Issuu on Google+

I SSN20802633 numer10/11

l i pi ec2011

ANDRZEJPI LI PI UK „ J akt obył o,ż ez ost ał em pi sar z em” MULT I WYWI AD: Skowr oński Kai n Kyr czJ r Rogoż a OPOWI ADANI A: Kr z ysz t ofT .Dąbr owski Mar ci nBeki esz J akubSt el masz cz uk GALERI AAUT ORSKA: J oannaMat er ek KOMI KS: Mar ci nSz er enos Gr af i kaokł adki :Magdal enaMi ńko


Jak to było, że zostałem pisarzem

3


Siła tkwi w literaturze Od miesięcy wszędzie mówi się o upadku czytelnictwa w naszym pięknym kraju. Każdego dnia pojawia się nowa teoria dotycząca tego upadku, niektórzy nawet podają konkretne daty, kiedy Polacy odłożą książki i czasopisma na półki i całkowicie o nich zapomną. Według mnie to kompletna bzdura. Za bardzo patrzymy na Zachód i USA, zamiast uważnie przyjrzeć się naszemu rynkowi wydawniczemu. Spójrzcie, ile w tym roku pojawiło się nowych pozycji w poszczególnych wydawnictwach. Mniej niż w poprzednim? Nie sądzę. Czytelnictwo w Polsce ma się wciąż całkiem dobrze, a krzyczenie o tym, że tak nie jest, z pewnością nie pomoże w poprawieniu sytuacji. Pomóc za to mogłaby lepsza promocja czytania, nie tylko wśród najmłodszych. I lepsza promocja książki samej w sobie. Jestem ciekaw, ile osób sięgnie po sagę o Wiedźminie, kiedy tylko pojawi się kolejna gra o przygodach Geralta, zrobiona przez CD Projekt. Książki autorstwa Andrzeja Sapkowskiego otrzymał nawet od naszego premiera

Donalda Tuska prezydent USA Barack Obama. Co prawda e-booki, ale zawsze coś. To dowód na to, że nawet politycy dostrzegli siłę polskich utworów i postanowili promować nasz kraj również za pośrednictwem literatury. Czemu my jej nie potrafimy dostrzec? Prawdopodobnie po raz ostatni macie możliwość ujrzeć nasz kwartalnik. Stąd nieco zaszaleliśmy z treścią. Możliwe, że kolejne spotkania będą się odbywały już co dwa miesiące. Dlatego ten numer przepełniony jest świetną prozą i publicystyką. Tym razem o swojej drodze twórczej opowiada nam Andrzej Pilipiuk, a o samym pisarstwie Rozmawiają Jacek Skowroński, Dawid Kain, Kazimierz Kyrcz Jr, Piotr Rogoża, a męczy ich Darek Barczewski. Oprócz tego czeka Was podróż do nieznanego i niebezpiecznego lasu z Marcinem Bekieszem, a Krzysztof T. Dąbrowski odciśnie na Was swoje piętno. A to nie koniec pyszności, które dla Was przygotowaliśmy. Zapraszam gorąco do lektury i do pisania, gdyż właśnie rozpoczęliśmy przyjmowanie prac na Horyzonty Wyobraźni.

Redaktor Naczelny Qfant Piotr Dresler

SPIS TREŚCI PUBLICYSTYKA ANDRZEJ PILIPIUK Jak to było, że zostałem pisarzem JOANNA ŚWIDERSKA „- Dałabym mu nawet na kamieniu - A ja na jeżu…”, czyli kobiecym okiem MACIEJ LEWANDOWSKI Wyjście z cienia IZA GRZELAK-BARCZEWSKA Pisarz detektywem? DAWID KAIN, KAZIMIERZ KYRCZ JR, PIOTR ROGOŻA, JACEK SKOWROŃSKI Nieśpieszny wywiad o twórczości, natchnieniu i przyszłości literatury (męczył i indagował: Darek Barczewski)

POLECANKI 4

16 18 21

GAIL CARRIGER Bezduszna (Maryla Kowalska) RAYMOND CHANDLER Siostrzyczka (Maryla Kowalska) AGNIESZKA HAŁAS Dwie karty (Łukasz Szatkowski) VAL MCDERMID Syreni śpiew (Olga Michalik) ALASTAIR REYNOLDS Diamentowe psy. Turkusowe dni (Łukasz Szatkowski) STEVEN SAVILE Londyńska makabra (Kamil Dolik) STEPAN CHAPMAN Trojka (Jacek Orlicz) PETER WATTS Rozgwiazda (Jacek Orlicz)

90 91 93 95 96 98 99 100

25

OPOWIADANIA MARCIN BEKIESZ Las JAKUB STELMASZCZUK Model 2 zero KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI Piętno MARCIN BEKIESZ Zły

34 42 44 59

GALERIA JOANNA MATEREK Galeria autorska MARCIN SZERENOS Komiks

80 84

Następny numer ukaże się już 1 września! Wstępniak

3


ANDRZEJ PILIPIUK

Jak to było, że zostałem pisarzem I. PIERWSZE PRÓBY – LATA 80. Najstarsze zachowane ślady mojej działalności literackiej to kartka z bloku formatu A4 zapisana obustronnie ołówkiem. Gdy miałem sześć lat i chodziłem do przedszkola, w tv leciał serial „Biały delfin Um”. Przesłanie intelektualne tego dzieła wywarło na mnie dogłębne i wstrząsające wrażenie. Na zachowanej karcie znajdują się dwa opowiadania inspirowane filmem. Nie napisałem tego sam. Ja dyktowałem, a notował mój Dziadek. Istniał też zeszyt w kratkę, zawierający powstałe w podobnym okresie i okolicznościach moje fanfiki do Muminków. Niestety przepadł w zawierusze dziejów... Niestety rok później trafiłem w szpony państwowego systemu szkolnego. I dostałem w łeb natychmiast, a do tego bardzo mocno. Cierpiałem na dysgrafię i dysortografię. W tamtych czasach nikt tego nie diagnozował, o terapiach nie można było nawet marzyć, bo nikt nie wiedział, że istnieją. W dodatku byłem leworęczny, co na początku lat 80-tych zwalczano ostro. Cóż, to taka „mądrość etapu”. 90% absolwentów mojej budy miała skończyć w szkołach zawodowych i technicznych, a wszelkie obrabiarki dostosowane były do obsługi ręką prawą. Dodatkowo przechlapane miałem za sposób, w jaki trzymałem długopis. Dla mnie był to chwyt zupełnie naturalny. Na belferstwo widok ten działał jak czerwona płachta na byka. Za radą jakiejś psycholożki „przestawiono” mnie na posługiwanie się prawą ręką. Pisanie na długo stało się dla mnie nieznośną torturą. Nie było mowy, bym zajmował się tym dla przyjemności... Szkoła traktowała uczniów jak zło konieczne i czuło się to na każdym kroku. W pierwszej klasie było normalnie. O ósmej

4

zaczynałem lekcje. Jedynym minusem było to, że moją klasę ulokowano w sąsiednim budynku. W drugiej klasie z niewyjaśnionych przyczyn moja klasa chodzić zaczęła na drugą zmianę. W trzeciej klasie przeniesiono nas do budynku głównego, za to uczęszczać zaczęliśmy na... trzecią zmianę. 9-10-latki przychodziły zatem do szkoły na 14:15 lub 15:05, a zajęcia kończyły się tak, że czasem dobiegłem do domu na dobranockę, a czasem nie. Można to tłumaczyć wyżem demograficznym i temu podobnymi przyczynami, ale mimo wszystko uważam to za totalne przegięcie. Rodzicom też się to nie podobało, więc w końcu dyrekcja, znudzona protestami, rozwiązała naszą klasę. W tym okresie lubiłem sobie wymyślać rozmaite historie i opowiadać je kumplom. W wieku wczesnopodstawówkowym fabuły obracały się wokół bandy psychopatycznych morderców, kombinatorów, terrorystów, a przy tym iluzjonistów zwanych „Eskortą Negora”. Imię głównego bohatera zaczerpnąłem z komiksu drukowanego w „Świecie Młodych”. Nawymyślałem o nich niestworzonych historii. Banda ta m.in. potrafiła wyciągnąć karabin maszynowy ze zwiniętej w rulon gazety. Fabułki te – nie zapisane – uleciały. Snułem te wizje długo i z zapałem. Przed zaśnięciem leżałem i wymyślałem historie. Wiele z nich obracało się wokół ucieczki z kraju, wokół życia w wolnym świecie. Przeważnie za morzem. W marzeniach pracowałem jako weterynarz w szwedzkim ogrodzie zoologicznym. Czasem pojawiały się koncepcje powrotu z bronią. Roiłem sobie, że kiedyś przybędę tu wziąć odwet. Źródeł fascynacji Skandynawią było kilka. Mój ojciec uczył się szwedzkiego i odwiedził Szwecję w 1979. Korespondował tam z dwiema rodzinami

ANDRZEJ PILIPIUK


i jednym z pracowników ZOO. W bardzo marnym okresie po stanie wojennym przysłali nam kilka paczek z żywnością i kosmetykami. Z tego samego źródła miałem piękne zimowe buty i narciarską czapkę. Buty były niebieskie z żółtymi sznurówkami. Strach było zostawić je w szatni, bo kradzieże były wówczas istną plagą. Na szczęście nikt mi ich nie zwinął. Może dlatego, że były zbyt charakterystyczne – w całej dzielnicy nie było podobnych. W 1984 w moje ręce wpadł też katalog szwedzkiego domu wysyłkowego. Te przejawy cywilizacji kapitalistycznej, podobnie jak klocki Lego u jednego z kumpli, zasiały ziarno niepewności w mojej dziecięcej duszy. Gdzieś tam był inny świat. Weselszy, bardziej kolorowy. Obcowałem z niewielkimi okruchami tamtej rzeczywistości. Artefaktami obcej cywilizacji. W TV leciał serial dla dzieci o przygodach Pippi. Wprawdzie nakręcono go bodaj w latach sześćdziesiątych, ale i tak pozwalał zobaczyć kawałek tego innego świata. Czytałem też oczywiście książki Tove Jansson i Astrid Lindgren. To wszystko solidnie zryło mi psychikę i rozbudziło zainteresowanie Skandynawią. Zainteresowania te w połowie lat 80-tych zaowocowały konkretnym planem ucieczki kajakiem na Bornholm. Sądziłem, że dokonam tego zaraz po maturze. Na szczęście komuna zdechła znacznie wcześniej. Po latach i trzech wyprawach na półwysep fascynacje te zaowocowały w postaci cyklu „Oko Jelenia”. W grudniu 1985 miałem 11 lat. W tym okresie rozważałem kilka dróg życiowych. Miałem w zasadzie trzy koncepcje. Chciałem zostać weterynarzem, archeologiem lub literatem. Przeprowadziliśmy się ze Szmulek na Nową Pragę. Nadszedł czas zmian, które posłużyły trochę jak katalizator. Po pierwsze wierni słuchacze moich opowieści pozostali w poprzedniej szkole. Kontakty nie zerwały się – ale uległy znacznemu rozluźnieniu. Większość nie miała telefonów. My też straciliśmy swój. Po przeprowadzce na ponowną instalację aparatu czekaliśmy od 1985 do bodaj 1993. Po drugie w nowej budzie belferstwo nie wiedziało, że mam obligatoryjnie pisać prawą ręką. Mogłem zatem po cichutku samowolnie wrócić do

lewej. Lewą pisało mi się o niebo lżej, szybciej i czytelniej. Po trzecie po półrocznym pobycie we w miarę sensownej klasie trafiłem skutkiem reorganizacji do nowotworzonej klasy szóstej, pomyślanej jako nieformalna kolonia karna tej budy. Kolejne trzy lata spędzone wśród nierogacizny nastroiły mnie negatywnie do instytucji szkoły i do ludzi. (O tym, z jakim „materiałem ludzkim” miałem tam do czynienia, niech świadczy fakt, że jedyny kumpel, z którym utrzymywałem kontakty, po kilku latach orżnął mnie na „aż”... 200 złotych i znikł). Świat wokół też był paskudny. Czułem się zamknięty. Wyjechać za granicę było potwornie trudno. Tylko raz, w 1985, odwiedziłem NRD – „okno wystawowe komunizmu”. Zobaczyłem cuda. Na przykład sklep sportowy, w którym były do kupienia namioty! Tak normalnie do kupienia. Bez zapisów i czekania latami, bez losowania, bez społecznej kolejki. Zobaczyłem, że ulice mogą być czyste. Zobaczyłem mleko w kartonikach, mięso bez kartek i inne ciekawostki. Nie był to jeszcze świat kapitalizmu, ale i tak było tam w oczywisty sposób lepiej niż u nas... Chodząc na religię do salki katechetycznej przy kościele, mijałem po drodze Pewex. Urządzony był na parterze siermiężnego hoteliku. Wyglądał mniej więcej tak, jak byle warzywniak dzisiaj. Wtedy był powiewem luksusu bezwzględnego. Słodycze, soki w kartonach, zagraniczne pety, tytoń, alkohole, drobne zabawki. Feeria barw... Enklawa innej rzeczywistości. Jak w tym dowcipie o milicjancie, co przeskoczył przez ladę i poprosił o azyl... Ten Pewex ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu, że socjalizm, a w szczególności jego PRL-owska odmiana, jest błędem. Przed taką rzeczywistością musiałem jakoś uciec, by nie zwariować. W TV niewiele było do obejrzenia. Uciekłem w książki i pisanie. Czytałem dużo, jak obliczam, przez trzy ostatnie lata szkoły przeczytałem około 500-700 pozycji. Bardzo dużo kupowałem za grosze w antykwariacie przy ul. Strzeleckiej. Powoli kompletowałem polską fantastykę. Regularnie 2-3 razy w tygodniu jeździłem do dużej biblioteki przy ul. Radzymińskiej. Szczególnie lubiłem kilku

Jak to było, że zostałem pisarzem

5


autorów: Alfreda Szklarskiego, Zbigniewa Nienackiego, Jules’a Verne’a, Kiryła Bułyczowa, Janusza A. Zajdla... Ale nie tylko. W tym okresie bardzo interesowałem się archeologią i historią, szczególnie historią starożytną. Z racji pochodzenia usiłowałem dowiedzieć się czegoś na temat nowożytnej historii Ukrainy – były z tym jednak poważne problemy. Brakowało literatury. Ta, która była, nie wspominała o towarzystwie „Prosiwita”, ruchach prometejskich etc., tylko koncentrowała się na najczarniejszych kartach z historii naszych narodów. W Wojsławicach przed wojną grasowali pojedynczy emisariusze KPZU, ale w czasie okupacji nie działała ani UPA, ani struktury OUN. Była niewielka ukraińska samoobrona. Miejscowi Ukraińcy siedzieli cicho, Polacy też ich nie zaczepiali. W naszej okolicy partyzantka jedna i druga parę razy solidnie złoiła skórę szkopom i czerwonym. Były to jednak sprawy, o których nawet wśród bliskich krewnych mówiono niewiele i niechętnie. O tym, jaki strach towarzyszył ludziom, niech świadczy fakt, że dopiero dwa lata temu (!) dowiedziałem się, że mój Dziadek brał jako furman udział w słynnej akcji rozbicia więzienia w Zamościu. Zagłębiłem się w starożytność. Uwielbiałem powieści Jerzego Edigey’a i Miki Waltariego, czytałem też sporo publikacji naukowych. Postanowiłem zostać archeologiem. Obok przyczyny idealistycznej był też powód czysto pragmatyczny – archeologom dawano paszporty. Kłopot w tym, że szybko spocząłem na laurach. Naładowałem głowę mądrościami o których moi rówieśnicy nie mieli pojęcia, do tego jako jedyny w klasie pisałem książkę, więc mając 13-14 lat mocno na wyrost poczułem się geniuszem. Tymczasem moje dobre samopoczucie wynikało z braku konkurencji. Nie miałem go jak zweryfikować, bo nie miałem się z kim porównać. Oj, ta moja szkoła zdecydowanie nie była miejscem, gdzie można by przejść formację intelektualną. Nauczyciele byli na dobrą sprawę wyrobnikami, nie umieli przekazać wiedzy. Może sami jej nie posiadali, a może, patrząc na żulię siedzącą

6

w ławkach, odpuszczali sobie... Pod koniec katorgi w podstawówce pisałem dwie rzeczy. „Hotel pod łupieżcą” i „Norweski dziennik”. Hotel powstał na kanwie snu, w którym trafiłem do hotelu-mordowni, gdzie ukradziono mi walizkę. (Ten motyw przetrwał wszystkie wersje. Przypomnijcie sobie zdanie: „To ja, szatan, oddajcie mi moją walizkę”). Norweski dziennik to rozwinięcie moich fabuł emigracyjnych i związanych z odwetem na komuchach. Tytuł i fabuła dłuższy czas ewoluowały... Pisałem w tym okresie kompletnie na ślepo. Nie bardzo miałem komu to pokazać. Nie znałem żadnego pisarza, który mógłby udzielić mi rad. Parę jakichś wypocin wysłałem na konkursy „Świata Młodych” – jednak gazeta po długiej agonii padła, zanim podszlifowałem warsztat na tyle, by mieć choćby niewielką szansę zajęcia miejsc punktowanych... W dodatku rodzina usiłowała mi wybić z głowy pisanie, argumentując, że więcej czasu powinienem poświęcić nauce. Wolę być szczęśliwy niż wykształcony – jak powiedział Jakub Wędrowycz podpalając szkołę. Moja ocalała. Pewnie dlatego, że benzyna była na kartki.

II. LICEUM Rok 1989 był czasem przełomu. W kraju wszystko szło ku lepszemu, mnie osobiście wydawało się tak samo. Zaczęto dawać paszporty absolutnie wszystkim, kraje zachodnie kolejno znosiły wizy wjazdowe. Nasze państwo przestawało być więzieniem, a ja przestawałem być niewolnikiem. Skończyłem wreszcie swoją ohydną szkołę. Uwolniłem się od konieczności przesiadywania w jednym pomieszczeniu z nierogacizną (przepraszam nieliczne wyjątki...). Poszedłem do liceum. W tamtych czasach dostać się było ciężko – ale była to poniekąd konieczność. W szkołach zawodowych rządziła fala i początkujący kryminaliści. Nie miałem ochoty na dalszy pobyt wśród bydła. Musiałem dostać się do lepszej szkoły. Dostałem się. Nawet niedaleko – 20 minut „z buta”. Co więcej, dostałem się do wymarzonej klasy humanistycznej. Byłem szczęśliwy. Liczyłem na pogłębienie wiado-

ANDRZEJ PILIPIUK


mości, dalszy rozwój zainteresowań przeszłością, na zdobycie umiejętności polonistycznych mogących wspomóc doskonalenie warsztatu. I oczywiście znowu dostałem w łeb, tym razem znacznie mocniej i kompletnie z zaskoczenia. Polonista trochę doceniał moje wysiłki, jednak historyca zaszczuła, rusycystka nie lubiła, reszta belferstwa w mniejszym lub większym stopniu dokładała swoje. Podziwiam jedynie germanistkę – zważywszy ma moje zdolności językowe wykazała się w moim przypadku anielską cierpliwością... Opanowanie materiału kosztowało mnie masę wysiłku. Szczególnie dotyczyło to języków obcych. Słoń zdecydowanie nadepnął mi na ucho, więc angielski czy niemiecki od zawsze zlewały mi się w szum. Mózg przetwarzał to z największym trudem. Miałem trudności z wyłapaniem, gdzie kończą się poszczególne słowa. Zorientowałem się też szybko, że wpadłem w paskudną pułapkę. To nie była szkoła dla mnie. Może byłem za głupi? Może nadwrażliwy? A może tylko mi odwalało? Musiałem godzinami kuć jakieś idiotyzmy. Trudności rosły, nasilały się też konflikty z belferstwem. Optymalnym rozwiązaniem była, jak mi się wydawało, zmiana szkoły. To niestety nie wchodziło w grę. Klas humanistycznych w warszawskich liceach było jak na lekarstwo. Na ile się zorientowałem, niemal wszystkie jako język zachodni miały głęboko przeze mnie znienawidzony angielski. W większości kładziono też znacznie większy nacisk na naukę łaciny. Musiałbym znaleźć klasę humanistyczną z niemieckim i ostro nadgonić łacinę, której także szczerze nienawidziłem. Pójście do normalnej klasy oznaczałoby konieczność nadrobienia fizyki... Były już oczywiście pierwsze licea prywatne i społeczne zwane pieszczotliwie „przechowalniami tobołków”, „stajniami osiołków” etc. Pojawiła się

alternatywa. Można było zapłacić i mieć święty spokój z nauką, a na zakończenie otrzymać maturę z ocenami o niebo lepszymi niż w państwówce. (Przepraszam nieliczne szkoły prywatne, które poważnie podchodziły do zadań edukacyjnych...). Problem w tym, że kompletnie nie było nas na nie stać. Do dziś żałuję. Siedziałbym na zadku, udawał idiotę, czytał książki pod ławką i pisał do upojenia... Matura to tylko papierek, który miał otworzyć mi drogę dalej. Nie był wart wysiłku włożonego w jego zdobycie. Liceum było czasem straszliwie jałowym. Pisałem dużo mniej, niż chciałem, czytałem też niewiele. Z pożeracza książek, którym byłem pod koniec podstawówki, zmieniłem się w nieludzko umęczony wół roboczy, dla którego jedyną rozrywką było obejrzenie „Drużyny A” dwa lub trzy razy w tygodniu. Nauka zabierała czas, dusiła, dławiła, odbierała chęci do jakiejkolwiek aktywności. Ale pisałem twardo nową wersję „Norweskiego dziennika”. Robiłem to na przekór narastającemu zmęczeniu i zniechęceniu. Zaczęto wydawać po polsku wiele niedostępnych wcześniej książek. Kupowałem i starałem się czytać. Ale coś we mnie straszliwie pękło. Książki historyczne rzuciłem w ogóle w kąt. Ta dziedzina nauki totalnie mi obrzydła. Do lektury beletrystyki musiałem się zmuszać. Z przerażeniem stwierdzałem, że składanie liter w słowa autentycznie mnie męczy. Wydawano kolejne niedostępne wcześniej powieści Jules’a Verne’a – ale chyba wyrosłem... Średnio bystrego dzieciaka szkoła powinna zaktywizować, rozwijać, podciągnąć w górę. Zamiast tego z zapałem wdeptywano mnie w błoto. O rozwijaniu zainteresowań nie było nawet mowy. Umysł zasypiał. W coraz większym stopniu żyłem do wewnątrz – marzeniami i pisaniem. Rzeczywistość też rozczarowywała. Sądziłem, że

Jak to było, że zostałem pisarzem

7


w ciągu kilku lat dogonimy zachód zarobkami i poziomem życia. Liczyłem też, że rozmaici czerwoni popaprańcy poniosą zasłużoną karę. Czekałem na wielkie, transmitowane przez telewizję procesy kanalii z PZPR i SB. Czas uciekał, nie działo się nic. Zarobki nadal oscylowały w okolicach 150-200 dolarów, a hasło „Dla komuny – Norymberga” pojawiało się co najwyżej na murach. Granice otwierały się coraz szerzej, ale nie bardzo było za co wyjechać. W trzeciej klasie odrobinę odżyłem. Znalazłem sobie kogoś, z kim mogłem pogadać o tym, co czytam, a nawet przeczytać parę fragmentów moich wypocin. W morzu błota i przeciwności losu znalazłem malutki okruch szczęścia i zrozumienia. Potem niestety dostałem kosza, po którym nastąpił totalny reset mózgu – przez niemal rok nie pisałem wcale, prawie nic nie czytałem. Dręczyły mnie myśli samobójcze. Zasnąłem. Zmuszałem się do przejrzenia lektur szkolnych. Planowałem nawet rzucić w diabły tę budę i wyjechać pod Szczecin – gdzie powstał akurat wakat na stanowisku stajennego. Wywalanie obornika widłami i szczotkowanie obesranych końskich ogonów wydawało mi się niezwykle atrakcyjne w porównaniu z dalszym szlifowaniem zadem szkolnych ław... A może na strychu nad stajnią znalazłby się stolik i lampa, by wieczorem pisać? Przemogłem się. Potrzebowałem matury, a w tamtych czasach kupić ją u fałszerzy było naprawę ciężko. Przyszła klasa maturalna. Wiosna 1993. Ostatnia prosta. Ostatnie miesiące. Czułem, że liceum mnie niszczy, degeneruje, zabija ostatnie zainteresowania, ogranicza intelektualnie, robi ze mnie kłębek nerwów. Stawałem się obojętny. W miejsce wrażliwości rozwijał się we mnie cynizm i agresja wobec otoczenia. Szkoła uczyniła mnie gorszym i musiałem zdrowo się naszarpać, by z tego wyjść. Znowu uratowało mnie pisanie... Kupiłem nowy zeszyt w kratkę i wróciłem do pisania „Norweskiego dziennika”. Zaciskałem zęby i usiłowałem dotrwać do końca budy, jak więzień czekający na koniec wyroku... Pisałem. Od nowa. Lepiej. To w tej wersji pojawia się po raz pierwszy dziadek Maćka – Jakub Wędrowycz. Najlepszy chyba kawałek stworzyłem w chwili,

8

gdy należało uczyć się do matury. Ale nie żałuję – lepszych ocen i tak bym nie dostał. Liceum opuściłem jako kompletny wrak emocjonalny. „Osobowość maniakalno-neurotyczna, ostra forma zespołu dezadaptacyjnego, skrytość charakteru i impulsywność uniemożliwiają przewidzenie zachowań” – to z mojego rozpoznania psychiatrycznego sporządzonego na wniosek WKU. Ale żyłem. Zaczęły się najdłuższe wakacje w życiu. Pełne cztery miesiące laby. Niestety brakowało choć paru groszy, by gdzieś dalej pojechać... Pojechałem w wyobraźni – przez to lato napisałem jakieś 500 stron.

III. STUDIA W październiku 1993 roku poszedłem na studia. Szedłem w stanie ducha iście euforycznym. Z takim cztery lata wcześniej szedłem do liceum. Czułem, że jestem wolny, że będę robił to, o czym marzyłem przez całe życie. Że zaczerpnę z krynic mądrości i wiedzy. Że zbliżę się do źródeł intelektu i poznam ludzi naprawdę mądrych. Że zdobędę fajny zawód, a kiedyś jako Pan Archeolog przyjadę rozkopać Zamczysko w Wojsławicach. Liczyłem też, że poznam jakieś fajne dziewczyny, nowych kumpli o zbliżonych zainteresowaniach. Wykopię coś ciekawego... I oczywiście po raz trzeci szybko zostałem wyleczony z młodzieńczego idealizmu. Szybko, zajęło im to jakieś dwa tygodnie. Owszem, na mojej uczelni było kilku wybitnych uczonych, ale większość stanowili wyrobnicy naukowi, niezbyt lotni, o mentalności przypominającej często bazarowych cwaniaczków, a nie naukowców. Pojąłem, kto dał tytuły magistrów pseudobelfrom z moich szkół... Jednak obok tych mankamentów były też pozytywy. Faktycznie na roku było parę sympatycznych dziewczyn (tyle tylko, że jakoś żadna mnie szczególnie nie polubiła), rzeczywiście było wreszcie z kim pogadać (tylko że co i rusz trafiałem na ludzi inteligentniejszych i bardziej oczytanych ode mnie, więc było to doświadczenie frustrujące jak diabli...). Lata zaniedbań intelektualnych zrobiły swoje. Nie nadą-

ANDRZEJ PILIPIUK


żałem. Płynąłem niesiony prądem. Studiowałem, kułem do egzaminów, zbierałem lufy do indeksu. Od czasu do czasu coś udało się trochę dorobić, choć nie na tyle, by np. pojechać na objazd naukowy czy wyprawę trekingową. Parę razy znajomi obiecywali mi załatwić robotę na lato. Nigdy nie dotrzymali słowa. Mimo wszystko było mi tam całkiem dobrze. Odżyłem. Chodziłem na wykłady profesorów Andrzeja Niwińskiego i Jerzego Kruppe, uczyłem się deszyfrowania przeszłości. To szalenie przydało się w późniejszej pracy literackiej. Jakoś na drugim roku zaszły „dwie nowe okoliczności”. Po pierwsze dopadła mnie jesienna depresja. Już wcześniej borykałem się z tą przypadłością, tym razem wzięło mnie w obroty potwornie. Za radą pewnej życzliwej kobiety poszedłem do lekarza. Nie obyło się bez terapii farmakologicznej. I... stał się cud. Po serii 40 tabletek wygrzebałem się z dołka. Depresja męczyła mniej, już tylko kilka razy i nigdy więcej nie powróciła z taką siłą. Drugim wydarzeniem w tym okresie był taki głupi z pozoru przypadek. Zgubiłem dowód osobisty. By uzyskać nowy, musiałem wypełnić kwestionariusz. Imię, nazwisko, to było proste. Wykształcenie, zawód, inne takie. Wpisując dane, czułem się, jakbym dostał w mordę. Kim jestem? Maturzystą? Każdy wokół ma maturę... Osiągnięć naukowych – brak. Kasy na koncie brak. Wyuczonego ZAWODU – BRAK. Pisanie ciągle znajdowało się w sferze projektów „wstępnie rozgrzebanych”. Na drugim roku było też jasne, że nie mam szans na pracę w zawodzie archeologa. Stojąc na tym paskudnym korytarzu w kolejce do okienka uświadomiłem sobie z przerażającą jasnością, że jestem NIKIM. Że nawet jeszcze dobrze nie zacząłem żyć. Wiedziałem, że trzeba zacząć. Że już na dobrą sprawę jest za późno. Że z jakichś przyczyn przespałem czas... Ale mimo tej świadomości nie byłem w stanie się obudzić. Stłamszenie w podstawówce i liceum wracało czkawką. Brakowało mi choćby szczątkowej pewności siebie. Wiedziałem, że czas ucieka w przerażającym tempie. Że trzeba coś zrobić TERAZ. Natychmiast. Nie miałem siły... Powoli

pchałem do przodu „Norweski dziennik”. Liczyłem na to, że niebawem będę miał gotowe pierwsze dwa tomy i pójdę z tym gdzieś... Ale potrzebny był impuls, by zrobić pierwszy krok.

IV. DEBIUT I INNE SPRAWY Latem 1995 roku pojechałem nad morze z rodziną. Traf chciał, że na te same wczasy pojechał pisarz – Paweł Siedlar. Zaintrygowałem go – bo codziennie siadywałem na brzegu morza i godzinami pisałem w kajecie maczkiem. Wreszcie przemógł się i zapytał, cóż tak skrobię. Pisałem ostateczną wersję „Norweskiego dziennika” i byłem gdzieś na stronie 1600-tnej. Przeczytał fragment i nieco przytłoczony rozmiarem dzieła zasugerował, bym napisał coś ciut krótszego. Co więcej, obiecał to przeczytać i powiedzieć, co sądzi. To był ten moment przełomowy. Najwyraźniej dłuższy już czas znajdowałem się w stanie niestabilnej równowagi. Dobre słowo i rada popchnęły mnie we właściwym kierunku. Przyznam, że idea napisania czegoś krótszego nieco mnie zaskoczyła. Pisarze, których lubiłem: Verne, Nienacki, Szklarski etc. pisali powieści. Sądziłem, że to jest właściwa droga – zakładałem bowiem uderzenie do wydawców z solidnym taranem – sześcioma tomami „Norweskiego dziennika”. Cóż – szczególnie bystry to ja nigdy nie byłem... A przecież podpowiedź miałem jak na dłoni. Równie przeze mnie lubiani Bułyczow czy Zajdel pisali masę krótkich tekstów. Pozostało posłuchać rady doświadczonego fachowca. Pierwszego pisarza, którego poznałem w życiu. Człowieka, który WIEDZIAŁ, jak się to robi. Spotkanie nad morzem było w lipcu. W sierpniu pojechałem na wykopaliska do Płocka. Pod kierownictwem mgr Andrzeja Gołębnika poznawałem tajniki czytania w ziemi. W miesiąc nauczyłem się tam więcej niż przez dwa lata studiów. Kupiłem też nowy kajet i długopis. Harowaliśmy dziko od siódmej rano do piętnastej, przekopując plac Narutowicza w poszukiwaniu śladów osadnictwa z okresu przed niwelacją pruską. Znajdowaliśmy

Jak to było, że zostałem pisarzem

9


różności. Garnki, kości, plomby od pak z towarem, okucie od księgi, XVII-wieczne szambo z zawartością... Po godzinach siedziałem w akademiku i pisałem pierwsze opowiadania o Wędrowyczu. Sięgnąłem do trzecioplanowej postaci z „Norweskiego dziennika”. Wszyscy bohaterowie snujący się po literaturze byli piękni, młodzi, przystojni, szlachetni, odważni – więc stworzyłem prostą antytezę. Obleśnego dziada, pijanego, brudnego i zazwyczaj agresywnego jak cholera. Napisałem cztery opowiadania, w tym jedno nieudane. Powróciwszy do Warszawy, przepisałem te lepsze na komputerze, wydrukowałem i przekazałem panu Siedlarowi. Przeczytał i zaniósł do redakcji Fenixa sugerując, że jestem wariatem albo geniuszem – ale tak czy siak warto rzucić okiem. Rzucili ocenili przychylnie i w lutym 1996 ukazało się drukiem moje pierwsze opowiadanie. „Redaktor Grzędowicz wyrwał korek i wypuścił szalonego kozackiego Dżina z butelki po horyłce”. Obiecano mi też honorarium – milion osiemset tysięcy starych złotych. Nie powiedzieli tylko, że poślizgi z wypłatami sięgają kilku miesięcy. Jako młody idealista uważałem, że wykłócenie się o pieniądze nie jest zajęciem godnym dżentelmena i literata, z drugiej strony potrzebowałem tej forsy jak cholera. Zatem co parę dni przynosiłem do redakcji nowe opowiadanie, a mimochodem pytałem, czy może już... W ten sposób zanim mi wreszcie wypłacili, zebrali zapas moich tekstów na jakieś dwa lata publikacji... Pamiętam takie popołudnie – wyszedłem z baraków mieszczących nasz instytut, przeciąłem Pola Mokotowskie, poszedłem do Biblioteki Narodowej i siadłem w czytelni, oczekując na zamówione materiały. Miałem przy sobie kartkę w kratkę i zacząłem notować na niej możliwie fabuły kotłujące mi się pod czaszką. Zapisałem ich około dwudziestu. Co najmniej połowę przekształciłem później w opowiadania. Dziś wolę używać notatnika. Jestem jak amerykański urząd patentowy – notuję wszystkie pomysły, nawet najbardziej debilne. Czasem słaby pomysł po przemyśleniu da się poprawić. Czasem z dwu kiepskich złoży się jeden dobry... Zapisane nie

10

uciekną. Można je sobie obracać w głowie miesiącami... Okres po debiucie był jakby odczepieniem hamulców. Jakaś bariera, stalowa obręcz ograniczająca mnie dotąd, pękła. Poczułem, że coś mogę zdziałać. Że mur wokół da się przebić własną głową. Trzeba tylko walić cierpliwie kilka lat. Sapkowski, wówczas nasz primus inter pares, wyprzedzał mnie o jakieś 11 lat. Założyłem optymistycznie, że w 15 lat go dogonię, zagryzę, stratuję etc. Trochę nie wyszło, ale co sobie pogoniłem i potratowałem, to moje. Sytuacja na rynku w połowie lat 90. była kompletnie tragiczna. Za opowiadania płacono grosze, w dodatku z opóźnieniami. Wydawano bardzo niewiele książek, a nakłady były żałośnie niskie. W 1998 roku, zachęcony pozytywnym odzewem ze strony czytelników, podjąłem pierwsze negocjacje w sprawie wydania zbioru opowiadań o Wędrowyczu. Zaproponowano mi stawkę w oszałamiającej wysokości 70 groszy netto od sprzedanego egzemplarza książki. Nakłady sięgały dwu tysięcy sztuk, bestsellery osiągały trzy tysiące. Zatem realne miałem szansę zarobić na napisaniu książki tyle, ile mój Ojciec wyciągał jako pielęgniarz zwierząt w warszawskim ZOO. Tylko że On miał tyle miesięcznie, a ja bym to zarobił w jakieś dwa lata. W tym czasie robiłem różne rzeczy nawet nie po to, by się utrzymać, ale by dorobić sobie parę groszy. Pracowałem przy sitodruku. Pisywałem artykuły do gazet. Dawałem korepetycje. Malowałem ludziom mieszkania. Zdobywałem kuriozalne niekiedy doświadczenia, a nieliczne nawet wykorzystałem potem w mojej prozie. Np. dogłębne poznanie zakamarków Teatru Wielkiego zaowocowało tekstem „teatralna opowieść”. Ściubiłem, jak mogłem, każdy grosz, ale na wyjazd do Szwecji i tak było mało. I bez przerwy wymyślałem i skrobałem nowe opowiadania... Trzy czwarte poświęcone były postaci Jakuba Wędrowycza, jedną czwartą stanowiły fabuły inne. W wolnych chwilach cyzelowałem „Norweski dziennik”, m.in. wymieniłem początek... Czemu to robiłem? Logika nakazywała raczej definitywne położenie krzyżyka na planach życia z pisania książek.

ANDRZEJ PILIPIUK


Wielu pisarzy dziś regularnie publikujących zapadło wówczas w kilkuletni sen zimowy. Ja, może na pół gwizdka – ale działałem. Może wierzyłem w moją gwiazdę, może odczytywałem sytuację jako skrajnie patologiczną i czułem nadchodzącą zmianę? Może nie miałem innego pomysłu na życie? Nie wiem. Mógłbym napisać, że wszystko przewidziałem, że gromadziłem amunicję dla potrzeb przyszłej wojny etc. Owszem, gdy pojawiła się okazja, ucapiłem ją zębami jak rottweiler, ale nie ma w tym żadnej mistyki. Tym różniłem się od kolegów po piórze, że oni jojczeli, że muszą pisać do szuflady, a ja faktycznie pisałem do szuflady. No nie tylko – wysłałem maszynopisy na dwa konkursy literackie. Bezskutecznie. W tym okresie założyłem sobie pierwsze konto internetowe dla kontaktu z czytelnikami. W jednym z pierwszych meili jakiś fan nazwał mnie największym piewcą wsi polskiej od czasów Reymonta. Zdanie to było kompletnie od czapy, zarazem miało w sobie swoistą kretyńską elegancję. Uznałem, że mogę je swobodnie wykorzystać do celów promocyjnych, bo nikt nie weźmie go na poważnie. Oczywiście myliłem się. Są krytycy, którzy napiętnowali mnie za porównywanie się z Noblistą... Powoli wracałem do intensywniejszego czytania książek – zwłaszcza że Biblioteka Narodowa pozwalała mi sięgnąć do pozycji normalnie niedostępnych. Zacząłem nawet znowu czytać książki historyczne – choć nie sprawiało mi to już takiej przyjemności, jak kiedyś.

V. KLUB TFURCÓW Jakiś rok lub półtora po debiucie za pośrednictwem działacza warszawskiego fandomu – Adama Bańskiego – nawiązałem kontakt z Klubem Tfu!rców (grupa jest nieformalna – istnieje wiele wariantów zapisu nazwy). Zacząłem bywać na organizowanych przez nich warsztatach. Zbieraliśmy się po parę osób i wytypowana ofiara czytała na głos swoje wypociny, poddając je osądowi zawodowych redaktorów i współuczestników. Było to doświadczenie ze wszech

miar paskudne. Zorientowałem się natychmiast, jak potwornie knocę, jak żałosny poziom reprezentuje sobą moja proza, jak straszliwe mam braki warsztatowe i intelektualne. Było tak jak na początku studiów, gdy zorientowałem się, że wcale nie jestem tak genialny jak sądziłem. Znowu dostałem strasznie po łbie, ale tym razem były to bęcki konstruktywne. W ciągu mniej więcej roku nieregularnych spotkań od ludzi takich jak Iwona Żółtowska, Artur Szrejter czy Jacek Drewnowski nauczyłem się więcej niż przez dekadę samodzielnego rycia długopisem w zeszycie. Wiele Im zawdzięczam i zachowuję Ich w pamięci. Ta postawa – bezinteresowna i wszechstronna pomoc udzielana nowemu pokoleniu twórców – była czymś zasadniczo odmiennym od moich dotychczasowych doświadczeń... Część tekstów wówczas omawianych ukazała się w antologii „Robimy Rewolucję”. Był to pierwszy przypadek, gdy zobaczyłem mój tekst wydany w książce... Poniekąd drugi debiut. Cenna była zwłaszcza informacja przekazana przez „doświadczonych”, że nigdy nie należy liczyć na inteligencję czytelnika, a tekst musi być absolutnie jednoznaczny. Bo jeśli są dwie możliwie interpretacje, to czytelnik z reguły wybiera tę głupszą... Początkowo nie wierzyłem, ale później przekonałem się o tym wielokrotnie. Pisanie i kontakt ze środowiskiem zmieniły mnie. Wyciszyłem się wewnętrznie. Uspokoiłem. Znalazłem swoje miejsce na świecie. Skoncentrowałem się na pracy dającej nadzieję zbudowania kiedyś, nazwijmy to, kariery. Po huśtawce ego „piszę, jestem geniuszem” – „strasznie knocę, nic z tego nie będzie” doszedłem do punktu równowagi. Wreszcie znalazłem sobie to, czego brakowało mi od dziecka – nietoksyczne środowisko zapewniające elementarną formację duchową i intelektualną.

VI. DOSTAJĘ ZLECENIE Kończyłem studia. Z pieniędzmi było strasznie krucho. Perspektywy zdobycia jakiejkolwiek roboty –

Jak to było, że zostałem pisarzem

11


mizerne. Akurat skokowo rosło bezrobocie. Zaczepiłem się w dwutygodniku „Puls Warszawy”, sporadycznie pisywałem artykuły do innych gazet, z czego wpadało po kilkaset złotych miesięcznie. W naprawdę dobre miesiące prawie wyciągałem najniższą płacę. Perspektywy były jednak wyjątkowo marne. Powoli dochodziłem do wniosku, że trzeba się zaczepić w jakimś sklepie na kasie albo poszukać podobnego zajęcia, bo z pisania nic już chyba nie będzie. Ale – zdarzył się cud. Po śmierci Zbigniewa Nienackiego wydawnictwo „Warmia” podjęło próbę publikacji kontynuacji przygód „Pana Samochodzika”. Moja Siostra dostała od jakiegoś kumpla jeden tom. Przeczytałem z trochę mieszanymi uczuciami. Miałem przeświadczenie, że ja zrobiłbym to inaczej. Minęło może pół roku i okazało się, że będzie okazja pokazać, jak inaczej bym to zrobił... Parę razy w życiu miałem straszliwego pecha. Kilka razy miałem niewyobrażalnego farta. Tak było i teraz. Wczesną wiosną 1999 roku zadzwoniłem do Pawła Siedlara dowiedzieć się, co dobrego słychać. I po raz drugi ten zdumiewający człowiek zakrzywił wokół mnie czasoprzestrzeń. Przekazał mi mianowicie informację, że wydawnictwo szuka jeszcze kogoś do pisania kontynuacji. Jeszcze parę lat wcześniej nie miałbym odwagi spróbować. Teraz, otrzaskany w kontaktach z ludźmi postanowiłem, podjąć próbę. Miałem opowiadanie o wspinaczce na Ararat. Wyrwałem trzy tygodnie z życiorysu – napisałem na jego kanwie powieść. Wydrukowałem u znajomego i posłałem w świat. Po mniej więcej tygodniu dostałem telefon z wydawnictwa. Przeczytali, podoba im się, biorą, mają dla mnie pieniądze i przyjadą za tydzień z kawałkiem, by podpisać umowę. Przeczuwałem, że pojawia się szansa na stałą pracę i odrobinę konkretniejsze dochody. Doszedłem do wniosku, że bardzo ważne jest pierwsze wrażenie. Że muszę zachować się jak profesjonalista. Miałem trochę czasu. Wyjąłem z życiorysu kolejne dziesięć dni. Gdy wydawcy przyjechali podpisywać papiery, mogłem wręczyć Im połowę kolejnego tomu. Doga-

12

daliśmy się. Przez kolejne pięć lat współpracy napisałem dla Nich 19 książek... Przeżyłem kompletny szok. W środowisku fantastów dominowały wówczas wydawnictwa spore, ale bezwładne. Książek w zasadzie nie wydawały, jak już wydały, nie potrafiły tego rozdystrybuować po księgarniach. A jak książka jakimś cudem się sprzedała, to nie robiono dodruków, bo „zbyt wysokie ryzyko”. Autorom płacono z łaski i marne gorsze. Tu wszystko było inaczej. Wydawnictwo „Warmia” mieściło się w jednym pokoju biurowym wynajętym w kamienicy i składało się z trzech ludzi. Redaktora, handlowca i człowieka „na przychodne” który znał się na komputerach, więc robił skład i wysyłał materiały do drukarni. W redakcji komputera nie było, maszynopis obrabiano ołówkiem. Ta zdumiewająca firma była jednak w stanie regularnie dokonywać cudów. Książki leżały po księgarniach, płacono autorom uczciwie co do grosza, a do tego często przed terminem. Widząc sprawność organizacyjną, parokrotnie namawiałem Ich, by zajęli się fantastyką. Niestety, była to tematyka odległa od specjalizacji, obawiali się puścić na nieznane wody. Tak czy inaczej współpraca z Nimi uświadomiła mi, że moje zamierzenie – życie z pisania fantastyki jest realne. Wymaga tylko innych ludzi. Innych wydawców. Takich jednak nie było. Latem 1999 roku za pierwsze honorarium zrealizowałem odwieczne marzenie. Pojechałem z Ojcem na trzytygodniową włóczęgę po Szwecji i Norwegii. Wycieczka zaowocowała opowiadaniem „2586 kroków” i po latach cyklem „Oko Jelenia”. Wiosną 2000 roku przystąpiłem do rozszerzania bazy wojny. Miałem zamiar napisać w ciągu roku cztery kolejne tomy przygód Pana Samochodzika. Innej roboty nie było. Studia skończyłem. Po raz pierwszy w życiu miałem CZAS. Postanowiłem podwoić dochody. Wymyśliłem cykl powieści dla młodzieży poświęconych podróżom w czasie. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli do wydawnictwa wejdzie człowiek z ulicy i zaproponuje napisanie 16tomowego cyklu zostanie pogoniony jako niebezpieczny wariat… Musiałem podejść do sprawy jak profesjonalista. Postanowiłem napisać próbkę. Cztery

ANDRZEJ PILIPIUK


pierwsze tomy. W styczniu i lutym napisałem pierwsze dwa i wysłałem do czterech różnych wydawnictw. Liczyłem na to, że uda mi się podpisać kontrakt na cały cykl – 12-16 tomów i uzyskać stawkę rzędu 4-5 tys. zł za tom. Miałem 26 lat. Dodatkowe 20 tys. rocznie pozwoliłoby poczynić jakieś oszczędności, a być może zdołałabym zebrać wkład własny, wydębić kredyt i szarpnąć się na jakieś cztery kąty. W kamienicy, gdzie mieszkał mój Dziadek, była wypalona kawalerka. Gdybym miał choć ze 40 tys., mógłbym spróbować ją kupić. W pracach remontowych byłem przeszkolony. W jakiejś tam perspektywie chciałem założyć rodzinę. Miałem też kolejne ambitne plany wakacyjne. Niestety z czterech wydawnictw które dostały maszynopis odpowiedziało jedno – najpotężniejsze, które w delikatnych słowach wykpiło moje stawki. Nie powiem, byłem szczerze zaskoczony – bowiem skoro malutka firma z Olsztyna była w stanie tyle płacić, to potentat na rynku powinien wyłożyć taką kasę bez mrugnięcia okiem. Tak czy siak zostałem z dwoma maszynopisami powieści niechcianego cyklu... Znowu zaczął się okres pewnej stagnacji. Pisałem opowiadania. Pisałem kolejne „samochodziki”. Miałem z tego całkiem uczciwy grosz. Dzięki tym wpływom mogłem spokojnie ukończyć studia. Miałem też trochę czasu dla siebie, czytałem, pisałem i, pomijając brak stosownej towarzyszki życia, byłem całkiem zadowolony. Niestety kompletnie nikt nie chciał moich książek pisanych pod nazwiskiem – co demotywowało mnie do ich pisania. Zarobki były w miarę stałe, niezbyt wysokie, ale zadowalające. Regularnie pocztą przychodziły egzemplarze autorskie kolejnych tomów „samochodzika”. Ale w głębi duszy znowu poczułem, że tracę czas. Kalkulowałem pragmatycznie. Kontynuacja nie cieszyła się wielką poczytnością, nakład raczej powoli spadał niż rósł. Miałem buńczuczne przeświadczenie, że gdybym w trzy lata wydał 12 powieść SF, „to nawet sam Mistrz Sapkowski własną czapką buty by mi czyścił”. Etc. Próbowałem wykonać kolejny krok do

przodu, ale noga wszędzie zapadała się w błoto. Nie tylko mnie. Kilkoro moich znajomych próbowało w tym czasie coś wydać. Bez skutku. W redakcji czołowego wówczas wydawnictwa zalegało podobno około setki maszynopisów, których nikt nawet nie przeczytał. Dwa pozostałe coś tam niby publikowały, ale z płaceniem autorom było już znacznie gorzej. Sytuacja dojrzała. Wystarczyło popukać palcem w deskę, by wysypało się próchno...

VII. PRZEŁOM Latem 2001 roku pojechałem do Wojsławic. Byłem smutny, zmęczony i przygnębiony. Kraj pod rządami czerwonych zamieniał się w chlew. Kupa moich znajomych była bez pracy lub ledwo wiązała koniec z końcem. Widziałem coraz wyraźniej, że fucha z pisaniem Samochodzików to kompletnie ślepa uliczka. Serii groziło wygaszenie, a obok nie rysowała się żadna inna droga. Sprzedaż książek siadała, wydawnictwa branżowe od fantastki też wyraźnie szły na dno. Padł „Fenix”. Klub Tfurców chwilowo zwiesił działalność. Spędziłem na wsi kilka dni. Ostatniego dnia pobytu skutkiem rozlicznych zbiegów okoliczności trafiłem do gospodarstwa należącego niegdyś do moich Dziadków, a przekształconego obecnie w hurtownię materiałów budowlanych. W stodole wypatrzyłem sierp Dziadka wbity w belkę. Wyprosiłem go. Wyrwałem. Zawinąłem w gazetę i wsadziłem do plecaka. Wróciwszy do domu do Warszawy dowiedziałem się, że dzwoniono do mnie z wydawnictwa Fabryka Słów i dwu redaktorów chciałoby wpaść i ze mną pogadać. Wierzę w znaki. Sierp Przodka czekał piętnaście lat wbity w belkę, by raz jeszcze zakrzywić rzeczywistość i uczynić mnie gospodarzem na swoim... Dalej wszystko potoczyło się już zupełnie inaczej. Jakby ktoś zdjął zły urok. Jesienią na konwencie w Chełmie zobaczyłem pierwsze próbne odbitki „Kronik Jakuba Wędrowycza”. Na Falkonie w Lub-

Jak to było, że zostałem pisarzem

13


linie okazało się, że i prywatna sfera życia nagle zaczęła się układać. Mur padł. Trzeba było jeszcze wylać morze potu, ale byłem już na właściwym szlaku. Wystarczyło składać teksty w zbiory, uzupełniać nowymi i wydawać kolejne tomiki. Szybko pojawiła się możliwość pisania i wydawania powieści. Zacząłem od trylogii o kuzynkach Kruszewskich. Poprawiłem, przeredagowałem i wydałem „Operację Dzień Wskrzeszenia”... Powiały nowe wiatry – ludzie powyciągali różności z szuflad, a kto tylko mógł, siadał do pisania dawno wymyślonych książek... Rosła częstotliwość wydań, powoli zaczęły rosnąć nakłady. Trochę pomogło to, że w wiek dojrzały wchodziło pokolenie wstęp-nie sformatowane Harrym Potterem. Ci ludzie nie byli uprzedzeni do fantastyki, wręcz przeciwnie – pożądali jej. Pomogły nam też, jak sądzę, kręcone z rozmachem ekranizacje Tolkiena. Nagle okazało się, że da się w tym kraju sprzedać nakład większy niż trzy tysiące sztuk. Na sukces ten złożyła się ciężka praca wielu autorów i wydawców. Ale udało się. Polska fantastyka odbiła sporą część rynku i jestem szczęśliwy, że mogłem przyłożyć do tego zwycięstwa rękę. Po pięciu latach pracy dla wydawnictwa „Warmia” mogłem zakończyć pisanie „samochodzików”. Pozostały mi dobre wspomnienia po tej współpracy. Dziewiętnaście napisanych tomów pozwoliło mi przetrwać najgorsze lata i podciągnąć się warsztatowo. Jednak była to tylko fucha. Cudzy bohater, narzucona konwencja, sztywne ramy. Wiele się przy tej pracy nauczyłem, ale dla rozwoju kariery była niestety bez znaczenia... W połowie pierwszej dekady XXI wieku osiągnąłem to, nad czym pracowałem od jedenastego roku życia. Byłem wolny i wykonywałem wymarzony zawód. Wystarczyło siedzieć i pisać, na co przyszła ochota. Dużo i najlepiej jak się da... Mogłem wykorzystać umiejętności zdobyte na studiach. Zabrałem się za pisanie „Oka Jelenia”... Jesteśmy w połowie drogi. W chwili, gdy nakłady naszych książek przekroczą sto tysięcy egzemplarzy, będzie można powiedzieć, że naprawdę udało się wygrać.

14

ZAKOŃCZENIE Jest taka anegdota – usłyszałem ją w Chełmie od pracownika NIK. W czasie wojny Niemcy zakwaterowali na dwa tygodnie we wsi. Wygonili mieszkańców z części chałup. Bali się prawdopodobnie otrucia, więc chodzili po wodę nie do studni, ale do źródła. Mieszkańcy przyuważyli, że każdy Niemiec, idąc po wodę, zawsze bierze ze sobą kamień. Nie wiedzieli, dlaczego. Rzecz się wyjaśniła po wyjeździe wermachtowców. Niemcy rzucali te kamienie w błoto koło źródła. W dwa tygodnie z niczego i kosztem minimalnego wysiłku powstała porządna brukowana dróżka. Wcześniej przez 500 lat ludziska mięsili błoto nogami i nie wpadli na to, że można sobie ułatwić życie... Wysiłek się akumuluje. Niezależnie od wszystkiego, jeśli mamy odpowiedni pomysł, miejsce, umiejętności i czas, to możemy osiągnąć naprawdę wiele. Mój problem przez całe lata polegał na tym, że brakowało mi umiejętności, nie znałem nikogo, kto mógłby mnie uczyć – więc nauka pisania sprowadzała się do pracochłonnej metody prób i błędów, a do tego cierpiałem na chroniczny niedobór czasu. Ale tak właśnie wyglądało moje życie. Nie znając tej anegdoty rzucałem kamienie. Robiłem coś z niczego. Droga, którą ułożyłem sobie od serc czytelników do źródła honorariów, to właśnie dziesiątki małych kamieni rzucanych latami w bezdenne z pozoru trzęsawisko. Tysiące godzin spędzone na pokrywaniu bazgrołami 60-cio stronicowych zeszytów w kratkę. Tysiące godzin wklepywania tekstów w klawiaturę. Spośród dwudziestu dwóch książek, które wydałem pod własnym nazwiskiem, dziesieć to zbiory opowiadań. Ponad siedemdziesiąt tekstów o Jakubie Wędrowyczu, ponad trydzieści bez niego. Sto opowiadań, w tym może jedna czwarta zamieszczona w czasopismach, fanzinach i informatorach konwentowych. Pomiędzy debiutem w czasopiśmie a pierwszą książką opublikowaną pod nazwiskiem rzuciłem w błoto dziesiątki głazów. Po takim trakcie pojechały cięższe wozy. Podobnie widać to w skali makro. „Fabryka Słów” i „Runa” wydały wspólnie już kilka setek ksią-

ANDRZEJ PILIPIUK


żek. To też kamienie, rzucane z pozoru w bezdenną przepaść. Dokonało się to, co niemożliwe. To, o czym z trudem śmiałem marzyć 15 lat temu. Mamy co najmniej kilku autorów zawodowych – ludzi żyjących z pisania fantastyki. Obok coraz lepiej żyją sobie graficy tworzący ilustracje do okładek. Może trzeba będzie te kamienie rzucać jeszcze przez dekadę, ale dorobimy się też własnych reżyserów, którzy nakręcą nam polskie filmy. I to lepsze niż „Wiedźmin”. Druga złota myśl – poznałem ją rozmawiając z Pawłem Siedlarem. Żydzi działają „po łyżeczce”. Jeśli natrafią na problem z pozoru nierozwiązywalny, dzielą go sobie na mniejsze i likwidują po kawałeczku. Nie spieszą się, nie liczą na natychmiastowe zyski. Natrafiając na mur, szukają sposobu, by go ominąć. Powoli cierpliwie uzyskują to, co sobie założyli. To mądry naród – warto podpatrzeć ich sposoby... Działam w ten sam sposób. Natrafiwszy na problem nie do przeskoczenia szukam możliwości podzielenia go na mniejsze kawałki. I cierpliwie dłubię. Jeśli trzeba, to latami. Mam sprecyzowane plany na kolejną dziesięciolatkę. Trzecia idea – tym razem z dziedziny łowiectwa. Człowiek jest jednym z najwytrzymalszych zwierząt na naszej planecie. Sarna czy jeleń mogą przejść w ciągu doby 20-30 kilometrów. Potem muszą stanąć, solidnie się najść, popić wodą, odespać. Jeśli przejdą jeszcze trochę, po prostu padną i prawdopodobnie zdechną. Człowiek dzięki zasobom tłuszczu i odmiennej gospodarce rezerwami jest w stanie przejść jednorazowo siedemdziesiąt do stu kilometrów. Jeśli na sawannie zobaczymy antylopę, nie umrzemy z głodu. Co z tego, że szybko biega? Wystarczy za nią iść, aż padnie. Nie trzeba nawet umieć przebiec maratonu, by zagonić zwierzę na śmierć. Są pisarze lepsi ode mnie. Sprawniej operują piórem, czasem mają lepsze przygotowanie. Ale ja biję ich systematycznością. Oni piszą jedną książkę na dwa lata, ja dwie do trzech rocznie. Idę ich tropem, aż padną. Dziś proszony o rady rekomenduję początkującym adeptom pióra tę samą strategię. Zacznij od

dziesięciu dobrych opowiadań. Rzucaj kamienie. Małe i lekkie, ale rzucaj do skutku. Nie nastawiaj się na pisanie jednej książki – planuj wiele. I pamiętaj o czasie. Kariera pisarska to nie totolotek. Tu nie ma natychmiastowych wygranych. Myślmy nie w kategorii lat, ale dekad. Aby zdobyć skarby, wystarczy długi, mozolny i forsowny marsz. Jeśli nie nastąpi żadna tragedia ani katastrofa – dojdziemy.

ANDRZEJ PILIPIUK (ur. 20 marca 1974 w Warszawie) - polski pisarz i publicysta, laureat nagrody literackiej im. Janusza A. Zajdla za rok 2002. Z wykształcenia archeolog. Najbardziej znany jest z cyklu opowiadań o przygodach Jakuba Wędrowycza – zamieszkującego w Starym Majdanie koło Wojsławic plugawego degenerata, bimbrownika i egzorcysty. Debiutował opowiadaniem Hiena („Fenix” 2/1996), w którym po raz pierwszy pojawiła się postać Jakuba. Od tego czasu Pilipiuk napisał kilkadziesiąt innych opowiadań z tego cyklu, wydanych w sześciu zbiorach. Sam nazywa siebie „największym piewcą polskiej wsi od czasów Reymonta”. Innymi utworami Pilipiuka jest cykl o kuzynkach Kruszewskich oraz Michale Sędziwoju, alchemiku który zgodnie z legendami zapewnić miał sobie nieśmiertelność dzięki odkryciu tajemnicy kamienia filozoficznego. Tytułowe bohaterki serii Kuzynki pierwszy raz pojawiły się w jednym z napisanych przez niego tomów Pana Samochodzika. Zarówno w cyklu Kuzynki jak i Pan Samochodzik pojawia się również przelotnie Jakub Wędrowycz. (za wikipedia.pl)

Jak to było, że zostałem pisarzem

15


JOANNA ŚWIDERSKA „– Dałabym mu nawet na kamieniu. – A ja na jeżu...”, czyli kobiecym okiem Już wcześniej zdarzyło mi się wspomnieć o istnieniu pewnej tendencji: kobiety piszą raczej dla kobiet, a mężczyźni dla mężczyzn. Jej źródłem jest zapewne pogląd, że kto lepiej jak nie przedstawiciel tej samej płci rozumie moje potrzeby i kierunki zainteresowań. Nie jest to poparte żadnymi większymi badaniami, raczej luźnym stwierdzeniem na podstawie obserwacji. Są naturalnie wyjątki. Zdarzają się wspaniali pisarze, którzy swoim piórem porywają kobiece serca, nie zalatując jednocześnie zbytnio atmosferą Harlequinów, oraz pisarki, których język jest równie, jeśli czasem nie bardziej cięty od przeciętnego męskiego, które potrafią trafić w męskie gusta. Mimo to przeważa podział płci – panie paniom, panowie panom. Niemniej nie należy oceniać książki ani po okładce, ani po nazwisku, gdyż wśród tych na pierwszy rzut oka nudów każdy może znaleźć coś dla siebie. Dziś pragnę spojrzeć właśnie „moim okiem” na moje ulubione postacie ze świata książki, ale również filmu. To całkiem normalne, że książka, niezależnie od rodzaju literatury, przez każdego z nas zostanie odebrana inaczej. Związane jest to z różnicą charakterów, poczucia estetyki, upodobań, doświadczeń. Często gęsto różnice te są zbyt mocno kategoryzowane ze względu na płeć i wiek. Jednak tego typu podział jest już dla mnie czystym przykładem szufladkowania, upraszczania, że kobiety wolą bardziej romantyczne dzieła, towarzyskie konwenanse, mezalianse, a mężczyźni stawiają na akcję, dynamikę, „męski świat”, ograniczenia dialogów do niezbędnego minimum (chyba mogę tu polecić „Wall-e’ego”). A upraszczanie i klasyfikacja – tu już mamy do czynienia ze stereotypizacją.

16

Jednak różnice odbioru nigdy nie powinny być źródłem kłótni, raczej fundamentem do dyskusji, wymiany spostrzeżeń, poglądów (no chyba że mamy do czynienia z maturą z języka polskiego – wtedy nie ma miejsca na własne przemyślenia czy interpretacje. Tu należy trafić w klucz czyichś myśli). Więc teraz czas na moje pięć minut. Przedstawię trzech panów, którzy rządzą moim umysłem, i żałuję, że nigdy się nie spotkamy. Flynn Carsen – mól książkowy, który otrzymuje ofertę pracy jako bibliotekarz. Jego nowym zadaniem jest pilnowanie tajemniczego pokoju w podziemiach biblioteki, w którym znajdują się największe legendarne skarby świata, takie jak Excalibur czy Puszka Pandory. Flynn daje się poznać jako przebojowy zdobywca zabytkowych dzieł sztuki i naraża przez to na szwank budżet Biblioteki. Dodatkowo młody mężczyzna nadal cierpi z powodu samotności. Kolejna dziewczyna rzuca go, ponieważ Carsen wiecznie ugania się za skarbami, by powiększać zasoby Biblioteki, a niestety nie może wyjawić, czym tak naprawdę zajmuje się „w pracy”. Mimo poczucia wyalienowania (jest na każde skinienie przełożonych), ma świetne poczucie humoru. Jak dotąd powstały trzy filmy z przygodami Bibliotekarza. Niektórzy zapewne dostrzegą pewne podobieństwo do Indiany Jonesa.

JOANNA ŚWIDERSKA


Kurt Wallander – postać stworzona przez Henninga Mankella, główny bohater szwedzkiej serii powieści. To prowincjonalny policjant śledczy. Mieszka sam, przy ulicy Mariagatan w Ystad, w Szwecji. Jest rozwiedziony – no trudno, z usposobienia to melancholik, nie ma wielu przyjaciół, a praca pochłania większość jego czasu. Jednak jego stan duchowy nie jest constans przez całą fabułę książki – wraz z upływem stron Wallander zmienia się. Przechodzi kryzys wieku średniego, popada w depresję. Próbuje odbudować swoje życie uczuciowe po rozwodzie. Nie brzmi ten opis szczególnie zachęcająco, jednak coś w tym bohaterze jest takiego, że naprawdę go lubię. Było też kilka adaptacji filmowych. Wallandera, czyli Wilka, grało kilku aktorów, jednak najbardziej pasuje mi Rolf Lassgård (na zdjęciu). Pewnie znacie go z serialu na podstawie książek, emitowanego na Polsacie. No i czas na najważniejsze, moje książkowe „ciacho”: Geralt z Rivii – wiedźmin, bohater powieści i opowiadań Andrzeja Sapkowskiego, oraz bohater filmu, serialu i gry RPG, bazującej na pierwowzorze, czyli „Sagach wiedźmińskich”. Jako dziecko został zabrany do Kaer Morhen, aby przejść liczne mutacje oraz Próbę Traw, które przemieniły go w wiedźmina. Dzięki temu zyskał wiele zdolności, takich jak szybka regeneracja, wyostrzone zmysły, lepszy refleks, szybkość, siła. Po ukończeniu szkolenia ruszył w świat jako najemny łowca potworów. Jego cięty język, humor, nieustępliwość, możliwe, że niedostępność oraz dystans – właściwie to całokształt tej postaci sprawia, że od momentu, kiedy sięgnęłam po raz pierwszy po sagę, zakochałam się w tym świecie, jego bohaterach, również w samym Geralcie. Film, serial, książki po kilka razy, gra, a teraz dwójka… Nawet

plakat z nim mam nad swoim łóżkiem. I mimo że tak naprawdę plakat to kalendarz z pisma CD-Action na okres lipiec-grudzień 2009, był ze mną wszędzie, gdzie tylko rzucił mnie los. Razem z plakatem Jacka Danielsa tworzy nieodzowny zestaw dekoracyjny mojego pokoju.

Zresztą, jak tu nie lubić „Wiedźmina”? Oto moi faworyci. Absolutni, pod każdym względem. Chyba nigdy mi się nie znudzą. Fakt, jeden z nich pochodzi z serialu, a jak to seriale mają w zwyczaju, przychodzą, powstają nowe, poprzednie się nudzą, ciągną. Wydaje mi się, że skoro Jones, Herkules Poirot czy Sherlock Holmes na długo zagościli w naszych głowach i sercach, oni również mają na to spore szanse.

JOANNA ŚWIDERSKA Rocznik 1988. Obecnie studentka filologii skandynawskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Kiedy tylko znajdzie chwilę oddechu, siada wygodnie w fotelu i czyta, w szczególności Sapkowskiego i Piekarę. Nie pogardzi dobrym, trzymającym w napięciu kryminałem. I musi przyznać, że pod tym względem, skandynawscy pisarze jej nie zawiedli. Ponadto miłośniczka zgłębiania języków obcych oraz patrzenia na świat z przymrużeniem oka.

„– Dałabym mu nawet na kamieniu...”

17


MACIEJ LEWANDOWSKI

Wyjście z cienia Niedawno obejrzałem zwiastun niezależnej produkcji utrzymanej w konwencji horroru. Zapiera dech w piersiach. Akcja toczy się w Polsce i opowiada historię przeklętego dziecka. Autor, jak sam zapewnia, inspiracje czerpie pełnymi garściami z lokalnych – kaszubskich – legend. Wszystko wygląda niezwykle klimatycznie, a co najważniejsze – nie ma tam miejsca dla eterycznego Edwarda i Belli o maślanych oczach. Od pewnego czasu w kulturze masowej obecne są wszelkiej maści demony i upiory. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem drogi, jaką rzeczone widziadła przemaszerowały z ciemnej, dusznej szafy na billboardy i – co tu ukrywać – trade marki. Wbrew atawizmom z czasów jaskiń i bizonów stwory ciemności przestały budzić w nas lęk. Zamiast kłębić się pod łóżkiem śmiało ruszyły na podbój świata. Z uniesioną butnie przyłbicą. Diabeł reklamował papierochy w USA, a u sąsiadów za miedzą firmuje gumki (bynajmniej nie do spodni). Upiory przewinęły się przez kampanię promocyjną firmy telekomunikacyjnej a wampiry... No właśnie – wampiry. Są wszędzie. Szturmem wzięły przestrzeń medialno-reklamową i radzą sobie doskonale w tej niszy. Wszystko zaczęło się od sukcesu „Drakuli” Brama Stokera. Temat na moment przycichł, by powrócić ze zdwojoną siłą wraz z sagą Anne Rice. Ruszyła lawina. Wszyscy oszaleli na punkcie krwiopijców – zaczęły mnożyć się książki, filmy i pęcznieć armia naśladowców.

18

Widzieliście kiedyś kanarka udającego kota, symulującego jednocześnie, że wtranżala inne kanarki? Albo białe myszki – którymi karmione są węże – zachwycające się syczącą gadziną? By dowolny inny niedoszły obiad łamał ręce nad mroczną, samotną duszą drapieżnika pochylającego się nad nim z widelcem? Nie chodzi o to, że my – potencjalne obiady potworów – jesteśmy głupi. Nie. Chodzi o to, że jesteśmy naiwni. Nie oszukujmy się – to wszystko kwestia bezrefleksyjnego pochłaniania medialnego przekazu. Kwestia całkowitego znieczulenia mas na to, co obecne w szeroko rozumianych mediach, jest już inną bajką. Ktoś jednak tę bajkę pisze. Pomaga oswoić, przyjąć do świadomości pewną rzeczywistość i przyzwyczaić się do niej. Fakt, nie ma jeszcze parady równości dla strachów z szafy. Nie zmienia to jednak stanu rzeczy, w którym przerażający, żywy trup, chłepczący cudzą krew prosto z aorty, jest obiektem pożądania. Śmierdzący zgnilizną typ, śpiący w trumnie wypełnionej ziemią dla wszystkich ma obliczę niewinnego przygłupa, skrzącego się w słońcu jak garść brokatu. Na dodatek rzeczony umarlak jest przyjacielem ludzi i symbolem seksu. Małolaty piszczą na ich widok, samotne menadżerki śnią o romantycznej miłości w objęciach kochanka zza grobu, podczas gdy faceci fantazjują, jak posiąść moc takiego oddziaływania na kobiety. Tymczasem coś wychodzi z cienia. Oswaja ze swą obecnością, ocieplając wizerunek. Ktoś, coś chce nam

MACIEJ LEWANDOWSKI


wmówić, że żarcie ludzkie nie jest złe. Co więcej, stara się przekonać każdego, że biedne Istoty Mroku są smutne i samotne z naszej winy i tak naprawdę nie chcą pić ludzkiej krwi. W sumie to one – wampiry – są ofiarami ludzkiej nietolerancji, przesądów i zabobonów. I wielu w to wierzy.

MACIEJ LEWANDOWSKI Jegomość osobliwy. Urodził się czas jakiś temu, na szczęście może kupować samodzielnie piwo. Dawno temu był Lewandowski poetą dekadentem. Pisał, że smutno mu bardzo, a świat jest felerny. Szczęśliwie, wiersze owe zaginęły. Na studiach jął Lewandowski bazgrać prozę. Tak też zostało. W międzyczasie porzucił doktorat, ponieważ chciał jechać do Las Vegas. Obecnie Lewandowski pisze dużo, czasami dostając za to marne wynagrodzenie. Nie dotarł do Las Vegas.

„– Dałabym mu nawet na kamieniu...”

19


20

IZA GRZELAK-BARCZEWSKA


IZA GRZELAK-BARCZEWSKA

Pisarz detektywem? Pewnie jedynie ten, kto sam pisze, jest w stanie zrozumieć fenomen natchnienia. Jak to się dzieje, że pisarzowi kiełkuje w głowie właśnie taki, a nie inny pomysł? Wielu – zaprzysięgłych zwolenników biografizmu – chciałoby w tekście upatrywać prawdziwych wydarzeń, których głównym bohaterem był sam autor. Ich zdaniem, literat opisuje nie tylko znane sobie epizody, ale także (przede wszystkim?) uczucia, których doświadczył. Prawda często, rzecz jasna nie zawsze, okazuje się być zgoła inna: twórca ma zamysł nie dlatego, że coś przeżył i pragnie to później opisać – raczej do głowy wpada mu myśl, która z jakichś względów okazuje się być dlań nęcąca i odkrywcza, a której źródeł można by szukać… właściwie wszędzie. Łukasz Śmigiel we wstępie do wydanego niedawno zbiorku opowiadań opisał to tak: Wystarczy, że jadę autobusem i usłyszę jakąś piosenkę, po czym mija chwila i w głowie następuje twórczy wybuch, z którego wykluwa się pomysł – niekompletna historia, a czasami zaledwie strzępek lub jedna scena. Łapię ją wtedy za ogon i zaczynam do siebie przyciągać, a ona z każdą chwilą coraz bardziej się przede mną odkrywa i nabiera kształtu1. Oczywiście, może się też zdarzyć, że kanwą literackiego dzieła będą fakty zasłyszane w radiu, poznane dzięki prasie czy telewizji: w całości lub szczątkowo. Wyobraźcie sobie sytuację, w której pisarz, oglądając „Wiadomości”, poznaje mrożącą krew w żyłach historię kryminalną i postanawia ją opisać. Sposoby są w zasadzie dwa: albo zagadka jest już rozwiązana – wtedy wystarczy ją mniej lub bardziej wiernie opisać – albo… no właśnie… nie ma ona jeszcze zakończenia. Co wtedy? Stawiam żołędzie przeciw kasztanom, że większość twórców dopisałaby zakończenie wedle

Pisarz detektywem?

własnego gustu, pozwalając się porwać pióru lub klawiaturze. Czy choć jeden poszedłby na policję, usiłując dowiedzieć się więcej na temat zbrodni i próbując ją (samemu/ do spółki z policją?) rozwiązać? Hm, szczerze wątpię. No, chyba że miałoby się to dziać nie w świecie realnym, lecz powieściowym thrillera klasy B lub C… A jednak, wierzcie lub nie, taki przypadek miał kiedyś miejsce przynajmniej raz – choć może było ich więcej? Pisarzem, który zabawił się w detektywa, był nie kto inny jak Edgar Allan Poe, uważany przez wielu za ojca opowieści kryminalnej, a w każdym razie twórcę pierwszego detektywa, Chevaliera C. Augusta Dupina. Ale… od początku. Był rok 1841. W Nowym Jorku zniknęła Maria Cecylia Rogers, pracownica sklepu z perfumami, zwana przez prasę Beautiful Cigar Girl. Na pozór nie było w tym nic dziwnego – ledwie trzy lata wcześniej gazety także rozpisywały się o jej zaginięciu. Wówczas po paru dniach wróciła cała i zdrowa – podobno uciekła z oficerem marynarki. Tym razem tak się nie stało. 28 lipca ciało znaleziono w rzece Hudson. Mimo zmian, jakim podległo, nie było wątpliwości, że jest to Maria – uduszona za pomocą sznurka, który tak głęboko wszedł w skórę, że początkowo nie było go widać. Śmierć dwudziestodwuletniej kobiety wywołała powszechne poruszenie. Na znalezieniu sprawcy zależało nie tylko miejscowej policji, ale także… mediom. Codziennie, w kilku tytułach równocześnie, pojawiały się nowe pomysły. Opisywano wszystkie dowody, wysnuwano własne wnioski, podano kilka nazwisk najbardziej – zdaniem dziennikarzy – podejrzanych. I… nic. Nie udało się ująć mordercy. Dokonano wprawdzie kilku aresztowań, lecz nie znaleziono winowajcy.

21


Zagadką zainteresował się wówczas Poe. Nie obejrzał miejsca zbrodni, lecz zgromadził wszystkie artykuły, jakie opublikowano na temat śmierci Mary Rogers. (…) Nigdy nie rozmawiał z żadnym funkcjonariuszem policji ani podejrzanym, nie dotknął żadnego z dowodów. Opierał się wyłącznie na tym, co znalazł w gazetach. Maczał pióro w kałamarzu i metodycznie rozkładał na czynniki pierwsze każdą z prasowych teorii na temat morderstwa2. W ten oto sposób powstała „Tajemnica Marii Roget”. Nowela ta przez co mniej przychylnych krytyków została określona mianem eseju. Faktycznie, konstrukcyjnie i fabularnie może przyprawić czytelnika o ból głowy i, raczej niedyskretne, ziewanie. Wszystko to jednak z jednego podstawowego powodu: Poemu nie zależało na napisaniu błyskotliwej perełki. Chodziło mu o odkrycie prawdy, rozwikłanie zagadki morderstwa. Dlatego też utwór składa się głównie z wywodów – użytego niejako gościnnie – Dupina, przeplatanych cytatami z artykułów prasowych i wtrąceniami anonimowego narratora. Innymi słowy, Poe użył dzieła literackiego w celu zebrania myśli, zgromadzenia wszystkich niezbędnych informacji w jednym miejscu i poddania ich gruntownej analizie. Dupin w „Tajemnicy Marii Roget” to sam Poe, czego pisarz bynajmniej nie myślał ukrywać. W jednym z listów pisarz wspominał: Pod pozorem pokazania, jak Dupin rozwiązuje zagadkę zabójstwa Mary, ja właściwie podjąłem się bardzo rygorystycznej analizy prawdziwej tragedii w Nowym Yorku3. Opisując casus morderstwa Beautiful Cigar Girl, twórca zdecydował się zmienić dane ofiary – na jednak na tyle podobne, że wyraźnie czytelne: z Marii Cecylii Rogers na Marię Roget – i miejsce zbrodni: w utworze zwłoki dziewczyny zostają wyłowione z Sekwany. Cała reszta szczegółów była identyczna z tym, o czym można było rzeczywiście przeczytać w ówczesnej prasie. Poe od początku się asekurował: w momencie publikacji oświadczył, że jeśli błędnie zinterpretował choćby jeden z wielu szczegółów, to jego wnioski są również wątpliwe4. Miał zresztą świadomość, że mogło mu się nie udać poznać wszystkich detali sprawy – tym bardziej, że w chwili druku

22

kolejnych części noweli prasa wciąż publikowała nowe rewelacyjne, choć często równie fikcyjne, ustalenia dotyczące przebiegu zbrodni. Dupin-Poe drogę do prawdy rozpoczął od prześledzenia doniesień prasowych. Nie chodziło jednak wyłącznie o poznanie dowodów i śladów, lecz przede wszystkim o zweryfikowanie ich prawdopodobieństwa, a w rezultacie prawdziwości. I tak, z doniesieniami „Le Commercial” Dupin rozprawia się następująco: «Ulice roiły się od ludzi – pisze „Le Commercial” – kiedy wyszła z domu». Tymczasem stało się inaczej. Była dziewiąta rano. Otóż o dziewiątej każdego dnia w tygodniu, prócz niedzieli, ulice miasta istotnie roją się od ludzi. O dziewiątej w niedzielę mieszkańcy są przeważnie w domu i przygotowują się, by pójść do kościoła. Człowiek niepozbawiony zmysłu spostrzegawczego musi zauważyć szczególnie opustoszały wygląd miasta od ósmej do dziesiątej rano co niedziela. Od dziesiątej do jedenastej rano ulice są zatłoczone, nie dzieje się to atoli o tak wczesnej porze, jak w dzienniku podano. Jest jeszcze inny szczegół, co do którego spostrzegawczość „Le Commercial” nie dopisała. «Kawałek spódniczki nieszczęśliwej dziewczyny – powiada on – długi na dwie stopy i szeroki na jedną oddarto, okręcono dokoła jej szyi i zawiązano na karku, prawdopodobnie w tym celu, by stłumić krzyk. Uczynili to złoczyńcy, którzy nie mieli przy sobie nawet chustki do nosa». O ile ten pogląd jest lub nie jest uzasadniony, przekonamy się później, jakże publicysta mniema, iż owymi „złoczyńcami, którzy nie mieli nawet chustki do nosa” były najnędzniejsze rzezimieszki. Tymczasem ci właśnie należą do ludzi, którzy nawet wówczas posiadają chustki do nosa, gdy nie mają na grzbiecie koszuli. Zauważyłeś zapewne, jak od pewnego czasu chustka do nosa stała się wprost niezbędna dla skończonych opryszków5. Itd., itp. Dupin analizuje poszczególne elementy sprawy. Jego uwagę zwraca między innymi fakt, że – zanim jeszcze ciało Marii zostało znalezione – matka dziewczyny miała przeczucie, iż nie ujrzy więcej córki. Detektyw nie wierzy bynajmniej w intuicję, lecz w swoje analityczne zdolności, które każą mu zainteresować się wcześniejszym zaginięciem gryzetki.

IZA GRZELAK-BARCZEWSKA


Skoro wtedy miała uciec z oficerem marynarki, to czemu teraz nie miałaby podjąć podobnej próby? Wyjaśniałoby to odczucia Madame Roget, a może nawet to, że narzeczony ofiary, wkrótce po odnalezieniu zwłok, popełnił samobójstwo. Dalej, krok po kroku, Chevalier dochodzi do wniosku, że po pierwsze wszelkie dowody, jakie znaleziono na brzegu rzeki, gdzie dziewczyna została zabita, podrzucono później, już po opublikowaniu informacji prasowych, po to, by zmylić śledczych. Po drugie ciało Marii zabójca wlókł po ziemi – przy pomocy paska, którym była obwiązana w talii. Po trzecie zwłoki wrzucono do rzeki z… łodzi. Summa summarum wystarczy znaleźć łódź, by dotrzeć do mordercy. Ani Dupin, ani Poe nie byli jednak w stanie podać jego nazwiska. W jaki sposób pisarz przyczynił się zatem do rozwiązania zagadki śmierci Marii Cecylii Rogers? Otóż wykrył nazwiska dwóch kolejnych podejrzanych, którzy zostali zignorowani przez policjantów i dziennikarzy. (…) Policja dokonała dwóch aresztowań, a zeznania podejrzanych nie tylko potwierdziły wnioski Edgara Allana Poe, ale również wszystkie szczegóły, które doprowadziły do tych wniosków6. Mimo to, ostatecznie, personalia dusiciela młodej gryzetki pozostają nieznane, a jej śmierć stanowi jedną z największych zagadek Nowego Jorku.

Próba podjęta przez Poego przeszła do legendy. Steve Thayer, w swej powieści „Pogodynek”, obwieszcza: Pierwszy genialny detektyw nie był więc gliną. Był pisarzem7. Gdy uwzględnimy fiasko prowadzonego przez Edgara Allana Poe śledztwa, zdanie to wydaje się nazbyt optymistyczne. Zdecydowanie bardziej niż w kronikach policyjnych Poe zapisał się w historii literatury – „Tajemnica Marii Roget” była prawdopodobnie pierwszym utworem napisanym w konwencji detektywistycznej na podstawie prawdziwego zabójstwa8.

IZA GRZELAK-BARCZEWSKA Gdyby mogła wybrać datę swoich urodzin, żyłaby na przełomie XIX i XX wieku… pod warunkiem, że w filmach grywaliby już Eugeniusz Bodo i Gene Kelly, grali na trąbce – Louis Armstrong i Miles Davis, a śpiewali – Frank Sinatra i Dean Martin. W wolnych chwilach czyta, czyta i jeszcze raz czyta. Czasami też drażni maleńkie stworzonka, robiąc im zdjęcia.

1

Ł. Śmigiel, Wstęp , w: tegoż, Mordercy, Gdańsk 2011, s. 5. S. Thayer, Pogodynek, tł. R. Madejski, Zakrzewo 2010, s. 273. 3 http://pl.wikipedia.org/wiki/Tajemnica_Marii_Roget. 4 Thayer, op. cit., s. 273. 5 http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=3212&s=1, s. 23–24. 6 Thayer, op. cit., s. 273–274. 7 Thayer, op. cit., s. 274. 8 http://pl.wikipedia.org/wiki/Tajemnica_Marii_Roget. 2

Pisarz detektywem?

23


24

KAIN, KYRCZ JR, ROGOŻA, SKOWROŃSKI


DAWID KAIN, KAZIMIERZ KYRCZ JR, PIOTR ROGOŻA, JACEK SKOWROŃSKI

Nieśpieszny wywiad o twórczości, natchnieniu i przyszłości literatury (męczył i indagował: Darek Barczewski)

DAREK BARCZEWSKI: Zacznijmy od pytania bardzo ogólnego: co dla Was znaczy bycie twórcą? JACEK SKOWROŃSKI: Witajcie przyjaciele, szalenie fajnie znów się powymieniać myślami! Szczególnie mocny uścisk dla Piotra Rogoży, z którym po raz pierwszy mam okazję się spotkać. Dla mnie bycie twórcą, najprościej rzecz ujmując, to satysfakcja. Satysfakcja wynikająca ze zrobienia czegoś niepowtarzalnego, co pozostawię po sobie – nie w sensie jakiegoś wiekopomnego przekazu wpływającego na bieg dziejów, lecz prostej świadomości, że od czasu do czasu ktoś, celowo lub przypadkiem, otworzy moją książkę i zapomni, że jutro trzeba iść do pracy, że jajek nie kupił, że nie jest obrzydliwie bogaty, że mu się woda do wanny leje… DAWID KAIN: Bycie twórcą to pewnego rodzaju nieprzystosowanie, które sprawia, że zamiast zadowalać się tym, co jest wokół, zaczynamy wymyślać coś nowego. W naszym wypadku chodzi o zapisywanie historii, które teoretycznie się nie wydarzyły. Chociaż może to, o czym piszemy, dzieje się naprawdę w jakichś równoległych rzeczywistościach, a pisarze mają do tego wgląd i spisują, co widzą i słyszą. Stąd brałoby się charakterystyczne oderwanie od rzeczywistości w czasie pisania. Wtedy wyobraźnia oznaczałaby po prostu okienko na inne światy. KAZIMIERZ KYRCZ JR: Dla mnie jest to słodka udręka. Przelewanie na papier swoich pomysłów, adaptowanie do potrzeb literatury zdarzeń, które się wydarzyły albo które się wydumało, potrafi być prawdziwą męczarnią. Kiedy jednak efekt tej drogi przez mękę okazuje się zadowalający, wtedy właśnie nadciąga

słodycz… Nieporównywalna z niczym innym. PIOTR ROGOŻA: Bycie twórcą to konieczność radzenia sobie ze specyficznym ciśnieniem, które regularnie wzrasta w głowie. Rozmaite inspiracje – obrazy, zasłyszane fragmenty rozmów, jakieś spontaniczne olśnienia na minutę przed czwartą w nocy – to wszystko stopniowo odkłada się gdzieś wewnątrz. I fermentuje. Z czasem napór jest tak silny, że po prostu trzeba dać upust, przelać to na klawiaturę, żeby głowa nie eksplodowała. Prawdopodobnie ten strumień inspiracji przepływa przez głowy normalnych ludzi całkiem swobodnie, tylko twórcy mają jakąś fabryczną usterkę. Męczące i uciążliwe, ale też nie wyobrażam sobie życia bez tego rozedrgania. D. B.: Udręka i słodycz ekstazy. Albo nieprzystosowanie, czy też usterka filtrów. Albo satysfakcja. Widzę, że twórczość odbieracie różnie, ale zgadzacie się, że udział w tym zjawisku trochę Was odróżnia od innych ludzi, nazwijmy: w pełni zdrowych ;-). Pozwolę sobie wdziać szaty advocatus diaboli i zapytać, trochę przekornie, czy w dzisiejszych czasach bycie Twórcą nobilituje, czy raczej stanowi garb? A może nawet jakąś przewlekłą chorobę o utajonym rozwoju, atakującą człowieka w szczycie jego produktywności i wykluczającą go ze społeczeństwa? Jak to jest, Panowie, muza dotyka człowieka w nagrodę, czy za karę? P. R.: Osobiście dopuszczam myśl, iż rację może mieć Crowley: każdy człowiek ma swoją thelemę, drogę, na której może się realizować. Jeden rodzi się z wyostrzonym słuchem muzycznym, inny czuje się w pełni sobą, jedynie stojąc naprzeciw rywala, jeszcze innemu

Nieśpieszny wywiad o twórczości...

25


natura zamontowała w głowie ten dziwny filtr, na którym odkłada się część otaczającej rzeczywistości. Jeśli wszyscy szczęśliwie odnajdą swoje drogi, będą odpowiednio muzykiem, bokserem i pisarzem, i najpewniej będą się w tych rolach spełniać. Zgadzam się więc w pełni, że bycie twórcą, w tym konkretnym przypadku pisarzem, to po prostu konsekwencja pewnej konstrukcji psychicznej.

psychicznej, tak więc uważam, że pisanie ma na mnie zdecydowanie korzystny wpływ. Przynajmniej na razie.

J. S.: Mogę prosić o powtórzenie pytania…? Nie? No nic, spróbuję wspiąć się na wyżyny intelektu i sprostać wyzwaniu. Otóż – mówię wyłącznie za siebie – pisarz w praktyce nie jest rozpoznawalny na ulicy, rzesze fanów (lub wrogów) nie ciągną raczej jego śladem, więc z tej perspektywy bycie twórcą ani nie stanowi obciążenia, ani nie sprawia, że człowiek unosi się nad ziemią jak nadistota jakaś. A zarazem, śmiem twierdzić, bycie twórcą to umiejętność stawiania pytań, wieczna ciekawość i nieobojętność. Czyli raczej konsekwencja określonej konstrukcji psychicznej, którą się posiada lub nie, jak kolor oczu czy skłonność do dewiacji. Życie składa się z poszukiwania jedzenia, snu i oddawania się przyjemnościom. Muza niewiele ma do roboty, jest raczej bierna i nieruchawa, nie daje się przywołać na życzenie ani odegnać, gdy sił brakuje, a ona by chciała jeszcze i jeszcze… Reasumując, nie jest to kara ni nagroda, robimy to, co w istocie sprawia przyjemność. Wprawdzie pisanie bywa cięższe niż kopanie rowów, ale nie słyszałem o autorze, który by pióro zamienił na łopatę.

D. K.: Jeśli chodzi o natchnienie, to nie wydaje mi się, żeby coś takiego istniało. Tzn. pomysły na potencjalne powieści i opowiadania płyną przez głowę chyba nieustannie, całymi zdziczałymi stadami, a nie tylko od święta, jak Muza przyjdzie i tupnie. Więc raczej mam wrażenie, że prozaicy to po prostu ludzie z pomysłami, z wrodzoną ciekawością świata, no i z wyobraźnią, która potrafi wymykać się spod kontroli. Kiedyś bycie twórcą nobilitowało niesłychanie, teraz już nie bardzo. Możliwe, że słowa straciły trochę ognia na rzecz innych form przekazu, takich jak kino. Dawniej czytanie książek to była osobna przygoda, ekscytująca wyprawa na nowe kontynenty, teraz raczej niegroźne hobby, między jednym kliknięciem a drugim, przerwą na reklamę a ulubionym serialem. Jeśliby uznać pisanie za formę komunikacji, to jest to przekaz jednostronny, bez odpowiedzi, krzyk głuchego do ściany. Absolut nie pośle mi maila o treści „Masz rację, Dawid, pełen szacun!”, ale zdarzają się całkiem miłe reakcje czytelników, choć trudno uznać słowa „wporzo powieść, 9/10” za pełnoprawną odpowiedź na kilkaset tysięcy znaków przekazu. Jest też coś w tym, co powiedział Kazek, że powieść to jest to, co sami chcemy powiedzieć sobie albo komuś bliskiemu. I tym bardziej cieszy, gdy ktoś obcy czyta i widzi w tym jakieś kawałki samego siebie.

K. K. JR: Z natchnieniem bywa podobnie jak z wieloma innymi zjawiskami determinującymi życie – kiedy go wypatruję, potrafi robić mistrzowskie uniki, a przybywa akurat wtedy, gdy skupiam się na czymś kompletnie prozaicznym, niejako mimochodem wytrącając mnie z rytmu. Ot, taka przekorna bestyja… Co do twórczości, to nie sądzę, by była łącznikiem pomiędzy mną i Absolutem. Jeśli już, raczej pomiędzy mną i tą częścią mojego wewnętrznego „ja”, które kryje się w mroku, niechętnie wyściubiając nos na światło dnia. Poznanie samego siebie, choć bywa bolesne, zdecydowanie służy osiągnięciu równowagi

D. B.: Tworzenie można rozumieć przynajmniej dwojako. Jako proces skierowany wewnątrz, a więc celujący na zadowolenie samego twórcy, albo odwrotnie: na zewnątrz, wybiegający ku potrzebom odbiorcy. Ale właśnie, czego tak naprawdę potrzebuje dzisiejszy, statystyczny odbiorca? Twórcy przez duże „t” czy raczej producenta odcinków serialu, zwanego kulturą – takich, które można podlinkować na Facebooku i które ocenić można – cytując Dawida – krótkim „9/10”? Skoro bycie twórcą nie nobilituje – a taki wniosek wysnułem z Waszych wypowiedzi – to czy nobilituje

26

KAIN, KYRCZ JR, ROGOŻA, SKOWROŃSKI


konsumencki udział w kulturze? A może jest to czynność niemal już fizjologiczna, ułatwiona przez sprowadzenie wielu aspektów kultury do łatwych w obsłudze mgnień elektronicznego świata? J. S.: Wszelkie narzekania oraz przerzucanie winy na odbiorcę uważam za chybione i źle skierowane, przynajmniej z punktu widzenia twórcy. Naturalną rzeczą jest dążenie do przyswajania potraw lekkostrawnych, niedrogich i wabiących wyglądem. Jeśli konsument nie szuka potraw nowych, o niezwykłej kompozycji składników, smaków i zapachów, to zwykle dlatego, że już zdążył nabawić się niestrawności… Być może, jako twórca literatury plasowanej na nie najwyższej półce, nie powinienem marudzić, jednak odnoszę wrażenie, że już w szkole podstawowej dzieciaki są skutecznie zniechęcane do szukania strawy intelektualnej i podejmowania wyzwań, bo czemuż innemu służy dobór lektur kompletnie niedopasowany do wieku i potrzeb, uparte międlenie pytania: co pisarz miał na myśli?, narzucanie wręcz kanonu, który można uznawać za wartościowy i piękny. W rezultacie młody człowiek wyciąga prosty wniosek, że jeśli nie przypadło mu do gustu jedno lub drugie wybitne „dzieło”, to coś jest z nim nie tak i szkoda czasu na wizyty w bibliotece. Bo odbiorca ma dziś ogromny wybór. Wszystko na wyciągnięcie ręki. I wyboru dokonuje bezrefleksyjnie, kierując się odruchem, potrzebą chwili, przyzwyczajeniem i tak naturalnym pragnieniem doświadczenia przyjemności. Trzeba się z tym pogodzić, rolą twórcy jest uwieść i wręcz wychować sobie odbiorcę, nie poddając się do końca trendom. Samo zaistnienie w sferze kultury masowej nie jest nobilitacją, dopiero jakaś forma wyróżnienia się w niej, wyjścia poza schemat i sztampę. Ale bycie garbatym wśród prostych nie wystarczy do zostania królem. Wyróżnia, owszem, jednak widok garbusa prędko się opatrzy. A gdy się wyda, że garb jest sztuczny… D. K.: Gdyby brać pod uwagę tylko statystyki i tylko takiego – statystycznego – odbiorcę, to wnioski były-

by przerażające. Bo właśnie według statystyk przeciętnemu Polakowi do pełni czytelniczego szczęścia wystarczy rocznie pół książki kucharskiej, ćwierć podróżniczej i ćwierć powieści obyczajowej. Tu widać wyraźnie, że patrząc na statystyki i chcąc odnieść sukces w naszym kraju, trzeba by napisać książkę kucharsko-podróżniczo-obyczajową, co przecież jest absurdeee… eeem, ekhm, czy przypadkiem „Jedz, módl się, kochaj” i wszystkie te książki o Toskanii nie należą do tego nurtu? Ale generalizując: z tego, co udało mi się zauważyć, w każdej grupie odbiorców – czy to kina, czy muzyki, czy literatury – są z jednej strony „poszukiwacze”, a z drugiej „zjadacze”, zwani najczęściej konsumentami. Poszukiwacze mają swój gust, swoje ulubione gatunki literackie i cieszy ich po prostu odkrywanie dobrej literatury. Wyprawa do biblioteki czy księgarni jest dla nich świętem. Znają też na tyle swoje ulubione konwencje, by odróżnić, co jest świetne, a co marne. Z kolei „zjadacze” nie mają aż takiego rozeznania w literaturze, brakuje im też wyrobionego gustu. Więc głównie łykają to, co zostaje im podane, nie wykazując większych chęci do samodzielnego szukania interesujących tytułów. Osoby te czytają tylko to, co jest modne, gładko przechodząc od Coelho do Dana Browna, by obecnie pochłaniać kolejne powieści wampiryczne. W związku z liczebnością tej drugiej grupy czytelników, na rynku pojawili się autorzy, którzy piszą to, co jest aktualnie modne, licząc na szybką kasę. Stąd wzięło się kilkadziesiąt podróbek Harrego Pottera i kilkaset podróbek „Zmierzchu”. Podejrzewam, że ci zawzięci kopiści to nie są wcale ludzie, lecz rasa pracujących dla wydawnictw zombie, którzy powoływani są do istnienia w bluźnierczych rytuałach. Potrafią oni napisać całą półkę zupełnie jednakowych tomów romansu paranormalnego… w ciągu roku! Od prawdziwych autorów odróżniają się: brakiem stylu, brakiem pomysłów i brakiem pulsu… No ale kończąc z żartami – wszyscy dobrzy pisarze, jakich znam, piszą to, co sami chcieliby przeczytać. A jeśli w dodatku szerokie grono czytelników się tym zachwyci – to czegóż więcej oczekiwać?

Nieśpieszny wywiad o twórczości...

27


P. R.: Jak powiedział ktoś mądry, artyście grozi albo prostytucja, albo staropanieństwo. Albo twórczość jest mniej lub bardziej podszyta merkantylizmem, i wówczas niestety musisz liczyć się z tzw. odbiorcą, albo masz publikę w pompce i nie przejmujesz się, że wykwity twojego talentu nikogo nie obchodzą. Chcemy czy nie, żyjemy w rzeczywistości rynkowej i musimy jakoś się w niej odnaleźć. Osobiście nie widzę absolutnie nic zdrożnego w zarabianiu pisaniem. Piszę literaturę popularną. Jestem autorem powieści młodzieżowej, celującej w określoną grupę odbiorców. Chciałbym, żeby moje kolejne książki dobrze się sprzedawały, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie pisania tylko „na zamówienie”, reagowania wyłącznie na konkretne rynkowe zapotrzebowanie. Powiem trywialnie, że chyba największą sztuką jest tak uformować myśli i obrazy kłębiące się w głowie, aby trafiły do szerokiego grona czytelników, były nie tylko zrozumiałe, ale też atrakcyjne. To jak w muzyce – odjechane brzmienia i literacko znakomite teksty mogą iść w parze z dobrymi melodiami. „Pop” od dawna nie jest określeniem wartościującym negatywnie. Kim zaś jest i czego oczekuje „statystyczny odbiorca” – nie mam pojęcia. Rynek kultury, a więc również literatury, to tak naprawdę szereg osobnych nisz. Chcąc nie chcąc, twórca kieruje przekaz do jednej, może kilku z nich, zasięg rażenia jest ograniczony. Róbmy po prostu swoje i róbmy to najlepiej, jak potrafimy – wierzę, że czytelnicy nas znajdą i docenią. Oni wychodzą naprzeciw nam tak samo, jak my do nich. Mam nadzieję, że w ten trochę pokrętny sposób odpowiadam na pytanie. K. K. JR: W naszych czasach za sprawą dostępności wszelkich dóbr, w tym dóbr kultury, wszystko wszystkim centralnie spowszedniało. W tym kontekście dość trudno określić, co właściwie jest nobilitacją,

28

a co usilną i częstokroć żałosną próbą zwrócenia na siebie uwagi… Wiele zależy od tego, czy dany autor sięgając po przysłowiowe pióro, próbuje udowodnić ogółowi swój domniemany geniusz, czy po prostu kieruje się potrzebą stworzenia czegoś wartościowego. Czyli innymi słowy – jakie ma priorytety. A jeśli chodzi o odbiorców, cóż, tu sytuacja wygląda podobnie. Są tacy, którzy czytają Paulo Coehlo, bo tak wypada, ale i tacy, dla których przyswajanie sobie kolejnych tytułów jest czynnością równie niezbędną do prawidłowego funkcjonowania jak oddychanie. D. B.: A nie jest tak, że po części owo robienie czegoś „bo wypada”, stanowi element procesu kulturogennego? Czy czasem zbyt mocno nie demonizujemy tej niewoli gustu? K. K. JR: Jest w tym trochę racji. Nie można przecież wykluczyć takiej sytuacji, że ktoś kto sięgnie po jakąś książkę dla lansu, skorzysta z niej na głębszym, prawdziwie emocjonalnym poziomie. D. B.: A czy Waszym zdaniem jest na rynku miejsce na kulturę elitarną? K. K. JR: Oczywiście. Pytanie tylko, ile mamy tego miejsca. No i co uznamy za kulturę elitarną… W chwilach przygnębienia dopada mnie bowiem wrażenie, że w XXI wieku każda kultura jest elitarna. P. R.: Kultura elitarna to pojęcie bardzo nieostre. Grząski grunt. Bo czym właściwie jest, do kogo jest kierowana? Z jednej strony, za elitę pośród Polaków można uznać już wszystkich tych, którzy w ogóle czytają coś poza programem TV. Z drugiej, znam osoby szczerze uważające, że czytanie beletrystyki jest dla plebsu, a nic wartościowego nie wychodzi poza aka-

KAIN, KYRCZ JR, ROGOŻA, SKOWROŃSKI


demickimi seriami wydawniczymi. Przy tym czas obchodzi się z podziałami masowe/elitarne dość bezpardonowo – dość powiedzieć, że kilka dekad temu Theodor Adorno, filozof słynnej szkoły frankfurckiej, uważał muzykę jazzową za prostą rozrywkę dla niewymagającego odbiorcy. Mozart był osiemnastowieczną Lady Gagą, tworząc muzykę rozrywkową, a często po prostu taneczną… Macałbym terytorium „kultury elitarnej” ostrożnie i raczej kijem. D. B.: Słuszna uwaga, Piotrku. Zbyt często zapominamy o względności zjawisk. Z drugiej strony, nie uważasz, że odpuszczenie sobie dążeń do stawiania czegoś na piedestale z napisem „elita” jest na swój sposób groźne? Czy nie jest z tym trochę tak, jak w ogóle z dążeniem do ideału, którego osiągnąć się wszak nie da, ale pominięcie starań prowadzi często na boczne tory? A może znaczenie zjawisk elitarnych wynika z szablonów kulturowych i – co tu dużo gadać – dobrze zakorzenionej hipokryzji? P. R.: Chyba po raz kolejny chodzi po prostu o magię autorytetu. Tworzymy swoich idoli, chcemy móc organizować się wokół jakichś totemów. Również jako czytelnicy. Tylko znowu, naprawdę różnie bywa z tą elitarnością. To co dla jednego sufitem, jest podłogą dla drugiego. W gimnazjum za elitę intelektualną i oczytanych omnibusów uważa się czytelników Pratchetta. Na studiach miałem okazję usłyszeć, jak już zresztą wspomniałem, że czytanie beletrystyki to metoda na zabicie czasu w pociągu, i to w ostateczności, bo książki Wittgensteina też zmieszczą się do plecaka. Zawsze będziemy tę „elitarność” relatywizować, zwykle do samych siebie. Poczytaj jakieś forum fantastów – wiele osób całkiem serio uważa, że czytając Piekarę należy do elity (bez żadnej obrazy dla Jacka Piekary). Żyjemy w popkulturowym tyglu, wszystko wokół bulgocze, stale się przewartościowuje. Za groźne uważałbym raczej tworzenie na siłę zamkniętych, „elitarnych” grup i organizowanie ich wokół jakichś konkretnych dzieł kultury.

J. S.: Z elitarnością jest problem. Od dwóch dni zastanawiam się nad samym pojęciem i dochodzę do wniosku, że jest cholernie trudne do zdefiniowania, a będzie coraz trudniejsze. Wynika to z faktu, że, wbrew malkontentom, dostęp do kultury nigdy nie był tak łatwy i powszechny, zasobność kieszeni i przynależność do określonej klasy społecznej nie stanowi dziś bariery. A skoro tak, to gdzie tkwi ta cała elitarność? Bo jeśli w samej kulturze, którą ku elitarności wynosi bełkot krytyka zachwyconego wielopoziomowością twórczego przekazu uwypuklającego meandryczną istotę bytu rozwarstwionego konfliktem psychiki i cielesności jednostki, to ja dziękuję uprzejmie. A miejsce jest na wszystko, gdyż nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba. D. K.: Ja, nie wiedząc, jakimi kryteriami wyróżnić kulturę elitarną od nieelitarnej, mogę tylko wykrzyknąć: na rynku jest miejsce na wszystko! D. B.: Pozostańmy jeszcze na chwilę w szeroko rozumianym temacie kultury. W jakich relacjach ze światem materialnym powinna, Waszym zdaniem, pozostawać kultura i sztuka? Czy bylibyście zwolennikami pełnego, publicznego mecenatu? P. R.: Problem polega chyba na tym, że artyści (za jakich uważam również pisarzy) wytwarzają dobra symboliczne. Te zaś bardzo ciężko przeliczyć na hajs. Czy wartość dzieła możemy określić przychodem, jaki dzieło to wygenerowało? To chyba jednak dwa różne porządki, bez prostego odniesienia. Państwo dopłaca do nierentownych kopalń – chciałoby się zasugerować, że równie dobrze może dokładać do sfery kultury. W gruncie rzeczy wyglądałoby to nawet bardziej racjonalnie, robią tak Francuzi, uważający kulturę za swoje dobro eksportowe. Państwo jest tam mecenasem nawet dla autorów gier komputerowych. Tyle że mecenat taki grozi postawą roszczeniową – „jestem pisarzem i za to mi płaćcie”. W idealnym układzie dzieła kultury, konkretnie książki, sprzedawałyby się na tyle dobrze, że nikomu nawet nie chciałoby się poruszać tematu publicznego mecenatu.

Nieśpieszny wywiad o twórczości...

29


K. K. JR: Na świecie zdarzały się już mecenaty w różnych postaciach. W Rosji sowieckiej na przykład literaci mogli na koszt państwa wyjeżdżać na miesięczne turnusy do Domów Pisarzy mieszczących się w atrakcyjnych miejscowościach. Z kolei w kraju klonowego liścia Margaret Atwood otrzymała roczne stypendium na napisanie powieści… Może byłoby to nawet ciekawym rozwiązaniem, czymś co dałoby się zaszczepić i u nas, choć – jak z wieloma innymi rzeczami – podejrzewam, że wiązałoby się to z taką liczbą przekrętów, że zaraz tematem zainteresowałoby się CBA. D. K.: Skoro prawie każda grupa zawodowa dostaje dotacje, nie widzę problemu, żeby autorom też coś skapnęło. Istnieją u nas jakieś stypendia, wiem też, że paru naszych pisarzy dostało stypendia z Niemiec, co wiązało się z wyjazdem na kilka miesięcy do Berlina. Brzmi to wszystko nieźle, bo będąc na stypendium, można skupić się na pisaniu, mając w tym czasie zapewnioną kasę na przeżycie. Wtedy nie trzeba pisać z doskoku. Więc jest to ciekawa opcja, tylko szkoda, że niespecjalnie rozpowszechniona. J. S.: Prawa rynku wymuszają równowagę między podażą a popytem, także rzeczy tak niemierzalnej, jak sztuka i kultura, więc reguły są proste. Towar dobry się sprzedaje, kiepski zalega magazyny i jego producent klepie biedę. Tyle że w dziedzinie, o której mowa, popyt coś jakby rośnie w odwrotnej relacji do jakości, a przynajmniej nie da się wysnuć prostej zależności, że kultura wysokiej próby najlepiej się sprzedaje. Tak było zawsze i nasze czasy niewiele tu zmieniły. Przykład wielu państw pokazuje, że mecenat sztuki nie zubaża kraju, a w dłuższej perspektywie zwraca się z nawiązką, gdyż, wbrew utartym opiniom, wcale nie łatwiej rządzi się głupcami. Jestem więc zwolennikiem ograniczonego mecenatu, choćby z pobudek egoistycznych. Ograniczonego, ponieważ trudno wyobrazić sobie płacenie pensji każdemu, kto wpadł na pomysł napisania książki, skomponowania symfonii czy namalowania obrazu. Obserwując trochę branżę literacką, ośmielam się twierdzić, że każdy

30

utalentowany pisarz otrzymuje prędzej lub później szansę zaistnienia. Wielu ją wykorzystuje i… zmienia zawód, przekonawszy się, jak niewdzięczne marzenie zrealizował. Tu by się przydała jakaś forma ograniczonego mecenatu. Co rzecz jasna rodzi kolejny problem, na którego rozwiązanie nie mam w tej chwili pomysłu. Mianowicie – kto miałby decydować i na podstawie jakich kryteriów opiekowano by się „utalentowanym” twórcą? D. B.: A widziałbyś, Jacku, innych twórców w roli takich superselekcjonerów? Pytanie jest minimalnie podchwytliwe, może nawet trochę niewdzięczne: czy twórca jest w stanie obiektywnie ocenić innego twórcę? I nade wszystko, czy w ogóle potrzebujemy czegoś takiego jak oceny obiektywnej? J. S.: Ocena może być obiektywna wyłącznie w sensie szczerości jej formułowania. Ludzie różnią się od siebie, i bardzo dobrze, mają do tego prawo, dzięki temu życie jest bardziej urozmaicone, a odkrywanie własnych upodobań czyni je pełniejszym. A skoro się różnią, muszą mieć różne gusta i poglądy. Koniec, kropka. O wartości dzieła niekoniecznie świadczą wyłącznie pozytywne oceny. Sztuka często wywołuje skrajne emocje, eksperci toczą pianę… znaczy, zacięte dyskusje, z których odbiorca niczego nie rozumie, ale bywa pod wrażeniem biegunki słownej… znaczy, erudycji i przenikliwości znawców, w rezultacie dzieło spryskane ekskrementami… znaczy, ocenione obiektywnie, uzyskuje należne mu miejsce i oprawę, do czasu, gdy kolejni krytycy nie przystąpią do masturbacji… znaczy, dociekania, co autor chciał przekazać i dlaczego mu się nie udało… To tyle moich subiektywnych odczuć na temat obiektywnych ocen. Myślę, że nie ma co obarczać twórców obowiązkiem wyłuskiwania dobrze rokujących artystów. Raczej widziałbym tu rolę lokalnych jednostek związanych z kulturą, gdzie debiutant mógłby spotkać podobnych sobie zapaleńców, mógłby liczyć na jakąś formę promocji, wystawę, spotkanie z odbiorcami, wymianę myśli i opinii. Domy kultury, biblioteki, szkoły o profilu artystycznym

KAIN, KYRCZ JR, ROGOŻA, SKOWROŃSKI


i tym podobne miejsca powinny dysponować budżetem na taką właśnie działalność. Bez odgórnego narzucania kto, co, gdzie i kiedy. Ludzie bardzo chętnie poobcują z szeroko rozumianą sztuką oraz jej twórcami, ale muszą mieć gdzie. D. B.: Zwracacie uwagę na nieostre kryteria identyfikacji wartości kultury. Ciekawie prezentuje się stwierdzenie, że „każda kultura jest elitarna”, więc może ogólnie sam elitaryzm jest egalitarny? Nie ma autorytetów, które mogłyby powiedzieć, co jest wartościowe a co nie. Ba! Sama idea takiej postaci jawi się nam często jako aberracja. Tendencje produkcyjne znane z pozaliterackiego świata, jak na przykład rozproszenie sieci wytwórczej, również sprzyjają rozkładaniu akcentów w miejsce komasowania decyzji pod jednym dachem. Oba procesy – zaniku autorytetów i multiplikacji podmiotów uczestniczących w produkcji (wydawnictw, drukarni itd.) postępują równolegle i może należałoby je oceniać jako elementy tego samego zjawiska, które nas doprowadzi… no właśnie, gdzie? Jak postrzegacie miejsce książki – lub szerzej: literatury – za dziesięć czy dwadzieścia lat? Czym będzie powieść, ale i kim stanie się pisarz? D. K.: Możliwe, że literatura za kilkadziesiąt lat będzie traktowana jako zwykłe hobby, na równi z wędkarstwem i zbieraniem Pokemonów. Możliwe, że dzięki e-bookom więcej ludzi zacznie czytać, pisanie stanie się bardziej opłacalne. Nie wiadomo. Ale patrząc na stopniową degradację znaczenia zarówno literatury, jak i autorów w ostatnich stuleciach (od uwielbianego wieszcza do niegroźnego maniaka, na którego patrzy się z przymrużeniem oka), raczej nie ma co marzyć, że prozaicy i poeci staną się gwiazdami i trafią na okładki magazynów plotkarskich. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że za kilka lat zwykła książka i e-book będą miały równy udział w rynku, piractwo obniży dochody autorów, choć i teraz są one niskie, a każdy grafoman zyska możliwość publikacji (wrzuci plik do sieci i już, wydane).

Całkiem możliwe, że będzie wtedy więcej „autorów” niż czytelników. D. B.: Nie uważasz, Dawidzie, że w pewnym sensie to, o czym piszesz, już stało się faktem? Weźmy na przykład blogi, by daleko nie szukać? Czy nie jest to takie właśnie poszukiwane ogniwo ewolucji? D. K.: Pewnie, blogi można uznać za taką formę natychmiastowej publikacji, podobnie jak wpisy na forum. Mnie jednak chodziło o tak zwany self-publishing e-booków, dzięki któremu każdy może wprowadzić swoją książkę na rynek i na tym zarabiać. Ma to swoje plusy, bo dzięki temu wypłynie wielu autorów mających wcześniej problemy z przebiciem się, ale z drugiej strony w księgarniach internetowych pojawia się masa tekstów całkowicie miernych, bez redakcji i korekty, z okładkami robionymi w Paincie, sprzedawanych za dolara. To już się dzieje, ale jeszcze nie na ogromną skalę. A za jakiś czas może dojść do tego, że czytelnik skuszony ceną wybierze kupno dziesięciu tanich gniotów zamiast jednej „normalnej” książki. Wtedy dojdzie do ostatecznego zwycięstwa grafomanii, a pisarze znikną z powierzchni planety, by żyć w podziemnych pieczarach, tam pisać rzeczy, których nikt nie czyta, i z braku perspektyw żywić się własnym potomstwem, ewentualnie gotować rosół na kościach przodków. K. K. JR: Jestem w tym wieku, że pamiętam jeszcze świat bez telefonów komórkowych, superszybkich procesorów czy Internetu. Siłą rzeczy moje ciągotki do fantazjowania na temat przyszłości są mocno utemperowane… doświadczeniem. Obawiam się jednak, że znaczenie literatury, przynajmniej w tradycyjnym ujęciu, będzie coraz bardziej marginalizowane. Już teraz wydaje się, że największym sukcesem, na jaki może liczyć pisarz, nie jest przyznanie mu literackiej nagrody Nobla, a sfilmowanie jego dzieła. Po co więc pisać słabo sprzedające się powieści, skoro od razu można zająć się przygotowaniem scenariusza? J. S.: Miałem zamiar wydrukować sobie pytanko,

Nieśpieszny wywiad o twórczości...

31


w ramki oprawić i powiesić nad łóżkiem, żeby rozszyfrować, gdy osiągnę wiek emerytalny i czas przyjdzie szare komórki trenować. No, ale skoro Kazek rozkminił, będę musiał poszukać sobie innego lekarstwa na demencję starczą. Lub oddać się rozpuście, co może i szarych komórek nie rozwija, ale przyjemne bywa przynajmniej. Z tym brakiem autorytetów bym nie przesadzał i nie rozdzierał szat. Narzekania na staczanie się intelektualnych guru miały miejsce w każdej epoce, jest wręcz w dobrym tonie to robić. A prawda jest taka, że każdy posiada autorytety skrojone na swoją miarę i dopasowane do własnego kalibru. Imperatyw kategoryczny Kanta można zgłębiać przez lata studiów lub… udać się pod budkę z piwem i natychmiast usłyszeć wersję identyczną w treści, jedynie w formie prostszą. I jaśniejszą tym samym. Zgadzam się, że futurologia skompromitowała się bardziej nawet od wróżek, bo one przynajmniej są często dobrymi psychologami. Jednak pokuszę się o przepowiednię, że książka zachowa się bardzo długo w podobnym kształcie. Telewizja nie zabiła kina, nośniki dźwięku nie spowodowały zamknięcia sal koncertowych, mrożona pizza nie wyparła świątecznego bigosu, solaria nie przyczyniły się do zaorania plaż nudystów. Więc przetrwa i książka, gdyż nic nie zastąpi randki sam na sam z piękną dziewczyną, zupa z torebki to nie grochówka na świńskim ogonku, powieść sczytywana z cienkiego ekranu nie szeleści, nie pachnie, nie można jej utopić w kałuży, nie stanie na półce, przywołując po latach. A pisarz, mimo braku charakterystycznego stukotu maszyny, dymu z fajki, kosza pełnego zmiętych kartek papieru, zawsze pozostanie nieuleczalnym maniakiem, dryfującym w stronę horyzontu…

bardziej potrzeba silnych, opiniotwórczych ośrodków. Mocny, rozsądny głos zawsze wybije się ponad szum. Dalej. Książka jako przedmiot, jako nośnik być może straci na ważności, ale na pewno nie zabije to samej literatury. Kwestią czasu jest rozpowszechnienie się tanich, wygodnych czytników e-booków. Gigantycznie obniży to koszta dystrybucji książek, wszak koszt wykonania kopii cyfrowej jest żaden. Czeka nas pewnie mała technologiczna rewolucja, ale widzę tu raczej szansę niż zagrożenie. Owszem, na pewno zaleje nas masa chłamu, ale z drugiej strony rzeczy wartościowe będą bardziej dostępne i znacznie tańsze. To samo dzieje się przecież w branży muzycznej – artyści, choć wciąż zależni od wytwórni, mogą próbować pokazać się samodzielnie, wypromować w internecie, korzystać z cyfrowych form dystrybucji swoich nagrań. Najlepsi przebijają się niemal zawsze. Tak samo będzie z literaturą. Tu wraca zagadnienie krytyki literackiej, tym bardziej potrzebnej, aby wyselekcjonować perły w tej literackiej masie, która ruszy szturmem na ekrany e-booków. Tradycyjne książki również jeszcze długo nie znikną – empetrójki być może przyczyniły się do spadku sprzedaży tradycyjnych płyt, ale wcale ich nie zabiły. Namacalna, wydrukowana książka stanie się być może produktem kolekcjonerskim, dostępnym równolegle do wydań cyfrowych. Radiohead wydał ostatni album jako mp3 dla wszystkich, CD dla bardziej wymagających i winyl dla kolekcjonerów. Za jakiś czas będziemy wydawać powieści w postaci taniutkiego e-booka, wydania książkowego w paperbacku dla tych, którzy jednak wolą czuć zapach druku, no i w twardej oprawie dla snobów. A pisarz… czemu miałby stać się kimś innym?

P. R.: Nagromadzenie w pytaniu słów mądrych nieco mnie przytłoczyło, ale spróbuję się pozbierać. Po pierwsze – rola autorytetu w dobie internetu wcale nie zmalała. W momencie, gdy na mównicę wejść może każdy – napisać recenzję w fanowskim portalu czy wypowiedzieć się na forum dyskusyjnym – tym

D. B.: Dziękuję Wam za obszerne odpowiedzi i życzę nam wszystkim spotkania się przy kolejnych Waszych publikacjach, nad którymi, z tego co wiem, już pracujecie ;-)

32

KAIN, KYRCZ JR, ROGOŻA, SKOWROŃSKI


DAWID KAIN

PIOTR ROGOŻA

Prozaik. Urodzony w Kolonii (Niemcy), obecnie mieszka w Krakowie. Absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim i podyplomowego edytorstwa na Uniwersytecie Pedagogicznym. Autor powieści m.in.: „Prawy, lewy, złamany” (2007) oraz „Gęba w niebie” (2010), a także zbioru opowiadań „Makabreski” (2010).

Urodzony w 1987 roku w Gdańsku, wychował się w Sulęcinie na Ziemi Lubuskiej. Mieszka w Poznaniu, gdzie aktualnie pracuje jako copywriter i usiłuje ukończyć studia. Autor powieści „Po spirali” i zbiorku „Rock'n'roll, bejbi!”, powieści dla młodzieży – „Klemens i Kapitan Zło” oraz kilkunastu opowiadań. Fan teorii spiskowych i niepasteryzowanego piwa. Wierzy, że jeszcze wszystkich zaskoczy.

KAZIMIERZ KYRCZ JR Prozaik, poeta, policjant. Urodzony w 1970 roku w Człopie (dawne woj. pilskie), nieomal od urodzenia mieszka w Krakowie, gdzie ukończył filologię rosyjską na Uniwersytecie Jagiellońskim i podyplomowe Zarządzanie Kapitałem Ludzkim na Uniwersytecie Ekonomicznym. Jego opowiadania znalazły się w antologiach: „Księga strachu” (tom I i II), „Białe szepty”, „Pokój do wynajęcia”, „Czarna kokarda” i „City 1”. Współautor (razem z Robertem Cichowłasem) zbioru opowiadań „Twarze Szatana” oraz powieści: „Siedlisko”, „Koszmar na miarę” i „Efemeryda”. W 2009 roku na podstawie opowiadania, które napisał z Łukaszem Śmiglem, powstał anglojęzyczny film krótkometrażowy – „Head to Love”, wyreżyserowany przez Amerykanina – Vana Kassabiana. Współpraca z Dawidem Kainem zaowocowała zbiorami opowiadań grozy: „Piknik w Piekle”, „Horrorarium”, a także „Chory, chorszy, trup”.

JACEK SKOWROŃSKI Współzałożyciel i zastępca redaktora naczelnego magazynu fantastyczno-kryminalnego „Qfant”, laureat Grand Prix Ogólnopolskiego Konkursu na Opowiadanie Kryminalne (2008 r.). Autor powieści sensacyjno-kryminalnej „Był sobie złodziej” oraz „Mucha”, a także wielu opowiadań min. w zbiorze „Mogliby w końcu kogoś zabić”. Kolejna powieść już w przygotowaniu. Mieszka w Warszawie, studiował ekonomię w Nowosybirsku i Moskwie, absolwent SGH. Żonaty, córka Sabina. Imał się wielu profesji, zarabiając na życie między innymi jako tragarz, brukarz, sprzedawca butów, włóczęga. Kosmopolita z zamiłowania, kryminalista z wyboru.

.

Nieśpieszny wywiad o twórczości...

33


MARCIN BEKIESZ

Las Za osadą rósł Las. Nie jakiś tam las, byle jaki, ale Las właśnie. Ciemny, gęsty, ponury. Grube pnie rozłożystych dębów i strzelistych sosen tworzyły niemal zwartą ścianę, a przez ich korony przebijało się tak niewiele światła, że miało się wrażenie, jakby w Lesie wiecznie panowała noc. Miękki mech porastał tych drewnianych matuzalemów, którzy gdyby tylko potrafili mówić… ale, ale, zapędziłem się trochę. Dość powiedzieć, że Las budził grozę, a gdy się człowiek do niego zbliżał, czuł chłód przenikający całe ciało. Nawet w upalne letnie dni, kiedy wokół wszystko smażyło się w słońcu, Las pozostawał chłodny i ponury. I milczący. W normalnym lesie ptaki śpiewają, biegają wiewiórki, jeże, dziki i inne takie, a nocami sowy pohukują i wilcy wyją. A w tym nie. Tutaj tylko drzewa szumiały, gdy wiał wiatr. Taki właśnie był Las. Tak więc było oczywiste – a przynajmniej tak mówili miejscowi – że to Las z typu tych, no wiecie, nawiedzonych. Przez Las biegł królewski trakt, i kto się tego traktu trzymał, ten zawsze – no, prawie zawsze – cały, zdrowy i żywy do celu docierał. Ale kto trakt porzucał, czy to dla skrótu, dla grzybów czy dlatego, że drogę zgubił, ten – no cóż – przepadał jak kamień w wodę. I nikt go już więcej nie widział ani o nim nie słyszał, koniec, można pogrzeb wyprawiać i testament wykonać. Wiedzieli o tym wszyscy w okolicy, a my lojalnie ostrzegaliśmy podróżnych – kupców, możnych, wojsko czy chłopów, każdego, kto traktem przez Las jechał – by z niego nie zbaczali pod żadnym pozorem. Kto miał uszy do słuchania, ten słuchał. Kto nie – no cóż, trudno. I może właśnie dlatego ściągała tu cała masa najróżniejszych głupków, rycerzyków i studentów historii naturalnej. Wszyscy oni wyglądali albo na bardzo niewyspanych, albo na bardzo nawiedzonych.

34

I wszyscy, jak jeden mąż, przybywali z najróżniejszymi głupotami we łbach: szukali Dobrych Wróżek, jednorożców, siedmiu krasnoludków, Złego Wilka, Baby Jagi, garnca złota, kwiatu paproci i kto ich tam wie, czego jeszcze. Ot, siła plotki. Ale spróbujcie wytłumaczyć coś miastowym. No więc przybywali szukać tych osobliwości, chociaż pierwszy lepszy wiejski głupek wie, że paproć kwiatów nie wydaje. Ale odwiedzali naszą małą osadę, zostawiali tu trochę grosza i potem ruszali w Las. A że ziemia wokół raczej nieurodzajna była, a myśmy już swoje lata mieli, tedy nawet nie wiecie, jak nam to było na rękę. Było śmiechu, jak raz przyjechał królewski inspektor. Wiózł jakieś tam dokumenta, trzech miał ludzi do ochrony i w ogóle czuł się strasznie ważny. Jak się przy wieczerzy dowiedział o Lesie i o tym, żeby traktu się trzymać, wściekł się, jakby mu kto widłami dla żartu tyłek podziurawił. Pięściami w stół walił i krzyczał, że na takie zabobony nie ma już miejsca w naszym postępowym królestwie. Zapowiedział: – Pokażę wam, ile warte są te brednie! Przejdę przez ten las wzdłuż i wszerz i wyjdę z niego ze łbem każdego, kto się władzy pańskiej postawi! Typowy miastowy. Zarzekł się, że usiecze każdego lub każdą rzecz, która wejdzie mu w drogę. Jak powiedział, tak zrobił; i chociaż mu odradzalim, to rzec można, nauka poszła w Las. Jak i on sam. Poszedł, i tyle go widzieli. Nie on pierwszy, nie ostatni. Nie masz ci lekarstwa na ludzką głupotę! Atoli muszę przyznać, żem winien wam jeszcze jeden fakt przedstawić. Otóż był ktoś, kto po pijaku

MARCIN BEKIESZ


pobłądziwszy po Lesie, wyszedł z niego żywy. Był to stary Witroczy. W jakiś dół wpadł pewnie i łeb sobie zdrowo poobijał. Szczęścia miał jednak więcej niż rozumu, psubrat jeden. Szczególnie teraz, bo gdy wrócił, rychło okazało się, że cały rozum postradał. Coś mu się tam we łbie od pobytu w Lesie poprzewracało, piąta klepka odpadła, no i masz babo placek. Od tego czasu cięgiem się uśmiechał, wierszem gadał i wykazywał lżejsze podejście do życia, ale trzeba go było mieć na oku, żeby czegoś nie podpalił. Życie toczyło się dalej swoim rytmem, rządzone porami roku, zachciankami bogów i prawami Lasu. Był to korzystny układ, dopóki nikt się nie wychylał. I pewnie wszystko szłoby po staremu, gdyby pewnej wiosny nie pojawił się On. Był to piękny, słoneczny poranek, nic ino stare kości przed chałupą wygrzewać, ale powiem wam: jak się ten chłop w osadzie pojawił, nagle jakby słońce przygasło, chłodem powiało, psy zaczęły szczekać, dzieci płakać, kury pouciekały, a mleko w mig skwaśniało. Był wielki jak góra, łysy jak mój szwagier, skórę miał miedzianą, obwieszony cały zabójczym żelastwem, a w jego cieniu można było piwo trzymać. Z mordy nietutejszy, z oczu wariat. Człapał powoli drogą, łypiąc wokoło spod oka i dzwoniąc rynsztunkiem, a gdy doszedł do gospody, stał chwilę w otwartych drzwiach i gapił się do środka. No to myśmy się gapili na niego, w tej ciszy nieprawdziwej, co to nastała nagle jak zatrucie pokarmowe. Ruszył się w końcu, siadł ciężko przy stole w samym rogu i głosem niskim, zachrypniętym, powiedział: – Mięsa. – A zaraz też dodał: – I kartofli. „Dzień dobry” musiało nam gdzieś umknąć. Siedział, żarł, jakby od małego tylko kaszę widział. Ani się słowem nie odezwał, dopóki nie skończył. A jak już się napchał, podniósł się, podszedł do nas, siedzących przy drzwiach, i zadał pytanie, na które czekaliśmy. – Którędy do Lasu? Jak już wam wspomniałem, Las rósł zaraz za osadą. Krożuch łyknął piwa, a ja rzekłem: – Miniecie ten niepozorny zagajnik za osadą, panie, i za trzy dni drogi spytajcie w zamku o dalsze

Las

instrukcyje. Lecz nie tak łatwo trafić do tego Lasu – dodałem. – Strasznie go drzewa zasłaniają. Wielkolud, o dziwo, nie dał się zbić z tropu. – Wiem, gdzie to jest – pochwalił się. – Ja szukam duchów i potworów, co w nim mieszkajo! Którędy do nich? – A po cóż wam one, dobry człowieku… co chcecie z nimi zrobić? Nachylił się wtedy, marszcząc swą poznaczoną wstęgami tatuaży miedzianą twarz we wściekłym grymasie, w czarnych oczach zabłysło coś nieprzyjemnego, i wysapał, zęby szczerząc: – Zabić… je… wszystkie! – Wszystkie…? – zerknąłem na Krożucha, który aż zakrztusił się piwem. – Wszystkie, co do jednego? Nie wiem, czy dacie radę, panie… – Dam radę każdemu – zahuczała góra mięsa w skórzanych portkach. – I tak je wszystkie chcecie… no, tego… – Zabić. Zlikwidować. – Ale tak wszystkie? – Unicestwić! – ryknął, aż mu kolczyk w nosie podskoczył. – Prawda to, że wystarczy zejść z Traktu, a same mnie odnajdą? – No… – zawahałem się. Krożuch gapił się to na niego, to na mnie, z otwartymi ustami i przestrachem w oczach. – Niby tak. Jak dotąd, znaczy się, zawsze się zjawiały… wystarczyło ino z traktu zejść i w Las się zagłębić. Ale naprawdę chcecie samotnie im czoła stawić? Już niejeden próbował… Odpowiedziała mi czysta wściekłość i pewność siebie twarda jak kuchnia mojej starej. – Nic nie umknie memu ostrzu – zawarczał przybysz. – Ja pokonałem smoka z Dillmeln, ja zająłem się splugawionym bractwem Księżyca i opatem Deckettem, ja rozgromiłem zbójecką bandę Gilmeliona z Przełęczy Psa. Z kości wrogów, których zabiłem, można zbudować drogę stąd do lasów Malionu, a ich czaszkami wybrukować wszystkie zaułki w stolicy. Należą do mnie połówki czterech królestw i trzy księżniczki! Jestem – tutaj rzeczywiście się przedstawił, ale już mi z pamięci dawno wyleciało, jakie to było miano – pogromca i egzekutor, śmierć i znisz-

35


czenie moich wrogów, którzy drżą na dźwięk mego imienia! Jestem niepokonany i oczyszczę ten Las z wszelkiego plugastwa! A przede wszystkim zamiaruję zdobyć Lustro! Słuchaliśmy z Krożuchem tej zgrabnej przemowy nieco osłupiali, i nawet się nie odzywaliśmy. Tak, Lustro. Jeszcze jedna specyficzna atrakcja turystyczna. Ale nie taka jak inne, o nie. Prądy gościńca, oprócz awanturniczego płotkostwa i łotrzykowego tałatajstwa, przynosiły czasem ze sobą i większe ryby. Te bolenie, te szczupaki wśród cwaniaków, próbowały schwycić grubszego robaczka. Tacy zjawiali się tutaj, by zdobyć Lustro – mityczny artefakt rzeźbiony w górskim krysztale niebywałej czystości, strzeżony jakoby w głębi Lasu przez jakiegoś demonicznego kajdaniarza szczującego wszystkich piekielnymi ogarami o płonących ślepiach. A może o głowach orłów. Na co by takiemu dandysowi było w krzakach siedzieć i mebli pilnować, o to nikt nie pytał; liczyła się tylko cudowna, osławiona plotką i balladą właściwość tego pożądanego lusterka – otóż kto postawiłby przed nim cały swój majątek, mógłby raz w szkło niczym w taflę wody sięgnąć i wyjąć z niego to, co się w nim odbije – czyli krócej mówiąc dobra swoje podwoić. Tedy po Lustro przybywały jedynie największe chwaty, dla których ryzyko spotkania z piekielnym hyclem warte było podjęcia; innymi słowy – tacy z dużym majątkiem. I oczywiście większość z nich była na tyle chciwa, że cały swój depozyt od razu wiozła ze sobą. Zapewne planowali powiększyć o niego to, co już spoczywało w sadybie demona, i dopiero potem przejrzeć się w krysztale. I to również nam było na rękę. Wielki Sławny Wojownik, jak mu tam było, odetchnął głęboko, po czym odwrócił się i poczłapał w stronę schodów prowadzących do pokoi na piętrze. Po drodze rzucił jeszcze niedbale: – Idę odpocząć, a wieczorem wyruszę uwolnić was od zła czającego się w tym Lesie. I bogactw, które w nim marnieją! Niech mnie diabli, pomyślałem. Niech mnie demony. Chwilę jeszcze siedzieliśmy w milczeniu, patrząc tępo na schody, po których przed momentem

36

wchodził nasz nowy dobroczyńca. Czy on rzeczywiście powiedział to wszystko? Mówił poważnie? Spojrzałem na Krożucha, potem na szynkarza, ale miny obaj mieli nietęgie. Poza nami nie było tu w tej chwili nikogo. Ja pierwszy ocknąłem się z zamyślenia, w jaki wprawiły nas słowa tego zabijaki. – Krożuch – rzekłem zdecydowanym głosem – leć po chłopaków. Jest kłopot. Siedzielim już przy piątym kuflu, i nic. Ośmiu chłopa się zebrało, co by coś wymyślić – i nic. Miny ponure, humory parszywe, nawet piwo nie smakowało. Bo też tylko jedno rozwiązanie się wszystkim nasuwało, a było to rozwiązanie nie do końca przyjemne. Dał się słyszeć łomot kroków i nasz Wielki Wojownik zszedł z piętra. Towarzyszył mu miecz tak ogromny, że właściwie trudno było określić, kto tu kogo trzyma. – Nie bójcie się – rzekł, widząc nasze zafrasowane oblicza. – Powrócę o świcie i zwrócę wam wolność. – No właśnie – mruknął szynkarz, niemal niesłyszalnie. – Ciemno się zaraz zrobi… – spróbowałem. – Ciemność mi niestraszna – odpowiedział Wojownik, i to powiedziawszy, wyszedł. Rymarz Kolnik z jękiem ukrył twarz w dłoniach, a Ryżło, stary młynarz, mruknął tylko: – Diabli nadali. Zanim jednak zdołał bardziej przybliżyć nam swój pogląd na to, skąd przybył nasz wybawca, dał się słyszeć zachrypnięty, lecz wesoły głos Witroczego, siedzącego na ławie przed karczmą. Do Lasu wam śpieszno, Do Lasu wam droga, A tam monstrów osiem, Po osiemkroć trwoga! Przybysz zatrzymał się, słysząc te słowa, i obrócił w stronę starca swoją łysą głowę na karku szerokim jak biodra naszej miłościwej królowej. – Nie lękaj się, dobry człowieku – oznajmił. –

MARCIN BEKIESZ


Powrócę tu w chwale i przyniosę wam pokój. Osada wasza będzie mogła żyć jak dawniej, bez strachu, a ścierwo potworów użyźni wasze pola. Tak rzekł i odczłapał ku gościńcowi, który zaraz za wsią znikał w mroku Lasu. A Witroczy, wciąż uśmiechając się szeroko jak każdy, kto już nie przejmuje się zbytnio światem i jego problemami, dokończył radośnie: Strachu w was nie ma, W sercu duch mężny, Lecz jednak są żeście Dureń potężny! – A niech sobie ten pokój w rzyć wsadzi! – dodał ze złością Ryżło. – To co robimy? – zapytał Piołun, nasz medyk, próbując mocniej chwycić kufel trzęsącymi się ze starości dłońmi. – A co nam pozostało? – pytanie moje było arcyretoryczne. – Mus nam za nim iść w Las i sprawę, jak zwykliśmy, zakończyć. – Sami? – zza lady odezwał się szynkarz, zakaszlał suchotniczo. – Przeciw niemu? Rady nie damy. – Wielki jest jak góra – potwierdził z troską w krótkowzrocznych już oczach Kolnik. – A kogo mamy o pomoc poprosić! – rozeźliłem się. Dorosłe chłopy, a jęczą jak baby. Zazgrzytałbym zębami, gdybym jeszcze miał ich tyle, by móc zgrzytać. – Młodzi do miast powyjeżdżali, a zresztą i tak by pewnie spartaczyli. Co mamy rady nie dać, ośmiu nas jest na jego jednego! – A on jeden jak ośmiu nas. I osiem razy młodszy! – To i osiem razy głupszy! A ręce ma tylko dwie. Musimy przynajmniej spróbować – powiedziałem już nieco spokojniej. – Pomyślcie, co się stanie, jeśli ten kiep rozpowie, że tu u nas nie ma żadnych straszydeł, że niby to już wszystkie przed nim pouciekały! Myślicie, że ludzie na grzyby zaczną tu przyjeżdżać? – Słusznie gada! – orzekł stary Korzeń, co kiedyś był drwalem. – Sam bym go prawą ręką załatwił, gdybym jeszcze ją miał! – Co?! – zagdakał Witlec, na słuchu słabujący. – No – podjąłem. – Tedy razem nam za nim iść

Las

trzeba, kupą wszyscy, żeby radę dać. I dać musimy za pierwszą razą, bo inaczej to nam się tu wszystko zacznie pieprzyć, do czorta. – Nu, ale chyba nie teroz? – spytał Ryżło. – Dyć ćma zaraz, chłód przyjdzie, a mnie w krzyżach łupie! – A kiedy, jak nie teroz? – Krożuch, jako były skryba we dworze, jak zwykle był najbardziej rzeczowy. – Ćma, to i łacniej gdzie wlezie i go poharata, a nam zostanie ino go dobić. Las znamy, a po ciemnicy to i on nas nie pozna, i jego łatwiej podejść będzie. – No, racja w tym jest... – zgodziłem się. – Trzeba myśleć, tak zawsze mówił stary hrabia, gdy we dworze byłem – w głosie Krożucha dała się nagle słyszeć nutka nostalgii. – Podejść wrogów. Zasadzić się, wybrać moment ataku. To się nazywa... stara tegia, mówił, czy jakoś tam. Znaczy się, stary, dobry i sprawdzony sposób... – Tedy nic nam tu dalej po próżnicy siedzieć – rzekłem i wstałem. Wstali i oni, stękając i łapiąc się za krzyże. – Lećcie do chałup, chłopy, i bierzcie niezbędne utensylia. Ino żywo! I wnet na skraju wsi się widzimy! Ciemnieć już zaczynało, gdyśmy się przy opłotkach spotkali. Szynkarz zabrał dębową lagę, którą na co dzień posługiwał się w celu utrzymania porządku w swoim przybytku; Piołun – długi i cienki, ale mocny i ostry jak cholera brzeszczot, którym zdarzało mu

KAMIL DOLIK 37


się już nieraz amputować komuś to czy owo. Kolnik wziął widły, Witlec dzierżył cep; Korzeń w swej jedynej ręce trzymał siekierę. Krożuch przykuśtykał z trzema pochodniami, z których jedna już płonęła. Ryżło przyniósł łańcuch od krów. Na twarzach zebranych malowała się determinacja. – Piknie – rzekłem, popluwszy w dłonie i zacisnąwszy je na trzonku od łopaty. – Chodźmy tedy, o przyszłość naszą i wsi naszej zadbać. I poszliśmy przez pole ku ciemnej ścianie Lasu, z dala od królewskiego traktu się trzymając, wybierając nam tylko znane ścieżyny. Tedy do Rozstaju dotarliśmy dużo prędzej niż ów zagraniczny pogromca zła. Trakt wiódł dalej, skręcając nieco na zachód, biegnąc właściwie wzdłuż rubieży Lasu. Mocno na wschód odbijała zaś pozarastana już, węższa droga, zaniedbana. Im dalej w Las biegła, tym bardziej zwężała się i zanikała pod zielonym kobiercem. Nie dziwota, toć od lat nikt już tędy nie jeździł. Drewniana tabliczka, umocowana na pociemniałym ze starości palu, wskazywała tylko jeden kierunek. – Tu się rozdzielim – rzekłem. – Ryżło, Piołun i Krożuch, ukryjcie się w krzakach i czekajcie na niego. Idźcie potem za nim, miejcie na niego baczenie, ale tak, coby was nie nakrył. My rozstawimy się wzdłuż szlaku, aż do Pieczary, bo pewnikiem tam najsamprzód polezie. I w dogodnym momencie razem uderzymy. – Będzie z tego kłopot – odezwał się Kolnik, wspierając się o widły. – Oj, będzie, bo coś mi się widzi, że w końcu trafiła kosa na kamień! Oczywiście, przez kosę rozumiał nas. – Ja to miano jużem gdzieś słyszał – podjął Piołun, celując we mnie palcem. – Już mi się o uszy obiło, i wierzajcie mi, chłopy, że nie w karczemnych żartach! – Co?! – nie dosłyszał Witlec. – Zawrzyjcie no jadaczki, druhowie, bo sami sobie jeno stracha napędzacie! – uspokoiłem ich. – Zara się okaże, czy ten zuch taki mocny, jakim go malują! A nynie we krzaki wam się chować, a nam uchodzić, bo nas tu najdzie lada chwila! Krożuch, gaś pochodnię!

38

Ledwośmy w gęstwinę zapadali, a już zadzwoniły metalowe uprzęże i zza zakrętu wybiegł Wojownik. Szybki był, cholera jedna, czasu nam nie stało, by się na pozycje rozejść. Tamten zaś do Rozstaju doszedł i na znak popatrzawszy, wpierw w lewo, potem w prawo gębę obrócił. I powiem wam, choć widzieć nas nie mógł, bośmy przeca w zaroślach się kryli, to jednak dreszcz zimny, gdy ku nam spojrzał, po plecach mi przebiegł, jakoby mnie sama Morowa Panna po lędźwiach trupim palcem zmacała. Tak mu się te ślipia błyszczały, jakby bestyja jaka się na nas gapiła, nie człowiek. Czasu więcej nie tracąc, skoczył chyżo w Las zarośniętą ścieżyną. – Prędko! – krzyknąłem. – Zdybamy go przy Wieżycy! Znowu krótszą drogę znając, szybciej dotarliśmy na miejsce. Od zarośniętego szlaku odchodziła tu kolejna dróżka, wiodąca ku szczytowi niewielkiego wzniesienia. A na wzniesieniu stała ruina Wieżycy – starej wieży obserwacyjnej, ongiś mocnej i strzelistej, postawionej tu nie wiadomo przez którego króla. Teraz stała jeszcze jeno dolna, murowana połowa, a po górnej zostały jedynie kikuty belek i drzewce połamane. W środku też wszystko się zapadło i chwastem porosło, ale pewne to było jak komary w lecie, że każdy z drogi zejdzie i chwil tu kilka zmitręży. Nasz dryblas też dał się skusić. Zza skalnego załomu widzieliśmy, jak lekko wbiega na wzniesienie, nawet się hultaj nie zasapał, i zaczyna czujnie okrążać ruinę. – Myślicie, wlezie do środka? – zapytał szeptem Korzeń. – To może mu się co na łeb zwali? – Może mu w tym pomożemy? – podjął szynkarz. – Co?! – Cicho! – zgasiłem ich. – Milczcie, bo nas posłyszy! Wielki Wojownik rzeczywiście zbliżył się do wejścia, sypiącej się dziury w murze bez śladu po wrotach, które dawno już przysłużyły się kilku pokoleniom korników. Oprócz paru luźnych kamieni, w poprzek wejścia sterczała gruba belka, mocno przez czas osadzona w miękkiej ziemi i zaroślach. On jednak, zajrzawszy do środka, ujął belkę jedną dłonią,

MARCIN BEKIESZ


szarpnął i bez widocznego frasunku wyrwał ją i odrzucił w dół zbocza, krzycząc przy tym „huu-haa!”, ale chyba tylko dla zasady, po czym wlazł do środka. – Do kroćset! – syknął Kolnik. – Czy ja dobrze widziałem? Co on żre, że ma tyle krzepy? – Odrzucił lagę jak zaloty naszej baronówny – skwitował Korzeń, a ja, przywoławszy w pamięci obraz latorośli naszego władyki, nie mogłem się z nim nie zgodzić. – Szybko i bez ambarasu. – Piekło i szatani, napatoczył nam się kiep jeden! – zakwękał szynkarz i zaraz potem się rozkaszlał. – Tedy może i rację macie – powiedziałem. – Może on i za duży chwat dla nas? Może lepiej by spróbować się z nim dogadać, co? Jak człek rozsądny z... drugim człekiem. – Jużci! Ale co mu rzeknąć? – Na, do rozsądku by mu przemówić. Chodźcie, spróbujemy. Wyszliśmy zza głazów i do ruiny doszliśmy akurat w momencie, gdy siłacz wyłonił się z jej wnętrza, oczywiście nic tam nie znalazłszy. – Hola, staruszkowie! – zawołał ponuro na nasz widok. – Co tu przy zmroku robicie? Z potworami walczyć przyszliście? – Srogi panie – zajęczałem, postanowiwszy wziąć go sposobem – nynie jeszcze czas, byście zawrócili! Żal nam was, krzywdy waszej nie kcemy, tedy porzućcie ten Las, jak wam radzim! – Niejeden tu już próbował – podjął Kolnik, garbiąc się, by być bardziej wiarygodnym. – I niejeden już pod sosenką leży, a kośćmi jego wilcy się pożywiają! Nikt jeszcze onym potworom rady nie dał, przeto i wy ubić się w gęstwie nie dajcie, życia nie zmarnujcie! – Wracajcie do domów – odrzekł głosem nie znającym trwogi – wnuki piastować, nim co was tu na strzępy rozszarpie. Mnie nikt jeszcze rady nie dał i nieprędko się taki gdzieś znajdzie. – Zrozumcież, człowieku – trochę się tymi wnukami poirytowałem – że od pewnej śmierci was odwodzimy! Chodźcie z nami z powrotem, póki jeszcze czas, bo nic was tu dobrego nie czeka. – Z drogi – mruknął, i ruszywszy naprzód, odtrą-

Las

cił mnie ramieniem. – Sami wracajcie, ale prędko, bo ja was niańczyć nie będę! Cisza zapadła, przerywana jedynie jego ciężkimi krokami. A we mnie złość się zaczęła gotować i aż trząść się począłem. Mnie będziesz trącał? – pomyślałem. Ty kiepie chędożony, obezjajcu jeden?! Zmiana planów, rzekłem sobie. – Tedy baczenie miejcie – krzyknąłem w ślad za nim – coby na stary żalnik wedle drogi nie trafić! Tamoj pewnie siedzą wąpierze a inne straszydła, w wygodnych mogiłach się moszczą, stare kości pogryzają! Zara miesiączek pełną gębą zaświeci, tedy harcować wylezą i biada wam, skoro was postrzegą! Zatrzymał się na moment, wnet jednak bez słowa dalej ruszył i po chwili znikł między drzewami. – Myślicie, złapał zanętę? – zapytał po chwili szynkarz. – Na żalnik polezie? Uśmiechnąłem się paskudnie, mrużąc oczy za niewidocznym już pogromcą. – Łeb sobie dam uciąć i do środka naszczać, że już tam idzie. Potworów swoich i ich złota szukać. Ale ich nie znajdzie, znajdzie ino nas! – A jak już nas znajdzie, to co zrobimy? – w głosie Korzenia dała się słyszeć nutka niepewności. – Wtedy – odpowiedziałem, uśmiechając się jeszcze szerzej – zastosujemy ową tegię, co o niej Krożuch wspominał. Sposób, znaczy. – Co?! – Jakiż to sposób? Splunąłem na ziemię, nos rękawem otarłem. – Kupą na niego i walić, czym popadnie. Ćma już była zupełna, kiedyśmy niedługo potem na żalnik dotarli. W pobliskich bagnach rechotały głośno żaby, w gałęziach pohukiwały sowy, czasem jaki gacek w świetle księżyca przefrunął. Miesiąc oświetlał trupim blaskiem całą okolicę, wyławiając z mroku nocy potężne drzewa, skryte w wysokich trawach mogiły, omszałe nagrobki, okaleczone przez wiatry i deszcze pomniki, zarośnięte zielskiem kurhany. Tu i ówdzie nawet biała czaszka zęby szczerzyła albo jakie stare żelastwo rdzewiało. Było to opuszczone miejsce, równie stare jak Wieżyca zapewne,

39


a może nawet i więcej lat sobie liczyło. Wszystko było w tej zimnej poświacie srebrnobiałe, nienaturalne jakby, a w cieniach zdawały się czaić różne okropieństwa. Potwory, pomyślałem, monstra plugawe. W takim miejscu jak to musiały być. I były. Ale ostatniego martwca ubili my dobre dziesięć lat nazad, bo turystów kąsał i złą opinię nam sprawiał. Od bagien, tuż przy ziemi, zaczęła nadpełzać chłodna mgła. Przyciągał żalnik awanturników jak płomień świecy nocne motyle, tedy zadbalim, by mieć z tego jaki profit. Nakopaliśmy wilczych dołów a pułapek, także iście nietoperzych skrzydeł trza by było, żeby bez szwanku się przedostać z jednego końca na drugi. – Niech tu ino wlezie – sarkałem, gdyśmy przekraczali sypiący się murek otaczający nekropolię. – Niech tu przyjdzie, kulasy połamie, to go wtedy poszturcham i szacunku nauczę! Rozbiegliśmy się między groby; każdy wiedział, jak stąpać i za czym się schować, by znaleźć sobie bezpieczną kryjówkę. Czekaliśmy więc, słuchając odgłosów nocy, wypatrując ze wszech stron nadejścia tego, jak mu tam znowu było, chyba sobie nie przypomnę. A ten znów pojawił się niespodziewanie: patrzyłem uważnie ku bramie i nic żem nie widział; spojrzałem znowu, akurat miesiączek cały zza chmury wyjrzał, a on już tam stał, z nagim mieczem w ręku, jakby go kto z góry za łeb chwycił i tam przestawił. Żadna gałązka nie trzasnęła pod jego butem, stara brama nie zgrzytnęła zawiasem, ni trawa nie zaszeleściła. No, bramy to tu już dawno nie było, zgoda, ale kto to widział poruszać się tak cicho? Byłem zdziwiony, lecz zaraz potem zdziwiłem się jeszcze bardziej. W bladym świetle zauważyłem, że mu ze łba coś zwisa i na ramiona opada. Z początku nie mogłem się dopatrzeć, wnet jednak przyszło zrozumienie... Do stu fur beczek zgniłej kapusty, zaśmiałem się w duchu, człek zdąży do cna posiwieć, a i tak go życie czymś jeszcze zaskoczy. Wyszedłem zza nagrobka z nieczytelną już inskrypcją, za którym to się chowałem, i stanąłem twarzą w twarz z uciążliwym przybyszem. Spojrzał na mnie jak na wcielonego księcia ciemności, a ja

40

czułem, że dłonie zaciśnięte na trzonku łopaty pocą mi się niemiłosiernie. – Nie słuchacie dobrych rad, panie – krzyknąłem mimo to hardo. – Ostrzegalim was przed tym miejscem! I do tego coś wam się do glacy przyczepiło. Nie odpowiedział. Miecz uniósł, na boki ostrożnie zerkał, ale milczał. – Lubicie czuć wiatr we włosach, gdy mieczem młócicie? – zaśmiałem się. – Czy to może dlatego, że łysi gorzej w balladach wypadają? Myślicie, że tu się po krzakach publika chowa, żeście się tak wystroili? Wciąż się nie odzywał, ale zły już był, na odległość to czułem. Ślipia mu jak latarenki błyskały. – Nie chcecie gadać, wasza to sprawa. Ale ostatnią dam wam radę – rzekłem, wbijając mocno łopatę w miękką ziemię. – Chcecie łeb cały unieść, i tą śmiszną peruczkę na nim, to powtarzam wam raz jeszcze, odejdźcie stąd teraz i nie wracajcie, w spokoju nas ostawcie, to się jeszcze w zgodzie rozstaniemy. Olbrzym warknął przeciągle i zgarbił się lekko, jakby się do skoku gotował. Choć ciemno przecież było, mnie się zdało, że widziałem wściekły grymas na jego twarzy, że błysnęły w mroku zębiska obnażone. – Dalej nie przejdziecie! – krzyknąłem, mocniej łopatę ściskając, gotów unieść ją jak najprędzej. – To nie peruczka – wysapał w końcu przybysz. – To element etosu! I ku mnie skoczył. Co to był za skok! Musiał się bydlak jakichś bitewnych dekoktów przed momentem opić, bo poleciał, jakby go kto z katapulty wyciepł. Wysoko, ku gałęziom drzew niemal, i na dwadzieścia kroków co najmniej, prosto we mnie celując. Jak żyję, czegoś takiego nie widziałem, ale niewiele myśląc, zasłoniłem się łopatą. Pewnie się tego po mnie nie spodziewał, bo gdy z szumem na mnie zleciał, zdążył się jeszcze mieczem obronić, ale źle wylądował i obaj runęliśmy na ziemię, tocząc się w różnych kierunkach. Podniosłem się szybko, ale on już był na nogach i już biegł na mnie, żelastwo swe unosząc. Ale nie dobiegł, a przynajmniej takem myślał, że nie dobiegnie. Trzasnęło i ziemia mu spod nóg uciekła – był to jeden z wykopanych przez nas wilczych dołów. Już

MARCIN BEKIESZ


miałem nadzieję, że wleci do niego jak należy, ale on rękami zdążył jeszcze uczepić się krawędzi i tak mocno na nich wyciągnąć, że aż ponad grunt wyskoczył i anim się obejrzał, jak znów leciał na mnie. Uskoczyłem tedy za wielki dąb, który miałem za plecami, i odbiegłem na odległość końca jego konarów. Wielki Wojownik był tuż za mną, lecz nadział się na kolejną pułapkę – pętlę, która powinna zacisnąć się wokół jego kostki i zawiesić go na gałęzi łbem w dół jak dziczyznę do sprawienia. No i owszem, zawiesiła, ale mgnienie oka nie trwało, jak się dryblas zgiął wpół, mieczem ciął i już znowu na ziemi stał. Jasna cholera, pomyślałem, on jest nienormalny! Obrócił się ku mnie, blade światło zalśniło na srebrzystej klindze; bida będzie, przez łeb mnie przeszło, rację miał Kolnik, kiedy mówił o kłopotach. Niechybnie mnie ten wariat usiecze. Prawda, że na żalniku, to do grobu niedaleko, ale marna to pociecha, oj marna... Nie zdążyłem się jednak nawet takich myśli powstydzić, gdy wokół nas wyrosły sylwetki moich druhów. Zapłonęła pochodnia, zaraz potem druga. Ciepły blask oświetlił otaczający nas krąg postaci. Postaci złych, dzierżących broń. I gotowych, by jej użyć. – Na – uśmiechnąłem się paskudnie. – Tedy masz, zbóju, czego szukałeś! I sposobem, o którym już wam wcześniej wspomniałem, go potraktowaliśmy. Gdyśmy się wreszcie z powrotem do wsi dowlekli, pierwsze kury już piały. Poturbował nas nielicho, gamracki syn jeden, bronił się i wił jak bies, gdy mu kąpielą z wody święconej pogrozić. A kiedyśmy go w końcu zmogli, długi czas nam zszedł na oddechu złapanie. I sklecenie takich sanek dla biednego Ryżły, któremu coś w krzyżu obrzydliwie łupnęło w czasie tego rozgardiaszu, skutkiem czego tymczasowo chodzić nie mógł. Sińce, guzy i stłuczenia, obite mordy,

Las

zadrapania, złamane nosy, rany mniejsze i większe oraz bóle im towarzyszące szybko jednak poszły w zapomnienie, gdyśmy dobrali się wreszcie do sakw, toreb i juków, które cały ten Wielki Wojownik przytaszczył ze sobą do wsi naszej. Oj, było tego, powiadam, w cholerę i ciut jeszcze. Bronie różne, kunsztownie wykonane, drogie kamienie, biżuteria, złoty hełm z takimi śmiesznymi skrzydełkami, monety i kruszce przeróżne, sobole futra, ozdoby, bogactw dostatek. Zaiste, wiele było radości, i parę ładnych lat dostatniego, spokojnego trwania przed nami. Całkiem nieźle dało się wyżyć z tej całej turystyki, pomyślałem. Tym bardziej, że ziemia przecież wokół nieurodzajna była... A kiedy tak grzebałem w niewielkim kuferku z czarnego drewna, w którym pełno było złotych monet, próbowałem sobie raz jeszcze przypomnieć miano tego całego mistrza miecza i topora, któren to był do nas przybył. Cohan, Coban... jakoś tak. Barbarzyńca, w każdym razie. Nad milczącym, ciemnym Lasem powoli wstawał nowy dzień.

MARCIN BEKIESZ Rocznik 1983, opolanin z urodzenia, mieszka w Krapkowicach. Ukończył anglistykę i po dziś dzień zastanawia się, po co mu to było. Uwielbia pizzę, czekoladę, ciemnie piwo i serię Command & Conquer. Już od przedszkola chciał robić dwie rzeczy: pisać opowiadania i grać na gitarze w rockowej kapeli. Owoc pierwszej pasji właśnie przed wami, twórczość muzyczna do posłuchania na myspace.com/anahatapolaand.

41


JAKUB STELMASZCZUK

Model 2 Zero Nefertari była żoną Girishy trzy lata, po czym odeszła, rzucając na pożegnanie: – Moja ambicja sięga dużo dalej. Girisha pogrążył się w rozpaczy. Trzeciego dnia żałoby wylicytował w internecie lalkę. Dostarczono mu ją w pogniecionym kartonie wielkości trumny, wypełnionym piankowymi wiórkami. Wydobył lalkę z trumny i zachwycił się nią od pierwszego spojrzenia. Nadał jej imię Nefertari 2 i odtąd mieli być nierozłączni. Girisha akceptował Nefertari 2, mimo jej wad. Lalka wszędzie miała przeguby, jak przystało na lalkę. Miała je w ramionach, łokciach, nadgarstkach, w kolanach, kostkach i w pachwinach. Miała też ruchomą szyję, a jej głowa mogła obracać się swobodnie dookoła. Miała też jednak dwa inne przeguby – jeden wokół podbrzusza i jeden poniżej żeber. Girisha

BARBARA WYROWIŃSKA

42

kochał Nefertari 2 szczerym uczuciem, nigdy jednak nie patrzył bezpośrednio na jej brzuch. Pewnego dnia zaszedł do świątyni i zaczął żarliwie modlić się za swoją towarzyszkę. – Czcigodny Inżynierze, błagam, daj mojej Nefertari 2 lepsze ciało, by nie cierpiała więcej przez swoją odmienność. Ofiaruję ci za to sto tysięcy uniwersalnych jednostek płatniczych. Inżynier spełnił prośbę Girishy i Nefertari 2 otrzymała ciało identyczne z naturalnym. Mężczyzna patrzył teraz na swoją kobietę niemal w pełni usatysfakcjonowany i pewnie by tak pozostało, ale leżąc pewnej nocy u jej boku, zapragnął bliskości, jakiej nie mogła mu dać zwykła lalka. Odwiedził więc znów świątynię. – Czcigodny Inżynierze, błagam, daj mojej Nefertari 2 narządy godne kobiety, by nie cierpiała więcej przez swoją odmienność. Ofiaruję ci za to sto tysięcy uniwersalnych jednostek płatniczych. Prośba Girishy została spełniona i od tamtej pory co noc nawiedzał sypialnię, by do woli bezcześcić swoją lalkę. Za dnia jednak zaczęła doskwierać mu ciągła cisza. Nefertari 2 nie potrafiła wydać z siebie najdrobniejszego dźwięku. Powędrował więc znów do świątyni. – Czcigodny Inżynierze, błagam, daj mojej Nefertari 2 mowę, by nie cierpiała więcej przez swoją odmienność. Ofiaruję ci za to sto tysięcy uniwersalnych jednostek płatniczych. I to życzenie zostało spełnione. Od tej pory Girisha mógł być już zadowolony, bo jego towarzyszka potrafiła powtórzyć mechanicznym głosem każde słowo, które wypowiedział, nie groziła mu więc cisza. Gdy jednak przychodził czas, aby oddalić się ku codziennym zajęciom, Girisha cierpiał przez samotność

JAKUB STELMASZCZUK


i myślał wciąż o nieruchomej lalce pozostawionej w domu. Zapragnął widzieć ją nieustannie, więc jeszcze tego samego dnia wybrał się do świątyni. – Czcigodny Inżynierze, błagam, daj mojej Nefertari 2 niezależny napęd, by nie cierpiała więcej przez swoją odmienność. Ofiaruję ci za to sto tysięcy uniwersalnych jednostek płatniczych. Nefertari 2 otrzymała dar poruszania się i codziennie chodziła krok w krok za Girishą, a także wszędzie, gdzie rozkazał jej iść. Cieszył się, że mógł w każdej chwili o wszystkim jej powiedzieć. Dni jednak płynęły nieubłaganie wolno i echo jego własnych słów irytowało Girishę coraz bardziej. By temu zaradzić, udał się ponownie do świątyni. – Czcigodny Inżynierze, błagam, daj mojej Nefertari 2 umysł samodzielny, by nie cierpiała więcej przez swoją odmienność. Ofiaruję ci za to sto tysięcy uniwersalnych jednostek płatniczych. Odtąd Nefertari 2 była niemal jak żywa osoba. Potrafiła odpowiedzieć na każde zadane pytanie, rozwiązywała zagadki matematyczne i zapamiętywała przeróżne dane. Nie umiała jednak wybrać, czy podoba jej się niebieska, czy czerwona sukienka. Gdy Girisha pytał ją o to, milczała. Obmyślił więc, o co tym razem poprosić w świątyni. – Czcigodny Inżynierze, błagam, daj mojej Nefertari 2 garść uczuć, by nie cierpiała więcej przez swoją odmienność. Ofiaruję ci za to sto tysięcy uniwersalnych jednostek płatniczych. Girisha wiedział, że to już ostatnie pieniądze, jakie posiadał, więc jeśli teraz jego lalka nie stanie się idealna, to porzuci resztkę nadziei. Inżynier także wiedział, że Girisha oddał ostatni grosz, by uczynić Nefertari 2 najbardziej zbliżoną do ludzkiej istoty. Plądrował więc nocą najciemniejsze zaułki w poszukiwaniu tajnego składnika, który miał zasiać w lalce ziarno szczerych uczuć. Aż pewnego dnia Girisha poczuł, że w piersi jego towarzyszki bije prawdziwe, żywe, ukradzione serce. Podziękował w duchu Inżynierowi i zadał Nefertari 2 pytanie, na które od dawna pragnął poznać odpowiedź. – Moja najdroższa, powiedz, czy kochasz mnie? Na to lalka odrzekła:

Model 2 Zero

– Czemu pytasz, czy cię kocham, panie, gdy jestem tylko lalką? Czyż nie jestem twoją własnością i niczym niewolnica muszę kochać cię bezwzględnie i bezkrytycznie, choćbyś był największym tyranem i najgorszym zbrodniarzem? Słysząc to, zdesperowany Girisha popędził do świątyni, gdzie na klęczkach zanosił modły. – O, przeczcigodny Inżynierze, błagam, daj mojej Nefertari 2 wolną wolę, by mogła kochać tak, jak na to zasługuję. Nie mam już ani grosza, lecz gdybym miał, oddałbym wszystko, byle usłyszeć, że moja jedyna odwzajemnia moją miłość. Inżynier przemówił: – Girisha, mój najwierniejszy sługo, o taki dar musisz modlić się dużo, dużo wyżej. Mężczyzna zawlókł więc tej nocy swoją lalkę na szczyt Śpiewającej Góry, gdzie wyciągał ręce ku niebu, krzycząc wszystkie boskie imiona, jakie zdołał sobie przypomnieć i błagając, by ten, który chowa się za błękitną kurtyną, ulżył mu w rozpaczliwej potrzebie. Krzyczał tak trzy noce, lecz nie usłyszał żadnej odpowiedzi, a lalka stała przy nim niezmieniona, nieporuszona, jak przykładna niewolnica. Na trzeci dzień Girisha stracił wszelką nadzieję. Gdy tylko zaprzestał modłów, Nefertari 2 odwróciła się i zaczęła schodzić ze Śpiewającej Góry. – Dokąd idziesz, jedyna? – krzyknął przerażony. – Odchodzę – odparła. – Moja ambicja sięga dużo dalej.

JAKUB J. STELMASZCZUK Technik księgarstwa, magister filmoznawstwa. Transhumanista, wielbiciel antykwariatów, historii i stand-upu, czasami również – muzyk. Obecnie unika uczciwej pracy, kontynuuje naukę na własną rękę i próbuje realizować – dotychczas poskramiane – ambicje.

43


KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI

Piętno 1. ANDŻELIKA Maurycy – idealne imię dla kota. Niestety – Maurycy to nie kot, tylko oszust matrymonialny, który przylepił się do Marty, mojej siostry bliźniaczki. Z wyglądu podobne jak dwie krople wody, z charakteru zupełnie różne – może dlatego to ja wyczułam, że z tym facetem jest coś nie tak. Na dzień dobry zaserwował przesadny, sztuczny uśmiech. W pierwszej chwili winę zrzuciłam na ewentualną nieśmiałość. Gdyby się nie przedstawił, myślałabym, że to pewnie niemowa, ale ponoć introwertycy już tak mają. Bardziej podejrzane były inne rzeczy. Facet był dużo młodszy od Marty, na dodatek ciacho pierwsza klasa – mógł, jak to się mówi, wyrywać laski na prawo i lewo. Gdy poszliśmy do restauracji, zwróciłam uwagę na to, że Maurycy wcale nie zachowywał się jak zakochany facet. Nie robił maślanych oczu. Nie odprowadzał Marty tęsknym wzrokiem, gdy szła do toalety. Bardzo intensywnie za to przyglądał się grupce lolitkowatych nastolatek wychodzących z lokalu. Niemalże ślinił się na ich widok. Gdy przyszło do płacenia, słowem się nie zająknął, że rachunek jest na jego koszt. Jeszcze pół biedy, gdyby zapłacił tylko za siebie (ot, takie nowoczesne podejście do sprawy), ale nie – całą sumę pokryła Marta. Gnojek tak ją omotał, że po trzech miesiącach znajomości stanęli na ślubnym kobiercu. Maurycy, biedny jak mysz kościelna i Marta, bogata właścicielka dobrze prosperującego interesu. Maurycy wiecznie był w potrzebie, a Marta zaspokajała wszelkie jego zachcianki. Prawda, że idealnie się uzupełniali?

44

Jestem sprytną kobitką, w razie potrzeby potrafię powęszyć tu i ówdzie. A że potrzeba była, to i powęszyłam. Maurycy co jakiś czas przysysał się, jak wampir, do upatrzonej ofiary. Omotywał nieboraczkę do tego stopnia, że po paru miesiącach biedaczka kończyła jako autentyczna biedaczka. Oczywiście powiedziałam mu, co wiem i co o nim myślę. On OCZYWIŚCIE odparł, że owszem – w jego życiu było kilka kobiet, lecz żadna nie okazała się być tą jedną jedyną. Potem dodał, że to Marta (OCZYWIŚCIE!) nią jest. Co za kłamliwy kutas! Omotane kobiety nie mogły być tymi jedynymi. Nie były wystarczająco bogate. Za to moja siostra była na tyle majętna, że przy niej mógłby żyć w luksusie do końca swych dni. Gnój pokochał jej pieniądze. Dobrze wiedziałam, co będzie dalej. Urobi ją na tyle, że biedna Martuś cały majątek przepisze na tego krwiopijcę, a wtedy on znajdzie sposób na to, by się z nią rozwieść... Nieraz próbowałam ostrzegać moją naiwną siostrzyczkę, jednak trzeba przyznać – zakochana kobieta to ślepa kobieta. Niestety! Jak łatwo przewidzieć, Maurycy za mną nie przepadał. Ja za nim też. Dla niego Marta była tą dobrą (brzdęk, brzdęk, brzdęk, „Money, money, money...”), a ja tą złą – tą, która go rozgryzła. Gdy przyjeżdżałam do Tusi, zawsze kręcił się gdzieś w pobliżu, jakby obawiał się, że będę podjudzać siostrę przeciw niemu. Tymczasem temat Maurysia – jak go nazywała Marta – stał się tematem tabu. Pokłóciłyśmy się kilka razy i widząc, że nic nie wskóram i żadną siłą nie otworzę siostrze oczu, w końcu odpuściłam. Od ślubu minęły już dwa miesiące – najwyższy czas, by wpaść do siostry i sprawdzić, czy wszystko OK. Jak zwykle rzuciłyśmy się sobie w objęcia.

KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI


Ciekawe, jak Tusia radzi sobie z Maurycym? Kutafon oczywiście nie wyszedł z czeluści mieszkania, by się przywitać (ale byłam pewna, że mocno strzyże uchem). Wniosłyśmy bagaże na piętro i zeszłyśmy do kuchni na babskie pogaduchy. Dziwiłam się, że Kutafon nie węszył – w końcu kuchnia była na drugim krańcu domu i na mur beton nas nie słyszał. A może cwaniaczek uznał, że skoro Marta została zaobrączkowana, to już nie stanowię żadnego zagrożenia? Mogę truć i jątrzyć, i tak na nic się to nie zda. – Tusia, a gdzież ten twój mężczyzna się podziewa? Nawet się nie przywitał. – Głowa go boli. Acha, główcia Kutafona boli? A to ciekawostka – pomyślałam – wiedział, że dziś przyjadę i nagle się rozchorował. – Chorowite to to. – Przestań – odfuknęła i ryknęłyśmy śmiechem. Marta zaczęła majstrować nasz ulubiony drink. Bajecznie prosty, a na dodatek przepyszny, mix żołądkowej ze sprite’em i kilkoma plasterkami świeżego ogórka. Pyszota! – A on w ogóle coś robi? – spytałam, choć podejrzewałam, że jest raczej typowym pasożytonierobem. – Wiesz, jak ciężko teraz o pracę – wymijająco potwierdziła moje obawy. – No to go u siebie zatrudnij – zaproponowałam. – Coś ty! – gwałtownie zaoponowała. – Wiesz, jaki to dla mężczyzny musi być dyshonor? Mieć żonę za szefową... – A tu, w domu, pomaga ci choć trochę ten cały Dyshonor? – Ej, no wiesz, jak to jest z tymi facetami – zażartowała. Dla niej wszystko, co dotyczyło tego nieroba, sprowadzało się do żartobliwego machnięcia ręką. Pozwalała robić z siebie niewolnicę, a z niego świętą krowę – a to zdecydowanie mi się nie podobało. – Dba o ciebie? – nie dawałam za wygraną. – Nie no, pewnie. Zawsze mogę się wygadać, wychlipać, czasem przytulić. „Czasem przytulić”? Tak na odwal się, żeby żon-

Piętno

ka nie domyśliła się, dlaczego z nią jest? Oj, ta Martusia – takie duże dziecko... Nagle wpadłam na pomysł, jak zrzucić jej klapki z oczu. – A są seksiki? – rzuciłam niby żartem i zauważyłam, że na ułamek sekundy jej twarz jakby stężała w nieprzyjemnym grymasie. A, tu cię mam! – pomyślałam. – To moja słodka tajemnica – szybko się pozbierała i dalej grała rolę szczęśliwej żony. Wiedziałam, że coś tu zgrzyta, i to ostro. Nie chciałam jednak drążyć tematu, żeby na dzień dobry nie doszło do sprzeczki o dobre imię mości pana Kutafona. Jak za starych dobrych czasów – pomyślałam zadowolona, gdy lekko zawiane wracałyśmy do domu. Kutafon zamknął się w kutafońskim królestwie. Tusia co prawda chciała go ciągnąć z nami, ale na szczęście wymigał się tą nagłą migreną. Miałyśmy święty spokój (znaczy się, ja miałam) i cały dzień dla siebie. Poszłyśmy na grób rodziców. Byłam pewna, że im Maurycy też by się nie spodobał. Później wspomnień czar, czyli ulubiona pizzeria, do której kiedyś chadzałyśmy na wagary i godzinami rozprawiałyśmy o naszych pierwszych miłościach (gwiazdach kina i piosenkarzach) – a że te miłości zmieniały się jak w kalejdoskopie, to zawsze było o czym gadać. Gdy trochę podrosłyśmy i stać nas było na dwie pizze, rozmowy zboczyły na bardziej „przyziemne” tematy, czyli chłopców ze szkoły. Nie było chyba żadnego, którego byśmy nie przeanalizowały pod kątem ewentualnego chodzenia na randki. Nasze podboje kończyły się na tych długich rozmowach. Niestety – nie byłyśmy szkolnymi pięknościami i nie ustawiały się do nas kolejki adoratorów, ale pomarzyć zawsze było warto. Ach, to były czasy! Objadłyśmy się tak, że można by nas nazwać siostry-rozpuknięty-wytrzeszcz. Po kulinarnym szaleństwie przycumowałyśmy w pobliskim pubie. Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym; jedynie przy „Maurysiowych” wynurzeniach Tuśki musiałam się mocno gryźć po języku, by nie popsuć tej sielanki. Za to w głębi duszy, postanowiłam nieco dokładniej przebadać biografię pana M. – byłam niemalże

45


pewna, że podejrzany musi mieć na koncie coś więcej, niż tylko oszustwa matrymonialne. Może wypłyną jakieś grzeszki z czasów młodości? Postanowiłam wynająć prywatnego detektywa. Czas prześwietlić życiorys Kutafona. Do domu wróciłyśmy wieczorem. Na stole leżała kartka od Pana Humorzastego. Bardzo urażony tym, że nie doczekał się ciepłego obiadu, postanowił, że tym razem zje na mieście (ach i och, bez łaski!), i prosił, byśmy na niego nie czekały, bo skoro tak został potraktowany (ojeju jeju, koniec świata!), to potem pójdzie z kumplami na kilka piwek. Nagryzmolił też, że jest duże prawdopodobieństwo, że wróci dopiero jutro (tak, tak, oby jak najpóźniej, kutwo, a najlepiej zachlaj tego urażonego dzioba na śmierć!). Tusia machnęła ręką, tłumacząc to tym swoim żartobliwym: „ach, mężczyźni”. Byłyśmy totalnie skonane. Ostatni raz tak szalałyśmy przed pojawieniem się Maurysia vel Kutafona (kij mu w ryj!). Udałam się prosto do łóżka. Nie chciało mi się rozpakowywać bagaży ani myć zębów. Ba, nie chciało mi się nawet rozbierać. Padłam na łóżko jak kłoda i momentalnie pogrążyłam się w głębokim śnie. Byłam pewna, że żadna siła nie będzie w stanie postawić mnie na nogi. Myliłam się. Obudzona wołaniem Tusi otworzyłam oczy. Panowały egipskie ciemności. W pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem. Znowu wołanie. Skojarzyłam. Może ma problemy z tym łazęgą? – zaniepokoiłam się. – Może jest nalany w trupa i chce ją skrzywdzić? Wstałam, zapaliłam lampę i otworzyłam drzwi. Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie, a jednocześnie miałam wrażenie, jakbym oglądała film puszczony w zwolnionym tempie. To był prawdziwy horror. Czas rozciągnął się jakby był z gumy. Ujrzałam... ...Tusię spadającą ze schodów. Musiała być tuż przy drzwiach. Gwałtownie je otwierając, potrąciłam ją. Spadała głową w dół. Z rozłożonymi ramionami, jak szmaciana lalka. Leciała

46

w ciemność. Skamieniałam. Krzyk zamarł mi na ustach. Usłyszałam głuche łupnięcie i suchy trzask – dźwięk łamanych kości. Bez namysłu zbiegłam po schodach. Pędziłam jak szalona, modląc się w duchu, by to był sen. Mało brakowało, a podzieliłabym los siostry. Uklęknęłam obok nieruchomego ciała. – Tusia, Tusiątko! – krzyczałam przez łzy, mając nadzieję, że jest tylko nieprzytomna, że może jakimś cudem przeżyła ten upadek. Ale cudu nie było. Nie żyła. – Tuśkaaaa! – ryczałam jak bóbr, tuląc martwe ciało. Nie wiem, ile czasu trwałam w tej, bliskiej obłędu, rozpaczy. Nie jestem w stanie oddać tego, co działo się w mej głowie i duszy – zresztą, nikt by chyba tego nie zrozumiał. To tak, jakby część mnie umarła. Błagałam Boga o przebudzenie. Policzkowałam się! Szczypałam po rękach, niemal do krwi. Lecz to była prawda. MORDERCZYNI! – usłyszałam krzyk wewnątrz głowy. – Nie, nie, nie! – łkałam. – Przecież ja bym za Tuśkę życie oddała! Nigdy bym jej nie skrzywdziła. NIGDY! – A co powiesz na to? – kontynuował niewzruszony głos. – Jutro zakują cię w kajdanki i do końca życia będziesz gniła w więzieniu! A nawet, jeśli zostaniesz wypuszczona za dobre sprawowanie, to do końca życia będziesz żyła z tym piętnem. Nie miałam siły protestować. Byłam tak otępiała, że wszystko było mi już obojętne. Chciałam tylko umrzeć. Ale jakaś część mego umysłu nie zamierzała odpuścić: – Nie wybronisz się. Gazety będą huczały, że biedna siostra zabiła bogatą; zepchnęła ją ze schodów, by przejąć majątek. KOBIETA-POTWÓR! – widzisz te nagłówki? A pan Kutafon zadba o to, byś poszła do pierdla. Wymyśli historyjki o burzliwych kłótniach, o groźbach. Będzie łgał jak z nut. Zobaczysz! – Odpierdol się! – wykrzyczałam, łkając, ale wiedziałam, że głos ma rację, że muszę coś zrobić, że dopiero potem będzie mi wolno lamentować. Ale co zrobić? Co?!

KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI


Nie doczekałam się odpowiedzi, za to wpadłam w jakiś dziwny trans. Otępienie umysłu i ciało działające samo z siebie – jakby ktoś na ten okropny czas przejął nad nim kontrolę. To było tak realne i zarazem tak nierealne, że aż chwilami myślałam, że to sen. Paskudny koszmar, obłapiający umysł oślizgłymi mackami. Byłam jak pod odgradzającym od rzeczywistości grubym, szklanym kloszem. Dziś z tamtej nocy pamiętam zaledwie urywki. Ciało zawinięte w koc. Piec. Buzujące płomienie. Ozdobne, blaszane pudełko. Ogród. Krzaki. Łopata wbita w ziemię. Krzyż z patyków. A potem czerń, czerń i jeszcze raz czerń – zupełnie jakby film się urwał. Musiałam wziąć prysznic i przebrać się do snu, ale tego już nie pamiętam. Następnym wspomnieniem było uporczywe brzęczenie dzwonka. Półprzytomna zerwałam się z łóżka. Rozległ się chrobot przekręcanego klucza.

2. MAURYCY Ojciec nie był złym człowiekiem. Nie mogę też powiedzieć, że mnie kochał. Kiedy matka przepiła wątrobę, zostałem mu niczym garb na plecach. Jak to się mówi – robić musiał, a syna samopas też nie chciał zostawiać. Znalazł opiekunkę. Tatianę. To właśnie pierwszego dnia jej urzędowania zdarzyło się coś, co sprawiło, że w moim sercu zrodziła się nienawiść do kobiet. Tatiana była Rosjanką. Ojciec płacił jej jakieś marne grosze; dla niej to była fortuna. Ta pieprznięta sucz była najbrzydszym babsztylem, jakiego w życiu widziałem – chyba, że struta jadem nienawiści pamięć, aż tak wykoślawiła wspomnienia. Kazała mi się rozebrać. Nie chciałem. Spoliczkowała mnie. Płonąc ze wstydu, wypełniłem polecenie. Kazała mi usiąść na fotelu. Usiadłem. Wtedy się zbliżyła. Chwyciła brudnym łapskiem za siusiaka. Zesztywniałem z przerażenia. Dosłownie skamieniałem. Zbliżyła pryszczatą gębę do mojego przyro-

Piętno

AGNIESZKA KOŚCISZ dzenia i zaczęła ssać. Czułem ukłucia jej nadpsutych, żółtawych zębów. Pokryty białawym nalotem jęzor szurał swą szorstkością po żołędzi. Chciało mi się wymiotować, ale byłem przerażony – przekonany, że zabiłaby mnie za to. Siusiak stwardniał (tak, pamiętam to dokładnie, wtedy pierwszy raz mi stanął), tyle tylko, że wbrew mojej woli. Stała przede mną. Tłusta, spocona i z obwisłym brzuchem. Jej gębę wykrzywiał obleśny uśmiech! Do dziś śni mi się po nocach, że za plecami chowam nóż – taki długi, z zakrzywionymi ząbkami. Pamiętam, że błagałem. Jakieś pieprzone: „Proszę pani, proszę pani, proszę tego nie robić. Błagam, proszę mi nic nie robić”. Usadziła się na mnie, zalewając otłuszczonym bebechem. Rozprawiczyła, nabijając się na penisa. Gwałciła. W snach, gdy tylko zaczyna kucać, wyciągam nóż i wbijam go w jej cielsko. Widzę rozszerzone przerażeniem oczy. Grymas bólu. Słyszę błaganie o litość.

47


Płonę czystą nienawiścią. Mszczę się, powoli wsuwając i wysuwając ostrze. Ofiara stała się katem! W rzeczywistości gehenna trwała prawie dwa lata. Dzień w dzień ojciec był w robocie, a syna gwałcono i zastraszano. Straszono do tego stopnia, że bałem się choćby pisnąć. Bałem się do tego stopnia, że Tatiana przestała się mi jawić jako ludzka istota – odbierałem sukę bardziej jak jakiegoś demona z czeluści piekieł! Pewnego dnia zniknęła, zapewne wróciła do Rosji. Zniknęła, lecz koszmarne wspomnienia i nienawiść pozostały, kiełkując we mnie jak trująca roślina. Rozrastały się, sięgając pędami ku najgłębszym zakamarkom duszy. Z początku tylko nienawidziłem, i nieważne, czy to była kobieta, czy rówieśniczka z klasy. Koledzy chodzili na randki. Ja nie. Śmiali się, wyzywając od pedałów i dokuczając. Czasami chciałem zdusić to w sobie, bo te naprawdę piękne dziewczyny podobały mi się i mimo pokładów drzemiącej nienawiści wzbudzały jakąś taką podskórną fascynację... podniecały na swój sposób. Bałem się ich, bałem, nienawidziłem, a jednocześnie pragnąłem – jakby piękna kobieta mogła być antidotum, jakby piękno mogło zmy�� brzydotę żyjącą we wspomnieniach. Problemy z kobietami. Problemy ze sobą. Alienacja, niezrozumienie, odrzucenie. Złośliwi rówieśnicy. Nienawiść do szkoły, w której nauczyciele nie reagowali na to, że codziennie byłem poniżany. Skończyłem jako robol codziennie rano zapierdalający z łopatą do kopania rowów. Czasami fantazjowałem, że kopię groby dla tych, którzy mnie skrzywdzili. Brzydziłem się tym i brzydziłem się sobą. Moje życie stało się koszmarem, ale... JA NA TO PRZECIEŻ NIE ZASŁUŻYŁEM! ...to przez kobietę tak się stało! Ktoś musiał za to zapłacić. Spłacić dług. Ponad dwadzieścia złociszy zainwestowałem w godziny spędzone w kafejce internetowej. Portal randkowy. Kobiety. Jedna, druga, trzecia... powoli spłacały dług; dług, który na dobrą sprawę był nie do spłacenia.

48

Zazwyczaj podrywałem niezbyt urodziwe panie w średnim wieku. Sączyłem im do uszu słodkie słówka. Serwowałem zmyśloną historyjkę, w której byłem ofiarą kobiety; nie gwałcicielki, lecz okrutnej żony, która porzuciła męża i zabrała dziecko. Ja, zrozpaczony ojciec, latami szukający potomka – tylko po to, by móc mu powiedzieć: to ja jestem twoim tatusiem! Tym prawdziwym! Prawda, że chwytliwa bajeczka? I taka była. Topiła serca jak ogień świecę. Topiła też oszczędności wybranek – poszukiwania syna to przecież kosztowna sprawa, ale... czegóż nie zrobi zakochana kobieta? Żyłem w miarę wygodnie. Seksu unikałem jak ognia, bojąc się uśpionego demona wspomnień. Z drugiej strony, widząc piękne kobiety... cóż, postanowiłem się przełamać. Zacząłem chodzić do burdelu. O dziwo – nie miałem problemów z erekcją. Może dlatego, że byłem tam… PANEM. Dominowałem. Łapałem je za włosy, każąc ssać fiuta. To ja decydowałem! To ja stałem, a one klęczały. Podniecały mnie młode piękne twarze, a z drugiej strony nienawidziłem, gdy we wspomnieniach pojawiały się przebłyski z przeszłości – gęba Tatiany. Z całej siły ciągnąłem je wtedy za włosy, by zadać jak największy ból (oczywiście dodatkowo opłacony) – to przynosiło ukojenie. Bo to jej – TATIANIE!, zadawałem ból. Potem je pieprzyłem. W żyłach buzowała mieszanka podniecenia i nienawiści. Podniecająca uległość – karałem je. Każde pchnięcie było coraz silniejsze. Chwilami byłem jak zwierzę. Jakbym każdym pchnięciem chciał przerżnąć sucz na pół. Zabić! Taki byłem. Tak odreagowywałem. A w domu? W domu udawałem potulnego wrażliwca, czułego, nieśmiałego... impotenta, gdy tylko miało do czegoś dojść. Siłą rzeczy, każda, prędzej czy później, próbowała zaciągnąć mnie do łóżka. W takiej chwili zawsze kłamałem, że nie mogę, bo mi nie staje!

KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI


Jednocześnie podejmowałem też decyzję, że trzeba zwijać żagle, ewakuować się. Wyjechać gdzieś daleko i zacząć wszystko od nowa, z kolejną kobietą (Tatianą). Ale ile można? Człowiek się starzeje. Poza tym taki tryb życia robił się coraz bardziej męczący, bo to ja musiałem szukać, kombinować i zalecać się – zmuszać się do czegoś, co nie sprawiało mi przyjemności. Uznałem, że muszę być jak wytrawny włamywacz. Trzeba było usiąść i na spokojnie pomyśleć. Chciałem mieć swój ŻYCIOWY SKOK. Zamiast drobnych kradzieży, pozwalających przez pewien czas wegetować, obłowić się raz, a porządnie – tak, by starczyło do usranej śmierci, bym mógł nareszcie żyć! W końcu należy mi się coś od życia, choć odrobina spokoju! Nieprawdaż? Znalazłem! Po kilku miesiącach poszukiwań udało się ustrzelić bardzo bogatą babkę, Martę. Fakt faktem, była wkurzająca, a i urodą nie grzeszyła, ale te wszystkie zera na jej koncie... Niestety miała też siostrę bliźniaczkę, Andżelikę. Ta głupia picza zawsze mnie wnerwiała. Nie wiem, jakim cudem, ale wyniuchała, co jest grane i mało brakowało, a wszystko by zniszczyła. Na szczęście Marta straciła dla mnie głowę, więc postarałem się o to, byśmy się jak najszybciej ochajtali. W miesiąc po ślubie zacząłem ją delikatnie podtruwać. Wiedziałem, że w takich okolicznościach zacznie się zastanawiać nad popełnieniem testamentu. Byłem pewien, że Marta nie pominie w nim ukochanej siostry. A jednak myliłem się, i to bardzo! Ta nudna jak flaki z olejem kwoka, naprawdę straciła dla mnie głowę – wszystko przepisała NA MNIE! Po tygodniu od napisania dokumentu była już zdrowa; zacząłem zmniejszać dawki trucizny. Nie trudno się chyba domyślić, że stara krowa chciała iść do lekarza, lecz pogłaskałem ją po otłuszczonym policzku, spojrzałem w cielęce oczy i jak najdelikatniej powiedziałem: – Kochanie, nie powinnaś. Sprowadzę doktora do domu.

Piętno

I sprowadziłem niejakiego Józka – typka, który dla pieniędzy zrobi wszystko. Przyszedł, ubrany w kitel, z okularami na nosie i zawieszonym na szyi stetoskopem. Odstawił szopkę i oznajmił, że jest zdrowa, a takie stany w jej wieku są normą. Józek kosztował mnie trzy stówy, ale pies je drapał – w końcu to inwestycja, he he he! Dlaczego jej nie otrułem? Dobre pytanie! A odpowiedź jeszcze lepsza – bo sprawcą zgonu postanowiłem uczynić, panie i panowie… Ależ oczywiście, do roli morderczyni została wybrana... ANDŻELIKA! Czyż mogła być inna kandydatka? Jak dobrze, że w Polsce najstarszy zawód świata został w końcu zalegalizowany. A co ma piernik do wiatraka? Piernik zapewnił sobie w wiatraku mocne alibi – tak na wszelki wypadek. Ale zacznijmy od początku. Aby plan się powiódł, musiałem spędzić tę noc poza domem. Wszystko, co było potrzebne, schowałem w szafce przy wejściu. Tylko ja miałem do niej klucz. Do obrzeży miasteczka najszybciej można dotrzeć, idąc polną drogą. Zajęło mi to niecałą godzinę. Gdy dotarłem na miejsce, była piętnasta, czyli zbyt wcześnie, by pipy wracały do domu – tym bardziej, że przecież dałem im dziś wolne od swojej osoby. Ale, aby być w stu procentach pewnym, postanowiłem zadzwonić na domowy. Odczekałem dobre dwie minuty i wyszło na to, że „miszczu” jak zwykle ma rację – wciąż balowały. Znajdowałem się na zaniedbanym placu, na którego jednym krańcu była zajezdnia autobusowa, a na drugim postój taksówek. Dwie podpite baby, aby dotrzeć do domu, prędzej czy później musiały się tu pojawić. Oczywiście nie mogłem obserwować, stercząc na widoku – zwłaszcza, że w pobliżu znajdował się punkt obserwacyjny. Pijalnia „U Zdzicha”. Pub „U Zdzicha” to typowa mordownia, w której całymi dniami przesiadują osiedlowe pijaczki; spowita gęstą papierosianą zawiesiną, z podłogą klejącą się od brudu i porozlewanego alkoholu. Mekka frustratów. Mimo wewnętrznych oporów, zmusiłem się

49


i wszedłem tam – w końcu trzeba się czasem poświęcić. Nie licząc trzech bełkoczących pierdzieli i wymizerowanego barmana o spojrzeniu cocker-spaniela było praktycznie pusto. Z brumiących głośników wylewało się tandetne disco. Zamówiłem browarka i duże frytki, w końcu nie zamierzałem przegapić powrotu siostrzyczek skwiercząc z głodu w kolejce pełnej śmierdzących pijusów. Przezorny – zawsze zaopatrzony. Czekało mnie wiele godzin siedzenia przy gumiastych frytach i rozcieńczonym wodą piwie, wiele godzin wpatrywania się w strategiczne miejsca przez otłuszczoną szybę. Blat stolika cały się lepił. Starałem się go nie dotykać. Ostrożnie odsunąłem popielniczkę, w której wznosiło się chybotliwe papierosiane Kilimandżaro, i zająłem punkt obserwacyjny. Na początku „piernik zadzwonił do wiatraka”, a inaczej mówiąc, do night-clubu „Extasy”. Trzeba było załatwić sobie alibi. Poszło jak z płatka, dobrze być stałym klientem. Potem pozostało już tylko czekać i obserwować, obserwować i czekać. Pierwsze dwie godziny były jeszcze całkiem znośne – w głębi duszy upajałem się czekającym na mnie bogactwem, robiłem plany: co kupię, gdzie wyjadę i generalnie, jak się urządzę w tym posranym życiu. W pewnym momencie uznałem, że koniec z marzeniami. Złapałem się na tym, że raz i drugi odpłynąłem myślami hen, daleko. Zamiast obserwować okolicę, podziwiałem oczyma

50

wyobraźni złocistą plażę i błękitne morze. Skupiłem się na tym, co było do zrobienia – ob-ser-wo-wa-niu. W oddali siedziała grupka dresiarzy. Palili fajki i oglądali się za dziewczynami. Na osłoniętych drzewami ławkach tuliło się kilka zakochanych par. Jakaś kobieta wojowała z – wrzeszczącym na cały regulator – bachorem. Aż się wzdrygnąłem – chyba nigdy nie mógłbym mieć dzieciaka, nie starczyłoby mi cierpliwości. Chodnikiem, parę metrów od knajpy, dreptała staruszka. Niosła pełne zakupów, wielgachne, wysłużone torbiszcze. Zastanawiałem się, jakim cudem te staruszki są w stanie dźwigać takie ciężary. I tak sobie siedziałem, lustrując okolicę i ludzi. Pogryzałem, od czasu do czasu, gumiastą frytkę, przepijając łyczkiem piwa. Z rozbawieniem stwierdziłem, że pewnie należę do tak zwanych Wolnosączycieli-Nadmiernie-Rozmyślających. Znienawidzonych klientów. Weźmie taki jedno piwo i siedzi, godzinami gapiąc się gdzieś w dal. Do knajpy schodzą się starzy bywalcy. Wkrótce zabraknie miejsc dla naprawdę-dużo-spożywających, a tu nie ma jak takiego pasożyta pogonić. Ciekawe. Gdybym był barmanem, pomyślałbym, że oto przypałętał się żałosny typek, któremu stara zrobiła w domu awanturę. Że koleś nie potrafiąc się postawić, z braku laku, dla świętego spokoju ewakuował się na tereny neutralne, do knajpy. Taki gość najczęściej jest spłukany. Żonka trzyma kasę na klucz, a bidulek

KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI


z trudem wyściubił marne drobniaczki, by wykupić sobie prawo do pobytu w tej „oazie spokoju”. Poczułem, że czas na sikanko. Wkurzyłem się. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem! Mogłem od razu iść do klopa i zmusić się do wyszczania. Ech, diabli nadali! Toaleta? Nie. Kibel? Nie. Klop? Też nie. Zafajdany sracz! Gdy tam wszedłem, uderzył mnie smród gówna, starych szczyn i Bóg wie, czego jeszcze. Mało brakowało, a bym zwymiotował. Wciągnąłem powietrze i wstrzymałem oddech. Bałem się dotykać czegokolwiek, więc wziąłem chusteczkę i przez nią zasunąłem blokadę drzwi. Następnie uniosłem nogą brudną klapę sedesową. Wtedy dopiero zrobiło mi się naprawdę niedobrze. Ktoś nawalił kupsko i nie spuścił wody. Sięgnąłem do kieszeni po kolejną chustkę, ale niestety, okazało się, że tamta była ostatnią. Wiedziałem, że długo na bezdechu nie wytrzymam. W akcie desperacji naciągnąłem rękaw kurtki na dłoń i sięgnąłem do spłuczki. Woda chlusnęła jak pieprzona Niagara – z taką siłą, że aż chlapnęła na nogawkę. Zastygłem, zdjęty falą obrzydzenia. Po chwili w końcu się zmobilizowałem. Nim zacząłem sikać, poczułem, że dłużej bez oddechu nie wytrzymam. Spanikowany naciągnąłem sweter na nos. Wypuściłem powietrze i wciągnąłem przefiltrowane – śmierdziało, ale gdyby nie to, pewnie już dawno puściłbym pawia. Czym prędzej się wylałem i z uczuciem ogromnej ulgi opuściłem to piekło. Tak, to było prawdziwe piekło! Gdybym był pisarzem i miałbym napisać powieść o bohaterze, który po śmierci trafia do piekła, to zdecydowanie piekłem tym byłby ogromny zasyfiony sracz! Wychodząc, niemal wpadłem na pijaczka czekającego na swoją kolej. Trochę mu współczułem, choć pewnie był zahartowany. Gdy wreszcie dotarłem do stolika, wlałem w siebie pół kufla piwa – musiałem przepłukać gardło, w którym wciąż czułem paskudny posmak sraczowego smrodu. Ograniczenie się do jednego piwa było dobrą decyzją, nie zniósłbym kolejnej sesji w klopie. Ponownie przedzwoniłem na domowy. Znowu nikt nie odbierał. Nawet mnie to

Piętno

ucieszyło. Jak trochę popiją, to będę miał ułatwione zadanie, a z drugiej strony miałem nadzieję, że nie nawalą się do nieprzytomności, bo wtedy wszystkie męki i cały plan szlag by trafił. Czas wlókł się niemiłosiernie. Przybywało bywalców, dymu z petów i głośnej gadaniny. Miałem nadzieję, że żaden z tych żuli nie będzie próbował się ze mną bratać, gdy zbyt dużo wypije. Niestety moje nadzieje były płonne. Z czasem ta podrzędna melina zapełniła się na tyle, że ostatnimi wolnymi miejscami były te przy moim stoliku. Mogłem się założyć o grubą kasę, że zaraz ktoś się przysiądzie. I wygrałbym. Przysiadł się, żul jeden. Wymamrotał coś pod nosem – chyba zapytanie, czy nie przeszkadza i nie czekając na odpowiedź, rozgościł się. Całe szczęście, że stolik był podmontowany do ściany przy oknie, bo gdyby było inaczej, to z czasem zaistniałoby poważne ryzyko, że typ siądzie naprzeciwko mnie, jednocześnie zasłaniając widok, który i tak był już utrudniony przez zapadający zmierzch. Wiedziałem, co się wydarzy. Będzie się bratał! Zwierzał. Przechwalał zawszonym pijackim życiorysem. Ech! – Zrówko koleoo – wybełkotał, wznosząc kufel. Tylko tego mi tu, kurwa, brakowało – pomyślałem rozdrażniony. Ignorowałem gostka, obojętnie wpatrując się gdzieś w dal. – Eee, co pan taii, ten nooo – ewidentnie próbował mi coś zakomunikować, ale nie miałem (i nie chciałem mieć) pojęcia, co. Poczułem za to nieświeży oddech. Wkurwił mnie! Jakby nie mógł se chlać w milczeniu! Nie, oczywiście musiał rozdziawić tą śmierdzącą gębę, musiał się przypieprzyć! – Szzo ważasz, że taae paniskoo jeszsześś, taa? – moje olewanie wyprowadziło typka z równowagi. Gdyby nie to, że musiałem obserwować okolicę, to ćwok już by leżał i kwiczał z przestawionym nosem. Na szczęście w końcu się odczepił. A to tylko dlatego, że przylazł jakiś jego kumpel i zajęli się sobą. Coś tam o mnie bełkotali, ale miałem ich w głębokim poważaniu.

51


Tkwiłem tak jeszcze dobrą godzinę, aż w końcu... Alleluja! Tak, ujrzałem je! Chwiejnym krokiem zmierzały do taksówek. Gdy taryfa z pipami zniknęła z zasięgu wzroku, wyszedłem wreszcie z mordowni „U Zdzicha”. Wsiadłem do kolejnej taksy i zajechałem pod „Extasy”. Zapłaciłem z góry za całą noc. Wybrałem Swietłanę, najbardziej potulną i łasą na kasę. Za dodatkowych kilkadziesiąt złociszy gotowa była na wszystko, nawet na realizację najbardziej perwersyjnych fantazji. Wybrałem pokój na parterze. Wręczyłem dziewczynie pięć stówek i obiecałem, że nad ranem dostanie drugie tyle. Miała tylko czekać i, gdy wrócę, otworzyć okno. A jakby kto potem pytał, kazałem mówić, że całą noc spędziliśmy, pieprząc się jak króliki. Oczywiście o nic nie pytając, zgodziła się na wszystkie warunki. Zresztą jej chyba już nic nie zdziwi – dostatecznie wielu dziwactw się naoglądała. Pewnie pomyślała, że mam jakiś chory fetysz. Ale nie moja sprawa, co sobie myślała. Nie płaciłem jej za myślenie. Otworzyłem okno i wyskoczyłem. Potem ruszyłem do najbliższej taryfy i kazałem się wieźć z powrotem na plac. Stamtąd pieszo ruszyłem do domu, tą samą trasą, którą kilka godzin wcześniej przybyłem. Maszerowałem oblepiony ciemnością, czasami rozcinaną księżycowym promieniem jak skalpelem chirurga. Gdy doszedłem do domu, światła były już pogaszone. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że upojone drinkami pipy chrapią w najlepsze. Teraz wszystko zależało tylko i wyłącznie ode mnie. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, poczułem lekki niepokój. Wiedziałem, że jeśli coś spieprzę, to drugi raz taka okazja szybko się nie powtórzy. Zakradłem się do najbliższego okna. Było uchylone. Przystanąłem i zacząłem nasłuchiwać. Morfeusz mi sprzyjał – w domu było cicho jak w grobowcu. Zakradłem się do drzwi wejściowych. Przez chwilę czekałem, aż księżyc znowu wyjrzy zza chmur. W jego bladym świetle wyszukałem w pęku kluczy ten właściwy. Zbliżał się najtrudniejszy moment, w którym było najwięcej niewiadomych. Zdałem sobie sprawę, że

52

nie mogę przewidzieć pewnych wydarzeń. Mogły zaskrzypieć drzwi. W przedpokoju mogły leżeć rzucone byle jak buciory, o które mógłbym potknąć się i narobić hałasu. Alkohol mógł sprawić, że babsztyle będą miały zbyt lekki albo zbyt mocny sen. Ręce zaczęły mi lekko drżeć. Pot ściekał z czoła, a serce kołatało się jak wściekłe. Ściskając oburącz klucz przekręcałem go, bardzo powoli, ostrożnie, spodziewając się w każdej chwili głośnego trzasku zapadki. Na szczęście wszystko poszło gładko. Zamek ustąpił bez protestów. Klamka nie zgrzytnęła. Drzwi nie zaskrzypiały. W środku panowały egipskie ciemności. Delikatnie przymknąłem drzwi i kucnąłem, jedną ręką badając przestrzeń przed sobą. Powolutku, na czworakach, zacząłem zmierzać w kierunku szafki. Miałem nieprzyjemne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, ale wiedziałem też, że może to być tylko naturalna reakcja na otaczającą mnie nieprzeniknioną czerń. Kaseciak, buteleczka i szmatka – wszystko, czego potrzebowałem, było w szafce. Dwie ostatnie rzeczy wylądowały w mojej kieszeni. Teraz pozostało jedynie zabawić się w Indianina. Czarna Stopa zakradnie się do blada twarz i zrobi jej kuku! Zdjąłem buty i postawiłem obok szafki – w końcu nie chciałem zostawić żadnych śladów. Na czworaka dopełzłem do schodów, cały czas mając wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle zapaliło się światło. W końcu któraś z pip mogła mieć problem z zasypianiem. Cóż, udawałbym wtedy zdrowo zalanego. Fakt, wypiłem raptem jedno piwko, ale czy się wyżłopie jedno, czy dziesięć, zapach jest taki sam. Gorzej, gdyby wzięły mnie za włamywacza i zdzieliły czymś ciężkim po głowie. Z góry rozległo się przeciągłe chrapnięcie. Trochę się uspokoiłem. Już miałem wejść na schody, gdy usłyszałem szelest i mamrotanie. Lodowate ciarki przebiegły mi po kręgosłupie. Żołądek stał się ciężki jak kamień. Czując w skroniach silne pulsowanie, intensywnie wpatrywałem się w ciemność. Okazało się, że jedna z pip zaległa na kanapie w salonie. Pozostawało tylko pytanie, która? Przecież są identyczne. Z góry rozległo się kolejne chrapnięcie.

KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI


Ty bęcwale chędorzony – wnerwiłem się na siebie – przecież ta twoja pinda nigdy nie chrapie. – Już się miałem ucieszyć, gdy dopadły mnie wątpliwości: a co, jeśli chrapie po pijaku? Przecież nigdy nie widziałeś jej wstawionej. Zacząłem uważnie nasłuchiwać, czekając na kolejne chrapnięcie. Gdy w końcu się rozległo, nie miałem już wątpliwości, kto jest kim i gdzie leży. Dźwięk dobiegł wprost z pokoiku gościnnego. To znaczyło, że tam śpi ta pinda Andżelika, a moja najwyraźniej czekała na dole, aż wrócę. O dzięki wam, bogowie, jest sprawiedliwość na tym świecie! Z duszą na ramieniu zakradłem się do śpiącej. Zadanie nie było trudne, pod stopami miałem miękki dywan. Ostrożnie wyciągnąłem buteleczkę i nasączyłem szmatkę chloroformem. Pipa była ulana jak ta lala, jednak nie na tyle, by nie było ryzyka, że się przebudzi – lecz już po chwili miałem stuprocentową pewność, że nawet bombardowanie by jej nie przeszkadzało. Pozostało jeszcze wtaszczyć głupią krowę na górę. Fakt faktem, trochę pokomplikowała mi plan, ale wiedziałem, że i ta przeszkoda jest do pokonania. Przerzuciłem Martę przez ramię, tak po strażacku, i ruszyłem w kierunku schodów. Wiedziałem, że czeka mnie teraz najtrudniejsza część zadania: wejść ostrożnie na górę – pilnując, by żaden stopień nie zaskrzypiał – i oprzeć żonkę o drzwi tak, by przedwcześnie nie zaliczyła gleby. Nie wiem, jak tego dokonałem. Czasami człowiek, gdy bardzo mocno się skupi, wpada w taki dziwny trans. Chyba wtedy właśnie miałem ten stan: wyostrzone zmysły, precyzyjne ruchy, wewnątrz ciała rozlewa się ciepła fala uspokojenia i pewności, że wszystko będzie dobrze – wszystko się uda. I udało się! Na dole chybcikiem założyłem buty, nawet ich nie wiążąc. Wziąłem magnetofon i wyszedłem, zamykając drzwi na klucz. Udałem się ku uchylonemu oknu. Skierowałem kaseciaka głośnikami do wnętrza i włączyłem go: „Andżela! Andżeluuuuś Andżeeelaaa!”. Hahaha, spryciarz ze mnie! Nie ma to jak nagrać żoneczkę, gdy woła swoją niedopchniętą siostrunię na obiad. Wyłączyłem sprzęt i niemal w tym samym

Piętno

czasie usłyszałem zgrzytnięcie gwałtownie otwieranych drzwi, głuche łupniecie i łoskot bezwładnie spadającego ciała. Goodbye, żoneczka! Nie czekałem na to, co będzie dalej. Pobiegłem w ciemność. Usłyszałem jeszcze tylko rozpaczliwy krzyk i na mą duszę spłynął balsam spełnienia; słodycz zemsty, rozkosz bogactwa, wolność i niezależność! Dokonało się! „Piernik ruszył do wiatraka”, czas wracać do „Extasy”. W końcu alibi musi być! Nim doszedłem do miasteczka, w lesie, w krzakach, zostawiłem magnetofon. Wyciągnąłem tylko kasetę, którą natychmiast wybebeszyłem. W ruch poszła zapalniczka. Jedyny dowód zbrodni został bezpowrotnie zniszczony. Reszta to już pikuś! Taryfa. Nocny. Gorzałka – ćwiarteczka żołądkowej. Taryfa. „Extasy”. Zastukałem w okno. Swietłana grzecznie otworzyła – w końcu panienka z okienka miała w perspektywie kilka dodatkowych stówek. Przez resztę nocy kurewka dopieszczała mnie, swego dobrodzieja, najlepiej jak potrafiła. Nad ranem otworzyłem flaszkę. Wypiłem ją do dna! W końcu na zostawionej wczoraj kartce wyraźnie pisałem, że będę się alkoholizował. Teraz pozostał tylko powrót do domu. Pan na włościach! Owszem, trzeba będzie poudawać rozpacz i tak dalej, ale kto powiedział, że nie mam zapędów aktorskich? Taa, odegram życiową rolę!

3. ANDŻELIKA Minął tydzień od śmierci siostry. Nie przeżyłabym go, gdyby nie silne tabletki uspokajające. Byłam jak wypruty z uczuć manekin. Otumaniona, otępiała. Maurycy, który z Kutafona awansował na Jebanego Skurwysyna, właśnie jadł zupę. Przed chwilą sama mu ją przyrządziłam. Usiadłam na fotelu, udając, że czytam gazetę – obserwowałam gnoja. Pałaszował, aż miło! Nagle wyprężył się jak struna, wręcz zesztywniał. Poczerwieniał na twarzy i ciężko dysząc rozdziawił jadaczkę. Złapał się za pierś. Wstając, obrócił się w moją stronę. Oczy, gdyby mogły, wyskoczyłyby mu z oczodołów jak piłeczki ping-

53


pongowe. Padł na kolana i wydyszał: – Serce. – Zgadza się! Jesteś bez serca, gnoju! – wysyczałam lodowatym tonem. – Aandż...? – domyślił się, po czym padł bez tchu. Na dywan, wprost do moich stóp – jakby chciał błagać o przebaczenie. Sprawiedliwości stało się zadość – pomyślałam z satysfakcją. Upewniłam się, że naprawdę zdechł. Nie, nie umarł, właśnie ZDECHŁ! Nie było wątpliwości – Kutafon już nigdy nikogo nie skrzywdzi. Teraz pozostało tylko udawać świeżo upieczoną, zrozpaczoną wdowę. Postanowiłam, że odstawię tabletki i na pogrzebie Jebanego Kutasa będę ryczała jak bóbr – ale to nie jego będę opłakiwać. Zadzwoniłam na pogotowie i oznajmiłam przerażonym głosikiem, że jaśnie pan chyba dostał zawału (ach i och). Czym prędzej przyjeżdżajcie i ratujcie jaśniepana, ha ha ha! A oni przyjechali i oznajmili, że imć Kutafon zszedł ze sceny życia. Dlaczego posunęłam się do morderstwa? Czemu po prostu nie wykopałam gnoja na zbity pysk, nie rozwiodłam się? Tamtego ranka w końcu wtoczył się do mieszkania. Spojrzał na mnie – żałosną parodię silnej, zaradnej kobiety: włosy w nieładzie, oczy podpuchnięte, zaczerwienione od płaczu, pod nosem rozsmarowane zaschnięte smarki – i zrobił zatroskaną minę. Gdy się dokładniej przyjrzałam, zauważyłam fałsz – spod maski zaniepokojenia i troski przebijała inna, ledwie widoczna... Skurwiel się cieszył! Zrozumiałam, że prawdopodobnie to on za tym wszystkim stoi. – Na Boga, co się stało? Nie umiesz kłamać, gnoju, oj, nie umiesz – pomyślałam. – Andżelika spadła ze schodów. Twarz Kutafona nagle stężała, wyraźnie pobladł. Tak, teraz autentycznie zaczął się niepokoić, a w mojej głowie coraz głośniej rozbrzmiewało to jedno słowo: MORDERCA!

54

Wewnętrzny głos powtarzał je z taką mocą, jakby pragnął, by wydostało się z ciasnej klatki samokontroli, dotarło do strun głosowych i zostało wykrzyczane! Zmusiłam się do tego, by je zdusić, stłamsić w sobie. Nie mogłam zdradzić się z tym, czego byłam już prawie pewna. – To straszne – jęknął. Wyglądał, jakby miał zaraz dostać zawału. – Nic jej się nie stało? – spytał podchodząc. – Złamała nogę. – Och! – znowu zaczął dramatyzować, chcąc wcielić się w rolę pocieszyciela. Wyciągnął ręce w moim kierunku. – Zostaw, cuchniesz gorzałą. – To ja..., to ja... – zacinał się jak płyta gramofonowa. – Tak, idź pospać – nakazałam. – Ja też muszę – dodałam i pomaszerowałam na górę obawiając się, że gnój zaraz za mną polezie. Na szczęście zamiast zgrzytania stopni usłyszałam tylko głuche puffff – uwalił się na kanapie. Wpadłam do łazienki. W gardle narastała wielka gorzka gula. Przed oczyma wszystko się rozmazywało – wspomnienia z nocy wróciły z całą intensywnością. Ponownie zaczęłam przeżywać śmierć siostry. Czułam, że zaraz zacznę szlochać, a na to nie mogłam sobie pozwolić – wiedziałam, że gnój nie śpi, że strzyże uchem. W mojej duszy narastała rozpacz, w jego – lęk. Chwyciłam pierwszy z brzegu ręcznik i docisnęłam do twarzy. Wytłumił płacz na tyle, na ile było trzeba. Nie wiem, ile czasu tak siedziałam – zwinięta w kłębek między wanną a umywalką, ściskając ten durny wypłowiały ręcznik – ale w końcu doszłam do siebie, przynajmniej na tyle, by zrobić rekonesans apteczki. Nie zawiodłam się. Oczywiście były w niej tabletki uspokajające. Łyknęłam trzy, popijając wodą z kranu. Kilka minut później usnęłam. Tej nocy zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Przebudziło mnie uczucie zimna tak przenikliwego, że miałam wrażenie, jakbym miała kości z lodu. Gęsia skórka i nieodparte wrażenie czyjejś obecności

KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI


zmusiły mnie do otworzenia opuchniętych powiek. Pokój zalewała delikatna księżycowa poświata. Blade światło wydobywało z ciemności kontury mebli i przedmiotów, przez co sypialnia sprawiała wrażenie, jakby wypełniła się mrocznymi istotami. Jednak nie one wywołały dziwne uczucie – tak, jakby to, co mnie obserwuje, było poza zasięgiem mojego wzroku. Niepewnie usiadłam na łóżku i odruchowo zerknęłam za siebie. Oczywiście nikogo nie zobaczyłam, co wcale nie pomogło. Wręcz przeciwnie, dziwne uczucie jeszcze bardziej się nasiliło. Zupełnie jakby ktoś (lub coś) nie chciał mi pozwolić na powrót w ciepłe pielesze. Rozglądałam się, próbując odkryć źródło niepokoju i nagle ujrzałam coś na szybie. Wstałam i w martwym, księżycowym blasku zobaczyłam, że to coś to napis, taki dziwny – jakby nasmarowany tłustym palcem. Poczułam dreszcze, a serce zabolało, jakby wbito w nie maleńkie igiełki. Na szybie było napisane: ON MNIE ZABIŁ, NIE TY… ON! Co się działo potem? Kompletnie nie pamiętam. Wstał nowy dzień. Obudziłam się i nie byłam pewna, czy to był sen, czy jawa. Prawda czy może halucynacja wywołana nadmiarem prochów? Przekaz z zaświatów czy projekcja udręczonej podświadomości? Tego wszystkiego nie byłam pewna, ale co do jednej rzeczy nabrałam stuprocentowej pewności... TO MAURYCY zamordował moją siostrę! Przebudzenie było jak najkoszmarniejszy z kaców. Łkałam struta smutkiem, spętana bezradnością, przykuta do łóżka paraliżującą depresją. Chciałam umrzeć. Nadludzkim wysiłkiem zmusiłam się, by łyknąć garść tabletek. Potem znowu stałam się bezdusznym automatem. Tylko wyprana z wszelkich uczuć zdolna byłam do jakiegokolwiek działania. W łazience doprowadziłam się do stanu używalności, kamuflując poranną rozpacz. Gdy skończyłam, wzięłam walizkę i zeszłam na dół. Gnój krzątał się po salonie i nawet chciał coś powiedzieć, bo widziałam, że otwiera jadaczkę, lecz zgasiłam go, nim zdążył się odezwać: – Jadę do Andżeliki. Zamów sobie pizzę. – Ale...

Piętno

– Nie ma żadnych ale. Przez najbliższych kilka dni sam sobie musisz radzić. Będę jeździć do Andżeli. Potrzebuje mojej pomocy – ucięłam jakąkolwiek dyskusję i wyszłam z domu. Nie byłam w stanie sama prowadzić, nie w tym stanie i nie na prochach. Zamówiłam taksówkę. Boże, jakie to dziwne. Zdałam sobie sprawę z tego, że rozmyślam o śmierci siostry i o tym, że niedługo zabiję człowieka – nieważne, że pieprzonego kutasa, ale jednak człowieka – i nic nie czuję! Nie mogłam wyjść z podziwu, co też te cholerne chemikalia mogą z człowiekiem zrobić – zupełnie jakbym dostała duchowego paraliżu! Pojechałam popakować w pudła wszystko, co mam – w końcu nie będę mogła funkcjonować jednocześnie jako Andżelika i jako Marta. Starą dobrą Andżelikę trzeba będzie wysłać gdzieś hen daleko, na drugi kraniec świata. Od dziś jestem swoją siostrą! Ledwie dojechałam, spotkałam Jensa, mojego sąsiada. Jens przyjechał „do Polska”, bo tutaj „tani ziemia i dobra ludzie”. – Dżen dabry! – Witaj, Jens – wystękałam zbolałym głosem. – Co pani taka smutny? – Chyba niedługo wyjadę... w podróż, taką dookoła świata. – To dobra taka podróź. To szczenszliwy, nie szmutny powinna bycz! – Ale ja już raczej nie wrócę. Mam raka... – kłamałam jak z nut. – Został mi rok, może dwa lata. – Boźe! Duża szkoda! Pani taka dobra siatka! – westchnął przygnębiony. – Sąsiadka, Jens, sąsiadka – Szonszatka – wymamrotał – Druga taka z donica szukacz – dodał smętnie. Nie chciałam go po raz kolejny poprawiać, pożegnaliśmy się i poszłam do domu. Lubiłam faceta, ale jak łatwo się domyślić, tego dnia byłam w nastroju „nieprzysiadalnym”, niepogadalnym i w ogóle cała byłam jednym wielkim NIE. Zabrałam się za pakowanie. Powyciągałam leżące na strychu pudła i zabrałam się do roboty. Najlepsze pomysły zawsze przychodzi-

55


ły podczas robienia porządków. Teraz było tak samo. Przewertowałam w głowie wszystkie znane mi kryminały – i nic. Co dobre w książce, niekoniecznie musi być takie samo w życiu. Żaden z pomysłów nie wydawał się bezpieczny. W końcu po dłuższym czasie wpadłam na ten jeden, jedyny, unikatowy Dobrze, że studiowałam historię. Z perspektywy czasu widzę, że okazałam się taką samą gnidą, jak Maurycy. Nie, bynajmniej nie dlatego, że ukróciłam jego parszywy żywot. Niestety, oprócz gnoja wyprawiłam na tamten świat jeszcze jedną żywą istotę... niewinną, bezbronną, która mi niczym nie zawiniła. Starałam się usprawiedliwiać, że byłam na prochach. W końcu zmieniły mnie w chodzący zbiornik – pełen krwi, mięsa i fekaliów, ale za to bez duszy; dusza została wyłączona. Chemiczna znieczulica robiła swoje. Marne wytłumaczenie, prawda? Przecież miałam rozum, przytępiony, bo przytępiony, ale jednak wiedziałam, co robię.

AGNIESZKA KOŚCISZ

56

Próbowałam sobie nawet tłumaczyć, że przecież biedne stworzenie i tak z czasem wylądowałoby na czyimś talerzu – ale jakieś takie na siłę było to całe usprawiedliwianie. W końcu krew była na moich rękach; moich, nie jakiegoś cholernego rzeźnika! Tylko Kutafona nie było mi żal. Nie zmienia to jednak faktu, że od tamtego czasu... boję się. Boję się, co będzie po śmierci. Boję się potępienia. Piekła. To była zemsta, wyrównanie porachunków – oko za oko, ząb za ząb – ale przecież nie do mnie należało wymierzanie kary. Nie miałam prawa decydować o życiu i śmierci. Cóż, teraz jest już za późno – będę musiała z tym żyć... Kupiłam malutkie rozkoszne prosiątko. Gdybym była w normalnym stanie, pewnie piszczałabym, rozpływając się z zachwytu nad przesłodkim stworzonkiem. Tym razem było inaczej. Miałam wrażenie, że niosę przedmiot. Element śmiercionośnej maszyny. Na dodatek, element ten próbował się wyrywać. Mówią, że ponoć zwierzęta potrafią wyczuć swój los. Ten warchlaczek musiał wiedzieć, że jego dni są policzone. Działałam jak w odmiennym stanie świadomości – jak tej nocy, gdy skremowałam i pochowałam siostrę. Pamiętam, że wstawiłam klatkę do zagrody. Wylądowało w niej wystraszone prosiątko. Potem przyprowadziłam tam Pana Kubusia – moją starą poczciwą psinę. Jego też skrzywdziłam – biedak nie miał zielonego pojęcia, czym sobie na to zasłużył. Podprowadziłam psa jak najbliżej klatki i zaznaczyłam to miejsce. Podsunęłam ją, wraz z pokwikującym więźniem, na odległość kilkunastu centymetrów od zakreślonego punktu. Pan Kubuś, choćby się skichał, nie miał szans dosięgnąć do klatki. Dwa obojętne sobie zwierzaki, które w normalnych warunkach może nawet by się polubiły, staną się śmiertelnymi wrogami. W ciągu dwóch, trzech dni Pan Kubuś zmieni się w wygłodniałą bestię. Głód może wypaczyć nawet najłagodniejszy charakter. Nawet my, istoty kierujące się moralnymi nakazami i zakazami, jesteśmy gotowi zjeść drugiego człowieka, gdy w oczy zagląda nam widmo śmierci głodowej! Postąpiłam jak najgorsza

KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI


suka – prosiątko w ciągu kilku dni zdechnie ze strachu. W jego krwi będzie ogromne stężenie hormonu stresu. Utoczę ją. Posłuży mi do zrobienia zupy dla Maurycego. Oczywiście to, co zabiło prosiaczka, zabije też Kutafona – hormon stresu w tak ogromnym stężeniu zadziała jak trucizna. To samo, co przez lata zabija nerwusów, doprowadzając ich do ciężkich zawałów, sprawi, że Maurycy wyzionie ducha w trybie natychmiastowym – serce nie wytrzyma. W średniowieczu ludzie nie mieli pojęcia, że istnieje coś takiego, jak hormon stresu, ale wiedzieli, że gdy padnie straszone przez dłuższy czas zwierzę, jego krew stanie się doskonałą trucizną. Ta trucizna pozbawiła życia wielu przywódców, książąt i królów. Żaden patolog nie uzna jej istnienia w organizmie za efekt czyjegoś celowego działania. Wiedziałam, że nawet, jeśli zrobiliby sekcję zwłok, to nie wykryją niczego oprócz dużego stężenia hormonu stresu we krwi. Uznają, że facet przez dłuższy czas prowadził bardzo nerwowy tryb życia. Napiszą w tych swoich papiórkach: „ZGON Z PRZYCZYN NATURALNYCH – ATAK SERCA”. Finito, po sprawie! Zrobiłam to. Niemal zagłodziłam Pana Kubusia, który mi tego chyba nigdy nie wybaczy. Do dziś, gdy się do niego zbliżam, widzę lęk w tych smutnych oczach. Skazałam biedne małe prosiątko na niewyobrażalne męczarnie – było jak więzień z celi śmierci, godzinami trzymany na krześle elektrycznym, święcie przekonany, że lada moment umrze. A wszytko po to, by zabić człowieka. Pomścić śmierć siostry.

Piętno

Czy było warto? Myślę, że jednak nie. Jestem inteligentną kobietą. Mogłam wymyślić coś innego, niekoniecznie kogokolwiek zabijając. Z drugiej strony nie byłam wtedy sobą. Działałam w amoku, w głębokiej rozpaczy; nafaszerowana uspokajaczami jak jakiś cholerny narkoman. Cóż, teraz to już – jak to się mówi – po ptokach. Nie cofnę przecież czasu...

KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI Świat powitał głośnym krzykiem w 1978 roku (położne do dziś mają problemy ze słuchem). Ów wszechstronny demoralizator i awanturnik zapragnął zostać muzykiem rockowym – niestety matka natura poskąpiła mu muzycznych talentów. Zdesperowany rzucił się w objęcia dziesiątej muzy. Gdy ukończył reżyserię, uznał, że woli jeszcze inną dziedzinę. Postanowił zostać nowym wieszczem narodowym – pod koniec 2006 roku chwycił za pióro i tak zostało do dziś. W 2008 roku popełnił zbiór opowiadań „Naśmierciny” (czyli małe co nieco dla miłośników groteski, horroru i fantastyki). W lutym 2009 roku opublikował opowiadanie w słowackim „Playboyu”. W maju 2010 roku ukazała się jego druga książka „Anima vi lis” i... bez przerwy odgraża się, że to jeszcze nie koniec!"

57


Zły

3


MARCIN BEKIESZ

Zły Był złym człowiekiem. Nigdy nikomu nie mówił dzień dobry, nie pożyczył paru miedziaków, nie ustąpił damie w drzwiach. Nie chodził do kościoła, nawet w największe święta, i nigdy nie wspierał zbiórek na potrzebujących. Nigdy chyba dobre słowo nie wyszło z jego ust, nigdy nie prosił ani nie dziękował, skąpił zapłat za wykonane usługi. Nie lubił dzieci ani dorosłych, żył samotnie i nigdy nie otwierał okien. Jeśli się odzywał, to w najlepszym przypadku zrzędził. Był jedną z tych osób, które poirytowane byle błahostką przekłuwają sąsiadom opony w samochodzie (i chociaż takich słów jak „samochód” czy „opona” ludzie jeszcze długo mieli nie poznać, już było im znane przynajmniej kilka zastosowań słowa „przekłuwać”, bardzo blisko związanego z innym dobrze znanym słowem: „sąsiad”). Nikogo do siebie nie zapraszał i nikt nie zapraszał jego. Był złym człowiekiem. Jakiż więc niemiły musiał być jako martwy. Pewnie był strasznie poirytowany faktem, że dał się oślepić jednej z błyskawic, którymi nocna burza hojnie obdarzała okolicę. Nie mogło go pocieszyć to, że oślepiony wywinął orła pod drzwiami, uderzył głową o pierwszy stopień schodów prowadzących na piętro, a lampa, którą oświetlał sobie drogę, rozbiła się na podłodze. Skutkiem czego jego dom – i on sam – spłonęli, i nikt nawet się nie pofatygował, by gasić pożar. Patrzyli tylko długo, z rozdziawionymi gębami, a potem zaczęli krzyczeć, śmiać się i tańczyć. A to plebejskie, tępe pachoły, pomyślał. Tyle lat ich znosił, a oni takie coś. Niewesołe było również to, że ludzie, którzy przyszli po jego ciało, z o wiele większym entuzjazmem wynieśli całe złoto, jakie znaleźli. Poczuł się oszukany, zdradzony i wystawiony do wiatru. No właśnie, wiatr. Z racji swej obecnej eterycznej postaci, za każdym razem, gdy zaczynało wiać, on również

Zły

odlatywał. Pół biedy, jeśli w przypływie paniki udało mu się skoncentrować na tyle, by zahaczyć się na jakimś krzaku. Wtedy tylko musiał poczekać, aż wiatr się uspokoi i na powrót poskładać się w całość. Przybił go do reszty własny pogrzeb, który odbył się kilka dni później. Odbył się szybko i wcale nie panowała na nim pogrzebowa atmosfera. Kiedy wszyscy rozeszli się w radości, stał długo nad swoim grobem i myślał. Myślał o tym, dlaczego wciąż tu jest. Dlaczego ci, których raczył znosić tyle lat, mimo całej ich obrzydliwości i głupoty, tak mu się odwdzięczyli. Odpowiedź znalazł w pytaniu – byli głupi i obrzydliwi. Ale dlaczego miał ich znosić nawet po śmierci?! Konkluzja nasuwała się sama. Ktoś na górze, ktoś, kto miał dostateczną moc i rozum, pozwolił mu tu zostać, by dokonał zemsty na niewdzięcznikach. Chociaż nie miało to większego znaczenia, bo nikt nie mógł go usłyszeć, zaśmiał się ponuro i szyderczo. Nareszcie ktoś go zrozumiał. Genialny plan zemsty, odpłaci im za wszystko, będą trząść portkami i żałować, że w ogóle... Do kroćset, znowu zaczęło wiać. Kot też był martwy. Był martwy tak intensywnie, że martwość aż od niego biła. Tak martwe może być tylko coś, co przed chwilą było równie żywe. Rzeczy martwe z natury są jakby martwe z przyzwyczajenia i nie robią z tego powodu rabanu. Ale coś, co przed chwilą wyginało się i mruczało, było martwe w sposób niezwykle pretensjonalny. Durny kocur. Nie lubił go, nikt go nie lubił. Oprócz właściciela. Ulubiony kotek miejscowego kupca był spasiony jak tuczna locha i tak dumny i wyniosły, jak tylko dumne i wyniosłe może być coś, co nie nosi korony, bo może przez nią przejść, nawet się nie

59


garbiąc. W sumie go nie żałował, wszyscy raczej odetchną z ulgą na wieść o zejściu wrednego, śmierdzącego kocura. Oprócz właściciela. No, ale skąd mógł wiedzieć, że to bydle zeżre trutkę? Przecież polował chyba na myszy, czy coś w tym rodzaju, powinien był wiedzieć, że tego się nie je. Rzucił mu ją tylko dla żartu, chociaż – by oddać prawdę – przeszło mu przez głowę coś w stylu „zeżryj to i wyciągnij kopyta, ty nadęty zapchlony degeneracie”, ale przecież w sensie metaforycznym. Kiedy marzył, by życzenia się spełniały, nie do końca to miał na myśli. A teraz proszę. Stało się. A miał tylko pilnować składziku na czas nieobecności kupca i jego pomocnika. Jeśli Herr Wazy się dowie... Trzeba było coś zrobić. Wynieść go stąd i zakopać daleko w lesie. Albo po prostu przenieść w inne miejsce. To jedyne...

MAGDALENA MIŃKO

60

Nie usłyszał zbliżających się kroków. Drzwi otworzyły się akurat w momencie, gdy podniósł sztywnego kota i obrócił się ku wyjściu. – Złe nas nawiedziło, panie kasztelanie. Nic, ino jaka dusza złośliwa się po okolicy pałęta. Zbawienia dostąpić nie może i od rozsądku odchodzi. – Myślicie, księże, martwiec jaki? Utopiec? Skąd by mógł taki tutaj wyniźć? – Żaden martwiec ni jemu podobny – odparł zakonnik, nalewając sobie wina. Pił, bo przecież gdyby się zmarnowało, byłoby nie po bożemu. – Ci, których na myśli macie, wszyscy przecie jakie ciało mają. A nasz nie ma, jestem tego pewien. A skąd by mógł wyniźć, to przecie wiecie, nie w ziemi poświęconej złożon albo... – Wiem, wiem – przerwał kasztelan, siadając przy stole. Odgonił komara bzyczącego mu nad uchem. – Dziwi mnie jeno, bo przecie nikt tu ostatnio nie zszedł w ten pogański sposób. – I mnie to dziwi. – Ksiądz schwycił pieczone udko kurczęcia. – Pierwszy bym o tym wiedział. – Może z dalekich stron przybył? – Gdzie tam. Toć to straszydła, nie podróżni. Ani smoki, żeby za jadłem się przemieszczały... zresztą duchy przecie nie jedzą. – Ugryzł solidny kęs mięsiwa. – I wo miejfsc ffoich som fyfiązane. – Tedy nasz miejscowy jaki. A skąd wiecie, że on bez ciała? Ksiądz przeżuwał ze źle skrywaną rozkoszą. Kasztelańska kuchnia słynęła na okolicę. Dobrze, że mieszkał tak blisko. Bóg doceniał najwyraźniej jego pasterski trud. – Dokonałem wywiadu wśród ludzi – rzekł. – Różnie to gadali, póki nikt go nie widział. A teraz jest już pewne, że zobaczyć go się nie da, choć tu jest. – Czy to coś zmienia? – Kasztelan poczuł się nieco zbity z tropu. – Toć dalej go nie widać. – Tak – potwierdził ksiądz. – Ale teraz wiemy, że go nie widać, bo on duch, niewidoczny, choćby tu przy was na ławie siedział i na jadło się gapił. A skąd to wiem? – uprzedził pytanie kasztelana. Pociągnął słuszny łyk wina i podjął: – Ano nasz bard, Janko,

MARCIN BEKIESZ


parę dni temu balladę na targu nucił ku serc pokrzepieniu. Południe to było, a dyć to środek lata, więc zmiarkujcie, ciepło było jak przy piecu. I nagle, tak z niczego, wszyscy nieswojo się poczuli, a chłód powiał taki, jakby zimą do piwnicy zejść! – Potrząsnął udkiem, by podkreślić wagę swych słów. – A! A i to nie wszystko – kontynuował, obgryzając kość. – Nie dalej jak wczoraj, wystawcie sobie, młoda kowalowa do mnie przyszła... – Oczy księdza zabłysły tajemniczym blaskiem. Oczy kasztelana zaszły mgłą. Ale tylko na ułamek sekundy. – Taak, więc przyszła... i co mi prawić zaczyna? Do lasu poszła, jagód a grzybów nazbierać. I wracała już, i po coś tam się jeszcze schyliła. Koszyk na ziemię postawiła, parę kroków odeszła. I co? Naraz chłód, taki jak wtedy na targu, i jak jej coś po zadku obłapiać nie zacznie, a kieckę w dół ciągnąć. – Święty Jerzy! – A nikogo, choć oko wykol. Przeraziło się dziewczę i z krzykiem do grodu pomknęło. – Chwycił marchewkę i schrupał, podkreślając tym samym swoją wypowiedź. – Tak mówi lud. – Nie tylko to zresztą. Co i rusz coś dziwnego się dzieje, aż okolica huczy od plotek. Trza nam z tym co zrobić, księże Bobaku, i to rychło. – Racja, panie Mateuszu. Bo nam się tu ludek całkiem wystracha. Kiedy następnego dnia ksiądz Bobak powrócił do kasztelańskiej jadalni, okazało się, że przybył ostatni. Wszystkie miejsca strategiczne wobec poczęstunku wyłożonego na stole były już zajęte. Trudno, pomyślał zakonnik, trzeba zacząć rozgrzewać łokcie. Był już kasztelan, pan Mateusz. Był kowal Młotko Morzy, zwany weselej Młotkiem, oraz miejscowa wieszczka i lekarka, chasydka Jankielka. Obok niej siedział też bard Janko. Wszystkim udzieliła się nerwowa atmosfera oczekiwania na rozpoczęcie narady. – A gdzie Zawojski? – zapytał kasztelan, gdy ksiądz rozsiadał się przy stole. – Dowódca Straży? – odparł święty człowiek, wygładzając poły habitu. – Od wczoraj w lasach ze swymi ogarami. Jelenia szuka. – Przysunął się z krzesłem bliżej stołu. – Jak dalej będzie tym swoim

Zły

krzywym rogiem w ciapki zwierzynę wypłaszać, to pierwej sam w rzyć sobie zajrzy niźli... – Dobrze już, dobrze księże... skoro już się zebraliśmy, przejdźmy do rzeczy. Czy wszyscy wiedzą, jaki jest cel dzisiejszego spotkania? – Podobno mamy radzić o upiorze, co to niby nasze sioło ostatnimi czasy nawiedza – odezwała się Jankielka. Mimo wieku głos wciąż miała melodyjny, a starość obeszła się wyjątkowo dobrze z jej urodą. Również z jej skłonnością do myślenia – oraz paplania – o wielu rzeczach jednocześnie, i to często na skróty, co przy całej jej dobroci bywało uciążliwe. – I ja o tym słyszał! – rzucił kowal, wyciągając misternie rzeźbioną tabakierę. – Tfu, że też na naszej poświęconej ziemi coś się takiego ulyngło! – A gdzie Herr Wazy, nasz przyjaciel zza Odry? – spytał ksiądz Bobak. Wazy, Niemiec, mieszkał tutaj, w grodzie Zajazd, lecz prowadził intensywny handel ze stroną niemiecką. – Wróci pod wieczór, z dostawą – odparł kasztelan. – On już o wszystkim wie. I was więc poinformuję, że oprócz zwykłych artykułów wiezie on również coś wyjątkowego, co zamówiłem byłem w związku z ostatnimi wydarzeniami. Więcej powiem wam później. Podstawowe pytanie jednak brzmi – co radzicie? – Pierwej trzeba określić, kto to taki był za życia – rzekła Jankielka. – I dlaczego tu został. Że to złośliwy duch, wiemy już na pewno, ale musimy też wiedzieć, co go tu trzyma. – Racja – podjął ksiądz, skubiąc wiśnie. – Kiedy się tego dowiemy, łatwiej będzie nam go pokonać. Poznać jego słabe strony. – Włożył do ust trzy owoce. – I, mmm, je wykorzystać, w pułapkę zwabić lub coś na tę modłę. Mmm, słodziutkie. – Musimy się przecież dowiedzieć, do czego może być zdolny – podsumowała znachorka. – To może być szaleniec. Albo jeszcze gorzej, duch poborcy podatków. – Wiemy na pewno, że to ktoś, kto niedawno zszedł w okolicy – podjął Pan Mateusz. – A wiedzieć wam trzeba, szanowni zebrani, że jedynym, który w ciągu ostatnich miesięcy zszedł w okolicy, był ten stary zrzęda Poskal. Niech się smaży w piekle.

61


Na moment zaległa cisza, pełna skrępowania. Zdawało się, że kasztelan głośno powiedział to, co wszyscy podejrzewali. – Hm... – odchrząknął Młotko. – Jysteście pewni, panie kasztelanie? – Sprawdziłem. To pewne. Nikt się nie odzywał. Za oknem dzwon kapliczki, kryjący się przed upałem w cieniu pobielanej dzwonnicy, zaczął wybijać południe. Jego dźwięk, jedyny pośród martwej ciszy, brzmiał teraz jakoś inaczej. Księdza nagle naszła ochota, by ubrać kapelusz od słońca, taki słomiany, z szerokim rondem, wsiąść na konia i pojechać zrobić porządek z tym cudakiem. Ale by było, zaśmiał się w duchu. – Trzeba by się upewnić – podjęła Jankielka. – Gdyby mieć jakiś przedmiot, który do niego należał, a który sobie miłował, mogłabym łatwo to sprawdzić. – Systkie przedmioty sobie miłowoł – wtrącił Młotko. – Nawet deski z wychódka. – Chyba nie będzie problemu ze znalezieniem jakiegoś – rzekł kasztelan. – Ludziska wszystko rozkradli, wystarczy popytać... – Po co pytać – odezwał się ksiądz. – Toć i stąd widzę, że te wiśnie leżą w misie z jego inicjałem. Wszyscy spojrzeli na misę, następnie na obecnego jej właściciela. Kasztelan zachował kamienną twarz, wybełkotał coś niezrozumiałego, odchrząknął. – Ktoś... ją tu przyniósł... – wydukał w końcu. – Nie ulega wątpliwości – zakonnik uśmiechnął się triumfalnie. – Nie ma więc co tu siedzieć – przerwała konfuzję Jankielka, patrząc przenikliwie na zebranych. – Wezmę tę misę i zobaczę, co mi powie. Oczywiście w przenośni, no bo misy nie mówią, hihi. Widział kto kiedy gadające sprzęty kuchenne? – Wstała i delikatnie wysypała owoce na stół. – Dopiero wtedy będziemy mogli coś wymyślić. Ale jabłuszka to soczyste macie! W południe następnego dnia ponownie zebrali się w kasztelańskiej jadalni. Ksiądz Bobak zauważył, że albo schody na piętro są coraz bardziej strome, albo jest coraz goręcej.

62

Upał rzeczywiście doskwierał: koło południa wszyscy porzucili swoje zajęcia i ustał codzienny gwar. Tylko dzieci nie potrzebowały kryć się w chłodnych wnętrzach domostw i biegały po grodzie, wzniecając tumany kurzu, a ptacy radośnie świergolili w gałęziach drzew. Wszyscy siedzieli, obecny był też Herr Wazy. Jedynie Jankielka stała przy oknie i wyglądała na podwórze. Ksiądz powitał wszystkich uniesionymi dłońmi. – Upał jak diabli – rzucił, siadając na swoim miejscu. – Jak dalej tak grzać będzie, to i kamienie na polach dojrzeją. Podajcie no, panie Młotko, gąsiorek z winem. Wprost z chłodnej piwniczki, mam nadzieję? – Nie wzywajcie, księże, diablego pomiota – rzekł kowal, podając wino. – Jeszcze un tu na zawołanie przynijdzie, a jest blisko, tegom pewien. – Nasz swojski Lucyfer? Ano, racja. Czy już się czegoś o nim dowiedzieliśmy? Spojrzenia wszystkich obecnych skierowały się jak na komendę na Jankielkę. Nieruchome letnie powietrze stężało jeszcze bardziej w oczekiwaniu na potwierdzenie tego, czego wszyscy się domyślali. – A więc dobrze – powiedziała. – Słuchajcie uważnie, cobym nie miała powtarzać. Tak jak mówiłam, wczoraj o północy... a właściwie to dziś o północy... to takie śmieszne, widzicie, bo północ... – Czcigodna – przerwał jej kasztelan – do rzeczy. – Już się robi. – Jankielka znana była ze swojej skłonności do filozofowania. Jak mówiła, to ją równoprawniło. Nikt nie wiedział co to właściwie znaczy, ale też nikt nie miał zamiaru jej tego zabraniać, dopóki nikomu ani niczemu to nie szkodziło, na przykład tradycyjnemu podziałowi ról kobiet i mężczyzn. – A więc o północy... tej ostatniej, prawda, dokonałam obrządku ujawnienia. Zjawa, która się tu pojawia, pozostawia po sobie silną dawkę ektoplazmy, pewnie nie wiecie, co to jest, ale to mi się przydało, no więc położyłam tę misę na stole z magicznymi znakami. Zapaliłam magiczne zioła i wtedy dostrzegłam obydwie aury. To te z ektoplazmy. Aury misy i zjawy, oczywiście, a nie misy i stołu. Po co nam

MARCIN BEKIESZ


tutaj aura jakiegoś stołu, prawda? No więc obie były jednakowe. Cisza, która po tym zapadła, zdawała się tylko czekać na swoją rolę. Musiała zapaść, nie ma co. – No, to wiemy to, co wiedzieliśmy – przerwał ją ksiądz. – Powitać nam sąsiada. – Tak, ale skoro już wiemy, że to on, możemy konkretnie coś zaplanować – rzekł kasztelan. – I zastanowić się, dlaczego pozostał tu z nami, zamiast odejść do król... do kadzi piekielnych. Może, jak się dowiemy, to odeślemy go pokojowo. – To uczywistym jest – zgadywał Młotek – że chciwóść go tu trzymi. Tak wielka, ży nawyt po śmirci dusza jego złota pragnie i ze swymi ziymskimi dobrami rozstać się nie może. – Chora dusza, chciwością przeżarta – skwitował ksiądz Bobak. – Macie, kowalu, rację. Skoro to on, to tylko to może go tu trzymać. – Co z nim zrobić? Jak takiego przegnać? – Pytanie kasztelana było zwrócone do księdza, ale ponieważ ten nie kwapił się z odpowiedzią, odezwał się milczący dotąd Janko: – Trzeba wolność mu zwrócić. Duszę jego wyzwolić od mocy ziemskiej woli, by mogła ulecieć ku niebu... – Prędzej, mości bardzie, trąbę z rzyci zrobicie, niż on do nieba uleci – parsknął zakonnik. – Ciężar jego grzechów... to tak jakby jaskółka miała unieść kokosa... on i wszystkie jego...rysy na sumieniu, że tak powiem... – Wiecie, księże Bobaku – wtrącił Herr Wazy – byłem kiedyś w interesach w takim kraju, daleko na zachodzie, i tam mają zupełnie inne jaskółki niż te nasze, duże, silne i... – Panowie! – Kasztelan znowu zawołał o porządek. – Skupmy się na temacie. Owszem, trzeba się go pozbyć, ale jak? Czary? Egzorcyzmy? – Na taki zatwardziały charakter moje czary nie pomogą – przyznała ze smutkiem Jankielka. – Na chochlika, złośliwego kobolda czy nawet kapryśną duszyczkę może bym i co znalazła, ale taki szkaradnik jak on... jakby z mieczykiem w dłoni twierdzę zdobywać, i nawet zakładając, że mieczyk byłby

Zły

dobrej jakości, a nawet, że byłby to miecz... – Nie odbiegajmy od tematu, czcigodna. Księże? – Ja... eee, zgadzam się z przedmówcą... to znaczy, do prawdziwych egzorcyzmów to potrzeba biskupa, a najbliższy nam biskup Polaniec do Krakowa wyjechał... no i musi być do tego kilku ludzi, sam to nikt rady nie da. Wreszcie – podsumował ksiądz – to on nikogo nie opętał. – Widząc konsternację na twarzach obecnych, zaproponował jeszcze: – Ale bramę mogę na nowo poświęcić, albo co... – Obawiam się, że to na nic – rzekł strapionym głosem kasztelan. – Jakieś inne pomysły? Zanim biskup wróci? – Przy okazji Krakowa – w Herr Wazym odezwała się żyłka do interesów – to może byśmy mogli zrobić z niego taką miejscową atrakcję, jak oni z tym swoim smoczyskiem, co to niby księciu się pod piwnicą zalęgło? – Trzyba by go i tak przedtem złopoć. – I oswoić. Jak sokoła. Albo dzikiego pieska. A to by długo trwało przecież, bo nie można, ot tak, od razu go do ludzi, jak on taki nieużyty, że normalnie... – A poza tym – wtrącił ksiądz pogardliwym tonem – to oni tam w Krakowie bujdę wymyślili i zwykłą malowaną makietę stawiają. Widział kto kiedy, żeby smoka owcą wysadzić? – Nie ma – odezwał się śpiewnie Janko – sposobu nad taki, coby go w pułapkę zwabić i srebrnym grotem ugodzić! – Tu zarzucił dramatycznie włosami, pakując je sobie do ust. – Jak? – spytał Herr Wazy. – Marchewkę mu pod nos podstawisz? – Może by dół na niego wykopać? – Albo Zawojskiego poprosić, żeby na niego jakie wnyki założył? Psami poszczuł? – W wurek go ucopić, mówię. – Cicho, cicho, mości państwo, przecież to wszystko zupełnie bez sensu jest, no! – uciszył ich kasztelan. – Zapominacie, że mamy do czynienia ze zjawą czystej wody: nad dołem przeleci, przez wnyki przejdzie jak powietrze przez worek. Janko ma rację, mówiąc o srebrze. Ale... – zastanowił się – chyba żeby wnyki ze srebra zrobić... Ale kogo dziś stać na

63


porządne wnyki, całe ze srebra, nie mówiąc o wielu, żeby skutecznie go łapać? – Otóż to – rzekł ksiądz. Zapadła chwila niezręcznego milczenia. Nikt nie mógł nic wymyślić. Pan Mateusz zerknął na Herr Wazego, ten niemal niezauważalnie skinął głową. – A więc dobrze – powiedział kasztelan. – Zebraliśmy się tu, by jakiś sposób na tego upierdliwca obmyślić. Poprosiłem was tutaj, by wysłuchać waszych propozycji. Jednak tak jak już wcześniej przewidzieliśmy to z Herr Wazym, nie doszło do przedstawienia czegokolwiek sensownego i skutecznego. Trzeba oddać rację Jankowi – spojrzał na barda, któremu oczy z radości urosły do rozmiaru pomidorów – że tylko srebro pomóc tu może. Nie stać nas jednak na proponowane już srebrne wnyki lub coś podobnego. Dlatego – tu wyprostował się i powiódł wzrokiem po zebranych – już wcześniej przedsięwzieliśmy z naszym szacownym kupcem odpowiednie kroki i chciałbym, żebyście... tak, panie Młotko? – Przeds... co? – Wprowadziliśmy w życie – wyjaśnił kasztelan, sekundę tylko wcześniej się zawahawszy. – A teraz, panie Wazy, jeśli byłby pan tak uprzejmy... Wazy ponownie skinął głową i sięgnął pod stół. Położył na nim worek, w który zapakowane było coś dużego, podłużnego z natury. – Przewidzieliśmy wszystko wcześniej, i jak się okazało słusznie – kontynuował kasztelan. – Oto zaś nasze rozwiązanie... Herr Wazy rozwiązał worek i wydobył z niego zawartość. Na dłuższy czas zapadła cisza. Wszyscy w osłupieniu patrzyli na to, co przed chwilą jeszcze było ukryte przed ich wzrokiem. – Toż to... – wyszeptał nabożnie Janko. – Kusza – dokończył za niego pan Mateusz. – Nie byle jaka. Z czarnego dębu, świetnej jakości i przez biskupa z niemieckiego miasta Frankfurt, gdzie została wykonana, poświęcona. Ale przede wszystkim... Kupiec wziął do ręki mniejsze zawiniątko, które razem z kuszą znajdowało się w worku. – Bełty – powiedział. – Wodą święconą skropione i z grotami z czystego srebra.

64

– Kiedy ten zmór dostanie taką strzałkę, nie będzie dla niego ratunku. Teraz już wiemy, że tylko to na niego zadziała, i to jak! Z niemiecką precyzją. – Jest piękna – rzekł Janko. – Godna wojów ze starych ballad... – Bla, bla, bla – mruknął do siebie ksiądz. – I niepomiernie tańsza niż choćby jedne wnyki ze srebra. – Kasztelan czuł, że musi to powiedzieć. Promienie słońca połyskiwały w czarnym drewnie kuszy, odbijały się w grotach z czystego srebra. Zdawały się skupiać wokół przedmiotu leżącego na stole, tworząc dookoła niego jakąś niesamowitą aurę. – Piękna – zgodził się zakonnik, dolewając sobie wina. – Ale chyba nie oczekuje pan, panie Mateuszu, że któreś z nas chwyci za to cacko i raźnie podąży w lasy szukać tego straszaka? – Nie – odparł kasztelan. – I tu jest pies pogrzebany. Musimy znaleźć kogoś, kto zna się na tym lepiej niż my. – ...i nagrodę temu, kto się zadania podejmie, a z niego wywięże, przyrzekać raczy. Dyć dowód na stwora ukatrupienie być przedstawion musi. Żadne ustne ni pisemne gwarancyje liczone nie będą. Śmiałek zaś, ehm, który żyw wróci i dowód przedstawi, nagrodzon zostanie, jako napisano wcześniej. Z woli jaśnie nam panującego pana kasztelana Mateusza! Tłumek zaszumiał. Strażnik zaczął zwijać papier, z którego czytał, a jego dwaj pomocnicy ruszyli rozwieszać ogłoszenia w najbardziej widocznych miejscach, czyli praktycznie gdziekolwiek. Spojrzał na czerwone słońce, zachodzące nad borem. Cały dzień już z tym jeździł i nie był to wcale koniec. – Jeszcze dziś zostanie to ogłoszone w Chyżochodach Mniejszych i Jęczydołach, a jutro nawet i dalej. Więc się śpieszcie, jeżeli wam srebro miłe! Tłumek zagderał głośniej. Ktoś podniósł głos, rączo wymachując widłami, ktoś inny go wyśmiał. – A co to un za jeden, ten zmór? – A nagroda to jaka ma być konkretnie? – Jak można go ucapić? Strażnik sapnął z irytacją. Niech ich... – Nie wiem – odparł, gramoląc się z beczki. –

MARCIN BEKIESZ


Gdyby jaśnie pan Mateusz to wszystko wiedział, toby śmiałka do roboty nie szukał. A szuka, nie? – A nagroda? – Nie martwcie się. Nie zrachujecie. Wysoka – mówił, przepychając się przez tłum. Było to niełatwe, bo sam ledwie kapeluszem górował nad beczką, z której przed chwilą przemawiał. – A gdzie go szukać? – W lasach koło grodu, a niby gdzie? – A skund un sie wzion? – A po kim? – A w worek skórzany to sie złapi? – Nie wiem, nie wiem, nie wiemmmm grrr... – Jak mu po krzyżu widłami przejadę, to żadyn worek nie byndzie potrzebny! – Głupiś, przeca un z wiatru ulepiony. – Właśnie! – krzyknęła jakaś kobieta. – Panie herold, co my z nim mamy zrobić, jak on taki powietrzny? Przedmuchać? – Cycki se przedmuchaj – warknął pod nosem herold. Wdrapał się na konia i obrócił ku zbieraninie. – Nie wiem, ludzie, wiedziałbym, to sam bym na niego poszedł, a nie ulotki rozklejał. A rozklejam, nie? No. I z tymi słowy odjechał, dając jasno do zrozumienia, że nie zamierza odpowiadać na dalsze głupie pytania ani na żadne w ogóle. Pomocnicy popędzili za nim, starając się wyglądać majestatycznie i ignorancko. Składało się na to głównie zabawne dla wieśniaków agresywne eksponowanie dolnej wargi połączone z zamykaniem oczu i zadzieraniem głowy. Od razu można było poznać, mówili, z kim się rozmawia. Jeśli miał kłopoty z wymawianiem „dz” i „cz” i patrzył... no, w ogóle na ciebie nie patrzył, bo nic nie widział, to na pewno był ktoś, kto myślał, że jest ważny. Na dłuższą metę była to wiedza przydatna, bo tacy ludzie łatwo się denerwowali. Gdy kurz zaczął opadać na głównej – jedynej – drodze we wsi, ludziska powoli rozchodzili się do domów. Zmór zmorem, ktoś rzekł, a jutro rano też trza wstać. Tylko jedna postać, skrywająca twarz pod kapturem, patrzyła długo za odjeżdżającymi, a kiedy

Zły

wszelki gwar zatonął już w objęciach mroku, podeszła do obwieszczenia i jęła czytać uważnie. Z samego rana następnego dnia do niewielkiego kościółka w grodzie wbiegł, potykając się i dysząc, syn jednego z rolników. Ksiądz Bobak akurat sprawdzał stan wina mszalnego. Chłopak machał rękami i gadał od rzeczy, ksiądz niewiele zrozumiał oprócz tego, że na polu stało się coś niedobrego. Pobiegli więc szybko po kasztelana i ruszyli za bramę grodu. Zdarzenie miało miejsce zaraz za palisadą, w polu dojrzałej pszenicy. Po drodze kręciło się sporo ludzi, wszyscy jakby zdezorientowani, bez żadnego pojęcia, co mają robić, pojawienie się księdza i kasztelana powitali z ulgą. Panowała cisza, wszyscy patrzyli dookoła bojaźliwym wzrokiem, niepewni każdego ruchu. Pan Mateusz rozejrzał się, ale nie dostrzegł niczego niezwykłego. – Co tu się stało? – zapytał najbliżej stojącego parobka. – Chłopak narobił rabanu, jakby sami diabli was tu przywitali. – Ano, panie kasztelanie, kiedy, w prawdę, prawie tak było... – Jak tylko my to zobaczyli, to zaraz my uciekli z pola na drogę... – dodała jakaś kobieta. – Kto wie, co się stanie, jakby tam stać, panie kasztelanie, bez wody święconej... – Prowadźcie – rzekł kasztelan. – Ksiądz Bobak jest z nami, nic nam nie grozi. Chłop skrzywił się jak ktoś, kto doskonale wie, że jego rozmówca nie ma za grosz racji, ale nie wypada, by mu to wypominać, bo rozmówca jest też jego szefem. – Skoro chcecie, kasztelanie... Wszedł w pole i poprowadził ich między dojrzałymi kłosami. Nikt za nimi nie ruszył. Uszli może z piętnaście metrów, gdy nagle pszenica się skończyła. – O... – wskazał ruchem głowy parobek. – W nocy to się stało. Musiał tu zły tańcowisko sobie urządzić, a diabelskie dziewki sprowadzić, nie ma co. – Gdy kończył mówić, głos mu się lekko załamał. Przed nimi rozciągał się olbrzymi krąg starannie

65


wydeptanej pszenicy. Krąg był niemal idealny, z ośmioma odchodzącymi od niego jakby korytarzami, wydeptanymi w równych odstępach. – Kręgi w zbożu! – krzyknął trwożnie zakonnik, żegnając się. – Znaki! Na Boga jedynego, to przecież wybryk nie z tej ziemi! To może oznaczać... och, boję się zgadywać, co to może oznaczać! Wbiegł na wydeptane pole, rozglądając się na wszystkie strony, zakrywając usta dłońmi, zaglądając w korytarze. Pan Mateusz ruszył ostrożnie za nim, patrząc uważnie pod nogi. – Święta Klaro i Alfredzie... oooch! – Ksiądz zajrzał jeszcze tu i tam i podbiegł do kasztelana. – Panie Mateuszu, to po prostu okropne! On sobie coraz śmielej poczyna! Jeszcze teraz czuję diabelski chłód, jaki po nim został...a może on tu teraz jest?! – Spokojnie, księże. Poranek to chyba nie pora dla niego. W cieniu mu się teraz kryć. Ale dlaczego zrobił akurat coś takiego? ��� Ze złości! – Ksiądz był tego absolutnie pewny. – A jakże? Ludzi nastraszył i ziarna zniszczył! Cyrk sobie tu urządza pomiot tchórzliwego łosia. Obyś się w wiadrze wody święconej utopił! W łyżce! – Postąpił parę kroków naprzód i pogroził pięścią w bliżej niesprecyzowanym kierunku. – Oj, Poskal, doczekasz ty się, doczekasz! Musimy – zwrócił się znów do pana Mateusza – po prostu musimy znaleźć kogoś, kto się nim zajmie! Bez dyskusji, raz, dwa, trzy! Kręgi w zbożu... Kasztelan patrzył na nie uważnie spod przymkniętych powiek. Im dłużej zaś na nie patrzył, tym mocniej jego myśli biegły ku niebu, wprost nie mógł ich powstrzymać, nie wiedzieć czemu. Zerknął wreszcie ku górze, na moment odpłynął w domysłach bardzo, bardzo daleko... Nie, doszedł do wniosku, akurat to nie miało sensu. Kto by w to uwierzył. Wieczorem kasztelan posłał po zakonnika w ważnej kwestii. Ksiądz i tak się do niego wybierał, skoro sprawy przybrały tak zły obrót, a po drodze spotkał Zawojskiego, który szedł w tym samym kierunku. – A, witajcie, Zawojski. Widzę, żeście w końcu wrócili z polowania. Trafiło się coś w borach, mości myśliwcze?

66

– Niedźwiedzia! Dzika! Łosia! Wilka! Eh... – Jego entuzjazm nagle opadł. – Pochwalony, księże, pochwalony... kiedyś, dawniej to może bym i co upolował, ale teraz to o, sami zajęce. – A zmory żadnej tam nie widzieliście, panie Zawojski? Bo nam się tu jedna ulęgła. – Słyszałem, dobrodzieju, słyszałem! Dopierom co z polowania wrócił, a im bliżej grodu, tym psy coraz bardziej niespokojne były! Ludzie gadają, że coś nas tu nawiedza? Pan kasztelan w tej właśnie sprawie mnie zawezwać raczył. A i ogłoszenie na grodzie widziałem, kiedym wracał. – Śpieszmy zatem. – Poświęciłem pole, panie Mateuszu. – Pole? – spytał zaskoczony kasztelan, odwracając się od okna. – Całe pole? Witajcie, mości Zawojski. Nielicho się musieliście miotełką namachać, zanim żeście tak obeszli cały gród dookoła... – Kropidłem, mości kasztelanie, kropidłem – upomniał ksiądz Bobak, człowiek odporny na sarkazm. – A co mi do zrobienia zostało? Dyć teraz ludziska przynajmniej się nie boją w pole wyjść... się mniej boją. – I wszędzie tak? Teren bezpieczny? – Niezupełnie. Zająłem się tylko tym, na którym Zły swą obecność objawił. – Pozostałe nie? – Skąd. Wody by mi zbrakło. Kasztelan pokiwał w zamyśleniu głową, kapitulując wobec oczywistych faktów. – To i tak był duży kawałek pola – dodał ciszej, jakby do siebie, ksiądz. – Ależ skąd, dobrodzieju... dobrze zrobiliście. Tereny wokół grodu są dosyć rozległe... nie znam, co prawda, zasięgu naszego straszydła, ale pewnie nie ograniczyłby się do klaskania za miedzą... a kto by do czeskiej granicy z chrzcielnicą biegał? Nie – dodał, patrząc na nich przenikliwie – tu trzeba znaleźć realne, praktyczne rozwiązanie. Mości Zawojski, któryś z waszych ludzi nie poszedłby na niego? – Zmęczeni są, panie kasztelanie, polowaniem. A czy by się któryś z nich nie lękał, też nie wiem.

MARCIN BEKIESZ


Ciężko walczyć z czymś, czego nie widać. – I dlatego trzeba znaleźć kogoś na tę noc, kiedy miesiąc będzie w pełni! Jeśli go chmury nie przesłonią, to będzie się diabliszcze dało zobaczyć. – Herr Wazy mówił mi o broni, jaką przygotowaliście – rzekł Zawojski. – Trzeba kogoś wprawnego, kto się nie ulęknie iść nocą do lasu. I młodszego niż my, tegom pewien, z pewnym okiem i pewną ręką! – Doświadczonego... – dodał ksiądz. – Co się zaczaić umie. – Przebiegłego i skutecznego – podsumował Pan Mateusz. Zamyślony patrzył na blat solidnego, dębowego stołu, a dokładniej na dziurę wielkości monety, o nierównej, wypalonej krawędzi. Przeniósł wzrok na posadzkę, w której również widniała dziura, tym razem o krawędzi jakby stopionej od ogromnej temperatury. Już jakiś czas temu zauważył, że wieje z niej chłodniejsze powietrze. Pewnie sięgała aż do piwnic. A może i jeszcze dalej. Obie powstały całkiem niedawno, przez przypadek. Janek Hoplica, niedoszły rekrut w straży miejskiej, kiedyś, tuż przed oficjalnym obiadem dla nowych strażników, pobiegł po przyprawę do Jankielki. Wskazała mu komórkę, w której wszelkie napoje, proszki, maści trzymała. Janek potknął się o dziurę, która została po progu* (zjedzonym przez korniki) i przewrócił jedną z półek... ale nie chciał Jankielce robić kłopotu, więc szybko posprzątał i wziął to, co miał pod ręką. Na szczęście dwie krople wylały się kasztelanowi na stół, zanim przyprawił swoją zupę. Spojrzał w górę. Czarna plama sadzy na suficie wciąż tam była. Woźny miał ją wyszorować, ale po pierwszej próbie postawił warunek, że zrobi to dopiero wtedy, gdy sadza przestanie uciekać przed szmatą, jarząc się zielonkawo. No właśnie. Janek. Janek Hoplica. Można go było posłać na środek jeziora na kawałku drewna, a niechcący by go spalił. Można mu było dać sztabkę *

To nawet lepiej, bo przecież potknięcie się o próg przynosi pecha. A potykanie się o dziury nigdy nie miało złowróżbnych konotacji. I to też dobrze, bo wtedy nie rozwinąłby się w Polsce transport samochodowy.

Zły

metalu, a na pewno by ją popsuł. Gdyby go powiesili, sznur pewnie by się zerwał, a on spadł na ziemię. I na pewno spadłby na czyjeś garnki. Niektórzy nawet się zastanawiali, czy jak go wreszcie złożą do trumny, ta aby na pewno trafi do grobu. Bo z Jankiem wszystko było możliwe. Niestety, nie widzieli go niemal od dwóch tygodni. Po tym jak niechcący otruł kota Herr Wazego, musiał ratować się ucieczką. Z drugiej strony od tego czasu zapanował jakiś dziwny spokój. Nic nie płonęło, nie zawalało się, nie tłukło. Nikt nie był ranny. Janek ogólnie był lubiany, ale te chwile wytchnienia przypadły już mieszkańcom grodu do gustu. – Nie doszły was, panowie, żadne słuchy o naszym Janeczku? – spytał kasztelan pod wpływem wspomnień. Zawojski dziwnie gorliwie pokręcił głową, ale ksiądz Bobak szybko zgasił jego entuzjazm. – A jakże – rzekł – jestem pewien, że gdzieś się w pobliżu ukrywa. Tuż obok, w Suchodajce kilka dni temu spłonęła stodoła. – To się zdarza, toć ostatnio gorąc ciągle… – miał nadzieję Zawojski. – W stodole nie było siana już od dawna. Służyła jako skład marmurku wydobywanego w okolicy. Akurat była załadowana po brzegi. To było tego dnia, kiedy lało jak z cebra, pamiętają mości panowie, co to już od lat paru ulewy takiej nie było. Bez piorunów. – Powiódł wzrokiem po zebranych. – Ani drzazga się nie ostała. I ani choćby kruszynka marmurku. – I nikt nie gasił? – spytał kasztelan. – A jakże, pobiegli – odpowiedział ksiądz. – Ale jak wybuchło, to wszyscy do tyłu polecieli i już się więcej nie zbliżali. – Myślałem, że tam był tylko marmurek – dziwił się bez przekonania Zawojski. – Marmurki nie wybuchają. – Zakonnik posłał mu krytyczne spojrzenie. – Mości panowie, nie odbiegajmy od tematu. – Kasztelan uniósł pojednawczo dłonie. – Co radzicie? Mamy dwa dni do pełni, pełni, po której znów trzeba nam będzie cały miesiąc czekać, zanim się na tego dzwońca uda zapolować. Dwa dni, a nie ma komu w las pójść. Nie ma ochotników. – Tedy jednak trzeba będzie kogoś na ochotnika

67


wyznaczyć – skwitował Zawojski, odzyskując pewność siebie. – Urządzimy losowanie. Zawsze tak robię, kiedy nie ma komu objąć warty. Kasztelan posłał Zawojskiemu spojrzenie pełne wątpliwości niczym wygódka pod koniec festynu. – No co? – odrzekł beztrosko dowódca straży. – Przecież to za dwa dni, dyć zdążą odpocząć. – Obawiam się, szanowny kolego – odpowiedział za kasztelana ksiądz Bobak – że to niezupełnie o to chodzi, czy zdążą wypocząć... – Raczej żeby nie udali się na wieczny odpoczynek – dodał pan Mateusz. – Mości Zawojski, nie mamy w grodzie żadnych najemnych zabijaków. A może on groźny jest? A jak całą naszą hołotę poślemy, to go tylko spłoszą i się schowa, gołodupiec. Tu potrzeba specjalisty. – Dobrze więc! – rzekł buńczucznie Zawojski. – Tedy sam pójdę, jeśli się do pojutrza nikt taki nie znajdzie, co by i rękę miał pewną, i gaci nie posrał! I niech młodzi przykład ze mnie bierą, że czoła zawsze stawić trzeba, nawet jeśli kto silniejszy do muru przyprze i za szyję ucapi! To powiedziawszy, wyszedł. Kasztelan patrzył za nim jeszcze przez chwilę – dopóki nie trzasnęły drzwi – zdając sobie sprawę, że stary myśliwy miał w gruncie rzeczy rację. Nie trzymali w grodzie rycerzy zaciężnych, bo i po co, i jeśli nikt się szybko nie znajdzie, tedy chyba tylko on będzie się potrafił gdzie w lesie na tę zjawę zaczaić. Ale to już nie te lata, pomyślał. Zostały jeszcze dwa dni. Słońce od samego rana przygrzewało nieznośnie. Od samego rana też kasztelan łaził bez przerwy po grodzie. Był na nogach, zanim jeszcze by ksiądz Bobak jutrznię zdążył odprawić, gdyby naturalnie reguła jego zakonu o takiej mówiła. Tak się jednak złożyło, że jutrzni odprawiać nie musiał, tedy wstał dwie godziny przed południem i wyszedłszy z alkierza na świeże powietrze, pozdrowił pana Mateusza, który był przechodził opodal. – Krążycie po grodzie jak dziki ryś, panie Mateuszu – zagaił. – Jeszczeście się nie zmęczyli?

68

– Usiedzieć nie mogę – odrzekł kasztelan, podchodząc do zakonnika. – Czas ucieka, dobrodzieju, nikt się do utrupienia tego bambla nie pali, a starej Okólnickiej wszystkie kury dziś rano w obejściu skapiały. – Do jutrzejszej nocy – pocieszył go ksiądz Bobak – wszystko się ułoży. Ufności, panie Mateuszu, zdajcie się na wolę naszego Pana w niebiesiech... Wyciągnął ręce ku niebiosom, lecz ani listek nie drgnął w upale. Kasztelan westchnął. – A tymczasem napijcie się mszalnego wina. Sam go doglądałem. Młode, ale nerwy koi. Szarzało ledwie, gdy do bram śpiącego grodu zbliżyła się postać w podróżnym płaszczu i kapturze na głowie. Kaptur był trochę za duży, a płaszcz, gdy bliżej spojrzeć, wykazywał zadziwiające powinowactwo z nocną koszulą, jednak ogólnie spełniały swoje zadanie w kwestii nadawania intrygującego wyglądu*. Postać zatrzymała się u wrót i przez chwilę stała nieruchomo, jakby siłą woli mocowała się z ryglami po drugiej stronie. Wreszcie zdecydowała się wejść do środka, ruszyła i, przydepnąwszy sobie sznurowadło, runęła do przodu. Zabrzmiało głuche dong, gdy jej głowa spotkała się z wrotami. Kasztelan naprędce wygładzał poły swego najlepszego surduta. Obok niego stał ksiądz Bobak, również podekscytowany, z wyrazem radosnego oczekiwania na twarzy. Stali w sali głównej kasztelańskiego dworku, niecierpliwie zerkając w stronę drzwi. – Jak powiedzieliście, mości dobrodzieju – mruknął z zadowoleniem pan Mateusz – zesłał nam nasz Pan śmiałka złemu na pohybel! – Oby, przyjacielu, oby – odrzekł z rezerwą ksiądz. – Żeby to tylko taki był, co wie, z której strony za broń ma chwytać. Mówicie – zwrócił się do stojącego obok strażnika z nocnej warty – żeście go ot tak pod bramą o poranku zastali? *

Choć może jednak w stylu zaciekawionych spojrzeń i pytań typu „Gdzie ci to sprzedali?” niż trwożnego „Chowajcie dzieci do piwnicy!”.

MARCIN BEKIESZ


– Ano – potwierdził zapytany – noc całą on chyba tak pod dźwierzami przeleżał, zamiast tak wziąć i zapukać jak normalny człowiek. – To nie jest normalny człowiek – sprostował pan Mateusz, zapinając ostatni guzik. – To bohater… na miarę naszych możliwości, oczywiście. – O tempora! o mores!** – powiedział do siebie żartobliwie ksiądz Bobak. Wprowadzono przybysza. Szedł pomiędzy dwoma wartownikami, ukryty pod kapturem, zawinięty w płaszcz (Jakiś delikatny materiał, zauważył zakonnik), trochę luźno z niego zwisający (Ciekawe rozwiązanie przedniego sznurowania, przemknęło księdzu przez myśl) i sprawiał wrażenie, że nie czuje się w tych szatach za dobrze, a do tego stara się zajmować więcej miejsca wokół siebie niż rzeczywiście fizycznie potrafi. Strażnicy zatrzymali się zaraz za drzwiami i tajemniczy gość na moment poczuł się zagubiony, zaraz jednak ruszył naprzeciw księdza i włodarza grodu. – Tajemniczy Eckbert z Daleka! – zaanonsował trochę niepewnie jeden ze strażników. – Ten, który przybył z zadania się wywiązać i kasztelańską nagrodę… eee... zdobyć! Tajemniczy Eckbert zatrzymał się parę kroków przed kasztelańskim obliczem. – Miłościwie nam panujący pan Mateusz, grodu rządca i jego dostojność ksiądz dobrodziej Bobak! – przedstawił strażnik. Zapadła chwila krępującej ciszy, jak zwykle gdy nikt nie zaczyna mówić, bojąc się, by nie wpaść komuś innemu w słowo. – No dobrze – podjął w końcu decyzję kasztelan. – Ja zacznę… – odkaszlnął. – Niniejszym, mości panie Eckbercie Tajemniczy, witamy was w naszym skromnym grodzie… Nadzieję mamy, że od kłopotu, o którym już zapewne słyszeliście, nas wybawicie i jeśli czegoś potrzebujecie… Czy coś nie tak? Eckbert przestał rozglądać się na boki i znów skupił się na kasztelanie.

**

O czasy! o obyczaje!

Zły

– Nie, nie – odparł głosem dziwnie przytłumionym – tak zdawało mi się, że… – Mówiłem więc, że witamy was ser… Co znowu? Tajemniczy przybysz obrócił się wokół własnej osi, jakby był niezwykle czymś skonfundowany. – Nas? – zapytał. – Co nas? – zdziwił się pan Mateusz. – Witacie nas? – Nooo… no, was… Eckbert znieruchomiał na moment, jak gdyby nasłuchiwał odległego śpiewu słowika. – Ach – wybuchnął nagle – nas! Mnie! Ha, ha! – Tak, was… – Myślałem po prostu, że ktoś mi… nam za plecami stoi, ha, ha. Nam. Rozumiecie, panie… Kasztelan zerknął ukradkiem na księdza, ten jednak z kamienną twarzą wpatrywał się w Eckberta świdrującym, acz jakby trochę nieobecnym wzrokiem. – Ha, ha – zaśmiał się tedy uprzejmie – tak… Czy nie zechcielibyście, mości Eckbercie, zdjąć swych szat, by odpocząć i ukazać nam swą twarz? Pewnieście podróżą znużeni… – Nie – odrzekł szybko zapytany – nie mogę. Znużonym, ale śluby złożyłem. Że nikomu twarzy swej marnej, robaczej nie pokażę, póki kogoś nie zabiję. Złego, ma się rozumieć – dodał – ku chwale Bożej. – Szlachetne, zaprawdę… – Pan Mateusz czuł się coraz bardziej zbity z tropu. – Taką ofiarę czynić… widzicie, księże Bobaku? Ha, ha. A skąd, jeśli wolno, do nas przybywacie? Moment ciszy, jak wtedy, gdy na przyjęciu ktoś zbyt głośno powie, że otaczają go idioci. – Sss… słucham? – Skąd do nas przybywacie, mości Eckbercie? Eckbert zastanawiał się tylko przez mgnienie oka. – Z daleka – odrzekł, jakby to było oczywiste. – Rozumiem – kasztelan nic nie rozumiał – to przecież… natarczywie oczywiste… – Odprowadźcie naszego szacownego gościa do jego kwatery. – Przyszedł mu z pomocą ksiądz Bobak.

69


– Odpocznij, Eckbercie, posil się, a wieczorem przedstawimy ci nasz plan i wyjaśnimy sytuację. Tymczasem idź – dodał już z mocniejszą, choć wciąż uprzejmą nutą w głosie – zbierz siły. – Tak, pójdę… odpocznę po podróży. – Eckbert dygnął w karykaturze ukłonu i zaczął powoli się wycofywać, odprowadzany przez jednego ze strażników. – Tuszę, iże plan waszmościów i moje niebywałe umiejętności, kocia zwinność i int… – był już w drzwiach, gdy nagle potknął się i stracił równowagę – …eligencyja… – w rozpaczliwej próbie zachowania pozycji pionowej, mości Eckbert schwycił jedną z kotar wiszących po obu stronach drzwi. Dał się słyszeć donośny odgłos prutego materiału i większa część zasłony runęła wprost w misę z płonącym olejem, niewygaszoną jeszcze po nocy – sprawią, że… oj... – Po stokroć dzi��ki, ojcze, że mnie z tej konwersacyji wyratowaliście. – Cała przyjemność po mojej stronie, kasztelanie. Toć napisane jest, by bliźnim w potrzebie z pomocą przychodzić. – Och, nie wiecie nawet, ojcze, jak bardzo tej pomocy potrzebowałem. – Domyślam się, kasztelanie. – Gdybym… rozmawiał z nim jeszcze chwilę dłużej… miałbym co najmniej okropny ból głowy. Tegom pewien, księże, jak własnego imienia. – I ja czułem, że mój umysł dziwnie słabnie. Zaprawdę niecodziennymi słowy swe myśli nasz gość wyraża. – Mam nadzieję, że ten nasz gość śpi teraz, zamiast kolejne szkody nieumyślne poczyniać. Medykus już strażnika obejrzał? – Tak. Mówi, że szok szybko minie, brwi odrosną i chłopak będzie jak nowy. – Tyle dobrze. Powiem wam, księże, jak buchnęło, to myślałem, że sami czarci do nas przyszli. – Dobrze chciał mości Eckbert. Działał odruchowo. – Niby rację macie, księże. Skąd mógł wiedzieć, że to nie woda, jeno wasz samogon w dzbaneczku się chował.

70

– A samogon, dobry, dobry… na żołądek. – Nic to, kotary nowe się zamówi. Pocieszam się, choć płocha to myśl, że skoro nieopatrznie takich zniszczeń dokonał, to celowo działając, zmiecie nam tego nieumarłego parszywca w oka mgnieniu. – Całkiem to możliwe kasztelanie. A jednak coś mnie intryguje w osobie naszego gościa. Was też? – Strasznie tajemniczy ten Eckbert, to fakt. Eckbert z Daleka, jak się każe nazywać. – Rzeczywiście, panie Mateuszu, tajemniczy. A zarazem, mam przeczucie, że my go bardzo dobrze znamy. Zapalono świece – kasztelan tego wieczora nie zdecydował się na dające więcej światła misy z olejem – i wieczorny mrok musiał na razie zrezygnować z pochłonięcia głównej sali w swym bezdennym brzuszysku. Migotliwy blask oświetlał stół oraz twarze ludzi, którzy się przy nim zebrali, za nimi, na ścianach, tańczyły pokraczne cienie. Byli już niemal wszyscy: ksiądz i kasztelan, kowal Młotko Morzy, wieszczka Jankielka i kupiec niemieckiego pochodzenia, Herr Wazy. W nerwowej atmosferze oczekiwano przybycia najważniejszego z gości, łowcy przygód i pogromcy złego, Tajemniczego Eckberta z Daleka. – Pono się z samygo rana pode bramą jak zjawa pojawił – mówił cicho kowal. – Ja słyszałam, że już jednego z najlepszych gwardzistów tak obić zdołał, że do służby jest niezdolny – potwierdziła wieszczka. – A ten ogień, co go zaprószył, to podobno z oczu mu… – Oj cicho, ludzie, po czorta takich bujd słuchacie – przerwał im pan Mateusz. – Nikogo nie pobił… i to wcale nie tak było. Wiejskie gadanie, jakbym w karczmie siedział. – Tako ludzie gadajo… – Niech gadają, wolno im, ale wy nie musicie tego słuchać i dalej jeszcze roznosić. Musimy... Kasztelanowi przerwał donośny brzęk tłuczonego szkła, zaraz po nim dało się słyszeć szczere, pełne żalu „oOh, prze... khm, khm, przepraszam”. Zapadła cisza, a powietrze stało się dziwnie gęste, wypełnione aurą

MARCIN BEKIESZ


nerwowego wyczekiwania. Jak stado owiec, pomyślał ksiądz, nerwowo wyczekujące, na którą z nich najpierw spadną wilcze pazury. Dały się słyszeć kroki... Drzwi otworzyły się z impetem, a jedno ich skrzydło z hukiem powaliło stojący pod ścianą największy świecznik w sali. Wszyscy poderwali się w górę, lękliwie, jak dzieci w klasie, gdy wchodzi srogi nauczyciel. Wszyscy oprócz księdza Bobaka, który tylko sięgnął po wino. Na progu ukazała się odziana w czerń, z twarzą zakrytą kapturem, postać Eckberta z Daleka. – Oto jestem – rzekł cicho przyszły wybawca grodu. – Alleluja – przywitał go zakonnik. – Komuś dolać? – Mości Eckbercie – rzekł kasztelan, po czym zamilkł, bo jakoś nic więcej nie chciało mu przyjść do głowy. Wyręczył go ksiądz Bobak, wstając i podnosząc w górę rękę, w której trzymał kielich wina. – Twoje zdrowie, chłopcze! Tuszę, żeś wypoczął i sił nabrał. Czy masz już może plan jaki? Gdzie się na tego bydlaka zasadzisz? – Mam pewien pomysł, dobrodzieju – zaskoczył go Eckbert, siadając przy stole. Pozostali również wrócili na swoje miejsca. – Noc jest bezchmurna, to dobrze. Potrzeba nam jednak jakiejś przynęty. Ty, pani – wskazał na Jankielkę – weźmiesz parę dziewek i przed północą udacie się na leśną polanę. Duch wszelkie złośliwości czynić skory niewiastom szczególnie, tedy podążyć za wami powinien. Zaś polana, bezdrzewna, światłem księżyca będzie zalana. Pójdę z wami tylko ja, by zmory nie spłoszyć. Będziecie musiały, pani, robić dużo hałasu i o ziółkach jakichś gadać, żeby naturalnie to wyglądało. Wtedy tylko czekać, aż się pojawi... i sprawie kres położyć. Kasztelan powoli pokiwał głową. – Sprytne... – Ach! – Jankielka była wniebowzięta. – Swój udział w ubiciu zmora mieć będę! Już od dawna powtarzam, że kobietom należy się znacznie więcej praw niż obecnie! Wszytkim kobietom, bo przecież ja, osobiście, jestem w pewien sposób wyróżniana, ale nie zmienia to faktu, że inne...

Zły

– Jakże to tak – odezwał się Młotko Morzy – panie Eckbercie, chcecie niewiastę tak narażać, zamiast samemu do walki stanąć? – Przecie mówię... – oponowała rzeczona niewiasta, ale w słowo wszedł jej zakonnik. – Możecie – powiedział – kowalu, zamiast Jankielki pójść na pole. Jeno pamiętajcie, co by z wdziękiem między kwieciem pląsać, i ubierzcie co innego. – Gdy tylko zmór się pojawi, rozprawię się z nim, nikogo nie narażając – obiecał Eckbert. – Słusznie prawi – potwierdził Zawojski – gdyż na polowanie najlepiej iść z nagonką. Zresztą, co komu może ten powietrznik zrobić? Kiecki dziewkom pozrywać, ot co. – Czy rzeczywiście mości Eckbert winien iść samopas...? – myślał na głos ksiądz Bobak. – Myślę, że to dobry plan – oświadczył kasztelan. – Czy wszyscy obecni się zgadzają? Wszyscy obecni się zgodzili. – Dobrze – odezwał się grobowym głosem Eckbert z Daleka. Mimo jego niewątpliwych, gorących chęci był to niestety bardzo płytki grób. – Więc postanowione! – I na potwierdzenie uderzył pięścią w stół. Uderzył dość mocno. Krawędź pięści trafiła w leżący na stole widelec. I tak jak atakują leżące w trawie, zdradzieckie grabie, gdy się na nie nastąpi, tak widelec nabrał nagle energii i poszybowawszy z cichym wziuuu, wbił się w zagłówek fotela, o włos od policzka siedzącego na nim muzykanta Janka. – Ułożę... – Janko, zezując na wibrujący jeszcze sztuciec, zrobił się blady jak księżyc. – odę... yyy – jęknął i padł zemdlony na stół. Nastała chwila niezręcznego milczenia. Nikt się nie poruszył. – W takim razie... – Eckbert podniósł się wreszcie i wziął do rąk leżącą na stole kuszę, tę kuszę, którą miał poskromić ducha Poskala. Uniósł ją do twarzy i przymknął jedno oko, by wypróbować celowanie. Wszyscy, jak na komendę, nagle się jakoś skurczyli, pochylili, próbując się schować za blatem stołu. – Spokojnie, przecież nie jest nabita! – powiedział stojący obok Eckberta pan Mateusz.

71


– A chuja tam – skwitował cicho kowal, szorując nosem po własnych kolanach. Niemal godzina jeszcze do północy pozostała, gdy wieszczka Jankielka z dwiema jeszcze dziewkami wzięły, jak im Eckbert zalecił, koszyczki i lekkim krokiem pobiegły ku polance. Za nimi, kryjąc się po krzakach i za pniami drzew, ruszył Pogromca Zmór, dzierżąc śmiercionośną broń. Ruszył sam, tak jak rozkazał i tak jak chciał, nikt za nim nie szedł. A przynajmniej on tak myślał. Z krzaków, opodal bramy, wyjrzał za nim rządca grodu we własnej osobie. Kto jak kto, ale on, przedstawiciel władz, winien również być na miejscu, nadzorować i w razie czego wziąć sprawę w swoje ręce. Jakoś nie ufał tak do końca szacownemu Eckbertowi z Daleka... tak więc ruszy za nim dyskretnie i z racji nadanego mu urzędu będzie miał na sprawy baczenie. Eckbert nie powinien się zorientować, że go śledzi. – Hejże, panie Mateuszu! – Dobiegł go nagle głośny szept. – Czego to szukacie w krzakach po nocy? – Ksiądz Bobak? – odszepnął zaskoczony kasztelan. – Co wy tu, dobrodzieju, robicie? – Powiem, że mógłbym i wam zadać to pytanie, ale nie zadam. – Cóż za szczodrość – zauważył z przekąsem Mateusz. – Zgaduję, że i wy nie za potrzebą tu przyszliście. – Wielcy ludzie myślą podobnie – szeptał zakonnik. – Więc i wy coś spokojnie spać nie możecie, kiedy nasz nowy bohater na łowy wyrusza? – Eh... nie mogę się do niego przekonać. Kiedy na niego patrzę... mam wrażenie, jakbym go już gdzieś, kiedyś... – Kasztelan wyjrzał za oddalającą się sylwetką Eckberta. – Coś mi spokoju nie daje. Jak i wam. – Jak i mnie. Pomyślałem więc, że warto by zobaczyć gagatka w akcji. – No to ruszajmy, dobrodzieju, bo... – Zaczekajcie na mnie! – Przez drzwiczki w bramie przeciskał się ktoś jeszcze. – Ja też idę! – Janko? – zdziwili się razem ksiądz i kasztelan.

72

– Jam ci – odrzekł hardo tamten, poprawiając loki. – Obiecałem, że odę napiszę i słowa dotrzymam. Pan Mateusz zacisnął zęby i zmełł przekleństwo. – Chodź, jak musisz, ale jeśli znów zaczniesz wrzeszczeć... – Kumie dobrodzieju! – krzyknął ktoś do księdza, który stał teraz nieco na uboczu i dlatego najłatwiej go było zauważyć. – Czyżby przechadzka w ciepłą, letnią noc? Nim kum dobrodziej zdążył odpowiedzieć, w pole widzenia wkroczył Zawojski w całej swej okazałości. Z dwoma ogarami. Z łukiem. I z cętkowanym rogiem. Kasztelan spurpurowiał na twarzy i chwycił się za głowę. – O! – zdziwił się łowczy. – Jest nas więcej? – Dosssstu furrrrbeczek! – zasyczał pan Mateusz. – Jeśli kto jeszcze idzie za wami, panie Zawojski, to zamorduję, końmi rozciągnę i na tydzień w lochu zamknę! Wywarło to odpowiedni efekt. Do uszu obecnych dobiegły zza bramy odgłosy cichych, ale szybko oddalających się kroków. Co najmniej kilku osób. – To chyba wszyscy – rzekł łowczy, zerkając na wrota. – Tylko my. Po prostu pomyślałem... – Domyślam się, co sobie pomyśleliście, nie myślcie sobie! – Tak? – I po kiego czorta wzięliście te kundle?! Zawojski musiał być zaiste zbity z pantałyku, bo nawet się za te kundle nie obraził, choć normalnie było to nie do wybaczenia. – Na łowy bez ogarów? Jak to tak... Gdy w końcu ruszyli za Eckbertem, kasztelan miał już tylko nadzieję, że nie będzie za głośno. Zaczaili się, ścisnęli w krzakach na skraju polanki. Eckberta nigdzie nie było widać, za to Jankielka z dziewkami łaziły dookoła, niby to ziółek szukając, rozmawiając głośno i co rusz wychwalając zalety jakiegoś chwasta, który to koniecznie trzeba zebrać

MARCIN BEKIESZ


o północy w księżycową noc. Każdy po cichu się zastanawiał, dlaczego akurat o północy, gdzie jest Eckbert i kiedy wreszcie coś zacznie się dziać. Ale wypadało zachować całkowite milczenie, przecież miało ich tu nie być. Ksiądz Bobak cicho pochrapywał, Janko wzdychał, myśląc nad wersetami, a ogary Zawojskiego w ogóle nie rozumiały powagi sytuacji i dawały bezczelnie wyraz swemu zniecierpliwieniu, skamlały, warczały i wierciły się w krzakach. Czas mijał. Było ciasno. Beztroskie rozmowy dobiegały do ich uszu. Psy zachowywały się coraz głośniej. – Uciszcie je wreszcie. – Nie wytrzymał kasztelan. – Panie Zawojski, bo je własnoręcznie przerobię na zrazy. – Zwierza czują – obruszył się łowczy i dowódca straży w jednej, zażyłej osobie. – To ich żywioł i wytrzymać nie mogą. – Trzeba było brać!? – wysyczał pan Mateusz, ledwo tłumiąc głos. – Potrzebne tu jak psu... jak babie drugie cyce! I nie wbijać mi w żebra tego przeklętego łuku! – To stary zwyczaj – Zawojski również zaczynał cedzić słowa. – To tradycja, by do lasu na polowanie z psami i z... – Jakie polowanie, do kroćset! – dyszał kasztelan. – Zatutacie na niego tym swoim rogiem, a on posłusznie poroże zrzuci?! Czyście się szaleju, Zawojski, nażarli?! – Wypraszam sobie! – podniósł głos myśliwy. – To są kpiny z majestatu, to jest... – Farsa, ot co! Kto wam w ogóle pozwolił tu być?! – Farsa? Atoli ja się zgodziłem, żeby nasze dziewki tyłkami w środku lasu o północy kręciły? – Nie pamiętam, żebyście lepszy pomysł mieli! – Nie miałem, ale to nie znaczy, że chciałem babami wojować! – Nie? To idźcie sobie, proszę bardzo, na grzyby! W końcu w lesie jesteśmy! – Uspokójcie się, mości panowie – rzekł Janko. – Jak ja to opiszę w mojej odzie?

Zły

– Powiem ci jak... – zaczął mruczeć Zawojski, ale przerwał mu ksiądz Bobak. – Ma rację muzykant. Jaki przykład dacie potomnym, jak przeczytają, co wy tu gadacie? – Jeśli w ogóle coś napisze... – Jeśli, macie rację, bo może już swymi krzykami ducha spłoszyliście! – Milczeć, durnie! – sapnął kasztelan. – Nas tu nie ma przecież! Czemu ten pies się jeży?! – Złapał trop! – ucieszył się Zawojski. – Pewnie jeża, jak się jeży – zauważył cierpko Janko. – Ostrzegam... – wściekł się łowczy, strosząc wąsy i rozczapierzając palce obu dłoni. Psy tylko na to czekały. – Trzymaj! Smycze łapaj! – pisnął przerażony kasztelan, który pierwszy pojął, co się dzieje, ale psów już tu nie było; pognały, ujadając, w las, potrącając w biegu Janka, który wyleciał z ich wspólnej kryjówki na polanę. Jego lutnia z fałszywym dźwiękiem uderzyła o jakiś konar. Janko aż stęknął, a po ogarach zostało tylko słabnące w dali szczekanie i wycie. Patrzyli za nimi przez chwilę, również dziewczęta na polance rozglądały się, zaniepokojone hałasem. – No brawo, Zawojski! Wielkie brawa! – To wyście wszyscy mnie z równowagi wytrącili! – Och, moja... moje plecy! – Zaraz cię będzie boleć gdzie indziej! – Czujecie, panowie? – uciął kłótnię ksiądz Bobak. Zesztywnieli nagle, poczuwszy ogarniający ich chłód. W tej samej chwili od polanki dobiegł ich czyjś stłumiony krzyk. Przypadli do ziemi. – Jest! Gdzieś tu jest! – szepnął Zawojski. – Widzicie go gdzieś? – Dziewczęta też go poczuły! – Ćśś! – syknął kasztelan. – Zawrzyjcie gęby, panowie! Patrzcie! Na przeciwległym skraju polanki, w plamie bladego, księżycowego światła zamajaczyła na moment przygarbiona sylwetka w podartym ubraniu. Szybko skoczyła za najbliższe drzewo, a do ich uszu dobiegł jakby odległy, nieprzyjemny rechot.

73


– On ci to! – krzyknął ksiądz. – Poskal, jak żywy! – Gdzie jest Eckbert? – zaniepokoił się kasztelan. – Wciąż się nie pokazuje! Śpi czy jak? – Może tam. – Zawojski wskazał gęste zarośla, kilkanaście kroków od miejsca, gdzie pojawił się duch Poskala. – Patrzcie, jak się tam coś w krzakach kotłuje. Rzeczywiście krzewy trzęsły się, jakby chował się w nich pułk ciężkiej jazdy z kucharką na dodatek. Dochodziły też stamtąd coraz to głośniejsze pomruki, warczenie i trzask łamanych gałązek. Stało się jasne, że to raczej nie Eckbert się tam chował. Jedna z dziewek towarzyszących Jankielce zapiszczała płaczliwie, koszyk precz odrzuciła i zaczęła uciekać na przełaj, machając rękami, jakby się od much odganiała. Byłaby dobiegła do drogi prowadzącej do grodu, gdy nagle przed nią wyrósł Poskal z lubieżnym uśmiechem i zarechotał paskudnie. Machnął ręką, zrywając z niej halkę, a biedne dziewczę z krzykiem

MAGDALENA MIŃKO

74

zaczęło uciekać w drugą stronę, zderzając się niemal z koleżanką, której też już nerwy puściły. Jankielka stała, kompletnie nie wiedząc, co czynić, zaczęła więc krzyczeć na dziewki, by przestały tak w kółko biegać po polanie. I wtedy Poskal pojawił się tuż przed nią. – Aaaaaa! – zachrypiał, a Jankielka zbladła i zaczęła powoli sie cofać. – Musimy działać! – szepnął przerażony Zawojski, obserwując to wszystko z ich wspólnej kryjówki. – Musimy coś zrobić! Co on sobie poczynia, ten Poskal! – Spłoszycie go! – odparł ksiądz Bobak. – Poczekajcie jeszcze chwilę! – Ale zaraz ją capnie! Jankielka tymczasem musiała się zatrzymać, przyparta do pnia drzewa, dalej już się cofać nie mogła. Rezonu jednak nie straciła, schyliła się i chwyciła grubą gałąź, leżącą na ziemi. – Odłóższzz to – zasyczał Poskal głosem, jakiego można by się spodziewać po duchu złego upierdliwca. – Nicsss mi tym nie uczyniszszsz! – Apage, zjawo! – krzyknęła drżącym głosem wieszczka. – Dlaczego nas nawiedzasz? Rozkazuję ci opuścić ten padół! – Twoja maśśśść na odcissski wcsale nie dzsiałała, babo! Jak ja wasss wsszysstkich... – Stój! – huknął Zawojski, wyskakując z krzaków. – Stój! – krzyknął Eckbert, zjawiając się w końcu kilkanaście kroków za lewym ramieniem Poskala i mierząc doń z kuszy. – Zostaw ją i wynoś się... stąd, przeklęta duszo! Poskal obrócił się zaskoczony. Wpierw ujrzał biegnącego nań łowczego, a potem Eckberta, którego miał nieco po prawej stronie. Jankielka wykorzystała sytuację i czym prędzej hycnęła za drzewo. – Hę? – mruknął Poskal. – Piknik, psssiakrew? – Jak ja cię zaraz...! – darł się Zawojski, wyciągając w biegu ręce, by schwycić Poskala. – Czekaj, stary grzybie, ja ci manto spuszczę! A masz! – I rzucił się na niego z gracją nieco otyłego tygrysa. Rąbnął w ziemię, przekoziołkował kilka metrów i z impetem wylądował na pniu drzewa, za którym chowała się Jankielka. – Buahahahaaa! – zaniósł się demonicznym śmie-

MARCIN BEKIESZ


chem duch Poskala. – Tak csi prędko mnie uśścisskać, ptaszyno? A w dupę ssię możesz pocałowaćś! – I wykonał w kierunku łowczego nieobyczajny gest. – Zważ na słowa – dobiegł go nagle spokojny głos Eckberta – które twymi ostatnimi będą. I wtedy Zawojskiemu zdało się, że czas zwolnił na moment i wielka cisza zapadła dokoła. Cichy trzask zwalnianego mechanizmu kuszy przeszedł drgnieniem przez całe jego ciało. Widział, jak bełt wyrywa się na wolność, jak leci powoli niczym przejedzony trzmiel. Jak pchnięty siłą odrzutu mości Eckbert leci do tyłu, a broń wypada mu z rąk. Poskal obraca się, z jego twarzy nie schodzi ironiczny uśmieszek, a on prostuje się nawet i porusza ustami, pewnie kpi, jednak nie słychać żadnych słów. Rozkłada ręce, by stać się jeszcze lepszym celem. Widać dokładnie jego zużyte, powycierane ubranie, którego chyba nigdy nie zamierzał zmienić na nowe. Przerzedzone włosy opadają ku ramionom tłustymi, posklejanymi strąkami, skóra jest blada i cienka, jakby siłą naciągnięta na wychudzone ciało, pokryta liszajami, oczy zapadnięte, źle z nich patrzy. Wielki, hakowaty nos z brodawką i krzywe zęby obnażone w paskudnym uśmiechu, połamane paznokcie na końcach długich, kościstych palców. Nic dziwnego, że został upiorem, myśli Zawojski. Całe życie chyba na to czekał. Bełt sunie przed siebie, powoli, lecz nieubłaganie zbliżając się do celu. Srebrny grot sięga prawego nadgarstka Poskala, zagłębia się w nim... i oto jest! Tak! Szyderczy grymas nagle zastyga na twarzy ducha tego starego zrzędy, zastępuje go wyraz niepomiernego zdumienia. Zawojski otwiera usta, chce z radości coś krzyknąć, lecz głosu dobyć nie może; a tak by mu teraz nawtykał, parchowi jednemu! Bełt tymczasem leci dalej, porywając za sobą ducha Poskala niczym suszące się na sznurku prześcieradło. Poskal ciska się niezdarnie, ale nic poradzić nie może. Bełt, porwawszy go ze sobą, powoli wbija się w pień wielkiego drzewa rosnącego po lewej stronie Zawojskiego, tuż przy krzakach, w których to niedawno coś się szamotało. Pocisk nieruchomieje w pniu z głuchym hukiem, który zwaliłby chyba łowczego z nóg,

Zły

gdyby ten nie leżał już na ziemi. Poskal rozpłaszcza się na korze, blady i lśniący przypomina przez moment śnieżkę rozpryskującą się na drzewie. Świat znów przyśpiesza. – ...ssynu! – wydarł się Poskal. – Mnie, śświęconym ssrebrem?! Niedoczekanie twoje, kmiocie! Myśślisz, że ci ssię niby udało, co? Zawojski rozejrzał się za Eckbertem. Gdzie on poleciał? Gdzie leży kusza, oto przecież okazja zakończyć sprawę raz na zawsze! – Ja ci dam! – Poskal szarpnął się, chcąc się uwolnić i krzyknął przeraźliwie z bólu. – Aaaach! Jakżże to... – stęknął, sapnął, spróbował raz jeszcze i ponownie krzyknął. – Mmmf! – parsknął. – Chamie! Kiepie jeden! Jak cię nawiedzę, to... – Zawrzyj mordę, Poskal! – rzekł Zawojski, podnosząc się na nogi. – To już koniec! Nie uwolnisz się, czas zmówić paciorek! – Zmów go za mnie, jakżeśś taki dobry. Możesz ssię tu nawet krzyżem położyć! – Chwycił drugą dłonią wbity w drzewo bełt i zaczął się z nim siłować. – A jak ssię sstąd zzerwę to ci pięknie podziękuję! Łowczy nie odpowiedział, podbiegł tylko do miejsca, gdzie podnosił się z ziemi Eckbert i razem w pośpiechu poczęli biegać tu i tam, szukając zbawiennej broni. – Czego tak latacie... mmf, jak kwoki po kur... kurniku! – Poskal zerkał na nich jednym okiem, wciąż próbując się oswobodzić. – Czekajcie, to wass pogonię... auu! – Eckbercie, kusza! – Poleciała gdzieś... – Przecież musi gdzieś być! – Przeklęte... ssrebrne... szztuczki... aaachaa! Zawojski obrócił się, słysząc ten triumfalny okrzyk i z niedowierzaniem ujrzał, że się stary Poskal jednak oswobodził. Włosy dęba mu stanęły. Co robić? Gdzie ta ofiara losu wyrzuciła jedyną przydatną teraz broń? Dlaczego musi być tak ciemno, dlaczego tu musi rosnąć tyle tego okropnego zielska! I wtedy w krzakach znowu coś zamruczało. Jednocześnie całkiem blisko odezwały się ogary łowczego, ujadając, jakby tropiły samego Belzebuba.

75


Hałas wzmagał się i nawet Poskal zaskoczony znieruchomiał z uniesioną ręką, trzymając w niej wyrwany z drzewa bełt. Zamarł bez ruchu Zawojski, a Eckbert, również zaaferowany, potknął się nagle i z krótkim jękiem zniknął w kępie rumianku. Trzasnęły łamane gałęzie, zaszeleściło listowie, w krzakach błysnęły groźne ślepia. Rusy i Cokół, jak pieszczotliwie wołał na swe psy Zawojski, wypadły teraz z krzaków, zdzierając gardła i szczerząc kły na to coś, co się w krzakach chowało. Zaraz też wszystkim dane było ujrzeć, co to takiego. Z impetem, sypiąc wokół gałązkami i liśćmi, z dzikim rykiem pojawił się niedźwiedź. Ogromny, z potężnymi łapami, ślepiami błyszczącymi jak latarki i wielkim pyskiem pełnym ostrych zębów. Był wściekły, psy Zawojskiego pewnie od dłuższego czasu nie dawały mu spokoju. Pech chciał, że wybiegł dokładnie na wprost Poskala. Ujrzawszy parszywca, nastroszył się, stanął na tylnych łapach – wielki był jak góra – i ponownie ryknął, tym razem wkładając w to całą złość i siłę, jakby startował w konkursie o miód z całej okolicy. Poskal, wciąż trzymając w dłoni srebrny bełt, również krzyknął, z przerażenia. Wybałuszył oczy, zadrżał, zbladł jeszcze bardziej i krzyczał dalej, dopóki jego krzyk nie przeszedł najpierw w cienki pisk, a potem w rzężenie i charkot. Niedźwiedź ryknął raz jeszcze, po czym pognał dalej w las, mając zapewne dosyć widoku niegodziwca. Za to Poskal stał jak przedtem, trząsł się niczym galareta, a oddech miał świszczący jak wojskowy gwizdek. Powoli, wolną ręką – drugiej wciąż nie opuszczając – chwycił się za serce, zakaszlał parę razy i jakby trochę posiniał, oddech jego stał się krótki, urywany. Trwało to chwilę, a Zawojski patrzył jak zaczarowany, nie mogąc się poruszyć. Wreszcie Poskal stęknął, jęknął, rękę na sercu kurczowo zacisnął, oczy niemal wyszły mu z orbit. Zdążył jeszcze wycharczeć: – Niechhrrgh to... diabli nadaliii... – po czym znieruchomiał, zamigotał krótko i wreszcie najzwyczajniej w świecie zaczął się rozwiewać jak nocna mgła rozproszona pierwszymi promieniami słońca. Kiedy już całkiem zniknął, na ziemię miękko spadł pokryty szronem srebrny bełt.

76

– Ale co się właściwie stało? – zapytał wreszcie pan Mateusz, gdy wracali do grodu. Chociaż tak jak pozostali widział wszystko i dał wyraz swej ogromnej radości, to jednak gdzieś w środku czaił się niepokój, że chyba poszło trochę za łatwo, że za dużo było w tym szczęścia. Faktem jednak było, że Poskal zniknął, a wraz z nim chłód, jaki roztaczał wokół siebie. Rozwiał się i żadnych złośliwości więcej nie czynił. Czy tylko jego tak to zajmowało? – Radujcie się, panie Mateuszu! – Zawojski objął go ramieniem. – Pozbyliśmy się w końcu tej zadry, tego wrzoda na tyłku, z niewątpliwą pomocą obecnego tu mości Eckberta! – Tu klepnął wymienionego w plecy tak, że ten aż się zachwiał. – Przyznać muszę, żem w was z początku nie dowierzał, ale dziś pokazaliście klasę! I jeszcze sobie tego miśka na pomoc sprowadziliście, zaiste, cicha woda, ale fachman, jak to mawiają za Odrą! – Och, to nie było wcale takie... – I wasz pomysł, księże Bobaku, by święconym go srebrem poczęstować! To się nażarł, gad jeden. – Ale przecież – drążył kasztelan – pan Eckbert trafił go w rękę i przyszpilił do drzewa, ale potem... widzieliśmy sami, no, po prostu się zastanawiam, co tam zaszło? – Myślę, że znam na to odpowiedź – odezwał się zakonnik. Spojrzał do przodu, gdzie kilkanaście metrów przed nimi szedł Janko z Jankielką i dziewczętami. Gderały jedna przez drugą, żywo gestykulując, a żądny faktów bard chłonął każde ich słowo, próbując sklecić z tego kolejną ze swych rymowanych katastrof. – Srebro, jak przewidzieliśmy, uczyniło go podatnym na ciosy. To dlatego tak wył, gdy próbował się uwolnić, tak jakby na powrót stał się cielesny. I kiedy ten niedźwiedź z krzaków wyskoczył i ryknął na niego, myślę, że biedny Poskal tak się zestrachał, że mu serce stanęło. Dusił się przecież i charczał, jakby go zawał jaki schwycił. To się stało, myślę, tak odruchowo. Z przyzwyczajenia. Może za krótko był duchem i zapomniał, że nie ma się czego bać? – Więc w końcu – zapytał Zawojski – nie była ta cała zabawa ze srebrem konieczna? Ksiądz Bobak uśmiechnął się na to i poprawił

MARCIN BEKIESZ


kaptur swego habitu. – Bez tego, panie Zawojski, też by się przestraszył, ale nic poza tym by mu się nie stało. – W takim razie słusznie należy wam się nagroda, mości Eckbercie – rzekł kasztelan. – Porozmawiamy o niej u mnie, wypijemy też za tę potyczkę i zjemy coś, bom zgłodniał od tego jak sto diabłów! – Otóż właśnie – wtrącił nieśmiało Eckbert – jeśli chodzi o tę nagrodę... – Nie bójcie się, dostaniecie, com wam obiecał. – Pan Mateusz położył mu rękę na ramieniu. – Słowa danego dotrzymam. Ale choćcież, nie będziemy przecież tu na drodze o tym rozmawiać! Otwierać wrota!– krzyknął, jako że dotarli już do bramy grodu. Na dziedzińcu czekał spory tłum, nikt chyba teraz nie spał. Gdy ujrzano rozweselone twarze powracających, nic nie trzeba było mówić. Rozległ się radosny gwar i brawa, natychmiast przyniesiono beczki z winem, a ci, którzy się do nich nie dopchali, podążyli za kasztelanem i resztą wycieczki do głównej sali, pomstując po drodze duchowi Poskala i wypytując, co się działo na leśnej polance. – Spokojnie! – uciszał ich kasztelan. – Chodźcie wpierw wszyscy do sali jadalnej, tam toast za mości Eckberta, który nas wyzwolił od naszego utrapienia, wzniesiemy i wszystkiego się zaraz dowiecie! I niech ktoś wina z piwniczki jeszcze przyniesie! Zebrał się tedy w sali spory tłumek, a przy końcu stołu, na honorowym miejscu stanęli pan Mateusz, Eckbert, Zawojski i ksiądz Bobak. Rozdano wszystkim szklanki i kufle, niektórzy prosto z dzbana pili. Za chwilę kasztelan uniósł ręce, by uciszyć towarzystwo. – Grodzianie! – zagaił. – Wszyscy wiemy, jakimże to utrapieniem był dla nas ostatnio złośliwy duch naszego dawnego sąsiada, Poskala, wrednego chochoła, niech mu ziemia za lekką nie będzie. Kto wie, co by ten nikczemnik jeszcze nawyczyniał, gdyby nie tu obecny Eckbert z Daleka, który dziś w nocy kres jego harcom położył! Na jego cześć! Sala zakrzyknęła i naczynia do ust uniosła. – On to – ciągnął kasztelan, upiwszy wina – do drzewa go srebrnym bełtem przyszpilił i z pomocą sił

Zły

natury ponownie na tamten świat wysłał, lecz tym razem skutecznie i na dobre. Eckbercie – tu zwrócił się do bohatera dzisiejszych wydarzeń – wszyscy ci wdzięczni jesteśmy i wdzięczność swą okażemy. Jednak zanim to się stanie, chciałbym, abyś w końcu nam oblicze swoje ukazał! Wypełniłeś swe śluby, przyrzeczenie już cię nie obowiązuje. Ukaż nam się tedy w pełnej krasie i ciesz się swobodnie razem z nami! Eckbert nerwowo powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Zauważył, że do przodu przecisnęło się parę chichoczących dziewcząt i w ogóle wszyscy patrzyli na niego z jakimś takim wyczekiwaniem... – Tak, ukaż się nam! – zawołał ktoś. – Chcemy cię zobaczyć! – Ja... – zaczął niepewnie – chciałem zauważyć, że to było tylko takie pomniejsze duszydło, wiecie, no i w związku z tym nie jestem tak do końca pewien, czy już mogę... – Co za skromność! – zakrzyknął pan Mateusz. – Ale niepotrzebna! Zdejmij, proszę, ten przepastny kaptur! – Tak, zdejmij! – Zdej-mij! Zdej-mij! – zaczęło skandować towarzystwo. Wołali, a pod Eckbertem aż się nogi ugięły. – No, panie kolego – zawołał rubasznie Zawojski. – Wstydzić się nie ma czego! Pomogę wam! I nim Eckbert zdążył coś powiedzieć, serdelkowate palce łowczego zdarły kaptur z jego głowy. – Zdej... – urwali zgromadzeni w pół słowa. – ...mij! – dokończył samotnie z tyłu ktoś, komu inni przesłaniali widok. Ale i on zaraz zamilkł. Zapadła cisza. Gdzieś bzyczał komar, ktoś upuścił na podłogę kubek z winem, ktoś inny głośno wciągnął powietrze. Zastygli wszyscy z uniesionymi dłońmi, otwartymi ustami, zgięci wpół, niektórym wino lało się po brodach, jakby ich kto zaczarował. Milczenie zdawało się trwać całą wieczność, aż w końcu ktoś przerwał je płaczliwym: – Matko Boska... Wreszcie i kasztelan powoli głos odzyskał. – Ja... – odchrząknął. – Janek? Co ty tu... s-skąd... jak... ale dlaczego?

77


– To Janek Hoplica! – zaczęły odzywać się szepty w tłumie. – Wrócił! – To niemożliwe! On by to...? – Może to tylko jaki podobny? – To ten, co mojego katze zhobił kaputt! – Daliśmy mu do ręki broń? – Jeśli to rzeczywiście on, to myślę, że mamy jeszcze czas przenieść wszystkie zapasy w jakieś bezpieczne, ognioodporne miejsce i... – Cisza! – zabrał głos pan Mateusz. – Chłopcze – zwrócił się do Janka. – Jakże to się stało, powiedz nam, żeś się tu w tym przebraniu zjawił i tak się cały czas pod kapturem ukrywał? I opowiedział im Janek pokrótce, jak to uciekł w strachu przed rozgniewanym Herr Wazym, który go na pewno o śmierć swego kota obwinił. Przez jakiś czas pomieszkiwał po stodołach, spał w stogach siana, nie wiedząc, co czynić i jak się przed kupcem wytłumaczyć. Wreszcie doszły do niego słuchy o kłopotach z duchem Poskala, postanowił tedy powrócić w przebraniu do grodu i Poskala jakoś poskromić, by swe imię tym samym oczyścić. – Ale dlaczego? – zapytał pan Mateusz, wciąż nie do końca rozumiejąc. – Bo chciałem tylko – odrzekł Janek głosem pełnym wzruszenia – w waszych oczach się zrehabilito...tować i by mi Herr Wazy tego kota wybaczył! A Herr Wazemu aż się łza, gdy to usłyszał, w oku zakręciła. Oczywiście zapomniał wnet o całej sprawie, bo

78

poświęcenie docenić potrafił. I razem wszyscy aż do rana cieszyli się, jedli i pili, jedni za zdrowie Janka, drudzy za swój dobytek, o który jakoś znów poczęli się niepokoić. Janko muzykant spił się, nim zd��żył chociaż jedną strofę swej ody zaśpiewać, co większość obrała za dobrą wróżbę w świetle powrotu niedawnego Eckberta do grodu. Jego samego zaś dziewczęta gdzieś wywlokły i nie mógł go nikt nigdzie dojrzeć w blasku wielkiego ogniska, które na dziedzińcu rozpalono. I ten fakt właśnie bardzo ucieszył księdza Bobaka, który rzeczowo był stwierdził: – Tylko głupiec przy ogniu beczkę prochu trzyma! I wina mszalnego, młodego łyknął.

MARCIN BEKIESZ Rocznik 1983, opolanin z urodzenia, mieszka w Krapkowicach. Ukończył anglistykę i po dziś dzień zastanawia się, po co mu to było. Uwielbia pizzę, czekoladę, ciemnie piwo i serię Command & Conquer. Już od przedszkola chciał robić dwie rzeczy: pisać opowiadania i grać na gitarze w rockowej kapeli. Owoc pierwszej pasji właśnie przed wami, twórczość muzyczna do posłuchania na myspace.com/anahatapolaand.

MARCIN BEKIESZ


JOANNA MATEREK

Galeria JOANNA MATEREK

Urodziłam się w 1990 roku. Los pozwolił, że kiedy byłam zainteresowana oglądaniem telewizji, emitowano tam „Sailor Moon”. Od tego zaczęła się moja przygoda z mangą i anime. Szeroko pojętym rysowaniem bawiłam się cały czas, a w przerwach oglądałam anime z armią nieudacznych plastelinowych stworków. Moim marzeniem było wtedy pójście do jakiejś plastycznej szkoły, o czym zapomniałam będąc już w podstawówce. Pragnienie to powróciło jednak z ot-

80

chłani zapomnienia podczas wyboru gimnazjum. Udało mi się dostać do Ogólnokształcącej Szkoły Sztuk Pięknych w Zielonej Górze, tam poznałam tajniki podstawowej wiedzy na temat sztuki i tworzenia samego w sobie, co skłoniło mnie do ciągłego poszukiwania mojej pasji, którą było tworzenie w stylistyce mangowej. Okazało się, że na darmowych programach można tworzyć tak samo cudne rzeczy, jak i na niedostępnych dla mnie w tamtych czasach – płatnych. Zakochałam się w Gimpie i od tamtej pory był moim kompanem wraz z tabletem przy twórczej zabawie. Dyplom obroniłam celująco, a był nim komiks w stylistyce mangowej (jest na moim profilu na deviancie, daggernogod) i rozpoczęłam studia na kierunku Grafika. Pociąg do mangi i Kraju Kwitnącej Wiśni został niezmienny. W kwestii twórczej jednak – oddałam się większym poszukiwaniom i fascynacji szybkich prac (speedpaintów) oraz conceptartów. Zabawa i podróżowanie w świecie fantazji trwa więc nadal i jest niezwykłą przygodą.

JOANNA MATEREK


Galeria

81


82

JOANNA MATEREK


Galeria

83


MARCIN SZERENOS

Intruz MANRIC SZERENOS ALIAS MAD DOG Poszukiwany na całym świecie przez Wydawców. Morderca absurdu. Skazany przez szereg Redakcji na intelektualną banicję. Inkwizytor głupoty. Matador wielu internetowych forum i malkontentów. Bezkompromisowy. Mówi to, co myśli, dzięki czemu przysparza

84

sobie wrogów. Nieprzyjaciel literackiej wtórności i niespokojna dusza. Prowokator. Uzbrojony w ostrą kreskę. Opublikował kilka opowiadań w „Nowej Fantastyce” i „Magazynie Fantastycz-nym”. Miejsce przebywania: nieznane. Wciąż aktywny i niebezpieczny dla złośliwych krytyków jego twórczości. Pracuje w ukryciu nad kilkoma projektami, gdzie poświęca się ulubionym pasjom - pisaniu oraz rysunkowi.

MARCIN SZERENOS


Intruz

85


86

MARCIN SZERENOS


Intruz

87


88

MARCIN SZERENOS


Intruz

89


POLECANKI GAIL CARRIGER „Bezduszna”

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka Data wydania: Marzec 2011 ISBN: 978-83-7648-656-7 Liczba stron: 320 Krewetki w papilotach. Wbrew pozorom nie jest to nowatorskie nakrycie głowy ani trend fryzjerski, ale wykwintne danie z owocami morza, pomidorami i makaronem. Wszystkie składniki pakuje się w ele-

90

gancką paczuszkę i piecze, a sam zapach sprawia, że można zwariować ze szczęścia. Nie wiem, czy zauważyliście, ale to danie ma również duży potencjał humorystyczny. Owszem, jest pyszne, ale czy nazwa „krewetki w papilotach” nie wywołała na waszych ustach choćby najlżejszego uśmiechu? Być może zastanawiacie się, dlaczego mówię o jedzeniu, zamiast o książce. Tak się jednak składa, że książka, którą mam zamiar dla Was zrecenzować, nieodparcie kojarzy mi się z krewetkami w papilotach! Do rzeczy więc. Jaki jest los pewnej siebie, obdarzonej umysłem ścisłym szlachcianki w czasach królowej Wiktorii? Alexia Tarabotti może Was zapewnić, że niewesoły. Jeśli do tego wcale nie wygląda się jak eteryczna „angielska różyczka” i ma 26 lat, droga do zostania starą panną jest otwarta. Jakby nieszczęść było mało, Alexia ma drobne braki w osobowości, a mianowicie: nie ma duszy. Czegoś takiego nie mogą tolerować nawet przyzwyczajone do dziwactw zasymilowane wilkołaki i wampiry; szczególnie, że w obecności panny Tarabotti ich nieśmiertelność znika jak sen złoty. Gdy pewnego dnia, całkiem niechcący, Alexia unicestwia jednego z krwiopijców szpilką do włosów, sytuacja jest co najmniej krępująca. Sprawą zajmuje się narodowa organizacja kontroli nadprzyrodzonych, a dziewczyna odkrywa, że uwikłała się w nie lada aferę: ktoś porywa stuletnie wampiry, a na ich miejsce tworzy niezbyt udane substytuty! Gdyby jeszcze hrabia Maccon, zajmujący się śledztwem, nie był tak diabelnie przystojny… Jak romans krewetek i makaronu tagliatelle skutkuje papilotami, tak gorące uczucie pomiędzy Alexią i hrabią Macconem przynosi mnóstwo zabawnych

POLECANKI


nieporozumień i sytuacji rodem z klasycznych komedii. Przy czym mówiąc „gorące uczucie”, nie mam na myśli tylko miłości, ale także: niechęć, nienawiść, urazę, złośliwość i wreszcie przyjaźń. Pomimo braku duszy Alexia prezentuje przed czytelnikiem całą gamę szczerych uczuć, które bawią, wzruszają i irytują. Ze szczególnym naciskiem na to pierwsze, jako że bezduszna ma skłonność do analizowania ich w sposób jak najbardziej naukowy. Jeśli mowa o związkach, jeden z nich jest szczególnie nietypowy. „Bezduszna” jest zdecydowanie owocem flirtu komedii, romansu, thrillera i powieści detektywistycznej. Jej uroda jest równie egzotyczna jak głównej bohaterki, pół Angielki, pół Włoszki, i tak samo pociągająca. Wszystko to zaś zostało elegancko opakowane w powieść steampunkową dla kobiet i lekką narrację, oplatającą czytelnika delikatną siateczką żartów i przewrotnych spostrzeżeń. Dzięki temu „Bezduszna” jest lekturą niezwykle przyjemną, aczkolwiek nieco ryzykowną w miejscach publicznych; osoba śmiejąca się bez ustanku zawsze

wywoła w autobusie czy poczekalni do lekarza drobną sensację. To bowiem Was czeka, jeśli sięgniecie po książkę Carriger: wybuchy śmiechu, chichoty i wesołe parskanie. „Bezduszna” Gail Carriger to zabawna, elegancka książka, którą docenią wszyscy czytelnicy z poczuciem humoru. Autorka zrywa z trzęsącymi rynkiem wydawniczym stereotypami wampirów i wilkołaków, a te, które zdecydowała się zachować, druzgocze swoim poczuciem humoru. Jeśli macie wątpliwości, czy zapoznać się z panną Tarabotii, „bo macie dość wampirów”, porzućcie je natychmiast. „Bezduszna” to książka, po którą możecie sięgnąć bez najmniejszych obaw. Na parasolki i ciasto kajmakowe zaś zaczniecie patrzeć nieco podejrzliwie już po pierwszych stronach lektury. Dodam jeszcze, że to dopiero początek, jako że debiutancka powieść Carriger stanowi pierwszy tom serii o intrygującym tytule „Protektorat parasola”. Gorąco polecam! Maryla Kowalska

RAYMOND CHANDLER „Siostrzyczka” Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie Przekład: Dorota Pomadowska ISBN: 978-83-245-8937-1 Liczba stron: 238 Data wydania: 2010 W jednym z odcinków – kultowego już dziś – serialu „Przyjaciele”, Joey i Chandler usiłują wybrać imię dla dziecka przyjaciółki. Poirytowany Bing długo tłumaczy koledze, że w historii zapisało się wiele osób o pięknym imieniu lub nazwisku „Chandler”: Tyson Chandler, Ray Chandler... „Przestań, ci ludzie nie istnieją!”, krzyknął doprowadzony do ostateczności Joey, wywołując oczywiście wybuch śmiechu publiczności. Biedny Joey, jak to się często zdarzało, nie miał racji. Ray Chandler istniał i co więcej – pisał książki. Kryminały. I jeśli jakąś powieść można

POLECANKI

91


nazwać zabójczą, z pewnością jest to powieść Chandlera. Philip Marlowe to facet z przeszłością. Zawodowo jest prywatnym detektywem, hobbystycznie – cynikiem i pijakiem. Wydawałoby się, że bycie detektywem w Hollywood w latach czterdziestych to intratne zajęcie – nic podobnego. Dopóki do jego drzwi nie zawitała panna Orfamay Quest, Marlowe spędzał dni gapiąc się w ścianę i pociągając szkocką z butelki. Zadanie odnalezienia brata panny Quest, „interesującej kłamczuchy”, jak sam ją nazywa, zmienia jego monotonne życie. Zagubiony braciszek wplątał się bowiem w hollywodzką aferę, w której główną rolę odgrywa pewien gangster i piękna aktorka. Orrinowi Questowi przypadła rola ściganej vendettą ofiary. A może po kryjomu zdecydował się przejąć inną, o wiele mroczniejszą? Już od pierwszych zdań „Siostrzyczki” widać, że mamy do czynienia z kryminałem posuniętym już w czasie. Dziś nikt nie umie tak przedstawić gorzkiej samotności, bezruchu, podszytej cynizmem beznadziei w powojennym, przeżartym kryzysem etyczności świecie. Pierwszoosobowa narracja prowadzona przez Chandlera pozwala spojrzeć na to z ograniczonej, realistycznej perspektywy głównego bohatera. Rzeczywistość przefiltrowana przez cyniczny umysł Marlowe'a rysuje się w ponurych barwach, jednak na czarno-szarym, brudnym tle pojawiają się czasem piękne kobiety. Przypominają spadające gwiazdy w przesiąkniętym beznadzieją życiu: wpadają nagle, znikają szybko, zostawiając za sobą zgliszcza i powidoki z innego świata, do którego detektyw nigdy się nie zbliży. Te ostre, gwałtowne kontrasty pomiędzy bohaterami i ich otoczeniem nie dotyczą jednak sfery etyki. Tu wszystko jest zamglone: główny bohater, chociaż pełni odpowiedzialną funkcję, nie jest godny zaufania. Podobnie ma się rzecz z policjantami prowadzącymi śledztwo. Śliczna, niewinna Orfamay i Quest także mają co nieco na sumieniu; kipiąca erotyzmem panna Gonzales przypomina modliszkę. Hollywood z powieści Chandlera jest niebezpiecznym miejscem; niebezpiecznym, ale i przejmująco smutnym. I chociaż bohaterowie nie

92

przeżywają szekspirowskich dramatów i konfliktów moralnych, współczujemy im i zżywamy się z nimi. Może właśnie dzięki temu smutkowi, który powoli wsącza się w żyły czytelnika i hipnotyzuje, nie pozwalając odłożyć książki. Sama intryga jest niezwykle zawikłana, tajemnicza i pełna niedomówień, jak na dobry kryminał przystało. Detektyw Marlowe celowo zapętla ją jeszcze, nie dzieli się swoimi przypuszczeniami z czytelnikiem. Na dodatek nie waha się przez naginaniem prawa na swoją korzyść. Trzeba podrzucić dowód, wstrzymać się w zeznaniach, podkoloryzować jakieś wydarzenie? Nie ma sprawy - wszystko da się zrobić. Jedynie jego lojalność wobec klientki jest godna podziwu. To znaczy, do klientki, którą sam wybrał. Opowiadając o książce Raya Chandlera nie mogę nie wspomnieć o tzw. „chandleryzmach”, stanowiących o jej wyjątkowości i uroku. Te charakterystyczne dla czarnych kryminałów komentarze, opisy rzeczywistości i krótkie spostrzeżenia mogą na początku śmieszyć, jednak z czasem zaczynają urzekać. Nie sposób już wyobrazić sobie czarnego kryminału bez tych krwistych, ale bez wątpienia nowatorskich porównań: „wskazówka sekundowa krążyła wokół tarczy zegarka jak akwizytor, który biega po domach od jednych drzwi do drugich”. Albo, mój osobisty faworyt: „W pokoju było tak ciasno, że jedynym, który mógł w nim chodzić bez przeszkód, był wiszący na ścianie zegar”. „Siostrzyczka” to kryminał z krwi i kości, pochodzący z czasów młodzieńczej świetności gatunku. Jest zupełnie inny niż jego współczesne odpowiedniki. Nawet pomimo powielanego w ciągu lat stylu, pozostaje niepowtarzalny i frapujący. Stawia przed czytelnikiem niemal nierozwiązywalną zagadkę, a finał śledztwa, następujący dosłownie na ostatniej stronie, zaskakuje i wstrząsa. Polecam go wszystkim miłośnikom kryminału. Lektura nie jest łatwa, ale zdecydowanie warta poświęcenia czasu i użycia paru szarych komórek. Jeszcze raz gorąco zachęcam do przeczytania! Maryla Kowalska

POLECANKI


AGNIESZKA HAŁAS „Dwie karty”

Wydawnictwo: Ifryt ISBN: 978-83-62980-00-0 Liczba stron: 388 Data wydania: kwiecień 2011 Z debiutami bywa różnie. Szczególnie jeśli jest to debiut podwójny, jak w przypadku „Dwóch kart” Agnieszki Hałas. Podwójny, gdyż powieściowo debiutuje zarówno autorka, która wcześniej ograniczała się do opowiadań, jak i lubelskie wydawnictwo Ifryt. Wybór pierwszej książki z pewnością nie był łatwy i dokonano go nadzwyczaj starannie. Jaki mamy tego efekt? Pierwszą powieść stosunkowo dobrze znanej i cieszącej się już pewną marką autorki kilkunastu opowiadań, w tym jednego samodzielnego tomiku. Pod względem marketingowym decyzja niewątpliwie trafna i dość bezpieczna, niosąca ze sobą w dodatku duże prawdopodobieństwo sukcesu wydawniczego.

POLECANKI

Jednak marketing marketingiem, debiuty debiutami, a mnie jak zwykle interesuje to, co siedzi w środku i czy czeka właśnie na mnie. Bogowie odeszli ze świata, pozostawiając ludziom Zmroczę, sferę mającą chronić ich przed demonami. Zmrocza niestety nie jest niezawodna i chwilami się chwieje, przepuszczając niebezpieczne stworzenia. Na szczęście istnieją srebrni magowie pilnujący równowagi, Ekwilibrium. W Shan Vaola, mieście rządzonym przez srebrnych, grupa śmieciarzy odmieńców natyka się na obłąkanego człowieka, którego zabierają do siebie. Brune Keare po krótkim czasie otrząsa się z obłędu pozbawiony wspomnień, za to z mrocznym darem czarnej magii, i próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie żebraków i przestępców. Nadepnie na odcisk niejednemu stronnictwu nie tylko w świecie ludzi. Zacznę może od tego, czego nie widzę, choć jak byk stoi w opisie „Dwóch kart”. Łatka dark fantasy, moim skromnym zdaniem, została przyznana nieco na wyrost. Nie wiem, może niewłaściwie wczułem się w klimat, ale dla mnie powieść Agnieszki Hałas nie jest jakoś wyjątkowo mroczna, odbieram ją zupełnie inaczej. Owszem, mamy czarną magię, demony i morderstwa, lecz części składowe nie stanowią o całości. Krzyczący w Ciemności, choć ze względu na potęgę czarnej magii w nim drzemiącej powinien być z zasady zły, wcale taki nie jest. Wręcz przeciwnie, czasem postępuje strasznie naiwnie – bo tak mu każe nie tyle nawet jakaś szczególna szlachetność, ile zwykłe poczucie przyzwoitości – choć wie, że to się nie opłaca i może przyjść mu za to jeszcze odpokutować. Walka z narzuconą bohaterowi (żmijowi) rolą oraz magia, która co jakiś czas nieoczekiwanie wychodzi na światło dzienne i próbuje przejąć kontrolę nad Brune’m dodatkowo uwypuklają jego swoistą poczciwość. Co do demonów – choć dysponują straszliwą mocą i mogą przybierać różne przerażające formy, to jednak z charakteru przypominają ludzi i nie ma w nich nic szczególnie niepokojącego czy niewytłumaczalnego. Wszystko jest logiczne i zrozumiałe. Po prostu zamiast kosztowności i wpływów zbierają

93


dusze, a kierują się głównie chęcią zysku czy niekiedy zemstą. Nawet nie lubią zadawania śmierci, o ile nie przynosi im ona wymiernych korzyści. Wspomniałem jeszcze o morderstwach. Cóż, kiedy ginęli ci źli, odczuwałem raczej satysfakcję niż grozę, za to śmierć dobrych (czy też raczej powinienem powiedzieć – lepszych), niekoniecznie zamordowanych, budzi wyłącznie smutek. Zatem dark fantasy? Nie wydaje mi się. Moje odczucia mówią mi co innego – brak cukierkowości i naiwności nie czyni jeszcze z fantasy odmiany dark. Ponadto, gdzie tam jest steampunk? Może właśnie zdradzam się z ignorancją, ale ja w „Dwóch kartach” żadnego steampunku nie widzę, choć możliwe, że coś mi umknęło, gdyż zacząłem się nad tym zastanawiać dopiero po lekturze. Gdyby ktoś jednak po wcześniejszym akapicie uznał, że „Dwie karty” nie przypadły mi do gustu, to niniejszym wyprowadzam z błędu. Powieściowy debiut Agnieszki Hałas naprawdę zrobił na mnie spore wrażenie. W końcu nie wszystko, co dobre, musi być zaraz dark, steam czy inny punk. Mamy tu do czynienia z pełnokrwistym fantasy z pomysłowo i starannie wykreowanym światem, którego czytelnik poznaje wprawdzie tylko niewielką część, ale czuć, że za horyzontem jest tam tego więcej, że czeka na nas uniwersum w całej swojej okazałości. Tenże świat wypełniają niebanalni bohaterowie na czele z Krzyczącym, którego już pokrótce scharakteryzowałem. Choć on sam nie wie, kim jest, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaki jest, a przynajmniej jaki chciałby i powinien być. Dąży do tego uparcie mimo tego, co chcą mu wmówić inni, pokonując pokusy i odrzucając możliwości czekające na potężnego ka-ira. Brune to bohater z charakterem, żywa, skomplikowana, a jednak nie posągowa postać, na tyle zwyczajna w swej niezwykłości, by można było ją polubić i zrozumieć. Bohaterowie drugoplanowi również zostali stworzeni umiejętnie i z pomysłem – familia śmieciarzy odmieńców z moim ulubionym Znajdą (któremu, mam nadzieję, w dalszych częściach autor-

94

ka poświęci więcej czasu), cała diablo interesująca społeczność Podziemi, czarni i srebrni magowie, którzy powinni być na dwóch przeciwstawnych biegunach, a wydają się być zastanawiająco podobni w swych praktykach – wszystko żyje i funkcjonuje wyśmienicie. Biorąc pod uwagę to, że książka jest debiutem wydawnictwa, warto przyjrzeć się jeszcze jej zewnętrznej formie. „Dwie karty” Agnieszki Hałas zostały wydane bardzo starannie w miękkiej, dobrej jakości okładce ze skrzydełkami. Tylko ilustracje w mojej ocenie są tragiczne. Dopóki po zakończeniu lektury nie zacząłem przyglądać się okładce, byłem przekonany, że jest tam przedstawiona jakaś czarownica w spiczastym kapeluszu. Dopiero później z zaskoczeniem odkryłem, że po pierwsze to kaptur, a kapeluszem wydał mi się ciemny budynek, który zlewa się z postacią, a po drugie to nie czarownica, tylko nasz główny bohater. To znaczy domyślam się po charakterystycznych bliznach i oczach, choć nadal twierdzę, że to kobieta. Może Brune jest gejem i po prostu ma taką specyficzną aparycję? Sugerowano mu pedofilię, być może nie bezpodstawnie. Ilustracje w środku też nie zachwycają, a w mojej opinii są zwyczajnie brzydkie. Cóż, zapewne kwestia gustu, nie będę się kłócił. „Dwie karty”, choć pełnokrwiste, nie zaliczają się jednak do dark fantasy. Powiedziałbym nawet, iż jest to wręcz ostrożnie optymistyczna opowieść emanująca specyficznym ciepłem, w sposób właściwy niemal tylko i wyłącznie pisarkom fantastyki. A tych dobrych w Polsce niewiele, można je policzyć na palcach jednej ręki. Agnieszka Hałas właśnie dołączyła do tego wąskiego, lecz elitarnego grona. Pogratulować udanego debiutu autorce i dobrego nosa wydawnictwu Ifryt. Mam nadzieję, że już wkrótce będę miał przyjemność recenzować kolejne tomy cyklu „Teatr węży”, oby lepiej zilustrowane i z mniej kobiecym obliczem głównego bohatera na okładce. Łukasz Szatkowski

POLECANKI


VAL MCDERMID „Syreni śpiew”

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka ISBN: 978-83-7648-675-8 Data wydania: kwiecień 2011 Liczba stron: 408 Tytuł oryginału: The Mermaids Singing “Ludzie w ogólności, panowie, mają bardzo krwawe gusta i wszystkim, czego wymagają od morderstwa jest hojny rozlew krwi; tandetne widowisko w tym względzie w pełni zaspokaja ich oczekiwania. Atoli człek oświecony, koneser, ma gust bardziej wysublimowany” „O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych” Thomas De Quincey Za takiego właśnie wytrawnego znawcę sztuki uważa się psychopata opisany w książce pt. „Syreni śpiew”. W nadzwyczaj okrutny sposób morduje

POLECANKI

młodych mężczyzn mieszkających w Bradfield – niewielkim angielskim miasteczku. Kolejne morderstwa planuje wyjątkowo starannie i wykonuje z artystyczną wręcz dbałością o zatarcie wszystkich śladów, które mogłyby naprowadzić na jego ślad policję. Chociaż w okolicach lokalnych klubów gejowskich odnaleziono już czwartą z kolei brutalnie okaleczoną ofiarę, policja – chcąc uniknąć wybuchu paniki – początkowo dementuje wszelkie pogłoski o grasującym tu seryjnym mordercy. Gdy jednak liczba zamordowanych wciąż rośnie, a postępów w śledztwie nie widać, policja decyduje się skorzystać z usług Tony’ego Hilla – psychologa specjalizującego się w tworzeniu portretów psychologicznych. Podejmując się tego zadania, Tony jednak nie zdaje sobie sprawy, że wystawia się w ten sposób na atak ze strony sadystycznego mordercy. Rozpoczyna się pasjonujący pojedynek pomiędzy bezwzględnym psychopatą, a niepodejrzewającym niczego psychologiem… Każdy z osiemnastu rozdziałów książki poprzedzony jest cytatem z dzieła „O morderstwie jako jednej ze sztuk pięknych” Thomasa De Quinceya – angielskiego myśliciela żyjącego na prze-łomie XVIII i XIX wieku. Książka składa się z dwóch przeplatających się wzajemnie wątków: opisu przebiegu policyjnego śledztwa w sprawie „Homobójcy” (tak został okrzyknięty przez prasę sadystyczny morderca) oraz fragmentów pamiętników samego psychopaty, nazwanych przez niego „plikami miłości”. Wspomnienia mordercy, pełne opisów okrutnych tortur zadawanych przy użyciu specjalnych machin, jakie w tym właśnie celu używała średniowieczna Inkwizycja, pozwalają nam zrozumieć genezę i kulisy jego zbrodni. Lekturę urozmaicają także cytowane artykuły z gazet oraz fragmenty raportu doktora Hilla (wraz ze szczegółową tabelą zawierającą charakterystykę wszystkich ofiar). Prasa odgrywa tu także istotną rolę, gdyż dziennikarze w pogoni za sensacją piszą artykuły drażniące zarówno mordercę, jak i policję, która wszczyna wewnętrzne śledztwo w sprawie domniemanego przecieku informacji. „Syreni śpiew” nieprzypadkowo budzi skojarzenia ze znanym na pewno każdemu „Milczeniem

95


owiec” Thomasa Harrisa. W swojej powieści McDermid kilkakrotnie odwołuje się do książki o słynnym Hannibalu Lecterze oraz jej ekranizacji. Także sylwetki głównych bohaterów jej książki przywodzą na myśl postacie występujące w pamiętnym thrillerze: nieuchwytny psychopata, kobieta prowadząca śledztwo w jego sprawie (detektyw Carol Jordan) oraz wspomagający ją fachową wiedzą psycholog. Jednakże fabuła „Syreniego śpiewu” oraz relacje pomiędzy występującymi w nim bohaterami różnią się zasadniczo od opowieści o Hannibalu – kanibalu. Tym zaś, co łączy te dwie pozycje, są wciągające pojedynki psychologiczne między prowadzącym śledztwo psychologiem a poszukiwanym „Homobójcą”. „Syreni śpiew” zawiera wszystkie klasyczne cechy psychologicznego thrillera; mroczny klimat, dobrze zarysowane postacie głównych bohaterów, intrygu-

jąca fabuła, trzymająca stale w napięciu akcja sprawiają, że książkę czyta się z przyjemnością. I chociaż pomysł na ten kryminał nie jest może zbyt oryginalny, to Val McDermid potrafiła ująć te klasyczne, szablonowe motywy w całkiem nową, ciekawą formę. Dzięki temu jej książka może każdemu fanowi thrillerów zapewnić wiele mile spędzonych nad lekturą chwil. I, co najważniejsze – fani Tony’ego Hilla i detektyw Carol Jordan będą mieli możliwość poznania dalszych przygód tych bohaterów zawartych w serii książek, które niebawem ukażą się nakładem wydawnictwa Prószyński Media. Najnowsza książka z tej serii została już wydana w roku ubiegłym pod tytułem „Gorączka kości”. Olga Michali

ALASTAIR REYNOLDS „Diamentowe psy” „ Turkusowe dni” Wydawnictwo: MAG Tłumaczenie: Piotr Staniewski, Grażyna Grygiel Data wydania: kwiecień 2011 ISBN: 978-83-7480-205-5 Liczba stron: 224 Tytuł oryginału: Diamond Dogs. Turquoise Days Cykl: Przestrzeń objawienia Do tej pory cykl Alastaira Reynoldsa „Przestrzeń objawienia” kojarzony był w Polsce jedynie z opasłymi powieściami; niektóre z nich, być może z powodu przyjęcia dla całego cyklu mniejszego od standardowego formatu, wydawnictwo Mag musiało podzielić nawet na dwie części. Tym razem w ręce fanów cyklu dostała się nie dość że mała, to jeszcze chuda i niepozorna książeczka zawierająca dwie nowele – „Diamentowe psy” oraz „Turkusowe dni”. Czy autor poradził sobie z krótszą formą równie dobrze jak dotychczas z powieściami? Sprawdźmy.

96

POLECANKI


„Diamentowe psy” zaczynają się w znanym wszystkim czytelnikom Reynoldsa Chasm City. Richard Swift, entuzjasta obcych cywilizacji, spotyka swojego starego przyjaciela, który namawia go do odwiedzenia nowo odkrytego, wyjątkowo intrygującego artefaktu obcych. W krótkim czasie formuje się drużyna złożona z samych specjalistów cieszących się nie zawsze dobrą sławą. Co spotka uczestników tej misji? Czy uda im się zbadać tajemniczą Wieżę Krwi, nim ona sama ich zabije? Do izolacjonistycznej kolonii na planecie Turkus zbliża się światłowiec Ultrasów. Czy ich celem jest wyłącznie handel, a może chcą czegoś więcej? Jaki jest związek przybyszów z Żonglerami Wzorców badanymi na Turkusie? Pierwsza z noweli ma wszelkie znaki charakterystyczne dla opowiadań grozy. Przypomina trochę „Piłę” na własne życzenie. Bohaterowie wchodzą do Wieży Krwi, gdzie czekają na nich matematyczne zagadki, a po każdej błędnej odpowiedzi spotyka ich coś, mówiąc eufemistycznie, niezbyt przyjemnego – kończyny latają na prawo i lewo, krew tryska po ścianach, a trup ściele się gęsto. Jakie to szczęście, że zapobiegliwie na wyprawę wzięty został specjalista od zamieniania ludzi w cyborgi, urwaną nogę zawsze w końcu można zastąpić protezą, która jest lepsza od pierwowzoru. Autor porównał Wieżę Krwi (choć oczywiście nie dosłownie, to jednak aluzja jest aż nadto widoczna) do „Indiany Jonesa” i „Sześcianu” (ang. „Cube”). Cóż, myślę, że „Diamentowe psy” plasują się gdzieś między jednym a drugim filmem. Bądź co bądź, chyba nikt nigdy nie określiłby tego pierwszego horrorem, mimo wielu pułapek, które czekają na Indy’ego w przeróżnych starożytnych ruinach. Zaś „Sześcian” nie pozostawia swoim bohaterom wyboru – z Wieży Krwi za to można się wycofać, jeśli nie podejmie się następnego zadania. Jednak w „Diamentowych psach” nie sama konfrontacja z Wieżą jest najstraszniejsza. Bardziej niepokoi to, jak zmagania z nią wciągają bohaterów, jak budzą w nich obsesję, która zmienia ich zarówno psychicznie, jak i fizycznie, a nawet pozornie pokonana potrafi obudzić się po latach. Zdecydowanie w tej

POLECANKI

noweli najlepsza jest końcowa puenta, a tak właśnie być powinno. Druga z nowel ma inny charakter, nie jest mroczna jak poprzedniczka, choć przez to nie mniej interesująca. Ciężko mi określić, czy w centrum zainteresowań planety Turkus znajdują się Żonglerzy Wzorców i ich badanie, niemniej na pewno znajdują się w centrum „Turkusowych dni”. Kiedy na Turkusie ląduje delegacja naukowców z innej planety interesujących się Żonglerami, rodzimi badacze przewidują kłopoty. Nie zdają sobie jeszcze sprawy, że nie będą one polegać wyłącznie na przestojach w pracy i wydelegowaniem pracowników do oprowadzania i zabawiania gości. Ta niespodziewana wizyta okaże się mieć daleko idące konsekwencje dla całego świata, a w tym całym zamieszaniu pojawi się sekta, bezwzględny dyktator i samotny agent, który we własnym sumieniu będzie musiał ocenić, czy mniejszym złem będzie wypełnienie czy niewypełnienie swojej misji. Jest też czynnik łączący „Diamentowe psy” i „Turkusowe dni”, oczywiście poza uniwersum. Mianowicie czytelnik dowie się, co prawdopodobnie znaleziono na samym szczycie Wieży Krwi, jaka była nagroda za przemęczenie się z setkami matematycznych zagadek, których nierozwiązanie groziło bolesną śmiercią. To tak mimochodem, gdyż w „Turkusowych dniach” i tak najważniejsze jest morze Żonglerów Wzorców. Z zadowoleniem stwierdzam, iż krótsze teksty Alastaira Reynoldsa są niemal równie dobre jak wcześniejsze powieści. „Diamentowe psy” i „Turkusowe dni” nie pozostają jedynie sympatycznym uzupełnieniem uniwersum, a stanowią samoistną całość, którą doceni nie tylko fan twórczości autora. Po raz kolejny Reynolds napisał coś, co można swobodnie czytać, nie znając poprzednich części cyklu. Biorąc pod uwagę tak zwięzłość tekstów, jak i uniwersalność motywów przykrytych strojną szatą umiarkowanego hard science fiction, z czystym sumieniem gorąco polecam wszystkim zainteresowanym. Łukasz Szatkowski

97


STEVEN SAVILE „Londyńska makabra”

Wydawnictwo: Copernicus Corporation Data wydania: 2011 ISBN: 978-83-61656-25-8 Tytuł oryginału: London Macabre Strony: 576 Oprawa: miękka Ciemne chmury zbierają się nad Londynem. Zarówno w dosłownym, jak i metaforycznym tego zwrotu znaczeniu. Kiedy mieszkańcy miasta w zaciszu swych przytulnych domów pogrążają się we śnie, w jednym z mrocznych zaułków zagadkowa postać otwiera wrota samego piekła, uwalniając dziwadła rodem z koszmarnych snów. A to tak naprawdę jedynie wstęp, osobliwe upiorne preludium do makabrycznych wydarzeń, które wstrząsną Londynem i otulą go lodowatym tchnieniem grozy. Wydarzeń, w obliczu

98

których jedyną nadzieją dla miasta będą jego tajemniczy obrońcy, zwący się Dżentelmeńskimi Rycerzami Londynu. Obdarzeni nadzwyczajnymi mocami, pozornie zwyczajni dżentelmeni, będą musieli stanąć naprzeciw stworzeń i zjawisk, których istnienie wymyka się pojmowaniu zwykłych śmiertelników. Czy podołają wyzwaniu? Czy zdołają zapobiec nadciągającej katastrofie? A może okażą się za słabi? Kim jest tajemnicza dziewczyna z fabryki zapałek? Kto jest odpowiedzialny za brutalne mordy aniołów? I czyj upiorny głos sączy w ludzkie umysły rozkaz: „Spłoń ze mną”? Tego i wielu innych rzeczy dowiecie się, Drodzy Czytelnicy, z lektury recenzowanej powieści. Lektura ta zaś powinna sprawić Wam nie lada frajdę i to z kilku powodów. Pierwszym bez wątpienia są realia, w których autor osadził akcję powieści. Osnuty oparami mrocznych sekretów, dżdżysty Londyn stanowi idealne tło dla historii tego typu – powieści akcji silnie przyprawionej nadnaturalnymi i okultystycznymi motywami. Panujący w mieście posępny nastrój został oddany przez Autora bardzo dobrze, miejscami wręcz rewelacyjnie i dosłownie zdaje się wyciekać strumieniami z kart powieści. Fakt, że ciężko mi tu mówić o grozie, która powodowałaby u Czytelnika palpitacje serca albo chociaż (nie)miłe dreszcze strachu na plecach (podczas lektury ni razu nie uświadczyłem prawdziwego strachu – całość wydała mi się po prostu mroczną historyjką, w żadnym razie horrorem z prawdziwego zdarzenia), ale zawiesistego nastroju powieści nie sposób odmówić. Podobnie jak dobrej konstrukcji fabuły i uczestniczących w niej postaci. Ta pierwsza jest wielowarstwowa i wystarczająco poskręcana, aby utrzymać Czytelnika w napięciu i przykuć jego uwagę aż do ostatniej strony. Co kilka kolejnych stron Autor jest w stanie zaskoczyć Czytelnika swoją pomysłowością – zdarza się, że ilość zawartych na pojedynczej stronie pomysłów potrafi zaprzeć dech w piersi (co jak najbardziej jest ok). Czasem nawet zdarzało mi się w niej zgubić i zastanawiałem się, o co w tym wszystkim tak naprawdę

POLECANKI


chodzi. A odpowiedzi przychodziły miarowo, wraz z rozwojem opowieści, nie za szybko i nie za wolno, ot, w sam raz. Jeśli o menażerię bohaterów i antybohaterów chodzi, mamy tu prawdziwą galerię osobliwości. Przykładem są wspomniani Dżentelmeńscy Rycerze (początkowo ta formacja dość mocno kojarzyła mi się z komiksową Ligą Niezwykłych Dżentelmenów) – stowarzyszenie stojące na straży miasta i skrytych w nim mrocznych sekretów. Znalazło się w nim miejsce i na złodzieja potrafiącego manipulować światłem w taki sposób, by pozostać ukrytym przed wzrokiem zbędnych obserwatorów, i na nekromantę zdolnego przywoływać dusze z zaświatów, i na wilkołaka. Pomysłowość Autora w kwestii kreacji dżentelmenów i ich umiejętności wzbudziła we mnie pozytywne odczucia, chociaż już po odłożeniu książki na półkę stwierdziłem, że w niektóre postaci można było tchnąć ciut więcej twórczego szaleństwa. Ogólnie

bohaterowie „Londyńskiej makabry” skonstruowani zostali w sposób poprawny, ich perypetie budzą w Czytelniku emocje, większych zastrzeżeń nie mam. Także, jeśli chodzi o tutejszych typów spod przysłowiowej ciemnej gwiazdy. Członkowie wrogiego Rycerzom, rozmiłowanego w egipskiej mitologii Bractwa są wystarczająco antypatyczni, demony i inne paskudztwa wystarczająco upiorne i wynaturzone, a pewna Królowa wystarczająco szalona. Cóż mogę rzec na zakończenie? Na pewno to, że książka powinna trafić w gusta Czytelników lubiących ciężkie klimaty, historie wypełnione akcją po brzegi i ociekające adrenaliną. Również w gust fanów komiksowych historyjek w stylu wspomnianej „Ligii…”. Lektura „Londyńskiej makabry” znakomicie odpręża i bawi. Polecam z czystym sumieniem. Kamil Dolik

STEPAN CHAPMAN „Trojka” Wydawnictwo: Mag Data wydania: kwiecień 2011 ISBN: 978-83-7480-204-8 Stron: 240 Oprawa: miękka Istnieją powieści normalne, w których fabuła toczy się zrozumiale i ciekawie, a także są książki inne, bezgatunkowe i ze wszech miar nietypowe. Od razu zaznaczę: jeśli ktoś zechce przyłożyć miarkę do niniejszego eksperymentu literackiego Stepana Chapmana, z pewnością się zawiedzie. Trudno bowiem oczekiwać od karuzeli, żeby poruszała się prosto. Trudno też, podążając śladem tejże karuzeli, dokądkolwiek dojść. I taka właśnie jest „Trojka”. Jak karuzela. Nasi bohaterowie to brontozaur Naomi, Meksykanka Eva oraz samochód terenowy Alex Tułają się po pustyni przez setki lat, zamieniają się ciałami

POLECANKI

99


podczas burz piaskowych i wielokrotnie giną, tylko po to, by znów się narodzić. Choć nie przepadają za sobą, to nie potrafią się rozdzielić. Skąd się wzięli i co robią w tym piekielnym, zawieszonym w czasie i przestrzeni miejscu? A może śnią i cała ta maskarada jest jednym wielkim eksperymentem umysłowym? Cóż, jedno jest pewne: aż do samego końca nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania. A może nawet przy finiszu Chapman nas nabierze? Czy autor odpowiada na pytania, które dręczą i niemiłosiernie wwiercają się w mózg czytelnika? Cóż, każdy musi przekonać się sam. Pisarz bawi się językiem, tworzy zagadkowe opisy i fragmenty, kusi i nęci czytelnika przez wiele stron tylko po to, by wciągnąć go w swój zwariowany świat, a potem zakleszczyć w stanie permanentnej niewiedzy. Nie można wierzyć autorowi nawet przez moment – co stronę okazuje się, że nasze dotychczasowe przypuszczenia co do tożsamości i racji bytu tajemniczych postaci były zupełnie bezużyteczne i błędne. Nieskończone poziomy przebrań i zagadek skutecznie oddalają nas od rozwiązania, ale – para-

doksalnie – zachęcają do jeszcze bardziej wnikliwych poszukiwań. Stepan Chapman jest istnym czarodziejem słowa, który między innymi dzięki onirycznym opisom snów postaci i przedstawianiu zdumiewająco sugestywnych fragmentów z ich życia, potrafi nieźle namieszać w głowie odbiorcy. „Trojka” to bez wątpienia ambitne dzieło, swoisty eksperyment fantastyczny, który z pewnością zasługuje na uwagę współczesnego czytelnika. Nie radzę jednak nastawiać się na tradycyjnie pojmowaną, normalną „dobrą zabawę”. To, co serwuje nam Stepan Chapman, daleko wykracza poza zwykłe definicje rozrywkowej literatury i przypomina raczej skomplikowany sen pełen ukrytych znaczeń niż łagodne, nocne marzenia. Osobiście podchodzę do podobnych zabiegów literackich optymistycznie, ale w przypadku „Trojki” Stepana Chapmana przez całą lekturę miałem wątpliwości. „O co tutaj chodzi?!” huczało w mojej głowie niczym trąba jerychońska tylko po to, by… a, przekonajcie się sami. Warto! Jacek Orlicz

PETER WATTS „Rozgwiazda” Wydawnictwo: ArsMachina Data wydania: kwiecień 2011 ISBN: 978-83-932319-1-1 Stron: 366 Oprawa: miękka „Rozgwiazda” Petera Wattsa, która powstała dziesięć lat temu, to literacki debiut tego autora. Pisarz darzy polskich czytelników specjalnym zainteresowaniem i być może specyficznym, literackim afektem. Dlaczego? Rzadko zdarza się, by tak znany i poczytny autor umieścił dla nas specjalny wstęp, przyznał się, że korzystał z Google Translatora, aby zapoznać się z polskimi recenzjami, czy choćby „polubił” na Facebooku nowe, póki co dość mało znane wydawnictwo

100

POLECANKI


ArsMachina. Sympatyczny i skromny wizerunek Petera Wattsa jeszcze bardziej zachęcił mnie do zapoznania się z jego pierwszym dziełem, swego czasu niedocenionym za granicą,. Jak prezentuje się „Rozgwiazda” na tle współczesnej fantastyki? Już odpowiadam. Joel trudni się przewoźnictwem i transportem na samym dnie oceanu. Tym razem wybrał się w kurs, przewożąc spragnionych wrażeń i żądnych krwi „turystów” po najmroczniejszych obszarach podmorskich głębin. Ogromne, zniekształcone ryby, tajemnicze, podwodne konstrukcje i zamknięcie w ciasnym pojeździe kilka kilometrów pod powierzchnią wody skutecznie rozpalają emocje w umysłach sflaczałych bogaczy. Cóż, to samo dzieje się też w głowie czytelnika. Pierwsze kilka stron to znakomity prolog, który wprowadza nas w sam środek nieprzyjaznego, mrocznego świata podwodnych głębin. Fabuła książki obraca się wokół położonej na dnie Pacyfiku elektrowni – niesprzyjające warunki wymagają odpowiednich, dość nietypowych środków. Nic dziwnego, że ludzka obsługa to specjalnie dobrana pod względem negatywnych cech psychologicznych śmietanka rozchwianych emocjonalnie, molestowanych w dzieciństwie, a także psychopatycznych wyrzutków społecznych. O dziwo, to właśnie osobnicy tego pokroju nadają się do przyjęcia mechanicznych modyfikacji płuc i ciała, odizolowania od reszty świata i zamknięcia pod trzema kilometrami wody w celu nadzorowania elektrowni i wykonywania dziwnych badań na dnie oceanu. Do tego dochodzi szereg pytań: „dlaczego tak naprawdę oni”, „co kryje się pod zwykłą pracą konserwująco-obsługującą”, a także „jaką rolę w całym tym procesie odgrywa… mózgoser”, czyli urządzenie-stworzenie wyhodowane na bazie ludzkiego mózgu. Już teraz nadmienię, że choć fabuła powieści jest intrygująca i stanowi realnie interesujący ciąg wydarzeń, to czytając „Rozgwiazdę” nie zwracałem na szeroko pojęte „przygody” większej uwagi. O wiele bardziej w moje gusta trafiały opisy, dziwne i bardzo niestandardowe zachowania członków załogi, a także szeregi tajemniczych zdarzeń dotyczących psychiki

POLECANKI

bohaterów oraz ich relacji ze sobą i ze światem. Peter Watts jest mistrzem budowania klaustrofobicznych, odosobnionych lokacji, w których czytelnik, podobnie jak bohaterowie, czuje się odizolowany i samotny. W przypadku ryfterów – zamkniętych pod wodą wyrzutków społecznych – wpływ przebywania pod ogromną masą wody to czynnik niejako dodatkowy do całego szeregu własnych umysłowych problemów. Pozornie nieprzyjazne środowisko szybko okazuje się jednak ratunkiem dla zachowania balansu psychicznego, a przebywanie i nocowanie pod wodą, z dala od stacji, swoistym dopaminowym narkotykiem. Clarke Lenie, Fisher, Acton i szereg innych, mniej lub bardziej znaczących postaci, to wyraźnie zarysowane psychologicznie osoby, które zdają się naprawdę żyć i odczuwać. Mimo oczywistych wypaczeń starają się egzystować normalnie, zmagają się z własnym wnętrzem i przekonują nas o głębi i człowieczeństwie, czasem znacznie wykraczającym poza ramy ustanowione przez „normalnych” ludzi. Największą siłą „Rozgwiazdy” są właśnie bohaterowie – znakomicie zniszczeni psychicznie wyrzutkowie, nie mający szans na społeczne dostosowanie, a znajdujący ukojenie w samotności i odizolowaniu. Ich wzajemne utarczki, problemy i wypaczone relacje stanowią trzon powieści. Cała reszta to tylko dodatek. Choć Peter Watts miał kilka naprawdę ciekawych pomysłów dotyczących osi fabularnej i samego zakończenia, w istocie niemal naukowy opis życia wypaczonych psychicznie osób pod wodą okazał się ciekawszy niż emocjonująca (szczególnie pod koniec) walka z globalnym niebezpieczeństwem. Motyw eksploatowany przez Wattsa jest oklepany, a wręcz dziecinny. I gdyby nie mroczne, podwodne życie ryfterów, musiałbym podejść do powieści bardziej krytycznie. Dziwna to bowiem opowieść, w której główna oś fabularna okazuje się tłem, a fundamentem są wątki poboczne. Tak czy inaczej, Peterowi Wattsowi należą się brawa za stworzenie dzieła klimatycznego, mrocznego i pełnego detali, które bardzo sugestywnie przemawia do wyobraźni i nawet na chwilę nie pozwala się zrelaksować, wciąż trzymając w napięciu i zdumieniu.

101


Wracając do początku – czy „Rozgwiazda” to kamień milowy na tle innych książek fantastycznych z dziedziny hard science-fiction? Trudno powiedzieć. Dzieło Petera Wattsa składa się z tysięcy drobnych elementów i detali typowo naukowych – autor wszystko popiera bogatym doświadczeniem i wiedzą, co czyni nawet najbardziej niesamowite momenty w powieści realnymi i przekonującymi. Z drugiej strony, bądź co bądź dość nieprzyjemni bohaterowie w co wrażliw-

102

szych czytelnikach mogą wzbudzać niesmak i utrudniać to magiczne książkowe „utożsamianie się”. Niemniej, „Rozgwiazda” to rzecz oryginalna i nietypowa – mogę bez cienia wątpliwości stwierdzić, że ciekawsza niż setki odtwórczych klonów, z jakimi często dzisiaj można się spotkać. Szczerze polecam!

Jacek Orlicz

POLECANKI


ZARZĄD REDAKTOR NACZELNY: Piotr Dresler / piotrdresler@qfant.pl / Z-CA REDAKTORA NACZELNEGO: Jacek Skowroński / jacek.skowronski7@gmail.com / Z-CA REDAKTORA NACZELNEGO: Jarosław Makowiecki / faux@qfant.pl / Z-CA REDAKTORA NACZELNEGO: Michał Stonawski / mstonawski@gmail.com / SEKRETARZ REDAKCJI: Jarosław Makowiecki / faux@qfant.pl / MAIL: redakcja@qfant.pl Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych, zastrzega sobie prawo do redagowania nadsyłanych tekstów i nie odpowiada za treść reklam. DZIAŁ REDAKCJI JĘZYKOWEJ KIEROWNIK DZIAŁU: Anna Perzyńska / aperzynska.lan@gmail.com / DZIAŁ GRAFICZNY KIEROWNIK DZIAŁU: Magdalena Mińko / minkomaga@gmail.com / DZIAŁ PUBLICYSTYCZNY KIEROWNIK DZIAŁU: Łukasz Szatkowski / lukaszszatkowski@qfant.pl / KIEROWNIK DZIAŁU RECENZJI: Jacek Orlicz / jacekorlicz@gmail.com / DZIAŁ WSPÓŁPRACY Z WYDAWNICTWAMI KIEROWNIK DZIAŁU: Marta Konopko / martakonopko@qfant.pl / DZIAŁ MARKETINGOWY KIEROWNIK DZIAŁU: Łukasz Kuc / lukasz.kuc@qfant.pl /; Michał Stonawski / mstonawski@gmail.com / SKŁAD WERSJI PDF: Agata Sienkiewicz SKŁAD WERSJI WWW: Jarosław Makowiecki PROJEKT OKŁADKI: Magdalena Mińko & Agata Sienkiewicz ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Magdalena Mińko ILUSTRACJE: Kamil Dolik, Magdalena Mińko, Barbara Wyrowińska, Agnieszka Kościsz REDAKCJA JĘZYKOWA: Katarzyna Tatomir, Bożena Pierga, Aleksandra Żurek, Agnieszka Łobik-Przejsz, Ewa Wojdyńska, Agnieszka Hałas, Paulina Koźbiał

Stopka redakcyjna

103



Qfant #10