Page 1


WYDAWNICTWO ZNAK

. KRAKÓW 2009


Przeszukałam kieszenie i wyjęłam garść dziesięcioi pięćdziesięciogroszówek, ale uskładałam z nich jedynie dwa złote. Wrzuciłam to na szklaną popielniczkę, która służyła za talerzyk na drobne, i ścigana złorzeczeniami bezpłciowej twarzy wyleciałam z łazienki prosto na schody na peron. W idealnym momencie wskoczyłam do ostatniego wagonu na sekundę przed zamknięciem drzwi. Zajrzałam do przedziału, łypiąc nerwowo dookoła. Na szczęście Huberta nie było w środku – widocznie jechał pierwszą klasą. Uff, chwila na zebranie myśli. Byłoby zdecydowanie łatwiej, gdybym nie musiała wpatrywać się w dwa gładko ogolone oblicza, w które nie wpatrywać się nie sposób z uwagi na ograniczoną przestrzeń przedziału. Zanim dojechaliśmy do Tunelu, znałam już na pamięć wszelkie możliwe wersje notowań giełdowych i mogłam deklamować na wspak ich komentarze – normalnie czy od tyłu, i tak wszystko jedno, bo za każdym razem brzmiały irracjonalnie. Tak niestety kończą hurtownicy skarpet z lat dziewięćdziesiątych. Dogłębna znajomość tematu wywołała we mnie gwałtowną potrzebę udania się do wagonu restauracyjnego. Nie ma to jak niepowtarzalny aromat brunatnej brei zwanej kawą z Warsu. Tam przynamniej nie usłyszę o WIG20 czy o dał dżons... To akurat nie było na wspak, ale w sumie żadna różnica. Za kontuarem obłożonym marsami, snickersami i grzesiami stał pan o tak napuchniętym obliczu, że przez chwilę pomyślałam, że padłam ofiarą napadu na wagon restauracyjny, a ktoś przed chwilą obił mordę wszystkim pracownikom. Zza zasłonki, która wielce przypominała mi prysznicową, i to taką z krakowskiego akademika, wychylała się bowiem równie napuchnięta twarz pani. Kiedy pan przywitał mnie chrypiącym: 123


Czym mogę służyć?, zagadka rozwiązała się sama. To, że w Warsie nie można obecnie sprzedawać alkoholu, doprawdy nie oznacza, że nie można go tam konsumować. Odsunęłam się na bezpieczną odległość, która powinna zneutralizować lekko sfermentowane wyziewy, i zażyczyłam sobie kawy. Białej. Zasłonka zaszeleściła i czerwona dłoń o obgryzionych paznokciach podała panu styropianowy kubeczek pełny... Na pewno pełny, ale zawartości to już nie byłam taka pewna. Zapłaciłam za to tyle, ile za naprawdę dobrą kawę na Kazimierzu, i zasiadłam przy stoliku tyłem do baru. Czekały mnie jeszcze dwie godziny podróży, a szok estetyczny i węchowy może źle wpłynąć na moje zdrowie psychiczne. Mogłam przynajmniej w spokoju pokontemplować PKP. Doceniam tę firmę za jedną rzecz – zawsze potrafi człowieka zaskoczyć. A to naprawdę trudne w dzisiejszym świecie, gdzie wszystko niby chodzi jak w zegarku, standardy są wyśrubowane, a od krzywego uśmiechu klienta zależy los całych spółek. Pociągami znów aż tak często nie jeżdżę, nie mam skłonności samobójczych, ale za każdym razem, kiedy wsiadam do wagonu, jestem przekonana, że coś na Boga musiało się tu zmienić od ostatniego razu. Że wreszcie wchodząc do łazienki w ekspresie, człowiek nie będzie musiał brodzić w czymś, nad czym naprawdę woli się nie zastanawiać. Że nie przyklei się do siedzenia w przedziale. Że światło będzie działało i że podczas tych trzech godzin nie zeschnie się na wiór ani nie skurczą mu się z zimna jajniki. I co podróż, to zaskoczenie! Kawa rozpuszczalna zaplątała mi się między zębami, więc dyskretnie próbowałam się tego pozbyć, unikając przy tym kontaktu wzrokowego, bo że to kiedyś miało oczy, nie ulegało wątpliwości. Zanur124


kowałam pod stół i wyjęłam z torebki lusterko. Zęby były już OK , gorzej, że właśnie zauważyłam w odbicu Huberta stojącego przy barze. Niech to szlag! Może jednak wróci do swojej pierwszej klasy, nie wygląda mi na masochistę, trudno czerpać jakąkolwiek przyjemność z siedzenia w Warsie, no chyba że jedzie się drugą klasą. Zamknęłam oczy, wstrzymałam oddech i powtarzałam w myślach: wróć do siebie, wróć do siebie... – O, znowu się spotykamy! Kurwa. K u r w a. – Jajecznica! – Huknęło zza kontuaru. – To pewnie moja, wezmę i przysiądę się do pani, jeśli oczywiście mogę. – Posłał mi samczy uśmiech numer jeden: jestem boski, jestem boski, ach, jaki jestem boski. Teraz byłam już pewna, że w aktówce ma zestaw służbowych kondomów. Przynajmniej Magdzie nie grożą nieoczekiwane prezenciki z podróży, ale na wszelki wypadek powiem jej, żeby przeszukała jego teczkę. Nie zdążyłam nawet kiwnąć głową ani tym bardziej uciec z wagonu, a on już wrócił z czymś rozwleczonym na talerzu. Spod białego gluta trzęsącego się w rytm kół wyłonił się niebieski napis Społem, a mój żołądek drgnął. Kawałek szczypiorku utkwił między dwiema żółtymi bryłkami, które powolnie, acz nieubłaganie sunęły w stronę krawędzi talerza. Usiłowałam nie patrzeć w ich stronę, ale do wyboru miałam tylko przesuwające się pola za oknem i utytłane jajecznicą wargi gościa siedzącego tuż przede mną. Blisko. Zbyt blisko. Jeszcze chwila, a zakończy się to równie dramatycznie jak... – Dzień dobry, bileciki poproszę. Alleluja! Zerwałam się od stolika, tłumacząc, że zostawiłam swój bilet w przedziale. Konduktor mi oczywiście 125


nie uwierzył, i słusznie, bo miałam go w kieszeni. Wróciłam więc grzecznie z obstawą do przedziału, gdzie wyjęłam bilecik i wręczyłam go wkurwionemu konduktorowi. Biznesmeni przestali wreszcie gadać i teraz siedzieli z nosami w gazetkach, więc zaszyłam się w kącie i na wszelki wypadek zaciągnęłam w drzwiach zasłonkę. Oczywiście była dziurawa. Kolejne zaskoczenie... Kiedy dojechaliśmy do Centralnej, stanęłam przy drzwiach, blokując drogę moim współpasażerom. Dopiero jak zobaczyłam Huberta na ruchomych schodach, ruszyłam za nim w bezpiecznej odległości. Na szczęście nie oglądał się. Obawiałam się, że wsiądzie do taksówki i zniknie mi gdzieś w warszawskim korku, ale Magda zapewniała, że unika samochodów – podobno jak tylko znajdzie się na siedzeniu pasażera, dostaje mdłości. Z tramwajami i autobusami jakoś bym sobie poradziła, ale on miłosiernie wybrał spacer. Po kwadransie błądzenia wśród krętych uliczek stanął przed knajpą sushi, a ja ulokowałam się po drugiej stronie ulicy, skąd przyglądałam mu się w wystawie wypaśnego sklepu jubilerskiego. Z knajpy wyszła brunetka w krwistoczerwonym płaszczu i wylewnie się z nim przywitała. Aha, wiedziałam! Po sekundzie wyszła następna kobieta, dziwnym trafem też brunetka, ale przynajmniej ta nie była odziana w surowy befsztyk. Zniknęli w trójkę we wnętrzu restauracji i – Bogu niech będą dzięki – zajęli stolik przy samym oknie. Miałam ich jak na dłoni, nawet nie trzeba było zmieniać obiektywu. Sęk w tym, że nie było również potrzeby robienia zdjęć, to znaczy i tak pstryknęłam kilka fotek dla Magdy, ale nic się nie wydarzyło. Do naszej trójki dołączyło jeszcze dwóch mężczyzn z aktówkami w ręku i obiadek zamienił się rzeczywiście w spotkanie służ126


bowe. Dokumenty krążyły między talerzami, dyskusja musiała być żywiołowa, bo panowie ostro gestykulowali, a brunetka trzy razy wstawała od stołu i z komórką przy uchu wychodziła za zewnątrz. Wreszcie doszli do porozumienia, każdy z nich złożył swój podpis, potem dokumenty wylądowały w trzech teczkach, a po uścisku dłoni towarzystwo się rozeszło. Zdaje się, że to Hubert był gospodarzem, bo to on regulował rachunek. Wyjęłam telefon, żeby zadzwonić do mojej zleceniodawczyni i ją uspokoić – wiesz co, twój narzeczony to jednak nie kawał chuja, tylko sprawia takie wrażenie – ale kiedy szukałam jej numeru i na moment spuściłam z oka knajpę, zaliczyłam trzecią wpadkę tego dnia. Jednocześnie usłyszałam głos Magdy i zobaczyłam Huberta idącego w moją stronę. – Kochanie? Znalazłam ten sklep, o którym mi mówiłeś. Uhm. Tak, dokładnie ten. To co, na pewno mam sobie sama wybrać pierścionek? Cena nie gra roli? Jesteś pewien? No cóż, zobaczymy, co powiesz, jak już sobie coś wybiorę. Tak, ja ciebie też. Tę ostatnią część niemal wykrzyczałam do oniemiałej ze zdziwienia Magdy, ale jako że przeznaczona była dla uszu Huberta, nie mógł jej przegapić. I nie przegapił. Podszedł z szerokim uśmiechem na twarzy, usprawiedliwiając się, że usłyszał przypadkiem moją rozmowę, że oczywiście przeprasza za to podsłuchiwanie, ale tak się składa, że on też szukał dokładnie tego samego sklepu, bo zamierza kupić pierścionek dla ukochanej osoby. Dla ukochanej osoby. Dlaczego nie powiedział po prostu – dla ukochanej? To po pierwsze, a po drugie, który facet mówi na swoją narzeczoną „osoba”? No właśnie. Weszliśmy razem do sklepu i jak tylko skupił się na najdroższej gablocie, zaczęła 127


wokół niego orbitować panna o wyjątkowo lśniącym uśmiechu. Jezu, czym ona sobie poleruje te zęby? Uśmiech zalśnił jeszcze mocniej w pytaniu, czy może w czymś pomóc, może doradzić w doborze prezentu dla szczęśliwej pani. Jak tylko wyszło na jaw, że nie jestem szczęśliwą panią, uśmiech nas oślepił i w oszałamiającym tempie zaczął prezentować pierścionki ze szmaragdami. Mnie oszołomiły już same ceny, więc uznałam, że najwyższy czas na ulotnienie się. Wybrałam pierwszy lepszy pierścionek i poprosiłam o zapisanie namiarów, żeby „mój narzeczony mógł osobiście po niego przyjechać”, machnęłam ręką na pożegnanie Hubertowi i czym prędzej opuściłam jubilera. Postanowiłam zaczekać na niego za rogiem. Teraz już nie mogłam pozwolić sobie na kolejną wpadkę, bo z pewnością zacząłby coś podejrzewać, a ja straciłabym wiarygodność jako prowadząca zajęcia z fotografii rozwodowej. Jeszcze chwila, a tu zakwitnę, pomyślałam z irytacją kwadrans później. Wpuścić faceta do sklepu z biżuterią i się zaczyna... Na szczęście w tym samym momencie musiał dokonać wyboru, bo za szybą pannie wreszcie ugięły się kolanka, a Hubert wyjął kartę płatniczą. Wkładając beztrosko etui z pierścionkiem do kieszeni płaszcza, wyszedł na ulicę i rozejrzał się. Czyżby taksówka i powrót na dworzec? Byłoby wspaniale, bo z chęcią wróciłabym już do domu. Najbliższy pociąg do Krakowa miałam za jakieś trzydzieści minut, zdążyłabym nawet z palcem w... O cholera. On nie czekał na taksówkę. On czekał na... – Marzena? Sytuacja alarmowa! – Domyślam się, bo inaczej byś mnie nie budziła w niedzielny poranek – wymamrotała zaspanym głosem do telefonu. 128


– Jaki poranek? Jest po czternastej! – No właśnie o tym... – Reszta zaginęła w rozdzierającym ziewnięciu. – Marzena! Obudź się! Jestem w Warszawie w związku z Hubertem, pamiętasz? Okazało się, że on nie zdradza swojej narzeczonej z innymi kobietami! On ją zdradza z facetami!!! – Z iloma naraz? – zapytała dość trzeźwo jak na dopiero co wyrzuconą z łóżka. – W tym momencie? Z jednym. Właśnie się z nim czule obściskuje w kawiarni. I przed chwilą dał mu pierścionek, który kupił w najdroższym sklepie jubilerskim. – Skąd wiesz, że najdroższym? – Teraz już była całkowicie przytomna, w stanie pełnej gotowości. – A na jakiej ulicy? – Boże, nie wiem, nie pamiętam, nie zwróciłam uwagi. To nieważne. Ważne jest to, że on się właśnie oświadczył jakiemuś wypomadowanemu gościowi, który rzucił mu się z radości na szyję! I jak ja to powiem Magdzie?! – Jak to jak? Normalnie. – Niemal usłyszałam, jak wzrusza ramionami. Jasne, po prostu jej powiem: No cóż, bywa, twój ukochany mężczyzna właśnie zaręczył się z pewnym dość przystojnym gościem, ale nie przejmuj się, związków homoseksualnych wciąż nie można zalegalizować w tym kraju, więc luzik. Możesz sobie za niego wychodzić, ile wlezie. Marzena usłyszała ciszę po mojej stronie telefonu, więc przewróciła oczami (zawsze to robi, nawet kiedy tego nie mogę zobaczyć) i jęknęła: – No dobra, ty rób zdjęcia, a ja jej to powiem. Układ wydawał się uczciwy. Zrobiłam kilkanaście zbliżeń ich roześmianych, wpatrzonych w siebie twarzy i czułych 129


przytulanek. Za taki materiał od razu zatrudniliby mnie w „Fakcie” albo w „Naszym Dzienniku”. Miałam to, po co przyjechałam, a na samą myśl, że miałabym iść za nimi do hotelu, robiło mi się słabo, więc zgarnęłam z ulicy taksówkę i w ostatniej chwili wpadłam na peron. Byłam rozdrażniona zachowaniem Huberta, byłam rozdrażniona zachowaniem gadającego jak katarynka taksówkarza, byłam rozdrażniona zachowaniem całej męskiej populacji. Facet nie facet, gej nie gej, ale żeby oszukiwać kobietę... Wstydu nie mają! Oczywiście nie zdążyłam kupić biletu, bo w kolejce do kasy stali sami faceci. A kto siedział w okienku? No oczywiście że facet! Cola, którą kupiłam w jednym ze sklepików dworcowych, okazała się ciepła i odgazowana. Nic dziwnego – obsługiwał mnie kolejny zdradliwy, leniwy samiec! Jezu, oni są wszędzie. Pełno ich jak psów. Na peronie było już pusto. Cały niedzielny tłum kłębił się w pociągu. W pociągu do Krakowa. Kurwa, czy ci warszawiacy to już nie mogą jeździć sobie gdzie indziej? Do Gdańska na przykład? Tam jest zdrowsze powietrze. Przeszłam wszystkie cztery wagony, z czego pierwszy miał numer dwanaście, a ostatni dwa. Cóż, wszystkie miejsca w przedziałach zajęte. Podobnie jak na korytarzu. Zdusiłam w sobie przekleństwo i wróciłam do Warsu, w którym było jeszcze kilka wolnych stołków, kiedy wcześniej przechodziłam... Cóż, pewnie to była fatakurwamorgana, bo teraz siedzieli tam sami faceci. W garniturkach, dresach, z laptopami i z dodatkiem sportowym, w adidasach i wypolerowanych mokasynach, grzebiący w teczkach ze skóry, w uszach i w... Cały przegląd męskiej populacji w jednym smętnym wagonie Warsu, w którym obsługiwał oczywiście gość. Z opuchniętą twarzą, ale co ciekawe, nie był to 130


wcale ten z porannego pociągu. Kupiłam kawę – ale halo chwileczkę ja prosiłam o kawę a pan mi tu daje jakiś rozbełtany nawóz sztuczny; co się pani tak awanturuje? kawa miała być to i kawę pani dostała a niby co innego stoi napisane w menu? kawa to kawa a jak pani nie pasuje to se pani może w Starbaksie inną kupić – i stanęłam smętnie pod oknem. Z którego wiało jak cholera. Ale lepsze to niż wyziewy trawionej kiełbachy, która również stała napisana w menu. W dodatku zapłaciłam za bilet z miejscówką. I to już po tym, jak konduktor orzekł, że jak mi się nie podobają zasady PKP, to mogą mnie wysadzić na najbliższej stacji z mandatem. Ależ proszę bardzo, kolejna stacja to Kraków Główny, a mandat niewiele droższy od biletu z miejscówką. Ale zacisnęłam zęby i zapłaciłam. Co będę gadać z facetem? Po koszmarnej podróży wytoczyłam się jak pijana z wagonu i odetchnęłam swojskim smrodliwym powietrzem krakowskiego dworca. Było grubo po osiemnastej, bo oczywiście ekspres, jak to wszystkie ekspresy, miał opóźnienie, a ja czułam jedynie gwałtowną potrzebę wyciągnięcia się we własnym łóżku. I się wyciągnęłam, ale dopiero po dwóch godzinach, gdyż po drodze zboczyłam na Zamenhofa, gdzie czekała już na mnie Marzena. Miałyśmy obgadać kwestię niedoszłego narzeczonego Magdy, ale po pierwszej butelce zaczęłyśmy analizować sobotnie zajęcia. Jej część była ciekawsza, chyba sama powinnam na nią chodzić, przynajmniej nauczę się, jak uchronić się przed męską manipulacją i krętactwem. I, co przydatniejsze, jak manipulować i krętaczyć z pożytkiem dla siebie, a z uszczerbkiem dla niego. Marzena była w tym niezła, lata doświadczeń w ekstremalnych warunkach małżeńskich uczyniły z niej 131


mistrzynię w kontaktach damsko-męskich, ale nie była zbyt zadowolona z ostatnich zajęć. – Nie rozumiem ich – pokręciła głową, rozlewając nam wino z kolejnej butelki. – Przyszły na nasz kurs, bo mają jakieś podejrzenia wobec swoich mężczyzn, ale kiedy opisujesz im najprostsze sytuacje i wyjaśniasz ich sens, zaprzeczają i mówią: nie, nie on, te kwiaty bez okazji to tylko prezent-niespodzianka. A podejrzana czułość po kilku wieczornych posiedzeniach w pracy? To przecież normalne. Klasyczne wyparcie, też tak miałam. – Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. – W podstawówce – dodała – potem już zmądrzałam. No cóż, mam nadzieję, że za tydzień będą już mówić co innego, bo kazałam im bacznie ich obserwować. Będziemy interpretować każde odstające od normy męskie zachowanie i trochę poćwiczymy w zakresie wpływania na ich wolę. Stara dobra sztuka kobieca. Dobrze, że Ewka nie prowadzi tych zajęć, pomyślałam, czekając przed winiarnią na taksówkę. Zmęczenie i lekkie zużycie organizmu dawało mi się już we znaki, marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie znaleźć się w domu. Z Juanitą czy bez, wszystko jedno. A jednak nie wszystko jedno, o czym przekonałam się, kiedy już tam dotarłam, bo niedzielny wieczór ciotka José postanowiła uczcić czymś w rodzaju rodzinnej kolacji. Już na schodach poczułam dziwny zapach, który wykręcił mi spazmatycznie żołądek. Przystanęłam na półpiętrze, nagle zgasło światło i klatka pogrążyła się w mroku. Oparłam się więc o ścianę, żeby chwilę odpocząć, zanim wkroczę w piekielny krąg własnego mieszkania. Wtedy usłyszałam cichutkie skrzypnięcie drzwi, podniosłam głowę i w wąskiej smudze światła ujrzałam sąsiadkę, która na 132


paluszkach podeszła pod moje drzwi i przyłożyła do nich ucho. Lekkie znieczulenie wpłynęło zdecydowanie kojąco na moją reakcję i zamiast wydrzeć się na nią i wyzwać od ostatnich mend (jakbym to w ogóle kiedykolwiek zrobiła... Niestety, zawsze kiedy już stoję przed nią albo za nią i wzbiera we mnie gula sąsiedzkiej życzliwości, poczucie solidarności kobiecej nie pozwala mi na ekspresję), zaczęłam chichotać. Zasłoniłam usta ręką, bo nie chciałam jej zbyt szybko spłoszyć, ale i tak wyrwało mi się gwałtowne parsknięcie. Megiera odskoczyła od drzwi, zaczepiając nieszczęśliwie kapciem o moją wycieraczkę i poleciała na ścianę, przy okazji zapalając przez przypadek światło. Wyraz przestrachu na jej twarzy momentalnie zamienił się w oburzenie, kiedy tylko zauważyła, jak chichoczę na półpiętrze. – A co to ma znaczyć? – Zagrzmiała z głębi potężnej piersi. – Co to za straszenie porządnych ludzi na korytarzu? I w ogóle co pani tu robi po ciemku? Kiedy dotarła do frazy „porządnych ludzi”, nie wytrzymałam i wybuchnęłam głośnym śmiechem. Zaśmiewałam się do łez, chichotałam, parskałam, kwiczałam, a jak już mi przechodziło i powoli się uspokajałam, wszystko nagle zaczynało się od nowa. Megiera przyglądała mi się podejrzanym wzrokiem, zapewne do swego repertuaru codziennych sąsiedzkich konwersacji dołączy głośne podejrzenie, że ktoś tu popala nielegalne środki – i ta myśl rozbawiła mnie od nowa. Wreszcie się uspokoiłam, otarłam kąciki oczu i ociekającym słodyczą głosem powiedziałam: – Ależ witam serdecznie moją ulubioną sąsiadkę! – I ruszyłam powoli na górę. Megiera cofnęła się gwałtownie do swoich drzwi i stanęła w progu. Założyła ręce i oparła się biodrem o framugę, 133


nie zdziwiłabym się, gdyby też podniosła nogę, obsikała wycieraczkę i wyszczerzyła na mnie kły. – Ja tu spokojnie podlewam kwiaty na korytarzu, a pani mnie straszy. – Wyciągnęła w moją stronę oskarżycielski palec i dźgała nim powietrze. Znów zgasło światło, ale żadna z nas nawet nie drgnęła. Wolałyśmy nie odwracać się do siebie plecami, nawet w ciemnościach. Na szczęście wtedy otworzyły się moje drzwi i wychyliła się z nich głowa Juanity. Megiera na jej widok momentalnie spokorniała, zaczęła przestępować z nogi na nogę i pochrząkiwać cicho pod nosem. Wreszcie dygnęła przed nią jak uczennica i zniknęła w głębi mieszkania, zamykając za sobą cichutko drzwi. Ciotka groźnie na mnie spojrzała i wyciągnęła w moim kierunku żółtą karteczkę. Oho, zaczyna się. W świetle rachitycznej żarówki odczytałam słowa: „tu przecież nie ma kwiatów!”. Yyy? Spojrzała mi przez ramię, zabrała kartkę i wręczyła inną: „miałaś być wcześniej!”, a tamtą przykleiła do judasza sąsiadki. Rany, ciotce coraz lepiej wchodzi polska gramatyka! Jeszcze jeden tydzień, a będzie znała ją lepiej niż José. Jeszcze jeden tydzień – właśnie wtedy dotarło do mnie, że już w następny wtorek pożegnamy ją czule na lotnisku, i roztkliwiłam się. Zerknęłam jeszcze na karteczkę przeznaczoną dla megiery i poczułam, że być może kiedyś będę w stanie polubić Toreadora. Ale jak tylko weszłam do mieszkania i w przedpokoju fetor niemal rzucił mnie na kolana, rozmyśliłam się. José siedział jak zahipnotyzowany przy stole przed wielkim półmiskiem parującego kociego kupska, a przynajmniej czegoś, co do złudzenia wyglądało jak kocie kupsko. Winne znieczu134


lenie poprawiające mój nastrój nagle się ulotniło, bo jednym okiem ujrzałam w zlewie dwa brudne talerze i pusty gar na kuchence, a drugim leżący na stole obok półmiska widelec. Mój ulubiony widelec. I wtedy zrozumiałam. To kocie kupsko czekało n a m n i e. Juanita ugotowała kolację, na którą się spóźniłam... Oni już zjedli. To coś strasznego na stole n a p r a w d ę czekało na mnie. Pomyślałam o kwiatach megiery na korytarzu, może trzeba je podlać...? Minęła chyba wieczność, zanim usiadłam przy stole. Niestety, mój plan zmęczenia ciotki nie zdał egzaminu – czekała wytrwale, znacząco spoglądając na zegarek i postukiwała z wyrzutem palcami o blat. Liczyłam, że jeśli choć na moment wyjdzie z kuchni, oddam to coś na pożarcie kotu i kundlowi, ale żaden z nich nie pojawiał się na horyzoncie. Pewnie przez ten fetor. José, unikając mojego wzroku, zaczął opowiadać, jak to ciocia wpadła na wspaniały pomysł, żeby zrobić rodzinną kolację, i specjalnie czekała z podaniem posiłku na mój powrót, ale że się spóźniałam, musieli zacząć beze mnie. Wybrała potrawę, którą gotuje się tylko w jej miasteczku i którą José jadał, kiedy jako szczeniak odwiedzał ciotkę. – Bardzo pyszna – wycedził bez przekonania z zaciśniętym gardłem. – Sama spróbuj. I nawet niech ci się nie wydaje, że możesz jej nie spróbować. – Ostatnie zdanie wyszeptał mi do ucha, wstając od stołu. Miałam nadzieję, że odwróci jej uwagę, wyprowadzi z kuchni, żebym mogła wyrzucić to do kosza, za okno, gdziekolwiek. Liczyłam na niego! Ale ten tchórz poszedł do łazienki, skąd podejrzanie długo nie wychodził. Spojrzałam ukradkiem na Juanitę – nie spuszczała ze mnie oka. No dobra, wezmę kęs, zacznę wymiotować i ten koszmar się skończy. 135


Zaatakowałam widelcem breję na półmisku i wstrzymałam oddech. Mmm, całkiem niezłe! Ciotka wyraźnie się ucieszyła, czego domyśliłam się z jej nieco mniej niż zazwyczaj kamiennego spojrzenia, i wreszcie poszła do swojego pokoju. Rzuciłam się gwałtownie do okna, otworzyłam je i wyrzuciłam z rozmachem zawartość talerza. Potem z niewinną miną wsadziłam go do zlewu i podśpiewując pod nosem, udałam się do sypialni. Zwycięstwo! Kastrat mnie obwąchał, pisnął i wyniósł się do przedpokoju, skąd po chwili przyniósł go z powrotem José. – Bardzo ci dziękuję za wsparcie i troskę. Naprawdę doceniam twoją skłonność do poświęcenia się dla rodziny, ale proszę: poświęcaj się sam, mnie w to nie angażuj – rzuciłam zjadliwie. A kiedy otwierał usta, szybko dodałam: – I błagam, nigdy, absolutnie nigdy nie mów mi, co było na tym talerzu. Nie odpowiedział, bo w tej samej chwili ktoś zadzwonił do drzwi. Stawiałam na megierę z doniczką w ręku, ale kiedy José otworzył drzwi, na wycieraczce stał dzielnicowy. A przynamniej to, co wystawało spod kociego kupska, wyglądało na naszego dzielnicowego. – Tym razem nie uniknie pani mandatu za zanieczyszczanie miejsca publicznego – oznajmił z mściwą satysfakcją i wyjął z kieszeni uwalany breją bloczek. Zrobiło mi się go żal, tym bardziej że czekał go niewesoły los, jak tylko moje studentki dobiorą mu się do tyłka. Z niewinną miną podałam mu od razu długopis. Policjant najwyraźniej nie mógł się skupić na pisaniu, rzucał wokół nerwowe spojrzenia i głośno pociągał nosem. O, pewnie stęsknił się bie136


daczek za koteczkiem, może chciałby się przywitać? Kastrat chyba wyczuł to samo, bo wyszedł leniwym krokiem z sypialni i stanął tuż za mną. Ziewnął, a dzielnicowy podskoczył i cofnął się o jeden krok, wypuszczając z ręki długopis. Na klatce zgasło światło, w blasku lampy z naszego przedpokoju policjant wyglądał dość zjawiskowo, co doceniła córka megiery wspinająca się właśnie po schodach. – O Jezusiczku słodki, a tom się przeraziła! Alem głupia, bo przecie podchodzę ja bliżej i widzę, że to nie żadna zjawa, ino nasz kochany pan władza. A czemu to pan taki utytłany w kocim kupsku? No to chyba nie koteczek pani Ady tak pana urządził, co? Toż to boże stworzonko, krzywdy nikomu by nie zrobiło, a jeśli, to nieumyślnie. A to może by pan władza wszedł do nas, sprał to gówienko z siebie, napił się herbaty? No bo tak chodzić po ulicy, to wstydu trzeba nie mieć. No niech pan wejdzie, no na chwileczkę, no przecie nie ugryzę. Dzielnicowy poddał się urokowi córki naszej sąsiadki i rzeczywiście dał jej się zaprosić, a ta, puszczając go przodem, odwróciła się na moment i puściła do mnie oko. Megiera na pewno się ucieszy z takiego materiału na zięcia. José zamknął drzwi i zachichotaliśmy, ale śmiech zamarł nam na ustach, bo w progu pokoju stała Juanita. Ups.


Kolejna ksiÈĝka autorki Wszystkich mÚĝczyzn mojego kota! Ada, krakowska fotografka z wybujaïym temperamentem, musi stawiÊ czoïo jÚdzowatej ciotce swego hiszpañskiego narzeczonego José. ’atwo nie bÚdzie, bo zdaje siÚ, ĝe ukochana cioteczka Juanita ma problemy z atmosferÈ ich domu, póěnymi powrotami, znacznÈ iloĂciÈ wypijanych napojów wyskokowych i ogólnie ze spontanicznym charakterem wybranki bratanka. Nie doĂÊ, ĝe Ada musi broniÊ integralnoĂci swojego zwiÈzku, to jeszcze w jej ĝyciu pojawia siÚ dwóch nieoczekiwanych osobników pïci mÚskiej, z których jeden ma ogon i szczeka, a drugi nosi sukienki. W sytuacji gdy matka siÚ zakochuje, José chowa siÚ przed wïasnÈ ciotkÈ, kot sypia z psem, a przyjacióïki z agencji Bez Jaj uganiajÈ siÚ za pewnym policjantem, zostaje tylko jedno: zaszyÊ siÚ w którymĂ z krakowskich barów i z lampkÈ, a lepiej caïÈ butelkÈ wina przeczekaÊ tÚ burzÚ. A to dopiero poczÈtek… KsiÈĝka zachwyci wszystkie spragnione inteligentnego i zïoĂliwego humoru czytelniczki. ¥wietnie napisana i peïna ciÚtych ripost powieĂÊ to znakomita propozycja na leniwe letnie wieczory. Macios rozprawia siÚ ze schematem czytadïa w sposób bezlitosny, wybierajÈc z niego to, co najlepsze, a resztÚ topiÈc w peïnej wina kadzi. KsiÈĝka pokazuje Kraków, jakiego nie znacie. To miasto potrağ siÚ bawiÊ, a Pieskie ĝycie mojego kota jest tego najlepszym przykïadem. Karolina Macios – po spektakularnym sukcesie debiutanckiej powieĂci Wszyscy mÚĝczyěni mojego kota chciaïa zamieszkaÊ na Hawajach, by tam, w cieniu palm i z drinkiem w dïoni, ĂwiÚtowaÊ sukces. Niestety, jej przywiÈzanie do Krakowa okazaïo siÚ silniejsze. CiÈgle ma nadziejÚ, ĝe uda siÚ jej wyjechaÊ gdzieĂ daleko, gdzie goïÚbie znane sÈ jedynie jako przysmak kulinarny. By nie zapomnieÊ o Hawajach, trzyma w domu leĝak. A kota zmieniï sympatyczny pies o naturze pogodnego wariata.

Cena detal. 29,90 zł ISBN 978-83-240-1189-6

9 788324 011896

Pieskie zycie mojego kota  

Pieskie zycie mojego kota

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you