Page 1


Czesław Hadamik

Pan Szpachelka i zagadki historii czyli szalona podróż przez siedem wieków

Opole – Kielce 2020


REDAKCJA I KOREKTA JĘZYKOWA Beata Józefowicz OPRACOWANIE GRAFICZNE, PROJEKT OKŁADKI, SKŁAD, ŁAMANIE Grzegorz Chorążek FOTOGRAFIE Czesław Hadamik Copyright© Czesław Hadamik Copyright© Fundacja „Dla Dziedzictwa”, ul. Armii Krajowej 22/8, 45-071 Opole

ISBN 978-83-951089-3-8


Spis treści Prolog. Pożegnanie z Łysą Górą .................................................................

5

1. Wojtuś, koza i miłostki Stefana Żeromskiego, czyli o tym, jak na wiecznym nieszczęściu zbudować sławę i uznanie ........................

9

2. Wojtuś i bryły ołowiu na górze Karczówce czyli o tym, jak bardzo popłaca wiara i wytrwałość ...................................................... 37 3. Wojtuś i ciekawy przypadek Mistrza Jana Długosza czyli o tym, że z wszystkich czasów najlepsze są nasze własne ............... 68 4. Wojtuś i chęcińska tajemnica Bony Sforza czyli o tym, że historia jest zawsze bardziej zagmatwana niż to sobie wyobrażamy .................... 98 5. Wojtuś i srogi pan Ogrodzieńca czyli o tym, że nie ma malarza bardziej genialnego od Matki Natury .......................... 131 6. Wojtuś i czarodziejska moc śląskiego bluesa w Katowicach czyli o tym, że dobrze jest czasem zanurzyć się w przeszłości, ale nie należy z tym przesadzać .................................................................. 153 7. Wojtuś i bluesowa wędrówka po Tychach czyli o tym, że muzyka, architektura i wszelkie sztuki potrzebne są do życia jak chleb, woda i tlen .................................................................................. 187 8. Wojtuś, zgorzkniały pan Opola i wielka siła muzyki czyli o tym, że mimo wszystko życie jest piękne, trzeba się tylko otworzyć na kolory świata ............................................... 215 9. Wojtuś i rękopis znaleziony w studni zamku Olsztyn czyli o tym, że właściwie nikt nie wie, czy życie jest snem czy sen jest życiem ........... 251 10. Wojtuś i jasnogórski zamek króla Kazimierza czyli o tym, że naprawdę wolnym można się poczuć tylko u siebie ............................. 285 Epilog. Powrót do Łutowca ......................................................................... 303 Mini-przewodnik historyczny .................................................................... 309


Prolog Pożegnanie z Łysą Górą — Proszę bardzo! Jak ładnie nas żegna Łysa Góra – zawołał pan Szpachelka z wielkim zadowoleniem, kiedy wyszli z klasztoru prosto w objęcia bezchmurnego nieba i pomarańczowego słońca, które wynurzało się właśnie zza szczytu Góry Witosławskiej. — Zobaczcie! – Wojtuś machał rękami jak kukiełka — Słońce wygląda tak, jakby usiadło na tamtej górze! — Rzeczywiście – pan Szpachelka zmarszczył brwi — To piękny widok. Ja myślę, że taki widok musiał mieć znaczenie dla dawnych Słowian. Trzeba to będzie zanotować. A na razie zrobimy zdjęcie! Później ostatni rzut oka na klasztor, wieżę telewizyjną, puszczę po obu stronach szosy, tonącą jeszcze w półmroku. Wojtuś odetchnął głęboko i posmutniał, co nie uszło uwagi pana Szpachelki. — Nie bądź taki markotny rycerzu. Będziesz tu wracał tak jak każdy, kto choć raz zajrzał na Święty Krzyż! A teraz mamy przed sobą cały dzień. I cóż my z nim zrobimy? Jakieś propozycje? — Może odwiedzimy Kielce? – zapytała babcia nieśmiało — Bo muszę się wam do czegoś przyznać. Bardzo dawno temu zakochałam się w powieściach Stefana Żeromskiego, no i ta miłość pozostała mi do dziś! A przecież Kielce to jego miasto. Wiele razy „połykałam” Popioły, Przedwiośnie, Syzyfowe prace, Ludzi bezdomnych, Wiatr od morza, Wierną rzekę, Puszczę jodłową, Dzieje grzechu… – tutaj babcia nagle zakaszlała i zakryła usta dłonią, ale Wojtuś był czujny. 5


— Dzieje grzechu? To musi być ciekawe… A o czym to jest? — To jest książka, która mówi, o co nie powinni pytać mali rycerze – powiedział szybko pan Szpachelka — kiedyś sam przeczytasz, to zobaczysz. — Bardzo jesteście zacofani – stwierdził Wojtuś zastanawiając się, czy nie powinien się obrazić — Mamy dwudziesty pierwszy wiek! — Każda książka ma swoich adresatów, a ta akurat nie jest adresowana do dzieci, choćby nawet były pasowane na rycerza – ucięła babcia stanowczo — Ale za to myślę, że moglibyśmy odwiedzić muzeum Stefana Żeromskiego w Kielcach. Przecież on tam chodził do szkoły! Co ty na to Wojtusiu? Chyba podniosłoby cię to na duchu, bo podobno można tam obejrzeć świadectwo pisarza, a na nim przeważnie trójki, a i dwójki też się zdarzały! — Naprawdę? – ożywił się Wojtuś — Już go lubię! — Ale to nie znaczy, że możesz kłopotami Żeromskiego w szkole usprawiedliwiać własne lenistwo, smyku jeden! To były ciężkie czasy, zabory, prześladowania, cenzura, poza tym musiał dawać korepetycje, żeby mieć z czego żyć. — Dobrze, dobrze… Ale i tak go lubię! — To świetna myśl, pani Alicjo! – ucieszył się pan Szpachelka — A więc kierunek Kielce! Już widać miasto na horyzoncie. — Tak szybko? – zdziwił się Wojtuś — Przecież ledwo co zjechaliśmy z Łysej Góry. — Popatrzcie jak się to miasto ładnie prezentuje, otoczone górami… Ta wielka góra po lewej nazywana jest Telegrafem, bo rzeczywiście na jej szczycie stoi maszt radiowy. A ta stożkowata góra w głębi to Karczówka, z klasztorem, w którym dawniej mieszkali bernardyni. To była ulubiona góra Żeromskiego, nieprawdaż pani Alicjo? 6


— Tak! – potwierdziła babcia, zapatrzona w daleki krajobraz — Często na niej bywał i miał do niej wielki sentyment, podobnie jak do alei, która prowadziła ze Wzgórza Zamkowego na Karczówkę. — To w Kielcach był zamek? – ożywił się Wojtuś. — Oczywiście! A nawet jest do dziś – pan Szpachelka zmarszczył brwi („Będzie coś mądrego” – pomyślał Wojtuś z rozbawieniem) — A w środku zamku stoi wspaniały pałac, który kazał zbudować biskup krakowski Jakub Zadzik. — Więc to był zamek biskupów! Tak jak najstarszy zamek w Olsztynie! — Zgadza się, ale wzniesiony później, bo w siedemnastym wieku. Za to pałac jest jednym z najpiękniejszych dzieł renesansowej architektury w Polsce, a co ważne, dotrwał do naszych czasów prawie niezmieniony i w dobrym stanie. Pewnie Żeromski lubił go oglądać, chociaż w jego czasach była tam siedziba zaborczego rządu rosyjskiego… Tak to było pani Alicjo? — Żeromski spędził w Kielcach dwanaście najważniejszych lat, które właściwie ukształtowały go jako człowieka i pisarza. Tutaj przeżył śmierć ojca, pierwszą miłość, pierwsze konspiracyjne zebrania polskiej młodzieży. W tamtych czasach ludzie szybciej musieli dojrzewać. Nie było żadnych komputerów, telewizorów, tabletów i innych urządzeń, które dzisiaj zmuszają dorosłych ludzi do ciągłej zabawy – westchnęła babcia — Ale trudno powiedzieć, czy dobrze się czuł w Kielcach. Jego miłością były na pewno Ciekoty i góry wokół dworu, w którym spędził dzieciństwo. A jednak zawsze z sentymentem wracał myślami do Wzgórza Zamkowego albo do Karczówki. — Musiało mu się w Kielcach podobać – wtrącił pan Szpachelka — bo, jak słyszałem, parę klas powtarzał. A później był nazywany sumieniem narodu! Widzisz Wojtusiu? Wszystko jeszcze przed tobą! Wjedzie7


my do centrum ulicą Bodzentyńską. Dawną drogą, która łączyła dwa miasteczka biskupów krakowskich, Kielce i Bodzentyn. — Fajnie byłoby pogadać z Żeromskim – westchnął Wojtuś, babcia roześmiała się na taką myśl, a pan Szpachelka spojrzał w popłochu i położył palec na ustach — Dobrze, dobrze. Tak tylko marudzę.

8


Wojtuś, koza i miłostki Stefana Żeromskiego, czyli o tym, jak na wiecznym nieszczęściu zbudować sławę i uznanie Wjeżdżali do skąpanych w słońcu Kielc szeroką ocienioną wielkim drzewami aleją, a później wąską brukowaną ulicą. Pan Szpachelka prowadził samochód bardzo powoli, z wielką ostrożnością. Wojtuś z ciekawością obserwował szeregi niewysokich kamienic po obydwu stronach ulicy, minęli kościół świętego Wojciecha („Żeromski dobrze znał ten kościół” – cieszyła się babcia), potem rynek z wielkim ratuszem i bardziej okazałymi kamienicami, a później pojechali uliczką wznoszącą się coraz bardziej w górę. Widok zamykał wielki przysadzisty kościół z osobno stojącą wysoką dzwonnicą. — Jesteśmy już na Wzgórzu Zamkowym. To katedra kielecka – gaworzył pan Szpachelka — kościół bardzo stary, choć wiele razy przebudowywany. Obok jest pałac biskupi, a dalej ogród i rozległy park. A my już jesteśmy pod szkołą naszego pisarza! — Wielkie budynki z kościołem pośrodku, wypełniające całą pierzeję uroczej, opadającej w dół ulicy, były kiedyś – jak objaśniał pan Szpachelka – szpitalem (czyli przytułkiem dla ubogich), a później szkołą należącą do biskupów. Za czasów zaboru rosyjskiego mieściło się w nich gimnazjum męskie, do którego uczęszczało wielu znanych ludzi, no i ukochany pisarz pani Alicji. Teraz jest w nich biblioteka, muzeum i Wyższe Seminarium Duchowne. 9


— „Muzeum lat szkolnych Stefana Żeromskiego” – przeczytał Wojtuś na wielkiej tablicy obok wejścia. — „W dniu dzisiejszym Muzeum nieczynne. Przepraszamy” – pan Szpachelka odczytał kartkę na drzwiach, westchnął i zwrócił się do babci — Przykro mi pani Alicjo! Ale chyba nic na to nie poradzimy. — Trudno. Proszę się nie przejmować panie Anatolu – stwierdziła mężnie babcia, chociaż trudno jej było ukryć rozczarowanie — Może zajrzymy na chwilę do kościółka Świętej Trójcy? Wojtusiu chcesz iść z nami? — A mogę sobie obejrzeć ten pomnik na skwerze? Mijaliśmy go po lewej stronie. — Widzę, że nasz rycerz zagustował w pomnikach – wtrącił pan Szpachelka — To pomnik Armii Krajowej. Stanął tutaj całkiem niedawno. Wcześniej była na tym miejscu wielka cerkiew prawosławna, którą zbudowali Rosjanie w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, a rozebrali mieszkańcy Kielc po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku (Wojtuś westchnął ciężko) — Dobrze, dobrze, rozumiem i nic już nie mówię, spójrz tylko na tę wielką rzeźbę, a zobaczysz, że przerwa pomiędzy jej bocznymi skrzydłami oddaje kształt jodły. Bo świętokrzyskie zgrupowanie Armii Krajowej tak się właśnie nazywało – Jodła. — No dobrze, to obejrzyj pomnik, ale nie ruszaj się z tego skweru! – przykazała babcia surowo — Niedługo będziemy z powrotem. Wojtuś powoli obszedł pomnik dookoła, sumiennie przeczytał teksty na tablicach, obejrzał wyrzeźbione w brązie postaci żołnierzy-partyzantów, jeszcze raz spojrzał na monument od strony ulicy. — Rzeczywiście ten pusty środek podobny jest do jodły – mruknął do siebie, a później wrócił pod drzwi muzeum — Chyba zajrzę do kościółka – pomyślał leniwie i spojrzał w górę. 11


Zbliżało się południe, niebo było rozkosznie lazurowe i bezchmurne, słońce zalewało ulicę złotym blaskiem. Już miał ruszyć w stronę kościoła, kiedy nagle wszystko dookoła pociemniało, jakby ktoś rzucił na miasto ogromny koc. Zdziwiony Wojtuś jeszcze raz podniósł głowę i oniemiał. Wielka czarna chmura zawisła nad ulicą tak nisko, że zdawało się wystarczy wyciągnąć rękę, aby jej dotknąć. Spadło kilka wielkich kropel deszczu, które przez krótkie mgnienie oka zmieniły się w rzęsistą ulewę, ścianę wody spadającej rwącym wodospadem prosto z nieba. Niewiele myśląc dopadł do wejścia i szarpnął za klamkę. Drzwi ustąpiły i skrzypiąc otwarły się do środka, co chłopiec skwapliwie wykorzystał i wielkim susem wskoczył do wnętrza. „Przecież muzeum miało być dzisiaj nieczynne” – przeleciało mu przez głowę. Rozejrzał się z pewną obawą i głośno chrząknął, ale odpowiedziała mu tylko cisza. Po lewej stronie zobaczył wielki korytarz, a na wprost schody na piętro. — Chyba nikogo nie ma – mruknął i pomimo pewnej obawy postanowił zajrzeć na górę. Szybko wbiegł po schodach. Na piętrze był taki sam korytarz, który miał z jednej strony rząd okien, a z drugiej zamknięte drzwi do jakichś pomieszczeń. Wojtuś przełknął ślinę i jeszcze raz głośno chrząknął, a później zawołał — Halo! Jest tu kto? Po chwili ciszy rozległ się głośny łomot; ktoś zapamiętale uderzał ręką w drzwi. Nogi ugięły się pod Wojtusiem, jakby były z plasteliny, ale ciekawość zwyciężyła i ruszył w głąb korytarza. — Jest tam kto? – usłyszał stłumiony głos. — Jest… — A ktoś ty? — Jestem Wojtuś! — Kto? — Wojtuś! – wrzasnął zniecierpliwiony chłopiec. 13


— No dobrze. Ciszej, bo dozorca usłyszy! Czy od twojej strony w zamku jest klucz? — No… jest! — No to go przekręć! Wypuść mnie! Wojtuś zawahał się przez moment, ale przekręcił klucz i nacisnął klamkę. Na korytarz wypadł szczupły wysoki chłopak, cały ubrany w czarny mundur z błyszczącymi guzikami. Zakaszlał cicho i spojrzał na Wojtusia ze zdziwieniem. — Skąd się tu wziąłeś? Chyba nie jesteś uczniem naszej szkoły? — Było otwarte, to wszedłem – krótko uciął Wojtuś – A ty? Co robiłeś w zamkniętym pokoju? — Dyrektor kazał mnie zamknąć do kozy – wzruszył ramionami chłopak — Ale to dziwne, że nikt cię nie zatrzymał. — Nikogo na dole nie było. Co to jest ta koza? — Kiedy profesorom coś się w tobie nie spodoba, zamykają cię w pustej klasie na cały dzień. To jest taka kara. Ale ja na to gwiżdżę, w końcu życia w kozie nie zamkniesz! Wybacz… – chłopak szybko wyciągnął zza pazuchy sfatygowany zeszyt i ołówek — Muszę sobie zapisać w kajecie tę piękną myśl. Zamierzam zostać pisarzem, a najlepiej poetą – objaśnił na pytające spojrzenie Wojtusia. — Kawka! Kawka! To ty? – dobiegł do nich głos i łomotanie, tym razem w sąsiednie drzwi. — To ja! Cicho, bo dozorca usłyszy. — Jesteś na korytarzu? Jak wyszedłeś z kozy? — Jakiś chłopaczek otworzył drzwi. Profesor zostawił klucz w zamku. — No to wypuść mnie! — Ale w twoich drzwiach nie ma klucza! Cicho! — No to zejdź na dół, może u dozorcy leży na stole – rozpaczliwie zawołał głos zza drzwi. 14


— Dobrze! Jak będzie klucz to cię wypuszczę, ale jak nie będzie to posiedzisz w kozie do wieczora! Wojtuś i jego nowy towarzysz zbiegli w dół po schodach. Dozorcy nie było, ale klucza też nie znaleźli, za to drzwi na ulicę otwarły się skrzypiąc niemiłosiernie. — Wiejemy! – zadecydował chłopak w mundurku, wypadli na zewnątrz i ukryli się za wielkim drzewem. Po wielkiej chmurze nie było już śladu, a słońce wisiało nad ulicą, zalewając ją ciepłym blaskiem. Dopiero teraz przyjrzeli się sobie wzajemnie. — To jak ty masz na imię? — Wojtuś. A ty nazywasz się Kawka? — Ja jestem Stefek. To koledzy przezwali mnie Kawka, chyba dlatego, że często kaszlę. Ale jakiś dziwny masz ubiór… Nie widziałem jeszcze takiego. — Ty też – żachnął się Wojtuś. — To jest mój mundur szkolny – stwierdził Stefek dumnie — Ty pewnie nie wiesz, ale stoimy przed jedną z najstarszych szkół w Polsce… — Przecież tu nie ma żadnej szkoły, tylko jest muzeum – roześmiał się Wojtuś i palcem wskazał tablicę obok wejścia, ale po chwili wybałuszył oczy. Tablicy nie było, a zamiast tego na ścianie nad wejściem znajdowała się płyta z napisem wykonanym jakimiś obcymi, niezrozumiałymi znakami — A gdzie jest tablica? Co tam jest napisane? — No tak myślałem! – stwierdził rozbawiony Stefek — Nie umiesz czytać po rosyjsku? Tam jest napisane Państwowe Gimnazjum Męskie. To moja szkoła! — Po rosyjsku? Ja umiem czytać po polsku! Nie uczę się rosyjskiego! — Jak to? – teraz Stefek wybałuszył oczy z wielkim zdziwieniem — Teraz wszyscy muszą się uczyć rosyjskiego! A ty w ogóle chodzisz do szkoły? 15


— Oczywiście, że chodzę. Ale uczę się angielskiego. — Angielskiego! No to powiedz po angielsku, który mamy rok. — Two thousand nineteen – wydukał Wojtuś czując, że czerwieni się aż po czubki uszu, bo pewnie powiedział źle, albo jeszcze gorzej. — Chyba coś ci się pomyliło kolego – Stefek zmarszczył groźnie brwi — Albo jesteś nierozgarnięty, albo masz jakieś niezrozumiałe poczucie humoru, bo według mnie mamy tysiąc osiemset osiemdziesiąty drugi rok! Chyba, że jesteś człowiekiem z przyszłości! — To ty jesteś człowiekiem z przeszłości – mruknął Wojtuś opryskliwie — Jestem na tyle rozgarnięty, żeby wiedzieć, który mamy rok! — Aha! No to dobrze, pobawmy się trochę. To może być całkiem pouczające – stwierdził Stefek i z ukosa spojrzał na Wojtusia z jakimś dziwnym błyskiem w oku — To jak ta ulica wygląda w dwa tysiące dziewiętnastym roku? Wojtuś wychylił nos zza drzewa, rozejrzał się i zdębiał, nie mogąc przez chwilę wydobyć głosu ze ściśniętego gardła. Bo też wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Ulica niby ta sama, też opadała w dół po zboczu, ale gdzie się podziały samochody? Gdzie latarnie, asfalt jezdni, gładkie płyty chodników? A i budynki były jakieś inne, poszarzałe, na skwerze, gdzie dopiero co oglądał pomnik Armii Krajowej, stała ogromna budowla nakryta cebulastymi hełmami, wznoszącymi się wysoko ponad korony drzew. — Ulica jest w sumie podobna, tylko w moich czasach jest na niej asfalt, jeżdżą samochody, no i są latarnie… A co to takiego? – wykrzyknął — Przecież tutaj powinien być skwer z pomnikiem! — To jest prawosławna cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego – powiedział powoli Stefek, patrząc na Wojtusia z nieukrywanym zaciekawieniem — Postawili ją tutaj Moskale, żeby przysłonić naszą katolicką 16


katedrę. Nawet z dawnego pałacu biskupów krakowskich zdarli hełmy wież, bo ich zdaniem były za wysokie i wystawały ponad cerkiew! A jak się przy tym usprawiedliwiali! Że to niby takie wysokie hełmy ściągają pioruny i grożą pożarem, wyobrażasz to sobie? A za tą swoją świątynią zbudowali całą dzielnicę dla urzędników kieleckiej guberni. Tak się tu rządzą jak u siebie, ale mocno wierzę, że koniec końców wygramy i wrócimy naszej Ojczyźnie wolność – zakończył ściszając głos — Ale… co to są te samochody? Jakieś maszyny, które same chodzą? — No… tak! Może nie tyle chodzą, co jeżdżą, i to czasem bardzo szybko – teraz Wojtuś spojrzał na Stefka zdumiony, że można nie znać takich podstawowych rzeczy — A są napędzane przez silniki spalinowe albo elektryczne… — Nie rozumiem nic, z tego co mówisz. Co prawda słyszałem o elektrycznym oświetleniu. Tak na przykład jest oświetlony wielki szklany pałac w Londynie, który nazywa się Crystal Palace, ale chyba wieki miną zanim u nas tak będzie. Może, gdyby Polska wolną była… – westchnął Stefek boleśnie. — W moich czasach dużo jest w Polsce ogromnych budynków ze szkła i aluminium – stwierdził Wojtuś niedbale. — Naprawdę? I w Kielcach też są takie domy? — Oczywiście, wszędzie są! — Jakie to wspaniałe! Szklane domy… Szklane domy! – powtórzył Stefek tak, jakby odkrył właśnie Amerykę i szybko wyciągnął zza pazuchy swój kajet oraz ołówek — Przecież to cudowny motyw do wiersza, dramatu albo powieści! Wybacz Wojtusiu, ale muszę sobie to natychmiast zapisać. Jakże jest to piękne i demokratyczne! Ściany ze szkła, żadnych tajemnic, żadnych kłamstw, wszystko widoczne jak na dłoni! 18


Ale Wojtuś już go nie słuchał, bo z otwartymi ustami obserwował czarną dorożkę, zaprzężoną w dwa konie, kolebiącą się powoli po bruku ulicy. Wysoko na koźle siedział ponury woźnica, a w dorożce jechali wytworny pan w surducie i cylindrze oraz pani, cała w koronkach. Naprzeciwko siedziała młoda dziewczyna w długiej białej sukni. Kiedy ich zobaczyła (a może kiedy zobaczyła Stefka), uśmiechnęła się szeroko i pomachała wesoło ręką obleczoną w białą rękawiczkę. Wojtuś odmachał uprzejmie, a Stefek nagle zarumienił się aż po czubek nosa i skłonił głęboko, prawie do ziemi. A potem długo śledził wzrokiem dorożkę, nieruchomy jak słup soli. Obudził się z dziwnego odrętwienia dopiero wtedy, kiedy Wojtuś mocno szarpnął jego rękaw. — Kim jest ta dziewczyna? — To Ludwinia – wyszeptał z trudem Stefek — Moja muza, moje natchnienie, słońce, księżyc i gwiazdy. Ach, ile bym dał, żeby całe życie patrzeć w jej cudne oczy… — Kochasz ją? – Wojtuś bezceremonialnie przerwał tę wyliczankę. — Czy ją kocham? Ja ją uwielbiam ponad wszystko, umieram z nieszczęśliwej miłości, ona jest dla mnie niegasnącym światłem, ideałem piękna i dobra. — No to powiedz jej o tym! – napierał Wojtuś. — Zwariowałeś? – Stefek spojrzał na niego z popłochem w oczach — Jak można podejść do anioła, do ideału i tak po prostu powiedzieć: kocham cię… Czy w twoich czasach tak się robi? — Oczywiście! A niby skąd ona ma wiedzieć, że ją kochasz? — Mój anioł wie, wszystko wie – szeptał Stefek patrząc nieruchomo gdzieś w mglistą dal — A w ogóle, czy ty nie jesteś za mały na takie rozmowy? 19


— Może jestem mały, ale swoje wiem! A poza tym dziewczyny nie lubią ponuraków i mazgajów. Zresztą, bądź sobie nieszczęśliwy, skoro tak ci się to podoba. Mnie to nic a nic nie obchodzi! — A żebyś wiedział! Mówiłem ci już: ja będę poetą, a widziałeś ty kiedy szczęśliwego poetę? Musi być nieszczęśliwy, musi usychać z niespełnionej miłości, bo o czym miałby pisać? Nieszczęśliwa miłość to gleba, na której najpiękniejsze wiersze wyrastają! A jeżeli w twoich czasach to wszystko jest takie proste i trywialne, to już wolę pozostać tu gdzie jestem! A powiedz mi… czy Polska będzie wolna w dwa tysiące dziewiętnastym roku? – zapytał Stefek drżącym głosem i jakby z obawą. — Jasne! — To pięknie! – Stefek z radością chwycił Wojtusia za ramię — A kiedy odzyska niepodległość? — Dokładnie sto jeden lat wcześniej – w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku, po wielkiej i krwawej wojnie. — Po wojnie powiadasz? Tak myślałem! A… czy będzie w Polsce demokracja? — Oczywiście! W moich czasach jest sejm, prezydent, a wszystkie władze są wybierane w wolnych wyborach i są polskie – recytował Wojtuś zadowolony, że wreszcie może się pochwalić wiadomościami nabytymi w szkole. — I nikt nie mówi Polakom co mają robić? Nikt ich nie pakuje do kozy za to, że rozmawiają na lekcjach po polsku? — Absolutnie nikt! – zapewnił Wojtuś mocnym i zdecydowanym głosem. — Boże! Jak pięknie będzie! – zawołał Stefek — Szkoda, że nie dożyję tych czasów! — Dożyjesz… W końcu do tysiąc dziewięćset dziewiętnastego roku niedaleko. Już tylko… tylko… trzydzieści siedem lat! 20


— Sprawnie liczysz – powiedział Stefek z podziwem — Ja nie znoszę matematyki, a zwłaszcza geometrii, tych sinusów, tangensów, formułek, wzorów… Przecież to koszmar, zwłaszcza dla poety! — Ja też nie przepadam za matematyką, ale pani mówi, że dzięki temu uczymy się logicznego myślenia. — Może masz rację? Ale nie stójmy tu, bo jeszcze jakiś profesor mnie zobaczy i będzie bieda. O tam, po drugiej stronie ulicy jest willa dyrektora gimnazjum. Nie daj Boże, żeby mnie ujrzał przed szkołą! Chodź, oprowadzę cię po Kielcach. Nigdy cię tutaj nie widziałem… Skąd przyjechałeś? — Z Łutowca. To jest niedaleko Częstochowy. — Częstochowy! Jasnej Góry! Naszego narodowego sanktuarium! Wobec tego już cię lubię. Ruszyli wzdłuż ulicy, w stronę obszernego placu, nad którym górował wielki kościół, a przy nim wysoka wieża-dzwonnica. Tu i ówdzie przechodzili przez ten plac ludzie, samotnie, parami albo w grupkach, panie w długich zwiewnych sukniach, z parasolkami nad głową, panowie w surdutach, gromadki chłopców w mundurach. Kościół stał wyniośle i dumnie w najwyższym punkcie wzgórza. Zza jego wielkiej bryły wyłaniał się następny plac, a po jego drugiej stronie piękny pałac z wieżami i wielkimi oknami. — Ten kościół, który widzisz to kielecka katedra – objaśniał Stefek — Zbudował ją biskup krakowski Gedka pod koniec dwunastego wieku! Liczy więc sobie prawie siedem wieków i chociaż zmieniał się jego wygląd, to jednak nieodparty jest urok starożytności tego miejsca. Ja uwielbiam tu przychodzić – tu Stefek zamilkł i zasłuchał się w dzwon zegara – Bije godzina szósta na dzwonnicy katedralnej. Miły, spiżowy dźwięku zegara, bądź pozdrowiony! Muszę to zapisać – wyciągnął zza 21


pazuchy kajet i szybko zanotował słowa, które przed chwilą wyrzekł — Wybacz Wojtusiu z przyszłości, ale będę pisarzem, może nawet poetą. A nuż wykorzystam te moje myśli w przyszłych dziełach. — Nie ma sprawy – łaskawie zgodził się Wojtuś — ale to wcale nie jest szósta, tylko dziewiąta… — No i co z tego? – mruknął Stefek zapamiętale bazgrząc w zeszycie — Szósta lepiej się komponuje w tekście. O czym to mówiliśmy? Aha, już wiem! W katedrze jest bardzo wiele pamiątek z różnych czasów, ale mnie najbardziej podoba się płaskorzeźba Matki Boskiej, wykonana z jednej bryły ołowiu, który wydobyto kiedyś w pobliżu mojej ukochanej góry Karczówki, tam, gdzie stoi od siedemnastego wieku klasztor bernardynów. Od dawien dawna gwarkowie kopali tam szyby i sztolnie w poszukiwaniu ołowiu. Tam, w kościele klasztornym, jest rzeźba świętej Barbary, patronki gwarków, pięknie zrobiona z jeszcze większej bryły tego metalu. Jeżeli nie wejdziesz na Karczówkę, nie ogarniesz wzrokiem tego miasta, nie pójdziesz po śladach dawnych górniczych szybów i hałd, nie zrozumiesz duszy tego miasta! – westchnął Stefek i zwrócił się do Wojtusia tak, jakby właśnie obudził się z głębokiego snu — Ale ja cię nie zanudzam, przyjacielu z przyszłości? — Nieee – odparł uprzejmie Wojtuś — Zresztą pan Szpachelka opowiadał mi o Karczówce. — Kto? — Pan Szpachelka. Sławny archeolog… — Archeolog? Mnie bardzo zajmuje archeologia – zapalił się Stefek — Zwłaszcza wykopaliska dawnych Słowian, naszych przodków. — Naprawdę? A my właśnie odkryliśmy na Świętym Krzyżu bałwana… Czyli posąg słowiańskiego bóstwa – dodał szybko Wojtuś widząc, że Stefek nie bardzo rozumie o co chodzi z tym bałwanem. 23


— Na Świętym Krzyżu! Nic o tym nie słyszałem, a znam Łysą Górę jak własną kieszeń! Poza tym tam Moskale budują więzienie! — Nie ma już żadnego więzienia na Świętym Krzyżu. Jest klasztor i muzeum – stwierdził Wojtuś pilnie oglądając katedrę i dzwonnicę z zegarem. — No tak, przecież to daleka przyszłość. Ach jaka szkoda, szkoda, że nie dożyję tych czasów! Lepiej nie opowiadaj mi o tym posągu, bo i tak mam już zamęt w głowie. — No dooobrze… – mruknął Wojtuś markotnie — Więc chodźmy dalej, bo pewnie niedługo pan Szpachelka i babcia zaczną mnie szukać. — Spójrz na ten pałac, mój przyjacielu z przyszłości, bo to jedna z piękniejszych budowli polskich – opowiadał Stefek — Kazał go wznieść biskup krakowski Jakub Zadzik w siedemnastym wieku. Miał być nie tylko wspaniałą i wygodną jego siedzibą, ale też pomnikiem zasług biskupa dla Polski, bo musisz wiedzieć, że był on dyplomatą i z polecenia króla układał się ze Szwedami i z Rosją. Kiedyś na gzymsach stały figury posłów szwedzkich i moskiewskich, ale zaborcy kazali je zdjąć. A jakie wspaniałe malowidła są w środku, portrety wszystkich biskupów i sceny z ważnych wydarzeń, w których Zadzik uczestniczył… O, a widzisz tę górę, daleko za pałacem? — Widzę. Stoją tam jakieś budynki na szczycie. — To jest moja ukochana Karczówka, a wiedzie do niej długa piękna aleja ze stacjami Drogi Krzyżowej. To właśnie moja aleja ku Karczówce (tutaj Stefek wyjął kajet i zanotował pilnie „moja aleja ku Karczówce”). Kościół kazał wybudować biskup Marcin Szyszkowski w siedemnastym wieku, jako wyraz wdzięczności dla świętego Karola Boromeusza za ocalenie Kielc od zarazy. Ach, jaka potężna była wtedy Polska! – westchnął Stefek — Na Karczówce siedzieli ojcowie bernardyni, ale po 24


styczniowym powstaniu ich majątek zaborcy skonfiskowali, pozostał tylko jeden, który klasztoru pilnuje. Śliczne to wzgórze i tajemnicze. Jeśli nie odwiedzisz Karczówki, to tak, jakbyś w ogóle w Kielcach nie był! Ja chodzę tam często, czasem kilka razy w tygodniu. Szli teraz w dół uroczą uliczką, a Stefek ciągle poganiał Wojtusia i rozglądał się dookoła ciągle coś mamrocząc pod nosem. — To była śliczna uliczka, ale Moskale przerobili dawne stajnie biskupie na więzienie i teraz trochę strach tu chodzić. Ale i tutaj jest piękny pałacyk z ogrodem, zbudowany parędziesiąt lat temu przez pana Tomasza Zielińskiego, znanego ongiś kolekcjonera sztuki. Zeszli ulicą niżej, w kierunku stawu i parku miejskiego, a później skręcili i stanęli przy małym źródełku, tryskającym ze zbocza wzgórza. Stefek cały czas rozglądał się z obawą dookoła, czy aby nie natkną się na żadnego profesora, a Wojtuś pilnie chłonął piękne jesienne barwy parku, ozłoconego ciepłym światłem przedpołudniowego słońca. — To źródełko to moja oaza na pustyni. Zawsze tu przychodzę, kiedy jest mi źle i smutno. Zawsze sobie wyobrażam, że siedzimy na tym kamieniu razem z moją Ludwinią, moim aniołem, tak czystym i pięknym jak ta krystaliczna woda. Powiem ci w tajemnicy, że nazywam ją w myśli Birutą. — Jak? To piękne imię, ale jakieś dziwne. — Wiesz ty, kto to Biruta? Była kapłanką litewską, którą zachwycił się i pojął za żonę Kiejstut, syn Giedymina, wielki książę Litwy. Musiała być piękna i dobra… tak jak moja Ludwinia – westchnął Stefek, a Wojtuś nic nie powiedział, tylko wzniósł oczy ku niebu. Po kilku minutach dotarli do ulicy zabudowanej z obydwu stron kamienicami i drewnianymi domami wśród ogrodów. Wznosiło się nad nią wzgórze, z którego szczytu pałac biskupi spoglądał na wspinające się 26


po stokach miasto. Na kamienicach pełno było szyldów i napisów po polsku i po rosyjsku. Tłum przechodniów poruszał się wolno w różnych kierunkach, pośród nich przeciskały się czarne dorożki. Ulica była wybrukowana i opadała w dół, ku małej rzeczce, gdzie się kończyła. Za rzeczką już tylko łąki i pola, wśród których na horyzoncie wznosił się wielki budynek. — Tam budują stację kolei dąbrowskiej – objaśnił Stefek — ale my pójdziemy w górę, bo chcę ci pokazać najpiękniejszą kamienicę tego miasteczka. Tę ulicę Moskale nazwali imieniem wielkiego księcia Konstantego, ale my ją nazywamy Pocztową, bo do poczty prowadzi. Stanęli przed okazałą kamienicą, bogato zdobioną, z rzędami półokrągłych okien i pięknymi portalami wejść. — To teatr, a zbudował go niedawno pan Ludwik Stumpf, właściciel browaru. Dlatego nazywamy go Teatrem Ludwika. To jest największa kamienica w Kielcach, bo oprócz teatru jest tu też hotel i restauracja. Lubisz ty teatr, kolego z przyszłości? — No… nie wiem. Byłem tylko raz w teatrze, z moją klasą, ale w sumie podobało mi się – plątał się Wojtuś, usiłując przypomnieć sobie wrażenia z jedynego pobytu w teatrze. — Ja teatr uwielbiam, ubóstwiam – mówił Stefek jak w transie, wcale go nie słuchając — Tutaj wystawiają różne przedstawienia, czasem głębokie i mądre, czasem głupie i płytkie, śmieszne albo wzruszające do łez. Ale kiedy rozpoczyna się sztuka, kiedy zapada cisza i unosi się kurtyna, czujesz się tak, jakbyś lewitował do innego świata, na inną planetę. Wszystko to, co zostawiłeś poza teatrem wydaje ci się miałkie i marne, unosisz się w przestrzenie, których nigdy byś nie dostrzegł, gdybyś do tego budynku nie zajrzał. Często myślę jakby to było, gdybym został aktorem, a moim zdaniem dobrze mi idzie deklamowanie. Może mam 27


talent aktorski? I tak właśnie jestem rozdarty. Poezja czy teatr? A może to i to? Ech – westchnął ciężko — Ja i tak kiedyś wyjadę. Możesz mnie nazwać megalomanem, ale chciałbym wrócić do Kielc człowiekiem wielkim – myśl piękna! Ozłocić te mury blaskiem swego imienia! Wybacz Wojtusiu – tu Stefek wyciągną zza pazuchy kajet i szybko zanotował ostatnią myśl — Może chcesz posłuchać mojej deklamacji? — Dzięki, ale nie kłopotaj się – powiedział szybko Wojtuś — wierzę, że masz wiele talentów i z pewnością będziesz wielkim poetą, a może też aktorem? — Tak myślisz? Znam wiele wierszy i poematów Mickiewicza, Słowackiego, naszych wieszczów narodowych. Moskale konfiskują polskie książki, ale nigdy im się nie uda z Polaków zrobić Ruskich, nigdy! Mogą sobie ciągle uskuteczniać te swoje… syzyfowe prace! Nic nie wskórają! Syzyfowe prace – powtórzył Stefek z namysłem i zmarszczył brwi — Jaki to piękny tytuł wiersza, dramatu albo powieści! Wybacz… – Stefek znowu wydobył kajet, na co Wojtuś ze zrozumieniem i pobłażaniem pokiwał głową. — Wiesz ty chociaż kto to Syzyf, co znaczą syzyfowe prace? — Jasne! – wykrzyknął Wojtuś, którego trochę zirytowało kolejne pytanie z cyklu: a wiesz ty, kto to ten i ten — Syzyf to był facet z mitologii, który wtaczał na górę wielki kamień, a kiedy już go prawie wtoczył, to ten kamień staczał się z powrotem do podnóża, i Syzyf znowu musiał go wtaczać… No i tak bez końca. — Brawo! Widzę, że znasz greckie mity, chociaż mały jeszcze jesteś – powiedział Stefek z podziwem i uznaniem. — No tak, może trochę – zakłopotany Wojtuś potarł czubek nosa — Nasza pani z polskiego ciągle powtarza, że wtłaczanie do naszych głów jakiejś wiedzy to prawdziwe syzyfowe prace. 28


— Aha! – roześmiał się Stefek — Ale widzisz, tak samo Moskale mogą w nas wtłaczać swój język i swoje poglądy, mogą bez końca pchać ten kamień pod górę, ale nic nie wskórają, bo koniec końców i tak ich praca okaże się daremna! A polskiego ucz się przyjacielu! My – tu Stefek ściszył głos – spotykamy się w tajnych kółkach, żeby czytać naszych wieszczów i rozmawiać o polskiej historii. — No a masz w teatrze jakieś swoje ulubione miejsce? Bo słyszałem, że niektórzy przez całe życie siadają na jednym fotelu… — Nie mam – Stefek wzruszył ramionami — Ale zawsze wkręcę się do jakiejś loży. Usiedli w cieniu drzewa, na rogu uliczki, która wiodła w górę, w stronę katedry i przez dłuższą chwilę milczeli, patrząc na różnojęzyczny tłum ludzi, turkoczące po bruku dorożki, przesuwające się po błękitnym niebie białe obłoczki. Życie dookoła toczyło się leniwie, jakby przygasłe i przytłumione. — Musimy jakoś żyć – mówił Stefek — Musimy mieć nadzieję, że koszmar zaborów skończy się kiedyś jak zły sen, a potem któremuś z kolei pokoleniu dany będzie świt wolności. — W tysiąc dziewięćset osiemnastym roku Polska będzie wolna – powiedział mocno Wojtuś, któremu żal się zrobiło Stefka — Sam zobaczysz! — No dobrze! Więc przyszedł czas na koniec zabawy w przyszłe i przeszłe czasy. Powiedz mi łaskawie kim jesteś i jak się dostałeś do szkoły, hę? Tylko nie fantazjuj! — Jestem Wojtuś, jest rok dwa tysiące dziewiętnasty. — Chociaż jestem poetą, to jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Powiedz… 29


— W takim razie udowodnię ci to – zawołał Wojtuś, który wpadł na genialny pomysł, otworzył swój chlebak, z którym się nie rozstawał, po czym wyjął z niego niewielki czarny przedmiot — To jest tablet! – objaśnił przy tym z triumfem. — Co to jest? Tablica? Taboret? — Ani tablica, ani taboret, tylko tablet – roześmiał się Wojtuś — Taki malutki, przenośny komputer! — Znowu nic nie rozumiem – jęknął zrozpaczony Stefek — najpierw jakieś samochody, teraz taboret! A do czego to służy? — Można na tym czytać, pisać, przeglądać Internet, wysyłać wiadomości, można nawet robić zdjęcia i krótkie filmy. — O mój Boże, za co mnie tak karzesz? – jęczał Stefek, przyglądając się czarnej tabliczce z panicznym strachem — Nic już nie pojmuję, to jakieś diabelskie sztuczki? Jakże mam tu coś czytać czy pisać, skoro nie widzę w tym żadnych kartek! Boję się nawet zapytać, co to jest ten I n t e r n a t! Co to znaczy „robić zdjęcia”?! — Nie będę ci tłumaczył co to jest Internet, bo i tak tego nie pojmiesz – powiedział Wojtuś tonem pełnym rezygnacji — A robić zdjęcia to robić zdjęcia, nie wiem jak można tego nie rozumieć! Zdjęcia… Fotografie. — Aaaa! Więc chodzi o fotografie! – rozpromienił się Stefek — Oczywiście wiem, co to jest fotografia, ale nadal nie rozumiem, jak można wykonać fotografię tym czymś? A gdzie tu się wkłada szklaną płytę, gdzie jest obiektyw? — Jaką znowu szklaną płytę? Nie ma żadnych szklanych płyt! To urządzenie robi fotografie cyfrowe! – stwierdził Wojtuś tonem kategorycznym i włączył tablet stwierdzając z ulgą, że bateria się jeszcze nie rozładowała i działa nawet w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym drugim — Pokażę ci. 30


Na rozbłysk ekranu Stefek podskoczył na ławeczce i Wojtuś musiał go mocno złapać za rękaw, żeby nie uciekł. — Spokojnie. Nic ci nie grozi – powtarzał trochę przerażony, że zwykły tablet spowodował tak gwałtowną reakcję — Zrobię ci tylko zdjęcie… to znaczy fotografię. Zobaczysz sam, że ty i ja żyjemy w absolutnie różnych czasach. — Już ci wierzę, już ci wierzę! – zapewniał Stefek szczękając zębami — Ale schowaj już to diabelskie urządzenie, bo jeszcze jakiś wojskowy zobaczy, albo co gorsza agent ochrany… — Agent czego? — Ochrany – szepnął Stefek rozglądając się bojaźliwie dookoła – to taka tajna ruska policja polityczna. No nie rób mi już tego zdjęcia! — Za późno. Już zrobiłem! — Już? Na Boga, jak? Nic nie widziałem! — Chcesz zobaczyć? – Wojtuś chciał podać tablet, ale Stefek odskoczył jak oparzony. — Nie! – powiedział stanowczo — Nie będę tego oglądał! I nie chcę wiedzieć co będzie się działo w przyszłości! Z wszystkich rzeczy na świecie jestem pewien tylko dwóch. Po pierwsze: tego, że nie zmienię historii, bo to co przeszłe już się wydarzyło, a ja mogę tylko różnie to sobie wyobrażać. A po drugie, nie odgadnę przyszłości, bo żyję tu i teraz, i nie wiem czy za kilka lat będę sławnym poetą, czy na przykład jutro ktoś znajdzie mnie martwego na mojej alei ku Karczówce. A ty chciałbyś znać przyszłość, mój mały przyjacielu? — No… chyba nie – powiedział Wojtuś z powagą — Co to byłoby za życie, gdybym wiedział co się stanie jutro, za miesiąc, albo za rok? — Sam widzisz! Nie można sobie bezkarnie skakać po osi czasu. A teraz chodźmy, bo zaczynamy już budzić niezdrową ciekawość. 31


Dopiero teraz Wojtuś rozejrzał się dookoła i stwierdził, że zgromadził się wokół nich wianuszek ludzi, panów w surdutach i pań w długich sukniach, z wielkim zainteresowaniem przypatrujących się tabletowi i jego właścicielowi. Nie pozostało mu już nic innego, jak głupio się uśmiechnąć i schować czarną tabliczkę do chlebaka. Stefek uśmiechał się tak samo głupio i zamierzał podnieść się z ławeczki, ale nie zdążył, bo oto zza drzewa wysunęła się biała i koścista dłoń, która błyskawicznie chwyciła go za ucho tak mocno, że aż syknął z bólu. Za dłonią ukazała się twarz jej właściciela, równie koścista, ozdobiona kozią bródką i okrągłymi binoklami, a wkrótce cała postać ubrana w długi czarny surdut. — Żeromski! Leserze! – zawyła ta straszna osoba głosem nieoczekiwanie dźwięcznym i donośnym — Osobiście zamykałem cię w kozie! Czy możesz mi wyjaśnić co robisz na ulicy?! — Panie profesorze – mamrotał Stefek, wijąc się z bólu i próbując uwolnić ucho z żelaznego uścisku — Panie profesorze… Ja… — Co ty? Co ty? W kozie będziesz za tydzień, za dwa tygodnie i za trzy tygodnie! Już moja w tym głowa! Jak się wydostałeś? — Bo zostawił pan klucz w zamku! – wrzasnął zdesperowany Stefek — I to od środka! Nastąpiła chwila ciszy, po czym profesor uwolnił ucho Stefka z żelaznego uścisku i schował twarz w dłoniach. — Boże, to moje nieszczęsne roztargnienie! Dobrze! Anuluję ci te przyszłe kozy, ale dyrektorowi ani słowa! Rozumiesz? — Oczywiście panie profesorze – Stefek odetchnął z ulgą, rozcierając obolałe ucho. — Ale to nie znaczy, że ja ci odpuszczę geometrię! – wrzasnął profesor — Przeciwnie! Wybiję ci z głowy te poetyckie bzdury, to czytanie wierszy po nocach, to pisanie grafomańskich poematów! Geometria panie 32


Żeromski! G e o m e t r i a pana uzdrowi! Na jutrzejszym wykładzie może pan być pewien, że wyrwę go do odpowiedzi! — Nie martw się – szepnął Wojtuś widząc, że Stefek zbladł i skulił się na te słowa, ale usłyszał to chyba profesor, bo skierował nań swe srogie oko w binoklu. — A tyś kto? – warknął. — Jestem Wojtuś… — Kto? — To Wojtek, syn fornala z majątku mego ojca… w Ciekotach – wtrącił szybko Stefek — Właśnie objaśniam mu jak dojść do bodzentyńskiej szosy. — Aaa! To objaśnij mu i niech zmyka! — Lepiej już idź – szepnął Stefek — bo profesor na pewno nie uwierzy, że jesteś człowiekiem z przyszłości. Mam nadzieję, że trafisz do swoich czasów. A jeżeli ci się nie uda – wiesz gdzie mnie szukać… Aha, powiedz mi jeszcze jedno, bo chociaż nie chcę znać przyszłości, to bardzo jestem ciekaw. Co będzie w budynku mojej szkoły w dwa tysiące dziewiętnastym roku? — No mówiłem ci. Muzeum. — To już wiem, ale jakie? Wojtuś nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo Stefka postawił na baczność wrzask profesora. — Żeromski, marsz do kozy! A nie oglądać się! A nie patrzeć na boki! A prosto przed siebie! Do kozy! — Będzie tam muzeum Stefana Żerom..! – zawołał Wojtuś, ale w porę ugryzł się w język, bo pomyślał, że Stefek tak naprawdę wcale nie chce wiedzieć, co będzie w jego szkole za sto trzydzieści siedem lat. Zresztą i tak jego okrzyk utonął we wrzaskach profesora. 33


— Rozmawiałem ze Stefanem Żeromskim, spacerowałem z nim po Kielcach! Ale numer! Przecież babcia mi nie uwierzy – mamrotał Wojtuś do siebie samego, ale zaraz ocknął się z zamyślenia, bo na rozwiązanie czekał ważny problem. Jak teraz wrócić do roku dwa tysiące dziewiętnastego? Mocno zacisnął powieki, a potem szybko je otworzył, ale nic się nie zmieniło. Nadal siedział na ławeczce, a co gorsza ludzie przechodzący obok zatrzymywali się na jego widok i z dużym zaciekawieniem oglądali jego strój, jakby był żywym eksponatem w jakimś muzeum przeszłej i przyszłej mody. „Tylko spokojnie. Trzeba zwiewać, ale dokąd? Wiem! Muszę iść tam, gdzie to wszystko się zaczęło! Oho, niedobrze. Przygląda mi się jakiś facet w mundurze, chyba policjant, a może agent tej ochrany?” – pomyślał Wojtuś rozpaczliwie, a później powoli i jakby od niechcenia (chociaż trzęsły się pod nim kolana) wstał z ławeczki, uprzejmie ukłonił się gapiom i pomaszerował w górę uliczki, w stronę katedry. Spoglądał w niebo, ale nie było żadnej chmury, dookoła ciągle widział panów w surdutach i panie w powłóczystych sukniach, zaczepił go jakiś chłopaczek i zapytał ze śmiechem, skąd wziął takie zabawne spodenki. Wojtuś ruszył biegiem, a kiedy mijał katedrę, zmusił się do spojrzenia w lewo i dopiero wtedy odetchnął z ulgą. Na skwerze zobaczył pomnik Armii Krajowej. Wrócił! Ale na wszelki wypadek zagadnął uprzejmie przechodzącą obok panią. — Bardzo panią przepraszam, ale proszę powiedzieć, który mamy rok? — No wiesz kawalerze! – oburzyła się pani — Jesteś już chyba na tyle duży, żeby to wiedzieć! Mamy dwa tysiące dziewiętnasty rok. — Hura! – krzyknął Wojtuś i z radości zapomniał nawet podziękować za informację, tylko podskakując pomknął w dół ulicy. Z naprzeciwka jechał samochód, a po drugiej stronie zatrzymał się na przystanku autobus. „Muzeum lat szkolnych Stefana Żeromskiego” przeczytał na ta34


blicy obok wejścia. „Jestem u siebie” – pomyślał z ulgą, chociaż nagle żal mu się zrobiło Stefka… to znaczy Stefana Żeromskiego, który w tym budynku, ale w innych czasach, siedział w ponurej kozie. „Ale z drugiej strony… Lubił być nieszczęśliwym, więc chyba nie czuje się najgorzej!”. — Wojtuś! – usłyszał z tyłu i już wiedział, że będzie musiał stawić czoła poważniejszym kłopotom, czyli uspokoić trochę babcię. — Jestem już babciu! – zawołał siląc się na pogodny uśmiech — Ja wiem, przepraszam… — Ale za co ty przepraszasz chłopcze? – zdumiała się babcia — Byliśmy w kościele Świętej Trójcy ledwie kilka minut, a ty już tutaj grzecznie czekasz. A ja spodziewałam się, że będziemy cię szukać. Ejże! Nie zmalowałeś ty czego? — Kilka minut?! Ja? Nie, skąd to babci przyszło do głowy – plątał się Wojtuś, ale widział kątem oka, że pan Szpachelka przygląda mu się badawczo. — Mam propozycję – powiedział po chwili sławny archeolog, marszcząc brwi — Ponieważ muzeum jest dzisiaj nieczynne, możemy przejść się po starym kieleckim parku, a potem udać się na Karczówkę. Ale pieszo! Co wy na to? — Tak, tak! – zawołał Wojtuś z radością — Stefek… To znaczy Żeromski uwielbiał Karczówkę! – dodał i szybko zakrył sobie usta dłonią, a po chwili wydukał — No… sama to mówiłaś babciu. — Jestem zaskoczona jak nigdy, moje dziecko – babcia spojrzała na Wojtusia z radosnym zdumieniem — Nie wiedziałam, że tak pilnie słuchałeś! A może zainteresował cię Żeromski? Chyba pożyczę ci Syzyfowe prace. — Jakoś go polubiłem. No ale to przecież był wielki poeta! – stwierdził z dumą Wojtuś 35


— Powiedzmy że pisarz – wtrącił pan Szpachelka mrugając do Wojtusia — Chodźmy, a po drodze obejrzymy popiersie Żeromskiego w parku. Wojtuś głęboko odetchnął i rozejrzał się dookoła. Wszystko wydawało mu się teraz znajome i bliskie. Gdzieś za tymi drzwiami dawnej szkoły Stefek odsiadywał długie godziny kozy w tym swoim roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym drugim. Kiedy pan Szpachelka i babcia już się odwrócili w stronę parku, podniósł głowę i pomachał Stefkowi na pożegnanie. „Pozdrowię od ciebie Karczówkę… I twoją aleję ku Karczówce” – pomyślał i ciepło zrobiło mu się na sercu.

36


Wojtuś i bryły ołowiu na górze Karczówce czyli o tym, jak bardzo popłaca wiara i wytrwałość Park przedstawiał się pysznie, ubrany w różne odcienie zieleni, którą przetykały barwy zbliżającej się jesieni, żółte, czerwone i brązowe. Na szeroką aleję obsadzoną wielkimi drzewami weszli przez bramę, którą – jak objaśnił pan Szpachelka – w dziewiętnastym wieku przeniesiono z ogrodzenia dawnego cmentarza przy katedrze. Na końcu tej alei, trochę w bok, stało popiersie Stefana Żeromskiego, na które Wojtuś spoglądał z pewnym zdziwieniem, bo ten wizerunek dojrzałego mężczyzny o surowym spojrzeniu nijak nie przystawał do Stefka, który pewnie dalej nudził się w kozie. Przy popiersiu babcia koniecznie chciała sobie zrobić zdjęcie. — Wojtusiu, masz ten swój tablet? — Stań koło babci, a ja was sfotografuję – zaofiarował się pan Szpachelka — W końcu ty też należysz już do miłośników Żeromskiego. Pan Szpachelka uruchomił tablet, wykonał na wszelki wypadek kilka fotografii babci i Wojtusia przy pomniku, a później oczy mu się wyraźnie zaokrągliły i z wielką uwagą zaczął się wpatrywać w ekran. — Tutaj otworzyło mi się jakieś dziwne zdjęcie. W tle widzę katedrę kielecką, ale wszystko wygląda trochę inaczej niż dziś. I ten chłopak na pierwszym planie! Ubrany jak gimnazjalista z dziewiętnastego wieku, w czarny mundur. A dookoła ludzie w ubiorach z tego samego czasu, nawet widzę carskiego policjanta. Co to takiego? – dopytywał zdumiony. 37


— Jaki ten chłopak podobny do Żeromskiego w czasach szkolnych! Identyczny! – zawołała babcia jeszcze bardziej zdziwiona — Ejże, Wojtusiu! Gdzie ty zrobiłeś to zdjęcie? — Nie wiem co to jest – powiedział Wojtuś drżącym głosikiem, a przez głowę przelatywały mu szybko pomysły, co powiedzieć, co wymyślić — Nie robiłem takiego zdjęcia. Może zaplątało się z Internetu! — No nie wiem. Tutaj wyświetla mi się dzisiejsza data. Tak jakbyś zrobił to zdjęcie dzisiaj. — Tak? – Wojtuś niewinnie zamrugał powiekami, gorączkowo szukając wymówki — To chyba jest jakaś fotografia fotografii. Pewnie gdzieś wisiało takie zdjęcie i spodobało mi się – dodał z ulgą. — No, może! Poza tym niestety bateria się rozładowała. Później się nad tym zastanowimy – stwierdził pan Szpachelka z uśmiechem, ale bacznie przyglądając się Wojtusiowi — Podobno w czasach Żeromskiego w miejscu tego popiersia stała parkowa restauracja, a główną aleję oświetlały latarnie gazowe. — To wszystko prawda – westchnęła babcia — Jaka romantyczna atmosfera musiała tu wtedy panować! Wyobrażacie to sobie? Żeromski spaceruje alejkami ze swoją Ludwinią, a później ze swoją Heleną, wkoło panowie w eleganckich surdutach i cylindrach, panie w jasnych powłóczystych sukniach… — To Żeromski miał dwie dziewczyny naraz? – zapytał Wojtuś mocno zdziwiony, na co pan Szpachelka i babcia jak na komendę parsknęli śmiechem. — No może nie jednocześnie – dukała babcia dusząc się jeszcze ze śmiechu — Najpierw podkochiwał się w Ludwice Borkowskiej, a później jego wielką młodzieńczą miłością była Helena z Zetheimów Radziszewska. Ale cóż, skoro była to siostra jego macochy, poza tym – o zgrozo – była 39


mężatką! Widocznie Stefanowi trudno było zapanować nad tą namiętnością. Musiała być bardzo silna. „Więc jednak romantyczny Stefek nie wytrwał przy swojej Ludwini, swoim aniele!” – dopowiedział sobie w myślach Wojtuś i pokręcił głową z niedowierzaniem, no i trochę z rozczarowaniem – „Ale koniec końców może to i lepiej? Cóż ona biedna przeżyłaby z wiecznie nieszczęśliwym poetą? Musiałaby chyba dzielić z nim to nieszczęście przez całe życie”. — A ja słyszałem, że w muzeum Żeromskiego jest portret Heleny. Czy to prawda? — Owszem, ale to portret namalowany znacznie później, już wówczas kiedy muzeum istniało. I to na podstawie zapisków Stefana w Dziennikach, bo nie zachowała się niestety żadna jej fotografia. A szkoda, bo z tego co pisał Żeromski wynikało, że była to bardzo piękna kobieta. — Nie wiedziałem babciu, że jesteś taka… romantyczna – stwierdził Wojtuś z powagą, wywołując u pana Szpachelki mały atak kaszlu. — A jestem! Może dlatego zawsze uwielbiałam Żeromskiego. On tak pięknie opisywał miłość… O! A tam po lewej stronie za ulicą, to chyba browar Ludwika Stumpfa! — To ten facet, który wybudował teatr w Kielcach! – wykrzyknął Wojtuś i natychmiast dodał – Czytałem w Internecie! Dlatego nazwali go teatrem Ludwika. Czy on nadal istnieje? — Owszem, istnieje – zaszczebiotała babcia, rozpromieniona i najwyraźniej dumna z wiedzy swojego wnuka – Tylko nosi teraz imię Stefana Żeromskiego, który zresztą często tam biegał na różne przedstawienia i koncerty. „Więc jednak spełniło się twoje marzenie. Ozłociłeś te mury blaskiem swojego imienia!” – wyszeptał Wojtuś do samego siebie, myśląc cieplutko o Stefku – „Ty to masz szczęście, chociaż starałeś się być taki nieszczęśliwy”. 40


Tymczasem pan Szpachelka coraz uważniej przyglądał się Wojtusiowi, jakby zaczął podejrzewać, że mały rycerz miał jednak jakieś przygody, którymi nie chce się z nim podzielić. Ale Wojtuś nic sobie z tego nie robił, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Przechodzili właśnie obok wielkiego stawu, po którym niegdyś pływały łódki z romantycznymi paniami w powłóczystych sukniach i panami w cylindrach. Jeszcze wcześniej stał tam młyn, a staw był pełen ryb, które zasilały biskupi stół w pałacu. — Tutaj każde miejsce ma swoją ciekawą historię – bajdurzył pan Szpachelka, ni to do siebie, ni to do Wojtusia – Na przykład tam pod murem dawnego pałacowego ogrodu włoskiego był browar, a wodę do browaru brano może ze źródełka, o którym pani Alicja powinna wiedzieć więcej ode mnie. — Biruta? — Biruta! Tam Żeromski zostawił swój następny ślad, bo przecież kielczanie nazwali je tak od przezwiska tej ślicznej gimnazjalistki z Syzyfowych prac, w której podkochiwał się Marcin Borowicz. Dzisiaj stoi nad tym źródełkiem piękna rzeźba, ale w tamtych czasach było to chyba zwykłe dzikie źródło. A tamtą figurę świętego Jana Nepomucena, po drugiej stronie stawu, przywieziono z klasztoru cystersów w Jędrzejowie w dziewiętnastym wieku, kiedy urządzano park miejski. — Stefek… – wypalił Wojtuś, ale natychmiast się zreflektował — To znaczy Stefan Żeromski podobno nazywał Birutą swoją Ludwinię… No, tak gdzieś czytałem – dodał niepewnie widząc zdziwienie w oczach babci. — Tak? Nie słyszałam o tym, ale jestem trochę zaszokowana twoim zainteresowaniem dla Żeromskiego! Brawo! — Ejże! Czy aby nie spotkała cię jakaś przygoda kiedy oglądałeś pomnik Armii Krajowej? – zapytał podejrzliwie pan Szpachelka, który 41


postanowił doprowadzić do rozwiązania zagadki, ponieważ nie mógł znieść swojej niezaspokojonej ciekawości — Wiem rycerzu, że lubisz się czasem błąkać po różnych czasach. — Ja byłem grzeczny! – stwierdził Wojtuś stanowczo. — No nie wątpię, nie wątpię. Szli powoli ulicą ocienioną szpalerami drzew, minęli dawną cerkiew, wzorowaną podobno na wielkim soborze w Sankt Petersburgu, ale mniejszą, a potem przeszli kładką nad torami kolejowymi, które budowano właśnie wówczas, kiedy Żeromski z upodobaniem chadzał kilka razy w tygodniu na Karczówkę. — Teraz trudno to sobie wyobrazić, ale podobno w tamtych czasach przy tej drodze stały domki letniskowe, bo powietrze było tu bardzo czyste, chociaż niedaleko dymiły wapienniki na wzgórzu Kadzielnia – objaśniał pan Szpachelka — Wydobywano tam kamień wapienny do budowy domów i gmachów publicznych. — A teraz jest tam śliczny głęboki kamieniołom i amfiteatr, chyba najpiękniejszy w Polsce – dodała babcia, która kiedyś tam była i oglądała szmaragdowe jeziorko na dnie kamieniołomu. — A tutaj jest jakiś obelisk z napisem! „Moja aleja ku Karczówce” – odczytał Wojtuś — Przecież to słowa Stefka… To znaczy Stefana Żeromskiego! Gdzieś tak czytałem – dodał natychmiast, spoglądając ukradkiem na pana Szpachelkę, który głęboko się zamyślił na te słowa. — Tak! – krzyknęła babcia, nie wiedzieć czemu bardzo uradowana — To cytat z Ludzi bezdomnych. Wzruszające jest, że w tylu miejscach widać, jak kielczanie pamiętają o wielkim pisarzu, który tutaj dojrzewał! — No i mamy już przed sobą Karczówkę – z zadowoleniem stwierdził pan Szpachelka, kiedy przeszli wielkie skrzyżowanie, za którym droga zaczęła się lekko piąć do góry. 42


— Jakaś taka niepozorna ta góra – Wojtuś wyglądał na nieco rozczarowanego — Chociaż całkiem ładna. — Za to zobaczysz jaki pyszny widok na miasto i okolicę będzie spod klasztoru! W czasach Żeromskiego kielczanie w ogóle znajdowali dużą przyjemność w spacerowaniu tą aleją, chodzeniu po lesie karczówkowskim, słuchaniu legend o tym uroczym miejscu. Niektórzy twierdzą, że jeśli kto nie był na Karczówce, to tak jakby w ogóle w Kielcach nie był. — Stefek też tak mówił! – zawołał Wojtuś i natychmiast zatkał sobie ręką usta — To znaczy mój kolega, ze szkoły! A Żeromski pewnie też tak myślał o Karczówce, skoro tak bardzo lubił tu przychodzić. — Jakoś często naszemu kawalerowi wyrywa się imię Stefek – pan Szpachelka zmarszczył brwi — Wydaje mi się, że nie jest to przypadek. Nigdy nie mówiłeś, że masz w szkole kolegę Stefka, hę? — Ale teraz mówię… Chodźmy już na szczyt, bo nie mogę się doczekać. Wkrótce stanęli pod klasztorem, a Wojtuś mógł się naocznie przekonać, że pan Szpachelka nic a nic nie zmyślał, kiedy mówił o widokach z Karczówki. Całe miasto rozpościerało się u ich stóp, w rozległej kotlinie okolonej niewysokimi górami, a w środku tej kotliny, na wzgórzu, bieliły się ściany i wieże pałacu, zwieńczone wysmukłymi hełmami. Po prawej i lewej pasma zalesionych wzgórz, a na wprost, na horyzoncie majaczyły Łysogóry z klasztorem świętokrzyskim, który opuścili kilka godzin temu. — W czasach Żeromskiego nie było oczywiście tych wszystkich osiedli, Karczówka była obok Kielc, a nie w Kielcach, jak teraz, a wokół były pola, lasy i kilka wiosek – mówił pan Szpachelka wpatrzony w krajobraz — No ale wyraźniej było widać tę jego aleję ku Karczówce. — No to dlaczego Stefek… to znaczy dlaczego wszyscy mówią, że Karczówka to dusza tego miasta? 44


— Może dlatego, że Kielce na górnictwie wyrosły, bo od dawien dawna gwarkowie wydobywali tutaj rudę ołowiu. — Gwarkowie? Chyba już słyszałem to słowo… To górnicy? — Tak! Bardzo dobrze – pan Szpachelka z zadowoleniem pogładził brodę — To górnicy! — No to dlaczego mówimy „gwarkowie”, zamiast po prostu „górnicy”? – zastanawiał się Wojtuś. — Chyba dlatego, że tak ich dawniej określano, ale to skomplikowana historia. — Czyli nie zrozumiem tego? — Ależ nie to miałem na myśli Wojtusiu! Ja też mam z tym problem, zresztą pewnie nie do końca wiadomo, kiedy zaczęto u nas używać określenia „gwarek”. Chyba już w średniowieczu, bo podobno pochodzi ono od niemieckiego określenia „Gewerk”, czyli dosłownie zawód, rzemiosło. U nas odnosiło się to do ludzi, którzy otrzymali od króla prawo do wydobywania z ziemi różnych kopalin, na przykład soli czy rud metali, no i z tego tytułu płacili królowi specjalny czynsz. Od tego „Gewerk” zwano ich gwarkami. W szesnastym wieku gwarkowie sami już właściwie nie pracowali przy kopaniu, tylko organizowali wydobycie, czyli każdy z nich miał takie swoje małe przedsiębiorstwo. A później rozpowszechniło się określenie „górnik”. — Jakoś ten „górnik” nie bardzo mi pasuje do ludzi, którzy schodzili w głąb ziemi, no a góra to góra, a nie dół — Wojtuś zmarszczył brwi, ale nic mądrego nie chciało mu przyjść do głowy. — No właśnie w tym rzecz, że język ma w sobie wiele niespodzianek, a nawet pułapek. A już szczególnie język naszych przodków. Kiedy w średniowieczu zaczęto u nas wydobywać różne surowce mineralne, takie jak sól czy rudy metali, wykopywano je przede wszystkim na zboczach 45


gór, bo tam były najłatwiej dostępne. No i w różnych opisach zarówno góry, jak i kopalnie, które na nich powstawały określano jako góry solne, srebrne, miedziane, ołowiane i tak dalej. Czyli i góry i kopalnie miały właściwie jedno określenie; nazywano je „górami”. A od tego już prosta droga do „górnika”, czyli człowieka, który rozkopuje góry w poszukiwaniu różnych cennych surowców. — Czyli Karczówka to była góra ołowiana? – domyślił się Wojtuś, dumny ze swego odkrycia — Jednego tylko nie rozumiem. Dlaczego tyle trudu gwarkowie wkładali w poszukiwania ołowiu, skoro to jest tak niezdrowy metal? Nie wiedzieli o tym? — Przypuszczam, że nie wiedzieli, skoro z ołowiu wyrabiano nawet naczynia stołowe. Ale wielkie znaczenie ołowiu polegało na czymś innym. Otóż złoża rud ołowiu towarzyszyły często złożom rud srebra. Średniowieczni hutnicy zauważyli, że kiedy wytapia się srebro razem z ołowiem, to w czasie wytopu w piecach hutniczych ołów uwalnia srebro od niepożądanych zanieczyszczeń, a wiadomo że im bardziej było ono czyste, tym było więcej warte. A musisz wiedzieć, że srebro było w tamtych czasach najcenniejszym metalem szlachetnym, bo służyło do produkcji monet. Niektórzy nawet nazywają srebro „złotem średniowiecza” i twierdzą, że wówczas ogarnęła Europę prawdziwa gorączka srebra. No i właśnie z tego powodu poszukiwano wtedy złóż ołowianych, a jeżeli je gdzieś znaleziono, no to wtedy sprawnie organizowano ich wydobycie i przetapianie. Wtedy powstawały kopalnie, czyli góry ołowiane, a także huty ołowiu. Tak by to w skrócie wyglądało. Nie zasnąłeś jeszcze, Wojtusiu? — Ależ skąd! To bardzo ciekawe – stwierdził Wojtuś i głęboko ziewnął, na co pan Szpachelka pokiwał głową ze zrozumieniem — Ale ta góra jest naprawdę świetna! 46


— Taka góra w mieście to prawdziwy skarb – wtrąciła babcia. — W Kielcach jest więcej skarbów natury. Na przykład są cztery dawno już nieczynne wielkie kamieniołomy, które są dzisiaj rezerwatami geologicznymi i przyrodniczymi. Pani Alicja była kiedyś w kamieniołomie Kadzielnia. Muszę się przyznać, że ja też oglądałem Kadzielnię dawno temu. Byłem wtedy w Kielcach po raz pierwszy, ale do dzisiaj, kiedy zamknę oczy, widzę te bajeczne ściany skalne i szmaragdowe jezioro na dnie. A dzisiaj są tam również jaskinie, które można zwiedzać. W kamieniołomie nazywanym Wietrznią jest dzisiaj odlotowe muzeum poświęcone historii naszej planety i geologii, a w kamieniołomie Ślichowice jest odkrywka warstw skalnych, na widok której mdleją wszyscy geolodzy, oczywiście z zachwytu! Tak rozmawiając weszli przez sklepioną bramę na uroczy dziedziniec klasztorny ze skwerem, a właściwie wyrównaną wapienną skałą, którą porastały płaty zielonej trawy. Był to bardzo przyjemny widok, bo przypomniał wszystkim skały Łutowca, chociaż – jak zaznaczył pan Szpachelka – skały w okolicach Kielc są dużo starsze od tych w Łutowcu. — To są tak zwane wapienie dewońskie, które powstały około czterysta milionów lat temu, a te jurajskie w Łutowcu mają zaledwie sto pięćdziesiąt do dwustu milionów lat! — Czterysta milionów lat? – Wojtuś podrapał się w czubek nosa — Ile to jest? — Prawdę mówiąc nie wiem, chociaż nazywają mnie specjalistą od przeszłości, ale historia człowieka jako gatunku to zaledwie drobny ułamek tych ogromnych liczb. W ogóle często współpracuję z geologami i trudno mi jest czasem zrozumieć, co oni do mnie mówią – westchnął pan Szpachelka i pokiwał głową ze smutkiem — Te ich sedymentacje, erozje, mineralizacje, orogenezy, i tak dalej i tak dalej. Oni się wściekają, 47


że najprostszych rzeczy nie rozumiem, a ja nic na to nie poradzę. To baaardzo trudna, ale też niezwykle ciekawa i odkrywcza specjalność! — Ale chyba nie popada pan w kompleksy? Panie Anatolu! – zaśmiała się babcia. — O nie! Ja im wtedy zaczynam opowiadać na przykład o fazach rozwoju kultury łużyckiej, a oni na ogół po kilku zdaniach wymiękają i przestają się czepiać. Ale to tylko takie przekomarzanie. Było ciepło i przyjemnie. Podróżnicy z ciekawością obejrzeli zabudowania klasztorne i wspaniały hełm na kościelnej wieży, podobno wykonany na wzór hełmu wieży zegarowej wawelskiej katedry. Później babcia postanowiła odpocząć na ławeczce i pospacerować trochę po dziedzińcu, a pan Szpachelka z Wojtusiem poszli wzdłuż klasztoru, a wkrótce zanurzyli się w las. Był to luźny i świetlisty las, promienie słońca przenikały przez korony drzew spadając żółtymi plamami na zielone kobierce traw oraz szarobiałe skały i głazy, którymi usiane było zbocze. Tworzyło to niesamowitą scenerię, na poły rzeczywistą, na poły bajeczną. Jak okiem sięgnąć stoki góry pokrywały większe i mniejsze zagłębienia, czasem okrągłe, czasem układające się w podłużne rowy. „Czuję, że zaraz wydarzy się coś niezwykłego” – pomyślał Wojtuś, ale nie powiedział ani słowa, bo pan Szpachelka pewnie nieźle by się ubawił z takich przeczuć. Ale teraz nie słuchałby Wojtusia, jako że z wielkim zainteresowaniem chłonął wyłaniające się przed nimi widoki. — Wyobraź sobie rycerzu – mówił wolno — że wszystkie te zagłębienia, nierówności, rowy, leje, małe i duże, krótsze i dłuższe, to widoczne do dzisiaj ślady działalności średniowiecznych i nowożytnych górników. Kiedyś geolodzy je policzyli i okazało się, że takich śladów dawnych kopalń jest na Karczówce i w najbliższej okolicy ponad trzy tysiące! A były to szyby i szczeliny (czyli jak to mówili górnicy „szpary”), których głębokość przekraczała nawet pięćdziesiąt metrów. 49


— A dzisiaj są takie płytkie? — No cóż, czas zrobił swoje. Kiedy już z tych szczelin i szybów wydobyto całą rudę ołowianą, zostawiano je swojemu losowi, a one powoli wypełniały się ziemią i kamieniami, bo natura zawsze stara się spłaszczyć wszystkie nierówności, chociaż oczywiście przebiega to bardzo powoli, przez setki, tysiące i miliony lat. Popatrz, stare Góry Świętokrzyskie były na początku wysokie i urwiste jak Tatry, a teraz są niskie i łagodne. Pan Szpachelka z zadowoleniem gładził swoją brodę i pokazywał Wojtusiowi coraz to inne pozostałości po szybach i szczelinach górniczych. — Widzisz te niewielkie wypukłości wokół dołów? To są tak zwane warpie czyli pozostałości dawnych hałd, które powstawały przy kopaniu szybów. Przyznaj, że takie pole górnicze ze śladami dawnych kopalni ma swój niepowtarzalny urok. Ileż ciężkiej i mozolnej pracy wykonały tutaj pokolenia dawnych gwarków. Dzisiaj pozostała po nich pamięć, nazwy, no i piękna figura świętej Barbary w kościele. Mam nadzieję, że niedługo ją zobaczymy! U podnóża góry wyszli z lasu na asfaltową drogę. W dolinie rozciągało się osiedle niewielkich domków pośród sadów, łąk i pól, a wokół nich wyrastały łańcuchy łagodnych wzgórz pokrytych lasami. Był to bardzo spokojny i sielski krajobraz. Tuż pod górą stał niewielki prosty pomnik z pięknego czerwonego piaskowca, zwieńczony małym kamiennym krzyżykiem, z paroma tablicami po bokach. — „Z szybu w tym punkcie zagłębionego – odczytywał głośno Wojtuś — wydobyto w dniu 7 grudnia 1646 roku trzy bryły kruszcu ołowianego, z których wyrobiono figury: Panny Maryi, świętej Barbary i świętego Antoniego, umieszczone w kościołach: w Kielcach, na Karczówce i w Borkowicach”. Tu wszystko pisze! To pomnik górników. O! A tutaj jest jakiś wiersz o górniku, który się nazywał Hilary Mala. 50


— No bo to właśnie on wykopał te trzy wielkie bryły ołowiane, z których zrobiono rzeźby – pan Szpachelka z wielkim zadowoleniem gładził swoją brodę — A to jest tak zwana kapliczka gwarków. Powstała całkiem niedawno, ale gdzieś tutaj stał pomnik zbudowany w dziewiętnastym wieku, tylko że tamten został zniszczony. To piękne, że znowu dba się o pamięć kieleckich górników. — A ten Hilary Mala istniał naprawdę? — Myślę że tak, chociaż jego imię przechowało się wyłącznie w pięknej legendzie. Opowiem ci ją w drodze powrotnej, bo musimy już wracać. Pani Alicja pewnie już się niepokoi. — Panie Anatolu! Proszę spojrzeć na ten las na Karczówce – zawołał Wojtuś — Wygląda zupełnie tak, jak sobie wyobrażam pierwotną puszczę! — Rzeczywiście! Piękny widok – pan Szpachelka odetchnął głęboko, a potem zaczęli na powrót piąć się ku górze — Powiedz mi Wojtusiu czy nie nudzą cię takie wycieczki? Albo takie rozmowy o przeszłości, o śladach które zostawili dawni ludzie? — Ależ panie Anatolu! Co to za pytanie – oburzył się Wojtuś — Przecież odkrywanie historii różnych miejsc, nawet całkiem niepozornych, to pasjonująca sprawa! Gdybyśmy nie wiedzieli, że te wszystkie doły i rowy to pozostałości po dawnych kopalniach ołowiu, to pewnie chodzenie tutaj byłoby nudne. Ale wiemy i możemy sobie wyobrażać górników z przeszłości i te głębokie szczeliny, szyby górnicze. Albo Hilarego Malę i jego radość, kiedy odkrył wielkie bryły rudy ołowianej. — Pięknie powiedziane – pan Szpachelka z uznaniem spojrzał na Wojtusia — No to w nagrodę opowiem ci legendę o Hilarym Mali. Otóż… – rozpoczął, ale natychmiast przerwał, bo spostrzegł u dołu stoku ludzi ubranych dość dziwacznie, w szare albo białe płócienne sukmany i koszule, 51


przepasane sznurami. Szli boso, niektórzy nieśli w ręku skórzane buty z rzemieniami, a inni proste drewniane chodaki. Wszyscy mieli twarze ogorzałe i poorane bruzdami, byli wśród nich młodzieńcy, ale też starcy z długimi siwymi włosami. Posuwając się wolno do góry śpiewali jakąś niezrozumiałą starożytną pieśń. — To chyba jakaś grupa rekonstrukcyjna – szepnął pan Szpachelka i uśmiechnął się szeroko — W takim razie czekają nas dodatkowe atrakcje na Karczówce! Poczekajmy na nich. — Dlaczego oni idą boso? – Wojtuś zdziwił się i zakrył dłonią usta, żeby nie parsknąć śmiechem — A buty niosą w rękach! — Widocznie dbają o tak zwane realia historyczne – stwierdził pan Szpachelka z podziwem — Nasze dzieje są piękne i wspaniałe, ale prawda jest też taka, że większość ludzi we wszystkich okresach historycznych żyła w ogromnej biedzie. Chłopi przeważnie chodzili boso, a buty zakładali jedynie w szczególnie uroczystych okazjach, czy to na msze niedzielne, czy to na różne święta. Zresztą Polska nie była wyjątkiem. W całej Europie większość ludzi żyła w biedzie, a i głód nie był im obcy. Dopiero rozpowszechnienie uprawy ziemniaka doprowadziło do likwidacji wielkich klęsk głodu. Tak było i nic na to nie poradzimy. Tajemniczy ludzie w sukmanach mijali ich, pnąc się powoli po stoku. Przechodząc obok pana Szpachelki zdejmowali z głów czapki i kłaniali się do ziemi, zerkając nań z pokorą, a nawet z pewną obawą. „Może to broda, a może słynna kamizelka tak ich onieśmiela” – pomyślał rozbawiony Wojtuś. Śpiew ucichł. — Przepraszam, dokąd idziecie? – zagadnął pan Szpachelka uprzejmie jednego ze starszych wędrowców. Ten natychmiast zdjął czapkę i ukłonił się głęboko. Pan Szpachelka również się ukłonił, choć nie tak głęboko. 53


Spowodowało to lekki popłoch wśród całej grupy, a zagadnięty człowiek przez dłuższą chwilę nie mógł wydobyć głosu z gardła. — Do klasztoru idziemy panie. Na nabożeństwo – wydukał wreszcie — Dziś będziemy świętą Barbarę wprowadzać do kościoła, co to ją biskup rozkazał wyrobić z jednej bryły ołowiu. Wielki dziś dzień, bo to patronka nasza. — Będą odtwarzać uroczystość wprowadzenia do kościoła figury świętej Barbary – szepnął pan Szpachelka do Wojtusia, wyraźnie uradowany — A kim wy jesteście? — My zwykłe kopacze, panie. A tamten to Hilary Mala… To ten co wykopał wielkie bryły ołowiane, a z jednej ta święta Barbara jest zrobiona. Wojtuś spojrzał we wskazanym przez kopacza kierunku, w dół stoku, gdzie na czele kolejnej grupy szedł mizerny człowieczek, boso i w podniszczonym mocno kaftanie. Kosmyki siwych włosów opadały spod czapki na ramiona, a oczy skierowane miał ku górze, jakby niebiosa prosił o pomoc. Kiedy pan Szpachelka zwrócił się do niego, spojrzał spłoszonym wzrokiem, szybko zdjął czapkę i pokłonił się do ziemi, ale nic nie powiedział. — On mało mówi, panie – rzekł człowiek idący za Hilarym — To kopacz jako i my, ale z nas wszystkich najlepszy i najbardziej pracowity. Chodźcie z nami, panie, to opowiem jego historię. Pan Szpachelka zatarł ręce z radości i podążył za kopaczami, a Wojtuś rozejrzał się dookoła. „Miałem rację – pomyślał – dzieje się coś niezwykłego”. Wąskie i płytkie jeszcze przed chwilą szczeliny górnicze nagle stały się głębokie i groźne. Wokół nich wyrosły wysokie hałdy urobku, wszędzie leżały pnie ściętych drzew, po lesie snuły się dymy ognisk, które płonęły tu i tam. Zajrzał ostrożnie w głąb okrągłego szybu i cofnął się natychmiast, bo wykute w skale ściany głęboko pod powierzchnią ziemi 54


tonęły w ciemności i nie było widać dna. Nie pozostało nic innego, jak tylko pobiec za panem Szpachelką, który na nic nie zwracał uwagi, pochłonięty opowieścią kopacza. — Hilary mieszka w wiosce Niewachlów, jako i ja – mówił górnik powoli i jakby z namaszczeniem — Kopał kruszec na tej górze zwanej Machnowska, zaraz obok Karczówki, ale szczęścia to on nie miał i z wielką biedą rodzinę utrzymywał. Wszystko żonie oddawał, ale ona widziała, że inni kopacze więcej na robocie zarabiają, więc wymyślała mężowi od głupców i próżniaków. Aż raz Hilaremu przyśniła się święta Barbara (tu górnik zdjął czapkę i przeżegnał się), a ta pokazała mu we śnie miejsce, gdzie była pod skałą szpara z wielkim skarbem ołowianym. Zrozumiał on, że skałę trzeba przebić, żeby się do wielkich brył rudy dostać. Całe tygodnie i miesiące kruszył twardą skałę i nic. Wszyscy już, panie, drwić z niego poczęli, bo znajdowali ołów raczej w miękkiej glinie niż w twardej skale, ale on nic sobie z tego nie robił i pracował ciężko dalej. Ostatnią kurę sprzedał, żeby mieć na kawałek chleba, już sił mu zaczęło brakować, bo przebijał skałę tylko młotkiem i klinem. Wreszcie dnia pewnego przebił ją i otwarła się przed nim niższa szpara, a tam prawdziwy skarb, wielkie bryły ołowiane. Wtedy dopiero opowiedział o śnie i o świętej Barbarze, wtedy dopiero wszyscy zobaczyli jaka silna była jego wiara, że pod skałą znajdzie ołowiany skarb. Dowiedział się o tym wszystkim biskup dobrodziej, kazał bryły wyciągnąć, a Hilarego wynagrodzić, by mu do końca życia nie zbywało. — Biskup kazał z trzech brył wyrzeźbić trzy figury – dodał pan Szpachelka, wykorzystując chwilę ciszy — A z największej powstała święta Barbara dla kościoła na Karczówce. — Tak było, panie – powiedział górnik, kłaniając się głęboko. — Pięknie pan opowiedział tę legendę! Jestem pod wrażeniem. 55


— Ja nie żaden pan… Zwykły kopacz jestem, panie – wykrztusił górnik, najwyraźniej zmieszany — Prawdę powiedziałem. — Ta grupa rekonstrukcyjna to prawdziwi profesjonaliści. Niczym się nie zdradzą – szepnął pan Szpachelka z uznaniem i zwrócił się do górnika — A w jaki sposób trafiacie na złoża ołowiane? Macie jakieś metody? — Tylko swoje siły mamy, panie. Kopiemy szyb, a jak trafimy na skałę, to kopiemy następny, aż uda nam się na szparę trafić, wtedy wybieramy glinę głęboko i szukamy ołowianki. Czasem uda się trafić – powiedział górnik z ciężkim westchnieniem — To ciężka i niewdzięczna robota, panie. Stanęli przed kościołem i Wojtuś od razu zauważył, że dookoła jest jakoś inaczej. Budynki klasztorne jakby mniejsze, na wieży nie było wspaniałego hełmu, który tak podziwiali z klasztornego dziedzińca, tylko zwykły daszek. Mury lśniły białością tynków i wszystko wyglądało tak, jakby dopiero co zostało zbudowane. Po obydwu stronach skromnych schodków, które wiodły do kościoła, siedzieli ludzie ubrani w podarte i brudne łachmany, niektórzy z obwiązanymi szmatami kikutami rąk albo nóg. Otwierali bezzębne usta albo błagalnie wpatrywali się we wchodzący do świątyni tłum i potrząsali pustymi drewnianymi miseczkami. Był to okropny widok i Wojtuś musiał się siłą powstrzymywać, żeby nie zamknąć oczu. Pan Szpachelka z rozbawieniem wrzucił monetę dwuzłotową do jednej miseczki, a jej właściciel natychmiast chwycił monetę i zaczął ją z wielkim zaciekawieniem oglądać. „Pewnie pierwszy raz w życiu widzisz taki pieniążek” – pomyślał Wojtuś. — Jesteś rycerzu? – pan Szpachelka z wielkim zadowoleniem gładził brodę — Zobacz! Zadbali nawet o to, żeby usadzić żebraków przed kościołem, tak jak to rzeczywiście było w tamtych czasach. Ta grupa rekonstrukcyjna jest po prostu perfekcyjna, że tak powiem do rymu! 56


W kościele panowała absolutna cisza. Niewielka nawa oświetlona była blaskiem płonących świec, których dym drażnił oczy. Wszyscy od razu klękali na surowej kamiennej posadzce, a pan Szpachelka i Wojtuś przycupnęli z boku, żeby obserwować uroczystość. Wkrótce usłyszeli ciche dźwięki dzwoneczków, a do wnętrza wkroczyli rzędem zakonnicy w brązowych habitach, każdy z wielką świecą w ręku. Ludzie rozstępowali się przed nimi z szacunkiem, a oni usiedli na ławach ustawionych w prezbiterium. Wtedy rozpoczęła się msza, ale zupełnie inna od tych, które znał Wojtuś. Kapłan odwrócony był cały czas w stronę ołtarza i modlił się w niezrozumiałym języku. Wszyscy klęczeli na posadzce, pod sklepienia unosił się szmer cichutkich modłów. Panowała atmosfera pełna skupienia i powagi. — Nic nie rozumiem – szepnął Wojtuś bezradnie — W jakim języku on mówi? — Po łacinie – odszepnął pan Szpachelka, który wyglądał na szczerze zachwyconego — To jest msza w tak zwanym rycie trydenckim. Cały czas kapłan jest odwrócony w stronę ołtarza i modli się w języku łacińskim, tylko kazanie powinno być po polsku. Niesamowite! Nie wiedziałem, że będziemy mogli uczestniczyć w odtworzeniu cichej mszy trydenckiej. Niesamowite! Wojtusia zaczęły już trochę boleć kolana, chociaż przyznał sam przed sobą, że taka msza to jest duże przeżycie i doświadczenie, natomiast pan Szpachelka był tak zachwycony, że fruwałby pod sklepieniem, gdyby tylko ktoś dał mu skrzydła. Po dłuższej chwili ciszy znowu odezwały się dzwonki i wszyscy rozsunęli się na boki. Do nawy wkroczyło czterech górników, dźwigając na ramionach w specjalnych nosidłach figurę świętej Barbary z ołowianej bryły. Kiedy ustawiono ją przed ołtarzem przez cały kościół przeszedł szmer zachwytu. Bo też przepiękna to była rzeźba, 57


pełna ciepła i dobroci, choć wykonana z zimnego metalu. Każdy fałd szaty, loki włosów, pełna wyrazu smutku i skupienia twarz, wszystko wyrzeźbione z najwyższym uczuciem i precyzją. Znać w niej było rękę wielkiego mistrza. — To figura świętej Barbary – szepnął pan Szpachelka, tak samo zachwycony jak wszyscy dookoła — Jaka ona piękna! Podobno wyrzeźbił ją włoski artysta Sebastian Sala, który pracował w Krakowie w połowie siedemnastego wieku, a wzorem była antyczna rzeźba rzymskiej bogini Flory, która znajdowała się w kolekcji arystokratycznego włoskiego rodu Farnese, a dzisiaj można ją obejrzeć w Muzeum Archeologicznym w Neapolu. — Rzeczywiście jest przepiękna – przyznał Wojtuś, chociaż mocno bolały go kolana od długiego klęczenia — W jednej ręce trzyma miecz, a w drugiej? — A w drugiej kielich z hostią. Święta Barbara istniała naprawdę i pochodziła z miasta Heliopolis, które położone jest w delcie Nilu. Żyła w czasach, kiedy chrześcijanie byli prześladowani przez cesarzy rzymskich, ale przyjęła tę religię i nie chciała się jej wyrzec, toteż za karę zamknięto ją w wysokiej wieży i tam zmarła. Podobno przed śmiercią pojawił się u niej anioł i udzielił komunii, stąd ten kielich w jej ręku i wieża u stóp. No i z tego powodu została patronką umierających, a także górników, bo górnicy schodząc pod ziemię zanurzają się w świecie zmarłych. We wszystkich kulturach świata podziemie kojarzone jest z krainą zmarłych… — Ciii… – syknął człowiek klęczący obok Wojtusia i pan Szpachelka zamilkł, spojrzawszy nań przepraszająco. Tymczasem na ambonę wszedł najstarszy zakonnik i zwrócił się do wszystkich zgromadzonych ludzi. Mówił po polsku, ale była to 59


polszczyzna, z której Wojtuś rozumiał tylko pojedyncze słowa. Pan Szpachelka słuchał kazania z zachwytem, rozkoszując się brzmieniem tego dziwnego języka. A kapłan mówił o życiu świętej Barbary, o ciężkiej pracy gwarków i o rzeźbie, którą właśnie wprowadzono do kościoła. — Tę piękną figurę zrobić kazał biskup Krakowa i pan nasz Piotr Gembicki – wołał z ambony — za co winniśmy mu dozgonną wdzięczność. Tak samo wdzięczność mamy w sercu dla sławnego mistrza Giovanniego Francesco de Rossi za to, że tak piękną nam wyrobił rzeźbę. A na koniec zwrócę się do Hilarego, naszego brata z wioski Niewachlów. Zbliż się Hilary. Wszyscy rozstąpili się z szacunkiem na boki, a Hilary, onieśmielony, na drżących nogach, stanął przed ołtarzem. — Chwała ci Hilary, że wiara twoja jest niezłomna i choć wszyscy zwątpili, ty pracowałeś dalej. Niech więc imię twoje na zawsze pozostanie legendą Karczówki i niech na zawsze będzie związane z tą piękną figurą. Każdy kto tu przyjdzie za sto, dwieście albo trzysta lat usłyszy o Hilarym Mali i o świętej Barbarze, która powstała z wydobytej przez niego bryły ołowiu. Amen. Wszyscy górnicy potwierdzili słowa kapłana głośnym „Amen”. Msza zbliżała się już do końca, gdy nagle w kościele pociemniało i tylko blask świec rozjaśniał mroki. Niebo za oknami zrobiło się niemal czarne, jakby w jednej chwili zapadła głęboka noc. Wojtuś i pan Szpachelka wymknęli się na zewnątrz aby zobaczyć co się stało. Ale niebo było czyste, świeciło słońce, tylko na schodach nie było już żebraków. Kiedy wrócili do wnętrza zastali kościół zupełnie pusty. — Gdzie się podziała święta Barbara? – wymamrotał pan Szpachelka, kiedy już mógł wydobyć głos ze ściśniętego gardła — A… Jest tutaj, gdzie powinna być. W kaplicy pod wieżą… Co się stało? – zawołał, jakby właśnie oprzytomniał – Gdzie jest ta grupa rekonstrukcyjna? 60


— To nie była żadna grupa rekonstrukcyjna panie Anatolu – westchnął Wojtuś, patrząc na pana Szpachelkę ze współczuciem. — No to kto to był? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że n a p r a w d ę przenieśliśmy się w czasie do siedemnastego wieku!? — Tak właśnie było! — Nie wierzę! — Już wcześniej próbowałem to panu powiedzieć, ale był pan tak zachwycony perfekcjonizmem grupy rekonstrukcyjnej, że na nic nie zwracał pan uwagi. — Dalej nie wierzę! — A pamięta pan jak wyglądała wieża kościelna? Proszę sobie przypomnieć! Panie Anatolu! — Wieża… wieża… – pan Szpachelka zmarszczył brwi i bardzo intensywnie próbował wrócić myślą do momentu, kiedy wszyscy wchodzili do kościoła, a on wrzucił pieniążek do drewnianej miski żebraka i podniósł na chwilę głowę, żeby spojrzeć na kościół — Pamiętam! Wieża błyszczała bielą i była nakryta małym daszkiem! – tutaj wskazał na wieżę i oniemiał – A przecież teraz przykrywa ją wspaniały hełm! Co się dzieje!? Więc… to nie była grupa rekonstrukcyjna? — Mmmm, mmm – Wojtuś pokręcił głową przecząco. — Naprawdę przenieśliśmy się w czasie do siedemnastego wieku?! — Aha – Wojtuś skinął głową twierdząco. Pan Szpachelka podrapał się w zadumie w czubek nosa, później usiadł na schodkach, następnie wstał, znowu usiadł i podrapał się w czubek głowy, a na koniec ukrył twarz w dłoniach i zagłębił się w zadumie. A potem na przemian głupkowato się uśmiechał i popadał w ponure przygnębienie. — Do stu tysięcy odłupków z pasiastego krzemienia! – jęknął głosem 61


pełnym rozpaczy — Dlaczego ja nie miałem przy sobie aparatu fotograficznego? Chociaż… Przynajmniej wiem już, że świętą Barbarę wyrzeźbił Giovanni Francesco de Rossi, a nie Sebastian Sala! No ale co z tego, że wiem? Przecież i tak nie potrafię tego udowodnić! Do stu tysięcy wiórków z krzemienia czekoladowego! Wojtuś obserwował to wszystko z wielką troską, ale milczał, żeby nie urazić słynnego archeologa. „Poczekam, aż wreszcie dotrze do pana Anatola świadomość, że był w tamtych czasach i rozmawiał z ludźmi z przeszłości” – pomyślał. Trwało to długo, ale wreszcie się doczekał. Pan Anatol uspokoił się, spojrzał w pogodne niebo, a później na Wojtusia. — Zrobiłeś dzisiaj zdjęcie Stefanowi Żeromskiemu? – zapytał całkiem już przytomnie. — Aha – Wojtuś twierdząco skinął głową. — A skąd wiedziałeś, że to był Żeromski? — Długo rozmawialiśmy. A poza tym Stefek… to znaczy Stefan Żeromski oprowadził mnie po Kielcach. Były inne niż teraz! — Daj mi chociaż jeden dowód, że tak było. — No, na przykład skąd miałbym wiedzieć, że Żeromski nazywał w myślach Birutą swoją ukochaną Ludwinię? I że nie lubił geometrii? Aha, pamiętam, że był rok tysiąc osiemset osiemdziesiąty drugi. — A jak wyglądały wtedy Kielce? Pamiętasz? — Tak! Właściwie miasto kończyło się przed tą małą rzeczką… — Silnicą? — Właśnie! A dalej były pola, a na horyzoncie budowano wielki gmach. Stefek mówił, że to dworzec… kolei dąbrowskiej? — No i teraz ci wierzę! – wykrzyknął pan Szpachelka — nie mogłeś wiedzieć, że właśnie wtedy Żeromski męczył się w gimnazjum i powstawała kolej dąbrowska. Jednego tylko nie rozumiem. Byliśmy z panią Alicją 62


w kościele Świętej Trójcy ledwie kilka minut, a kiedy wyszliśmy, ty już na nas czekałeś. Jak to jest możliwe, żeby Stefek… to znaczy Żeromski oprowadził cię w kilka minut po Kielcach? — Nie wiem – stwierdził Wojtuś po krótkim namyśle — Obawiam się, że tego nie ogarnie nawet umysł dziecka! — Wojtusiu! Panie Anatolu! – u dołu schodów prowadzących do kościoła stała babcia, machała ręką i przypatrywała się ze zdziwieniem zagubionym w czasie podróżnikom — Halo! Już dłuższą chwilę tutaj stoję i wołam, a wy zachowujecie się tak, jakbyście mnie w ogóle nie widzieli! Co się dzieje? — Nic nic – zawołał Wojtuś — To tylko… taka zabawa! — Zabawa? Nie byliście w lesie? Poszliście ledwie trzy minuty temu, a zastaję was pod zamkniętymi drzwiami kościoła. — Zamkniętymi? – zdziwił się pan Szpachelka i nacisnął klamkę — Rzeczywiście są zamknięte! Ale jak to? Minęły trzy minuty? To chyba niemożliwe! — Oj, wydaje mi się, że trochę straciliście poczucie upływu czasu, moi drodzy rycerze. Obejrzeliście chociaż tę słynną rzeźbę świętej Barbary? — Tak tak – powiedział Wojtuś szybko – Obejrzeliśmy, obejrzeliśmy. — Przecież miałem w kieszeni smartfona! Mogłem robić zdjęcia! – jęknął pan Szpachelka, a później bezmyślnie wpatrywał się w ekran, nie mogąc zrozumieć, dlaczego czas ruszył zaledwie kilka minut do przodu od momentu, kiedy z Wojtusiem opuścili klasztorny dziedziniec. — Jakoś dziwnie się obydwaj zachowujecie – babcia wzruszyła ramionami — A ja znowu mam pecha. Gdziekolwiek przyjdę, zastaję zamknięte drzwi. Ale nie narzekam, i tak jest pięknie! Pan Szpachelka i Wojtuś zeszli ze schodów poruszając się tak, jakby mieli drewniane szczudła zamiast nóg, co bardzo rozbawiło babcię, 63


która nie wygłosiła jednak żadnej śmiesznej uwagi tylko stwierdziła, że trzeba już chyba wracać. — Słyszałam, że jest tutaj niedaleko rzeźba przedstawiająca Hilarego Malę, tego górnika… Co się stało? Wyglądacie tak, jakbyście nagle doznali jakiegoś szoku! — Nic się nie stało pani Alicjo – powiedział pan Szpachelka łapiąc powietrze jak ryba — Bardzo chętnie obejrzymy tę rzeźbę, prawda Wojtusiu? — Tak tak – Wojtuś uśmiechnął się trochę głupawo, ale natychmiast się opanował — No to chodźmy. — Kiedy bawiliście się na schodach – mówiła pani Alicja uważnie przyglądając się dziwnym minom Wojtusia i pana Szpachelki — dowiedziałam się, że ta rzeźba stoi niedaleko Karczówki, przy ulicy Szkolnej. „Dziwny jest ten czas” – rozmyślał Wojtuś, kiedy schodził z ukochanej góry Żeromskiego, mając po jednej stronie rozbawioną babcię, a po drugiej pana Szpachelkę z wyrazem zdziwienia na twarzy, zmagającego się jeszcze z ciężkim szokiem – „Raz płynie wolno jak wysychający strumyk, innym razem pędzi jak szalony z prędkością światła, nagle się cofa albo przyspiesza, migają daty, wieki i godziny, ludzie z różnych miejsc i z różnych okresów przeszłości. Oni błąkają się w naszych czasach, my czasem zabłądzimy w ich czasach. Chyba nigdy nie uda się tego logicznie wytłumaczyć. Któż to zrozumie? Ciekawe czy Stefek ciągle nudzi się w kozie?” — Chyba musimy tutaj skręcić – usłyszał głos babci i trochę oprzytomniał — Ulica Szkolna! Dopiero teraz Wojtuś rozejrzał się i stwierdził, że już dawno zeszli z góry, minęli obelisk, na którym były wyryte słowa Stefana Żeromskiego o jego alei ku Karczówce, a teraz znajdowali się na niewielkim skrzyżowaniu. 64


— No to chodźmy – pan Szpachelka, który już chyba opanował szok, ochoczo skręcił w ulicę biegnącą lekko w górę — Ciekawy jestem tej rzeźby. W ogóle w Kielcach zauważyłem wiele współczesnych rzeźb i obelisków, w parkach, na skwerach i przy ulicach. To fajna sprawa, bo one upiększają miasto, a przy okazji wiele z nich przypomina o ludziach i epizodach z historii miasta. Pomnik stał na skwerze, zupełnie niedaleko, był wyrzeźbiony z wielkiego wapiennego głazu, a na dole znajdowała się stosowna tablica z wyrytym napisem. „Hilary Mala, górnik świętokrzyski z pierwszej połowy XVII w., wydobywał rudę ołowiu na górze Karczówce. Rzeźbę wykonał Gustaw Hadyna” – odczytał powoli Wojtuś. — To znany rzeźbiarz – stwierdził pan Szpachelka — Słyszałem o nim. A ta figura powstała chyba około tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku. — To pięknie, że tak uhonorowano górników ołowiu – wtrąciła babcia z podziwem — Ktoś mi mówił, że pod Karczówką jest nawet ulica Hilarego Mali. Pójdę na chwilkę do sklepu… Nie ruszajcie się stąd! – przykazała surowym tonem. — Nie uważasz Wojtusiu, że ten wyrzeźbiony Hilary ma twarz niezwykle podobną do prawdziwego Hilarego Mali? – zapytał szeptem pan Szpachelka, kiedy babcia oddaliła się na bezpieczną odległość. — Uważam, że ma identyczną twarz! To samo surowe i jednocześnie zdziwione spojrzenie, poorane bruzdami policzki, długie włosy pod czapką… Jak to jest możliwe? — Może nie tylko my wędrujemy po różnych czasach? Wojtuś w głębokim namyśle wzniósł oczy ku niebu i mocno chwycił pana Szpachelkę za rękę. — Tam! Tam leci Elmer z Malmesbury! Ten benedyktyński mnich, który 65


postanowił zgłębić tajemnicę latania! – wyciągnął rękę w górę, wskazując na wielkiego ni to ptaka, ni to człowieka ze skrzydłami, kołującego nad nimi wysoko na bezchmurnym niebie — Przecież znam go dobrze z Łysej Góry! On też błąka się po różnych czasach. Może lubi przelatywać nad Karczówką? Kiedy człowiek-ptak zniknął za horyzontem, Wojtuś i pan Szpachelka z westchnieniem opuścili głowy. Na tablicy z napisem usiadł właśnie gołąb, nastroszył piórka i po krótkiej chwili odleciał w stronę Karczówki. — Ten gołąb coś zostawił na tablicy – Wojtuś schylił się i zdumiony podał panu Szpachelce monetę dwuzłotową — Co to? Dlaczego? — Nie wiem! Nic już nie wiem – jęknął archeolog — A wydawało mi się, że wiem już prawie wszystko! Rusz głową chłopcze, chyba tylko dziecko może coś poradzić w tej sytuacji. — A ja chyba wiem – Wojtuś zmarszczył brwi — To jest moneta, którą pan wrzucił, panie Anatolu, do miski żebraka przed kościołem na Karczówce. Widocznie na nic mu się nie przydała, więc ją zwrócił! — O rany! Chyba masz rację – pan Szpachelka wytrzeszczył oczy i oblał się rumieńcem aż po czubki uszu — Ale co ja na to poradzę? Mam tylko takie monety, a w siedemnastym wieku nie było jeszcze papierowych pieniędzy. Gdybym mu dał sto złotych w papierku, to chyba obraziłby się na śmierć i życie! Zresztą chętnie bym go przeprosił. Co robić? Co robić? — Przede wszystkim trzeba zachować spokój – mruknął Wojtuś nadspodziewanie dojrzale — On pewnie to zrozumiał i dlatego zwrócił pieniążek, co bardzo dobrze o nim świadczy. Był to po prostu solidny i szanujący się żebrak. Głowa do góry panie Anatolu! Najważniejsze co możemy dać górnikom i ludziom z tamtych czasów to pamięć o nich. Ona jest przecież dużo więcej warta od monety dwuzłotowej, a nawet 66


banknotu stuzłotowego… Prawda Hilary? – spojrzał na pomnik i oniemiał — Panie Anatolu! Hilary ma uśmiech na twarzy! Niech pan popatrzy, naprawdę uśmiecha się! Przecież był taki surowy i zdziwiony, kiedy tutaj przyszliśmy. A pan Szpachelka zakrył dłońmi oczy, później spojrzał na uśmiechniętą rzeźbę, znowu zakrył oczy i tak kilka razy na przemian. Nic nie pomogło. Uśmiech skamieniał na wyrzeźbionych w wapiennym głazie rysach Hilarego Mali. W końcu na twarzy słynnego archeologa pojawił się wyraz łagodnej rezygnacji. — Boże! Jak ja żałuję, że nie jestem dzieckiem – westchnął i uśmiechnął się do Hilarego. Najchętniej wyściskałby tę figurę w wielkiej bryle wapienia, gdyby nie obawa, że nie wszyscy mogliby zrozumieć, o co mu właściwie chodzi.

67


Wojtuś i ciekawy przypadek Mistrza Jana Długosza czyli o tym, że z wszystkich czasów najlepsze są nasze własne — Mamy dużo czasu – mruknął pan Szpachelka — i nie musimy jeszcze wyjeżdżać z Kielc. Możemy na przykład zajrzeć na rynek i obejrzeć kościół świętego Wojciecha. Niektórzy twierdzą, że stała tam najstarsza świątynia po tej stronie Łysogór, chociaż ten kościół, który dzisiaj istnieje zbudowano dopiero w osiemnastym, a znacznie rozbudowano w dziewiętnastym wieku. — Jestem za! – wtrącił szybko Wojtuś. — Ja również! – podchwyciła babcia — Jesteśmy jednomyślni, jakie to wspaniałe! — Wobec tego – stwierdził uroczyście pan Szpachelka — nie zastanawiajmy się już więcej, tylko marsz na rynek! Ale proponuję, żebyśmy udali się trochę inną drogą, bo chciałem wam coś pokazać. Szli teraz szeroką ulicą wzdłuż torów, a naprzeciwko dworca kolejowego otworzył się szeroki widok na piękny deptak, który najpierw opadał w dół, a później wznosił się do góry, aż po horyzont. — To ulica… — Żeromskiego! – zawołał Wojtuś. — No właśnie nie Żeromskiego, tylko Sienkiewicza. Główna ulica dawnych Kielc. Tak została nazwana, bo Henryk Sienkiewicz też był związany z tymi stronami. W Oblęgorku pod Kielcami otrzymał piękny 68


pałac, jako dar od narodu, w podziękowaniu za Nagrodę Nobla, za Trylogię, za podtrzymywanie polskiego ducha w czasie niewoli. A któż nie czytał Ogniem i mieczem, Potopu albo Pana Wołodyjowskiego? — Na przykład ja nie czytałem – wyrwało się Wojtusiowi. — Jestem zdumiony! – pan Szpachelka stanął i wybałuszył oczy tak, że o mało co nie wypadły z orbit — Przecież znajomość Trylogii to podstawowe zadanie, a nawet święty obowiązek każdego rycerza! No to na co jeszcze czekasz chłopcze? — Ale ja jestem jeszcze malutki! – zakwilił Wojtuś, trochę zdziwiony i przestraszony niespodziewaną reprymendą. — Więc zadanie na rok, do następnych wakacji jest jasne! Trylogia przeczytana! Za rok odpytam z podstawowych rzeczy. Czy rycerz zrozumiał? — Tak jest! – potwierdził Wojtuś potulnie. — A ja już tego dopilnuję – dodała babcia — No i nie przejmuj się Wojtusiu. Trylogię czyta się wspaniale. Sam nie będziesz wiedział, kiedy skończyłeś. Tak rozmawiając dotarli do wielkiego skrzyżowania ulic, za którym wznosiła się okrągła budowla, przykryta półkulistą czapką. — A co to? Wygląda jak UFO! – zdziwił się Wojtuś. — Twoje skojarzenia są słuszne, rycerzu – stwierdził pan Szpachelka marszcząc brwi — Ten budynek miał przypominać UFO, podobnie jak słynna hala widowiskowa w Katowicach, nazywana już w trakcie jej budowy Spodkiem. A to kieleckie UFO to dworzec autobusowy, zbudowany nie tak dawno, bo niewiele ponad czterdzieści lat temu. — Znam ten dworzec – wtrąciła babcia — Kiedyś jechałam stąd do Częstochowy i muszę powiedzieć, że zrobił na mnie wtedy wielkie wrażenie. — No właśnie! To był kiedyś najbardziej znany dworzec autobusowy 69


w Polsce. A to z racji nietypowej formy i pięknej architektury, podobnie jak Spodek był najsłynniejszą halą widowiskową w naszym kraju. Teraz na szczęście zaczynamy dostrzegać, że wiele jest w Polsce wspaniałych dzieł nowoczesnej architektury, a to nie zawsze było doceniane. Ale z drugiej strony mistrzowskie dzieła same się obronią, bo i ten kielecki UFO-dworzec i katowicki Spodek, który był świadkiem tylu wspaniałych mistrzostw sportowych i koncertów, od razu po zbudowaniu wrosły w panoramę Kielc i Katowic. Teraz nikt sobie nie wyobraża, że w jakimś momencie mogłyby zniknąć, bo byłoby to tak, jakby pozbawić Kraków wzgórza wawelskiego. Po tym długim wywodzie pan Szpachelka odetchnął głęboko, a Wojtuś mógł się zająć oglądaniem mijanych ulic i budynków. Babcia z sentymentem patrzyła na miasto, które odwiedziła dawno temu, ulice, po których biegał w gimnazjalnym mundurku jej ukochany pisarz, ślady pamięci zapisane na brukach, ścianach kamienic, zawieszone w nostalgicznej atmosferze dawnych Kielc. — Jesteśmy tutaj u siebie – wyrwało się Wojtusiowi ni z tego ni z owego, aż trochę speszony zakrył usta ręką. Ale babcia i pan Szpachelka uśmiechnęli się tylko i pogodnie rozglądali dookoła. Oni też byli u siebie. „Ciekawe czy Stefek też czuł się w Kielcach tak swojsko i przyjemnie, mimo zaborów i konieczności nudzenia się w kozie” – pomyślał Wojtuś z rozrzewnieniem. — Żeromski chyba czuł się w Kielcach jak w domu, chociaż niechętnie to okazywał – szepnęła babcia, jakby czytała Wojtusiowi w myślach i chciała zaspokoić jego ciekawość — Ten sentyment widać w jego książkach. Wreszcie którąś z bocznych ulic dotarli do rynku, który przywitał ich leniwą atmosferą ciepłego popołudnia i kawiarnianymi parasolami. 71


Nie pozostawało nic innego, jak usiąść przy okrągłym stoliku, pod wielkim parasolem, no i – rzecz oczywista – zamówić lody. — W kamienicy, pod którą siedzimy – snuła swoje romantyczne wspomnienia babcia — mieściła się kiedyś najbardziej znana w Kielcach cukiernia. — To jedna z najładniejszych kamienic na rynku – stwierdził fachowo pan Szpachelka — nazywana Sołtyki, od biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, chociaż tak naprawdę zbudował ją dla siebie w osiemnastym wieku kucharz biskupa! — Kucharz? – zdziwił się Wojtuś. — A tak! Widzicie teraz, jak bogaty i wspaniały był dwór biskupi, skoro kucharza stać było na postawienie kamienicy w rynku, a nie każdy mieszczanin, nawet bogaty, mógł sobie na to pozwolić. W ogóle jest tutaj kilka bardzo starych i ładnych kamienic. Na przykład ta po drugiej stronie, z podcieniem, należała niegdyś do rodziny Tomkiewiczów. Od dawna mieści się w niej muzeum. Obok kamienicy Tomkiewiczów była podobno kiedyś oberża, a jej straszny właściciel miał mordować co bogatszych gości, aby przywłaszczać sobie ich kosztowne bagaże. Tak mówi czarna miejska legenda. A w tej kamienicy obok Sołtyków, z piękną fasadą, mieściła się najstarsza w Kielcach apteka. — Ileż opowieści można snuć o każdym miejscu na rynku – babcia z uznaniem spojrzała na pana Szpachelkę, a Wojtuś ziewnął dyskretnie. — Opowiadam wam to, co kiedyś słyszałem – powiedział skromnie słynny archeolog — Jeżeli obojętnie jakie miasto porównamy do organizmu człowieka, to z pewnością rynek jest jego sercem. Gdziekolwiek byśmy nie byli, zawsze z rynkiem kojarzy nam się obraz miasta, choćby były w nim nie wiadomo jakie cuda. Przyznacie, że rynek w Kielcach jest niezbyt duży, ale bardzo przyjemny, prawda? Niegdyś na środku 72


stał okazały ratusz z wysoką wieżą, a obok ratusza był pręgierz, który dzisiaj, jak widzę, też stoi. — Pręgierz? – Wojtuś nastawił uszy, bo o czymś takim jeszcze nie słyszał. — To był taki słup, najczęściej kamienny, do którego przykuwano łańcuchami człowieka winnego jakiegoś wykroczenia wobec praw panujących w mieście. — No i co? – Wojtuś wzruszył ramionami — I on sobie tylko tam stał? I to była cała kara? — Wbrew pozorom, Wojtusiu, to była straszna kara. Człowiek przykuty do pręgierza był pozbawiony wszelkich praw. Każdy mógł go zelżyć, rzucić w niego kamieniem albo napluć mu w twarz. Był bezsilny, napiętnowany, wystawiony na wstyd i zemstę gawiedzi. A wszystko to na oczach całego miasta. Pod tym względem kara pręgierza była jedną z najbardziej okrutnych kar, które mogły spotkać mieszczanina. W społeczeństwach demokratycznych taka kara w ogóle jest nie do pomyślenia, prawda? Dlatego od dawna w Europie pręgierze, o ile się zachowały, są jedynie zabytkami dawnych praw i obyczajów. Nikt już nie myśli, żeby karać ludzi utratą godności. — A tam, obok tego pręgierza, stoi taka śliczna budka z drewna. To kiosk? — Masz rację – powiedział kelner, który przyniósł dla całego towarzystwa lody — To kiosk, ale taki, który ma swoją historię! — Tak? – zainteresował się pan Szpachelka — A jaką? — Taki kiosk stał na rynku od tysiąc dziewięćset dziesiątego aż do tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku. A był własnością pochodzącej z Armenii rodziny Kiebabczy, której dwa pokolenia handlowały w Kielcach gazetami. Mieli oni kilka punktów sprzedaży prasy, w tym kiosk na rynku. A ostatnio postanowiono wykonać kopię tego kiosku, no i znowu kiosk Kiebabczego stanął na rynku, i znowu można w nim kupić gazetę. 73


— Pyszna historia – pan Szpachelka z zadowoleniem pogładził brodę — Dziękujemy za opowieść! Tymczasem lody zostały zjedzone i nic nie stało na przeszkodzie, aby udać się w kierunku kościoła świętego Wojciecha, do którego często biegał Stefek, to znaczy Stefan Żeromski, chociaż nie był w najlepszych stosunkach z jego proboszczem. Mógł za to dyskretnie wpatrywać się w swoją Ludwinię. Kościół, jak objaśnił pan Szpachelka, stanął w miejscu bardzo starej świątyni drewnianej, którą opisał w piętnastym wieku Jan Długosz. — Długosz… Długosz… – zastanawiał się Wojtuś — Czy to nie ten facet, który ukazał się nam przez chwilę na Łysej Górze? — Mój drogi mały przyjacielu – pan Szpachelka zmarszczył brwi, ale tym razem poważnie i nawet trochę groźnie, a później tłumaczył łagodnie — Jan Długosz był historykiem, kanonikiem krakowskim, człowiekiem niebywałej wiedzy i wychowawcą synów króla Kazimierza Jagiellończyka. Spod jego pióra wyszły przełomowe rękopisy, w tym Roczniki czyli kroniki Królestwa Polskiego, w dwunastu księgach, które do dzisiaj są najbardziej znanym i najpilniej czytanym dziełem polskiej nauki historycznej. Należał do absolutnej elity intelektualnej średniowiecznej Europy. Dlatego bardzo cię proszę, abyś wyrażał się o nim z należytym szacunkiem. To nie był „facet”, z którym pokłóciłeś się w piaskownicy o wiaderko. Czy dobrze się rozumiemy? — Oczywiście, panie Anatolu! Przepraszam pana… no i Jana Długosza ma się rozumieć. — No dobrze. Przeprosiny przyjęte, możemy wejść do wnętrza. Kiedy będziemy w środku, zwróćcie uwagę na obrazy, a przynajmniej na obraz w głównym ołtarzu. Namalował go Jan Styka, który między innymi wsławił się tym, że wspólnie z Wojciechem Kossakiem stworzył Panoramę Racławicką… 74


— Widziałem! – zawołał Wojtuś, podnosząc rękę jak w szkole — To wielkie malowidło przedstawiające bitwę pod Racławicami, pomiędzy wojskiem polskim pod wodzą Tadeusza Kościuszki, a armią rosyjską. — Tak, tak. Teraz znajduje się w specjalnym pawilonie we Wrocławiu. Zresztą sam pawilon też należy do wspaniałych dzieł architektury nowoczesnej w Polsce. Chodźmy. W kościele panowała cisza, każdy szmer odbijał się echem o sklepienia i wydawał się potężnym grzmotem. Wojtuś obszedł wnętrze nawy dookoła, stawiając stopy ostrożnie, żeby nie zaburzyć uroczystego spokoju tego miejsca. Obejrzał obraz Jana Styki, wszystkie inne obrazy i piękne sklepienie, a później wymknął się do kruchty. Babcia i pan Szpachelka stali przed ołtarzem szeptem wymieniając uwagi. W kruchcie panował półmrok i jakaś niepokojąca atmosfera czegoś, co zaraz się wydarzy, a może to tylko głupie przeczucia, ale Wojtuś był już na nie wyczulony, więc rozejrzał się dookoła dokładnie i podejrzliwie. W kącie dostrzegł ciemny zarys nieruchomej postaci. „To rzeźba?” – przemknęło mu przez głowę, ale kiedy się zbliżył dostrzegł bladą szczupłą twarz i błyszczące oczy, które spoglądały na niego ze strachem, a nawet panicznym przerażeniem. Małego rycerza trochę zamurowało, ale po chwili odzyskał przytomność umysłu i chrząknął, bo właściwie nie wiedział, co ma powiedzieć w takiej sytuacji. Postać drgnęła nerwowo, a przerażone oczy zrobiły się niemal okrągłe. Panowała zupełna cisza. — Tak – wydukał wreszcie Wojtuś, trochę skrępowany przedłużającym się milczeniem — Piękną mamy dzisiaj pogodę, nieprawdaż. Nic, tylko pełne strachu oczy. — Pan turysta? Ja też! Cisza. — Ja nazywam się Wojtuś, to znaczy Wojciech, a w kościele jest moja 75


babcia i pan Szpachelka, sławny archeolog… Tak sobie oglądamy. Absolutna cisza, aż Wojtuś poczuł się nieswojo. „Może to niemowa, a ja go męczę?” – pomyślał i zaczął się raczkiem wycofywać w stronę wyjścia. — Gdzie… – przemówiła, a raczej wydusiła z siebie postać. — Słucham pana? — Gdzież ja jestem? – wyjęczane przez zaciśnięte zęby. — Jeśli chodzi panu o to, gdzie się pan znajduje, to chętnie pomogę. Jest pan w Kielcach, w kościele świętego Wojciecha. — Nie może być! – wyduszone ostatkiem sił. — Jestem pewny proszę pana. Zresztą przyprowadzę pana Szpachelkę, on wszystko wyjaśni. — Nie! – jęknęła postać — Ja chcę na powietrze! — Bardzo proszę – Wojtuś uprzejmie uchylił drzwi. Do kruchty wlał się ciepły blask słońca i dopiero teraz można się było przyjrzeć przerażonemu rozmówcy. Miał twarz szczupłą i kościstą, z wysokim czołem i haczykowatym nosem. Uwagę przyciągały ciemne błyszczące oczy, płonące teraz przerażeniem, ale też mądrością i ciekawością świata. Ubrany był w długi płaszcz albo sutannę koloru purpury, a na głowie miał wielki czarny beret. Ostrożnie wyjrzał na zewnątrz i natychmiast wskoczył do kąta kruchty, tuląc się do ściany tak, jakby chciał się w niej rozpłynąć. — Cóż to jest? – bełkotał — Gdzież ja jestem? Cóż to jest? — Jesteśmy w Kielcach – cierpliwie tłumaczył Wojtuś — W kościele świętego Wojciecha. — Znam przecie kościółek Wojciecha. Stoi za murami miasta, z drewna jest postawiony, stary i bliski ruiny. A ten wielki jest i wspaniały jak katedra moja na Wawelu. — Pan Szpachelka mówił, że w średniowieczu ten kościół był drew76


niany, ale w osiemnastym i dziewiętnastym wieku na miejscu tamtego powstała ta wspaniała murowana świątynia. — W jakim dziewiętnastym wieku? Nie pojmuję co prawisz! To w którym roku po narodzeniu Chrystusa? — No, w tysiąc osiemset którymś tam… — Tysiąc osiemset? – zajęczał tajemniczy jegomość — Czy to być może? Przecie mamy rok pański tysiąc czterysta pięćdziesiąty drugi, piąty rok miłościwego panowania króla Kazimierza! — Absolutnie muszę zaprzeczyć, proszę pana – powiedział Wojtuś stanowczo, choć zrobiło mu się trochę słabo — Mamy rok dwa tysiące dziewiętnasty. Dla pewności jednak dyskretnie uchylił drzwi i wyjrzał na zewnątrz. Przez plac przykościelny przejeżdżały samochody, gdzieś daleko słychać było sygnał karetki pogotowia ratunkowego. Gwar miasta wdarł się do kruchty i uspokoił go, więc cofnął się do środka. A tymczasem twarz jego rozmówcy stała się biała jakby cała krew z niej odpłynęła i niewiele różniła się od jasno pomalowanej ściany. — Jakże to? Przecie to jakieś czary! Nie, to nie może tak być! – bełkotał patrząc gdzieś w dal — Przecie ja opisuję dawne polskie wypadki, a nie błąkam się po przyszłych dziejach! Choć znam legendy i mam wyobraźnię nielichą, to nie wiem jak to może być w jakichś czasach dwa tysiące. Przybysz odetchnął głęboko, napięcie trochę zelżało, ale rozpacz i bezradność nadal odbijały się w jego oczach, pomieszane z mądrością i ciekawością tego przyszłego świata. — Proszę się nie martwić – Wojtuś spojrzał nań ze współczuciem — Ja też błądzę po różnych czasach i też mam z tym problem. Mam propozycję: mogę panu pokazać Kielce w dwa tysiące dziewiętnastym roku. Ale musimy wyjść na zewnątrz. 77


— Nigdy nie bałem się świata, ale teraz mam obawy. A tyżeś tak dziwnie ubrany Wojciechu, czyś ty aby nie jaki stwór diabelski? Nie wiem, nie wiem, choć myślałem, że wiem wiele. — Jestem Wojtuś, a nie żaden stwór diabelski. A tak w ogóle… z kim mam przyjemność? – Wojtuś wydusił z siebie pytanie, które od początku chciał jakoś zadać. Odpowiedziało mu milczenie i pytające spojrzenie ciemnych oczu. — To znaczy… Kim pan jest? — Jam jest Jan Długosz herbu Wieniawa, kanonik katedry na Wawelu. Spisuję kroniki naszego Królestwa – powiedział przybysz dostojnie i jakby z lekkim zdziwieniem, że można tego nie wiedzieć — A ty żeś mieszczanin, kmieć czy rycerz? Mały jeszcze jesteś. — Jestem rycerzem króla Władysława Jagiełły – stwierdził Wojtuś dumnie — herbu Zielona Strzała. No i strażnikiem zamku w Łutowcu. — Herbu Zielona Strzała? Jako żywo nie słyszałem o takim herbie, choć znam wszystkie herby królestwa naszego… Jeśliś rycerz króla Władysława, świeć Panie nad jego duszą, to nie możesz być z roku dwa tysiące ileś! Czy chcesz mnie omamić chłystku? — Nie potrafię tego wyjaśnić – Wojtuś zarumienił się aż po czubki uszu, na szczęście w krypcie panował półmrok i kronikarz z piętnastego wieku tego nie dostrzegł — ale król Władysław Jagiełło pasował mnie na rycerza! A było to w zamku Olsztyn… — Przecie dobrze znam zamek Olsztyn – z niespodziewaną energią wykrzyknął kronikarz — To największa warownia na śląskiej granicy, zbudowana przez Kazimierza ostatniego Piasta, a ten już za życia miał przydomek Wielkiego. — No właśnie pan Szpachelka mówił, że Olsztyn wznieśli biskupi krakowscy, a Kazimierz Wielki go rozbudował. 78


— Nie może być! — Może, może – powiedział Wojtuś ze stoickim spokojem, ale nie chciał się kłócić z największym polskim kronikarzem, więc postanowił zmienić temat — Czy mogę ci zaproponować, Mistrzu, przechadzkę po Kielcach? — Cóż – Jan Długosz skromnie spuścił oczy, widocznie podłechtał go nieco ten „Mistrz” — Zatem chodźmy, ale i tak obawiam się co dalej będzie. Muszę kroniki dokończyć, a opisałem dopiero wypadki z czasów Władysława zwanego Łokietkiem, co zjednoczył był na powrót Królestwo Polskie. Wielki to był władca, choć posturę miał niedużą… — Dobrze, dobrze Mistrzu, ale jeśli mamy iść to chodźmy – wtrącił Wojtuś niezbyt uprzejmie, ale skutecznie, bo Długosz stracił wątek i zamilkł, trochę zdziwiony, że byle rycerz śmie tak przerywać wywód historyczny. Z drugiej jednak strony podobało mu się, że taki mały chłystek uznaje jego wielkość i zwraca się do niego per „Mistrzu”, wobec tego westchnął tylko z rezygnacją i kiwnął głową łaskawie. Wojtuś wyszedł przed kościół i głęboko odetchnął ciepłym powietrzem popołudnia, a Jan Długosz najpierw wystawił jedną nogę, potem głowę, rozejrzał się ostrożnie i wysunął całą swoją postać, przylepiając się do ściany i szeroko otwartymi oczami badając dziwny świat przyszłości. Po kilku głębszych oddechach zdecydował się wreszcie oderwać od ściany i chwiejnym krokiem podążył za Wojtusiem. Na obszernym placu przed świętym Wojciechem przystanął i odwrócił się. — Jakaż piękna świątynia – wymamrotał — Jakaż wielka! A gdzie cmentarz? — Nie ma teraz cmentarzy przy kościołach – powiedział Wojtuś ze stoickim spokojem — cmentarz jest daleko, za miastem. 79


— Za miastem powiadasz. Nic tu nie poznaję. Przecie tam był kościółek z drewna, wkoło groby, a tu stało parę lichych domków, też drzewianych. Gdzie się to podziało? – Długoszowi głowa kręciła się dookoła, a Wojtuś zaczął się bać, że koniec końców Mistrz skręci sobie kark, no i kto wtedy dokończy kroniki Królestwa Polskiego? A teraz jednak był trochę odpowiedzialny za najświetniejszego z polskich kronikarzy. — Spokojnie Mistrzu – wyszeptał — Ja Mistrza poprowadzę. Nie wszystko się zmieniło od twoich czasów. Na przykład ludzie są tacy sami, chociaż może troszkę inaczej się ubierają. — Troszkę inaczej? – zajęczał Długosz, wskazując na grupę dziewczyn w sukienkach mini – W moich czasach nie do pomyślenia było, żeby niewiasta odsłoniła dużo więcej niż szyję! Rozwiązłe te twoje wieki Wojciechu, chyba was Bóg pokara jak Sodomę i Gomorę! — No cóż, nie jesteśmy teraz tacy pruderyjni jak wy – wypalił Wojtuś, ale zaraz się zreflektował („Przecież mówię do samego Mistrza Jana Długosza!”) i dodał uspokajająco — To nic Mistrzu, to dopiero początek. Najsławniejszy polski kronikarz westchnął tylko boleśnie na te słowa. Szli powoli, a mijający ich ludzie przystawali zdumieni, oglądając z otwartymi ustami ubiór kanonika i jego całą posturę. Jedni zakrywali usta ręką, żeby nie parsknąć śmiechem, inni z niedowierzaniem kręcili głowami i rozglądali się, czy aby w głębi placu nie ma kamery, która kręci tutaj film. Dotarli wreszcie do brukowanej ulicy wiodącej w stronę rynku. — To ulica Bodzentyńska. Pan Szpachelka mówił, że to dawny trakt do Bodzentyna, gdzie był piękny zamek biskupów krakowskich. — Trakt Bożęcki? – zapytał niepewnie kronikarz, na co Wojtuś skinął głową, dumny ze swej wiedzy — Przecie w tym miejscu potok płynął, co go Sielnica nazywali. Za potokiem już miasteczko Kielce było z piękną 81


kolegiatą. A ta rzeczka tak była nazwana, bo sił dodała księciu Mieszkowi, synowi Bolesława zwanego Śmiałym, kiedy zasłabł był na łowach w tutejszych lasach… — No w każdym razie teraz jest tu ulica – stwierdził Wojtuś zdecydowanie — Pan Szpachelka nic nie mówił o rzece. — A któż to taki pan Szpachelka? – odburknął Mistrz najwyraźniej zły, że tak bez ceremonii przerywa mu się po raz kolejny wywód historyczny — Nie znam kronikarza o takim imieniu! — Bo to nie kronikarz tylko sławny archeolog. — Archeolog – zamyślił się Długosz — Czyli odczytuje starożytne księgi? Domyślam się tak, bo z greckiego archeologos oznacza naukę o starożytności! — Archeolog prowadzi wykopaliska w ziemi, znajduje w niej różne przedmioty i na ich podstawie dowiaduje się, jak wyglądało życie w dawnych czasach, gdzie ludzie mieszkali, co jedli, jak zarabiali na życie. — Tak? I co on na przykład znajduje? — No, na przykład kości albo garnki… — Garnki? – powtórzył Mistrz zdumiony — Ja takie garnki widziałem i wiem, że one same z siebie rosną w ziemi, a to jest wielka osobliwość naszych obszarów. Zapisałem to spostrzeżenie w moich kronikach – dodał z dumą. Kiedy tak szli powoli ulicą Bodzentyńską, nagle wypadł z bocznej uliczki samochód i przemknął obok Jana Długosza, który w tym momencie zamienił się w słup soli, później przeżegnał się trzy razy, a następnie padł na kolana i zaczął się głośno modlić. Spowodował tym małą sensację wśród przechodniów, ale Wojtuś dzielnie stał obok Mistrza, nie odpowiadał na żadne pytania i tylko głupkowato się uśmiechał. — Co… co… co to było? – wymamrotał kronikarz, kiedy już zakończył 82


modły — Widziałem tylko dwa ślepia płonące, okropną gębę wielką, ale nóg nie widziałem! Czy to jaki rydwan piekielny? Czy diabły najechały Kielce? — To tylko samochód – mruknął Wojtuś dosyć niechętnie, bo był przekonany, że nie wytłumaczy Mistrzowi, co to jest samochód, podobnie jak nie wytłumaczył tego Stefkowi, to jest Stefanowi Żeromskiemu — Jeżeli chcemy gdzieś się dostać, to wsiadamy w samochód i jedziemy. — Ale, na boskie rany, jak to się porusza??? Nie widzę, żeby to coś ciągnęły konie, jak porządny wóz. — No bo ma taki silnik i koła, no i wozi ludzi. Trzeba się tylko z tym oswoić. Mistrza najwyraźniej nie przekonało to tłumaczenie, ale nie miał już czasu na dalsze pytania, bo na ulicę wyjeżdżały kolejne samochody, jechał też wielki autobus, który tak go przeraził, że zamilkł, śledząc z bojaźnią i przerażeniem poruszające się na kołach stwory. — O! Właśnie wchodzimy na rynek! – zawołał Wojtuś uradowany, że może zmienić temat — Podoba ci się Mistrzu rynek w Kielcach w moich czasach? — Jestem zdumiony – wybełkotał Długosz wytrzeszczając oczy — Przecie rynek to plac zawsze pełen błota, obudowany lichymi domkami z drewna, a tu widzę coś, co bardziej przypomina mi Rzym, Florencję albo Pragę, bo nawet nie mój Kraków. A jakie te domy mieszczan wspaniałe, wszystkie murowane! — Nareszcie coś ci się podoba – mruknął Wojtuś, ale tak, żeby nie usłyszał tego kronikarz, bo mógłby się obrazić. — A te wielkie okna w domach? — To są sklepy… 83


— Sklepy? – zdziwił się Mistrz – Nie widzę tam w środku sklepień jeno zwykłe powały. — Sklepy. Miejsca gdzie się kupuje i sprzedaje różne towary. — Aha, kramy! — O! Tutaj na przykład jest sklep z telewizorami. — Z czym? – Długosz spojrzał na wielką wystawę z ekranami telewizorów, które były włączone i emitowały programy na różnych kanałach — Boże mój! Co to za ludzie? – jęknął z przerażeniem — Dlaczego oni są tacy mali? Czy te t e w e l i z o r y ich uwięziły i trzymają w niewoli? — Chyba nie wytłumaczę ci Mistrzu co to jest telewizor – stwierdził Wojtuś z wyrazem rezygnacji na twarzy — To nie są prawdziwi ludzie, tylko takie obrazy, ale ruchome. — Jakżeż nie są prawdziwi, kiedy ruszają się, mówią, a nawet coś jedzą! Boże mój! Co to za czasy?! — Mogę cię jeszcze Mistrzu zaprowadzić pod twoją kolegiatę – zaproponował Wojtuś, ale bez przekonania, tylko po to, aby zmienić temat. — Nigdzie już nie pójdę! – stanowczo stwierdził kronikarz — Prowadź mnie z powrotem do Wojciecha! Muszę się pomodlić, żeby na powrót znaleźć się w moich czasach! Kiedy znaleźli się w kruchcie Mistrz padł na kolana i zaczął się gorąco modlić. Tymczasem Wojtuś ostrożnie zajrzał do wnętrza nawy i stwierdził z ulgą, że babcia i pan Szpachelka nadal stoją pod ołtarzem i zawzięcie o czymś dyskutują. Kiedy się odwrócił nie zobaczył już kronikarza. Kruchta była pusta. „Mistrz Jan Długosz powrócił do swoich czasów” – pomyślał z ulgą i uśmiechnął się pod nosem. Nawet nie musiał nic tłumaczyć babci, kiedy wreszcie cała trójka zgromadziła się pod kościołem. — Po drodze do naszego samochodu możemy jeszcze odwiedzić teatr – zaproponował pan Szpachelka. 85


Propozycja została przyjęta entuzjastycznie, zwłaszcza przez babcię, która miała nadzieję, że zobaczy salę teatralną i usiądzie na krzesełku, które może niegdyś zajmował Żeromski. Wkrótce stanęli pod budynkiem teatru, a Wojtuś pomyślał, że wygląda on jeszcze ładniej niż w czasach Stefka, chociaż wtedy był nowy, dopiero co zbudowany. — Oto teatr imienia Stefana Żeromskiego – powiedział uroczyście pan Szpachelka i mrugnął porozumiewawczo do Wojtusia — Fajny? — Piękna kamienica – westchnęła babcia. — Stefek pokazywał mi ten teatr – Wojtuś dyskretnie pociągnął połę słynnej kamizelki znanego archeologa. — A byłeś w środku? — No… nie. — Widzisz! A może babcia chciałaby zobaczyć widownię, na której siadywał jej ukochany pisarz. — Rzeczywiście! O tym nie pomyślałem. Chociaż o tej porze nie było żadnego przedstawienia, jednak sam pan dyrektor pozwolił miłośnikom wielkiego pisarza i patrona teatru obejrzeć widownię i scenę. Babcia była tak wzruszona, że zaniemówiła i odzyskała głos dopiero wtedy, kiedy znaleźli się wśród rzędów krzeseł obitych czerwoną tkaniną. Skorzystała z okazji i usiadła w trzecim rzędzie od końca. — Może to właśnie tutaj siadywał Żeromski, uczeń gimnazjum rządowego – szepnęła jakby na usprawiedliwienie. — Żeromski zawsze wkręcił się do jakiejś loży – wypalił Wojtuś, ale zaraz zreflektował się i dodał potulnie — Gdzieś czytałem… — Ja teatr uwielbiam, ubóstwiam – powiedział szybko pan Szpachelka widząc zdziwienie babci, która już otwierała usta, żeby zadać Wojtusiowi pytanie w rodzaju „A skąd to wiesz? Rozmawiałeś z Żeromskim?” 86


— Tutaj pewnie wystawiają różne przedstawienia, czasem głębokie i mądre, czasem głupie i płytkie, śmieszne albo wzruszające do łez. Ale w każdym teatrze, kiedy rozpoczyna się sztuka, kiedy zapada cisza i unosi się kurtyna, czujesz się tak, jakbyś lewitował do innego świata, na inną planetę. Wszystko to, co zostawiłeś poza teatrem wydaje ci się miałkie i marne, unosisz się w przestrzenie, których nigdy byś nie dostrzegł, gdybyś do tego budynku nie zajrzał. — Jakbym to już słyszał – powiedział Wojtuś i zmarszczył brwi. — Gdzie to słyszałeś Wojtusiu? – zapytała babcia cała pąsowa z dumy, że jej kochany wnuk wykazuje tak niesamowitą wrażliwość i wiedzę. — No nie wiem. Może mi się tylko tak zdawało. — Żeromski też ubóstwiał teatr. Nawet poważnie myślał czy by nie zostać aktorem. Pewnie sprawdziłby się jako aktor, ale czy powstały by wtedy „Popioły”? Chyba jednak lepiej, że wybrał pisarstwo. Wojtuś rozglądał się po wysokiej sali, lożach na zawieszonych dookoła balkonach, czarnych reflektorach skierowanych na scenę. Przyćmione światła rozjaśniały tylko środek widowni, a po bokach czaiły się głębokie cienie. Panowała zupełna cisza, jakby całe to tajemnicze wnętrze odpoczywało i czekało na wieczór, kiedy napełni się gwarem widowni, a później, po trzecim dzwonku, zapadnie cisza, rozsunie się kurtyna, błysną reflektory i rozpocznie się magiczny spektakl, który przeniesie ten budynek daleko w kosmos, osiągalny dla człowieka tylko tu, w teatrze. — Oho! Chyba nasz rycerz trochę się rozmarzył – roześmiała się babcia, a Wojtuś dopiero wtedy zorientował się, że leży na podłodze i wpatruje się w te wielkie magiczne przestrzenie, o których myślał jeszcze przed chwilą. — A gdzie marzyć – westchnął pan Szpachelka — jak nie w teatrze? Co prawda ta sala nie jest tak wielka i wspaniale ozdobiona, jak na 87


przykład sala teatru Słowackiego w Krakowie, ale przyznacie, że ma swój klimat i historia wyłazi tu z każdego kąta. Wyobraźnia wzlatuje wysoko i człowiek czuje się tak, jakby nie był ograniczony ani czasem ani miejscem. W takich magicznych miejscach zawsze nabieram wielkiej mocy i zaczynam wierzyć, że wszystko mogę i wszystko jeszcze przede mną. — Jest pan romantykiem, panie Anatolu – stwierdziła babcia z uśmiechem — Wobec tego myślę, że nie może pan nie lubić Żeromskiego. Jak to jest? — No dobrze – pan Szpachelka oblał się leciutkim rumieńcem, co nie uszło uwagi Wojtusia, a babcię rozczuliło prawie do łez — Przyznaję! Uwielbiam Żeromskiego i myślę poniekąd, że właśnie dlatego tak dobrze czuję się w Kielcach. Kiedy wyszli na ruchliwą o tej porze ulicę Sienkiewicza słońce chyliło się już powoli ku zachodowi i trzeba było myśleć o powrocie do Łutowca, choć wszyscy chcieli jeszcze przeciągnąć te ostatnie chwile w Kielcach. Jeszcze raz obejrzeli wspaniałą fasadę teatru, która tak podobała się Stefkowi, to znaczy Stefanowi Żeromskiemu, a pan Szpachelka przyjrzał się dokładnie wystawionym w oknach afiszom i fotografiom z aktualnie wystawianych sztuk. — Widzę, że na afiszu jest przedstawienie, które nazywa się 1946 – mruknął zaciekawiony — Chętnie bym je obejrzał, ale niestety będzie wystawiane jutro, a my już dzisiaj wieczorem będziemy w Łutowcu. Domyślam się, że chodzi w nim o tak zwany pogrom kielecki… — Pogrom? – podchwycił Wojtuś — A co to takiego? Nigdy jeszcze nie słyszałem tego słowa. — I obyś już nigdy nie usłyszał! Po zakończeniu drugiej wojny światowej wróciła do Kielc część mieszkających tu dawniej Żydów, przeważnie 89


ocalałych z niemieckich obozów zagłady. Zamieszkali oni w jednej kamienicy przy ulicy Planty, nad rzeczką. W lipcu tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku wielu z nich zostało zamordowanych w wyniku jakiejś podłej plotki, niesprawdzonego oskarżenia czy może prowokacji ówczesnych władz. To właśnie był pogrom. Zresztą podobne wypadki wydarzyły się wówczas także w innych miastach, ale te kieleckie były najbardziej tragiczne. Pewnie właśnie o tym traktuje sztuka teatralna. — Nic o tym nie wiedziałem – Wojtuś zrobił zdziwioną minę, ale widać było, że jest mu przykro — Ale co to ma wspólnego z dzisiejszym pięknym miastem? — Chyba nic! Każdy naród i każde miasto, a zwłaszcza wiele wieków istniejące, miały w swojej historii długie okresy jasne i pełne chwały, ale też dni ciemne, naznaczone niesprawiedliwością i przemocą. Pamięć o tych dniach hańby i o ich ofiarach trzeba szanować, tak jak pomniki i miejsca związane z tragicznymi wydarzeniami. Ale miasto czy naród nie mogą wiecznie żyć napiętnowane, w ciągłym poczuciu winy za okrucieństwo i bezmyślność przodków. Zobacz, taki Napoleon Bonaparte utopił we krwi własny kraj i połowę Europy, ale czy mamy dziś to za złe współczesnym Francuzom? No nie, bo byłby to zupełny nonsens. Młodzi Niemcy też nie są winni temu, że ich pradziadowie rozpętali dwie najbardziej okrutne wojny w dziejach świata. My poznaliśmy jasne i sympatyczne oblicze Kielc, historię górniczej pracy i wielkich ludzi, którzy tutaj stawiali pierwsze kroki w dorosłe życie, aby później być sumieniem narodu. I takie to miasto jest. Czujemy się tu wspaniale, jesteśmy tutaj u siebie. Nie możemy winić współczesnych za ciemne karty historii, której nie zmienimy, bo to już się wydarzyło. Ale nie zwalnia nas to z obowiązku pamiętania o tych tragicznych wydarzeniach, badania ich przyczyn i skutków, bo ten dramatyczny epizod to również kawałek dziejów miasta i dziejów Polski. 90


— Na szczęście smutne dni i tragiczne wydarzenia zawsze mijają jak zły sen – szepnęła babcia, zapatrzona w daleką perspektywę ulicy — A potem wraca słońce i możemy się rozkoszować ciepłem jego promieni, widokiem ślicznego miasta, naszym wspaniałym czasem bez wojny i nienawiści. — I tak trzymać! – powiedział pan Szpachelka z zadowoleniem gładząc brodę — A teraz pozwolicie, że wpadnę na chwilę do kiosku. Muszę kupić chusteczki, żeby otrzeć łzy wzruszenia – mrugnął porozumiewawczo do Wojtusia, który zaśmiał się wesoło, chociaż musiał sam przed sobą przyznać, że i jemu udzielił się wzruszający romantyzm teatru. Kiedy po chwili pan Szpachelka wyszedł z kiosku po drugiej stronie ulicy, trzymał w ręku gazetę, studiował ją zapamiętale i o mały włos nie wyrżnął głową o bruk, potykając się o krawężnik. Ale był tak pochłonięty lekturą, że zupełnie nie zwrócił na to uwagi, choć babci zrobiło się słabo, a Wojtuś zakrył sobie dłonią usta, żeby głośno nie krzyknąć. — Zwykle nie kupuję gazet – zawołał sławny archeolog z wypiekami na twarzy — ale teraz zrobiłem wyjątek, bo od razu zauważyłem tytuł na czołówce! Sami zobaczcie! „Odnaleziono rękopis z nieznanym fragmentem kronik Jana Długosza” – przeczytał Wojtuś i od razu zrobiło mu się gorąco. — Słuchajcie dalej – pan Szpachelka rozłożył gazetę i czytał powoli, jakby z namaszczeniem — „Pergaminową kartę znaleziono w niszy, odkrytej w czasie prac remontowych w jednym z pomieszczeń zamku na Wawelu. Była ona zapełniona tekstem w języku łacińskim. Tekst ten przetłumaczono, a naukowcy stwierdzili bez cienia wątpliwości, że został on własnoręcznie spisany przez największego kronikarza naszego średniowiecza. Sama treść dotyczy opisu Kielc i jest bardzo zagadkowa. Nie wiadomo też kto i dlaczego schował pergamin w niszy, która praw91


dopodobnie została wykuta specjalnie w tym celu, a później od razu zamurowana”. To niesamowite! – krzyknął pan Szpachelka tak głośno, że słyszała go chyba połowa ulicy – A niżej zacytowany jest tekst z pergaminu. Posłuchajcie. Archeolog na chwilę zamilkł, szybko przelatując treść oczami, a potem spojrzał jakoś dziwnie na Wojtusia, który wzniósł oczy ku niebu i zamrugał niewinnie powiekami. — Proszę czytać panie Anatolu – niecierpliwiła się babcia — Takie rzeczy nie zdarzają się codziennie. — OK., usiądźmy sobie tutaj na ławeczce i już czytam. „Zdarzyło się roku pańskiego tysiąc czterysta pięćdziesiątego drugiego, piątego roku panowania miłościwego króla Kazimierza czwartego. Kraków nawiedziła w ów czas wielka epidemia, mnóstwo ludzi pomarło. W Moguncji Johannes Guttenberg wynalazł czcionkę ruchomą i z jej pomocą wydrukował biblię, którą można było w wielu egzemplarzach powielać. A ja przebywałem w Kielcach, mieście biskupim, aby jego położenie opisać i dochody do katedry naszej krakowskiej płynące. Miasteczko to znajduje się niedaleko naszego ukochanego klasztoru świętokrzyskiego. Tutaj odwiedziłem kościółek świętego Wojciecha, za miastem stojący, stary i drewniany, ku upadkowi się chylący. A w tym kościółku dziwne mnie spotkały przypadki i do dziś nie wiem czy była to jawa czy tylko sen, ale postanowiłem je spisać na tym pergaminie, ku pamięci i przestrodze potomnych. Kiedy już opuścić miałem ów kościółek, świat wokół mnie uległ wielkiej zmianie. Zamiast małej i lichej świątyńki zobaczyłem ogromny murowany kościół, tylko trochę mniejszy od naszej katedry na Wawelu. A później spotkałem małego chłopca o imieniu Wojciech, ale nie był to święty Wojciech. Twierdził, że jest rycerzem króla Władysława Jagiełły, świeć Panie nad jego duszą, ale nie dałem mu wiary, bo 92


był za mały i nie miał miecza, a ten jak wiadomo wyróżnia stan rycerski. W każdym razie oprowadził mnie po mieście. Według tego chłopca był rok dwa tysiące dziewiętnasty po narodzeniu Chrystusa, a więc znalazłem się w głębokiej przyszłości, czego nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłem. Miasto było piękne, całe murowane, wszystkie okna miały szklane powłoki, a domy mieszczan były zdobione niczym pałace. Rynek i ulice wszystkie pokryte były brukiem albo czarną masą, której nie znam, a tak równą i gładką, że strach było po niej chodzić. Po placach i ulicach kręciło się mnóstwo ludzi, ubranych dość dziwacznie i kolorowo, a niewiasty chodziły tak skąpo odziane, że ciągle się potykałem, bo musiałem przymykać oczy. Ale nie to było najgorsze. Najbardziej okropne wydały mi się stworzenia, które same z siebie, bez widocznej przyczyny, poruszały się po ulicach, niektóre mniejsze, inne ogromne. Mój mały przewodnik objaśnił mi, że nazywają je s a m o c h o d a m i. Potwory te miały jasno świecące ślepia i poruszały się z wielką szybkością na kołach, albo bezgłośnie, albo z rykiem straszliwym. W swoim wnętrzu trzymały ludzi na uwięzi, czasem pojedynczo, a czasem całe gromady. Co dziwne, często ich wypuszczały, ale ludzie zawsze do nich wracali, choć nie byli przywiązani żadnymi powrozami. Zdaje mi się, że te diabelskie stworzenia wydawały ludziom rozkazy z pomocą małych czarnych tabliczek, bo nie widziałem człowieka, który by nie miał takiej tabliczki. Wszyscy wpatrywali się w nie jakby byli w jakimś transie i albo coś do nich mówili, albo słuchali i zupełnie nie zwracali uwagi co się dzieje dookoła, tak byli zniewoleni.” Pan Szpachelka przerwał aby trochę odpocząć i bardzo uważnie przypatrzeć się Wojtusiowi, który błądził oczami tu i tam, gorączkowo szukał jakiejś wymówki, uśmiechał się głupkowato i nie wiedział co zrobić z rękami. Najchętniej schowałby się w jakąś niszę w ścianie, ale nie było 93


gdzie się ukryć i zaczęło się mu wydawać, że wszyscy ludzie na ulicy Sienkiewicza czekają na to, co też powie albo zrobi mały Wojtuś. A babcia milczała i tylko przenosiła pełne zdziwienia spojrzenie z wnuka na archeologa i na powrót. — Może to jakieś opowiadanie? – wykrzyknął mały rycerz, siląc się na wesoły uśmiech — Jakieś science fiction? A może taki żart? — To najprawdziwsza prawda – powiedział łagodnie pan Szpachelka — Jest to gazeta codzienna, a nie pismo literackie. A ta wiadomość to news dnia. — Ciekawe co to za Wojciech – mały rycerz zarechotał nerwowo — To nie ja! Ja jestem Wojtuś! Jak dorosnę będę Wojciechem. — No cóż, może jakieś wyjaśnienia będą dalej. Zobaczmy. „Prócz tego widziałem w domach mieszczan wiele kramów z wielkimi oknami, które nazywali sklepami, choć nie były przykryte żadnymi sklepieniami. W jednym takim sklepie było wiele mniejszych i większych tablic, w których widać było ludzi zmniejszonych do nienaturalnych rozmiarów. Ludzie ci byli żywi, rozmawiali, jedli, śmiali się albo płakali, próbowali się z tych tablic uwolnić, ale nie mogli, tylko miotali się w nich i było to przerażające. Wojciech tłumaczył mi, że to nie są żywi ludzie, tylko obrazy, tyle że ruchome, ale ja nie dawałem temu wiary, bo widziałem żywych ludzi uwięzionych przez te tablice. On je nazywał t e l e w i z o r a m i. Do dziś nie wiem, co o tamtym świecie myśleć, ale wydał mi się jakiś straszny, dziwny i niezrozumiały. Jeśli taka czeka nas przyszłość, to mam wiele szczęścia, że mogę żyć teraz, w czasach miłościwego króla Kazimierza, gdzie wszystko jest uporządkowane, a ludzie nie są niewolnikami jakichś okropnych potworów i nie noszą żadnych tabliczek, tylko rozmawiają z sobą… Tutaj rękopis się urywa – czytał dalej pan Szpachelka – i nie wiadomo, czy był dalszy ciąg czy to już koniec. 94


Według naukowców można być pewnym, że jest to jeden z najbardziej zagadkowych rękopisów w historii świata i jeszcze długo badana będzie sprawa jego autentyczności”. Sławny archeolog złożył gazetę i głęboko się zamyślił, a babcia mrugała powiekami i wyglądała tak, jakby jeszcze nie dotarła do niej treść artykułu. — Czy chciałbyś się z nami podzielić jakimiś wiadomościami, rycerzu? – zapytał pan Szpachelka niby od niechcenia. — Nieee… – Wojtuś pokręcił głową i wzruszył ramionami — Nic mi nie przychodzi do głowy. — No dobrze. To zapytam wprost. Oprowadzałeś po Kielcach Jana Długosza? — Panie Anatolu! – babcia parsknęła śmiechem — Myślałam, że jest pan człowiekiem, który rozumuje ściśle i logicznie. Przecież pan wie, że to jest niemożliwe! — No tak – pan Szpachelka bezradnie podrapał się po głowie i porozumiewawczo zamrugał do Wojtusia — Ma pani rację, pani Alicjo. Właściwie nie wiem dlaczego zadałem takie pytanie. — Niestety, chyba musimy już ruszać w stronę samochodu – babcia bardzo się starała, żeby to zdanie brzmiało wesoło, ale i tak wszystkich ogarnęła mała melancholia, bo najchętniej siedzieliby na tej ławeczce jeszcze co najmniej do wieczora. — No to ruszajmy, skoro musimy – sławny archeolog podniósł się z ociąganiem i powlókł noga za nogą w stronę parku, a za nim babcia, pilnie rozglądając się dookoła, jakby nie chciała uronić żadnego z tych szczegółów, którymi kiedyś będzie się rozkoszować, wspominając dawne czasy. Wojtuś jeszcze chwilę zamarudził na ławeczce, bo postanowił ostatni raz ogarnąć wzrokiem dolną część ulicy. Odwrócił się więc i zdębiał, bo po 95


drugiej stronie placu, który nazywany jest Placem Artystów, stała taka sama ławeczka. Siedzieli na niej rzędem Stefek, to znaczy Stefan Żeromski, górnik Hilary Mala i Elmer z Malmesbury, mnich, który postanowił zgłębić tajemnicę latania. Elmer prostował skrzydła, najwyraźniej odpoczywał i zbierał siły do dalszego lotu. Hilary też odpoczywał po ciężkiej pracy i uśmiechał się pod nosem, rozmyślając o wielkich bryłach ołowianych, a może o pięknej rzeźbie świętej Barbary. A Stefek, w czarnym mundurze gimnazjalnym z błyszczącymi guzikami, siedział niedbale ze wzrokiem utkwionym gdzieś w błękicie nieba, pewnie marząc o swojej Ludwini albo szukając odpowiednich fraz do nowego wiersza. Wojtuś zamachał do nich, ale żaden nie odpowiedział, jakby ten świat w ogóle dla nich nie istniał. „Dam im już spokój – pomyślał – Niech sobie żyją w swoich czasach, może nasze drogi kiedyś znowu się skrzyżują”. Uśmiechnął się pogodnie i poczuł dziwną lekkość, jakby sam unosił się w powietrzu. Potem podniósł się i szybko pobiegł do parku. — Dziwna rzecz mnie spotkała Wojtusiu – pan Szpachelka wyglądał na człowieka w ciężkim szoku, tak samo jak przed kościołem na Karczówce — Wyobraź sobie, podszedł do mnie żebrak albo bezdomny, wyciągnął rękę i poprosił o jakiś datek. Dałem mu te dwa złote, które gołąb zostawił przed pomnikiem Hilarego Mali, a żebrak uśmiechnął się, podziękował i powiedział: „No, teraz ta monetka mi się przyda”. Co ja mam o tym myśleć? Czy to był ten żebrak spod karczówkowskiego kościoła? Jak ja mam to pojąć? — Proszę się już nie dręczyć pytaniami panie Anatolu – odparł Wojtuś uśmiechając się pogodnie — Rozkoszujmy się pięknym popołudniem. No i nie możemy zapomnieć o wrzuceniu grosika do źródełka Biruty! Przecież musimy tu kiedyś wrócić! 96


Wojtuś i chęcińska tajemnica Bony Sforza czyli o tym, że historia jest zawsze bardziej zagmatwana niż to sobie wyobrażamy — A co to za trzy kominy? – zaśmiał się Wojtuś wskazując palcem wzgórze, które powoli wyłaniało się przed nimi, kiedy samochód wjeżdżał na rozległe pokryte lasem pasmo. — Przede wszystkim młodzi rycerze nie powinni niczego wskazywać palcem – odparł z godnością pan Szpachelka — A po wtóre te kominy to jedno z najbardziej znanych polskich zamczysk, mianowicie ruina zamku w… — Chęcinach – dokończył Wojtuś szybko — Przecież wiem. Tylko tak żartuję. — Wiem, że wiesz, dlatego nie doznałem żadnego szoku. Ale pewnie nie wiesz, że to chyba najbardziej popularny zamek-dojutrek. — Zamek-dojutrek? A cóż to znaczy? — Otóż pod Chęcinami przebiega jedna z najbardziej zatłoczonych tras w naszym kraju czyli popularna siódemka. Zaraz zresztą na nią wjedziemy. Można by więc pomyśleć, że to wymarzone położenie dla takiego zamczyska i że tłumy turystów będą tam walić drzwiami i oknami. — A ja tu czytam na tablecie – wtrąciła babcia — że bardzo wielu turystów odwiedza Chęciny, szczególnie po rewitalizacji zamczyska i miasteczka. Więc jak to jest? 98


— Pewnie tak, ale mogłoby być tych turystów dwa albo trzy razy więcej, gdyby nie wygodna filozofia dojutrków. — Dalej nie wiem o co chodzi – jęknął Wojtuś — Co to jest ten dojutrek, a teraz jeszcze doszła jakaś r e t a w i z i l a c j a… Co to jest na Boga? — Ten uczony termin – objaśnił pan Szpachelka ledwo tłumiąc śmiech — oznacza ożywienie czyli przywrócenie do życia obszarów albo obiektów, które były puste, smutne i zaniedbane. No i szczęście, że Chęciny doczekały takiej rewitalizacji. W końcu, w czasach Królestwa Polskiego było to miasto niepospolite, nie tylko siedziba rozległego starostwa, ale też wielkie centrum górnictwa kruszcowego oraz ośrodek kamieniarski i rzeźbiarski, gdzie wydobywano i obrabiano tak zwane chęcińskie marmury, znane w całym kraju. Żeromski też tu bywał, prawda pani Alicjo? — Bywał, pisał nawet o zamku w swoich Dziennikach, no i wspomniał o nim w Popiołach. Ale, ale… Przypomniałam sobie, że nawet nasz noblista Henryk Sienkiewicz opublikował list w obronie ruin zamkowych! — Wydaje mi się, że oglądałem kiedyś oryginał tego listu w Muzeum Sienkiewicza w Oblęgorku – odparł pan Szpachelka — W każdym razie wielkim pisarzom ochrona zamczyska leżała na sercu. A tak przy okazji rewitalizacji, przypomniałem sobie czarną miejską legendę o pewnym Angliku, do którego dotarła sława „marmurowego miasta” Chęcin, chyba dzięki tym tak zwanym marmurom. Pewnie wyobrażał sobie coś w rodzaju antycznych miast greckich albo rzymskich, więc postanowił zobaczyć Chęciny na własne oczy. Po wielu perypetiach dotarł do miasta i cóż zobaczył? Rozpadające się domki, brudne ulice, cuchnące rynsztoki i wszechobecną biedę. Wobec tego zakręcił się na pięcie i nigdy już tu nie wrócił. Dzisiaj pewnie nie byłby rozczarowany. — Nie wyjaśnił mi pan, panie Anatolu – zagadał uprzejmie Wojtuś — co to jest ten dojutrek. 99


— Oooo, to proste! Wiele razy jeździłem siódemką, do Krakowa albo z Krakowa, no i z daleka oglądałem zamczysko. Za każdym razem mówiłem sobie „Jutro będę wracał i na pewno już wjadę do Chęcin i pójdę zwiedzić zamek!”. A następnego dnia było podobnie. Mówiłem sobie „Następnym razem już na pewno zajadę do Chęcin!”, i tak dalej, i tak dalej. Sprawa ociera się o psychologię, przynajmniej tak myślę. Kiedy się przejeżdża wygodną i szybką trasą, to nawet gdybyśmy zobaczyli na horyzoncie siedem cudów świata w jednym miejscu, to i tak nie chciałoby się nam skręcić, bo przecież zawsze możemy to zrobić jutro! W psychologii istnieje na to nawet specjalny termin: prokrastynacja, czyli odkładanie wszystkiego na jutro! Zdaje się, że cierpiał na tę przypadłość król Zygmunt August, którego nazywano „król dojutrek”. — Chyba nie chce pan powiedzieć, że nigdy nie zwiedzał pan zamczyska – babcia parsknęła śmiechem — Panie Anatolu! Wstyd! — Byłem tam tylko raz – westchnął boleśnie pan Szpachelka — I to bardzo dawno temu. Dzisiaj zapewne wszystko tam wygląda znacznie lepiej. — Coś mi się zdaje, że wszystkie te skargi są tylko po to, abyśmy zaraz skręcili do Chęcin – babcia pogroziła palcem i dodała z uśmiechem — Ale nie mam nic przeciwko temu! Sama chętnie odwiedzę miasteczko i zamczysko. Mamy przecież trochę czasu. — Naprawdę? – Wojtuś podskoczył z radości — Babciu, jesteś cudowna! Kierunek Chęciny! A pan Szpachelka nic nie powiedział, puścił oko do Wojtusia uśmiechając się pod wąsem i pomknął ochoczo w kierunku zamczyska i rozłożonego na stoku góry miasteczka. — Tym razem moi drodzy panowie będziemy wszędzie chodzić razem – stwierdziła babcia stanowczo — W Kielcach odniosłam wrażenie, że 100


momentami byliście jacyś bardzo zakręceni. Widocznie nie można was zbyt często wypuszczać samopas. Zgoda? — Zgoda – wyszeptali z ociąganiem obydwaj badacze i pokornie pochylili głowy. — Przed nami Góra Zamkowa w całej okazałości! Cała trójka podróżników z zachwytem wpatrywała się w potężny masyw, z przylepioną do północnego stoku zabudową miasta skąpaną w barwach wczesnej jesieni. Na całym wydłużonym szczycie rozsiadły się wyniosłe mury zamczyska zwieńczone dumnie strzelającymi w niebo trzema wieżami. Już sam ich widok zmuszał do pokory i podziwu. — Ale potęga! – szepnął zachwycony Wojtuś — Czy ten zamek w ogóle możliwy był do zdobycia? — Szturmowano go dwa razy. Zdobyły zamek wojska Władysława Łokietka w tysiąc trzysta siódmym roku, a później, na początku siedemnastego wieku został częściowo spalony podczas tak zwanego rokoszu Zebrzydowskiego. O ile się orientuję, nie było innych prób zdobycia warowni. Tak więc w tej konkurencji zamek niestety przegrał zero do dwóch. — Wojska Łokietka zdobyły zamek? To kto się w nim bronił? — Oddział biskupa Jana Muskaty i króla Wacława II Przemyślidy, bo to z ich inspiracji zbudowano zamek w Chęcinach. — Muskaty? – powtórzył zdumiony Wojtuś — To tak samo jak zamek Olsztyn. — Można powiedzieć, że podobnie, chociaż tutaj nie do końca wiadomo, czy wzniesiono zamek siłami biskupa czy króla. W każdym razie wiadomo, że około tysiąc trzechsetnego roku zamek już stał. Oczywiście nie był jeszcze tak długi jak to widać teraz, wtedy istniał zamek nazwany później górnym, ten pomiędzy dwiema okrągłymi wieżami. A w czasach 101


Kazimierza Wielkiego dobudowano od zachodu część gospodarczą czyli zamek dolny, który miał własną czworokątną wieżę. — Ten biskup Muskata bardzo dużo budował. — Twoje spostrzeżenie jest słuszne rycerzu. Co prawda współcześni nie bardzo go lubili, bo też charakter miał dosyć podły, był okrutnikiem i intrygantem, ogniem i mieczem tępił zwolenników Władysława Łokietka, z pomocą brutalnych oddziałów najemników. Jednak z drugiej strony to on, wespół z królem Wacławem II rozpoczął budowę murowanych zamków w Małopolsce. Przed tą jego akcją budowlaną takie obiekty można było policzyć na palcach jednej ręki. Kontynuował to później król Kazimierz Wielki. Czyli można powiedzieć, że Muskata miał swój wielki udział w dziele nowoczesnego fortyfikowania Małopolski. No ale dosyć tego ględzenia, kierunek zamek! Droga do zamczyska nie była łatwa, co stało się przedmiotem narzekań babci i pana Szpachelki. Wojtuś nareszcie mógł się ponabijać z dwójki swoich starszaków, którzy sapiąc, jęcząc i podtrzymując się nawzajem pokonywali ostatnie metry stromego podejścia. Kiedy stanęli na zamkowym dziedzińcu pan Szpachelka natychmiast zapomniał o zmęczeniu i z wielką werwą oglądał drewniane ganki wiodące do czworokątnej wieży, dach nad studnią i inne dziwy, których nie było jeszcze w zamierzchłych czasach jego jedynej wizyty w Chęcinach. — Pięknie tu teraz – mamrotał — Wszystko uporządkowane no i przyjemnie wygląda, aż miło wejść. — Przeczytałam, że można na murach zamku zobaczyć Białą Damę – rzuciła babcia od niechcenia. — Czy zobaczymy Białą Damę? – zapytał pan Szpachelka kasjerki, która wydała całej trójce bilety wstępu. — Biała Dama dzisiaj nie pracuje – zakomunikowała sucho kasjerka 102


— Można ją będzie zobaczyć w najbliższy weekend. — OK, dziękujemy. Niestety już nas tu nie będzie. — Trudno, ale zapraszamy. — O co chodzi z tą Białą Damą? – zapytał Wojtuś szeptem, szarpiąc babcię za rękę — Możecie mi objaśnić? To jakiś szyfr? — Nie, to nie jest żaden szyfr – zaśmiała się babcia — Biała Dama czasami ukazuje się na murach zamczyska. Zdaje się, że ma to być królowa Bona, która kiedyś tu mieszkała. To prawda, panie Anatolu? — Nic podobnego! Królowa Bona nigdy tu nie mieszkała, wątpię nawet czy wiedziała, że istnieją jakieś Chęciny, chociaż opowiadają tu o niej niestworzone historie. A to, że Bona mieszkała w zamku kiedy została wdową po śmierci króla Zygmunta Starego. A to, że przechowywała tutaj swój skarb, dwadzieścia cztery wozy pełne różnych kosztowności, które chciała zabrać do Włoch. Kiedy już te obładowane skarbami wozy ruszyły kierując się w stronę Italii, załamał się pod ich ciężarem most nad Nidą, a legendarne bogactwa pogrążyły się w nurtach rzeki. Wtedy królowa wysłała do zamku posłańca z prośbą o pomoc, załoga nie wpuściła go jednak na dziedziniec licząc na to, że choć część tych skarbów pozostanie w Polsce. Odtąd można czasem usłyszeć u stóp zamku tętent konia, którym ów posłaniec galopował. Tak opowiadają. Według innych opowieści, od czasu tego nieszczęśliwego zdarzenia duch Bony ma się snuć po zamku poszukując resztek swoich skarbów. Kiedy znika, słychać oddalający się stukot kół jej karety. Ludzka wyobraźnia jest nieograniczona, ale te wszystkie opowieści nie mają nic wspólnego z prawdą. — Czy ktoś mi wreszcie łaskawie objaśni – zapytał Wojtuś siląc się na bardzo wielką uprzejmość — kim była królowa Bona i co miała wspólnego z Chęcinami? 103


— Ależ rycerzu! – przytomnie odparł pan Szpachelka — Naprawdę doceniam twoją szczerość i odwagę. No bo przyznać się, i to przed babcią, że się nie wie kto to była królowa Bona, to jest coś! Czyżbyś nie był na tej lekcji w szkole? — Może i byłem – bąknął zmieszany Wojtuś — ale widocznie miałem jakieś inne ważne sprawy. — OK. No to ci krótko objaśnię. Otóż Bona pochodziła ze znanego włoskiego rodu Sforzów, książąt Mediolanu. Jej matką była Izabela, potomkini starożytnej hiszpańskiej dynastii Aragonów, władającej Neapolem. Sama zaś Bona otrzymała niewielkie księstwa Bari i Rossano w południowej Italii, pełne słońca i ciepła. Po różnych zabiegach swojej matki w tysiąc pięćset osiemnastym roku poślubiła króla Zygmunta Starego i w ten sposób stała się królową Polski. A kiedy król umarł, wyjechała z Polski i wróciła do swoich włoskich księstw. Tak to wygląda w skrócie. — Nie widzę w tym nic ciekawego – odparł Wojtuś wzruszając ramionami — Nic dziwnego, że zupełnie o tym zapomniałem. — No bo nie znasz szczegółów! A one nadają pewien dramatyczny smak tej historii. Zazdrościmy księżniczkom albo królewnom tego, że są księżniczkami albo królewnami. Ale los takich księżniczek często bywał okrutny, szczególnie w tamtych czasach. Ich własna wola zupełnie się nie liczyła, szczególnie jeśli chodziło o małżeństwa. Bona była tutaj świetnym przykładem. Kiedy poślubiła naszego króla Zygmunta miała dwadzieścia dwa lata, a on był od niej starszy o ponad ćwierć wieku, a więc w zasadzie mógłby być jej ojcem, w każdym razie dla niej był starcem. Wyobraź sobie młodą i piękną Włoszkę, która musiała opuścić słoneczną Italię i przenieść się do dalekiego, zimnego i rozległego kraju po to, żeby poślubić staruszka. Czy to nie dramat dla młodej dziewczyny? 105


— Mimo wszystko nie było jej chyba tak źle w Polsce – stwierdziła babcia pojednawczo — Jednak wywiozła stąd wielkie skarby, o których plotkowała cała Europa. Nie mówiąc już o tym, że była to chyba jedyna królowa Polski, która mogła o sobie powiedzieć, że razem z mężem sprawuje rządy. — Bo to była silna kobieta, świetnie wykształcona i przygotowana do władzy. We Włoszech było to normalne, często bywało że kobiety sprawowały rządy, a nawet dowodziły wojskiem i nikogo to nie dziwiło. Ale w Polsce ówczesnej był to szok. Królowa miała być mężowi posłuszna i miała urodzić następców tronu. Tak widziano jej rolę. No a Bona aniołkiem nie była, potrafiła twardo dopominać się o swoje, a król jej ulegał, tym bardziej że był człowiekiem mało stanowczym i raczej lubił święty spokój. Podobny charakter miał zresztą Zygmunt August, syn Zygmunta Starego i Bony, osławiony król-dojutrek. — No a te skarby Bony były w Chęcinach czy nie? — Nikt nie wie jaka była ich droga, kiedy opuszczały Polskę. Legendy chęcińskie mówią, że jakiś czas złożone były właśnie w tym zamku, ale to są chyba tylko legendy. No dobrze, dość ględzenia, bo nasz rycerz się zanudzi. Chodźmy obejrzeć to i owo. — Wejdziemy na wieżę? – Wojtuś aż podskoczył z emocji. — Oczywiście. Wejdziemy nawet na dwie wieże, bo widzę, że na wysoką wieżę koło dawnej bramy też można wchodzić. W drogę! Zwiedzanie zamczyska było bardzo przyjemne, a z wież rozciągały się we wszystkich kierunkach oszałamiające widoki. Wojtuś był uszczęśliwiony tym bardziej, że mógł sobie oglądać do woli rozległe krajobrazy. — W średniowieczu zamek był położony w okolicy raczej bezpiecznej, w każdym razie z dala od głównych traktów – objaśniał pan Szpachelka — dlatego na przykład kiedy w Krakowie wybuchła zaraza, twój ukochany 106


król Jagiełło przysłał tu królową Zofię Holszańską z małym królewiczem Władysławem, aby uchronić ich przed chorobą. — A zachowały się jakieś ślady górnictwa ołowiu, jak na Karczówce w Kielcach? — Jasne. Bardzo dużo jest takich śladów na tych wszystkich wzgórzach dookoła. Nawet na stokach Góry Zamkowej są ślady dawnych szybów górniczych. Swego czasu zasypaną sztolnię górniczą odkryto nawet pod średniowiecznym kościołem świętego Bartłomieja, który stoi pomiędzy zamkiem i miastem. Zagrażała ona murom kościoła, dlatego w dziewiętnastym wieku sprowadzono do Chęcin geologa, który opisał to znalezisko. Kto wie, może właśnie ta sztolnia stała u narodzin opowieści o lochach łączących zamek z kościołem, na przykład legendy o złym biskupie Muskacie i mistrzu Marcinie. — Oooo! O Muskacie – zapiszczał Wojtuś — To musi być ciekawe! — No nareszcie coś cię bardzo zaciekawiło. Opowiedzieć? — Jasne że opowiedzieć! Na razie jest bardzo spokojnie i nic się nie dzieje, a mnie trochę zaczyna brakować… — Zanurzenia się w historii? Lepiej się przeżegnaj i spluń za siebie trzy razy, żeby nie spotkały nas żadne przygody w rodzaju tej na Karczówce. Weź pod uwagę, że pilnuje nas tutaj babcia, a nie wiem jak pani Alicja zareagowałaby na jakieś tajemnicze wędrówki po przeszłych czasach. — No to przynajmniej poproszę o legendę! — Już służę. Otóż niejaki mistrz Marcin na polecenie biskupa Muskaty zaprojektował i zbudował zamek w Chęcinach. Tuż przed zakończeniem budowy zawalił się jednak dach zamkowej kaplicy. Porywczy biskup wpadł w szał i zapowiedział Marcinowi, że zapłaci za jego pracę dopiero wówczas, gdy ten wykuje w skale loch łączący zamek i kościół świętego Bartłomieja. Było to zadanie niewykonalne, jako że biskup dał 108


Marcinowi termin trzech miesięcy na jego realizację. Którejś nocy przyszedł do budowniczego diabeł i zaproponował mu wykucie lochu w zamian za duszę pierwszego, który przejdzie nowy korytarz. Tej samej nocy przyśnił się Marcinowi tabun koni pędzących wprost na niego przez chęcińskie wzgórze, nagle jednak przewodnik stada zatrzymał się, spojrzał figlarnie i odwrócił się muskając Marcina ogonem. Wieczorem następnego dnia mistrz Marcin podpisał cyrograf, a diabeł szybko wywiązał się ze swej obietnicy i wkrótce loch był gotowy. Aby nikt nie podejrzewał Marcina o diabelskie konszachty rozpowiadał on, że wynajął do wykuwania korytarza kamieniarzy z Karczówki. W dniu, w którym upływał termin wyznaczony przez biskupa zapowiadała się wielka uroczystość. Muskata, któremu żal było rozstać się ze skrzynką cennych monet zapytał Marcina czy aby przejście na pewno jest bezpieczne. Budowniczy odparł, że korytarzem mogą przechodzić nie tylko ludzie ale również konie. Na dowód wziął najpiękniejszego rumaka z biskupiego zaprzęgu i wszedł z nim do lochu. Kiedy zbliżał się już do wyjścia zgasił łuczywo i zdzielił konia batem. Rumak pognał do przodu, a diabeł, który czekał w kruchcie u wylotu tunelu na swą zdobycz natychmiast złapał konia i odleciał. Dopiero na zewnątrz zorientował się, że trzyma końską grzywę i wypuścił ze szponów przerażone zwierzę. Podobno odtąd można u podnóża zamku zobaczyć galopującego białego konia. — No fajna opowieść, chociaż trochę szkoda tego konia. — Cóż, legendy bywają okrutne. Nic na to nie poradzimy. Takie już były przekazywane z pokolenia na pokolenie. — Panie Anatolu – Wojtuś uważnie przyglądał się widokom z wieży — Tam za lasem widzę jakąś dziwną pomarańczową poświatę. Co to może być? 109


— To chyba jakieś refleksy zachodzącego słońca – stwierdził stanowczo pan Szpachelka po krótkiej analizie zjawiska — Ale rzeczywiście wygląda to dziwnie. Tam są łąki nad rzeką Nidą, jak mi się zdaje, i to chyba nawet w miejscu dawnego mostu. — Tego który załamał się pod ciężarem skarbów królowej Bony? — Nawet nie myśl o żadnych cudach, przyjacielu! Schodzimy. Tylko powoli, bo w głowie może się zakręcić. Na dole zajrzymy jeszcze do skarbca. — Więc jednak był tu skarbiec? – Wojtuś żartobliwie pogroził panu Szpachelce — Nic pan nie mówił. Tam schowano skarby królowej Bony? — Nie, nie, nie. Ta nazwa nie ma związku z królową tylko z czasami znacznie wcześniejszymi. Otóż są przypuszczenia, że w tysiąc trzysta osiemnastym roku, kiedy zamek był już własnością Łokietka, arcybiskup gnieźnieński Janisław ukrył tutaj skarbiec katedry w Gnieźnie. Po prostu obawiał się najazdu krzyżackiego i chciał go umieścić w bezpiecznym miejscu. Oto cała tajemnica. A teraz skarbcem nazywa się ten budynek tuż koło wschodniej wieży, z której już prawie zeszliśmy. Widzę, że ta budowla też została ładnie wyremontowana. Skarbiec okazał się bardzo efektownie urządzonym budynkiem, z widokiem na wysokie dolne pomieszczenie, w którym znajdowały się skrzynie wypełnione czymś, co wyglądało na kosztowną biżuterię, srebrne naczynia, monety i inne tego typu przedmioty pożądania. — To są oczywiście repliki – stwierdził fachowo pan Szpachelka — Ale i tak bardzo fajnie to wygląda i robi wrażenie, nieprawdaż? — Prawdaż, prawdaż – oznajmiła babcia, która zwiedziła już cały zamek — Mam nadzieję, że nic zagadkowego nie spotkało was na wieży? Spójrzcie na mnie. Obydwaj! — Ależ skąd! – zakrzyknęli chóralnie badacze przeszłości. 111


— Zdaje się, że niedługo będą zamykać bramę, więc pożegnajcie się z zamkiem czule. Na pewno jeszcze tu wrócimy. Może jutro panie Anatolu? — Dla mnie zamczysko przestało być dzisiaj dojutrkiem – stwierdził pogodnie pan Szpachelka — Jestem pod pełnym urokiem tego wspaniałego miejsca. No cóż, skoro trzeba to wracajmy. — Nadal nie wiem, czy królowa Bona miała coś wspólnego z Chęcinami czy nie – Wojtuś westchnął ciężko — Czy ktoś mi łaskawie to wyjaśni? — A nie mówiłem ci o tym? – zdziwił się pan Szpachelka — Otóż jak wiesz, Chęciny były ośrodkiem dużego i bogatego okręgu, tak zwanego starostwa chęcińskiego. Każde starostwo przynosiło jakieś dochody, które wpływały do kasy Królestwa. No i właśnie część dochodów starostwa chęcińskiego tradycyjnie, od czasów średniowiecza, przeznaczona była na utrzymanie wdów królewskich. A więc Chęciny, a zwłaszcza dochody z nich płynące, były dla Bony ważne po śmierci jej męża, króla Zygmunta Starego. Ale wcale nie musiała wiedzieć gdzie te Chęciny leżą, bo otrzymywała stąd tylko pieniądze, dzięki którym mogła żyć na odpowiednim poziomie. W końcu była to jednak królowa. — No dobrze, chociaż trochę to nudne. — Ale za to prawdziwe. Prawda jest zawsze trochę nudna, podobnie jak praca. A jednak ani bez pracy, ani bez prawdy nie możemy się obejść. — Pięknie powiedziane panie Anatolu – uśmiechnęła się babcia — Jestem dokładnie tego samego zdania. Kiedy znaleźli się z powrotem na rynku, słońce zbliżało się już do horyzontu, oblewając miasto i zamczysko ciepłym miodowym blaskiem. — Szkoda, że nie zobaczymy Białej Damy – westchnęła babcia — Ale trudno, nie wszystko na raz. Zresztą, w Chęcinach jest dużo więcej 112


ciekawych miejsc. Jest średniowieczny klasztor franciszkanów, klasztor sióstr klarysek, jest synagoga z szesnastego wieku, a w najstarszej zachowanej kamienicy z tego samego okresu, tak zwanej Niemczówce, mieści się dzisiaj muzeum. Trzeba by chodzić cały dzień, żeby to wszystko zwiedzić. — A może pojedziemy na chwilę nad Nidę? – rzucił Wojtuś od niechcenia. — Myślisz zapewne o tej tajemniczej pomarańczowej poświacie – pan Szpachelka zmarszczył brwi — Nie wiem czy to dobry pomysł. — Ależ nie. Wcale nie myślę o poświacie. — O czym wy mówicie, drodzy panowie? – zainteresowała się babcia. — Nic, nic! Takie tam! – chóralnie odpowiedzieli badacze historii. — No ale w sumie… – babcia zastanowiła się przez chwilę — Nigdy nie byłam nad Nidą, a to podobno bardzo piękna rzeka. Może więc spojrzymy chociaż przez moment? — No dobrze – zgodził się z ociąganiem pan Szpachelka, który trochę się bał sprzeciwiać pani Alicji, z czego w tym wypadku Wojtuś był bardzo zadowolony — W takim razie musimy pojechać starą drogą obok siódemki. Przejechali tym razem po zachodniej stronie Góry Zamkowej, gdzie był wielki parking dla turystów. Za parkingiem droga zaczęła opadać w dół, a później asfalt się skończył i dalej wiodły tylko płytsze i głębsze koleiny. — Pamiętam, że była tutaj droga asfaltowa – zdumiał się pan Szpachelka — Co się stało? Przecież nie rozebrali jej w związku z budową nowej siódemki. Na szczęście mój kochany samochodzik, wierny towarzysz podróży, nie takie trudności już pokonywał. — Aha – wydukał Wojtuś, który pilnie przyglądał się widokom i zauważył, że od pewnego czasu wszystko dookoła zabarwione jest pomarańczową poświatą. 113


Dotarli do niewielkiego lasku, a zaraz za nim do brzegu rzeki, która toczyła swoje wody bystro, szeroko rozlewając się po łąkach. Nie było możliwości dalszej jazdy, toteż pan Szpachelka skręcił w bok i stanął, żeby wszyscy mogli wysiąść i rozejrzeć się. Gęste chaszcze kłębiły się na obydwu brzegach, a tuż obok widać było pogrążone w wodzie przęsła drewnianego mostu, sterczące w górę drewniane podpory, połamane belki wystające z szybkiego nurtu, obraz jakieś nielichej katastrofy. — Jaka piękna rzeka, jaka dzika, jaka pierwotna! – zachwycała się babcia — Nie przypuszczałam, że Nida jest taka szeroka! Zobaczcie! Woda zniosła most. — Nie uważasz Wojtusiu, że coś jest nie tak? – szepnął do ucha pan Szpachelka — Pamiętam Nidę jako niewielką rzeczkę, a tutaj ma prawie szerokość Wisły. No i ten krajobraz! Poza tym daję sobie uciąć rękę, że wiodła tędy porządna asfaltowa szosa i był betonowy most. Nie podoba mi się to! Oczywiście jest pięknie, ale co będzie dalej? W tym momencie, zanim Wojtuś zdążył cokolwiek odpowiedzieć, usłyszeli huk, trzask, chwilę ciszy, a później jakiś kobiecy głos zaczął wykrzykiwać cienkim dyszkantem, z wielką szybkością niezrozumiałe słowa. Po chwili odezwał się męski głos, ale natychmiast zagłuszył go ten kobiecy, ze zdwojoną siłą i szybkością. W końcu słychać było tylko głośny jazgot. — Co to? Jakiś wypadek? – przestraszyła się babcia — Chodźmy tam! Może ktoś potrzebuje pomocy! I nie czekając pobiegła w górę drogi, skąd dochodziły straszne i niepokojące odgłosy, a za nią dreptali posłusznie pan Szpachelka i Wojtuś, pełni nienajlepszych przeczuć. W niewielkim zagłębieniu pośród bujnych krzewów ujrzeli wielki wóz i leżące obok drewniane koło. Wóz nakryty był skórą, spod której wyglądała leciwa kobieta w czepcu na głowie, 114


nieustannie rugająca stojącego przed nią człowieka, który zapewne był woźnicą i kierował wozem. Cztery białe konie ciągnące ten dziwny pojazd spokojnie skubały trawę, korzystając z chwili wypoczynku. — Chyba znaleźliśmy się w innej rzeczywistości – mamrotał sławny archeolog — Żeby tylko pani Alicja nie doznała zbyt wielkiego szoku. — Ale w jakim języku ona mówi? – szepnął Wojtuś — Nic nie rozumiem. — Wydaje mi się, że po włosku – jęknął pan Szpachelka — Nie chcę nawet myśleć kto to jest. — A ja chyba wiem… — Tylko nie mów tego głośno. Tymczasem babcia nie zastanawiając się ani chwili podbiegła do dziwnego pojazdu, który wyładowany był wielkimi skrzyniami, kuframi i dziesiątkami różnych drobiazgów. Pan Szpachelka i Wojtuś nie widzieli innego wyjścia jak tylko pobiec za nią. Kiedy woźnica dostrzegł całą trójkę, obrzucił ich wzrokiem pełnym strachu i paniki, wybałuszył oczy i szybko przeżegnał się trzy razy. Z wozu wyjrzała leciwa rozwrzeszczana dama w czarnych koronkowych sukniach, z włosami szczelnie schowanymi pod wielki czarny czepiec. Widocznie wrażenie było piorunujące, bo dama od razu zamilkła i tylko przerzucała wzrok z babci na pana Szpachelkę, z pana Szpachelki na Wojtusia. — Mamma mia! Che diavolo! – wyszeptała po chwili drżącym głosikiem i, tak jak woźnica, przeżegnała się trzy razy — Chi siete? Kim jesteście? – dodała po polsku, ale z wyraźnym obcym akcentem. — Babcia…, to znaczy pani Alicja, Wojtuś i ja, czyli Anatol Szpachelka – przedstawił całą trójkę sławny archeolog, siląc się na spokój, chociaż głos drżał i załamywał się w każdym słowie. 115


— Pierwszy raz słyszę takie dziwne przezwiska – dama powoli odzyskiwała pewność siebie, widząc strach i zakłopotanie pana Szpachelki — A nie jesteście jakimś pomiotem diabelskim? Dziwne są wasze szaty, więc chyba z dalekiego kraju przyszliście. A może w mojej Italii taka moda nastała? Wybaczcie, nie jestem na bieżąco. — My… tak podróżujemy – bąknął Wojtuś patrząc z niepokojem na babcię, która nie mogła wydobyć głosu ze ściśniętego gardła, tylko wytrzeszczała oczy i łapała powietrze jak ryba. — Ty jesteś Wojtuś, czyli Wojciech. Adalberto w moim języku ojczystym. Alice, Anatolio i Adalberto, ładna mi trójka komediantów w dziwnych strojach. A wiecie kim ja jestem? – zapytała dama groźnie. — Ja wiem – pan Szpachelka głośno przełknął ślinę, zerwał z głowy kapelusz i ukłonił się dwornie, prawie do samej ziemi — Jesteś Bona Sforza, królowa Polski, księżniczka Bari i Rossano. Na te słowa babcia przeniosła wytrzeszczone oczy na pana Szpachelkę. — Czy… czy to jest jakiś film? – wydukała i dodała z nadzieją — Kręcą tutaj film? — Oh mio Dio! – wrzasnęła Bona piskliwym głosikiem — Co ta kobieta wygaduje? I w ogóle jak ona wygląda? Co to za suknie? A może wy jesteście wędrowną trupą komedii dell’arte, co to teraz w moim ukochanym Neapolu rozkwita? Ale tutaj, w Polsce? A w ogóle w twoim wieku moja droga wypada przykrywać włosy jakimś czepcem! I ta kolorowa suknia! Przecież to jakiś upadek obyczajów. Terribile! Terribile! Nieustający potok wymowy spowodował, że babcia najpierw się przestraszyła, później poczerwieniała aż po czubki uszu, wreszcie widać było, że zaczęła w niej wzbierać wściekłość. — Chyba musimy wkroczyć, bo będzie niedobrze – szepnął pan Szpachelka do Wojtusia. 116


Na szczęście furia królowej na chwilę zwróciła się w kierunku biednego woźnicy. — Co tak stoisz jak kołek? – zapiała — Biegnij do zamku po pomoc, bo nas tu noc zastanie! A żywo bo każę wychłostać! Woźnica ukłonił się niezdarnie i wziął nogi za pas, pozostał po nim tylko tuman kurzu. A Bona przeniosła na powrót wściekłe spojrzenie na babcię i już otwierała usta, aby wykrzyczeć kolejne uwagi. Nie przewidziała jednak, że tym razem trafiła na godną siebie przeciwniczkę. — Ja jestem z komedii dell’arte? – babcia podparła rękami biodra i widać było, że przelewa się w niej wściekłość — Spójrz lepiej na siebie, królowo. Założyłaś nie wiem ile sukien, wszystkie czarne jak noc, włosy schowałaś pod jakimś koszmarnym czepkiem, wyglądasz jak chodzący obraz nieszczęścia. Ja przynajmniej nie poddaję się i staram się żyć pełnią życia, ubieram kolorowe sukienki i gwiżdżę na to, czy innym się to podoba czy nie! — Jestem wdową – bąknęła Bona, która zupełnie osłupiała po tym słownym ataku babci i nie wiedziała jak się zachować, bo nigdy żadna kobieta nie odważyła się jeszcze tak bezczelnie nakrzyczeć na królową. — Król Zygmunt odszedł osiem lat temu, królowo! Może już czas zakończyć żałobę i na powrót zacząć żyć! Jesteś piękną kobietą, a w tych wszystkich sukniach wyglądasz na starą babę, która ma co najmniej sto lat! — Chyba już nic nie poradzimy – szepnął pan Szpachelka zbielałymi ze strachu wargami —Wejść między dwie kobiety dyskutujące o modzie, to tak jakby położyć się na ulicy przed walcem drogowym. Potem zaczął się dyskretnie rozglądać za jakimiś zaroślami, w które można by czmychnąć w razie zaognienia konfliktu. Tymczasem jednak nastąpiło coś zupełnie nieoczekiwanego. Bona zmarszczyła brwi i spojrzała na babcię uważnie. 117


— Naprawdę uważasz Alice, że jestem jeszcze piękna? – zapytała cicho. — Oczywiście! – zawołała babcia — Zdejmij czepek królowo. O tak! Masz wspaniałe włosy, trochę przyprószone siwizną, ale to ci tylko dodaje uroku. Trzeba je tylko uwolnić spod tych okropnych czepców, rozpuścić, może założyć na nie jakiś modny kapelusz, albo przyozdobić sznurami korali. — Nie wiem czy nie byłaby to zbytnia ekstrawagancja – zaszczebiotała Bona niepewnie — Chociaż z modą jestem na bieżąco, bo moje serdeczne przyjaciółki cały czas przysyłały mi z Italii wskazówki o najnowszych krojach sukni i czepków. Kiedy jako młoda dziewczyna i świeżo poślubiona małżonka króla Zygmunta wjeżdżałam do Krakowa, wśród wielu budziłam zachwyt swoimi kolorowymi strojami. Ale równie wielu patrzyło na mnie z oburzeniem sądząc, że taka swoboda nie przystoi polskiej królowej. Pod tym względem to bardzo zacofany kraj. — No i dlaczego się tym przejmujesz, królowo? Słuchaj tylko tych, którzy są tobą zachwyceni! A poza tym czasy się zmieniają i ci, którzy cię krytykowali, pewnie już inaczej patrzą na modę. — Z pewnością masz rację, moja droga Alice – powiedziała Bona ciepło, obejmując babcię ramieniem — Jaka szkoda, że nie znałam cię wcześniej! Uczyniłabym cię ochmistrzynią mojego dworu. Niestety, już za późno! Wracam do mojej słonecznej Italii, wreszcie po latach zobaczę mój ukochany Neapol, urocze Bari i słodkie Rossano. — Będziesz tu mądry? – szepnął do Wojtusia pan Szpachelka — Dopiero co wzięły się za łby i wydawało się, że mogą się wzajemnie pozabijać za suknie i czepki. A teraz są najlepszymi przyjaciółkami i słodko sobie gawędzą. A propos. Zniknął nasz samochód! Zauważyłeś? — Zniknął, bo jesteśmy w innych czasach – spokojnie odszepnął Wojtuś 118


— To przecież logiczne. Kiedy wrócimy do naszych czasów, samochód będzie stał tam, gdzie go zostawiliśmy. — Właśnie! A jak my wrócimy? — Spokojnie, coś się wymyśli. Tymczasem wrócił wylękniony woźnica w towarzystwie dwóch kołodziejów z zamku, zaopatrzonych w niezbędne narzędzia. Wszyscy natychmiast zabrali się do naprawy roztrzaskanego koła. Królowa wygramoliła się z wozu, a później przechadzała się po łące w towarzystwie babci. Rozprawiały o modzie, sukniach i obyczajach, polskich i włoskich, zaśmiewały się i troszkę plotkowały, a Bona zwracała się do babci per „moja droga Alice”. Wojtuś i pan Szpachelka nieśmiało dreptali za obiema paniami i byli zbyt zakłopotani, żeby wtrącić się do rozmowy, a zresztą nawet nie wypadało. W końcu babcia gawędziła z samą królową Polski. Ale w jakimś momencie Bona zwróciła na nich swoją królewską uwagę. — Czym się zajmujesz Anatolio? – zagadnęła życzliwie — Wyglądasz na człowieka obeznanego z naukami. — Jestem archeologiem – wybąkał pan Szpachelka, nieco zaskoczony i speszony. — Archeologiem! Wprawdzie nie wiem co to może oznaczać, ale budzi szacunek. A gdzie takich rzeczy nauczają? — Ja studiowałem na Uniwersytecie Jagiellońskim… to jest w Akademii Krakowskiej, Wasza Królewska Mość. — W Akademii Krakowskiej! – uradowała się Bona — To szacowny uniwersytet, najlepszy w tej części Europy. Bardzo to chwalebne Anatolio. A ty, mój mały Adalberto? Pobierasz nauki? — Tak, tak – wydukał Wojtuś i spłonął rumieńcem — Uczę się w szkole. 120


— To pięknie! – rozpromieniła się królowa — Pamiętaj Adalberto, że wiedza to klucz do lepszego życia i do szczęścia. Ja uczyłam się niegdyś od najlepszych, moja Italia to w końcu kraj najstarszych uniwersytetów. Wychowywali mnie najznamienitsi członkowie Akademii Neapolitańskiej, ale ja najbardziej czule wspominam mojego ukochanego pedagoga Chryzostoma Colonnę. Jakież on mi wystawił świadectwo po latach nauki! Napisał: „umie na pamięć cztery księgi Wergiliusza, dużo dzieł włoskich, a także poezje Petrarki, pisze i wysławia się w sposób niezwykle uczony”. Ha! – Bona otarła łzę — Jakież to były czasy. W Polsce niestety wielu nie rozumie potęgi nauki i wiedzy. Pamiętaj Adalberto, nauka zaprowadzi cię do doskonałości. — Jasne… Wasza Królewska Mość – odparł Wojtuś i ziewnął dyskretnie. — A może pojedziesz ze mną do Italii, moja droga Alice? – Bona zwróciła się z nagła do babci — Na niczym nie będzie ci zbywało. No i będziesz mogła zapomnieć o srogich zimach i okropnych śnieżycach. — Jestem zaszczycona propozycją, królowo, ale muszę się opiekować tymi dwoma panami – wskazała na Wojtusia i pana Szpachelkę, którzy nie wiedzieli co na to odpowiedzieć, więc grzecznie dygnęli. — No tak. Szkoda! – westchnęła królowa — Ale rozumiem, bo wiem, że mężczyźni nie poradzą sobie bez nas. — Moi drodzy panowie – zwróciła się do zakłopotanych badaczy babcia — Może pomoglibyście zacnym kołodziejom przy naprawie koła? Drodzy panowie nie widzieli innego wyjścia, jak tylko grzecznie się ukłonić i podreptać w stronę wozu, a królowa i babcia spacerowały dalej po nadnidziańskich błoniach, zaśmiewając się i gawędząc. — Wyobraź sobie, moja droga Alice, że kiedy przybyłam do Krakowa, istniało w nim towarzystwo „opilców i ożralców”, założone przez dworzan mojego świeżo poślubionego króla Zygmunta – śmiała się Bona — Rej 121


w nim wodził Andrzej Krzycki, znamienity historyk. A byli to rozpustnicy, którzy bimbali sobie ze wszystkiego, intrygowali gdzie się da, no i zgodnie z nazwą mogli pożreć wszystko i napoić się niezmierzonymi ilościami piwa i wina. Zadziwili mnie, bo nie przypuszczałam, że takie rzeczy spotkam w tym wielkim i zimnym kraju, a takie obyczaje bliższe są raczej mojej Italii. — A dlaczego wracasz do Bari, królowo – dopytywała babcia — Źle ci w Polsce? — Nikt mnie tu już nie rozumie – odparła Bona ponuro — Nawet mój własny syn, Zygmunt August. A ja zostałam wychowana dla władzy, a jeżeli nie mogę rządzić, to nic tu po mnie. Ale dosyć tych smutków. Mówisz zatem, że modne są teraz suknie w kolorowe kwiaty? A czepki? Kolorowe czy białe? Panie rozmawiały w najlepsze, a tymczasem wóz został naprawiony. Woźnica bał się przerywać królowej konwersację i za wszelką cenę starał się, aby ktoś inny zaniósł jej wiadomość. O dziwo pan Szpachelka również się ociągał i tylko spoglądał błagalnym wzrokiem na Wojtusia. — No dobrze! Pójdę – stwierdził Wojtuś z ciężkim westchnieniem. Misja przebiegła nadspodziewanie gładko i po chwili Bona już gramoliła się z powrotem na wielki wóz. Później zaczęła czegoś szukać wśród niezliczonych skrzyń, kufrów i kuferków, aż wreszcie usiadła na swoim wygodnym siedzisku. W ręku trzymała wielkie zwierciadło w kunsztownej srebrnej oprawie. Przeglądała się w nim co rusz to poprawiając włosy. — Zwierciadło to dar mojej kochanej matki, księżnej Izabeli Aragońskiej – powiedziała widząc pełne ciekawości spojrzenie pana Szpachelki

122


— Mam głęboką nadzieję, że kiedy przyjdzie mój czas, spocznę przy niej w moim ukochanym Neapolu, w sławnym kościele San Domenico Maggiore. Moja droga Alice, masz rację. Chociaż mam swoje lata to zachowałam jeszcze dużo wdzięku i uroku! A później nastał czas pożegnań. Bona serdecznie uściskała „swoją drogą Alice” zapewniając, że zawsze będzie ją miała w pamięci. W podarunku babcia otrzymała inne zwierciadło, mniejsze ale również kunsztownie wykonane. Na koniec królowa podała łaskawie rękę do pocałowania panu Szpachelce i Wojtusiowi, życząc im sukcesów w zdobywaniu wiedzy. — A pozostałe dwadzieścia trzy wozy już pojechały? – zapytał z głupia frant Wojtuś, powodując lekką konsternację królowej. — Jakie dwadzieścia trzy wozy? – zapytała zdziwiona. — No… wozy ze skarbami. — Kochany Adalberto. Nie wierz w te bajki. Rozpuszczają takie wieści moi wrogowie, których w Polsce nie brakuje. Wyjeżdżam tylko tym jednym wozem, a jest na nim tylko to, co należy do mnie – stwierdziła dumnie Bona — Proszę was jeszcze o jedno: ani słowa nikomu o moim pobycie w Chęcinach. Nikt nie może wiedzieć, że wyjeżdżam właśnie tędy! A ja musiałam jeszcze raz zobaczyć ten uroczy zamek i te piękne krajobrazy. Zgoda? Urok tego miasta zabiorę z sobą do Italii. — Zgoda! – potwierdzili chóralnie zagubieni w czasie podróżnicy. Woźnica wskoczył na swoje siedzisko, zaciął batem i konie ruszyły. — Arrivederci! Arrivederci Alice! – wołała Bona, która wychyliła się jeszcze raz aby pożegnać swoją przyjaciółkę — Będę o tobie pamiętać! Ty też o mnie pamiętaj, a kiedy zapragniesz mnie zobaczyć, przyjedź do Chęcin. Mój duch zawsze tu będzie! Arrivederci ragazzi!

123


Chybotały się latarnie zawieszone na wozie, aż wreszcie wszystko przykrył tuman kurzu. Zapadał zmrok i pan Szpachelka bacznie rozglądał się dookoła w poszukiwaniu samochodu. — No i w których jesteśmy czasach? – jęknął — Wróciliśmy już do siebie? — Spokojnie panie Anatolu – uśmiechnął się Wojtuś — Pomarańczowa poświata zniknęła razem z wozem królowej. — Jest moje autko! – krzyknął radośnie sławny archeolog — Jesteśmy uratowani! — Co ma być to będzie, panie Anatolu – westchnęła łagodnie babcia — Ach jaka cudowna ta królowa Bona. Szkoda że nie mogła zostać dłużej. Tak wspaniale nam się rozmawiało. A właściwie gdzie my jesteśmy? – rozejrzała się, jakby właśnie ktoś ją obudził z głębokiego snu. — Zdaje się, że babcia jest jeszcze w czasach królowej Bony – stwierdził trzeźwo Wojtuś — Jedźmy już, może w drodze się obudzi. — Co to jest? – zapytała babcia ze zdziwieniem, oglądając samochód pana Szpachelki — Gdzie jesteśmy? Gdzie jest moja droga Bona? — Babciu, Bona już odjechała do Włoch – tłumaczył Wojtuś, który zaczął się niepokoić, że czar tego spotkania w dawnych wiekach trwa zbyt długo — Jesteśmy już u siebie, pan Szpachelka zaraz uruchomi samochód i pojedziemy do Łutowca. — Dokąd? Aha! Do Łutowca – babcia przejrzała się w zwierciadle i poprawiła włosy — No to jedźmy, już prawie ciemno. A dlaczego ty jesteś taki wylękniony chłopcze? Wyluzuj, wracamy do domu. Piękne to zwierciadełko. Wojtuś odetchnął z ulgą. Babcia wróciła. Trochę oszołomiona i rozmarzona, ale jednak. Przejeżdżali przez Chęciny w stronę zatłoczonego rynku, gdzie właśnie rozpoczynał się koncert na pożegnanie wakacji. 124


— Chętnie posłuchałbym co tu będą grać, ale już chyba wszyscy jesteśmy trochę zmęczeni – pan Szpachelka jechał powoli i ostrożnie, aby nie spowodować jakiejś kolizji — Zobaczcie jak pięknie jest oświetlony zamek! Teraz widać, że naprawdę panował nad miastem. — Panie Anatolu, proszę się zatrzymać – Wojtuś złożył błagalnie ręce — Możemy trochę popatrzeć na ten wspaniały widok? — Jasne – ochoczo i z wielkim zadowoleniem stwierdził pan Szpachelka — Właśnie miałem to zaproponować. Zrobię przy okazji parę fotek. — A właściwie jak zakończyła się historia Bony? – zapytała babcia, ciągle odrobinę zamyślona. — Właśnie – rzucił Wojtuś — też chciałem o to zapytać. — Skończyła się dosyć smutno – pan Szpachelka spojrzał uważnie na babcię — No i nie wiem, czy wam o tym teraz opowiadać… — Przecież i tak się dowiemy. — Racja. No to wam opowiem. W Polsce pożegnano ją co prawda chłodno, ale w drodze powrotnej przyjmowano królową wspaniale. Najpierw w Wiedniu, potem w Padwie i Wenecji. Stamtąd do Bari popłynęła już statkiem. W rodowym księstwie wszyscy ludzie witali ją z niekłamanym entuzjazmem i radością. Tam naprawdę ją kochano. Była zresztą władczynią sprawiedliwą i wiele zrobiła dla pomyślności poddanych. Niestety pieniądze, które wywiozła z Polski obróciły się, jak w bajce, przeciwko niej. Wielką sumę pożyczyła władcy Neapolu Filipowi Drugiemu, w chwilach zagrożenia tego miasta przez najazd francuski. Długu tego nigdy nie zwrócono i stąd pojęcie „sumy neapolitańskie” stało się przysłowiowym synonimem długu niemożliwego do odzyskania. A później zawistni i chciwi ludzie sfałszowali testament Bony i w końcu doprowadzili do jej otrucia, rok po powrocie z Polski. — Ach mój Boże! – zapłakała babcia — Cóż za nieszczęśliwa kobieta. 125


— Wielu przodków Bony z rodu Sforzów pożegnało się w ten sposób z życiem. Była to zresztą popularna metoda eliminowania przeciwników, stosowana w całej Italii. — Spoczęła w Neapolu, tak jak sobie życzyła? — Niestety, nie uszanowano woli Bony. Chciała spocząć obok swojej matki, Izabeli Aragońskiej, w kościele San Domenico Maggiore, który teraz jest trochę na uboczu, ale kiedyś był jednym z centralnych punktów Neapolu. Jest tam czterdzieści pięć sarkofagów członków starej dynastii Aragonów, ustawionych wysoko nad nawą, na emporach. Rzeczywiście ten widok sprawia niesamowite wrażenie. Ale Bonę ostatecznie pochowano w kościele świętego Mikołaja w jej ukochanym Bari. Ma dzisiaj bardzo ładny nagrobek w zaszczytnym miejscu, za wielkim ołtarzem. — Oglądał pan ten nagrobek, panie Anatolu? – zapytał Wojtuś z nieukrywaną ciekawością. — Tak, byłem kiedyś w Bari, obejrzałem nagrobek polskiej królowej i złożyłem pod nim wiązankę biało-czerwonych kwiatów. Niech Bona wie, że do dzisiaj pamięta się o niej w dalekiej Polsce. — Dziękuję panie Anatolu – szepnęła babcia ocierając łzy. — Nie ma sprawy – skromnie odparł wielki archeolog — Czułem, że jestem to winien naszej największej królowej. — Patrzcie! – zawołał Wojtuś — Na murach zamku tańczy Biała Dama! — Więc jedna Biała Dama dzisiaj pracuje – z przekąsem stwierdził pan Szpachelka i z największej kieszeni swojej słynnej kamizelki wydobył wielką lornetkę — Zobaczmy! — No i co? No i co? — Sam popatrz – pan Szpachelka podał lornetkę Wojtusiowi, a na jego twarzy widać było wielkie zdziwienie. — I co tam widzisz Wojtusiu? – dopytywała zaintrygowana babcia. 126


— Co widzę? Ta Biała Dama jest jakoś dziwnie podobna do królowej Bony. I wcale nie jest biała. Ma suknię w bajecznie kolorowe wielkie kwiaty. Tylko czepek ma biały. I macha do nas ręką! — Nie wierzę! Pokaż! — Rzeczywiście! – rozczuliła się babcia — Wygląda identycznie jak moja droga Bona! A najważniejsze, że posłuchała swojej Alice w kwestii mody. — Było smętnie, ale koniec wycieczki jest słodki i optymistyczny – stwierdził pan Szpachelka z wielkim zadowoleniem — Zapraszam do Łutowca! Usadowili się już wygodnie w samochodzie, kiedy na masce usiadł gołąb. Trzymał w dziobie coś ciemnego. Po chwili figlarnie przekrzywił łepek i odleciał, zostawiając to coś tuż przed szybą. — No nie! – pan Szpachelka błyskawicznie wyskoczył na zewnątrz, dłuższą chwilę przyglądał się podarunkowi gołębia, a potem zabrał go i z ogłupiałą miną usiadł za kierownicą. — Co to? – zapytał Wojtuś — Jakaś przesyłka przyniesiona przez gołębia pocztowego? — W pewnym sensie masz rację chłopcze – pan Szpachelka spojrzał na Wojtusia szklanymi oczami — To jest, jak mi się wydaje, czarny czepek królowej Bony. Jestem nawet pewien, że to ten czepek. Przyjrzałem mu się dokładnie, kiedy królowa przechadzała się po łąkach z panią Alicją. — Tak! To ten czepek – fachowo oceniła babcia — Kochana Bona! Posłuchała rad oddanej przyjaciółki i postanowiła żyć kolorowo. — Niewiele z tego pojmuję, ale nie będę się daremnie katował próbami rozgryzienia tej sytuacji – stwierdził pan Szpachelka tonem pełnym rezygnacji — Historia jest tak pogmatwana i zaskakująca, że nigdy nie dotrzemy do większości zakamarków, które przed nami ukrywa. 128


Popatrzcie, byłem święcie przekonany, że Bona nigdy nie była w Chęcinach i nawet nie wiedziała gdzie to jest. Okazało się, że nie tylko mieszkała w zamku, ale wręcz kochała Chęciny i zachowała je w pamięci do końca. — O tak! – potwierdził Wojtuś. — Do jakiego końca, panie Anatolu? – zapytała babcia filozoficznie. — Właśnie. Czy jest jakiś koniec? — O nie! – zawołał Wojtuś po krótkim namyśle. — Jak by nie było, zapamiętaj chłopcze co ci teraz powiem – pan Szpachelka spojrzał na Wojtusia wzrokiem całkiem poważnym, ale z jakimś figlarnym błyskiem — Możemy rozszyfrowywać po kolei zagadki historii, rozpoznawać tajemnice kosmosu albo naszej pogmatwanej rzeczywistości, dokonywać przełomowych wynalazków i ciągle odkrywać nowe światy. Zgadza się? — O tak! – potwierdził Wojtuś. — Ale nigdy, przenigdy nie pojmiemy skomplikowanej natury kobiet i nigdy nie zrozumiemy ich tajemnic. Jest to obszar wiedzy zupełnie niedostępny naszemu umysłowi. A to właśnie one, czy będzie to matka, babcia, żona czy królowa, nadają życiu sens. — O tak! – potwierdziła babcia, a po chwili dodała głosem sennym i rozmarzonym — Moi drodzy panowie, przed nami jeszcze kilka dni wakacji. Możecie je wykorzystać jak chcecie, odwieźcie mnie tylko do Łutowca, gdzie będę mogła odpocząć i pomarzyć o dawnych dobrych czasach. Zgoda? Pan Szpachelka i Wojtuś spojrzeli na siebie i widocznie obydwaj mieli miny tak głupawe, że parsknęli śmiechem. — Czy powiedziałam coś śmiesznego? 129


— Droga pani Alicjo – uroczyście odparł pan Szpachelka — Jestem tak wzruszony, że muszę się zatrzymać, aby nie spowodować wypadku. A te kilka dni wystarczy na podróż śladami mojej młodości. Wojtusiu, co o tym myślisz? — A dokąd pojedziemy? — To niespodzianka. Ale będzie ciekawie! To mogę obiecać. — Więc postanowione – babcia smacznie ziewnęła i zapadła w sen, a pan Szpachelka i Wojtuś w szampańskich nastrojach śpiewali wesołe piosenki. — Dokąd pojedziemy? – dopytywał Wojtuś z wypiekami na twarzy. — No dobrze. Uchylę rąbka tajemnicy. Pojutrze obierzemy kierunek Katowice, a po drodze może jeszcze coś odwiedzimy. Wojtuś był tak podekscytowany, że nie mógł słowa wydusić, tylko śmiesznie zapiszczał. Wyjechali z Chęcin i pomknęli w ciemną noc. Bardzo długo żegnały ich dumne wieże zamku, jasno oświetlone, zawieszone w mroku jak gigantyczny obraz oraz tańcząca na murach królowa w bajecznie kolorowej sukni.

130


Wojtuś i srogi pan Ogrodzieńca czyli o tym, że nie ma malarza bardziej genialnego od Matki Natury Wojtuś rozejrzał się dookoła z wielkim zaciekawieniem. Stał pośrodku bardzo długiej sali oświetlonej oliwnymi lampkami przymocowanymi do ścian. Refleksy płomieni błądziły po półokrągłym sklepieniu, a krótsze boki sali tonęły w półmroku tak, że wydawała się ona jeszcze dłuższa, niż była w rzeczywistości. Kilka kroków przed nim stała drewniana ława, a na niej mosiężny świecznik z płonącymi świecami. Przy ławie siedział człowiek z sumiastym wąsem, w futrzanej czapie i ciężkim czerwonym płaszczu. Pisał coś zapamiętale na żółtym arkuszu rysikiem, który po każdym napisanym słowie zanurzał w pojemniku z inkaustem. Wtedy zerkał srogim wzrokiem na Wojtusia, a potem pochylał się i pisał dalej. Wreszcie skończył, odłożył rysik, przyjrzał się dokładnie zapisanej karcie i wstał. Cicho zadzwoniły ostrogi, zakołysała się przypięta do jego boku szabla. — Zbliż się! – zwrócił się do Wojtusia tonem człowieka, który nie nawykł do żadnych sprzeciwów. — Kim jesteś, Panie? – zapytał Wojtuś głośno i wyraźnie, sam się przy tym zdziwił, że nic a nic się nie bał, nie przestraszyła go ani ponura sala z kamienia, ani srogi jegomość, który stał przed nim. — Jam jest Stanisław, kasztelan krakowski i pan tego zamku – powiedział wolno człowiek w futrzanej czapce, tonem surowym, jakby był wielce zdziwiony, że jest jeszcze ktoś, kto go nie zna. 131


— A ja jestem Wojtuś, rycerz… — Wiem kim jesteś! – przerwał bez ceremonii kasztelan — A teraz posłuchaj mnie uważnie. Powierzę ci pewną tajemnicę, ale musisz mi uroczyście przyrzec, że nigdy nikomu jej nie wyjawisz – położył rękę na ramieniu Wojtusia i lekko szarpnął raz, drugi i trzeci… — Przyrzekam uroczyście! – zawołał Wojtuś. — Przyrzeknij po trzykroć! – upierał się kasztelan szarpiąc ramię Wojtusia. — Przyrzekam, przyrzekam, po trzykroć przyrzekam! – powiedział uroczyście Wojtuś, próbując się uwolnić z uścisku kasztelana. A ten pochylił się nad Wojtusiem i już otwierał usta, żeby wyjawić wielką tajemnicę, kiedy nagle rozpłynął się w powietrzu, zniknęła kamienna sala, ława i oliwne lampki. Rozbłysło słońce, Wojtuś szeroko otworzył oczy i zobaczył pochylającą się nad łóżkiem babcię, która leciutko tarmosiła jego ramię. — Pora wstawać Wojtusiu. Obudź się i zejdź na dół. Mamy gościa. — Kasztelan przybył? – Wojtuś poderwał się z poduszki tak gwałtownie, że gruba księga o jurajskich zamczyskach (nad którą chyba zasnął) spadła z hukiem na podłogę. — Aha! – roześmiała się babcia — Czyli kasztelanowi tak uroczyście przyrzekałeś przez sen? A pamiętasz co przyrzekałeś? — Nie pamiętam – westchnął Wojtuś z rozpaczą w głosie — Wszystko dlatego babciu, że za wcześnie mnie obudziłaś. — Już jest późno, a poza tym pan Szpachelka czeka na dole. Chyba ma dla ciebie jakąś niespodziankę. — Pan Szpachelka? – Wojtuś wyskoczył z łóżka tak, jakby został właśnie wystrzelony w powietrze przez jakieś niewidzialne sprężyny — No to czemu mi nic nie mówisz babciu? 132


— Właśnie mówię. Umyj się szybko, tutaj masz czyste ubrania. Czekamy w kuchni. — Jakże się miewa nasz strażnik zamku w Łutowcu? – pan Szpachelka uśmiechnął się pod wąsem, kiedy rycerz herbu Zielona Strzała wpadł do kuchni jak wiatr, o mało nie przewracając babci, która nalewała właśnie kakao do jego ulubionego kubka. — Bardzo dobrze – powiedział Wojtuś z powagą i spojrzał na pana Szpachelkę pytająco, oczekując na obiecaną niespodziankę. — A czy nasz rycerz wie, że jest już dziewiąta, słońce stoi wysoko nad horyzontem, a wszyscy poddani dawno już wstali i czekają na rozporządzenia? — No cóż – odrzekł Wojtuś beztrosko – nawet rycerz musi mieć od czasu do czasu wakacje. Też musi się kiedyś wyspać, prawda? Na taką rezolutną myśl babcia i pan Szpachelka roześmiali się jednocześnie, jak na komendę, a potem chichotali długo, a Wojtuś tylko zerkał na nich ze zdziwieniem, popijając poranne kakao. Kiedy się już wyśmiali, pan Szpachelka wciągnął głęboko powietrze. — Masz rację Wojtusiu. Nawet rycerz ma prawo wyspać się porządnie w czasie wakacji. W takim razie na pewno nie będziesz chciał ze mną jechać do zamczyska, które nazywa się Ogrodzieniec. — Ależ chcę, chcę, chcę! – zawołał Wojtuś, przy czym o mały włos nie przewrócił kubka kakao — Przecież obiecał pan to w Chęcinach, panie Anatolu! — Ale ja wyruszam do Ogrodzieńca jutro baaardzo wcześnie… Będzie jeszcze ciemna noc. — To nic, to nic, to nic! Dzisiaj się wyspałem! – krzyknął Wojtuś, a potem stanął przed panem Szpachelką i spojrzał mu prosto w oczy. 133


— Proszę powtarzać za mną – powiedział wolno i wyraźnie — Jutro zabiorę Wojtusia do Ogrodzieńca. — Proszę powtarzać za mną: jutro zabiorę Wojtusia do Ogrodzieńca – powtórzył posłusznie pan Szpachelka. — Źle! Jeszcze raz, bez tego „proszę powtarzać za mną”. — Aha… Jutro zabiorę Wojtusia do Ogrodzieńca – powiedział rozbawiony pan Szpachelka — Ale zaraz, zaraz. Przede wszystkim babcia musi się zgodzić! — Babcia się zgooodzi – stwierdził spokojnie Wojtuś, zajadając bułeczkę z konfiturą — Biorę to na siebie! — No proszę! – roześmiała się babcia — Nasz rycerz nabrał wielkiej pewności siebie po wizycie u królowej Bony. — Babciu, babciu, proszę! – Wojtuś błagalnie złożył ręce — Posprzątam dzisiaj swój pokój! — No dobrze, ale pod warunkiem, że dokładnie posprzątasz i wymyjesz podłogę. — Moooże byyyć… Ale wtedy się zgodzisz? — Wtedy się zgodzę. Poza tym obiecałam przecież, że reszta wakacji należy do was. — Czyli wszystko mamy ustalone – stwierdził wesoło pan Szpachelka — A teraz posłuchaj Wojtusiu. Połóż się dzisiaj bardzo wcześnie, bo jutro przyjadę po ciebie o wpół do czwartej rano i masz już być gotowy do drogi, zrozumiałeś rycerzu? — O wpół do czwartej? – jęknął Wojtuś — Ale dlaczego tak wcześnie? — Obiecuję ci, że nie pożałujesz takiej wczesnej pobudki – powiedział stanowczo pan Szpachelka — A teraz muszę już iść. Pamiętaj, o wpół do czwartej! 134


Oj, jak ciężko było wstać z łóżka o trzeciej w nocy! Długo trwało, zanim Wojtuś oprzytomniał, a tu przyjechał już pan Szpachelka i czekał przed domem. Na szczęście babcia wcześniej przygotowała kanapki i herbatę w termosie, a także pyszną szarlotkę i zapakowała to wszystko do chlebaka Wojtusia. — Nasz rycerz jest już przytomny? – zapytał ze śmiechem pan Szpachelka, kiedy wyszli przed dom. Wojtuś spojrzał w górę. Była ciepła letnia noc, niebo roziskrzone milionami gwiazd, cichutko grały świerszcze. Czarne sylwetki skałoludów rysowały się na tym tle imponująco i niezwykle tajemniczo. — Jak pięknie! – zdziwił się — Nie wiedziałem, że nad ranem wszystko jest takie inne. — Widzisz – zaśmiał się pan Szpachelka — Czasem warto wstać bardzo wcześnie, choćby po to, żeby zobaczyć jaki piękny jest świat. A teraz chodźmy. Musimy już jechać, bo nie zdążymy. — A na co mamy zdążyć? – dopytywał Wojtuś, który szybko pożegnał się z babcią i wskoczył do samochodu. — Zobaczysz, zobaczysz, zobaczysz! To niespodzianka! – pan Szpachelka był tym razem bardzo tajemniczy. Droga oświetlona reflektorami samochodu była fascynująca. Płynęli między szpalerami drzew, mijali ciche i puste wsie, czarne zarysy wzgórz, skał i lasów przesuwały się powoli na tle pełnego gwiazd nieba. Wojtuś wyobrażał sobie cały czas, że na świecie są tylko droga i oni, żeglujący w bajkowej łodzi. Pan Szpachelka snuł opowieści o niesamowitej historii Ogrodzieńca, o królu Kazimierzu Wielkim, który zbudował zamek na wyniosłej skale i bogatych Bonerach, którzy rozbudowali ten zamek we wspaniałą rezydencję. Z największym upodobaniem opowiadał o bogatym, ale też skąpym i okrutnym kasztelanie Warszyckim. 135


— Zaraz, zaraz… Jakie on miał imię? — Stanisław – powiedział Wojtuś zaspanym głosem. — No właśnie, Stanisław! Tak więc ten Stanisław Warszycki… – tutaj Szpachelka zamilkł i spojrzał na Wojtusia zdziwiony — Ale skąd ty znasz jego imię, mości rycerzu? — Bo rozmawiałem z nim. — Daruj, Wojtusiu, ale nie mogłeś rozmawiać z człowiekiem, który zmarł trzysta trzydzieści lat temu. Chyba, że spotkałeś jego ducha! — Rozmawiałem z nim we śnie – powiedział Wojtuś z westchnieniem żalu — Ale babcia nam przerwała i nie dowiedziałem się, jaką tajemnicę miał mi powierzyć kasztelan. — Więc miał ci powierzyć tajemnicę? – zapytał jeszcze bardziej zdziwiony pan Szpachelka. — Tak… Nie wie pan może, panie Anatolu, jaka to mogła być tajemnica? — Oooo! Kasztelan krakowski Warszycki musiał mieć mnóstwo tajemnic! Sam chętnie bym z nim pogadał! Bo historia mówi, że był to człowiek zaradny, gospodarny i dbający o swoje wielkie dobra, a przez to niezmiernie bogaty. Ale pamięć ludowa twierdzi, że był okrutnikiem i skąpcem, który nawet własną córkę okradł z posagu, a poza tym miał konszachty z diabłem i z tego brały się jego nieprzebrane skarby. Miał je podobno ukryć gdzieś w Ogrodzieńcu albo w Dankowie, gdzie wybudował wielką twierdzę. Dawne legendy opowiadają, że Warszycki do dzisiaj pilnuje tych skarbów pod postacią wielkiego czarnego psa ze złotym łańcuchem na szyi. Podobno są nawet tacy, którzy widzieli tego psa, ale ludzie boją się chodzić po zamku nocami. No i co ty na to Wojtusiu? — A ja w ogóle się go nie bałem, chociaż był baaardzo blisko – stwierdził rzeczowo Wojtuś, a pan Szpachelka zatrzymał samochód i wyjrzał przez uchyloną szybę, bo właśnie dojechali na miejsce. 136


— Jesteśmy na czas – powiedział z zadowoleniem, a później wyjął z bagażnika dwa krzesełka i aparat fotograficzny, który ustawił na specjalnym statywie. W tym czasie Wojtuś pił herbatę z termosu i obserwował z zaciekawieniem wszystkie te czynności. — Czy będziemy oglądać jakieś przedstawienie? – zapytał wreszcie. — Tak – powiedział pan Szpachelka z powagą — Spektakl, który za kilka chwil obejrzymy, nie ma sobie równych na całym świecie. Jego reżyserem jest sama Matka Natura, a aktorzy to Słońce, Niebo i Stare Zamczysko Ogrodzieniec. Oglądam to przedstawienie od dawna, przynajmniej kilka razy w roku, i daję ci słowo Wojtusiu, że nigdy jeszcze mi się nie znudziło. Patrz uważnie i poddaj się jego urokowi, a zobaczysz, że jest to najlepszy teatr świata, a może nawet wszechświata… O! Zaczyna się! Wojtuś spojrzał przed siebie. Na tle nieba, lekko jaśniejącego po wschodniej stronie, majaczyły wielkie czarne sylwety ni to skałoludów, ni to ogromnych murów, rozmyte jeszcze i niewyraźne. Po dłuższej chwili, kiedy Wojtuś zaczął się już niecierpliwie wiercić na swoim krzesełku, na horyzoncie ukazała się jasna smużka, która rozszerzała się z każdą minutą, światło coraz bardziej rozpraszało mroki nocy, powoli wyłaniały się z ciemności kontury zamczyska, wysokie zębate wieże, baszty, budowle i mury obronne pośród skał, a wszystko ogromne, niemożliwe do ogarnięcia jednym spojrzeniem. Wyglądało to tak, jakby stało przed nimi na sztaludze wielkie płótno, na którym niewidzialny malarzolbrzym zapamiętale malował piękne skalne miasto, z każdą chwilą dodając więcej i więcej szczegółów, rozjaśniając barwy i mnożąc kolory. O! Teraz dodał na horyzoncie nad lasem czerwoną smużkę, która zaczęła się rozszerzać, barwiąc świat na różowo. 137


— Zaraz wstanie słońce – powiedział cicho pan Szpachelka. W tym momencie nad lasem ukazał się rąbek słonecznej tarczy i wysłał w ich kierunku wspaniałe ciepłe promienie, które ozłociły kontury lasów, skał i ogromnego zamczyska. Czerwona smuga zaczęła nabierać koloru soczystej pomarańczy a skały i mury nabrały złocistego poblasku. Słońce podnosiło się coraz wyżej, a w końcu jego wielka pomarańczowa tarcza zawisła nad zamkiem i zatrzymała się na moment, jakby sama zdumiona tym widokiem, zanim powędrowała dalej swoim zwykłym szlakiem. Panowała zupełna cisza, jakby wszyscy ludzie i zwierzęta zamilkli, obserwując tę niezwykłą chwilę. Niewidzialny malarz-olbrzym zakończył pracę i stanął nieruchomo, patrząc w zachwycie na swoje dzieło. A potem zaszczebiotały ptaki, zaszeleściły gałęzie, z daleka odezwały się jakieś głosy. Wojtuś i pan Szpachelka byli tak oczarowani, że zaczęli klaskać, jakby siedzieli w prawdziwym teatrze. Bardzo się później z tego śmiali. — Podobało ci się przedstawienie Wojtusiu? – dopytywał pan Szpachelka. — Było przepiękne! Szkoda, że nie można przywiązać słońca do Ogrodzieńca tak, żeby zawsze unosiło się nad zamkiem – rozmarzył się Wojtuś. — Wtedy szybko by się nam znudził ten widok. Ale nie przejmuj się, spektakl na bis będzie już jutro… O rany! Znowu zapomniałem – zupełnie nieoczekiwanie jęknął pan Szpachelka. — O czym pan zapomniał? – zapytał zdziwiony Wojtuś. — Zapomniałem, że mam aparat! Znowu nie zrobiłem żadnego zdjęcia! – pan Szpachelka kręcił głową, a w jego oczach rysowała się autentyczna rozpacz. — Nie ma się czym martwić panie Anatolu – pocieszał go Wojtuś — Przecież ma pan wiele zdjęć z poprzednich spektakli. 139


— W tym właśnie problem, że nie mam ani jednego – jęczał zrozpaczony pan Szpachelka — Zawsze kiedy oglądam to piękne przedstawienie, zapominam o całym świecie. Zawsze rozstawiam statyw z aparatem i zawsze przypominam sobie o tym wtedy, kiedy jest już za późno! — Może trzeba było przywieźć z sobą jakiegoś fotografa, żeby stał za aparatem i robił zdjęcia – powiedział Wojtuś współczująco. — To bardzo dobra rada Wojtusiu – marudził dalej pan Szpachelka — Tyle, że próbowałem i tego. — No i co? — No i fotograf tak się zapatrzył na ten piękny spektakl, że zapomniał o aparacie fotograficznym i o tym, że ma robić zdjęcia! Wojtuś już nic na to nie powiedział tylko parsknął śmiechem, chociaż bardzo tego nie chciał. Pan Szpachelka spojrzał na niego zdziwiony, ale po chwili też zaczął się śmiać. — No cóż – powiedział już pogodnie — Jeszcze niejedno przedstawienie przed nami. A teraz chodźmy. Skalne miasto czeka! — A dlaczego nazywa pan Ogrodzieniec „Skalnym miastem”? – dopytywał Wojtuś — Przecież to zamek, a nie miasto. — Owszem, ale zamczysko zajmuje tak dużą powierzchnię, że zmieściłoby się na niej malutkie miasteczko, dlatego ludzie często tak właśnie o nim mówią. Zresztą – zamyślił się pan Szpachelka — czy to nie brzmi romantycznie i tajemniczo? Stanęli pod skałami, na których piętrzyły się potężne mury budynków, wież i baszt. Wojtuś zadarł głowę do góry i oniemiał z podziwu. — Jeszcze nigdy nie widziałem tak ogromnego zamku – wykrztusił wreszcie, kiedy już odzyskał głos.

140


— Bo to jest największe zamczysko Jury Krakowsko-Częstochowskiej – stwierdził rzeczowo pan Szpachelka — Ale najlepiej będziemy to mogli zobaczyć, kiedy wejdziemy do środka. Przeszli przez bramę i znaleźli się na ogromnym dziedzińcu, otoczonym przez kamienne mury rozpięte pomiędzy skałami o najdziwniejszych kształtach, jakie tylko mogła stworzyć natura. — Ten dziedziniec jest teraz pusty – objaśnił pan Szpachelka — ale w siedemnastym wieku stały na nim różne budynki z kamienia i drewna, a to stajnie dla koni, a to wozownie, w których przechowywano i naprawiano paradne powozy oraz zwykłe wozy służące do transportu różnych potrzebnych towarów. A po prawej widzisz górny i średni zamek, gdzie była rezydencja, w której mieszkali możni panowie zamku i ich goście. Tam mieszkał też kasztelan Stanisław Warszycki, o ile akurat przebywał w tych stronach, bo miał on kilka okazałych zamków i dworów. Prowadzi tam kamienny most, który miał część zwodzoną, a przejazd bramy miał specjalną kratę, opuszczaną na noc. — A na tej wieży z zębami był ganek dla straży? — Masz rację – ucieszył się pan Szpachelka — A te zęby to tak zwane blanki. Chroniły one strażników na wypadek niespodziewanego ataku wroga. No a poza tym z wież roztaczał się baaardzo szeroki widok dookoła, więc były to znakomite punkty obserwacyjne. Ciii… Słyszysz? – pan Szpachelka przyłożył palec do ust tak nagle, że Wojtuś znieruchomiał jak słup soli i nasłuchiwał. — Słyszę trąby – wyszeptał po chwili. — Trąby? Rzeczywiście. To dobry znak – uśmiechnął się pan Szpachelka. — Dobry znak? – zapytał Wojtuś zdziwiony. — Tak. Bo to oznacza, że jest dzisiaj w zamku Bractwo Rycerzy Ogrodzieńca. Może też spotkamy samego kasztelana. 142


— Kasztelana Warszyckiego? – Wojtuś podskoczył do góry z radości, a pan Szpachelka tylko się roześmiał. — Chodźmy panie rycerzu! Oprowadzę cię po zamku. Przez kamienny most i wysoką bramę weszli na zalany słońcem dziedziniec, ze wszystkich stron otoczony wysokimi murami budynków. Na ganku naprzeciwko bramy, wysoko nad dziedzińcem, stało dwóch trębaczy, wytrwale ćwiczących melodię sygnału bojowego rycerzy z Ogrodzieńca, jak to objaśnił Wojtusiowi pan Szpachelka. Potem pomachał do trębaczy. — Poczekaj na mnie Wojtusiu – powiedział — Porozmawiam z moimi przyjaciółmi i za chwilę wrócę. Nie mogę cię do nich zabrać, bo można się tam dostać tylko po drabinach. Wojtuś skinął głową i rozejrzał się. Do ścian dziedzińca dobudowane były małe urocze kramy z drewna i kamienia, przy kilku z nich kręcili się sprzedawcy. Wykładali właśnie swoje towary i uśmiechali się do niego. Wojtusiowi już się wydawało, że nic ciekawego go tutaj nie czeka, kiedy usłyszał z tyłu, że ktoś go woła. Odwrócił się i zobaczył po drugiej stronie dziedzińca dwie dziewczynki. Obydwie miały warkoczyki i śmiesznie zadarte do góry piegowate noski. Przywoływały go gestami. — Ty jesteś Wojtuś? — Tak. A skąd wiecie? — Pan Szpachelka nam o tobie opowiadał. Ja jestem Zosia – mówiła z przejęciem starsza z nich — a to jest Tola, moja siostra. My przyjechałyśmy z Katowic. A ty? — A ja z Łutowca. — Z Łutowca? Byłyśmy tam kiedyś – powiedziały chórem — Jest tam bardzo pięknie. Są fajne skałki do wspinania. — Wspinacie się na skałki? – zapytał Wojtuś ze zdumieniem i zazdrością. 143


— Nieee – znowu odrzekły chórem — Ale nasi rodzice się wspinają. Mamy stamtąd dużo fajnych zdjęć. — A ty się wspinasz? – zapytała Zosia, tym razem sama. — Nieee. Babcia mówi, że jestem jeszcze na to za mały. Ale ostatnio znalazłem piękną jaskinię. — Nooo – potwierdziły siostry chóralnie — Jaskinie też są fajne! — A wiesz jak mnie nazywają? – zapytała Zosia. — Jak? — Nazywają mnie Zosia-Korkociąg. — Dlaczego tak śmiesznie? – spytał Wojtuś, który mimowolnie się roześmiał. — Bo potrafię kręcić się w powietrzu jak korkociąg – odpowiedziała Zosia z godnością, najwidoczniej przyzwyczajona do takiej reakcji — O, zobacz! Podbiegła do liny zwisającej z drewnianej belki jednego z kramów, wspięła się na nią i zaczęła się kręcić w jedną i drugą stronę, najpierw wolno, a później coraz szybciej. Kiedy zeszła z liny poczekała chwilę, aż powróci do głowy równowaga i z gracją się ukłoniła. Wojtuś i Tola urządzili jej owację na stojąco za ten pokaz ekwilibrystyki. — A mnie nazywają Sfinks – powiedziała Tola, kiedy już umilkły oklaski. — Sfinks? – i tym razem Wojtuś parsknął śmiechem. A Tola nic nie powiedziała tylko przycupnęła, ułożyła ręce tak, żeby wyglądały jak łapy odpoczywającego lwa, zamknęła oczy, podniosła trochę kąciki ust robiąc zagadkowy uśmiech i znieruchomiała. — Ona może tak siedzieć zupełnie nieruchomo przez dwadzieścia minut – stwierdziła Zosia-Korkociąg — mierzyłam kiedyś czas.

145


Po kilku minutach Zosi i Wojtusiowi znudziło się patrzenie na Sfinksa, ale Tola ciągle tkwiła nieruchomo i nie pomagały żadne prośby, groźby i próby rozśmieszania. — Mam na to sposób – powiedział wreszcie Wojtuś, który wpadł na pewien pomysł. Wyjął z chlebaka kawałek pachnącej szarlotki i podzielił go na cztery równe części. Jedną dał Zosi, drugą zostawił panu Szpachelce, trzecią sobie, a czwartą podetknął pod nosek Toli i dzięki temu Sfinks natychmiast ożył. — A ty co potrafisz? – zapytały chórem dziewczynki, kiedy zjadły już ciasto. — Ja potrafię rozpoznawać archeologiczne skarby – powiedział Wojtuś z dumą. — Tak? – Zosia wyjęła z kieszonki kamizelki mały przedmiot i podała go Wojtusiowi — No to powiedz mi co to jest. — To jest kawałek glinianego naczynia – powiedział Wojtuś z pewną nonszalancją. — A kiedy to naczynie zrobiono? – dopytywała dalej Zosia. — W średniowieczu. O! Tutaj są takie kreski. — Dobry jesteś! – stwierdziły chóralnie dziewczynki, tym razem z podziwem — Pan Szpachelka mówił to samo! — O, to nic takiego – stwierdził skromnie Wojtuś — Umiem jeszcze kopnąć piłkę pięć razy do góry tak, żeby nie spadła na ziemię. — Naprawdę? – zdumiały się dziewczynki chóralnie, a Zosia pobiegła do jednego z kramów i wróciła z piłką — To pokaż! Wojtuś miał duszę na ramieniu ze strachu, że mu się nie uda, ale udało się. Kopnął nawet piłkę sześć razy, zanim spadła na kamienie dziedzińca, za co otrzymał brawa i dwa cukierki czekoladowe. W tym momencie wrócił pan Szpachelka. 146


— Oho! Widzę Wojtusiu, że poznałeś już Zosię i Tolę. — Dzień dobry panie Anatolu – powiedziały chóralnie dziewczynki. — Dzień dobry… i do zobaczenia. Bardzo mi szkoda, ale musimy już iść – stwierdził trochę smętnie pan Szpachelka — Wojtusia jeszcze trochę oprowadzę po zamku, a potem trzeba zjeść obiad i jechać dalej! Na pewno jeszcze nie raz się zobaczymy. Sławny archeolog poprowadził Wojtusia labiryntem przejść tak zawiłym, że trudno się było zorientować gdzie jest północ, południe, wschód i zachód, a także w której części zamku aktualnie się znajdują. Weszli też na sam szczyt wieży zwanej Basztą Kredencerską, skąd roztaczał się niezmiernie daleki i wspaniały widok we wszystkich kierunkach. — Jak ci się spodobały dziewczynki, Wojtusiu? – spytał pan Szpachelka, kiedy stali na platformie widokowej wieży. — Bardzo sympatyczne trzpiotki – odpowiedział z powagą Wojtuś i spowodowało to nagły atak kaszlu pana Szpachelki, który starał się w ten sposób ukryć niekontrolowany wybuch śmiechu. — Widzisz Wojtusiu, tam w narożniku muru obronnego, takie dwie charakterystyczne skałki? W jednej z nich jest wykute pomieszczenie nazywane Katownią Warszyckiego. Tam kasztelan miał torturować swoje ofiary i jest tam teraz wystawa różnych narzędzi tortur. Więźniów trzymano w wieży określanej jako Baszta Skazańców. We wszystkich zamkach podziemia wież służyły jako więzienia i to jest jedna z ciemnych stron historii zamków. — Te skałoludy mają dziwne kształty – rozmyślił się Wojtuś — Coś mi przypominają. — No właśnie. Ludzie nazwali je Dwiema Siostrami. Jedna z tych sióstr to Sfinks, a druga to Korkociąg. Tobie też się tak kojarzą? — Naprawdę? Sfinks i Korkociąg? – zdziwił się Wojtuś — A kto je tak nazwał? 148


— Tego niestety nie wiem. — To bardzo dziwne. — Dlaczego? – zapytał zaintrygowany pan Szpachelka. — Bo Zosia i Tola mówiły, że nazywają je Korkociągiem i Sfinksem. — Tak? – zaśmiał się pan Szpachelka — Tego nie wiedziałem. W każdym razie to chyba dziewczynki pożyczyły te nazwy od skałoludów, nie na odwrót. Kiedy wrócili na dziedziniec słońce chyliło się już ku zachodowi. Wojtuś rozglądał się pilnie, ale w tłumie turystów nie dostrzegł Zosi ani Toli. Szkoda, bo chętnie zapytałby je o skałki, ale pomyślał, że pewnie jeszcze się spotkają. A pan Szpachelka miał dla niego jeszcze jedną niespodziankę. Tym razem zeszli w dół po wąskich schodach i znaleźli się w długiej sali z półokrągłym sklepieniem z kamienia, oświetlonej lampkami oliwnymi przymocowanymi do ścian. Kilka kroków przed nimi stała drewniana ława, a na niej mosiężny świecznik z płonącymi świecami. Przy ławie siedział człowiek z sumiastym wąsem, w futrzanej czapie i ciężkim czerwonym płaszczu. Pisał coś na żółtym arkuszu gęsim piórem, które po każdym napisanym słowie zanurzał w kałamarzu. Na ich widok wstał i odłożył pióro. Cicho zadzwoniły ostrogi, zakołysała się przypięta do jego boku szabla. — Przecież… ja byłem w tej sali… we śnie – wymamrotał zdumiony Wojtuś — A to jest przecież… pan kasztelan. — Przedstawiam ci Wojtusiu pana kasztelana Bractwa Rycerskiego Zamku w Ogrodzieńcu – powiedział uroczyście pan Szpachelka — a tobie, Stanisławie, przedstawiam rycerza Wojtusia, strażnika zamku w Łutowcu. Mianowanego przez samego króla Władysława. — Słyszałem o tobie, rycerzu – zwrócił się do Wojtusia kasztelan, uśmiechając się życzliwie pod wąsem — Powiedz jak ci się podoba nasze zamczysko? 149


— Jest przepiękne i przeogromne – powiedział Wojtuś z podziwem, ale i zazdrością, po czym westchnął — Szkoda, że w Łutowcu nie ma takiego zamku. — Gdyby na naszej Jurze były dwa identyczne zamki, zrobiło by się trochę nudno, nieprawdaż? – zauważył kasztelan. — Ale tutaj jest zamek – marudził Wojtuś smętnie — a w Łutowcu już nie ma. Pozostała tylko skała. — Jak to nie ma? Widzisz ten zamek w swojej wyobraźni? — Pewnie! Ale co z tego? To tylko wyobraźnia. — Jeżeli widzisz go w swojej wyobraźni, Wojtusiu – powiedział kasztelan z powagą — to znaczy, że on naprawdę istnieje. I będzie istniał dopóty, dopóki ty będziesz go sobie wyobrażał. Pan Szpachelka też go widzi i ja go zobaczę, kiedy pewnego dnia przyjadę do ciebie, do Łutowca. Przecież my trzej nie możemy się mylić! Nie przejmuj się tymi, którzy widzą tylko skałę. Widocznie nie wierzą w ten zamek tak mocno jak my, rozumiesz? Wojtuś skwapliwie skinął głową. — Rozumiem, ale będę to musiał jeszcze przemyśleć – powiedział powoli, marszcząc brwi, na co kasztelan i pan Szpachelka zaczęli podejrzanie chrząkać, pewnie po to, aby się nie roześmiać. A potem kasztelan wręczył Wojtusiowi w prezencie barwny proporzec rycerskiej drużyny z Ogrodzieńca i usiadł przy ławie, aby kontynuować swoją pracę. Wychodząc z sali Wojtuś obejrzał się jeszcze raz do tyłu. Kasztelan spojrzał na niego z uśmiechem i położył palec na ustach, jakby nakazując dochowanie tajemnicy, a Wojtuś odpowiedział tym samym gestem. Czyżby rzeczywiście sen pomieszał się z jawą? Któż to może wiedzieć. — Kierunek Katowice – zawołał pan Szpachelka kiedy Wojtuś rozsiadł 151


się już wygodnie w samochodzie — Teraz wyruszymy w podróż zupełnie inną, ale równie piękną. — Inną? Czyli jaką? — Zobaczysz, zobaczysz, zobaczysz! W drogę!

152


Wojtuś i czarodziejska moc śląskiego bluesa w Katowicach czyli o tym, że dobrze jest czasem zanurzyć się w przeszłości, ale nie należy z tym przesadzać „A gdyby tak wszyscy ludzie Mogli przeżyć taki jeden dzień Gdy wolność wszystkich, wszystkich zbudzi I powie: Idźcie tańczyć, to nie sen!” Tak śpiewał długowłosy artysta na malutkiej scenie, na której ledwie mieścił się kilkuosobowy zespół z instrumentami. Nad sceną widniał wyblakły napis AKANT, a niewielka sala była zatłoczona ponad wszelkie możliwości. Mimo to wszyscy zgodnie kołysali się w rytm muzyki, unosili ręce i śpiewali razem z wokalistą. Wojtuś stał w tym tłumie i też podnosił ręce, kołysał się i wydzierał wniebogłosy: „Idźcie tańczyć, to nie sen!”. W tłoku na drugim krańcu sali dostrzegł pana Szpachelkę, rozkołysanego jak wszyscy i poczuł przypływ ogromnej energii i siły. Pomyślał „Mógłbym fruwać nad sceną jak wolny ptak i śpiewać bez końca”. A potem jakaś wielka moc wyrwała go spośród tłumu. Zatoczył koło nad sceną wydzierając się „O Viktorio, moja Viktorio”. Wokalista spojrzał w górę i przestał śpiewać, umilkł tłum, a Wojtuś krążył nad salą i wtórował mu tylko tubalny głos pana Szpachelki. Później zespół na scenie 153


zaczął miarowo klaskać i skandować „Wojtuś! Wojtuś! Wolność! Wolność!”, podchwyciła to cała publiczność, a Wojtuś unosił się coraz wyżej i wyżej, aż Ziemia stała się mała jak piłeczka do ping-ponga. Wtedy się obudził. Wyskoczył z łóżka i rozsunął zasłony, a za oknem zobaczył wielki latający spodek. „Ja dalej śpię?” pomyślał i trochę się przestraszył. Uszczypnął się z całej siły w rękę i aż wrzasnął z bólu. Dopiero wtedy przypomniał sobie, że wczoraj wieczorem przyjechał z panem Szpachelką do Katowic, i że zatrzymali się na noc w pustym mieszkaniu dobrego przyjaciela sławnego archeologa, który właśnie wyjechał w daleką podróż. W ogóle pan Szpachelka wszędzie miał przyjaciół, co było przedmiotem cichej zazdrości Wojtusia. Wiele razy pytał go jak on to robi, że wszędzie kogoś zna. Ale archeolog uśmiechał się tylko tajemniczo i mówił „Jak będziesz dobry i życzliwy dla ludzi, to zobaczysz, sam będziesz miał wielu przyjaciół”. — Witam naszego dzielnego rycerza i zapraszam na śniadanie, które przygotował wierny giermek Anatol – pan Szpachelka zajrzał do pokoju zza drzwi — Usłyszałem właśnie jakiś wrzask i stwierdziłem, że twój nocny koncert zakończył się mocnym akcentem. — Jaki nocny koncert? – zapytał Wojtuś zdumiony i trochę zawstydzony. — No a kto wydzierał się Idźcie tańczyć, to nie sen, a później O Viktorio, moja Viktorio tak głośno, że obudziłem się, chociaż spałem w drugim końcu korytarza? — Ja się wyspałem – stwierdził Wojtuś stanowczo i zaczerwienił się, bo przypomniał sobie nocne śpiewy we śnie — A poza tym pan też śpiewał, panie Anatolu!

154


— Ha! Więc mam rację! Ale wiesz co w tym jest najlepsze? Że miałem podobny, a może nawet identyczny sen. Śpiewałem w nim i ty też w nim śpiewałeś, a potem uleciałeś do góry i zniknąłeś gdzieś w obłokach. — Nie wiem co tu się dzieje, ale tak właśnie było w moim śnie! — No to już nie wiem, kto kogo zaprosił do swojego snu – odparł pan Szpachelka zdumiony, ale dodał zaraz z wielkim zadowoleniem — Mam tylko jedno wytłumaczenie dla tej dziwnej sytuacji. Znajdujemy się mianowicie pomiędzy sławnym katowickim Spodkiem, a miejscem, w którym istniał równie sławny klub muzyczny AKANT… — Akant? – wrzasnął Wojtuś — Przecież we śnie widziałem taki napis nad sceną! — No to wszystko jasne! Klubu już co prawda nie ma, ale na szczęście pozostał jego niezapomniany klimat i aura, która jak widać przetrwała wiele lat i nadal trwa. I właśnie to jest najbardziej niezwykłe! — Ale ja nigdy nie byłem w takim klubie! – zdziwił się Wojtuś — Nawet nie wiedziałem, że istniał! — Oto siła muzyki i legendy! – zawołał pan Szpachelka i stanął w pozie patetycznej, z ręką wyciągniętą w górę — Niestety klubu już nie zobaczymy, ale troszkę ci o nim opowiem, bo to najlepsze wspomnienia mojej młodości. A teraz marsz na śniadanie i bez wybrzydzania. Sam wiem, że mam wiele różnych zalet, ale rzemiosło kucharskie niestety nie jest moją najmocniejszą stroną. Za to zjemy na balkonie z widokiem na Spodek! Pan Szpachelka miał jak zwykle rację. Wykonane przez niego grzanki można było określić tą nazwą tylko w przypływie bardzo dobrego humoru, a o herbacie lepiej nie mówić, chociaż Wojtuś nie mógł się powstrzymać od bardzo uprzejmej, ale cierpkiej uwagi. 155


— Panie Anatolu szanowny, muszę panu powiedzieć, że jest to zdecydowanie najgorsza herbata w moim życiu. Jednocześnie przyznaję z podziwem, że trzeba wielkich umiejętności, żeby tak zepsuć herbatę ekspresową, czyli z torebki. — Bardzo dziękuję – odparł pan Szpachelka z godnością — Wiedziałem, że docenisz moje starania. Mimo tych niedogodności śniadanie na balkonie stało się niezapomniane dzięki wspaniałemu widokowi. W lekkiej mgiełce pomieszanej ze spalinami tysięcy samochodów, wśród zgiełku, dzwonków tramwajowych i klaksonów, po drugiej stronie ruchliwej ulicy trwał niezmiennie ogromny masyw Spodka, legendarnej hali widowiskowej, która jeszcze w trakcie budowy stała się symbolem Katowic. Na tle bezchmurnego nieba wyglądało to tak, jakby prawdziwy latający spodek wylądował w samym centrum miasta i stał teraz majestatyczny i milczący, ale cały czas gotowy do lotu. — Nie miałem pojęcia, że Spodek jest taki wielki – szepnął Wojtuś z podziwem. — No widzisz. Kiedy jestem w Katowicach, a bywam tutaj bardzo często, nie mogę się oprzeć pokusie, żeby obejść tę wspaniałą konstrukcję dookoła. Nigdy nie liczyłem zdjęć, na których uwieczniłem Spodek, ale chyba ich ilość idzie w tysiące. Mam nawet zdjęcia z czasu, kiedy hala była w budowie. Z punktu widzenia archeologa jest ona tutaj krótko, bo jedynie pięćdziesiąt lat, ale wszystkim wydaje się, że była tutaj od początku świata. Wyobrażam sobie, że to jest właśnie architektoniczne mistrzostwo: zbudować gmach, który od razu staje się symbolem miasta i trudno sobie wyobrazić czasy, w których go nie było. — Jak to się stało, że taka wspaniała budowla stanęła właśnie tutaj, i to w takich trudnych latach – zastanawiał się Wojtuś — Zawsze myślałem, 156


że czasy komunistyczne były takie biedne i szare, nic się nie działo i w ogóle było strasznie nudno. — Komunizm to było rzeczywiście straszne doświadczenie – odparł pan Szpachelka i zmarszczył brwi — Na pewno jeszcze będzie okazja o tym porozmawiać, bo Śląsk został szczególnie dotknięty okropnościami tego systemu. W końcu był to region przemysłowy, bogaty i znacznie wyżej rozwinięty od pozostałych regionów Polski, można powiedzieć trzymający standardy europejskie. I najlepsze jest to, że tak było przez cały okres komunistyczny w Polsce. Tutaj zawsze była Europa. Wbrew wszystkiemu, co było dookoła. Chcąc nie chcąc, komuniści musieli to brać pod uwagę i dlatego można było czasem zaszaleć, wznosić nieprawdopodobne konstrukcje i być sobą. Ja i wielu moich kolegów doświadczyliśmy tego w latach siedemdziesiątych, no i do dzisiaj są to najpiękniejsze wspomnienia młodości. I wcale nie było nudno. — No a co z tym wszystkim miał wspólnego Spodek? — Bardzo wiele. Otóż architektura, kiedy już zostanie wcielona w czyn, zaczyna żyć własnym życiem, podobnie jak każde inne dzieło sztuki. Na przykład Hala Stulecia we Wrocławiu, absolutnie rewolucyjna konstrukcja sławnego architekta Maxa Berga, z początku dwudziestego wieku, miała być świątynią demokracji, miejscem spotkań wszystkich mieszkańców, bez względu na ich miejsce w społeczności. Nie było w niej miejsc lepszych i gorszych, wszyscy mieli tam być równi. A jednak w czasach nazistowskich odbywały się w niej osławione, pełne nienawiści mityngi partii Hitlera. Wykorzystano tę piękną budowlę wbrew intencjom jej twórców. Spodek – na odwrót. Miał być miejscem rozrywki i zabawy oraz komunistycznych wieców i różnych tego rodzaju zgromadzeń. A w rzeczywistości stał się swego rodzaju zaczynem wolności. Koncertowali tu przecież artyści z wolnego świata, czyli tak upra157


gnionego przez Polaków Zachodu. Bywało, że nawet impreza sportowa stawała się manifestacją sprzeciwu wobec ówczesnej władzy. — Słyszałem, słyszałem! – wtrącił Wojtuś — Chodzi pewnie o mecz hokejowy Polski ze Związkiem Sowieckim. — No widzisz! Każde dziecko słyszało o tym meczu, a ja z dumą mogę powiedzieć, że na nim byłem, darłem się jak opętany „Polska gola!” i w ogóle dziwiłem się, że wrzask kibiców nie rozsadził Spodka, taki był potężny. Pamiętne Mistrzostwa Świata grupy A w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku. Wtedy po raz pierwszy i chyba ostatni pokonaliśmy ZSRR w hokeja, a dla wielu młodych ludzi był to po prostu drugi „Cud nad Wisłą”. Nikt już później nie pamiętał, że polska drużyna spadła do niższej klasy rozgrywek. Najważniejsze było, że wygraliśmy z naszym największym ciemiężycielem. Wtedy wszyscy w Polsce byli szczęśliwi, chociaż wielu komunistycznych funkcjonariuszy pilnowało, żeby radość nie była zbyt wielka. — No a koncerty? Ja słyszałem, że wszyscy najlepsi koncertowali w Spodku. A nawet byłem na koncercie grupy Deep Purple i poznałem, co to jest atmosfera tej pięknej hali. — Naprawdę? No to czego ja cię tutaj nauczam rycerzu? A jeśli wolno spytać, z kim byłeś na tym wielkim koncercie? — Babcia mnie zaprosiła – skromnie wyjaśnił Wojtuś. — Babcia?! Chcesz powiedzieć, że pani Alicja gustuje w muzyce rockowej? — Oczywiście! Nie wiedział pan o tym, panie Anatolu? — Jestem tak wzruszony, że chyba się zaraz rozpłaczę – pan Szpachelka otarł nos chusteczką — No i jestem przeszczęśliwy! Szkoda, że się wtedy nie spotkaliśmy. Ja też byłem na tym niezapomnianym koncercie. I podobało ci się? 158


— Jasne! Byłem zachwycony, no i też wyłem „Smoke on the water, fire in the sky”. Babcia opowiadała mi o koncertach, na których była w latach siedemdziesiątych i później. — Na przykład na jakich? — No na przykład Sting, Joe Cocker, Metallica, Genesis, Rory…Rory… — Rory Galagher! — Tak. Był pan na nim? — Rzecz oczywista! To był rok siedemdziesiąty szósty, ten sam, w którym nasi hokeiści wprowadzili kraj w stan euforii. W takim razie – pan Szpachelka był wyraźnie wzruszony — mogę powiedzieć, że jesteśmy jedną rockową rodziną. Brawo chłopcze! Pan Szpachelka rozsiadł się wygodnie i zaczął swoją opowieść z oczami utkwionymi w legendarny Spodek. Konsumował przy tym automatycznie najgorszą grzankę świata, popijając jeszcze gorszą herbatą z torebki. — Oczywiście w tamtych czasach prawie wszystkie zagraniczne zespoły rockowe poznawaliśmy przez radio, a szczególnie ważny był dla nas Program Trzeci Polskiego Radia, czyli popularna Trójka. Tam na przykład Piotr Kaczkowski nadawał w audycji Mini-Max płyty takich artystów jak Pink Floyd, Yes, Led Zeppelin, Mike Oldfield, Deep Purple, Black Sabbath i wielu innych, których nie można było usłyszeć gdzie indziej. W końcu żyliśmy za tak zwaną żelazną kurtyną i nie było szans na jakiś wyjazd na Zachód. Wobec tego nagrywaliśmy te płyty z radia na kasety albo na szpule, jeśli ktoś miał to szczęście posiadania magnetofonu szpulowego. Były audycje jazzowe, no i była w Trójce cykliczna audycja Jana Chojnackiego, która nazywała się Bielszy Odcień Bluesa. Tak, tak! – westchnął pan Szpachelka z rozrzewnieniem — Trójka była naszym oknem na świat. Ale i u nas wiele zaczęło się zmieniać, szczególnie po słynnym koncercie brytyjskiej grupy Rolling Stones w Warszawie, w ty159


siąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku. W tamtych ciężkich i siermiężnych warunkach było to dla komunistycznego państwa jak trzęsienie ziemi. Stonesom podobno zapłacono dwoma wagonami wódki, jak mówi legenda, ale ważniejsze jest, że zostawili oni po sobie ferment, dzięki któremu polski rock and roll wyszedł z podziemia. — No ale przecież wcześniej była w Polsce grupa Animals – stwierdził Wojtuś marszcząc brwi, bo powiedział właśnie coś bardzo mądrego. — Rycerzu! – zapiał pan Szpachelka — Jestem oczarowany twoją wiedzą! A właściwie skąd to wiesz? — Jak to skąd? Babcia mi opowiadała, bo była na koncercie w Hali Parkowej w Katowicach i tak na nim wrzeszczała, że straciła głos! — Pani Alicja – załkał sławny archeolog — jest osobą budzącą mój najwyższy szacunek. Faktycznie, w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym roku Animalsi byli w Polsce na kilku koncertach, w tym również w Katowicach. Nie było jeszcze wtedy Spodka, ale była Hala Parkowa. Kto wie, może to wtedy właśnie narodziło się zjawisko nazwane śląskim bluesem, coś absolutnie fenomenalnego na całym obszarze socjalistycznej Europy Wschodniej. W każdym razie kilka lat później powstały śląskie zespoły znane nie tylko w Polsce, ale też w Europie i na świecie. W Siemianowicach Śląskich Józef Skrzek założył grupę SBB, a w Tychach Adam i Beno Otrębowie oraz Paweł Berger założyli zespół Dżem. Obydwa zespoły istnieją do dziś. SBB od początku grało muzykę niesamowicie nowatorską, jak to wtedy mówiono progresywną. Nikt inny na świecie nie grał takiej muzyki, dlatego czasem rozszyfrowywano nazwę grupy jako Szukaj, Burz i Buduj, chociaż skrót oznaczał chyba Silesian Blues Band. — Mam pewien problem, panie Anatolu – Wojtuś wykorzystał chwilę ciszy. 161


— Wal śmiało! — Czym się właściwie różni rock od bluesa? — Ha! To dopiero zagwozdka! Powiem ci, że tę różnicę słychać na pierwszy rzut ucha, ale trudno to wyrazić słowami. W każdym razie blues był pierwszy i to z niego wywodzą się coraz liczniejsze gatunki muzyki rockowej. Rock zmienia się nieustannie, a blues w zasadzie pozostaje znacznie bliższy swoim źródłom. — Swoim – podchwycił Wojtuś — czyli jakim? — A właśnie. Przyjmuje się, że blues rodził się w dziewiętnastym wieku w Stanach Zjednoczonych, a za jego kolebkę uznawane jest dorzecze Missisipi. Tam było wiele ogromnych pól bawełnianych, na których pracowali czarnoskórzy niewolnicy. To właśnie z ich pieśni rozwinął się blues, chociaż u jego początków widzi się też pieśni rdzennych mieszkańców Ameryki, czyli Indian. A nie były to wcale ckliwe piosenki o miłości, w typie „Ja kocham cię – ty kochasz mnie”. Były to piosenki o bólu, pracy ponad siły, biedzie, krzywdzie, niesprawiedliwości. Można więc powiedzieć, że blues od początku był muzyką bólu i buntu. A potem nastąpiła światowa kariera bluesa, głównie w Ameryce i Europie, no i w efekcie zrodziły się z niego niezliczone odmiany rocka. W końcu jak zwał, tak zwał, najważniejsza jest muzyka i to, co ona w sobie niesie. — No a śląski blues? Różni się czymś od amerykańskiego? — Właściwie nie. Oczywiście każdy blues ma swoje lokalne brzmienie, wiejskie albo miejskie, wszystko jedno. Łączą je wszystkie ból i bunt, bo blues nie znosi kłamstwa i lukrowania rzeczywistości. Szczerze opowiada o tym jak jest i dlatego tyle w nim jest cierpkich, gorzkich i mocnych słów. A pojęcie śląskiego bluesa powstało, bo właśnie tutaj ta muzyka była grana praktycznie wszędzie. W samych Katowicach było ze dwadzieścia klubów, głównie studenckich, w których grano bluesa, na czele z 162


Akantem i klubem Puls, o którym śpiewał Rysiek Riedel w swoim słynnym przeboju Wehikuł czasu. No i wreszcie od osiemdziesiątego pierwszego roku na przełomie września i października co roku odbywa się Rawa Blues Festival, największa na świecie impreza bluesowa pod dachem, dzieło Ireneusza Dudka, wielkiego bluesmena z Katowic. Oto ukoronowanie wielkiej roli śląskiego bluesa. Można powiedzieć, że tak jak dorzecze Missisipi było kolebką bluesa światowego, tak Górny Śląsk stał się kolebką polskiego bluesa. Do Katowic z całej Polski ściągały pielgrzymki miłośników tej muzyki. — Właśnie. A dlaczego akurat Górny Śląsk? — A myślisz, że ja wiem? Chyba nikt nie wie, dlaczego właśnie tutaj gra się tę muzykę z takim zacięciem i uwielbieniem. Może dlatego, że Ślązacy najbardziej szanują pracę, a praca tutaj często bywa ciężka i niebezpieczna. No i może też dlatego, że rdzenni mieszkańcy Śląska doznali wielu krzywd po drugiej wojnie światowej. Pan Szpachelka rzucił okiem na ścienny zegar i zdębiał. — Rany Julek! Dosyć już tego ględzenia na balkonie! Już okropnie późno. Widzisz, o muzyce można bez końca, nawet nie poczuliśmy upływu czasu. A teraz marsz do miasta. Na początek pokażę ci miejsce, w którym był klub Akant. Kierunek ulica Teatralna dziewięć. Kamienica numer dziewięć, na tyłach wielkiego gmachu Teatru Śląskiego, była rzeczywiście blisko. Nad wejściem widniał już tylko ślad po napisie AKANT. Jak objaśnił pan Szpachelka, była tam jeszcze niedawno galeria i kawiarnia o nazwie nawiązującej do kultowego klubu. — Grały tutaj wszystkie legendy śląskiego i polskiego bluesa, no i tutaj rozpoczęła się historia festiwalu Rawa Blues. Ja pamiętam, że przyjeżdżali tutaj ludzie z całej Polski, nie tylko po to, aby posłuchać muzyki, ale też po to, aby poczuć klimat i atmosferę tego kultowego miejsca. 163


Dla Katowic Akant był tym, czym na przykład dla Krakowa była Piwnica Pod Baranami. — A właściwie skąd wzięła się nazwa Akant? Dlaczego akurat Akant? – ni z tego ni z owego zapytał Wojtuś, wprawiając pana Szpachelkę w nielichą konsternację. — Przecież nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego Akant jest Akantem – mruknął sławny archeolog — A niby kiedy miałem nad tym myśleć? Wtedy, kiedy wychodziłem z klubu nad ranem i pędziłem na pociąg do Krakowa? Albo wtedy, kiedy półprzytomny wychodziłem w sobotę rano po piątkowych Piwnicach Bluesowych Irka Dudka? Krótko mówiąc, nie mam pojęcia dlaczego Akant był Akantem! — No a co to jest w ogóle akant? – nie dawał za wygraną Wojtuś. — To już lepiej. Akant to roślina, uprawiana i u nas w ogrodach, popularna w strefie śródziemnomorskiej. Roślina na tyle charakterystyczna, że w starożytnej architekturze greckiej jej liście posłużyły za główny motyw zdobienia na przykład głowic kolumn greckich, w stylu zwanym korynckim. Takim motywem zdobiono też greckie wazy. No i w ślad za starożytną sztuką grecką, motyw liści i kwiatów akantu pojawił się w architekturze renesansowej, barokowej i właściwie w takiej czy innej formie obecny jest w sztuce do dziś. — Sztuka – blues – akant. To jakoś dziwnie pasuje do siebie – stwierdził Wojtuś z uśmiechem. — To prawda rycerzu – pan Szpachelka aż zaklaskał z radości — Fajnie, że takie masz skojarzenia. Będziesz je mógł rozwinąć, kiedy będziemy w Tychach. — Hura! Będziemy w Tychach? – Wojtuś aż zapiał z emocji. — Jasne – odparł pan Szpachelka tak, jakby to była najoczywistsza oczywistość — Czy wyobrażasz sobie dalszy ciąg opowieści o śląskim bluesie bez wizyty w Tychach? 164


— Nie wiem – ostrożnie stwierdził Wojtuś. — A ja wiem. Opowieść o śląskim bluesie bez historii Dżemu i Ryszarda Riedla nie ma sensu. A to właśnie Tychy są tłem tej opowieści. Ale zanim będziemy w Tychach, zobaczmy jeszcze kilka rzeczy tutaj, w Katowicach. Powoli szli przez zatłoczone śródmieście, które – jak objaśnił pan Szpachelka — jest królestwem architektury w stylu zwanym secesją. Teatr, stare Muzeum Śląskie, wiele kamienic po obydwu stronach linii kolejowej i dworca, zostało zbudowanych w tym stylu, który swój początek miał w Wiedniu. — Zachowało się dużo takich budynków, a wszystkie one powstały w dziewiętnastym oraz w początkach dwudziestego wieku, kiedy Katowice nazywały się Kattowitz i leżały w granicach ówczesnych Niemiec. Za to południowa część śródmieścia, do której niedługo dojdziemy, to domena architektury modernistycznej, wybudowanej przeważnie w okresie międzywojennym dwudziestego wieku, kiedy Katowice były już Katowicami i należały do Polski. No cóż, Górny Śląsk miał bardzo skomplikowaną historię. — Bardzo mi się tu podoba – oznajmił Wojtuś z wielkim przekonaniem — Zawsze mi się tutaj podobało, bo to miasto jest takie… takie wielkomiejskie! — Racja! – ucieszył się pan Szpachelka — Zawsze była tutaj atmosfera wielkiego europejskiego miasta. Nawet w czasach komunistycznych. O! Na przykład spójrz tam, na wylot ulicy Trzeciego Maja. Ja tę ulicę dobrze pamiętam z lat siedemdziesiątych. Wtedy była to chyba najbardziej kolorowa ulica w Polsce, przynajmniej w nocy, kiedy było tam jasno jak w dzień z racji nieprawdopodobnej ilości barwnych sklepów i neonów. No i było tam kino „Światowid”, które powstało na miejscu jednego z pierwszych kin w Katowicach, wybudowanego na początku 165


dwudziestego wieku „Colloseum”. Tak, „Światowid” był fajny, bo projekcje były non stop, cały dzień do późnego wieczora. Niezliczoną ilość razy chodziliśmy tam na wagary. — Panie Anatolu! – zawołał Wojtuś i ciekawie nadstawił ucha — Nie opowiadał pan jeszcze o swoich wagarach! — Bo nie ma o czym – mruknął niechętnie pan Szpachelka, który za późno ugryzł się w język — Nie będę deprawował młodzieży. A zresztą trudno było nie chodzić na wagary, kiedy dookoła było tyle atrakcji. Poza tym miałem w „Światowidzie” znajomą bileterkę, która czasem wpuszczała mnie gratis czyli za darmo. No i dość już o tym! Kiedy przeszli pod wielkim wiaduktem kolejowym pan Szpachelka pokazał Wojtusiowi następne wielkie kino, kolejne swoje kultowe miejsce w centrum Katowic. — To „Rialto”, działające bez przerwy grubo ponad sto lat. Było to chyba najbardziej klimatyczne kino Katowic. Tutaj też chodziłem na wagary – westchnął pan Szpachelka — Ale najbardziej pamiętam to kino z lat siedemdziesiątych. Wtedy co roku były tutaj tak zwane Konfrontacje Filmowe, gdzie pokazywano hity światowego kina, z których wielu nie można już było później w Polsce zobaczyć. Absolutnym hitem na tych Konfrontacjach był dla mnie amerykański film muzyczny Hair, w reżyserii Miloša Formana, na motywach sławnego musicalu, który grany jest do dzisiaj w różnych teatrach świata. — Widziałem Hair! – zawołał Wojtuś — Wspaniały! No i cudowna muzyka. — Rycerzu! Jestem bardzo zbudowany twoją znajomością kina! No to wiesz o czym mówię. Hippisowska epopeja o ludziach, którzy nie chcieli zabijać innych ludzi na wojnie w Wietnamie. Dla nas wtedy, w tej dosyć siermiężnej rzeczywistości socjalistycznej, ten film był jak powiew wiosny. 166


Wyobraź sobie, że kiedy oglądałem go w „Rialcie” sala była nabita do ostatniego miejsca. Wszyscy siedzieli do ostatniego napisu na ekranie, potem zapadła cisza, a potem zerwała się burza oklasków. Owacja trwała ładnych kilka minut, a przecież nie było w sali reżysera ani żadnych osób, które brały udział w realizacji filmu. To było coś niesamowitego. — A czy pan był hippisem? – zapytał Wojtuś z przebiegłym uśmiechem — Panie Anatolu! Jak to było w latach siedemdziesiątych? — No co też ci przyszło do głowy chłopcze – oburzył się pan Szpachelka, ale po chwili westchnął melancholijnie — No dobrze! Powiem ci szczerze. Może nie bardzo udawało mi się żyć według idei hippisowskiej, ale momentami bardzo chciałem. W ogóle w Polsce tamtych czasów trudno było żyć jak hippis, chociaż i u nas ten ruch ma swoją historię. Ale przynajmniej jeździłem na wakacje ze starym plecakiem, na którym był starannie naszyty hippisowski znak, czyli tak zwana pacyfa. Widziałeś ten znak? — Jasne – Wojtuś wzruszył ramionami — Choćby na starym plecaku babci, który leży sobie na stryszku w Łutowcu. Na te słowa pan Szpachelka wytrzeszczył oczy, a później potknął się o krawężnik i dokonał ekwilibrystycznego skoku, żeby nie wyrżnąć głową o bruk. Ale kompletnie nie zwrócił na to uwagi i nadal patrzył na Wojtusia wielkimi oczami. — Więc pani Alicja sympatyzowała z hippisami? – wydukał wreszcie przez ściśnięte gardło — Rycerzu! Dlaczego mi o tym nigdy nie mówiłeś? — Bo pan nie pytał – odparł Wojtuś spokojnie — Myślę nawet, że babcia nie tylko sympatyzowała z hippisami, ale nawet jakiś czas b y ł a hippiską. W plecaku znalazłem stare zdjęcie babci, z opaską i kwiatami we włosach, w bajecznie kolorowej spódnicy w kwiaty. Pięknie wyglądała. Ale kiedy ją wypytywałem o hippisów, to tylko odburknęła, że jestem jeszcze mały i w ogóle wszystko we właściwym czasie. 168


— Naciągasz mnie, żebym coś opowiedział o hippisach? — No można tak powiedzieć, ale nie naciągam tylko sugeruję. — Bardzo uczenie mówisz, chłopcze. No to troszkę ci opowiem. Otóż ruch hippisowski powstał w Stanach Zjednoczonych (a gdzieżby indziej?) w reakcji na wybuch wojny w Wietnamie. Był to po prostu bunt wielu młodych ludzi, którzy nie rozumieli po co i z jakiej przyczyny ktoś im każe jechać na drugi koniec świata i strzelać do innych ludzi. W każdym razie doszli do wniosku, że nie będą tego robić w imię czyichś tam brudnych interesów. Wobec tego zaczęli się organizować, zakładać grupy, które żyły razem i tak dalej. Rozwijali też własne idee, w których główną rolę odgrywały pokój i miłość do wszystkich istot żyjących. Dlatego głównym hasłem było: „Make love, not war”. Oczywiście wiesz jak to przełożyć na polski? — Jasne! – oburzył się Wojtuś — Nie jestem już taki mały. To znaczy: Czyń miłość, nie wojnę. — OK. No i tym, co rozniosło idee hipisowskie po świecie była oczywiście muzyka. Na pewno pani Alicja słuchała w tamtych czasach takich artystów jak Jimi Hendrix, Janis Joplin, Joan Baez, Jim Morrison i The Doors, czy grupy Ten Years After. — Nie tylko słuchała – mruknął Wojtuś — Ale słucha do dziś z jakichś starych kaset. — To zupełnie tak jak ja! Widzisz jaki potężny ślad zostawiły w nas tamte lata? Zresztą idee hippisowskie przyjęło bardzo wielu artystów i właściwie większość najpopularniejszych zespołów i solistów miało przynajmniej jakieś epizody związane z ruchem hippisowskim. Muzykę rockową czasy tego buntu naznaczyły najsilniejszym piętnem, ale tak samo jest w modzie. Przecież co jakiś czas powracają spodnie dzwony, spódnice w kwiaty, opaski, kwiaty we włosach i tak dalej. Nie darmo 170


hippisi określali siebie jako dzieci-kwiaty. Po prostu miłość, pokój, muzyka! — No dobrze, ale z czego oni żyli? — Tak – pan Szpachelka spojrzał na Wojtusia z uśmiechem — Pytanie jest bardzo dobre, ale trudno na nie odpowiedzieć. Właściwie nie wiadomo z czego. Według idei prawdziwy hippis nie martwi się o jutro, żyje chwilą, chodzi boso żeby nie deptać butami ziemi oraz na przykład jest wegetarianinem, bo zwierzęta są naszymi braćmi, a braci się nie je. Widzisz więc, że nie było łatwo zostać prawdziwym hippisem, a na przykład w Polsce było to raczej wykluczone. Naprawdę trudno mi powiedzieć z czego żyli hippisi, no i to była jedna z ciemniejszych stron tego ruchu. Druga, o wiele gorsza, to narkotyki, które zażywano w tym ruchu masowo. Hendrix albo Joplin zmarli młodo właśnie przez narkotyki. No cóż, wszystko ma swoje jasne i ciemne strony. — Ryśka Riedla też wykończyły narkotyki? — Widzę, że wiesz dużo więcej niż przypuszczałem – odparł pan Szpachelka z westchnieniem — Racja. On też zmarł przez zgubne nadużywanie narkotyków. Zresztą amerykańskie kultowe pismo muzyczne „Rolling Stone” obwieściło po jego śmierci, że zmarł ostatni hippis naszych czasów! A tyle mógł jeszcze wyśpiewać. Widzę, że oglądałeś film Skazany na bluesa? — Oczywiście! Musiałem go obejrzeć. — Jak to „musiałem”? A kto cię zmusił? — Oczywiście babcia! Portret Ryśka Riedla do dzisiaj wisi na ścianie w Łutowcu. — Widzę, że będę musiał umówić się z panią Alicją na długą rozmowę wspomnieniową – stwierdził stanowczo pan Szpachelka — Najlepiej w Katowicach, w końcu to kolebka śląskiego bluesa. 171


Rozmowa o hippisach i bluesie mocno zajęła niestrudzonych badaczy przeszłości. Nawet nie zauważyli, że znaleźli się przed wielkim gmaszyskiem, wypełniającym całą pierzeję ogromnego placu. Wojtuś stanął jak wryty i w milczeniu, z otwartą buzią, oglądał gigantyczny budynek. — Robi wrażenie, prawda? – zapytał pan Szpachelka i uśmiechnął się z dumą, widząc minę chłopca. — Ależ ogrom! Wygląda jak współczesny zamek! — Twoje skojarzenia są słuszne, rycerzu. To taki modernistyczny zamek, który zbudowano zaledwie dziewięćdziesiąt lat temu. Cóż to jest dla archeologa! Krótka chwilka. A jednak ten ogromny gmach jest Pomnikiem Historii jako jedno z największych osiągnięć architektury okresu modernizmu w Polsce. — Naprawdę? – zdumiał się Wojtuś — To takie budynki też mogą być Pomnikami Historii? — Oczywiście! I powiem ci, ten gmach jest jak najbardziej słusznie Pomnikiem Historii. Nie tylko dlatego, że był największym modernistycznym budynkiem w Polsce międzywojennej, ale również dlatego, że była to siedziba Sejmu Śląskiego. — Sejmu? Nie wiedziałem, że w Katowicach był Sejm. — No to już wiesz. Był to bardzo specyficzny parlament, bo w międzywojennej Polsce województwo śląskie było jedynym regionem autonomicznym, czyli w dużym stopniu niezależnym od władz centralnych w Warszawie. Wyobraź sobie, że władze województwa śląskiego mogły nawet zaciągać pożyczki zagraniczne bez pytania się o zgodę rządu. A decydował o tych wszystkich sprawach właśnie Sejm Śląski. — No a jak to się stało, że województwo śląskie miało taką wielką samodzielność? – Wojtusia najwyraźniej zaciekawiła ta historia, z czego pan Szpachelka był bardzo zadowolony. 172


— Bardzo mądre pytania zadajesz, rycerzu. Przede wszystkim to, że tereny okręgu przemysłowego wokół Katowic znalazły się w granicach Polski, było głównie zasługą samych Ślązaków, którzy wywalczyli to w trzech powstaniach zwanych śląskimi. No a poza tym ten region był najbardziej uprzemysłowionym oraz gospodarczo i kulturalnie najbardziej rozwiniętym z wszystkich polskich regionów, nie mówiąc już o bardzo skomplikowanej sytuacji narodowościowej, szczególnie o silnej mniejszości niemieckiej. Trzeba tu było rozstrzygać sprawy i problemy, których w innych częściach państwa po prostu nie było. Dlatego było to chyba mądre pociągnięcie. — Wszystko to jest strasznie pogmatwane – westchnął Wojtuś. — Tak jak cała historia Śląska. A ja bardzo lubiłem wpadać do tego wielkiego gmachu na wagary! – pan Szpachelka uśmiechnął się pod wąsem, chyba wróciły jakieś stare wspomnienia. — Znowu wagary! – zawołał Wojtuś — Czy pan w ogóle bywał w szkole, panie Anatolu? — Oczywiście, że bywałem. W końcu niecodziennie była okazja do wagarowania. — No i co można robić na wagarach w tym wielkim budynku? Jest tam coś ciekawego? — Wszystko tam jest ciekawe. Wielki hall wejściowy, efektowne klatki schodowe, a na dziedzińcu środkowym stoi okrągły budynek dawnej sali posiedzeń Sejmu Śląskiego. Dzisiaj zbiera się tam sejmik województwa śląskiego. Ale wtedy interesowały mnie tylko windy. — Windy? – zaśmiał się Wojtuś — Windy są ciekawe, ale żeby tracić na nie cenny czas na wagarach? — Przyjacielu! Na te windy warto tracić czas. To są bardzo rzadkie windy tak zwane paciorkowe, niektórzy nazywają je też windami różańcowymi, 173


czyli typu pater noster. Polega to na tym, że wąskie kabiny, w których może stanąć tylko jedna osoba, nanizane są jak paciorki na liny nośne. Poruszają się z dołu do góry, a druga z góry na dół, bardzo wolno i w ogóle się nie zatrzymują. Jeśli chcesz dostać się na jakieś piętro, musisz sprawnie wejść do kabiny, kiedy mija ona poziom, na którym się znajdujesz. Uwielbiałem te windy i czasem godzinę spędzałem jeżdżąc w górę i w dół. Później czasem wymykałem się sam, a czasem wyprowadzał mnie portier, który zauważył urwisa jeżdżącego tam i z powrotem. To było coś! I wyobraź sobie, że te windy ciągle działają. Dzisiaj niestety ich nie sprawdzimy, bo urząd jest nieczynny, ale uwierz mi, że było to super przeżycie. Taka sama winda jest w urzędzie wojewódzkim w Opolu. Może tam uda nam się skosztować tego cacka. — Więc pojedziemy też do Opola? – krzyknął Wojtuś i podskoczył z radości — Nic pan wcześniej nie mówił! — No bo nie pytałeś – pan Szpachelka wzruszył ramionami — A poza tym jest to podróż-niespodzianka! — Dokąd teraz? — Teraz pójdziemy już tylko obejrzeć modernistyczne osiedle z drapaczem chmur, no i tyle! Więcej nie zdążymy, a szkoda, bo jest tyle wspaniałych miejsc, które mógłbym ci pokazać. Jest nowe Muzeum Śląskie, archikatedra Chrystusa Króla, są piękne osiedla górnicze Nikiszowiec i Giszowiec, są jeszcze cały czas działające kluby bluesowe. Wszystko to powstało w ciągu ostatniego stulecia, a przecież obrosło już legendą. Niestety jest po prostu za dużo na jeden dzień. No ale trudno, powoli zbliża się wieczór, a musimy jeszcze obejść dookoła Spodek! — O tak! – Wojtuś chwilkę pomyślał i zapytał ostrożnie — Powiedział pan, panie Anatolu, drapacz chmur? — Zgadza się. Zaskoczyło cię to? 174


— No jasne! Przecież drapacze chmur są w Nowym Jorku, no i w innych amerykańskich miastach. Ale w Katowicach? — A jednak! Widzisz, w latach trzydziestych dwudziestego wieku, czyli w okresie międzywojennym, zbudowano w Katowicach bardzo eleganckie i nowoczesne osiedle, w modnym wówczas stylu modernistycznym, przeznaczone głównie dla urzędników województwa śląskiego. Właśnie na tym osiedlu powstał czternastopiętrowy budynek zwany potocznie drapaczem chmur. — Czternaście pięter? – zachichotał Wojtuś — I to ma być drapacz chmur? Przecież dzisiaj w samych Katowicach jest wiele wyższych budynków. — Dzisiaj tak, ale pomyśl, że było to prawie dziewięćdziesiąt lat temu, kiedy takie konstrukcje były nowością. W tamtym czasie, wyobraź sobie, był to najwyższy budynek w Polsce! Co prawda tylko przez rok, bo prześcignął go o sześć metrów warszawski Prudential, no ale jakiś czas dzierżył palmę pierwszeństwa! — No tak. Nie pomyślałem o tym. — A ten budynek był szczególnie elegancki, a nawet wytworny. Wyobraź sobie, że mieszkania w tym budynku miały ciepłą wodę, centralne ogrzewanie i telefon, bo drapacz chmur miał własną centralę telefoniczną. A na dole mieściły się biura. No już. Jesteśmy. Wojtuś spojrzał przed siebie i w górę. Po drugiej stronie ruchliwej ulicy wznosił się imponującej wysokości budynek, jakby zestawiony z kilku prostych brył, z wielkimi oknami, policzył piętra, rzeczywiście było czternaście. — No i jak ci się podoba, rycerzu? Drapacz ma około sześćdziesiąt metrów wysokości. — On ma rzeczywiście czternaście pięter. Ale to chyba bardzo wysokie piętra. 175


— Fakt. Na dzisiejsze standardy byłoby ich znacznie więcej. — Ale rzeczywiście jest bardzo wytworny. Można powiedzieć, że prostota jest piękna. — Bardzo trafna i dojrzała uwaga – pan Szpachelka z podziwem spojrzał na Wojtusia — Lepiej bym tego nie ujął. — W ogóle fajne to osiedle. Ja na przykład chętnie bym tu zamieszkał. — Mnie też zawsze się tutaj podobało. No cóż, wiele jest miejsc, w których chcielibyśmy zamieszkać. Ale musi nam wystarczyć, że czasem możemy tutaj zajrzeć. I to chyba dobrze? — Pewnie, że dobrze – potwierdził Wojtuś skwapliwie. — Zdaje się, że słońce już zaszło i powoli się ściemnia. Pamiętaj, że mamy jeszcze obejść Spodek! Poszli z powrotem bez pośpiechu, oglądając wieczorne życie miasta, zabłysnęły uliczne latarnie, grupy młodych ludzi zmierzały na wieczorne imprezy, do kin, albo po prostu na wieczorną przechadzkę po mieście. Na wielkim domu handlowym, naprzeciwko teatru, zawieszony był ogromny baner reklamujący tegoroczny Rawa Blues Festival. Bardzo to ucieszyło pana Szpachelkę. — Spróbuję zdobyć bilet! – zapowiedział stanowczo — Może mi się jeszcze uda. Ty rycerzu będziesz się wtedy pilnie uczył. Sorki! — W każdym razie nie pójdę na wagary, jak niektórzy – odciął się Wojtuś. Przez jasny rynek i Aleję Korfantego dotarli do wielkiego ronda, za którym pysznił się na tle granatowego nieba barwnie podświetlony Spodek. Wojciech Korfanty, jak objaśnił pan Szpachelka, był przywódcą trzeciego powstania śląskiego i to jemu zawdzięczamy fakt, że zakończyło się ono po myśli Ślązaków i że wschodnia część Śląska znalazła się w Polsce. 177


— A wiesz co to są za trzy skrzydła? – podchwytliwie zapytał, wskazując na wyniosły pomnik naprzeciwko Spodka. — Za kogo pan mnie ma, panie Anatolu! – oburzył się Wojtuś — Jasne, że wiem. To Pomnik Powstańców Śląskich. — No przepraszam. Oczywiście zgadza się. To dzieło sławnego rzeźbiarza Gustawa Zemły. Efektowny, prawda? — Zawsze mi się podobał. — A stoi na miejscu ogrodów, które dawniej otaczały katowicki zamek. — Zamek? – Wojtuś rozejrzał się zdumiony — Pierwsze słyszę, żeby w Katowicach był zamek! — No bo to był właściwie bardzo okazały dwór hrabiów Tiele-Wincklerów, pruskich właścicieli okolicznych dóbr, zbudowany w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, czyli jeszcze zanim Katowice zostały miastem. Ale wszyscy nazywali go zamkiem i nawet dzisiejsza Aleja Korfantego nazywała się wówczas Schloßstrasse, czyli ulica Zamkowa. — A to dopiero historia! No i co się stało z tym zamkiem? — Wyobraź sobie, że rozebrano go w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, i to w ciągu jednej nocy! — W ciągu jednej nocy? A dlaczego tak szybko? – zdumiał się Wojtuś. — Nie spodobał się ówczesnym władzom, bo według nich był pozostałością pruskiej zabudowy. Taki kaprys. A zburzyli go tak szybko pewnie po to, żeby uniknąć protestów i postawić wszystkich przed tak zwanym faktem dokonanym. Dobrze, że nie zburzyli pozostałej pruskiej zabudowy, bo pół Katowic ległoby w gruzach, na czele z gmachem teatru i kinem „Rialto”! — To straszne, panie Anatolu! — Niestety, polityka często bywa okropna i nie liczy się z nikim ani z niczym. No dobrze, dość tych smutków, biegniemy do Spodka. 178


Po przejściu labiryntu podziemnych korytarzy pod wielkim rondem, przedostali się na drugą stronę ulicy. Tutaj wielka hala stała się jeszcze większa i rzeczywiście sprawiała wrażenie gotowej do odlotu. — Jest to logiczne – stwierdził rzeczowo pan Szpachelka — Wiele razy odleciałem w niej muzycznie na bardzo dalekie orbity. — Panie Anatolu! — Co się stało? — Nie powiedział pan dzisiaj ani słowa o archeologii! — No cóż – odparł pogodnie pan Szpachelka — Nie samą archeologią człowiek żyje. Zresztą wszystko na tym świecie gdzieś się ze sobą łączy. Trzeba tylko wejść na wyższy poziom świadomości. — Teraz to pan mówi jak prawdziwy hippis! — Naprawdę? – sławny archeolog przystanął i zastanowił się przez moment — Chyba masz rację. Więc jednak coś mi zostało z tamtych czasów. Ach! – westchnął żałośnie — Chętnie wróciłbym do nich, chociaż na krótką chwilkę! — Oby pan tego nie wyrzekł w złą godzinę – przestraszył się Wojtuś — Zauważył pan, że nie spotkała nas dzisiaj żadna dziwna przygoda? Proszę na wszelki wypadek splunąć trzy razy przez ramię! — Nie będę pluł na ulicy – obruszył się pan Szpachelka. — Ale tak symbolicznie, tfu, tfu, tfu. — No, chyba że tak. Tymczasem znaleźli się na długiej platformie, obiegającej halę dookoła. Po lewej ręce mijali kolejne wejścia do hallu, z którego następne rytmicznie rozmieszczone drzwi prowadziły do wnętrza wielkiej sali widowiskowej. Po drugiej stronie Spodka, jak objaśnił pan Szpachelka, jeszcze nie tak dawno pracowała kopalnia „Katowice”, fenomenalna kopalnia w samym sercu miasta. 179


— Teraz jest tam kompleks wielkich nowoczesnych gmachów. Najbliżej nas jest Międzynarodowe Centrum Kongresowe, za nim tak zwany NOSPR, czyli sala koncertowa i siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Podobno ta sala ma niesamowitą akustykę, mam nadzieję że uda mi się kiedyś sprawdzić to na własnych uszach. A jeszcze dalej, na terenach dawnej kopalni, jest nowa siedziba Muzeum Śląskiego, gdzie do sal wystawowych zjeżdża się windami. W sumie jest to niesamowity, supernowoczesny kompleks. Tak jak w okresie międzywojennym Katowice są w czołówce postępu! — Rzeczywiście imponujące jest to wszystko – szepnął Wojtuś — Przepiękne miasto. I bardzo wielkomiejskie. Lubię takie. Panie Anatolu! — Co tam? — Tamto wejście jest chyba otwarte! Zapomnieli zamknąć? – Wojtuś wskazał na przeszklone drzwi, które najwyraźniej były uchylone. — Rzeczywiście – mruknął słynny archeolog — Pewnie ktoś przeoczył. Trzeba by kogoś zawiadomić. Ale kogo? Jest zupełnie pusto. Może gdzieś zadzwonić? Pan Szpachelka wyciągnął telefon, ale zanim zaczął w nim szukać jakiegoś kontaktu, zajrzał z ciekawością do środka. W hallu było pusto i ciemnawo, ale coś zwróciło jego uwagę, bo pilnie nadstawił uszy. — Chyba słyszę jakąś muzykę! To dziwne, dzisiaj chyba nie ma w Spodku żadnego koncertu. Może to jakiś ochroniarz sprawdza wejścia i puszcza sobie głośno muzykę ze smartfonu? — Może… Ale mam jakieś dziwne przeczucia – powiedział Wojtuś drżącym głosikiem. — Nie przejmuj się chłopcze. Zaraz wszystko się wyjaśni – odparł spokojnie pan Szpachelka i zawołał — Halo! Jest tam kto?! 180


Na to zawołanie ktoś wychylił się z drzwi w głębi hallu, a potem wyszedł i zmierzał w ich kierunku. Był to młody człowiek z bardzo długimi włosami przewiązanymi szeroką opaską, ubrany dość dziwnie, w spodnie-dzwony i rozchełstaną koszulę w kolorowe kwiaty. „Chyba miałem rację. Zaczyna się dziać coś dziwnego” – pomyślał Wojtuś i spojrzał na pana Szpachelkę, który najpierw rozdziawił buzię w wielkim zdumieniu, a później uśmiechał się i był najwyraźniej zachwycony. — Czy jest tu dzisiaj jakiś koncert? – zapytał grzecznie. — Wchodźcie śmiało bracia – odparł łagodnym głosem dziwnie ubrany młodzieniec — Czekamy na was. Mamy tutaj takie party. Kiedy weszli do ogromnego wnętrza hali, zobaczyli płonące na środku reflektory tworzące skierowany w górę słup światła. Ze wszystkich stron migały kolorowe lampki tworząc niesamowitą i ruchomą feerię barw. Na wielkiej niskiej scenie grało kilku muzyków, dwóch gitarzystów, perkusista i klawiszowiec na organach Hammonda. Wokalista z długimi włosami przewiązanymi szeroką opaską kołysał się przy mikrofonie, w uszach wibrowała gitarowa solówka. Wokół reflektorów kłębił się tłum młodych dziewczyn i chłopców w barwnych koszulach, dżinsach albo sukniach w barwne kwiaty, tańczących boso albo w sfatygowanych sandałach. Kiedy wkroczyli w krąg światła Wojtuś spojrzał na pana Szpachelkę i oniemiał. Zobaczył sławnego archeologa w szerokich dżinsach-dzwonach, koszuli w kwiaty i czerwonej opasce na włosach. „Więc jednak miałem rację. Znaleźliśmy się w latach siedemdziesiątych” – pomyślał w panice – „Co teraz?”. — Panie Anatolu! – wrzasnął przekrzykując muzykę — Gdzie jest pana słynna kamizelka? — Baw się bracie i nie myśl o jutrze! – pan Szpachelka kołysał się w takt muzyki, miał błogi wyraz twarzy i chyba niewiele do niego docierało. 181


— Panie Anatolu! Znaleźliśmy się w latach pana młodości! — Wszystko będzie OK., bracie, wszystko będzie OK. Ciesz się chwilą! I nie ufaj ludziom po trzydziestce! „Nie jest dobrze” – zmartwił się Wojtuś – „Pan Anatol pogrążył się całkowicie w czasach swojej młodości. Co robić?” — Witajcie bracia, jestem Ala! – stanęła przed nimi roześmiana dziewczyna w długiej spódnicy w barwne kwiaty, z opaską i kwiatami we włosach — Nie pytam skąd przybyliście, wszyscy idziemy gdzie nas oczy poniosą i kto wie gdzie będziemy jutro. — Rany Julek! Przecież to babcia! – szepnął Wojtuś i schował się za szerokie spodnie pana Szpachelki — Ratunku! Panie Anatolu! – wrzasnął zdesperowany. — Mów mi Tolek, bracie – krzyknął sławny archeolog i uśmiechnął się — Wyluzuj. — Przecież to jest babcia! Pani Alicja! — Jaka babcia? – zaśmiał się pan Szpachelka — Chyba raczej starsza siostra! Nie przejmuj się przyjacielu, wszyscy jesteśmy braćmi! Dzisiaj miałem piękny sen, naprawdę piękny sen. Wolności moja, śniłem, że wziąłem z Tobą ślub. Słońce nas błogosławiło I Księżyc też tam był Wszystkie gwiazdy nieba. Wszystkie gwiazdy ooo.

183


– popłynął mocny śpiew długowłosego artysty. Wszyscy podnieśli ręce w górę, tańczyli i śpiewali. Wojtusia też ogarnął ten podniosły nastrój, zaczął się kołysać i śpiewać „O Viktorio, moja Viktorio”. Ale po chwili nieco oprzytomniał. „Przecież nie zostanę w latach siedemdziesiątych, razem z babcią i panem Anatolem! Coś trzeba zrobić!”. Niewiele myśląc złapał słynnego archeologa za rękaw koszuli i zaczął go wyciągać z tłumu. — Co robisz bracie?! – wrzeszczał pan Szpachelka — Bawmy się! — Musimy już spadać! – krzyczał Wojtuś — Trzymaj się mnie, Tolek! Wreszcie jakimś cudem udało się Wojtusiowi wyciągnąć sławnego archeologa z wnętrza wielkiej hali. Kiedy tylko znaleźli się w hallu nastała cisza, półmrok rozjaśniały tylko światła zza szyb. Pan Szpachelka rozglądał się nieprzytomnie, a Wojtuś ciężko dyszał. Wtedy oślepiło ich na chwilę ostre światło latarki. — A co wy tu robicie? – zapytał tubalny głos A jak się tu dostaliście? — Rączki do góry i oprzeć się o ścianę! Usłyszeli zbliżające się kroki, Wojtuś kątem oka zobaczył czarny uniform z napisem OCHRONA, a potem ten sam tubalny głos nakazał się odwrócić i wyciągnąć dokumenty. Pan Szpachelka nerwowo zaczął przeszukiwać niezliczone kieszonki swojej sławnej kamizelki, ale tu nastąpiło coś nieoczekiwanego. — A niech mnie! – zagrzmiał tubalny głos — Anatol!? — Anatol – potwierdził archeolog wpatrując się przymrużonymi oczami w światło latarki — Zaraz, zaraz. Przecież znam ten głos! Zyga? — Ano Zyga, Zyga! – ucieszył się właściciel latarki, po czym obydwaj padli sobie w ramiona i zaczęli szaleńczy taniec na środku hallu. Wojtuś obserwował to wszystko z narastającym zdziwieniem i mocno się uszczypnął żeby sprawdzić, czy to aby nie jest dalsza część snu albo podróży do lat siedemdziesiątych. 184


— To mój serdeczny przyjaciel ze szkoły! – krzyknął do niego pan Szpachelka — A to jest Wojtuś! Jesteśmy uratowani! Pamiętasz nasze indiańskie wypady, wielki Winnetou? Nasze hippisowskie harce przy ogniskach? Pamiętasz, Zyga? — Wszystko pamiętam! I wagary w „Światowidzie”, i bluesa w Akancie i uprowadzenie bladych twarzy w Tychach! A propos, przyjedziesz w tym roku na Rawa Blues? — Chciałbym, ale nie wiem czy będą jeszcze bilety. — Nie martw się. Wal do mnie jak w dym, wpuszczę cię za scenę. „Jak to fajnie wszędzie mieć przyjaciół” – pomyślał Wojtuś zazdrośnie. Tymczasem Zyga i pan Szpachelka wspominali dawne czasy, a później serdecznie się pożegnali. — Wracamy do domu? – Wojtuś ziewnął głęboko — Jestem okrutnie zmęczony! — A ja bym jeszcze poszalał! Właściwie co się stało? Pamiętam wszystko jak przez mgłę. Czy tam była pani Alicja? — Nie, nie! – zaprzeczył gwałtownie Wojtuś — Tylko mi się tak zdawało. Poza tym wszystko jest OK. Wyciągnąłem pana, panie Anatolu, z czasów młodości, czyli z lat siedemdziesiątych. Bardzo się pan opierał! — A więc wróciliśmy do tamtych czasów! — Zgodnie z pana życzeniem. — Ale to chyba dobrze, że mnie wyciągnąłeś. Takie powroty nigdy nie kończą się szczęśliwie. Przynajmniej tak sobie wyobrażam. Dziękuję ci bracie! Kiedy spojrzeli na Spodek z drugiej strony szerokiej jak rzeka ulicy, zawisł tuż nad nim wielki czerwony księżyc. Zachwycony pan Szpachelka natychmiast wykonał serię zdjęć. Zewsząd dobiegały do ich uszu ciche dźwięki muzyki, tworząc zupełnie niesamowitą mieszankę, jakby otaczała 185


ich przeogromna bluesowa orkiestra. — Wiesz Wojtusiu – pan Szpachelka rozmarzony spoglądał w niebo — Wyobrażam sobie, że cała ta muzyka ulatuje do góry i gdzieś tam wysoko, na którejś orbicie łączy się w jeden potężny śląski blues. Aż do końca świata ta orkiestra nie umilknie, bo chociaż jedni odchodzą, to przychodzą na ich miejsce inni i grają dalej. Czy to nie piękne? — Piękne, piękne – potwierdził Wojtuś, który nie mógł opanować ziewania — Ale okrutnie chce mi się spać! — No dobrze. Idziemy do domu, ale na zawsze zapamiętam te szczęśliwe chwile. Jakby ci się przyśnił Rysiek Riedel to poproś go, żeby zaśpiewał Pawia, to też jest fajne. I poszli zasłuchani w odgłosy bluesowych klubów, księżyc drgnął, jeszcze raz spojrzał na Spodek i ruszył w swoją zwykłą podróż, a muzyka otulała miasto jak wielka ciepła pierzyna.

186


Wojtuś i bluesowa wędrówka po Tychach czyli o tym, że muzyka, architektura i wszelkie sztuki potrzebne są do życia jak chleb, woda i tlen Szybka i szeroka droga do Tychów najpierw wiodła do góry, później opadała w dół, jechali przez rozległe lasy, mijali równie rozległe pola i schludne wsie, a już po niewielu minutach na horyzoncie ukazała się zabudowa dużego miasta. — Zaraz wjedziemy do Tychów – cicho powiedział pan Szpachelka, ciągle rozmarzony po katowickiej przygodzie w Spodku, jak to uczenie określił „psychodelicznej”, a nawet „metafizycznej”. — Nie wiem co znaczy jedno i drugie słowo – odparł Wojtuś przytomnie — ale mnie również się podobało, chociaż przestraszyłem się, że zostaniemy w tamtych czasach. — No właśnie o tym mówię – pan Szpachelka spojrzał na Wojtusia z wielkim zadowoleniem — Chyba dobrze się stało, że wyciągnąłeś mnie siłą, bracie. Tym bardziej, że późniejsze lata były nieciekawe, był stan wojenny, bieda i strach, a później trochę nadziei w osiemdziesiątym dziewiątym, i znowu bieda i strach. Tak to się plecie. Ale dość smutasów, wjeżdżamy do Tychów. — Właśnie – Wojtuś zmarszczył brwi — Do Tychów czy do Tych? Jak to jest? — Jak słyszałem specjaliści orzekli, że obydwie formy są prawidłowe, bo obydwu się używa. Zwykle „do Tychów” jeżdżą Ślązacy, a „do Tych” 187


jeżdżą ludzie spoza Śląska. Zawsze jeszcze można powiedzieć „Jadę do miasta Tychy”, OK? — OK. To od czego zaczniemy? — No jak to od czego? A z czego słyną Tychy? — Hmmm… Na przykład z piwa! — Bingo! Nie mamy wiele czasu, ale Złota Tychów nie można pominąć. — Złota Tychów? – Wojtuś uśmiechnął się szelmowsko — Ładna nazwa, ale nie pasuje do powiedzenia „Od piwa głowa się kiwa”. — Mój mały szanowny przyjacielu – rozpoczął przemowę pan Szpachelka i zmarszczył brwi — Oczywiście piwo nie jest napojem odpowiednim dla dzieci, ani nawet dla małych rycerzy. Weź jednak pod uwagę, że od głębokiego średniowiecza towarzyszy ludności całej Europy, więc ma swoją bogatą historię i było dla ludzi ważne. Oczywiście dawniej piwo było dużo słabsze niż dzisiaj i raczej służyło do gaszenia pragnienia niż dla jakichś celów, nazwijmy to, rozrywkowych. Władcy specjalnymi przywilejami zezwalali na zakładanie browarów i warzenie piwa. Na samym tylko Śląsku były w średniowieczu i w czasach nowożytnych setki browarów. W całej Europie chyba nikt ich nigdy nie policzył. Tyski Browar Książęcy był i jest jednym z najbardziej szacownych zakładów tego typu działających do dziś. A powstał czterysta lat temu i działa bez przerwy. Trochę szacunku do tego miejsca! — Już czuję szacunek – zapewnił Wojtuś skwapliwie — A chciałem jeszcze zapytać dlaczego browar nazywa się Książęcy? — Najstarszy browar wybudował ród Promnitzów, który władał rozległymi dobrami pszczyńskimi. W dziewiętnastym wieku dobra te przeszły pod władanie bogatego rodu Hochbergów i stały się Księstwem Pszczyńskim. Wkrótce potem Jan Henryk jedenasty Hochberg rozbudował dawny niewielki browar, a w zasadzie można powiedzieć, że zbu188


dował go na nowo jako wielki i nowoczesny zakład. A był to wszak książę pszczyński, wobec tego i browar stał się książęcy. A musisz wiedzieć, że w tym czasie był to jeden z największych browarów w Europie. Na pewno słyszałeś o Hochbergach, bo główną ich siedzibą był przepiękny zamek Książ koło Wałbrzycha. — Oczywiście że słyszałem! Czytałem też o księżnej Daisy, która wiele dobrego zrobiła dla poddanych Hochbergów w Wałbrzychu. — Zgadza się! – pan Szpachelka z uznaniem spojrzał na Wojtusia — Była żoną Jana Henryka piętnastego i księżną pszczyńską, a z tej przyczyny tytułowała się Hochberg von Pless. — Von Pless? — No bo Pless to była niemiecka nazwa Pszczyny. Władcy księstwa mieszkali w przepięknym barokowym pałacu pszczyńskim, który na pewno widziałeś, przynajmniej na fotografiach. — Nie tylko na fotografiach, ale byłem tam kiedyś na wycieczce szkolnej – z dumą odparł Wojtuś. — No widzisz. A teraz jesteśmy w dawnym browarze Hochbergów. Po drugiej stronie ulicy zachował się też dawny pałac z siedemnastego wieku. Wokół niego książę pszczyński kazał urządzić park nazwany Browarnianym, w którym pracownicy browaru mogli wypoczywać i nawet zażywać rozrywek kulturalnych. W dziewiętnastym wieku taka dbałość o robotników przemysłowych czy górników była wśród właścicieli kopalń i zakładów daleko posunięta, można nawet powiedzieć modna. Tak samo jak działalność charytatywna, którą na przykład prowadziła księżna Daisy. — To chyba godne pochwały? — Jasne. Ale z drugiej strony było to zrozumiałe, bo przemysł gwałtownie się rozwijał i każdy chciał do swoich zakładów przyciągnąć ludzi, 189


którzy będą w nich pracować. Trzeba im było zaoferować jakieś korzyści. A teraz krótka wycieczka po browarze? — Bardzo chętnie – Wojtuś rozejrzał się dookoła — Ładne te budynki i takie przyjemne, chociaż to przecież zakład przemysłowy. — Masz rację rycerzu. Dziewiętnasty wiek to taki okres, kiedy nawet fabryki czy kopalnie starano się budować stylowo i w taki sposób, żeby nie były przykre dla oka. Jak widzisz wszystko jest tutaj z cegły, ale wcale nie jest nudne, bo ściany urozmaicone są a to różnymi kształtami okien, a to ceglanymi gzymsami i innymi elementami. W sumie przedstawia to przyjemny widok. A w dawnej browarnianej kaplicy urządzone jest dzisiaj bardzo klimatyczne muzeum. W Tychach pod sam koniec dziewiętnastego wieku powstał jeszcze drugi browar, zwany Obywatelskim, tak samo ładnie zbudowany jak ten. Dzisiaj jak słyszałem są tam różne firmy i restauracja, ale i mała warzelnia w której wyrabiają piwo. Tak więc tradycja pozostaje zachowana. Wojtusiowi spodobała się wędrówka po starym browarze, a szczególnie zauroczyły go wnętrza muzeum, ceglane, tajemnicze i bardzo ciepłe. Jak objaśnił pan Szpachelka, odbywają się tam nie tylko wystawy, ale nawet koncerty rockowe. Wojtuś pilnie nadstawił ucha, ponieważ miał nadzieję na dalszy ciąg opowieści o śląskim bluesie. — Cierpliwości, dojdziemy i do tego – ostudził go szybko pan Szpachelka. — Trudno, poczekam – westchnął chłopiec i zagadnął — No a skoro Tychy miały dwa takie duże browary, to znaczy, że już w dziewiętnastym wieku były dużym miastem? — Może się zdziwisz rycerzu, ale Tychy zostały miastem dopiero w latach trzydziestych ubiegłego wieku, kilka lat przed wybuchem drugiej wojny światowej. Tak zdecydowały ówczesne autonomiczne władze woje191


wództwa śląskiego. No ale już wcześniej była to znaczna osada przemysłowa. Były tutaj nie tylko dwa browary, ale też huty, papiernia czy cegielnia książęca. A od lat pięćdziesiątych, kiedy powstały tak zwane Nowe Tychy, miasto powiększało się błyskawicznie. — Nigdy bym nie pomyślał, że miasto jest takie młode. Przecież teraz to jedno z dużych polskich miast. — W każdym razie mieści się w pierwszej trzydziestce rankingu. Powiem ci też, że Nowe Tychy projektowano po wojnie jako takie miasto-sypialnię dla Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Czyli miało się w nim spokojnie i przyjemnie mieszkać i odpoczywać. Jednak później losy potoczyły się inaczej. Powstał wielki przemysł, przecież to właśnie tutaj zbudowano fabrykę Fiata, gdzie produkowano te kultowe dzisiaj Maluchy, no i w efekcie urosła cała dzielnica przemysłowa. Ale ja myślę, że dobrze się stało. — Może rozwinie pan myśl, panie Anatolu – zakłopotany Wojtuś podrapał się w czubek głowy — Co się mianowicie dobrze stało? — Faktycznie – roześmiał się pan Szpachelka — Myśl pozostała jakby niedokończona. Więc dobrze się stało, że nowe miasto zaprojektowano jako sypialnię. Bo może właśnie dzięki temu jest to dzisiaj jedno z najbardziej zielonych miast w Polsce. Praktycznie wszystko stoi tutaj wśród zieleni, pełno jest parków i skwerów. No i wyobraź sobie, że razem z nowym miastem powstały specjalne drogi dla rowerów! Była to niesłychana rzadkość, żeby w tamtych czasach architekci projektujący miasto wykazali się taką trafnością w przewidywaniu przyszłości. Bo przecież musieli pomyśleć, że za ileś tam lat ruch samochodowy wielokrotnie się zwiększy, i że warto od razu zaprojektować osobne trasy dla rowerów. Mieli rację? — Oczywiście, że mieli rację! 192


— Dzisiaj dokonuje się różnych zabiegów, żeby wcisnąć takie ścieżki albo kosztem ulicy albo kosztem chodnika, no i oddzielone są tylko namalowaną białą linią, albo wyłożone inną kostką. A najstarsze tyskie ścieżki są bardzo porządne i bezpieczne, oddzielone pasem zieleni od jezdni dla samochodów i takim samym pasem od chodnika dla pieszych. Pojedziemy teraz na tak zwane osiedle A. — Osiedle A – Wojtuś znowu podrapał się w czubek głowy — Jakie A? Po prostu A? — Tak jest – odparł pan Szpachelka z wielkim zadowoleniem — Po prostu A. W Tychach od lat pięćdziesiątych powstawały coraz to nowe osiedla i oznaczano je kolejnymi literami alfabetu, czyli osiedle A, B, C, D i tak dalej, aż do Z. — Bardzo dużo tych osiedli! — Sam mówiłeś, że to jest duże miasto. Ale powiem ci, że chociaż projektanci nie mieli po-mysłu na jakieś nazwy dla osiedli, to jednak mieszkańcy na taki pomysł wpadli i od dawna osiedla określane są pięknymi imionami kobiecymi. Więc mamy osiedle Anna, Barbara, Celina, Danuta, Ewelina, Felicja, Genowefa, Honorata, Karolina, i tak dalej, i tak dalej, aż do Zuzanny. — Ależ to urocze! – Wojtuś aż zaklaskał w dłonie. — Prawda? A my jedziemy teraz z wizytą do Anny. Pan Szpachelka jechał powoli przez zielone miasto, pokazując Wojtusiowi coraz to inne budynki, place i ulice. Przejechali przez rynek najstarszej części miasta, zwanej Starymi Tychami, z wielkim kościołem na wzgórzu. Po drugiej stronie placu stał bardzo długi nowoczesny budynek, Teatr Mały, do którego sławny archeolog miał specjalny sentyment. — Właściwie nie był to klasyczny teatr, bo nie miał swoich aktorów, ale często odbywały się tutaj spektakle na przykład Teatru Śląskiego 193


z Katowic. Był to taki Dom Kultury, no i czasem w sali widowiskowej były czadowe koncerty. Jakoś tak najlepiej zapamiętałem koncert zespołu Breakout z Tadeuszem Nalepą i Mirą Kubasińską. Wyszedłem z niego prawie głuchy, bo wszyscy wrzeszczeli jak opętani. Tak się podobało. — Breakout to blues! — Jasna sprawa – pan Szpachelka zatrzymał samochód przed wielką lampą — jesteśmy na miejscu. Przed nami Anna. — A co to za wielka lampa? — To jest lampa górnicza, a właściwie pomnik lampy górniczej. Jeden z symboli osiedla A. — Bardzo fajna! – Wojtuś aż cmoknął z zachwytu — Już mi się tu podoba. Tu nawet wszystko napisali. „Osiedle A, najstarsze w Nowych Tychach – odczytywał powoli — zbudowano w latach 1951-1956 według projektu Tadeusza Teodorowicza-Todorowskiego”, a niżej „Kopia lampy górniczej w skali 10:1”. To bardzo piękne, że pamięta się o architektach, którzy to wszystko zaprojektowali. Przejdziemy się po osiedlu? — Oczywiście. Wejdziemy ulicą, która tworzy jedną z dwóch osi osiedla, krzyżujących się na Placu Świętej Anny, gdzie dzisiaj jest bardzo ładny skwer. Popatrz kawalerze na domy dookoła. Niektóre zwieńczone są attykami, na niektórych są płaskorzeźby albo rysunki wykonane tak zwaną techniką sgraffiti. No i rzeźby, które dzisiaj są już właściwie historyczne, bo powstały razem z osiedlem, tak jak stojąca na placu „Robotnica z kielnią”. Jak się tutaj czujesz? Przyjemnie tu? — Bardzo! Chociaż tak… nostalgicznie. Jakbyśmy się cofnęli w czasie. — Tak? No, może i racja. Znawcy mówią, że to jest najbardziej kompletne w Polsce osiedle w stylu socrealistycznym, czyli socjalistycznego realizmu. No a tobie z czym się kojarzą te attyki na budynkach, płaskorzeźby, rysunki na ścianach? 194


— Z renesansem! – wypalił Wojtuś bez zastanowienia i zupełnie się nie spodziewał natychmiastowej reakcji pana Szpachelki. — Rycerzu! – zawołał słynny archeolog, najwyraźniej zaskoczony i zachwycony — Poraża mnie twoja wiedza! Masz absolutną rację! — Tak? – zaśmiał się zdziwiony Wojtuś — Ja tylko tak sobie powiedziałem, bo akurat to mi wpadło do głowy. — Aha. No nieważne, ale trafiłeś w sedno. Architekci w latach pięćdziesiątych przyjęli właśnie architekturę renesansową jako wzór dla projektowanych przez siebie budynków, miast, dzielnic albo osiedli. Gdybyś spojrzał na to osiedle z lotu ptaka, zobaczyłbyś, że nie jest ono wielkie, ale jakże pięknie rozplanowane. Właśnie na wzór miast renesansowych. Renesans w Polsce to szesnasty i jeszcze kawał siedemnastego wieku. Ówcześni architekci w całej Europie korzystali z doświadczeń starożytnych miast greckich i rzymskich i usilnie starali się zaprojektować i zbudować miasto idealne, uporządkowane i wygodne dla mieszkańców. W Polsce też powstało takie miasto, wiesz jakie? — Nie mam zielonego pojęcia – kategorycznie stwierdził Wojtuś. — Włoski architekt Bernardo Morando zbudował dla kanclerza Jana Zamoyskiego miasto Zamość, które było chyba jedynym u nas przykładem miasta idealnego. No i po wiekach architekci powrócili do tych renesansowych idei. Chyba najlepsze przykłady tego powrotu w Polsce to podkrakowska Nowa Huta i tyskie osiedle Anna. I to tyle o architekturze. Na razie. — Wcale mnie to nie nudzi! – odparł Wojtuś. — Cieszę się bardzo. A teraz spójrz na ten budynek z attyką, zamykający Plac Świętej Anny. Tam był Dom Kultury Górnik. Kojarzy ci się to z czymś? — Z Domem Kultury Górnik – przytomnie odparł Wojtuś. 196


— Słusznie! Otóż tenże Dom Kultury przygarnął muzyków grupy Dżem, a było to w samych początkach ich kariery. Nie byli jeszcze wtedy sławni ani nawet szerzej znani i chyba szukali wokalisty. Pewnego dnia, przyszedł na ich próbę w Górniku młodziutki Ryszard Riedel i zaśpiewał, ponoć tak… — Że wszystkich zamurowało – dokończył Wojtuś. — Skąd wiesz? — Z filmu Skazany na bluesa – odparł skromnie chłopiec. — No tak. Zapomniałem, że musiałeś obejrzeć z panią Alicją Skazanego na bluesa. W filmie te początki Riedla w Dżemie zostały wiernie przedstawione, przynajmniej tak mi się wydaje. W każdym razie chłopaki z Dżemu przyjęli go do zespołu bez wahania – zakończył pan Szpachelka, a Wojtuś niespodziewanie zachichotał. — Powiedziałem coś śmiesznego? — Nie nie, tylko zabawnie zabrzmiało „chłopaki z Dżemu”… Tak jakby byli z dżemu. — Aha – pan Szpachelka uśmiechnął się pod wąsem — To rzeczywiście fajna zbitka słów. Jedźmy! — Są jeszcze w Tychach miejsca związane z Dżemem i Riedlem? — Oczywiście! Na przykład blok, w którym Ryszard mieszkał, budynek dawnego kina „Halka”, w którym uwielbiał oglądać filmy o Dzikim Zachodzie i inne. A dzisiaj jest nawet pomnik Riedla! Mam nadzieję, że go zobaczymy. — A bar Pod Jesionami? — No… też chyba istnieje – pan Szpachelka spojrzał na Wojtusia trochę speszony — A co ty mi takie pytania zadajesz? Skąd wiesz o barze Pod Jesionami? 197


— Jak to skąd! Z filmu – wyjaśnił spokojnie Wojtuś — Poza tym wiem, że układał tam czasem swoje piosenki. No i pewnie popijał Tyskie Złoto. — Dobrze już, dobrze. Skoro nie jesteś już taki malutki, to o paru rzeczach możemy sobie powiedzieć. Owszem, popijał tam Tyskie Złoto i układał piosenki, ale poza tym wpadł też w stokroć gorszą pułapkę. W Katowicach rozmawialiśmy, że nieszczęściem ruchu hippisowskiego stały się narkotyki. I tak niestety było, że ostatni hippis naszych czasów, Ryszard Riedel, też im uległ i nie mógł się od nich wyzwolić. Zmarł w Chorzowie… Tam, gdzie się urodził. To smutna historia, ale pomyśl ile wspaniałej muzyki zostawił. Sam doświadczyłem na koncertach jak potrafił zapanować nad sercami publiki. Myślę, że ludzi przyciągała do niego prawda, bo on niczego nie ukrywał i niczego nie ubarwiał. Pamiętasz może jeden z największych przebojów Riedla i Dżemu… — List do M.? — Zgadza się! List do M. To jest piosenka, która boli od samego słuchania. A po prostu wyć się chce, kiedy Rysiek śpiewa „Samotność to taka straszna trwoga/ Ogarnia mnie, przenika mnie”. Jest to okropnie prawdziwe. — Babcia zawsze płacze, kiedy tego słucha – westchnął Wojtuś — A ja pamiętam z filmu, że Riedel bawił się ze swoim synkiem w Indian, no i w ogóle uwielbiał Indian. Skąd to się wzięło? Przecież to takie dalekie od Śląska. — Dalekie? Nie powiedziałbym. W tamtych czasach nie spotkałem na Śląsku nikogo, kto by nie pożerał powieści Karola Maya, a szczególnie Winnetou … Oczywiście znasz Winnetou? — Nie miałem przyjemności – niepewnie odparł Wojtuś zerkając ukradkiem, czy pan Szpachelka nie uśmiecha się pod wąsem. Sławny 198


archeolog nie tylko się nie uśmiechał, ale nawet zatrzymał samochód, żeby uważnie przyjrzeć się Wojtusiowi. — Rycerzu! Nie wiesz kto to Winnetou? Old Shatterhand? Old Surehand? Nie żartuj! — Ale szybko się poprawię! – odparł Wojtuś, żeby zapobiec dalszemu marudzeniu. — Mam taką nadzieję. Oczywiście nie ma przymusu czytania Karola Maya, ale Winnetou czy Old Surehand to wspaniała zabawa. Przy okazji z tych książek dowiesz się, co to jest odwaga, godność i dobroć, a przede wszystkim braterstwo, przyjaźń i honor. Biali ludzie wytępili Indian w sposób okrutny, a w tych książkach May opowiada o wieczystej przyjaźni, która łączy białego trapera i dzielnego wodza Apaczów. Do dzisiaj jest to niesamowite i budujące. No a dla nas amerykańskie prerie to były przestrzenie wolności. Myślę, że dla Ryśka też. Puścić się konno przez te szerokie równiny, stawić czoła niebezpieczeństwom i złym ludziom, słuchać opowieści przy ogniskach. Jak myśmy kiedyś chcieli poczuć przynajmniej przez chwilę wolność prerii! Dlatego bawiliśmy się w Indian. A ja, prawdę mówiąc, do dzisiaj mam na to ochotę. — Panie Anatolu – Wojtuś nagle spoważniał — Wczoraj w Katowicach życzył pan sobie powrotu do lat swojej młodości i to się spełniło. Obawiam się, że dzisiaj może być podobnie. — Ależ skąd – zachichotał pan Szpachelka — Gdzie prerie, a gdzie Tychy? To niemożliwe! Ale w zastępstwie niedźwiedzi grizzly obejrzymy tyskie niedźwiadki. Nie tak wielkie i groźne, ale za to bardzo sympatyczne. Zatrzymali się przy wielkim zielonym skwerze, skąpanym w zieleni i barwnych kwiatach. Po drugiej stronie ulicy znajdowała się imponująca bryła nowego stadionu miejskiego, która wzbudziła podziw Wojtusia. — Piękny ten stadion. 199


— Bardzo piękny – potwierdził skwapliwie pan Szpachelka — Ja pamiętam stary stadion, bez dachu i nie tak ładny jak ten, ale ileż razy bywałem tutaj na meczach drużyny piłkarskiej GKS Tychy. A trzeba ci wiedzieć, że w latach siedemdziesiątych był taki sezon, kiedy GKS wywalczył wicemistrzostwo Polski! To było coś! Ale teraz chodźmy obejrzeć nasze misie. Trzy kamienne rzeźby sympatycznych niedźwiadków natychmiast urzekły Wojtusia. Stwierdził nawet, że zakochał się w nich od pierwszego wejrzenia. — One mają swoje imiona! – zawołał i odczytał z tabliczek — Misia, Tysio, Gutek. No jakie to cudowne! — Ja jestem w misiach zakochany od wielu lat – mruknął pan Szpachelka z dumą i zadowoleniem — Ale imiona nadano im chyba nie tak dawno. Słyszałem, że był nawet specjalny konkurs w sprawie imion dla niedźwiadków. — Od wielu lat? – zdziwił się Wojtuś — To one są takie stare? — Eee tam stare! – oburzył się na to słynny archeolog — Te kamienne misie są wiecznie młode. To my się starzejemy. O ile dobrze pamiętam, wylądowały w Tychach w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku, czyli są już tutaj… — Pięćdziesiąt siedem lat! — Dobrze! A wyrzeźbił je Augustyn Dyrda, bardzo znany tyski artysta-rzeźbiarz. Podobno w Tychach stoi też wykonana przez niego rzeźba Starego Alojza. — Starego Alojza? – Wojtuś zakrył usta ręką, żeby nie parsknąć — A któż to taki? — Nie ma się co śmiać ze Starego Alojza – odparł pan Szpachelka z godnością — Nie przedstawia ona nikogo konkretnego, ale raczej 201


legendarnego Ślązaka, doświadczonego przez życie, takiego mądralę i ludowego filozofa. Ale bardzo sympatycznego i gotowego w każdej chwili podzielić się swoją życiową mądrością i doświadczeniem. — No przecież nie śmieję się ze Starego Alojza – bąknął Wojtuś, któremu zrobiło się trochę głupio — Fajne te imiona niedźwiadków! Misia, no to wiadomo – misia. Tysio to pewnie od Tychów. A Gucio? — Gucio to zdrobnienie od Augustyn, czyli to taki ukłon w stronę autora tych uroczych rzeźb. A teraz poproszę o zdjęcie z Misiem, Tysiem i Guciem! Wojtuś z wielką ochotą spełnił prośbę sławnego archeologa, a później pan Szpachelka uwiecznił go z każdym misiem z osobna. Po tej sesji fotograficznej nieco już zmęczeni i głodni badacze przeszłości udali się w dalszą drogę. Pan Szpachelka zaparkował pod restauracją, w której zaspokoili swoje wilcze apetyty. — Kluski śląskie, rolada, modra kapusta – zadysponował kelnerowi — No i kompot, ma się rozumieć. Wszystko razy dwa. — Dlaczego akurat to? — Bo to taki typowy śląski obiad, a w końcu jesteśmy na Śląsku. Po obiedzie pan Szpachelka zaproponował pieszą przechadzkę, na co Wojtuś chętnie się zgodził. Wkrótce weszli do wielkiego parku i szli w kierunku szerokiej ruchliwej alei, przy której stał wysoki trójskrzydłowy budynek. — To Urząd Miasta czyli ratusz – wyjaśnił pan Szpachelka — Budynek o bardzo ciekawej architekturze. Kiedyś cała jego boczna ściana była pokryta przepiękną mozaiką. — Mozaika, mozaika… – Wojtuś usiłował sobie przypomnieć co to może znaczyć, ale skapitulował — A co to takiego? — To taki obraz wykonany z bardzo wielu kolorowych płytek cera202


micznych. Na pewno gdzieś w Internecie oglądałeś starożytne rzymskie mozaiki z Pompejów i innych miejsc. W Tychach były podobne, rzecz jasna ułożone wiele wieków później, głównie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Bardzo dużo było tych mozaik, podobnie jak rzeźb. — Widzę taką rzeźbę po drugiej stronie ulicy! – zawołał Wojtuś. — No to jesteśmy – uroczyście obwieścił pan Szpachelka, kiedy znaleźli się pod wykonaną z brązu okazałą figurą — Oto pomnik Ryszarda Riedla! Mówiłem ci, że nie tak dawno powstał w Tychach. — I on rzeczywiście tak wyglądał? – zafascynowany Wojtuś przyglądał się wizerunkowi długowłosego artysty, w kowbojskim kapeluszu i wytartych dżinsach. — Przecież widziałeś go we śnie… no i w Spodku. — No tak, rzeczywiście podobny. Tylko we śnie nie miał kapelusza. — Słyszałem, że lubił chodzić w kapeluszu. Na pewno nie był to jakiś chwyt wizerunkowy, bo Rysiek chyba nie dbał o swój image, jak to się nowocześnie mówi. Mnie się wydaje, że to była ta jego tęsknota do Dzikiego Zachodu. Jak myślisz Wojtusiu? — Może ma pan rację, panie Anatolu. Ciekawe dlaczego ten pomnik stoi właśnie tutaj? — Podobno z tego przystanku, który jest tuż obok, Rysiek często odjeżdżał autobusem do Katowic. — Czyli był takim łącznikiem między bluesem tyskim i katowickim! — Hmmm… Może coś w tym jest? Śląski blues był bardzo różnorodny i nowatorski. A muzykę takich zespołów jak SBB czy Dżem trudno umieszczać w jakichś szufladkach. To była klasa sama w sobie. — Panie Anatolu – szepnął Wojtuś — Jakoś bardzo szybko pociemniało, widzi pan? 203


— Pociemniało? – pan Szpachelka roześmiał się beztrosko — Już niedługo słońce będzie zachodzić. — Ale to chyba nie jest zachód słońca. Boję się, że znowu spotka nas jakaś przygoda. — Głowa do góry, nic się nie dzieje – pan Szpachelka zmarszczył brwi, a po chwili całkiem niespodziewanie palnął się ręką w czoło — Ale ze mnie gapeusz! – zawołał — Przecież dzisiaj miało być częściowe zaćmienie słońca! Nawet przygotowałem dla nas specjalne okulary, żebyśmy mogli obserwować to niezwykłe zjawisko. Mam nadzieję, że wiesz co to jest zaćmienie słońca? — Oczywiście, że wiem! Zaćmienie jest wtedy, kiedy księżyc znajdzie się między słońcem i ziemią. — No… może i tak. Nigdy nie byłem w tym mocny – odparł pogodnie pan Szpachelka i podał Wojtusiowi małe przyciemnione okulary — Zakładaj i oglądajmy. Zaćmienie słońca było niewielkie ale efektowne. Słynny archeolog opowiadał Wojtusiowi, że w dawnych czasach ludzie panicznie bali się zaćmień bo miały one sprowadzać same nieszczęścia. Te mroczne historie nie zrobiły jednak na chłopcu wrażenia, bo tylko wzruszył ramionami i powiedział „Strachy na Lachy”. Wreszcie cień księżyca opuścił zupełnie tarczę słoneczną. Wojtuś zdjął okulary i przetarł zmęczone oczy, potem przetarł jeszcze raz, i jeszcze raz. — Panie Anatolu! – zapiszczał — Zdjąłem okulary i nic nie widzę! Tylko jakieś kłęby dymu albo mgły! — Ja też nic nie widzę – nerwowo zarechotał pan Szpachelka — Zaczekajmy chwilę, może to tylko reakcja na światło. Ale po dłuższej chwili nic się nie zmieniło. Wojtuś wyciągnął rękę i natrafił na coś więc natychmiast ją cofnął. W jednym momencie wyłonił 204


się z kłębów wielki czarny łeb i świdrującymi oczkami wpatrywał się w jego oczy. Chłopiec wrzasnął i nie wiedząc co zrobić, odruchowo pogilgotał łeb po nozdrzach. Wtedy łeb prychnął i cofnął się. — Wojtusiu! Jesteś tu? – zawołał pan Szpachelka — Co się dzieje? Przecież obydwaj jednocześnie nie mogliśmy ulec jakiejś halucynacji. Zaraz… Coś widzę! Chyba ta przeklęta mgła się rozrzedza. Lepiej nie ruszajmy się z miejsca. Mgła coraz szybciej opadała i wreszcie zupełnie zanikła, odsłaniając dwóch badaczy przeszłości zastygłych z otwartymi ustami i wyrazem wielkiego zdziwienia w szeroko otwartych oczach. Przed nimi otwierał się krajobraz wielkiej równiny, falowały trawy poruszane lekkim ciepłym wiatrem, gdzieś w oddali pasło się stado czarnych zwierząt, na horyzoncie majaczyły strome skaliste góry. Nad nimi otwierało się bezkresne niebo, słońce już zaszło i zapalały się na nim gwiazdy, ogromna tarcza księżyca wyłaniała się właśnie zza gór i rozpoczynała swoją zwykłą wędrówkę. — Gdzie… – rozpoczął pan Szpachelka, ale dalsza część wypowiedzi uwięzła mu w gardle i nie mógł już wydusić ani słowa. — Gdzie jesteśmy? – dokończył Wojtuś, który otrząsnął się z pierwszego szoku — Mam wrażenie, że znajdujemy się w środku prerii. A tam daleko pasą się bizony. — Dlaczego… – sławny archeolog powiódł nieprzytomnym wzrokiem dookoła. — Dlaczego się tutaj znaleźliśmy? Mam wrażenie, że pan wyraził takie życzenie, panie Anatolu. — A skąd wiesz, że tam są bizony? – pan Szpachelka odetchnął głęboko i głos powrócił, ale jakiś drżący i niepewny. — No bo pogilgotałem jednego w nos! 205


— Pogilgotałeś w nos bizona?! O mój Boże! Żeby tylko pani Alicja się nie dowiedziała! — Spokojna głowa. Ja babci nic nie powiem. No, a jeżeli nie zdołamy się stąd wyrwać, to już w ogóle nie będzie problemu. — Nie mów tak! – wykrzyknął rozpaczliwie pan Szpachelka — Zawsze jest jakieś wyjście, tylko trzeba logicznie pomyśleć. Na razie jesteśmy sami, możemy się spokojnie zastanowić. — Nie wiem czy jesteśmy sami. Proszę się obejrzeć, panie Anatolu. Śmiało! Pan Szpachelka z wielką obawą spojrzał do tyłu. Na tle rozgwieżdżonego nieba widać było czarny zarys wielkiego domu. Chybotliwy blask płonącego ogniska oświetlał długą werandę z daszkiem, a na werandzie siedział jakiś długowłosy człowiek w wielkim kapeluszu z piórkiem, zapamiętale grał na gitarze i śpiewał. Przy ognisku stał inny człowiek, przestępował z nogi na nogę w takt muzyki i akompaniował tamtemu na ustnej harmonijce. — Ciii! – słynny archeolog nagle się ożywił — To jest blues. Oni grają bluesa! I ja go chyba znam. Wojtuś pilnie zastrzygł uszami. W ciszy prerii płynęły dźwięki gitary, harmonijki i słowa piosenki. Siedzę na ławce mego rancza, wspominam dawnych rytmów czas siedzę na ławce mego rancza, wspominam dawnych rytmów czas. Gdy na gitarze grał Joe Murzyn Blues Alabama tak go zwał. 206


— Przecież to Blues Alabama Dżemu! No i poznaję ten głos, wszędzie bym go poznał! To… to… – panu Szpachelce znowu słowa uwięzły w gardle i nie mógł dokończyć. — To Rysiek Riedel? – dopowiedział Wojtuś, na co sławny archeolog tylko skinął głową. Ostrożnie podeszli bliżej. Artysta na werandzie zakończył piosenkę, odłożył gitarę, wstał i ruszył w ich kierunku. — Się macie ludzie! – jego głoś brzmiał ciepło i przyjaźnie — Skąd przybywacie? — Z Tychów – odparł rezolutnie Wojtuś, ponieważ pan Szpachelka nie był w stanie wydusić słowa. — Z Tychów. No tak. Poznaję was. Jesteście Wojtuś i Anatol, zgadza się? — Skąd… – zaczął Wojtuś i nie mógł dokończyć, bo głos uwiązł mu w gardle. — Skąd was znam? Bo byłem w waszych snach, a później widziałem was w Spodku. Kochacie bluesa, jesteście moimi braćmi. — No, a gdzie… my jesteśmy? — Jak to gdzie? Na prerii! Zawsze o niej marzyłem – uśmiechnął się Riedel — Mam tu wszystko czego mi potrzeba. Bezkresne niebo nade mną, szeroką przestrzeń przede mną, ciągle gra muzyka. A tam jest Joe Blues Alabama. Zawarłem braterstwo krwi z wodzem Apaczów, czasem rozbijają tutaj swoje tipi i polują na bizony. Jest czadowo! Jestem wolny jak ptak. A co tam w moich Tychach? — W Tychach stoi teraz twój pomnik… I ludzie ciągle słuchają twojej muzyki. — Przecież wiem – mruknął Riedel — Czasem przelatuję nad Tychami i widzę, że miasto pięknieje z dnia na dzień. 208


— Latasz nad Tychami? – ożywił się Wojtuś — A może spotkałeś Elmera z Malmesbury? To taki mnich… — Zaprzyjaźniliśmy się z Elmerem – przerwał mu bezceremonialnie artysta — Bywa, że latamy razem. Ale on nie przepada za bluesem. Woli te swoje chorały. O! Chyba właśnie nadlatuje! Wszyscy spojrzeli w górę. Na tle pełnego gwiazd nieba kołował wielki ptak, stawał się coraz większy i większy, wreszcie wylądował obok nich. Wojtuś natychmiast rozpoznał latającego mnicha Elmera z Malmesbury. Ucieszył się tak, że wysoko podskoczył. — Elmerze! Poznajesz mnie? — Jasne. Jesteś Wojciech z Łysej Góry – odparł flegmatycznie Elmer po dłuższej chwili zastanowienia — Nie wiem tylko skąd się tu wziąłeś. — To długa historia. A zabierzesz nas z powrotem do Tychów? Opowiem ci w locie… — Nas? — Jest ze mną pan Szpachelka, sławny archeolog – Wojtuś wskazał na biednego pana Anatola, który nadal nie mógł wydobyć głosu z gardła, więc tylko podniósł rękę w geście pozdrowienia. — Aaaa, pamiętam. Opowiadałeś o panu Szpachelce, kiedy wylądowaliśmy w Krzemionkach. No dobra. Podrzucę was, chociaż zmęczony już jestem. Ale do Tychów bardzo chętnie polecę. W końcu nie tylko bluesa tam grają. — No widzicie – wtrącił Rysiek — Nie lubi bluesa! — Nie to, że nie lubię, ale co za dużo to niezdrowo – skrzywił się Elmer — Innej muzyki też trzeba posłuchać. A tam jest znakomita AUKSO Orkiestra Kameralna Miasta Tychy, klasa sama w sobie. — AUKSO? – zdziwił się Wojtuś — A cóż to za dziwna nazwa? — Nie uczyli cię na Łysej Górze greki, Wojciechu? Aukso w języku greckim 209


oznacza wzrastanie. To młoda orkiestra, która ciągle się doskonali i rzeczywiście z roku na rok są coraz bardziej perfekcyjni. Koniecznie wpadnijcie na ich koncert. — No i nie zapominajcie o bluesie – wtrącił Rysiek. — Jesteśmy ze Śląska! – odparł pan Szpachelka energicznie i uśmiechnął się zadowolony z odzyskanego głosu — Bluesa mamy we krwi! — Dałbym wam jakiś prezent na pożegnanie – Rysiek zastanowił się przez chwilę. — Nie mamy czasu – naglił Elmer — Zrywa się wiatr. Wsiadajcie! — No to odbierzecie prezent w Tychach – wrzeszczał z dołu Rysiek, a oni kołowali coraz wyżej w niebo. Z dołu żegnały ich dźwięki znajomej piosenki. W drodze do nieba. Semafory gwiazd. W zapachu chleba i muzyce co gra. Tak śpiewał Rysiek, a muzyka grała coraz ciszej, aż zanikła w szumie wiatru. — Uważajcie, będą turbulencje! – krzyknął Elmer, a potem wpadli w gęstą mgłę, trochę potrzęsło i po kilku minutach wylądowali na twardym gruncie. — Bywajcie! – Elmer rozprostował skrzydła — Lecę odpocząć. Pamiętaj o orkiestrze AUKSO Wojciechu z Łysej Góry! — Bywaj Elmerze! Powiedz mi jeszcze dlaczego lecieliśmy tak krótko? — Podróż między różnymi wymiarami rzeczywistości czasem jest krótka, a czasem bardzo długa – odparł filozoficznie Elmer i odleciał, a wraz z nim uleciała mgła odsłaniając niebo pełne gwiazd i wielki jasny księżyc. 210


Stali na wielkim trawniku wśród świateł miasta, a zza wysokiego żywopłotu dobiegały dźwięki bluesowej piosenki. — Chyba nie wróciliśmy na prerie – przestraszył się Wojtuś — Fajnie tam było, ale trochę… straszno. — No skąd, jesteśmy z powrotem w Tychach! Chodźmy zobaczyć kto tak gra. Przed figurą Ryśka Riedla siedział na chodniku młody grajek, zapamiętale szarpał struny gitary i śpiewał Blues Alabama. Mimo późnej pory otaczał go wianuszek ludzi kołyszących się miarowo w rytm muzyki. Kiedy skończył rozległy się burzliwe oklaski i okrzyki „Bis! Bis!”. A on wstał i podszedł do pana Szpachelki. — Pan Anatol? — Tak – bąknął słynny archeolog najwyraźniej mocno zaskoczony. — To proszę – młody bluesman wcisnął mu w rękę czarną płytę. — Co to? Dlaczego? – dukał pan Szpachelka zaszokowany. — Nie wiem! Dał mi ją jakiś facet i powiedział, że to prezent dla Anatola i Wojtusia. — Jaki facet? — Nie mam pojęcia! Kiedy się odwróciłem – zniknął. Muzyk usiadł na chodniku, chwycił gitarę i rozpoczął następną piosenkę. A pan Szpachelka stał z płytą w ręku, wytrzeszczał oczy i miał tak bardzo głupią minę, że Wojtuś mimowolnie się roześmiał. — No co się śmiejesz? – burknął sławny archeolog i odwrócił płytę, żeby obejrzeć drugą stronę okładki, w końcu zawsze się tak robi. Tam widniał odręczny napis: RYSIEK RIEDEL WOLNY PTAK PRERII. — Więc jednak Rysiek dotrzymał słowa – szepnął wzruszony Wojtuś, a pan Szpachelka nie był w stanie nic powiedzieć, tylko ukradkiem otarł łzę. 211


— Niestety, musimy już jechać – obwieścił łamiącym się głosem — Czeka na nas Opole. No ale przyznaj, że Tychy pięknie nas pożegnały! — Nie pożegnały, tylko powiedziały „Do widzenia” – odparł Wojtuś z przekonaniem. — Racja! – uśmiechnął się pan Szpachelka — Przecież jeszcze nie raz tutaj zajrzymy. Tylko nocą do klubu Puls, Jam Session do rana, tam królował blues To już minęło, te czasy, ten luz Wspaniali ludzie nie powrócą Nie powrócą już. — śpiewał uliczny bluesman, kiedy odjeżdżali w noc ciepłą i pełną gwiazd. A kiedy śpiew ucichł pan Szpachelka włożył do odtwarzacza czarną płytę CD i milczeli zasłuchani. A gdyby tak wszyscy ludzie Mogli przeżyć taki jeden dzień Gdy wolność wszystkich, wszystkich zbudzi I powie: Idźcie tańczyć, to nie sen! — śpiewał Rysiek Riedel, a oni uśmiechali się mimowolnie. — Jednak miałem rację, że tam gdzieś wysoko pobrzmiewa śląski blues – stwierdził sławny archeolog z wielkim zadowoleniem — Wydaje mi się, że musimy kiedyś przyjechać na koncert tej orkiestry AUKSO. Już dawno miałem na to ochotę. Wojtusiu! 213


Ale Wojtuś smacznie spał, uśmiechał się przez sen i mamrotał coś o wolności. — No tak… Do zobaczenia w Opolu – szepnął pan Szpachelka, a samochód płynął przez noc jak amfibia po oceanie muzyki.

214


Wojtuś, zgorzkniały pan Opola i wielka siła muzyki czyli o tym, że mimo wszystko życie jest piękne, trzeba się tylko otworzyć na kolory świata Wstawał świt, słońce wynurzało się powoli zza horyzontu rozświetlając dalekie krajobrazy, pasma łagodnych wzgórz pokrytych pasmami pól, miękkimi kobiercami łąk, niewielkimi laskami. — Już niedługo będziemy w Opolu – powiedział pan Szpachelka i zerknął z ukosa na Wojtusia. Jechali przez długą chwilę w milczeniu, słuchając ciągle tej samej płyty Ryśka Riedla i Dżemu, którą załadowali do odtwarzacza w nocy. Takie wspomnienie wczorajszej wycieczki po Tychach. — Myśli pan, panie Anatolu, że Rysiek był szczęśliwy? — Myślę, że nie był ani wolny, ani szczęśliwy. Ale był prawdziwy i szczery aż do bólu, w tym co robił, w tym co śpiewał i w tym jak żył. Chyba właśnie to była przyczyna jego charyzmy i popularności wśród młodych ludzi. Sam wtedy dorastałem i pamiętam jakie przejmujące były dla mnie piosenki Dżemu. Miałem wrażenie, że Rysiek śpiewa o mnie, chociaż mnie przecież nie znał! I tak było z wieloma moimi kolegami. Nikt wcześniej ani później nie był tak szczery jak on. — Mnie się najbardziej podobało, że w ogóle nie starał się wykorzystywać swojej popularności, że ciągle był taki sam. — I to właśnie była siła Riedla, jego autentycznej osobowości nieskażonej gwiazdorstwem. To przyciągało do niego zwykłych ludzi, a on opowiadał im o swoim życiu, samotności, walce ze swoimi słabościami, 215


tęsknocie do wolności, chociaż tak naprawdę nikt nie wie co to jest wolność. Wojtuś westchnął głęboko i zatopił wzrok w rozległych krajobrazach. — A pan jest wolny panie Anatolu? – zapytał po chwili ni z tego ni z owego. — Dużo o tym myślę – pan Szpachelka uśmiechnął się szeroko — i przyznam, że nie wiem. Może czasem czuję się wolny, ale częściej coś nieokreślonego mnie uwiera. „W życiu piękne są tylko chwile” – śpiewał Rysiek i to jest chyba prawda. Ale na razie przerwijmy tę dyskusję o wolności, bo zbliżamy się do celu. Już niedługo zobaczymy na horyzoncie Opole. A tam zanurzymy się w dawnej historii, ale będą też rzeczy znacznie nam bliższe. Było już zupełnie jasno, ale wsie, przez które przejeżdżali nie obudziły się jeszcze ze snu. Wojtuś rozglądał się dookoła i chociaż krajobrazy nie były szczególnie zaskakujące, jakieś myśli nie dawały mu spokoju. — Zauważył pan, panie Anatolu – zagadnął wreszcie — jak tu jest czysto i porządnie? — Jasne. Czekałem aż to zauważysz i jest to jak najbardziej słuszna obserwacja. Wieś opolska, jeśli chodzi o schludność, czystość i porządek, to jest prawdziwy fenomen w skali całego naszego kraju. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdzie indziej panuje brud i bałagan, ale tutaj zamiłowanie do czystości jest najzupełniej wyjątkowe. Chyba było tak zawsze, chociaż dzieje Śląska były burzliwe, a czasem tragiczne. W ogóle każda wojna toczona od średniowiecza w Europie Środkowej pustoszyła Śląsk, bo była to prowincja ludna, bogata, o wysokiej kulturze i rozwiniętej gospodarce. Nic więc dziwnego, że każdy chciał ją zawojować, czy to Polacy, Niemcy, Czesi czy Austriacy, nawet Węgrzy. A przy tym był to zawsze tygiel, w którym mieszali się ludzie różnych narodowości, różnych 216


obyczajów i religii. Mimo to Ślązacy wytworzyli własną kulturę, a jedną z jej cech jest zamiłowanie do porządku i czystości. To bardzo budujące, że te śląskie obyczaje przetrwały wszystkie burze, że przyjmowali je za swoje wszyscy, którzy tutaj osiadali, niezależnie od tego skąd przybyli. Po drugiej wojnie światowej, kiedy Śląsk znalazł się w Polsce, nastąpiła prawie całkowita wymiana ludności! A jednak przybysze z różnych stron bardzo szybko przyjęli miejscową kulturę jako swoją. Ale, ale! Widać już Opole! Postaramy się zaparkować gdzieś w śródmieściu. Zobaczysz jakie to urocze miasto. Pan Szpachelka odetchnął po długiej przemowie, a zupełnie już rozbudzony Wojtuś zajął się na powrót oglądaniem dalekich widoków. Wjechali do miasta, a niedługo potem triumfalnie zaparkowali przed wielkim nowoczesnym budynkiem. — Pięknie! – zawołał z wielkim zadowoleniem — Stoimy pod zamkiem, a po drugiej stronie tej rzeki mamy Stare Miasto. — To ma być zamek? – Wojtuś ze zdziwieniem oglądał ogromny gmach, który raczej kojarzył mu się ze szklanymi domami. — Przecież to zupełnie nowy dom. — Oczywiście nie jest to zamek, ale stoi na miejscu piastowskiego zamku z trzynastego wieku, rozebranego po pierwszej wojnie światowej. Z zamku pozostała tylko wieża, którą później odwiedzimy. Ale i ten budynek jest ciekawy i nie taki nowy, jak sądzisz. Zbudowano go w latach trzydziestych dwudziestego wieku… – tutaj pan Szpachelka przerwał, a z jego brzucha dało się słyszeć długie i głośne burczenie. — Co to? – zaśmiał się Wojtuś i ciekawie nadstawił uszy — Poproszę o bis! — Cha, cha, cha. Bardzo zabawne. Chyba jestem trochę głodny – stwierdził pogodnie słynny archeolog, a potem dodał stanowczo — 218


Idziemy do „Grabówki”. Po czym ruszył szybkim i zdecydowanym krokiem w stronę zielonego mostku rozpiętego nad rzeką. — Halo, halo! Panie Anatolu! – piszczał Wojtuś starając się bezskutecznie dotrzymać kroku — Niech pan poczeka na mnie! Mnie też kiszki marsza grają! Co to jest ta „Grabówka”? — To naleśnikarnia za tym zielonym mostkiem – sapał pan Szpachelka przyspieszając kroku — Serwują tam naleśniki francuskie, najlepsze w całym Opolu. Ja na przykład uwielbiam naleśniki z polewą czekoladową i kokosem, albo z wiśniami, albo z bananem i michałkami. Są to po prostu pychoty… Wojtusiu! Poczekaj na mnie, przecież cię nie dogonię. Dokąd tak pędzisz? — Do „Grabówki”! – krzyknął chłopiec i pomknął przez mostek. Na szczęście naleśnikarnia była już otwarta. Wygłodzeni badacze przeszłości zaspokoili w niej swoje wilcze apetyty, delektując się przy okazji bardzo wymyślnymi zestawami naleśników. — Nareszcie możemy spokojnie pomyśleć – mruknął leniwie pan Szpachelka — ale na razie odpocznijmy jeszcze chwilę. Zauważyłeś może jak się nazywa ten mostek, po którym tak nieprzytomnie pędziłeś? Tam jest taka tabliczka z opisem. — Nie zdążyłem przeczytać, bo spieszyłem się do naleśnikarni. — Głód to potężna siła – filozoficznie westchnął archeolog — Pokona wszystko, nawet badawczą ciekawość. No to ci powiem: to jest tak zwany Most Groszowy. — Groszowy? Dziwna nazwa. Chyba jego zbudowanie kosztowało trochę więcej? — Oczywiście, ale podobno trzeba było uiścić grosz, aby po tym mostku przejść. Ta urocza kładka powstała na początku dwudziestego wieku z ręcznie kutych elementów żelaznych i połączyła brzegi Młynówki, która 219


zwykle nazywana jest kanałem, ale tak naprawdę jest to stare koryto Odry. Po drugiej stronie, pomiędzy Młynówką a obecnym korytem rzeki, jest wyspa Pasieka. — To tam był zamek? — Tak. Zamek stanął w północnej części wyspy, na tak zwanym Ostrówku. Zbudowali go Piastowie opolscy, a konkretnie Kazimierz, książę Raciborza i Opola. Był murowany z cegły i zajął miejsce dawnego grodu istniejącego na Ostrówku od końca dziesiątego albo od początków jedenastego wieku. — To jednak prawda, że w Opolu był gród prasłowiański! — Tak dawniej sądzono, jednak po wielu latach badań okazało się, że gród powstał już w okresie piastowskim, no ale w niczym nie umniejsza to szacownej starożytności tego miejsca. W końcu to było tysiąc lat temu! — Trochę szkoda tego zamku – marzycielsko wyszeptał Wojtuś — Wiadomo przynajmniej jak wyglądał? — Tylko bardzo ogólnie. No, ale przynajmniej została wieża z czternastego wieku, w niej loch więzienny, a na górze ganek ze wspaniałym widokiem na miasto. — A właściwie dlaczego zamek zburzono, skoro stał jeszcze sto lat temu? — Tłumaczyli to bardzo złym stanem murów, co chyba było prawdą, ale pewnie swoje znaczenie miał fakt, że był to zamek piastowski, a Opole do końca drugiej wojny światowej znajdowało się w granicach Niemiec i nazywało się Oppeln. Zresztą, gdyby nie liczne protesty i wieża zostałaby rozebrana, ale na szczęście pozostała i dzisiaj jest prawdziwym symbolem miasta. A w miejscu zamku stanął ten wielki gmach, który tak cię zdziwił. Zaprojektował go słynny wówczas architekt Friedrich 221


Lehmann, a dzisiaj jest to jeden z czołowych przykładów architektury modernistycznej. Do drugiej wojny światowej była to siedziba Rejencji Opolskiej, czyli odpowiednika naszego województwa. Pamiętasz, opowiadałem ci o windach typu „pater noster” w gmachu dawnego Sejmu Śląskiego w Katowicach? Tu też jest taka winda i działa do dzisiaj! — Przejedziemy się tą windą? — Jeżeli zdążymy. Przekroczyli zielony mostek i szli ulicą wzdłuż Młynówki, w wodzie odbijały się kamienice stojące na drugim brzegu, ruch gęstniał z każdą chwilą. — No to już nie wiem – Wojtuś podrapał się w czubek głowy z miną nieco ogłupiałą — Opole było w końcu miastem polskim czy niemieckim? — Więc to cię gnębi rycerzu – zaśmiał się pan Szpachelka — Uwierz mi, nie ma się czym przejmować. Chodzi o to, że w średniowieczu i później właściwie wszystkie duże i mniejsze miasta były organizmami wielonarodowymi, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli. Narodowość pojmowano zupełnie inaczej niż dziś. Ważne było, czy ktoś był obywatelem miasta czy nie. Gdybyś przeszedł się ulicami Gdańska w szesnastym albo siedemnastym wieku, usłyszałbyś przede wszystkim rozmowy w języku niemieckim, ale poza tym po niderlandzku, po polsku, a przy odrobinie szczęścia również po angielsku, hiszpańsku a nawet po rosyjsku. Z całej Europy przybywano do Gdańska, aby sprzedać lub kupić różne towary, a gdański kupiec mógł się nauczyć choćby chińskiego, jeżeli tylko miał na oku zrobienie dobrego interesu. Podobnie było w miastach śląskich i polskich, zwłaszcza większych, na przykład w Krakowie język niemiecki był używany często, bo patrycjat miejski przeważnie miał korzenie niemieckie. W każdym razie w tamtych czasach nikogo to nie dziwiło. 222


Nie zmienia to faktu, że najstarszy gród opolski zbudowano z inicjatywy Piastów, a ostatnim piastowskim księciem Opola był Jan II Dobry, który zmarł w tysiąc pięćset trzydziestym drugim roku, czyli sto sześćdziesiąt lat po śmierci ostatniego króla dynastii piastowskiej w Polsce, Kazimierza Wielkiego. Nawiasem mówiąc, pozostałości tego najstarszego grodu zostały odkryte w latach trzydziestych ubiegłego wieku, kiedy rozpoczęto budowę gmachu Rejencji Opolskiej. O piastowskich początkach grodu zaświadcza nawet sama nazwa. Pojęcie „opole” aż do końca średniowiecza oznaczało wspólnotę sąsiedzką. — Strasznie to wszystko zagmatwane. — Ba! Dzieje takich ziem jak Śląsk, leżących na pograniczach różnych ludów i kultur, zawsze są skomplikowane. Ale z tego właśnie powodu są to regiony niezwykle ciekawe i inspirujące. My mówimy o styku albo o przenikaniu się wzajemnym różnych kultur, a przez wieki takie procesy prowadzą do wytworzenia zupełnie nowych jakości. Śledzenie tych przemian jest fascynujące, szczególnie dla antropologów i historyków. A tymczasem mamy już przed sobą pięknie odrestaurowaną Wieżę Piastowską! Dopiero teraz Wojtuś spojrzał przed siebie i oczy mu się zaświeciły z wrażenia. Wieża istotnie była imponująca, a pewnie byłaby jeszcze bardziej okazała, gdyby nie stojący tuż obok ogromny budynek dawnej Rejencji. Cała zbudowana z cegły, z wejściem wysoko nad dziedzińcem, niestety zamkniętym. — Teraz we wnętrzach jest nowa ekspozycja, którą przecież musimy zobaczyć – stwierdził stanowczo pan Szpachelka i popędził do biur muzealnych znajdujących się tuż obok. Po chwili wyszedł rozpromieniony w towarzystwie pana przewodnika i już nie było żadnych przeszkód, żeby po drewnianych schodkach 223


wejść do środka. Po włączeniu odpowiedniej aparatury słychać tam było odgłosy rozmów, krzyki, kroki, skrzypienie schodów. To wszystko tworzyło tajemniczą i trochę straszną atmosferę wnętrza. Wyżej stała figura księcia w ry-cerskiej zbroi, z mieczem, przemawiająca do każdego wchodzącego głosem stanowczym i dobitnym. — To Bolko I, książę opolski – szepnął Wojtusiowi do ucha pan Szpachelka. — A przemawia głosem znanego w Opolu aktora – dodał pan przewodnik. — To Bolko zbudował wieżę? — Nie, wieża powstała później. Ale Bolesław bardzo wiele dobrego zrobił dla księstwa opolskiego rozwijając jego zaludnienie i gospodarkę. Stworzył solidną podstawę silnego księstwa dla swoich następców, którą niestety zupełnie później zrujnował zdrajca i sprzedawczyk Władysław zwany Opolczykiem. — Słyszałem o nim! – wykrzyknął Wojtuś — Nasz pan od historii mówił, że chciał jako pierwszy dokonać rozbioru Polski. — To prawda. Pertraktował o tym z władcami Węgier, Czech i z Wielkim Mistrzem Zakonu Krzyżackiego, ale widać nikt mu nie dowierzał, skoro nawet zawsze wrodzy Polsce Krzyżacy odmówili udziału w tej awanturze. Był podobno człowiekiem pysznym i ambitnym, no i chyba te nadmierne ambicje go zgubiły, bo zmarł w biedzie i zapomnieniu. — Historycy do dzisiaj mają problem z postacią Władysława Opolczyka – wtrącił pan przewodnik — Z jednej strony był szalenie ambitny i rzeczywiście zrobił wiele głupstw, ale z drugiej – był bardzo skutecznym administratorem i dyplomatą, co zauważył i docenił król węgierski i polski Ludwik Andegaweński. Przez długie lata Władysław był na Węgrzech palatynem, czyli drugą osobą w państwie, po królu! Wiele 224


dobrego zdziałał dla rozwoju swojego dziedzicznego księstwa opolskiego, dlatego w Opolu zaczynamy znowu szanować pamięć o nim. Przy resztkach Górnego Zamku, po drugiej stronie Starego Miasta, jest nawet ulica księcia Władysława II Opolczyka, bo to najpewniej on ten zamek zbudował. — No tak. Nie można wydawać jednostronnych wyroków na postacie historyczne, bo może to być krzywdzące. W końcu wielu książąt i królów miało różne grzeszki na sumieniu, a znamy ich jako wspaniałych i mądrych władców – skromnie dodał pan Szpachelka. Tak rozmawiając weszli na ganek obiegający szczyt wieży. Roztaczał się z niego wspaniały widok we wszystkich kierunkach. Opole prezentowało się uroczo w pełnym słońcu, wieże kościołów wznosiły się wysoko ponad kwartały kamienic, na środku staromiejskiego rynku pysznił się ogromny ratusz z wieżą zwieńczoną attykami. — Ten ratusz powstał w dziewiętnastym wieku – wyjaśnił pan przewodnik na pytanie Wojtusia — a wieżę wzniesiono dopiero w latach trzydziestych dwudziestego wieku, po katastrofie jej poprzedniczki. Historia trochę zagmatwana, w każdym razie zbudowano ją na wzór ratusza włoskiej Florencji, czyli słynnego Palazzo Vecchio. Ma ona sześćdziesiąt pięć metrów wysokości, czyli jest o ponad dwadzieścia metrów wyższa od wieży zamkowej! Pan Szpachelka i pan przewodnik dyskutowali na ganku o różnych sprawach związanych z historią Opola. Wojtuś chwilę jeszcze podziwiał panoramę Opola, a potem wymknął się na drewniane schody, bo postanowił przejść je raz jeszcze, z góry w dół i z dołu do góry. Mijał właśnie figurę księcia Bolka, kiedy rozległ się jakiś cichy kaszel, tak jakby zaciął się program sterujący odgłosami. Wzruszył ramionami, odwrócił się, a wtedy usłyszał ciche, ale wyraźne: „Zbliż się chłopcze”. Obejrzał się i 225


zdębiał, bo figura księcia wyraźnie wlepiła w niego swoje wirtualne oczy. — No nie stój tak jak słup soli! Zbliż się, mówię! – wrzasnęły sterowane komputerem usta i wykrzywiły się jakby w grymasie gniewu. Teraz Wojtuś przestraszył się nie na żarty, ale przemknęło mu przez myśl, że to może awaria systemu sterującego, więc nie namyślając się długo chwycił oparty o ścianę topór i stuknął kilka razy w książęcy hełm. — Ała! – wrzasnął Bolko — Chcesz mnie uszkodzić barania głowo?! Masz szczęście, że nie mogę ruszyć ręką ani nogą, bo posiekałbym cię na plasterki! Dopiero teraz Wojtusia oblały zimne poty, bo zrozumiał, że kolejny raz przyszło mu się zmierzyć z historią na żywo, twarzą w twarz. Uszczypnął się porządnie w rękę, ale to nie był sen, więc zrezygnowany odłożył topór i z duszą na ramieniu zbliżył się do rozsierdzonego księcia. — Przepraszam cię książę – bąknął pod nosem, trochę zły na siebie, że tak łatwo ulega figurze, która nie może ruszyć ręką ani nogą. Przeważyła jednak ciekawość: co będzie dalej? — Wybaczam ci, ale nie rób tego więcej – odrzekła łaskawie figura — I nie nazywaj mnie Bolkiem! Jam jest Władysław Drugi, książę Opola i Wielunia, palatyn Królestwa Węgier, namiestnik Rusi et cetera, et cetera, zwany przez ludzi mi niechętnych Opolczykiem – dodał dumnie i łypnął groźnym okiem w stronę Wojtusia, zapewne oczekując jakiejś reakcji, na przykład pokłonu do samej podłogi. Ale chłopiec skłonił tylko głowę i powiedział grzecznie: — Miło mi, jestem Wojciech z Łutowca, rycerz króla Władysława Jagiełły. — Ty jesteś rycerzem tego obżartucha i półpoganina? – zagrzmiał książę gniewnie — Trzymajcie mnie Święci Pańscy, bo zdzielę mieczem przez łeb! 226


— Nie irytuj się książę, bo i tak nic nie możesz zrobić – stwierdził Wojtuś ze stoickim spokojem — Tak już jest i nic na to nie poradzę. — A gdzie jest ten Łutowiec? Nie znam takiej wioski. — Niedaleko Olsztyna i Częstochowy. — Toć to przecie moje księstwo wieluńskie, zatem jesteś moim poddanym! — Nie jestem niczyim poddanym – rzekł Wojtuś z godnością — Nie ma już żadnych księstw, mamy demokrację. — Demokrację? – oczy księcia zrobiły się okrągłe i takie wielkie, że wypełniły prawie całą wirtualną twarz — Żarty sobie stroisz? A cóż to za diabeł? — Demokracja to w języku greckim „władza ludu”. Nie ma teraz królów ani książąt, wszyscy ludzie są równi i wszyscy mają takie same prawa… Przynajmniej teoretycznie – dodał chłopiec po chwili zastanowienia. — No i kimże ten lud rządzi? – prychnął książę pogardliwie. — No… Sam sobą. Przynajmniej teoretycznie. — Coś zbyt wiele tej teorii. Chyba nie chcesz mi powiedzieć chłystku, że ty i ja jesteśmy sobie równi? – tu figura księcia zatrzęsła się z szyderczego śmiechu tak mocno, że przekrzywił się hełm nad wirtualną twarzą — Te twoje czasy to jakaś okropna pomyłka. — Nie będę ci tego tłumaczył, książę, bo i tak tego nie pojmiesz. W każdym razie w moich czasach demokracja jest rzeczą normalną i wszyscy są do niej przyzwyczajeni. — Jakieś to wszystko bardzo pokręcone i teoretyczne, jak sam stwierdziłeś, mój poddany rycerzu. Ale i tak zaskoczony jestem twoją ogładą – mruknął Władysław tonem nieco bardziej łaskawym — Mówisz do mnie „książę”, jesteś uprzejmy i opanowany. Gdybyś ty wiedział jakie męki już przeżywałem, wtłoczony w tę śmieszną zbroję! Ileż to razy 227


rozwrzeszczane i złośliwe urwipołcie pluły na moje odzienie, pokazywały język, grały na nosie, a nawet próbowały mi wyłupić oko! Byli tacy, którzy siłą wpychali mi do ust jakieś ohydne słodkie krążki ze słowami „chcesz lizaczka?”, albo „masz landrynkę i przestań już paplać”. To ma być ta twoja demokracja? — No cóż, książę, równość ma też swoje gorsze strony. Może niektórzy są mało uprzejmi, ale za to nie są zdrajcami i sprzedawczykami jak ty – wypalił Wojtuś. — Jak ja? – wirtualne oczy księcia znowu zrobiły się wielkie i okrągłe — Nie, nie, nie! To chyba jakiś koszmarny sen! A cóż ja takiego złego zrobiłem? Kogo zdradziłem? Kogo sprzedałem? — A choćby paktowałeś z Krzyżakami. Chciałeś doprowadzić do rozbioru Polski. — Wszyscy paktowali z Krzyżakami – mruknął ponuro Władysław — A poza tym to był tylko wybieg taktyczny. Musiałem się jakoś zemścić za niesłuszne oskarżenie, że niby to próbowałem uprowadzić Jagiełłę. — Uprowadzić króla Władysława? – Wojtuś zaciekawiony przystawił ucho do wirtualnej twarzy – O tym nie słyszałem. — A tak! Pewien wrogo do mnie nastawiony awanturnik, Sędziwój z Szubina, był dowódcą obrony zamku wawelskiego, kiedy wjechałem do Krakowa w całkiem zacnych zamiarach. Chciałem rozmówić się z królem, ale go nie zastałem, bo wyjechał był właśnie do Mogiły pod Krakowem. A ten hultaj z Szubina umyślił zabawić się moim kosztem, pojmał moich ludzi i ogłosił, że chciałem porwać króla i odebrać mu koronę. Co za absurd! Przecież króla nie było wtedy w zamku! — No dobrze, ale…

228


— Albo oskarżali mnie o próbę buntu na Rusi. Co za głupstwa. Przecież to ja podźwignąłem tamten kraj do góry, sprowadziłem osadników, rozwinąłem rzemiosła. Beze mnie tylko wiatr by tam hulał! — No dobrze, ale… — A kto sprowadził paulinów do Częstochowy? Przecież to ja ich uposażyłem i podarowałem im święty obraz, który przywiozłem z Rusi. — No dobrze, ale… — A kiedy byłem palatynem węgierskim, król Ludwik bez wahania zdawał się na moje decyzje, słuchał mnie i szanował jak brata. — No dobrze, ale… — Opole moje ukochane podniosłem w rozwoju, wybudowałem Górny Zamek, dbałem o obywateli tego miasta i traktowałem ich jak ojciec. A później moi bratankowie wydziedziczyli mnie z wszystkiego, wygnali w starym kubraku na ulicę, narazili na docinki i pośmiewisko gawiedzi. Miałem psa, najwierniejszego towarzysza łowów, kazałem go nawet umieścić na ceremonialnej pieczęci, ale i ten gdzieś uciekł. Zostałem sam jak palec. Ostatni miecz sprzedałem, żeby jakoś przeżyć zimę. Nikt mnie nigdy nie rozumiał. — No dobrze, ale… — Nigdy jakoś nie miałem pieniędzy – kontynuował płaczliwie książę — żeby utrzymywać na swym dworze kronikarza, który mógłby moje zasługi w pismach i kronikach sławić. Taki na przykład książę Ludwik, pan na Brzegu i mój daleki krewniak, trzymał uczonego kronikarza Piotra z Byczyny, a ten wychwalał go pod niebiosa w swoich pismach. A znów jeden z moich dalekich przodków Bolesław zwany Rogatką nie dbał w ogóle o pozostawienie po sobie dobrej pamięci i takoż został czarną owcą rodu piastowskiego. Prawda to, że był cynicznym okrutnikiem i lekkomyślnym wagabundą, przetracił całe swoje dziedzictwo 229


i tylko włóczył się po kraju w towarzystwie swego ulubionego lutnisty. Długi zaciągał gdzie mógł, a potem krył się w swoich zamkach, a ponieważ chorobliwie bał się swoich wierzycieli, wszędzie kazał budować tajne przejścia, aby w razie czego ujść z życiem. Ale gdyby miał dobrego i uczonego kronikarza, który wygładziłby i wytłumaczył jego niecne życie, to nie pamiętalibyśmy o tym wszystkim, a najpewniej byłby to dla nas wzorowy władca. — To się teraz nazywa PR – wtrącił skromnie Wojtuś, wykorzystując chwilę ciszy. — Że jak? – zaskoczony książę stracił wątek. — PR… Public relations. To z języka angielskiego – wyjaśnił chłopiec — Ogólnie chodzi o właściwe kształtowanie swojego wizerunku. No dobrze, ale… — Angielski język? A po co mi angielski! – prychnął książę — Ja nie mam żadnych relacji z angielskim królem. Wystarczy mi, że mówię po niemiecku, polsku, węgiersku, no i po łacinie. A później powrócił do wyliczania swoich zasług i żalów. Jego głos stawał się coraz bardziej ponury i płaczliwy. Wojtuś zrozumiał w końcu, że stary i złamany władca musi przed kimś wylać swoje pretensje do życia i ludzi. Zaczął mu nawet współczuć i zrobiło mu się przykro, ale nie wiedział co zrobić, żeby choć trochę ulżyć nieszczęsnemu panu Opola. Zdobył się wreszcie na odwagę i wrzasnął, przekrzykując potok wymowy księcia. — No dobrze, ale jak mogę ci pomóc, książę? — Że jak? Aha. Co to ja miałem rzec… – plątał się książę, trochę zbity z tropu nagłą reprymendą swojego słuchacza. — Przepraszam cię książę, ale nie jest tak źle jak myślisz – powiedział chłopiec cicho, jakby zawstydzony swoim poprzednim wrzaskiem — 231


Masz w Opolu swoją ulicę. A słyszałem nawet, że Opolanie chcą ci postawić pomnik! Tutaj nastąpiła chwila ciszy (Wojtuś już się przestraszył, że program sterujący przestał działać), a później wirtualna twarz księcia nagle się rozjaśniła i ciągle jaśniała, kąciki ust powędrowały do góry w szerokim uśmiechu, a z oczu zaczęły spływać łzy radości. Ekran stał się wilgotny, a w końcu kropelki zaczęły kapać na zbroję i na podłogę. — Spokojnie książę, bo spalą się podzespoły – szeptał Wojtuś i nerwowo wycierał wirtualną twarz jednorazową chusteczką — To jest elektronika, w każdej chwili może dojść do zwarcia. — Jestem tak wzruszony, że nie mogę nad sobą zapanować – chlipał Władysław — Nigdy wcześniej nie doznałem podobnego uczucia. Prawda to wszystko? Więc jednak moi poddani pamiętają ile dobrego zrobił dla nich dawny władca! — No może to już nie są twoi poddani, ale pamiętają. — Jestem ci niewymownie wdzięczny za to, że przywróciłeś mi wiarę w sprawiedliwość ludzką, chociażeś taki mały pędrak. — Hola, hola! Może jestem mały, ale rycerzem jestem i nie powinieneś mnie obrażać – stwierdził Wojtuś stanowczo. — Wybacz, ale nie wiesz jak mnie uradowałeś. Chcesz, oddam ci w nagrodę połowę mego księstwa wieluńskiego. Chcesz? — Nie ma już żadnego księstwa wieluńskiego – mruknął chłopiec cichutko, aby nie urazić władcy Opola, a potem dodał głośno — Jasne. Przyjmuję z wdzięcznością. — Niechże tak będzie! – potwierdził książę uroczyście i nieistniejąca darowizna stała się wirtualnym faktem. Wojtuś już otwierał usta, żeby zapytać księcia, którą to mianowicie połową został obdarowany (wschodnią czy zachodnią? północną czy 232


południową?), ale ugryzł się w język. Pomyślał, że i tak nie ma to znaczenia, skoro księstwa wieluńskiego już od dawna nie ma. Zapadła kłopotliwa cisza; Władysław z widocznym na wirtualnej twarzy wysiłkiem próbował sobie przypomnieć, co też miał powiedzieć, ale nie trwało to długo, bo jego oczy zaokrągliły się z wyrazem zdumienia. — Na boskie rany! – zawołał radośnie — Przecież to mój Ludwiczek! A gdzieżeś ty bywał? Chodź tu do swojego pana! Zdziwiony Wojtuś pomyślał, że może przez te łzy radości staremu księciu coś się pomieszało, a potem rozejrzał się wokoło i dopiero teraz zauważył średniej wielkości pieska z wesoło zakręconym ogonkiem, którym merdał jak oszalały, obracając się wokół własnej osi. Biegał dookoła figury i najwyraźniej szukał swego pana, którego nie mógł znaleźć, chociaż słyszał jego głos. — Ludwiczek? – prychnął Wojtuś i już miał się roześmiać, ale zagryzł usta, żeby nie urazić książęcej godności — Cóż to za imię dla psa… To znaczy dlaczego właśnie takie imię nadałeś pieskowi, książę? — To na cześć króla węgierskiego i polskiego Ludwika Wielkiego, który zawsze darzył mnie braterską sympatią i zaufaniem – odrzekł Władysław, a w jego głosie zabrzmiało zdziwienie i oburzenie, jakby chodziło o najbardziej oczywistą oczywistość. — No nie wiem czy król byłby zadowolony, że jego imieniem został nazwany pies, choćby najbardziej sympatyczny – mruknął chłopiec, ale w tym momencie wirtualny obraz Władysława zaczął migotać i zanikać. — Zbliż się Wojciechu – powiedział książę słabnącym głosem — Ludwiczek pokaże ci wszystko co masz zrobić, patrz tylko na niego i wykonuj… Głos Władysława utonął w narastającym szumie, a potem rozległ się zupełnie inny głos powtarzający tekst, który Wojtuś słyszał na samym 233


początku, kiedy z panem Szpachelką pięli się do góry. Chłopiec odetchnął z ulgą, kiedy jednak spojrzał w dół stwierdził, że Ludwiczek siedzi przed nim na tylnych łapkach i patrzy błagalnie, a może wyczekująco. Po chwili szczeknął cicho i popędził w dół po schodach, a Wojtuś – chcąc nie chcąc – za nim. Na dole piesek zamerdał ogonem i położył się obok kwadratowego zarysu w podłodze, który chłopiec dopiero teraz zauważył. Było tam metalowe kółko, które Wojtuś pociągnął do góry. Otworzył się przed nim ciemny otwór, od którego stroma drewniana drabina wiodła w dół, do tonącego w ciemnościach pomieszczenia. Ludwiczek podniósł się, zaskomlał i wskoczył na drabinę, a później nadspodziewanie sprawnie zaczął się po niej zsuwać. Chłopiec z obawą spojrzał w dół, ale przypomniał sobie, że przecież ma smartfon z latarką, którą natychmiast uruchomił. „To pewnie loch więzienny” – pomyślał – „Tylko spokojnie. Nie bój się”. Ostrożnie zaczął schodzić w czeluść, popędzany skomleniem Ludwiczka. Na dnie, które było bardzo głęboko, pies czekał na niego merdając wesołym ogonkiem. Potem obyczajem piesków węszył biegając wzdłuż ścian, aż wreszcie natrafił na poszukiwane miejsce i zaczął szybko kopać przednimi łapkami. Co chwilę spoglądał na Wojtusia i krótkimi szczeknięciami oraz merdaniem zachęcał go do pomocy. Chłopiec rozglądał się za jakimś narzędziem („Szkoda że nie ma tutaj pana Szpachelki ze swoją słynną szpachelką” – pomyślał), ale niczego nie znalazł, a ponieważ było mu głupio, zabrał się do wybierania ziemi gołymi rękami. Po nieskończenie długim czasie tej ciężkiej pracy coś wreszcie błysnęło w wygrzebanym dołku. Wojtuś triumfalnie wydobył znaleziony przedmiot i oniemiał z zachwytu. Był to masywny pierścień ze złotym orłem na niebieskim tle, błyszczały barwne emalie, a wszystko wyglądało tak, jakby ktoś zupełnie niedawno zakopał ten skarb w głębinie wieży. 234


Ludwiczek wyraźnie ożywił się i poweselał, szaleńczo biegał dookoła Wojtusia, a ogon merdał tak szybko jakby zaraz miał się urwać. Wreszcie szczeknął wesoło, wskoczył na drabinę i zaczął się wspinać tak szybko, że chłopiec nie mógł za nim nadążyć. — Wolniej szalony piesku, bo obydwaj spadniemy! – sapał zirytowany. Na dziedzińcu pies popędził jak wiatr, zawracając i obiegając Wojtusia, jakby chciał go zmusić do biegu. Ale ten kroczył dostojnie z pierścieniem w kieszeni, postanawiając tym razem nie ulegać psiej natarczywości. Ludwiczek chyba pojął o co chodzi, bo przestał szaleńczo biegać i łapa za łapą powlókł się przy nodze chłopca. Poszli przez miasto, zatrzymując się przepisowo na czerwonym świetle i wrzucając grosz do Młynówki na Moście Groszowym. Kiedy tylko Wojtuś obierał niewłaściwy kierunek, pies lizał go po ręce i łapą wskazywał, w którą stronę powinien się zwrócić. — Jaki grzeczny piesek – mówili ludzie, którzy ich mijali, a każdy chciał pogłaskać Ludwiczka albo przynajmniej słodko się do niego uśmiechnąć — Jak się wabi? — Ludwiczek – odpowiadał Wojtuś uprzejmie — To piesek księcia Władysława Opolczyka! — Chyba masz bujną fantazję chłopcze – stwierdziła pewna starsza pani, a inni tylko uśmiechali się pod nosem. Przeszli przez rynek obok ogromnego ratusza w wysoką wieżą, a potem boczną uliczką dotarli przed wielki kościół. „Kościół Świętej Trójcy” – przeczytał chłopiec na tablicy przytwierdzonej do muru. Tutaj Ludwiczek zaszczekał cicho i zapraszającym merdaniem poprowadził chłopca do wejścia. Wnętrze było wielkie, puste, ciche i tonęło w półmroku. Każdy szelest odbijał się od sklepień zwielokrotnionym echem. Wojtuś stanął na środku nawy, spojrzał na wielki ołtarz i zdębiał. Na podwyż235


szeniu stał wysoki tron, a na tronie siedział człowiek o szczupłej kościstej twarzy okolonej zmierzwioną brodą, ubrany w stary wytarty kubrak. Zimne i przenikliwe oczy świdrowały chłopca na wylot, tak że poczuł się trochę nieswojo, a nawet zaczęło mu się robić gorąco w chłodnym wnętrzu. — Zbliż się Wojciechu! – powiedziała owa postać tonem rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Wojtuś posuwał się do przodu na nogach, które nagle stały się miękkie jakby były z waty, za to Ludwiczek rzucił się do przodu i wesoło merdając ogonem położył się pod tronem. „To jest Władysław Opolczyk!” – domyślił się chłopiec, chociaż władcza i surowa postać nie pasowała mu do płaczliwych skarg, które słyszał w piastowskiej wieży – „Ale przecież znamy się, wiem o nim dużo, no i zostałem obdarowany połową księstwa wieluńskiego, więc nie powinno być źle”. Chociaż droga wzdłuż nawy ciągnęła się w nieskończoność, w końcu jednak stanął przed tronem i lekko skinął głową pamiętając, że jednak jest rycerzem króla Władysława Jagiełły i ma swoją godność. — Pierścień! – rzucił książę i wyciągnął rękę, a Wojtuś posłusznie wygrzebał z kieszeni i oddał mu znaleziony na dnie wieży skarb, chociaż z żalem i ociąganiem. Władysław uroczystym gestem włożył pierścień na palec lewej ręki, zamknął oczy, a twarz jego przybrała wyraz skupienia i wielkiego wysiłku myśli. Po chwili rozejrzał się dokoła z wielkim zdziwieniem i oburzeniem. Powtarzał tę czynność kilka razy z coraz większym niepokojem. — Dlaczego nic się nie dzieje? Gdzie jest mój dwór? Dlaczego tu jest tak pusto? – prychnął wreszcie ze złością — Znalazłem się w jakichś bliżej mi nieznanych czasach, a przecież muszę wrócić do siebie! Nie mogę tu zostać – dodał rozpaczliwie. 237


— Ośmielam się zauważyć, że moje czasy nie są takie złe – nieśmiało wtrącił Wojtuś — Poza tym jesteś w nich szanowany, masz w Opolu swoją ulicę, a może nawet będziesz miał swój pomnik. — Po co mi jakaś uliczka w Opolu, skoro wszystkie ulice, całe miasto i całe księstwo jest moje! – wrzasnął wściekły władca — Czy wyobrażasz sobie pędraku, że mógłbym żyć w czasach, w których lud rządzi sam sobą? — Oczywiście, że sobie wyobrażam – stwierdził Wojtuś ze stoickim spokojem. — No i co ja miałbym robić?! – wściekłość Władysława sięgała już zenitu i mało brakowało do wybuchu. — No nie wiem. Na przykład mógłbyś oprowadzać ludzi po swoim Opolu. Albo pracować w ratuszu na stanowisku… na stanowisku… no powiedzmy na stanowisku księcia! Turyści i opolscy mieszczanie wiele by dali, żeby móc uciąć sobie pogawędkę z prawdziwym żywym księciem. Mógłbyś też straszyć w wieży piastowskiej. Ludzie teraz lubią, kiedy się ich porządnie przestraszy. Wojtuś przerwał te rozważania kiedy zobaczył, że oczy władcy Opola stały się okrągłe jak wielkie monety, a ręka odruchowo szukała u pasa miecza, którego na szczęście nie było. — Te twoje czasy to jakaś horrendalna pomyłka – mruknął płaczliwie Opolczyk — Muszę mieć swój dwór, zamek, swoje księstwa, bez tego nie mam po co żyć. Co robić? Co robić? Myślałem że ten pierścień z herbem moim i mojego księstwa przeniesie mnie do lat świetności. Nie zakończyłem jeszcze tylu spraw! „Nie chcę się przenosić w czasy Władysława Opolczyka” – pomyślał Wojtuś, ale nie powiedział tego głośno, żeby nie urazić ambitnego władcy – „Gdyby tak pojawił się teraz Elmer z Malmesbury, latający mnich, 238


który lubi błąkać się po różnych wiekach. Może poleciałby z tym płaczliwym zrzędą do jego ukochanego czternastego stulecia”. Książę siedział na tronie skulony, z wyrazem ponurej rezygnacji na twarzy, Ludwiczek skomlał cichutko zwinięty w kłębek, a Wojtuś bał się coraz bardziej, że zostanie przeniesiony w odległą przeszłość. Przecież w tej otchłani wieków pan Szpachelka nigdy go nie znajdzie. W ten sposób atmosfera w pustym kościele Świętej Trójcy stawała się coraz bardziej nieznośna i beznadziejna. Wojtuś chciał się jakoś raczkiem wycofać z tej niezręcznej sytuacji, zrobił więc mały kroczek do tyłu. — Stój! – warknął Władysław — nie zezwoliłem na żadne ruchy! Stał więc potulnie i myślał o tym, że pan Szpachelka już go pewnie szuka, biega po mieście, wyrywa z rozpaczy włosy ze swojej sławnej brody. — Co by zrobił król Jagiełło w takiej zagmatwanej sytuacji? – zapytał siebie głośno. — Król Jagiełło?! Nie życzę sobie, abyś przede mną wspominał imię tego nadętego poganina! – wrzasnął Opolczyk, zatrząsł się razem z tronem i poczerwieniał ze złości, potem stał się prawie przeźroczysty, ale po jakimś czasie uspokoił się i powrócił do swojej postaci. Ta obserwacja nasunęła Wojtusiowi pewien pomył, który natychmiast postanowił wcielić w życie, bo czas naglił. — A właśnie król Jagiełło naradzał się z twoimi bratankami, książę – wypalił głośno i wyraźnie — Słyszałem, że mówił do nich „Trzeba tego starego durnia odsunąć od władzy”. To chyba o tobie? Na te słowa Władysław nie mógł wydobyć dźwięku poza śmiesznym piskiem, potem pozieleniał, następnie zmienił barwę na pomarańczową, czerwoną, a w końcu przybrał głęboko purpurowy kolor, jakby miał zaraz wybuchnąć. Jednocześnie wrzał tak wielkim gniewem, że zamieniał się wraz z tronem i Ludwiczkiem w chmurę wściekle czerwonego 239


pyłu, która unosiła się coraz wyżej i wreszcie rozpłynęła pod sklepieniami. — Mam nadzieję, że książę wrócił do swoich czasów – westchnął Wojtuś z ulgą — A co z moją połową księstwa wieluńskiego? — Jaką połową księstwa wieluńskiego? – zagrzmiała rozpływająca się czerwona chmurka. — Darowałeś mi ją w wieży, książę. — Ja? Nie pamiętam, nie pamiętam, nie pamiętam… – dotarło do Wojtusia zwielokrotnione echo słabnącego głosu Władysława, a później zapadła cisza. — Jednak nie należy zbytnio ufać władcom – stwierdził chłopiec filozoficznie i wybiegł z kościoła z mieszanymi uczuciami, bo z jednej strony stracił pierścień i połowę księstwa, ale z drugiej – pozbył się uciążliwego towarzystwa niepokornego Piasta, który z taką złością traktował jego ukochanego króla Jagiełłę — Na pewno książę miał wiele zasług, na pewno historia go skrzywdziła, ale aniołkiem to on chyba nie był. Teraz trzeba było szybko wrócić do wieży. Wojtuś z duszą na ramieniu pędził ulicami, wpadł jak wiatr na dziedziniec i wbiegał schodkami do wejścia, kiedy z wnętrza wyszli pan Szpachelka z panem przewodnikiem, obydwaj roześmiani i w doskonałych humorach. — A cóż to nasz rycerz taki zdyszany jakby właśnie obiegł dookoła całe Opole? – zaśmiał się pan Szpachelka — Mam nadzieję, że nie spotkały cię żadne przygody? — Nieeee. Tak sobie biegałem po dziedzińcu. — Tak sobie biegałem na rękach? Wojtuś dopiero teraz spojrzał na swoje ręce, mocno pobrudzone przy poszukiwaniu pierścienia na dnie wieży i szybko schował je za siebie. — Oj tam, pewnie się gdzieś przewróciłem – mruknął speszony. 240


— No dobrze. Przyjmijmy tę wersję, pan przewodnik pokaże ci gdzie jest łazienka, a ja tu czekam i nie ruszam się na krok. Kiedy już zostali sami, pan Szpachelka przyjrzał się uważnie Wojtusiowi. — Możesz mi powiedzieć chłopcze, dlaczego właz do lochu więziennego w wieży był otwarty? – zapytał znienacka, a Wojtusia oblały zimne poty — A może wiesz dlaczego hełm na figurze księcia Bolka był przekrzywiony, sama figura gadała coś niedorzecznego o jakimś Ludwiczku, no i w końcu pan przewodnik musiał zresetować program, żeby wszystko wróciło do normy. Wiesz coś na ten temat? — Absolutnie nic! — Naprawdę? A ja wmówiłem panu przewodnikowi, że to on sam chciał nam pokazać loch i otworzył właz, chociaż wiem przecież, że tak nie było. Byłem jednak na tyle sugestywny, że mi uwierzył! Tak czy siak muszę ci udzielić reprymendy, bo obiecałem babci, że jakaś kara musi być za fantazjowanie. — Dobrze panie Anatolu – powiedział posłusznie Wojtuś, pochylił głowę jak skazaniec idący na ścięcie i czekał w milczeniu. — Na co czekasz? — Na reprymendę. — Przecież reprymenda już była – stwierdził pogodnie pan Szpachelka — Nie zawracaj głowy. Idziemy! Jestem jednak zmartwiony, że nic dzisiaj z ciebie nie wyciągnę. Liczę, że kiedyś mi opowiesz z kim tym razem się spotkałeś. Może to był Władysław Opolczyk? Na tę uwagę Wojtuś zrobił się cały czerwony, co nie uszło uwagi pana Szpachelki. — Ha! Zgadłem! Na twoje szczęście nie mamy wiele czasu, a chciałbym jeszcze zajrzeć w jedno miejsce po drugiej stronie Starego Miasta. No, uśmiechnij się rycerzu. Niestety nie zdążymy już obejrzeć sławnego 241


amfiteatru ani Muzeum Polskiej Piosenki, ale przecież jeszcze tu wrócimy, prawda? Wojtuś ochoczo skinął głową, odetchnął z ulgą i z uśmiechem powędrowali przez Most Groszowy na drugą stronę Młynówki. Tam głowy automatycznie zwróciły się na lewo, w stronę naleśnikarni „Grabówka”, a stopy automatycznie skręciły i weszły do środka. Bez zbędnych słów, urzeczeni rozchodzącymi się zapachami, badacze przeszłości Opola zamówili odpowiednie do swojej postury porcje naleśników. — Intryguje mnie jeszcze jedno – powiedział pan Szpachelka z ustami wypchanymi naleśnikiem z bananem i michałkami — Kto to jest Ludwiczek? Pewnie coś o tym wiesz? Tylko tyle mi powiedz i dam ci już spokój. — No dobrze – westchnął ciężko Wojtuś z ustami wypchanymi naleśnikiem z czekoladą — To jest piesek księcia Władysława. Pan Szpachelka wybałuszył oczy i zakrztusił się. Dopiero po dłuższej chwili i przełknięciu naleśnika wrócił do siebie i głęboko odetchnął. — Czy to ten sam piesek, który jest na pieczęci konnej Władysława Opolczyka? – zapytał już spokojnie. — Ten sam – potwierdził Wojtuś melancholijnie — Zresztą bardzo wierny i sympatyczny psiak. — Dobrze, nie będę cię już dłużej męczył pytaniami – mruknął sławny archeolog, choć było widać jak pali go ciekawość — A niektórzy twierdzili, że na pieczęci jest małpka! Kiedy już nasycili się naleśnikami, powędrowali uliczkami opolskiej starówki, minęli rynek z ratuszem, Muzeum Śląska Opolskiego, wspinając się nieco pod górę doszli do wielkiego żółtego gmachu wśród pięknej zieleni. 242


— Jesteśmy na Wzgórzu Uniwersyteckim, a to jest główny budynek Uniwersytetu Opolskiego – objaśnił pan Szpachelka — Bardzo ładny i szacowny gmach, stoi na miejscu klasztoru dominikanów założonego pod koniec trzynastego wieku. Jest piękna legenda, że na tym wzgórzu święty Wojciech nawracał pogan. Podobno uderzył laską w ziemię i w tym miejscu trysnęło źródło, a święty wodą z tego źródła chrzcił nawróconych. Jest tam teraz urocza studnia świętego Wojciecha. Później był tutaj przez długi czas szpital. — A zobaczymy ten klasztor? — Najstarszego klasztoru już dawno nie ma, pozostały niektóre jego części z osiemnastego wieku, a wśród nich kaplica świętego Wojciecha. Zwiedzimy sobie tyle ile można, a później pójdziemy na Skwer Artystów, OK.? — Brzmi ciekawie. OK. – stwierdził Wojtuś pogodnie zadowolony, że pan Szpachelka nie wraca już do tematu rozmowy z Władysławem Opolczykiem — A cóż to takiego ten Skwer Artystów? — Zobaczysz. To specjalna niespodzianka… Przynajmniej dla mnie. Obeszli niespiesznie wielki budynek i wyszli z niego zupełnie innymi drzwiami, za którymi znajdował się niewielki skwer z alejkami, latarniami i ławeczkami, na których usadowione były nieruchome postacie. Dopiero po chwili Wojtuś zrozumiał, że są to rzeźby i już otwierał usta, żeby zapytać o nie pana Szpachelkę, ale sławny archeolog zaczął mówić sam, a wyglądał przy tym jak natchniony wieszcz. — Oto Skwer Artystów. Są tutaj rzeźby idoli mojej młodości, ludzi, którzy z piosenki zrobili dzieło sztuki. Na tej ławeczce siedzi Marek Grechuta, na tamtej, zapatrzona w dal, Agnieszka Osiecka. Naprzeciwko niej, na krzesełku, Wojciech Młynarski, a tam – Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, czyli słynni Starsi Panowie. Ze schodków schodzi Jonasz Kofta. 243


Oni ukształtowali mój świat słowem i muzyką. Zgromadzeni są tutaj, bo nie darmo Opole nazywane jest do dzisiaj stolicą polskiej piosenki. A tam jest rzeźba Jerzego Grotowskiego, twórcy teatralnego o światowym formacie. Ale największy i najwspanialszy mój idol stoi tam! Pan Szpachelka uroczystym gestem wskazał na rzeźbę stojącą w głębi skweru, przedstawiającą brodacza w kapeluszu z szerokim rondem, wspartego na gitarze, z oczami skierowanymi w górę, jakby szukającymi natchnienia. — To Czesław Niemen. Jeden z najwybitniejszych polskich muzyków, o niepowtarzalnym i niemożliwym do naśladowania głosie i stylu. Zatarł różnice między muzyką tak zwaną klasyczną i tak zwaną popularną, z piosenki zrobił wielką sztukę, a ze sztuki piosenkę, był geniuszem niezrozumianym i niedocenianym do dziś. Nigdy nie kłamał i nigdy nie ulegał modom, a jego piosenka Dziwny jest ten świat do dzisiaj jest hymnem niepokornych. Nagrał może niezbyt wiele płyt, ale każda z nich była jak kamień milowy dla muzyki. Komponował dla teatru i dla filmu, ale dla mnie najważniejsze są jego utwory do wierszy Cypriana Kamila Norwida i innych poetów. Słucham tego geniusza od wielu lat i nigdy nie będę miał dosyć. Tutaj głos pana Szpachelki załamał się ze wzruszenia, a Wojtuś stał z rozdziawioną buzią, jakby w ogóle nie poznawał sławnego archeologa. — Panie Anatolu, nigdy nie przemawiał pan tak uroczyście o archeologii – wybąkał wreszcie — Co się dzieje? — Mój mały przyjacielu, muzyka to moje życie! W związku z tym chciałbym, żebyś zrobił mi zdjęcie, a nawet kilka zdjęć z rzeźbą mojego idola. Zrobisz? — Oczywiście! Co to za pytanie! 244


— Wspaniale, dziękuję. A teraz chwilkę poczekaj, bo muszę poczynić konieczne przygotowania. To mówiąc pan Szpachelka ustawił się (z braku lustra) przed szklanymi drzwiami wiodącymi do budynku Uniwersytetu. Następnie przeszukał wszystkie kieszonki swojej sławnej kamizelki i z ostatniej z nich wydobył niewielki grzebyk, którym przeczesał czuprynę oraz zmierzwioną brodę. Wygładził nieco sfatygowany ubiór, obejrzał się w szybie z każdej możliwej strony, wyczyścił nawet okulary wydobytą z plecaka chusteczką jednorazową, a później tą samą chusteczką przetarł buty. Wojtuś zauważył, że po drugiej stronie szyby jacyś młodzi ludzie, pewnie studenci, pękali ze śmiechu patrząc na te zabiegi, ale pan Szpachelka nic sobie z tego nie robił. Wreszcie uznał, że jest gotowy i stanął w odpowiedniej pozie obok rzeźby przedstawiającej Mistrza. — Poproszę o zdjęcia – powiedział dobitnie. Wojtuś posłusznie wykonał kilkanaście fotografii za pomocą swojego tabletu, a nawet nakręcił krótki filmik. Później pan Szpachelka zażyczył sobie jeszcze kilka zdjęć w towarzystwie rzeźby Marka Grechuty. — To był delikatny powiew, zefirek polskiej piosenki poetyckiej, który genialne i urocze dzieła sztuki muzycznej potrafił stworzyć ze wszystkiego – powiedział z westchnieniem — Miał swoją piwnicę muzyczną w Krakowie, w hotelu Pod Różą. Ileż wzruszeń tam przeżywałem! — A ja czuję się tak, jakbym pana poznawał na nowo, panie Anatolu – Wojtuś wyglądał tak, jakby doznał jakiegoś szoku — w Kielcach teatr, na Śląsku muzyka i architektura… — Trzeba mieć duszę i umysł, oczy i uszy otwarte na świat, mój mały przyjacielu – stwierdził pogodnie pan Szpachelka — Czy słuchałeś choć raz Czesława Niemena? — No, chyba nie. 246


— To nic! Masz jeszcze czas. Wyobraź sobie, że dzięki Niemenowi zacząłem się zaczytywać w poezji Norwida. A to trudna poezja; nie da się jej czytać w tramwaju albo na spacerze w parku. W nieskończoność słuchałem wierszy tego wielkiego poety, czwartego wieszcza, w wykonaniu Niemena. Wryły mi się w pamięć tak, że mogę ci wiele z nich wyrecytować nawet teraz, w całości! Wojtuś chciał powiedzieć coś w rodzaju „Nie trzeba, panie Anatolu, wierzę panu”, ale pan Szpachelka był szybszy. Poderwał się z ławeczki Marka Grechuty, wzniósł oczy ku niebu i rozpoczął recytację. – Czemu, cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz, Przy pochodniach, co skrami grają około twoich kolan? – Miecz wawrzynem zielony i gromnic płakaniem dziś polan, Rwie się sokół i koń twój podrywa stopę jak tancerz. – Wieją, wieją proporce i zawiewają na siebie, Jak namioty ruchome wojsk koczujących po niebie. — Bardzo to jest piękne – powiedział Wojtuś wykorzystując chwilę ciszy — Ale… — To jest Bema pamięci żałobny rapsod, wiersz, z którego Niemen zrobił monumentalne dzieło muzyczne – stwierdził skromnie pan Szpachelka — O, albo jeden z moich najbardziej ulubionych wierszy, Marionetki. Jak się nie nudzić? Gdy oto nad globem Milion gwiazd cichych się świeci, A każda innym jaśnieje sposobem, A wszystko stoi – i leci... 247


I ziemia stoi – i wieków otchłanie, I wszyscy żywi w tej chwili — I to też jest wspaniałe, ale… – pospiesznie wtrącił Wojtuś. — O, albo Moja Ojczyzna: Kto mi powiada, że moja ojczyzna: Pola, zieloność, okopy, Chaty i kwiaty, i sioła – niech wyzna, Że – to jej stopy. Dziecka – nikt z ramion matki nie odbiera; Pacholę – do kolan jej sięga; Syn – piersi dorósł i ramię podpiera: To – praw mych księga. — To też bardzo ładne i trudne – wrzasnął wreszcie Wojtuś zniecierpliwiony — ale powoli zapada wieczór! — Jak to?! – pan Szpachelka opadł na ławeczkę jakby nagle się obudził i dodał zrozpaczony — Rany boskie! Wieczorem mieliśmy już być w Łutowcu! Znowu będzie bura od pani Alicji. „Ale mam dzisiaj pecha do tych sławnych postaci. Jeden zgorzkniało-płaczliwy, drugi nostalgicznopoetycki” pomyślał Wojtuś z rozbawieniem, ale nie powiedział tego głośno, żeby nie urazić wielkiego archeologa, który właśnie spłynął na skrzydłach z wyżyn muzyki i poezji. Mimo wszystko był zadowolony z tego, że miał okazję rozmawiać z księciem Opola oraz z tego, że pan Anatol odsłonił przed nim swoje kolejne pasje. Na szczęście nie wpadło mu do głowy pytanie w rodzaju: „A ty który utwór Grechuty lubisz najbardziej?”. Widocznie uważał za 248


rzecz oczywistą, że Wojtuś słucha Grechuty od kołyski. „Muszę posłuchać tego Niemena, no i Grechuty; może mi się spodoba?”. Tymczasem pan Szpachelka wrócił już na ziemię i popędził w kierunku zaparkowanego na wyspie Pasieka samochodu. Wojtuś ledwie za nim nadążał. Tym razem żadnemu z nich nie przyszło do głowy, żeby odwrócić głowę w stronę naleśnikarni „Grabówka”, za to wizja czekającej i denerwującej się babci stawała się coraz bardziej wyraźna. — Kto zadzwoni do pani Alicji? – rzucił wreszcie zasapany pan Szpachelka i sam sobie odpowiedział — Chyba ja, bo się tobą opiekuję. Ty zawsze możesz powiedzieć, że jesteś malutki. Wojtuś nic nie odpowiedział, tylko skwapliwie skinął głową, a pan Szpachelka odetchnął głęboko, przeżegnał się i chwycił telefon. — Dobry wieczór pani Alicjo – zagaił słodko — Jesteśmy jeszcze w Opolu, ale już wsiadamy i ruszamy do Łutowca… Wojtuś pilnie nasłuchiwał, ale słyszał tylko mało zrozumiały szmer. Z postawy „na baczność”, którą przyjął pan Szpachelka domyślał się, że nastąpiła długa tyrada babci. Jednak ze zdumieniem stwierdził, że słynny archeolog nie kurczy się z wyrazem skruchy na twarzy ale wręcz przeciwnie, coraz bardziej rośnie i promienieje. Powiedział wreszcie „Dobrze, dzięku-jemy, dobranoc”, wyłączył telefon i spojrzał na Wojtusia z triumfalnym uśmiechem. — Wyobraź sobie mój mały rycerzu – powiedział wreszcie uroczyście — że na terenie zamku Olsztyn odkryto studnię blisko wejścia do jaskini, w ruinach budynku, który już w średniowieczu dostawiono tam do skały. Powiedziała mi o tym pani Alicja, stwierdziła też, żebyśmy prosto z Opola pojechali do Olsztyna! Zjemy kolację w tym spichlerzu, który tak lubisz i niechybnie będzie to zupa pomidorowa! A spać będziemy w moich ulubionych pokojach gościnnych „Pod Aniołami”. 249


Wojtuś krzyknął tylko „Hura!” i zaczął biegać jak szalony dookoła samochodu. Kiedy się już porządnie wymęczył, wsiedli i szybko odjechali modląc się w duchu, aby babcia nie zmieniła zdania. Słońce schowało się już za horyzontem, bezchmurne niebo pociemniało, zamigotały pierwsze gwiazdy, jakby ktoś po kolei podłączał je do prądu. Opole wyglądało teraz pięknie i rozkosznie, jak piernikowe miasto. Wojtuś spojrzał jeszcze na wieżę kościoła Świętej Trójcy i mógłby przysiąc, że zobaczył nad nią chmurkę czerwonego pyłu. „Czyżby książę Władysław nie wrócił jeszcze do swoich czasów?” – pomyślał nieco zaniepokojony – „A może tak spodobało mu się dzisiejsze Opole, że postanowił zostać i patrzeć z góry na stolicę swego dawnego księstwa, ładniejszą niż kiedykolwiek?”. A potem przyleciał leciutki wietrzyk i rozgonił czerwoną chmurkę. Wojtuś dyskretnie pomachał ręką starając się mocno, żeby nie zauważył tego pan Szpachelka. „Żegnaj książę! Chyba jednak najlepiej będzie ci w tym twoim czternastym wieku”.

250


Wojtuś i rękopis znaleziony w studni zamku Olsztyn czyli o tym, że właściwie nikt nie wie, czy życie jest snem czy sen jest życiem Było już ciemno, kiedy pan Szpachelka zatrzymał samochód przed jasno oświetlonym spichlerzem-restauracją w Olsztynie. Niebo pełne gwiazd zawisło nad czarnym zarysem zamczyska, w oddali majaczyły światła Częstochowy. — Wojtusiu, pobudka! — Co, co? Gdzie jesteśmy? – zaspany Wojtuś przecierał oczy, rozglądał się dookoła nieprzytomnie i nie mógł sobie przypomnieć, skąd i dokąd miał jechać. — Słodko sobie spałeś rycerzu – zaśmiał się pan Szpachelka — a ja setnie się bawiłem. — Czym? — Twoimi snami. — Snami? – dopiero co rozbudzony Wojtuś intensywnie usiłował pozbierać myśli, ale nie mógł sobie przypomnieć, czy coś mu się śniło — Nic nie pamiętam. — Opowiem ci przy kolacji. Mam nadzieję, że znajdzie się jeszcze zupa pomidorowa dla błędnych rycerzy. Zupa się znalazła i została w ekspresowym tempie spałaszowana, po czym badacze poprosili o dokładkę, którą spożywali już wolniej, delek251


tując się smakiem ulubionego dania. Przy repecie Wojtuś nie wytrzymał palącej ciekawości. — Co pana tak bawiło w moim śnie, panie Anatolu? – dopytywał — Dlaczego ja nic nie pamiętam? — W drodze z Opola do Olsztyna chyba ze dwanaście razy powiedziałeś „Tak jest, królu”, a potem poprawiłeś się na „Tak jest, Wasza Królewska Mość” – nabijał się pan Szpachelka — Wnioskuję z tego, że nie rozmawiałeś z Władysławem Opolczykiem, który był tylko księciem. Następnie mówiłeś też „Owszem, Wasza Królewska Mość” oraz „Proponuję Olsztyn, Wasza Królewska Mość”. A na koniec powiedziałeś coś, czego nie rozumiem, bo nie słyszałem przecież pytania. Powiedziałeś „Jasne, że słucham, Wasza Królewska Mość. Bardzo lubię jednego i drugiego”. A zanim cię obudziłem zacząłeś rozpaczliwie jęczeć. Zagadkowa sprawa. — Wiem! – wykrzyknął Wojtuś, aż zadźwięczały puste talerze — Przypomniałem sobie! — Słucham, rycerzu. — Rozmawiałem z królem Kazimierzem Wielkim! — Wow! I o cóż król cię wypytywał? — Król mówił coś takiego: „Zamek musi być otoczony wysokimi murami. W tym zamku musi być okazały pałac. Każdy zamek musi mieć porządną studnię, a najlepiej budynek studzienny. Tutaj też trzeba taką studnię wykuć w skałach, Wojciechu”. I tak dalej, i tak dalej, a ja po każdym zdaniu mówiłem „Tak jest” albo „Owszem, Wasza Królewska Mość”. A potem król powiedział „Ten zamek nie może się nazywać Przymiłowice, bo to już nie jest zamek biskupa Muskaty tylko mój! Jak go nazwać, Wojciechu? Jak go nazwać?”. Wtedy ja powiedziałem „Proponuję Olsztyn, Wasza Królewska Mość”. A król zmarszczył brwi i powtórzył kilka razy „Olsztyn, 252


Olsztyn… Kojarzy mi się to z niemieckim słowem hohlenstein, co znaczy wydrążona skała. Jest tu wielka jaskinia pod zamkiem, więc wszystko się zgadza! Niech będzie Olsztyn”. — No a o co chodziło z tym „Jasne, że słucham”? — Nie pamiętam tego – powiedział Wojtuś niby to zastanawiając się, ale jednocześnie cały poczerwieniał. — Oj, widzę że jednak pamiętasz, rycerzu. Cóż to było za pytanie? – pan Szpachelka pilnie nadstawił ucha, a Wojtuś westchnął głęboko. — Król zapytał mnie „A słuchasz ty, Wojciechu, Czesława Niemena i Marka Grechuty?”. Odpowiedziałem że słucham, a wtedy król powiedział „To dobrze. Moi poddani mają obowiązek słuchania płyt Niemena i Grechuty. Jeśli moje straże przyłapią kogoś kto nie zna ich utworów, muszą go zamknąć na miesiąc do lochu muzycznego, gdzie o chlebie i wodzie musi słuchać, każdego dnia i każdej nocy”. — No a to jęczenie na koniec? Chyba nie znalazłeś się w lochu muzycznym? – dopytywał pan Szpachelka, ledwie powstrzymując się przed wybuchem śmiechu. — Nieee – zamarudził Wojtuś — Król stwierdził dumnie, że jego ulubione utwory Czesława Niemena to Marionetki i Bema pamięci żałobny rapsod, a Marka Grechuty to Korowód oraz Droga za widnokres. A później zapytał „A jakie są twoje ulubione utwory, Wojciechu?”. No i wtedy zacząłem jęczeć, ale na szczęście w tym momencie obudził mnie pan, panie Anatolu. Pan Szpachelka nie mógł się już dłużej powstrzymywać i wybuchnął głośnym śmiechem, a Wojtuś najpierw chciał się obrazić, ale śmiech był tak zaraźliwy, że wkrótce chichrali się w najlepsze obydwaj.

253


— A tak po prawdzie, słuchałeś muzyki Czesława Niemena i Marka Grechuty? – zapytał pan Szpachelka, kiedy już nie mieli siły na dalsze śmiechy. — Nie – wyznał ze wstydem Wojtuś — Ale obiecuję, że nadrobię zaległości! — OK. Przecież nie robię ci z tego zarzutu. W każdym razie nie zamknę cię do lochu muzycznego – uśmiechnął się pan Szpachelka — Jesteś jeszcze mały, masz czas. Do słuchania Grechuty i Niemena trzeba dojrzeć. No ale jestem dumny, że lubię najbardziej te same utwory Niemena, jakie uwielbia król Kazimierz Wielki. Chociaż oprócz tych wymieniłbym jeszcze wiele innych. — A jakie piosenki Grechuty lubi pan najbardziej? — Tutaj też miałbym kłopot z wyborem. Ale na pewno wymieniłbym Świecie nasz i Korowód, no i może jeszcze Gdziekolwiek. OK, jedziemy do naszych Aniołów! Czas spać. Po tylu przygodach i rozmowach spało się pysznie, dlatego zmęczeni badacze historii spali smacznie i długo. Może dlatego, że otrzymali pokój Pod Czerwonym Aniołem, ulubiony pokój pana Szpachelki. Zwlekli się z łóżek dopiero o dziewiątej, zajechali na śniadanie w spichlerzu nieprzytomni, a pan Szpachelka nabrał ochoty do życia dopiero po mocnej kawie. Wojtuś właściwie jeszcze spał jedząc śniadanie, a rozbudził go dopiero widok zamczyska, pyszniącego się w pełnym słońcu niczym paw. Dobrze znane mury i wyniosłe szeregi skał przypomniały mu chwilę, kiedy tutaj właśnie został pasowany na rycerza przez króla Władysława Jagiełłę. I nie było ważne, czy tak było naprawdę czy to był tylko sen albo teatr wyobraźni. A teraz jeszcze Anioły. — Skąd te Anioły? 254


— To ty nie wiesz, że Olsztynem opiekują się Anioły? – pan Szpachelka był szczerze zdumiony — Ejże, rycerzu! — Ale… — Wiem, wiem. Jesteś jeszcze malutki. — No właśnie! — Niegdyś istniało przy olsztyńskim kościele Bractwo Aniołów Stróżów – powiedział pan Szpachelka marszcząc brwi — Powstało może z inspiracji częstochowskich paulinów z Jasnej Góry. Do dzisiaj w kościele jest kaplica Świętych Aniołów. — O tym nie wiedziałem – przyznał Wojtuś potulnie, bo przypomniał sobie, że bez względu na wszystko trzeba mówić prawdę i nie można udawać, że wie się coś, czego się nie wie. — No to już wiesz. A te anioły jakoś przylgnęły do Olsztyna, a może zostały, bo im się tutaj spodobało, któż to wie? W każdym razie całe zastępy nowych aniołów rzeźbi miejscowy artysta Jan Wiewiór. Łatwo do niego trafić; blisko rynku ma zabytkową chałupę, w której można zobaczyć przepiękną ruchomą szopkę zwaną „Olsztyńskim Betlejemowem”. To właśnie on wyrzeźbił wielkiego Anioła Stróża, który wita gości wjeżdżających do Olsztyna od strony Częstochowy. Szli powoli w stronę zamku po wielkiej łące, nad którą wznosiły się poszarpane skały wzgórza zamkowego. Głowa pana Szpachelki wypełniona już pewnie była głęboką studnią, a Wojtuś obserwował niebiańskie owieczki, białe obłoki majestatycznie sunące nad zamczyskiem. — Czuję się tutaj wolny – powiedział zupełnie bezwiednie i ukradkiem rzucił szybkie spojrzenie sprawdzając, czy pan Szpachelka nie uśmiecha się pod wąsem. Ale sławny archeolog kiwnął tylko głową wyrażając pełną aprobatę dla słów Wojtusia. 256


— Pamiętasz, rozmawialiśmy o tym, że nikt tak do końca nie wie co to jest wolność. Istnieje zresztą bardzo wiele różnych definicji wolności. A jednak byli i są tacy, którzy w każdym miejscu i czasie, nawet w największej niewoli mogli o sobie powiedzieć, że są wolnymi ludźmi. To oni właśnie stworzyli dzieła, którymi do dziś zachwyca się świat, chociaż patrząc na ich życie powiedzielibyśmy, że było ono pełne krzywd, biedne i nieszczęśliwe. — Stefek… to znaczy Stefan Żeromski mówił, że poeta musi być nieszczęśliwy, bo o czym miałby pisać. — Naprawdę? No ale nie było to chyba nieszczęście na miarę Aleksandra Sołżenicyna, który wiele lat spędził w łagrach, sowieckich obozach pracy, i opisał je w książce Archipelag GUŁag, która wstrząsnęła światem, bo pokazała od podszewki czym jest stalinowska Rosja, czym jest totalitaryzm. Albo nieszczęście Norwida, który umarł w biedzie i zapomnieniu, zupełnie niezrozumiany, a nawet pogardzany przez współczesnych. Musiało upłynąć wiele lat, zanim doceniono jego poezję. Widać była ona zbyt trudna dla jego współczesnych. Są geniusze, którzy tworzą dla przyszłości i nie dla nich są ordery i popularność. Kiedy już tak rozmawiamy o wolności i o sztuce to może słyszałeś jaki film był kręcony tutaj, na tej łące z widokiem na ruiny zamku? Oczywiście chodzi mi o film fabularny. — Jasne, że słyszałem – odrzekł Wojtuś z godnością — To był film Demony wojny według Goi Władysława… Władysława… — Pasikowskiego. Brawo! Oczywiście filmu nie oglądałeś, bo to nie dla takich brzdąców, to znaczy nie dla takich małych rycerzy. — Oczywiście nie oglądałem, bo jak pan raczył zauważyć, panie Anatolu, jestem jeszcze brzdącem. Ale za to oglądałem Klub włóczykijów i bardzo fajnie się na tym filmie bawiłem. Poza tym potrafię czytać w Interne258


cie i wiem, że w Olsztynie kręcono wiele filmów, a najwybitniejsze z nich to Rękopis znaleziony w Saragossie oraz Młyn i krzyż. — No nie gniewaj się Wojtusiu za tego brzdąca – powiedział pan Szpachelka pojednawczym tonem — To był żart. A co do filmów no to masz pełną rację; filmowcy pokochali olsztyńskie krajobrazy. Prawdę mówiąc dziwię się, że jeszcze nie powstał tutaj turystyczny szlak filmowy. A przecież wędrówka po miejscach realizacji samego tylko Rękopisu znalezionego w Saragossie byłaby czymś fascynującym, przynajmniej dla miłośników kina. — Oglądałem ten film – Wojtuś skromnie wzniósł oczy — Bardzo mi się podobał. Był dłuuuugi, ale ani chwili się nie nudziłem. — Rycerzu! – pan Szpachelka spojrzał na chłopca z nieukrywanym podziwem i wdzięcznością — Wracasz mi wiarę w ludzi! Myślałem, powiesz mi, że tylko stare zgredy oglądają czarno-białe filmy, i to na dodatek z tak skomplikowaną fabułą. A ty mi mówisz, że oglądałeś i film cię nie nudził! To dla mnie brzmi jak najpiękniejsza muzyka. Pogłoski o końcu sztuki filmowej okazały się mocno przesadzone, skoro małym rycerzom podobają się arcydzieła takie jak Rękopis! — Arcydzieła? — A tak! Wielu ludzi, a w tym wielu wybitnych filmowców, uważało i uważa ten film za jedno z arcydzieł światowej kinematografii. W zasadzie Olsztyn powinien być dumny, że w dużej części powstawał on właśnie tutaj. Film nakręcił Wojciech Has, autorem zdjęć był Mieczysław Jahoda, a muzyki – Krzysztof Penderecki. No i obsada! Sama śmietanka polskich aktorów ze Zbigniewem Cybulskim na czele. Wszystkie te nazwiska to sam szczyt polskiej elity artystycznej – pan Szpachelka wpadł w taki zachwyt, że zapiał jak kogut, a później musiał trochę odpocząć, żeby złapać oddech. 259


— Panie Anatolu, nie poznaję pana – Wojtuś nie krył zdumienia — Teatr, muzyka, film, literatura, chciałbym mieć takie szerokie zainteresowania. Jak pan to robi? — To nic trudnego – skromnie stwierdził wielki archeolog — Trzeba po prostu mieć serce i umysł otwarte na świat. Sztuka wzbogaca moje wnętrze, powoduje, że wspinam się wysoko i mogę oglądać wszystko z innych perspektyw. Potrzebuję jej, bo chcę żyć pełniej, bo chcę uczynić moje życie bardziej szlachetnym, wzniosłym. Rozumiesz coś z tego? — Chyba tak – powiedział Wojtuś z ociąganiem — Ja też chciałbym być lepszym człowiekiem. — No na przykład powiedz mi o czym myślałeś, kiedy oglądałeś Rękopis znaleziony w Saragossie? — O czym? No chyba o tym jaki to fajny film, ile tam jest różnych historii i jaką ma świetną atmosferę. To taka piękna zabawa. — Właśnie! To taka piękna zabawa czasem i przestrzenią. Pięknie to ująłeś! Historie plączą się i rozplątują, krzyżują się, jedne wypływają z drugich. Taka była romantyczna awanturnicza książka Jana Potockiego, na motywach której powstał film, a reżyser w sposób absolutnie genialny przeniósł ten klimat na ekran. Skały Olsztyna pięknie udawały hiszpańskie góry Sierra Morena. Sami Hiszpanie byli mocno przekonani, że ten film kręcono u nich. — Mam nadzieję, że będą jeszcze olsztyńskie filmy. Jak pan myśli panie Anatolu? — Byłbym zdziwiony gdyby ich nie było! A teraz idziemy obejrzeć studnię. Niezmiernie jestem ciekawy. — Studnia! Przecież po to tutaj przyjechaliśmy! – Wojtuś popędził do przodu, wspinając się jak kozica po stromym stoku wschodniej fosy. — Powoli rycerzu! – wołał za nim zasapany pan Szpachelka — Żeby 260


obejrzeć studnię muszę przeżyć tę wspinaczkę! Miejże litość dla moich starych kości! Obydwaj badacze, mały i duży, znaleźli się wkrótce na wysokiej krawędzi fosy, tam gdzie stał niegdyś wysoki mur obronny dolnego zamku. Tam zasapany i oblany siódmymi potami pan Szpachelka przywitał się serdecznie z wysokim chudzielcem w wielkich okularach i jeszcze większym jasnym kapeluszu. — To Alfons, przyjaciel archeolog, który odkopał studnię – wysapał w kierunku Wojtusia — A to Wojtuś… — Rycerz herbu Zielona Strzała – dokończył z uśmiechem Alfons — Słyszałem o tobie rycerzu, a teraz mam szczęście poznać cię osobiście. — Dzień dobry – powiedział skromnie Wojtuś, bo tylko to przyszło mu do głowy. — Tak się składa – kontynuował pan Szpachelka ze wzrokiem utkwionym gdzieś w obłokach — że nasz miły gospodarz, odkrywca studni, nosi imię głównego bohatera powieści i filmu Rękopis znaleziony w Saragossie, kapitana gwardii walońskiej Alfonsa van Wordena, który przemierzał góry Sierra Morena w drodze do Madrytu. Czy to jest przypadek Alfonsie? — Myślę, że nie mam wiele wspólnego z Alfonsem van Wordenem, ale z jego imieniem już tak. Otóż otrzymałem takie właśnie imię, ponieważ moi rodzice oszaleli swego czasu na punkcie Rękopisu, i to zarówno filmu jak i książki Jana Potockiego. Poza tym byli niezłomnymi fanami Zbigniewa Cybulskiego, który jak wiadomo wcielił się w rolę Alfonsa. No więc wybór imienia nie był dla nich trudny. Mieliśmy poza tym dwie kotki, nazwane przez rodziców Emina i Zibelda, a także psa Pacheco. Oczywiście wszystko to były imiona postaci z Rękopisu. 261


— To bardzo ciekawe – stwierdził pan Szpachelka marszcząc brwi — Tego o tobie nie wiedziałem, drogi Alfonsie. To tym bardziej interesujące, że moje imię ma również filmową genezę. Otóż rodzice nadali mi imię na cześć pana Anatola, bohatera kultowej trylogii filmowej z lat pięćdziesiątych, z której pamiętam fajną komedię Pan Anatol szuka miliona. Znam też pewnego Czesława, który został tak nazwany na cześć Czesława Niemena oraz Marka, który zawdzięcza imię Markowi Grechucie. Wielka jest siła muzyki, filmu i teatru. — Oj tak – filozoficznie dodał Alfons. — A może pójdziemy wreszcie obejrzeć tę studnię? – Wojtuś niecierpliwie przestępował z nogi na nogę. — Nasz rycerz się denerwuje. No więc chodźmy. Prowadź Alfonsie! Przeszli dobrze znaną drogą w kierunku wielkiej jaskini pod zamkiem, którą Wojtuś natychmiast rozpoznał. — To studnia jest w jaskini? — Nie, dokładnie naprzeciwko, w tym wysokim budynku, który już dzisiaj możemy śmiało nazywać basztą studzienną, bo tak to określono w opisie z siedemnastego wieku – odparł Alfons — A my odkopaliśmy całe wielkie pomieszczenie, które niegdyś było salą studzienną. — Czyli do tej pory nie było wiadomo czy to jest baszta studzienna? — W każdym razie było to rzeczą sporną, nie było też wiadomo gdzie była studnia. Ale teraz ją odnaleźliśmy i wszystko jest już jasne. — Wspaniale jest odkrywać takie rzeczy – mruknął Wojtuś z nutką zazdrości w głosie. — Ty też rycerzu masz już nieliche odkrycia na koncie, chociaż jesteś jeszcze mały… to jest chciałem powiedzieć młodziutki – wtrącił pan Szpachelka — Wyobraź sobie, że obejrzymy zaraz studnię, która była zasypana na długo przed szwedzkim potopem! Czyli od ponad trzystu 262


sześćdziesięciu lat nikt jej nie oglądał i szybko pamięć o niej zaginęła. Czy to nie piękne? A potem wzruszenie odebrało mu na chwilę głos i ten moment wykorzystał Wojtuś, który wykonał skok w kierunku wejścia do dawnej sali studziennej, ale tak samo szybko się cofnął, bo zobaczył pod stopami przepaść. — Ostrożnie rycerzu! – krzyknął Alfons i złapał Wojtusia za ramię — Do studni jest jeszcze dziesięć metrów! W głowie może się zakręcić. Wszyscy trzej zajrzeli w głąb odkopanego pomieszczenia. Rzeczywiście mogło się zakręcić w głowie. Ściany baszty otaczały wielką pustą przestrzeń, a głęboko na dnie widać było wielki czworokątny otwór. — Tam na dnie mamy właśnie wylot szybu studziennego – stwierdził z dumą Alfons — Wiele wysiłku kosztowało nas dotarcie do tamtego miejsca. Ale jest, znaleźliśmy! Wojtuś spoglądał z pewną obawą w głęboką przestrzeń pod stopami, a pan Szpachelka był tak zachwycony, że najchętniej sfrunąłby na dół, aby jak najszybciej znaleźć się przy studni. — Przydałby się teraz Elmer z Malmesbury, latający mnich – westchnął, a Wojtuś odruchowo spojrzał do góry, ale niebo nad pozbawioną dachu basztą było czyste i nie krążył tam żaden mnich ze skrzydłami. — Spokojnie – roześmiał się Alfons — Nie mamy skrzydeł, ale jest winda. I uruchomił czerwonym przyciskiem platformę, która zatrzymała się tuż pod ich stopami. Cała trójka ochoczo wkroczyła na platformę i przytrzymując się poręczy powoli zjeżdżała w dół, podziwiając po drodze kamienne i ceglane ściany bardzo wysokiego pomieszczenia studni. — Dlaczego to było takie wysokie? – zastanawiał się Wojtuś. — No bo poziom dziedzińca był znacznie wyższy niż skała, w której 263


wykuto szyb. A poza tym pomieszczenie musiało pomieścić system wyciągania wody. — System wyciągania wody? Przecież wystarczy tylko wiadro i łańcuch, no i kołowrót. — Dużo wiesz o studniach – stwierdził Alfons z podziwem — No ale tutaj była sytuacja bardziej skomplikowana. — Wyobraź sobie rycerzu – wtrącił pan Szpachelka — że ta studnia była baaardzo głęboka. Jeśli wierzyć opisowi z siedemnastego wieku miała ona ponad sto pięćdziesiąt metrów głębokości! To tyle ile wynosi wysokość czterdziestopiętrowego budynku. — I cała była wykuta w skale – dodał Alfons — Czy w takich warunkach wyobrażasz sobie wyciąganie wody zwykłym kołowrotkiem? — Jestem silny – pan Szpachelka naprężył muskuły — ale chyba pourywałoby mi ręce, gdybym chciał wyciągnąć wiadro pełne wody z takiej głębokości. Dlatego już od średniowiecza przy głębokich szybach odwadniających w kopalniach budowano tak zwane koła deptakowe. Były to wielkie koła drewniane, średnicy do pięciu metrów, a do ich osi przymocowany był wał, na który nawijał się łańcuch albo lina ciągnąca ceber z wodą albo urobek z kopalnianego chodnika. Do takiego koła wchodził facet, a czasem dwóch facetów, no i dreptali sobie w miejscu poruszając jednocześnie koło. — Śmiesznie to musiało wyglądać – zachichotał Wojtuś. — Może i śmiesznie, ale nie była to praca lekka ani przyjemna, tym bardziej, że trzeba było wyciągnąć ceber pełen wody znacznie większy od przeciętnego wiadra. Odkopaliście całą studnię, Alfonsie? — No nie, na razie jest to niemożliwe. Zresztą autor opisu z siedemnastego wieku też nie zobaczył jej w pełnej okazałości, bo była już wówczas nieczynna, zasypana. Zanotował po prostu to co mu powiedziano. 264


Ale jeżeli była to prawdziwa informacja, no to był to imponujący szyb studzienny, jeden z najgłębszych w Europie. Tym bardziej godny podziwu, że w całości wydrążony w skale. Taką studnię trzeba było wykuwać kilkadziesiąt lat. — W austriackim zamku Forchtenstein – pan Szpachelka zmarszczył brwi, co niezmiennie cieszyło Wojtusia — jest studnia o podobnej głębokości, wydrążona w skale dolomitowej. Mówiono mi tam, że pracowali przy niej w siedemnastym wieku jeńcy tureccy i dzisiaj, jeżeli ktoś krzyknie w głąb studni, to w odzewie słychać jęki tych biedaków dochodzące z jej dna. Zresztą stwierdzono, że tamta studnia sięga podziemnego zbiornika wodnego. — Czyli byłoby podobnie tutaj! – ucieszył się Alfons — W opisie stwierdza się, że wody w studni nigdy nie ubywa, bo sięga ona podziemnej rzeki pod Górą Zamkową. Winda miękko zatrzymała się na dnie baszty i wszyscy stanęli na krawędzi szybu studziennego, który nieco niżej z kwadratowego stawał się okrągły. Dno tonęło w mroku i dopiero wtedy kiedy Alfons włączył oświetlenie skalne ściany studni wyłoniły się w całej okazałości. Były dokładnie wyrównane dłutami, a całość robiła wrażenie imponujące, jakby jakiś olbrzym od niechcenia wywiercił otwór ogromnym wiertłem. Wojtuś był zachwycony tym widokiem. Podobny zachwyt przeżył tylko raz, kiedy z neolitycznym górnikiem zjechał w wielkim koszu na dno szybu kopalni krzemienia pasiastego w Krzemionkach. Pomyślał przy tym ciepło o Elmerze z Malmesbury, latającym mnichu, dzięki któremu odbył tamtą ekscytującą wycieczkę. Ale teraz był w Olsztynie, a pan Szpachelka stwierdził jasno, że nie wyjedzie na powierzchnię dopóki jego stopa nie stanie na dnie szybu. 265


— Do dna jeszcze daleko – stwierdził Alfons flegmatycznie — Na razie mogę ci zaoferować głębokość dziesięciu metrów, bo tam zakończyliśmy wybieranie zasypiska. — Może być – zgodził się łaskawie pan Szpachelka — Nie będę się targował. Dwaj archeolodzy sprawnie wsunęli do studni wysoką drabinę, oparli ją o dno i mocno przymocowali górę do windy. Zejście było gotowe. Pan Szpachelka głęboko odetchnął i ruszył w dół. — Nic z tego kawalerze – zapowiedział Wojtusiowi, który przebierał nogami i usilnie chciał schodzić za nim, a nawet próbował go przekupić znalezioną na dnie chlebaka krówką-ciągutką — Jest to wyprawa niebezpieczna, tylko dla doświadczonych eksploratorów. Możesz mi za to robić zdjęcia z góry. Wojtuś wzruszył ramionami i nawet nie wyciągnął tabletu, chcąc w odwecie pokazać, że to wszystko nic a nic go nie obchodzi. Ale wkrótce ciekawość zwyciężyła i postanowił nawet zrobić krótki film pod tytułem „Pan Szpachelka na dnie studni”. A później oglądali z Alfonsem ściany budynku. Archeolog objaśniał mu uczenie, w jaki sposób i kiedy zbudowano basztę studzienną oraz jak zmieniała się ona w ciągu wieków. — Wiem, wiem – niedbale stwierdził Wojtuś — Studnia powstała w czasach króla Kazimierza Wielkiego. — A skąd wiesz? – dopytywał Alfons ze zdumieniem — Przecież to są nasze świeżutkie ustalenia, z wczoraj! Jeszcze nic nikomu nie zdążyłem powiedzieć! — Mówiłem ci Alfonsie, że nasz dzielny rycerz ma prorocze sny! – krzyknął z dołu pan Szpachelka. — Chciałbym mieć takie sny – westchnął Alfons żałośnie — Niestety, odkąd pamiętam nic mi się nie śni. 267


— Nie załamuj się Alfonsie! – wrzeszczał z dołu pan Szpachelka — Wcale nie jest wielkim szczęściem rozmawiać z wielkimi postaciami różnych czasów, wysłuchiwać ich żalów i pretensji, a także słuchać ich megalomańskich tyrad na temat własnej doskonałości. Wojtuś może ci coś o tym powiedzieć! Lepiej już czytać o nich w podręcznikach! — Oooo! Wielu dumnych i pysznych panów władało zamkiem Olsztyn – zauważył Alfons melancholijnie — Bodaj najmniejszą pychą grzeszył król Zygmunt Stary, który jeszcze jako królewicz Zygmunt był starostą olsztyńskim. Inni traktowali królewskie włości jak swoje własne, a takiemu na przykład Mikołajowi Wolskiemu, marszałkowi wielkiemu, zamek nie odpowiadał i rozbierał tutaj różne obiekty, przewożąc co się dało do swojej ulubionej rezydencji w Krzepicach. A Władysław Opolczyk to opowieść sama w sobie, chodzący obraz pychy i chciwości, chociaż to właśnie w jego czasach zamek uzyskał największe znaczenie. Uczyłeś się o Opolczyku? — Coś tam wiem – skromnie mruknął Wojtuś. Słysząc to pan Szpachelka aż podskoczył na dnie studni i zaczął się śmiać tubalnym barytonem. Alfons zamrugał oczami nic z tego nie rozumiejąc, ale nie było czasu na wyjaśnienia, bo z dołu dał się słyszeć wyraźny i groźny pomruk. — Jest pan głodny panie Anatolu? – próbował zażartować Wojtuś, ale w następnej sekundzie już nikomu nie było do śmiechu. Oto ziemia zatrzęsła się jakby nagle skałę przeszedł dreszcz. Alfons i Wojtuś z obawą podnieśli wzrok w górę, ale ściany baszty pozostawały niewzruszone. A potem spojrzeli w dół i zamarli z przerażenia. Oto ziemia w głębi studni, na której stał pan Szpachelka, zaczęła się powoli zsuwać w dół unosząc z sobą słynnego archeologa. Ten początkowo próbował uchwycić się czegoś i biegał dookoła szybu usiłując znaleźć 268


jakiś punkt zaczepienia, dołek albo skalną półeczkę. Ściany były jednak tak starannie i dokładnie obrobione, że nie było na to szans. Toteż po chwili pan Szpachelka zrezygnował z bezowocnego biegania, stanął na środku, dumnie podniósł głowę, lewą ręką przycisnął poły swojej sławnej kamizelki, a prawicę wyciągnął do góry. I tak stał majestatycznie, wolno zjeżdżając w dół. Jego postać stawała się coraz mniejsza i wkrótce zmalała do rozmiarów Plastusia, a potem unoszący się kurz przesłonił wszystko i nic już nie było widać oprócz szarych kłębów. Tymczasem Wojtuś cały czas piszczał z przerażenia, usiłując wołać „Panie Anatolu! Panie Anatolu!”, a Alfons trzęsącymi się rękami próbował dzwonić do Straży Pożarnej. — Tylko strażacy mogą tu pomóc – bełkotał przy tym nieprzytomnie — Wyciągają ludzi z głębokich jaskini to i ze studni wyciągną! W końcu Straż Pożarna przyjęła zgłoszenie, a Wojtuś i Alfons pochylili się nad szybem usiłując coś wypatrzeć lub usłyszeć. Kurz szybko opadał i zapadła cisza, nasłuchiwali więc jakiegokolwiek odgłosu z głębin studni, a Alfons co chwilę darł się nadspodziewanie grubym głosem „Anatol! Anatol!”. Odzewu jednak nie było i przerażeni badacze niemal zaczynali tracić zmysły. Jednak po dłuższej chwili Wojtuś dostrzegł w mrokach szybu słabe pulsujące światełko. — Jest! – wrzasnął z radością — To latarka pana Anatola! — Ciiii… – Alfons położył palec na ustach — Coś słyszę! Wytężyli słuch leżąc na skale nieruchomo, z głowami nad przepastnym szybem. Rzeczywiście, z dołu dobiegało ich jakieś słabe echo „I… I…E…E…”. — Nic z tego nie rozumiem – westchnął rozpaczliwie Alfons — Czy to Anatol woła? — Ja będę tłumaczył! – powiedział Wojtuś stanowczo — Spokojnie, panie Alfonsie. 269


— I…I…E…E… – dobiegło echo. — Nic mi nie jest – wyszeptał Wojtuś z ulgą. — Na szczęście! – żachnął się Alfons — Jeszcze by tego brakowało, żeby tobie coś się stało! — Nie! To pan Anatol woła „Nic mi nie jest”! — Aha! Rozumiem. — Ciii… — U…E…Ę…E – dobiegło z dołu. — Tu jest pięknie – Wojtuś uśmiechnął się jakby wrócił do domu z bardzo dalekiej podróży. — No wiem że tu jest pięknie! Ale co z Anatolem? — To właśnie pan Anatol woła „Tu jest pięknie”. — No tak! Przed chwilą prawie mnie przyprawił o zawał serca, a teraz żartów mu się zachciewa! – Alfons udawał wściekłość, ale widać było jak spływa na niego wielka ulga. — E…A…O…O… – przyniosło słabe echo. — Czekam na pomoc – przetłumaczył Wojtuś. — A…O…A…A…A…E…U…O…E…A…E…A – dobiegło z głębin. — To skomplikowane – stwierdził Wojtuś zafrasowany — ale postaram się przetłumaczyć. Moim zdaniem brzmi to tak: „Wiadomość dla Alfonsa. Jest tu podziemna rzeka”. — Więc jednak opis mówi prawdę! – ucieszył się Alfons, ale po chwili zmarkotniał — Jak my go wydostaniemy? Przecież to sto pięćdziesiąt metrów! — Spokojnie panie Alfonsie. Coś się wymyśli. O! Są już strażacy. Kilku ubranych w czarne kombinezony i żółte hełmy strażaków sprawnie zjechało windą, która później kilka razy wjeżdżała do góry po niezbędny sprzęt. Był sam pan komendant, który dowodził akcją i który dobrze znał pana Szpachelkę. 270


— Na jakiej głębokości jest pan Anatol? – zapytał rzeczowo. — Sto pięćdziesiąt metrów – słabym i drżącym głosem odparł Alfons. — Spokojnie. Nie z takich dziur wyciągaliśmy ludzi. A potem nastąpiła szybka narada, co i jak należy zrobić. Uradzono, że nie ma sensu opuszczanie liny albo łańcucha, nie da się też wstawić drabin. Ale pan komendant wpadł na pewien pomysł. Strażacy zwieźli na dół wielki metalowy kosz na śmieci, który stał pod zamczyskiem. — Ktoś musi zjechać po pana Anatola w tym koszu – stwierdził stanowczo pan komendant — Przymocujemy do niego łańcuchy i będziemy powoli opuszczać. Problem jest taki, że ten ktoś musi być małym i lekkim chucherkiem. Znam pana Anatola i wiem, że do motylków nie należy, porównałbym go raczej z młodym słoniątkiem. Nie możemy więc ryzykować przeciążenia kosza. Jest wśród nas jakieś małe chucherko? W odpowiedzi na to pytanie wszystkie oczy skierowały się w stronę Wojtusia, który spojrzał w głębię szybu studni, głośno przełknął ślinę i nie pomyślał nawet, żeby protestować przeciwko określeniu „chucherko”. — Nie, nie, nie! – zawołał Alfons — Nie możemy narażać dziecka! Ja zjadę po Anatola. Poza tym w szybie mogą być jakieś trujące gazy! — Panie Alfonsie, z całym szacunkiem jest pan szczupły, ale wysoki jak tyka – stwierdził stanowczo pan komendant — Połamie się pan na kawałki zanim uda się panu zjechać do Anatola. Proszę mi wierzyć, tak się nie da. Z nas wszystkich tylko Wojtuś nadaje się do tej misji. A co do gazów, widzę że kurz bardzo szybko zniknął, co oznacza, że szyb został solidnie przewentylowany. — To pan mnie zna, panie komendancie? – ze zdziwieniem zapytał Wojtuś. — A któżby nie znał rycerza herbu Zielona Strzała? 271


Na te słowa Wojtuś spąsowiał z dumy i nie zastanawiając się długo powiedział odważnie „Tak, zjadę. Tylko nic nie mówcie babci!”, co zostało przyjęte gromkimi oklaskami. A później strażacy mocno przytwierdzili łańcuchy do kosza, w którym pan komendant osobiście umieścił dzielnego rycerza. Dodatkowo kosz wymoszczono kilkoma kocami aby bohaterowi było wygodniej, zaopatrzono go też w dwa mikro nadajniki, które pozwalały na ciągłą komunikację oraz kilka lamp i latarek. Ku wielkiej radości i dumie rycerz został ubrany w czarny kombinezon i strażacki hełm, a drugi komplet odzienia wrzucono do kosza dla pana Szpachelki. Uruchomiono przywieziony specjalnie wielki kołowrót i rozpoczął się powolny zjazd w dół. Wojtuś z podziwem oglądał gładkie ściany studni, uformowane tylko dłutem i siłą mięśni. Ciągnęły się w dół w nieskończoność, ciągle takie same. Otwór wylotowy stawał się coraz mniejszy, panowała cisza, a później dał się słyszeć narastający szum. „To pewnie ta podziemna rzeka” – pomyślał Wojtuś i wyjrzał z kosza. Na dnie szybu widział już płynącą wodę, ale ku swemu zdumieniu nie dostrzegł pana Szpachelki. Kosz osiadł na skalnej półce nad podziemną rzeką. — Jestem na dnie studni – powiedział Wojtuś do mikro nadajnika i łańcuchy zatrzymały się. — Co tam widzisz? Jest pan Anatol? — Jeszcze nie wiem, zawiadomię was. Chłopiec wygramolił się z kosza i skierował lampę w stronę rzeki. Zielona woda płynęła wzburzonym nurtem w skalnym tunelu, którego gładkie ściany mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Był to zachwycający widok i minęła długa chwila, zanim Wojtuś oderwał wzrok od tych cudów natury, aby poszukać pana Szpachelki. A ten siedział przygarbiony i zamyślony na małej skalnej półeczce, tuż nad rwącym nurtem i wpatrywał się w wodę z nieukrywanym podziwem. 272


— Panie Anatolu! – zawołał Wojtuś — Zjechałem po pana! Sławny archeolog spojrzał na niego i zmarszczył brwi, tak jakby nagle pojawił się jakiś nieznany intruz, ale po chwili otrząsnął się i uśmiechnął. — Wiesz Wojtusiu – powiedział łagodnie — jesteśmy sto pięćdziesiąt metrów pod ziemią. Powinienem odczuwać strach i niepewność, a ja czuję się wolny i szczęśliwy. Czy to nie dziwne? Pamiętasz, rozmawialiśmy o tym czym jest wolność, a tutaj czuję się wolny i już. Jest to takie proste! Tutaj zrozumiałem, że wolność to stan ducha, niezależny od wszystkich okoliczności. To piękne! Mógłbym tutaj siedzieć do końca życia nad tą piękną rzeką podziemną. — Podejrzewam, że ten koniec byłby szybki. A cóż by pan jadł? — No właśnie. Takie trywialne kłopoty. A może popłynąłbym z tą rzeką, żeby zobaczyć światy, o których nie mamy bladego pojęcia? — A jeżeli tam dalej są podziemne wodospady albo jakieś skalne progi? Co wtedy? Strasznie by się pan poturbował. — Okropnie jesteś racjonalny, Wojtusiu – pan Szpachelka ciężko westchnął — A przecież to ja jestem archeologiem i to ja powinienem myśleć racjonalnie i trzeźwo. Ale to co tutaj zobaczyłem, świat nietknięty ludzką ręką, pierwotny, przepiękny, zostanie we mnie na zawsze i nic już na to nie poradzę. — We mnie chyba też – powiedział Wojtuś cicho. — Widzisz chłopcze, tam, na górze, obudowaliśmy swoje życie tysiącami różnych gadżetów, które uczyniły z nas niewolników. Kiedy zapomnimy smartfona to czujemy się jak bez ręki. Kiedy nie zajrzymy do Internetu, wydaje nam się, że popełniliśmy jakąś gafę. Kawałek po kawałku dobrowolnie tracimy swoją osobistą wolność dla komfortu i wygody życia. A tutaj zobacz: nie ma żadnego zasięgu, smartfon nie działa, uciekliśmy z sieci, która nas oplata jak pajęczyna. Za to przed nami jest czyste niczym nie skażone piękno. 274


Wojtuś z niepokojem spojrzał na mikro nadajniki i stwierdził, że one również nie działają. To już nie były żarty. Pan Szpachelka wpadł w nastrój melancholijny, a tutaj trzeba było działać szybko i zdecydowanie. — Panie Anatolu! – zawołał zdesperowany — A muzyka? A teatr? A film? Przecież tyle jeszcze przed panem. Przecież to też są światy, które trzeba ciągle poznawać na nowo! Nie chciałby pan jeszcze raz posłuchać Niemena albo Grechuty? Jeszcze raz obejrzeć Rękopis znaleziony w Saragossie? Pojechać do teatru w Kielcach i obejrzeć sztukę 1946? Przecież to wszystko na pana czeka! Musimy wracać na górę, do ludzi. Ku swej radości Wojtuś stwierdził, że jego przemowa o muzyce, teatrze, filmie oraz ludziach wywołała piorunujący efekt. Sławny archeolog podskoczył na swojej półeczce tak, że o mało co nie wylądował w wodzie, otrząsnął się i spojrzał zupełnie już trzeźwo. — Do ludzi – uśmiechnął się — Racja. Nie ma wolności bez ludzi. No, jest tu ślicznie, ale musimy się zbierać. Dlaczego się tak guzdrzesz chłopcze? Wracamy do naszego świata! Mimo wszystko on też jest piękny, nie uważasz? A Wojtuś tylko wzruszył ramionami i pokiwał głową w zadumie. „Okropnie dziwni są dorośli. Katują się tysiącami wątpliwości, gorzkich refleksji, szukają wszędzie dziury w całym, a jak ją znajdą to wpadają w melancholię i frustrację. A wystarczy tylko szukać piękna. Ono też jest wszędzie, a nie powoduje bólu głowy”. Tak sobie pomyślał, ale oczywiście nie powiedział tego głośno, żeby nie urazić pana Anatola albo nie spowodować kolejnego ataku filozoficznych rozważań o sensie życia. — Wojtusiu! – głos pana Szpachelki wyrwał go z rozmyślań — Czy nie wydaje ci się, że szum wody jakoś dziwnie szybko narasta? Spojrzeli na rzekę i stwierdzili z przerażeniem, że nurt staje się coraz gwałtowniejszy, a poziom wody zaczął szybko wzrastać. 275


— Nie ma na co czekać – zakomenderował archeolog — Do kosza! Ledwie zdążyli wskoczyć do wielkiego kosza na śmieci, kiedy szyb studni zaczął się gwałtownie napełniać zieloną wodą, pieniącą się i z hukiem uderzającą w ściany. Kosz zaczął szybko wędrować w górę, a pan Szpachelka przytomnie odpychał go od ścian, żeby ich niecodzienna łódka nie rozbiła się o twardą skałę. W ten sposób, z duszą na ramieniu, w kilka minut znaleźli się u wylotu studni, gdzie kilku silnych strażaków mocno złapało kosz i przeniosło go w bezpieczne miejsce. W samą porę, bo woda zaczęła opadać równie gwałtownie jak napłynęła i wkrótce szyb studni znowu ział pustką. — Przecież my już tutaj odchodziliśmy od zmysłów – zajęczał Alfons — Nie było z wami żadnego kontaktu. Co wy tam tak długo robiliście? — Pan Anatol zmagał się z sensem życia – mruknął Wojtuś — Ale na szczęście zadziałała tęsknota za muzyką. — Co?! Nic z tego nie rozumiem. — Spokojnie Alfonsie – pan Szpachelka ciężko sapiąc gramolił się z kosza z pomocą strażaków — Wszystko dobrze się skończyło. Dzień dobry panie komendancie. — Jakie to szczęście widzieć pana wśród nas! – zawołał ze wzruszeniem komendant, mocno uściskał słynnego archeologa i wskazał na Wojtusia — A wszystko dzięki bohaterskiej postawie tego oto rycerza! — Oho! Ten rycerz już nie raz ratował mnie z różnych opresji – stwierdził pan Szpachelka, kiedy już z wielką ulgą stanął na własnych nogach obok kosza — Jest co prawda burgrabią zamku w Łutowcu, ale myślę, że trzeba by mu nadać w nagrodę jakieś starostwo. — Zastanowimy się nad tym – powiedział uspokojony już Alfons. — A cóż byśmy zrobili bez panów strażaków? – skromnie dodał Wojtuś, który nabrał barwy purpurowej na skutek tak wielkich pochwał i po276


stanowił zmienić temat — Intryguje mnie, co pan tak mocno ściska w ręku, panie Anatolu? Natrafił pan w studni na jakieś papiery? Dopiero teraz pan Szpachelka spostrzegł, że w kurczowo zaciśniętej dłoni ściska jakieś wielkie papierzysko. Był tak zdumiony tym odkryciem, że przez chwilę zaniemówił, a potem położył papier na skale i ostrożnie go wygładził. Wszyscy rzucili się i otoczyli go ciasnym kręgiem ciekawskich oczu. — To jest wielki arkusz tak zwanego papieru czerpanego – mówił powoli archeolog — W dodatku zapisany drobnym maczkiem, atramentem, zapewne rysikiem, w języku francuskim! Wygląda mi to na pismo z osiemnastego albo dziewiętnastego wieku! — To niesamowite! – wykrzyknął Alfons — Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że było to na dnie studni. — Nie wiem gdzie to było – szepnął pan Szpachelka — Z was wszystkich jestem najbardziej zdziwiony tym odkryciem. Chyba nie przyniosła tego podziemna rzeka, bo w ogóle nie jest mokre. Ale zobaczmy cóż tu jest napisane. Po dłuższych poszukiwaniach odnalazł składaną lupę, ukrytą w przedostatniej kieszonce swojej sławnej kamizelki i zaczął odczytywać tekst, cały czas mamrocząc coś pod nosem. Później zrobił się czerwony, następnie fioletowy, a oczy o mały włos nie wyskoczyły mu z orbit. — No i co tam jest napisane? – emocjonował się Alfons — No czytajże! — Nie lubię kiedy archeolodzy tak mówią, ale teraz muszę to powiedzieć: to jest dziwne i niesamowite! – uroczyście oznajmił pan Szpachelka — Na szczęście znam francuski dobrze, więc będę wam od razu tłumaczył. Posłuchajcie sami: „Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena. Strome to pasmo, które oddziela Andaluzję od Manszy, zamieszkiwali wówczas kontrabandziści, rozbój277


nicy i kilku Cyganów, o których mówiono, że pożerają ciała zabitych wędrowców. Stąd nawet poszło hiszpańskie przysłowie: Las gitanas de Sierra Morena quieren carne de hombres. Nie dość na tym. Podróżny, który odważył się zapuścić w tę dziką okolicę, napastowany bywał, jak mówiono, przez tysiączne okropności, na których widok drżała najzimniejsza odwaga. Słyszał płaczliwe głosy mieszające się z hukiem potoków, śród poświstu burzy mamiły go błędne ogniki, a niewidzialne ręce popychały w bezdenne przepaście. Wprawdzie można było czasami znaleźć na tej strasznej drodze jaką ventę, czyli samotną gospodę, ale duchy, bardziej diabelskie niż sami oberżyści, zmusiły tych ostatnich do ustąpienia im miejsca i oddalenia się w kraje, gdzie jedynie głos sumienia przerywał im spoczynek, a – z dwojga złego jedno wybierając – oberżyści woleli z tym drugim mieć do czynienia. Gospodarz z Andujar świadczył się św. Jakubem z Komposteli, że w opowiadaniach tych nie ma żadnego fałszu; dodał nawet, że pachołki Świętej Hermandady zawsze wymawiają się od wycieczek w góry Sierra Morena, podróżni zaś jeżdżą na Jaen lub Estremadurę. Odpowiedziałem mu na to, że taki wybór może przypadać do smaku podróżnym zwyczajnego rodzaju, ale gdy król don Filip V raczył zaszczycić mnie godnością kapitana w gwardii walońskiej, święte prawa honoru nakazują mi udać się najkrótszą drogą do Madrytu, chociażby była ona zarazem najniebezpieczniejsza. — Młody panie – odparł gospodarz — Wasza Miłość dozwoli mi zwrócić uwagę, że jeżeli król zaszczycił was stopniem kapitana, zanim najlżejszy mech nie uczynił tego samego zaszczytu brodzie Waszej Miłości, słusznym byłoby przede wszystkim dać dowody roztropności, tym bardziej że skoro złe duchy raz się do jakiego miejsca przywiążą...”. Niestety w tym miejscu tekst się urywa, dalszy ciąg był zapewne na kolejnych kartach. 278


— Przecież to…to…to jest… – mamrotał zbielałymi wargami Alfons i był tak przejęty, że nie mógł dokończyć zdania. — Masz rację Alfonsie – rzeczowo stwierdził pan Szpachelka, zupełnie już spokojny i racjonalnie rozumujący — To jest początek Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego. Czyli można powiedzieć rękopis Rękopisu. Wiadomo przecież, że Potocki pisał powieść po francusku. — Ale skąd…skąd… — Skąd to się tu wzięło? Niestety na to pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć. Przerasta to moją wiedzę na ten temat. Można by pomyśleć na przykład, że jakaś kopia rękopisu została wykonana na potrzeby filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie” i gdzieś się zapodziała. Ale to przecież niemożliwe, żeby znalazła się na wielkiej głębokości w studni i to w stanie prawie nienaruszonym. Nie wiem, nie wiem – powtarzał bezradnie pan Szpachelka. — A nikogo pan nie widział na dole, panie Anatolu? – zapytał Wojtuś znienacka — Kiedy pana zobaczyłem, był pan jakiś taki nieswój, zadumany, prawie nieprzytomny. — Anatol miał kogoś spotkać na głębokości stu pięćdziesięciu metrów? – zaśmiał się Alfons — Nieee. To niemożliwe. — Zaraz, zaraz! – pan Szpachelka puknął się porządnie w czoło — Spotkała mnie jakaś dziwna przygoda. Kiedy już znalazłem się na samym dnie, nad podziemną rzeką, zobaczyłem jakiegoś chłopaczka w podartych łachmanach. Przeszedł obok mnie, a ja odruchowo zapytałem „A co ty tu robisz?”. — No i co? Odpowiedział coś? — Odwrócił się i powiedział „Szukam mojej czapki”. I poszedł dalej. 279


To ciekawe, ale tam na dole wcale nie wydawało mi się to takie dziwne albo przerażające. W ogóle się nie bałem. Chwilę po tym odwróciłem się, żeby jeszcze o coś zapytać, ale jego już nie było. Tak jakby zniknął, rozpłynął się w powietrzu. A potem zjechał po mnie Wojtuś. Zapadła cisza, a pan komendant zaproponował zawiezienie pana Szpachelki do lekarza, żeby sprawdzić, czy nie doznał jakiegoś ciężkiego szoku. Ale słynny archeolog stwierdził stanowczo, że czuje się bardzo dobrze i nie fantazjuje. — Ty Wojtusiu chyba mnie rozumiesz? — O tak! Bardzo dobrze pana rozumiem. — To bardzo interesujące – Alfons podrapał się w czubek głowy — A czy znasz legendę o czarnym psie? — Nie znam takiej legendy. — Dotyczy ona czasów, w których zamek był już dawno opuszczony i zrujnowany. Pewien chłopiec pasł krowy w pobliżu ruin, a jego złośliwi koledzy zdarli mu z głowy czapkę i wrzucili ją do zamkowego lochu. Chłopiec był ubogi więc przemógł strach i wszedł do lochu, żeby tę jedyną swoją czapkę odzyskać. A tam zobaczył wielkiego czarnego psa, który pilnował ukrytych skarbów. Pies ulitował się nad chłopcem i oddał mu czapkę, a na dodatek napełnił ją kosztownościami. Kiedy koledzy zobaczyli te kosztowności poczuli wielką zazdrość. Jeden z nich wrzucił do lochu swoją czapkę i zszedł do podziemi w nadziei, że również zostanie obdarowany skarbami. Tak się jednak nie stało i nigdy już nie powrócił na powierzchnię; podobno jego duch błąka się do dziś w pobliżu lochu. Widocznie pies odróżniał ludzi dobrych i złych. — To bardzo piękna legenda. Myślisz, że spotkałem ducha tego chłopaka? 280


— Nic na tym świecie nie jest wykluczone – filozoficznie stwierdził Alfons — Wydaje mi się jednak, że nie jesteśmy w stanie jakoś racjonalnie objaśnić ani sprawy tego tajemniczego chłopca, ani sprawy rękopisu. Tak niestety bywa. Alfons nie dokończył jeszcze swojej głębokiej i mądrej wypowiedzi, kiedy nagły podmuch wiatru, który wpadł do baszty nie wiadomo skąd, porwał rękopis i wrzucił go w głąb studni. Wielka karta czerpanego papieru powoli opadała wirując na wszystkie strony, aż zniknęła w mroku. Pan Szpachelka złapał się za głowę i odruchowo doskoczył do krawędzi szybu, ale złapało go kilku strażaków, więc mógł tylko rozpaczliwie śledzić wzrokiem lot cennego znaleziska, które wracało tam skąd się wzięło. — No i to jest nieoczekiwany finał – podsumował smętnie — A ja już sam nie wierzę, że czytałem tutaj początek francuskiego rękopisu Jana Potockiego. — Przecież wszyscy go wiedzieliśmy – odparł Wojtuś, a Alfons i strażacy potwierdzili jego słowa kiwając głowami — Chodźmy lepiej na zupę pomidorową. Może ona rozjaśni nam coś w głowach. Zupa pomidorowa co prawda nic nie rozjaśniła, ale za to Wojtuś i pan Szpachelka spędzili resztę dnia wędrując po zamczysku i słuchając opowieści i objaśnień Alfonsa, co bardzo uspokoiło wzburzone umysły. Po kolacji wycieńczeni badacze tajemnic położyli się w pokoju Pod Czerwonym Aniołem, a Wojtuś natychmiast zasnął. Śnił mu się król Kazimierz Wielki, którego spotkał w skalnym tunelu podziemnej rzeki. „Wykonałeś swoją pracę wspaniale, Wojciechu” – rzekł król. „Tak jest, Wasza Królewska Mość” – odpowiedział Wojtuś we śnie. „Zrobiłeś piękną studnię, a wody w niej nie zbywa, bo sięga do podziemnej rzeki. Poza tym za twoją radą nadałem zamkowi nazwę Olsztyn. Zastanawiałem się czym cię nagrodzić. Burgrabią zamku mianowałem 281


już Zdziska, jako że mam do niego pełne zaufanie, ale mogę ci nadać starostwo krzepickie. Jest niedaleko wiec będziesz mógł często ten zamek odwiedzać. Co ty na to?” „Jestem zaszczycony i wdzięczny, Wasza Królewska Mość” „Zostałeś więc starostą krzepickim, a pamiętaj, żebyś dbał o zamek w Krzepicach jak o swój Łutowiec! Dodam ci jeszcze w prezencie płyty Niemena i Grechuty z moim własnoręcznym podpisem. Myśl o mnie ciepło kiedy będziesz ich słuchał”. W tym momencie Wojtuś obudził się. Słońce stało już wysoko, a przy stole siedział pan Szpachelka, podpierając głowę rękami. — Dzień dobry panie Anatolu. Nad czym pan tak ciężko myśli? Słynny archeolog spojrzał na niego bezradnie i bez słowa podał mu dwie płyty CD. Czesław Niemen, Terra deflorata odczytał Wojtuś na pierwszej, Marek Grechuta, Droga za widnokres – odczytał na drugiej. Natychmiast zrobiło mu się gorąco, bo dokładnie przypomniał sobie sen i słowa króla Kazimierza Wielkiego. — A wiesz co jest najdziwniejsze? – zapytał pan Szpachelka głosem człowieka zupełnie załamanego — To, że na obydwu płytach jest dedykacja, napisana atramentem, tą samą ręką i czymś w rodzaju rysika czyli stylusa. Odczytasz ją? Dopiero teraz Wojtuś zauważył nagryzmolone na okładkach litery i odczytywał każdą po kolei coraz bardziej się czerwieniąc. — „ADALBERTI CASIMIRUS REX POLONIAE MCCCXLIX” – wydukał po dłuższej chwili I głęboko odetchnął — Ale ja nie wiem co to znaczy. — Więc ci przetłumaczę. To jest po łacinie i oznacza „WOJCIECHOWI KAZIMIERZ KRÓL POLSKI” i jeszcze data „TYSIĄC TRZYSTA CZTERDZIEŚCI DZIEWIĘĆ”. 282


— A to dopiero! – zaśmiał się Wojtuś, ale jakoś tak bez przekonania — Czyli był tu przede mną jakiś inny Wojciech! — Ano najwidoczniej był – powiedział pan Szpachelka zrezygnowany — Jedźmy na śniadanie, bo kiszki mi już przyrosły do żeber. Wystarczy tych tajemnic na jedno zwiedzanie zamku Olsztyn. — A płyty? – zapytał Wojtuś niepewnie. — A płyty są twoje, przecież pisze. Będziemy mieli czego słuchać wracając do Łutowca.

284


Wojtuś i jasnogórski zamek króla Kazimierza czyli o tym, że naprawdę wolnym można się poczuć tylko u siebie — Zanim wrócimy do Łutowca, wpadniemy na krótko do Częstochowy – oznajmił pan Szpachelka marszcząc brwi — Podkreślam, na krótko! Myślę, że przez tę chwilę nie przytrafi się rycerzowi żadna tajemnicza przygoda. — Jasne – potwierdził Wojtuś skwapliwie — Byłem już niejeden raz na Jasnej Górze i nigdy, ale to przenigdy nie miałem dziwnych przygód. Tak sobie pozwiedzam. — Mam nadzieję, bo czasu mamy niewiele, a muszę tam załatwić pewną sprawę z kolegami badaczami klasztoru. No i chciałbym wyjechać przed deszczem, bo widzę, że na horyzoncie gromadzą się ciemne chmury. Wjechali właśnie do miasta, a później wolno posuwali się w kierunku sanktuarium zatłoczonymi Alejami Najświętszej Marii Panny. Pan Szpachelka z anielską cierpliwością przyspieszał, hamował, i znowu przyspieszał i znowu hamował, tak w nieskończoność. Jednak, jak wiadomo, nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi doświadczonych badaczy przeszłości. — Wojciech jest bywały w Częstochowie, więc zapewne Wojciech wie o Jasnej Górze wszystko? 285


— Tylko Pan Bóg wie wszystko – flegmatycznie odparł Wojtuś udając, że nie reaguje na złośliwą zaczepkę słynnego archeologa, który pewnie zamierzał się wymądrzać na temat historii klasztoru paulinów. — Racja! A o Alejach cokolwiek Wojciech słyszał? – nie dawał za wygraną pan Szpachelka. — Słyszałem, że są bardzo szerokie i w środku mają fajny deptak, po którym wędrują do klasztoru pielgrzymi. — Aha! No to trochę ci opowiem. Chcesz? — Dzisiaj jest baaardzo gorąco – Wojtuś westchnął ciężko. — No dobrze. W takim razie ci opowiem – pan Szpachelka uśmiechnął się pod wąsem — Otóż Aleje wytyczono dopiero na początku dziewiętnastego wieku i była to ulica, która łączyła Starą i Nową Częstochowę. — Pierwsze słyszę, żeby były dwie Częstochowy. — A jednak cię zainteresowało! – triumfował pan Szpachelka — To dosyć pogmatwane. Pod Jasną Górą istniała już w trzynastym wieku wieś Częstochówka, nazywana później Starą Częstochową, która dopiero w osiemnastym wieku uzyskała prawa miejskie. Rozbudowała się wokół tak zwanego Rynku Wieluńskiego. A w pobliżu tej Częstochówki powstało miasto zwane Nową Częstochową albo Częstochową. Jego rynek istnieje do dziś tuż przy kościele świętego Zygmunta. Nawet w ostatnich latach odkopano na nim resztki okazałego murowanego ratusza. Założycielem tego miasta był Kazimierz Wielki albo Władysław Opolczyk, co do tego nie ma zgodności. I to właśnie miasto połączyła z dawną Częstochówką oraz klasztorem i sanktuarium ulica Panny Marii czyli dzisiejsze Aleje. Skomplikowane? — Nie tak bardzo. A właściwie skąd się wzięła nazwa? Od częstego chowania się? 286


— No nie! Chociaż tak się czasem żartuje. Ale uczeni ludzie mówią, że to od imienia Częstoch. Tyle, że ten Częstoch nie jest znany historykom i właściwie nie wiadomo kim on był. W każdym razie dał imię miastu, które dzisiaj nazywamy duchową stolicą Polski. Oczywiście z racji istnienia sanktuarium, w którym każdy Polak przynajmniej raz w życiu był, jest albo będzie. A wracając do Alei, szybko stały się reprezentacyjną ulicą miasta, przy której budowano najbardziej okazałe kamienice, zajazdy dla pielgrzymów i tak dalej. Wiele z tych dziewiętnastowiecznych kamienic istnieje do dziś. No i jest to ostatni etap licznych pielgrzymek zmierzających do sanktuarium. Oczywiście wiesz kto założył klasztor paulinów i podarował mu cudowny obraz Marii Panny? — Oczywiście! Książę Władysław Opolczyk, ma się rozumieć. Marudził o tym w piastowskiej wieży… – tu Wojtuś przerwał i zakrył usta dłonią. — No proszę! – pan Szpachelka aż zapiał z wielkiego zadowolenia — Dowiaduję się coraz to nowych szczegółów o tajemniczej rozmowie mości rycerza z księciem opolskim! — No trudno. W końcu i tak o tym opowiem. Ale jeszcze nie teraz. — Czekam w nieustającej gotowości. Tutaj staniemy i przejdziemy się do klasztoru. Szerokie Aleje Najświętszej Marii Panny za ruchliwą ulicą przechodziły w tak samo szeroką aleję parkową, której perspektywę zamykała niebotycznie wysoka wieża kościelna. — Byłem na tej wieży! – pochwalił się Wojtuś — Tylko zapomniałem jaką ona ma wysokość? — Już służę informacją. Ma ponad sto sześć metrów wysokości i jest zdecydowanie najwyższą wieżą kościelną w Polsce. — Naprawdę? No a do tego stoi na wysokim wzgórzu. 287


— Właśnie. I jest dobrze widoczna z bardzo daleka. Na przykład z zamku Olsztyn. Co prawda jej wysokość nie jest zbyt imponująca w porównaniu na przykład z wieżą kościoła w niemieckim mieście Ulm, która mierzy sobie ponad sto sześćdziesiąt jeden metrów, ale i tak jest to sporo. — Rzeczywiście niesamowite wysokości. Ciekawe ile czasu budowano takie wieże. — Baaardzo długo! Wieżę kościoła w Ulm wznoszono z przerwami od piętnastego aż do końca dziewiętnastego wieku, kiedy osiągnęła tę imponującą wysokość. Co ciekawe przetrwała w dobrym stanie obydwie wojny światowe. Jak wiesz w czasie drugiej wojny lotnictwo alianckie prowadziło dywanowe bombardowania miast niemieckich. Ulm również zniszczono, ale lotnicy alianccy pozostawili katedrę nienaruszoną, bo ta wysoka wieża była ponoć doskonałym punktem orientacyjnym dla samolotów. A wieżę jasnogórską w tym kształcie, który widzimy teraz, ukończono w początkach dwudziestego wieku. Wcześniej ulegała katastrofom i pożarom, kilka razy ją przebudowywano i podobno za każdym razem była podwyższana. Zresztą w średniowieczu prawie każda okazała katedra była budowana przez stulecia. Podobnie było też w późniejszych wiekach. — A te wielkie… mury obronne? Też budowano tak długo? — Zapewne chodzi ci o fortyfikacje czyli bastiony? W tym wypadku budowa nie trwała zbyt długo. Po prostu król Zygmunt III Waza postanowił otoczyć solidnymi fortyfikacjami klasztor paulinów z tak ważnym dla Polaków sanktuarium. Później rozbudowę umocnień kontynuował jego syn, Władysław IV. Trwała ona raptem około trzydziestu lat, a kiedy wojska szwedzkie oblegały Jasną Górę w tysiąc sześćset pięćdziesiątym piątym roku, fortyfikacje były w zasadzie gotowe. 288


— Aha! To był potop? – domyślił się Wojtuś. — Tak jest, to był tak zwany potop, o którym Henryk Sienkiewicz napisał takie opasłe tomiska. Twierdzy jasnogórskiej broniły wtedy oddziały pod wodzą paulina, ojca Augustyna Kordeckiego. Co prawda uderzenie Szwedów nie było tak silne jak to przedstawił Sienkiewicz, ale jednak Jasna Góra się obroniła. Muszę ci też powiedzieć, że wszystkie te budynki, które dzisiaj oglądamy w obrębie fortyfikacji, to efekt wspaniałej przebudowy i rozbudowy w siedemnastym wieku. Wtedy właśnie, zwłaszcza w czasach po potopie szwedzkim, Jasna Góra wyrosła na największe polskie sanktuarium. — Ciekawi mnie bardzo – zastanawiał się głośno Wojtuś — co było na tej górze przedtem? — Czyli przed czym? — No, zanim powstał klasztor i zanim Władysław Opolczyk podarował mu obraz? — Był drewniany kościółek należący do Starej Częstochowy. A niektórzy twierdzą, że był tam zamek Kazimierza Wielkiego. Ten zamek miał być tak zwaną stacją królewską, czyli miał być w każdej chwili gotowy na przyjęcie króla i jego dworu. Zresztą podobne zadanie miał zamek Olsztyn. — A dlaczego pan mówi, że niektórzy twierdzą? — No bo jest to jedna ze spraw jeszcze nie rozstrzygniętych do końca. Podobno natrafiono na jakieś mury w okolicy jednego z bastionów, wiadomo też, że król Kazimierz miał taką stację w Częstochowie. Pewnie była to Jasna Góra, no ale dopóki nie będzie pewności jakiś znak zapytania pozostaje. — To dopiero jest ciekawe! – zawyrokował Wojtuś. 290


— Wszystko przed tobą, rycerzu-badaczu historii. Może to właśnie ty postawisz kropkę nad „i”. — Kropkę nad „i”? A cóż to takiego? — No… Tak się mówi! Czyli po prostu odkryjesz takie dowody, które wszystkich przekonają. Nikt już nie będzie mógł powiedzieć, że na Jasnej Górze nie było zamku króla Kazimierza. Tak rozmawiając badacze przeszłości nawet nie zauważyli, że znaleźli się na wewnętrznym dziedzińcu przed kościołem. Tutaj pan Szpachelka udzielił Wojtusiowi krótkiej instrukcji. — Pójdę do jasnogórskiego archiwum i będę tam krótko – przykazał z dobrze udawaną surowością — Powtarzam: będę tam krótko. Dzielny rycerz ma w tym czasie przebywać na tym dziedzińcu, co najwyżej może wejść do kościoła, obejrzeć jego oszałamiająco wspaniałe wnętrze, po czym wyjść i nadal czekać na tym dziedzińcu. Czy to wszystko jest zrozumiałe? — Trochę skomplikowane, ale poradzę sobie – odparł Wojtuś — Jestem gotowy! A na razie pójdę do kościoła. — Mam nadzieję, że sobie poradzisz. Odmaszerować! Pan Szpachelka szybkim krokiem oddalił się w kierunku sobie wiadomym i Wojtuś został sam. Jeśli można tak powiedzieć, bo przez dziedziniec przelewały się coraz to nowe wycieczki, pielgrzymki, większe i mniejsze grupy ludzi, wreszcie pojedynczy ludzie spacerujący i oglądający klasztor. Panował przyciszony szmer rozmów, nikt nie podnosił głosu, w końcu sanktuarium zobowiązuje do zachowania jakichś zasad. Chłopiec pokręcił się trochę i wszedł do chłodnego i przestronnego wnętrza świątyni. Pospacerował chwilę nawą, a potem zatrzymał się przed nim ubrany w biały habit zakonnik. 291


— Gdzie są twoi rodzice, chłopcze? – zapytał troskliwie — Nie zgubiłeś się aby? — Nie. Jestem tutaj z panem Szpachelką. To jest… — Wiem, wiem. To jest sławny archeolog. OK, tak tylko pytam – szepnął zakonnik i poszedł dalej. Wojtuś zrobił ledwie kilka kroków, kiedy przywołała go skinieniem ręki starsza pani siedząca w ławce. — Jesteś sam chłopczyku? A gdzie twoja mamusia? – wyszeptała z troską w głosie. — Nie zgubiłem się. Czekam tutaj na pana Szpachelkę, sławnego archeologa. — Dobrze, dobrze. Tak tylko pytam. „Chyba wyjdę na dziedziniec” – pomyślał chłopiec i powoli opuścił chłodne wnętrze kościoła. Na szczęście dziedziniec był jeszcze ocieniony, choć i tak było gorąco. Zaczął spacerować wzdłuż ścian, kiedy zauważył go starszy pan w kapeluszu i z laseczką. — Zgubiłeś się kawalerze? Nie możesz znaleźć rodziców? – zapytał z troską. — Nie, nie! Czekam tutaj na pana Szpachelkę, słynnego archeologa. — Pan Szpachelka na pewno wie, gdzie jesteś? — Na pewno! Dziękuję panu. — Dobrze, dobrze. Tak tylko pytam. „Zgubiłeś się chłopczyku? Gdzie twoja mamusia? Nie możesz znaleźć rodziców?” – pomyślał Wojtuś zirytowany – „Mam tego dość! Trzeba się gdzieś schować!”. Obszedł dziedziniec dookoła, potem obszedł jeszcze raz, wreszcie zauważył niewielkie drzwiczki w rogu. Kiedy się zbliżył stwierdził z radością, że są uchylone. Ostrożnie zajrzał do wnętrza. Były tam strome wąskie schody prowadzące w dół, a na samym dole 293


w ciemnościach pobłyskiwało jakieś blade światło. Wojtuś zawahał się chwilę, pomyślał „A jeżeli to są drzwi do innej rzeczywistości?”, cofnął się więc i podreptał w miejscu. — Chłopcze, nie możesz znaleźć rodziców? – zapytał troskliwie młody człowiek z żółtą chorągiewką, pewnie przewodnik oprowadzający wycieczki po klasztorze. — Właśnie tutaj mam na nich czekać – powiedział uprzejmie — Dziękuję. — Dobrze, dobrze. Tak tylko pytam. „Koniec z tym! Idę” – Wojtuś jednym susem znalazł się za drzwiami i zaczął ostrożnie schodzić po schodkach. Było coraz ciemniej, ale wyraźnie widział światło na końcu korytarza. Później wszedł do sklepionej piwnicy, która była wielka i pusta. A z niej kolejne drzwi prowadziły do podobnej piwnicy, w której przy ścianach stały jakieś wielkie beczki. W następnym wejściu widać było chybotliwe światło pochodni lub świecy. Dochodził stamtąd jakiś rumor, ciche jęki i sapanie. Wojtuś znowu się zawahał, ale ciekawość przeważyła. Cichutko podszedł do trzecich drzwi i zajrzał do kolejnego pomieszczenia. Była to znowu sklepiona piwnica, pełna dużych beczek i małych beczułek, glinianych naczyń, z drewnianymi półkami przy ścianach. Na półkach leżały jakieś płaty mięsa, warzywa, w koszach piętrzyły się kurze jajka. W rogach na wielkich płachtach wysypane były duże ilości jakiegoś ziarna, a przy nich stały kamienne żarna („Skąd ja wiem, że to są żarna?” – pomyślał Wojtuś). Przy półkach sapał, jęczał i prychał młody chłopiec, bosy, ubrany w jasną koszulinę przepasaną sznurem i szerokie porcięta. Usiłował zdjąć z najwyższej półki niewielką beczułkę, ale nie mógł i tylko wpychał ją coraz głębiej. Stawał na palcach, wyprężał się jak struna, ale nic to nie pomagało. 294


Wojtuś chciał się cofnąć, ale było już za późno, bo chłopiec zauważył go i najwyraźniej go to ucieszyło. — Co tak stoisz? – zawołał — Chodźże tu i pomóż mi! Wojtuś posłusznie się zbliżył i stwierdził, że jest od chłopca o głowę wyższy, więc wyciągnął tylko ręce w górę i bez kłopotów zdjął beczułkę, która okazała się dosyć ciężka. — Nareszcie! – chłopiec spojrzał na Wojtusia z ulgą i wdzięcznością — A tak po prawdzie ktoś ty? Jeszcze cię tutaj nie widziałem. — Jestem Wojciech herbu Zielona Strzała – wypalił Wojtuś i chciał się roześmiać, ale chłopiec nagle pobladł i rzucił się na kolana. — Rycerzem jesteś! – mamrotał zbielałymi wargami — Wybacz Panie, nie wiedziałem! Proszę, nie mów nikomu. — Spokojnie! Ja tylko tak żartowałem. Mów mi Wojtuś. — Aha! – chłopiec wstał z kolan zły, ale z wyraźną ulgą — No to kim ty jesteś? Wiem! Należysz do czeladzi podstolego. — Podstoli, podstoli… – mruczał Wojtuś usiłując sobie przypomnieć kto to jest i co robi. — Podstoli pilnuje, żeby panom naszym nic nie zbywało i żeby spiżarnia była pełna. Nie udawaj głupiego. A w ogóle dziwne jakieś masz odzienie. Czy na uczcie jest jakiś poseł obcy? Skąd jesteś? — Z Łutowca. — Hmmm… Nie znam. A gdzie to? — Niedaleko Częstochowy przecież. I blisko Olsztyna. — No to jest tam wioska Oltowiec, ale Łutowca żadnego nie znam. Ladaco z ciebie skoro nawet nie wiesz skąd jesteś! — A ty skąd? – warknął Wojtuś, którego już zirytowała ta rozmowa. — Ja stąd! — To znaczy skąd? 295


— Z Częstochowy głąbie, przecież mówię! — Przede wszystkim nie mów do mnie głąbie! — A bo mnie rozeźliłeś. Jestem Bruno piekarczyk. — Aha! Na imię Bruno, na nazwisko Piekarczyk. — Jakie nazwisko? Ja jestem piekarczyk… Pomocnik piekarza – wyjaśnił Bruno widząc, że Wojtuś nic nie rozumie — Tylko pan burgrabia mnie tu wziął, żebym przy uczcie królewskiej pomagał posługiwać. — Uczcie królewskiej? – zapytał Wojtuś i poczuł, że robi mu się gorąco — A który to król wydaje ucztę? — Ty chyba z daleka przybywasz, skoro nie wiesz – odparł Bruno ciekawie przyglądając się Wojtusiowi — Pan nasz miłościwy król Kazimierz! Ale tak się tylko mówi, bo tak po prawdzie to burgrabia olsztyński Zdzisko ucztę wystawną na cześć króla przygotował. „Trafiłem do czasów Kazimierza Wielkiego. Co robić? Pan Szpachelka naprawdę się wściek-nie kiedy nie zobaczy mnie na dziedzińcu. Trzeba się jakoś ewakuować” – myślał Wojtuś i już chciał się raczkiem wycofać, ale Bruno był szybszy. — Weźże chłopcze to wino i pójdź za mną – rzekł dobitnie. — To jest wino? — A tak! Trunek rzadki u nas i chowany tylko dla naszych panów na specjalne okazje. Dla nas jest piwo, tam w drugiej komorze – westchnął Bruno — Weź beczułkę i bacz, żeby nic jej się nie stało, bo obydwu nas powieszą jak tyle dobra zmarnujemy! Wyszli z piwnicy i skierowali się w stronę schodów tą samą drogą, którą przemierzył Wojtuś. „Dobra nasza! Może wyjdziemy na dziedziniec w roku dwa tysiące dziewiętnastym” – pomyślał, ale nadzieje okazały się płonne. Dziedziniec na który wyszli w niczym nie przypominał tego, na którym miał oczekiwać na pana Szpachelkę. Wielki wydeptany plac 297


z kępkami trawy i rzadkimi kamieniami rozciągał się pomiędzy kilkoma drewnianymi budynkami ustawionymi w kwadrat. Na środku placu stały w podkowę postawione długie stoły, gęsto obsadzone przez wąsatych i brodatych panów i dworzan, odzianych w skóry i długie płaszcze. Pomiędzy stołami biegały psy myśliwskie, którym co raz to rzucał ktoś ogryzioną kość. Dymiły kominy, biegali chłopcy służebni, nosząc gliniane dzbany i misy pełne mięsiwa i kaszy. Za drewnianymi budynkami Wojtuś zobaczył potężne mury kamienne w kwadrat ustawione, z basztami w narożach. Wysoko na gankach chodzili strażnicy, zamkniętej bramy pilnował wrotny. „To jasnogórski zamek Kazimierza Wielkiego – przemknęło przez głowę – Już wiem jak wyglądał! No i co z tego, skoro nie wiem jak powrócić do moich czasów”. Tymczasem Bruno przelał wino z beczułki do wielkiego dzbana i szarpnął Wojtusia za ramię. — Nuże! Bierz dzban! Nalewaj wino królowi! Nalewaj panom! Wojtuś posłusznie napełniał drżącymi rękami srebrne puchary ucztujących panów i nie śmiał podnieść oczu, żeby żadnej kropli nie uronić. Na szczęście nikt nie zwracał na niego uwagi. Wreszcie dzban opustoszał. — Biegnij po antałek! Pędem! – krzyczał Bruno, a Wojtuś nie miał siły ani ochoty z nim dyskutować. Zszedł do piwnicy, ściągnął z półki kolejną beczułkę i wtaszczył ją na górę. Na dziedzińcu Bruno znowu przelał wino do dzbana. „Mam tego po dziurki w nosie!” – myślał Wojtuś ze złością – „A mogłem słuchać tych, którzy się o mnie troszczyli i grzecznie odpowiadać”. Odetchnął głęboko, wziął ciężki dzban i powlókł się do stołu, poganiany i łajany przez Bruna piekarczyka. Ale w środku dziedzińca potknął się o kamień, więc postawił dzban na ziemi, podniósł wzrok i oniemiał. Przy stole, na wysokim krześle siedział król Kazimierz Wielki, w czerwonym płaszczu, przetykanym złotą nicią, wysadzanym drogimi kamieniami. Po prawicy 298


króla miejsce zajmował posępny i zgorzkniały książę Władysław Opolczyk w wytartym kubraku. Król co chwilę nachylał się do niego, mówił „Drogi bracie” i szeptał coś do ucha. Po lewej Jan Długosz w purpurowej sutannie marszczył brwi i rozglądał się dookoła jakby chciał zapamiętać wszystko, co może się przydać do spisania kronik. Dalej siedział młody Stefan Żeromski w czarnym gimnazjalnym mundurze z błyszczącymi guzikami, w niedbałej pozie, zawzięcie notując w kajecie to, co właśnie wpadło mu do głowy. A obok rozsiadła się królowa Bona Sforza, w białym szykownym czepku i bajecznie kolorowej sukni w kwiaty. Zalewała potokiem słów wystraszonego Hilarego Malę, górnika z Karczówki, który przycupnął na brzegu krzesła w nadziei, że nikt go nie zauważy. Z boku przysiadł Elmer z Malmesbury, latający mnich, z miną na przemian wielce nieszczęśliwą albo zamyśloną. Z boku, przed mikrofonem, kołysał się Rysiek Riedel i śpiewał swojego wiecznego śląskiego bluesa, a muzyka płynęła prosto z nieba. I była miłość I była zgoda Każdy był wolny Wolny był każdy ptak — śpiewał Rysiek, a wszyscy biesiadnicy zdawali się być w doskonałej komitywie. „No i co teraz? Co to ma znaczyć? Czy tutaj wszystkie czasy zlewają się w jeden czas?” – myślał Wojtuś rozpaczliwie – „Trzeba chyba poprosić kogoś o radę. Ale kogo? Zobaczymy.” Wziął dzban i zaczął nalewać wino do srebrnych pucharów, oczywiście rozpoczynając od króla. — Chcę wrócić do siebie – powiedział stanowczo. 299


— Nie marudź! – odparł król Kazimierz — Jesteś u siebie. A słuchasz ty Wojciechu Niemena i Grechuty, jak ci nakazałem? — Słucham, słucham! — To dobrze – król uśmiechnął się pod wąsem i zanucił Korowód Marka Grechuty. — Wiesz Wojciechu – powiedział płaczliwym głosem książę Władysław Opolczyk — Próbowałem naprawić to i owo, ale to jest niemożliwe. Nikt nie zmieni tego, co raz się już stało. I zatopił się w niewesołych rozmyślaniach. — Chcę wrócić do siebie – powiedział cicho Wojtuś napełniając winem puchar, który stał przed młodym Stefkiem Żeromskim. — Jesteś jeszcze mały i masz czas – stwierdził Stefek — Ja wiele lat czekam na to, żeby być u siebie. Wolność to wielka rzecz. Trzeba tylko mądrze z niej korzystać. Wybacz, muszę zapisać tę piękną myśl. — Adalberto, mój chłopcze! Coś taki smutny? – zawołała Bona — Ciesz się życiem. Nieważne gdzie jesteś, ważne, żeby przynosiło ci to radość! A Hilary Mala nic nie powiedział, spojrzał tylko na Wojtusia spłoszonym wzrokiem i wyglądał tak, jakby usilnie pragnął zapaść się pod ziemię. — Wszędzie jesteś u siebie, Wojciechu z Łysej Góry – szepnął Elmer i zamyślił się głęboko. „Chyba nie ma dla mnie ratunku” – pomyślał rozpaczliwie Wojtuś – „Zostanę tu już na wieki”. Usiadł na środku dziedzińca i schował twarz w dłoniach. Wtedy poczuł, że ktoś szturchnął go w ramię i odwrócił się. — Się masz Wojtusiu – siedział za nim w kucki, jak Indianin, uśmiechnięty Rysiek Riedel i odpoczywał przed następnym bluesem. — Chcę wrócić do siebie – szepnął Wojtuś, ale rozpaczliwie, bez żadnej nadziei. 301


— Spokojnie bracie – roześmiał się Rysiek — Jesteś wolnym człowiekiem i możesz być tam gdzie chcesz. Tylko musisz to wyraźnie powiedzieć. Zamknij oczy i powiedz to! Cóż było do stracenia? Wojtuś zacisnął powieki, a potem powiedział głośno i wyraźnie „Chcę być na Jasnej Górze w roku dwa tysiące dziewiętnastym. Chcę czekać na pana Szpachelkę!”. Zapadła cisza, a Wojtuś przez długą chwilę nie otwierał oczu ze strachu, że jednak pozostał w czasach króla Kazimierza. A potem usłyszał głos pana Szpachelki. — Hej! Wojtusiu, Wojtusiu! Zasnąłeś na stojąco? — No nie… Tak jakoś błogo się zrobiło. — Przepraszam. Trochę zamarudziłem w archiwum. A teraz szybko do samochodu, bo zanosi się na burzę. Jakiś księżycowy jesteś – pan Szpachelka spojrzał na Wojtusia z niepokojem — Nie spotkała cię aby jakaś przygoda? — Ależ skąd! Biegniemy! Nie możemy pokazać się u babci jak zmokłe kury! — Masz zupełną rację. Jeszcze tego brakuje, żeby pani Alicja obsztorcowała nas na koniec takiej pięknej wycieczki! — Przynajmniej wiem jak wyglądał zamek Kazimierza Wielkiego na Jasnej Górze – powiedział bezwiednie Wojtuś. — No tak! Widziałem, że jednak Wojtuś miał przygody – pan Szpachelka pokiwał głową w zadumie — Ale na razie nie chcę tego słuchać. Może przyjdzie czas, że odkryję to bez błąkania się po różnych czasach. Każde są dla nas obce. Najlepiej czujemy się u siebie.

302


Epilog Powrót do Łutowca Kiedy odjeżdżali z alei pod Jasną Górą, spadły pierwsze wielkie krople, które wkrótce zmieniły się w obfitą ulewę. Niebo nad miastem przykryły czarne groźne chmury, w których zniknął wierzchołek wysokiej wieży klasztornej. — Wakacje się kończą – mruknął pan Szpachelka z wyraźnie udawaną troską — Skończą się pewnie nasze niecodzienne przygody, czas wracać do zwykłej szarej rzeczywistości. Ja sobie jakoś poradzę, ale ty biedaku musisz wrócić do szkoły, wkuwać te różne ułamki, koniugacje i tak dalej. — Proszę o trochę mniej złośliwości – uprzejmie odparł Wojtuś — Mimo tych ironicznych uwag uważam, że ta nasza podróż przyniosła mi bardzo dużo wiedzy. No i bardzo dziękuję za to, panie Anatolu. — Naprawdę tak uważasz? Jestem wzruszony! No cóż, jak to mówią, podróże kształcą. Mnie też ta wycieczka dużo nauczyła i trochę mi szkoda, że wakacje już się kończą. Ale przecież będą następne, i następne i tak dalej. Wiele jeszcze tajemnic czeka na odkrycie. Tymczasem szalała ulewa, ale kiedy dojeżdżali do Olsztyna wiatr rozgonił chmury i zaświeciło słońce. — Wojtusiu! Popatrz! – pan Szpachelka radośnie krzyknął i wskazał zamczysko — Czy ja dobrze widzę? Wojtuś posłusznie spojrzał i oniemiał z zachwytu. O Górę Zamkową opierał się koniec wielkiej tęczy, której ogromny łuk znikał gdzieś za horyzontem. 303


— Niesamowita sprawa! – emocjonował się sławny archeolog, natychmiast zatrzymał samochód i wykonał serię zdjęć, a nawet nakręcił krótki film — Pierwszy raz coś takiego widzę w Olsztynie. — Rzeczywiście zachwycające zjawisko. Ciekawe gdzie opiera się drugi koniec tęczy. — Pewnie w Łutowcu – zaśmiał się pan Szpachelka — No nieee! Takie cuda się nie zdarzają. Jechali dalej i dalej, a tęcza wciąż unosiła się nad nimi, jakby wskazywała drogę do domu. Wyglądała pięknie nad zielenią pól i lasów oraz bielą wapiennych skał. — Nie rozumiem – pan Szpachelka westchnął z powątpiewaniem — Przecież tęcza to tylko zjawisko optyczne, efekt rozszczepienia światła w kropelkach wody. Zgadza się? — Chyba tak – zakłopotany Wojtuś podrapał się w czubek głowy. — No to dlaczego ta tęcza tak długo się utrzymuje? To niespotykane. Skręcili do Łutowca i wjechali w dobrze znany przestronny las. Później otworzył się widok na wieś, pola i wapienne ostańce na skraju doliny. — Panie Anatolu! – zawołał Wojtuś — Proszę spojrzeć! Pan Szpachelka wybałuszył oczy i zatrzymał samochód, żeby przypadkowo nie zjechać z drogi. O Górę Zamkową opierał się drugi koniec tej samej tęczy, która towarzyszyła im przez całą drogę z Olsztyna. Jej barwne refleksy zalewały całą wioskę kolorowym światłem. — Przecież ja tylko żartowałem, że drugi koniec tęczy czeka na nas w Łutowcu – bąknął sławny archeolog. — Jest pięknie! – Wojtuś wyskoczył na pobocze i jak oszalały pstrykał swoim tabletem zdjęcie za zdjęciem — Szybko do babci! Pewnie stoi przed gankiem i zachwyca się tym fantastycznym zjawiskiem. 305


Ale podwórko było puste, a babcia jak zwykle krzątała się po kuchni. Kiedy pełni animuszu podróżnicy wpadli do kuchni powiedziała tylko „Witam moich niestrudzonych badaczy. Proszę usiąść przy stole, zaraz będzie zupa pomidorowa”. — Babciu! – wykrzyknął Wojtuś i chwycił ją za rękę — Widziałaś? O skałę zamkową oparła się tęcza! Widziałaś? — Naprawdę? Nic nie widziałam. Była burza, a później szykowałam dla was zupę pomidorową. Musicie być okropnie głodni po tych wojażach. — Pani Alicjo – pan Szpachelka zdecydowanie wkroczył do akcji — Proszę zostawić zupę i wyjść z nami na podwórko. Obiecuję, że warto! — No cóż – westchnęła babcia — Więc chodźmy. — Zobacz, zobacz! – wrzeszczał Wojtuś jak nakręcony — Zobacz jaka kolorowa jest nasza wioska! A Łutowiec wyglądał tak, jakby ktoś rozpylił nad nim całą beczkę wszystkich kolorów świata. Skały pyszniły się żółcią, czerwienią, różem, domy miały tęczowe ściany i okna, niebieskie i zielone dachy, ocieniały je fioletowe, brązowe i pomarańczowe drzewa. Wszystko wybuchało kolorami i wyglądało tak, jakby za chwilę cała wieś miała się oderwać od ziemi i unieść gdzieś w kosmos. Babcia tak zachwyciła się tym widokiem, że nie mogła wykrztusić słowa. — Jaki wspaniały jest ten świat – wyszeptała — I bardzo dobrze! Świat powinien być kolorowy, bo kolorowe i różnorodne jest wszystko co na nim żyje. Ludzie, zwierzęta, rośliny, góry, doliny, morza i nasze skały, czyli skałoludy. Prawda Wojtusiu? — O tak! Skały też żyją. Może tęcza ma taką moc, że wszystko ożywia? Jak to jest panie Anatolu? — Nie będę marszczył brwi i nie będę się wymądrzał – odparł pan Szpachelka gapiąc się w zachwycie na Łutowiec — Choćbyśmy mieli 306


wiedzę jak ocean to i tak nie dorośniemy do mądrości natury. Powiem wam tylko, że ludzie od najdawniejszych czasów jakoś wyczuwali niesamowite właściwości tęczy i próbowali to po swojemu wytłumaczyć. Tęcza chyba zawsze i wszędzie była symbolem nadziei, bo ukazywała się po burzy, kiedy jeszcze padał deszcz, ale już świeciło słońce. W wielu kulturach pojmowano ją jako pomost między ziemią i niebem, a na przykład w Starym Testamencie ukazała się po potopie i była znakiem przymierza, które Bóg zawarł z ludźmi. Więc bądźmy dobrej myśli i chodźmy na pomidorową bo wystygnie! — A dla mnie tęcza to nie tylko znak nadziei, ale też wolności – stwierdziła babcia, kiedy zmęczeni badacze przeszłości z werwą pałaszowali swoją ulubioną zupę — No i kojarzy mi się… — Z kwiatami we włosach? – dopytywał pan Szpachelka z buzią pełną makaronu. — Tak! A skąd pan wie, panie Anatolu? — Wojtuś opowiadał mi to i owo – niedbale stwierdził słynny archeolog — No i w związku z tym mamy trochę do pogadania o dzieciach kwiatach, bluesie i latach siedemdziesiątych. — Wojtuś ma długi język – szepnęła babcia i oblała się rumieńcem. — Ja też z sentymentem i łezką w oku słucham Hendrixa, Janis Joplin, Morrisona i Ryśka Riedla. A poza tym byłoby mi bardzo miło zaprosić panią Alicję na tegoroczny Rawa Blues Festival. — Naprawdę? No nie wiem czy wypada… — Droga babciu – Wojtuś uśmiechnął się przymilnie — Jakoś nie zastanawiałaś się nad tym na koncercie Deep Purple w Spodku. — Fakt. A tak na marginesie… Miałam parę dni temu zagadkowy sen. Śnił mi się koncert Dżemu i Ryśka Riedla w Spodku. Był tam jakiś słup światła w środku hali, był tłum hippisów, no i spotkałam pana Anatola 307


w dzwonach i koszuli w kwiaty. A za nim chował się jakiś mały chłopiec. A później gdzieś pan zniknął i ten chłopiec też. Szukałam was, ale nie mogłam znaleźć, w końcu się obudziłam. Czy to nie dziwne? — To bardzo ciekawe – odparł pan Szpachelka z uśmiechem i mrugnął do Wojtusia — Według mnie oznacza to, że Rawa Blues czeka na nas! A nasz Wojtuś będzie się w tym czasie uczył pilnie przez całe ranki, prawda Wojtusiu? — Bardzo śmieszne! Po prostu boki zrywać! – Wojtuś zmarszczył brwi — Ale przynajmniej wypożyczę sobie w szkolnej bibliotece Winnetou! — Winnetou? – zdziwiła się babcia — Ale po co? Przecież wszystkie książki Karola Maya leżą w kuferku na strychu! — No proszę! – krzyknął pan Szpachelka — To na co jeszcze czekasz rycerzu? — Hura! – powiedział Wojtuś wyraźnie wzruszony i poderwał się z krzesła — Ale teraz biegnę przejąć kontrolę nad Skałą Zamkową. Nie ma już tęczy – mruknął markotnie. — Nie przejmuj się – odparł pan Szpachelka z wielkim zadowoleniem — Tęcza pojawia się i znika, ale zostaje w naszych sercach. I to jest najważniejsze.

308


Mini-przewodnik historyczny

K

ielce należą do najstarszych miast Małopolski. Przypuszcza się, że zostało ono założone w XIII wieku. Znacznie wcześniej, w 1171 roku, biskup krakowski Gedka ufundował w Kielcach kolegiatę, dzięki której osada urosła do roli najważniejszego ośrodka rozległych dóbr biskupich, rozłożonych wokół Łysogór. Pozycję tę Kielce zachowały aż do 1789 roku, kiedy to uchwałą Sejmu Wielkiego dobra biskupie zostały skasowane. Dwór biskupi istniał w Kielcach co najmniej od XIII wieku. W pierwszej połowie XVII stulecia zastąpił go okazały pałac wzniesiony staraniem Jakuba Zadzika, będący nie tylko wygodną rezydencją, ale też pomnikiem jego zasług jako kanclerza wielkiego koronnego, dyplomaty i biskupa krakowskiego. Z polecenia króla Zadzik

Kielce, Pałac Biskupów Krakowskich

309


negocjował ze Szwecją i Rosją i z tej racji fasadę pałacu zdobiły niegdyś figury posłów szwedzkich i rosyjskich, usunięte po powstaniu styczniowym. Pałac istnieje do dziś i jest jednym z najpiękniejszych w Polsce przykładów architektury późnorenesansowej. W pierwszej połowie XVIII wieku, w czasach biskupa Konstantego Felicjana Szaniawskiego, dobudowano do niego dwie długie oficyny, zamykające od północy i południa obszerny reprezentacyjny dziedziniec. Kielce, Kościół Św. Wojciecha Na zachodnim stoku Wzgórza Zamkowego utworzono efektowny ogród włoski, odtworzony w ostatnich latach. Naprzeciwko pałacu, w najwyższym punkcie wzgórza, stoi dawna kolegiata, obecnie katedra kielecka. Początki tej świątyni sięgają XII wieku, a później do XIX stulecia była ona wielokrotnie rozbudowywana i przekształcana. Uważa się, że najstarszą świątynią na terenie miasta był kościół świętego Wojciecha, który Jan Długosz opisywał w XV wieku jako stojący za miastem, drewniany i zniszczony. Obecnie istniejąca budowla powstała w XVIII wieku. Najstarsza część miasta zachowała średniowieczny układ urbanistyczny, z czworokątnym rynkiem i wychodzącymi z jego naroży wylotami ulic. W pierwszej połowie XVI wieku wzniesiono na rynku okazały ratusz z wysoką wieżą, który – zniszczony w pożarze miasta w 1800 roku, ostatecznie rozebrano w następnych latach. 310


Kielce, Klasztor Pobernardyński na Karczówce

Kielce, Teatr im. Stefa Żeromskiego

Kielce, Źródełko zwane Biruta

W 1816 roku Kielce stały się stolicą województwa krakowskiego (w granicach zaboru rosyjskiego) i odtąd zaczął się nowy etap w rozwoju miasta, jako siedziby administracji państwowej. Ostatecznie, po powstaniu styczniowym, aż do powstania niepodległej II Rzeczypospolitej, pozostawały stolicą guberni kieleckiej. 311


Od średniowiecza rozwój Kielc opierał się w znacznej mierze na górnictwie rud żelaza i ołowiu. Liczne ślady eksploatacji rud ołowiu zachowały się w rejonie góry Karczówki i sąsiednich wzgórz. Eksploatowano ponadto wapienie dewońskie, a pozostałe po tych działaniach rozległe kamieniołomy są dzisiaj rezerwatami przyrodniczo-geologicznymi.

P

ierwszym dokumentem wzmiankującym Chęciny jest przywilej Bolesława Wstydliwego wystawiony w 1275 roku. Nie ma w nim mowy o zamku, który powstał około przełomu XIII i XIV wieku z inicjatywy biskupa krakowskiego Jana Muskaty lub króla Czech i księcia krakowskiego, a później króla Polski Wacława II Przemyślidy. Po śmierci Wacława II zamek w toku walk przejął Władysław Łokietek, który uczynił ten obiekt ośrodkiem administracji książęcej, a później królewskiej

Chęciny, miasto i zamczysko

312


Chęciny, kościół Św. Bartłomieja

(starostwo chęcińskie). W jego też czasach podniesiono Chęciny do rangi miasta, a na stoku Góry Zamkowej, pomiędzy rynkiem i zamkiem, wzniesiono kościół parafialny świętego Bartłomieja. Zamek w Chęcinach uważano za silną twierdzę, a świadczy o tym między innymi fakt, że w 1318 roku arcybiskup gnieźnieński Janisław ukrył tam, w obawie przed najazdem krzyżackim, kosztowności katedry gnieźnieńskiej. Wydarzenie to sprawiło, że budynek obok wieży wschodniej do dzisiaj nazywany jest tradycyjnie Skarbcem. W czasach króla Kazimierza Wielkiego zamek rozbudowano o część zachodnią zwaną przygródkiem. Efektowna była główna część obiektu, tak zwany górny zamek, flankowana dwiema wysokimi okrągłymi wieżami, z głównym domem pańskim, zamknięta od wschodu masywem bramy głównej i wysuniętym Skarbcem. Dojazd do bramy prowadził długim mostem z ostatnim przęsłem zwodzonym. Ostatnia większa przebudowa, 313


podjęta z inicjatywy starosty Stanisława Branickiego, miała miejsce po zniszczeniach zamku w czasie tak zwanego rokoszu Zebrzydowskiego, czyli po 1607 roku. Nie zmieniła ona zasadniczo kształtu obiektu z okresu rozbudowy XIV-wiecznej. Zniszczony w trakcie potopu szwedzkiego oraz wojny północnej popadł w ruinę w ciągu XVIII wieku. Miasto Chęciny założono pomiędzy 1306 i 1325 rokiem. Jak to określono Chęciny, Zamek Królewski w lustracji z 1564 roku na górach ołowianych a miedzianych zasiadło. Określenie to wskazywało jednoznacznie na górnictwo rud metali, zwłaszcza ołowiu i miedzi, jako podstawowy czynnik rozwoju miasta i starostwa chęcińskiego. Źródeł tego rozwoju trzeba szukać prawdopodobnie już w trzynastym wieku, zwłaszcza w okresie tak zwanego epizodu czeskiego, czyli okresie rządów w Małopolsce Wacława II Przemyślidy, kiedy gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na ołów. Być może właśnie wówczas odkryto, a przynajmniej znacznie nasilono eksploatację rud tego surowca na terenie starostwa. Między innymi dla ochrony górnictwa i hutnictwa powstał w Chęcinach potężny zamek. W XVI i XVII wieku Chęciny zasłynęły również jako ośrodek kamieniarsko-rzeźbiarski bazujący na wydobyciu rzadkich, ozdobnych surowców skalnych np. tak zwanych marmurów chęcińskich czy różanki zelejowskiej. W XV i XVI wieku Chęciny były jednym z najbogatszych i największych miast ówczesnego województwa sandomierskiego. 314


K

Katowice, gmach dawnego Sejmu Śląskiego

atowice to dzisiaj jedno z największych i najbardziej rozwiniętych gospodarczo miast polskich, stolica największego okręgu przemysłowego i górniczego w naszym kraju. Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku Katowice były jedynie ośrodkiem dóbr ziemskich rodu Thiele-Wincklerów. Sytuację zmieniło wybudowanie linii kolejowej miedzy Wrocławiem i Mysłowicami, dzięki której Katowice zyskały połączenie z siecią kolei europejskich, z Wiedniem, Berlinem, Warszawą. Stało to u źródeł burzliwego rozwoju przemysłu i górnictwa. Prawa miejskie nadał Katowicom w 1865 roku król pruski Wilhelm I Hohenzollern. Miasto w toku szybkiego rozwoju wchłonęło szereg znacznie wcześniejszych osad i kuźnic żelaznych, których historia niejednokrotnie sięgała średniowiecza, a które nadały nazwy niektórym dzielnicom. Śródmieście zabudowywano secesyjnymi kamienicami. Powstawały osiedla robotnicze o ciekawej architekturze i rozplanowaniu. 315


Katowice, gmach Teatru Śląskiego

Dwa z nich (Giszowiec i Nikiszowiec) znalazły się w ostatnich latach na liście Pomników Historii. Po I wojnie światowej, w wyniku powstań śląskich i plebiscytu (20 marca 1921) wschodnia część Górnego Śląska weszła w granice odrodzonej Polski. Katowice stały się wówczas stolicą województwa śląskiego, obdarzonego znaczną autonomią, z własnym parlamentem (Sejm Śląski) i skarbem (Skarb Śląski). W okresie międzywojennym miasto, jako stolica najbogatszego w Polsce regionu, nadal szybko się rozwijało pod względem gospodarczym i architektonicznym. Powstawały najbardziej znane budynki polskiego modernizmu, na czele z monumentalnym gmachem Sejmu Śląskiego czy modernistycznym osiedlem dla urzędników skarbowych, z tak zwanym „drapaczem chmur”, przez pewien czas najwyższym budynkiem mieszkalnym w Polsce. Szybki rozwój, na bazie przemysłu i górnictwa, kontynuowany był w czasach po II wojnie światowej, szczególnie w latach sześćdziesiątych 316


Katowice, Spodek i Pomnik Powstańców Śląskich

Katowice, dawna siedziba klubu Akant na ulicy Teatralnej

317

Katowice, modernistyczny drapacz chmur


i siedemdziesiątych. Powstał wówczas Spodek – monumentalna hala widowiskowa, która już w trakcie budowy stała się symbolem miasta i najsłynniejszą halą w Polsce. Przylegały do niej tereny kopalni węgla kamiennego Katowice, unikatowego zakładu tego typu działającego w samym centrum miasta, założonej w pierwszej połowie XIX wieku, działającej do 1999 roku. Później na terenach kopalni powstały kolejne nowoczesne budowle: Centrum Kongresowe, siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia oraz nowa siedziba Muzeum Śląskiego. Katowice są miejscem wielu znaczących wydarzeń kulturalnych, w tym muzycznych, między innymi festiwalu Rawa Blues, odbywającego się od 1981 roku.

T

ychy to jedno z najmłodszych miast polskich, choć powstało na terenach o starych tradycjach przemysłowych. Od średniowiecza tereny te należały do ziemi pszczyńskiej. W początkach XVII wieku powstał tyski browar, założony z inicjatywy władających Pszczyną Promnitzów. Browar ten został znacznie rozbudowany w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy dobra pszczyńskie stały się własnością jednego z najpotężniejszych rodów książęcych ówczesnych Niemiec, Hochbergów. Był to wówczas jeden z największych zakładów tego typu w Europie. Pod koniec XIX wieku powstał w Tychach jeszcze jeden browar, zwany Obywatelskim. Dopiero w 1934 uchwałą Śląskiej Rady Wojewódzkiej Tychy stały się gminą wiejską na prawach miejskich. Przed wojną nie nadano jednak pełnych praw miejskich. W latach okupacji hitlerowskiej nazistowscy architekci planowali na terenie Tychów budowę reprezentacyjnej stolicy Górnego Śląska, jednak nie doszło do żadnych prac w tym kierunku. Burzliwy rozwój miasta rozpoczął się w latach pięćdziesiątych XX wieku, kiedy rozpoczęto budowę Nowych Tychów. Zgodnie 318


Tychy, muzeum Tyskie Browary Książęce

Tychy, osiedle A, dawny Dom Kultury Górnik

319


Tychy, słynne tyskie niedźwiadki

z ówczesnymi koncepcjami miasto miało być „sypialnią” dla Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Historia potoczyła się jednak inaczej, jako że w latach siedemdziesiątych właśnie w Tychach zbudowano fabrykę samochodów, w której na licencji włoskiego Fiata produkowano kultowe dzisiaj „Maluchy”. Miasto rozrosło się terytorialnie i pod względem powierzchni było jednym z największych w Polsce. Historykom architektury Tychy kojarzą się przede wszystkim ze wznoszonym w latach 1951-1956 osiedlem A, zaprojektowanym w stylu tak zwanego socrealizmu przez Tadeusza Teodo-rowicza-Todorowskiego. Bezpośrednim wzorcem tego stylu były renesansowe koncepcje „miasta idealnego” z XVI wieku, z dwiema krzyżującymi się osiami i centralnym placem. Również w projektach poszczególnych budynków widać renesansowe nawiązania (attyki, sgraffiti, płaskorzeźby, rzeźby). Tyskie osiedle A uważane jest, obok najstarszej części podkrakowskiej Nowej 320


Tychy, słynne tyskie niedźwiadki Tychy, pomnik Ryszarda Riedla

Tychy, osiedle A, pomnik lampy górniczej

Huty, za najpełniejszą realizację socrealizmu w architekturze i urbanistyce. Kolejne osiedla i koncepcja urbanistyczna miasta to dzieło głównych jego projektantów, Kazimierza i Hanny Wejchertów. Miłośnicy muzyki, zwłaszcza bluesowej, znają Tychy głównie jako miejsce, gdzie rozpoczynał swoją karierę zespół Dżem oraz jego charyzmatyczny wokalista Ryszard Riedel. Od 1998 roku działa w nim AUKSO Orkiestra Kameralna Miasta Tychy, która ma już ustaloną wysoką renomę. Od 1986 roku co dwa lata odbywają się w mieście koncerty w ramach Śląskiej Jesieni Gitarowej.

321


O

Opole, widok z ganku Wieży Piastowskiej

pole postrzegane było zawsze jako jedno z najstarszych polskich miast, choćby z uwagi na nazwę, która w średniowieczu oznaczała związek terytorialny (sąsiedzki) o genezie sięgającej czasów prasłowiańskich. Trwające wiele lat badania archeologiczne grodziska wczesnośredniowiecznego na odrzańskiej wyspie Pasieka, tak zwanego grodu na Ostrówku, dowiodły jednak, że powstał on w czasach piastowskich, najwcześniej u schyłku X wieku, po zajęciu Śląska przez wojów Mieszka I. W niczym nie umniejsza to jego znaczenia i szacownej starożytności. Gród ten stał się zalążkiem miasta, założonego na prawym brzegu Odry przed 1217 rokiem, za czasów Kazimierza I, który jako pierwszy tytułował się księciem opolskim. Tenże książę w miejscu grodu na Ostrówku rozpoczął około 1228 roku budowę murowanego zamku, wykorzystując częściowo przy jego urządzaniu pozostałe po grodzie wały i fosy. Zamek ten był w kolejnych stuleciach 322


Opole, Wzgórze Uniwersyteckie, Skwer Artystów

rozbudowywany, między innymi za czasów Władysława II Opolczyka, który był jednym z najwybitniejszych władców księstwa opolskiego. W XIV wieku powstała wieża cylindryczna (Wieża Piastowska), jedyny element zamku, który ocalał po rozbiórce obiektu w latach dwudziestych XX wieku. Dziś wieża jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Opola. Na miejscu zabudowań zamkowych powstał w latach trzydziestych modernistyczny gmach Rejencji Opolskiej, mieszczący obecnie Urząd Wojewódzki. Pod koniec XIV stulecia Władysław Opolczyk zbudował drugi zamek (tak zwany zamek na Górce), po którym pozostały fragmenty czworobocznej wieży, wtopione w zabudowania szkolne z początków XX wieku. Ostatni piastowski książę opolski, Jan II Dobry, zmarł w 1532 roku. Później miasto przeżywało zmienne losy pod władzą Habsburgów, następnie w XVIII wieku przeszło pod panowanie pruskie. 323


Opole, Wieża Piastowska

Opole, Wzgórze Uniwersyteckie, studnia Św. Wojciecha

Opole, Wzgórze Uniwersyteckie, figura Czesława Niemena na Skwerze Artystów

Po I wojnie światowej miasto było siedzibą Komisji Międzysojuszniczej nadzorującej plebiscyt w marcu 1921 r., który miał zadecydować o przynależności państwowej poszczególnych okręgów Górnego Śląska. W wyniku tego głosowania miasto pozostało po stronie niemieckiej. Przyłączono je do Polski w 1945 roku. Później stało się stolicą województwa opolskiego, obejmującego zachodnią część Górnego Śląska. Od 1963 roku odbywają się w Opolu coroczne festiwale piosenki polskiej. Ich miejscem jest amfiteatr zbudowany na wyspie Pasieka, w sąsiedztwie Wieży Piastowskiej, w rejonie dawnego grodu i zamku na Ostrówku. Obok amfiteatru powstało w 2007 roku Muzeum Polskiej Piosenki. 324


Z

Olsztyn, Zamek Olsztyn, tak zwana Wieża Sołtysia

amek Olsztyn jest jedną z największych warowni na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Zbudowali go w drugiej połowie XIII wieku biskupi krakowscy i wtedy zwano go zamkiem Przymiłowice. Później, za czasów Władysława Łokietka, stał się warownią królewską i centrum rozległych dóbr monarszych. Rozbudował go król Kazimierz Wielki i to za jego czasów zamek zaczęto określać jako Olsztyn. Nazwa wywodziła się z niemieckiego słowa „hohlenstein”, co oznacza wydrążoną skałę. Faktycznie, pod powierzchnią dzisiejszego górnego zamku, mieści się wielka jaskinia zamkowa, w której niegdyś przechowywano wino i inne produkty spożywcze. Najstarszy zamek składał się z okrągłej wieży i domu mieszkalnego, otoczonych murem obronnym. Mieścił się na skale, w najwyższej części wzgórza zamkowego. W budynku mieszkalnym (czyli domu pańskim) rezydowali starostowie olsztyńscy, a czasem sam król z dworem, jeśli akurat wizytował swoje 325


dobra. Później pomiędzy wieżą a domem pańskim zbudowano kaplicę, a obok wykuto w skale cysternę na wodę. Okrągła wieża była nie tylko budowlą obronną i punktem obserwacyjnym, ale też więzieniem. To w jej kazamatach umarł śmiercią głodową Maciek Borkowic, wojewoda poznański, uwięziony przez króla Kazimierza Wielkiego za knowania i spiski przeciwko Królestwu. Zapewnienie dostępu do wody było Olsztyn, Zamek Olsztyn, wielkim wyzwaniem dla budowniczych wieża okrągła zamków wyżynnych i górskich. Woda była wszak niezbędna dla życia obrońców i codziennego funkcjonowania warowni. Dlatego budowano cysterny, gromadzące wody z opadów atmosferycznych, uzupełniane wodą dowożoną w beczkach wozami. Kuto też w skałach głębokie studnie, które miały zapewnić dostęp do wody niezależny od warunków atmosferycznych. Taką właśnie studnię wykuto w skale na zamku Olsztyn, a sięgać ona miała podziemnej rzeki przepływającej pod zamkiem, dzięki czemu wody w niej nigdy nie brakowało. Już w czasach króla Władysława Jagiełły studnia ta zapewniała dostatek wody w warowni. Zamek był w tym czasie nie tylko warownią, która zapewniała bezpieczeństwo państwa na granicy śląskiej, ale też zawiadywał rozległym kluczem dóbr królewskich, tak zwanego starostwa olsztyńskiego, zbierał należne daniny od wsi i miast starościńskich, utrzymywał załogę zbrojną, gotową do walki w obronie Królestwa. Największy swój rozkwit zamek Olsztyn przeżywał w XVI wieku, za czasów starostów Mikołaja Szydłowieckiego i Piotra Opalińskiego, którzy uczynili 326


Olsztyn, Betlejemowo pod strzechą Jana Wiewióra

Olsztyn, galeria strachów jurajskich w Chacie na Zakolu Stanisława Brzezina Kałkusa

327


zeń wspaniałą rezydencję. W 1587 roku zamek stawił czoła najazdowi wojsk austriackiego arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, a obroną dowodził wówczas Kacper Karliński, który dziś ma w Olsztynie ulicę swego imienia. Piękna legenda mówi, że wojska Maksymiliana użyły jako żywej tarczy małego synka Karlińskiego, ten jednak nie ugiął się i obronił zamek, poświęcając życie swojego syna. W Olsztynie można poza tym obejrzeć „Jurajskie Betlejemowo”, wielką szopkę Jana Wiewióra, a także autorską galerię strachów na wróble Stanisława Brzeziny Kałkusa w starej Chacie na Zakolu.

S

ylweta zamku Ogrodzieniec jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych pośród polskich warowni historycznych. Któżby nie znał tych wyniosłych ścian zamku górnego, z gankami wokół dziedzińca, tej wieży najeżonej blankami, kamiennego mostu wiodącego do rezydencji pańskiej… Któżby nie znał tych murów obronnych, rozpiętych między skałami o najdziwniejszych kształtach, z których najbardziej znane to Trzy Siostry, Sfinks i Korkociąg. Najstarszą warownię wzniesiono w XIV wieku, za czasów króla Kazimierza Wielkiego, w pobliżu dawnego, już wówczas zniszczonego grodu z czasów księcia Bolesława Krzywoustego. Później król Jagiełło oddał zamek Włodkowi z Charbinowic herbu Sulima, swojemu bliskiemu współpracownikowi, podczaszemu krakowskiemu. Od tego czasu Ogrodzieniec często zmieniał właścicieli. Największy rozkwit warownia przeżywała za czasów Seweryna Bonera, burgrabiego krakowskiego i „bankiera” króla Zygmunta Starego. W pierwszej połowie XVI wieku przebudował on zamek w stylu renesansowym i znacznie go rozbudował. Wspaniałością miał on dorównywać rezydencji królewskiej na Wawelu. W 1587 roku zamek 328


Podzamcze, Zamek Ogrodzieniec, widok na zamek wysoki

został szturmem zdobyty przez wojska austriackiego arcyksięcia Maksymiliana Habsburga, wracające po nieudanym oblężeniu Krakowa. Zamek został też mocno zniszczony w czasie wojen szwedzkich w połowie XVII wieku i od tego czasu zaczął popadać w ruinę. Próbował go z niej podnieść kasztelan krakowski Stanisław Warszycki, człowiek znany z silnej woli i gospodarności, ale też wielkiego okrucieństwa wobec poddanych. Do dzisiaj krążą po zamku legendy o bajecznych skarbach kasztelana, ukrytych w Ogrodzieńcu lub w drugiej jego twierdzy – Dankowie. Jego potępiona dusza ma ich strzec pod postacią czarnego psa. Zaradność i bogactwa kasztelana nie pomogły jednak na długo i w ciągu XVIII wieku zamek stał się ruiną, jedną z największych i najbardziej efektownych w całej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Ta romantyczna, otoczona legendami ruina pięknie zapisała się w historii polskiej turystyki. W 1885 roku zwiedzał ją Aleksander Janowski, dziennikarz i pracownik kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, a jednocześnie 329


Podzamcze, Zamek Ogrodzieniec, tak zwana baszta kredencerska

pionier polskiej patriotycznej turystyki, tak ważnej w kraju, który był w tym czasie podzielony granicami zaborów. Wrażenia jakie wyniósł z Ogrodzieńca były silne i pod ich wpływem Janowski wpadł na pomysł założenia organizacji turystycznej, która pielęgnowałaby i upowszechniała wiedzę o wielkiej przeszłości Polski, głównie wśród młodzieży, poprzez wędrówki po widomych śladach tej przeszłości – wspaniałych zabytkach. Myśl ta zaowocoPodzamcze, Zamek Ogrodzieniec, wała w 1906 roku, kiedy założono Polskie brama zamku wysokiego Towarzystwo Krajoznawcze. A po latach na murach Ogrodzieńca zawisła stosowna tablica, przypominająca postać Aleksandra Janowskiego. 330


M

Częstochowa, kościół Św. Zygmunta

iasto Częstochowa powstało na terenie ówczesnego starostwa olsztyńskiego w XIV wieku, z inicjatywy Kazimierza Wielkiego lub Władysława II Opolczyka. Wytyczono je obok starszej osady zwanej Częstochówką (Stara Częstochowa), położonej u podnóża Jasnej Góry. W początkach XIX wieku miasto połączono ulicą Panny Marii z terenem dawnej Starej Częstochowy i klasztorem jasnogórskim. W ostatnich latach na rynku lokacyjnego miasta, znajdującym się w pobliżu kościoła świętego Zygmunta, odkryto relikty okazałego murowanego ratusza. Obecna zabudowa wokółrynkowa pochodzi przeważnie z XIX wieku. Również reprezentacyjna Aleja Najświętszej Marii Panny zabudowana została w ciągu XIX wieku. W jej środku znajduje się szeroki trakt pieszy, którym wędrują do jasnogórskiego sanktuarium pielgrzymi. Możliwe jest, że w czasach Kazimierza Wielkiego istniał na Jasnej Górze zamek, pełniący funkcję tak zwanej stacji królewskiej. 331


Częstochowa, Aleja Najświętszej Maryi Panny

Najbardziej znanym zabytkiem Częstochowy jest klasztor paulinów i sanktuarium maryjne na Jasnej Górze. Klasztor założył i uposażył w 1382 roku książę Władysław Opolczyk, który sprowadził zakonników z Węgier. Podarował im też wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem, być może przywieziony z Rusi, według legendy malowany ręką świętego Łukasza Ewangelisty. Obraz wkrótce zasłynął cudami i uczynił z Jasnej Góry jedno z największych, a od XVII wieku największe sanktuarium na ziemiach polskich, określane od dawna mianem duchowej stolicy Polski. Obwarowania ceglane z potężnymi bastionami otoczyły klasztor i sanktuarium w pierwszej połowie XVII wieku. Wzniesiono je z inicjatywy Zygmunta III Wazy i Władysława IV. Spełniły one swoją rolę w 1655 roku, w czasie tak zwanego potopu, kiedy odparto ataki wojsk szwedzkich.

332


Czฤ™stochowa, Klasztor Paulinรณw na Jasnej Gรณrze

333


W tekście zamieszczono cytaty i fragmenty następujących dzieł: Stefan Żeromski, Ludzie bezdomni Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, przekład polski Edmund Chojecki, 1847, www.eBook.pl cytaty i fragmenty piosenek zespołu Dżem – www.dzem.com.pl :

Sen o Victorii, muzyka Paweł Berger, słowa Ryszard Riedel List do M., muzyka Benedykt Otręba, słowa Dorota Zawiesienko, Ryszard Riedel Wehikuł czasu, muzyka Adam Otręba, słowa Ryszard Riedel Blues Alabama, muzyka Dżem, słowa Kazimierz Gołaś fragmenty wierszy, do których muzykę skomponował Czesław Niemen: Cyprian Kamil Norwid, Bema pamięci żałobny rapsod Cyprian Kamil Norwid, Marionetki Cyprian Kamil Norwid, Moja ojczyzna


Dr Czesław Hadamik jest archeologiem, absolwentem Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, badaczem i dokumentalistą zabytków, autorem wielu książek i artykułów naukowych i popularnonaukowych z zakresu archeologii, historii i historii architektury. Pisze również dla młodych pasjonatów historii i archeologii opowiadania, które zachęcają do sięgnięcia w głąb skarbnicy wiedzy o dziejach i kulturze naszego kraju. Grzegorz Chorążek jest grafikiem, rysownikiem, ilustratorem, absolwentem Wydziału Grafiki Warsztatowej Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Od wielu lat zajmuje się głównie plakatem i malarstwem sztalugowym. Sławny archeolog pan Szpachelka oraz Wojtuś, mały mądrala i chłopiec, który lubi zaglądać w różne czasy i miejsca, przeżyli już niejedną przygodę, czy to na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, czy na Łysej Górze i w innych miejscach województwa świętokrzyskiego. Tym razem niezwykli badacze przeszłości zapraszają na podróż po wydarzeniach rozgrywających się na przestrzeni siedmiu wieków w Kielcach, Chęcinach, Ogrodzieńcu, Katowicach, Tychach, Opolu, jurajskim Olsztynie oraz Częstochowie. Opowiadania przeniosą czytelnika w czasy odległe i całkiem bliskie, w miejsca powszechnie znane i zapomniane, przypomną też ludzi i wydarzenia polskiej historii i kultury od XIV do XX wieku. Opowiadania zebrane w tomie to kontynuacja przygód pana Szpachelki i Wojtusia, opisanych w książkach „Pan Szpachelka i zamczyska Jury”, Kielce 2016, oraz „Świętokrzyskie Pomniki Historii. Pan Szpachelka i podróż przez sześć żywiołów”, Kielce 2017.

Profile for Józef Mackiewicz

Pan Szpachelka i zagadki historii, czyli szalona podróż przez siedem wieków  

Advertisement
Advertisement

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded

Recommendations could not be loaded