Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom IV

Page 1


Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom iv Copyright © Fundacja Przestrzeń Kobiet 2012 Wydawczyni: Fundacja Przestrzeń Kobiet ul. Św. Krzyża 34 34-460 Szczawnica www.przestrzenkobiet.pl fundacja@przestrzenkobiet.pl Kraków 2012 Wydanie I

Konsultacja naukowa: dr Dobrochna Kałwa Redakcja i korekta: Ewa Furgał Projekt okładki, opracowanie graficzne, skład i łamanie: Zuzanna Łazarewicz, Dodo Design Publikacja nieodpłatna, nie może być sprzedawana. Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie całości tekstu lub jego fragmentu może być dokonane wyłącznie w celach niekomercyjnych, pod warunkiem podania źródła. Książka została opracowana i wydana w ramach projektu Międzypokoleniowe herstorie, zrealizowanego przy wsparciu Rządowego Programu na rzecz Wspierania Aktywności Społecznej Osób Starszych (asos).

isbn 978-83-928639-8-4


Krakowski Szlak Kobiet Przewodniczka po Krakowie emancypantek Tom iv pod redakcją Ewy Furgał

Fundacja Przestrzeń Kobiet

Kraków 2012



spis treści

7... Krakowskie herstorie. Wstęp do czwartego tomu Przewodniczki Ewa Furgał

11... Konteksty 13... „Wydobyć kobiety z cienia”. Początki i rozwój historii kobiet jako niezależnej dziedziny badań historycznych Sylwia Wielichowska

29... Herstoria żywa, nie tylko jedna, nie zawsze prawdziwa Lucyna Marzec

45... Historie kobiet – notatki na marginesach Przewodniczek Natalia Sarata

51... Narracje, głosy, historie – biografia w badaniach społecznych Justyna Struzik

65... Wojna oczyma krakowskich Żydówek. Literackie świadectwa Zagłady Monika Stępień

83... Kobiety 85... Anna Regina Feuerstein – wciąż zapomniana wychowawczyni i dyrektorka Zakładu Wychowawczego Sierot Żydowskich przy ul. Dietla 64 w Krakowie Martyna Grądzka 5


97... Wanda Wasilewska – krakowska Pasionaria Agnieszka Mrozik

127... Gdzie jest Jadwiga Jędrzejowska? Monika Świerkosz

153... Gusta Dawidson-Draenger – kronikarka żydowskiego ruchu oporu w Krakowie Kinga Kołodziejska

169... Zofia z Lubańskich Stryjeńska. Od Nawojki do „księżniczki polskiego malarstwa” Anna Sokulska

187... Na scenie: życia, teatru, pisma. O Zofii Ordyńskiej Anna Pekaniec

207... Amalia (Małka) Wasserberger. Filantropka z Podgórza Olga Danek

215... Maria Lipszyc-Balsigerowa – zapomniana matka polskiej socjologii empirycznej Zofia Noworól

231... „Nic przechodzi w nic”. Teresy Truszkowskiej poetyka pustki Agnieszka Dauksza

241... Maria Róża Jakubowicz – matka krakowskiej gminy żydowskiej Sławomir Pastuszka

253... Spis ilustracji

6


Ewa Furgał

Krakowskie herstorie. Wstęp do czwartego tomu Przewodniczki

Krakowski Szlak Kobiet, program Fundacji Przestrzeń Kobiet, mający na celu wydobywanie z zapomnienia historii kobiet związanych z Krakowem i tworzących dorobek naszego miasta, rozrasta się nieprzerwanie: coraz więcej ważnych kobiet zostaje przypomnianych i odzyskanych dla zbiorowej pamięci, coraz więcej osób włącza się w nasze działania i do coraz większej liczby osób nasze działania docierają. Oddajemy w wasze ręce czwarty już tom Przewodniczki po Krakowie emancypantek, której kolejne części ukazują się co roku od 2009. Tym razem Przewodniczka została wydana w ramach projektu „Międzypokoleniowe herstorie”, którego celem jest odzyskiwanie lokalnej historii kobiet i zaangażowanie we wspólną, międzypokoleniową pracę nad odtworzeniem rodzinnych herstorii. Do projektu zaprosiłyśmy kobiety w wieku powyżej 60. i poniżej 25. roku życia, które na warsztatach wspólnie pracują nad tekstami o ważnych dla siebie kobietach. Przewodniczka ma stanowić dla uczestniczek projektu i dla wszystkich innych zainteresowanych osób podręcznik odzyskiwania historii kobiet, podpowiadać i pokazywać, jak pisać teksty biograficzne o kobietach. Z tego względu w części kontekstowej umieściłyśmy tym razem teksty teoretyczne o historii kobiet (teksty Sylwii Wielichowskiej i Lucyny Marzec) i metodach biograficznych (tekst Justyny Struzik) oraz praktyczne wskazówki dotyczące herstorycznej pracy nad tekstami biograficznymi (tekst Natalii Saraty), a także przygotowywania rozmów i wywiadów z osobami przekazującymi relację o naszych bohaterkach (tekst Justyny Struzik). Zdecydowałyśmy także 7


z Natalią Saratą, z którą od 2008 roku prowadzę autorskie warsztaty historii kobiet, że zaprezentujemy w iv tomie Przewodniczki wnioski z naszej wspólnej pracy warsztatowej. Mamy nadzieję, że teksty te okażą się przydatne dla osób zainteresowanych badaniem historii kobiet oraz odzyskiwaniem rodzinnych herstorii. W części biograficznej przedstawiamy dziesięć kolejnych opowieści o wybitnych kobietach związanych z Krakowem, dziesięć różnych tekstów o różnych kobietach, które łączy jedno: są napisane z perspektywy emancypacyjnej, co oznacza, że bohaterki tekstów są twórczyniami, sprawczyniami, niezależnymi podmiotami. Właśnie podmiotowość kobiet jest dla nas kluczową wartością w pracy nad przypominaniem kobiet i ich dokonań w Przewodniczkach oraz w innych naszych działaniach edukacyjnych. Zapraszamy gorąco do współtworzenia Krakowskiego Szlaku Kobiet i do pracy nad badaniem historii kobiet. Od 2011 roku Fundacja Przestrzeń Kobiet prowadzi również blog Herstorie (pod adresem: http://www.herstorie.wordpress. com), gdzie każda osoba może opublikować tekst o inspirującej, ważnej, bliskiej kobiecie. Piszcie herstorię razem z nami! W ramach projektu „Międzypokoleniowe herstorie” spotykamy się także w Czytelni dla Kobiet im. Marceliny Kulikowskiej. Czytelnia dla Kobiet powstała w 2010 roku jako spadkobierczyni i kontynuatorka krakowskiej instytucji edukacyjnej dla kobiet, działającej na przełomie xix i xx wieku pod tą samą nazwą. Patronką współczesnej Czytelni dla Kobiet jest Marcelina Kulikowska – wybitna poetka, reporterka, emancypantka i pedagożka, bohaterka i tomu Przewodniczki po Krakowie emancypantek. W Czytelni spotykamy się z autorkami tekstów biograficznych o kobietach i poruszamy tematy związane z odzyskiwaniem rodzinnych historii kobiet oraz z wyzwaniami, jakie wiążą się z odtwarzaniem rodzinnych herstorii. W ramach „Międzypokoleniowych herstorii” chodzimy również po mieście – zapraszamy kolejny już rok na wycieczki Krakowskim Szlakiem Kobiet: śladami krakowskich emancypantek, krakowskich Żydówek, wybitnych kobiet związanych z Krakowem oraz śladami krakowskich sióstr Virginii Woolf. W tym roku opracowałyśmy także nowe narzędzie edukacyjne – grę planszową Krakowski Szlak Kobiet. Gra przeznaczona jest przede wszystkim do pracy edukacyjnej w szkołach i w edukacji pozaformalnej, ale mamy nadzieję, że poza wartością edukacyjną może stanowić też źródło rozrywki i przyjemności, 8


dlatego udostępniamy ją również do prywatnego użytku. W tym roku po raz drugi wydałyśmy herstoryczny kalendarz: Historia kobiet 2013. Kalendarz na rok 2012 zaistniał jako narzędzie do spisywania codziennych historii kobiet i cieszył się ogromną popularnością. Chcemy kontynuować tę pracę i zapraszamy do archiwizowania razem z nami własnych mikrohistorii także w kolejnym roku. W listopadzie 2012 roku zostałyśmy uhonorowane nagrodą Fundacji Polcul za założenie i prowadzenie Fundacji Przestrzeń Kobiet. Fundacja Polcul przyznaje wyróżnienia osobom zaangażowanym w tworzenie społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Wygłoszona laudacja nie pozostawiała wątpliwości, że to Krakowski Szlak Kobiet przyczynił się w głównej mierze do wyróżnienia naszej pracy. Dla nas to kolejny sygnał, że historia kobiet jest bardzo potrzebna i motywacja do dalszych herstorycznych działań. Działania prowadzone w ramach Krakowskiego Szlaku Kobiet, w tym wydanie iv tomu Przewodniczki po Krakowie emancypantek, były możliwe dzięki wsparciu instytucji i indywidualnych osób. Przewodniczka została wydana dzięki dotacji z Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych asos ze środków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, a także dzięki wpłatom 1% podatku dochodowego. W tym roku po raz pierwszy Fundacja Przestrzeń Kobiet mogła skorzystać z przekazywania 1% podatku dochodowego na rzecz organizacji pożytku publicznego – dzięki waszym wpłatom udało nam się zebrać 2861,18 zł. Serdecznie dziękujemy! Bardzo dziękujemy również osobom, które współtworzą Krakowski Szlak Kobiet własną pracą i zaangażowaniem, w szczególności dziękujemy dr Dobrochnie Kałwie za uważną i życzliwą konsultację naukową iv tomu Przewodniczki oraz Justynie Kozioł za prowadzenie bloga Herstorie. W roku 2013 również możecie wesprzeć nasze działania w ramach programu Krakowski Szlak Kobiet, przekazując Fundacji Przestrzeń Kobiet swój 1% podatku dochodowego. W zeznaniu podatkowym za 2012 rok prosimy o wpisanie nazwy Fundacji i numeru krs: 0000290372. Dziękujemy! To dzięki waszemu zainteresowaniu i wsparciu Krakowski Szlak Kobiet może się rozwijać.

9


Ewa Furgał

Współautorka programu Krakowski Szlak Kobiet, trenerka autorskich warsztatów historii kobiet, redaktorka czterech tomów Przewodniczki po Krakowie emancypantek, współzałożycielka i członkini Zarządu Fundacji Przestrzeń Kobiet, koordynatorka projektu „Międzypokoleniowe herstorie”.

10


konteksty



Sylwia Wielichowska

Wydob

„Wydobyć kobiety z cienia”. Początki i rozwój historii kobiet jako niezależnej dziedziny badań historycznych Zawsze znamy jakieś fakty i znaczące wydarzenia z życia naszych ojców. Wiemy, że byli żołnierzami czy marynarzami, wiemy, że pracowali w tym biurze lub, że wprowadzili to prawo. A po naszych matkach, naszych prababkach, cóż po nich pozostało? Nic, tylko tradycja (…) nic, prócz ich imion, dat zaślubin i liczby dzieci, które urodziły. Virginia Woolf1

Powyższe1 słowa autorstwa Virginii Woolf stanowią dobry punkt wyjścia dla dyskusji o historii kobiet. Fragment ten, pochodzący z wykładu wygłoszonego przez brytyjską pisarkę w 1928 roku2, dość często bywa przywoływany w kontekście kształtowania się tej dyscypliny, gdyż formułuje zarzuty, które w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych xx wieku będą wysuwane przez feministycznie usposobione historyczki i które staną się impulsem do wprowadzenia zmian w obrębie praktyki dziejopisarskiej. Wypowiedź brytyjskiej pisarki jest też dowodem, że fakt nieobecności kobiet w historii został 1 Cyt. za: E. Domańska, Historia feminizmu i feministyczna historia, „Odra” 1994, nr 7/8, s. 26. 2 Na początku roku 1928 v. Woolf (nie bez przyczyny uważana przez niektóre współczesne badaczki za, według określenia Ewy Domańskiej, „mistrzynię feministek”) została zaproszona do prowadzenia wykładu dla Girton – kobiecego college’u w Cambridge. Odczyt o podobnej tematyce („Kobiety i literatura piękna”) wygłosiła w październiku tegoż roku dla Arts Society w Newnham College i wystąpienie to (dodatkowo rozszerzone) zostało wydane w roku 1929 jako esej pod tytułem A Room of One’s Own (wyd. polskie: Własny pokój, przeł. A. Graff, wyd. Sic!, Warszawa 1997). W swoim dzienniku pod datą 27 października 1928 r. autorka zapisała refleksje towarzyszące jej po wykładzie w Girton: „W strugach deszczu wróciłam z wystąpienia w Girton. Głodujące, lecz waleczne młode kobiety – takie odniosłam wrażenie. Inteligentne, pełne zapału, biedne; i skazane na los szkolnych nauczycielek. Powiedziałam im wprost, żeby piły wino i starały się o własny pokój. Dlaczego wszystkie splendory i wszystkie życiowe luksusy miałyby przypadać Julianom i Franciszkom, a nie pannom Phare i Thomas?” – V. Woolf, Chwile wolności. Dzienniki 1915–1941, oprac. A. O. Bell, Kraków 2007, s. 349.

13


dostrzeżony kilkadziesiąt lat przed wyodrębnieniem się historii kobiet jako niezależnej dziedziny badań historycznych. Tradycyjna historiografia (czy – jak chcą ją nazywać historyczki związane z ruchem feministycznym – historiografia przed-feministyczna) podejmowała czasem problematykę kobiet, niemniej to, co charakterystyczne, to fakt, że nie interesowała się nimi jako grupą. Jeżeli już historycy czynili kobiety obiektem swoich zainteresowań, to były to kobiety zajmujące wyjątkową pozycję w społeczeństwie, którym udało się wybić ponad przeciętność – w głównej mierze przedmiotem opisu stawały się władczynie (np. Kleopatra, Elżbieta Wielka, Katarzyna ii), święte (np. Hildegarda z Bingen, Katarzyna ze Sieny), wpływowe arystokratki (np. Jeanne Antoinette Poisson znana jako Madame Pompadour) czy postaci, które były odbierane przez sobie współczesnych jako skandalistki (np. Teodora). Prawo do zaistnienia w historii miały również kobiety władające mieczem, czego najbardziej spektakularnym przykładem jest postać Joanny d’Arc3 (na gruncie historiografii polskiej można wskazać na przypadek Emilii Plater). Można zatem skonstatować, że kobiety dopiero wówczas stawały w centrum zainteresowań historyków, gdy wkraczały w sferę działań tradycyjnie rozumianą jako męską. Ważność kobiet w historii była oceniana w zależności od tego, jak daleko ich aktywność sięgała w tę właśnie (męską) przestrzeń działania. W przypadku kobiet „wojowniczek” transgresja do strefy męskiej często pociągała za sobą wyrzeczenie się atrybutów tradycyjnie pojmowanej kobiecości (obcięcie włosów, przyjęcie męskiego stroju). Wyjątek od tego podejścia jednostkowego stanowi, sięgająca połowy xix wieku, praktyka dziejopisarska jednego z wybitniejszych historyków francuskich tego okresu – Julesa Micheleta, który przedmiotem swojego opisu uczynił historię czarownic4. Także William Lecky5 odszedł w swoim pisarstwie histo3 Zob. H. Grubitzsch, Women creating history. Aspects of a feminist historiography, „Acta Universitatis Nicolai Copernici”, „English Studies iv” 1994, vol. 274, s. 5. 4 Zob. M. Bogucka, New perspectives on gender, „Acta Poloniae Historica” 2000, nr 82, s. 186; A. Kusiak, O kobiecej historiografii, „Kwartalnik Pedagogiczny” 1995, nr 1–2, s. 121. J. Michelet był także autorem innych, oprócz tej dotyczącej czarownic (La Sorcière, Paryż 1862), prac poświęconych roli kobiet w historii m.in.: Du prêtre, de la femme, de la famille (Paryż 1845), Les Femme de la Révolution (Paryż 1854), La Femme (Paryż 1860). 5 William Edward Hartpole Lecky (1838–1903) – brytyjski dziejopis, który do historii przeszedł przede wszystkim jako liberalny polityk i orędownik praw mniejszości.

14


rycznym od elitarnego podejścia w przedstawianiu historii kobiet, co należy jednak wiązać z wpływem twórczości Julesa Micheleta. Lecky przyznawał, że wiele zapożyczył od francuskiego historyka, inspirując się zwłaszcza jego pracą La Sorcière6. Dopiero jednak na przełomie wieku dziewiętnastego i dwudziestego historyczki i historycy sympatyzujący z ruchem sufrażystek, na większą skalę zaczęli dostrzegać potrzebę uwzględnienia historii kobiet w swojej perspektywie badawczej. Wtedy też pojawiły się pierwsze prace poświęcone zarówno samemu ruchowi emancypacyjnemu, jak i historyczne analizy mające za cel zilustrować dzieje kobiet na przestrzeni wieków 7. Warto w tym kontekście wspomnieć o postaci Mary Ritter Beard. Ta amerykańska historyczka znana jest głównie z pisanych wraz z mężem – Charles’em Beard – prac poświęconych historii Ameryki, w których dokonywali rewizji obowiązującej wówczas interpretacji wojny domowej (m.in. The Rise of American Civilization – 1927)8. Jednak w pracach historycznych, które pisała już bez współpracy z mężem9, podejmowała problematykę kobiecą i zwracała uwagę na potrzebę uwzględnienia ich roli i wkładu w historii10. Postulaty te starała się realizować także

6

7 8

9 10

15

Zob. A. Kusiak-Brownstein, Wiktoriańska historia płci w moralizatorsko-historycznym pisarstwie Williama Edwarda Hartpole’a Lecky’ego, [w:] Gospodarka, społeczeństwo, kultura w dziejach nowożytnych. Studia ofiarowane Pani Profesor Marii Boguckiej, pod red. A. Karpińskiego, E. Opalińskiego, T. Wiślicza, Warszawa 2010, s. 147–169. Zob. A. Kusiak-Brownstein, Wiktoriańska historia płci…, s. 149. W ujęciu brytyjskiego historyka miejsce kobiet w historii jest konsekwencją pełnionych społecznych ról związanych z ich płcią. Wynika to ze sposobu przedstawienia historii kobiet, którą Lecky pojmował jako element historii małżeństwa (historię małżeństwa przedstawiał zaś jako oś historii moralności, a tę z kolei jako historię cywilizacji). Tamże, s. 152. E. Domańska, dz. cyt., s. 25–26. O tej współpracy oraz o tym, jak część historyków była skłonna „zapominać” i pomijać współautorstwo Mary Ritter Beard, wspomina Nancy F. Cott we wstępie do korespondencji historyczki – zob. A Women Making History. Mary Ritter Beard Through Her Letters, pod red. N.F. Cott, London 1991, s. 1–19. On Understanding Women (1931), America Through Women’s Eyes (1933), Women As Force In History: A Study in Traditions and Realities (1946). Warto jednak zaznaczyć, że już w pierwszej pracy napisanej wspólnie z mężem w 1914 r. (American Citizenship) we wstępie znalazła się uwaga, że większość źródeł przedstawia


jako archiwistka, zakładając w 1935 roku archiwum mające na celu gromadzenie dokumentów dotyczących kobiet (World Center for Women’s Archives)11. W historiografii polskiej w tym okresie o historię kobiet upomniała się natomiast Łucja Charewiczowa, która w 1933 roku, na vii Międzynarodowym Kongresie Historycznym w Warszawie, przedstawiła program badań w tej właśnie dziedzinie12. Historyczka ta uznawana za inicjatorkę polskich badań nad historią kobiet, początkowo podejmowała wątki kobiece na marginesie głównych obszarów badawczych (dzieje miast i mieszczaństwa), z czasem jednak zainteresowania swoje uwieńczyła pracą – Kobieta w dawnej Polsce do okresu rozbiorów (1938). Niemniej przełom w historycznym pisarstwie poświęconym kobietom miał miejsce w połowie lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku i wiązał się z drugą falą feminizmu. Nie ulega dzisiaj wątpliwości, że właśnie wówczas, pod wpływem impulsu feministycznego, historyczki i historycy dostrzegli w pełni ten problem badawczy13. Inspirowane ruchem feministycznym kobiety zaczęły domagać się równych praw także w historiografii. Jak zaznacza Ewa Domańska, zwróciły one wówczas uwagę na fakt, że dotychczasowe dziejopisarstwo, eksponujące w głównej mierze losy i doświadczenia mężczyzn, napiętnowane jest właśnie męskim punktem widzenia. Nie zdając sobie jednak sprawy z tego faktu, prezentowana przez tę historiografię wizja dziejów pretenduje do uznania jej za reprezentatywną dla całej ludzkości, nie tylko dla jej męskiej części14. Związane z ruchem feministycznym historyczki chciały zatem zwrócić uwagę na kobiecy sposób doświadczania świata oraz przedstawić kobietę jako aktywną kreatorkę rzeczywistości. Unaoczniały one dystans istniejący między wizerunkiem kobiety kreowanym przez tradycyjną („fallocentryczną”, przedfeministyczną) literaturę a rzeczywistością ich życia15.

tylko męski punkt widzenia. 11 Zob. A Women Making History…, s. 47–49. 12 Ł. Charewiczowa, Est-il fondé d’écrire une histoire spéciale de la femme ?, [w:] La Pologne au viie Congrés International des Sciences Historiques, Warszawa 1933, s. 1–5. 13 Zob. A. Kusiak, O kobiecej historiografii…, s. 120; H. Grubitzsch, dz. cyt., s. 4. 14 Zob. E. Domańska, dz. cyt., s. 26. 15 E. Domańska, Mikrohistorie, Poznań 2002, s. 203.

16


Lata sześćdziesiąte xx wieku (dla Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych) i siedemdziesiąte (dla Francji) to czas narodzin historii kobiet jako niezależnej dziedziny badań historycznych. Francuska historyczka Michelle Perrot wskazuje na czynniki, które się do tego wówczas przyczyniły16. Jako pierwsze wymienia przyczyny natury naukowej. W okresie tym, wskutek kryzysów systemów myślowych (marksizmu i strukturalizmu), nastąpiło poszerzenie dotychczasowej problematyki badawczej i otwarcie na inne dyscypliny, zwłaszcza socjologię i antropologię, pod wpływem której historycy na nowo odkryli rodzinę. Wraz z nią w pisarstwie historycznym zaczęły pojawiać się postacie dotychczas nieuwzględniane – dzieci, młodzież. Michelle Perrot wskazuje więc na to, że historia kobiet miała szansę zaistnienia jako niezależna dyscyplina, wykorzystując zmiany dokonujące się wówczas w klimacie intelektualnym oraz dążenia do rozszerzenia problematyki badawczej w historiografii. Następne w kolejności francuska historyczka podaje czynniki socjologiczne, przez które rozumie obecność kobiet na uniwersytecie, zarówno jako studentek, jak i wykładowczyń: pojawienie się liczniejszej grupy kobiet w strukturach akademickich sprzyjało stawianiu przez nie pytań o ich historię. Jako ostatnie, według M. Perrot decydujące, wymienia czynniki polityczne. Wskazuje, że ruch wyzwolenia kobiet na pewnym etapie zwrócił się w stronę analizowania własnej przeszłości, szukając dla siebie uzasadnienia, zainicjował „pracę pamięci”17. Czynniki te sprzyjające narodzinom historii kobiet, chociaż zostały wyartykułowane z myślą o sytuacji we Francji, można uznać za reprezentatywne dla całej Europy Zachodniej oraz Stanów Zjednoczonych. Patrząc na rozwój tej dziedziny badań historycznych, podążając za podziałem zaproponowanym przez Arlette Farge, zwykło się wyróżniać (ze względu na problematykę, wokół której historyczki ogniskowały swoje badania, jak i postulaty wobec tej dyscypliny formułowane) dwa etapy. Pierwszy, umieszczany w cezurze lat 1968–1979, charakteryzuje ścisłe powiązanie tej dziedziny badań z femi16 Zob. M. Perrot, Moja historia kobiet, Warszawa 2009, s. 16–18; por. M. Solarska, M. Bugajewski, Współczesna francuska historia kobiet; dokonania – perspektywy – krytyka, Bydgoszcz 2009, s. 29–32. 17 M. Perrot, dz. cyt., s. 18.

17


nizmem. Badaczki w tym czasie, takie jak Gerda Lerner, Nancy Cott, Linda Gordon, zadanie tej dyscypliny upatrywały w uzupełnieniu istniejącej historii – historią kobiet, czyli wypełnieniu „białych plam” (ten typ pisarstwa historycznego określany bywa mianem „historiografii kompensacyjnej”18) oraz wskazywały na potrzebę walki z podejściem negującym obecność kobiet i zaniedbywania przez tradycyjnych, nie-feministycznych historyków tematyki z nimi związanej19. W kolejnych latach następuje poszerzenie celów i tematów, co oznaczało wyjście z zagadnień związanych z „naturą kobiecą” i podjęcia kwestii takich jak: praca zawodowa i zarobkowa kobiet, ich uczestnictwo w życiu politycznym, obecność w sferze prywatnej – rodzinie i gospodarstwie domowym. Kontynuowane były badania z zakresu homoseksualności kobiecej, historii feminizmu i ruchów kobiecych20. Nie wszystkie jednak badaczki zgadzają się z taką periodyzacją rozwoju historii kobiet. Françoise Thébaud za klasyczne – zarówno dla Francji, jak i innych krajów – przyjmuje rozróżnienie trzech faz rozwoju badań nad historią kobiet: pierwsza – wyłonienie się jej na początku lat siedemdziesiątych, druga faza – gromadzenie materiałów, trzecia – czasy gender sięgające ostatnich dwudziestu lat21. Ważne w periodyzacji zaproponowanej przez francuską badaczkę, wydaje się wyróżnienie okresu wprowadzenia do pisarstwa historycznego kategorii rodzaju – gender22 (rozumianego jako płeć kulturowa). Historyczki wskazują, że gender nie jest biologicznie zdeterminowany (tak jak 18 M. Bobako, Powrót kobiet do historii – niedokończony projekt?, „Krytyka Polityczna” 2005, nr 7/8, s. 260. Błędem jest jednak twierdzenie, że historia kobiet z tego okresu stawiała przed sobą tylko zadania kompensacyjne i że jedynym jej celem było wypełnienie „białych plam”, np. w sferze życia prywatnego. Historyczki interesowały się wówczas przede wszystkim udziałem kobiet w sferze publicznej. 19 D. Kałwa, Wstęp, [w:] tejże, Kobieta aktywna w Polsce międzywojennej. Dylematy środowisk kobiecych, Kraków 2001, s. 7. 20 Tamże. 21 F. Thébaud, Tworzenie historii kobiet we Francji: rys historiograficzny, spory metodologiczne, relacje z instytucjami naukowymi i politycznymi, „Kwartalnik Historyczny” 2001, nr 3, s. 82. 22 Rozróżnienie pomiędzy płcią i rodzajem pojawiło się w nauce na początku lat siedemdziesiątych. Podstawę do tego rozróżnienia stanowi praca Roberta J. Stollera Sex and Gender z 1968 roku, chociaż, jak wskazuje Ewa Hyży, tę koncepcję można odnaleźć już w pracy Margaret Mead z 1935 roku Płeć i temperament w trzech społeczeństwach

18


ma to miejsce w przypadku płci biologicznej – sex) lecz jest społecznie, kulturowo kreowany przez daną rzeczywistość, a więc, że nie jest on historycznie niezmienny. Jak pisze Maria Bogucka, wprowadzenie tej kategorii do pisarstwa historycznego zaowocowało doniosłym stwierdzeniem, że status kobiety, jej podporządkowanie mężczyźnie, społeczna i polityczna bezradność nie była determinowana przez prawa natury, lecz była wynikiem historycznie kształtowanych warunków społecznych, politycznych i kulturowych23. Ponadto sięgnięcie po gender spowodowało rozszerzenie pola zainteresowań badawczych o zagadnienia związane z różnicami (społecznymi, kulturowymi) pomiędzy płciami na przestrzeni wieków24. Warto w tym miejscu wspomnieć, że kategoria ta spotyka się coraz częściej z krytyką (póki co, wysuwaną głównie przez przedstawicielki teorii feministycznej), która być może nie pozostanie bez znaczenia dla dalszego rozwoju women’s history25. W rozważaniach teoretycznych historyczki starały się sięgać do feministycznej teorii poznania, która oferuje m.in.: odmienną periodyzację dziejów, pierwotnych. Zob. E. Hyży, Kobieta, ciało, tożsamość. Teorie podmiotu w filozofii feministycznej końca xx wieku, Kraków 2003, s. 57. 23 Zob. M. Bogucka, dz. cyt., s. 189. 24 Kategoria ta, będąc użyteczną w badaniu różnicy położenia społecznego, politycznego, kulturowego pomiędzy płciami, tym samym nie odnosi się tylko do kobiet, ale daje też możliwość spojrzenia z innej perspektywy na historię mężczyzn. 25 Zauważyłam dwa główne zarzuty związane z tą kategorią. Pierwszy, wysuwany przez myślicielki feministyczne (Judith Butler, Donna Haraway), zwraca uwagę, że płeć kulturowa to coś, co się robi, nie coś, czym się jest, a owo „robienie” jest niepewne, niestałe i przygodne. Zarzut ten ma więc związek z odmiennym sposobem pojmowania płci kulturowej – w kategoriach wykonania (performance), nie zaś tożsamości. Zob. R. Felski, Fin de siècle, fin de sexe: transseksualizm i śmierć historii, [w:] Pamięć, etyka i historia. Anglo-amerykańska teoria historiografii lat dziewięćdziesiątych (Antologia przekładów), pod red. E. Domańskiej, Poznań 2002, s. 286. Drugi natomiast zarzut, pochodzący z refleksji antropologicznej, odrzuca odróżnienie sex i gender, uznając je za niezasadne. Według niego gender jest środkiem dyskursywnym, przy pomocy którego kategoria sex jest definiowana jako predyskursywna, neutralna kategoria natury, podlegająca interpretacjom kultury. Tak więc nie tylko kategoria gender, ale i sex zostały uznane za konstrukt społeczno-kulturowy. M. Baer, W kręgu wykluczeń. Antropologiczne refleksje nad kategoriami tożsamości w narracji gender studies, [w:] Parametry pożądania. Kultura odmieńców wobec homofobii, pod red. T. Basiuka, D. Ferens, T. Sikory, Kraków 2006, s. 22.

19


odrzucenie linearnej koncepcji czasu czy myślenia przyczynowo-skutkowego26. Zwracały uwagę, że interpretując czy dokonując oceny jakiegoś zjawiska czy procesu historycznego, używając w odniesieniu do niego kategorii postępu i regresu, za punkt odniesienia brano pozycję mężczyzn, aczkolwiek ocena, którą wystawiano, miała uchodzić za reprezentatywną dla całego społeczeństwa. Nie uwzględniano zatem różnic pomiędzy doświadczeniami kobiet i mężczyzn. Problem ten może ilustrować podany przez Monikę Bobako przykład Kodeksu Napoleona z 1804 roku, który w historiografii określany jest jako postępowy, prawnie potwierdzający upadek feudalizmu. Jednak, jak podkreśla M. Bobako, taka jego ocena zupełnie nie uwzględnia perspektywy kobiet, albowiem Kodeks Napoleona w istocie pozbawiał kobiety statusu społecznego, sprowadzając je do roli żony, matki oraz gospodyni domowej27. Dlatego jednym z postulatów historyczek uprawiających women’s history była reinterpretacja, waloryzacja wydarzeń historycznych oraz przemyślenie periodyzacji przyjętej w historii28. Za propozycją ponownej periodyzacji miał również przemawiać fakt, że ta istniejąca w głównej mierze opiera się na wydarzeniach politycznych, wojskowych czy ekonomicznych, bazowała więc na faktach czy zjawiskach, które w odniesieniu do dziejów kobiet przeważnie nie miały kluczowego znaczenia. Z perspektywy feministycznej, na co zwraca uwagę Alicja Kusiak, o wiele ważniejsze są zmiany w technice tradycyjnych prac kobiecych, zmiany w mentalności, które wpływały na relacje między płciami, modyfikacja systemu kształcenia czy możliwość pracy zarobkowej29. Historyczki zajmujące się historią kobiet wychodziły z założenia, że kobiety współtworzyły historię i że miały istotny udział w życiu społecznym. Ich nieobecność w historii jest wynikiem zdominowania tej dyscypliny przez męski punkt widzenia, który nie koresponduje ze stanem faktycznym. Podejście 26 E. Domańska, Mikrohistorie…, s. 204. 27 M. Bobako, dz. cyt., s. 263. 28 Tamże, s. 264. Nie pozostał to tylko postulat, niektóre historyczki, jak i historycy starali się wypracować periodyzację adekwatną dla pozycji kobiet, byli to: w Niemczech – Gisela Bock, Karin Hausen, Annette Kuhn; w usa – Natalie Zemon Davis, Joan Kelly-Gadol; we Francji – Arlette Farge, Michelle Perrot. Zob. M. Bogucka, dz. cyt., s. 188. 29 A. Kusiak, O kobiecej historiografii…, s. 127.

20


takie implikuje zakwestionowanie, oprócz omówionej już interpretacji wydarzeń, także tradycyjnych źródeł i sposobów ich odczytywania. Potrzeba reinterpretacji źródeł w badaniu historii kobiet jest konieczna i kwestia ta w opinii historyczek nie ulega wątpliwości. Zagadnienie to stawia przed badaczkami jednak nowe problemy i wyzwania. Maria Bogucka zaznacza, że zarówno w średniowieczu, jak i w okresie późniejszym (właściwie aż do xviii wieku) w stosunku do kobiet adekwatne jest powiedzenie, które zwykło się odnosić do warstw najuboższych, że stanowiły one milczącą część społeczeństwa. Jakkolwiek oczywiste jest, że wówczas kobiety także były pisarkami, poetkami, uczonymi, prowadziły szeroką korespondencję, pisały dzienniki oraz rozprawy naukowe, to jednak stanowiły one, na tle ogółu kobiet, wyjątek30. Ponadto, na co zwraca uwagę M. Perrot, źródła traktowane są niejednakowo, w zależności od tego, jakiej grupy społecznej czy płci dotyczą31. Wobec takiej sytuacji feministyczne historyczki obrały strategię zmierzającą w dwóch kierunkach. Po pierwsze, postanowiły dokonać reinterpretacji starych źródeł, a więc powrócić do nich, stawiając im jednak zupełnie nowe pytania. Źródła te w przytłaczającej większości (zwłaszcza w odniesieniu do epok wcześniejszych) były spisane przez mężczyzn, historyczki więc traktowały je jako punkt wyjścia do badań nad relacją między obiema płciami, nad tym, jaki wizerunek kobiet był kształtowany przez mężczyzn. Strategia taka szybko jednak wyczerpałaby pole badawcze, stąd zrodziła się, sformułowana zresztą prawie z narodzinami women’s history, potrzeba sięgnięcia po nowe źródła, nawet te, których wiarygodność, a tym samym użyteczność w pisarstwie historycznym bywała wcześniej niejednokrotnie kwestionowana. Historyczki poszukują informacji w miejskich aktach prawnych, kościelnych i prywatnych archiwach, dziennikach, pamiętnikach, kazaniach, testamentach czy korespondencji32. Bogate pod względem informacji o kobietach okazały się

30 M. Bogucka, dz. cyt., s. 185, 209. 31 Francuska historyczka podkreśla, że np. w związku dwojga ludzi, w którym osobą sławną jest mężczyzna, przechowuje się to, co pochodzi od męża, ale nie słowa jego żony: I tak mamy na przykład listy Alexisa de Tocqueville’a do żony, ale nie listy pisane przez żonę do niego – M. Perrot, dz. cyt., s. 20. 32 Tamże, s. 209.

21


być archiwa policyjne i sądowe, co udowadniają w swoich badaniach m.in. francuskie historyczki. Przeglądając archiwa policji paryskiej, Arlette Farge napisała pracę o kobietach Paryża33, Jean Nicolas przedstawiła przegląd rozruchów na tle ekonomicznym od końca xvii wieku do rewolucji francuskiej, pokazując rolę kobiet „królowych ulic”34. Annick Tillier przejrzała zaś dziewiętnastowieczne akta sądowe kobiet oskarżonych o dzieciobójstwo. Jak podkreśla M. Perrot, w zapiskach policyjnych, w przesłuchaniach pobrzmiewa echo słów samych kobiet, chociaż zwraca też uwagę na ich niedoskonałość – bezmiar tego, co nie zostało wydobyte, ciężar milczenia35. Zajmujące się historią kobiet badaczki i badacze sięgnęli także po oral history, czyli do historii mówionej, która wcześniej traktowana była przez historiografię nieufnie, głównie jako źródło uzupełniające. Jednakże z pomocą oral history historyczki realizowały jeden z głównych postulatów wysuwanych przez historię kobiet – oddawały głos milczącym36. Wynikiem prac ze źródłami są powstałe w Europie, skupiające materiały dotyczące właśnie historii kobiet, archiwa bądź biblioteki: w Amsterdamie (International Archiv voor Vrouwenbeweging), Paryżu (Bibliothèque Marguerite Durand), Berlinie (Archiv des Berliner Frauenbundes e.v. ffbiz) czy Frankfurcie (Feministisches

33 A. Farge, La Vie fragile. Violence, pouvoirs et solidarities à Paris au xviiie siècle, Paris 1986. Zob. M. Perrot, dz. cyt., s. 26. 34 Tamże. 35 Tamże, s. 27. 36 Badacze zajmujący się oral history tak właśnie formułowali jej cel: to give voice to voiceless. Zob. D. Kałwa, „Kozetka historyka”: oral history w badaniach życia prywatnego, [w:] Rodzina – prywatność – intymność. Dzieje rodziny polskiej w kontekście europejskim, pod red. D. Kałwy, A. Walaszka, A. Żarnowskiej, Warszawa 2005, s. 182. Więcej o oral history zob. M. Kurkowska-Budzan, Historia zwykłych ludzi. Współczesna angielska historiografia dziejów społecznych, Kraków 2003, s. 176–186. Warto tutaj także wspomnieć, że przywrócenie historii kobiet można wpisać w szerszy kontekst, właśnie w postulat oddania głosu milczącym, przeciętnym członkom i członkiniom społeczności, jak również tym, którzy wcześniej nie mogli mówić – pokonanym (dobrze ilustruje to przykład z reinterpretacją historii kolonializmu, która dotychczas opowiadana z punktu widzenia kolonizatorów, teraz zaczyna być pisana z perspektywy ludności podbitej).

22


Archiv und Dokumentationszentrum)37. W 2000 roku w Angers Christine Bard zorganizowała „archiwa feminizmu”, gdzie przetrzymywane są materiały dotyczące różnych feministek bądź organizacji feministycznych38. W kontekście zmian proponowanych przez historyczki piszące historię kobiet warto wspomnieć o wyartykułowanej w 1972 roku przez Adele Aldrige propozycji dekonstrukcji samego słowa historia (history). Badaczka ta, wychodząc z założenia, że angielski termin history wskazuje, że historia to „jego historia” (his story), przedrostek his sugeruje bowiem męskość tej dyscypliny, postanowiła zastąpić ten przedrostek innym – my (moja). W ten sposób otrzymała termin mystory (moja opowieść), który według niej stał się o wiele bardziej adekwatnym terminem, obejmującym doświadczenie zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Idąc tym tropem dalej, jak wskazuje Ewa Domańska, mystory okaże się w istocie mystery (tajemnicą, jest tajemnicza). Ponadto feministyczne badaczki powszechnie używają określenia herstory (jej historia)39. Można wymienić wiele nazwisk ważnych dla rozwoju historii kobiet, m. in. będą to Natalie Zemon Davis oraz Joan Wallach Scott. Davis w swojej pracy Powrót Martina Guerre’a40 koncentruje swoją uwagę na istniejących między płciami relacjach, zwyczajowych prawach i wymaganiach stawianych wobec kobiet, ilustruje światopogląd mikrospołeczności, który właśnie ową pozycję kobiety tworzy i konstytuuje41. Badaczka ta podkreślała konieczność badania różnych aspektów sytuacji kobiet na przestrzeni wieków, rozszerzenia pola badawczego o takie tematy jak: życie seksualne, pozycja kobiety w rodzinie, na rynku pracy, w strukturach władzy. Wskazywała, że niezbędne

37 38 39 40

H. Grubitzsch, dz. cyt., s. 10. Więcej zob. M. Perrot, dz. cyt., s. 33. E. Domańska, Historia feminizmu…, s. 27–28. N.Z. Davis, The Return of Martin Guerre, London 1983 (wyd. polskie: N. Z. Davis, Powrót Martina Guerre’a, Zysk i S-ka, Warszawa 2011). 41 A. Kusiak, O kobiecej historiografii…, s. 127. Do innych znanych prac N.Z. Davis należą: Society and Culture in Early Modern France (1973), Women on the Margins: Three SeventeenthCentury Lives (1995), The Gift in Sixteenth-Century France (2000), Slaves on Screen: Film and Historical Vision (2000).

23


jest odnalezienie i analiza ról wykonywanych przez mężczyzn i kobiety oraz symboli, gestów z tymi rolami związanych42. Natomiast Joan W. Scott jest jedną z kluczowych i najbardziej zasłużonych postaci dla rozwoju refleksji metodologicznej w ramach historii kobiet43. W swoim słynnym eseju z 1986 roku: Gender: A Useful Category of Historical Analysis44 wskazuje na dwa najbardziej rozpowszechnione sposoby wykorzystywania kategorii płci kulturowej w pracach historycznych. W pierwszym gender pojawia się w tytułach prac z zakresu historii kobiet jako synonim słowa kobieta. Użycie tej kategorii nie wiąże się jednak z przyjęciem koncepcji badawczych wykraczających poza powszechnie przyjęte i akceptowane; tłumaczyć je natomiast można przekonaniem, że jest to słowo, w porównaniu ze słowem kobieta, odbierane jako bardziej obiektywne, neutralne, a co się z tym wiąże, jako podnoszące prestiż i lepiej świadczące o naukowości danej publikacji. Drugi natomiast sposób, sugerujący, że studia nad kobietami implikują studia nad mężczyznami, reprezentuje postrzeganie kobiet jako części świata mężczyzn. Stanowisko to zwalcza zatem przekonanie o istnieniu osobnych sfer, wykorzystuje kategorię różnicy płciowej jako określającą relację między płciami45. Jednakże użycie tego drugiego znaczenia w praktyce dziejopisarskiej rodzi pewne problemy, w które historycy popadli, a które wiążą się z tematyką, do której gender może zostać wykorzystana. Jak wskazuje Scott, gender adoptowano najczęściej tylko do problematyki odnoszącej się do relacji między płciami, a więc do kwestii związanych z rodziną, dziećmi, seksualnością. Kategoria ta natomiast wydawała się nieodpowiednia, a tym samym nie była stosowana do obszarów tematycznych, które nie były w sposób tak oczywisty określone przez tę relację (zagadnienia związane z wojną, dyplomacją, polityką). Skutkiem takiego pisarstwa jest utrwalenie zakorzenionego w biologii

42 M. Bogucka, dz. cyt., s. 190. 43 Nie oznacza to jednak, że jej poglądy były przyjmowane w środowisku historyków i historyczek kobiet bezkrytycznie. 44 J. W. Scott, Gender: A Useful Category of Historical Analysis, [w:] Gender and History in Western Europe, pod red. R. Shomaker, M. Vincent, London-Sydney-Auckland 1998, s. 42–65 (wyd. pierwsze: “American Historical Review” 1986, nr 91). 45 Zob. J. W. Scott, dz. cyt., s. 45.

24


przekonania o istnieniu oddzielnych sfer przyporządkowanych płciom46, a więc tego przekonania, przeciw któremu kategoria płci kulturowej miała zostać wykorzystana. Autorka, chcąc przełamać ten tradycyjny podział, sama próbuje wskazać, jak do badania historii politycznej można zastosować kategorię płci kulturowej47. Krytyka Scott sięga również dalej – zauważa, że historycy wykorzystujący w pracach gender do opisu istniejących relacji między płciami, nie podejmują kwestii, jak te relacje są kształtowane i jak się zmieniają48. Jak widać na przykładzie poststrukturalistycznych inspiracji J. W. Scott, badaczki podejmujące problematykę z zakresu historii kobiet poszukiwały metod i teorii mogących zaproponować inne podejście, a tym samym wnieść coś nowego w sposób ich pisarstwa. Zupełnie osobnym tematem, wymagającym szerokiego omówienia, jest inspiracja, jaką czerpały badaczki i badacze uprawiający historię kobiet z myśli Michela Foucaulta, jego koncepcji „wiedzy uzależnionej”, teorii wiedzy jako dyskursu władzy. Podobnie szerzej należałoby wspomnieć o wpływie, jaki na women’s history miała historia społeczna uprawiana przez historyków z kręgu szkoły Annales. Historycy ci, odchodząc od historii politycznej na rzecz badań nad długofalowymi procesami społecznymi, przetarli drogę badaniom nad codziennym doświadczeniem grup, których do tej pory brakowało w pisarstwie historycznym 49. Należałoby 46 „Płeć albo polityka, rodzina albo naród, kobieta albo mężczyzna”. Tamże, s. 46. O ograniczeniu gender tylko do tematyki związanej z seksualnością pisała również G. Bock. Zwracała ona uwagę, że wykorzystując tę kategorię, trzeba „uwzględnić wszystkie obszary społeczne”. G. Bock, dz. cyt., s. 28. 47 J. W. Scott, dz. cyt., s. 58–61. 48 Interesującym w świetle tej wypowiedzi może być fakt, że również wobec pracy Scott Gender and the Politics of History (New York 1989) wysunięto ten zarzut: Analizy materiału źródłowego odnoszą się do czynionych przez autorów źródeł uwag na temat podziału płci, a nie na temat sposobu formułowania przez nich tych podziałów. Jeżeli zaś tak jest, to badania stale koncentrują się wokół starej problematyki różnicy miejsc zajmowanych przez kobietę i mężczyznę w społeczeństwie, zamiast dotyczyć sposobów tworzenia owych różnic. M. Tilburg, Historia kobiet czy historia gender? Poststrukturalistyczne inspiracje w badaniach nad dziejami płci, „Historyka” 2000, nr 30, s. 34. Okoliczność ta zdaje się być symptomatyczna i może najdobitniej świadczy o trudnościach, jakie mają historycy w wykorzystaniu w badaniach kategorii płci kulturowej. 49 M. Bobako, dz. cyt., s. 261; zob. również: A. Kusiak, dz. cyt., s. 120.

25


także wskazać na nowe oblicza historii codzienności, mikrohistorii, antropologii historycznej. Historia kobiet powstawała i kształtowała się w okresie dynamicznych zmian w sposobie uprawiania i rozumienia historii, które nie pozostały bez znaczenia na jej kształt. Historia kobiet, pomimo że jest stosunkowo młodą dziedziną badań historycznych, wywalczyła już sobie pewną pozycję, od lat osiemdziesiątych stając się przedmiotem wykładowym w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Tak jak w przypadku innych samodzielnych dyscyplin naukowych, posiada ona szeroką literaturę przedmiotu, własne instytucje, specjalistyczne periodyki (m.in. „Gender and History”, „Women’s History Reviews”), a na międzynarodowych zjazdach historyków funkcjonuje jako oddzielna sekcja. Niemniej ma ona również swoje problemy, z którymi musi się zmierzyć. Historyczki podkreślają bowiem bardzo często, że nie należy traktować women’s history jako historii alternatywnej dla historiografii dotychczasowej – męskiej. Historia kobiet nie może być izolowana, powinna ona wpisywać się w szerszy kontekst, jakim jest historia ludzkości. Należy również pamiętać, że w ośrodkach czy środowiskach naukowych odpornych na jakiekolwiek zmiany w pisarstwie historycznym, ten obszar badań budzi wciąż nieufność ze względu na jego związek z feminizmem. Zarzuca mu się wojowniczość, przesadną ideologizację historii oraz subiektywizm. Zwraca się również uwagę, że badaczki powinny unikać doszukiwania się w każdym miejscu w historii manifestacji męskiej dominacji i przykładów opresji kobiet50. Powinny pamiętać także o innych czynnikach determinujących położenie kobiet (przynależność klasowa, stan cywilny, orientacja seksualna, macierzyństwo, kolor skóry), a których nie można wyjaśnić, odwołując się tylko do kategorii płci51.

50 Autorce trudno oprzeć się wrażeniu, że ta uwaga (że badaczki „doszukują” się wszędzie w historii przykładów opresji w stosunku do kobiet) jest nieprawomocna i nie znajduje dostatecznego potwierdzenia w pracach z zakresu women’s history, a wynika głównie z niechęci do feminizmu. 51 Zob. H. Grubitzsch, dz. cyt., s. 10–11; M. Bogucka, dz. cyt., s. 188–189. W tym kontekście ważne jest również, jaki wpływ na pisarstwo historyczne będzie miała krytyka pojęcia gender.

26


Sylwia Wielichowska

27

Feministycznie usposobiona historyczka, absolwentka Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie obecnie w Katedrze Historii Historiografii kończy pracę nad doktoratem poświęconym polskiej historii kobiet. W wolnych chwilach czyta, próbuje swoich sił w tańcu klasycznym, spotyka się z przyjaciółmi. Wierzy, że nigdy nie jest za późno na realizację marzeń.



Lucyna Marzec

Herstoria żywa, nie tylko jedna, nie zawsze prawdziwa

Herst

Puryści językowi i oddani idei prawdy etymolodzy mogą popaść w furię, słysząc ten termin: herstoria. Oburzenie jest po części uzasadnione, pod względem językowym herstoria ma się do historii jak feminoteka do biblioteki, stanowi sztuczny twór o fałszywej etymologii, fantazję słowotwórczą, która ma jednak czelność bronić się w inteligentny, przemyślny i nie pozbawiony humoru sposób. Autorki tego terminu nie przywołam z imienia i nazwiska, ale jest pewne, że od ponad dwudziestu lat słowo herstory funkcjonuje jako rozpoznawalna, teraz utarta już formuła żargonu naukowego i języka popularnych publikacji anglojęzycznych, chociaż nadal niesie ze sobą spory ładunek emocji, ukryty nie tyle w samym rdzeniu tego wyrazu, ile w celnych skojarzeniach oraz szerokim zakresie znaczeniowym słowa historia. W polskim dyskursie feministycznym czy historycznym termin herstoria używany jest przede wszystkim jako określenie na feministyczny sposób uprawiania historiografii. Jednym z pierwszych tekstów tłumaczących termin herstoria jest artykuł Ewy Domańskiej z 1994 roku1: badaczka wyjaśnia, że herstory to gromadzenie wiedzy o kobietach (źródeł historycznych, materiałów oraz używanie ich przy interpretacji procesu historycznego; ale herstory to także nowego typu feministyczna narracja wśród odmian historycznego pisarstwa, niekonwencjonalna, ponieważ zwraca uwagę na

1

29

E. Domańska, Historia feminizmu i feministyczna historia, [w:] „Odra” 1994, nr 7–8, s. 27–28.


badanie nie tyle polityki i ważnych publicznych zdarzeń, ale raczej stosunków rodzinnych oraz seksualności, które traktuje jako wobec nich równorzędne. Obecnie najczęściej terminu herstoria używa się w odniesieniu do historii kobiet w lokalnej społeczności, w konkretnym regionie – herstoria związała się z geografią literacką oraz, zwłaszcza ostatnimi laty w Polsce, z badaniami nad miastem i miejskością, czego dowodzą takie książki jak Warszawa kobiet Sylwii Chutnik, Ich ślady. Kobiety z przeszłości Radomia redagowana przez Agatę Morgan czy seria krakowskich Przewodniczek. Tymczasem herstorię z kręgów anglosaskich na początku drugiej dekady xxi wieku najskuteczniej można scharakteryzować poprzez magazyn HerStoria: to popularnonaukowa, feministyczna lub feminizująca narracja na temat przeszłości, mająca na celu przedstawienie faktów i zdarzeń które miały miejsce, czy może lepiej: zostały udokumentowane. Herstoria, tak jak tradycyjna historia, poszukuje wiedzy na temat przeszłości, a jej narracja jest pojmowana jako narracja o realnym świecie i prawdziwych wydarzeniach. Dlatego utwory fikcjonalne, beletrystyczne trudno określać mianem herstory, nie popadając w pewien teoretyczny impas. Jeśli z perspektywy narratywistycznej można odczytywać w ten sam sposób narracje historiografów (kroniki, roczniki) oraz historyków (podręczniki), co narracje fikcjonalne (powieści), na przykład analizując retoryczne tropy, porządkujące opowieści o przeszłości, jak czynił to Hayden White, to, mimo że takie ujęcie jest mi bardzo bliskie, wydaje się jednocześnie krzywdzące wobec wysiłków feministycznej historii czy historii kobiet. Zarazem jednak twórczość literacka, skupiona wokół problematyki przeszłości kobiet, najczęściej wiąże się ściśle z herstorią – zwłaszcza wtedy, gdy źródła i dokumenty nie wyczerpują pytań, zadawanych przeszłości, niejedna z pisarek zwraca się w stronę beletrystyki, fikcji, zmyślenia. His story W języku angielskim, podobnie jak w polskim i większości języków europejskich, wyraz historia brzmi podobnie (history, historie, ист’ория), jako że wywodzi się w greckiego ἱστορία, i obfituje wielością znaczeń. Historia to zarówno przeszłe dzieje, jak i opowieść o tych dziejach, a w języku potocznym oznacza po prostu opowieść, historyjkę, narrację na jakiś temat. Jeszcze większą 30


paletą znaczeń mieni się angielskie słowo story, może oznaczać opowieść (historię), fabułę, a także bajkę, zeznanie (czyjąś wersję wydarzeń przedstawianą np. w sądzie), czasem story tłumaczy się po prostu jako książkę. Zaś his to zaimek dzierżawczy, który przekładamy na polski jako: jego. Zapominając na chwilę o dziedzictwie Herodota i greckich źródłach terminu history/historia możemy przyjąć, że history to prostu jego opowieść, jego wersja wydarzeń, jego historia, jego… bajka. Jakiego „jego”? Oczywiście, mężczyzny. Radosna gra językowa obnaża gorzką prawdę. Historię tworzyli mężczyźni, historię mężczyźni spisywali. Na przykład Gall Anonim czy Wincenty Kadłubek w swych Kronikach polskich opisywali wybrane, ich zdaniem najważniejsze, wydarzenia bieżące z zakresu polityki, gospodarki, życia kościelnego, oraz barwnie i z artyzmem opowiedzieli o pradawnych dziejach kraju Słowian. Interesowali ich przede wszystkim władcy i ich praktyki wojenne, stosunkowo niewiele wyczytamy o życiu, działalności czy aktywności twórczej kobiet: żon i córek królów, królowych, możnowładczyń, przeorysz zakonów, o bogatych mieszczankach nie wspominając. Trudno, zagłębiając się w przeszłe dzieje czy nawet studiując historię, nie dojść do wniosku, że życie od wieków toczyło się wokół mężczyzn, polityki międzynarodowej, opierającej się na konfliktach władzy świeckiej z kościelną i ścierających się interesach państw ościennych, które to zawsze prowadziły do kolejnych wojen… Ewentualnie, co pewien czas znaczenie dla dziejów ludzkości miało jakieś odkrycie: geograficzne, naukowe czy techniczne, które to poszerzało tereny walk bądź usprawniało komunikację i metody wojenne. Właśnie na przekonaniu, że w historii powszechnej brakuje równoległej relacji o życiu kobiet, dzieci i wszystkich innych, którzy z jakichś powodów zostali pominięci, zmarginalizowani i zapomniani, oraz absolutnym niedocenieniu odkryć naukowych czy rozwiązań technicznych, rewolucjonizujących życie codzienne opiera się zamysł wydobycia z neutralnej historii – his story, jego opowieści, jego historii. Można śmiało uznać takie przekonanie za kobietocentryczne (ginocentryczne) i feministyczne zarazem. Jest wyrazem krytycznego myślenia i dociekliwego oraz skrupulatnego odczytania różnorakich tekstów kultury: od dziejopisarstwa po podręczniki szkolne i powszechne encyklopedie oraz wiąże się ściśle z przemianami w humanistyce i naukach społecznych drugiej 31


połowy xx wieku, jakkolwiek źródeł nowych ujęć historiografii można szukać w przedwojennej Francji i kręgu uczonych skupionych wokół pisma Annales. Tutaj najpierw zauważono, że, po pierwsze, historię piszą zwycięzcy, a po drugie, nikogo dotąd nie obchodziła tzw. prywatna historia ludzkości, przez co nasza wiedza na temat przeszłości jest w dwojaki sposób okrojona, niepełna i sprofilowana. Późniejsza myśl filozoficzna, antropologia, kulturoznawstwo, nauka o literaturze i sztuce dopomogły w rozkwicie rewindykacyjnej i krytycznej historiografii, która przestała szczycić się przekazem wiedzy ogólnej, bezstronnej i rzetelnej zarazem. A xx-wieczna krytyka feministyczna, siostra teorii i historii, jest rówieśniczką hermeneutyk podejrzeń, psychoanalizy i dekonstrukcji, wraz z nimi rozwijała się i przeobrażała, nic więc dziwnego, że w pewnym momencie zaczęła pytać o status i miejsce kobiet w nowych dyskursach o świecie, człowieku i jego przeszłości. Stąd ironiczne przekształcenie history w his-story i postulat przejrzenia starych paradygmatów pisania o przeszłości (i teraźniejszości) oraz rewizji kanonu. Stąd też pojawienie się herstorii, jej opowieści: wizji takiej narracji o dawnych dziejach, w których ważkim punktem odniesienia, jeżeli nie centrum, będą kobiety i ich sprawy. Bariery Trudno przetłumaczyć herstory na język polski tak, by wydobyć wielość skojarzeń i znaczeń, porównywalną do wersji angielskiej. Może warto mówić i pisać o herstorii, nieco spolszczając termin i odwołując się do znajomości języka angielskiego (na poziomie podstawowym). Co prawda kiedyś Kinga Dunin zaproponowała termin: jejlandia, uwypuklając przestrzenno-zagarniający aspekt pisania o przeszłości, ale pomysł się nie przyjął. Jejlandia przypomina ważną i kluczową dla współczesnej krytyki feministycznej wizję własnego pokoju Virginii Woolf. W słynnym eseju z 1928 roku pisarka dowodziła, że bez własnego pokoju, prawa do prywatności oraz własnych środków finansowych kobieta nie jest w stanie rozwijać się twórczo i kształcić. Bez własnej przestrzeni symbolicznej – przestrzeni w kulturze, jaką budować mogłyby opowieści o dzielnych, mądrych, genialnych, aktywnych, wykształconych kobietach: artystkach, pisarkach, wykładowczyniach, menadżerkach i kobietach pracujących w domach oraz wychowujących dzieci – trudno funkcjonować, 32


trudno rozwijać swoje umiejętności i dumnie odwoływać do zdobyczy poprzednich generacji. Wyobraźmy sobie muzyka, który po raz pierwszy w historii gra na harfie. Wcześniej na harfie grać mogły tylko kobiety: miały drobniejsze palce, były z natury delikatniejsze, wrażliwsze, na dodatek cieszyły oko słuchaczy. Jak czuje się ów muzyk? Wie, że jego palce są grubsze od koleżanek ze szkoły muzycznej, więc pewnie kilka razy pomyli struny, pociągnie zbyt mocno, przez co jego wykonanie uznane będzie za agresywne i nieharmonijne… poza tym, wszyscy będą na niego patrzeć jak na jakieś dziwadło. Ale pomyślmy o tym samym muzyku w nieco odmiennej sytuacji: gra po raz pierwszy na harfie, owszem, ale w swoim kraju. Wie doskonale z dwóch encyklopedii, dopiero co przetłumaczonych na jego język oraz trzech podręczników, które przeczytał na stypendium za granicą, że w innych częściach świata na harfie grywają przede wszystkim mężczyźni, a niegdyś, jakieś pięć tysięcy lat temu, harfa była świętym instrumentem kojarzonym z męskim bogiem-władcą wszechświata, płodnym i mądrym, a w dodatku wrażliwym na muzykę sfer. Mając w pamięci całą tę wiedzę – wiedzę dotyczącą innej teraźniejszości i innej przeszłości – jest w stanie pokonać barierę wstydu oraz tremy i wprawić słuchaczy w zachwyt. Po lekturze pozytywnej recenzji tego występu inny mężczyzna, który zawsze marzył, by grać na harfie, a nie, jak mu przykazano, na kontrabasie, zaczyna realizować swoje pragnienia. Po stu latach, przełamując pewne stereotypy, jakiś inny mężczyzna po raz pierwszy gra na harfie w filharmonii państwowej… Na tym właśnie polega moc pisarstwa o przeszłości: potrafi zarówno przestrzec przed pewnym działaniem, jak i dodać sił, odwagi i pomóc w trudnych chwilach. Dlatego właśnie herstoria jest tak bardzo kobietom potrzebna – herstoria jest zazwyczaj terapią, chociaż, koniecznie muszę dodać, bywa tylko zaleczeniem, a nawet magiczną formułą wyszeptywaną nad chorymi bez szans powrotu do zdrowia. Terapia ta zakłada, że poczucie kontynuacji, nawet jeśli będzie związane z podważeniem ustaleń i sposobów działań przeszłych pokoleń, jest niezwykle ważne dla poczucia celowości własnych działań. Wiedza o przeszłości pozwala zmieniać teraźniejszość i inaczej spoglądać w przyszłość. Herstoria to nie tylko akt dopisania rozdziału o kobietach w historii powszechnej, ale przede wszystkim gest polityczny, ideowy, wyrastający 33


z modernistycznego przekonania o możliwości emancypacji jednostki czy grupy, gest otwarcia na przeszłość i osadzenia w teraźniejszości wszystkich tych, których miejsce w historii było na marginesie. Feministki często mówią nie tylko w imieniu kobiet, ale także mniejszości etnicznych, narodowych, seksualnych, osób niepełnosprawnych. Nie interesuje ich też tylko to, co kobiece i kobietom właściwe, ale to, co miało znaczenie w przeszłości dla odmiennego funkcjonowania kobiet i mężczyzn, jak płeć (pojmowana zazwyczaj jako płeć kulturowa, gender, nie tylko biologiczna) wpływała na zajmowane w strukturze społecznej miejsce, co przez to znaczyła, z jakimi wiązała się rolami i zadaniami wytyczanymi jednostce. Zapytuje na przykład o to, kiedy kobiety z najwyższych sfer przestały karmić dziecko piersią i oddawały je na wychowanie mamkom i jak było to powiązane z życiem dworskim, czemu dokładnie służyło albo o to, dlaczego mężczyźni noszą w Europie tylko spodnie i nie mogli nigdy (oficjalnie) czerpać radości z przymierzania wieczorowych sukni wyszywanych cekinami. Ale historia est magistra vitae i wszystko nam komplikuje: rozpala ogień w kominku listami matki do córki, burzy świątynie bogini Kottys, podpisuje pewne książki męskimi nazwiskami, pozwala kurzowi zakryć cenny z naszego punktu widzenia manuskrypt… Badanie przeszłości kobiet jest zadaniem trudnym i wymagającym wiele cierpliwości oraz wiary w sukces. Sporo na ten temat napisała osoba, która niemal całe życie spędziła, analizując prywatne archiwa i spisując dzieje kobiet – francuska historyczka i uczona, Michelle Perrot. W przełożonej w 2009 roku na język polski książce Moja historia kobiet pisze Perrot o trzech czynnikach utrudniających uprawianie herstorii (choć sama tego terminu nie używa): pierwszym jest tradycja, która wartościując wysoko działania w przestrzeni publicznej, a więc aktywności mężczyzn, nie poświęca wiele uwagi związanym ze sferą prywatną kobietom. Drugim czynnikiem jest milczenie źródeł (tekstów samych kobiet). Trzecim zaś milczenie relacji: w tych kobiety są albo pomijane, albo pisze się o nich, powielając stereotypy czy wyrażając sporą niechęć. Warto dodać, że za milczeniem źródeł często stoi – nieobecność, za milczeniem relacji – niechęć, a za tradycją milczenia i nieobecności kobiet – co niektórzy nadal opowiadają się pozytywnie.

34


Jej opowieści Herstoria, zwłaszcza ta inspirowana najnowszymi metodologiami nauk humanistycznych, jest często opowieścią o nieobecności i milczeniu kobiet: tworzą ją wykładowczynie akademickie z tytułami naukowymi, a ich praca ma charakter badawczy. Jedną z najpiękniej napisanych takich książek w języku polskim jest publikacja Grażyny Kubicy pt. Siostry Malinowskiego, czyli kobiety nowoczesne na początku xx wieku. Jest to opowieść o poszukiwaniach źródeł wiedzy i języka dla opisu życia i twórczości jedenastu uzdolnionych, wykształconych i zupełnie zapomnianych kobiet, na których nazwiska natkniemy się, czytając Dziennik Bronisława Malinowskiego. Ale kobiety nauki z oczywistych względów nie mogą dopisać do podręczników sióstr Shakespeare’a czy Newtona, jeśli takie nie istniały. Dlatego wizja opowieści o istniejących – bądź nie – kobietach z przeszłości stała się przede wszystkim atrakcyjna dla… pisarek. W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii od końca lat 60. powstało tysiące książek beletrystycznych, które miały na celu dopisanie kobiet do historii czy kulturowej spuścizny ludzkości. Czy to oznacza, że wcześniej kobiety nie pisały powieści historycznych o kobietach? Oczywiście, że nie. Jedną z pierwszych książek problematyzujących temat historyczki, która odnajduje dziennik kobiety sprzed kilku wieków – i nie wie, jak sobie z takim dokumentem poradzić, jest powieść wspomnianej już Virginii Woolf, niepublikowana za życia pisarki i do tej pory nieprzetłumaczona na język polski, Journal of Mistress Joan Martyn (pisana w 1906 roku). Pracująca w archiwum Rosamund Meridew przypadkowo odnajduje dziennik piętnastowiecznej damy – gospodyni pani Joan Martyn, i chociaż, będąc prekursorką herstorii, pragnie dowiedzieć się jak najwięcej o życiu Joan, ponosi fiasko. Pani Martyn nie pisze w swym dzienniku o sobie i swojej rodzinie, interesuje ją rodzina męża, a zwłaszcza linia po mieczu – upamiętniona na portretach wiszących na ścianach posiadłości, własności bogatych mężczyzn. Virginia Woolf pokazuje tym samym, że w xv wieku wyjście za mąż oznaczało zapomnienie o swojej rodzinie i poświęcenie się pracy w domu męża oraz wskazuje na dysproporcje między własnością mężczyzn i kobiet – podczas gdy do pana Martyn należy majątek jego ojców i pradziadów, który ma szansę przetrwać wieki, to pani Martyn jest właścicielką jedynie nietrwałego zeszytu. Sam 35


fakt, że odnalazła go po wiekach Rosamund, jest zadziwiający, ale przy tym okazuje się, że dziennik Joan Martyn nie mówi współczesnej historyczce wiele o przeszłości. Nie wyszuka w nim odniesień do „ważnych wydarzeń historycznych”, nie pozna nawet „klimatu epoki”. Żeby coś na temat życia Joan Martyn napisać, Rosamund musi posłużyć się metodami narracji i konwencjami wytyczonymi przez pisma historyczne jej poprzedników, a przez to zaczyna konfabulować. Z jednej strony Woolf uwrażliwia w ten sposób na podobieństwo, jeśli nie tożsamość kreacji świata w beletrystyce i historiografii (wątek niezwykle istotny dla metodyki historii od lat 70. xx wieku). Z drugiej wskazuje, że fantazjowanie o przeszłości, wymyślanie jej alternatywnej wersji przy ciągłej świadomości, że to fikcja, a nie historyczna prawda, jest dla niej jednym ze sposobów rozwiązania problemu milczenia źródeł i relacji na temat kobiet. Virginia Woolf ukazała relatywność i wieloznaczność pisarstwa historycznego, a przy tym wskazała życie prywatne, domowe i sprawy kobiece jako najważniejszą z luk historii. Natomiast i przed Virginią Woolf powstawały książki historyczne o kobietach oraz powieści z akcją osadzoną w przeszłości, a dotyczące kobiet – pisane zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety. Ponieważ herstorię interesuje raczej głos kobiet mówiących o sobie, o xix-wiecznych, popularnych biografiach wybranych władczyń, „wielkich kurtyzan”, nałożnic królów czy wpływających tragicznie na los kraju cudzoziemskich żon władców nie będę wspominać – wiadomo, że takie powstawały w całej Europie i wzmacniały negatywne uczucia żywione do takich postaci jak: Rycheza, Bona Sforza, Maria Kazimiera (w Polsce), Maria Antonina (we Francji), Elżbieta ii i Maria Stuart (zamiennie i w zależności od panujących rządów oraz nastrojów społecznych – w Wielkiej Brytanii). Znacznie ciekawsze są bowiem powieści autorstwa kobiet, które akcję osadzają w przeszłości, ale nie mają na celu taniej rozrywki, tylko pragną przekazać jakaś swoją prawdę i rację. Emocje Doskonałym przykładem jest twórczość Anny Mostowskiej, m.in. Astolda (1807), pierwsza w języku polskim powieść historyczna w ogóle, zazwyczaj 36


określana jako „próba powieści historycznej” czy też „pseudoromans historyczny”, który opowiada nieszczęśliwą w skutkach miłosną przygodę na tle xvi-wiecznej Litwy. Znamienny jest sam wstęp do powieści: autorka zarzeka się, że jako niewykształcona kobieta nie była w stanie napisać „prawdziwej” powieści, może napisać – co prawda pierwszą po polsku i nowoczesną, ale tylko powieść wybrakowaną, niepełną. Tak wyartykułowane ambiwalentne podejście do własnej pracy twórczej i swych zdolności jest typowe dla pisarek xviii i xix wieku: przepraszają, że w ogóle zdecydowały się wkroczyć w przestrzeń męskich działań i proszą o wyrozumiałość dla popełnianych odstępstw od uznanych tam reguł – świadome, że nie powtórzą ich dokładnie, bo nigdy nie zostały ich nauczone. Z drugiej strony decydują się wydać powieść pod własnym nazwiskiem, przekonane, że znajdą swoje czytelniczki i czytelników, że ich dzieło jest wartościowe, a praca nie poszła na marne. Mają świadomość swojego talentu i własnych ograniczeń, a także ograniczeń społecznych (kulturowych). Lektura takich wstępów może obecnie przytłoczyć i zasmucić – uzdolniona i pomysłowa Mostowska nie mogła po prostu napisać „ogłaszam swoje kolejne dzieło, nigdy takiego gatunku powieści nie czytaliście, ale nie boję się głosów krytyki”. Anna Mostowska jednak obawiała się – wycierpiała sporo w życiu przez złośliwość mężczyzn, nieakceptujących kobiety-literatki, dzięki której polska publiczność dowiedziała się, czym jest gotycyzm i pisanie powieści o przeszłości. Żartowano na temat jej skłonności do zjawisk niesamowitych i duchów, ale gdy wczytamy się obecnie w jej prace, okazuje się, że reprezentowała sceptyczne podejście do spraw nadprzyrodzonych. Strach w Zameczku jest opowieścią o duchu sfingowanym przez współpracujące ze sobą kobiety (na dodatek przełamujące barierę klasy społecznej), w celu wykazania, że nie tylko kobiety dają się nabrać na straszne opowieści, ale równie podatni na upiorne historie są mężczyźni. Pisząc o mistyfikacji w konwencji gotyckiej powieści, Mostowska mówi o równości płci – równości w sferze emocji, wiary i intelektu. Emancypacyjny charakter ma pisarstwo historyczne Marii Wicherkiewiczowej, która – nie mając historycznego wykształcenia, za to rozległą erudycję i pasję archiwistki – stała się prekursorką badań nad historią Poznania (zaczęła na ten temat pisać od 1914 roku). W równej mierze interesowała ją architektura, jak i mieszkańcy miasta, zwłaszcza bogaty patrycjat i mieszczaństwo. 37


Informacje, które zbierała w archiwum miejskim, popularyzowała w prasie, a jej felietony i artykuły naukowe były potem wydawane w osobnych tomach. Interesowała ją codzienność – napisała historię poznańskich kawiarń oraz kobiety, „córki wielkopolskiej ziemi” – stworzyła na przykład „relację” z życia w klasztorze dominikanek i klarysek. Była świadoma historyczności ról społecznych i płciowych i często dawała temu wyraz – w Dawnych kawiarniach w Poznaniu (1938) precyzyjnie wskazuje na moment, kiedy kobiety po raz pierwszy wkraczają do kawiarń i na jakich mogą tam przebywać zasadach, a przy tym, nie bez ironii, podkreśla odmienne funkcje towarzyszące spotkaniom w męskich i kobiecych gronach. Oprócz artykułów prasowych, zawsze ukazujących emocjonalne zaangażowanie Marii Wicherkiewiczowej w badanie danego tematu i umiejętność empatii, czasem wręcz identyfikacji z bohater(k)ami jej twórczości, napisała też kilka powieści historycznych oraz krótką powieść biograficzną o swojej babci, Matyldzie z Axmitowskich Ziołeckiej, matce ośmiorga dzieci, gospodyni domowej, tłumaczącej poezję łacińską, hodowczyni jedwabników. Tekst o ukochanej babce kończy refleksja nad przemianami obyczajowymi, które pozwoliły na emancypację kobiet, i ubolewa, że babci nie przyszło żyć w tych lepszych dla kobiety czasach. Zaś Łódź w purpurze (1932) to jedyna w literaturze powieść, która opowiada historię rodziny Górków, wielkopolskich magnatów i uwikłanych w politykę międzynarodową protestantów, znanych obecnie raczej jako właściciele pięknego pałacu przy Starym Rynku w Poznaniu oraz bohaterowie legendy o więzionej latami „Czarnej Halszce”, właścicielce ogromnego majątku, Elżbiecie z Ostroga. I o niej pisze Wicherkiewiczowa, portretując nieszczęśliwą, ale pewną siebie i upartą kobietę, która potrafi przez dziesięć lat czekać upragnionej wolności od mężowskiej władzy. Rodziny Równoległe zainteresowanie przeszłością własnej rodziny, a zwłaszcza linii matki, z historią lokalną czy powszechną, jest stałym motywem twórczości kobiet, które zdecydowały się pisać prozę historyczną. Jadwiga Żylińska w tym samym czasie budowała opowieści o życiu kobiet na dworach w średniowiecznej Europie, co wspominała zwyczaje swojej babci i ulubione 38


powiedzonka nieżyjącej matki, a gdy zmarła jej ukochana siostra, Malina Michalska, często wypowiadała się na jej temat. Przypadek tej pisarki jest niezmiernie ciekawy: w okresie prl-u stworzyła własną odmianę gatunkową feministycznej powieści historycznej, w okresie powojennym jedyną w swoim rodzaju, na tle polskiej tradycji literackiej pod wieloma względami nowatorską, odstającą od twórczości współczesnych jej: Pawła Jasienicy, Antoniego Gołubiewa czy Teodora Parnickiego, a zarazem bliską powieściom historycznym autorstwa pisarek z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, związanych z tzw. drugą falą feminizmu (lata 60. i 70. xx wieku), o której już wspominałam. Można śmiało powiedzieć, że Jadwiga Żylińska łączy rodzimą tradycję kobiecej powieści historycznej z trendami światowymi. Pokazuje, jak blisko wspomnieniu, biografii i innym gatunkom intymistycznym jest do pisarstwa historycznego, romansu gotyckiego, melodramatu, sagi rodzinnej czy nawet hagiografii i mitografii. Żylińska tematyzuje problem odrzucenia kobiet przez Historię. Kocimiętka, jedna z bohaterek opus magnum pisarki, dwutomowej Złotej włóczni, to znachorka i poganka, która samotnie zamieszkuje wyspę na Jeziorze Lednickim i za sprawą przypadku zaprzyjaźnia się z Rychezą, główną bohaterką powieści. Po jakimś czasie Kocimiętka okazuje się wygnaną żoną Mieszka I. Jej los – odrzucenie przez żyjących i zapomnienie przez potomnych, spotka także Rychezę, żonę Mieszka ii, która uznana będzie przez większość narracji historycznych jako „zła Niemka”, która bezmyślnie oddała polską koronę w ręce wroga i tym samym zrujnowała polskie państwo. W powieści Żylińskiej Kocimiętka i Rycheza nie wiedzą, dlaczego tak doskonale się rozumieją i przyciągają mimo łatwo uchwytnych różnic w wieku, wykształceniu, sposobie życia. Ale pisarka sugeruje, że prócz życiodajnej relacji babka-wnuczka (czy nawet wiedźma i jej uczennica), łączy je wspólna kondycja, kondycja kobiety uwikłanej w swój czas i kulturę, w jakiej żyje. Żylińska nieustannie stara się prze-pisać, prze-obrazić opowieści o wydarzeniach historycznych w Polsce i Europie tak, by ukazać znaczący udział kobiet. Na przykład Rycheza wprowadza zmiany administracyjne i nominalne na zamku w Gnieźnie, bywa doradczynią swego teścia, Bolesława Chrobrego, a jej listy, pisane do braci, wujów i kuzynów, dotyczące spraw polityki między jej własnym i mężowskim rodem przynoszą niejednokrotnie pozytywne dla Polski skutki. Rycheza ukazana jest nie tylko 39


jako partnerka rozmów Bolesława Chrobrego, ale także wykształcona i wrażliwa kobieta, której nagle przychodzi żyć w „dzikim” kraju i żyć z mężczyzną, od którego oczekuje wszystkiego prócz tego, co on jej daje. Oddanie korony Bezprymowi tłumaczy Żylińska jako gest zdradzonej, samotnej i nieszczęśliwej kobiety, a nie bezdusznej oszustki. Żylińska często poprawiała „błędy” stronniczych kronikarzy, jak w przypadku opowiadania o Marii Zycie Rozamundzie, niemieckiej księżniczce, która przez kilkanaście lat władała skromnym księstwem, a nie zachowało się o niej żadne dobre słowo kronikarzy. Miała do tego prawo – nie tylko jako pisarka, ale także niezwykle wykształcona osoba. Na Uniwersytecie Poznańskim ukończyła filologię angielską, poza tym płynnie mówiła i czytała w języku niemieckim, francuskim, znała łacinę i grekę. Była oczytana, a wszelkie zdobycze technologii, archeologiczne odkrycia oraz doniesienia gwałtownie rozwijających się po wojnie dziedzin wiedzy (psychologii, biologii, geologii) włączała w swój dyskurs – jej teksty mówią wiele nie tylko o nieznanych czy zamazanych kartach przeszłości, ale także o czasach, w których dane jej było żyć. A czuła się Żylińska w powojennej Polsce nie najlepiej, jak każda intelektualistka, której nie pociągała nowa władza. Nie dała się też oszukać pozornej „polityce równości”, była wierna ideałom Nowej Kobiety z okresu przedwojennego, wiedziała, że „kwestii kobiet”, nie da się łatwo rozwiązać. Jakby na marginesach tomów Jasienicy napisała Żylińska zbiór esejów Piastówny i żony Piastów, w których opisała niezwykłe, czasem zaskakujące losy wszystkich wywodzących się z Gniezna kobiet, wśród których znalazła się nie tylko córka Rychezy i Mieszka Lamberta, Gertruda-Olisawa, właścicielka, i być może, autorka, słynnego modlitewnika czy święta Jadwiga, ale także królowa Szwecji, później Danii, Sygryda Storrada (Świętosława) i cesarzowa Hiszpanii, Ryksa. Pisarka wyraża przeświadczenie o rozbieżności wzorców czy nawet stereotypów płciowych poszczególnych okresów historycznych a doświadczeniami konkretnych jednostek, w związku z czym opisuje kobiety, które nie przystają do tradycyjnych ról wyznaczonych przez społeczeństwa swoich czasów. Opowiada o „Amazonce” Hervör jako nieustraszonej wojowniczce albo o średniowiecznej damie, która wybiera się w pielgrzymkę do Ziemi Świętej, nie w celach religijnych, ale by spotkać się z kochankiem, który został Templariuszem. Szczególnie zaś interesowały ją kobiety, które 40


samostanowiły o swoim życiu, a więc mniszki i zakonnice, i ukazywała ich głębokie związki z polityką kościoła oraz państwa, często ubolewając przy tym nad męskim zwierzchnictwem kobiecych klasztorów. Osobny rozdział jej twórczości stanowi matriarchalna mitografia. Każdy, kto przeczyta Kapłanki, amazonki, czarownice, przekona się, że mieliśmy w historii kultury polskiej swojego Roberta Gravesa. Żylińska była przekonana, że historia powszechna oraz popularne wersje mitów są niepełne, a przede wszystkim uproszczone, skondensowane i wyselekcjonowane dla podbudowania his story. Innymi słowy, męskie wersje historii czy mitów są prze-pisane, dlatego należy, według pisarki, powrócić do tych właściwych, pierwotnych i matriarchalnych opowieści o świecie. Powrócić – ale nie po to, by powtórzyć, czy reaktywować kult bogini-matki, strącając przy tym chrześcijańskiego Boga i cały poczet świętych w czarną otchłań. Żylińska powtarza wielokrotnie, że to, co się stało, nigdy się już nie odstanie, a zarazem nie może się nadziwić, dlaczego tak bardzo wstydzimy się, ukrywamy czy zapisujemy, nadpisujemy znaki na innej cywilizacji, naszej, używając terminów psychoanalizy, kulturowej nieświadomości. Właśnie w ruchu między świadomością współczesną a wiedzą na temat przeszłości – szacunkiem dla tej najodleglejszej, najmniej poznanej, być może nieświadomej, i krytycznym odczytaniu tej najbliższej, nas konstruującej, upatruje Żylińska sposób na wspólne trwanie wielu tradycji i opowieści o świecie: monoteistycznych i politeistycznych, matriarchalnych i patriarchalnych, konserwatywnych, liberalnych i lewicowych, etc. Bez uświadomienia sobie prostego faktu, że w przeszłości bywało różnie – i rzadko było tak, jak jest teraz, a jeszcze rzadziej bywało tak, jak chcielibyśmy, by w przeszłości było, zwłaszcza wtedy, kiedy krytykujemy współczesne trendy i zachodzące na naszych oczach zmiany i pragniemy odnieść się do nieruchomej oraz stabilnej historii – nie będziemy rozumieć, co w rzeczywistości wokół nas się dzieje. O tym, jak wiele kobiet lubi herstorie i jak bardzo powieść historyczna może wpłynąć na teraźniejszość może świadczyć niezwykła popularność przepięknej książki napisanej w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku przez dwie kobiety, bliskie koleżanki, Joannę Konopińską i Janinę Federowicz: Marianna i róże. Życie w Wielkopolsce w latach 1890–1914 z tradycji rodzinnej. Jest to niemal wzorcowa herstory: po pierwsze, stanowi wynik udanej współpracy dwóch 41


kobiet (spełnia więc feministyczny postulat siostrzaństwa czy też pracy w kolektywie), po drugie, jej najważniejszą bohaterką jest kobieta i jej sprawy, to znaczy dom, gospodarstwo, relacje z matką oraz… siedem córek i jeden syn, a po trzecie: łączy historię powszechną z historią prywatną, to, co wymyślone z tym, co prawdziwe i niepodważalne: otóż bohaterką jest prababka jednej z autorek, która pozostawiła po sobie różne zapiski, notatki, dokumenty – teraz wnikliwie przeczytane i „opracowane” jako pamiętnik Marianny. Kiedy centralnymi wydarzeniami, organizującymi jej życie, są kolejne porody oraz fazy wychowania dzieci, pielęgnacja ogrodu i domu, a także pisanie, to w tle toczą się wydarzenia i przetaczają nazwiska oraz daty znane każdemu Wielkopolaninowi i Wielkopolance, zarówno te przygnębiające, związane z postępującą germanizacją i ograniczaniem wolności Polaków, jak i radosne, bo stanowiące dowód na zaradność, spryt i patriotyzm Wielkopolan. Lektura Marianny i róż jest zarówno ucztą dla spragnionych herstory i ciekawych prywatnego życia historycznych postaci, jak i świetną lekcją historii lokalnej. Autorki musiały dokonać bardzo gruntownych studiów nad historią tego okresu – w książce pojawia się chyba każda polska organizacja, koło i stowarzyszenie oraz wplecione zostają biogramy ważnych dla tamtych czasów postaci. Najciekawsza jest jednak sama bohaterka, Marianna, ziemianka o dość konserwatywnych poglądach, która pisze swój pamiętnik w ukryciu przed mężem, mogącym uznać taką praktykę za niebezpieczną, podkreślając przy tym, że pisania nauczyła się jako dziewczynka, kiedy pomagała ojcu w pracy biurowej. Bardzo kocha i szanuje swoją matkę, Busię, która prowadzi własną hodowlę kur i zawsze służy mądrą radą. Wychowuje córki na rozsądne, praktyczne i uczciwe dziewczęta, myśląc cały czas o wydaniu ich za mąż – w taki sposób, by były szczęśliwe i czuły pełnię życia. Z niepokojem obserwuje romans swojej siostrzenicy z niejakim Cyprianem i nie rozumie, czym jest „wolna miłość” – dla Marianny stanowi zamkniętą drogę dla małżeństwa i szacunku społecznego, chociaż nie próbuje nikogo do swych racji przekonywać. Nie nakłania żadnej ze swych córek do wyższej edukacji, ale najmłodszej pozwala przepisywać z „Kuriera Poznańskiego” wiersze Gabrieli Zapolskiej. Z kart Marianny i róż wyłania się portret mądrej, statecznej kobiety, która kierowała się w życiu po równi sercem, co rozsądkiem – odpowiadała wzorcowi praktycznej Wielkopolanki, a przy tym emanowała 42


miłością i ciepłem. Janina Fiedorczuk i Joanna Konopińska stworzyły czy też odtworzyły postać, będącą zatem „typową” dla swoich czasów, zarazem nie rezygnując z ukazania odmiennych postaw ówcześnie żyjących kobiet – jedna z sióstr Marianny wiodła życie gospodyni domowej, w którym nie było miejsca na pisanie dziennika i ochoty na zapisywanie swych przemyśleń, druga zaś zdecydowanie nie przystawała do wzorca rozważnej matrony. Dla niektórych zaś niewątpliwie najciekawszą będzie się wydawać historia Helci, emancypantki-pianistki. Wiadome jest, że opowieść Marianny przyciąga i uwodzi: pttk organizuje nawet wycieczki szlakiem Marianny i Michała Jasieckich, a relacje wraz ze zdjęciami uczestniczek i uczestników (także wycieczek prywatnych, nieformalnych) można znaleźć bez trudu w Internecie. Tym samym w xxi wieku powtarzamy opisane na kartach Marianny i róż wycieczki po Wielkopolsce końca wieku xix, Wielkopolsce widzianej z perspektywy kobiety. I tak właśnie herstoria wciela się w życie. Tekst po raz pierwszy ukazał się w „Czasie Kultury” 2010, nr 5. Lucyna Marzec

43

Badaczka literatury, dr nauk humanistycznych. Od kilku lat organizuje spacery po Poznaniu śladami kobiet związanych z miastem i regionem, m.in. w ramach Festiwalu No Women No Art. W 2011 roku na zaproszenie Malta Festival Poznań – Nowe Sytuacje animowała serię akcji „O czym szumią wiedźmy”. Współredaktorka Wielkopolskiego Alfabetu Pisarek.



Natalia Sarata

Notatk

Historie kobiet – notatki na marginesach Przewodniczek

Zaczynam pisać ten tekst, raczej notatkę, z poczuciem, że nie opiszę wszystkiego, z czym wiąże się dla mnie od-zyskiwanie, od-twarzanie historii kobiet. Trudno pisać w jednym tekście o prawie pięcioletnim doświadczeniu prowadzenia warsztatów historii kobiet. Trudno napisać w wyczerpujący sposób o wszystkich dyskusjach dotyczących tego, jak poszukiwać swojej bohaterki, jak się z nią spotkać, jak ją opowiedzieć, jak rozstrzygać dylematy, jak brać odpowiedzialność za swoją wizję postaci i konstruowanie pamięci o niej. Jak pisać tekst do Przewodniczki, do kolejnych Przewodniczek, dla siebie. Trudno, bo każdy warsztat i każde spotkanie z piszącą osobą i z osobą opisywaną to osobna historia. To odrębne herstorie – poszukiwań, ciszy, milczenia, często frustracji, o których wiemy i o których rozmawiamy. Ale też odnalezień, tworzenia więzi z bohaterkami, włączania ich w krąg swoich ważnych postaci, istotnych punktów-postaci odniesienia, czasem uznawania ich za członkinie swoich rodzin – Przodkinie z wyboru. Trudno (mi) pisać także dlatego, że mogę mówić tylko w swoim imieniu – osoby, którą była(m), jedną z inicjatorek Krakowskiego Szlaku Kobiet, warsztatów herstorycznych, powstawania kolejnych tomów Przewodniczki (początkowo zaplanowanej przecież jako jednorazowa publikacja), a jednak nie podążyłam za żadną konkretną postacią tak, by zapis tej drogi i jej efekty znalazły się w osobnym tekście w którejś z książek. W dużej mierze poszłam za wszystkimi opowieściami i każda z krakowskich emancypantek we mnie została. Przyczyny tego, że nie mam „swojej” jednej, sobą opowiedzianej emancypantki – to historia do 45


spisania na innym marginesie. W tym tekście chcę opowiedzieć o doświadczeniach towarzyszenia Autorkom i uczestniczkom warsztatów w drodze do i za waszymi bohaterkami. Od was wiele się nauczyłam, z tych dyskusji, perspektyw tworzy się i wciąż rozwija Krakowski Szlak Kobiet. To w ogromnej części z waszych poszukiwań i odszukań, a także ze współpracy z Ewą Furgał, bierze się to, co staram się zapisać poniżej, w postaci notatek – na marginesach waszej / naszej pracy nad tekstami i na warsztatach. W tej pracy używamy często sformułowania „od-twarzanie”. Zakładamy bowiem, że przypominanie kobiet to nie tyle spisywanie wszystkich dostępnych informacji na ich temat i przedstawianie ich w formie wydrukowanego tekstu. To przepisywanie postaci od nowa, czasem pisanie o nich po raz pierwszy w ogóle, to tworzenie ich historii. Z własnej perspektywy – to szukanie, opowiadanie, spisywanie ze swojej własnej perspektywy, w odniesieniu do swojej własnej historii czy herstorii. To, że niektóre wydarzenia z życia bohaterek są bardziej angażujące emocjonalnie od innych, to, że jedne budzą swoiste poczucie bliskości i łączności, a inne złość lub niezgodę, wynika z osobistej drogi i doświadczeń. Zachęcamy autorki i uczestniczki warsztatów do przyglądania się swoim wyborom i towarzyszącym im ocenom z tej strony. A także do ujawniania siebie w tekście, jeśli tak zdecydują się pisać – opowiadając historię swojego spotkania z bohaterką. Czasem spotykamy się z pytaniem „a co z obiektywnością?”. Wychodzimy z założenia, że nie istnieje. Tekst zawsze jest o osobie piszącej, nawet jeśli pisze o kimś innym. Wybór tej „Innej” jest zawsze subiektywny. My staramy się to podkreślać i do tego odnosić. Pisanie historii kobiet, tak jak i innych historii, tekstów, opowieści – nie będzie nigdy neutralne. Z uczestniczkami warsztatów dużo rozmawiamy o tym, że nawet w naukach ścisłych wybór tematu i narracja o nim często, a być może zawsze jest wynikiem subiektywnych decyzji1. Nie obawiamy się zatem zarzutów o ideologiczność i subiektywność. Owszem, tak właśnie jest. Dlatego też wspieramy autorki we włączaniu w tekst narracji o sobie, choć tylko wtedy, jeśli decyzja o ujawnianiu siebie w tekście jest własnym 1

Por. E. Martin, Jajo i plemnik. Naukowy romans, [w:] Gender. Perspektywa antropologiczna. Tom 2, pod red. R. Hryciuk, A. Kościańskiej, Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2007, s. 33–49.

46


wyborem. Skłaniamy do zastanowienia się nad własnym patrzeniem na bohaterki – z miejsca, w którym stoją, z prawami obywatelskimi, z prawem do edukacji, z umiejętnością czytania i pisania, najczęściej w dużym mieście, po studiach wyższych, z doświadczeniem własnej emancypacji. Kim jestem ja, pisząca o kobietach, które już nie żyją, których rzeczywistość mogę poznać najczęściej w sposób zapośredniczony przez inne opowieści, opowieści innych? Jakie własne nadzieje, dążenia, traumy, dylematy mieszczę w opowieści o kobiecie, którą spotykam na szlaku kobiet? Do odpowiedzi na m.in. takie pytania zapraszamy podczas warsztatów historii kobiet. Autonomia i emancypacyjne podejście, akcentujące sprawczość, decyzyjność kobiet to nie tylko nasze podejście do autorek i uczestniczek warsztatu – to także wspierana przez nas perspektywa pisania o ich bohaterkach. Kobiety często przedstawia się jako świadkinie historii – ale nie te, które aktywnie ją tworzyły, lecz te, które patrzyły na nią, biernie doświadczały jej z marginesu. Chcemy zmieniać tę perspektywę, opowiadać o doświadczeniach, decyzjach, podejmowanych przez nie działaniach. Chcemy na przykład, by symboliczne, powtarzające się w wielu przekazach zdanie „Kobiety otrzymały prawa wyborcze w 1918 roku” zmieniało się w zdanie „Kobiety uzyskały prawa wyborcze w 1918 roku”, uwzględniające lata walki kobiet o równouprawnienie. Owszem, różne fakty miały miejsce niezależnie od woli i starań naszych bohaterek. Wojny, prześladowania, dyskryminacja, przemoc to wydarzenia i zjawiska niezależne od poszczególnych jednostek. Akcentujemy jednak to, w jaki sposób nasze bohaterki odnosiły się do nich, jak się w nich odnajdywały, jak reagowały. Zadajemy też pytanie „dlaczego?”. Sobie też zadajemy to pytanie. Szczególnie wtedy, kiedy nasze bohaterki świadomie wymykały się naszym kategoriom. Diana Reiter w odnalezionych przez Monikę Świerkosz dokumentach określiła się jako osoba pochodzenia polskiego, mimo że wywodziła się ze społeczności żydowskiej. Arbitralnie jednak odnosimy się do niej jako do „Żydówki”, gdy opowiadamy o jej losach w czasie wycieczek śladami krakowskich Żydówek. Dlaczego? Bo doświadczyła prześladowań i została zastrzelona „jako Żydówka”. Jednostronnie, być może uzurpatorsko, określamy bohaterki naszych książek jako nasze Przodkinie, symbolicznie wpisujemy je do swoich rodzin, czynimy matkami. Dlaczego? Moją własną odpowiedzią na to pytanie jest chęć podkreślenia, że bez nich 47


i ich historii ja nie mogłabym być tu, gdzie jestem teraz. To ich dziedzictwo pozwala mi dziś pisać ten tekst i (pod) nim się (p)o(d)pisać. To moja motywacja. Czy używanie tego określenia – Przodkinie – zwraca w efekcie uwagę bardziej na ich dorobek, tych, które były przed nami, czy na nas, które staramy się robić to, co one, współcześnie? Czy doceniamy je czy siebie, ustawiając same siebie w takiej z nimi relacji? „Miejsce patrzenia i siedzenia bardzo zmienia punkt widzenia” – mówi napis na bluzie 3-letniej dziewczynki, z którą mieszkam. Staramy się o tym pamiętać i te dylematy ujawniać. Nie tylko im, nie tylko sobie zadajemy pytanie „dlaczego?” – pytamy także rzeczywistości, w jakiej funkcjonowały nasze bohaterki. Przyglądamy się kontekstom, społecznym uwarunkowaniom, przede wszystkim tym związanym z płcią, ale także miejscem zamieszkania, statusem ekonomicznym, pochodzeniem etnicznym czy narodowym, wyznaniem lub bezwyznaniowością, orientacją psychoseksualną i innymi cechami, które ludzie posiadają najczęściej nie z własnego wyboru; cechami, które sprawiają, że indywidualności, pojedyncze osoby z imieniem i nazwiskiem, unikalną osobowością i doświadczeniami, są przypisywane do określonych, społecznie wartościowanych kategorii i zgodnie z nimi traktowanie – „jak kobiety”, „jak Żydówki”, „jak lesbijki”, „jak matki”, „jak kobiety z dobrych domów”, „jak robotnice”, „jak obce”. Jak nie one same, swoiste, sobie samym przynależne. Zachęcamy do przyglądania się nie tylko im samym, lecz także do opowiadania o doświadczanej przez nie rzeczywistości, o warunkach społecznych, w jakich tworzyły swoje życie, o normach, z których się wyłamywały albo które rozgrywały na różne sposoby. O różnych emancypacjach. W czasie warsztatów i w dyskusjach spotykamy się z pytaniem, czy „emancypantką” w Przewodniczce może być kobieta, która nie działała w ruchu kobiecym. Rozmawiamy o tym, że nie uznajemy jednego jedynego modelu emancypacji za ten „poprawny”. Chcemy, by autorki w swoim porozumieniu z bohaterkami same zdecydowały, co było dla nich, a co nie było wyłamaniem się z normy, wyjściem poza role związane z przynależnością do płci, grupy etnicznej itp. Indywidualne uniezależnienie czy działalność na rzecz wolności i uwłasnowolnienia kobiet (i innych grup), wywalczenie dostępu do zabronionej wcześniej ścieżki, wybranie relacji z kobietami w miejsce mężczyzn, wybranie funkcjonowania „jako mężczyzna”, a może jeszcze jakaś 48


inna droga wyzwolenia lub wyzwalania się – każdorazowo to wynik interpretacji bohaterki przez „jej” autorkę. Emancypacja jest kryterium – lecz bardzo szerokim. Stąd pojawiające się po lekturze Przewodniczek wątpliwości, czy np. działalność Sary Szenirer, walczącej o dostęp dziewcząt z ortodoksyjnych rodzin żydowskich do wcześniej im niedostępnej edukacji religijnej, sprzyjała ich emancypacji czy ją powstrzymywała. Stąd wątpliwość, czy Kazimiera Bujwidowa była emancypantką „w pełni”, jeśli urodziła szóstkę dzieci. Czy robotnica z Cygarfabryki lub straganiarka z krakowskiego Placu Szczepańskiego mogła być emancypantką? Takie i inne wątpliwości w moim odczuciu mówią więcej o nas i naszym postrzeganiu świata, także ich świata, niż o nich. Różnorodne perspektywy, także te wynikające z własnej ścieżki edukacyjnej, pozwalają na różnorodne przedstawienia kobiet. Inaczej, o czym innym, w inny sposób pisze historyczka sztuki o artystce, inaczej ekonomistka o urzędniczce pocztowej, inne wątki uzna za ciekawe polonistka pisząca o podróżniczce, a odmienne – judaistka o pracownicy biblioteki czy przewodniczka miejska o działaczce ruchu kobiecego. Te wszystkie spojrzenia, dotknięcia są ważne, równo-ważne. Opowieści kobiet o kobietach składają się wtedy razem na interdyscyplinarną opowieść o historii kobiet, szerszych zjawiskach, uwarunkowaniach, pojedyncze losy składają się w mozaikę, wielogłos mówiący więcej łącznie, w zestawieniu. Wielogłos wypowiadany z perspektywy kobiet żyjących współcześnie, w tym mieście. Miasto – tak. Lokalność, przestrzeń miejska to także znaczący wątek opowieści naszych Przewodniczek. Jedną z inspiracji Krakowskiego Szlaku Kobiet była chęć przywrócenia Krakowowi „jego” emancypantek i pamięci o rewolucji, jakiej dokonały tutaj. Inną – oswajanie przestrzeni Krakowa, odnajdywanie się w nim w historiach innych kobiet, odszukiwanie bardziej „własnych” miejsc z herstorią. Niezaprzeczalnie działanie wpływa na przestrzeń, a przestrzeń na działanie. Miasto, to miasto jest naszą lokalną przestrzenią pamięci – dlatego w każdym tekście autorki przedstawiają adresy, opisują miejsca, zaznaczają budynki, sygnalizują instytucje, łączą bohaterki z tkanką miasta. Samo ono staje się w ten sposób mapą pamięci. Obok miejsc, w których żyły Przodkinie, nie przechodzę już więcej obojętnie. Marceliny Kulikowskiej jest ul. Pijarska 3, Heleny Donhaiser-Sikorskiej ul. Karmelicka 28, Wandy 49


Kragen ul. Jasna 5 (teraz ul. Bogusławskiego). Poznanie adresu, u-miejscowienie bohaterki pozwala na wyobrażeniowy kontakt poprzez miasto, jego namacalność i trwałość, choć przecież, tak jak pamięć o kobietach – naszych Przewodniczkach po nim, także zmienność. Taki efekt, szczególnego kontaktu, daje też fotografia. Zawsze w Przewodniczkach umieszczamy zdjęcie lub inne wizualne przedstawienie ich bohaterek – jeśli ich pozyskanie jest możliwe. Czasem nie jest. Ale chcemy, by zawsze wtedy, gdy nawet niewyraźny, z oddalenia, wizerunek jest dostępny, towarzyszył on opowieści. Czasem jest to fotografia zdobyta łutem szczęścia w najmniej spodziewanym miejscu. Zwykle przemawiająca do wyobraźni. Niekiedy dająca impuls do zainicjowania opowieści. Bywa też przeszkadzająca w pisaniu lub co najmniej zmieniająca perspektywę, gdy okazuje się niespójna z wcześniejszym wyobrażeniem, kształtowanym w sobie przez autorkę obrazem. Ale chcemy, by w czytaniu była obecna – po to, abyśmy tych kobiet już nie musiały sobie tylko wyobrażać. A skoro ta opowieść o nich to zawsze dialog, to może powinnyśmy się także zastanowić nad umieszczaniem w książkach zdjęć autorek? Być może warto zostawić również miejsce dla każdej z czytających osób na wklejenie w Przewodniczkę swojej własnej fotografii i tym samym także takie wprost odbicie się w kobietach-Przewodniczkach: bohaterkach i od-twarzających je „ich” autorkach? Natalia Sarata

Jestem wnuczką, córką, siostrą, przyjaciółką. Jestem członkinią kobiecego kolektywu mieszkaniowego. Jestem feministyczną aktywistką. Jestem lesbijką. Moja mama urodziła mnie w czerwcu 1979 roku w Zakopanem. Moje drugie imię to Maria. Pochodzę ze Szczawnicy, od 14 lat wybieram Kraków. W działaniach realizowanych w Fundacji Przestrzeń Kobiet, Ulicy Siostrzanej i Towarzystwie Edukacji Antydyskryminacyjnej szukam odpowiedzi na pytanie, kim jestem i jaką historię opowiadam.

50


Justyna Struzik

Narrac

Narracje, głosy, historie – biografia w badaniach społecznych

W roku 1987 feministyczna działaczka i poetka, teoretyczka kultury, Gloria E. Anzaldúa, opublikowała szczególnie istotną z punktu widzenia współczesnych rozważań nad miejscem biografii w dyskursie historii pracę Borderlands/La frontera. The New Mestiza. Anzaldúa w swojej książce podejmuje problem tożsamości „z pogranicza”, niepasujących do normatywnych narracji dominujących w historii, literaturze i obrazie głównego nurtu. Opisując swoją historię i uzupełniając ją o doświadczenia swojej rodziny i innych mieszkańców stanu Teksas, pokazuje, w jaki sposób dyskursy rasistowskie, seksistowskie i kolonialne spychają biografie ludzi niepasujących do modelowych tożsamości amerykańskich na margines „gorszych”, „nielegalnych” obywateli i obywatelek1. Praca ta w sposób szczególny pokazuje więc uwikłanie indywidualnych biografii jednostek w konteksty społeczne, ekonomiczne i kulturowe. Blisko trzydzieści lat wcześniej amerykański socjolog Charles W. Mills uczynił biografię, historię i struktury społeczne filarem badań społecznych2. Wskazał tym samym na konieczność uwzględniania w badaniu społeczeństwa nie tylko strukturalnych wymiarów życia społecznego, ale także tego, w jaki sposób odbijają się one i jakie znaczenia są im nadawane w biografiach poszczególnych jednostek. Współcześnie badania biograficzne są niezwykle bogatym i różnorodnym narzędziem do pisania, odzyskiwania

1 Zob. E. Domańska, Historie niekonwencjonalne, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2006, s.70–76. 2 Ch. W. Mills, Wyobraźnia socjologiczna, pwn, Warszawa2008, s. 232.

51


i tworzenia na nowo historii jednostek i grup, których doświadczenie było często pomijane w badaniach naukowych. Metody biograficzne „Metody biograficzne” stanowią ważne narzędzie badawcze dla wielu nauk społecznych i humanistycznych, w tym m.in. dla historii, socjologii, antropologii. Termin ten odnosi się do wielu różnorodnych metod i stanowisk badawczych, a także perspektyw teoretycznych i jest raczej mozaiką różnych metod i narzędzi aniżeli spójną i jednolitą metodologią. Najprościej rzec ujmując, można przyjąć, że badania biograficzne w socjologii stawiają sobie za cel zbadanie doświadczeń jednostek lub grup oraz ich interpretacje. Kluczowym pojęciem jest tutaj biografia, która bywa traktowana jako właściwy temat badań lub jako środek do zbadania interesującego badaczy i badaczki problemu. W pierwszym przypadku przyglądamy się w dużej mierze etapom biografii, przypisywanym im przez jednostki lub grupy znaczeniom, a także wewnętrznej strukturze biografii, np. momentom przełomowym w doświadczeniu badanej jednostki. Gdy badamy biografię jako środek, stawiamy sobie najczęściej konkretne pytanie badawcze odnoszące się do danego problemu społecznego, na które chcemy odpowiedzieć, analizując zebrane biografie3. Przykładem w tym przypadku mogą być badania prowadzone pod opieką Elżbiety Tarkowskiej, dotyczące dawnych i nowych form biedy w Polsce, których celem było m.in. zbadanie, w jaki sposób bieda jest doświadczana przez jednostki w różnych fazach ich życia 4. Szeroko rozumiane badania biograficzne są także często ważnym narzędziem dla projektów społecznych, dążących do oddania głosu tym grupom i jednostkom, które pozostają nieznane w historii i socjologii głównego nurtu, a także w szeroko rozumianym dyskursie społecznym. Odzyskiwanie doświadczeń wymazywanych z publicznego dyskursu może więc mieć wymiar emancypacyjny 3 I. Helling, Metody badań biograficznych, [w:] Metoda biograficzna w socjologii, pod red. J. Włodarka, M. Ziółkowskiego, Warszawa–Poznań 1990, s. 16. 4 Zrozumieć biednego. O dawnej i obecnej biedzie w Polsce, pod red. E. Tarkowskiej, Instytut Filozofii i Socjologii pan, Warszawa 2000.

52


i przyczyniać się budowania społeczeństwa świadomego i otwartego na różnice społeczne i kulturowe. W założeniach metody biograficznej przypisuje się duże znaczenie temu, co socjolog Florian Znaniecki nazywa „współczynnikiem humanistycznym”. Współczynnik ten definiuje się najczęściej jako ideę, zgodnie z którą badacz lub badaczka, analizując dane zjawisko społeczne, szczególną uwagę przykładają do znaczeń i sensów, jakie są nadawane tym zjawiskom przez jednostki i społeczeństwa. Warto także podkreślić, że w badaniach biograficznych zwraca się dużą uwagę na biografie „zwykłych” ludzi, przyjmując, że doświadczenie życia codziennego jest cennym źródłem wielu informacji na temat przemian w społeczeństwie, zmian w strukturze społecznej oraz sposobu definiowania rzeczywistości, i tym samym podważa się potoczne rozumienie tego terminu, odnoszące się często do jednostek „wybitnych”, narracji literackich czy autobiografii znanych postaci. W badaniach socjologicznych prowadzonych metodą biograficzną wyróżnia się najczęściej dwa rodzaje źródeł służących do analizy biografii. Pierwsze z nich odnoszą się bezpośrednio do doświadczeń danej jednostki lub grupy. Zaliczyć do nich możemy wszelkiego rodzaju dokumenty osobiste, notatki, pamiętniki, autobiografie, listy, a także artykuły prasowe i inne materiały dotyczące danej osoby5. Źródła pośrednie z kolei to takie, które przybliżając nam charakterystykę grupy, do której dana jednostka należała, dostarczają ważnych informacji kontekstowych. Do źródeł tych zalicza się różnego rodzaju gromadzone statystyki. O ile wcześniej badacze i badaczki chętnie sięgali np. po kartoteki policyjne, historie choroby czy akta sądowe danej osoby, o tyle współcześnie najważniejszym narzędziem badawczym zdaje się być wywiad biograficzny. W przypadku badania biografii osoby nieżyjącej posługujemy się najczęściej zostawionymi przez nią opowieściami materialnymi, utrwalonymi w listach, zdjęciach, notatkach, pamiętnikach, danymi zachowanymi w różnego rodzaju archiwach6. Czasami dodatkowym źródłem 5 W socjologii często przyjmowaną strategią mającą na celu zebranie życiowych historii jednostek było ogłaszanie konkursu na autobiografię. Po raz pierwszy takie rozwiązanie zastosował Florian Znaniecki, ogłaszając konkurs na najlepszą biografię robotników. 6 W badaniach historycznych źródła klasyfikowane są wg kryterium czasowego, a także w zależności, czy mają one charakter osobisty (listy, pamiętniki), czy też urzędowy (pochodzą od osób trzecich).

53


informacji mogą być także osoby żyjące i pamiętające daną osobę: członkowie i członkinie rodziny, sąsiedzi i sąsiadki, przyjaciele i przyjaciółki. W tym przypadku, jeśli zdecydujemy się przeprowadzić wywiad z taką osobą, należy pamiętać, że uzyskane w wyniku rozmowy informacje stanowią jedynie obraz danej osoby utrwalony i przefiltrowany przez pamięć innej osoby. Ze względu na wielość możliwych strategii badawczych w socjologii rozróżnia się czasem metodę badań biograficznych (ang. life history method), w której wykorzystywane są różnorakie źródła, od metody opowiadanego życia, relacji z życia lub narracji osobistych (ang. life story method), opartej jedynie na opowieściach zebranych podczas wywiadów 7. Historycy i historyczki w odniesieniu do badań biograficznych posługują się terminem historii mówionej (ang. oral history), w obrębie której nagrywane i archiwizowane są narracje zawierające znaczenia, jakie jednostki przypisują wydarzeniom i miejscom, i najczęściej dotyczą doświadczeń jakiejś wspólnoty lub społeczności8. Jak pisze Marta Kurkowska-Budzan, oficjalna definicja historii mówionej, przyjęta przez Oral History Association (Stowarzyszenie Historii Mówionej), zakłada, że oral history to: rejestrowany (na dowolnym nośniku audio lub video) wywiad narracyjny skupiony na indywidualnym doświadczeniu przeszłości, dający opowiadającemu możliwości jak najpełniejszego przekazania swego doświadczenia i podzielenia się refleksją nad nim, nieograniczony czasowo, do którego to wywiadu mówca posiada pełnię praw autorskich9.

W badaniach biograficznych gromadzi się najczęściej mniejszą ilość materiałów i opowieści niż w przypadku innych badań jakościowych. Czasami nawet jedna biografia bywa wykorzystywana do analizy doświadczeń i ich znaczeń. Istotne jest tutaj jednak założenie, że „ja”, jednostkowa tożsamość i sensy 7 I. Helling, Metoda badań…, s. 18–19. 8 S. E.Chase, Wywiad narracyjny. Wielość perspektyw, podejść, głosów, [w:] Metody badań jakościowych, pod red. N. K. Denzina, Y. S. Lincolna, t. 2, pwn, Warszawa 2010, s. 18. 9 M. Kurkowska-Budzan, Informator, świadek historii, narrator – kilka wątków epistemologicznych i etycznych Oral History, „Wrocławski Rocznik Historii Mówionej”, nr 1/2011, s. 11, http://www.ceeol.com/aspx/issuedetails.aspx?issueID=cdb629c9-ecf6-46bb-ba0fe432b1441eea&tabID=0 [dostęp: 15.11.2012].

54


nadawane rzeczywistości społecznej, tworzone są przez jednostki zawsze w danym kontekście społecznym, kulturowym i ekonomicznym. Dlatego, oprócz zbierania opowieści, badacze i badaczki zbierają i analizują informacje odnoszące się do przemian społecznych w danym okresie historycznym. Feministyczne badania biograficzne Na przełomie lat 60. i 70. pod wpływem nowych ruchów społecznych, walczących przeciw nierównościom i wykluczaniu różnych grup społecznych, badacze i badaczki społeczni zaczęli zbierać historie osób, których głosy były wcześniej w dyskursie publicznym nieobecne10. W studiach feministycznych badania biograficzne zaczęły odgrywać znaczącą rolę wraz z nadejściem drugiej fali feminizmu. Działaczki i badaczki drugiej fali uznawały, że nauki społeczne w dużym stopniu obciążone androcentrycznym punktem widzenia, są tworzone przez i dla mężczyzn, zaś historie kobiet są często w nich pomijane. Za cel postawiły sobie więc uczynienie doświadczenia kobiet widocznym w dyskursie publicznym, dowartościowanie ich przeżyć i upodmiotowienie kobiet. Obok gromadzenia narracji kobiecych, feministyczne badaczki wprowadziły do nauk społecznych także szczególną refleksję odnoszącą się do relacji badacz lub badaczka – badany lub badana. Wykazały bowiem, że częstokroć osoby badane traktowane były w naukach społecznych jako „obiekty”, zaś relacje władzy pomiędzy „obiektywnym” badaczem lub badaczką a badanymi rzadko poddawane były krytyce. Jak wskazuje Susan E. Chase: (…) w miarę jak feministki zaczęły traktować kobiety raczej jako podmioty niż obiekty, zaczęły też zastanawiać się nad swoją własną subiektywnością – rolą, jaką zainteresowania badacza i jego umiejscowienie społeczne odgrywają w relacji między badaczem a badanym11.

Feministyczna krytyka i refleksja nad badaniami społecznymi, wraz z innymi krytycznymi nurtami w nauce, doprowadziły m.in. do zakwestionowania obiektywności procesu badawczego, a także ujawniły możliwy wpływ 10 Tamże, s. 21. 11 Tamże, s. 22.

55


badacza lub badaczki na wynik badania. Miało to także duży wpływ na badania biograficzne, w których centralną rolę zaczęła odgrywać postać narratora lub narratorki i jego lub jej opowieść. Dobrochna Kałwa wskazuje ponadto na szczególną rolę feministycznych badaczek historii mówionej, której celem (…) staje się nie tylko odzyskiwanie kobiecej historii, czy afirmacja autobiografii rozmówczyń, ale także dowartościowanie kobiecych norm kulturowych – form komunikacji społecznej, systemu wartości, ról społecznych12.

W historii mówionej, badacz lub badaczka zostają więc pozbawieni „ochronnego pancerza” obiektywności. Wchodząc w intymną relację z narratorem lub narratorką, jaką jest wywiad, zmuszeni są niejako poddać własne umiejscowienie w społeczeństwie i kulturze refleksji, przestając być jedynie bezstronnymi słuchaczami i słuchaczkami. Jak pisze Barbara Engelking, prowadząca wywiady z ocalonymi z Holokaustu, nieetycznym zachowaniem ze strony badacza lub badaczki byłoby pozostawanie na pozycji zdystansowanego naukowca lub naukowczyni: Słuchacz w obliczu cudzego cierpienia musi choćby próbować w nim współuczestniczyć, musi stanowić dla swojego Rozmówcy oparcie, tworzyć klimat zaufania i zrozumienia. Dlatego, jak sądzę, jedynym możliwym sposobem rozmowy jest uczestnictwo i zaangażowanie ze strony badacza; stosowanie sztywnych reguł badania autonarracji byłoby absurdalne, niemoralne i uniemożliwiałoby zdobycie wiarygodnego materiału13.

Od badanej do narratorki W badaniach odnoszących się do biografii obserwujemy coraz częściej swoiste przesunięcie w rozważaniach nad relacją między badaczem lub badaczką 12 D. Kałwa, Kobieca historia mówiona, http://crisisintervention.free.ngo.pl/psychologia. php?go=link2 [dostęp: 15.11.2012]. 13 B. Engelking, Zagłada i pamięć, Wyd. ifis pan, Warszawa 2001, s. 12, cyt. za: P. Filipowski, Historia mówiona i wojna, s. 5, http://www.staff.amu.edu.pl/~ewa/Filipkowski,%20 Historia%20mowiona%20i%20wojna.pdf [dostęp: 15.11.2012].

56


a osobami badanymi. O ile wcześniej zakładano, że osoba badana powinna być zdolna do udzielenia adekwatnej odpowiedzi na pytania badawcze, tj. powinna umieć uogólnić swoje doświadczenie, o tyle współcześnie często traktuje się całą wysłuchaną narrację jako spójną i autonomiczną. Przesunięcie to zostało dobrze pokazane przez Susan E. Chase, która przywołuje doświadczenie badaczki Barbary Czarniawskiej. Socjolożka ta podczas wywiadów starała się przy pomocy pytań pomocniczych „wydobyć” niejako sedno interesującego ją problemu od osób badanych, podczas gdy oni wielokrotnie od tych kwestii odchodzili, „wyrywali się z narzuconej im przez badaczkę struktury”14. Po latach badań doszła do wniosku, że sedno stanowiły te wszystkie wypowiedzi, historie, opowieści, które uznawane były do tej pory za nieistotne. Chase opisuje tę zmianę w następujący sposób: Myśleć o ankietowanym jako o narratorze oznacza wykonać konceptualny skok od idei, zgodnie z którą ankietowani znają odpowiedzi na pytania, do przekonania, że ankietowani są narratorami mającymi pewne historie do opowiedzenia i obdarzonymi swoimi własnymi głosami15.

Chase zaznacza, że aby relacja pomiędzy osobą słuchającą a narratorem lub narratorką była możliwa, konieczne jest odpowiednie przygotowanie po stronie badacza lub badaczki16. Mówiąc najprościej, chodzi o takie zaplanowanie wywiadu narracyjnego, by możliwe było ujawnienie się w jego obrębie historii, głosów, opowieści, które istotnie nas interesują. Najczęściej sprowadza się to do zadania kluczowego pytania o daną opowieść. Chase przywołuje dla przykładu własne badania odnoszące się do doświadczenia kuratorek, które osiągnęły w życiu zawodowym bardzo wysokie stanowiska, zdominowane często przez białych mężczyzn. Chcąc zmierzyć się z jednej strony z ich indywidualnymi strategiami rozwoju własnej kariery, z drugiej zaś z nierównościami wynikającymi z przesłanek płci i „rasy” w ich miejscu pracy, zdecydowała się zapytać swoje rozmówczynie o ich historię kariery, co umożliwiło jej wydobycie zarówno osobistych doświadczeń kobiet, jak i strukturalnego kontekstu17. 14 15 16 17

57

Tamże, s. 31. Tamże. Tamże, s. 32. Tamże, s. 33.


Wywiad narracyjny Mimo że słowo „wywiad” konotuje najczęściej uzyskiwanie w wyniku rozmowy konkretnych, interesujących nas danych, w badaniach biograficznych współcześnie stosunkowo rzadko stosuje się wywiad standaryzowany, oparty o ściśle opracowany kwestionariusz. Zdecydowanie częściej operujemy wywiadem narracyjnym, którego celem jest „wydobycie” historii i opowieści życia, nie zaś uzyskanie odpowiedzi na przygotowane wcześniej pytania. Dominacja wywiadu narracyjnego w badaniach biograficznych wynika przede wszystkim z samej zmiany w obrębie metody biograficznej, dla której kluczowe staje się oddanie głosu narratorom i narratorkom, bez narzucania im własnych kategorii interpretacyjnych, np. w obrębie pytań badawczych. Ważne staje się więc nie tylko to, o czym mówi dana osoba, ale także to, w jaki sposób o tym opowiada, jakich słów używa, jakie znaczenia im przypisuje, w jakiej kolejności je przedstawia. Dzięki temu możemy uzyskać całościową i autonomiczną opowieść życia. Kaja Kaźmierska zwraca uwagę, że wywiad narracyjny powinien być jednak prowadzony według pewnego porządku przyjętego przez metodologów i metodolożki stosujących tę technikę18. Wyróżnia ona kilka istotnych faz prowadzenia wywiadu. W fazie rozpoczęcia wywiadu19 ważne jest zapewnienie narratorce jak największego komfortu oraz zbudowanie zaufania. Przekazanie historii swojego życia badaczowi lub badaczce wiąże się często z dużym stresem, dlatego w tej pierwszej fazie należy poinformować rozmówcę lub rozmówczynię o wszystkich istotnych szczegółach związanych z gromadzeniem danych (kto będzie miał dostęp do transkrypcji i nagrania, w jaki sposób dane będą przechowywane, na czym polega anonimowość wywiadu itd.). Zdaniem Kaźmierskiej, to także dobry moment, by „oswoić” rozmówców lub rozmówczynie z dyktafonem, dzięki któremu będziemy nagrywać rozmowę. Zdarza się bowiem, że sam fakt nagrywania wywiadu wywołuje dodatkowy stres u narratora lub narratorki.

18 J. Kaźmierska, Wywiad narracyjny jako jedna z metod w badaniach biograficznych, „Przegląd Socjologiczny”, t. iii/1, s. 71–96. 19 Tamże, s. 75.

58


Druga faza, nazwana fazą stymulacji do opowiadania20, odnosi się do jasnego sformułowania, które powinniśmy przekazać naszym rozmówcom lub rozmówczyniom, a które w sposób klarowny zwraca uwagę na fakt, że zależy nam na usłyszeniu całej historii osoby z nami rozmawiającej. Jest to ważne z perspektywy badań biograficznych, gdyż, jak zaznacza Kaźmierska, w przeciwnym razie może zrodzić się w narratorze przekonanie, iż wzorem innych technik badawczych, ma on reprezentować pewną grupę, przedstawić jej opinię, itp.21.

Poza tym, możemy częstokroć spotkać się u naszych rozmówców lub rozmówczyń z postawą zakładającą, że ich historie, doświadczenia, przeżycia czy wspomnienia nie są istotne, ciekawe, warte opowiadania. Dlatego też w fazie tej należy jasno zaznaczyć, że interesują nas właśnie „zwykłe”, „codzienne” doświadczenia i że dzięki nim możemy uzyskać unikatowy obraz społeczeństwa. Pytanie rozpoczynające wywiad może mieć zarówno charakter ogólny („Proszę, opowiedz mi historię swojego życia…”) lub też bardziej szczegółowy, jeśli interesuje nas konkretne wydarzenie („Proszę, opowiedz mi, jak to było w stanie wojennym”), miejsce („Proszę, opowiedz mi o wsi, w której się wychowałaś…”), lub osoba („Proszę, opowiedz mi, jak pamiętasz swoją babcię. Jaką była osobą?”)22. Faza narracji23 to z kolei część wywiadu, w której narrator lub narratorka przedstawia swoją opowieść. Faza ta nie powinna być przerywana pytaniami i może rozpocząć się od ogólnego pytania o opowiedzenie swojej historii. Wbrew pozorom, nie jest to łatwy sposób prowadzenia wywiadu. Z jednej strony narratorzy lub narratorki mogą spodziewać się, że osoby słuchające będą zadawać szereg pytań, aniżeli jedynie słuchać ich opowieści, z drugiej strony zaś, dla badacza lub badaczki pewną trudność stanowić może wstrzymanie się z komentowaniem i zadawaniem pytań nasuwających się podczas słuchania czyjejś historii. Dopiero w następnej fazie – fazie

20 21 22 23

59

Tamże. Tamże. Por. S. Kvale, Prowadzenie wywiadów, pwn, Warszawa 2010, s. 127–129. Tamże, s. 75–76.


pytań24, gdy narrator lub narratorka zakończą swoją opowieść, możemy dopytać o różnego rodzaju niejasności, które pojawiły się we wcześniejszych wypowiedziach oraz uściślenie znaczeń wypowiadanych sformułowań. W fazie tej można też zapytać o kwestie szczególnie ważne z perspektywy interesującego nas problemu. W trakcie trwania całego wywiadu należy unikać żargonu akademickiego i pytań skonstruowanych zgodnie z wymaganiami języka akademickiego, które nie tylko mogą być niezrozumiałe dla naszych rozmówców czy rozmówczyń, ale także budować dystans między osobą słuchającą a mówiącą, co w ostateczności może znacząco i negatywnie wpłynąć na przebieg opowiadania historii. Pytania powinny być także konstruowane w taki sposób, by nie wymuszały na rozmówcy lub rozmówczyni odpowiedzi „tak” lub „nie” oraz by nie sugerowały odpowiedzi. Przykładowo zamiast pytać: „Czy czułaś wtedy radość?”, możemy powiedzieć: „Jak się wtedy czułaś?”. Faza zakończenia wywiadu25 stanowi zamknięcie całej interakcji między badaczem lub badaczką a osobami opowiadającymi swoje historie. Choć nie jest istotna z punktu widzenia gromadzenia historii, to w perspektywie etyki badań przypisuje się jej ważną rolę. W fazie tej należy zapewnić rozmówcę lub rozmówczynię o ważności jej historii. Ważne jest także, by pamiętać, że każdy wywiad ma inny przebieg, w każdym z nich usłyszymy inną historię czy opowieść życia, dlatego zaproponowany powyżej schemat, choć może okazać się pomocny, należy traktować jedynie jako propozycję prowadzenia wywiadu. Istotne jest, by osoba mówiąca miała zapewniony komfort do opowiedzenia własnej historii, a badacz czy badaczka, zdając sobie sprawę z własnego umiejscowienia w procesie badawczym, potrafili empatycznie słuchać. Sean Field w tekście Oral History Methodology, skierowanym do przyszłych badaczy i badaczek historii mówionej, zwraca uwagę na konieczność wypracowania w sobie konkretnych umiejętności, które pozwolą zapewnić komfort uczestnikom i uczestniczkom wywiadu26. Pierwsza z nich mówi o nauczeniu się empatycznego słuchania i oznacza wyobrażenie siebie samej w sytuacji 24 Tamże, s.76–77. 25 Tamże, s. 77. 26 S. Field, Oral History Methodology, s. 5, http://www.iohanet.org/resources/documents/ Sean_Field_sephisoralhistoryinstructionpaper.pdf [dostęp: 15.11.2012].

60


osób opowiadających swoją historię życia27. Druga umiejętność odnosi się do przekonania uczestników i uczestniczek badania, zarówno poprzez werbalne, jak i niewerbalne sygnały, że naprawdę ich słuchamy28. Zaś ostatnia rada wskazuje na konieczność stosowania krótkich, prostych i zrozumiałych dla rozmówców i rozmówczyń pytań29. Warto także dodać, że, jak zauważają niektórzy badacze i badaczki, wywiad sam w sobie, opowiedzenie swojej historii może mieć wymiar terapeutyczny, zwłaszcza w przypadku, gdy omawiana opowieść łączy się silnie z przeżytą w przeszłości traumą. Taki wymiar wywiadu został dostrzeżony m.in. w przypadkach historii odnoszących się do Zagłady30 lub w kontekście historii kobiet opowieści dotyczących gwałtów wojennych31. Wywiad narracyjny stanowi więc często duże wyzwanie zarówno dla osoby słuchającej, jak i dla narratora lub narratorki. Od badaczy i badaczek wymaga się przede wszystkim, obok odpowiedniego przygotowania do wywiadu, tj. zapoznania się z kontekstem społecznym, kulturowym i ekonomicznym towarzyszącym biografiom, przygotowania pytań badawczych, procesu poszukiwania rozmówców i rozmówczyń32, także podmiotowego traktowania osób, które zgodziły się na udzielenie wywiadu. Fakt ten jest niezwykle istotny współcześnie, kiedy ze względu na olbrzymią popularność tej techniki, zachodnie społeczeństwa bywają określane mianem „społeczeństw wywiadu”. W tej sytuacji potencjalni rozmówcy i rozmówczynie mogą czuć się jak „maszynki do opowiadania historii”. By uchronić się przed takimi sytuacjami, możemy stworzyć na potrzeby danego procesu badawczego własny kodeks etyczny, który będzie zawierał informacje dotyczące m.in. podmiotowego traktowania narratora lub narratorki, gromadzenia i przechowywania danych czy sposobu prowadzenia wywiadu i do którego możemy odwołać się podczas prowadzenia badań. 27 28 29 30 31 32

61

Tamże. Tamże. Tamże. Tamże, s. 78. D. Kałwa, Kobieca historia… Por. E. Ryłko, Zanim zacznie się rozmowa, [w:] Pamięć wędrówki. Wędrówki pamięci, pod red. A. Lipowskiej-Teutsch, E. Ryłko, Towarzystwo Interwencji Kryzysowej Kraków 2008, s. 139–161.


Ponieważ nie jest to łatwe zadanie, możemy posłużyć się w tym wypadku skonstruowanymi już wcześniej opracowaniami dotyczącymi etyki badań. Przykładem takiego narzędzia mogą być etyczne normy dotyczące prowadzenia wywiadów przygotowane przez International Oral History Association (Międzynarodowe Stowarzyszenie Historii Mówionej, w skrócie ioha)33. Badaczka wobec opowieści Badacz lub badaczka, prowadzący badania biograficzne, jeszcze przed rozpoczęciem procesu badawczego muszą podjąć konceptualne decyzje odnoszące się do swojej roli w procesie interpretacji zebranych materiałów. Często decyzje te są powodowane przyjęciem konkretnej perspektywy teoretycznej, a także specyficznym celem badań. Mimo że nie ma wyraźnych wskazówek metodologicznych odnoszących się do procesu interpretacji danych, wyróżnić możemy co najmniej kilka strategii w tym zakresie, uwzględniających relacje między badaczem lub badaczką a uczestnikami lub uczestniczkami wywiadu. Pierwsza z nich bywa najczęściej stosowana w socjologii i psychologii i zakłada, że interakcja pomiędzy badaczem lub badaczką a narratorem lub narratorką kończy się w pewnym sensie wraz z wyłączeniem dyktafonu. Przy procesie interpretacji wywiadów kluczową rolę odgrywa sam badacz lub badaczka, którzy decydują o tym, co jest istotne z punktu widzenia problemu badawczego. Tego rodzaju analizy najczęściej ograniczają się do obszernego cytowania fragmentów wywiadów, po których następnie zostaje umieszczony interpretacyjny głos badacza lub badaczki34. Druga strategia zawęża rolę badacza lub badaczki jedynie do opracowania zebranego materiału i opatrzenia go wstępem lub komentarzem. Zebrane opowieści w tym wypadku publikowane są lub przedstawiane (w przypadku teatru performatywnego) w całości jako

33 Zob. http://www.iohanet.org/. Strona dostępna w angielskiej i hiszpańskiej wersji językowej. 34 Susan E. Chase pisze w tym kontekście o „autorytarnym głosie badacza”. Por. S. E. Chase, art. cyt.

62


autonomiczne i podmiotowe historie35. Tego typu strategia dotyczy bardzo często zbierania świadectw, historii ustnych grup lub osób, których opowieści nie są obecne w historii głównego nurtu, a także stawia sobie za cel upodmiotowienie i wzmocnienie danej jednostki lub grupy. Przykładem tego rodzaju strategii mogą być opowieści zebrane w ramach projektu „Porozmawiaj z nią”, realizowanego przez Towarzystwo Interwencji Kryzysowej i opublikowane w książce Pamięć wędrówki. Wędrówka pamięci. Część tej publikacji składa się z historii kobiet opowiadających o własnych lub cudzych doświadczeniach36. Ostatnia strategia występuje w badaniach etnograficznych oraz autoetnograficznych i zakłada, że proces interpretacyjny powinien być umiejscowiony pomiędzy badaczem lub badaczką a narratorem lub narratorką. Przyjmuje się więc znaczenie intersubiektywności analizy doświadczeń, przy czym w tym przypadku owej interpretacji zostają poddane nie tylko głosy osoby badanej, ale także słuchającej. W tego typu pracach omówione zostają refleksje i emocje obydwu stron procesu badawczego. Justyna Struzik

Socjolożka, doktorantka w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, członkini Zarządu Fundacji Przestrzeń Kobiet, działaczka feministyczna i queerowa. Zainteresowania badawcze: socjologia seksualności, gender i queer studies, studia feministyczne.

35 Należy jednak pamiętać, że także w tym wypadku badacz lub badaczka wpływa na zebrane opowieści, choćby poprzez ich selekcję czy redakcję. 36 Zob. Pamięć wędrówki. Wędrówki pamięci, pod red. A. Lipowskiej-Teutsch, E. Ryłko, Towarzystwo Interwencji Kryzysowej, Kraków 2008.

63


bibliografia:

Chase S.E. Domańska E. Filipowski P. Field S. Helling I. Kałwa D. Kaźmierska K. Kurkowska-Budzan M.

Kvale S. Ryłko E.

Wywiad narracyjny. Wielość perspektyw, podejść, głosów, [w:] Metody badań jakościowych, pod red. N. K. Denzina, Y. S. Lincolna, t. 2, pwn, Warszawa 2010. Historie niekonwencjonalne, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2006. Historia mówiona i wojna, s. 5, http://www.staff.amu.edu.pl/~ewa/Filipkowski, %20Historia%20mowiona%20i%20wojna.pdf [dostęp: 15.11.2012]. Oral History Methodology, http://www.iohanet.org/resources/documents/Sean_ Field_sephisoralhistoryinstructionpaper [dostęp: 15.11.2012]. Metody badań biograficznych, [w:] Metoda biograficzna w socjologii, pod red. J. Włodarka, M. Ziółkowskiego, Warszawa–Poznań 1990. Kobieca historia mówiona, http://crisisintervention.free.ngo.pl/psychologia. php?go=link2 [dostęp: 15.11.2012]. Wywiad narracyjny jako jedna z metod w badaniach biograficznych, „Przegląd Socjologiczny”, t. iii/1. Informator, świadek historii, narrator – kilka wątków epistemologicznych i etycznych Oral History, „Wrocławski Rocznik Historii Mówionej”, nr 1/2011, s. 11, http:// www.ceeol.com/aspx/issuedetails.aspx?issueID=cdb629c9-ecf6-46bb-ba0fe432b1441eea&tabID=0 [dostęp: 15.11.2012]. Prowadzenie wywiadów, pwn, Warszawa 2010, s. 127–129. Pamięć wędrówki. Wędrówki pamięci, pod red. A. Lipowskiej-Teutsch, E. Ryłko, Towarzystwo Interwencji Kryzysowej, Kraków 2008. Zanim zacznie się rozmowa, [w:] Pamięć wędrówki. Wędrówki pamięci pod red. A. Lipowskiej-Teutsch, E. Ryłko, Towarzystwo Interwencji Kryzysowej, Kraków 2008. Zrozumieć biednego. O dawnej i obecnej biedzie w Polsce, pod red. E. Tarkowskiej, Instytut Filozofii i Socjologii pan, Warszawa 2000. 64


Monika Stępień

Wojna oczyma krakowskich Żydówek. Literackie świadectwa Zagłady

Wojna

Autorką bodaj najsłynniejszego kobiecego Dziennika1 z czasów Zagłady jest Anne Frank2. Pisany w ukryciu tekst3, przetłumaczony po wojnie na wiele języków, wszedł na trwałe do kanonu literatury Holokaustu, zdominowanego przez męskie świadectwa4.

1

Najnowsze polskie wydanie w tłumaczeniu Alicji Oczko ukazało się w 2010 roku nakładem Wydawnictwa Znak. 2 Anne Frank urodziła się w 1929 roku we Frankfurcie nad Menem. Po dojściu nazistów do władzy, uciekła wraz z rodzicami do Amsterdamu, który jednak już w maju 1940 roku został zajęty przez armię niemiecką. Latem 1942 roku rozpoczęła się akcja deportacji Żydów holenderskich do obozów Zagłady, w obawie przed którą Frankowie schronili się we wcześniej przygotowanej kryjówce, w której przebywali aż do sierpnia 1944 roku. W tejże kryjówce Anne przez dwa lata spisywała dziennik, wydany w 1947 roku dzięki staraniom ojca dziewczynki – jedynego członka rodziny Franków, który przetrwał Zagładę. 3 Niewielu czytelników dziennika Anne Frank wie, że to, co dziś uważamy za oryginalny tekst, jest w rzeczywistości tekstem uporządkowanym pod kątem powojennej publikacji, na nowo zredagowanym. Impulsem do podjęcia takiego działania był apel holenderskiego ministra szkolnictwa na emigracji o zbieranie świadectw, nadany pod koniec marca 1944 roku przez rozgłośnię holenderską w Londynie, zob. P. Lejeune, W jaki sposób Anne Frank napisała na nowo dziennik Anne Frank, [w:] tegoż, „Drogi zeszycie…”, „drogi ekranie…”. O dziennikach osobistych, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2010, s. 223–267. 4 Na opresywne funkcjonowanie kanonu literatury holokaustowej wobec kobiecych tekstów zwraca uwagę Aleksandra Uberowska w artykule pt. „Niewidzialne świadectwa”.

65


Narrację o Zagładzie w Krakowie budują przede wszystkim wspomnienia5 Józefa Baua6, Aleksandra Bibersteina7, Taduesza Pankiewicza8, Juliana Aleksandrowicza9 i Natana Grossa10. Do najczęściej cytowanych kobiecych wspomnień należą natomiast te napisane przez Stellę Müller-Madej11 oraz Halinę Nelken12. W niniejszym artykule chciałabym oddać głos właśnie kobietom, Żydówkom, których wojenne doświadczenia zapisane są w utworach literatury dokumentu osobistego. Kobiece doświadczenia życia w getcie, w obozach, walka o przetrwanie bliskich, mają już bogatą literaturę13 wykorzystującą zarówno świadectwa literackie, jak i inne źródła, dlatego postanowiłam skupić się na dwóch rzadziej opisywanych aspektach doświadczenia Zagłady – życiu na aryjskich papierach oraz działalności konspiracyjnej.

5 6 7 8 9 10 11 12 13

Perspektywa feministyczna w badaniach nad literaturą Holocaustu, „Teksty Drugie”, nr 4/2009, s. 214–226. Podaję najnowsze wydania tekstów. Większość z nich była wznawiana kilka razy. J. Bau, Czas zbezczeszczenia: wspomnienia z czasów drugiej wojny światowej, Wydawnictwo wam, Kraków 2006. A. Biberstein, Zagłada Żydów w Krakowie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001. T. Pankiewicz, Apteka w getcie krakowskim, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003. J. Aleksandrowicz, E. Stawowy, Tyle wart człowiek…, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1992 oraz tegoż, Kartki z dziennika doktora Twardego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001. N. Gross, Kim pan jest, panie Grymek?, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005. S. Müller-Madej, Dziewczynka z listy Schindlera. Oczami dziecka, Wydawnictwo Naukowe Akademii Pedagogicznej, Kraków 2001. H. Nelken, Pamiętnik z getta w Krakowie, Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie, Toronto 1987. O różnych aspektach kobiecego doświadczenia Holokaustu piszą np.: J. Stöcker-Sobelman, Kobiety Holokaustu. Feministyczna perspektywa w badaniach nad Shoah. Kazus kl Auschwitz-Birekanu, Wydawnictwo trio, Warszawa 2012; Different Voices: Women and the Holocaust, pod red. C. Rittner, J. K. Rotha, Paragon House, St. Paul, Minnesota 1993; The Legacy of the Holocaust: Women and the Holocaust, pod red. Z. Mazura, J. T. Lees, A. Krammera, W. Witalisza, Jagiellonian University Press, Kraków 2007.

66


Musiałam kłamać, żeby żyć14 Na aryjskich papierach15 Życie na powierzchni aryjskiego świata16 było życiem nielegalnym17 rozgrywającym się w zakazanej przestrzeni. Miało więc charakter walki bez broni18 – o każdy dzień, by nie okazał się dniem ostatnim. Była to walka nierówna, dlatego wymagała sprytu, odwagi i przemyślanej taktyki oraz niezbędnych atrybutów. Pierwszym i najważniejszym z nich był tzw. dobry wygląd, charakteryzujący się brakiem typowo semickich rysów. Kolejnym – posiadanie właściwych dokumentów, w skład których wchodziły najczęściej: –– metryka chrztu z parafii katolickiej, –– zaświadczenie o pracy, –– dowód zameldowania, –– kenkarta. W ich zdobyciu pomagały niewątpliwie odpowiednie kontakty i pieniądze, tak więc ubogim Żydom i Żydówkom nie posiadającym żadnych powiązań ze środowiskiem polskim było trudniej je zdobyć. Dowodem na konieczność spełnienia wyżej wymienionych warunków niech będzie historia Heli

14 H. Fisher, Nie ma ucieczki od korzeni, „Plotkies” nr 30, http://webnews.textalk.com/ plotkies/ [dostęp: 15.10.2012]. 15 Ta część artykułu powstała na bazie mojego referatu przygotowanego na i Warszawski Kongres Judaistyczny (2008). Więcej o życiu Żydów i Żydówek na aryjskich papierach piszą między innymi: G. S. Paulsson, Utajone miasto. Żydzi po aryjskiej stronie Warszawy (1940–1945), Wydawnictwo Znak, Centrum Badań nad Zagładą Żydów ifis pan, Kraków 2009, J. Nalewajko-Kulikov, Strategie przetrwania: Żydzi po aryjskiej stronie Warszawy, Wydawnictwo Neriton i Instytut Historii pan, Warszawa 2004, M. Melchior, Zagłada a tożsamość. Polscy Żydzi ocaleni „na aryjskich papierach”: analiza doświadczenia biograficznego, Wydawnictwo ifis pan, Warszawa 2004. 16 Opisuję doświadczenia kobiet prowadzących aktywne życie po aryjskiej stronie, nazywane życiem „na powierzchni”, różniące się zasadniczo od życia „pod powierzchnią”, w kryjówkach. 17 M. M. Mariańscy, Wśród przyjaciół i wrogów: poza gettem w okupowanym Krakowie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988, s. 67. 18 Tamże, s. 134.

67


Fisher19, jasnowłosej dziewczyny z Równego, która jesienią 1942 roku przybyła do Krakowa, wyposażona w oryginalną metrykę chrztu, za którą zapłaciła 1500 zł. Na dokumencie figurowały dane Wandy Raczyńskiej urodzonej w Wilejce w 1924 roku. Prosto z dworca dziewczyna udała się pod wskazany jej wcześniej przez koleżankę adres pani Knorkowej. Kobieta nie zaoferowała jej wprawdzie dachu nad głową, ale udzieliła wskazówek co do dalszego postępowania – doradziła zdobywanie dokumentów drogą legalną, gdyż w przeciwnym razie trzeba było za wszystko słono płacić. Dzięki pomocy napotkanych przypadkowo życzliwych osób, Hela trafiła pod dach Tadeusza Bereźnickiego, późniejszego męża. Tadeusz pomógł jej zdobyć pracę u pana Kotarby prowadzącego pracownię kuśnierską, wykonującą zamówienia dla Niemców. Dzięki osobistym znajomościom pracodawcy Heli, udało jej się w szybkim tempie otrzymać potrzebne dokumenty. Pierwsze warunki konieczne do życia na powierzchni aryjskiego świata zostały w ten sposób spełnione. W ciągu kilku tygodni miałam kartę pracy, zameldowanie i w pierwszych dniach lutego 1943 otrzymałam kennkartę, którą osobiście odebrałam, pieczętując bezczelnie własnym palcem20.

Równie ważna co dokumenty była znajomość języka polskiego, polskiej kultury oraz katolickich obrzędów. Warunek ten spełniały niewątpliwie osoby pochodzące z rodzin zasymilowanych. Mimo że przed wojną w większości żyły one obok Polaków, a nie w bezpośredniej zażyłości z nimi, miały szansę taką wiedzę zdobyć. Przede wszystkim uczęszczały do polskich szkół. W ich domach pracowały polskie służące i gosposie, które często wnosiły do tychże domów katolickie obrzędy. Często to właśnie u byłych pracowników znajdowano schronienie po aryjskiej stronie. Osobiste związki z Polakami zwiększały szanse na znalezienie pomocy. Z drugiej jednak strony, osoby znane

19 Autorka urodziła się w Równem w 1924 roku. Dotarła do Krakowa w czasie wojny, przeżyła na aryjskich papierach i mieszkała tu aż do emigracji do Izraela na fali odwilży 1956 r. Jej wspomnienia nie ukazały się dotąd drukiem. Hela Fisher zmarła w 2009 roku. 20 H. Fisher, Nie ma ucieczki od korzeni cz. I, „Plotkies”, nr 30, 2006.

68


w środowisku polskim były bardziej narażone na rozpoznanie i denuncjację21. Spotykano się z różnymi modelami zachowań. Dawni znajomi często nie reagowali na papierowych Żydów22 na ulicy. Trudno było przewidzieć, dlaczego to robią – ze strachu o siebie? Aby nie sprowadzić podejrzeń na znajomego Żyda lub Żydówkę? Ukrywający się na aryjskich papierach często klasyfikowali takie zachowania jako złowrogie. Towarzyszem ich codzienności była bowiem nieufność wobec otoczenia i daleko posunięta ostrożność. Papierowi Żydzi odgrywali pewne role, wcielając się w nowe dla siebie postacie. Było to źródłem wielu dylematów i wprowadzało konieczność ciągłego kontrolowania się, kłamania. Prowadzili podwójne życie23 – jedno w świecie pożyczonym24, aryjskim, drugie, prawdziwe – w kręgu najbliższych, którzy zaznajomieni byli z rzeczywistością. Hela Fisher podkreśla, że okres życia na aryjskich papierach był czasem nieprawdy i fantazji. Trzeba było być sugestywnym i przekonującym w przedstawianiu własnej wersji wydarzeń. Należało wykazywać się refleksem i czujnością, by w każdej chwili móc wymyślić kolejne kłamstwo, zareagować na niespodziewaną sytuację. Nie wolno było się wahać. Od tego mogło zależeć życie. Mimo to, pojawiały się dylematy: Było mi doprawdy bardzo przykro, że muszę tak kłamać. Ale musiałam kłamać, żeby żyć. (…) Wstydziłam się swojej dwulicowości, ale nie mogłam nic innego zrobić25.

Nie należało dawać po sobie poznać, że sprawy dotyczące społeczności żydowskiej wywołują emocje. Trzeba było w spokoju wysłuchiwać antysemickich komentarzy, wieści o wysiedleniach, rozstrzelaniach, a potem o likwidacji dzielnic zamkniętych, obozach i powstaniu w getcie warszawskim. Najtrudniej było znieść wiadomości o śmierci bliskich. Wtedy wyćwiczone 21 W konfrontacji ze szmalcownikiem lub policjantem mężczyźni znajdowali się w trudniejszej sytuacji niż kobiety. Łatwiej było im udowodnić żydowskość ze względu na fakt, iż większość z nich była obrzezana. 22 M. M. Mariańscy, dz. cyt., s. 56. 23 Tamże, s. 78. 24 R. Ligocka, Dziewczynka w czerwonym płaszczyku, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 50. 25 H. Fisher, dz. cyt.

69


aktorstwo na nic się nie zdawało. Sztuczny uśmiech, noszony na twarzy każdego dnia, znikał. Wszystko w sercu wrzało. Hela Fisher nie zniosła napięcia. Zwierzyła się Tadeuszowi, wyznając mu jednocześnie prawdę o swym pochodzeniu: Czułam, że jeśli z kimś się nie podzielę swoimi myślami to nerwowo nie wytrzymam. (…) Nie dowierzałam własnym uszom, kiedy usłyszałam wreszcie wydobywające się z ust Tadka słowa: „To nie jest dla mnie żadna przeszkoda. Kocham Ciebie taką, jaką jesteś i przynajmniej teraz będę wiedział jak się Tobą opiekować, by ci pomóc i ocalić z tej pożogi”26.

Podobne doświadczenia miała Maria Mariańska27, która pracowała jako pomocnica ogrodowa w Bronowicach pod Krakowem. Praca ta miała wiele zalet. Chyba najważniejszą z nich była jej legalność, zapewniająca wiarygodne dokumenty poświadczające zatrudnienie. Dzięki niej autorka mogła też ukryć swoje żydowskie pochodzenie. Maria z powodzeniem wykorzystywała znajomość ogrodnictwa wyniesioną z domu – znajomość, której nikt

26 Tamże. 27 Maria (Hochberg) Mariańska urodziła się w 1913 roku w Łękach Dolnych. Ukończyła Prywatne Liceum i Gimnazjum Żeńskie im. Heleny Kaplińskiej w Krakowie, a następnie przez dwa lata studiowała historię i polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. We wrześniu 1939 roku poznała swojego przyszłego męża i towarzysza konspiracyjnego, Mieczysława Piotrowskiego. Wojnę przeżyła w Krakowie na aryjskich papierach (jako Maria Górska), angażując się w działalność konspiracyjną organizowaną przez pps, w tym pomoc Żydom. W lipcu 1943 roku weszła (jako Maria Mariańska) w skład krakowskiego zarządu Rady Pomocy Żydom (Żegoty). Po wojnie Maria wyszła za mąż za Mieczysława, a w 1946 roku przyszedł na świat ich syn Roman. W latach 1945–1948 kierowała Referatem Opieki nad Dzieckiem, działającym przy Wojewódzkim Komitecie Żydów w Krakowie. Była jedną z założycielek Żydowskiej Komisji Historycznej i kierowniczką jej krakowskiego oddziału. W 1948 roku wyemigrowała wraz z mężem i synem do Izraela (przez Francję). Przez lata pracowała w telawiwskim oddziale Yad Vashem. Była członkinią komitetu przyznającego tytuły Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Zmarła w 1996 roku (zob. A. Czocher i in., Wojna to męska rzecz? Losy kobiet w okupowanym Krakowie w dwunastu odsłonach, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Kraków 2011, s. 54–57).

70


nie spodziewałby się u Żydówki28. Jak przyznaje autorka, mało kto mógł przypuszczać, że Żydówka potrafi fachowo rozsadzać warzywa, okopywać kartofle i przycinać krzewy. Maria była więc bezpieczna od podejrzeń. Poza tym, właściciele majątku wiedzieli o jej zaangażowaniu w działalność konspiracyjną, więc bez trudu usprawiedliwiali jej nieobecności z tym związane. Oprócz kamuflażu, praca dawała też autorce wytchnienie i wielokrotnie ratowała ją przed rozpaczą. Było to szczególnie ważne w 1942 roku: Można było w tym bronowickim ogrodzie przypaść czasem samotnie do ziemi i popłakać sobie bez obaw, że ktoś zapyta: dlaczego? Znalazł się jednak ktoś, kto pewnego dnia zapytał (…), latem 1942 roku, po wysiedleniu na śmierć mojej rodziny. Zawodziła mnie wtedy zdolność ukrywania rozpaczy. (…) Pewnego dnia Janka, która zarządzała domem i była ze mną w wielkiej przyjaźni, zapytała wprost: – Powiedz, Marysiu, ty jesteś Żydówką? Był to taki moment, kiedy człowiek musi się poddać, kiedy tajemnica chowana tak skrupulatnie staje się ciężarem nie do zniesienia. Powiedziałam: „Tak”, i wolno mi było w małym, przytulnym pokoiku Janki popłakać swobodnie. Nie było obawy, miałam do tej polskiej dziewczyny głębokie zaufanie. Nie zawiodła mnie29.

Autorki wspomnień wojennych zgodnie podkreślają, że ukrywających się na aryjskich papierach najczęściej zdradzały smutne oczy. Były to także oczy, w których odbijał się niepokój towarzyszący każdemu dniu. Kogo się obawiano? Znajomych, którzy w przypływie bezmyślności mogli wykrzyknąć na ulicy: „to ty żyjesz?”. Mogli również zacząć wypytywać o bliskich, których imiona nierzadko zdradzały wiele. Obawiano się przede wszystkim Polaków. To właśnie oni najlepiej rozpoznawali Żydów. Maria Mariańska pisze, że plaga szmalcowników w Krakowie miała jednak mniejszą skalę niż w innych miastach. Obawiano się również Żydów. Hela Fisher wspomina jedną ze współlokatorek w wynajmowanym pokoju, która pewnego dnia wyjawiła jej, że jest Żydówką. Autorka podeszła do niej nad wyraz podejrzliwie, obawiając 28 W powszechnej świadomości Żydzi funkcjonowali i często funkcjonują do tej pory jako społeczność typowo miejska, wykonująca zawody związane głównie z handlem. 29 M. M. Mariańscy, dz. cyt., s. 33–34.

71


się, że ta jest konfidentką. Niektórzy Żydzi w nadziei na uratowanie życia własnego i swoich bliskich, decydowali się na denuncjowanie innych Żydów. Zarówno dla nich, jak i dla zadenuncjowanych, kończyło się to tragicznie. Maria Mariańska tak opisuje swój strach przed Żydami: Czy bałam się Żydów? Owszem, muszę przyznać, że tak. Bo byli różni i ostrzegano nas niejednokrotnie. Tak na przykład powiedział mi Kłopotowski30, gdy mnie posłał z kennkartami do Bochni, żebym uważała, bo na stacji kolejowej grasują dwaj młodzi Żydzi w służbie gestapo i wyłapują uciekających. Trzeba było znieść i tę hańbę31.

Nikomu nie wolno było ufać. Im mniej osób znało prawdę, tym lepiej. Przynajmniej pozostawić po sobie pamięć, której ktoś kiedyś złoży cześć32 W konspiracji, w walce Zasada ta świetnie realizowała się w pracy konspiracyjnej. W krakowskim getcie najbardziej aktywną działalność w tym obszarze prowadziły dwie organizacje: Akiba, na czele której stał Dolek Liebeskind oraz HaSzomer HaCair, skonsolidowana wokół Hersza Baumingera33. Członkinią Akiby była między 30 Zygmunt Kłopotowski był jednym z głównych organizatorów pomocy Żydom z ramienia wrn (socjalistyczna Wolność, Równość, Niepodległość). 31 M. M. Mariańscy, dz. cyt., s. 32. 32 G. Dawidsohn-Draengerowa, Pamiętnik Justyny, Wojewódzka Żydowska Komisja Historyczna w Krakowie, Kraków 1946, s. 52. Książka nie doczekała się do tej pory wznowienia w języku polskim. 33 Por. M. Natkaniec, Żydowska konspiracja zbrojna w Krakowie i rejonie krakowskim w okresie okupacji hitlerowskiej, „Krzysztofory. Zeszyty Naukowe Muzeum Historycznego Miasta Krakowa” 1988, z. 15, s. 68–83; K. Zimmerer, Zamordowany świat. Losy Żydów w Krakowie 1939–1945, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004; Marek Natkaniec zwraca uwagę na fakt, iż w ciągu pierwszych trzech lat okupacji w Krakowie istniało wiele grup politycznych o różnych odcieniach, mniej lub bardziej zorganizowanych, opierających się w swej działalności przede wszystkim na aktywności młodych. Należały do nich: Bund, Poalej Syjon Prawica, HaSzomer HaCair, Dror, Akiba, Aguda (Agudat Israel), ale najbardziej aktywne były syjonistyczne Akiba i HaSzomer HaCair (zob. M. Natkaniec, dz. cyt., s. 69).

72


innymi Gusta Draenger (pseudonim Justyna)34, której pisany w więzieniu pamiętnik35 stanowi cenne źródło wiedzy o działalności organizacji i jest świadectwem postaw, światopoglądu, charakterystycznego dla grupy młodych ludzi, którzy postanowili wystąpić przeciwko nazistowskim oprawcom:

34 Gusta Draenger urodziła się w 1916 roku w Krakowie. W chwili wybuchu wojny miała więc 23 lata. Była wówczas narzeczoną Szymszona (Szymona) Draengera, towarzysza z Akiby, z którym wzięła ślub w 1940 roku. We wrześniu 1939 roku Szymszon, redaktor czasopisma „Diwrej Akiba”, został aresztowany przez Niemców. Narzeczonych wywieziono do obozu koncentracyjnego Troppau, skąd zostali uwolnieni za łapówkę przez towarzyszy z Akiby. Wiosną i latem 1942 roku pracowali na farmie w miejscowości Kopaliny, która to farma, działając w ramach legalnej organizacji, Żydowskiej Samopomocy Społecznej, służyła jako miejsce przygotowań do tworzenia żydowskiej formacji bojowej. Po utworzeniu krakowskiego oddziału żob jesienią 1942 roku, Draengerowie weszli w skład jej ścisłego kierownictwa. Po najgłośniejszej akcji grupy, zamachu na niemiecką kawiarnię Cyganeria w grudniu 1942 roku, Draengerowie trafili do więzienia – Szymszon na Montelupich, Gusta – do więzienia przy ul. Helclów. 29 kwietnia 1943 roku udało jej się zbiec. Szymszon również wydostał się z więzienia. W listopadzie 1943 roku małżeństwo ponownie wpadło w ręce okupantów. Gusta prawdopodobnie została rozstrzelana na podwórzu więzienia przy ulicy Montelupich, podobny los spotkał jej męża (zob. A. Czocher i in., dz. cyt., s. 50–53). Por. tekst Kingi Kołodziejskiej w niniejszym tomie. 35 Pamiętnik Justyny pisany był w więzieniu dla kobiet przy ulicy Helclów od stycznia do kwietnia 1943 roku. Jest to jedyny pamiętnik pisany w trakcie działalności konspiracyjnej przez aktywną uczestniczkę podziemia żydowskiego w Krakowie, stąd trzecioosobowa narracja, używanie pseudonimów, mające na celu ochronę tych, o których autorka pisała. Tylko w jednym fragmencie narracji „Justyna” wypowiada się w pierwszej osobie, przyznając, że musi się ograniczać pisząc, ze względu na tych, którzy jeszcze korzystają z wolności (s. 102–103). (zob. M. Natkaniec, Żydowska konspiracja…, dz. cyt., s. 79). W literaturze funkcjonują różne wersje historii o ocaleniu pamiętnika. Rękopis, powstały na papierze toaletowym, miał być schowany do blaszanego pudełka i ukryty w piecu (informacja z przedmowy Bernarda Johannesa do Pamiętnika, s. 21). Inna wersja mówi, iż tekst był powielany przez współwięźniarki Gusty, a żydowscy robotnicy przenosili strony z Helclów na Montelupich. W więzieniu przy Helclów chowano fragmenty rękopisu za słomianym pokryciem drzwi oraz wewnątrz nieużywanego komina (zob. M. Natkaniec, dz. cyt., s. 78.)

73


W nich się naprawdę rwało do życia i nie chcieli się poddać za nic. Ale ta chęć życia właśnie, parła ich do czynnego oporu. To było istotnie ciekawe. Bo pragnąc życia, nade wszystko gotowi byli pójść do walki, która przecież prowadziła na pewną śmierć36.

Gusta Draenger pisze, że nie bali się oni śmierci, obawiali się jedynie, że przyjdzie ona zbyt wcześnie, zanim zdążą dokonać czegoś ważnego. Bali się też, że śmierć może ich dosięgnąć nie w walce, nie podczas konspiracyjnej roboty, ale w zupełnie nieoczekiwanym, nieistotnym momencie. Autorka zastanawia się, czy ich wysiłek ma jakieś znaczenie, czy zostanie zapamiętany, czy będzie miał znaczenie, skoro walczą z przeciwnikiem, w którego pokonanie wierzą nieliczni. A gdybyśmy tak (…) nie zdołali dokonać niczego więcej, czy to mało? Czy miarą naszego czynu będzie wysiłek, czy efekt końcowy?37

Działalność młodych bojowców i bojownic miała pokazać okupantowi, że naród żydowski nie pójdzie na śmierć bez walki, bez oporu, że potrafi ginąć godnie i skutecznie uderzyć w tryby niemieckiej wojennej machiny. Opór miał tym większe znaczenie, że doszło do niego w Krakowie, w stolicy Generalnego Gubernatorstwa. Dla garstki młodych kobiet i mężczyzn działalność konspiracyjna miała także inne, bardziej osobiste znaczenie. Zjednoczenie wokół wspólnej sprawy dawało im poczucie wspólnoty, było ostatnim schronieniem dla przedwcześnie osieroconych uczuć38: Każdy niemal utracił dom, rodzinę. Ta gromada młodych była ostatnią przystanią bytu, ostatnią ostoją dla uczuć, które czepiały się jej wszystkimi mackami (…) Więc też kochali się dziwną miłością, szukali się wciąż wzajem i niby przypadkowo spotykali się całymi gromadami, a ich wesoły śmiech i jakaś niezwykła swoboda, nie pozwalała im pozostać niepostrzeżonym39.

36 37 38 39

G. Dawidsohn-Draengerowa, dz. cyt., s. 25. Tamże, s. 36. Tamże, s. 40. Tamże.

74


Gusta Draenger działała w ruchu oporu razem ze swoim mężem, Szymonem (pseudonim Marek Borowski). Czasem trudno było jej oddzielić uczucia kochającej kobiety od uczuć partnerki w walce. Gdy Szymon przychodził do niej tylko na chwilę po wykonaniu jakiegoś zadania, by chwilę potem zaangażować się w kolejną robotę, nie potrafiła stłumić uczuć: Gdy odszedł, Justynie było tak smutno, że nie wiedziała kiedy właściwie jest lepiej: czy wtedy kiedy Marek jest daleko a ona wierzy że gdy wróci będzie blisko, czy wtedy gdy jest blisko a ona czuje że jest tak daleko!40

Wiedziała, że jej mąż jest przede wszystkim ważnym członkiem organizacji bojowej i od jego działalności zależy powodzenie wielu przedsięwzięć. Cenne w jej pamiętniku jest jednak to, że jako baczna i wrażliwa obserwatorka potrafiła uchwycić i zapisać ludzką stronę bohaterstwa. Tak opisuje emocje swojego męża po przywiezieniu przez Helę Rufeisen-Schüpper41 pięciu sztuk broni dla organizacji: Wygląda jak chłopak, który wreszcie dostał upragnioną zabawkę. I nie wiadomo, kto w nim jest szczęśliwszy: czy mężczyzna, który zdobył narzędzia walki, czy chłopak, który bawi się oczekiwanym przedmiotem42.

To był jeden z radosnych, dających nadzieję momentów w trudnej codzienności. Autorka zwraca uwagę na fakt, że większość z jej towarzyszy i towarzyszek w boju gotowa była poświęcić się pracy konspiracyjnej dopiero po wysiedleniach z getta, podczas których do obozów Zagłady wywieziono ich rodziny. Zyskali poczucie wolności wyrosłe na gruzach życia rodzinnego43. Nie musieli się obawiać, że swą działalnością narażą życie swoich najbliższych. Nie mieli już niczego do stracenia, a jednocześnie otrzymali dobitny dowód 40 Tamże, s. 39. 41 Por. H. Rufeisen-Schüpper, Pożegnanie Miłej 18. Wspomnienia łączniczki Żydowskiej Organizacji Bojowej, Wydawnictwo Beseder, Kraków 1996. 42 G. Dawidsohn-Draengerowa, dz. cyt., s. 49. 43 Tamże, s. 86.

75


na intensyfikację wysiłków nazistów zmierzających do unicestwienia całego narodu żydowskiego. W związku z wysiedleniami organizacja bojowa powołała do życia tzw. likwidaturę, która zgromadziła resztki rzeczy po wywiezionych na śmierć rodzinach jej członków i rozdzielała je według potrzeb. Wykorzystywano wszystko, co mogło się przydać w walce. Działające w getcie organizacje bojowe zaczęły w tym okresie współpracować, by w końcu utworzyć krakowski oddział Żydowskiej Organizacji Bojowej44. Najbardziej spektakularną akcją podjętą przez krakowskich bojowców i bojownice był atak na kawiarnię Cyganeria w grudniu 1942 r., podczas którego zginęło kilku Niemców. Większość aktywnych członków i członkiń konspiracji została aresztowana bezpośrednio po akcji lub niedługo po niej, w rezultacie czego ruch oporu nie był stanie w momencie likwidacji getta w marcu 1943 podjąć żadnych większych działań 45. Symboliczny kres konspiracji datuje się na jesień 1943 roku, kiedy to ujęto i zamordowano małżeństwo Draengerów. Oprócz organizacji bojowych istniał w Krakowie także oddział konspiracyjnej Rady Pomocy Żydom („Żegota”). Do organizacji należała wspomniana już wcześniej Maria Mariańska, której działania skupiały się między innymi wokół ratowania tych, których jeszcze można było uratować. Determinacja ze strony ratujących napotykała jednak czasem na opór ratowanych: Było zrozumiałe, że rodziny nie chciały się rozstawać i raczej ginęły razem – rodzice z dziećmi, żony z mężami, siostry o tak zwanym dobrym wyglądzie z braćmi, którzy jako mężczyźni byli zawsze bardziej zagrożeni. (…) Przemocą nie można było nikogo ratować. Tylko człowiek zdeterminowany, 44 Zob. M. Natkaniec, dz. cyt., s. 74. Liczebność krakowskiego oddziału żob szacuje się na kilkadziesiąt osób, podczas gdy warszawskiego, macierzystego oddziału – kilkaset. W porównaniu do krakowskiego ruchu oporu, warszawski jest dość dobrze opisany ze względu na liczebność jego członków, zróżnicowanie polityczne i organizacyjne oraz efekt jego działalności: powstanie w getcie warszawskim (na temat warszawskiego podziemia żydowskiego piszą na przykład: I. Gutman, Żydzi warszawscy 1939–1943: getto, podziemie, walka, Wydawnictwo Rytm, Warszawa 1993; M. Edelman, Getto walczy: udział Bundu w obronie getta warszawskiego, Nakł. Łódzkiej Księgarni Niezależnej, Łódź 1991; A. Grupińska, Ciągle po kole: rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego, „Twój Styl”, Warszawa 2000). 45 Tamże, s. 78.

76


gotowy na wszystko, świadomy, że zguba z ręki Niemców jest nieuchronna, a ratunek drogą ucieczki możliwy, tylko taki ryzykant miał szanse przeżycia. I byli tacy, co bez specjalnych kontaktów, bez planów, bez doraźnej pomocy postawili wszystko na jedną kartę i wygrali życie. Statystyka, którym się udało, jest możliwa, tych, co w tej próbie zginęli, nikt nigdy nie zliczy46.

Każdego dnia należało się liczyć z tym, że może to być dzień ostatni. W okresach, gdy Maria mieszkała ze swym przyszłym mężem, również zaangażowanym w działalność konspiracyjną i pomoc Żydom, codziennie rano żegnała się z nim, nie wiedząc, czy się jeszcze zobaczą. W tej sytuacji słowa „do zobaczenia” brzmiały niczym błogosławieństwo i obietnica. Oboje musieli liczyć się z podwójnym zagrożeniem spowodowanym z jednej strony pochodzeniem, a z drugiej konspiracyjną robotą. Rzadko kiedy poruszali się po mieście bez obciążających materiałów. Nosili przy sobie tusz do robienia odcisków palców, podziemną prasę, wyrabiane dla podopiecznych dokumenty. Tam, gdzie to było możliwe, przemieszczali się pieszo, bo było to bezpieczniejsze niż jazda tramwajami. Każdy z nas, członków konspiracji, stosował własne środki ostrożności w przechowywaniu i przenoszeniu niebezpiecznego materiału. Chodziłam przeważnie z koszyczkiem jak po zakupy. Matryce, notatki do przepisania lub gotowe gazetki leżały na dnie, na wierzchu zaś kilka wiązek suchego drzewa do rozpalania ognia. Był to naturalnie system, który w razie rewizji niczego nie zabezpieczał. Nieco później, po różnego rodzaju próbach, kupiłam kilka dużych papierowych worków, używanych do przewożenia materiałów budowlanych. Były one zlepione z paru warstw grubego papieru, między te warstwy można było włożyć dużą ilość zakazanego materiału. Zwijałam worek w rulon i zabierałam ze sobą niby na grubsze zakupy. Ale najważniejszą rolę spełniały w mieszkaniu. Kładłam po prostu dwa, trzy takie worki na podłodze zamiast dywaników (…). Cały dowcip polegał na tym, że nigdy niczego u mnie nie szukano. Zdawałam sobie doskonale sprawę, że te wszystkie naiwne wybiegi zdadzą się psu na buty w wypadku rewizji47.

Maria Mariańska pisze, że w epoce dymiących kominów, papierowych Żydów i ludzi jaskiniowych nowych czasów, ukrywających się pod podłogą, 46 M. M. Mariańscy, dz. cyt., s. 54–55. 47 Tamże, s. 26–27.

77


w ziemiankach i szafach, cuda zdarzały się częściej niż w Starym Testamencie. Bo jak inaczej nazwać fakt, że komuś udało się wymknąć śmierci? Udawało się to dzięki osobistym przymiotom, ale też w dużej mierze dzięki szczęściu. Należało mu jednak pomagać i przede wszystkim unikać niepotrzebnych niebezpieczeństw, reagować szybko i mądrze: Nauczyłam się unikać niebezpieczeństw różnymi sposobami. Przekonałam się na przykład, że w wypadku nagłych kontroli, kiedyś na jakiejś stacji po prostu opróżniano wagony i na zewnątrz robiono selekcje, zwalniane bywały kobiety z małymi dziećmi. Wtedy korzystałam z pierwszej lepszej okazji i od matki, która szczęśliwie była uzbrojona w dwoje dzieci, wypożyczałam jedno. Nie dawałam takiej kobiecie wiele czasu do namysłu, mówiłam szybko: „Ja pani pomogę”, brałam dziecko za rękę albo, co było jeszcze pewniejsze, na rękę. (…). Panował zwykle taki tłok i zamieszanie, że ryczeli z wściekłością: „Zurück! Zurück!” i wpędzali kobiety z powrotem do wagonów. (…) Potem miałam czas wytłumaczyć mój podstęp i zawsze znajdowałam zrozumienie. Nie jako Żydówka naturalnie, ale jako młoda kobieta, która chce uniknąć wywózki na roboty. Potwierdzała się gorzka prawda: dziecko polskie było dla Polki ratunkiem, dla matki żydowskiej było zgubą 48.

Szczęściu należało pomagać i najczęściej w tę pomoc zaangażowanych było wiele osób. Pojedynczy człowiek, skazany wyłącznie na własne siły, mógł zdziałać niewiele. Równie ważne, co wsparcie w postaci konkretnej pomocy, często materialnej, było wsparcie psychiczne, służenie radą. Poszczególnych ludzi wiązały nici zależności, współpracy, pomocy: Tak więc od człowieka do człowieka szły nici, cieniutkie nitki pomocy, wiązały się w siatki, ogarniały zasięgiem nieraz całe rodziny ukrywających się lub pojedyncze osoby urządzone po aryjskiej stronie49.

Walczono o każde pojedyncze życie, każde było tak samo ważne, niezależnie od tego, czy należało do członka lub członkini podziemia czy do zwykłego człowieka, walczącego o przetrwanie własne i swej rodziny. Zwykli ludzie

48 Tamże, s. 172 –173. 49 Tamże, s. 138.

78


także tworzyli historię tego okresu, choć im samym być może trudno było w to uwierzyć, choć woleliby żyć w spokojniejszych czasach: Mój Boże, historia! Taka uporządkowana i posegregowana według dat w szkole, a teraz sami ją tworzymy. Ja także? Śmieszne, na pewno nie, a zresztą wolałabym żyć w innej epoce50.

Dziś, po wielu latach, warto opowiadać pojedyncze losy uwikłane w wielką historię, a szczególnie ocalić od zapomnienia głosy tych, których chciano pozbawić tożsamości, zamienić w bezimienną masę. Warto z wielogłosowej narracji budującej obraz wojny wyłowić wspomnienia żydowskich kobiet, zepchniętych na peryferie dyskursu, podwójnie wykluczonych – ze względu na pochodzenie i płeć. Warto pokazać, że postrzeganie ich jedynie w kategorii ofiar jest niewłaściwe – pracowały, działały w organizacjach podziemnych, organizowały pomoc, walczyły o przetrwanie swoje i bliskich, podejmowały odważne i trudne decyzje, zmagały się z cierpieniem i strachem, rzucały wyzwanie losowi przechodząc na aryjską stronę. Warto postarać się o miejsce dla nich w świadomości, pamięci zbiorowej i dyskursie naukowym. Monika Stępień

50 H. Nelken, dz. cyt., s. 129.

79

Doktorantka Instytutu Judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się głównie powojenną żydowską literaturą dokumentu osobistego. Przygotowuje rozprawę doktorską pt. Miasto opowiedziane. Wizerunek powojennego Krakowa w wybranych utworach literatury żydowskiej. Pracuje w Żydowskim Muzeum Galicja. Krakowianka z wyboru, rodzinnie związana z ziemią świętokrzyską. Jedynaczka, miłośniczka kotów, gór, tulipanów i muzyki orientalnej.


bibliografia:

Bednarek M. i in. Biberstein A. Chwalba A. Czocher A. i in. Dawidsohn-Draengerowa G. Fisher H. Ligocka R. Mariańscy M. M. Natkaniec M.

Nelken H. Pordes A. Grin I.

Kraków-czas okupacji 1939–1945, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Kraków 2010. Zagłada Żydów w Krakowie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001. Kraków w latach 1939–1945, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002. Wojna to męska rzecz? Losy kobiet w okupowanym Krakowie w dwunastu odsłonach, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Kraków 2011. Pamiętnik Justyny, Wojewódzka Żydowska Komisja Historyczna w Krakowie, Kraków 1946. Fighting for Dignity: Jewish Resistance in Kraków/ Walka o godność: Żydowski ruch oporu w Krakowie, Żydowskie Muzeum Galicja, Kraków 2008. Nie ma ucieczki od korzeni, „Plotkies” nr 30, http://webnews.textalk.com/plotkies/ [dostęp: 15.10.2012]. Dziewczynka w czerwonym płaszczyku, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007. Wśród przyjaciół i wrogów: poza gettem w okupowanym Krakowie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1988. Żydowska konspiracja zbrojna w Krakowie i rejonie krakowskim w okresie okupacji hitlerowskiej, „Krzysztofory. Zeszyty Naukowe Muzeum Historycznego Miasta Krakowa” 1988, z. 15, s. 68–83. Pamiętnik z getta w Krakowie, Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie, Toronto 1987. Ich miasto. Wspomnienia Izraelczyków, przedwojennych mieszkańców Krakowa, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2004. 80


Rufeisen-Schüpper H. Stępień M.

Ubertowska A. Zimmerer K.

81

Pożegnanie Miłej 18. Wspomnienia łączniczki Żydowskiej Organizacji Bojowej, Wydawnictwo Beseder, Kraków 1996. Es gibt keine Flucht von den eigenen Wurzeln – biographische Erzählung von Hela Fisher vor dem Hintergrund der Rückkehr zum Geburtsort und zu den eigenen Wurzeln, „Scripta Judaica Cracoviensia’’,vol. 7, s. 143–149. „Niewidzialne świadectwa“. Perspektywa feministyczna w badaniach nad literaturą Holokaustu, „Teksty Drugie”, nr 4/2009, s.214–226. Zamordowany świat. Losy Żydów w Krakowie 1939–1945, Kraków 2004.



kobiety



Martyna Grądzka

Feuers

Anna Regina Feuerstein – wciąż zapomniana wychowawczyni i dyrektorka Zakładu Wychowawczego Sierot Żydowskich przy ul. Dietla 64 w Krakowie

Anna Regina przyszła na świat 15 listopada 1891 r. w Kołomyi w tamtejszej rodzinie Weissmanów1. W okresie międzywojennym zamieszkiwała w Krakowie, gdzie związała się, a następnie wyszła za mąż za Juliana Leopolda Feuersteina2. Nie mieli dzieci, a jej mąż pracował jako opiekun i wychowawca w Zakładzie Wychowawczym Sierot Żydowskich (Beth Megadle Jesomim) przy ul. Dietla 64 w Krakowie. W tym samym Zakładzie Anna Regina przez kilkanaście lat pełniła funkcję dyrektorki. Podczas wypełniania swoich obowiązków zawodowych współpracowała m.in. z Rafałem Landauem, Dawidem Kurzmannem, dr. Leonem Rippem, Zygmuntem Aleksandrowiczem i Chaimem Ohrensteinem. W taki sposób można byłoby opisać całe życie mojej bohaterki, wpisując się poniekąd w tradycyjną narrację o kobietach i skupiając się przy tym bardziej na otaczających ją mężczyznach niż na niej samej. Czy jednak warto wówczas tytułować biogram jej imieniem i nazwiskiem, skoro z jego treści więcej dowiemy się o jej męskich krewnych czy współpracownikach niż o jej losach? Zacznijmy zatem od początku, bez pominięcia i pozostawiania w cieniu głównej bohaterki. Życiorys Anny Reginy Feuerstein z domu Weissman nie jest tak oczywisty do odtworzenia, jak mogłoby się to wydawać z racji zajmowanego przez nią stanowiska i pozycji Zakładu Wychowawczego Sierot 1 W źródłach pojawia się też inna pisownia tego nazwiska: Weisman, Weismann. 2 Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, sygn. 218/37, Kenkarty Żydów z Krakowa, kenkarta Anny Reginy Feuerstein; Archiwum Państwowe w Krakowie, sygn. pnn, 37/11824.

85


Żydowskich w krakowskiej żydowskiej gminie wyznaniowej. Pomimo że przez kilkanaście lat kierowała ona jednym z najprężniej działających krakowskich domów opieki nad sierotami żydowskimi, zachowało się niewiele materiałów źródłowych odnoszących się do niej samej. Część dokumentów najprawdopodobniej uległa rozproszeniu, zagubieniu lub zniszczeniu w trakcie ii wojny światowej. I chociaż moja bohaterka przez większość swojego pobytu w Krakowie zamieszkiwała przy ul. dietla 64, to poszczególne wydarzenia z okresu okupacji, rozporządzenia wydawane przez Niemców wobec ludności żydowskiej, konieczność przeprowadzki do getta, a także likwidacja tej dzielnicy doprowadziły do zatarcia wielu informacji, które umożliwiłyby dokładne prześledzenie jej losów. Przypadek Anny Reginy Feuerstein nie jest odosobniony. W samym Zakładzie Wychowawczym Sierot Żydowskich pracowały też inne kobiety, których nawet krótkich biogramów nie sposób odtworzyć. Przykładowo można tu wskazać Marię Goldberg, Różę Federgrün, Salę Bachner czy Sabinę Neuberger3. I choć pracowały one w dużym i znanym sierocińcu, poświęcały się pracy wychowawczej i opiekuńczej, poza krótkimi wzmiankami biograficznymi, jak np. miejsce i data urodzenia, pełniona funkcja czy numer kenkarty, nie można w świetle dostępnych źródeł podać żadnych informacji na temat ich życia prywatnego, rodzinnego, wyznawanych podglądów czy zainteresowań. W przypadku Anny Reginy Feuerstein, w zasadzie zachowały się jedynie szczątkowe dokumenty administracyjne instytucji, w której była zatrudniona, a także świadectwa osób, które ocalały z tragedii Holokaustu, będące podstawą do odtworzenia części jej życiorysu. Poza lakonicznym drukiem – podaniem o kenkartę, do którego dołączone jest jej zdjęcie, nie posiadamy żadnych dokumentów osobistych, listów, pamiętników, notatek, które umożliwiłyby nam dotarcie do jej życia prywatnego. Stąd też wręcz niemożliwe jest odtworzenie jej mentalności, zainteresowań, pasji. Nie znajdziemy odpowiedzi na pytania, jakiej muzyki słuchała, jakie stroje lubiła nosić, jakie czytała książki, czy bywała na przedstawieniach teatralnych lub operowych, czy też z kim się przyjaźniła, a z kim pozostawała w konflikcie. Pozostają jedynie przypuszczenia, hipotezy, których nie jestem w stanie zweryfikować. 3 ażih, sygn. 228/55, Stadthauptmann der Stadt Krakau, k. 67–82.

86


Anna Regina dzieciństwo spędziła najprawdopodobniej w Kołomyi, w mieście urodzenia, położonym w ówczesnym województwie stanisławowskim (aktualnie przynależy ono do Ukrainy). Była to miejscowość, w której stykały się ze sobą trzy duże społeczności: ukraińska, polska i żydowska, posiadające odmienną historię, tradycję, religię, kulturę i język. I choć społeczności te żyły wewnątrz swoich grup, w sporej separacji od otoczenia, to z pewnością sama atmosfera różnorodności i odmienności nie pozostała bez wpływu na mieszkańców miasta, w tym na młodą Annę Reginę 4. Sama społeczność żydowska tego miasta nie była jednorodna. Dominowali ortodoksi5, ale już pod koniec xix w., tj. w 1880 r., założono tam także ośrodek ruchu syjonistycznego, na którego czele stanął Israel Fadenchrecht. Syjoniści wydawali też czasopismo „Israel”, redagowane w języku hebrajskim6. W świetle zachowanych źródeł nie można jednoznacznie stwierdzić, czy Anna Regina pochodziła z rodziny ortodoksyjnej i z czasem zaczęła głosić bardziej liberalne poglądy, czy też wychowana została w zasymilowanym domu. Możemy jednak przypuszczać, że jej dom rodzinny należał raczej do reformowanych7 niż ortodoksyjnych. Po pierwsze, z racji pełnionej w późniejszym T. Vozniak, Historia Żydów w Kołomyi, http://www.sztetl.org.pl/pl/article/ kolomyja/5,historia/?action=view&page=2 [dostęp: 12.11.2012]. Od drugiej połowy xix w. Żydzi byli największą grupą narodową zamieszkującą w Kołomyi, a według danych spisowych z 1882 r. stanowili 41,4% całkowitej liczby jego mieszkańców. Co więcej, na początku xx w. tendencja wzrostowa liczebności tej społeczności utrzymała się i zgodnie ze spisem z 1911 r. w Kołomyi i podmiejskich wsiach, Dziatkowcach i Szeparowcach, mieszkało 7850 grekokatolików, 8244 rzymskich katolików i 16 750 Żydów (51% mieszkańców). 5 Żydzi ortodoksyjni to ogólne określenie na tę część żydowskiej społeczności, która trwa przy tradycyjnym judaizmie, odrzucając reformy Haskali, czyli żydowskiego oświecenia, wprowadzane od xviii w. Wyróżnić można pośród nich grupę tzw. ultraortodoksów, którzy nie uznają świeckiego kształcenia, posługują się językiem jidysz i noszą tradycyjne ubranie, a także przestrzegają wszystkich nakazów religijnych. 6 T. Vozniak, art. cyt. 7 Judaizm reformowany to odłam, który wyłonił się w xix w. jako efekt dążenia części Żydów do większej otwartości na kulturę narodów, pośród których zamieszkują. Dopuszcza świeckie kształcenie, noszenie nie tradycyjnego stroju, posługiwanie się językami narodowymi, a także mniej rygorystyczne przepisy religijne.

4

87

1. Anna Regina Feuerstein


okresie funkcji dyrektorki Domu Sierot przy ul. Dietla 64 w Krakowie, musiała posiadać stosowne wykształcenie i przygotowanie zawodowe. Tymczasem w tradycyjnej, religijnej rodzinie żydowskiej, dziewczynki kształcono przede wszystkim na poziomie podstawowym, przekazując im treści niezbędne dla pełnienia przyszłej roli, tj. matki i poniekąd wychowawczyni potomstwa, opiekunki i strażniczki domu. Zatem zaznajamiano je z ogólną wiedzą z zakresu tradycji i religii judaistycznej, a także uczono podstaw języka hebrajskiego, języka jidysz i czasami, w zależności od statusu majątkowego rodziny, także języka społeczności, w obrębie której mieszkano, np. polskiego, rosyjskiego czy niemieckiego. Przekazywano im także bardzo ogólną wiedzę z literatury oraz nauk ścisłych. I choć przynależna im micwa – zapalania świec szabatowych – wskazywała na pozycję kobiety jako „światła” dla domu, opiekunki dzieci i podpory małżonków, to pełnienie przez nich funkcji publicznych nie było dozwolone8. Dziewczęta zatem w rodzinach ortodoksyjnych miały prawidłowo prowadzić dom i np. rodzinny warsztat pracy, z pewnością jednak nie były kształcone, by pełnić funkcje w instytucjach przestrzeni publicznej. Z kolei w judaizmie reformowanym kobiety miały dostęp do edukacji świeckiej, a także znacznie większe prawa w sferze publicznej i religijnej. Ich rola zatem nie ograniczała się jedynie do prowadzenia domu, mogły także pracować zawodowo, np. jako nauczycielki, lekarki, architektki. Oprócz tego, Anna Regina relatywnie późno wyszła za mąż. Z danych zawartych w Spisie Ludności miasta Krakowa z 1921 r. wynika, że jej narzeczony, Julian (Juliusz) Leopold Feuerstein, jeszcze w 1921 r. był kawalerem, słuchaczem farmacji. Ponadto wiemy, że posługiwał się językiem polskim, a także podawał narodowość i obywatelstwo polskie9. Mogło to wskazywać na jego liberalne podejście do judaizmu i sugerować, że on także nie przynależał do grona religijnych, ortodoksyjnych Żydów. Jak już wcześniej wspomniałam, od 1926 r. należał on także do grona opiekunów i nauczycieli prowadzących

Judaizm reformowany przyznaje też większe prawa kobietom do udziału w życiu publicznym i religijnym. 8 A. Unterman, Encyklopedia tradycji i legend żydowskich, Warszawa 2003, s. 146–147. 9 apkr, Spis Ludności Miasta Krakowa z 1921 r., t. 21/1178.

88


zajęcia w Zakładzie przy Dietla 64 10. Był młodszy od swojej żony niemal o cztery lata, urodził się 15 marca 1896 r. w Mogielnicy11. Nie znamy dokładnej daty ich ślubu, wiadomo jednak, że nastąpił on po 1921 r., gdyż Anna Regina nie została jeszcze ujęta we wzmiankowanym Spisie Ludności12. W związku z tym musiała mieć powyżej dwudziestu lat, kiedy wstępowała w związek małżeński, co w tradycyjnych rodzinach żydowskich nie było zbyt często spotykane. Najczęściej dziewczynki z ortodoksyjnych domów swatano13 w bardzo młodym wieku i wydawano za mąż pomiędzy szesnastym a osiemnastym rokiem życia. Nie było to praktykowane pośród społeczności Żydów reformowanych. W dniu 20 września 1926 r. Anna Regina rozpoczęła swoją pracę w Zakładzie Sierot Żydowskich przy ul. Dietla 64 14. Podobnie jak w przypadku braku konkretnych informacji odnośnie daty i motywów jej przybycia do Krakowa, nie wiadomo również, jaką funkcję pełniła tuż po zatrudnieniu w sierocińcu. Aleksander Biberstein twierdzi, że przez blisko siedemnaście lat była kierowniczką Zakładu, w związku z czym możemy wnioskować, że od początku pracowała na stanowisku dyrektorki tej placówki15. Z kolei ze sprawozdania przygotowywanego dla p. Rodlera, kierownika Wydziału Przesiedleń, z dnia 6 marca 1941 r., wynika, że najpierw pracowała jako wychowawczyni, a dopiero później objęła wzmiankowane stanowisko. Nie zachowały się też informacje o tym, gdzie dokładnie zamieszkiwało małżeństwo Feuersteinów. Należy dodać, że kilka pomieszczeń w budynku sierocińca zostało zaadaptowanych na mieszkania dla pracowników. Już w czasie okupacji w kenkartach,

10 ażih, sygn. 228/55, Stadthauptmann der Stadt Krakau, k. 67. 11 apkr, Spis Ludności Miasta Krakowa z 1921 r., t. 21/1178. 12 Nie widnieje ona ani pod swoim panieńskim nazwiskiem ani też pod nazwiskiem męża. W Spisie została zapisana jedna Anna Feuerstein, urodzona w Brodach i niezamężna. apkr, Spis Ludności Miasta Krakowa z 1921 r., t. 18/1005/xv. 13 Szadchan (z j. aramejskiego „swat”) – osoba, która w tradycyjnych społecznościach żydowskich zajmowała się profesjonalnym kojarzeniem młodych w pary. 14 ażih, sygn. 211/11, Żydowska Samopomoc Społeczna, Potwierdzenie o zatrudnieniu, wydane przez Kasę Chorych, k. 13. 15 A. Biberstein, Zagłada Żydów w Krakowie, Kraków 2001, s. 239.

89


w rubryce „adres”, oboje mieli wpisany dom przy ul. Dietla 64 16. Z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć, że Anna Regina i Julian mieszkali we wzmiankowanych pomieszczeniach dla pracowników Zakładu również w okresie poprzedzającym wojnę. Sam sierociniec i Stowarzyszenie Kobiet dla Ochrony Sierot Izraelickich, które się nim opiekowało, powstały w 1846 roku17. Należy jednak mieć na uwadze, że obie te instytucje przeszły przez ewolucyjny proces zmian. Zrzeszenie, które zainicjowało swoją działalność w połowie xix w. i ta sama organizacja, choć pod nazwą zmienioną na Stowarzyszenie Dom Sierot Żydowskich (Beth Megadle Jesomim)18, u schyłku dwudziestolecia międzywojennego, patrząc przez pryzmat działalności, zasadniczo różnią się od siebie. Ze Stowarzyszenia o prywatnym, tradycyjnym i religijnym charakterze, stało się ono instytucją wprowadzającą i pracującą przy użyciu nowoczesnych metod wychowawczych, stanowiącą wzór do naśladowania dla innych tego typu organizacji. Z biegiem czasu nauczono się sprawniej pozyskiwać pieniądze, lepiej nimi gospodarować i w miarę możliwości, gromadzić fundusze z myślą o przyszłości. Pomimo różnych trudności finansowych, czasu i wojny światowej czy światowego kryzysu gospodarczego w latach 30. xx w., skutecznie radzono sobie z bieżącymi potrzebami. Nie bez znaczenia był tu wkład osób ze ścisłego zarządu Stowarzyszenia, szczególnie Róży Rock 19 i Rafała Landaua, oraz osób pełniących funkcje kierownicze i stale przebywających w budynku przy ul. Dietla 64 – Anny Reginy Feuerstein, Juliana Leopolda Feuersteina i Dawida

16 ażih, sygn. 218/37, Kenkarty Żydów z Krakowa, kenkarta Anny Reginy Feuerstein; apkr, sygn. pnn, 37/11824; ażih, sygn. 218/37, Kenkarty Żydów z Krakowa, kenkarta Juliana Leopolda Feuersteina; apkr, sygn. pnn, 37/11823. 17 ażih, sygn. 107/245, Gmina krakowska, [bp.]. 18 apkr, sygn. stgkr 240, k. 522. Słowo Stowarzyszenie pisane w tekście artykułu odnosi się do Stowarzyszenia opiekującego się Zakładem Wychowawczym Sierot Żydowskich przy ul. Dietla 64, niezależnie od zmian w jego statucie i nazwie. 19 Artykuł o Róży Rock został opublikowany w iii tomie Przewodniczki po Krakowie emancypantek. U. Pieczek, Róża Rock. Matka sierot żydowskich, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, t. iii, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2011.

90


Kurzmanna. Sama dyrektorka była związana z placówką i podopiecznymi przez kilkanaście lat, ciesząc się zaufaniem wychowanków i personelu. O kierowanym przez Annę Reginę sierocińcu pisano: W tym oto budynku mieści się Zakład, w którym dokonuje się cichą, bez rozgłosu prowadzoną, lecz uznania godną pracę, która jest urzeczywistnieniem żydowskiej nauki i etyki o miłości bliźniego, wcieleniem w życie wzniosłych haseł głoszonych przez biblię i proroków żydowskich, o obowiązku opiekowania się sierotami i dziećmi bezdomnymi, o ratowaniu ich od zagłady i wykolejenia, o wychowywaniu ich na pożytecznych ludzi dla Państwa i społeczeństwa20.

W cytowanym artykule, który ukazał się w „Gazecie Gminnej” z 1937 r., podkreślano rangę i rolę sierocińca w życiu społeczności żydowskiej na Kazimierzu. Szczegółowo opisano w nim zajęcia, na jakie uczęszczają podopieczni Zakładu, metody wychowawcze oraz innowacje wprowadzone, by unowocześnić funkcjonowanie placówki. Podkreślono przy tym, że realizacja tych niezwykle ważnych inwestycji była efektem pracy Prezesa Stowarzyszenia dr. med. Rafała Landaua, Wydziału Stowarzyszenia, jak i samej Dyrektorki Zakładu p. Anny Reginy Feuerstein21. Nie ulega wątpliwości, że w dokumentach administracyjnych i artykułach publicystycznych bardziej podkreślano rolę Zarządu Stowarzyszenia, które sprawowało opiekę nad sierocińcem niż jego pracowników, którzy na co dzień przebywali z dziećmi. Miało to związek z faktem, że formalnie członkowie Stowarzyszenia utrzymywali finansowo Zakład Wychowawczy, stąd też ich rola była bardziej doceniana. Jednak to Anna Regina oraz pozostali nauczyciele i wychowawcy przebywali z sierotami, zajmowali się nimi dniem i nocą, byli dla nich nie tylko opiekunami, ale też przyjaciółmi i osobami zastępującymi im rodzinę. Pierwsze dni i tygodnie okupacji zdezorganizowały pracę wielu instytucji publicznych, w szczególności instytucji charytatywnych. Zakład Wychowawczy dla Sierot Żydowskich nie był tu wyjątkiem. Do 1 września 1939 r. Zarządowi Domu Sierot przewodniczył Rafał Landau22, który sprawował tę funkcję od 20 „Gazeta Gminna” 1937, nr 4, s. 6–7. 21 Tamże. 22 apkr, 11/7894. Spis Ludności miasta Krakowa z 1921 r.

91


1926 r., czyli od śmierci Róży Rock. W pierwszych tygodniach września 1939 r. część kierownictwa – przewodniczący i kilku członków Zarządu – oraz część spośród wychowanków opuściła sierociniec, a nawet wyjechała z Krakowa. Podobnie działo się z osobami finansującymi działalność domu dla sierot. Cała odpowiedzialność za pozostałych podopiecznych spadła na dyrektorkę – Annę Reginę Feuerstein, jej męża Juliana Leopolda i wieloletniego zastępcę przewodniczącego Zarządu – Dawida Kurzmanna23. Dosyć szybko, bo w połowie września 1939 r., wybrano nowy Zarząd Zakładu, któremu przewodniczył Marek Biberstein, a jego zastępcami byli: Aleksander Biberstein i Dawid Kurzmann24. Dodać trzeba, że Marek Biberstein pełnił jednocześnie funkcję prezesa rady gminy żydowskiej (Judenrat). Ze względu na znaczną ilość obowiązków, jakie wypełniał on z racji piastowanego stanowiska, formalnie domem dla sierot zarządzali – Aleksander Biberstein, Leon Salpeter, Dawid Kurzmann, a także dotychczasowa dyrektorka25. Warunki wojny i okupacji wymusiły na Zarządzie i dyrektorce sierocińca wzmożoną aktywność. Szczególnie dotyczyło to osób, które przebywały w sierocińcu przez cały czas. Anna Regina wraz z Dawidem Kurzmannem i pozostałymi wychowawcami starała się rozszerzyć opiekę nad sierotami oraz zorganizować im wolny czas, by tym samym odseparować ich od negatywnego wpływu wzorców i postaw pojawiających się podczas okupacji. Pomimo relatywnie długiego, bo kilkunastoletniego pobytu Anny Reginy w Krakowie, w 1941 r. zawisła nad nią groźba przesiedlenia poza Kraków. W dokumentach nie wspominano, gdzie konkretnie miałaby zostać przeniesiona. Żydów z okupowanego Krakowa zazwyczaj przesiedlano do małych miejscowości w dystryktach: krakowskim, lubelskim lub radomskim. W sprawie Anny Reginy wysyłano pisma do Wydziału Przesiedleńczego, podkreślając przy tym, że płaciła ona regularne składki ubezpieczeniowe w Ubezpieczalni Społecznej, 23 Tamże. 24 W skład zarządu weszli jeszcze: Nachum Monderer, Markfeld, inż. Morgenbesser, Rafał Morgenbesser, Ohrenstein, mgr Leon Salpeter, Otylia Schenkerowa, Dawid Schmelkes i Sternbergerowa. Zob. A. Biberstein, Zagłada Żydów…, s. 240–241. 25 ażih, sygn. 301/448, Relacja Leiba Salpetera; Archiwum Instytutu Yad Vashem, sygn.03/2362, Relacja Aleksandra Bibersteina: Zakład Sierot Żydowskich przy ul. Dietla 64 w czasie okupacji, k. 3.

92


a także podawano informacje o jej długiej i owocnej pracy na rzecz sierocińca przy ul. Dietla 64 26. Wysiłki Zarządu i pozostałych zatrudnionych w Zakładzie Wychowawczym przyniosły spodziewany rezultat i Anna Regina nie została przesiedlona z Krakowa, a wraz z podopiecznymi przeniosła się na teren utworzonego w marcu 1941 r. getta krakowskiego. Zakład, którym kierowała od maja 1941 r., funkcjonował w budynku przy ul. krakusa 8, w dawnym domu czynszowym przynależnym do Stowarzyszenia, ofiarowanym przez Amalię Wasserbergerową w 1936 roku27. Po pierwszym masowym wysiedleniu z getta krakowskiego, 20 czerwca 1942 r. podjęto decyzję o zmniejszeniu obszaru tej dzielnicy, m.in. oddzielona została część ul. Krakusa, przy której znajdował się sierociniec. Dyrektorka wraz z Dawidem Kurzmannem wystarała się o nowy budynek dla sierocińca, przy ul. józefińskiej 31. Niestety warunki stale się pogarszały, coraz trudniej było o pożywienie czy odzież, a ponadto wzrastała liczba podopiecznych placówki. Mimo starań Anny Reginy oraz pozostałych pracowników Zakładu, sytuacja sierot była trudna. Tragiczny moment dla instytucji, jej podopiecznych oraz zatrudnionych tam wychowawców nadszedł wraz z wielkim wysiedleniem 28 października 1942 r. Niemcy zdecydowali, by tym razem także sieroty z tego Zakładu wysłać w transporcie do obozu zagłady w Bełżcu. Dyrektorce i wychowawcom dano wybór, mogli pozostać na terenie getta i nadal pracować. Jednak poczucie solidarności, chęć dalszej opieki i wsparcia dla sierot okazały się znacznie silniejsze. Zarówno Anna Regina, jak też jej mąż Julian i współpracownik Dawid Kurzmann nie zostawili dzieci i wraz z nimi udali się na wysiedlenie. Aleksander Biberstein wspominał, że sam podejmował wówczas kroki dla uratowania przynajmniej jakiejś części dzieci. W tym celu wziął je do szpitala, mając nadzieję, że tam, pod pozorem choroby, zostaną ukryte. Jednak zabieg ten nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, bo dzieci, bardziej związane ze swoją wychowawczynią, uciekały ze szpitala z powrotem do sierocińca, chcąc być tam, gdzie ich opiekunka Anna Regina

26 ażih, sygn. 211/18, Żydowska Samopomoc Społeczna, k. 34. 27 Informację potwierdzającą ten fakt można znaleźć na tablicy pamiątkowej, umieszczonej na budynku przy ul. Krakusa 8.

93


Feuerstein28. Aleksander Biberstein pozostawił także opis tego specyficznego pochodu: Dyrektorka Zakładu p. Feuerstein kategorycznie odrzuciła propozycję opuszczenia dzieci i pozostania w getcie. Tragiczny był ten korowód dzieci, maszerujący czwórkami do Płaszowa, na czele którego szli: dyrektorka Zakładu, p. Feuersteinowa z mężem i stary, uduchowiony, wierzący w swoje przeznaczenie, pogodzony z Bogiem – Dawid Kurzmann ze swoją córką i zięciem Dawidem Schmelkesem29.

Podczas czytania tego fragmentu nasuwa się jednoznaczne skojarzenie – analogia do wysiedlenia ochronki z getta warszawskiego do obozu zagłady w Treblince. W tej ostatniej drodze dzieciom towarzyszył ich opiekun – Janusz Korczak. Anna Regina Feuerstein zginęła w końcu 1942 r. w obozie zagłady w Bełżcu. Także i w tym przypadku nie znamy dokładnej daty jej śmierci, wiemy tylko, że 28 października wraz z sierotami i najbliższymi transportem opuściła Kraków. Choć sama nie posiadała potomstwa, to jednak całe swoje dorosłe życie poświęciła pracy na rzecz sierot żydowskich, przebywających w Zakładzie Wychowawczym przy ul. Dietla 64. Wykształcona, przygotowana do pełnionej funkcji, przebywała ze swoimi podopiecznymi przez cały czas, zastępując im najbliższych. I choć nie znamy jej życia prywatnego, poglądów, twórczości, to jednak wiemy, że była ona bezgranicznie oddana swej pracy, traktując ją jako misję i cel nadrzędny. Historia życia Anny Reginy jest przykładem, że było grono kobiet w społecznościach lokalnych, o których dziś niewiele wiemy, a które je aktywnie współtworzyły, ubogacały i pomimo utartych schematów kulturowych opuszczały tradycyjnie przypisywane im miejsce w domach na rzecz pracy w przestrzeni publicznej oraz ogólnego rozwoju społeczeństwa.

28 aiyv, sygn. 03/2362, Relacja Aleksandra Bibersteina: Opieka nad dzieckiem w czasie okupacji, k. 14. 29 aiyv, sygn. 03/2362, Relacja Aleksandra Bibersteina: Zakład Sierot Żydowskich przy ul. Dietla 64 w czasie okupacji, k. 9.

94


Martyna Grądzka

95

Historyk, judaistka i edukatorka. Absolwentka Instytutu Historii Uniwersytetu Pedagogicznego im. ken w Krakowie i Katedry Judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Autorka książki: Przerwane dzieciństwo. Losy dzieci Żydowskiego Domu Sierot przy ul. Dietla 64 w Krakowie podczas okupacji niemieckiej. Aktualnie przygotowuje rozprawę doktorską pt. Kobieta żydowska w okupowanym Krakowie (1939–1945). Prywatnie pasjonatka kultury, literatury i tradycji żydowskiej oraz członkini krakowskiego Stowarzyszenia „Czulent”.



Agnieszka Mrozik

Wanda Wasilewska – krakowska Pasionaria

1

Wasile

Zanim Wanda Wasilewska została przewodniczącą Związku Patriotów Polskich – polityczką, która w czasie drugiej wojny światowej przez moment trzymała w swoich rękach losy Polski – była związaną z Krakowem pisarką, działaczką społeczną, nauczycielką; „córką Leona” i „żoną murarza”. Okres krakowski, trwający do jesieni 1934 roku, stał się jeszcze za życia pisarki przedmiotem sporów jej biografów. Pierwsze radzieckie biografie Wasilewskiej, które powstały w latach 50. xx wieku, podkreślały znaczenie jej wczesnej aktywności – właśnie tej podejmowanej w Krakowie do połowy lat 30. – dla późniejszej komunistycznej działalności i rozwoju internacjonalistycznych poglądów, akcentowały ciągłość jej myślenia komunistycznego, którego zręby pojawić się miały w okresie jej krakowskiej młodości, a nawet dzieciństwa. Zdaniem biografki Wasilewskiej, Heleny Usijewicz, mimo że pisarka nie wstąpiła do Komunistycznej Partii Polski, od najwcześniejszych lat sympatyzowała z komunistami, a jej twórczość i aktywność pozaliteracka świadczyć miały o tym, że już w czasach krakowskich była „ukształtowaną komunistką”2. Z kolei według Adama Ciołkosza, wieloletniego działacza 1

„La Pasionaria” – pseudonim hiszpańskiej komunistki Dolores Ibárruri (1895–1989), „autorki” głośnego powiedzenia ¡No pasarán! – Nie przejdą!, wypowiedzianego na wiecu w Madrycie 18 lipca 1936 roku w czasie wojny domowej w Hiszpanii. 2 E. Usievič (pol. H. Usijewicz), Vanda Vasilevskaâ: kritiko-biografičeskij očerk, Moskva 1953, s. 13–37. Celem powstałej w okresie stalinowskim biografii Wasilewskiej pióra

97


Polskiej Partii Socjalistycznej, przyjaciela Wasilewskiej i autora poświęconych jej dwóch szkiców biograficznych, w Krakowie pisarka „trzymała się pepesowców”3. Ciołkosz – niezwykle krytyczny wobec komunistycznej działalności Wasilewskiej w czasie wojny i po jej zakończeniu – pisze o okresie krakowskim jako o tym wycinku z życia pisarki, który był najbardziej „czysty”, a zatem polski, patriotyczny, rodzinny, kultywujący tradycje polskiej lewicy niepodległościowej.

Heleny Usijewicz było stworzenie z niej wzoru komunistki, zaprezentowanie jej jako osoby, która miała stanowić dobry przykład (exemplum) dla obywateli Związku Radzieckiego. Komunistyczna tożsamość Wasilewskiej nie mogła więc uchodzić za coś nowego, „nabytego”, ale przeciwnie – musiała być stała, trwała, niemal wrodzona. Dlatego opowieść biograficzna, skonstruowana według schematu narracji hagiograficznej, pokazywała, jak bez mała od najmłodszych lat bliskie były Wasilewskiej idee komunistyczne, głęboka troska o lud, jak konsekwentnie budowała swoją pozycję w ruchu komunistycznym. Usijewicz nie wymazała pps-owskiej karty z życiorysu Wasilewskiej, ale też nie eksponowała jej nadmiernie: tłumacząc przedwojenne polityczne wybory pisarki, kładła nacisk na ich (przyspieszoną) ewolucję, dojrzewanie Wasilewskiej do roli, jaka przypaść jej miała w udziale w czasie drugiej wojny światowej. 3 A. Ciołkosz, Wanda Wasilewska. Dwa szkice biograficzne, Londyn 1977, s. 11. Biografia Wasilewskiej pióra Adama Ciołkosza powstała w powojennym Londynie. Ciołkosz, przywódca pps-u na emigracji, wypowiadał się w niej jako polityczny przeciwnik władzy komunistycznej w Polsce, której zręby Wasilewska współtworzyła w okresie wojny. Jego zdaniem, biografowie Wasilewskiej i/lub ona sama „sfabrykowali” jej życiorys na potrzeby nowego ustroju, dlatego Ciołkosz postawił sobie za cel „demitologizację” życia i działalności pisarki, szczególnie zaś „okresu krakowskiego”, kiedy to znał Wasilewską osobiście. Wydaje się jednak, że intencją Ciołkosza było nie tyle „rozliczenie” Wasilewskiej, ile „posłużenie się” jej biografią w celu wyznaczenia granic dopuszczalności i prawomocności lewicowego zaangażowania w Polsce przed wojną, w jej trakcie i po jej zakończeniu. W odczuciu Ciołkosza i innych przedstawicieli lewicy niepodległościowej ucieleśnieniem tego zaangażowania – definiowanego w kategoriach społecznych i narodowych – a zarazem strażniczką wspomnianych granic była Polska Partia Socjalistyczna. Stąd „dryfowanie” Wasilewskiej w kierunku komunistów Ciołkosz ocenia krytycznie, a jej działalność w Związku Radzieckim określa mianem „zdrady”. Piszę więcej na ten temat w artykule „Wanda, co wolała Rusa”. Wytwarzanie (biografii) komunistki – wytwarzanie (tożsamości) narodu, [w:] prl – życie po życiu, pod red. K. Chmielewskiej, A. Mrozik, G. Wołowca, Warszawa 2012 (w druku).

98


Spór ten wydał mi się niezwykle interesujący w kontekście współczesnych dyskusji poświęconych tożsamości: narodowej, płciowej, klasowej, seksualnej itd. Wspomniane biografie wykorzystują okres krakowski (podobnie jak późniejsze: warszawski (1934–1939) oraz radziecki (od 1939 roku)), by zdefiniować tożsamość Wasilewskiej w kategoriach stałych, niezmiennych: jest ona raz komunistką niemal od urodzenia, to znów polską patriotką, która dopiero na kolejnych etapach swojego życia „stała się kimś innym” – kimś, kto „zdradził”, „wyrzekł się” tego, w czym wzrastał od dzieciństwa. W moim odczuciu jednak „lata krakowskie” Wasilewskiej – analizowane przy użyciu narzędzi wypracowanych na gruncie krytyki feministycznej – pozwalają spojrzeć na tożsamość jako na proces, społeczny i kulturowy konstrukt, który trudno „czytać” i rozumieć bez znajomości kontekstu, w którym się kształtował. Patrzę więc na „okres krakowski” w biografii Wasilewskiej jako na czas dojrzewania dokonującego się w sferze prywatnej i w sferze działalności publicznej, którego konsekwencją stała się redefinicja takich „naturalnych”, wydawałoby się, kategorii, jak naród, ojczyzna, patriotyzm, role płciowe itp. Wanda Wasilewska urodziła się 21 stycznia 1905 roku w Krakowie jako druga córka Leona Wasilewskiego i Wandy z Zieleniewskich. Po latach wspominała:

2. Wanda Wasilewska

Urodziłam się w rodzinie pepesowskiej, w rodzinie niepodległościowców, w rodzinie ludzi, którzy mieli nie tylko niechętny, ale wrogi stosunek do Rosji, czy to była Rosja carska, czy Związek Radziecki. Rodzina pepesowska, kult Piłsudskiego, jeszcze z najwcześniejszego dzieciństwa połączyły dla mnie pewne sprawy. Wiadome było, że czerwony sztandar jest sztandarem robotniczym. Ojciec pracował w prasie socjalistycznej, chodził na robotnicze zebrania, matka brała żywy udział w ruchu robotniczym. Już jako dziecko przyzwyczaiłam się, że 1 Maj jest wielkim świętem, że wtedy z mamą czy ojcem za rękę idzie się w pierwszym rzędzie pochodu 4.

Obydwoje rodzice byli inteligentami zaangażowanymi w działalność Polskiej Partii Socjalistycznej. Wywodzili się ze zubożałych rodzin polskiej drobnej szlachty spod zaboru rosyjskiego: ojciec przyszedł na świat w Petersburgu, a matka w Mohylewie nad Dnieprem. Zainteresowania ojca były niezwykle 4

99

Wspomnienia Wandy Wasilewskiej, „Z pola walki” 1968, nr 1 (41), s. 118.


szerokie i obejmowały literaturę, historię, etnografię. Był wybitnym znawcą stosunków narodowościowych Słowiańszczyzny, które opisywał na łamach pism rosyjskich, polskich, angielskich. Świetnie wykształcony (studiował we Lwowie, Pradze, Zagrzebiu i Zurychu), w 1893 roku przyjechał do Galicji, gdzie poznał Józefa Piłsudskiego. Znajomość ta zaowocowała wstąpieniem do pps, z ramienia której wyjechał do Londynu i objął funkcję sekretarza Centralizacji Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich oraz redaktora naczelnego pisma teoretycznego pps „Przedświt”. Do Londynu trafił zaraz po ślubie z Wandą Zieleniewską – podobnie jak on gruntownie wykształconą (w latach 1893–1897 studiowała na Wyższych Żeńskich Kursach „Bestużewskich” w Petersburgu – pierwszej carskiej uczelni przyjmującej kobiety) i równie aktywną w pps (należała do Koła Oświaty i „Pomocy Więziennej”). Tu w 1899 roku na świat przyszła ich pierwsza córka Halszka. W 1902 roku rodzina przeniosła się wraz z redakcją „Przedświtu” do Krakowa, gdzie z uwagi na autonomię kwitło polskie życie polityczne i kulturalne. W Krakowie urodziła się Wanda, a w 1908 roku najmłodsza córka – Zofia Aldona. W okresie poprzedzającym pierwszą wojnę światową Wasilewscy kilkukrotnie zmieniali miejsce zamieszkania. Rodzina najpierw mieszkała na ul. lubicz 34 w domu Odona i Kazimiery Bujwidów – znanego bakteriologa, w tamtym czasie kierownika katedry bakteriologii i higieny na Uniwersytecie Jagiellońskim, oraz wybitnej działaczki na rzecz emancypacji kobiet. Po trzech latach przeniosła się do mieszkania na krowodrzy, które Wanda wspominała jako dorosła kobieta: Był to duży, trzypiętrowy dom na przedmieściu Krakowa (…). Wyrósł wśród małych, przykucniętych do ziemi domków robotniczej nędzy, sterczał ponad nimi wieżą trzech swoich pięter. Naokoło wielkiego domu tonęły w błocie wąskie, niebrukowane uliczki, jedyny bruk to była dróżka przez podwórze, wyłożona kamiennymi płytami5.

5 W. Wasilewska, Dzieciństwo, [w:] H. Zatorska, Wanda Wasilewska, Warszawa 1976, s. 109.

100


To właśnie o tym mieszkaniu Wasilewska mówiła na kilka miesięcy przed śmiercią w rozmowie z polskimi historykami6, że gościli w nim przyjaciele rodziców wywodzący się tak z inteligencji, jak i z warstwy robotniczej: Gdy kiedyś ktoś zapytał mnie o lata dziecinne, powiedział, że chyba z domu pamiętam raczej środowisko inteligenckie, a ja, jak sobie przypominam znajomych i przyjaciół, to właśnie stolarzy, zecera itp., a więc robotników i dzieci robotników – poza inteligencją. Było to więc towarzystwo bardzo mieszane7.

Dzieci robotników – towarzysze zabaw małej Wandy – zostali upamiętnieni przez nią na kartach wspomnień spisanych dla „Sztandaru Wolności” w latach 1940–41 w Mińsku: Kiedy jechałam dorożką na nowe mieszkanie, Antek i jego gromada odprowadzili mnie z wielką wrzawą aż do mostu kolejowego, który dzielił przedmieście od miasta. (…) Przy moście dzieci się zatrzymały. Tu już kończyło się ich królestwo. Przenosiłam się w nieznane im, dalekie strony. Odprowadzili jak należało – i dosyć. Wrócili na swoją błotnistą uliczkę, uliczkę moich marzeń. Na zawsze zniknęli z mojego życia8.

„Nieznane strony” były w dzielnicy podgórze, gdzie rodzina przeprowadziła się z Krowodrzy, natomiast ostatnie przed wojną mieszkanie Wasilewskich znajdowało się na ul. czarnieckiego 5. O tym mieszkaniu pisała siostra Wandy, Zofia:

6 W styczniu 1964 roku Wasilewska przyjechała do Warszawy na zaproszenie historyków z ówczesnego Zakładu Historii Partii kc pzpr, aby udzielić wywiadu na temat swojej działalności politycznej i literackiej. Wielogodzinna rozmowa nie została autoryzowana przez pisarkę. Jej zapis opublikowano w dwóch częściach: Wspomnienia Wandy Wasilewskiej, dz. cyt., s. 115–195 oraz Wspomnienia Wandy Wasilewskiej (1939–1944), „Archiwum Ruchu Robotniczego” 1982, t. 7, s. 339–432. Niektóre fragmenty opublikowano dopiero po 1989 roku: W. Jankowski, Nie publikowane fragmenty wspomnień Wandy Wasilewskiej z lat 1939–1945, „Teki Archiwalne. Seria nowa” 1996, t. 1 (23), s. 131–138. 7 Wspomnienia Wandy Wasilewskiej, dz. cyt., s. 119. 8 W. Wasilewska, dz. cyt., s. 113.

101


Był tam od frontu gabinet rodziców oraz duży pokój dziecinny, od podwórza sypialnia rodziców i kuchnia, pośrodku ciemny przejściowy hall, który służył za jadalnię9.

Ciągłe przeprowadzki, a także częsta nieobecność ojca, zajętego pracą pisarską, wydawniczą i partyjną (od 1906 roku po rozłamie w pps Wasilewski stał się jednym z ważniejszych działaczy Frakcji Rewolucyjnej, która forsowała wypracowaną przez Piłsudskiego koncepcję walki niepodległościowej), nie pozostały bez wpływu na życie rodziny Wasilewskich. Większość obowiązków domowych i wychowanie trzech córek spoczywało na matce, która dodatkowo pracowała jako korektorka w spółdzielni wydawniczej „Książka”. W odróżnieniu od ojca, którego córki uwielbiały za poczucie humoru i za którym tęskniły jako za rzadkim „gościem” w domu, matka „traktowała wszystko bardzo serio”, „miała słabe poczucie humoru”, jak pisała Zofia Aldona (po mężu) Woźnicka10. O rodzinie Wasilewskich dość krytycznie wypowiedziała się po latach przyjaciółka Wandy, działaczka komunistyczna Zofia Żołątkowska (z domu Bobrowska): Matka była indywidualnością. W domu u Wasilewskich dużo było różnych indywidualności, ale nie było w nim zwyczajnego domowego ciepła11.

„Indywidualnością” była też niewątpliwie Wanda. Zdaniem młodszej siostry, od początku była ulubienicą rodziców z uwagi na swoje zdolności literackie (już jako mała dziewczynka układała fantastyczne bajki, opowiadania i rymowane poematy, które matka skrupulatnie notowała i przechowywała w rodzinnym archiwum), ale też z powodu słabego zdrowia, które wymuszało troskliwość i uwagę. W domu często zjawiali się lekarze, a dla podratowania zdrowia matka wyjeżdżała z córkami na wieś, m.in. do Radziszowa, Zagacia, ale też do Zakopanego, gdzie wynajęła mieszkanie. Latem 1914 roku, kiedy rodzina odpoczywała we wsi Żarnówka koło Makowa Podhalańskiego, wybuchła 9 Z. A. Woźnicka, O mojej siostrze, [w:] Wanda Wasilewska we wspomnieniach, oprac. E. Syzdek, Warszawa 1982, s. 32. 10 Tamże, s. 48. 11 Cyt. za: E. Syzdek, W jednym życiu tak wiele, Warszawa 1980, s. 15.

102


wojna, która na kilka lat rozdzieliła Wasilewskich: córki zostały na wsi pod opieką siedemdziesięcioletniej babci Heleny Zieleniewskiej, ojciec przedostał się do Krakowa, gdzie razem z Piłsudskim zajął się organizowaniem Legionów, zaś matka wstąpiła do oddziału wywiadowczego i Brygady Legionów (w oddziale tym znalazła się także starsza siostra Wandy, Halszka, którą jednak z uwagi na młody wiek odesłano po kilku miesiącach do Żarnówki). Okres ten Wasilewska opisała w autobiograficznej książeczce Dzieciństwo, która ukazała się w 1967 roku, już po śmierci pisarki. Ten najbardziej liryczny ze wszystkich jej utworów przynosi opis trudnych warunków życia na wsi galicyjskiej w okresie wojny. Obrazki głodu, ciężkiej pracy kobiet, które zostały same na gospodarstwie, splatają się w tej opowieści ze wspomnieniami zabaw z chłopskimi dziećmi, pierwszych (i jedynych) religijnych uniesień, rywalizacji z chłopcami „o honor wszystkich dziewcząt świata”: Babcia trzęsie ze zgorszeniem głową, patrząc na mój spuchnięty nos i podbite oko: – I to dziewczynka. Wstrętne, poniżające słowo. Akurat teraz, kiedy stoczyłam zwycięską walkę za honor wszystkich dziewcząt świata12.

Dzieciństwo uchwyciło główną zasadę życia Wasilewskich, którą w dorosłym życiu kierować się miała także Wanda: Mój dom rodzinny był dobrą szkołą – jak najdalszy od mieszczańskiego samozadowolenia i mieszczańskich ideałów, zawsze żyjący sprawami ogólnymi (…). Moje przekonania poszły dość szybko w innym niż u moich rodziców kierunku, jednakże atmosfera domu rodzinnego, gdzie na pierwszym planie stały właśnie zagadnienia ogólne, a nie osobiste, musiała się odbić na moim życiu. Było jakby samo przez się zrozumiałe, że człowiek powinien interesować się tym, co się wokół niego dzieje, brać w życiu czynny udział13.

W okresie wojny rodzice Wandy całkowicie oddali się działalności publicznej: ojciec, pochłonięty aktywnością państwotwórczą, bardzo rzadko odwiedzał

12 W. Wasilewska, dz. cyt., s. 79. 13 Cyt. za: E. Syzdek, dz. cyt., s. 18–19.

103


córki w Żarnówce, zaś matka „zaginęła” w grudniu 1914 roku i wróciła dopiero po trzech latach14. Po powrocie do Krakowa i wynajęciu nowego, trzypokojowego mieszkania w dużej kamienicy na rynku dębnickim 9 (później numerację zmieniono na nr 8) życie rodziny nie wróciło do stanu sprzed wybuchu wojny. Ojca Wandy pochłonęło życie publiczne: w listopadzie 1918 roku został ministrem spraw zagranicznych w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego, która to funkcja zatrzymała go w Warszawie. Przez kolejne lata Leon Wasilewski był w krakowskim mieszkaniu gościem. Kraków opuściła także najstarsza córka Wasilewskich 15. W Krakowie została matka z dwiema młodszymi córkami. Zdaniem Zofii Aldony, mocno odczuła ona zmianę sytuacji rodziny i swojej pozycji: Odnosiłam wrażenie, że nasza matka, mająca wyższe wykształcenie i pewien dorobek w działalności społeczno-politycznej, odczuwała opiekę nad dziećmi w tym okresie jako uciążliwy obowiązek, który, wiążąc ją z domem w Krakowie i mocno absorbując, utrudniał zaspokajanie osobistych potrzeb, zainteresowań kulturalnych i własnych szerszych ambicji. Nie pozostawało to bez wpływu na atmosferę domową16.

Do 1927 roku Wasilewscy żyli na dwa domy. Dopiero kupno dużego mieszkania spółdzielczego w Warszawie zmieniło ten stan: matka Wandy i jej młodsza siostra przeniosły się do stolicy. W odróżnieniu od innych członków swojej rodziny Wanda najmocniej „wrosła” w Kraków, przesiąkła historią tego miasta. Z ostatniego roku wojny 14 Okazało się, że została aresztowana przez żandarmerię rosyjską i osadzona w więzieniu w Radomiu, a następnie wysłana pod dozór policyjny do Charkowa, skąd trafiła do Kijowa, a później do Petersburga; z Rosji przeprawiła się do Finlandii i Szwecji, by jesienią 1917 roku spotkać się z córkami w Żarnówce. 15 Od 1919 roku związała swoje losy ze Lwowem: w męskim przebraniu uczestniczyła w walkach o to miasto, a później, w warunkach pokoju, studiowała biologię na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie; po wojnie polsko-rosyjskiej była jedną z organizatorek Przysposobienia Wojskowego Kobiet. Por. A. E. Markert, Kobiety w kampanii polskiej. Halina Wasilewska, http://1wrzesnia39.pl/portal/39p/1301/8817/Halina_ Wasilewska.html [dostęp: 16.11.2012]. 16 Z. A. Woźnicka, dz. cyt., s. 47.

104


zapamiętała poważne problemy z zaopatrzeniem: jadła obiady w stołówce, założonej po to, by pomóc ludności w przetrwaniu trudnego okresu, ubierała się w ubrania, które pochodziły z „darów”. Wróciła do szkoły: przed wojną uczęszczała do prywatnej bezwyznaniowej szkoły Marii Ramułtowej przy ul. krupniczej, w Żarnówce zaś pobierała prywatne lekcje u nauczycielki domowej Ewy Petkun, dzięki którym mogła rozpocząć naukę w trzeciej klasie gimnazjum. Szkoła, prowadzona przez córkę zmarłej pedagożki, Władysławę Ramułtową, mieściła się przy ul. biskupiej 7. Po jej rozwiązaniu Wasilewska została przeniesiona do czwartej klasy Prywatnego Gimnazjum im. Królowej Jadwigi, mieszczącego się na Rynku, w Pałacu Spiskim. Tu po raz pierwszy odczuła, że radość z odzyskanej przez Polskę niepodległości nie jest pozbawiona „cienia”, że nie wszyscy w równym stopniu mogą smakować zwycięstwo. W szkole uderzyły ją nastroje antysemickie: niemal „samorzutnie” powstało getto ławkowe, a ona usiadła z koleżankami Żydówkami – najpierw nieświadomie, z sympatii dla koleżanek, z którymi uczyła się w poprzedniej szkole, a później by zaprotestować przeciwko dyskryminującym praktykom 17. 17 Nie znaczy to oczywiście, że praktyk antysemickich nie było na ziemiach polskich wcześniej. Jednak dla Wasilewskiej, która była wychowywana w przeświadczeniu, że wraz z nastaniem niepodległości znikną wszelkie nierówności, w tym na tle wyznaniowym, antysemityzm, z jakim zetknęła się w szkole, był osobistym rozczarowaniem i zawodem. Takich „zawodów”, które sprawiła jej ii rp, miało być z czasem więcej. „Kolekcjonowała” je w swojej międzywojennej twórczości i w spisanych po wojnie wspomnieniach. W Podróży po życiu i książkach notowała: „Moje wczesne dzieciństwo upłynęło w atmosferze marzeń o wolnej, niepodległej Polsce. (…) Jaka będzie ta niepodległa Polska – to stało na dalszym planie, mgliście i niejasno rozumiało się jakby samo przez się, że będzie wolna i sprawiedliwa dla wszystkich. Wychowywałam się na romantycznej literaturze, na wierszach mówiących o walce o wolność, na tradycji polskich powstań, na książkach mówiących o walce z caratem, z Prusakiem, na głębokiej wierze, że ten kraj wyzwolony stanie się rajem dla wszystkich jego mieszkańców. Przyszedł 1918 rok. W wyniku pierwszej wojny światowej, obalenia caratu przez rewolucję, powstało państwo polskie, przez sto dwadzieścia z górą lat pozbawione samoistnego bytu. I od razu obnażyło swe klasowe oblicze. Było państwem kapitalistycznym, zależnym w dodatku od obcych kapitałów, z wszystkimi wypływającymi stąd następstwami. Przepaść między marzeniami i rzeczywistością była jasna nawet dla oczu dziecka. I dlatego mając trzynaście, czternaście lat chodziłam na robotnicze zgromadzenia i demonstracje i od pierwszego roku uniwersytetu byłam

105


Dyskryminacji na tle religijnym (czy też może pewnej formy przymusu religijnego) doświadczyła także osobiście: wymóg uczęszczania na lekcje religii i otrzymania stopnia z tego przedmiotu, wpisanego następnie na świadectwo, zaważył na decyzji o przystąpieniu Wandy do sakramentu chrztu. Rodzice, choć „formalnie katolicy”, byli niechętni wobec wpływów katolickiego kleru, dlatego postanowili ochrzcić córki w obrządku kalwińskim: uroczystość odbyła się w 1918 roku w kościele kalwińskim na Lesznie w Warszawie. Ojcem chrzestnym Wandy został pisarz Andrzej Strug (nie zaś Józef Piłsudski, jak głosi jedna z wielu „legend” na temat Wasilewskiej), zaś matką chrzestną Anna Jędrzejowska, żona działacza pps, Bolesława18. W 1921 roku Wasilewska na ostatnie lata nauki została przeniesiona do Państwowego Gimnazjum Żeńskiego, mieszczącego się przy ul. franciszkańskiej 1, którego dyrektorem był Gustaw Leśnodorski; tutaj też w 1923 roku zdała maturę. Okres gimnazjalny to dla Wasilewskiej czas debiutu literackiego: w tamtym czasie pisała wyłącznie wiersze, które doczekały się publikacji w krakowskim socjalistycznym „Naprzodzie”, warszawskim „Robotniku”, a także w pismach literackich „Bluszcz” i „Wianki”. Ojciec gorąco zachęcał ją do studiów polonistycznych i rozwijania umiejętności literackich, uruchamiał swoje „kontakty”, które miały ułatwić Wandzie pisarski start. Jednak epizod poetycki nie trwał długo: na pierwszych latach studiów Wasilewska zarzuciła pisanie wierszy. Po latach wspominała: (…) zarzuciłam swoje liryczne wiersze, bo wydało mi się, że poprzez nie nie będę mogła wyrazić tego, co chciałabym, że nie dają mi one możliwości tego, co stało się dla mnie już wewnętrzną potrzebą – walczenia o zmianę otaczającej mnie rzeczywistości19.

Jesienią 1923 roku Wasilewska rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, wybierając specjalizację w dziedzinie literatury i języka polskiego. Wyszła tym samym naprzeciw oczekiwaniom ojca, członkiem młodzieżowej organizacji socjalistycznej”. W. Wasilewska, Podróż po życiu i książkach (i), „Tu i Teraz” 1983, nr 1, s. 16. 18 Wspomnienia Wandy Wasilewskiej…, s. 120. 19 W. Wasilewska, Podróż po życiu…, s. 16.

106


choć stało się to trochę przez przypadek. Tuż po maturze zapragnęła bowiem uniezależnić się finansowo od rodziców i w tajemnicy przed nimi wyjechała na Śląsk, by podjąć pracę w szkole. Było to możliwe bez dyplomu ukończenia studiów, bo – jak sama pisała – „nauczycieli z kwalifikacjami pedagogicznymi było jeszcze wtedy mało, by obsadzić nimi wszystkie szkoły”. Nie została jednak zatrudniona. Wróciła zatem do Krakowa, pragnąc studiować medycynę: Na medycynę się nie dostałam – przyjmowano wtedy ograniczoną liczbę kobiet na ten wydział uniwersytetu: dziesięć kobiet na stu mężczyzn. Nie znalazłam się w tych dziesięciu procentach i ku wielkiej radości mojego ojca poszłam na literaturę i język polski20.

Nie zrezygnowała jednak z marzenia o samodzielności finansowej i przez całe studia dorabiała, imając się różnych zajęć: pracy w bibliotece robotniczej, pracy redakcyjnej w „Drodze do zdrowia” (organ Okręgowego Związku Kas Chorych), udzielania korepetycji, a później także wygłaszania odczytów. „Równocześnie z marzeniem o medycynie miałam drugie: jak najprędzej zarabiać na siebie, jak najprędzej stać się samodzielnym człowiekiem” – wspominała po latach21. 20 W. Wasilewska, Lata, które minęły (ii), „Argumenty” 1975, nr 23, s. 8. 21 Tamże. Wydaje się, że początkowo Wasilewska traktowała kwestię samodzielności finansowej raczej ambicjonalnie, chcąc podkreślić swoją niezależność od rodziców (ci uważali, że do końca studiów mieli obowiązek łożyć na jej utrzymanie). W późniejszym okresie, już po wyjeździe matki z Krakowa, zarobkowanie stało się jednak koniecznością – szczególnie, gdy wyszła za mąż za Romana Szymańskiego i urodziła córkę. Siostra Wandy, Zofia Aldona, wspominała, że matka niechętnie patrzyła na wczesne małżeństwo córki z człowiekiem, który sam miał dużą rodzinę na utrzymaniu: Wanda musiała pracować, by pomóc Szymańskiemu, a ponieważ od dziecka była chorowita, rodzice obawiali się, że wysiłek źle wpłynie na jej zdrowie. Por. Z. A. Woźnicka, dz. cyt., s. 52–53. Pisane do rodziców listy z lat 20. pełne są utyskiwań Wasilewskiej na problemy finansowe i próśb o pożyczki, które miała spłacać z pieniędzy zarobionych na publikowaniu artykułów i wygłaszaniu odczytów. Na początku lat 30. sytuacja finansowa Wasilewskiej stała się jeszcze trudniejsza, gdyż traciła kolejne nauczycielskie posady, a jej ówczesny partner, Marian Bogatko, jako agitator polityczny pozostawał bez pracy. Wtedy szczególnie liczyła na wsparcie rodziców, a miała ten komfort, że pomocy jej nie odmawiali.

107


Miesiąc po rozpoczęciu studiów stała się świadkiem wydarzeń, które wyraźnie wpłynęły na jej późniejsze wybory polityczne. W dniach 5 i 6 listopada 1923 roku w Krakowie doszło do starć między robotnikami i wojskiem, w wyniku których śmierć poniosło osiemnastu robotników, a kilkudziesięciu zostało rannych22. To tzw. powstanie krakowskie, będące reakcją na rosnące bezrobocie, obniżki pensji, złe warunki pracy, zaostrzającą się cenzurę, wstrząsnęło Wasilewską: uświadomiło jej, że walka o wolną Polskę, którą przed 1918 rokiem prowadzili jej rodzice, jeszcze się nie skończyła, że odzyskanie niepodległości nie rozwiązało problemów Polaków. Wspominała później: Wtedy też po raz pierwszy zaczęłam rozumieć, że „naród” to nie jest jakaś jednolita całość. (…) przekonałam się, że w tym „narodzie” są dwa obozy, między którymi nie może być żadnego porozumienia. Jeden – to robotnicy i chłopi, drugi – to ci, którzy robotników i chłopów wyzyskują i nienawidzą23.

W wierszu, który powstał na okoliczność „wypadków krakowskich”, pisała między innymi: Nie biją dzwony w kościołach – dlaczego nie biją dzwony? Żeby nie głuszyć tej pieśni, którą gra nasza orkiestra – Żeby nie głuszyć tej pieśni o naszym czerwonym sztandarze. Nie idą księża na czele – dlaczego nie idą księża? Lękają się widać tych trumien, tych trumien żałobnych trzynastu, Które niesiemy nad sobą jako znak męki – miast krzyża24.

Wydarzenia z listopada 1923 roku okazały się swoistym „przebudzeniem” Wasilewskiej, jej polityczną „inicjacją”. Zapisała się do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, a potem także do Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, podążając tym samym śladem rodziców 22 Por. T. Marszałkowski, Zamieszki, ekscesy i demonstracje w Krakowie 1918–1939, Kraków 2006. 23 W. Wasilewska, Lata, które… s. 1, 8. 24 W. Wasilewska, 6 xi 1923, [w:] H. Zatorska, dz. cyt., s. 164.

108


i przyjaciół wywodzących się z pps-owskich kręgów25. Przekonana, że istotą lewicowego działania jest praca, wysiłek na rzecz zmiany rzeczywistości drogą reform, a nie walki zbrojnej, rewolucji wiążącej się z rozlewem krwi, nie przystąpiła do działającego od 1922 roku Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej ani nie przeszła do „Życia” – komunistycznego odłamu znms, który wyłonił się w grudniu 1923 roku. Po latach tłumaczyła, że została w znms, dowiedziawszy się o planowanych metodach działania komunistów: Co to była za broszura – do dzisiaj nie pamiętam, lecz przeczytałam w niej takie zdanie: „Walka z socjalfaszyzmem. Należy wchodzić do związków zawodowych i jeżeli nie ma możliwości opanowania związku, należy go rozbić”. I to był moment, który zadecydował, że poszłam do znms, a nie do „Życia”, bo mi się wydawało, że należy wchodzić do związków zawodowych, należy w nich pracować. Uważałam bowiem za nonsens rozbijać te związki, które z takim wysiłkiem organizowało się, harowało w nich, a tu nagle należy je rozbijać26.

Radykalizmu komunistów miała się także obawiać w późniejszym czasie, uzasadniając nim swoją decyzję o wstąpieniu do pps, a nie do kpp: (…) mieliśmy z komunistami duże kłopoty, ponieważ oni bardzo gwałtownie parli do wystąpień, które mogły doprowadzić do rozlewu krwi, a my uważaliśmy, że tego robić nie należy. Prowadziliśmy raczej niewinne walki z policją – rzucaliśmy policjantom pieprz z solą w oczy itp. Starano się jednak unikać rozlewu krwi27.

Od początku studiów Wasilewska aktywnie włączyła się w prace znms i om tur. Tuż po „wydarzeniach krakowskich” działała w „Czerwonej Pomocy”, dostarczając paczki więźniom politycznym przetrzymywanym w więzieniu św. Michała na ul. senackiej 3. Zaangażowała się w stworzenie biblioteki robotniczej w Domu Górników przy al. krasińskiego 16: 25 Po latach mówiła: „(…) złożyło się tak, jak układa się w życiu wszystkich ludzi, iż osobowość człowieka kształtuje otoczenie. W moim życiu bardzo dużą rolę odegrało to, z jakimi ludźmi spotykałam się”. Wspomnienia Wandy Wasilewskiej…, s. 120. 26 Tamże, s. 123. 27 Tamże, s. 135.

109


Z czasem biblioteka stała się bardzo bogata, posiadała około 10 tysięcy tomów. (…) Naszą klientelą byli przeważnie robotnicy i młodzież szkolna. (…) Czytelnia została otwarta chyba w 1924 roku i później była uważana za jedną z najlepszych28.

W Domu Górników prowadzono także kursy samokształceniowe, zaś na uniwersytecie otwarte dyskusje poświęcone teorii marksizmu i wyzwaniom stojącym przed ruchem robotniczym, w których Wasilewska żywo uczestniczyła: w grudniu 1925 roku wygłosiła na przykład prelekcję na Wieczorze Poezji Proletariackiej, na którym recytowano utwory Brunona Jasieńskiego, Juliana Tuwima, Władysława Broniewskiego i innych. Sporo czasu spędzała także w Domu Robotniczym na ul. dunajewskiego 5, gdzie była baza tur-u: „(…) ludzie [tam] spali, nocowali i wychodzili na wiece, które się odbywały w Domu Kolejarza na Warszawskiej czy gdzieś indziej”29. W ramach pracy oświatowej tur uczestniczyła w niedzielnych inscenizacjach bajek dla dzieci robotników; stopniowo – zachęcona przez Adama Ciołkosza, przewodniczącego znms na uj – zaczęła także wygłaszać prelekcje skierowane do robotników (a szczególnie robotnic) w Krakowie i w okolicznych miastach oraz wsiach: Pamiętam, kiedy byłam jeszcze zielona i młoda, bez doświadczenia działacza, on [Ciołkosz – przyp. aut.] rzucał mnie na głęboką wodę, np. pewnego pięknego dnia miałam iść do Czarnej Wsi do murarzy itd. Chodziło wówczas o pracę oświatową, ale przy tych pogadankach oświatowych wynikało mnóstwo pytań i problemów związanych z praktycznymi zadaniami ruchu robotniczego w Krakowie30.

Wygłaszanie przemówień stało się jednym z zadań, które Wasilewska wykonywała niezwykle sprawnie. Jej niski głos, świetna dykcja, umiejętność budowania napięcia i mówienia o trudnych sprawach przystępnym językiem zyskiwały jej wielkie uznanie słuchaczy31. W listach do matki pisała: 28 29 30 31

Tamże, s. 125–126. Tamże, s. 127. Tamże, s. 125. Jednak po latach Ciołkosz krytycznie wypowiadał się o oratorskich umiejętnościach Wasilewskiej: „(…) nie była dobrą mówczynią. Miała wprawdzie uporządkowaną

110


W niedzielę przemawiałam na zlocie młodzieży w Tarnowie i po raz pierwszy stwierdziłam, jak mogę mówić. (…) Naprawdę, zdawało mi się, że mi się włosy podnoszą na głowie, że chyba jestem w płomieniach. To było po prostu coś nadzwyczajnego – przeżyłam chwilę takiego szczęścia, jakie się musi mieć w ekstazie. Sala urządziła mi niebywałą owację. (…) Miałam tam wrażenie, że dlatego jestem taka słaba, że cały mój dziki zapał oddałam tym ludziom, po prostu fizycznie czułam, jak się ze mnie coś wydziela – jak ogień. To było dziwne, ale cudowne32; (…) muszę od czasu do czasu przemawiać, bo jest mało mogących mówić na wolnym powietrzu, a okazało się, że mam głos jak trąba jerychońska i słychać mnie w każdym kącie placu33.

Szlify, które jako lewicowa agitatorka zdobywała w Krakowie, przydały się jej w późniejszej aktywności politycznej, szczególnie w okresie wojny, gdy przez radio porywała miliony swoimi płomiennymi wezwaniami do walki z faszystami34. Póki co walczyła jednak na krajowym antykapitalistycznym „froncie”, stając się stopniowo samodzielną i wyróżniającą się działaczką. Aktywność społeczną Wasilewska godziła w latach 20. ze studiami, życiem rodzinnym i pracą zawodową. 24 lutego 1925 roku w kościele Św. Anny poślubiła Romana Szymańskiego – syna robotnika kolejowego z Tuchowa koło Wieliczki, działacza pps i tur, sekretarza Związku Zawodowego Chemików w Krakowie, razem z którym prowadziła ożywioną działalność oświatową wśród robotników. Młode małżeństwo zamieszkało przy matce Wandy na rynku dębnickim 8, a po jej wyjeździe do Warszawy żyło już samodzielnie

w głowie treść zamierzonego przemówienia, dobrą dykcję i wytrzymały głos, ale nie umiała zupełnie poruszać się na mównicy, stała bez ruchu od początku do końca swego przemówienia, co czyniło nienaturalne wrażenie”. A. Ciołkosz, dz. cyt., s. 21. 32 Listy Wandy Wasilewskiej (i), oprac. E. Syzdek, „Zdanie” 1985, nr 6, s. 38. 33 Listy Wandy Wasilewskiej (ii), oprac. E. Syzdek, „Zdanie” 1985, nr 11, s. 26. 34 Stefan Kalinowski, oficer 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, zachwycał się zdolnościami oratorskimi Wasilewskiej: „Mówiła piękną polszczyzną, niskim, matowym głosem, głośno i dobitnie. Miała wyjątkową zdolność nawiązywania żywego kontaktu z salą, która reagowała burzliwie, zwłaszcza gdy Wanda akcentowała niektóre fragmenty swojego wystąpienia. Jej postawa, niezwykła sugestywność jej głosu i żar przekonania o tym, co nam głosiła, zjednywał jej natychmiast słuchaczy”. S. Kalinowski, Działaczka wielkiej miary, [w:] Wanda Wasilewska we wspomnieniach…, s. 118.

111


w mieszkaniu, które szybko stało się miejscem spotkań krakowskiej lewicowej młodzieży. Jan Topiński w książce Cyganeria i polityka wspominał: Zespalały nas więzi serdecznej przyjaźni, skojarzyło się wśród nas niejedno robotniczo-studenckie małżeństwo. Razem spędzaliśmy wolny czas, razem chodziliśmy na wycieczki. Niedzielne popołudnie spędzaliśmy w mieszkaniu Romana Szymańskiego i jego żony Wandy Wasilewskiej. Obszerne trzypokojowe mieszkanie na Rynku Dębnickim z łatwością mieściło naszą, chyba dwudziestoosobową grupę35.

18 marca 1928 roku Wasilewska urodziła swoją jedyną córkę Ewę. Rok wcześniej obroniła pracę magisterską pt. Podhale u Tetmajera i Witkiewicza, za którą z uwagi na wysoki poziom, jak też aktywny udział autorki w seminariach naukowych i jej świetne wyniki na egzaminach Wasilewska otrzymała tytuł doktora filozofii. W 1927 roku rozpoczęła swoją krótką, bo trwającą tylko do 1932 roku, karierę nauczycielki. Przez pierwsze dwa lata uczyła języka polskiego i łaciny w Gimnazjum Żeńskim prowadzonym przez siostry benedyktynki w Staniątkach (20 kilometrów od Krakowa). Po latach wspominała, że przerażeniem napawały ją warunki, w których żyły i uczyły się dziewczynki: Od chwili, kiedy zaczęłam pracować w tej szkole, zaczęła się walka nauczycielek z właścicielkami gimnazjum, zakonnicami. Zażądałyśmy, żeby dziewczynki wypuszczano na spacery. (…) jako nauczycielka języka polskiego toczyłam boje o to, żeby pozwolono uczennicom czytać książki. Zakonnice uważały, że wszystko, co nie jest modlitewnikiem, jest grzesznym wymysłem. (…) Musiałam się odwoływać do władz szkolnych, powodować wywieranie nacisku na zakonnice, żeby pozwoliły dzieciom czytać przynajmniej to, czego wymagał program szkolny. To była wojna w interesach uczennic36.

„Wojna” dotyczyła nie tylko spraw naukowych, ale też niezwykle skromnego sposobu odżywiania dziewczynek czy niedostatecznej dbałości o ich zdrowie: 35 J. Topiński, Trzy pokoje w Domu Robotniczym na Dunajewskiego 5, [w:] Cyganeria i polityka. Wspomnienia krakowskie 1919–1939, oprac. K. Bidakowski, Warszawa 1964, s. 88. 36 W. Wasilewska, Lata, które minęły (ii), dz. cyt., s. 9.

112


kiedy w szkole wybuchła epidemia szkarlatyny, a zakonnice nie wzywały lekarza, nauczycielki „poszły do województwa w Krakowie i zameldowały o tym, co się dzieje. Przyjechała komisja, zabrała chore do szpitala w mieście, zdezynfekowała budynek, przerwała na jakiś czas zajęcia szkolne”37. Po dwóch latach zakonnice nie przedłużyły umowy z Wasilewską38. Podjęła zatem pracę – jako jedyna kobieta w gronie nauczycielskim – w (męskim) iii Państwowym Gimnazjum im. Jana Sobieskiego przy ul. sobieskiego 9 w Krakowie, gdzie także dość szybko weszła w zatarg z władzami szkoły. Tym razem chodziło o to, że niedostatecznie skutecznie egzekwowała od uczniów (a właściwie od ich rodziców) czesne za naukę, a także zbyt wiele miejsca poświęcała literackim i kulturowym analizom sytuacji chłopów i robotników. Po latach wspominała: Nie prowadziłam w szkołach, w których uczyłam, żadnej specjalnej agitacji – to było niemożliwe. Ale ucząc literatury polskiej, miałam tysiąc okazji, żeby zwracać dzieciom uwagę na pewne rzeczy, pewne rzeczy podkreślać, pewne rzeczy wyjaśniać39.

Ostatnią pracę jako nauczycielka podjęła w Prywatnym Seminarium Nauczycielskim Żeńskim im. Sebaldy Münnichowej w Krakowie. Tu także po roku nie przedłużono z nią umowy. Pisała wtedy do matki: „W związku z oświadczeniem Jędrzejewicza, że tylko piłsudczyk może być nauczycielem, przypuszczam, że mnie wyleją ze szkoły. Już się, swoją drogą, dławię

37 Tamże. 38 Historyk Bogusław Tracz, powołując się na wspomnienia swojej babci, Julii Wiśniowskiej-Wieczorek, uczennicy gimnazjum w Staniątkach w czasie, gdy uczyła tam Wasilewska, pisze, że przyczyną konfliktów między młodą nauczycielką a zakonnicami były „poglądy Wasilewskiej na wychowanie i rolę kobiet w świecie, dalekie od katolickiej ortodoksji”. Wasilewska – „kobieta silna i wyemancypowana” – „inaczej wyobrażała sobie swoje miejsce pracy, szkoła konfesyjna nie pasowała ani do jej charakteru, ani poglądów”. Zdaniem Tracza, przyczyną rozwiązania umowy o pracę w 1929 roku był „konflikt Wasilewskiej z przełożoną benedyktynek, a także ciąża i urodzenie córki w 1928 roku”. B. Tracz, Ze Staniątek, „Karta” 2008, nr 54, s. 90–91. 39 W. Wasilewska, Lata, które minęły (ii), dz. cyt., s. 10.

113


w obecnym systemie”40. Był to czas, kiedy Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego wyraźnie zaostrzyło kryteria oceny pracy nauczycieli, domagając się ścisłej realizacji przez nich programów nauczania, ograniczenia ich pozaszkolnej aktywności społeczno-politycznej, a także weryfikując zgodność ich postępowania z zasadami etyki. Kuratorzy otrzymali uprawnienia do wyciągania surowych konsekwencji względem nauczycieli, którzy nie stosowali się do zaleceń ministerstwa 41. Po latach Wasilewska pisała: Zwróciłam się do władz szkolnych, żeby się dowiedzieć, gdzie są wolne posady. Powiedziano mi grzecznie, ale wystarczająco wyraźnie, że dla mnie w ogóle nie ma miejsca. Ani w szkołach Krakowa, ani nigdzie indziej. Że lepiej będzie, jeśli pomyślę o znalezieniu sobie jakiegoś innego zajęcia. Okazało się więc, że niepotrzebnie zdobywałam nauczycielskie kwalifikacje, zdawałam wszelkie możliwe egzaminy, otrzymywałam wszelkie możliwe dyplomy. Nie było dla mnie miejsca w szkole – i zresztą zupełnie słusznie. Nie byłam takim wychowawcą, jakiego potrzebowały władze42.

Zakończona porażką kariera nauczycielska Wasilewskiej wydała jednak pewien plon w postaci angażowania się uczennic i uczniów w ruch robotniczy, co z dumą notowała po pewnym czasie: Efekt z tego był taki, że na przykład dziewczynki z seminarium zaczęły się zapisywać na oświatowe kółka robotnicze, chodzić na zgromadzenia, że moi chłopcy w dniu pierwszego maja poprzypinali sobie do szkolnych mundurków czerwone kokardki43.

Początek lat 30. był w życiu Wasilewskiej okresem zmian. W sierpniu 1931 roku zmarł na tyfus jej mąż, rok później straciła pracę w szkole. Te wydarzenia wyraźnie ją przygnębiły, co przyznała po latach: „Wtedy, w owo lato i jesień, która po nim przyszła, zdawało mi się, że już na zawsze zostanę tu,

40 Cyt. za: E. Syzdek, dz. cyt., s. 72. 41 Por. np. F. Araszkiewicz, Ideały wychowawcze Drugiej Rzeczypospolitej, Warszawa 1978; K. Jakubiak, Wychowanie państwowe jako ideologia wychowawcza sanacji, Bydgoszcz 1994. 42 W. Wasilewska, Lata, które minęły (ii), dz. cyt., s. 10. 43 Tamże.

114


w górach. Że będę żyła z góralami ich życiem”44. Po okresowym wycofaniu się z życia publicznego, wróciła jednak z nowymi siłami, gotowa sięgać po nowe metody działania w obliczu zmieniającej się – w jej odczuciu na gorsze – sytuacji w kraju: „(…) cały świat wrzał walką i walką wołało mnie miasto”45. Do dotychczasowej działalności oświatowej „dorzuciła” udział w strajkach: strajku generalnym zorganizowanym w Krakowie w marcu 1932 roku oraz w strajku pracowników budowlanych z lipca 1933 roku, kiedy stworzyła kuchnię wydającą obiady dla dzieci strajkujących. Wtedy też po raz pierwszy przemawiała na wiecu pod gołym niebem: Sześć tygodni trwał strajk. Ciężki, mozolny, wspaniały strajk. Wtedy po raz pierwszy przemawiałam pod gołym niebem – zupełnie nie to samo, co w sali. Kilka tysięcy ludzi, olbrzymia przestrzeń i trzeba, żeby głos wszędzie dotarł. Zgromadzenia odbywały się na podwórzu domu związku kolejarzy – zbyt wielu było strajkujących, żeby się mogli pomieścić w związkowej sali46.

W latach 1932–1934 prowadziła zakrojoną na szeroką skalę działalność wśród robotnic. Udzielała się w czerwcu 1932 roku podczas zorganizowanego przez Okręgowy Komitet Robotniczy pps „Tygodnia Kobiet”, poruszając w swoich przemówieniach problem roli kobiet w walce o socjalizm. Od stycznia 1933 roku przez kilka miesięcy (na zmianę z Bolesławem Drobnerem i Adamem Polewką) wygłaszała słowo wstępne przed inscenizacją sztuki pt. Cyjankali, autorstwa niemieckiego komunisty Friedricha Wolfa. Ta niezwykle popularna w Niemczech sztuka – w Krakowie wyreżyserowana przez Józefa Cyrankiewicza – poruszała problem aborcji: jej karalności i warunków dopuszczalności (u Wolfa były nimi złe warunki materialne, bieda); wystawiana przez teatr tur-u w Krakowie, Tarnowie, Wieliczce, Bochni, spotkała się z dużym zainteresowaniem środowisk robotniczych. Jej powodzenie skłoniło 44 W. Wasilewska, Lata, które minęły (iii), „Argumenty” 1975, nr 25, s. 12. Po śmierci pierwszego męża Wasilewska „zaszyła się” w Witowie – wiosce koło Zakopanego, którą odwiedzała od dzieciństwa (miała tam wielu znajomych górali; tam też zbierała materiały do swojej pracy dyplomowej o Podhalu w twórczości Tetmajera i Witkiewicza). W listach do matki pisała, że pobyt w Witowie przyniósł jej ukojenie. 45 Tamże. 46 W. Wasilewska, Lata, które minęły (vi), „Argumenty” 1975, nr 31, s. 11.

115


członków znms do zorganizowania na Uniwersytecie Jagiellońskim sądu nad zbrodnią z paragrafu 218 niemieckiego kodeksu karnego, który pod groźbą więzienia zakazywał kobietom przerywania ciąży (karą więzienia zagrożeni byli także lekarze wykonujący zabiegi przerwania ciąży). W tym czasie w Polsce po długiej batalii wszedł w życie artykuł 233 kodeksu karnego z lipca 1932 roku, który czynił aborcję legalną w przypadku ścisłych wskazań medycznych oraz gdy ciąża była wynikiem kazirodztwa, gwałtu lub współżycia z osobą małoletnią (poniżej 15 roku życia)47. Z inicjatywy Wasilewskiej w Domu Robotniczym przy ul. dunajewskiego 5 powstała Poradnia Świadomego Macierzyństwa; organizowane były także odczyty krakowskich lekarzy dla kobiet, które ściągały na inicjatorkę całego przedsięwzięcia ataki kleru i prawicowych działaczy48. Zwieńczeniem prokobiecej aktywności Wasilewskiej było wybranie jej w lutym 1934 roku do Rady Naczelnej pps właśnie jako reprezentantki sekcji kobiecej49. Wydaje się jednak, że w odróżnieniu od innych działaczek pps, szczególnie zaś Doroty Kłuszyńskiej – przewodniczącej Wydziału Kobiecego pps, Wasilewska miała w tym czasie raczej uniwersalistyczne niż esencjalistyczne spojrzenie na „kwestię kobiecą”. W liście do rodziców pisała: Nasze działaczki w Warszawie, nie wyłączając Kłuszyńskiej, zabarwiają tę imprezę [„Tydzień Kobiet” – przyp. aut.] feminizmem sprzed pół wieku, co mnie

47 Na temat polskiej debaty o karalności aborcji w ii rp por. D. Kałwa, Kobiety w międzywojennej Polsce w sprawie planowania rodziny 1929–1932, [w:] Kobieta i kultura życia codziennego: wiek xix i xx, pod red. A. Żarnowskiej, A. Szwarca, Warszawa 1997, s. 123–132. 48 Por. J. Ruszowski, Była jedną z naszego pokolenia, [w:] P.P.S. Wspomnienia z lat 1918–1939, t. 2, pod red. J. Durko, Warszawa 1987, s. 925–932. 49 Wasilewska poświęciła wiele reportaży, które pisała w latach 1932–1934 dla krakowskiego „Naprzodu”, warunkom pracy i życia kobiet. Na przykład w reportażu W sieci poruszała problem trudnych (niekiedy wręcz niebezpiecznych) warunków pracy kobiet w zakładach włókienniczych. W innym, Jeden dzień w poradni, dotykała kwestii niedostatecznej opieki medycznej (szczególnie ginekologicznej) dla kobiet i konsekwencji braku takiej opieki dla samych kobiet i ich rodzin. Jeszcze inny reportaż poświęciła sytuacji kobiet pracujących w zawodzie służącej: wyzyskiwanych, upokarzanych, pogardzanych. Por. E. Syzdek, dz. cyt., s. 102–103.

116


doprowadza do pasji. Obnoszą się ze swoją pokrzywdzoną kobiecością jak kokosz z jajem. Ani Lidia [Ciołkoszowa – przyp. aut.] w Tarnowie, ani ja w Krakowie nie mamy żadnych utrudnień z tego powodu, że jesteśmy kobietami…50.

Jej uniwersalizm wiązał się z coraz wyraźniejszą radykalizacją jej poglądów społecznych – przekonaniem, że wraz ze zniesieniem stosunków kapitalistycznych sytuacja kobiet poprawi się samoistnie. Wasilewska domagała się równości w relacjach między ludźmi, a równość płci postrzegała jako jeden z wielu elementów socjalistycznego, a później także – w miarę ewoluowania jej poglądów – komunistycznego projektu egalitaryzmu społecznego. Choć upominała się o prawa kobiet, walkę o nie widziała w szerszej perspektywie – batalii o inny ustrój, nowy, lepszy świat. Dlatego bohaterki jej przedwojennych powieści – Oblicze dnia (1934), Ojczyzna (1935), Ziemia w jarzmie (1938) – nigdy nie domagają się praw, które nie byłyby powiązane z prawami mężczyzn – robotników i chłopów: Natalka się cieszy. Odkąd trafiła między tu, między tych ludzi, nie czuje więcej swojego sieroctwa. Wszyscy myślą o wszystkich, wszyscy o wszystkich dbają. Prędko rozumie Natalka, że „towarzysz” znaczy więcej niż „brat”. (…) Tak samo silnie, jak inni w tej gromadzie, odczuwa Natalka (…), że bardziej niż wspólna, czerwona krew w żyłach, łączy ich czerwień wspólnego sztandaru51.

Broniąc spójności projektu komunistycznego jako uniwersalnie emancypacyjnego, Wasilewska nie podnosiła osobno kwestii pozycji kobiet w ruchu robotniczym. Nie znaczy to jednak, że „strzegąc doktryny”, nie dostrzegała nierówności płciowych występujących w tym środowisku. Konsekwencji ich istnienia prawdopodobnie doświadczyła osobiście, dlatego – nieustannie wpisywana w patriarchalną strukturę pokrewieństwa, rozpoznawana wyłącznie jako „córka Leona” i żona uznanych towarzyszy: najpierw Szymańskiego, a później murarza i działacza om tur Mariana Bogatki – od pewnego momentu zaczęła walczyć o uznanie dla siebie jako niezależnej, samodzielnej,

50 Cyt. za: E. Syzdek, dz. cyt., s. 89. 51 W. Wasilewska, Oblicze dnia, [w:] tejże, Pisma wybrane, t. 1, Warszawa 1955, s. 139.

117


zdolnej aktywistki. Na pytanie matki, dlaczego przez pięć lat żyła z Bogatką bez ślubu52, odpowiadała: Przy różnych okazjach stwierdzam, jak to dobrze, że nie wzięliśmy ślubu. A więc naprzód ze względu na samych siebie – pamięta Mamusia, jak sama pisała mi, że należy robić to, co wypływa z potrzeby wewnętrznej, a nie dla ludzi, pozorów czy kompromisów? Byłoby to tchórzowskie ustępstwo paru plotkarzom, którzy nas nic nie obchodzą. Następnie – raz nareszcie jestem człowiekiem, a nie doczepką do kogoś. Gdyby mój mąż był idiotą i niedołęgą, wtedy mógłby być doczepką do mnie – ale tak, jak jest, choćbyśmy z Marianem przedstawiali równe wartości, po mojej stronie byłby ten minus, że jestem kobietą – i choćby z tej przyczyny zawsze byłabym ową, a nie sobą53.

Wasilewska nie widziała potrzeby separowania „kwestii kobiecej” od całokształtu działań lewicowych, sądząc, że ruch robotniczy, w którym kobiety były przecież bardzo aktywne54, zwalczy wszelkie nierówności. A jednak uważna lektura jej listów do matki pozwala wyczuć niepokój, że jako kobieta „miała trudniej”, że rozpoznawalność, uznanie, podmiotowe traktowanie musiała sobie wywalczyć również w tym ruchu, w którym szczególnie chciała się czuć „towarzyszką”, pełnoprawną członkinią. Słychać ów niepokój w nieustannym zapewnianiu rodziców (a może siebie?) o własnych indywidualnych sukcesach jako aktywistki, mówczyni, a później także pisarki, w ciągłym podkreślaniu samodzielności poglądów i czynów: W znmsie i turze urządzono coś w rodzaju kultu mojej osoby. W każdym razie wiem, że każdy z tych chłopców, szczególnie robotników, zrobiłby dla mnie wszystko, co by mógł55;

52 Wasilewska związała się z Bogatką niedługo po śmierci Szymańskiego. Ślub wzięli jednak dopiero w 1936 roku i to dlatego, że zmusiły ich okoliczności zewnętrzne: Wasilewska została zaproszona do Związku Radzieckiego, a Bogatko mógł jej towarzyszyć tylko jako jej mąż. Wspomnienia Wandy Wasilewskiej, dz. cyt., s. 121–122. 53 Cyt. za: E. Syzdek, dz. cyt., s. 84. 54 Por. np. J. Myśliński, Kobiety w polskich ugrupowaniach lewicowych 1918–1939, [w:] Równe prawa i nierówne szanse. Kobiety w Polsce międzywojennej, pod red. A. Żarnowskiej, A. Szwarca, Warszawa 2000, s. 61–76. 55 Listy Wandy Wasilewskiej (i), dz. cyt., s. 36.

118


Dzięki temu, że Kraków jest taki mały, a ja jedyną kobietą pracującą w Partii, jestem uważana za Bóg wie jak niebezpieczną i wybitną działaczkę. Zna mnie każdy szpicel i policja żywo się mną interesuje56.

Dwa ostatnie lata pobytu Wasilewskiej w Krakowie to czas wyraźnego radykalizowania się jej poglądów politycznych, ideowego i towarzyskiego (ale nie instytucjonalnego) zbliżania się do komunistów. Od wiosny 1932 roku należała wraz z Bogatką do młodzieżowej frakcji lewicowej w pps, która coraz silniej parła do konfrontacji z sanacyjną władzą. Sytuacja w kraju – rosnące rozwarstwienie społeczne, proces brzeski57 – a także jej własne problemy

56 Listy Wandy Wasilewskiej (ii), dz. cyt., s. 25. Oczywiście Wasilewska nie była „jedyną kobietą pracującą w Partii” (Socjalistycznej, dodajmy, bo do kpp nigdy nie wstąpiła). Zastanawia zatem, dlaczego w swych relacjach pomijała udział innych działaczek. Odwołując się do wspomnień bliskich jej osób, można zaryzykować tezę, że zwyczajnie lubiła się wyróżniać, skupiać na sobie uwagę – najpierw rodziców, potem przyjaciół, działaczy, a wreszcie tłumów na wiecach. Przyjaciółka Wasilewskiej, pisarka Janina Broniewska, wspominała, że mimo deklarowanej nieśmiałości Wasilewska bardzo lubiła zainteresowanie otoczenia. Żartobliwie mówiła o niej jako o „królowej”, dla której ona sama i Marian Bogatko stanowili „dwór”, „tło”. Por. J. Broniewska, Tamten brzeg mych lat, Warszawa 1973. Kolejne role i funkcje, które Wasilewska pełniła – inicjatorki i koordynatorki strajku w Zarządzie Głównym Związku Nauczycielstwa Polskiego w 1937 roku, a zwłaszcza przewodniczącej Związku Patriotów Polskich – pokazały, że dobrze się czuła jako „osoba na świeczniku”: wydająca polecenia, sprawująca kontrolę, podejmująca decyzje. Por. J. Broniewska, Z notatnika korespondenta wojennego, t. 1–2, Warszawa 1965. Z różnych źródeł wiadomo, że nie wszystkim współpracownikom podobało się jednak to jej „rozpychanie się” w środowisku polskich komunistów skupionych w czasie wojny w zsrr. Głośno było na przykład o jej konfliktach z gen. Zygmuntem Berlingiem czy Jerzym Borejszą. Por. Z. Berling, Wspomnienia, t. 1–3, Warszawa 1990; B. Fijałkowska, Borejsza i Różański: przyczynek do dziejów stalinizmu w Polsce, Olsztyn 1995. 57 W nocy z 9 na 10 września 1930 roku aresztowano jedenastu działaczy Centrolewu – posłów, którym po rozwiązaniu Sejmu w sierpniu tego roku wygasł immunitet. Zatrzymanych osadzono w twierdzy brzeskiej, stosując wobec nich przepisy wojskowego regulaminu więziennego. Kiedy wreszcie doszło do procesu (październik 1931–styczeń 1932), za rzekomą próbę zorganizowania zamachu stanu otrzymali wyroki więzienia. Wśród aresztowanych był m.in. Adam Ciołkosz i Wincenty Witos. Por. np. M. Leczyk, Sprawa brzeska. Dokumenty i materiały, Warszawa 1987.

119


zawodowe nie pozostały bez wpływu na ewolucję jej przekonań. Pisała do matki w listopadzie 1931 roku: (…) zbolszewiczałam ostatnio z kretesem, pod każdym względem i raczej idę w tym kierunku coraz dalej. Stanowczo zbyt długo nie poddawałam rewizji różnych wierutnych zabobonów58.

Mimo sukcesu, jaki odniosła w wyborach do Rady Naczelnej pps, narastało w niej przeświadczenie, że jej możliwości działania w Krakowie wyczerpują się, rozbijają o zachowawczość krakowskich elit partyjnych: (…) formalnie się duszę – Kraków w coraz szybszym tempie zamienia się w porosłą grubym kożuchem kałużę (…). W każdym razie wiem, że jesteśmy garstką głupców, wariatów, którzy sobie przez kilka lat zdzierali życie po to, żeby na nas zrobiono świetny interes, żeby kilku drani dochodziło do majątku i stanowisk naszym kosztem (…). Bądź co bądź byliśmy wspólnikami w oszukiwaniu ludzi, współdziałaliśmy w wielkim szwindlu, który się odbywa nieustannie kosztem mas. Pod tym względem komuniści mają zupełną rację59.

Ostatecznie jednak, jak podkreślała po latach, o przeprowadzce do Warszawy wczesną jesienią 1934 roku miał zdecydować brak pracy: Zgłosiłam się nawet, kiedy przyjmowano robotnice do pracy w fabryce tytoniowej Herbego. Przy okienku bardzo miło mi odpowiedziano: są potrzebne robotnice, a nie agitatorzy polityczni. Więc o otrzymaniu jakiejkolwiek pracy w Krakowie nie mogłam marzyć60.

Z Krakowa wyjeżdżała jako w dużej mierze ukształtowana działaczka, ale też popularna w środowisku robotniczym (bardziej niż lewicowej inteligencji) pisarka. Na przełomie 1933 i 1934 roku napisała swoją pierwszą powieść Oblicze dnia, do której materiałów dostarczyła jej krakowska codzienność i „specyficznie krakowskie” wydarzenia: strajk robotników budowlanych z lipca 1933 roku oraz starcia robotników z policją w listopadzie 1923 roku. Powieść 58 Listy Wandy Wasilewskiej (i), dz. cyt., s. 36. 59 Za: E. Syzdek, dz. cyt., s. 97. 60 Wspomnienia Wandy Wasilewskiej…, s. 134.

120


utrzymana w konwencji reportażu społecznego przynosiła obraz trudnych warunków pracy robotnic i robotników z Krakowa, wskazując przyczyny rosnącego niezadowolenia społecznego. Główny bohater, organizator strajku robotniczego Anatol, wzorowany był na Marianie Bogatce, o czym Wasilewska pisała w listach do rodziców: „Sens ogólny – świat jako ciemność, proletariat jako budowniczy nowego dnia. Dlatego głównym bohaterem jest murarz, zresztą bezwstydnie wzorowany na Marianie”61. Listy te są również świadectwem jej mozolnych prac redakcyjnych, które miały uchronić książkę przed ingerencją cenzury: „Wykastrowałam, co mogłam, boję się wprawdzie, że to jeszcze za mało, ale naprawdę cała rzecz straci jakikolwiek sens”62. Ojciec pisarki osobiście starał się, by książka ujrzała światło dzienne (ukazała się w wydawnictwie „Rój” z jedenastoma białymi plamami). Dla Wasilewskiej powieść ta była ważna z dwóch względów. Przede wszystkim okazała się kolejnym narzędziem walki o zmianę społeczną: „(…) stało się dla mnie jasne, że w walce, którą proletariat toczy o swoje wyzwolenie, orężem może być także książka”63. Była ona jednak również zwieńczeniem krakowskiego okresu życia pisarki – jej dojrzewania intelektualnego, artystycznego i aktywistycznego, hołdem złożonym krakowskiemu środowisku robotniczemu i lewicowej inteligencji. Tak pisała o tym po latach: Przewracam kartki „Oblicza dnia”. Książka mojej młodości, ludzie mojej młodości. Kraków, w którym się urodziłam. (…) Kraków tamtych, trzydziestych lat. Nie nazywam w tekście tego miasta, ale to jest właśnie Kraków. Z jego ulicami, budynkami i ludźmi. Dom Robotniczy na ulicy Dunajewskiego, gdzie odbywały się robotnicze zebrania. Cegielnia pod miastem, gdzie bywałam na wiecach w czasie strajku. Więzienie, pod którego bramą stałam (…). Szpital pod wezwaniem świętego Łazarza, gdzie urodziła się moja córka. (…) Ulice, place, domy i ludzie. Wynurzają się przede mną twarze znajomych i przyjaciół, towarzyszy walk i pracy młodości. (…) choć opisuję w „Obliczu dnia” okres lat trzydziestych, w ostatnim rozdziale cofam się do tego, co się wydarzyło wcześniej. (…) do tamtych dni z 23 roku, które na zawsze wyryły się w pamięci i w sercu. (…) To, jak przyjęto „Oblicze dnia”, przekonało mnie, że 61 Listy Wandy Wasilewskiej (ii), dz. cyt., s. 26. 62 Tamże, s. 28. 63 W. Wasilewska, Lata, które minęły (v), „Argumenty” 1975, nr 29, s. 11.

121


można działać i walczyć nie tylko pracując w organizacjach, przemawiając na wiecach, pomagając organizować strajki, że mam jeszcze jedną broń w ręku – moje pisarstwo64.

W odróżnieniu od wielu komunistów ze swojego pokolenia65 Wasilewska nie dokonała jednorazowego cięcia, zerwania z tradycją socjalistyczną, w której się wychowała i którą przez lata podtrzymywała. Jej zbliżanie się do komunistów było stopniowe, rozłożone w czasie. Wiązało się tyleż z pogarszającą się w jej odczuciu sytuacją w kraju, co z marazmem w Polskiej Partii Socjalistycznej, w której panowały skostniałe stosunki, brakowało miejsca na nowe, młode, bardziej krytyczne. Kolejne sukcesy, które odnosiła jako mówczyni, a później pisarka, przyczyniły się niewątpliwie do wzrostu jej ambicji, obudziły pragnienie społecznej rozpoznawalności nie z uwagi na nazwisko ojca, ale jej własne osiągnięcia. Ojcu zawdzięczała dużo i nigdy o tym nie zapomniała, ale potrzeba zaznaczenia własnej odrębności zaczęła się silnie ujawniać. Była to tyleż potrzeba aktywistki, co dorosłej kobiety, której nie wystarczało już bycie „córeczką tatusia”. To właśnie wśród komunistów miała z czasem znaleźć uznanie jako „towarzyszka”, samodzielna działaczka, a nie tylko „córka Leona”: Kiedy ojciec zmarł [w grudniu 1936 roku – przyp. aut.], wówczas, kiedy byłam całkowicie dorosłym człowiekiem, towarzysze, komuniści – którzy do niego mieli zupełnie określony stosunek – przynieśli kwiaty na trumnę mojego ojca z napisem: „Ojcu Wandy”66.

64 W. Wasilewska, Podróż po życiu…, s. 16. 65 Por. M. Shore, Kawior i popiół. Życie i śmierć pokolenia oczarowanych i rozczarowanych marksizmem, przeł. M. Szuster, Warszawa 2008. 66 Wspomnienia Wandy Wasilewskiej…, s. 133.

122


Najważniejsze wydarzenia z życia Wandy Wasilewskiej po wyjeździe z Krakowa67 1934 – rozpoczęła pracę w Zarządzie Głównym Związku Nauczycielstwa Polskiego jako redaktorka dziecięcych czasopism „Płomyk” i „Płomyczek”; 1935 – ukazała się powieść Ojczyzna; działała w Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom oraz w Lidze Obrony Praw Człowieka i Obywatela (uczestniczyła w akcji amnestyjnej oraz podpisała apel do władz o zlikwidowanie obozu dla więźniów politycznych w Berezie Kartuskiej); 1936 – weszła do redakcji radykalnych lewicowych pism „Oblicze Dnia” oraz „Dziennik Popularny”; uczestniczyła w Zjeździe Pracowników Kultury we Lwowie; 1937 – kierowała strajkiem okupacyjnym pracowników Zarządu Głównego znp; 1938 – ukazała się powieść Ziemia w jarzmie; 1939 – do wybuchu wojny współpracowała z Wojskowym Instytutem Naukowo-Oświatowym w zakresie propagandy antyniemieckiej; po 17 września udała się z Warszawy do Kowla, a stąd do Lwowa, gdzie zaczęła współpracę z pismem „Prawda” i włączyła się w kampanię wyborczą do Zgromadzenia Narodowego Zachodniej Ukrainy; po raz pierwszy spotkała się ze Stalinem, z którym rozmawiała o sytuacji Polaków z terenów zajętych przez wojska radzieckie; 1940 – została deputowaną do Rady Najwyższej zsrr; ukazała się powieść Płomień na bagnach oraz sztuka Opowieść o Bartoszu Głowackim; została kierownikiem literackim Teatru Polskiego we Lwowie oraz członkinią Związku Pisarzy Radzieckich; w wyniku zamachu jej mąż Marian Bogatko zginął we Lwowie68; 67 Opracowane na podstawie Kalendarium życia i działalności Wandy Wasilewskiej, [w:] E. Syzdek, Działalność Wandy Wasilewskiej w latach drugiej wojny światowej, Warszawa 1981, s. 293–307. 68 Zabójstwo Bogatki nigdy nie zostało wyjaśnione. Nie wiadomo, czy celem był sam Bogatko czy Wasilewska, nie wiadomo, dlaczego wykonano wyrok. Oficjalne wyjaśnienia głosiły, że zginął z ręki „kontrrewolucjonistów” – w jednej wersji „ukraińskich”, w innej „polskich”. Eleonora Syzdek nie wyklucza, że „był to zamach na życie samej Wasilewskiej”, której „wybór do Rady Najwyższej wpłynął na umocnienie jej autorytetu w całym

123


1941 – została redaktorem naczelnym „Nowych Widnokręgów”, które w języku polskim zaczęły wychodzić w Moskwie; została przyjęta do wpk(b); po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej zaczęła działać w biurze propagandy i otrzymała tytuł komisarza pułkowego; 1942 – wznowiła wydawanie „Nowych Widnokręgów” w Kujbyszewie; objęła funkcję agitatora frontowego; ukazała się powieść Tęcza (na jej podstawie ukraiński reżyser Mark Donskoj nakręcił film); 1943 – objęła funkcję redaktora naczelnego pisma „Wolna Polska”; została przewodniczącą Związku Patriotów Polskich oraz współorganizatorką 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki; 1944 – została wiceprzewodniczącą Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego; zamieszkała w Kijowie wraz ze swoim trzecim mężem, ukraińskim dramaturgiem Aleksandrem Kornijczukiem; ukazała się powieść Po prostu miłość; 1945–1964 – ukazywały się jej kolejne utwory: libretto do opery Bohdan Chmielnicki (1949), wspomnienia Historia jednego strajku (1949), zbiory reportaży W Paryżu i poza Paryżem (1949), 10 dni na Kubie i Pod obcym księżycem (1961), powieści Gwiazdy w jeziorze (1945), Rzeki płoną (1952) i Że padliście w boju (1956); w kolejnych zsrr”. E. Syzdek, Działalność Wandy Wasilewskiej…, s. 78. Aleksander Wat w Moim wieku sugeruje natomiast, że Bogatko zginął, bo zbyt otwarcie krytykował poczynania władz radzieckich we Lwowie. Nie wyklucza jednak, że jego śmierć była swoistą „nauczką” dla Wasilewskiej, by nie wtrącała się za bardzo w sprawy radzieckie, np. by nie interesowała się zanadto losem różnych zatrzymanych przez nkwd osób (w tym samego Wata): „(…) prawdziwa, świetna szkoła stalinowska, żeby nie miała złudzeń. Point de rêveries. Od razu. Jednorazowy szok. Zen. Po łbie i cała zestrukturalizowana świadomość. Następuje pieriekowka duszy”. A. Wat, Mój wiek. Pamiętnik mówiony, t. 1, Kraków 2011, s. 318. O tym, że zabójstwa dokonało nkwd, pisze w swoich pamiętnikach Chruszczow. Zastrzega, że była to pomyłka i że osobiście zlecił Aleksandrowi Kornijczukowi, by w jego imieniu przeprosił Wasilewską: „Od razu zrodziło się pytanie: jak ta sprawa odbije się na stosunku Wasilewskiej do nas? Czy nie pomyśli, że usunęliśmy jej męża z jakichś politycznych powodów? Różne rzeczy mogą przyjść człowiekowi w następstwie takiej tragedii”. Podobno czekiści wzięli Bogatkę za kogoś innego, a sądząc, że jest uzbrojony, zaczęli strzelać. Chruszczow twierdzi, że Wasilewska „uwierzyła, że nie było w tym przypadku premedytacji i aktywnie pracowała dalej”. N. Chruszczow, Fragmenty wspomnień, „Zeszyty Historyczne” 2000, nr 132, s. 140.

124


wyborach ponownie wchodziła jako deputowana do Rady Najwyższej zsrr (łącznie sześć razy); działała w międzynarodowym ruchu na rzecz pokoju; zmarła na zawał 29 lipca 1964 roku i została pochowana w Kijowie na cmentarzu Bajkowo. Artykuł powstał na podstawie badań finansowanych z grantu „Młody ibl”, realizowanego w latach 2011–2012 w Instytucie Badań Literackich pan Agnieszka Mrozik

125

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa, członkini Ośrodka Badań Kulturowych i Literackich nad Komunizmem oraz Zespołu „Literatura i Gender” w Instytucie Badań Literackich pan. Członkini redakcji kwartalnika polityczno-kulturalnego „Bez Dogmatu”. Autorka wielu publikacji naukowych i tekstów publicystycznych poświęconych analizie literatury kobiecej i dyskursu feministycznego w Polsce po 1989 roku, w tym miejsca prl-u w projektach tożsamościowych współczesnego polskiego feminizmu. Aktualnie przygotowuje do druku książkę Akuszerki transformacji. Kobiety, władza i literatura w Polsce po 1989 roku, a także realizuje projekt badawczy poświęcony Wandzie Wasilewskiej pt. „Wanda, co wolała Rusa”. Komunistki w perspektywie badań genderowych.


bibliografia:

Ciołkosz A. Shore M. Syzdek E. Syzdek E. Wasilewska Wasilewska Wasilewska Wasilewska Wasilewska Wasilewska Wasilewska

W. W. W. W. W. W. W.

Wasilewska W. Zatorska H.

Wanda Wasilewska. Dwa szkice biograficzne, Polonia Book Fund, Londyn 1977. Cyganeria i polityka. Wspomnienia krakowskie 1919–1939, oprac. K. Bidakowski, Czytelnik, Warszawa 1964. Listy Wandy Wasilewskiej (i), oprac. E. Syzdek, „Zdanie” 1985, nr 6, s. 33–39. Listy Wandy Wasilewskiej (ii), oprac. E. Syzdek, „Zdanie” 1985, nr 11, s. 25–28. Kawior i popiół. Życie i śmierć pokolenia oczarowanych i rozczarowanych marksizmem, przeł. M. Szuster, Świat Książki, Warszawa 2008. Działalność Wandy Wasilewskiej w latach drugiej wojny światowej, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1981. W jednym życiu tak wiele, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1980. Wanda Wasilewska we wspomnieniach, oprac. E. Syzdek, Książka i Wiedza, Warszawa 1982. Dzieciństwo, piw, Warszawa 1967. Lata, które minęły (i), „Argumenty” 1975, nr 21, s. 1, 8–9. Lata, które minęły (ii), „Argumenty” 1975, nr 23, s. 8–10. Lata, które minęły (iii), „Argumenty” 1975, nr 25, s. 11–12. Lata, które minęły (v), „Argumenty” 1975, nr 29, s. 11. Lata, które minęły (vi), „Argumenty” 1975, nr 31, s. 10–11. Oblicze dnia, [w:] tejże, Pisma wybrane, t. 1., Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1955. Podróż po życiu i książkach (i), „Tu i Teraz” 1983, nr 1, s. 16. Wspomnienia Wandy Wasilewskiej, „Z pola walki” 1968, nr 1 (41), s. 115–195. Wanda Wasilewska, wsip, Warszawa 1976. 126


Monika Świerkosz

Gdzie jest Jadwiga Jędrzejowska?

Jędrze

Mojej Mamie, Wiktorii – i wszystkim dziewczynkom, które nie boją się być silne…

Właściwie mogłoby się wydawać, że pisanie tekstu biograficznego o osobie, która pozostawiła po sobie wspomnienia, jest już pracą w połowie wykonaną. Oczywiście, nie zwalnia to z obowiązku poszukiwania innych źródeł wiedzy o życiu danego człowieka, ale to jej czy jego głos staje się naszym przewodnikiem – chcemy mu ufać, chcemy zrobić miejsce dla odkrywanej czyjejś indywidualnej, nieraz bardzo intymnej, prawdy o sobie. Bywają jednak przecież i takie sytuacje, gdy musimy postawić sobie wyraźnie pytanie: kto do mnie mówi z głębi autobiograficznego tekstu, czyją prawdę odkrywam, czytając go i czy powinnam mu nadal ufać? Czasem poznawanie życia drugiego człowieka jest niesłuchaniem opowieści, które po nim pozostały, jest szperaniem w szczelinach tekstów, ostrożnym, ale nieuniknionym kwestionowaniem znalezionych na powierzchni śladów. Stopniowo zdałam sobie sprawę, że tak właśnie należy czytać pozostawione przez Jadwigę Jędrzejowską wspomnienia zatytułowane Urodziłam się na korcie. Wydane zostały aż dwukrotnie w prl-u – najpierw przez Państwowy Dom Wydawniczy Iskry w 1955 roku, potem w 1971 przez Wydawnictwo Sportu i Turystyki w 50. rocznicę istnienia Polskiego Związku Tenisowego. Oprócz nazwiska tenisistki na okładce pojawia się również nazwisko znanego jeszcze przed wojną dziennikarza sportowego Kazimierza Gryżewskiego, który opracował wspomnienia. Co to jednak oznacza w praktyce? Jaka rola przypadła mu w tworzeniu tej autobiografii – i czy w związku z tym jest to rzeczywiście autobiografia? W przedmowie Bohdana Tomaszewskiego (do 127


wydania drugiego) pada wyraźne i zastanawiające sformułowanie „Jadwiga Jędrzejowska – bohaterka książki Gryżewskiego”1. Może więc spisane wspomnienia tenisistki nie są do końca jej własną opowieścią o sobie samej? Może wypowiadane w pierwszej osobie kwestie nie są jej słowami? Może jest jeszcze gorzej: może Jadwigi Jędrzejowskiej wcale w tych wspomnieniach nie ma? Jak je zatem czytać? Jak z tej dwu- a może wielogłosowej narracji Gryżewskiego wydestylować jej własny głos? Starałam się robić to czujnie i podejrzliwie, ale zawsze w dobrej wierze i bez intencji przyłapywania kogokolwiek na kłamstwie. Prawd jest wiele – oprócz tych indywidualnych jest też prawda czasów, w których żyjemy – ona też się wpisuje w naszą pamięć, jej też wszyscy do pewnego stopnia ulegamy. Wiem, że pomimo moich najszczerszych chęci, nie mogę mieć pewności, że czegoś po drodze nie przeinaczyłam, że nie odczytałam czegoś źle (naiwnie lub nazbyt podejrzliwie). W chwilach wątpliwości pytałam samą siebie – jeśli nie w napisanym przez Gryżewskiego tekście, to gdzie jest Jadwiga Jędrzejowska? Jadzia wchodzi na drzewo Urodziła się 15 października 1912 roku w Krakowie, w domu, którego okna wychodziły na korty Akademickiego Związku Sportowego, położone w Parku Krakowskim2. Był to inny świat niż ten, który znała z domu. Na korty przychodzili studenci i studentki uj, profesorowie, asystenci oraz mecenasi tenisa,

J. Jędrzejowska, Urodziłam się na korcie, oprac. K. Gryżewski, Warszawa 1971, s. 8 (O ile nie zaznaczam tego w tekście, wszystkie cytaty pochodzą z tego wydania wspomnień. Dalej posługuję się skrótem „U”, numery stron podaję na końcu cytatów). 2 Prawdopodobnie dom rodzinny Jędrzejowskich znajdował się przy zachodniej granicy parku, w którym azs w 1910 roku wydzierżawił 4 korty. Wcześniej w tym miejscu mieściła się zwierzęca menażeria. Dziesięcioletnia Jadzia ma już pewnie okazję chodzić na korty zmodernizowane w 1922 roku, kiedy to postawiono domek klubowy, wodociągi i szatnię. Zob. Cz. Michalski, Akademicki Związek Sportowy w Krakowie 1909–1945, cz.1, Kraków 2007. Nie udało mi się ustalić dokładnego adresu zamieszkania państwa Jędrzejowskich, ale w Książce adresowej miasta Krakowa na rok 1926 znalazłam jedną prawdopodobną lokalizację – ul. parkowa 3. 1

128


który w opinii publicznej był bardziej rozrywką bogatej elity niż sportem wyczynowym dla wszystkich3. Jadzia dorastała w biednej robotniczej rodzinie: jej ojciec był pracownikiem miejskich zakładów oczyszczania, matka zajmowała się domem i wychowaniem czwórki dzieci: dwóch synów, Stasia i Józka oraz dwóch córek – Zosi i Jadzi. Po którejś z kolejnych podsłuchanych rozmów rodziców o pieniądzach, Jadzia decyduje się iść na korty i dorabiać zbieraniem piłek. Jest mała, naprawdę mała – ma może 10 lat. Pierwszą piłkę odbija pożyczoną rakietą w przerwie między meczami i jeśli udaje jej się pograć, to tylko „ukradkiem”, gdy innych nie ma na korcie. Z biegiem czasu jej podpatrzone uderzenia zyskują sobie „fanów” wśród niektórych członków klubu. Na przerwach w szkole też myśli o tenisie – marzy o założeniu własnego klubu tenisowego. Gdy dostaje od taty wystruganą z drewna rakietę, pokazuje ją kolegom z okolicy – wkrótce chłopcy i Jadzia biegają już za starą piłką tenisową po betonowym placu w jednej z alejek Parku Krakowskiego. Po krótkim czasie okazuje się jednak, że żaden z nich nie chce już grać z dziewczynką, która wszystkich bije na głowę. Jej ta rywalizacja zupełnie nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Ponad trzydzieści lat później dorosła już Jadwiga wspomina swój dziewczyński okres wspinania się po drzewach z uśmiechem:

3. Jadwiga Jędrzejowska

(…) jakaż to była przyjemność, gdy któryś z chłopaków nie mógł dosięgnąć wierzchołka, na który udało mi się wdrapać (u, s.12).

Mama trochę się martwi, co wyrośnie z takiej chłopczycy, ale tata zwykle bierze ją wtedy w obronę. Mała Jadzia jest zatem silną dziewczynką, tak silną, że w wieku 12 lat zarabia już graniem na korcie, partnerując starszym, najczęściej dobrze urodzonym panom. Rakietę otrzymała w prezencie od jednego z graczy. Jest z siebie bardzo dumna, ale jednocześnie czasem czuje się, jakby popełniała jakiś nietakt, przekraczała jakąś niewidzialną granicę. 3 W sprawozdaniach azs-u poświęcono wiele miejsca kwestii społecznego odbioru tenisa jako wyłącznie rozrywki – władze klubu zdecydowały się iść bardziej w stronę sportu niż rekreacji oraz zadbać o upowszechnienie tej dyscypliny, szczególnie wśród młodzieży. Cz. Michalski, dz. cyt., s. 62.

129


Często czuję na sobie wzgardliwy i zawistny wzrok, który zdaje się mówić: „Co ta dziewczyna od podnoszenia piłek robi na korcie?… Dlaczego zabiera innym miejsce? Dlaczego kręci się tu, pośród ludzi z innego świata?” (u, s. 13).

W Urodziłam się na korcie, szczególnie nieprzychylnym okiem – patrzą na nią damy tenisowe: Wanda Dubieńska (wielokrotna mistrzyni Polski) i Maria Boniecka. Ta pierwsza jest córką rektora uj – Juliana Nowaka, obie zasiadają w zarządzie klubu i nie widzą Jadzi w gronie jego członków. W końcu jednak, po burzliwych dyskusjach (i proteście jednej z owych „dam”), dziewczyna zostaje przyjęta do azs. I choć zdaje sobie sprawę, że jest to być może również forma snobizmu „mecenasów sportu”, którzy marzą o odkryciu jakiegoś talentu, cieszy się ogromnie, gdy znany wówczas tenisista Zachar przychodzi do domu jej rodziców z tą wiadomością. Ma 13 lat. Dwa lata później, ucieszy się nie mniej, gdy otrzyma od związku białą sukienkę na występ na swoich pierwszych mistrzostwach Polski w 1927 roku. Skakałam do góry i gdybym się nie wstydziła, wdrapałabym się, jak przed kilku laty, na najwyższe drzewo w krakowskim parku (u, s. 22).

Złoty zegarek i neseser Członkostwo w klubie jednak zobowiązuje – skoro Jadzia ma już zdobywać punkty dla niego, to trzeba wreszcie zrobić coś z jej nieprawidłowym, „niestylowym” forhendem. Ku zdziwieniu „mecenasów”, czechosłowacki trener Burianek zdecydowanie odradza pomysł „poprawiania” uderzenia dziewczynki, twierdząc, że często ci najlepsi mają swój indywidualny styl gry (u, s. 18). Niebawem Jędrzejowska zaprezentuje go w swoim pierwszym wygranym wyjazdowym pojedynku w Katowicach ze Ślązaczką Stephanówną. Zwycięstwo cieszy ją i zaskakuje nie mniej niż jej pierwsza podróż pociągiem poza granice Krakowa, mimo że zdarza się, że ktoś z jej drużyny nie chce usiąść obok niej w przedziale (u, s. 19). Ma 14 lat i często czuje się samotna – zwłaszcza, gdy przegrywa. Szuka dla siebie „nauczycielki”, jej wzorem staje się warszawska tenisistka Józefina Kowalewska, ale poza pojedynkami turniejowymi 130


właściwie nie gra z kobietami. Sama musi analizować przyczyny swoich porażek i sama szuka pomysłu na grę. Uczy się myśleć taktycznie, wykorzystywać strategię, nie tylko swój coraz silniejszy forhend. Szybko przynosi to rezultaty – na mistrzostwach w Krakowie (1927 r.) w deblu z Godlewską pokonuje łódzki duet sióstr Richter, w Krośnie pokonuje Stockerówną. Otrzymuje w nagrodę złoty zegarek i skórzany neseser, z którym i później nie będzie się chciała rozstawać. Rodzice są jednak zaniepokojeni – czy to nie zepsuje córki? I co ze szkołą? Sport to wstyd! A szkoła to nie lada problem, jako że zgodnie z ówczesnym prawem oświatowym, żaden uczeń czy uczennica nie mogą być członkami klubów sportowych. Dyrektor średniej szkoły ekonomiczno-handlowej, pan Weigel w ostrych słowach wyrzuca Jadzię z klasy: Uczennice z mojej szkoły nie mogą należeć do klubów sportowych. Ja żadnych sportsmenów nie mam zamiaru u siebie tolerować. To wielki wstyd dla naszej szkoły! (u, s. 28).

Mimo że w tej sytuacji wielu uczniów decydowało się na trenowanie w klubach pod przybranymi pseudonimami, ona woli napisać list do Warszawy do Polskiego Związku Tenisowego, który interweniuje w ministerstwie oświaty. Czy był to precedens, czy dla Jadzi zrobiono wyjątek? A może był to efekt z trudem wynegocjowanego przez działaczy sportowych i kuratorium rozwiązania? Na podstawie sprawozdań z zebrań krakowskiego azs-u w latach 20., Czesław Michalski zauważa: Innym ważnym zadaniem Wydziału [azs-u] było otoczenie opieką młodzieży szkół średnich, w tym celu nawiązano współpracę z Kuratorium Szkolnym. Dzięki temu młodzież ostatnich dwóch klas szkół średnich mogła należeć do azs w charakterze członków4.

4

131

Cz. Michalski, dz. cyt., s. 58.


Aby zapewnić sobie dopływ młodych talentów, od 1913 roku w Krakowie organizowano nawet zawody mistrzowskie młodzieży szkół średnich. Czy przytoczona w Urodziłam się na korcie historia miała zobrazować tezę Gryżewskiego o braku zainteresowaniu władz ii rp ideami krzewienia kultury fizycznej wśród mas? Czy jednak jest w tym ziarno prawdy? Przecież sytuacje, w których zachowanie się rozmaitych instytucji nie idzie w parze z istniejącymi przepisami, nie są obce i naszej rzeczywistości. Może taki panował wówczas klimat wokół sportu wyczynowego, który nie mieścił się w tradycyjnym modelu wychowania dziewczyn, zwłaszcza pochodzących z niebogatego domu? Jadzia jeszcze raz będzie narzekać na stosunek (części) opinii publicznej do jej sukcesów. Będzie to w 1931 roku, kiedy zda maturę w trybie przyspieszonym, tuż przed rozpoczęciem paryskiego turnieju na kortach Rolanda Garrosa. W jednej z krakowskich gazet ukazuje się wówczas złośliwy artykuł: „Matura za wyczyny sportowe”, który Jadzię mocno poruszył, bo – według jej wspomnień – nigdy na żadną taryfę ulgową w szkole liczyć nie mogła5. Własna droga Wróćmy jednak do roku 1928 – szczególnie ważnego dla kobiecego sportu. Wiosną (od 14–16 kwietnia) w Gimnazjum Żeńskim im. Jadwigi w Warszawie odbywa się Kobiecy Kongres Sportowy. W czasie obrad dyskutuje się o naukowych podstawach wychowania fizycznego, wytycznych kobiecego sportu oraz jego organizacji, jak również o znaczeniu sportu dla „współczesnej kobiety”6. Latem rozpoczynają się ix Igrzyska Olimpijskie w Amsterdamie, pierwsze, 5 Jak wspomina Bohdan Tomaszewski w rozmowie z dziennikarzem, z jakichś powodów był to jednak temat drażliwy, o który nie śmiał pytać. Zob. K. Rawa, Jadzia, generał, radca i brydż, „Rzeczpospolita” 2012, nr 246, s. A22. Tekst dostępny również na stronie: http:// www.rp.pl/artykul/944338.html?print=tak&p=0 [dostęp: 10.12.2012]. 6 „Przegląd Sportowy” 1928, nr 16. Zarówno przedwojenne, jak i powojenne numery tej gazety zostały zdigitalizowane przez Bibliotekę Narodową na stronie http://buwcd. buw.uw.edu.pl/e_zbiory/ckcp/p_sportowy/p_sportowy/start.htm [dostęp: 7.11.2012]. Wszystkie cytaty z „Przeglądu Sportowego” odnoszą się do tego źródła. Dalej stosuję skrót „ps”. Na marginesie warto dodać, że w tym okresie (od 1926 do 1931 roku) redaktorem naczelnym „Przeglądu” był znany poeta-Skamandryta, Kazimierz

132


w czasie których kobiety dopuszczono do startu w konkurencjach lekkoatletycznych. Wbrew opinii Watykanu i samego twórcy nowożytnej olimpiady Pierre’a de Coubertina okazały się one dużym sukcesem sportu kobiecego – w tym również polskiego. Halina Konopacka w rzucie dyskiem zdobyła wówczas pierwszy złoty medal olimpijski dla Polski, ustanawiając rekord świata. Choć w 1928 roku na mistrzostwach Polski Jadwiga Jędrzejowska jeszcze nie pokonuje swojej największej rywalki Wandy Dubieńskiej7, to „Przegląd Sportowy” po turnieju ogłasza ją: „bezsprzecznie największym kobiecym talentem tenisowym” (ps 1928, nr 25). Chwali jej „prawie męskie drajwy” i zaskakujące skróty (dropszoty), gani zaś jej drugi serwis, słabe nerwy i… zbytnią pewność siebie (ps 1928, nr 41). Okazuje się, że dziennikarze mieli intuicję – w 1929 roku Jadwiga Jędrzejowska gra już „dwie klasy wyżej od rywalek”. I choć wspomina potem, że w owym czasie jeszcze nadal „eleganckie damy oglądały mnie przez «lorgnony» jak dziwoląga czy cyrkówkę, która ma im dostarczyć emocji” (u, s. 35), to jednocześnie staje się już ulubienicą publiczności, cenioną też przez inne zawodniczki. Po występach na kortach sopockich dziennikarz „Przeglądu” donosi: Jędrzejowską wszędzie nazywają (prasa, na trybunach, gracze i tenisistki – zawiść kobieca?) der kolossale Talent, fabelhafte Speilerin [ogromny talent, wspaniała zawodniczka – przyp. red.]… (ps 1929, nr 36).

Czy ta zdrowa rywalizacja sportowa między sportsmenkami była czymś aż tak zaskakującym, czy to raczej stereotypowe nastawienie do kobiecego sportu kazało dziennikarzowi wspomnieć (i podważyć jednocześnie znakiem zapytania) o istnieniu wśród zawodniczek „zawiści kobiecej”?

7

133

Wierzyński, który za tomik „Laur Olimpijski” otrzymał złoty medal w organizowanym z okazji Olimpiady w Amsterdamie konkursie literackim. W tym dokładnie roku z powodu jakiegoś konfliktu z Zarządem azs-u Wanda Dubieńska przeszła do klubu katowickiego. Potem zmieniała jednak kluby kilkakrotnie, grała m.in. dla warszawskiej Legii (w 1934, a więc rok przed Jędrzejowską), na koniec wróciła do krakowskiego azs.


Jadwiga Jędrzejowska zwycięża w kraju mistrzynię Finlandii. Wyjeżdża w swoją pierwszą podróż zagraniczną do Budapesztu i… pokonuje mistrzynię Węgier, Cilly Letes. Bardzo chce zdobyć mistrzostwo Polski, a przede wszystkim bardzo chce wygrać z Dubieńską. Gdy ta w 1929 roku wycofuje się z turnieju, laur zwycięstwa (w finale pokonuje Poradowską) nie przynosi jej tak wielkiej satysfakcji. Podobnie jak zbyt łatwa wygrana z „tenisową damą” rok później. Trudno powiedzieć, dlaczego Jadzia niemal bez emocji wspomina ten pojedynek, bo „Przegląd Sportowy” uznał go za niezwykle zażarty i wyrównany. „Dubieńska imponowała regularnością i dokładnością i zmusiła Jędrzejowską do dużego wysiłku” (ps 1930, nr 71). Być może myślami była już gdzieś indziej, chcąc zajść gdzieś dalej? A może tylko dla postronnych obserwatorów pojedynek ten wydawał się mieć jakiś wyjątkowy „klasowy posmak” – dla Jadzi okazał się w gruncie rzeczy jednym z wielu rozegranych meczów? Niemniej jednak Jadwiga Jędrzejowska tytułu Mistrzyni Polski nie pozwoliła już sobie odebrać aż do 1953 roku… Jadzia i Dżadża Z pewnością zachętą do myślenia o międzynarodowym sukcesie w sporcie były doniesienia z Pragi, gdzie w 1930 roku odbywały się iii Światowe Igrzyska Kobiet8. Polki zajęły sensacyjne drugie miejsce w klasyfikacji medalowej, a medale (złote) Konopackiej i Stanisławy Walasiewicz oraz (brąz) sztafety 4×100m (z Aliną Hulanicką, Marylą Freiwald, Stanisławą Walasiewicz i Felicją Schabińską) były wielkim wydarzeniem w świecie sportu. W tenisie kobiecym również nastąpił czas wielkich karier: po oszałamiających sukcesach „boskiej” Francuzki Susan Lenglen, na przełomie lat 20. i 30. nastał czas Amerykanki Heleny Wills Moody. Na łamach prasy wciąż toczą się dyskusje na temat szkodliwości sportu wyczynowego dla zdrowia i urody kobiet oraz

8 Impreza ta organizowana była od 1922 do 1936 przez Międzynarodową Federację Sportu Kobiet jako forma protestu wobec utrzymującego się do 1928 roku zakazu udziału lekkoatletek w olimpiadach.

134


„męskich” i „kobiecych” (siłowych i eleganckich) dyscyplin9. W Urodziłam się na korcie pada stwierdzenie: O ile tenis kobiecy (ale wyczynowy) jakoś zdobywał coraz lepszą pozycję, o tyle tenis masowy zupełnie – nie był popularny wśród kobiet (u, s. 39).

I póki co, w Polsce biały sport przyciągał wciąż jeszcze bardziej publiczność niż pieniądze, działaczy, sponsorów i tzw. wielki świat. Kiedy w 1931 roku Jadwiga jedzie pierwszy raz do Paryża, jest zupełnie zagubiona i onieśmielona – nie zna języka, na lotnisku jest zdana na siebie, bo ambasada nie została poinformowana o jej przyjeździe. Nikt na nią nie czeka, w kieszeni ma tylko kartkę z adresem znajomych, a w drodze do nich zostaje oszukana przez taksówkarza-naciągacza. Dopiero na kortach odzyskuje poczucie pewności siebie. W pierwszej rundzie, w niemożliwym upale gra zacięty mecz z dwukrotną mistrzynią świata Amerykanką Ryan. Ostatecznie przegrywa, jest tym załamana – i dziwi się gratulacjom oraz pozytywnym głosom w prasie: „Miss Ryan przeszła prawdziwe męki, zanim pokonała tę małą Polkę, której nazwisko jest tak masywne, jak jej drajwy”10. Chyba nie do końca wiedziała, z kim w ogóle przegrała. „Dżadża”, bądź „Jed” – jak wkrótce zaczęto ją nazywać – podobną sensację wzbudza również na Wimbledonie. Co ciekawe, również swoją porażką – ulega tam mistrzyni świata Kathleen McKane Godfree. Jak widać, zanim Jadwiga zaczęła święcić swoje największe triumfy, najpierw musiała nauczyć się przegrywać z najlepszymi. Znaczenie tego typu „lekcji pokory” w biografii sportowca będzie podkreślać przez całe swoje życie. W jej wspomnieniach powracać będzie jeszcze jeden wątek – towarzyszące jej wielokrotnie poczucie osamotnienia. Jeszcze przed wimbledońskim spotkaniem Jadwiga nie ma pojęcia, kim jest jej przeciwniczka – nie słyszała nigdy jej nazwiska. Pochodzi przecież gdzieś z prowincji światka tenisowego, nie 9 Interesujący jest choćby wywiad z prezeską Międzynarodowej Federacji Kobiecej p. Milliat w „Przeglądzie Sportowym” z 1930, nr 76, s. 6. 10 Cyt. za. J. Podgórska, Jadzia z innego świata, „Polityka” 2012, http://www.polityka. pl/historia/xxwiekdo1945/1528749,2,jedrzejowska-nasza-przedwojenna-finalistkawimbledonu.read [dostęp: 7.11.2012].

135


ma jeszcze trenera ani kogokolwiek, kto doradzałby jej, jaką taktykę wybrać czy też wspierał psychicznie w krytycznych momentach11. Co ciekawe, w tej sytuacji rolę doradców – jak wspomina Jadwiga – pełniły niejednokrotnie inne zawodniczki, które pomimo rywalizacji sportowej, przyjaźniły się ze sobą również na korcie. W Berlinie w 1932 roku, po zaciętym secie wygranym z Heleną Jacobs, podbiega do niej jakaś zawodniczka, sugerując taktykę na kolejną partię. W przerwie w szatni pojawia się inna tenisistka, Niemka Rezniczek, z dobrym słowem i radą i Jadwiga osiąga swój pierwszy życiowy sukces, pokonując drugą rakietę świata. Ze swoją deblową partnerką, Brytyjką Susan Noel, zaprzyjaźni się do tego stopnia, że jeszcze przed wojną, w czasie turnieju wimbledońskiego, będzie mieszkać w jej londyńskim mieszkaniu, zaś Brytyjka – jak sama potem przyznała – z miłości do Dżadży wyjdzie za mąż za Polaka12. Nawet, kiedy Jadwiga komentuje niesportowe i niekoleżeńskie zachowania francuskiej zawodniczki Simone Mathieu, usprawiedliwia to powszechnie akceptowanym systemem rozgrywek, w którym nielegalnie płacono „gwiazdom” za udział w turniejach (oficjalnie był zakaz opłacania

11 Ze wspomnień wynika, że instruktora przydzielono Jędrzejowskiej w 1933 roku (Hieronza), potem, już po przejściu do klubu warszawskiej Legii, dostała się pod opiekę Francuza Estrabeau. Jednak w wielu turniejach (np. w Wimbledonie) nie mogli oni kontaktować się z zawodnikami w czasie meczu. Być może jest to znowu „półprawda” stworzona na potrzeby tezy o braku profesjonalnej opieki sportowców w przedwojennych klubach. Ponieważ azs postawił nie na trening mistrzowski (i gwiazdorski), lecz szerokie szkolenie młodzieży, tylko kilkunastu najlepszych graczy, zebranych w dwóch sekcjach A i B, ćwiczyło z trenerem. Myślę, że dostanie się do tego niewątpliwie małego grona wybrańców zależało jednak od rzeczywistych umiejętności i wyników, a nie zasobności portfela (czy klasy), jako że klub opłacał instruktorów. Zob. Cz. Michalski, dz. cyt., s. 62. 12 Mimo tych wyraźnych sygnałów kobiecej solidarności wśród zawodniczek, w opinii publicznej pojawiał się wątek stereotypowej „babskiej zazdrości”. W „Przeglądzie Sportowym” Kazimierz Gryżewski w dość frywolnym i paternalistycznym artykuliku pisze: „Czy Jędrzejowską lubią kobiety (mamy na myśli konkurentki)? Na pewno nie. Ona też ich nie uwielbia i raczej szuka towarzystwa męskiego. Panna Jadzia lubi się bawić, lubi tańczyć do upadłego”, zob. K. Gryżewski, Ulubienica całej Europy. Wspomnienia wspólnych wypraw z Jędrzejowską, „Przegląd Sportowy” 1936, nr 55, s. 2.

136


amatorów) i sztucznie zaostrzano rywalizację między nimi13. Trafnie zauważa ten moment, gdy świat tenisa, jaki my znamy, dopiero się rodził: W Europie powstała „elita tenisowa” i aby się w niej utrzymać, trzeba było zwyciężać. Dlatego też często wytwarzała się niezdrowa atmosfera dążenia do wygrywania za wszelką cenę (u, s. 77).

Tak, z pewnością był to świat podziałów klasowych, ekonomicznych, geograficznych, narodowych, ale i w nim było miejsce dla przyjaźni. Oprócz, jak się zdaje, bliskiej relacji z siostrą Zosią, Jadwiga wiele miejsca we wspomnieniach poświęca swoim stosunkom z koleżankami z kortu: Na mojej drodze spotkałam wiele tenisistek, które początkowo boczyły się, lecz później lgnęły do mnie i stawały się największymi przyjaciółkami. Zawsze byłam zdania, że w sporcie, nawet przy największej rywalizacji, należy pamiętać o przyjaźni (u, s. 124).

Kraków – Warszawa – cały świat Przed sezonem 1935 Jadwiga dostaje propozycję przejścia do prestiżowego Warszawskiego Lawn Tennis Klubu „Legia” – przyciągającego już wówczas najlepszych zawodników Polski14. Pomimo tego, że również krakowski azs osiąga swoje największe sukcesy sportowe, Jadwiga przyjmuje ofertę, prawdopodobnie ze względów ekonomicznych. Nawet wyczynowcy zwykle mieli jakieś drugie zajęcie, dające im utrzymanie w martwym sezonie zimowym. Zwłaszcza, jeśli pochodzili z tak biednej rodziny, jak ona. W Warszawie Jadwiga była przedstawicielką firmy Dunlop produkującej rakiety. Tego sprzętu miała używać też później na kortach. Jak jej się udało wywalczyć możliwość grania słynnym białym Slazengerem (najcięższym spośród rakiet 13 Za późniejszy udział w finale Wimbledonu Jadwiga otrzymała bon towarowy za 3,5 funta. 14 Z Urodziłam się na korcie nie wynika jasno, kiedy dokładnie Jędrzejowska zmieniła klub. Krzysztof Rawa mówi o roku 1932. Ja kierowałam się ustaleniami Czesława Michalskiego, który podając biogramy członków i członkiń azs-u, wskazuje 1934 rok jako datę odejścia Jędrzejowskiej z krakowskiego klubu.

137


dla kobiet)? Jadzia żegna się więc z Krakowem i matką, potem przyznaje, że nie ma już gdzie wracać: „Tam, gdzie stał nasz dom i znajdowały się korty, przebiega dziś ulica” (u, s. 70)15. Kariera Jadwigi Jędrzejowskiej, choć spektakularna, wcale nie była tak szybka, jak mogłoby się wydawać i nie tylko w odniesieniu do realiów dawnego sportu, lecz również ze względu na specyfikę tenisa. Polska mistrzyni jeszcze pod koniec swojego życia mawiała: My, polscy gracze, powinniśmy jak najwięcej jeździć i jeździć, i… dać się bić. Jeszcze długo będziemy bici, zanim nauczymy się grać w tenisa tak, jak to widać na wielkim świecie16

i Jadwiga jeździła z turnieju na turniej, w kraju nie mając sobie równej, za granicą coraz częściej wygrywając z czołówką. Zimy spędzała na francuskiej Rivierze, gdzie zawodnicy szlifowali formę, grywając w kurortach. Tam właśnie poznała króla szwedzkiego Gustawa v – wtedy już starszego, ale bardzo sympatycznego protektora wielu tenisistów, który startował pod pseudonimem „Mister G”. Polubili się, zresztą – Jadzię jakoś dziwnie lubili wszyscy. Miała niezwykły dar zjednywania sobie osób, z którymi dzieliły ją przecież ogromne różnice klasowe, kulturowe, językowe. Szybko nauczyła się angielskiego i niemieckiego, dogadywała się też po francusku. Jednocześnie nigdy nie przestawała pracować zawzięcie nad sobą. Poprawiła bekhend (na trudny plasowany), jej pierwszy serwis coraz częściej pozostawiał przeciwniczki bezradne na korcie, gra na siatce stała się odważniejsza i mądrzejsza. W sezonie 1936 pokonuje już Jacobs, Mathieu, a w ćwierćfinale Wimbledonu mistrzynię Anglii Kay Stammers, zwycięża też w londyńskim Queens Clubie17. Trudno 15 W marcu 1938 roku zarządzono przebudowę Parku Krakowskiego, ze względu na rozbudowę nowoczesnej i modnej dzielnicy mieszkalnej (wzdłuż ulicy Królewskiej) planowano zmienić też charakter parku z „ludowego”, rekreacyjnego na reprezentacyjno-spacerowy. Teren zielony zmniejszono, a azs stracił swoje słynne korty. Sekcję tenisową Związku rozwiązano w początkach 1939 roku. 16 Cyt. za: J. Podgórska, dz. cyt. 17 Jędrzejowska miała wyjątkowego pecha tylko do jednej zawodniczki: Hildy Krahwinkel, zwanej przez to „długonogą zmorą”. Zwykle udawało jej się ją pokonać na szybkich kortach trawiastych.

138


się dziwić, że nawet po przegranym półfinale wimbledońskim z Helen Jacobs, a więc jeszcze przed swoimi największymi sukcesami, została wybrana sportowcem roku w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, otrzymując w sumie 35902 głosów (drugi – Józef Noji otrzymał ich 30482) (ps, 1937, nr 6)18. Już wtedy witali ją ambasadorzy i osobistości, a jej postać była na tyle ciekawa dla rodzącej się wówczas kultury masowej, że zainspirowała filmowców do nakręcenia komedii romantycznej z tenisem w tle zatytułowanej: „Jadzia”19. Nadchodził rok 1937 – być może najgłośniejszy w karierze sportowej Jadwigi Jędrzejowskiej. Kluczem do sukcesu okazał się znowu Wimbledon – nieoficjalnie uznawany za tenisowe mistrzostwa świata. Po sensacyjnie wygranym półfinale z Amerykanką Alice Marble, Jed staje do walki z Brytyjką Dorothy Round. Pierwszy set przegrywa, drugi wygrywa, narzucając zabójcze tempo – w trzecim przy stanie 4:2 jest o dwa gemy od historycznego zwycięstwa. I wtedy coś się w niej załamuje. Wyrównuje jeszcze do stanu 5:5, ale ostatecznie przegrywa. Po meczu w szatni długo płacze, ale wraca na trybuny, żeby pogratulować zwycięstwa rywalce (taki był zwyczaj wimbledoński). Dorothy pociesza ją i chwali: „Wszystkie moje plany taktyczne, tak misternie wypracowane przez wiele dni, nie zdały się na nic wobec twoich brawurowych ataków”. Wściekła Marble strofuje: „Mogłaś wygrać i powinnaś wygrać, bo jesteś w tej chwili najlepsza na świecie. Dlaczego masz takie słabe nerwy i ten jakiś niezrozumiały kompleks niższości?”. Wielki Tilden pyta wprost: „Dlaczego tak strasznie bałaś się wygrać?” (u, s. 103–104). Marzenie o wygraniu Wimbledonu najsilniej i jak najpozytywniej odcisnęło piętno na psychice sportsmenki – dla niego zrezygnowała z intratnego

18 Józef Noji był długodystansowcem, wielokrotnym mistrzem Polski, olimpijczykiem i największym rywalem Janusza Kusocińskiego. Walczył w kampanii wrześniowej 1939 roku, potem działał w konspiracji. Zginął w obozie Auschwitz. 19 W rolę pojawiającej się filmie mistrzyni tenisowej – Jadzi (sic!) Jędruszewskiej wcieliła się Wanda Zawiszanka, choć nie była to postać pierwszoplanowa. Fabuła bowiem koncentrowała się na miłosnych perypetiach innej filmowej „Jadzi” – Maliczówny (w tej roli gwiazda: Jadwiga Smosarska), córki właściciela firmy sportowej, uwodzonej przez syna konkurencyjnej firmy. W filmie natomiast zagrała prawdziwa siostra Jędrzejowskiej – Zofia.

139


finansowo przejścia na zawodowstwo (do słynnego „cyrku Tildena”, czegoś w rodzaju rewii tenisowej). Dla niego wróciła po wojnie na korty… Tymczasem, zaraz po sukcesie wimbledońskim, przyjęła zaproszenie Amerykańskiego Związku Tenisowego i pojechała na turniej us Open (na kortach Forest Hills). Znów dotarła do finału, ale tym razem uległa Chilijce Anicie Lizanie (zwanej „baletnicą kortów”). Choć we wspomnieniach Ameryka jawi się jej jako kraj antyeuropejski, a wręcz szowinistyczny, do cna kapitalistyczny i burżuazyjny, Jadwiga zawiąże tu wiele przyjaźni: z Charliem Chaplinem czy Ernestem Hemingwayem, z zawodniczkami, zwiedzi Hollywood. Na kortach paryskich w 1939 roku zdąży dotrzeć jeszcze do finału. Przegrywa z S. Mathieu, ale w deblu wreszcie triumfuje. Wracając latem do Polski, przejeżdża przez iii Rzeszę i widzi mobilizację. W Polsce panuje niezrozumiały dla niej spokój, niezachwiana wiara w siłę swoją oraz sojuszników. We wrześniu wybucha wojna. Wojenne losy Choć powszechnie mówi się, że wojna przerwała nabierającą pędu karierę Jadwigi Jędrzejowskiej, nie można pominąć tego okresu, bo to przecież historia i polityka najsilniej wpłynęły na jej dalsze losy sportowe. Tymczasem w i wydaniu wspomnień lata okupacji są „wycięte” z jej życiorysu, jakby sportowcem była wyłącznie na korcie. A warto pamiętać, że rzeczywistość wojenna okazała się szczególnie trudna dla tych, którzy ze sportem wyczynowym związali całe swoje życie. Pozostawieni bez środków i bez pracy, musieli szukać innych źródeł utrzymania. Tu potrzebny był pomysł – Aleksander Olchowicz, mecenas tenisa i działacz, podpowiada, by wzorem aktorów otworzyć kawiarnię. Wraz z Januszem Kusocińskim, Ignacym Tłoczyńskim, Marysią Kwaśniewską i swoją siostrą Zosią, Jadwiga prowadzi więc „Gospodę pod Kogutem” (przy ulicy Jasnej). Niepozorna piwnica zaczyna pełnić funkcje towarzyskie, terapeutyczne i polityczne – w miejscu tym można spotkać dawnych przyjaciół, poczuć znowu siłę wspólnoty, spróbować stawić opór wojennej rzeczywistości. Janusz Kusociński być może ze zbytnią nieostrożnością podchodzi do swojej pracy konspiracyjnej – powtarza wielokrotnie, że nie wierzy, żeby Niemcy, ubóstwiający sportowców, mogli mu coś zrobić. 140


Gestapo aresztowało go wiosną 1940 roku, pomimo tortur nie wydał kolegów z podziemia i zginął ostatecznie zastrzelony w Palmirach. Przesłuchaną „obsługę” kawiarni zwolniono z Alei Szucha do domu, ale „Gospoda pod Kogutem” staje się miejscem „naznaczonym” i wkrótce zostaje zamknięta. Jadwiga znajduje zatrudnienie w fabryce butów bydgoskiego tenisisty Wejnerowskiego. W czasie Powstania Warszawskiego ucieka wraz z siostrą z zamkniętego przez Niemców budynku przez Pola Mokotowskie do Żyrardowa. Chudsza o prawie 20 kilogramów, po trzykrotnej operacji tętnicy w prawej ręce, przeżyje wojnę i wróci, ale tylko na moment, do zrujnowanej Warszawy. Chce odszukać swój medal wimbledoński. Udaje się jej, ale niczego więcej z pożogi wojennej nie ocali. Czy rzeczywiście Jadwiga przez całą okupację nie miała rakiety w ręku, jak przekonuje w Urodziłam się na korcie? Czy raczej, jak twierdzi Kazimierz Gryżewski w artykule zamieszczonym w pierwszym powojennym numerze „Przeglądu Sportowego”, grywała potajemnie z innymi na kortach przy Instytucie dla Głuchoniemych na ul. Książęcej?20 Wezwana przez Gestapo odmówiła wyjazdu z Polski do Szwecji na życzenie króla Gustawa, jej dawnego partnera z Riviery. Odmówiła również samym Niemcom grania w ich kraju. Kiedy wojna się skończyła, miała 33 lata. Wydawało się, że jej tak brutalnie wyhamowana kariera sportowa, dobiega końca. Poza jedną Hildą Krahwinkel, żadna z jej dawnych rywalek już nie wróciła po 1945 roku na korty21. Kiedy spotkały się w Szwecji, Hilda była bardzo zdziwiona – prasa zagraniczna donosiła, że Jadwiga zmarła w Powstaniu Warszawskim. Tenis światowy przez pięć lat nieobecności Polki zmienił się – panował w nim już nieco inny (bardziej siłowy, mówiono „amerykański”) styl gry, przyszła nowa generacja. Wojna zabrała Jadwidze najlepsze dla sportsmenki lata. Jednak ona nie byłaby sobą, gdyby ten „mecz” oddała walkowerem.

20 J. Gryżewski, Z Wimbledonu do Gospody pod Kogutem, „Przegląd Sportowy” 1945, nr 1. 21 Wanda Dubieńska (co prawda starsza od Jadwigi o 13 lat) również nie kontynuowała w żaden sposób swej kariery sportowej. Po wojnie spędzonej w Krakowie, pracowała jako pielęgniarka, a potem – w Gorzowie Wielkopolskim jako weterynarka (w 1964 roku obroniła pracę doktorską). Zmarła z powodu niedoleczonej gruźlicy w 1968 roku. Zob. Cz. Michalski, dz.cyt.

141


Wola gry Kiedy działacze reaktywowanego w 1945 roku Polskiego Związku Tenisowego zastanawiali się, jak umasowić „biały sport” i czy nie wykorzenić „gwiazdorstwa” sportowego, Jadwiga Jędrzejowska z medalem wimbledońskim w kieszeni przenosi się do Bydgoszczy i natychmiast angażuje się w prace reaktywujące klub tamtejszej Polonii. Rękami kilku zapaleńców stopniowo remontowane są zrujnowane korty. Brakuje wszystkiego: rakiet i piłek w pierwszej kolejności. Jadwiga szyje sobie strój z resztek materiału, wychodzi na kort, podrzuca piłkę i… nie trafia. Po 20 minutach biegania jest wycieńczona. Chudsza o te kilkanaście kilo zwyczajnie nie ma siły uderzać. Początkowo prasa z niezmienną życzliwością śledzi poszczególne etapy jej powrotu do wielkiej formy. Nie tylko polski świat tenisowy jej w tym kibicuje. W „Przeglądzie” pojawia się informacja o nietypowym prezencie dla Jędrzejowskiej przysłanym z Ameryki – rakiecie i tuzinie piłek. W serdecznym liście prezes amerykańskiego związku tenisowego i jedna z fundatorek pucharu, wyrażają nadzieję na szybki powrót polskiej tenisistki do startów w zawodach (ps 1946, nr 17). Głód sukcesu i potrzeba wskazania jakiegoś pozytywnego bohatera jest silniejsza niż niechęć nowych władz do „białego sportu”. Jednak po początkowej fali optymizmu i kilku dość dobrych występach Jędrzejowskiej, dziennikarze (Gryżewski też) zaczynają zwracać uwagę na nieco rozczarowujące „postępy” mistrzyni. Nie wraca ona już do swojej przedwojennej formy, choć nadal gra dobrze i nadal jest popularna. W 1946 roku w numerze 22 „Przegląd” jednocześnie informuje o zaproszeniu Jędrzejowskiej na turniej do zsrr i niezaproszeniu jej (przynajmniej drogą oficjalną) na Wimbledon. Czy była to informacja prawdziwa, skoro we wspomnieniach tenisistka wyraźnie pisze, że wzięła udział w tych zawodach, odpadając co prawda szybko z zawodów głównych, ale wygrywając tzw. turniej pocieszenia? Jakaś ważna dyskusja wewnętrzna musiała się wówczas – w początkach państwa komunistycznego – toczyć między politykami, działaczami i sportowcami na temat roli i znaczenia sportu w tej nowej rzeczywistości. Z jednej strony, zaakceptowano obowiązkowy rządowy program usportowienia narodu, chciano zbudować wizerunek państwa doceniającego sportowców i opiekującego się nimi. Z drugiej – zwalczano i wyciszano wszelkie sygnały 142


o rzeczywiście bardzo trudnej sytuacji wyczynowców, którzy mieli podstawowe problemy z powrotem do treningów i startów. Gryżewski i jego redakcyjny kolega Trojanowski w karykaturalno-humorystyczny (ale jednak) sposób obśmiewają roszczeniowość gwiazd sportowych, które narzekają na problemy sprzętowe i finansowe, złą organizację treningów, trudności związane z wyjazdami zagranicznymi czy brak opieki dla dzieci powracających do aktywności sportsmenek (przypadek Jadwigi Wajs). Jędrzejowskiej dostaje się za znajomość z królem Szwecji i jej (prawdopodobne) narzekanie na zbytni ubytek wagi, który powinna dla dobra sportu uzupełnić…22 Jednocześnie pojawiają się i takie teksty, które wskazują dawnym gwiazdom nową rolę w socjalistycznym społeczeństwie. Jest to zaszczytna rola „nauczycieli młodych”, którzy nie tyle nawet byliby oddanymi trenerami nowych kadr, ile raczej wzorem postaw dla młodego pokolenia. Jadwiga ma wówczas 34 lata. Jest już mężatką (wyszła za mąż za Alfreda Gallerta z Bydgoszczy, bogatego amatora tenisa) i przenosi się do klubu katowickiego. Mieszka w Brynowie pod Katowicami. Jadzia w (serdecznym) uścisku władzy Okazuje się, że Jadwiga Jędrzejowska, nadal nazywana przez wszystkich „panną Jadzią”, w swojej nowej roli sprawdza się doskonale. Coraz częściej grywa z ważnymi osobistościami, politykami (rumuńskim premierem Petru Grozą). Zresztą tenis, będąc sportem ideologicznie podejrzanym, dostaje się „pod specjalną opiekę” państwa – przewodniczącym Polskiego Związku Tenisowego jest generał Piotr Jaroszewicz. Zaś po ucieczce Władysława Skoneckiego z kraju w 1951, związek zostaje rozwiązany na kilka lat23. Jadwiga jest potrzebnym 22 K. Gryżewski i E. Trojanowski, Kongres radzi. Mary sportowe w sylwestrową noc…, „Przegląd Sportowy” 1946, nr 1. 23 Urodzony w 1920 roku, Władysław Skonecki był wschodzącą gwiazdą powojennego tenisa (zwłaszcza Pucharu Davisa). Jednak gdy władze komunistyczne utrudniały mu wyjazdy zagraniczne, w 1951 roku uciekł z Polski (nie wrócił z turnieju w Szwajcarii). W kraju uznany został za zdrajcę, o jego sukcesach zagranicznych (był 4. rakietą świata) milczano, a Polski Związek Tenisowy rozwiązano i zastąpiono Sekcją Tenisa przy Głównym Komitecie Kultury Fizycznej. Skonecki wrócił na fali odwilży w 1956 roku,

143


Polsce Ludowej (a raczej władzy poszukującej dla siebie „ludzkiej twarzy”) wzorem wytrwałości, pracowitości, skromności i… wierności. Staje się prawdziwą ikoną sportu, ambasadorem naszego kraju (a wręcz naszym dobrem narodowym) i … wyrazicielką idei socjalizmu. Latem 1951 roku na otwarciu turnieju o mistrzostwo Polski w Sopocie wygłasza tekst-deklarację: My, czołowi tenisiści polscy, zobowiązujemy się swą postawą na korcie, swoją pracą w zawodzie, realizować wszystkie wskazania władzy ludowej. Oddajemy naszą tężyznę fizyczną dla zrealizowania Planu 6-letniego i włączamy się w narodowy front obrońców pokoju i budowy socrealizmu w Polsce Ludowej24.

Oprócz zawodów sportowych (głównie jednak w krajach komunistycznych), bierze udział w licznych turniejach pokazowych. Najbardziej spektakularny związany był z wyjazdem polskiej ekipy tenisowej do Moskwy w 1950. Jadzia cieszy się, ale jest to zupełnie inna radość niż wtedy, gdy pisała o swoich pierwszych wyzwaniach sportowych. Wyważonym tonem ogłasza: A więc zobaczę stolicę Kraju Rad, poznam ludzi radzieckich, o których tyle słyszałam, zapoznam się ze strukturą sportu w Związku Radzieckim, osiągającym w tej dziedzinie coraz bardziej rewelacyjne i imponujące wyniki, poznam sportowców tak bardzo różnych od tych, których spotykałam w krajach kapitalistycznych (u, s. 146).

Dalej jest nie mniej „poprawnie”. Już na granicy wschodniej kontrolują ich życzliwi celnicy, obsługa w pociągu jest uprzejma i niezwykle szybka, przywitanie na dworcu w Moskwie szczere i serdeczne, pokoje wygodne, zaś sama stolica idealnie zorganizowana. Nawet piesi i kierowcy są tak zdyscyplinowani, że żadne zatory nie blokują wartkiego nurtu miasta. Nawet odśnieżaczki działają bez zarzutów… Treningi i mecze pokazowe z bratnimi tenisistami radzieckimi udają się również doskonale, wszystko jest przemyślane, zaplanowane. Życzliwość kibiców rok później reaktywowano pzt (prezesem Andrzej Majewski). Po zakończeniu kariery wyjechał z Polski. Zmarł w Wiedniu w 1983 roku. 24 A. Uścińska, Tenis w Peerelu, „Karta” 2007/53, s. 119–132, s. 124.

144


aż płynie z trybun, tym bardziej, że polskim sportowcom nie idzie najlepiej – Rosjanie przewyższają ich kondycją i szybkością, okazują się również niezwykle wszechstronni sportowo. Nieobca jest im też kultura wysoka: balet, gra na pianinie, teatr. Co jednak najważniejsze, robią ogromne i błyskawiczne postępy w tenisie. I rzeczywiście, Jadwiga wygrywa co prawda pierwszego seta z mistrzynią Korowiną, ale dwa kolejne oddaje do trzech. Cóż z tego, że gra ze złamanym palcem w lewej ręce, „na stojąco”, bo lekarze odradzili jej bieganie po korcie? Sukces radzieckiego sportu pozostaje sukcesem. Nie inaczej wygląda we wspomnieniach rewizyta Rosjan w Polsce tego samego roku w lipcu. Choć Jadwiga rewanżuje się mistrzyni zsrr w szybkich dwóch setach i polska drużyna triumfuje (6:5) – czytamy raczej znowu o ogromnym postępie… wschodnich przyjaciół. Bohdan Tomaszewski inaczej jednak zapamiętał te pokazowe mecze w Sopocie. Choć nagłośniony jako wielkie wydarzenie sportowe, pojedynek Skoneckiego ze „sławnym” Ozierowem szybko obnażył zaskakująco niski poziom tego drugiego. W tej groteskowej sytuacji publiczność gromkimi brawami nagradzała dosłownie każde udane zagranie radzieckiego mistrza25. Kłopotliwy dwugłos Analizując dostępne mi materiały prasowe oraz opracowania na temat biografii Jadwigi Jędrzejowskiej, jak również czytając wspomnienia Urodziłam się na korcie, natrafiałam na wiele takich miejsc, gdzie narracja o mojej bohaterce rozbijała się na dwa sprzeczne głosy. Czasem dotyczyły one określonych faktów (jak choćby tego, czy zdała lub nie maturę, została zaproszona na powojenny Wimbledon czy też nie, etc.). Zwykle jednak ów rozdźwięk pojawiał się, gdy próbowano oddać (odtworzyć?) to, w jaki sposób Jadwiga patrzyła na świat i wartościowała go. Jak głęboki był konflikt między elitarnością klubu tenisowego (i „białego sportu” w ogóle) – dostrzeganą przez małą dziewczynkę, a potem nastolatkę – a świadomością własnego robotniczego pochodzenia? Czy ów konflikt klasowy, przedstawiony we wspomnieniach jako jedno z doświadczeń fundujących biografię sportową Jędrzejowskiej, był 25 A. Uścińska, dz. cyt., s. 123.

145


rzeczywiście dla niej samej tak istotny? Czy jej klasowa „odmienność” była w ogóle zauważana, a jeśli tak, to czy była odbierana wyłącznie negatywnie jako rodzaj „upośledzenia”, „skazy”, czy może raczej wyróżniała ją, zjednując sobie sympatię innych zawodniczek, publiczności, mecenasów? W książce Gryżewskiego kontrowersje wokół decyzji przyjęcia Jadwigi do klubu mają charakter klasowy – Jadzia jest przecież córką robotnika, nie wiadomo, czy stać ją nie niewysokie, ale obowiązkowe składki. Szczególnie przeciwne są „damy”, które nie chcą grać z dziewczyną od podawania piłek. Ale powód toczonych w Zarządzie dyskusji był najpewniej bardziej prozaiczny: Jadwiga nie była studentką uj, a formalnie członkami azs-u mogli być tylko studenci, kadra profesorska oraz mecenasi i działacze tenisa (w charakterze członków honorowych lub założycieli). Żadnych wymogów klasowych, narodowościowych czy politycznych nie stawiano26. Gryżewskiemu chodziło więc raczej o zbudowanie i umocnienie przekonania, że w ii rp tenis był sportem elit, do którego dzieci robotników były dopuszczane warunkowo w charakterze „Kopciuszka na kortach”. Rola złej siostry przypadła w tej opowieści Wandzie Dubieńskiej, stąd we wspomnieniach pojawia się tak silnie wyeksponowany wątek rywalizacji Jadwigi z „damą sportu”. Gryżewski właściwie pomija zupełnie fakt, że choćby w 1934 roku we Lwowie obie zawodniczki zagrały w deblu, zdobywając tytuł międzynarodowych mistrzyń Polski, sukces ten powtarzając potem w Krakowie27. Podobnie jak w książce, przeoczona została informacja o tym, że również przedwojenne władze odznaczyły Jadwigę Jędrzejowską w 1937 roku Państwową Nagrodą Sportową. Z Urodziłam się na korcie wyłania się szereg dość prostych opozycji: między przedwojennym tenisem – obojętnym polskim władzom (podobnie jak sama idea wychowania fizycznego) i będącym próżną rozrywką elit – a powojennym tenisem, który przy odpowiednim wsparciu ma szanse stać się sportem 26 Cz. Michalski, dz. cyt., s. 28–29. 27 Bohdan Tomaszewski przypomina o stworzonym przez prl wyobrażeniu tenisa jako burżuazyjnej rozrywki dla grupy bogaczy, podczas gdy przedwojenne korty były zwykle miejscami przekraczania granic społecznych. Mariusz Pawłowski sugeruje natomiast, że władze komunistyczne podtrzymywały ten mit elitarności tenisa, roztaczając wokół niego aurę tajemniczości i zepsucia, która najsilniej okazywała się pociągać… samych dygnitarzy partyjnych. Zob. A. Uścińska, dz. cyt., s. 122, 130.

146


mas; między kapitalistycznym a komunistycznym podejściem do sportu i rywalizacji; między amerykańskim szowinizmem a radzieckim braterstwem etc. Czy są one wyrażonymi być może tendencyjnie, przerysowanymi, ale bliskimi prawdzie spostrzeżeniami samej Jadwigi Jędrzejowskiej? Czy może raczej są one pochodną zbyt jednoznacznego, choć wówczas poprawnego światopoglądu Kazimierza Gryżewskiego?28 Ta nieufność wobec słowa jest sporym problemem interpretacyjnym. Jak czytać fragment: „W krajach kapitalistycznych każdy tenisista uważa, że powinien strzec swoich tajemnic warsztatowych. Tu, w Związku Radzieckim, było zupełnie inaczej – sportowcy, trenerzy stanowią jedną zgraną rodzinę” (u, s. 150), jeśli wiem, że przeczy on wcześniejszym opisom Jędrzejowskiej relacji, jakie łączyła zawodniczki na korcie? Jako propagandową ingerencję dziennikarza w tekst czyichś wspomnień? Z rozmowy telefonicznej z Bohdanem Tomaszewskim dowiedziałam się, że Jadwiga była zła na Gryżewskiego za przypisanie jej poglądów, których nie miała. Ale przecież mogę sobie również wyobrazić, że ta biedna dziewczyna z robotniczej rodziny, która dociera na szczyt bez szczególnego wsparcia instytucji publicznych przedwojennej rp, uhonorowana przez nowe władze, chciała budować lepszą rzeczywistość dla innych, kibicując rządzącym? I tu znowu moje wątpliwości rozwiewa Bohdan Tomaszewski, mówiąc, że Jadwiga wiedziała doskonale, że sukcesy sportowe zawdzięczała tylko własnej pracy i umiejętnościom, nie zaś żadnemu ustrojowi. Nie miała złudzeń co do możliwości „wyprodukowania” prawdziwych mistrzów przez określoną ideologię. W dniu 22 lipca 1950 roku Jadwiga Jędrzejowska odbiera tytuł Zasłużonej Mistrzyni Sportu od Rady Ministrów29. Jesienią tego roku zaczyna trenować 28 Zresztą sama postać Gryżewskiego nie jest bynajmniej jednoznaczna i oczywista. Już przed wojną zaprzyjaźnił się z Jadwigą Jędrzejowską i pozostawał z nią w bliskich relacjach. W czasie wojny również był związany z działalnością „Gospody Pod Kogutem”. Choć był on również ważną i uznawaną postacią powojennego dziennikarstwa sportowego, w pewnym momencie popadł w niełaskę władz i ostatecznie został zwolniony z funkcji redaktora „Przeglądu Sportowego” w 1953 roku. Być może tą niezwykle poprawną politycznie książką próbował więc ratować swoją sytuację zawodową? A jeśli tak, to czy Gryżewski przedstawił w niej swój światopogląd? 29 Na okładce wewnętrznej wydania z roku 1955 widnieje fotografia tenisistki z podpisem „Jadwiga Jędrzejowska. Zasłużona Mistrzyni Sportu. W wydaniu drugim, z 1971 roku,

147


górników ze Zrzeszenia „Stal”, potem w przyszłej „Hucie Baildon” szkoli młodzież, ale bez większego przekonania, bo jak twierdzi „wytrąca ją to z uderzenia”. Wciąż nie znajduje dla siebie godnej następczyni – z jakichś powodów, mimo ogromnego wsparcia władzy, talenty tenisowe nie chcą się ujawnić30. Jadzia znowu weszła na drzewo Byłoby to i niesprawiedliwe, i nieprawdziwe, gdyby powojenny okres w biografii sportowej Jadwigi Jędrzejowskiej próbować zredukować wyłącznie do wypełniania obowiązków prl-owskiej „ambasadorki” tenisa. Nie osiągnęła ona być może już tak spektakularnych zwycięstw jak przed wojną, ale nawet na moment nie przestawała grać. W 1953 roku zdobywa swój 19. tytuł mistrzowski kraju (pomijając lata wojny). Przegrywa dopiero w 1954 r. z Ryczkówną, ale bardziej z własnymi nerwami, bo – jak sama przyznaje – panicznie bała się tego momentu – momentu utraty tytułu (u, s. 164). Odzyskuje go jeszcze w 1955 i 1958 i 1959 oraz 1962, kiedy to zostaje potrójną mistrzynią Polski: w singlu, deblu i mikście. Ostatecznie jest trochę rozczarowana tymi wygranymi – wie, że kiedy przegrywa, to raczej z samą sobą. Ale nie rezygnuje z występów aż do 1968 roku, bo potrzebuje rywalizacji. Jest ona dla niej sposobem potwierdzenia własnej wartości, sensem jej życia. Choć być może widok ponad pięćdziesięcioletniej kobiety uganiającej się za piłką i ogrywającej (wciąż jeszcze) nastolatki mógł budzić i podziw, i zdziwienie, Jadwiga podkreśla z siłą: Start w zawodach daje mi gwarancję, że gra toczy się na serio, a po drugiej stronie kortu stoi rywal, który nie ma zamiaru oszczędzać „starszej pani”31. pojawia się niewielka, ale znacząca zmiana – Jadwiga Jędrzejowska staje się już „Zasłużonym Mistrzem Sportu”. 30 Rzeczywistość tego wsparcia władzy, o którym tak zawzięcie przekonuje Kazimierz Gryżewski w posłowiu do wspomnień, jest również mocno dyskusyjna. Gryżewski posługuje się liczbami: „W 1957 r. w kraju działa 170 klubów, sekcje mają 5390 członków, czynne był 454 korty. Łączna dotacja 3,8 mln zł”, zaś z relacji zawodników i trenerów, z doniesień prasowych słychać o nieustannym deficycie sprzętowym (piłki!) oraz niszczejących, niedotowanych kortach. 31 J. Jędrzejowska, Z wizytą u dawnych mistrzów, „Trybuna Ludu”, 12 grudnia 1966/343.

148


Oficjalnie kończy karierę na kortach katowickiego Baildonu w czasie międzynarodowych mistrzostw Polski w 1968 roku – tym samym, w którym umiera Wanda Dubieńska. Przed śmiercią Jędrzejowska zdąży jeszcze odwiedzić dawne przyjaciółki z Riwiery i Paryża, z Ameryki i Szwajcarii. W 1977 roku otrzymuje nagrodę imienia Janusza Kusocińskiego za wyniki sportowe i postawę obywatelską. Dnia 28 lutego 1980 roku umiera na raka krtani w Katowicach, ale pochowana zostaje w rodzinnym Krakowie. Jadwiga Jędrzejowska 23 razy była mistrzynią w grze pojedynczej, 5 razy w grze podwójnej, 24 w grze mieszanej, była wimbledońską wicemistrzynią świata, deblową mistrzynią Francji, wicemistrzynią Ameryki, czterokrotną mistrzynią Londynu, Budapesztu, dwukrotną mistrzynią Austrii, Czechosłowacji, Rumunii, wicemistrzynią Grecji, Francji i Szwecji. Przez prawie pół wieku tworzyła historię polskiego sportu. Przypomniano sobie o niej, gdy Agnieszka Radwańska zagrała w finale Wimbledonu w 2012 roku. Czy ktoś dziś pamięta, że zaniedbane katowickie korty przy ulicy Astrów noszą jej właśnie imię? Na zachowanym w archiwum Telewizji Polskiej nagraniu, będącym fragmentem świątecznego wywiadu przeprowadzonego przez Bohdana Tomaszewskiego w 1969 roku, Jadwiga Jędrzejowska wciąż z pasją (zawsze w czasie teraźniejszym) relacjonuje swoje sportowe pojedynki. Te wspomnienia sprawiają jej radość – myślę, że nie mniejszą niż wtedy, gdy wspinając się na drzewo, prześcigała wszystkich chłopaków i dotykała tej najcieńszej, najbardziej odległej gałęzi. Chciałam serdecznie podziękować panu Bohdanowi Tomaszewskiemu za cierpliwość w rozwiewaniu moich wątpliwości i okazane zaufanie oraz panu Krzysztofowi Wolańskiemu z tvp, dzięki któremu mogłam usłyszeć głos Jadwigi Jędrzejowskiej.

149


Monika Świerkosz

Dr nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Pracę doktorską poświęconą miejscu współczesnej prozy kobiecej w polskim kanonie literackim obroniła na Wydziale Polonistyki uj. Interesuje się ponowoczesną filozofią feministyczną, geografią humanistyczną, studiami kulturowymi i wizualnymi oraz związkami między polityką i literaturą. Zajmuje się też krytyką literacką, współredaguje czasopismo internetowe „unigender”. Wielbicielka Pippi, Muminków oraz Nowej Huty.

150


bibliografia:

Bojanowski M. Gryżewski K. i Trojanowski E. Gryżewski K. Gryżewski K. Dutkowski Z. Jędrzejowska J. Jędrzejowska J. Machura J. Michalski Cz. Podgórska J. Rawa K. Uścińska A. Zachariasz A.

Dżadża, „Polityka” 2007/3, s. 74–75. Kongres radzi. Mary sportowe w sylwestrową noc…, „Przegląd Sportowy” 1946, nr 1. Ulubienica całej Europy. Wspomnienia wspólnych wypraw z Jędrzejowską, „Przegląd Sportowy” 1936, nr 55. Z Wimbledonu do Gospody pod Kogutem, „Przegląd Sportowy” 1945, nr 1. Po prostu Jadzia, [w:] Najlepsi sportowcy xx wieku, Warszawa 2002, s. 56–58. Urodziłam się na korcie, oprac. K. Gryżewski, Warszawa 1971. Z wizytą u dawnych mistrzów, „Trybuna Ludu”, 12 grudnia 1966/343. Urodzona na kortach, „Śląsk” 2004/3, s. 59. Akademicki Związek Sportowy w Krakowie 1909–1945, cz.1, Kraków 2007. Jadzia z innego świata, „Polityka” 2012, http://www.polityka.pl/historia/xxwiekdo1945/1528749,2,jedrzejowska-naszaprzedwojenna-finalistka-wimbledonu.read [dostęp: 7.11.2012]. Jadzia, generał, radca i brydż, „Rzeczpospolita” 2012, nr 246, s. A22, http://www. rp.pl/artykul/944338.html?print=tak&p=0 [dostęp: 10.12.2012]. Sportowcy xxx-lecia, Warszawa 1974, s. 348-356. Tenis w Peerelu, „Karta” 2007/53, s. 119-132. Park Krakowski (Seria: Parki Krakowa), Kraków 2009.

Oraz:

151

„Przegląd Sportowy” 1921–1939, 1945–1959, http://buwcd.buw.uw.edu.pl/e_zbiory/ ckcp/p_sportowy/p_sportowy/start.htm [dostęp: 7.11.2012].



Kinga Kołodziejska

Dawid

Gusta Dawidson-Draenger – kronikarka żydowskiego ruchu oporu w Krakowie

Przecież ludzkość umówiła się, że umieranie z bronią jest piękniejsze niż bez broni. Więc podporządkowaliśmy się tej umowie1. Marek Edelman 1

Gitel znaczy „dobra”2 Gitel. Takie imię nadano Guście Dawidson 11 listopada 1916 roku, zgodnie z żydowskim zwyczajem3, w najbliższą sobotę po jej narodzinach. Jeśli imię nas jakoś naznacza, to Guście nakazano być dobrą, co w powszechnym rozumieniu tego słowa wiąże się z łagodnością, serdecznością, zdolnością do poświęcenia dla innych. Tak właśnie we wstępie do napisanego przez nią i wydanego zaraz po wojnie pamiętnika 4 opisuje Gustę Józef Wulf, jeden z jej przyjaciół i towarzyszy działalności konspiracyjnej:

H. Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem, Kraków 1979, s. 17. To wywiad-rzeka przeprowadzony przez Hannę Krall z Markiem Edelmanem – ostatnim żyjącym wówczas (M. Edelman zmarł w 2009 r.) przywódcą powstania w getcie warszawskim. 2 W języku jidysz spotyka się również pisownię „Gittel”, jednak nie w akcie urodzenia Gusty. Hebrajska odmiana tego imienia brzmi Towa (Tova, Tovah) i w tej wersji pojawia się również niekiedy imię Gusty. 3 Zgodnie z żydowskim zwyczajem, chłopcy otrzymują hebrajskie imię podczas uroczystości obrzezania (brit mila) w osiem dni po urodzeniu. Dziewczynki natomiast – w pierwszy Szabat następujący po urodzeniu. Tradycyjnie odbywa się to w synagodze. 4 G. Dawidsohn-Draengerowa, Pamiętnik Justyny, Kraków 1946. 1

153


Gusta („Justyna”) była kobietą młodą, ładną i subtelną. Kobiece cechy przeniknęły jej istotę i wycisnęły piętno na całym jej charakterze. (…) często zetknięcie serdeczności jej duszy i spokoju jej serca z surowością zasad jej męża kładło się cieniem na jej jasnym usposobieniu5.

Trudno odnaleźć w tym wizerunku nieustraszoną „Justynę”, legendę krakowskiej Żydowskiej Organizacji Bojowej. Konspiratorkę ukrywającą się na aryjskich papierach. Organizatorkę sieci tajnych mieszkań dla działaczy ruchu, która po nocach przygotowywała dla nich „lewe” papiery. Kobietę, która na wieść o aresztowaniu męża, sama zgłosiła się na gestapo, a wezwana na przesłuchanie miała powiedzieć: Tak, zorganizowaliśmy żydowskie grupy bojowe i przyrzekamy wam, że jeżeli uda nam się umknąć z waszych rąk, zorganizujemy o wiele silniejsze niż dotychczas grupy partyzantki6.

Jednak i ten przekaz, znacznie odbiegający od poprzedniego, a pochodzący wszak od tego samego autora, nie zadowalał mnie. Szukałam Gusty pomiędzy jednym a drugim wykluczającym się opisem. Nie była łatwym tematem poszukiwań, a z każdą uzyskiwaną na jej temat informacją stawała się postacią coraz bardziej mityczną, legendarną. Na dodatek opisywane przez ocalałych świadków fakty dotyczące jej pobytu w więzieniu, ucieczki, a potem ponownego uwięzienia, aż wreszcie śmierci, wzajemnie się wykluczały. Gusta wymykała mi się wciąż, nie poddawała poznaniu. Ze zdobywanych stopniowo informacji wyłaniała się bohaterka bez skazy, kobieta idealna i tak heroiczna, że aż nieprawdopodobna. Niemal zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle istniała… Gitel Dawidson, córka Menachema Majera i Ester z domu Blumenfrucht Tak, istniała. W Archiwum Państwowym w Krakowie znajduje się akt urodzenia Gitel Dawidson7. Przyszła na świat 6 listopada 1916 roku w domu przy 5 J. Wulf, Wstęp [w:] G. Dawidsohn-Draengerowa, dz. cyt., s. 16. 6 Tamże, s. 18. 7 Archiwum Państwowe w Krakowie, stgkr 1200, poz. 534 (Księga urodzeń izraelickiego okręgu metrykalnego w Krakowie z 1916 r.).

154


ul. dietlowskiej 36. Akuszerką była Lea Bochner. Był poniedziałek. Pięć dni później, w sobotę nadano jej imię Gitel. Była córką Menachema Majera Dawidsona8, faktora9 w Krakowie. Matka Gusty miała na imię Ester i była córką Izaaka Blumenfruchta, talmudysty w Krakowie oraz „żony jego zmarłej Małki z Pitzelów”. Menachem Majer i Ester pobrali się 22 listopada 1915 roku. Z tych znikomych, wydawałoby się, informacji, wynika jednak co najmniej parę faktów, dzięki którym Gusta zaczęła być dla mnie bardziej już realna. Pochodziła ze starej tradycyjnej krakowskiej rodziny żydowskiej. Była też, sądzę, pierwszym dzieckiem w rodzinie. Mieszkała na Dietla 36, niedaleko Wawelu. Ten adres pojawia się także – jako miejsce jej zamieszkania – w akcie małżeństwa Gusty z Szymonem Draengerem10. W tym samym dokumencie zanotowano, iż ówczesna panna młoda była nauczycielką. Mogłam się więc czegoś uchwycić w moich poszukiwaniach. Historia Gusty zyskała swój początek. Gusta, żona Szymona „Symka” Draengera Wciąż jednak niewiele wiem na temat jej życia w okresie przedwojennym. Na pewno należała do Związku Młodzieży Hebrajskiej „Akiba”11. Była to jedna z wielu przedwojennych organizacji syjonistycznych, stawiających sobie za cel przygotowanie młodzieży do życia i pracy w Palestynie. W swoich

8 Spotyka się różny zapis pierwszego nazwiska Gusty. Zarówno Dawidson, jak i Dawidsohn. W akcie urodzenia występuje zapis bez „h”. Natomiast w akcie małżeństwa Gusty z Szymonem Draengerem w nazwisku ojca Gusty pojawia się „h”, jednak jest ono przekreślone, dlatego będę się posługiwać nazwiskiem Dawidson. 9 Faktor był rodzajem pośrednika handlowego. Elżbieta Długosz w tekście pt. Gusta Draenger, [w:] Wojna to męska rzecz? Losy kobiet w okupowanym Krakowie w dwunastu odsłonach, Kraków 2011, podaje, iż ojciec Gusty był ponadto kantorem synagogalnym. 10 Archiwum Państwowe w Krakowie, stgkr 1284, poz. 21 (Księga małżeństw izraelickiego okręgu metrykalnego w Krakowie z 1940 r.). 11 Hebrajska nazwa organizacji brzmiała Ha-Noar ha-Iwri „Akiba”. Była to niesocjalistyczna organizacja syjonistyczna, związana z umiarkowanym skrzydłem ogólnego syjonizmu. Została zarejestrowana w 1934 roku, a jej centrala mieściła się w Krakowie.

155

4. Gusta Dawidson-Draenger


działaniach czerpała z doświadczeń skautingu i polskiego harcerstwa. Spośród pozostałych ruchów młodzieżowych o charakterze syjonistycznym „Akiba” wyróżniała się większym przywiązaniem do żydowskiej tradycji religijnej, choć dystansowała się wobec ortodoksji. W drugiej połowie lat 30.12 Gusta pełniła w niej rolę wychowawczyni. Zdjęcia zgromadzone w Muzeum Bojowników Getta im. Icchaka Kacenelsona w Izraelu13, przedstawiają niezwykle bogate życie członków organizacji. Obozy letnie i zimowe, przygotowujące młodzież do pionierskiego życia w przyszłej ojczyźnie, w Żywcu, Bańskiej Wyżnej, Krzeszowicach, Bielsku. Wyjazdy do Wilna i Warszawy. Wycieczki wysokogórskie w Tatrach. Gusta, poza pełnieniem funkcji wychowawczych, zajmowała się też nauczaniem geografii Palestyny, która miała stać się przyszłym miejscem zamieszkania młodzieży, oraz pisywała artykuły do czasopisma pn. „Cejrim” (Młodzi). Wtedy też zapewne poznała Szymona Draengera, rówieśnika14, z którym często pojawia się na wspomnianych fotografiach. Wkrótce – już w trakcie okupacji – podejmą razem, jak wielu członków „Akiby”, działalność w żydowskim ruchu oporu, chcąc czynnie, w aktywnej walce z bronią w ręku, przeciwstawić się postępującej zagładzie swojego narodu. W swoim pamiętniku Gusta co chwilę wymienia wśród działaczy żydowskiego podziemia któregoś ze swoich przedwojennych wychowanków i co chwilę też zastanawia się, czy którykolwiek z wpajanych im przedwojennych ideałów może się przydać w okolicznościach, na które nikt nie mógł ich przygotować.

12 Nie udało mi się ustalić ścisłej daty wstąpienia Gusty do organizacji. Najwięcej zdjęć z obozów organizowanych przez „Akibę”, na których pojawia się Gusta, pochodzi z lat 1937–39. Jednak w Muzeum Bojowników Getta znajduje się też zdjęcie z wycieczki w Tatry, datowane na lata 1934–35, na którym również znajduje się Gusta. Pozwala mi to sądzić, iż Dawidson należała do „Akiby” od samego początku istnienia tej organizacji. 13 W Muzeum znajduje się album Dolka Liebeskinda, przyjaciela Gusty z „Akiby”, a później jednego z przywódców podziemia żydowskiego w Krakowie, przechowany przez jego żonę, Ewę Spiner-Liebeskind (po wojnie: Kuper). 14 Archiwum Państwowe w Krakowie, stgkr 1284, poz. 2, dz. cyt. W akcie małżeństwa Draengerów znajduje się informacja, iż Szymon Draenger urodził się 21 marca 1917 r. w Krakowie.

156


Ale wcześniej, już w październiku 1939 roku, gestapo po raz pierwszy aresztuje jej ówczesnego narzeczonego. Wówczas też Gusta po raz pierwszy decyduje się na dobrowolne uwięzienie z Szymonem. Obydwoje są przetrzymywani w obozie w Opawie15. Ponownie sama zgłosi się na gestapo w styczniu 1943 roku, podążając w ślad za mężem i innymi działaczami żydowskiego podziemia, schwytanymi po słynnym ataku na krakowską kawiarnię „Cyganeria”16. Trzeci i ostatni raz znajdzie się w rękach gestapo w listopadzie 1943 roku, kiedy to Szymon sam wskaże miejsce pobytu swojej ówczesnej już żony. Ten zaskakujący czyn miał być wynikiem umowy pomiędzy małżonkami, w myśl której, kto zostanie pierwszy aresztowany, wyda drugiego, aby nie pozostawiać go na świecie samego. Ale o tym jeszcze nie teraz. Justyna, żona Marka Borowskiego Dzięki zorganizowanym przez towarzyszy z „Akiby” łapówkom, Gusta i Szymon wydostają się z obozu w Opawie. 14 stycznia 1940 roku biorą ślub17. Mają 23 lata i są Żydami. Kraków, stolica Generalnego Gubernatorstwa, która już wkrótce ma zostać miastem wolnym od mieszkańców ich pochodzenia, przestaje być miejscem, w którym młodzi aktywiści „Akiby” mogą swobodnie działać. A coraz trudniejsza sytuacja ludności żydowskiej wymaga działania i to jak najszybszego. Jakby na przekór otaczającej rzeczywistości, przedwojenne młodzieżowe środowiska syjonistyczne, a wśród nich małżeństwo Draengerów, postanawiają nie poddawać się narastającej atmosferze beznadziei i kontynuować pracę przygotowującą do wyjazdu do Erec Izrael. Licznie powstają wówczas kibuce, będące placówkami o charakterze oświatowym, które staną się wkrótce zalążkiem struktur Żydowskiej Organizacji Bojowej. Na razie jednak mają na celu 15 W Opawie (niem. Troppau), a dokładnie w Skrochowicach, znajdował się obóz założony w sierpniu 1939 r. dla internowanych Polaków i Żydów głównie z ziemi cieszyńskiej i Górnego Śląska. 16 Atak na uczęszczaną głównie przez Niemców kawiarnię przy ul. Szpitalnej miał miejsce 22 grudnia 1942 roku i był najbardziej spektakularną akcją zbrojną przeprowadzoną przez Żydowską Organizację Bojową w Krakowie. 17 Archiwum Państwowe w Krakowie, stgkr 1284, poz. 21, dz. cyt.

157


podtrzymywanie morale młodych Żydów, których coraz dotkliwiej dotykają represje, kolejne ograniczenia i nagminne poniżanie. Już od pierwszych dni okupacji władze niemieckie wydają szereg rozporządzeń ograniczających wolność społeczności żydowskiej okupowanego kraju. Zanim jeszcze powstanie „żydowska dzielnica mieszkaniowa”, już 8 września 1939 roku Niemcy nakazują oznaczenie Gwiazdą Dawida wszystkich żydowskich sklepów i lokali gastronomicznych. 13 września zamknięte zostają domy modlitwy. 26 października wprowadzony zostaje obowiązek pracy przymusowej dla żydowskiej ludności w wieku od 14 do 60 lat. Od 18 listopada każdy Żyd powyżej 12. roku życia ma obowiązek noszenia opaski z Gwiazdą Dawida. I kolejne rozporządzenia, za którymi trudno było nadążyć, a przecież jeszcze codzienne praktyki bezprawnego rabowania prywatnych mieszkań żydowskich, publiczne obcinanie bród ortodoksyjnym członkom społeczności, zatrzymywanie przechodniów z opaskami i zmuszanie ich do natychmiastowego zamiatania lub odśnieżania ulic. I wszechobecne napisy „Nicht für Juden”, „Juden eintritt verboten”, w parkach, na ławkach, drzwiach lokali, sklepów, w końcu na szybach pociągów i tramwajów. O ile starsi członkowie żydowskiej społeczności próbowali się pogodzić z tym stanem rzeczy, mając nadzieję, ze przestrzeganie wszystkich zakazów pozwoli przeczekać gorsze czasy i jakoś dotrwać do końca wojny, o tyle część młodzieży dość miała biernego poddawania się losowi. W grudniu 1941 roku, kiedy w Krakowie funkcjonowało już od marca getto18, gestapo w Wiśniczu Nowym19 wydało zgodę na założenie w pobliskich Kopalinach farmy i prowadzenie w niej „kursów, mających na celu rolnicze przeszkolenie młodzieży żydowskiej”20. W tej to niewielkiej miejscowości miała początek historia krakowskiego ruchu oporu żydowskiego. Na czele farmy 18 3 marca 1941 roku szef dystryktu krakowskiego Otto Wächter wydał zarządzenie dotyczące utworzenia w Krakowie „żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej”. Do 21 marca do niewielkiego fragmentu dzielnicy Podgórze mieli się przenieść wszyscy Żydzi, którzy mieli pozwolenie na pozostanie w Krakowie lub zapewnienie, że takie pozwolenie otrzymają. 19 Obecnie nazwa tej miejscowości znajdującej się parę kilometrów od Bochni brzmi Nowy Wiśnicz, jednak we wspomnieniach i relacjach pojawia się zawsze w używanej przeze mnie w tekście formie. 20 J. Wulf, Wstęp, [w:] G. Dawidsohn-Draengerowa, dz. cyt., s. 9.

158


stanęli Gusta, Szymon, wspominany już Józef Wulf i słynny polonista z gimnazjum hebrajskiego, Juliusz Feldhorn. W dzień prowadzili zajęcia zgodne z profilem założonej placówki, w nocy zaś przygotowywali wybraną i sprawdzoną młodzież do pracy konspiracyjnej oraz wydawali tajne biuletyny informacyjne, rozprowadzone później przez łączniczki wśród ludności żydowskiej w Generalnej Guberni. Gusta stała się „Justyną”, Szymon – „Markiem”. Jednak również w konspiracji pozostali małżeństwem, o aryjsko brzmiącym nazwisku „Borowscy”. W okolicach lipca 1942 roku zapadła decyzja o walce zbrojnej, o oporze z bronią w ręku. Wiedziano już, co znaczą wysiedlenia21. Coraz mniej było do stracenia. 28 lipca 1942 roku w Warszawie powstała Żydowska Organizacja Bojowa, a zaraz po tym, w połowie sierpnia tego roku doszło do zjednoczenia syjonistycznych organizacji działających w okolicach Krakowa pod wspólną nazwą Bojowej Organizacji Żydowskiej Młodzieży Chalucowej (HeChaluc Ha-Lochem, czyli „Walczący Pionier”), zwanej powszechnie – na wzór warszawskiej – żob-em. Prowadzenie placówki w Kopalinach stawało się jednak powoli zbyt niebezpieczne. Okoliczna ludność zaczęła plotkować o podejrzanej działalności jej założycieli. Latem 1942 roku podjęto decyzję o likwidacji farmy i przeniesieniu działalności do getta krakowskiego. Tu, Szymon, wraz z Adolfem „Dolkiem” Liebeskindem i Abrahamem „Labanem” Leibowiczem, zajął się organizacją nowych struktur podziemnych i planowaniem coraz śmielszych akcji sabotażowych, a z czasem zbrojnych. Gusta Dawidson-Draenger – autorka epopei o krakowskim żob-ie Obowiązek bezpiecznego sprowadzenia rodziny swojej i Szymona do Krakowa spoczął jednak na Guście. A kiedy wykończona, ale i dumna z wykonania 21 W 1942 roku w getcie krakowskim miały miejsce dwa tzw. wysiedlenia – czerwcowe i październikowe. O ile podczas pierwszego mieszkańcy getta mieli jeszcze nadzieję, iż ich celem jest rzeczywiście wyjazd do pracy na roli na Wschodzie, jak głosili Niemcy, o tyle podczas drugiego wiedzieli już doskonale, iż wysiedlani docierają pociągami do obozu zagłady w Bełżcu.

159


tego wcale niełatwego już wówczas zadania, dotarła do getta, to wśród witających ją przyjaciół tylko na moment pojawił się Szymon, pędząc po chwili na konspiracyjne posiedzenie. Odtąd tak już miało być: Teraz już wszystko było dla niej jasne: dla Marka skończyło się życie osobiste. Odtąd „sprawa” porwała go w swe tryby i tylko ona ma dla niego wartość. Wszystko inne ma dla niego znaczenie pośrednie , tylko ona jedna ma dla niego wartość wyłączną, bezwzględną22.

Od tego momentu też zaczyna się akcja „Pamiętnika Justyny” pisanego przez nią (a w pewnych fragmentach dyktowanego współwięźniarkom) podczas pobytu w kobiecym oddziale więzienia Montelupich od połowy stycznia do 29 kwietnia 1943 roku. Po opuszczeniu farmy w Kopalinach Gusta czuje się odsunięta nie tylko od Szymona, od teraz zajętego już tylko „posiedzeniami”, ale też – od centrum dowodzenia. W milczeniu znosi ciągły brak wieści o mężu i o rozwoju sytuacji w krakowskim ruchu oporu. Przypadkiem często dowiaduje się o kluczowych decyzjach, w których podejmowaniu jeszcze nie tak dawno brała udział. A jednak to ona dokonuje rzeczy arcyważnej. Postanawia spisać historię ruchu. I nie jest istotne, czy stworzony przez nią dokument stanowi dziś źródło wiedzy historycznej. Istotna jest tutaj intencja, jaka przyświecała Guście, która, przystępując do spisywania dziejów organizacji, podjęła się pewnej roli: piewcy ruchu, jego kronikarza. W tej ostatecznej sytuacji, możliwa do zachowania była już tylko dobra pamięć. To dobre upamiętnienie, chęć powiedzenia o każdym czegoś dobrego, potraktowała jako swój obowiązek. Jej kronikę należy więc traktować jako rodzaj hołdu składanego tym, którzy niebawem – a tego była już w pewnym momencie pewna – polegną. Czy tak myślała Gusta, pisząc, a niekiedy dyktując współwięźniarkom, swój pamiętnik? Poczyniła wiele starań, aby spisany w warunkach więziennych, na zdobywanych przez wtajemniczonych skrawkach papieru toaletowego, pamiętnik był jasny, czytelny i zrozumiały. Autorka zrobiła też wszystko, by przetrwał, ocalał i zaświadczył. Notowała chemicznym ołówkiem, czytelnym pismem, wyraźnie oznaczając poszczególne rozdziały. Zapisane skrawki chowała 22 G. Dawidsohn-Draengerowa, dz. cyt., s. 26.

160


w puszce, którą wkładała do pieca (nierozpalanego nigdy oczywiście) celi nr 15, w której była przetrzymywana. Podobno tekst został sporządzony nawet w czterech kopiach, z których jedna ocalała i znajduje się obecnie we wspominanym już Muzeum Bojowników Getta. Zaraz po wojnie, dwa lata po śmierci autorki, tekst został dostarczony do Wojewódzkiej Żydowskiej Komisji Historycznej w Krakowie. Ta wydała go w 1946 roku, pn. Pamiętnik Justyny, choć dokument z pamiętnikiem jako formą zapisu osobistych przeżyć i odczuć ma niewiele wspólnego. To raczej kronika ruchu, szczegółowy zapis jego rozwoju, ewolucji poglądów przywódców, przyświecającej im idei i spis jego członków, którzy choć przez chwilę przewinęli się przez jego szeregi. A wszyscy piękni, dobrzy, sprawiedliwi. Oddani „sprawie” i dla niej ginący. Ogromnie dziś nieobecni. W większości zapomniani, w cieniu warszawskich kolegów, którym udało się wzniecić tragiczne powstanie. Podkreślić należy, że to Justyna jako jedyna w krakowskim środowisku uznała, że poza bohaterską walką o honor społeczności żydowskiej, istotne jest również zachowanie pamięci o tej walce, spisanie jej, bo być może nie przeżyje nikt, kto mógłby o tej historii opowiedzieć. „Przynajmniej pozostawić po sobie pamięć, której ktoś kiedyś złoży cześć”23 W liście do Józefa Wulfa (na dzień przed kolejnym zgłoszeniem się na gestapo, w ślad za aresztowanym mężem, w połowie stycznia 1943 roku) pisze: „Chciałabym Ci opisać epopeję mojego życia i śmierci, która już nastąpiła”24. Jednak nie robi tego. Owszem, pisze epopeję, ale bynajmniej nie swojego życia. W pamiętniku Gusta oddaje raczej hołd krakowskim bohaterom getta. O sobie pisze w trzeciej osobie i to rzadko. Jej celem stało się upamiętnienie zbiorowego wysiłku, w którym uczestniczyła. Coraz większą miała świadomość, że w tej walce o honor, o godne, a nawet

23 Tamże, s. 52. 24 J. Wulf, Wstęp, [w:] G. Dawidsohn-Draengerowa, dz. cyt., s. 18.

161


„piękne”25 – jak myśleli – umieranie z bronią w ręku, niewielu przetrwa. Być może nikt. Walka toczyła się raczej o „trzy wiersze w historii26”. Jednak ktoś te trzy wiersze musiał zapisać. W przeciwnym razie cały wysiłek mógł utracić sens. Dziś znamy już Archiwum Ringelbluma, wspomnienia Marka Edelmana i Izaaka Cukiermana opisujących warszawski wysiłek żydowskiego ruchu oporu, czy też relacje złożone przed Wojewódzką Żydowską Komisją Historyczną związanych z kolei z krakowskim i bocheńskim okręgiem – Józefa Wulfa27, Rejzy Klingberg28 a także zeznania Ewy Spiner-Liebeskind, żony Dolka, z procesu Eichmanna, jak również paru innych, którym udało się ocaleć. Czy wówczas jednak, w 1943 roku, kiedy Zagłada była w samym środku realizacji, można było mieć pewność, ze ktokolwiek przetrwa? Przetrwa i zaświadczy? – Boże jedyny – myśli Justyna – właściwie nie zrobiliśmy jeszcze niczego. A ile energii zużyło się. (…) Każdy już kilkakrotnie przeżył siebie samego, a to dopiero początek! (…) A gdybyśmy tak – myśli w dalszym ciągu – nie zdołali dokonać niczego więcej, czy to mało? Czy miarą naszego czynu będzie wysiłek, czy efekt końcowy?29.

Szybko zrozumiała, ze efekt ich bohaterskiej działalności może nie być tak spektakularny, jak sobie to wyobrażają. Postanowiła więc utrwalić sam 25 H. Krall, dz. cyt., s. 29. Dokładnie Marek Edelman, odwołując się oczywiście do powstania w getcie warszawskim, mówi: „Wszystko, co nastąpiło później – co nastąpiło dziewiętnastego kwietnia 1943 roku – było przecież tęsknotą za pięknym umieraniem”. 26 Słynny fragment przemowy Dolka Liebeskinda, która miała miejsce podczas tzw. „ostatniej wieczerzy”, czyli ostatniej kolacji szabasowej, jaka odbyła się na Józefińskiej 13, pod koniec listopada 1942 roku. Fragment przywoływany wielokrotnie przez wszystkich piszących o krakowskim żob-ie. Nie potrafię ustalić jego pierwotnego źródła. Nie jest nim jednak „Pamiętnik Justyny”, w którym Gusta przywołuje owo przemówienie, jednak bez tego akurat fragmentu. 27 Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, relacja J. Wulfa, sygn. akt 301/1681. 28 Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, relacja R. Klingberg, sygn. akt 301/1740. 29 G. Dawidsohn-Draengerowa, dz. cyt., s. 36 [podkr. aut.].

162


wysiłek ich podejmowania. W swoich więziennych zapiskach wspomina więc o każdym napotkanym na drodze człowieku, który miał choć minimalny udział w ruchu. Słowo „sprawa” pojawia się niemal na każdej stronie pamiętnika, a zaraz obok: posiedzenie, narada, konspiracja, honor. Istotna dzisiaj wydaje się również próba przekazania przez autorkę atmosfery panującej wśród opisywanej przez nią młodzieży, sporządzona przez nią szczegółowa charakterystyka pełnych zapału „straceńców”, zapis trudu, starań i towarzyszących im dylematów. Gusta poświęca mnóstwo miejsca konieczności złamania przedwojennych zasad, których sama nauczała jako wychowawczyni „Akiby”. Wiele mówi o ogromnej trudności, z jaką przyszło im wszystkim zastosowanie zasady „cel uświęca środki”. I o najtrudniejszym, a niezbędnym wymogu pracy w konspiracji – konieczności ukrywania swojej żydowskości, wyrzeknięcia się – dla skuteczności i w ogóle możliwości podejmowania jakichkolwiek działań dywersyjnych – swojej tożsamości narodowej, z której tak długo nauczano być ich dumnymi. Nie wystarczało wiec ukrywanie nielegalnej działalności, jak w przypadku np. polskiego podziemia. Trzeba też było ukrywać, kim się jest w swojej najgłębszej istocie. Ta podwójna konspiracja była trudnym i bardzo niebezpiecznym wyzwaniem, również chyba dla samej Gusty, która zagadnieniu temu poświęca w swoich zapiskach dużo uwagi. Wszak to w imię ocalenia żydowskiego honoru odbywała się ta walka, w imię przełamania opinii o bierności Żydów wobec Zagłady, a tymczasem dla skuteczności tej batalii trzeba było ukrywać swą tożsamość, choćby się chciało ją wykrzyczeć wszystkim wokół. „Oni tam żyją taką pełnią życia”30 Aby dowiedzieć się z pamiętnika czegoś więcej o samej Guście, należy zacząć czytać między wierszami. Szukając jej własnych myśli, musimy zwracać uwagę na każde emocjonalne określenie, na każde zdanie, w którym tkwi jakaś wewnętrzna sprzeczność. Spisany w więzieniu tekst stał się bowiem świadectwem zmagań pomiędzy tym, co i jak wypada mówić, a tym, jak się czuje naprawdę. Relacja Justyny jest więc areną, na której kobieta-bojowniczka 30 Tamże, s. 93.

163


walczy o głos z kobietą-człowiekiem po prostu. Relacja wydaje się być najciekawsza wtedy, kiedy autorka rezygnuje z narzuconych jej przez tradycję i ideologię ról i kiedy, zapominając na chwilę o konspiracji, syjonizmie, rodzinie, towarzyszach broni, zaczyna mówić o samej sobie. Znamienne, że po tych krótkich chwilach „słabości” napomina się zaraz, bo najważniejsza jest przecież „sprawa”. A jednak zdarzają się momenty takie jak te, kiedy pozwala sobie na wyrażenie żalu: (…) Justynie było tak smutno, że nie wiedziała, kiedy właściwie jest lepiej: czy wtedy, kiedy Marek jest daleko a ona wierzy, że gdy wróci będzie blisko, czy wtedy, gdy jest blisko, a ona czuje, że jest tak daleko!31.

Kiedy czytam, jak Gusta, we wspominanym już liście do Józefa Wulfa, wspomina o chęci opisania epopei swojego życia, rodzi się we mnie przekonanie, że naprawdę tego chciała. Chciała, ale nie mogła. Wszak w owym czasie, w owym ruchu, w środowisku „sprawa domagała się swojego”32. Życie osobiste i prywatne rozterki nie miały znaczenia. Liczyła się już tylko walka o sposób żydowskiego umierania, o straceńczy opór wobec okupanta, o pokazanie aktywnego oporu. Jednak Gusta już od dłuższego czasu nie dzieli z nikim radości ani trosk. Dni spędza na odludziu, w Rabce, w pięknym, pustym domu, który ma stwarzać „aryjskie alibi” dla rozbudowanego wciąż biura technicznego organizacji. W górskim kurorcie nocami Szymon wraz z żoną drukują niezbędne w konspiracji fałszywe dokumenty. Gusta wie, jakie to ważne, czuje się jednak coraz bardziej samotna i niepotrzebna, zostaje bowiem odcięta od głównego nurtu spraw żydowskiego podziemia. Mieszka w Rabce, gdy tymczasem życie organizacji przenosi się na Józefińską 13 do dwupokojowego mieszkania Szymona Lustgartena, znajdującego się w samym środku krakowskiego getta. Opowieści o panującej w tym lokalu rodzinnej atmosferze budziły w niej żal i tęsknotę, zwłaszcza że coraz częściej pomieszkuje tam jej mąż. Odwiedzająca Gustę przyjaciółka tak pisze o tych dwóch miejscach: 31 Tamże, s. 38–39. 32 Tamże, s. 80.

164


– Gdybyś ty, Justynko, wiedziała, jak dobrze jest zajeżdżać do Krakowa! Wchodzisz tu i już jesteś w domu, wśród tych swoich najbliższych, wśród tych rozmów ukochanych. Naprawdę, że się już nie chce wracać do tej twojej pustej willi w lesie33.

O tym, że pamiętnik nie jest tylko pomnikiem krakowskiego żob-u, ale stanowi też bardzo osobiste wyznanie, świadczą kończące go słowa, które brzmią jak lament-skarga, w której autorka prosi nas o poświęcenie uwagi jej samej, nie bojowniczce, nie Justynie – lecz Gitel, Guście, której nie było dane zaznać „tego wspólnego, pięknego życia”34. Nie było zdaje się ani jednego człowieka w ruchu, któryby tu nie spędził choćby jednego wieczoru. Ani jednego, poza Justyną. Jej jednej nie było dane zaczerpnąć tego życia ustokrotnionego, w którym godziny układały się w barwną mozaikę. Każdy, kto tu zaglądał, czerpał pełnym haustem. I wynosił hojną dłonią35.

Być może jednak pomiędzy majem a listopadem 43 roku36, po brawurowej ucieczce z więzienia na Montelupich37, zaznała takiego wspólnotowego życia, 33 34 35 36

Tamże, s. 92. Tamże, s. 113. Tamże. W listopadzie 1943 roku Szymon został aresztowany i – jak już wspominałam – wskazał miejsce pobytu żony. Wedle relacji Wandy Lewickiej, zostali przywiezieni razem do więzienia Montelupich. Gusta znów znalazła się w oddziale na Helclów, a po kilku dniach rozstrzelano ją na podwórzu Montelupich. Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, relacja Wandy Lewickiej, sygn. akt 301/2423: „Gustę Draenger poznałam w celi więziennej na Montelupich przy ul. Helclów. Przyprowadzono ją w połowie 1943 r. Daty dokładniejszej nie pamiętam, tyle wiem, że rozstrzelano ją w kilka dni zaledwie po przybyciu do więzienia”. Nie znalazłam relacji opisującej okoliczności śmierci Szymona. 37 Mowa o zaplanowanej i zsynchronizowanej pomiędzy męskim oddziałem więzienia Montelupich, w którym przebywał Szymon, a żeńskim znajdującym się na ul. Helclów, w którym została osadzona Gusta, równoczesnej ucieczce z konwojów wiozących ich osobno na punkt transportu do Auschwitz. Po tym wydarzeniu, które miało miejsce 29 kwietnia 1943 r., małżeństwo spotkało się w Wiśniczu Nowym, gdzie do listopada współorganizowali partyzantkę okręgu bocheńskiego.

165


za którym tęskniła w pustym mieszkaniu w Rabce. Być może znalazła je podczas pobytu w bunkrach zorganizowanych przez Hitela Wodzisławskiego w okolicach Wiśnicza Nowego, gdzie wraz z Szymonem znów zaczęła tworzyć grupy partyzanckie. I kiedy teraz myślę o patetycznym języku pamiętnika Gusty, który długo nie pozwalał mi przebrnąć przez jego strony, o drażniącej egzaltacji, z jaką opisywała każdy czyn i towarzyszące mu uczucia, to słyszę wciąż fragment wcześniejszego od opisywanych zdarzeń wiersza Bolesława Leśmiana: Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów, Potężne młoty legły w rząd na znak spełnionych godnie trudów. I była zgroza nagłych cisz! I była próżnia w całym niebie! A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?38.

Kinga Kołodziejska

Z wykształcenia i zamiłowania filmoznawczyni; od 2007 roku związana z Małopolskim Instytutem Kultury, gdzie koordynowała i współtworzyła wiele projektów edukacyjnokulturalnych, m.in. „Muzeobranie”, „Małopolskie Dni Dziedzictwa Kulturowego”, we współpracy z Muzeum Historycznym Miasta Krakowa – cykl spacerów edukacyjnych po terenie byłego getta krakowskiego, a obecnie pracuje w zespole przygotowującym merytorycznie portal „Wirtualne Muzea Małopolski”. Absolwentka licznych kursów i seminariów poświęconych historii Holokaustu, w tym w Yad Vashem. Szczególnie zainteresowana losami krakowskich Żydów, historią krakowskiego getta i jej obecnością we współczesnej przestrzeni Podgórza. Mama Kuby. Nie rozstaje się z rowerem.

38 B. Leśmian, Dziewczyna, [w:] tegoż, Napój ciernisty, Warszawa 1936, s. 17 [podkr. aut.].

166


bibliografia:

Dawidsohn-Draengerowa G. Krall H. Peled Y.M. Wulf J. Zimmerer K.

167

Archiwum Państwowe w Krakowie, stgkr 1200, poz. 534 (Księga urodzeń izraelickiego okręgu metrykalnego w Krakowie z 1916 r.) oraz stgkr 1284, poz. 21 (Księga małżeństw izraelickiego okręgu metrykalnego w Krakowie z 1940 r.). Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie: relacja J. Wulfa, sygn. akt 301/1681; relacja R. Klingberg, sygn. akt 301/1740; relacja Wandy Lewickiej, sygn. akt 301/2423. Pamiętnik Justyny, Kraków 1946. Zdążyć przed Panem Bogiem, Kraków 1979. Gusta Dawidson Draenger, [w:] Jewish Women: A Comprehensive Historical Encyclopedia, http://jwa.org/encyclopedia/article/draenger-gusta-dawidson [dostęp: 17.11.2012]. Polski Słownik Judaistyczny, pod red. Z. Borzymińskiej, Warszawa 2003. Wstęp, [w:] Dawidsohn-Draengerowa G., Pamiętnik Justyny, Kraków 1946. Zamordowany świat. Losy Żydów w Krakowie 1939–1945, Kraków 2004.



Anna Sokulska

Stryje

Zofia z Lubańskich Stryjeńska. Od Nawojki do „księżniczki polskiego malarstwa”

Zofia Lubańska przychodzi na świat 13 maja 1891 roku w rzemieślniczej rodzinie jako córka Franciszka Lubańskiego i Anny ze Skrzyńskich. Ojciec Zofii ukończył szkołę przemysłową i założył pracownię białoskórniczą oraz sklep znajdujący się najpierw na placu Dominikańskim, a potem na Rynku Głównym. Matka Zofii od szesnastego roku życia do momentu zamążpójścia, czyli przez 12 lat, pracowała na poczcie głównej w urzędzie telegraficznym. Oprócz Zofii, Anna i Franciszek Lubańscy mieli jeszcze pięcioro dzieci – Tadeusza, bliźnięta Stefana i Stefanię, Marylę i Janinę. Zofia uczęszcza do szkoły wydziałowej, szkoły robót ręcznych, seminarium nauczycielskiego oraz do prywatnej szkoły artystycznej Leonarda Stroynowskiego. Po zamknięciu szkoły Stroynowskiego w 1909 r. Zofia zapisuje się do Szkoły Sztuk Pięknych dla Kobiet Marii Niedzielskiej, gdzie uczestniczy w kursie rysunku, malarstwa (srebrny medal) i sztuki stosowanej (srebrny medal) u profesora Jana Bukowskiego. Zofia dorasta w Krakowie pełnym młodopolskich i modernistycznych artystów oraz barwnego ludu wiejskiego, który ściągał tu przede wszystkim na targi. Ten kolorowy przepych bronowickich strojów i artystycznego zainteresowania sztuką i kulturą ludową z początku xx w. na pewno ma znaczący wpływ na kształtujący się zmysł artystyczny Zofii.

169


Nawojka-Grzymała początku xx wieku W 1910 r. Zofia odbywa z ojcem zagraniczną podróż do Austrii i północnych Włoch, w trakcie której zwiedza muzea Wiednia, Triestu i Wenecji. Galerie malarstwa robią na niej ogromne wrażenie i właśnie wtedy postanawia ukończyć artystyczne studia wyższe. Niestety na przeszkodzie staje zakaz przyjmowania kobiet na Akademię zarówno krakowską, jak i monachijską. Dla Zofii Lubańskiej ten fakt jednak okazuje się być nie przeszkodą, lecz tylko wyzwaniem, któremu zdecydowała się sprostać, co było w zgodzie z jej śmiałym, spontanicznym i brawurowym charakterem. Jak pisze ojciec Zofii w swoich pamiętnikach, pisanych w latach 1894–1923, których fragmenty przytacza we wstępie do pamiętników syn Zofii z Lubańskich Styjeńskiej, Jan Stryjeński: Zosia w dniu 1 października wyjechała na studia malarskie do Monachium, przebrana za chłopca. Dała sobie obciąć włosy ubrawszy się w ubrania częścią Tadzia, częścią Stefcia (to jej bracia), odziała się pelerynę Tadzia i tak wyjechała wczesnym rankiem, nie poznana przez nikogo, wziąwszy ze sobą sto kilkadziesiąt marek. Rzeczy inne i prace rysownicze i malarskie zostały naprzód wysłane na poste restante. Po blisko dwóch tygodniach milczenia doniosła nam, że zwalczywszy wszelkie przeszkody przyjęta została do królewskiej akademii malarskiej1.

Z tego samego źródła dowiadujemy się również, że: posługiwała się świadectwami szkolnymi Tadzia, które się dało przetłumaczyć na niemiecki (…). Również miała świadectwo przynależności Tadzia. Wszystko na nazwisko Tadeusz Grzymała Lubański. Do Niemców mówiła, że się nazywa Tadeusz Grzymała, zamilczając nazwisko właściwe, albo mówiąc, że Lubański jest przydomkiem. Tak się też wpisała do akademii i wszyscy ją mianowali Grimala2.

Zofia studiowała w Monachium tylko przez półtora roku, gdyż, jak sama pisze: 1 Z. Stryjeńska, Chleb prawie że powszedni: pamiętnik, Warszawa 1995, s. 21. 2 Tamże, s. 21.

170


Przyjechała po mnie tam Mama i przebrała mnie znowu w damskie suknie, bo już zaczęli się coś koledzy domyślać, zwłaszcza Francuzi, którzy nosa mają do kobiet, także Amerykanie zaczepiający mnie, żebym na pauzach się z nimi boksował. Akty męskie-modele pozwalali sobie na nieodpowiednie gesty biorąc mnie za hermafrodytę i nie raz krew mnie zalewała za olbrzymim blejtramem w klasie malarskiej, gdzie smarowało się akademickie akty naturalnej wielkości. Jednak wściekłość na nich dodawała mi tupetu. Przestraszyłam się dopiero, gdy zasłyszałam pokątnie, że koleżki zamierzają rozebrać mnie do naga – bo Akademia była uczelnią niezwykle surową i uroczystą jako ciało profesorskie nie tyle z mojej nagości, ile z moich fałszowanych papierów mogła być chryja3.

Mimo podejrzliwości kolegów ze studiów w Monachium, Zofii udaje się stworzyć pierwszą większą pracę – cykl 18 kartonów pod wspólnym tytułem Polskie bajdy na tle opowieści ludowych. Dzieło to już po powrocie do Krakowa Zofia sprzedała, a uzyskane pieniądze ofiarowała rodzicom i rodzeństwu, z którymi mieszkała w nowym domu przy ul. garncarskiej 7. Czas do 1916 r. upływa Zofii pod znakiem trochę szaleńczych ucieczek do Wiednia, pierwszych kroków w artystycznym i towarzyskim życiu Krakowa oraz w cieniu i wojny światowej, z którą związane też były nadzieje Polaków na suwerenne państwo. Wkraczanie na Olimp W dniu 4 listopada 1916 r., w kościele oo. Karmelitów na Piasku, Zofia poślubia architekta, poznanego wcześniej w trakcie pracy przy zdobieniu wnętrz w Muzeum Techniczno-Przemysłowym przy ul. smoleńsk, Karola Stryjeńskiego. W swoich pamiętnikach tak opisuje ten czas: Na tle tak różnych nastrojów zaczyna się entree do „Jądra ciemności” w mym życiu, zaczyna się coś nieprawdopodobnego, przeszkadzającego w pracy artystycznej, coś niewygodnego, niepotrzebnego, idiotycznego, mianowicie romans z Karolem4.

3 Tamże, s. 39. 4 Tamże, s. 40.

171


W tym samym źródle pojawiają się również następujące opisy: A więc wspólne spacery, pierwszy pocałunek, jakieś białe róże od Karola, po czym noce westchnień przy księżycu, wreszcie data ślubu w sekrecie przed światem5.

I rzeczywiście ślub był skromny. W bocznej kaplicy kościoła na Piasku obecni byli tylko przyszli małżonkowie, ksiądz, świadkowie i przypadkowa żebraczka modląca się w kącie. Państwo młodzi po ślubie wyjeżdżają do Zakopanego, gdzie mieszkają w pensjonacie Szałas, by po jakimś czasie wrócić do Krakowa. Wejście Zofii Lubańskiej do rodziny Stryjeńskich poprzez ślub z Karolem wiąże ją artystycznie z kręgiem Warsztatów Krakowskich, których członkinią została w 1918 roku. Grupa ta, do której należeli m.in. Karol Stryjeński, Władysław Skoczylas czy Jan Szczepkowski, odwoływała się do tradycji Polskiej Sztuki Stosowanej oraz poszukiwania narodowej tożsamości w sztuce w nawiązaniu do wzorów i form ludowych. Te kontakty u młodej artystki na pewno nie pozostały bez echa, jeśli chodzi o dobór tematów i kierunek twórczości. Z lektury pamiętników można odnieść wrażenie, że miłość Zofii do Karola była jak najbardziej prawdziwa, jednak w pewien sposób przeszkadzała jej w twórczości, co widać m.in. w następującym fragmencie: Nie mam śmiałości zwierzyć się Karolowi, że potrzebuję samotności, więc ułatwiam sobie rzecz w ten sposób, że znikam. Cichaczem jadę do Zakopanego, najmuję pokój w pensjonacie i dwa tygodnie zamknięta bez przerwy siedzę dnie i noce i odwalam dwie barwne teki Kujawiaków. Przed trzecią teką Karol mnie odnajduje, lecz nastrój mam już przerwany i nie kończę6.

Stryjeńscy przeprowadzają się na salwator, gdzie mają wspaniały taras z widokiem na Wisłę i Wawel. Zofia maluje Paschę. Pieśń o Zmartwychwstaniu

5 Tamże, s. 40. 6 Tamże, s. 42.

172


Pańskim7 i przygotowuje projekty fragmentu polichromii sali na i piętrze w Baszcie Senatorskiej Zamku Wawelskiego8. Możliwość projektowania fresków na Wawel na zlecenie Adolfa Szyszko-Bohusza to ogromny zaszczyt i osobisty sukces dla młodej Stryjeńskiej oraz spektakularne wejście w świat malarstwa monumentalnego. Po jakimś czasie okazuje się, że artystka jest w ciąży, z czego szaleńczo się cieszy, będąc pewna, że na świat przyjdzie wymarzony syn. Państwo Stryjeńscy przeprowadzają się na ul. smoleńsk. Dnia 7 lipca 1918 r. rodzi się córka Magdalena, na co Zofia reaguje dość ostro i bardzo szczerze opisuje sprawę w pamiętniku: Lecznica. – Poród. – Rodzi się córka – jestem wściekła. Drwię z powinszowań, kwiatów i odwiedzin. Rysuję doktorów, karmię z niechęcią dziecko9.

By niejako zapomnieć o fakcie nieurodzenia upragnionego syna, Stryjeńska od razu zabiera się do roboty – maluje cykl kolęd franciszkańskich i drugi cykl kolęd ludowych. Zakłada również ze znajomymi Klub Gałki Muszkatołowej w kawiarni esplanada, gdzie oprócz dyskusji na temat roli współczesnej sztuki odbywały się huczne spotkania, w których uczestniczyli m.in. Tytus Czyżewski, Bruno Jasieński, Leon Chwistek czy Stanisław Ignacy Witkiewicz. Rok 1918 r. to ważny rok również dlatego, że artystka wydaje stworzony w 1917 r. pierwszy cykl Bożki Słowiańskie, którego wagę i siłę najlepiej opisał Tadeusz Dobrowolski:

Zofia Stryjeńska 1891–1976. Wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie październik 2008–styczeń 2009, pod red. Ś. Lenartowicza, Kraków, 2008, s. 97–99. 8 Tamże, s. 52. 9 Z. Stryjeńska, dz. cyt., s. 43. 7

173


Ten słowiański Olimp wyczarowany dosłownie z niczego, przekonuje artystyczną prawdą i narzuca widzowi swą osobliwą rzeczywistość z równą prawie siłą jak np. Matejkowski Poczet królów i książąt polskich10.

Wyobrażenia słowiańskich bóstw – Radegasta, Pogody czy Żywi, wykreowane przez Stryjeńską w 1918 r. i chętnie powtarzane w latach późniejszych (1922, 1934) odniosły spory sukces za sprawą umiejętnego wykorzystania przez artystkę swojej wyobraźni, interesującej formy (nawiązania do Wyspiańskiego) i motywów ludowych. Stryjeńska-żona vs. Stryjeńska-artystka vs. Stryjeńska-matka W 1921 r. Stryjeńscy wybierają się w podróż do Paryża, zahaczając o Warszawę, gdzie w Zachęcie prezentowana jest wystawa prac Zofii, ciesząca się ogromnym powodzeniem, na której artystka dostaje najwyższą nagrodę. W Paryżu Stryjeńscy oraz towarzyszący im Zygmunt Dygat, pianista, zamieszkują początkowo w hoteliku koło Panteonu, a potem przenoszą się bliżej Montparnassu. Spotykają tam sporo osób, m.in. Olgę Boznańską, która musiała trochę Zofię zafascynować, bo sporo miejsca poświęca jej opisowi. Właśnie w Paryżu rodzą się w głowie Zofii pewne podejrzenia dotyczące Karola, którego – jak pisała – interesuje u mnie głównie talent, i że lepiej dla naszego szczęścia domowego będzie, jak skończę z malarstwem, tą obcą siłą między nami11.

To właśnie z tego powodu Stryjeńska-żona, zazdrosna o Stryjeńską-artystkę decyduje się, pod wpływem chwili, na zniszczenie oryginałów swoich prac i po akcie podarcia ich na strzępy stwierdza „teraz będę kochaną dla siebie samej, a nie pacykarstwa”12. Mąż przerażony czynem żony, najprawdopodobniej nie rozumiejąc zupełnie jej pobudek i targających nią rozterek, 10 T. Dobrowolski, Nowoczesne malarstwo polskie t. 3, wyd. Ossolineum, Wrocław 1964, s. 173, cyt. za: M. Grońska, Zofia Stryjeńska, Ossolineum 1991, s. 13. 11 Z. Stryjeńska, dz. cyt., s. 46. 12 Tamże, s. 46.

174


jeszcze bardziej się od niej odsuwa i w końcu obydwoje, ale osobno, wracają do Polski z nieudanej eskapady. Efektem wyjazdu jest zabranie przez Karola córki Magdy do siebie do domu i powierzenie jej wychowania swojej siostrze Joannie. Zofia mieszka u rodziców na garncarskiej i dość mocno przeżywa niedawną śmierć brata Stefka, problemy z mężem i rozłąkę z córką. Któregoś dnia pod pretekstem wspólnego małżeńskiego wyjścia do teatru, Karol doprowadza do zamknięcia Zofii w szpitalu na ul. kopernika na oddziale F – furiatów. Zofia stara się opanować swoją złość, niezrozumienie sytuacji i zachowuje się spokojnie – dostaje osobny pokoik, w którym może malować. Dopiero gdy Zofia może napisać list do domu w sprawie przesłania zaczętej pracy malarskiej i rodzice dowiadują się, gdzie zamknięto ich córkę, lekarze po namowach rodziny wypuszczają artystkę. Po tym smutnym małżeńskim incydencie, Zofia wyjeżdża do Warszawy, gdzie bywa w kawiarni Ziemiańska i w Astorii na Nowym Świecie. Spotyka tam Kornela Makuszyńskiego, Jana Lechonia i Antoniego Słonimskiego. W stolicy artystka bywa również u Żeromskich, Skoczylasów i Reymontów, a artystycznie związana jest z grupą Rytm, która skupia najbardziej aktywnych artystów tamtego okresu m.in. Wacława Borowskiego, Leopolda Gottlieba czy Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Karol, po namowie znajomych i rodziny, odnajduje Zofię w stolicy, tłumaczy się z „kawału z wariatami” i młodzi małżonkowie powracają razem do Krakowa, by zamieszkać w kamienicy Puszetów przy dawnej ulicy wolskiej 18 (obecnie Piłsudskiego). Karol otrzymuje posadę w szkole rzemiosła w Zakopanem i przenosi się tam sam, zostawiając żonę w pracowni po Ludwiku Puszecie, do czasu znalezienia odpowiedniego dla rodziny lokum w zimowej stolicy Tatr. Krąg zakopiańskich znajomych Stryjeńskich to m.in. Rafał Malczewski, Witkacy czy Karol Szymanowski. To właśnie w Zakopanem Zofia styka się z czołówką plastycznej i literackiej elity, bierze udział w balach, udziela się sportowo i znowu jest szczęśliwa: „wreszcie na nowo trochę wesołości, trochę słońca w życiu!”13. Efektem tego szczęścia jest kolejna ciąża, której okres Zofia spędza przede wszystkim w Warszawie, z dala od znajomych i męża, gdyż, jak sama pisze: „wstydziłam się mej figury grubiejącej, 13 Tamże, s. 52.

175

5. Zofia Stryjeńska


tego krzywdzącego kobietę dowodu «grzechu»”14. Ponownie Karol odnajduje ją w Warszawie i odwozi do rodziców do Krakowa, na Garncarską. W dniu 21 listopada 1922 r. na świat przychodzą bliźniaki Jan (Kantuś) i Jacek, którzy zamieszkują z matką w kamienicy Puszetów. Warunki na ul. Wolskiej okazują się jednak nieodpowiednie dla dzieci i mama z noworodkami przenosi się do teścia na ul. starowiślną. Nie był to łatwy okres dla Zofii, gdyż była „bardzo chłodno z siostrą Karola, Żańcią”. W końcu Zofia zabiera Jacka i Jana do Zakopanego, a córka Magda zostaje nadal z ciotką. Karol jest osobą znaną w Zakopanem, wiele działa i ciągle nie ma go w domu, a Zofia określa ten czas torturą. W tym okresie Zofia dostaje możliwość wykonania prac na wystawę paryską i zaczynają nią targać rozterki dotyczące łączenia pracy z macierzyństwem, które przejawiają się w pamiętnikach takimi niezwykle emocjonalnymi monologami: Moje pisklęta wygnane z domu. Wyrok nad nimi wydany. Matka rodzona na bruk je wyrzuca jak śmieci. Przeszkodą są do sztuki, do pacykarstwa, do zaspokojenia pychy, do nasycenia chciwości. Za srebrniki Judasza sprzedaje matka własne niewinne ofiary. Żywe serduszka podeptane dla szatańskiej ambicji… Nie! – Nie mogę tak postąpić15.

A z drugiej strony: Chociaż… niedobrze robię depcząc tak kategorycznie całą przyszłość. Czyż to mało ludzi poświęcało swe osobiste pragnienia w ofierze większemu dziełu? Cóż są dzieci? Pospolita rzecz. Wychowują się, urosną i pójdą w świat (…). O jak źle czynię sprzedając swoją lutnię za syty spokój mieszczański16.

Boginka wśród bogów Targana różnymi uczuciami, Stryjeńska decyduje się oddać bliźniaków pod opiekę ciotki Żańci i sama jedzie do Warszawy, a potem do Paryża, gdzie 14 Tamże, s. 53 15 Tamże, s. 60. 16 Tamże, s. 60.

176


pracuje przy polskim pawilonie na wystawę światową. Zofia swój największy sukces odnosi właśnie na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej (1925 r.), na którą przygotowuje m.in. 6 malowideł dekoracyjnych do pawilonu polskiego17, 2 plakaty działu polskiego18 oraz projekt pokaźnego gobelinu. W 6 ogromnych panneaux najlepiej widać podejście artystki do folkloru, w którym artystka łączy elementy etnografii i fantastycznych wizji ze swojej wyobraźni w bajecznie kolorowe przedstawienia miesięcy. Przygotowane prace przynoszą jej 4 najwyższe nagrody Grand Prix w działach dekoracji architektonicznej (malarstwo), plakatu, tkanin i ilustracji książkowej. Dodatkowo dostaje zaszczytne wyróżnienie Diplome D’Honneur w dziale zabawkarskim. Przy okazji sukcesu paryskiego warto podkreślić fakt, że Stryjeńska, nazywana ze względu na swój talent i popularność przez recenzentów „księżniczką polskiego malarstwa”, traktowana była również jak artysta narodowy, mimo że ten tytuł łączony jest raczej z mężczyznami. Wyjątkowość artystki w tym kontekście najlepiej uchwyciła Joanna Sosnowska w swoim eseju 19: Fenomen Stryjeńskiej nie znajduje żadnego porównania wśród artystek pierwszej połowy xx wieku w całej Europie. W żadnym kraju kobieta nie osiągnęła tak wysokiego prestiżu w świecie artystycznym (…) i jeszcze: Stryjeńska w zasadzie funkcjonowała w świecie męskim. Była na Olimpie sama – boginka wśród wielu bogów.

Status w związku: to skomplikowane Niestety sukcesem na miarę paryskiej wystawy nie jest małżeństwo Stryjeńskich – między Zofią a Karolem nie układa się, nawet wtedy, gdy artystka wraca do Zakopanego i odwiedza męża i dzieci. Karol po przyjeździe żony wyprowadza się do kancelarii szkoły, a do domu przychodzi

17 Zofia Stryjeńska 1891–1976. Wystawa…, s. 80–88. 18 Tamże, s. 159. 19 J. Sosnowska, Poza kanonem. Sztuka polskich artystek 1880–1939, Warszawa, 2003, s. 151, cyt. za: Zofia Stryjeńska 1891–1976. Wystawa…, s. 28.

177


tylko na posiłki i by pobawić się z dziećmi. Zofii brakuje kontaktu z mężem, w pamiętnikach zastanawia się: Dziwne, że nigdy nie miałam kochanka. Karol nie żył ze mną wcale już ze cztery lata. Pomimo stanu wysokiego skupienia, który mi jest konieczny przy pracy, a który wyklucza ekshibicjonizm i kokieterię, nachodziły mnie passy, kiedy czułam się kobietą, tęskniłam do słodkich zwierzęcych igraszek, gorących pocałunków, ale nigdy nie spotykałam w otoczeniu swym mężczyzn, z którymi życzyłabym sobie tego zbliżenia, bo miałam obsesję na Karola20.

Niestety Karol nie odwzajemniał równie mocno uczucia Zofii i po jakimś czasie swojego pobytu w Zakopanem artystka notuje: Karolowi, który miał już od dłuższego czasu stosunek z pewną osobą tutejszą, czego się nie domyślałam, zaczęła dłuższa moja obecność w Zakopanem nie być pożądana. (…) Karol przeniósł się do jej domu i zażądał mego wyjazdu z Zakopanego21.

Zofia nie radzi sobie z takim obrotem sytuacji, płacze całymi nocami, porzuca pracę i: aż dostaję bzika generalnego. Wkradam się do owej pani M., grzmocę ją, ubieram w kilka drapaków na gębie i umykam ukrywając się w kosodrzewinie, jak Indianin22.

Po tym bardzo emocjonalnym i charakterystycznym dla siebie zachowaniu, Zofia błaga Karola, by wrócił do niej, jeździ za nim, gdy on próbuje się odciąć od całej tej sytuacji, będącej bądź co bądź skandalem w stolicy Tatr. Ostateczne rozwiązanie zastosowane przez męża Zofii jest następujące:

20 Z. Stryjeńska, dz. cyt., s. 65. 21 Tamże, s. 66. 22 Tamże, s. 66.

178


Karol przy pomocy swych kompanów nasyła nocą karetkę z sanitariuszami, którzy porywają mnie znienacka i odwożą do kliniki psychiatrycznej w Batowicach pod Krakowem. Tak drugi raz dostałam się do wariatów – tylko że tym razem słusznie23.

Miało to miejsce 30 sierpnia 1927 r. Na wariackich papierach Sprawa umieszczenia Zofii Stryjeńskiej, wbrew jej woli, w zakładzie dla umysłowo chorych w Batowicach, była tematem gorąco relacjonowanym w wielu ówczesnych gazetach, m.in. w Przeglądzie Wieczornym, Kurierze Czerwonym czy Kurierze Warszawskim. Z jednej strony, dowiadujemy się np.: Całe Zakopane pozostaje pod wrażeniem porwania i uwięzienia znakomitej malarki p. Zofii Stryjeńskiej. Porwanie to nastąpiło około godz. 10 wieczorem (…). Do mieszkania artystki przybył lekarz zdrojowy dr Gabryszewski w towarzystwie przedstawicieli władz policyjnych. P. Stryjeńską siłą uprowadzono i wywieziono do sanatorium zamkniętego w Batowicach pod Krakowem24.

Z drugiej strony pojawiają się również teksty o innym wydźwięku, np.: (…) poczęły po Warszawie krążyć sensacyjne pogłoski i domysły przedstawiające przewiezienie Stryjeńskiej jako porwanie, dokonane przemocą i niepokojące do żywego opinię publiczną. (…) Sprawa przedstawia się następująco: Świetna artystka od dłuższego czasu zdradzała objawy silnego rozstroju nerwowego, który objawił się w szeregu gwałtownych, a często nawet niebezpiecznych wystąpień. Ostatnio stan chorej znacznie się pogorszył. (…) P. Stryjeńska przebywa obecnie w lecznicy dla chorych nerwowo w Batowicach. Kuracja postępuje normalnie (…). Pogłoski o porwaniu przemocą znakomitej artystki są pozbawione wszelkich podstaw25.

Cały rozdział poświęcony w pamiętnikach pobytowi w Batowicach stanowią podobne wycinki z gazet współczesnych wydarzeniu. Umieszczenie artykułów 23 Tamże, s. 66. 24 „Kurier Czerwony”, sobota, 3 września 1927 r., cyt. za: Z. Stryjeńska, dz. cyt., s. 93. 25 „Kurier Czerwony”, poniedziałek, 5 września 1927 r., cyt. za: Z. Stryjeńska, dz. cyt., s. 97.

179


obu rodzajów obrazuje idealnie, jak bardzo zagubiony w całej sytuacji mógł być zwykły czytelnik, nie mający kontaktu ani z rodziną artystki, ani z odmiennie nastawioną do sprawy grupą przyjaciół Karola Stryjeńskiego. Ostatni wycinek z Głosu Prawdy pt. Jak było naprawdę. Zamach na wolność Zofii Stryjeńskiej to list otwarty wysłany przez artystkę do p. Kornela Makuszyńskiego z dnia 8.9.1927 r., w którym Stryjeńska opisuje swoje porwanie, nie oskarżając o nie bezpośrednio męża i za pomocą którego próbuje uciąć plotki o swojej chorobie umysłowej, stwierdzając: Z przedstawionego powyżej stanu sprawy, który to stan sprawy znajduje potwierdzenie w aktach Sądu Powiatowego Cywilnego dla spraw opiekuńczych w Krakowie, wynika niezbicie: że chorą umysłowo nie byłam, że dopuszczono się na mnie niesłychanego bezprawia, że komuś specjalnie zależało na uzyskaniu orzeczenia, które by mogło być podstawą pozbawienia mej własnowolności, że sztucznie uknuta intryga w zupełności się nie powiodła26.

W porównaniu do trudności rodzinno-małżeńskich, w latach 20., pod względem artystycznym, Stryjeńskiej wiedzie się dobrze – jej sztuka cieszy się powodzeniem i uznaniem, czego dowodem mogą być zamówienia rządowe, np. gobelin zaprojektowany dla cesarza Japonii Hirohito z 1928 r. (dar prezydenta rp) czy 2 dekoracyjne panneaux polskiego poselstwa w Sofii przedstawiające Żywioły – Ogień i Wodę27. Cykle Muzyka Podhala i Tańce polskie, promowane przez Cepelię, przyczyniają się do sporej popularności artystki zarówno w kraju, jak i za granicą. Ciągłe wiązanie końca z końcem Wydarzenia zakopiańsko-batowickie doprowadzają do podjęcia przez Zofię decyzji o rozwodzie z Karolem i wyjeździe do Warszawy. W 1929 r. Zofia wychodzi ponownie za mąż za Artura Sochę, aktora teatralnego, z którym podróżuje po Europie. W tym samym roku umiera ukochany przez Zofię ojciec, którego żegna na Cmentarzu Rakowickim. Radością w roku 1929 dla 26 Z. Stryjeńska, dz. cyt., s. 102. 27 Zofia Stryjeńska 1891–1976. Wystawa…, s. 76–79.

180


Stryjeńskiej był przyznany jej Wielki Złoty Medal na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu. W 1932 r. po kilku operacjach umiera jej były mąż Karol Stryjeński. Zofia na stałe osiada w Warszawie. Mimo prób naprawienia swojego życia uczuciowo-rodzinnego, przejawiających się kolejnym małżeństwem, Zofia zaczyna źle znosić samotność spowodowaną m.in. chorobą weneryczną nowego męża oraz jego wzmożoną pracą w teatrze. Artystce doskwiera również rozłąka z dziećmi. Obie te tęsknoty objawiają się następującymi wpisami do pamiętników: Psiakrew, gdzie mój mąż, gdzie moje dzieci! Po co te porody były, po co te miłości, po co te męki, płacze, zazdrości, rzucania się. Co ja mam z tego całego życia!28

Pobyt w Warszawie w latach 1934–35 to ciągła walka o przetrwanie – o zarobienie paru groszy swoją sztuką. Okres ten przez Zofię w pamiętnikach zatytułowany jest Koszmar i rzeczywiście, gdy czyta się jej wpisy do pamiętnika, człowiek czuje się wręcz współtowarzyszem tej niedoli. Zabiegi o pozyskanie środków do życia, malowanie, czasem groszowy zarobek za sprzedanie jakiegoś obrazu, zastawianie mebli i ubrań, i w końcu spłacanie dotychczasowych długów za wynagrodzenie niewystarczające, by odbić się od granicy egzystencji. Dodatkowo samotność, tęsknota za dziećmi, wyrzuty sumienia, że nie jest się z nimi, że się im nie pomaga (również finansowo) oraz czasem niezadowolenie ze swojej sztuki i kłopoty zdrowotne. Wszystko to stwarza wrażenie wpadnięcia przez Stryjeńską w jakieś przerażające, dołujące i nie dające nadziei błędne koło – wir, z którego nie sposób się o własnych siłach wydostać. Stryjeńska nie traci jednak nadziei, nie poddaje się, co świadczy o jej niesłychanej sile woli i chęci życia. Parę lat przed ii Wojną Światową jej sytuacja finansowa poprawia się dzięki zamówieniom rządowym i prywatnym. Artystce, razem z siostrą Janiną, udaje się stworzyć dom w Warszawie, do którego sprowadza synów (córka studiuje historię sztuki na uj). Zofię Stryjeńską z tego okresu tak opisuje Hanna Mortkowicz-Olczakowa: 28 Z. Stryjeńska, dz. cyt., s. 125.

181


Artystka z biegiem lat i w miarę powodzeń nie bardzo zmieniła się zewnętrznie. Po młodzieńczemu szczupła i ruchliwa, z burzą kędzierzawych włosów nad czołem, z przekornym, bystrym spojrzeniem i niskim głosem, nie zatraciła zdolności do szalonych wyskoków, ostrych odpowiedzi, do tego cygańsko-artystycznego bezładu życia, które stało się z czasem legendą. Taką właśnie dziką i nieokiełznaną, a zawsze młodą i ujmującą, wierną w przyjaźni mimo pozornej szorstkości, pożegnałam Stryjeńską w chwili wybuchu wojny29.

Wojna i powojnie Okupacyjny czas, po oblężeniu stolicy i walkach o nią, Zofia spędziła przede wszystkim w Krakowie u swojej rodziny w trudnych warunkach materialnych, źle znosząc wszystkie niedogodności wojenne, zarówno te psychiczne (syn Jacek walczył w drugiej polskiej dywizji we Francji), fizyczne (choroba oczu), jak i materialne. O tym, jak wojna zmieniła Zofię Stryjeńską, opowiada ponownie Hanna Mortkowicz-Olczakowa: Tylko na pierwszy rzut oka Zofia Stryjeńska wydawała się niezmieniona. Wojnę przebyła w ciężkich warunkach, po raz pierwszy mówiła z troską o losach swoich dzieci, rozproszonych po świecie, o chorobie matki, kłopotach sióstr. Pokazywała swoje spracowane ręce z paznokciami zdartymi nie przy malowaniu, ale przy domowej harówce (…). W tym czasie o dziwo przyniosła nam tę książkę, którą napisała. Był to podręcznik Savoir vivre’u. Przyjęłyśmy ten pomysł z zainteresowaniem i uśmiechem, bo dobrze znając jej zwyczaje wietrzyłyśmy w tym jakiś nowy znakomity kawał. Okazało się, że to nie to. Że Z.S. stała się inna, powojenna, nowa. A książka napisana jest na serio, z powagą rozważa to wszystko, co świetna malarka lekceważyła i odrzucała przez całe swoje bujne dotychczasowe życie (…). Zlękłyśmy się o Z. Ta rozważna, spokojna, zatroskana kobieta wydała się nam dziwaczna. Dziwaczna w tej swojej normalności. Zaniepokoiłyśmy się o to, czy z dawnym szaleństwem i dzikimi wyskokami temperamentu nie zniknął także huczny, kolorowy przepych jej sztuki? Te dwie sprawy łączyły się najwidoczniej ze sobą i to nierozerwalnie, bo tak się istotnie stało. Pani Zosia niechętnie mówiła teraz o swoim malarstwie (…). Po okresie szalonych warszawskich sukcesów nastąpił nagły zmierzch sławy. 29 H. Mortkowicz-Olczakowa, Pod znakiem kłoska, Warszawa 1962, s. 179, cyt. za: M. Grońska, dz. cyt., s. 30.

182


Kapistowski impresjonizm i abstrakcjonizm osądziły Stryjeńską jako „plakaciarę” niegodną miana malarki sztalugowej (…). Nie skarżyła się ani nie dziwiła. Była już na wylocie z Polski, korzystając z podwójnego polsko-szwajcarskiego obywatelstwa, przysługującego dziedzicznie wszystkim Stryjeńskim, wybierała się za granicę do dzieci. Chciała tam, najchętniej w Paryżu, zrewidować pogląd na własną sztukę, odbudować się, znaleźć dalszą, inną drogę twórczości30.

Jak na ironię, pocztówki z pracami Stryjeńskiej były ciągle w kraju bardzo popularne i zaraz po wydrukowaniu znikały z rynku, ale nazwisko artystki przestało istnieć i liczyć się w kraju. Dzieci Stryjeńskiej wyemigrowały w 1943 r. do Szwajcarii, a Zofia zdecydowała się na wyjazd za granicę po śmierci matki w latach 50. Artystka mieszkała przez ok. 12 lat w Paryżu i okresowo w Brukseli u siostry Janiny Braun. Nie upominała się o prawa autorskie do swoich prac, na masową skalę powielanych w Polsce na pocztówkach, drukach okolicznościowych, papeterii, a nawet porcelanie i fajansach. W tym czasie utrzymywała się, malując portrety, kartki świąteczne. Żyła w zapomnieniu i ciężkich warunkach materialnych, coraz bardziej podupadała na zdrowiu, powoli traciła wzrok. Pod koniec życia przeniosła się do syna do Genewy, gdzie zmarła 28 lutego 1976 r. i gdzie została pochowana, na cmentarzu Chênebourg. Słów kilka od autorki Pamiętnik Zofii Stryjeńskiej pod jakże znaczącym tytułem Chleb prawie że powszedni31, nadanym przez samą artystkę, nie jest jednolity pod względem formalnym. Składają się na niego wspomnienia, okresowo prowadzony dziennik, skrótowe wstawki (intermedia), częściowo załączona korespondencja, diariusz wydatków z lat 30. oraz wycinki prasowe (cały jeden rozdział). Stryjeńska pamiętnik zaczęła pisać po rozpadzie małżeństwa z Karolem Stryjeńskim, a zakończyła w roku 1950. Opisywane wydarzenia zajmują 30 H. Mortkowicz-Olczakowa, Zofia Stryjeńska i Krąg Piastów, „Przekrój” 1957, nr 626, s. 7, cyt. za: M. Grońska, dz. cyt., s. 30. 31 Pamiętnik przygotowała do druku, wstępem, przypisami i indeksem opatrzyła Maria Grońska.

183


ok. 60 lat jej życia. Początkowo obawiałam się tej lektury, jednak życie artystki okazało się na tyle ciekawe, wciągające, a przede wszystkim odbiło piętno na jej osobie i charakterze, że jako autorka tekstu, zdecydowałam się na rodzaj chronologicznego spaceru po drodze życia Zofii z Lubańskich Stryjeńskiej, uzupełnianego od czasu do czasu ważnymi informacjami nie zawartymi explicite w pamiętnikach (autorka nie rozpisuje się na temat swojej twórczości, nie notuje skrupulatnie sukcesów, nie cytuje recenzji). Dodatkowo, w wielu miejscach oddałam jej głos – Stryjeńska mówi do nas swoimi własnymi słowami, stąd obecność tylu cytatów, które według mnie oddają najlepiej jej uczucia, charakter i sytuacje, w których się znalazła. Jednocześnie bardzo skrótowe potraktowanie wielu pobocznych wątków i pominięcie wydarzeń, które również rzucają światło na postać artystki, ma zachęcić czytelników i czytelniczki do samodzielnego sięgnięcia po 2 tomy pamiętników Zofii Stryjeńskiej, dość bogato ilustrowanych zdjęciami rodzinnymi i portretami najbliższych wykonanymi przez artystkę. Anna Sokulska

Z wykształcenia fizyk po krakowskiej AGH. Pracuje w organizacji ekologicznej oraz jest przewodnikiem miejskim. Uwielbia Kraków, kino, góry i rower, a o niektórych z tych pasji nawet bloguje.

184


bibliografia:

Grońska M. Stryjeńska Z.

185

Zofia Stryjeńska, Ossolineum 1991. Chleb prawie że powszedni: pamiętnik, Warszawa 1995. Zofia Stryjeńska 1891–1976. Wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie październik 2008–styczeń 2009, pod red. Ś. Lenartowicza, Kraków 2008.



Anna Pekaniec

Ordyń

Na scenie: życia, teatru, pisma. O Zofii Ordyńskiej1

Włączenie kobiet do świata historii, jako jej podmiotów, oznacza zatem wprowadzenie do niego elementu, na którego wykluczeniu opowieść ta została skonstruowana (Maria Solarska, S/Przeciw-historia. Wymiar krytyczny historii kobiet, s. 173) Aby pisać historię, potrzeba źródeł, dokumentów, śladów, historia kobiet napotyka tu spore trudności. Ich obecność bywa często tuszowana, ślady zacierane, archiwa niszczone. Brakuje źródeł 1 (Michelle Perrot, Moja historia kobiet, przeł. M. Szafrańska-Brandt, s. 19)

Stwierdzenie, iż historia kobiet, tj. taka, która uwzględnia płeć jej podmiotów, konteksty kształtowane przez nią i ją kształtujące, odzyskująca zapoznane obszary kobiecych aktywności, ma już spore osiągnięcia, a jeszcze więcej do zrobienia, jest o tyle prawdziwe, o ile wymaga pewnych dopowiedzeń i uściśleń. Nie mają one charakteru ograniczających ram, są spostrzeżeniami, wyraźnie podkreślającymi wieloaspektowość zagadnienia. Przestrzeń zakreślana przez kobiecą historię jest nieustająco poszerzana, niemniej warto pamiętać o jej paradoksalnej naturze. Powstaje jako notacja braku, czyli warunkiem jej pojawienia się jest wcześniejsze nieistnienie, ignorowanie, marginalizowanie kobiecych doświadczeń, dążności, aktywności. W cytacie otwierającym tekst Maria Solarska wyraźnie akcentuje kreatywną moc wykluczenia. Konieczność jego przekroczenia równoznaczna jest z postulatem oddania historii jej kobiecego skrzydła. Nie należy jednak dać się zwieść twórczemu potencjałowi wykluczenia – ekskluzja, niezależnie od finalnych pozytywnych rozstrzygnięć, zawsze pozostanie czymś negatywnym, opresyjnym, zrodzonym z przemocy, czemu należy przeciwstawiać się nie tylko przez głośny sprzeciw, lecz głównie przez intensywne działanie. Jednym 1

187

Cytaty z pamiętnika autorki będą lokowane według następującego wydania za pomocą skrótu literowego zo z podaniem strony, z której dany passus będzie zaczerpnięty: Zofia Ordyńska, To już prawie sto lat… Pamiętnik aktorki, Wrocław–Warszawa–Kraków 1970.


z nich jest rekonstruowanie kobiecej historii – co jest zadaniem koniecznym, ale i niełatwym. Michelle Perrot, pisząc o trudnościach, z jakimi borykają się badacze i badaczki2, przypomina o konieczności czytania/badania/diagnozowania odpornego na ewidentne braki, płynnie przemykającego ponad lukami, a przede wszystkim obdarzającego zaufaniem teksty – ślady, którymi dysponuje. Zawarte w nich doświadczanie i doświadczenie świata, będące interpretacją faktycznych zdarzeń, zyskuje rys autentyczności poprzez umocowanie w jednostkowym wymiarze. Nawet jeśli opowieści są nie do końca szczere, wierne, pełne przemilczeń lub mniej lub bardziej uchwytnych retuszów, nie tracą autentyczności – są prawdziwe na mocy samego faktu zanotowania. Bez zaufania, acz nie pozbawionego krytycznego oglądu, praca z dokumentami/ tekstami zamienia się w, z góry skazane na porażkę, śledztwo, nastawione na tropienie niekonsekwencji. A przecież i one są ważnymi sygnałami. Wadowiczanka z urodzenia3, krakowianka z miłości (do miasta i sztuki), warszawianka z przypadku, szczecinianka4 z konieczności i wyboru (nie do końca dobrowolnego, ale ostatecznie, szczęśliwego) – Zofia Ordyńska (1882–1972) żyła intensywnie, szybko, często zmieniała miejsca pracy, zamieszkania, swobodnie przemieszczała się pomiędzy różnymi profesjami, acz nigdy nie wyszła poza krąg zatrudnień związanych z szeroko pojętymi 2 Uwagi Michelle Perrot z Mojej historii kobiet streściła Lucyna Marzec: „[…] pisze ona o 3 czynnikach utrudniających uprawianie herstorii (choć sama tego terminu nie używa): pierwszym jest tradycja, która wartościując wysoko działania w przestrzeni publicznej, a więc aktywności mężczyzn, nie poświęca wiele uwagi związanym ze sferą prywatną kobietom. Drugim czynnikiem jest milczenie źródeł (tekstów samych kobiet), trzecim zaś milczenie relacji, w tych kobiety są albo pomijane, albo pisze się o nich, powielając stereotypy czy wyrażając sporą niechęć. Trzeba dodać, że za milczeniem źródeł często stoi nieobecność, za milczeniem relacji – niechęć”. L. Marzec, Herstoria żywa, nie tylko jedna, nie zawsze prawdziwa, „Czas Kultury” 2010, nr 5, s. 38. Por. tekst L. Marzec w niniejszym tomie. 3 Rodzice przyszłej aktorki przenieśli się z Wadowic do Krakowa w 1894 roku, aby móc zapewnić ósemce dzieci, a szczególnie pięciu córkom lepszy dostęp do edukacji. W rodzinnym mieście Ordyńskiej dziewczęta miały do dyspozycji jedynie sześcioklasową szkołę powszechną. Por. zo, s. 14. Warto pamiętać, iż w roku przenosin Pindelskich do Krakowa kobiety uzyskały prawo do studiowania na Uniwersytecie Jagiellońskim. 4 „Zawierucha wojenna zabrała mi wielu najbliższych. Dom rodzinny w Krakowie przestał istnieć. Szczecin stał się dla mnie na długie lata drugim moim przybranym, ale niemniej drogim miastem rodzinnym” (zo, s. 249).

188


sztuką i kulturą. Jakie są powiązania biografii aktorki z wymienioną wyżej kategorią wykluczenia? Grywając w sztukach niekoniecznie przeznaczonych dla wymagającej publiczności, Ordyńska bytowała na marginesach historii teatru. Najwyraźniejszym śladem jej obecności – oprócz długiej listy ról, jest pamiętnik (nota bene stanowiący główne źródło informacji o bohaterce), wyraźnie rozpadający się na dwie, niejednakowe – zarówno objętościowo, jak i formalnie, części – pierwsza obejmuje okres od dzieciństwa do wybuchu ii wojny światowej, natomiast druga, to szkicowe ujęcie powojennych zatrudnień. I choć to długi, krakowski epizod jej życia, tj. od lat dziecięcych do końca ii wojny światowej (z „chwilowymi” pobytami np. w Warszawie, czy Poznaniu lub Lwowie), stanowić będzie oś konstrukcyjną niniejszego szkicu, chciałabym krótko wspomnieć o latach powojennych – wtedy emancypacyjne inklinacje Ordyńskiej znalazły mocny, uchwytny politycznie i społecznie oddźwięk. Mam na myśli jej pracę dla Ligi Kobiet. Rozpoczęła się ona w Łodzi: Moja dobra znajoma, późniejsza autorka licznych fascynujących książek o tematyce społecznej i popularnonaukowych, Irena Gumowska (ponad trzydzieści książek poświęciła głównie zdrowemu odżywianiu się i kwestiom związanym z codziennymi domowymi zatrudnieniami, przykładowe tytuły: Cztery pory roku w gospodarstwie domowym; Kuchnia pod chmurką; Nie daj się chorobie; Bądź zdrów, smacznego!; abc dobrego wychowania – przyp. aut.) była w tym czasie redaktorką dwutygodnika Ligi Kobiet „Kobieta dzisiejsza”, wychodzącego w Warszawie. Zaproponowała mi nadsyłanie korespondencji z Łodzi, ze szczególnym uwzględnieniem życia kół tej organizacji. Łódź, miasto włókniarek, dostarczała mi obszernej i bardzo ciekawej tematyki (zo, s. 247). Oprócz teatru pracowałam w różnych okresach na rozmaitych posterunkach organizacyjnych. Liga Kobiet, spatif, Klub „13 Muz” – wszędzie tam starałam się dołożyć mą cegiełkę. Mianowano mnie delegatem na Zjazd Ziem Odzyskanych we Wrocławiu w 1952 roku, zostałam prezeską Koła Ligi Kobiet, które w teatrze założyłam, przez kilka lat byłam przewodniczącą Koła spatif-u (zo, s. 149).

Dziennikarskie i społecznikowskie zacięcie towarzyszyło Ordyńskiej od czasów małżeńskich. Pasja, ale i konieczność życiowa, przekształciła się w owocną

189


współpracę5. W tym miejscu chciałabym jednak zwrócić uwagę na nieco inną kwestię, bezpośrednio przekładającą się na kształt pamiętnikarskiej narracji. Liga Kobiet, „Kobieta i Życie”, „Kobieta Dzisiejsza”6 – będąc przestrzeniami realizacji emancypacyjnych postulatów, zarówno sprzed ii wojny światowej, jak i nowych, generowanych przez powojenną rzeczywistość społeczno-polityczną, były również ewidentnymi pasami transmisyjnymi socjalistycznych/komunistycznych idei. Dla Ordyńskiej, jasno oświadczającej: „Nie brałam nigdy w mym życiu udziału bezpośredniego w życiu politycznym, nie byłam członkinią partii” (zo, s. 271), jednocześnie podkreślającej, iż „umiałam realnie patrzeć na życie”, ideologiczny nalot był dodatkiem kłopotliwym, ale nie ograniczającym jej działań. Bohaterką niniejszego tekstu jest Zofia Ordyńska, a właściwie Zofia Teofila Matylda z Pindelskich, po mężu Burzyńska. Na deskach krakowskiego Teatru Ludowego zadebiutowała jako Zofia Delska – nazwisko rodowe pozbawione zostało pierwszej sylaby, aby zaniepokojeni bliżsi i dalsi członkowie „małomieszczańskiej” (jak podkreślała sama Zofia) rodziny ojca, Romana Pindelskiego, mogli odetchnąć z ulgą – ich nazwisko nie było łączone z teatrem7; jako Zofia Ordyńska, aktorka wróciła na scenę po wojennej przerwie, na nowo rozpoczynając przygodę z teatrem, tym razem we Lwowie: Postanowiłam również zmienić mój panieński pseudonim „Delska” na inny, w błogiej nadziei, że ten mój lwowski debiut zapoczątkuje nową erę w mej artystycznej karierze.

5 „Ten mój ponowny start dziennikarski pociągnął za sobą długoletnią współpracę z prasą. Na przestrzeni kolejnych powojennych lat pisywałam reportaże, wywiady i sprawozdania, a także i humoreski w następujących pismach: „Rzeczpospolita”, „Moda i Życie Praktyczne” (późniejsza nazwa „Kobieta i Życie”), w warszawskim „Wieczorze”, w „Życiu Częstochowskim”, a później – w moim okresie szczecińskim – w wychodzącym tam tygodniku „7-my Dzień Tygodnia”. Za ukoronowanie kariery dziennikarskiej uważam wejście na łamy popularnego tygodnika „Przekrój”, który wydrukował cztery obszerne fragmenty z niniejszego pamiętnika” (zo, s. 247). 6 Liga Kobiet oraz wymienione czasopisma zostały wyczerpująco scharakteryzowane przez Zofię Sokół w interesującej publikacji poświęconej powojennej prasie adresowanej do kobiet. Zob. Z. Sokół, Prasa kobieca w Polsce w latach 1945–1995, Rzeszów 1998, s. 64–70, 80–102, 104–112, 135 i nast. 7 Por. zo, s. 36.

190


Skontaktowałam się z moją matką, która mi zaproponowała nazwisko swej rodziny Ordyńskich, starej szlachty zamieszkałej ongiś na Podolu. Zaakceptowałam tę propozycję i do tego czasu nazwisko Ordyńska zrosło się z moją osobą na stałe (zo, s. 124).

Nazwisko panieńskie, po mężu, dwa pseudonimy. Symptomatyczne, że aktorka pozostała przy nazwisku „po kądzieli”. Poza tym, jego przyjęcie oznaczało całkowite zatarcie najbliższych powiązań rodzinnych. Gdy stawała się Ordyńską8, Zofia była wdową Burzyńską – nowa tożsamość równała się z otwarciem kolejnego etapu. Sądzę również, iż pseudonim był sposobem na odwrócenie uwagi od Zofii Pindelskiej-Burzyńskiej. Wyeksponowana została aktorka, osoba publiczna, ukryta żona, matka, siostra, córka – czyli osoba prywatna. Wracam do meritum. Rodzice przyszłej aktorki – rotmistrz Roman Pindelski9 i Franciszka z Brylińskich10 (podkreślam, iż Zofia miała niezwykle serdeczny stosunek do troskliwej, zaradnej, patriotycznie nastawionej matki11) dbali o wykształcenie dzieci12: 8 Nowe nazwisko bywało też źródłem nieporozumień: „Zdarzało się dość często, że łączono mój pseudonim z nazwiskiem wybitnego reżysera Ryszarda Ordyńskiego, biorąc mnie za jego krewną, a nawet małżonkę. Ale nasze „pokrewieństwo” polegało jedynie na nazwisku. Bowiem nazwisko „Ordyński” było również przybranym nazwiskiem pana Ryszarda, a nie rodowym” (zo, s. 124). 9 Będąc kawalerem, ojciec aktorki należał do węgierskich huzarów, po ślubie zrezygnował ze służby wojskowej. Dlaczego? Otóż, jak podaje Ordyńska, austriacki kodeks wojskowy określał kwotę posagu, jaką miała dysponować panna młoda, by móc stać się małżonką wojskowego. Posag Franciszki był niższy od wymaganego dla rotmistrza, który przedłożył wtedy miłość nad zobowiązania. Por. zo, s. 8. 10 „Matka, rozkochana w poezji romantycznych wieszczów, wpajała w nasze umysły i serca piękno mowy polskiej, miłość ojczyzny i wiarę w odzyskanie niepodległości. W jej wspomnieniach żywe były czasy powstania styczniowego w 1863 r. Ze szczególnym wzruszeniem opowiadała nam mama o ukrywaniu powstańców w domu rodzinnym oraz potajemnym urządzeniu dla nich wieczoru wigilijnego” (zo, s. 7). 11 To ona jest bohaterką ostatniego akapitu pamiętnika: „Kiedyś dawno, przed laty otrzymałam od swej matki tajemniczy talizman: maleńkie pudełeczko, w a nim kruszyny chleba. Ten talizman był mi wiernym towarzyszem życia zawsze i wszędzie. Mam go nadal przy sobie” (zo, s. 295). 12 Jadwiga Hoff sporządziła rejestr profesji, w których kobiety bywały mile widziane: „Bardzo interesujący jest zestaw zawodów, jakie proponowano kobietom. Dominują wśród

191


Dzieciom trzeba było dać takie wykształcenie, które by im zagwarantowało pewny kawałek chleba. A więc studia akademickie dla synów, dla córek seminarium nauczycielskie względnie szkoła handlowa, w perspektywie dobre zamążpójście. Trzeba bowiem pamiętać, że kilkadziesiąt lat temu studia wyższe były dla dziewcząt niedostępne. Ja jedna wyłamałam się z tych małomieszczańskich kanonów (zo, s. 6).

Stąd też po przeprowadzce z Wadowic do Krakowa (Zofia miała wtedy dwanaście lat) przyszła aktorka została zapisana do szkoły imienia Adama Mickiewicza (ul. studencka), od razu do klasy siódmej. Aklimatyzacja w nowej przestrzeni przebiegła pomyślnie, Zosia czuła się dobrze zarówno w szkole, jak i w mieście. Po ukończeniu szkoły powszechnej, dzięki świetnym ocenom na świadectwie, została przyjęta do dziewiątej klasy szkoły im. świętej

nich zawody rękodzielnicze (gorseciarstwo, hafciarstwo, koronkarstwo, krawaciarstwo, krawiectwo, pończosznictwo, rękawicznictwo, szmuglerstwo i pasmanteria, farbiarstwo i tkactwo domowe, koszykarstwo, kwiaciarstwo, ale też drzeworytnictwo, introligatorstwo, rytownictwo, tokarstwo, litografia, heliominiatury, wypalenie w drewnie i skórze, wyroby z gliny itp.) – około 60% wszystkich proponowanych (być może dlatego, że większość tych zawodów można było wykonywać w domu), następnie – zawody związane z szeroko pojmowaną opieką (pielęgnacja i wychowanie dzieci, pilnowanie chorych, funkcja damy do towarzystwa itp.) około 11%. Kobieta mogła też zostać buchalterką […], literatką, malarką, gospodynią w większym majątku […], wreszcie telegrafistką, telefonistką, a nawet panną sklepową”. J. Hoff, Kobieta aktywna zawodowo w kodeksach savoir-vivre’u xix i pierwszej połowy xx wieku, [w:] Kobieta i praca. Wiek xix i xx, zbiór studiów pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, t. vi, Warszawa 2000, s. 247–248. Opinie dotyczące pracy kobiet ewoluowały po i wojnie światowej – stopniowo poszerzał się zakres zawodów dostępnych dla kobiet, anektowane były nowe przestrzenie. Aktywność zawodowa przestała być li tylko utrapioną koniecznością, stała się sposobem samorealizacji, a przede wszystkim realną alternatywą i wyborem, który, nierzadko należało pogodzić z perspektywą zostania żoną i matką, niemniej możliwość zadecydowania o własnej drodze zawodowej stała się oczywistością. Złożoność perspektywy postrzegania kobiet pracujących zrekonstruowała Dobrochna Kałwa. Zob. D. Kałwa, Model kobiety aktywnej zawodowo w Polsce międzywojennej, [w:] Kobieta i praca. Wiek xix i xx, zbiór studiów pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, t. vi, Warszawa 2000.

192


Scholastyki. Według Ordyńskiej była to niezwykle sprawnie prowadzona i utrzymana na wysokim poziomie publiczna szkoła żeńska13. Jeszcze jako czternastoletnia uczennica przyszła aktorka miała okazję być na wyjątkowo wtedy popularnej Królowej przedmieścia autorstwa Konstantego Krumłowskiego. Pilna uczennica nie przypuszczała, że jako osiemnastolatka sama zostanie odtwórczynią głównej roli14. Za sprawą matki, Zofia trafiła do Szkoły Dramatycznej założonej 1898 roku przez Stanisława Knake-Zawadzkiego, jednego z aktorów Teatru im. Słowackiego, mającej siedzibę na garncarskiej 7 15. Zanim jednak nastał czas zajęć i pracy nad przyszłym warsztatem aktorskim, „wspólniczki”, czyli matka, Franciszka, i córka, musiały przekonać do tego pomysłu ojca, chcącego, aby Zofia zajęła się „czymś solidniejszym” (zo, s. 20). Matka wytłumaczyła mu, iż córką będzie „artystką” (zo, s. 20), a „nie żadną aktorką” (Tamże)16. 13 Placówka została założona w roku 1871 jako szkoła czteroklasowa, a następnie pięcioklasowa. Początkowo korzystająca z sal należących do szkoły św. Kingi, w sześć lat po otwarciu doczekała się własnego budynku, zaprojektowanego przez Filipa Pokutyńskiego, a ulokowanego przy ulicy Św. Marka. Profil kształcenia zogniskowany był wokół przedmiotów ogólnokształcących, jak i zawodowych – związanych z handlem i szeroko pojętym krawiectwem i rękodziełem. Po więcej informacji o historii „św. Scholastyki” odsyłam do ciekawego szkicu: http://www.sp1krakow.neostrada.pl/ historia_1.htm [dostęp: 2.11.2012]. 14 Por. zo, s. 15–19. 15 Nie była to jedyna szkoła aktorska w Krakowie u schyłku xix wieku: „Na przełomie wieków powstały w Krakowie kolejno […]: S. Knake-Zawadzkiego (1899–1899), G. Zapolskiej (1902–1903), M. Przybyłowicza (1905–1910), dłużej niż inne istniejąca szkoła K. Gabrielskiego […]”. Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. L. Solskiego w Krakowie w trzydziestolecie istnienia, oprac. E. Orzechowski, Kraków 1977, s. 17. Zob. także zo, s. 20–21. „Mieściła się ona przy ul. Garncarskiej nr 7 na parterze, w jednej salce z zainstalowaną tam maleńką sceną, podnajmowanej na godziny popołudniowe od jakiegoś cechu rzemieślniczego. Wierna wspomnieniom, gdy już po latach byłam aktorką Teatru im. Słowackiego, lubiłam zajść na ulicę Garncarską, by «kuknąć» w niskie, parterowe okna starej budy. Niemal ze łzą w oku” (zo, s. 22). 16 Co jest szczególnie istotne w kontekście niezbyt aprobatywnego zdania o aktorkach: „Mama miała słuszność, stając w obronie prestiżu zawodu aktorskiego. W owe czasy aktorzy używali tytułu «artystka», «artysta». Nazwanie artystki «aktorką» miało coś w sobie wysoce poniżającego i pogardliwego, co przypominało czasy, gdy aktor uchodził

193

6. Zofia Ordyńska


Po wstępnym przesłuchaniu nauka została rozpoczęta – pod okiem Józefa Kotarbińskiego, aktora o nazwisku Prejzner i dyrektora Knake-Zawadzkiego Ordyńska podczas rocznego kursu zapoznawała się z historią literatury dramatycznej, tajnikami gry scenicznej, szermierki, chodziła na przedstawienia w „Słowackim”, które poddawano szczegółowej analizie podczas zajęć. Jako najmłodsza z uczennic, Zofia cieszyła się sporą sympatią pozostałych. Natomiast punktem zapalnym w relacjach domowych okazały się jej… ubrania i uczesanie – dziewczyna dbała, aby przed powrotem do domu zaplatać włosy w warkocz – ojciec zżymał się na „nowoczesne” i „dorosłe” fryzury szesnastolatki17. Przygotowania do kończącego naukę popisu teatralnego zakłóciła choroba Zofii, blednica, „modna choroba podlotków. Wprost epidemiczna” (zo, s. 28), leczona specjalnie skomponowaną dietą – niezwykle obfitą. Męcząca kuracja okazała się skuteczna, przyszła aktorka wyzdrowiała i zagrała w „dyplomowym” przedstawieniu całkiem dobrze przyjętym przez publiczność. Młoda adeptka (mieszkała wtedy wraz z rodziną na ulicy pędzichów) sztuki teatralnej wkrótce po ukończeniu szkoły trafiła na scenę nowo otwartego przez Knake-Zawadzkiego Teatru Ludowego, którego repertuar miał być adresowany do publiczności mniej wymagającej niż bywalcy i bywalczynie Teatru im. Słowackiego. Mniej elitarny, co jednak nie znaczy, iż mniej profesjonalny, teatr znalazł przystań na krowoderskiej18, tam też 30 kwietnia 1904 roku odbyła się premiera przedstawienia według Chaty za wsią Józefa Ignacego Kraszewskiego, Zofia grała Motrunę19. za wyrzutka społeczeństwa, nie mającego prawa wstępu do przyzwoitego domu” (zo, s. 20). Rozróżnienie aktorka – artystka, a precyzyjniej, postępujące zrównanie obu profesji wskazuje na stopniową nobilitację zawodu. Kobiece aktorstwo traciło odium wykluczenia, zrzucało niesłusznie przypiętą łatkę niemoralności. 17 Por. zo, s. 28. 18 „Pierwsze przedstawienia odbywały się w Sali Strzeleckiej przy ul. Lubicz. Następnie, po długiej tułaczce w różnych salach Krakowa i Podgórza, teatr umieścił się przy ul. Krowoderskiej w sali przerobionej z dawnej hali maszyn fabryki Peterseima i tu, zmieniając często kierowników, rozwijał się pomyślnie. Na deskach tego teatru przy ul. Krowoderskiej debiutował w 1904 r. Stefan Jaracz i Juliusz Osterwa. W ostatnich latach przed wojną przedstawienia odbywały się w sali Ujeżdżalni przy ulicy Rajskiej 12”. J. Bieniarzówna, J. M. Małecki, Dzieje Krakowa. Kraków w latach 1796–1918, Kraków 1994, s. 328. 19 Por. zo, s. 36.

194


Tempo pracy było iście zawrotne, nowe sztuki wystawiano nad wyraz często, niekiedy w odstępach nieco ponad tygodniowych. Oprócz nauki ról (Ordyńska przyznaje, iż miała skłonność do zmieniania ich tekstów, co prowadziło do komicznych sytuacji, ale też bywało szybką reakcją na niespodziewane wydarzenia na scenie), aktorka miała obowiązek przygotować dla siebie kostium, np. dzięki dodatkom jedna suknia przydawała się w trzech przedstawieniach – wystarczyło zmienić detale i już można było grać Klarę ze Ślubów panieńskich Aleksandra Fredry, Hesię z Moralności Pani Dulskiej Gabrieli Zapolskiej, Annę z Warszawianki Stanisława Wyspiańskiego lub pannę młodą z Wesela, Jagienkę z Krzyżaków Henryka Sienkiewicza czy też tragiczną Desdemonę z Szekspirowskiego Otella20 albo cieszącą się sporą popularnością wśród publiczności Manię z Królowej przedmieścia. Ostatnia z wymienionych ról wymagała od Zofii nie tylko zdolności aktorskich, ale i pomysłowości, a przede wszystkim odwagi – w jednej ze scen bohaterka rozbiera się i kładzie do łóżka – powstaje pytanie, jak pokazać zakazaną na scenie (i nie tylko)21 nagość? Zmyślnej aktorce udało się ją zasugerować, odegrać, niemniej skandal obyczajowy i tak był nieunikniony; jak łatwo się domyślić w roku 1902 striptiz na scenie był wykluczony, więc Zofia stopniowo zdejmowała poszczególne części garderoby, tak by zostać jedynie w halce i koszuli – ale też w nieprzeźroczystych trykotach:

20 Por. zo, s. 40. 21 „Nagość w życiu codziennym była jak najsurowiej zakazana. Moda zakuwała kobiety w gorsety-pancerze, najeżone stalkami i bryklami, niczym zbroja średniowiecznego rycerza. Biedne kobieciątka nawet podczas upalnego lata nosiły suknie z długimi rękawami i wysokimi kołnierzykami, usztywnionymi na dodatek fiszbinkami, na nogach grube bawełniane pończochy i wysokie trzewiki oraz spódnice po pięty, którymi elegantki zamiatały trotuary, jak wówczas nazywano chodniki. Również i na scenie nie wolno było pokazać aktorce ani kawałka nagiego ciała bo to wstyd i obraza publicznej moralności. Wyjątek stanowiły dekolty balowych toalet, ale nogi, te musiały być całkowicie zakryte. Jeżeli jakiś kostium wymagał niezbicie ukazania gołej łydki, to cenzura pozwalała na to pod warunkiem, że nogę zasłoni trykot w cielistym kolorze” (zo, s. 41).

195


Tak rozebrana gasiłam co prędzej naftową lampę i hyc do łóżka, nakrywając się szczelnie kocykiem. Przez cały czas akcji muzyczka grała jakąś nastrojową piosenkę, którą powinnam nucić półgłosem. (…) W miarę zasypiania muzyczka grała coraz ciszej… coraz ciszej i kurtyna powoli opadała. Tak wyglądał mój striptiz i takie były emocje ówczesnej młodzieży. Nie podobało się to jednakże bogobojnym sferom i paniusiom krakowskim, które orzekły, że kto jak kto, ale Teatr Ludowy nie powinien siać takiego zgorszenia wśród młodzieży, a Towarzystwo Oświaty Ludowej, które sprawowało rodzaj patronatu nad teatrem, zakwestionowało tę scenę (zo, s. 42–43).

Choć Knake-Zawadzki całym sercem był oddany swojemu teatrowi, nie udało mu się ochronić go przed kłopotami finansowymi; ogromne długi sprawiły, że zrezygnował z posady dyrektora i wyjechał do Warszawy, zostawiając zespół aktorski samemu sobie. I tak skończyła się przygoda Zofii z Teatrem Ludowym, a zaczęły następne – krótki angaż w Poznaniu i kolejna rola „której nie mógł mi dać teatr. Rola żony w sztuce pt. «Moje małżeństwo»” (zo, s. 60). Jej pierwsze jaskółki pojawiły się jeszcze podczas współpracy z Ludowym – często wyjeżdżającym na gościnne występy do ówczesnych galicyjskich miast – Bochni, Tarnowa, Jarosławia, Przemyśla – właśnie w ostatnim z wyliczonych Zofia poznała przyszłego męża, Konstantego Burzyńskiego – rejenta z Radymna. Było to w drugim roku pracy Zofii u Zawadzkiego, niespełna dwudziestoletnia aktorka po jednym z przedstawień, łamiąc przyjęte konwenanse, udała się z koleżanką do cukierni. Tam zaintrygował je elegancki mężczyzna, który obiecał im, że przyjdzie obejrzeć ich kolejny występ – tak też się stało. Ale galicyjskie tournée się skończyło, zespół wrócił do Krakowa. Zakochany rejent już niecały tydzień później przyjechał do Zofii. Odwiedzał ją co sobotę. Nie zawsze mogli porozmawiać, dlatego szybko narodziła się między nimi płomienna korespondencja. W końcu przyszedł czas na oficjalne oświadczyny – matka, w imieniu swoim i ojca, wyrażając aprobatę, decyzję pozostawiła córce. Miłość wygrała z pasją sceniczną22. Lata małżeńskie to czas chwilowego rozbratu z teatrem i z Krakowem – państwo Burzyńscy zamieszkali w Tłumaczu (niedaleko Stanisławowa), cztery lata później przenieśli się już w trójkę – w międzyczasie Zofia urodziła syna, Romana – do Uhnowa (niewielkiego miasteczka, położonego nieopodal 22 Por. zo, s. 68–71.

196


dzisiejszej granicy polsko-ukraińskiej), gdzie zaangażowała się w prace na rzecz utworzenia polskiej szkoły23. Rodzinną sielankę przerwała i wojna światowa – Konstanty podjął decyzję o wstąpieniu do Legionów, Zofia z synem zostali w Krakowie, ogłoszonym twierdzą – przestrzenią tylko teoretycznie bezpieczną, a w rzeczywistości oznaczającą nieustanne poczucie zagrożenia. Stąd też została podjęta decyzja o wyjeździe do Wiednia (w towarzystwie matki i ciotki) – w Krakowie Zofia była żoną, po przyjeździe do stolicy Austrii okazało się, iż jest wdową – osamotniona, nie poddała się jednak, imając się różnych zajęć: kurs modniarstwa, praca w kuchni „Herbaciarni artystów”, dziennikarstwo, w końcu ponowny debiut sceniczny. Po zakończeniu wojny na czternaście lat (1919–1933) wróciła do Krakowa24, pracy w tamtejszych teatrach – „Słowackim” i Bagateli (z niewielkimi antraktami na Katowice i Lublin), jednocześnie nie żegnając się z odkrytą w Wiedniu żyłką dziennikarską: Pracowałam niekiedy tylko dorywczo, ale długimi okresami zajmowałam stanowiska pełnoprawnego, etatowego dziennikarza. Byłam też członkiem Syndykatu Dziennikarzy Krakowskich, ówczesnej zawodowej organizacji ludzi pracy. I tu także moim udziałem był szeroki wachlarz pozycji dziennikarskich, począwszy od krótkich humoresek w piśmie satyrycznym „Wróble na dachu” (używałam pseudonimu Rido), do artykułów publicystycznych w dzienniku „Ilustrowany Kurier Codzienny” i w tygodnikach „Kurier Kobiecy” i „As”. W pewnym okresie pracowałam jednocześnie na dwóch etatach, jako aktorka i jako dziennikarka. Wtedy moje życie teatralne i dziennikarskie płynęło równolegle (zo, s. 132).

W „Słowackim” Ordyńskiej przypadały w udziale głównie role tzw. charakterystyczne lub amantek, w przeważnie zapomnianych dziś sztukach. Ucieszyła ją niewielka, ale znacząca rólka w Lady Frederic, w której miała

23 Zob. zo, s. 85–97. 24 „Mój dom rodzinny, mieszczący się przy ulicy karmelickiej pod nr. 70, narożnik alei „Trzech Wieszczów” była to właściwie jedna ulica biegnąca wzdłuż dawnej, zlikwidowanej linii kolejowej […]. Z dala, na horyzoncie widniały parterowe domki podmiejskiego Łobzowa” (zo, s. 133).

197


okazję partnerować samej Irenie Solskiej25; z dumą podkreślała, iż pracowała w teatrze Słowackiego także wtedy, gdy dyrektorem był Juliusz Osterwa. W założonej w 1920 roku Bagateli Ordyńska grała role „charakterystyczno-komiczne” (zo, s. 162), np. w sztukach Adama Grzymały-Siedleckiego, Henryka Ibsena. Kolejnym miejscem pracy Zofii okazała się Warszawa. Pasja sceniczna nie była jedyną w życiu Ordyńskiej, razem z nią szły inklinacje recytatorskie (siłą rzeczy wynikające z wyuczonego zawodu) oraz talent dziennikarski (co zostało już zasygnalizowane wyżej). Warto pamiętać, że Ordyńska była jedną z pierwszych recytatorek poezji futurystycznej. Tytus Czyżewski26 poprosił aktorkę o zaprezentowanie na scenie Teatru Słowackiego dwóch wierszy: Ballady o kelnerce Koci i Zielonego oka. Efektowny kostium w połączeniu z mistrzowską recytacją zapewniły gorący aplauz publiczności. Odtąd Zofia stała się etatową recytatorką futurystów, często goszczącą w krakowskim Pałacu Sztuki, a Czyżewski dedykował jej poniższy wiersz, zatytułowany Muzyka z okna: płacz

raz to w jesienną zdarzyło się noc pod stopy moje upadł zwiędły kwiat nade mną balkon pusty i ciemny a nad balkonem dzwoniąca wciąż pieśń raz to w jesienną zdarzyło się noc kiedy mną targał i smutek i wiatr pod ciemnym i pustym balkonem muzyka z okna śmiała się i blask raz to w jesienną zdarzyło się noc 25 Por. zo, s. 148–149. Solska chwaliła Ordyńską za udany epizod. 26 Obok Anatola Sterna, Aleksandra Wata, Brunona Jasieńskiego i Stanisława Młodożeńca współtworzył oblicze polskiego futuryzmu. Nowatorstwo, programowe skandalizowanie, odłączenie od tradycji, zachwyt nowoczesnością, skupienie na słowie jako na podstawowym tworzywie poezji – oto niektóre postulaty futurystów. Por. Z. Jarosiński, Futuryzm, [w:] Słownik literatury polskiej xx wieku, zespół red. A. Brodzka, M. Puchalska, M. Semczuk, A. Sobolewska, W. Szary-Matywiecka, seria: Vademecum Polonisty, Wrocław 1993.

198


gdym przechodził popod balkonem pod moje nogi upadł zwiędły kwiat z ciemnego okna nie wzlatywał śmiech raz to w jesienną zdarzyło się noc z ciemnego okna słychać było płacz.

Nie był to jedyny prezent otrzymany od Czyżewskiego: „Tytus z wdzięczności za warszawski wieczór namalował mi portret, do którego nawet mu kilkakrotnie pozowałam. […] Niestety portret ten straciłam w Warszawie w czasie wojny wraz z wieloma drogimi sercu memu pamiątkami” (zo, s. 178–179). Futurystyczny epizod pozwala zajrzeć za kulisy działań krakowskich awangardzistów, odsłania również kolejną twarz Ordyńskiej – otwartej na nowości, chętnie angażującej się w dopiero co rodzące się przedsięwzięcia. Aktorka jawi się jako osoba, która w każde z wykonywanych zadań wkładała tyle samo wysiłku. Gra w teatrze, recytowanie były dla niej tak samo ważne i tak samo absorbujące jak dziennikarstwo, towarzyszące jej, przypominam, od pobytu w Wiedniu podczas i wojny światowej. Redaktor lwowskiej „Gazety Wieczornej”, Roger Battaglia27 zaproponował Ordyńskiej, aby zaczęła pisać felietony, na co indagowana zareagowała niezbyt entuzjastycznie: „Ależ ja nie mam zielonego pojęcia, jak się pisze do gazet! W swoim życiu pisywałam jedynie za młodych lat wypracowania szkolne” (zo, s. 116). Sporadyczną działalność dziennikarską Zofia zamieniła na intensywną współpracę – od 1928 do 1935 roku – z krakowskim „Ilustrowanym Kurierem Codziennym, którego siedziba mieściła się w Pałacu Prasy (usytuowanym u zbiegu ulic wielopole i starowiślnej), a dokąd przyszła, by zamówić ogłoszenie o wolnej posadzie dla poszukiwanej przez siebie pomocy domowej28. Rozdział pamiętnika poświęcony pracy w „Kurierze” jest jednym z najciekawszych w całym pamiętniku, pisany z wyraźną przyjemnością, stanowi interesujący appendix do dziejów prasy krakowskiej, jest także zbiorem kreślonych pewną ręką, z dużą dozą ironii, porterów pracowników, pracownic, gości Pałacu Prasy. Ordyńska 27 Zob. zo, s. 116–117. Pierwszy felieton do „Gazety…” zatytułowany był Herbaciarnia Artystów w Wiedniu. Kolejne także dotyczyły wiedeńskich doświadczeń aktorki. 28 Zob. zo, s. 184–185.

199


zajmowała się publicystyką, głównie o nachyleniu społecznikowskim (np. sprawozdanie z inspekcji letnich kolonii dla dzieci), w karnawale prowadziła rubrykę poświęconą relacjom z licznych balów, rautów, pisywała również do rozmaitych dodatków do „Kuriera”, dla „Wróbli na dachu” tworzyła humoreski – a pamiętać należy, że dziennikarstwo godziła z pracą w teatrze29. Pamiętnikarka była także obserwatorką słynnego procesu Rity Gorgonowej30. Relacje z sali sądowej niezwykle szybko trafiały do redakcji „Kuriera”, Zofia zaznacza, iż nie mijała godzina, a spragnieni informacji czytelnicy mogli zapoznać się z najnowszymi szczegółami procesu. Dziennikarskie zatrudnienia towarzyszyły jej również w Warszawie31. Przez dziewięćdziesiąt lat nieustająco występując na scenie – przy czym ponad sześćdziesiąt pięć na lat na deskach teatru – Zofia Ordyńska starała się być rzetelną aktorką, ale także autorką, jak również reżyserką życia. Na czym polegało owo zadanie i jakie miało konsekwencje w perspektywie ontologicznej, czy, nieco wężej i mniej górnolotnie, w perspektywie indywidualnej, osobistej? Alasdair MacIntyre pomaga sformułować odpowiedź: (…) to, co podmiot jest w stanie uczynić i w zrozumiały sposób opowiedzieć jako aktor, w wielkim stopniu zależy od tego, że nigdy nie jesteśmy niczym więcej (a czasem nawet mniej) niż tylko współautorami naszych własnych narracji. (…) zawsze jesteśmy pod jakimś przymusem. 29 Zob. zo, s. 194–195. 30 Rita Gorgonowa został oskarżona o zabicie swojej podopiecznej, szesnastoletniej Lusi, rzekomo sprzeciwiającej się projektowanemu małżeństwu opiekunki z ojcem dziewczyny. „W bogobojnym, spokojnym Krakowie zawrzało. Gmach sądowy, w którym odbywał się proces, był dzień w dzień oblężony przez tłumy, z większością kobiet usiłujących dostać się na salę rozpraw. A wstęp na salę był tylko dla posiadających bilety, też trudne do zdobycia” (zo, s. 202). Sprawie tej uważnie przyglądała się także Irena Krzywicka, np. w reportażu Sprawa Gorgonowej. Zob. A. Górnicka-Boratyńska, Stańmy się sobą. Cztery projekty emancypacji (1863–1939), Izabelin 2001, s. 220–221, 238. 31 „Różne okoliczności wpłynęły na mą decyzję przeniesienia się z Krakowa do Warszawy. Dom rodzinny, który zawsze był moją ostoją życiową, po śmierci Matki rozpadł się zupełnie. Siostry powychodziły za mąż, bracia się pożenili, wszyscy powyjeżdżali z Krakowa, syn po maturze rozpoczął wyższe studia w Warszawie. Czułam się bardzo osamotniona. Wyjechałam, jak to się mówi po aktorsku, «w ciemno», nie mając w perspektywie żadnego engagement” (zo, s. 221).

200


Wkraczamy na scenę, której nie zaprojektowaliśmy i stajemy się częścią wątku, którego nie wymyśliliśmy. Każdy z nas, będąc głównym bohaterem własnego dramatu, odgrywa drugoplanowe role w dramatach innych ludzi, każdy zaś dramat narzuca pewne ograniczenia innym32.

Ordyńska, od najmłodszych lat przeznaczona na „ofiarę Melpomenie” (zo, s. 6), obserwowała świat przez teatralny pryzmat, nadając codzienności artystyczny rys, jednocześnie dzięki niemu dystansując się od wydarzeń przykrych, traumatycznych, a przynajmniej nieprzyjemnych. Mając świadomość swoistej umowności doświadczanej rzeczywistości, zdobywała nad nią przewagę. Wielokrotnie zmuszana przez okoliczności życiowe do zmian miejsc zamieszkania, przyjmowania posad w różnym stopniu odpowiadającym jej aspiracjom i możliwościom, każdorazowo modelowała je zgodnie z własnymi oczekiwaniami, dyspozycjami, przyzwyczajeniami. Egzystencjalne współautorstwo życia przypomina nie tylko o warunkujących je kontekstach, odsyła do nieodzownej dla dramatyczności relacyjności. Aktorka/autorka nieustannie wystawia się na spojrzenia innych, to w odniesieniu do nich konstruuje życiowe i teatralne role. Na scenie teatru i pisma33 nie przestaje grać – jej kondycję wyznacza mniej lub bardzie fortunne realizowanie scenariusza. Pamiętnikarka nie zapomina jednak, iż teatr jest „świadomie organizowaną iluzją”34, a „rzeczywistość żyta” jest wyjątkowo dojmująca i dotkliwa – nie tylko metaforycznie. Ordyńska nie traciła jednak pogody ducha, rozpacz i smutek przekuwała w działanie, samotność zagłuszała licznymi kontaktami zawodowymi. Pamiętnik sytuuje ją w gronie „piszących aktorek”, wyjątkowo sprawnie radzących sobie ze scenariuszami, jak i z własnymi tekstami. Mam na myśli (nota bene także związane z Krakowem) ewidentne gwiazdy Irenę Solską i Helenę Modrzejewską, wyrazistą i utalentowaną Jadwigę Mrozowską-Toeplitz – Ordyńska dołącza do ich chóru, uzupełniając go o głos aktorki 32 A. MacIntyre, Dziedzictwo cnoty. Studium z teorii moralności, przeł., wstępem i przypisami opatrz. A. Chmielewski, przekład przejrz. J. Hołówka, Warszawa 1996, s. 381. 33 Warto zauważyć, iż niektóre rozdziały pamiętnika wyraźnie odwołują się do terminologii teatralnej: Epizod w Poznaniu, Prolog do sztuki, Moje małżeństwo, Małżeństwa akt pierwszy, Akt drugi małżeństwa. 34 E. Goffman, Człowiek w teatrze życia codziennego, oprac. i słowem wstępnym poprzedz. J. Szacki, przeł. H. Datner-Śpiewa i P. Śpiewak, Warszawa 2000, s. 279.

201


komediowo-dramatycznej, niekoniecznie grającej główne role, ale charakterystycznej, wyrazistej, obdarzonej sporym temperamentem i niebanalnym poczuciem humoru, ze swadą opowiadającej zarówno o dziecięcej fascynacji Krakowem, podróżach, znajomych, jak i szczegółach codzienności teatralnej. Na próżno szukać w jej narracji skandali, kłopotliwych kwestii, moralnych dylematów. Niemniej, podobnie jak świadectwa koleżanek po fachu, jej narracje zachowują wyjątkowy rys autentyczności: Wiedza o życiu okołoteatralnym na ziemiach polskich zawarta w pamiętnikach artystek nie ma waloru nowości i nie należy jej w nich szukać. Pamiętniki, listy, wspomnienia czynią ją natomiast bardziej krwistą, przybliżają mechanizmy rządzące życiem kobiet-artystek, uwiarygodniają ich zawodowe dylematy35.

Rzeczywiście, Zofia Ordyńska z dużą pieczołowitością odtworzyła przebieg kariery zawodowej aktorki debiutującej jeszcze w Młodej Polsce, kontynuującej pracę w dwudziestoleciu międzywojennym, a po ii wojnie światowej nadal starającej się znaleźć własną niszę w nowej, nie do końca przyjaznej rzeczywistości. Przemieszczając się płynnie pomiędzy scenami życia, teatru i pisma, zachowywała dystans wobec każdej z nich. Żyjąc/grając/pisząc, zamieniała się w autorkę sztuki pt. Zofia Ordyńska. Kobieta samodzielna i nowoczesna. Sztuki, w której grała główną rolę.

35 M. Meducka, Artystki o sobie. Pamiętniki polskich artystek sprzed 1939 roku, [w:] Kobieta i kultura. Kobiety wśród twórców kultury intelektualnej i artystycznej w dobie rozbiorów i w niepodległym państwie polskim, zbiór studiów pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, t. iv, Warszawa 1996, s. 221.

202


Anna Pekaniec

203

Historyczka literatury, absolwentka studiów doktoranckich na Wydziale Polonistyki uj. Praca doktorska pt. Czy jest kobieta w tej autobiografii? Kobieca literatura dokumentu osobistego od początku XIX wieku do wybuchu II wojny światowej była próbą nakreślenia panoramy polskiej kobiecej autobiografistyki. Prowadzi zajęcia na Wydziale Polonistyki uj i w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Publikowała w: „Dekadzie Literackiej”, „Ruchu Literackim”, „Historii Pol(s)ki”, „Wielogłosie”, tomach pokonferencyjnych. Interesuje się teorią autobiografii i epistolografii, feministyczną krytyką literacką, terapią przez literaturę oraz narracyjnymi teoriami tożsamości. W wolnym czasie fotografuje zwierzęta i słucha muzyki rockowej.


bibliografia:

Bieniarzówna J., Małecki J. M. Czajecka B. Dormus K.

Goffman E. Hoff J.

Kowalska M.

MacIntyre A. Marzec L. Meducka M.

Dzieje Krakowa. Kraków w latach 1796–1918, Kraków 1994. „Z domu w szeroki świat”. Droga kobiet do niezależności w zaborze austriackim w latach 1890–1914, Kraków 1990. Obraz świata w galicyjskich czasopismach kobiecych w latach 1826–1914, [w:] Świat (z) kolorowych czasopism. Prasa dla kobiet i dziewczyn w perspektywie interdyscyplinarnej, pod red. E. Zierkiewicz, Wrocław 2010. Encyklopedia Krakowa, Warszawa–Kraków 2000. Człowiek w teatrze życia codziennego, oprac. i słowem wstępnym poprzedz. J. Szacki, przeł. H. Datner-Śpiewa i P. Śpiewak, Warszawa 2000. Kobieta aktywna zawodowo w kodeksach savoir-vivre’u xix i pierwszej połowy xx wieku, [w:] Kobieta i praca. Wiek xix i xx, zbiór studiów pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, t. vi, Warszawa 2000. W świecie „błyszczącej nędzy”. Wizerunek aktorki w polskim dramacie i powieści drugiej połowy xix wieku, [w:] Gender. Dramat. Teatr, pod red. A. Kuligowskiej-Korzeniewskiej i M. Kowalskiej, Kraków 2001. Dziedzictwo cnoty. Studium z teorii moralności, przeł., wstępem i przypisami opatrz. A. Chmielewski, przekład przejrz. J. Hołówka, Warszawa 1996. Herstoria żywa, nie tylko jedna, nie zawsze prawdziwa, „Czas Kultury” 2010, nr 5. Artystki o sobie. Pamiętniki polskich artystek sprzed 1939 roku, [w:] Kobieta i kultura. Kobiety wśród twórców kultury intelektualnej i artystycznej w dobie rozbiorów i w niepodległym państwie polskim, zbiór studiów pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, t. iv, Warszawa 1996. 204


Ordyńska Z. Perrot M.

Sokół Z. Solarska M.

205

To już prawie sto lat… Pamiętnik aktorki, Wrocław – Warszawa – Kraków 1970. Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. L. Solskiego w Krakowie w trzydziestolecie istnienia, oprac. E. Orzechowski, Kraków 1977. Moja historia kobiet, przeł. M. Szafrańska-Brandt, Warszawa 2009. Słownik biograficzny teatru polskiego 1900–1980, t. ii, Warszawa 1994. Słownik literatury polskiej xx wieku, zespół red. A. Brodzka, M. Puchalska, M. Semczuk, A. Sobolewska, W. Szary-Matywiecka, seria: Vademecum Polonisty, Wrocław 1993. Prasa kobieca w Polsce w latach 1945–1995, Rzeszów 1998. S/Przeciw-historia. Wymiar krytyczny historii kobiet, b. m., 2011.



Olga Danek

Amalia (Małka) Wasserberger. Filantropka z Podgórza

Wasser

Amalia Wasserberger zapisała się w historii Krakowa jako znana społeczniczka. Wraz z mężem prowadziła fundację, która służyła biednym członkom i członkiniom społeczności żydowskiej. Nie udało mi się ustalić wielu faktów z jej życia. To, czym dysponowałam w chwili pisania tego tekstu, to parę informacji zaczerpniętych z kilku źródeł. Małka Wasserberger – kilka faktów: Amalia urodziła się 1 iv 1869 roku w Trąbkach, które leżą w powiecie wielickim. Niestety nie wiemy, kiedy dokładnie przeprowadziła się do Krakowa. Nastąpiło to jednak przed 1904 rokiem, ponieważ w tym roku urodziła się jej najstarsza córka Runia, a jako miejsce jej urodzenia wpisany jest Kraków 1. Mąż Małki, Herman Wasserberger, urodził się 12 viii 1867 roku w Brzeziu. Do Krakowa przybył w roku 1885, w wieku 18 lat. Był znanym kupcem i handlowcem. Do niego należała łuszczarnia ryżu Polsko-Gdańskiego Przemysłu

1

207

Archiwum Państwowe w Krakowie, Spis ludności Krakowa z 1921 r., t. 21, l.p. 3431.


Ryżowego „Polryż Kraków”, która swoją siedzibę miała przy ul. Kossaka 1 w Krakowie2. Herman znał język polski oraz hebrajski. Spis podaje również, że był obywatelem polskim wyznania mojżeszowego3. Z tego samego źródła dowiemy się również, że Amalia i Herman mieli trzy córki: – Runia, ur. 20 v 1904 roku; – Sara, ur. 21 v 1908 roku; – Anna, ur. 15 vi 1910 roku. Wszystkie urodziły się w Krakowie. W kilku publikacjach można jednak natrafić na informację, że posiadali oni także dwóch synów: Ludwika i Maksymiliana4, którzy razem z Hermanem mieli ufundować ambulatorium na ul. Skawińskiej. Jednak w spisie z 1921 r. nie zostają oni wymienieni. Możliwe więc, że chodziło o zięciów Wasserbergerów. Amalia i Henryk byli znani ze swej dobroczynności i pomocy potrzebującym. Wasserbergerowie mieszkali w Podgórzu, które do 1915 roku było Wolnym Królewskim Miastem Podgórze. Jeżeli chodzi o dokładne miejsce zamieszkania Wasserbergerów, to wskazać można dwa adresy: ul. krakusa 8 oraz ul. tadeusza kościuszki 32. Pod tym ostatnim adresem znajdowała się kamienica, która stała się w 1936 r. domem żałoby5. Amalia zmarła 29 stycznia 1936 roku, w wieku 67 lat. 31 stycznia została pochowana na starym cmentarzu żydowskim w Płaszowie. Nigdy nie dowiemy się, gdzie dokładnie umieszczony był jej grób. W 1942 roku na terenie dwóch cmentarzy żydowskich (należących do krakowskiej i podgórskiej gminy żydowskiej) naziści założyli obóz pracy (przekształcony później

2 „Przegląd handlowy poświęcony sprawom handlu, przemysłu i finansów. Organ Centrali Związku Kupców”, Warszawa 1933, s.  11. 3 apkr, Spis ludności Krakowa z 1921 r., t.21, l.p. 3431. 4 Świat przed katastrofą. Żydzi krakowscy w dwudziestoleciu międzywojennym, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2007, s. 119; A. Bieberstein, Zagłada Żydów w Krakowie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985, s. 178. 5 „Nowy Dziennik”, Kraków 31 i 1936 r., nr 31, s. 5.

208


w obóz koncentracyjny). Najprawdopodobniej nagrobek Amalii posłużył jako utwardzacz drogi lub materiał budowlany dla obozowych baraków. Herman Wasserberger prawdopodobnie zginął w czasie wojny. Nie wiadomo, gdzie i kiedy zmarł i został pochowany. Los ich dzieci oraz wnuków również nie jest znany. W Krakowie znajduje się kilka miejsc, które związane są z postacią Amalii Wasserberger. Każdy z tych adresów jest świadectwem jej społecznej działalności i zasług dla żydowskiej społeczności. Spacer śladami Małki Wasserberger najlepiej zacząć na Podgórzu od ul. krakusa 8, potem przejść na ul. stromą 9, ul. kościuszki 32 i dojść do ul. sławkowskiej 8. 7. Amalia (Małka) Wasserberger

Ul. Krakusa 8 Amalia mieszkała początkowo przy ul. krakusa 8. Kamienica ta była jej własnością. W swoim testamencie przeznaczyła ten dom na działalność Stowarzyszenia „Dom Sierot Żydowskich”. Pod tym adresem znajdują się aż dwie tablice6, które upamiętniają hojną ofiarodawczynię. Jedna umieszczona została na fasadzie, a drugą można znaleźć wewnątrz kamienicy (napisana jest w języku polskim i hebrajskim). Amalia mieszkała w tym domu z rodziną na pewno do 1921 roku. W tym właśnie roku przeprowadzany był spis ludności miasta Krakowa i rodzina Wasserbergerów jest w nim zapisana właśnie pod tym adresem. Jeżeli chodzi o historię samego Stowarzyszenia „Dom Sierot Żydowskich”, to został on założony w połowie xix wieku. Jedną z jego najsłynniejszych siedzib była kamienica na ul. dietla 64 (na fasadzie wciąż można dostrzec napis „dom sierot żydowskich”). Dyrektorką tego ośrodka była, wspominana w iii tomie Przewodniczki po Krakowie emancypantek, Róża Rock7. Po wybuchu 6 Por. B. Gerhardt, Paulina Wasserberg. Lekarka i działaczka społeczna, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom I, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, s. 116–121. 7 Por. U. Pieczek, Róża Rock. Matka sierot żydowskich, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom iii, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2011, s. 211–219.

209


wojny sierociniec wciąż pozostawał w budynku na ul. Dietla, ale w 1941 roku został przeniesiony na teren getta: Utworzenie getta było początkiem likwidacji Zakładu. Z pięknych i słonecznych pomieszczeń przeniesiono Zakład do dzielnicy żydowskiej, do domu będącego własnością Zakładu, przy ul. Krakusa 8. Z trudem uzyskano prolongatę przeniesienia o dwa miesiące, do końca maja 1941 r. Powierzchnia mieszkalna Zakładu zmniejszyła się do 25% dotychczasowej. Znikły piękne jadalnie, zastąpiły je wilgotne i parterowe pokoje domu przy ul. Krakusa. Ciasnota, szczupłe zaplecze gospodarcze utrudniały prowadzenie Zakładu8.

W kamienicy podarowanej przez Amalię Zakład pozostał tylko 13 miesięcy. Kolejnym miejscem, w które został przeniesiony (po zmniejszeniu granic getta), był budynek na ul. józefińskiej 31. Dzieci z sierocińca zostały wywiezione do Bełżca. Po wojnie zlikwidowano Stowarzyszenie „Dom Sierot Żydowskich”, a jego mienie (wraz z kamienicą przy ul. Krakusa 8) przejął skarb państwa9. Ul. Stroma 9 Idąc ul. Limanowskiego, a następnie ul. Kalwaryjską, natrafiamy na ul. Stromą. Pod tym adresem znajdowała się kiedyś synagoga „Menachem Awejlim i Gemilath Chasudim”. 13 xi 1936 roku została odsłonięta tam tablica ku pamięci Amalii. Informacje o tym wydarzeniu znajdują się w „Nowym Dzienniku”: Tablicę ufundowano dla uczczenia zasług Zmarłej w dziedzinie pomocy biednej ludności żydowskiej. Stowarzyszenie „Menachem Awejlim” spieszące z pomocą biednym korzystało niejednokrotnie z ofiarności Zmarłej. W odsłonięciu wzięła udział Rodzina błp. Amalii Wasserbergerowej i liczna publiczność10.

8 A. Bieberstein, Zagłada Żydów w Krakowie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985, s. 212. 9 http://www.photoblog.pl/przewodnikpokrakowie/9282065 [dostęp: 19.11.2012]. 10 „Nowy Dziennik”, Kraków 14 xii 1936 r., nr 344, s. 12.

210


O samej synagodze, która znajdowała się pod tym adresem, nie znajdziemy wielu informacji. Zdecydowanie bardziej znana jest synagoga Bikur Cholim, która mieściła się na tej samej ulicy, ale pod numerem 11 (później została przeniesiona na ul. Limanowskiego). Chcąc zobaczyć kolejne miejsca związane z osobą Amalii, należy przedostać się na drugą stronę Wisły. Ul. Tadeusza Kościuszki 32 Pod tym adresem znajduje się kamienica, w której Wasserbergerowie mieszkali (najprawdopodobniej po przeprowadzce z ul. Krakusa). Tam zmarła Amalia, pozostawiając w żałobie męża, dzieci i wnuki. Ul. Sławkowska 8 Kolejny adres związany z postacią Amalii to ul. sławkowska 8. Przed wojną znajdował się tam szpital żydowski. Herman Wasserberger ufundował dla szpitala ambulatorium, które nosiło imię jego zmarłej żony. Informację o tym znajdziemy m.in. w książce Aleksandra Biebersteina. Autor opisał historię szpitala oraz proces budowy nowej przychodni. Jednak niektóre wiadomości z tej książki nie zgadzają się ze znanymi nam faktami:

8. „Nowy Dziennik”, 14 xii 1936 r.

9. Nekrolog zamieszczony w „Nowym Dzienniku” 31 i 1936 r.

Znany obywatel krakowski Wasserberger (…), wybudował wraz z synami i córkami własnym sumptem na terenie szpitala budynek ambulatoryjny i wyposażył go w sprzęt i urządzenia. Budynek ten powstał dla uczczenia pamięci zmarłej w roku 1934 Amalii Wasserberger. (…) Budowę budynku ambulatoryjnego rozpoczęto w roku 1935, równocześnie z dobudową skrzydła do budynku szpitalnego, uroczyste otwarcie ambulatoriów odbyło się późnym latem 1937. Dzięki tym staraniom w chwili wybuchu wojny stały surowe mury drugiego piętra. Najazd Niemców na Polskę uniemożliwił kontynuację budowy11.

11 A. Bieberstein, Zagłada Żydów w Krakowie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985, s. 178.

211


Amalia zmarła dwa lata później, niż twierdzi Bieberstein, a budowę ambulatorium ukończono dopiero w styczniu 1939 roku. Żadna z podanych przez niego dat się nie zgadza12. O uroczystym otwarciu ambulatorium pisano też w „Nowym Dzienniku” (gazecie żydowskiej, wydawanej w języku polskim w Krakowie w latach 1918–1939): Z kolei imieniem rodziny fundatorów zabrał głos dr. med. Rafał Landau, który podniósł znaczenie tej pięknej uroczystości na tle czasów, jakie przeżywa społeczeństwo żydowskie. Mówca przedstawił ofiarną działalność społeczną i filantropijną błp. Amalii Wasserbergerowej, która za życia jeszcze przyczyniła się jeszcze własnym sumptem do wspaniałej rozbudowy Zakładu sierót żydowskich. Mówca wskazuje, że pomnik, który rodzina wystawiła Zmarłej, wznosząc ten imponujący pawilon, jest pomnikiem „trwalszym od spiżu”13.

W nowo otwartym ambulatorium znalazła się m.in. przychodnia dentystyczna, chorób wewnętrznych, chorób skórnych, chirurgiczna, ginekologiczna, laryngologiczna, urologiczna i przychodnia dla dzieci. Po utworzeniu getta, szpital został przeniesiony na ul. Józefińską 14. Natomiast w budynku przy ul. Skawińskiej naziści utworzyli magazyn mebli. Aktualnie w dawnym szpitalu żydowskim swoją siedzibę ma Szpital Uniwersytecki Uniwersytetu Jagiellońskiego (Oddział Kliniczny Kliniki Alergii i Immunologii oraz Oddział Kliniczny Kliniki Pulmonologii). Gdyby Amalia Wasserberger żyła w dzisiejszych czasach, zapewnie wiedzielibyśmy o jej działalności więcej. Na szczęście pamięć po tej znanej filantropce nie zginęła. To, czym zasłużyła się dla społeczności żydowskiej za życia, stało się jej „nagrobkiem” po śmierci. Tych kilka adresów jest przykładem tego, jak chętnie pomagała ona osobom, które tej pomocy potrzebowały najbardziej.

12 Nie wiadomo, dlaczego autor myli się w datach. Jednak informacje, które podaje, można weryfikować w oparciu o inne źródła (np. o „Nowy Dziennik”). Bieberstein przeżył getto w Krakowie i był jego „kronikarzem”. 13 „Nowy Dziennik”, Kraków, 27 i 1939 r., nr 27, s. 16.

212


Olga Danek

213

Antropolożka kultury. W pracy zawodowej zajmuje się kwestiami dotyczącymi Holokaustu, Marca ’68 oraz tożsamości żydowskiej. Od kilku lat mieszka w Krakowie. Członkini Żydowskiego Stowarzyszenia Czulent oraz jcc Kraków.


bibliografia:

Bieberstein A.

Zagłada Żydów w Krakowie, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985. Świat przed katastrofą. Żydzi krakowscy w dwudziestoleciu międzywojennym, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2007. „Nowy Dziennik”, Kraków 1936, nr 31. „Nowy Dziennik”, Kraków 1936, nr 344. „Nowy Dziennik”, Kraków 1939, nr 27. Archiwum Państwowe w Krakowie, Spis ludności z 1921 r., t. 21, l.p. 3431. „Przegląd handlowy poświęcony sprawom handlu, przemysłu i finansów. Organ Centrali Związku Kupców”, Warszawa 1933 r. http://www.photoblog.pl/przewodnikpokrakowie/9282065 [dostęp: 19.11.2012].

214


Zofia Noworól

Lipszy

Maria Lipszyc-Balsigerowa – zapomniana matka polskiej socjologii empirycznej

…o jednem wszakże nieustannie pamiętać należy: ażeby zwyciężyć, trzeba żądać, żądać nieustannie, wytrwale!1

1

W 1938 roku Instytut Gospodarstwa Społecznego, jedna z najważniejszych instytucji badawczych okresu międzywojennego, wydał książkę będącą podsumowaniem dorobku swego sławnego kierownika pt. Ludwik Krzywicki: praca zbiorowa poświęcona jego życiu i twórczości2. Wśród autorów i autorek tej publikacji znalazły się trzy kobiety: Helena Radlińska – prekursorka polskiej pedagogiki społecznej, Kazimiera Zawistowicz – uznana etnografka oraz Maria Balsigerowa – zapomniana matka polskiej socjologii empirycznej. Spotkanie pierwsze Gdy dowiedziałam się o istnieniu Marii, najpierw pomyślałam, jak zginęła. Obsesyjne pytanie o śmierć każdej żydowskiej postaci tamtych czasów jest we mnie stale obecne. Najpierw – czy przeżyła Holokaust? Potem – jak to się stało? I, siłą rzeczy, patrzę na całe jej życie przez pryzmat tego doświadczenia, którego ona w żadnym razie nie mogła przewidzieć, a w ostatnich miesiącach też niekoniecznie była świadoma. Dlatego zacznę opowiadać jej historię od końca.

M. Lipszyc-Balsigerowa, Stanowisko kobiety wobec prawa cywilnego, [w:] Głos kobiet w kwestyi kobiecej, pod red. K. Bujwidowej, Kraków 1903, s. 89. 2 Ludwik Krzywicki: praca zbiorowa poświęcona jego życiu i twórczości, Warszawa 1938. 1

215


Dokumentacja, która zachowała się w Muzeum Ravensbrück3, zawiera dwa zeznania polskich więźniarek dotyczące daty śmierci Marii. Najbardziej prawdopodobna to 29 czerwca 1944 roku. Do Ravensbrück przybyła z Warszawy najpewniej transportem w okolicach 19 stycznia 1944 roku. Mieszkała w baraku 27 jako Marie Balziger, numer obozowy 26380. Jedyne prywatne wspomnienie dotyczące ostatnich miesięcy życia Balsigerowej znalazłam w opowieści współwięźniarki Reginy Hulewicz-Domańskiej4, która poznała Marię na Pawiaku zimą 1943 roku. We wspomnieniu autorka napisała: Jako Żydówka i osoba starsza, czuła, że nie przetrzyma warunków okupacyjnych. Pragnęła więc wyjechać do Szwajcarii, gdzie jej mąż (…) był prezesem czy też sędzią sądu najwyższego. Wszystkie formalności związane z wyjazdem były załatwione. Pani Maria cieszyła się bardzo, że wyjedzie z tego piekła. I rzeczywiście, wkrótce po nowym roku wywieziono wszystkich (…) internowanych z Pawiaka. Jakież było moje zdziwienie, gdy spotkałam się z nimi w fkl Ravensbrück. Pani Maria, osoba ponad 70-letnia, czuła się w warunkach obozowych okropnie. Z dnia na dzień stawała się coraz słabsza i zrezygnowana. Wkrótce zmarła5.

Nie wiem, co Maria robiła przed aresztowaniem przez gestapo i osadzeniem na Pawiaku w maju 1943 roku. Skoro trafiła na Pawiak, a nie do Treblinki, najpewniej przetrwała część okupacji w ukryciu lub na aryjskich papierach, prawdopodobne też, że działała w jakimś ruchu oporu. Czemu wcześniej nie próbowała wydostać się z Polski z pomocą byłego męża, który załatwił jej obywatelstwo szwajcarskie? Pewne jest, że Maria nikogo po sobie nie pozostawiła, ale myślę, że umarła jako osoba spełniona. Miała już wówczas za sobą przeszło 70 lat przeżytych bardzo odważnie i intensywnie.

3 Korespondencja autorki z Ravensbrück Memorial Museum | Foundation of Brandenburg Memorials z dn. 11 kwietnia 2012 r. 4 R. Hulewicz-Domańska, Najtrudniejszy rozdział mojego życia, [w:] Wspomnienia więźniów Pawiaka (1939–1944), pod red. S. Płoskiego, Warszawa 1964, s. 357–374. 5 Tamże, s. 373.

216


Poszukiwania Maria przyszła na świat w rodzinie żydowskiej w Bochni jako Malka Lipszütz6, prawdopodobnie 15 lipca 1870 roku7. W dokumentach i biogramach zachowały się różne daty urodzenia, których nie sposób zweryfikować, ponieważ w bocheńskim oddziale Archiwum Państwowego w Krakowie nie zachowały się księgi metrykalne izraelickiego okręgu metrykalnego. Podobnie nie ma wzmianek o Lipszycach (bądź Lipszützach) w „Księdze Przynależności do Miasta Bochni z lat 1830–1950”8. Z biogramu autorstwa Feliksa Tycha9 wiadomo, że Maria była córką Ludwika Lipszyca. Niestety nie ma źródeł informujących o imieniu matki. Brak również śladów po rodzinie na bocheńskim cmentarzu żydowskim, czego dowiodły niedawne badania Iwony Zawidzkiej10. Według niej można natomiast znaleźć macewy kilku Lipschitzów na cmentarzach w nieodległych od Bochni miasteczkach – Nowym Wiśniczu i Brzesku, przy czym są to nagrobki osób pobożnych – rabinów i szkolników. A w biografii Marii trudno znaleźć ślady pobożnego wychowania. Białą plamą pozostaje też dzieciństwo i wczesna edukacja Marii. Najwcześniejsze informacje wzmiankują, iż prawdopodobnie w 1896 roku rozpoczęła studia ekonomiczne w Berlinie. Naukę kontynuowała od 1897 r. w Zurychu na wydziale prawa Uniwersytetu Zuryskiego. W roku 1901 uzyskała tam tytuł doktora nauk społecznych, na podstawie dysertacji pt. Wirtschaftliche Studien über Galizien: unter besonderer Rücksichtnahme auf die gewerbliche 6 Takie imię i nazwisko znajdowało się na dokumentach, na podstawie których Maria wyszła za mąż w 1903 r. – informacja ta pochodzi z przekazu dalekiego krewnego Marii, Rogera Balsigera. 7 Istnieją rozbieżności dotyczące miesiąca i roku urodzenia Marii. Moje poszukiwania skłaniają mnie do uznawania za najbardziej prawdopodobną właśnie tej daty. 8 Księga Przynależności do Miasta Bochni z lat 1830–1950, Archiwum Państwowe w Krakowie, Oddział w Bochni, sygn. 30/1/648. 9 F. Tych, Balsigerowa (Balsiegerowa) Maria, [w:] Słownik Biograficzny Działaczy Polskiego Ruchu Robotniczego, t. 1, Warszawa 1987, s. 120. 10 Badaczka i autorka pracy doktorskiej obronionej na Wydziale Historycznym uj, zawierającej m.in. inwentaryzację bocheńskiego i okolicznych cmentarzy żydowskich.

217

10. Reklama publikacji Głos kobiet w kwestii kobiecej


Arbeiterfrage”11 powstałej pod opieką naukową Heinricha Herknera, jednego z założycieli Niemieckiego Towarzystwa Socjologicznego. Recenzja pracy ukazała się w „Nowym Słowie” w 1903 roku. Zawierała krótkie streszczenie książki i krytyczny komentarz, ale polecała lekturę osobom zaangażowanym a słabo zorientowanym w kwestiach ekonomicznych, dla których książka „będzie ogromnem ułatwieniem i drogowskazem w pracy”12. Zainteresowanie Marii tematyką społeczną, a szczególnie ruchem robotniczym, dla którego potwierdzeniem jest nie tylko praca naukowa, lecz również działalność społeczna, wiąże się zapewne z wejściem w kręgi polskich środowisk studenckich Zurychu tamtych czasów, gdzie spotkała ona takie postaci jak Edward Abramowski, Stanisław Grabski czy Zygmunt Balicki. Ten ostatni jest też jej sąsiadem we wszystkich słownikach biograficznych. Wśród najważniejszych zainteresowań Marii, którym w większości pozostała wierna do końca życia, znajdowały się: socjologia, kwestie socjalne i problemy społeczne, społeczne konsekwencje emigracji, marksizm oraz kwestia kobieca13. Już wtedy Maria zaczęła tłumaczyć niemieckojęzyczną literaturę z dziedziny nauk społecznych. Działalność ta towarzyszyła jej na pewno do lat trzydziestych i jest uznanym wkładem Marii do nauki polskiej14. Również w Zurychu Maria rozpoczęła działalność polityczną, wstępując w 1899 r. do zuryskiej sekcji Zagranicznego Związku Socjalistów Polskich, rok później przekształconego w Oddział Zagraniczny pps. Angażowała się również w akcje oświatowe dla polskich imigrantów oraz prowadziła, najpewniej korespondencyjnie, współpracę (1902–1905) z lewicowymi polskimi wydawnictwami: warszawskim „Ogniwem” i krakowskim „Naprzodem”. Miasto zapisało się też w prywatnej historii Marii, ponieważ tam wyszła za mąż w 1903 roku za poznanego na wydziale prawa dr Hermanna Balsigera 11 M.A. Lipszyc, Wirtschaftliche Studien über Galizien: unter besonderer Rücksichtnahme auf die gewerbliche Arbeiterfrage, Zürich 1901; tłumaczenie K. Noworól: Ekonomiczne studia nad Galicją – ze szczególnym uwzględnieniem rzemieślniczej kwestii robotniczej. 12 H. G-L., Kronika, „Nowe Słowo” 1903 (Rocznik ii), nr 8, s. 183–184. 13 W. Wincławski, Słownik biograficzny socjologii polskiej, t. i A-H, Warszawa 2001, s. 22–23. 14 Przykładowe dzieła przetłumaczone przez Balsigerową to: H. Herkner, Kwestia społeczna w Zachodniej Europie, Lwów 1905; O. Herman, Lassalle, xii, Lwów 1908; E. Philippovich, Zarys ekonomii społecznej, Warszawa 1922; G. Jellinek, Ogólna nauka o państwie, Warszawa 1924 ; F. Halle, Kobieta w Rosji Sowieckiej, Warszawa 1934; Tamże, s.23.

218


(1876–1953)15, ważnego szwajcarskiego socjalistę, będącego wówczas u progu polityczno-urzędniczej kariery. Małżeństwo to przetrwało zaledwie kilka lat. Brak po nim jakichkolwiek prywatnych wspomnień i dokumentów. 27 lutego 1904 r. w Zurychu Maria urodziła swoje jedyne dziecko – córkę Jadwigę Gertrudę Balsiger. Prawdopodobnie w roku 190716 Maria i Herman rozwiedli się. Powiązania z Krakowem Trudno powiedzieć, czy Kraków, będący we wczesnej młodości Marii najbliżej położonym ośrodkiem życia kulturalnego i edukacyjnego, odegrał dla niej jakąś rolę na etapie edukacji. Pewne jest natomiast, że już od 1903 roku Balsigerowa pozostawała w relacji z krakowskim środowiskiem emancypacyjnym. Była współpracowniczką „Nowego Słowa”, w którym wiosną 1903 roku ukazał się jej artykuł Ochrona pracy kobiet w Szwajcaryi 17. Maria pisze w nim o wyniszczeniu kobiet powodowanym długotrwałą pracą w trudnych warunkach oraz o tym, że w przeciwieństwie do mężczyzn kobiety wciąż nie wytworzyły struktur organizacyjnych, które zapewniłyby im dobrą ochronę w sferze pracy. Pisze przy tym krytycznie o bierności wielu kobiet, zwłaszcza w kwestii oddziaływania na prawodawstwo, którego zmiany poprzedzają powstawanie systemowych rozwiązań opiekuńczych. Nazwisko Balsigerowej pojawia się w „Nowym Słowie” wielokrotnie w regularnie drukowanej, pięknej skądinąd, reklamie książki Głos kobiet w kwestyi kobiecej18, której Maria była współautorką. Ten tworzący spójną całość zbiór 15 http://www.zb.uzh.ch/spezialsammlungen/handschriftenabteilung/nachlaesse/ einzeln-nachlaesse/002538/index.html.de#Balsiger_Hermann [dostęp: 8.08.2012]. 16 Data przyjęta na podstawie przekazu Rogera Balsigera, obaj biografowie Balsigerowej jako prawdopodobny rok rozstania wskazują 1911, co z pewnością jest datą nieprawdziwą, gdyż z zachowanego w Archiwum uj Rodowodu wiadomo, że Maria mieszkała w Krakowie już w 1908 roku. Kolejnym potwierdzeniem jest wpis Balsigerowej do Spisu ludności miasta Krakowa z r. 1910, t. x (Archiwum Państwowe w Krakowie, sygn. 29/90/10, s. 356). 17 M. Lipszyc-Balsigerowa, Ochrona pracy kobiet w Szwajcaryi, „Nowe Słowo” 1903 (Rocznik ii), nr 6, s. 128–131. 18 Głos kobiet w kwestyi kobiecej, pod red. K. Bujwidowej, Kraków 1903.

219


artykułów, wydany w 1903 r. nakładem Stowarzyszenia Pomocy Naukowej dla Polek19, jest z dzisiejszej perspektywy zaskakująco aktualną analizą, traktującą problematykę opresji kobiet w sposób przekrojowy. Moja bohaterka napisała do niego artykuł Stanowisko kobiety wobec prawa cywilnego20, w którym przeprowadziła historyczno-porównawczą analizę systemów prawa cywilnego pod kątem praw przysługujących kobietom w „cywilizowanych” – jak je nazwała – krajach europejskich. To najważniejszy wkład Balsigerowej dla rozwijającego się w tamtych czasach w Polsce ruchu emancypacyjnego kobiet. W artykule Maria stwierdza, że kształt prawa zależy od specyficznego kontekstu społeczno-kulturowego i wpływa na stosunki społeczne. Dokonuje porównania ówczesnej sytuacji prawnej kobiet w Anglii, Irlandii, Francji, Szwajcarii, Niemczech, Austrii oraz Rosji i Królestwie Polskim, dodatkowo pokazując sytuację w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Zupełnie aktualnym czyni artykuł szeroko opisane przez Marię tło powstawania poszczególnych systemów prawnych poprzez pokazanie źródeł ówczesnego prawodawstwa w prawie rzymskim i germańskim oraz ich, sięgających starożytności, korzeni. Równocześnie artykuł ma mieć w oczach autorki również charakter edukacyjny. Oto fragment ze wstępu: Jednostka rozwija się, żyje i działa wśród pewnych warunków społecznych, których szranki jedynie natury wyjątkowo silne przełamać są w stanie; – wogóle zaś, jakkolwiek wielkim byłby niepokój dręczonej duszy kobiecej, jakkolwiek gorącemi jej pragnienia: zawsze potęga tych uczuć rozbijać się będzie o szranki, w które wtłoczonem jest do dziś dnia życie kobiety. Zależność społeczna znajduje swój wyraz w ustawach tj. normach prawnych, do których ogół stosować się jest zmuszonym. Szara, na pozór jałowa rzeczywistość prawa obowiązującego, wywiera wielki wpływ na zjawiska życia społecznego; pominąwszy jego praktyczne zastosowanie w życiu codziennym, przez samo swe istnienie, dzięki duchowi, którym tchnie, stwarza ono różne wyobrażenia a nawet przesądy, które, bez naszej świadomości, dla naszego życia niesłychane mają

19 W. Najdus, Szkice z historii Galicji, t. 2, Warszawa 1960, s. 471; stowarzyszenie założone zostało w 1886 r. i zajmowało się głównie udzielaniem stypendiów. 20 M. Lipszyc-Balsigerowa, Stanowisko kobiety…, s. 73–90.

220


znaczenie. Dlatego też sądzę, że i kobiety powinny zdobyć świadomość doniosłości kwestyi prawnych, z któremi nieustannie spotykają się w życiu; i w tem przekonaniu wypowiadam niniejsze słowa21.

Analiza zyskuje dzięki rozważaniom wychodzącym poza sformułowania dotyczące podstawowych praw kobiet w omawianych krajach – tekst wypełniają odniesienia do warunków życia kobiet pełniących różne role, pozostających w różnych relacjach prawno-społecznych, co ma konkretne ekonomiczne i społeczne konsekwencje wynikające z przyjętych systemów dziedziczenia, obowiązujących praw majątkowych oraz praw do opieki nad dziećmi. Zwraca też uwagę na różnice w poziomie uprawnień kobiet ze względu na posiadany przez nie majątek i pochodzenie. Artykuł jest równocześnie manifestem poglądów Marii, która traktuje emancypację kobiet jako drogę do poprawy życia całych społeczeństw. Daje temu wyraz, pisząc: Stoimy tedy wobec doniosłego kulturalnego i społecznego problematu: wyzwolenia kobiety z pod panowania mężczyzny. Zrównanie kobiet w prawach z mężczyznami jest nie tylko dziełem sprawiedliwości i wolności jednostek, lecz dziełem pożytku społecznego i ogólnego dobra. Idea demokratyczna w społeczeństwie sprzyja temu rozwojowi w wysokim stopniu: wszystko dla ogółu i wszystko przez ogół jest jej zasadą, w przeciwieństwie do ojcowskiej opieki jednej części społeczeństwa nad drugą22.

Głos zabrany wówczas przez Balsigerową musiał być słyszany i poważnie brany pod uwagę, skoro, jak twierdzi Czajecka23, stała się ona osobą szczególnie zasłużoną dla wprowadzonych do austro-węgierskiego kodeksu cywilnego zmian.

21 Tamże, s. 74. 22 Tamże, s. 89. 23 B. Czajecka, „Z domu w szeroki świat …”: droga kobiet do niezależności w zaborze austriackim w latach 1890–1914, Kraków 1990, s. 130.

221


Przez Kraków do Warszawy Najpóźniej w roku 1908 Maria zamieszkała w Krakowie. Ubiegała się o przyjęcie na studia na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie chciała podjąć kurs języka angielskiego. W zbiorach Archiwum uj zachował się Rodowód24 Balsigerowej, w którym deklaruje wyznanie mojżeszowe, narodowość polską i obywatelstwo szwajcarskie. W grudniu tego roku otrzyma z Ministerstwa Nauki z Wiednia oficjalną odmowę przyjęcia na studia, prawdopodobnie ze względu na nie-austriackie obywatelstwo, i otrzyma status hospitantki25, którą pozostaje oficjalnie tylko przez jeden semestr. Z Rodowodu dowiadujemy się też, że Maria mieszkała w tym czasie na ulicy Podzamcze 28. W Archiwum nie przechowały się żadne wzmianki o ewentualnej pracy akademickiej Balsigerowej. Wiadomo, że w tym czasie Balsigerowa angażuje się w życie społeczne i działalność oświatową. Wykłada socjologię i ekonomię na Uniwersytecie Ludowym im. Adama Mickiewicza. Jest też aktywna politycznie – należy do Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej, gdzie działa w sekcji kulturalno-oświatowej Organizacji Kobiecej. Prawdopodobnie na początku drugiej dekady xx w. podejmuje współpracę z Polskim Towarzystwem Emigracyjnym26, a także pisze dla „Polskiego Przeglądu Emigracyjnego”. W roku 1910, gdy w Krakowie przeprowadzany był Spis Mieszkańców Miasta Krakowa27, Balsigerowa przebywa pod adresem kołłątaja 3 wraz z córką Jadwigą. W kolejnej, za Marią i Jadwigą rubryce spisu, figuruje nazwisko znacznie starszej od Marii (rocznik 1848 r.), również pochodzącej z Bochni Joanny Lipszyc – prawdopodobnie krewnej, może matki. Odkrycie tego dokumentu było dla mnie wielkim przeżyciem, ponieważ właśnie z niego dowiedziałam się o macierzyństwie Marii – w jej biogramach nie ma żadnych 24 Alfabetyczny spis studentów, Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, sygn. wf ii 204. M.in. w tym dokumencie Maria podała wiek 32 lata, co oznaczałoby rok urodzenia 1876 – o sześć lat późniejszy niż podawany w biogramach. 25 Tamże. 26 W. Wincławski, dz. cyt., s. 22. 27 Spis ludności miasta Krakowa z r. 1910, t. x, Archiwum Państwowe w Krakowie, sygn. 29/90/10, s. 356.

222


wzmianek na temat Jadwigi. To jedyny ślad po córce – w roku 1916 Jadwiga umiera. Nie znane są mi ani przyczyny, ani okoliczności jej śmierci28. Wiadomo, że w latach 1916–1918 Maria mieszka jeszcze w Krakowie i współpracuje z „Jednością Robotniczą”, wydawaną w Warszawie przez pps-Frakcję Rewolucyjną. Jest to ostatnia informacja na temat jej krakowskiego życia. Wraz z nadejściem niepodległości, Maria przeprowadza się do Warszawy. Okres warszawski w życiu Balsigerowej obfituje w działalność zawodową, polityczną i społeczną oraz badawczą, jakkolwiek te wszystkie wymiary nieustannie się ze sobą przeplatają. Już w 1919 roku Maria podejmuje pracę w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej29. Od lat dwudziestych jest związana z Polskim Towarzystwem Pomocy Społecznej, publikując na łamach wydawanego przez organizację czasopisma oraz uczestnicząc w audycji radiowej emitowanej przez Polskie Radio30. Podtrzymuje też współpracę z Towarzystwem Emigracyjnym, pełniąc funkcję naczelniczki Wydziału Emigracji Lądowej. Stanowisko to traci w 1930 roku za lewicowe sympatie31. Równocześnie okres warszawski to duże zaangażowanie polityczne Balsigerowej, przy czym chętnie wiąże się ona z socjalistycznymi organizacjami kobiecymi (Centralny Wydział Kobiecy pps, Centralny Wydział Kulturalno-Oświatowy, Kluby Kobiet Pracujących, Robotnicze Towarzystwo Służby Społecznej)32. W latach trzydziestych Maria działa w Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom, m.in. organizując pomoc dla Republiki Hiszpańskiej. W tym samym okresie dodatkowo

28 O dacie śmierci dowiedziałam się od dalekiego krewnego Marii, wnuka jej męża – Rogera Balsigera, który przekazał mi mailowo tę informację, bazując na zbiorach rodzinnego prywatnego archiwum. 29 W Oddziale Rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej zachowała się jej wizytówka z napisem „dr marja balsigerowa Radca Ministerjalny”, a na niej liścik przekazujący wyrazy współczucia w związku z jakimś trudnym doświadczeniem adresatce – „Pani Muszce”. Na wizytówce widnieje data 13 maja 1930 roku. Spuścizna p. Czachowskiego, Oddział Rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej, sygn. 180/01. 30 J. Auleytner, Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej w latach 1924–1948, http://www.ptps.org. pl/index.php?id_strony=3&activ=1 [dostęp: 7.08.2012]. 31 F. Tych, dz. cyt., s. 120. 32 Tamże, s. 120.

223


Maria staje się aktywistką ruchu spółdzielczego (Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa na Żoliborzu). Spotkanie drugie Dowiedziałam się o mojej bohaterce dlatego, że była socjolożką. Gdyby nie ten fakt, najpewniej bym o niej nigdy nie usłyszała. W trakcie studiów nie interesowała mnie historia polskiej socjologii (a i to by pewnie do tego spotkania nie doprowadziło) ani praca socjalna czy wczesne badania bezrobocia. Na przestrzeni życia Balsigerowej socjologia stawała się nauką akademicką. Była ona zatem obserwatorką powstawania środowisk i zaplecza instytucjonalnego tej nauki. Sama uprawiała, z dzisiejszej perspektywy, społeczną naukę stosowaną, której ważnymi komponentami były analizy porównawcze, badania empiryczne, ale też wytyczanie kierunków i sugerowanie zmian w zakresie polityki społecznej. Taki właśnie charakter miały teksty Marii dotyczące emigracji zarobkowej Polaków do Niemiec (Polskie wychodźstwo sezonowe do Niemiec33, Polskie wychodźstwo zarobkowe34) oraz prace poświęcone problemom społecznym, przede wszystkim bezrobociu (Bezrobocie młodzieży35, Brak pracy i próby ubezpieczenia się od jego skutków36). Diagnozując poszczególne problemy, ich skalę i możliwości podjęcia działań zaradczych, chętnie posługiwała się porównaniami do podobnych problemów w krajach niemieckojęzycznych, co zawdzięczała perfekcyjnej znajomości niemieckiego, pozwalającej na swobodne śledzenie przemian społecznych, politycznych i gospodarczych w tych krajach. Jednak

33 M. Balsigerowa, Polskie wychodźstwo sezonowe do Niemiec, [w:] Środkowo-europejski związek gospodarczy i Polska: studia ekonomiczne, Kraków 1916, s. 90–110. 34 M. Balsigerowa, Polskie wychodźstwo zarobkowe, „Praca i Opieka Społeczna” 1922, z. ¾, s. 311–315. 35 M. Balsigerowa, Bezrobocie młodzieży, [w:] Świat i życie. Zarys encyklopedyczny współczesnej wiedzy i kultury, Lwów 1933, t. 1, s. 638–642. 36 M. Balsigerowa, Brak pracy i próby ubezpieczenia się od jego skutków, „Ogniwo” 1903, nr 31, 32, http://lewicowo.pl/brak-pracy-i-proby-ubezpieczenia-od-jego-skutkow/ [dostęp: 3.08.2012].

224


najważniejszym wkładem Marii do polskiej socjologii, i tu już bez wątpienia właśnie socjologii, były standardy, które wdrażała do badań empirycznych. W latach 1926–1939 Maria była członkinią Instytutu Gospodarstwa Społecznego37, najważniejszej, obok Polskiego Instytutu Socjologicznego kierowanego przez Floriana Znanieckiego, polskiej instytucji badawczej okresu międzywojennego. Co istotnie odróżniało od siebie te dwie placówki, to wyraźny społecznikowski, czy wręcz socjalistyczny, profil igs-u oraz kładziony w nim znacznie większy nacisk na badanie zjawisk społecznych niż problemów stricte socjologicznych. Specjalizujący się w opartych głównie o dane statystyczne „analizach przedmiotowych”, igs rozwinął swoją metodologię badań. Jakkolwiek zbierane dane miały mieć charakter twardy, kwestionariusze ankiet pisano w taki sposób, żeby umożliwić za ich pomocą zgromadzenie możliwie szerokiego spektrum informacji o indywidualnym doświadczeniu i subiektywnych opiniach osób badanych38. Podejście to nadawało analizie charakter bardzo podmiotowy i stanowiło w pewnym sensie odpowiednik „współczynnika humanistycznego”, nazwanego nieco sarkastycznie przez Szackiego „współczynnikiem krzywdy”39. Najważniejsze socjologiczne badanie i opracowanie Balsigerowej Społeczne skutki bezrobocia wśród fizycznych robotników przemysłowych m. st. Warszawy w świetle ankiety roku 1931/193240 spełnia wszystkie powyższe kryteria. W tekście znajduje się szczegółowy opis metodologii badania, doboru próby oraz samo narzędzie badawcze, którym posługiwały się stosownie przygotowane do tego ankieterki i ankieterzy41. Maria zaznacza, jak ważna jest tak zwana sytuacja 37 T. Szturm de Sztrem, Instytut Gospodarstwa Społecznego 1920–1944: przyczynek do historii instytucji naukowo-społecznych w Polsce, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1959, s. 256. 38 Tamże, s. 83. 39 J. Szacki, Wstęp: Krótka historia socjologii polskiej, [w:] Sto lat socjologii polskiej. Od Supińskiego do Szczepańskiego, pod red. J. Szackiego, pwn, Warszawa 1995, s. 93. 40 M. Balsigerowa, Społeczne skutki bezrobocia wśród fizycznych pracowników przemysłowych m. st. Warszawy w świetle ankiety roku 1931/32, Warszawa 1932, http://www.ptps.org.pl/muzeum_ pliki/1210286162.pdf [dostęp: 8.08.2012]. 41 Osoby te Balsigerowa wymienia z nazwiska w przypisie, dziękując im za współpracę, co wydaje mi się rzadko spotykanym gestem. Tamże, s. 4.

225


badania, stanowiąca istotne źródło wiedzy o osobie badanej. Co więcej, komentarze Marii wskazują, że zastosowany do tego badania kwestionariusz miał charakter dosyć otwarty: Ustny wywiad uznaliśmy pod względem metodycznym za najbardziej wskazany z tego względu, że daje on możliwość wydostania prawdy w zręcznem powiązaniu różnych wypowiadanych sądów. Nie bez znaczenia jest również poznanie, w czasie ustnego wywiadu, otoczenia w którym żyje bezrobotny, rzucającego nieraz wiele światła na jego położenie42.

Oprócz samej analizy zebranego materiału, mocno nasyconej wypowiedziami badanych, Balsigerowa opisuje szczegółowo tytułowe skutki, prowadząc spójny wywód o nieuchronnie czyhających na osoby długotrwale bezrobotne oraz ich rodziny patologii. W tym tekście rezygnuje z proponowania środków, które zapobiec mogłyby rozwojowi zjawiska – pozostaje na pozycji badaczki. Według Włodzimierza Wincławskiego praca ta stała się wzorem dla wszelkich prowadzonych w późniejszych latach badań zjawiska bezrobocia, tak w środowisku Instytutu Gospodarstwa Społecznego, jak i Instytutu Spraw Społecznych 43. Ważną inicjatywą Balsigerowej, która powinna była zapewnić jej miejsce w historii polskiej socjologii, było wprowadzenie do badań terenowych specjalnie szkolonych instruktorów. Istnieje też anegdota o tym, że Maria odrzuciła raz propozycję Instytutu opracowania obfitego materiału empirycznego na temat sytuacji emigrantów polskich. Przyczyną miała być niska jakość technicznego przygotowania badania 44, przez co Maria uznała materiał za bezwartościowy. Będąc na studiach socjologicznych, nie podejrzewałam, że kiedykolwiek zainteresuje mnie dawna metodologia czyjejś pracy badawczej ani że po kilku latach własnych doświadczeń na tym polu, poznam w tak przedziwny sposób Marię Lipszyc-Balsigerową – matkę polskiej socjologii empirycznej. Pamięci o niej żądam.

42 Tamże, s. 3. 43 W. Wincławski, dz. cyt., s. 22–23. 44 Tamże, s. 23.

226


Zofia Noworól

227

Socjolożka, zaangażowana obserwatorka, feministka. Wierzy, że najwięcej szczęścia płynie z bliskości. Z oddaniem wsłuchuje się w opowieści Przodkiń i Przodków. Lubi tańczyć i chodzić po górach.


bibliografia:

Auleytner J. Balsiger M.

Balsigerowa M. Balsigerowa M.

Balsigerowa M. Balsigerowa M.

Czajecka B. G-L H. Hulewicz-Domańska R.

Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej w latach 1924–1948, http://www.ptps.org.pl/ index.php?id_strony=3&activ=1 [dostęp: 7.08.2012]. Polskie wychodźstwo sezonowe do Niemiec, [w:] Środkowo-europejski związek gospodarczy i Polska: studia ekonomiczne, Centralne Biuro Wydawnictw N.K.N., Kraków 1916, s. 90–110. Bezrobocie młodzieży, [w:] Świat i życie. Zarys encyklopedyczny współczesnej wiedzy i kultury, Książnica – Atlas, Lwów 1933, t. 1, s. 638–642. Brak pracy i próby ubezpieczenia się od jego skutków, „Ogniwo” 1903, nr 31, 32, http:// lewicowo.pl/brak-pracy-i-proby-ubezpieczenia-od-jego-skutkow/ [dostęp: 3.08.2012]. Polskie wychodźstwo zarobkowe, „Praca i Opieka Społeczna” 1922, z. ¾, s. 311–315. Społeczne skutki bezrobocia wśród fizycznych pracowników przemysłowych m. st. Warszawy w świetle ankiety roku 1931/32, Wydawnictwo Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej, Warszawa 1932, http://www.ptps.org.pl/muzeum_pliki/1210286162. pdf [dostęp: 8.08.2012]. „Z domu w szeroki świat …”: droga kobiet do niezależności w zaborze austriackim w latach 1890–1914, Universitas, Kraków 1990. Kronika, „Nowe Słowo” 1903 (Rocznik ii), nr 8, s. 183–184. Głos kobiet w kwestyi kobiecej, pod red. K. Bujwidowej, Stow. Pomocy Naukowej dla Polek imienia J. I. Kraszewskiego, Kraków 1903. Najtrudniejszy rozdział mojego życia, [w:] Wspomnienia więźniów Pawiaka (1939–1944), pod red. S. Płoskiego, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1964, s. 357–374. 228


Lipszyc M.A. Lipszyc-Balsigerowa M. Lipszyc-Balsigerowa M.

Najdus W. Szacki J. Szturm de Sztrem T. Tych F. Wincławski W.

Wirtschaftliche Studien über Galizien: unter besonderer Rücksichtnahme auf die gewerbliche Arbeiterfrage, Fisher, Zürich 1901. Ochrona pracy kobiet w Szwajcaryi, „Nowe Słowo” 1903 (Rocznik ii), nr 6, s. 128–131. Stanowisko kobiety wobec prawa cywilnego, [w:] Głos kobiet w kwestyi kobiecej, pod red. K. Bujwidowej, Stow. Pomocy Naukowej dla Polek imienia J. I. Kraszewskiego, Kraków 1903, 73–90. Ludwik Krzywicki: praca zbiorowa poświęcona jego życiu i twórczości, Instytut Gospodarstwa Społecznego, Warszawa 1938. Szkice z historii Galicji, t. 2, Książka i Wiedza, Warszawa 1960. Wstęp: Krótka historia socjologii polskiej, [w:] Sto lat socjologii polskiej. Od Supińskiego do Szczepańskiego, pod red. J. Szackiego, pwn, Warszawa 1995, s. 11–120. Instytut Gospodarstwa Społecznego 1920–1944: przyczynek do historii instytucji naukowospołecznych w Polsce, pwn, Warszawa 1959. Balsigerowa (Balsiegerowa) Maria, [w:] Słownik Biograficzny Działaczy Polskiego Ruchu Robotniczego, pod red. F. Tycha, t. 1, A-D, Książka i Wiedza, Warszawa 1985, s. 120. Słownik biograficzny socjologii polskiej, t. 1, A-H, pwn, Warszawa 2001, s. 22–23.

Źródła archiwalne:

Alfabetyczny spis studentów, Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, sygn. wf ii 204. Księga Przynależności do Miasta Bochni z lat 1830–1950, Archiwum Państwowe w Krakowie Oddział w Bochni, sygn. 30/1/648. Spis ludności miasta Krakowa z r. 1910, t. x, Archiwum Państwowe w Krakowie, sygn. 29/90/10. Spuścizna p. Czachowskiego, Oddział Rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej, sygn. 180/01.

Korespondencja:

229

Korespondencja z dalekim krewnym bohaterki Rogerem Balsigerem z kwietnia 2012 r. Korespondencja z Iwoną Zawidzką z kwietnia 2012 r. Korespondencja z Ravensbrück Memorial Museum | Foundation of Brandenburg Memorials z dn. 11.04.2012 r.



Agnieszka Dauksza

„Nic przechodzi w nic”. Teresy Truszkowskiej poetyka pustki

Truszk

Urodziła się 21 kwietnia 1925 roku w Milanówku, skąd w 1933 roku wraz z rodzicami – Marią z Kurysiów, filolożką klasyczną, i Aleksandrem Krupkowskim, późniejszym profesorem Akademii Górniczo-Hutniczej – na stałe przeprowadzili się do Krakowa1. W latach 1940–1943 uczyła się w Polskiej Szkole Zawodowej Handlowej, uczęszczała też na tajne komplety gimnazjalne i w 1944 roku zdała maturę. Następnie studiowała anglistykę i romanistykę na działającym tajnie Uniwersytecie Jagiellońskim. Po wojnie uzyskała stopień magistra anglistyki, po czym kontynuowała edukację, by w 1968 roku zdobyć tytuł doktora za rozprawę Wallace Steven’s Concept of Poetry and the Romantic Tradition, napisaną pod kierunkiem profesora Przemysława Mroczkowskiego. W 1948 roku poślubiła Wojciecha Truszkowskiego, metalurga, profesora Polskiej Akademii Nauk. Od 1953 roku pracowała jako tłumaczka w Archiwum Hutnictwa działającym przy Instytutach Podstawowych Problemów Techniki pan i wykonywała przekłady dla wydawanego przez tę instytucję biuletynu. Od 1970 roku prowadziła zajęcia w Instytucie Filologii Angielskiej uj. W tym też czasie wyjeżdżała na zagraniczne stypendia – m.in. do Wielkiej Brytanii i Salzburga. Z powodzeniem tłumaczyła literaturę 1

231

Te i kolejne informacje podaję za: Współcześni polscy pisarze i badacze literatury. Słownik bibliograficzny, t. 8, oprac. J. Czachowska i A. Szałapan, Warszawa 2003, s. 359–360 oraz E. Elektorowicz, Odeszła poetka i tłumaczka Teresa Truszkowska, „Gazeta Krakowska” 1992, nr 108, s. 3.


anglojęzyczną, między innymi utwory Sylvii Plath, Teda Hughesa, Dylana Thomasa, Marka Twaina, Khalila Gibrana, Tennessee Williamsa. Była członkinią Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich, Pen Clubu oraz Konfraterni Poetów. Uważano ją za przykładną studentkę, później zdolną pracowniczkę i pedagożkę, wybitną tłumaczkę, oddaną koleżankę i przyjaciółkę. Mówiono, że była prawdziwie arystokratyczną, krakowską damą2. Zmarła 28 kwietnia 1992 roku. Zostawiła po sobie czternaście tomów przekładów, eseje, prace naukowe oraz zbiór opowiadań. Zostawiła także dziesięć tomów wierszy, które do chwili obecnej nie doczekały się należnego omówienia i o których dziś niewielu pamięta3. Na ironię zakrawa fakt, że jej poezja to właśnie przede wszystkim świadectwo karkołomnej walki z kaprysami (nie)pamięci. Teresa Truszkowska debiutowała w 1962 roku na łamach krakowskiego tygodnika „Wieści”; w rok później ukazał się Krąg ciszy, pierwszy zbiór wierszy. Następne były: Strumień światła (1965), Ku źródłom (1972), Amfiteatr wyobraźni (1977), Nostalgia niedzielna (1979), Życie drzewa nocą (1982), Błysk flesza (1983), Ornitologia kosmiczna (1986), Drzewo oddechu (1990), a pośmiertnie – Śródrzeka (1997). Co znamienne, charakter tej poezji, zamiast przypieczętowywać wizerunek Truszkowskiej jako „wytwornej krakowskiej damy”, wpływa na zgoła odmienne jej wyobrażenie: postaci wewnętrznie rozdartej, stale nie mogącej uładzić się z rzeczywistością oraz nadaremno dążącej do przezwyciężenia własnych traum i obsesji. Dorobek poetki uznać można za w pełni spoisty system, w którym autorka stale i konsekwentnie powraca do najbardziej nurtujących ją problemów. Już w debiutanckim tomie zauważalne są stylistyczne i tematyczne wyróżniki znamionujące kolejne dokonania literackie. Należą do nich z pewnością: trudność zmierzenia się z przeżyciami wojennymi, dojmujące poczucie pustki oraz doświadczenie starzenia i przemijania. Specyfika poetyckiej myśli Truszkowskiej zawiera się w spowinowaceniu tych wymiarów, prowadzącym w konsekwencji do niemożności wyraźnego rozgraniczenia przeciwstawnych 2 A. Warzecha, Szept, „Dziennik Polski” 1995, nr 212, s. 10. 3 Jednym z nielicznych wyjątków jest omówienie autorstwa Katarzyny Stark – tejże, Posłowie, [w:] Truszkowska T., Śródrzeka, Kraków 1995, s. 59–65.

232


sfer: życia i śmierci, przeszłości i chwili obecnej, młodości i starości, pozoru i prawdy czy wreszcie pełni i pustki. W rezultacie jej wiersze są zarazem próbami rejestrowania napięć wynikających z owych spowinowaceń oraz świadectwem postępującego zatracania w hierarchii porządków. Postaci obecne w tekstowych światach Truszkowskiej nieodmiennie cechuje wewnętrzne pęknięcie, „asymetryczność” czy dwubiegunowość osobowości. Jednostki są zapatrzone w przeszłość i beznadziejnie uwikłane w „odpominanie” minionych zdarzeń, ale też rozpaczliwie łakną zakorzenienia w otaczających realiach. Taka jest na przykład „asymetryczna pani”, bohaterka jednego z wierszy Truszkowskiej, przez której ciało przebiega/ południk zero/ linia podziału/ Zwrócona ku przyszłości/ wciąż ogląda się wstecz (…)/ Nie może dokonać wyboru/ Miota się od ściany do ściany/ niepewnej tożsamości/ w świecie tak samo dwoistym/ i pełnym sprzeczności/ Skazana na dylemat/ między sobą a tą drugą/ wbrew nakazom logiki/ w szaleństwie szuka oparcia [Asymetryczna pani do 44]4.

W tym wypadku odczucie „dwoistości” świata wiąże się z trudnością rozgraniczenia tego, co retrospektywne i tego, co presupozycyjne oraz znalezienia równowagi między poziomami racjonalności i afektywności. W rezultacie dochodzi do zatarcia ostrości granic nietożsamych sfer oraz symbolicznego inkorporowania różnicy. Odtąd bohaterki utworów Truszkowskiej nieustannie wieść będą „żywota równoległe”, funkcjonować na dwóch planach, oglądać w zwierciadłach podwójne odbicia, śnić za dwie osoby, myśleć dwutorowo, a nade wszystko – skarżyć się będą na dylematy wyboru między „sobą a tą drugą”. Schizofreniczne nieomal rozdwojenie raz objawia się poprzez budowanie portretu postaci z antytetycznych zestawień – na przykład obrazu zatopionej we wspomnieniach staruszki kontrastującego z opisem młodej, energicznej kobiety. Kiedy indziej natomiast – poprzez sugestywne wykorzystanie języka psychoanalizy i ukazanie zasadniczej niewspółmierności działań dwóch 4

233

Utwory T. Truszkowskiej lokalizowane są następująco: Krąg ciszy, Kraków 1963 – [kc]; Strumień światła, Kraków 1965 – [sś]; Drzewo oddechu, Kraków 1990 – [do]; Śródrzeka, Kraków 1997 – [s]; cyfra oznacza stronicę.


postaci kobiecych, nie potrafiących się porozumieć, a jednak skazanych na swoje towarzystwo – będących w istocie figurami reprezentującymi odpowiednio świadomość i podświadomość. Tym natomiast, co w odczuciu Truszkowskiej scala poszczególne, „asymetryczne” części osobowości, jest siła konwenansu, wpojona konieczność tuszowania najbardziej afektywnych doznań, pochwalana i powielana przez ogół zdolność mimikry. Bohaterka jednego z wierszy wyznaje: Przymierzam maski: jedną po drugiej/ Ta śmieje się – ta płacze/ Ta nie wyraża nic zgoła/ Ta oczy przymknęła i śpi/ Która lepiej będzie wyrażać/ obojętność wykarmioną chłodem/ nieczułość na dnia zbudzenie (…)/ Na ulicach naszych zbyt ciasno/ Zbyt pośpiesznie przemijamy co dzień/ by wyśledzić drganie powiek/ płacz wewnętrzny – więc to wszystko/ co istnieje nie objęte maską [Maski sś 45].

Powściąganie emocji i przemilczanie newralgicznych kwestii staje się trwałym nawykiem utwierdzającym jednostkę w poczuciu wyobcowania. Ów płacz wewnętrzny to ostatnia, skrupulatnie maskowana oznaka niezgody na zastany układ rzeczy, wszechobecne pozór i pustotę, ignorancję i nieczułość znamionujące współczesne społeczeństwa. Wspólnota w rozumieniu Truszkowskiej składa się bowiem z przypadkowo występujących pośród tożsamej przestrzeni, skrajnie względem siebie obojętnych jednostek, czy – jak określiłby to Jean-Luc Nancy – jest w istocie zbiorowiskiem ścierających się, nieugruntowanych ludzkich „pojedynczości”5. W konsekwencji relacje interpersonalne ograniczają się zwykle do naskórkowego kontaktu, krótkich rozbłysków cielesnej bliskości, po której pozostają jedynie „w powietrzu wydrążone/ labirynty spojrzeń” [W parku do 30] i „pusta rama chwilowej obecności” [Rama do 22]. Bohaterka konstatuje zatem przede wszystkim przemijanie relacji i obumieranie kolejnych form współbycia. Egzystencja jawi się jako ustawiczny proces rozpadu, znikania, wymazywania śladów, jest w istocie – jak powiedziałaby Maria Janion – nieustannym „traceniem życia”6. Rolą artysty jest zatem odczytywanie niknących śladów, pieczołowite kolekcjonowanie drobin minionego porządku. Nie bez kozery poetyckie credo 5 J-L. Nancy, The Inoperative Community, Minneapolis 1991. 6 Por. Ł. Janion, Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji, Warszawa 2001.

234


Truszkowskiej brzmi: „przemieniać martwotę w natchnienie” [Scena polowania sś 31], „nic” przekształcać w „tysiąc możliwości” [Garncarz sś 19]. Ocalanie od nieistnienia lub raczej przekuwanie nieznaczącego bezkształtu w znaczącą postać zdaje się zresztą nie tylko artystycznym postulatem, ale także podstawową etyczną powinnością. Dlatego Truszkowska nader ostro ocenia współczesną niefrasobliwość oraz szybkość zapominania i łatwość bagatelizowania. Stwierdza z goryczą, iż w codziennej gonitwie: Przeskakujemy wytrwale/ Od wspomnienia do wspomnienia/ Tysiąc gestów nawykowych (…)/ Zabijamy własne cienie/ By w przestrzeni nie igrały/ I po nocach nie straszyły [Przyzwyczajenie kc 25].

Ostrze krytyki wymierzone jest w tym wypadku w postępującą społeczną amnezję trudną do zaakceptowania przez jednostkę wciąż nie potrafiącą uwolnić się od mar przeszłości. Jednostkę, która otwarcie przyznaje, iż „nic co martwe nie jest mi obce” [Pośmiertna egzystencja do 54] i choć ma świadomość, że „cofanie pamięci jest dojściem do śmierci/ przed czasem umierania” [Życzenie kc 50], to jednak nieodmiennie oddaje się we władanie pracy pamięci i ustawicznie opowiada się właśnie za porządkiem śmierci: Nie mam spokoju – wyznaje – Gdy zamknę oczy/ widzę plaże nadmorskie Pożar nieba/ nad nim poślizg samolotów/ Widzę krew płynie wolno/ i wsiąka w ziemię/ Nie mam odwagi spać Nie mam/ siły bo nawet we śnie/ te same sceny Wieczne umieranie/ Co dnia co noc/ Jak gdyby to trwało (…)/ Gdy zamknę oczy krzyk dociera (…)/ Tak bliski przez lata/ Przychodzę na ten brzeg/ by go słyszeć wyraźniej [Nad brzegiem kc 55].

Niemożność wyjścia poza melancholijny krąg odpominania traumatycznych doznań zmusza do nieustannego przewartościowywania codziennego doświadczenia. Mary przeszłości okazują się w tym układzie koniecznym punktem odniesienia, dochodzi wręcz do uwewnętrznienia ich głosu, co doprowadza do procesualnego, retroaktywnego aktualizowania minionych wrażeń. I właśnie kategoria wrażenia wydaje się tu kluczowa, gdyż tym, co w istocie ciągle na nowo odsyła do bolesnej przeszłości, jest siła afektu. Afektu, który jest łącznikiem między dawnymi zdarzeniami a odczuwającą jednostką: 235


A jednak pamięć umie przywoływać i cieniom dawać postać i wymiary (…)/ kruszeją czasu zapory odległość się skraca/ Oddechy mają ciepło rękom wraca dotyk (…)/ I chociaż ogień przepalił ich na wylot/ Choć nie mają grobu Śmierć nie jest całkowita/ Nicość ostateczna kiedy wrastają/ w nasze życie tak głęboko [W rocznicę wyzwolenia Oświęcimia sś 39].

Wrażenie okazuje się wspomagać selektywną pamięć – jego działanie pozwala rekonstruować zatarte kontury, uruchomić zmysłowo-cielesny wymiar wspomnień, nasycić je detalami. W konsekwencji cienie przeszłości zostają niejako na nowo powołane do życia, nabierają wyraźnych kształtów, aktualizują swoje miejsce w ludzkiej świadomości, stając się niezbywalnym inkluzem. Owo „wrastanie” nie odbywa się rzecz jasna wyłącznie na poziomie intelektu. W poetyckich wyobrażeniach Truszkowskiej istotną rangę ma wszakże proces usomatycznienia pamięci. Dominuje bowiem przekonanie, iż to, co ulega umysłowemu wyparciu i tak pozostaje trwale zapisane w pamięci ciała: Póki żyjesz we mnie/ śmierć nie ma nad tobą władzy/ Oddycham tobą/ Patrzę na świat twoimi oczyma/ Nie umarłeś/ Nie twoje ciało złożone w grobie/ Twoje ja pulsuje moją krwią/ choć twoje kości są prochem/ a język oplotły korzenie [Dybuk do 32].

Przytoczony passus wymownie wskazuje na skalę, w jakiej uwewnętrzniony zostaje obraz tych, którzy odeszli. Dochodzi wszakże do dwubiegunowego przemieszczenia oraz przewartościowania jakości – wskrzeszenia czy zintensyfikowania pamięci o umarłym i zarazem naznaczenia bohaterki piętnem śmierci. Sam tytuł utworu, Dybuk, nawiązuje zresztą do znanej z mistycyzmu i folkloru żydowskiego wiary w możliwość zawładnięcia ciała żywej osoby przez ducha zmarłego człowieka7. Opisane zjawisko odwołuje więc nie tylko do przeświadczenia o wszechobecności śladów dawnych ofiar – jak dzieje się to w innych utworach Truszkowskiej, na przykład gdy mowa o „truciźnie”, która „w ciałach nam płonie/ Swąd węgla się snuje” [Zamiast wspomnień kc 54]. W przypadku Dybuku chodzi raczej o internalizację perspektywy innego oraz potraktowanie własnego ciała jako dogodnego schronienia dla obcej siły. 7

Por. L. Czapliński, Dybuk: na pograniczu tradycyjnej kultury i nowoczesnej sztuki, [w:] „Kwartalnik Literacki Kresy”, 9–10, 1992.

236


Gdzie indziej podobny mechanizm przedstawiony jest jako doświadczenie absolutnego, cielesnego i duchowego zjednoczenia ze zmarłym: Podarował jej to co najcenniejsze/ własną śmierć/ Wchłonęła ją ustami/ Teraz pod kamieniem/ Eksplorują wspólnie ciemność (…)/ Przebijają się jak ślepcy/ przez magmę gliny i popiołu/ Wiosłują ramionami/ wśród podziemnych korytarzy żył/ w labiryntach zakrzepłej krwi [Bez tytułu do 43].

Co znamienne, intensywność erotycznego doznania na granicy życia i śmierci nie znajduje w poezji Truszkowskiej odpowiedniości wśród przeżyć życia codziennego. Można zaryzykować stwierdzenie, iż śmierć czy martwota są w mniemaniu poetki hiperrzeczywiste, umieranie natomiast jest bardziej realne niż samo życie. Także w obliczu śmierci dochodzi do zniesienia międzyludzkiej obojętności – wówczas bowiem następuje fuzja odmiennych perspektyw, ale też więcej – dokonuje się „wchłonięcie” nękającego widma. Pojęciem inkorporacji posługują się między innymi psychoanalitycy Nicolas Abraham i Maria Torok, którzy opierając się na Freudowskiej koncepcji melancholii, przekonują o istnieniu mechanizmu uwewnętrznienia zmarłej postaci. Wchłonięte widmo lokuje się rzekomo w „krypcie”, to znaczy ukrytym i wyizolowanym obszarze psychicznym będącym śladem zatajonych, traumatycznych doznań. Tak rozumiany inkluz zakłóca prawidłowy rozwój psychiczny i doprowadza do stopniowego rozszczepiania ego8. Poetycki język Truszkowskiej zdaje się opisywać analogiczny proces inkorporacji – postaci z jej utworów „wchłaniają śmierć ustami” i za życia „odmierzają/ wsteczny bieg czasu” [Stara kobieta do 21], wiodą „pośmiertne egzystencje”, patrzą na świat oczami umarłych, oddychają ich oddechem, roją o bytowaniu pod kryptą wśród „uschłych korzeni zgniłych pędów/ bagnistych kwiatów”. Nietrudno także odnaleźć w omawianej poezji symptomy nasilającej się fiksacji – od wzmianek o wspomnianej już „asymetryczności” jednostki, po konsekwentne ukazywanie niekoherentności postaci, rozbicie na niewspółmierne, ścierające się „ja” i „moje odbicie”:

8 Por. N. Abraham, Ł. Torok, The Shell and the Kernel: Renewals of Psychoanalysis, Chicago 1994.

237


Ja i moje odbicie/ nieraz czuwamy do rana/ Oparte o siebie plecami (…)/ Kiedyś zdradziła mnie/ Sama zbiegła po schodach (…)/ A potem skoczyła z wieży/ prosto do jeziora/ Leży na jego dnie/ uwięziona między zwierciadłami [Odbicie do 39].

Warto podkreślić, iż owe stany są w rozumieniu Truszkowskiej tożsame z nader pożądanym oderwaniem od rzeczywistości, płynnym przejściem na wyższy poziom świadomości. Szaleństwo określane bywa metaforycznie jako przebywanie w wieży: Oto mój świat/ Wieża daje dobrą perspektywę/ (…) Szaleństwo otwiera przepaści (…)/ Jak dobrze w nie spoglądać/ będąc jeszcze człowiekiem [Tybinga do 46].

Zatem szaleństwo okazuje się paradoksalnie stanem pośrednim między życiem a śmiercią, jest doraźnym remedium na poczucie winy, żal i tęsknotę za nieobecnymi oraz bezpiecznym schronieniem od egzystencji w trudnych do przyjęcia realiach. Te natomiast – oceniane przez pryzmat owego wspomnieniowego, afektywno-doznaniowego konglomeratu – w dorobku Truszkowskiej nieodmiennie jawią się jako naznaczone rozpadem i podszyte nicością: [Świat] jest pustką zamkniętą/ w której błądzi/ ten co żyje stale oczekując/ na spotkanie które wszystko przemieni/ na ostateczne/ nagle zrozumienie [Nietoperz sś 24].

Diagnoza poetki jest jednoznaczna – wydarzenia xx wieku doprowadziły do zdegradowania rzeczywistości i podważenia celowości funkcjonowania w zbrutalizowanym świecie. Przeżycia wojenne przesądziły także o konieczności zanegowania dotychczasowych wartości, zaniku – czy jak określiłby to Theodor Adorno – „uwiądu” doświadczenia; obnażenia obłudy międzyludzkich relacji i bezsensu dotychczasowych form współbycia, wreszcie – podważenia statusu sztuki, języka i reprezentacji. Nihilizm egzystencjalny Truszkowskiej nie pozwala jej mieć żadnych złudzeń co do istoty powojennej rzeczywistości, dlatego poetka konstatuje z całą mocą, iż: Nicość wpatruje się w nicość/ i przemawia głosem pustki/ Nicość ma jedno oblicze/ powielane w nieskończoność/ I tylko jeden oddech/ Nicość milczy [Pantomima kc 49]. 238


A jednak konsekwencją tego rozpoznania są konieczność pamięci o minionym porządku oraz obowiązek rejestrowania etapów rozpadu, wytrwałe stopniowanie nicości, ustawiczne obserwowanie jak „Nic przechodzi w nic” [Opowieść sś 34]. Przenicowywanie rzeczy i zjawisk zachodzi na każdym właściwie poziomie, zarówno egzystencjalnym i artystycznym, jak i intelektualnym oraz emocjonalnym, ale też w sferze najbardziej prymitywnych i codziennych doświadczeń, na przykład podczas przyrządzania posiłku, „ćwiartowania kurcząt” i „siekania mięsa”, gdy bohaterka „dokonuje autopsji sprawną ręką/ w absolutnej samotności/ lękając się odkryć pustkę/ ukrytą w każdej rzeczy” [Rytuał kuchenny do 40]. *** 11. Teresa Truszkowska

Odkryta przeze mnie przypadkiem, niedoceniona i praktycznie zapomniana twórczość poetycka Truszkowskiej z pewnością zasługuje na szersze omówienie, którego (siłą rzeczy) nie spełnia niniejsze studium. Mam jednak nadzieję, iż szkicowe zarysowanie problematyki analizowanej poezji choć w nikłym stopniu oddaje jej wagę i charakter. Z jednej bowiem strony tematyka literackiego dorobku Truszkowskiej pozwala z łatwością wpisać go w kanon poezji powojennej, z drugiej natomiast strony – wymiar stylistyczny i myślowy każe rozpatrywać go jako nietuzinkowy zapis indywidualnego zmagania się z wciąż aktualnymi traumami. W rezultacie omawiana poezja jawi się jako świadectwo ciągłej walki oraz wciąż na nowo podejmowanej pracy pamięci. Dlatego też trudno rozpatrywać ją wyłącznie przez pryzmat kategorii estetycznych. Wszak czytając wiersze Truszkowskiej, nie sposób wyzbyć się wrażenia, iż jest to literatura stworzona wprost z delikatnej tkanki uczuć, umiejętnie osnuwająca „przestrzeń między umysłem a śmiercią”.

239


Agnieszka Dauksza

Doktorantka w Katedrze Antropologii Literatury i Badań Kulturowych Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie przygotowuje pracę dotyczącą afektów w teorii i literaturze nowoczesnej. Autorka rozprawy poświęconej wymiarom doświadczenia emancypacji kobiet w przestrzeni i sferze publicznej (w druku, Universitas 2013).

240


Sławomir Pastuszka

Maria Róża Jakubowicz – matka krakowskiej gminy żydowskiej

Jakubo

O życiu mojej bohaterki przeczytamy w niewielu publikacjach. Maria Róża Jakubowicz nazywana była przez krakowskich Żydów „matką gminy” i uważana za wzór żydowskiej kobiety. Jej ciekawe, ale też przepełnione dramatem życie, bez wątpienia nadawałoby się na dobry scenariusz filmowy. Jej bohaterska postawa i odwaga podczas ii wojny światowej zasługuje na wielkie uznanie. Tak Marię Różę Jakubowicz opisywała Małgorzata Niezabitowska pod koniec lat 80.: Róża, siedemdziesięcioletnia i mocno schorowana, nie oszczędza się, zawsze gotowa do pracy dla gminy, do pomocy tym, którzy jej potrzebują1.

Cechowało ją oddanie drugiemu człowiekowi, pomoc i praca na rzecz społeczności żydowskiej. Niewątpliwie można ją porównać do Eszet Chajil, największego wzoru kobiety w religii żydowskiej, czyli niewiasty dzielnej, doskonałej żony, której wartość jest daleko większa od pereł, ufa jej serce męża, zysków mu nie brakuje…2

1 M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, Ostatni współcześni Żydzi polscy, Warszawa 1993, s. 98. 2 Przypowieści Salomona, 31, 10–11.

241


W judaizmie głównym zadaniem kobiety jest zbudowanie i podtrzymywanie pozytywnej atmosfery w domu, pilnowanie prawidłowego i zdrowego funkcjonowania rodziny, oraz właściwego wychowania dzieci, a przede wszystkim zaszczepienia im wiary, religii i umiłowania dla tradycji3.

Dzięki niezwykłej osobowości Marii Róży Jakubowicz członkowie i członkinie krakowskiej gminy odczuwali szczególny rodzaj wspólnoty i więzi. Mogli poczuć się jak w prawdziwym żydowskim domu, jak w swojej rodzinie, którą większość straciła w czasie Holokaustu. O życiu Marii Róży Jakubowicz nie wiadomo wiele. Informacje, które udało mi się ustalić, pochodzą przede wszystkim od jej syna, Tadeusza Jakubowicza, obecnego przewodniczącego Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Krakowie oraz książki Ostatni współcześni Żydzi polscy, do której udzieliła krótkiego wywiadu. Ten artykuł będzie pierwszym, który w szerszym kontekście opisze tę niesamowitą postać. Dzięki zasługom jej i jej męża, Majera Jakubowicza (1911–1979), gmina żydowska w Krakowie po ii wojnie światowej mogła sprawnie funkcjonować. Garść faktów z młodości Maria urodziła się w 1915 r. w Dobczycach, niewielkim miasteczku niedaleko Myślenic, gdzie w przededniu ii wojny światowej mieszkało około 4000 osób, z czego około 700 było Żydami. Tamtejsza gmina żydowska posiadała własną synagogę i mykwę, zatrudniała rabina, jednak swoich zmarłych, ze względu na brak cmentarza, grzebano w okolicznych miejscowościach4. Maria wywodziła się z zamożnej, jak również bardzo pobożnej rodziny. Jej ojciec, Abram Pistol, prowadził dużą, dobrze prosperującą garbarnię, zatrudniającą 12 pracowników i wytwarzającą produkty dla wojska. Matka, Mindla, prowadziła dom i zajmowała się dziećmi. Maria była najmłodsza spośród siedmiorga rodzeństwa.

3 K. Podgórska, Odeszła Maria Róża Jakubowicz, „Nasza Gmina”, 01.02.2008, s. 1. 4 Historia Żydów w Dobczycach, http://www.sztetl.org.pl/pl/article/dobczyce/5,historia/, [dostęp: 15.11.2012].

242


Maria Barbara Rudzka, która wraz ze swoją matką, Marią Niewolak-Strzelecką, pomagały m.in. rodzinie Pistolów podczas ii wojny światowej, wspomina: Tutaj, gdzie ja mieszkałam, to było tylko cztery czy pięć rodzin, co byli katolicy. A tak to między samymi Żydami byliśmy. Nawiasem mówiąc, bardzo dobrze się nam mieszkało. Nie było żadnych sprzeczek, nie było kłótni, nie było nic. (…) Tutaj bożnica była, proszę panią. Rynek. To ja wiem, czy było cztery sklepy katolickie? Tak, same żydowskie sklepy były. W ogóle Dobczyce to był jeden Żyd. Oni [Pistolowie – przyp. aut.] stale u nas byli. Myśmy tam przychodzili, oni mieli garbarnię bardzo dużą, Pistol miał garbarnię ładną, taką dużą5.

Rodzice Marii zapewnili jej nie tylko religijne, ale także i świeckie wykształcenie. Uważali bowiem, że religijna wiedza jest niewystarczająca i nie spełni wszystkich oczekiwań ich córki. Dlatego posłali ją do miejscowej szkoły powszechnej, następnie wyjechała do Krakowa, gdzie uczyła się w Szkole Ekonomiczno-Handlowej. Po jej ukończeniu pracowała jako księgowa w firmie ojca. Czas Zagłady Wybuch ii wojny światowej zastał Marię w Krakowie. Mieszkała wtedy w kamienicy przy ulicy stanisława smolki, gdzie pozostała do utworzenia krakowskiego getta w marcu 1941 r. Tam zamieszkała w niewielkim pokoiku w kamienicy na rogu ulic rękawka i stefana czarneckiego. Dzięki „aryjskiemu” (blond włosy, niebieskie oczy) wyglądowi, mogła swobodnie wychodzić z getta i dostarczać żywność dla głodującej rodziny. Jak wspominała Maria: [Mój syn, Tadeusz – przyp. aut.] był wyjątkowo ładnym dzieckiem, toteż kiedy terror wobec Żydów zaczął się wzmagać, zaprzyjaźniona Polka zaproponowała, że weźmie go

5 E. Opawska, Wywiad z Barbarą Rudzką, http://www.sprawiedliwi.org.pl/pl/ family/560,rodzina-strzeleckich/article=1041,wywiad-z-barbara-rudzka, Dobczyce 2010 [dostęp: 15.11.2012].

243


na wychowanie i zaadoptuje. Nie mogłam się na to zdobyć. (…) Płakałam po nocach, aż wreszcie postanowiłam, że go zatrzymam. Co ze mną będzie, co z nim będzie6.

Jednak z czasem zdecydowała się ukryć syna u znajomej, Katarzyny Siwek, która była łącznikiem pomiędzy Marią a jej rodziną w Dobczycach. Dzięki jej pomocy, małego Tadzia udało się przewieźć do rodzinnego miasta Marii. Pomocy udzielał także Franciszek Banaś, granatowy policjant, członek Związku Walki Zbrojnej Armii Krajowej, który w 1981 r. uhonorowany został medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata7. Na przełomie maja i czerwca 1942 r. niemieccy okupanci rozpoczęli wielkie akcje deportacji ludności żydowskiej do obozów zagłady. W nocy z 31 maja na 1 czerwca 1942 r. funkcjonariusze Judenratu w asyście Żydowskiej Służby Porządkowej przeprowadzili kontrolę tzw. kart rozpoznawczych, która stała się pretekstem do wysiedlenia około pięciu tysięcy ludzi. Wśród tych ludzi znalazła się także Maria. Niemcy rozpoczęli systematyczną wywózkę Żydów z getta do obozu zagłady w Bełżcu. Maria uciekła jednak podczas pędzenia do wagonów kolejowych. Wyszła z getta i znalazła schronienie w mieszkaniu Katarzyny Siwek przy ulicy wielickiej 146, która pomogła jej przedostać się do Dobczyc. Tam pomocy jej i rodzinie Pistolów udzielał Piotr Kopera. W sierpniu 1942 r. wydano polecenie opuszczenia Dobczyc przez Żydów i udania się do getta w Wieliczce. Maria, dzięki namowom Piotra Kopery, nie zdecydowała się na opuszczenie miasteczka. Przekonał ją, że wyjazd do Wieliczki jest równoznaczny ze śmiercią. Do getta udali się natomiast Abram i Mindla Pistolowie, którzy po likwidacji getta 27 sierpnia 1942 r. zostali prawdopodobnie deportowani do obozu zagłady w Bełżcu. Dzięki pomocy Piotra Kopery, Maria wraz z małym Tadziem udała się do lasu we wsi Kornatka. Wkrótce dołączyła do nich również część rodzeństwa Marii. W październiku 1942 r. wraz z synem oraz siostrami Stefanią i Anielą wróciła do Krakowa, gdzie ponownie znalazła schronienie u Katarzyny Siwek. Po uzyskaniu przez siostry fałszywych dokumentów i pozwolenia na wyjazd do Niemiec, udała się z powrotem do getta, gdzie przebywała do marca 1943 r. 6 M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, dz. cyt., s. 98–99. 7 F. Banaś, Moje wspomnienia, Rzeszów 2009.

244


Po udanej ucieczce, w której pomagał Piotr Kopera, wyjechała do Kornatki, gdzie w lesie czekały już przygotowane ziemianki, niedaleko domu Wojciecha Krupy. W czerwcu 1943 dołączył do nich Majer Jakubowicz. W górzystym, oddalonym od osad terenie zbudowali kryjówkę. „Dzisiaj ludzie mówią: żyliście w bunkrach, i wyobrażają sobie wygodne szałasy – Róża kręci głową. – A to były wykopane w ziemi jamy, do których wpełzało się na leżąco. To były groby (…)”8.

W ziemiankach ukrywało się łącznie 16 osób: Maria Róża wraz z synem Tadeuszem, Maciej Jakubowicz, Czesław Jakubowicz9, Helena Nichtberger, Krystyna Nichtberger (po wojnie Mostowska), Aleksander Pistol, Stefania Graf (z domu Pistol), Aniela Parnes (z domu Pistol), Adolf Pistol z żoną Rozalią, synem Pinkasem (Stanisławem) i córką Haliną, Zofia Pistol, Benek Kluger i Pola Kluger10. Największym problemem było zdobycie żywności: Jedyną osobą, która mogła wyjść z lasu, była Róża, ponieważ miała aryjskie papiery, a przede wszystkim aryjski wygląd. Szła do Krakowa, kupowała jedzenie i wracała na piechotę z ciężkim workiem na plecach. W normalnych warunkach nie byłaby w stanie nawet go ruszyć, przesunąć o centymetr, a wówczas dźwigała ten ogromny ciężar przeszło pięćdziesiąt kilometrów. U stóp wzgórza, na którym znajdowała się kryjówka, chowała worek w krzakach i szła zawiadomić czekających. Na górę wnosiło go potem wspólnie trzech mężczyzn11.

Tadeusz Jakubowicz wspomina, że drugim poważnym problemem była miejscowa partyzantka, na czele której stał Franciszek Mróz, który w 1943 r. stworzył jeden z pierwszych oddziałów dywersyjnych na ziemi myślenickiej, wchodzący w skład ak:

8 M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, dz. cyt., s. 99. 9 Czesław Jakubowicz sprawował w latach 1979–1997 funkcję prezesa krakowskiej gminy żydowskiej. 10 Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom, opr. Władysław Bartoszewski, Zofia Lewinówna, Warszawa 2007, s. 492. 11 M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, dz. cyt., s. 99.

245


Pewnego dnia doniesiono nam, że partyzantka wie, że się ukrywamy gdzieś w lesie i poszukują nas. Wydali na nas wyrok śmierci, że my niby jesteśmy komunistami, a oni sądzili, że wszyscy Żydzi to komuniści. Ciekawe, czy wiedzieli, że wśród tych „komunistów” byłem też ja! Przecież miałem wtedy tylko 5–6 lat. Kiedy okazało się, że mama zna Franciszka Mroza jeszcze z czasów przedwojennych, uparła się i zaczęła szukać ich siedziby, którą udało jej się odnaleźć. Kiedy Mróz zobaczył moją matkę, zdębiał, od tej pory byliśmy bezpieczni12.

Wszyscy przebywali w Kornatce do maja 1944 r. Następnie, na skutek ciągłych penetracji tych terenów przez policję niemiecką, udali się do gospodarstwa Władysława Piwowarczyka w Czasławiu. W jego zabudowaniach przebywali do października 1944 r., kiedy okazało się, iż także to miejsce stało się niepewne. Z powrotem udali się do Kornatki, gdzie dzięki pomocy Piotra Kopery, 20 stycznia 1945 r. doczekali wyzwolenia przez Armię Czerwoną. Jak wspominała Maria: Żeby mi dawali tysiąc dolarów za to, by spędzić jedną noc w lesie, odmówiłabym bez wahania. A wówczas był deszcz i śnieg, i mróz, i jeszcze się Bogu dziękowało za każdy przeżyty dzień13.

Na przełomie czerwca i lipca tego samego roku wszyscy wyjechali do Krakowa. Zamieszkali w kamienicy przy ulicy józefińskiej 2. Podczas wojny zginęło dwadzieścia siedem osób z mojej najbliższej rodziny. Straciłam wszystko, co posiadałam: majątek, pozycję, dom. Zniknął cały świat, który kochałam i w którym wyrosłam, a ja jeszcze potrafię się uśmiechać. Oj, człowiek może dużo znieść…14.

Matka gminy Zaraz po przybyciu do Krakowa, Maria Jakubowicz zaangażowała się w pracę społeczną dla Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego przy ulicy długiej 38. Zajmowała się przede wszystkim dziećmi, w większości sierotami, które 12 Wywiad przeprowadzony z Tadeuszem Jakubowiczem, 15 listopada 2012. 13 M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, dz. cyt., s. 99. 14 Tamże, s. 98.

246


ocalały na terenach polskich oraz przyjechały jako repatrianci z polskich domów dziecka na terenie Związku Radzieckiego. Dzięki jej zaangażowaniu wiele dzieci dostało nowe ubrania, przybory szkolne, codziennie dostawało też ciepły posiłek. Duża część z nich, dzięki pomocy Marii i jej męża Majera, zostało wysłanych do Izraela, gdzie mogli bez problemów żyć jak Żydzi. Wraz z powrotem ocalonych do Krakowa, 7 kwietnia 1945 r. powstało Żydowskie Zrzeszenie Religijne, które od czerwca 1946 r. nosiło nazwę Kongregacji Wyznania Mojżeszowego. Kongregacja ta po wojnie pełniła funkcję gminy, organizując życie religijne, zajmując się sprawami administracyjno-urzędowymi i opieką społeczną15. Jej siedzibę ulokowano początkowo w budynku przy ulicy Podbrzezie 1, a od lipca 1946 r. oficjalnie powróciła do swojego przedwojennego budynku na rogu ulic Skawińskiej i Krakowskiej, gdzie mieści się do dnia dzisiejszego. Zajęła niewielką część pierwszego piętra, gdzie mieszczą się biura, kuchnia, stołówka i magazyn żywności. Pierwszym przewodniczącym Kongregacji został Majer Jakubowicz, którą to funkcję pełnił do śmierci w 1979 roku. Jego następcą został Czesław Jakubowicz, również pełniący swoją funkcję do śmierci w 1997 roku. Krakowska Kongregacja była jedną z nielicznych w Polsce, która miała realne szanse powrotu do swoich przedwojennych instytucji i siedzib, z tego powodu, że miejsca te nie zostały zniszczone podczas wojny16. Dzięki temu wielu krakowskich Żydów mogło łatwiej odnaleźć swoją tożsamość17. Wielkimi siłami ponownie uruchomiono i odnowiono niezbędne instytucje życia religijnego. Kongregacja utrzymywała po wojnie dwie czynne synagogi: Remu i Tempel18, ponownie otwarto do celów pochówkowych cmentarz przy ulicy

15 E. Gawron, To co ocalone… Żydowski Kraków – dawniej i obecnie, „Alma Mater – miesięcznik Uniwersytetu Jagiellońskiego”, nr 109, grudzień 2008, s. 26. 16 E. Gawron, dz. cyt., s. 26. 17 M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, dz. cyt., s. 97. 18 Pierwszą czynną po wojnie krakowską synagogą była synagoga Kupa, zamknięta po pogromie krakowskim w sierpniu 1945 r. W połowie 1945 r. otwarto synagogę Tempel, a od 1946 r. czynna była także synagoga Remu. Krakowska Kongregacja utrzymywała także niewielką bożniczkę za synagogą Tempel, gdzie także nauczano dzieci religii oraz organizowano spotkania świąteczne.

247

12. Maria Róża Jakubowicz


Miodowej, otwarto mykwę przy ulicy Podbrzezie, zatrudniano rzezaka19 i do 1950 r. rabina20, codziennie wydawano darmowe posiłki w stołówce koszernej, organizowano święta. Równocześnie także i Maria aktywnie zaangażowała się w życie gminy, która stała się dla wielu krakowskich Żydów drugim domem – domem, który większość krakowskich Żydów straciło. Najważniejsza jest jednak atmosfera, jaką stwarza Róża w krakowskiej gminie. „U was czuje się kobiecą rękę” – twierdzą nie bez zazdrości odwiedzający miasto Żydzi z innych części kraju. Róża jest bowiem zawsze pogodna, pełna optymizmu, życzliwa21. Maria Jakubowicz przekształciła gminę ze zwykłych biur w prawdziwy żydowski dom, gdzie każdy był mile widziany, gdzie cały czas unosił się duch żydowskiej tradycji, której kultywowanie było w powojennej rzeczywistości bardzo trudne. To właśnie ona z jedną tylko kucharką każdego roku przygotowuje sederowe potrawy dla kilkudziesięciu osób, podczas gdy w innych gminach w Polsce otwiera się jedynie puszki przysłane przez „Joint”22 na tę okazję. To ona, ostatnia w Krakowie, piecze w domu prawdziwe chały. Ona wyhaftowała siedem sukienek na Tory i ofiarowała je synagogom Tempel i Remu. Tę listę można by ciągnąć długo23. Jednym z największych problemów krakowskiej gminy były wyjazdy jej członków podczas największych fal emigracyjnych pod koniec lat 40., w latach

19 Wieloletnim rzezakiem był Abram Lesman (zm. 1985), który od lat. 60. pełnił także funkcję kantora synagogi Tempel. Rytualna rzeźnia drobiu do śmierci Lesmana mieściła się w bocznych pomieszczeniach synagogi Kupa. 20 Po zakończeniu wojny do Krakowa powrócili jedynie dwaj rabini ocaleni z Holokaustu, którzy podjęli się pracy na rzecz krakowskich Żydów. Byli to: Mojżesz Steinberg (wyjechał w 1947 r.) i Menasze Lewartow (wyjechał w 1950 r.). 21 M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, dz. cyt., s. 98. 22 Joint (American Jewish Joint Distribution Committee) – żydowska organizacja filantropijna, założona w 1914 r. w Stanach Zjednoczonych, udzielająca pomocy materialnej Żydom w Europie Środkowo-Wschodniej. Za: G. Zalewska, Joint, [w:] Historia i kultura Żydów polskich. Słownik, Warszawa 2000, s. 136. 23 M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, dz. cyt., s. 98.

248


1956–1958 i 1968–1969. Mimo to, w 1985 r. Kongregacja liczyła 204 członków i członkiń24, co czyniło ją największą w Polsce25. Jednak wraz ze śmiercią kolejnych pobożnych Żydów, powszechnie twierdzono, że utrzymanie religijnego życia będzie bardzo trudne. Jedną z najważniejszych religijnych uroczystości, była zorganizowana przez Marię Jakubowicz pierwsza po wojnie uroczystość bar micwy26 Erica Stroma ze Stanów Zjednoczonych, która odbyła się w 1985 r. w synagodze Tempel. To historyczne dla Krakowa wydarzenie przyciągnęło niemal 200 żyjących w mieście Żydów, a także zostało nagrane przez wiele zagranicznych telewizji. Maria Jakubowicz była pierwszą kobietą przyjmującą w krakowskiej gminie zagraniczne delegacje żydowskie oraz wielu znanych rabinów. Była bliską przyjaciółką cadyka bobowskiego, Szlomo Halberstama, co w świecie chasydzkim nie jest często spotykane. To świadczy o wielkim szacunku, jakim była darzona nie tylko przez miejscowych Żydów, ale także przez ważne osobistości z żydowskiego świata. Znaliśmy ją wszyscy. Podziwialiśmy Jej spokój, uśmiech dla każdego, odczuwaliśmy autentyczne zainteresowanie naszymi sprawami i problemami. Przy każdym spotkaniu okazywała nam serdeczność, służyła życzliwą poradą, potrafiła każdego podtrzymywać na duchu w trudnych życiowych sytuacjach. Podczas obchodów żydowskich świąt stwarzała dla wszystkich członków Gminy rodzinną atmosferę pełną ciepła i radości, że znowu spotkamy się razem27.

In memoriam Maria Róża Jakubowicz zmarła 30 grudnia 2007 r. w Krakowie. Spoczęła w alei głównej nowego cmentarza żydowskiego przy ulicy Miodowej. W jednym z wielu nekrologów opublikowanych w „Dzienniku Polskim” napisano: 24 E. Gawron, dz. cyt., s. 27. 25 M. Niezabitowska, T. Tomaszewski, dz. cyt., s. 95. 26 Bar micwa (z hebr. syn przykazania) – uroczystość uznania trzynastoletniego chłopca za pełnoletniego pod względem religijnym. Za: A. Cała, bar micwa, [w:] Historia i kultura…, s. 20. 27 K. Podgórska, dz. cyt., s. 1.

249


Szlachetna osoba o wielkim sercu i światłym umyśle, poświęcająca się dla innych, niezastąpiona opiekunka potrzebujących28,

wspominano także w Naszej Gminie: Była dla nas wzorcem roli kobiety w żydowskiej rodzinie29.

Wraz ze śmiercią Marii Jakubowicz zakończył się pewien etap w historii krakowskich Żydów. Historia jej życia jest świadectwem ogromnej siły kobiet. Podczas Zagłady wykazała się ogromną odwagą, aby ocalić swojego jedynego syna. Także w czasie trudnej sytuacji społeczno-politycznej, obowiązującego komunizmu, udowodniła, że można bez problemów praktykować religię i tradycję żydowską, od których wielu odeszło. Połączyła ona ogromną energię i zaangażowanie w pracę społeczną na rzecz krakowskiej gminy żydowskiej oraz oddanie, pomoc i współczucie drugiemu człowiekowi. Sławomir Pastuszka

Student judaistyki na uj, członek społeczności żydowskiej w Krakowie. Wśród jego zainteresowań znajduje się tworzenie życiorysów ciekawych osób, historia Żydów w Polsce po 1945 r., sztuka żydowska z uwzględnieniem polichromii synagogalnych, badania genealogiczne i epigrafika hebrajska.

28 „Dziennik Polski” z dn. 02.01.2008. 29 K. Podgórska, dz. cyt., s. 1.

250


bibliografia:

Niezabitowska M., Tomaszewski T. Pióro A. Podgórska K.

251

Ostatni współcześni Żydzi polscy, Warszawa 1993, s. 98–99. Getto krakowskie 1941–1943. Przewodnik po terenie byłego getta, Kraków 2005. Odeszła Maria Róża Jakubowicz, „Nasza Gmina”, 01.02.2008, s. 1. Wywiad przeprowadzony z Tadeuszem Jakubowiczem w dn.15.11.2012.



Spis ilustracji

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

253

Anna Regina Feuerstein, fot. ze zbiorów Archiwum Państwowego w Krakowie, sygn. pnn 37/nr 11824. Wanda Wasilewska, fot. ze zbiorów Wikimedia Commons. Jadwiga Jędrzejowska na Międzynarodowym Turnieju Tenisa Ziemnego na kortach Dulwich w Londynie w 1933 roku, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-M-1879-3. Gusta Dawidson-Draenger, fot. pochodzi z Muzeum Bojowników Getta. Zofia Stryjeńska, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-M-5306. Zofia Ordyńska, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-K-8775. Amalia Wasserberger, fot. pochodzi z książki Świat przed katastrofą. Żydzi krakowscy w dwudziestoleciu międzywojennym, wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2007. Notka prasowa na temat odsłonięcia tablicy ku czci Amalii Wasserbergerowej, „Nowy Dziennik”, 14 xi 1936 r. Nekrolog Amalii Wasserbergerowej zamieszczony w „Nowym Dzienniku” 31 i 1936 r. Reklama publikacji Głos kobiet w kwestii kobiecej zamieszczona w „Nowym Słowie”, źródło: http://www.adrianzandberg.pl/drogidoemancypacji/noweslowo/ [dostęp: 15.10.2012]. Teresa Truszkowska, fot. pochodzi z tomu poetyckiego Krąg ciszy, Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne, Kraków 1963. Maria Róża Jakubowicz, fot. pochodzi ze zbiorów rodzinnych Tadeusza Jakubowicza. Na okładce: Marta Suchanek – pierwsza kobieta-absolwentka Wydziału Górnictwa Akademii Górniczej w Krakowie, dyplom uzyskała w 1936 roku, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-N-3139.


Poprzednie tomy Przewodniczki po Krakowie emancypantek:


W ramach programu Krakowski Szlak Kobiet ukazały się również:

Zamówienia przyjmuje wydawczyni, Fundacja Przestrzeń Kobiet, pod adresem: przestrzen.kobiet@gmail.com