makijaż, kiedy indziej jakiś element garderoby zupełnie nie pasuje, coś jest źle zestawione. Cóż mogę powiedzieć, staram się edukować je w tej materii. Zatem moda globalna, nie narodowa. Czy można o modzie mówić w kategoriach uniwersalnego,

jest subiektywna. Jedne rozwiązania są wyrazistsze, inne mniej. Jeśli chodzi o mnie, cenię indywidualność. Rzadko skupiam się na tym co zrobili inni, jestem nastawiony na kreowanie własnej wizji, rozwijanie własnych idei, innowacji, dostosowanie rozwiązań przeszłości do wymagań dzisiejszych czasów. Powiedziałeś kiedyś, że intelektualiści są nudni, bo zawsze roztrząsają przeszłość. Minione powinno odejść w zapomnienie? Co takiego interesującego jest w przyszłości?

Podziwiasz współczesnych

Przeszłość jest ważna jako historia, to oczywista sprawa. Ale to w przyszłość należy patrzeć, bo ona jest tym, dokąd zmierzamy. Takie patrzenie jest niezbędne, by zrozumieć

globalnego języka?

Rzadko skupiam się na tym, co zrobili inni, jestem nastawiony na kreowanie własnej wizji.

Oczywiście. Właśnie takim ponadnarodowym językiem jest moda. Działa tak samo jak muzyka, czy inne rodzaje sztuk. Komunikuje bez względu na narodowość. Projektant zawsze powinien wychodzić na zewnątrz, poza granicę swojego kraju. Polska jest krajem bardzo młodym, jeśli chodzi o modę. To kraj młodych, modnych ludzi i z myślą o takich odbiorcach powinno się projektować. Nie chodzi o kopiowanie estetyki innych krajów, ale warto przyjrzeć się modzie powstającej we Włoszech, Francji czy Ameryce. Cenna jest umiejętność czerpania z bogactwa innych doświadczeń i tradycji. Na takich podstawach powinny jednak powstawać własny styl i estetyka. Nie można projektować z myślą, że robi się to dla polskiej kobiety czy polskiego mężczyzny. Tworzyć powinno się w sposób uniwersalny, ponadnarodowy. W przeciwnym razie powstają tak zwane ubrania prowincjonalne, a przecież nie o to chodzi w tej pracy.

życie i żyć jego pełnią. To nie tak, że odsyłam przeszłość w zapomnienie. Używam jej, by stworzyć coś nowego. W modzie bardzo ważna jest historia, na przykład historia sztuki.

A o co chodzi? Niektórzy mówią,

Czy jest w modzie coś

że wszystko, także w modzie, już było

intelektualnego?

i zostało powiedziane. Z drugiej strony, jako odbiorcy mody,

Silna osobowość zawsze się wybije i zostanie zauważona. Na początku być może będzie tłumiona, a projektant będzie robił to, co liczy się dla firmy. Ale to tylko kwestia czasu. Silne osobowości potrzebują przestrzeni i ją sobie wyznaczają, również w obrębie wielkich domów mody. Czasem, zwłaszcza na początku takiej sławy i uwagi, to dobrze działa na markę i jest odbierane jako pozytywny wpływ. W pewnym momencie siła okazuje się zbyt mocno oddziaływać, ludzie zaczynają spychać markę na drugi plan, na pierwszym stawiając osobę projektanta.

projektantów?

Z bardzo różnych powodów. Szanuję Giorgio Armaniego za konsekwencję, autorski, utrzymywany od lat styl. Johna Galliano projektującego dla Diora za szaloną kreatywność. Karla Lagerfelda za to, że na nowo odkrył Chanel. Często powtarzasz, że dużo się nauczyłeś od Gianniego Versace. Jest jakaś szczególnie ważna lekcja, którą do dziś pamiętasz?

Pracując z Giannim tyle lat nauczyłem się przede wszystkim dyscypliny i metody pracy: zaczynasz wcześnie rano, jesteś w pracy przed wszystkimi, nie marnujesz ani minuty, cały czas na wysokich obrotach, aktywny, planujący. Jesteś jednym z dwóch bohaterów wyjątkowej książki It’s your song.

To był bardzo długi wywiad z Rody Mirri (autor książki). Naszym celem było opisanie mojego życia z Giannim Versace. Chodziło o książkę, która nie będzie zbiorem plotek i domysłów. Spisaliśmy tylko fakty – jak go poznałem, jak wyglądał nasz związek, codzienne, prywatne i zawodowe życie, w końcu morderstwo i to, co po nim. To lekcja życia.

Nie sądzę. Intelekt jest raczej obok mody. Dziękuję za rozmowę. ×

nieustannie domagamy się nowości, nowych rozwiązań, chcemy być

Współcześni wielcy projektanci mody

zaskakiwani i stymulowani. Co

to często prawdziwe gwiazdy,

Antonio D’Amico wieloletni współpracownik

uważasz za najważniejszy aspekt

celebryci z pierwszych stron

i projektant Domu Mody Versace. Prywatnie partner

współczesnej mody?

rozmaitych gazet. To bardziej

zmarłego tragicznie w 1997 roku Gianniego Versace.

Galliano niż Dior, Lagerfeld niż

Obecnie konsultant mody firm odzieżowych z Mediolanu.

Chanel, Elbaz niż Lanvin. Czy dyrektor

Anna Wyżykowska Zawodowo pisze o modzie.

kreatywny z silną, wyrazistą

Prywatnie zawsze czeka na lato i marzy o morzu. Z miło-

osobowością jest dla marki i domu

ści zamieszkała w Warszawie na ósmym piętrze z wido-

mody dobry?

kiem na niebo.

Może nie wymyślamy całkowitych nowości, ale nadal nieustannie rozwijamy idee i rozwiązania z przeszłości, wszystko zgodnie z wymaganiami teraźniejszości. Kreatywność

76


dressme

78


dressme

79


dressme

H

ave you any particular plans

You’ve recently designed a great

for the holidays? Can

collection for Francesco Demuro.

holidays be inspiring?

You’re coming to Poland with Le Collezioni Artigiane Milano project.

I like to spend my holidays in the south of Italy, in my native lands especially. I’ve always liked to travel and I’ve always been very curious of the world. Places can be inspiring. But in my case anything can – travelling, seeing a particular exhibition, a film or people I meet in the streets. Do you travel with your dog? I know that for a long time you had a cocker spaniel, Silvana, which Elton John gave you and which you named after Silvana Pampanini, the Italian actress.

Yes, Silvana was my much-loved dog. Unfortunately, she died two years ago. Now I own a mongrel, he’s all black and crazy. Indeed, traveling can be burdensome when you take a dog with you, but I’ve got a friend who always takes care of it while I’m gone. He’s a stepfather, so to speak. Thanks to him the dog can stay at home, in his own garden. You worked for the Versace fashion house for many years. Now you’re collaborating with smaller brands. What’s better for a designer? Will the fashion market belong to major or low-key designers and smaller manufacturers in the future?

What’s most important for a designer is being subjected to new stimuli. After 35 years in the industry and working with Gianni Versace, I felt the need to work with smaller companies and start-up brands. They often have a fresher feel and more energy. It’s very stimulating and important for me. It’s crucial to give development opportunities to young people and newcomers to the industry. Huge fashion houses will always be ahead, they’re stronger. But I think smaller brands are becoming increasingly attractive. There’s no need to choose, since it’s not contradictory opposition. The world needs diversity. The huge and the small can – and should – coexist. After leaving Versace, you set up the Antonio D’Amico brand. What

What is it? What’s special about the Italian fashion you represent and promote?

I intended to animate and refresh the Francesco Demuro brand. They present great quality and brilliant realization. But although they’re highly-skilled craftsmen, they lack a modern fashion philosophy. I was asked to help and I happily took up the task. It was a single-season job of setting the direction for Francesco Demuro to follow alone later. Incidentally, this lack of a fresh feel is the drawback of many designers and brands. This is true for Poland. There are many gifted interwiev by: Anna Wyżykowska

: Zosia zija i Jacek pióro photos

„I wish there was more elegance in the world” fashion designers who create unique work, but a good many of them have an outdated approach to fashion. They lack the modern element, they don’t look into the future. As far as Le Collezioni Artigiane Milano goes, it is a concept based on combining various, deliberately selected Italian brands to present how personalized women’s fashion can be. Its essential element is the perfect quality and an everlasting simplicity which work together regardless of season specifics. We presented some of these collections in Warsaw.

So is fashion a fine or rather an applied art?

Fashion is a kind of vision for me. Its goal is to attract women’s attention, catch their interest. Being a designer means to be able to forward the energy felt during the working process, the energy you love. Women who understand fashion and are into it, are able to sense this energy. Who do you design for?

While designing, I don’t think of a particular woman, but of women in general. I would like to make them all beautiful and let them feel so. I want them all to have something like Katharine Hepburn who was one of the most elegant women in the world. Speaking of elegance. When I think of Italian fashion, I think of a special and unique kind of elegance. Sophia Loren, Gina Lollobrigida, Claudia Cardinale – they’re fashion icons adored by people in the entire world. Do you think women, especially Italians, still represent the cult of

happened to it? You collaborate with a theatre too.

The brand continues to exist but its work has been suspended. In a year or so I plan to get back to it and design my own collection.

I work with a theatre because I enjoy it very much. It allows me to act in two directions: theatre can be used in fashion and vice versa – fashion can be implemented on a theatre stage. I’m not a ‘costumologist’ per se but I really like to work in this field. To be honest, I find a typical catwalk boring, lacking individuality and personal involvement. Fashion shows are to attract attention, evoke interest. I think an average fashion show can’t arouse any interest because it’s plainly boring. A model comes out, traverses the catwalk quickly and she’s gone. There’s nothing interesting about that. That’s why I like fashion shows which are a bit theatrical. I want to present fashion in an unconventional, interesting way to evoke interest. Having worked with brilliant theatre directors like Baurice Bejart or Bob Wilson, I learnt how to combine those two fields into a coherent and fascinating whole, how to transpose costumes into fashion and fashion into the universe of theatre. It’s much more interesting for the audience. That’s how we worked with Gianni.

Italian elegance?

How much fashion is there in theatre? How theatrical is fashion? Is the catwalk a kind of theatre stage?

80

Elegance is something innate. You either have it, or not. It’s a part of personality and,


dressme unfortunately, it’s often missing. I wish there was more elegance in the world. It’s sad, but most women have no natural sense of elegance and need to learn it. Frankly, I see no difference between countries or nationalities. All around the world I meet women who are exceptionally stylish and some who look awful. Ideals appear seldom. Something’s usually wrong. Sometimes the hair, sometimes the make-up, sometimes an item of clothing is completely out of place, wrongly matched. What can I say, I try to educate in this respect. So a global, not national fashion it is. Can fashion be perceived as a universal global language?

Of course. Fashion is such a supranational language. It works just like music or other arts. It’s a means of expression indifferent to nationality. A designer should always go further, beyond the boundaries set by his or her country. Poland is a very young country in terms of fashion. Copying the aesthetics of other countries is not the point, but it’s worth taking a look at fashion designed in Italy, France or the US. Being able to draw from the rich experience and traditions of others is an important asset. Only an original style and aesthetics should be born on grounds such as these. You can’t design with the thought that you’re doing it for a Polish woman or man only. You should create in a universal, supranational manner. Otherwise, what you get is provincial clothes, which is not the point. But what is the point? Some say everything has already been done, in fashion also, and nothing new will be invented. On the other hand, as fashion recipients, we still demand innovation, new solutions, we want to be surprised and stimulated. What do you consider the essential aspect of contemporary fashion?

We might not be inventing absolute novelties but we continually develop ideas and solutions from the past, all in accordance with present day requirements. Creativity is subjective. Some approaches are more explicit than others. As for me, I value individuality. I rarely concentrate on what others have done, I’m focused on creating my own vision, on developing my own ideas, innovations, and on adjusting former solutions to the current needs.

You once said that intellectuals

creative director of great value for

belabouring the past are boring.

a brand or a fashion house?

Should the past be forgotten? What is so interesting about the future?

The past is important as history, it’s obvious. But it’s the future you should look to, since it’s there we’re heading. This approach is necessary to understand life and to live it to the fullest. It’s not that I move the past aside. I take advantage of it in order to create something new. History is very important in fashion, like the history of art for instance.

I rarely concentrate on what others have done, I’m focused on creating my own vision, on developing my own ideas, innovations, and on adjusting former solutions to the current needs.

A strong personality will always emerge and be noticed. At first it may be squashed and the designer will do whatever he can for the company. But it’s just a matter of time. Strong personalities need space and they always define it, in huge fashion houses also. Sometimes, as fame and recognition come, the brand considers it a positive factor. But at some point it turns out to have too much impact, when people value the brand less than the designer. Do you admire contemporary designers?

I do, for many reasons. I respect Giorgio Armani for his own consistent and unchangeable style. I respect John Galliano designing for Dior for his mad creativity and Karl Lagerfeld for reinventing Chanel. You often say you’ve learnt a lot from Gianni Versace. Is there any particularly important lesson you remember?

Working with Gianni for so many years, I mostly learned discipline and working methods: you start early in the morning, you get to work before others, you never waste a minute – you’re in full swing all the time, active, planning. You’re one of the two characters in the extraordinary book, It’s Your Song.

It was a very long interview with Rody Mini (the book’s author). Our goal was to describe my life with Gianni Versace. It wasn’t to be a collection of gossip and speculations. We wrote the facts down: how I met him, what our relationship was like, our everyday life, intimacy and work, eventually the murder and the aftermath. A lesson in life.

Is there anything intellectual in fashion?

I don’t think so. Intellect is rather outside of fashion.

Thank you. ×

Antonio D'Amico

coworker and designer of

many years for Versace. In private life partner of the tragically deceased Gianni Versace. Currently a fashion

Today, great contemporary fashion

consultant for Milan's clothing companies.

designers are stars and topline

Anna Wyżykowska Works as a fashion journal-

celebrities. Rather Galiano than Dior,

ist. In private, she always waits for the summer and

rather Lagerfeld than Chanel, more

dreams of the sea. Because of love she now lives in

Elbaz than Lanvin. Is a strong, bold

Warsaw on the 8th floor with a view of the sky.

81


dressme

82


dressme

: Piotr Stokłosa

zdjęcia

: Kamila Picz

stylizacja i wykonanie kostiumów

: Marcin Szczepaniak

makeup

: Klaudiusz Iciek

wlosy

: Michał Grzywacz

asystent fotografa

: Aneta Sulej

retusz

: Marysia Mnich / Rebel Models

modelka

: www.diesel.com

sklepy

BACKSTAGE:

83

www.take-me.pl


dressme

fot. Piotr Stokłosa

84


dressme

85


dressme

fot. Piotr Stokłosa

86


dressme

87


dressme

fot. Piotr Stokłosa

88


dressme

89


shootme

Evening lace mini dress from collection of RUTI DANAN Couture

92


dressme

PHOTO

NYCO DYSZEL   Style

Darien Mynarski   Model

Philippine Hamen

93


dressme

fot. Nyco Dyszel

ALEXANDER McQueen lace collection

94


dressme

95


dressme over the lace – chiffon dress braded jacket from Alexander McQueen

96


dressme tip tique Alexander McQueen

fot. Nyco Dyszel

97


dressme

military dress-jacket Alexander McQueen

98


dressme

fot. Nyco Dyszel

99


dressme

POLSKA FILOZOFIA MODY : Anna Lasmanowicz zdjęcia: Igor Drozdowski

tekst

W dniach 4-8 maja Łódź zalała fala osób chcących obejrzeć premiery jesienno-zimowych kolekcji polskich projektantów, a także tych, którzy przyjechali zaprezentować siebie i swoje umiejętności w doborze wyrafinowanych outfitów. Miasto fabryk i manufaktur po raz kolejny stało się głównym ośrodkiem wydarzenia, które mimo krótkiej historii, zyskało już status najważniejszej imprezy w polskim świecie mody. Była to okazja do poznania koncepcji młodych talentów, którzy w naturalny sposób odcinają się od schematów, a także do obejrzenia kolejnych odsłon twórczości renomowanych już nazwisk . Off out of schedule Fashion Week przyniósł trochę rozczarowań, elementów zaskoczenia, ale także dowodów na to, że prawdziwy talent zawsze się obroni. Pokazy ze strefy offowej tradycyjnie można było oglądać w industrialnych wnętrzach  Elektrowni oraz Bielniku na Tymienieckiego, które idealnie komponowały się z wszechobecnym klimatem awan-

gardy i alternatywy. Choć OFF OUT OF SCHEDULE nie jest konkursem, zwycięzca sam wykrystalizował się z grona uczestników. Sobotni pokaz Konrada Parola okazał się bezkonkurencyjny. Kolekcja „Najemnicy Konrada Parola” zachwyciła architektonicznymi formami i ascetycznym podejściem do kroju zaprojektowanych sylwetek. Projektant pokazał własną interpretację współczesnych wojowników. Nie mogę nie wspomnieć także o kolekcji Łukasza Stępnia. Było warto czekać na ostatni pokaz

100

tego dnia. Projektant zaprezentował perfekcyjnie uszytą i spójną w każdym calu linię ubrań dla mężczyzn. Pokaz Stępnia wywołał tylko jedno, ale poważne „ale”: czemu tak mało offu na OFFie? Wśród prezentacji, które okazały się sukcesem, zdarzyła się też pewna pomyłka. Kolekcja łącząca ubrania na sezon wiosna/lato oraz typowo jesienne outfity może budzić pewnie zastrzeżenia, ale także ma szansę na rozgrzeszenie. Niestety Sylwia Rochala jego nie dosta-


dressme

nie. Brak przyporządkowania do konkretnej pory roku dopełnił brak konsekwencji w stylu. Na wybiegu zobaczyliśmy sylwetki inspirowane modą lat ‚50, sukienki w stylu glam rocka oraz będące znakiem rozpoznawczym projektantki ażurowe tuniki. Mimo wszystko daje to nadzieję, że w przyszłości powstaną z tego materiału trzy dobre kolekcje. Może po prostu zabrakło trochę czasu?

Dzień drugi i trzeci W sobotę i niedzielę zobaczyliśmy efekty pracy aż siedemnastu projektantów. Powtarzalność fasonów i kolorystyki spowodowała, że niektóre z nich zlały się w jedną całość i nie zapadły na dłużej w pamięci widzów. Na szczęście pojawiły się także perełki, a wśród nich: Łukasz Jemioł, ZUO CORP, Natasha Pavluchenko, NANUKKO, A gnieszka Macie jak i BOHOBOCO. Wzruszający pokaz Łukasza Jemioła bazował na instalacji ludzkich ciał i elementów postindustrialnego krajobrazu. Projektant pokazał nową odsłonę swojego stylu. Odszedł od stosowanych w poprzednich kolekcjach drapowań i sięgnął po asymetryczne formy, a także limonkowy kolor. Łukasz Jemioł po raz pierwszy wprowadził do swojej kolekcji kożuchy, a także sylwetki męskie, które jak sam podkreślił, przetestował na sobie. Tym pokazem udowodnił, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu.

Nie dało się nie zauważyć, że najwięcej obserwatorów przyciągnął mroczny pokaz Maldorora, a kolekcja duetu Hektor & Karger zebrała pozytywne komentarze za zdecydowane, zmysłowe fasony i plastyczne tkaniny. Duża różnorodność stawia pokazy offowe ponad tymi z Alei Projektantów. W takim wydaniu moda staje się sztuką, która jednocześnie może być opakowaniem i produktem. ALEJA PROJEKTANTÓW

Linia ubrań przygotowana na FW przez ZUO CORP oparta na mocnej konstrukcji i solidnej formie powstała na bazie inspiracji dokumentem o losach dwóch kuzynek Jackie Kennedy. Duet tworzony przez Dagmarę Rosę i Bartka Michalca zaskoczył dosłownie wszystkim i było to zaskoczenie pozytywne. Wysoka świadomość i poważne podejście do marki już dawno skazały tych dwoje na sukces.

fot. Igor Drozdowski

Dzień Pierwszy Po epizodzie w Białej Fabr yce Aleja Projektantów powróciła do Hali Expo. Inauguracyjny pokaz należał do AGI POU. Projektantka zaprezentowała sylwetki przesiąknięte ludowością. Kolekcja zainspirowana regionalnymi ubiorami z okolic Hrubieszowa łączyła w sobie nowoczesność i sportową elegancję. Choć zdecydowaną faworytką wśród projektantów inspirujących się folklorem jest Olga Szynkarczuk, twórczość AGI POU ma spore szanse, by na dłużej zagościć na polskich wybiegach i trafić do naszych szaf. Następnie swoją kolekcję zaprezentowała marka GROME DESIGN. Ciała modelek pokrywały minimalistyczne sukienki, spódnice i bluzki w kolorach beżu oraz bieli. Niestety nie było w tej kolekcji nic odkrywczego, a jakość ubrań, które można było obejrzeć z bliska, w sąsiadującym z pokazami Ale i showroomie, pozostawiała wiele do życzenia. Tego dnia pozytywnie zaskoczyła Monika Ptaszek. Designerka pokazała kolekcję oderwaną od standardów krawiectwa, którą tworzyły konstrukcje z materiałowych taśm i frędzli, a wielowarstwowość outfitów nadała jej look współczesnego outsidera.

Kolejny Fashion Week za nami. Choć w programie FW brakuje większej ilości zagranicznych pokazów, a nasi projektanci muszą się jeszcze wiele nauczyć, budujące jest to, że w naszej rodzimej modzie zaczyna się dziać coraz więcej i nawet osoby niezwiązane zawodowo ani emocjonalnie z branżą, mają szansę dowiedzieć się, że polscy projektanci istnieją i mają się dobrze. Czas budować filozofię modowej świado­ mości. × Anna Lasmanowicz Edukacyjnie na rozdrożu między polonistyką, dziennikarstwem i PR. Zawodowo – stylistka i fashion editor, stylizacje w Dilemmas Magazine, Zoom Magazine i TAKE ME. Wspiera i promuje młode talenty projektanckie. Dyrektor operacyjny Nocy Młodych Zdolnych.

101


dressme

Maddie pure white   Igor Drozdowsk i modelk a M addie Kulicka / HOOK stylizacja  Iwona Kulińska make up Arl eta Molata hair Serg iusz Pawlak asystent A nia Głąbska fotograf

1 02


dressme

Sweter MANGO Rajstopy RIVER ISLAND

103


dressme Bluzka MEXX Rajstopy RIVER ISLAND

1 04


dressme

fot. Igor Drozdowski

Koszula RIVER ISLAND

105


dressme

Koszula RIVER ISLAND

106


dressme

fot. Igor Drozdowski

Spódnica MAŁGORZATA DUDEK

107


dressme Koszula RIVER ISLAND

108


dressme

fot. Igor Drozdowski

Koszula MANGO

109


dressme

fot. Igor Drozdowski

Koszula MANGO

110


dressme Koszula MANGO  Rajstopy RIVER ISLAND

111


shootme

Photographer

  Leslie Hsu

AK DING Assistant  Ying Chen / Xiao Wang / Yuan LI  Model  Xinyuan Zhang/Shuita Stylist  AK DING Make up  Yaya Ding Producer 

Nic Chau Fashion  Meters-Bonwe / stylistown Post-production  Bingo Han Hairstyle 

112


shootme

113


shootme

114


fot. Leslie Hsu

shootme

115


shootme

116


fot. Leslie Hsu

shootme

117


shootme

118


fot. Leslie Hsu

shootme

119


shootme

120


fot. Leslie Hsu

shootme

121


shootme

122


fot. Leslie Hsu

shootme

123


dressme

sukienka patrizia pepe

124


dressme

Esc Ramona : Amilcare Incalza & Alexandro Martinengo

photo

: Iwona Kulińska

styling

: Dorota Hayto

make up & hair

: Ramona Chmura/HOOK

model

backstage:

125

www.take-me.pl


dressme

sukienka patrizia pepe buty gianmarco lorenzi

126


fot. Amilcare + Alex

dressme

127


dressme

sukienka patrizia pepe

128


fot. Amilcare + Alex

dressme

129


fot. Amilcare + Alex

dressme

kurtka patrizia pepe panty własność stylisty

130


dressme

131


dressme

sukienka patrizia pepe

132


fot. Amilcare + Alex

dressme

133


fot. Amilcare + Alex

dressme

koszula bizzuu kalosze własność stylisty

134


dressme

135


tellme

Pustynia Atacama, Chile

136

fot. Sławomir Brzoska

Po nitce dookoła świata


tellme Przy obecnym zalewie tekstów krytycznych, recenzji, a także wypowiedzi kuratorów czy krytyków oraz doszukiwania się symboli i znaczeń w zwykłym gniazdku elektrycznym, brakuje głosu samego zainteresowanego. Potrzeba konfrontacji sztuki ze sposobem postrzegania jej przez twórcę zaowocowała ideą, by wespół z artystami poszukiwać korzeni i znaczeń ich prac. Cykl tych spotkań rozpocznie rozmowa ze Sławomirem Brzoską o jego projekcie Rok wędrującego życia.

: Anna Kubiak 

rozmawiała

C

zym jest dla Pana projekt Rok Wędrującego Życia?

Ta nazwa jest adekwatna do tego, co się rzeczywiście wydarzyło, co zamierzyłem i zrealizowałem, czyli przez rok, pomiędzy czerwcem 2007 a czerwcem 2008, podróżowałem dookoła świata. Po części był to wyjazd improwizowany, bo trudno było przewidzieć pewne rzeczy, musiałem obmyślić trasę, mniej więcej miałem świadomość, jaka mnie czeka pogoda, czyli jak mam się przygotować.

: Sławomir Brzoska

zdjęcia

sposób. Jeśli zostawiam po sobie ślad w podróży, to zazwyczaj owijam kamienie sznurkiem. Włóczka czy też generalnie linia, towarzyszy mi od dawna w działalności artystycznej i zazwyczaj, kiedy proponuje mi się wystawy w galeriach czy muzeach,

Do zostawienia śladów wykorzystywał Pan, poza włóczką, elementy materii zastanej. Co decydowało o wyborze materiału?

Wspomniał Pan, że to nomadyczna podróż, że nomada przychodzi i odchodzi, nie pozostawiając po sobie śladów. Pan zostawiał.

Tak. Jest takie powiedzenie, że człowiek na zachodzie żyje w świecie znaków a świat znaków żyje w nim. Jako artysta zajmuję się wizualizowaniem swoich odczuć i emocji, zostawianiem znaków. Czasami odczuwałem chęć pozostawienia po sobie śladu, ale nie zawsze. Nieraz znajdowałem się w miejscach, które były tak dla mnie silne, nasycone energią, że wobec nich nie odczuwałem potrzeby jakiejkolwiek ingerencji. Raz, na pustynnym terenie w Jordanii, blisko Morza Martwego, w surowym pejzażu, jaki mnie otaczał, jedyne co mogłem zrobić, to rozebrać się do naga. Pozostać wobec tego niezwykłego miejsca, z nagrzanymi kamieniami i ostrymi, suchymi roślinami bez żadnej osłony. Pomyślałem, że mogę pojąć Ojców Pustyni, którzy decydowali się opuścić cywilizację, by szukać Absolutu w takich właśnie odludziach. W innych miejscach wystarczała sama moja obecność, przeżywanie. Nie odczuwałem wówczas potrzeby dokumentowania tego w żaden

wiania po sobie trwałych dzieł. Chociaż teraz na Malcie powstaje moja rzeźba, ośmiometrowej wysokości realizacja ze stali nierdzewnej. Ona będzie na stałe, natomiast dotychczas przez kilkanaście lat robiłem prace, które pojawiały się i znikały. Były tworzone w galerii, zwijane w kłębek, pokazywane gdzie indziej, w zupełnie innej formie.

Okolice Mount Nebo, Jordania

to realizuję instalacje zbudowane z geometrycznych, uporządkowanych struktur. Te galeryjne wnętrza traktuję jak naczynia, jak kosmos, który wypełniam swoją energią. Nawiązuję tym trochę zarówno do alchemii jak i do hinduizmu. Ślady w podróży są bardziej chaotyczne i improwizowane, mówią: tutaj dotarłem i jestem w podróży. Moja dłoń z włóczką podróżuje wówczas wokół kamienia, opasuje go coraz gęściej. Tak jak moje stopy pozostawiają chwilowy ślad na piasku czy ziemi, i w ten sposób to postrzegam, że to są sytuacje ulotne. Z natury nie odczuwam potrzeby pozosta-

137

Na pewno miejscowy materiał; nie wszędzie były kamienie (śmiech). Czasem też nie miałem przy sobie włóczki. Niekiedy chciałem pozostawić po sobie innego rodzaju ulotny ślad. Tak było w Australii Środkowej, gdzie ułożyłem pracę używając suchych gałęzi. Spodobał mi się idealny kształt mrowiska; koło z takim otworem jak w skarbonce, z którego spoglądały na mnie wielkie mrówki, do którego można by wrzucić 5 złotych. Pomyślałem, że warto by tę strukturę powiększyć. Zrobiłem rysunek, odmierzając sobie granice i zatoczyłem cztero m e t ro w e ko ł o u s t aw i a j ąc centralnie, promieniście gałęzie, pozostawiając w środku ten otwór w kształcie wydłużonego prostokąta. Nikt prócz mnie nie widział tego koła, podobnie jak sylwetki, którą usypałem z suchych liści w kształcie własnego cienia w innym miejscu Australii, ale to było najmniej ważne. Zrobiłem to dla siebie a obie te aktywności sfotografowałem. Rozumiem, że podróż nie była pretekstem do tworzenia sztuki. Pana prace to raczej „produkty uboczne” podróży, bardziej efekt aktualnej potrzeby niż realizacja planu.


tellme

„Produkty uboczne” to dobre określenie. To się działo spontanicznie, ale kilka znaków pozostawiłem również w pomieszczeniach zamkniętych. Podróżując przez Malezję poznałem człowieka, który prowadził kafejkę internetową. Zgadaliśmy się, on spytał, czym się zajmuję, pokazałem mu w internecie swoją stronę i zaproponował żebym zrealizował w jego kafejce taką instalację. Zrobiłem projekt, wymierzyłem wszystko, on zakupił materiały i udało się. W innym miejscu, w restauracji zaprzyjaźnionego hotelu w Kathmandu, wykonałem taką małą instalację z białej włóczki i światła ultrafioletowego, czyli z materiałów, których od dawna używam w galeriach. Także w hotelu w Ammanie zaprzyjaźniłem się z właścicielem i pozostawiłem na ścianie ślad w postaci kolistej, dwukolorowej struktury z włóczki. Na ogół jednak, jeżeli w  podróży re a l i z o w a ł e m s wo j e „dzieła”, tworzyłem je bardziej spontanicznie. Tak było w południowych Chinach, gdzie znalazłem wspaniałą niszę wykutą w skale w jednym z parków. W takich wnękach umieszczano zazwyczaj posągi Buddów, ta akurat była opuszczona i pomyślałem sobie, że to będzie dobre miejsce na pozostawienie swojego Buddy. Błękitnego. W mieście kupiłem włóczkę, wróciłem do parku, znalazłem odpowiedni kamień, owinąłem go i włożyłem w skalną półkę. Z jednej strony to Pan zostawiał ślady w podróży, z drugiej sama podróż odcisnęła ślady, choćby na Pana ciele. Czy ta podróż zostawiła odciski również wewnątrz?

Na pewno. W swojej rocznej podróży, a także we wcześniejszych, odwiedziłem bardzo wiele miejsc. Pozostały mi w pamięci ich

zapachy, atmosfera, mieszkańcy… I kiedy czasem słyszę w mediach o Indiach, mias­ tach Bliskiego Wschodu, w których teraz tyle się dzieje, czy innych znanych mi miejscach oraz regionach, to widzę konkretne obrazy, powraca pamięć o ludziach, których tam poznałem. One już nie są anonimowe. W czasie Roku Wędrującego Życia odwiedziłem 23 kraje, a generalnie już ponad 60, i staram się podtrzymywać znajomości z tymi, których poznałem. Mam przyjaciół w miejscach, o których mówi się, że są nam,

Fluocorpus, Manufaktura, Łódź 2009

ludziom zachodu wrogie, jak na przykład Pakistan. Sytuacja polityczna, w jakiej żyjemy, propaganda, która kreuje taki a nie inny obraz muzułmanina wpływa na nasze odczucia. Ze słowem „Pakistańczyk” wielu ludziom w Polsce kojarzy się facet z zasłoniętą twarzą i z karabinem, który odcina komuś głowę. To działa w obie strony: Muzułmanin siedzący przed telewizorem, widząc relacje spod Pałacu Prezydenckiego z dalekiej Polski może zobaczyć grupkę zmanipulowanych ludzi, których nienawiść do wszystkiego, z czym się nie zgadzają może być odczytywana jako typowy obraz całej Polski. Nietolerancyjnej i zaściankowej. Łatwo tym manipulować. Doświadczając w podróży różnych miejsc, poznając ludzi, przekonuję się, że świat jest inny niż poka-

138

zują go nam media. Ta podróż odcisnęła też na mnie piętno fizyczne. Po powrocie czułem zmęczenie. Roczne noszenie na grzbiecie swojego dobytku, ważącego pomiędzy 25 – 30 kilogramów, spanie w przeróżnych, przypadkowych często miejscach, niedojadanie, zmiany klimatów, trudy w przemieszczaniu się, wszelkie niewygody, wszystko to spowodowało pewne urazy, szczególnie kolan. Wielu moich bliskich znajomych, zauważało, że się zmieniłem, że widać to było w twarzy i oczach. Ja tego w odbiciu lustra nie dostrzegłem. Po powrocie wzrósł tylko mój głód doświadczania świata, ale z dr ugiej strony coś się we mnie uspokoiło, bo dopiąłem swego i wytrwałem do końca mimo kilku kryzysów w drodze. Wyruszając w taką podróż w wieku 40 lat pomyślałem sobie, że to jest dobry czas. Jung pisał, że w połowie życia człowiek dochodzi do momentu indywiduacji, kiedy to zaczyna rozumieć iluzoryczność tego, w czym żył dotychczas. To zbyt złożone, aby teraz wyjaśniać. Można by to przyrównać do bycia na szczycie, kiedy człowiek dochodzi do swoich możliwości rozwojowych, po których już zaczyna się czas na refleksję, „schodzenie w dół”, na drugą stronę. Jest to chyba coś podobnego do stanu, który Japończycy nazywają „shibui”. Roczna podróż to był czas, w którym mogłem też sobie udowodnić, że podołam takiemu wyzwaniu. Teraz wiem, że było to niezbędne doświadczenie. Skąd u Pana potrzeba podróżowania? Czy pojawiła się w jakimś konkretnym momencie Pana życia?

Zaraz po odbyciu służby wojskowej wyruszyłem autostopem w Europę i każde wakacje podczas studiów włóczyłem się w taki sposób. Pierwsza moja dalsza podróż, do


tellme

Indii i Nepalu miała miejsce w 1997 roku i wtedy naprawdę poczułem, że Azja jest mi bliska. Myślę jednak, że chęć przekraczania granic odczuwałem już we wczesnym dzieciństwie. Biegałem na inne podwórka – chociaż nie wolno mi było – żeby zobaczyć co tam jest. Zauważałem inne przestrzenie, z okien wydobywały się inne zapachy, słyszałem nowe dźwięki. Pamiętam to dość dobrze. Włóczyłem się po opuszczonych polach w pobliżu huty w Szopienicach. Coś mnie tam ciągnęło. Jest taka grafika średniowieczna, którą bardzo lubię, przedstawiająca podróżnika, wyglądającego poza kopułę własnego świata, patrzącego na planety. Za nim są domy, miasta, drzewa, ale on spogląda w kosmos i ze zdumieniem podnosi rękę. W głębi ducha utożsamiałem się z tym człowiekiem, z taką postawą. Wierzę, że każdy człowiek ma w sobie gen nomady, który przy sprzyjających warunkach – albo niesprzyjających, bo nie każdy potrafi sobie z tym poradzić – skutkuje tym, że wyrusza się w podróż. Jako ludzkość byliśmy przecież u zarania wędrowcami, zanim staliśmy się potomkami Kaina, rolnikami. Lubię się po prostu włóczyć, zmieniać punkty widzenia. W różnych zakątkach świata są miejsca, do których czasami wracam, gdzie czuję się dobrze. Odczuwam radość, będąc na odludziach. Odwiedzając Indie niemal zawsze udaję się na pustynię Thar w Radżastanie, ale często też odwiedzam znajomych by zobaczyć, co się u nich zmieniło. Żyjemy w dziwnych czasach: jestem na Facebooku z Papuaskimi przyjaciółmi, których rodzice egzystując w  łębokim neolicie nie znali nawet metalu. W rocznej podróży udało mi się dotrzeć do papuaskiej Doliny Baliem i doświadczyłem tam niezwykłego nałożenia się różnych rzeczywistości. Ludzie żyjący

jeszcze do niedawna w epoce kamienia, nawiedzani przez misjonarzy chrześcijańskich, z drugiej strony nawracani są przez administrację indonezyjską na islam. Chcę tam wrócić tego lata, bo ten niezwykły świat będący naszym dziedzictwem, archetypem ludzkości nie ma szans na przetrwanie. Chcę się nim jeszcze nasycić. Roczna podróż zmuszała mnie do otwierania się, ponieważ ciągle musiałem zmieniać perspektywy. Bywałem w górach, na pustyniach, by chwilę potem wrócić na jakiś czas do

Instalacja w restauracji w Mount View Hotel w Kathmandu

miast, cywilizacji. Potem znów uciekałem i wystawałem gdzieś na drodze czekając na okazję. Improwizowałem z radością. Sypiałem to w hotelu, to pod namiotem. Założeniem Roku Wędrującego Życia było ciągłe przemieszczanie się, by nie popaść w rutynę, nie przyzwyczajać się, zmuszać się do ciągłego wyostrzania zmysłów, jak zwierzę, wchodzące wciąż na nowy, obcy teren. Mistycy mawiają, że w podróży należy stać się z nią tożsamym. Trzeba stać się „Drogą”. Chyba udawało mi się to i doprowadzałem do pewnego rodzaju rozmycia własnej tożsamości. Trudno to nazwać… Czasem musiałem brać się w garść, by wrócić do tak zwanej rzeczywistości. Na przykład po to, by usiąść na godzinę przed komputerem i uzupełnić informacje na blogu, jaki

139

prowadziłem. To rozdwojenie przychodziło mi dość łatwo. Opuszczałem kafejkę internetową i stawałem się znów nomadą, dającym się ponieść. Jakie to było uczucie, tak się rozpłynąć, zatrzeć granicę między sobą a światem?

Fajne… Trudno jednak nazwać mi słowami to uczucie. To są rzeczy pozawerbalne. Czuje się swój głęboki oddech, ziemię pod stopami; chce się zdjąć buty, by mieć z nią jeszcze większy kontakt, położyć się na ziemi. Ma się ufność do całego otoczenia. Są to doświadczenia bliskie chyba medytacji. Nie jestem człowiekiem, któr y potrafi medytować, siedząc w skupieniu. Jestem raczej rozproszony, pociąga mnie świat i to, co się wokół dzieje. Tu i teraz. Trudno mi się skupić na własnym umyśle. Bardziej interesuje mnie to, co się wokół dzieje. Na przykład teraz, siedzimy tu w restauracji i ciągle widzę z tyłu za panią tę kopię obrazu Lichtensteina na ścianie i wzrok faceta, który na mnie z niej patrzy złowrogo. To są rzeczy, które bardzo mocno odczuwam. Przestrzeń wokół siebie. Dlatego chyba zajmuję się rzeźbą. × Anna Kubiak (ur. 1983), psycholog, doktorantka w zakresie psychologii na Wydziale Nauk Społecznych UAM. Uwielbia olśnienia, odkrycia i zestawianie niezrozumiałych wcześniej okruchów w sensowną całość. Lubi bawić się słowem i być w kontakcie z drugim człowiekiem.

Sławomir Brzoska urodzony w 1967 roku w Szopienicach (Górny Śląsk). Studiował w Instytucie Sztuki Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, filia w Cieszynie, prowadzi Pracownię Działań Przestrzennych na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym. Zajmuje się rzeźbą, sztuką instalacji, performances, video oraz nomadycznym doświadczaniem świata.


tellme

NIE MUSIMY ROBIĆ KOMIKSU SUBKULTUROWEGO : Sebastian Frąckiewicz zdjęcia: Zosia Zija i Jacek Pióro

rozmawiał

O różnicach między medium komiksowym a filmowym, nieletnim rodowodzie Jeża Jerzego i jego prawdziwej, wcale nieundergroundowej naturze rozmawiamy z Tomaszem Leśniakiem – jednym z ojców kolczastego bohatera polskiej popkultury.

P

amięta sz ten moment kiedy z  Rafałem Skarżyckim (scenarzysta komiksu - przyp.

red.) trafiliście do Ślizgu?

Tak, to był 1995 rok. Gdy stworzyliśmy Jeża Jerzego, mieliśmy po 16 lat i chodziliśmy do liceum. Zanim jednak Jeż ukazał się w Ślizgu, przeszedł się po kilku innych redakcjach. W 1994 roku wybrałem się do Krakowa na jakiś festiwal komiksowy. Tam pokazałem kilka odcinków Jeża Maćkowi Malickiemu, który wówczas był naczelnym nieistniejącego już magazynu Kelwin i Celsjusz.

liśmy się pod wskazany adres. Grzesiek Kasdepke, który był wtedy naczelnym Świerszczyka ku naszej radości powiedział, że weźmie ten komiks, ale mieliśmy go dostosować do dziecięcego czytelnika. Jednocześnie okazało się, że kolega Grześka został właśnie naczelnym nowo powstałego miesięcznika Ślizg i szuka jakiegoś komiksu do tego pisma. Udaliśmy się więc do kolejnej redakcji, w której również Jeż się spodobał. Ale tym razem mieliśmy dostosować serię do czytelnika zainteresowanego deskorolką i hip-hopem. Jurek dostał więc deskę i czapeczkę. Przez 4 lata Jeż Jerzy ukazywał się i w Świerszczyku, i w Ślizgu.

Można dziś gdzieś znaleźć te najstarsze komiksy z Jerzym?

Część z nich ukazała się w albumie Dokument. Jurek był wtedy w takiej początkowej fazie, którą nazywamy z Rafałem wersją środka. Taki neutralny raczej. A co z tym Ślizgiem?

Po nieudanej próbie w Kelvinie…, poszliśmy do Macieja Parowskiego z Fantastyki. Maciej nie chciał Jerzego, bo nie pasował do fantastycznych klimatów, ale dał nam namiary do Świerszczyka. Myślałem, że to żart, ale wybra-

profesjonalnych twórców, dostawaliście za swoją pracę normalne stawki?

Tak, oczywiście. Mieliśmy po 18 lat, ale wszystko funkcjonowało na profesjonalnych zasadach. Ja, dzięki wynagrodzeniu za komiks, opłacałem sobie czesne na prywatnej uczelni, Europejskiej Akademii Sztuk, a na piwo też starczyło… Przed naszą rozmową na nowo przeczytałem sobie wszystkie tomy Jeża i w pewnym momencie widać, że komiks na początku był bardzo

To było bardzo fajne czasopismo.

No właśnie. Maćkowi spodobał się komiks i zamówił u nas kilkanaście odcinków. Jednak zanim zdążyliśmy zadebiutować, Kelwin i Celsjusz upadł.

Traktowano was wtedy jak

Sytuacja dość schizofreniczna.

subkulturowy, a potem dość ostro

Jak sobie z tym radziliście? Czy dla

skręcił w kierunku satyry politycznej.

was była to właściwie ta sama postać?

To celowy ruch czy tak po prostu wyszło?

Przez pierwsze cztery lata ta gra na dwa fronty jakoś nam nie przeszkadzała. Dopiero kiedy drukiem ukazał się album Jeż Jerzy dla dzieci, a chwilę później miał ukazać się tom przygód Jerzego ze Ślizgu, doszliśmy do wniosku, że musimy z tą schizofrenią skończyć. Pojawiło się niebezpieczeństwo, że dziecięcy czytelnik, któremu spodobał się album dla dzieci, sięgnie po ten dla dorosłych. Zrezyg­nowaliśmy z wersji dziecięcej. W obu wersjach Jeż był podobny. Wyglądał tak samo, był tak samo wyluzowany. Różnice tkwiły głównie w postawie Jeża. W Świerszczyku był bardziej aktywny, a wersji dla dorosłych raczej bierny – po prostu reagował na to, co przynosiło mu życie. No i w wersji dla  dzieci nie pił browarów i  nie palił jointów.

140

My nigdy nie zakładaliśmy, że Jeż Jerzy będzie zawsze taki sam. Zmienialiśmy się, a nasz bohater razem z nami. Po prostu w pewnym momencie bardziej zaczęliśmy się interesować polityką. Poza tym rzeczywistość dostarcza najlepszych pomysłów na scenariusze. A gdy do władzy doszła koalicja PiS, Samoobrona i LPR, nie dało się po prostu tego nie skomentować. Oglądając film, wcale nie czułem, że Jeż dorósł. W kinie miałem wrażenie, że jestem na niego wręcz za stary. Kiedy czytam komiks, mniej więcej 70% jego treści to komentarz do rzeczywistości, satyra czy, mówiąc


fot. Zosia Zija & Jacek Pióro

tellme

najbardziej ogólnie, rzeczy dające

Nie nazwałbym tego publicystyką,

do myślenia. A 30% to akcja. W filmie

bo nie chodzi mi o publicystykę, tylko

proporcje są zupełnie odwrotne.

o pewne ostre spojrzenie na

Dlaczego aż tak bardzo skupiliście się

rzeczywistość i refleksję nad nią.

na akcji i pościgach? One są w kinie już tak wytarte, że nic nowego nie wnoszą.

Nie zgodzę się z Tobą. W albumach komiksowych też bawiliśmy się konwencjami typowo rozrywkowymi, np. horrorem czy filmem sensacyjnym. W kinowej wersji chcieliśmy do tego wrócić. Stąd te sceny pościgów, walk. Film o Jeżu Jerzym musiał być bardziej rozbudowaną historią i był adresowany do innego, kinowego odbiorcy. Sceny akcji w moim odczuciu są również udanym pastiszem. Zanim one powstały, przejrzeliśmy dokładnie podobne motywy w wielu amerykańskich produkcjach. Próbowaliśmy sobie wyobrazić je w polskich realiach. I jeśli np. w jednym z hollywoodzkich obrazów masz scenę zderzenia z furgonetką, to u nas jest zderzenie z samochodem do nauki jazdy. Staraliśmy się zrobić film, który będzie nas bawił, z nadzieją, że dostarczy rozrywki również widzom. A komentarz do rzeczywistości jest moim zdaniem w tym filmie bardzo wyeksponowany. Ale nie chcieliśmy robić publicystyki.

Jestem przekonany, że tej refleksji jest naprawdę sporo. Może to problem zmiany medium z komiksu na film?

Długo czekaliśmy na taką propozycję ekranizacji Jeża, do której bylibyśmy w pełni przekonani. Wcześniej pojawiało się kilka propozycji, na przykład nakręcenia filmu aktorskiego. Nie interesowało nas to, bo odarłoby to Jeża z umowności. Zawsze wyobrażaliśmy sobie Jeża jako brudną animację. Propozycja studia Paisa Films, z  Wo jtkiem Wawszczykiem i Kubą Tarkowskim jako reżyserami, była tym, na co czekaliśmy.

Komiks opowiada historię inaczej niż film, to są zupełnie inne media. Film wymagał od nas innego myślenia i, jak już wspomniałem, bardziej rozbudowanej fabuły. W komiksie możesz operować skrótem: przyczyna – skutek. W kinie musisz pokazać pewien proces, ciąg wydarzeń, które do tego skutku doprowadzają. Poza tym staraliśmy się przedstawić psychologię postaci, ich przeszłość, motywację, bo przecież do kina poszli także ludzie, którzy komiksu nie znają. Paradoksalnie z Jeżem mieliśmy największy problem, bo w komiksie jest postacią bierną. W filmie chcieliśmy go trochę zmusić do podjęcia działania, bo taki bohater jest lepszym motorem akcji.

Chyba dlatego, że w komiksie ta historia nie była do końca opowiedziana. Nie wycisnęliśmy z niej całego potencjału. Poza tym doskonale nadawała się do sportretowania w krzywym zwierciadle różnych popkulturowych zjawisk. A dodatkowo daje ciekawy intertekstualny wymiar. To, co dzieje się z klonem w filmie, przekłada się trochę na to, co dzieje się z Jeżem w rzeczywistości po ekranizacji komiksu.

A przed Wawszczykiem było tych

A mieliście propozycje, żeby Jeż został

propozycji więcej?

„sklonowany” do kampanii

141

Dlaczego na główny wątek filmowej historii wybraliście fragment scenariusza z albumu In Vitro, gdzie pojawia się klon Jurka?


tellme reklamowych albo żeby stał się

Za chwilę pojawi się ekranizacja

twarzą jakiejś marki młodzieżowej?

Wilqa. Cieszysz się, że inni rodzimi

W końcu to „cool gościu”, a z drugiej

filmowcy wyczuli w komiksie

strony ma undergroundowe korzenie.

potencjał?

Ta łatka undergroundu została Jerzemu sztuczne przyczepiona. Jasne, że inspirowaliśmy się komiksem undergroundowym, ale nasze komiksy ukazywały się w Ślizgu, piśmie mainstreamowym o niemałym nakładzie, a albumu w oficjalnym księgarskim obiegu. Zawsze myśleliśmy o Jeżu jako o głównonurtowej rozrywce. A co do reklamówek, to przy okazji premiery kinowej Jeż wystąpił w reklamie Axe, zrobiliśmy także koszulki z Jeżem w Croppie i Turbokolorze. Nie czujemy tu zgrzytu ani zdrady undergroundowych ideałów (śmiech).

Mam nadzieję, że ludzie, którzy decydują o pieniądzach w naszym kinie, zwrócą uwagę na to, że polscy scenarzyści komiksowi są lepsi niż polscy scenarzyści filmowi. A widzowie zauważą, że polskie filmy na podstawie komiksów są lepsze niż inne polskie filmy. ×

OK, film masz już za sobą. Co teraz będzie działo się z Jerzym i jego twórcami?

Przy okazji tej produkcji udało nam się zmontować świetną 14-osobową ekipę i na pewno chcielibyśmy razem coś jeszcze zdziałać na polu filmowym. Mamy pomysły na kilka filmów. Wszystko zależy od tego, czy znajdziemy producenta. Chcielibyśmy także z Rafałem wrócić do korzeni, czyli do regularnego publikowania przygód Jerzego w prasie. Macie już jakiś tytuł na oku?

Kilka tytułów, ale jeszcze nie wiemy, kto to będzie. Temat jest cały czas otwarty. Robisz z Rafałem przygody Jeża Jerzego już ponad 15 lat. Nie znudziła się wam ta postać? Wydaje mi się, że trochę już się zestarzała. Przynajmniej sam jej wizerunek. Ta czapeczka i deskorolka. Kiedyś deska to była nisza, zajawka dla niewielu – dziś kolejna sfera zupełnie skomercjalizowana.

Nie, nie znudził się nam. A to dlatego, że gdy te 15 lat temu tworzyliśmy Jeża Jerzego, to nie mieliśmy żadnych tzw. założeń programowych. Jest to na tyle elastyczna postać, że można się nią bawić na wiele sposobów, nie nudząc się przy tym. Pewnie, że deskorolka i hip-hop to lata 90. Tyle że ta czapeczka czy deska to były tak naprawdę tylko dodatki. My szybko się zorientowaliśmy, że nie musimy robić komiksu subkulturowego, dlatego możemy go robić dalej, mimo zmieniających się trendów.

142


tellme Tomasz Lew Leśniak (rocznik 1977) – grafik, ilustrator, rysownik komiksowy, a ostatnio także filmowiec. Absolwent Europejskiej Akademii Sztuk w  Warszawie. Wraz ze scenarzystą R afałem Skarżyckim stworzył postać Jeża Jerzego. Jego przygody ukazywały się w Świerszczyku i Ślizgu, a także w osobnych wydaniach albumowych. Panowie mają na swoim koncie również serial komiksowy dla dzieci. Tomasz Leśniak był jednym z trzech reżyserów ekranizacji perypetii Jurka.

Sebastian Frąckiewicz Dziennikarz kulturalny, krytyk komiksowy Przekroju i Tygodnika Powszechnego. Publikował także w Polityce, Newsweeku, Lampie i na portalu www.filmweb.pl. Bywa scenarzystą komiksowym, co miesiąc wraz z rysownikiem Pawłem Zychem tworzy jednoplanszówkę dla „Fokus Historia”. Mieszka i pracuje w Poznaniu. Prowadzi blog

fot. Zosia Zija & Jacek Pióro

www.podchmurka.blogspot.com

143


tellme

: Ada Kovacheva : Anna Demidowicz

rozmawiała ilustracja

Od razu widać, że Agnieszka Kłos rozwinęła w sobie zmysł uchwycenia cudów. Umie zatrzymać to, co ulotne, nietrwałe, chwilowe, zmysłowe i dla nikogo niewidoczne. Umie zatroszczyć się o kruchość świata, odczytać pejzaże niejasności i przerwać rutynę spojrzenia.

Właśnie w Salonie w różach zakończył się Twój wieczór autorski, któremu towarzyszyła projekcja zdjęć. Co łączy Twoją literaturę z fotografią?

Związki między nimi są bardzo płynne i uzupełniają się cały czas. W literaturze jestem bardziej precyzyjna i potrafię wyrazić więcej, natomiast fotografia jest dla mnie notatnikiem pamięci. Mogę w każdym momencie zrobić zapis fotograficzny, który później przekształci się w tekst. Czuję się obserwatorem podpatrującym świat, mającym zdolność układania go z drobnych detali. Mam duży szacunek do fotografii jako dzieła pojemnego; pamiętam, że jest wypowiedzią czy rejestracją i zawsze dbam o to, by była właściwie podpisana, żeby miała prawa autorskie. Nigdy nie traktuję jej tylko jako ilustracji, choć uważam ją za płaskie, skończone, zarejestrowane dzieło. Z literaturą jest inaczej. W niej pokładów jest tak dużo, że bardzo często muszę się powściągać, żeby nie tworzyć „architektury literackiej”; nie iść w za szeroką narrację. Muszę być zdyscyplinowana.

Magazyn literacki Rita Baum, którego jesteś redaktorką, określa literaturę jako przestrzeń, która znajduje się na granicy ciała i pisma. Teksty takie określacie mianem „biofizykalnych”. Czy w płaskiej fotografii znajdujemy kategorię biofizykalności?

O ile przyjmujemy punkt widzenia Rity. Ja odnajduję ją w swoich zdjęciach, w których biologiczność, zmysłowość była tak silna, że rozsadziła mi kadr i zdeterminowała kompozycję. Jak myślisz, ile fotografia dokumentalna dziś ukrywa, a ile odkrywa przed widzem?

144

Fotografia dokumentalna stała się obecnie przedmiotem mojej wnikliwej analizy. Wiąże się to z doktoratem o sztuce Holocaustu, nad którym pracuję. Przypatrując się jak fotografia dokumentalna przenika do współczesnej kultury i sztuki zauważyłam, że przestała być wyłącznie dokumentem. Oddaje, obrazuje świat, ale nie przekazuje samych informacji. Zdjęcia niepublikowane, dopiero co odkryte przez świadków, mają jeszcze jakąś świeżość. Jednak w momencie publikacji zostają skradzione przez kulturę popularną, media i artystów, i zaczynają żyć swoim drugim życiem. Dramatycznie zmienia się na naszych oczach kontekst fotografii. Nie możemy już powiedzieć, że fotografie są bezpieczne w archiwach, ponieważ uwolnione od kontekstu historycznego, wyrwane z archiwum, stają się symbolem, wytrychem do szybkiego, skrótowego zrozumienia jakiejś epoki, problemu moralnego. Czy wtedy coś odkrywają przed nami, czy też zakrywają? Wnikliwe, czujne oko krytyka, potrafi sobie radzić z takimi fotografiami; potrafi na życzenie włączyć lub wyłączyć dany kontekst. Biada


tellme jednak przeciętnemu zjadaczowi chleba! Obejrzenie zdjęć wyestetyzowanych w przestrzeni muzealno-popkulturowej lub co gorsza, telewizyjnej, bez aparatu krytycznego i z niewielką wiedzą na dany temat, to moralne samobójstwo. W kontekście fotografii i archiwów trwa ożywiona dyskusja na temat tego, jak przekazywać historię. Jestem na stanowisku, że warto o niej mówić emocjonalnie, odświeżać, wykopywać ryzykowne tematy, przetwarzać artystycznie, łącznie z bolesnym zabiegiem estetyzacji fotografii. Temu jednak powinna towarzyszyć wiedza, inaczej przeradza się to w estetyczną grę. Twój temat to Auschwitz – Birkenau. Jak często robisz tam zdjęcia?

Fotografuję te dwa obozy w ciągu wszystkich pór roku. Początkowo pracowałam analogiem. Musiałam wtedy poczekać na podgląd wyniku swojej pracy. W tym czasie intrygowała mnie architektura, porządek struktur oderwanych od zmysłowości. Widać w tych pracach matematyczne, niezwykle rzemieślnicze przyłożenie się do wydobycia detali i światła. Oddaję w ten sposób moje rozumienie męskiego i solidnego Auschwitz. W dalszym ciągu pracy przyjęłam perspektywę spojrzenia więźnia: upadki, ból i brak siły zmuszają do częstego kontaktu z ziemią, błotem, betonem. To spojrzenie było dla mnie bardzo inspirujące. Po przejściu z analogu na komórkę odkryłam inne spojrzenie. Oddałam się wtedy całkowicie patrzeniu i rejestrowaniu świata zmysłowego, subtelnego, opartego na ledwie dostrzegalnych niuansach, gęstych pasmach świetlnych, które przedzierały się, na przykład latem, przez szpary w barakach więźniów. Koncentrowałam się wyłącznie na sfotografowaniu przestrzeni, rezygnując całkowicie z obecności ludzi. Najwięcej zawdzięczam Birkenau, bo to dla mnie „subtelne” połączenie obozu kobiecego i przyrody. W tym miejscu wszystkie elementy wizualne uznaję za „kobiece”. Szukam symboli na opowiedzenie tej historii i znajduję je w przyrodzie. Fotografuję na przykład wielkie muchomory, które niczym tablica ostrzegawcza stoją na największym cmentarzu świata. Czy sądzisz, że fotografia ma siłę przywłaszczania przestrzeni, obiektów, ludzi?

Ta metafora zawłaszczania, która wyrosła w kontekście współczesnej kultury, pozwala nam dojść do wniosku, że fotografia jest aktem zabójstwa. Przywłaszczamy zatem tak bardzo, że powodujemy śmierć przedmiotu czy przestrzeni. Trudno jest mi to odnieść do fotografii wykonanej małym aparatem czy komórką, bo gdzieś z tyłu głowy czuję, że przywłaszczam na chwilę, a moje narzędzie jest takie niepoważne. Kiedy piszę o fotografii, bardzo często posługuję się metaforą przywłaszczania, nie czuję jej jednak w kontekście naprawdę współczesnej sztuki. Ona odwołuje nas do kanonu klasyki; pięknych, wysmakowanych zdjęć zapisanych na solidnych materiałach. Obraz to dziś dla mnie szkic. Sensualny, zmysłowy, epifaniczny.

Prowadzisz warsztaty i zajęcia teoretyczne z fotografii komórkowej na wyższej uczelni. Jak wygląda przejście z narzędzia profesjonalnego na komórkę?

Moja praca polega na tym, żeby wytrącić uczestników warsztatów z przyzwyczajenia estetycznego, z dobrego wychowania oka. Klasyczny aparat fotograficzny i historia sztuki, nauczyły nas, że udana fotografia jest ładna. To subtelne określenie przerodziło się w dyktat piękna, który zmusza nas do zaakceptowania coraz większego kiczu. Zgroza piękna gości w sieci. Wszyscy o tym wiemy, czasem śmiejemy się z „poprawności” pięknych fotografii, ale i tak stoimy na straży ładnej fotografii. W tej ciasnej definicji nie mieści się fotografia komórkowa, która z definicji jest brudna, brzydka i nieudana. Jest pełna zabrudzeń, rejestracji paprochów, nigdy nie jest precyzyjna i wszystko wokół deformuje. Imponuje mi przez to. Zdjęcia komórkowe potrafią być tak poetycko uszkodzone. Na przykład dzięki zabrudzonemu cukrem pudrem lub piaskiem wizjerowi, otrzymujemy pełną deformację świata. Bardzo mnie to pociąga: estetyka śmietnikowa. W moich warsztatach chodzi o to, żeby uwolnić rękę, rozhuśtać ją, dać wolność oku. Żeby zobaczyć jak bardzo obraz może być zmysłowy i ile tak naprawdę świat ma wizualnych „mega pikseli”. Dziękuję za rozmowę. ×

Ten szkicowy charakter fotografii wykorzystuje się dziś na potęgę. Czy lubisz zdjęcia z wakacji?

Agnieszka Kłos Pisarka, krytyk sztuki, fotografka. Publikuje teksty związane ze sztuką współcze-

Robić tak, choć to nie są nigdy fotografie wakacyjne w klasycznym tego słowa znaczeniu. Raczej detale, po których mogę raz jeszcze wejść do tamtego świata. Robię zawsze trochę rejestrów, zapisuję struktury, które w kontekście wakacji rozumiem wizualnie tylko ja. Są mi potrzebne, żeby pamiętać i móc coś potem napisać. Bardzo ciężko znoszę fotografie z wakacji. To jedno z największych cierpień i wyzwań XXI wieku w przyjaźni. Fotografują wszyscy, niewielu widzi, nikt nie selekcjonuje. Oglądanie folderów z wakacji to udręka.

145

sną, literaturą, fotografią i kinem. Autorka książki "Całkowity koszt wszystkiego". Redaktorka pisma artystycznego "Rita Baum" (www.ritabaum.pl). Autorka projektu historycznego "Breslau cv". Prowadzi zajęcia z antropologii filmu i fotografii w Dolnośląskiej Szkole Wyższej oraz na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Autorka pierwszego w Polsce kalendarza z aktami młodych amazonek "Niejedna z jedną" oraz pierwszego w Polsce Festiwalu Blogów.

Adriana Kovacheva Tłumaczka, literaturoznawczyni, teoretyczka przekładu. W czasie wolnym scenarzystka, montażystka i miłośniczka kotów. Tymczasowa mieszkanka Poznania.


tellme

: Ada Kovacheva : Anna Demidowicz

interwiew by illustration

You can easily notice that Agnieszka Kłos has developed a talent for grasping the miraculous. She can preserve what is transient, elusive, temporary, sensual and invisible to others. She is able to care for the world’s fragility, comprehend the landscapes of ambivalence and break the rut of perception.

Your author night, tied with a photo exhibition, just ended at Republicka Róz. What is the link between your photography and your literature?

The link between the two is very fluid, one constantly completes the other. I am more precise in literature and can be more expressive, photography, on the other hand, is like a journal of memories. At any moment I can take a photographic entry which might later become a piece of text. I feel like an observer of the world who has the ability to construct it from minute details. I have much respect for photography as a capacious work of art, keeping in mind that it is an opinion or an observation; I always make sure that it is captioned properly. I never treat photography as just pictures, even though I see them as one-dimensional, complete and registered pieces. It is different with literature. There are so many angles in literature that I very often have to limit myself in order not to create ‘architectural literature’, in other words, not to make the narration very broad. I have to have discipline.

The literary magazine, ‘Rita Baum’, on which you are Editor in Chief, describes literature as the space which is found between the body and the written word. You call these texts ‘biophysical’. Can we find this biophysical aspect in one-dimensional photography?

As long as we accept Rita Baum’s point of view. I find bio-physicality in those photos in which the biology, the sensuality is so intense that it overtakes the frame and dominates the composition. When it comes to documentary photography, how much do you think it reveals to the viewer?

146

Documentary photography has presently become the object of my thorough analysis. It is connected with my doctoral thesis about the art of the Holocaust which I am currently working on. What I observed was a blending of documentary photography with contemporary art and culture. I have noticed that it has ceased to be exclusively documentary. It shows the world, but it does not only give information. Unpublished photos, ones that have just been discovered, still have that freshness about them. But as soon as they are published, they are stolen by the pop culture, the media, other artists and they begin their second life. The context of photography is changing dramatically right before our eyes. We can no longer say that photographs are safe in archives because, freed from historical context, torn from archives they become symbolic shortcuts used to understand a certain epoch or a moral problem. In that case, do they uncover or hide something from us, the viewers? The sharp eye of a critic can handle theses photographs; they can apply


tellme or disregard a given context, unlike the eye of the man in the street. Viewing photos showcased in museums, pop culture, or even worse, on television without critical tools and a limited knowledge of a subject is moral suicide. Within the context of photography and archives there is a lively discussion about how to pass on history. In my opinion, it is worth discussing photography in terms of emotions, to refresh and dig up risqué subjects or alter them artistically. But that should be accompanied by knowledge; otherwise, it becomes a game of aesthetics. Your subject is Auschwitz – Birkenau. How often do you take photos there?

I photograph both camps during each season. In the beginning I worked with manual equipment so I had to wait to see the results of my work. At that time, I was intrigued by the architecture and the organization of structures disconnected from sensuality. An extremely mathematical interpretation of details and light is evident in those photos. They portray my understanding of a masculine and solid Auschwitz. Later, I took the prisoner’s perspective: the fall, pain and lack of strength. There was frequent contact with the earth, mud and cement. This point of view was very inspirational for me. After switching from a manual camera to a mobile phone I discovered a different perspective yet again. I dedicated all my efforts to observing and capturing a sensual, subtle world, a world based on barely noticeable nuances, thick lines of light, for example, which in the summertime entered through the cracks in the barracks. I concentrated exclusively on photographing space, eliminating human presence completely. Birkenau was at this stage my main focus because, for me, it ‘subtly’ combined a woman’s camp with nature. All visual elements in this place were ‘feminine’. I searched for symbols to tell the story and I found them in nature. For example, I captured huge mushrooms, which like warning signs, grow in the biggest cemetery in the world. Do you think that photography has the power to take possession of space, objects, or people?

This metaphor of possession, which grew out of the concept of contemporary culture, allows us to make the conclusion that photography is an act of murder. We bring about the death of an object or space by making them our own. It is hard to extend that metaphor to photographs taken by small cameras or mobile phones because, somewhere in the back of my mind, I feel that I take ownership only for a moment and with a very amateur tool. When I write about photography I very often take ownership metaphorically, but I do not feel it in the context of true contemporary art. It refers us back to the classical canon; beautiful, tasteful photos made on solid material. Nowadays, an image, for me, is a sketch: sensual and epiphanic.

You lead workshops and teach theory on mobile phone photography at University. What does the switch from professional tools to a mobile phone look like?

My job is to change participants esthetic habits. The classical camera, as well as the history of art, taught us that good photography is pretty. That subtle description began to dictate beauty, and now it often forces us to accept kitsch. The horror of beauty has taken over the internet. We all know about it, sometimes even laugh at the properness of beautiful photos, but in the end we stand on the side of beauty. Mobile photography, which is defined as dirty, ugly and unsuccessful, does not fit into this narrow definition. It is full of imperfections: never precise and full of deformities. That is the reason why I find it so intriguing. Mobile photographs can be so poetically broken. For example, if we dirty the lens with powdered sugar or sand we get a completely deformed view of the world. Trash aesthetic. This excites me very much. During my workshops we learn to set our hands and eyes free in order to see how sensual an image can be and how many visual ‘mega pixels’ the world really has. Thank you for your time Agnieszka. ×

The idea of photography as a sketch is used to the maximum now. Do you like looking at photos from holidays?

Agnieszka Kłos  Writer, art critic, photographer. I like to take them, although they are not typical holiday photos. Rather, they are details which can later transport me into that world again. I always take a few impressions, capture structures which only I can understand in the holiday context. They help me remember; I use them later when I write. Typical holiday photography is agonizing for me; it is very handicapped and poses one of the biggest challenges of the 21st century. Everyone takes photos, but only a few have the eye to capture something relevant and nobody makes selections. Viewing holiday folders is an ordeal.

147

In her writings, she deals with contemporary art, literature, photography and cinema. Writer of Całkowity koszt wszystkiego. Editor of the Rita Baum art magazine (www.ritabaum.pl). Initiator of the Breslau CV historical project. She teaches film and photography anthropology at the University of Lower Silesia and at the Wrocław Academy of Fine Arts. Author of the first Polish calendar presenting nudes of post mastectomy women and initiator of the first Polish Blog Festival.

Adriana Kovacheva Translator, literary and translation scientist. In her free time she is into scriptwriting, film editing and cats. Temporarily living in Poznań.


shootme

OUT OF…

Międzynarodowy Festiwal Fotografii Międzynarodowy Festiwal Fotografii w Łodzi po raz kolejny otworzył przestrzeń dla rozmów o fotografii, dla dyskusji i spotkań. Tegoroczny Fotofestiwal zaproponował dwie wystawy kuratorskie, kilkanaście wystaw indywidualnych, przegląd szkół fotograficznych, a przede wszystkim różnorodne wydarzenia towarzyszące i niezwykłą atmosferę twórczego spotkania. Centralnym punktem 10. edycji Fotofestiwalu były dwie wystawy w ramach Programu Głównego: OUT OF LIFE oraz OUT OF MIND. Do interpretacji tych tematów zaproszono Celinę Lunsford, Ninę Kassianou oraz Krzysztofa Candrowicza. Obydwie wystawy poruszały wątki przekraczania granic i poszukiwania. Opowiadały o funkcji i sposobach tworzenia alternatywnych rzeczywistości. O granicach, jakie stawia człowiek między tym, co wykreowane, a tym, co rzeczywiste. TAKE ME wybrało trzy sylwetki znakomitych artystów oraz ich prace, które nas oczarowały i spowodowały najwięcej emocji oraz zachwytu. OUT OF LIFE / POZA ŻYCIEM Wystawa OUT OF LIFE stworzyła studium socjologiczne, w którym kuratorzy i artyści zadali sobie pytania o rolę granic we współ-

czesnej rzeczywistości. Dotknęli tematów alienacji, samotności, a przede wszystkim ucieczki. Wystawa była wynikiem zainteresowania człowiekiem – jego pozycją w chaotycznej i niepewnej codzienności, w której każdy z nas atakowany jest setkami bodźców, informacji, pytań i możliwości. Co w takiej sytuacji oznacza „bycie poza życiem” – gdzie są granice, które wyznaczają „w” i „poza”? W jaki sposób umiejętnie lub nieumiejętnie, świadomie lub nie, staramy się poza nie wykroczyć?  OUT OF MIND / POZA UMYSŁEM Wystawa OUT OF MIND jak napisała kuratorka wystawy Celina Lunsford: może sprawić, że zmienimy sposób, w jaki postrzegamy samych siebie. Kluczem do zrozumienia wystawy stały się terminy „obsesja”, „iluzja” i „fantazja”, ale przede wszystkim umysł otwarty na zaskoczenie. Wszystkie projekty łączył wspólny motyw tożsamości i niecodzienny sposób prezentowania rzeczywistości. ×

148


shootme IVAN AND THE MOON/ IWAN I KSIĘŻYC (2009-2010) Po kilku latach badań nad folklorem Tuminas zaczęła fotografować w wioskach. Bohaterów swoich fotografii – Iwana i Andrieja, zwanego Księżycem – poznała daleko na północy Rosji. Czas spędzają na łowieniu ryb i polowaniu, niekiedy szukają duchów w opuszczonych miejscach. Żyją w swoim wewnętrznym, baśniowym świecie i kierują się własnymi zasadami moralnymi. Są dojrzali, ale wciąż dziecinni, naiwni, ale enigmatyczni, zupełnie inni niż ich rówieśnicy z miasta.

DARIA TUMINAS urodziła się w 1984 roku w Sankt Petersburgu, mieszka w Amsterdamie. Daria studiuje film i fotografię na Uniwersytecie w Leiden. Jest laureatką pierwszej nagrody w kategorii “fotografia dokumentalna” w konkursie ViewBook Photostory 2010. Jest także dziennikarką freelancerką, pisze artykuły i eseje krytyczne na temat fotografii. Ma doświadczenie w organizacji wydarzeń i imprez związanych z fotografią – była koordynatorką i kuratorką Międzynarodowej Letniej Szkoły Fotografii w Sankt Petersburgu, skupiającej się na języku dokumentu oraz fotografii dziennikarskiej.  Iwan i Księżyc to jej pierwszy projekt fotograficzny.

149


shootme

WYBRANE PRACE Z OKRESU 1985-2006

ARNO RAFAEL MINKKINEN

Czarno-białe i nieco surrealistyczne fotografie Minkkinena inspirowane są naturalnymi krajobrazami oraz miastami i miasteczkami Stanów Zjednoczonych i Europy – w tym Finlandii, ojczyzny autora. Artysta nie poddaje swoich zdjęć żadnej obróbce cyfrowej – stanowią one bezpośredni zapis tego, co wydarzyło się przed obiektywem. Prace Minkkinena przedstawiają głęboki, osobisty dialog z naturą, rodzaj artystycznej medytacji nad różnicami pomiędzy tym, co widzimy, a tym, o czym marzymy, między wspólnotą i wyobcowaniem.

Urodził się w 1945 roku w Helsinkach, obecnie mieszka w Andover, Massachusetts (USA).

www.arno-rafael-minkkinen.com

Arno Rafael Minkkinen przeprowadził się z rodziną do Stanów Zjednoczonych, gdy miał 6 lat. Pracował jako autor tekstów i haseł reklamowych, a w 1971 roku zaczął pracować nad serią autoportretów. Studiował u Harry’ego Callahana w Rhode Island School of Design, gdzie uzyskał tytuł magistra. Obecnie jest profesorem sztuki na Uniwersytecie Massachusetts-Lowell oraz docentem na Aalto University of Art & Design w Helsinkach. Jego zdjęcia są prezentowane na wystawach na całym świecie od lat 70. i należą do licznych kolekcji prywatnych i muzealnych. Poza artykułami, które napisał do różnych książek i czasopism, Minkkinen opublikował również dziewięć monografii.

150


shootme WAKE / PRZEBUDZENIE (2008) Adam Jeppesen ukończył projekt Przebudzenie podczas kilkumiesięcznego pobytu w odludnych fińskich lasach. Składające się na niego zdjęcia powstały na przestrzeni siedmiu lat, podczas podróży fotografa i dokumentują ciągle zmieniające się otoczenie geograficzne artysty. Adam Jeppesen nie odwołuje się tu w żaden sposób do nordyckiej melancholii, lecz odtwarza historię za pomocą intuicyjnych i onirycznych sekwencji, które oddają ową emocjonalną i estetyczną przejrzystość, jaką osiągnąć można wyłącznie poprzez odosobnienie.

ADAM JEPPESEN www.adamjeppesen.com Urodził się w 1978 w Kalundborg (Dania), obecnie mieszka w Kopenhadze. Adam Jeppesen jest absolwentem szkoły fotografii artystycznej Fatamorgana w Kopenhadze. Przy okazji pracy nad filmami dokumentalnymi dużo podróżował, m.in. po Palestynie, Liberii i Sierra Leone. Wciąż pracuje nad projektami o charakterze polityczno-humanistycznym. Swoje prace prezentował na wystawach w Europie i Ameryce Północnej. Jego najnowsze wystawy to Foto, prezentowana w Scandinavia House w Nowym Yorku oraz Tilykke Lille Fugl, prezentowana w galerii Fleisher Ollman Gallery w Filadelfii. Wake jest jego pierwszą monografią.

151


readme

: Edward Pasewicz Ilustracje: Agata Dudek

Tekst

Edward Pasewicz Pisarz, Kompozytor, czasami improwizujacy pianista. Współzałożyciel KraKoTeki i Krakowskiego Kolektywu Twórczego, redaktor periodyku antropologicznego Gadajacy Pies. Felietonista Czasu Kultury. Mieszka w Krakowie.

152


readme

Jadźka dokładnie o 17:00 ani minuty później czy wcześniej wychodzi z domu swego na placu Nowym (krakowski Kazimierz) – i wrzeszczy. Wrzask najpewniej ma dotrzeć do uszu Najwyższego, ale nie dociera. Jadźka wrzeszczy codziennie i punktualnie, i chodzi z wiaderkiem wokół straganów.

R

obi tak ze dwa okrążenia, po czym spokojnie wraca do domu. Siedzący przy stolikach pod Alchemią stali bywalcy klaszczą, a ci co nie maja pojęcia o co chodzi, znaczy się przyjezdni i obcokrajowcy, też klaszczą, bo im głupio, że tacy nie-klaszczący są i myślą sobie: to może jakieś jeszcze jedno krakowskie dziwactwo. Dla odmiany Pani Frenher w okolicach godziny trzynastej wychodzi ze swoim mopsem na obchód dzielni. Nie sposób jej z nikim pomylić. Nosi grube rajstopy w kolorze cesarskiej purpury, do tego jaskrawo zielone plastikowe buciki. Sukienka zazwyczaj jest beżowa, lub w kolorze spłowiałego fioletu. Makijaż jest ostry i wyrazisty. Zielone cienie pod powiekami, grubo nałożona szminka i doklejone sztuczne rzęsy. Fryzura też jest fajna – ala wczesna Krystyna Loska, tyle, że dwa razy większa, bo też Pani Frenher jest z cztery razy większa od wczesnej Krystyny Loski. Na moje oko spokojnie ze 150 kg przy 188 cm wzrostu. Mopsik jak to mopsik uroczo utuczony, ciągnie się za nią wyraźnie obrażony, że się go na ten okrutny świat w ogóle wywleka. Jadźka jest wariatką, zaś Pani Frenher filozofką. Odkąd dowiedziała się, że jestem przesiedleńcem, mówi do mnie, kiedy staje przy jadłodajni „u Doroty” paląc swojego cieniutkiego papierosika: Dobrześ zrobił Poznańczyku, żeś tu tę naszą okolicę zasiedlił, pisz ładnie i dzielnie, pisz pisz i o tych okropnych hiszpańczykach napisz, że spać nie dają po nocy.

Pani Frenher wie co mówi. Mieszka przy hostelu i nad hostelem i pod hostelem, a właściwie jej mieszkanie jako jedyne w kamienicy nie stało się mieszkaniem hostelowym. Ja tam hiszpańczyków lubię. Fakt, że imprezują i śmieją się głośno, ale to barwne jest i przyjemne. A jak z Hiszpanami zmiesza się grupka chasydów w charakterystycznych strojach, to dopiero jest widok. A od czasu do czasu można spotkać pana rycerza, w pełnej ciężkiej zbroi płytowej,

z mieczem i flagą Regnum Poloniae, który przemierza dostojnie Kazimierz, właściwie nie wiadomo w jakim celu. Hiszpanie się z nim fotografują, chasydzi raczej stronią od niego. Z panem rycerzem rozmawia czasami kolega Kanonik Laterański (Regularny), który onegdaj wytłumaczył mi, że owi kanonicy, mają kilka rodzajów sutann i zakładają je w zależności od święta. Zapytałem go o to, bo co chwila widziałem go w innej i zgłupiałem. Kanonik ma lat na moje oko 28, a poznałem go w gejowskim klubie Cocon, gdzie regularnie bywa. Przez grzeczność nie pytałem jaki to rodzaj ewangelizacji tam uprawia, ale chyba wszyscy się domyślają. Jest to ewangelizacja namiętna, napięta i bardzo skuteczna. Tak mówili przynajmniej owi nawróceni przez Kanonika, z którymi miałem okazje w wyżej wspomnianym klubie porozmawiać. Co prawda, powszechnie wiadomo, że geje, ciotki i ciotondy, żadnej wiary (choćby najskuteczniej ewangelizowane) długo nie zachowają, ale wiadomo, że z owczarnią Pana pracować trzeba aż do skutku. Mnie nie próbował ewangelizować, bo najwyraźniej jestem typem, który się do ewangelizacji nie nadaje.

Myślę sobie: to dobrze, że oni w tym swoim domu zakonnym, mieszczącym się w ponurych średniowiecznych budynkach, tak sobie umilają życie, ewangelizując się nawzajem i inne grupy społeczne, cokolwiek odrzucane, przez macierz naszą Kościół Katolicki.

153

Pani Frenher, bardzo lubi naszego Kanonika, który po tym jak wymieni już niedzielną tacę (średnio kilka tysięcy złotych) z drobnych, na grube pliczki banknotów, przychodzi do niej na kawę i ciasteczko własnoręcznie przez Panią Frenher upieczone. O sumie powiedział mi sam Kanonik Regularny (około piątego piwa gdzieś o trzeciej nad ranem przy dolnym barze w Coconie), po tym jak jego organista (msza już o 9:00), zasnął znużony na kanapie, Kanonik, był bardzo przejęty faktem, że być może msza odbędzie się bez muzyki. Stawiał mi piwo w nadziei, że zagram, gdyby organista nie wyrwał się z objęć snu na czas. Niestety, do mojego debiutu jako organisty w kościele Bożego Ciała nie doszło, bowiem muzyk organista ocknął się, wytrzeźwiał i poszedł pokutować przed mszą do własnego domu. Mogło być pięknie i dostojnie, bowiem nie znam pieśni kościelnych, a miałem zamiar akompaniament oprzeć na atonalnych tradycjach muzycznych z początku XX wieku. Dla Pani Frenher nie byłoby to nic dziwnego. Poznańczyku weźże nie marudź, ja nie takie rzeczy widziałam! Pobawże się, pochodźże nad Wisłą i nie dziwże się, że tu trochę inaczej jest. Bo jest. No i co z tego? Chociaż chciałbym zobaczyć jej minę, kiedy zagrzmiałbym akordami z wszystkich dwunastu dźwięków pod jakąś pieśń Maryjną. K i e d y ś my s i ę z K a n o n i k i e m Laterańskim Regularnym, żegnali, była już 7.00. Przyplątał się do nas mały emo z mistyczna grzywką i jął dyskutować o życiu, śmierci i ciemnościach. Kanonik Regularny Laterański, chciał go ewangelizować ale nie miał wyraźnie sił, ja zaś nie miałem śmiałości wejść na pole ewangelizacyjne, bo przecież nie dość, że nie jestem Kanonikiem, to nie jestem też Regularnym ani nawet Laterańskim. Tak się wtedy zamyśliłem nad ludzkimi niemożnościami, że nie zauważyłem, kiedy emo zniknął wraz z Regularnym Kanonikiem. Pewnie poszli na mszę. ×


readme

Sprawdź Fejsa, Bóg zabije hipstera Czyli dlaczego zamieszkanie w stolicy grozi staniem się Sarah Kane : Łukasz Saturczak ilustracja: Dorota Wątkowska tekst

N

a najsłynniejszym portalu społecznościowym istnieje grupa „Everytime you check Facebook, God kills a hipster”. O ile jeszcze wierzymy w siłę słów mówionych („niech Cię szlak trafi!”), to w pisane wierzyć dziś już nijak się

nie da, a co za tym idzie, ufać w to, co na Fejsie. Tym razem szkoda, bo o ile wszystko związane z hipstersami było mi do niedawna tak obojętne jak katastrofa smoleńska, to dziś działa mi na nerwy tak samo jak katastrofa smoleńska. Wystarczyło pojechać na spektak l K r z ysztofa Warlikow -

154

s­k iego (A) Pollonia. Warszawka chodzi na Warlikowskiego. Chodzi, ale między kolejnymi odcin­kami Tańca z gwiazdami – powiedziała mo­ja dziewczyna, która kazała mi się nie zdziwić, gdy usłyszę rozmowy licealistów jadących z nami autobusem zobaczyć (A) Pollonię


readme

– Witold Gombrowicz po takiej podróży wymiotował. Uśmiecha się. Ona. Gombrowicz miał rację. Jedziemy tym autobusem spod biura Nowego Teatru. Biura, bo własnej sceny instytucja ta nie ma. Nie ma, mimo zapewnień pani prezydent, że artysta pokroju Warlikowskiego własną scenę powinien mieć. Pokrój ten w dalszym ciągu zdaje się jednak niewystarczający. Wyruszamy w stronę warszawskich Włoch, bo tam reżyser wystawia swoje spektakle. Tam, gdzie realizuje się Taniec z gwiazdami i Mam talent. Chyba właśnie na takie show jadę – myślę, cisnąc się przy drzwiach, bo ledwo weszliśmy. Ze mną torba z ciuchami, bo prosto z pociągu, zaś gościć tu będziemy z Magdą dwa dni – mam przy okazji przeprowadzić wywiad z reżyserem, co już filmów nie robi, bo jak sam mówi, po prostu mu się nie chce. Nam się chciało ruszyć na spektakl. Znów na scenie Eurypides i Krall, Littell i Świetlicki, Coetzee i wszystko w interpretacji aktorów, których nie należy oglądać w serialach. Obecni w autobusie znają cytowanych i wystawionych na scenie autorów, ponieważ polubili ich na Facebooku. Czytać ich już nie muszą. Od kiedy lubić znaczy czytać? Jednak nie pomaga tu nawet iro­n ia i sarkazm, głośny śmiech i głowa spuszczona niemal na ostatni schodek środka lokomocji. Patrzymy na siebie z przerażeniem. Chociaż bardziej to dziewczyna patrzy na mnie, bo ja wwiercam wzrok w rozświetlone miasto za oknem. Staram się nie słuchać, ale słucham. Nie mogę zatkać uszu, bo trzy­mam torbę i poręcz jednocześnie. Mam ochotę krzyknąć do Magdy, aby ona mi je zatkała, ale to chyba zbyt duża perwersja. Za krótko się znamy. – Bo wiesz, przyszli do mnie świad­kowie Jehowy i ja im mówię, że jestem deistą, a oni: kim? A ja mówię deistą i oni nie wiedzieli, o co mi chodzi, wiesz. Odruchy wymiotne stają się coraz mocniejsze i już mam ochotę w ten sposób pokazać temu deiście, gdzie mam jego deizm i jego świadków Jehowy, i myślę, że nic go nie przebije, dopóki nie zaczyna się tekst o nowym mieszkaniu jego przyjaciela geja, gdzie są „suuuuper zasłonki” i ktoś wyciąga słownik łaciński, bo to przecież podstawa

mieć go ze sobą w każdej sytuacji. Jakiś teatr absurdu. Jedziemy na Mrożka? To się nagrywa? Uczestniczymy w jakimś eksper­ ymecie? To nie może być prawda.Wypuście mnie stąd! Magda jest przyzwyczajona. Gdy wracała w zeszłym roku z Końca, tego samego reżysera, miast o spektaklu i Francu Kafce współpasażerowie rozmawiali o tym, w co się ubrać, bo za parę dni mają iść na Taniec z gwiazdami. Gorszy deizm w wykonaniu tego chłopaczka czy program w TVN? Sam nie wiem. Hipsterstwo mnie przeraża. Zwłaszcza jak przybiera formę przeintelektualizowanych licealistów. Jednym z „ulubionych” autorów Krzysztofa

Warlikowskiego jest Sarah Kane. Gdy wystawił jej Oczyszczonych we wrocławskim Teatrze Współczesnym w 2001 roku mówiono o istotnej zmianie w języku teatral­ nym. Brutalizm jej sztuki pokazał reżyser w bardzo poetycki sposób. Nie jest to jednak tekst o teatrze tego reżysera, ale o hipsterach i Sarah Kane. Bardziej o tym, że jedni (hipsterzy) mają istotny, może najistotniejszy, wpływ na stanie się Sarah Kane. I nie cho­dzi o pewien subtelny rodzaj zwariowania zwany powszechnie schizofrenią, ale wpływ na pisanie, twórczość. –I gassed the Jews, I killed the Kurds, I bombed the Arabs, I fucked small children while they

155

begged for mercy, the killing fields are mine, everyone left the party because of me, I'll suck your fucking eyes out, send them to your mother in a box and when I die I'm going to be reincarnated as your child only fifty times worse and as mad as all fuck I'm going to make your life a living fucking hell I REFUSE I REFUSE I REFUSE LOOK AWAY FROM ME –It's all right. –LOOK AWAY FROM ME –It's all right. I'm here. –Look away from me (Sarah Kane, 4:48 Psychosis) Ten swoisty rodzaj fobii społecznej odnoszący się nie tylko, ale przede wszystkim do przeintelektualizowanych nastolatków sprawia, że zbiera we mnie złość (co uzasadnione) i lęk (co uzasadnione bardziej). Oczywiście przytoczony fragment tyczy się sfery (nie) miłości, rozstania i całego bagażu znaczeń, jaki ze sobą to odejście niesie. Jednak coś na pisanie wpływ mieć musi, a przecież pierwsze czy drugie utracenie miłości boli, ale przy kolejnych człowiek się uodparnia. Rozumie bezsens poniżania. Więc co? Społeczeństwo, bo do głupoty przyzwyczaić się nie możesz. Zaś do głupoty, która udaje mądrość, przyzwyczaić się tym bardziej nie możesz. Jeżdżąc każdego dnia takim autobusem, pisałbym tylko jak autorka Oczyszczonych. Katharsis pomaga, ale codzienne katharsis by mnie wykończyło. Tak czy inaczej, wcześniej czy później, zwariowałbym. – Pieprzysz głupoty – mówi Magda, zaglądając mi przez ramię. – A te wszystkie la­ski ubrane w styl vintage na zdjeciach, które właśnie oglądasz na Tumbr? To nie hipsterki? – Patrzeć to nie słuchać – odpowiadam. – Stronę zawsze można wyłączyć. Wysiąść z jadącego autobusu na spektakl, który chcesz zobaczyć, to już materiał na tekst dramatyczny. Szkoda, że Sarah nie żyje, a ja mieszkam we Wrocławiu. Na wszelki wypadek nie korzystam ze środków komunikacji miejskiej. × Łukasz Saturczak Autor powieści Galicyjskość, doktorant na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie ukończył dziennikarstwo. Pisze głównie o literaturze, ale też o muzyce i filmie dla TAKE ME, Lampy, Tygodnika Powszechnego czy Ha!artu. Przemyślanin z urodzenia, wrocławianin z wyboru.


readme

Check out Facebook, God kills a hipster Or why moving to Warsaw can turn you into Sarah Kane : Łukasz Saturczak illustrations: Dorota Wątkowska text

T

here’s a group on that well known social networking website called ‘Every time you check out Facebook, God kills a hipster.’ As much as we take the spoken word (Goddamn you!) seriously, we hardly do the same with what

we read nowadays and, thus, hardly believe in anything we stumble upon on Facebook. It’s a pity – until recently I had cared about hipsters just as little as about the Smolensk plane crash. Today, however, both issues irritate me just as much. Especially after I saw Krzysztof Warlikowski’s play (A) Pollonia.

156

In it Warlikowski’s shows what the young and aspiring from Warsaw focus on nowadays. “They do so only in their free time between successive episodes of the Polish edition of Dance with the Stars,” my girlfriend says and also tells me not to be surprised by what


readme high school students on the bus heading to see (A) Pollonia speak about – even Witold Gombrowicz would feel sick in their company. She smiles. She does. Gombrowicz was right. We are on the bus going from the Nowy Teatr office. There’s only an office because the theatre owns no stage. Despite how much Warsaw’s President had stressed that an artist like Warlikowski deserves one. It appears, however, that an artist like him is not good enough to get one. We set off towards the Włochy district where the director stages his shows and where other TV formats like Dance with the Stars and Got Talent are produced. Once there, I barely make it through the narrow entrance and realize it must be the same kind of entertainment I’m about to see. Straight from the train station, I carry a bag full of my kit. I will be staying here together with Magda for two days. I’m supposed to interview a director who makes no films because – as he puts it – he doesn’t feel like it. We feel like watching the show though. The stage once again sees Euripides and Krall, Littell and Świetlicki, Coetzee – all of them interpreted by actors who should not be seen in a TV series. Our fellow bus travellers knew the above mentioned artists well; they even ‘liked’ them on Facebook. They don’t have to read their work. For them, to like it doesn’t mean to have read it. However, not even irony, sarcasm, loud laughter and bowing our heads do any good. We look at each other in horror. The girl actually is looking at me; I’m gazing at the luminous city outside the window. I try not to listen but I fail. With the bag in one hand and a handrail in the other, I can’t block my ears. I feel like asking Magda to block them for me, but then it feels too personal. We haven’t been friends that long. “You know, Jehovah Witnesses approached me the other day and I told them I’m deist. And they said: ‘You’re what?’ And I said: ‘deist’ and, you know, they had no idea.” I feel nauseous yet again and I now believe the best way to show that deist kid how much I care about his devotion and his Jehovah story is to throw up right now. When I’m sure nothing worse is going to

happen to me, he suddenly changes the topic to talk about his gay friend’s new apartment with ‘cool’ curtains. Someone takes out a Latin dictionary, since it befits us to do so often these days. The theatre of the downright absurd. Is it a Mrożek play we’re about to see? Are we being taped? Is it some sort of an experiment? It can’t be real. Let me out of here! Magda is used to it. Last year, after watching The End by the same director, her fellow bus passenger didn’t talk about the play and Franz Kafka, but instead debated on what to wear for the upcoming Dance with the Stars recording. Was the TVN program more disturbing than the deist kid’s story? Hard to say. Hipsterism scares me. Especially when it’s lived out by over-intellectualized high school students.

One of Krzysztof Warlikowski’s favourite artists is Sarah Kane. When he staged her p l a y, C l e a n s e d , i n t h e W r o c ł a w Contemporary Theatre in 2001, critics spoke of a major transformation in the code of theatre language. The show’s brutality was presented in a poetic way. But my point is not to talk about the director’s ‘artism’, but about hipsters and Sarah Kane. About how much becoming Sarah Kane is influenced by certain hipsters. Not about that subtle madness commonly known as schizophrenia, but about the influence on writing. – I gassed the Jews, I killed the Kurds, I bombed the Arabs, I fucked small children

157

while they begged for mercy, the killing fields are mine, everyone left the party because of me, I'll suck your fucking eyes out sent them to your mother in a box and when I die I'm going to be reincarnated as your child only fifty times worse and as mad as all fuck I'm going to make your life a living fucking hell I REFUSE I REFUSE I REFUSE LOOK AWAY FROM ME – It's all right. – LOOK AWAY FROM ME – It's all right. I'm here. – Look away from me (Sarah Kane, 4:48 Psychosis) This unique social phobia connected not only – however mostly – with over-intellectualized teenagers makes me mad (for a good reason) and scares me (for an even better reason). Of course, the quoted passage talks of (un)loving, splitting and a whole lot of meanings covered by break-ups. But something has to be influencing the writing, losing your first and second lover brings pain, but with every successive one you grow increasingly unassailable. You acquire the nonsense of humiliation. What is it then? Society, since you never get used to stupidity. And yet it’s even harder to get used to stupidity imitating wisdom. Taking the bus every day, I could write just like the author of Cleansed. Catharsis does help but everyday catharsis would kill me. Anyway, sooner or later I would go mad. “Bullshit,” Magda says looking over my shoulder. “And all those chicks wearing vintage clothes in the pictures you browse on Tumblr? Aren’t they hipsters?” “I’m looking at them not listening to them,” I reply. “You can always close a website.” Getting off the bus heading to the theatre staging a play you wanted to see is drama material. Too bad Sarah’s dead and I live in Wrocław. But just in case, I never use public transport. × Łukasz Saturczak

author of the novel

Galicyjskość, PhD student at the philology department of the Wrocław University, where he had formerly graduated journalism. He mostly writes on literature and sporadically on music and film for such magazines as Take Me, Lampa, Tygodnik Powszechy and Ha!art. He was born in Przemyśl but has chosen Wrocław as the place to be.


readme

Freestyle, głupcze!

Magdalena Urbańska studentka teatrologii UJ, pasjonatka filmu i podróży. Wiecznie w ruchu, z książką w ręku i ze słuchawkami na uszach

158


readme

: Magdalena Urbańska : Amadeusz Mierzwa

tekst

ilustracja

Wakacje już niedługo. Ludzie porzucają tramwaje i autobusy na rzecz rowerów, zakładają czapki z daszkiem, odwiedzają zazielenione parki. Gdzieniegdzie widać również grupy młodzieży na deskorolkach lub rolkach, w zapamiętaniu oddające się katowaniu slajdów na rurach, robiących flipy nad ławkami czy – jak widzą to inni – niszczeniu mienia miejskiego…

D

zisiejsza forma tych sportów nazywa się street skating i swoje źródło ma w amerykańskim kryzysie gospodarczym lat 80., kiedy to zamknięto większość skateparków. Riderzy poszukując przestrzeni do jazdy wyszli na ulicę. Wykorzystywali wszelkie formy miejskiej infrastruktury, by doskonalić swą technikę: murki, schody, poręcze, ławki. Skateboarding narodził się na ulicy i powracał do swych korzeni. Nie do końca jest prawdą – jak interpretuje się historię deskorolki – że ta zmiana była dla skaterów bezbolesna. Street skating był formą, która wymagała innych umiejętności niż akrobacje na rampie, tu liczyła się przede wszystkim kreatywność. Kiedy jednak patrzy się na inwencję młodych ludzi i narodziny nowych form aktywności miejskiej, można odetchnąć z ulgą – nie grozi im ani rozgoryczenie, ani nuda. Teleportacja Parkour pochodzi od francuskiego słowa parcours, czyli droga, jazda, trasa wyścigu. Sport ten narodził się z prostego pomysłu – jak w mieście jak najszybciej przedostać się z punktu a do punktu b, nie zważając na istniejące po drodze przeszkody. – W tłumaczeniu na język potoczny parkour to sztuka inteligentnego i płynnego poruszania się po otaczającym nas świecie. Parkour posiada zarówno pewne cechy sportu, jak i sztuki. Dla mnie przez pewien okres był to nawet sposób na życie: ciągłe przemierzanie różnych zakamarków miasta, patrzenie na metropolię przez pryzmat obiektów traktowanych jak przeszkody do pokonania. Parkour to więcej niż sport, niektórzy widzą w nim filozofię życia – tłumaczy Bartosz Nadra, znany w środowisku jako VeRtO.

Parkour narodził się w latach 90., jednak w Polsce mało kto wtedy o nim słyszał. Prawdziwy boom nastąpił w latach 20022005, a do jego popularności z pewnością przyczyniły się filmy Luca Bessona Yamakasi i 13 dzielnica. Parkour zaczął się wtedy pojawiać w filmach, klipach, reklamach. Każdy dzieciak chciał być jak współczesny samuraj lub Leito: skakać po ścianach, wchodzić po budynkach, jednym susem pokonywać ogrodzenia i mury, jakby nie istniały ograniczenia fizyczności czy prawa grawitacji. Moda ma jednak to do siebie, że szybko mija. – Odpadło wiele osób interesujących się sezonowo modnymi czy ciekawymi sportami. Obecnie po wygaśnięciu tej fali, trenują osoby, które z parkourem związane są na dobre – mówi VeRtO.

prostu sztuczny tor, którego wybudowanie nie kosztuje dużo wysiłku. Stąd też pomysł na uprawianie letniej dyscypliny w środowisku miejskim – opowiada Witek „Hasan” Król, od kilku lat zapalony entuzjasta skimboardu, członek teamu hasan-skimboards.

Miejska plaża

Z czapką (i prawem) na bakier

Zimą snowboard, a latem windsurfing lub kitesurfing – to oczywiste dla każdego freestylowca. Niezbędne są jednak ku temu nie tylko warunki materialne, ale i klimatyczne. By uprawiać te sporty wodne, potrzebujmy przede wszystkim silnego wiatru i dużych fal. Gdy tego brakuje, zawodnicy przerzucają się na skimboard – deskę podobną do surfingowej, lecz nieposiadającą stateczników – i ślizgają się po płytkiej wodzie blisko brzegu. Fakt, że do poślizgania się wystarczy przysłowiowa kałuża i miejsce do rozbiegu, sprawił, że sport zaanektował miejską przestrzeń. – Z założenia klasyczną odmianę skimboardingu (wave) uprawia się nad morzem: wraca się z falą do brzegu. W Polsce popularny jest flatland skimboarding, czyli ślizganie się po płytkiej warstwie wody, a do tego trzeba niewiele – może to być jezioro na obrzeżach miasta, zalana jezdnia lub po

Nie wszyscy jednak podzielają entuzjazm młodych do aktywnego spędzania czasu. Sporty ingerują w miejską przestrzeń, traktują architekturę jako obiekt do wykorzystania. – Niejednokrotnie grożono nam mandatami, spisywano nas czy przeganiano – mówi VeRtO. Witek Król dodaje: – Zawsze znajdzie się ktoś, komu nie podoba się, że młodzież się bawi. Na terenie kąpielisk jest grupa ludzi, którzy zazwyczaj boją się… o swojego pieska . Zdarzyło się też, że po ślizganiu się w fontannach w centrum handlowym musieliśmy uciekać przed ochroną.

159

Skimboarding zaczął się rozwijać w Ameryce w latach 60. Do Polski przywędrował zaledwie kilka lat temu, ale rozwija się w błyskawicznym tempie. Rzesza pasjonatów sukcesywnie się zwiększa, ewoluuje wachlarz wykonywanych trików i miejscówek – wyobraźnia młodych nie zna granic. Można ich spotkać nie tylko na plaży czy przy specjalnie przygotowanym do tego torze, ale także np. przy miejskich fontannach.

Również w Yamakasi siedmiu współczesnych samurajów ściga się nie tylko z własnymi ograniczeniami, ale przede wszystkim z policją. Przeciwko sobie mieli sztab funkcjonariuszy, ale po swojej stronie to, co ważniejsze – sympatię widzów. A co się z tym wiąże – grono entuzjastycznych naśladowców. ×


readme

Na wojskowym garnuszku Każdy wie, że Will Eisner był mistrzem powieści graficznej, ale o tym, że mistrz przez 20 lat żył z projektowania magazynu dla US Army już tak głośno się nie mówi. A to bardzo ciekawa historia. : Sebastian Frąckiewicz Źródło: Virginia Commonwealth University, Libraries Digital Collections tekst

J

eśli chcesz robić czasopismo dla amer ykańskiej armii musisz raz na jakiś czas złożyć wizytę na froncie. Przynajmniej Will Eisner miał to w kontrakcie, gdy w 1951 roku został dyrektorem ar tystycznym The Preventive Maintenance Monthly (w skrócie PS Magazine). Żona Eisnera bała się tych wyjazdów. Will zapewniał ją, że zawsze ląduje w Japonii. Nie kłamał. Samolot, owszem, lądował w Tokio, ale nowojorski artysta przesiadał się i leciał do Korei, a później do Wietnamu. Nigdy nie miał na sobie munduru, nie nosił broni. I choć operacji dzielnych GI-ów nad Mekongiem nie popierał, podchodził do sprawy profesjonalnie. Był głową rodziny i głową studia skupiającego rysowników komiksowych. A wojsko płaciło dobrze i regularnie. Żeby zarobić takie same pieniądze na tworzeniu komiksów, studio Eisnera musiałoby robić klasyczne gazetowe stripy – nic nowatorskiego. W porównaniu z nimi PS Magazine stanowiło nie lada wyzwanie.

Nowojorski mistrz w PS Magazine postarał się maksymalnie uatrakcyjnić techniczny bełkot długich instrukcji. Stworzył doskonały, ilustracyjny i komiksowy layout prasowy, który z biegiem lat zawierał coraz więcej infografik, świetnie przemyślanych rozkładówek. A wszystko to w latach 50. i 60., kiedy o infograficznej metodzie prezentacji treści rodem z Wired nikomu się nie śniło. Eisner opracowywał każdy tekst opatrując go mnóstwem graficznych detali, pieczołowicie grał kompozycją na rozkładówkach. Robił to w taki sposób, że nawet dzisiejsi projektanci prasowi mogliby się od niego uczyć. Każdy numer PS Magazine złożony był z bogato ilustrowanych artykułów oraz komiksu Joe Dope, w którym młody żołnierz, a później blond piękność w mundurze wnikliwie omawiali dany problem. Każdy numer posiadał także ilustrowany plakat z rymowanką. U dołu plakatu widniało hasło: „We have the best world’s equipment… take care of it”. Eisner często antropomorfizował czołgi, samochody, a nawet karabiny i dzięki temu wyglądały jak bohaterowie disnejowskiego filmu animowanego Cars. Magazyn publikował także tzw. combat stories. W tym przypadku oznaczało to opowieści o powieści o tym, jak komuś w czasie akcji zepsuł się silnik i czym go naprawił. Ogromną zaletą PS Magazine była karykaturalność rysunków. W warstwie merytorycznej wszystko musiało być serio, ale groteskowe rysunki czy postaci GI-ów dawały całości powietrza i lekkości. Stanowiły doskonały kontrapunkt do tekstu. Żołnierze rozchwytywali magazyn, a co najciekawsze – US Army pozwoliło Eisnerowi traktować wojsko z przymrużeniem oka, a przecież pismo opisywało techniczne problemy armii w trakcie kampanii w Korei czy Wietnamie. Miejscach, w którym nikomu nie było do śmiechu. ×

The Preventive Maintenance Monthly nie był bowiem klasyczną frontową gazetką propagandową, ale czasopismem technicznym, poświęconym profilaktycznej konserwacji sprzętu wojskowego! Z jego lektury żołnierze mieli nauczyć się, jak czyścić broń, dbać o zaopatrzenie magazynu, co zrobić, gdy nagle wirnik w śmigłowcu przestanie działać lub jak załadować ciężarówkę, żeby się nie przeciążyła. Dla przeciętnego wojaka wiedza trudna do przyswojenia i cholernie nudna. Tym bardziej, że teoria BHP ni jak się miała do warunków w okopach lub błota wietnamskiej dżungli. Eisnera wysłano w teren, by na własne oczy zobaczył problemy żołnierzy.

160


readme

Life in the military Will Eisner is commonly known as the master of graphic novels but few people realize that for 20 years he worked as a US Army magazine designer. It’s a fascinating story. : Sebastian Frąckiewicz source: Virginia Commonwealth University, Libraries Digital Collections text

I

f you want to write a magazine for the US Army, you have to visit the front line sometimes. Will Eisner had this duty included in his contract when he took the post of artistic director in The Preventive Maintenance Monthly (PS for short) in 1951. Eisner’s wife was afraid of her husband’s trips, but Will would assure her he always landed in Japan. It wasn’t a lie. The plane landed in Tokyo indeed but then the New York artist would change to another one heading for Korea and eventually Vietnam. He never wore a military uniform nor did he carry a weapon. And although he never approved of the military operations in the Mekong, he approached the matter professionally. Eisner was the head of his family and of a comic’s studio. The army paid well and regularly. In order to earn the same amount of money as a comics artist, Eisner’s studio would have had to write typical press strips − nothing innovative whatsoever. With an alternative like PS, he found the PS job quite challenging.

In PS, the New York craftsman attempted to make the technical gibberish of manuals as attractive as possible. He designed a great illustrative and comics-like press layout which added info-graphics and thoughtthrough centerfolds. All that as early as the 50’s and 60’s, when info-graphical content presentation, later typical of Wired, was unknown. Eisner designed each passage with a plethora of graphic details and conscientiously played with the centerfold compositions. Even modern press designers would still learn a lot from him. Each issue of PS featured richly illustrated articles and an episode of the Joe Dope comic strip, with a young soldier or − later − a blond babe in a military uniform discussing various problems. Each issue also featured a well illustrated poster with a rhyme. At the bottom of the poster was a motto: ‘We have the world’s best equipment … take care of it.’ Eisner often anthropomorphized tanks, cars and even heavy weapons, making them resemble characters from Disney’s Cars today. The magazine featured so-called combat stories which instructed soldiers how to fix a motor breakdown during a mission. A great plus of the PS magazine was the caricatured style of the illustrations. As for content, everything had to be serious, but the grotesque illustrations and dog soldier figures gave it a fresh and light feel, in counter point to the text. Soldiers would scramble to get the magazine which, most interestingly, was allowed by the US Army to picture the military with sarcasm, even though officially it was supposed to deal with technical problems during the military campaigns of Korea and Vietnam, which weren’t really a laugh at all. ×

The Preventive Maintenance Monthly wasn’t typical front line propaganda, but a technical magazine focused on preventive maintenance of military equipment! It was ‘aimed’ at soldiers (pun) and explained how to clean their weapons, supply warehouses, what to do when helicopter rotors suddenly stop turning (pray), and how to load a truck in order not to overload it. The average grunt would usually find the magazine difficult and utterly boring. The more so because OHS regulations (Occupational Health and Safety) had very little to do with the reality of life in the jungle and mud of Vietnam. Eisner was sent there to see the military problems with his own eyes.

161


readme

FejsBóg czy FakeZbuk? Patyczak ilustracja: Adam Quest tekst:

Uzależnienie od Facebooka. Modny ostatnio temat, przewijający się przez szpalty poczytnych tygodników, chętnie anonsowany na okładkach. Obecny nawet w niemodnej, oldskulowej prasie papierowej, jest szeroko poruszany także w internecie – ojczystej ziemi Fejsa. Niedawno natknąłem się tam na blog pt. Jestem uzależniony. Uzależniony od czego? Adres internetowy rozwiewa wszelkie wątpliwości: facebookoholik.blox.pl. 162


readme

K

iedyś narkomana rozpoznawało się po tym, że jest brudny, śmierdzący i leży naćpany w rynsztoku. Dzisiaj uzależnionego od narkotyków spotkasz na przykład wśród białych kołnierzyków z wielkich korporacji. Kiedyś alkoholik to był zarośnięty dziad spod sklepu. Dzisiaj uzależniona od alkoholu może być na przykład pani domu w bogatej prawniczej rodzinie. Kiedyś nie było Facebooka. Teraz jest. To znaczy… już nie ma. – zaczyna Facebookoholik. Kasuje swój profil. I jedzie dalej. Twardo. Przejmujący opis walki z fejsbukowym nałogiem jako żywo przypomina piciorysy rasowych alkoholików i wspomnienia narkomanów z detoxu. Najbardziej jednak uderzyły mnie nie barwne opisy męczarni Facebookoholika, lecz inny fragment tego przejmującego (i świetnie napisanego!) pamiętnika. Środa, 23 lutego 2011. Dzień 2 – spadek nastroju. – notuje Facebookoholik. Nie widać Cię na FB, to znaczy, że nie żyjesz, nikt o Tobie nie pamięta. Gdy wypierdzieliłem się stamtąd przedwczoraj, tylko trzy osoby kliknęły do mnie na Gadu-Gadu czy może je zablokowałem, czy skasowałem konto. Trzy. Więcej nikt. Czyli mogę śmiało zaryzykować stwierdzenie, że spośród dwustu bliższych bądź dalszych znajomych, praktycznie nikt nie zauważył, że mnie tam nie ma. Tak właśnie działa facebookowa społeczność, obrazuje to tylko miałkość tych internetowych relacji. O ile kiedyś na przykład, gdy wśród gromady dzieciaków bawiących się na podwórku zabrakło któregokolwiek ze szczyli, to od razu zauważyliśmy że coś jest nie tak, a tu fakt, że zabrakło mnie na Facebooku, obchodzi wszystkich tyle, co plony pszenicy w Irlandii Północnej. – To jakich ty masz znajomych? – myślę sobie. Gdybym ja nagle zniknął z Fejsa, moi znajomi od razu by to zauważyli! I oto następnego dnia (tak! Kto nie wierzy – niech sprawdzi, dam hasło do mojej skrzynki), sam mam okazję przekonać się o miałkości fejsowych relacji. Dostaję info, że moje konto na Fejsie zostało zablokowane! Oczywiście natychmiast proszę o wyjaśnienie tej przykrej sytuacji, w wyniku czego otrzymuję

kolejne powiadomienie: Witaj, odpowiedz na tę wiadomość e-mail, aby potwierdzić fakt posiadania konta, do którego odniesiono się w prośbie o pomoc techniczną Facebooka. Ten krok jest konieczny, zanim będziemy mogli odpowiedzieć na Twoją prośbę. Przepraszamy za wszelkie niedogodności. (…) Zespół Facebooka.

zaGGadał by spytać, czemu zlikwidowałem konto??? No, jeszcze drugi potem napisał: Właśnie się martwiłem co z Tobą jak nie mogłem Cię wyszukać dzisiaj rano… A więc rację miał Facebookoholik! Dobrze gadał prof. Zygmunt Bauman, że to nie żadna społeczność, lecz wymiana ćwierkań!

Dobra, potwierdzam całemu Zespołowi Facebooka, że ja to naprawdę ja, i otrzymuję kolejny elektrolist: Facebook wymaga od użytkowników podania prawdziwego imienia i nazwiska. Konto musi być zgodne z następującymi standardami autentyczności: zabrania się używania fałszywych nazw; nie wolno zastępować pełnego imienia inicjałami; pseudonimy mogą być używane wyłącznie wtedy, gdy są oparte na

Czym prędzej wrzuciłem na swój profil info, że oto znowu jestem! jestem!! jestem!!! – tyle, że pod prawdziwym, urzędowym imieniem i nazwiskiem (no i ksywą, którą udało się jakoś przemycić). Post jak post – pod nim, jak zwykle, kilka lajków i trochę komentów, a wśród nich taki: Czyli że co? Żegnaj anarchio? Wzruszyło mnie, że ktoś w ogóle jeszcze postrzega Fejsa jako ostoję anarchistycznej wolności. Wszak układ jest jasny i czysty: korporacja Facebook ustala reguły zabawy w tej piaskownicy. Klikając akceptujesz regulamin. Albo go przestrzegasz, albo wypadasz z naszej na maxa luzackiej, wolnościowej społeczności – i wynocha z fejsbukowego podwórka. Może i ja też jestem naiwnym idealistą – bo niby znałem reguły gry, ale po tej akcji jakoś rzadziej zaglądam na Fejsa. No i dobrze – szkoda lata. LOG OUT – GO TO PARK! Tylko czy hasło tego numeru TAKE ME ma sens, gdy siedząc na ławce w parku wyciągasz komórkę, a tam – Facebook?

prawdziwym imieniu lub nazwisku itp. itd. No tak. Wszystko jasne. Że też się wcześniej nie domyśliłem! Przecież w tytule listu od Zespołu Facebooka stało jak byk: Disabled – Fake name. Założyłem konto jako Patyczak – Brudne Dzieci Sida, co ma się nijak do mego urzędowego imienia i nazwiska. Regulaminowo melduję się więc jako Grzegorz Kmita – Patyczak. Udało się. Konto odblokowane. Ale zaraz, zaraz. Cała akcja trwała dwa dni. (Nie jestem takim nałogowcem Fejsa jak Facebookoholik, więc wymiana korespondencji z Zespołem Facebooka trochę się przeciągnęła). I co? I nikt nie zauważył, że mnie na Fejsie nie ma? Dwa tysiące znajomych, i nikt?? Oprócz jednego kolegi, który do mnie

1 63

PS Facebook wymaga od użytkowników, by sygnowali swe profile pełnym imieniem i nazwiskiem. Tymczasem elektrolisty, które otrzymywałem w wyżej opisanej wymianie korespondencji, sygnowane były Zespół Facebooka lub Tymon. Toż nawet telemarketerki, które do mnie dzwonią w sprawie zmiany taryfy GSM albo odnowienia prenumeraty National Geographic przedstawiają się z imienia i nazwiska! Jak widać, w świecie FB obowiązują inne reguły – tu władca absolutny jest poza prawem, które obowiązuje poddanych. FejsBóg? Czy FakeZbuk? × Patyczak Lider jednoosobowego kabaretu punkrockowego Brudne Dzieci Sida. Po drodze: grafficiarz, happener, ankieter, redaktor, listonosz, aktywista ekologiczny, rowerowy i wegetariański. W wykształcenia socjolog. Wzorowy ojciec i mąż.


readme

Patrz

pod nogi!

: Ewa Gumkowska Ilustracje: Kasia Toczyńska Tekst

Cichy, zimowy poranek. Mróz szczypie w uszy, delikatne promienie słońca odbijają się od śniegu, tworząc bajkowy krajobraz, każda gałązka choinki oblepiona białym puchem. Mama ciągnie synka na sankach przez zaśnieżoną alejkę na obrzeżach miasta. Rozglądam się wokół. Rzeczywistość jakby ta sama, ale obraz inny. Szukam dalej, patrzę pod nogi… jednak jest. Biała alejka… biała farba na asfalcie oddzielająca miejsca parkingowe, na niej ośnieżone drzewko, małe postaci… Wonderland, 2009. 164


readme

K

ontekstem jest nasza ulica. Tłem – nasza codzienność. Treścią – nasze życie. Instalacje artysty­c zne The Little People działają z zaskoczenia, wprowadzają obserwatora w interakcję z rzeczywistością. Pozwalają spojrzeć z boku na rozmaite sytuacje i przede wszystkim dają do zrozumienia, że mimo naszego istnienia i działania w dzisiejszym społeczeństwie stanowimy anonimową masę pochłanianą przez metropolie.

i presji, jakie wywiera na nas otoczenie. I znów ilustracja (patrz pod nogi!): Londyn, chodnik, kałuża… pośrodku wielkiego jeziora egzotyczna wyspa (piłka tenisowa) na niej dumny, pewny siebie mężczyzna w sile wieku ze swoją młodą, śliczną żoną, wpatrzeni w siną dal, rozmarzeni, snujący plany na przyszłość… Niestety żadne z nich nie wie, że ta instalacja nosi tytuł The Last Resort. Slinkachu pokazuje nam jedynie ujęcia, jeden kadr z całej historii, a to, co było wcześniej,

Jeżeli akurat znajdziemy się w miejscu, w którym Slinkachu buduje swój mały świat i dobrze rozejrzymy się wokół siebie – na placu, w metrze, na skrzyżowaniu ulic – zauważymy, być może, małe scenki rodzajowe. Ludzi pracujących. Ludzi korzystających z uroków życia w mieście. Ludzi samotnych.  Ludzi wyalienowanych. Nas samych?

Slinkachu jest kolejnym angielskim artystą, który zajmuje się komentowaniem rzeczywistości. Tak jak Banksy, brytyjski graficiarz, reżyser i malarz, Slinkachu pozostaje anonimowy dla odbiorcy. Pod pseudonimem bierze pod lupę problemy, z jakimi borykamy się na co dzień. Wytyka naszą bierność, arogancję, czasami głupotę. Te małe dzieła sztuki są przełożeniem 1:1 życia każdego z nas, dotyczą naszej codzienności, pracy, wolnego czasu itd. Jak nazwać tę sztukę? Bo niewątpliwie należy te miniinstalacje sztuką nazwać! Na pewno sztuka zaangażowana. Miniaturowy domek z papierosów, w którym z komina (tlący się pet) cały czas leci dym, może wskazywać na niszczące działanie nałogu. Dzieci na zjeżdżalni, która zamiast do basenu, prowadzi prosto do studzienki kanalizacyjnej, mogą przypominać o coraz większym zanieczyszczeniu środowiska. Może sztuka edukacyjna? Jej przekaz, jak szeroko i wielopłaszczyznowo należy traktować swoją obecność we współczesnym świecie, daje do myślenia, wskazuje realne problemy XXI wieku, skłaniają nas do refleksji na nasz temat. Małe scenki noszą również znamiona landartu – nietrwałość, ulotność, stopniowe u n i c e s t w i e n i e w p ro c e s i e rozwoju.

Paradoksalnie, ci mali ludzie poruszają wielkie problemy. Postaci w skali 1:87 mają, siłą rzeczy, ograniczone spojrzenie na otoczenie, na sprawy miasta. Co więcej, ich perspektywa również nie sięga daleko. W każdej chwili, jeżeli niezbyt uważnie rozglądamy się wokół, ten mały świat może zostać unicestwiony, zdeptany przez sąsiadów, zniszczony przez przypadkowych przechodniów. A może my również mamy wąskie spojrzenie na to, co nas otacza? Może jesteśmy właśnie takimi małymi ludźmi, którzy budują własne życie na chwiejnych podstawach. I tak jak te małe postaci, my – chociaż w skali 1:1 – również jesteśmy mali w skali naszego dużego miasta. Poruszamy się schematycznie, utartymi szlakami, żyjemy w pozornej harmonii i spokoju. Mamy wrażenie uczestnictwa w świecie poukładanym, w którym istnieją podstawowe wzorce i kanony obyczajowe. A jednak często brakuje nam wrażliwości społecznej, nie uświadamiamy sobie w pełni rozmaitych uzależnień

zaczepiająca klienta w samochodzie wieczorową porą. Napad na biznesmena w biały dzień.

i to, co nastąpi, musimy sobie sami dopowiedzieć. Musimy dodać narrację do sytuacji, która rozgrywa się dosłownie pod naszymi nogami. A sytuacje są najróżniejsze, jak w życiu. Zakochana para spacerująca nad brzegiem rzeki. Dzieci huśtające się na podwórku. Roboty drogowe w szczelinie między płytami chodnika. Obiad w KFC, jedzony na ławce (kość od kurczaka wyrzucona niedbale na chodnik). Zwierzęta wypasane na ukwieconej (pety od papierosów) łące. Mężczyzna, który w samoobronie strzela, broniąc się przed atakiem (bąka) w centrum miasta. Prostytutka

1 65

Po lekcjach na podwórku zbierają się dzieciaki. Czas wolny spędzają aktywnie. Piłka, rower, rolki. Lokalny skatepark jest świetnie wyposażony, są podjazdy, mini-rampy. W specjalnych ochraniaczach i w kasku jeździ na deskorolce chłopak z sąsiedztwa… Zaraz, zaraz, ta sytuacja już utrwaliła się w mojej pamięci… Wygięta skórka od mandarynki (pozostawiona przez kogoś na ławce), a na tym podjeździe w  specjalnych ochraniaczach i w kasku jeździ na deskorolce chłopak z sąsiedztwa… Local Amenities For Children, 2008. ×


Polish Guitar Ac Fe ad st em iv al 12 y -2 8 .0

FUNDUSZE EUROPEJSKIE – DLA ROZWOJU INNOWACYJNEJ WIELKOPOLSKI Projekt współfinansowany przez Unię Europejską z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Wielkopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2007-2013

8.

20

11


Festiwal Polish Guitar Academy 12-28 sierpnia 2011 Carlo Marchione  |  Grisha Goriachev  |  Łukasz Kuropaczewski Alexander Swete  |  Petrit Ceku  |  Marcin Dylla  |  Krzysztof Pełech Amsterdam Guitar Trio  |  Krzysztof Meyer Orkiestra AMADEUS  |  Agnieszka Duczmal  |  Andrzej Bauer Maximilian Mangold  |  Igor Dzedusenka  |  Thomas Müller-Pering Robert Horna  |  Jarek Śmietana  |  Z-Star Kuba Badach  |  Poluzjanci  |  … Jarocin | Poznań | Gniezno | Szamotuły| Pniewy | Czarnków | Wągrowiec | Turek | Kępno | Śmiełów

Ponad 40 wydarzeń i imprez towarzyszących w Wielkopolsce: Kórnik | Gołuchów | Puszczykowo | Ostrów Wielkopolski | Pleszew | Mosina | Dobrzyca | Hermanów | …

Inauguracja:

28.08. Poznań

19.08. Gniezno | 20.08. Poznań

Prapremiera utworu Krzysztofa Meyera Koncert na gitarę, orkiestrę kameralną i kotły Astor Piazzola w 90-tą rocznicę urodzin Łukasz Kuropaczewski  |  Andrzej Bauer Orkiestra Kameralna PR Amadeus Agnieszka Duczmal

Happening gitarowy pod Ratuszem

Wielkopolska Koncerty dla rodzin z dziećmi

Jarocin: 10 koncertów światowych gwiazd gitary

Grisha Goriachev

Rosjanin, któremu Hiszpanie zazdroszczą flamenco

par t ner :

organizacja:

www.akademiagitary.pl 

| 

wspó ł finansowane ze ś rodk ó w M iast a

www.polish-guitar-academy.com 

| 

facebook.com


polish guitar academy

Projekt kulturalny realizowany w 2011 roku jako festiwal Polish Guitar Academy jest kontynuacją cyklu festiwalowego obecnego w Wielkopolsce od 2008 roku. Powstał z  inicjatywy menedżerów i badaczy kultury Przemysława Kieliszewskiego, Marcina Poprawskiego oraz gitarzysty Łukasza Kuropaczewskiego. Stanowi jedyne w Europie tej rangi wydarzenie, które tworzy dla społeczności lokalnych z różnych zakątków regionu, zagranicznych i polskich turystów, dla miłośników muzyki gitarowej z kilkunastu krajów, niezwykły, twórczy klimat i miejsce spotkania. Festiwal zlokalizowany w najbardziej atrakcyjnych turystycznie miejscach Wielkopolski ma charakter artystyczny i obywatelski. Jest przedsięwzięciem trans-lokalnym, realizowanym jednocześnie na terenie kilkunastu gmin Województwa Wielkopolskiego, w głównych siedzibach festiwalu: Jarocinie i w poznańskiej Metropolii, jak i odległych zakątkach regionu. Zasadniczym celem festiwalu jest przenoszenie do mniejszych ośrodków miejskich i społeczności lokalnych w Wielkopolsce wydarzeń z zakresu muzyki klasycznej, których artystyczna jakość nie odbiega od oferty kulturalnej prezentowanej w najlepszych salach koncertowych międzynarodo-

wych metropolii. Ułatwiamy środowiskom o ograniczonym dostępie do światowych muzycznych wydarzeń możliwość uczestnictwa w mistrzowskich interpretacjach, realizowanych w miejscach bliskich mieszkańcom i gościom urokliwych zakątków regionu. W ten sposób wydarzenia Polish Guitar Academy wraz z imprezami towarzyszącymi integrują społeczności lokalne poprzez kontakt z arcydziełami i wirtuozami, jednocześnie skupiając uwagę międzynarodowego środowiska gitarowego oraz publiczności polskiej i zagranicznej na Wielkopolsce jako miejscu niezapomnianych prezentacji w zakresie twórczości gitarowej. Wydarzenie włącza Region w międzynarodową sieć miejsc w których latem odbywają się najważniejsze wydarzenia muzycznej przyciągające wielbicieli gitary i gitarzystów z Polski, innych krajów europejskich, USA, Meksyku, Afryki Północnej i Azji. Festiwal, oprócz prezentowania najbardziej uzdolnionych gitarzystów

sponsorzy :

01 8.2 8.0 -2

to a r a

1

i G n

12

M

y w o tar

pa t rona t:

W spó ł finansowane ze ś rodk ó w m . in . :

pa t roni m . in . :

organizacja :


klasycznych świata, stymuluje powstawanie nowych dzieł muzycznych. W tym roku festiwal zainauguruje światowe prawykonanie utworu na gitarę i orkiestrę kameralną, zamówionego u renomowanego kompozytora Krzysztofa Meyera. W ramach festiwalu, począwszy każdorazowo od inauguracji z udziałem orkiestry symfonicznej, realizowane są mistrzowskie recitale, koncerty kameralne, happeningi, warsztaty, koncerty dla rodziców z dziećmi, koncerty plenerowe. W tym roku program został poszerzony o prezentacje różnorodnych odcieni muzyki gitarowej: od klasycznej, poprzez flamenco i gitarę akustyczną aż po zjawiskowy rock’and’roll. Jedną z kulminacji będzie happening gitarowy przed Ratuszem, podczas którego wspólnie zagra kilkuset miłośników gitary, edukowanych uprzednio w tym celu przez regionalne media. Zgodnie z hasłem „kultura jest wszędzie” działania w projekcie mają na celu przełamywanie barier w dostępie do kultury oraz stymulowanie współpracy. Festiwal podejmuje istotną próbę stworzenia modelu międzysektorowego współdziałania o charakterze ponadlokalnym. Wpisany jako jeden z kluczowych produktów regionalnych Aglomeracji Poznańskiej do jej strategii ze względu na integrowanie kilkunastu podmiotów samorządowych pod jednym szyl-

dem kulturalnym; nazwany przez Gazetę Wyborczą jednym z wydarzeń kulturalnych 2010 roku; włączony do strategii rozwoju kultury w Wielkopolsce jako modelowy przykład wydarzenia o zasięgu regionalnym, jednocześnie znalazł się w ścisłej czołówce projektów służących promocji regionu, finansowanych ze środków europejskich. Polish Guitar Academy realizuje model festiwalu funkcjonującego na zasadzie centrów oraz ich miejsc satelitarnych z funkcją ożywiania publiczności małych miast za pomocą wysokiej jakości oferty kulturalnej. Międzynarodowe wydarzenia festiwalu nadają lub przywracają ważność wielu miejscom i środowiskom. Budują dumę lokalną i umacniają poczucie więzi z regionem. Marka Festiwalu włącza małe ośrodki miejskie do międzynarodowej sieci festiwalowej. Skłania również mieszkańców regionu do przemieszczania się szlakiem wyznaczonym przez wydarzenia muzyczne. Festiwalowi towarzyszy szereg pokrewnych wydarzeń, tworzące łącznie wielkie letnie święto muzyki w całym regionie (m.in.: obecnie jeden z największych w Europie, Międzynarodowy Kurs Mistrzowski dla ponad 120 mistrzów i adeptów gitary z kilkunastu krajów z 5 kontynentów; koncerty gitarowe organizowane przez kilkanaście samorządów lokalnych w Wielkopolsce w czasie trwania

festiwalu, oraz medialne koncerty gwiazd gitary zlokalizowane w największych salach. Festiwal jest rozpoznawany w europejskich i amerykańskich środowiskach gitarowych jako prestiżowe miejsce spotkań i konfrontacji najlepszych gitarzystów średniego i młodego pokolenia na świecie.

Maraton Gitarowy

Maraton Gitarowy jest cyklem wydarzeń koncertowych towarzyszących festiwalowi Polish Guitar Academy. Założeniem Maratonu jest umożliwienie gościom i mieszkańcom Wielkopolski uczestnictwa w weekendowych świętach gitary, które w całości wypełnione są sekwencją koncertów i prezentacji różnych stylów gitarowych. Istotą Maratonu są działania koncertowe popularyzujące gitarę klasyczną wśród mieszkańców regionu, zwłaszcza młodzieży i dzieci oraz wzmocnienie pozycji i wizerunku „polskiej szkoły” gitary klasycznej jako przestrzeni innowacji i najwyższej jakości artystycznej. Celem Maratonu jest także zwrócenie uwagi w sierpniu na Poznań i Wielkopolskę, jako światową stolicę gitary klasycznej. Muzyka gitarowa ożywia w sierpniowe weekendy kilkanaście miejsc: od poznańskiej starówki po rynki mniejszych miast Wielkopolski, wypełnia piękne i szeroko dostępne dla turystów i mieszkańców miejsca i przestrzenie.

Weekendowe Maratony Gitarowe

̊ ̊ z dziećmi koncerty dla rodzin ̊ gitary recitale wirtuozów

wydarzenia w zabytkowych przestrzeniach miast

20/21.08: Poznań – Jarocin – Czarnków Maraton imprez gitarowych Gość specjalny: Amsterdam Guitar Trio

www.akademiagitary.pl 

| 

27/28.08: Poznań – Gniezno

Gitarowy weekend Wydarzenie: Jarek Śmietana i Z-Star w projekcie Tribute to Jimmy Hendrix

www.polish-guitar-academy.com 

| 

facebook.com


Transatlantyk Międzynarodowy Festiwal Filmu i Muzyki

Poznań 5–13 sierpnia 2011

Organizator

Patroni medialni

Współorganizatorzy

Mecenas główny

Sponsor

Partner strategiczny


Jan uary M isiak 's

MISIAK nie usuwać tej ramki

MISIAK nie usuwać tej ramki

175


Współpraca

Patronat technologiczny

Patronat medialny


creators 18

60

93

144

Klara Czerniewska klara.czerniewska@gmail.com

Łukasz Napora lukasz@lukasznapora.com

Nyco Dyszel www.nycodyszel.com

Anna Demidowicz demid@kofeina.net

26

64

102

152

Mateusz Banach banachmateusz@wp.pl

Wojtek Mikołaj Rukujżo www.wmrstudio.com

Arleta Molata www.maxmodels.pl/amolata

Edward Pasewicz edward.pasewicz@gmail.com

30, 73, 30, 140

64, 70

102

152

Zosia Zija i Jacek Pióro zosia@zija.net

Marta Dudziak marta_dudziak@yahoo.com

Sergiusz Pawlak www.sergiuszpawlak.com

Agata Dudek www.agata-dudek.blogspot.com

C

R

E

A

Kasia Okińczyc www.okinczyc-design.com

Marta Gliwińska www.martiosza.carbonmade.com

Leslie Hsu www-du-kuai.com

Łukasz Saturczak saturczak@gmail.com

34

70

112

154

34

73

125

154

Piotr Sadowski www.once-photo.com

Anna Wyżykowska annawyzykowska@gmail.com

Iwona Kulińska iwonakulinska898@gmail.com

Dorota Wątkowska behance.net/pomidori

42

42, 83

125

162

Herve Landry herve@pubfiction.net

Piotr Stokłosa www.photografiq.com

A. Incalza & A. Martinengo http://amilcarealex.viewbook.com

Patyczak patyczak@gazeta.pl

T

O

R

S

Łukasz Król www.lukaszkrol.eu

Marcin Szczepaniak www.marcinszczepaniak.com

Dorota Hayto www.dorotahayto.com

Adam Quest www.adamquest.eu

49

83

125

162

52, 100, 102

83

137

164

Igor Drozdowski www.igordrozdowski.com

Klaudiusz Iciek www.claudius.pl

Anna Kubiak dzbanna@gmail.com

Ewa Gumkowska efcik@hotmail.com

56

83

140, 160

164

DoriFi www.myspace.com/dorifi

Michał Grzywacz www.mgagency.com

Sebastian Frąckiewicz sebastian.frackiewicz@gmail.com

Kasia Toczyńska katatoczynska@gmail.com

58

83

144

175

Rubber Dots www.myspace.com/rubberdots

Kamila Picz kamilapicz@kamilapicz.pl

Ada Kovacheva anikovacheva@gmail.com

January Misiak januarynestor@o2.pl


Hotel

Znajdująca się w samym centrum i zajmująca imponujący 6 piętrowy budynek, gwarantujący wspaniałe widoki, Rezydencja Don Prestige. Obiekt posiada pokoje łączące elegancję i komfort w rewolucyjnym stylu. Located in the city center, Don Prestige Residence occupies an impressive, 6-storey building that provides great views of the Old Town. It offers rooms which combine elegance and comfort in revolution style.

Don Prestige Residence

ul. Św. Marcin 2 61 -803 Poznań tel. +48 61 8590 590 fax.: + 48 61 8590 591 email: reception@donprestige.com www.donprestige.com


Prenumerata

Kasia lendo/avant dla take me, fot. Igor Drozdowski

www.take-me.pl /subscribe


HUGO BOSS AG Phone +49 7123 940 www.hugoboss.com HUGO

HUGO BOS S S to r e War s aw Z lo te Tar a s y Ul. Z lo t a 5 9


TAKE ME 11 Log Out, Go To Park  

TAKE ME is a fashion, design, photography and music magazine. With every issue, published in collectioner’s quality, it establishes itself a...

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you