Page 1

Movie Steals

JAC  Maciej zień  Anna nocoń Natalia Safran  Wacław Zimpel Jarosław Fliciński Karolina Tylka Chris Niedenthal

14

Port out starboard home

21zł / 6€ (8% VAT incl.) numer 14 | 14th issue wiosna | Spring 2012 INDEKS 256544


W W W .LA PER LA .COM


pozwól się odkryć zostań top Model


masthead Wydawca / Publisher

Fundacja Twórcy Możliwości ul. Garncarska 9  61-817 Poznań kontakt@tworcymozliwosci.pl

Editor in chief

Creative director

dominik.formanowicz@take-me.pl

michal.golas@take-me.pl

Michał Gołaś

Dominik Fórmanowicz

photography

Managing Editor

Ela Korsak

Joanna Garbacik

igor@take-me.pl

ela.korsak@take-me.pl / redakcja@take-me.pl

joanna.garbacik@take-me.pl

Igor Drozdowski

Drawme (design)

editor

Museme (music)

Jerzy Woźniak

Magda Howorska

drawme@take-me.pl

museme@take-me.pl

Marketing & Advertising

Kasia Kin  Mateusz Banach kasia.kin@take-me.pl mateusz.banach@take-me.pl

contributors photographers Leslie Hsu Dylan Forsberg Igor Drozdowski Zosia Zija / Jacek Pióro Karolina Trawińska Łukasz Brześkiewicz Łukasz Dziedzic stylists Manuel Menini Clément Buyi Z. Alix Devallois Marcin Brylski Sarah Cazeneuve

Design Zuzanna Skalska Jerzy Woźniak Klara Czerniewska Marta Flisykowska Karolina Tylka Piotr Stokłosa fashion Olga Nieścier Marta Dudziak Marcin Brylski Julia Kuczyńska

illustrators Amadeusz Mierzwa Dorota Wątkowska Marta Gliwińska Anna Halarewicz Anna Demidowicz January Misiak Katarzyna Toczyńska columnists Edward Pasewicz Sebastian Frąckiewicz Łukasz Saturczak Kajetan Hajkowicz Agnieszka Okrzeja

team Proof-reading Agnieszka Markiewicz

Layout Joanna Garbacik, Michał Gołaś

Subscription subscribe@take-me.pl

Translations Tomasz Jarmużek

DTP Iza Królik / www.krolikstudio.pl

English Corrections Zygmunt Nowak-Soliński

Printing CGS / www.cgs.pl

EDITORIAL TEAM Jagoda Szymkowiak, Agata Śliwińska, Joanna Maciejewska, Agnieszka Siłaczuk, Karolina Szczepańska, Karolina Gumienna, Małgorzata Szaroska, Karolina Brol


contributors Karolina Trawińska

Maciej Konrad Borowicz

W 2000 roku wyjechała do Paryża jako modelka i już tam została. Po kilku latach postanowiła odkryć drugą stronę obiektywu. Pracując jako asystentka fotografów, uczyła się światła i tech­ niki. Ćwiczyła na samej sobie, robiąc autoportrety. Obecnie poświęca się fotografii w stu procentach, pracując dla topowych magazynów, projektan­ tów oraz agencji modelek. In 2000 Karolina moved from Poland to Paris to work as a model and settled there. After several years she decided to learn what it is like to work on the other side of the camera. As an assistant photographer she studied lighting and photography techniques. She practiced on herself, taking self-portraits. Currently she is very involved in photography and works for top magazines, designers and model agencies.

Rocznik 85, prawnik, adwokat stanu Nowy Jork. Ukończył prawo w Poz­ naniu, Antwerpii i na Uniwer­sytecie Duke’a w Północnej Karolinie (USA). Pisze doktorat w Instytucie Euro­ pejskim we Florencji. Studiował też historię sztuki. Born in 1985, lawyer, New York attor­ ney. Law graduate of universities in Poznań, Antwerp and Duke Law School (NC, USA). Currently writing his PhD dissertation at the European University Institute in Florence, Italy. Maciej also studied history of art.

Agnieszka Okrzeja Absolwentka edukacji artystycznej ASP (2006 rok) oraz zarządzania przed­ siębiorstwami UE (2011 rok). Zajmuje się marketingiem i public relations. Na co dzień pracuje nad strategią rozwoju wizerunku i promocją firm. Koor​dyna­ torka działań PR dla rynku e-com­ merce. Założycielka agencji komu­ nikacji marketingowej i PR-owej. Miłośniczka architektury i designu. Po godzinach hoduje rudego norweskiego kota. Graduate in art education at the Academy of Fine Arts (2006) and EU enterprise management (2011). Her fields of specialization are marketing and public relations. Agnieszka works on image development strategies and business promotion. She also coordinates PR in the e-commerce sector. Founder of a PR and marketing communication agency. Fan of design and architecture. After work she takes care of her red-haired Norwegian cat.

Anna Halarewicz Rocznik 83, absolwentka wrocławskiej ASP. Jako ilustratorka współpracuje z najważniejszymi polskimi magazy­ nami. Interesuje się ilustracją mody, ale obok typowej ilustracji (np. rysunki dla Mohito, Hexeline) tworzy obrazy mody w krzywym zwierciadle. Więcej na www.annahalarewicz.eu Born in 1983. Graduate of the Wrocław Academy of Fine Arts. Anna works as an illustrator for the most well-known Polish magazines. She is interested in fashion illustration, but apart from her daily work (e.g. drawings for Mohito, Hexeline), she creates bizarre mirror images of fashion. Read more at www.annahalarewicz.eu

January Misiak

Kajetan Hajkowicz

Urodził się w Szczecinie, studiował w Poznaniu, mieszka w Gdyni. Obecnie rysuje filmy animowane na podstawie własnych pasków komiksowych.  Producentem tych filmów jest Hugh Walchman, laureat Oskara za film Piotruś i wilk. Born in Szczecin. January studied in Poznań and lives in Gdynia. Currently creating animated films based on his own comic strips. The films are produced by Hugh Walchman, winner of an Academy Award for his film, Peter and the Wolf.

Nieprawdziwy do szpiku kości, Żyd po ojcu i Tatar po matce, wierzy w hula-​ -hoop i w Kaśkę, szczególnie na bani. Wykształcony w wiedzy, że wszyscy umrzemy nadaremno i po nic, a drzewa dalej będą rosnąć. Fake to the bone, son of a Jewish father and a Tatar mother. Kajetan believes in the hula hoop and a girl named Kaśka, especially when he is drunk. He was brought up to realize that we all die in vain and for no reason, and that trees will keep growing regardless.

9


editorial Michał Gołaś

K

rąży po świecie kilka legend dotyczących genezy akronimu POSH. Jedna z nich wywodzi się z podróży morskich z Wielkiej Brytanii do Indii na początku XX wieku. Oba kraje leżą na tej samej, północnej pół­ kuli, więc podczas rejsu statkami transkontynentalnymi, kabiny położone po lewej stronie statku znajdowały się po zacienionej stronie – tej bardziej komfortowej, gdzie długa podróż nie męczyła tak bardzo. Były to najdroższe kajuty, na które nie wszyscy mogli sobie pozwolić, a na biletach widniał napis: Port Out Starboard Home. Przeświadczenie, że stąd właśnie wywodzi się pojęcie POSH stało się na tyle popularne, że zostało ono użyte w jednej z piosenek do filmu z 1968 roku Chitty Chitty Bang Bang (poniżej). Nie wiem, czy ktokolwiek czyta nasze wstępniaki, ale jeśli tak, to z pewnością zauważyliście, że prawie w każdym pojawia się motyw podróży… i teraz więc nie mogłem się powstrzymać.

Ale do brzegu… Co dla mnie oznacza POSH? Niekoniecznie kupę kasy, drogi samochód i szafę pełną drogich ciuchów. POSH to styl, w jakim nosisz te ciuchy, a nie cena na ich metce. POSH to czerwone usta, buty od Christiana Louboutina i zapiekanka w Lux Torpedzie w centrum Warszawki. To kanapka z boczkiem w Concordii Design zapijana lampką Cristala. Dla mnie być POSH to – jednym zdaniem – być w mainstreamie, ale jednocześnie szczerze go lekceważyć. Zobaczcie, czym jest POSH, przeglądając najnowszy numer TAKE ME. JAC, Maciej Zień, Anna Nocoń – kwin­ tesencja mody w najlepszym wydaniu. Te i inne znane osobistości znajdziecie w numerze – całość podana w kli­ macie lat 70., doprawiona naszym stylem i uwieczniona na papierze, który całość czyni nieśmiertelną. Pamiętajcie jednak, że legendy nie zawsze są prawdziwe, bo czy GOLF to akronim od Gentlemen Only, Ladies Forbidden?

O the posh posh traveling life, the traveling life for me First cabin and captain's table regal company Pardon the dust of the upper crust – fetch us a cup of tea Port out, starboard home, posh with a capital P-O-S-H, posh!

T

here is much folklore concerning the origin of the acronym, POSH. One has it that the term originates in the maritime expedi­ tions from Great Britain, which ruled the waves, to India made in the early 20th century. Both countries are situated in the northern hemi­ sphere, so during the voyage, cabins situated on the ship’s left side, facing north (port) were in the shade. Being the more comfortable ones, they made the long journeys less tiring. The tickets for these more expensive cabins, which not everyone could afford, read: Port Out Starboard Home. The belief that this was the actual origin of the term, POSH, gained so much popularity that it was even used in the soundtrack of the 1968 film, Chitty Chitty Bang Bang. I am not sure if anyone reads these editorials, but if you do, then you must have noticed that travel seems to always surface somewhere in our articles ... So I couldn’t refrain from bringing up the subject. But to the point – what does the term, POSH, mean to me? Not necessarily pots of money, an expensive sedan

and a wardrobe filled with high priced ‘glad rags’. POSH lies in the manner of wearing these garments, it’s not just about the price on the tag. POSH can mean red lips, a pair Christian Louboutin shoes and a zapiekanka (a sort of long, toasted sandwich covered in ketchup) eaten in the Lux Torpeda bar, in the centre of Warsaw. It can mean a bacon butty, bought in the Concordia Design centre, accompanied by a glass of Cristal. Simply put, in my book to be POSH is to go with the mainstream flow but to care not a fig about it. Find out for yourself what POSH is by browsing through this new issue of TAKE ME. JAC, Maciej Zień and Anna Nocoń form the very essence of fashion at its best. This issue presents them, along with many other prominent personages, in the style of the 70s, filtered through our creative aesthetics, and dexterously immortalised on paper. Just remember that urban legends do not always speak the truth, as in the case of the acronym, GOLF, which supposedly stands for Gentlemen Only, Ladies Forbidden.

10


content dressme

readme

tellme

drawme

museme

fa s h i o n t o a d o re

text to know

interview to learn

design to use

music to hear

40

13 0

33

12

67

Posh by Polska / Marta Dudziak

Uwikłane w płeć / Grzegorz Sobierajski

Brzuch mnie rozbolał od kwadratowości // Jarosław Fliciński

Let’s talk about travel... / Zuzanna Skalska

I po debacie / Łukasz Napora

44

eng

Artystyczno-racjonalny ekshibicjonista // Maciej Zień

52

Jedna z wielu możliwych przyszłości / Maciej Konrad Borowicz eng

Nauczyć (się) luksusu? / Olga Nieścier

56

eng

Be in Vogue / Łukasz Saturczak

62

13 6

eng

eng

14

1 00

eng

500 tysięcy diapozytów // Chris Niedenthal

13 8

1 32

Względny luksus / Marta Flisykowska

Opowieści osobliwe // Paweł Matyszewski

17 0

1 72

Andante Comodo / Edward Pasewicz

Patrz, szpanują na wielkie miasto // Marcin Adamczewski i Agata Żygańska

17 8

editorial

Movie Steals / Igor Drozdowski

90

68

eng

Rockers Chill // Natalia Safran

21

75

S.Z.T.U.K.A. / Klara Czerniewska

Istota rzeczy // Wacław Zimpel

24

Kreaktywność vs inspiracje Luxury Porn / Olga Nieścier / Agnieszka Okrzeja

7 8

eng

Mniej znaczy więcej // Boom Architects

eng

Concordia Creative Spaces / Jerzy Woźniak

28

eng

Wnętrze miasta // Karolina Tylka

38

180

Scattered Ideas – TEDX / Marta Glapińska

Epopeja cyfrowego emigranta / Sebastian Frąckiewicz editorial

Fly Me to the Moon / Karolina Trawińska

110

editorial

Bon Chic Bon Genre / Igor Drozdowski

12 0

editorial

Anna / Igor Drozdowski Photographer

14 0

Igor Drozdowski

editorial

Eyes Wide Shut / Łukasz Dziewic & Monika Witowska

Model

JAC / GAGAmodels Stylist

Tomasz Lasek

14 8

editorial

Make up

Waiting for a Call / Karolina Trawińska

Arleta Molata hair

Sergiusz Pawlak

15 6

editorial

clothes

Singapore Straits / Leslie Hsu

Patrizia Pepe

11

Movie StealS

JAC  MACieJ zień  AnnA noCoń nAtAliA SAfrAn  WACłAW ziMpel JAroSłAW fliCińSki  kArolinA tylkA ChriS niedenthAl

14

port out StArboArd hoMe

21zł / 6€ (8% VAT incl.) numer 14 | 14th issue wiosna | Spring 2012 INDEKS 256544


drawme / shorts

Let’s talk about travel... TEKST / Zuzanna Skalska TRENDWATCHER

N

LEXUS TUMI

ajważniejsza jest podróż, a nie jej punkt docelowy. Niegdyś możli­ wość ta przysługiwała tylko wybra­ nym, szukającym przygód, odkry­ wającym nowe szlaki czy idącym na wielkie wojny. Czym ówczesne podróże różnią się od współczesnych? Właściwie niczym, dzisiejsi biznesmeni to wczo­ rajsi kupcy Kompanii Wschodnioindyjskiej, tury­ ści to hiszpańscy odkrywcy na swoich galeonach, a latający sektor finansowy jest niczym imperium brytyjskie, nad którym nigdy nie zachodzi słońce. Podróż nierzadko bywa kojarzona z rodzajem luk­ susu. Jest fascynująca, podniecająca, ale i zarazem przerażająca. Stąpanie po terra incognita za każdym razem oznacza przygodę. Dla mnie podróż jest momentem wyciszenia i skupienia myśli. W podróży dużo czytam, słucham muzyki i oglądam filmy, któ­ rych nie miałam okazji obejrzeć w kinie. Jako doświadczony frequent flyer podzielę się z wami swoimi przemyśleniami.

Bagaż podręczny

Większość linii lotniczych z niezwykłą precyzją ustala zasady dotyczące transportu bagażu pod­ ręcznego. Rozmiar i ciężar są tutaj najważniejsze. Oczywiście najwygodniejszą formą jest plecak/trol­ ley. Często bywa też niezauważany przez obsługę naziemną i nikt nie każe nam go ważyć czy mie­ rzyć. Biznesmeni zawsze starają się wchodzić pierwsi na pokład, gdyż pojemność półek w samo­ locie jest ograniczona, i aby zapewnić sobie miej­ sce dla bagażu podręcznego tuż nad swoją głową, należy być jednym z pierwszych na pokładzie samo­ lotu. Ja sama posiadam plecak firmy Thule, który jest bardzo wygodny dzięki wyposażeniu w ułatwia­ jące przemieszczanie się z bagażem kółka.

Pan Am – luksus w samolocie

VADUE

Wraz z nowym Airbusem A380 oraz Boeingiem Dreamlinerem na pokładach samolotów pojawił się nowy komfort. W pierwszej klasie luksus przekra­ cza wszelkie wyobrażenia. Na trasach transkonty­ nentalnych można mieć własny apartament z łóż­ kiem i łazienką. Nowoczesny samolot to Orient Express na miarę XXI wieku. Amerykańska stacja telewizyjna ABC rozpoczęła pierwszy sezon kulto­ wego już serialu Pan Am. Jego akcja rozgrywa się na przełomie lat 50. i 60., a głównymi bohaterami są pracownicy linii lotniczych Pan Am, pokazujący ich złoty wiek, popularnie zwany The Jet Era. Inspiracja stylem vintage Pan Am’u jest już zauwa­ żalna w designie.

Bagaż

AIRBUS

Solidny i dobrej jakości to połowa sukcesu udanej podroży. Dzisiejsza technologia pozwala produ­ centom na wykorzystanie najlżejszych i najtrwal­ szych materiałów. Do czołówki należą wyroby firm Samsonite czy Rimowa. Ja polecam miękkie bagaże typu duffler, produkowane przez wielkie firmy sportowe jak Eastpack, North Face, Vadue czy Burton. Produkty te zaprojektowane są z myślą o młodych gniewnych, uprawiających sporty wyczynowe, np. snowboarding czy surfing. Torby są lekkie, wytrzymałe, wykonane ze specjalnego wodoodpornego materiału, a przede wszystkim – bardzo pakowne. Plastikowe skorupy nie dają tyle fleksybilności co dufflery.

12


drawme / shorts InterCity

nicem, pod którym najczęściej nie ma żadnych półek, oraz można ja szybko wysuszyć suszarką. 3. Pogniecione ubrania rozwieszamy w łazience, odkręcając bardzo gorącą wodę, w taki sposób, by pomieszczenie zaparowało. Można to zrobić w kabi­ nie prysznicowej. Gorąca para rozprostuje wygnie­ ciony materiał. 4. Cenne rzeczy należy zamykać w walizce na kłódkę. 5. Warto zawsze mieć pod ręką butelkę wody nie­ gazowanej. Hotele najczęściej są klimatyzowane i bez możliwości otwierania okien. W nocy będą nam wysychały usta i gardło. 6. Dobrze jest też przed podróżą zaopatrzyć się w małą apteczkę z paracetamolem, plastrem, pły­ nem odkażającym i nożyczkami. 7. Zatyczki do ucha bardzo dobrze chronią nas przed zmianami ciśnień w samolocie podczas lądowania. Kiedy poczujesz, że samolot zaczyna się zniżać, należy włożyć zatyczki do uszu. 8. Niezbędne mogą okazać się także kawałek sznurka, gumka, mały zestaw do szycia, karabiń­ czyk i inne przedmioty, przydatne w nieoczekiwa­ nym momencie do zrobienia czegoś z niczego. Współczesne społeczeństwo oraz sposób, w jaki żyjemy i pracujemy dzisiaj, stają się coraz bardziej zależne od podróżowania. Za przykłady tej zależ­ ności niech posłużą choćby zeszłoroczne intensywne opady śniegu oraz wybuch wulkanu na Islandii.

Czas to pieniądz. Podróżowanie pociągiem staje się ekskluzywne, a zarazem konieczne. Europejskie linie lotnicze zaczynają myśleć o inwestowaniu w koleje, gdyż loty trwające krócej niż dwie godziny stają się powoli nieopłacalne. Pociągi pędzące z prędkością 200 km/h to najlepsze rozwiązanie. Można w nich pracować, zjeść obiad, a być może i w niedalekiej przyszłości będzie możliwe umówienie wizyty u kosmetyczki czy fryzjera. Podobnie nocne pociągi sypialne to pokoje hotelowe na szynach. Tym, któ­ rzy mają więcej czasu, polecam podróż ekspresem Jan Kiepura z Warszawy do Amsterdamu.

Deutsche Bahn

Hotel – twój drugi dom

MOTEL ONE

Poczuj się jak u siebie w domu – głoszą hotelowe bro­ szury. Jednak pobyt w żadnym z hoteli nie jest w sta­ nie zastąpić domu i związanych z nim emocji. Im droższy, tym bardziej krępujący. Czasami, przebywa­ jąc w czterogwiazdkowych hotelach, odnoszę wraże­ nie, że bez przerwy ktoś puka do drzwi: a to z tacką owoców z podziękowaniem za wybranie ich usług, a to aby przygotować łóżko na noc i położyć ostat­ nie wiadomości o jutrzejszej pogodzie trzymane przez żelkowe misie, rano zaś budzi cię szmer wsuwanej pod drzwi gazety. Takie hotele to pełen luksus i roz­ pieszczenie. Ostatnio otworzony Marina Bay Sands Hotel w Singapurze reprezentuje przybytek rozpu­ sty. Taras widokowy i basen znajdują się na potężnej platformie łączącej trzy gigantyczne drapacze chmur. Widok zapiera dech w piersiach (cena też). Inne roz­ wiązanie na poszukiwanie „domu” oferuje niemiecka sieć 25 Hours. We Frankfurcie na Menem jeden z ich hoteli został zaprojektowany przy współpracy z firmą Levi’s. Inne ośrodki starają się umilać czas cyfrowym kominkiem lub miłym lobby.

Czasami jesteśmy zmuszeni, aby w ciągu doby spo­ żyć każdy z trzech posiłków w innym miejscu na mapie Europy. Dzień można rozpocząć śniadaniem w Amsterdamie, potem spotkać się na szybkim lun­ chu w Monachium, a z przyjaciółmi kolację zjeść w Poznaniu. Podróż to też dobry moment, aby poznać nowych ludzi. Holenderskie linie lotnicze KLM wprowadzają system, dzięki któremu będzie można za pośrednictwem mediów społecznościo­ wych dobrać sobie towarzysza podróży, z którym będziemy siedzieć w samolocie. Życzę państwu miłej podróży! ×

Co ułatwia życie w podróży:

1. Zawsze należy mieć ze sobą mały przedłużacz (min. trzy wyjścia) z płaską wtyczką (taką jak radiowa). W ten sposób możemy podłączyć prze­ dłużacz do kontaktu jednym adapterem podróż­ nym (UK, USA) i korzystać z przedłużacza tak jak używamy normalnych kontaktów europejskich. 2. Pod prysznicem wszystkie płyny, szczotki i pasty warto wrzucać do siateczkowej (materiałowej) tore­ beczki, której używa się do prania biustonoszy w pralce. Taką siateczkę łatwo zawiesza się pod prysz­

ZUZANNA SKALSKA − pracuje dla największego holender­ skiego biura projektowego VanBerlo Design strategy + Product development, gdzie zajmuje się monitorowaniem trendów w dziedzinie wzornictwa przemysłowego. Autorka serii książek 360˚ Trend Report. Wykłada na Uniwersytecie TU/e w Eidhoven na Wydziale Wzornictwa Przemysłowego.

13


drawme

mniej znaczy więcej W domu u Magdy Wąsowicz-Gnatkowskiej

i Bartka Gnatkowskiego, czyli Boom Architects. wywiad i zdjęcia /

Piotr Stokłosa

fot. Piotr Stokłosa

14


drawme

Dlaczego minimalizm? Dlaczego taki design?

Minimalizm dlatego, że jest elegancki, skończony, prosty. Dlatego, że istotny jest detal, jakość wykonania. Dlatego, że ciężko z nim polemi­ zować. Na pewno też dlatego, że mało jest rzeczy, które tak do nas przemawiają... „Przemawiają” do Was razem?

Jesteśmy małżeństwem od 2009 roku. Pracujemy ze sobą prawie siedem lat. Połączył nas wydział architektury i zamiłowanie do ładnych rzeczy. W projektowaniu staramy się być wierni zasadzie „mniej znaczy więcej”. Używamy głównie naturalnych materiałów – drewna, kamienia, betonu. Projektujemy wnętrza prywatne, ale w portfolio mamy też kilka klubów, przy których inwestorom trudno było pogodzić się z – wspomnianą wcze­ śniej – zasadą Miesa van de Rohego. Każde zlecenie jest inne, każdy inwe­ stor myśli inaczej, dlatego jako projektanci zawsze staramy się wypośrod­ kować, tak aby obie strony satysfakcjonował rezultat. Wspomniany inwestor zwykle ideałem nie jest, a gdyby jednak…

To przede wszystkim ktoś, kto myślałby podobnie i miał poczucie este­ tyki zbliżone do naszego. To chyba z naszego punktu widzenia jest naj­ ważniejsze. Równie istotne jest zaufanie. Nasza praca jest na tyle subiek­ tywna, że zaufanie jest naprawdę podstawą dobrej współpracy. Idealny klient doceni naszą pracę, pomysły i poleci nas innym. Jak daleko jest w takim razie miasto marzeń?

fot. Piotr Stokłosa

Paryż lub Mediolan. Paryż jako miejsce do mieszka­ nia, Mediolan jako miejsce do pracy. Na razie i tak wypadkową jest Kraków i oba te miasta oddalone są od niego o dwie godziny lotu. Dlaczego Paryż i Mediolan? Dlatego, że zachód Europy to nadal, niestety, zupeł­ nie inny standard pracy; nie­ stety – biorąc pod uwagę polskie realia, w których, naszym zda­ niem nie docenia się jeszcze pracy architekta. Nie traktuje się wciąż jeszcze architekta jako twórcy. Nasz zawód zbyt często w świadomości Polaków jest tylko narzędziem w walce z biu­ rokracją. Sytuacja na szczęście się zmienia i z każdym projek­ tem zauważamy, że ludzie coraz bardziej otwierają się na naszą pracę właśnie jako architekta-​ -twórcy. ×

15


drawme

16


drawme

fot. Piotr Stokłosa

17


drawme

Less means more At home with Boom Architects, MAGDA Wąsowicz-​ -Gnatkowska and Bartek Gnatkowski. interview and photos /

Piotr Stokłosa

fot. Piotr Stokłosa

18


drawme

Why minimal? Why this particular style?

Because minimalism is elegant, complete and simple. Because detail and quality matter. Because it’s hard to argue with. Also, because very few other things capture your imagination this much ...

that trust is part of the basis of what we do. A perfect client would appreciate our work and ideas, and would further recommend us to other potential clients. How far is the city of your dreams located

Do you both feel this way about it?

from here?

We’ve been married since 2009. We’ve worked together for nearly 7 years. We shared the same architecture university department and passion for pretty things. As designers we try to follow the ‘less means more’ rule. We mainly use natural materials, wood, stone, concrete. We design private interiors, but our portfolio also includes a number of clubs. In the latter case, investors find the Mies van de Rohe rule hard to comply with. Every assignment is different, every investor thinks differently, therefore we always try to find a balance in order for both parties to feel satisfied with the result.

It would be Paris or Milan. Paris as the place to live, Milan as the place to work. For now, it’s Kraków for us, located 2 hours away from both of these cities. Why Paris and Milan? Sadly, because in Western Europe the profession of an architect has a completely different standing. I call it sad considering our Polish reality, with our profession still not being appreciated enough. An architect is still not considered a creator. Most people in Poland too often associate our profession with just fighting bureaucratic obstacles. Luckily, the situation is changing. With every new project we take on we notice that people are increasingly open and accept our work as an act of creation. ×

Investors are hardly ever the perfect kind of clients. What if you were to describe one?

It would be someone with a similar vision and sense of aesthetics. I think from our perspective it’s the crucial element. Trust is just as important. Our work is so subjective

fot. Piotr Stokłosa

19


drawme

68

16

albo „Szalenie Zajmujące Twory Utalentowanych i Krnąbrnych Artystów” 20


drawme

Rzeczy piękne i mądre są uniwersalne. Takie właśnie są publikacje z edukacyjnej serii wydawnictwa Dwie Siostry, z których dotychczasowe trzy czwarte opracowali graficznie Aleksandra i Daniel Mizielińscy. Po świetnie przyjętych książkach o architekturze, designie i modzie (ta ostatnia z ilustracjami Katarzyny Boguckiej) nadszedł czas na popularyzację sztuki współczesnej. TEKST / ILUSTRACJE /

Klara Czerniewska

Aleksandra i Daniel Mizielińscy

Z

adanie już na pierwszy rzut oka było niełatwe, dlatego powierzono je jednemu z najdociekliwszych znawców tematu – Sebastianowi Cichockiemu. Z wykształcenia socjolog, wyznający zasadę „curate or die”, peł­ nił już funkcję dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej „Kronika” w Bytomiu, obecnie pracuje w prężnie rozwijającym się (choć wciąż w tymczasowej siedzibie) Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Swą kuratorską opieką Cichocki objął dwukrotnie wystawy w pawilonie polskim podczas najważniejszej imprezy w świecie sztuki – Biennale w Wenecji. Robi konceptualne wystawy-książki, a nawet fantasmagoryczne „wystawy mówione” – inter­ dyscyplinarne libretta do czytania bądź słucha­ nia. Jeśli awangarda w sztuce wciąż istnieje, to Cichocki jest jej prorokiem.

Olafur Eliasson, Monika Sosnowska, Susan Philipsz, Ai Weiwei... Na ponad 200 stronach prezentowane są też nazwiska znane w świecie, choć u nas pomijane, nawet na uniwersyteckich zajęciach ze sztuki najnowszej. Autor kurator skupia się nie na obiektach do kontemplacji, ale na samej akcji, że ktoś coś zrobił, coś inaczej pomyślał. Paru nazwisk bra­ kuje (np. Oskara Dawickiego – artysty, który za wszystko przeprasza), ale wybór był naprawdę trudny i mimo wszystko obrazuje raczej kształtujące się przez całe stulecie trendy (tak, tak, w sztuce też panują mody!) niż osią­ gnięcia poszczególnych jednostek. (Któż spa­ mięta te wszystkie nazwiska?) S.Z.T.U.K.A. to niewątpliwie najpoważniejsza z dotychczasowych książek w serii Dwóch Sióstr, tym razem raczej do uważnego czyta­ nia ze zrozumieniem niż do odszyfrowywania kolejnych ideogramów i ilustracji. Strona gra­ ficzna jest wyczyszczona – z korzyścią dla przej­ rzystości treści zniknęły odręczne napisy, kolejne rozdziały wyznacza rytm czterostroni­ cowy (dwie strony z tekstem i ilustracją oraz ilustracja na rozkładówce), a Mizielińscy prze­ chodzą samych siebie w zestawianiu wysma­ kowanych tonów barw.

Czym jest S.Z.T.U.K.A.? To pierwszy projekt Cichockiego przeznaczony dla dzieci (czyt. dla laików). I chyba w ogóle pierwsza publikacja w Polsce (przynajmniej w Trzeciej RP), która w syntetyczny sposób prezentuje dorobek artystów XX i XXI wieku z Polski i reszty świata, tym samym budując kanon awangardowych postaw i praktyk. Takiej selekcji nie znajdziemy w żadnym dostęp­ nym w Polsce podręczniku. W subiektywnym wyborze Cichocki ujawnia swoje postrzeganie sztuki, zdradza zamiłowanie do wszelkich prze­ jawów konceptualizmu. W zawoalowanym w anegdotycznych czytankach przeglądzie f­igurują postaci absolutnie kluczowe i rozpozna­ walne dla tych, którzy znają choćby rudymenta sztuki tego i ubiegłego stulecia: Marcel Duchamp, Oskar  Hansen, Joseph Beuys, Edward Krasiński,

Czym jest sztuka? W poszukiwaniu odpowiedzi pomoże rozszy­ frowanie tytułowego akronimu: S i Z jak „szalenie zajmujące”: bo sztuka współ­ czesna nie musi być piękna – choć jest, tylko nie każdy jeszcze to dostrzega. T jak „twory”: bo termin dzieło sztuki już dawno stało się niewygodne, ciasne i sztywne. U i K jak „utalentowanych i krnąbrnych”: bo prawdziwych.

21


drawme

69

ILUSTRACJE: Aleksandra i Daniel Mizielińscy

68

JOHN CAGE

17

A jak „artyści”: poszukują, stawiają kłopotliwe pytania, a dzięki swojemu talentowi są niewąt­ pliwie autentyczni i przekonujący, niezwykli i interesujący. W XX wieku artyści opuścili galerie i muzea. Wychodzą na spacery, anektują bezludne ame­ rykańskie prerie, zadbane ogrody, słone jeziora, pustynie czy szklarnie, no i oczywiście różne zakamarki wielkich miast. Tymczasem w ste­ rylnych salach ekspozycyjnych pokazuje się... kupy, aranżuje paranaukowe laboratoria albo prezentuje gołe ściany, co dowcipnie obra­ zowała niepokazywana u nas amerykańska ko­media Untitled (2009, reż. Jonathan Parker, Manfred Baumann). Nas to, mam nadzieję, nie dziwi, ale dzieciaki przymuszane na zajęciach plastycznych do produkcji „ładnych obrazków” na pewno z ulgą przyjmą do wiadomości, że sztuką może być nawet niczego nierobienie. Albo pełna przy­ gód podróż (przez barwy, w nieznane, daleko na Bliski Wschód albo na drugą stronę ulicy),

opowiadanie ciekawych historii czy wyścig wesołych świń. Jeśli powstają dziś rzeźby – to ze złomu albo cukierków, albo tak małe, że ich nie widać, albo tak nietrwałe, że moment ich powstania jest jednocześnie momentem końca ich istnienia. Do kategorii sztuki nieraz zali­ cza się też fantastyczne projekty budynków czy konceptualny, zaangażowany design, a nawet – jak to ujął mój pięcioletni brat – wynalezienie ciszy przez Johna Cage’a. Łatwo więc można trywializować, że sztuką może być wszystko, a każdy może być artystą. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że najczę­ ściej, aby czerpać przyjemność z obcowania ze sztuką i jej rozumienia, trzeba znać histo­ rię, kontekst powstania pracy. I właśnie tego rodzaju historie serwuje nam Cichocki, aby oswoić nas ze sztuką. × Klar a Czerniewsk a – historyczka sztuki, autorka

książki Gaber i Pani Fantazja. Surrealizm stosowany. (wyd. 40 000 Malarzy, Warszawa 2011).

22

ILUSTRACJE: Aleksandra i Daniel Mizielińscy

16


drawme

Concordia creative spaces Bum! Wielkie otwarcie, wielkie nazwiska, wielkie oczekiwania. Choć Concordia Design zaczyna karmić poznaniaków coraz to nowymi inicjatywami, jej lokatorzy pozostają niespokojni i niezaspokojeni. Jak sprawić, aby drukarnia stała się miejscem kultowym? Jak wykorzystać potencjał miejsca oraz doborowej kompanii CoOffice*, która wykonuje swoją kreatywną pracę w zabytkowych murach? Jak nie zawieść oczekiwań pokładanych w „nowej starej drukarni” przez mieszkańców miasta? Tekst /

O

Jerzy Woźniak (mode:lina architekci)

biblioteczka GreenHat Innovations / GreenHat's Innovations library

d otwarcia minęły ledwie cztery miesiące, niektórzy lokatorzy nie zdążyli wprowadzić się do swoich biur, a już żarliwie roz­ prawia się o stymulującym zagospodarowaniu pięknie wyremontowanych, acz nieco sterylnych korytarzy. Przechadzka po budynku ma być przygodą – nie tylko dla osób z zewnątrz, ale też dla samych lokatorów. Trwają poszukiwania recepty na stworzenie przestrzeni, gdzie ścieżka między biurem a kuchnią może stanowić swoisty katalizator nowych idei. Codzienne czynności mają dostar­ czyć niecodziennych efektów. Wszak najlepsze pomysły rodzą się, gdy na chwilę przestajemy myśleć o pracy. Panująca tu atmosfera sprzyja interdyscyplinar­ nej współpracy: rodzą się nowe inicjatywy, pomysły na produkty i usługi, które z założenia mają stowrzyć produkt ponadprzeciętny. Dążenie do innowacyjnych, a zarazem optymal­ nych rozwiązań wypracowywane jest w trakcie warsztatów prowadzonych przez ekspertów

z firmy GreenHat Innovations i patronatem ProDesign – administratora Concordii. Pietyzm, z jakim włodarze drukarni podcho­ dzą do edukacji światłych i kreatywnych zastę­ pów najmłodszych poznaniaków, budzi szacu­ nek. Program „Concordia KIDS” ma do zaofe­ rowania serię zabawnych warsztatów, które nie tylko stanowią zdrową alternatywę dla internetowo-telewizyjnej rozrywki, ale też budują w naszych latoroślach estetyczną świa­ domość godną młodych Skandynawów. Nowy narybek może następnie kontynuować desi­ gnerską edukację w School of Form – kuźni wolnomyślicieli oraz specjalistów od ekspery­ mentowania. Oferta SOF kusi gwiazdozbio­ rem prowadzących – miejmy nadzieję, że jej twórcy zdają sobie sprawę, jakiego apetytu narobili amatorom dobrego wzornictwa. Ufamy też, że intelektualna matka szkoły – charyzmatyczna Lidewij Edelkoort, poza aktem założycielskim zapewni swemu akademickiemu dziecku zabawę w postaci tuzów światowego projektowania.

24

Nie sposób ukryć sentymentu do działań oraz wydarzeń, które miały miejsce w Starej Drukarni przed remontem. Niejeden młody zespół kato­ wał wówczas instrumenty, grając tam próby, niemałe tłumy przewinęły się przez wystawy, wernisaże, projekcje czy wreszcie balansujące na granicy legalności imprezy. Obecność pierwiastka tzw. offowego z pewno­ ścią przyniesie ze sobą powiew świeżości oraz odrobinę pikanterii. Tym bardziej że nie będzie się w tym miejscu (oj, nie będzie) stronić od organizowania zaskakujących imprez oraz intrygujących eventów. Cóż więcej można dodać? Nadzieja w powie­ trzu, entuzjazm w sercach, pozytywne nasta­ wienie w umysłach. Kapitał nie do zmarno­ wania. Niniejszym życzę zarówno mieszkań­ com Poznania, jak i nam – lokatorom Concordii – przekucia wizji w rzeczywistość. Do roboty! /*CoOffice – to dwadzieścia trzy wielkopol­ skie firmy z branży kreatywnej rezydujące w budynku drukarni. ×


drawme

Urodziny w biurze GreenHat Innovations / birthday at GreenHut Innovations' office

fot. Bartosz Buśko fot. Bartosz Buśko

fot. Bartosz Buśko concordia print

25


drawme

Concordia creative spaces

Boom! Grand opening, big names, great expectations. Although Concordia Design has only started to serve Poznanians with cutting-edge initiatives, its workers remain uneasy and unsatisfied. How to turn the old printing house into a cult-following place? How to take advantage of the premises and that noble company, CoOffice*, which performs creative work within its historical walls? How not to fall short of the expectations Poznanians have had about the Stara Drukarnia printing house? Text /

J

Jerzy Woźniak (mode:lina architekci)

take me z wizytą w biurze lentoid / take me visiting Lentoid offices

ust four months have passed since the opening, some workers have not yet moved into their new offices, but the heated debate on how to crea­ tively use the beautifully renovated – although a little sterile – corridors is already on. Passing through the rooms of the building becomes an adventure, not only for visitors but also for the very tenants. The current goal is to find a means to create space, where the everyday pathways walked from offices to the kitchen will catalyze the birth of new ideas. An everyday routine can deliver unusual results. After all, the best ideas are born when you stop thinking about your work for a moment. This ambiance helps to adopt an interdiscipli­ nary approach to working together; to come up with fresh initiatives and ideas for products and services aimed to provide clients with a top notch quality end product. The mindset ori­ ented towards providing innovative and fulfill­ ing solutions is taught at the workshops held

under the expert supervision of Green Hat Innovations and under the patronage of Concordia’s administrator, ProDesign. The utmost care the printing house’s owners have taken to enlighten the minds of the young­ est Poznanians is admirable. The Concordia KIDS program offers a series of entertaining work­ shops, which not only serve as a healthy alterna­ tive to the Internet and television, but also help to shape the children’s aesthetic consciousness, to resemble that of young Scandinavians. The adepts can continue their design education in the School of Form, a hotbed of freethinkers and specialists in experimentation. The SOF’s offer is also attractive thanks to the dream team of lecturers – let us hope the school’s owners realize how much appetite for top notch design they have generated. We also hope that the school’s intellectual mother, charismatic Lidewij Edelkoort, will not stop at just establishing the school, but will also provide it with a team of the world’s best designers.

26

It is impossible not to feel sentimental towards the endeavors taken on the premise of the Stara Drukarnia printing house prior to its renovation. It is right here that numer­ ous young bands would have their rehearsals, crowds came to see events, vernissages and screenings, and a number of barely legal events would take place. This element of the alternative will without a doubt bring a feeling of freshness and spiciness. The more so because the venue will hold many intriguing events. What more can be said? There is hope in the air; there is enthusiasm in our souls and a posi­ tive attitude in our hearts. These ‘resources’ cannot be denied. I hereby wish all Poznanians and us – Concordia’s tenants – the best of luck in putting our vision into practice. So, let’s get to work! /*CoOffice – a group of twenty-three creative business companies located in the old prin­ ting house. ×


drawme

wnętrze miasta

P

odczas warsztatów zaproponowano nowe spojrzenie na najbliższe otocze­ nie, mogące mieć bezpośredni wpływ na warunki życia mieszkańców. Konferencja i warsztaty pozwoliły nie tylko postawić pyta­ nia dotyczące tej problematyki, ale i efektyw­ nie szukać na nie odpowiedzi. Jedną z osób prowadzących warsztaty była KAROLINA TYLKA, której zadaliśmy kilka pytań dotyczą­ cych tego zagadnienia. Czym dla Ciebie jest przestrzeń publiczna?

To wyjątkowe wnętrze miasta, jakby część mieszkania zarazem, które wychodzi na zewnątrz. Przestrzeń, w której powinniśmy czuć się mniej prywatnie, ale i swobodnie. Dobrze zaprojektowana przestrzeń pozytyw­ nie wpływa na nasze emocje i sprawia, że chcemy w niej przebywać. W jaki sposób projektant może wpłynąć na nasze dobre samopoczucie w danej przestrzeni?

18 listopada 2011 roku odbyła się międzynarodowa konferencja „Design w przestrzeni publicznej” zorganizowana przez Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego we współpracy z Wydziałem Architektury i Wzornictwa Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. Konferencja podjęła próbę zredefiniowania najważniejszych zagadnień związanych z przestrzenią publiczną, rozumianą jako dobro wspólne. Rozmawiała / Jagoda

Szymkowiak 

portrety / Ela

28

Korsak

Nawet tak trywialne, mogłoby się wydawać, zadanie jak odpowiednie zaprojektowanie sie­ dzisk w parku ma znaczenie. To od tego ułoże­ nia zależy, z jakiej perspektywy spojrzymy na otaczający nas świat, jak to sprowokuje nasze myśli, spostrzeżenia. Fantastycznie, kiedy prze­ strzeń publiczna zaprojektowana jest funkcjo­ nalnie, ale dobrze, jeśli zawiera w sobie rów­ nież elementy zaskoczenia prowokujące inte­ rakcję czy odrobinę humoru. Masz swój ulubiony projekt w przestrzeni publicznej?

W czasie warsztatów podawałam m.in. przy­ kład przestrzeni High Line znajdującej się w Nowym Jorku. To park miejski, zawieszona w powietrzu promenada powstała w miejscu historycznej linii kolei wyniesionej ponad ulice w zachodniej części Man­hatanu. Pierwotnie przestrzeń ta była bardzo zaniedbana, prze­ znaczona do rozbiórki, lecz dzięki determina­ cji i świadomości osób zamieszkujących ten rejon miasta stała się ikoną działań nastawio­ nych na rewitalizację przestrzeni zdegrado­ wanej. Teraz projekt żyje swoim wyjątkowym życiem.


drawme

smart mimicry

W czasie warsztatów mówiłaś o znaczącej roli kobiet w kreowaniu przestrzeni publicznej. Jednocześnie coraz bardziej znacząca jest tendencja design for all. Jak pogodzić ze sobą te dwa obszary?

Tych obszarów nie trzeba łączyć. Ktoś powie­ dział, że jeżeli przestrzeń jest dobrze zaprojek­ towana dla kobiety, to jest świetnie zaprojek­ towana dla wszystkich. Przeprowadzono nawet badania, które wykazały, że jeżeli kobieta w danej przestrzeni czuje się dobrze, bezpiecz­ nie, to w tych miejscach gromadzą się inni ludzie. Nie wykluczajmy zatem kobiet, zapra­ szajmy je do tego otoczenia, a one przyciągną innych. Twój projekt Smart Mimicry również inspirowany był kreacją wzajemnych relacji między ludźmi...

System Smart Mimicry polega na wspieraniu intuicyjnej formy komunikacji pomiędzy podró­ żującymi. Włączany przez kierowców system, np. w obcym kraju lub mieście, może sygnali­ zować brak orientacji, zapewniając nam „taryfę ulgową”. Możliwość zakomunikowania naszych zamiarów tłumi agresję i daje możliwość roz­ ładowania napiętych sytuacji na drodze. Zadaniem projektowym było znalezienie emo­ cjonalnego kodu oraz określenie tego, co chcie­ libyśmy sobie bez słów przekazać. Koncepcja próbuje objąć szerokie spektrum zastosowań: od ostrzegania przed niebezpieczeństwem na

drodze, np. w trakcie zbliżania się z dużą pręd­ kością do miejsca wypadku, poprzez warstwę zwykłej komunikacji międzyludzkiej, aż po war­ stwę nieuchwytną, emocjonalną. Projekt powłoki powstał we współpracy z instytutem badawczym Frauenhofer Institute w Berlinie oraz firmą Opel A.G. Wiem, że oprócz projektowania Twoją wielką pasją jest podróżowanie. Co było dla Ciebie największym zaskoczeniem i inspiracją podczas ostatniej wyprawy?

Podczas pobytu na wschodnim wybrzeżu Borneo zaskoczyło mnie zupełnie lokalne odczuwanie upływu czasu. Pewnego ranka zostaliśmy poin­ formowani, że kolejnego dnia o godzinie 6. nasz transport wodny będzie jak najbardziej możliwy. Fale ucichły, morze miało być spokojne, wstali­ śmy więc bladym świtem zwarci i gotowi… Czekaliśmy przy łodzi co najmniej do śniadania, a tu nic. Drugiego dnia powtórka, czekamy, czekamy i nic. I tak przez kolejny tydzień. Zaczęliśmy się już martwić, bo cały misternie ułożony plan… łódka, autobus, statek, samolot zaczął się nagle rozsypywać. Któregoś dnia mieszkańcy wyspy, wiedząc, że oczekujemy na transport i chcemy się już stamtąd wydostać, zapukali do drzwi, z informacją że nadszedł czas. Jak się później dowiedzieliśmy, czekających na tamtą łódkę było wielu, tylko nikt nie meldował się codziennie o świcie na przystani. Wszyscy doskonale wiedzieli, że gdy nadejdzie odpowiedni moment, nikt nie zostanie pominięty.

29

Spokój i relaks. Nie ma pogoni za dniem jutrzej­ szym. Istotne jest tylko to, co jest tu i teraz. Dziś już wiem, że wszystko ma swój własny czas i rytm, niezależny od wysokości fal czy misternie skonstruowanych planów. Podróże są niesamowicie inspirujące. Poznając różnice międzykulturowe, wchodzimy w inną rzeczywistość, lepiej poznajemy samych siebie. Stajemy się bardziej otwarci na ludzi. Podróże były inspiracją do powstania idei supporting conscious travel, projektu wspierającego na wielu płaszczyznach wymianę myśli, różnorodność kulturową oraz szeroko pojmowaną podróż – wakacyjną lub biznesową. Multi­dyscyplinarny obiekt w formie interaktywnego wachlarza pomaga podróżować świadomie, z wrażliwością i zrozumieniem dla innych nieznanych kultur. Jakie masz plany na przyszłość?

Cały czas przede wszystkim chcę zgłębiać, poszukiwać i wdrażać nowe idee nie tylko z zakresu wzornictwa… a swoje nowe projekty chciałabym zaprezentować na Biennale Interieur w Kortrijk w Belgii, może też Mediolan... Zobaczymy. × Karolina Tylka – absolwentka ASP w Poznaniu oraz

Uniwersytetu Sztuki w Berlinie. Współtworzy studio pro­ jektowe BEYOND STANDARDS. Jest laureatką wielu nagród w konkursach projektowych. Jej realizacje charakteryzują się piękną formą, pełną użytkowością i oryginalnością. W ostatnich latach brała udział w prestiżowych targach i wystawach designu w całej Europie. Pracuje na UAP.


drawme

city interior

D

uring a series of workshops, a new approach towards the environment was proposed in order to have a direct influence on the people living in Poznań. The conference and the workshops were not only about raising a number of questions concerning this issue, but to provide answers as well. One of the workshop moderators was KAROLINA TYLKA, interviewed about the issues in question. What is the public space to you?

It’s the unique interior of a city, in a way a part of your own apartment, which opens outside. A space where you feel perhaps less privacy, but nonetheless where you are free. A well designed space has a positive influence on your emotional state and makes you want to be in it. How can a designer influence the mood of people within a prearranged space?

Even such a seemingly trivial task as designing proper park benches is important. The way you look at the world and how your mind is provoked depends on it. It’s great when a public space is designed functionally, but it should also contain an element of surprise and humour to encourage interaction. What’s your favourite element in the public space?

On November 18, 2011, the international conference, Design in the Public Space, was organized by the Wielkopolska Marshal's Office and the University of Fine Arts Poznań Department of Design and Architecture. The conference was held to redefine the major issues concerning the public space as seen as a common good. interview by / Jagoda

During a series of workshops I gave the example of the High Line space in New York. It’s a city park, a promenade hanging in the air in the place of the historical railway line constructed above the streets of west Man­ hattan. It had been forgotten and there were plans to have it removed, but thanks to the consciousness and determination of the local community inhabitants it has become a symbol of an initiative to revitalize degraded city zones. Right now the project is living its own extraordinary life. During the workshops you spoke of the increasing role women have in creating the public space. But at the same time

Szymkowiak 

portraits / Ela

30

Korsak

the 'design for all' tendency is on the rise. How can we find a compromise between the two tendencies?


drawme

Your project called Smart Mimicry was also inspired by interpersonal relations …

The Smart Mimicry system relies on supporting an intuitive form of communication between travelers. Used while driving in a foreign country or city, the system indicates your orientation problems and assures a favourable understanding of your situation. The ability to communicate your intentions reduces aggression and allows you to ‘let off steam’. In terms of design, the goal was to find an emotional code and to determine what people want to communicate nonverbally. The concept encompasses a wide range of behavior; from warning of road danger, like when a fast car is approaching the site of an accident, to ordinary human communication, to the indefinable emotional sphere. The initial project was co-founded by the Frauenhofer Institute from Berlin and Opel A.G.

I know that besides working as a designer, you have a great passion for traveling. What were the biggest surprises and moments of inspiration during your last trip?

During my stay on the eastern coast of Borneo, I was very surprised by the local understanding of the flow of time. One morning we were informed that the next day we would be able to travel by sea. There were no waves, the sea was calm, so we got up early and got ready … We waited by the boat till breakfast but nothing happened. The next day the same thing happened, we waited and waited, but nothing happened. Nothing changed the next day. We started to worry because our elaborate plan of taking a boat, a bus, a ferry, a plane, was co-​ ming apart. One day the islanders, knowing we were waiting for transport to leave, knocked at our door and told us that the time had come. As we later discovered, there had been many people waiting for the boat the previous days, but no one showed up in the harbor so early, knowing perfectly well that when the time came, no one would be forgotten. Peace and relaxation. There’s no rush for tomorrow. What matters is here and now. Today I know that all things have their own rhythm and time, independent of the height of the wave rushing in, or all your elaborate plans.

31

materiały konferencyjne

materiały konferencyjne

There’s no need to look for a compromise between them. Someone said that if a space is designed well enough to satisfy a woman, then it’s designed perfectly for everyone. There has been research proving that if a woman feels safe and comfortable in a certain space, then people will gather there. So let’s not exclude women, let’s invite them and have them bring others.

Traveling is incredibly inspiring. Discovering inter-cultural differences, you enter a different reality; you get to know yourself better. You become more open to people. My trips abroad inspired the birth of the Supporting Conscious Travel initiative, put together to support intellectual exchange, on a number of levels, and cultural diversity and broadly defined traveling, the business and holiday ones as well. Multidisciplinary endeavors taking the form of a range of interactive activities helps to travel consciously and sensibly understand unknown cultures. What are your plans for the future?

I still want to seek, deepen, and introduce new ideas not only related to the field of design. And I would like to present my projects at the Interieur Biennale in Kortrijk, in Belgium, and maybe in Milan … we'll see. × Karolina Tylka – graduate of the University of Fine

Arts in Poznań and the Berlin Arts University. Co-creator of the BEYOND STANDARDS design studio. She has been awarded and honourably mentioned in a number of design competitions. Her projects are beautiful in form, easily applied and very original. In recent years, she has taken part in prestigious Fairs and exhibitions devoted to design across Europe. Karolina Tylka is a member of staff at the University of Fine Arts in Poznań.


drawme

Never Been Better, w ramach indywidualnej wystawy „The Rest Is Up to You” Villa Arson, Nicea 2004

better tomorrow, akryl na ścianie, podłoga PCV, projekt: „Neoplastic Room”, Open Composition, muzeum sztuki, Łódź 2010

32


drawme

Brzuch mnie rozbolał od kwadratowości Godzina 15., dziedziniec poznańskiego Starego Browaru. Za cztery godziny wernisaż głośnej wystawy „Nowy Porządek” w galerii Art Stations. Nie, nie oczekuję rozwiązania teorii spiskowej Novus Ordo Mundi – tu chodzi raczej o porządek, w jakim ułożono prace z imponującej kolekcji Grażyny Kulczyk. Nie dość, że nazwiska artystów onieśmielają, to na dodatek mam rozmawiać z człowiekiem, o którym dopiero co rozpisywały się wszystkie gazety w kontekście instalacji na Dworcu Centralnym w Warszawie. Oddycham z ulgą, wita mnie sympatyczny, muśnięty portugalskim słońcem facet, Jarosław Fliciński. Tekst / Jerzy

Woźniak 

zdjęcia /

T

o jego mural przygotowany specjalnie na wystawę „Nowy Porządek”, której kuratorem jest BWA Warszawa, to dobry przykład kierunku, jaki obrał artysta – jego malarstwo dawno wyszło poza tradycyjne ramy. W dosłownym tego słowa znaczeniu.

Z tego, co obserwuję, twoja praca przypomina realizację architektoniczną.

Powiedzmy, że czasami zbliżam się do granicy pomiędzy sztuką a architekturą. Aha, czyli według ciebie

Jerzy Woźniak & BWA Warszawa praca wolnostojąca, złożona z 15 grup betono­ wych obiektów, rozmieszczonych w osi, na jed­ nym kilometrze, które do złudzenia przypomi­ nają kubiki, fragmenty bloków z naszych osie­ dli z lat 70. Gdy zobaczyłem tę pracę, a w zasa­ dzie kiedy jej doświadczyłem, przechodząc przez nią po raz pierwszy, przyszedł mi na myśl ateński Akropol oraz obraz wielkiej bitwy namalowany przez Paolo Uccella. Judd faktycz­ nie zapakował w tę pracę porządny kawałek świata, myśli o sztuce i wcisnął to w najbardziej odległe miejsce w USA, do którego musisz się specjalnie wyprawić, na pustynię w zachodnim Teksasie.

jest taka granica?

Oczywiście, że jest, i to wyraźna. Najkrócej można powiedzieć, że po jej jednej stronie stoi architekt, który tworzy rzecz całkowicie użyt­ kową, wspaniały budynek czy obiekt, a po dru­ giej – artysta, mający możliwość wprowadze­ nia do środka tego budynku czegoś o zupełnie innej treści, co niekoniecznie musi być użyt­ kowe. Architektura pracuje w czasie, a praca artysty wyświetla się w czasie. Granicę tę możemy wyczuć, zwłaszcza gdy te dwa światy bardzo zbliżają się do siebie. Idealnym przykła­ dem jest Jeden Kilometr Donalda Judda. To

33

Skoro mówisz o czasie w architekturze, jej czwartym wymiarze, chciałbym zapytać cię jeszcze o owo „ześlizgnięcie” – to jest słowo, którego często używasz, opisując swoje prace.

To jest proste słowo, które wyraża dobrze to, co stało się z moimi obrazami jakiś czas temu. W pewnym momencie ześlizgnęły się one z płótna na ścianę. Stało się tak dlatego, iż ramy obrazu po prostu nie wystarczały, aby go pomie­ ścić. Te same ramy stwarzały też ograniczenie innego rodzaju, miałem do dyspozycji zawsze


drawme albo kwadrat, albo prostokąt jako pole do roz­ strzygnięć. To było wręcz bolesne. Gdy zobaczy­ łem kilka lat temu w Zachęcie wystawę ­– zresztą bardzo ciekawą – „Malarstwo polskie XXI wieku”, to aż mnie brzuch rozbolał od „kwadratowości” i „prostokątności” obiektów na ścianach, mimo że tam w środku, na tych płótnach, wszystko się kłębiło. Zobaczyłem 100 czy 200 scen sfor­ matowanych do prostokąta albo kwadratu. Ramy są po prostu strasznie niewygodne. Czy myślisz, że twoim kolejnym „ześlizgnięciem” będzie po prostu

strony tej pracy: jedna czysta, chłodna forma, szkło i konstrukcja metalowa, która je podtrzy­ mywała, rzecz całkowicie trójwymiarowa. I druga, bardziej efemeryczna i zarazem bogat­ sza znaczeniowo, dwuwymiarowy rysunek cieni: kolorowych od szyb i szarych od meta­ lowej konstrukcji. Na południu słońce wędruje po niebie bardzo dynamicznie. Od rana wspina się wysoko, żeby świecić prawie prostopadle w południe i potem znowu opaść pod koniec dnia dość gwałtownie. W związku z tym, rysu­ nek ten jest bardzo ruchomy, intensywny, żywy, zmieniający się z każdą minutą.

wyjście w trójwymiar?

Trójwymiar akurat w tym momencie w mojej sztuce wydaje się nieunikniony. Zresztą od lat powstają prace, które jakby odklejały się od ściany tak, że mogłeś zajrzeć za obraz, żeby zoba­ czyć to, co jest po jego dru­ giej stronie. Wydaje mi się, że teraz jest też konieczne odchylenie w osi, już nie wszy­stko będzie się działo tylko w jednej płaszczyź­ nie, tylko ona będzie się sama wyginać.

Słuchając ciebie, odnoszę wrażenie, że dzisiejszy kształt twojej pracy jest mimo wszystko napiętnowany twoimi studiami architektonicznymi.

od designu, od architektury. To jest właściwy punkt wyjścia i to artysta decyduje o tym, czy potrzebne jest mu przejście do innej dyscypliny. W moich pracach chyba dawno nastąpiło otwar­ cie pomiędzy malarstwem a rzeźbą. Jeśli będę chciał doczepić do tego fresku kilka wstążek, co mi tu też zresztą przyszło do głowy podczas tej poznańskiej realizacji, to to zrobię, bo po pro­ stu taka jest kolej rzeczy. Tego elementu nie bra­ łem wcześniej pod uwagę, wydawało się to nawet niemożliwe, póki tego nie zobaczyłem, gdy skoń­ czyłem malować te wszystkie linie. Dziś jestem niemal pewien, gdy zajdzie potrzeba, kiedy kon­ tekst będzie tego wymagał, to użyję czegoś, co odczepi się od tych linii fresku. Budowanie pracy to niezwykle długi proces myślowy, który trwa już w moim wypadku wiele lat. Jest to pewna ciągła ewolucja, która wiedzie od niemal abso­ lutnej syntezy, kilku kre­ sek i kół, od któr ych wyszedłem, Sko­k ów do Wody, Faites Vos Jeux, Kół, prac zupełnie płaskich z założenia, choć niepoko­ jących przez pew­ną nie­ zgodność, niepoprawność do Wszystkiego na raz, w jednym momencie, czyli fresku, obok którego stoimy. Pierwsze moje prace mogły się wydawać bardzo naiwne, choć siła z nich po latach jakoś nie uszła. Wtedy świat wydawał mi się trochę inny i ja robiłem inne odniesienia. Być może moja działalność zato­ czy koło, ale droga wiedzie teraz przez inny teren, chociaż cały czas jeszcze z łatwością można doszukać się w mojej sztuce budowania prac z prostych elementów.

Intencja jest bardzo ważna, oddziela sztukę od designu, od architektury.

Czy do tego dojdzie jeszcze ruch?

Ruch był już wcześniej. Same prace jednak się nigdy nie poruszały (choć faktycznie byłem bli­ ski pomalowania autobusu, zaprojektowałem nawet kiedyś kity w pasy). Za to moje ściany były czasami bardzo długie, przechodziły z jed­ nego pomieszczenia do drugiego, zakręcały lub załamywały się. Trzeba było się poruszać, żeby je zobaczyć. Powstały one na przykład w Zamku Ujazdowskim w 2003 roku, rok później w Nicei, gdzie pod fresk zbudowałem ścianę półokrą­ głą, z kolei w Zamościu była ona zygzakowata z otworami, które jakby zapraszały do wejścia, przejścia na drugą stronę. Zabawa z przestrze­ nią jest fascynująca, stąd już krok do prac cał­ kowicie przestrzennych. Taka też powstała w Portugalii. Zaraz po moim przyjeździe zapro­ ponowano mi realizację muralu-ściany, super! Tyle że ta ściana: raz, że była w podcieniach krużganka starego opactwa, co nie bardzo mi pasowało (miałem do wyboru jeszcze ołtarz w kaplicy!), a dwa, że tam jest takie światło, że można nim po prostu samym malować. Zdecydowałem się od razu, że pójdę drugim tropem. Nie wiem czy widziałeś tę realizację? Powstały więc kolorowe szklane pasy… ...a światło tworzy rysunek, który się zmienia wraz z ruchem słońca?

Dokładnie! Słoneczne, ostre światło pada na trzy tafle kolorowego szkła, a te rzucają kolo­ rowy cień na posadzkę. Były więc jakby dwie

To pytanie jest mi zadawane często. Mój wybór studiów architektonicznych i cztery lata spę­ dzone na tym kierunku był czysto praktycz­ nym rozwiązaniem. Wtedy, w 1981 roku, nie miałem dużego wyboru – albo studia, albo woj­ sko, a sytuacja polityczna w Polsce wcale nie była tak wesoła. W stanie wojennym podobnie – bez pieniędzy i paszportu świat wyglądał ina­ czej niż dziś. Natomiast faktem jest, że uwiel­ biam architekturę w takim sensie, że ona kon­ struuje czy też porządkuje przestrzeń. Uwielbiam również historię i historie, i to też w kontekście budowania przestrzeni, tyle że innej. To fascynujące, jest jakby rozwiązywa­ niem zagadek. Ponad wszystko jednak sztuka pociąga mnie najbardziej. Naturalne więc jest to, że moje prace tak bardzo wykorzystują prze­ strzeń jako pole do negocjacji w sztuce. Widzisz wyraźną granicę między sztuką a architekturą. Czy między malarstwem, czyli z tym, co jest z tobą

Siła tkwi w najprostszych elementach?

Muszę powiedzieć, że teraz już najprostszym rozwiązaniem jest skomplikowanie tego wszyst­ kiego (śmiech). Od kilku lat, kiedy zaczęły pojawiać się kon­ centryczne gwiazdy, sytuacja już tak się zaczęła napinać w obrazach, że one były jakby tylko wyrwanym fragmentem rzeczywistości, a ja potrzebuje jednak tę rzeczywistość opisać bar­ dziej w całości, jakby zmienić ogniskową, pamięcią się oderwać...

identyfikowane, a rzeźbą też jest taka granica? Czy przypadkiem twoje obrazy

A mogę ci zrobić zdjęcie przy muralu?

staną się w pewnym momencie rzeźbami?

A proszę bardzo! ×

Owszem, możemy używać tego podziału na malarstwo i rzeźbę, ale to dziś w moim odczu­ ciu już nie jest fakt aż tak istotny, choć wciąż pozostaje porządkujący. Wydaje mi się, że samo­ świadomość (co za okropnie brzmiące słowo), a zwłaszcza cel, który przyświeca pracy, jest inte­ resującym tematem do rozważań. Intencja jest bardzo ważna, bo to właśnie ona oddziela sztukę

34

Jarosław Fliciński – urodzony w 1963 roku w Gdańsku,

gdzie podjął studia architektoniczne oraz malarstwo na Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Laureat wielu nagród, m.in. Arts Link Foundation w Nowym Jorku. Brał udział w licznych programach Artist-in-residence. Mieszka w Warszawie oraz w Esteval w Portugalii. Jego prace zna­ leźć można w wielu galeriach na całym świecie.


drawme

Squareness gives me stomach ache

Up, Up and Away, akryl na ścianie, 345x2950 cm,

w ramach wystawy "Ideal City - Invisible Cities", Zamość 2006

It is 3 PM; we’re in the Stary Browar Courtyard in Poznań. In four hours the vernissage of an important exhibition, New Order, starts in the Art Stations gallery. There is no point expecting the mystery of the Novus Ordo Mundi conspiracy theory to be revealed though, the exhibition does touches on the order of the placing of the work constituting the imposing collection of Grażyna Kulczyk. Already the names of the artists included in the collection make me feel intimidated. But I am here to talk to a man whose name has been recently mentioned in all the press about the question of his installation at the Central Station in Warsaw. I feel relieved to see a nice man tanned by the Portugese sun approaching me, it's Jarosław Fliciński Text /

Jerzy Woźniak 

Photos /

Jerzy Woźniak & BWA Warszawa

35


drawme

H

is name is Jarosław Fliciński. His mural was prepared specially for the New Order exhibition and is a great example of the direction the artist has taken. His paintings have not been fitting traditional frames for some time now. Literally speaking.

were 100 or 200 scenes formatted to fit square or rectangle shapes. Frames are just terribly inconvenient.

Jarosław Fliciński – born in 1963 in Gdańsk,

where he studied architecture and painting at the Academy of Fine Arts. Winner of numerous awards,

Do you think your next ‘slipping’ work

including the New York Arts Link Foundation award.

will enter the third dimension?

Participant in many Artist-in-residence programs. He lives in Warsaw and in Esteval, Portugal. His

Let’s say I sometimes get close to the borderline between art and architecture.

In this particular case transitioning to 3D seems inevitable. Besides, paintings coming off the walls have long been made for people to see what is on the other side. I think bending the axis is necessary nowadays, you won’t be able to present ever ything in just one dimension, it will bend naturally.

Oh, so there is a borderline, you say.

Will movement also be included?

Of course there is, and it’s clear. Putting it simply, on one side there is the architect who creates a fully applicable work, a pretty building or entity, while on the other side is the artist, who introduces some novel content to that building, and his work doesn’t necessarily have to be practical. Architecture works in time and the work of an artist is displayed in time. The borderline can be noticed, especially when those two worlds get really close. A good example is One Kilometer by Donald Judd. It’s a freestanding work, consisting of 15 groups of concrete elements placed on an axis of one kilometer in length, which closely resembles cubic forms, fragments of the Polish block apartments from the 70s. When I saw this work, or should I say when I experienced it, passing through it for the first time, I thought of the Acropolis in Athens and the painting presenting the great battle painted by Paolo Uccello. Judd managed to pack this work of art with a good deal of the real world and thoughts on art, and he put it in the most distant place in the US, which you have to set off to intentionally, that is a desert in southern Texas.

Movement has already been included. However, the pieces have never moved spontaneously (although I was close to painting a bus). My walls have often been long; they transitioned from one room to another, turning and curving. You were supposed to move in order to see them. They were made, for instance, in the Zamek Ujazdowski castle in 2003, one year later in Nice, where I built a semicircular wall under a fresco, in Zamość it was zigzag-shaped with holes inviting you to come in and join the other side. Playing with space is fascinating; it’s just one step before creating a fully spatial work. One like that was made in Portugal. Just after my arrival I had a proposition of making a mural, it sounded great! But there was a problem with

From what I see, your work resembles an architectural installation.

works can be found in galleries across the globe.

You’re talking about time in architecture, the fourth dimension. I would like to ask you about the term, ‘slipping’, which you’ve repeatedly used to describe your work.

It’s a simple word describing what happened to my paintings some time ago. One day they slipped from canvases onto the wall. It happened because the frames were not big enough to hold them. The same frames were limiting in one more way; the ones I had at my disposal were always square-shaped or rectangular. It was a pain. When several years ago the Zachęta Gallery held the interesting exhibition, Polish Painting of the 21st Century, I had a stomach ache from all the square and rectangular shapes on the walls, even though a lot was happening in the pictures. What I saw

‘And What About the Enthusiasm? Shall We Kill It?’, glass, foil, steel construction, part of the Algarve Visionario project, Excentrico e Utopico Municipal de Faro, Faro 2010

36


drawme You draw a distinct borderline between art and architecture. Is there also a borderline like this between painting, which you do, and sculpture? Won’t your paintings become sculptures at some point, perhaps?

the wall; the first place, it was in the arcades of a gallery in an old abbey, which I didn’t really find suitable (I also had a chapel altar as an alternative!), and the second choice, there was a unique kind of lighting which made it possible to paint with the light itself. I instantly agreed to go with the second option. I don’t know if you’ve seen the work. There were colourful glass stripes ... ...and the light created a picture, which changed as the sun moved in the firmament?

Exactly! The sharp sun rays fell on three layers of colourful glass, which cast a colorful silhouette on the floor. So there were two sides to this work; one was a pure, cold form, the glass and the metal construction supporting it, and the other was more ephemeral and semantically richer, a two-dimensional image of silhouettes: colourful because of the glass and gray because of the metal construction. In the south the Sun moves fast. From the morning it reaches up higher and higher to shine nearly perpendicularly at 12 PM and later

it goes down rapidly. Therefore, the drawing seems to be moving, it’s intense, lively, changing with every minute. Listening to you, I think that your work today is still influenced by the architectural education you received.

I hear it quite often. My choice of studies and the four years I spent at the faculty was a very practical endeavor. Back then, in 1981, I had no real choice – either to study or join the army, and it was the time when the political situation in Poland wasn’t at its best. It was similar during martial law; without money and a passport the world looked much different than it does today. But it’s true that I love architecture in the sense that it constructs and orders the space around us. I also love history and short stories, also in the sense of constructing space, even though it’s a different kind of space. It’s fascinating, like solving a riddle. However, art fascinates me the most. So it’s obvious that my work deals with space predominantly as a means of negotiation in art.

37

Definitely, we can use this division of painting and sculpture, but it’s not very important to me today, although it still helps to maintain order. I think that self-awareness (what an awful sounding term), and the goal of your work most of all, are interesting subjects to think about. Intention is very important since it differentiates art from design and archi­ tecture. It is the actual starting point, an artist decides on whether it’s necessary to change disciplines. In my work, a certain bridge between painting and sculpture was built a long time ago. If I want to attach ribbons to my frescoes, which has already struck my mind during this initiative in Poznań, then I do it, it’s a natural consequence. I haven’t considered this element before, I thought it was impossible, but only until I saw it when I finished the painting of all those stripes. Today, I’m nearly convinced that if there is a need, if the context requires it, then I will use something as an attachment to the fresco stripes. Constructing a work is a very long mental process which takes many years in my case. It’s a kind of constant evolution, which starts from a nearly total synthesis, some lines and circles, which I started with, Jumps into the Water, Faites Vos Jeux, Circles, pieces which are completely flat by definition, but also disturbing due to a certain incoherence and incorrectness, to Everything at Once, that is the fresco right next to us. My first pieces might have seemed very naive, but their strength has not dissipated over the years. Back then, the world appeared a little different and I made different references. Perhaps I will come full circle as an artist, but the path I follow leads through different surroundings now, although it’s still easy to notice I use simple elements in my work. So the power lies in simplicity?

I must say that right now the simplest thing I can do is to complicate it all. (laughter) For several years, with the appearance of the concentric stars the painted content has begun to get so intense that it seems a detached fragment of reality, and what I need to describe is this reality in its entirety, change the focus, refresh my mind ... How about I take a picture of you next to the mural?

Go ahead! ×


drawme

scaT re ideas

Jak zostać gościem inspirującego bankietu Pierwsza konferencja TED miała miejsce w 1984 roku, nie odniosła jednak sukcesu, na szczęście pomysłodawca TED Richard Saul Wurman nie poddał się i sześć lat później powrócił do idei zderzania trzech światów: projektantów, inżynierów i humanistów. Obecnie wdzięczne mu są miliony pasjonatów zrzeszonych wokół interdyscyplinarnej platformy www.ted.com Tekst /

Marta Glapińska

T

Początki TED

ED (ang. Technology, Entertain­ ment, Design) to multidyscypli­ narne przedsięwzięcie, które od ponad 20 lat przyciąga corocznie do Kalifornii reprezentantów elit naukowych, ludzi biznesu i artystów. Przyciąga ich siła inspiracji i otwartość umysłów. Chcą dzielić się świeżymi pomysłami, schodzić z utar­ tych dróg myślenia w poszukiwaniu niestandar­ dowych rozwiązań. U źródeł TED leży bowiem idea zastąpienia długich, skostniałych wykła­ dów akademickich, krótkimi 18-minutowymi wystąpieniami, które często idą pod prąd uzna­ wanym poglądom. Ostatnia amerykańska TED Conference 2012 odbyła się 27 lutego w Long Beach, bilety (które kosztowały około 7,5 tys dolarów) zostały od razu wyprzedane, ale ist­ nieją jeszcze TEDx' y, czyli odpowiedniki konfe­ rencji kalifornijskiej, które są wydarzeniami non-profit i odbywają się na całym świecie. W Poznaniu kolejna edycja eventu TEDx miała miejsce 18 lutego w Concordia Design.

Podczas pierwszej konferencji TED (1984, Monterey, Kalifornia) swoją premierę miał macintosh firmy Apple, Sony zaprezentowało model dysku kompaktowego, a Benoit Mandel­ brot przedstawił znaną dziś ze swego, nie tylko matematycznego uroku, koncepcję fraktali. Mimo obecności tak spektakularnych gości, wydarzenie nie wzbudziło zainteresowania i nie odniosło oczekiwanego sukcesu. Wurman, ponownie inicjując TED sześć lat póź­ niej, postawił na jej interdyscyplinarność. Wierząc, że innowacja rodzi się na styku róż­ nych dyscyplin, postanowił stworzyć miejsce, w którym mógłby zgromadzić ludzi podziela­ jących jego pogląd. Machina ruszyła. Od lat 90. czterodniowa konferencja zrzeszała każdora­ zowo około tysiąca osób, zyskując miano: najbardziej inspirującego bankietu na Ziemi. Co cie­ kawe, organizatorzy nie korzystali z żadnej kampanii reklamowej, na widownię można było dostać się tylko dzięki zaproszeniom.

38


drawme

TED a TEDx

Sytuacja zmieniła się w 2001 roku, kiedy orga­ nizatorem TED został Chris Anderson. Tema­ tykę rozszerzono wtedy o filozofię, socjologię oraz inne dysc ypliny humanistyczne. Przełomowa okazała się również konferencja z 2006 roku, podczas której po raz pierwszy uczestniczenie umożliwiono osobom z zew­ nątrz. Na scenie TED coraz większą popu­ larność zyskiwała idea open access. Rok p­óźniej TED postanowił otworzyć swoje archiwa i w ten sposób powstała platforma www. ted. com. Za myśl przewodnią przyjęto hasło: spreading ideas to the world. Obecnie do dyspozycji jest przeszło tysiąc wystąpień naj­

Od momentu powstania internetowej plat­ formy TED zainicjowano wiele dodatkowych przedsięwzięć, w tym non-profitowe, lokalne eventy, zwane TEDx-ami, na które, w przeci­ wieństwie do konferencji kalifornijskiej, wstęp jest darmowy. Dzięki nim TED objęła zasię­ giem cały świat już nie tylko wirtualnie. TEDx-y to minikonferencje, a dodany do nazwy przyrostek -x oznacza, że są one orga­ nizowane niezależnie od macierzystej konfe­ rencji TED, ale zgodnie z licencją, tak na przedmieściach Nairobi w Kenii, jak i w Tokio czy Berlinie. W Polsce event miał do tej pory

M

4x

czyli + miasto + masa + maszyna + mózg

wybitniejszych mówców świata. Wszystkie wykłady są udostępniane dzięki licencji Creative Commons. Zasady obowiązujące na scenie TED pozostają niezmienne od lat 80. – prelegenci mają jedy­ nie 18 minut, aby w pasjonujący sposób przed­ stawić wybrane zagadnienie naukowe, wyna­ lazek, ideę społeczną czy swoje własne doświad­ czenia. Na corocznych konferencjach gościły już takie osobistości jak: Steven Hawking, Ray Kurzwail, Richard Dawkins, Bill Gates czy Bono. Oprócz nazwisk z mainstreamu można w zaso­ bach portalu znaleźć prezentacje mniej popu­ larnych autorytetów w konkretnych dziedzi­ nach takich jak medycyna, architektura czy neurobiologia. Amerykański rodowód ma przy­ jęty przez organizatorów format wystąpień, podczas którego naukowcy stają się showma­ nami. Dla niektórych taki styl prezentacji jest powodem do krytyki, nie można jednak odmó­ wić TED zasług, jakich dokonała i dokonuje na polu edukacji.

miejsce w kilku głównych miastach. Dla Poznania to już druga taka szansa.

TEDxPoznań

Lutową edycję TEDxPoznań ujęto w ramę tema­ tyczną 4 razy M, czyli Miasto, Masa, Maszyna i Mózg, i zgodnie z tytułem podzielono na cztery bloki poświęcone refleksji nad nowoczesnością i jej wymiarami: urbanistycznym, społecznym, technologicznym i psychologicznym. Wśród 22 prelegentów odnaleźć można takie postaci jak: Jana A.P. Kaczmarka, prof. Włodzis­ława Ducha, Edwina Bendyka, Oskara Ziętę, przed­ stawicieli poznańskiej pracowni Ultra Architects czy biura projektowego Medusa Group. Nieprzy­ padkowa jest też sceneria eventu – Concordia Design, miejsce wpisujące się w rozważania nad poprzemysłową rzeczywistością. Patronat nad konferencją objęło miasto Poznań, szczegółowe informacje można odnaleźć na stronie poświęconej temu projektowi – www.tedxpoznan.pl. ×

39


dressme

O luksusowości, z którą trzeba się urodzić, bo nabyć jej nie można. O zdrowym i niezdrowym do niej podejściu. O tym, że luksusowość typu posh może być kobiecym sprzymierzeńcem, ale też i jej największym wrogiem. Tekst /

O

dkąd na mapie 40-milionowego kraju w środku starego konty­ nentu jest vitkAc (stołeczny, eks­ kluzywny dom mody), częściej rozmyślam o polskim luksusie, jego przybytkach, damach, które takimi można by nazywać. Czujniej przyglądam się rodzimym gwiazdom, artystkom, kobietom biznesu, kobie­ tom spełnionym, zrealizowanym albo realizu­ jącym się. O pomoc w stworzeniu damskiego obrazka polskiej wersji luksusu poprosiłam kilka kobiet na co dzień zajmujących się modą. Jest więc z kobietami o kobietach.

Kiedy myślę „posh miejsce“...

Jeszcze do niedawna najbardziej znanymi modowymi, poshowo-luksusowymi adresami w kraju były stołeczna ulica Mokotowska i poznański Stary Browar. W listopadzie ubie­ głego roku swoje podwoje otworzył vitkAc,

Marta Dudziak 

ilustracje /

zwany też Wolf Bracką. Można tu na własne oczy zobaczyć, dotknąć i przymierzyć projekty światowych domów mody (oraz zachwycić się malunkami na drzwiach do dziesiątek przy­ mierzalni). Jeśli ktokolwiek myśli, że w nowym centrum luksusu będzie czuł się jak piąte koło u wozu, a jego myśli będą krążyły tylko wokół tego, by jak najszybciej dać nura, jest w błędzie. Sprawdziłam. Bynajmniej nie czułam się tam jak Julia Roberts w Pretty Woman. Personel uśmiecha się, wita, pomaga, nie stwarza nie­ komfortowej atmosfery, w której gość czuje presję, że musi kupić cokolwiek już, natych­ miast. Wrażenie robią setki książek w Likus Concept Store. Stoją na regałach z ciemnego drewna, stanowiąc tło dla ciuchów światowej czołówki awangardowych designerów. Likusowy vitkAc jest posh. Co to oznacza, tłu­ maczy projektantka mody Domi Grzybek: Posh to miejsce, które serwuje dobra luksusowe, drogie

40

Anna Halarewicz

marki. Naturalne jest to, że przyciąga ludzi bogatych, dobrze ubranych, tych, którzy pragną nadążać za nowościami. W jego przestrzeniach wpada się więc na panie i panów, odzianych w najlepsze zagraniczne brandy, ze znanymi modelami toreb w rękach. Ludzi stanowiących wizualizacje propozycji takich magazynów mody jak Vogue. Posh miejsce to enklawa, w której jakość i design są na najwyższym poziomie. Projektantka biżuterii Ania Orska dodaje: Posh miejsce wytwarza wyjątkową atmosferę. Wszystko za sprawą ludzi, którzy za nim stoją i tych, którzy tam pracują. To świetny design, moda i kuchnia, które nie dystansują, ale wręcz przeciwnie, dają duże poczucie swobody. Tak było podczas zeszłorocznej (grudniowej) akcji na warszawskiej Mokotowskiej, kiedy moda przełożyła się na klimatyczne i często zaskakujące spotkania, podczas których fajni ludzie przychodzili na pierniki, nie czując się w żaden sposób zobowiązanymi do zakupów.


dressme

Kiedy myślę Victoria...

Kiedy mówię „posh woman“...

Na myśl przychodzi mi kobieta, dla której pomyłki modowe stanowią terra incognita. Odziana w luksus jak w drugą skórę. Widziana z daleka (i bynajmniej nie za sprawą olbrzy­ miego logo na sukience). Będąca modą. O posh kobiecie Ania Orska mówi: Elitarna, nie licząca się z tym jak jest postrzegana, będąca ponad to. Zajmuje się swoją pracą i za to jest doceniana.

Trudno jest znaleźć takie znane osoby, bo dziś słynie się z innych rzeczy. Przede wszystkiem z tego, gdzie się bywa, jak się ubiera, czy z kim pokazuje. Jak dodaje projektantka mody Gosia Sobiczew­ ska, stojąca za marką est by eS.: Być posh to być ciałem, dla którego luksus jest tylko futerałem. Tylko i aż, bo posh to umieć nosić luksus świadomie. Świadomie, czyli z uwagą. Być posh, to umieć trzymać równowagę w butach za kilkanaście tysięcy euro bez patrzenia w obiektyw z informacją: Tak! Stać mnie na takie buty! A okazuje się, że dla niektórych to trudna umiejętność. Być posh to wreszcie nosić po szlachecku awangardę, a klasykę z odrobiną bardzo eleganckiego, starannie wypiłowanego pazurka. Charakterystykę kobiety w wersji posh podsumowują słowa znanej sty­ listki słynącej z odjechanych pomysłów, Elwiry Rutkowskiej: Jest ona pewna siebie, ekstrawagancka, dumnie obnosząca się i nosząca piersi w staniku typu push up.

41

To wiem, że chodzi o Beckham. To oczywiste. Pionierka. To ona nadała sobie pseudonim „posh spice“. „Baby“, „sporty“, „ginger“ i „scary“ modowymi ikonami nie zostały, a ona tak. Jak mówi Gosia Sobiczewska: Victoria wyróżniała się na tle nieco kiczowatej piątki niewiast: zaciśniętymi ustami, wysoko podniesioną brodą, mocno wciągniętym brzuchem, napiętymi pośladkami i strojami z niewielką ilością materiału... ale takiego za więcej niż 39 zł za metr. Domi Grzybek pod­ chodzi do tematu personalnie: Jako dziewczynka byłam największą fanką Spice Girls. Moją faworytką była jednak Emma, a nie jak większości moich koleżanek Victoria. Ostatecznie jestem z tego wyboru zadowolona. Uważam, że miał on ogromny wpływ na to, kim dziś jestem. Patrzę teraz na moje dorosłe już koleżanki i myślę sobie, że jednak nie udało im się dojść do poziomu perfekcji Victorii, pomimo posiadania przez nie firmowych torebek i ubrań kupowanych na 5th Avenue w Nowym Jorku. Tytułu pionierki poshu Beckham nie przyznaje Elwira Rutkowska. Ta z właściwym sobie sarkazmem wyznaje: Prekursorkami luksusowo-poshowego stylu bycia były egipcjanki, które to jako pierwsze pętały się podwójną ilością szmat i warstwowych halek w drugiej co do ważności części naszego ciała. Chciały bowiem uchodzić za luksusowe.

Kiedy myślę polska posh...

To mam wrażenie, że jednoznacznej odpowie­ dzi na pytanie kto jest posh, jeszcze nie mam. Ma ją natomiast Ania Orska, dla której posh kobietą jest Grażyna Kulczyk. Artystka mówi o niej: Jest wspaniałą, mądrą, normalną i zawsze pięknie wyglądającą kobietą. Doskonałą rozmówczynią, kobietą sukcesu, nieprzeciętnie inteligentną, a przy tym otwartą na to, co dzieje się


dressme

wokół. Potrafi wyciągnąć dłoń i co więcej, wspiera wielu artystów. Zdaniem Gosi Sobiczewskiej na miano posh zasługuje Aneta Kręglicka. Projektantka uzasadnia swój wybór słowami: W tym, w jaki sposób nosi ubrania, jest pewien rodzaj luksusowej gracji. Znakomicie prezentuje najlepsze światowe i polskie marki, nie przysłaniając nimi ani swojej osobowości, ani urody. A to jeden z elementów bycia posh przez duże P.

Kiedy myślę polski luksus...

To chciałabym, żeby był modnie niemodowy, jak zgrabnie ujmuje to Ania Orska. Ale taki nie jest. Gosi Sobiczewskiej kojarzy się z hasłem Kryśka padnie, jak mnie w tym zobaczy. Jak mówi: Osoby, które wyrastały w luksusie, mają do niego zupełnie inne podejście. Nie afiszują się, nie obnoszą... Po prostu żyją z nim bez nadmier-

nej i niekoniecznie zdrowej ekscytacji. Nazwy zagranicznych marek wymawiają na równi ze słowami chleb, mleko i masło, nie akcentując w charakterystyczny sposób A w Armani lub P w Prada... O rodzimym luksusie sporo do powiedzenia ma też Elwira Rutkowska, humorystycznie nazywająca siebie ekspertem w jego dziedzi­ nie. Rutkowska podkreśla: Znam wszystkie luksusowe filmiki weselno-zaręczynowo-randkowe emitowane w stacji youtube. Luksus po polsku najlepiej zgłębiać właśnie poprzez wnikliwe zaznajomienie się z mianownikiem weselnych trendów. To właśnie kultura polskiego weselnego luksusu otwiera okno na świat, w którym tylko nieliczni celebryci czy też uczestnicy wesel oraz tzw. pokazowicze (osoby nałogowo pokazujące się na imprezach modowych typu pokaz projektanta mody) mogą się znaleźć. Z humorem Rutkowska wypo­ wiada się też o luksusowych trendach, które nazywa must have Poland luksus. Jak mówi: Specjalnie przygotowywane jednostki videofilmowe szkolone są w zakresie ich ukazania podczas ważnych wydarzeń. Tworzone są na ich temat podręczniki. W rozdziałach sponsorowanych przez rozlewnię, koncern czy firmę wódka Luksusowa wspo-

42

mina się m.in. o luksusowych zaręczynach w kinie czy parku (niech sprawi, by kobieta czuła się jakoś), ekskluzywnym (nie cygańskim) weselu, visual merchandisingu sali i stołów weselnych, kamerzyście i fotorelatorze, jadłospisie (mówimy nie krojeniu tortu, wybieramy pokrojenie świniaka), salonie mody polskiej, który ubierze pannę młodą oraz rodzinę, pani od włosów, paznokci i umalowania, zespole weselnym i wreszcie videoklipie z pierwszego razu już nie z konkubentem. × Marta dudziak – redaktorka, blogerka, fashion-loverka

i podróżniczka. Pisze dla Dielmmas Magazine, Aktivist'a i kilku modowych portali. Wykłada kreowanie wizerunku w warszawskim SWICH-u. Zakochana w rozmowach z faj­ nymi ludźmi, lekturze I-D i Industrie, oglądaniu kolekcji Jacobsa, Wojewódzkim, Nowym Jorku i spacerach z kub­ kiem naprawdę dobrej latte. Marzycielka i idealistka.


dressme

Artystyczno-racjonalny ekshibicjonista Kreator i analityk. Artysta z ołówkiem i biznesmen z zegarkiem. Doskonale wie, czego chce. Bywa surowy i to nie tylko względem siebie. W głębi duszy romantyk i esteta. W każdej kolekcji ma modele, z którymi nie chce się rozstać, więc ich nie sprzedaje. Jak sam mówi, jest dopiero na pewnym etapie swojego życia, a do pełnej realizacji i spełnienia jeszcze wyboista droga. Panie i Panowie, Maciej Zień. rozmawiał /

Marcin Brylski 

make-up / Marcin ModelkA /

zdjęcia / Zosia

Szczepaniak 

Zija i Jacek Pióro

hair / Piotr

Rek

Karolina Kur / United For Models

44


45

fot. Zosia Zija & Jacek Pióro

Dziękujemy Hotelowi Polonia Palace za udostępnienie swoich przestrzeni na potrzeby sesji.


dressme Śniło Ci się coś przyjemnego dzisiaj?

Nie pamiętam dzisiejszych snów. Śnisz w ogóle?

Rzadko. Ostatnio moje sny związane są z przy­ jaciółmi. Dosyć dużo się u nich dzieje, myślę o nich, i to dlatego. Nieraz śni mi się także moja praca. Zwłaszcza kiedy przeżywam nowe pro­ jekty, specjalne klientki… Mam nadzieję, że to nie koszmary?

Absolutnie. Bardziej są to rzeczy, które staram się później przenieść na papier. sny w jakimś stopniu przekładają się na rzeczywistość. czy wyśniłeś sobie wiele z tego, co zdarzyło się w Twoim życiu?

Nie. Raczej powiedziałbym, że to wypra­ cowałem. A początki były trudne i niedookreślone czy od razu wiedziałeś, w którą stronę chcesz pójść?

fot. Zosia Zija & Jacek Pióro

Od razu wiedziałem, że będzie to projektowa­ nie mody, i pewnie dlatego tak wcześnie udało mi się wystartować. Może dlatego udaje mi się teraz podjąć i utrzymać wiele innych tema­ tów. Co z tego będzie, sam jestem ciekaw, bo można przecież bardzo wiele chcieć, ale nie wiadomo, co dokładnie przyniesie czas. Okazuje się, że do pewnego momentu było łatwo dojść, ale teraz utrzymać wszystko i iść dalej jest trudniej, chociażby logistycznie. Bywało, że wiele planów musiałem zweryfi­ kować z rzeczywistością. Debiutujący nastolatek… Czy wtedy chciałeś być tym Maciejem Zieniem,

Czy artysta nie posiada przywileju

którym jesteś obecnie?

działania niepodyktowanemu ścisłemu

Moda zawsze była moją wielką miłością. Czuję się spełniony w życiu zawodowym i osobistym. Mam grono przyjaciół, którzy wspierają mnie w trudnych chwilach, cudowny zespół pracow­ ników i grono stałych klientek. Mimo to, cały czas ciężko pracuję, żeby za kilka, kilka­naście lat stanąć przed lustrem i powiedzieć, że je­ stem tym Maciejem Zieniem, którym zawsze chciałem być. Cały czas wyznaczam sobie nowe cele i odkry­ wam, jak wiele pozostało do zrobienia.

rytmowi?

Nie lubię się śpieszyć. Jeśli zaśpię, nie mam czasu na poranną kawę, która pozwala mi na zebranie myśli. Później ściśle trzymam się planu dnia, żeby na koniec pozwolić sobie na niczym nieskrępowaną przyjemność tworzenia. Czego Ci jeszcze brakuje?

Chciałbym, aby kobieta, wchodząc do mojego butiku, mogła ubrać się od stóp do głów. Pracuję nad rozwinięciem kolekcji prêt-á-porter oraz własnymi akcesoriami.

Długo poznawałeś siebie?

Ten proces cały czas trwa. Znam już swoje mocne i słabe strony. Staram się analizować to, co zrobiłem, i wyciągać wnioski na przyszłość. Jestem surowy wobec siebie. Samokrytyka jest dla mnie konstruktywna. Harmonia, porzą­ dek, punktualność sprawiają, że jestem z sie­ bie zadowolony. Nad tym pracuję.

cje haute couture i prêt-á-porter zaczęły w pełni funkcjonować jako niezależne dzieła.

Zatem na obecnym etapie nie czujesz się spełniony?

To przełomowy moment dla mojego brandu. Coraz wyraźniej oddzielam szycie pojedyn­ czych, wypracowanych kreacji w moim atelier od prostszej linii powielanej w wielu egzem­ plarzach. Daję sobie jeszcze kilka lat, aby kolek­

46

A co trudnego jest w linii prêt-á-porter?

Produkcyjnie jest to trudny temat, który wiąże się z olbrzymim ryzykiem, i chyba pierwszy raz od długiego czasu brakuje mi pełnej odwagi w podjęciu decyzji o wyprodukowaniu sukie­ nek, t-shirtów czy żakietów w kilkunastu czy kilkudziesięciu egzemplarzach. Co Cię tak bardzo fascynuje w projektowaniu indywidualnym, że trudno Ci je ograniczyć?

Przede wszystkim różnorodne sylwetki i podej­ ście psychologiczne do tematu. Praktykując to, jest mi o wiele łatwiej projektować kolejne kolekcje, bo wiem, że dana sukienka powięk­ szona nawet do 40. czy 42. rozmiaru nadal dobrze ubierze kobietę. Staram się więc, by nie brakowało elementów dla kobiet, które nie noszą 36.


dressme szą swobodę i nonszalancję w projektach, bar­ dzo ważny jest dla mnie komfort noszenia. Idąc za ciosem ewolucji, to „180°” i „Look at Me” są bardziej odpowiedzią na potrzeby rynku czy chęcią zmiany swojego wizerunku?

Każda z tych kolekcji była wyrazem nowych inspiracji. Ich powstanie wynikało z chęci poka­ zania się z innej strony, co nie musi oznaczać zupełnej zmiany wizerunku. Chociaż były zupełnie różne, wydaje mi się, że zachowały ducha marki. „Look at Me” było swojego rodzaju eksperymentem z modą uliczną, bar­ dziej przystępną. Sezon letni rządzi się swoimi prawami, dlatego kroje są bardzo swobodne i proste. Po części chciałem też sprawdzić reak­ cję rynku na tańszą linię, więc wzorem Karla Lagerfelda czy Marca Jacobsa zdecydowałem się na kolekcję, której elementy można kupić już za mniej niż 1000 zł. Więc zmęczyło Cię trochę wydanie wieczorowe i koktajlowe.

To nigdy mnie nie zmęczy, ale miło zobaczyć swoje projekty żyjące nie tylko na czerwonym dywanie, ale również za dnia. A moda męska? Większość projektantów przedstawia teraz projekty dla obu płci. Projektowanie tylko dla kobiet jest już niemodne?

Nie jest trochę tak, że z troski o klientki zbyt mało puszczasz wodze swej fantazji?

Muszę być kreatywny, ale nie zamierzam oglą­ dać swoich kreacji tylko na wybiegu. Modę trak­ tuję jak sztukę użytkową. Chcę tworzyć kolek­ cje, które zachwycą stylistów i będą praktyczne. Zadowolą zarówno głodny nowości świat mo­ dy, jak i wymagające klientki. Ubiera się u mnie redaktor naczelna Viva! Moda, Agnieszka Ścibior, co bardzo mi pochlebia i jest dowodem na to, że moje założenia są możliwe do zrealizowania.

rzystnie wpływa również na aspekt twórczy. Najważniejsze, aby dobrze wywarzyć propor­ cje i twardo stąpać po ziemi. Z projektowaniem jesteś związany już od wielu lat, a biznes? Od kogo się go uczysz?

Na początku uczyłem się na własnych błędach, działam w branży już od 12 lat. Obecnie mam wspólniczkę, która sprawuje pieczę nad stroną finansową firmy. Dzięki temu więcej czasu mogę poświęcić klientkom i projektowaniu. Na pewnym etapie taka pomoc jest niezbędna.

Zdrowy rozsądek i analizy na pierwszym Nawiązując do najnowszych osiągnięć.

Na pierwszym miejscu jest znalezienie złotego środka między sztuką a biznesem.

W jaką stronę nastąpiła ewolucja

projektantem czy biznesmenem?

Projektantem, który dzieli czas na kreację i skrupulatne wyliczenia. Brak kontroli nad biznesem powoduje niepokój, który nieko­

Tzn. że w kolejnej nie będzie już męskiego elementu?

Zobaczymy, jakie będzie zainteresowanie tą linią. Na razie skupiam się na damskiej kolek­ cji na jesień–zimę 2013. Powodzenia!

miejscu?

A teraz jesteś nadal bardziej

Zdecydowałem się na niewielką linię męską z dwóch powodów – żeby zrealizować pomy­ sły, które od dłuższego czasu chodziły mi po głowie, oraz sprawdzić, jakie będą reakcje męż­ czyzn na moje spojrzenie na modę. Świadomość mody u mężczyzn bardzo ewoluowało, ich nastawienie się zmieniło. Czy będą gotowi na jedwabne bluzy i spodnie? Okaże się, kiedy kolekcja trafi do sklepów.

Jesteśmyniezwykle ciekawi. ×

Twojego myślenia i projektowania?

Maciej ZIEŃ – ur. w 1979 roku w Lublinie, od 12 lat dzia­

Od kilku sezonów konsekwentnie usuwam ze swojej kolekcji zbędne ozdobniki, nie ujmując przy tym charakterystycznych dla mnie elemen­ tów podkreślających lekkość i kobiecość kreacji. Na pierwszym planie stawiam formę, wypraco­ waną konstrukcję. Pozwalam też sobie na więk­

łający na rynku modowym. Z okazji 10-lecia twórczości

47

wystawił swoje kreacje w Muzeum Narodowym. W 2010 roku stworzył markę Zień Home, a magazyn Twój Styl przyznał mu tytuł Projektanta z Klasą. Ubiera m.in. Anetę Kręglicką, Małgorzatę Kożuchowską, Nataszę Urbańską czy Małgorzatę Sochę.


dressme

A rational exhibitionist artist Creator and analyst. Partly an artist with a pencil and partly a businessman with a watch. He knows perfectly what he wants. Sometimes strict, not only towards himself. Deep in his heart a romantic and aesthete. Each of his collections features models he cannot imagine being separated from, so he does not sell them. As he puts it, he has only reached a certain stage in his life, and there still is a long and bumpy road ahead leading to fulfillment. Ladies and gentlemen, Maciej Zień. iterview by / Marcin photo / Zosia make-up / Marcin models /

Brylski

Zija & Jacek PiĂłro

Szczepaniak 

hair / Piotr

Rek

Karolina Kur / United For Models 48


49

fot. Zosia Zija & Jacek Pióro

Dziękujemy Hotelowi Polonia Palace za udostępnienie swoich przestrzeni na potrzeby sesji.


dressme Did you have any pleasant dreams last night?

I don’t remember last night’s dreams. Do you ever have dreams at all?

Hardly ever. Recently my dreams were related to my friends. There is a lot going on in their lives, I think about them a lot, so I guess that’s why. I also dream of my work. Especially when I think about new projects and special clients ... I hope they’re not nightmares.

Not at all. They are things I try later to translate onto paper. Assuming dreams have some effect on reality; have you ever dreamt of things that have later happened in real life?

No. I’d rather say I worked it out myself. Was the beginning of your career difficult and unclear, or did you know immediately which direction to follow?

I knew immediately it would be fashion design and was therefore able to start. Maybe that’s why I manage to take on so many things and keep track of them. I’m very curious of how it will work out. You can want so much, but you never know what time will bring. It turned out to be rather easy for a while but now it’s hard to maintain the level and move forward, due to logistic issues for instance. I often had to confront my plans with the reality. A debuting teenager ... Did you want to become that Maciej Zień you are now?

Fashion has always been my great passion. I feel fulfilled in my professional and personal life. I have my circle of friends who support me during the hard times, a great team of employees and a group of regular customers. I keep working hard, so that after several years I will be able to stand in front of the mirror and say that I’m that Maciej Zień who I’ve always wanted to become. I keep setting myself new goals and discover how much there still is to be done. Did it take you long to discover your true self?

The process goes on. I already know my strong and weak points. I try to analyze what I do and draw conclusions for the sake of the future. I’m demanding towards myself. Self-criticism is constructive in my opinion. Harmony, order, punctuality make me happy with myself. That’s what I’m working on. Doesn’t an artist have the privilege of following an irregular daily rhythm?

I don’t like to be in a hurry. If I sleep late, I have no time for the morning coffee which allows me to put my thoughts together. Later I try to follow my day plan strictly, so I can allow myself the joy of creative work at the end of the day.

What is so difficult about prêt-á-porter?

It’s difficult as far as production is concerned and it poses a great risk. For the first time in a long time I have no courage to produce skirts, T-shirts and jackets in just several dozen examples.

What else do you lack?

I wish women entering my boutique could be dressed from head to toe. I’m working on developing the prêt-á-porter concept and my own accessories. So at this moment you don’t feel fulfilled?

It's a critical moment for my brand. I sepa­rate sewing single elaborated outfits in my atelier from mass-producing regular outfits. I give myself several more years to wait until the haute couture and the prêt-á-porter collections start functioning as independent products.

50

What is so fascinating about individual design that you find it hard to quit.

Mostly it’s due to the diverse shapes and the psychological approach to the work. Doing it, I find it much easier to design successive collections, because I know that a skirt enlarged to size 40 or 42 will still look good on women. I do my best, so that women who wear bigger sizes than 36 do not lack any elements. Doesn’t your special care for clients lead to less fantasy in your work?

I have to be creative, but I don’t want to see my work on catwalks only. I consider fashion


dressme Continuing the topic of evolution – are 180 and Look at Me more of a response to the market demand or your personal desire to change the image?

Each of those collections was an expression of feeling inspired. Their birth resulted from my eagerness to present all my personal attributes, which doesn’t necessarily have to imply a change of image. Even though they were completely different, they shared the same brand spirit. Look at Me was a kind of an experiment with street fashion, the more accessible one. Summer seasons have their specific tendencies so the cuts were simpler and more casual. I rather wanted to see the market’s reaction to introducing a cheaper line. Following the example set by Karl Lagerfeld or Marc Jacobson, I decided to put out a collection of elements you could buy for less than 1,000 zł. So you got tired with evening and cocktail party fashion.

I will never get tired of it, but it’s nice to see your work not just on the red carpet, but also during the day. And what about men’s fashion? fot. Zosia Zija & Jacek Pióro

an applicable art. I want to design collections that will delight stylists and be practical at the same time, collections that will satisfy both the fashion world, which is hungry for novelty, and demanding customers. The editor-in-chief of Viva! Moda, Agnieszka Ścibior, buys clothes in my boutique, which flatters me and proves that my assumptions are feasible. Common sense and analysis most

You’ve worked in design for many years. What about business? Who do you learn from?

Initially I learned from my own mistakes. I’ve worked in this business for 12 years now. Currently I have a business partner who looks after the financial aspect of running the business. I can therefore devote more time to my customers and to my designer work. At one point this type of help is just indispensable.

importantly?

What is most important is to find the golden mean between art and business. Are you still more of a designer or a businessman now?

I’m a designer, who splits his time between creative work and accurate calculations. Lack of control over your business causes distress, which makes a negative impact on your creativity. What is most important is to find the right balance and remain down-to-earth.

Nowadays, most designers present lines for women and men. Is strictly women’s fashion design passé now?

I decided to design a small line of men’s fashion for two reasons – to live out the ideas I’d had in mind for a long time, and to see how men will react to my personal outlook on fashion. Men’s fashion awareness has really evolved and their approach has changed. Will they be ready for silk sweatshirts and trousers? We’ll see what happens when the collections reach the shelves in the shops. Does it mean that your future collections will have no male garments?

We’ll see how much interest there will be in this upcoming line. For now, I focus on a women’s collection for Autumn/­Winter 2013.

Referring to your latest achievements, in which direction is your design

Good luck! We’re looking forward

philosophy evolving?

to seeing the results. ×

Over several seasons, I’ve been removing unnecessary decorations from my collection, not getting rid of the typical elements essential for their lightness and womanliness. What I find most important is the form, the elaborated construction. But I allow myself a certain dose of freedom and nonchalance. Wearing comfort is also very important to me.

51

Maciej ZIEŃ– born in 1979. He has worked in the fashion

industry for 12 years. To mark the 10th year of his profes­ sional work, his garments were presented at an exhibition in the National Museum. In 2010 he established the Zień Home brand, and was acclaimed a 'Designer with Class' by the Twój Styl magazine. He designes clothes for A. Kręglicka, M. Kożuchowska, N. Urbańska, M. Socha and many others.


dressme O kształceniu elit – kontynuacja

Nauczyć (się) luksusu? tekst / Olga

Nieścier

M

łoda demokracja, stabilizu­ jący się kapitalizm, wpra­ wiona w ruch ekonomia, konsumpcja żądna zaspo­ kojenia – Polska – teryto­ rium poszukujące tożsamości, żyzny grunt pod uprawę coraz bardziej wyrafinowanych, wyspe­ cjalizowanych zawodów, kreujących naszą przy­ szłość. Śladem ambitnych i uznanych świato­ wych uczelni podjęliśmy wyzwanie, otwierając kierunek studiów podyplomowych Zarzą­dzanie marką luksusową. Zagraniczne ośrodki oferują podobne studia już od paru lat, w wyniku ekspansji luksusu do globalnego biznesu, totalnego zarządzania i masowego marketingu. Uczymy się materii z definicji niewyuczalnej. Luksus to wytwór czasów odległych, panują­ cych monarchii i arystokracji, oczywisty spo­ sób na wskazanie międzyklasowych różnic, dopieszczenie każdego detalu życia warstw uprzywilejowanych. Nie miał w sobie nic z tego, co dziś naturalnie utożsamiamy z drogimi buti­ kami pełnymi lśniących toreb i perfum, jakby z wymarzonego świata, a jednak dostępnych tu i teraz przy odrobinie chęci i pracy. Luksus nie oznaczał jedynie produktu. Zawierał w sobie pojęcie tradycji, nadzwyczajnej jakości oraz najczęściej sposobu nabywania dóbr. Stanowił naturalny składnik życia wyższych klas tak samo jak posiadanie właściwego nazwiska czy należenie do właściwego klubu. Był ponadto dostępny w niewielkich ilościach – zazwyczaj na zamówienie – dla bardzo nielicznej elitarnej klienteli – pisze Dana

Thomas, uznana dziennikarka mody i kultury w swojej słynnej książce Luksus. Dlaczego stracił blask. Kiedy po okresach historycz­ nych tępiących w naszym narodzie próby określania tożsamości poprzez wytwory kultury materialnej oraz czasach niwelujących podziały spo­ łeczne na warstwy zamożne i wykształcone oraz lud prosty i nie­ aspirujący dobrnęliśmy wreszcie do wolności, wolność ta, zachłanna i młoda, rości sobie prawo i do luk­ susu, rozumianego na wzór bogatej burżuazji świata zachodniego, będą­ cego znamionami statusu i majętności lub raczej statusu wynikającego z  majętności. Luksusu nowego i demo­kratycznego, wytworu ostat­ nich zaledwie dekad i rozkwitającej w wyniku przemian ekonomicznych konsumpcji, podchwyconej ochoczo przez czujnych przedsiębiorców, któ­ rzy słusznie upatrywali niebywałych zysków w udostępnieniu luksusu każdemu wspinającemu się po eko­ nomiczno-społecznej drabinie. Nastą­piły: seryjność oraz fizyczne i cenowe udostępnienie towarów, brand extention w  obszary dóbr łatwiej osiągalnych, wszechobecna uwodząca reklama, agresywna polityka przejmowania i przekształcania firm w

52


dressme multimiliardowe korporacje giełdowe, skon­ centrowane wyłącznie na zysku, wyolbrzymiony kult płytkiego logo, trading down, który zrównał luksus z rynkiem masowym. Przemysł luksusowy (…) przetasował układy ekonomiczno-klasowe – konstatuje Dana Thomas. Stał się częścią społecznej tkanki życiowej. Po drodze do tych zmian zaprzepaścił godność, zachwiał jakością towarów, zbrukał swą historię i oszukał swych konsumentów. Owszem, luksus jest dostępny, ale został odarty ze wszystkiego, co przesądzało o jego wyjątkowości. Po drodze wkradł się bowiem pewien błąd – założenie demokratyzacji luksusu podszyte zaledwie chęcią zysków. Wraz z aktualnym załamaniem się światowej gospodarki opartej na fikcyjnych finansach załamuje się również fikcyjny luksus, utrzymując się jeszcze na rynkach nowych i głodnych, zapychając ten głód, brak wiedzy i obycia logomanią dającą nabywcom fałszywą, kupioną tożsamość, zredukowaną do błysz­ czącego, lecz semantycznie bez­ wartościowego znaku graficznego. I oto jesteśmy my, gotowi wciąż na więcej, specyficzni i polscy, niechcący wjechaliśmy na sam koniec tego balu. To charaktery­ styczne dla przemian, z którymi mamy do czynienia, przeskakujemy dekady rozwoju, odnajdując się w aktualnym stadium rozwoju sytu­ acji. To zjawisko również niezwykle pozytywne i stawiające nam niebanalne wyzwania, dające szansę wyprzedzić innych obciążonych doświadczeniem. Uczmy się zatem luk­ susu, świadomie, czerpiąc z mądrości przebytej przez innych drogi i obser­ wacji ich błędów. Uczmy się powrotu do chlubnych tradycji, patrząc trze­ źwo, z pokorą wprzód i w nas samych, mając świadomość, że luksus to nie szybkie pieniądze, ale powolne i pełne oddania budowanie przestrzeni kulturowej. Polskiego odbiorcę luksusu można zde­ finiować w trójnasób. Pierwszy z nich to „nowy bogaty”, żądny ostentacyjnej, krzykliwej ekskluzywności, czyli zaprze­ czenia luksusu w każdym jego aspekcie poza ceną. Jednak cena i aspiracje, a także pewna doza fantazyjności i braku hamulców, mogą być motorem osta­ tecznego dotarcia do wartości głęb­ szych, zapewne osiągalnego w drugim lub trzecim pokoleniu poprzez obycie i przyzwyczajenia. Drugi to dzielny przed­

53

stawiciel ścigającej się klasy średniej, mający dzięki karierze i ambicji możliwość posiadania, potrzebujący materialnej nagrody za swój wysi­ łek. Wreszcie trzeci, intelektualista o wrodzonym antymaterializmie, którego zdolności intelek­ tualne przeradzają się w realne zyski i możliwości nabywcze, owocując chęcią samorozwoju i inwe­ stycji w siebie. To właśnie nasi klienci, nowo kształtująca się elita, której wyróżnikiem elitar­ ności staną się nie majątek lub przynależność klasowa, ale kreatywne i autentyczne podejście do kształtowania swojego życia, a zatem i moty­ wacje konsumpcji. Kreując i rozwijając markę luksusową, musimy z poszanowaniem uwzględnić elementy wymie­ nione przez Danilo Venturiego w inspirującej książce Luxury Hackers jako kluczowe wyznacz­ niki odradzającego się luksusu: design i kreatywność – podstawy oryginalności, rozpoznawal­ ności i charyzmy, zdolności nadawania znaczenia i aktualności, zawierające niezmienny genotyp marki, jak i zmiany wynikające z ducha czasów, design szczery, zawsze stawiający człowieka w centrum uwagi; dziedzictwo – ciągłość wartości i symboliki odziedziczonej od założycieli; nie­ kwestionowane i bezkompromisowe rzemiosło i jakość, oznaczające funkcjonalność, niezawod­ ność i trwałość; cenę – najwyższą, aż po bezcen­ ność; ekskluzywność i unikalność – produkt lub usługę upragnioną i zindywidualizowaną – uni­ fikacja pragnień to śmierć luksusu; prestiż – luksus jako absolutną nobilitację; autentyczność – prawdziwość pochodzenia i wykonania, ale także szczerość w kreacji twórcy wobec odbiorcy, znalezienia wspólnego zachwytu, doświadczenia i spełnienia; zaangażowanie emocjonalne – siłę przyciągania ocierającą się o świętość. Luksus istnieć będzie zawsze. Zakorzeniony w powyższych, oryginalnych znaczeniach jest jednak zmienny w stosunku do czasów i miej­ sca, jak zmienny jest człowiek w swojej relacji ze światem. Inny jest luksus francuski, wywo­ dzący się z monarchistycznej przeszłości, inny amerykański, związany z sukcesem jednostki, inny australijski, zanegowany z zasady. Luksus odnosi się do wartości najważniejszych, a te mogą dziś uosabiać pojęcia czasu, wolności, ciszy czy prawdy. Dziś luksusem człowieka bogatego może być niewidoczność. A jeśli war­ tością najwyższą jest szczęście, to luksus powi­ nien umieć je zagwarantować. × Olga Nieścier – autorka jest wykładowcą w International

Institute of Fashion Design & Marketing Polimoda we Florencji. Pracuje jako konsultant i projektant m.in. dla: Giorgio Armani, Fratelli Rossetti. Jest dyrektorem progra­ mowym kierunków podyplomowych warszawskiej Polsko-Włoskiej Szkoły Designu i Managementu VIAMODA www. viamoda.edu.pl


Olga NieŚcier / POLIMODA

concept & direction:

Sissina Gomaty

model:

/ CLASS Salon Education Style

Barbara Neri

hair & make-up:

/ POLIMODA Fashion Design

Alicia Declerck

outfit & graphics:

/ Fondazione Studio MARANGONI

Vittorio Marrucci, Serena Gallorini

photography:

POLIMODA Masters in Fashion Business and Retail 2011

FUTURE DECLINATIONS OF FEMININITY by IFA

fashion styling project:

To teach and to learn of luxury

Elite education - continuation

dressme

54


dressme text / Olga

A

Nieścier

young democracy, stabilizing capitalism, a changing economy, consumerism demand to be met – Poland – a country seeking identity, a fertile ground to cul­ tivate the increasingly sophisticated specialized professions which are to shape our future. Following the example of those ambitious and well-established foreign universities, Poland has accepted the challenge of opening a post­ graduate faculty on luxury brand management. Foreign educational centers have offered similar programs for several years, since luxury is now a part of the field of global business, total qual­ ity management and mass marketing. Poland has now to discover a subject which seems incomprehensible by definition. Luxury was born in the distant past, when monarchies and aristocracies ruled, to become with time a clear means of defining social class differences. Luxury permeated every aspect of the lives of the privileged. However, it did not contain our current characteristic which is often associated, as if in a dream, with expen­ sive boutiques crammed with glittery purses and perfumes. It is available right here and right now, as long as there is enough willing­ ness and effort put in. “Luxury was not only a product. It covered the notions of tradition, extraordinary quality and means of acquiring the goods. It was a natural element in the lives of the upper classes, just as was having a proper family name and belonging to a proper social group. Furthermore, it was available only in a limited amount – usually on order – for just a limited elite circle of clients,” the renowned fashion and culture journalist, Dana Thomas, describes in her popular book, Deluxe: How Luxury Lost its Luster. Following the recent his­ torical period, when the Polish nation’s attempt to define their identity through the creation of a material culture was foiled, and the social class of the well-to-do and well educated elite was diluted with simple un-ambitious folk, freedom has finally been reached. This very achievement, with its immature and demand­ ing profile, claims the right to luxury in a way resembling the rich bourgeois of the Western world, desiring the signs of status and wealth (or perhaps status is a result of wealth). This kind of luxury is brand new and democratic, it was born during the last decades, the result of increasing consumerism and economic changes and is commonly accepted by open-eyed entre­ preneurs, who rightly predicted the chance for enormous gains in making luxury widely avail­

able to anyone climbing the socio-economic ladder. What followed were: mass production, physical and financial availability of the goods, brand extension into areas of widely available products, ubiquitous advertising, the aggressive policy of taking over other companies and turn­ ing them into multi-billion for-profit stock corporations, the exaggerated cult of a shallow logo, trading down and thus turning luxury into a mass market product. “The luxury indus­ try (...) has changed economic and class set­ tings,” Dana Thomas states. “It has become a part of social life. In the meantime, it has lost its nobleness and high quality, as well as ruined its own tradition and betrayed its consumers. Luxury is widely available, but it has lost eve­ rything that had made it special.” In the meantime a wrong direction has been taken by democratizing luxury, with the orienta­ tion set solely on financial gain. Along with the current decline in the world’s economy which has been based on artificial capital, there appears to be a decline in artificial luxury, which still functions in young and hungry markets, feeding on their needs, lack of knowledge and little understanding of the logo-mania which gives buyers a fake, acquirable identity, limited to a pretty but semantically shallow graphic sign. And here we are, so specifically Polish, willing for more. Poland has accidentally joined the table at the very last moment. It is typical of Poland, considering the changes it has been going through, skipping over decades of devel­ opment, straight into the current state of affairs. But it might also have a positive effect, raising a number of serious questions and giving a chance to outdo other countries that bear the heavy load of experience. Poland can learn about luxury thoughtfully, based on the experience other countries have gained and learn from their mistakes. Let us go back to the more noble tradi­ tions and take a critical and humble approach to looking forward and into ourselves, bearing in mind that luxury is not easy money, but the devotion to slowly constructing cultural space. Polish luxury customers can be divided into three groups. One is the so-called ‘newly rich’, eager to show off with ostentatious exclusive­ ness. This in fact denies the essence of luxury in all its aspects but one, that is its financial value. But price and aspirations, as well as cer­ tain levels of fancifulness and unpredictability, can lead towards deeper values in the up and coming second or third generations, through accustoming them to the new situation. The second group features the brave representatives of the middle class rat racers, who use their successful careers and ambitions to acquire goods and to satisfy their needs for material

55

rewards for the effort they make. And lastly, the third group, the intellectuals with a natural born anti-materialistic attitude, whose intel­ lectual resources naturally transform into capi­ tal gain and purchasing power, ultimately lead­ ing to self-development and self-investment. Theses are our clients, the newly develo­ping elite, whose distinctive elitist factor is not money or social class affinity, but their creative and honest approach to shaping their lives and consumer motivations. When shaping and developing a luxury brand, it is crucial to consider a number of elements as presented in Danilo Ventiri’s inspiring book, Luxury Hackers, the essential determinants of reborn luxury. These elements are: design and creativity – the core of originality, recognition and charisma, ability to assign meaning and topicality, which contain the lasting genotype of a brand, as well as changes resulting from the zeitgeist, honest design, always placing the human element at the center of attention; heritage – continuity of values and symbolism inher­ ited from the founders; unquestionable and thoroughgoing craftsmanship and quality, signify­ ing the functionality, reliability and durability; price – as high as possible, preferably at a level close to priceless; exclusiveness and uniqueness – a product or service desired and customized for individual needs – unification of desires denies true luxury; prestige – luxury as an abso­ lute ennoblement; authenticity – legitimacy of origin and manufacture, and honesty in how the creator attains his vocation for the customer, finding the common delight, experience and sense of fulfillment; emotional commitment – the force of attraction close to sanctity. There will always be luxury. But even though it is strongly rooted in the above mentioned con­ cepts, it is changeable with regard to time and place, just as human beings are changeable with regard to the world around them. There are dif­ ferences between French luxury (deriving from a monarchic past), American luxury (related to an individual’s success) and the Australian luxury (denied completely). Luxury relates to basic values, which are comprised of time, free­ dom, silence and truth. Today, the luxury of a wealthy person can perhaps be his or her invis­ ibility. And if the greatest value is happiness, then luxury should be able to guarantee it. × Olga Nieścier – the author is a lecturer in the

International Institute of Fashion Design & Marketing Polimoda in Florence and a consultant and designer for brands such as Giorgio Armani and Fratelli Rossetti. She is the program director of the postgraduate faculties at the Polish-Italian School of Design and Management VIAMODA. www. viamoda.edu.pl


dressme

Be in

Vogue

– Przecież każdy chce być w Vogue! – słyszy główny bohater filmu Pecker w reżyserii Johna Watersa, gdy odmawia pracy w prestiżowym magazynie. Postawa taka to zapewne szczyt modowej impertynencji, a zarazem przejaw wielkiej niezależności czy nonkonformizmu w świecie, gdzie Vogue od ponad 100 lat jest synonimem stylu, klasy i wyznaczania trendów nie tylko w modzie. tekst / Łukasz

A

nna Wintour (naczelna edycji amerykańskiej) to nie tylko jedna z najbardziej wpływo­ wych osób w showbiznesie na planecie Ziemia. To również postać wzbudzająca emocje tak skrajne, jakby była krwawym dyktatorem albo narkotyko­ wym bossem. Wiadomo, jedna Wintour wio­ sny nie czyni, ale jest jeszcze 18 edycji i ponad, o czym wspomniałem wcześniej, stuletnia tra­ dycja. Wydawnictwo Rebis przygotowało wła­ śnie album Modelki Vogue, co jest już drugim – po Ludzie w Vogue. Stulecie portretu – projek­ tem podsumowującym fotograficzne dokona­ nia modowego pisma. Świetna rzecz, choć do poprzedniego albumu niestety brakuje sporo. Problem tkwi w doborze, dokładniej – jego ograniczeniu. Stulecie portretu było zbiorem fotografii nie tylko amerykańskich aktorek czy modelek. Znalazły się tam rewelacyjne zdję­ cia m.in. V. Woolf, T. Williamsa, S. Rushdiego, T. Manna, J. Bowles czy T. Capote'a. Zawsze wydawało mi się, że postacie te są dla fotogra­ fów znacznie ciekawsze od modelek, ponie­ waż nie podziwiamy urody, ale osobowość. Odbiór więc odbywa się na kilku poziomach i gdy po lekturze Ludzi w Vogue patrzymy na bohaterki wydanego teraz albumu, trudno przebić nam się przez sam podziw dla piękna Twiggy czy Kate Moss. Oczywiście i tym razem

Saturczak

zgromadzono najlepszych fotografów w histo­ rii z Helmutem Newtonem na czele, ale czy oprócz samej urody modelki dają nam coś jesz­ cze? Czy kości policzkowe Veruschki zachwycą nas bardziej niż przenikliwe spojrzenie Luciana Freuda? Idealna figura Małgosi Beli przykuje naszą uwagę na dłużej niż seria zdjęć The Doors? Pieprzyk Cindy Crafword zapa­ miętamy dłużej niż pełen dobroci uśmiech Audrey Hepburn? Odpowiedzmy sobie sami, choć jest oczywiście istotny argument, aby ten album nabyć. Fotografie modelek definiują czasy, w których żyją, znacznie prościej niż bohaterowie Ludzi. Czemu? Nic nam nie powie portret Virgini Woolf, jeśli nie wiedzielibyśmy, kim ona jest. Określały ją powieści, jej życiowe wybory, cier­ pienie. Zdjęcie bez historii traci swoją wielo­ krotność. Zostaje głównie kunszt zrobionego portretu, uwiecznienia ciekawej osoby, choć nie mamy pojęcia, skąd ta ciekawość pochodzi; to pisarz? Aktor? Piosenkarka? Królowa? Modelki, ze względu na swoją rolę, ogranicza­ jącą je tylko do „wyglądania”, definiują swoje czasy w sposób bezpośredni. W przypadku bohaterów poprzedniej książki, to dzieła, które tworzyli, określały ich czasy. Tutaj jest uroda i,  przede wszystkim, styl. Panorama XX-wiecznej mody, definicja piękna, szablon elegancji, niedościgniony wzór.

56

fot. Michał Różalski / Czarna z cukrem. studio


dressme

Robin Derrick, Robin Muir, Modelki Vogue, Rebis 2011

Należałoby zacząć od Daisy Fellowes. Dziedziczka fortuny Singerów (tak, tych od maszyn do szycia), która: roztaczała wokół siebie aurę, jakby właśnie zeszła z pokładu statku, była niedoścignionym wzorem ideału kobiety początku wieku. W albumie przedstawiona w wielkiej sukni na tle monu­ mentalnych fresków jednego z weneckich pałaców. Tak, to były czasy nie­ znośnego z dzisiejszej perspektywy przepychu i kobiet, których wyczyny przy współczesnych zabawach dziedziczek à la Paris Hilton wydają się dzie­ cinnymi wybrykami. Ówczesne modelki były kochankami ambasadorów i królów, rodziły księżniczki, a przy okazji, jak nikt inny, dbały o swój PR, starając się być największymi ekscentryczkami swoich czasów, choć trudno oczywiście uwierzyć, że siadanie obcemu mężczyźnie na kolanach, ponie­ waż zajął jej ulubione miejsce, było wtedy tak samo niedopuszczalne jak wciąganie kokainy z chłopakiem rockmanem w londyńskim klubie. Nie, nie mam zamiaru lamentować nad czasami, że kiedyś było lepiej, stawiać znaku wyższości między pełnymi elegancji latami 50. a kiczo­ watymi latami 80. Wywyższać pełne kształty supermodelek ostatniej dekady XX wieku nad chłopięcą urodą modelek współczesnych. Co nie zmienia faktu, że chciałbym młodość przeżyć razem z Twiggy i to dekada protestów, Beatlesów i wolnej miłości jest moją epoką ulubioną, o czym po raz kolejny przekonałem się, oglądając ten album (swoją drogą redak­ torom należy się reprymenda, ponieważ pozycja nie jest podzielona chronologicznie – ba, nie ma tu żadnego klucza! – w przeciwieństwie do chwalonego przeze mnie albumu Stulecie portretu). Pytanie, ile z prezentujących się obecnie na wybiegach zapamięta histo­ ria? Co będzie, zobaczymy. Pewne jest jedno: o ile kopciuszek może zostać księżniczką (Natalia Vodianova), to na pewno nie dzięki progra­ mowi telewizyjnemu. I lżej się robi na sercu człowiekowi, kiedy dociera do niego, że żadna dziewczyna z okładki nie znalazła się tam, bo opo­ wiedziała swoją smutną historię. Uroda się liczy. I praca. Aha, jeszcze: be in vogue, if You want be in Vouge. ×

57


58


dressme

fot. Michał Różalski / Czarna z cukrem. studio

59


dressme

Be in

Vogue

“Everyone wants to be in Vogue,” the protagonist in Pecker hears, (a film directed by John Waters), when he declines a proposal of working in the prestigious magazine. This seems either total fashion insolence or a sign of major independence and declared non-conformism in a world where the magazine Vogue has dictated style, chic and not just fashion trends for over a century. text / Łukasz

A

nna Wintour (editor-in-chief of Vogue’s American edition) is not just one of the most influ­ ential people in the fashion world on planet Earth, she is also responsible for evoking extreme reactions in people, as if she was some kind of a bloodthirsty dictator or a drug lord. Of course, it’s not just the personage of Anna Wintour, as there are as many as 18 other editions of the magazine and, as already mentioned, an over 100-year tradition. The publishing house, Rebis, has just published the Polish edition of the album, Vogue Model, which follows the pre­ vious album, People in Vogue. A Century of Portraits, and aims at summarizing the trium­ phant history of fashion photography in the magazine. Great stuff, though falling a little short in comparison to the previous album. The problem lies in the selection of photo­ graphs, which appears rather poor. A Century of Portraits featured not only photographs of American models and actresses, but also mar­

velous pictures of V. Woolf, T. Williams, S. Rushie, T. Mann, J. Bowles and T. Capote. I have always imagined that these people would in fact be much more interesting for photog­ raphers than their customary models, since it is not their looks that are so very interesting, but rather their personality. The photographs can therefore be viewed on a number of levels. Eventually, having read People in Vogue, looking at women presented in the recently published album makes you realize how hard it is to get over the admiration of the beauty of Twiggy or Kate Moss. Of course, the creators of this new album have once again included photo­ graphs by the best photographers in history, with Helmut Newton to name one, but do those pictures offer anything apart from the models’ physical beauty? Do Veruschka’s cheekbones enrapture you more than the pen­ etrating regard of Lucian Freud’s eyes? Does Małgorzata Biel’s perfect figure attract atten­ tion for longer than a series of pictures of the members of The Doors? Will Cindy Crawford’s

60

Saturczak

beauty spot stay in your mind for longer than Audrey Hepburn’s cheerful smile? The answer seems obvious. How­ever, there is one essential reason for buying the album. Photographs of models tell us about our times in a more straight-forward way than the pho­ tographs found in, People in Vogue. Why so? Because a portrait of Virginia Woolf would tell you very little if you didn’t know who the model was. After all, she has been defined by her nov­ els, her choices and the anguish she suffered from. A picture with no context has less of a repeatable attraction to viewers. All it would have left would be the quality of the craftsman­ ship of the portrait and the model’s interesting personality, even though we would have no idea what caused this interest; could the person be a writer? An actor? A singer? A queen? Due to the nature of their profession, models only appear as physical entities and thus define the times they live in literally. On the other hand, people presented in the previous album were defined by their work. In the new publication,


dressme Robin Derrick, Robin Muir, Modelki Vogue, Rebis 2011 fot. Michał Różalski / Czarna z cukrem. studio

there is beauty and style; a panorama of the 20th-century fashion, a definition of what is beautiful, a nearly unmatched pattern of elegance. Take the case of Daisy Fellowes, heir to the Singer family fortune (the inventors of the sew­ ing machine), who is said to have generated an ambiance as if she had just disembarked from a ship. She was the unparalleled ideal for women living in the early 20th century. In the album, she is presented in a large dress in front of the monumental frescoes of a palace in Venice. Indeed, those were the times of splen­ dor (most likely unbearable by today’s stand­ ards) and women behaved much more scandal­ ously than their today’s successors, take Paris Hilton for instance. The models of those days were often the lovers of kings and ambassadors; they gave birth to princesses and were always very careful about their PR, aiming to appear as eccentric as possible. Today one would find it hard to believe that sitting in a stranger’s lap after he took her favorite seat was as unheard

of as snorting cocaine with your rock-musician boyfriend in a London club. My intention is not to lament our present times by implying how much better things used to be in the past, nor to put an equation mark between the elegant 50s and the kitschy 80s. I can’t say either that the curvier bodies of supermodels of the 90s are more attractive than the boyish appearance of today’s models. But the fact remains that I would love to live my young years with models like Twiggy around me, and that the decade of protests, the music of the Beatles and free love is my favorite period in history. Which I was once again assured of while browsing the album (incidentally, its editors should be reprimanded; the album does not follow any chronological order – there is no key to it whatsoever – as opposed to the album, A Century of Portraits, which I praise so much). The question is, how many of the current top models will be remembered by history? We shall see. One thing is sure, just as Cinderella

61

could have become a princess (e.g. Natalia Vodianova), it is definitely not by appearing on a TV show. It comes as a relief to know that no girl appears on a magazine cover just because she shared her distressing life story with the public. Beauty does matter. But so does hard work. Oh yeah, one more thing: be in vogue, if you want to be in Vogue. × Łukasz Saturczak – rocznik 86, autor powieści Gali­

cyjskość, doktorant na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocław­skiego, na którym ukończył dziennikarstwo. Pisze głównie o literaturze, ale też o muzyce i filmie dla TAKE ME, Lampy, Tygodnika Powszechnego czy Ha!artu. Przemyślanin z urodzenia, wrocławianin z wyboru. Born in 1986, author of the novel, Galicyjskość, PhD student

at the philology department of the Wrocław University, where he graduated from the journalism faculty. He mostly writes on literature and occasionaly on music and film for such magazines as TAKE ME, Lampa, Tygodnik Powszechy and Ha!art. He was born in Przemyśl but chose Wrocław as the place to live.


dressme

Ak Kre

i

ns

ac

ość wn

je

ty

pir

o spotkaniach kształcących W czasach pod znakiem nieustającej innowacji również edukacja wymyka się z uczelnianych sal w poszukiwaniu formuł bardziej dynamicznych i stymulujących, a zatem skutecznych. Pracując pomiędzy Italią i Polską, miałam w ostatnim roku przyjemność czynnej obserwacji dwóch projektów edukacyjnych w dziedzinach designu, które niezależnie od siebie powtórzyły podobny, aktywny sposób działania oparty na konfrontacji i wymianie. tekst / Olga

62

Nieścier


dressme

C

rea©tivity to idea, wizja i wyda­ rzenie, które od 2006 roku anga­ żuje studentów, profesorów, mię­ dzynarodowych profesjonalistów, gromadzących się co roku przez dwa dni w Muzeum Piaggio w Pontederze. Jej formuła zakłada skomasowanie w jednym miej­ scu i czasie następujących spotkań: „Keynotes”, tj. wystąpień ekspertów i przedstawicieli firm; wystaw i instalacji konkursów i szkół projek­ towych; prezentacji, minikonferencji, spotkań i dyskusji poświęconych badaniom i projektom innowacyjnym; „Workout” – niezwykle inten­ sywnych, twórczych warsztatów dla uczniów i studentów zaproszonych szkół, prowadzo­ nych przez wykładowców i ekspertów w czte­ rech obszarach tematycznych: transport, komu­ nikacja, produkt i moda. Jako prowadząca warsztaty modowe miałam okazję doświadczyć niesamowitej energii tego spotkania, gdzie młodzież reprezentująca kil­ kanaście różnych szkół i uczelni miała możli­ wość bezpośredniego kontaktu z autorytetami z interesujących ich branż oraz wzajemnego poznania. Praca przez dwa dni z grupą kilku­ set osób wymaga od wszystkich zwielokrotnio­ nego zaangażowania w przechodzeniu od briefu przez etap burzy mózgów, klarowania idei aż po fazę projektową, zakończoną prezentacją przemyślanych i przepracowanych koncepcji, najlepszych nagradzanych jeszcze przed koń­ cem wydarzenia. Symultanicznie w swoich gru­ pach roboczych pracują także eksperci, których potencjał tworzącej wokoło młodzieży skłania do dyskusji nad rozwojem designu, jego apli­ kacji i oceny. Wieczorowi rytm nadają prezen­ tacje własne dokonań designerów w formule „Pecha Kucha” . Nie ma osoby, która po doświadczeniu full immersion w tematykę projektowania, jaką jest Crea©tivity, nie wyjechałaby z Pontedery odno­ wiona i zauroczona. Konfrontacja młodości i doświadczenia, akademii i praktyki, inspiro­ wała każdą ze stron, stanowiąc punkt odnie­ sienia do dalszego samorozwoju. Każde tego typu działanie ma swojego spiritus movens. Wybitny designer Max Pinucci, przed­ stawiciel rady programowej ELIA (ang. The European Ligue of Institutes of the Arts), któ­ rego interdyscyplinarna twórczość stała się podstawą dla Crea©tivity, obserwuje procesy kształcenia w tych dziedzinach w Europie, stąd podczas włoskich warsztatów eksplorowane były tak istotne połączenia między sektorami projektowymi a produkcyjnymi, między lokalną

tożsamością danych terytoriów i zaangażowa­ niem ich tkanki przemysłowej a konfrontacją z rynkiem globalnym. We wstępie do magazynu Crea©tivity 2011 napisał: Zobowiązanie – nie tylko do tego, aby zapewnić Crea©tivity ciągłość i wzrost, ale by wydarzenie mogło przyczynić się do wzbogacenia rozwoju uczestników, młodych studentów designu, firmy poszukujące innowacji, uczelnie poszukujące kontaktów i wymiany. Absolutne zaangażowanie to cel i zasada, szczególnie w okresie skomplikowanej rzeczywistości ekonomicznej i społecznej 2011. Szósta edycja Crea©tivity, wyzwanie, zobowiązanie, komunikat (…). I jeszcze kryzys. Zawsze patrzyłem z podziwem na tych, którzy w momen-

Inspiracje w Muzeum Motoryzacji, Topacz

tach trudnych potrafili podnieść głowę i patrzeć w dal przed siebie, projektując nowe scenariusze, nowe produkty i usługi, nowe ideologie.

Inspiracje

Podobna idea, choć na mniejszą skalę, przy­ świecała pomysłodawcy i organizatorowi pier­ wszych z cyklu warsztatów INSPIRACJE – Fundacji FUZJON, działającej z myślą o śro­ dowisku wrocławskich projektantów i twór­ ców, a do swoich projektów zapraszającej także gości z innych ośrodków akademickich. W listo­ padzie ubiegłego roku propozycję współpracy przyjął Wydział Form Przemysłowych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W trzydniowych warsztatach uczestniczyli studenci z Krakowa oraz z jedynej w Polsce pracowni specjalizują­ cej się w kształceniu projektantów środków transportu przy Katedrze Wzornictwa Przemy­ słowego ASP we Wrocławiu. Osią wydarzenia były warsztaty dedykowane projektowaniu użytkowych pojazdów przyszło­ ści pod okiem profesorów obydwu akademii oraz zaproszonych ekspertów. W niezwykle kli­ matycznym Muzeum Motoryzacji przy zamku Topacz w Ślęzy skonfrontowano nie tylko pra­ cownie, ale także wartość intelektualną projek­ tantów XX wieku z nowatorskimi koncepcjami

63

młodych, świetnie zapowiadających się desi­ gnerów. Celem organizowanego seminarium było poszukiwanie nowych rozwiązań styli­ stycznych i funkcjonalnych. Równolegle odbywały się otwarte spotkania z osobami na co dzień zajmującymi się projek­ towaniem oraz badającymi czynniki trendo­ twórcze w ujęciu zjawisk społecznych, ekono­ micznych, kulturowych. Mieliśmy przyjemność poznać i wysłuchać: Grażynę Pstrokońską-​ -Nawratil – muzyka kompozytora, Aleksandrę Sładek – car interior designera Volkswagena oraz Marka Liskiewicza i Piotra Jędrzejewskiego – profesorów krakowskiej i wrocławskiej aka­ demii. Interdyscyplinarności spotkania dopeł­ niła moja obecność z wykładem dotyczącym metodologii prognozowania trendów z obsza­ rów mody i designu. Szkice koncepcji powstałe podczas trzydnio­ wych warsztatów przesłano do Kamila Łaba­ nowicza, car designera Audi, który w nie­ spełna godzinę zrecenzował najciekawsze z nich i podzielił się swoimi opiniami podczas krótkiej telekonferencji. Podsumowaniem działań będzie wystawa prac zorganizowana we Wrocławiu i w Krakowie na początku 2012 roku. Mecenas wydarzenia, firma INCHCAPE MOTOR, udostępniła najnowsze modele: Mini Countryman (2010) i Coupe (2011). W zesta­ wieniu z modelem Mini zaprojektowanym przez Aleca Issigonisa nowy design nieco onie­ śmielał entuzjastów autka jeżdżącego począt­ kowo na 10-calowych kółkach. Do kolejnej edycji INSPIRACJE2 planowanej na jesień 2012 roku organizatorzy chcą zapro­ sić studentów Politechniki Wrocławskiej i Uniwersytetu Ekonomicznego, by zgroma­ dzeni w zespołach interdyscyplinarnych opra­ cowali koncepcje produktów w szerszym uję­ ciu, od określenia potrzeb aż do sposobów pro­ mocji produktu, tworząc optymalne warunki wymiany myśli pomiędzy projektantami, tech­ nologami i producentami. Możliwość współtworzenia i konfrontacji obu spotkań była dla mnie i innych uczestników bardzo motywująca zarówno w pracy projek­ towej, jak i dydaktycznej. Energetyczne wło­ skie Crea©tivity na wielką skalę oraz kame­ ralne spotkania we Wrocławiu propagują tę samą ideę i metodologię aktywacji nowego pokolenia projektantów. Wydaje się, że natu­ ralnym następnym krokiem jest konfrontacja obydwu wydarzeń lub innych im podobnych. Kto wie… ×


dressme

fot. Janusz Recław

In times marked by an unrelenting pursuit for innovation, educational methods are steadily progressing beyond university walls towards more dynamic, stimulating, and thus more effective frames into which they can be integrated. Working in Italy and Poland last year I had the opportunity to observe and take an active part in two educational projects focused on design both of which independently followed the very same approach based upon confrontation and exchange. text / Olga

64

Nieścier


dressme

C

rea©tivity is an idea, a vision, a happening that has engaged stu­ dents, professors and interna­ tional professionals since 2006, allowing them to meet every two years in the Piaggio Museum in Pontendera. The formula is based on organizing simultane­ ous events: keynotes from experts and com­ pany representatives; exhibitions and installa­ tions by contest organizers and design schools; presentations, mini-conferences, meetings and discussion panels devoted to research and inno­ vative projects; workouts, featuring intensive and creative workshops for students from the invited schools, held by lecturers and experts on four different subjects: transport, commu­ nication, product and fashion. As the fashion workshop moderator I had the opportunity to experience the positive atmos­ phere during meetings with young people rep­ resenting numerous schools and universities who had been given the opportunity to meet and to be in contact with the most prominent representatives in the fields they were inter­ ested in. Working for two days with a group of several hundred people required that everyone was deeply committed during the brief analysis, brainstorming, idea clarification and the project performance stages. This ended with the pres­ entation of the prepared and thought-through concepts, the best ones of which were awarded before the event was over. Simultaneously, encouraged by the young people’s potential, experts worked in their groups and discussed the direction in which a design develops, and the ways of its application and evaluation. The evening’s rhythm was established by the designers within the presentation methodo­ logy, ‘Pecha Kucha’. After their full immersion in the Crea©tivity model, no one left Pontedera without a feeling of being captivated and refreshed by the experi­ ence. Confronting the younger participants with practical understanding, academic theory and application, was universally inspirational for all involved and considered the point of reference in the process of further self-development. Activities such as these have their spiritus movens. The prominent designer, Max Pinucci, representing the program board of ELIA (The European League of Institutes of the Arts), whose interdisciplinary approach to work has become the basis of Crea©tivity, has been observing the processes of education in those fields across Europe. The Italian work­

Inspiracje w Muzeum Motoryzacji, Topacz

shops permitted the exploration of the essen­ tial issues combining the sectors of design and production, regional local identity and industry with the global market. In the edito­ rial introduction to the Crea©tivity 2011, he wrote: Commitment – not only to allow Crea©tivity to continue and to develop, but also to contribute to enriching the development of the participants, design students, companies seeking innovation, universities seeking contacts and exchange. The highest commitment is our goal and our general principle, especially in times marked by difficult economical and social situations as in 2011. The sixth edition of Crea©tivity is a challenge, a commitment, a message (…). And there is the crisis. I have always had a high regard for those who keep their heads up and look further ahead during hard times, who are able to design new scenarios, new products, services and ideologies.

Inspirations

A similar idea, although executed on a minor scale, was born in the mind of the initiator and organizer of the first series of the INSPI­ RATIONS workshops, the FUZJON founda­ tion, which works with Wrocław-based designer and creative circles in mind, and was open to guests from other academic centers. In November last year, the department of Industrial Form at the Academy of Fine Arts in Kraków accepted an offer of working jointly with the organisers of the workshops. Students from Kraków and the only Polish studio special­ izing in means of transport design from the Wrocław Academy of Fine Arts Industrial Design Department participated in the three day workshop sessions. The essential component of the event was the series of workshops devoted to designing future vehicles under the supervision of profes­ sors from both universities and invited experts. The atmospheric Museum of Motorization in the Topacz Castle in Ślęża offered a confronta­ tion of not only workshops, but also the intel­

65

lectual resources of 20th century designers with the innovative concepts of up and coming designers of the younger generation. The goal of the organized seminary was to seek new aesthetic and functional solutions. At the same time, open discussions with designers and trend-setting factors analysts, in the context of social, economic and cultural phenomena, were held. Participants heard lec­ tures given by Grażyna Pstrokońska-Nawratil (music composer), Aleksandra Sładek (car inte­ rior designer working for Volkswagen), Marek Liskiewicz and Piotr Jędrzejewski (professors at Kraków and Wrocław universities). The inter­ disciplinary character of the meetings was complimented by the lecture I gave on the methodology of fashion and design trends forecasting. Conceptual drafts prepared during the 3-daylong workshops were sent to Kamil Łaba­ nowicz, Audi’s car designer, who reviewed the most interesting ones in under one hour and shared his thoughts during a short teleconfer­ ence. A summary of the events will be included in an exhibition organized in Wrocław and Kraków in early 2012. The event’s patron, INCHCAPE MOTOR, has revealed its latest models: Mini Countryman (2010) and Coupe (2011). Compared to the Mini model designed by Alec Issigonis, the new car’s design somewhat intimidated the enthu­ siasts of this small vehicle originally driving on 10-inch wheels. For the next edition, INSPIRACJE2, planned for the autumn of 2012, the organizers are preparing invitations for students from the Wrocław University of Science and the Uni­ versity of Economics, hoping that these inter­ disciplinary teams, whilst creating suitable conditions to share ideas between designers, technologists and producers, will design con­ cepts for products in a wider context, from establishing the demand and needs to deciding on the means of promoting the products. The ability to co-create and compare both meet­ ings, the aspects of design work and education, motivated me and other participants greatly. The large-scale and highly energetic Crea©tivity held in Italy and the smaller meeting in Wrocław promoted the same idea and meth­ odology of animating the new generation of designers. It appears that the most natural step to take next is to confront those two events, or other similar ones. Who knows what might be the result ... ? ×


museme Nie podążaj za modą

fot. 01studio.eu

I po debacie W Pałacu Kultury i Nauki siedzę m.in. z Jurkiem Owsiakiem, Łukaszem Mintą z Jarocin Festivalu, Staszkiem Trzcińskim z STX oraz przedstawicielami Glastonbury Festival, SXSW i Liverpool Sound City. To pierwsze Europejskie Targi Muzyczne Co Jest Grane. Zaczynamy rozmawiać o przyszłości festiwali. tekst /

Łukasz Napora

W

takim entourage’u odbyła się bezprecedensowa dys­ kusja aż 10 osób, wraz z prowadzącym, Jarkiem Szubrychtem, z których każda ma duże doświadczenie i jeszcze więcej do powiedzenia. Okazało się jednak, że opinie tylu osobistości skumulowane w ciągu godziny to zde­ cydowanie za dużo, by uzyskać choć namiastkę dyskusji, nie mówiąc już o wyciąganiu jakichkol­ wiek wniosków. Szczególnie, gdy aż trzykrotnie mikrofon przejmował – z całym szacunkiem – największy gaduła, Jurek Owsiak. Brak konklu­ zji towarzyszący temu niecodziennemu spotka­ niu skłonił mnie do poświęcenia miejsca w tym felietonie kilku refleksjom i spostrzeżeniom, które pojawiły się podczas debaty i nad którymi warto zastanowić się nieco dłużej.

Festiwale mają się dobrze

Powodem spotkania i pretekstem do debaty stały się słowa Michaela Eavisa, szefa „Glaston­ bury Festival”, który w połowie ubiegłego roku przekonywał, że moda na festiwale muzyczne przemija. Do PKiN-u szedłem z myślą, że może

ten problem dotyczy Anglii, ale my, tu nad Wisłą, mamy zupełnie inną rzeczywistość. Okazało się jednak, że nie tylko polscy uczest­ nicy debaty nie zgadzali się z wizją Eavisa. W jasnych kolorach przyszłość festiwali widzieli też reprezentanci Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Kluczowe było doprecyzowa­ nie, jakim wydarzeniom nie grozi wyginięcie. Jasne jest, że festiwali jest dziś za dużo i wiele z nich, jeśli nie większość, robiona jest bez pomysłu. Przecież teraz co druga gmina chcia­ łaby mieć festiwal. Dochodzimy więc do punktu przesycenia i gdy skończy się moda na „festi­ walowanie”, na rynku pozostaną tylko te eventy, które miały i mają do zaoferowania coś specjalnego. Co to może być? Dla jednych będzie to wyjątkowe miejsce, jak choćby twier­ dza Petrovaradin, w której odbywa się „Exit”. Dla innych obowiązkowe przebranie zgodne z tematem ogłoszonym przez organizatorów – tak dzieje się podczas „Bestivalu”. Trzecim sposobem, by przetrwać – najistotniejszym dla odbiorcy z mojego punktu widzenia – będzie unikalny program i możliwość tworzenia coraz to nowych grup fanów prezentowanej muzyki.

67

Taka refleksja nasuwa się sama. Tworzenie pro­ gramu na podstawie panujących muzycznych trendów to jedna z największych możliwych porażek. Niemal od razu wskazuje, że organi­ zator robi to tylko dla pieniędzy i wierzcie mi, taka postawa bardzo szybko wychodzi na jaw, dyskwalifikując event w oczach potencjalnych odbiorców. Świadomi słuchacze muzyki nie dadzą się nabrać. To jedni z najbardziej wyma­ gających klientów, dla których autentyczność jest i będzie wartością bezcenną. Musimy więc naprawdę kochać muzykę, którą będziemy pre­ zentować – bez względu na to, czy jest teraz na topie, czy nie. Wyobrażacie sobie bowiem festi­ wal, na który dziś zapraszani są wykonawcy indie i electro, a po dwóch latach, pod wpły­ wem zmiany muzycznej koniunktury, wyko­ nawcy hip-hopowi?

Rozwijaj się małymi krokami

Start small – takimi słowami Nich Hobbs z Charm Music określił jedno z przykazań, jakie powinno przyświecać twórcom festiwali. Nie mógłbym się bardziej z tym zgodzić. Moim zda­ niem, działania przypominające strategię Abra­ mowicza i Chelsea nie wróżą sukcesu w świecie tego typu eventów. Irytują mnie organizatorzy, którzy już na pierwszą edycję wydają horren­ dalne pieniądze, licząc, że będą święcić triumfy jako wspaniali debiutanci. Budowanie eventu, marki i – przede wszystkim – wiernej, świado­ mej publiczności wymaga czasu. Klienci zwa­ bieni gigantycznymi nazwiskami i atrakcyjną ceną nie wrócą za rok, jeśli nie da się im tego samego. A przecież kiedyś musi przyjść moment, w którym festiwal zacznie przynosić zyski. Tych kilka spostrzeżeń nie stanowi oczywiście résumé rzeczywistości festiwalowej w Polsce, to tylko warte, mam nadzieję, uwagi czytelnika refleksje po listopadowej debacie. Na zakoń­ czenie dodam jeszcze, że Gazeta Wyborcza ogła­ szała swoje targi jako: pierwszą taką imprezę w Polsce, co tylko po części było prawdą. Targi „Rynek Niezależny” organizowane są przecież przy „Audioriver” już od dwóch lat, a w kwiet­ niu ubiegłego roku zorganizowaliśmy konfe­ rencję muzyczną. Nasze przedsięwzięcie jest jednak skierowane do bardziej niszowych firm, a rozmachem nie pretenduje do zajmowania dużej części parteru PKiN-u. To jednak uwaga tylko dla porządku, bo z wielką radością przy­ witałem zarówno ideę targów „CJG”, jak i póź­ niejszą ich realizację. Było naprawdę dobrze! × Łukasz Napora – dziennikarz. Specjalista od elektroniki.

Poza pracą w mediach współtworzy festiwal „Audioriver”, czyli jedno z najważniejszych wydarzeń muzyki elektronicz­ nej na świecie.


museme

rockers chill

Prywatnie rodzeństwo z grunge'ową duszą… A muzycznie? Dwie zupełnie różne osobowości, na które postawił cały świat.  O tym, jak ważne jest budowanie nastroju i wiara w swoje siły opowiadają NATALIA SAFRAN i MIKOŁAJ MICK JAROSZYK. Rozmawiała / Magda

Jedną nogą w USA, drugą w Polsce… Jak rozpoczęła się Wasza międzykontynentalna podróż?

Bardzo naturalnie, Natalia mieszka w Stanach, a ja juz straciłem orientację, gdzie mieszkam… ale najczęściej tam, gdzie dobrze się nam nagrywa. Muzyka sama w sobie to podróż, więc wychodzi na to, że moglibyśmy założyc biuro podróży. W tej chwili oczywiście najwięcej czasu spędzamy w Polsce, bo tu pro­ mujemy właśnie płytę. NATALIA: Projekt od samego początku był mię­ dzynarodowy, nie tylko dlatego, że dzieliła nas odległość. Zaczęło się zebraniem fantastycz­ nego zresztą budżetu w wysokości 50 tys. dola­ rów na portalu SellaBand, gdzie oceniała nas i wspierała publika z całego świata. Samo nagry­ wanie płyty działo się również interkontynen­ talnie. Część materiału zrealizowaliśmy w Stanach, a część w Polsce. Wspomnijmy też o klipie, nakręconym przez prawą rękę Lyncha.

Howorska 

zdjęcia / Igor

w Polsce wyszedł najpierw, przesądził przy­ padek, a właściwie ciekawe oferty dużych wytwórni…

MICK :

Drozdowski

gólny sentyment. Polacy dziwili się, że kręci­my w Polsce zamiast Kalifornii. Tymczasem wszyscy Amerykanie, którzy oglądają klip, są zachwyceni jego miejscem akcji.

Coś Was tu zaskoczyło? Pozytywnie? Negatywnie?

Podobno, nie ma znaczenia czy źle,

NATALIA: Część płyty miksował w Los Angeles

czy dobrze, ważne, że mówią…

słynny Rob Chiarelli, mikser Madonny, Shakiry, Aguilery i Quincy Jonesa, a część Rafał Paczkowski, który jest jednym z najlepszych polskich mikserów. Oba miksy są naprawdę dobre, ale ja przyznam, że wolę miksy Rafała. Profesjonalistów w Polsce nie brakuje, a to gonienie za Stanami to chyba taki kompleks z przeszłości. MICK : Muzyków mamy w Polsce fenomenal­ nych! Trzeba być po prostu konsekwentnym, wiedzieć, czego się chce, z pełną wiarą, deter­ minacją i sercem robić swoje. Miejsce nie ma znaczenia.

No właśnie, nie łatwiej byłoby zrobić coś na skróty, wzbudzić sensację, a nie tak małymi kroczkami… NATALIA: Nigdy nie zastanawiałam się nad kre­

owaniem sytuacji i wizerunku. Wydaję mi się, że to ma złudną wartość. Może brzmi to śmiesz­ nie, ale naprawdę zawsze jestem sobą. Po za tym chodzi tylko o muzykę a nie o sensację. Do tej pory są prawdziwie duże kroki, SellaBand, piosenki na soundtrackach hollywoodzkich fil­ mów, więc to wszystko samo dobrze idzie do przodu, bez nadmiernych strategii. MICK : Nie interesują nas skróty niemuzyczne.

Tłem dla jednej z piosenek jest Poznań…

Na portalu SellaBand rejestrują się każdego dnia setki artystów, JAk udało

Do tego zmierzałam… Mając pod ręką

Co szczególnego łączy Was z tym

takich ludzi, światowe sławy, legendy,

miastem?

Wam się przebić?

co sprowadziło Was do Polski? Wszyscy

NATALIA: Jesteśmy rodowitymi poznaniakami,

NATALIA: Kiedy zaczynaliśmy, poza nami było

marzą o karierze za Oceanem, skoro już

więc z Poznaniem łączy nas wszystko. Mieliśmy nagrać latem jeszcze jeden klip, a że byliśmy akurat w Poznaniu, postanowiliśmy zrobić to właśnie tu i tak powstał hommage dla miasta. Poznań jest naprawdę niesamowicie piękny i nasz klip pokazuje wiele z jego niepowtarzal­ nych widoków, miejsc, do których mamy szcze­

ponad 10 tys. artystów. Tym bardziej miło jest wiedzieć, że nasze dźwięki przykuły uwagę. Nie możemy być fałszywie skromni. To muzyka, którą gramy, zjednała nam fanów. MICK: SellaBand to doświadczenie bardzo orga­ niczne. W momencie, w którym oddajesz mate­ riał do wytwórni, nie masz kontaktu ze słucha­

się tam jest, to dlaczego by nie zostać? NATALIA: Nie musieliśmy się ograniczać co do

miejsca. Nasza płyta będzie też za chwilę wydana w Stanach, a w związku z SellaBand krążek wyjdzie również we wszystkich krajach objętych działaniami tego portalu. O tym, że

68


fot. igor Drozdowski

69


museme czami i czekasz na ocenę, która następuje dopiero po wydaniu. Na portalu cały proces odbywa się na bieżąco, masz możliwość bez­ pośredniej konfrontacji, to niezastąpione.

NATALIA :

To prawda, ale jeśli chodzi o duszę projektu, to Mikołaj jest jego niestrudzonym napędem. Wciąż gna do przodu i trzyma mnie w ryzach.

Skoro rozmawiamy o Internecie…

W projekcie jest odpowiednio dużo

Jak wiecie, w Polsce podpisano

miejsca zarówno na wokal, jak i na

kontrowersyjną umowę ACTA. Chciałabym

gitary, a mimo wszystko nacisk położony

poznać Wasze zdanie na ten temat.

został na Ciebie, Natalio. Mikołaj zawsze w tle…

W końcu Wy korzystaliście głównie z sieci, by wypromować swój materiał. MICK : Podstawowy problem z ACTA to próba

wprowadzenia za naszymi plecami regulacji prawnych, które będą miały wpływ zarówno na twórców, jak i odbiorców sztuki. Protesty nara­ stają, bo na szczęscie walkę o wolność mamy we krwi, a dla poskromienia fantazji polityków, potrafimy wyjść na ulicę mimo siarczystego mrozu. Nie rozumiem więc kompletnie, dla­ czego jesteśmy jednym z pierwszych krajów, które podpisują ACTA, skoro mogliśmy jak Niemcy czy Holandia po prostu się wstrzymać. Nakreślanie prawnych granic wirtualnej rzeczy­ wistości to nie tylko w naszym kraju świeży grunt, więc stąpać po nim lepiej ostrożnie. Mam wrażenie, że regulacje prawne tym razem usi­ łują wyprzedzić ewolucję internetu, tak na wszelki wypadek. Widzisz, ktoś ostatnio powie­ dział, że wybiera wolność i piractwo, niż wytę­ pienie piractwa kosztem ograniczenia wolno­ ści. To podejście bliskie także mojemu sercu. Chillout to bardzo trudny gatunek do zrealizowania… grzeczny, nastrojowy, bez ciężkiego beatu na dwa.

To nie jest czysto chilloutowa muzyka. Myślę, że można to nazwać chillouto­ wym popem, bo używamy głównie żywych instrumentów z dodatkiem elektroniki. Znajomy hollywoodzki producent nazwał naszą muzykę Rocker Chill. Uwielbiamy ciężkie gra­ nie i na takie koncerty najczęściej chodzimy, ale muzyka, którą sami gramy, jest bardziej liryczna. Mikołaj zagrał melodię, ja do niej dośpiewałam i już mieliśmy brzmienie, które nagle wydało się wlaściwe i oczywiste. MICK: Nie jest to grzeczna muzyka, bo ten epi­ tet w żadnym wypadku nie oddaje emocji, które są dla mnie podstawą. Widzisz, w muzyce nie ma znaczenia, jak mocno rozkręcisz swój piec i jak głośno uderzysz w struny, tylko jakie uczu­ cia potrafisz wywołać za pomocą swoich dźwię­ ków. Gatunek jest rodzajem narzędzia, które pomaga prowokować określony stan, ale tak naprawdę liczy się transmisja emocji.

MICK :

Zgadza się. Wiesz, moim zdaniem to właśnie głos najbardziej porusza wyobraźnię. Głosem projektu jest Natalia i ona jest na pierwszym planie. NATALIA : Faktycznie to moja gęba widoczna jest wszędzie… Bo kobiety są ładniejsze… NATALIA :

Poza tym, Mikołaj realizuje się muzycznie też w innych miejscach, ma swoje alter ego, jest prawdziwą bestią na scenie i z dziką pasją krzyczy w mikrofon. Dla mnie to jedyny projekt. Ważne są dla Was uczucia, jak zatem radzicie sobie z graniem na żywo muzyki wygenerowanej studyjnie? NATALIA : Gramy na dwa sposoby. W zależno­

ści od miejsca i zamysłu, akustycznie lub z ban­ dem i samplami. MICK : Jeżeli melodia, a ja jestem fanem pięk­ nych melodii, jest wystarczająco ciekawa i nośna, sprawdzi się w każdym aranżu. My zaś staramy się tworzyć bardzo kameralny i intymny nastrój.

NATALIA :

Które z Was jest liderem? MICK : U nas spotykają się dwie energie, każdy

ma swoje pomysły, buduje nastroje…

Wasza muzyka wykorzystana została jako soundtrack do filmów. To chyba dobry znak, skoro mowa o kreowaniu nastrojów… NATALIA : Mamy za sobą kilka sytuacji, które

pozwoliły nam wierzyć w to, co robimy i dały pewność siebie. MICK: Dla tego projektu najważniejsze było to, że od początku do końca powstawał na naszych warunkach. Nikt nam nie dyktował, co i jak powinno brzmieć. Czy wy w ogóle macie jakieś wady? NATALIA: Jesteśmy perfekcjonistami. Zamiast

iść dalej, wciąż drążymy. Mało sypiamy… MICK: Jesteśmy pracoholikami… Zatracamy się w tym, co robimy. Zamiast zrobić sobie waka­ cje, wciąż działamy. Czego oczekujecie po debiucie? NATALIA : Blichtru!

MICK : Sławy! Pieniędzy! ×

70


museme

rockers chill

In their private lives, brother and sister with a bit of ‘grunge’ in their souls. A duo backed by fans from around the world. NATALIA SAFRAN and MIKOŁAJ MICK JAROSZYK on how important it is to create the right ambiance and to believe in yourself. interview by / Magda

Howorska 

You’re based partly in the US and partly

photos / Igor

Drozdowski

Has anything surprised you here? Either

in Poland. How did your

in a good or a bad way?

intercontinental journey start?

NATALIA : Some part of the album was mixed

MICK :

Very naturally, Natalia lives in the US and I have no real fixed abode, to tell the truth. But most of the time I’m where I need to record music. Music itself is a journey, I guess we could even ... open a travel agency. At the moment we spend most of the time in Poland, since we’re promoting our album here. NATALIA : Our project has been international since the very beginning, not only because we were separated by distance. It all started with getting funds of $50,000 through the SellaBand website, after we had been rated and supported by people from all over the world. We were recording across the continents. Some part of the material was recorded in the US, and the other in Poland. And let’s not forget the music video made by Lynch’s right-hand man.

in Los Angeles by the great Rob Chiarelli, who does mixing for Madonna, Shakira, Aguilera and Quincy Jones, but the other part was done by Rafał Paczkowski, one of the best Polish mixers. Both mixes are really good, but I must say I prefer that of Rafał. There are plenty of professionals in Poland, and all this looking up to the US must be a sign of some Polish complexes from the past. MICK : We have tremendous musicians in Poland! You just have to be consistent, know what you want, have confidence and deter­ mination. The place where you live doesn’t matter. One of your music videos was set in Poznań. Is there any particular connection you have with the city?

I was getting to that. You work with prominent people, legendary and internationally famous ones. What made you come to Poland? Everyone here dreams of making a career in the US, so why not just stay there for good, if you’re there already? NATALIA : We don’t have to limit ourselves to fot. igor Drozdowski

one place only. Our record will soon be released in the US and, thanks to SellaBand, it will also come out in all the countries which have signed up on the website. The fact that it first appeared in Poland was all by chance really, we had an interesting offer from a major label here.

71

NATALIA :

We are true-born Poznanians, and we have plenty in common with Poznań. In the summer, we were supposed to record one more music video, and since we were in Poznań at that time, we decided to record it right here. And that’s how our homage to the city was made. Poznań is really exceptionally beautiful and our music video presents many of its interesting sites, places we feel particularly sentimental about. People in Poland didn’t understand why we made the video here and not in California. Funnily enough, all the Americans who saw the video fell in love with the setting.


museme

If the melody is interesting and catchy enough, it will work in any arrangement. It doesn’t seem to matter what is said about you, good or bad, as long as something is said. But wouldn’t you rather follow an easier route, how about some scandals, instead of taking these little steps. NATALIA: I’ve never thought of influencing the

situation and stage image like that. I think it has a very deceptive value. It might sound funny but I really am myself all the time. Besides, it’s all about the music, not scandals. So far, we’ve only taken sensible steps, like in the case of the SellaBand thing and the Hollywood films soundtracks we recorded. We just keep going forward without adopting any elaborate philosophy. MICK: Music-wise, we’re not interested in going the easy way. Hundreds of artists sign up on SellaBand every day. How did you manage to break through? NATALIA :

When we started, there were over 10,000 artists besides us. It made us feel very happy to know that our music has caught people’s attention. There’s no reason to be modest about it. It’s the music we play that has got us our fanbase. MICK : SellaBand is a very natural experience. When you send your material to a label, you have no direct contact with listeners. You get the evaluation only after the record is released. With the SellaBand website, the process is continuous and gives you the chance of direct confrontation, which is indispensable.

understand why Poland is among the countries that signed ACTA early on, we could have waited, like Germany and the Netherlands did. Drawing borders in the Internet reality is a step into an unknown area not only for the Polish authorities, so I think we should be careful. It seems to me that legal regulations are introduced faster than the Internet evolves, just in case. You see, someone has recently opted for choosing freedom and piracy instead of no piracy and limited freedom. This approach is very close to my heart.

MICK :

So, what can you say about the music you

You say emotions are very important for you. How do you handle live performances of music recorded

pheric, with no heavy two-beat measure.

in a studio?

NATALIA : It’s not typical chillout. I think you

NATALIA: We play live in two ways. Depending

could call it chillout pop, since we mainly use real instruments with just a touch of electronics. A friend of mine, who is a Hollywood producer, called our music ‘rocker chill’. We love heavy music and go to these kinds of music events often. But the music we play is more lyrical. Mikołaj played the melodies, I sang to them and we got the sound that immediately felt right and natural. MICK : It’s not polite music; this term doesn’t tell you anything about the emotions which are the basics for me. You see, with music it doesn’t matter how loud your amp is or how hard you strum. What matters is the kind of emotions you arouse with your music. The genre is just a tool to put you in a certain state of mind, but what really matters is the emotional transmission.

on the place and the vision we have, it can either be played with an acoustic ensemble, or with computer samples. MICK : If the melody is interesting and catchy enough, and I am personally a big fan of pretty melodies, it will work in any arrangement. We try to create an intimate ambiance.

Which of you is the leader of the band?

controversial agreement, ACTA. I would

MICK: We form a meeting point of two streams

like to hear your opinion on this. After

of energy, each of us comes up with original ideas and affects the general mood. NATALIA : It’s true, but as far the spirit of the project goes, it’s Mikołaj who drives. He keeps going forward and keeps a tight rein on me.

to promote your material.

an attempt to introduce regulations behind our backs which affects both artists and audiences. More and more protests have been organized, since fighting for freedom is our Polish lifeblood, and not even the cold could stop us from going out onto the streets to restrain the fantasies of our politicians. I don’t

musically in all those other projects, he has his alter ego. He can become a real animal on stage screaming savagely into the microphone. For me this is the only project I'm involved in.

to compose – polite-sounding, atmos-

the Polish government has signed the

MICK: The main problem with ACTA is that it’s

That’s because women are prettier. NATALIA : And what’s more, Mikołaj is active

make. Chillout is a very difficult genre

Speaking of the Internet ... As you know,

all, you took advantage of the Internet

It’s true. You know, in my opinion it’s the voice that captures your imagination the most. Natalia is the voice and so she’s always in the forefront. NATALIA: Yes, it’s my face you see everywhere.

Your music was used as a film soundtrack. It seems a good sign, if your goal is to create an atmospheric ambiance. NATALIA :

There’ve been several situations which have allowed us to believe in what we do and find confidence, yes. MICK: You know what was the most important for this band? The fact that it was developing on our own terms, from the very beginning. No one told us how our music should sound. Do you have any imperfections at all? NATALIA :

We are perfectionists. Instead of going forward, we keep digging in the same place. And we sleep too little. MICK: We are workaholics. We forget ourselves in what we do. We keep working instead of going on holidays.

In this project, there is enough space for vocals and guitar, but there is still

What do you expect from your debut

a strong emphasis on you, Natalia.

album?

Mikołaj is always somewhere in the background.

72

NATALIA : Spotlight!

MICK : Fame! Money! ×


fot. igor Drozdowski

73


museme

Istota rzeczy Klarnecista, kompozytor. Pierwszy polski muzyk uhonorowany przez All About Jazz tytułem Best New Release 2010 za płytę Passion. O podejściu do dźwięków, awangardowo, opowiada WACŁAW ZIMPEL.

fot. Łukasz Brześkiewicz / Van Dorsen Talents

rozmawiała / Magdalena Howorska  portrety / Łukasz Brześkiewicz / Van Dorsen Talents

75


museme

fot. Justyna Jaworska / www.contem-oka.com

Dopadła mnie cywilizacja. Wszystko tak szybko się toczy, że zmuszeni byliśmy zastąpić tradycyjną rozmowę twarzą w twarz wymianą zdań za pomocą Internetu. Zapewne nie powinnam się ani

kocham, dociera znacznie głębiej. Coltrane, Hendrix, Bach czy Ayler – dawali odpowiedzi na fundamentalne pytania – kim jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy. Odpowiedzi, z którymi sztuka radzi sobie chyba najlepiej.

bać, ani dziwić, nie ujmuje to bowiem

jednak myślę, że mógłby mi do tego posłużyć każdy inny instrument, jeśli poświęciłbym mu odpowiednią ilość czasu. Jak przebiegła Twoja własna droga od pierwszych gam i pasaży do awangardy

rozmowie i rozmówcy... Nadeszła jednak

Jesteś muzykiem, kompozytorem,

muzycznej?

chwila refleksji nad czasem, w którym

tworzysz niebanalnie, grasz z najwięk­

żyjemy. Jaki on jest dla muzyki?

szymi, Poznań powinien być

Dla muzyki każdy czas jest dobry, ale wydaje mi się, że żyjemy obecnie w przełomowych cza­ sach, w których patrzenie na świat i rozumie­ nie go w sposób racjonalny nie wystarcza. Wiele osób, również ja, poszukuje głębszego zrozu­ mienia, istoty rzeczy. Muzyka, w moim odczu­ ciu, to umożliwia. Dostarcza odpowiedzi na te najistotniejsze pytania.

z Ciebie dumny.

Zacząłem przed szkołą podstawową, od skrzy­ piec. Największy przełom nastąpił, kiedy tata kupił mi harmonijkę ustną i zabrałem się za blu­ esa. Wtedy tak naprawdę zacząłem grać. Pierwszy raz zagrałem dźwięki, które słyszałem w sobie, a nie tylko te, które były zapisane w nutach. Później wszystko odbywało się w miarę normalnie. Najpierw skończyłem szkołę średnią na klarnecie, potem studia klasyczne. Gdzieś przewinął się nawet saksofon. Impro­ wizacja zawsze była na pierwszym planie.

Bardzo mi miło, że tak myślisz. W pełni realizujesz swoje pomysły, jak udało Ci się je wcielić w życie? Jak znalazłeś ludzi, którzy odbierają Twoją energię i pomagają w kreacji? Bo to długa droga od momentu, w którym dźwięki zabrzmią w głowie do przelania

Wacławie, dlaczego Ty nie piszesz

ich na papier i puszczenia w świat...

piosenek, takich wiesz, żeby można

Myślę, że najważniejsze w komponowaniu i w improwizowaniu jest otwarcie się na prze­ pływ inspirującej energii, która sama toruje sobie drogę do formy. To, jaka ta forma osta­ tecznie jest, stanowić powinno raczej wypad­ kową tego procesu, a nie jego cel.

Wszyscy ludzie, z którymi pracuję, pojawili się na mojej drodze w sposób zupełnie naturalny. Nie szukałem ich i podejrzewam, że i oni nie szukali mnie. Trafiliśmy na siebie i czując, że poruszamy się w podobnych przestrzeniach, zaczynaliśmy razem coś robić. Pomysły na kom­ pozycje przychodzą mi do głowy, kiedy już są ludzie. To oni dają mi inspirację.

Co najbardziej lubisz w muzyce, pytanie

Co do Twojego atrybutu – co fascynuje

je zanucić?

niby proste i oczywiste, a jednak...

Cię w klarnecie?

Gdybyś miał się zastanowić nad sednem

Na początku zachwycił mnie jego dźwięk. Zakochałem się w brzmieniu klarnetu z zespo­ łów Louisa Armstronga. A dzisiaj nie wiem, czy sam instrument mnie jeszcze fascynuje. Chyba już nie, ale nie pozna­ łem żadnego innego w takim stopniu, jak zro­ zumiałem funkcjonowanie klarnetu. Na nim najłatwiej jest mi poszukiwać istoty muzyki,

sprawy, Nad tym co i dlaczego robisz...

Wierz mi, że nad sednem sprawy zastanawiam się bez przerwy. Na samym początku grałem, ponieważ fascy­ nował mnie dźwięk, rytm, harmonia i jak to wszystko wpływa na moje zmysły. Bardzo szybko jednak zauważyłem, że muzyka, którą

76

Gdyby skupić się na Twoich projektach, a jest ich kilka – co jeden, to ciekawszy – który z nich najbardziej oddaje Ciebie? Czy któryś jest szczególny? Chętnie posłucham o wszystkich. Wiem, że czerpiesz z klasyki. Z czego jeszcze?

Każdy z moich projektów jest dla mnie szcze­ gólny. Chyba dlatego jest ich tyle. Uwielbiam pracować z ludźmi, widzę w tym ogromny sens. Każdy człowiek jest inny, więc i każdy muzyk jest szczególny. Ta różnorodność jest dla mnie bardzo fascynująca i z niej właśnie wynika róż­ norodność muzyki, którą gram. Od jakiegoś czasu nie przywiązuję już wielkiej wagi do oddania siebie. Wydaje mi się, że to jest oczywista konsekwencja wyjątkowości każ­ dego człowieka i nie trzeba przywiązywać do tego zbyt dużej uwagi w czasie komponowa­ nia czy improwizowania.


museme Dużo bardziej zależy mi na odnajdowaniu sposobów na wprowa­ dzenie siebie i słuchacza w głęboki trans, stworzenie współczesnego rytuału, w którym obecność publiczności jest równie ważną częścią procesu jak obecność muzyków. Twoja muzyka jest bardzo mistyczna, zbiór dźwięków, które dotykają skrajnych uczuć, mam na myśli te ukryte bardzo głęboko. Nie jest to jednak coś, co uspokaja, mnie zaintrygowało, porwało w swój kosmos, acz zaniepokoiło...

Kiedy piszę albo gram, to nie myślę o tym, aby sprawić ludziom przyjemność, ale żeby wciągnąć ich w żywe i intensywne doświad­ czanie dźwięków. Chciałbym, aby muzyka, jak wspomniany rytuał, przenosiła słuchaczy w zupełnie inną przestrzeń. Przestrzeń, w któ­ rej zmienia się percepcja, a zmysły wyostrzają, dzięki czemu na te same rzeczy można spojrzeć z zupełnie innej pespektywy. To nie zawsze musi być przyjemne uczucie, ale w ostateczności może dzia­ łać oczyszczająco i wyzwalająco. nie piszesz dla każdego. Namaluj portret swojego odbiorcy.

Prawdę mówiąc, piszę dla każdego, ale nie każdy chce tego słuchać. Korci mnie, by zapytać, jak radzisz sobie w życiu, nie zrozum mnie źle, możesz też nie odpowiadać, jednak ktoś kto jest tak wielowymiarowy nie skupia się chyba na płaceniu rachunków czy gotowaniu zupy…

Byłbym Ci bardzo wdzięczny, gdybyś napisała wniosek do mojej wspólnoty mieszkaniowej o zwolnienie mnie z płacenia czynszu. Grasz na całym świecie, gdzie odnajdujesz najlepszą przestrzeń dla swojej twórczości?

Ludzie wszędzie poszukują tej samej prawdy o świecie. Myślę, że dla muzyki nie ma lepszej lub gorszej przestrzeni. Byleby była atmos­ fera z tlenem, żebym mógł wziąć oddech. Czy muzyka kiedykolwiek Cię zmęczyła, choć na sekundę miałeś jej dość?

Muzyka nie, PKP owszem. nie boisz się, że muzyka kiedyś zmęczy się Tobą? Że pewnego dnia obudzisz się i w duszy nie zagra Ci już nic?

Moja koncepcja duszy zakłada nierozerwalny kon­ takt z wszechświatem. Ten wszechświat ciągle inspiruje. Człowiek może się odciąć od muzyki, ale ona sama nie może się nikim zmęczyć. ×

fot. Łukasz Brześkiewicz / Van Dorsen Talents

Wacław Zimpel – klarnecista, kompozytor. Ukończył

z wyrónieniem studia w klasie klarnetu prof. Zdzisława Nowaka w Akademii Muzycznej w Poznaniu. Studiował również w  Hochschule für Musik und Teather w Hannoverze. Współpracował z najważniejszymi przedstawicielami polskiej i międzynarodowej awangardy muzycznej, między innymi z Kenem Vandermarkiem, Bobbym Few, Joem McPhee, Stevem Cohnem, Christianem Ramondem, Mikołajem Trzaską, Timem Daisym, Stevem Swellem, Davem  Rempisem, Klausem Kugelem, Marcinem Maseckim czy z Raphaelem Rogińskim.

77


MOVIE STEALS P

o

z

n

a

ń

0

p h o t o g r a p h e r m o d e l

I g o r

/

J AC

/

/

t

y

l

i

s

t

/

T o

m

m

a

k

e -

u

p

/

A

l e

h

a

i

r

/

c

l

o

t

h e

u r l

/

s

e /

r

r g

/

2

0

1

2

D r o z d o w s k i

G A G a m o d e l s

s

S

2

i

P a t

a

u

s

t s

r

i

e

k

a

M o l a t

a

z

P

z

z

i

L

a

a

s

a w

l a

k

P

e p

e

w w w . t a k e - m e . p l / m o v i e s t e a l s

78


79


80


81


82


83


84


85


86


87


88


89


dressme

Fotographer / Karolina Stylist / Alix

Devallois

Model / Francesca

@ Karin Paris

Make up / Alexandra Hair / David

Trawińska

Leforestier @ Sybille Kleber

Martinez @ Sybille Kleber

Our heartfelt thanks go to The Kocels for allowing us to photo shoot in their apartment

foto Ela Korsak, koncept kasia kin, opracowanie asia garbacik

90


fot. karolina trawińska

leather necklace richard de latour

91


dressme

fot. karolina trawińska

92


dressme

jumpsuit eres leather bracelet richard de latour  ivory bracelets rêvantic knee highs wolford

93


dressme

fot. karolina trawińska

jacket iro blouse diega leggings helmut lang sunglasses sky eyes belt valentina vox

94


dressme

fot. karolina trawińska

sweater tequila solo shirt loft belt hartford panty eres knee highs wolford derbies sartore

95


dressme jacket cacharel blouse diesel black gold shorts american apparel necklace annelise michelson knee highs wolford derbies sartore

fot. karolina trawińska

96


97


dressme

blouse gat rimon bra eres panties princesse tam tam leather bracelets richard de latour  knee highs wolford derbies sartore

98


dressme

fot. karolina trawińska

99


tellme

tysięcy diapozytów Przyszedłem pierwszy. Na placu Trzech Krzyży spokój, wyjątkowo mało ludzi. Połowa stolików w kawiarni wolna. Pojawia się On – Chris Niedenthal. Zaczynamy rozmawiać już z miejsca. Lubię ten typ rozmówcy, bo wiem, że muszę nastawić się raczej na słuchanie. Odpada cała masa niepotrzebnych pytań. To gawędziarz – mądry i dowcipny. Ruchem głowy wskazuję plac. Za szybą ciągle spokojnie, niepokojąco cicho. Pierwsze pytanie nasuwa się samo… rozmawiał / Łukasz

Saturczak 

portrety / Łukasz

100

Brześkiewicz


tellme

fot. Chris NiedentHal

101


tellme Spokój to nuda?

Lubię ciszę. Z wiekiem coraz bardziej. Unikam już tłumów, manifestacji. Raczej się ich nie boję, bo trochę tego w życiu doświadczyłem, ale dziś wolę je omijać. Lubię ciszę i spokój, co jest chyba typową cechą człowieka po trzydziestce.

przyciągnął nad Wisłę. Wszystko dlatego, że od zawsze znacznie lepiej czułem się z polskimi rówieśnikami, także z tymi na Wyspach, ale rzecz jasna, nie chcę mówić źle o moich brytyj­ skich przyjaciołach. Ani razu nie przyszło Panu do głowy, aby krzyknąć: koniec! Nie będę mówił

Zaczęło się już po trzydziestce?

w domu po polsku, nie będę spotykać się

Nie, ale jak ma się już dwa razy więcej... aż ciężko się wymawia te większe liczby, prawda? Właśnie wtedy hałas staje się zbędny.

Anglikiem! Zamiast tego Pan się spakował

No nie, psuje mi Pan wywiad! A wszystko sobie poukładałem, bo czytając Pańską autobiografię, nie jest trudno zauważyć, że z Pana łagodny człowiek, ale zawsze w pogotowiu, w miejscach, gdzie coś się dzieje. Wydawało mi się, że nie może być Pan domatorem, i jak odzyskamy niepodległość w roku 1989, to Pan w tym nowym porządku zwariuje. Nie był pan buntownikiem, prawda?

Tak i nie. Na pewno obce były mi kłótnie z rodzicami, trzaskanie drzwiami czy ucieczki z domu. Co prawda, nie pasowałem do swoich rówieśników, źle się czułem w internacie i musiałem jakoś przeżyć, ale zawsze kierowała mną prosta zasada, że jak nie mam na coś wpływu, to ten stan rzeczy akceptuję. Nie ma wyjścia, więc, jakby nie patrzeć, taka postawa życiowa jest bardzo wygodna, bo unika się w ten sposób większości problemów. Byłem grzecznym chłopcem, choć uczyłem się nie naj­ lepiej, bo interesowało mnie wszystko poza nauką. Czy to bunt? Raczej charakter. Wyjąt­ kiem był ten internat, w którym się znalazłem, ponieważ w ogóle nie odpowiadał mi typ czło­ wieka, z jakim tam musiałem przebywać – czło­ wieka odseparowanego od świata, nieznają­ cego prawdziwego życia.

wyłącznie z Polakami, jestem do cholery i wyjechał do kraju rodziców.

Jak już coś robię, to zawsze na całego. Jeśli wychodzę z domu, to nie na inne podwórko, ale po to, aby wyjechać z kraju. No tak, nie spo­ dziewałem się, że wyjeżdżam na zawsze, myśla­ łem raczej o maksymalnie półrocznej wizycie. Tak wyszło, ale wie pan, mnie specjalnie nikt w domu nie kontrolował, nikt mnie nie stra­ szył, że to komunizm, niebezpieczeństwo i tak dalej. Oni doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że wiem, co się tam dzieje, i uznali, że moja postawa z czegoś musi wynikać, z czegoś dla mnie ważnego, więc jeśli chciałem jechać, to mówili: proszę bardzo, jedź. Myślę, że to pra­ widłowa postawa rodziców, tak należy wycho­ wywać dzieci. Należy przypomnieć, że chodziło

czasu, można było wtedy coś zauważyć? Pojawiały się jakieś znaki na niebie i ziemi?

Że coś się stanie, to tak. Ale co? Pojęcia nie mia­ łem. Chciałem, żeby o Polsce było trochę gło­ śniej, chciałem promować ją w świecie. Wtedy mało kto o niej słyszał, wielu nie wiedziało nawet, gdzie dokładnie leży. Przecież to masochizm! Oczywiście nie porzucał Pan Londynu lat 60., więc przeszłością. kontrrewolucja, Beatlesi, krótko mówiąc: stolica świata, nie tylko kulturalnego. Ale to jednak

samochodem po Polsce, pobawić się...

Londyn. Zostawił Pan Londyn! Rozumiem,

Ale tak było, gdy przez kilka lat przyjeżdżałem tu na letnie wakacje. A kiedy w 1973 roku, już po studiach, przyjechałem tu na dłużej, to naj­ ważniejsze było móc oficjalnie pracować w Polsce jako fotograf. Czyli dostać się do Polski, a później zastanawiać, co dalej. Wyszło na to, że trafiłem idealnie i nie żałuję ani minuty spędzonej w tym kraju.

że Warszawa może kogoś inspirować,

chyba perspektywa powrotu do Londynu? Siedzi Pan w Warszawie, nagle

młodzieniec porzuca bezpieczną Anglię

myśli: nuda, wracam. Po czym dzwoni

i przyjeżdża do kraju rodziców. Na ile

telefon: – Chris, mamy dla Ciebie zlecenie!

był Pan świadomy tego, co właśnie

I to jest powód, aby zostać?

dzieje się w Polsce? Wprawdzie w latach

Nawet nie pomyślałem o tym, żeby wrócić do Londynu. Powiem więcej, chciałem być tu, a nie tam i musiałem uporać się z wszelkimi formal­ nościami. Bo to nie było łatwe, żeby Brytyjczyk zostawał w Polsce na dłużej. W dodatku taki, który jest fotoreporterem. Nigdy nie miałem chwili zwątpienia, nie mówiłem: cholera, wracam do Londynu, koniec. Mnie wcale nie chciało się mieszkać w Anglii.

Brytanią a Polską była ogromna.

Jak Pan teraz o tym myśli, z perspektywy

sobie ze znajomymi pojeździć

Nagle mający przed sobą cały świat

Gdy ma się dwadzieścia kilka lat, jest się raczej naiwnym człowiekiem, słabo rozeznanym w świecie. Oczywiście, dobrze wiedziałem, że tu jest komunizm i ten komunizm jest be, bo tak byłem przez całe życie wychowany, ale gdy pierwszy raz przyjechałem do Polski, najbar­ dziej interesowała mnie młodzież. W zasadzie to młodzi ludzie byli czynnikiem, który mnie

coś ważnego?

Liczyłem wyłącznie na to.

najpierw o zwykłą wycieczkę. Chciał Pan

Dobra, ale po przyjeździe ciągle jest

już za sobą, ale przepaść między Wielką

Intuicja podpowiadała, że szykuje się

wszystko, co najpiękniejsze, było już

I Pana czekało dopiero prawdziwe życie.

70. najgorszy okres komunizmu mieliśmy

Tak, na początku. Miałem tu rodzinę mojej mamy. Musiałem jednak czekać kilka lat, aby coś się naprawdę zaczęło dziać, ale przecież na tym polega życie fotografa – na cierpliwości. Fotograf z natury musi być cierpliwy i ja w tym czasie doprowadziłem ten stan do granic moż­ liwości. Początek lat 70. to było czekanie, cze­ kanie, czekanie. Oczekiwanie, że w końcu coś ważnego stanie się w Polsce i w ten sposób wróci ona na mapę Europy.

np. Davida Bowiego, który po chwilowej obecności w Polsce, zafascynowany tym miastem, nagrał jeden z ważniejszych kawałków w swoim życiu. Ale żeby zamieszkać tu na stałe? Szczerze? Dalej nie rozumiem.

Wielu moich przyjaciół myślało, że jest ze mną coś nie tak, jeśli chcę tu przyjechać na dłuższą wizytę. Nie lubię pojęcia „na stałe”. Oczywiście wielu przyjeżdżało do Polski na wakacje i bar­ dzo sobie ceniliśmy wypoczynek tutaj, ale były to tylko wakacje. Chciałem czegoś więcej. Wiedziałem, że mogę wrócić do Londynu i ta świadomość mi wystarczała. Znajomi twierdzili, że brakuje mi piątej klepki. Podobnie zresztą w Polsce, gdzie traktowano mnie jak ufoludka. Bo jak to? Oni wszyscy chcą stąd uciekać, a ja odwrotnie. Ze wszystkich stron słyszałem, że jestem wykolejeńcem, że coś jest ze mną nie w porządku. Ale przyzwyczaiłem się do takich uwag, przywykłem do nich już w szkole. Może to wina indoktrynacji? Kazali Panu kochać tę porzuconą przez rodziców

Warszawa. Raczej ze względów

ojczyznę? Polski dom, polska szkoła,

sentymentalnych?

polscy przyjaciele...

1 02


Wojna nigdy mnie nie interesowała. Bałem się tego tematu, to praca dla zupełnie innego typu fotografa niż ja. fot. łukasz brześkiewicz

103


tellme Ale przecież to nie indoktrynacja, lecz troska rodziców o pamięć o ich kraju. Oni nie porzu­ cili ojczyzny. Wojna rzuciła ich do Anglii. A rze­ czywiście sobotniej szkoły polskiej trochę nie lubiłem, bo w przeciwieństwie do angielskich dzieci, musiałem uczyć się jeszcze w sobotę. My, polonusy, nie mieliśmy nawet wolnego peł­ nego weekendu. Tylko Panu przyszło do głowy, by przyjechać do ojczyzny?

We wczesnych latach 70. nikomu to nie przy­ szło do głowy. Nikt z moich polonijnych zna­ jomych nie miał ochoty jechać na dłużej do Polski, bo nawet nie mieliby szans na normal­ nie płatną pracę. Trochę się to zmieniło dekadę później, gdy wyczuli, że mogą tu jednak robić jakieś interesy. Trudno mi oceniać Pana znajomych, jednak taka postawa wydaje się wygodna. Oczywiście kochamy Polskę, ale z daleka, bo jest nam tu dobrze. Nie miał Pan ochoty zaproponować komuś przyjazdu, aby na własne oczy przekonał się, jak tu jest naprawdę?

W tamtym czasie nikt by się na to nie zgodził. Wakacje? OK. Ale coś więcej? Nigdy w życiu! Głównym kryterium była praca, a ja nie jestem człowiekiem interesu i nigdy nie patrzyłem na miejsce zamieszkania przez pryzmat ewentu­ alnych zarobków. Było mi to zwyczajnie obo­ jętne. Biznesman ze mnie żaden, bo raczej drogo kupię, a tanio sprzedam.

szacunkiem, nie na kolanach, wręcz przeciwnie. Momentami Pan to wszystko wyśmiewał.

Nie dać się zwariować – to moje życiowe motto. Poza tym uwielbiam absurd. To, co mi zostało z Anglii, to właśnie angielskie poczucie humoru, jak również i dystansu. Uwielbiam Benny Hilla, Monty Pythona czy później nawet program Jaś Fasola. Brytyjczycy lubią też grę słów – gdy się spotykaliśmy i rozmawialiśmy po angielsku, to bardzo często nasze zabawy były po prostu zabawami językowymi. I to wszystko przenosiłem później na medium wizualne. Wystarczy wspomnieć moje zdjęcie Czas Apokalipsy – takie rzeczy staram się wypa­ trywać i później utrwalać. To podejście zostało Panu do dziś.

No tak, mam nadzieję! Nigdy nie podchodzi­ łem do tematów na kolanach. Zawsze miałem dystans, poważnymi rzeczami powinni zajmo­ wać się poważni ludzie. Z taką intencją zresztą pisałem autobiografię, w której raczej nie ma miejsca na aż tak poważne rzeczy. Tworząc ją, starałem się czytelników bardziej bawić i infor­ mować, niż moralizować. Nigdy tego nie robi­ łem, nie udawałem wielkiego filozofa, mądrali piszącego przeintelektualizowane teksty. Mądre i poważne rzeczy zostawiam mądrym i poważnym. I Pana książka jest... pozbawiona refleksji?

Dokładnie.

Co najpierw rzuciło się Panu w oczy?

Taki był pomysł od początku?

Policyjne państwo czy absurd tutejszej

W pewnym sensie tak. Nie chciałem czegokol­ wiek analizować. Nie chciałem też wchodzić za bardzo w prywatne sprawy. Uznałem, że jeśli jestem znany z bycia fotografem, a nie ojcem rodziny, to będę pisał wyłącznie o mojej pracy. Trzeba było jeszcze wcisnąć w to współczesną historię Polski i Europy Wschodniej, i nic wię­ cej. To wspomnienia fotografa o swojej pracy. Niech sobie teraz młodzież poczyta, jak to było kiedyś na ulicach Warszawy i bloku wschod­ niego, w latach, kiedy dorastali albo jeszcze nie było ich na świecie.

rzeczywistości?

Muszę przyznać, że nie zauważyłem przeja­ wów policyjnego państwa. Owszem, milicja była obecna, ale to jeszcze nie terror! Jednak absurdy wszelkiego rodzaju były oczywiście zauważalne. Był to początek lat 70., dokładnie rok 1973, jeszcze przed strajkami w Ursusie i Radomiu, o które trochę się otarłem. Ale życie nie jest chodzeniem na łatwiznę, choć z mojej książki może wynikać coś wręcz przeciwnego. Im życie jest trudniejsze, trochę mniej wygo­ dne, tym ciekawsze. Zawsze tak uważałem. Może na Zachodzie życie jest prostsze, ale czy jest to warunek konieczny, żeby tam zamiesz­ kać? Raczej nie.

Pan nie wierzy w naszą młodzież, co chwilę tłumaczy im Pan kontekst historyczny lub opisuje wycofany ze

rych czasach. Zresztą ciekaw jestem, co by zro­ bili współcześni fotografowie, gdyby wybuchł teraz stan wojenny, a władzy by się udało zablo­ kować telefonie komórkowe i internet, co jest przecież możliwe. Zawód: fotograf powstał na zlecenie?

W życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby napisać cokolwiek o sobie. To był wyłącznie pomysł wydawnictwa. Nie twierdzę, że umiem dobrze pisać, ale nie sprawia mi to większego problemu. Nawet to lubię. Przed rozmowami dotyczącymi stworzenia mojej książki po pro­ stu usiadłem i zacząłem pisać pierwszy roz­ dział. Zanim więc panie redaktorki przyszły do mnie, ja już stworzyłem początek, w któ­ rym opisuję pierwsze wspomnienia. Dałem im te pierwsze strony, mówiąc, że tak może się ta książka zaczynać. Spojrzały i powiedziały, abym pisał dalej. Pan ciągle czegoś próbuje: a to zlecenia, które niekoniecznie Panu pasują, a to fotografia modowa, która jest kompletnie Panu obca, a to napisanie książki i, co więcej, przeczytanie jej na głos w radiowej Trójce.

Pan nie wie, co ja przeżywałem! Że książkę zechciano w Trójce, to jedno. Ale myślałem, że jakiś aktor będzie ją czytał. Ja mówię za szybko i niezbyt wyraźnie, mnie raczej powinni trzy­ mać w kajdanach z dala od mikrofonu i radia. Ale powiedziano mi, że jeśli jest to autobiogra­ fia, autor mówi po polsku i, co najważniejsze, jeszcze żyje, sprawa jest oczywista. Musi sam czytać. Zgodziłem się, chociaż nerwy były niesamowite. Książka jest zamknięciem najważniejszego etapu w Pana życiu?

Nie, chyba nie ma charakteru podsumowują­ cego. Ale tak, to prawda, piszę o latach bardzo dla mnie ważnych. Usiadłem, napisałem. Zajęło mi to bodajże cztery miesiące. Szybko! 500 stron.

Bo dobrzy autorzy piszą wolno, gorsi – szyb­ ciej. Ale na tych 500 stronach jest też kilkaset fotografii. A co do podsumowań, to nie, nie pisałem tego z zamiarem zamknięcia czegokol­ wiek. To raczej płynne. Nic się nie zmienia, wszystko ciągle trwa.

sprzedaży sprzęt fotograficzny. Absurd, absurd mnie interesuje. Pan do tej naszej codzienności podchodził jednak inaczej niż reszta. Strajki, papież, stan wojenny, Lech Wałęsa, jeden Nobel, drugi Nobel, Kościół... a Pan do tego nie podchodził z należytym

Jestem już starszym fotografem i nadal wolę aparaty analogowe. Nikt dziś nie potrafi zro­ zumieć, czemu filmy do Nowego Jorku wysy­ łałem samolotem, bo teraz to jest kwestia kilku minut. Moja narracja przypomina trochę opo­ wieść dziadka, który wnukom opowiada o sta­

1 04

Jeśli pojawiają się w Pańskiej książce refleksje, dotyczą raczej okresu po 1989 roku. To chyba przerażające, że niemal z dnia na dzień kończy się świat, który przez prawie 20 lat uwieczniał Pan na fotografiach.


tellme

co ja fprowadzam

Im życie jest trudniejsze, trochę mniej wygodne, tym ciekawsze. Zawsze tak uważałem.

fot. chris niedenthal

Stojąc pod walącym się murem berlińskim w listopadzie 1989 roku, zdawałem sobie sprawę, że moja dotychczasowa praca się koń­ czy. Wtedy pracowałem wyłącznie dla Time i gdy komunizm upadł, nie było alternatywy. Zwyczajnie nie rozglądałem się przedtem za niczym innym, bo nie było na to czasu. Jeśli publikowałem w innych czasopismach, to dla­ tego, że zdjęcia sprzedawała moja nowojorska agencja albo Time. Sam nad tym nie panowa­ łem. Poza tym byłem już wypalony. W 1989 roku niemalże co tydzień odwiedzałem kilka krajów, robiłem kilka reportaży. Fantastyczne doświadczenia, ale zupełnie mnie wypaliły.

Jeszcze przed 1989 rokiem robił Pan zdjęcia bez zleceń.

Tak, fotografowałem wszystko, co się tylko dało, na przykład pogrzeb księdza Popiełuszki, choć akurat w tym czasie przechodziłem z Newsweeka do Time’a i chwilowo nie miałem odbiorcy dla moich fotografii. Wtedy to było moim zadaniem – trzymać cały czas rękę na pulsie. Proszę pamię­ tać, że przed moimi oczami tworzyła się histo­ ria. Inaczej po upadku komuny, kiedy Zachód przestał interesować się Polską. Mój zapał skoń­ czył się wraz z nastaniem polityki, która już w ogóle mnie nie interesowała.

w moim wieku, którzy dziś z tymi aparatami ganiają z fotografami o połowę młodszymi. Ma Pan świadomość, że nic nie musi? Odrzucamy megalomańskie skojarzenia związane z tym pytaniem.

Najlepszy okres mam za sobą. Najlepsze zdję­ cia zrobiłem w latach 70. i 80. Podobno zawsze trzeba mówić, że najlepsze przed nami.

Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. Niech młodzi biegają! Są szybsi, sprawniejsi i lepiej ogarniają tę nową technologię.

I nudna codzienność. Bardziej przerażał Pana koniec walki między robotnikami a władzą czy wolny rynek, którym rządzą zupełnie inne reguły?

Oczywiście bardzo chciałem, żeby komunizm upadł, mimo że dzięki niemu żyłem. Utrzymywałem się z tego, że codziennie foto­ grafowałem walkę przeciwko niemu, zaś póź­ niej zwycięstwo nad tym systemem. Nie brako­ wało mi widoku walczących robotników, jednak trzeba sobie postawić pytanie, co miałbym robić, gdyby komunizm nie upadł? Czy dalej robiłbym to samo? A czy obawiałem się wolnego rynku? Chyba o tym wtedy nie myślałem.

I koniec czarnego rynku, który pomagał prze­ trwać trudny okres! Niech pan nie myśli, że siedziałem w Polsce, bo był czarny rynek, ale wszyscy dziennikarze zagraniczni z niego korzystali. Mógł Pan wyjechać na Bałkany. Na wojnę.

Wojna nigdy mnie nie interesowała. Bałem się tego tematu, to praca dla zupełnie innego typu fotografa niż ja. Tak samo przewroty w innych krajach poza naszym regionem, czyli Europy Wschodniej i ZSRR. Nasz region był zdecydo­ wanie najlepszy. Ponadto zbiegł się z moimi najlepszymi latami. Smutno mi, gdy widzę ludzi

105

Teraz podobno tylko Pan skanuje stare slajdy. Może jak Pan skończy, to wróci do pracy.

Skończyć? W życiu. Jest ich przeszło pół miliona! A wie pan, że zaraz będzie szedł tędy Tadeusz Konwicki? × Chris Niedenthal (ur. 1950 w Londynie) – najsłynniej­

szy i najbardziej ceniony polski fotoreporter. Sławę przy­ niosły mu zdjęcia reportażowe z Polski lat 70. i 80., które początkowo robił dla Newsweeka, a później dla Time i Der Spiegel. Laureat Word Press Photo z 1986 roku za portret sekretarza węgierskiego KC Janosa Kadara. W 2011 roku napisał wspomnienia pt. Zawód: fotograf.


tellme

You were to discover that real life for yourself. Suddenly, a young man with a multitude of opportunities ahead of him decided to leave his safe life in England and go to the country of his parents. Did you realize what was going

colour slides

I arrived first. All was quiet on Plac Trzech Krzyży in Warsaw. Very few people around. Half the café tables were empty. Then Chris Niedethal showed up. We started right away. I enjoy this kind of interview, I knew I was about to listen to him talk most

on in Poland? This was the 70s, the harshest period of communism was over, but the difference between the UK and Poland remained enormous.

When you’re in your twenties, you’re naive, unaware of how the world functions. But I knew a lot about communism and how bad it was, I was brought up to realize that. But when I first came to Poland, I was mostly interested in the young generation. The young were in fact the main factor that brought me here. I always felt much better amongst young Poles, even in the UK. But don’t get me wrong, I don’t mean anything bad about my British friends.

of the time. There was no need to ask pointless questions. He’s

Didn’t you want to shout out: Enough!

a story-teller – a wise one, with a sense of humour (By turning

no more Polish friends only, I’m an

my head slightly I could see out to the square. It was still calm and disturbingly quiet through the window). The first question came naturally… text /

Łukasz Saturczak 

portr aits /

Is peace and quiet boring?

I like silence. The more so as I age. I avoid crowded places and demonstrations. It's not that I'm afraid, I’ve had a lot to do with them in my life, but I’d rather keep away from them now. I like peace and quiet, which I recognize as a typical feature of men over 30. Did you come to realize that after you turned 30?

No, but imagine, if you are twice as old... it’s hard to even say those bigger numbers, isn’t it? That’s exactly when noise becomes unwanted. Come on, you’re ruining my interview! I had it all well thought-out. Having read your autobiography it’s hard not to notice that you’re a peaceful man, yet always alert to what is going on and where. I thought that being a stay-at-​

Łukasz Brześkiewicz

-home person you would go mad in this new reality, after Poland regained independence in 1989. You’ve never been a rebel, have you?

Yes and no. I wasn’t the type who would fight with his parents, bang doors and run away from home. I didn’t fit in with my peers, I felt awkward in boarding school and I had a hard time surviving there. But I thought that if there’s nothing I can do about a particular problem, then I just have to accept it. It’s a comfortable approach, since it allows you to avoid most problems. I was a well-brought-up kid, although not the best student, being interested in everything but school. But was it being rebellious? More like just having character. The only exception was the boarding school I went to, I could not bear the type of person I had to live with – a person isolated from the outside world, with no idea of what real life was.

106

No more Polish language at home, Englishman for Christ’s sake! Instead, you packed your stuff and moved to the country of your parents.

When I do something, I go all the way. When I leave home, I don’t want to play in a different playground, but to leave the country. Although it’s true, I didn’t think I was leaving for good, I thought it would rather be at most a half-year visit. It just happened, you know, I wasn’t really under any strict parental control as a child, no one tried to frighten me with communism, the danger and so on. Everyone knew I was aware of what was going on in Poland, so they understood that my attitude must have derived from something important for me. So when I decided to leave, they said: go ahead. I think that’s the right attitude to be taken by parents who are raising their children. It has to be said, your coming to Poland was initially just an excursion. You wanted to take your friends and drive around the country, just for fun…

Exactly. I’d been coming here for summer holidays for a number of years. But when I graduated in 1973, I came to Poland for a longer stay and my main problem was to get permission to work officially as a photographer. I just wanted to get into the country and worry about everything else later. As it turned out I came at the perfect moment and I have never regretted a single minute spent here.


I've always kept my distance; I think that serious matters should be left to serious people.

Chris Niedenthal (born in 1950) – a well-known and important Polish photojournalist. He is famous for his photo

coverage of Poland in the 70s and the 80s, initially for Newsweek and later for Time and Der Spiegel. Winner of the World Press Photo 1986 Award for his portrait of Hungary’s General Secretary, Janos Kadar. His memoirs, an autobiography fot. łukasz brześkiewicz

Zawód: fotograf, (Profession: photographer) was written in 2011.

107


tellme All right, but afterwards, you still thought about going back to London, didn’t you? If you got to thinking: “I’m bored, I’m going back to England,” and then if the telephone was to ring: “Chris, we have a job for you!” – would there have been any reason to stay?

I didn’t even think about going back to London. I wanted to be here, not there. I had to deal with all the formalities, since it wasn’t easy for a Brit to stay in Poland for long. Especially a photojournalist. I never had doubts and I never said: Damn it. I’m going back to London - it’s over. I didn’t want to live in England. You stayed in Warsaw because of

Many friends thought there was something very wrong with me, as I was willing to stay here longer. I don’t like the expression, “for good”. Of course, many of them came to Poland for holidays and really enjoyed spending time here, but that was just for holidays. I wanted more. I knew I could go back to London anytime and that thought was enough for me to stay. My friends thought I was insane. I got the same opinion in Poland, a madman. People wondered why I was doing it. After all, a lot of people wanted to escape from Poland, and what I wanted was quite the opposite. People said I was a bit of a weirdo, they suspected there was something very wrong with me. But I got used to the remarks, just as I got used to them in school.

sentiment?

Initially, yes. My mother’s family lived here. I had to wait several years for something to happen. That’s actually an essential skill of a photographer – patience. By definition, a photographer has to be patient and at that time I practiced that skill to perfection. The early 70s in Poland were a time of waiting, waiting, waiting. Waiting for something big to happen, so that the country would regain its importance in Europe. Was it intuition that told you something big would definitely happen eventually?

Perhaps it’s because of some sort of indoctrination? They made you love the

A police-run state or the absurdity of Polish reality?

I have to admit that at the beginning I never really noticed many signs of this country being police-run. Of course, the militia was present, but that wasn’t terror! This was to change a decade later, of course. However, the absurdities were indeed noticeable. That was the early 70s, 1973 to be exact, before the outbreak of the strikes in Ursus and Radom, in which I was very slightly involved. But life is not necessarily about doing things the easy way, although it might seem I believe so in my autobiography. The more difficult and less comfortable your life is, the more interesting it is. I’ve always thought that. Life in the West might have been easier, but is the low level of difficulty the major factor to consider when choosing the place to live? I don’t think so.

homeland your parents had abandoned. Polish home, Polish school, Polish

Absurd, I’m interested in the absurd. You

friends...

approached this Polish everyday life in

Not indoctrination. It was because of my parents’ devotion to preserving the memory of their homeland. They hadn’t escaped communism, it was the war that had forced them to end up in England. But it’s true that I didn’t like the weekend Polish school, because unlike English kids, I had to go there on Saturdays. Us Polish kids had no full weekends off.

I was hoping that it would. Were you the only one who thought During that time, do you think it was

about moving to your homeland?

inevitable?

In the early 70s, nobody though about it at all. None of my Polish friends in the UK were willing to go to Poland for long. They would have had no chance of getting a decently paid job. That changed after a decade or so, when they realized they could actually do business here.

There were signs indicating something would happen, yes. But what exactly? I had no idea. I hoped there would be more interest in Poland, I wanted to promote the country around the world. Back then, I hardly ever heard about Poland in the media and many people had no idea where the country was.

What did you first notice about Poland?

a different way than others. The strikes, the Polish Pope, martial law, Lech Wałęsa, the first and the second Nobel prizes, the Church ... you showed it less respect than people expected, you didn't get down on your knees; quite the contrary actually. Sometimes you even dared to mock it.

Don’t get mad, that's my life motto. Besides, I just love the absurd. What has remained in me after living in England is the English sense of humour and detachment. I love Benny Hill, Monty Python and later even Mr. Bean. The British love playing with words. When I got together with my English friends and spoke English, we would very often play with the language. And later, I transposed that into my photography. For example, one of my photo­ graphs, Apocalypse Now is a visual play on words and was recorded as such...

I don’t want to judge your friends, but But that's masochistic! OK, when you

such an approach seems very

You still seem to follow this approach.

left London it wasn't the 60s, when all

comfortable. Like “Yes, we love Poland,

those amazing things, like the

but we prefer to remain at a distance,

I hope so! I’ve never approached any issues on bended knees. I’ve always kept my distance; I think that serious matters should be left to serious people. That’s the idea I had in mind while writing the autobiography, which touches few really serious matters. While writing it, I tried to entertain and inform my readers, not to moralize. I have never done that. I’ve never pretended to be a philosopher, a wise guy or an over-intellectualized writer. Sharp and serious issues I leave to sharp and serious people.

counterculture and the Beatles, were

since we’re all very comfortable here.”

happening. Back then, London was the

Didn’t you want to encourage others to

capital of the world, not only in terms

come to Poland, so that they could see

of culture. Even later, afterwards,

for themselves what it was like here?

it was still that great city, London.

At that time no one would accept such an offer. For holidays? Sure. But for longer? Never! The main factor to consider was work, but I have never been a man of business and I have never thought of places to live in through the lens of potential earnings. I really didn’t care. I’m a terrible businessman, I would probably buy at a high price and sell cheap.

You left London! I understand Warsaw could be inspiring somehow, as it was for David Bowie, who recorded one of his most important songs out of fascination with the city he spent only a short while in. But to move here for good? Honestly? I still don’t get it.

108

So your book is...

Lacking a deeper insight?


tellme Exactly. Was that your intention from the moment you started writing?

In a way. I didn’t want to analyze anything. Nor did I want to delve into private matters very much. I thought that since I’m known as a photographer, not as a father of a family, I should write about my work only. The only thing I wanted to do was to situate the story in the context of the history of Poland and Eastern Europe and nothing else. These are the memoirs of a photographer focused on his work. Let young people read about what it used to be like on the streets of Warsaw and in Eastern Europe during the years when they were babies or even before they were born.

somewhere and kept away from the microphone and the radio. But I was told that since it’s an autobiography, its author speaks Polish and, most important, is still alive, then he’s the one who should read it. I eventually agreed, but it turned out to be incredibly stressful. Does the book serve to close the most important chapter of your life?

No, it’s not there to close anything. But you’re right, I wrote about the years that were very important to me. I just sat down and wrote. It took me around four months.

Before 1989, you were active as a photographer, even when you were given no jobs.

Yes, I photographed everything I could, the funeral of Father Jerzy Popiełuszko for example, at the time when I was moving from Newsweek to Time and there were no takers for my photographs. Back then, my idea was to keep track of everything. Bear in mind that history was happening in front of my eyes. But the situation changed after communism fell, as the West was no longer interested in Poland and Eastern Europe. And I lost inte­rest during the rise of politicians I had no interest in.

That’s fast! 500 pages. It seems you have little regard for young people in Poland, explaining the historical context, describing photographic equipment no longer on the market.

I’m an oldish photographer, I still prefer analogue cameras. People can’t understand why I would send my films to New York by plane, since nowadays it's just an electronic minute away. With my storytelling I might resemble a granddad telling his grandchildren about the past. I wonder what contemporary photo­ graphers would do if martial law was declared now, and if the authorities were to successfully block the telephone networks and the Internet, which is possible. Were you asked to write the autobiography, Zawód: fotograf? (Profession: photographer).

I’ve never thought of writing anything about myself. It was my publisher’s idea. I don’t consider myself a skillful writer, but the process of writing is not very difficult for me. I enjoy it. Before we started talks about writing the book, I sat down and wrote the first chapter. So I already had the beginning describing my earliest memories even before the editors came to visit me. I showed them a couple of the first pages, saying the book could start like that. They read it and told me to keep writing.

Good authors write slowly, bad ones write fast. Also, those 500 pages feature hundreds of photographs. As for summarizing, I didn’t think about closing any chapters of my life. It’s all very fluid. Nothing really changes all of a sudden, everything just goes on.

period. Wasn’t it frightening that the

the war there.

I’ve never been interested in war. I was afraid of that particular subject, it’s a job for a completely different kind of photographer. The same with coups in other countries outside our region, that is Eastern Europe and the Soviet Union. Our region was the best by far. What’s more, its “glory days” coincided with my best years. Today, I feel worried seeing people of my age, running around with their cameras next to people who are half my age.

nearly 20 years was changing from day to day?

Seeing the Fall of the Berlin Wall in November 1989, I realized my work was coming to an end. I was working only for Time as communism fell, so I had no other options. Before it all happened, I hadn’t really been looking for anything else, there was no time for that. If I was published in other magazines, it was because of my New York agency or Time selling the photos. I had no control over it. Besides, by that point I was already burnt out. During 1989, I would be travelling to several different countries every week to shoot photographs. Those were great experiences, but they led to my getting burnt out completely. Were you more afraid of the workers

being pretentious in any way.

The best period is already past me. I took my best photographs in the 70s and the 80s. Some say we should think that the best is yet to come.

You have to know when to leave the stage. Let the young photographers run around! They’re faster, fitter and they have a better under­ standing of the new technologies.

Obviously, I wanted communism to fall, even though it had given me opportunities to earn my living. I did that by documenting the struggle against the system and the victory over it. Afterwards, I didn’t miss the scenes of striking workers, but I had to ask myself, what would I have done if communism had not fallen? Would I be doing the same kind of photography now? And as for being afraid of the free market, I just didn’t think about it.

You have no idea how stressed I was. The fact that the radio wanted the book to be read on air was one thing. I imagined some professional actor would do it. I speak too fast and not very clearly, I should really be handcuffed

do anything anymore? Don't take this as

authorities, or of the new free market

jobs that are not really your style,

read it on air on Polish Radio III.

Don’t you realise that you don’t have to

ending their fight against the

rules?

autobiography and eventually even

You could have left for the Balkans, to

world you had been photographing for

being governed by totally different

really your thing; you wrote your

Yes, along with the end of the black market, which helped everyone to get by during that difficult period. Don’t get me wrong, it wasn’t because of the black market that I moved here, but it’s true, all foreign journalists took advantage of it.

If there is any deeper insight in your book, then it considers the post-1989

You keep trying out things: you take on fashion photography, which is not

The monotony of everyday life arrived.

109

I heard you are scanning your old slides. Maybe you’ll get back to active photography once you’re done with the scanning?

Once I’m done? Never. There’s over half million photographs to scan! By the way, did you know, Tadeusz Konwicki will be passing by any moment? ×


dressme

bon chic bon genre photographer / Igor stylist / Marcin

Drozdowski

Brylski

hair / Sergiusz

Pawlak

make up / Arleta

Molata

model / Marysia

@ GAGAMODELS

photographer’s assistant / Klaudyna

Mlynarska

Our heartfelt thanks go to opera narodowa for allowing us to photo shoot in their spaces

fot. igor drozdowski

110


lace suit TOMAOTOMO earrings TopShop sunglasses Gucci

111


white suit Maciej Zień necklace Coctail Me watch DKNY shoes Pollini

fot. igor drozdowski

112


dressme

suit Deni Cler shawl Max Mara sunglasses D&G necklace YES bracelet River Island bracelet delamo.pl bracelet Coctail Me rings YES handbag River Island shoes Kazar

fot. igor drozdowski

113


dressme

tunic Solar underwear calzedonia jewelry New Look shoes Pollini

fot. igor drozdowski

114


dressme

blouse Rina Cossack vest Łukasz Jemioł skirt Łukasz Jemioł bracelet Coctail Me ring YES shoes Zara

fot. igor drozdowski

115


dressme fot. igor drozdowski

dress Deni Cler bracelet New Look sunglasses Mango shoes Zara

116


dressme

fot. igor drozdowski

blouse Tru Trussardi skirt Rina Cossack skirt Deni Cler necklace Stereo Store bracelet Coctail Me

117


dressme

dress Paprocki&Brzozowski necklace New Look handbag Gino Rossi shoes Emilio Pucci

118


dressme

dress Maciej Zień cape River Island necklace Coctail Me bracelet Mango bracelet Yes shoes Pollini

119


dressme

photographer / Igor

Drozdowski

Styling / Manuel Makeup

Menini

& hair / Alice Coloriti

Model / Ania

Nocoń @ Fashion Color

120


coat Vivienne Westwood Gold Label lurex swimsuit La Perla cristal pumps Renè Caovilla straw hat Borsalino vintage sunglasses stylist's own fot. igor drozdowski

121


coat Vivienne Westwood Gold Label lurex swimsuit La Perla cristal pumps Renè Caovilla straw hat Borsalino vintage sunglasses stylist own

fot. igor drozdowski

122


swimsuit, suede vest with fringe and straw hat La Perla long skirt Emiliano Pellegrini sandals Elena Cardinali

fot. igor drozdowski

123


embroidered sweater Alberta Ferretti beads earring Alberta Ferretti foulard skirt Vivienne Westwood shoes Philosophy by Alberta Ferretti leather purse Benedetta Bruzziches vintage hat and bracelet stylist own

fot. igor drozdowski

124


fot. igor drozdowski

silk kaftan and swimsuit La Perla sandals Elena Cardinali gold bracelet Marina Fossati

125


print jacket Vivienne Westwood Archive cotton dress Emiliano Rinaldi silk shirt Missoni leather bracelets with studs HTC

fot. igor drozdowski

126


fot. igor drozdowski

127


printed piece suit by Alberta Ferretti gold and cristal necklace Baccarat hat La Perla foulard Falconetto sandals Elena Cardinali

fot. igor drozdowski

128


fot. igor drozdowski

129


readme

fot. Wojciech Plewiński, Beata Tyszkiewicz

Uwikłane w płeć

fot. Zibgniew Libera, Ktoś inny

Joanny i Krzysztofa Madelskich. TEKST / Grzegorz

czesnych autorek jak Natalia LL, Ewa Partum, Alicja Żebrowska, Marta Deskur, Jadwiga Sawicka, Barbara Konopka, Teresa Gierzyńska, ale także dzieła autorek młodszego pokolenia – Anety Grzeszykowskiej, Agnieszki Polskiej, Katarzyny Majak, Doroty Kozieradzkiej czy Anny Senkary. W kolekcji znalazły się również prace klasyków fotografii: Tadeusza Rolke, Edwarda Hartwiga, Pawła Pierścińskiego czy Wojciecha Plewińskiego z urzekającymi „mło­ dzieńczymi” portretami Beaty Tyszkiewicz. Chcemy pokazać kobietę widzianą oczami samych kobiet, jak i mężczyzn. Próbujemy znaleźć odpowiedź na pytanie, jak obraz kobiety ewoluował. Jak zmieniało się w czasie jego postrzeganie w kontekście społecznym. I postawić kilka pytań, odnoszących się do dzisiejszych stereotypów: funkcjonowania kobiecego ciała w sferze publicznej, medialnej, artystycznej, komercyjnej. Dlatego w kolekcji są zarówno dzieła tworzone według wzorców klasycznego piękna, jaki i nawiązujące do feminizmu, problematyki genderowej czy transseksualizmu – mówią twórcy kolekcji.

130

Sobierajski

Wystawa prezentuje 150 wybranych z kolekcji prac, wykonanych różnymi metodami: od szla­ chetnych technik fotograficznych, przez awan­ gardowe eksperymenty i współczesną fotogra­ fię cyfrową, aż po instalacje, obiekty i video. „Uwikłane w płeć” to Polek portret własny stwo­ rzony z najbardziej emblematycznych dzieł powojennej fotografii artystycznej. ×

fot. Anatol Węcławski, Akt

fot. Tadeusz Rolke, Noworolski Kraków

P

owstawaniu tej wyjątkowej kolek­ cji od początku przyświecał kon­ kretny zamysł. By poprzez najwy­ bitniejsze i najciekawsze dzieła polskiej fotografii powojennej stworzyć szeroką panoramę, opisującą wizeru­ nek oraz tożsamość współczesnej kobiety. Matka Polka. Performerka. Dziewczyna z sąsiedz­ twa. Skandalistka. Polska Wenus. Kura domowa. Ikona popkultury. Lwica salonowa. Obiekt sek­ sualny z imaginarium kultury masowej… Każde z tych „wcieleń” kobiecej tożsamości jest na tej wystawie obecne. I co szczególnie istotne, poja­ wia się również w interpretacji najwybitniej­ szych twórców polskiej fotografii. Na wystawie prezentowanej w ramach łódzkiego „Fotofestiwalu 2012” zobaczyć będzie można arcydzieła sztuki fotograficznej takich współ­

Wystawa fotografii z kolekcji

„Uwikłane w płeć ”. Wystawa fotografii z kolekcji Joanny i Krzysztofa Madelskich w ramach „Fotofestiwal 2012”. Wernisaż – 11 maja 2012 roku; Łódź, Muzeum Miasta Łodzi, Pałac Poznańskich.


Hotel

Znajdująca się w samym centrum i zajmująca imponujący 6 piętrowy budynek, gwarantujący wspaniałe widoki, Rezydencja Don Prestige. Obiekt posiada pokoje łączące elegancję i komfort w rewolucyjnym stylu. Located in the city center, Don Prestige Residence occupies an impressive, 6-storey building that provides great views of the Old Town. It offers rooms which combine elegance and comfort in revolution style.

Don Prestige Residence

ul. Św. Marcin 2 61 -803 Poznań tel. +48 61 8590 590 fax.: + 48 61 8590 591 email: reception@donprestige.com www.donprestige.com


tellme

OPOWIEŚCI OSOBLIWE

fot. igor drozdowski

Paweł Matyszewski – urodzony w 1984 roku w Białymstoku. Z wyróżnieniem obronił dyplom na Akademii Sztuk

Pięknych w Poznaniu. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zdobywca II nagrody na Biennale malar­ stwa „Bielska Jesień” w 2011 roku i III nagrody w 2009 roku. Współpracuje z Galerią Piekary w Poznaniu. www.pawelmatyszewski.com

132


tellme

Te włosy różnego pochodzenia, igły, rozmaite wypukłości, wklęsłości czy wypływy rozbudzają zmysły, czasem je drażnią. Niektórych to odpycha, inni chcą ich dotknąć. Zdarzyło się, że podczas wystawy ktoś wyciągał włosy z prac, tłumacząc, że to na pamiątkę. Włosy prawie zawsze pozostają nieobojętne, mocne, wciąż witalne, choć martwe. To bardzo ciekawe, jak skrajnie mogą być odbierane, ile emocji mogą wzbudzać. W cyklu rozmów z artystami o ich pracach – spotkanie z PAWŁEM MATYSZEWSKIM. Rozmawiała /

Mam wrażenie, że Twoje obrazy dzielą się na dwie grupy: cieliste, na przykład Komplikacje (2009), Agorafobia (2010), i takie baśniowo-biologiczne, na przykład Spotkanie (2007) czy Spryciarz (2010). Jak to się dzieje, że Twoje prace powstają? Czy masz jakiś projekt w głowie, że to będzie, powiedzmy, projekt cielisty, a to baśniowy?

Ta baśniowość, o której wspomniałaś, jest cha­ rakterystyczna dla wcześniejszych prac. Dyplom przeważał w takie realizacje onirycz­ ne, gęste w kolor, kształty i znaczenia. Myślę, że jestem w trakcie niezbyt drastycznego przej­ ścia, stąd realizacje powstają dwutorowo. Nie planuję, jak to się potoczy, nie chciałbym być skrępowany powinnością realizacji czegoś w jednorodnym duchu. Myślę jednak, że te rozbuchane, biologiczne i bajkowe sytuacje tra­ cą na moim zainteresowaniu na rzecz now­ szych realizacji, cielesnych oraz bardziej zaszy­ frowanych, abstrakcyjnych sytuacji. Nie wiem jednak, jak to się potoczy, niczego nie wyklu­ czam, może przyjdzie mi realizować się w rozdwojeniu. Twoje prace mają być obiektem do rzutowania własnych skojarzeń i znaczeń czy raczej masz jakiś konkretny zamysł, cel?

Nie ma na nie jednej recepty. Powstają prace zarówno spontaniczne, choć rzadziej, jak i prze­ myślane i prawie całkowicie zrealizowane w gło­ wie. Zdarza się, że coś przychodzi mi na myśl i jeśli mam czas, to od razu zamieniam to w czyn. Jeżeli nie mam, to zapamiętuję i pomysł czeka, a próba czasu pokaże, czy jest to warte

Anna Kubiak 

Portret /

Igor Drozdowski

realizacji. Oczywiście, większość pomysłów zostaje jedynie w pamięci lub rzadziej na papie­ rze, a i tak po pewnym czasie nie jestem w sta­ nie ich rozszyfrować. Może dobrze, bo taka selekcja jest potrzebna. Stwierdziłbym raczej, że jeśli już zaczynam coś wykonywać, to w kon­ kretnym celu, nie licząc, że jakoś tam wyjdzie po drodze. Choć bywa tak, że podczas realiza­ cji projektu znacznie zmieniam koncepcję, ale to jest proces i dopiero w jego trakcie mogę real­ nie ocenić, czego chcę, a co jest zbędne. Wtedy pierwotny zamysł ustępuje. Jaki pomysł towarzyszył Ci przy tworzeniu tych prac skórnych, cielistych?

Może potrzebowałem odpocząć od tych rozbu­ chanych, biologicznych historii. Może zostałem na dłużej przy jednym z pomysłów studenckich – fragmentarycznym wykorzystaniu ciała, które wydało mi się interesującą płaszczyzną. Początkowo te skojarzenia skóry wydawały mi się na tyle silnym zabiegiem formalnym, że nie­ możliwym do kontynuowania, zakrawającym o nudę kopiowaniem własnych prac. Okazało się, że jedna realizacja rodzi pomysł na kolejną, jednak już inną, autonomiczną, a ciało i skóra są na tyle wymowne, że są polem do snucia opo­ wieści wielowątkowej. Mam więc nadzieję, że moje obawy okazały się nietrafione. Pierwsze cieliste prace były figlarne, choć ciężkie w tema­ cie, jednak z dozą ironii. Pojawiały się jakieś fałdy, pęknięcia, rozerwania, wypływy, dużo się działo. Materiały były zróżnicowane: użyłem włosów, igieł. Myślę, że podobnie było po stro­ nie obfitych, biologicznych obrazów, działo się dużo, choć tylko za pomocą farby.

133

Prace skórne mają różne tytuły, które mogą nadawać nowe znaczenia temu, co na pierwszy rzut oka jest tylko skórą czy defektem skórnym. Jakie Ty nadajesz znaczenie tym pracom?

Chyba jestem fanem trudnych spraw wszela­ kiego rodzaju i one mnie przyciągają, a płaszczy­ zna skóry jest na tyle sugestywna, że idealna na ich ukazanie. Właśnie ten mariaż tytułu i płasz­ czyzny skóry tworzy kompletną całość, choć nie odmawiam możliwości odbierania obrazu przez innych dzięki własnej wrażliwości czy doświad­ czeniu. By odpowiedzieć na pytanie, jakie dokład­ nie kwestie są poruszane, trzeba by zagłębić się w konkretne realizacje. Jak wspomniałem, nie mogę się odczepić od niszowości, trudnych spraw, problemów, strasznie mnie wciągają. Ciało jako płaszczyzna do wyrażania różnych okołocielesnych tematów?

Najczęściej stwierdzenie „okołocielesny temat” mieści w sobie bardzo dużo. Ciało to my, a my to wszystko, co nas otacza, nam towarzyszy. Mnóstwo rzeczy kręci się wokół ciała, są to historie piękne i dramatyczne. Ale myślę, że ta tkanka skórna to bardziej przenośnia i opo­ wieść o relacjach, wnętrzu, czymś trudniejszym do sprecyzowania. Przynajmniej chciałbym, aby coś takiego mogło przenikać z nich poza fizycznością. Powiedziałeś, że do realizacji prac wykorzystujesz różne materiały. Czy za pomocą formy też nadajesz znaczenie swoim pracom?

Taki jest cel. Chcę, aby były silniejsze, stały się osobliwościami, trochę stworami. Te włosy


tellme powstała, między innymi, po mojej rozmowie z młodą panią położną, która zapytana o inter­ seksualność, trochę zakłopotana, nie bardzo wiedziała, o czym mówię. Zastanowiło mnie, że jako osoba mająca do czynienia z nowo naro­ dzonymi dziećmi, nie ma o tym bladego poję­ cia. Oczywiście obojnactwo zdarza się bardzo rzadko, ale jakaś orientacja w teorii raczej by się przydała. Trochę to dziwne, że w imię norm, ze wstydu i lęku rodzice, a przede wszystkim lekarze, decydują, kto jaką będzie miał płeć, choć z wielu przypadków wynika, że nie zawsze decyzja jest trafiona, i dopiero wtedy zaczyna się dramat. Wracając na koniec do prac baśniowych: miła forma, treść – niekoniecznie. Niby chce się wejść w ten świat, bo wydaje się przyjazny i bezpieczny, a z drugiej strony postacie z Twoich prac nie budzą zaufania.

kreacja problemu, 2009

różnego pochodzenia, igły, różne wypukłości, wklęsłości czy wypływy rozbudzają zmysły, czasem je drażnią. Niektórych to odpycha, inni chcą ich dotknąć. Zdarzyło się, że pod­ czas wystawy ktoś wyciągał włosy z prac, tłu­ macząc, że to na pamiątkę. Choć rzadko to robię, lubię pracować z włosami. Włosy pra­ wie zawsze pozostają nieobojętne, mocne, wciąż witalne, choć martwe. To bardzo cie­ kawe, jak skrajnie mogą być odbierane, ile emocji mogą wzbudzać. Nowsze prace są oszczędniejsze w technice i bliższe malarstwu, choć pojawiają się pewne niuanse zauważalne pod pewnym kątem i pod wpływem światła, dzieje się to jednak na płaszczyźnie płótna. Może to chwilowy spokój, może trwała zmiana, sam jestem ciekaw.

Rzadki okaz (2010) – aż się prosi, by dotknąć, przejechać paznokciami po nim. Czy coś by mnie tam pokąsało, gdybym włożyła rękę? Czy ta praca ma kąsać?

Miałem zszywany kciuk i mam bliznę do tej pory, to był wypadek przy pracy podczas reali­ zacji Rzadkiego okazu. Teraz jest już nieszko­ dliwy, przynajmniej nie bezpośrednio, wizual­ nie niektórych może kąsać. Do realizacji uży­ łem starego technicznego papieru, mającego organiczny charakter. Również nazwa Rzadki okaz wskazuje, że jest to jakiś rarytas, ewene­ ment. Przed­stawienie dotyczy hermafrodyty­ zmu/interseksualności, które występuje i występowało od zawsze, natomiast wzbudza wstyd, strach, czasem agresję. Ta praca

A Kreacja problemu (2009)?

Ta praca jest o tyle interesująca, że wzbudza skrajne uczucia. Jak się okazało po wystawie „Ars Homo Erotica” (2010) również całkiem rozbieżne interpretacje. Nie jest to obraz afir­ mujący czy gloryfikujący. Myślę, że ta rama z igieł dosadnie zdejmuje ewentualną miłą otoczkę. Jest to przedstawienie pewnej proble­ matyczności, nieakceptacji siebie, swojej psy­ choseksualności, która nie idzie w parze z więk­ szościową heteronormą. Myślę, że nie ma sensu wymagać akceptacji dla siebie u innych, jeśli się samemu nie akceptuje, a często tak bywa. Homoseksualność wciąż jest tematem zapal­ nym, kontrowersyjnym. Ta praca jest o stłam­ szeniu, lęku i pewnym wpojonym wstydzie, powodującym brak samoakceptacji.

rzadki okaz, 2010

134

Tak są skonstruowane, aby być pstryczkiem w nos. Rzadko kiedy się zdarza, aby coś było miłe, przyjazne i bezpieczne. Często jest dru­ gie dno. Także pomimo iluzoryczności, mają w sobie dużą dawkę realności. Niektóre nie­ spodzianki są dość mocno uwydatnione, inne mniej. Osobiście, wolę te realizacje, do których się dociera, które potrafią zaskoczyć, onieśmie­ lić. Bywało, że ktoś zachwycał się czysto wizu­ alnymi aspektami, a dopiero potem dostrzegał coś, co nie pozwalało mu patrzeć na ten obraz. Może to taka moja złośliwość wewnętrzna, żeby w życiu było ciekawiej. × Anna Kubiak – rocznik 83, psycholog, doktorantka

w Instytucie Psychologii UAM. Interesuje się problema­ tyką autodestruktywności (w szczególności samouszko­ dzeń), komunikacji oraz terapii systemowej. Lubi zesta­ wiać niezrozumiałe wcześniej okruchy w sensowną całość.


tellme

never ending story, 2011

135


readme

Jedna z wielu możliw ych prz yszłości O tym czym jest i czym może być własność intelektualna

Pozytywny aspekt własności – realna możliwość wykorzystywania treści dla celów tworzenia bogatej kultury – jest być może dzisiaj najważniejszym wymiarem naszej wolności. tekst /

Maciej Konrad Borowicz 

136

ilustracje / Marta

Gliwińska


readme

Od Kasandry łapy precz!

Weź mnie... – uwodzicielsko spogląda na mnie dziewczyna z okładki TAKE ME #13. Kasandro (dziewczynie z okładki nadałem w myślach imię), nie mogę cię tak po prostu wziąć, ot tak, dla zabawy, to byłaby kradzież. Należysz przecież do kogoś, żeby cię wziąć, musiałbym cię najpierw kupić. Kupić, kupić po to, by mieć. Mieć na własność. Ale co to właściwie znaczy – mieć coś na wła­ sność? Kupując magazyn TM, kupuję wraz z nim prawo do pozbawienia innych możliwości korzystania z niego. Mogę każdemu, kto po mój egzemplarz TM sięgnie powiedzieć: łapy precz! Ale własność jest czymś więcej niż możliwością wykluczania innych z luk­ susu posiadania. Aspektem własności są też uprawnie­ nia pozytywne, inaczej mówiąc, to, co z TM mogę zrobić. Mogę z niego korzy­ stać. Tylko jak? Co mogę z nim zrobić, by nie nara­ zić się na prawem przewi­ dzianą sankcję? Przeczytać felieton, obejrzeć fotosy. A dorysować wąsy model­ kom, rozbierać je wzro­ kiem? A czy mogę te fotosy skopiować, pokazać znajo­ mym? A tekst, czy mogę wkleić na bloga, facebooka, przeredagować?

Pozytywny aspekt własności

Własność ma zatem też swój aspekt pozytywny. Jest nim realna możliwość wykorzystywania jej dla celów tworzenia bogatej kultury. Aspekt pozytywny bierze pod uwagę interesy odbior­ ców, którzy nie chcąc być tylko biernymi kon­ sumentami treści, chcą móc je przetwarzać. Przetwarzanie treści jest formą wyrazu, która pozwala nam dostrzegać związki pomiędzy naszym działaniem a działaniem innych. Bogata kultura przetwarzaniem się żywi. Prawo powinno to umożliwiać. Powinno, choć tego nie robi. Stąd bierze się sprzeciw dla prawa, które w takie rozumienie własności godzi. Porozumienie ACTA, sprzeciw, który wyprowadził na ulice tysiące młodych Polaków, dotyczy z pozoru tylko formalnych aspektów

egzekwowania prawa własności intelektualnej przez kraje zrzeszone w WTO. Ale jego znacze­ nie wykracza poza formalizm reżimu egzeku­ cji. Zapisy ACTA kształtują niefortunnie naszą wyobraźnię prawną. Nazywając i zwalczając wszystko to, co jest kopią stworzoną bez zgody posiadacza praw jako towary pirackie, cofają naszą wyobaźnię prawną do XIX-wiecznego ideału korzystania z własności w opraciu o zasadę „łapy precz!”

Rynek w służbie własności

Za tym wstecznictwem stoi argument ekono­ miczny: społeczeństwa ustanowiły dla siebie

„łapy precz!”, łatwo nie zauważyć, że to prawo własności nadaje kształt rynkom, że jest ono względem rynków pierwotne. Nie może zapo­ mnieć o uspołeczniającej funkcji własności, wynikającej z ludzkej skłonności do formowa­ nia przynależności, przywiązania, tworzenia kultury, która poprzedza wszelkie formalne instytucje prawne. Nie kupujesz TM tylko po to, żeby przeczytać i przejrzeć go sobie w sa­mo­ tności. Elementem (istotnym!) wartości jego posiadania jest możliwość dzielenia się TM z innymi. Możesz go wprawdzie pożyczyć, ale co, jeżeli chcesz podzielić się tym felietonem z wieloma przyjaciółmi? Ja piszę go po to, żeby trafić do jak największego grona odbiorców, chcę, żeby był on inspiracją, zgadzam się więc, żeby go przerabiać, robić z nim, co się chce (albo w języku creative commons – cc by sa). Ale pojawia się tu oś napięcia, którą rozumiem, jak pogodzić to, że potrzebu­ jemy siebie nawzajem, z tym, że wykluczamy się poprzez kategorię własności?

Własność jako wymiar wolności

system prawa własności tak jak dyktowały im to potrzeby, wyznaczone przez fakt, że zasoby, w tym intelektualne, na ziemi są ograniczone. Niektóre rzeczy są potrzebne bardziej jednym niż drugim (albo podobają się bardziej mnie niż tobie) i chodzi tylko o to, żeby znaleźć jakiś sposób zdecentralizowanego zarządzania nimi. Ponadto, prawo własności pozwala ludziom zachować owoce ich pracy, zachęcając ich do twórczego działania. Inaczej mówiąc, prawo własności pełni funkcję służebną względem rynku, który przy pomocy mechanizmu ceny daje nam perspektywę posiadania tego, czego pragniemy. Jak zarobisz, to sobie kupisz. W tej opowieści o pierwszeństwie rynku znaj­ duje się jednak pewne przekłamanie. Ogra­ niczając swoją wyobraźnię prawną do zasady

137

Kilka dni temu znajomy dziennikarz z Poznania napisał na swoim facebo­ oku: jakieś pół godziny po blokadzie Kaponiery przez ruch oburzonych na ACTA przejeżdżałem tamtędy autobusem, wypełnionym cielęciookimi pacholętami w musztardowych portkach od Zary, którzy z małpią uciechą trzaskali sobie swoimi ajfonami fotki w białych maskach. Był jeszcze bezzębny dziad, który mrugnął do mnie porozumiewawczo i rzekł: Byłem za komuny, jestem teraz, a co! No piękna jest ta nasza nowa Solidarność. Z porównaniem do Solidarności to może przesada. Ale solidaryzuję się z tymi protestami dlatego, że wiem, że własność nie jest tylko pojęciem prawnym. Własność jest pojęciem, par excellence, politycznym. Jest poli­ tyczna dlatego, że jest wymiarem naszej oso­ bistej wolności, ale także, ponieważ opowiada­ jąc się za określonym rozumieniem własności, wybieramy przyszłość. Jedną z wielu możli­ wych przyszłości. (cc by-sa) ×


readme

Względny luksus

Relatywność luksusu dobrze oddaje sytuacja pokazu sztuczek magicznych. Dobry trik polega na tym, żeby skutecznie odwrócić uwagę. I choć wielu z nas zdaje sobie sprawę, że jest robiona w balona, to chce być oszukiwana i czerpie z tego przyjemność. Przewrotne? Podobnie jest z luksusem. Tekst / Marta

C

zy luksusem są bardzo drogie, potwornie niewygodne buty na nogach wiecznie głodnej pani, która ubrana jest tak, żeby wszy­ scy mężczyźni świata zachodniego (i nie tylko) patrzyli na nią i podziwiali jak ruską ikonę, a reszta kobiet z zazdrością obserwo­ wała, jak oni na nią patrzą? Kobiety zachodu bardzo współczują swoim muzułmańskim ko­leżankom noszącym burki, uznając je za pokrzywdzone przez fakt, że nie mogą dowol­ nie pokazywać swojego ciała. Ciekawie i prze­ kornie zareagowała jedna z przedstawicielek tej kultury, udzielając wywiadu w filmie doku­ mentalnym poświęconym różnicom kulturo­ wym Bliskiego Wschodu. Zastanawiała się, czy kobiety Zachodu są naprawdę tak wyzwolone, za jakie się uważają? Ona współczuła im (nam), ponieważ w jej mniemaniu to ona ma lepiej. Wychodzi z domu w wygodnych butach, w komfortowych ubraniach, burka na zewnątrz jest płaszczem bezpieczeństwa i swobody. Nie musi się przejmować jak wygląda, nie czuje się gorsza i brzydsza od innych, a jak wraca do domu, to do ludzi, którzy ją kochają, i dla nich chętnie ubierze się ładnie. Swoim pięknem nie obdarowuje wszystkich, tylko wybranych – tych, którzy na nie zasługują. Prowokacja? Może, ale nie jest istotne, czy mówiła szczerze, czy z przekory, i czy to nie była podstawiona aktorka/performerka. Pokazuje to inne oblicze stereotypu, do którego przywykliśmy. Cyk, pstryk i królik w kapeluszu! Telefon jako wynalazek ma swoją długą, cie­ kawą i burzliwą historię. Zmienił nam czaso­ przestrzeń i przeobrażał się przez około 150 lat, a wraz z nim jego ekskluzywność. Bardzo cha­ rakterystyczna dla dóbr luksusowych jest kate­

Flisykowska 

ilustracjA / Franciszek

goria dostępności. Jeden telefon u sołtysa, sąsiad spod 14 ma telefon, aparat telefoniczny w każdym pokoju, słuchawka bezprzewodowa, komórka, aż doszło do przemądrzałych smart­ fonów. Obecnie to te właśnie urządzenia wywo­ łują u ludzi najwięcej objawów „technowście­ kłości”. Chorobę tę zdiagnozował Alan Cooper w swojej książce Wariaci rządzą domem wariatów. Dlaczego produkty wysokich technologii doprowadzają nas do szaleństwa i co zrobić, żeby tego uniknąć. Książka została wydana w 2001 roku, mówi więc o pierwszych symptomach tej cho­ roby, która objawia się nagłymi napadami wściekłości wywołanymi błędem lub niepożą­ danym działaniem przedmiotu posiadającego procesor. Przemądrzałe telefony, w których często funkcja „telefonu” działa najsłabiej, wzbogacają nasze życie udogodnieniami potra­ fiącymi wyprowadzić z równowagi. Jak choćby autokorekta tekstu. Bardzo skorzystała na tym branża florystyczna, ponieważ nagminnie powtarzającą się historią była ta, w której tele­ fon zmieniał imiona żon/dziewczyn na inne imię, pasujące bardziej do kochanki. W momencie gdy do naszych smyczy podłą­ czono jeszcze Internet, kategoria dostępności wzbogaciła się o kolejne narzędzie do szybkiego namierzania i nadal jest to traktowane, i też sprzedawane, jako luksus. W każdej chwili mogę wrzucić „fotę na fejsa”, złożyć niemalże osobiście życzenia moim 456. znajomym albo wracając z imprezy nocnym autobusem, kupić helikopter na internetowej aukcji. Luksus nie jest sobą, jeśli wszyscy mogą go mieć, sztuczka magiczna też nie cieszy, gdy znamy sekret. Trudno się dziwić, że największe hote­ lowe brandy biją się o miejsca na Ziemi, do któ­ rych satelita nie dociera, czyli cena miejsca z bra­

138

Sterczewski

kiem zasięgu w ostatnich latach bardzo wzro­ sła. Mieć apartament w sprawdzonym hotelu i 100% pewność, że nikt się tam nie dodzwoni, żaden MMS, SMS, e-mail, aktualizacja nie dojdą – doba w takim hotelu będzie musiała koszto­ wać odpowiednio do skali oferowanego luksusu. Jeżeli tak jest, to zupełnie nie powinno dziwić, że wiele osób stara się wytworzyć luksus z tego co ma, a dla innych jest niedostępne. Pewien polski hotelik, przepięknie to wykorzystał: W naszej ofercie znajdują się pokoje w stylu PRL z oryginalnym umeblowaniem. Jaki z tego morał? Luksus zawsze będzie się starał wymknąć nam z rąk. Jeżeli wpadniemy w obsesję gonienia za nim za wszelką cenę, nasze życie z pewnością będzie męczące i ska­ zane na porażkę, zawsze znajdzie się coś, co będzie się nam wydawać nieosiągalne. Życie bez stresu to towar deficytowy i prawdziwy luksus. Najlepiej ten stan oddaje znany cytat pewnego wyluzowanego chłopaka, który szu­ kał bunkrów i ich nie znalazł, ale nie zasmu­ ciło go to zupełnie. Jednakże dylematy doty­ czące tego, co jest prawdziwym luksusem, a co nie, chcę zakończyć innym cytatem, mniej zna­ nym, ponieważ osobistym. Brat mojej przyja­ ciółki, kiedy chodził jeszcze do podstawówki, pisał sprawdzian z biologii (oldschool, pytanie otwarte – nie test wielo­krotnego wyboru). Na pytanie: Co uważasz za groźniejsze: wirusy czy bakterie?, odpowiedział: Jest mi to obojętne. × Marta Flisykowska – doktorantka na gdańskiej ASP,

gdzie w 2010 roku skończyła wzornictwo. Zajmuje się lokalnością w projektowaniu i uwielbia rozmowy o kosmo­ sie. Działa w Pomorskim Stowarzyszeniu Projektantów „PoCoTo”. Specyficzne poczucie humoru tłumaczy przedaw­ kowaniem kreskówek w dzieciństwie.


dressme

eyes wide shut photographers / Lukas make-up / Magdalena hair / Jonatan

Dziewic & Monika Witowska

Marinkovic & Anna Piechocka

Barwiński/Bazar Konsorcjum

stylist / Wojciech models / Paulina

Szymański

Papierska & Emilia Pietras/D'VISION

140


dressme

fot. ナ「kasz Dziewic & Monika Witowska

sweter Topshop rings H&M

141


dressme

Klipsy Topshop rings H&M belt stylist’s own

fot. Ĺ ukasz Dziewic & Monika Witowska

142


dressme

fot. ナ「kasz Dziewic & Monika Witowska

dress Designer Dorota Zielonka earrings H&M

143


dressme sweter Topshop rings H&M

fot. ナ「kasz Dziewic & Monika Witowska

144


dressme

fot. ナ「kasz Dziewic & Monika Witowska

dress designer Dorota Zielonka necklace Versace by H&M ring H&M shoes Topshop

145


dressme dress DKNY necklace Wallis rings Topshop and H&M fur stylist’s own

fot. Ĺ ukasz Dziewic & Monika Witowska

146


dressme Emilia dress Topshop tights Designer Dorota Zielonka shoes Topshop bracelet Topshop Paulina dress Topshop rings H&M shoes Topshop headband H&M

fot. ナ「kasz Dziewic & Monika Witowska

147


dressme

Photographer / Karolina Stylist / Sarah Model / Diana

Cazeneuve

Sar @ Marilyn paris

Make up / Maniacha Hair / Yusuke

Trawińska

@ B4 agency

Taniguchi @ B4 agency

Our heartfelt thanks go to Jean Babptiste for allowing us to photo shoot in their apartment

148


dress Carine Ivari

fot. karolina trawińska

149


dressme

fot. karolina trawińska

top made in love jacket & shorts Carine Ivari shoes Walter Steiger

150


top Lysviamaiz skirt Carine Ivari

fot. karolina trawińska

151


fot. karolina trawińska

152


dressme

top & pantaloons Carine Ivari shoes Walter Steiger

153


dressme

154

fot. karolina trawińska

dress Emillie Renard belt Dolce & Gabbana pin Frenetik shoes Walter Steiger


dressme

fot. karolina trawińska

dress Carine Ivari

155


singapo straits Photographer 

Stylist  Clément (Clément & Clém Make up & hair  Ke (ManWomanmana Model  Kiki Kang (Man Woman man Assistant  Yali &


ore s  Leslie Hsu

t Buyi Z. ment Production Kevin Long agement) (ESEE) Nicolas nagement) & Zinn


158


dressme fot. leslie hsu

red coat Maxmara red pants Bernini birkin bag Hermès shoes Christian Louboutin earrings & bracelets Dyrberg/Kern

159


red jacket Bernini earrings, necklaces & bracelets Dyrberg/Kern

160


dressme

fot. leslie hsu

red dress Maxmara bracelet Hermès

161


red dress Maxmara bracelet Hermès earrings Dyrberg/Kern

162


dressme

fot. leslie hsu

1 63


dressme red velvet dress Labeless red shoes PennyBlack

fot. leslie hsu

164


fot. leslie hsu

shoes Christian Louboutin

1 65


dressme bracelet Hermès rings Dyrberg / Kern

fot. leslie hsu

166


bracelet Hermès rings Dyrberg/Kern

fot. leslie hsu

1 67


168


dressme red dress Labeless bracelet Hermès earrings Dyrberg / Kern

fot. leslie hsu

169


readme

Andante Comodo Ma na imię Noel. Jego babka urodziła się na Antylach,

skąd przyjechała do Europy, a konkretnie do Tyńca. Tam dopadł ją i posiadł węgierski huzar, który w ramach skruchy i zadośćuczynienia postanowił ją natychmiast poślubić. Dziecko pojawiło się dziewięć miesięcy później i było śliczną dziewczynką, w której żyłach płynęła antylska, niemiecka, francuska, koptyjska i grecka krew. tekst / ilustracje /

J

Edward Pasewicz Katarzyna Toczyńska

ej babka bowiem, a matka wspomnia­ nego huzara, była Greczynką wydaną nieco wbrew swej woli za wołoskiego hospodara Belę IV, w którego żyłach płynęła krew nie tylko ostatnich bizan­ tyjskich cesarzy, ale również nieco świetnej arabskiej krwi proroka. Był on bowiem prawnu­ kiem córki jednego Szarifa ben jakiegoś tam (pokój z nim), który po prostu był potomkiem Mahometa. Ale, co ciekawe, praprababka Beli IV, praprapraw­ nuczka hrabiego Artois i Isabel d’Albret (osiem­ nastej hrabiny Foix), była też po mieczu potom­

kinią germańskich wodzów z armii króla Teodoryka Wielkiego. A co więcej, istnieje uza­ sadnione podejrzenie, że byli to bracia jego matki Ereleuvy, czyli ni mniej ni więcej jego wujowie. Problem polega na tym, że nie wiadomo, który z nich był mężem owej kobiety, co wysłała swe mitochondria, by w końcu prapraprawnuczka mogła zostać prababką Beli IV – prezentują­ cego się podobno nadzwyczaj dobrze chłopaka wątłego w ramionach o wielkich oczach i z deli­ katnie skrywaną namiętnością do wężowych boa. Tytuł hospodara był już od dawna tylko dyplomem schowanym gdzieś w czeluściach

170

archiwum rodu. W rzeczywistości Bela był pod­ danym rumuńskiego króla Ferdynanda i zgod­ nie z zarządzeniem jego królewskiej mości musiał, jak wszyscy rumuńscy oficerowie, nosić wąsy powleczone pachnącą arabską gumą do wąsów i klasyczny pełny makijaż, łącznie z uszminkowanymi ustami. Czego podobno nie lubił, ale wziąwszy pod uwagę jego skłonność


readme

do sukienek, boa, tajnych przejść w pałacach i nieco za duże spożycie kokainy, możemy powątpiewać w to, czy naprawdę nie lubił błę­ kitnego oficerskiego munduru armii Królestwa Rumunii. Jak zrobił swoje dzieci, nie wiemy. Ale że były jego, świadczą charakterystyczne znamiona, które posiadają wszyscy jego potom­ kowie łącznie z Noelem.

Ojciec Noela miał (nim zmarł na zawał serca w klubie szachowym w Berlinie w roku 1997, dając mata niejakiemu Hansjörgowi von Falkenhausenowi) równie ciekawe pochodze­ nie. Jego dziadek bowiem był akcjonariuszem kampanii handlowych w Deutsch-Ostafrika. Ten zażywny jegomość z filuternym wąsikiem eksportował kamienie szlachetne, kość sło­ niową, miedź oraz organizował ekskluzywne polowania dla wysoko postawionych osób w Cesarstwie Niemieckim. Ponieważ jego działalność podobała się bardzo wielu osobom z kręgów uprzywilejowanych, otrzymał od księcia von Plessa przepiękny mająteczek nad rzeką Weichsel, a od samego cesarza – kilkaset hektarów gruntów wokół miasteczka Schmiedeberg, gdzie od zawsze wydobywano rudy przeróżnych metali, a też kamienie szlachetne i inne tego typu kosztow­ ności. A że był typem przewidującym (co ozna­ czało, że jego karyncki nos odziedziczony po matce) i płaty czołowe jego mózgu (jak najbar­ dziej po przodkach z włoskiej części Tyrolu) podpowiadały mu, że ukochany Kaiser na tro­ nie długo zasiadać nie będzie, tak czy inaczej trzeba inwestować w ludność miejscową. Dlatego ożenił się z panną z Schmiederbergu (Polką), która okazała się w rezultacie prapra­ babcią Noela. Prawdopodobieństwo, że na ten sam pomysł bratania się z miejscową ludno­ ścią wpadłby w Deutsche-Ostafrika (i ożenił się dajmy na to z Afroafrykanką) jest zerowe,  bowiem swojemu synowi, a ojcu ojca Noela, wpoił poglądy nacjonalistyczne i jak najbardziej zgodne z linią partii, której skrót brzmiał DAP (Deutsche Arbeiterpartei). Działał w niej

171

co prawda tylko do 1920 roku, ale dzięki temu miał zapewniony do 1945 roku święty spokój. Osiadł w rodzinnym majątku w Schmie­derbergu i kiedy ruszył program (tajny) wydobywania uranu, w który, jak się okazało, obfitowały oko­ lice, spokojnie pracował i pomagał hordom SS. Po 1945 roku, jak za dotknięciem czarodziej­ skiej różdżki, dziadek Noela znalazł się w Tyńcu wraz ze swoją polską żoną. Jak do tego doszło, nikt nie wie. Owa Polka była w gruncie rzeczy tylko półPolką, ponieważ jej ojciec był kupcem bławat­ nym (bardzo zacnym) w Schweidnitz. Z kolei jego matka była córką holenderskiego kupca Johana van de Dreverhavena ożenionego z córką barona Johana Arend de Vos van Steen­ wijka, a która to małżonka miała na imię (imiona) Susanna Gerarda Antoinetta (po ślu­ bie van der Dreverhaven) de Vos van Steenwijk. Ale to nie wszystko, ponieważ jej matka Mary Louise Florentine Heeckeren pierwsze imię zawdzięczała swojej angielskiej matce, która była dwórką na dworze Karola II Stuarta, kiedy ten przebywał jeszcze na wygnaniu. Powiadano o niej, że jest siostrą przyszłego księcia Monmouth, czyli nieślubną córką Karola II, wnuczką Karola I itd., chociaż bardziej wiary­ godne jest świadectwo, które mówi, że była córką niejakiego pułkownika Sydneya, potomka poety sir Philipa Sidneya (w prze­ ciągu lat „i” w nazwisku zmieniło się na „y”), tego, który napisał ową słynną sestynę. Jakkolwiek było, jedno i drugie pochodzenie było dość zacne. Dziadek Noela spokojnie żył w Tyńcu, spłodził syna, a ten spłodził w Krakowie Noela. Noel zaś zaczął studiować i bywać na przeróżnych imprezach i tam go dostrzegłem. Uśmiech­ nąłem się, a on podszedł i zaproponował wypi­ cie piwa. Powiedziałem, że jest niezwykle uro­ dziwy. Podziękował. A wtedy powiedziałem nieopatrznie : – To może opowiedz mi coś o sobie. I zaczęło się: – Mam na imię Noel. Moja babka urodziła się na Antylach, skąd przyjechała do Europy, a konkretnie do Tyńca. Tam dopadł ją i posiadł węgierski huzar... × Edward Pasewicz – pisarz, kompozytor, czasami impro­

wizujący pianista. Współzałożyciel KraKoTeki i Kra­ kowskiego Kolektywu Twórczego, redaktor periodyku antro­ pologicznego Gadający Pies. Mieszaka w Krakowie.


tellme

fot. Sebastian FrÄ…ckiewicz

Patrz

szpanujÄ… na wielkie miasto 172


tellme

MARCIN ADAMCZEWSKI i AGATA ŻYGAŃSKA od lutego do grudnia 2011 roku prowadzili w Wolsztynie Cafe Kultura. Po roku zamknęli lokal, bo okazało się, że mierzyli zbyt wysoko, a mieszkańców małych miast nie interesują wernisaż czy spotkanie filmowe. Zanim pomyślisz o krzewieniu kultury w małej miejscowości, przeczytaj ten wywiad. Rozmawiał /

Sebastian Frąckiewicz

173


tellme Zanim ruszyliście, mieliście jakieś kontakty z kimś z samorządu, lokalnych mediów? Z kimś, kto mógłby Wam pomóc promować lokal? Marcin: Nie,

nikogo nie znaliśmy. Zainwes­ towaliśmy w to własne środki oraz pieniądze z urzędu pracy na otwarcie firmy, te starczyły na ekspres do kawy. Nauczyłem się budowlanki w trakcie prac remontowych nad lokalem. Agata: Sami kładliśmy tynki, podłogi, futryny. Praktycznie wszystko robiliśmy sami. A staraliście się o jakąś dotację z miasta jako knajpa kulturalna? Choćby o jakiś lokal na preferencyjnych warunkach? Chcieliście założyć stowarzyszenie? Agata: Nie, nie zwróciliśmy się z tym do samo­

fot. Agata Żygańska/Marcin Adamczewski

ostatnie chwile Cafe Kultura

Jak to się stało, że postanowiliście

OK, ale jakoś szacowaliście,

założyć knajpę kulturalną

że ta Wasza knajpa będzie miała

w 13-tysięcznym mieście? Dlaczego

klientów czy robiliście wszystko

Wolsztyn i dlaczego knajpa? Marcin: Na

trzecim roku studiów filozoficz­ nych wzięliśmy dziekankę i pojechaliśmy do pracy do Edynburga. Pracowaliśmy jako tzw. manual worker, praca od godz. 6. do 14. Mieli­ śmy mnóstwo czasu, żeby uczestniczyć w życiu kulturalnym Edynburga. Wróciliśmy ze Szkocji. Po powrocie uznaliśmy, że Poznań nas już nie kręci, doszliśmy do wniosku, że nie chcemy mieszkać już w dużym mieście. Agata: Przeprowadziliśmy się do Wolsztyna, bo Poznań nas zmęczył. To smutne miasto. Wcześniej pracowaliśmy w Głośnej Samotności, więc mieliśmy spore doświadczenie w pracy w tego typu lokalu. Marcin miał mieć w Wol­ sztynie pracę. Ale tej pracy nie dostał. Marcin: No właśnie, więc skoro tak dobrze pra­ cowało nam się w knajpie kulturalnej, posta­ nowiliśmy rozkręcić własną, bo takiej w Wol­ sztynie nie było.

na żywioł? Marcin: Brakowało nam w Wolsztynie miej­

sca, do którego moglibyśmy pójść, żeby wypić kawę, wino lub dobre piwo i porozmawiać ze znajomymi, pójść na jakieś spotkanie z twórcą. Zrobiliśmy też na wolsztyńskich stronach inter­ netowych ankietę, czy ludzie reflektowaliby na taki lokal kulturalny. Agata: Sporo osób odpowiedziało, że tak, ale gdy już otworzyliśmy Cafe Kultura, te głosy nie przełożyły się na liczbę odwiedzających. Marcin: Na facebooku mieliśmy pięćset fanów. Szybko okazało się, że ludzie z Wol­sztyna to jakaś setka. Reszta to ludzie spoza miasta. I fak­ tycznie, przyjeżdżali do nas na spotkanie czy imprezy ludzie z Poznania, Zielonej Góry czy Wrocławia. We Wszystkich Świętych nie było tu gdzie usiąść – to były osoby odwiedzające rodzinne groby. Wol­sztynianie nie mogli się do nas jednak przekonać.

1 74

rządu. Chcieliśmy być w pełni samodzielni, nie mieć żadnego długu wdzięczności u lokalnych władz. Baliśmy się starać o pieniądze z Unii, bo w chwili, kiedy mogliśmy je wziąć, istniał taki wymóg, by działalność funkcjonowała przez określony czas. Dla nas było to zbyt duże ryzyko. Gdyby się nie udało, musielibyśmy dotację unijną zwrócić. Czy gdy otwieraliście Cafe Kultura zainteresowały się tym lokalne media? W takich miastach jak Wolsztyn nie ma zbyt wielu atrakcji, koncertów, wystaw… Agata: Wysyłaliśmy newsy do prasy lokalnej

(wszystkich trzech tygodników), telewizji, na wolsztyńskie fora internetowe. Trafiliśmy do Spacerownika Wielkopolskiego, Gazety Wyborczej. Marcin: Trudno było się przebić z informacją o wydarzeniach w tych tygodnikach. Za każ­ dym razem, gdy coś robiliśmy, słaliśmy e-maile. Odzew był bardzo słaby. W Telewizji „Karat” zrobiono z nami materiał kulinarny (śmiech), a o samej knajpie i wydarzeniach kulturalnych nie chcieli nic powiedzieć. Agata: W Gminnym Centrum Informacji też po jakimś czasie nie chciano umieszczać new­ sów o naszych imprezach. Dlaczego? Marcin: Zostaliśmy „zbanowani” po tym, jak

nie udała nam się współpraca z dziewczynami, które tam pracowały. Miały dla nas prowadzić poranki z dziećmi, ale trochę się do tego nie nadawały. I zrezygnowaliśmy ze współpracy. Od tego czasu ani słowa w GCI nie dało się zna­ leźć: ani o porankach (z innymi prowadzącymi), ani o wernisażach, ani o koncertach. Agata: Co ciekawe, np. Gazeta Lubuska pisała tylko o tych imprezach, na które był wstęp wolny. O płatnych już nie.


tellme Gdyby podobnie postępowały media w Warszawie czy Poznaniu, to nie miałyby za bardzo o czym pisać… Agata: Też

mnie to dziwi, bo tutejsze media nie mają zbyt wielu tematów. Marcin: Mieliśmy także na przykład taką śmieszną sytuację, kiedy robiliśmy stand up comedy. Otrzymaliśmy telefon z Dnia Wolsztyń­ skiego, dodatku Głosu Wielko­polskiego, abyśmy napisali dla nich relację z naszego wieczoru kabaretowego i jeszcze dosłali zdjęcia. Relację z organizowanej przez siebie imprezy? Marcin: Dokładnie tak (śmiech). Napisaliśmy

ją i poszło do druku. A próbowaliście zrobić konferencję prasową dla lokalnych dziennikarzy z okazji otwarcia lokalu?

Ile koncertów, spotkań i wernisaży, wieczorów filmowych zrobiliście

fot. Agata Żygańska/Marcin Adamczewski

Marcin: Wątpię, żeby ktoś przyszedł. Tak jak mówiłem Ci wcześniej. Za każdym razem, gdy coś organizowaliśmy, pisaliśmy i wydzwania­ liśmy do dziennikarzy – odzew śladowy. Agata: Przed wyborami parlamentarnymi robi­ liśmy cykl spotkań z politykami. W każdą środę, sobotę i niedzielę września mieliśmy tu cieka­ wych gości: m.in. Adama Szejnfelda, Filipa Libickiego. Również zero odzewu z wolsztyń­ skich mediów. Jedyna redakcja, która regular­ nie z nami współpracowała przez cały czas dzia­ łania lokalu, to portal Echa Okolic. Wprawdzie redakcja jest z Grodziska, ale piszą też o Wol­ sztynie. W ogóle te spotkania cieszyły się małym zainteresowaniem wśród wolsztynian. A przecież Polacy są totalnie rozpolitykowani. W tym samym czasie na wolsztyńskim forum wrzała dyskusja na temat wyborów.

ostatnie chwile Cafe Kultura

nasi sąsiedzi dzwonili na policję, choć zawsze uprzedzaliśmy, że będziemy głośniej grać. Policja przyjechała nawet na „Silent Disco”. Dlatego robienie wydarzeń muzycznych w naszym wypadku było problematyczne.

w Wolsztynie? Marcin: W sumie, gdybyśmy mieli policzyć od

Nie myśleliście, żeby zmienić profil

chwili startu, czyli od lutego 2011 roku, będzie ok. 100 większych i mniejszych wydarzeń. Czasami frekwencja nas dobijała. Kiedyś razem z wydawnictwem Zysk i S-ka zrobiliśmy spo­ tkanie z autorką książki o kawie. Tematyka lekka, autorka fajna. Ale gdy zobaczyliśmy, jak mało ludzi przyszło, to dzwoniłem do swoich rodziców z prośbą, żeby się pojawili i robili za publikę, bo było mi głupio, że fatygowaliśmy autorkę z tak daleka. Agata: Stand up comedy robiliśmy dla 30 osób. To było naprawdę dużo. Marcin: Przez cały listopad i grudzień robili­ śmy co tydzień imprezy muzyczne, sety DJ-skie i na to przychodził tłum ludzi. Nie można było tu się wcisnąć. Ale niemal za każdym razem,

lokalu z kawiarni na klub muzyczny? Marcin: Impreza raz w tygodniu nie utrzyma Ci lokalu. Częściej nie zrobisz, bo sąsiedzi marudzą, a ludzie w ciągu tygodnia chodzą do pracy. Poza tym nie chcieliśmy robić klubu muzycznego, tylko knajpę kulturalną. Wierzy­ liśmy, że ludziom czegoś takiego brakowało. Agata: Ale szybko się nauczyliśmy, że ludzie dużo mówią, a potem jak przychodzi co do czego, to nie przyjdą, bo albo zimno, albo mecz w tele­ wizji. Pokazy filmów dokumentalnych okazały się też nieciekawe dla mieszkańców Wolsztyna. Nawet darmowe „Niedzielne Poczytanki” dla dzieci nie wypaliły, choć przecież tutaj ludzie mają dzieci, dla których atrakcji zbyt wielu nie ma. Tylko na kilku pierwszych spotkaniach była

175

duża frekwencja . I choć dzieciaki wychodziły totalnie zadowolone, z czasem ich liczba malała. Marcin: Niestety, ci bardziej świadomi i majętni rodzice z Wolsztyna zamiast przyjść na poranek, by poczytać książkę, zabierają dziecko do centrum handlowego do Poznania czy Zielonej Góry. Byliście konkurencją dla lokalnego domu kultury?

Dom Kultury w Wolsztynie przez ostatni rok miał taki repertuar, że nie wiedzia­ łem, na co się wybrać (śmiech). Może gdybyśmy zamiast kawy serwowali pizzę, kebab i mocne alkohole, których nie mieliśmy, to byłoby wię­ cej osób. Nie trafiliśmy w gusta kompletnie. Ten brak mocnych alkoholi to niestety mógł być klucz do naszej porażki.Mieliśmy dobre relacje z wicedyrektorem Domu Kultury. W zamian za bezpłatne rozlepianie naszych plakatów i poży­ czanie drobniejszego sprzętu byli na tych pla­ katach wymieniani jako współorganizatorzy. Natomiast dyrektor Domu Kultury miał tyle Marcin:


tellme

fot. Maciej Bogaczyk

Wernisaż w Cafe Kultura

na głowie, że nigdy nas nie odwiedził, choć dzie­ liło nas od jego biura ok. 50 metrów. Nawet w małym mieście są ludzie, którzy chcą coś robić poza piciem. Chyba że Wolsztyn jest wyjątkiem? Agata: Kiedyś przyszła do nas dziewczyna z liceum i chciała robić spotkania femini­ styczne. Zrobiliśmy pierwsze. Z liceum nikt nie przyszedł. Pojawiły się dwie studentki, które stwierdziły, że więcej nie będą mogły wpaść, bo spędzają większość czasu w Poznaniu. Marcin: Nawet spotkania z fotografią przycią­ gnęły pięć osób. Podobno dziś każdy fotogra­ fuje. Przez jakiś czas mieliśmy dzielną grupkę maturzystów, która po wakacjach wyjechała na studia.

jako obcy. Około trzech miesięcy przed zamknię­ ciem weszło dwóch facetów. Jeden pod nosem burknął: Patrz, szpanują na wielkie miasto, i wyszli. Marcin: Innym razem ktoś w żartach, ale żarty też o czymś świadczą, pytał, czy wchodząc do nas, ma założyć kapcie. Poszła o nas taka fama, że zrobiliśmy w Wolsztynie hipsterskie miejsce, a nie ma tu hipsterów (śmiech). My nigdy o sobie jako o hipsterach nie myśleliśmy. Chcieliśmy zrobić ciekawą kawiarnię, z ofertą kulturalną, a nie dom kultury albo restaurację, nie można było u nas wypić wódki, tylko wino i piwo. Nie wyszło. Często ludzie w małych miejscowościach narzekają, że nic się nie dzieje, nie ma gdzie wyjść i brakuje oferty kulturalnej. Ale z naszego doświadczenia wynika, że to nieprawda.

ambitnych ludzi do większego miasta.

studiach wiele osób wraca. Tylko nie wiem, co robią ci ludzie w wolnym czasie. Marcin: Mnie dziwi, że na te wszystkie spo­ tkania, imprezy kulturalne nie przychodzili licealiści. Pewnie wolą siedzieć na Facebooku. Agata: Poza tym brakiem mocnych alkoholi może też wystrój Cafe Kultura nie pasował do klimatu Wolsztyna. Byliśmy trochę traktowani

Agata Żygańska, Marcin Adamczewski – absolwenci

filozofii na UAM w Poznaniu. Pracowali w Głośnej Samot­ ności w Poznaniu, po studiach przeprowadzili się do Wolsz­ tyna, gdzie postanowili założyć lokal o podobnym profilu o nazwie Cafe Kultura. Po niespełna roku musieli go zamknąć. Zorganizowali w tym czasie blisko 100 imprez (spotkania autorskie, wieczory filmowe, koncerty, poranki

Co będziecie robić po zamknięciu

dla dzieci, imprezy kabaretowe, wernisaże). Okazało się,

Cafe Kultura?

że mieszkańcy Wolsztyna nie byli zainteresowani ani

Wyprowadzamy się pod Gorzów Wielko­polski. Pójdziemy normalnie do pracy, nie będziemy pracować już siedem dni w tygo­ dniu, tylko pięć. Będziemy znowu odbiorcami kultury, a nie jej animatorami. W ogóle jest tak, że w Wolsztynie ludzie lubią jeździć do dużego miasta, ale dla nich jego symbolami są centrum handlowe i drogi samochód. Chcie­liśmy zrobić trochę taki miejski lokal w Wolsztynie. Czegoś takiego nie było. I dlatego myśleliśmy, że będzie

kawiarnią, ani ofertą kulturalną. Wyprowa­dzili się z Wolsz­

To problem klasycznego dryfu bardziej Agata: Niby tak, ale podobno do Wolsztyna po

to atrakcyjne. Okazało się, że nie. Dziś gdybym jeszcze raz miał zakładać knajpę, obowiązkowo wprowadziłbym mocny alkohol i kotlet. Ale wia­ domo, mocny alkohol, to mocne wrażenia i dziwne klimaty. My chcieliśmy za to klimatu kulturalnego. I dlatego musieliśmy się z Wolszty­ nem pożegnać. Mimo wszystko, nie żałujemy, że podjęliśmy się realizacji takiego projektu, szkoda tylko, że nie przetrwał on próby czasu. ×

Marcin:

176

tyna. Dziś mieszkają pod Gorzowem Wielkopolskim. Sebastian Fr ąckiewicz – dziennikarz kulturalny,

copywriter, a także krytyk komiksowy Przekroju i Tygod­ nika Powszechnego. Publikował również w Polityce, Newsweek Polska, Lampie, filmweb.pl. Bywa scenarzystą komiksowym (jednoplanszówki dla Focus Historia). Mieszka i pracuje w Poznaniu. Prowadzi blog www.podchmurka.blogspot.com


readme

Luxury Porn Schyłek epoki Golden Age of Porn przypada na początek lat 80. Kino dla dorosłych zostaje zastąpione taśmą VHS. Chciałoby się rzec: coś się kończy, a coś zaczyna. Kształtująca się od 1980 roku nowa popkultura rezygnuje z ambicji zmiany świata i rewolucji na rzecz dobrej zabawy, luksusu, narkotyków i disco. tekst /

Agnieszka Okrzeja

R

osnąca sprzedaż videoprodukcji powoduje, że twórcy porno mają do dyspozycji większe niż kiedy­ kolwiek budżety na realizację nowych ekranizacji. Stać ich na wynajęcie posiadłości, korzystają z drogich samochodów, prywatnych śmigłowców, nagry­ wają zdjęcia na całym świecie. Przeło­mowy moment w branży porno pokazuje film Insatiable (1980) wyreżyserowany przez Stu Segalla. To jeden z najpopularniejszych i kaso­ wych filmów tego okresu z czołową obsadą aktorską. W roli głównej Marilyn Chambers jako bajecznie bogata i wzięta top modelka Sara. Aktorka znana widowni między innymi z kul­ towego filmu Behind the Green Door (1972). U jej boku można zobaczyć kolejną ważną oso­ bowość Golden Age of Porn, Jessie St. James, która wcieliła się w rolę Flo – przyjaciółki i życiowego doradcy Sary. Męska obsada Insatiable to aktor i producent John Leslie oraz Richard Pacheco, David Morris, Mike Ranger i legendarna, a zarazem tragiczna postać zło­ tego okresu przemysłu porno, John Holmes. Był to jeden z ostatnich filmów, w których zaan­ gażowano aktora działającego na granicy prawa z powodu nadużywania narkotyków. Insatiable to film, którego twórcy przywiązali dużą rolę do fabuły – to ona warunkuje zbliżenia seksu­ alne między bohaterami, a nie na odwrót.

stopklatki z INSATIABLE

178

Insatiable ogląda się jak erotyczny film fabu­ larny, ponieważ ma ciekawą konstrukcję nakła­ dających się na siebie różnych rzeczywistości. Sceny wspomnień głównej bohaterki – podróż do Londynu, obrazy tętniącej życiem metropo­ lii, pierwsza inicjacja seksualna z ogrodnikiem na stole bilardowym w rezydencji jej ojca (uznana przez krytyków za dość brutalną) – przeplatają się z aktualnymi przygodami Chambers – sceną seksu w jacuzzi z Sereną, którą główna bohaterka odbiera z lotniska pry­ watnym śmigłowcem, ujęciami z młodym dostawcą zabranym przez Sarę podczas prze­ jażdżki Ferrari. W Insatiable pojawiają się też obrazy o charakterze teatralnym. Tak reżyser postanowił przedstawić wszystkie sceny mastur­ bacji Sary. Począwszy od sceny otwierającej, w której bohaterka leży w ciemnym pomiesz­ czeniu jak na stole ofiarnym, skończywszy na scenie końcowej, w której u jej boku pojawiają się Morris, Leslie, Ranger i Jessie St. James. Osta­t nia scena filmu należy do Chambers i Holmesa. Jego obecność w kulminacyjnej sce­ nie ma wymiar symboliczny. Nienasycona boha­ terka w wyobrażeniach przywołuje Holmesa i traktuje go jako ostateczną próbę zaspokoje­ nia seksualnych rządzy. Z powodu złej kondy­ cji Holmes nie jest już w stanie osiągnąć peł­ nego wzwodu, gra więc bardziej siebie jako sym­ bol odchodzącej dekady niż dobrego kochanka. ×


Jan uary m isiak’s

179


readme

Epopeja cyfrowego emigranta Oczekiwanie na nadchodzące tytuły to stały element świata gier video. Chociaż kolejna odsłona GTA nie ukaże się w 2012 roku, wszyscy i tak będą się na nią nakręcać.

R

ockstar Games to firma, która na grach video potrafi zarobić dosko­ nałe pieniądze, a do tego wypusz­ cza na rynek kapitalne tytuły. Ta druga sztuka udaje im się wła­ ściwie z kilku powodów: potrafią konstruować otwarte, dopracowane i spójne światy, wciąga­ jące fabuły i nie traktują dorosłego gracza jak idioty. Szczególnie ta ostatnia cecha Rockstar Games jest niezwykle cenna, bo takiego podej­ ścia w branży gier video (a dokładnie w main­ streamie tej branży) ciągle brakuje. Po publi­ kacji pierwszego trailera GTA V w sieci inter­ nauci szybko zaczęli tworzyć tzw. fake game­ plays (czyli fałszywe zapisy z rozgrywki) i wrzu­ cać je na youtube. Szkoda tylko, że nie są one najwyższych lotów. Tak czy inaczej, każdy gracz zachodzi w głowę, co też wykombinuje Rockstar Games, by przebić GTA IV, która wbrew temu, co mówią ludzie z telewizorów, nie była grą o kradzieżach samochodów i strzelaninach na ulicy. Oczywiście te dwa elementy w rozgrywce występują, ale o wiele ważniejsze jest to, co jej twórcy chcą nam powiedzieć o współczesnej

tekst /

Sebastian Frąckiewicz

ilustracje / Amadeusz

Mierzwa

Ameryce. A mówią nam to poprzez samą kon­ strukcję i mechanikę tej gry, podgryzając mito­ logię Nowego Świata. Główny bohater GTA IV, Niko Bellic, to emigrant z byłej Jugosławii, który posługuje się cudownym „Russian English” i szusuje po ulicach Liberty City (czyt. Nowego Jorku) w gustownym, kreszowym dre­ sie. Przyjechał do Ameryki, by zostawić za sobą przeszłość, i tak jak wielu emigrantów łudzi się, że ma ocean możliwości i sukces w zasięgu ręki. O emigranckich marzeniach powstały nie­ jeden film, powieść czy reportaż, wystarczy wspomnieć o Wyspie klucz Małgorzaty Szejnert. Ale w przeciwieństwie do zamkniętych fabuł, jedynie gra video daje nam możliwość samo­ dzielnego uczestniczenia w tej demitologiza­ cji. Szybko okazuje się bowiem, że Niko Bellic nie może osiągnąć w USA sukcesu normalną pracą – mechanika gry nie oferuje nam takich możliwości, poza mało efektywną pracą tak­ sówkarza. Nie pójdziemy na studia, nie dosta­ niemy roboty na Wall Street ani w korporacji. Niko jest nielegalnym emigrantem, czyli czło­ wiekiem drugiej kategorii, jego „rozwój” wie­ dzie jedynie przez przestępczy półświatek, nie­

180

zwykle barwny, złożony z Rosjan, Irlandczyków, Włochów i Afroamerykanów. Rockstar Games nie pozostawia nam żadnych złudzeń – nie dla nas kawior, szampan i biały domek na przed­ mieściu. Nie dla psa kiełbasa. Mechanika gry prezentuje nam jeszcze kilka innych ciekawych smaczków. Liberty City to właściwie miasto policyjne. Jeśli coś przeskrobiemy, będą nas ścigać. Tyle że w gorszych dzielnicach dość powoli, w śródmieściu – bardzo gorliwie. W końcu bezpieczeństwo zamożnych jest waż­ niejsze niż ochrona biedoty w getcie. Gdyby pozbawić GTA IV pościgów, kradzieży aut i strzelanin, zostaje nam świetna opowieść o emigranckiej Ameryce, zamkniętych, odizo­ lowanych od białych protestantów społeczno­ ściach. Mam nadzieję, że gdy zeskrobiemy wierzchnią warstwę akcji z GTA V, otrzymamy równie ciekawą historię. Może coś o amery­ kańskim kryzysie i pierwszym tąpnięciu fun­ damentów światowego imperium? Kto wie? × Amadeusz Mierzwa – ilustrator z krainy węgla

http://aaaghr.com


re adme / shorts

Tyrania Euro 2012 TEKST / Sebastian Frąckiewicz COPYWRITER, DZIENNIKARZ KULTURALNY

Jeszcze nie zaczęło się piłkarskie „święto”, a już mam go serdecznie dość.

Doskonale pasujący sweterek TEKST / Sebastian Frąckiewicz TO TEN SAM SEBASTIAN

Historia o tym, jak idąc na zakupy, doszedłem do wniosku, że zaczynam się starzeć.

N W

chwili, gdy czytają Państwo te słowa, władze wszystkich polskich miast, które postanowiły zainwestować (czy­ taj: wyrzucić w błoto) pieniądze swoich podatni­ ków na nowoczesne ośrodki kultury piłkarskiej zwane stadionami (zgodnie z ustaleniami Unii sport to również kultura), będą niezwykle inten­ sywnie propagować swoją politykę radości. Radość bowiem spadła z nieba na polskie miasta. Radość odliczania. Odliczania miesięcy, tygodni i dni do godziny zero, kiedy zjedzie się do nas europejska elita intelektualna docenić piękno, zabytki, bogac­ two kulturalne miast samego serca Europy. To przecież dla nas tak wspaniała promocja, której korzyści będziemy liczyć przez lata. Właściwie dopiero wtedy, gdy docenią nas kibice, naprawdę poczujemy się częścią Unii Europej­skiej. Będą o nas pisać, jacy jesteśmy gościnni, uśmiechnięci, jakie mamy tanie piwo, smaczną kiełbasę i łagodną poli­ cję. Nie to co w Niemczech. I ta europejska elita intelektualna, z trudem wymawiająca nazwy naszych wspaniałych miast, wróci do nas na pewno. Tak jak przez lata wracała do Krakowa, by sobie puścić pawia na rynku. Radujmy się zatem „piłkarskimi emocjami”, bo to niesamowita szansa, by wyleczyć europejskie kompleksy polskich władz w stolicy i na prowincji. Ta kuracja lecząca kom­ pleksy jest jednak cholernie droga. Freud by tyle nie skasował, nawet gdyby miał leczyć wszystkich członków rządu i samorządów. Pojęcia tylko nie mam, dlaczego tę formę leczenia trzeba radośnie nazywać p­romocją Polski. ×

ie warto iść do sklepu w czasie posezo­ nowej wyprzedaży po tak banalną rzecz jak zimowa czapka. Traci się zbyt wiele czasu, przebijając się przez ekstremalnie zdeter­ minowany i waleczny tłum. Ale warto iść do sklepu w tym okresie, by dowiedzieć się czegoś o sobie. W tym roku zrozumiałem, że trochę się jednak zestarzałem, niektórych spraw nie ogarniam i choć dziś są zwykłe, mnie wydają się nie do końca normalne. A było tak. Jestem w sklepie pewnej taniej, ale modnej sieci odzieżowej uwielbianej przez nasto­ latki. Dział męski. Wieszak czapkowo-szalikowy. Słyszę za sobą głosy: Chłopaki, Jezu, jaki super sweterek, No modny, pasowałby ci do butów, Ogarnij tę marynarkę. Super, ale gdzie ja w tym pójdę. Warto mieć coś takiego w szafie itd. W pierwszej chwili myślałem, że to nastolatki płci żeńskiej, które pomyliły piętra. Ależ skąd. Grupka chłopców (na oko 15-16 lat) ryła w wieszakach i stosie ciuchów jak ich rówieśnice i naradzała się, kto z nich w czym modnie wygląda. Stop. Staram się przy­ pomnieć sobie, jaki miałem stosunek do mody i ciuchów, gdy byłem w ich wieku. Otóż, nie mia­ łem żadnego stosunku, a nikt z moich kolegów nie byłby mi w stanie powiedzieć, czy sweterek będzie pasował do butów. Przeżyłem swoją nasto­ letnią głupawkę w czasach (nie tak odległych prze­ cież), które pod tym względem były proste: jeśli byłeś metalem, kupowałeś glany i koszulkę Sepultury (znajomość składu obowiązkowa), jeśli hardcore’owcem – trampki i bluzę z kapturem. Kupowałeś nie ubrania, ale uniformy, które iden­ tyfikowały cię z daną grupą. Nie musiały być modne, do niczego pasować, dobrze leżeć. Na zakupy szło się wtedy, kiedy pojawiały się dziury i przetarcia. Zakupy były koniecznością, a nie roz­ rywką. Jak dobrze, że nie muszę być dziś mod­ nym nastolatkiem. ×

182


re adme / shorts

Biało to widzę

wyprzedaż totalna TEKST /

TEKST /

Agata Ziółkiewicz

NIEUSTAJĄCO BLOGUJE: ILIKEDESIGN.BLOX.PL NA POCZĄTEK

Edward Pasewicz

PISARZ, KOMPOZYTOR, CZASAMI IMPROWIZUJĄCY PIANISTA

N

o to mam wizję. Pan prezydent Grobelny (poznański prezydent) z dumą obwieścił, że otwarte zostaną w Poznaniu nowe cen­ tra handlowe. I teraz Poznańczyk będzie miał 1200 metrów kwadratowych powierzchni handlo­ wej. Każdy! – O cholera! – pomyślałem. – Ale fajnie. A z drugiej strony gdzieś w okolicach płatów skro­ niowych zaczęła rodzić się wizja totalna. Ognista. Poczułem się nagle jak pewien kuternoga, kiedy ogłosił wojnę totalną. To może gdy już jesteśmy na takiej pięknej drodze, drodze budowania wszędzie centrów handlowych, to idźmy dalej. Po co nam miasta? Miasta są zapyziałe i staromodne. Zróbmy z nich centra. Wybudujmy dachy, na ulicach połóżmy wykładziny, sypialnie przenieśmy do pod­ ziemi, a wszystko, wszystko, zamieńmy w punkty usługowe i sklepy. Ale nie tylko jedno miasto. Wszystkie. Cały kraj. A potem dalej i dalej, za morze, a nawet może i za planetę. Teatry można z powo­ dzeniem zamienić na sklepy z butami albo Starbucksy. Niech ludzie nie nadkładają drogi. Starbucks powinien być co 40 metrów. Pomyślałem, że w takim centrum, gigantycznym, handlowym, nie może dochodzić do wojen i rewolucji. Mogą co najwyżej nastąpić przeceny i wyprzedaże. Zamiast wojny – totalna wyprzedaż. Zamiast krwawej rewo­ lucji czy tam przewrotu – obniżka cen. Czy to nie piękne? I wszystkich agresywnych typów, którym testosteron wylewa się uszami, kierujemy do gabi­ netów tajskiego masażu. A tych o odmiennych orientacjach seksualnych wysyłamy do pornokin i dark­roomów. Szczęście i miłość. Cuda, panie, cuda. Dlatego apeluję do sumienia, wątroby, trzustki, płuc, kości, a nawet śledziony prezydenta Grobelnego: Panie prezydencie! Nie trzy nowe centra handlowe. Nie! Co najmniej sto, i to tylko na początek. W tym roku! ×

B

iały to nie kolor. Może dlatego budzi niechęć i niedobre sko­ jarzenia. Szpital, pustka, izolacja. Białe wnętrza nie są zbyt lubiane. Wręcz przera­ żają. Wiem coś o tym. Za każdym razem gdy na blogu pokażę przepiękne białe wnętrze, odzywają się głosy protestu. Że niepraktyczne. Że kto to będzie sprzątał i tak dalej. Ale ja słyszę też żal, że chciałabym, ale nie mogę, to niemożliwe, bo dzieci, pies, mąż... bo co ludzie powiedzą? że mam za dużo czasu, by sprzątać bezustannie? Ta obsesja porządku, sprzątania – to mi wygląda na jakiś gigantyczny polski problem. Nie lubimy porządków, a przecież to też sposób na stwarzanie świata, w dodatku tego najważniejszego – naszej własnej przestrzeni. Jest nam źle, niewygodnie, depresyjnie i smutno. Ale nie pomyślimy, że być może winny jest paskudny kolor ścian, w jakich żyjemy. Biel to wyzwanie, prowokacja. Biel wzywa do działania lub wręcz przeciwnie – do zaprzestania działań i kontemplacji. I być może w tym właśnie jest problem. Rozbiegani i zabiegani w dzisiejszych czasach nie potrafimy się zatrzymać. Nie lubimy tak naprawdę świeżości nowego miesz­ kania lśniącego bielą. Nie lubimy nawet białych ubrań, bo kojarzą się z egzaminacyjnym stresem lub czymś oficjalnym i z założenia sztucznym. Biel nie daje nam luzu. Zmusza wciąż do tego, by się kontrolować. By sprawdzać siebie, innych i te cholerne białe ściany. I jakie to szczęście, że pod­ łogi w naszym domu mamy ciemne! A może by tak polubić biel? Proponuję prowokacyj­ nie i rewolucyjnie. Porzucić na czas jakiś wszelkie inne kolory i wzory. Dość pstrokacizny, dość dyktatu kolorów. Uporządkuj swoją przestrzeń, postaw na biel. Poczuj się dobrze. ×

183


re adme / shorts

Not for individual resale TEKST /

numerek TEKST /

Kajetan Hajkowicz

DO SŁOWNIE ON

Łukasz Saturczak

DOKTORANT, WOLNY STRZELEC, LEŃ, WROCŁAWIANIN Z GALICJI

Z

wariowaliśmy. Razem z dziewczyną. Do końca. I nic nie wskazuje, że cokolwiek nam pomoże. Żadne panaceum. Prze­padło, choć ciągle tłumaczę to modą. Czymś, co przecież prze­ mija. Oby nie powstał z tego ponadczasowy styl. O co chodzi? Snobizm, niestety. Wegetarianizm? Nie. Kupowanie w lumpeksach? Już od dawna w tym siedzimy. Jest znacznie gorzej i zaczęło się na gwiazdkę, kiedy dostałem od siostry pióro (Pisarz musi mieć – powiedziała. Taaa – odpowiedziałem). Oczywiście, myślałem, że stalówka złamie się na wstępie, ale (stan na początek stycznia), jeszcze się trzyma, choć, rzecz jasna, używam rzadko (jestem dzieckiem epoki komputera). Nie minęła godzina, kiedy zadzwoniła do mnie Magda (dziewczyna), chwaląc się, jaki ona dostała prezent. Majtki i skarpetki? – pytam, bo wydaje mi się, że to ogólnopol­ ska tradycja. Nie, idioto – odpowiada. – Maszynę do pisania. No to jesteśmy straceni, myślę. Po dwóch tygodniach (w moje urodziny) otrzyma­ łem kolejny prezent – fajkę. Prawdziwą, wyprodu­ kowaną w Przemyślu, drewnianą fajkę. Maszyna, fajka i pióro w mieszkaniu (ponad stuletnia kamie­ nica) to już jednak przesada. Nie wiedziałem jed­ nak, że najgorsze przede mną. Listonosz, który dzwoni częściej niż dwa razy (musi mnie obudzić), przyniósł wielką przesyłkę ważącą chyba z dwa kilo­ gramy. Rozpakowuję – ech, Joyce. Pierwsze polskie tłumaczenie liczącej ponad 600 stron powieści Finnegans Wake. Mówi się o niej: najsłynniejsza książka, której nikt nie przeczytał. Tak, czytając te słowa, wyobraźcie sobie teraz: wio­ sna, siedzę biedny, z fajką w gębie, choć język pie­ cze, ale dawać po sobie poznać nie mogę, bo wstyd. W wielkim swetrze (prezent, a jakże). I czytam od przeszło dwóch miesięcy tego biednego Joyce’a, a Magda wali w maszynę dzień i noc, co chwilę się myląc, bo układ klawiatury nieco inny niż w lapto­ pie i trudno się przestawić. Jaki z tego wniosek? Czytajcie kryminały, palcie papierosy i, jak musicie, piszcie tylko na kompute­ rze. Zdrowiej. Ciszej. Zdecydowanie. ×

J

edziemy z Kaśką kradzionym autem, bo postanowiliśmy robić wszystko to, na co mamy ochotę. Dajemy gazu przez dzielnicę pijaństwa i rozpusty, bo to do nas pasuje. Jest super, ale ja muszę iść siusiu. Zatrzymujemy się, wchodzimy do bramy, a tam spotykamy świet­ nych ludzi, którzy też jak chcą, to kradną auta. Śmiejemy się razem, jeden daje mi kuksańca, co jest miłe, ale poryczałem się jak baba. Jak mi prze­ szło, pytamy ich, na co mają ochotę, a oni, że na napoje. Na to my, że też. A na to oni, że mamy zapewnić. Na co my, że nam dwa razy nie mówić, że jak już mamy na coś ochotę, to jak z bicza strze­ lił. Tacy ważni jesteśmy, że boki zrywać, wsia­ damy do auta i postanawiamy zrobić napad, bo nie mamy kasy. Kaśka planuje, bo jest w tym dobra, a ja nic nie robię, bo jeszcze czuję, że ważny jestem. Tak wspaniale się z tym czuję, aż mam monstrualną erekcję. Pokazuję ją Kaśce, a ona oczywiście ma pomysł. Podjeżdżamy na ręcznym pod Napojowy, Kaśka mi komplementy mówi takich jakich jeszcze w życiu nie słyszałem, bo jest moją przyjaciółką i zależy jej na erekcji. Wbiegamy do Napojowego, straszymy wszyst­ kich moim przyrodzeniem, że za chwilę go użyję. Wszyscy są przerażeni, bo boją się seksu. Kaśka krzyczy, że wspaniały jestem, że ważny, by pod­ trzymać naszą broń na duchu, zgarnia towar i wra­ camy. Szybki numerek. W bramie są z nas dumni, klepią nas po plecach, że świetnie, że nigdy nie byli tak zadowoleni. Kurcze, chcemy zostać, ale musimy uciekać. Buzi na do widzenia i już nas nie ma. Takie życie. ×

184


bo kochamy Warszawę

bo kochamy Poznań

J

esteśmy dumni, że potrafimy, jesteśmy dumni z tego, co tworzymy, bo są tacy, których warto podziwiać – pod takimi hasłami powstaje przewodnik Euro know how – lifestylowy album o pol­ skich miastach, w których będą rozgrywane mecze podczas Euro 2012. Euro know how to przewodnik o stylu życia Polaków, którzy podróżują, tworzą, mają ambicje i wierzą, że można. To książka o miejscach, z których jeste­ śmy dumni i które chcemy pokazać innym. Inspiracją do stworzenia przewodnika Euro know how było pragnienie kibiców, by zobaczyć i przeżyć coś więcej niż tylko piłkarskie emocje. Album ma być pozycją, którą zachowamy, która zainteresuje odwiedzających Polskę jej kulturą, kuchnią i polskim stylem życia. W książce godne polecenia miejsca z czterech polskich miast zostały podzielone według ścieżek – beauty, fashion, nightlife oraz ścieżki kultu­ ralnej. Selekcji miejsc w Euro know how doko­ nywały redakcje polskich magazynów: TAKE ME w Poznaniu, INSTYLE w Warszawie, Trendy Art of Living w Gdańsku oraz Men’s Health we Wrocławiu. Premiera przewodnika już na początku kwietnia, nie możemy się doczekać, bo kochamy Warszawę, Poznań, Wrocław i Gdańsk! ×

bo kochamy Wrocław

bo kochamy Gdańsk

jesteśmy dumni, że potrafimy

jesteśmy dumni z tego, co tworzymy

bo są tacy, których warto podziwiać 188


readme

189


ta k e m e bac kstag e

movie steals backstage /

Ela Korsak

Villi Favard

Nowa siedziba Polimody, event w trakcie Pitty Uomo Vestirsi da uomo – ubrać się za mężczyznę pod kierownictwem artystycznym Marca Ascoli.

190


ta k e m e bac kstag e

waiting for a call backstage /

Jasmin Derome

bon chic bon genre backstage /

Klaudyna MĹ‚ynarska

191


stockist

creators

Alberta Ferretti www.albertaferretti.com

GAT RIMON www.gatrimon.com

Rina Cossack www.rinacossack.com

Zuzanna Skalska www.vanberlo.nl

Franciszek Sterczewski f.sterczewski@gmail.com

AMERICAN APPAREL www.americanapparel.net

Gino Rossi www.gino-rossi.com

River Island www.riverisland.com

Piotr Stokłosa www.piotrstoklosa.com

Łukasz Dziewic www.facebook.com/ lukasdziewicphotography

ANNELISE MICHELSON www.annelisemichelson.com

Gucci www.gucci.com

SARTORE www.sartore.fr

Klara Czerniewska klara.czerniewska@gmail.com

BACCARAT www.baccarat.com

H&M www.hm.com/pl

SKY EYES www.skyeyes.fr

Aleksandra i Daniel Mizielińscy www.hipopotamstudio.pl

Edward Pasewicz edward.pasewicz@gmail.com

BENEDETTA BRUZZICHES www.benedettabruzziches.com

HELMUT LANG www.helmutlang.com

Solar www.solar-company.com.pl

Jagoda Szymkowiak jagodaszym@gmail.com

Katarzyna Toczyńska katatoczynska@gmail.com

BERNINI www.bernini.com

Hermès www.hermes.com

Stereo Store www.stereostore.com.pl

Marta Glapińska glamarta@gmail.com

Agnieszka Okrzeja agnieszka.okrzeja@gmail.com

BORSALINO www.borsalino.com

HTC www.htcamerica.com

TEQUILA SOLO www.tequilasolo.com

Marta Dudziak marta_dudziak@yahoo.com

January Misiak www.january.pinger.pl

CACHAREL www.cacharel.pl

IRO www.iro.fr

TOMAOTOMO www.tomaotomo.com

Anna Halarewicz www.annahalarewicz.eu

Agata Ziółkiewicz pieceofglass@gazeta.pl

CHRISTIAN LOUBOUTIN www.christianlouboutin.com

Kazar www.kazar.pl

TopShop www.topshop.com

Amadeusz Mierzwa www.aaaghr.com

Claudine IVARI www.claudineivari.com

La Perla www.laperla.com

Tru Trussardi www.trussardi.com

Zosia Zija Jacek Pióro zosia@zija.net

Coctail Me www.cocktailme.pl

LOFT www.loftfashion.dk

VALENTINA VOX www.valentinavox.com

Olga Nieścier olga.niescier@gmail.com

Sebastian Frąckiewicz sebastian.frackiewicz@gmail.com

Kajetan Hajkowicz kajetan@miastotramwai.pl

Łukasz Saturczak saturczak@gmail.com

Dorota Halewska www.mamarazzi. posterous.com

Michał Różalski michal.rozalski@warsztatkadru.pl

Klaudyna Młynarska klaudyna.mlynarska@gmail.com

Łukasz Napora lukasz@lukasznapora.com

Tomasz Lasek lasektomasz@wp.pl

D&G www.dolcegabbana.com

Łukasz Jemioł www.lukaszjemiol.com.pl

Vivienne Westwood www.viviennewestwood.co.uk

delamo.pl www.delamo.pl

Maciej Zień www.zien.pl

Wallis www.wallis.com.pl

Deni Cler www.denicler.com.pl

Made In Love Walter Steiger www.madeinloveshop.blogspot.com www.waltersteiger.com

DIEGA www.diega.fr

Mango www.mango.com

WOLFORD www.wolford.com

DIESEL BLACK GOLD www.dieselblackgold.com

Marina Fossati www.marinafossati.com

YES www.yes.pl

DKNY www.dkny.com

MAX MARA www.maxmara.com

Zara www.zara.com

Dorota Zielonka www.dorotazielonka.pl

MISSON www.missoni.com

DYRBERG/KERN www.dyrbergkern.pl

New Look www.newlook.com

Elena Cardinali www.elenacardinali.com

Paprocki&Brzozowski www.paprockibrzozowski.com

Emiliano Rinaldi www.emilianorinaldi.it

PENNYBLACK www.pennyblack.com

Emilie RENARD www.emilierenard.com

Pollini www.pollini.com

Emilio Pucci www.emiliopucci.com

PRINCESSE TAM TAM www.princessetamtam.com

ERES www.eresparis.com

Renè Caovilla www.renecaovilla.com

Maciej Konrad Borowicz maciej.borowicz@eui.eu

FALCONETTO www.falconetto.it

RÊVANTIC www.revantic.com

Marta Gliwińska www.martiosza. carbonmade.com

Frenetik www.frenetik.org

RICHARD DE LATOUR www.richarddelatour.com

Marta Flisykowska m.flisykowska@gmail.com

Igor Drozdowski www.igordrozdowski.com Łukasz Brześkiewicz www.brzeskiewicz.com Karolina Trawińska www.karolina-trawinska.com Sergiusz Pawlak sergiuszpawlak@wp.pl Arleta Molata www.maxmodels.pl/amolata Leslie Hsu www.blog.sina.com.cn/baboo12345 Manuel Menini manuelmenini@libero.it Anna Kubiak dzbanna@gmail.com Paweł Matyszewski www.pawelmatyszewski.com


Prenumerata

www.take-me.pl /subscribe Kasia Lendo/avant dla TAKE ME, fot. Igor Drozdowski


TAKE ME 14 PORT OUT STARBOARD HOME  

TAKE ME is a fashion, design, photography and music magazine. With every issue, published in collectioner’s quality, it establishes itself a...

Advertisement