Page 1

5

Wróciłem do młodego Franza. Właśnie się obudził. Otworzył oczy, znów je zamknął i jęknął. Jego ręka powędrowała do bandaża. Próbował konwulsyjnie go zerwać. Złapałem jego dłoń i mocno przytrzymałem. Odwrócił ku mnie głowę i patrzył, najwyraźniej nie rozumiejąc, gdzie się znajduje i co robi przy nim moja biała postać. Nagle sobie przypomniał. Wyszeptał coś, nie zrozumiałem jego słów, więc zawołałem pielęgniarza, który podszedł natychmiast. – Nie ruszaj się, Franz, jesteś ranny, ale wszystko w porządku. Miał zwyczaj zwracać się do swoich podopiecznych po imieniu. Chciał, żeby dzięki temu zapomnieli o swoim stopniu, mundurze i wojnie. – Gdzie? – W ramię. Nie wspomniał o klatce piersiowej. Ramię to kości, stawy. Klatka piersiowa kryje serce, płuca, życie... –  Nie! – odpowiedział żołnierz, jakby zirytowany pomyłką. – Przecież czuję, że to klatka piersiowa! Gdzie jestem?

21


– W opactwie Casamari. Jesteś tu na leczeniu razem z innymi kolegami. Miałeś szczęście. Tylko odłamki. Jeszcze ich nie usunąłem. Ale nie możesz się ruszać, bo rana znowu może się otworzyć. Pielęgniarz postanowił ukryć przed nim dziurę, którą odkrył w jego ciele. – A tam jak jest, jeszcze się trzymają? – Łączność jest zerwana. To było kłamstwo, które wymyśliliśmy poprzedniego dnia. Zamknął oczy, a twarz wykrzywił mu grymas. – Mój Boże – westchnął. Dałem znak pielęgniarzowi, by mu podał morfinę, ale pokręcił odmownie głową. Trzeba zyskać na czasie, bo wkrótce miała się wyczerpać, zresztą tak samo jak krew do transfuzji. Gdy pielęgniarz odszedł, usiadłem przy łóżku chorego i ująłem go za dłoń, która zaciskała się na pościeli. Młody człowiek popatrzył na mnie. – Jesteś benedyktynem, prawda? – Tak, cystersem. – Jestem katolikiem – wyszeptał. – Mam stryja, który należy do waszego zakonu. Po jego śmierci dowiedzieliśmy się, że ten stryj był przełożonym generalnym zakonu cystersów. Ale przez skromność Franz nam o tym nie powiedział, jakby nie chciał, żeby wyglądało, iż spodziewa się w związku z tym specjalnego traktowania. – Casamari... Podobno wasz kapitularz jest najpiękniejszy we Włoszech! – Faktycznie, tak mówią. – Proszę mi go opisać!

22


– Wkrótce go pan zobaczy. Zejdziemy tam razem, kiedy pana stan się poprawi. Skrzywił się sceptycznie. Trudno go będzie oszukać. Tymczasem, by go czymś zająć, opisałem mu najpierw klasztor, potem krużganki ze sklepieniem kolebkowym, biforia ze strzelistymi kolumienkami, położoną centralnie studnię, zwieńczoną eleganckim ornamentem z kutego żelaza, surową symetrię wielkiej sali kapitularnej, jej dziewięć łuków przedzielonych pilastrami, które otacza po osiem kolumienek złączonych w połowie wysokości kamiennym pierścieniem... Nagle przerwałem, trochę zawstydzony, że dałem ponieść się w obecności tego biednego chłopca dumie, jaką napawa nas architektura naszego opactwa, a którą nasz patron, św. Benedykt, uznałby pewnie za wielką próżność. Ale żołnierz tak się zasłuchał, że chyba zapomniał o swojej ranie. –  Śpimy tam obecnie – powiedziałem. – Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji tak się na nią napatrzeć. – Oddaliście nam swoje dormitorium?! – Tak. Tutaj łatwiej jest się wami opiekować, łóżka są od siebie oddzielone, a nas takie obozowe życie zbliża do siebie! – Taka bliskość to jednak jest wyrzeczenie! – mruknął pod nosem. – I to dla wrogów! –  Naprawdę niewielkie w czasie wojny. I przede wszystkim nie ma tu wrogów, są ranni żołnierze, którym trzeba zapewnić opiekę, i dusze potrzebujące zbawienia. Było za późno, żeby cofnąć te słowa. Po co było od razu mówić o duszach? Te słowa wymknęły mi się, ale

23


młody człowiek nie miał o to do mnie pretensji. Wręcz przeciwnie. – Nasz kapelan został zabity w zeszłym miesiącu. Byłoby mi miło, gdybym mógł z ojcem czasami porozmawiać – powiedział. – Chyba powinienem spróbować zasnąć. Ale proszę wrócić, kiedy będzie to możliwe. –  Przyjdę później i zawsze kiedy będzie pan miał ochotę. Nie musimy rozmawiać o religii. Proszę odpocząć i zawołać, kiedy będzie pan potrzebował środka przeciwbólowego. – Dobrze. Jeszcze trochę wytrzymam. Dziękuję. Zamknął oczy i po regularnym oddechu poznałem, że śpi. Odczekałem jeszcze chwilę, stojąc przy jego łóżku i obserwując dziwne ruchy jego lewej ręki, której palce opadały jeden po drugim na pościel, jakby biegały w górę i w dół po jakiejś nierzeczywistej gamie.

24


6

Noc przebiegła spokojnie. W dormitorium nie słychać było żadnej skargi. Zdjąłem sandały, by nie hałasować, i chodziłem od łóżka do łóżka, nasłuchując, czy gorączkowe oddechy chorych są równomierne. We śnie nie cierpieli, może śnili o pięknych rzeczach. Czuwaliśmy na zmianę, leżąc na polowych łóżkach, w tym czasie pielęgniarze mogli się przespać. Dyżurujący w nocy byli zwolnieni z liturgii godzin, jednak uczestniczyli w niej w ciszy, stojąc na stopniach schodów, które wznosiły się nad prezbiterium. We wszystkich klasztorach naszego zakonu drzwi wychodzące na nawę poprzeczną pozostają otwarte, by chorzy bracia mogli uczestniczyć w modlitwach wspólnoty. Teraz zamykaliśmy je, by psalmy i responsoria docierały do rannych wyciszone i by śpiewy gregoriańskie brzmiały w ich uszach z oddali jak łagodna kołysanka. Niektórzy ranni nabierali sił, zaczynali wstawać, by się trochę oporządzić i skorzystać z łazienki. Dwóch mężczyzn po amputacji nogi ćwiczyło chodzenie, przemierzając całą długość sali o kulach, które wykonał dla nich brat stolarz.

25


Kiedy mogli już zejść bezpiecznie po schodach, prowadziliśmy ich na zmianę do ogrodu i do klasztoru. Byli szczęśliwi, mogąc znowu zobaczyć niebo i drzewa, po zimnej i deszczowej zimie wdychać zapachy wiosny i w końcu wypalić kilka papierosów, które niczym największy skarb przechowali w kieszeni. Nie huczały już bombowce, a ogród na nowo rozbrzmiewał śpiewem ptaków. Niestety, gołąbek pokoju jeszcze nie zagościł na dobre w naszej ojczyźnie. Działy się lub jeszcze miały się zdarzyć potworne rzezie, o czym wkrótce mieliśmy się dowiedzieć. Jeden z rannych, starszy sierżant Hermann, stracił wzrok i nie mógł się z tym pogodzić. Ciągle zrywał opatrunki, przekonany, że zasłaniają mu światło. Uświadomiwszy sobie prawdę, płakał, a łzy płynęły z pustych oczodołów. – No, stary, powiedz sobie, że przynajmniej ocaliłeś skórę i już cię tam nie wyślą! – powiedział mu pielęgniarz, żeby go pocieszyć. Ta płynąca z dobrej intencji, ale przedwczesna pociecha tak rozwścieczyła rannego, że całe dormitorium rozbrzmiało nieludzkim wrzaskiem i gardłowymi przekleństwami pod adresem pielęgniarza. Był tam akurat ojciec Lido, najstarszy z nas, niewidomy od przeszło dziesięciu lat, który pomimo swojego kalectwa brał udział w życiu wspólnoty. Chodził bez laski, znał wszystkie przeszkody, liczbę stopni do zejścia i miejsce swojej stalli w prezbiterium, a nawet potrafił odnaleźć w ogrodzie, po zapachu, rośliny do sporządzania ziołowych wywarów.

26


– Odbierając mi wzrok, Bóg dał mi łaskę skupienia się na najważniejszym: medytacji i modlitwie – mawiał. Stanął między mężczyznami niby wysoki posąg z pustym wzrokiem. Żołnierz musiał wyczuć jego obecność, bo nagle zamilkł. Wytłumaczyłem mu, że ten niewidomy brat zajmie się nim i nauczy go, jak żyć w świecie ciemności, poruszać się, radzić sobie w życiu codziennym, tak że po powrocie do domu zadziwi rodzinę swoją samodzielnością. – Nie mam nikogo oprócz siostry. Mieszka na wsi niedaleko Drezna. Od sześciu miesięcy nie mam o niej żadnych wieści. – Będzie pan mógł u niej zamieszkać? – Jej mąż zginął pod Stalingradem. Ma dosyć pracy przy dzieciach. Nie chcę być dla niej ciężarem! – Ależ będzie pan miał rentę i zobaczy pan, że będzie przydatny nawet bez oczu! Zaśmiał się gorzko. – Moje oczy! Czy brat wie, że w batalionie nazywali mnie sokołem? Byłem najlepszym strzelcem i nocą widziałem lepiej niż ktokolwiek inny! To była sprawa życia lub śmierci, bo ukryci za skałami byliśmy tak blisko nieprzyjaciela, że nie można było się pomylić, kiedy nagle w nocy wyłaniała się jakaś sylwetka albo podnosiło jakieś ramię, by rzucić granat. Trzeba było umieć rozpoznać hełm kolegi, żeby go nie zastrzelić. Uratowałem wielu takich, którzy mylili cel. Wiesz, ojcze Matteo, żałuję, że nie zginąłem w walce! I znowu zaczął płakać. Cóż mogłem powiedzieć temu biednemu chłopcu? Czas musiał zrobić swoje.

27


Pielęgniarz wrócił i, najwyraźniej stropiony swoją niezręcznością, przesunął pod nosem Hermanna paczkę z tytoniem lub raczej mieszanką tytoniu i nie wiadomo czego jeszcze, którą co wieczór napychał swoją fajkę przed zejściem na dół, do ogrodu, na mały spacer. – Masz, stary, powąchaj: palisz fajkę czy papierosy? –  Fajkę. Ale zgubiłem ją, kiedy czołgałem się do kryjówki. –  Mam jeszcze jedną, dam ci ją. Zaczekaj, pójdę po nią i zejdziemy razem zapalić. Ojcze Matteo, zostawiam ojca na chwilę, jak będzie trzeba, proszę mnie zawołać. Wróciwszy z kapciuchem i fajkami, ujął Hermanna pod ramię i delikatnie sprowadził po schodach. Dostrzegłem ich przez okno, jak siedzieli obok siebie w trawie, w pobliżu studni, paląc i rozmawiając.

28

Requiem dla młodego żołnierza fragment  
Requiem dla młodego żołnierza fragment  
Advertisement