Issuu on Google+

TAKE ME 09 IT’S NOT FUNNY ANYMORE 21 zł (8% VAT) numer 09 luty / marzec 2011 INDEKS 256544

09


LESLIE HSU

www.take-me.pl /subscribe

ANIAANIA JAGODZIŃSKA JAGODZIŃSKA MA NA MA SOBIE NA SOBIE NASZYJNIKI NASZYJNIKI YES ICONS YES ICONS COLLECTION COLLECTION ‚ DOSTĘPNE ‚ DOSTĘPNE WYŁĄCZNIE WYŁĄCZNIE W SKLEPACH W SKLEPACH JUBILERSKICH JUBILERSKICH YES ORAZ YES ORAZ NA YES.PL NA YES.PL


BIŻUTERIA YES

PODPOWIEDZ PODPOWIEDZ MU, MU, O JAKIEJ O JAKIEJ BIŻUTERII BIŻUTERII MARZYSZ MARZYSZ NA YES.pl NA YES.pl


Ars Cameralis Zdrapywanie stereotypowej łatki stolicy górniczej szarzyzny wychodzi Ślązakom coraz lepiej. Choć festiwal, o którym opowiemy, ma już prawie dwudziestoletnią tradycję, dopiero od kilku lat stał się szlagierowym punktem na kulturalnej mapie Polski. Słusznie zresztą, o czym spróbujemy Was przekonać. TEKSTY: Natalia Skoczylas, Łukasz Saturczak ZDJĘCIA: Radosław Kaźmierczak

6

MUSEME


MUSEME

7

RADO RAD DO D OSŁAW SŁAW W KA KAŹ K AŹ ŹM MIE MIER IE CZAK Z K ZA


Panie przodem TEKST: Natalia Skoczylas

ZDJĘCIA: Radosław Kaźmierczak

8

MUSEME


D

RAD SŁAW RADO ŁAW KAŹ KA MIERCZAK AK

źwiękowa część Arsa inaugurowana była konsekwentnie przez cztery oblicza kobiecości: przaśnie przyjemną Emily Jane White, wytrawną Rykardę Parasol, monumentalną Ute Lemper i wreszcie – nieokiełznanie inteligentną Laurie Anderson. Emily Jane White i Rykarda Parsol, geograficznie tożsame (obie panie żyją i tworzą w San Francisco), estetycznie – na antypodach muzycznej wrażliwości. Emily, korpulentna blondynka ze swobodnym podejściem do scenicznego wyglądu, zafasowała mocno opóźniony i nieprzygotowany technicznie występ, który koniec końców zabrzmiał i nawet wywołał chwilowe poczucie błogostanu. Jedziemy na południe, jest organicznie, jest zdrowo i leniwie – i nawet jak pani śpiewa o niełatwych sytuacjach, robi to w słodki i znieczulający sposób. Można było jednak wymagać czegoś więcej, choćby od interesującego instrumentarium – sekcją rytmiczną zajmował się tylko francuski basista, a akustycznej i elektrycznej gitarze towarzyszył fascynująco brzmiący Fessenden. Utonęłam w banałach Stairs i Victorian America, w depresyjnych pejzażykach Two Shots to the Head czy wreszcie w premierowym Preacher, który łatwo zgubił się pośród staroci… Remedium na ten występ okazała się grupa Rykardy Parasol: kobieta-wamp w towarzystwie dobrze ubranych gitarzysty i basisty, wreszcie postać rodem z IT Crowd za perkusją, która image nadrabiała przezabawnym zestawem grymasów i sporymi umiejętnościami. I tak oto z sielanki prowincji wpadamy w sidła mrocznej rzeczywistości En Route, w krytykę rasizmu (Lonesome Place 2), feministyczną niepokorę Cast a Spell on You, w błyskotliwe teksty i wyśmienitą oprawę muzyczną. Choć zabrakło stylowego pianina, Rykardzie udało się zachować eklektyczny styl ciemnego rocka przeplatającego się z zawodzącym country, z gotycką atmosferą, alternatywną prostotą. Rykarda w miarę swobodnie wspinała się na dość wysokie rejestry, zdarzały jej się zabawne dyskusje z publicznością, były długie bisy zwieńczone stateczniejszą wersją Candy Gold i jednym premierowym utworem. Obiecujące początki muzycznego maratonu.

MUSEME

9


Diwa Ute Niedzielny koncert należał do tych rzadkich spotkań ze sztuką klasyczną, osadzoną w niezłej akustycznie przestrzeni Centrum Kultury w Katowicach. Garnitury i sukienki, imponująca orkiestra na scenie (Orkiestrę Kameralną Miasta Tychy AUKSO pod dyrekcją Marka Mosia wsparli muzycy z Big Bandu eM Band i Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia), a nad nimi – błyszcząca, arcyelegancka Ute Lemper. Słuchanie i oglądanie tej klasy wokalistki, aktorki, błyskotliwej poliglotki i scenicznego zwierzęcia było niezwykłą przyjemnością. Perfekcyjnie przygotowane widowisko prowadziło nas przez przedwojenną Europę w piosenkach i historiach Édith Piaf, Marguerite Monnot i kompozycjach Kurta Weila. Kłębiły się w nich pasje, namiętności, wizje i tęsknoty. Część druga natomiast przedryfowała do Nowego Jorku, w którym emigranci i uciekinierzy poszukują świeżych form ekspresji, sięgając po musicalowy przepych, beztroskę kabaretu, ale i dramatyczną pieśń miłosną Ne me quitte pas Brela. Artystka opowiadała o kontekście prezentowanych utworów, na przemian po angielsku i niemiecku, łagodząc przejścia między chançons a jazzem, amerykańskim musicalem a niemiecką, przedwojenną Lily Marlene. Bogactwo wdzięków, taki był to wieczór. Świat według Laurie W przypadku wszechutalentowanej pani Andreson teoretycznie można spodziewać się wszystkiego, przede wszystkim niespodzianek. Wybraliśmy się na koncert do Teatru Rozrywki – tu lepiej będzie mówić za siebie – z którego wyszłam skonsternowana i zafrapowana. O ile forma była zapowiedziana wcześniej – rodzaj multidyscyplinarnego performance, opowieści ujętej w muzyczne klamry i grę stonowanych świateł (świece i kolory), o tyle bezpośredni – albo podprogowy – efekt całości dewastował i zaskakiwał. Laurie przeplotła mistrzowsko historie, etiudy na skrzypcach, elektroniczne efekty, odgłosy burzy, ciepłe światła i filtrowanie głosu – brzmiał czasem cyfrowo i męsko. Sprostała więc wymogom świeżości i zaskoczenia, ale kwintesencją była treść jej wywodów. Luźno połączone, zazwyczaj ciemne i niepokojące, pejzaże społeczno-filozoficzne, z których fabularnej warstwy sączyły się refleksje, przemyślenia, koncepcje, odkrycia… Historia pierwszych ptaków kończy się mitem o „wynalezieniu” pamięci, w której chowa się zmarłych, opowieść o spacerze z psem poza miasto wprowadza w bliżej nieokreślony stan lęku – ponoć pokrewny temu, który odczuwają Nowojorczycy po 9/11. Było i społeczeństwo patriarchalne, i odwieczne indiańskie rytuały, wpływ chrześcijaństwa na architekturę i nihilistyczna końcówka (odwrotność katharsis). Laurie to kobieta wielkiej narracji. Męska Muzyka Czas panów rozpoczął się od jazzowego popisu dwóch projektów, każdy z polskim muzykiem – Maciej Obara z Harveyem i Lindbergiem, Maciej Grzywacz z Nakamurą i Pennem. Pozwolę sobie ten – niezwykły skądinąd – występ ominąć, by pójść prosto do bliższych mi (i mniej w kwestii opisu niewdzięcznych) występów. Wrażliwość alternatywna Pomysł zestawienia Midlake z The National był całkiem niegłupi – wywiązywał się z cameralisowej niszowości, nie zderzał kompletnie innych światów, nobilitował swego rodzaju poszukiwania, no i ułatwił Midlake’owi dostęp do zachwyconej i dojrzałej polskiej publiczności, która oczywiście najbardziej czekała na brooklyńskie smakołyki. Czy swoją szansę wykorzystali w pełni – trudno powiedzieć. Po pierwsze, musieli się zmierzyć z widmem dyskusyjnej jakości nagłośnienia – szczególnie w przypadku tak rozbudowanego zespołu było to skomplikowane. Po wtóre, musieli się zmierzyć z własnym repertuarem, kombinując z niego bodaj najbardziej przewidywalny zestaw z możliwych. Postawili na rustykalną, nostalgiczną atmosferę The Courage of the Others, miksując bliźniacze utwory z dwóch ostatnich płyt i panicznie unikając pierwszej – może mniej dojrzałej, ale z elementem zaskoczenia. Momenty orzeźwienia następowały przy okazji solówek, którymi okrasili część występu, chociażby szlagierowy Head Home. I choć mają fantastycznego perkusistę, śpiewają na trzy głosy, ich fletom coraz bliżej do Jethro Tull – no nie wiem; to wciąż nie ta liga. Silną ligę ma natomiast Brooklyn, a koszulkę lidera przyznaję w swym rankingu The National, który za każdym razem na żywo pokazuje talenty i emocje, z których płynie muzyczna przyjemność. Wszystko się zgadza: introwertyczny, pojący się winem Matt, bogactwo gitar sięgających po dramatyczne crescenda, obowiązkowa sekcja dęta, proste pianino. W jednym tylko Berninger zaskoczył – odsłaniając swoje dowcipne oblicze, co nie zdarzyło się w Mysłowicach. I to był w rzeczy samej klasycznie fantastyczny koncert, ilościowo i jakościowo – zespół dwóch par braci i reszty nasycił nas ponad dwudziestoma kompozycjami, sięgając poza obowiązkowym High Violet po kilka agresywnych staroci – Available/Cardinal Song, Abel czy Mr. November. Tę mieszankę perfekcyjnych piosenek z nowej płyty, wygładzonych kompozycji z Boxera i emocjonalnych wybuchów z początku kariery zwieńczyli ambientowym, rzewnym hołdem dla zmarłego Henryka Góreckiego i stuprocentowo akustycznym, odśpiewanym z publicznością Vanderlyle Crybaby Geeks. Kolejna rozgrywka zwyciężona.

10

MUSEME


MUSEME

11

RADOSŁ SŁAW AW W KA KAŹ AŹMIER MIE CZAK


Fin de Siècle – Lambchop i młodziki Get Well Soon to drugi zespół wyróżniony przez Ars poprzez zestawienie z legendą i to w tak niecodziennym wydaniu jak odegranie na żywo Is a Woman. Podeszli do tego wyzwania bez kompleksów – Konstantin świetnie czuje się na scenie wraz z grupą równolatków o niemałych umiejętnościach, choć efekty ich artystycznych wizji mogą budzić różne uczucia. Maniery wokalne ma bowiem wtórne i słychać tam echa wielu kultowych postaci, chociażby Thoma Yorka, a jego skłonności do barokowego przepychu w komponowaniu są znaczne – aż kipi od typowych gitar i perkusji, przemieszanych ze skrzypcami, cymbałami, trąbkami i klawiszami, tworzących gąszcz dźwięków i struktur. Na dokładkę – operowy głos wokalistki. Przy Vexations Get Well Soon przemieścili się w stronę baśniowych, efemerycznych wizji – i taka była mniej więcej atmosfera tego występu, podporządkowanego ostatniemu albumowi. Publiczność domagała się bisów i dostała Red Nose Day i Teenage FBI wyłącznie z akompaniamentem gitary akustycznej. Sympatyczny koncert. Za to Lambchop… Perfekcyjny w każdym dźwięku, w każdym detalu zespół zagrał fenomenalnie. Obiecująca koncepcja usłyszenia bodajże najdoskonalszego albumu Kurta Wagnera, okraszona jeszcze ekspresyjnymi bisami…, ale może po kolei. Część główną występu – w znanej konfiguracji utworów – sześcioosobowy skład uprządł, wyrzeźbił, wymuskał z konstelacji najdelikatniejszej materii, jaka w muzyce jest możliwa. Stworzyli nierealistyczną wręcz atmosferę dzięki subtelnym szarpnięciom strun, cichym bębnom, kameralnemu pianinu, pomiędzy którymi pojawiały się dyskretne szumy złożone z wysokich, ambientowych kolaży (w domowych warunkach trudno słyszalne). Kraina łagodności rozciągała się przed publicznością przez dobre półtorej godziny, przerwana skeczowym wręcz interludium Tony’ego Crowa, który próbował użyć historii amerykańskich kowbojów i Dzikiego Zachodu w tłumaczeniu sensu piosenek z Is a Woman, rozbawiając tym i nas, i zespół. Później nadszedł czas na grzałki. The Decline of Country and Western Civilization otworzyło serię nowych opowieści, rozochocając powoli Kurta do przyjęcia kaznodziejsko-aktorskiej pozy, z którą zaśpiewał chociażby Give It czy przewrotnie radosne Your Fucking Sunny Days, kompletnie inne od pierwszej części występu. Kameralną klamrą ostatniego zagranego w pojedynkę utworu Wagner spiął całość, pozostawiając nas sytych i błogich, jak rzadko. Mercury Rev u źródeł Przepis na wieczór w Rialto był taki: na ekranie Oscar Fischinger w bieli i czerni, Paul Sharitz z optyczną awangardą, Rabbit’s Moon Angera, Maya Deren z okiem i chłopiec z czerwonym balonikiem, wokół ciemna sala, a na scenie Donahue, Grasshooper i Mercel z werblami, klawiszami i gitarami. Mercury Rev’s Clear Light Ensemble to studencka retrospektywa zespołu, wycieczka do lat 80., w których zaczynali od improwizowanych soundtracków do amatorskich filmów. Zamienili je na awangardowe etiudy, a dźwiękowo poszli w nową stronę, wybierając typowe dla muzyki filmowej lat 70. syntezatory, trybalną perkusję, post-rockowe gitary, tworząc wreszcie bogaty, dynamiczny i baśniowy akompaniament do obszernego fragmentu Red Baloon. Najlepsza muzyka w filmie to taka, której się nie słyszy – tę czuć było dzięki emocjonalnej spójności i świetnemu wyczuciu dynamiki, ekspresji, dramaturgii. Na koniec, by pomóc trochę wybić się z dziecinnego snu, zagrali kilka utworów – pokazując, że pomimo płytowej impotencji, wciąż potrafią grać znakomicie. Zaczęło się od There u r – wpisującego się w styl Deserter’s Songs, później sięgnęli więc po Holes i Goddes on a Highway, skowerowali (bardzo udanie) Harrisonowe Isn’t a Pitty i zakończyli kosmicznym Opus 40. Rozgrzewka przed Primaverą, na której zagrają cały fenomenalny album Deserter’s Songs obiecuje wielkie emocje. Czas Wielkich Żółwi Strach było iść na ten koncert, bo przecież Beacons of Ancestorship to taka średniawka, zgaga po TNT. Ale unikałam tej konfrontacji dość długo i trzeba było spróbować. Hipnoza pełna, Katowiczanie zainwestowali w cudownie tanie bilety, sączą piwo, palą lulki w zimnej palarni, a Tortoise wychodzi na scenę i uderza falą gorąca, lounge’owej przyjemności w postaci Moniki. Punkt zdobyty. Później wyłania się In Sarah… – i te wszystkie kolorowe światła, i te tropikalne kombinacje, i ta wycieczka do korzeni, i to rozkoszne ogranie, dzięki któremu słuchacz przestaje się stresować, że ktokolwiek (poza nagłośnieniowcem) coś popsuje, sprawiają, że euforia narasta. Wielkie Żółwie trzymają poziom do końca, nawet wtedy, kiedy wkracza (a dzieje się to notorycznie) to nieszczęsne nowe wydawnictwo. Nic nie mierzi, wszystko pasuje, w ramach math rockowej precyzji rozgrywają się instrumentalno-elektroniczne fantazje, improwizowane wizje, jazgoty gitar i swobodne, zaskakujące przejścia. W ciągu półtorej godziny zagrali też dwa bisy i z klasą zamknęli koncertową część Arsa. Zacne pożegnanie, prawdziwy bukiet dla Miasta Ogrodów.

12

MUSEME


Calexico TEKST: Łukasz Saturczak

ZDJĘCIA: Radosław Kaźmierczak

RADOSŁAW RADO SŁAW KAŹ KAŹMIER MIERCZAK CZAK

W

yjadacze (czternaście lat na scenie) z Calexico, doskonale wiedzą jak rozgrzać polską publiczność na tydzień przed pierwszym atakiem zimy. Zmarznięta publiczność dopalała papierosy pod klubem (trzy dni wcześniej wszedł w życie przepis ograniczający swobody palaczy), ale już w klubie istna Kalifornia i nie jest to żadna przesada. Po pierwsze nazwa zespołu wzięła się właśnie od miasta w tym amerykańskim stanie, po drugie, alternatywa z dodatkiem folku i nienachalnego country, było tym, czego publiczność potrzebowała tego listopadowego wieczoru najbardziej. Koncert zaczął się od The book and the canal, aby kolejno zagrać największe przeboje zespołu, plus niespodziankę, która serwują, co jakiś czas, czyli Love will tear us apart Joy Division. Jeśli chodzi o covery, to z zasady rzadko się do nich przekonuję, zwłaszcza, jeśli są to piosenki jednego z moich ulubionych zespołów. Tu jednak plamy nie było. Kupiłem Miłość nas rozdzieli tak samo, jak cała publika. Ciekawym zabiegiem było mieszanie akustycznych  utworów z tymi już śpiewanymi. Dostrzec można było świetne wyczucie publiczności; muzycy wiedzieli dokładnie, ile spokojniejszych kompozycji mogą zagrać, kiedy zaś należy przyśpieszyć, aby ani przez chwilę nie uśpić zebranych! To rzadka cecha u muzyków. Taka, której zespoły uczą się latami, a i tak nie zawsze im się to udaje. Calexico spisali się idealnie. Przez ponad godzinę zapomnieliśmy o zbliżającej się zimie.

MUSEME

13


Rebeka

Z matki Eugenii i ojca Wiesława. Rebeka to projekt jednoosobowy, stworzony przez Iwonę Skwarek (wokal i casiotoy w Hellow Dog). R. narodziła się wraz z piosenką Stars, w bunkrze atomowym mniej więcej podczas wakacji roku 2008. Pomagają jej: organki Casio MA-130, klawiatura sterująca AKAI MPK 149, gitara pożyczona od Piotra z Hellow Dog i skrzypce podobno z roku 1939, ale okazało się, iż naklejka była podrobiona więc są z lat 90tych najpewniej. Wszystko skleja laptop. I głos. Powstały romantyczne intymne syntetyki. WWW.MYSPACE.COM/rebekaskwarek

N

TEKST: Magda Howorska

O WOMEN NO ART. BEZ KOBIET NIE MA SZTUKI?

 I bez kobiet, i bez mężczyzn. Jednak faktycznie, będąc na kilku festiwalach w Polsce zaobserwowałam, że przeważają mężczyźni, więc chodzi tu bardziej o uzyskanie jakiejś równowagi. Nie lubię być jedyną kobietą wśród setki mężczyzn, technicznych czy muzyków, bez różnicy. Pośród kobiet czuję się bardziej swojsko.

ZDJĘCIE: Janusz Lisiecki

że to koncert, nie do końca spotkanie towarzyskie. Takie doświadczenie wymaga twardości, ciężko mi to przychodzi, bo jestem emocjonalna, otwieram się dla nich. Stąd też wykształcona odwaga, pomagająca przeć dalej.  TWOJE UTWORY BYWAJĄ BARDZO RÓŻNE. ZE SKRAJNOŚCI W SKRAJNOŚĆ.

To prawda, mam różne piosenki. Są takie, w których słychać dziwne odgłosy, reverb’owane gitary. Znajdziesz takie, które brzmią jak w starej chacie nad morzem. Usłyszysz też hałas, blachy, techno. O CZYM ŚPIEWASZ, O CZYM GRASZ?

Myślę, że jeszcze nie wiem. Teraz nastał taki czas, że do końca nikt nie wie, czym jest kobiecość, czym męskość? Cechą, która niewątpliwie kojarzy mi się z kobiecością jest odwaga, a ją mam na scenie. Tam się zmieniam. Tam są emocje, nie tanio, taki elegancki płacz…

Moim najważniejszym tekstem jest Hellada. Hellada jest idealną krainą, do której wszyscy dążą. A ja śpiewam, że to miejsce przyniesie tylko zdrajców i rozczarowanie. Myślę, że tak to jest nie tylko z muzyką, że człowiek wytycza sobie jakiś cel, a gdy go osiągnie, to okazuje się, że to wcale nie jest to.

PRZEZ TO, ŻE TWORZYSZ JESTEŚ BOGATSZA? JESTEŚ LEPSZĄ KOBIETĄ?

 A CO JEST TWOIM CELEM?

Myślę, że tak. Jest to kwestia spełnienia. Jeżeli ktoś robi to, co kocha, i się w tym realizuje, to czuje się lepiej sam ze sobą. JAK TO JEST – BYĆ ARTYSTĄ PŁCI PIĘKNEJ, BO RELATYWNIE PATRZĄC,

Z jednej strony chcę być kimś, kto zrobi coś oryginalnego, choć jest to bardzo trudne w dzisiejszych czasach, a z drugiej – chciałabym, by była to zabawa, coś poza mną i moją ambicją.

JESTEŚ W MNIEJSZOŚCI?

JAKIM MIASTEM, POD WZGLĘDEM KULTURY, JEST W TWOJEJ OPINII

Ja zwyczajnie gubię się w tych wszystkich technicznych sprawach. Dlatego też rozpoczęłam współpracę z Bartoszem Szczęsnym, który bardzo mi pomaga. Tak więc w tym przypadku zdecydowanie jestem zależna od mężczyzn, jednak może to wynikać z faktu, że nie poznałam jeszcze kobiet, które się tym zajmują… A to, że jest nas mniej, nie ma większego znaczenia. Kwestia czasu...

POZNAŃ?

A JAK TO BYŁO ZAGRAĆ NA FESTIWALU NWNA WŚRÓD TAK SILNYCH

POWRÓĆMY DO MUZYKI. DAJE SPEŁNIENIE, ALE CZĘSTO TEŻ COŚ

BABEK?

ZABIERA…  Czasem przeraża mnie brak kontroli. To, że jakieś plotki, informacje o mnie mogłyby gdzieś krążyć, a ja zwyczajnie nie miałabym na to wpływu. Tak łatwo można popełnić błąd i sprawić, by osobowość sceniczna zaczęła żyć własnym życiem. Czasem myślę, że wszystko będzie jak należy, super, a mam takie dni, gdy siadam i wiem, że na świecie jest mnóstwo niedocenianych ludzi. To chyba w dużej mierze zależne jest od szczęścia.

 A JAKĄ JESTEŚ KOBIETĄ?

Czułam się na miejscu. Zupełnie bez kompleksów. Ja nie jestem wojującą feministką, mi chodzi tylko o muzykę, o to, bym mogła być tym, kim chcę, i robić na scenie to, co chcę. TWOJA MUZYKA POKRYWA SIĘ W JAKIKOLWIEK SPOSÓB Z  TYM, KIM JESTEŚ?

Ja nie wierzę w jedną odsłonę kobiecości. Jest ich wiele. Dziewczyny mogą być zarówno kobiece, seksowne wychodząc rozczochrane prosto z łóżka, jak i w pięknej sukience. To, co odróżnia mnie na scenie, to wspomniana odwaga. Moja muzyka często bywa cicha, minimalistyczna. Kiedy gram, często słyszę ludzi plotkujących, rozmawiających, śmiejących się do siebie, zapominających,

14

MUSEME

Poznań to dziwne miasto. Wiele tu miejsc, w których kultura się dzieje, a które jednak w dalszym ciągu pozostają zwyczajnymi, bez legend. Ale zdaje mi się, że to dobrze o Poznaniu świadczy, nie zadzieramy nosa. Jedyny szkopuł w nagłośnieniu, nie zawsze spełnia oczekiwania.

REBEKA BĘDZIE DOJRZEWAĆ, ROZWIJAĆ SIĘ RAZEM Z TOBĄ?

Myślę, że ona mnie nawet ciągnie i ja ją trochę gonię. Być może ona zawsze będzie na pierwszym planie i do niej będę dążyć. Szczerze powiem, że w sumie nie chcę jej dogonić…


MUSEME

15

JANUSZ LISIECKI


Zakon Marii

Profesjonalny szaman i kura domowa w jednym. W seksownej sukience i w wyciągniętym dresie Marysia Peszek wciąż kusi i nęci. Jak przeistoczyła się w motyla opowiada Magdzie Howorskiej. TEKST: Magda Howorska ZDJĘCIA: ©EDEK

M

ARYSIU, POWIEDZ, CZYM RÓŻNI SIĘ WĘDLINA OD PILATESU?

Słowa to dźwięki. Wyrazy mają swoje brzmienia. Oprócz tego, że coś znaczą, mają też wydźwięk w warstwie nutowej. Wędlina brzmi molowo, smutno i nie za bardzo mi się podoba. W akordzie pilates jest dużo samogłosek, może dlatego też wydaje się ładniejszy, brzmi zwyczajnie ciekawiej. Podchodzę więc do języka na zasadzie czystej abstrakcji skupiając się na tym jak brzmi dany wyraz.

Za każdym razem kiedy się przeprowadzaliśmy stawało się to dla mnie nowym wyzwaniem. Byłam wtedy w centrum zainteresowania, to jest coś, co lubię. Czułam się jak ryba w wodzie. Gorzej znosił to mój brat. Przeprowadzki były dla niego upiorne. BYŁAŚ AUTONOMICZNĄ ISTOTĄ?

Tak jak powiedziałam. Autonomiczność jednostki była bardzo ceniona. Ja i mój brat nie różniliśmy się znacznie od innych dzieci, mieliśmy jednak specyficzne grono wujków i ciotek, którzy uwielbiali indywidualizm, dlatego też od wczesnego wieku traktowano nas jak partnerów do rozmowy, do zabawy, do imprez. Byliśmy równorzędni.

TWOJA FASCYNACJA JĘZYKIEM POLSKIM WYNIKA Z AKTORSTWA?

JAN PESZEK TO OJCIEC, CZY TATA? SUROWY, CZY KOCHAJĄCY?

Zapewne z tego, że jestem Polką i to mój pierwszy język. Jednak nie mogę bagatelizować angielskiego, gdyż sporo czasu spędziłam w Stanach. Aktorstwo nie ma z tym nic wspólnego, bo w tej dziedzinie słowo jest na najdalszym krańcu pod względem ważności. Myślę, że zainteresowanie słowami i dźwiękami silnie wynika z abstrakcji, będącej gdzieś we mnie, którą niesamowicie lubię. To cecha charakteru. Ktoś jest smutny, drugi lubi wiosnę, inny kolor zielony, a ja doceniam dźwięki. To jest organiczne.

Od bardzo dawna to mój przyjaciel. Nie znaczy to jednak, że nie ma cech, które charakteryzują tatusia. Jest czuły, w dzieciństwie rozpuszczał prezentami, czułam się przy nim bezpiecznie. Jak każdy wybitny artysta ma dość trudną osobowość, jest bardzo wymagający wobec świata. Jednak swoje dzieci traktuje zupełnie wyjątkowo. Wiem, że w stosunku do mnie funkcjonuje element idealizacji. Wiem też, że działa to w obie strony. Zresztą z mojej strony nie jest to trudne, bo to fantastyczny człowiek, artysta i czarująca postać. Jesteśmy dla siebie mitycznymi postaciami, co czasami komplikuje sprawę, ale w żadnym wypadku nie zamieniłabym go na zwykłego tatę.

JAK TO BYŁO U PESZKÓW W DOMU?

Mój dom był wyjątkowy. Im jestem starsza tym bardziej to dostrzegam. Ta wyjątkowość brała się z dużej dozy wolności. Odrębność człowieka, jego inność, była ważna wręcz promowana. To na pewno mnie ukształtowało. Mogliśmy robić to, o czym marzyliśmy, rozwijać pasje. Nie był to jednak dom anarchistyczny. Mieliśmy jasno wyznaczone granice. Za sprawą zawodu taty byliśmy w ciągłej podróży i to pewnie miało duży wpływ. Kiedy myślę o domu nie widzę konkretnego miejsca. Mocniej zapadł mi w pamięć stół, który z nami podróżował. Jednak najbardziej istotna jest ta specyficzna atmosfera.

REALIZUJECIE SIĘ W PODOBNYCH DZIEDZINACH SZTUKI. OPOWIEDZ JAK TO BYŁO, GDY BYŁ DLA CIEBIE PROFESOREM. BUNTOWAŁAŚ SIĘ TROCHĘ?

Okres buntu przechodziłam kiedy odeszłam z teatru, gdy po 10 latach intensywnego uprawiania aktorstwa zdałam sobie sprawę, że ja nie chcę tego robić i że przestało mnie to ciekawić. Wtedy znalazła mnie muzyka. To jest ekwiwalent tego buntu. Ojciec zareagował na to chwilowym smutkiem, ale z całkowitym zrozumieniem, bo to był przejaw mojej wolności.

CIĄGŁA PODRÓŻ MOGŁA BYĆ UCIĄŻLIWA DLA DZIECKA. PRZESZKA-

BO TO ON WPOIŁ TOBIE MIŁOŚĆ DO LITERATURY I TEATRU.

DZAŁO CI TO?

Tego nie da się wpoić. Dom, w którym są tysiące książek i rodzice bez przerwy czytają zwyczajnie wystarcza. Nie trzeba robić nic szczególnego.

Ja jestem typem człowieka, który lubi się przemieszczać, eksplorować nowe miejsca, szybko się aklimatyzuje, kocha poznawać ludzi.

16

MUSEME


速EDEK

MUSEME

17


Na pewno wrócę do grania. Czekam na ciekawą propozycję. Na razie wszystko przegrywa z muzyką. KONKRETYZUJĄC, DLACZEGO TY WŁAŚCIWIE PORZUCIŁAŚ TEATR?

Przestało mnie to fascynować. Teatr wymaga absolutnej precyzji wszystkich elementów składowych. Wszyscy aktorzy, ludzie od świateł, reżyser, tekst, wszystko musi być poukładane, a mnie interesuje coś, co ma totalną siłę rażenia. Kiedy wychodzę na scenę jako muzyk dużo więcej zależy ode mnie, łatwiej mi wszystko dopracować. Ponadto muzyka silniej wypływa z emocji i wpływa na nie. Przejściówka między mną i odbiorcą jest zdecydowanie krótsza niż w teatrze. Nie ma co ukrywać, lubię decydować o najmniejszym elemencie i tu jest to prostsze. LUBISZ BRYLOWAĆ?

Też, natomiast ma to głębsze podłoże. Najlepszym dowodem na to, że była to słuszna zmiana, jest ilość fanów i porównanie mojej kariery teatralnej z muzyczną. Jednak ważniejsza jest jakość. Gorączkowość odbioru koncertu jest inna niż pojmowanie wykoncypowanej sztuki teatralnej. TĘSKNISZ CZASEM?

To były fantastyczne lata. Nigdy nie byłabym tak skutecznym performerem, jakim jestem teraz, gdyby nie te lata poświęcone aktorstwu. Na pewno wrócę do grania. Czekam na ciekawą propozycję. Na razie wszystko przegrywa z muzyką.

Nie nazwałabym tego zawodem. Nie jest to też misja, bo brzmi to zbyt górnolotnie. To sposób na życie. Ja kocham to, co robię, a jeśli robi się to, co się kocha, to przestaje być zawodem. Mówiąc o zmęczeniu mam na myśli prostą sprawę. Przyzwyczaiłam ludzi do tego, że oferuję im produkty najwyższej jakości, teraz zwyczajnie brak mi sił, by je produkować na tym samym, wysokim poziomie. Muszę odpocząć. JEŻELI NIE WIARA, TO MOŻE MASZ SWOICH IDOLI, BOHATERÓW?

To się zmienia z czasem. Nie mam stałego. Gdy grałam na fortepianie – był nim Bach, gdy uczyłam się śpiewu – Maria Callas. W późniejszym czasie interesowała mnie Marylin Monroe. Nie mam swoich idoli i tym samym skazuję siebie na pustkę. Z jednej strony jest to wyzwalające, a z drugiej jest się samotnym, bez kotwic. Gdy nie ma obrączki, dzieci, Boga to żyje się w tunelu. Wolność może być niebezpieczna. CZASEM BRAK ZASAD POTRAFI ZGUBIĆ…

Jedyną zasadą jaką się kieruję jest myśl, by to, co robię nie raniło innych. JAK TO JEST ZE ZMYSŁOWOŚCIĄ, SEKSUALNOŚCIĄ I KULTEM CIAŁA. TY KUSISZ SŁOWEM, CZY FAKTYCZNIE TAKA JESTEŚ?

Trudno mi to ocenić. Musiałabyś zapytać kogoś z bliskich. Myślę jednak, że bardzo wcześnie zarysowałam silną osobowość. Od zawsze wiedziałam, że będę artystką, nie byłam pewna tylko w jakiej dziedzinie. Cóż, miałam konkretny charakterek…

Myślę, że seks zajmuje takie samo miejsce w moim życiu, jak u innych ludzi. Falami jest to coś bardzo ważnego, co przyćmiewa wszystko inne, a czasem bywa totalnie bez znaczenia. Są momenty, gdy ciało i zmysłowość stają się religią, czasem się to zatraca. Od osiemnastu lat żyję z tym samym mężczyzną, często gdy mamy wakacje i otwarte głowy kochanie się, staje się dominantą. Bywają też chwile, gdy pracujemy i nie mamy zwyczajnie ochoty i czasu. Uważam, że jak się coś robi, to na całego.

ZAPYTAŁAM, BO ZASKAKUJESZ NIEPOLSKĄ MENTALNOŚCIĄ.

PORÓWNUJĄC AKT TWÓRCZY DO SEKSU, DAJE ON PODOBNE

W gruncie rzeczy jestem bardzo łagodna. Cechą, która mnie charakteryzuje jest zero tolerancji na brak tolerancji. Budzi się we mnie wojownik w momencie, gdy inność jest w opresji. Myślę, że to również wynika z domu i dzieciństwa. Nigdy nie byłam śliczną dziewczynką, nigdy też nie byłam grzeczną dziewczynką i to spotykało się z takim, a nie innym odzewem ze strony społeczeństwa. Być może było to bolesne i dlatego też teraz jestem, jaka jestem. Stoję w obronie opozycji kulturowego establishmentu.

SPEŁNIENIE?

ZASTANAWIAM SIĘ, CZY JAKO MAŁA DZIEWCZYNA PRZEJAWIAŁAŚ JUŻ CZĄSTKĘ TEJ MARII, KTÓRĄ WIDZĘ PRZED SOBĄ, TAK PEWNĄ SIEBIE, CHARYZMATYCZNĄ.

MASZ SWOJĄ FILOZOFIĘ, RELIGIĘ?

Jestem ateistką. Mam sporo pogańskich cech. Uwielbiam życie, jestem hedonistką. Ponieważ nie wierzę w życie po śmierci, staram się żyć bardzo intensywnie i zmysłowo, aczkolwiek to się wciąż zmienia. Na obecnym etapie życia mam wrażenie zmęczenia, wypalenia i bezustannego zapieprzania, dlatego też planuję przerwę zawodową. Mam potrzebę kompletnej ciszy. Pół roku skupienia na sobie, po prostu bycia. Tak to działa, poruszam się instynktownie. Desperacki krok, ale czysty przejaw hedonizmu. Wybywam w długą podróż do Azji, w totalną ciszę i tam będę robić nową płytę. Nie wierzę w nic innego, nie mam religii. Denerwują mnie ramy społeczne. Podejrzane są dla mnie wymogi. Nie uznaję wszystkiego, co gwarantuje przysłowiowe bezpieczeństwo jak małżeństwo, dzieci- to są rzeczy, które powinny wynikać z wnętrza, a nie z presji. Ja jestem w punkcie zawieszenia. WSPOMINAJĄC O ZMĘCZENIU, MÓWISZ O PRACY. TRAKTUJESZ MUZYKĘ JAK ZAWÓD?

18

MUSEME

Może to przez moment, w którym jestem wydaje mi się, że robienie sztuki jest dużo bardziej ekscytujące i kosmiczne. Faktycznie jest pewne podobieństwo z aktem seksualnym. Jednak w przypadku sztuki, kiedy następuje eksplozja po mojej stronie i po stronie odbiorcy, to za każdym razem odczucie jest inne i daje możliwość kochania się z tysiącami ludzi, co – powiedzmy sobie szczerze – w sposób tradycyjny jest niewykonalne. CZYLI WYBÓR JEST ZDETERMINOWANY.

Może to wynika z obecnej sytuacji. Mały moment uśpienia erotycznego. Aktualnie „tworzę.” WIDZIMY CIĘ NA SCENIE, MNIE ZAŚ CIEKAWI JAKA JESTEŚ PRYWATNIE. PRZECIEŻ NIE BIEGASZ W PIÓROPUSZU PO DOMU. GOTUJESZ, PIERZESZ, SPRZĄTASZ?

Jestem zmienna. Bywam domatorką, która przez tydzień chodzi w tych samych dresach i na przemian śpi i gotuje. Bywam totalną wariatką, która się stroi, przebiera. Jestem nieprzewidywalna, a w dużej mierze zależne jest to od tego, co się dzieje aktualnie w mojej głowie. Niełatwo ze mną współżyć, bo jestem emocjonalna i wrażliwa. Nigdy też nie wiadomo, jaka będę danego dnia, smutna i odpychająca, czy też radosna i skora do zabawy. Pewnie jest to trudne, ale gwarantuje niezapomniane doznania. Nie biegam w pióropuszu, ale zdarza mi się paradować w równie dziwnych rzeczach. Przy czym lubię sprzątać, głównie łazienki.


速EDEK

MUSEME

19


Mój dom jest twierdzą, mało kto ma do niego wstęp. Nie organizujemy imprez i spotkań towarzyskich. To mój matecznik. Spalam się na scenie, w towarzystwie i na imprezie, w domu zaś barykaduję się. MÓWI SIĘ, ŻE CIĘŻKO JEST ŻYĆ Z AKTOREM. ZDARZYŁO CI SIĘ

że jestem, jaka jestem. To jest moja osobista krucjata – mam zmarszczki, mały biust, jestem bardzo chłopięca, ale nie znaczy, że nie jestem sexy. Faktycznie, wbrew panującym standardom. W Internecie jedni piszą: Peszek ma mordę jak martwa świnia!. Drudzy, w odpowiedzi, że jestem absolutnie piękna.

WYKORZYSTYWAĆ UMIEJĘTNOŚCI DO CZYSTO PRYWATNYCH CELÓW?

CHYBA DOBRZE DLA ARTYSTY GDY WZBUDZA SKRAJNE EMOCJE.

Myślę, że tego mojego Edka to już nie da się oszukać. Zresztą byłoby to idiotyczne po tylu latach. W związku z tym, jeżeli chodzi o mój najbardziej intymny związek, oszustwa nie wchodzą w grę. A w życiu? Myślę, że jestem lepszą wokalistką niż aktorką.

To wymarzona sytuacja, ale nie znaczy, że czasem nie zaboli. Mała menelica, to też przeczytałam.

WYDAJESZ SIĘ BYĆ TWARDĄ BABKĄ. MĘŻCZYŹNI SIĘ CIEBIE BOJĄ?

Jakiś czas temu udzielałam wywiadu mężczyźnie i usłyszałam, że świadomie lub nie, wywołuję w odbiorcy wrażenie, że należy się mną zaopiekować. Bardzo mnie to zdziwiło, ponieważ zawsze myślałam o sobie jak o silnej i wyrazistej kobiecie. Uzmysłowiono mi, że wzbudzam w mężczyznach odruchy opieki nade mną, że jestem bezbronna i należy się o mnie zatroszczyć. W życiu by mi to nie przyszło do głowy, ale pewnie tak jest. Ja głównie pracuję z facetami i jak się mocniej zastanowię, to faktycznie im bardziej zażyła była relacja, tym bardziej się mną opiekowano. JAKO KOBIETA POTRZEBUJESZ MĘŻCZYZNY DO EGZYSTENCJI?

Absolutnie. Nie chcę i nie jestem w stanie żyć bez. Uwielbiam mężczyzn dużych, silnych, w których można się schować. CZYSTO ATAWISTYCZNE PODEJŚCIE.

Zdecydowanie. Lubię dużych, z potężnymi rękami, z szerokimi ramionami. Szczupli, chuderlawi kompletnie mnie nie pociągają. Jestem małą osóbką, która skrywa się w King Kongach. Oprócz całej tej siły, którą niewątpliwie mam, a którą głównie manifestuję na scenie, w życiu jestem delikatną kobietą, która lubi, jak się o nią dba i rozpieszcza. Natomiast jeżeli chodzi o scenę, to przełącza się jakiś guzik, dzieją się czary i potrafię wziąć dziesięciotysięczny tłum za mordę. Ludzie potrzebują wodza, chcą szamana. Nie przychodzą oglądać kruchej Marii Peszek.

A JEDNAK JESTEŚ NIESAMOWICIE PEWNA SIEBIE.

To dzięki ludziom. Oni dają mi siłę i wiarę. Mam taki Zakon Marii. To moi oddani fani, część z Poznania. JAKI MASZ STOSUNEK DO OTACZAJĄCEJ NAS RZECZYWISTOŚCI? WSZYSTKO PĘDZI…

Świat jest cały czas taki sam. My nie wiemy, jakie problemy mieli ludzie jakiś czas temu. Może też martwili się, że wszystko tak strasznie zapierdala. Na pewno jest nas za dużo na ziemi. Jesteśmy w tym względzie totalnie niefrasobliwi. Jeżeli chodzi o ekologię nie jestem szaleńcem, nie jestem działaczem. Uważam, że świat się toczy i sam sobie radzi. W momencie, gdy będzie nas za dużo, to zwyczajnie coś się wydarzy. Taka, czy inna choroba, lub jakiś wulkan pierdolnie i się wyrówna. Nie żyjemy w jakichś szczególnych czasach. JAK WIĘC POSTRZEGASZ POLSKĘ?

Cieszę się, że żyję tu i teraz. Jakiś czas temu było upiornie. Nie wiem, jak rodzicie i dziadkowie żyli w komuniźmie i jak uratowali siebie. Doceniam, że nie żyję w czasach wojny, bo mam do niej jasne podejście i uważam, że za nic nie warto umierać. Patriotyzm pojmowany jako oddanie życia za Ojczyznę, uważam za skrajną głupotę, więc pewnie byłabym dezerterem. Jest coraz fajniej, nadal trochę trudno. Ludzie mają powoli zaspokojone swoje potrzeby. Coraz mniej ludzi jest głodnych, rozszerzają się horyzonty. Patrzę na przyszłość optymistycznie. DUŻO PODRÓŻOWAŁAŚ, MASZ POJĘCIE JAK JEST GDZIEŚ ZA GRANICĄ.

PO TAKIM KONCERCIE MASZ NA COŚ SIŁY, PAMIĘTASZ COKOLWIEK?

POLSKA NIE ODSTAJE?

Jasne, jestem profesjonalnym szamanem.

Jasne, że odstaje, ale to nie jest już grajdół.

A TWÓJ STOSUNEK DO KOBIET? PODZIWIASZ JE? W MARII AWARII

WSTYDZIŁAŚ SIĘ KIEDYŚ ZA POLSKĘ?

MAMY DO CZYNIENIA Z KULTEM KOBIET.

Pewnie, szczególnie na lotniskach.

Trochę się ich boję. Prawie w ogóle nie mam przyjaciółek. Jedyną osobą mojej płci, z którą się koleguję, jest Marysia Seweryn, jednak rzadko się widujemy. Mężczyźni to kumple. Uwielbiam z nimi przebywać, imprezować. Kobiety wydają mi się mniej ciekawe, aczkolwiek odczuwam wobec nich respekt. Doceniam również ich piękno. Myślę nawet, że potrafię się „zakochać” w pięknej kobiecie. Jednak zdecydowanie więcej łączy mnie z mężczyznami. Może przez to, że to, co robię jest trochę męskie. Nie jestem typem diwy, nie czaruję. Jestem wojownikiem i tak mnie postrzegają. Nie znam więc dobrze kobiecego świata i niespecjalnie mnie tam ciągnie.

WIESZ, ŻE NADAL POTRAFIMY SIĘ NACHLAĆ I ŚPIEWAĆ W SAMOLOCIE…

CZYLI I UGOTUJESZ ZUPĘ I WBIJESZ GWOŹDZIE?

Nie wbijam gwoździ. Mimo wszystko, mam bardzo kobiecy mózg. Mam problemy z orientacją w terenie. W ogóle jestem w tym przypadku upośledzona. Mapy, lewo, prawo… totalnie się w tym gubię. Edward jest moim kompasem, a ja z tym nie walczę. Kompletnie nie mam też głowy do liczb. Nie wiem, co to netto i brutto. Techniczne sprawy odpadają. Szkoda mi na to głowy. JAK PATRZYSZ NA OBECNY KANON PIĘKNA, MARZĄ CI SIĘ DUŻE CYCKI, SZTUCZNE RZĘSY, BLOND PASMA?

Lubię przebieranki na sesjach zdjęciowych. Na jeden dzień stać się totalnie inna. Nagle mam zgrabny tyłek i cycki, nie wiadomo skąd się wzięły. Jednak to w ogóle nie jest Maria Peszek. Cenię sobie to,

20

MUSEME

Tak, wiem. I klaszczemy, gdy pilot wyląduje… Ludzie są spoceni z nerwów przy paszportach, to pozostałość komuny i biedy. Napięcie widoczne na twarzach, boimy się kontroli, może ktoś przewozi kiełbasę… Jednak tego jest coraz mniej. Można podróżować z małą walizką. A JAK WYJEŻDŻASZ ZA GRANICĘ I SŁYSZYSZ „ KURWY” NA ULICY…

Gdy wyjeżdżam, to w ogóle stronię od ludzi, od bycia Marią Peszek. Nie ukrywam jednak, że w takich przypadkach ta anonimowość jest cudowna i bywa zbawienna. Jednak każda nacja, nie tylko my, ma coś czego się wstydzi. Wszystko naprawdę powoli się zmienia. SKOŃCZMY JAKOŚ POZYTYWNIE, Z PRZYMRUŻENIEM OKA. ZWRACAM SIĘ DO CIEBIE – TEKŚCIARSKI, POETKI Z PROŚBĄ BYŚ ZBURZYŁA NASZ WSTYD I KONSERWATYZM PANUJĄCY W TEMATYCE EROTYCZNEJ. JAK PO POLSKU NAZWIESZ NARZĄDY PŁCIOWE, BO POLSKI TO PRZECIEŻ PIĘKNY JĘZYK…

Mówię „psitka” – to moje ulubione słowo. Uważam, że penis brzmi bardzo dumnie. Wyraz ptak, też brzmi całkiem dobrze. Jeśli chodzi o moje osobiste narządy i te należące do osoby, którą kocham, to jest to moja prywatna sprawa i panuje tu nieograniczona fantazja, jednak tego TAKE ME nie usłyszy…


Maria’s order Professional shaman and a housewife in one person. Wearing a sexy dress or a shabby tracksuit, Marysia Peszek still lures. She tells Magda Howorska how she became a swan. TEXT: Magda Howorska PHOTOS: © EDEK

H

OW IS ‘MEAT’ DIFFERENT FROM ‘PILATES’?

Words are sounds, they resonate. They don’t only signify, they also have their repertoire sound. ‘Meat’ sounds like a minor-note, sad and I don’t like it very much. The sound ‘pilates’ is full of vowels, maybe that’s why it seems nicer, it simply resonates better. I approach language in an abstract way, focusing on how particular words sound.

DOES YOUR LANGUAGE FASCINATION DERIVE FROM ACTING?

Probably it derives from being Polish. But I can’t underestimate the English language because I spent a long time in the US. Acting has nothing to do with it, words are least important there. I think my interest in words and sounds comes from my sense of abstraction, which is in me, and which I like a lot. It’s a trait. Someone can be sad, someone else likes spring, someone can like the colour green and I like sounds. It’s organic. HOW WAS IT WITH YOUR FAMILY?

My family home was unique. The older I am the more I see it. That uniqueness came from a lot of freedom. Individuality and originality were important and even encouraged. It surely shaped me. We could do whatever we dreamt of, develop our passions. It wasn’t an anarchistic family though. We had strictly drawn limits. With our dad’s profession, we were constantly on the move and it must have influenced me as well. When I think of my family house, I don’t see a specific place. I remember the table we used to take with us everywhere. But what was most important was that specific atmosphere. CONSTANT MOVEMENT CAN BE TIRESOME FOR A CHILD. DID YOU MIND?

I’m a person who likes to move and explore new places; I get accustomed quickly and love to meet people. Every time we moved, I had a new challenge to face. I was the center of attention and it’s something I like. I was as happy as a clam. However, my brother took it worse. He hated moving. HAVE YOU BEEN AN INDEPENDENT KIND OF PERSON?

Like I said. Your independence was highly valued. Together with my brother, we didn’t differ much from other kids, but we had that specific circle of aunts and uncles who loved individualism, so we were treated as partners in conversations and parties. We were equal. JAN PESZEK IS A FATHER OR A DAD? STRICT OR LOVING?

He has been a friend for a very long time. However, it doesn’t mean he has no features which are typical of a daddy. He’s kind

and he used to spoil us with gifts, I felt safe with him by my side. Like every notable artist, he has a difficult personality, he is very demanding. But he treats his children really exceptionally. I know there is an element of idealization in what I say. I know it works both ways, too. Besides, for me it’s not very hard since he is a great man, artist and a charming personality. We are like mythical creatures to each other, which sometimes can be hard, but on no condition would I change him for an average dad. YOU WORK IN SIMILAR FIELDS OF ART. HOW WAS IT WITH HIM AS YOUR MENTOR? DID YOU OPPOSE A BIT?

I went through the opposing period only after I quit the theater, having realized after 10 years of intensive acting that I didn’t want to do it because I didn’t find it interesting anymore. It was then that music found me. It was the equivalent of opposition. Dad expressed sadness for a moment, but also understanding, since it was a step I took within my own freedom. IT WAS HIM WHO TAUGHT YOU TO LOVE THEATER AND LITERATURE.

You can’t be taught that. A family house full of books and parents addicted to reading are fair enough. You don’t have to overdo it. GETTING TO THE POINT, WHY DID YOU ACTUALLY QUIT THE THEATER?

It didn’t fascinate me anymore. Acting requires absolute precision at all the levels. All the actors, lighting designers, director, script, everything has to work together, but it rarely does. And I’m interested in something with a devastating strength. When I enter the stage as a musician, much more depends on me, it’s easier to master every element. Moreover, music derives from emotions and influences emotions strongly. The distance between me and the audience is decidedly shorter than in theater. It goes without saying, I like to decide on even the smallest details and it’s easier to achieve it as a musician. DO YOU LIKE TO SHINE?

Yes, but it’s deeper than just that. The best proof that quitting was the right decision to make is seeing how many fans I’ve got now, and comparing my acting and musical careers. But quality matters the most. Franticness of perceiving a concert is different then comprehending a sophisticated visual art. DO YOU EVER MISS IT?

Those were great years. I wouldn’t be such an effective performer if it wasn’t for my acting experience. I will return to acting one day. I’m waiting for an interesting offer. For now, everything loses to music. I WONDER IF YOU WERE LIKE THIS, SELF-CONFIDENT AND CHARISMATIC, AS A LITTLE GIRL.

MUSEME

21


It’s hard to say. You would have to ask my closer friends, family. But I think my strong personality evolved very soon. I have always known I would become an artist and the only question was in which field it would happen. Well, I had quite an attitude…

feeling, but on the other hand you become lonely, you cast no anchors. When there’s no ring on your finger, no children, no God, you live like in a tunnel. Freedom can sometimes be dangerous.

I ASKED SINCE YOU SHOCK WITH THAT NON-POLISH MENTALITY OF

The only rule I follow is the intention of not harming others by what I do.

YOURS.

As a matter of fact, I am a very calm person. What is typical for me is the lack of tolerance for non-tolerance. A fighter awakes in me when some sort of difference is in danger. I think it derives from my family home standards and my childhood. I’ve never been a cute girl, or a good girl, and it would usually meet a particular reaction from the society. It might have hurt and that’s why I am the way I am now. I’m a defender of the opposition of the cultural establishment. DO YOU HAVE YOUR PHILOSOPHY, RELIGION?

I’m atheist. I’m full of pagan elements. I love life, I’m a hedonist. I don’t believe in life after life, so I try to live intensively and sensually, although it keeps changing. Currently, I have the feeling of tiredness, burning out and constant, pointless pursuit, and therefore I plan to take a break with my work. I feel the need of complete silence. Half a year of just self-focus, just being alive. It works like that, I act instinctively. A desperate step and pure hedonism. I’m setting off on a long journey to Asia, into complete silence, where I will record my new album. I believe in nothing else, I have no religion. Social limits irritate me. I find any conventions suspicious. I don’t acknowledge anything which guarantees proverbial safety, like marriage, children, it should derive from you, not from outside pressure. I’m in limbo.

LACK OF RULES CAN LOSE YOU SOMETIMES…

HOW IS IT WITH SENSUALITY, SEXUALITY AND BODY CULT? YOU TEMPT WITH YOUR WORDS, BUT ARE YOU REALLY LIKE THAT?

I think sex has the same importance in my life as in the lives of others. Periodically, it can be very important and overshadow everything else, but it also can be completely senseless. There are moments when body and sensuality become a religion and make you lose yourself. I’ve been with the same man for 18 years, and very often during holidays, when our minds are open, making love dominates our days. But there are also moments when we work and have no time nor a willingness for it. I think when you get into something, you should go all the way. COMPARING AN ACT OF ARTISTIC CREATION WITH SEX, DOES IT GIVE SIMILAR FULFILLMENT?

Maybe it’s my current frame of mind which makes me think that art is much more exciting and cosmic. In fact there is a sort of similarity to sex. But in the case of art, when I explode along with the audience, the feeling is different each time and allows you to make love to thousands of people, which to be honest would be impossible in a traditional fashion. SO THE CHOICE IS DETERMINED.

It might result from the situation. A brief moment of sexual hibernation. Currently, I ‘create’.

SPEAKING OF TIREDNESS, YOU MEAN YOUR JOB. DO YOU CONSIDER

WE SEE YOU ON STAGE BUT I’M MORE INTERESTED IN HOW YOU ARE

MUSIC A JOB?

PRIVATELY. YOU DON’T RUN AROUND YOUR HOUSE WEARING A PLUME

I wouldn’t call it a job. It’s no mission either, it sounds too lofty. It’s a way of life. I love what I do and when you do what you love, you don’t feel it’s a job for you. Speaking of tiredness, I simply mean accustoming people to top quality products, and I just lack the strength right now to maintain the high level. I have to rest.

AFTER ALL. DO YOU COOK, WASH, CLEAN?

IF THERE’S NO FAITH, THEN PERHAPS YOU HAVE IDOLS, HEROES?

It keeps changing. There’s no constancy. When I played piano, it was Bach; when I learned singing, it was Maria Callas. Later on, I was interested in Marylyn Monroe. I have no idols and thus I sentence myself to emptiness. On one hand it’s a liberating

I’m unpredictable and things hugely depend on what happens in my mind at a particular moment. I’m not easy to live with, being so emotional and sensitive. 22

MUSEME

I’m changeable. Sometimes I am a stay-at-home wearing the same clothes for a week, sleeping and cooking interchangeably. Sometimes I’m a dressing up freak. I’m unpredictable and things hugely depend on what happens in my mind at a particular moment. I’m not easy to live with, being so emotional and sensitive. You never know what I will be like on a particular day, sad and repulsive, or happy and playful. I’m sure it’s hard to stand but it guarantees an unforgettable experience. I don’t run around in feathers, but I do wear bizarre clothes. And I like to clean, mostly bathrooms. My house is my stronghold, few have access to it. We don’t have parties or social events. It’s my lair. I burn myself out on stage, among people or at a party, but I barricade at home. THEY SAY IT’S HARD TO LIVE WITH AN ACTOR. HAVE YOU EVER USED YOUR ACTING SKILLS FOR PURELY PRIVATE REASONS?

I think you can’t fool this old man of mine. Besides, after so many years, it would be plainly stupid. Therefore, as far as my most intimate relationships are concerned, fooling is not an option. And otherwise? I think I’m a better singer than actor. YOU SEEM A TOUGH LADY. ARE MEN SCARED OF YOU?

Some time ago I gave an interview to a certain man, and I heard from him that I make an impression, intentionally or maybe not, that I want to be taken care of. I was amazed since I had always thought of myself as of a strong and bold woman. I realized that I evoke a sense of protection in men, that I appear helpless and in need of care. It had never crossed my mind, but I guess it might be so. I mostly work with men, and when I think about it, the closer the relationship got, the more I was taken care of. AS A WOMAN, DO YOU NEED MEN TO EXIST?


Absolutely. I don’t want to, and I can’t live without them. From what I see now, I love big, strong men who give me shelter. A PURELY ATAVISTIC ATTITUDE.

Absolutely. I like them big, with strong, powerful arms. Slender weaklings attract me not. I’m a small person who likes to hide in King Kong’s arms. Apart from all that strength I undoubtedly possess and take advantage of to manifest myself on stage, I’m a fragile woman in everyday life, who likes to be taken care of and spoilt. But when it comes to stage life, some buttons are pressed, magic happens, and suddenly I become harsh with a crowd of 10,000 people. People sometimes need a leader, a shaman. The y don’t come to see the fragile Maria Peszek. DO YOU HAVE ANY STRENGTH LEFT AFTER A CONCERT, DO YOU REMEMBER ANYTHING FROM IT?

Sure, I’m a professional shaman. AND YOUR ATTITUDE TO WOMEN? DO YOU ADMIRE THEM? A PART OF THE MARIA AWARIA PROJECT IS THE CULT OF WOMAN.

I’m a little scared. I barely have any girl-friends. My only same sex friend is Maria Seweryn, but we don’t see each other often. Men are my buddies. I love to hang out and party with them. Women seem less interesting to me, but I have a sort of respect for them. I also appreciate their beauty. I even think that I could ‘fall in love’ with a beautiful woman. But I have much more in common with men. I’m a fighter and that’s how people perceive me. I don’t know the world of women well and I’m not very much interested in it. SO YOU CAN COOK SOUP AND HAMMER A NAIL WHEN YOU NEED TO?

I don’t hammer nails. Still, my brain is very womanly. I have a bad sense of direction. I’m generally quite a retard in that respect. Maps, directions… I get totally lost in it. Edward serves me as a compass, I don’t fight it. And I have no mind for numbers at all. I don’t know what netto and brutto are. Technical stuff is out of the question. Not worth the hassle.

Absolutely. I like them big, with strong, powerful arms. Slender weaklings attract me not. I’m a small person who likes to hide in King Kong’s arms. HOW DO YOU FIND POLAND THEN?

I’m happy to be living here and now. Some time ago, it was terrible. I don’t know how my parents and grandparents lived under communism and how they survived. I’m grateful for not having to struggle through the times of war, since my attitude towards war is clear and I believe there are no things worth dying for. Patriotism understood as sacrificing lives for the homeland is an extreme stupidity in my opinion, so I would probably desert. It’s getting better, but it’s still a bit boring. People’s needs are slowly getting satisfied. Less people are hungry and more get to widen their horizons. I see future optimistically. YOU TRAVELED A LOT, YOU KNOW HOW IT IS ABROAD. DOESN’T POLAND FALL BEHIND?

HOW DO YOU FIND THE CURRENT CANON OF BEAUTY? DO YOU DREAM

Of course it does, but it’s not such a hole anymore.

OF BIGGER BOOBS, FAKE EYELASHES, BLOND HIGHLIGHTS?

HAS POLAND EVER MADE YOU EMBARRASSED?

I like to dress up for photo shoots, to become someone completely different for one day. Suddenly my ass and boobs become shapely, out of the blue. But it’s absolutely not Maria Peszek. I value myself the way I am. It’s my personal crusade; I have wrinkles, small breasts, I’m very boyish but it doesn’t mean I’m not sexy. Indeed, it’s against the current standards. On the Internet, some people write: Peszek’s face resembles a dead pig, while others reply they find me absolutely beautiful.

Sure, mainly at the airports.

I GUESS IT’S APPROPRIATE FOR AN ARTIST TO EVOKE EXTREME

HOW DO YOU FEEL WHEN YOU GO ABROAD AND HEAR “KURWA”

EMOTIONS.

(POLISH VULGARISM) IN THE STREETS?

It’s the perfect situation, but it doesn’t mean it hurts you at times. I once saw a comment about me saying a short bum

When I go abroad, I generally avoid people and my own Maria Peszek persona. But I admit such anonymity is a wonderful feeling and often even a blessing. But every nation, not just the Polish, has something that makes them embarrassed. It really takes a long time to change.

STILL, YOU ARE AMAZINGLY SELF-CONFIDENT

It’s thanks to people. They give me strength and faith. It’s my personal Order of Mary. It’s my avid fans, some of them come from Poznań.

YOU KNOW, WE CAN STILL GET DRUNK AND START SINGING ON A PLANE…

I know. And we clap hands when a plane lands… People are stressed out during passport checks, it’s a remainder of communism and poverty. You can see the tension in their faces, we are afraid of being controlled, perhaps they found the smuggled sausages… But you see less of that. You can travel with a handy briefcase.

LET’S FINISH POSITIVELY, WITH A PINCH OF SALT. I ASK YOU, THE

WHAT’S YOUR ATTITUDE TOWARDS REALITY? THINGS GO SO FAST…

SONGWRITER AND POET, PLEASE PUT AN END TO OUR SHAME AND

The world is all the same. We don’t know what problems people had a long time ago. Maybe they were also worried that things were going so fucking fast. There sure are many of us on the planet. We’re totally careless in that respect. As far as ecology is concerned, I’m not crazy, I’m not an activist. I believe the world functions on its own and handles itself. Once there are too many of us, something will simply happen. One disease or another, some volcano erupts and the balance returns. We don’t live in extraordinary times.

CONSERVATISM IN THE FIELD OF EROTICISM. HOW WOULD YOU CALL GENITALS IN POLISH, IT’S SUCH A BEAUTIFUL LANGUAGE AFTER ALL…?

Perhaps “psitka” that’s my favourite word! I think “penis” sounds too proud. The word “ptak” (bird in Polish) sounds good as well. As far as my own genitals and those of my loved one’s are concerned, I consider it a private zone of infinite imagination, and TAKE ME won’t hear about it from me…

MUSEME

23


Wielomilionowa metropolia. Szum, hałas i zgiełk wdziera się z ulic miasta na taśmy, płyty i koncerty. Jedynie dźwiękowe eksperymenty są w stanie odzwierciedlić nieustanny pęd zaślepionego konsumpcją społeczeństwa. Ośmiu jego przedstawicieli, za pomocą kontrabasu, szlifierki, adaptera i samplera, usiłuje oddać ducha czasów. Dwóch Francuzów natomiast próbuje ich starania uchwycić na taśmie. TEKST: Filip Kalinowski

G

KADRY: Autorzy filmu

łówną nagrodę w konkursie filmów dokumentalnych na dziesiątej edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty zdobył obraz z pogranicza gatunków. We Don’t Care About Music Anyway… to pełnometrażowy debiut spółki Cédric Dupire i Gaspard Kuentz. Sonorystyczne eksperymenty wybrzmiewające w postapokaliptycznych pejzażach przerośniętego miasta przywodzą na myśl video-art. Rozważania i obserwacje dyskutujących ze sobą artystów bez zbędnej nadbudowy posłużyć by mogły za kanwę dokumentu interwencyjnego. Półtoragodzinny film na przekór tytułowi koncentruje się na muzyce. Daje wgląd w nieznaną i niezbadaną tokijską scenę eksperymentalną. Kierując kamery i mikrofony na ośmiu reprezentantów dźwiękowego podziemia, twórcy uchwycili fenomen japońskiej sceny niezależnej. Środowiska sytuującego się w opozycji do gubiącego krok w pędzie za rozwojem, zaślepionego konsumpcjonizmem społeczeństwa. O owym społeczeństwie, środowisku, filmie i muzyce rozmawiamy z reżyserami We Don’t Care About Music Anyway…

24

README


A multi-million population metropolis. Humming noises break in from the city streets from tapes, CDs and concerts. Only experimenting with sound can truly reflect the constant pursuit this blindly consuming society is engaged in. Its eight representatives have made use of a double-bass, a grinder, a record player and a sampler to reflect the Zeitgeist. Two Frenchmen aimed at presenting their attempts on screen.

T

TEXT: Filip Kalinowski STILLS: Filmmakers

he first prize at the documentary films competition at the 10th edition of the Era Nowe Horyzonty festival was won by a cross-genre motion picture. We Don’t Care About Music Anyway… the debut feature film of Cédric Dupire and Gaspard Kuentz. Sonar experiments resonate over the post-apocalyptic landscapes of an overdeveloped city, which appears reminiscent of video-art. Observing the artists in discussions, with no over-stylization used, could work as a starting point for an intervention documentary. Contrary to what the title implies, the hour and a half film does focus on music. It gives insights into the unknown and un-researched Tokyo experimental scene. Pointing cameras and microphones at the eight representatives of the sonar underground, the film makers attempted to grasp the phenomenon of the Japanese independent scene and the movement against a society blinded by consumerism barely keeping pace with development. That very society, as well as the environment, film and music are discussed below with the creators of the film We Don’t Care About Music Anyway …

README

25


P

HILIP KERR W KSIĄŻCE PSY I DEMONY

I BOOKINGÓW ZAGRANICZNYCH ARTYSTÓW. CZY PODCZAS POBYTU

ZAWARŁ DOŚĆ FATALISTYCZNĄ WIZJĘ

W KRAJU KWITNĄCEJ WIŚNI UDAŁO CI SIĘ POZNAĆ POWODY TAKIEGO

JAPONII. PISZE ON MIĘDZY INNYMI O TYM,

STANU RZECZY?

ŻE JAPOŃCZYCY NIGDY NIE ZAAKCEPTO-

Gaspard Kuentz: Japończycy uwielbiają subkultury, nisze i grupy. Na dodatek mają wyjątkowo rozwiniętą żyłkę kolekcjonerską. Czy chodzi o mangę, czy o muzykę – najważniejszy jest produkt. Kiedyś takich ludzi nazywało się otaku, dziś mówi się po prostu maniak. W tak bardzo zaludnionym kraju jak Japonia, na każdy kilometr kwadratowy miasta przypada ogromna liczba owych zapaleńców. Gdy w miastach żyje niekiedy 20 milionów ludzi, istnieje możliwość zapełniania sal na najbardziej nawet niszowych koncertach.

WALI PRZYNALEŻNOŚCI DO GRUPY KRAJÓW ROZWINIĘTYCH: KIEDY JUŻ JAPOŃSKA MACHINA ZOSTANIE SKIEROWANA NA JAKIŚ TOR, BĘDZIE NIM PODĄŻAĆ AŻ DO SKRAJNO-

ŚCI NIE DO POMYŚLENIA W INNYCH KRAJACH. CZY JAKO MIESZKANIEC TOKIO ZGADZASZ SIĘ Z TYM STWIERDZENIEM? MYŚLISZ, ŻE MA TO JAKIEŚ PRZEŁOŻENIE RÓWNIEŻ I NA MUZYKĘ?

Gaspard Kuentz: Myślę, że ma on racje w sprawie dążenia do dalszego, coraz szerszego rozwoju, ale chyba myli się co do samych Japończyków. Oni sobie świetnie zdają sprawę ze skali postępu i potrafią korzystać z jego owoców. To nie jest kwestia akceptacji czy świadomości, oni po prostu nie przejmują się skutkami. Poza kompleksem niższości wobec Zachodu, który przejawia się w kulturze czy modzie, nie mają żadnych zahamowań. Kupują, konsumują, wyrzucają i… nie wstydzą się tego. Szczególnie widoczne jest to w Tokio. Komercyjne, hałaśliwe dzielnice pełne są świateł, neonów i sklepów. Niewyobrażalne tłumy wypełniają ulice. Jednym z naszych głównych celów przy kręceniu tego filmu było ukazanie kultury konsumowania. Kultury, która w stosunku do eksperymentalnej sceny muzycznej znajduje się na przeciwległym biegunie społeczeństwa. Oczywiście producenci i kompozytorzy również mają dostęp do najnowszego sprzętu i oprogramowania choćby dlatego, że w Japonii się go produkuje. Można tu znaleźć mnóstwo używanego sprzętu: w komisach, na aukcjach internetowych, a nawet na śmietniku. Myślę, że to jeden z powodów tak prężnego rozwoju tej sceny. Najważniejsza jednak jest myśl stojąca za kupionym produktem. JAPOŃSKA SCENA NIEZALEŻNA NIGDZIE NA ŚWIECIE NIE MA SOBIE RÓWNYCH. WYSTARCZY SPOJRZEĆ NA LICZBĘ WYDAWNICTW WYPUSZCZANYCH TYLKO NA TAMTEJSZY RYNEK, OGROM KONCERTÓW

26

README

ARTYŚCI POKAZANI W WASZYM FILMIE WYDAJĄ SIĘ BYĆ PO TROSZE REWOLUCJONISTAMI, SYTUUJĄ SIĘ W OPOZYCJI DO KONSUMPCJONISTYCZNEGO, POZBAWIONEGO INDYWIDUALNOŚCI SPOŁECZEŃSTWA. MYŚLISZ, ŻE MOŻNA MÓWIĆ O LICZĄCYM KILKADZIESIĄT TYSIĘCY LUDZI RUCHU OKOŁOMUZYCZNYM?

Gaspard Kuentz: Im samym raczej by się to nie spodobało. Nie myślą o sobie w takich kategoriach. Nawet w artykułach pojawiających się w filmie trudno znaleźć cechy wspólne. Są z różnych pokoleń, grają różną muzykę, korzystają z różnego sprzętu. Największą siłą japońskiej sceny jest liczba imprez i koncertów, ich różnorodność i eklektyzm. Oczywiście zdarzają się noise’owe czy dubstepowe wieczory, najczęściej jednak dobór artystów nie jest podyktowany gatunkami. WIELU LUDZI ZASKAKUJE TO, JAK JAPOŃCZYCY MOGĄ ODWRACAĆ SIĘ OD TRADYCJI. WIELU ANTROPOLOGÓW CZY KULTUROZNAWCÓW BOLEJE NAD NISZCZENIEM ZABYTKÓW I ZANIKANIEM ZWYCZAJÓW. MNIE ZASKOCZYŁ FAKT, ŻE ŻADEN Z MUZYKÓW WYSTĘPUJĄCYCH W FILMIE NIE KORZYSTA Z DALEKOWSCHODNIEGO INSTRUMENTARIUM…

Gaspard Kuentz: To prawda. Jednak są muzycy, którzy grają na shō (tradycyjnym japońskim aerofonie, instrumencie, w którym dźwięk wydaje powietrze drgające w piszczałkach) czy shamisenie (trzystrunowym instrumencie szarpanym). Michiyo Yagi gra na koto (dalekowschodnim odpowiedniku cytry), a Otomo Yoshide


współtworzy zespół, w  którego skład wchodzi wielu „tradycyjnych” instrumentalistów. Jest więc grupa ludzi tworzących muzykę improwizowaną z ogromną wiedzą i szacunkiem dla tradycji. ZNASZ TAKICH, KTÓRZY OBCHODZĄ SIĘ Z OWYMI INSTRUMENTAMI W RÓWNIE „NIEGODNY” SPOSÓB CO SAKAMOTO Z WIOLONCZELĄ, PRZYKŁADAJĄCDO NIEJ NA PRZYKŁAD… SZLIFIERKĘ?

Gaspard Kuentz: (śmiech) Nie znam, nie wiem nawet, czy istnieją. Sakamoto jest odrobinę szalony, a te instrumenty przede wszystkim są cholernie drogie. Myślę też, że muzycy nie korzystają z nich ze względu na tradycję – decyduje pewnie ich świetne brzmienie. Muzyka improwizowana, bez względu na to, na czym jest wykonywana, i tak nie jest uważana za japońską. Tylko muzyka tradycyjna i j-pop są akceptowane jako krajowe. Reszta to muzyka zachodnia.

JAK ZŁOMOWISKO, OPUSZCZONA SZKOŁA CZY PODZIEMNY ZBIORNIK NA DESZCZÓWKĘ.

Gaspard Kuentz: Na terenie Tokio jest mnóstwo podobnych, niszczejących, opuszczonych terenów. To naprawdę piękne, niesamowite miejsca. Odkrywanie i penetrowanie nieużytków jest jednym z moich największych hobby. W Japonii istnieje spore grono osób z podobnymi zainteresowaniami są serwisy i strony internetowe dość łatwo jest się wymieniać informacjami. Chcieliśmy, żeby muzycy grali w takich właśnie przestrzeniach, by podkreślić ich wyobcowanie z hałaśliwego, tłocznego Tokio. Zabieraliśmy więc artystów do wybranych przez nas lokacji i wspólnie decydowaliśmy, czy w pełni im one odpowiadają. W FILMIE ZASTOSOWANO WIELE AUDIOWIZUALNYCH ZABIEGÓW. RUCH

DETROIT, SEATTLE CZY BERLIN KOJARZĄ SIĘ Z OKREŚLONYMI

PŁYTY NA ADAPTERZE DYKTUJE TEMPO MONTAŻU. PRZECIĘTY KABEL

GATUNKAMI MUZYCZNYMI. CZY W TOKIO TAKŻE ISTNIEJE KON-

EFEKTORA, POZA DŹWIĘKIEM, URYWA TAKŻE I OBRAZ. JAK WYGLĄDAŁA

KRETNE, WSPÓLNE BRZMIENIE?

WSPÓŁPRACA Z ODPOWIEDZIALNĄ ZA MONTAŻ CHARLOTTE TOURRÈS?

Gaspard Kuentz: Na owo brzmienie składa się ogrom dźwięków. Naszym głównym celem podczas realizacji tego filmu było złączenie w całość muzyki z miastem. Obaj uważamy, że ta wzajemna więź jest bardzo silna. Przytłaczająca swym ogromem liczba informacji i dźwięków, wszechobecna reklama i szum z głośników zaśmiecający japońskie metropolie znajduje odzwierciedlenie w bezkompromisowych, twardych dźwiękach. W eksperymencie. Cédric Dupire: Długo zastanawialiśmy się, dlaczego w Japonii pojawia się tak wielu muzycznych eksperymentatorów. Wydaje nam się, że wynika to ze zderzenia zimnego, hałaśliwego miasta z czysto ludzką potrzebą ekspresji jego mieszkańców. Potrzebą oddania czegoś głębokiego, płynącego z wnętrza człowieka, nie betonowo-szklanego budynku. Yamakawa Fuyuki na przykład, dzięki zaawansowanej technice ma szansę nagłośnić mikrodźwięki, które wydaje jego ciało. Paradoksalnie to, co sztuczne, pomaga mu wydobyć na powierzchnię to, co naturalne.

Cédric Dupire: Miała wpływ głównie na końcowy wygląd materiału, który jej przekazaliśmy. Koncept montażu był całkowicie nasz. Wymyśliliśmy wiele zabiegów łączenia dźwięk z obrazem. Opracowaliśmy wstępny koncept, nad którym ona potem pracowała. Podobnie pracowaliśmy nad ścieżką dźwiękową. Co oczywiste przy takim filmie, to właśnie muzyka była dla nas najważniejsza podczas montażu. Zależało nam na tym, by była ona oddzielnym, samoistnym tworem by fragmenty występów, odgłosy miasta i dyskusje muzyków płynnie spajały się w formę mogącą również egzystować w oddzieleniu od obrazu. Cała warstwa audio nagrana została „na setkę”. Każdy dźwięk zgrywaliśmy w czasie rzeczywistym, w tym samym czasie co zdjęcia. Żadnego playbacku. Dopiero gotowy miks daliśmy do obróbki Jacobowi Stambachowi.

JAK SZUKALIŚCIE LOKACJI, W KTÓRYCH KRĘCILIŚCIE WYSTĘPY

PARTIE FILMU. NA EKRANIE TRWA ONA JAKIEŚ DZIESIĘĆ MINUT.

ARTYSTÓW? GRAJĄ ONI W DOŚĆ NIETYPOWYCH MIEJSCACH TAKICH

ILE TRWAŁA NAPRAWDĘ?

DLA MELOMANÓW WYJĄTKOWO CIEKAWA JEST ODBYWAJĄCA SIĘ PRZY STOLE DYSKUSJA MUZYKÓW, KTÓRA NIEJAKO ROZDZIELA

README

27


Oni sobie świetnie zdają sprawę ze skali postępu i potrafią korzystać z jego owoców. To nie jest kwestia akceptacji czy świadomości, oni po prostu nie przejmują się skutkami. Poza kompleksem niższości wobec Zachodu, który przejawia się w kulturze czy modzie, nie mają żadnych innych zahamowań. Gaspard Kuentz: Spotykaliśmy się przez dwa dni po cztery, pięć godzin dziennie. Z początku trudno było przekonać muzyków do tego pomysłu, gdyż większość z nich nie lubi rozmawiać o muzyce. Podpuściliśmy ich jednak, prosząc o to, by po kolei wytłumaczyli, z jakiego sprzętu korzystają i w jaki sposób nim operują. Rozmowa o rodzajach kabli czy zaletach i wadach mikserów okazała się świetnym punktem wyjścia, potem poszło już z górki. Chcieliśmy pokazać ludziom techniczne zaplecze, jak i myśl stojącą za muzyką improwizowaną. Wydaje mi się, że większość ludzi nie rozumie tego terminu lub rozumie go opacznie i dlatego nie lubi muzyki improwizowanej, zanim jeszcze ją pozna. ILU Z TYCH ARTYSTÓW UTRZYMUJE Z MUZYKI IMPROWIZOWANEJ?

Cédric Dupire: Większość z nich. Niektórzy poza swoją eksperymentalną twórczością robią inne rzeczy, ale związane są one zwykle z muzyką. Artyści „elektroniczni” na przykład testują nowe programy i tworzą presety do syntezatorów, niektórzy prowadzą audycje radiowe, turntablista gra również jako dj. Otomo-san komponuje sporo rzeczy dla kina, telewizji i radia. Yamakawa-san, jak widać w filmie, jest również wykładowcą uniwersyteckim. Żaden z nich nie jest wyjątkowo bogaty, ale wszyscy dają sobie jakoś radę. Gaspard Kuentz: Z roku na rok jest coraz trudniej, ale da się wyżyć z samych koncertów czy setów, gdyż w Tokio jest ich organizowane mnóstwo. Co prawda nie przeczytasz o nich w prasie, ale internetowe zapowiedzi działają wystarczająco skutecznie. Kiedy kręciliśmy istniało jeszcze kilka fanzinów, dziś już w druku nie ma nic. Ostatnie lata były ciężkim okresem dla sceny muzycznej. Japoński kryzys ekonomiczny trwa dużo dłużej niż światowy – i to odbija się na ludziach. Coraz ciężej wyżyć z prowadzenia klubu. Wprawdzie w Japonii prawie nie istnieje piractwo internetowe, więc biznes muzyczny ma się całkiem nieźle, ale nie wydaje mi się, żeby okres prosperity sceny niezależnej potrwał jeszcze długo.

28

README

I

N HIS BOOK DOGS AND DEMONS, PHILIP KERR PRESENTED A RATHER FATALISTIC VISION OF JAPAN. HE OBSERVED THAT THE JAPANESE HAVE NEVER REALLY ACCEPTED BEING A PART OF THE GROUP OF DEVELOPED COUNTRIES; WHEN THE JAPANESE MACHINE IS HEADED IN ONE DIRECTION, IT FOLLOWS IT UNTIL AN EXTREME IS REACHED, TO AN EXTENT UNTHINKABLE IN OTHER COUNTRIES. LIVING IN

TOKYO, WOULD YOU AGREE WITH THAT STATEMENT? DO YOU THINK IT CAN BE TRANSLATED INTO THE FIELD OF MUSIC?

Gaspard Kuentz: I think he’s right in terms of the pursuit for further and wider development, but he might be wrong regarding the very Japanese bit. They realize the scale of development perfectly and they know how to take advantage of its achievements. It’s not a matter of acceptance or awareness, they simply don’t worry about the consequences. Apart from having an inferiority complex towards the West, which can be observed within their culture and fashion, they have no other reservations. They buy, consume and throw things away … and they’re not ashamed of it. It’s particularly visible in Tokyo. Commercial, noisy districts full of lights, neon’s and shops. Unimaginably massive crowds flood the streets. One of our main goals during the film-making, was to present the consumerism culture. Compared with the experimental music scene, you can say that this culture is situated at the opposite pole of society. Of course, producers and composers also have access to the most advanced hardware and software, partly due to the obvious fact that they’re manufactured here. You can find a lot of used stuff in second-hand stores, at Internet auctions, even on refuse dumps. I think it’s one of the reasons why the scene develops so fast. But what matters most is the reason why a particular product is purchased. THE JAPANESE INDEPENDENT SCENE HAS NO EQUIVALENT ANYWHERE ELSE IN THE WORLD. IT’S ENOUGH TO ONLY CONSIDER HOW


MUCH IS RELEASED THERE, HOW MANY CONCERTS TAKE PLACE AND HOW MANY FOREIGN ARTISTS ARE BOOKED. LIVING IN JAPAN, HAVE YOU DISCOVERED THE REASONS BEHIND THIS?

Gaspard Kuentz: The Japanese love subcultures, niches and groups. And they have an exceptionally strong collector nature. Regardless if it’s manga or musical records, the most important is the product. These people used to be called otaku; today you just call them maniacs. In such a populated country as Japan, every square kilometer is inhabited by a lot of enthusiasts like this. In a city with twenty million people, it’s very likely to find all tickets sold out for even the most obscure musical events.

Michiyo Yagi plays koto (Asian equivalent of zither), while Otomo Yoshihide has a band with several ‘traditional’ instrumentalists. As you see, there are some groups of people making improvised music with respect and deep knowledge of tradition. DO YOU KNOW ANY OTHER MUSICIANS WHO HANDLE THEIR INSTRUMENTS IN AS AN UNDIGNIFIED WAY AS SAKAMOTO HANDLES THE CELLO (WHICH HE PLAYS BY USING … A GRINDER)?

LIKE A SOCIAL MOVEMENT HAPPENING WITH THOUSANDS OF PEOPLE

Gaspard Kuentz: (laughing) I don’t know any, I’m not even sure if any actually exist. Sakamoto is a little crazy, and those instruments are damn expensive, to even start with. I think musicians play them not because of their traditional value – most likely, they decide to do so because of the excellent sound they produce. Improvised music, regardless of what it is played with, is not considered Japanese anyway. Only traditional music and j-pop are accepted as local. Everything else is Western music.

CENTERED AROUND MUSIC?

DETROIT, SEATTLE AND BERLIN ARE ASSOCIATED WITH PARTICULAR

Gaspard Kuentz: They probably wouldn’t like to be called this. They don’t perceive themselves in such categories. Even among the artists appearing in the film, it’s hard to find a common ground. They are of different ages, play different music and use different instruments. The strength of the Japanese musical scene lies in the frequency of events and concerts, their diversity and eclectic content. Of course, there are noisy and dubious night shows, but most often, the artistic profile is not based on genre specification.

MUSIC GENRES. IS THERE A SPECIFIC COMMON TOKYO SOUND AS

THE ARTISTS YOU HAVE PRESENTED IN YOUR FILM SEEM TO BE SOMEWHAT REVOLUTIONARY, OPPOSING THE CONSUMERISM DRIVEN SOCIETY WITH NO INDIVIDUALITY. COULD THERE BE SOMETHING

MANY FIND IT SURPRISING HOW THE JAPANESE TURN THEIR BACKS ON TRADITION. ANTHROPOLOGISTS AND CULTURAL STUDIES ACADEMICS GRIEVE AT THE FACT THAT MONUMENTS ARE DESTROYED AND WAYS OF LIFE FORGOTTEN. I WAS PERSONALLY SURPRISED THAT NONE OF THE MUSICIANS APPEARING IN YOUR FILM PLAYED ANY FAR EASTERN MUSICAL INSTRUMENTS…

Gaspard Kuentz: That’s true. But there are musicians playing shō (traditional Japanese aerophone, which emits sound through air vibrating in small pipes) or shamisen (three-string instrument).

WELL?

Gaspard Kuentz: These sounds consist of a number of elements. Our main goal during the film was to combine the music with the city image. We both believe that that mutual relation is very strong there. The overwhelmingness of the information flow and sound emission, the ubiquitous advertising and the speakers’ hum dominating the Japanese metropolis is well reflected in the non-compromise, harsh sound – in an experiment. Cédric Dupire: For a long time, we’ve been wondering why so many musical experimenters exist in Japan. We think it might be the result of the clash of the cold, noisy cities with a purely humane need of expression, felt by its inhabitants – a need of expressing something deep, which would come from their hearts and not from concrete-glass architecture. Yamakawa Fuyuki, for instance, uses advanced technology to amplify the micro-sounds emitted by his own body. Ironically, the artificial helps him express the natural.

Cédric Dupire – 31-letni francuski dokumentalista, który granie w kapeli porzucił dla kręcenia filmów, a pasję podróżnika skutecznie łączy z pracą operatora. Jego trzy największe pasje złożyły się na takie filmy, jak: Musafir (tradycyjna muzyka indyjska), The Right Man in the Right Place (portret gwinejskiego perkusisty Fadouba Oluaré) i We Don’t Care About Music Anyway… 31-year-old French documentarist who quit playing in a band to start making films, and now successfully combines his passion for travel with the profession of cameraman. Three of his major passions helped him make films such as: Musafir (traditional Indian music), The Right Man in the Right Place (portrait of a Guinean drummer Fadoub Oluaré) and We Don’t Care About Music Anyway…

Gaspard Kuentz – W wieku 22 lat francuski pasjonat filmu, przeprowadził się do Tokio, by studiować na uniwersytecie Eiga Bigakko. Do czasu zrealizowania We Don’t Care About Music Anyway… zajmował się krótkimi formami. Chinpira is Beautiful w serii Yakuza 23 Ku i klip dla XLII przygotowały go do pracy nad pełnometrażowym debiutem. At the age of 22, this French film aficionado moved to Tokyo to study at the Eiga Bigakko University. Before he started We Don’t Care About Music Anyway… he was into shorter forms. His Chinpira is Beautiful from the Yakuza 23 Ku series and a XLII videoclip gave him the grounding to start working on a full feature debut.

README

29


HOW DID YOU CHOOSE THE LOCATIONS FOR THE PERFORMANCES? THEY TAKE PLACE IN RATHER UNUSUAL SPOTS, SUCH AS A SCRAP YARD, AN ABANDONED SCHOOL, AN UNDERGROUND RESERVOIR.

Gaspard Kuentz: There are so many places deteriorating like this in Japan. They’re really beautiful and unique. Discovering and exploring these wastelands is one of my greatest hobbies. There are people with similar interests in Japan and you can find websites specially devoted to the topic. It’s quite easy to share information. We wanted the musicians to play in those very spaces in order to emphasize their alienation from noisy, crowded Tokyo. We led them to deliberately chosen spots and decided together if they were suitable.

Gaspard Kuentz: We had been meeting for two days for four – five hours a day. Initially, it was hard to convince them of the idea, since most of them hate talking about music. We got them to talk eventually, by asking them to elaborate in turns about the instruments they used and how they worked with them. The discussion regarding various chords and the advantages and disadvantages of mixers proved to be a great starting point; it went smoothly afterwards. We wanted to present the technical background and the main idea behind improvised music. I think most people don’t understand the term or misinterpret it. The y hate improvised music even before they get to really know it. HOW MANY OF THOSE ARTISTS SUPPORT THEMSELVES WITH

THE FILM WAS MADE USING MANY AUDIO-VISUAL TECHNIQUES: THE

PLAYING IMPROVISED MUSIC?

RECORD SPINNING SPEED INFLUENCING THE EDITING, AND CUTTING

Cédric Dupire: Most of them. Some do other things apart from experimental art, which is however, related to music. Electronic artists, for example, test new software and set presets for synths, while some others host radio shows, and one turntablist works as a DJ. Otomo-san composes music for motion pictures, television and radio. Yamakawa-san, as shown in the film, is a university teacher. None of them are particularly wealthy, but they all manage to get by. Gaspard Kuentz: Year by year, it’s getting more and more difficult, but you can make a living from just giving concerts or DJ’ing, since there are so many of these events organized in Tokyo. You won’t read about them in the press, but the Internet announcements work well enough. When we were filming, there were also some fanzines around, but not anymore. The recent years have been very hard on the music scene. The economical crisis has lasted much longer in Japan than in other parts of the world, and it does affect the people. It is increasingly hard to support yourself by just running a club. There’s barely any Internet piracy in Japan, so the music industry keeps doing good, but it doesn’t seem as if independent scene prosperity will last much longer.

GUITAR EFFECT CHORD TO TURN OFF BOTH THE SOUND AND THE PICTURE. HOW DID YOU LIKE WORKING WITH THE EDITOR CHARLOTTE TOURRÈS?

Cédric Dupire: She was responsible for the final shape of the material which we had provided her with. The editing was an absolutely original idea of ours. We came up with a couple of techniques combining image with sound. We drafted a rough idea which she later worked on. We approached the soundtrack in a similar fashion. In a film like this it was obvious that music was the key element during the editing stage. We wanted it to be a separate, self-independent entity, so we blended the fragments of performances, city sounds and musicians’ conversations into one form capable of existing without the image. All the audio was recorded live, real-time, simultaneously with the image. No playback. We passed the finished mix to Jacob Stambach for editing. MUSIC LOVERS MIGHT BE INTERESTED IN THE SCENE WHEN MUSICIANS HAVE A DISCUSSION AT THE TABLE, WHICH SPLITS THE FILM, SO TO SAY. ON SCREEN, IT LASTS AROUND TEN MINUTES. HOW LONG DID IT REALLY LAST?

30

README


Feministka? Wręcz przeciwnie. TEKST: Zofia Ziółkowska

ZDJĘCIA: Zosia Zija i Jacek Pióro STYLIZACJA: Matylda Rosłaniec

Zaczynając od „wyeksploatowania” osiedlowej wypożyczalni kaset video, poprzez przerabianie scenariuszy wraz z młodszą siostrą, studia ekonomiczne, podyplomówkę na kierownictwie produkcji w Łodzi, dotarła do Warszawy, gdzie skończyła reżyserię i zrozumiała, że znajduje się na właściwym miejscu. O tym wszystkim opowiada Kasia Rosłaniec podczas Festiwalu Mujeres en Foro w Buenos Aires.

S

KĄD WZIĘŁA SIĘ U CIEBIE PASJA DO KINA?

Przez jakiś czas w ogóle nie wiedziałam, skąd się wzięła moja pasja. Mój tata również wciąż o to pytał. I ostatnio do tego doszliśmy. Historia ta może wydać się trochę naciągana, ale coś w tym jest. Kiedy była młodsza, długo błagałam mamę, żeby mi urodziła siostrę, bo nie miałam się z kim bawić. Kiedy się wreszcie urodziła, traktowałam ją jak żywą lalkę i robiłam z nią, co tylko się dało – chciałam się z nią bawić we wszystkie zabawy świata. Nastał moment, gdy miałam 15 lat, a Agata 9, i ona żaliła się mamie, że chcę się z nią bawić. Moja mama zupełnie nie wiedziała, co ma zrobić: starsze dziecko ma już 15-16 lat, jest już w ogólniaku, a to młodsze wciąż narzeka, że starsze chce się z nim ciągle bawić. Często się zdarzało, że zamykałam się sama z Barbie, żeby mnie nikt nie widział. Miałam już w końcu lat 17-18 i wciąż bawiłam się lalkami! Ale tłumaczyłam się sama przed sobą, że skoro mam naście lat, to jeszcze mogę. Na naszym osiedlu była wypożyczalnia kaset video. Wydaje mi się, że obejrzałyśmy z moją siostrą wszystkie dostępne tam filmy. Potem odgrywałyśmy nadane przeze mnie role, przerabiałyśmy

32

README

scenariusze albo zmieniałyśmy zakończenie. Często bawiłam się sama ze sobą. Jechałam na przykład gdzieś autobusem i odgrywałam różne wymyślane historie, jako jedna z moich postaci. Nastał dla mnie kryzysowy moment, kiedy przestałam się już bawić i nie do końca mogłam się odnaleźć w świecie. A teraz znowu wymyślam historię. Aktorzy zastąpili mi lalki. Gdybym tego nie robiła, z pewnością byłabym nieszczęśliwa. W KTÓRYM MOMENCIE ZDAŁAŚ SOBIE SPRAWĘ, ŻE TO WŁAŚNIE KINO JEST TYM, CZEGO SZUKAŁAŚ?

Dopiero teraz zrozumiałam, że dobrze się czuję w tym miejscu, w  którym jestem. Mam po prostu dobrą karmę. Po szkole średniej poszłam na studia ekonomiczne. Te studia trochę zasugerował mi tata – dla mnie, gdy miałam 19 lat, głównym celem życiowym było chodzenie na imprezy, od czwartku do niedzieli. Kompletnie wtedy nie wiedziałam, co chciałabym robić w życiu. Myślałam, by iść na psychologię, jednak tata bardzo szybko mi to odradził. Powiedział, że na psychologii studiują tylko dziewczyny. Dlatego wybrałam ekonomię, gdzie jest dużo chłopaków. W międzyczasie studiowałam prawo i skończyłam pierwszy rok. Chciałam studiować historią sztuki. Nie posiadam jednak takiego talentu, by malować obrazy czy tworzyć muzykę, i wydawało mi się, że dlatego nie mogę iść – choć bardzo mnie


README

33

ZOSI O A ZIJA I JACEK PIÓRO


tam ciągnęło – na żadne studia artystyczne. Okazało się jednak wtedy, że film jest czymś na pograniczu. Żeby to wszystko powiązać, kiedy kończyłam trzeci rok ekonomii, postanowiłam, że zacznę studiować na nowym kierunku – kierownictwie produkcji. Jednak by móc tam się dostać, trzeba było posiadać już jakąś praktykę. Tato pomógł mi się rozeznać i odbyłam praktyki w  telewizji gdańskiej. Przez dwa dni było super – biegałam z  kamerą, robiliśmy reportaże. Później nie było już tak ciekawie… Ale tam poznałam chłopaka, Marka, operatora telewizji. Zrobił on pierwszy niezależny film w Polsce, który był wyświetlany w kinach. Tytuł tego filmu to Segment 76. Przygotowywał też z inną ekipą, ze SPATIF-em, swój film Inżynier Walczak. Bardzo chciałam, by najęli mnie tam jako kierownika produkcji, poprosiłam więc Marka, żeby porozmawiał z reżyserem, producentem i aktorami. Pamiętam, że kiedy rozpoczęły się zdjęcia, w ciągu jednego dnia zgubiłam mnóstwo rzeczy, pomyliłam wszystkie terminy… Tak naprawdę w  ogóle mnie to nie interesowało – ja chciałam kręcić film. Wtedy postanowiłam, że zostanę reżyserem. Stwierdziłam, że do Łodzi pewnie się nie dostanę, więc wybrałam 2-letnią Warszawską Szkołę pana Maćka Ślesickiego. Warunkiem przyjęcia było nakręcenie filmu. Zrobiłam wraz z Markiem 4-minutowy film Moralizatorski banał przesłania wysmakowane estetycznie zdjęcia, w którym zagrała moja siostra i wszyscy moi znajomi. Pokazałam go rodzinie. Po projekcji nastąpiła cisza. Jeden wujek odważył się i powiedział, że nic nie rozumie. Wtedy wszyscy dodali: Ja też! Ja też! Ja też!. Byłam oburzona, nie pojmowali wielkiej sztuki. Ten film był śmieszny, fajny, ale faktycznie to było nie do zrozumienia. Każdy ma chyba taki moment, kiedy uważa, że robi „wielką sztukę”, a gdy inni tego nie rozumieją, to oznaka, że jest się wielkim artystą. A to jest gówno prawda! Jednak wtedy wierzyłam w ten mój film… i dostałam się do tej WSF. Potem skończyłam jeszcze szkołę Wajdy. Warszawska Szkoła Filmowa jest bardzo dobra pod względem przygotowania rzemieślniczego. Porównując, w Łodzi robi się 1 etiudę na rok, a my robiliśmy 10 takich etiud rocznie. Nie ma innej metody, żeby się nauczyć, jak robić filmy. Na zakończenie szkoły zrobiłam 30-minutową etiudę Galerianki. Wtedy w tej szkole brakowało mi bardzo duchowego wsparcia. Sami musieliśmy robić filmy i nikt nas nie prowadził krok po kroku, nie omawiano tego zbyt szczegółowo, choć tak się robi w  innych szkołach filmowych. Myślę teraz, że chyba anioł stróż musiał czuwać, by tak się stało – dzięki temu robię filmy po swojemu, a nie tak, jak ktoś mnie nauczył. Galerianki powstały więc bez naleciałości szkolnych. Zrobiłam je po swojemu, tak jak umiem. Gdybym studiowała gdzieś indziej, ten film z pewnością wyglądałby inaczej. Ja po prostu musiałam robić to z serca, tak jak czuję. JAK POWSTAŁY GALERIANKI?

Na WSF po pierwszym i drugim roku należało nakręcić film. Po pierwszym roku zrobiłam film Zapach pieprzu, który nigdy nie ujrzał światła dziennego, gdyż nie był dostatecznie dobry. Uważam, że nie wszystkie filmy, jakie się kręci, powinny być pokazywane – potrzebna jest doza samokrytyki. Na zakończenie drugiego roku również zrobiłam film, który też nie był zbyt dobry. Pamiętam, że któregoś razu brałam kąpiel, a w telewizji leciał reportaż Szlauchy. Usłyszałam głos 13-letniej dziewczynki mówiącej dziennikarzowi, który podszył się pod sponsora, że nie posiada ona telefonu, ale chciałaby, żeby jej go kupił. Wyskoczyłam z wanny, żeby obejrzeć ten reportaż. Dla tej dziewczyny nie był problemem fakt, że musi się z kimś przespać. Najważniejsze dla niej było to, by dostać telefon. Czułam,

34

README

że coś w tym temacie jest, coś mnie poruszyło. Pomyślałam, że trzeba zrobić o tym film. Napisałam scenariusz prawie na kolanie. Zajęło mi to tydzień, czy dwa i zaniosłam go do Maćka Ślesickiego, a on powiedział: Róbmy to – i zrobiliśmy. Szykowaliśmy castingi, rozklejałam z moją siostrą plakaty w warszawskich szkołach. Przychodziły dziewczynki i wszystkie wiedziały, o co chodzi. Mówiły, że to się dzieje u nich w szkole. Aby zebrać materiał, sama też chodziłam do szkół i dosiadałam się do dziewczyn na ławkach. Przekonywały mnie, że to jest fajny styl życia, że nie ma w tym nic złego, że kiedy ma się chłopaka, to on kupuje ci prezent – i co z tego, że ma 40 lat. To żadna prostytucja, bo one nie biorą pieniędzy, tylko dostają prezenciki… Większość z  nich twierdziła, że posiadanie starszego faceta, który ma samochód i kupuje im prezenty, to jest ich cel, do tego dążą. A że dzisiaj ma jednego faceta, a za tydzień drugiego, to dlatego, że przecież jest tego warta. One sobie wyznaczają własny system wartości poprzez posiadanie. To dzieje się nie tylko w centrach handlowych.

Po pierwszym roku zrobiłam film, który nigdy nie ujrzał światła dziennego. Uważam, że nie wszystkie filmy, jakie się kręci, powinny być pokazywane – potrzebna jest doza samokrytyki. CZY TO JEST WPŁYW KULTURY KONSUMPCYJNEJ, KTÓRA STYMULUJE CIĄGŁĄ POTRZEBĘ POSIADANIA, ZMIENIANIA NA NOWSZY MODEL? NIE TYLKO RZECZY, ALE TEŻ LUDZI?

Tak. Mamy kapitalizm, wszystko jest w zasięgu ręki, ale wydaje się, że do tego jeszcze nie dorośliśmy. Nie tylko te dziewczyny są takimi galeriankami, ale też ich mamy, które ciągle chcą coś mieć. W wielu krajach europejskich obserwuje się rozpad rodziny – ona przestała być ważna i została zepchnięta na dalszy plan. I to nie jest problem braku pieniędzy, dysfunkcji rodziny czy też niższej klasy społecznej. Paradoksalnie – wręcz przeciwnie. Im dom jest bogatszy, tym bardziej zanikają więzi międzyludzkie. Nawet jeśli dzieciaki nie czują tej więzi, to wiedzą, że coś takiego istnieje. I taka dziewczyna, galerianka, tego szuka. W FILMIE POKAZAŁAŚ TYLKO JEDNĄ, NIŻSZĄ KLASĘ…

Tak. Poruszałam się jedynie w tym środowisku i chyba sama sobie do końca nie zdawałam sprawy z tego, że to nie tylko o to chodzi. Gdybym dzisiaj kręciła ten film, środowisko byłoby bardziej różnorodne, wymieszane. Wtedy chciałam raczej pokazać standardową rodzinę, to miał być normalny, przeciętny dom.


README

35

Z SIA ZIJA ZO ZOS ZIJA J IJ JAC A EK PIÓR ÓRO


JAKI BYŁ ODBIÓR FILMU NAJBLIŻSZYCH, RODZINY, WYKŁADOWCÓW, ALE TEŻ PUBLICZNOŚCI, KRYTYKÓW ITD.?

Kiedy nakręciłam film, nikomu się nie podobał. Jednak sam temat filmu wzbudzał zaciekawienie i zazdrość. Wiedziałam, że to jest temat, który przyciągnie ludzi do kina. Nie poszło jednak tak łatwo – pierwszy montaż był kiepski, trzeba było zmontować film od początku. Momentami sama nie wiedziałam, czy coś z tego będzie, czy nie. Gdyby nie moja mama, która mnie podtrzymywała na duchu, mogłabym się załamać. Rzeczywiście było tak, że komukolwiek bym tego filmu nie pokazała, wszystkim się nie podobał. DLACZEGO W TAKIM RAZIE FILM WSZEDŁ DO KIN?

Dzięki wsparciu mojej mamy i Kamila, którzy mówili, żebym robiła film po swojemu, bo tak naprawdę nie mam nic do stracenia. To ma być mój film. Siedzieliśmy wiec jeszcze dwa miesiące i powstawał od nowa. Wszedł do kin dzięki producentowi Włodzimierzowi Niderhausowi, któremu ten film się spodobał i który znalazł dystrybutora. Mam szczęście w życiu, bo znajduję właściwych ludzi. W pewnym momencie znalazłam Kamila, a potem dystrybutora (Monolitfilm). Właścicielem filmu jest pan Mariusz Łukomski, ale to jego żona, Martyna, uwierzyła w Galerianki i powiedziała, że będą hitem. To oni właśnie zrobili kopię filmu i zajęli się promocją. FILM WSZEDŁ DO KIN I ODNIÓSŁ SUKCES. CO DZIAŁO SIĘ POTEM? TERAZ JEŹDZISZ PRZECIEŻ PO CAŁYM ŚWIECIE.

Wiedziałam, że film przyciągnie ludzi. Ten film ma energię, ma to, czego ludzie potrzebują, nie jest nudny, mówi o czymś konkretnym. Nie spodziewałam się jednak tylu zaproszeń na festiwale. Pierwszym był festiwal w Koszalinie, na którym Galerianki dostały główną nagrodę, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Pomyślałam wtedy, że jednak nie tylko mi się podoba. Pierwszy raz w historii festiwalu, ludzie nie zmieścili się do kina. Byłam na festiwalu w Toronto, a także w Gdyni, gdzie film znowu dostał nagrodę. Teraz jeżdżę w zasadzie po całym świecie. GDZIE GALERIANKI SĄ LEPIEJ ODBIERANE: ZAGRANICĄ CZY W POLSCE?

Za granicą odbierane są lepiej i może to wynika z braku naleciałości, że coś trzeba, że coś wypada. W Polsce tak właśnie jest: wypada coś lubić, wypada coś obejrzeć, wypada czegoś nie lubić. Za granicą natomiast ludzie są bardziej otwarci na nowe rzeczy, oceniają to według swoich kryteriów. Tam reakcje są spontaniczne, mocniejsze, po obejrzeniu filmu mówią: Wow! Super!. W  Polsce reakcją dziennikarzy jest stwierdzenie: Fajnie, ale zobaczymy, jaki będzie drugi film. Tak jakby chcieli powiedzieć, że miałam fart, a mój los jest wciąż niepewny. A zagranicą mówią po prostu: Masz talent i rób filmy. BYŁAŚ JUŻ W SEULU, BANGKOKU, JEDZIESZ DO KAZACHSTANU. BYŁAŚ W BUENOS AIRES, ZAPROSILI CIĘ TAM NA FESTIWAL KINA KOBIECEGO. JAKIE SĄ TWOJE WRAŻENIA STAMTĄD?

Nie czuję się do końca komfortowo, kiedy zapraszają mnie na festiwale tego typu, czyli feministyczne. Nie jestem feministką, wręcz przeciwnie. Uważam, że jest to idiotyczne. Dążenie do zrównania płci prowadzi do tego, że niedługo zostanie jedna płeć i  będziemy rozmnażać się poprzez łykanie pigułek. W Buenos Aires, kiedy dziewczyna idzie ulicą i ktoś na nią gwiżdże, to jest normalne. Podoba mi się to. To jest instynktowne, wynika z natury ludzkiej. Człowiek pochodzi od zwierzęcia, zwierzaki tak się przyciągają. To wszystko jest kwestią feromonów, hormonów, zasadza się na naturze. A my tę naturę zupełnie gasimy. Gasimy sygnały pochodzące z naszej seksualności, takiej prymitywnej, a to jest właśnie prawdziwa seksualność, bez ograniczeń, że coś wypada, a czegoś nie wypada. Wszystko staje się takie plastikowe.

36

README

Kiedy nakręciłam film, nikomu się nie podobał. Jednak sam temat filmu wzbudzał zaciekawienie i zazdrość. Wiedziałam, że to jest temat, który przyciągnie ludzi do kina. Nie poszło jednak tak łatwo – pierwszy montaż był kiepski, trzeba było zmontować film od początku. MIMO WSZYSTKO WZIĘŁAŚ UDZIAŁ W DEBACIE REŻYSEREK ZAPROSZONYCH NA FESTIWAL.

Według mnie reżyser nie jest od tego, żeby się wypowiadać. Reżyser jest od robienia filmów. Jeżeli chcę coś powiedzieć, to pokazuję to w  filmie. CZY W TAKIM RAZIE TWÓJ FILM MÓWI ZA CIEBIE?

Mój film wyraża to, że obserwuję życie, ludzi i świat. Mój film miał być po prostu kawałkiem z życia. Dużo ludzi, szczególnie starszych, nie ma dostępu do świata nastolatków. Mnie udało się wejść w ten świat i to przedstawiłam w filmie. To jest moja rola, ja to pokazałam, a teraz róbcie, co chcecie. WIEM, ŻE PLANUJESZ JUŻ KOLEJNY FILM. OPOWIEDZ O CZYM BĘDZIE.

Robiąc Galerianki, zarzekałam się, że następny film na pewno nie będzie o nastolatkach. Ale znowu obejrzałam w telewizji dokument, historię nastolatki z dzieckiem, i znowu coś mną ruszyło. Zaraz później natrafiłam w Wysokich Obcasach na artykuł Najmłodsze matki Europy, z którego wynika, że nastała teraz moda na rodzenie dzieci, że fajnie jest mieć dziecko i panuje ogólnospołeczne przyzwolenie na rodzenie dzieci przez nastolatki. W Stanach Zjednoczonych, w Anglii kręcone były seriale o nastolatkach w ciąży i tam młode dziewczyny zaczęły nagminnie rodzić dzieci. To stało się modą. Wszystkie gwiazdy nagle zaczęły zachodzić w  ciążę. Nastolatkom to się podoba, bo dzieci mają fajne ubranka i  są jak takie „żywe lalki”. To jest jedna warstwa mojego filmu, druga – to w pewnym sensie odpowiedź na Galerianki. Tamtych bohaterek pozornie nic nie obchodzi, a tak naprawdę strasznie potrzebują uczuć. Nie istnieją między nimi takie więzi, znajomości na Facebooku są pozornymi przyjaźniami. Gdy więc taka dziewczyna (w filmie to jest 17-letnia Natalia, która ma półrocznego Antosia) rodzi dziecko, jest to dla niej coś autentycznego, prawdziwego, i to jest jedyna osoba na świecie, która ją rzeczywiście kocha i której ona może dać swoją miłość. O tym właśnie będzie mój kolejny film – Baby blues.


ZOSI S A ZI Z JA J I JAC JACEK EK K PIÓR IÓ ÓRO R

DZIĘKUJEMY AMBASADZIE RP W BUENOS AIRES ZA POMOC W REALIZACJI WYWIADU. PODZIĘKOWANIA DLA „BIOSFEERY”

README

37


38

README


README

39

ZOSI OSIA A ZIJA I JACEK PIÓRO


CONTRIBUTORS ŁUKASZ SATURCZAK (rocznik 1986) autor powieści Galicyjskość, doktorant na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie wcześniej kończył dziennikarstwo. Pisze głównie o literaturze, ale też sporadycznie o muzyce i filmie dla TAKE ME, Lampy, Tygodnika Powszechnego czy Ha!artu. Przemyślanin z urodzenia, wrocławianin z wyboru. Born 1986, author of Galicyjskość, a novel, PhD student at the philology department of Wrocław University, where he had formerly graduated in journalism. He mostly writes on literature and sporadically on music and film for magazines such as TAKE ME, Lampa, Tygodnik Powszechy and Ha!art. Born in Przemyśl he has chosen Wrocław as the place to be. AMILCARE INCALZA Amilcare Incalza (ur. 1967) Przewodniczył wydziałowi fotografii mediolańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Współpracował z japońskim fotografem, Noryo Take przy: Vouge Japan, Elle Japan, MarieClaire Japan. Zaangażowany razem z Alexem Martinengo do produkcji programu America’s Next Top Model. Pracował również z Maxim Italia USA, Harper’s Bazaar Russia, Mondadori Italia, Dashmagazine oraz Takeme. (born 1967) Academy of Fine Arts Milan. Chair of Photography. He cooperates with the Japanese photographer, Noryo Take: Vogue Japan, Elle Japan, Marie Claire Japan. He was also involved in the photographic production of America’s Next Top Model, in the photographic duo with Alex Martinengo for the first time. He has worked with Maxim Italia USA, Harper’s Bazaar Russia, Mondadori Italia, Dashmagazine and Take Me. ALEXANDRO MARTINENGO Fotograf i ilustrator. Postproducent. Grafik. Od lat współpracuje z Amilcare Incalza. Aktualnie zajmuję się postprodukcją dla Marka Seligera (np. przy najnowszym kalendarzu Lavazza 2011). Photographer and Illustrator. Post Producer. Graphic designer. He has been cooperating for many years with Amilcare Incalza. Currently coordinates and creates the postproduction section for Marc Seliger (for example the most recent calendar Lavazza 2011). SŁAWOMIR JAN MAGALA zarabia od 1985 roku na życie jako profesor Rotterdamskiej Szkoły Biznesu Uniwersytetu Erazma w Holandii. Pisuje o kulturze, organizacjach i estetyce fotografii. W 1966 roku wygrał konkurs na Wunderkinda i reprezentował Polskę na Camp Rising Sun pod Nowym Jorkiem dołączywszy do globalnej sieci. W 1978 roku wpadł w oko Fundacji Humboldta pod pretekstem habilitacji. Z przyjemnością żyje, o ile to jest możliwe. He has from 1985 he has been tenured Professor at the Rotterdam School of Management, Erasmus University in Netherlands. He writes mainly on culture, organizations and the aesthetics of photography. In 1966, he won a national competition and representing Poland spent a summer at the Camp Rising Sun upstate New York plugged into the global network. In 1978, the Humboldt Foundation invited him to Frankfurt am Main under the pretext of post-doc research. He loves life, which life reciprocates in kind whenever possible. FILIP KALINOWSKI DJ. Turntablista. Selektor. Digger. Dziennikarz. Redaktor. Promotor. Mr.X dla RBMA. Wsparcie gramofonowe dla kIRk bandy. Entuzjasta, jednym słowem. Choć żyje z szeroko pojętej aktywności muzycznej, jego czas i chęci na równi z dźwiękiem, pochłaniają wszelkie, inne aspekty "kulturalnego" życia. Od zagłębiania się w czeluście azjatyckiego kina grozy, po picie kawy i palenie papierosów nad nie zawsze ciekawą książką. DJ and Turntablist. Digger. Journalist. Editor. Mr.X for the RBMA. Turntable provider for the kIRk band. An enthusiast. Although he supports himself through his broadly defined musical activity, he is equally into any other fields in the cultural universe. From plummeting the depths of Asian horror cinema, to drinking coffee and smoking cigarettes, to reading not all that fascinating books.

40

CONTRIBUTORS


CONTENT 6 MUSEME

58 README

108 DRESSME

174 SHOOTME

Ars Cameralis // Natalia Skoczylas Być eko. Teraz! // Klara Czerwińska Dare to be fair // Iwona Kulińska

Fotografia kolekcjonerska // event

14 MUSEME

64 README

111 DRESSME

176 README

Rebeka // Magda Howorska

Upcycling // Karolina Iwa

Ekomoda // Marta Dudziak

Facet z innej bajki // Seba Frąckiewicz

16 MUSEME

70 DRAWME

117 DRESSME

Zakon Marii // Magda Howorska

RE:MAKE // Kasia Bukowska

Natural projection // Leslie Hsu

24 README

72 DRAWME

130 SHOOTME

Tokyo Calling // Filip Kalinowski

Ecomateria // Olga Kaniewska

Furie(s) // Amilcare Incalza

32 README

74 DRAWME

146 README

OKŁADKA / COVER PAGE Photo: Amilcare Incalza + Alex Martinengo Stylist: Manuel Menini Make up & hair: Dorota Hayto

Kasia Rosłaniec // Zofia Ziółkowska Naturalnie // fivetimesone

Sustainability // Sławomir Magala

44 SHOOTME

76 DRAWME

152 README

Aleksandra Pawłowska // photo

Przetwory 05 // Kasia Okińczyc

Stardust // Zygmunt Nowak-Soliński

46 README

80 DRAWME

158 README

Eko-ściema // Patyczak

Pająki // DODOPLAN

Kołkiem w wieszcza // Frąckiewicz

49 README

88 DRESSME

164 README

Marta: Brief and suspender belt LA PERLA Vintage stockings PIERRE CARDIN Bijoux by COSEATRE Paulina: Outfit by LA PERLA Redakcja serdecznie przeprasza Zygmunta Nowaka-Solińskiego za błąd w jego imieniu w ostatnim wydaniu TAKE ME (08) i poleca STARDUST w tymże wydaniu! Redakcja zastrzega sobie prawo do dokonywania skrótów, zmian stylistycznych i opatrywania nowymi tytułami materia-

Pół roku utopii // Saturczak

52 README / SHOOTME

Maldoror // Zosia Zija & Jacek Pióro CSR // Marcin Rutkiewicz

100 SHOOTME

łów nadesłanych do druku oraz nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczonych

168 README

reklam i ogłoszeń. Oznaczenie uwolnionych dzieł pojawi się w PDF, który będzie dostępny do pobrania na www.take-me.pl

A bar is a stage! // Piotr Stokłosa

Patricia // Igor Drozdowski

Sztuka zasiewu // Kaja Werbanowska

po zakończeniu sprzedaży TM09.

CONTENT

41


MASTHEAD WYDAWCA / PUBLISHER Fundacja Twórcy Możliwości ul. Garncarska 9 61-817 Poznań kontakt@tworcymozliwosci.pl

REDAKTOR NACZELNY / EDITOR IN CHIEF

DYREKTOR KREATYWNY / CREATIVE DIRECTOR

Michał Gołaś michal.golas@take-me.pl

Dominik Fórmanowicz dominik.formanowicz@take-me.pl

SHOOTME / DRESSME

DRESSME MEDIOLAN / LONDYN

Igor Drozdowski igor@take-me.pl

Darien Mynarski darien@take-me.pl

MUSEME

AROUNDME / DRAWME

Magda Howorska, Natalia Skoczylas museme@take-me.pl

Jerzy Woźniak, Paweł Garus aroundme@take-me.pl

REDAKTORKA / EDITOR

README

Ela Korsak ela.korsak@take-me.pl / redakcja@take-me.pl

Ela Korsak readme@take-me.pl

WSPÓŁPRACA / COOPERATION Sławomir Magala, Amilcare Incalza, Alexandro Martinengo, Zofia Ziółkowska, Filip Kalinowski, Anna Demidowicz, Katarzyna Okińczyc, Patyczak, Łukasz Samsonowicz, Kaja Werbanowska, Sebastian Frąckiewicz, Łukasz Saturczak, Tomasz Szymański, Bartek Piekarniak, Jakub Derbisz, Piotr Chudzicki, Dorota Szopowska, Zosia Zija i Jacek Pióro, Norbert Jankowski, Krzysztof Szlęzak, Marcin Rutkiewicz, Katarzyna Toczyńska, Ada Buchholc, Dorota Wątkowska, Marta Dudziak, Anna Wyżykowska, Klara Czerniewska, Karolina Iwa, Mikołaj Tkacz, Piotr Stokłosa, Leslie Hsu, January Misiak, Michalina Różańska, Karolina Śmigielska, Małgorzata Kmiecik

ITALIAN PUBLIC RELATIONS STUDIO TERENZI, MARA TERENZI mara@terenzis.com tel. +39 02 66719268

42

BIURO MARKETINGU I REKLAMY / MARKETING & ADVERTISING OFFICE Katarzyna Kin kasia.kin@take-me.pl

PRENUMERATA / SUBSCRIPTION

PATRONATY / PATRONAGE

Anna Głąbska anna.glabska@take-me.pl

Katarzyna Kin kasia.kin@take-me.pl

KOREKTA / PROOF-READING

KONSULTACJE PRAWNE / LEGAL ADVICE

Ela Dajksler, Marta Molińska, Olga Grząślewicz korekta@take-me.pl

Bartosz Siekacz, Marcin Barański, Maciej Burger

ENGLISH CORRECTIONS

TŁUMACZENIA / TRANSLATIONS

Zygmunt Nowak-Soliński

Tomasz Jarmużek, ponadto Maria Skiba

SKŁAD / LAYOUT

DTP

Michał Gołaś, Waldemar Koralewski, Ela Dajksler

Janusz Lisiecki / VERGO Studio studio@vergo.pl

DRUK / PRINTING

PRINT MANAGER

Graphus-Pach Sp. z o.o. www.graphuspach.pl

Piotr Toczyński p.toczynski@gfp.pl

MASTHEAD


EDITORIAL It’s still funny

K

Dominik Fórmanowicz

ilka miesięcy temu TAKE ME patronowało konferencji dotyczącej ekologicznego marketingu. Chciałoby się powiedzieć, że podczas jej trwania słowo eko zostało odmienione przez wszystkie przypadki, i gdyby nie fakt, iż jest ono nieodmienne, na pewno tak by się stało. Tak czy inaczej wniosek ze spotkania był oczywisty – wszystko jest teraz eko. Od czekolady, która ratuje kozice jednocześnie wyzyskując świstaki, po buty dla robotników kosztujące tysiaka za parę. Kiedy prowadzący spotkanie przeprosił obecnych za kolejne opóźnienie w programie, ktoś krzyknął: nie ma sprawy, obsuwy są eko! Niemal nikt złośliwości nie podchwycił. Panie i Panowie, nie ma żartów z eko! Obecnie trudno sprzedać produkt, nie pozycjonując go jakkolwiek w kategorii szeroko pojętej ekologii. Nie jest tajemnicą, że prowadzi to do wielu uproszczeń i nadużyć. Z drugiej jednak strony świadomość problemów związanych z ekologią i, co może jeszcze ważniejsze, pilnej potrzeby reakcji, ma coraz większa liczba osób, bez względu na to, czy na co dzień są mniej czy bardziej oszukiwani. Mam wrażenie, że pewna doza przesady, jaką można zaobserwować wśród osób, firm czy instytucji, które tematykę tę podejmują, tworzy często ciekawszą otoczkę niż sama problematyka. Bywa, że mamy do czynienia z niezamierzoną farsą, w której wszyscy przekrzykują się, kto jest bardziej eko. Po raz kolejny odsyłam do lektury Buntu na sprzedaż – książki, o której pisałem w poprzednim, „absurdalnym” numerze TAKE ME. Panowie Heath i Potter podejmują w niej również tematykę kontrkulturowego wymiaru ekologii, stawiając przy tym kilka prostych pytań. Dla przykładu: dlaczego musimy namawiać się wzajemnie do oszczę-

dzania prądu? Skoro wszyscy przejmujemy się tak bardzo losem planety, powinniśmy postulować podniesienie cen energii elektrycznej na przykład dziesięciokrotnie. Wtedy problem oszczędności rozwiązałby się sam – w każdym razie na pewno w Poznaniu. Mnie osobiście najbardziej intryguje kulturowy kontekst naszego eko-sumienia. Stąd między innymi okładkowe furie – fascynujące, starożytne boginie, w TAKE ME obecne w zdjęciach wykonanych przez Amilcarego Incalzę. Motyw nadprzyrodzonych mocy wyraźnie odczuwalny jest w atmosferze zdjęć Zosi Ziji i Jacka Pióro, którzy sfotografowali najnowszą kolekcję Maldorora. Mój skromny wkład w eko-styl widoczny jest obok. Mało kto pamięta już eko-horrory ze Złotej Ery science fiction, a zemsta sił przyrody to wdzięczny temat, który twórcy niskobudżetowych produkcji filmowych eksploatowali na długo przed pojawieniem się smerfów z Avatara, strasząc zwierzakami lub zabójczymi roślinami, które bez ideologicznej otoczki zdawały się mieć więcej czarno-białego uroku. Dlaczego sięgać do tak dalekich skojarzeń? Chociażby dlatego, że eko robi karierę nie tylko jako ekologia, lecz także jako eko samo w sobie, jako twór kulturowy i kulturotwórczy. Jest po prostu modne i dzieląc los dizajnu, lajfstajlu i kilku innych terminów, dołączyło do ekskluzywnego grona nieco nadmuchanych pojęć, które nie każdy rozumie, ale warto je czasem wpleść w rozmowę, a na pewno nie wypada być anty. Można być nieprzychylnym Kościołowi, wolnej Palestynie czy ściąganiu muzyki z Internetu, ale nie radziłbym w towarzystwie stawać przeciw napędowi hybrydowemu czy protokołowi z Kioto. Czy zatem moda na bycie eko to sukces ekologii albo czy przekłada się na wymierne efekty dla poprawienia kondycji naszej planety? I czy wypada się z eko jawnie nabijać? Nie wiem, czy wypada, ale wierzę, że można. Zastanówcie się nad tym, interpretując tytuł TAKE ME 09 – IT'S NOT FUNNY ANYMORE oraz całą zawartość numeru.

EDITORIAL

43


fotograf: Aleksandra Anna Pawłowska modelka: Małgorzata / ZANZARA

44

SHOOTME


SHOOTME

45


Eko-ściema Za tak zwanej „komuny” mówiło się złośliwie o Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, że ani ona wielka, ani socjalistyczna, ani rewolucja, ani październikowa. Dowcip ten w pigułce demaskował zakłamanie i obłudę komunistycznej nowomowy. Dziś tamten język zastąpiły dwa inne. Jeden to euronowomowa – slang przerośniętej unijnej biurokracji i jej licznych rozgałęzień, drugi to nowomowa konsumpcjonizmu, posługująca się formułkami w stylu „masz prawo mądrze kupować”. Elementem jednej i drugiej jest nowomowa ekologiczna, której cechą jest poprzedzanie przedrostkiem „eko-” wszystkiego, co się da. TEKST: Patyczak

ILUSTRACJA: ZIMZ

46

README

T

rend podchwycili rzutcy przedsiębiorcy, i tak, jak kiedyś nazwa co drugiej rodzimej firmy zaczynała się na pol- lub kończyła na -ex albo odwrotnie (polecam przezabawną stronę www.polex-expol.com) – tak dziś bez eko w nazwie ani rusz. Eko-mors – serwis i naprawa lodówek, Per-Eko – producent kotłów na paliwa stałe, Eko-styl – fryzjerstwo damskie i męskie, manicure, pedicure, tipsy, kosmetyka, Eko-Gaja – niszczymy dokumenty bezpiecznie i solidnie, EkoDeDeDe – dezynfekcja, dezynsekcja i deratyzacja, Eko-Plast – produkcja okien i drzwi z PCV i aluminium, Eko Party – bankiety, wesela, komunie, bale maturalne… Nazwami eko-firm mógłbym, ku uciesze Czytelników, zapełnić nie tylko resztę tego felietonu, ale cały numer TAKE ME. Nie idźmy jednak na łatwiznę – kto chce się pośmiać, niech odwiedzi choćby internetowe strony Panoramy Firm i wpisze w wyszukiwarkę magiczne słowo eko. Może natrafi na Eko-zen – wywóz śmieci, transport odpadów w kraju i zagranicą? Tymczasem spece od eko-marketingu zachwalają nam eko-reklamówki, eko-futra, eko-żarówki i eko-samochody. „Ekologiczne” torebki foliowe pojawiły się kilka lat temu wraz z pomysłami na wycofanie z obrotu lub objęcie obowiązkową opłatą wszechobecnych jednorazowych foliówek. Pojawiły się torebki z zielonym nadrukiem, który obwieszczał, że dana torebka ulega biodegradacji – co jest prawdą tylko częściową, gdyż torebki te wymagają z reguły specjalnego kompostowania, którego u nas prawie się nie uświadczy. Niektóre sieci handlowe wpadły na jeszcze lepszy pomysł. Z pierwotnej wersji nadruku pozostawiły jedynie zielone drzewko – zamiast informacji o biodegradacji pojawiła się zachęta do wielokrotnego używania owych torebek. Jakoś nigdy nie widziałem, by ktoś robiąc zakupy pakował je w przygotowane wcześniej eko-foliówki. Za to kasjerki i sprzedawczynie niezmiennie reagują wielkim zdziwieniem, gdy oznajmiam, że reklamówki nie biorę, po czym wyciągam z kieszeni płócienną torebkę. Tymczasem eko-torebki w ogromnej większości lądują po jednorazowym użytku w pojemnikach na śmieci, i to niekoniecznie tych, które przeznaczone są na odpady do recyklingu. Eko-futra? Przypomina mi się w tym miejscu inny kawał. Oto radykalny ekolog atakuje okutaną w futro damę wołając: Czy pani zdaje sobie sprawę ile norek zostało zabitych, by uszyć to jedno futro? Dama na to: Ależ to nie norka! To poliester! Ekolog, niezmieszany: A czy pani wie, ile zabito w tym celu poliestrów?! Dowcip ten – swoją drogą, nader zgrabny – wycelowany w mityczną ignorancję tzw. eko-oszołomów ma jednak, pewnie niezamierzone, drugie dno. Wszak sztuczne futra wykonane są co najmniej w połowie z poliestru oraz z innych tworzyw sztucznych, z ochroną środowiska nie mających nic wspólnego. Zatem, choć ów ekolog trafia swym tekstem jak kulą w płot, oburza się w sumie jak najbardziej słusznie.


README

47


Futrzana eko-tendencja już się zresztą odwraca – oto okazuje się, że w USA jak najbardziej eko jest futro z prawdziwej nutrii, która tak rozpanoszyła się na bagnach Luizjany, że w celu przywrócenia równowagi ekologicznej na tych terenach konieczna jest eksterminacja gatunku. Jak donosi internetowy serwis Rzeczpospolitej: Na pokazach mody w Nowym Orleanie i na Brooklynie zaprezentowano futro dzikich nutrii przerobione na wszystkie możliwe części garderoby, od stringów po płaszcze. – Kiedy mówisz o noszeniu futra bez wyrzutów sumienia, może to brzmieć dziwnie, ale trzeba zrozumieć, że nutrie niszczą co roku ogromne połacie mokradeł – mówi Cree McCree, projektantka mody, kierująca projektem Righteous Fur (Sprawiedliwe Futra). Nieco inaczej pojmuje futrzaną sprawiedliwość Naomi Campbell, która niegdyś pozowała do zdjęć z podpisem „Wolę chodzić nago niż nosić futro”, a ostatnio została twarzą kampanii firmy Dennis Basso, sprzedającej ekskluzywne futra, jak najbardziej naturalne. Cóż, pewnie Dennis Basso lepiej płaci za nagość okrytą futrem, niż organizacja People for the Ethical Treatment of Animals za nagość ukrytą jedynie za słusznym hasłem. Zostawmy jednak problemy dalekiej Luizjany i luksusowy świat supermodelek. Czyżbyśmy własnych eko-kłopotów nie mieli? W 2009 roku rozpoczęło się – zgodnie z dyrektywami Unii Europejskiej – wycofywanie z obrotu tradycyjnych żarówek. Na początek musiały zniknąć 100-watówki, do 2012 roku mają zostać wycofane z obrotu pozostałe. Z pozoru jest git – niższe zużycie energii to korzyść dla środowiska, a kilkukrotnie dłuższa żywotność eko-świetlówek zrekompensuje znacznie wyższą cenę. Weźmy jednak pod uwagę kilka innych czynników. Eko-żarówka nie sprawdza się w pomieszczeniach, w których światło zapalamy z reguły na krótko, czyli na klatce schodowej, w przedpokoju, w WC – raz, że nie zdąży się na dobre rozjarzyć zanim zgaśnie, a dwa, że częste włączanie i wyłączanie mocno skraca jej żywotność, podobnie zresztą jak wahania napięcia w sieci energetycznej. Daje się też zauważyć ciekawa tendencja: jakże często po wymianie żarówek na energooszczędne wielu z nas „zapomina” o wyłączaniu światła, gdy jest ono niepotrzebne – wszak po kieszeni nie bije, więc niech sobie świeci. Wreszcie sam proces produkcji eko-żarówki wymaga użycia tylu toksycznych chemikaliów (w tym zabójczej rtęci, której opary do spółki z gazami szlachetnymi wypełniają wnętrze) że cała jej „ekologiczność” jest co najmniej wątpliwa. Tym bardziej, że każda zużyta eko-świetlówka powinna zostać wyrzucona do specjalnego pojemnika o konstrukcji zapobiegającej jej stłuczeniu, a następnie poddana utylizacji. Widział kto kiedy taki pojemnik? W Poznaniu, który reklamuje się sloganem miasto know-how, takich pojemników jak dotąd nie spotkałem. W innych miastach też nie. A nawet jeżeli się pojawią, to – sądząc po naszych dotychczasowych „sukcesach” w sortowaniu odpadów – eko-żarówki jeszcze przez długie lata będą

48

README

lądować w śmietnikach, a my będziemy wdychać eko-rtęć i pić wodę z popłuczynami eko-luminoforu. To jednak pikuś. Eko-samochód – to są dopiero jaja! Tak, jakby prąd do zasilania elektrycznych aut brał się znikąd. To jednak nie wszystko: przecież, aby wyprodukować „ekologiczny” samochód, trzeba wydobyć rudę, przerobić ją na mniej więcej tonę żelastwa, po czym przetransportować (na naczepie tira) do klienta. Ponieważ aut stale przybywa, trzeba poszerzać drogi, wycinając drzewa, a na miejskich osiedlach tworzyć więcej miejsc parkingowych kosztem skwerów i trawników. Tak czy owak, nic to nie da, gdyż nowe drogi, parkingi, obwodnice tylko początkowo rozładowują korki – na dłuższą metę generują natomiast nowy ruch. Koncerny samochodowe z dumą prezentują kolejne modele wozów elektrycznych i hybrydowych (na razie raczej na targach moto, nie w salonach), a bryki o tradycyjnym napędzie oferowane są w eko-wersjach, obfitujących w rozliczne eko-dodatki. Seat Ecomotive, Saab Biopower, Renault Eco2, Skoda Greenline, Ford ECOnetic – cały ten eko-branding niewiele zmieni: pożytek z eko-auta będzie głównie taki, że rury wydechowe truć nas będą nieco mniej, bo zostaną zastąpione przez kominy elektrowni. Tymczasem praktyczni do bólu Holendrzy od dawna wiedzą, że na stosunkowo krótkich, miejskich dystansach najlepiej sprawdza się rower. Dlatego, choć problemy z korkami i spalinami nie są im obce, władze miast od lat inwestują w drogi rowerowe, a mieszkańcy chętnie z nich korzystają, niezależnie od pogody, która Holendrów nie rozpieszcza. Nawet krawaciarz jadący na dwóch kółkach do roboty w korpo nie budzi zdziwienia, a jego daleki od szpanerskiego połysku rower to nie obciach. Nie inaczej jest w Niemczech czy Skandynawii. A słyszał ktoś z Was, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, o eko-rowerze? Pewnie nie, prawda? Bo rower, jako środek transportu naprawdę przyjazny środowisku w wymiarze globalnym (ocieplenie i te rzeczy) i całkiem lokalnym, żadnej nazewniczej eko-ściemy po prostu nie potrzebuje. Mam z wszechobecnym eko pewien problem. Z jednej strony moda na ekologię powinna mnie cieszyć, tym bardziej że przez długie lata uczciwie zapracowałem sobie na opinię eko-oszołoma. Z drugiej strony, jak to moda, jest powierzchowna i przemijająca. Więc może zamiast wypychać sobie gębę eko-sloganami, lepiej po prostu we własnym, skromnym zakresie zacząć zwyczajnie trochę bardziej dbać o nasze środowisko? Na deser polecam prawdziwy rarytas – psi smalec, wytwarzany nielegalnie przez rolników z Małopolski. A jak pan to robi? – pyta dziennikarka Dużego Formatu, dodatku do Gazety Wyborczej, w reportażu Sześć psów w słoiku. Odpowiedź: To ekologicznie trzeba zrobić wszystko. Czysto ma być. Trzeba psa przyćmić trochę, a potem podcina się głowę. Potem się gotuje, a tłuszcz wypływa. I do słoika się zbiera. Wszystkiego ekologicznego w Nowym Roku!


Pół roku utopii Zazwyczaj żałuje się po fakcie. TEKST: Łukasz Saturczak

ILUSTRACJA: Katarzyna Toczyńska

T

ej banalnej prawdy, odnoszącej się do najróżniejszych sytuacji – od związków po sprawy zawodowe – używa się również w kontekście tęsknoty za miejscem, którego z racji niechybnego zamknięcia, nie udało się nigdy odwiedzić. Żauważyłem, że tak jest wśród moich znajomych. W ciągu ostatnich lat zamknięto kilka kultowych we Wrocławiu miejsc, jak jazzowy klub Rura, czy prowadzoną przez Marcina Cichego (znanego z grupy Skalpel) i słynącą z dobrych setów Kamforę. Niemal dwa lata temu przestał istnieć inny, ważny dla wielu punkt w mieście, czyli Złe wychowanie. Miało być czymś na wzór warszawskiego Czułego barbarzyńcy. Kawiarnio-księgarnia, więc dla większości dziwadło omijane szerokim łukiem. Zniknęło w czasie, gdy zaczęto mówić o nim w szerszym gronie, spełniając w ten sposób jeden z warunków, aby na kultowość zasłużyć. Właściciele nie dali jednak za wygraną i stworzyli coś znacznie ciekawszego, a co za tym idzie, wzbudzajacego jeszcze większe emocje. Przez jednych uznane za zbędne, przez drugich nazywane drugim domem. Kilkanaście metrów kwadratowych, gdzie spotyka się młoda lewica, dyskutuje o ekologii, można kupić produkty fair-traide’owe czy zjeść wegańskie potrawy. Nazywa się Falanster. Przez długi czas moje miejsce pracy. Pracy, której w listopadzie 2009 roku potrzebowałem jak nigdy wcześniej. I nigdy później. Moja rozmowa była drugą okazją, żeby miejsce przy ulicy Antoniego poznać bliżej. Niby wiedziałem, co i jak, ale konkretnych opinii na temat Falansteru wysunąć nie mogłem. Zwłaszcza, że pierwszy i ostatni raz kawę piłem tam trzy miesiące wcześniej. Była to najłatwiejsza praca w moim życiu – wspominała ten okres Sonia – Z racji nierozpoznawalności nikt nas nie odwiedzał, więc zarabiałam, czytając książki i siedząc na necie. Akurat z wtedy pamiętam tłumy. Odbywał się festiwal filmowy Era Nowe Horyzonty, a kino mieściło się w sąsiedztwie Falansteru. Co za tym idzie obok klubu festiwalowego i kawiarni Mleczarnia było przez te kilka dni zapewne najbardziej obleganym miejscem we Wrocławiu. Wtedy pracy fizycznej potrzebowałem mniej. Utrzymywałem się z pisania recenzji książkowych oraz relacji. Jedną z nich była ta oceniająca właśnie największy festiwal filmowy w Polsce. Poszliśmy tam z Lou na kawę, chociaż do dziś nie wiem, czemu właśnie tam? Od początku pracowała tam Iza, którą znałem jeszcze z portalu g-punkt, dla którego wtedy pisywałem. Iza zajmowała się tam public relations. Robiła to wolontaryjnie. Jesienią zacząłem potrzebować pieniędzy,

README

49


zaś jak ognia wystrzegałem się korporacji (na trzecim roku studiów dorabiałem w Empiku). Z drugiej strony nie obchodziła mnie ideologia miejsca, w którym miałem niedługo zacząć pracować. Chciałem się nie przemęczać, mieć czas dla siebie. Dosć wypruwania flaków – powtarzałem jak mantrę. Udało się. Coś więcej niż to, czego oczekiwałem. Dziwność. To słowo, które mi najbardziej pasowało, gdy po raz pierwszy poznałem falansterowy kolektyw (to ważne słowo będzie się tutaj często przewijać). Aśka z Wojtkiem naprzeciwko mnie, obok Iza, Sonia miała wtedy dyżur, więc wycierała półki albo układała fair trade’owe produkty, dokładnie nie pamiętam. Poprosiłem o yerbę, bo jako fan Cortazara przy każdej okazji sączyłem mate, której spory zapas miałem w domu. Po sali kręcił się Mariusz. Oglądając wystawkę książek przy witrynie, sugerował, co można by zmienić. Ja przyszedłem w długim płaszczu na niemożliwym kacu. Tłumaczyłem się zatruciem, bo kaca uznałem za słabe wytłumaczenie mojego stanu. Przyjęli mnie po paru dniach. Zacząłem od głębokiej wody, bo od wtorku, kiedy w Falansterze grał zespół Slag Duo. Zapieprz, mnóstwo kawy i herbaty, wszystko tego dnia sugerowało, że trafiłem do zwyczajnego klubu z książkami, gdzie organizuje się koncerty i prowadzi kawiarnię. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Zacznijmy od kawiarni. Gdziekolwiek pójdziemy, serwuje nam się przeważnie jedną z dwóch rodzajów kaw; Lavazze lub Sagarfledo. W Falansterze jest to Ya Basta. Parzona na zamówienie kawa fair trade’owa, dość mocna o mniej gorzkawym smaku niż wspomniane włoskie produkty. W ogóle wszystko, co podawaliśmy, miało wyglądać inaczej, aniżeli w przeciętnej knajpie. Na pytanie, czy podam cocacolę, zawzwyczaj odpowiadałem, że napój ten rozpuszcza zęby. Zdarzały się oczywiście i komiczne sytuacje:

50

README

– Proszę kawę z mlekiem sojowym, jestem weganem, wiesz, i nie można mi jeść produktów pochodzenia zwierzęcego! – Rozumiem, mamy mleko sojowe. – I kanapkę, podobno macie dobre kanapki, z rukolą, pesto… – Tak, mnie też smakują. – To poproszę, tę z serem kozim. Takie sytuacje, należące co prawda do rzadkości, zdarzały się z pewną regularnością, utwierdzajac mnie w przekonaniu, że życie bez mięsa to coraz częściej element lansu. Takiego samego, jak dobrze jest się pokazać z książkami Lacana i Žižka pod pachą, czy siedzieć właśnie u nas. Na szczęście nie przysłoniło to prawdziwej idei miejsca, którą zrozumiałem bardzo szybko. Nazwa Falanster odnosi się do utopijnej wizji świata, w której równo 810 mężczyzn i tyle samo kobiet żyjąc we wspólnocie, wykonują swoje obowiązki. Terminu tego użył po raz pierwszy w XIX wieku Charles Fourier, co nieraz wykorzystywano w późniejszych dziełach lewicowych utopistów. Od początku miejsce to było pomyślane nie jako przedsiębiorstwo, w którym podwładni wykonują zlecenia osób wyżej postawionych, ale jako wspólna praca kolektywu, który tworzyliśmy. Nie ma szefów, każdy jest odpowiedzialny w taki sam sposób, a o potencjalnym koncercie czy wystawie można było powiadomić każdego pracownika. Chociaż nie każdy to rozumiał. Zakorzeniona w społeczeństwach kapitalistycznych hierarchiczność nastawiała wielu klientów Falansteru do przyjęcia stanowiska: Możesz poprosić szefa, bo chcę tu coś załatwić? Do ostatnich dni pracy nie udało mi się uciec od takich pytań. Do końca odpowiadałem: Można to załatwić ze mną. Wszystko było dyskutowane w zespole. Nic o nas bez nas. Zaufanie, jakim nas darzono, objawiało się przede wszystkim w rozliczaniu.


Pierwszy ma najtrudniej. Nowe przeraża. Nawet w mieście, w którym podobno jak mawia jego prezydent: „zaczyna się przyszłość”. Nie byłoby żadnej trudności w podbieraniu pieniędzy z kasy, ponieważ nie monitorowano zużycia podawanej kawy czy herbaty. Nikt jednak nie kradł. Każdy miał świadomość, że zupełnie się to nie opłaca. Upadnie w ten sposób miejsce, które daje nam utrzymanie. Piszę jak o utopii, chociaż jasne nie zawsze tak było. Odwieczny konflikt równości i wolności przejawiał się chociażby w doborze książek. Obecność Oriany Fallaci była zagrożona ze względu na jej antyislamskie teksty, zaś mile widziany był chociażby Manifest komunistyczny. Jako gorący orędownik wolności słowa protestowałem, ale wiedziałem, gdzie się pakuję i jaki pogląd mam tu reprezentować. Mimo moich odstępstw (jako jedyny nie byłem wegetarianinem) nie zamierzałem wnosić tam mięsa, nie raziłem reszty swoimi wypowiedziami czy stylem życia (przez mój tryb często odwiedzałem wtedy fast foody) reszty kolektywu. Pracowaliśmy zgodnie i mimo kilku konfliktów była to najlepsza praca, jaką do tej pory wykonywałem. Niestety, zawsze pojawiają się zgrzyty. Konflikty między zwolennikami Palestyny a mieszkającymi we Wrocławiu Żydami, a także nieprzyjemny incydent ze skinheadami, to tylko pierwsze z brzegu sytuacje, gdy dyskusja stawała się nieprzyjemną pyskówką albo, co gorsza, walką wręcz. Nie poddawaliśmy się i wtedy, zaś podobne zdarzenia motywowały nas i pokazywały cel naszej działalności; tworzymy dyskurs, wzbudzamy emocje, kogoś drażni nasza obecność. Lokalizacja Falansteru (na przeciwko kościoła) też nie niosła ze sobą pozytywnych następstw. Po co o tym wszystkim piszę? Jakie to ma znaczenia dla nowego numeru Take Me? Wydaje mi się, że chodzi o pewnego rodzaju nową drogę. Nie wierzę w żadną rewolucję, zaś moje poglądy w dalszym ciągu są bardziej liberalne (również jeśli chodzi o gospodarkę). Nie zmienia to jednak faktu, że przez kilka istotnych elementów było to miejsce, które pokazywało zarówno członkom kolektywu, jak i klientom, że miejsce spotkań w mieście, które takim hasłem się reklamuje, może wyglądać inaczej niż reszta takowych. Niestety, takie prowadzenie knajpy w Polsce nie jest łatwym interesem. Zdarzały się dni, gdy większość klientów stanowili obcokrajowcy powtarzający, że owszem w Berlinie to na każdym rogu takie miejsca, ale nie tu. Przypadkowi przechodnie pytali, czy to antykwariat i jak kupią kawę,

to mogą sobie książkę z półki na spokojnie przy stoliku poczytać? Nieraz należało podręcznikowo tłumaczyć, na czym polega sprawiedliwy handel i czemu ciasto zrobione na naturalnych (bez dodatku chemii) składnikach jest lepsze od takiego z sieciówki. Problem funkcjonowania podobnych punktów polega na nieopłacalności w byciu uczciwym i nie rozumieniu, że w tak funkcjonującym społeczeństwie miejsce o podobnym profilu najzwyczajniej sobie nie poradzi. Pierwszy ma najtrudniej. Nowe przeraża. Nawet w mieście, w którym podobno, jak mawia jego prezydent: zaczyna się przyszłość. Mam zbyt wielu znajomych dorabiających w knajpach, żeby wiedzieć jak wygląda rzeczywiście praca w takich miejscach. Nierzadko ma ona mało wspólnego z wzajemnym zaufaniem i traktowaniem pracownika w oparciu o chociażby Kodeks Pracy; bardzo często naginany w taki sposób, żeby nie można było zarzucić nieuczciwości pracodawcom wprost. Niskie zarobki w jednym z droższych miast naszego kraju, kilkanaście godzin bez przerwy, monitorowanie zarówno alkoholi (po każdej zmianie należy mierzyć ilość sprzedanych trunków), jak i kasy czy baru (na wypadek kradzieży czy zbytniego olewania klientów). Opowieści z Falansteru były dla nich jak wyjęte z innego świata, a przynajmniej innego państwa. Jaki miało to negatywny wpływ na funkcjonowanie mojego miejsca pracy? Otóż wszyscy, znając otwarty stosunek do wszystkiego i wszystkich, bardzo często to wykorzystywali, próbując jak najmniejszym kosztem korzystać z naszych usług. Nie do pomyślenia w innych lokalach. I tak, na przykład, gdzie indziej wynajęcie sali liczyło się z zapłatą, u nas było za darmo. Rabaty i sprzedaż na okazjonalny kredyt również były na porządku dziennym. Niech ktoś by spróbował gdzie indziej. W końcu problemy musiały nadejść. Falanster w dalszym ciagu funkcjonuje, chociaż jego dni najpewniej będą policzone. Znów pozostanie smutek po kultowym miejscu, w którym ktoś podpisał list w ramach akcji Amnesty International, zjadł wegańską kanapkę, kupił czekoladę od południowoamerykańskich Indian albo zorganizował panel dyskusyjny na temat otwartości polskiego społeczeństwa. Albo po prostu zatrzymał się tam, aby wypić kawę i przeczytać książkę. Nad takimi miejscami trzeba rozłożyć parasol ochronny. Nie tworzą ich ludzie interesu, ale pasjonaci. Oby nie wszyscy mieli to gdzieś.

README

51


A bar is a stage! Ulysse:

Dawny dekorator Petera Brooka jest autorem większości najbardziej trendy kawiarni w Paryżu. ZDJĘCIA: Piotr Stokłosa

WYPOWIEDZI Z EBRANE P RZEZ:

52

SHOOTME

Hervé Landry


SHOOTME

53

PIOTR STOKŁOSA


PIOTR STOK��OSA

ULYSSE, GDYBY CHCIEĆ OKREŚLIĆ TWÓJ ZAWÓD, CO BY TO BYŁO?

Malarz, jestem artystą malarzem. JESTEŚ GREKIEM?

Tak. Zacząłem studiować Sztuki Piękne w Atenach. Później studiowałem w Belgii. Tam dużo pracowałem nad technikami, nad wszelkiego rodzaju technikami, tworzywami. To otworzyło mi wiele drzwi. Analizowałem, prześwietlałem wzrokiem… Wtedy też spotkałem Chloé Bolansky’ego, scenografa Petera Brooka. OPOWIEDZ NAM O SWOJEJ PRACY Z PETEREM BROOKIEM.

To było bardzo szczególne, ponieważ Peter Brook nie używał tradycyjnych technik scenograficznych stosowanych w teatrze. Nie było obrazów umieszczonych w ramach, pracowaliśmy bezpośrednio na przestrzeni teatralnej. Chodziło o stworzenie specyficznej atmosfery, klimatu, prawie z niczego. To była wspaniała nauka na przyszłość. MÓWISZ TERAZ O BARACH?

Tak, o barach. Zresztą to pewien aktor Brooka przedstawił mnie Jean-Claude’owi, dla którego zrobiłem mój pierwszy bar. Jest w tym wszystkim jakaś logika: spośród klientów i to klientów takiego baru, wielu ma potrzebę pokazania się. Bar jest miejscem, gdzie można oglądać innych, jak również być oglądanym, a także – aby rozmawiać jak na greckiej agorze! Wszystko to jest teatrem. Światło w barze odgrywa podstawową rolę… jak w teatrze. Jean-Claude chciał zrobić dwa bary, a zrobiliśmy ich sześć, o różnych klimatach: Les Charbons (Węgle), La mercerie (Pasmanteria), La Mère (Matka), La chaise (Krzesło), Le Delaville Café (Kawiarnia Miejska), Les Cimes (Szczyty). Później zrobiłem La Fée verte (Zielona Wróżka), Le café des Anges (Kawiarnia Aniołów), Le Xo café (Kawiarnia Xo), Le Pulp Café (Kawiarnia Pulp). MÓWI SIĘ, ŻE TWORZYSZ  ŚWIAT NIEPRAWDZIWY W SPOSÓB BARDZIEJ WIARYGODNY NIŻ ŚWIAT REALNY. TEATR UCZY, ŻE GRANICA POMIĘDZY JEDNYM A DRUGIM JEST BARDZO CIENKA!

To zabawne, ale niektórzy dziękują mi za „zachowanie” konkretnej rzeczy, która z mojej strony jest czystą inwencją. Tworzę coś w rodzaju nostalgii czasu przyszłego! A POMIMO TEGO NIE UWAŻASZ SIĘ ZA DEKORATORA ?

Nie, ponieważ to, co robię, są to instalacje plastyczne, które publiczność może przeżywać na co dzień! Przecież każdy artysta marzy o tym, aby jego dzieła były nieustannie wystawiane?

54

SHOOTME


Peter Brook’s former scene designer is the creator of most of the trendiest cafés in Paris. PHOTOS

Piotr Stokłosa Hervé Landry

AN IN TERVIEW B Y

ULYSSE, IF YOU WERE TO NAME YOUR PROFESSION, WHAT WOULD YOU CALL IT?

Painter, I am an artist, a painter. YOU ARE GREEK, AREN’T YOU?

Yes. First, I studied at the Master’s Academy of Fine Arts in Athens, and later on in Belgium. I had to work hard to master various techniques and materials. It gave me numerous new opportunities. I analyzed, screened with my eyes, so to speak … It was also then that I met Chloé Bolansky, Peter Brook’s set designer. TELL US ABOUT YOUR WORK WITH PETER BROOK.

It was special, since Peter Brook didn’t use traditional stage design techniques that were applied in theatre. There were no pictures in frames. We worked directly with the theatre space. The aim was to create a specific ambient, climate, almost out of nothing. It was a fantastic lesson for the future. ARE YOU TALKING ABOUT BARS NOW?

Yes, about the bars. It was, by the way, one of Brook’s actors who introduced me to Jean-Claude for whom I designed my first bar. There is a certain logic in all this. Guests and clients of these bars like to show themselves and be admired. A bar is for watching and being watched. It is a place where you can talk, something like a Greek agora. All of this is a stage. Lighting is absolutely essential in a bar, just as it is in theatre. Jean-Claude wanted to design two bars but we ended up designing six of them, each in a different style: Les Charbons (Coals), La mercerie (Haberdashery), La Mère (Mother), La Chaise (Chair), Le Delaville Café (Urban Café), Les Cimes (Peaks). Later, I designed La Fée verte (Green Fairy), Le Café des Anges (Angels’ Café), Le Xo café, Le Pulp Café. IT IS SAID THAT YOU MAKE THE UNREAL SEEM MORE AUTHENTIC THAN THE REALITY. THEATRE TEACHES US HOW FINE THE BORDERLINE IS BETWEEN THESE TWO ELEMENTS.

It is funny but sometimes people thank me for ‘preserving’ things that I consider pure invention. It seems that I have created something like a nostalgia of the future! AND DESPITE ALL THIS YOU DON’T CONSIDER YOURSELF A DESIGNER?

No, I do artistic installations which an audience can experience every day! After all, isn’t it every artist’s dream to have their work exhibited all the time?

SHOOTME

55


56

SHOOTME


SHOOTME

57

PIOTR STOKŁOSA


Być eko.

Teraz! Pierwsza dekada XXI wieku przyniosła ugruntowanie postaw ekologicznie odpowiedzialnych. Niemałą rolę w tym procesie odegrała promocja tzw. zielonego designu. Coraz więcej mówi się o tym, że „bycie eko” to nie tylko moda, ale wręcz konieczność naszych czasów. Czy możemy się oprzeć zielonej propagandzie? TEKST: Klara Czerniewska

ILUSTRACJA: Dorota Wątkowska

J

eszcze dekadę temu „bycie eko” przywoływało uśmieszek pobłażania i  nasuwało skojarzenie z dziwaczną mamusią z komedii Był sobie chłopiec. Ubrana w kolorowe szmatki z lumpeksu, dziergająca czapki na drutach matka głównego bohatera, była postrzegana jako późne dziecię ruchu hipisowskiego, co bynajmniej nie stanowiło jej atutu w oczach syna i jego szkolnych kolegów (niezapomniana scena zabicia kaczki twardym jak skała bochenkiem chleba domowego wypieku pewnie niejednego zniechęciła do etykietki organic food). To były inne czasy, możemy dziś zawołać. Bogatsi (?!) o  doświadczenia światowego tąpnięcia ekonomicznego i  kolejnych, spowodowanych przez ekspansywną działalność człowieka, klęsk żywiołowych i katastrof ekologicznych. Ile jeszcze wycieków ropy czy innych paskudztw powstałych przy obróbce aluminium wytrzyma nasza planeta? A z drugiej strony, kogo to tak naprawdę obchodzi? Żyjąc tu i teraz, skupieni na własnym dobrobycie i rozwoju, jak często myślimy w szerszej perspektywie – o tych, którzy żyją na marginesach cywilizacji, odsuwani coraz dalej od intensywnie rozwijających się centrów, ale też o swoim wpływie na otoczenie, środowisko naturalne, przyłożeniu ręki do emisji gazów cieplarnianych, wycinki lasów i wymarcia gatunków? Zapewne nie wszyscy zadają sobie tego rodzaju katastroficzne pytania. Tkwią one jednak głęboko u podstaw wszystkich działań orbitujących wokół tego, o czym będzie mowa: projektowania postaw, zachowań, rozwiązań, czy wszelkiej maści produktów mających zminimalizować nasz negatywny wpływ na życie na Ziemi. Sustainable design, czyli projektowanie zrównoważone, nie dotyczy bowiem jedynie ekologicznych produktów: mebli, ubrań, czy estetycznych opakowań drogich produktów spożywczych. Tu chodzi o (cichą) rewolucję w  sposobie życia, która się dokonuje na naszych oczach.

58

README

Eco-design. Ideologia czy moda? W październiku 2010 roku, w czasie międzynarodowego festiwalu projektowania Łódź Design, Lidewij Edelkoort, ekspertka w dziedzinie przewidywania globalnych trendów, założycielka i dyrektor artystyczna School of Form w Poznaniu, grzmiała: Szanujcie naszą planetę! Swoją wysmakowaną estetycznie prezentację trendsetterskich projektów, ubrań, materiałów, mebli, wnętrz itd., inspirowaną żywiołami i  zasobami naturalnymi, zakończyła melodramatycznym wideoklipem do poematu Michaela Jacksona Planet Earth. Bez wątpienia, holenderska gwiazda zwróciła uwagę na dominujący współcześnie trend, przejawiający się w idei powrotu do natury i tradycji. Chodzi tu przede wszystkim o  naturalne materiały, ekologiczne jedzenie – najlepiej od lokalnego dostawcy albo z przydomowego – miejskiego! – ogródka, powrót do rękodzieła: majsterkowania, dziania na drutach, gotowania, oraz o nowe podejście do produkcji – rozumianej jako nowe rzemiosło na pograniczu sztuki, wytwarzającej obiekty produkowane lokalnie, w krótkich seriach – niemal unikatowe, ewokujące poczucie komfortu i  luksusu. W tej kategorii znajdziemy np. takie obiekty, jak pufy-kamienie studia Fivetimesone, założonego w Gdyni przez Mirosława Popławskiego. Robione ręcznie przez lokalnych rzemieślników, z naturalnego, biodegradowalnego materiału – wełny merynosów, przypominają morskie otoczaki, imitują w miękkim tworzywie prostotę piękna natury. Li Edelkoort należy do tego specyficznego gatunku ludzi, dla których projektowanie jest nowym mesjaszem narodów. Ten swoisty kult przyjmuje niesłychanie różnorodne formy – od łagodnej stylizacji produktów będących efektem kompromisu między tym, co dobrze znane, a tym, co spełnia podstawowe normy dbałości o środowisko, po radykalne, rewolucyjne koncepcje, w znaczny sposób podnoszące jakość naszego życia przy jednoczesnej dbałości o ekosystem. Innymi słowy, pod terminem „design ekolo-


giczny” kryją się różne praktyki projektantów: podczas gdy dla jednych dbałość o  środowisko jest podstawowym kryterium w procesie projektowania całego cyklu życia projektu, aż po jego utylizację, innym jedynie zdarza się od czasu do czasu zabłysnąć pięknym przedmiotem wykonanym z ekologicznych materiałów. Do tej pierwszej grupy zalicza się niewątpliwie twórca idei cradle to cradle, architekt William McDonough. Współautor, razem z Michaelem Braungartem, książki-manifestu Cradle to cradle. Remaking the way we make things (wyd. 2002), postuluje radykalną zmianę paradygmatu designu, rozumianego jako produkowanie przemysłowe generujące dodatkowe wartości ekologiczne, społeczne i ekonomiczne. Opracowana przez założoną przez McDonougha i Braungarta spółkę MBDC rama projektowa (design framework) cradle to cradle (C2C), czyli od kołyski do kołyski, ma nie tyle redukować negatywne skutki produkcji, ile tworzyć wartości dodatkowe. Na wzór cyrkulacji materii w naturze ustanawia model „metabolizmu technicznego”, którego „składnikami odżywczymi” są materiały przemysłowe. W ten sposób definiują się dwa obiegi: podczas gdy składniki biologiczne ulegają biodegradacji i użyźniają glebę, tworzywo nieorganiczne zostaje wykorzystane powtórnie w procesie recyklingu. Do obu procesów użyta będzie tylko energia ze źródeł odnawialnych. Koncepcja C2C zakłada promocję postawy społecznej odpowiedzialności m.in. poprzez eliminację pojęcia odpadu (wszystko da się powtórnie wykorzystać poprzez wspomniane dwa typy metabolizmów – biologiczny i techniczny); maksymalne wykorzystanie odnawialnych źródeł energii tudzież respektowanie różnorodności ekosystemów i  lokalnych społeczności oraz ich interrelacji. MBDC przyznaje certyfikaty C2C (w skali Basic, Silver i Gold) produktom dostępnym na rynku: kosmetykom, meblom i akcesoriom biurowym, elementom konstrukcji domów oraz wyposażenia wnętrz, opakowaniom.

Nowy kultowy prefiks: ReDo niedawna wszystko było post. Badacze analizowali zjawiska zachodzące w kulturze w perspektywie postmodernistycznej, postkolonialnej, postkomunistycznej i tak dalej… W pierwszej dekadzie XXI wieku fetyszyzujemy nowy prefiks: re. Slogan reduce, reuse, recycle jest tego najlepszym przykładem, zgrabnie określając cele współczesnej polityki proekologicznej. W designie recycling nie jest już niczym zaskakującym, zaczyna być postrzegany jako konieczność raczej niż dodatkowy atut produktu: celem projektanta jest zaprojektowanie nie tylko samego projektu trafiającego na rynek, ale też całego jego życia – razem z opcjami degradacji i powtórnego wykorzystania materiałów składowych (downcycling). To, co prezentuje nowe wartości, nie tylko ekologiczne, ale i  estetyczne, to upcycling: podnoszenie rangi zużytego czy niechcianego przedmiotu poprzez nadanie jej bardziej wartościowej formy, nowej funkcji. Taką postawę prezentuje wielu polskich projektantów: Katarzyna Okińczyc, Daria Burlińska, Karina Marusińska, Agnieszka Lasota czy Grzegorz Cholewiak. Ten ostatni otrzymał pierwszą nagrodę w  konkursie Recycling DesignPreis 2009 organizowanym przez niemiecką organizację RecyclingBoerse za patery wykonane ze starych kineskopów. Blue in green Te same tendencje przejawiają się w architekturze. W  wystawie Re.architektura, prezentowanej przez Fundację SPOT. Poznań na jesieni 2010 roku, kuratorka Lidia Klein starała się zamarkować różne oblicza ekologicznych budynków. Sama scenografia wystawy, autorstwa biura projektowego Front Architects, wykorzystywała znalezione na śmietnikach ramy okienne w roli ram dla plansz i eksponatów. Tymczasem na świecie coraz częściej mówi się nie o green design, ale o blue design. Jest to skrajna koncepcja self-sustaina-

README

59


Be eco.

Now.

The first decade of the 21st century brought the ‘solidification’ of ecologically responsible attitudes. Promotion of the so-called green design proved to be largely contributive. Being ‘eco’ is now more often associated not only with fashion but with the necessities of today’s world. Can the green propaganda be resisted? TEXT: Klara Czerniewska

ILLUSTRATION: Dorota Wątkowska

ble design. Chodzi w niej nie tylko o redukowanie do minimum konsumpcji oraz wpływu człowieka i jego wytworów na otoczenie, ale o generowanie wartości dodatnich, pozwalających jednostce na samowystarczalność. Ten trend jest coraz wyraźniej widoczny w architekturze i urbanistyce: powstają „domy plus”, które nie tylko generują prąd na bieżące potrzeby, ale potrafią go również zmagazynować na przyszłość, a skwery w wielkich metropoliach zamieniają się w szklarnie, wytwarzające owoce i warzywa dla lokalnej społeczności. Zielone alternatywy Rok 2011 został ogłoszony przez ONZ mianem międzynarodowego roku lasów. Jak wiadomo, drzewa, pochłaniając dwutlenek węgla, przyczyniają się do redukcji jego stężenia w  atmosferze. I to za darmo! Kluczowym zagadnieniem jest więc zrównoważone zarządzanie ich wycinką. Deforestacja nie tylko przyczynia się do emisji gazów cieplarnianych (prawie 20% emisji) ale zagraża też ludziom i wszelkim gatunkom roślin i zwierząt, których byt jest nierozerwalnie związany z lasami. W konsekwencji, lite drewno wypierają inne naturalne materiały: przed wszystkim bambus – twardsza od stali, najszybciej rosnąca roślina na świecie (1,2 m na dzień!), zapewniająca budulec na domy dla wielu najbiedniejszych mieszkańców globu. W Polsce wciąż 90% wytwarzanej energii pochodzi z  nieodnawialnych źródeł kopalnych – głównie węgla (przejście do modelu gospodarki niskoemisyjnej to proces mozolny i bardzo kosztowny). Państwo jednak jest nastawione na zmiany, inwestuje w oczyszczalnie i infrastrukturę zagospodarowania odpadów. Powoli na ulice polskich miast wyjeżdżają autobusy z napędem hybrydowym. Najważniejsze jednak, by każdy z nas był świadomy i gotowy na zmiany, a  także zwracał uwagę na to co, jak i po co konsumuje. Na koniec zadanie domowe: Wyobraź sobie jak, i gdzie, będziesz mieszkał(a) za 30 lat.

60

README

E

ven a decade ago, being ‘eco’ provoked smirks and reminded us of that quirky mum from About a Boy. Wearing colourful secondhand glad rags and knitting winter hats, she appeared as a kind of late hippy, which was no virtue in the eyes of her son and his school friends (memorable scene of killing a duck with a rock-hard home-made loaf of bread could have discouraged many from the idea of organic food). Having experienced the economic crisis and successive natural disasters caused by human development many of us now could say times have changed. How many more oil spills and other disasters caused by say, the refinement of aluminum, can our planet take? On the other hand, does anyone actually care? Living here and now, being focused on our own well-being and progress, do we really think deeply about those who live on the margins of civilization, pushed aside by intensively developing centers, and of our own environmental impact, of being responsible for greenhouse gas emission, deforestation and organism extinction? Probably few ask themselves such catastrophic questions which lie at the basis of all activity: designing foundations, behavior, solutions and all sorts of products minimizing the negative impact on the planet. Sustainable design does not only relate to these ecological products such as furniture, clothing and aesthetic packages of expensive food products. It is about the silent lifestyle revolution which is occurring in front us. Eco-design. Ideology or fad? In October, 2010, during the international design festival in Łódź, Lidewij Edelkoort, an expert in global trends prediction, founder and artistic director of the School of Form in


Poznań, lifted her voice saying: “Respect our planet”. Her sophisticated presentation of trendsetter projects, clothes, materials, furniture, interiors, etc, inspired by natural elements and resources, was concluded by a melodramatic video clip to Micheal Jackson’s poem Planet Earth. Undoubtedly, the Dutch star pointed out, a currently dominating trend was appearing in the idea of returning to nature and tradition. This mainly refers to natural materials and ‘ecological’ food – preferably from a local distributor or an urban home garden, return to handcrafts, a bit of tinkering, knitting, cooking and developing a new approach towards production perceived as modern handcraft on the borderlines of art locally produced in short series – quasi unique, evoking a sensation of comfort and luxury. This category comprises objects such as stone-stools by the Fivetimesone studio established in Gdynia by Mirosław Popławski. Hand-made by local artists from natural bio-degradable merino wool, they resemble rocks from the sea with their soft texture emulating the simplicity of Nature’s beauty (more on page…). Li Edelkoort belongs to a specific kind of people who equate with design Messianism. This distinctive cult appears in insanely various forms – from a subtle stylization of products effectively made from what is already known with what meets basic norms of consideration for the environment and with radical, revolutionary concepts, decidedly raising the quality of life with caring for the ecosystem at the same time. In other words, the term ‘ecological design’ denotes various designing practices; while some consider environmental care a basic criterion of designing the product’s entire lifespan and its utilization, others sometimes come up with the idea of a beautiful ecological object. The first group of people definitely includes the ‘Cradle to Cradle’ concept creator, architect William McDonough. Together with Michael Braungart, he wrote the manifestobook Cradle to Cradle. Remaking the Way We Make Things

(2002) which postulates a radical change in the design paradigms, perceived as industrial production generating additional ecological, social and economical values. Established by the McDonough’s and Braungart’s company MBDC, the cradle to cradle design framework (C2C) is not only to reduce negative production effects but also to provide additional value. Following the natural elements circulation configuration, it provides a model of ‘technical metabolism’ which utilizes industrial materials. That is how the two circulation configurations are defined; biological ingredients undergo bio-degradation and fertilize the soil, whereas the non-organic materials are recycled. Both of those processes use only renewable energy sources. The C2C concept is based on the promotion of a social responsibility attitude by eliminating the notion of ‘waste’ (everything should be reused through the above mentioned types of metabolism – biological and technological), maximum use of renewable energy sources and respecting the diversity of ecosystems and local communities and their interrelations. The MBDC grants C2C certificates (Basic, Silver and Gold) to products available on the market such as cosmetics, furniture, stationery, house construction elements, interior appliances, packages. New cult prefix: ReLately many ‘things’ are being preceded with post-. Researchers have analyzed the cultural phenomena through the lens of post-modernism, post-colonization, post-communism and so on. In the first decade of the 21st century, a new prefix has become the rage: re-. The slogan ‘reduce, reuse, recycle’ exemplifies this and accurately describes the aims of contemporary pro-ecological policy. Within the field of design, recycling is not new anymore, it is now seen more as a necessity than an additional asset. The designer’s goal is to design not only a product hitting

README

61


the market, but also its entire lifespan – along with options for its degradation and the reuse of its elements (downcycling). What presents new values, not only ecological but also aesthetic, is upcycling – raising the significance of a used or unwanted object by giving it a more valuable form, a new function. Such an attitude is presented by many Polish designers: Katarzyna Okińczyc, Daria Burlińska, Karina Marusińska, Agnieszka Lasota and Grzegorz Cholewiak. The latter has been presented with the first prize at the Recycling DesignPreis 2009 competition, organized by the German organisation, RecyclingBoerse, for his paterae made of old TV tubes. Blue in green The same tendency applies to architecture as in the exhibition Re.architektura presented by SPOT. In the autumn of 2010 the Poznań foundation with the curator, Lidia Klein, aimed at marking various images of ecological buildings. The actual exhibition stage designed by the Front Architects agency used window frames from rubbish bins as picture and exhibit frames (3). But it is not green design that is the center of global attention, but blue design. This is a radical concept of self-sustainable design, based not only on reducing consumption and human environmental impact to a minimum, but also in generating additional values, allowing an object to self-sustain. This trend is increasingly visible in architecture and urban design; ‘houses plus’ generates electricity for everyday needs but also stores it for the future, and metropolitan squares are transformed into greenhouses producing fruit and vegetables for the local community. Green alternatives The UN has announced year 2011 as International Year of Forests. As we all know, trees consume carbon dioxide and

62

README

contribute to its reduction in the atmosphere. For free! Ther efore, the key aspect here is to be able to manage the logging of trees in a sustainable way. Deforestation not only causes greenhouse gas emission to rise (nearly 20%), but also threatens human life and all the species inseparably bound with forests. So wood can be replaced by different materials, mostly bamboo – harder than steel and the fastest growing plant in the world (1.2 meter a day!), providing material to build houses for the poorest inhabitants of the planet. In Poland, as much as 90% of energy comes from non-renewable fossil fuel sources; mostly from coal (transformation into a low-emission economy model is an arduous and expensive process). However, the government is willing to change and is investing money in treatment plants and waste management infrastructure and slowly but surely, Polish streets are filling with hybrid engine buses as one example. Most importantly the process continues in order for everyone to be aware of it and that we are ready for the change, and pay attention to what we consume, and for what reasons. An open question could summarize the situation: Imagine how and where you will be living in 30 years time?


Upcycling — coś z niczego Skąd się wziął upcycling w moim życiu? To było w 2004 roku, dokładnie dziesięć lat po pierwszym użyciu tego sformułowania i jak większość dobrych pomysłów, wzięło się z siedzenia pod drzewem w słoneczny dzień i nierobienianic. TEKST: Karolina Iwa

ILUSTRACJA: Mikołaj Tkacz

64

README

A

nna (z St. Petersburga), Juliane (z Berlina) i ja (ze Śląska) spotkałyśmy się na konferencji dotyczącej aktywnego uczestnictwa młodzieży w życiu Europy. Jednak w tym dniu nie było mowy o pracy. To był dzień na niebieskie migdały i planowanie miłych aktywności. Zaczęłyśmy od plotkowania nad sernikiem i jakoś dotarłyśmy do tematu sporej ilości ciuchów które zalegają w naszych szafach. Sytuacja wyglądała tak: lubimy te ciuchy, ale od lat ich nie nosimy, a oddać innym też ich nie potrafimy i zjadają nas z tego powodu wyrzuty sumienia. Tydzień później siedziałyśmy w moim pokoju w Berlinie, każda z pełną siatką ubrań do niczego. Krótki pokaz mody, nożyczki, tasiemki, zapinki, rękawy z innej koszuli, zamek zamiast guzików, torebka ze stanika. Nasz upcycling zaczął się od mody i krawiectwa. Czym jest upcycling? Trudno tutaj znaleźć jedną i kompletną definicję. Można spróbować opisując produkt powiedzieć, że na przykład to portfel zrobiony z kartonika po mleku, czyli coś o wyższej wartości, zrobione z czegoś o niższej wartości. Upcycling można też opisać przy pomocy ruchu na spirali konsumpcji. Załóżmy, że pewien produkt wkracza na rynek, zostaje nabyty, jest używany zgodnie ze swoim przeznaczeniem, lecz po pewnym czasie przestaje spełniać swoją funkcję. Przestaje działać lub jego rola się kończy, jak np. słoik, kiedyś wypełniony dżemem, po opróżnieniu staje się śmieciem, czyli zsuwa się po spirali konsumpcji, spada jego wartość. Śmieć ląduje na wysypisku i tu kończy się jego podróż (a raczej często tak myślimy) albo podlega procesowi recyclingu. W tym miejscu nie potrafię się powstrzymać od uwagi, że w większości przypadków, kiedy np. stapia się różne rodzaje plastików (zderzaki samochodowe stające się ławkami w parku) ten proces powoduje utratę pierwotnej jakości technicznej materiałów i tak naprawdę jest downcyclingiem. Proces faktycznego recyclingu, czyli tworzenia książek z książek, wciąż wydarza się stosunkowo rzadko. Czym zatem jest upcycling? To po prostu wzięcie śmiecia i przeniesienie go na wyższy poziom na spirali konsumpcji, dodanie mu wartości użytkowej.


Karolina Iwa Po skończeniu uniwersytetu, zastanawiałam się nad doktoratem, jednak w którymś momencie zrozumiałam, że edukacja formalna to nie moje ciastko. Zamiast tego zdecydowałam się wyruszyć w podróż by spotykać ludzi, zbierać doświadczenia i wiedzę, a także rozmyślać nad samoorganizacją, kreatywnymi procesami i edukacją incydentalną („uczeniem się z codzienności”). To zajęcie wciąż mnie pochłania i inspiruje w pracy i życiu prywatnym. Utrzymuje w ciągłym ruchu. Jestem facylitatorką procesów grupowych, trenerką i psychologiem międzykulturowym od 2003 roku. Pochodzę ze Śląska, mieszkam w Berlinie, pracuję międzynarodowo.

README

65


Dla mnie to proces, który zawiera następujące kroki: • ŚWIADOMA PERCEPCJA – Pytanie o to, co mnie otacza, do jakich produktów, i w związku z tym odpadków, mam dostęp? Do jakich funkcji obiektów, przedmiotów, rzeczy jestem przyzwyczajona/przyzwyczajony? Co i w jakiej sytuacji jest określane jako bez wartości, śmieć, odpadek? • NIESZABLONOWE MYŚLENIE – Wyjmowanie rzeczy, konceptów czy miejsc z kategorii, do której umownie przynależą i patrzenie na nie, jakby miało się z nimi kontakt po raz pierwszy w życiu. Do czego to może służyć? Jaki smak, kolor, ciężar, dźwięk ma ten przedmiot? Czym może być? Co mogę z nim zrobić? Co mogę z niego zrobić? • CHARAKTERYSTYKA MATERIAŁU – Z jakich substancji, komponentów, materiałów jest to zbudowane? Jakie mają one cechy? Jak mogę je łączyć, przetwarzać, obrabiać? • ZMIANA PERSPEKTYW – Ja jako pies, jako chleb, jako staruszka, jako bezdomny, jako pracownik fabryki – co zrobiłabym/zrobiłbym z tego przedmiotu, żeby nadać mu wartość w moim życiu? • ODKRYWANIE ZASOBÓW – w sobie i we własnym życiu. Co potrafię, czego mogę się nauczyć? Jak mogę połączyć informacje, które posiadam w nowy sposób? Jeśli chcesz się pobawić w tą grę, nieważne jest, co potrafisz i co masz. Jest wiele łatwych pomysłów na poziomie codziennym, których wykonanie nie zajmie ci wiele czasu. Możesz zrobić popielniczkę z puszki po oranżadzie. Wystarczą mocne nożyczki. Odetnij górę puszki, przetnij pionowo pięć pasków w równej odległości, tak żeby ok. 2 cm od dołu puszki zostały w całości, zegnij każdy w pasków rolując, składając, skręcając jak chcesz, tak by stworzyły brzegi popielniczki. Gotowe. Nieskończoną ilość pomysłów na upcycling znajdziesz w sieci, często nie tylko zdjęcia gotowych produktów, ale też kompletne instrukcje wykonania. Im dłużej się siedzi w tej metodzie, tym bardziej jasnym staje się, że przynosi ona ze sobą dużo więcej niż tylko zabawę w tworzenie czegoś z niczego. To, co ja dotychczas znalazłam, to: • HISTORIE – każdy człowiek ma swoją, każdy produkt ma swoją, każdy skądś się wziął i z jakiegoś powodu jest właśnie tu i teraz. Im więcej tworzysz upcyclingując, tym więcej chce ci się opowiadać innym o tym, co, jak i dlaczego zrobiłaś/ zrobiłeś. Jeśli zaprasza się innych do pracy razem, do dzielenia się przestrzenią, materiałami, kreatywnością, wtedy historie same się pojawiają jak w dawnych czasach siedząc w kole przy skubaniu piór czy pasieniu owiec. Takie coś nie zdarza się w dzisiejszych czasach często… • KREATYWNOŚĆ – odkrywanie mojej siły, obojętnie czy uważam się za osobę twórczą, czy nie. To nie jest konkurs na najładniejszą laurkę, tu chodzi o pomysłowość i coś, co tobie sprawi frajdę – to może być zarówno samo robienie, jak i to, co zrobisz. Tu chodzi o pokonywanie wyzwań leżących w samym sobie, tych trudności wynikających z frustracji, że nigdy nie wychodzi tak, jak zaplanujesz, tylko zawsze inaczej, i tego, jak sobie z tym radzisz. Jak to robisz, żeby się nie poddać. To ten magiczny moment – ja ze sobą, twarzą w twarz, i ten cholerny kawałek blachy. Uwierzcie, to doświadczenie może dać kopa i siłę do radzeniu sobie z codziennością. • ŚRODOWISKO – wciąż fascynuje mnie fakt, że człowiek jest jedynym na świecie gatunkiem produkującym odpadki. Każdy

66

README

inny gatunek produkuje jako pozostałość jednego procesu produkty, które są pożywieniem dla innego procesu. To dopiero ludzie wymyślili procesy, których efektem ubocznym są elementy, z którymi już niczego nie robimy i które zalegają na górach, są spalane lub składowane pod wodą. Upcyclingując staram się zachęcić innych do nie tworzenia większej ilości śmieci. Jednym z pomysłów na to jest niemieszanie obiegów, łączenie organicznych materiałów z nieorganicznymi, technicznych z technicznymi, tak, aby gdy kiedyś i twój produkt skończy swoje życie w tym wcieleniu, móc go spokojnie wrzucić albo do kontenera na szkło, albo do papieru, albo na kompostownik. To jest duże wyzwanie, bo najpierw trzeba rozpoznać co jest co, jaką jakość mają substancje, jakie są ich składniki… Możemy się więc umówić, że to taki kawałek dla tych, którzy lubią wyzwania. • GENDER – to jest ciekawy temat. Zauważyłam, że gender i upcycling to coś, co się dzieje, bo potrzebujesz, a nie planujesz. To dziewczyny z Hiszpanii łapiące za wiertarki i spawarki, by budować urządzenia do masażu głowy i chłopcy z Turcji budujący wrzeciono by wyplatać materiał z pasków z pociętych reklamówek i szyć z tego torebki. Kiedy złapiesz ten moment, gdy to się dzieje – przyjrzyj się mu. Temu, jak ciekawość prowadzi cię poza ramy stereotypów, nie tylko płciowych. • SPOŁECZNOŚĆ LOKALNA – możesz potraktować tą metodę jako impuls do wyjścia ze swoich czterech ścian i pudełka w bloku, sprzeciw w stosunku do strzeżonego osiedla i oddzielenia ludzi od siebie, zaproszenie do zabawy. Bo to jest tak, że ty masz coś, czego nie potrzebujesz, a ja się cieszę. To, że ty potrzebujesz materiałów do pracy i popytasz sąsiadów i krewnych może być czyjąś motywacją do posprzątania resztek po (nie)dawnym remoncie. Nigdy nie zapomnę naszego projektu w Północnej Irlandii i wielkich oczu kobiety, od której odbieraliśmy bambus ścięty w ogródku, dwie skrzynki różnych kafelków i trzy kilo kleju. Podjechaliśmy autem tak wypchanym po brzegi butelkami i torbami plastikowymi, że żeby wysiąść musieliśmy wyrzucić kilka worków śmieci na chodnik. Trzeba dodać, że ten projekt robiliśmy w trzygwiazdkowym hotelu. Potraficie sobie wyobrazić, że zarówno pani od kafelków jak i cała obsługa, a także goście hotelowi wypytali nas dokładnie o plan i sens naszej pracy? Kto wie, może ktoś z nich pojechał do domu, potrzaskał doniczkę i zrobił z niej ramkę na zdjęcia… Upcycling jest jak wirus, łatwo się rozprzestrzenia. • MIĘDZYKULTUROWY DIALOG – im więcej pracuję z ludźmi z różnych krajów i opowiadam im o tej metodzie, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że to rękodzieło stare jak świat. Że od zawsze dzieje się poza nami, kiedy nie wiemy że się wydarza, w kubkach bez uszek, które stają się przybornikami, w puszkach po oliwie z oliwek w których sadzimy kaktusy i tak dalej… Wszystko z nadmiaru śmieci dookoła, niedostatku zasobów, potrzeby tworzenia samemu świata wokół nas, robimy to samo kompletnie inaczej i wcale się tym nie przejmujemy… Ale właśnie nazwanie tego pozwala docenić bogactwo kontekstów, w których uczestniczymy, zabierając się do dzieła. Jak się za to zabrać? Zacznij od czegoś, co ci się wydaje łatwe i ciekawe. Zmień coś i przyjrzyj się jego historii, podziel się nią. Zaproś innych. Im więcej śmieci, im więcej głów, im więcej historii, im więcej pokoleń, tym więcej inspiracji i zabawy!


Upcycling — from rubbish to riches How did upcycling appear in my life? In 2004, exactly 10 years after the term was coined and, as with many original ideas, was made up while sitting beneath a tree on a sunny day doing nothing. TEXT: Karolia Iwa

ILLUSTRATION: Mikołaj Tkacz

A

nna (from Saint Petersburg), Juliane (from Berlin) and I (from Silesia, Poland) met at a conference on youth active participation in European life. But there was no way we would get to work that day. We spent time chasing rainbows and planning pleasant activities. First we gossiped over a cheesecake and somehow we made it to the topic of piles of clothes in our closets. The situation was as follows: we liked the same clothes but we hadn’t worn them for years. We couldn’t give them away though and therefore suffered from remorse. One week later, we were sitting in my room in Berlin, each of us with a bag full of clothes good for nothing. A brief fashion show followed, scissors, tapes, pins, sleeves from different shirts, zip-lock instead of buttons, a bra turned into a bag. Our upcycling started with fashion and tailoring. What is upcycling? It is hard to find one precise definition. It can be explained by the example of a wallet made from a milk carton, that is creating something with a value superior to the base product. Upcycling can also be described as movement along the consumerism spiral. Let us assume a product enters the market, is purchased and used according to its purpose, but after some time it wears out. It either does not work anymore, or its purpose comes to an end, as with the case of a jar once filled with jam becoming waste when it is emptied and goes down the consumerism spiral, along with its value. The waste reaches a dump, where its journey is supposedly over (as most people think), or undergoes recycling. It is hard to refrain from making a remark that in most cases, when various kinds of plastic are melted together (as with car bumpers turned into park benches), the process decreases the initial technical quality of the materials and actually deserves the name downcycling. The actual recycling, which is turning old books into new books, takes place quite rarely. What is upcycling then? Simply put, it is taking a piece of rubbish and moving it to a higher level in the consumerism spiral, adding an applied value to it.

README

67


To me, the process consists of the following steps: • CONSCIOUS PERCEPTION – establishing the question of what the object means to me, what kind of objects (waste) are accessible, which of its functions matter the most, under which circumstances would I call it worthless trash • BROAD AWARENESS – taking objects, concepts and places out of their initial context and perceiving them as if they were encountered for the first time ever, thinking what can be done with them, what taste, colour, weight, sound they have, what they could be and what could be done with them • MATERIAL PROPERTIES – features of the substances, components and materials an object is made of, ways of connecting and processing them • CHANGE OF PERSPECTIVE – what I would do with the object if I was a dog, a loaf of bread, an old woman, a homeless person, a factory worker, how would I use it to enrich my life • DISCOVERING RESOURCES – finding out what I can do and what I can learn to enrich myself and my life, how I can combine information I gathered in an original way If you want to play the game, it does not matter what you are capable of and what materials you own. There are many simple, everyday ideas that can be put into practice in no time at all. You can make an ashtray from a soft drink can, you only need scissors. Cut off the top part, cut down vertically to get 5 even strips leaving 2 cm at the bottom intact. Fold each strip in a fashion you find most suitable to form the ashtray’s edges. Done. You will find many upcycling ideas on the Internet, not only pictures, but often complete manuals on what to do. The longer you are in it, the more obvious it appears that upcycling is much more than just the fun of making something from scratch. My personal discoveries relate to: • STORIES. Every person has a unique life story, so does an object. Everyone comes from somewhere and has a reason to be in a particular place. The more you upcycle, the more you want to share what you have created as well as the reason for it. If you invite others to work with you, to share the space, materials and creativity, then stories occur as naturally as they did in olden times, when peasants plucked feathers or looked after sheep. Nowadays it does not happen so often … • CREATIVITY. You discover your strength, regardless if you consider yourself creative or not. It is not a competition for the prettiest drawing, it is more about coming up with a fresh idea and having fun. You can enjoy both the process and its outcome, as well as the method you follow in order not to give up. It is that magical moment of personally facing that piece of tin, for instance. Trust me; an experience like this gives you a kick and strength to cope with everyday life. • ENVIRONMENT. I am still fascinated by the fact that humankind is the only species in the world that produces waste. All the other species only produce what later is used to catalyze another process. It was humankind that invented processes that leave byproducts which cannot be reused and only pile up, either to be burnt or stocked underwater or elsewhere. By upcycling, I intend to encourage others not to produce more waste. One more goal is not to mix circulations, not to combine organic with non-organic, technical

68

README

with non-technical, safely sort out your garbage (as glass, paper or organic material) when its lifespan is over. This is a bit of a challenge since the substances have to be recognized first, along with their features and elements. You could say this would suit those who like challenges. • GENDER. Now this is an interesting topic. I have noticed that gender and upcycling derive from demand, not from a set plan. This was Spanish girls taking on drillers and welders to build head massaging devices and Turkish boys constructing a spindle to weave material from strips of cut up plastic bags to sew new bags. Once you realize that the moment has arrived, make sure you pay close attention to where your curiosity leads you, not only out of gender stereotypes. • LOCAL COMMUNITY. You can use this method as a reason to walk out of your small world and to contest the idea of a secured district separating people from each other, and to invite others to join your game. It makes me happy to know you have something you don’t need. If you need materials and decide to ask your neighbours and relatives, they might feel the need to clean up those odds and ends after their more or less recent house renovation. I will never forget our project in Northern Ireland and a woman’s amazement when we took the bamboo cut in her garden, along with two crates of various tiles and 3 kilos of glue. We drove to her place in a car so filled with bottles and plastic bags that we had to throw out some of the rubbish bags to get out of the car. It’s worth mentioning that we carried out the project in a 3-star hotel. Can you imagine it? The tile lady, the hotel staff and even the guests kept asking us about the point of our work? Who knows, maybe some of them went back home, broke a flower pot and made a picture frame from it… Upcycling is like a virus, it spreads quickly. • INTERCULTURAL DIALOGUE. The more I work with people coming from different countries and share my method with them, the more I realize that it is craftsmanship as old as the hills. It happens without anyone taking any notice, like mugs turned into stationary boxes, olive oil cans into cactus pots, and so on. It happens because there’s too much rubbish around, not enough resources, and there is a need to form the world around us. We do the same things differently and we don’t care at all … But naming it actually allows us to appreciate the richness of situations we find ourselves in when we work. How is it done? Start with something you find easy and interesting. Change something and pay close attention to its story, share it. Invite others. The more rubbish, the more people, the more stories, the more generations invited to it – the more inspiration and fun for everyone! Karolina Iwa When I graduated from University I thought of doing my PhD but at some point I realized that formal education was not my cup of tea. I decided to set off on a journey instead, to meet people and gather experience and knowledge, to analyze issues of self-organization, creative processes and incidental education (learning from everyday life). It still absorbs me and gives inspiration in my work and private life. It keeps me moving. I have been a facilitator of group processes, a trainer and an intercultural psychologist since 2003. I come from Silesia and I live in Berlin from where I work internationally.


RE:MAKE czyli rzecz o projektowaniu zrównoważonym TEKST: Katarzyna Bukowska

R

ZDJĘCIA: Ewa Sobiecka

e:make to działania polegające na wykorzystaniu surowca odpadowego – starych, niechcianych mebli – i nadawaniu im nowej funkcji i formy z jednoczesnym wykorzystaniem rękodzieła. Odkurzona koronka pełni nie tylko rolę dekoracyjną – staje się przede wszystkim częścią konstrukcyjną nowych obiektów, uzupełniając ich funkcjonalność lub nadając im nowe zastosowanie. Ważnym aspektem projektu jest społeczne zaangażowanie, które objawia się m.in. w koronce szydełkowej, wykonywanej na zamówienie do każdego z mebli. Umieszczenie tradycyjnego rękodzieła w nowoczesnym otoczeniu zwraca uwagę na wagę kontekstu, przez pryzmat którego odbieramy obiekty. „Kiedy wyrzucamy coś, co kończy na miejscowym składowisku odpadów, rozpętujemy odwieczną walkę przyrody o odzyskanie cząsteczek z pewnych form, po to by użyć ich w tworzeniu innych. Gleba zawiera ogromną masę enzymów i tym podobnych czynników, których jedynym zadaniem jest katalizowanie reakcji rozkładających związki chemiczne zawarte czy to w kościach kurczaka, którego zjedliśmy poprzedniego wieczoru, czy to w opakowaniu, w którym go nam dostarczono. Biologia rozbiera to na części składowe, które mogą być ponownie wykorzystane przez bakterie, rośliny, owady i zwierzęta wyższych rzędów”. Dodać można – także przez człowieka. Wystarczy, że odpady, które nie ulegają naturalnej biodegradacji, wykorzystamy jako materiał do produkcji nowych obiektów. Produkcja odpadów jest przypisana kulturze miejskiej, a głównym problemem, jak się okazuje niełatwym do rozwiązania, jest ich utylizacja, o czym świadczą chociażby sterty śmieci zalegające miesiącami w przydrożnych rowach. Mieszkańcy miast niejednokrotnie wyrażają niezadowolenie z takiego stanu rzeczy, lekceważąc niejako fakt, że jako użytkownicy danego terenu ponoszą zań odpowiedzialność. Przekonanie o tym, że jeśli coś jest wspólne, to w zasadzie nie należy do nikogo, prowadzi do sytuacji, w której gospodarka odpadami w Polsce pozostawia wiele do życzenia, znacznie odstając od norm obowiązujących w krajach zachodnioeuropejskich.

70

DRAWME


www.re-make.com.pl

W Polsce zaczyna się powoli dyskusja na temat odpadów, lecz nadal są to nazbyt sporadyczne głosy. Nawet niewielkie w skali rozwiązania są istotnym elementem, przede wszystkim ze względu na walory edukacyjne (rosnąca świadomość ekologiczna społeczeństwa). W naszym kraju za mało jest, jak dotąd, tak zwanych inicjatyw oddolnych, które uwrażliwiałyby mieszkańców na współczesne problemy środowiska. Rozważając problemy pozyskiwania surowców, skupiam się głównie na tematyce odpadów wielkogabarytowych przez wzgląd na trudności w ich utylizacji (w porównaniu do innych rodzajów odpadów komunalnych). Większość odpadów jest zdatna do przetworzenia, dlatego problemem jest nie technologia, lecz słaba świadomość społeczna, objawiająca się choćby przez niechęć do segregacji śmieci w gospodarstwach domowych. W przypadku wielkogabarytowych odpadów, takich jak np. stare drzwi czy meble, cały czas poszukujemy odpowiedniego systemu, który mógłby wdrożyć je na nowo do obiegu gospodarczego. Odpady ponadnormatywne, które nie mieszczą się do standardowych kubłów na śmieci, często służą za opał. Warto się zastanowić, czy rzeczywiście energia pozyskana z tego typu utylizacji jest równoważna energii włożonej w wykonanie danego obiektu. Jest to marnowanie energii rozumiane w kontekście bardzo szerokim, bo nieograniczonym jedynie do obliczeń ilości ciepła, jakie zostanie wydzielone w trakcie spalania. W rozważaniach projektowych trzeba brać pod uwagę ogólny bilans energetyczny materiałów i obiektów, wliczając weń zarówno energię wymierną, liczoną w kW, jak i pracę ludzką oraz wszelkie inne rodzaje energii, których istnienie jesteśmy w stanie zauważyć. W miastach, w okolicach osiedlowych śmietników pojawia się coraz więcej mebli w dobrym stanie, takich, które mogłyby jeszcze służyć człowiekowi. W większości zostają one spalone, choć od jakiegoś czasu zauważyć można tendencję do ponownego wykorzystywania tych przedmiotów. W krajach Europy Zachodniej normą jest wystawianie niepotrzebnych mebli i sprzętów przed dom, skąd każdy przechodzień może coś sobie zabrać na własny użytek. Społeczeństwo jest tam znacznie bardziej otwarte na takie zachowania. To właśnie wspomniane odpady są główną tkanką projektu Re:make. „Śmieciami” tymi są zniszczone drzwi, krzesła, komody, witrynki i tym podobne przedmioty pozyskiwane na różne sposoby, do których zaliczają się między innymi: ogłoszenia prasowe, poczta pantoflowa, pozyskiwanie porzuconych odpadów z terenów miejskich. Części tych niepotrzebnych nikomu mebli traktuję, jako materiał do budowy nowych obiektów. Punktem wyjścia w procesie projektowania jest rzetelna analiza właściwości fizycznych pozyskanych materiałów, które to własności wynikają zarówno z formy pierwotnej przedmiotu, jak i stopnia oraz sposobu jego uszkodzenia. Uszkodzenia te traktuję jako tę cechę czy wartość, która czyni dany przedmiot unikatowym i która determinuje ostateczną formę oraz funkcje użytkowe tworzonego na tej podstawie obiektu. Wartością dodaną obiektów powstałych w ramach projektu Re:make jest rękodzieło, uzupełniające formy. Już Wanda Telakowska zwracała uwagę na to, że: „Ogromne rezerwy plastycznej inwencji ludowej posiada nasz kraj. Metoda projektanckich zespołów może ułatwić ich spożytkowanie w dobie industrializacji”. Projekt zakłada korzystanie z tradycyjnej metody koronki szydełkowej, która ma za zadanie m.in. uszlachetnić powstały wyrób. W przypadku Re:make nie zakłada się jednak produkcji masowej, która niemożliwa jest ze względu na unikatowy i niemożliwy do zaplanowania zbiór elementów stanowiących materiał (budulec) obiektów. Można tu natomiast z powodzeniem ustalić moduł, który, powielany i odpowiednio skalowany, dopasowany zostanie do elementu, jaki ma wypełnić lub zastąpić. W stroju koronka szydełkowa jest elementem wykańczającym kołnierze i fartuszki, a także elementem funkcjonalnym, usztywniającym daną część garderoby. Stąd też wybór padł na koronki szydełkowe, które do Polski zawitały pod koniec XIX wieku. Zwarty splot otwiera bardzo szerokie spektrum możliwości w zakresie formowania. Forma jest wynikową pewnego procesu, jest odpowiedzią na pytania postawione sobie przez projektanta.

DRAWME

71


ECO MATERIA KTO JEST DLA WAS IKONĄ EUROPEJSKIEGO ECO DESIGNU?

W ecomaterii nie mogło zabraknąć miejsca dla europejskiego guru eco designu – Ryana Franka i jego siedziska – stołka ISABELA STOOL. Projekt taboretu wykonanego ze sprasowanej słomy pochodzącej z porolniczych odpadów, w obiciu z naturalnego

Z

Izabelą Mayer

ROZMAWIAŁA

ZDJĘCIA: Ecomateria

Olga Kaniewska

C

ZYM JEST ECOMATERIA?

wełnianego filcu, wyglądem przypominający totem, to mebel, za który Ryan Frank otrzymał wyróżnienie GREEN DOT AWARDS w 2008 roku. Jego wersje drewniane, malowane naturalną bejcą, pochodzą ze sklejki pozyskiwanej z drzewa świerkowego.

JAKIE POLSKIE PRODUKTY WYRÓŻNIAJĄ SIĘ W ECOMATERIA CONCEPT STORE?

Jesteśmy pierwszym internetowym sklepem w Polsce oferującym przedmioty eco designu. Ecomateria concept store oferuje starannie wyselekcjonowane produkty ekologicznego wzornictwa, które przemawiają nie tylko do miłośników zielonych rozwiązań, czy odpowiedzialnych zakupów, ale też mogą być wspaniałą alternatywą, dla dostępnych powszechnie produktów. Przedmioty, które oferujemy z pewnością wyróżnia innowacyjność zastosowania materiałów oraz dbałość o środowisko już na etapie ich wytwarzania, a także projektowanie z naciskiem na długotrwałe użytkowanie i produkcja z poszanowaniem zasad Sprawiedliwego Handlu.

Z polskich produktów prezentowanych na stronach sklepu, na uwagę z pewnością zasługują projekty grupy TABANDA. Młodzi polscy dizajnerzy wykorzystują sklejkę do tworzenia niezwykle efektownych mebli i lamp. Siedzisko PODUSZAK, lampa STOŁOWO, czy stojak na wino WINIO, to przedmioty przewrotne nie tylko z nazwy. Tabadna projektuje odpowiedzialnie, wykorzystuje odpady sklejki do produkcji m.in. efektownych wizytowników cieszących się w Ecomaterii duża popularnością. Twórcze przetwarzanie to również PUF wykonany przez Patrycję Smirnow. Stosy powszechnie używanych niegdyś jednorazówek, posłużyły niezwykle utalentowanej polskiej projektantce do stworzenia ciekawego i bardzo efektownego siedziska o średnicy prawie 2,5 metrów!

JAKIE PRZEDMIOTY DOSTĘPNE W SKLEPIE ZDOBYŁY JUŻ POPULAR-

Oczywiście! Ekologiczny design to również wykorzystywanie surowców odnawialnych, naturalnych, przy produkcji których nie używa się środków chemicznych. A bambusowe akcesoria kuchenne i łazienkowe marki EKOBO, ręcznie wykonywane przez rzemieślników to prawdziwy majstersztyk! EKOBO dba o to, by produkcja zlokalizowana w Wietnamie, odbywała się bez udziału pracy dzieci, z poszanowaniem zasad fair trade. W miejscu wytwarzania segreguje i przetwarza się odpady, do pakowania używa się kartonów z recyklingu, ludzie pracują w dobrych warunkach i przy dobrym oświetleniu, co niestety nie jest normą w przypadku wielu produkcji w krajach azjatyckich. Dodatkowo francuski producent akcesoriów z bambusa przyczynia się do poprawy warunków życia lokalnych społeczności, a więc sięgając po jego produkty w postaci mis, tac dekoracyjnych, talerzy, czy pojemników do przechowywania, mamy pewność, że kupujemy odpowiedzialnie.

NOŚĆ?

Wśród przedmiotów ecomaterii dużym zainteresowaniem cieszą się między innymi krzesła 111 Navy Chair®, będące wynikiem współpracy kultowego amerykańskiego producenta krzeseł z przetworzonego aluminium – Emeco – oraz The Coca-Cola Company. 111Navy Chair® składa się w 60-65% z przetworzonych plastikowych butelek PET oraz w 30-35% z pigmentu i włókna szklanego w celu wzmocnienia konstrukcji. Prezentuje ono wartości upcyclingu, pokazując, że produkt stworzony z odzyskanego plastiku może być trwały, atrakcyjny i najwyższej jakości. Równie interesujące produkty to niezwykłe siedziska i fotele holenderskiego projektanta Franka Willemsa. Kolekcja mebli Madame Rubens, nawiązująca do obłych kształtów znanych z obrazów flamandzkiego malarza, prezentowana była na kluczowej imprezie poświęconej designowi w Polsce – Łódź Design Festival 2010, na głównej wystawie Strefa Zgniotu, której kuratorem była Agnieszka Jacobson-Cielecka. Meble z kolekcji Rubens powstają na zamówienie z wybrakowanych nóg pozyskanych ze starych krzeseł oraz niepotrzebnych już materacy. Pokryte wodoodporną pianką w żywych kolorach są świeże i higieniczne. Ciekawym projektem jest również BLOW SOFA, duetu projektowego MALAFOR. Dmuchana sofa, to worki powietrzne używane w transporcie sprytnie połączone konstrukcją z metalowych rurek. Worki podlegają w 100% recyklingowi, a autorzy zachęcają by ozdobić je osobiście zapisując, np. złote myśli wprost na niej.

72

DRAWME

CZY JEST SZANSA, ABY ZNALEŹĆ U WAS AKCESORIA SŁYNNEJ FRANCUSKIEJ FIRMY EKOBO?

A EKOLOGICZNE DODATKI SPOZA EUROPY?

Torebki szyte z niepotrzebnych już pasów bezpieczeństwa, dostępne w wielu pięknych kolorach i wariantach to pomysł amerykańskiej firmy Maggie Bags na stylowy recykling. Zamiast na składowisko odpadów, trafiają do ponownego użycia w postaci toreb na laptopy, kosmetyczek, torebek, czy wieczorowych kopertówek. Podobny los spotyka odrzucone ze względów bezpieczeństwa zapięcia do pasów samochodowych, które tym razem brytyjska firma THABTO postanowiła wprowadzić do obiegu tworząc z nich “bezpieczne” miejsce do wpinania breloka z kluczami. To jeden z hitów proponowanych w kategorii pomysł na prezent.


POMYSŁOWOŚĆ ORAZ UŻYTECZNOŚĆ?

Tak! Torby, czy portfele ze starych rowerowych dętek, zszyte z najwyższą starannością i posiadające wodoodporną podszewkę, to kolejny przykład na to, że to produkty upcyklingu nie oznaczają gorszej jakości. Dętkowe dodatki węgierskiej grupy BALKAN TANGO, to propozycja dla osób ceniących oryginalność, niepowtarzalność i wysoką jakość. W ecomateria concept store znaleźć można również niezwykle pomysłowe lampy designera z Włoch – Maurizio Lamponiego. Aby je stworzyć, odrestaurowuje m.in. korpusy skuterów kultowych marek, jak VESPA, czy LAMBRETTA. To prawdziwy rarytas dla koneserów włoskiego designu i dwóch kółek. Lampy te pełnią nie tylko funkcję użytkową, ale z całą pewnością mogą stać się głównym akcentem klimatycznego wnętrza. JAK RADIO Z INDONEZYJSKIEJ WIOSKI PODBIŁO ŚWIAT?

Kolejny piękny projekt – drewniane radio MAGNO, autorstwa Singgih S. Kartono. Do jego wykonania używa się drzewa pochodzącego tylko z plantacji stworzonej specjalnie na potrzeby jego produkcji. Radia wytwarzane są ręcznie w lokalnej spółdzielni pracy założonej przez projektanta, a proces ten trwa 16 godzin!

Wooden Radio zostało docenione przez wiele prestiżowych instytucji i otrzymało nagrody, m.in: Brit Design Award 2009 (Wielka Brytania), Design Plus Award 2009 (Niemcy), Good Design Award/G-Mark 2008 (Japonia), International Design Resource Award Seattle (USA), Indonesia Good Design Selection Awards (Indonezja). Do radia można podpiąć również iPoda, co daje zaskakujące połączenie klasyki z nowoczesnością. PODSUMOWUJĄC, W JAKIM CELU POWSTAŁA ECOMATERIA?

Ecomateria powstała z miłości do rzeczy pięknych, niepowtarzalnych oraz z chęci umożliwienia zakupu produktów eco designu, dotychczas w Polsce nie dostępnych, lub trudno dostępnych. Podobnie jak każda firma działająca na rynku, wpływamy na środowisko naturalne. Zdajemy sobie sprawę, iż nasza działalność, choćby transport produktów, prowadzenie biura, czy utrzymywanie serwerów sklepu, oddziałuje na środowisko. By zminimalizować negatywny wpływ, część dochodu ze sprzedaży przedmiotów przeznaczamy na zalesianie terenów małopolski, uczestnicząc w projekcie Czas na Las Fundacji Aeris Futuro. Zapraszam na twórcze poszukiwania na www.ecomateria.pl.

DRAWME

73


NATURALNIE CO: pufy i poduszki KTO: fivetimesone GDZIE: Polska

TEKST: Zofia Popławska ZDJĘCIA: fivetimesone

S

zalone tempo życia + niedawna transformacja + upragnione niegdyś produkty, dziś tak łatwo dostępne = niezwykle szybki wzrost ilości posiadanych przedmiotów. Uzależnienie od zdobywania i wyrzucania, kupowania i konsumowania. Sieciówki proponujące towar produkowany w krajach nie znających pojęcia „godziwe wynagrodzenie”, zalały rynek tanimi i słabymi jakościowo, pozbawionymi charakteru przedmiotami. Takimi, które łatwo nabyć i – naturalnie – bez problemu się z nimi rozstać. Na szczęście, rynek europejski i  świadomy jego odbiorca okazał się czujny i na tyle wrażliwy, by dostrzegać wyroby autentyczne, wykonane lokalnie i jednostkowo. Stworzone na dłużej, z myślą o środowisku. Grupa fivetimesone proponuje produkty, które swoim ciepłem i  kształtem mają pozytywnie wpływać na człowieka, pamiętając jednocześnie o jego otoczeniu. Pierwsze dwie kolekcje poduszek i puf stONE i tONE są subiektywnym odwzorowaniem obserwowanej natury, o której grupa nie zapomina także podczas procesu produkcji. Doświadczenia oraz obserwacje wszechobecnego konsumpcjonizmu skłoniły projektantów do uruchomienia działań, które bez większych nakładów i w zgodzie z ekologią umożliwiają tworzenie nowych miejsc pracy na lokalnym rynku. Proces produkcyjny jest połączeniem bardzo starych tradycji rzemieślniczych z zakresu obróbki i  filcowania wełny z najnowszą technologią. Wykorzystywana wełna pozyskiwana z owiec rasy Merino, uważana za najlepszą na świecie, posiada niski współczynnik absorpcji wody, nie podrażnia skóry i nie przyjmuje brudu. Bezszwowe poduszki i pufy są wykonywane ręcznie przez lokalnych rzemieślników pod nadzorem projektantów. Podnosi to również kwalifikacje pracowników poprzez zwiększenie ich wrażliwości estetycznej. Stosowanie najwyższej jakości naturalnych materiałów, które zapewniają długotrwałe użytkowanie, to jeden z  celów grupy. Kolejnym ważnym elementem jest pogłębienie świadomości i wrażliwości odbiorcy na to, co kupuje i od kogo. W efekcie powstają wyroby użytkowe przypominające w całości kamienne otoczaki, które dobrze komponują się w każdym wnętrzu. Graficzny żart przeniesienia rysunku z natury, powoduje uśmiech osoby, która dopiero z bliska przekonuje się, że nie ma do czynienia z  prawdziwym kamieniem. Uśmiech klienta jest dla członków grupy największą nagrodą i napędem do dalszych działań.

74

DRAWME


NATURALLY WHAT: poufs and pillows WHO: Fivetimesone WHERE: Poland

TEXT: Zofia Popławska PHOTOS: fivetimesone

L

ife’s fast pace + a recent transformation +  once in demand products, today easily accessible = extraordinarily increase in possessions. The addiction to acquisition and effortless disposal, buying and consuming. Chain stores offering products made in countries where ‘fair pay’ is a foreign expression have flooded the market with cheap, worthless, low-quality and cliché ‘goods’. They are easy to get and, naturally, easy to get rid of. Fortunately, the European market and its conscientious consumers are alert and sensitive enough to notice articles created locally and on an individualistic scale. Crafted to last longer and environment considerate.

The products, with their warmth and form, as proposed by the fivetimesone group have a positive influence on the purchaser; these are products in touch with their surroundings. The first two collections of poufs and pillows, stONE and tONE, are a subjective depiction of nature, which the fivetimesone group observes and keeps in mind even during the process of production. From experience and the observation of our society’s ubiquitous consumption, they have embarked on creation in touch with ecology, and with little investment, in workplaces in the local market. The process of production is a mix of traditional, ancient felting craftsmanship and cutting-edge technology. The wool is from Merino sheep, known as the best in the world. It has a very low rate of water absorption, does not irritate the skin and does not dirty easily. The seamless pillows and poufs are hand-made by local craftsmen who are supervised by designers. This additionally raises the worker’s qualifications by refining their sense of aesthetics. The use of high-quality materials that ensure long-lasting usage is one of the groups’ goals. Another important element is to broaden the customer’s knowledge of what they are buying and where it comes from. The resulting products resemble pebble stones and complement any household interior very well. This could be in some ways a graphic joke of transferring a natural form into a functional design which brings a smile on the face of everyone when they discover, when they look closely, that it’s not really a stone. And the customer’s smile is the biggest reward and best motivation for fivetimesone.

DRAWME

75


PRZETWORY

Tam, gdzie Przetwór Roku to nie dżem, a niepotrzebne przedmioty i porzucone materiały, otrzymują całkiem nowe życie.

P

TEKST: Katarzyna Okińczyc

rzetwory to całkiem dobrze juz znana przedświąteczna impreza, kreatywnie łącząca design, recycling i szeroko pojętą ekologię. W weekend 11–12 grudnia 2010 roku w Warszawie odbyła się piąta już edycja tego wydarzenia. Tym razem aż 4000 zwiedzających oglądało i, co najważniejsze, chętnie kupowało oryginalne wytwory ponad 200 uczestników imprezy. Wybierać można było spośród ubrań, akcesoriów, drobnych mebli, elementów oświetlenia oraz interesujących, często zabawnych gadżetów. Uwagę zwiedzających zwracała biżuteria z elektronicznych odpadów, kosmetyczki z opakowań po psiej karmie, żyrandole wykonane z enigmatycznych materiałów, spora liczba różnokolorowych maskotek i wiele innych zaskakujących przedmiotów, w tym człowiek przebrany za robota z butelek PET. Wyglądało na to, że wiele z tych przedmiotów trafi pod choinki, jako jedyne w swoim rodzaju prezenty. Ogromna pofabryczna hala SOHO FACTORY przy ul. Mińskiej 25 na dwa dni zamieniła się w osobliwe połączenie warsztatu wytwórczego, sali wystawowej i designerskiego butiku. Całość wypełniona po brzegi zwiedzającymi, poruszającymi się w rytm dynamicznej muzyki płynącej z prowizorycznej DJ-ki, z profesjonalnie wyglądającym i grającym DJ-em. W tej przyjaznej atmosferze młodzi designerzy mieli

76

DRAWME

ZDJĘCIA: Przetwory

możliwość prezentować swoje istniejące już projekty oraz bezpośrednio na miejscu przetwarzać materiały odpadowe dostarczone przez organizatorów i oferować je jako autorskie produkty. Tworzenie produktów na miejscu z zupełnie przypadkowych materiałów wymagało od uczestników koncentracji i podejmowania szybkich decyzji. Ten sam kawałek pianki można przecież wykorzystać na wiele sposobów. To był moment –  mówi Katarzyna Bukowska-Wcisło. – Ponieważ przyjechaliśmy z Poznania dosyć późno, w magazynie nie było już zbyt dużo materiałów. Nagle nasz kolega Posmyk założył kawałek pianki na głowę i od razu wiedzieliśmy, że to jest to. W ten sposób powstała lampa-sanitariuszka/zakonnica z charakterystycznym czepkiem na głowie. Wystawiona dla zwiedzających, wcale nie wyglądała jakby została zrobiona przypadkiem, niemniej historia powstania na pewno łączy ją z wieloma innymi produktami na hali Przetworów. Tegoroczne przetwory okazały się imprezą o zasięgu międzynarodowym, na zaproszenie organizatorów oraz przy współpracy z placówkami kulturalnymi kilku krajów, swoje prace wzbogacone o wykłady prezentowali miedzy innymi holenderski team Refunc (www.refunc.nl), hiszpańska Basurama (www.basurama.org), El Ultimo GRITO/EUG Studio z Wielkiej Brytanii (www.eugstudio.com), Mantas Lesauskas z Litwy (www.lesauskas.lt), Tom Price, Wielka Brytania (www.tom-price.com). Odbyły się również łączone warsztaty grupy studentów Royal College of Arts wraz ze


studentami z Wydziału Wzornictwa ASP tworzącymi grupę PG13. Dużym zainteresowaniem cieszyła się seria oktagonów zaprojektowanych przez grupę Basurama. Przeskalowane meble-zabawki przyciągały całe grupy zwiedzających na swój mini plac zabaw. Należy dodać, że jeden z oktagonów był huśtawką. Z kolei The Lonely Socks Show – drugie życie skarpet, autorstwa Antonio Scarponi – serie kilkuminutowych filmów, w których główną rolę odgrywają skarpetki, były w stanie rozczulić każdego zwiedzającego. Kulminacyjnym punktem imprezy był konkurs na najlepszy Przetwór Roku. Przez dwa dni eksperckie jury – w którego skład weszli: Fabio Cavallucci, Małgorzata Szczepańska, Wanda Modzelewska, Agnieszka Kowalska, Attilio Maranzano, Michael Okraj, Tomek Rygalik, Anthony Lebossé z francuskiej grupy 5.5 Designers, oraz organizatorki projektu, czyli Monika Brzywczy, Ania Czarnota, Marta Wójcicka – szukało najlepszego Przetworu Roku. Spośród wytypowanych finalistów jury nagrodziło główną nagrodą ex aequo duet studentek londyńskiego Rogal College of Art, Juwei Huang i Tongtong Ren, za parawan zbudowany z drewnianych elementów pochodzących ze stelaży łóżek oraz szklanych słoików, a także tandem Jakub Sobiepanek i Robert Pludra, absolwentów wzornictwa na warszawskim ASP, za projekt fotela wykonanego z plastikowych beczek oraz za projekt krzesła z tekturowych opakowań po świetlówkach. Parawan urzekł jurorów swoją lekkością i poetycką formą, jak również mobilnością konstrukcji. Krzesła natomiast przekonały kreatywnym użyciem pozornie mało trwałego materiału – jakim są opakowania po świetlówkach – tworząc bardzo stabilną konstrukcje. Opisane prace zostały w całości wykonane na miejscu, podczas imprezy, z odpadów z przetworowego magazynu. Polscy laureaci poza nagrodami rzeczowymi otrzymali także ufundowaną przez firmę Paged Meble możliwość wdrożenia swojego mebla do produkcji.

Przemierzając hale, łatwo można było zauważyć, jak wiele kreatywnych indywidualności zgromadziło się zgodnie na jednej przestrzeni. Same stoiska były odrębnym, ciekawym zjawiskiem i wiele mówiły o temperamencie i sposobie pracy twórców. Niektórym projektantom udało się wybudować praktycznie profesjonalne stoiska targowe, jeszcze inni w nieco teatralny sposób tworzyli dla swych dzieł mini scenografie, posługując się w dużej mierze światłem. Dla pozostałych najważniejsze było ciągłe tworzenie coraz to nowych obiektów aż do ostatniej minuty imprezy, a ich stoiska przypominały miniaturowe warsztaty wszelkiego rzemiosła, pełne narzędzi, nieprzetworzonych materiałów oraz gotowych już produktów. Niektórzy uczestnicy wkroczyli na kolejny poziom przetwarzania, zmiarzając wystrój stoiska tak, by pasowało do przybywających eksponatów. Codziennie zmieniamy całkowicie wystrój stoiska – mówi Jadwiga Lubicz-Łapińska z Yayo Studio. – To są przetwory, codziennie przetwarzamy nowe rzeczy, w związku z tym zmienia się nasze otoczenie, które wciąż od nowa aranżujemy. Trudno stwierdzić, który ze sposobów na prezentację jest najodpowiedniejszy dla tego typu imprezy, na pewno wygrała różnorodność. W tym chyba cały urok przetworów, że nie ma żadnej narzuconej uczestnikom formuły na wystawianie się, choć czasem ciężko było wyłowić „perełki” z bezliku form i kolorów. Może byłoby to łatwiejsze, gdyby wszyscy uczestnicy na bieżąco porządkowali swoje stanowiska… Grudniowy weekend dowodzi, że Przetwory rosną w siłę i że ta początkowo niewielka lokalna impreza staje się powoli znana również poza Warszawą. Świadczy o tym chociażby obecność wielu poważnych sponsorów oraz licznych przedstawicieli mediów. Być może warto byłoby zorganizować dodatkowe edycje Przetworów w innych miastach, na przykład przy okazji większych festiwali designu i nie tylko. Cel jest przecież jasny: dobrze się bawiąc, przetworzyć jak najwięcej!

DRAWME

77


P

roponuję, aby każdy z nas przymknął powieki i „przed oczyma duszy” przespacerował się po ulicach swojej miejscowości. Niezależnie od tego, czy będzie ona duża, czy mała, zamożna lub nie, z pewnością natkniemy się na kilka urbanistycznych wpadek. Budynki popadające w ruinę, powiew komunizmu, usilne swatanie modernistycznych budowli z klasycystycznym otoczeniem. Brzmi znajomo? No cóż… W końcu Warszawa to nie Paryż, Bydgoszcz nie Genewa, a Poznań nie jest Barceloną. Nie zagłębiając się jednak w przyczyny architektonicznego statusu quo oraz nie dając ponieść się naszemu polskiemu malkontenctwu, skupmy się na tym, jak powinno być i jak – miejmy nadzieję – będzie. Wydaje się, że kluczem do sukcesu jest analiza otaczającej nas rzeczywistości oraz chęć sprostania oczekiwaniom i wymaganiom mieszkańców. Nie możemy zapominać o potrzebie pomysłowego zagospodarowania niewykorzystanej dotychczas przestrzeni. Przecież otaczają nas miejsca, które przepełnione są potencjałem. Mimo tego, nadal niewiele instytucji decyduje się na ryzyko przekucia idei w rzeczywistość i niewiele – niestety – jest gotowych poświęcić czas, chęci i środki finansowe na wdrażanie takich projektów. Co jeśli się zdecydują? Efekty zazwyczaj są zdumiewające. Całkiem niedawno – w listopadzie 2010 roku – Politechnika Poznańska z sukcesem zakończyła swoje dziesięcioletnie starania o pozyskanie nowoczesnej bazy dydaktycznej. Efektami są obiekty Biblioteki Technicznej i Centrum Konferencyjno-Wykładowego, znajdujące się na terenie kampusu Piotrowo Politechniki Poznańskiej. Budynki z powodzeniem mogą konkurować z czołowymi ośrodkami uniwersyteckimi w Europie i na świecie. Dlaczego? U zbiegu ulic Piotrowo i Berdychowo znajdziemy nie tylko bibliotekę, która stanie się schronieniem dla prawie miliona woluminów ze wszystkich bibliotek wydziałowych Politechniki, ale również czterdzieści cztery pomieszczenia dydaktyczne po zęby uzbrojone w najnowocześniejszą technologię mediów elektronicznych oraz siedzibę Instytutu Informatyki, a także Centrum Genomiki i Bioinformatyki Wydziału Informatyki i Zarządzania. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie w tych budynkach efektywnie kształcić się będą przyszłe pokolenia inżynierów. Siła tego śmiałego przedsięwzięcia tkwi właśnie w jego celowości. Jednym z założeń, które towarzyszyło od początku narodzin idei budowy Biblioteki Technicznej i Centrum Konferencyjno-Wykładowego było uczynienie wiedzy łatwo dostępną. Wiedzy i… kultury. Tym, co niezwykle ważne w nowych budynkach Politechniki, jest przestrzeń, która gotowa jest dźwignąć najbardziej wymagające wydarzenia: wystawy, konferencje oraz różnego rodzaju eventy i gościć najbardziej liczną publiczność. Jeśli dodać do tego nadwarciański krajobraz… Ulokowanie właśnie w tym miejscu Biblioteki Technicznej i Centrum Konferencyjno-Wykładowego stwarza niesamowite możliwości dla wykorzystania potencjału zapomnianej dotychczas okolicy. Zanim się obejrzymy, powstaną tam nowe, kto wie, może nawet ciekawsze budynki, które stworzą nową, miejmy nadzieję stylistycznie spójną całość. Chapeau bas Politechniko!

PRZESTRZEŃ BARDZO PUBLICZNA O tym, jak wygląda kształtowanie przestrzeni publicznej widzianej przez pryzmat reklamy zewnętrznej mogliśmy przeczytać w TAKE ME 08, w tekście „Katastrofa estetyczna. Reklama w przestrzeni publicznej”. Wniosek zawarty już w tytule jest jeden i spokojnie można go określić mianem krytycznego. A co z pozostałymi aspektami planowania przestrzennego w polskich miastach? TEKST: Katarzyna Kin

AROUNDME

79


W

czerwcu 2010 roku zaproszono nasz zespół do konkursu na projekt ozdób świątecznych dla Starego Browaru. Uznałyśmy, że to niepowtarzalna szansa wypowiedzi, z którą zetkną się tysiące odbiorców. Postanowiłyśmy zgłębić temat dekoracji bożonarodzeniowych i poszukać pytań, które pomogłyby stworzyć ciekawą ideę dla tego projektu. Od samego początku naszą uwagę zwrócił problem globalizacji dekoracji świątecznych. Niewyobrażalne ilości bombek i plastikowych choinek płyną kontenerami w świat, stając się narzędziem kampanii marketingowych, z którymi coraz trudniej jest nam się identyfikować. W sklepach panuje szał zakupów, co pociąga za sobą brak czasu dla bliskich, degradację tradycji, bezrefleksyjną konsumpcję. Uznałyśmy, że nadrzędnym celem projektu będzie opracowanie idei, a rozwiązania estetyczne przyjdą z czasem. W epoce globalizacji obserwujemy dwa przeciwstawne sobie procesy: urbanizacji i ruralizacji. Konsekwencją tej pierwszej tendencji jest upowszechnianie się miejskiego stylu życia. Z drugiej strony mieszkańcy miast tęsknią za tym, co utracili; uciekają przed anonimowością i brakiem żywych więzi, fascynują się ciągle żywą tradycją wsi i jej autentycznością. Dlatego postanowiłyśmy powrócić do korzeni i poszukać inspiracji w rodzimej twórczości ludowej. Jedną z corocznie

pielęgnowanych tradycji w Polsce było wspólne tworzenie ozdób bożonarodzeniowych i celebrowanie w ten sposób okresu przedświątecznego w rodzinnym gronie. Prawdziwą wartością jest wtedy czas spędzony z bliskimi. W początkowych poszukiwaniach zaskoczyło nas bogactwo i różnorodność technik i materiałów używanych od setek lat do ozdabiania wiejskich domostw. Nie znalazłyśmy jednak żadnego odzwierciedlenia tych tradycji w dekoracjach pojawiających się w miejskich przestrzeniach publicznych w Polsce, co tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że należy zwrócić się w tym kierunku. I tak też powstała idea stworzenia projektu, kładącego szczególny nacisk na naszą tożsamość kulturową, czerpiącego z tradycyjnego rękodzieła, lecz starannie zaprojektowanego – a przez to nie „folkowego”. Bezpośrednią inspiracją stały się pająki – ozdoby świąteczne niegdyś powszechnie obecne na wsiach w większości regionów Polski; wyrabiane z lokalnych materiałów takich jak słoma, bibuła czy przędza. Urzekająca jest ręczna praca ludzi, którzy wykonują je do dziś, a także pasja z jaką o nich mówią. Na podstawie tradycyjnej techniki opracowałyśmy moduł gwiazdki w trzech rozmiarach, z którego następnie budowałyśmy większe kompozycje centryczne, swoim kształtem nawiązujące do pierwotnego układu pająków. Wszelkie obawy co do „skromności materiału” rozwiał pierwszy model, który pojawił się w Poznaniu. Okazało się, że w otoczeniu wymagającej architektury Starego Browaru, pająki nabierają szlachetności. Ostatnim etapem przed przystąpieniem do produkcji było sprawdzenie możliwości wykonania projektu. Dotychczas w Polsce nie powstała realizacja korzystająca z pracy twórców ludowych na taka skalę. W poszukiwaniu kontaktów z artystami pomogły muzea etnograficzne, które okazały się nieocenionym źródłem informacji. W Internecie znaleźć można natomiast świetnie zorganizowane liczne fundacje oraz stowarzyszenia promujące sztukę ludową. Gdziekolwiek dzwoniłyśmy spotykałyśmy się z ogromnym zainteresowaniem i sympatią ludzi. W kolejnym etapie należało zmierzyłyśmy się z wyzwaniami produkcji. Ważne okazało się doświadczenie St. B. w organizacji i koordynacji projektów. Kluczowym elementem była teraz kawa i ciasto – to przy niej uczyłyśmy każdego z uczestników projektu budowania naszej gwiazdki. Wykonania ozdób podjęło się 18 twórców zorganizowanych w 4 grupy w różnych częściach Polski. I to właśnie jest najistotniejszym aspektem całego przedsięwzięcia. Projekt od samego początku bazuje na połączeniu designu z pierwiastkiem ludzkim. Odzwierciedleniem tego jest fakt, iż 550 elementów dekoracji zostało wykonanych ręcznie. Ponadto udało się urzeczywistnić pomysł warsztatów w Starym Browarze, czyli spotkania twórców ludowych, odbiorców i nas projektantek, podczas którego mieszkańcy Poznania uczyli się technik wykonywania ozdób świątecznych. Dopełnieniem idei była wystawa artystów, która opowiada o ich pasji tworzenia i ukazuje korzenie naszej inspiracji. Wszystkie wyżej wymienione wydarzenia niosą bardzo ważną wartość edukacyjną w szerzeniu wiedzy o polskiej tożsamości kulturowej.

Projektowanie idei

Początki tej grupy projektowej to rok 2004. Pracują w zespole, ponieważ zapewnia im to większą kreatywność, lepszą weryfikację pomysłów i szybsze dojście do celu. Każda z nich jest inna, mają różne doświadczenia zawodowe, a umiejętne łączenie tych elementów pozwala na wieloaspektowe spojrzenie na każdy realizowany przez nie projekt.

TEKST: Dorota Januszek, Iza Brola, Honorata Poznańska

ZDJĘCIA: Igor Drozdowski

80

README


README

81

IGOR IGO IG GOR G OR D O DRO RO OZD ZDOW ZDO Z OWSKI S SK

w Hamb w H amburg urgu / wdroż ożeni eniaa mebl mebl blii dla dla dzi dzieci i sypialni dla firmy firmy In ntermeb ter errmeb meble lee..

W ßen We Wei ensee see / akt aktualnie w tra trakci kciee drug dru iego ego dypl dyplomu w koncernie „Airb irbbus” us us

skiej ski ej ASP / stu tudiu diuje je w B Berliniee Prod Produkt ukt De Desig sign n w Ku Kunsthochschule Berlin n

Hon Ho no ora r ta Pozzna n ńs ńska k Ukończ ńczona ona Archi Ar hitek tektur turaa Wnęt Wnę rz na poznań-

/ proj projekt ekt kktty mikr i o i ma makro k . kro

/ zafascy fascynow wan ana na rzemi n miiosł os em e i ręko ękodzi dz ełem / do doświ świadc adczen zeniee we wdr wdroże ożenia n ch

Des D eessign ign g Ma M nag n men en nt w Wa W rsz rszaws aws aw w kim ki SG SGH H i IW WP / wykła wykłada da w UA A w Po Pozna znaniu i

Doro Do r ta ro ta Janusszze ek Uk U ońcczone zon one Wzor z nic nictwo tw na pozna poznańsk ń kiej ASP oraz

w sskal k i mik ikr k o i ma makro kro. kr

i indyywid w dual u ne / w wpro proowad p wadzan z iee n za zan nooowego ggoo pr p odu du uktu u / pra p ca c nad pr proje ojekta ktami mi

w kreo e w waaaniu wizzeru e unku nk maarki ki, siec siecci sprz p eda daaży ży / proj ojekt ek y kome ekt ko rcyjne jne

ww ww. w do d dopl plan a .pl Izza Br Brol ola la Ukońc Ukkońc o zon oń zonee Wzor o nic nictwo twoo n na p pozna nańsk ańsk ńskkiej i A ie AS SP / do d świ św adczen enie ie

i wre rres eesszzci ciie proj ojjekt ektant a .

p liliicczzn pub na, w kt n k óre ó j centtrum ru um m stoi stto czł człowi złowi o ek, jaako ow ko wyk wykona onaawc wca ca, arty ca rtysta ysta s , odbi odbi dbb orc orcaa

d iggn des nem em. W prz prrrzzest estrze r nii kom rz omerc me cyjnej yjn jnej e rów r nolegl egl glle zaissttni niała pr p zes zestrz trzeń eń

w któr tórr ym tó y po poł oołąącz c yły yłyyśmy ył my rę r czn z ie wyk zn wy onane dek dekoraacje jee z now nowocz o esnym ocz esn snyym m

Zap aproj ap rojekt roj e owa ek wanie nie n i id ie ideii u umo moożliiwił w o stwo tw rzenie wielo wielopła łaasz sszc zzcczyz z now nowego eg proje ojektu ktu,,


82

README

IGOR DROZDOWSKI


README

83


Magiczny czas, czyli rzecz o podłaźnikach, światach i pająkach Okres świąteczny to dla wielu z nas czas magiczny, kiedy powracają smaki i zapachy kojarzone z domem rodzinnym. W czasie świąt łączymy stare przedchrześcijańskie zwyczaje z tradycją katolicką. TEKST: Anna Weronika Brzezińska

84

README

i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

dr Anna Weronika Brzezińska, wykładowca Instytutu Etnologii

FILIP SPRINGER

ZDJĘCIA: Filip Springer


README

85

REALIZACJA: DODOPLAN

FILIP SPRINGER

Z

anim w naszych domach upowszechniła się tradycja ubierania choinki, wieszano u powały (pod sufitem) zielony czubek drzewka iglastego, tuż nad stołem i ozdabiano je własnoręcznie wykonanymi zabawkami. Taką zieloną ozdobę nazywano podłaźnikiem, a zapewniać miała szczęście i dostatek. W centralnym miejscu podłaźnika wieszano ozdobę zwaną światem – wykonaną z opłatka (sam opłatek był z kolei ze zboża). Świat symbolizował kulę ziemską, był znakiem zwyciężania zimy i ciemności. Niekiedy z opłatków robiono małą kołyskę, będąca wyrazem oczekiwania na narodziny Dzieciątka, mającego zwyciężyć zło panoszące się po świecie. Zwyczajem związanym z przystrajaniem świątecznej izby jest – przypomniana przez Stary Browar – tradycja wykonywania pająków. To tradycja znana w całej niemalże Europie, ocalała do czasów obecnych dzięki twórcom ludowym, których prace można było poznać na specjalnie przygotowanej wystawie. Wykonywano je zawsze z tego, co było pod ręką – ze słomy, papieru, czasem z ziarnek fasoli, kolorowych nitek i wełenek. Dzisiaj pełnią one rolę głównie dekoracyjną, dawniej jednak miały chronić domowników przed złym urokiem. Ich wykonywanie związane było silnie także z magią wegetacyjną i obrzędami żniwiarskimi, a obecność podczas najważniejszego święta w roku miała zapewnić nie tylko szczęście domownikom, ale też dobre zbiory na polach w nadchodzącym roku. Najprostszą formą pająka były proste słomki wbijane w kulkę z wosku lub w starego ziemniaka. Z czasem wykształciły się z tych pierwotnych ozdób formy bardzo skomplikowane, a wiele z nich było charakterystycznych dla poszczególnych regionów. To zróżnicowanie regionalne mogliśmy prześledzić na wystawie, na której prezentowano pająki wykonane wieloma technikami, z wykorzystaniem różnorodnych materiałów. Pięknym połączeniem tradycji i nowoczesności są pająki współczesne, stanowiące punkt centralny dekoracji zimowej w Starym Browarze. Wykorzystując tradycyjne formy i techniki wykonania oraz współczesne materiały, nawiązują one do światowych nurtów designu – odwołującego się do lokalności i etniczności oraz gloryfikującego regionalizmy i współpracę z twórcami ludowymi.


P

rojekt, który zrealizowano w Starym Browarze, powstał jako rezultat fascynacji ludowym rękodziełem i próby wykorzystania jego elementów we współczesnym designie, poszukującym inspiracji w tradycjach lokalnych. Priorytetem była dla nas wiarygodność przekazu – dlatego tak ważny był bezpośredni kontakt z autorkami pająków, które znalazły się na wystawie – a także wyraźne podkreślenie faktu, że projekt twórczo czerpie z form ludowego rękodzieła, ale nie jest ich bezrefleksyjnym kopiowaniem. Sztuka ludowa stanowiła inspirację w zakresie pewnych wzorów estetycznych i odtwarzalnych surowców tradycyjnie wykorzystywanych do jej wykonania, przede wszystkim jednak uczyła celebracji czasu. W rezultacie udało się stworzyć prostą, minimalistyczną dekorację wnętrz oraz zwrócić uwagę na fakt powolnego zatracania umiejętności skupionego przeżywania okresu Adwentu i zimowego przesilenia. Aby skompletować wszystkie elementy dekoracji oraz wystawy, odbyliśmy kilka dalekich podróży do różnych części kraju. Wczesne pobudki i długie godziny w aucie rekompensowały nam spotkania z artystkami ludowymi, które przygotowywały

zarówno swoje autorskie pająki, jak i gwiazdki zaprojektowane przez Dodoplan na potrzeby Starego Browaru. We wszystkich domach raczono nas obiadem, świeżo upieczonym ciastem, kompotem czereśniowym, przede wszystkim jednak – historiami o przeszłości, domowych pamiątkach i codziennym życiu. Obraz wsi w tych opowieściach różnił się całkowicie od stereotypowych wyobrażeń o zacofanym polskim „zaścianku”, którego mieszkańcy, rzekomo na własne życzenie, nie chcą uczestniczyć w procesach tzw. modernizacji kraju. Należy wierzyć, że takie projekty są awangardą nowego sposobu myślenia o wsi, jako o miejscu ogromnych możliwości i źródle inspiracji. W czasach, w których coraz częściej uciekamy z miasta, warto wsłuchać się w rytm polskiej prowincji i spróbować wyciągnąć z niego wnioski. Panie, które uczestniczyły w projekcie, nie są prekursorkami designu, ale w swojej pracy i pasji odnajdują spokój, którego często brak współczesnemu człowiekowi. Bohaterki nie przekonywały, że to, co robią, to sztuka przez duże „S”, nie reklamowały się i nie dorabiały do swoich pająków i kwiatów z bibuły żadnych filozofii; w świecie, w którym każde dzieło wymaga co najmniej trzech tekstów krytycznych, kuratora, planu wystawienniczego na kolejny rok, one zdawały się w ogóle nie szukać uznania. Robiły i robią to, czego nauczyły się od swoich mam i babć, i co jest dla nich „naturalną” formą odpoczynku od codziennych prac domowych oraz sposobem na – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – odnajdywanie wewnętrznej równowagi. Być może przeszłość jest nam potrzebna właśnie do odnalezienia spokoju. W sztuce niekoniecznie łatwa w odbiorze, nie zawsze ładna według naszych standardów, pozostaje naszą tradycją, jeśli potrafimy wciąż na nowo z niej czerpać, reinterpretować ją. Razem z bogactwem starych form rękodzieła, odkrywamy zapomniane lekcje o wartości czasu i rozmowy. Okazuje się przy tym, że precyzyjna manualna praca wycisza i staje się pretekstem do refleksji nad wartością, jaką mają nie tylko święta, ale także każda chwila dzielona z bliskimi. Dziwić może nieco fakt, że projekt, który w pewnym sensie kontestuje polskie style konsumpcji, zrealizowany został w przestrzeni komercyjnej. Jest to jednak przestrzeń, która powstała z myślą o kreowaniu miejsca inspirującego, inteligentnego, nieinwazyjnego w swoim charakterze. Wobec wyzwań ekologicznych, groźby powtarzających się kryzysów ekonomicznych, szybkiego tempa życia – dla nas jako jej współautorów coraz ważniejsza staje się kwestia konsumpcji jakościowej i świadomej. W uczeniu się jej pomocą mogą być właśnie lokalne tradycje, ekologia, a przede wszystkim – drugi człowiek.

Sztuka ludowa jako inspiracja

Muzeum, a w szczególności muzeum etnograficzne, nie ma w Polsce zbyt dobrego publicity, a termin „skansen” już od dawna używany jest w pejoratywnym znaczeniu na określenie miejsca, w którym czas się zatrzymał. Niełatwo też od razu odpowiedzieć na pytanie, co nam daje tradycja, zwłaszcza tradycja ludowa, która kojarzy się z cepelią i gminnymi dożynkami. Nie rozumiemy sztuki drewnianych świątków o grubo ciosanych rysach i rubasznych piosenek śpiewanych na wiejskich weselach. Czy jednak tradycja musi być pojęciem martwym lub krępującym? Czy sztuka ludowa może zachwycić i, co więcej, funkcjonować w przestrzeni publicznej i to na równych z nią prawach?

TEKST: Małgorzata Kowalska

ZDJĘCIA: Marek Polaszewski

86

README


README

87

Go osiia Ko Kowa owa w ls lska k , KKoor o rdyn dynato at r ds. Pub Public lic ic Re Relat l ion lat io s Star tarreg eggo Br Broowa w ru u i abso abso bsolwe l n lw ntkka p pozn o ańs oz ozn ńskie k go Ins kie Instyt tytutu tyt utu E Etnol n ogi g i i An Antro tro ropol pologi pol ogi og giii Kult u uro u wej ur wej.

I PRAC RACAMI AMI WYKOŃ WYKOŃCZE CZENIO NIO OWYM WYMII JUŻ JUŻ U NA MIE MIEJSC JSCU U ZAJĘ AJ ŁY SIĘ

MARTYN MAR TYNA A DŁUŻ DŁUŻEWS EWSKA KA I MARI MARI ARIANN ANNA ANN A CIEŚ CIEŚ IEŚLAK LAK.. LAK

Z KOL Z O LIC BĄB ĄBLIN LINA A I NO I NOWOŁ WOŁOSK OSKOŃC OŃCA. A. MON M TAŻ TAŻEM EM POM POMPON PO ÓW W

KUJ U AWA ACH. H GWIAZDKI DKI STARO STAROBRO BROWAR WARNIA NIANE NE SKŁ ADA ADAŁY DAŁY PAN PA IE

W MAŁO W M AŁOPOL POLSCE ORAZ ALEKSA KSANDR D A ZAWA WACKA CKA Z CHOCEN CHO HOCENIA NA A

URBAŃS URB AŃSKA KA Z HRUB R IESZOWA, JÓZEFA PIETRZAK ZAK Z WIŚ WIŚNIO N WEJ EJ

KOŁODZ KOŁ ODZIEJ IEJCZY CZYK K Z WOJEW WOJEWÓDZ ÓDZTWA ŁÓDZKIEG IEGO, O, ALF A REDA

KACZOR KAC ZOR Z ŁOW ŁOWICZ ICZA, A, WAN WANDA DA MAJ MAJTYK TYKOWA I ANN ANNA NNA

I JADW I J ADWIGA IGA NI NIEDŹ EDŹWIE WIECKA CKA Z MAZ MAZOWI OW E ECK CKIEG IEGO O KADZ A IDŁA, A, TER TERESA ESA A

I BOGU I B OGUSŁA SŁAWA WA DZW DZWILE ILEWSK WSKA A Z PODLA POD ASIA SIA,, G GENO E WEF ENO FA PABI PABI A CH AB

TRADYC TRA DYCYJN YJNE E PAJĄ PAJĄKI KI PRZ PRZYGO Y TOW T WAŁY PANIE PANIE: SYLW YLWIA W H HRY RY YSZK S O

MAREK POLASZEWSKI


Jest dobrze To nie jest tak, że w awangardowe ciuchy może się ubrać tylko super odjechana stylistka. Klientów jest więcej, niż się początkowo wydawało. Grzegorz Matląg nie narzeka na brak odbiorców. Szacuje, wylicza na różne sposoby i dochodzi do wniosku, że klientów jest mnóstwo. TEKST: Anna Wyżykowska

Z

ZDJĘCIA: Zosia Zija i Jacek Pióro

ACZNIJMY OD KONKRETÓW: ŻYJESZ Z MODY?

Tak, od niedawna. Wrzesień był dla mnie bardzo ważny. Dużo się działo, osiągnąłem poziom, na którym moda jest moim głównym źródłem utrzymania. Nie trwa to co prawda długo, więc ciężko wyrokować, co będzie dalej, ale teraz jest dobrze. Każdy interes pochłania bardzo dużo czasu. Mnie zajęło to trzy lata – i zadziałało. Dużo czytam, analizuję, interesuję się strategiami biznesu. Moja własna strategia była dosyć podobna do tej stosowanej przez markę Alexander McQueen. Nie lubię tego porównania, ale użyję go, żeby zobrazować sytuację. Przede wszystkim musi być interesujący produkt, pieniądze przychodzą z czasem i z prostszych modeli. Przystępniejsze projekty napędzają biznes, co oczywiście nie zmienia faktu, że jest zainteresowanie tymi bardziej wyszukanymi, skomplikowanymi modelami. To nadal jest główny trzon mojej pracy. JAKA JEST POLSKA MODA?

Mam dość niepopularne spojrzenie na to, co w polskiej modzie się dzieje, bo uważam, że dzieje się dobrze. Śledzę ją od trzech lat i widzę ogromną zmianę. Może mnie ciężko to obiektywnie ocenić, bo i moja pozycja mocno się zmienia, ale klienci chcą kupować. Są osoby, które kupią za każde pieniądze nawet nieznane nazwisko. Jest trudno, ale rynek jest chłonny i ciągle się rozwija. Moda zaczyna od paru lat – raptem dziesięciu – faktycznie istnieć. Na początku był trend luksusowy: moda była zbytkiem, mało kogo było na nie stać. Teraz mamy w modzie demokrację i – co najważniejsze – różnorodność. Loty samolotami stały się tańsze, ludzie mogą przywieźć rzeczy z zagranicy, a jednak chcą kupować w Polsce u młodych projektantów. Największym problemem jest to, że nie wiedzą, że mogą. To jest zdecydowanie największa bolączka. Gazety nie chcą szczególnie o tym informować albo robią to dość nieudolnie. Właściwie każda osoba, którą spotykam i która jest zainteresowana kupnem, jest zaskoczona, że coś takiego istnieje, że cena jest przystępna. TO JAK POJAWIAJĄ SIĘ KLIENTKI? ZNAJOME ZNAJOMEJ?

Wbrew pozorom nie. Zwykle są dwa kanały: pierwszy, kiedy ktoś widzi moją rzecz na kimś i w ten sposób się dowiaduje. Drugi, to rozmaite imprezy. Spotykamy się, rozmawiamy, klienci kupują, często biorą „od ręki”. I bywa, że nie jest to zakup pojedynczych rzeczy, tylko tak zwanej garderoby. MOŻNA GDZIEŚ KUPIĆ TWOJE PROJEKTY?

To problem. W Warszawie właśnie likwiduje się sklep, z którym współpracowałem. Rozmawiam z poznańskimi concept store’ami.

88

DRESSME

Rozmowy z Wiedniem są bardzo zaawansowane. Ale chwilowo najlepszą opcją jest umówienie się na spotkanie w mojej pracowni. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się otworzyć coś swojego. TWOJE WCZEŚNIEJSZE POKAZY BYŁY CZYMŚ NA KSZTAŁT TEATRALNEGO SPEKTAKLU, PROPONOWAŁEŚ PERFORMANCE. OSTATNI POKAZ BYŁ BARDZO PROSTY, KLASYCZNY. JAKBY TYCH ZMIAN BYŁO MAŁO, ZAANGAŻOWAŁEŚ JOLĘ RUTOWICZ.

Prezentacje są wygodne, gdy nie ma szans na tradycyjny wybieg. Modelek jest mniej, tempo jest wolniejsze, łatwiej nad wszystkim zapanować. Oczywiście chciałbym pewnie inne dziewczyny, inny makijaż i inne fryzury. Każdy z tych punktów jest zwykle problemem i to jest próba wyciągnięcia maksimum z tego, co się ma. Jestem zwolennikiem bardzo prostych prezentacji i pokazów. Moim ubraniom nie trzeba nic dodawać, nie trzeba specjalnych stylizacji. Jeśli zrobiłem ubranie, to jest skończone i gotowe do noszenia. To, co zrobi z tym później klient czy stylista, to jest ich własny wkład w przygotowaną przeze mnie kreację. Natomiast teatralne prezentacje były dla mnie sprawdzeniem się w różnych sytuacjach. Trzeba było jakoś to pokazać, wymyślić coś, co będzie interesujące. Pokazywanie kolekcji w klubie, gdy jest duża grupa ludzi, to zupełnie inna sprawa. Kiedy mam do dyspozycji dużą halę i gości, którzy mają ograniczoną ilość czasu, a tak jest przecież na tygodniach mody, wybieg jest dla mnie najlepszym wyjściem. A z Jolą było tak, że miałem ustalony temat – upadła kobieta, która zostaje świętą – i przyszło mi do głowy, że Jola idealnie pasuje do całości. Jola jest dla mnie najlepszym przykładem upadłej kobiety. I to takiej, która niekoniecznie jest tego świadoma. Ona teraz zmienia trochę swój wizerunek. Uważam, że ma ciekawą twarz i można z niej zrobić kogoś zupełnie innego. Spodobała mi się taka możliwość. To był oczywiście kompromis, jej i mój. Taki żart. Mam nadzieję, że wszyscy zrozumieli, o co mi chodziło. JAK SIĘ POKAZUJE NA POLSKIM, ŁÓDZKIM WYBIEGU? JAK OCENIASZ POLSKI FASHION WEEK Z PUNKTU WIDZENIA PROJEKTANTA, KTÓRY W IMPREZIE BIERZE UDZIAŁ OD POCZĄTKU JEJ ISTNIENIA?

Brakuje nam głównie kultury w produkcji tego typu wydarzeń. Za granicą wszystko odbywa się bardzo kulturalnie, z szacunkiem, i nie kosztuje to nikogo więcej pracy. Wszystko jest czasowo dopracowane. W Polsce jest chaos, nic się nie zgadza, zawsze muszę być gotowy na to, że coś wypadnie w ostatnim momencie. To jest zawsze jakaś walka. Z drugiej jednak strony Fashion Week jest bardzo potrzebny zarówno mnie, jaki i polskiej modzie. To często jedyna możliwość pokazania kolekcji. Mnie nie stać na wyprodukowanie własnego pokazu i Łódź jest


tu doskonałym rozwiązaniem. Cieszę się, że jest i wykorzystuję to, jak mogę. Brakuje mi trochę większego profesjonalizmu i może trochę świeżego spojrzenia, ale mam nadzieję, że będzie lepiej i że to się będzie poprawiać. POPRAWIAĆ ORGANIZACYJNIE CZY MODOWO?

I tak, i tak. To, jakie pokazy widzimy, jest ściśle związane z różnymi interesami i dyrektywą artystyczną takiej imprezy. Nikt doskonale znający się na modzie nie sprawuje pieczy nad tym, co i jak będzie prezentowane. Liczą się nazwiska, bo liczą się pieniądze. Jestem w stanie to zrozumieć, ale powinno się walczyć o wysoki poziom, bo ten zapewni pieniądze i sukces w przyszłości. Jak już mówiłem, polska moda się zmienia i będzie coraz więcej rzeczy do pokazania.

nie dlatego, że są modne. Moda odpowiedzialna bywa sprowadzana do brzydkiego ubrania z drogiej bawełny organicznej, które chce się sprzedać, bazując na poczuciu przywiązania do jakiejś idei. Uważam, że recykling daje gigantyczne możliwości kreacyjne i fajnie jest móc je wykorzystać. Nie chodzi przy tym o pocięcie starych swetrów, by z nich zszyć nową sukienkę. NIE ROBIŁEŚ TAK?

NIE SĄDZISZ, ŻE UDZIAŁ W TYM SCHODZENIU NA ŁATWIZNĘ MA

Nigdy nie wykorzystałem recyklingu tylko dlatego, że on reprezentował jakąś ideę. Ja po prostu wykorzystuję możliwości tych materiałów. Popatrz na najmodniejsze, drogie i nowe dżinsy, które są za wielkie pieniądze postarzane. Płacimy, by wyglądały jak zniszczone. Po co mam to robić? Ja całkowicie eksploatuję tkaninę. Jeśli w projekcie chcę mieć nowy materiał, sięgam po nowy materiał. Pracuję na starym, sfilcowanym swetrze, bo mi się podoba jego wygląd i faktura. Po to mi recykling? I to jest moim zdaniem najlepsza droga. Nie jest tak, że wychodzę od modnej idei. Mnie interesuje wygląd tkaniny i jej konkretne, wynikające ze zużycia specyfikacje. Recykling jest też fascynujący z tego względu, że stoi za nim niepowtarzalność i unikatowość projektu. Boli mnie natomiast powszechnie panująca opinia, że to tani i łatwy sposób pracy. Wręcz przeciwnie – to często dużo większe koszty i większa praca. Takie głosy świadczą o tym, jak mała jest wiedza o tego typu projektach i jak bardzo myślenie o ekologii jest upraszczane. Szkoda, że recykling trzeba wpychać w modę, że trzeba ludziom wmawiać, iż to jest dobre, że muszą – czy też powinni – to robić. To fajna i kreatywna metoda i tak powinno się o tym myśleć. Lubię też metodę zero waste. Jeśli jest możliwość, to wolę nie obcinać każdego zbędnego kawałka materiału, nie produkować kolejnego śmiecia. To technika, która jest wyzwaniem. Oczywiście to super, że za tym idą korzyści w postaci troski o środowisko. Bardzo się z tego cieszę. Nie jestem fanem śmiecenia i nie podoba mi się, że podczas produkcji dużo rzeczy się niszczy, ale nie jestem też fanem skrajnych ekologicznych manifestacji. Z dystansem podchodzę do większości akcji ekologów i do informacji, które nam się serwuje jako jedyne prawdziwe i niepodważalne. Niektóre zjawiska są niezwykle złożone i trudne do jednoznacznego wyjaśnienia. Miałem w życiu do czynienia z biologią i ten temat mnie interesuje. We współczesnym myśleniu i podejmowaniu kwestii ekologii jest dużo manipulacji, robimy z tego coś na kształt religii, jakiś rodzaj wyznania. Działamy nie dlatego, że w to wierzymy, tylko dlatego, że czujemy się czegoś częścią.

ODBIORCA?

W CELACH RE-ACTU SĄ WYPISANE POZYCJE: PODNOSZENIE ŚWIADO-

Nie narzekam na odbiorcę. Klientów jest więcej, niż mi się początkowo wydawało. Szacowałem, wyliczałem na różne sposoby. I prawda jest taka, że jest ich mnóstwo. To nie jest tak, że w awangardowe ciuchy może się ubrać tylko super odjechana stylistka. Mogą to zrobić osoby z różnych środowisk, uprawiające różne zawody. Nie sądzę, żeby problem tkwił w ograniczonym rynku. Ciągle pojawiają się nowe marki, które się sprzedają. Jasne, że nie jesteśmy Belgią czy Holandią, gdzie awangardowi projektanci świetnie funkcjonują, ale warto próbować.

MOŚCI EKOLOGICZNEJ I SPOŁECZNEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI ORAZ

CO KONKRETNIE SIĘ ZMIENIA? NIE JEST TAK, ŻE ZASADNICZA ZMIANA TKWI W LICZBIE? FAKTYCZNIE MAMY CORAZ WIĘCEJ NAZWISK, LUDZIE MAJĄ SZANSĘ SIĘ POKAZAĆ. IDZIEMY NA TEN DŁUGI MARATON POKAZÓW, KILKADZIESIĄT KOLEKCJI I STOJĄCYCH ZA NIMI NAZWISK PROJEKTANTÓW. ALE 90 PROC. TEGO, CO OGLĄDAMY, TO JEDWABNE I SATYNOWE SUKIENKI.

Tak, zwłaszcza szare, jedwabne sukienki. Podstawowy problem to brak w Polsce kultury mody. Wcześniej komuna, później średnie lata 90. To się zmienia dopiero od niedawna. Mamy dostęp do innych rynków, są zagraniczne gazety, media, Internet. Szkoły – ASP, kilka prywatnych placówek – to marna edukacja. Moda to poniekąd sztuka graficzna, działa jak design, wszystko musi być idealnie dopracowane, przemyślane. Nie ma miejsca na byle co, a u nas nadal pozwala się na bylejakość. Macha się na to ręką. Łatwo jest zrobić jedwabną sukienkę. Poza tym satyna ciągle trafia w masowe gusta. Nuworysze mają jeden styl. Jest ciśnienie – inni mają, ja też muszę mieć. To są ludzie, którzy robią kasę na opakowaniach, farmach kur czy innych tego typu przedsięwzięciach. W takim środowisku satynowa kiecka jest fajna. Im droższa, tym lepsza. NIE WYDAJE CI SIĘ, ŻE TO PODWÓJNE TCHÓRZOSTWO? ODBIORCA NIE POKUSI SIĘ O NOWOŚĆ, JEŚLI NIKT MU JEJ NIE ZAPROPONUJE, A TO WŁAŚNIE POWINIEN ROBIĆ PROJEKTANT. JA OD WAS OCZEKUJĘ KREATYWNOŚCI, NOWEGO I ŚWIEŻEGO PODEJŚCIA, A NIE ZASPOKAJANIA ZASTANYCH GUSTÓW. OD TEGO MAMY KRAWCOWE.

To prawda, projektanci często idą na łatwiznę. Spora część nawet jeśli próbuje, dość szybko się zniechęca. Myślę, że brakuje przede wszystkim wrażliwości i wiedzy, jak moda może wyglądać, co można robić.

POROZMAWIAJMY JESZCZE O JEDNYM ASPEKCIE TWOJEJ PRACY, O EKOLOGII W KONTEKŚCIE MODY. MÓWI SIĘ O TOBIE, ŻE UPRAWIASZ MODĘ RECYKLINGOWĄ. ZASIADAŁEŚ W JURY KONKURSU RE-ACT, BRAŁEŚ UDZIAŁ W MIĘDZYNARODOWYM KONGRESIE ENERGII ODNAWIALNEJ GREEN POWER. DLACZEGO ANGAŻUJESZ SIĘ W TAKIE PROJEKTY?

Wyznaję zasadę, że recykling i idee związane z energią odnawialną czy modą ekologiczną są dobre tylko wtedy, gdy są podejmowane

SZANSA NA ZAISTNIENIE NA RYNKU MODY. POWAŻNA EDUKACJA CZY MOŻLIWOŚĆ WYBICIA SIĘ Z NISZY?

To jest problem konkursów. Mnóstwo ludzi bierze w nich udział nie ze względu na tematykę. To nie jest tak, że Re-Act jest zły. On działa po prostu jak każdy inny konkurs. Przed tym się nie da obronić. Tak funkcjonuje rynek. Będąc w jury, starałem się popierać osoby, które zrobiły coś więcej niż posklejały śmieci. Ogromnym problemem tego typu przedsięwzięć jest brak przygotowania merytorycznego jury i uczestników w kwestii mody ekologicznej. Większość kreacji wykonano ze specjalnie na tę okazję wyprodukowanych śmieci. Gdzie tu logika? Poza problemem pozyskiwania materiałów na kreację, starałem się dodatkowo wybierać rzeczy, które w jakiś sposób jednak były ubraniem. Zresztą mieliśmy z jury podobne spojrzenie i jestem zadowolony z ostatecznego wyniku. Istnieje na pewno szansa, że wszystko pójdzie w dobrym kierunku, ale ciągle sporo jest wątpliwości.

DRESSME

89


90

DRESSME

ZOSIA ZIJA I JACEK PIÓRO


DRESSME

91


It’s fine It’s not true that avant-garde clothes are only for loopy stylists. There are more customers then I initially thought. I calculated it in different ways and it turns out there are many of them. I don’t complain about my customers. TEXT: Anna Wyżykowska

L

PHOTOS: Zosia Zija i Jacek Pióro

ET’S START WITH THE IMPORTANT QUES-

WHERE ARE YOUR CLOTHES SOLD?

TION. CAN YOU MAKE A LIVING OUT OF

That’s where the problem lies. A Warsaw shop which I had worked with is closing down. I’ve talked with Poznań concept stores. Negotiations in Vienna are well advanced. In late February my new workshop and boutique at Marszałkowska Street are to be launched. My clothes will be sold there along with the projects of other interesting Polish designers.

FASHION DESIGN?

I do. Just recently. September was a very important month for me. A lot of things happened, I reached the level at which fashion has become my only source of income. But that’s been not long, so it’s hard to say what will happen next, but for now it’s fine. In every business it takes a long time to bear fruit, as it were. In order to earn money, you have to have time. I assumed a three-year period and it worked out for me. This period was a very good time for me. I was reading a lot, analyzing and getting interested in business strategies. My personal strategy was quite similar to the one used by Alexander McQueen. I don’t like this comparison but I’m using it to illustrate the situation. Mostly you need to have an interesting product; you will earn money if you wait, from simpler models. More accessible projects make the business run day to day, but it doesn’t change the fact that there is a demand for more sophisticated and complicated models as well. It’s still the core of my work.

WHAT IS POLISH FASHION LIKE?

My view on the Polish fashion is quite unpopular, because I consider it functions well. I’ve followed it for three years and I’ve noticed a great many changes. Perhaps it’s difficult for me to describe because my own position changed a lot, but customers are willing to spend money. There are people who are ready to pay for unknown designer names. It’s difficult, but the market is absorbing us and keeps on spreading. In the last decade, fashion has come into actual existence. The first batch was an exclusive trend, fashion was a luxury, few could afford it. Now there’s more democracy and, most of all, variety. Flights have become cheaper, people bring clothes from abroad, but they still want to buy young Polish designers. The main problem is that they don’t realize they can. That’s the biggest problem. The press is not willing in a sense to inform the public about new trends and when they do it’s wrong. Actually everyone I meet, who wants to buy, finds it surprising there are products like this and their price is accessible. SO HOW DO YOUR CUSTOMERS FIND YOU? FRIENDS OF FRIENDS?

Surprisingly no. Usually there are two ways: one is by those who notice my clothes that other people are wearing and find out. Another way is based around all sorts of social events. We meet and have a conversation, after which they buy, often spontaneously. And sometimes they don’t just buy one item but the entire wardrobe.

92

DRESSME

YOUR PREVIOUS PRESENTATIONS WERE SOMEWHAT REMINISCENT OF THEATRE SPECTACLES, YOU OPTED FOR PERFORMANCE ART. YOUR LAST SHOW WAS VERY SIMPLE, JUST A CLASSIC FASHION SHOW. AS IF IT WASN’T ENOUGH, FOR A CHANGE, YOU HIRED JOLA RUTOWICZ.

Presentations are convenient when there’s no way possible of arranging a traditional catwalk. There are not so many models, so not much dressing up either, the pace is slower, so it’s easier to control it all. If you have more possibilities, you can achieve more. Of course I would rather have more models, different make-up and different hairstyles. But that’s the reality. Each of those aspects usually comes with problems and it’s a struggle to get as much as possible from what you have. I like very simple shows. My clothes need nothing extra, no additional stylization. I consider it a closed chapter. I made an item of clothing. It’s finished and ready to wear. What a customer or a stylist will do later with it is their own interpretation of what I have prepared. It definitely is a sort of an additional story, but it’s not crucial to the product. It’s about the clothing. Various theatrical presentations served me to test how I act under different circumstances. I had to present myself somehow, come up with something interesting. Presenting your collections in a club with a crowd of people is a different story. If I get a huge room full of guests with only limited time – as it usually is at fashion weeks – a catwalk doesn’t appear to me the best solution. As for Jola, I had a topic chosen – a fallen woman who becomes a saint – and it hit me that Jola fitted the role perfectly. Mostly because who she is and how she is perceived. I consider Jola the perfect example of a fallen woman. One who doesn’t clearly realize her fate just yet. She has been changing her image a little recently, though. I think she has an interesting face and could be turned into someone completely different. I liked that feature. Obviously, it was a compromise between her and me. A joke. I hope people understood my point. HOW DO YOU PRESENT FASHION IN POLAND? AS A REGULAR PARTICIPANT SINCE ITS VERY BEGINNINGS HOW DO YOU EVALUATE POLISH FASHION WEEK?

We lack etiquette mostly in these kinds of events. Abroad, everything runs culturally, respectfully and it doesn’t require any


additional work. Everything is signed and sealed in terms of time and planning management. In Poland, it’s more chaotic, nothing is as it is supposed to be and therefore you always expect something to pop up at the very last moment. It’s always a bit of an effort. On the other hand, Fashion Week helps me a lot, as much as it helps the Polish fashion scene in general. Often, it’s the only chance to have a collection presented. I can’t afford setting up my own show, so Łódź comes as the perfect solution. I’m happy there’s such an event and I take as much advantage of it as I can. I would love to see more professionalism and perhaps a fresher approach, and I hope it will get better. BETTER IN TERMS OF ORGANISATION OR FASHION?

Both … That kind of show is closely connected with business forcing an artistic profile. In my opinion, there is a major deficiency in these types of undertakings, no fashion specialists ever take any responsibility for what is being presented. Often the only goal is to have something presented. Names matter only because money matters. I can understand it but a higher level should be looked for, since that guarantees money and future success. But as I said, Polish fashion is changing and there will be more things to present.

LET’S TALK ABOUT ONE MORE ASPECT OF YOUR WORK – ECOLOGY IN FASHION. YOU ARE SAID TO WORK IN RECYCLING FASHION. YOU WERE A MEMBER OF THE RE-ACT COMPETITION JURY AND PARTICIPATED IN THE GREEN POWER INTERNATIONAL RENEWABLE ENERGY CONTEST. WHY DO YOU TAKE PART IN SUCH INITIATIVES?

I believe that recycling and the ideas related to renewable energy and ecological fashion are positive only when they are followed for good reasons and are not just a fad. Sustainable fashion used to have an image of ugly clothes made of organic silk, marketed as a part of some ideology. I believe recycling gives you plenty of opportunities to be creative and it’s great to take advantage of it. But it’s not about unraveling sweaters to knit new dresses. YOU’VE NEVER DONE IT?

DON’T YOU THINK IT’S A SORT OF TWOFOLD COWARDICE? CUSTOM-

I’ve never recycled just because it was a part of some ideology. I simply exploit the properties of materials. Look at the most fashionable, expensive, new jeans which are given that ‘used’ look for big money. We pay to make them appear worn out. Why should I do that? I exploit the fabric completely. When I need new material, I simply find new material. I work on old sweaters because I like their look and texture. That’s what I need recycling for. And I think that’s the best way to use it. Recycling also fascinates me because of its uniqueness. But I’m unhappy with the opinion that it’s a cheap and easy working method. Quite the contrary. Often, it requires much higher costs to cover the work you put into it. Opinions like this prove just how little people know about these initiatives and how much they simplify ecological consciousness. It’s a shame that recycling has to be made fashionable and that people have to be persuaded of its advantages which are worth investing in. I also like the zero waste method. If I can afford it then I’d rather not cut every possible piece of a material, in order save on the waste. This kind of technique is a challenge. It’s great there are advantages such as environmental care, it makes me happy. I’m not a fan of littering and I hate the fact that so much is damaged during the production process, but I’m not a fan of radical ecologist demonstrations either. I approach most of the ecologists’ campaigns with information labeled as unquestionable with a lot of reservation. Some phenomena are exceptionally complex and hard to explain clearly. I had some experience with biology in my time and I’m interested in the topic. With this modern perception and attitude, ecology is very manipulated and has been turned into a kind of religion. We should act not because we believe in it, but because we feel a part of it.

ERS WON’T BUY A NOVELTY IF NO ONE OFFERS IT TO THEM. THIS

THE LISTED GOALS OF RE-ACT INCLUDE: RAISING ECOLOGY AWARE-

SHOULD BE THE RESPONSIBILITY OF A DESIGNER. I EXPECT YOU TO BE

NESS AND SOCIAL RESPONSIBILITY AND IMPROVING ITS IMPORTANCE

CREATIVE AND PRESENT AN ORIGINAL APPROACH, NOT JUST TO

IN THE FASHION MARKET. SERIOUS EDUCATION OR A CHANCE TO GET

SATISFY COMMON TASTE. THAT’S WHAT TAILORS ARE FOR.

OUT OF THE NICHE?

Yes, it’s true, designers often go the easy way. Even if they try, many get discouraged quickly. But I think we just lack sensitivity, taste and knowledge about what fashion could be, what it could do.

It’s the competition problem. A multitude of people take part because it’s a contest. The theme is less important, it just happens to be such and such. I’m not saying Re-Act is bad. It just functions like any other competition. There’s no way to overcome it, the market is the determining factor. As a member of the jury, I tried to favour those who had done more than just sticking trash together. An enormous problem of these initiatives is the lack of substantial knowledge of what ecological fashion is. Most of the outfits were made of trash produced exclusively for that occasion. Where’s the common sense there? Apart from that, I tried to select things which were actually clothes. I had a similar outlook with other members of the jury and I’m satisfied with the final outcome. It definitely sets us in the right direction, but doubts remain.

BUT WHAT IS IT EXACTLY THAT CHANGES? ISN’T IT ONLY A QUANTITATIVE CHANGE? OF COURSE, THERE ARE MORE AND MORE NAMES, PEOPLE HAVE A CHANCE TO PRESENT COLLECTIONS. WE ATTEND LONG FASHION SHOW MARATHONS, DOZENS OF COLLECTIONS WITH DESIGNER NAMES, BUT 90 PER CENT OF IT IS JUST A SILK OR SATIN DRESS.

Yes, very often a grey silk dress. The main problem is the lack of fashion culture in Poland. We used to have communism, later came the mediocre 90’s. Only recently has it started to change. We have access to different markets, there are international newspapers, media, the Internet. You can watch it and work on it. We only have Academies of Fine Arts and several private schools. It’s poor education. Fashion is to some extent a visual art, it functions like design, and everything has to be topnotch, thought-through. It can’t be just anything, but in Poland such slapdash ‘anything-ness’ is still allowed. It’s silently accepted. It’s easy to make a silk dress. Besides, satin still meets what the masses like. Upstarts follow one trend, the pressure is strong. Others have it, so they also get it. They are people who make money on packaging, egg farms and similar kinds of business. In these circles, a satin dress might appear cool. The more expensive, the better.

DON’T YOU THINK THAT CUSTOMERS HAVE GONE THE EASY WAY TOO?

I don’t complain about my customers. There are more of them than I had initially thought. I calculated it in many ways and it turns out there is an excess of them. It’s not true that avant-garde clothes are only fit for loopy stylists. They come from various backgrounds and represent different professions. I don’t think the problem lies in the market’s limitations. New brands constantly emerge and are purchased. There are customers. Sure, we’re not Belgium or Netherlands, where avant-garde designers manage well, but if you really try, you can do it.

DRESSME

93


94

DRESSME


DRESSME

95

ZOSIA ZIJA I JACEK PIÓRO


96

DRESSME

Z ZOS ZOSI AZ ZIJA I JACEK PIÓRO


DRESSME

97


98

DRESSME

ZOSIA ZIJA ZOS ZOSI A I JAC JA AC CE EK K PIÓRO ÓRO Ó


FOTO:

Zosia Zija i Jacek Pióro MA EUP MAK UP & HAI HA AIR: AIR

Mariian Ma Mari a na na J Jur urki ur kiew ki ew ew wic iccz / ff ba aza zar..cco om UB UBR UBRANI B ANIA AN ANI NIA:

kole ko kole lekc ekc kcjja a Mal aldo doro rora ro rra a BU BUT B U UTY:

UN U NIT NIT IT TED ED NU UD DE SCE SC SCE C NOG NO OGRA OG RAF AF A FIA I A:

W jttek Wo k Ru uk kuj ujzo o i Pio iotr tr Jęd dru rusz uszzcz czak ak MODELK MOD ELKA ELK LK A:

Ka K aro r li lina n Ka na acczy zyńs ń ka ka/AV AVAN A T AN Pod Po od dzzieko iekowa ie kowa ko wani nia d dlla st stud ud u dia ia WMR MR .

DRESSME

99


100

SHOOTME


IGOR R DRO DR Z ZDOW D S SK SKI

fotograf:

Igor

Drozdowski

make up & hair: Arleta Molata

modelka:

Patrycja/GAGA SHOOTME

101


koszula Patrizia Pepe / Stary Browar

102

SHOOTME


SHOOTME

103

IGOR IG GOR O D DRO OZDOW DOW OWSKI S I


104

SHOOTME


IGO DRO IGOR R ZDOW ZDOWSKI SK

body Patrizia Pepe / Stary Browar

SHOOTME

105


IGOR DROZDOWSKI

top Patrizia Pepe / Stary Browar

106

SHOOTME


SHOOTME

107


Dare to be fair Pojęcie luksusu w ujęciu modowym na przestrzeni wieków miało wiele twarzy i urozmaicone było przez wiele barw. Nigdy wcześniej jednak mody tworzonej w oparciu o poszanowanie praw człowieka oraz szerokorozumianej ekologii nie uznawano za wykwint tak, jak to ma miejsce w chwili obecnej. Przebijająca się przez kurtynę luksusu tendencja ukryta pod hasłem odpowiedzialnej mody wychodzi z wielkich salonów wprost na wielkomiejskie ulice. Pojęcie mody zyskało kolejny synonim w postaci odzieży tworzonej w myśl poszanowania środowiska naturalnego i przede wszystkim praw człowieka. TEKST: Iwona Kulińska

S

ZDJĘCIE: Armando Branco

ynergia pomiędzy luksusowymi produktami i eko-filozofią jest elementem charakterystycznym w projektach tworzonych przez mającą polski rodowód markę Van Markoviec z siedzibą w holenderskim mieście Wageningen. Impulsem do powstania projektu okazały się pasjonujące rozmowy dwójki inicjatorek na temat ochrony środowiska i szkodliwości konwencjonalnej mody na środowisko naturalne i ludzi zatrudnianych w przemyśle. Jak podkreślają twórczynie Van Markovca – Kasia Markowska absolwentka łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych oraz Zuzia Andziak, ekolożka z dorobkiem naukowym zdobytym w katedrze Ekologii Stosowanej Uniwersytetu Łódzkiego i Wageningen University w Holandii – pomysł zrodziła potrzeba manifestacji etycznych wartości, wyznawanych przez obie dziewczyny. Ważnym argumentem była także chęć ukazania „zielonej mody” jako trendy, kobiecej i pięknej. Idea powstania projektu wiąże się stricte z minimalizacją negatywnych oddziaływań konwencjonalnej mody na szeroko rozumiane środowisko naturalne. Van Markoviec wychodzi tym samym naprzeciw masowemu, szybkiemu i nieprzyjaznemu dla środowiska podejściu do przemysłu odzieżowego. Moda tworzona przez Zuzannę i Kasię powstaje w oparciu

108

DRESSME

o przyświecającą jej zasadę 7-R. Projekty powstające w oparciu o wspomnianą zasadę czynią kolekcje Van Markovca ekologicznymi, zrównoważonymi, jednocześnie będącymi na czasie i trendy w pełni tego słowa znaczeniu. Innowacyjność omawianego „ekologicznego domu mody” wynika z promowania w ramach ruchu slow fashion ponadczasowej stylistyki uwzględniającej charakterystyczne dla Van Markovca formy, cięcia i linie sylwetki. Cechą wyróżniającą VM pośród branży odzieżowej, co podkreślają inicjatorki, jest odejście od tradycyjnej identyfikacji kolekcji sezonami i zastąpienie jej numeracją identyfikującą linie o tej samej inspiracji. Doskonałym tego przykładem jest stworzenie jednorocznego spójnego konceptu ze wzorami wiosenno-letnimi i jesienno-zimowymi. Idea tworzenia kolejnych kolekcji wiąże się z unikalnym pomysłem rozbudowania ich z sezonu na sezon, poprzez zastosowanie nowych wzorów, niemniej nie zawsze bez pominięcia wzorów wcześniejszych. Tym samym kolekcja staję się coraz pełniejsza, zapewnione zostaje poszanowanie wzorów, których obieg powielony może być w kolejnych sezonach przy użyciu m.in. nowych tkanin lub też elementów składowych ubrania. Ponad wszystko, co podkreślają założycielki VM, natura jest przewodnią siłą i niekończącym się źródłem inspiracji. Założenia te przekładają się na projekty, których elementy to przyjazne środowisku produkty. Kolekcje zaprojektowane przez Van Markoviec zawierają ekologiczną, uprawianą bez użycia pestycydów bawełnę, certyfikowaną wysokim standardem JOCA (Japanese Organic Cotton Association) oraz trwałe w pełnym 100% składzie konopie indyjskie, lub też mieszane z surowym jedwabiem. Każde z szytych w łódzkich firmach ubrań zawierające dodatki w postaci guzików czy suwaków, pochwalić może się wykonaniem z bezniklowych metali i materiałów pochodzących z recyklingu. Gotowa tkanina barwiona jest przy użyciu naturalnych pigmentów roślinnych lub konwencjonalnych posiadających niską toksyczność . Założycielki Van Markovca podkreślają również przywiązanie do popularyzacji konceptu zero śmieci, co jest wynikiem nieprzemyślanej nadprodukcji odpadów stanowiących problem dla środowiska. Wszelkie odpady tekstylne i spożywcze, pokroju rybiej skóry z amazońskiego suma, znajdują zastosowanie w projektach Zuzy i Katarzyny najczęściej w postaci elementów dekoracyjnych dla ubrań i akcesoriów. Jak podkreślają twórczynie VM, popyt na ekologiczne ciuchy jest ogromny, a tendencja ta może ulec jedynie zwiększeniu. Marzeniem Kasi i Zuzy jest stworzenie silnego brandu, który dostarcza klientowi wyrafinowany produkt, tworzony z poszanowaniem pracy ludzi i środowiska, kładącego nacisk również na edukację. Ważne dla rozwoju firmy jest również uznanie ze strony rządów, co wiąże się z różnego rodzaju pomocami (zazwyczaj finansowymi), które w prostej linii stanowią poniekąd o przyszłości Van Markoviec. Wiedzą o tym doskonale inicjatorki marki, które za swój pomysł otrzymały nagrodę finansową przez Inkubator Innowacyjnej Przedsiębiorczości w Wageningen. Dzięki tejże pomocy finansowej ich ekologiczne ubrania można spotkać w wielu miejscach na świecie, nie tylko na wybiegach, już niedługo także w berlińskim butiku w formie prêt-à-porter.


FOT. ARMANDO BRANCO

KAŻDY KOLEJNY PROJEKT SYGNOWANY MARKĄ VAN MARKOVIEC POWSTAJE W OPARCIU O IMPRESYJNY MISZMASZ, KTÓREGO SKŁADOWYMI SĄ PRZYRODA ORAZ OBSERWACJE TĘTNIĄCYCH ŻYCIEM ULIC. EVERY PROJECT SIGNED WITH THE VAN MARKOVIEC BRAND HAS BEEN CREATED BASED ON A COMBINATION OF IMPRESSIONS — FROM NATURE AND FROM OBSERVING OUR STREETS FULL OF LIFE.

DRESSME

109


TEXT: Iwona Kulińska

T

PHOTO: Magda Lipiejko

he synergy between luxury products and eco-philosophy is an element that stands out in the projects of Van Markoviec, a brand with a Polish pedigree, based in Wageningen, Netherlands. The impulse for the project comes from the two initiator’s passionate discussions about environmental conservation and the harm done by conventional fashion (in its manufacture) to Nature and to the people employed in the industry. The two creators of the brand are Kasia Markowska, Łódź Art Academy alum and Zuzia Andziak, ecologist with scientific experience gained in the Practical Ecology Department of Łódź University and Wageningen University in Holland. They emphasize, that the idea came from the need to manifest the moral values that they both adhere to. An important point was also their wish to show ‘green fashion’ as something stylish, feminine and beautiful. The concept behind the project is connected firmly with minimizing the negative effects of conventional fashion manufacture on the natural environment. This is how Van Markoviec addresses the fast, unfriendly for the environment, mass approach of the clothing industry. Zuzanna and Kasia create their designs according to the 7-R rule. Projects created by this rule make Van Markoviec collections ecofriendly and sustainable, at the same time extremely stylish. This originality is a result of promoting of the ‘slow fashion’ movement and a timeless style that respects Van Markoviec’s characteristic forms, cuts and silhouettes. The unique VM feature, emphasized by the designers, is that there are no traditional colour characteristics for each season’s collection. This is replaced by numbers identifying collections with the same inspirational origins. A perfect

110

DRESSME

FOT. MAGDA LIPIEJKO

Over the centuries, the idea of luxury in the fashion world has had many facets all accentuated by a diversity of colours. Never before has fashion, created with a consideration for human rights and ecology in the broad sense, found so much appreciation as it does today. This tendency, hidden under the name of responsible fashion, is pushing through the veils of luxury, out of the salons, onto our big-city streets. The definition of fashion has acquired a new catchphrase, personified as it were in clothing created with new found respect for Nature and, what’s most important, for human rights.

example of this is the creation of a one – year, consistent line of spring-summer and autumn-winter attire. Behind the creation of consecutive collections is the distinct concept to extend the range through each season by the use of different patterns, but not always leaving previous patterns out of the range. Thus, the collection becomes fuller and more complete and respects previous patterns that may be re-used, for example, on other fabrics or on new clothing elements. Markowska and Andziak find Nature, above all, a never ending source of inspiration and a leading force in their creativity. This has had an effect on the projects, which are first of all Nature-friendly. The collections are made of eco-cotton, grown without the use of pesticides, certified by JOCA (Japanese Organic Cotton Association) and 100% Indian Cannabis mixed with raw silk. Each piece of attire assembled in clothing companies in Łódź contains elements such as buttons and zippers which are nickel-free and made of recycled materials. The finished fabric is dyed with natural plant pigments or conventional dyes with low toxicity. The Van Markoviec founders also emphasize the concept of zero waste, which is a response to the thoughtless overproduction of waste – an environmental problem. Any textile and food waste, like skin from the Amazon Catfish, find usage in their creations in the form of decorative elements. The demand for eco-friendly fashion is enormous and the interest will only increase. The dream of Kasia and Zuza is to create a solid brand, and to deliver refined products created with respect for the human effort involved and the environment, with a stress on education. An important aspect of the brand’s development is also governmental understanding which may result in support (mostly financial) and this is, putting it simply, all about Van Markoviec’s to be or not to be. Kasia and Zuzia are well aware of this. They have received a financial award from the Enterprise Incubator in Wageningen for their idea. Thanks to this aid, their clothing can be found in many places around the world, not only on catwalks, but soon in a Berlin boutique as prêt-à-porter.


TEKST: Marta Dudziak

Bycie eko postrzegano jako fanatyzm. Kojarzono z przywiązywaniem się do drzew, czasem z zamieszkiwaniem na nich. O eko-istach mówiono eko-fanatycy, bo też często było tak, że zamiast wymiernych korzyści, ich happeningi przynosiły efekty odwrotnie proporcjonalne. Od jakiegoś czasu, w kwestii eko głos zabiera moda. Staje się etyczna i odpowiedzialna. O takiej modzie mówi szóstka młodych, zdolnych polskich projektantek.

DRESSME

111


Joanna Paradecka Były spodnie, jest bluzka. Co za problem kupić materiał i uszyć sukienkę?, pyta najbardziej kolorowa, potrafiąca rozdawać niezliczone drugie młodości, projektantka w Polsce – Joanna Paradecka. JOASIU, WPADŁAŚ NA POMYSŁ PÓJŚCIA NIESZABLONOWĄ DROGĄ. DROGĄ TWORZENIA GARDEROBY Z JUŻ ISTNIEJĄCEJ. ALE DLACZEGO?

Sama nie wiem. Ja właściwie odkąd pamiętam robiłam tego typu rzeczy. Zawsze przerabiałam. Dość długo mieszkałam w Londynie i w zasadzie to pobyt tam utwierdził mnie w przekonaniu, że mogę zrobić porządną markę, o wysokiej jakości, która będzie się sprzedawać. FOT. PIOTR DOMAGAŁA

JAK WYGLĄDAŁY TWOJE PROJEKTY W ŁÓDZKIEJ AKADEMII SZTUK PIĘKNYCH?

Robiłam kolekcje z nowej tkaniny, ale też np. ze ścinków materiałów, papieru, gąbki i odpadów. Myślę, że aby robić jakąkolwiek kolekcję trzeba mieć warsztat i trzeba umieć zrobić wszystko od podstaw. Przerabianie to ja – odkąd pamiętam. Ono zawsze było dla mnie inspirujące, bo co za problem kupić tkaninę i zrobić bluzkę czy sukienkę. W każdej Burdzie są wykroje. Jednak zrobić coś z niczego, to wyzwanie.

zdystansowani, ale jak tylko tym czymś zainteresuje się ktoś popularny, nabierają odwagi i łatwiej im to założyć. A OTWORZYĆ SIĘ NA EKOMODĘ MOŻE KAŻDY, CZY MYŚLISZ, ŻE SĄ

NA TAKĄ MODĘ MIAŁA WPŁYW POTRZEBA BYCIA EKO?

LUDZIE, DLA KTÓRYCH TO NIGDY NIE BĘDZIE WAŻNE? NA PRZYKŁAD

Na początku nie. Dziś cieszę się, że moja moda jest eko. Tyle się o tym słyszy, o ratowaniu świata. Moim założeniem nie było jednak robienie ekologicznych rzeczy. To stało się przy okazji.

BOGACI LUDZIE PRZYWIĄZANI DO MAREK?

SPĘDZIŁAŚ ROK W DANII ORAZ SZEŚĆ LAT W LONDYNIE. JAK NA TLE TYCH MIEJSC OCENIASZ POLSKĄ EKOŚWIADOMOŚĆ?

W Polsce ona właśnie się zaczyna. W Londynie naturalnie jest większa. Ludzie żyją bardziej ekologicznie, bardziej świadomie. U nas to cały czas jest niewielki procent. MYŚLISZ, ŻE MAMY POTENCJAŁ?

Sądzę, że tak. Ludzie muszą być świadomi, choć trochę wykształceni w tym kierunku. Szkoła musi o tym mówić, uczyć jak najwcześniej. Dziś ta świadomość w Polsce się zmienia. Powstaje coraz więcej rzeczy takich, jak moje i to jest super. Trzeba głośniej o tym mówić i częściej pokazywać, bo u nas jest też przeświadczenie, że jak w piosence z Rejsu: Słyszę to pierwszy raz więc nie wiem, czy mi się to podoba. To znaczy, że jak ludzie czegoś nie znają, to są nieco

Nowe z czegoś, co już istnieje tworzy też Sylwia Rochala, porównywana do amerykańskich sióstr Mulleavy, stojących za Rodarte. Projektantka jako antidotum na beztroskie kupowanie radzi zdetonować sieciówki.

112

DRESSME

JAKA JEST KLIENTKA JOANNY PARADECKIEJ?

Jest trochę szalona, bo moje rzeczy są specyficzne, bardzo kolorowe i dość odważne w konstrukcji i kolorze. Nie mówię, że powinna wykonywać jakiś specyficzny zawód, ale mieć w sobie pewien procent szaleństwa. Kiedyś po jakimś programie zadzwoniła do mnie pewna pani sołtys z podwarszawskiej miejscowości. To dopiero było super. FOT. ANIA BYSTROWSKA

Sylwia Rochala

To będzie zależało od świadomości. Nie wiem, czy ludzie z małych miejscowości lub wsi będą na tyle świadomi. Być może ich ekologiczny sposób życia będzie brał się np. bardziej z oszczędności niż ze świadomości. A co do drugiego pytania to słyszałam, że w USA wielkie gwiazdy zaczynają wypożyczać rzeczy vintage i recyklingowe. Jest w Londynie pewien showroom, w którym przerabia się rzeczy. Ubiera się w nim Victoria Beckham, jest zresztą jego stałą klientką, bo to nie żaden wstyd. Ludzie właśnie obnoszą się z tym, że robią coś takiego.


SYLWIO, DO TWORZENIA SWOICH PROJEKTÓW WYKORZYSTUJESZ TKANINY Z RECYCLINGU, KREUJESZ NOWE Z CZEGOŚ, CO ISTNIEJE. DLACZEGO TAK?

Traktuję zużycie jako wartość. Wiek dodaje tkaninom szlachetności, której nie można nadać sztucznie. Znoszone materiały mają też w sobie historie, których odgadywanie stanowi sporą część moich inspiracji.

pracy. Gdybym używała maszyny dziewiarskiej, nie stanowiłoby to kryterium do jakichkolwiek porównań, bo to powszechne narzędzie, dlatego też porównanie jest powierzchowne. MASZ ULUBIONEGO EKO-DESIGNERA?

Na początku decyduje o tym przypadek. Znalezione ubranie inspiruje mnie do stworzenia całego konceptu, potem tworzę bazy usystematyzowane według rodzaju odzieży, koloru czy faktury. Nie zaczynam kolekcji bez odpowiedniej ilości materiału, nad którym mogę pracować.

Nie, nawet do końca się z nimi nie utożsamiam. Większość projektantów działających w tej dziedzinie kładzie nacisk na użyteczność, idee fair-trade czy manifestację działań na rzecz ochrony środowiska. W moich kolekcjach chodzi o coś innego. Chcę wyjaskrawić unikalność produktu i historię, wielowątkowość ubrania. Walory estetyczne mają grać pierwsze skrzypce. Podobny punkt widzenia mają projektanci, którzy nie są kojarzeni bezpośrednio z ekologią, np. na świecie Margiela, a w Polsce f.

SŁYNIESZ Z NIESTANDARDOWEJ METODY ŁĄCZENIA TKANIN. NA

POLSKIE SPOŁECZEŃSTWO JEST GOTOWE NA MODĘ BY SYLWIA

CZYM ONA POLEGA?

ROCHALA?

Staram się odwoływać do dawnych, może wręcz archaicznych technik krawieckich. Często szyję ręcznie, wiążę, przeplatam, tkam. To nadaje moim ubraniom indywidualny charakter. Ich właściciel nosi na sobie bezpośredni efekt mojej fizycznej pracy. W pewnym sensie łączę sztukę z rzemiosłem.

Zaczynam myśleć, że tak. Moje kolekcje budzą duże zainteresowanie. Odbiły się echem w prasie, noszą je celebryci. Grono klientów rośnie, mimo że moje nazwisko jest jeszcze na rynku dość świeże. Myślę, ze Polacy powoli wybudzają się z marazmu mody drugiej klasy, szukają czegoś nowego.

PORÓWNUJE SIĘ CIEBIE DO SIÓSTR MULLEAVY. PONIEWAŻ?

CZEGO TRZEBA, ABY IM UŚWIADOMIĆ, ŻE NALEŻY SKOŃCZYĆ Z BEZ-

Nasze kolekcje są robione ręcznie na drutach, przy użyciu włóczki. Niewielu projektantów potrafi zdobyć się na taki wkład ludzkiej

TROSKIM PODEJŚCIEM DO KUPOWANIA DUŻO I TANIO? 

JAK WYBIERASZ TKANINY?

Nie wiem. Zdetonować sieciówki? FOT. GRAŻYNA GUDEJKO

Olga Szynkarczuk Olga Szynkarczuk — to znaczy luksusowa moda ze znakiem fair trade. Chce, żeby ludzie zatrudnieni przy produkcji ubrań mogli godnie żyć i marzy o kolekcji, którą stworzy w Mongolii. A jako, że marzenia spełnia, czekamy na efekty. CO DLA OLGI SZYNKARCZUK ZNACZY BYCIE EKO?

To czym aktualnie się zajmuję, nazwałabym raczej próbą tworzenia odpowiedzialnej społecznie i środowiskowo mody (ethical fashion). Chodzi mi głównie o popularyzację idei mody powstającej przy poszanowaniu środowiska, praw człowieka i z zachowaniem zasad sprawiedliwego handlu (fair trade).

myśli się, ile osób będzie miało lepsze życie przez tę nieco wyższą cenę, łatwiej jest zrozumieć dlaczego eko-odzież kosztuje więcej. MYŚLISZ, ŻE POLACY OTWORZĄ SIĘ NA ODZIEŻ Z METKĄ FAIR TRADE?

Myślę, że wprowadzenie jej na polski rynek nie będzie łatwe, ale przy odrobinie pomysłowości jest szansa, że zacznie być tak popularna jak ekologiczna żywność.

DLACZEGO ZWRÓCIŁAŚ UWAGĘ NA TĘ PROBLEMATYKĘ?

W CZYM WIDZISZ GŁÓWNE TRUDNOŚCI?

W styczniu 2009 roku pojechałam jako finalistka międzynarodowego konkursu International Young Fashion Entrepreneur do Londynu. Uczestniczyłam tam w dwutygodniowych warsztatach organizowanych przez British Fashion Council. Dzięki nim zrozumiałam, że etyczna moda to niekoniecznie hippi spódniczki z trawy i niemodne sukienki z india-szopów i zdecydowałam się założyć firmę zajmującą się odpowiedzialną, luksusową modą.

Przede wszystkim w mentalności i sytuacji materialnej konsumentów. Młodych, świadomych ludzi może nie być stać na etyczną odzież. Z kolei dla tych, których byłoby na nią stać, nadal ważny jest status, jaki reprezentuje nazwa Gucci czy Burberry.

TAKA MODA MUSI BYĆ DROŻSZA?

Historia ze Sri Lanką to przypadek, który wyniknął z finału IYFE. Finalistka ze Sri Lanki zachwyciła się moimi projektami z koniakowskiej koronki i zaproponowała współpracę z wyspiarskimi koronczarkami oraz udział w Sri Lanka Design Festival. To było niesamowite przeżycie i naprawdę ciekawa współpraca. Fascynuje mnie fakt, że ludowość na całym świecie jest tak bardzo różna i charakterystyczna dla danego regionu. Jednocześnie to, co łączy

Niestety tak. Za niskimi cenami odzieży stoją cierpiące kobiety i dzieci, które zmuszane są do katorżniczej pracy za wynagrodzenie, które nie wystarcza nawet na dzienną porcję jedzenia. Rolnicy uprawiający bawełnę w Indiach popełniają samobójstwa, bo nie są w stanie wyjść z długów zaciągniętych na kupno pestycydów stosowanych przy uprawie nieorganicznej bawełny. Kiedy więc

GDZIEŚ PRZECZYTAŁAM, ŻE PASJONUJE CIĘ SRI LANKA, TYBET, MONGOLIA. ŻE CHCIAŁABYŚ STWORZYĆ KOLEKCJĘ INSPIROWANĄ STROJAMI Z TAMTYCH STRON. CO TAKIEGO JEST W DALEKIM WSCHODZIE?

DRESSME

113


FOT. GRAŻYNA GUDEJKO

kulturę ludową bardzo odległych od siebie krajów takich jak Polska, Mongolia i Sri Lanka, to wspaniali ludzie, którzy mimo upływu czasu i nieustającego rozwoju świata, wierzą w powstrzymywanie niepowtarzalnie pięknej, choć powoli popadającej w zapomnienie kultury ludowej. Przekonanie górali do zrobienia kierpec na obcasach wydawało mi się niemożliwe, podobnie jest z Mongolią. Jest tak odległa i inna, że praca nad kolekcją nią inspirowaną wydaje się czymś niemożliwym do osiągnięcia. Właśnie dlatego chcę ją kiedyś zrobić. Marzenia są bardzo ważne. Czuję, że kiedy przestanę marzyć i chcieć więcej, to zniknę.

FOT. TOMASZ JĘDRSZCZYK

Asia Wysoczyńska Asia Wysoczyńska do kwestii odpowiedzialnej mody podchodzi bardzo poważnie. Swoje nowatorskie kolekcje tworzy w duchu poszanowania natury. Jak mówi, lepiej kupić jedną rzecz od lokalnego projektanta niż dziesięć z sieciówek. ASIU, SKĄD SIĘ WZIĘŁO TWOJE ZAINTERESOWANIE EKO-MODĄ?

Skończyłam Międzynarodową Szkołę Kostiumografii i Projektowania Ubioru w Warszawie, gdzie na kwestie ekologiczne kładziony jest bardzo duży nacisk. To wynika też z mojego światopoglądu i generalnego podejścia do środowiska, szacunku dla natury i racjonalnego gospodarowania jej zasobami. W JAKI SPOSÓB TEMAT UDAŁO CI SIĘ WCIELIĆ W ŻYCIE?

Staram się maksymalnie redukować zaśmiecanie środowiska. Ubrania, które projektuję nie są jednosezonowe. Jestem raczej zwolenniczką łączenia starego z nowym niż totalnej zmiany garderoby wraz z nadejściem nowego sezonu. Kładę nacisk na jakość, bo rzeczy dobrej jakości służą dłużej, a proces ich stopniowego niszczenia może mieć walory estetyczne. Po zakończeniu użytkowania ubioru, tkanina może też wrócić do obiegu, stać się ponownie surowcem. WŁAŚNIE. SKĄD POZYSKUJESZ TKANINY DO TWOICH KOLEKCJI?

Korzystam z wielu źródeł, w zależności od rodzaju surowca. Na co innego należy zwrócić uwagę w przypadku bawełny, wełny czy jedwabiu. Pomocą w poszukiwaniu odpowiednich, certyfikowanych dostawców, służyć mogą strony poświęcone modzie ekologicznej. Odpady powstające przy produkcji odzieży wprowadzam ponownie do obiegu poprzez wykorzystanie do wyrobu akcesoriów czy biżuterii. To, co staje się śmieciem w jednym wypadku, w innym może zostać użyte jako surowiec. JAK OCENIASZ POTENCJAŁ POLSKI W KWESTII OTWORZENIA SIĘ NA EKO-MODĘ? MYŚLISZ, ŻE W NASZYM KRAJU ONA MA RACJĘ BYTU?

Uważam, że dbanie o środowisko naturalne i otoczenie wszędzie ma rację bytu. Warto być tego świadomym. Nie tylko kwestie techniczne związane ze zużyciem wody czy stosowaniem pestycydów, ale też wagę nawyków zakupowych, które mamy. Lepiej kupić jedną rzecz od lokalnego projektanta niż dziesięć pochodzących z

114

DRESSME

sieciówek, wyprodukowanych w Chinach czy Bangladeszu. To też jest podejście pro-ekologiczne. POLACY CZĘSTO PYTAJĄ, DLACZEGO ODZIEŻ ZE ZNAKIEM FAIR TRADE JEST DROŻSZA OD TEJ TRADYCYJNEJ?

Jest droższa, ponieważ wyższe są koszty jej wyprodukowania. Pracownicy na wszystkich etapach jej produkcji są wynagradzani odpowiednio do nakładu pracy. Dbanie o ten aspekt, to równocześnie dbanie o różnorodność biologiczną na naszej planecie. Rok 2010 został przez Unię Europejską właśnie jej poświęcony. „Zielona moda” to nie tylko organiczna bawełna. Zakres zagadnień, jakich dotyczy jest bardzo szeroki. Warto mieć świadomość wpływu, jaki każde nasze zachowanie wywiera na planetę i żyjących na niej ludzi.


FOT. BARTEK KACZMAREK

Kamila Kanclerz Marzena Swat Kamila Kanclerz, Marzena Swat oraz – jak mówi ta pierwsza – całe grono wspaniałych i zdolnych ludzi, jak np. Bartek Kaczmarek, bez których nie byłoby niczego, stoją za brandem Green Establishment, w którym umówienie się na shopping często staje się zalążkiem przyjaźni. GREEN ESTABLISHMENT TO…

…rzeczy z charakterem, czyli naznaczone naszymi inspiracjami. Właśnie skończyliśmy prace nad czwartym sezonem i patrząc na te minione, widzę dokładnie jak rzeczy, które robiłam i ludzie, których poznawałam wpływały na poszczególne modele ubrań, klimat grafiki czy zdjęć. Nie ukrywam, że w ubraniach Green Establishment same czujemy się świetnie na co dzień, na imprezach i w pracy. Nie wyrażają sobą żadnej pokrętnej filozofii, nie nawiązują ślepo do trendów, ale są wyznacznikami np. inspiracji z podróży. KIM JEST KLIENTKA MARKI?

Jest dziewczyną, młodą kobietą, świadomie poszukującą ubrań dla siebie, nie ograniczającą się do centrów handlowych czy sieciówek, ale bawiącą się modą. Lubiącą zaskakiwać swoim wyglądem i eksperymentować z wizerunkiem, jednocześnie szanującą jakość materiałów i dobre krawiectwo. Raczej mieszkającą w dużym mieście, niezależną i często angażującą się jego w życie towarzyskie i artystyczne. W GE z wieloma dziewczynami, które stają się naszymi stałymi klientkami same zaczynamy się przyjaźnić i bardzo szanujemy to w naszej pracy. GREEN ESTABLISHMENT ŁĄCZY SIĘ TEŻ Z GREEN STORE’EM. CO TO TAKIEGO?

Green Store to przestrzeń, w której możemy pokazać nasze rzeczy. Jest ona niezwykle ważna dla uzyskania kompletnego wizerunku firmy. Jest też o wiele bardziej korzystna niż np. inwestycja w reklamę. W wykreowaniu wizerunku bardzo pomógł nam nasz praski showroom i wspomniany malutki green store na Chmielnej. Teraz brakuje nam takiego miejsca. Jego wnętrze zawsze wyraża charakter naszej firmy, jego tymczasowość jest nieoczywista, a nieoczywistość podniecająca.

ludzi którzy szyją nasze rzeczy. Każdy etap produkcji modelu w naszej kolekcji jest naznaczony indywidualizmem.

BYCIE EKO TWOIM ZDANIEM TO…

LUDZIE ZAINWESTUJĄ W EKO?

…bycie świadomym swoich czasów. Czasem ekologia wydaje mi się niesamowicie naciąganą sprawą; hasłem na którym można nieźle zarobić. W GE nie kupujemy np. bawełny, która jest 5 razy droższa, tylko dlatego że posiada certyfikaty. Do kolekcji używamy zazwyczaj naturalnych materiałów. Nie dlatego, że są eko, ale dlatego, że są milsze i zdrowsze dla skóry, dlatego że lubimy naturalny wygląd materiału, nawet jak jest pognieciony. Produkujemy nasze rzeczy w Polsce. Każdą szwalnię poznajemy osobiście. Poznajemy

Eko zazwyczaj wiąże się z czymś, co jest droższe niż nie-eko. Jeśli eko to np. produkcja ręczna albo w małej manufakturze To podwyższa jakość produktu i tłumaczy jego wyższą cenę. Mam wrażenie, że często eko to zwykłe pustosłowie, dlatego ja jestem bardzo wyczulona na ten swoisty trend ekologiczny. Nie można mądrze korzystać z ekoproduktów lub wytwarzanych zgodnie z wymaganiami fair trade, bez odpowiedniego zasobu informacji o takich produktach.

DRESSME

115


Każda z młodych designerek jest inna

K

ażda patrzy przez własne okulary i postrzega bycie eko w inny sposób. Łączy je jedno: wszystkie udowadniają, że moda, za którą stoi dbałość o środowisko, troska o prawa pracowników, „stop” wypowiedziane głośno marnowaniu odpadów, jest unikatowa. Co więcej – rośnie w siłę, werbując w swoje zastępy rzesze coraz bardziej świadomych klientek i klientów. Kiedy więc przyglądam się ich kolekcjom, za Martyną Czerwińską powtarzam: „za taką modą ekologiczną jestem”.

FOT. KRZYSZTOF KOZANOWSKI

Martyna Czerwińska Za marką Mysikrólik ukrywa się – nie, nie ukrywa się – Martyna Czerwińska. Ten wulkan pozytywnej energii w maju 2010 roku podczas drugiego łódzkiego Fashion Philosophy Fashion Week Poland pokazał kolekcję płaszczy z ceraty. I narodził się wiosenny eco-must-have. MARTYNO, CO ZNACZY EKO W WYDANIU BY MYSIKRÓLIK?

Pewnie chodzi ci o płaszcz, który jest zrobiony z ceraty. To najbardziej ekologiczny produkt Mysikrólika. Na co dzień też używam sporo naturalnych tkanin. Eko w moim wydaniu dotyczy przede wszystkim tkaniny. JAK BYŁO Z TYM PŁASZCZEM?

W 2009 roku byłam na Przetworach. Za każdym razem na tę imprezę staram się przygotować coś fajnego. Wspieram ją, bo jest naprawdę super. Było tak, że usiadłam na balkonie i zaczęłam myśleć. Nie była inspiracji na tej zasadzie, że u kogoś na działce zobaczyłam ceratę i pomyślałam, że zrobię coś z niej. To przyszło nagle. WSZYSTKO, CO TWORZYSZ JEST EKO?

Nie, raczej nie. Tworzę to, co mi się podoba, co znajdę. Sporo rzeczy przywożę z podróży zagranicznych, ale nie zawsze jest to stricte ekologiczne. Ekologia w moim wydaniu polega na tym, że staram się wykorzystywać wszystko, nie kupować na wyrost tylko używać to, co mam, to, co udało mi się kupić. Czasem korzystam też z elementów, które dawno temu wykorzystywała moja mama, takich jak np. sznury do torebek, stare. Wszystkie rzeczy są niepowtarzalne. A ROMPERSY SĄ EKO?

Są eko w innym sensie. Mianowicie w wykorzystaniu ich we wszelaki sposób, do ćwiczeń, spania, chodzenia na imprezy. Są eko w tym wymiarze, że używamy ich wszędzie, nie musimy mieć

116

DRESSME

sterty rzeczy, bo to jest produkt bardzo uniwersalny. Przy tym oszczędzamy wodę, pralkę i jeszcze kilka innych rzeczy. Osobiście popieram ekologiczne przedsięwzięcia, bo uważam, że np. używanie toreb wielorazowych, które swego czasu produkowałam, jest słuszne ze względów czysto estetycznych. Foliowa siatka wygląda ohydnie i cieszę się, że panie na ulicach chodzą coraz częściej z torbami wielorazowymi. Myślę też, że używanie naturalnych tkanin jest dużo bardziej przyjemne niż noszenie sztucznych. Za taką modą ekologiczną jestem.


Nat ural pro ject ion Editor: Ricric Chen Photographer: Leslie Hsu Makeup&hair: Kevin Long Model: Christian


Fur short Jacket, sweater, striped pants, silk belt, metal leather belt & boots GUCCI Leather ring AGNES B NAFA NORTHERN RACCOON

118

DRESSME


DRESSME

119

LESL SLIE LIIE E HSU S


Spiral sweater DIOR HOMME | Rivet leather boot GUCCI | Lambskin leather gloves AGNES B | Hat Stylist‘s Own NAFA NORTHERN BLEACHED COYOTE

120

DRESSME


LESLIE HSU

Fur short coat GUCCI | Gentleman hat Stylist‘s Own

DRESSME

121


Bow tie & leather ring AGNES B | Decal silk scarf GUCCI | Antique silk scarf Stylist‘s Own | Fur vest & red checkered pants D&G | Striped suspenders BOSS | Green black shirt corset DIOR HOMME

122

DRESSME


LESLIE HSU

Checked silk scarf & shirt BOSS Selection | Coat with wool edging AGNES B | Metal waist chain & leather boots GUCCI Checked pants D&G | Antique necklace, hat & suspenders Stylist’s Own

DRESSME

123


Bow tie & Leather ring AGNES B | decal silk scarf GUCCI | suspenders Stylist’s Own | Antique silk scarf Stylist’s Own | fur vest & red checkered pants D&G | Striped suspenders BOSS | Green black shirt corset DIOR HOMME

124

DRESSME


DRESSME

125

LESL ES ESL S IE HSU U


Black nafa D&G | Black shirt DIOR HOMME | Decal silk scarf GUCCI | Black suit & silver waist chain AGNES B | Patent leather shoes SALVATORE FERRAGAMO | carved brooch bottega VENETA GENTLEMAN | hat Stylist’s Own

126

DRESSME


LESLIE HSU

Black shirt & pants DIOR HOMME | leather jacket with wool edging, leather boots & rivet belt GUCCI | feather hat Stylist Own NAFA NORTHERN RACCOON

DRESSME

127


Black spiral turtleneck shirt, corset & pants DIOR HOMME | Fur collar SALVATORE FERRAGAMO | Leather gloves DUNHILL | Boot GUCCI | Antique pocket watch | Gentleman hat Stylist Own

128

DRESSME


LESLIE HSU

Wine red velvet neckerchief Stylist’s Own

DRESSME

129


FURIE(S)

PHOTOGRAPHER | AMILCARE and ALEX STYLIST | MANUEL MENINI MAKE UP & HAIR | DOROTA HAYTO MODELS | PATRYCJA | PAULINA N. | ZUZANNA | MARTA | PAULINA K. / GAGA MODEL | MANUEL MENINI

Paulina K.: Trench by ALLEGRI Shoes LA PERLA Paulina N.: Silk Top and Skirt by VIVIENNE WESTWOOD

130

DRESSME


DRESSME

131

AMILCARE + ALEX


Patricia: Bra LA PERLA Printed silk shorts EMILIANO RINALDI Socks GALLO Shoes ANGLOMANIA BY VIVIENNE WESTWOOD Sunglasses OZONA silver necklace VIVIENNE WESTWOOD Zuzanna: outfit by LA PERLA

132

DRESSME


DRESSME

133

AMILCARE + ALEX


AMILCARE + ALEX

Patricia: Bra LA PERLA Printed silk shorts EMILIANO RINALDI Socks GALLO Shoes ANGLOMANIA BY VIVIENNE WESTWOOD Sunglasses OZONA silver necklace VIVIENNE WESTWOOD Zuzanna: outfit by LA PERLA

134

DRESSME


DRESSME

135


AMILCARE + ALEX

Paulina: Silk Chemiser  DMAJUSCULE Bra and Brief  LA PERLA hold ups GALLO Shoes VIVIENNE WESTWOOD archive Patrycja: Lingerie  and suspender belt LA PERLA Vintage stockings CHRISTIAN DIOR Earrings MARINA FOSSATI Shoes VIVIENNE WESTWOOD archive Manuel: Night gown LA PERLA Zuzanna: Blouse TATOU Shorts GONZALO Shoes LA PERLA

136

DRESSME


DRESSME

137


Paulina: Silk Chemiser  DMAJUSCULE Bra and Brief  LA PERLA hold ups GALLO Shoes VIVIENNE WESTWOOD archive Patrycja: Lingerie  and suspender belt LA PERLA Vintage stockings CHRISTIAN DIOR Earrings MARINA FOSSATI Shoes VIVIENNE WESTWOOD archive Manuel: Night gown LA PERLA Silver ring by MAISON MARTIN MARGIELA Zuzanna: Blouse TATOU Shorts GONZALO Shoes LA PERLA

138

DRESSME


DRESSME

139

AMILCARE + ALEX


140

DRESSME


AMILCARE + ALEX

Paulina: Silk Chemiser  DMAJUSCULE Bra and Brief  LA PERLA hold ups GALLO Shoes VIVIENNE WESTWOOD archive Patrycja: Lingerie  and suspender belt LA PERLA Vintage stockings CHRISTIAN DIOR Earrings MARINA FOSSATI Shoes VIVIENNE WESTWOOD archive Manuel: Night gown LA PERLA Silver ring by MAISON MARTIN MARGIELA Zuzanna: Blouse TATOU Shorts GONZALO Shoes LA PERLA

DRESSME

141


AMILCARE + ALEX

Marta: Trench ALLEGRI Vintage collant PIERRE CARDIN Shoes VIVIENNE WESTWOOD archive Paulina: Trench ALLEGRI Stockings and shoes by LA PERLA

142

DRESSME


DRESSME

143


Zuzanna: Blouse TATOU Shorts GONZALO Shoes LA PERLA Patricia: Lingerie and suspender belt LA PERLA Vintage stockings CHRISTIAN DIOR Earrings MARINA FOSSATI Shoes VIVIENNE WESTWOOD archive

144

DRESSME


AMILCARE + ALEX

PO ODZ DZIĘ ĘKOWA KO OWA WA NI WANI NIA AD DL L A MI M CH CHAŁ AŁA AŁ A PA A Ź ZA U UDO DOST DO ST S TĘP PNI N EN NIE E STU TUDI DIA. DI I A. PO OD DZ ZIĘ IĘKO K WAN WA NI WA NI A DL DL A ASI AS SI SCHE SCHE SC HELL ELLER LL LER ER Z A W WY Y POŻY YPO PO OŻY Ż YC CZ ZENIE EN NIE SPR P ZĘ ZĘTU TU F TU FOT OTOG OTOG OT O RA RAFI F CZ FI C NE NEGO G .

DRESSME

145


Kulturowe granice zrównoważonego rozwoju Kwestia jest etyczna nie tylko w konwencjonalnym, ale i w ekologicznym sensie. Sposoby oddziaływania ludzi na siebie są częścią ekologii pojęć w ich relacji i stanowią część większego systemu, którego ta relacja jest elementem. (Bateson, 2000, 512) TEKST: prof. Sławomir Magala ILUSTRACJA: Anna Demidowicz

146

README

M

etody działania wynikają ze sposobów naszego myślenia, te zaś wynikają z gęstej sieci procesów interakcji i komunikacji, w których nasze uczucia i pragnienia często znaczą więcej niż kalkulacja i racjonalizacja. Przyjrzyjmy się uważnie metodom działania podczas prowadzenia samochodu, później zastanówmy się, co myślimy o jeździe i uchodzeniu z życiem, by w końcu spróbować dostrzec to, co dzieje się w gęstej sieci procesów współczesnych interakcji i komunikacji, oraz co mogłyby one znaczyć dla naszej przyszłości. Rzut oka na tę plątaninę, która kreuje nasz aparat pojęciowy i zaopatruje w praktyczną wiedzę daje wyobrażenie o granicach kulturowych. Czy równowaga sama w sobie jest zrównoważona? [Dygresja: nasze rozumienie rzeczonych granic prawdopodobnie zawdzięcza więcej „naturalnemu metajęzykowi semantycznemu” Anny Wierzbickiej niż wymiarom kultur narodowych Hofstede’ego, mimo że mniej osób słyszało o polskiej lingwistce z Australii niż o holenderskim psychologu społecznym]. JEŹDZIĆ I UCHODZIĆ Z ŻYCIEM. Prowadzenie samochodu nie jest już tym, czym zwykło być. Jaguar lub Maserati wciąż przykuwają uwagę, a seksowne modelki niezmiennie fotografowane są właśnie przy tych wspaniałych maszynach. Ale nawet najbardziej nowoczesne deski rozdzielcze, projektujące, jak w myśliwcu, aktualną prędkość na przednią szybę samochodu, nie uciszą trapiących wyrzutów „zielonego” sumienia. Dręczą one nasze hedonistyczne wartości i ostatecznie nie prowadzą do happy endu (zgodnie z tradycyjnym porzekadłem I can’t get no satisfaction). Ekologia była dawniej marginalnym hobby skrajnie alternatywnych myślicieli i lifestyle’owych trendsetterów. Od lat 60., z jednaj strony z katalogami o Matce Ziemi i komunami hippisowskimi powracającymi do natury, a z drugiej – z aktualnym


konsensusem post-Kioto-Poznań-Kopenhaga-Cancun, świadomość ekologiczna stopniowo, ale zdecydowanie wkradała się w centrum uwagi mainstreamu. Ale im głębiej się zakorzeniała, tym problem ten wydawał się bardziej złożony i trudny. Wiemy już, że aby zmniejszyć produkcję CO2, musimy przekonać miliard Chińczyków i kolejny miliard Hindusów, że rzadsze korzystanie z samochodu bardziej przyjaznego środowisku ma sens. Co więcej, musimy ich przekonać, że ta ekologiczna ostrożność jest dla nich bardziej korzystna niż rewanż na aroganckim Zachodzie, który strzegł prawa do luksusu posiadania samochodów tylko dla swoich bogatych, wyedukowanych i pięknych obywateli przez blisko stulecie. Jeśli dostrzegą w tym sens i zgodzą się wybaczyć nam naszą ekologicznie niepoprawną przeszłość, skończy się to dla nas lepiej. Ale dlaczego mieliby się tym przejmować? Rządy chętnie wydają samochody obywatelom. Obywatel w aucie to obywatel szczęśliwy, przekonany o posiadaniu pełnej kontroli nad trasą i celem (w przeciwieństwie do pasażera pociągu, autobusu lub innych środków komunikacji publicznej, a także samolotów). Badając opinie holenderskich kierowców tkwiących w nieustającym korku w godzinach szczytu każdego dnia pracy, badacze odkryli, że większości z nich tak naprawdę odpowiadało spędzanie długich godzin w rozgrzanych samochodach na drogach szybkiego ruchu. Kierowcy mogli posłuchać muzyki lub audiobooka, odbyć długą rozmowę telefoniczną, przećwiczyć wykład lub prezentację publiczną, zorganizować sobie życie towarzyskie itd. Tkwienie w korku nie oznaczało dla nich niewoli, lecz swobodę czynienia czegoś mniej oficjalnego niż w czasie godzin pracy. Z drugiej zaś strony, ci sami ankietowani pogodni kierowcy, deklarowali poparcie dla partii obiecującej podniesienie limitu prędkości do 130 km/h na niektórych holenderskich drogach (dawniej limit ten wynosił 100 km/h, przed kilkoma laty podniesiono go do 120km/h, a teraz będzie podniesiony po raz kolejny), stawiając korzyść ogółu nad bezpieczeństwem życia jednostki (wraz z podwyż-

szeniem limitu spodziewany jest wzrost liczby ofiar wypadków samochodowych w skali roku). Przychodzić na świat, by być wolnym, by szybko jeździć. Wolność ruchu jest logicznie nieuzasadniona, ale psychologicznie atrakcyjna. Jazda do centrum Poznania albo Rotterdamu ma niewiele sensu – trudno tam o miejsca parkingowe, które i tak są drogie, korki pożerają czas, a ja mimo wszystko jeżdżę, wbrew zdrowemu rozsądkowi i desperacko trzymam się iluzji suwerenności – duch niezależności w zależnym samochodzie. Jakim prawem mógłbym zatem winić Chińczyków i Hindusów, gdyby nie zechcieli okazać się mądrzejszymi niż my kiedyś? MYŚLEĆ I RYZYKOWAĆ. Mądrzejszymi od nas dawniej – użycie czasu przeszłego jest tu zasadne. Nie byliśmy mądrzy, ale to się zmieniło. Dziś, myśląc o posiadaniu samochodu, myślimy o tych których silniki zużywają mniej benzyny, których spaliny zawierają mniej niepożądanych toksyn, których elementy mogą być zdemontowane i wybiórczo przetworzone. Już samo to oznacza, że to nie producenci samochodów mają kontrolę nad przyszłym popytem, lecz ich użytkownicy. Jeśli nie zechcą oni zakupić dużego SUV-a z potężnym, lecz nieekonomicznym silnikiem, i wybiorą ekonomiczną toyotę albo fiata, których ekologiczny footprint jest znacznie mniejszy niż minivanów, wówczas producenci będą musieli na to zareagować. Zrobią to tym chętniej, że rząd uwalnia posiadaczy fiata punto evo multijet 85 z obowiązku płacenia podatku drogowego w Holandii od roku 2010, zachęcając do ekologicznie odpowiedzialnej konsumpcji. Ale sednem jest, że konsumenci nie są bierną masą dzikich plemion, rozsianych tubylców czekających na marketingową kolonizację, na reklamy i magów PR-u czarujących za pomocą „ukrytej perswazji”. Konsumenci są liderami, dyktują i rozpoznają trendy. To kompletne, najbardziej wartościowe zasoby ludzkie. Są szkoleni i nakłaniani przez crowdsourcerów, by dołączyć do społeczności twórczej – głównie do prowadzenia internetowych farm i innych podobnych platform

README

147


sieciowych. To oni decydują o smaku wina, potrzebach paliwowych samochodów, to oni także grupują i kształtują sami siebie poprzez flash moby i inne internetowe, komórkowe i zindywidualizowane kanały komunikacji. [Dygresja strategiczna: niedawno jeden z moich doktorantów, Amerykanin argentyńskiego pochodzenia, zatrudniony we włoskiej szkole biznesu, zauważył, że w konkursie iwikiphone – włoska aplikacja na iPhone'a, łącząca crowdsourcerów z całego świata – zwycięzcami zostali trzej uczniowie w wieku 17, 17 i 15 lat pochodzący odpowiednio z Wielkiej Brytanii, USA i Danii. Co więcej, dwaj z nich nie posiadali choćby własnego iPoda Touch, a mimo to wygrali i zobrazowali mądrość tłumu i cały jego komercyjny potencjał.] Myślenie jest zatem ściśle związane z sieciami i społecznościami pragnącymi użytecznej wiedzy, na przykład w formie wytwórstwa zwykle zorganizowanego w firmy i korporacje biznesowe. Produkcja wiedzy wciąż odbywa się wśród akademickiej biurokracji, ale ani oni – ani my – nie mamy na to monopolu. Producenci samochodów nie mają wyłączności na decydowanie o tym, co będą wytwarzać, tak jak nie mają jej producenci win ani uniwersyteccy profesorowie w swoich laboratoriach. Oznacza to, że jeśli wydaje nam się, iż jesteśmy mądrzejsi niż przed stu laty, to zarazem podkreślamy swoją zdolność do zniesienia dużo bardziej krytycznej autorefleksji. Każe ona zakwestionować nam wyraziste różnice kulturowe z przeszłości. Nauki ścisłe i ścisła wiedza okopana i umocniona w opozycji do nauk społecznych i humanistycznych oraz ich "miękkiej" wiedzy jakościowej, prowadzącej raczej do zrozumienia, niż wyjaśniania? Czas o tym zapomnieć. Najlepsi i najmądrzejsi ekonomiści są ślepi i bezradni, gdy system finansowy się wali, podczas gdy pisarze i naukowcy społeczni – wręcz przeciwnie (Raghuran Rajan przewidział krach bańki hipotecznej i napisał książkę Uratować kapitalizm przed kapitalistami). Rozsądny Zachód w opozycji do nierozsądnego Wschodu i prymitywnego Południa? To przeszłość. Bez Chińczyków, Hindusów, Arabów, perskich intelektualistów i badaczy, Renesans Europejski nigdy by się nie wydarzył (a był przecież poprzedzony „łacińskim” Renesansem, kiedy to mnisi tłumaczyli dzieła starożytnych Greków i Rzymian z arabskiego na łacinę). Kradzież historii (Goody, 2006) jest jednym z wielu krytycznych badań nad globalną przeszłością obnażających zachodnie uprzedzenia, które doprowadziły większość akademickich fabryk wiedzy do taśmowej produkcji książek, traktujących o dominacji Zachodu w kwestiach rozwoju demokracji, kapitalizmu, indywidualizmu i miłości. Moim celem jest pokazanie, że Europa nie tylko zwyczajnie zaniedbała i nie doceniła historii reszty świata, w konsekwencji czego mylnie zinterpretowała swoją własną, ale również to, że wprowadziła historyczne koncepcje i okresy, które pogorszyły nasze wyobrażenie o Azji w sposób istotny zarówno dla przyszłości, jak i przeszłości. ( Goody, 2006, 8) Poprzez produkcję wiedzy podejmujemy pewne ryzyko. Nasze procesy myślowe oparte są na akceptacji faktu, że natura produkcji użytecznej wiedzy jest raczej płynna, nastawiona na proces, dialektyczna (nawet warunkowa), kontekstualna, związana z historią, otwarta i nieprzewidywalna. Ekologiczny mainstream jest dobrym przykładem takiego nieprzewidywalnego potoku. Zmniejszenie emisji

148

README

CO2 i uformowanie międzynarodowej struktury zarządzającej programem światowej redukcji, wynika z zamiaru uniknięcia ewentualnego zaburzenia środowiska życia człowieka. Wszyscy doskonale wiedzą, że skupienie się wyłącznie na emisji CO2 nie rozwiąże problemu. Istnieje natomiast solidna baza wiedzy na ten temat, podczas gdy zagrożenia nuklearne bądź handel odpadami toksycznymi nie są już równie dobrze udokumentowane. Używamy zatem danych dotyczących emisji, które dają gwarancję poprawy w badaniach ilościowych. Nie wiemy jednak czy (ogólnoświatowa) implementacja protokołów z Kioto, brytyjskiego planu Sterna lub amerykańskich postulatów Gore'a, faktycznie przyniosą oczekiwany efekt. Jest to kosztowne ryzyko, którego rozsądniejszą alternatywą może okazać się niepodjęcie żadnych działań (czego spodziewa się na przykład Freeman Dyson), dopóki nie zostaną wynalezione elektrownie, które pożrą zdecydowanie więcej CO2, niż obecne. W każdym razie wydaje się jasne, że próbując wprowadzić w życie programy redukcji niepożądanej emisji, pieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu – odnosimy się do trwałych nierówności i szukamy bardziej demokratycznego i egalitarnego kompromisu z BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) oraz CIVETS (Kolumbia, Indonezja, Wietnam, Egipt, Turcja i RPA), a także uczymy się budować wielopoziomową platformę globalnego zarządzania w odpowiedzi na poważne wyzwanie. Poprzez tę naukę rozwijamy się i wspomagamy też rozwój koncepcji równowagi, nawet jeśli nasza wiedza nie jest dostateczna, a rozumienie złożonych związków przyczynowych oraz procesów i sieci zależności są niewystarczające, by podjąć prawdziwie racjonalne i skuteczne działanie. GRANICE WYOBRAŹNI SPOŁECZNEJ. Praktyka kreowania i stosowania zrównoważonej polityki w ramach sieci akcjonariuszy i działaczy społecznych, a także kształtowanie i strategiczne ocenianie szeroko zakrojonych wizji zrównoważonej przyszłości, na arenie wyznaczonej przez nasze kulturowe tradycje i profesje – wszystko to obrazuje, jak ograniczona byłaby wyobraźnia, gdyby Platonowi powiodło się wygnanie poetów z miast. Nasza przyszłość może być zrównoważona, lecz jej granice nie będą „naturalne” – są kulturowe, w związku z tym sztuczne i dyskusyjne w swej naturze. Niech zatem przemówi jeden z najczęściej zakazywanych pisarzy: Świat kartezjański, w którym umysł i materia, ludzkie postacie i krajobrazy, logika i wyobraźnia są rozłączne, nie może być światem przedstawionym powieści. Może to być jedynie świat władzy autorytarnej, która chce kontrolować wszystko, na przykład pojedynczy wycinek świata nowoczesnego państwa. Liczy się nie tylko ogólna ocena świata, bowiem celem lektury jest w większym stopniu radość doświadczania każdego ciemnego zaułku, każdej osoby, każdego koloru i odcienia krajobrazu. (Pamuk, 2010, 172-173) Granice równowagi kulturowej rysują się nie tylko w odniesieniu do ekologii traktującej o dzikich ptakach i zagrożonych gatunkach zwierząt – są również wyznaczane i sprawdzane względem mechanizmów społecznych, w tym tych najbardziej uświęconych – podatków innych niż dochodowe i obrotowe, wartości innych niż wirtualne przyjaźnie, banków innych niż giełdy papierów wartościowych, sfery publicznej innej niż scentralizowana sieć kin i samorządów prawdziwie obywatelskich. Imagination au pouvoir? Najwyższy czas.


Cultural Limits of Sustainability “The question is not only ethical in the conventional sense, it is also an ecological question. The means by which one man influence s another are a part of the ecology of ideas in their relationship, and a part of the larger ecological system within that relationship exists” (Bateson, 2000, 512) TEXT: prof. Sławomir Magala

ILLUSTRATION: Anna Demidowicz

T

he ways we act are influenced by the way we think, and the ways we think emerge from a dense jungle of interaction and communication processes, in which what we feel and desire can matter more than what we calculate and rationalize. Let us examine more closely the ways we act when we drive our cars, then let us consider what we think about driving and surviving, and finally let us try to see what happens in the dense jungle of contemporary interactions and communications – and what it could mean for our futures. A glance at the jungle of interactions and communications, which shape our ideas and produce actionable knowledge should allow us to say something about the cultural limits of sustainability. Is sustainability itself sustainable? (Stage aside: our understanding of these limits to our ideas and designs will probably owe much more to Anna Wierzbicka’s “Natural Semantic Metalanguage” than to Hofstede’s dimensions of national cultures, although less consultants heard about the Polish linguist from Australia than the Dutch social psychologist). DRIVING AND SURVIVING. Driving a car is not what it used to be. A Jaguar or a Maserati still commands attention and sexy female models are still being photographed next to these wonderful machines. But even the most sophisticated displays, for instance a projection of speed onto a front windshield as if our car was a jet fighter cannot silence painful pangs of the green conscience. The green remorse gnaws at our hedonistic values and ultimately ruins our attempts at happy ends (As the wisdom of the common folk has it: “I can get no satisfaction”). Ecology used to be a marginal hobby of extremely alternative thinkers and lifestyle trend setters. Between the roaring 1960ies with Mother Earth catalogues and back to nature hippie communes on the one hand and the present post-Kyoto-Poznan-Kopenhagen-Cancun consensus, the ecological awareness has slowly but surely crept into the mainstream of our concerns and interactions. But the more it crept in, the more complex and difficult the problem appeared to be. We know already that in order to reduce the emissions of CO², we have to convince one billion Chinese and one billion Indians that driving less in better cars with smaller ecological footprint makes sense. Not only that – we have to convince them that this ecological caution is better for them than pure revenge upon the arrogant western world, which kept the joys of driving limited mostly to its own, rich, bright and beautiful citizens, for almost a century. If they see the point and agree to forgive us our ecologically incorrect past – we’ll all be better off. But why should they bother? Governments are happy to bestow cars on citizens. Driving citizen is a happy citizen, psychologically secure in his or her belief that he or she is firmly in charge of the course and direction (as opposed to a passenger on a train or in a bus

README

149


or in any other form of public transportation, including airplanes). Surveying the Dutch car drivers, stuck in endless traffic jams every rush hour, every working day, the researchers found out that most actually enjoyed spending so much time in their idling cars in the middle of a highway. Drivers felt free to listen to some music or a recorded novel, to make long telephone conversations, rehearse their lectures and public presentations, organize social life, etc. Stuck in traffic did not mean imprisoned for them – but free to do something less professional in their offici al office hours. On the other hand, the same patient and serene drivers voted for the political party, which promised to raise the speed limit to 130 km per hour on some Dutch highways (it used to be a 100 km/hr, a few years ago had been raised to 120 and now it is being raised again), preferring expediency for all to death threat for some (the higher the speed limit, the more car accident deaths per year should be expected). Born to be free, born to drive quickly. Freedom of movement is logically empty, but psychologically attractive. Driving to the center of Poznan or Rotterdam makes little sense – parking is hard to find and expensive, traffic jams eat up time, and yet I still do it, against my better knowledge, desperately clinging to my illusion of sovereign agency, an independent spirit in dependable car. Who am I to blame the Chinese and the Indians, if they refuse to be wiser than we were? THINKING AND GAMBLING. Wiser than we were? Past tense is justified. We were, but we are not anymore. When we think about driving cars today, we think of having cars, whose engines drink up less gasoline, whose exhaust fumes contain less undesirable gasses, whose dead carcasses can be dismantled and selectively re-cycled. This in itself means that a manufacturer of cars does not control the course of future demand – the end users do. If users refuse to buy huge SUV’s with powerful but wasteful engines, preferring smarter Toyotas and Fiats, whose ecological footprint is so much smaller than of the large mini-vans, then producers have to follow. And they may very well do so, since government frees the owners of Fiat Punto Evo Multijet 85 from a duty to pay a “road tax” in The Netherlands as of 2010, giving an example of an incentive attached to an ecologically responsible consumption. But the main point is this: consumers are not a passive mass of wild tribes of regionally dispersed natives waiting to be colonized by marketing, advertising and PR wizards with their brilliant techniques of “hidden persuasion”. They are the leaders, the trend setters, the pattern recognizers, the ultimate, most valuable “human resources”. They are being coached and coaxed by the crowdsourcers into communities of creative practice – mainly within the online app farms and similar networking platforms. They dictate the tastes of wine, the fuel needs of cars, they also re-group and re-shape themselves through the flash mobs and other online, mobile, individualized communications.

150

README

[Strategic aside: One of my PhD students, a US citizen with Argentinean roots, working in an Italian business school, had recently observed that “iwikiphone”, an Italian online iPhone app farm, which connects crowdsourcers from all continents, had just discovered that the winners of one of the latest iwikiphone open call contests (their suggestions have been successfully turned into commercially profitable apps) were three students, aged 17, 17 and 15 respectively. They came from The United Kingdom, USA and Denmark. Moreover, two of them did not even own their personal iPod Touch – and yet, they won and illustrated the wisdom of the crowds in its full commercial glory.] Thinking, then becomes more intimately linked to the networks and communities looking for actionable knowledge – for instance manufacturers, usually organized as companies, as business corporations. Production of knowledge still happens in academic bureaucracies, but they – we – do not have a monopoly. Car manufacturers do not have a monopoly on deciding what they will produce, wine producers do not and neither do professors of universities or researchers in their labs. That means, if we think that we are wiser today than we were in the past, 20th century, we mean that we are able to suffer a much more critical self-reflection. Our critical self-reflection makes us cast doubt on clear-cut differences from the past. Exact sciences and exact knowledge solid and entrenched against the social sciences and the humanities with their “soft”, qualitative knowledge leading towards understanding rather than explanation? Forget it. The best and the brightest economists are blind and helpless when financial system crumbles, while novelists and social scientists are not (Raghuram Rajan had actually predicted the breakdown of the mortgage bubble, and wrote on “Saving Capitalism from Capitalists”, see Rajan, 2010). The rational West against the irrational East and primitive South? Forget it: without the Chinese, Indian, Arab and Persian intellectuals and researchers, the European Renaissance would never had happened (and anyway it had to be preceded by a “Latin” Reanissance, which basically meant that monks translated ancient Greeks and Romans from Arabic into Latin). “The theft of history” (Goody, 2006) is but one of the many studies of our global past with a critical intention of dismantling Western bias and prejudice, which made most academic knowledge factories churn out books on the supremacy of the West in inventing democracy, capitalism, individualism and love. (“My aim is to show that Europe has not simply neglected or underplayed the history of the rest of the world, as a consequence of which it has misinterpreted its own history, but also how it has imposed historical concepts and periods that have aggravated our understanding of Asia in a way that is significant for the future as well as for the past.”Goody, 2006, 8) Producing knowledge we gamble. Our thinking is based on a recognition of a much more flow-like, process-like,


negotiation-like, dialogue-like – even contingent, contextand history-bound, open and unpredictable nature of the production of actionable knowledge. Ecological mainstream is a good illustration of this unpredictable flow. The reduction of the CO² emissions and the emergent international governance structure of the global reduction program are prompted by a desire to avoid possible disruption of human living environment. Everybody knows that sticking to emissions alone does not solve the problem. But about emissions we have decent database, while about a nuclear attack risk or harmful waste trafficking we do not – so we use the emissions data, which promise to look nicer in quantitative anayses. However, we do not know if implementing Kyoto protocols (worldwide), Stern plan (UK) or Gore postulates (USA) will actually bring about the results we expect. It may be a costly gamble, and it may be that doing nothing is a better alternative (this is what Freeman Dyson, for instance, suspects), until we invent plants, which eat much more CO² up than our present foliage does. Nevertheless, it stands to reason that trying to implement the programs to limit undesirable emissions, we are killing two birds with one stone – we address the long-standing inequalities, trying to work out a more democratic and egalitarian deal with the BRIC (Brazil, Russia, India, China) and CIVETS (Columbia, Indonesia, Vietnam, Egypt , Turkey and South Africa) and we learn how to construct a multiple, multilevel, ongoing platform for a global governance in face of a serious challenge. We learn – and evolve as we do. And we help the concept of sustainability evolve with us, even if our knowledge is inadequate and our understanding of the complex causal

and relational networks and processes insufficient to undertake a truly rational and effective action. Limits of Social Imaginaries. The practice of designing and implementing sustainable policies within the orchestra of stakeholders and social actors and the practice of creating and evaluating strategic, long-term visions of sustainable futures on a stage designed by our cultural traditions and professional disciplines – both of these processes demonstrate how limited our imagination would be, if Plato succeeded in banning poets from our city-states. Our futures can be sustainable – but the limits of their sustainability are not “natural”; they are cultural, therefore artificial and negotiable by nature. Let one of the almost banned writers speak, then: “The Cartesian world in which mind and matter, human figures and landscapes, logic and imagination are separate and distinct cannot be the world of the novel. It can only be the world of a power, an authority that wants to control everything – for instance, the single-centered world of the modern nation-state. More than the passing of an overall judgment on an entire landscape, the task of reading a novel is the joy of experiencing every obscure corner, every person, every color and shade of the landscape.”(Pamuk, 2010, 172-173) Cultural limits of sustainability are being drawn and tested not only with respect to the ecology dealing with wild birds and threatened species of animals – they are also redrawn and retested with respect to social institutions – including those most sacred ones so far – taxes other than income and sale tax, money other than virtual relationships, banks other than stock exchange gamblers, the public sphere other than centralized media theatre, and self-governance of a grassroots type. Imagination au pouvoir? Yes, it’s about time.

README

151


ZYGMUNT NOWAK-SOLIŃSKI

Rozmowiamy z Profesorem Jackiem Krełowskim z Centrum Astronomicznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Przewodzi on zespołowi badaczy, który „odnalazł” i, jako pierwszy udokumentował złożoną cząsteczkę znajdującą się w przestrzeni pomiędzy gwiazdami i planetami.

N

Tak, ale wyjątkowo istotne. JEDNAK, SKORO SĄ TAK NIEWIELKIE, JAK MOŻNA JE „ZOBACZYĆ”?

Cóż, w rzeczywistości nie widzimy ich, czytamy światło, spektroskopia, rozproszenie światła, które przez nie przenika. W ten sposób identyfikujemy taką cząsteczkę. CZY WYSTĘPUJE WIĘCEJ TAKICH MOLEKUŁ?

A POCZĄTEK, CZY MÓGŁBY PAN, PROFESORZE, WYTŁUMACZYĆ W JĘZYKU LAIKA, CO ODKRYLIŚCIE. WIEM, ŻE NIE BĘDZIE ŁATWO STREŚCIĆ WYNIKI WASZYCH BADAŃ, ALE SZARY CZŁOWIEK NIE BĘDZIE W STANIE DOCENIĆ WASZEJ PRACY, JEŻELI NIE BĘDZIE JEJ ROZUMIAŁ.

(Uśmiech) To może być trudniejsze niż podanie Panu pełnego, naukowego wyjaśnienia. (Pauza) W półprzezroczystych, międzygwiezdnych chmurach została zaobserwowana cząsteczka składająca się z niespodziewanie dużej ilości atomów. Surowiec życia, cząsteczki organiczne, początek istnienia, zostały znalezione w tych międzygwiezdnych obłokach. To odkrycie, w chmurach złożonych z pyłu i gazu, może przyczynić się do rozstrzygnięcia najstarszych, nierozwikłanych tajemnic czy problemów, których przysparzają nam początki Wszechświata i życia. Ciężar właściwy chmur jest bardzo mały, a to, co odnaleźliśmy, można właściwie przyrównać do kropli wody w jeziorze rozmiarów, powiedzmy, Niemiec.

152

TO, HM, BARDZO MAŁE!

README

O, tak. Aczkolwiek, od początku borykamy się z problemami z narzędziami, których używamy. W 1920 r. astrofizycy zaobserwowali, że światło jest wchłaniane przez międzygwiezdne medium, w sposób, którego nie dało się wyjaśnić. Dziś, przy użyciu fal radiowych, możliwe jest wykrycie całkiem sporych cząsteczek – wszystko to było wielką zagadką przez ostatnie 90 lat. Oczywiście, jest to trochę bardziej skomplikowane… (Pauza)… Mieliśmy dane, ale nie mieliśmy możliwości, aby je odczytać. PRZESTRZENIE MIĘDZY PLANETAMI NIE SĄ PUSTE.

Tak, w pewnym sensie… Mam na myśli, że tam jednak coś jest. JAK TO WPŁYNIE NA LUDZKOŚĆ?

Cóż, w tym momencie to tylko dodatkowa, nieszkodliwa wiedza. Jednakże, jest to znaczące odkrycie i ciągle prowadzimy nad nim badania, a w przyszłości mamy nadzieję na zdobycie większego teleskopu, być może z 40 metrowym zwierciadłem, żeby uzyskać lepsze rezultaty. Poszukujemy cząsteczek tlenu, które, jak wiemy, są niezbędne do podtrzymania życia. Jednak istnienie może również opierać się na innych elementach…


Stardust Spróbuj zgłębić Wszechświat, jeśli potrafisz. Spróbuj i wyobraź sobie jego bezmiar. Jego intrygujący, wspaniały blask, w którym pulsują sfery, krążą planety, gdzie kłębi się reszta ‘drobiazgów’ Stworzenia Świata. Spójrz w nocne niebo i zachwyć się majestatem gwiazd, bogactwem gwiezdnego pyłu, który był naszym początkiem. Wszechświat wciąż się rozszerza, tak twierdzą specjaliści. Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czym wypełniona jest kosmiczna przestrzeń? TEKST I ZDJĘCI A: Zygmunt Nowak-Soliński

TŁUMACZENIE: Anna Goliszek

TELESKOP. O ILE SIĘ NIE MYLĘ, TEN TUTAJ, W TORUNIU, JEST NIEOD-

OD JAK DAWNA PAN OBSERWUJE? OD ILU LAT JEST PAN ZWIĄZANY Z TYM

POWIEDNI.

PROJEKTEM?

O, nie. Używamy teleskopów znajdujących się na północy Kaukazu i Chile. W rzeczywistości ten w Chile jest najlepszy. Ma 8 m, mam namyśli średnicę zwierciadła.

O, 30 lat, albo i więcej. Sam program trwa od ponad 90 lat. Podobnie jak procesy laboratoryjne, tzn. analiza danych.

DLACZEGO JEST NAJLEPSZY?

Musimy zająć się obserwacją nowych obiektów, co sam robiłem w marcu 2009 r., oraz usunąć zakłócenia w tle, aby uzyskać bardziej przejrzysty obraz. Obserwuję widma, które można ukazać graficznie. Obserwuję gwiazdy za pomocą 10 klatek zdjęciowych.

Ze względu na swoją wysokość, klarowność i suchość tamtejszego powietrza oraz odległość od metropolii czy miejskiego oświetlenia. Jest jednak popularny wśród astrofizyków. Dlatego też, musimy rezerwować czas ze sporym wyprzedzeniem. Przez kilka godzin zajmujemy się obserwacją, zbieramy dane, po czym wracamy do Polski, aby dokonać obliczeń. NIECH MI PAN OPOWIE O SWOIM ZESPOLE. LUDZIACH ZWIĄZANYCH Z PAŃSKIM PROJEKTEM.

A tak. Moi główni współpracownicy to Robert Kołos z Instytutu Chemii Fizycznej, znajdującej się tu, w Warszawie, Gazinur Galazutdinov z Katolickiego Uniwersytetu w Chile oraz Faig Musaev ze Specjalistycznego Astrofizycznego Obserwatorium Północnego Kaukazu w Rosji. To najważniejsi członkowie, ale skład zespołu rozsiany jest po całym świecie, w rzeczywistości eksperymenty prowadzone były już 10 lat temu, w Bazylei, jednak nie mieliśmy danych by dojrzeć tak słabe zarysy. Obecnie, więcej obserwacji z 2009 r. jest analizowanych. To wszystkie informacje, które są dostępne w zakresie publicznym. Prowadzę wykłady na temat naszych badań. Dzielę się wynikami.

JAKI BĘDZIE KOLEJNY KROK?

Profesor kontynuuje wykład na temat procedur i technik, do zrozumienia których potrzebna jest szeroka wiedza astrofizyczna oraz nauk z nią powiązanych. (Na końcu wywiadu zamieszczone zostały odniesienia, dla osób z talentem naukowym, w celu dalszego dążenia do wiedzy na temat złożonych procesów związanych z tymi badaniami). CZAS NA ODROBINĘ HISTORII. KIEDY, JEŻELI MOGĄ TAK TO UJĄĆ, NARODZIŁO SIĘ PANA ZAINTERESOWANIE ASTRONOMIĄ?

Doprawdy, zaraz po liceum. W liceum odbywały się zajęcia z astronomii, obecnie nie ma ich w programie nauczania, a zaraz po szkole dostałem się na Uniwersytet M. Kopernika. W tamtych czasach nie było zbyt wielu studentów astronomii. Podczas swojej kariery byłem stypendystą Fulbright’a oraz współpracowałem z Fundacją Rokefelera, Bellagio.

README

153


Dalsza literatura / Further reading: Professor Krełowski has published in: European Journals: Monthly Notices of the Royal Astronomical Society Astronomy and Astrophysics USA: The Astrophysical Journal found in open space www.english.pan.pl/images/stories/pliki/badania_wyniki/2010/09/ IChF100915a Astrophysical Journal Letters 714 (2010) 64. Evidence for diacetylene cation as the carrier of a diffuse interstellar band, J. Krełowski, Y. Beletsky, G.A. Galazutdinov, R. Kołos, M.Gronowski, G. LoCurto

154

README

ZYGMUNT NOWAK-SOLIŃSKI

The Astronomical Society of the Pacific and Surprisingly complicated molecule


Jest niedziela, a dotarcie z Torunia na teren Obserwatorium (które jest oddalone od miasta wystarczająco, aby uciec od części świetlnego zanieczyszczenia nocnego nieba) zajmuje jedynie 20 minut. Zimowy krajobraz, niebo i ziemia zlewają się w szarość, gdy Profesor szybko wiezie nas trasą, którą, jak sobie przypominam, przemierza od 30 lat. Z mgły wyłaniają się drzewa. Skręcamy w małą, wąską drogę na szlak oznaczony „Toruńskie Obserwatorium Uniwersyteckie”. Przed nami otwiera się brama. W parku nie ma żywej duszy. Teleskopy są pozamykane w swoich małych „domkach” nakrytych kopułami. Jest niesamowicie cicho i zimno. Obecnie, tutejsze teleskopy używane są bardziej w celach szkoleniowych, by pokazać w jaki sposób używać sprzętu. My używamy znacznie potężniejszych teleskopów na Kaukazie i oczywiście tego w Chile, który stoi na wysokości ponad 2000 m.

Przecinamy opustoszały teren, aby dotrzeć do głównego budynku, w którym znajduje się jego biuro, gdzie wyjaśnia swoje znalezisko. Dzwoni telefon, ze słuchawki dochodzi głos mówiący po rosyjsku. Kolega zadaje kilka pytań. Naukowcy nie mają weekendów, Wszechświat nie zatrzymuje się w sobotę i niedzielę, pędzi przed siebie nie dbając o nas, rozszerzając się z niesamowitą prędkością. My śmiertelni potrzebujemy odpoczynku, oprócz naszych astronomów oczywiście, którzy notują to nieodgadnione zjawisko, starając się wprowadzić odrobinę ładu do tego domniemanego chaosu.

Profesor otwiera swój laptop. Na ekranie ukazują się grafy i informacje, kulminacja wieloletnich badań. Odkrycie zostało docenione ogólnoświatowo (tak, jak niegdyś, w końcu, odkrycie Mikołaja Kopernika, którego imię nosi Uniwersytet), jednak poszukiwania trwają nadal. CZY ISTNIEJE TU JAKIEŚ POŁĄCZENIE, KONTYNUACJA. MIKOŁAJ KOPERNIK I PAN?

O, nie, nie, zwykły zbieg okoliczności, choć gdyby się nad tym zastanowić… Jego odkrycie było niezrównane, chociaż należy pamiętać, że wówczas również inni ludzie byli z nim związani … Wie Pan, ważne jest to, że w tym przypadku zajmujemy się materiałem organicznym, gwiezdnym surowcem, planet i życia. Odkryto około 500 exoplanets, jednak trudno odnaleźć cokolwiek przypominającego naszą Ziemię. W każdym razie, nasza planeta jest bardzo mała. Prawdopodobieństwo odnalezienia życia, jak wiemy, jest, cóż, delikatnie ujmując – mała.

Czy myślałem, że otrzymam odpowiedzi na Odwieczne Pytanie? Nie. To nie takie proste. Profesor twierdzi, że astronomowie nie są w stanie udzielić odpowiedzi na tego typu pytania. Mogą jedynie przygotować dla nas gwiazdy, planety oraz wszystkie inne zjawiska, mogą wykonać techniczną część roboty, ale metafizyka jest przeszkodą, którą każdy z nas musi pokonać indywidualnie jeżeli w ogóle jest możliwa do przezwyciężenia. Istnieje wskazówka, jednak wygląda na to, że im więcej odkrywamy, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, jak dużo jeszcze pozostało do odkrycia. Właśnie to czyni życie interesującym.

Look out at the Universe, if you can. Try and imagine it in its immensity. Its mystifying and magnificent glory in which the spheres pulsate, the planets turn and all the rest of the ‘bits and pieces’ of Creation tumble. Look up to the night sky and marvel at the majesty of the stars, at the splendour of the stardust from which we all have come. The Universe is expanding, so the specialists say. Have you ever wondered what the space in between is filled with? Is it just a great void of Nothingness? TEXT & PHOTOS: Zygmunt Nowak-Soliński

A conversation with Professor Jacek Krełowski from the Astronomical Centre of the Nicolaus Copernicus University, Torun who heads the team of researches who have just ‘found’, and for the first time, evidence of a complex molecule in the space between the stars and planets.

EXPLAIN IN LAYMAN’S TERMS WHAT YOU

giving you the full scientific explanation. Pause In translucent interstellar clouds a molecule made up of an unexpectedly large number of atoms has been observed. The raw material of life, organic molecules, the origins of life, have now been found in these interstellar clouds. This discovery in the gas and dust clouds may contribute to solving the oldest unsolved mysteries or problems we have about the origins of the Universe and life. The density of the clouds is very small and what we have found can be compared to, in fact, to a drop of water in a lake the size of, of let’s say, Germany.

HAVE FOUND. I KNOW IT WILL BE DIFFI-

THAT’S, EHM, VERY SMALL!

CULT TO SUMMARIZE YOUR WORK BUT THE

Yes. But very important.

MAN IN THE STREET WILL NOT BE ABLE TO

SO, IF THEY ARE SO SMALL HOW CAN YOU ‘SEE’ THEM?

APPRECIATE YOUR WORK IF HE OR SHE

Well, we don’t actually see them, we read the light, the spectroscopy, the dispersion of light which is transferred through them. In this way we identified this molecule.

T

O START WITH PROFESSOR COULD YOU

DOES NOT UNDERSTAND IT.

Smiling That might be more difficult than

README

155


Zygmunt Nowak-Soliński Brytyjczyk/Francuz, urodzony w Poznaniu i wykształcony w Szkocji. Długi czas żył we Francji. Obecnie jest nauczycielem języka angielskiego, tłumaczem i dziennikarzem/fotografem żyjącym w Warszawie. Lubi podróże i dobre, czerwone wino. British/French, born in Poznań and educated in Scotland. Lived in France (a long time) now teacher of English, translator and journalist/photographer in Warsaw. Amongst other things likes to travel and drink good red wine.

Oh yes. But our problem all along was with the tools we were using. In the 1920’s astrophysicists observed that light was absorbed by the interstellar medium in a manner that could not be explained. Today, with the use of radio waves, it is possible to detect quite big molecules – All this has been a big mystery for the last 90 years. It’s a little more complicated of course … Pause … We had the data but not the means to, you could say, read it.

Physical Chemistry here in Warsaw and Gazinur Galazutdinov at the Catholic University in Chile and Faig Musaev of the Special Astrophysical Observatory North Caucasian Russia, these are the principal people but the team stretches around the world, in fact experiments have already been done in Basel, oh ten years ago, but we did not have the data to see such weak features. Now more observations in 2009 have been analyzed. This is all information that can be found in the public domain. I give lectures about our work, I share the results.

THE AREAS IN BETWEEN THE PLANETS ARE NOT EMPTY.

HOW LONG HAVE BEEN LOOKING? HOW LONG HAVE YOU BEEN

Yes in a sense … I mean, there is something there.

INVOLVED IN THIS PROJECT?

HOW WILL THIS EFFECT MANKIND?

Oh, 30 years or even more. The program itself has been going for 90 years. The laboratory process has also been long, that is the analysis of the data.

ARE THERE ANY MORE OF THESE MOLECULES?

Well, at the moment this is just additional, pure knowledge. But it is a big discovery and we are working on, we are hoping to have a bigger telescope perhaps a 40 meter mirror in the years to come, to get better results. We are looking for oxygen molecules which are necessary to support life as we know it. But life can also be based on other elements… TELESCOPE. I SUPPOSE THAT THE ONES HERE IN TORUN ARE NOT

WHAT IS THE NEXT STEP?

We need to observe new targets, which I did in March 2009, and eliminate the background noise and get a clearer picture. I observe the spectra which can be shown graphically... I observed stars with ten exposures...

ADEQUATE.

Oh no. We use telescopes in north Caucasus and Chile. In fact the one in Chile is the best. It’s 8 meters, the mirror that is. WHY IS THAT?

Because of its altitude, the purity and dryness of the air, and distance from artificial city or town lighting. It’s very remote as well, and a popular telescope with astrophysicist. So we have to book time well in advance. It’s a long road down to Chile and then up to the telescope. We have some hours of observations, collect our data and return to Poland to do the calculations.

The professor goes on to explain the procedures, and techniques in the science involved which needs a background of years of study in astrophysics and related subjects to fully understand. (At the end of the interview links are provided for those with more of a scientific bent to pursue the complex processes involved in this research). A LITTLE BIT OF HISTORY. WHEN WAS YOUR INTEREST IN ASTRONOMY

TELL ME ABOUT YOUR TEAM. THE OTHER PEOPLE INVOLVED IN YOUR

CAN I SAY, BORN?

RESEARCH.

Really, after High School. There were classes in High School in astronomy, these days there are none, and I went from school to

Ah Yes. My main collaborators are Robort Kołos at the Institute of

156

README


the Nicolaus Copernicus University. At that time there were not many astronomy students. During my carrier I was a Fulbright Fellow as well as working with the Rockefeller Foundation, Bellagio.

It’s a Sunday and it only takes some 20 minutes to get from Torun to the Observatory in its grounds far enough from the town to escape some of the light pollution of the night. The winter landscape, the sky and fields, merge to grey as the Professor drives us along quickly – he has been traveling this road for thirty years, I remind myself. Trees appear out of the mist. We turn off the small secondary road onto a track marked, ‘Torun University Observatory’. Ahead a gate pulls open. There is no one to be seen in the park. The telescopes are shut in their little domed ‘houses’. All is quiet and winter cold. The telescopes here are used more for teaching how to use the equipment these days. We use much more powerful ones in Caucasus and of course the one in Chile stands at over 2000 meters.

We cross the empty grounds to the main building and his office where he explains with more precision and examples on his lap top what he has found. The phone rings, a voice in Russian. A colleague asks some questions. Scientists don’t have weekends. The Universe doesn’t stop on Saturday and Sunday and it is rushing away from us, expanding at an unbelievable velocity. Down here we mortals have to take a break, except our astronomers, of course, who are charting

this phenomenon, trying to bring some order to the supposed chaos. The professor turns to his lap top. On the screen are graphs and information, the culmination of many years of research. The discovery has been recognised worldwide (as was finally that of Nicolas Copernicus after whom the University is named), but the search goes on. IS THERE A CONNECTION, A CONTINUATION HERE. NICOLAS COPERNICUS AND YOU?

Oh no, no, just happenchance, though when you come to think of it ... His discovery was a tremendous one though we have to remember there were others involved at that time …You know what is important is that in this case we are dealing with organic material, the raw material of stars and planets, and of life. Ther e are some 500 exoplanets which have been found but it is difficult to find anything resembling our Earth. Our planet is very small, in any case. The probability of finding life as we know it, is well, difficult, to say the least.

Did I think that I would get some answers to the Big Question? No. It’s not that straightforward. The professor says that astronomers cannot answer these kinds of questions. They can fix the stars and planets and all the other phenomena for us, they can do the technical part of the job, but the metaphysics is more of an individual obstacle to be overcome (if possible) by each and every one of us. There is guidance but it seems that the more we discover the more we realise that there is even more to discover! And that’s what makes Life interesting.

README

157


Kołkiem w wieszcza

Pierce poets with stakes Grzegorz Janusz to dyżurny scenarzysta komiksowy kraju, specjalista od wygrywania polskich i zagranicznych konkursów. Zajmuje się także ratowaniem honoru niezbyt udanych antologii z historiami obrazkowymi, wydawanymi przez państwowe instytucje. TEKST I P ORTRET: Sebastian Frąckiewicz

ILUSTRACJE: Esencja – Mandragora, Wykolejeniec – Taurus Media

158

README


N

a spotkanie z Grzegorzem Januszem umawiam się w Łodzi podczas Międzynarodowego Festiwalu Komiksu – największej i najlepszej imprezy w polskim światku miłośników historii obrazkowych. Jednocześnie miasto, które kandydowało do Europejskiej Stolicy Kultury mogłoby ubiegać się o tytuł Europejskiej Stolicy Depresji. Odbywa się tu dziwna gra między tym, co chętnie pokazywane na zewnątrz (atrakcyjne, designerskie, kulturalne), oraz tym, co wstydliwie ukryte (zaniedbane, brudne i z zeszłej epoki). Idziemy z Grzegorzem do jego festiwalowego lokum, hotelu Savoy na Traugutta. Przy tej samej ulicy znajdziemy modną klubokawiarnię i zasyfione podwórko z kamienicą w potwornym stanie rozkładu. Mieszkańcy kamienicy robią za zoologiczną atrakcję. Grupka turystów pstryka zdjęcia podwórka. Aż chce się do nich podejść, by zapytać, czy fotografie ludzkiej biedy to taka świetna pamiątka z Łodzi i będą się nimi chwalić na fejsie. Hotel Savoy również bierze udział w łódzkiej grze. Fasada z zewnątrz – pierwsza klasa, a w środku przaśny klimat: stara winda z kratą i pan windziarz. Dobra, komiksowa scenografia do rozmowy. Jednak Grzegorz Janusz wywiadów nie lubi. Jestem kiepskim teoretykiem, wolę pisać, niż mówić – oznajmia. Trzeba przyznać, że pisanie idzie mu nieźle. Do światka komiksowego przeszedł z podwórka literackiego, na którym funkcjonuje do dziś. Jego opowiadania można było znaleźć m.in. w Nowej Fantastyce czy Playboyu. Pierwsze komiksy zaczął robić już w 1990 roku. Ale wtedy były to jeszcze nieśmiałe próby do spółki z Tomaszem Niewiadomskim. Bitwa o Francję Choć mój rozmówca jest zwolennikiem krótkich form – zarówno w prozie, jak i obrazkowej narracji – to paradoksalnie markę czołowego krajowego scenarzysty komiksowego wyrobił sobie pełnometrażową Esencją. Historia napisana przez Grzegorza Janusza i narysowana przez Krzysztofa Gawronkiewicza powędrowała w 2003 roku na Europejski Konkurs Komiksu organizowany przez prestiżową telewizję Arte oraz przez Glénat – jednego z największych wydawnictw komiksowych we Francji. Ku zaskoczeniu autorów Esencja zwyciężyła. Poza nagrodą finansową Glénat zobowiązał się do wydania komiksu w postaci serii. Pierwsza część pojawiła się najpierw nad Sekwaną, a dopiero później – w Polsce. Janusz i Gawronkiewicz jako jedyni polscy komiksiarze od czasów sukcesów Zbigniewa Kasprzaka i Grzegorza Rosińskiego stanęli przed tak dużą szansą na europejską karierę. Coś jednak nie zagrało i szansy nie udało się wykorzystać. Dziś myślę, że może ten komiks, szczególnie drugi tom, Romantyzm, był zbyt mało uniwersalny, za bardzo polski, stąd nie miał takiej siły przebicia na komercyjny rynku. Nie spełniliśmy oczekiwań wydawcy, bo prawda jest taka, że Glénat to edytor mainstreamowy, a nasz komiks był rzeczą autorską, z zupełnie innej bajki. Nie pasował do ich linii wydawniczej i jak na standardy Glénat za słabo się sprzedawał. Poza tym chyba trochę sobie tę Francję odpuściliśmy, mogliśmy przecież jeszcze

rozmawiać z innymi wydawcami. Dziś rozegrałbym to inaczej – mówi Grzegorz Janusz. Chociaż dystansuje się do Esencji i Romantyzmu, do dziś te dwa albumy pozostają jednymi z najlepszych polskich komiksów ostatniego dziesięciolecia, a większość rodzimych scenarzystów dałaby wiele za opublikowanie autorskiego albumu we Francji. I choć dziś amerykański i europejski rynek stoi przed polskimi twórcami otworem, na razie jedynie kilku rysownikom (m.in. Piotr Kowalski czy Paweł Sambor) udało się przebić na Zachód. Ale i tak większość z nich funkcjonuje tam nie jako twórcy autorskich historii, ale jako zdolni rzemieślnicy rysujący serie typowo mainstreamowe. Krajowi scenarzyści nawet o czymś takim jeszcze nie mogą marzyć, bo polski komiks od kilku lat cierpi na deficyt świeżych pomysłów i nowych scenarzystów. Dlatego Grzegorz Janusz, chcąc nie chcąc, stał się dyżurnym scenarzystą w Polsce. Trupy romantyzmu Żeby poczuć różnicę między scenariuszem w wykonaniu Grzegorza Janusza, a – nazwijmy to umownie – standardowym polskim scenariuszem komiksowym, który w przyrodzie występuje obficie pod postacią wszelkiego rodzaju antologii, zbiorów prac konkursowych czy zinów, musimy wrócić do Esencji i Romantyzmu. Akcja Esencji zaczyna się jak w zwykłym kryminale. Jest zbrodnia, ofiara, prywatny detektyw – nieudacznik Otto oraz jego pomocnik, szczur Watson. I choć czyta się to lekko jak klasyczny kryminał, na drugim planie Janusz umieszcza cały zestaw smaczków, odniesień i aluzji, które powodują, że w tym pozornie zwykłym kryminale chodzi o coś więcej. Nie codzienne bowiem ofiarą zbrodni staje się aptekarz zajmujący się transformacją książek w płyny, które można wypić duszkiem, i w ten sposób poznać Zbrodnię i karę. Nie codziennie także ludzie umierają dlatego, że poznają sens życia. Tymczasem większość rodzimych scenarzystów tkwi po uszy w komiksowych konwencjach i pisze tak, jakby komiks nie miał powiązań z innymi dziedzinami sztuki, a do tego nie był organicznie związany z kulturalną tradycją. Za to Janusz potrafi przełamać te konwencje w bezpretensjonalny i ciekawy sposób. Widać to szczególnie w Romantyźmie, w którym do świata żywych powraca Mickiewicz, Chopin i Matejko. Wyszła z tego świetna, żywa i nienapuszona polemika z tradycją polskiego romantyzmu i jego kulturowymi obciążeniami, choć autor zastrzega, że nie miał wcale takiego zamiaru. To miała być przede wszystkim zgrywa, zabawny horror, a nie esej o polskim romantyźmie. A że przy okazji są tam jakieś refleksje, to dobrze. Strasznie mi się podobał pomysł przedstawienia naszych wielkich artystów jako wampirów, które trzeba zgładzić. Tym bardziej że wampira zabija się ciosem w serce, a serce Chopina jest wmurowane w ścianę warszawskiego kościoła. Wydaje mi się, że ten komiks nie zasługuje na takie analizowanie. Może ta polemika wyszła mi tak podświadomie, sam nie wiem… – komentuje Janusz. Dodaje także, że wszystkie te aluzje literackie, cytaty i odniesienia kulturowe chętnie wyłapywane przez krytyków również zostają wplecione w historie mimochodem. Nie dzieje się tak, że siedzę sobie nad scenariuszem i mówię: OK, teraz czas na jakąś aluzję literacką. Nic z tych rzeczy. Pracuję w taki sposób, że gromadzę sobie pewną bazę pomysłów i koncepcji, do których wracam. Wcześniej było to

README

159


pudełko po butach z notatkami, dziś baza jest w komputerze. Najzabawniejsze w tym całym odczytywanu „literackości” w moich komiksach jest to, że ostatnimi czasy przede wszystkim oglądam dużo filmów. Czytam mniej. Choć prozę nadal piszę. Za to najmniej zabawne jest to, że gdyby Romantyzm był filmem, rozpętałby z pewnością gorącą dyskusję o dziedzictwie kulturowym, twarz Janusza wszyscy znaliby z telepudła. Na swoje nieszczęście, zajmuje się historiami obrazkowymi, o których w polskich debatach publicznych się nie dyskutuje. Zgarniać całą pulę Dwa lata temu Grzegorz Janusz rzucił pracę w szkole. Postanowił postawić wszystko na jedną kartę i przejść na pisarskie zawodowstwo – komiksowe i literackie. Przez prawie piętnaście lat uczył niemieckiego, a do tego prowadził drugie, pisarskie życie. Starał się nie łączyć obu tych płaszczyzn. Ale nie zawsze się dało. Kiedyś opublikowałem opowiadanie erotyczne w Playboyu i uczniowie z ósmej klasy przyszli do mnie po autograf. To miłe z ich strony, ale jednocześnie trochę żenująca sytuacja: pan od niemieckiego piszący erotyczne kawałki. Innym razem koledzy z tej samej szkoły wzięli mnie za wtykę dyrektora. Okazało się bowiem, że dyrektor miał kogoś w pokoju nauczycielskim, kto informował go o „nastrojach” grona pedagogicznego. A ja

zawsze wędrowałem po korytarzach z notatnikiem pod pachą, w którym zapisywałem sobie różne pomysły na teksty i scenariusze – szczególnie w trakcie okienek – więc podejrzenie padło na mnie. Wiadomo, chodzi sobie, notuje, dziwna rzecz. Dopiero gdy wyszła ta sprawa z opowiadaniem w Playboyu, zostałem oczyszczony z zarzutów. Poza tym praca w szkole już mnie znudziła, co roku przerabiasz ten sam materiał. Już nie wytrzymałem. Zawodowstwo zakłada w końcu życie z pisania. Niestety, nakłady polskich komiksów są mikroskopijne, więc pieniędzy z albumów nie ma. „Deską ratunku” są wszelkiego rodzaju konkursy komiksowe, choć sumy do wygrania w porównaniu np. z nagrodą im. Gepperta dla młodych malarzy są kilkakrotnie mniejsze. I choć wszelkie konkursy to sprawa niepewna, Janusz stał się specjalistą od ich wygrywania. W 2009 komiks z jego scenariuszem (rysował Ernesto Gonzales) zwyciężył Draw Your Freedom, Draw Your Solidarity organizowany przez Europejskie Centrum Solidarności. W tym samym roku był również bezkonkurencyjny na Międzynarodowym Festiwalu Komiksowym w Łodzi. Ostra Biel duetu Frąś & Janusz zgarnęła grand prix, a obaj artyści stworzyli wspólnie (również w 2009) album Tragedyja Płocka – jak dotąd jedyny udany komiks promocyjny polskiego miasta. Zawodowstwo

160

README

wymaga kompromisów, więc Janusz brał udział także w komiksowych projektach będących tubą rządowej polityki historycznej – antologii wydawanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego czy tegorocznym Grunwald 1410–2010. Choć ten ostatni tytuł był wyjątkowo słaby, Janusz napisał do niego kilka scenariuszy – jeden naprawdę udany, reszta tym razem dość średnia. Sygnałem jego słabszej formy jest również najnowszy album Wykolejeniec (rys. Berenika Kołomycka). Być może stało się tak dlatego, że w ostatnim czasie Janusz zapraszany był do większości projektów komiksowych. Organizatorzy tychże widzieli bowiem, że obecność współautora Esencji znacznie podciągnie ich poziom. W Polsce jedyne projekty komiksowe, które śmierdzą pieniędzmi, to rzeczy wydawane z okazji historycznych rocznic. Za to grant twórczy na wartościowy artystycznie komiks bez historycznego zaplecza to u nas rzecz nieznana. Misiostwo świata Pytam Janusza, czy nie ma poczucia obciachu, uczestnicząc w przedsięwzięciach o kiepskiej jakości artystycznej, robionych na rządowe zamówienie. Gdybym nie brał udziału w tych antologiach czy konkursach, to byłyby jeszcze słabsze, prawda? Mam co prawda poczucie, że wszędzie mnie pełno ostatnio, i być

może powinienem pisać mniej, ale lepiej. Z drugiej strony lubię takie wyzwania – zmierzyć się z trudnymi, dość skostniałymi tematami, takimi jak np. bitwa pod Grunwaldem. Poza tym zawsze w przypadku antologii różnica poziomów jest jej podstawową cechą. Podpisuję się w końcu tylko pod swoimi pracami – komentuje. Na szczęście Grzegorz Janusz postanowił nie ograniczać się tylko do komiksów. Właśnie wygrał konkurs im. A. Lindgren, organizowany w ramach akcji Cała Polska czyta dzieciom. Jego książka Misiostwo Świata zdobyła drugą nagrodę, 10 000 zł i publikację. Ukaże się najprawdopodobniej na wiosnę 2011 roku. To są takie historie o zwierzętach, zaskakująco spuentowane, bez jakiegoś nachalnego morału, ale z niespodzianką na końcu. Mam dwoje dzieci, które były moimi pierwszymi recenzentami Sporo obiecuję sobie po tej książce i mam nadzieję, że się spodoba. Nie oznacza to jednak, że zamierza zrezygnować z komiksu. Trzecia część przygód detektywa Ottona i szczura Watsona Anty-Romantyzm została już napisana, pracuje także nad westernem, tym razem klasycznym, bez żadnych aluzji literackich. Narysuje go Krzysztof Ostrowski. A gdy Krzysztof Gawronkiewicz wróci do rysowania, chcą jeszcze raz spróbować sił na francuskim rynku. I tym razem nie odpuścić.


README

161


Grzegorz Janusz is a comic book duty scriptwriter, a specialist on winning local and international competitions. He also saves the quality of mostly mediocre picture story anthologies published by governmental institutions.

I

met Grzegorz Janusz in Łódź, during the International Comics Festival – the major event in the Polish picture stories universe. The city is in the running for European Culture Capital, but could actually be given the title of European Depression Capital. A bizarre game is being played here between the qualities eagerly showcased (attractive, designer-like, cultural) and the shamefully hidden (unkempt, dirty, belonging to a distant past). We went to this festival’s temporary lodging – the Savoy Hotel. Nearby, is a fashionable coffee club, a junk-courtyard and a rotting building in terrible condition. The inhabitants of the building have become a zoological attraction. You see a group of tourists taking pictures of the courtyard and you actually want to approach them and ask if their photographs of human misery are really such a great souvenir and whether they would later show them on Facebook. The Savoy Hotel also plays this bizarre game also. On the outside, the facade looks topnotch, but inside there’s an ambiance of ridicule, with an ancient birdcage elevator grating up and down with its ‘driver’. A good backdrop for a comics conversation. But Grzegorz Janusz doesn’t like interviews. “I’m a bad theoretician, I prefer writing to talking,” he states. I must admit, he’s good at writing. He entered the comic book universe straight from the literature hallway and remains active today. His stories were published in the Nowa Fantastyka magazine and Playboy. He started writing comics in 1990, but it was nothing more than a modest attempt made with Tomasz Niewiadomski. Battle of France Although my interlocutor prefers short forms in both prose and picture narration, he ironically owes his fame as the major local comics scriptwriter to his full-featured comic book Esencja. The story written by Grzegorz Janusz and drawn by Krzysztof Gawronkiewicz appeared at the 2003 European Comics Competition, organized by the prestigious TV station Arte and one of the top French comics publishers, Glénat. To the surprise of its author, Esencja won first prize. Apart from the financial award, Glénat promised to publish the story in series and the first parts first appeared in France, and later in Poland. Janusz and Gawronkiewicz were the first Polish comic book writers, since the success of Zbigniew Kasprzak with Grzegorz Rosiński, to have had such a great opportunity to build a European career. But something did not work though and the opportunity was missed. “Nowadays I think that the story, especially the second volume titled Romantyzm, was not universal enough, too Polish, so it didn’t break through on the commercial market. We didn’t meet the publisher’s expectations and the truth was that Glénat was a mainstream editor and our comics were more of an original work, something completely different. It didn’t match their publishing line and, as for Glenat’s standards, it sold badly. Besides, we gave up on the French market a

162

README

bit; we had a chance to talk with other publishers. I would play it differently today,” says Grzegorz Janusz. Although he distances himself from Esencja and Romantyzm, these two albums have been considered two of the best Polish comics of the decade, and most of Polish scriptwriters would trade their souls for a chance to publish in France. And although nowadays the American and European markets are open to Polish comics artists, so far only a few (like Piotr Kowalski and Paweł Sambor) have managed to break through on the Western front. Nonetheless, most of them are not considered authors of original stories, but talented craftsmen drawing a typical mainstream series. Lately, local scriptwriters haven’t even been dreaming of it, since Polish comics have been suffering from a lack of original ideas and new writers. That’s why Grzegorz Janusz has become the Polish duty scriptwriter, whether he likes it or not. The corpse of romanticism In order to see the difference between a script written by Grzegorz Janusz and the average Polish comics writers, who are involved in all sorts of anthologies, competition work, sets or zines, we have to focus again on Esencja and Romantyzm. Esencja’s plot starts like in any regular crime story. There’s a crime, a victim and a private eye, the loser Otto with his sidekick rat, Watson. Although it offers light reading like a classic crime story, Janusz sets out a whole bunch of tasteful details, references and allegories as a backdrop to the main story, making this supposedly standard crime story something more sophisticated. The victim of a crime, a pharmacist transforming books into liquids, with let’s say Crime and Punishment drunk in one gulp revealing the plot, is not an everyday event. People don’t die after understanding the meaning of life. Nowadays the majority of Polish scriptwriters are stuck in strictly comics conventions and write as if comics had no connection with other fields in the arts and no organic references to cultural tradition. Janusz can break those rules in an unpretentious and interesting way. This is evidenced best in Romantyzm, where Mickiewicz, Chopin and Matejko are brought back to life. This was a great, lively and non-formal analysis of the Polish romanticism tradition and its cultural burden, although the author states it wasn’t his intention. “It was mainly a joke, a funny horror, not a study of Polish romanticism. But it’s good that it generates some deeper thoughts. I really liked the idea of presenting our great artists as vampires who need to be killed. The more so because you kill a vampire by piercing its heart with a stake and Chopin’s heart is actually embedded in the wall of a Warsaw church. I don’t think the story deserves to be analyzed so deeply. Maybe this whole polemic came about unintentionally, I don’t know,” Janusz explains. He adds that all those literary allegories, quotations and cultural references, which are eagerly commented on by critics, also unintentionally constitute the story. It’s not that I sit down to write a script and say: ‘Okay, time for some literary allegory.’ Nothing like that. The way I work is


that I gather a number of ideas and concepts which I later get back to. It used to be a shoe box full of notes; today it’s a database on my computer. The funniest thing about decoding these literary features of my comics is that recently I’ve been watching more films. I read less. Nonetheless, I still do write.” But what is least amusing is that if Romantyzm was a film, it would surely ignite a heated discussion on Poland’s cultural heritage, making Janusz a universally known TV persona. Unfortunately, he is only into picture stories, which happen to be no subject for public debate. Get it all Grzegorz Janusz quit his job at school two years ago. He decided to put all his eggs in one basket and become a fully professional literary comic writer. For nearly 15 years, he has taught German and lived a parallel life as a writer. He tried not to cross those two roads, but sometimes he failed. “Once, I published a set of erotic stories in Playboy and primary school boys came to me asking for an autograph. It was nice of them but also quite embarrassing; to be a teacher of German writing erotic novels. Another time, my colleagues thought I was the principle’s spy. It seemed that the principle had someone in the teacher’s room to report to him of the vibes there. And since I was the one who was always wandering along the corridors with a notebook in hand, which I actually used to draft my various texts and scripts – especially when I had no teaching – I was the first suspect. You know, that guy just walks around, takes notes, it’s fishy. I purged of the charges against me when the Playboy stories issue came up. Anyway, by that time I was bored with working at school, every year you had to teach the same things. I couldn’t’ stand it anymore,” Janusz says. Being professional meant supporting yourself with writing only. Unfortunately, Polish comics’ circulation is miniscule, so you make no money on it. You can save your life with all sorts of comic competitions, but the money awards are several times smaller than in, for instance, the Geppert Award for young comic authors. And although usually no one can take any competition success for granted, Janusz became a specialist in winning them. In 2009, a comic book based on his script (drawn by Ernesto Gonzales) won the Draw Your Freedom, Draw Your Solidarity competition held by the European Solidarity Center. In the same year, there was no one to match him at the International Comics Festival in Łódź; Ostra Biel by the duo of Frąś and Janusz won the grand prix. Then in 2009 they collaborated on the album Tragedyja Płocka, which is

considered the first successful Polish comic book promotion ever. Professionalism requires compromise, so Janusz also took part in projects run within the governmental history policy, such as the anthology published by the Warsaw Uprising Museum or the Grunwald 1410-2010 event. Although the latter turned out exceptionally badly, Janusz wrote several scripts for it, with one being really good and the rest rather mediocre. A sign of his lower performance is his recent album Wykolejeniec (drawn by Berenika Kołomycka). Perhaps this is because Janusz is constantly invited to various comics projects; their organizers realizing perfectly that having the co-author of Esencja considerably adds to their prestige. In Poland the only comics undertaking that smell of money are those published to commemorate historical events and anniversaries. Consequently, grants for artistically significant comics with no historical background are never distributed. ‘Misiostwo świata’ I asked Janusz whether he feels embarrassed participating in projects of such low artistic quality started only because of governmental commissions. “If I wasn’t participating in those anthologies and competitions, they would present even lower quality, wouldn’t they? I do have a feeling I give myself away recently and that I should perhaps write less, but better. But on the other hand, I like these challenges – to face difficult , inflexible topics, such as the battle of Grunwald. Besides, in the case of anthologies, the quality of the component stories varies. I sign my name only to my own work,” he says. Fortunately, Grzegorz Janusz has decided not to limit himself to comic activity only. He has recently won the Astrid Lindgren competition, organized as a part of the Reading to Children social campaign. His book Misiostwo Świata won the second prize of 10,000 zł and will be published presumably in the spring of 2011. “There are stories of animals, with a surprising point, with no forced morals, but with a surprise at the end. I have two children who were my first critics. I have high expectations with this book and I hope it will be enjoyed.” However, this does not mean he will quit writing comic books. The third part of the story of detective Otton and his rat Watson, titled Anty-Romantyzm, is ready for publishing and a classic western story with no literary references is already in production. It will be drawn by Krzysztof Ostrowski. And when Krzysztof Gawronkiewicz returns to drawing, they aim at trying their hands at the French market once more. With no intention of giving up this time.

README

163


TEKST: Marcin Rutkiewicz ZDJĘCIA: Nespoon

Bank wrażliwy społecznie

Twierdzenia o istnieniu “społecznej odpowiedzialności biznesu” (tzw. CSR) to PR-owe kłamstwo. // Nespoon

C

oraz wyraźniej widać, że machina dziejów, która ze zgrzytem ruszyła w roku 1989, ścierając w proch reganowskie Imperium Zła, może nie zatrzymać się na przystanku z napisem „liberalna demokracja”. Wieszczony przez Fukuyamę koniec historii nie nastąpił. Świat, uwolniony od dwubiegunowego podziału na czerwonych i resztę, nadal poszukuje nowego punktu równowagi, a prognoza Fukuyany zyskała nieśmiertelność i zasłużone miejsce w historii futurologii obok prognozy dla Paryża, wieszczącej jego zasypanie w połowie VV wieku metrową warstwą końskiego nawozu. Upadek komunizmu zmienił również zwycięzcę zimnej wojny, liberalną demokrację. Okazało się, że wiele zdobyczy socjalnych XX wieku, dziś tak oczywistych dla mieszkańców Zachodu, nie zostało im dane raz na zawsze. Po zniknięciu straszaka w postaci komunizmu kapitalizm mógł znów całkowicie skoncentrować się na swojej istocie, na maksymalizacji zysku. Gdy nie trzeba już było konkurować z komunizmem w dziedzinie zdobyczy socjalnych i praw obywatelskich, okazało się, że to właśnie one stanowią

164

README


najpoważniejszą barierę wzrostu zysków. Tłumacząc się światowym kryzysem i zagrożeniem terrorystycznym, państwa i rządy, jak świat długi i szeroki, „skracają smycz” swoim obywatelom. Swobodę działania zyskują jednocześnie ponadnarodowe multikorporacje, a gigantyczne, wzięte nie wiadomo skąd sumy, których drobny ułamek wystarczyłby na likwidację wielu problemów socjalnych, znikają w czarnych dziurach budżetów prywatnych banków bez jakiejkolwiek kontroli.  Majaczenia zwolenników teorii spiskowych, zwiastujących rychły upadek demokracji i nadejście Nowego Porządku Świata, przestają być śmieszne po lekturze ostatniej książki słynnej kanadyjskiej publicystki Naomi Klein. Doktryna Szoku z analityczną precyzją obnaża mechanizmy propagandy, manipulacji i terroru, stosowane przez kompleks militarno-przemysłowo-finansowy w dążeniu do władzy absolutnej. Każdy, komu wciąż wydaje się, że żyjemy w najlepszym ze światów, powinien wklepać sobie w YouTube takie hasła, jak: „spowiedź agenta”, „pieniądze jako dług”, „świat według Monsanto” czy „the union”. Te wszystkie wydarzenia nie pozostają bez wpływu na świat sztuki. W pracach artystów na wszystkich kontynentach pojawiają się  echa i oceny zachodzących procesów, jak można się domyślić, oceny niezwykle negatywne. Zwłaszcza wojna w Iraku, odsłaniająca swoje coraz brudniejsze oblicze, jest najczęściej komentowanym

przez świat sztuki wydarzeniem geopolitycznym. Poświęcona tej tematyce ostatnia praca światowej sławy muralisty, Blu, została po jednej dobie zamalowana (sic!) przez kuratorów z muzeum sztuki współczesnej w Los Angeles, co dało jaskrawy dowód na istnienie cenzury również w Imperium Dobra. Temat wojny w Iraku poruszają również polscy twórcy, wymienić można choćby ciekawą pracę trójmiejskiego artysty, Petera Fussa, pt. War has started. Z kolei wspomnianej wcześniej Naomi Klein dedykowany jest projekt Bank Wrażliwy Społecznie – jedna z ostatnich prac NeSpoon, warszawskiej artystki działającej w przestrzeni publicznej. NeSpoon, podobnie jak Peter Fuss, kojarzona jest z nurtem urban art, a jej prace koncentrują się w większości na specyficznie pojmowanej ornamentyce i motywowane są w większości estetycznie. Jednak sama NeSpoon przyznaje: Wykorzystuję swoje umiejętności również po to, żeby powiedzieć coś więcej o tym, co myślę o świecie („TAKE ME” 07/2010).  Tym razem NeSpoon tworzy fikcyjne pozostałości po upadłym, a niegdyś prawdopodobnie potężnym banku. Nazwa tego banku to swoisty oksymoron. Bank Wrażliwy Społecznie jako hipotetyczna nazwa własna instytucji finansowej nie jest bowiem nieprawdopodobna, jednak jako motywacja działania takiej instytucji – wręcz przeciwnie. To właśnie zestawienie wzajemnie wykluczających się znaczeń daje najwięcej do myślenia o propagandowej fasadowości

README

165


166

README


Bank Wrażliwy Społecznie to projekt otwarty. Każdy może się do niego przyłączyć. ideałów dzisiejszego kapitalizmu korporacyjnego, tak jak widzi je NeSpoon. Co ciekawe, Bank Wrażliwy Społecznie to projekt otwarty, bezterminowy i narastający. Każdy, kto podziela poglądy artystki, może się do niego przyłączyć. W opisie zamieszczonym na profilu NeSpoon (http://www.behance.net/gallery/Socially-ConsciousBank/553730) możemy przeczytać: Celem tego projektu jest symboliczne ukazanie moralnego bankructwa kapitalizmu korporacyjnego w skali planety. Twierdzenia o istnieniu „społecznej odpowiedzialności biznesu” (tzw. CSR) to  PR-owe kłamstwo. Tablica jest prawdziwa, budynki na zdjęciach także. Zdjęcia są fotomontażami. Bank Wrażliwy Społecznie to projekt otwarty. Każdy może się do niego przyłączyć, stworzyć zbankrutowany oddział banku FSCB w swoim mieście. Wystarczy wysłać mi zdjęcie zniszczonego, opuszczonego budynku na adres nespoon@gazeta.pl. Każde nadające się zdjęcie zostanie użyte do wykonania fotomontażu przedstawiającego kolejny, zamknięty oddział banku FSCB. Fotomontaże publikowane będą tutaj (www.behance.net/ nespoon) i na moim profilu Facebooka, wraz z uznaniem autorstwa autora zdjęcia. Pozostawiam sobie prawo do ostatecznej selekcji zdjęć, tak aby zachować  autorski charakter projektu.

README

167


FOT. ANTONI ZDEBIAK

TEKST: Kaja Werbanowska

Sztuka zasiewu Każdy zna egipskie piramidy, megality w Stonehenge, ogrody Zen czy Kopiec Kraka. Ale kto wie, że były one zaczątkiem land artu – sztuki ziemi – nurtu, który na dobre zaczął rozwijać się w latach 60. XX wieku?

ZASIEW, FOT. ZBIGNIEW WICHŁACZ

168

README


F

rancuska para artystów Christo & Jeanne Claude zasłynęła „opakowywaniem” wysp, budynków, drzew, przejść dla pieszych i mostów. Brytyjski rzeźbiarz Richard Long chodził po łące wzdłuż linii, aż wydeptał na niej drogę którą nazwał A Line Made by Walking Man (1967). Szkot Andy Goldsworthy rzeźbi tylko z tych materiałów, które występują w naturze – z kwiatów, sopli lodu, liści, błota, śniegu, kamieni czy gałęzi – i pozostawia jej działaniom. Jednym z prekursorów i teoretyków land artu był Robert Smithson. Sztandarową pracą tego nurtu jest jego Spiral Jetty z roku 1970. Na Wielkim Słonym Jeziorze w Utah z ziemi i kamieni usypał 500-metrową spiralę, która kształtem przypominała prymitywne zwierzęta morskie. Choć teoria i pierwsze prace land artu powstały w Stanach Zjednoczonych, nurt ten rozwijał się na całym świecie. Najbardziej w latach 70. XX wieku – w wyniku niezadowolenia z minimalizmu, rozwoju technologii i industrializacji kultury. Tak jak w sztuce konceptualnej i body arcie, najważniejszy jest proces powstawania dzieła, jego koncept. Ziemia ma się stać dziełem sztuki. Artyści ingerują w pejzaż, wykorzystują naturalne procesy zachodzące w naturze, m.in. zjawiska atmosferyczne i erozję. Sztuka ziemi to monumentalne i wielokilometrowe obiekty, ale też niewielkie realizacje. Są nietrwałe – poddane prawom natury po jakimś czasie niszczeją i znikają. Pozostaje po nich dokumentacja fotograficzna, filmowa, szkice, notatki i mapy, które możemy zobaczyć w muzeach i galeriach. W Polsce przesłania ideowe tego kierunku najpełniej realizuje Teresa Murak. Rzeżucha Jedną z jej najbardziej znanych akcji Murak jest Procesja z 1974 roku. Ubrana w płaszcz z rzeżuchy, przechodzi Krakowskim Przedmieściem w Warszawie. Rok później podczas Przyjścia zieleni artystka przez kilkanaście dni pielęgnuje rzeżuchę na koszuli, po czym zakłada ją na siebie. Murak doskonale wpisuje się w czas i teorie artystów sztuki ziemi. W 1970 roku, kiedy land art jest już znany na całym świecie, rozpoczyna studia na Wydziale Malarstwa warszawskiej ASP. Czy jednak jej twórczość rozwija się pod wpływem land artu? Od początku tworzy ona wszakże własny język artystyczny, posługuje się naturą i przez nią stara się zrozumieć sens wszystkiego, co nas otacza. Tworzywem sztuki Murak są rośliny – koniczyna, gorczyca, trawa, len, bluszcz, rozmaryn, roszpunka, ale przede wszystkim rzeżucha. Ponadto ziemia, rozczyn i wyrabiany przez nią papier. W jej sztuce, tak jak w land art, wszystko jest ulotne. Prędzej czy później niszczeje, umiera i wreszcie znika. Swoje akcje artystka dokumentuje i dokładnie opisuje, niektóre z prac zatapia w żywicy. Twórczość Murak krąży wokół konkretnych tematów i symboli – coroczne umieranie na zimę i odradzanie wiosną oznacza tajemnicę życia i zmartwychwstania. Jest cykliczna jak życie i pory roku. Z naturą Murak eksperymentowała zresztą już na studiach. W 1972 roku w warszawskiej Dziekance, w której mieszka, robi pierwszy „zasiew” rzeżuchy

na koszulce. Ta roślina jest dla artystki najbardziej wymowna – na naszych oczach rośnie i umiera. Jest symbolem odradzającego się życia. Od tego momentu zasiewy stają się głównym językiem artystycznym Murak. Dokonuje ich zazwyczaj w czasie przedwiośnia – odradzania się natury – i Wielkanocy. Początkowo czuwa przy rosnącej rzeżusze. Potem zasianą na szacie roślinę zakłada na siebie. Tak jak w Procesji czy Przyjściu zieleni. Sacrum Wiele akcji Murak ma charakter religijny i wpisuje się w cykl sakralno-obrzędowy. Podczas Wielkanocy, czasu odrodzenia świata roślinnego, we wsi Kiełczewice wraz z miejscowymi kobietami dokonuje zasiewu na 70-metrowym materiale, który nazywa Dywanem Wielkanocnym (1974). Położony na schodach kościoła ciągnie się aż do ołtarza. Innym razem na podłodze galerii zasiewa na sześciu płachtach tkaniny. Czwartego dnia, w Wielki Czwartek, wiesza je przy oknie (1991). Rzeżuchą obsiewa także krzyż – symbol śmierci i życia – i umieszcza go w prezbiterium zrujnowanego kościoła (1983). W zasiewie Kolebka (1975) przez trzy doby hoduje 30 ziaren rzeżuchy w dłoni ułożonych w formie trójkąta i po raz pierwszy dokonuje zasiewu bezpośrednio na ciele. Kolejny raz używa najprostszych symboli – trójkąta i liczb. Ciało Z czasem Teresa Murak do zasiewów zaczyna używać kobiecego ciała. W jednym ze swoich ważniejszych zasiewów – Lady’s Smock – (1975) okleja się mokrą koszulą pokrytą rzeżuchą. Pisze wtedy: Ziarno pęcznieje, kiełkuje, po upływie kilku godzin zaczyna rosnąć. Rośliny rosną i kiełkują bezpośrednio na moim ciele, ogrzewane ciepłem mojego ciała. W ten symboliczny sposób łączy naturę z problemem kobiecości i macierzyństwa. W 1976 roku robi zasiew Kalendarz kobiety. Na nagą kobietę leżącą na dywanie z roślin nakłada kolejno trzynaście trójkątów wyciętych z tkaniny porośniętej roślinami. Trójkąty przypominające łono to symbol 28-dniowego cyklu kobiety. Trzynaście cykli to jeden rok. W 1989 roku artystka wykonuje projekt z ziarnem w wannie. Przez trzy dni leży w wodzie z ziarnem rzeżuchy. Gdy trzeciego dnia pojawiają się na jej ciele pierwsze zielone roślinki, wychodzi z wanny, a ciało okrywa gazą, w którą roślina zapuszcza korzenie. Ścierki Na twórczość Murak wpływa życie osobiste – pierwsze zasiewy dają namiastkę ziemi przodków artystki – wsi Kiełczewice. Ścierki wizytek, które tworzy od 1988 roku, związane są z Pierwszą Komunią syna. Pochodzą z zakrystii księdza Jana Twardowskiego. Zużyte i wytarte ścierki utkane w latach 20. XX wieku z liści konopii Murak początkowo prezentuje jako samoistne dzieła sztuki. Podczas perfomance’u w ciszy i półmroku zmywa nimi galeryjną podłogę. Słychać tylko plusk wody. Potem zaczyna łączyć ścierki z rzeżuchą, którą sieje w wytartych przez lata dziurach. Oprócz tkanin, ścierek i ludzkiego ciała, Murak jako podłoża dla kiełkujących roślin używa papieru czerpanego, który z czasem staje się samodzielnym dziełem sztuki.

README

169


Ziemia Zasiewy dominują do końca lat 70. W kolejnych dekadach Teresa Murak nadal zajmuje się ziarnem rzeżuchy, ale pracuje też z innymi materiałami. Wciąż posługuje są podstawowymi tworzywami jakie występują w naturze – wodą i czasem. Dodaje do nich ziemię w rożnej postaci. W szwedzkiej Ubbebodzie tworzy pierwszą pracę cyklu rzeźby dla ziemi (1974), która odwzorowuje prawa i siły rządzące kosmosem. Pisze o niej: Były to dwie identyczne półkule – jedna wykopana w ziemi, a druga stykająca się z nią, usypana na powierzchni – obie zielone, pokryte wyhodowaną przeze mnie trawą. Stykające się formy, odpowiadające wzrostowi artystki, to pozytyw i negatyw. Niestety, przez niezrozumienie po kilku dniach praca została zniszczona. W ramach cyklu rzeźby dla ziemi w Centrum Rzeźby w Orońsku powstaje też praca Słońce wschodzi z ziemi (1994/1995). Wykonana z bazaltu, ziemi i trawy przypomina czarne słońce wyłaniające się znad ciemnego horyzontu. Na jej miejscu w 2010 roku artystka tworzy żeliwną rzeźbę Chrystusa Pantokratora Zmartwychwstającego, który wyłania się z ziemi. Z czasem Murak zaczyna operować mułem rzecznym. Przenosi go do wnętrz galeryjnych (Chełm, Lublin, Warszawa) i kościelnych tworząc instalacje. Używa m.in. mułu z rzeczki Bach do oblepienia naroży dwóch ścian w kościele Wniebowstąpienia Pańskiego na warszawskim Ursynowie (1989). Na brzegu rzeki pozostawia ślad, który przypomina ten powstały na ścianie świątyni. Później pisze o niej: Budowałam tę prace ze świadomością energii pozostawionej w mule przez drobne istoty bytujące na granicy życia i śmierci, walczące o przetrwanie. Rozczyny Murak używa też rozczynów. W Czasie kontaktu powstaje rozczyn z wody i kurzu (Pontenano, Włochy, 1985). Ważnym w twórczości Murak jest też rozczyn chleba, z którym pracuje od 1986 roku, symbol połączenia człowieka i natury. Umieszcza go w galerii lub bagnie i podobnie jak z rzeżuchą, czuwa nad nim. Pisze: Sięgam w głąb na długość ręki, układam rozczyn. Czuwam, pielęgnuję przez cztery tygodnie, palę ogniska, dodaje mąki, wody. Rozczyn powiększa swoją objętość wielokrotnie. Zielarka W ramach projektu Sztuka rodzi się w szczelinach rzeczywistości (2004) artystka zasiewa w Warszawie nasiona lnu, słoneczników, malw, gryki, chabrów i maków. Len sieje na Alei Niepodległości, przy Polu Mokotowskim, a polne kwiaty na Moście Poniatowskiego. Nasiona rozdaje przechodniom. Porusza przy tym najprostsze tematy – dzielenia się życiem i troski o nie. Jak zawsze – Murak staje się bohaterką własnej sztuki. Pełniła już role matki, opiekunki, może być też zielarką. Kaja Werbanowska historyk sztuki, absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz Art&Business w Sotheby’s Institute of Art w Londynie. Publikuje w TAKE ME, kwartalniku EXIT i artinfo.pl Specjalizuje się w sztuce współczesnej i fotografii. A graduate of the history of art from the Cardinal Stefan Wyszyński University and Art&Business at the Sotheby’s Institute of Art. She writes for TAKE ME, the EXIT quarterly and Artinfo.pl She specializes in contemporary art and photography.

170

README

The art of sowing TEXT:

A

Kaja Werbanowska

French artist couple, Christo and Jeanne Claude achieved a certain notoriety with their ‘wrapping’ of, buildings, trees, passages, islands and bridges. The British sculptor Richard Long walked back and forth through a meadow along one line until he created A Line Made by Walking Man (1967). Andy Goldsworth from Scotland sculpts only in materials present in Nature — flowers, icicles, leaves, mud, snow, stones, branches — then leaves them. One of the forerunners and theoreticians of land art was Robert Smithson. His most recognized work is Spiral Jetty from the year 1970. He gathered together dirt and stones on the Great Salt Lake in Utah to resemble primitive marine animals. Despite the fact that the theory and first pieces of land art have their origins in the United States, the movement developed around the world and increasingly in the 70s — as a result of the dissatisfaction with minimalism, technology and industrialization of culture. Just as in concept – and body art, the creative process and the idea behind it are the most important. The ground, the soil, is supposed to become a work of art. Artists tamper with the landscape; make use of the natural processes taking place in Nature, such as weather conditions and erosion. Land art ranges from monumental pieces to very small objects. They are short-lived, subject to Nature’s laws, they erode and disappear. All that remains is photographic and film documentation, sketches, notes and maps which we can see in museums and galleries. Teresa Murak is the best representative of these ideas, of this movement, in Poland. Cress One of Murak’s best known pieces is Procession from the year 1974. She is dressed in a cloak made of cress and walks along Warsaw’s Krakowskie Przedmieście Street. A year later, during The Coming of Greenery, the artist grows cress on her shirt for a few days and then wears the shirt. Murak fits perfectly into the moment in time and theories of land art artists. In 1970, when land art was


RZEŹBA DLA ZIEMI, UBBEBODA (SZWECJA), 1974, FOT. Z ARCHIWUM ARTYSTKI

Everyone has heard of the Pyramids of Egypt, the megaliths of Stonehenge, Zen gardens and Krak’s Mound. But who knows that these were the beginnings of land art — a trend of the 1960’s?

recognized around the world, she was accepted at Warsaw Art Academy, majoring in painting. But does her art really progress in harmony with land art? From the beginning her means of expression have been unique, she uses Nature, through which she strives to understand the meaning of everything that surrounds us. The materials used in Murak’s art are plants — clover, mustard seeds, flax, ivy, rosemary, but most of all, cress. Added to this there is soil, and paper made by her. In her art, similar to land art, everything is ephemeral. Sooner or later it decomposes, dies and eventually disappears. Murak documents how she proceeds and describes what she does thoroughly and she also soaks some of her work in resin. Teresa Murak’s work revolves around very specific subjects and symbols — yearly death when winter comes and re-birth in spring evoking the secrets of life and resurrection. Life and seasons are cyclical. Murak experimented with Nature whilst studying. In 1972 Murak, in Warsaw where she lived, she made her first sowing of cress on a shirt. This plant has the most meaning for Murak – it grows and dies right before our eyes. It is the symbol of life resurrecting. From that moment on the ‚sowings’ became Murak’s most important means of expression. She made them mostly right before spring and Easter. At first she watches the cress grow. Then she puts it on. Just as in the Procession and The Coming of Greenery. Sacrum Many of Murak’s examples have a religious character and a sacral cycle. During Easter, the time of the re-birth of vegetation, together with the women from Kiełczewice village, she sowed seeds on a 70-meter-long fabric. This was called Easter Carpet (1974). It lay on the stairway by the entrance to the church all the way to the altar. Later, she sowed seeds on six pieces of fabric on a gallery floor. On the fourth day, Maundy Thursday, she hung them up in front of the window (1991). She also sowed cress on a cross – the symbol of life and death – and placed it in the presbyterium of an abandoned church (1983). In the sowing The Cradle (1975) she grew 30 cress seeds in the form a triangle, in the palm of her hand. This was the first sowing executed

directly on the body. Once again, she used the simplest of symbols – a triangle and numbers. The Body Over time, Teresa Murak began to use the female body for her sowing. In one of the most important sowings – Lady’s Smock – (1975) she wrapped herself in a wet shirt covered with cress. Then, she writes: the seeds soak up, sprout, after a couple of hours they grows. The plants sprout and grow directly on my body, which warms them. In this symbolic way she connects Nature with the subject of femininity and maternity. In 1976 she made a sowing A Woman’s Calendar. She put thirteen triangles cut out of cloth covered with cress on a naked woman. The triangles resembling the womb, symbolize twenty-eight days of a woman’s cycle. Thirteen cycles make a year. In 1989 the project Seed in the Tub took place. Murak lay in a bathtub filled with water and seeds for three days. When on the third day the first green plants started to appear, she emerged from the water and covered herself in gauze, where the plants rooted. Rags Her personal life has an effect on Murak’s work — the first sowings are in remembrance of her ancestral land — the village of Kiełczewice. Rags of the Visitation Nuns 1988, are connected to her son’s First Communion. The rags are from priest Jan Twardowski’s sacristy. Used rags made in the twenties of the 20th century from cannabis leaves, are initially individual works of art for Murak. During a performance, she cleans the gallery floor with them in silence and darkness. One can only hear the splashing of water. Then she starts combining the rags with cress, which she sows in the holes. Aside from rags and the human body, Murak also uses hand-made paper as ground for the sprouting plants, which over time become an independent work of art. Earth Sowings dominate until the end of the seventies. In the decades that follow Teresa Murak still performs them, but also works in other materials. She still uses basic materials from Nature — water and time. She adds soil of different kinds. In Swedish Ubbeboda she made her first piece from

README

171


Land art ranges from monumental pieces to very small objects. They are short-lived, subject to Nature’s laws, they erode and disappear. ar. All that remains is photographic and film documentation, sketches, notes and maps PRZYJŚCI JŚ E ZIIELEN ELENI, I, GA RIA GALE A REPA A SSAG AGE,, WARS A ZAWA A , 1975, 19 FOT. OT. TOM TOMASZ ASZ KONA KONAT T

the series Sculptures for Earth (1974) which depicted the laws and forces of the cosmos. She writes: they were two identical hemispheres— one dug out in earth, the other conjoining it on the surface — both green, covered in grass raised by me. The conjoining forms, the height of the artist, are a positive and a negative. Unfortunately, because of a misunderstanding, the piece was destroyed after a few days. Within this series, in the Sculpture Centre in Orońsko, a piece called The Sun Rises from the Earth (1994/1995) has been built. Made of basalt, dirt and grass, it resembles a black sun rising over a dark horizon. In 2010 in its place the artist placed a sculpture of Christ Pantocrator emerging from the ground. Over time Murak began working with river sludge transferring it to gallery and church spaces in Chełm, Lublin, Warsaw, creating installations. For instance, she used sludge from the river Bach to cover the sides of a church in Ursynów in Warsaw (1989). On the river bank she leaves a mark similar to that on the church wall. Later she writes: I was building this piece with the consciousness of the energy left behind in the mud by small creatures, existing on the edge of life and death, fighting for survival.

172

README

Leavens In Time of Contact she makes a solution of water and dust (Pontenano, Italy, 1985). Murak also uses leavens. An important part of Murak’s work is also bread leaven, with which she works since 1986, a symbol of the human-nature connection. She places it in a gallery or in a swamp, and as with the cress, watches over it. She writes: I reach inside, the length of an arm, I set the leaven up. I watch over it for four weeks, I caress it, make a fire, add flour, water. The leaven increases its volume significantly. The Herbalist Within the project Art is born in the cracks of Reality (2004), the artist sows flax, sunflowers, mallows, buckwheat, poppies and cornflowers in Warsaw. She sows flax on Aleje Niepodlegości, on Pole Mokotowskie and wild flowers on the Poniatowski Bridge. She gives the seeds to pedestrians. In this way she addresses the simplest of themes — sharing life and caring for it. As always — Murak becomes the protagonist of her own art. She was already a mother, a caregiver, so why not be a herbalist as well?


January Misiak’s

README

173


Fotografia Kolekcjonerska 8 TEKST: Lilianna Krause

Jak wygląda rynek fotografii w Polsce? Na to pytanie od kliku sezonów próbują odpowiedzieć organizatorzy Projektu Fotografia Kolekcjonerska.  

K

olejna, ósma edycja wydarzenia potwierdza fakt, że nastał czas weryfikacji rynku fotografii. Zagadnienie rynku fotografii w Polsce jest tematem wciąż otwartym i nie poznanym. Jest jedno przedsięwzięcie, organizowane cyklicznie, którego zadaniem jest m.in. edukacja w zakresie kolekcjonowania i rynku fotografii.

174

SHOOTME

Jest to Projekt Fotografia Kolekcjonerska, składający się z wystawy i aukcji, który doczekał się już ósmej edycji. Wystawa była dostępna przez dwa tygodnie w Galerii Senatorska w Warszawie (10-23 listopada 2010). Potencjalni nabywcy, przede wszystkim kolekcjonerzy fotografii, mogą zapoznać się przez ten czas z ofertą aukcyjną. I tym razem nie zabrakło obszernego katalogu, który cieszy się wśród artystów, kolekcjonerów i historyków fotografii ogromnym powodzeniem. Organizatorzy, czyli firma Art Inwestycje, Portal Rynku Sztuki Artinfo.pl i D.A.


Rempex, do każdej edycji projektu, dobierają interesujących artystów, a także unikatowe prace fotograficzne. Po raz kolejny pojawiły się dagerotypy z XIX wieku, które na rynku aukcyjnym zdarzają się dość rzadko. Można było także nabyć ciekawe okazy ambrotypów w skórzanym etui, a także jedną pracę w technice ferrotypii. Nie zabrakło ciekawych przykładów fotografii kolo dionowych w formacie carte de visite. Projekt, na który składają się trzy podstawowe mo duły – wystawa, aukcja i katalog – obfituje w prace przede wszystkim trudno dostępne na rynku. W ósmej edycji pojawiły się unikatowe fotografie stereoskopowe autorstwa Hugo Jaegera, najważniejszego, obok Heinricha Hoffmanna, fotografa III Rzeszy. Na aukcji pojawiły się także prace w szlachetnych technikach fotograficznych, jak np. gumy dwuchromianowe. Nie zabrakło izohelii, prac heliograficznych. Mocną stroną tego Projektu jest ukazanie tzw. panoramy fotografii, od zdjęć z poprzednich epok, po nowoczesne wydruki w technice digigrafii. Pojawiają się nazwiska nestorów polskiej fotografii, jak: Jan Bułhak, Edward Hartwig, Jerzy Benedykt Dorys czy Józef Rosner. W ósmej edycji projektu pojawiło się sporo nowych twarzy, po raz pierwszy na aukcji fotografii można było nabyć zdjęcia m.in. Ewy Świdzińskiej, Anny Konik, Aleksandry Polisiewicz, Anny Orłowskiej, Jacka Poremby, Cezarego Zacharewicza, Krzysztofa Żwirblisa, Małgorzaty Markiewicz, Maurycego Gomulickiego, Macieja Stępińskiego, Juliusza Sokołowskiego. W projekcie wzięło udział wielu wspaniałych artystów, prezentujących – jak zwykle – bardzo wysoki poziom artystyczny. Rynek fotografii w Polsce jest w trakcie kształtowania się, po tzw. boomie na ten rodzaj sztuki. Obecnie da się zauważyć pewien zastój. Czas zweryfikuje, jakie będą dalsze losy kolekcjonowania fotografii w naszym kraju. Istnieje problem z przyswajaniem fotografii przez społeczeństwo, nie wyedukowaliśmy jeszcze nowego pokolenia, które byłoby otwarte na ten rodzaj sztuki. Dopiero od kilku lat pojawiają się fotografie w galeriach, czy też powstają galerie fotografii. Jeśli chodzi o kolekcjo-

nerów, to jest ich niewielu w Polsce. Jest jeszcze kilka innych czynników, od których zależy rozwój fotografii. Pozostaje wiele pytań bez konkretnych odpowiedzi, brak normalizacji prawnych w Polsce związanych z fotografią kolekcjonerską mnoży problemy, a także niedomówienia w kręgach fotografów, artystów, historyków sztuki, a także kolekcjonerów, marszandów. Mówiąc o rynku fotografii, trzeba wziąć pod uwagę kilka istotnych aspektów. Przede wszystkim znaczenie historii. Inaczej zainteresowanie fotografią kolekcjonerską wyglądało na świecie, a inaczej w Polsce. Za granicami naszego kraju, zainteresowanie kolekcjonowaniem zdjęć można datować na połowę XIX wieku. W Polsce dopiero w latach 70. XX wieku zaczęto numerować fotografie. W związku z tym nie możemy spodziewać się, że fotografia wystawiana w domach aukcyjnych w Polsce, osiągnie takie kwoty, jak na świecie. Kolejnym ważnym czynnikiem jest rodzaj fotografii. Istotne jest bowiem to, czy została ona wykonana w tradycyjny sposób pod powiększalnikiem, czy stosując tzw. ciemnię cyfrową, a więc szereg zabiegów, gdzie do uzyskania fotografii stosuje się program komputerowy, wysokiej jakości skanery i drukarki. Wchodzimy tu w problematykę trwałości wydruków. Dla fotografii analogowej i dla fotografii cyfrowej muszą zaistnieć odpowiednie warunki, aby można było je zaliczyć do fotografii kolekcjonerskiej. Przede wszystkim ważna jest trwałość zdjęcia. Fotografia powinna być odporna na działanie światła przynajmniej przez sto lat. Projekt Fotografia Kolekcjonerska ma na celu przybliżenie pojęć i problematyki związanej z fotografią kolekcjonerską. Ważne są zagadnienia na temat rodzajów odbitek, metod otrzymywania fotografii, samej formy sygnowania zdjęć. Istotne są też opisy fotografii, nakład, datowanie. Osobnym tematem jest określenie typu odbitki, jeszcze innym – nazewnictwo. W Polsce jest wielu wspaniałych artystów, tworzących oryginalne fotografie. Zastanawiające jest jednak to, że nadal bardziej są doceniani za granicą. Projekt służy także do tego, by zmienić ten stan. Mamy nadzieję, że to się uda i niedługo będzie można mówić o faktycznie stabilnym rynku fotografii w Polsce.

SHOOTME

175


Facet z innej bajki Transwestyta, narkoman, mistyk i szaleniec. A przy okazji świetny artysta komiksowy, choć swoją twórczością wywarł większy wpływ na kulturę hiphopową i graffiti niż na komiks. Ale w życiu Vaughna Bodé nic nie układało się, jak należy. TEKST: Sebastian Frąckiewicz

T

ILUSTRACJE: Rip off press

rzech rzeczy nie brakowało wychudzonemu świrowi ze Stanów: talentu, pracowitości i ogromnego ego, które pozwalało mu na to, by określać siebie mianem „Cartoon Gooroo”. Jego artystyczny rozwój przypadł na lata 60., a młody Bodé jak gąbka chłonął atmosferę tamtych czasów: mistyczne i narkotykowe odjazdy, wolny seks. Wszystko to praktykował z zapałem nadgorliwego neofity. Zapowiadał się na doskonałego bohatera amerykańskiej kontrkultury i za sprawą swojej przedwczesnej śmierci stał się nim szybciej, niż sam mógłby się tego spodziewać. Dziś pewnie spędzałby spokojną starość, jak inna ikona komiksowego undergroundu Robert Crumb – w ładnym zabytkowym domu, na francuskiej prowincji. A tak przynajmniej żył i umarł z hukiem, spełnił (dość przewidywalnie, trzeba przyznać) schemat artysty-straceńca, którego następne pokolenia będą odkrywać na nowo i zastanawiać się, jak oryginalne rzeczy mógłby jeszcze stworzyć, gdyby pociągnął trochę dłużej. Zmarły w 1975 roku Bodé na pierwsze „odkrycie” długo nie musiał czekać. Za „swojego” uznało go rozwijające się w latach 80. graffiti, które niemal zapożyczyło od rysownika styl w tworzeniu tzw. characters czyli postaci często umieszczanych obok napisów. Zestawienie postaci z historii Vaughna Bodé i graffici arskich charactersów doskonale unaocznia ogromny wpływ komiksiarza na ulicznych writerów. Bardzo podobna, wręcz identyczna płynna linia, zbliżony sposób deformacji proporcji ciała rysowanych postaci, soczysta kolorystyka, dynamika ruchów i charakterystyczne duże, często

176

README

zmrużone oczy. Amerykańskie graffit i lat 80. uwielbiało ten styl. Tym bardziej, że sam Bodé chętnie wymyślał nowych bohaterów do swoich historii i szło mu to z niezwykłą łatwością. Od małego. Zaczął tworzyć komiksy jako pięciolatek, a gdy miał 13 lat postanowił napisać własną „Biblię”. Chociaż z biblijnego eksperymentu – rzecz jasna – nic nie wyszło, nie zrażał się i nadal zapełniał szkicowniki opowieściami obrazkowymi. W jednym ze swoich licznych wspomnień twierdzi, że gdy skończył 15 rok życia zaprojektował już 200 postaci, w tym kompletny świat postaci-grzybów żyjących na pustyni. Mój mózg jest rozgorączkowany. Nie potrafię prowadzić czegoś takiego jak „normalne” życie. Umiem tylko produkować koncepty, projekty i pomysły rok po roku, jak pędząca rzeka… – pisał w 1975 roku. Niedługo po tym wyznaniu rzeka wyschła. Bodé pozostawił po sobie świetne komiksy, legendę, unikalny styl i syna. Mark Bodé, również rysownik komiksowy ze spuścizną Cartoon Gooroo postępuje jednak w dość dziwny sposób. Niestety, sam tworzy w stylu podobnym do ojca. Mówiąc wprost – jest jego epigonem. Dlatego zanim weźmiecie do ręki komiks z nazwiskiem, sprawdźcie dokładnie czy macie do czynienia z ojcowskim oryginałem, czy kontynuacją synalka. Poza tym Mark z jednej strony dba o kompletowanie prac Vaughna, a zarazem wprowadza limitowaną linię sneakersów Pumy z najbardziej znanym bohaterem seniora – Cheech Wizardem. Vaughn podkreślał swoją totalną niezależność do tego stopnia, że nie uważał się nawet za artystę undergroundowego. Mówił, że jego prace to „otherground”. I gdyby żył, prędzej pewnie umieściłby swojego najlepszego charactersa na witrynie holenderskiego coffee shopu niż sprzedał jego wizerunek obuwniczej korporacji.


A man of a completely different ilk Transvestite, drug addict, mystic, madman and an excellent comic artist all at the same time. Vaughn Bodé’s work had more influence on hip hop and graffiti culture than on comics, but in Vaughn Bodé’s life things didn’t turn out as they might have. TEXT: Sebastian Frąckiewicz

T

ILLUSTRATION: Rip off press

here were three essentials this skinny crazy guy did not lack: talent, diligence and a big ego in calling himself the ‘Cartoon Gooroo’. His artistic career lasted throughout the 60’s, when young Bodé respired the atmosphere of mystical drug trips and free sex. He practiced it all with the spirit of an over-zealous neophyte. He was to become the face of the American counterculture and his premature death only accelerated the process more than he himself could have imagined. Today, he would probably be spending his elderly days as just another underground comic book icon Robert Crumb – in a monumental mansion, in one of the provinces of France. Fortunately, he lived his life big time and lived out (as expected) the model of an artist-madman, repeatedly rediscovered by future generations wondering what other original works the artist might have created, had he lived just a little longer. He passed away in 1975 and it didn’t take long for his talent to be re-discovered. He has become to be considered an icon of the emerging graffiti movement in the 80’s when his so-called ‘characters’ style of placing his heroes next to the text was popularised. Comparing the protagonists of Vaughn Bodé’s stories with graffiti characters illustrates perfectly the significant influence the comic artist had on graffiti street writers. Here we have a very similar, nearly identical ‘flowing’ line, a comparable style of deformation, movement dynamics and the characteristic, often squinting eyes. American 80’s graffiti artists adored the style. The more so because

Bodé himself often came up with new heroes for his comic books and had done it with exceptional ease ever since he was a kid. He started writing comic books at the age of 5 and later came up with a plan to write his own ‘Bible’ at the age of 13. Although the Bible experiment, of course, did not succeed, he wasn’t discouraged and continued filling his notebook with picture stories. In one of his numerous recollections, he claims that upon turning 15, he already had 200 characters designed, including a complete world of mushrooms living in a desert. “My mind is feverish. I can’t have anything like a ‘normal’ life. I’m only capable of producing concepts, projects, ideas, year by year, like a fast-flowing river,” he wrote in 1975. Shortly after this admission, the said river went dry. Bodé has left a heritage of great comics, a legend, a unique drawing style and a descendant. His son, Mark Bodé, who also is a comic artist with the Cartoon Gooroo heritage, acts in a rather peculiar fashion. Unfortunately, his style is largely reminiscent of his father’s. Speaking frankly, he is an epigone. So if you stumble on a comic book with their surname, double check if it’s the father’s original or sonny’s continuation. What's more, Mark seems to be collecting Vaughn’s work on one hand and at the same time launching a limited edition of Puma sneakers with an image of his father’s most prominent character – Cheech Wizard. Vaughn used to highlight his total independence to such an extent he barely even considered himself an underground artist. He described his own work as ‘otherground’. If he was alive today he would probably place his best character in the window display of a Dutch coffee shop rather than sell his image to a footwear manufacture.

README

177


CREATORS 13, 49

58

88

117

Łukasz Saturczak saturczak@gmail.com

Dorota Wątkowska behance.net/pomidori

Maldoror www.maldoror.pl | info@maldoror.pl

Leslie Hsu www.da-kuai.com

6

64

100

130

Radosław Kaźmierczak radoslaw.kazmierczak@gmail.com

Karolina Iwa iwa.karolina@googlemail.com

Igor Drozdowski www.igordrozdowski.com

Amilcare Incalza aincalza@gmail.com

15

64

100

130

Janusz Lisiecki / VERGO Studio studio@vergo.pl

Mikołaj Tkacz tka91@o2.pl

Arleta Molata amolata@o2.pl

Manuel Menini manuelmenini@libero.it

24

70

108

130

Filip Kalinowski sziwatc@vp.pl

Katarzyna Bukowska kat.bukowska@gmail.com

Iwona Kulińska iwonakulinska898@gmail.com

Dorota Hayto www.dorotahayto.com

32

74

106

146

Zosia Ziółkowska z.ziolkowska@gmail.com

Fivetimesone www.fivetimesone.com

Van Markoviec www.vanmarkoviec.com

Prof. Sławomir Magala smagala@rsm.nl

32, 88

76

111

146

Zosia Zija, Jacek pióro www.zija.net | zosia@zija.net

Katarzyna Okińczyc k.okinczyc@gmail.com

Marta Dudziak marta_dudziak@yahoo.com

Anna Demidowicz demid@kofeina.net

44

80

112

152

Aleksandra Anna Pawłowska olap36@wp.pl

DODOPLAN www.dodoplan.pl

Joanna Paradecka www.paradecka.com

Zygmunt Nowak-Soliński zns567@gmail.com

46

84

112

158

Patyczak patyczak@gazeta.pl

Anna Weronika Brzezińska annaweronika@op.pl

Sylwia Rochala www.sylwiarochala.com

Sebastian Frąckiewicz sebastian.frackiewicz@gmail.com

46

84

113

158

ZIMZ zimz@o2.pl

Filip Springer kontakt@filipspringer.com

Olga Szynkarczuk www.olgaszynkarczuk.com

Grzegorz Janusz grzegorzjanusz@aster.pl

49

86

114

164

Katarzyna Toczyńska katatoczynska@gmail.com

Małgorzata Kowalska m.kowalska@starybrowar5050.com

Asia Wysoczyńska www.asiawysoczynska.pl

Marcin Rutkiewicz emrutkiewicz@gmail.com

52

86

115

168

Piotr Stokłosa www.photografiq.com

Marek Polaszewski polaj@vp.pl

Green Establishment www.gestablishment.com

Kaja Werbanowska kaja.werbanowska@onet.pl

58

88

116

173

Klara Czerniewska klara.czerniewska@gmail.com

Anna Wyrzykowska annawyzykowska@gmail.com

Mysikrólik/Martyna Czerwińska www.mysikrolik.com

January Misiak januarynestor@o2.pl


LESLIE HSU

www.take-me.pl /subscribe

ANIAANIA JAGODZIŃSKA JAGODZIŃSKA MA NA MA SOBIE NA SOBIE NASZYJNIKI NASZYJNIKI YES ICONS YES ICONS COLLECTION COLLECTION ‚ DOSTĘPNE ‚ DOSTĘPNE WYŁĄCZNIE WYŁĄCZNIE W SKLEPACH W SKLEPACH JUBILERSKICH JUBILERSKICH YES ORAZ YES ORAZ NA YES.PL NA YES.PL


TAKE ME 09 IT’S NOT FUNNY ANYMORE 21 zł (8% VAT) numer 09 luty / marzec 2011 INDEKS 256544

09


TAKE ME 09 IT'S NOT FUNNY ANYMORE