Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom V

Page 1


Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom V Copyright © Fundacja Przestrzeń Kobiet 2013 Wydawczyni: Fundacja Przestrzeń Kobiet ul. Św. Krzyża 34 34-460 Szczawnica www.przestrzenkobiet.pl fundacja@przestrzenkobiet.pl Kraków 2013 Wydanie I Konsultacja naukowa: dr Dobrochna Kałwa Redakcja i korekta: Ewa Furgał Projekt okładki, opracowanie graficzne, skład i łamanie: Zuzanna Łazarewicz, DodoDesign

Publikacja nieodpłatna, nie może być sprzedawana. Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie całości tekstu lub jego fragmentu może być dokonane wyłącznie w celach niekomercyjnych, pod warunkiem podania źródła. Książka została opracowana i wydana w ramach projektu Krakowski Szlak Kobiet, dofinansowanego ze środków Programu Operacyjnego Fundusz Inicjatyw Obywatelskich, a także w ramach realizacji zadania publicznego pt. Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, t. V, współfinansowanego ze środków Gminy Miejskiej Kraków.

ISBN 978-83-937130-3-5


Krakowski Szlak Kobiet Przewodniczka po Krakowie emancypantek Tom v pod redakcją Ewy Furgał

Wydanie I

Fundacja Przestrzeń Kobiet

Kraków 2013



spis treści

7… Wstęp do piątego tomu Przewodniczki po Krakowie emancypantek Ewa Furgał

11… Konteksty 13… „Uważna lektura” dzienników kobiet. Próba refleksji feministycznej Aneta Ostaszewska

29… Spodnie, fontaź i binokle, czyli słów kilka o roli ubioru w życiu kobiety aktywnej w Galicji w II połowie XIX i pierwszych latach XX wieku Marta Kargól

41… Przesłony a „sprawa kobieca”. O (nieoczekiwanych) przejawach kobiecej emancypacji Agnieszka Dauksza

59… Czytelnia dla kobiet narodowo–żydowskich „Ruth” Magdalena Kopeć

67… Historia kobiet – kilka uwag metodologicznych Dobrochna Kałwa

83… Kobiety 85… Maria Siedlecka. Twórczyni przestrzeni dla kobiet Aneta Kwaśniak-Gawłowska

5


103… Maestra w służbie podkasanej muzy. Anda Kitschman Paulina Szkudlarek

119… Ja – teatr – życie. Sceniczne pasje Elżbiety Kietlińskiej Anna Pekaniec

133… „Hedad” znaczy „hurra”. Maryla Freiwald – medalistka olimpijska, o której leksykony piszą tylko w nawiasie Katarzyna Michalczak

151… Wołodymyra Pipczyńska. Historia jednego procesu Iwona Boruszkowska, Urszula Pieczek

161… Renata Zisman. Krakowska pianistka i pedagożka Sławomir Pastuszka

275… Irena Szelburg w Krakowie Anna Marchewka

185… Marta Suchanek-Kłyszewska. Odkopując historię pierwszej Polki z dyplomem inżyniera górnika Anna Sokulska

199… Justyna Budzińska-Tylicka. Na czele kobiet świadomych i postępowych Izabela Mrzygłód

219… Kraków 221… Szlak kobiet na nowym cmentarzu żydowskim w Krakowie Sławomir Pastuszka

231… Spis ilustracji

6


Ewa Furgał

Wstęp do piątego tomu Przewodniczki po Krakowie emancypantek

W tym roku Krakowski Szlak Kobiet, herstoryczny program Fundacji Przestrzeń Kobiet, obchodzi piąte urodziny. Piąty tom Przewodniczki po Krakowie emancypantek, który oddajemy w wasze ręce, kończy serię corocznie wydawanych zbiorów kontekstowych i biograficznych tekstów o kobietach tworzących dorobek kulturowy Krakowa. Jest to więc ostatni tom Przewodniczki, który przygotowujemy w wypracowanej pięć lat temu formule. Od 2008 roku Krakowski Szlak Kobiet rozrósł się do nieprzewidzianych przez nas rozmiarów. W każdej, corocznej edycji programu, proponowałyśmy różnego rodzaju działania edukacyjne, których repertuar wciąż się poszerzał: warsztaty historii kobiet, kolejny tom Przewodniczki po Krakowie emancypantek, wycieczki po Krakowie, od 2010 roku spotkania w Czytelni dla kobiet, od 2011 roku kalendarze osobiste i blog Herstorie, w 2012 roku wyprodukowałyśmy grę planszową. W tym roku zorganizowałyśmy długo planowane seminarium historii kobiet z dr Dobrochną Kałwą – konsultantką naukową Przewodniczek. Równolegle z piątym tomem Przewodniczki ukazuje się wznowienie pierwszego tomu, którego nakład wyczerpał się rok po wydaniu. Te dwie tegoroczne publikacje są klamrą spinającą Krakowski Szlak Kobiet i podsumowaniem naszej pięcioletniej pracy. Urodziny Krakowskiego Szlaku Kobiet uczciłyśmy Herstoryczną Festą – cyklem spotkań z osobami tworzącymi i pracującymi w obszarze historii kobiet. Świętujemy i podsumowujemy więc, ale się nie żegnamy. Nadal będziemy zajmować się historią kobiet, która stanowi przecież jedną z głównych ścieżek programowych Fundacji 7


Przestrzeń Kobiet, nadal rozwijać będziemy Krakowski Szlak Kobiet. Chcemy jednak zatrzymać się w biegu przez Przewodniczki, które z jednorazowego projektu w ciągu kilku lat przekształciły się w rocznik – i wypracować nową, nieco inną od dotychczasowej formułę. Tymczasem piąty tom Przewodniczki posiada strukturę znaną czytelniczkom i czytelnikom poprzednich tomów. Otwiera go część Konteksty zawierająca artykuły i eseje, które poruszają wybrane herstoryczne zagadnienia. Konteksty rozpoczyna esej Anety Ostaszewskiej o „uważnej lekturze” dzienników kobiet, napisany w formie dziennika i zapraszający do uważnej lektury całej Przewodniczki. Następnie przyglądamy się roli ubioru w życiu galicyjskich działaczek emancypacyjnych przełomu XIX i XX wieku (tekst Marty Kargól) oraz systemom i funkcji przesłon będących również elementami kobiecej garderoby (tekst Agnieszki Daukszy). Ponadto w Kontekstach odkrywamy Czytelnię dla Żydówek „Ruth”, która funkcjonowała w Krakowie ok. czterdzieści lat; tekst Magdaleny Kopeć zamieszczony w Przewodniczce jest prawdopodobnie pierwszym omówieniem jej działalności. Konteksty zamyka artykuł Dobrochny Kałwy na temat metodologii historii kobiet, strukturyzujący również polskie badania i inicjatywy dotyczące historii kobiet. W tym roku Fundacja Przestrzeń Kobiet wzięła udział w akcji Wirtualna Biblioteka Wydawców, promującej literacki wizerunek Krakowa, organizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe we współpracy z Instytutem Książki i kilkunastoma krakowskimi wydawnictwami. Drugi i czwarty tom Przewodniczki znalazły się wśród kilkudziesięciu książek, prezentowanych na plakatach, które eksponowane były na 60 citylightach najpierw w Krakowie, a następnie również na 260 citylightach w największych miastach w Polsce. Z plakatów umieszczonych na przystankach komunikacji miejskiej oraz w innych uczęszczanych punktach miast spoglądała na przechodniów m.in. Marta Suchanek, której zdjęcie widnieje na okładce czwartego tomu Przewodniczki. Marta Suchanek-Kłyszewska jest również jedną z bohaterek piątego tomu. W części Kobiety tym razem znalazło się dziewięć tekstów biograficznych. Tak jak w poprzednich tomach, bohaterki pochodzą z różnych grup społecznych i różny wpływ na ich funkcjonowanie społeczne mają ich różne tożsamości. Można więc znaleźć wśród bohaterek piątego tomu Przewodniczki: Polki, Żydówki, Ukrainkę, ewangeliczkę, katoliczkę, 8


osobę bezwyznaniową, działaczki, pedagożki, pisarki. Dwie spośród naszych bohaterek wykonywały profesje związane z muzyką (Renata Zisman, Anda Kitschman), Maryla Freiwald była utytułowaną sportowczynią, Justyna Budzińska-Tylicka znaną lekarką, Ewa Szelburg-Zarembina – wybitną i popularną powieściopisarką. Niektóre były związane z Krakowem całe życie (Maria Siedlecka, Elżbieta Kietlińska), niektóre musiały wyjechać (Maryla Freiwald), niektóre wybrały Kraków (Renata Zisman), a inne zdecydowały się Kraków opuścić (Ewa Szelburg-Zarembina, Justyna Budzińska-Tylicka). Wszystkie zostawiły ślady, po których z detektywistyczną czujnością podążyły badaczki ich życiorysów, Autorki Przewodniczki. Zapraszamy gorąco do zapoznania się z wynikami ich pracy. Na okładce zamieściłyśmy zdjęcie z I Zimowej Makabiady w Zakopanem z 1933 roku – zapomnianych igrzysk żydowskich sportowców. Na fotografii widać finiszującą zawodniczkę biegu na 8 kilometrów, niestety nie znamy jej nazwiska. Być może ten ślad również będzie początkiem dalszych biograficznych poszukiwań, tak jak stało się w przypadku Marty Suchanek-Kłyszewskiej. Ostatnią część Przewodniczki – Kraków – tworzy szlak kobiet na cmentarzu żydowskim przy ul. Miodowej w Krakowie. To już kolejna – po trasach śladami krakowskich emancypantek, krakowskich Żydówek, wybitnych krakowianek i krakowskich sióstr Virginii Woolf – propozycja spaceru po mieście Krakowskim Szlakiem Kobiet. Serdecznie polecamy lekturę oraz spacer według wskazówek zamieszczonych w tekście Sławomira Pastuszki. Piąty tom Przewodniczki został wydany dzięki dotacji z Programu Operacyjnego Fundusz Inicjatyw Obywatelskich ze środków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej oraz dzięki dofinansowaniu ze środków Gminy Miejskiej Kraków. Serdecznie dziękujemy! Bardzo dziękujemy również wszystkim Autorkom i Autorowi za pracę i zaangażowanie oraz naszej konsultantce naukowej, dr Dobrochnie Kałwie, za uważną i życzliwą lekturę piątego tomu Przewodniczki. Zapraszamy do wsparcia naszych działań w ramach programu Krakowski Szlak Kobiet poprzez przekazanie Fundacji Przestrzeń Kobiet 1% podatku dochodowego. W zeznaniu podatkowym za 2013 rok prosimy o wpisanie nazwy Fundacji i numeru KRS: 0000290372. Dziękujemy! To dzięki waszemu zainteresowaniu i wsparciu Krakowski Szlak Kobiet może się rozwijać. 9


Ewa Furgał

Współautorka programu Krakowski Szlak Kobiet, trenerka autorskich warsztatów historii kobiet, redaktorka pięciu tomów Przewodniczki po Krakowie emancypantek, współzałożycielka i członkini Zarządu Fundacji Przestrzeń Kobiet.


konteksty



Aneta Ostaszewska

„Uważna lektura” dzienników kobiet. Próba refleksji feministycznej …nie wystarczy, jak chciała hermeneutyka – powiedzieć, co dany tekst znaczy, czy jaka jest jego ukryta struktura. By obudzić apetyt na literaturę […] trzeba hermeneutykę wzbogacić o performatykę – znaleźć w tekście i wydobyć z niego to, czym zdolny jest on na nas oddziałać. I pokazać, w jaki sposób to, czego doświadczamy podczas lektury, może również wpłynąć na nasze aktualne i przyszłe doświadczenia1.

Nancy Miller w książce But Enough About Me pisze, że są historie innych ludzi, które zapadają w nas na tyle głęboko, że stają się częścią nas samych; można nawet powiedzieć, że stają się również symbolicznymi opowieściami o nas. Są to lektury, za sprawą których doznajemy uczuć, jakbyśmy dokonywali nowych, oszałamiających nas odkryć, nierzadko dotyczących nas samych2. I tak jest w moim przypadku; tak jest w przypadku moich lektur. Jest to szczególna lista książek; lista lektur feministycznych, biografii kobiet, szczególnie zaś dzienników. Lektury te są niczym punkty na mapie– oznaczają ważne miejsca, do których trafiłam pod ich przewodnictwem. Stanowią więc dla mnie nie tyle przypadkowe przystanki, co właściwe momenty mojej biografii: wyzwalające, inspirujące lub zapowiadające jakiś przełom – intelektualny, emocjonalny, świadomościowy. Jest to zatem literatura emancypacyjna. Podobnie jak dziennik, niniejszy artykuł powstawał etapami, był pisany dzień po dniu. Zachowując ten pierwotny charakter tekstu, chciałam oddać procesualność rodzącej się we mnie refleksji. Ta metoda, zważywszy na podejmowany temat, wydaje mi się najbardziej adekwatna. Jako badaczka autobiografii kobiet podejmuję się zadania, w którym widzę urzeczywistnienie epistemologiczno-metodologicznych postulatów feministycznych badań. A. Burzyńska, Doświadczenie lektury, [w:] Doświadczenie lektury. Między krytyką literacką a dydaktyką literatury, pod red. K. Biedrzyckiego i A. Janus-Sitarz, Kraków, 2012, s. 28. 2 N. Miller, By Enough About Me. Why Do We Read Other People’s Lives, New York 2002, s. XIII. 1

13


Zadanie to polega na osobistej, refleksyjnej i zarazem empatycznej postawie badawczo-czytelniczej. Dzień 1

Tak, tak, wszystko świetnie, tylko jak zacząć i po co zaczynać? Zastanawiam się, czemu ma służyć ten dziennik? Och, jest po prostu materiałem na książkę i mogę go poczytać, kiedy mam ból głowy3.

Ten tekst ma jednocześnie charakter świadectwa, wyznania oraz wyzwania 4. Chcę opowiedzieć w nim o czymś osobistym, a zarazem uniwersalnym, mianowicie, o doświadczeniu lektury. O tym, jak czytam dzienniki kobiet; czytam, czyli inaczej: doświadczam, przeżywam, poznaję. Czytanie, a właściwie doświadczanie lektury, traktuję jako poważny i ważny przedmiot refleksji. Ważny, bowiem: „w tym doświadczeniu skupia się istota kontaktu człowieka z tekstem, a więc z przekazem, w konsekwencji – z drugim człowiekiem, który zawsze stoi za tym, co napisane i powiedziane”5. I tak właśnie rozumiem moje doświadczenie czytelnicze – jako spotkanie z człowiekiem. W przypadku moich lektur, czyli dzienników kobiecych, jest to nierzadko spotkanie ze „«swoją» Emancypantką, która staje się swoja”6.

3 V. Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915–1941, przeł. M. Heydel, Kraków 2007, s. 414. 4 Świadectwo, wyznanie oraz wyzwanie to wierzchołki autobiograficznego trójkąta, figury pisarstwa autobiograficznego zaproponowanego przez Małgorzatę Czermińską w książce: Autobiograficzny trójkąt: świadectwo, wyznanie i wyzwanie, Kraków 2004. 5 K. Biedrzycki i A. Janus-Sitarz, Wstęp, [w:] Doświadczenie lektury, dz. cyt., s. 9. 6 N. Sarata, Historia kobiet czy historyjki o kobietach? Zamiast Wstępu, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. E. Furgał, wyd. Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, http://rownosc.info/customers/rownosc/web/ attachments/308f00f4a5b11f2c51664bbc84f7dfb264bb333a.pdf [dostęp 22.08.2013].

14


Dzień 2

O ile żyję literacko, o tyle ten dziennik piszę żyjąc. Tu nie ma «literatury». Pisząc – spieszę się zawsze, by umieścić jak najwięcej, by możliwie mało opuścić – o formę nie dbam, fakty tłoczę jeden nad drugim, opuszczam refleksję i efekty. Tym sposobem osiągam pewną bezpośredniość, pewną świeżość życia – którą bardzo cenię7.

Siadam do pisania. Siadam z listą pytań. Te pytania są różne, zbiegają się jednak w jednym punkcie. Tym punktem jest nota bene też pytanie, a brzmi ono: kim jestem teraz? Mierzyć się z tym pytaniem można na różne sposoby; jednym z nich jest poszukiwanie punktu odniesienia w tekstach autobiograficznych, a ściślej: dziennikach kobiet. Kobiet, dla których – mówiąc ogólnie – pisanie było/jest swoistym modus vivendi. Kobiety te określam jako kobiety piszące siebie. Kim jest kobieta pisząca siebie? To kobieta, która poprzez prowadzenie dziennika dokonuje refleksji nad tym, co się z nią i wokół niej dzieje. Jednak chodzi o coś więcej niż „dokumentowanie” życia. Pisanie stanowi dla niej zarazem środek ekspresji i narzędzie kreacji, nade wszystko zaś ma znamiona „czynu duchowego”, jak Małgorzata Czermińska określa pisanie tekstów autobiograficznych. Czermińskiej chodzi o pisanie, które stanowi trzon tożsamości8, bowiem to w nim ulokowana jest tożsamość osoby piszącej. Patrząc z perspektywy historycznej, pisanie było i wciąż pozostaje dla kobiet jednoznaczne z aktem samoupodmiotowienia. W przypadku autorek dzienników pisanie nierzadko stanowi(ło) imperatyw sensotwórczy i performatywny ustanawiający podmiot, jak twierdzi Inga Iwasiów9; imperatyw wszelkiego działania, coś, co określa się mianem sensu życia, czy jego celu; celu, któremu podporządkowane są ważne decyzje życiowe (wybór pracy; styl życia etc.). 7 Z. Nałkowska, Dziennik, t. 1, pod red. H. Kirchner, Warszawa 1975, s. 196. 8 Czermińska zauważa, że sama formuła pytań: „Kim jestem?”, „Kim byłam?” odsyła do dwóch zasadniczych elementów: tożsamości podmiotu i wymiaru czasowego. Patrz: M. Czermińska, Autobiograficzny trójkąt, Kraków 2004, s. 6. 9 I. Iwasiów, Gender dla średnio zaawansowanych. Wykłady szczecińskie, Warszawa 2008, s. 139.

15


W takim właśnie pisaniu upatruję drogę (ku) indywiduacji, samopoznania i emancypacji. W podobnym tonie pisze Iwasiów: „Kobieca autobiografia zawsze była wyrazem dążenia do niezależności, stopniowo stając się konwencją dążenia do niezależności”10. Zatem koncentruję się explicite na dziennikach. Dzienniki traktuję jako dokumenty osobiste (Roman Zimand zalicza do nich również pamiętniki, listy, wspomnienia), a zatem teksty autobiograficzne o charakterze autorefleksyjnym11. Dlaczego autorefleksyjność jest ważna? Odpowiedź jest jednoznaczna: ponieważ stanowi o zdolności i potrzebie człowieka, do bycia podmiotem. Danuta Lalak zwaraca uwagę: „Zdolność do autorefleksji jest funkcją zdolności intelektualnych i umiejętności wglądu w świat własnych doświadczeń, stanów psychicznych i stanów emocjonalnych”12. Wgląd, o którym wspomina Lalak, a jeszcze bardziej podejmowane próby interpretacji samej siebie, nie pozostają bez znaczenia dla procesu kształtowania podmiotowości, jak i tożsamości, dlatego też autorefleksyjność umiejscawiam jako centralne narzędzie w procesie kształtowania tożsamości kobiety – autorki dziennika. Autorefleksyjność, która przyjmuje postać autobiograficznej narracji, rozumiem więc dwojako: jako sposób dokumentowania samej siebie i doświadczanej rzeczywistości oraz jako (autonomiczny) sposób nadawania sensu sobie i światu. Dzień 3

Rozumienie dziennika jako zaledwie przechowalni czyichś prywatnych, sekretnych myśli jest powierzchowne. […] W dzienniku nie tylko opowiadam o sobie bardziej, niż gdyby ktoś mnie słuchał; ja siebie tworzę. […] W dzienniku dochodzi do głosu moje poczucie własnej tożsamości.

10 Tamże, s. 120. 11 Więcej o dzienniku jako dokumencie osobistym: R. Zimand, Diarysta Stefan Ż., Wrocław– Warszawa –Kraków 1990, s. 6–45. 12 D. Lalak, Życie jako biografia, Warszawa 2010, s. 326.

16


Prezentuję się w nim jako osoba emocjonalnie i duchowo niezależna. Nie jest to więc (niestety) prosty zapis codziennych wydarzeń, lecz raczej – w wielu wypadkach – ich alternatywna wersja13.

Jednym z pierwszych pytań, jakie pojawia się jeszcze przed lekturą dziennika, jest pytanie o to, jaka była jego autorka. Choć wydaje się ono intrygujące, to jednak zadane w takiej właśnie formie i do tego potraktowane dosłownie, jest po prostu, w moim przekonaniu, nierozstrzygalne. Jako czytelniczka zdaję sobie sprawę, że dysponuję przede wszystkim i wyłącznie moim własnym spojrzeniem. Spojrzenie to jest subiektywne, interpretujące, nierzadko też krytyczne, zarazem jednak nastawione na zrozumienie. Tak, przyznaję, kiedy sięgam po dzienniki, moim nadrzędnym celem jest poznanie i zrozumienie autorki. Czytając dzienniki, opowiadam się zatem za stanowiskiem konstruktywistyczno-interpretatywnym, zgodnie z którym rzeczywistość społeczna, jak również sam człowiek, jest swego rodzaju konstruktem, umiejscowionym w konkretnym czasie i miejscu. W tym paradygmacie przyjmuje się, że nie ma jednej, uniwersalnej „prawdy”, podobnie jest z czytaniem: każde czytanie jest innym odczytaniem. Każde czytanie jest również czyimś, indywidualnym, partykularnym odczytaniem. Nie jest aktem wyabstrahowanym od kontekstu genderowego, historycznego, społecznego czy biograficznego. Recepcja świata, zresztą nie tylko tekstu, zawsze odbywa się z określonego punktu widzenia. Mogę więc powiedzieć, że przystępuję do lektury z pewnym (osobistym) nastawieniem, z całym moim biograficznym bagażem. Inaczej mówiąc, kiedy sięgam po książkę, wnoszę „siebie” do lektury. Dzień 4

Pisanie to czynność religijna: porządkowanie, kształtowanie od nowa, uczenie się od nowa, kochanie od nowa ludzi i świata, takiego, jakim jest i jaki mógłby być. […] Pisanie zwiększa intensywność życia14. 13 S. Sontag, Odrodzona. Dzienniki, tom 1. 1947–1963, przeł. D. Żukowski, Kraków 2012, s. 207–208. 14 S. Plath, Dzienniki 1950–1962, przeł. J. Urban i P. Stachura, Warszawa 2004, s. 428.

17


Jak określić mój punkt widzenia? Po pierwsze, to punkt widzenia czytelniczki-badaczki biografii kobiecych. Po drugie, spojrzenie akademiczki, która identyfikuje się z postulatami feminizmu. Po trzecie zaś – co również potrzebuję zasygnalizować – jest to punkt widzenia kobiety, która sama próbuje pisać siebie. Za sprawą lektur z zakresu krytyki feministycznej wiem, że rola czytelniczki nie sprowadza się wyłącznie do „konsumpcji” tekstu. Kobieta-czytelniczka staje się dopełnieniem kobiety-piszącej. Jak zauważa Hanna Jaxa-Rożen, jest ona podmiotem twórczym. Dzieje się tak dlatego, że „Tekst inspiruje; odczytywanie go i interpretowanie zawsze jest czynnością podmiotową i twórczą. Zatem ogromna rola przypada podmiotowi interpretującemu”15. W ten sposób docieram do ważnego problemu, mianowicie, do pytania o postawy czytelnicze, a dokładniej: kobiece i feministyczne postawy interpretacyjne. Jaxa-Rożen przypomina, że z perspektywy feministycznej możemy mówić o dwojakim podejściu do czytania: pierwsze to czytanie „jako kobieta”, drugie zaś to czytanie „jak kobieta”16. I tak, pierwsze z tych podejść wysuwa na plan pierwszy krytykę systemu patriarchalnego oraz będący jego efektem seksizm. „Głównym celem tak pojętej interpretacji jest tropienie i pokazywanie opresywnych wizerunków kobiet w literaturze pisanej przez mężczyzn”17. Drugie z kolei podejście – i na nim skupiam się w mojej praktyce badawczo-czytelniczej – jest koncentracją na tekstach pisanych przez kobiety i kobiecych punktach widzenia. W tym podejściu wyjątkowego znaczenia nabiera doświadczenie jednostkowe – zarówno kobiety-autorki, jak też kobiety-czytelniczki. To ono – doświadczenie – stoi w centrum feministycznego zainteresowania tekstem. Rację ma Grażyna Borkowska, kiedy pisze: „Feministyczne 15 H. Jaxa-Rożen, Feministyczna krytyka literacka. Krótkie wprowadzenie, Łask 2006, s. 142. 16 Tamże, s. 139. 17 Tamże. Ewa Kraskowska, pisząc o czytaniu jako kobieta i czytelniku-kobiecie, zauważa: Lektura kobieca to nie tylko demaskatorska rewizja dzieł literackich, w których zakodowany został obraz takiego systemu [systemu patriarchalnego – przyp. aut.], i to w dodatku w sposób w istocie system ów utrwalający. To nie tylko czytanie książek; to także odczytywanie świata tak, by obowiązujący w nim porządek objawił się w całej swojej zdumiewającej arbitralności. Patrz: E. Kraskowska, Czytelnik jako kobieta. Wokół literatury i teorii, Poznań 2007, s. 36.

18


analizy to bezustanna mediacja pomiędzy tekstem a doświadczeniem, tekstem a egzystencją. Szukamy prawdy w literaturze i znajdujemy ją w sobie. I odwrotnie – akt kontemplacji, autorefleksji prowadzi do literaturoznawczych odkryć”18. Lektura polegająca na czytaniu jak kobieta wymaga szczególnego rodzaju skupienia: muszę być uważna i krytyczna wobec tego, co, dlaczego i w jaki sposób wywołuje we mnie zainteresowanie bądź poruszenie; co i w jaki sposób wpływa na moją interpretację danej biografii19. Ważnym pytaniem, które stawiam sobie w momencie lektury, jest: kim jawi się kobieta-autorka dla mnie? Pytanie o to, jak postrzegam (czytam) autorkę dziennika, ujawnia symboliczną relację, jaka łączy mnie-czytelniczkę z autorką tekstu; relację, która istnieje wyłącznie za pośrednictwem tekstu. Kluczowe jest jednak, że pytając o to, kim jawi się kobieta-autorka, pytam właściwie o konkretną, czyli moją interpretację kobiety-autorki; interpretację, która powstaje w konkretnym momencie lektury. Kiedy bowiem pytam: „Dlaczego kobiety piszą dzienniki?”, „Czym jest dla kobiety autobiograficzne pisanie?”, odpowiedzi, których poszukuję, odsyłają mnie implicite do prymarnego pytania o to, jak ja, konkretna czytelniczka, czytam teksty autobiograficzne kobiet. Dzień 5

Zazdroszczę tobie, którykolwiek czytasz mój dziennik: w tej chwili możesz zobaczyć, jak wiele jeszcze pozostaje do końca tej grubej księgi, czyli – jak długo będę jeszcze 18 G. Borkowska, Córki Miltona. O krytyce feministycznej ostatnich piętnastu lat, [w:] Po strukturalizmie. Współczesne badania teoretycznoliterackie, pod red. R. Nycza, Wrocław 1992, s. 52–53. 19 Ten problem poruszam m.in. w artykule: Autorefleksyjne konteksty kobiecej tożsamości na przykładzie dzienników Susan Sontag. Próba refleksji feministycznej, [w:] Arachnofobia? Metaforyczne odsłony kobiecych lęków. Peregrynacje w przestrzeniach kultury, pod red. B. Walęciuk-Dejneki, B. Stelingowskiej, Siedlce 2013 (w druku). Refleksje na temat biografii kobiet prezentuję również na blogu: anetaostaszewskablog.pl [dostęp 22.08.2013].

19


żyła. A ja, będąc w tym miejscu książki, pisząc to – nie wiem. Tam dalej – puste, białe karty – życie czy śmierć? I ile życia? Drugie tyle czy rok, dwa?20.

Czytanie – jakkolwiek to zabrzmi – to praca wymagająca skupienia i uważności. Jak pisze James Hillis Miller, pokusy, by porzucić stan skupienia i oderwać się od uważnego podążania za ciągiem zdań, bywają duże. „Zaczytanie”, w sensie absolutnego skoncentrowania na tekście, zdarza się rzadko. „Refleksja o tym, co się dzieje w akcie czytania, jest jeszcze trudniejsza i rzadsz”a21. Tym bardziej Miller nawołuje do podjęcia tego rodzaju refleksji, która prowadziłaby do bezpośredniego zwrócenia się ku osobie czytającej, do jej aktualnej, rzeczywistej sytuacji. Jednak, moim zdaniem, (pełna) refleksja o tym, co się dzieje ze mną jako czytelniczką w trakcie czytania, wymaga wcześniej uświadomienia sobie, że żadna lektura nie przebiega w oderwaniu od własnych doświadczeń biograficznych, w tym doświadczeń czytelniczych, które to właśnie współtworzą aktualny horyzont rozumienia i samorozumienia. Zainspirowana lekturą Autobiograficznego trójkąta Czermińskiej proponuję, by potraktować postawy czytelnicze analogicznie do postaw pisania autobiograficznego. Dwie z nich, wyróżnione przez Czermińską – swoiste typy idealne, które w praktyce pisania dziennika nierzadko splatają się i zachodzą na siebie – to: postawa naocznego świadka, czyli świadectwo oraz pisanie o sobie wprost, czyli wyznanie22. Mówiąc jeszcze inaczej, świadectwo to inaczej postawa „od siebie”, natomiast wyznanie to postawa „do siebie”. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z dziennikiem jako kroniką wydarzeń, czyli z przekazem faktów. Postawa „od siebie” to postawa ekstrawertyczna, oznacza zdystansowanie wobec własnego „ja”. Kiedy moja postawa czytelnicza jest postawą „od siebie”, wówczas to, co czytam, niejako pozostaje na zewnątrz mnie, kształtując moje środowisko socjalizujące. Lektury traktuję jako „tło” mojego życia (a nie samo życie). Na bazie lektur i doświadczenia czytelniczego rodzą się pytania: „Jaki jest mój świat?”, „Co go wypełnia?”. 20 Z. Nałkowska, Dziennik, t. 1, pod red. H. Kirchner, Warszawa 1975, s. 298. 21 J.H. Miller, Czytanie dokonujące odczytania, [w:] Dekonstrukcja w badaniach literackich, pod red. R. Nycza, Gdańsk 2000, s. 125–139. 22 M. Czermińska, dz. cyt., s. 17.

20


Z kolei w drugim przypadku – postawy „do siebie” – dziennik jawi się jako introspekcyjny wgląd. W ujęciu Czermińskiej jest to postawa skupiona na własnym „ja”, introwertyczna, nastawiona na „poszukiwanie” siebie w tekście, nierzadko przy tym określana jako egoistyczna, ksobna, a nawet narcystyczna. Taki dziennik ma charakter intymny i osobisty, jest zapisem codziennych rozważań diarystki nad samą sobą. Przykładem takiej postawy są m.in. Dzienniki Zofii Nałkowskiej, o których Hanna Kirchner pisze, że to „[…] równocześnie zapis przeżycia i samowiedzy. Ekspresja wymienia się tu z refleksją i analizą, egzaltacja z wolą świadomego władania sobą”23. W postawie „do siebie” dostrzegam wątki charakterystyczne dla arachnologii, nurtu krytyki feministycznej, według której kobieta pisząca, podobnie jak mitologiczna Arachne, uobecnia się w swoim dziele. Borkowska wyjaśnia: „Historia Arachne to obrazowa metafora twórczości kobiet – cokolwiek tworzysz, tworzysz siebie. Cokolwiek odsłaniasz, odsłaniasz siebie”24. I dalej Borkowska tłumaczy: „Arachnologia przypomina, że kobiety piszące są zawsze w środku, we wnętrzu swego dyskursu. Czytelnik musi zatem dostrzec nie tylko słowa, ale także ciała uwięzione – jak Ariadna – w labiryncie racjonalizmu, obyczajowych barier i kompleksów”25. Warto przy okazji zauważyć, że niezależnie od feministek, Philippe Lejeune definiuje dziennik właśnie jako tkanie sieci czasu26. Kiedy zatem moja postawa czytelnicza jest postawą „do siebie”, znaczy to, że lektura dostarcza mi wiedzy oraz inspiracji do samopoznania. Lektura współtworzy mój (aktualny) obraz samej siebie, inspiruje do stawiania pytań o to, kim teraz jestem. Lekturę przeżywam intensywnie, emocjonalnie, spontanicznie. Empatycznie identyfikuję się z bohaterką lub przynajmniej konfrontuję siebie z jej doświadczeniami i punktem widzenia.

23 Tę uwagę Kirchner poczyniła o pierwszym tomie dzienników Nałkowskiej z lat 1899–1903. Patrz: H. Kirchner, Nałkowska albo życie pisane, Warszawa 2011, s. 39. 24 G. Borkowska, Cudzoziemki. Studia o polskiej prozie kobiecej, Warszawa 1996, s. 13. 25 G. Borkowska, Córki…, s. 83–84. 26 P. Lejeune, Dziennik osobisty – wprowadzenie do rozumienia pewnej praktyki, [w:] „Drogi zeszycie”, „Drogi ekranie...” O dziennikach osobistych, przeł. P. Rodak, Warszawa 2010, s. 33–45.

21


Ciekawą egzemplifikacją postawy „do siebie” są m.in. słowa Anny Kamieńskiej, która w swoim Notatniku przyznaje: „To, co czytam, skierowane jest do mnie, tylko do mnie, w mojej konkretnej sytuacji27. I dalej pisze: To słowa, które dla mnie zostały napisane i na mnie czekały”28. Słowa, a właściwie wyznania Kamieńskiej, ujawniają potęgę (rzec by można: „magiczną moc”), jaką czytelniczka nadaje przeczytanym słowom. Lektura staje się częścią czytelniczego „ja”. Czytelniczka chce, by lektura była dla niej, a to, co czyta, odbiera jako skierowane bezpośrednio do niej. Czermińska wśród wierzchołków autobiograficznego trójkąta wyróżnia również wyzwanie. To trzeci – obok świadectwa i wyznania – wierzchołek. Mowa tu o wyzwaniu rzuconemu przez autorkę. W wyzwaniu – w przeciwieństwie do świadectwa i wyznania – jest miejsce przewidziane dla czytelnika, dla jakiegoś (zewnętrznego) „Ty”. Na przykładzie dzienników Witolda Gombrowicza Czermińska wyjaśnia: „Tą nową postawą jest właśnie prowokacja, wyzwanie rzucone czytelnikowi, który zostaje wciągnięty w sam tok tworzącego się tekstu”29. Moją uwagę zwraca kwestia owego „wciągnięcia” czytelnika w tekst. Zastanawia mnie szczególnie, co dzieje się w przypadku moich lektur, czyli dzienników, których autorki już nie żyją. Czy można również w tym przypadku mówić o jakimkolwiek wyzwaniu rzuconym czytelniczce? Moja odpowiedź jest twierdząca, choć zdaję sobie sprawę, że moja reakcja jako czytelniczki nic nie zmieni w tekście, autorka nie dowie się o mnie, jej tekst jest już „zamknięty”. A jednak nadal twierdzę, że propozycja Czermińskiej jest wyzwaniem par excellence; propozycją, która stwarza wiele interesujących i twórczych możliwości dla kobiety-czytelniczki. Patrząc z perspektywy feministycznej, w postawie wyzwania można doszukiwać się potrzeby kontaktu. Na aspekt rozmowy, jaka towarzyszy pisaniu dziennika, zwraca uwagę Czermińska, zauważając, że dziennik w praktyce „jest” potrzebą komunikowania się30. W przypadku autorki dziennika mowa 27 28 29 30

A. Kamieńska, Notatnik 1965–1972, Poznań 1988, s. 139. A. Kamieńska, Notatnik 1973–1979, Poznań 1987, s. 275. M. Czermińska, dz. cyt., s. 17. Tamże, s. 291.

22


jest o potrzebie kontaktu z czytelniczką, zaś w przypadku czytelniczki – jest to potrzeba kontaktu z autorką i jej doświadczeniem biograficznym zapisanym w dzienniku. Grażyna Borkowska zwraca uwagę, że patrząc na twórczość kobiet z punktu widzenia wyróżnionej przez nią koncepcji kontaktywnej, źródeł twórczości można dopatrywać się nie tylko w potrzebie autoekspresji, ale również w potrzebie kontaktu z odbiorczynią, z inną kobietą, co z kolei można rozumieć jako potrzebę budowania kobiecej wspólnoty31. Zdaniem Borkowskiej – w tej koncepcji – każde zachowanie twórcze ma rys autobiograficzny, a zarazem jest otwarte w stronę cudzej podmiotowości. Przyjmuję zatem, że dziennik, którego charakter z założenia jest osobisty i intymny, paradoksalnie staje się właśnie taką przestrzenią (symbolicznego) kontaktu między kobietami.

Dzień 6

Te notatki codzienne, to niby listy do przyszłej siebie, która je może odtrącić32.

Postawę wyzwania Czermińska określa inaczej prowokacją rzuconą czytelnikowi. Wyzwanie zmusza do udzielenia odpowiedzi. Jednak w sytuacji, która mnie szczególnie interesuje – dziennik nieżyjącej już autorki – sensowne wydaje się odwrócenie kierunku „wyzwania-prowokacji”. Byłaby to już nie tylko prowokacja rzucona (przez autorkę) czytelniczce, ale wyzwanie czytelniczki „rzucone” explicite autorce i jej tekstowi, implicite zaś samej sobie. Na czym miałaby polegać ta „prowokacja” rzucona przede wszystkim samej sobie? Na podjęciu uważnej lektury. Kiedy mówię „uważna lektura”, powołuję się przede wszystkim na tradycję antropologiczno-interpretatywną, szczególnie reprezentowaną przez Clifforda Geertza. „Uważna lektura” to parafraza geertzowskiej kategorii

31 G. Borkowska, Cudzoziemki…, s. 17. 32 M. Dąbrowska, Dzienniki, t. 2, Warszawa 1988, s. 47.

23


„gęstego opisu”33. „Gęsta lektura” tekstu – na wzór „gęstego opisu” – oznacza pewną procedurę czytania, która – jak pisze Tokarska-Bakir – „[...] ma zatrzymać do rozważenia wszystko to, co z tekstu etnograficznego bywa wyrywane pod pretekstem redundancji, marginalności, niezrozumiałości, niskiego poziomu artystycznego (w przypadku przekazów folklorystycznych) czy obsceniczności”34. A zatem „uważna lektura” jest lekturą hermeneutyczną, która nie pomija elementów uważanych za banalne, nieestetyczne, obsceniczne, marginalne etc.; elementów, które – co warto zauważyć – stereotypowo bywają utożsamiane z opowieściami kobiet. Jednak etnograficzne ujęcie „uważnej lektury” nie jest jedynym, do którego chciałabym nawiązać. Pytanie, czym jest „uważna lektura”, można usłyszeć implicite w publicznej debacie o roli humanistyki we współczesnej nauce. Tu ujawnia się pedagogiczno-etyczny kontekst „uważnej lektury”. W takim też kierunku podąża myśl przewodnia wykładu Judith Butler pt. „Etyka czytania: humanistyka w sferze publicznej”35. Butler stawia poważne pytanie: „Czego, jeśli nie etyki czytania, humanistyka powinna uczyć studentów…?.” Tym samym zwraca uwagę na problem praktykowania uważności w humanistyce. Pytanie Butler podąża za bardziej ogólnym pytaniem – pytaniem o wartość współczesnej humanistyki jako dziedziny wiedzy. Idea „uważnej lektury” jako lektury refleksyjnej, dokładnej i odpowiedzialnej (a zatem stojącej w opozycji m.in. do popularnej idei „szybkiego” czytania) jest szansą dla nauk humanistycznych.

33 C. Geertz, The Interpretations of Culture, New York 1973, s. 3–30. 34 J. Tokarska-Bakir, Obraz osobliwy. Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych, Kraków 2000, s. 16–17. 35 Informację o wykładzie zaczerpnęłam ze strony: Ethics of Reading and the Culture of Professionalism: http://www.princeton.edu/~ereading/ oraz z felietonu TokarskiejBakir: Working hard for the money: http://www.dwutygodnik.com/artykul/3557 [dostęp 20.08.2013]. Pomimo starań nie udało mi się dotrzeć do treści wykładu Butler w całości.

24


Dzień 7

…czytanie literatury i czytanie świata są jednako, moim zdaniem, zdeterminowane tym, kim, jakim, gdzie i kiedy się jest36.

Dzisiaj oddycham spokojniej. Pamiętam dobrze ulgę, jaką poczułam, kiedy po raz pierwszy trafiłam na wypowiedź Butler. Poczucie, że czas spędzany na „uważnym czytaniu” – nierzadko wręcz kontemplacyjnym czytaniu, wielokrotnym powracaniu do tych samych, pojedynczych zdań oraz próba ich zapamiętania, jak i refleksja nad nimi – nie jest i nie może być „czasem straconym”. Przeciwnie, stanowi wartość o charakterze pedagogiczno-emancypacyjnym. Takie czytanie bowiem – uważne, refleksyjne, krytyczne – emancypuje do uważnego czytania samej siebie i świata społecznego dookoła. Aneta Ostaszewska

Adiunkta w Katedrze Pedagogiki Społecznej Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Feminolożka i badaczka biografii kobiet. Feministka. Prowadzi blog: anetaostaszewska.wordpress.com.

36 E. Kraskowska, dz. cyt., s. 25.


bibliografia:

Borkowska G.

Borkowska G. Burzyńska A. Czermińska M. Dąbrowska M. Geertz C. Iwasiów I. Jaxa-Rożen H. Kamieńska A. Kamieńska A. Kraskowska E. Kirchner H. Lalak D.

Córki Miltona. O krytyce feministycznej ostatnich piętnastu lat, [w:] Po strukturalizmie. Współczesne badania teoretycznoliterackie, pod red. R. Nycza, Wyd. Wiedza o kulturze, Wrocław 1992. Cudzoziemki. Studia o polskiej prozie kobiecej, Wydawnictwo Instytutu Badań Literackich PAN, Warszawa 1996. Doświadczenie lektury, [w:] Doświadczenie lektury. Między krytyką literacką a dydaktyką literatury, pod red. K. Biedrzyckiego i A. Janus-Sitarz, Universitas, Kraków 2012. Autobiograficzny trójkąt: świadectwo, wyznanie i wyzwanie, Universitas, Kraków 2004. Dzienniki, t. 2, Czytelnik, Warszawa 1988. Ethics of Reading and the Culture of Professionalism: http://www.princeton. edu/~ereading/ [dostęp 20.08.2013]. The Interpretations of Culture, Basic Books, New York 1973. Gender dla średnio zaawansowanych. Wykłady szczecińskie, Wyd. W.A.B., Warszawa 2008. Feministyczna krytyka literacka. Krótkie wprowadzenie, Oficyna Wydawnicza leksem, Łask 2006. Notatnik 1965–1972, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 1988. Notatnik 1973–1979, Wydawnictwo „W drodze”, Poznań 1987. Czytelnik jako kobieta. Wokół literatury i teorii, Wydawnictwo Naukowe uam, Poznań 2007. Nałkowska albo życie pisane, Wyd. W.A.B., Warszawa 2011. Życie jako biografia, Wydawnictwo Akademickie „Żak”, Warszawa 2010. 26


Lejeune P.

Miller J.H. Miller N. Nałkowska Z. Ostaszewska A.

Plath S. Sarata N.

Sontag S. Tokarska-Bakir J. Tokarska-Bakir J. Woolf V. Zimand R.

27

Dziennik osobisty – wprowadzenie do rozumienia pewnej praktyki, [w:] „Drogi zeszycie”, „Drogi ekranie...” O dziennikach osobistych, przeł. P. Rodak, wuw, Warszawa 2010, s. 33–45. Czytanie dokonujące odczytania, [w:] Dekonstrukcja w badaniach literackich, pod red. R. Nycza, Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2000, s. 125–139. By Enough About Me. Why Do We Read Other People’s Lives, Columbia University Press, New York 2002. Dziennik, t. 1, pod red. H. Kirchner, Czytelnik, Warszawa 1975. Autorefleksyjne konteksty kobiecej tożsamości na przykładzie dzienników Susan Sontag. Próba refleksji feministycznej, [w:] Arachnofobia? Metaforyczne odsłony kobiecych leków. Peregrynacje w przestrzeniach kultury, pod red. B. Walęciuk-Dejneki, B. Stelingowskiej, Siedlce 2013 (w druku). Dzienniki 1950–1962, przeł. J. Urban i P. Stachura, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2004. Historia kobiet czy historyjki o kobietach? Zamiast Wstępu, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. E. Furgał, wyd. Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, http://rownosc.info/customers/rownosc/web/ attachments/308f00f4a5b11f2c51664bbc84f7dfb264bb333a.pdf [dostęp 22.08.2013]. Odrodzona. Dzienniki, tom 1. 1947–1963, przeł. D. Żukowski, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012. Obraz osobliwy. Hermeneutyczna lektura źródeł etnograficznych, Universitas, Kraków 2000. Working hard for the money: http://www.dwutygodnik.com/artykul/3557 [dostęp 20.08.2013]. Chwile wolności. Dziennik 1915–1941, przeł. M. Heydel, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007. Diarysta Stefan Ż., Ossolineum, Wrocław–Warszawa–Kraków 1990.



Marta Kargól

Spodnie, fontaź i binokle, czyli słów kilka o roli ubioru w życiu kobiety aktywnej w Galicji w II połowie XIX i pierwszych latach XX wieku

Wygląd zewnętrzny – a zwłaszcza ubiór – stanowi jedną z najbardziej sugestywnych form wyrażania światopoglądu oraz przynależności do różnych środowisk. Użycie stroju w celu wizualizacji i komunikacji określonej postawy życiowej wynikać może ze świadomości siły tkwiącej w tej formie autoekspresji lub też stanowić naturalną część osobowości, to znaczy być zaspokojeniem potrzeby dostosowania wizerunku do wewnętrznych przekonań. Niemal oczywistym wydaje się łączenie wspomnianych tutaj funkcji ubioru z ruchem kobiecym oraz wszelkimi sytuacjami, w których aktywność kobiet – w danym momencie historycznym – wykraczała poza przyjęty model kulturowy. Analiza tego zagadnienia skupiać się będzie wokół galicyjskiego środowiska kobiet aktywnych oraz pierwszych studentek, u schyłku wieku XIX oraz w początkach wieku XX. Materiały źródłowe, pozwalające nieco naświetlić ten aspekt, to przede wszystkim pamiętniki oraz fotografie, umożliwiające konfrontację wspomnień z zachowanym obrazem z epoki. Część właściwa poniższych rozważań zostanie poprzedzona szkicem dotyczącym zmian zachodzących w sposobie myślenia o ubiorach kobiecych w II połowie XIX wieku w perspektywie globalnej. Dziewiętnaste stulecie, a zwłaszcza jego druga połowa, to nie tylko ważny okres w dziejach ruchu kobiecego, ale również szczególny etap historii damskich ubiorów. Doszło wówczas do starcia przeciwstawnych sił – powszechnie obowiązującej mody oraz zmieniającego się myślenia kobiet o ich własnej pozycji w społeczeństwie, a także rozwijającej się wiedzy na temat zdrowia 29


i higieny. Symbolem pierwszej z tych sił był gorset, ograniczający swobodę ruchów dosłownie, a znaczeniowo wspomagający budowanie niewieściego ideału jako istoty kruchej, bladej i niezdolnej do wzmożonego wysiłku1. Im bardziej zacieśniały się sznury gorsetu i popularyzowała się figura osy, tym liczniejsze reakcje wzbudzała ówczesna bielizna pośród świadomych skutków jej noszenia higienistów i lekarzy. Wypowiadali się w tej kwestii na łamach specjalistycznych czasopism, a także na kongresach naukowych. Właśnie oni, a obok nich również propagatorzy kultury fizycznej i artyści epoki fin de siècle’u wyznaczali nowe kierunki w sposobie myślenia o kobiecej sylwetce i kształtującej ją odzieży2. Częścią garderoby, kulturowo przynależącą do świata mężczyzn, po którą z różnych przyczyn sięgały kobiety, były spodnie. Powodem było poszukiwanie wolności, potrzeba dostosowania się do trudnych warunków codziennej egzystencji lub ucieczka od dotychczasowego stylu życia. Najczęstsze przypadki noszenia spodni w XIX wieku i początkach wieku XX przez kobiety odnotowano w Stanach Zjednoczonych. Zakładały je członkinie sekt religijnych, aktorki, lesbijki uczestniczące w pozorowanych ślubach, a także amatorki sportów rowerowych i górskich wspinaczek. Na kartach historii zapisały się także odważne jednostki, które zdecydowały się na akt cross-dressingu3, aby uciec od agresywnego współmałżonka lub posmakować wolności i przeżyć przygody, niedostępne w owym czasie dla istoty noszącej kobiecy ubiór4. Najpopularniejszym powodem, dla którego amerykańskie kobiety zakładały spodnie, nie były jednak żadne względy ideologiczne, lecz praktyczne zastosowanie, jakże istotne w trudnych warunkach, do których musiały one przywyknąć i z którymi – bez względu na płeć – trzeba było się zmierzyć. W realiach galicyjskich noszenie spodni przez kobiety było zjawiskiem absolutnie niemieszczącym się w wyobraźni społecznej, nie wykluczając desek 1 V. Steele, The Corset. A Cultural History, London 2001, s. 35–67. 2 P. A. Cunningham, Reforming Women’s Fashion, 1850–1920, London 2002, s. 75–103. 3 Pojęciem cross-dressingu określa się działanie polegające na noszeniu ubioru oraz ozdób, które w danej kulturze są zarezerwowane dla płci przeciwnej lub powszechnie z nią utożsamiane. 4 C. Smith, C. Greig, Woman in Pants. Manly Maidens, Cowgirls, and Other Renegades, New York 2003, s. 102–120.

30


teatralnych, na których byłyby one jedynie kostiumem, o czym pisała w swoich wspomnieniach Zofia Ordyńska: Ubrana po męsku, tzn. w spódnicy (broń Boże w spodniach, to było nie do pomyślenia w tych czasach), marynarce, koszuli z krawatem i monoklem w oku, co stanowiło już szczyt ekstrawagancji…5

Nowe prądy myślowe dotyczące stroju skrzyżowały się w połowie XIX stulecia z założeniami ruchu kobiecego. Gayle Fischer w swojej książce Pantaloons and Power opisała między innymi relację pomiędzy ruchem walczącym o prawa kobiet a działaniami na rzecz demokratyzacji damskiej garderoby. Wykazała ona, iż oba zjawiska wpływały na siebie w sposób negatywny6. Kobiety, które z przyczyn praktycznych lub zdrowotnych zakładały spodnie, wytykane były palcami jako wolnomyślicielki. Przypisywano im cały szereg rzeczywistych lub wyimaginowanych cech, negatywnych według ówczesnych poglądów i utożsamianych właśnie z działaczkami ruchu kobiecego. Budzące kontrowersje spodnie nie przysparzały także nowych zwolenników sprawie kobiecej. Same działaczki dostrzegły w pewnym momencie, iż ich odważny stój odciągał uwagę od tego, co najistotniejsze – swobody umysłowej. Sukces podejmowanych działań uzależniony był w dużej mierze od pozyskania jak najliczniejszej grupy zwolenniczek i wymagał użycia stosownej argumentacji w procesie agitacyjnym. Owe argumenty zaś musiały być zrozumiałe i stosunkowo łatwe do zaakceptowania dla przeciętnej kobiety, z uwagi na siłę wpajanych jej od dzieciństwa, powszechnie przyjętych zasad, dotyczących miejsca płci niewieściej w ówczesnym społeczeństwie7. Dlatego tak wiele amerykańskich aktywistek (w tym także słynna Amelia Bloomer, nazwiska

5 Z. Ordyńska, To już prawie sto lat. Pamiętnik aktorki, Wrocław–Warszawa–Kraków 1970, s. 45–46. 6 G. V. Fischer, Pantaloons and Power. A Nineteenth-century Dress Reform in the Unated States, Ohio 2001, s. 78–109. 7 Spór dotyczący noszenia spodni obejmował jedynie białe kobiety, należące do klasy średniej.

31


której użyto dla określenia kobiecych spodni, tzw. bloomerek), porzuciło dla dobra „wyższej” sprawy ten – budzący tak wiele emocji – element ubioru. Przechodząc do właściwej części rozważań, poświęconej środowisku galicyjskiemu, warto zatem mieć na uwadze szerszy kontekst historyczny, w którym wyłania się zagadnienie funkcji, jaką ubiór pełnił w ruchu kobiecym8, a także roli, którą odgrywał w życiu aktywistek, pierwszych studentek oraz jednostek podejmujących wyzwania postrzegane jako typowo męskie. Wzmianki na temat ubiorów odnaleźć można we wspomnieniach dwóch spośród pierwszych studentek galicyjskich – Jadwigi Sikorskiej-Klemensiewiczowej oraz Romany Pachuckiej. Pierwsza z nich poświęciła tej kwestii jeden dłuższy passus, w którym opisała czasy dzieciństwa i noszone wówczas niewygodne ubiory. Oczywiście wszystkie osobniki płci żeńskiej […] nosiły gorsety, gęsto naszyte stalkami i fiszbinami, długie i wysokie, obejmujące niemal cały tułów pancerzem, tak bardzo niehigienicznym. Ale za to figura była piękna, według ówczesnego pojęcia9.

Wyczuwalna w tej wypowiedzi ironia pozwala domyślać się, iż Klemensiewiczowa była świadoma roli, jaką powinna odgrywać higiena. Traktowała ją jako wartość nadrzędną w stosunku do obowiązującej mody. W dalszej części pisała ona o swoich własnych doświadczeniach: Takie obiecujące, tęgie dziewczęta, jak ja na przykład, już od wczesnych lat, jeśli nie były jeszcze ściskane gorsetami, to przynajmniej nosiły staniki przy sukniach, gładko opięte na figurze, zrobione na podszewce, w którą wszyte były fiszbiny dla podtrzymania formującego się biustu. Dobrze pamiętam, jak często cierpiało się męki od łamiących się łatwo przy żywym ruchu fiszbinów, które wbijały się w boki i kłuły niemiłosiernie10.

8 Rola ubioru w świecie polityki, polegająca na manifestowaniu określonych poglądów oraz przynależności, stała się szczególnie ważna w wieku XIX. Zjawisko to było bardzo wyraźne w okresie rewolucji francuskiej. 9 J. Klemensiewiczowa, Przebojem ku wiedzy. Wspomnienia jednej z pierwszych studentek krakowskich z XIX wieku, Wrocław–Warszawa–Kraków 1961, s. 112. 10 Tamże, s. 113.

32


U drugiej ze wspomnianych pamiętnikarek opisy ubiorów pojawiają się w kontekście charakterystyki postaci, spotkanych na życiowej drodze, wśród których były przede wszystkim wybitne przedstawicielki ruchu kobiecego oraz studentki. Jedyne wspomnienie, w którym Pachucka pisze o swoim własnym ubiorze, dotyczyło jej pobytu w Paryżu. Z ubrania, prócz skromnego, letniego kapelusza nic nie kupiłam, bo nie miałam za co, ale przyniosłam trochę albumów i reprodukcji z muzeów paryskich, wersalskich i innych11.

Fragment ten nie wskazuje bynajmniej na brak zainteresowania ubiorem. Przed zakupem nowych ubrań powstrzymały Pachucką jedynie ograniczone środki finansowe. Zapewne zdawała sobie sprawę z roli, jaką Paryż odgrywał już wówczas w świecie mody. Znamienny jest fakt, że żadna z pamiętnikarek nie pisała o ubiorze jako ważnym elemencie codzienności w okresie studenckim. Klemensiewiczowa sporo uwagi poświęciła praktycznym problemom, z jakimi musiała się zmierzyć, na przykład kwestii finansowej, a także przełamywaniu barier obyczajowych. Pisała również o życiu towarzyskim i sposobach spędzania wolnego czasu. Zupełnie pominęła zaś kwestie garderoby. Nie pojawiły się one także we wspomnieniach dotyczących późniejszej – zawodowej działalności Klemensiewiczowej. Sytuacja materialna pierwszych studentek bywała trudna, choć jej ocena – zwłaszcza w odniesieniu do poziomu życia chłopek i robotnic – może być względna. Najwięcej studiujących kobiet wywodziło się z burżuazji i inteligencji, najmniej natomiast było pochodzenia chłopskiego, rolniczego i rzemieślniczego. Młodzież z zamożnych rodzin ziemskich nie miała problemów finansowych. Z każdym rokiem przybywało jednak wielu studentów z biedniejszych warstw społecznych12. Niektóre z dziewcząt miały poważne problemy finansowe, gdyż tylko jeden procent wszystkich stypendiów przypadał w udziale kobietom13. Zdarzało się, że profesorowie zatrudniali studentki do różnych prac, za które otrzymywały wynagrodzenie. W trudnej 11 R. Pachucka, Pamiętniki z lat 1886–1914, Wrocław 1958., s. 110. 12 J. Klemensiewiczowa, dz. cyt., s. 281. 13 R. Pachucka, dz. cyt., s. 117.

33


sytuacji organizowano samopomoc. We Lwowie na przykład studentki utworzyły mały fundusz z własnych oszczędności, który nazwały: „stypendium Kółka Studentek” i udzielały wsparcia najbiedniejszym spośród siebie. Najczęstszym sposobem samodzielnego pozyskiwania funduszy na edukację były korepetycje14. Eleganckie i drogie stroje mogły zatem pozostawać poza ich zasięgiem. Oddane nauce i walczące o swoją pozycję na uczelni być może nie znajdywały po prostu czasu i energii na przesadną troskę o wygląd zewnętrzny i najnowsze nowinki w modzie. Mogły się jednak kierować także innymi pobudkami. Wybierając niedbały ubiór, podkreślały swój wizerunek intelektualistki ideowo niezainteresowanej eleganckim wyglądem. Fotografie pierwszych studentek ukazują skromnie ubrane kobiety ze schludnie upiętymi włosami. Fason noszonych przez nie strojów – bufiaste rękawy oraz pozbawiona dekoltu bluzka ze stójką – odpowiadał wprawdzie powszechnie przyjętym trendom, ale odznaczał się skromnością i oszczędnością dekoracji. Wysunąć można inną jeszcze tezę dotyczącą postawy pierwszych studentek wobec ich wyglądu. Już sama ich obecność na salach wykładowych budziła sporo emocji. Brak kokieterii i przesadnego podkreślania kobiecych wdzięków mógł służyć ograniczeniu zarzutów, iż rozpraszają swoich kolegów i powstrzymywaniu złośliwych sugestii, jakoby przybyły na uniwersytet w celu „upolowania” męża. Funkcją skromnego stroju mogło być w tym przypadku czynienie obecności kobiet w wizualnej przestrzeni uniwersytetu bardziej „przeźroczystą”. Pierwsze studentki rozpoczynały naukę na wyższych uczelniach w różnym wieku. Kończyły ją często jako dojrzałe już kobiety. Ten fakt miał również istotny wpływ na ich ubiór. Skromność oraz granicząca z surowością prostota stroju charakteryzowała często aktywne zawodowo intelektualistki. Anna Skarbek Sokołowska zapamiętała swoje nauczycielki w następujący sposób: W pannie Żeleszkiewicz nie było nic z mody, nic z próżności. Zawsze ta sama staroświecka, czarna suknia, ten sam szal domowej, szydełkowej roboty. Panna Kaczkowska była 14 U. Perkowska, Formacja zawodowa i intelektualna studentek uj z lat 1894–1918, [w:] Kobieta i edukacja na ziemiach polskich w XIX i XX wieku: zbiór studiów, pod red. A. Żarnowskiej, Warszawa 1995, s. 61.

34


może o piętnaście lat młodsza, ale ubierała się także na czarno i nosiła na ramionach czarny szal […], a w tyle głowy muszlę z długiego, ciemnego warkocza15.

Męski punkt widzenia na temat wyglądu studentek pozostawił w swoich wspomnieniach Stanisław Pigoń: Wstęp na studia uniwersyteckie zdobyły kobiety już pod koniec w. XIX. O pierwszych protagonistkach w Uniwersytecie Jagiellońskim słyszeliśmy z tradycji. Kiedy ja wstępowałem na uniwersytet16, istniały już absolwentki, nie brak było ozdobionych dyplomem doktorskim. Resztki „sawantek”, pozostałości pierwszej, szturmowej generacji widywałem jeszcze na ławkach sal wykładowych. W wieku już dojrzałym, w stroju raczej abnegatki, poważne, między sobą trzymały się solidarnie, honornie, jak przystało na bojowniczki sprawy zwycięskiej. Naukę traktowały poważnie, z pewnym powiedziałbym nabożeństwem prozelitek. Ale było ich już niewiele. Większość stanowiły młode, rozświergotane, strojne, zalotne, zapobiegliwe nie tylko o to, żeby dojść do stopnia naukowego, do dyplomu, ale również (czasem nawet bardziej) żeby zdobyć serce któregoś z kolegów17.

Ostatnie zdanie w przytoczonym fragmencie może być odczytane jako wyraz stereotypowego myślenia na temat kształcących się kobiet. Interesująca jest natomiast obserwacja dotycząca różnicy pomiędzy pierwszym pokoleniem studentek oraz późniejszymi rocznikami, podążającymi przetartymi już nieco szlakami. Pigoń zastosował bardzo uproszczony podział w swoim opisie pierwszych studentek, nadając im skrajne etykiety abnegatek albo kokietek. Nie istniała dla niego żadna kategoria pośrednia, która stawiałaby pierwsze studentki w równym szeregu ze studiującymi mężczyznami. W cytowanym fragmencie widać jednak istotną zależność pomiędzy mentalnością i postawą życiową oraz wyglądem zewnętrznym, a także to, jak ogromny wpływ na kształtowanie się zachowań miały uczelniane warunki, w których studentkom przyszło funkcjonować.

15 A. Skarbek Sokołowska, Czas udręki, czas radości. Wspomnienia, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1977, s. 56–57. 16 Stanisław Pigoń rozpoczął studia w 1906 roku. 17 S. Pigoń, Z Komborni w daleki świat, Kraków 1957, s. 182.

35


Jak już wyżej wspomniano, Pachucka bardzo często wprowadzała w swojej narracji opis ważnych postaci. Jedną z nich była Maria Dulębianka, scharakteryzowana przez pamiętnikarkę w następujący sposób: Wchodzi na trybunę kandydatka na posła, Maria Dulębianka. Bijemy mocne brawa. Biją oklaski wszyscy. Dulębianka jak zwykle w ciemnym, angielskim kostiumie, w jasnej kamizelce ozdobionej krawatem zawiązanym pod szyją. Wysoka, szczupła, z krótką czupryną nad wypukłym czołem. Na przymrużonych jakby oczach z ciężkimi powiekami, zwicher, binokle na czarnym sznureczku18.

Angielski strój stanowił także garderobę Józefy Bojanowskiej. Jego szary kolor rozjaśniała biała kamizelka oraz dekoracyjnie zawiązany krawat, tzw. fontaź. Bojanowska nie nosiła krótkich włosów, lecz upinała długi warkocz w kok z tyłu głowy. Inny styl ubioru wybrały natomiast Paulina Kuczalska-Reinschmit oraz Maria Konopacka. Pierwsza z nich – we wspomnieniach Pachuckiej – nosiła długą do ziemi, jednolitą, czarną suknię. Jej atrybutem były także binokle, zawieszone na czarnym sznureczku. Taki właśnie wizerunek Kuczalskiej został także utrwalony na zachowanej fotografii. O Konopackiej pisała Pachucka następująco: Średniego wzrostu, w okularach, skromnie ubrana, nie zwracała na siebie uwagi, ani strojem, ani zachowaniem19.

Warto zwrócić uwagę, iż powściągliwość w kwestiach ubioru jest jedną z wyrazistszych – choć często nieuświadomionych – postaw wobec własnego wyglądu. Nie dotyczyła ona jedynie kobiet wyemancypowanych. Obserwacja dziewiętnastowiecznych fotografii pozwala dostrzec, że strój ulegał wyraźnym przemianom wraz z wiekiem kobiety, stając się prostszym, ciemniejszym, a także pozbawionym nadmiaru ozdób. Okulary były istotnym elementem zewnętrznego wizerunku pierwszych studentek i działaczek ruchu kobiecego oraz kobiet aktywnych w życiu społecznym. Powód, dla którego je nosiły, był zapewne czysto praktyczny, ale warto 18 R. Pachucka, dz. cyt., s. 100. 19 Tamże, s. 119.

36


zwrócić uwagę, iż tworzyły one z pewnością wizerunek tych kobiet, stając się ich znakiem rozpoznawczym. Typowe były także skromne, proste suknie, najczęściej w ciemnych barwach. Fotografie pokazują, że były to charakterystyczne dla końca XIX wieku fasony sukien z bufiastymi rękawami. W kolejnych dziesięcioleciach tego stulecia dominował określony krój, jednak – podobnie jak w każdej epoce – istniało bardzo wiele wariantów, począwszy od niezwykle szykownych i bogato zdobionych kreacji, na skromnych i mało efektownych skończywszy. Wybór zależał naturalnie od kobiety, jej stylu życia, upodobań, roli, jaką przypisywała swojej aparycji, statusu materialnego i cywilnego, a niekiedy także od potrzeby zamanifestowania poglądów. Te, które nie dbały o ubiór, stawały się często obiektem krytyki. Tak na przykład Kazimiera Bujwidowa została w nieprzychylny sposób ukazana we wspomnieniach Zofii Kirkor-Kiedroniowej: Przekonań była radykalnych i zdawała się chcieć im dawać wyraz w obejściu, zaniedbanym ubiorze, w lekceważeniu form towarzyskich (coś jak pierwsze, rozczochrane studentki)20.

W innym miejscu pamiętnika autorka nadmienia, że Bujwidowa generalnie nie przypadła jej do gustu, stąd też zapewne tak negatywna charakterystyka. Niemniej jednak po raz kolejny wyłania się interesujący nas aspekt, tj. powiązanie postawy życiowej z wyglądem zewnętrznym. Kirkor-Kiedroniowa nie stwierdziła, iż był to zamierzony efekt, wynikający z dążeń Bujwidowej do wykreowania określonego wizerunku. Zwróciła jednak uwagę na to, że te dwa elementy szły ze sobą w parze. Zarzut abnegacji posłużył autorce przede wszystkim jako narzędzie krytyki poglądów Bujwidowej. Interesujące jest także porównanie do pierwszych studentek, stanowiące kolejny głos w dyskusji na temat ich wyglądu zewnętrznego. Pozostaje wciąż pytanie o funkcję, jaką pełnił ubiór w działalności polskiego ruchu kobiecego. Materiału do refleksji dostarcza ponownie fragment pamiętnika Jadwigi Sikorskiej-Klemensiewiczowej:

20 Z. Kirkor-Kiedroniowa, Wspomnienia, T. 1, Kraków 1986, s. 287.

37


Te ich zajęcia i przedsiębiorstwa jeszcze wówczas nieczęsto praktykowane, wyrobiły im ów nieco pogardliwy epitet „emancypantek”, tym więcej, że niektóre z nich nosiły się trochę po męsku, używając na przykład kostiumów angielskich ze stojącym, sztywnym kołnierzykiem i z krawatką, miękkich, męskich kapeluszy, miały krótko obcięte włosy i wiele z nich nosiło binokle, a niektóre nawet – o zgrozo! – paliły papierosy21. Odpowiadało to nieco wyśmiewanemu wówczas ogólnie „pokrojowi” emancypantek z zachodu22.

Cytat ten pokazuje dokładnie tę samą zależność, jaką zaobserwowano w rzeczywistości amerykańskiej, to znaczy, że już sama działalność ruchu kobiecego budziła kontrowersje, a odważny strój zaostrzał tylko krytykę. Sądzić należy, że istniała świadomość takiego stanu rzeczy, zatem ubiór nie służył zdobyciu większej przychylności opinii publicznej. Opisana przez Pachucką postawa mogła zatem wypływać z wewnętrznej potrzeby uzewnętrznienia osobowości i poglądów. Z drugiej jednak strony określony ubiór służył zapewne zaznaczeniu obecności ruchu kobiecego w przestrzeni publicznej. Był znakiem przypominającym o istnieniu grupy kobiet, walczących o swoje prawa. Ten związek pomiędzy ich strojem i prezentowanymi poglądami dostrzegli przede wszystkim obserwatorzy ich działań. Wygląd zewnętrzny oraz nieobyczajne, według ówczesnych zasad zachowanie, stawały się niestety także rodzajem negatywnego emblematu, który przypinano wszelkim działaniom podejmowanym przez kobiety. Doświadczyła tego na przykład Pachucka: Czegóż się nie napatrzyłam czego nie nasłuchałam w tej wędrówce! A więc znów: wolna miłość, krótkie włosy, palenie papierosów, przybyszewszczyzna i „naga dusza”. Och miałam tego dość. Powariowały baby z nagą duszą, wolną miłością i papierosami23.

Zaletą wspomnień Pachuckiej, dotyczących wyglądu zewnętrznego, jest to, iż ukazują one typowy wizerunek każdej z postaci, nie zaś jej wygląd w jednej określonej sytuacji. Świadczą o tym takie zwroty, jak „ubrana była zawsze” 21 Warto zauważyć, że w tym okresie po papierosy nie sięgały jedynie emancypantki. 22 J. Klemensiewiczowa, dz. cyt. s. 185. 23 R. Pachucka, dz. cyt, s. 192.

38


lub „jak zwykle”. Konfrontując opisy pamiętnikarskie z zachowanymi fotografiami, wysunąć można wniosek, iż te ostatnie odzwierciedlają obraz zachowany we wspomnieniach. Portrety fotograficzne ukazują najczęściej ujęcia w półpostaci, co też utrudnia precyzyjną charakterystykę ubiorów. Pozwalają jednak dostrzec pewną skromność, graniczącą wręcz z surowością, wyrażoną w braku ozdób i schludnie upiętych włosach. Wrażenie to pogłębia oczywiście czarno-biała fotografia, która nadaje portretowanym bardziej surowy wygląd. Dlatego tak ważna jest analiza porównawcza fotografii pierwszych studentek oraz działaczek z portretami innych kobiet z tamtej epoki. Wykazuje ona przede wszystkim dosyć wyraźną różnicę w estetyce ubiorów. Jeszcze większy dystans istniał pomiędzy ubiorami pierwszych studentek oraz aktywistek a wizerunkiem kobiety, kreowanym przez żurnale oraz rubryki prasowe, poświęcone sprawom mody. Te ostatnie przedstawiały zawsze kobiety dystyngowane, poruszające się z gracją, nienaturalnie szczupłe i sprawiające wrażenie słabych oraz przesadnie delikatnych. Były to wizerunki osób, których jedyną ambicją i najważniejszym zadaniem w życiu był elegancki wygląd i noszenie najbogatszych sukien. Przyglądając się zwyczajom ubraniowym pierwszych studentek galicyjskich oraz działaczek ruchu kobiecego, trudno jednoznacznie określić to, czy ich postawa wynikała ze świadomego dążenia do zaakcentowania obecności w przestrzeni publicznej czy też potrzeby wyrażenia własnej osobowości. Szukanie odpowiedzi na powyższe pytanie prowadzi nas w kierunku innego zagadnienia – sposobu, w jaki aparycja omawianej grupy kobiet odbierana była przez otoczenie. Strój Marii Dulębianki był zapewne odczytywany jako wizualny manifest poglądów obyczajowych i politycznych. Niedbały wygląd tak studentek, jak i kobiet aktywnych społecznie był również dostrzegany, i jeśli nawet był krytykowany, to z pewnością podkreślał odrębność tej grupy oraz wyjątkowość należących do niej kobiet.

39


bibliografia:

Cunningham P. A. Kirkor-Kiedroniowa Z. Klemensiewiczowa J. Fischer G. V. Ordyńska Z. Pigoń S. Pachucka R. Skarbek Sokołowska A. Smith C., Greig C. Steele V.

Reforming Women’s Fashion, 1850–1920, London 2002. Wspomnienia, T. 1, Kraków 1986. Przebojem ku wiedzy. Wspomnienia jednej z pierwszych studentek krakowskich z XIX wieku, Wrocław–Warszawa–Kraków 1961. Kobieta i edukacja na ziemiach polskich w XIX i XX wieku: zbiór studiów, pod red. A. Żarnowskiej, Warszawa 1995. Pantaloons and Power. A Nineteenth-century Dress Reform in the United States, Ohio 2001. To już prawie sto lat. Pamiętnik aktorki, Wrocław–Warszawa–Kraków 1970. Z Komborni w daleki świat, Kraków 1957. Pamiętniki z lat 1886–1914, Wrocław 1958. Czas udręki, czas radości. Wspomnienia, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1977. Woman in Pants. Manly Maidens, Cowgirls, and Other Renegades, New York 2003. The Corset. A Cultural History, London 2001.

40


Agnieszka Dauksza

Przesłony a „sprawa kobieca”. O (nieoczekiwanych) przejawach kobiecej emancypacji

Jeśli zastanowić się nad funkcją stosowanych przez kobiety przesłon oraz ich wpływem na styl i jakość kobiecego życia, okaże się, jak wiele mogą one mówić o wymiarach emancypacyjnego postępu. Mam tu na myśli zarówno przesłony fizyczne, materialne oraz przestrzenne, określane przez Pierre’a Bourdieu „znakami zamknięcia kobiet”1, jak i psychologiczne, mentalne – wyznaczające porządek myślenia i kształtujące wybory egzystencjalne, społeczne czy artystyczne. O ile oczywiste jest w tym wypadku łączenie przemiany wizerunku nowoczesnych kobiet – emblematycznie przedstawianej jako porzucanie gorsetów i skracanie sukien – z XX-wieczną, zwłaszcza powojenną rewolucją obyczajową, o tyle interesujące i domagające się ponownego omówienia wydają się, po pierwsze: faktyczna ranga spektakularnego, choć stopniowego „odrzucenia przesłon”, a także, po wtóre, motywacje i konsekwencje poprzedzających ów proces aktów kompulsywnego skrywania, chronienia, woalowania, które – jak zamierzam pokrótce ukazać – wbrew pozorom niepozbawione są potencjału emancypacyjnego. Moje refleksje lokować się więc będą między gestami przysłaniania i odsłaniania – postrzeganymi nie tyle jako przeciwstawne, znoszące się czynności, lecz znaczące, niekiedy rytualne akty określające przecież nie tylko wygląd cielesności, lecz także performatywnie kształtujące ludzką osobowość.

1

41

P. Bourdieu, Męska dominacja, przeł. L. Kopciewicz, Warszawa 2004, s. 40–46.


Sztuka emancypacji: tkanie i haftowanie Stale obecne w (zarówno starożytnych, jak i nowożytnych, a nierzadko też współczesnych) tekstach kultury stereotypowe kojarzenie kobiecości z tym, co mętne, zagmatwane, meandryczne, a przez to enigmatyczne, niejasne i często niebezpieczne, wynikało w znacznej mierze z lęków i obaw przed kobiecą anatomiczno-fizjologiczną „radykalną odmiennością”. Jak ukazywano wielokrotnie, biologiczne „anomalia” miały determinować sposoby postępowania i myślenia, także kształt i charakter twórczości, zarówno plastycznej i literackiej, jak i sztuki użytkowej. Co zresztą ciekawe, kobieca artykulacja językowa (zarówno werbalna, jak i tekstowa) w europejskim kręgu kulturowym była nagminnie utożsamiana z procesami plecenia, splatania, nadmiernego namnażania materii, także tkactwem i haftowaniem, w odczuciu większości krytyków uznawanych za prymitywne i nieartystyczne formy ekspresji2. Zresztą nie bez kozery tkactwo, uprawiane już w starożytności, szybko uznane zostało za czynność typowo kobiecą. Symboliczne znaczenie czynności tkackiej jako mozolnej, wymagającej precyzji, poświęcenia i cierpliwości, lecz w istocie bezużytecznej, gdyż przypominającej snucie mylnych pozorów i marzeń, odpowiadało wszakże potocznym wyobrażeniom o „istocie” kobiecości. W rozważaniach Sigmunda Freuda, upatrującego w czynności przędzenia jedyny wkład kobiet w cywilizację, jest ono odruchem zasłaniania tego, co wybrakowane, w przypadku kobiet wynikającym ze wstydu związanego z ich „defektem genitaliów”3. Z kolei Joseph Hillis Miller, idąc w sukurs przekonaniom Freuda, uznaje tkactwo za „metaforę orzekania o tym, czego nie ma”4. Podobne, irracjonalne konstatacje ukazują jednak ciekawą prawidłowość. Okazuje się bowiem, jak faktycznie postrzegana jest prozaiczna, czysto pragmatyczna, jak zdawać by się mogło, sztuka użytkowa kobiet. Tkanie jest tworzeniem „czegoś” w miejsce rzekomego braku, który skądinąd nie może być pustką, próżnią, „niczym”, skoro wymaga zasłaniania i ukrywania. 2 K. Szczuka, Prządki, tkaczki, pająki, „Biuletyn ośki” 1999, nr 3 (8). 3 S. Freud, Wykłady ze wstępu do psychoanalizy. Nowy cykl, przeł. P. Dybel, oprac. R. Reszke, Warszawa 1995, s. 151. 4 J. Hillis Miller, Ariachne`s Broken Woof, „Georgia Review” 1977, nr 31, s. 45.

42


Więcej – czynność tkacka okazuje się odgradzaniem, pozorowaniem, sugerowaniem istnienia czegoś, czego nie ma, wreszcie – chowaniem owego „czegoś” przed niewtajemniczonymi oczami i umysłami. Takiemu rozumowaniu odpowiadają zresztą antyczne figury Parek lub Mojr, bogiń losu, twórczyń życia i śmierci przedstawianych jako prządki właśnie. Metafora prządek-pajęczyc zdolnych tworzyć, przeobrażać i namnażać materię, wykorzystywana była także, co oczywiste, w kontekście feministycznych teorii reprezentacji kobiecej twórczości. Dotąd zwykle deprecjonująca artystyczną aktywność kobiet metaforyka „przędzalnicza” co najmniej od czasu arachnologicznej koncepcji Nancy K. Miller zyskała pozytywne konotacje. Twórcza działalność prządek silnie ukonstytuowana w zachodniej tradycji przez mitologiczne postaci Arachne, Penelopy i Ariadny zaczęła być rozumiana jako metafora pisania kobiecego w ogóle. Pojęcie arachnologii – nawiązujące do pomysłów Patricii Joplin5 oraz odwołujące się polemicznie do hyfologii, terminu Rolanda Barthesa pozwalającego porównywać budowę tekstu do splotu tkaniny, w której rozpada się i zanika autor6 – stanowi ponadto określenie takiej lektury, która wyczulona będzie na przejawy wszelkich strategii przemocy i marginalizacji7. Istotne staje się zatem przede wszystkim dostrzeżenie i krytyczne omówienie „miejsc niedoczytanych” konsekwentnie pomijanych przez kanoniczne opracowania oraz uwrażliwienie na somatyczno-genderowe ślady, które stanowią w mniemaniu Miller najlepsze odpowiedniki kobiecych sygnatur. Tym samym czynności tkania oraz haftowania, stając się synonimami twórczości artystycznej jako takiej, zaczęły funkcjonować w dyskursie krytyki feministycznej jako metafory pisarstwa, jego swoiste „formy pierwotne”. Co jednak ciekawe, o ile inspiracje techniką rzemiosła pozwoliły zobaczyć w nowym świetle sztukę literacką kobiet, o tyle wciąż niewykorzystany wydaje się potencjał znaczeniowy i symboliczny samej sztuki użytkowej. Tymczasem warto chyba rozpatrywać rękodzielnictwo, sztukę dekoracyjną, wreszcie 5 P. K. Joplin, The Voice of the Shuttle Is Ours, „Stanford Literature Review” 1984, t. 1, nr 1. 6 R. Barthes, Przyjemność tekstu, przeł. A. Lewańska, Warszawa 1997, s. 92. 7 N.K. Miller, Arachnologie: kobieta, tekst i krytyka, przeł. K. Kłosińska, K. Kłosiński, [w:] Teorie literatury XX wieku, pod red. A. Burzyńskiej i M. P. Markowskiego, Kraków 2007, s. 492.

43


modę ubraniową jako zarazem emancypujące aktywności i sposoby ekspresji najbardziej afektywnych treści; sztukę, lecz także reprezentację sposobu bycia i myślenia. Jak argumentowała Zapolska: W chwili prowadzenia walki o niepodległość nie można wymagać od szeregów żołnierzy, aby stawali się genialnymi artystami. Kobieta jest w tej chwili takim bojownikiem o niepodległość. […] Z hieratycznego krzesła kasztelanek, od krosien, na których wyszywa perłami i łzami mszalne stroje – podniosła się i stanęła nagle przy stole uczty życiowej […]. Zdumienie ogarnęło mężczyzn – jak to? Krosna pozostaną puste? […] I oto powstała z tego amalgamatu kobieta n o w a, kobieta która nie zadawalnia się przyklęknięciem turniejowego rycerza i gestem narzucenia na jego pierś haftowanej szarfy […]. Wieki całe składały się na to, aby w kobiecie stłumić energię, a teraz dnie mamy tylko przed sobą, aby tę energię wywołać. W pięknie – w artyzmie dzieje się to samo. Kobiety są dopiero jako wytwórczynie w kolebce – mężczyźni „t r e n o w a l i s i ę” wieki całe, aby pracować twórczo – kobiety zaś dopiero stoją niemal u ich punktu wyjścia. To wszystko, co do tej chwili zdziałały, można nazwać prawie cudem – samopomocą8.

Konsekwentnie obecna w refleksji Zapolskiej metaforyka tkania nie jest w tym przypadku najważniejsza. Istotne przede wszystkim wydaje się rozpoznanie nagminnie tłumionych, twórczych predyspozycji oraz docenienie roli dotychczasowych osiągnięć artystycznych. Cenna jest także świadomość możliwości wykorzystania biegłości tkackiej w doskonaleniu praktyki literackiej; uznanie hafciarstwa za rodzaj treningu, w którym wytrwale ćwiczą się artystki in spe. I choć trudno dziś dopatrywać się w tych czynnościach najwyższych form artyzmu, wypada zrozumieć, że to, co obecnie uważane jest za formę folkloru lub, w najlepszym razie, przejaw dekoracyjnej sztuki użytkowej, niegdyś było nieodzownym elementem społecznego życia i stanowiło niebanalny wkład kobiet w cywilizacyjny dorobek. Ponadto, niezależnie, czy uzasadnione jest uznawanie wyszywanych zapisów za znamiona istnienia jakiegoś nieoficjalnego systemu porozumiewania się, należy chyba docenić „rękodzielniczą” sferę egzystencji jako tę, która przez stulecia pozwalała kobietom wypróbowywać swój twórczy potencjał. Wyszywanie bowiem, nieco paradoksalnie, stanowiło formę zniewolenia, gdyż wiązało kobiety z domową 8 G. Zapolska, Publicystyka, t. III, Wrocław, Warszawa 1959, s. 272–273.

44


przestrzenią (nie bez kozery słowo „haftować” mające swój źródłosłów w niemieckim „haften”, oznacza właśnie „przylegać”, „być przyczepionym”), ale jednocześnie dawało namiastkę swobody i służyło afektywnej artykulacji. Systemy przesłon Nie przypadkiem w wielu tekstach z epoki bohaterki machinalnie czy też z rozmysłem ponawiają gesty otaczania swojej postaci rożnego rodzaju osłonami. Do najbardziej reprezentatywnych elementów swoistego „systemu” przesłon należą z pewnością: chusty, welony, woalki, kołnierze, kapelusze, rękawiczki, mufki, parasolki, ale też – na nieco innych zasadach – lornetki, okulary, bogata biżuteria, ozdoby itd. Bywa, że powieściowe okoliczności każą postrzegać wybrane atrybuty jako materialne oznaki snobizmu, kokieterii czy przesadnej dbałości o własną aparycję. Zwykle jednak podobne przedmioty są najbardziej prozaicznymi, codziennymi rekwizytami, „wypełniaczami” czy Barthesowskimi katalizami, praktycznie nieistotnymi dla struktury narracji9. Owe materialne detale wiele mówią jednak o realiach kobiecej (nie tylko literackiej) rzeczywistości. Zofia Ordyńska, aktorka m.in. Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, w jednym ze swych zapisków wspomnieniowych z krakowskich lat młodości eksponowała rangę owych pozornie nieistotnych elementów kobiecej garderoby: Nagość w życiu codziennym była jak najsurowiej zakazana. Moda zakuwała kobiety w gorsetypancerze najeżone stalkami i bryklami, niczym zbroja średniowiecznego rycerza. Biedne kobieciątka nawet podczas upalnego lata nosiły suknie z długimi rękawami i wysokimi kołnierzykami, usztywnionymi na dodatek fiszbinkami, na nogach grube bawełniane pończochy i wysokie trzewiki oraz spódnice po pięty, którymi elegantki zamiatały trotuary, jak wówczas nazywano chodniki. Również i na scenie nie wolno było pokazać aktorce ani kawałka nagiego ciała, bo to wstyd i obraza publicznej moralności. Wyjątek stanowiły dekolty balowych toalet, ale nogi, te

9 R. Barthes, Wstęp do analizy strukturalnej opowiadania, przeł. W. Błońska, [w:] Studia z teorii literatury. Archiwum przekładów „Pamiętnika Literackiego”, pod red. M. Głowińskiego, H. Markiewicza, Wrocław 1977.

45


musiały być całkowite zakryte. Jeżeli jakiś kostium wymagał niezbicie ukazania gołej łydki, to cenzura pozwalała na to pod warunkiem, że nogę zasłoni trykot w cielistym kolorze10.

Oceniana ze wspomnieniowej perspektywy lat 70. XX wieku katorżnicza, niewygodna i krępująca swobodę bycia moda oraz absurdalne, pruderyjne zasady publicznej etykiety funkcjonują w tej relacji, dość stereotypowo, jako przedwojenne relikty – znaki skostniałego, patriarchalnego porządku, ale też „narzędzia” faktycznej, cielesnej opresji. Co więcej, owe reguły obowiązywały nie tylko w codziennym życiu, lecz także w przestrzeni sztuki, w tym wypadku teatru, skutecznie ograniczając repertuar artystycznych środków wyrazu. „Zasłanianie” było zatem koniecznością, konsekwencją dyktatu społecznego a nie wyrazem indywidualnych potrzeb. Nieoczekiwanie jednak status przedmiotów pełniących funkcje „przesłony” nie jest tak jednoznaczny w pismach wielu innych (często postępowych) twórczyń – od poetek młodopolskich począwszy, przez Gabrielę Zapolską, na Zofii Nałkowskiej skończywszy – by zawęzić „przesłonową” statystykę do kilku wyrazistych przypadków. O ile u Maryli Wolskiej, Bronisławy Ostrowskiej czy Marii Grossek-Koryckiej motyw tkania jest stale powracającym wątkiem, natomiast przesłony, najczęściej chusty, są zwykle rekwizytami symbolicznie świadczącymi m.in. o poczuciu przynależności do tradycji, o tyle u Nałkowskiej okazują się dosłownie materialną barierą, mającą chronić przed zewnętrzem: Od dwóch miesięcy jestem chora. Robiono mi operację, po której pozostała mi głęboka, lecz niewielka dziura za uchem. […] W czerwcu zaczęłam wychodzić na spacer i to było dla mnie większą męką niż zamknięcie w domu. Jestem bardzo wrażliwa na sposób, w jaki tłum reaguje na mój widok – lubię zwracać uwagę […]. Kryłam się za tak gęstą woalką, że nie tylko nikt nie poznawał mej twarzy, ale i ja nic nie widziałam11.

Passus z wczesnych zapisów dziennikowych Nałkowskiej ukazuje pierwszorzędne w moim odczuciu role przesłon – „gęsta woalka” spełnia, po pierwsze, funkcję ochronną, gdyż zapewnia minimum prywatności, ale też, po wtóre, 10 Z. Ordyńska, To już prawie sto lat… Pamiętnik aktorki, Wrocław–Warszawa–Kraków 1970, s. 41. 11 Z. Nałkowska, Dzienniki 1899–1905, Tom I, Warszawa 1975, s. 179.

46


ułatwia selekcję bodźców płynących z otoczenia, pozwala młodej kobiecie „nie widzieć”, wypierać z pola percepcji, nie dopuszczać do siebie wybranych wrażeń, a przez to odsuwać konieczność konfrontacji. Kiedy indziej natomiast materialne bariery stanowią osłonę przed niepożądanym, ciekawskim spojrzeniem, najczęściej męskim: Ten i ów patrzył ciekawie na postać Marysieńki. Strojna była w swe wyprawne futerko z czarnego aksamitu, obłożone skunksami. Linia jej smukłego ciała miała piękną dystynkcję, a twarz przedziwnie pociągłą pod skrzydłami wielkiego, czarnego gainsboroughu. Szła lekko i zwiewnie […]. Gdy podnosiła ku twarzy mufkę ze skunksów i topiła w puszystym futrze swą twarzyczkę, jej wielkie, o czarującym wyrazie oczy nabierały jakiejś podwójnej, pociągającej piękności. Czuła wzrok znudzonego pochodem tłumu na sobie i doznawała jakby przykrego wrażenia. Odwykła w swym odosobnieniu od kontaktu z ludźmi. Wydali się jej natrętni, nawet z rodzajem sympatycznego podziwu, jaki jej składali12.

Wykorzystywanie przez mężczyzn niekwestionowanej przewagi w przestrzeni publicznej, nawet jeśli poprzestawało na natrętnym spojrzeniu, powodowało jednak wymierne efekty, doskonale widoczne w zachowaniu kobiet. Ich stale wzmiankowana w tekstach kultury dążność do osłaniania swojej cielesności jest w istocie wyrazem niezgody i sprzeciwu wobec czynników odzierających je z kolejnych przesłon13. Bohaterka powieści Zapolskiej, długo pragnąca kultywować wpojony w młodości wiktoriański, pruderyjny model bycia, podczas nielicznych obecności w przestrzeniach publicznych właśnie dzięki odpowiednim przesłonom „selekcjonuje” aspekty rzeczywistości. Przesłonięcie twarzy pozwala ochronić oczy i twarz, a w efekcie – skryć uczucia i gwałtowne reakcje. Jeśli natomiast uznać za przesłony nie tylko materię okalającą twarz, lecz także pozostałe elementy stroju szczelnie zasłaniającego ciało, okaże się, że w sumie tworzą one swoisty „parawan”, który służy ochronie kobiecej intymności, odgrodzeniu jej ciała od bezpośredniego 12 G. Zapolska, O czym się nawet myśleć nie chce, Kraków 1957, s. 197. 13 Zwykło się natomiast przyjmować, że symbolem otwarcia emancypantek na nowe doświadczenia jest odrzucanie tychże przesłon – por. M. Podraza-Kwiatkowska, Wolność i transcendencja. Studia i eseje o Młodej Polsce, Kraków 2001, s. 181.

47


oddziaływania bodźców zewnętrznych i osłabieniu czujności przeczulonych receptorów zmysłowych. Podobne osłanianie pośrednio zwiększa poczucie bezpieczeństwa, czyniąc spowitą w różnego rodzaju woale kobietę optycznie większą i silniejszą, co zresztą nastawieni mizoginistycznie komentatorzy ówczesnych obyczajów uznawali za przejaw zwierzęcej pierwotności, amoralności i żądzy dominowania14. Pomijając szowinistyczną retorykę podobnych konstatacji, wypada stwierdzić, iż w powielaniu zasad i wytycznych drakońskiej nieraz mody faktycznie można dopatrzeć się pragnienia symbolicznej manipulacji, na przykład chęci potęgowania atrakcyjności fizycznej przez odpowiednie przysłanianie i eksponowanie, a nierzadko umiejętną grę tymi gestami. Ordyńska tak relacjonowała zapamiętane sceny z dzieciństwa: Mamusia miała strasznie dużo roboty przy ubieraniu się w balową toaletę. […] przychodziła do pomocy kucharka. Najpierw mamę mocno sznurowała, bo w pasie musiała być cienka jak osa. A mamusia wciąż poganiała kucharkę i wołała: „mocniej! mocniej!”, aż się kucharka o podłogę zapierała, a myśmy znów ją podpierali, żeby się nie przewaliła. Następnie mama nakładała majtki, piękne batystowe, sięgające do połowy łydek, obszyte falbankami z koroneczką, potem dwie halki, jedną gładką, zwykłą, a drugą strojną z koronkami, przywiązywała z tyłu „kuperek” włosiany i dopiero przychodziła kolej na suknię balową […] z małym trenikiem. Do tego dochodziły długie, białe, skórkowe rękawiczki, złota bransoletka, na szyi medalion na czarnej aksamitce, a przy gorsie również świeży kwiat kamelii i w ręku wachlarz cały naszyty srebrnymi cekinami15.

W tym wypadku strój – pozornie aż nadto kompletny, zgodny z konwencją epoki i dokładnie zasłaniający ciało kobiety – spełnia nie tylko rolę maski i umożliwia mimikrę pośród tłumu podobnie strojnych kobiet, lecz jest także wyrazem określonej postawy, świadectwem sytuacji egzystencjalno-materialnej i matrymonialnej. W rezultacie okazuje się – jeśli zgodzić się z tezą 14 Por. M. Wolff, Zwyrodnienie kobiety współczesnej, Warszawa 1896, s. 162–163. Szerzej na ten temat: A. Tytkowska, O modernistycznej demonizacji miłości i kobiecości, [w:] Kobieta i rewolucja obyczajowa. Społeczno-kulturowe aspekty seksualności. Wiek XIX i XX, pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, Warszawa 2006, s. 154. 15 Z. Ordyńska, To już prawie sto lat…, s. 11.

48


Krystyny Kłosińskiej – że „ubranie jest znakiem (społecznego statusu), ale przede wszystkim – mową”16. Co więcej, w silnie stabuizowanym społeczeństwie przełomu XIX i XX wieku bywa wręcz jedynym sposobnym wyrazem treści afektywnych i staje się – jak sugeruje Lemoine Luccioni – symptomem, który zwalnia jednostkę z konieczności bezpośredniej werbalizacji17. Dobrym tego przykładem jest swoista „modowa taktyka” Nałkowskiej, poświęcającej całe karty dziennikowych narracji właśnie opisom okoliczności prezentowania własnej garderoby: Wczoraj miałam jeden z najładniejszych wieczorów w życiu. Byłam na koncercie Melcera. Miałam nową suknię, pierwszą białą w życiu, z lekkiej jak woda wełny francuskiej ivoire, oryginalnie zrobioną na figurę bez gorsetu; zwracałam ogólną uwagę. […] Patrzano na mnie i wskazywano mnie sobie; masa mężczyzn znajomych przychodziło [!] witać się z nami. […] Marylucha Hildebrand zapytała mię z wyrazem zgorszenia: „Zosiu, ty jesteś bez gorsetu?”…18.

Nietrudno wywnioskować, iż sukces towarzyski przypisuje Nałkowska śmiałemu wyglądowi, zwłaszcza – rezygnacji z gorsetu. Co charakterystyczne, dochodzi w tym wypadku do podziału obserwatorów – męska część „widowni” czerpie wizualną przyjemność z widoku „Nałkowskiej bez gorsetu”, natomiast kobiety jawnie okazują niezadowolenie z łamania konwencji estetycznej. Towarzyska rewelacja z przełomu XIX i XX wieku ukazuje ogólniejszą prawidłowość. Paradoksalnie bowiem nie dochodzi tu do jakkolwiek pojętego epatowania nagim ciałem. Nałkowska porzuca gorset, co z pewnością zmienia wygląd jej sylwetki, jednak niczego nie odsłania. Mimo to budzi zgorszenie wśród swych koleżanek. Dlaczego? Anegdotyczne przywołanie krakowskiego kontekstu pozwoli być może lepiej zrozumieć działanie mechanizmu: Przy kończącej Linię A-B ulicy Floriańskiej stoi stary Hotel „Pod Różą”. Właścicielką hotelu była pewna piękna pani, która większą część roku spędza za granicą. Każdorazowy jej przyjazd do 16 K. Kłosińska, Ciało, pożądanie, ubranie. O wczesnych powieściach Gabrieli Zapolskiej, Kraków 1999, s. 252. 17 Tamże. 18 Z. Nałkowska, Dzienniki…, s. 251.

49


Krakowa jest sensacją nie tylko dla miejscowych elegantek, ale i całego miasta. […] Wówczas były modne tak długie spódnice, że się nimi wprost zamiatało trotuary. Był to drakoński nakaz mody, na uchylenie którego nie odważyłaby się przyzwoita kobieta, bo to groziło skandalem i rozpustą. I oto pewnej niedzieli owa pani zjawiła się w kościele Mariackim na tzw. dwunastówce, na której krakowskie modnisie zwykły prezentować swe toalety, w sukni skróconej co najmniej o jakieś piętnaście centymetrów, tak że odsłaniała nóżkę powyżej kostki. Szum się zrobił w kościele niesamowity, bo każdy chciał zobaczyć z bliska ten wybryk zagranicznej mody. Nawet damy z high-life’u zaczęły się niespokojnie wiercić i wychylać z ławek, już nie mówiąc o starszych paniusiach i dewotkach, które podniosły formalny alarm. Niektóre zaczęły wprost głośno wykrzykiwać, że to sodoma i gomora, że takich, co to pokazują nogi, nie winno się wpuszczać do Domu Bożego i że należy czym prędzej zawiadomić księdza prałata19.

Nie bez kozery w relacji Ordyńskiej to właśnie kobiety funkcjonują jako gwarantki istniejącego porządku. Liczne przypadki – choćby przywołane w tym artykule – ukazują, iż kobiety o wiele surowiej i krytyczniej oceniają wszelkie próby kwestionowania kanonu mody. I nie chodzi zapewne w tych wypadkach o osobiste urazy, zazdrość, odmienne poczucie estetyczne i – wielce prawdopodobne – etyczne. Sedno leży – jak mniemam – w afektywnym ustosunkowaniu i symbolicznym poszanowaniu materialnych atrybutów, takich jak przesłony właśnie. Wszak odsłanianie nawet niewielkich fragmentów ciała, zrzucanie gorsetów i wszelkie akty polemizowania z przyjętą konwencją były często traktowane jako gesty sprzeniewierzenia, zdrady jakiejś niepisanej kobiecej umowy. Jednocześnie konsekwentne zasłanianie ciał i wypełnianie wymogów mody kobiety postrzegały jako gesty o charakterze konsolidującym, wspólnotowo-tożsamościotwórczym, elitarnym, bo stricte kobiecym. Co zresztą znamienne, przypadające na kolejne dziesięciolecia XX wieku stopniowe odrzucanie przesłon rozumianych właśnie jako „znaki zamknięcia kobiet”, było przecież przyjmowane z entuzjazmem przez mężczyzn, skądinąd zaangażowanych w kreowanie wzorów mody coraz bardziej negliżujących kobiece ciała (czego wizualnym świadectwem były choćby wzbudzające powszechną sensację, przeszklone witryny pierwszych domów

19 Z. Ordyńska, To już prawie sto lat…, s. 66–67.

50


towarowych, gdzie prezentowane były „kobiety jak żywe” – manekiny, których rozbieranie i ubieranie mógł obserwować każdy przechodzień). Zatem o ile dla wspólnoty kobiet naganne mogło być przede wszystkim rezygnowanie z kolejnych elementów damskiej garderoby, o tyle dla mężczyzn znacznie trudniejsze do zaakceptowania było chyba wizualne „upodabnianie” kobiet do samych mężczyzn – ostentacyjne noszenie spodni, krawatów, skracanie włosów itd.: Po pewnym czasie zachciało się owej pani [właścicielce Hotelu „Pod Różą – przyp. aut.] znów prezentować w Krakowie najnowszą kreację mody paryskiej, tzw. jupe-culloty […] – to były szerokie, bufiaste, jakby tureckie szarawary, na które nakładało się spódnicę, sięgającą połowy łydek, co robiło wrażenie, jakby kobieta miała na sobie spodnie. Wokół elegantki zebrał się tłum na pół Rynku. Jak na Lajkoniku! Kupcy powychodzili ze swych sklepów, przekupki odbiegły od straganów, tramwaje stanęły, a krakowskie andrusy gwizdały i wykrzykiwały: „Baba w portkach!”. A świętobliwe dewotki mało nie nabiły parasolkami tej elegantki, która czym prędzej zrezygnowała z tego pokazu mody20.

Próby polemizowania ze społecznym zwyczajem ukazują niewątpliwą zaściankowość mieszkańców Krakowa, ale też samonapędzający się mechanizm kwestionowania, a następnie wykluczenia tych przejawów nowoczesnego bycia, które podają w wątpliwość rzekomo naturalne, usankcjonowane od pokoleń różnice – płci, statusu, dostępu do określonych swobód itd. „Kobieta w spodniach” jest w mniemaniu obserwatorów nie tylko pragnącą wyróżnić się za wszelką cenę prowokatorką, ale przede wszystkim prowodyrką zmian, niosącą realne zagrożenie dla lokalnego status quo. Jej ubiór razi estetyczne przyzwyczajenia i godzi w przyjętą obyczajowość, gdyż radykalnie przeobraża wygląd użytkowniczki, niepokojąco sugerując jej podobieństwo czy powinowactwo z mężczyzną. Śmiały czyn postrzegany jest jako kpina z zastanego układu – godząca zwłaszcza w postać mężczyzny, gwaranta stabilności przestrzeni publicznej. Co więcej, gest kobiety – według obserwatorów nie tyle ubranej w spodnie, co przebranej w męski strój – unaocznia zasadność Butlerowskich tez o performatywnym charakterze kształtowania 20 Z. Ordyńska, To już prawie sto lat…, s. 68.

51


płci kulturowej. Przeczucie procesualności czy wręcz teatralności demonstrowania różnic musiało stanowić więc nie lada wyzwanie poznawcze. W tym wypadku owo wrażenie okazuje się dla odbiorców nader niewygodne, prawdopodobnie niepokojąco uzmysławia bowiem tkwiące w każdym z osobna niewykorzystane predyspozycje wcielania w życie bogatego repertuaru ról oraz uwidacznia arbitralność społecznych konwencji. Anne Juranville interpretuje podobne akty „eksperymentowania” z modą jako estetyczną maskaradę i doszukuje się w nich istotnego aspektu tożsamościotwórczego: Predyspozycja do inwencji estetyzującej ustanawia kobiecość jako maskaradę, to znaczy jako sztuczność, podążającą po dyletancku tropem sztuki. Maskarada nie jest niczym innym, tylko gestem konstruowania jakiejś tożsamości kobiecej, dla której być, to przede wszystkim wydawać się. W której chodzi o to, aby wejść w świat pozorów: nie tylnymi drzwiami, nie pokątnie, nie dzięki fałszerstwu, ale demonstracyjnie i z afirmacją21.

Owa ostentacyjna ornamentalność kobiecych sylwetek byłaby zatem motywowana potrzebami: po pierwsze – odnalezienia adekwatnej formy mogącej zarazem reprezentować postać, jak i przesłaniać ją oraz to, co najbardziej afektywne, wstydliwe czy intymne, po wtóre – ciągłego eksperymentowania, „stawania się”, konstytuowania chwiejnej, dynamicznie przekształcającej się tożsamości. Prawidłowości te byłyby symptomami wykorzenienia, rozbicia, niemożności usytuowania się w otaczających realiach, a zarazem wskazywałyby na pragnienie tożsamościowego przemieszczenia. Masowo dyskryminowane w przestrzeni i sferze publicznej kobiety o podmiotowości w stanie ciągłego zagrożenia w próbie scalenia wizerunku zdobywają się zatem na gest konsekwentnej estetyzacji – nie tylko własnej cielesności i ubiorów, ale też codziennego otoczenia.

21 A. Juranville, La femme et la mélancolie, Paris 1993, s. 161, cyt. za: K. Kłosińska, Ciało…, s. 258.

52


Ornament jako oręż Gdy w 1908 roku austriacki architekt Adolf Loos w słynnym szkicu Ornament and Crime argumentował konieczność oddzielenia architektonicznej funkcjonalności od tego, co ornamentacyjne, pośrednio wskazywał na szereg symptomatycznych dla modernizmu prawidłowości: silnie determinującą życie jednostek rozłączność sfery i przestrzeni publicznej oraz prywatnej, opozycyjność sztuki „wysokiej”, krytycznej i sztuki masowej, wreszcie – niejako wynikającą z powyższych czynników symboliczną „wojnę” między dwiema postaciami – zaangażowaną w dekorowanie przestrzeni domowej kobietą i nowoczesnym architektem. „Walka” o ornament była w rzeczywistości walką o kobiecy bastion – m.in. estetyczną dominację w przestrzeni prywatnej, opuszczonej przez zaangażowanych aktywnością w domenie publicznej mężczyzn. Przestrzenie prywatne tradycyjnie przypisywane były bowiem kobietom, a troskę o kształt i estetykę domowych wnętrz do pewnego momentu postrzegano jako ich oczywistą powinność22. Style biedermeier w Niemczech i Europie Środkowej, styl regencji w Anglii, Empire (styl cesarstwa) we Francji i styl federalny w Stanach Zjednoczonych, dominujące aż do przełomu XIX i XX wieku, hołdowały gustom łaknących wygody, zaciszności i intymności mieszczan23. Nowoczesne trendy natomiast były odzwierciedleniem wiary w konieczność i nieuchronność postępu – rozwoju nauki, technologii i ogółem – cywilizacji. Rozmach zmodernizowanej funkcjonalności wypierał przytulne, mało wyszukane i sprzyjające pasywności tendencje minionego porządku24. W opinii publicznej konflikt przebiegał więc między ludźmi łaknącymi postępu, „zdrowymi i mężnymi, ak22 Na temat wymiarów i konsekwencji radykalnych podziałów na przestrzeń i sferę publiczną oraz prywatną piszę szerzej w książce Kobiety na drodze. Doświadczenie przestrzeni publicznej w literaturze przełomu XIX i XX wieku, Kraków 2013. 23 H. Pongs, O kulturze mieszczańskiej biedermeieru (klasyka mieszczańska), przeł. M. Antkowiak, [w:] Spory o biedermeier, oprac. J. Kubiak, Poznań 2006, s. 150–173. 24 Rozważania o symbolicznej wojnie toczącej się między przedstawicielami tych dwóch porządków – panią domu i nowoczesnym architektem – por. S. Haar, C. Reed, Not at Home: Suppression of Domesticity in Modern Art and Architecture, Londyn 1996; klasyczna rozprawa na ten temat z 1908 r. – A. Loos, Ornament and Crime, Wiedeń 1930, R. Banham, Theory and Design in the First Machine Age, Londyn 1960.

53


tywnymi i pożytecznymi” oraz tymi, przez których przemawiają racje „sentymentalnej histerii otaczającej kult domu”25, czyli oczywiście filistrami, zwłaszcza stale przebywającymi w domach kobietami. Sztuka użytkowa utożsamiana z tym porządkiem pozwalała upodobnić wnętrze mieszkalne do wygodnego kokonu, doskonale odpowiadającego potrzebom użytkownika; była właśnie tym, co Walter Benjamin nazywa futerałem czy kiedy indziej – puzderkiem, pokrowcem bądź etui26, a co kilkadziesiąt lat przed niemieckim teoretykiem Zapolska trafnie określa w swej publicystyce jako „jedną nierozerwalną spójnię wnętrza i charakteru ludzkiego”27. Jak widać w tekstowych światach Zapolskiej, owa „spójnia” polegała niejednokrotnie na aranżowaniu przestrzeni domowej na kształt schronu okolonego wielowarstwową przesłoną – priorytetem była wówczas potrzeba zachowania bezpieczeństwa granic, przytulności, szczelnego wypełnienia wnętrza przedmiotami świadczącymi o poszanowaniu tradycji, rodzinnej tożsamości itd., a więc wszelkiego typu „drobiazgami na półkach, pokrowcami na fotelach, przezroczystymi firankami w oknach, parawanem nad kominkiem”28, zatem zestawem atrybutów kojarzonych z przewidywalną, niekiedy kiczowatą „mieszczańskością”, kiedy indziej natomiast wprost utożsamianych z „kobiecą kulturą domową”. Zatem firanki, koronki, ornamenty, plusze, draperie, rozmaite bibeloty (według Tima Putmana bardziej tożsamościotwórcze niż poczucie przynależności do przestrzeni geograficznej czy wspólnoty29) – jako znaki sentymentalizmu i „staroświeckiego absurdu”, wykpiwane przez spragnionych minimalistycznego funkcjonalizmu modernistycznych architektów i dekoratorów – stanowiły najwidoczniej rodzaj symbolicznego rezerwuaru bezpieczeństwa. Nie bez znaczenia był także sam gest zasłaniania. Przywoływana uprzednio bohaterka powieści Zapolskiej O czym się nawet myśleć nie chce… konsekwentnie odgradza się przed nieznanym i niepokojącym zewnętrzem:

25 26 27 28 29

D. Morley, Przestrzenie domu. Media, mobilność i tożsamość, przeł. J. Mach, Warszawa 2011, s. 80. W. Benjamin, Anioł historii, eseje, szkice fragmenty, przeł. H. Orłowski, Poznań 1996, s. 375. G. Zapolska, Publicystyka…, s. 282. D. Morley, Przestrzenie domu…, s. 80. T. Putnam, Introduction, [w:] Household Choices, pod red. T. Putnama, London 1990, s. 8.

54


[Marysieńka – przyp. aut.] zasnuła okna pospuszczanymi koronkami firanek. Oddzieliła się od ulicy i przez kucharkę postarała się o dużą ilość batystu i koronek. [Przebywała – przyp. aut.] w ciszy i odosobnieniu, zamykając się zazdrośnie na klucz30.

Nie przypadkiem Judy Attfield właśnie w ostentacyjnym akcie zasłaniania okien upatruje jednoznaczny znak sprzeciwu kobiet wobec ingerencji przemysłowo-stechnicyzowanego (i zarazem męskiego) porządku: Zaprojektowane przez architektów duże okna, mające wpuszczać światło, kobiety zasłaniały weneckimi żaluzjami i grubymi firankami, które miały podwójne lambrekiny i wiele ozdób. Broniąc prywatności przez zakrywanie wnętrza przed wzrokiem obcych, ludzie obejmowali władzę nad domową przestrzenią, a jednocześnie demonstrowali niechęć do wzornictwa architektów31.

Rozpatrywana z tej perspektywy „walka o ornament” kobiet z architektami nie toczy się wyłącznie o prawo do zachowania prywatności. Wydaje się, że stawka jest dużo wyższa. Niechęć przed obcym wpływem wynika z rywalizacji o domowe wnętrze rozumiane jako przestrzeń artystyczna, pole ekspresji, terytorium samorealizacji, dotąd pozostające zwykle w gestii kobiet, teraz stanowiące obiekt zainteresowania wykwalifikowanych dekoratorów przestrzeni. Okoliczności owego „starcia” o obszar wpływów stanowią w moim odczuciu znamienny, wciąż niedostatecznie omówiony trop wskazujący na rangę kobiecej aktywności w przestrzeni domowej. Zdumiewająca – szczególnie dla XXI-wiecznej czytelniczki i badaczki – uległość kobiet początku minionego wieku wobec zastanego porządku, jakkolwiek wsparta wielowiekowym uzusem, nabiera bowiem zgoła innego wymiaru, jeśli rozpatrywać ją właśnie poprzez pryzmat faktycznych kobiecych zainteresowań i praktyk. Praktyk, podejmowanych co prawda w obrębie istniejącego status quo, lecz jednak niepozbawionych potencjału emancypacyjnego:

30 G. Zapolska, O czym się nawet myśleć nie chce, Kraków 1957, s. 100. 31 J. Attfield, Inside Pram Town: A Case Study of Harlow House Interiors 1951–1961, London 1989, cyt. za: D. Morley, Przestrzenie domu…, s. 81.

55


Dom nie był miejscem oderwanym od wydarzeń nowoczesnego świata, cofniętym na ściśle ograniczoną przestrzeń […], gdzie procesy modernizacyjne nie miały wstępu […], ale miejscem, które należy stworzyć. […] nowoczesność nie oznaczała dla nich [kobiet] odbywania bohaterskich podróży czy dokonywania wielkich odkryć naukowych w świecie, z którego wędrowiec może potem wrócić tam, gdzie czeka bezpieczeństwo i dom jako tradycja. Dla nich takie miejsce nie istniało. Dom nie był zamkniętą przestrzenią, fortecą, w której jednostka może się ukryć i do której można nikogo nie wpuścić. Nowoczesność tych kobiet w istocie polegała na tworzeniu miejsca zwanego domem32.

Odwrócenie dotychczasowych perspektyw pozwala na dostrzeżenie w uwięzionej w przestrzeniach prywatnych, „stłamszonej” i „pasywnej” kobiecości nieoczekiwanych pokładów inwencyjności i niezależności. Konstytuowanie i kultywowanie „kultury domowej” okazuje się bowiem równie istotne co świadome, kreatywne „praktykowanie przestrzeni” (w rozumieniu de Certeau33). Wielce prawdopodobne, że podobne działania miały charakter kompensacyjny, zwłaszcza wobec faktu wykluczenia kobiet z różnych form aktywności społeczno-kulturalnej i niemożności samodzielnego, swobodnego przemieszczania się i podróżowania, a także pozostawania pod stałym nadzorem „gwarantów” patriarchalnego porządku. Zatem w czasach, gdy kobiety nierzadko nie miały prawa przebywać w odosobnieniu nawet pośród murów własnego domostwa, tym bardziej „wywrotowy” i emancypujący wydaje się wyróżniony w tym artykule szereg podejmowanych zajęć i aktywności, traktowanych albo jako rozrywka czy wprawka do podjęcia szeregu innych działalności artystycznych, albo też pełnoprawna sztuka użytkowa, pozwalająca wyrazić tłumione afekty i aspiracje. Agnieszka Dauksza

Doktorantka w Katedrze Antropologii Literatury i Badań Kulturowych Wydziału Polonistyki uj; Autorka książki Kobiety na drodze. Doświadczenie przestrzeni publicznej w literaturze przełomu XIX i XX wieku. Przygotowywana rozprawa doktorska dotyczy afektów w literaturze i teorii nowoczesnej.

32 L. Johnson, As Housewives We Are Worms, „Cultural Studies”, 1996 tom 10 (3), cyt. za: D. Morley, Przestrzenie domu…, s. 82. 33 M. de Certeau, Chodzenie po mieście, [w:] Wynaleźć codzienność. Sztuki działania, przeł. K. Thiel-Jańczuk, Kraków 2008.

56


bibliografia:

Attfield J. Banham R. Barthes R. Barthes R.

Benjamin W. Bourdieu P. Certeau de M. Dauksza A. Dauksza A. Freud S. Haar S., Reed C. Hillis Miller J. Johnson L. Joplin P.K. Juranville A. Kłosińska K. 57

Inside Pram Town: A Case Study of Harlow House Interiors 1951–1961, London 1989. Theory and Design in the First Machine Age, London 1960. Przyjemność tekstu, przeł. A. Lewańska, Warszawa 1997. Wstęp do analizy strukturalnej opowiadania, przeł. W. Błońska, [w:] Studia z teorii literatury. Archiwum przekładów „Pamiętnika Literackiego”, pod red. M. Głowińskiego, H. Markiewicza, Wrocław 1977. Anioł historii, eseje, szkice, fragmenty, przeł. H. Orłowski, Poznań 1996. Męska dominacja, przeł. L. Kopciewicz, Warszawa 2004. Chodzenie po mieście, [w:] Wynaleźć codzienność. Sztuki działania, przeł. K. ThielJańczuk, Kraków 2008. Klientki pierwszych domów towarowych. O potencjale emancypacyjnym kobiecego konsumpcjonizmu, [w:] „Teksty Drugie” 2013, nr 4. Kobiety na drodze. Doświadczenie przestrzeni publicznej w literaturze przełomu XIX i XX wieku, Kraków 2013. Wykłady ze wstępu do psychoanalizy. Nowy cykl, przeł. P. Dybel, oprac. R. Reszke, Warszawa 1995. Not at Home: Suppression of Domesticity in Modern Art and Architecture, Londyn 1996. Ariachne`s Broken Woof, „Georgia Review” 1977, nr 31. As Housewives We Are Worms, „Cultural Studies”, 1996 tom 10 (3). The Voice of the Shuttle Is Ours, „Stanford Literature Review” 1984, t. 1, nr 1. La femme et la mélancolie, Paris 1993. Ciało, pożądanie, ubranie. O wczesnych powieściach Gabrieli Zapolskiej, Kraków 1999.


Loos A. Miller N.K. Morley D. Nałkowska Z. Ordyńska Z. Podraza-Kwiatkowska M. Pongs H. Putnam T. Szczuka K. Tytkowska A.

Wolff M. Zapolska G. Zapolska G.

Ornament and Crime, Wien 1930. Arachnologie: kobieta, tekst i krytyka, przeł. K. Kłosińska, K. Kłosiński, [w:] Teorie literatury XX wieku, pod red. A. Burzyńskiej i M. P. Markowskiego, Kraków 2007. Przestrzenie domu. Media, mobilność i tożsamość, przeł. J. Mach, Warszawa 2011. Dzienniki 1899–1905, Tom I, Warszawa 1975. To już prawie sto lat… Pamiętnik aktorki, Wrocław–Warszawa –Kraków 1970. Wolność i transcendencja. Studia i eseje o Młodej Polsce, Kraków 2001. O kulturze mieszczańskiej biedermeieru (klasyka mieszczańska), przeł. M. Antkowiak, [w:] Spory o biedermeier, oprac. J. Kubiak, Poznań 2006. Introduction, [w:] Household Choices, pod red. T. Putnama, London 1990. Prządki, tkaczki, pająki, „Biuletyn ośki” 1999, nr 3 (8). O modernistycznej demonizacji miłości i kobiecości, [w:] Kobieta i rewolucja obyczajowa. Społeczno-kulturowe aspekty seksualności. Wiek XIX i XX, pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, Warszawa 2006. Zwyrodnienie kobiety współczesnej, Warszawa 1896. O czym się nawet myśleć nie chce, Kraków 1957. Publicystyka, t. III, Wrocław, Warszawa 1959.

58


Magdalena Kopeć

Czytelnia dla kobiet narodowo-żydowskich „Ruth”

Jak na większość rzeczy ważnych w moim życiu, także i na dokumenty dotyczące „Ruth” trafiłam całkiem przypadkowo, spędzając kolejną godzinę w Archiwum Narodowym w Krakowie, przeszukując setki teczek w poszukiwaniu interesujących mnie informacji. Z ogromną radością i nieskrywaną ekscytacją wyciągnęłam tom dotyczący „Ruth”. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym stowarzyszeniu, ale już po kilku minutach zdecydowałam, że porzucam temat, nad którym pracowałam do tej pory i postaram się zrobić wszystko, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o „Ruth”. Rozpoczynając swoje poszukiwania, nie spodziewałam się jednak, że będzie to tak ciężka praca, w większości przypadków kończąca się brakiem jakichkolwiek rezultatów. Kraków przełomu XIX i XX wieku pełen był nowych prądów, fermentu twórczego i intelektualnego, nowych ideologii i ruchów wyzwoleńczych. Przemiany i reformy edukacyjne, mające miejsce w XIX i XX wieku, nie ominęły społeczności żydowskiej, której znaczna część zaczęła ulegać haskali1. Skutkowało to postępującą liberalizacją podejścia do edukacji Żydówek. Przewartościowaniu zaczął ulegać schemat, określający tradycyjny podział ról. Co najważniejsze, aktywność kobiet żydowskich zaczęła wykraczać poza 1

59

Haskala – „żydowskie oświecenie” termin odnoszący się do ruchu intelektualnego oraz kulturowego, zapoczątkowanego w Niemczech w XIX wieku, którego przedstawiciele i przedstawicielki opowiadali się za integracją ze społecznością nieżydowską, rozwojem nauk świeckich oraz emancypacją.


sferę domową, wnikając w publiczną. Tradycjonalizm judaizmu ortodoksyjnego sprawił, że wiele Żydówek uciekało w stronę zeświecczenia, asymilacji bądź konwersji. Żeby zatrzymać zjawisko, nazwane przez Rachel Manekin, znawczynię Żydów i Żydówek galicyjskich, straconą generacją, judaizm ortodoksyjny musiał zdecydować się na pewne ustępstwa i drobne reformy. Najlepszym przykładem jest postać Sary Szenirer oraz założona przez nią szkoła dla dziewcząt, Bejs Jakow. Oprócz umiejętności praktycznych, w szkołach Szenirer uczono także znajomości prawa żydowskiego oraz Tory. W programie znalazło się miejsce na naukę języka hebrajskiego, studiowanie Księgi Izajasza, wykłady dotyczące świąt żydowskich, liturgii, etyki oraz specjalnych zadań i obowiązków kobiet2. Rozwój edukacyjny z pewnością ośmielił Żydówki do wyjścia poza skostniałą hierarchię judaizmu ortodoksyjnego. Wspomniane już wcześniej załamanie dychotomii doprowadziło do wzrostu aktywności Żydówek w przestrzeni miejskiej. Zaowocowało to powstaniem licznych stowarzyszeń, zarówno dobroczynnych, jak i politycznych, ideologicznych. Jednym z takich stowarzyszeń kobiecych, bezpośrednio nawiązujących do ideologii syjonistycznej, była Czytelnia dla kobiet narodowo-żydowskich „Ruth”. Nie zachował się żaden dokument, potwierdzający dokładną datę powstania czytelni. Najprawdopodobniej był to rok 1898, gdyż taka właśnie data widnieje na znaczku pocztowym naklejonym na jedynej zachowanej oryginalnej wersji statutu stowarzyszenia3. Niewiele opracowań wzmiankuje o „Ruth”. Jeżeli się to zdarza, to temat potraktowany jest raczej anegdotycznie, jako ciekawostka. W większości przypadków podana jest także błędna data powstania utworzenia czytelni. Badaczki czytelnictwa żydowskiego sytuują datę powstania „Ruth” w okresie międzywojennym. Jak wynika jednak z dokumentów archiwalnych, Czytelnia powstała znacznie wcześniej.

2 J. Fabijańczuk, Matka Izraela. Sara Schenirer, [w:] Krakowski Szlak Kobiet Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. E. Furgał, wyd. Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, s. 108–110. 3 ANKr, sygn. StGKr 246, k 461.

60


Nie wiadomo też, czyją inicjatywą było stworzenie Czytelni. Pod statutem podpisane są między innymi Antonina Silberfeld, Salomea Bester i Franciszka Glasseheit. Głównym celem czytelni było, według wspomnianego już statutu, krzewienie ducha narodowo-żydowskiego, bez względu na obowiązujące tendencje polityczne, budzenie życia towarzyskiego oraz pogłębienie ogólnego poziomu wykształcenia. Cele te czytelnia chciała osiągnąć poprzez wykłady z dziedziny historii i literatury żydowskiej oraz nauczanie języka hebrajskiego, co jasno sugeruje, że jednak „obowiązujące tendencje polityczne” odgrywały istotną rolę. Czytelnia była organizacją o orientacji syjonistycznej. Nacisk na język hebrajski, oprócz znaczenia politycznego, miał także wydźwięk symboliczny. Do tej pory hebrajski był językiem przeznaczonym dla mężczyzn studiujących Torę. Jak zauważa Bejnamin Harshav, badacz literatury żydowskiej, Święty język (język hebrajski, przyp.aut.) należał do męskiego świata. (…) Książki jidysz adresowano do kobiet, choć mężczyźni też je czytali. Jidysz był językiem domostwa, wydarzeń rodzinnych, intymności. Określony został jako mame – loszn, ze wszystkimi możliwymi konotacjami – negatywnymi i pozytywnymi – które implikuje to przyporządkowanie. Podziały języka na idiolekty społeczne i zawodowe są zjawiskiem powszechnym; ale tutaj dwa odmiennie zbalansowane idiolekty – świat nauki oraz świat domu i handlu – spotykają się na gruncie jednej rodzin4.

Ponadto, czytelnia organizowała także odczyty naukowe, dyskusje i pogadanki. Niestety, zachowało się jedynie parę programów takich spotkań. Ważnym punktem w statucie jest obowiązek utrzymywania biblioteki, zawartych w niej księgozbiorów oraz czasopism, a także obchody uroczystości pamiątkowych i zebrania towarzyskie. Członkinią Czytelni mogła być jedynie kobieta żydowska. Statut wyróżnia kilka rodzajów członkostwa: zwyczajne, wspierające, założycielskie i honorowe. Zwyczajnymi członkiniami zostać mogły tylko i wyłącznie panny żydowskie, wspierającymi panie żydowskie bądź członkinie zwyczajne od czasu 4

61

B. Hershav, The meaning of Yiddish, cyt. za: Nieme dusze? Kobiety w kulturze jidysz, pod red. J. Lisek, Wrocław 2010, s. 9.


zamążpójścia, o ile nadal działają aktywnie w Czytelni. Układając statut, prawdopodobnie kierowano się założeniem, że kobiety niezamężne znajdą więcej czasu i będą mogły poświęcić się Czytelni z większym zaangażowaniem. Założycielkami zostawały osoby, które składały znaczący datek na działalność Czytelni w wysokości co najmniej 25 koron. Członkiniami honorowymi zostają kobiety uznane przez Walne Zgromadzenie, które przysłużyły się rozwojowi Czytelni bądź narodu żydowskiego. O przyznaniu kobiecie ubiegającej się o status członkini tego tytułu decyduje Wydział bądź Walne Zgromadzenie podczas zebrania. Każda grupa członkiń posiadała określone prawa oraz obowiązki, wynikające z przynależności do wspólnoty. Do praw członkiń zwyczajnych należały: możliwość uczęszczania do siedziby Czytelni oraz korzystanie z księgozbioru Czytelni, a także prawo do wygłaszania przemów, wniosków oraz wnoszenia interpelacji, prawo czynnego i biernego wyboru do Wydziału i Komisji Kontrolującej. Członkinie zwyczajne miały także obowiązki, do których należały: stosowanie się do przepisów statutu oraz przestrzeganie regulaminów ogłoszonych przez Wydział, wnoszenie opłaty wpisowej, wynoszącej co najmniej 1 koronę oraz opłaty miesięcznej – minimum 60 halerzy. Na członkinie zwyczajne został narzucony także obowiązek dbania o dobre imię i sławę Czytelni, w przypadku wystąpienia konfliktu – wyznaczenia swojego arbitra i bezwzględnego poddania się wyrokowi sądu rozjemczego, oraz obowiązek przyjęcia i sprawowania w sposób regulaminowy funkcji arbitralnych. Pierwszą siedzibą Czytelni było mieszkanie w kamienicy przy ulicy Brzozowej 14. Taki adres istnieje na dokumentach, informujących dyrekcję policji o wszelkich zebraniach i zmianach na szczeblach kierowniczych Czytelni. Regulacje austriackie, nakazujące wysyłanie takich raportów, okazały się więc bardzo przydatne. Dzięki temu wiemy na przykład, że czternastego listopada 1911 roku o godzinie dziewiętnastej odbyło się zebranie, na którym wybrano nowy zarząd. W jego skład weszły: prezesowa Róża Feldblum, zamieszkała przy ulicy Dietla 61. Sekretarką została Julia Suessmann ze Starowiślnej 45, gospodynią – Franciszka Goldlust, a czasopiśmienną Róża Donner.

62


Bardzo interesująca jest informacja na temat istnienia funkcji czasopiśmiennej. W teczce z dokumentami dotyczącymi Czytelni znalazłam stronę, będącą spisem treści „Żywej Gazetki Ruth” – czasopisma wydawanego przez członkinie Czytelni5. Niestety, wspomniana strona tytułowa jest jedynym śladem, który został po gazecie. Dzięki niej zobaczyć można, jak wyglądał jeden z numerów. Oprócz przedstawienia celów i zadań dziennika, przeglądu politycznego, w numerze można było znaleźć też felieton „O emancypacji kobiet”, „Odę miłosną – wiersz humorystyczny”, kronikę, listy z Palestyny oraz „Przygody kuracjusza w Zawoju”. Nie wiadomo, w ilu egzemplarzach ukazała się gazeta. Wiadomo jednak, że dwudziestego czwartego maja 1911 roku w hotelu przy ulicy świętej Gertrudy odbyło się spotkanie promocyjne gazety. Pomimo wszelkich starań, próby odnalezienia jakiejkolwiek kopii Żywej Gazetki zakończyły się niepowodzeniem. Siłą rzeczy jednak nasuwają się skojarzenia z „Nowym Słowem”. „Żywa Gazetka Ruth” z pewnością miała mniejszy nakład, objętość i grono odbiorczyń, jednak sądząc po jedynej zachowanej stronie ze spisem treści, można wywnioskować, że profil obu czasopism był bardzo podobny. Czytelnia najprawdopodobniej zawiesiła swoją działalność w podczas pierwszej wojny światowej. Nie wiadomo, kiedy wznowiono działalność. W 1926 roku Franka Siegmanówna, jako członkini zarządu, wystosowała pismo do generalnej policji, w którym zwraca się z prośbą o udostępnienie Czytelni ich statutu, który zaginął przez wypadki wojenne, ewakuację, utratę lokalu. Wiadomo też, że tymczasowym lokalem Czytelni było wtedy mieszkanie przy ulicy Zielonej 17, gdzie tegoż samego roku dokonano zmiany w zarządzie. Nową prezeską została Ida Jassenowa, zastępczynią Lola Trellelówna, dwiema sekretarkami Erna Barberówna i Gusta Cypesówna, skarbniczką Salomea Leidnerówna, bibliotekarką Róża Gawryłowiczówna, gospodynią lokalu Róża Kolinówna, zawiadowczynią gazet Amalia Johannesówna, a jej zastępczyniami Róża Pemperówna i Saba Kraemerówna. W skład Komisji Kontrolującej weszła była prezeska, Róża Feldblumówna, Julia Brennerowa i Salomea Hoffstaeterowna. Wyraźnie widać powiększenie zarządu, co może świadczyć o rozwoju Czytelni i jej popularności wśród Żydówek. 5 ANKr, sygn. StGKr 246,b.p.

63


Czytelnia organizowała również spotkania i wykłady. Z pewnością odbywały się one cyklicznie, jednak nie wiadomo, z jaką częstotliwością. W styczniu 1912 roku, przy ulicy Starowiślnej 29 odbył się wieczór literacki (z wyraźną adnotacją, że wstęp mają tylko członkinie oraz zaproszeni goście) doktora Ignacego Schippera o Icchaku Lejbuszu Perecu – „Żywot Pereca i jego dzieła”. W marcu 1913 roku odbył się z kolei odczyt dr Hecker o „Felietonach dra Herzla”. Spotkanie miało miejsce w lokalu przy ulicy Miodowej 13. Widać więc wyraźnie, że Czytelnia oscylowała wokół literatury oraz krzewiła ducha syjonizmu wśród Żydów i Żydówek Krakowa. Część członkiń „Ruth” związana była także z innymi syjonistycznymi organizacjami kobiecymi, jak na przykład z wizo – Women’s International Zionist Organization czy ze Zrzeszeniem Kobiet Żydowskich dla Popierania Pracy Kobiecej w Palestynie, którego jedną ze współzałożycielek była Mala Suesskindowa, związana bezpośrednio z „Ruth”. Zastanawiające jest jednak to, że nie widać nawet śladu współpracy między „Ruth” a krakowską Czytelnią dla kobiet. „Ruth” swoją działalność zaczęła mniej więcej w tym samym czasie, co Czytelnia dla kobiet, prowadzona przez Marię Siedlecką i Kazimierę Bujwidową. Zastanawiać się można, co było tego powodem. Czy nie istniało porozumienie między czytelniami? Jeśli tak, to z jakich przyczyn? Czy może krakowskie emancypantki nie słyszały o „Ruth”? Czy w XIX i XX-wiecznym Krakowie jest to jednak możliwe? Środowisko emancypacyjne nie było wówczas szczególnie liczne, więc zakładać można, że większość działaczek znała się. Co więcej, członkinie „Ruth” bardzo często wychodziły poza Kazimierz, organizując spotkania w budynkach znajdujących się na Rynku Głównym lub w hotelu przy ulicy Gertrudy. Jak to możliwe, że w żadnym z artykułów nie jest wspomniana jakakolwiek inicjatywa, która została przedsięwzięta przez Żydówki? Czy przyczyną tego jest silny separatyzm żydowski, który cechował znaczną część społeczności żydowskiej, zamieszkującej Kazimierz? Czy to może członkinie Czytelni dla kobiet nie interesowały się inicjatywami żydowskimi? A może jednak obie czytelnie wiedziały o swoim istnieniu, jednak nie było to dla nich na tyle istotne, żeby wspominać o tym w pismach czy dokumentach? A może wspomniały, tylko dokumenty te zostały zgubione, zniszczone, znajdują się w prywatnych domach osób, których babki walczyły o emancypację krakowianek? 64


Nie wiadomo, kiedy czytelnia zakończyła swoją działalność. Na teczce, w której mieszczą się dokumenty archiwalne, widnieje data końcowa – 1938 rok. Jest to bardzo prawdopodobne – atmosfera w Krakowie na rok przed wybuchem II wojny światowej była już przesycona grozą i lękiem o nadchodzące dni. Niestety, pomimo ogromnej wartości dokumentów, które pozostały, jest ich bardzo niewiele. Na ich podstawie zbudować można szczątkową narrację o „Ruth”. Nie można jednak opowiedzieć o jej założycielkach i zwykłych członkiniach. Nie znamy opowieści o nich, o ich życiu codziennym, o tym co stało się z nimi po rozwiązaniu czytelni. Większość z nich z pewnością zginęła w czasie drugiej wojny światowej, w Płaszowie, Auschwitz, Bełżcu czy na ulicach Kazimierza. Niektórym może udało się uciec do Palestyny. Część może przekazała swoją historię dalej, dzieciom, przyjaciołom i przyjaciółkom. Być może gdzieś w piwnicy przy ulicy Brzozowej 14 znajdują się jeszcze egzemplarze „Żywej Gazetki Ruth”, które zachowały się mimo remontu i stworzenia tam galerii sztuki. Pamięć o „Ruth” prawie w ogóle nie istnieje, a na pewno na nią zasługuje. Magdalena Kopeć

65

Judaistka, europeistka. Interesuje się Holokaustem, rolą kobiet, odegraną wewnątrz struktury administracyjnej III Rzeszy, nadzorczyniami obozowymi, pominiętymi ofiarami Zagłady, kinem skandynawskim. W wolnych chwilach ogląda seriale, dużo czyta i słucha The Smiths. Kocha koty, Łódź i Podgórze.



Dobrochna Kałwa

Historia kobiet – kilka uwag metodologicznych

Historia kobiet jest dziedziną badań posiadającą już trwałe miejsce w historiografii. Jej bogaty dorobek, tak merytoryczny, jak i metodologiczny jest jednak w zbyt małym stopniu obecny w dominujących nurtach badawczych, by mieć wpływ na ich kształt i dalszy rozwój, a tym bardziej doprowadzić do paradygmatycznej zmiany dyscypliny. Sformułowany przez badaczki/badaczy kilka dekad temu postulat uobecnienia w historii niewidocznych dotąd kobiet jest daleki od realizacji1. Nic dziwnego, skoro ciągle tylko nieliczni historycy/historyczki2, rzadko zresztą pojawiający się poza kontekstem problematyki bezpośrednio związanej z historią kobiet i historii gender, sięgają po kategorię płci kulturowej (gender) jako narzędzie historycznej analizy. Większość historyków/historyczek natomiast zachowuje wobec teorii gender i badań historii kobiet ostrożny dystans, jeśli nie otwarty krytycyzm. Na S. Kuźma-Markowska, Why There Is No Gender History in Poland, „Dialogue & Universalism” 2010, nr 5–6, s. 9–18; zob. też: M. Perrot, Moja historia kobiet, Warszawa 2009, s. 13; G. Riley, The Future of Western Women’s History, „Historian” 2004, nr 3, s. 543–544; Becoming Visible. Women in European History, pod red. R. Bridenthal, C. Coonz, Boston 1976. 2 Niniejszy tekst jest także próbą gry z praktyką językową dyskursu naukowego. Używam zatem świadomie konstrukcji podwójnego rodzaju gramatycznego (historycy/ historyczki, badaczki/badacze itp.), by uobecnić kategorię płci, która jest w moim przekonaniu istotna nie tylko w odniesieniu do przedmiotu (historia kobiet, historia gender), ale także do podmiotu badań. Kolejność gramatycznych rodzajów stosowana w zależności od kontekstu, ma na celu uwypuklić zjawisko maskulinizacji nauk historycznych i feminizacji historii kobiet czy studiów gender. 1

67


status historii kobiet wpływa również fakt, że przedstawicielki/przedstawiciele studiów gender krytycznie odnoszą się do środowiska historyczek/ historyków, zredukowanych w większości do roli użytecznych faktografów, a nie równoprawnych uczestników dyskursu naukowego i transdyscyplinarnej interpretacji przeszłości kobiet (i mężczyzn). Analiza relacji i wzajemnych oddziaływań historii i humanistyki jest o tyle istotna, że polskie badania nad przeszłością kobiet rozwijają się w ramach dwóch odrębnych nurtów, które można określić roboczo jako klasyczną historiografię akademicką i feministyczną humanistykę historyczną. Przeszłość przestała być (o ile kiedykolwiek była) wyłączną domeną badań prowadzonych przez historyków/historyczki i jest obecnie przedmiotem rosnącego zainteresowania i naukowej eksploracji ze strony postnowoczesnej, nomadycznej3 w swej istocie humanistyki. Jednocześnie historycy/historyczki również rozszerzają pole zainteresowań, biorąc tym samym udział w międzydyscyplinarnym dialogu4. Różnice i nieporozumienia utrudniające interdyscyplinarny dialog mają swoje źródło zarówno w praktyce badawczej, jak i poprzedzającej ją refleksji teoretycznej. W przypadku praktyki badawczej rzecz dotyczy m.in. sposobu problematyzacji badanych zjawisk, charakteru warsztatu badawczego (stosowanych narzędzi analizy), poziomu refleksji źródłoznawczej oraz last but not least kontekstualizacji badanych zjawisk historycznych. Druga kwestia dotyczy stosunku do teorii feministycznej, która niewątpliwie przyczyniła się do powstania, charakteru i dróg rozwoju współczesnych badań nad przeszłością kobiet. To właśnie ideologiczne ramy interpretacyjne zjawisk historycznych, z krytyką patriarchatu i dyskryminacją ze względu 3 Do cech charakterystycznych dla interdyscyplinarnego nomadyzmu Rosi Braidotti zaliczyła m.in. metodologiczny bricolage, w ramach którego metody i narzędzia pożyczone i pozbawione pierwotnego kontekstu rodzimej dyscypliny są używane na nowy, odmienny sposób; strategię narracyjną polegającą na mieszaniu konwencji wypowiedzi naukowej, literackiej i potocznej; wreszcie praktykę przywoływania cytatów dającą efekt decentralizacji podmiotu poznającego/piszącego. R. Braidotti, Poprzez nomadyzm, „Teksty Drugie” 2007, nr 6, s. 124–125. 4 L. Jordanova, History in Practice, London 2000; J. Kowalewski, Idea tożsamości a porządek dyscyplinarny historiografii, [w:] Granice dyscyplinarne w humanistyce, pod red. J. Kowalewskiego, W. Piaska, M. Śliwy, Olsztyn 2006, s. 123–144.

68


na płeć na czele, są przedmiotem krytyki ze strony historyków kwestionujących czy wręcz negujących sens prowadzenia badań nad historią kobiet i historią gender. Dla badaczy/badaczek należących do akademickiego środowiska historycznego, ideologiczny wymiar historii kobiet jest z pewnością kłopotliwym balastem, ponieważ krytycy historii kobiet chętnie odwołują się do mitycznego feminizmu, widząc w nim źródło sprzeniewierzenia się zasadom poznania naukowego, świadomej manipulacji wynikami badań, podporządkowania prawdy historycznej celom politycznym5. Trudno zaprzeczyć związkom historii kobiet i feminizmu6. Przywoływane przez krytyków argumenty świadczą jednakże nie tyle o niechęci do ideologizacji nauki, ale o tym, że polski dorobek historii kobiet jest słabo znany poza kręgiem jej badaczek/badaczy, uświadamiają również, jak niewielka jest recepcja teoretycznych i metodologicznych koncepcji oferowanych przez współczesną humanistykę, które mogłyby stanowić punkt wyjścia do pogłębionej debaty nad rolą i statusem historii kobiet w ramach nauk historycznych. Podziały i rozdźwięki pojawiające się w kontekście historii kobiet mają szerszy zasięg i dotyczą w istocie miejsca i wzajemnych relacji między historią i humanistyką, współtworzących współczesny dyskurs o przeszłości. Obecnie, 5 Z zarzutem subiektywizmu i ideologicznej manipulacji spotykają się przede wszystkim historyczki, którym ze względu na przedmiot badań – historię kobiet – przypisuje się poglądy feministyczne i subiektywizm wynikający z niemożności uwolnienia się od perspektywy wyznaczonej przez płeć. Z podobną sytuacją utożsamienia przedmiotu i podmiotu badań mamy również do czynienia w wypadku historii i studiów poświęconych historii homoseksualności. Pogląd o niemożności transcendencji wobec przedmiotu badań jest stosowany selektywnie, jedynie wobec historyczek kobiet i badaczy queer, postrzeganych w heteronormatywnym dyskursie poprzez kategorię Innego. 6 Więcej na ten temat zob. M. Solarska, S/przeciw-historia. Wymiar krytyczny historii kobiet, Bydgoszcz 2011; taż, Czy historia kobiet jest możliwa, [w:] Czy przeszłość powinna być inna? Studia z teorii i historii historiografii, pod red. M. Bugajewskiego, Poznań 2008, s. 33–48; M. Solarska, M. Bugajewski, Współczesna francuska historia kobiet. Dokonania – perspektywy – krytyka, Bydgoszcz 2009; D. Kałwa, Ze studiów nad historią kobiet w XIX wieku. Metodologia, stan badań, „Historyka” t. XXVII: 1997, s. 119–124.

69


obok akademickiego pisarstwa historycznego, którego status opiera się na przestrzeganiu przez środowisko kryteriów i konwencji naukowego poznania (m.in. centralna pozycja faktu historycznego, zasada obiektywizmu, possibilizm poznawczy, zasady warsztatu historycznego) istnieje alternatywne pisarstwo insurekcyjne, które: hołduje subiektywizmowi, w narracji łamie porządek przyczynowo-skutkowy i podejrzliwie traktuje kryterium prawdy, eksperymentuje ze sposobami przedstawiania i stosuje różne media przekazu, wśród których teksty pisane stanowią jedynie pewną możliwość. Historia ta chętnie odnosi się do emocji, empatii i szczerości, które wykorzystywane są nie tylko jako narzędzie metodologiczne, lecz także sygnalizują lokalizację autora/autorki narracji, często traktującego pisarstwo historyczne jako pole walki ideologicznej z różnymi formami ucisku. Charakterystyczne jest także to, że jej twórcy mają zacięcie teoretyczne i często łączą doskonały warsztat badawczy z bardzo dobrą znajomością teorii i metodologii7. Feministyczna historia kobiet z jej krytyką współczesnych mechanizmów dyskryminacyjnych i dostrzeganiem politycznego znaczenia badań nad przeszłością wpisuje się właśnie w ów szerszy i wielonurtowy projekt historiografii insurekcyjnej. W polskich badaniach reprezentują ją przede wszystkim badaczki/badacze studiów gender, szukający w przeszłości przede wszystkim wyjaśnienia przyczyn współczesnej dyskryminacji kobiet i opresywnego, (hetero)normatywnego porządku płci. Natomiast historyczki/historycy zajmujący się historią kobiet nie wykraczają poza epistemologiczne ramy historiografii klasycznej i jej reguły badania przeszłości. Te dwa środowiska prowadzą badania niezależnie od siebie, według odmiennych paradygmatów i w innym dyskursie naukowym, co znajduje odzwierciedlenie w równoległym rozwoju dwóch nurtów, klasycznej (akademickiej) i feministycznej (insurekcyjnej) historii kobiet. Przepływ wiedzy między nurtami – jeśli w ogóle ma miejsce – jest w zasadzie jednokierunkowy i w dodatku instrumentalnie selektywny. Feministyczne badaczki wykorzystują dorobek historiografii akademickiej w dwojaki sposób, a mianowicie wykorzystując ją do uzyskania wiedzy o faktach historycznych i źródłach archiwalnych, które stają się 7

E. Domańska, Historie niekonwencjonalne. Refleksja o przeszłości w nowej humanistyce, Poznań 2006, s. 55.

70


przedmiotem autonomicznej interpretacji, natomiast w nikłym stopniu (jeśli w ogóle) czerpią w niej wiedzę o warsztacie i teoretycznych ramach badań historycznych8. Warto wspomnieć o trzeciej grupie zajmującej się w Polsce historią kobiet: to znajdujący się w liminalnym „pomiędzy” historią a humanistyką badaczki/badacze metodologii i teorii historii, których postulaty i refleksje pozostają, jak dotąd, bez większego wpływu na praktykę badawczą. Jeżeli jednak wierzyć w Turnerowską tezę o kulturotwórczym potencjale liminalnego communitas, to właśnie metodologiczna refleksja stworzy ramy dla przyszłych zmian w obrębie obu nurtów badań nad przeszłością i międzydyscyplinarnego dialogu. W przekonaniu wielu badaczek nurtu feministycznego historia jest pojęciem oczywistym i jednoznacznym. Historyczki/historycy ze swojej strony nie dostrzegają problematyczności esencjonalnego zdefiniowania przedmiotu badań. W nurcie klasycznym kobiety traktowane są jako „grupa naturalna”. Oznacza to, że historyczna odmienność czy odrębność kobiet jest prymarnie pochodną płci biologicznej i związanych z nią funkcji reprodukcyjnych, które z kolei są „odpowiedzialne” za ukształtowanie uniwersalnego zespołu cech określanych mianem „natury kobiecej”9. W tym ujęciu płeć (natura płci) z założenia nie ulega zmianie, a więc nie jest przedmiotem analizy historycznej, ale stanowi eksplanans stosowany, niekoniecznie świadomie, do wyjaśniania takich zjawisk, jak role społeczne, status, normy zachowań, czy motywacje jednostkowe. To myślenie o płci w kategoriach determinizmu biologicznego nie pozostaje bez wpływu na praktykę badawczą klasycznej historii kobiet, która koncentruje się na rekonstrukcji faktograficznej przeszłości kobiet, 8 Taka zredukowana konceptualizacja badań historycznych prowadzić może do daleko istotniejszych nieporozumień dotyczących kwestii epistemologicznych i metodologicznych, wynikających m.in. z niwelowania różnicy między historią i historiografią poprzez niwelowanie różnicy między dwoma aspektami historii – res gestae i rerum gestarum, żródłami historycznymi i historiografią, oraz między dyskursem i rzeczywistością historyczną. W tym sensie, złożonej refleksji krytycznej na temat historii/przeszłości towarzyszy refleksja prosta na temat badań historycznych i jej efektów (historiografii). Na temat refleksji prostej i krytycznej zob. K. Zamorski, Dziwna rzeczywistość. Wprowadzenie do ontologii historii, Kraków 2008, s. 101 i nast. 9 M. Solarska, Czy historia kobiet jest możliwa, [w:] Czy przeszłość powinna być inna? Studia z teorii i historii historiografii, pod red. M. Bugajewskiego, Poznań 2008, s. 38–39.

71


poszukiwaniu nowych i ponownej lekturze znanych już źródeł oraz wpisaniu uzyskanej wiedzy w ramy klasycznej historiografii. Kompensacyjny charakter badań nie pozostawia wątpliwości, skoro ich celem jest poszerzenie wiedzy historycznej o wątki nieobecne lub zmarginalizowane w historiografii10. Z tego też względu do głównych obszarów zainteresowań badawczych należą: biografistyka, zakorzenione w historii społecznej badania nad edukacją, aktywnością zawodową, działalnością społeczną, religijną czy kulturalną kobiet, historia rodziny oraz dzieje emancypacji ujęte w ramy historii politycznej. Klasyczna historia kobiet poszerza (albo też: chce poszerzać) zatem nasz stan wiedzy o przeszłości, ale nie dąży do zakwestionowania dotychczasowych ustaleń czy interpretacji. Badania nurtu klasycznego cechuje również swoista ortodoksja metodologiczna, polegająca na przestrzeganiu standardów warsztatowych, wyraźnym dystansowaniu się wobec teorii feminizmu i rezygnacji z metodologicznej innowacyjności. Dzięki temu wyniki prowadzonych badań są weryfikowalne zgodnie z regułami obowiązującymi w ramach paradygmatów klasycznej historiografii i – jako takie – poszerzają zakres wiedzy o przeszłości. Akceptacja kryteriów naukowości klasycznej historiografii nie przyniosła oczekiwanego włączenia dorobku historii kobiet do szerszego obiegu naukowego i wprowadzenia do warsztatu pytania o zróżnicowanie ze względu na płeć badanych zjawisk. Mimo przestrzegania zasad obiektywizmu (czyli w tym wypadku dystansu wobec koncepcji historii zaangażowanej ideologicznie) i „poprawności metodologicznej” historia kobiet nie tylko nie uwolniła się od „feministycznego stygmatu”, ale, co więcej, nie dostarczyła przekonujących argumentów na rzecz tezy o korzyściach poznawczych związanych z uwzględnieniem w analizie historycznej zróżnicowania ze względu na płeć. Dorobek dyscypliny ograniczony do poszerzenia wiedzy faktograficznej nie kwestionuje i reprodukuje ustalenia i interpretacje oferowane przez dominujące nurty historiografii, nic dziwnego więc, że pozostaje bez wpływu na rozwój polskich badań historycznych. 10 M. Bobako, Powrót kobiet do historii – niedokończony projekt, „Biblioteka Online Think Tanku Feministycznego” 2009, http://www.ekologiaisztuka.pl/pdf/f0083bobako.pdf [dostęp 27.04.2011].

72


Problemy związane z ograniczoną percepcją tematyki kobiecej w głównych nurtach historiograficznych oraz kłopoty z interdyscyplinarną wymianą doświadczeń badawczych między klasyczną i feministyczną historią kobiet są najprawdopodobniej nieuchronnym etapem rozwoju dyscypliny, skoro zachodnie badaczki/badacze również borykali się z tymi problemami kilka dekad wcześniej. Punktem zwrotnym okazało się wtedy dostrzeżenie potencjału narzędzi analitycznych powstałych w efekcie teoretycznej refleksji feminizmu. Kluczowym narzędziem była kategoria płci kulturowej (rodzaju, gender11), która opiera się na założeniu, że również „natura płci” jest społecznym konstruktem ukształtowanym w wyniku historycznych mechanizmów władzy-wiedzy, w efekcie których doszło do przypisania biologicznemu wymiarowi (a zwłaszcza funkcjom prokreacyjnym) zespołu cech psychicznych, ról społecznych i wzorców kulturowych określanych mianem „kobiecości” i „męskości”, składających się na porządek płci. Rozdzielenie płci kulturowej (gender) od płci biologicznej (sex) pozwalało w końcu na rozwiązanie problemów wynikających z esencjonalizmu historii kobiet12. Co istotniejsze, kategoria płci kulturowej otwierała przed historykami/historyczkami kobiet nowe możliwości i perspektywy, wcześniej nie tyle pomijane, co rzadko dostrzegane. Przede wszystkim poszerzony został repertuar pytań badawczych, wśród których najważniejsze wydają się następujące kwestie: – historyczny wymiar pojęcia „kobiety” (i „mężczyzny”), ewolucji znaczeń i charakteru przypisywanych „naturze” płci (biologicznej); – tworzenie oraz przekształcanie wzorców kulturowych płci, porządku normatywnego oraz ról kobiecych (i męskich); 11 W polskim pisarstwie termin angielski (gender) jest tłumaczony jako płeć społeczna, płeć kulturowa i rodzaj. Dyskusje nad translacją tego terminu nie przyniosły rozstrzygających rozwiązań, w związku z czym funkcjonują one równlegle. Na temat problemów z pojęciem gender w krajach Europy Środkowo-Wschodniej zob. A. Pető, The Future of Women’s History. Writing Women’s History in Eastern Europe: Towards „Terra Cognita”?, „Journal of Women’s History” 2004, nr 4, s. 175–176. 12 Płeć biologiczna w dalszym ciągu odgrywa istotną rolę w badaniach, także historycznych, tyle że jej zastosowanie zostało znacząco ograniczone do opisu zróżnicowania ze względu na płeć wszelkiego rodzaju struktur i zjawisk społecznych, natomiast utraciła status eksplanansu tegoż zróżnicowania.

73


– społeczne, kulturowe i polityczne mechanizmy tworzenia, utrwalania i zmiany statusu kobiet (i mężczyzn); – rola porządku płci w procesie kształtowania tożsamości (jednostkowej i zbiorowej), mentalności, praktyki społecznej, politycznej etc. – rola porządku płci jako metafory opisującej otaczającą rzeczywistość historyczną. Jak widać z powyższego zestawienia, które nie wyczerpuje, a jedynie sygnalizuje katalog pytań i kierunki rozwoju dyscypliny, kategoria płci kulturowej ma zastosowanie nie tylko w badaniach nad historią kobiet, ale jest narzędziem przydatnym także poza jej obszarem. To właśnie na ten aspekt – możliwości zaistnienia poza gettem historii kobiet, jaką stwarza potencjał analizy gender – zwróciła uwagę Joan W. Scott w przełomowym i dzisiaj już historycznym artykule Gender: a Useful Category of Historical Analysis13. Wychodząc od klasycznego i ciągle powracającego pytania o przyczyny marginalizacji historii kobiet, pozbawionej wpływu na kierunki zmian w historiografii, Scott wskazywała, że przyczyn tego stanu rzeczy nie należy szukać wyłącznie w epistemologicznym i metodologicznym konserwatyzmie środowiska naukowego. Istotna jest również praktyka badawcza historyczek/historyków, którzy redukując zastosowanie kategorii płci kulturowej wyłącznie do kobiet, przyczynili się w ten sposób do upowszechnienia się tendencji, by utożsamiać historię kobiet i historię gender. Tymczasem – twierdziła Scott – gender ma zastosowanie nie tylko w historii kobiet i jest przydatnym narzędziem w badaniach każdego niemal zjawiska historycznego. Porządek płci należy bowiem do podstawowych metafor organizujących wiedzę człowieka o otaczającym świecie, legitymizujących hierarchie społeczne, kształtujących tożsamości zbiorowe czy porządek normatywny, jest także narzędziem perswazji, wykorzystywanym we wszelkiego rodzaju dyskursach i debatach. Poza tym, perspektywa gender oznacza również, że przedmiotem badań powinny być nie tylko kobiety, ale i mężczyźni; bez takiego poszerzenia obszaru badań interpretacje oferowane przez historię kobiet będą zawsze fragmentaryczne i niekompletne, zaś wnioski o mechanizmach dyskryminacyjnych niewiarygodne, bo oparte na apriorycznych, nieuzasadnionych źródłowo założeniach 13 J.W. Scott, Gender: a Useful Category of Historical Analysis, „American Historical Review” 1986, nr 5, s. 1053–1075.

74


na temat pozycji, ról i tożsamości mężczyzn. Artykuł Scott wywołał szeroką dyskusję w środowisku badaczek gender, z których część krytycznie odnosiła się zarówno do tezy o marginalizacji historii kobiet, jak i do postulatu włączenia jej do historiografii głównego nurtu14. Niemniej jednak propozycje badawcze Scott stały się ostatecznie przedmiotem szerszego zainteresowania ze strony szerszego grona historyków/historyczek (przede wszystkim przedstawicieli historii kulturowej i społecznej15), którzy dostrzegli potencjał kategorii płci kulturowej i zaczęli go wykorzystywać w badaniach wykraczających poza stosunkowo wąski obszar historii kobiet. Nie znaczy to, że ów proces włączania kategorii gender do warsztatu historycznego, a tym samym wprowadzania do szerszego obiegu dorobku historii kobiet odbył się bez trudności. Artykuł Scott spotkał się z krytyką zarówno ze strony tradycjonalistów, jak i części feministycznych badaczek, które propozycję rozszerzenia obszaru badań potraktowały jako zagrożenie dla projektu badania dziejów dyskryminacji i patriarchalnej opresji, będących w dalszym ciągu przedmiotem zainteresowania feministycznej historii kobiet16. Z ich perspektywy historia gender, nawet jeśli nie zrywała z feministycznymi korzeniami, to prowadziła do osłabienia politycznego znaczenia prowadzonych badań, utraty insurekcyjnego potencjału17. Zastrzeżenia te nie były bezpodstawne, przynajmniej z perspektywy zwolenniczek koncepcji „historii zaangażowanej”, ale znacznie istotniejsza dla rozwoju badań historii gender i historii kobiet była dyskusja nad kwestiami, jakie pojawiły się w praktyce badawczej. Najistotniejszą z nich była problematyczna tendencja do zastąpienia uniwersalizmu płci biologicznej nowym kulturowym uniwersalizmem, polegającym na traktowaniu płci kulturowej jako podstawowego, prymarnego czynnika różnicującego, przy jednoczesnym 14 Szerzej na temat sporów wokół kategorii gender zob. J. Boydston, Gender as a Question of Historical Analysis, „Gender & History” 2008, nr 3, s. 558–583; S. Kuźma, art. cyt. 15 P.S. Fass, Cultural History/Social History: Some Reflections on a Continuing Dialogue, „Journal of Social History” 2003 (Fall), s. 39–46. 16 J. Meyerowitz, A History of Gender, „American Historical Review” 2008, nr 5, s. 1346–1356. 17 Mamy tu do czynienia ze swoistym paradoksem, jeżeli wziąć pod uwagę polską recepcję terminu „historia kobiet” i „historia gender”, z których to ten drugi bardziej jest kojarzony z ideologią feministyczną.

75


marginalizowaniu znaczenia kategorii takich jak rasa, klasa, narodowość, konfesja dla badań nad historią kobiet i historią gender. Ten schematyzm interpretacyjny groził redukcjonizmem niwelującym złożoność hierarchii społecznych czy innych dystynkcji jako źródła konfliktów, napięć i zmiany. Uniwersalizm genderowy spotkał się z krytyką głównie ze strony badaczek/ badaczy mniejszości etnicznych i studiów postkolonialnych, w opinii których historia kobiet (i historia gender) koncentrowała się na dziejach kobiecych elit z euroatlantyckiego kręgu kulturowego, traktowanych jako reprezentatywne i uniwersalne. Ta perspektywa w kontekście politycznym legitymizowała mit solidaryzmu płci „ponad podziałami”, unieważniała wszelkie przejawy innych typów nierówności i marginalizowała badania sytuacji, gdy stroną dyskryminującą były przedstawicielki grup uprzywilejowanych. W dodatku, porządek płci traktowany przez zachodnią historiografię jako uniwersalny model dystynkcji wykluczał wszelkie odmienności kulturowe oparte na innych sposobach atrybucji płci biologicznej i jej funkcji społecznej, politycznej i ekonomicznej. Historyczki/historycy kobiet nie byli również zainteresowani badaniem nie tak znowu rzadkich przypadków, które odbiegały czy wręcz przeczyły założeniom koncepcji o dyskryminacji kobiet, prymarności płci dla struktur społecznych i dominujących interpretacji. W tym sensie historia kobiet i historia gender reprodukowały mechanizmy wykluczenia i marginalizacji, których krytyka była tak istotna dla powstania i kształtowania się dyscypliny. „Ślepotę na płeć” tradycyjnej historiografii zastąpił „daltonizm genderowy”, redukujący rzeczywistość historyczną do binarnego układu płci18. W efekcie toczących się dyskusji teoretycznych i wyników badań empirycznych, badaczki i badacze historii gender (i kobiet) zwrócili większą uwagę na inne kategorie stratyfikacji społecznej i politycznej (klasę, rasę, konfesję, status cywilny), pozwalające na ponowne zróżnicowanie społeczeństw

18 Lista wątpliwości i zarzutów wydłużała się wraz z rozwojem badań, które doprowadziły do zakwestionowania dychotomii biologii i kultury oraz heteronormatywnego schematu myślowego. Zob. J. Butler, Uwikłani w płeć: feminizm i polityka tożsamości, Warszawa 2008; K. Canning, Ciało jako metoda? Refleksje na temat miejsca ciała w historii gender, [w:] Teoria wiedzy o przeszłości na tle współczesnej humanistyki. Antologia, pod red. E. Domańskiej, Poznań 2010, s. 221–244.

76


zredukowanych do dychotomicznego układu kobiet i mężczyzn. Obiecującą strategią badawczą pozwalającą przezwyciężyć tendencje hegemoniczne okazała się komparatystyka transkulturowa i transnarodowa. W tym ujęciu dzieje elit kobiecych (przedmiot badań klasycznej historii kobiet), nie są już traktowane jako egzemplifikacja uniwersalnego wzorca, ale jako lokalne studium przypadku, które stanowi co najwyżej punkt odniesienia w analizach innych systemów kulturowych. W tym przypadku wartościowych propozycji metodologicznych dostarczają teorie postkolonialne, choć z racji swojej specyfiki stanowią one dla badaczek/badaczy instrument o ograniczonym zasięgu, do czego w dużym stopniu przyczynia się hermetyczność języka teoretyków postkolonializmu19. Przedmiotem badań historii kobiet (i gender) stał się również język, który po zwrocie lingwistycznym bezpowrotnie utracił status neutralnego narzędzia opisu rzeczywistości, czy to na poziomie źródeł, czy historiografii. Historyczki/historycy zwrócili uwagę na zakres znaczeniowy pojęć, strategie narracyjne źródeł, zmiany zachodzące w uzusach językowych, a nawet w gramatyce. Analizy tego typu wymagały stworzenia interdyscyplinarnego warsztatu badawczego, w którym pojawiły się nowe narzędzia zapożyczone z innych dyscyplin humanistyki, które stały się fundamentem semantyki historycznej20 i analizy dyskursu21. Uwrażliwienie na język prowadziło do ponownego powrotu do źródeł, które dostarczały wiedzy o swoistej „gramatyce płci” regulującej nie tylko użytkowanie języka, ale i pozajęzykowe praktyki,

19 G. Riley, The Future of Western Women’s History, „Historian” 2004, nr 3, s. 543–544. O teorii postkolonializmu zob. E. Domańska, Badania postkolonialne, [w:] L. Ghandi, Teoria postkolonialna: wprowadzenie krytyczne, Poznań 2008, s. 157–165. 20 U. Frevert, Mąż i niewiasta – niewiasta i mąż: o różnicach płci w czasach nowoczesnych, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 1997. 21 D. Kałwa, Kobieca seksualność w świetle teorii Michela Foucaulta. Spojrzenie na Polskę międzywojenną, [w:] Samotność i związki nieformalne w XIX i XX wieku, pod red. A. Żarnowskiej, A. Szwarca, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2006, s. 17–31; A. Kusiak-Brownstein, Płeć kulturowa, „doświadczenie” i wojna – kilka metodologicznych uwag o wykorzystaniu relacji wspomnieniowych, [w:] Kobieta i rewolucja obyczajowa. Społecznokulturowe aspekty seksualności. Wiek XIX i XX. Zbiór studiów, pod red. A. Żarnowskiej, A. Szwarca, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2006, s. 409–420.

77


normy, rytuały czy strategie życiowe. Z tego też względu punkt ciężkości w badaniach źródłoznawczych przesunięty został z przedmiotu wypowiedzi na wypowiadający się podmiot – kobiety mówiące własnym głosem22. Drugim ważnym obszarem analizy inspirowanej zwrotem językowym jest sama historiografia. Badania dotyczą wielu kwestii, także historii historiografii23, ale istotniejsza wydaje się problematyka dotycząca strategii językowych stosowanych przez współczesne badaczki/badaczy historii kobiet (i gender). Nie chodzi tu wyłącznie o figury stylistyczne i aksjologiczny porządek wypowiedzi, ale także o analizę prowadzoną na poziomie gramatycznym. Najbardziej znaną i rozpoznaną także w polskiej humanistyce kwestią jest dominacja rodzaju męskiego i męskoosobowego w narracji historycznej, której przełamaniu służą zabiegi językowe, jak stosowane w niniejszym tekście konstrukcje złożone z dwóch rzeczowników, męskiego i żeńskiego lub – jak w anglosaskiej literaturze zastępowanie zaimków rodzajowych (he, his) neutralnym odpowiednikiem (they, their). Aspektem wymagającym problematyzacji i dalszej analizy jest także rola strony biernej i bezosobowych form czasownikowych stosowanych chętnie w historiografii, które rozmywają sprawczość aktorów historycznych i jednocześnie nadają piszącemu badaczowi/badaczce status transcendentnego narratora wszechwiedzącego, znanego z dziewiętnastowiecznej prozy. W tym wypadku, na co zwróciła uwagę Karen Offen, nawet historycy/historyczki świadomi roli języka w dyskursie naukowym nieświadomie korzystają ze zwrotów rozmywających zróżnicowanie ze względu na płeć, a przede wszystkim podmiotowość i sprawczość w analizowanych procesach24. Problem ten nie jest zatem wyłącznie kwestią maniery stylistycznej, która mimo jej zakorzenienia w tradycyjnej narracji, prowadzi 22 Contesting Archives. Finding Women in the Sources, pod red. N. Chaudhuri, S.J. Katz, M.E. Perry, University of Illinois Press 2010. 23 Interesującym przykładem genderowej analizy historii historiografii jest studium poświęcone udziałowi kobiet w kształtowaniu XIX-wiecznego kanonu historiograficznego, jak i procesowi ich wykluczania z grona profesjonalnych historyków. Zob. B.G. Smith, The Gender of History. Men, Women, and Historical Practice, Harvard University Press, Cambridge 1998. 24 K. Offen, Surveying European Women’s History Since the Millenium. A Comparative Review, „Journal of Women’s History” 2010, nr 1, s. 159, 161.

78


w wypadku historii kobiet do utrwalania interpretacji wiktymologicznych, przedstawiających kobiety jako bierne ofiary patriarchatu i wykluczających mężczyzn jakoby niezaangażowanych w dyskurs wokół kwestii kobiecej. Szczególną wartość dla rozwoju historii kobiet mają badania oparte na założeniu, że – parafrazując Darntona – „inne kobiety są inne”, że porządek płci, co więcej, samo jej definiowanie były (mogły być) odmienne od współczesnego rozumienia. W tym przypadku pomocne okazują się perspektywa mikrohistoryczna i zapożyczone z antropologicznego warsztatu studium przypadku, którego przedmiotem badania i pogłębionej analizy nie jest to, co typowe i wpisujące się automatycznie w dotychczasową wiedzę o epoce, ale odwrotnie – wydarzenia i sytuacje, które współczesny czytelnik źródeł postrzega jako niezrozumiałe, obce, mimo że nie są one takie dla ludzi epoki. Znakomitym przykładem wartości tego typu analizy jest artykuł Alicji Kusiak, którego bohaterem/bohaterką jest tytułowy/a opat de Choicy/pani de Sancy i recepcja jej/jego performansu płci w XVIII-wiecznej Francji. Tym, co budzi zdziwienie, jest nie tyle sam fakt odgrywania ról mężczyzny i kobiety, ale pozytywny stosunek otoczenia dworu i mieszkańców Paryża do Madame de Sancy, co prowadzi badaczkę do pytania o granice kulturowe płci w nowożytnej Francji25. Powyższy artykuł jest bodaj pierwszym w polskiej historiografii tekstem odwołującym się do nowej koncepcji płci powstałej pod wpływem krytyki Judith Butler, która zakwestionowała model dwóch płci (kulturowej i biologicznej), wskazując na jego zakorzenienie w modelu przeciwstawiania natury/kultury, co w połączeniu z transparentnym systemem heteronormatywnym w istocie reprodukuje mechanizmy dyskryminacji kobiet. Butler postulowała powrót do integralnego myślenia o płci, tyle że – i tu jest istotna różnica w porównaniu z tradycyjnym biologizmem – płeć i ta kulturowa, i ta biologiczna jest konstruktem społecznym, zaś ciało „nie jest «bytem», lecz zmienną granicą, powierzchnią, której przenikalność jest regulowana politycznie, znaczeniową praktyką w kulturowym polu zakreślonym 25 A. Kusiak, Pamiętniki Pani de Sancy przebranej za opata. Transgenderyzm na dworze Ludwika XIV, [w:] Odmiany odmieńca. Mniejszościowe orientacje seksualne w perspektywie gender, pod red. T. Basiuka, D. Ferens, T. Sikory, Wydawnictwo Naukowe Śląsk, Wrocław 2002, s. 25–43.

79


przez hierarchię kulturowych płci i obowiązkową heteroseksualność”26. Nie ma tu zatem powrotu do koncepcji biologicznego determinizmu, ale odwrotnie – włączenie tego, co traktowane jako biologiczne, w obszar zainteresowania badań kulturowych. Nowa kategoria płci, podobnie jak wcześniej gender, włącza w obszar badań historycznych problematykę ciała rozumianego jako obiekt praktyk dyskursywnych, przedmiot oddziaływania biopolityki czy wreszcie doświadczenia ciała traktowanego jako zjawisko historyczne27. Badaczki/badacze historii gender dostrzegając znaczenie płci – tak w odniesieniu do przedmiotu, jak i podmiotu – krytycznie odnoszą się do epistemologicznych założeń klasycznej historiografii: obiektywizmu poznawczego, transcendencji podmiotu badającego i neutralności transparentnej narracji. Bliższa jest im koncepcja lokalności i genealogiczności poznawczej badaczki/ badacza oraz nieuchronnej z tego powodu polilogiczności naukowego dyskursu, w którym: badacz/badaczka pozostają ludźmi „stąd”, zajmują określone pozycje i postrzegają świat w sposób, w jakim pozwala im na to ich ograniczony treściami kulturowymi aparat poznawczy. Stąd ich opowieść o „ludzkich sprawach” jest opowieścią partykularną, subiektywną i w tym sensie, jeśli mamy posługiwać się tym nieszczęsnym terminem, ideologiczną28.

W kontekście współczesnych badań i refleksji teoretycznej płeć kulturowa jest nie tylko kategorią analizy przedmiotu (historii), ale i podmiotu badań (historyka/historyczki), narzędziem autorefleksji nad wpływem własnej tożsamości płciowej, współczesnego porządku płci czy postawą ideologiczną wobec efektu końcowego procesu badawczego. Ta autorefleksja wydaje się być niezbędnym warunkiem interdyscyplinarnego dialogu historii kobiet/gender z humanistyką i naukami społecznymi, które również prowadzą badania

26 J. Butler, Uwikłani w płeć: feminizm i polityka tożsamości, Warszawa 2008, s. 250–251. 27 K. Canning, Ciało jako metoda? Refleksje na temat miejsca ciała w historii gender, [w:] Teoria wiedzy o przeszłości na tle współczesnej humanistyki. Antologia, pod red. E. Domańskiej, Poznań 2010, s. 228. 28 J. Kochanowski, Wiedza, uniwersytet i radykalna demokracja. Uwagi na temat gender studies i humanistyki ponowoczesnej, „UniGender” 2006, nr 1.

80


nad przeszłością z perspektywy gender, jak i pokonania ambiwalencji wbudowanej w klasyczne paradygmaty historii, traktujące płeć (i inne kategorie tożsamościowe) jako czynnik jednocześnie nieistotny i znaczący dla przebiegu procesu badawczego. W kontekście polskich badań historycznych pojawia się jednak pytanie, czy realizacja postulatów przedstawionych w zarysie w niniejszym tekście jest możliwa w sytuacji, gdy płeć kulturowa jest raczej propozycją niż faktycznym narzędziem analizy historycznej. Czy rozwój historii kobiet wymaga przejścia kolejnych etapów i zwrotów, jakie miały miejsce w zachodniej historiografii kobiet (i gender), a także w jakim stopniu powinna ona stanowić wzorzec, pozwalający na włączenie dorobku polskich badaczy/badaczek do międzynarodowego obiegu? Czy jest możliwa, i w jakim stopniu, recepcja metodologicznych osiągnięć feministycznej historiografii w warunkach dominacji klasycznych paradygmatów, a jeśli nie, to czy klasyczna historia kobiet powinna z nimi zerwać, czy też zrezygnować z insurekcji i poszukać własnych, lokalnych rozwiązań? Odpowiedzi na te pytania nie są na razie oczywiste, choć powinny doczekać się głębszej refleksji, dzięki której historia kobiet nie stanie się niszą epigonów. Dobrochna Kałwa

81

Adiunkt w Instytucie Historii uj (2001–2012); profesura gościnna Universität Erfurt (2010). Stypendystka Fundacji Lanckorońskich (Londyn 1999), Fulbrighta (2009), Geisteswissenschaftliches Zentrum Geschichte und Kultur Ostmitteleuropas, Universität Leipzig (2008). Autorka monografii Kobieta aktywna w Polsce międzywojennej. Dylematy środowisk kobiecych. Opublikowała liczne artykuły naukowe na temat historii kobiet w XIX i XX wieku, współczesnej migracji kobiet, historii mówionej i metodologii historii. Konsultantka naukowa pięciu tomów Przewodniczki po Krakowie emancypantek (Kraków 2009, 2010, 2011, 2012, 2013).



kobiety



Aneta Kwaśniak-Gawłowska

Siedle

Maria Siedlecka. Twórczyni przestrzeni dla kobiet

Kobieta potrzebuje własnej przestrzeni. Przestrzeni w domu, w społeczeństwie, w życiu publicznym. Z przestrzeni tej kobieta powinna korzystać, aby się kształcić, pracować, zdobywać pozycję społeczną oraz szacunek otoczenia. Przestrzeń – a co za tym idzie – i społeczeństwo kobieta może i powinna kształtować w duchu wolności, sprawiedliwości i pełni praw dla wszystkich obywatelek i obywateli. O przestrzeni tej pisała w swojej książce zatytułowanej Własny pokój Virginia Woolf: „Kobieta musi mieć pieniądze i własny pokój, jeśli ma pisać powieści”1. Pokój ten, w sensie zarówno dosłownym, jak i metaforycznym, jest prywatnym miejscem kobiety, w którym tworzy ona swój własny świat. Pokój ten jest jej niezależnością materialną i intelektualną, jej prywatną czytelnią, w której sama bądź z towarzyszkami może oddać się przemyśleniom i wypracować takie rozwiązania, dzięki którym rola i działalność kobiet w społeczeństwie będą bardziej widoczne, doceniane, odkrywane i poważane. W przestrzeni Krakowskiego Szlaku Kobiet, czyli szlaku emancypantek, które zasłużyły się dla ruchu kobiecego, znajduje się miejsce dla działaczki społeczno-oświatowej Marii Joanny Siedleckiej. Niniejszy artykuł biograficzny o Marii Siedleckiej zrodził się z pragnienia odzyskania jej własnej przestrzeni, którą stworzyła pod koniec XIX wieku.

1

85

V. Woolf, A Room of One’s Own (Własny pokój), Hogarth Press, London 1991.


Herstoria Siedleckiej – „przełamując ciszę” Hélène Cixous w swoim tekście Śmiech Meduzy napisała: Jako podmiot historii, kobieta pojawia się zawsze jednocześnie w wielu miejscach. Ona rozsadza i przekracza historię ujednolicającą, porządkującą, która hegemonizuje i kanalizuje wszystkie siły i sprowadza przeciwieństwa do starcia na jednym polu bitwy. W kobiecie ogniskuje się historia wszystkich kobiet, ich dzieje osobiste, historia narodowa i ponadnarodowa2.

Kobieca przestrzeń nie ogranicza się więc do jednego tylko miejsca, jednej historii (herstorii), jednego schematu. Ona żyje, przekształca się i odradza. Kobieta, żyjąc, tworząc i pisząc, niejednokrotnie łamie obowiązujący ład, przełamuje ciszę. Siedlecka również zburzyła istniejący porządek: nie zgadzając się na brak edukacji kobiet, brak stowarzyszeń kobiecych, brak inicjatywy w walce o sprawy kobiet. W swojej krakowskiej Czytelni dla kobiet Siedlecka przełamała ciszę. Zachęcała kobiety do nauki, odczytów, uczestnictwa w życiu publicznym. Nauczyła je mówić „własnym głosem” i sprawiła, że głos ten stał się słyszalny. Życie prywatne – w poszukiwaniu własnej przestrzeni Jak donosi Polski Słownik Biograficzny, Maria Siedlecka, działaczka społeczna i oświatowa, urodziła się 14 marca 1856 roku w Krakowie jako córka Jana Siedleckiego, sędziego, i Joanny Nowakowskiej. Była najstarszym dzieckiem państwa Siedleckich3. W swoim referacie z 1977 roku Ambasadorka polskości (o Marii Siedleckiej) Janina Jasicka pisze, że Siedlecka miała młodszą siostrę i brata. Wspomina też o spotkaniach towarzyskich i dyskusjach, które urządzano w domu Siedleckich. Na spotkania te uczęszczał Ignacy Daszyński 2 H. Cixous, Śmiech Meduzy, [w:] „Teksty Drugie” 2 (32), przeł. Anna Nasiłowska, pod red. Barbary Łabęckiej, Komitet Nauk o Literaturze Polskiej i Instytut Badań Literackich pan, Ossolineum, Warszawa 1977, s. 154. 3 J. Bujak, Maria Siedlecka, [w:] Polski Słownik Biograficzny, Polska Akademia Nauk i Polska Akademia Umiejętności, Warszawa 1995–1996.

86


z Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej. Rozmawiano na tematy społeczne, polityczne i oświatowe. W dyskusjach tych brała udział również Siedlecka, która ze względu na swoje zrównoważone wypowiedzi i wysoką kulturę cieszyła się dużym autorytetem4. O wczesnych latach Siedleckiej aż do trzydziestego czwartego roku życia niewiele wiadomo. Jej późniejsza działalność może być dowodem na to, że Maria otrzymała w młodości staranne wykształcenie (była zresztą córką sędziego). Siedlecka nigdy nie wyszła za mąż5. Jak pisze Zofia Kirkor-Kiedroniowa w swoich wspomnieniach: „podobno narzeczony jej zmarł i mimo licznych późniejszych konkurentów pozostałą wierna jego pamięci”6. Siedlecka mieszkała przy ul. Szpitalnej 7, w kamienicy „Pod Rakiem”. Jasicka pisze, że Siedlecka zmarła 13 marca 1942 roku w Krakowie i została bez rozgłosu pochowana na klasztornym cmentarzu. Potem wyryto jej imię i nazwisko na grobowcu Siedleckich na Cmentarzu Rakowickim7. W liście do Jasickiej Marcin Siedlecki napisał, że jego ciotka Maria Siedlecka spędziła swoje ostatnie lata samotnie i w bardzo ubogich warunkach8. Działalność oświatowo-emancypacyjna Łamiąc bariery przestrzenne – Towarzystwo Szkoły Ludowej Działalność oświatowa Siedleckiej rozpoczęła się na początku lat 90. XIX wieku w ramach założonego w 1891 roku krakowskiego Towarzystwa Szkoły Ludowej (tsl). Siedlecka została przewodniczącą działającego przy tsl Koła Pań, które powstało z jej inicjatywy w 1892 roku9. Jak pisze Katarzyna Dormus, nazwa „koło pań” dotyczyła składu osobowego, a nie tematyki zainteresowań – Koło

J. Jasicka, Ambasadorka polskości (o Marii Siedleckiej), [w:] Spuścizna Janiny Jasickiej, Archiwum Narodowe w Krakowie, sygn. 29/1340/0/SJ 19. 5 J. Bujak, art. cyt. 6 Tamże. 7 J. Jasicka, art. cyt., ANKr, sygn. 29/1340/0/SJ 19. 8 M. Siedlecki, List do Janiny Jasickiej z 15 marca 1962 r., [w:] Spuścizna Janiny Jasickiej, ANKr, sygn. 29/1340/0/SJ 19. 9 J. Bujak, art. cyt.

4

87

1. Maria Siedlecka


Pań miało charakter ogólnooświatowy10. Ponadto, przez resztę życia Siedlecka była związana z tsl, pełniąc różne funkcje w zarządzie i Radzie Nadzorczej11. Jak piszą Anna Żarnowska i Andrzej Szwarc we Wprowadzeniu do książki Działaczki społeczne, feministki, obywatelki… (2008), instytucje edukacyjne, takie jak tsl, sprzyjały ukształtowaniu się sporej liczby działaczek oświatowych, nauczycielek i aktywistek, które poprzez swoją pracę w organizacji mogły nabyć umiejętności związane z kierowaniem działalnością publiczną. Działalność ta nie była jednak tylko „formą samorealizacji kobiet aspirujących do równouprawnienia oraz specyficznym sposobem samoorganizowania się w społecznej przestrzeni życia publicznego”, lecz także ważnym elementem patriotycznej walki12. Misja patriotyczna ruchu kobiecego nadała mu wymiar polityczny, co automatycznie wiązało się ze złamaniem stereotypowego podziału na prywatną przestrzeń kobiet i publiczną przestrzeń mężczyzn. Jak podają dalej Żarnowska i Szwarc: Zacierały się wówczas granice między aktywnością w sferze prywatnej i publicznej, słabły bariery oddzielające przestrzenie kobiecego działania w rodzinie i poza nią. Nie zawsze jednak sprzyjało to dostrzeganiu przez kobiety rozmaitych przejawów ich społecznej dyskryminacji ze względu na płeć.

Kobiety stanęły przed wyborem: walka o niepodległość albo o równouprawnienie. Większość z nich wybierała walkę o kraj, chociaż wiele akcentów feministycznych pojawiało się czasem pod powierzchnią ruchu narodowego13. Jako działaczka tsl, Siedlecka opiekowała się szkołami oraz instytucjami oświatowymi, organizowała imprezy charytatywne oraz obchody 10 K. Dormus, Galicyjskie stowarzyszenia i organizacje kobiece doby autonomicznej jako wyraz kobiecych dążeń do samoorganizacji, [w:] Działaczki społeczne, feministki, obywatelki… Samoorganizowanie się kobiet na ziemiach polskich do 1918 roku (na tle porównawczym), pod red. A. Janiak-Jasińskiej, K. Sierakowskiej, A. Szwarca, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2008, s. 323–348. 11 J. Bujak, art. cyt. 12 A. Żarnowska, A. Szwarc, Ruch emancypacyjny i stowarzyszenia kobiece na ziemiach polskich przed odzyskaniem niepodległości – dylematy i ograniczenia. Wprowadzenie, [w:] Działaczki społeczne…, s. 24–26. 13 A. Żarnowska, A. Szwarc, art. cyt., s. 25–26.

88


uroczystości narodowych, a także wycieczki po Krakowie. Dzięki jej staraniom tsl wybudowało w 1895 roku szkołę w Wolicy, a w 1898 roku w Białej (obecnie Bielsko-Biała)14. Za swoją działalność w zarządzie tsl oraz Kole Pań Siedlecka została w 1931 roku odznaczona „Gwiazdą Górnośląską”15, a po zakończeniu działalności w tsl otrzymała tytuł honorowej prezeski Koła16. Czytelnia dla kobiet – „ich własny pokój” Jak pisze Iwona Dadej w artykule z I tomu Przewodniczki po Krakowie emancypantek: Czytelnia dla Kobiet była jednym z pierwszych miejsc, gdzie emancypantki mogły się spotkać, wymienić poglądy, przeczytać prasę europejską oraz wziąć udział w organizowanych prelekcjach, seminariach, wykładach, była w całości produktem ruchu kobiecego.

Czytelnia dla kobiet, założona z inicjatywy Marii Siedleckiej i Kazimiery Bujwidowej, została zarejestrowana w Urzędzie Namiestnikowskim we Lwowie 27 stycznia 1895 roku, zaś w kwietniu tego samego roku został założony jej zarząd. Krakowska Czytelnia wzorowana była na europejskich klubach i stowarzyszeniach kobiecych, które stanowiły dla europejskich emancypantek miejsca spotkań, wymiany doświadczeń oraz poszerzenia swojej wiedzy. Przy każdym stowarzyszeniu funkcjonowała dobrze zaopatrzona biblioteka prasy i publikacji feministycznych. Najwięcej klubów kobiecych istniało w Berlinie, Londynie i Paryżu – miasta te były uważane za centra ruchu kobiecego17. Cele programowe Czytelni dla kobiet zostały sformułowane w artykule Kazimiery Bujwidowej Cele i zadania czytelń kobiecych, który ukazał się w 1903

14 J. Bujak, art. cyt. 15 Narodowe Archiwum Cyfrowe, http://www.audiovis.nac.gov.pl/ obraz/101199/07c4ce04e763362f3513a72e5ecf2b9b/ [dostęp 24.04.2013]. 16 ANKr, sygn. 29/1340/0/SJ 19. 17 I. Dadej, Czytelnia dla kobiet jako miejsce i przestrzeń krakowskiego ruchu kobiecego. Salon czy własny pokój?, [w:] Krakowski szlak kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, s. 32–33.

89


roku na łamach „Nowego Słowa”18. Bujwidowa nawołuje kobiety do kształcenia się i przygotowania do wspólnej walki o własne prawa. Stąd też założycielki organizacji zdecydowały, że będzie nosiła ona nazwę „czytelnia”, a nie – jak to najczęściej bywało w Europie – „klub kobiecy”. Krakowskie emancypantki nawiązywały nazwą swojej instytucji do funkcjonujących w mieście bibliotek, czytelń czy centrów kulturalnych, takich jak: Czytelnia kolejowa, Czytelnia polskiej katolickiej młodzieży czy Czytelnia izraelicka. W miastach i miasteczkach Galicji powstawały różnego rodzaju instytucje czytelnicze, pełniące jednocześnie rolę centrum życia kulturalnego. We Lwowie działała od drugiej połowy lat 80. Czytelnia dla kobiet, kierowana przez Stefanię Wechslerową. Siedziba Czytelni krakowskiej wielokrotnie zmieniała swoje miejsce. W 1896 roku jej adres znajdował się przy ulicy Poselskiej 8, a w 1897 roku czytelnia została przeniesiona do kamienicy Pod Rakiem na ulicę Szpitalną 7, której właścicielką była Maria Siedlecka. Do 1914 roku Czytelnia jeszcze parokrotnie zmieniała siedzibę, jednak zawsze pozostawała w obrębie Plant. Czytając Księgę adresową miasta Krakowa i Kalendarz Józefa Czecha, można natrafić na informacje dotyczące zmieniającej się siedziby czytelni. W 1905 roku była to kamienica przy Rynku Głównym 13, a w 1908 roku przy ulicy Grodzkiej 13. Następnie czytelnia została przeniesiona na ulicę Mikołajską 7 (w 1909 roku), a w 1914 roku wróciła na Rynek Główny 619. W skład Zarządu Głównego Czytelni w 1896 roku weszły Kazimiera Bujwidowa i Maria Siedlecka, które na przemian sprawowały funkcję przewodniczącej. Przewodnicząca pełniła funkcję kierowniczą, reprezentowała Czytelnię na forum publicznym, tak krakowskim, jak i ogólnoeuropejskim oraz w publikowała na łamach liberalnych krakowskich lub lwowskich czasopism. Rola przewodniczącej polegała także na współpracy z innymi organizacjami

18 K. Bujwidowa, Cele i zadania czytelń kobiecych, „Nowe Słowo. Dwutygodnik społecznoliteracki” 1903, nr 24, s. 563–566, http://www.adrianzandberg.pl/drogidoemancypacji/ noweslowo/ [dostęp 07.05.2013], 19 Księga adresowa miasta Krakowa, http://www.mtg-malopolska.org.pl/bibliotekacyfrowa. html [dostęp 15.02.2013]; J. Czech, Kalendarz krakowski, http://www.mtg-malopolska.org. pl/bibliotekacyfrowa.html [dostęp 15.02.2013]; I. Dadej, art. cyt., s. 32–33.

90


kobiecymi z Krakowa, Lwowa lub Wiednia w celu m.in. organizowania akcji agitacyjnych dla postulatów Czytelni. Pierwszymi tego typu akcjami było zbiera­nie podpisów pod petycjami domagającymi się dopuszczenia kobiet do studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz publikacja artykułów informujących o europejskich uniwersytetach, które pozwoliły kobietom studiować. Efektem tej działalności było dopuszczenie w 1894 roku pierwszych trzech studen­tek farmacji do studiów uniwersyteckich. Po tym sukcesie przedstawicielki Czytelni kontynuowały swoją działalność nadal i wielokrotnie podnosiły kwestie wykształcenia kobiet na zjazdach, zebraniach i wiecach. Jako jedna z przewodniczących Maria Siedlecka reprezentowała Czytelnię na organizowanych przez nią jubileuszach, zjazdach i konferencjach. 21 maja 1900 roku Czytelnia na czele z Siedlecką zorganizowała w Sali Towarzystwa Strzeleckiego wystawę zbiorową pracy kobiet. Wystawa nawoływała do podjęcia przez kobiety pracy zarobkowej, gdyż sytuacja społeczna spowodowała, że zarobki męża okazały się niewystarczające. Wystawa była odważnym krokiem w kierunku upowszechnienia pracy zawodowej kobiet20. Ważną uroczystością zorganizowaną przez Czytelnię był jubileusz Marii Konopnickiej w Krakowie, który odbył się w październiku 1902 roku. Uroczystość ta miała charakter narodowy i została zorganizowana w celu złożenia hołdu wdzięczności za 25 lat twórczości Marii Konopnickiej. We wrześniowym numerze „Przodownicy” Siedlecka zwróciła się do „Sióstr i Braci włościan” o przesyłanie życzeń dla Konopnickiej, którą nazywa „Przyjaciółką i Opiekunką i Matką”. Październikowy numer „Przodownicy” poświęcony był obchodom jubileuszu. Podczas obchodów Siedlecka wręczyła Konopnickiej tekę z 3 numerami „Przodownicy” drukowanej złotymi literami oraz karty z życzeniami od czytelniczek i czytelników gazety21. W 1910 roku Czytelnia została przemianowana na Stowarzyszenie Czytelnia dla kobiet im. Słowackiego i stała się instytucją o profilu bardziej zachowawczym, dopuszczającą do funkcji kierowniczych także mężczyzn. Nowy statut zatwierdziło Namiestnictwo, prezeską stowarzyszenia została Aurelia

20 „Przodownica: pismo dla kobiet wiejskich” 1900. 21 Tamże.

91

2. Kamienica Pod Rakiem


Drzewiecka. Wiązało się to z odejściem z Czytelni Bujwidowej, która reprezentowała bardziej radykalne poglądy22. Wspierając „siostry” – Stowarzyszenie Pomocy Naukowej dla Polek Jako założycielki Czytelni, Maria Siedlecka i Kazimiera Bujwidowa współpracowały z wieloma instytucjami i stowarzyszeniami kobiecymi. W 1895 roku wstąpiły do Stowarzyszenia Pomocy Naukowej dla Polek im. J.I. Kraszewskiego23. Celem organizacji było udzielanie pomocy materialnej Polkom, które pragnęły zdobyć wykształcenie zawodowe lub uniwersyteckie. Zamierzeniem Stowarzyszenia było także utworzenie szkoły średniej lub przygotowawczej dla dziewcząt pragnących w przyszłości rozpocząć studia wyższe. W 1903 roku założono Biuro Informacyjne Słuchaczek uj, a w 1906 – Komitet dla Równouprawnienia Kobiet na Uniwersytetach Galicyjskich. W 1908 roku setka kobiet otrzymała pomoc finansową w postaci stypendium24. Jako osoba zaangażowana w oświatę kobiet Siedlecka popierała inicjatywy Stowarzyszenia i nawiązała z nim współpracę dotyczącą uzyskania praw kobiet w zakresie podejmowania studiów. W jej rezultacie w 1894 roku 54 kobiety złożyły swoje podania, ubiegając się o wstęp na Uniwersytet Jagielloński. Zgodnie z obowiązującą wówczas ustawą z 1878 roku, kobiety mogły w wyjątkowych sytuacjach uczestniczyć w wykładach jako hospitantki, a wykłady te miały odbywać się oddzielnie. spn oraz inne galicyjskie stowarzyszenia kobiece wystąpiły z petycją do Rady Państwa w Wiedniu w sprawie umożliwienia kobietom studiów oraz wykonywania przez kobiety zawodu lekarek, aptekarek i nauczycielek. Petycję tę w imieniu spn podpisała Kazimiera Bujwidowa, w imieniu krakowskiej Czytelni dla kobiet – Maria Siedlecka, w imieniu lwowskiej Czytelni dla Kobiet – Stefania Wechslerowa, w imieniu Stowarzyszenia Nauczycielek – Z. Romanowiczówna i A. Aleksandrowiczówna oraz Fr. Grott i A. Machczyńska ze Związku byłych Seminarzystek. W październiku 1894 roku zezwolono kobietom studiować 22 I. Dadej, art. cyt., s. 32–38. 23 K. Dormus, Kazimiera Bujwidowa 1867–1932. Życie i działalność społeczno-oświatowa, Wydawnictwo i drukarnia „Secesja”, Kraków 2002, s. 73. 24 Tamże, s. 72–73.

92


na Wydziale Filozoficznym (w charakterze hospitantek i za zgodą wykładających profesorów), a w 1900 roku na Wydziale Lekarskim (w charakterze słuchaczek zwyczajnych). Za początek formalnych studiów kobiecych na Uniwersytecie Jagiellońskim uznaje się rok akademicki 1897/189825. Wkrótce skoncentrowano się także na szkolnictwie średnim. 26 listopada 1895 roku Stowarzyszenie powołało sekcję, której celem było założenie na terenie Krakowa pierwszego gimnazjum żeńskiego. 11 marca 1896 roku sekcja przekształciła się w Towarzystwo Szkoły Gimnazjalnej Żeńskiej26. Działalność Siedleckiej w ramach Czytelni oraz jej zaangażowanie w inicjatywy podejmowane przez Stowarzyszenie były znacznym krokiem naprzód w kierunku edukacji kobiet. „Przodownictwo Siedleckiej” – działalność wydawnicza Oprócz działalności oświatowej i społeczno-emancypacyjnej w Kole Pań tsl, Czytelni dla Kobiet i Stowarzyszeniu Pomocy Naukowej dla Polek, Siedlecka była również redaktorką pisma dla kobiet „Przodownica”, w którym szerzyła idee wyzwolenia kobiet. Inicjatywa wydawania miesięcznika dla kobiet wiejskich „Przodownica” zrodziła się w gronie działaczek ruchu kobiecego. Już w latach 80. XIX wieku w warszawskim Kobiecym Kole Oświaty Ludowej o idei tej mówiła Kasylda Kulikowska, która pozyskała dla sprawy Marię Siedlecką i Marię Wysłouchową. W 1887 roku, po śmierci Kulikowskiej, zainspirowana przez nią Siedlecka zajęła się opracowaniem projektu „Przodownicy” i w imieniu krakowskiej Czytelni dla kobiet zwróciła się do Bolesława Wysłoucha, redaktora „Kuriera Lwowskiego”, o pomoc w jej wydawaniu. Siedlecka chciała, by pismo wychodziło jako dodatek do „Kuriera”, ale nie doczekała się odpowiedzi. Na Zjeździe Kobiet Polskich w Zakopanem w sierpniu 1899 roku Maria Wysłouchowa przedstawiła ideę pisma ludowego dla kobiet o nazwie „Przodownica” (1899–1912). Na Zjeździe tym sporządzono projekt pierwszego 25 Tamże, s. 60–68; U. Perkowska, Studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego w latach 1894–1939, Wydawnictwo i drukarnia „Secesja”, Kraków 1994, s. 24–25. 26 K. Dormus, dz. cyt., s. 68–93.

93


numeru pisma i powołano komitet redakcyjny. Do komitetu weszły przedstawicielki Królestwa Polskiego, Waleria Marrené-Morzkowska i Karolina Domagalska, z zaboru pruskiego Aniela Tułodziecka i Iza Moszczeńska oraz liczne przedstawicielki galicyjskie skupione w dwóch komitetach – krakowskim i lwowskim. W skład redakcji krakowskiej weszły: Maria Siedlecka, Gabriela Błotnicka i Anna Sikorska, redakcji lwowskiej – Maria Wysłouchowa, Zofia Strzetelska i Anna Lewicka. Postanowiono, że pismo będzie wydawane w Krakowie. Pierwsze numery „Przodownicy” przygotowała Maria Wysłouchowa. W związku z wydaniem pierwszego numeru „Przodownicy” ukazała się w gazecie „Przyjaciel Ludu” pokaźna reklama promująca nowe pismo kobiece. „Przodownica” spotkała się jednak z niechęcią konserwatywnych i klerykalnych środowisk. W krakowskim „Czasie” znaleźć można było wówczas artykuły atakujące „Przodownicę” i jej redaktorki. „Przodownica” była wydawana od grudnia 1899 roku do 1912 roku, w ostatnich miesiącach nieregularnie. Fundusze na redagowanie pisma otrzymywano z Wydawnictwa im. Kasyldy Kulikowskiej dzięki staraniom Wysłouchowej, jednak po jej odejściu z redakcji dotację tę wstrzymano. Z „Przodownicą” współpracowali autorzy i autorki z trzech zaborów prezentujący różne poglądy polityczne, m.in. Maria Dulębianka, Wanda Ciechomska, Justyna Budzińska-Tylicka, Helena Witkowska, Odo Bujwid, Augustyn Wróblewski i wiele innych osób. „Przodownica” była pismem o stałym układzie treściowym. Najpierw zamieszczano artykuł wstępny, następnie fragment powieści lub wiersz, informacje ze świata, porady gospodarcze, rozmaitości, a na końcu pytania czytelniczek i czytelników oraz odpowiedzi redakcji. Od początku istnienia gazety zauważyć można było różnice poglądowe między dwoma redakcjami „Przodownicy”. Redakcja krakowska była za oświatowo-praktycznym charakterem pisma bez treści ideologicznych, natomiast we Lwowie chciano związać „Przodownicę” wyraźnie z ruchem ludowym. Gdy w styczniu 1900 roku opublikowany został artykuł Wysłouchowej „Chłopi – bohaterami”, ze względu na zawarte w nim treści rewolucyjne biskup tarnowski Ignacy Łoboś zakazał czytania „Przodownicy”. Był to moment przełomowy, kiedy to redakcja krakowska zabroniła Wysłouchowej podpisywania swoich artykułów, aby ułagodzić

94


nastroje społeczne. Rezultatem tego było odejście Wysłouchowej z redakcji. „Przodownica” przeszła pod całkowite kierownictwo Siedleckiej27. W czerwcu 1907 roku odbył się w Krakowie Zjazd Czytelniczek i Czytelników „Przodownicy”, któremu przewodniczyły Maria Siedlecka i pani Macurowa. Po wygłoszeniu kilku referatów dotyczących roli, praw i obowiązków kobiety w społeczeństwie uczestniczki postanowiły zredagować petycję do rządu z żądaniem wprowadzenia do szkół nauki o higienie, wychowaniu, gospodarstwie domowym oraz zakładania szkół zawodowych, gospodarczych i rękodzielczych dla kobiet. Siedlecka przedstawiła następujące wnioski: – kobietom i dzieciom należy się szacunek, – Orzeszkowej należy się hołd za twórczość, – należy zjednać jak największą liczbę osób, które popierałyby uczestniczki, – kobiety powinny brać czynny udział w oświacie, – dzieci należy wychowywać w duchu narodowym, – należy zakładać czytelnie oraz ochronki dla dzieci na wsiach i miasteczkach28.

„Przodownicę” rozsyłano za pośrednictwem Koła Pań tsl i Czytelni dla kobiet do nauczycielek wiejskich i działaczek społecznych, pismo docierało też do środowisk emigracyjnych. Po odejściu z redakcji Wysłouchowej jedyną redaktorką „Przodownicy” została Siedlecka, zwiększył się także wpływ Czytelni dla kobiet i Koła Pań, do których Siedlecka należała. Jadwiga z Sikorskich Klemensiewiczowa wspomina ją jako kobietę, która miała talent do zjednywania sobie ludzi dla własnych pomysłów29. […] była jedną z niewielu krakowianek szerzej myślącą, wszelkim ruchom postępowym przychylną i nie szczędziła swego czasu, pracy i pieniędzy dla celów, które sobie stawiała Spotkać ją można było wszędzie tam, gdzie wszczynała się jakaś akcja, dobro publiczne mająca na celu, a że stosunki miała liczne i obejście tego rodzaju, że trudno jej było czegokolwiek odmówić, więc też dla swych celów

27 K. Dormus, Problematyka wychowawczo-oświatowa w prasie kobiecej zaboru austriackiego w latach 1826–1918, Warszawa: Polska Akademia Nauk Instytut Historii Nauki Zakład Dziejów Oświaty, 2006, s. 79–81. 28 „Przodownica: pismo dla kobiet wiejskich” 1907, nr 6. 29 K. Dormus, Problematyka…, s. 81.

95


łatwo zjednywała ludzi i uzyskiwała potrzebne środki pieniężne. W domu jej bywało liczne grono osób, należących prawie wyłącznie do Stronnictwa demokratycznego, które zasadniczo uważało, ż potrzeba wprowadzenia różnych zmian i reform w dotychczasowym, ospałym bytowaniu inteligencji krakowskiej. U pani Siedleckiej zbierali się ludzie, bez kwestii jak na owe czasy postępowej, ale bardziej „po krakowsku” jeszcze nastrojeni, ostrożniejsi w wypowiedziach i powolniejsi w działaniu. Oni raczej woleli w ramach obowiązujących ustaw to i owo ewentualnie legalnie rozszerzyć niż rewolucyjnie je rozsadzać30.

Dormus twierdzi, że poglądy Siedleckiej i jej środowiska miały wyraźny wpływ na oblicze pisma. Dzięki jej zaangażowaniu przetrwało ono dość długo (jak na stosunki galicyjskie). Pod przewodnictwem Siedleckiej „Przodownica” stała się pismem sympatyzującym z ruchem narodowo-demokratycznym oraz umiarkowanie klerykalnym. Nacisk kładziono na wychowanie patriotyczne i szerzenie oświaty (szczególnie widoczne w akcjach tsl), pojawiały się także akcenty feministyczne. Poruszano kwestię płacy dla kobiet, konieczności zaangażowania się mężczyzn w prace domowe oraz docenienia pracy kobiety w małżeństwie i rodzinie. Równouprawnienie upatrywano w sprawiedliwym podziale pracy i obowiązków. W latach 1905–1907 bardziej polityczna, po 1907 roku „Przodownica” stała się na powrót pismem społeczno-oświatowym. Symboliczne stało się usunięcie z okładki kobiety z grabiami i zastąpienie jej postacią kobiety z książką. Zasygnalizowano w ten sposób, że „Przodownica” miała być od tej pory pismem skierowanym nie tylko do kobiet wiejskich, ale do kobiet z różnych warstw społecznych. Po 1908 roku powrócono do kwestii antyniemieckich, co spowodowało, że w 1910 roku sąd niemiecki w Bytomiu zakazał wydawania i przechowywania „Przodownicy”. W 1911 roku „Przodownica” stała się pismem dla wszystkich, a od 1912 roku przestała się ukazywać. „Przodownica” odegrała pozytywną rolę w kształtowaniu społeczeństwa, szczególnie wiejskiego w duchu patriotyzmu oraz szerzeniu działalności oświatowej31.

30 Tamże, s. 81; J. z Sikorskich Klemensiewiczowa, Przebojem ku wiedzy. Wspomnienia jednej z pierwszych studentek krakowskich z XIX wieku, Wrocław 1961, s. 267. 31 K. Dormus, Problematyka…, s. 81–84.


Siedlecka własnym głosem Analiza wybranych numerów „Przodownicy” oraz źródeł bibliograficznych skłania do próby „odzyskania” czy „wydobycia” poglądów Siedleckiej. Cytując bohaterkę lub przytaczając fragmenty dotyczące jej postaci, chcę z jednej strony pozwolić jej na „przemówienie własnym głosem”, z drugiej jednak zaryzykować własną interpretację. Mimo iż moje komentarze będą subiektywne, związane z moim własnym postrzeganiem Siedleckiej i jej działalności, to słowa samej Siedleckiej pozwolą czytelniczkom i czytelnikom na stworzenie własnych wyobrażeń dotyczących tej postaci. W 1907 roku w jednym z numerów „Przodownicy” Siedlecka zwróciła się z listem do czytelniczek, w którym porównała pismo do siostry, której można się poradzić w razie trudności: wysyłamy go [pisemko] w świat z tem samym gorącem pragnieniem, by nadal była najszczerszą przyjaciółką, byście ją przyjęły jak siostrę i jak siostrę szczerze i otwarcie postępowały radząc i udając się do niej we wszelkich potrzebach, wątpliwościach i smutkach.

Jak pisze sama Siedlecka, celem „Przodownicy” było: [u]świadomienie kobiet o tyle, by zrozumiały własne zadanie życia, by mogły ocenić wspaniałe posłannictwo, jakie im Bóg przekazał, by spełniając je, przyczyniły się do odrodzenia naszego narodu, by kształcąc się […] na rozmaitych polach prac domowych, gospodarskich i przemysłowych, rozwijały zarazem i ducha swego wyrabiając godność w sobie jako kobiety, żony, matki, gospodynie i obywatelki…32.

Powyższe cytaty stanowią nie tylko odzwierciedlenie celów „Przodownicy”, ale także są wyrazem poglądów samej redaktorki. W czasach, w których żyła, Siedlecka była osobą postępową i oświeconą, posiadała bardzo dobre wykształcenie, współpracowała z wybitnymi literatkami, takimi jak Konopnicka czy Orzeszkowa, czy innymi działaczkami i działaczami emancypacyjnymi i oświatowymi. Jej pragnieniem było szerzenie oświaty wśród 32 „Przodownica: pismo dla kobiet wiejskich” 1907, nr 1 i 2.


kobiet, szczególnie wiejskich. Jak pisze Czajecka, Siedlecka była zwolenniczką hasła „Przez oświatę do wolności”, a sprawie oświaty kobiet wiejskich poświęciła całe życie, a nawet majątek. Siedlecka była kobietą czynu, kobietą silną i aktywną, która potrafiła konsekwentnie dążyć do celu, jakim było dobro kobiet: zapewnienie im możliwości kształcenia się, pracy zarobkowej oraz uświadomienia społecznego. Mimo akcentów emancypacyjnych, które pojawiają się w tekstach „Przodownicy”, Siedlecka propaguje wciąż tradycyjny model kobiety, który objawia się we wskazaniu jej głównych ról: kobiety, żony, matki, gospodyni i obywatelki. Jak pisze dalej Dormus: Zdobywane wykształcenie, praca kobiet były pochwalane, jeśli służyły lepszemu wypełnianiu tradycyjnych funkcji lub były koniecznym warunkiem zapewnienia bytu rodzinie. Nie stanowiły zaś w powszechnej opinii celu samego w sobie…33.

„Przodownica” propagowała ponadto, obok idei oświatowych, wizerunek wzorowej gospodyni domowej. Obok tradycyjnie przypisywanych kobiecie cech, takich jak łagodność i zdolność do poświęceń, kobieta wiejska miała być zaradna, oświecona, zaangażowana w sprawy społeczne oraz aktywnie uczestnicząca w stowarzyszeniach34. Siedlecka jawi się jako kobieta postępowa (jak na tamte czasy), walcząca o wolność kobiet, podział obowiązków domowych oraz dostęp kobiet do wykształcenia i pracy zarobkowej, ale zarazem upatrująca główne zajęcie kobiet w wychowaniu dzieci i pracach domowych. Obrazem kobiety idealnej w wyobrażeniu Siedleckiej jest Matka-Polka, matka-patriotka wychowująca swoje dzieci w duchu narodowym, kobieta oświecona, oczytana, zaangażowana społecznie, która w duchu polskości i emancypacji dąży do wyzwolenia i oświecenia Polek. Mimo wielu tradycyjnych akcentów, „Przodownica” była źle odbierana przez środowiska konserwatywno-klerykalne. W związku z tym można stwierdzić, że na miarę przełomu XIX i XX wieku była pismem postępowym, zmierzającym do zmiany obyczajowości oraz postrzegania roli kobiet w społeczeństwie. Widoczne są też związki pisma z socjalizmem: nawoływanie 33 K. Dormus, Problematyka…, s. 405. 34 Tamże, s. 324–331.


kobiet do pracy, łączenia się „sióstr” czy sama nazwa „Przodownica” – czyli wzorowa pracownica, robotnica, gospodyni. Jak pisze sama redaktorka w jednym z listów do czytelniczek, tytuł „Przodownica” został wybrany, bo pragniemy z duszy i serca, aby jej czytelniczki przodowały innym w oświacie i cnotach, aby przyświecały pięknym przykładem jako wzorowe córki, żony, matki, gospodynie i obywatelki35.

Siedlecka współcześnie Maria Siedlecka jest dla mnie przykładem kobiety, która nie zgadza się na realia przestrzeni kobiet przełomu XIX i XX wieku. Jest kobietą-działaczką, która czynem próbuje (i to skutecznie) zmienić otaczającą ją rzeczywistość i nadać jej kierunek bardziej sprzyjający kobietom. Siedlecka nie działa na zasadzie rewolucji obyczajowej, ale stopniowo wprowadzanych reform. Jednocześnie jest działaczką, która w pełni akceptuje ówczesne wyobrażenie o roli kobiety jako przede wszystkim matki i opiekunki domowego ogniska, ale mimo to diametralnie zmienia podejście do tej roli. Siedlecka kobietę uczy, uświadamia, zachęca do rozwoju i pracy, zaszczepia w niej ambicję i chęć wiedzy, pokazuje kierunek, w jakim ma podążać, aby stawać się osobą bardziej szanowaną zarówno w gospodarstwie domowym, jak i społeczeństwie. Siedlecka wynosi kobietę na piedestał. W swoich artykułach „Przodownica” ukazuje, że praca kobiet jest równa lub nawet ważniejsza od pracy mężczyzn, dlatego też zarówno praca, jak i sama kobieta powinny być doceniane i szanowane. Siedlecka poprzez swoją działalność wydawniczą i społeczno-oświatową tworzy obraz Polki rozumnej i godnej szacunku, obrończyni polskości i szerzącej oświatę nauczycielki. Dzięki jej działaniom my, Polki, możemy dziś cieszyć się prawem do edukacji, możemy odnosić sukcesy w sferze zawodowej i publicznej. „Reformy” kobiet takich jak Siedlecka zadziałały, okazały się trwałe i efektywne, mają szansę zmienić mentalność społeczną i wytworzyć w niej przestrzeń dla kobiet. Tak jak w XIX wieku Siedlecka stworzyła taką przestrzeń w ramach Czytelni dla kobiet, tak i my ją współcześnie tworzymy 35 „Przodownica: pismo dla kobiet wiejskich” 1899/1900, nr 1.


na spotkaniach i warsztatach w naszej współczesnej Czytelni. Odtwarzając historie/herstorie naszych poprzedniczek, przyczyniamy się do utrwalania naszej własnej przestrzeni kobiet krakowskich. Aneta Kwaśniak-Gawłowska Anglistka, nauczycielka, lektorka, tłumaczka, pasjonatka literatury polskiej i brytyjskiej. Ukończyła uzupełniające studia magisterskie na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego. W swojej pracy magisterskiej: The 19th Century „New Woman:” From Consistency to Inconsistency (Dziewiętnastowieczna „Nowa kobieta”: od spójności do niespójności) zajmowała się badaniem zmiennego wizerunku „Nowej kobiety” w XIX–wiecznych tekstach literackich oraz publicystycznych. Jej pierwszy artykuł naukowy Female Confinement and Escape in „The Yellow Wallpaper” by Charlotte Perkins Gilman (Kobieca niewola i ucieczka w „Żółtej tapecie” autorstwa Charlotte Perkins Gilman) opublikowany został w pracy Problemy współczesnej neofilologii. Wybrane zagadnienia. Interesuje się XIX–wieczną literaturą polską i brytyjską, teorią literatury, feministyczną krytyką literacką, teologią feministyczną oraz antropologią biblijną. Wspiera inicjatywy przedsiębiorczości kobiet oraz pragnie, żeby historia zwróciła większą uwagę na równoważną jej herstorię.


bibliografia:

Bujak J. Bujwidowa K.

Cixous H.

Czech J. Dadej I.

Dormus K.

Dormus K.

Maria Siedlecka, [w:] Polski Słownik Biograficzny, Polska Akademia Nauk i Polska Akademia Umiejętności, T. 26, Warszawa 1995–1996. Cele i zadania czytelń kobiecych, „Nowe Słowo. Dwutygodnik społeczno-literacki” 1903, nr 24, s. 563–566, http://www.adrianzandberg.pl/drogidoemancypacji/ noweslowo/ [dostęp 07.05.2013] . Śmiech Meduzy, [w:] „Teksty Drugie” 2 (32), przeł. Anna Nasiłowska, pod red. Barbary Łabęckiej, Komitet Nauk o Literaturze Polskiej i Instytut Badań Literackich pan, Ossolineum, Warszawa 1977. Kalendarz krakowski, http://www.mtgmalopolska.org.pl/bibliotekacyfrowa.html [dostęp 15.02.2013].. Czytelnia dla kobiet jako miejsce i przestrzeń krakowskiego ruchu kobiecego. Salon czy własny pokój?, [w:] Krakowski szlak kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009. Galicyjskie stowarzyszenia i organizacje kobiece doby autonomicznej jako wyraz kobiecych dążeń do samoorganizacji, [w:] Działaczki społeczne, feministki, obywatelki… Samoorganizowanie się kobiet na ziemiach polskich do 1918 roku (na tle porównawczym), pod red. A. Janiak-Jasińskiej, K. Sierakowskiej, A. Szwarca, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2008. Kazimiera Bujwidowa 1867–1932. Życie i działalność społeczno-oświatowa, Wydawnictwo i drukarnia „Secesja”, Kraków 2002.


Dormus K.

Klemensiewiczowa z Sikorskich J. Kirkor-Kiedroniowa Z. Perkowska U.

Woolf W. Żarnowska A., Szwarc A.

Problematyka wychowawczo-oświatowa w prasie kobiecej zaboru austriackiego w latach 1826–1918, Polska Akademia Nauk Instytut Historii Nauki Zakład Dziejów Oświaty, Warszawa 2006. Przebojem ku wiedzy. Wspomnienia jednej z pierwszych studentek krakowskich z XIX wieku, Wrocław 1961. Księga adresowa miasta Krakowa i województwa krakowskiego 1933/34, Kr. 1933. Księga adresowa miasta Krakowa, http://www.mtgmalopolska.org.pl/ bibliotekacyfrowa.html [dostęp 15.02.2013] . Wspomnienia, „Kurier Warszawski” 1937, nr 347, Kr. 1984–8 I–II. Narodowe Archiwum Cyfrowe, http://www.audiovis.nac.gov.pl/ obraz/101199/07c4ce04e763362f3513a72e5ecf2b9b/ [dostęp . 24.04.2013].. „Nowe Słowo. Dwutygodnik społeczno-literacki” 1903, nr 24, http://www. adrianzandberg.pl/drogidoemancypacji/noweslowo/ [dostęp 07.05.2013]. Studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego w latach 1894–1939, Wydawnictwo i drukarnia „Secesja”, Kraków 1994. „Przodownica: pismo dla kobiet wiejskich” 1899/1900, nr 1, 1902, nr 6, 1907, nr 1 i 2. „Ster. Dwutygodnik dla spraw wychowania i pracy kobiet”, wydawany we Lwowie w latach 1896–1897, http://www.adrianzandberg.pl/ drogidoemancypacji/ster/ [dostęp 15.02.2013]. A Room of One’s Own (Własny pokój), Hogarth Press, London 1991. Ruch emancypacyjny i stowarzyszenia kobiece na ziemiach polskich przed odzyskaniem niepodległości – dylematy i ograniczenia. Wprowadzenie, [w:] Działaczki społeczne, feministki, obywatelki…Samoorganizowanie się kobiet na ziemiach polskich do 1918 roku (na tle porównawczym), pod red. A. Janiak-Jasińskiej, K. Sierakowskiej, A. Szwarca, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2008.


Paulina Szkudlarek

Kitsch

Maestra w służbie podkasanej muzy. Anda Kitschman

Karierę rozpoczęła w zaskakująco wczesnym wieku. Współcześnie kolejne nastoletnie gwiazdki, jak kilkanaście i więcej lat temu Miley Cyrus czy Britney Spears, zyskują sławę i majątek, a jednak zadziwia nas, że stulecie temu dziewczyna debiutująca w wieku podobnym, jak te celebrytki, wykształcona w wiedeńskim konserwatorium, daje swojemu przyszłemu pracodawcy skomponowaną przez siebie operetkę i zostaje zatrudniona. Otóż pod koniec 1912 roku teatr operetkowy Ludwika Śliwińskiego, warszawskie Nowości, miał w programie Mazurkę 17-letniej wówczas Andy Kitschman. Artystka, uznawana za pierwszą polską dyrygentkę (kobietę-dyrygenta), urodziła się 9 grudnia 1895 w Wiedniu. Nie podaje się, jakie są lata życia jej matki, Elżbiety z Jakubowskich. Wiadomo o niej, iż w latach 1879–1882, czyli na długo przed przyjściem na świat córki, próbowała zrobić karierę śpiewaczki operowej i operetkowej, angażowana była jednak tylko w prowincjonalnych zespołach1. Znacznie bardziej wyeksponowana jest postać Adolfa Kitschmanna (1854–1917). Ten absolwent lwowskiej szkoły dramatycznej, najlepiej zapamiętany nie tylko jako ojciec swojej córki, lecz i jako tłumacz librett oper i operetek (m.in. Johanna Straussa czy Jacquesa Offenbacha), był również śpiewakiem o rozległej skali głosu (wykonywał partie basowe, barytonowe

1 Za: Słownik biograficzny teatru polskiego. T. 1, 1765–1965, pod red. S. Dąbrowskiego i in., Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1973, s. 299.

103


i tenorowe)2. Te „tradycje rodzinne” i zachęty zwłaszcza ze strony ojca zadecydowały o podjęciu przez Annę Marię edukacji muzycznej. Dziewczyna ukończyła Cesarsko-Królewską Akademię Muzyczną w Wiedniu, w klasach: fortepianu, wokalistyki oraz dyrygentury. Następnie przybyła do Warszawy, by zadebiutować za pulpitem dyrygenckim. Zaufał jej Ludwik Śliwiński, dyrektor operetki, czyli teatru Nowości, na co prawdopodobnie miał wpływ fakt, iż znał on dorobek artystyczny Adolfa Kitschmanna. Pierwszy występ odbył się 8 sierpnia 1913 w Nowościach – dyrygowała wykonaniem pantonimy baletowej Sumurum Fryderyka Freksa, z udziałem Poli Negri. Z tą produkcją wiąże się anegdota, jakich zapewne wiele w teatralnym światku. Dyrektor Nowości był niechętny angażowi Negri jako tancerki, a ustąpił, stawiając warunek: „No, zgoda, niech będzie. Ale orkiestrą zadyryguje Anda Kitschman”3. Niestety dyrygentka bynajmniej nie była tylko i wyłącznie fetowana. W relacji Marty Stebnickiej4 (o której to postaci więcej poniżej) debiutowi towarzyszył skandal: zgorszono się „kapelmistrzem w spódnicy”, „babą” z batutą. W Nowościach dyrygowała przedstawieniami m.in.: węgierskiej operetki Targ na dziewczęta Jakobiego Viktora (premiera 28 października 1913), francuskiej operetki Florabella Charlesa Cuvilliera (premiera 29 stycznia 1915 albo 1916) czy Figlarnych kobietek Maxa Gabriela (premiera 13 czerwca 1914–15). O tej ostatniej realizacji Ludwik Sempoliński napisał, iż nazwisko Andy Kitschman (i stojącej na czele trupy Lucyny Messal) zdobiło afisz5, co świadczy o szybko zdobytych przez artystkę: renomie i statusie gwiazdorskim. W tym samym okresie, zachęcona sukcesem Sumurum, skomponowała dla Poli Negri własną pantomimę baletową pt. Afrodyta. Jakie były jej zamierzenia? „Chciałam zostać kompozytorem muzyki poważnej i poważnym dyrygentem”6, powiedziała Stebnickiej, „Odebrałam solidne 2 Tamże, s. 298–299. 3 Za: D. Michalski, Powróćmy jak za dawnych lat. Historia polskiej muzyki rozrywkowej 1900–1939, Iskry, Warszawa 2007, s. 412. 4 M. Stebnicka, Cóż to za hece!, „Dziennik Polski” nr 265, 12 listopada 2004, s. 30. 5 L. Sempoliński, Moje wspomnienia kabaretowe, [w:] Dymek z papierosa czyli Wspomnienia o scenach, scenkach i nadscenkach, pod red. K. Rudzkiego, Iskry, Warszawa 1959, s. 104. 6 M. Stebnicka, dz. cyt., s. 30.

104


wykształcenie muzyczne. Po wiedeńskich studiach miałam prawo mieć takie ambicje. Ale wojna wszystko powywracała”7. Kariera artystki nie mogła rozwijać się w zaplanowany sposób, i wbrew temu, co sugerowałby związany z debiutem skandal obyczajowy, nie z powodu uprzedzeń wobec młodej kapelmistrzyni. Jeszcze 28 listopada 1915 r. wystąpiła z recitalem chopinowskim, oczywiście jako pianistka. Niecały rok później, 9 listopada 1916 r., zadebiutowała jako piosenkarka w Mirażu8. „Była wojna, musiałam zarabiać na życie, a w kabarecie dobrze płacono” – wspominała moment, w którym została kapłanką – jak mówiono, podkasanej muzy. Zestawienie to mogłoby w interesujący sposób ukazywać wyjątkowość artystki, sięgającej zarówno do rejestrów „wysokoartystycznych”, jak i popularnych, rozrywkowych, jednak w kontekście życiowego przymusu taki wyraz podziwu nie wydaje się stosowny. Ponownie posłuchajmy samej Kitschman: „»Miraż«, »Czarny Kot«, »Argus« to kabarety, w których grałam i śpiewałam od 1915 do 1918 roku9. Mówiono w Warszawie, że mam kilkanaście fachów”10. Nadmieńmy, iż wedle innych – komplementarnych? – źródeł od 1916 r. mieszkała w Katowicach, „kierując różnymi organizowanymi przez siebie kameralnymi zespołami wokalnymi”11. Jako piosenkarka podróżowała też po „prowincji” – występowała np. w Płocku (1916) czy Skierniewicach (1919)12. Zarazem już w 1916 r. związała się z Lwowem. Wtedy rozpoczęła współpracę z tamtejszym Teatrem Miejskim. W roku 1918 była jedną z „dezerterów z warszawskich teatrzyków”, których czworo „w zgodnej kompanii wyruszyło na

7 Tamże, s. 32. 8 L. Sempoliński, dz. cyt., s. 138. 9 W Czarnym Kocie artystka pozostała do 1921 roku. Pisarz i niestrudzony kronikarz międzywojennego życia teatralno-kabaretowego, Ryszard Marek Groński, odnotował, iż w momencie zyskania przez Polskę niepodległości w Warszawie liczyły się trzy sceny: Sfinks, oraz właśnie Miraż i Czarny Kot. Por. R. M. Groński, Jak w przedwojennym kabarecie, WAiF, Warszawa 1987, s. 10. 10 M. Stebnicka, dz. cyt., s. 32. 11 L. T. Błaszczyk, Dyrygenci polscy i obcy w Polsce działający w XIX i XX wieku, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1964, s. 130. 12 Słownik biograficzny teatru polskiego. T. 2, 1900–1980, pod red. Z. Wilskiego, B. Berger i in., Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1994, s. 309.

105

3. Anda Kitschman (z prawej)


podbój «Galilei» (jak wówczas żartobliwie nazywano Małopolskę)”13 i stworzyło kabaret „Czwórka”, występujący główne w Lwowie i „w objazdach”14 . Gwoli ilustracji, jak prezentowały się ówczesne odpowiedniki informatora „Co jest grane”, oto anons występu tej grupy: „»Czwórka« zespół artystów warszawskich w sali teatru »Metropol« […] tylko do czwartku, 22 b.m., w[y] łącznie świetny, wesoły program, który na wczorajszym wieczorze odniósł niebywały sukces artystyczny. Wykonawcy: Kitschmanówna, Kaliciński, Michałowski, Windheim15, Nerwal. Początek o godz. 6·30 wieczorem”16. Od 1920 r. pracowała też – albo raczej służyła – w dziale propagandy Małopolskich Oddziałów Armii Ochotniczej (moao), kierując teatrem żołnierskim w Lwowie17. W 1923 r. wzięła udział w pierwszym w tym mieście wykonaniu opery Czarodziejski flet w języku polskim. Od 1925 do 1926 roku współtworzyła awangardyzujący teatr Semafor, również w Lwowie. W tym czasie zainteresowała się folklorem tego miasta, skompilowała tomik 60 wesołych piosenek ludowych18. Ten wysyp nazw miejsc, stanowisk, tytułów, może przyprawić o zawrót głowy i wzbudzić przypuszczenie, że artystka rozmieniała się na drobne. Jerzy Waldorff ten okres działalności Andy Kitschman podsumował nie bez goryczy: „zwykła dla owych czasów trudna walka o byt i chleb”19. Anda Kitschman cieszyła się popularnością, jej piosenki były szlagierami, a jej osoba wzbudzała zainteresowanie: „[N]a mój widok szeptano

13 A. Kitschman, Garść wspomnień lwowskich, [w:] Dymek z papierosa czyli Wspomnienia o scenach, scenkach i nadscenkach, pod red. K. Rudzkiego, Iskry, Warszawa 1959, s. 347. Autorka podpisała tekst: „Anna Kitschman”. 14 Słownik biograficzny…, s. 309. 15 Mąż artystki. Marek Windheim został później śpiewakiem operowym, tenorem Metropolitan Opera House w Nowym Jorku; patrz niżej. 16 „Gazeta Lwowska”, nr 115, 20 maja 1919, s. 4. 17 Za: Czy wiesz kto to jest? T. 1, pod red. S. Łozy, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1983, s. 339. 18 Była to niejedyna jej publikacja. Gwoli przykładu, ukazał się też śpiewnik Piosenek kabaretowych Andy Kitschmann i Marka Windheima – reprodukcja okładki [w:] M. Stebnicka, dz. cyt. s. 32. 19 J. Waldorff, Moje lampki oliwne, Iskry, Warszawa 1999, s. 32.

106


»Kitschmannka« i »achy« i »ochy«, wiedziałam, że poniekąd chodzi o szałowy kapelusz, który akurat miałam na głowie, albo skandalizujące plotki o mnie”20. Warszawscy plotkarze oczywiście posądzali ją o romanse, np. z Marianem Rentgenem, również artystą małych scen, z którym współpracowała w Mirażu. Bynajmniej nie była z tego zadowolona. Właśnie: Anda Kitschman cieszyła się popularnością, ale nie cieszyła się z popularności: „[J a nie wspominam miło mojej przeszłości kabaretowej”21. Kitschman była jedną z pierwszych obrończyń praw autorskich. Na współcześnie działającej stronie www Stowarzyszenia Autorów „ZAiKS” czytamy: W 1918 r.22 kilku zapaleńców, którzy nie chcieli by praca ich umysłów szła na marne, a ci którzy z niej korzystają, robili to bez zgody autorów i bez godziwej dla nich zapłaty, założyło związek mający na celu ochronę praw autorskich. Komitet założycielski tworzyli m.in. Anda Kitchman, Stanisław Ossyryja Brochocki, Julian Tuwim, Tadeusz Żeromski23.

Ówczesny przemysł rozrywkowy charakteryzował się krótką pamięcią. Mira Zimińska wspominała Instytut Propagandy Sztuki z 1933 roku tak: Przyjechała Anda Kitschman. Kiedyś była kapelmistrzem i znakomitą pieśniarką, bardzo lubianą. Była też autorką, kompozytorką piosenek. Ona napisała Pojadę na spacer w Aleje…, którą śpiewała potem cała Polska. Anda Kitschman nauczyła mnie śpiewać tę właśnie piosenkę i jeszcze jedną, w innym typie24.

To definiuje Kitschman jako artystkę w latach 30. już zapomnianą! W owym czasie oczywiście pozostawała ona aktywną, np. była korepetytorką „solistów opery w Teatrze Wielkim w Warszawie”25. Tworzyła repertuar dla 20 M. Stebnicka, dz. cyt., s. 32. 21 Tamże. 22 Ściślej, w marcu tego roku pojawiła się inicjatywa powstania Stowarzyszenia, faktycznie założonego półtora roku później, por. D. Michalski, dz. cyt., s. 243. 23 http://www.zaiks.org.pl/88,36,o_zaiks-ie.st_1 [dostęp 5.09.2013]. 24 M. Zimińska-Sygietyńska, Nie żyłam samotnie, opr. M. Sroka, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988, s. 153. 25 L. T. Błaszczyk, dz. cyt., s. 130.

107


innych, współcześnie już zapomnianych artystów i artystek, np. dla Lucyny Szczepańskiej, Stefana Witasa czy Tadeusza Faliszewskiego. Współorganizowała też scenę dziecięcą w Instytucie Reduta – była odpowiedzialna za muzykę w utworzonym przy tym instytucie Teatrze „Płomyka”, w którym scenografią zajmował się ceniony do dziś rysownik Jan Marcin Szancer26. „A potem – znów wojna, znów tułaczka, kłopoty, nieszczęścia…”27. Druga wojna światowa zastała ją w Warszawie – mieszkała przy ul. Siennej 1328. Od 1940 r. w Generalnym Gubernatorstwie wolno było prowadzić teatry „w granicach prymitywnych potrzeb rozrywkowych”, przy czym władze okupacyjne zalecały obniżanie poziomu przedstawień i rozerotyzowanie programów. Dotyczyło to rzecz jasna teatrów jawnych, kontrolowanych przez funkcjonariuszy urzędów propagandy29. Mimo skrupułów artystki i artyści godzili się na angaże w teatrach jawnych, ponieważ potrzebowali źródeł zarobkowania30. Osoby dostarczające tekstów, pracujące na stanowiskach śpiewaków i śpiewaczek, tancerek i tancerzy, aktorów i aktorek, nie wiedziały zwykle, jaką politykę prowadzą ich szefowie (np. kierownicy artystyczni), i bały się ich tak samo, jak ci szefowie bali się funkcjonariuszy urzędów propagandy. Konspiracyjny organ delegatury rządu londyńskiego potępiał taki pragmatyzm; akcentowano, iż twórcy działają na szkodę Polski, „pomagają w zbieraniu argumentów za niższością kulturalną naszego narodu”31. Nie zachowały się zbyt liczne afisze, często spisy wystawianych w teatrzykach komediowo-operetkowych spektakli ograniczają się do podawania miejsc i tytułów, niekiedy obsady. Nie są wystarczająco szczegółowe, by wzmiankować kogoś takiego, jak realizator muzyczny. O Andzie wiadomo, iż w 1944 roku pracowała w teatrze Maska Józefa Grodnickiego, działającym od

26 Za: D. Michalski, dz. cyt., s. 33. 27 Tamże. 28 Za: Czy wiesz kto…, s. 339. 29 Chodzi o sieć Urzędów Propagandy (Reichspropagandaamt) powołanych w Generalnym Gubernatorstwie przez Ministerstwo Propagandy III Rzeszy (Propagandaministerium). 30 Por. A. Wysiński, Teatry jawne w Generalnym Gubernatorstwie, [w:] „Pamiętnik Teatralny”, z.1–4, 1963, s. 169. 31 Za: S. Marczak-Oborski, Kronika, [w:] „Pamiętnik Teatralny”, z.1–4, 1963, s. 32.

108


1941 roku przy ul. Marszałkowskiej 34 i mieszczącym ponad 400 widzów32. Za Stanisławem Marczakiem-Oborskim należy postawić pytanie: „kto zapełniał te fotele”? Przyznać trzeba, że byli to dorobkiewicze i kombinatorzy: „tylko świnie siedzą w kinie – co bogatsze, to w teatrze”33. Maska pracowała „pod kątem widowni o nieco większych wymaganiach”34, zaś jakość spektakli była podnoszona właśnie dzięki stronie muzycznej. 15 kwietnia 1944 roku premierę miał spektakl W krainie tęczy, a 20 maja – Lalka, oba w reżyserii kierownika artystycznego Maski, Witolda Zdzitowieckiego i z muzyką – melodyjnymi miniaturami operetkowymi – Andy Kitschman35. W tym okresie, a ściślej, 13 maja, kierownictwo walki podziemnej przeprowadziło akcję, w wyniku której wychłostano i ogolono głowę dyrektora Maski, Grodnickiego, zaś Zdzitowieckiego ogolono, w ramach piętnującej i zawstydzającej kary za współpracę z okupantem36. Teatr został zlikwidowany w czerwcu 1944. Podczas powstania warszawskiego Kitschman uciekła z miasta, „zdążyła zabrać tylko swoja torebkę, a do niej schować… kolekcję słoni. Takich malutkich figurek, które potem stały na pianinie w jej krakowskim mieszkaniu”37. To fragment wspomnień Marty Stebnickiej, która później otrzymała od swej mentorki jedną z owych figurek. Dodajmy, że Kitschman nie uniknęła wojennych represji. Po tym, jak wczesną wiosną 1941 roku dokonano aresztowania Leona Schillera i Zofii Małynicz, i śledztwo w ich sprawie okazało się dla gestapo nieudane, nastąpiły dalsze zatrzymania – pod koniec marca tego roku ta sankcja dosięgła m.in. Andę Kitschman i Mirę Zimińską38. 32 Za: A. Wysiński, dz. cyt., s. 173. 33 Por. S. Marczak-Oborski, Teatr czasu wojny. Polskie życie teatralne w latach II wojny światowej (1939–1945), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967, s. 66–67. 34 Tamże, s. 62. 35 Za: A. Wysiński, dz. cyt., s. 199. 36 S. Marczak-Oborski, art. cyt., s. 58. 37 Za: D. Michalski, dz. cyt. s. 34. 38 S. Marczak-Oborski, art. cyt., s. 31. Inna wersja wydarzeń podana jest w tomie wspomnień Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej, Nie żyłam samotnie. Weryfikujący bądź uściślający relację artystki Mieczysław Sroka napisał, iż Zimińska była zatrzymana jesienią 1940 r.

109

4. Tabliczka na grobie Andy Kitschman


Po wojnie zamieszkała w Krakowie. Życie teatralne rozkwitło bardzo szybko po zakończeniu działań wojennych, jeszcze przed zawarciem pokoju. Afisze, jakie pojawiły się na ulicach, dla wielu osób były znakiem powrotu do normalności, a zatem powodem do radości. Pomijając kwestię tego, jaka „normalność”, codzienność się w efekcie ukonstytuowała, w reanimację życia artystycznego włączyła się od razu Anda Kitschman. Dyrygowała chórem i orkiestrą w Teatrze Starym w przedstawieniu Mąż doskonały, którego premiera odbyła się już 1 kwietnia 1945 r. W tym też roku została kierowniczką muzyczną Teatru Wesoła Gromadka (potem, w 1948 r. przemianowanego na Państwowy Teatr Młodego Widza i działającego pod tą nazwą do 1957 r.). To najważniejsza z jej powojennych afiliacji. Była kierowniczką muzyczną założonego przez Mariana Eilego i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego Kabaretu Siedem Kotów, co Jerzy Waldorff wspominał tak: „Funkcję maestry di musica, za radą wielu w tym doświadczonych, oddaliśmy w ręce Andy Kitschmann, osoby groźnej i władczej”39. Komponowała na potrzeby kabaretu w czasie jego funkcjonowania, czyli w latach 1946–47. Ze sceną tą, mieszczącą się w kasynie wojskowym przy ul. Zyblikiewicza 1, związane były takie znakomitości, jak Irena Kwiatkowska, Ludwik Sempoliński czy właśnie Jerzy Waldorff, w owym czasie dziennikarz „Przekroju”. Kabaret wystawił kilka programów, łamiąc konwencje przedwojenne, łącząc satyrę z poetycznością, jednak na temat specyfiki oprawy muzycznej spektakli przekazów brak. Nie brak za to relacji o naszej bohaterce. Przed każdą premierą rozgrywały się te same sceny: pani Anda z krzykiem domagała się nowej toalety, Marian [Eile] bronił się bezskutecznie, więc na koniec siadała do pierwszego z dwóch […] fortepianów spowita w złote lamy, szale tiulowe, z diademem i piórami we włosach40.

Maria Stebnicka w rozmowie z Dariuszem Michalskim zwróciła uwagę na ten sam aspekt wizerunku artystki: „[R]zeczywiście żądała, że chce mieć na przykład suknię z weluru, z ogonem, i ogromny kapelusz z rajerami41, co było 39 J. Waldorff, dz. cyt., s. 30. 40 Tamże, s. 32–33. 41 Ozdobą z piór.

110


w tym czasie w Krakowie nie do dostania”42. Żądania spełniano, diwa była traktowana z szacunkiem i nie zawodziła publiczności. W życiu zaw[odowym] i pryw[atnym] zwykła postępować w sposób niekonwencjonalny. Dosyć przystojna, lubiła ubiorem akcentować swą kobiecość i artyst[yczną] profesję. Pod koniec życia bywała popędliwa i współpraca z nią należała do trudnych. Środowisko krak[owskie] darzyło wielkim uznaniem jej muz[yczną] wszechstronność43.

Na przykład Jerzy Waldorff o redaktorze naczelnym „Przekroju” opowiadał: „nie bał się w życiu niczego, jedynie Kiczmanki, była bowiem jako dyrektor muzyczny wymagająca i surowa, ale cenili ją wszyscy”44. Przy czym dla Waldorffa łatwo wpadającą w furię i robiącą współpracownikom awantury Kitschman cechowały „twardość charakteru, oschłość”45, lecz tylko ze względu na trudności, z jakimi zmagała się dzielnie przez całe życie, i w obliczu których kapitulowała. Autor ten wspominał: Dopiero w wiele lat później, gdy pani Anda była starą, schorowaną kobietą, która przestała z życiem walczyć i się mu poddała, konstatowałem – odwiedzając ją – że za pozorami oschłości i surowości kryła się jak za tarczą, żeby jej dobre serce nie było narażone na ciosy losu jeszcze dotkliwsze od tych, jakie odbierać musiało46.

Wracając do zatrudnienia artystki, po wojnie napisała z J. Albrechtem wodewil Igraszki balonikowe, rozpoczęła operetkę Burza nad Helikonem, podobnie jak wcześniej jej ojciec, tłumaczyła teksty operetek. Przez krótki czas pracowała też w studiu aktorskim przy Teatrze Starym. W Wesołej Gromadce, animowanej przez Marię Biliżankę-Bielińską (1903–1988), komponowała do przedstawień: O krasnoludkach i sierotce Marysi (premiera 14 grudnia 1945, wznowienie w 1950 r.), programu słowno-muzycznego 42 43 44 45 46

111

Za: D. Michalski, dz. cyt., s. 35. Słownik biograficzny teatru polskiego. T. 2…, s. 309. Za: D. Michalski, dz. cyt., s. 36. J. Waldorff, dz. cyt., s. 32. Tamże, s. 33.


Z biegiem Wisły (premiera 10 lutego 1946), Pinokia (premiera 5 kwietnia 1946), Biedulki (1947), Królowej śniegu Eugeniusza Szwarca (wg H. Ch. Andersena; 1948), Toru przeszkód (1954), Romantycznych (1955), dyrygowała orkiestrą do przedstawienia Beksy (maj 1945) oraz chwalonej przez krytykę Awantury w Chioggi (1953). To ostatnie było spektaklem plenerowym wystawionym na Barbakanie z okazji Dni Krakowa. Nie w pełni już sprawna Kitschman chętnie towarzyszyła, póki sił starczało, wyjazdowym występom w Nowej Hucie teatru w międzyczasie przemianowanego na Rozmaitości. Miało to miejsce w czasach, kiedy Huta nie była jeszcze przyzwoicie skomunikowana z centrum Krakowa, dlatego przez wyboje i wertepy ekipa często nosiła artystkę na rękach47. Potem sporadycznie komponowała i opracowywała muzykę, np. do Kalifa bociana (1958), Jadzi wdowy (1959). W 1959 r. wycofała się z życia zawodowego, chociaż wróciła do zajęć pedagogicznych. Już jako emerytka udzielała lekcji, np. reżyserce teatralnej, aktorce, wokalistce Marcie Stebnickiej (cytowanej już kilkukrotnie „mniej słynnej” żonie Ludwika Jerzego Kerna). Artystka ta opowiadała Dariuszowi Michalskiemu: Kiedy zaczęłam pracę w kabarecie Jama Michalikowa48 […] to pomyślałam, że dobrze byłoby trochę lepiej śpiewać. I wtedy aktorka Alicja Kamińska49 mówi: „Słuchaj, jest przecież stara Kiczmanka. Chora, ale może ona nas czegoś nauczy”. Kiedy do niej poszłam […] zobaczyłam kobietę prawie łysą, po wylewie, z ręką sparaliżowaną, powłóczącą nogami. Żyła w okropnej biedzie, po prostu w nędzy, a fotel, w którym wciąż przesiadywała, zdobiły resztki lisiego ogona. To był straszny widok!50.

Anda Kitschman, kiedy po raz pierwszy o niej usłyszałam, wydała mi się postacią niemal zupełnie zapomnianą, niecelebrowaną jako pionierka, niecenioną jako artystka. Wprawdzie w Teatrze Bagatela wznawiano spektakle, do

47 G. Koniarz, Popularne Rozmaitości. 1958–1971, za: http://www.bagatela.pl/O_teatrze/ Historia/’58-’71/ [dostęp 5.09.2013. 48 Ta krakowska kawiarnia literacka wznowiła swą trwającą wpierw od 1895 r. do 1935 r. działalność na początku lat 60. 49 Aktorka ta współpracowała z Andą Kitschman w czasie scenicznej aktywności Kabaretu Siedem Kotów. 50 D. Michalski, dz. cyt., s. 37.

112


których swego czasu stworzyła muzykę i napisała teksty piosenek51 (Królowa śniegu była grana w 2. połowie lat 70., a O krasnoludkach i sierotce Marysi – jeszcze na początku lat 80.52), jednak nie przypuszczam, by jej nazwisko na afiszu przyciągało szczególną uwagę. O Kitschman milczy też Encyklopedia Krakowa pwn. Jako dyrygentka wybierała repertuar, by tak rzec, zachowawczy. Jako kabarecistka, kompozytorka i autorka tekstów, skłaniała się ku frywolności, dzisiejszej feministce mogącej kojarzyć się z oczywistym flirtem z patriarchatem, zgodą na system, w którym dyrygentka w polskim światku muzycznym stanowiła wyjątek. Wyjątek, nie wyłom. O życiu prywatnym niewiele wiadomo. Jej pierwszym mężem był Marek Windheim (1894–1960)53, aktor i śpiewak, współtwórca kabaretu „Czwórka”. Około 1930 roku wyemigrował do usa, gdzie występował m.in. w San Francisco Opera (np. jako Remendado w Carmen, Walther w Tannhäuserze, Mime w Złocie Renu) i The Metropolitan Opera w Nowym Jorku (np. jako Goro w Madame Butterfly, David, Zorn oraz Vogelgesang w Śpiewakach norymberskich), oraz w epizodycznych rolach w filmach hollywoodzkich. W latach 50. „ten przedsiębiorczy człowiek […] porzucił aktorstwo i z dużym powodzeniem poczynał sobie w wielkiej i wpływowej agencji reklamowej”54, o czym opowiadał inny emigrant, muzyk Henry Vars (Henryk Wars[zawski]). Małżonkowie rozstali się, ponieważ Anda Kitschman była niechętna emigracji, choć – wedle relacji Stebnickiej – podjąwszy taką próbę, dała kilka udanych koncertów i mogła z nadzieją patrzeć na swą przyszłość w usa. Nazwiska, jakie wzmiankuję, sugerują, że artystka znała „wszystkich”, i „wszyscy” znali ją, jednak o jej bliskich kontaktach towarzyskich bez wątpliwości można powiedzieć jedynie, iż w okresie warszawskim przyjaźniła się z Józefem „Pikusiem” Ursteinem (1886–1923), występującym w „Mirażu” mistrzem szmoncesów, oraz z Polą Negri. Kitschman wspominała: „Przyjaźniłam

51 Współautorką tekstów była Anna Świrszczyńska. 52 Dane o spektaklach uzyskane z Archiwum Teatru Bagatela. 53 Wedle inskrypcji na nagrobku na Ferncliff Cemetery and Mausoleum w Nowym Jorku, lata życia artysty to 1895–1960. Nagrobek zlokalizowany przez wyszukiwarkę http:// www.findagrave.com/. 54 Za: D. Michalski, dz. cyt., s. 724.

113


się z nią, dawałam jej lekcje śpiewu. To była niezwykle sympatyczna osoba”, komplementując również Negri jako artystkę. Drugim jej mężem był Wilhelm Weiner (1898–1957), skrzypek i kompozytor, jeden z współzałożycieli przedwojennego Żydowskiego Towarzystwa Muzycznego w Lwowie. Jej starość była samotna. Mieszkała po numerem 17 przy ul. Świerczewskiego (obecnie Studenckiej). Dom wypełniony był dawnymi kreacjami scenicznymi, pamiątkami, wypłowiałymi fotografiami. Pamiątki musiała zebrać już po wojnie, ponieważ z Warszawy – jak już wspomniałam – uciekła jedynie z kilkoma figurkami słoników, tworzących później „orszaki szczęścia”55 na nienależącym do lokatorki, a jedynie pożyczonym pianinie. Mimo niewładnej ręki i braku fortepianu pozostała wirtuozką klawiatury. To w tym wychodzącym na klasztorny ogród mieszkaniu odwiedzała ją Stebnicka, z danusiami, ulubionymi batonikami artystki, i z głową otwartą na wysłuchanie wspomnień. Kitschman mogła wtedy „dyrygować swoją przeszłością”56. Przyjaźń artystek przetrwała do śmierci nestorki sceny. Nie w pełni sprawna, Kitschman nie była w stanie pokonywać „stromych, źle oświetlonych, obrzydliwych schodów”57 w swej kamienicy, tym bardziej, że nie wyobrażała sobie wychodzić w nieeleganckim stroju. Jej dawna słabość do luksusowych toalet przetrwała po wojnie, i jak dowodzi tego wyżej przytoczony passus z Waldorffa, stała się nieledwie anegdotyczna58. Zmarła 10 października 1967 roku. Spoczęła obok męża, na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie (kwatera XXXII). Dariusz Michalski kilka lat temu tak opisał jej miejsce pochówku: „[N]a grobie profesor Andy Kitschman (jakie szczęście, że pamiętano o tym należnymi jej tytule!) i jej męża widnieje napis: «Pierwsza kobieta muzyk-kompozytor-dyrygent opery i operetki wiedeńskiej. Kierownik muzyczny i kompozytor teatrów»”59. Niestety, w sierpniu 2013 r.

55 Słowa przytoczone przez Martę Stebnicką [w:] Cóż to za hece!, dz. cyt., s. 30. 56 Tamże. 57 Tamże. 58 Zarazem artystka jedynie wypożyczała suknie i akcesoria na premiery, by podczas kolejnych występów prezentować się znacznie skromniej. Por. J. Waldorff, dz. cyt., s. 33. 59 D. Michalski, dz. cyt., s. 37.

114


nie widziałam już tej tabliczki. Znalazłam nowszą, po wielokroć skromniejszą: „Anda Kitschman; artystka śpiewaczka, dyrygentka, kompozytorka”. Również Weinerowi poświęcono inskrypcję bardziej lakoniczną, niż ta zacytowana przez Michalskiego. Na nowej tabliczce brak też dat. Kilka lat temu aktorka Teatru Forte, Katarzyna Nowak, przygotowała spektakl kabaretowy oparty na twórczości estradowej i wątkach z życiorysu Andy Kitschman. To napisana i wyreżyserowana przez tę absolwentkę Państwowej Szkoły Teatralnej w Krakowie monodramatyczna realizacja nie tylko pokazująca Kitschman jako artystkę, która za sceniczną fasadą kryła osobiste dramaty i brak zawodowego spełnienia, ale i ożywiająca zapomniane piosenki, pikantne, niekiedy dosadne, a zawsze nieodparcie zabawne, stworzone w konwencji umożliwiającej interakcję śpiewaczki z publicznością. To jedyne współczesne przedsięwzięcie związane z postacią pierwszej polskiej dyrygentki, na jakie udało mi się natrafić. Właśnie: w urzekającej wizji zaproponowanej przez Katarzynę Nowak, ze względu na konwencję, siłą rzeczy zabrakło tej „poważniejszej” strony działalności Andy Kitschman. W polskim piśmiennictwie skupionym na historii obecności kobiet w różnych dziedzinach sztuki muzyka reprezentowana jest najsłabiej, co w połączeniu z powolnym – w porównaniu np. z literaturą czy malarstwem – wygasaniem uprzedzeń wobec karier kobiet jako kompozytorek czy dyrygentek składa się na przyczyny nieeksponowania czy pomijania „muzycznej sufrażystki”, „zepchniętej z podium przez mężczyzn”60, niedocenianej tak za życia, jak i po śmierci. Paulina Szkudlarek

Ur. 1978, doktor nauk humanistycznych w zakresie kulturoznawstwa, absolwentka Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu, wykładowczyni i badaczka niezależna, autorka artykułów w czasopismach i tomach zbiorowych, redaktorka Fenomenu radości (2007) oraz Przebranych w płeć (2010). Interesuje się m.in. metodologią badań feministycznych i queerowych, teoriami krytycznymi i wywrotowymi, współpracuje z różnymi instytucjami i organizacjami pozarządowymi, współorganizując i współtworząc wydarzenia kulturalne i prorównościowe. Współtworzy bloga poświęconego krytyce literackiej. Mieszka w Krakowie.

60 J. Waldorff, dz. cyt., s. 32; forma cytatu dostosowana do szyku gramatycznego zdania.

115


bibliografia:

Adrjański Z. Błaszczyk L. T.

Kitschman A. Groński R. M. Marczak-Oborski S. Marczak-Oborski S. Michalski D. Plohn A. Sempoliński L. Sempoliński L.

Kalejdoskop estradowy. Leksykon polskiej rozrywki 1944–1989. Artyści, twórcy, osobistości, Bellona, Warszawa 2002. Dyrygenci polscy i obcy w Polsce działający w XIX i XX wieku, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, Kraków 1964. Czy wiesz kto to jest? T. 1, pod red. S. Łozy, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1983 (fotooffsetowy reprint publikacji Wydawnictwa Głównej Księgarni Wojskowej, Warszawa 1938). Garść wspomnień lwowskich, [w:] Dymek z papierosa czyli Wspomnienia o scenach, scenkach i nadscenkach pod red. K. Rudzkiego, Iskry, Warszawa 1959. Jak w przedwojennym kabarecie. Kabaret warszawski 1918–1939, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1987. Kronika, [w:] „Pamiętnik Teatralny”, z.1–4, 1963. Teatr czasu wojny. Polskie życie teatralne w latach II wojny światowej (1939–1945), Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1967. Powróćmy jak za dawnych lat. Historia polskiej muzyki rozrywkowej 1900–1939, Iskry, Warszawa 2007. Muzyka we Lwowie a Żydzi, „Muzykalia XIII – Judaica 4”, maj 2012. Pierwotna publikacja [w:] „Almanach Żydowski”, Lwów, sierpień 1936. Moje wspomnienia kabaretowe, [w:] Dymek z papierosa czyli Wspomnienia o scenach, scenkach i nadscenkach pod red. K. Rudzkiego, Iskry, Warszawa 1959. Wielcy artyści małych scen, Czytelnik, Warszawa 1968.

116


Stebnicka M. Waldorff J. Wysiński A. Zimińska-Sygietyńska M.

Słownik biograficzny teatru polskiego. T. 1, 1765–1965, pod red. S. Dąbrowskiego i in., Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1973. Słownik biograficzny teatru polskiego. T. 2, 1900–1980, pod red. Z. Wilskiego, B. Berger i in., Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1994. Cóż to za hece!, „Dziennik Polski” nr 265, 12 listopada 2004. Moje lampki oliwne, Iskry, Warszawa 1999. Teatry jawne w Generalnym Gubernatorstwie, [w:] „Pamiętnik Teatralny”, z.1–4, 1963. Nie żyłam samotnie, opr. M. Sroka, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1988.



Anna Pekaniec

Kietli

Ja – teatr – życie. Sceniczne pasje Elżbiety Kietlińskiej

Każdy z nas, będąc głównym bohaterem własnego dramatu, odgrywa drugoplanowe role w dramatach innych ludzi, każdy zaś dramat narzuca pewne ograniczenia innym. […] Każdy z naszych dramatów nakłada pewne ograniczenia na dramaty innych sprawiając, że ich połączenie różni się od części składowych, ale nadal daje w rezultacie całość o charakterze dramatycznym Alasdair MacIntyre, Dziedzictwo cnoty. Studium z teorii moralności

Prywatne narracje, przekładające się na budowane przez wiele lat opowieści, kształtujące narracyjną tożsamość osoby opowiadającej, siłą rzeczy zazębiają się z narracjami tworzonymi przez osoby, z którymi styka się autor lub autorka opowieści. Zależnie od intensywności interakcji, czasu jej trwania, rodzaju, zostają zbudowane dwie przestrzenie – osobista, idiomatyczna oraz jej zmodyfikowana wersja, uzupełniona o jakości rodzące się na przecięciu dwóch różnych historii. Łącząc się ze sobą, nie tworzą statycznej całości, wręcz przeciwnie – dynamizują ją dzięki immanentnej, wewnętrznej dyspersji pozornie monolitycznych historii. Każdorazowo, odgrywając główną rolę we własnym przedstawieniu,narracyjny aktor lub aktorka, mniej lub bardziej dobrowolnie, bierze udział w cudzych przestawieniach, których scenariusz nierzadko pozostaje w dużej mierze nieznany lub jedynie intuicyjnie przeczuwany. Motto niniejszego szkicu wyraźnie wskazuje na źródło owej niewiedzy czy też wiedzy niekompletnej. Jest ona warunkowana stopniem wyczulenia na konteksty – społeczne, obyczajowe, historyczne, polityczne, estetyczne, ale i etyczne, w niebagatelny sposób wpływające na specyfikę odgrywanych ról. Niezależnie od stopnia świadomości równoczesnego bycia na kilku scenach, najważniejszym elementem, obok kontekstów kształtujących swoistą atmosferę egzystencjalnego spektaklu, jest świadomość interakcyjności, znaczenia kategorii międzyludzkiego, rozumianego jako pozostawanie w relacjach wyznaczanych przez wzajemne wpływy JA i TY, aktora/aktorki oraz jego/jej interlokutora/interlokutorki bądź interlokutorów. 119


Relacyjność – nota bene stanowiąca jeden z wyróżników autobiografii kobiet, w znacznej mierze decydujący o charakterystyce złożonego z trzech instancji, czyli autorki, narratorki i bohaterki, podmiotu – ma także inne, równie ważne konsekwencje: Narrację autobiograficzną można także potraktować jako przedstawienie świata życia codziennego, który […] stanowi przestrzeń [pole] aktywności człowieka i komunikowania się ja z ty. Jest zatem prezentacją świata społecznego, który ludzie rozumieją w jakiejś mierze podobnie ze względu na przypisywanie mu, przynajmniej częściowo, tego samego [wspólnego] znaczenia. Kategoria MY, która oznacza współistnienie ja i ty, pozwala ludziom komunikować się ze sobą i wzajemnie rozumieć1.

Codzienność w perspektywie kobiecej literatury dokumentu osobistego nie jest więc tylko źródłem interesujących obserwacji. Bez względu na swój kształt stanowi przestrzeń spotkań i (nie)porozumień, generujących mniej lub bardziej krótkotrwałe wspólnoty, budowane m.in. na bazie zrozumiałego dla jej członków i członkiń języka, dialektu czy dyskursu. Tu chciałabym się zatrzymać, gdyż rodzi się pytanie, dlaczego wstęp o interakcyjności, nierzadko znacznie wykraczającej poza granice autobiograficznych narracji, pojawia się w tekście, którego głównym celem ma być nakreślenie biografii Elżbiety Kietlińskiej, autorki (niedawno wydanych) Wspomnień i wrażeń młodej teatromanki2, córki Marii z Mohrów Kietlińskiej, jednej z bohaterek

1 E. M. Skibińska, Mikroświaty kobiet. Relacje autobiograficzne, Warszawa 2006, s. 342. 2 Warto doprecyzować – miłośnicy teatru mieli już okazję zetknąć się z jej opowieściami, ponieważ fragmenty wspomnień zostały opublikowane ponad dwadzieścia lat temu w „Pamiętniku Teatralnym”. Zob. E. Kietlińska, Ze wspomnień młodej teatromanki. O przedstawieniach Słowackiego – fragmenty dziennika (1894–1909), „Pamiętnik Teatralny” 1991, z. 3–4, s. 407–442. Zostały one poprzedzone komentarzem Jana Michalika. Nie można również zapomnieć o (auto)biograficznej opowieści Elżbiety dołączonej do wspomnień spisanych przez jej matkę. Zob. Dodatek. Rodzina Kietlińskich (spisane przez Elżbietę Kietlińską), [w:] M. z Mohrów Kietlińska, Wspomnienia, oprac. I. Homola-Skąpska, Kraków 1986. W 2012 roku Księgarnia Akademicka opublikowała opracowane i zredagowane przez wymienianego już Jana Michalika całościowe teatralne wspomnienia Elżbiety. Zob. E. Kietlińska, Wrażenia i wspomnienia młodej teatromanki, wstęp i oprac. J. Michalik,

120


II tomu Przewodniczki po Krakowie emancypantek3? Po pierwsze: miłośniczka przedstawień, przez kilkadziesiąt lat komentująca niemalże na bieżąco wydarzenia z życia teatralnego Krakowa, ulubionym przedmiotem kontemplacji i namysłu uczyniła ten rodzaj sztuki, który szczególnie dobitnie kładzie nacisk na relacyjność, nie istnieje bez niej. Po drugie: wnikliwa komentatorka dramatycznych interakcji, sama dość niechętnie opowiadała o własnym życiu, czy o sobie samej wprost, w narracjach na plan pierwszy wydobywa sztukę, a nie siebie jako jej odbiorczynię. Oczywiście, subiektywne spostrzeżenia z obejrzanych przedstawień (z biegiem lat coraz bardziej zbliżające się, jeśli nie do recenzji, to przynajmniej do sprawnie skonstruowanych felietonów teatralnych), nie pozwalają zapomnieć o ich autorce, niemniej dość często można odnieść wrażenie, iż są one wyjątkowo dogodną formą kamuflażu. Autorka obecna, uważna, wnikliwa, o wyraźnie określonych sympatiach dramatycznych i aktorskich, jest jednocześnie nieco ukryta, dba o prywatność, chociaż, patrząc z drugiej strony, dzieli się tym, co dla niej było najcenniejsze, najbardziej intymne. Warto też pamiętać o dokumentalnej wartości wspomnień Kietlińskiej, nie trudno zatem zgodzić się z edytorem, Janem Michalikiem, iż z pewnością będą one interesującym źródłem dla historyków sceny, ale i zajmującą lekturą dla nieprofesjonalnych sympatyków teatru. Nie faworyzowałabym jednak funkcji informacyjnej, ograniczanej tylko do sfery teatralnej, skrupulatne notatki są także ciekawym świadectwem życia osoby nietuzinkowej, jednocześnie śmiałej, otwartej, ale i zdystansowanej. Ze względu na szczupłość uwag dotyczących prywatności można odnieść wrażenie, iż autorka pojawia się jedynie na chwilę, w prześwitach, szczelinach teatralnego dyskursu, w tych rzadkich momentach, kiedy do głosu dochodzi nie tylko „teatromanka”, ale Elżbieta, krakowianka, dobrze pamiętająca schyłek XIX wieku, reagująca na zmiany historyczno-obyczajowe z początku XX wieku, jednakże tylko w takim zakresie, jaki miał bezpośredni wpływ na jej sytuację czy zapatrywania. Kraków 2012. W niniejszym tekście będą stanowić główny materiał ilustracyjny (cytaty lokowane przy pomocy skrótu EK z podaniem strony). 3 Zob. A. Pekaniec, Przez lornetkę. „Wspomnienia” Marii z Mohrów Kietlińskiej, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, t. II, pod red. E. Furgał, Kraków 2010.

121


Przeszłość widziana jej oczami ma mocno indywidualny rys, stanowi przestrzeń zamkniętą albo przynajmniej silnie wyizolowaną. Teatralna enklawa z biegiem lat stawała się zbyt ciasna, kusiła także nowa Muza, kino. Niemniej, narracje Kietlińskiej: Pozwalają […] w szczególny sposób zbliżyć się do […] osobistego świata. Są zachętą do podążania wraz z nimi po śladach przeszłości, oglądania minionych wydarzeń, które były częścią […] życia, z […] własnej perspektywy. […] Kobietynarratorki czynią swój świat otwartym, dzielą się historią swego życia […]4.

Równie cenne jest to, o czym opowiedziała wprost i to, czego można się jedynie domyślać. Symptomatyczna jest potrzeba ekspresji (Kietlińska prowadziła dziennik teatralny i osobisty – choć od razu zaznaczam, iż klasyfikacja genologiczna jej tekstów jest bardziej skomplikowana; zachowując formalne pozory diarystycznej narracji, autorka unika właściwego dziennikom introwertyzmu, nierzadko bliskiego liryzmowi, natomiast chętnie tworzy ekstrawertywne relacje, w których nacisk kładziony jest na opis świata zewnętrznego, a nie opis jego intymnego doświadczania – zachowały się także ułamki jej korespondencji5), przy równoczesnej tendencji do jej tonowania. Wspomnienia na ogół utrzymane są w sprawozdawczym, rzetelnym, wyraźnie zaangażowanym tonie, niemniej zdarzają się fragmenty szczególnie emocjonalne czy też wyraźnie literackie6:

4 E. M. Skibińska, Mikroświaty kobiet…, s. 341. 5 Zob. J. Michalik, Krakowianka–teatromanka, [w:] EK, s. 8. 6 Literackość zapisków Kietlińskiej miała wyraźnie młodopolski, ale, co mocno chcę podkreślić, nie manierystyczny, charakter – impresyjność, sensualność, nastrojowość nie tylko oddają ducha epoki, ale i wskazują na oczytanie autorki. Oto próbka: „Rano byłam na Wawelu. Chociaż jeszcze śniegu nie ma świat był biały od szronu, bielały stoki góry od brylantów rosy po stronie słońca, zabieliła świat cały mgła gęsta, znacząca srebrem kontury nagich drzew i bliższych budynków. Powoli dopiero zaczął się w tę biel mieszać błękitny ton od środka niebios, aż za lekkim, rzeźwym podmuchem północnym w stronie Królestwa, przetarło się nieco, mgła poczęła niknąć i odpadać w białych kłębach, pozostawiając świat tylko za lekką przesłoną tak silnie niebieską, że podnoszący się z wolna teren wydał się zwałem fal morskich o najróżniejszych

122


Kietlińska niewątpliwie posiadała talent pisarski. Jej spontaniczna narracja jest płynna, żywa, plastyczna, stylistycznie urozmaicona, naturalna […]. […] Notatki momentami zamieniają się w opowieść, gawędę. […] Nie znane są żadne jej próby literackie, poza jedną, bardzo późną, z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych. Jest to niewielki zbiór swoistych krótkich reportaży – baśni opartych na personifikacji zwierząt – cykl Kocie historie […]7.

Pora na przyjrzenie się biografii Kietlińskiej. Elżbieta urodziła się 26 czerwca 1881 roku (EK, s. 11) w Krakowie, niemalże trzynaście lat po ślubie rodziców. Kietlińscy mieszkali wtedy przy ulicy Gołębiej 58. Wyczekiwana jedynaczka była szczególnie związana z matką9, która nie tylko wszczepiła jej miłość do teatru, ale nauczyła samodzielności w ocenianiu. Ela nigdy nie chodziła do szkoły ani też nie uczęszczała na pensję (w odróżnieniu od swojej rodzicielki, która ukończyła pensję panny Szarłowskiej). Jej edukacją zajęła się Aniela Kopacz, starsza od niej o nieco ponad dwadzieścia lat10. Po pewnym

7

8

9

10

123

odcieniach. A wokół miasta zapłonął wtedy zbytkowny, rudozłoty wieniec plantacji”. E. Kietlińska, rękopis zdeponowany w BJ, sygnatura Przyb. 23/88, z. 4, k. 178. Cyt. za: J. Michalik, Krakowianka… [w:] EK, s. 19. J. Michalik, dz. cyt., [w:] EK, s. 20. Elżbieta bardzo lubiła koty. Literackie portrety zwierząt były formą często wówczas uprawianą przez pisarki, by przywołać np. Zofię Nałkowską, Irenę Krzywicką czy słynną Colette. „Dnia 28 sierpnia 1869 roku w kościele Mariackim w Krakowie poślubiła (Maria, matka Elżbiety – uzup. aut.) Aleksandra Kietlińskiego – ur. 29 sierpnia 1840 roku w Politowie koło Szydłowca, syna kasjera Ludwika i Emilii Januszewicz – urzędnika Komisji Skarbu, a następnie Izby Skarbowej w Radomiu. Przeniosła się wówczas do Królestwa Polskiego, skąd jednak często przyjeżdżała do Krakowa, a po urodzeniu córki wróciła na stałe. Po przejściu na emeryturę jej mąż także zamieszkał w domu przy ulicy Gołębiej, który po śmierci Michała E. Mohra przeszedł na własność Marii Kietlińskiej”. I. Homola-Skąpska, Przedmowa, [w:] M. z Mohrów Kietlińska, Wspomnienia, oprac. I. Homola-Skąpska, Kraków 1986, s. 13. Co ciekawe, córka zaledwie kilkakrotnie pojawia się na kartach wspomnień matki, np. podczas opowieści i wyjątkowo uciążliwej podróży czy utyskiwania na niedogodności aprowizacyjne w 1919 roku. Zob. M. z Mohrów Kietlińska, Wspomnienia, s. 143. Jan Michalik zrekonstruował przebieg edukacji domowej: „Brak chociaż wzmianki, by mieszczańska córka chodziła do szkoły. Nie pada ani razu słowo klasa, nie ma koleżanek z klasy. […] Córka Kietlińskich uczyła się od starszej „przyjaciółki” zapewne literatury


czasie relacja nauczycielka – uczennica przeobraziła się w głęboką przyjaźń, trwającą przez ponad pół wieku, do śmierci starszej z nich, mieszkającej przy ulicy Basztowej 3 (na trzecim piętrze) – podobnie jak jej podopieczna, wraz z matką11. Miłośniczki teatru świetnie czuły się w swoim towarzystwie, dzieląc wspólną pasję, dobrze się rozumiały. Po śmierci Aleksandra Kietlińskiego obie kobiety, matka i córka, przeniosły się do mieszkania na św. Marka 25 (pierwsze piętro); jak ustalił Jan Michalik, w latach trzydziestych Elżbieta opuściła okolice bliskiego jej teatru Słowackiego (niewykluczone, że zadecydowały powody finansowe), by zamieszkać przy ulicy Krowoderskiej 67 (tym razem na drugim piętrze)12. Był to jej ostatni krakowski adres (zaznaczam jednak, że krótko pomieszkiwała też przy ulicy Smoleńsk 27 (EK, s. 17)); z lokum, skąd mogła widzieć Kopiec Kościuszki, rozstawała się podczas II wojny światowej, kiedy to przebywała w Goszczy, położonej w odległości ponad dwudziestu kilometrów od Krakowa, niedaleko Słomnik. Goszcza (podczas zaborów przyporządkowana Rosjanom) należała do krewnych Elżbiety ze strony jej matki, Emilii (z Chrzanowskich) i Zygmunta Zubrzyckich. Ich dzieci lubiły daleką ciotkę13, wspierały ją również finansowo14. Majątek bliskich wiele dla niej znaczył, nie

11 12 13

14

i historii. Lekcje niemieckiego pobierała od domowej „bony” Anny Pośpiech. Nauczające języka francuskiego zmieniały się, uczennica nie darzyła ich sympatią. Wieczory pod lipą Lucjana Siemieńskiego miały być książką szczególnie uprzywilejowaną przez młodą miłośniczkę teatru. Ta czytała dużo, chętnie, z przyjemnością – nie tylko w języku polskim, także po niemiecku, co w Galicji zrozumiałe, również po francusku. Lektury to właściwie jedyny obszar wiedzy o jej życiu, zainteresowaniach wychodzących poza teatr – jako że nie pracowała, nie działała w żadnych organizacjach, a w każdym razie nic o tym nie wiemy”. J. Michalik, dz. cyt., [w:] EK, s. 16. Zaznaczam, iż Kietlińska była wierną i uważną czytelniczką słynnej „Chimery”, dzięki czemu świetnie orientowała się we współczesnej jej literaturze – nie tylko polskiej, w popularnych wtedy prądach filozoficznych i estetycznych. Zob. Tamże, s. 20. Zob. J. Michalik, dz. cyt., [w: ] EK, s. 15. Por. J. Michalik, dz. cyt., [w: ] EK, s. 11, 15, 17. Żyje jeszcze jedna z czworga rodzeństwa, Wanda Puchalska (ma 96 lat), wspierała ciotkę do końca jej życia, kontynuując rodzinną tradycję. To ona po śmierci Kietlińskiej zajęła się mieszkaniem po niej. Zob. J. Michalik, dz. cyt., [w:] EK, s. 18. Por. Tamże.

124


tylko ze względów rodzinnych, ekonomicznych, ale i patriotycznych – tam podczas powstania styczniowego przez krótki czas przebywał generał Marian Langiewicz15, w marcu 1863 roku ogłosił się dyktatorem chylącego się ku upadkowi zrywu narodowowyzwoleńczego. Co ważne: W Goszczy Kietlińska miała status rezydentki. Przez ćwierć wieku przyjeżdżała tu zwykle (bodaj dwa razy w roku) na miesiąc i dłużej – także w trakcie okupacji. Goszcza była dla niej czymś więcej niż miejscem wypoczynku […]. (EK, s. 19)

Zażyłe relacje łączyły Elżbietę Kietlińską z rodziną Siedleckich – pięćdziesiąt lat wzajemnej sympatii było dla teatromanki istotnym doświadczeniem. Jadwiga Siedlecka nie tylko dbała o podtrzymywanie znajomości, znając sytuację finansową16 przyjaciółki, po II wojnie światowej zapewniała jej konkretne pieniężne wsparcie. Kietlińska została pochowana na Cmentarzu Rakowickim. Odeszła 27 stycznia 1957 roku, pozostawiając po sobie wdzięczną ludzką pamięć, puste mieszkanie, materiały rękopiśmienne i maszynopisy. O tym, że wiele dla niej znaczyły, świadczą zachowane ich kolejne redakcje, uzupełnianie. Po latach wracała do wcześniej sporządzonych notatek, poprawiając je, ale i sporo dopisując, choć tym samym nieco naruszała autentyczność diarystycznego toku narracji. Przypuszczam, iż początkowy dziewczęcy notatnik nie był prowadzony z myślą o publikacji, ale ostatecznie sama autorka podjęła myśl o wydaniu nie tylko juweniliów, ale i dalszych zapisków. Ze wspomnień młodej teatromanki. Kraków 1893–1913 – to tytuł wymyślony przez nią. W autotematycznym wstępie do wcześniejszego z dwóch zdeponowanych w Bibliotece Jagiellońskiej maszynopisów (które stały się podstawą do wydania zredagowanego przez Jana Michalika), kończąc rekonstrukcję źródeł teatralnego hobby, nieśmiało zadeklarowała: „Dalej zaczynają się notatki z moich wrażeń teatralnych, którym oddaję głos. Gdy tyle świadectw naszej kultury umarło, może i te skromne uwagi dziewczęce kiedyś – komuś – na coś się przydadzą” (EK, s. 55). 15 Tamże, s. 19. 16 Sama Kietlińska wspomina, iż chcąc pewnego razu udać się do opery, musiała zastawić zegarek. Por. EK, s. 346.

125


Do dziś nie zachowały się wszystkie spisane przez nią teksty (tworzone między 1893 a 1945 rokiem obejmowały większą część jej życia)17, niektóre zostały przez nią zniszczone. Autorka Wspomnień… niewiele napisała o swoim życiu poza teatralną widownią. Szczupłe informacje pozwalają jednak na złożenie z rozrzuconych elementów biograficznej mozaiki, w której, co prawda, więcej jest prześwitów niż miejsc zapełnionych, niemniej i tak są one znaczące. Dyskretna teatromanka nigdzie nie wyjaśnia, dlaczego nie założyła rodziny, co mogłoby być ciekawe z obyczajowego punktu widzenia. Nie wiadomo, czy domniemana samotność, choć może wcale nie była to samotność, tylko celowo i świadomie wybrana samodzielność – niewykluczająca korzystania ze wsparcia bliskich – była dla niej uciążliwa. Wybrany model życia najwyraźniej (na ogół) nie sprawiał jej przykrości18, wręcz przeciwnie, był dla niej optymalny – co nie było łatwe ze względu na silny społeczny przymus małżeństwa i spore nieprzyjemności spotykające kobiety niebędące żonami, matkami19. Czytając uważniej teatralne notatki, (nie tylko między wierszami) zauważyła, iż Kietlińska dostrzegała swoją odmienność, nieszablonowość, osobność; traktowała ją raczej w kategorii zalety niż wady: „[…] jestem ulepiona z innej gliny niż wszyscy ludzie” (EK, s. 142). Rzeczywiście, była inna – wybrała specyficzny tryb życia, autonomiczna decyzja, z pewnością podsycana przez 17 Por. J. Michalik, dz. cyt., [w:] EK, s. 7–8. 18 Od każdej reguły jest wyjątek, stąd też nie dziwi melancholijny, gorzki wpis poczyniony w deszczowy dzień: „Do chałupy się nie chciało, a kiedy się wreszcie poszło, brnąc wśród fal w czarną noc przez opustoszałe miasto, podlegało się jednemu z tych ataków spleenu, które lubią napadać w miejscach i chwilach najniewłaściwszych, każą kląć ową cnotę i siebie samych. Szczęśliwi Ci, którzy za wszystko umieją czynić odpowiedzialnymi drugich i losy! W takich chwilach chciałoby się raczej wszystko, niż wracać do czterech ścian i zwykłego kieratu” (EK, s. 312). 19 O społecznych reperkusjach wywoływanych przez sankcję staropanieństwa wspominała Sławomira Walczewska: „Kobieta samotna, nawet jeśli jest „bez moralnego szwanku” […] jest kobietą, która wy-padła z ustalonej, ogólnie przyjętej konwencji. Jest niedopasowana, a więc gorsza”. S. Walczewska, Damy, rycerze i feministki. Kobiecy dyskurs emancypacyjny w Polsce, wyd. 2, Kraków 2000, s. 140. Kietlińska nigdzie nie zanotowała, że jej stan cywilny był dla niej w jakikolwiek sposób ograniczający. Wybrany modus egzystencji realizowała konsekwentnie, odważnie, z pietyzmem.

126


matkę i Anielę, oferowała jej możliwość życia w dwóch światach jednocześnie – teatralnym i pozascenicznym. Oba nie tyle były niekompatybilne, co po prostu nie przekładały się na siebie, jeden wobec drugiego był swego rodzaju intermezzem, którym bywały też podróże, głównie po dawnym zaborze austriackim. Kietlińska lubiła Zakopane (będące jednym z głównych ośrodków kultury na przełomie XIX i XX wieku, i, w pewnej mierze, w dwudziestoleciu międzywojennym), w roku 1902 zwiedziała też Lwów (gdzie zachwycił ją gmach teatru i piękna, choć według autobiografki słabo wyeksponowana, kurtyna autorstwa Siemiradzkiego): „Była to prawdziwa wycieczka dla przyjemności” (EK, s. 154). Naprawdę umiała cieszyć się życiem, nie tylko wyjścia do teatru bywały świętami (szczególnie jeśli grano sztuki lubianych Juliusza Słowackiego i Stanisława Wyspiańskiego), umiała dostrzec rys niezwykłości w nocy lipcowej czy wyjściu do kawiarni. Chociaż nie zawsze towarzyszył jej pogodny nastrój, choć niekiedy nużył nawet ukochany teatr, Kietlińska nigdy nie traciła świeżości spojrzenia i sądów. Czy była emancypantką? Na pierwszy rzut oka, nie – gdyż nie działała w żadnej organizacji, w jej zapiskach nie ma nawet śladowych uwag o modernistycznym dyskursie emancypacyjnym. Co nie oznacza, iż nie dostrzegała, iż kobiety i mężczyźni są oceniani i postrzegani z uwzględnieniem różnych standardów20, np. kobiety niezamężne nie mogły, a przynajmniej nie powinny, same chodzić do teatrów. Elżbieta umiała jednak zręcznie omijać meandry ograniczających norm, dostosowując je do indywidualnych potrzeb, żyjąc według swoich zasad. Centrum życia uczyniła sztukę – to był jej program emancypacyjny. Będąc nie tylko sympatyczką spektakli, ale i znawczynią realiów teatralnego życia, Kietlińska niekiedy próbowała spojrzeć na aktorów oraz aktorki nie 20 Krytykowała także podwójne standardy moralności, celnie wskazywała ich podstawy: „Juści logika mówi, że jeśli żądamy od panny przeszłości absolutnie bez zarzutu, jej przysługuje prawo tego samego żądania od narzeczonego. A jednak w życiu nie tylko, że jest inaczej, ale nikomu na myśl nie przyjdzie wymagać pustelniczego żywota od kandydata do stanu małżeńskiego. Może to nałóg odwiecznego, wszechwładnego przyzwyczajenia – może niemoralność i schlebianie słabościom ludzkim – zwłaszcza słabościom „panów świata”, przez nich samych i przed drugą połowę rodzaju ludzkiego – dość, że tak jest”. (EK s. 131) W tej krytyce przypominała młodą Zofię Nałkowską.

127


tylko jako na osoby wcielające się w konkretne postaci na scenie, lecz także starała się dostrzec ich pozateatralne charakterystyki. Nie mogła jednak rozdzielić tych dwóch rejestrów, stąd też recenzje gry przeradzały się w mikroportrety, kreślone pewnymi, zdecydowanymi kreskami. Przychylne lub krytyczne uzmysławiają stopień zaangażowania Kietlińskiej w życie krakowskiego teatru – będącego dla niej nie tylko ulubioną odskocznią od codzienności, ale przede wszystkim przełożeniem reguł sztuki (i życia) na słowa, gesty, kostiumy. Autorce wspomnień na ogół udawało się utrzymać empatyczną nutę opisów, niemniej bywało, iż ustępowała ona zaangażowaniu emocjonalnemu, bliskiemu zachwytowi, albo namiętnej filipice. Szczególnie cenionymi przez nią aktorkami były Helena Modrzejewska21 (którą matka Elżbiety znała dość dobrze i wyjątkowo ceniła), Irena Solska22 (bywała niekiedy krytycznie oceniana przez Kietlińską, co jednak nie zmienia faktu, że wypowiedzi o niej na ogół były utrzymane jeśli nie w przyjaznym, to przynajmniej aprobatywnym tonie), Laura Pytlińska (córka Marii Konopnickiej, przez długi czas niechętnej aktorskim dążeniem córki23). Nie podobała się jej jako aktorka Gabriela Zapolska, natomiast ceniła jej pisarstwo24. Uwagi dotyczące gry ulubienic są fascynującymi dokumentami kobiecej historii krakowskiego teatru, stanowią również swego rodzaju mikrobiografie artystyczne aktorek – liczył się ich wygląd, wdzięk, zachowanie podczas przedstawienia; walory fizyczne były równie ważne jak warsztat sceniczny. Całościowe spojrzenie 21 Zob. J. Szczublewski, Modrzejewska. Życie w odsłonach, Warszawa 2009. Jej Wspomnienia i wrażenia (pierwodruk 1910; wydanie polskie – 1957 rok) to niezwykle sprawnie napisana autobiografia, w której Modrzejewska wyraźnie oddziela życie na scenie od życia rodzinnego, dbając o autentyzm, ale nie stroniąc od literackości. 22 Zob. L. Kuchtówna, Irena Solska, Warszawa 1980. Zredagowane przez Lidię Kuchtównę Listy i Pamiętnik Solskiej są fascynującymi dokumentami życia aktorki – obdarzonej nie tylko sporym talentem scenicznym, ale i sprawnie władającej piórem. Solska była jedną z najbardziej popularnych modernistycznych artystek, chętnie malowaną (np. przez Leona Wyczółkowskiego, Stanisława Wyspiańskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza, Wojciecha Gersona, Józefa Mehoffera), ale i opisywaną, portretowaną jako postać literacka. Zob. L. Kuchtówna, Irena Solska jako model postaci literackich, [w:] Wiek kobiet w literaturze, pod red. J. Zacharskiej i M. Kochanowskiego, Białystok 2002. 23 Zob. L. Magnone, Konopnicka. Lustra i symptomy, Gdańsk 2011. 24 Zob. EK, s. 116.

128


nie było statyczne, ewoluowało, było uzupełniane, tworząc dynamiczne portrety, w których zderzane ze sobą były teatralna rola oraz kobieta z krwi i kości, realizująca ją na swoją modłę. Kietlińska, niczym wnikliwa psycholożka i krytyczka teatralna, umiejętnie łączyła dwie perspektywy, nadając recenzowanym przez siebie rolom, ale i ich wykonawczyniom osobne, niekiedy wręcz unikatowe rysy, podkreślając zalety, umiejętnie tłumacząc potknięcia. Przestrzeń (auto)biograficzna wspomnień krakowskiej teatromanki ma kilka wymiarów. Pierwszy z nich, tylko na pozór, najmniej widoczny i mało spektakularny, gdyż rzadko tematyzowany bezpośrednio, to przestrzeń JA autorki – pielęgnującej własną teatralną pasję (nie bezkrytycznie, co jest ogromną zaletą jej wspomnień) wiernej przyjaciółki, oddanej córki, wnikliwej obserwatorki. Opowiadając o teatrze, tak naprawdę, opowiadała o sobie, konsekwentnie utrzymując indywidualizm narracji i dbając o niezależność sądów. Pozornie skromne, dyskretne, trzymające się na uboczu autobiograficznej narracji JA autorki okazuje się niepodzielną władczynią opowiadanego świata, bo tylko dzięki niej mógł on zaistnieć. Przeszłość zatrzymana przez nią w narracji trwa, rozgrywa się ciągle na nowo. Drugi z wymiarów autobiograficznej przestrzeni to teatralny świat, tak bardzo pociągający, przyciągający Kietlińską. Teatralne hobby, można rzec, odziedziczone po matce, na kilkadziesiąt lat (1893–1936)25 wyznaczało rytm jej dni, tygodni, miesięcy. Początkowo przedstawienia były swoistym świętem, z biegiem czasu nie tyle spowszedniały, co stały się oczywistą, a momentami wręcz nieodzowną częścią jej życia. Z biegiem lat, miłośniczka-amatorka stopniowo przeistaczała się w kompetentną krytyczkę, mającą konkretne oczekiwania, sprecyzowane poglądy, budowane w oparciu o wieloletnie obcowanie z teatrem, ale i polemiki z sądami recenzentów. W latach 30. XX wieku scena krakowska przestała być atrakcyjna dla Kietlińskiej (o czym już wspominałam), niewielka odległość, jaka dzieliła jej mieszkanie na św. Marka 25 od gmachu teatru im. Juliusza Słowackiego, okazała się dystansem, którego nie chciała, nie mogła lub nie miała powodu pokonywać. Budzące coraz większe zainteresowanie kino było tylko chwilową fascynacją, na drodze której stanęło pogarszające się zdrowie:

25 Tamże, s. 349.

129


Gdyby nie mój wzrok, byłabym zapewne rozmiłowała się w tak pogardzanym niegdyś kinie. Nieskończone jego możliwości, przepiękne zdjęcia przyrody, dobra gra, jaką tam nieraz można było zobaczyć – byłyby mnie pociągnęły. Mniejsza o treść. To tak dobrze w słotny wieczór zaszyć się przed troskami na chwilę w bądź której sali kinowej, w ciszy przy łagodnej muzyce patrzyć na przemykające obrazy – i myśleć o czym innym… Niestety mogłam tego używać bardzo rzadko i dawno, w sekrecie przed okulistą i niejako przed moimi własnymi oczami. Zresztą z dźwiękowcem byłoby się i tak to skończyło. Gdy film począł skrzeczeć stracił dla mnie główny urok […] (EK, s. 350).

Odejście od teatru w żaden sposób nie umniejsza jego znaczenia w życiu pisarki, której świat – trzeci wymiar przestrzeni autobiograficznej, funkcjonował zgodnie z rytmem przedstawień, spotkań ze znajomymi i przyjaciółmi, lektur, niedalekich i nieczęstych podróży. Świat Kietlińskiej nie zawsze stykał się z rzeczywistością, która ją otaczała lub – nieco inaczej – niekoniecznie wymagał jej uwzględnienia. Teatralne wspomnienia otwierały się na życie samo w sobie tylko wtedy, kiedy powodowało w nich poważne zaburzenia. JA – teatr – świat – to triada wyznaczająca nie tylko ramy projektu autobiograficznego (nota bene z jednej strony podtrzymującego obiegowe mniemania o kobiecej autobiografistyce jako generatorce powtarzalnych schematów26, z drugiej strony świadczącego o możliwości ocalenia indywidualności, idiomatyczności, nawet w pozornie schematycznych opowieściach). Trójdzielna przestrzeń jest enklawą podtrzymującą (auto)ekspresję, mówienie własnym głosem. Elżbieta Kietlińska niewątpliwie wykorzystała możliwości, oferowane jej przez wspomnieniową narrację, zmieniającą się i uzupełnianą, stale pisaną, najpierw w życiu, później na papierze. Życie (z) teatrem – splot pisma i egzystencji, zawiera w sobie jasny komunikat, domaganie się docenienia kobiecego patrzenia na teatr. Córka Marii z Mohrów Kietlińskiej, teatromanka Elżbieta, umiała patrzeć. I pisać. Teraz kolej na czytelników i czytelniczki, niech jej opowieść wybrzmi.

26 Por. A. Galant, Autobiografia i płeć, [w:] Gender w weekend, pod red. A. Zawiszewskiej, przy współpracy J. Mielcarek i A. Gieczys, Warszawa 2006.

130


Anna Pekaniec

Absolwentka studiów doktoranckich na Wydziale Polonistyki uj i podyplomowych studiów wiedza o kulturze i filozofia na Wydziale Filozoficznym uj; autorka książki pt. Czy w tej autobiografii jest kobieta? Kobieca literatura dokumentu osobistego od początku XIX wieku do wybuchu II wojny światowej. Sekretarka redakcji „Nowej Dekady Krakowskiej”. Prowadzi zajęcia na Wydziale Polonistyki uj, na Wydziale Psychologii i Nauk Humanistycznych w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego i Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. Publikacje w tomach pokonferencyjnych i zbiorowych, „Dekadzie Literackiej”, „Nowej Dekadzie Krakowskiej”, „Historii Pol(s)ki”, II, III, IV tomie Krakowskiego szlaku kobiet. Przewodniczce po Krakowie emancypantek, „Ruchu Literackim”, „Wielogłosie”. Zainteresowania naukowe: autobiografistyka, narracyjne teorie tożsamości, metoda biograficzna w socjologii, krytyka feministyczna, krytyka literacka, literatura Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego. Zawodowa czytelniczka, amatorsko fotografuje, głównie koty.



Katarzyna Michalczak

Freiw

„Hedad” znaczy „hurra”. Maryla Freiwald – medalistka olimpijska, o której leksykony piszą tylko w nawiasie

Trudno znaleźć jakiekolwiek informacje o Maryli Freiwald, które niosłyby coś więcej niż samo wyliczanie wyników i osiągnięć sportowych. A i o jej sukcesach nie pisze się zbyt obszernie w źródłach takich jak leksykony olimpijskie; nie ma ani jednej wzmianki o niej w opasłym tomie książki pt. 100 lat Igrzysk Olimpijskich, nie ma też w Historii Igrzysk Olimpijskich i MKOl. Bogdan Tuszyński w swym 1106-stronicowym dziele przedstawiającym sylwetki polskich olimpijczyków wspomina o niej jedynie w nawiasie, przy okazji omawiania sukcesów Felicji Schabińskiej, partnerki Maryli w sztafecie1. Wiedzę o jej życiu prywatnym można klecić detektywistycznie ze strzępków takich jak nazwiska po mężach czy zdjęcia, na których zdarzyło jej się pokazać w otoczeniu znanych osób. Tak mało można znaleźć o niej informacji, że aż ciężko uwierzyć, że w latach 20. i 30. XX wieku była ona czołową lekkoatletką na skalę nie tylko naszego kraju, ale również Europy i świata. Córka Ryfki To wiemy na pewno: Maryla Freiwald urodziła się w Krakowie 8 stycznia 1911 roku. Jej ojcem był Samuel Freiwald, urodzony prawdopodobnie

1

133

B. Tuszyński, Polscy olimpijczycy XX wieku. T. I–II, wyd. Europa, Warszawa 2004, s. 154.


2 października 1881 roku agent podróżny2. Matka olimpijki, Ryfka Spiegelglass, urodziła się 30 listopada 1879 roku w Tarnopolu. Zapowiedzi ślubu rodziców Maryli odbyły się w roku 1904, zaś 23 października tego samego roku w miejscowości Klasno – dawnej osadzie Żydów w Wieliczce – wzięli oni ślub. Maryla prawdopodobnie urodziła się już na Starowiślnej 41, ponieważ jak podaje spis mieszkańców, to właśnie tam mieszkał jej ojciec w 1911 roku. Nie wiadomo jednak do końca, czy chodzi o jej ojca czy wuja – ojciec lekkoatletki miał starszego o trzy lata brata o tym samym imieniu. W innym, powojennym dokumencie spisowym, dotyczącym Maryli, w miejscu „imię ojca” widnieje Salomon. Być może więc na którymś etapie spisywania danych doszło do pomyłki i dwaj bracia mieli na imię nie tak samo, lecz podobnie. Maryla miała troje rodzeństwa: Amalię, Filipa i Reginę, z których dwoje pierwszych na pewno było od niej starszych. Źródła nie podają, w którym roku urodziła się Regina; być może więc Maryla była najmłodszym dzieckiem, na pewno zaś była jedną z dwóch najmłodszych córek. Miała też dużo rodzeństwa stryjecznego – rodzeństwo jej ojca było liczne i bogate w potomstwo. Na brak towarzystwa więc nie narzekała. Pewnie bawiła się na podwórku w odwieczne zabawy, takie jak gra w piłkę, w chowanego, w berka; albo w orzeszki: obcasem robiło się dziurkę i rzucało do niej orzeszek; ten wygrywał, kto trafił3. Dziewczyna z Makkabi Na początku XX wieku uprawianie sportu przez kobiety było sprawą kontrowersyjną, a dla wielu wręcz szokującą. Jeszcze dziesięć lat przed narodzinami 2 Brat ojca Maryli, jej wuj Moses, był z zawodu agentem handlowym. Te i dalsze informacje genealogiczne podaję za: D. Hirschberg, Freiwald Family, Genealogy, Krakow Website, Donald Bren School of Information and Computer Sciences, University of California, Irvine, http://www.ics.uci.edu/~dan/genealogy/Krakow/Families/Freiwald. html [dostęp 10.09.2013]. 3 Opowieść Gustawy Birencwajg o jej życiu, a w tym m.in. o tym, w co bawiły się żydowskie dzieci przed wojną, można przeczytać na stronie dwutygodnik.com: http:// www.dwutygodnik.com/artykul/1869-z-opowiesci-polskich-zydow-6.html [dostęp 02.09.2013].

134


rekordzistki jedno z popularnych czasopism w artykule o „Naszych paniach i sporcie” pisało, zbulwersowane: […] uprawiają sport również kobiety, i to nie po dyletancku, ale serjo, idąc nieraz w zawody z mężczyznami. Nie mówimy, aby to ostatnie zasługiwało na szczególną pochwałę, gdyż kobieta chcąca dorównać mężczyźnie w jakimkolwiek wysiłku fizycznym, traci ogromnie na właściwym sobie powabie4.

Na przekór takim głosom emancypacja kobiet postępowała; w 1918 roku – kiedy Maryla miała siedem lat – kobiety wywalczyły sobie prawa wyborcze. Jednak nastroje wobec uprawiania sportu przez dziewczęta nadal były raczej nieprzychylne, nawet jeśli wziąć pod uwagę rewolucję obyczajową, która nastąpiła po zakończeniu I wojny światowej. Dziewczyna, która nie tylko ćwiczyła, ale i traktowała to poważnie, i osiągała sukcesy – musiała zapewne nieraz słyszeć nieprzyjemne uwagi, doświadczać potępienia starszych, niezrozumienia wśród rówieśniczek. Jednocześnie jednak w oczach wielu Żydów sport zaczynał zyskiwać na znaczeniu – a to z powodów politycznych. Sprawność fizyczna żydowskiej młodzieży – wśród niej również dziewcząt – zaczynała być uznawana za ważny czynnik kształcenia silnych nie tylko umysłowo, ale również fizycznie Żydów i Żydówek. W 1898 roku na II Kongresie Syjonistycznym w Bazylei Max Nordau w swym przemówieniu użył określenia „muskularny judaizm”. Zawarł w nim ideę nowego żydostwa; odejścia od stereotypu słabego fizycznie Żyda. Sprawność fizyczna zaczynała nabierać dla Żydów zupełnie nowego znaczenia, ponieważ w Europie – również na terenach polskich – rósł w siłę antysemityzm; coraz częściej zdarzały się wystąpienia antyżydowskie. Żydzi więc, oficjalnie w celu krzewienia kultury fizycznej wśród dzieci i młodzieży, mniej 4

135

Nasze panie i sport, „Kolarz, Wioślarz i Łyżwiarz” 1901, nr 1, s. 2; cytat ten pochodzi z innego mojego tekstu o Karolinie Kocięckiej, pierwszej polskiej rekordzistce rowerowej, zamieszczonego na łamach czasopisma internetowego „Historia Pol(s)ki”, dostępnego pod linkiem: http://www.historiapolki.genderstudies.pl/numer1/Diablica1. html [dostęp 02.09.2013].


oficjalnie – w celu samoobrony – zaczęli tworzyć swoje własne organizacje sportowe. W samym Krakowie w latach 1898–1939 z myślą o żydowskiej młodzieży powstało dwadzieścia klubów i stowarzyszeń sportowych, wśród których największą aktywnością – zarówno sportową, jak i ideologiczną – wyróżniały się Jutrzenka i Makkabi5. Makkabi Kraków, Żydowskie Towarzystwo Sportowe, założono 21 lipca 1909 6; dokument podpisali dr Ignacy Mahler i dr Henryk Leser, który później stał się liderem organizacji7. Jako cel zapisano: „wzmacnianie sił fizycznych wśród Żydów”, które zamierzano osiągnąć poprzez „ćwiczenia sportowe, jak piłka nożna, atletyka, szermierka i inne ćwiczenia fizyczne, jako też wspólne wycieczki”; w roku 1931 do dokumentów klubu dołączyły informacje na temat godła, barw i zawołania. Godłem miała być „tarcza Dawida wpisana w koło, z literą M pośrodku”; barwy biało-niebieskie, zaś zawołanie miało brzmieć – Hedad! – co po polsku znaczy: Hurra!8. Z końcem lat 20. mniejszość żydowska już właściwie przychylnie odnosiła się do krzewienia kultury fizycznej w swych szkołach i nie tylko, zwłaszcza że młodzież okazała się zainteresowana sportem i w tym kierunku uzdolniona9.

5 Między nimi szybko zaczęło dochodzić do spięć na tle politycznym. Makkabi od początku było świadomie syjonistyczne; Jutrzenka z początku nie określała jednoznacznie swoich sympatii politycznych. W 1928 roku klub Jutrzenka stanął po stronie Bundu, dlatego też sportowcy podążający za ideami syjonistycznymi przenieśli się stamtąd pod barwy Makkabi. M. W. Belda i in., Machabeusze sportu. Sport żydowski w Krakowie, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Kraków 2012, s. 72. 6 W dniu 16 marca 1930 r. utworzono Oddział Polski Wszechświatowego Związku Makkabi (założonego w Karlsbadzie w 1921 r.); Oddział ten zastąpił zmarginalizowaną już wówczas Żydowską Radę Wychowania Fizycznego. M. W. Belda i in., dz. cyt., s. 59. 7 Tamże, s. 65. Leser założył również i redagował „Tygodnik Sportowy”, wydawany w latach 1921–25. 8 Podaję za: M. W. Belda i in., dz. cyt., s. 69. Dziękuję Kasi Czerwonogórze za przetłumaczenie tego słowa. 9 Tamże, s. 57.

136


Maryla wstąpiła do Makkabi w roku 1926 – jako czternastoletnia dziewczyna. Szybko zaczęła się wyróżniać, szczególnie w biegu przez płotki; miała jednak również dobre wyniki w sprincie oraz skoku w dal10. Młodzież skupiona w Makkabi początkowo ćwiczyła w sali gimnastycznej mieszczącej się w narożnym budynku, siedzibie Gminy Wyznaniowej Izraelickiej przy ul. Krakowskiej 41 i Skawińskiej 2. Drużyna piłki nożnej od roku 1911 trenowała na stadionie przy ul. Dietla. W roku 1925 rozpoczęto budowę nowej hali sportowej przy ul. Skawińskiej Bocznej, obecnie Wietora 13–15 (mieści się tam teraz Staromiejskie Centrum Kultury Młodzieży)11. Budowa trwała aż do wybuchu wojny. Można więc przypuszczać, że Maryli raczej nie udało się ćwiczyć w nowym budynku. Na początku istnienia żydowskich klubów sportowych dominowała w nich gimnastyka niemiecka, oparta na ćwiczeniach, które miały przede wszystkim pokazać siłę sportowców i porządek w grupie; później w Europie wyparła ją gimnastyka szwedzka, skupiająca się przede wszystkim na rozwoju fizycznym każdej jednostki12. Jak dokładnie wyglądały treningi Maryli w klubie, można wyobrazić sobie dzięki opisowi autorów książki Machabeusze sportu:

5. Maryla Freiwald

Wobec stale napływającej dużej liczby osób o różnej kondycji fizycznej a pragnących trenować lekkoatletykę i w ogóle uprawiać sport w barwach Makkabi, władze sekcji lekkoatletycznej postanowiły rozdzielić swoich podopiecznych na kilka grup. Pierwszą, silną grupę mieli tworzyć zawodnicy startujący i reprezentujący klub w zawodach, drugą osoby ćwiczące, trzecią początkujące,

10 H. Kurzyński i in., Historia polskiej kobiecej lekkoatletyki w okresie międzywojennym, Komisja Statystyczna pzla, Warszawa 2008, s. 303. 11 Jak pisze o jego budowie Barbara Zbroja: „(…) Jego autorem był Adolf Siódmak. Był to pierwszy taki obiekt w Polsce. Jego budowa trwała 10 lat, ale mimo to nie została ostatecznie ukończona przed wybuchem wojny. Środki finansowe na jego powstanie były zbierane m.in. dzięki „Nowemu Dziennikowi” – największej lokalnej żydowskiej gazecie, wychodzącej w języku polskim. Na swoich łamach zamieszczała ona „fundusz łańcuchowy”, z nazwiskami ofiarodawców, którzy składając pewne kwoty, wzywali kolejne osoby do złożenia stosownej darowizny. Metoda okazała się nader skuteczna”. B. Zbroja, W stronę synagogi Tempel, http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,90719,6625716,W_ strone_synagogi_Tempel.html [dostęp: 28.09.2013]. 12 M. W. Belda i in., dz. cyt., s. 46.

137


a czwartą studenci. Ćwiczenia w ramach tych grup odbywały się w godzinach 6–8 rano oraz 17–20 wieczorem. W latach dwudziestych nastąpił szybki rozwój lekkoatletyki w Polsce. Przyczyniło się do tego pojawienie się nowoczesnego, jak na owe czasy, sprzętu sportowego oraz obecność wielu trenerów z zagranicy. Zawodnicy Makkabi, choć nie mieli do dyspozycji ani pierwszego, ani drugiego, prezentowali wysoki poziom. Dumą sekcji była na pewno Maryla Freiwald […]13.

W sekcjach żydowskiego sportu kobiecego prowadzono przede wszystkim zajęcia z rytmiki, gimnastyki, gier zespołowych. Wiele klubów mogło się jednak pochwalić również kobiecymi sekcjami wyczynowymi – do jednej z nich właśnie należała Maryla. Żeńskie sekcje sportowe reprezentujące różne organizacje społeczne zrzeszył Związek Żydowskich Kobiecych Stowarzyszeń Sportowych Ewa, który – zależnie od źródła – skupiał od 50 do 60 tysięcy kobiet14. Duma polskiej lekkoatletyki Makkabi odniosło wiele sukcesów na skalę całego kraju: pięcioro sportowców żydowskich reprezentowało Polskę na igrzyskach olimpijskich; w okresie międzywojennym 126 razy brali oni udział w spotkaniach międzypaństwowych; ustanowili 34 indywidualne rekordy Polski; zwyciężyli w 84 krajowych mistrzostwach15. Maryla – już wtedy może nosząca pseudonim „Wolińska”, o którym udało mi się znaleźć wzmiankę tylko w jednym źródle – miała w tych osiągnięciach znaczny udział. Będąc członkinią klubu, trzy razy pobiła rekord Polski (w roku 1929 w biegu przez płotki, w 1930 oraz 1935 roku w sztafecie), osiem razy zdobyła mistrzostwo Polski (w skoku w dal w 1927 roku, w biegu przez płotki w latach: 1928, 1929, 1934, 1935, 1936; w sztafecie w roku 1936) i trzy razy uzyskała tytuł wicemistrzyni (w skoku w dal w roku 1929, w biegu przez płotki w latach 1931 i 1932, w sztafecie w roku 1933)16. Dziesięć razy reprezentowała Polskę w meczach międzypaństwowych. Już na samym początku 13 14 15 16

Tamże, s. 86–87. Tamże, s. 66. Tamże, s. 67. H. Kurzyński i in., dz. cyt., s. 303–304.

138


jej kariery, gdy miała 16 lat, profesjonalne czasopismo sportowe „Stadjon” pisało o niej w artykule „Międzynarodowy pięciobój kobiecy. Zwycięstwo Łotwy nad Austrią i Polską”17, przedstawiając ją na tle bezapelacyjnego sukcesu Haliny Konopackiej i słabego wyniku Felicji Schabińskiej, na której sukces liczono: „Rezerwowa Frejwaldówna zebrała więcej od Schabińskiej punktów. Lecz nie ona to mogłaby podreperować nasz bilans”. Dalej pismo informowało: „Z polek [pisownia oryg. – przyp. aut.] najlepszą Chomizowska w barwach Łotwy – 459 cm i rezerwowa Frejwaldówna – 434 cm”18. W rzucie oszczepem, biegu na 60 m oraz na 200 m i w rzucie dyskiem – choć ogólnie dla całości polskiej reprezentacji ta dziedzina okazała się sukcesem – Maryla w tamtym roku uplasowała się poza konkursem. Wkrótce jednak nadrobiła straty. Po kilku latach tak efektywnego treningu i sukcesów lekkoatletka sięgnęła po największe w sporcie wyzwania – zaczęła wyjeżdżać na światowe olimpiady. Kilkukrotnie startowała i wygrywała w igrzyskach dwóch różnych mniejszości, do których należała: w Igrzyskach Kobiecych i w Igrzyskach Żydowskich. Pierwszy taki wyjazd to Światowe Igrzyska Kobiet w Pradze w 1930 roku, podczas których Maryla zdobyła brązowy medal w sztafecie, wraz z partnerkami: Hulanicką, Walasiewicz i Schabińską oraz zajęła czwarte miejsce w finale w biegu na 80 m przez płotki. Po eliminacjach do praskiej olimpiady Przegląd Sportowy pisał: Na płotki Schabińska dzięki świetnej formie biegowej i doskonałemu stylowi zalicza się już do pierwszej klasy europejskiej, krok, który ją dzieli od ekstraklasy może łatwo zrobić w Pradze, w walce z silniejszą konkurencją. Freiwaldówna jest słabsza o 2 mtr co najmniej.

I dalej, z dumą: Jedno jest pewne. Jeszcze nigdy w żadnej dziedzinie sportu, nie wysyłaliśmy równie silnej reprezentacji. Dziesięć polskich lekkoatletek rusza do Pragi by odegrać tam rolę dominującą19. 17 Na okładce pisma pojawiła się kobieta: Elfrida Karlsone, która „ustanowiła pierwszy nieoficjalny rekord światowy w pięcioboju”. 18 „Stadjon” 36, 6 września 1927, s. 9. 19 „Przegląd Sportowy” nr 71, 3 września 1930, s. 3.

139


Co ciekawe, czasopismo to wówczas, w 1930 roku, bezpośrednio podjęło temat wyczynowego sportu kobiet z perspektywy ocierającej się wręcz – nawet jeśli pół żartem, pół serio – o krytykę patriarchatu: II Svetove Żenske Hry. Tak brzmi oficjalna nazwa po czesku. Przywykliśmy już do „Igrzysk Kobiecych” lub „Olimpiady Kobiecej”, ale nie wolno. Jakto nie wolno? Kto zabrania? Nie pozwalają – panowie: ściśle mówiąc: Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Tak, tak. Panowie są zazdrośni i nazwę „Olimpiada” zaanektowali wyłącznie i jedynie dla siebie. Wyprosili to sobie grzecznie ale stanowczo20. W ciągu 8 lat istnienia Igrzyska kobiece scaliły się i skrzepły organizacyjnie i sportowo, zdobyły sobie prawo obywatelstwa i stały się potężną i radosną manifestacją kultury fizycznej nowoczesnej kobiety. Ogromna, pionierska praca Zarządu F. S. F. I. Z jego niestrudzoną prezeską p. Milliat na czele – jest już od tygodnia w Pradze – dała nieoczekiwanie szybko owoce. Igrzyska Kobiece stały się wszech potężnym bodźcem dla ruchu sportowego wśród kobiet na całym świecie i rozrosły się do imponujących rozmiarów. W dniach od 6–8 września stają w Pradze na starcie reprezentantki 20 narodów!21

Po zakończeniu Igrzysk w czasopiśmie ukazał się artykuł pod tytułem „Co mówią o Igrzyskach pań. Rozmowy z zawodniczkami, kierownikami i organizatorami”. Przytacza się w nim słowa naszej bohaterki: Freiwaldówna: cieszę się, że w Polsce są już dwie zawodniczki, które biegną 80 m przez płotki w 12,6 s. Wiem, że Fela [Schabińska] jest lepszą odemnie i bić mnie będzie jeszcze nieraz, ale postaram się poprawić styl i nie dam się. Jeszcze bardziej może niż punkt, zdobyty przezemnie w płotkach, cieszy mnie sukces naszej sztafety na 4 × 100 m.

20 Międzynarodowy Komitet Olimpijski (The International Olympic Committee) zabronił założonej przez Alice Milliat Międzynarodowej Federacji Sportu Kobiet (Fédération Sportive Féminine Internationale) używania słowa „Olimpiada” w organizowanych przez Federację wydarzeniach sportowych. Komitet Olimpijski zgodził się za to włączyć do Olimpiady w 1928 roku niektóre dziedziny lekkoatletyki, ale tylko jako eksperyment. Jako że dla Federacji nie było to wystarczające, w 1930 roku zorganizowała trzecie Igrzyska Kobiet w Pradze, po raz pierwszy bez nazwy „Olimpiada”. Uczestniczyło w nich ponad 200 zawodniczek z 17 krajów, przy ponad 15000 widzów. 21 „Przegląd Sportowy” nr 71, s. 3.

140


W tym samym artykule cytowana jest również wypowiedź organizatorki wyjazdu, która zapewne była także i swego rodzaju opiekunką oraz menedżerką startujących kobiet. P. Marja Miłobędzka, kierowniczka ekspedycji: Zdobycie przez nas wicemistrzostwa świata w kobiecej lekkiej atletyce było niespodzianką. Zasłużyłyśmy jednak na to w zupełności. Zawodniczki nasze walczyły bardzo ambitnie i nie zawiodły nadziei w nich pokładanych. Najradośniejszą niespodzianką było czwarte miejsce Freiwaldówny w płotkach i trzecie miejsce naszej sztafety.

O szczegółach sportowych wysiłków Maryli opowiada niejaki „Por. Baran”: Freiwaldówna zrobiła niespodziankę bijąc dość pewnie Schabińską, która była w słabej formie. Walka była emocjonująca, na przedostatnim płotku obie biegaczki były jeszcze razem, potem wysunęła się naprzód Freiwaldówna, która zresztą potknęła się na pierwszym płotku22.

Co ciekawe, w 1934 roku w „Przeglądzie Sportowym” w kontekście kolejnych Igrzysk Kobiet pojawiają się wzmianki już tylko odnośnie Walasiewiczówny. Być może jest to oznaką zmiany nastrojów w stosunku do ruchu kobiecego; być może emancypowanie się „naszych pań” po okresie dobrej prasy znów wpadło w niełaski. Zapewne przyczyniły się do tego zwiastuny wojny: niepokoje społeczne, rosnący antysemityzm, szykanowanie mniejszości etnicznych, które sprawiały, że temat równych praw obu płci schodził na dalszy plan. Jednak wcześniej, dwa lata po tak obszernie komentowanych przez „Przegląd Sportowy” Igrzyskach Kobiecych w Pradze, w 1932 roku, na Olimpiadę – już nie Igrzyska Kobiece, ale ogólnoświatową Olimpiadę, która do niektórych konkurencji dopuściła rywalizację kobiet – pojechały koleżanki Maryli: Jadwiga Wajs, Felicja Schabińska, Stanisława Walasiewicz. Nasza bohaterka nie wystąpiła w rozgrywkach w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego? W tym samym roku odbywały się pierwsze Igrzyska Żydowskie w Tel Awiwie. I mimo że rozpoczęto je 28 marca, zaś światowa Olimpiada zaczęła się 30 lipca, to 22 „Przegląd Sportowy”, nr 75, 17 września 1930, s. 6.

141


prawdopodobnie Maryla nie miała możliwości odbyć dwóch tak dalekich zagranicznych wyjazdów w jednym roku – i stojąc przed wyborem, wybrała Palestynę. Możliwe również – choć mniej prawdopodobne, biorąc pod uwagę jej ówczesne sukcesy – że sportsmenka po prostu nie przeszła eliminacji w kraju. Na Igrzyskach Żydowskich, na które zdecydowała się jechać, Maryla pokazała wspaniałą formę. Wraz z partnerkami Gottlieb, Metzendorf i Turecką zajęła pierwsze miejsce w finale sztafety; zajęła też drugie miejsce w finale biegu przez płotki, biegu na 100 m oraz w skoku w dal, a także trzecie miejsce w finale skoku wzwyż. Zwycięstwa te musiały mieć dla naszej bohaterki duże znaczenie, jako że spotkanie to, w którym wzięło udział ok. 400 zawodników reprezentujących 18 krajów, […] w żydowskiej prasie nazywano […] „manifestacją zdolności narodu żydowskiego do życia, do czynu, do wolności i odbudowy wolnego kraju”23.

Rok później poza Palestyną – w Pradze – odbyły się Igrzyska Żydowskie, które nie są oficjalnie uznawane za drugie w kolejności. W tych międzynarodowych rozgrywkach Maryla trzy razy zdobyła pierwsze miejsce: w sztafecie wraz z partnerkami Glassner, Bottlieb i Metzendorf oraz w skoku w dal i w skoku wzwyż. Uzyskała również drugie miejsce w finale biegu na 100 m. W kolejnym roku – 1934 – Maryla wraz z reprezentacją polską udała się na Światowe Igrzyska Kobiet w Londynie. Uczestniczyła tam w rozgrywkach, jednak odpadła z konkurencji i nie odniosła żadnych znaczących sukcesów. Udało jej się jednak osiągnąć je rok później, bowiem w 1935 lekkoatletka znowu wybrała się na – organizowane jako drugie24 – Igrzyska Żydowskie do Tel Awiwu. Uzyskała tam pierwsze miejsce w biegu przez płotki oraz 23 W ramach ciekawostki można dodać, że podczas igrzysk Women’s International Zionist Organization wzięła na siebie m.in. sprawę wyżywienia sportowców. M. W. Belda i in., dz. cyt., s. 25. 24 W 1935 roku podczas II olimpiady żydowskiej przybyli na nią Żydzi już nie wracali – masowo uciekali do Eretz Israel. W związku z tym Brytyjczycy nie zgodzili się na III olimpiadę – rosnąca liczba Żydów w Palestynie była im nie na rękę. Jednocześnie wzmagała się rasistowska i antysemicka polityka III Rzeszy, toteż w odpowiedzi na nią

142


w pięcioboju, zaś drugie w skoku w dal i biegu na 800 m, a trzecie w finale rozgrywek w biegu na 60 m. Po tych zwycięstwach zdobyła jeszcze mistrzostwo Polski w biegu przez płotki oraz w sztafecie, pobiła rekord Polski w tej ostatniej dyscyplinie – po czym wycofała się ze sportu wyczynowego. Nie wiadomo, co skłoniło ją do tej decyzji. Może to wtedy wyszła pierwszy raz za mąż i może to dlatego wycofała się ze sportu? Całkiem przecież prawdopodobne, że ojciec czy mąż nie zgadzali się, aby mężatka nieskromnie skakała przez płotki. Do jej nazwiska panieńskiego w którymś momencie dołączyło nazwisko „Korn”. W sekcji kobiecej Makkabi wraz z olimpijką ćwiczyła niejaka Kornówna, jednak nie da się dziś powiedzieć, czy to właśnie jej brat lub kuzyn został mężem „Freiwaldówny”. Ocalona A potem przyszła wojna. Postać Maryli pojawia się w dwóch zachowanych wykazach krakowskich z tych czasów: w roku 1940 w „Wykazie mieszkańców Krakowa”; w roku 1941 w „Wykazie Żydów Bronowice Małe”. Widnieje tam adnotacja – „zawód: urzędniczka”. Źródła podają również, że jej matka oraz jedna z sióstr, Regina, wraz z mężem i synem, żyli jeszcze w 1940 roku – później najprawdopodobniej zginęli, gdyż po tej dacie nie ma już o nich żadnych informacji. Śmierć jej rodziny i przeniesienie się (ucieczka?) ocalałej Maryli na Bronowice mogą wiązać się bezpośrednio z deportacją Żydów z terenu Krakowa w 1940 roku czy z utworzeniem getta w Podgórzu w marcu 1941 roku i całkowitym zamknięciem go w październiku tego samego roku – od tej pory za przekroczenie granicy getta bez przepustki groziła kara śmierci. W powojennych dokumentach zapisano, że z rodziny Freiwald przeżyli tylko Maryla oraz młodszy o cztery lata od jej ojca wuj Lazar. 16 lutego 1946 roku Maryla mieszkała na ulicy Wielopole 16, wuj zaś mieszkał przy Karmelickiej. Z kolei inne źródło podaje, że w sierpniu 1945 roku Maryla Freiwald przebywała w Łodzi25. Te dwie informacje wcale jednak się nie wykluczają, ponieważ rada naczelna międzynarodowego Makkabi wydała zakaz występu członków oraz ekip należących do związku na igrzyskach w Berlinie. M. W. Belda i in., dz. cyt., s. 28. 25 H. Kurzyński i in., dz. cyt., s. 304.

143


przedwojenna lekkoatletka, jak wiele osób po wojnie, mogła kilkakrotnie zmieniać miejsce zamieszkania. Za Bruno Hoffmanna wyszła już po wyjeździe z Polski; jej przyszły mąż w Rio przebywał od 1940 roku, natomiast przed wojną mieszkał, jak ona, w Krakowie. Zapewne więc znali się z rodzinnego miasta26. Prawdopodobnie kontaktowali się w czasie wojny lub już po jej zakończeniu i Maryla w podróż na inny kontynent udała się właśnie do Bruna, może już planując małżeństwo. Rapsota pamięci żony I tak Maryla Freiwald-Korn do swoich dwóch nazwisk dołączyła trzecie. W ostatnim dniu pisania tegoż tekstu natrafiłam przypadkiem na książkę autorstwa Brunona Hoffmanna pod tytułem Półsłówka z Krakowa i Rio de Janeiro27, wydaną w Tel Awiwie w latach 60., poświęconą „Pamięci mojej żony Maryli”. Co jeszcze bardziej niezwykłe, egzemplarz, który posiadam, na pierwszej stronie nosi taką dedykację: Zarządowi K.O.Z.L.A w dowód wdzięczności za złotą odznakę, którą moja żona, otrzymała jeszcze za życia. Rio de Janeiro, 1963.

26 O czym świadczy fakt, że w roku 1939 jej przyszły mąż, a wówczas najprawdopodobniej przyjaciel czy kolega sportowiec, napisał dla dwudziestoośmioletniej Maryli wiersz okolicznościowy: „Dziś w dniu Twych urodzin – Maryli Freiwald – Chciałbym kalamburzyć, / Figielkiem ci służyć,/ Rymnąć, machnąć koziołki, jak młody faun leśny,// Lecz w strunach mej lutni / Dudni dziś dźwięk smutny/ Wiedeńskich pieśni.// Kochałem ja Wiedeń, / Studencki mój Eden,/ Raj tańca, muzyki, stracony przedwcześnie,// Dziś klęski nas toczą,/ Łzy tłoczą do oczu/ Burszowskie pieśni.// Mawiano: za waszą/ Wolność i naszą,/ Dziś wolność nikomu się nie śni.// Więc pytam się z bólem:/ Czy w wieczną niewolę/ Wiodą te pieśni?// Dziś w dniu twych urodzin,/ Chociaż się nie godzi/ Treny te nucić tak boleśnie,// Lecz chorą mam duszę/ Duszę się, więc muszę/ Snuć smutne pieśni. Kraków (1939 r.)”. 27 Rozdziały noszą tytuły, które wskazują na to, że lubił i umiał bawić się słowem: „Skarabąki”, „Śpiewki nadwiślańskie”, „Senty-męty”, „Wystrzały a-morowe”, „Filozofigle i jedna bajka”, „Wzory korespondencyjne”, „Rapsoty”.

144


Początkowo miałam nadzieję, że książka ta będzie zawierać wiele informacji na temat Maryli; myliłam się jednak. Jest to kolekcja różnych dziełek, wierszyków, krótkich form prozatorskich i zabaw słowami autora na przestrzeni wielu lat, zbieranych prawdopodobnie od czasów jego młodości w latach 20. XX wieku28. Nazwisko Maryli kilka razy pojawia się wprost, głównie w kontekście rozmaitych mniej lub bardziej publicznych uroczystości. Główny bohater tych wierszyków i opowiastek zarysowuje się jako dość narcystyczny, bardzo atrakcyjny młody mężczyzna, niestroniący od romansów, który w końcu, przebywając na emigracji, daje się przekonać do małżeństwa słynnej rekordzistce sportowej. Dowodzi tego wiersz zamieszczony w części V pod tytułem „Album Familii. Częściowo rozstawionej po kątach”: Skok Maryli Freiwald Karolowi (Charlie Foersterowi)

Pytasz się Karolku Charlie’tańskim stylem, Czy po tylu latach bardzo się zmieniłem. Muszę ci się przyznać – zmieniłem się nieco Bo z mojej łysiny – resztki włosów lecą. Pomnisz mą fryzurkę w górę zaczesaną? Dziś miast bujnej grzywy, mam tylko bujaną. Dawniej byłem smukłym i gładkim „chłopokiem”, Dziś mam brzuszek krągły, trzy zmarszczki pod okiem. Miałem śnieg i narty, dziś w zimy miesiącach Pływam w własnym pocie, stapiam się w stu słońcach. 28 Warto zaznaczyć, że wydźwięk wierszyków i dykteryjek bynajmniej nie jest emancypacyjny w kwestii kobiet. Na kartach przebija duch, który dobrze podsumowuje dwuwers: „Niech Ewy rządzą w kuchni, strugając kartofle/ A my zrzućmy kajdany i spalmy pantofle!”. B. Hoffmann, Półsłówka z Krakowa i Rio de Janeiro, Tel-Aviv, s. 107).

145


Byłem admirałem barek „Yoshivary”, Została mi z floty garstka majtków starych. Dawniej miałem wokół pięknych niewiast szpaler, Choć byłem kawalarz i starszy kawaler, Dzisiaj nie poznałbyś Brunona vel Bronka Zmieniłem się bowiem w… młodego małżonka. Bo Maryla Freiwald nie bacząc, żem antyk Do małżeńskiej mety skokła przez Atlantyk I tak kawalerstwa upadł mur Jerycho. Żyję w monogamii niby Piast z Rzepichą. No i trudno będzie wyrwać od tej żony Bo to rekordzistka – zawsze mnie dogoni! (r. 1947).

Jedna z tych nielicznych poszlak na temat losów Maryli po wojnie, jakie udało mi się znaleźć, znajduje się – jak wiele innych przytaczanych tu informacji z nią związanych – w książce powystawowej Machabeusze sportu. Zamieszczono tam zdjęcie, na którym Maryla stoi w towarzystwie Henryka Lesera – tego samego, który utworzył i prowadził klub Makkabi przed wojną. Bohaterka na zdjęciu wygląda pięknie, radośnie, zdrowo. Podpis pod zdjęciem mówi: Maryla Freiwald w towarzystwie prezesa Makkabi Kraków dr. Henryka Lesera i dawnych sportowców na uroczystości z okazji 50-lecia powstania Makkabi Kraków, Tel Awiw 1959 r. Fot. autor nieznany. Własność dr. Shlomo Lesera29.

29 M. W. Belda i in., dz. cyt., s. 87.

146


Mąż Maryli z tej właśnie okazji ułożył – i najprawdopodobniej wygłosił na miejscu – przemówienie, zamieszczone w jego książce w części VIII pod tytułem „Notatki z podróży”. Nawiązuje w nim do swego związku z Marylą, a także do wspomnień związanych z funkcjonowaniem Makkabi w przedwojennym Krakowie: Kochani Słuchacze i jeszcze więcej kochane Słuchaczki! Przede wszystkim tym którzy mnie jeszcze nie znają, pragnę się przedstawić. Jestem mężem Maryli Freiwald; przed wyjazdem do Izraela natomiast byłem nieco znany jako Bruno hoffmann. Obecnie spełniam rolę Princ-Cohn-Sorta i wkrótce jadę do Anglii, aby jako kolega wypić „Bruderschaft” z Philipem. A teraz – po tej wycieczce osobistej – ad rem. Z okazji 50-lecia makkabi nadeszły tutaj liczne telegramy gratulacyjne z całego świata. Między innymi depesze z Krakowa, od klubów sportowych „cracovia” i „wisła”. Pragnę wobec tego wypełnić lukę i jako były kapitan studenckiej drużyny złożyć Wam najserdeczniejsze gratulacje imieniem klubu sportowego „jutrzenka”. Któż z nas nie pamięta tych naszych wzruszeń z okazji tradycyjnych krakowskich „derby” – matchów makkabi – jutrzenka? Już przed każdym matchem panowało zdenerwowanie w ulicach i salonach żydowskich! W kawiarniach przewidywano ostateczny skład drużyn. Panowało przygnębienie, jeżeli osiek był zakatarzony, lub krumholz miał zbyt duże nagniotki. Rodziny i przyjaciółki graczy były powszechnie znane. Wiedziano dokładnie, który schneider chodzi z Seidnerówną, a która dziewczynka zajmuje się klocem. A potem na samym matchu: te słowa zachęty pod adresem sędziego, aby poszedł kanarki doić, te okrzyki radości i rozpaczy, no i te ataki sercowe… To były niezapomniane emocje w naszym dawnym Krakowie. Dzisiaj cieszę się, że dane mi jest być obecnym na Waszym 50-leciu i dolączyć do dawnych – nowe wzruszenia. Na koniec muszę jeszcze wspomnieć, że ja – chociaż ex-Jutrzenkowiec – złożyłem niezawodne dowody mej sympatii wobec makkabi. I to nie tylko przez to, że łączą mnie nici pewnej przyjaźni z Marylą Freiwald. Przypomnę jeszcze jeden fakt, który niewątpliwie przejdzie do historii sportu. Otóż raz zwrócił się do mnie mumuś czyli zygmunt ritterman, kapitan mistrzowskiej druzyny pływackiej makkabi, z gorącym apelem, abym skomponował okrzyk bojowy dla jego

147


pływaków. Ten okrzyk stworzyłem30 w chwili wielkiego natchnienia i głośno on się przez długie lata rozlegał triumfalnie na matchach waterpolowych. Tym właśnie okrzykiem zakończę moje gratulacje i wzywam wszystkich obecnych aby rytmicznie – tak jak dawniej – zakrzyczeli: hej – hedad – hej – heja niechaj żyje makkabea!

Trzy lata po pięćdziesięcioleciu, w lipcu 1962 roku, Maryla Freiwald-Korn-Hoffmann – umiera. Prócz sukcesów sportowych zostaje po niej wiersz, który można symbolicznie odczytywać jako dowód więzi zarówno z mężem – jak mówił on sam, autorem okrzyku Makkabi – jak i z klubem sportowym, do którego sławy tak się przyczyniła: Hedad!31 W ziemię wsparci szerokim, nóg mocnych rozkrokiem, w rozmachu ramion młodych wysiłku i ruchu głodni, Idziemy do Ciebie ziemio, synów Twych nowe plemię, Nie krwią i nie orężem w imię Twoje zwyciężyć. Na antenach rozpiętych stalą młodych mięśni, Krzykniemy w świat wspaniałą siłą naszych pięści, I na słonecznym Ojczyzny stadjonie Nie groźbą – ale dumną radością zapłoniem, żeśmy pięknością siły i narodu symbolem z tysiąca ciał młodzieńczych, promiennym dyskobolem

30 Obecnie trudno stwierdzić, czy przytaczana przez autora sytuacja to fakt, czy tylko autoironiczna dykteryjka…? 31 Wiersz zamieszczony na stronie: http://www.rp.pl/artykul/224213.html i według Rzeczpospolitej Online autorstwa Maryli Felicji Freiwald-Korn-Hoffmann. Dziękuję Ewie Furgał za zwrócenie mojej uwagi na ten tekst; niestety redakcja Rzeczpospolitej nie umiała podać jego papierowego źródła, a mnie samej nie udało się do niego dotrzeć.

148


Idziemy w kolumnach ze stali zapałem się palić I siłą się prężyć, Być ptakiem i wężem. Ramieniem potężnem Opasać – zespolić Co piękne i silne ma świat, w żelaznych szeregach gotowi do biegu co sił i tchu w piersiach: Hedad! Katarzyna Michalczak

149

Doktorantka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim, autorka kilku publikacji naukowych oraz pracy doktorskiej dotyczącej życia osób otwarcie niemonogamicznych. W internetowym czasopiśmie „Historia Pol(s)ki” opublikowała tekst biograficzny o Karolinie Kocięckiej, pierwszej polskiej rekordzistce rowerowej. Pisze też wiersze oraz opowiadania, publikowane dotąd w czasopismach „Furia” (pod pseudonimem) oraz „Inter-”. Mieszka w Warszawie, którą kocha.


bibliografia:

Belda M.W., Figiela P., Hałambiec A., Luberda M., Śmiechowski K., Machabeusze sportu. Sport żydowski w Krakowie, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Kraków 2012. Hirschberg D. Freiwald Family, Genealogy, Krakow Website, Donald Bren School of Information and Computer Sciences, University of California, Irvine, http://www.ics.uci. edu/~dan/genealogy/Krakow/Families/Freiwald.html (za: shoreshim.org) [dostęp 10.09.2013]. Hoffmann B. Półsłówka z Krakowa i Rio de Janeiro, Tel-Aviv. Kurzyński H., Rychwalski M., Socha A., Wołejko T., Historia polskiej kobiecej lekkoatletyki w okresie międzywojennym, Komisja Statystyczna pzla, Warszawa 2008. „Przegląd Sportowy” nr 71, 3 września 1930. „Przegląd Sportowy” nr 75, 17 września 1930. „Stadjon” 36, 6 września 1927. Tuszyński B. Polscy olimpijczycy XX wieku. T. I–II, wyd. Europa, Warszawa 2004. Wykaz mieszkańców Krakowa, 1940, Żydowski Instytut Historyczny. Wykaz Żydów Bronowice Małe, 1941, Żydowski Instytut Historyczny. Zbroja B. W stronę synagogi Tempel, http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,90719,6625716,W_ strone_synagogi_Tempel.html [dostęp: 28.09.2013].

150


Iwona Boruszkowska, Urszula Pieczek

Pipczy

Wołodymyra Pipczyńska. Historia jednego procesu

W okresie między dwiema wielkimi wojnami społeczne, polityczne i kulturalne życie Ukrainek i Ukraińców w Krakowie rozwijało się bardzo prężnie, między innymi w ramach działalności różnych stowarzyszeń. Celem działań ukraińskich organizacji było przede wszystkim podtrzymywanie poczucia tożsamości narodowej krakowskich Ukrainek i Ukraińców. Jak pisze Tadeusz Filar: Zróżnicowanie poglądów politycznych krakowskich Ukraińców, meandry polityki narodowościowej kolejnych rządów polskich, wreszcie sama specyfika Krakowa jako miasta, w którym tradycyjnie ścierały się różne wpływy kulturowe, sprawiały, że jakkolwiek odsetek Ukraińców wśród ogółu ludności miasta był stosunkowo niewielki, to jednak fenomen funkcjonowania lokalnej społeczności ukraińskiej stwarza możliwość wielopłaszczyznowej analizy1.

Biorąc pod uwagę wszystkie aspekty złożonej z różnorodnych elementów kulturowej mozaiki Krakowa, należy zwrócić szczególną uwagę na historię ukraińskich emancypantek w Krakowie. Jako przykład działalności wskazać można chociażby stowarzyszenia społeczno-polityczne, takie jak

1

151

T. Filar, U stóp królewskiego Wawelu. Społeczność ukraińska w Krakowie w latach 1918–1939, Kraków 2004, s. 8.


Towarzystwo „Proswita”2. Wśród najważniejszych organizacji, odgrywających znaczną rolę w życiu Ukraińców w Galicji, wskazać możemy także takie, które w szeregach swych skupiały kobiety – na przykład zasłużony dla edukacji Sojusz Ukrainek3, powstały w Krakowie w 1924 roku. Celem organizacji było zwiększenie aktywności kobiet w życiu społecznym, ułatwienie dostępu do edukacji, ale także podnoszenie ich kwalifikacji zawodowych. Z gąszczu nazwisk, profesji, nieopisanych jeszcze historii krakowskich Ukrainek4, wybrałyśmy może nie najrzadziej wspominaną, ale na pewno najbardziej tajemniczą postać. Nazwisko Wołodymyry Pipczyńskiej, bo o niej mowa, pojawiało się w wielu opracowaniach dotyczących życia Ukrainek i Ukraińców w Krakowie w dwudziestoleciu międzywojennym, ale także w książkach poświęconych historii formowania się ukraińskiego podziemia na terenie II RP5. Jedynie nazwisko i informacja o procesie sądowym, to wystarczyło jednak, by wzbudzić naszą ciekawość. Podczas zbierania materiałów i pisania biogramu Wołodymyry Pipczyńskiej dowiedziałyśmy się bardzo ważnej rzeczy – „pismo tajne wietrzeje”. Zdanie to znalazłyśmy w wielu dokumentach. Dotrzeć do wiadomości o naszej bohaterce było niezwykle trudno: tropy się urywały, w materiałach archiwalnych znajdowały się tylko strzępy informacji. Być może część akt zaginęła czy 2 Chodzi o krakowski oddział ukraińskiej organizacji społeczno-oświatowej założonej we Lwowie w 1868 roku. 3 Związek Ukrainek – utworzona w Galicji w 1917 roku największa kobieca organizacja ukraińska. W latach 30. posiadała około 58 filii miejskich, 300 kół wiejskich i około 15 tys. członkiń w Galicji. Osobą, która przewodziła Związkowi, była Milena Rudnicka. Zob. R. Torzecki, Kwestia ukraińska w Polsce w latach 1923–1929, Kraków 1989. 4 Warto zwrócić uwagę na działaczki wyżej wspomnianego Sojuszu Ukrainek w Krakowie, między innymi prezeskę stowarzyszenia – Olgę Korytowską, rzeźbiarkę – Emilię Korytowską, Aleksandrę Łepką i Natalię Łepkównę (działaczki społeczne, prywatnie żona i córka Bohdana Łepkiego – profesora uj, poety i prozaika ukraińskiego). 5 Chodzi tu o formowanie się takich organizacji jak oun (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów), upa (Ukraińska Powstańcza Armia), uwo (Ukraińska Organizacja wojskowa). Warto w tym miejscu także wspomnieć działającą w II RP partię polityczną undo (Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne). Szersze tło historyczne ukraińskiego podziemia w II RP przedstawia w swojej książce Ukraińska partyzantka 1942–1960 Grzegorz Motyka.

152


została zniszczona w czasie wojny, być może ktoś wyczyścił archiwalne teczki z dokumentów o Pipczyńskiej. Ta myśl nie dawała nam spokoju. Dlaczego bowiem akta „największej afery szpiegowskiej w Europie” zawierają zeznania, listy, podpisy, pełnomocnictwa niemal wszystkich oskarżonych, prócz głównej podejrzanej? Wydaje się nam, że dokumenty o niej zostały celowo zniszczone, a informacje wymazane. W takim miejscu łatwo ulec pokusie domysłów: przyszło nam na myśl, że być może Wołodymyra Pipczyńska była podwójną agentką, że szpiegowskie zadania wykonywała dla wielu rządów. Są to jedynie hipotezy i przypuszczenia, niepodobna bowiem tej informacji sprawdzić. Ze skrawków informacji z krakowskich i lwowskich archiwów złożyłyśmy niepełny portret Ukrainki urodzonej pod koniec XIX wieku, która dorastając, widziała, jak zmienia się świat i miejsce kobiety w nim. Pipczyńską, naszą poświęcającą się sprawie bohaterkę, oszałamiająco odważną, pewną siebie, wybierającą własną drogę, liczącą się z ryzykiem, (ostrożnie) nazwałyśmy ukraińską Matą Hari. * Wołodymyra Władysława Pipczyńska – członkini Ukraińskiej Wojskowej Organizacji (uwo)6. Urodziła się 12 kwietnia 1897 roku w Złoczowie7 w rodzinie Ignacego Pipczyńskiego i Marii (z domu Sekerów). Pochodziła z wpływowej rodziny prawniczej. Ojciec Wołodymyry był dyrektorem Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Jej „chlubnie uzdolniony” brat – Adam – ukończył Liceum Jana III Sobieskiego w Krakowie w 1917 roku8. Pracował jako urzędnik krakowskiego magistratu, później jako sędzia w Chrzanowie. Sama Wołodymyra, jak pisze Teodor Semakiwskyj w swoich wspomnieniach, była absolwentką 6 uwo (Ukraińska Organizacja Wojskowa) – nielegalna, sabotażowa i terrorystyczna organizacja ukraińska w II Rzeczypospolitej. W związku z licznymi, nierzadko wzbudzającymi kontrowersje opracowaniami na temat uwo w języku ukraińskim i polskim, proponujemy książkę: R. Torzecki, Kwestia ukraińska w Polsce w latach 1923–1929, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989. 7 Złoczów – ukraińskie miasto obwodu lwowskiego, stolica regionu złoczowskiego. 8 Księga pamiątkowa Liceum Jana III Sobieskiego.

153


seminarium nauczycielskiego w Krakowie9. W tych samych wspomnieniach możemy przeczytać, że Wołodymyra Pipczyńska do 1926 roku pracowała w Antykwariacie Krzyżanowskiego, który w latach 20. mieścił się przy Placu Szczepańskim 2. Miejsce, jakim był antykwariat, mogło stanowić niepozorną przykrywkę „punktu kontaktowego”, który pozwalał na kontrolowanie, przepływ informacji, ponadto nie wzbudzał podejrzeń władz państwa. Praca w antykwariacie, przekazywanie poufnych informacji, dokumentów, pełnienie funkcji łączniczki przyczyniło się na pewno do nazwania Pipczyńskiej „skrzynką pocztową”. Sytuacja społeczno-polityczna w Zachodniej Ukrainie w latach 20. i 30. XX wieku była bardzo skomplikowana. Ziemie Zachodniej Ukrainy znajdowały się w granicach II Rzeczpospolitej. W latach 20. i 30. miało miejsce także ukraińskie odrodzenie narodowe, powstało wiele organizacji społecznych i politycznych – wśród nich również takie, które zakładały kobiety lub były ich pełnoprawnymi członkiniami. Narodowy ruch kobiecy rozwinął się na całej Ukrainie oraz w skupiskach diaspory ukraińskiej, np. w Polsce lub Kanadzie. Po pierwszej wojnie światowej działało w Krakowie kilka organizacji społecznych, założonych przez mniejszość ukraińską mieszkającą na terenie miasta. Wśród najbardziej aktywnych ukraińskich towarzystw wymienić możemy Towarzystwo Proswita10, organizację studentów ukraińskich Studentska Hromada oraz kobiecą organizację Sojuz Ukrainok (Sojusz Ukrainek)11. Krakowski oddział ostatniej z wymienionych organizacji działał od 1924 roku. Wołodymyra Pipczyńska była jedną z założycielek Stowarzyszenia Ukrainek – jej podpis widnieje pod aktem założycielskim stowarzyszenia. 1 lipca 1924 roku Wołodymyra Pipczyńska została wybrana na zastępczynię sekretarza ukraińskiego Towarzystwa Proswita, trzy dni później – 4 lipca 1924 roku – była członkinią założycielką Sojuszu Ukrainek

9 Розповідь Теодора Семаковського з Кракова, [w:] З. Книш, Срібна Сурма. Спогади і матеріали до діяння Української Військової Організації, t. 1, Toronto 1962, s. 80. 10 Nieocenionym źródłem informacji odnośnie ukraińskich towarzystw działających w Krakowie w dwudziestoleciu międzywojennym jest przywoływana już praca Tadeusza Filara pod tytułem U stóp królewskiego Wawelu… 11 APKr, StGKr, 238 II.

154


w Krakowie. W statucie stowarzyszenia figuruje jako urzędniczka prywatna12, mieszkająca przy ulicy Szlak 3313. W dokumentach stowarzyszenia informacja o Wołodymyrze pojawia się jedynie w dniu jego powołania, natomiast w statucie zawarta jest adnotacja, że członkowie i członkinie Stowarzyszenia to przeważnie członkowie już istniejącej filii towarzystwa Proswita, należący do inteligencji ukraińskiej zamieszkałej w Krakowie. Osoby te zajmują się sprawami ukraińskimi jednakowoż dotychczas nie zauważono antypaństwowej działalności względem państwa Polskiego.

Sytuacja zmieniła się w 1926 roku, kiedy odkryta została siatka szpiegowska działająca w państwie polskim. Statut Sojuszu Ukrainek akcentuje „oświatowe, ekonomiczne i towarzyskie organizowanie się kobiet ukraińskich”14. Działalność społeczna kobiet skupionych w Sojuszu wykraczała poza aktywność deklarowaną w statucie i nie ograniczała się tylko do apolitycznej działalności oświatowej – często notowano „manifestujące się ich zainteresowanie ukraińskim życiem politycznym”15. 21 czerwca 1926 roku rozpoczęły się aresztowania ponad 128 osób, a Pipczyńska została oskarżona o zbrodnię szpiegostwa, ponieważ okazała się być członkinią szeroko rozgałęzionej szpiegowskiej organizacji ukraińskiej działającej „na rzecz ościennego państwa”16.

12 Termin używany w stosunku do urzędników i urzędniczek pracujących w prywatnych przedsiębiorstwach. 13 W Księdze Adresowej Miasta Krakowa 1926, s. 363, możemy przeczytać, że pod tym adresem mieszkał brat Wołodymyry Adam oraz ich matka Maria. 14 Statut towarzystwa, s. 3, za: T. Filar, dz. cyt., s. 71. 15 T. Filar, dz. cyt., s. 72. 16 W kontekście wszystkich zawiłości i niejasności w tej sprawie, trudno jest jednoznacznie stwierdzić, na rzecz którego państwa działała siatka Pipczyńskiej – dokumenty podają rozbieżne informacje. Lucyna Kulińska jednak podaje, że afera Wołodymyry Pipczyńskiej była działaniem na rzecz Rosji Sowieckiej [w:] L. Kulińska, Działalność terrorystyczna i sabotażowa nacjonalistycznych organizacji ukraińskich w Polsce w latach 1922–1939, Kraków 2009, s. 80–81. W świetle zgromadzonych przez nas materiałów, uważamy, że ta kwestia pozostaje niejasna.

155


W trakcie aresztowania znaleziono u niej książkę wojskową i papiery Dmytra Wołoszczaka17, a także fotografie oficerów garnizonu krakowskiego. Proces oskarżonych o szpiegostwo odbił się szerokim echem w prasie, zarówno polskiej, jak i ukraińskiej – prasa codzienna18 rozpisywała się o sprawie, którą określano na różne sposoby: „sprawą ukraińską”, „sprawą szpiegowską”, „aferą krakowską”. Dziennik wieczorny „Echo Łódzkie” w numerze 168 z 23 lipca 1926 roku zamieścił artykuł o sprawie na pierwszej stronie, opatrując go sensacyjnym nagłówkiem: „Największa powojenna afera szpiegowska w Europie. W potwornych mackach rusko-niemieckiej mafii”19. W dokumentach, które znajdują się w Centralnym Państwowym Archiwum Historycznym we Lwowie, znajduje się także ostateczne sformułowanie aktu oskarżenia w „sprawie szpiegowskiej”. W akcie nr St. 6457/26/10420 czytamy: Prokuratura przy Sądzie okręgowym w Krakowie dnia 2 czerwca 1927 roku oskarżyła Włodzimierę Pipczyńską […] religii greko-katolickiej, stanu wolnego, buhalterkę […] o to, że „w Krakowie i w innych miastach na terenie RP w czasie od ostatnich miesięcy 1925 roku do lipca 1926 roku, działając we wzajemnym porozumieniu, w czasie pokoju wywiadywali się o urządzeniach i przedmiotach, należących

17 Dmytro Wołoszczak – jeden z działaczy Ukraińskiej Organizacji Wojskowej, główny podejrzany w sprawie tak zwanej „afery szpiegowskiej” z udziałem Pipczyńskiej. 18 O aferze w tonie sensacji pisali także dziennikarze lwowskich dzienników – „Gazety Porannej” w artykule Za judaszowe srebrniki sprzedawali poufne wiadomości: wykrycie ukraińskiej organizacji szpiegowskiej (numer 7847 z 23 lipca 1926, s.5) oraz „Gazety Codziennej” w krótkiej informacji Wykrycie olbrzymiej szajki szpiegowskiej wśród Ukraińców na rzecz Niemiec (numer 5646 z 24 lipca 1926, s.2). Dziennikarze w kolejnych numerach relacjonowali przebieg aresztowań, dalsze losy oskarżonych, a także podawali niesprawdzone szczegóły niebywałej afery szpiegowskiej. Z kolei ukraiński dziennik „Diło” w rubryce „Sprawy polskie” wspomina o organizacji szpiegowskiej (nr 164 z 28 lipca 1926, s. 1). „Wiek Nowy” z 27 lipca 1926 roku, nr 7525 donosi Szpiedzy ukraińscy pracowali dla Niemiec, Sowjet i Litwy. Jeden materiał sprzedawali trzy razy (s.10). Numery dzienników z końca lipca 1926 roku informowały o zbliżającym się końcu śledztwa w sprawie oskarżonych o szpiegostwo – „Ilustrowany Kuryer Codzienny” w numerze 203 z 26 lipca 1926 roku donosi w kolumnie „Z ostatniej chwili”, że śledztwo w sprawie szpiegowskiej zbliża się ku końcowi (s. 12). 19 Największa powojenna afera szpiegowska w Europie, „Łódzkie Echo Wieczorne”, nr 168/1926, s. 1. 20 Zbiór nr 36, t. II, 1926–1927.

156


do siły zbrojnej Państwa Polskiego i odnoszących się do jego wojskowej obrony, a nie publicznie przez Państwo przedsiębranych i wykonywanych w tym celu, aby o nich udzielić wiadomości obcemu państwu”.

W uzupełnieniu aktu oskarżenia prokurator zanotował o Pipczyńskiej, iż charakter jej pracy w organizacji szpiegowskiej należy wyrazić określeniem sekretarka Dmytra Wołoszczaka, odbiorczym instrukcji wywiadowczych z zagranicy oraz raportów z poszczególnych placówek […], jak również bezpośredniej współpracowniczki w dziedzinie szpiegostwa wojskowego i przemysłu wojennego21.

W dalszej części dokumentów jako główny dowód winy Pipczyńskiej opisywane są listy pisane atramentem sympatycznym, które zawierają instrukcje wywiadowcze. Niestety żaden z listów się nie zachował. Wraz z Wołodymyrą Pipczyńską, której nazwisko w dokumentach i akcie oskarżenia umieszczone jest jako pierwsze wśród wielu wymienianych (listy świadków, oskarżonych i przesłuchiwanych nie są ułożone w porządku alfabetycznym), oskarżono także 32 inne osoby22 – w tym 3 kobiety: Anielę Nakoneczną, Julię Boryłównę oraz Marię Boryłównę (matkę Julii). W materiałach dotyczących opisywanej sprawy i w roboczych notatkach adwokata Pipczyńskiej i pozostałych oskarżonych – doktora Stepana Szuchewycza, nazwisko Pipczyńskiej pojawia się nadzwyczaj często, figuruje ona jako główna podejrzana. Adwokat opisuje jedno z widzeń z więźniami – wybrał się wówczas do Wołodymyry Pipczyńskiej, która w krakowskim areszcie na ulicy Senackiej 3 dzieliła celę z Anną Husakiwską. Szuchewycz zanotował, że Pipczyńska w przeciwieństwie do przygnębionej współwięźniarki czuje się dobrze. Podaje także informacje o rodzinie Pipczyńskiej: ojciec – urzędnik sądowy–został zwolniony z pracy, brata Adama – aspiranta w sądzie – w trybie pilnym przeniesiono z Chrzanowa do Wadowic, a tym samym zdegradowano. W wymienionych wspomnieniach Semakiwski zauważa, że część jej rodziny na wiadomość o procesie Wołodymyry przeżyła załamanie nerwowe. 21 Tamże. 22 Oprócz Pipczyńskiej oskarżono także Wasyla Kołodoja, Włodzimierza Kubraka, Iwana Pokładoka.

157


W teczce mecenasa Szuchewycza znajdują się także pisane ręcznie przez oskarżonych upoważnienia do reprezentowania w sprawie, jednak wśród licznych dokumentów brak upoważnień od Pipczyńskiej lub jej rodziny. Notatka sędziego śledczego o Pipczyńskiej: Wiadomości i akta zbierane przez Włodzimierę Pipczyńską dotyczą wiadomości odnoszących się organizacji i uzbrojenia kilkunastu pułków, kawalerii, artylerii, lotnictwa i czołgów, jak również składu 4. Armii na wypadek mobilizacji i fortyfikacji Warszawy i Krakowa. Wiadomości te są przez państwo publicznie niewydane i pokryte tajemnicą23.

W zeznaniach świadków i notatkach prokuratury Pipczyńska określana jest jako „notoryczny szpieg”. Z kolei Paweł Zabołocki, jeden z oskarżonych w tym samym procesie, w swoich wspomnieniach o działalności w Ukraińskiej Organizacji Wojskowej, nazywa Wołodymyrę Pipczyńską „skrzynką pocztową, w której rękach przecinały się szlaki, przez które wędrowały informacje wojskowe z całej Polski, przeważnie z Zachodniej Ukrainy”. Z nią mieli kontaktować się członkowie centrali organizacji uwo. Zabołocki podaje, że oskarżona została skazana na 5 lat pozbawienia wolności. Zaraz po rozprawie większość oskarżonych została przewieziona do więzienia w Wiśniczu, tylko dwóch więźniów zostało w Krakowie. * W tym miejscu trop się urywa. Nie ma informacji, do którego więzienia trafiła Pipczyńska, jak długo trwała jej „odsiadka”, co się w ogóle z nią stało. Przywoływany już wielokrotnie Semakiwskij napisał jedynie, że wszyscy więźniowie byli skazani na 5 lat więzienia, Pipczyńska prawdopodobnie na dwa i pół roku, jednak jest to informacja dotąd niepotwierdzona. Iwona Boruszkowska

Doktorantka na Wydziale Polonistyki uj, filolożka i kulturoznawczyni, absolwentka uj. Tłumaczka współczesnej literatury ukraińskiej i krytyczka literacka. Redaktor naczelna

23 Ortografia uwspółcześniona.

158


portalu Panorama Kultur. Współpracuje z trójjęzycznym magazynem literackim „Radar”. Badaczka figur szaleństwa w literaturze i ukraińskich śladów w Polsce. Urszula Pieczek

Doktorantka na Wydziale Polonistyki uj, absolwentka polonistyki (krytyki literackiej) i ukrainistyki uj. Tłumaczy z języka ukraińskiego. Współpracowniczka Stowarzyszenia Willa Decjusza w Krakowie. Redaktorka czasopisma literackiego „Radar”. Autorka biogramu Róży Rock opublikowanego w III tomie Przewodniczki po Krakowie emancypantek. Zajmuje się tożsamością pogranicza polsko-ukraińskiego.


bibliografia:

Filar T. Kulińska L. Torzecki T.

APKr, StGKr, 238 II. Repertorium Sądu Okręgowego w Krakowie, Sprawa 3201/26. Zespół Sądu Okręgowego w Krakowie, sygn. 313, sygn. 248, Sprawa Włodzimiery Pipczyńskiej i towarzyszy. U stóp królewskiego Wawelu. Społeczność ukraińska w Krakowie w latach 1918–1939, Kraków 2004. „Księga Adresowa Miasta Krakowa 1926”. Działalność terrorystyczna i sabotażowa nacjonalistycznych organizacji ukraińskich w Polsce w latach 1922–1939, Kraków 2009. Kwestia ukraińska w Polsce w latach 1923–1929, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989. „Diło” (nr 164), 28 lipca 1926. „Gazeta Poranna” (nr 7847), 23 lipca 1926,. „Gazeta Codzienna” (nr 5646), 24 lipca 1926. „Ilustrowany Kuryer Codzienny” (nr 203), 26 lipca 1926. „Łódzkie Echo Wieczorne” (nr 168), 1926. „Wiek Nowy” (nr 7525), 27 lipca 1926 roku. З. Книш, Срібна Сурма. Спогади і матеріали до діяння Української Військової Організації, т. 1, Торонто 1962.

Фонд 371, опис 1, справа 35 (про обвинувачення Піпчинського В. та ін. у шпигунстві, т. 1).

160


Sławomir Pastuszka

Zisma

Renata Zisman. Krakowska pianistka i pedagożka

Renata Zisman była wybitną krakowską pianistką i pedagożką, polską Żydówką ocaloną z Holokaustu, weteranką krakowskiego getta i obozów w Płaszowie, Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück i Neustadt-Glewe. Przez 36 lat była nauczycielką gry na fortepianie w Państwowej Średniej Szkole Muzycznej im. Władysława Żeleńskiego w Krakowie. To, czym dysponowałem w chwili pisania, to krótkie wzmianki w różnych pozycjach książkowych oraz jej ponad dwugodzinny wywiad, którego 15 maja 1995 r. udzieliła dla The United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie. Tekst ten nie jest typową biografią, bowiem opiera się przede wszystkim na relacji autobiograficznej kobiety-ofiary zbrodniczej ideologii i wojny. Dużą część tekstu stanowią słowa mojej bohaterki, wypowiedzi pełne emocji, bólu, żalu, nostalgii, a nawet złości. Wypowiedzi te poddałem redakcji, która nie zmieniła ich sensu. Młodość Renata urodziła się 18 kwietnia 1921 r. w Zabłociu, wsi obecnie będącej dzielnicą Żywca. Wywodziła się z zasymilowanej rodziny żydowskiej, której członkowie należeli do miejscowej synagogi postępowej. Jej ojciec, Artur Springut (ur. 1890 w Poroninie), był kupcem i przemysłowcem, oficerem wojska austro-węgierskiego podczas I wojny światowej. Matka, Berta z domu Herschlowitz 161


(ur. 1890 w Żywcu), zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. Renata miała młodszą siostrę Elżbietę, urodzoną 1 marca 1924 r., którą zdrobniale nazywała Elinką. Łączyła ją z nią niezwykła więź i przyjaźń. Z siostrą bardzo się kochałyśmy, aż do ostatniej chwili. Byłyśmy przyjaciółkami, siostrami, wszystkim. Podczas wojny miałam to szczęście w nieszczęściu, że cały czas byłam z siostrą. Ani na jeden dzień nas nie rozdzielili, mimo że byłyśmy w pięciu obozach koncentracyjnych.

Rodzina Springutów była dobrze sytuowana, wobec czego mogła sobie pozwolić na utrzymanie domu w Żywcu i mieszkania w Bielsku. Moi rodzice czuli się Polakami. Żyli w Polsce i chcieli mieszkać w Polsce. W ogóle nie było mowy o żadnej emigracji.

Renata ukończyła Żeńską Szkołę Powszechną i Gimnazjum w rodzinnym mieście. Od dzieciństwa wykazywała zainteresowanie muzyką, wobec czego rodzice ufundowali jej i siostrze prywatnie lekcje gry na fortepianie. Już wtedy wiedziała, że chce swoją przyszłość związać z tą dziedziną. Muzyka była u nas w genach. Wszyscy członkowie rodziny, zarówno ze strony matki, jak i ojca byli grający i śpiewający. Rodzice potrafili grać, mimo że nigdy się tego nie uczyli. Mieliśmy w domu fortepian, bardzo chętnie z siostrą ćwiczyłyśmy, nikt nas nie musiał do tego namawiać, nikt nas nie zmuszał.

Wojna Dnia 3 września 1939 r. Żywiec i Bielsko zostały zajęte przez wkraczające do Polski wojska niemieckie, a 8 września oficjalnie przyłączone do III Rzeszy. W związku z tym rodzina Springutów została zmuszona do opuszczenia swojego domu. Jeszcze we wrześniu 1939 r. udali się do Krakowa, gdzie zamieszkali w mieszkaniu kuzynki w kamienicy przy ulicy Fałata. Utrzymywali się z oszczędności, które udało im się ze sobą zabrać oraz ze sprzedaży własnego dobytku. 162


W Krakowie czuliśmy się bezpieczni, gdyż mówiło się, że nie zostanie przyłączony do Rajchu. Tutaj nic nie robiłam, po prostu żyłam. Ojciec nie szukał pracy i nie zarabiał, matka też. Moi rodzice optymistycznie podchodzili do tego problemu. Ciągle mówiło się o tym, że wojna wnet się skończy i wrócimy do domu. Rodzice bardzo tęsknili za naszym domem, spokojem, normalnym życiem. Mieli nadzieję i nie przypuszczali, że coś takiego może się stać. Ciągle mieli nadzieję, że wrócimy do domu. O najgorszym, o tragedii nie mówili nigdy. Zanim poszłam do getta było sympatycznie, z kuzynką bardzo dużo chodziłam po mieście, jeszcze się nie bałam, jeszcze nie było aż tak bardzo źle. Najgorsze było to, że nosiłam opaskę. Tego bałam się najbardziej, ale jeszcze człowiek był za młody, aby zdać sobie tak naprawdę sprawę z ogromu tragedii, jaka jest przed nim. Opaska nas wyróżniała, odróżniała, ale nikt nas nie zaczepiał z tego powodu.

W marcu 1941 r. Springutowie zostali przesiedleni do krakowskiego getta, gdzie zamieszkali w małym pokoju w kamienicy przy ulicy Limanowskiego 19. Mając na względzie bycie przydatnymi dla Niemców, strach przed wywózką, wszyscy członkowie rodziny podjęli pracę, co zapewniało im bezpieczeństwo. Renata rozpoczęła wówczas pracę przy wyrobie torebek z papieru w zakładzie Schonwettera. Chcieliśmy przeżyć ten czas, bo się nam zdawało, że koniec wojny jest tuż, tuż. W getcie jeszcze tak nie głodowaliśmy, chociaż o wszystko było dosyć trudno. Wtedy mama jeszcze była z nami, zawsze jakieś zupy zrobiła, jakieś placki. Nie było aż tak wielkiego głodu, którego doświadczyłam w następnych latach wojny.

W wolnych chwilach Renata odwiedzała mieszkanie żony adwokata Róży Freundlich, u której spotykała się niewielka grupa młodych artystów, m.in. śpiewak Samuel Bernkopf, sopranistka Betty Sklut czy tancerka Herta Gruber. Renata miała tam możliwość ćwiczenia gry na fortepianie. Tam poznałam ludzi, którzy tak samo jak ja nie byli fachowymi muzykami, tylko miłośnikami muzyki. Myśmy tam przychodzili, było nas z siedem, osiem osób. I tam się śpiewało i grało na fortepianie, byle jak i byle co. To było największe szczęście, to popołudnie tam spędzone.

W 1942 r. życie w getcie stawało się coraz trudniejsze.

163


Nie miałam zbyt dużo koleżanek w getcie. Był to już czas wielu niepewności, jakiś był już ciągły lęk, w getcie już trzeba było się bać. Byli też żydowscy Ordnungdienstci, którzy też dawali bardzo w kość. Nieraz dostałam od nich po plecach. W czasie jednej z akcji wysiedleńczych schowałam się wraz z siostrą na pryczy i przykryłyśmy się pledem jakoś tak dobrze, że przy dużym szczęściu można było nas nie zauważyć. Ale wykrył nas Ordnungdienst.

29 maja 1942 r. teren getta został otoczony przez oddziały policji i Sonderdienstu. Rozpoczęto trzydniową weryfikację mieszkańców getta pod względem ich przydatności zawodowej. Pozytywna ocena była zwieńczona przybiciem w kennkarcie odpowiedniego stempla, potwierdzającego prawo pozostania na terenie getta. W nocy z 31 maja na 1 czerwca 1942 r. Niemcy przystąpili do deportacji osób, którym nie pozwolono na dalszy pobyt w getcie. Zbierano ich na Placu Zgody, a następnie pędzono na stację kolejową w Płaszowie, skąd później wywożono ich do komór gazowych obozu w Bełżcu. Łącznie wywieziono wówczas 7 tysięcy osób, a kilkaset zamordowano na miejscu. Pozostało zaledwie 12 tysięcy osób. Tragiczne wysiedlenie, straszne. SS otoczyło całe getto, tak jakby tam była masa tylko samych złoczyńców czy zbrodniarzy, a tam byli sami niewinni ludzie, starszych dużo, dzieci.

Dzięki szybkiemu ukryciu się, rodzinie Springutów udało się ocaleć. 20 czerwca 1942 r. obszar getta został zredukowany poprzez wydzielenie z niego części ulic: Limanowskiego, Rękawka, Parkowej, Braci Dudzińskich, Węgierskiej, Krakusa, Benedykta. Od tego czasu Renata z rodziną mieszkała w kamienicy przy ulicy Janowa Wola 8. 27 października 1942 r., podczas kolejnej akcji wysiedleńczej, rodzina zdecydowała się ukryć w piwnicy domu, w którym mieszkała. Podczas przeszukiwania budynku, Niemcy znaleźli ukrywających się Springutów. To wysiedlenie to był jak jakiś potworny, koszmarny, nieprawdopodobny sen. W ostatniej chwili dowiedzieliśmy się, że będzie akcja. Byłam wraz z siostrą i rodzicami ukryta w piwnicy. Zostaliśmy znalezieni i wyprowadzeni, choć trudno to nazwać wyprowadzeniem, wśród krzyków, bicia i schnell, schnell cały czas.

164


Artur i Berta trafili na Plac Zgody, skąd wraz z około 5 tysiącami innych ludzi zostali deportowani do obozu zagłady w Bełżcu, gdzie zginęli następnego dnia. Nic nie wiedzieliśmy. Niemcy okłamywali nas, że jadą na roboty, że wyjeżdżają w jakieś inne piękne miejsca, tam gdzie jest dużo zieleni, że tam będą w cudownych warunkach pracować. Oszukiwali nas i tak myśmy myślały, że nasi rodzice żyją. Tak dokładnie to się dowiedziałam dziesięć lat temu [ok. 1985 r. – przyp. aut.] dopiero, gdzie i w jakich warunkach zginęli moi rodzice.

Renata wraz z siostrą ocalały z akcji. Myśmy z siostrą stanęły w jakimś szeregu. Następnie wyprowadzono nas do jakiegoś domu, gdzie stałyśmy ściśnięte na drugim piętrze z samymi młodymi dziewczynami. Stamtąd widziałyśmy dramatyczne, straszne sceny, które się działy na placu Zgody. Tego się nie da opisać słowami. Oddzielano niemowlęta, małe dzieci od matek, od piersi niemalże, odbierano dzieci stojące koło matek lub ojców i ustawiano osobno. Te krzyki, ten płacz! Kobiety, mężczyźni, dzieci – to była tragiczna symfonia – tak płakali, ale SS-mani jeszcze bardziej krzyczeli. Dopiero wieczorem pozwolono nam wrócić do swoich domów. I krzesła stały tak, i szklaneczki stały tak jak poprzedniego wieczoru, tak jak jedliśmy wszyscy razem tak zwaną kolację, cztery filiżanki, cztery talerzyki. I to wszystko stało na miejscu, rozścielone były łóżka. Myśmy miały cały czas nadzieję, że rodzice wrócą, ciągle czekałyśmy, może za godzinę, za dwie, za pięć, albo rano, albo w nocy. Niestety już nigdy nie wrócili. Nigdy…

6 grudnia 1942 r. Niemcy dokonali podziału getta na dwie części: A – w której zgrupowano osoby pracujące; B – w którym zgrupowano osoby bez zatrudnienia, przeważnie starców i zniedołężniałych. Renata wraz z siostrą trafiły do części A. Było nam bardzo ciężko, niezależnie od tego, że byłyśmy zrozpaczone w najwyższym tego słowa znaczeniu. Nie przestawałyśmy płakać, wyglądałyśmy strasznie źle, byłyśmy zrozpaczone, nie było wtedy chleba, nie było już jak tego zdobyć. Myśmy wtedy pracowały, siostra szyła, a ja już nie pamiętam, co robiłam. Wtedy zajmowali się nami ludzie, przyjaciele rodziców, coś nam czasem przynieśli. Zajął się mną także mój przyszły mąż Jerzy, który także przychodził od czasu do czasu. 165


W dniach 13–14 marca 1943 r. Niemcy przeprowadzili ostateczną likwidację getta. Na czele operacji stanął SS-Sturmbannführer Willi Haase. 8 tysięcy Żydów z getta A uznanych za zdolnych do pracy zostało przetransportowanych do obozu pracy przymusowej w Płaszowie. Wśród nich była Renata z siostrą Elżbietą. Pozostałe osoby, przebywające w getcie B zostało zamordowanych na miejscu i w obozie Auschwitz-Birkenau. Podczas marszu byłyśmy naznaczone, byłyśmy pomalowane żółtą farbą dużym, szerokim pędzlem, abyśmy się lepiej odróżniali. Poszliśmy do Płaszowa właściwie z pustymi rękoma, we woreczku coś tam miałyśmy, jakiś kawałek chleba, może szczoteczka do zębów jeszcze była. W Płaszowie rozpoczął się dramat. Był Amon Goeth – zbrodniarz, zwyrodnialec, bandyta… SS, który nie darował nikomu nic. Strzelał, jak popadnie, gdziekolwiek, to zależało od jego humoru. Po prostu miał sadystyczne usposobienie, zresztą jak oni wszyscy. I całą świtę, którą koło siebie miał, kobiety i mężczyźni, oni wszyscy pod jego kierunkiem tak pracowali, w najokrutniejszy sposób, w jaki można to sobie wyobrazić…

Renata i Elżbieta rozpoczęły pracę w szczotkarni, a także często były wysyłane do pracy poza obóz. Tam się tak jeszcze niby pracowało. Często wyjeżdżało się poza obóz i pracowało się najczęściej na ulicy. To była „praca nonsensowna”, na przykład przenosiłam olbrzymie deski na ramionach, szłam z nimi w jakieś dalekie miejsce i ustawiałam. Natychmiast potem musiałam wziąć tą samą deskę na barki i odnieść ją z powrotem. Taka była praca, godzinami. Pewnego dnia w czasie pracy podszedł do mnie SS-man, Ryczek się nazywał, jakiś zwyrodnialec, bandyta, zupełnie młody chłopak. Odciągnął mnie od grupy i zaprowadził mnie do szopy, gdzie były krowy. Kazał mi się rozebrać, rozebrałam się wśród jego chichotów, płacząc oczywiście. Przywiązał mnie do krowy jakimiś sznurami i kazał mi śpiewać: „Ich bin in Plaszow”. No i ja śpiewałam płacząc, a on się zarykiwał ze śmiechu, wyginał na wszystkie strony, do przodu, do tyłu. I kiedy się już tak wyżył, powiedział: „ubierać się!”. Ubrałam się i odprowadził mnie z powrotem do grupy.

23 marca Renata wraz z siostrą i grupą 300 innych więźniów została wyselekcjonowana do pracy w podobozie Kabelwerk-Betriebs GmBH przy ulicy Prokocimskiej 75, powszechnie zwanym fabryką „Kabel”. Pracowała tam, stojąc po 12–14 godzin dziennie przy polerowaniu skrzynek radiowych 166


w dziale wykończeniowym. Elżbieta natomiast pracowała w dziale instalacji. Miała o tyle lżejszą pracę, że mogła siedzieć. Obie mieszkały tam w jednym z czterech baraków, gdzie warunki były o wiele lepsze od panujących w obozie macierzystym. W pewnym momencie, w trakcie pracy podszedł do mnie jeden z majstrów, nazywał się Pawełek, imienia nie pamiętam.

Pawełek, który był przedwojennym współpracownikiem Artura Springuta, rozpoznał Renatę i postanowił jej pomóc. Powiedział mi, że szefem fabryki jest niejaki Leon Bajko, Polak, ale przeszedł na Reichsdeutscha. Zwrócił na mnie uwagę i bardzo mu się spodobałam. I mówi mi, że zagraża mi niebezpieczeństwo, gdyż jak ja mu się spodobałam, to nie wiadomo, co z tego mogło wyniknąć. I na tym się skończyło. Ale od tego czasu zaczął mi Pawełek przynosić codziennie dwie kromki chleba ze smalcem. Jedną kromkę zanosiłam siostrze. Pewnego razu Pawełek powiedział mi: „Bajko chce, abyś przyszła do niego do biura. Uważaj i nie mów do niego po niemiecku”. Ja poszłam, tam stałam cały czas, a Bajko powiedział tak: „Ja miałem sen, śniło mi się, że zbliża się koniec wojny i ja zostałem aresztowany. Ale w tym śnie widziałem ciebie, że ty jesteś bardzo piękna. A ja jestem zabobonny i w związku z tym chcę ci zaproponować ratunek”. Ja się zapytałam: „Jaki ratunek?”. Odpowiedział: „No wiesz, moja żona i dzieci są w Wiedniu. Więc teraz będzie tak, że fabryka będzie przewieziona do Austrii, do Wiednia. I tam, gdzie będą maszyny ulokowane, to ja cię mogę pomiędzy tymi maszynami jakoś zmieścić, zrobię otwór, zrobię to wszystko sam, abyś miała czym oddychać”. I dał mi jeszcze kartkę ze swoim adresem. Potem mi powiedział, że jeżeli z tego nie skorzystam, to czeka mnie Auschwitz, a tam zgolą mi głowę, mogą od razu wziąć do gazu, a jeżeli nawet nie, to będzie tak ciężko pracować, że nie przeżyję więcej jak dwa, trzy tygodnie. Gdy wróciłam do pracy, zwierzyłam się najpierw siostrze, a potem koleżance, która była Żydówką i sekretarką Bajki. Gdy jej to wszystko opowiedziałam, ona nagle mówi: „Niech cię pan Bóg broni! Elinka zginie natychmiast, jeżeli podejmiesz się natychmiast wyjechać!”. Ja miałam być w Wiedniu opiekunką do dzieci, a Bajko załatwi mi tam odpowiednie papiery. Na drugą osobę, czyli moją siostrę, kategorycznie się nie zgodził. Ja od razu wiedziałam, że nie pojadę, ale bałam się to powiedzieć Bajce. Nie wiedziałam, czy jak powiem tak, to będzie dobrze, czy jak powiem nie, to będzie dobrze. Nie 167


wiedziałam, czy to jest jakaś jego fantazja, czego on właściwie chce, nie wiedziałam. No i nie pojechałam. I rzeczywiście wszystko, co mówił, potem się sprawdziło.

Po likwidacji fabryki Renata i Elżbieta wróciły do Płaszowa, a w sierpniu 1944 r. zostały wywiezione do Auschwitz-Birkenau. Po przyjeździe do obozu zostały poddane selekcji i wysłane do komory gazowej. Ze względu na brak cyklonu B, udało im się przeżyć. Myśmy, jadąc do Oświęcimia, nie zdawały sobie sprawy, co nas czeka. Pod koniec istnienia getta było źle, w Płaszowie było bardzo źle, ale to co było w Oświęcimiu, to przekracza ludzkie myślenie. Na rampie, kiedy wysiedliśmy, zaczęto nas tak okładać i bić, i krzyczeć… I psy ujadały, i tłok, i krzyk potworny na tej rampie ze strony ludzi i SS-manów. I ta rozpacz, bo już na rampie rozdzielano ludzi! Nie wiedziano, co z nami robić. Najpierw kilka godzin oprowadzano nas po lagrze Birkenau i wokoło komory gazowej. Po pewnym czasie podeszli do nas mężczyźni w pasiakach, którym nie wolno było z nami rozmawiać. Oni ogolili nam głowy, intymne miejsca ciała i odezwali się do nas: „Zjadajcie wszystko, co macie”. I potem przez szeregi przeszły szepty, że idziemy do gazu. Potem kazano się nam rozebrać, przyszło dwóch, trzech lekarzy w mundurach, na których mieli białe kitle. Jeden z nich podszedł do naszego szeregu i kładąc rękę na ramieniu każdej z nas, mówił albo links albo rechts. I w ten sposób znalazłyśmy się w tej grupie, która miała iść do komory gazowej. I byłam z siostrą w komorze gazowej. Myśmy tak rozpaczały i płakały, obejmowałyśmy się i szalałyśmy dosłownie ze strachu. Inne kobiety różnie się zachowywały, niektóre krzyczały, niektóre były bardzo spokojne, opanowane. I zabrakło cyklonu B dla nas. I dzięki temu żyjemy.

Po kilku godzinach trzymane w komorze gazowej kobiety zostały wypuszczone. Renata otrzymała numer obozowy A-26594. Po 6-tygodniowej kwarantannie w Birkenau, wraz z siostrą zostały przeniesione do Auschwitz I, gdzie zostały skierowane do pracy w szwalni. Piekło Dantego jest niczym w porównaniu do tego, co było w Birkenau. Stamtąd potem szłyśmy do tak zwanego obozu macierzystego Auschwitz I. Zanim jednak poszłyśmy, to jeden z tych morderców miał przemowę do nas, że stąd idziemy do bardzo dobrych warunków, a to oczywiście było kłamstwem. Głód, ciągły, nieprawdopodobny i strach robił z nas wszystkich gorzej niż zwierzęta. Nieraz nie dawali nam zupy, takiej lury. Właściwie najbardziej zasadniczym tematem dziennym było, czy 168


dadzą zupę, a jak dadzą, czy będzie gęsta. Gęsta to była jak z dwa karpiele pływały w misce. To już była lepsza zupa, bo na ogół to była woda nie do przełknięcia. Jedna kromka na dzień i rano przy akompaniamencie potwornego bicia i krzyków, szturchańców dawali tak zwaną kawę i wieczór też.

Renata pracowała w szwalni na nocnej zmianie. Wychodziłyśmy z baraków o piątej lub szóstej na nocną zmianę do takiego olbrzymiego baraku, gdzie tysiące nas szyło. To była naprawa bielizny dla Wehrmachtu. Praca urozmaicona była tak zwanym sportem. Przy najmniejszym drgnięciu jednej z nas lub zawieszeniu igły z ręką na moment, czy jakiś inny gest, który się nie spodobał, powodował, że stosowano wobec nas sport. Więc było skakanie żabką, czyli dwie nogi równocześnie musiały skakać na schody następne, a potem z powrotem znów dwiema nogami równocześnie. Oczywiście Niemcy przy tym pękali ze śmiechu, bardzo się im to podobało, bo myśmy się wywracały jedna na drugą, nawzajem żeśmy się kopnęły, to w głowę, to w brzuch. I to była dla nich przepiękna zabawa. Taki sport stosowano z godzinę.

W listopadzie 1944 r. Renata została wybrana do 100-osobowej żeńskiej orkiestry, której kierownikiem i dyrygentem był Adam Kopyciński. Pewnego razu w czasie pracy przyszła grupa SS-manów-oficerów i spytali za pośrednictwem Aufseherin, czy któraś z nas potrafi grać. Niektóre od razu się odezwały i zgłosiły, podały swój numer. Moja siostra ciągle mi mówiła: „idź, może ci będzie lepiej, idź spróbuj”. A ja już po długim czasie, gdy Aufseherin nie spisywała już tatuaży, podeszłam do jednego z tych zbrodniarzy i powiedziałam, że potrafię grać. On zawołał Aufseherin, która zapisała mój numer i odeszłam. Kiedy ta cała świta wyszła, Aufseherin kazała nam wszystkim wstać i zapytała się: „która to była ta bezczelna, która zamiast do mnie, podeszła do niego?”. Cisza, milczenie, nikt się nie odzywa, więc ona zagroziła, że jeżeli nie odezwie się ta osoba, która to zrobiła, to nam zastosuje takie kary, że popamiętamy. Już zaczęła stosować właśnie te żabki, potem stanie i wtedy stwierdziłam, że muszę pójść, gdyż powiedziała, że nas wszystkie powystrzela. Zawsze miała przy sobie rewolwer i psy. I ja podeszłam, i powiedziałam, że to ja. Jak ona mnie zaczęła okładać rajtpejczem i rękami, i nogami, jak mnie strasznie skatowała. Położyła mnie na podłogę i tak strasznie…, aż nie potrafię tego opisać. Krew mi się lała z nosa, byłam posiniaczona i na ciele, i na twarzy. Byłyśmy już wtedy zmizerniałe, miałyśmy zapadnięte policzki, oczy, bardzo blade z niedożywienia i niedospania, ze strachu. Wyglądałyśmy bardzo źle, strasznie, nie jak ludzie. I ona tak mnie straszliwi zbiła i potem kopniakami jeszcze mnie… A po chwili powiedziała, abym wróciła do pracy. 169


Po kilku dniach do naszego baraku, w którym ja z siostrą spałam, przyszło dwóch SS z psami, którzy wywołali mój numer. Ja byłam przekonana, że idę do krematorium. Obok mnie leżała wówczas siostra i ja się z nią pożegnałam, bo wiedziałam, że idę na spalenie. Zamiast do krematorium zaprowadzono mnie do baraku, gdzie znajdowała się stuosobowa orkiestra żeńska. I widzę tam coś nieprawdopodobnego, widzę całą masę młodych kobiet, ogolonych, stojących w pasiakach, trzymających różne instrumenty. Mnie się wydawało, że chyba zwariowałam albo że coś się ze mną stało, albo że nie wiem, co to może być.

Zgodnie z relacją mojej bohaterki, Renata była w orkiestrze jedyną kobietą, która mówiła po polsku. Kopyciński zdecydował się jej pomóc, za wszelką cenę zatrzymując w orkiestrze, gdyż widział w tym możliwość ocalenia jej życia. Renata, niebędąca wówczas profesjonalną pianistką, nie została dopuszczona przez niego do gry na fortepianie, gdyż popełniane przez nią błędy mogły narazić ją na śmierć. Kopyciński zdecydował się nauczyć Renatę grać na kontrabasie, dając jej codziennie prywatne lekcje. I pokazuje mi on instrument – kontrabas. Więc jak ja zobaczyłam, że kontrabas ma być moim instrumentem, który ma mi życie uratować, to ja sobie pomyślałam, że ja go nie utrzymam, gdyż ważyłam wówczas trzydzieści pięć kilo lub nawet mniej. On mówi: „nie bój się, nauczę cię, nauczę cię” i codzienne mi dawał po dwie, trzy godziny lekcji, ale to nie były takie lekcje, że on mógł sobie pozwolić na niedyrygowanie, tylko on mi pokazywał, co ja mam robić, a ja potem już sama nad sobą pracowałam. I to był cud boski, że mnie nie nakrył wtedy żaden z tych bandytów, że mnie się udało na tyle nauczyć grać w jednej pozycji na tym kontrabasie, że mogłam z nimi w ciągu kilku dni grać w jednej pozycji, stanąć, trzymać instrument w ręce, o takim głodzie, o takim strachu, lęku i to wytrzymać. W każdym razie robiłam dobre ruchy w tej jednej pozycji, co było bardzo ważne.

17 stycznia 1945 r. pod eskortą esesmanów Renata wraz z siostrą wyruszyły z Auschwitz w tzw. marszu śmierci. Trafiły do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, gdzie pracowały przy skrzydłach samolotowych. Stamtąd zostały deportowane do Neustadt-Glewe, gdzie zostały wyzwolone przez wojska amerykańskie 2 maja 1945 r.

170


Powrót do Polski Renata z Elżbietą, mając dwie możliwości wyjazdu – do Stanów Zjednoczonych wraz z wojskiem amerykańskim lub Polski – wybrały Polskę z nadzieją odnalezienia rodziców. W lipcu 1945 r. dotarły do Katowic, skąd po kilku dniach przyjechały do Krakowa. Tam znalazły pomoc m.in. u pani Larisz, dawnej pomocy domowej w domu ich dziadków ze strony mamy. Po kilku latach ciężkiej choroby, wywołanej skutkami przebywania w obozach, zdecydowały się podjąć studia muzyczne. Renata w 1960 r. w trybie eksternistycznym ukończyła Państwową Średnią Szkołę Muzyczną im. Władysława Żeleńskiego w Krakowie, gdzie od 1959 r. pracowała jako nauczycielka gry na fortepianie. Następnie podjęła studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej we Wrocławiu w klasie fortepianu, gdzie była uczennicą Henryka Sztompki i Jana Hoffmana. W latach 1962–1989 była konsultantką Okręgowego Zespołu Metodyczno-Programowego i wykonywała utwory fortepianowe na seminariach i sympozjach. Była także współzałożycielką, nauczycielką w klasie fortepianu i dyrygentury oraz dyrektorką Szkoły Muzycznej I stopnia w Żywcu. Jako członkini Stowarzyszenia Polskich Artystów Muzyków organizowała społeczne koncerty, na których grała sama lub występowali jej uczniowie. Często także występowała na spotkaniach byłych więźniów gett i obozów koncentracyjnych. Za swoją działalność była wielokrotnie odznaczona, m.in. Złotym Krzyżem Zasługi (1975), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1984), Krzyżem Oświęcimskim (1986) i złotą odznaką „Za Pracę Społeczną dla Miasta Krakowa” (1987). Życie prywatne Mężem Renaty był Jerzy Zisman (Süssmann), urodzony 4 maja 1903 r. w Zabłociu w zasymilowanej rodzinie żydowskiej, syn Hermanna i Zofii z domu Katten. Jerzy był pracownikiem umysłowym, a Renatę poznał w Bielsku poprzez jej rodziców jeszcze przed II wojną światową. Podczas okupacji przebywał w krakowskim getcie, obozach w Płaszowie i Mauthausen. 171

6. Renata Zisman


W getcie to był mój opiekun, mój tatuś, moje wszystko. Nadzwyczaj opiekował się mną, siostrą i rodzicami, póki żyli.

15 lutego 1943 r. Renata i Jerzy zawarli związek małżeński w obozie w Płaszowie w obecności rabina Menaszy Lewertowa. Po zakończeniu wojny na drodze postępowania sądowego zostali prawnie uznani za małżeństwo. Nie mieli dzieci. Jerzy zmarł 2 sierpnia 1975 r. w Krakowie. Renata przez ostatnie 20 lat związana była z Danielem Dawidem Bertramem (1920–2009), jednak ze względu na brak rabina w Krakowie nie zdecydowali się na zawarcie związku małżeńskiego. Renata Zisman była członkinią Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Krakowie oraz krakowskiego oddziału Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce. Śmierć Renata Zisman zmarła po ciężkiej chorobie 30 lipca 1999 r. w Krakowie. Została pochowana 3 sierpnia na nowym cmentarzu żydowskim przy ulicy Miodowej, gdzie spoczywa także jej mąż, partner oraz siostra z mężem. Na jej nagrobku wymieniono wszystkie obozy koncentracyjne, których była więźniem. Sławomir Pastuszka

Student judaistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wśród jego zainteresowań znajduje się historia Żydów krakowskich po 1945 r., sztuka synagogalna, a także genealogia. Członek Centrum Społeczności Żydowskiej w Krakowie, gdzie kieruje Klubem Studentów Żydowskich, oraz krakowskiego oddziału Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce.

172


bibliografia:

Lachowicz S.

Muzyka w okupowanym Krakowie 1939–1945, Kraków 1988. Leksykon polskich muzyków pedagogów urodzonych po 31 grudnia 1870 roku, pod red. K. Janczewskiej-Sołomko, Kraków 2008. Relacja Renaty Zisman z 15 maja 1995 r. dla The United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie. Relacja Daniela Dawida Bertrama z 2004 r. dla fundacji Centropa, http://www. centropa.org/biography/daniel-bertram [dostęp: 10.08.2013].



Anna Marchewka

Irena Szelburg w Krakowie

Szelbu

– Na studia? Pochwalam, pochwalam. Tylko w Alma Cracoviensis1

Tak, Ewa Szelburg-Zarembina mieszkała w Krakowie. Krótko, studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dziewczyna z Nałęczowa, córka mistrzyni krawiectwa, Elżbiety z Kałużyńskich i ogrodnika, Antoniego Szelburga, zapisała się na Wydział Filozoficzny 3 listopada 1917 roku. Miała wtedy 18 lat, wpłaciła czesne (35 K, 70 h). W pierwszym semestrze roku akademickiego 1917/18 mieszkała przy ulicy Karmelickiej 29. Z akt osobowych ocalałych w archiwum uj wynika, że miała sporo zajęć. I tak: Psychologia u dra Heinricha (5 godzin tygodniowo); Rozbiór wybranych utworów krytyki i poezji romantycznej u prof. Chrzanowskiego (2 godziny tygodniowo); Młodzi romantycy u dra Windakiewicza (2 godziny tygodniowo); Literatura polska w XVI i XVII wieku u dra Windakiewicza (2 godziny tygodniowo); Dzieje Europy po upadku Bismarcka u dra Sobieskiego; Twórczość Juliusza Słowackiego w podróży na wschód u prof. Ujejskiego (1 godzina tygodniowo); Ćwiczenia w metodologicznym czytaniu arcydzieł literatury u prof. Ujejskiego (1 godzina tygodniowo). Sporo tego, myślę i już wiem, że trzeba będzie przejść się przez jej ulice, odtworzyć – częściowo choćby – drogę z wynajmowanych pokojów do (niech będzie to słowo) szkoły. „Pokojów”, bo było ich więcej, nie zagrzała nigdzie miejsca na stałe. Archiwum daje szansę przyjrzeć się życiu studentki Ireny Szelburg – bo tak się wtedy nazywała – z bliska, z prawie bliska. Dzisiaj 1

175

E. Szelburg-Zarembina, Gaudeamus, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1968, s. 494.


trudniej byłoby znaleźć adres zamieszkania; z dokumentów, które mam przed oczyma, wynika, że uczelnia kontrolowała życie osób wpisanych na listę studentów. Domyślam się, że służyło to utrzymywaniu porządku i moralności. Porządne adresy, do sprawdzenia – bezpieczeństwo dla studentek i spokój dla instytucji. Dzięki tym informacjom można odtworzyć mapę Krakowa Ireny Szelburg. Jest wpis na drugi semestr jej pierwszego roku studiów. „Irena Szelburżanka, urodzona w Bronowicach, lat 19, jest hospitantką. Mieszka na Łobzowskiej 8 [podkr. red.] – świadectwa kollokwialne zostały przedłożone.” Ciekawe, nie jest „zwyczajną” studentką. Teraz rozumiem, dlaczego nie mogłam znaleźć jej w „normalnym” wykazie studentek… W drugim semestrze pierwszego roku studiów słuchała wykładów profesora Chrzanowskiego: Pogląd na literaturę europejską XIX wieku; Rozbiór wybranych poezji Mickiewicza; Młodzi romantycy. Zapisała się na seminarium literackie dra hab. Windakiewicza. Dalej zajęcia doktora Ujejskiego: Twórczość Juliusza Słowackiego oraz Ćwiczenia metodyczne w czytaniu autorów literackich. Lista zajęć jest długa. Jeszcze Życie w Polsce wieków średnich profesora Błaśnika, Historyczna porównawcza gramatyka polska, Gramatyka słowiańska oraz seminarium słowiańskie Łosia. Wygląda na to, że wszystkie przedmioty zaliczyła. Bałagan w tekstach biograficznych dotyczących Zarembiny jest spory: Krystyna Kuliczkowska, Adam Klimowicz i Tadeusz Kłak nie mogą się zdecydować, co konkretnie ich ulubienica studiowała. Więcej nawet: nie są zgodni co do kierunku studiów (filozofia, pedagogika, polonistyka – mogło to wynikać z przeniesienia powojennego systemu studia w przedwojenne realia), na szczęście uczelnia się zgadza. Odpowiedzialność (na pewno sporą jej część) za to zamieszanie ponosi sama Szelburg, na którą autorzy tekstów biograficznych się powoływali. Z dokumentów zachowanych w archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego wynika, że Szelburg studia przerwała po pierwszym semestrze roku akademickiego 1919/1920. Studiowała, ale nie ma wyższego wykształcenia. Wpisy do ankiet osobowych z lat powojennych, w których deklarowała wyższe wykształcenie, są więc wynikiem omyłki? Na drugim roku studiów (1918/1919), w semestrze zimowym, Szelburg mieszkała przy ulicy Garncarskiej 5. Lista przedmiotów, na które się zapisała, jest imponująca. U profesora Chrzanowskiego Twórczość Krasińskiego, Historia literatury polskiej za Stanisława Augusta, Rozbiór wybranych utworów Mickiewicza; 176


dalej Literatura polska u Windakiewicza; Słowotwórstwo słowiańskie i seminarium słowiańskie u Łosia; Kształcenie woli i charakteru i konwersatorium pedagogiczne u Kulczyńskiego; Składnia francuska, Starofrancuskie utwory oraz seminarium romanistyczne u Strońskiego. Z dokumentów wynika, że w semestrze letnim Szelburg nie zapisała się na żadne zajęcia. To wtedy musiała się rozchorować, trafiła do domu kuracyjnego „Bratniaka”, studenckiej organizacji niosącej pomoc (również materialną, buty na zimę, opał, jedzenie) w Zakopanem. Dobrowolna służba w szpitalu polowym zrobiła swoje. Słabe płuca (oficjalny powód leczenia) to tylko część kłopotów. Szelburżanka – jak i szereg innych dziewcząt, studentek – wychowana w duchu patriotycznym (tak przez rodziców, jak i przez szkołę w Lublinie), po doświadczeniach w działaniach wymierzonych przeciw zaborcy (we wspomnieniach pisze o roznoszeniu „bibuły”), ruszyła spełnić obowiązek wobec ojczyzny. Chłopcy poszli do wojska, dziewczęta poszły do szpitali polowych opatrywać rany kolegów. Studentki literatury romantycznej zobaczyły więcej, niż powinny; zobaczyły, jak wygląda krwawiące ludzkie mięso – okropności tamtej wojny wypisała Szelburg po latach w opowiadaniu Feliks Gdul czy w powieści Chusta św. Weroniki. Załamanie nerwowe, o którym wspominała – już jako Zarembina – musiało przypaść właśnie wtedy. Nie tylko szpital i wojna wtedy się wydarzyły, ale i domowe końce świata. W 1918 roku Szelburg została osierocona ostatecznie – po roku od śmierci ojca, Antoniego, zmarła matka, Elżbieta. Ten rok, 1918, rok odzyskania niepodległości, pełen był zdarzeń wstrząsających – wtedy też poznała swojego pierwszego męża, Jerzego Zbigniewa Ostrowskiego. Kolejny wpis przypada na rok 1919/1920, mieszkała wtedy na ulicy św. Filipa 5. W dokumentacji pojawia się ważna informacja: Irena Szelburżanka jest już studentką nadzwyczajną (odpowiednik dzisiejszej wolnej słuchaczki). 8 października wpisała się do biblioteki Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz na następujące przedmioty: – Logika jako nauka o zarządzaniu poprawnego myślenia (4 godz. tygodniowo): prof. Grubczyński; – Dzieje wychowania w XVI wieku (2 godz. tygodniowo): prof. Kulczyński; – Historia literatury starosłowiańskiej (3 godz. tygodniowo) prof. Chrzanowski; – Rozbiór wybranych utworów Mickiewicza (2 godz.) prof. Chrzanowski; 177

7. Ewa Szelburg-Zarembina


– Ćwiczenia poseminaryjne (1 i ½): Chrzanowski; – Poeci romantyczni (2): prof. Windakiewicz; – Gramatyka polska (3): Łoś; – Gramatyka starosłowiańska (2): Łoś; – Seminarium polskie (2): Łoś; – Składnia francuska (3): prof. Stroński; – Starofrancuskie utwory powieściowe (2): Stroński; – Seminarium romanistyczne (2): Stroński; – Konwersatorium pedagogiczne (2): prof. Kulczyński; – Higiena (2): Bier. I – tyle. Na tym czasy krakowskie Ireny Szelburg się kończą. Zatem – może od początku. Irena Szelburżanka, która z Nałęczowa, po roku pracy w szkole, z chłopcami o włos młodszymi od niej samej, ruszyła na studia do Krakowa, to późniejsza Ewa Szelburg-Zarembina. Urodzona 10 kwietnia 1899 roku Szelburżanka nie ułatwiała pracy swoim biografom – trudno wskazać na granicę między zmyśleniem a prawdą. Gdy umierała, 28 września 1986 roku, pozbawiona pamięci, świadomości i praw decydowania o sobie, jej książki – zwłaszcza te dla najmłodszych czytelników i czytelniczek – nadal osiągały zawrotne nakłady, ale na ile była to popularność sterowana odgórnie, a na ile potrzeba odbiorców, ustalić trudno. Na pewno popularność mierzona wysokością nakładów w czasach przed wolnym rynkiem książki bywa zwodnicza. Jedno można powiedzieć jasno: nie ma w Polsce dorosłego dziecka, które o Ewie Szelburg-Zarembinie nie słyszało. O niebie, które szło ciemną nocą, o Reni i jej przygodach, o darach wróżek, o wierszach, baśniach i opowiastkach. Ale o samej pisarce wiadomo niewiele. Trzeba uważnie się pochylić nad dokumentami – okazuje się wtedy, że Ewa przez całe lata, do 30 marca 1965 roku, była Ireną. W związku ze zmieniającym się stanem cywilnym publikowała jako Szelburg-Zarembina (używała formy nazwiska drugiego męża, Józefa Zaremby), ale i jako Ostrowska (w czasach pierwszego małżeństwa; zdarzały się też podpisy Szelburg-Ostrowskiej). I nie tylko wiersze i opowiastki dla najmłodszych czytelników i czytelniczek po sobie zostawiła, ale i serię powieści dla dorosłych Rzeka kłamstwa z najsłynniejszą Wędrówką Joanny, serię opowiadań, reportaży, wspomnień i dramatów. Sama biografia Ireny-Ewy 178


Szelburg-Ostrowskiej-Zaremby przyprawia o zawrót głowy. Dorastała w uzdrowisku, w Nałęczowie, doświadczyła niedostatku finansowego i lekcji klasowości. Elżbieta z Kałużyńskich, matka Ireny Szelburg, stała się (jeśli wierzyć świadectwom samej pisarki) pierwowzorem najbardziej wyrazistej spośród stworzonych przez autorkę Rzeki kłamstwa postaci. Jeśli Joanna Macieszanka ma choć trochę cech Elżbiety z Kałużyńskich, to matka pisarki musiała być osobą niezwykłą: rewolucjonistką pozbawioną pokory, niegrającą w gry społeczne. Antoni Szelburg, pierwowzór postaci Kaja Gozdawy z Rzeki kłamstwa, był ogrodnikiem i społecznikiem. Jedyne dziecko Szelburgów złożyło rodzicom szczególny hołd… Nałęczów, który odbija się w powieściowym Żeleźnie, nie był najszczęśliwszym miejscem na świecie – zwłaszcza dla stałych mieszkańców (w odróżnieniu od przyjezdnych z Warszawy). Irena Szelburg w czasach dzieciństwa zetknęła się z ważną dla Nałęczowa postacią, czyli Felicją Sulkowską, bibliotekarką i skarbniczką Towarzystwa „Światło”. Wspomnienia dojrzałej już pisarki (Spotkania przy drodze) oraz powieści z cyklu Rzeka kłamstwa dowodzą, że pierwsze dziesięciolecia dwudziestego wieku to czas pełnego pozytywizmu – praca organiczna i praca u podstaw, nie mówiąc o emancypacji czy asymilacji, paliły, niezałatwione, nierozwiązane. Szelburg wychowana została w duchu odwagi i wierności ideałom. Skończyła polską szkołę handlową Władysława Kunickiego w Lublinie, choć dla niezamożnych rodziców oznaczało to potężne wyrzeczenia, a dla zamożniejszych mieszkańców Nałęczowa było wyrazem pychy i drogą do unieszczęśliwienia dziecka. Nauka w szkole rosyjskiej, rządowej, nie wchodziła dla Szelburgów w grę. Szelburżanka w szkole handlowej wyraźnie męczyła się na przedmiotach ścisłych, ale za to towarzystwo miała doborowe – na tyle, że zaangażowała się w działalność podziemną. Ze wspomnień wynika, że to Lublin i lata nauki w szkole Kunińskiego były dla Szelburg ważniejsze niż nauka na uniwersytecie. Kraków to czas doświadczeń poza uczelnią, wydarzeń uniemożliwiających właściwe studiowanie. Śmierć ojca, w ostatnim roku szkoły, była dla młodej dziewczyny wstrząsem. Tuż po zdjęciu mundurka uczennicy została, choć tylko na rok, nauczycielką. Wspomina ten rok, już dojrzała Zarembina, jako wyjątkowo trudny – czuła się nieprzygotowana do podjęcia tego zadania, tym bardziej, że problemy jej podopiecznych były nie do rozwiązania. W takiej sytuacji edukacja zdawała się przysparzać jej uczniom cierpień. Zyskiwana 179


świadomość zmuszała do dostrzeżenia braku szans na dalszy rozwój. Młoda nauczycielka zaś z bezsilności mogła jedynie – pisać. Szelburżanka wybrała się na studia do Krakowa, do samego Krakowa i doznała w nim potężnego rozczarowania. W Gaudeamus, ostatniej części Rzeki kłamstwa (tom pierwszy cyklu ukazał się w 1935 roku), pisze o wstrząsającym zderzeniu młodej dziewczyny z rzeczywistością „świętego, polskiego miasta”. Salomea, córka Joanny, rusza pod zaprzyjaźniony adres. Okazało się, że kamienica przy Małym Rynku została zajęta przez siostry zakonne. Dziewczyna odbiła się od bramy i słów zakonnicy: „Ta osoba już tu nie mieszka. Dom należy teraz do naszego Stowarzyszenia. Obcych nie przyjmujemy”2. Mocna, antyklerykalna scena (takich w twórczości Szelburg-Zarembiny jest więcej (scena tłuczenia dzbanuszka w Dokąd? choćby); pisarka wskazuje na niebezpieczeństwa czające się w zinstytucjonalizowanej formie religijności i zestawia ją albo z pogaństwem, zwykle osadzonym w postaciach dziewcząt lub kobiet, albo ze świecką życzliwością, jak to było w przypadku przywoływanej sceny z Gaudeamus) zmusza bohaterkę do zmierzenia się z klechdami dziecięctwa. Nieznajomy, młodziutki dorożkarz, jej równolatek z doświadczeniem wojennym, ratuje dziewczynę z opresji – zawozi do znajomego pensjonatu dla dziewcząt. Nie bierze od Salomei pieniędzy, pomaga po bratersku, honorowo, traktuje ją w środku nocy jak siostrę – już nie zakonną, ale duchową. Ta powieściowa scena sporo o stosunku do miasta, które miało spełnić marzenia o edukacji i emancypacji, mówi. Kraków nijak w tej roli się nie sprawdził. Co prawda, Szelburg sporo się nauczyła, ale były to nauki gorzkie. We wspomnieniach pojawiają się imiona towarzyszek, również przyjezdnych, Anuli i Krystyny, z którymi Szelburg wynajęła pokój na pensji. Nie ma we wspomnieniach Szelburg śladów głębszych związków z miastem. Szelburg okupowała pozycje Obcej, jakby zrozumiała, że żyć w tej kastowej społeczności nie sposób. Można domyślać się, że kolejne wstrząsające wydarzenia (śmierć matki, służba w szpitalu polowym) nie sprzyjały zagnieżdżaniu się. Wybrała Warszawę, miasto, w którym można – jej zdaniem – zbudować się na nowo, które zmusza do aktywności, które zmusza do życia. Trzeba jednak przyznać, że początkowo wyborów nie dokonywała samodzielnie. Narzeczeństwo, a potem małżeństwo z Jerzym 2 Tamże, s. 500.

180


Ostrowskim, najbliższym człowiekiem po szeregu strat i wstrząsów, wyznaczało drogi zmian. Szelburg-Ostrowska przerwała studia, a ślub Ostrowscy wzięli w Warszawie, w której nie zagrzali miejsca. Wyjechali do Poznania, w którym pierwszy mąż, Jerzy Ostrowski, pedagog, były żołnierz i pisarz, skończył studia prawnicze. Mieszkali oboje w sercu miasta, przy ulicy święty Marcin, Ostrowski z sukcesami parał się dziennikarstwem, zaczynał przygodę z literaturą, a Szelburg (żona przy mężu) napisała do szuflady oszalałego Króla w wytartym paltocie po porządnych Legendach żołnierskich (1924) i zgrabnych, pasujących jak ulał do wrażliwości młodej mężatki, utworach dla dzieci. Ta, której nie było (1925) zapowiadała przyszłe zmiany w życiopisaniu Szelburg-Ostrowskiej. Warszawa jako, w jej opinii, miasto wolnych ludzi przyszła młodziutkiej pisarce z pomocą po rozwodzie z Ostrowskim (skandal wywołany zdradą dokonaną przez Szelburg odbił się mocno na jej stosunkach z rodziną oraz na szeroko rozumianej reputacji) i ponownym zamążpójściu (Szelburg zmieniła wyznanie, by wziąć ślub z Zarembą – powrót na łono Kościoła katolickiego możliwy był dla niej dopiero po śmierci pierwszego męża). Młodszy Józef Zaremba robił karierę urzędniczą i wydawniczą, a ona – pisała. Polne grusze (1926); Dokąd? (1927); Dziewczyna z zimorodkiem (1928); Chusta św. Weroniki (1930); Ecce homo (1932); Sygnały (1933); Krzyże z papieru (1934); Wędrówka Joanny (1935), Ludzie z wosku (1936); Legendy Warszawy (1938): powieści, dramaty, reportaże, opowiadania. Tyle wydała do wybuchu wojny. Po wojnie ma kłopoty z pisaniem – w powstaniu warszawskim straciła książkę, trzecią część dziejów Joanny i Kaja, kontynuację Wędrówki Joanny i Ludzi z wosku. Próby odtworzenia spalonej książki przyniosły Miasteczko aniołów (1959), Iskry na wiatr (1963) oraz Gaudeamus (1968). Ukazało się też Ziarno gorczyczne (1947), Spotkania (1951), W cieniu kolumny (1954), Zakochany w miłości (1961), Matka i syn (1961), Samotność (1961), Marcowy deszcz (1963), Imię jej Klara (1965) oraz ogrom tekstów skierowanych do najmłodszych. Żaden z nich nie dorównywał głośnym książkom przedwojennym. Ciężar socrealizmu, potem zwrot w stronę katolicyzmu (Zakochany w miłości oraz Imię jej Klara) wydają się być próbą szukania tożsamości, sensu i języka. Trudno jednak o którymś z powojennych tekstów powiedzieć, że poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem. Warszawianka z wyboru kultywowała pamięć ofiar (jest pomysłodawczynią stworzenia Centrum Zdrowia Dziecka, szpitala-pomnika – we wrześniu 181


1939 roku poroniła w czasie bombardowania pociągu do Lwowa, pamięć o najmłodszych ofiarach wojny wracała wciąż w jej publicznych wystąpieniach, tekstach publicystycznych i literackich), do Krakowa już nie wracała. Po wojnie zamieszkała z mężem w Łodzi, w domu literatów przy ulicy Bandurskiego 8, odpowiedniku krakowskiej Krupniczej 22. Wśród sąsiadów Szelburg-Zarembiny najważniejszą była na pewno Zofia Nałkowska. Po 1945 roku role trochę się zmieniły – po ukazaniu się Dokąd? to Zofia Nałkowska wspomagała tę odmienną, tajemniczą i niedostępną młodą kobietę uwagą i uwagami. W Łodzi to Szelburg-Zarembina zaczęła rosnąć w siłę i znaczenie. A dlaczego nie Kraków? W Krakowie mieszkała i pracowała Ewa Ostrowska, druga żona pierwszego męża Szelburg. To delikatna i trudna historia. Jerzy Ostrowski nazwał swoją pierwszą żonę „Ewą”. Razem pracowali w kolejnych seminariach, którym dyrektorował Ostrowski, a Szelburg pełniła funkcje pomocnicze (nie skończyła studiów, zajmowała się organizacją życia kulturalnego). W 1925 roku, w Wymyślinie, jeden z uczniów próbował zastrzelić dyrektora Ostrowskiego. Trafił w Józefa Zarembę, nauczyciela języka polskiego. Szelburg z wdzięczności za ocalenie życia męża (dokładnie nie wiadomo, co się stało: czy uczeń spudłował, czy Zaremba wykazał się wyjątkową odwagą, osłaniając przełożonego własnym ciałem) zajęła się rannym. Gdy ten doszedł do zdrowia, okazało się, że małżeństwo Ostrowskich należy do przeszłości. Pierwszy mąż Szelburg długo lizał rany po zdradzie żony i rozwodzie. Wyjechał w podróż najpierw po Europie, potem do Ameryki Południowej. Po powrocie wrócił do pracy w szkole. W gimnazjum w Rzeszowie spotkał Ewę Mrozównę, absolwentkę Uniwersytetu Jagiellońskiego, magistrę filozofii, która od stycznia 1933 roku do czerwca 1934 roku odbywała praktyki nauczycielskie. Kolejną Ewę w swoim życiu nazwał „Vivą”. Miłość zaprowadziła oboje do ołtarza w 1934 roku i tak przybyła światu jeszcze jedna Ewa Ostrowska. Ostrowscy do wybuchu drugiej wojny pracowali w Rzeszowie. Po wybuchu wojny szybko aresztowano Jerzego Ostrowskiego i uwięziono w Starym Wiśniczu. Pierwsza żona podjęła akcję ratunkową, organizowała pomoc dla drugiej żony swojego pierwszego męża oraz nakłaniała imienniczkę do pisania kolejnych listów do władz niemieckich w sprawie uwolnienia kochanego przez obie mężczyzny. Z zachowanej korespondencji wyraźnie wynika, że obie Ewy miały trudności 182


z porozumieniem, a młodsza nie bardzo chciała korzystać z pomocy starszej. Ostrowski trafił w końcu do obozu koncentracyjnego w Mathausen-Gusen, gdzie został zamordowany w 1942 roku. Ewa „Viva” Ostrowska wróciła po wojnie do Krakowa. W 1946 roku została doktorem z zakresu filologii polskiej. Szybko zaliczała kolejne stopnie kariery naukowej i została wybitną znawczynią zabytków języka polskiego. Do śmierci w 1977 roku profesor Ostrowska mieszkała przy ulicy Bohaterów Stalingradu 22/2 (dzisiejsza Starowiślna). Nie wyszła drugi raz za mąż, czciła pamięć Jerzego Zbigniewa Ostrowskiego: pisarza, społecznika, pedagoga. Nic nie wskazuje na to, by obie Ewy spotkały się kiedyś. Szelburg została wierna Warszawie, Viva pracy naukowej na Uniwersytecie Jagiellońskim i minionemu szczęściu małżeńskiemu. Ile w Ewie Szelburg-Zarembinie, członkini związków zawodowych pisarzy, żonie attaché kulturalnego przy ambasadzie polskiej w Rzymie, tytularnej szefowej Ligi Kobiet, pomysłodawczyni stworzenia szpitala-pomnika, fundatorce stypendium im. Bolesława Prusa w Nałęczowie, miłośniczce kwiatów i kapeluszy zostało Ireny Szelburg? Dziewczyny sięgającej zawsze po więcej? Wrażliwej, odważnej, nieostrożnej, namiętnej i upartej? Autorki najbardziej oskarżycielskich tekstów międzywojnia, krytyczki kapitalizmu, socjalizmu, patriarchatu i instytucji religijnych? Ile z Szelburg ocalało w Zarembinie, która pisała dla dzieci, ale za samymi dziećmi już nie przepadała? Na fotografiach ocalała dama, powoli tracąca wzrok, pamięć i zmysły, by odejść w całkowitej bezprzytomności. Zaciera się jej postać, zostaje niebo, które idzie ciemną nocą. Zostały książki. Został katalog postaci dziewczęcych i kobiecych, rebeliantek-samobójczyń, pozbawionych złudzeń, ale wciąż pełnych żaru. Może wystarczy. Anna Marchewka

183

Literaturoznawczyni, krytyczka literacka. Autorka rozprawy dotyczącej twórczości i biografii Ewy Szelburg-Zarembiny. Współpracuje z pismem „Lampa”. Prowadzi zajęcia w Katedrze Krytyki Współczesnej uj. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2011).



Anna Sokulska

Sucha

Marta Suchanek-Kłyszewska. Odkopując historię pierwszej Polki z dyplomem inżyniera górnika

Tak niewiele brakowało, trzykrotnie W chwili śmierci mojej bohaterki, w kwietniu roku 2008, od dłuższego już czasu, bo od października 2005 studiowałam na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. 10 kwietnia 2008 roku, nie będąc tego jeszcze świadomą, straciłam ostatecznie możliwość przeprowadzenia rozmowy z Martą Suchanek-Kłyszewską – pierwszą studentką zwyczajną Akademii Górniczej oraz jednocześnie pierwszą kobietą w Polsce z dyplomem inżyniera górnika1. Na szczęście, sporo informacji na temat Marty Suchanek-Kłyszewskiej zawdzięczamy Michałowi Hilchenowi. Jego, być może po części bibliofilsko-antykwaryczne2, a po części rodzinne, zainteresowanie „podwójną Wujenką”3 zaowocowało nie tylko pośmiertnym wspomnieniem o niej, opublikowanym w stołecznej Gazecie Wyborczej, ale i nawiązaniem kontaktu z Oddziałem Informacji Naukowej Biblioteki Głównej agh połączonym z prośbą o przesłanie posiadanych danych o pierwszej absolwentce AG. Michał Hilchen zmarł niewiele ponad rok później, więc ponownie – osobista rozmowa na temat

A. Chadaj, O pierwszej kobiecie z dyplomem magistra inżyniera górnika, „Górnictwo i Geoinżynieria” 2009, Zeszyt 3, s. 35. 2 http://pl.wikipedia.org/wiki/Micha%C5%82_Hilchen [dostęp 01.06.2013]. 3 M. Hilchen, Ciocia Marta: 12 lipca 1909–10 kwietnia 2008, bip 2008, nr 6–7, s. 30. 1

185


„cioci Marty”4 oraz tego, jak zapisała się w jego wspomnieniach, okazała się niemożliwa. No i po raz trzeci niewiele brakowało, by informacja o Marcie Suchanek nie dotarła do mnie do chwili obecnej, a może i wcale. Na szczęście natknęłam się na Przewodniczkę po Krakowie emancypantek. Tom IV i urzekła mnie „dziewczyna z okładki”. Piękne czarno-białe zdjęcie5, z którego przenikliwym i bystrym spojrzeniem patrzy elegancko i ciekawie6 ubrana młoda dziewczyna. W dłoni trzyma pióro, przed nią leży otwarta książka7. Nie uśmiecha się, ale w oczach kryje się radość i duma, połączona być może z delikatną nutką zażenowania pozowaniem do zdjęcia w gazecie. Wiedziona ciekawością szybko dowiedziałam się, że sportretowana na okładce młoda kobieta to nie kto inny, lecz Marta Suchanek. Gdyby nie to cudowne zdjęcie, kto wie, kiedy natknęłabym się na informacje o pierwszej kobiecie, która z sukcesem ukończyła tę samą uczelnię, co ja. Jeśli zastanowić się, ile szans zgłębienia ciekawych kobiecych życiorysów zostało niewykorzystanych, można przerazić się liczbą utraconych informacji. I właśnie dlatego, wykorzystując swoją szansę i nie skupiając się na tym, co już straciłam m.in. wraz ze śmiercią Marty Suchanek-Kłyszewskiej w roku 2008, zdecydowałam się, na ile tylko jest to obecnie możliwe, zgłębić jej herstorię. Kobiety na politechniki? Poszukiwania Marty Suchanek w Archiwum agh, Bibliotece Wydziału Górnictwa i Geoinżynierii oraz innych źródłach, do których zmotywował pracowników biblioteki list Michała Hilchena, nie przyniosły wielkich

4 Tamże, s. 30. 5 Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom IV, pod red. E. Furgał, wyd. Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2012, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. I-N-3139. 6 Bufiaste rękawy garsonki, mucha przy kołnierzyku oraz czarne guziki w kształcie kwiatków przy białej galowej bluzce. 7 Książka, o czym jeszcze wtedy nie wiedziałam, jest zapewne pracą dyplomową Marty.

186


rezultatów8. Jednak efektem zainteresowania Martą jest spojrzenie na pierwsze lata Akademii Górniczej w kontekście kobiet studentek9. Jak się okazuje, „problem” kobiet chcących uczyć się na Akademii Górniczej pojawił się dość wcześnie. 20 października 1919 r. uroczyście otwarto Akademię Górniczą, a już w roku akademickim 1921/22 jako wolną słuchaczkę do nauki w Akademii dopuszczono Janinę Gibałę10. To właśnie jej prośba dotycząca przyjęcia na studia w charakterze studentki zwyczajnej rozpoczęła dyskusję na temat dopuszczenia kobiet do studiów na kierunku górniczym i w ogóle na Akademii: Rektor dr Hoborski oświadcza, że jedyna w Akademii słuchaczka nadzwyczajna p. Gibałówna wniosła podanie o dopuszczenie jej w poczet studentów zwyczajnych. Zanim Kolegium zajmie się rozpatrzeniem samego podania należałoby wpierw zająć się zasadniczą stroną zagadnienia, tj. czy kobiety w ogóle mogą być dopuszczone do studiów w Akademii Górniczej w charakterze studentów zwyczajnych11.

Za przyjęciem kobiet na studia przemawiała Ustawa o szkołach akademickich, która nie przewidywała różnic ze względu na płeć między kandydatami. Przeciwnych argumentów dostarczało jednak prawo górnicze zabraniające kobietom pracy pod ziemią. Zgromadzeni profesorowie zauważyli, że nic nie stoi na przeszkodzie, jeśli chodzi o przyjmowanie kobiet na Wydział Hutniczy. Ostatecznie większością głosów (7 przeciwko 3) przechodzi następujący wniosek: Kolegium Profesorów Akademii Górniczej postanawia dopuścić kobiety do studiów na obu wydziałach Akademii Górniczej, z utworzeniem jednak dla nich osobnego numerus clausus, który stanowić będzie tylko pewną procentową część numerus clausus dla słuchaczów

8 A. Chadaj, Notatka do artykułu Michała Hilchena: Ciocia Marta: 12 lipca 1909–10 kwietnia 2008, bip 2008, nr 6–7, s. 30. 9 A. Chadaj, art. cyt., s. 35–36. 10 Kronika i spis absolwentów Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica 1919–1979. 1. Pion Górniczy, pod red. A. Długosza i in., Kraków 1979, s. 16. 11 A. Chadaj, art. cyt., s. 36.

187


płci męskiej. Odnośnie do podania słuchaczki nadzwyczajnej Gibałównej zauważa Dziekan Dr. Studniarski, że sprawa dopuszczenia jej w poczet studentów zwyczajnych – jest nie do pomyślenia. Cały szereg bowiem kandydatów, którzy uzyskali przy egzaminie konkursowym adnotację względnie pomyślną – oczekuje na przyjęcie do Akademii, kiedy tylko opróżni się jakie miejsce. Niezależnie od tego zgłasza się wielu petentów i zewnątrz [z zewnątrz], b. oficerów i żołnierzy Armii Polskiej, którym odmawia się stale przyjęcia ze względu na brak miejsca12.

Rok po nieudanej próbie Janiny Gibały, Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego dopuściło kobiety do studiów w Akademii Górniczej, ustalając jednak osobny numerus clausus w liczbie 8, w celu uniknięcia konkurencji z mężczyznami13. Na pierwszą studentkę zwyczajną na AG trzeba było jednak jeszcze trochę poczekać. Sześć lat po Janinie Gibale, czyli w roku 1927, na studia zapisuje się nie kto inny, lecz właśnie Marta Suchanek14. Żelazna dama Marta Adelajda Dorota Suchanek urodziła się 12 lipca 1909 roku w Otyni koło Kołomyi. Rodzice, Paweł Suchanek i Wilhelmina z domu Tietze, mieli jeszcze po Marcie jedno dziecko – syna Rudolfa, który również ukończył Akademię Górniczą, tyle że na Wydziale Hutniczym15. Przed studiami Marta ukończyła Państwowe Gimnazjum Żeńskie w Krakowie – jedyną żeńską państwową szkołę spośród 10 działających w Krakowie po roku 1918 (o numerze X nadanym wkrótce po roku 1919)16, która 12 Tamże, s. 36. 13 Obecnie (dane dla roku akademickiego 2011/12) na Wydziale Górnictwa i Geoinżynierii kobiety stanowiły 23,4% studentów przyjętych na I rok studiów I stopnia (liczba studentów przyjmowanych rocznie na WGiG to ok. 600), a dla 12 wydziałów agh w tym samym roku akademickim procentowy udział średniorocznie wynosił 32,5%. Dziewczyny na Politechniki. Raport 2012, Fundacja Edukacyjna Perspektywy, kwiecień 2012, s. 21–22, http://www.dziewczynynapolitechniki.pl/2012/pdfy/raport2012.pdf [dostęp 1.06.2013]. 14 A. Chadaj, art. cyt., s. 37. 15 M. Hilchen, art. cyt., s.30. 16 Księga adresowa miasta Krakowa i województwa krakowskiego 1932, s.124, http://www.mtgmalopolska.org.pl/images/skany/ksiegaadresowa1932djvu/ksiegaadresowa1932.djvu [dostęp 01.06.2013].

188


po jakimś czasie zyskała patronkę w postaci Królowej Wandy. W czasach nauki Marty uczennice uczęszczały na zajęcia do Pałacu Sanguszków u zbiegu ul. Franciszkańskiej z ulicą Bracką17. Do tego dość wyeksploatowanego budynku18 Marta chodziła najpewniej z ul. Grodzkiej 62, pod którym to numerem w Księdze adresowej miasta Krakowa z roku 193219 widnieje Paweł Suchanek, czyli osoba o tym samym imieniu, co ojciec Marty. Dodatkowym potwierdzeniem prawdziwości tego potencjalnego krakowskiego adresu Marty jest fakt, że kamienice te należały (i nadal należą) do parafii ewangelicko-augsburskiej, z którym to Kościołem Marta związana była przez całe życie20. Na Wydział Górniczy Akademii Górniczej w Krakowie Marta zapisała się w roku 1927 po zdanym egzaminie maturalnym. Pierwsze lata studiów dla Marty były zapewne związane z okolicami ul. Krzemionki 1121, gdzie do czasu wybudowania nowego gmachu AG przy Alei Mickiewicza mieścił się m.in. Zakład Geodezji i Miernictwa Górniczego. Być może Marta zaglądała w tamtych czasach także do biblioteki na ul. Smoleńsk 722. W trakcie studiów odbywała wakacyjne praktyki, m.in. w szybach naftowych w zagłębiu Borysławskim czy w kopalni Grodziec pod Sosnowcem z 1933 r.23. Pamiątką po tej ostatniej praktyce jest fotografia, na której Marta stoi otoczona wianuszkiem mężczyzn i uśmiechnięta patrzy w obiektyw aparatu. Na innych archiwalnych zdjęciach dostępnych w Muzeum Historii agh i Techniki upamiętniono najważniejsze święto górnicze, przypadające w dniu, w którym obchodzone jest wspomnienie św. Barbary, patronki górników. I choć Marta nie jest explicite podpisana na odwrocie zdjęć z balów Barbórkowych Studentów 17 K. Jakubowski, Kraków na starych widokówkach. Państwowe gimnazjum żeńskie, http://krakow. gazeta.pl/krakow/1,90719,12120055,Krakow_na_starych_widokowkach__Panstwowe_ gimnazjum.html [dostęp 01.06.2013]. 18 Na początku lat 30. zdecydowano się poszukać dla szkoły nowej siedziby, którą ostatecznie okazał się stawiany od podstaw budynek przy ul. Ingardena 4. 19 Księga adresowa…, s. 728. 20 Hilchen M., Ciocia Marta: 12 lipca 1909–10 kwietnia 2008, bip 2008, nr 6–7, s.31. 21 Kronika i spis absolwentów…, s. 18. 22 Tamże. 23 A. Chadaj, art. cyt., s. 37.

189

8. Marta Suchanek


Górnictwa z lat 1933 i 193424, to jak zwykle wyróżnia się z grupy studentów jako jedyna kobieta. Jej szczególną pozycję wśród kolegów potwierdza zdjęcie z roku 1934, na którym znajduje się w centrum uwagi, nie dość, że w środku grupy studentów, to jeszcze na podwyższeniu nad nimi. Wygląda więc na to, że albo była lubiana i poważana, albo – co też możliwe – była traktowana przez kolegów jako „maskotka” grupy. Za tym pierwszym przemawiać mogą również jej kompetencje naukowe, potwierdzone tym, że już w trakcie studiów (w latach 1931–36) była zastępczynią asystenta, a później asystentką w Zakładzie Geodezji i Miernictwa Górniczego AG25. I właśnie w tym Zakładzie, mającym w tamtych czasach swoją siedzibę przy Al. Mickiewicza 30 na II piętrze26, pod opieką profesora Oskara Nowotnego napisała pracę dyplomową o tematyce związanej z miernictwem górniczym, którą obroniła podczas egzaminu dyplomowego dnia 20 czerwca 1936 roku z ogólnym wynikiem bardzo dobrym. Trzy dni później, 23 czerwca, Rada Wydziału przyznała świeżej absolwentce stopień inżyniera górnika27. Z egzaminu dyplomowego zachowało się zdjęcie28, na którym przed Komisją złożoną z poważnych mężczyzn Marta stoi dumnie wyprostowana, w ciemnej garsonce, białej bluzce i musze pod szyją, czyli kreacji, która tak urzekła mnie na zdjęciu z okładki czwartego tomu Przewodniczki. Zastanawiający może być jedynie fakt, że studia do momentu uzyskania dyplomu zajęły Marcie aż 9 lat (od zapisu na AG w 1927 r. do egzaminu dyplomowego w 1936 r.), podczas gdy zwykły tryb przewidywał na nie 4 lata. Studenci, którzy znacznie przekraczali czas studiów, zwłaszcza ponad 6 lat, nazywani byli „żelaznymi studentami”29. Nie wydaje mi się jednak, by Marta była „żelazną damą” wśród braci studenckiej z powodu dodatkowych trudności, 24 F. Szwagrzyk, M. Wirska-Pachoniak, 60 lat Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w fotografii, agh, Kraków 1979, s. 33. 25 A. Chadaj, art. cyt., s. 37. 26 Księga adresowa…, s. 139. 27 A. Chadaj, art. cyt., s. 37. 28 Przedwojenna historia agh w fotografiach, http://www2.agh.edu.pl/files/common/zdjeciaarchiwalne/przedwojenne/egzaminmarty.jpg [dostęp 01.06.2013]. 29 Moja uczelnia: pamiętniki absolwentów agh, pod red. J. Bugiela, C. Heroda, F. Szwagrzyka, agh w Krakowie, pwn, Kraków 1969, s. 22.

190


których mogła doświadczać ze względu na płeć. Najprawdopodobniej miała na to wpływ podjęta już w trakcie studiów, a wspomniana wyżej, praca. Marta podziemna O jakże ważnym momencie w życiu mojej bohaterki, czyli o obronie Pierwszej „podziemnej” kobiety w Polsce, pisał Ilustrowany Kuryer Codzienny z dnia 22 czerwca: Akademja Górniczna w Krakowie, jedyna w Polsce miała wczoraj sensację nie lada. Oto broniła swej pracy pierwsza kobieta p. Marta Suchankówna. Otrzymała ona w piątek po obronie swej pracy z zakresu miernictwa górniczego u prof. Nowotnego tytuł inżyniera górnictwa. P. Suchankówna jest zarazem pierwszą i ostatnią kobietą-inżynierem górniczym w Polsce. W obecnej chwili niema ani jednej kobiety na wydziale górniczym, a na wydział ten w przyszłości mogą zapisywać się tylko mężczyźni. Tak więc p. Suchankówna nie będzie miała nigdy koleżanki30.

I rzeczywiście Marta Suchanek była jedyną dyplomantką Akademii Górniczej do roku 193931. Na kolejną absolwentkę Wydziału Górniczego trzeba było czekać aż do roku akademickiego 1951/52 – była nią Anna Knapczyk32. Porównania ówczesnej sytuacji dziewczyn w polskiej i innej europejskiej wyższej szkole górniczej dokonać można na przykładzie Montanistischen Hochschule z Leoben (odpowiednik AG w Austrii) – pierwsza kobieta zapisała się tam na studia jako słuchaczka nadzwyczajna już w roku akademickim 1916/1733. Jednak ani jej, ani żadnej z jej czterech „nadzwyczajnych” koleżanek zapisujących się na studia do roku akademickiego 1927/28 nie udało się nauki oficjalnie zakończyć. Na pierwszą absolwentkę inżyniera górnika trzeba było

30 Pierwsza „podziemna” kobieta w Polsce, „Ilustrowany Kurier Codzienny” 1936, nr 172 (22 VI), s. 6, http://mbc.malopolska.pl/dlibra/publication?id=73408 [dostęp 01.06.2013]. 31 A. Chadaj, art. cyt., s. 38. 32 Kronika i spis absolwentów…, s. 118. 33 B. Weinhardt, Erste „Leobnerin”, tripleM. Zeitschrift der Montanuniversität Leoben, 01/2012, s. 2, http://www.unileoben.ac.at/index2.php?option=com_docman&task=doc_ view&gid=45&Itemid=66 [dostęp 01.06.2013].

191


czekać w Austrii do roku akademickiego 1930/31 – była nią Olga Maria Peter34, która później pracowała w rtwh Aachen – politechnice w Akwizgranie oraz w firmie krupp. Kopalnia owszem, ale (dla) mężów Co ciekawe, Ilustrowany Kurier Codzienny przy okazji cytowanego już wcześniej artykułu przeprowadził również własne „badania ilościowe” na temat kobiet m.in. na drugim (hutniczym) wydziale AG: Dowiadujemy się, że na wydziale hutniczym na Akademii Górniczej studiują cztery kobiety. Natomiast na wydziale górniczym wszystkie studentki po roku studiów z reguły… wychodziły za mąż. Akademia Górnicza była więc istną… kopalnią mężów35.

Może dziennikarz piszący artykuł był jednak pod wrażeniem Marty Suchanek i jej dyplomu, bo mimo wcześniejszych ironicznych uwag o Marcie pisał w następujący sposób: Jedynie wytrwała p. Suchankówna. Jedyna „podziemna” kobieta polska. Mamy kilka „podniebnych” lotniczek – górniczkę będziemy mieli tylko jedną36.

I po chwili wyjaśniał dość lakonicznie i może w sposób zbyt oczywisty, powody takiej sytuacji: Jak wiadomo, kodeks pracy zabrania zatrudniania kobiet w kopalniach. Przepis ten odnosi się tylko do robotnic37.

34 Tamże. 35 Pierwsza „podziemna” kobieta…, s. 6. 36 Tamże. 37 Tamże, s. 6. http://mbc.malopolska.pl/dlibra/publication?id=73408 [dostęp 01.06.2013]

192


I rzeczywiście, w Ustawie z dnia 2 lipca 1924 r. dotyczącej pracy młodocianych i kobiet, w Rozdziale III „Przepisy w przedmiocie pracy kobiet”, artykuł 4 zabrania: zatrudniania kobiet i młodocianych w warunkach, w których praca jest szczególnie niebezpieczna lub szkodliwa dla zdrowia, moralności i obyczajów, a w szczególności zabronione jest zatrudnienie kobiet przy transmisjach, przy procesach chemicznych, oddziałujących szkodliwie na organizm i przy dźwiganiu ciężarów38.

Praca w kopalniach została wyróżniona osobnym artykułem nr 12 o treści „Zatrudnianie kobiet w kopalniach pod ziemią jest wzbronione”39. Jeśli chodzi o prawodawstwo międzynarodowe, to pierwszym aktem w zakresie zatrudniania kobiet przy pracach pod ziemią, we wszelkiego rodzaju kopalniach, jest Konwencja nr 45 Międzynarodowej Organizacji Pracy, przyjęta w Genewie w 1935 r. Według konwencji: żadna osoba płci żeńskiej – z wyłączeniem osób zajmujących stanowiska kierownicze, zatrudnionych w służbie sanitarnej i społecznej, skierowanych na praktykę w okresie studiów oraz osób udających się do podziemnych części kopalni dorywczo, niewykonujących tam prac o charakterze fizycznym – nie może być zatrudniona przy pracach pod ziemią w kopalniach40.

W Europie odpowiednikiem tej konwencji jest Europejska Karta Społeczna, która wymusza na państwach członkowskich zakaz „zatrudniania kobiet w kopalniach pod ziemią oraz przy innych pracach nieodpowiednich dla nich z powodu niebezpiecznego, niezdrowego i uciążliwego charakteru”41. Mimo różnych i wzajemnie się wykluczających przepisów, do roku 2008 aż 84 państwa ratyfikowały konwencję (przy czym 14 ją wypowiedziało)42. 38 Ustawa z dnia 2 lipca 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet, http://sejmometr.pl/ prawo/25483 [dostęp 01.06.2013]. 39 Tamże. 40 Dopuszczenie kobiet do prac tradycyjnie uznanych za męskie, http://www.bhp.org.pl/News-sid1214-file-article-pageid-1.html [dostęp 01.06.2013]. 41 Tamże. 42 Tamże.

193


W 1996 r. przyjęto Zrewidowaną Europejską Kartę Społeczną, zgodnie z którą zakazane jest wyłącznie zatrudnianie w kopalniach kobiet w czasie ciąży, bezpośrednio po urodzeniu dziecka i w okresie karmienia. W Polsce zarówno Konwencja nr 45, jak i art. 8 ust. 4 pkt b eks nie obowiązują (ten drugi od niedawna, bo od 25 lipca 2012 r.) i kobiety można spotkać w kopalniach, choć nadal nie mogą pracować na przodku. Kobiety pełnią więc przede wszystkim funkcje geologów, ale zdarzają się również kobiety-sztygarowie43. A o czym marzyła pierwsza kobieta – inżynier górnik w Polsce? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza nam Ilustrowany Kurier Codzienny: [p. Suchankówna] ma nadzieję, że obecnie po uzyskaniu dyplomu uda się jej uzyskać zajęcie w urzędzie górniczym44.

Jak to czasem bywa, jej marzenia spełniły się, lecz niedokładnie tak, jak sobie tego życzyła – po studiach Marta Suchanek pracowała w kopalni węgla kamiennego Walenty w Rudzie Śląskiej, gdzie pełniła obowiązki mierniczego w dziale szkód górniczych45. Dziewczyna wojenna W czasie pracy w kopalni Walenty, Marta poślubiła Jerzego Kłyszewskiego, którego znała z Wydziału Górniczego. Razem ze świeżo poślubionym mężem przeniosła się w roku 1939 do Warszawy, gdzie zamieszkała z teściami przy ul. Szkolnej 8, szybko zaprzyjaźniając się z resztą rodziny męża 46. W czasie II wojny światowej pracowała jako maszynistka w wydziale budowlanym Poczty Polskiej47. W tych trudnych okupacyjnych czasach nie skupiała się jednak tylko na pracy oraz na cichym i bezpiecznym przeżyciu wojny. Dzięki biegłej

43 K. Baca-Pogorzelska, Babska Szychta, http://www.rp.pl/artykul/946151. html?print=tak&p=0 [dostęp 01.06.2013]. 44 Pierwsza „podziemna” kobieta…, s. 6. 45 A. Chadaj, art. cyt., s. 39. 46 M. Hilchen, art. cyt., s. 30. 47 A. Chadaj, art. cyt., s. 39.

194


znajomości kilku języków obcych, m.in. niemieckiego, francuskiego i angielskiego, wprowadzona została w struktury konspiracyjne Armii Krajowej. W komórce Legalizacji Oddziału I Komendy Głównej AK jako „Marta” i „Grześ” była współpracowniczką, łączniczką, a w końcu i podkomendną mecenasa Tadeusza Pietscha, a potem dr. Witolda Lisa-Olszewskiego48. Formalizacja działalności konspiracyjnej powiązana ze złożeniem przysięgi miała miejsce w listopadzie 1942 r., w trudnym dla Marty czasie, po śmierci męża Jerzego, który złapany w trakcie ulicznej łapanki, został wywieziony do KL Auschwitz i rozstrzelany. Nie dane więc było Marcie i Jerzemu przeżyć wojny i cieszyć się wspólnym życiem po niej. Zanim nastąpił koniec zmagań wojennych, Marta musiała jeszcze przeżyć powstanie warszawskie, którego wybuch zastał ją na Szkolnej, w parterowym mieszkaniu znajomych, mieszczącym ambulatorium szpitala ewangelickiego i punkt sanitarny49. To właśnie tam ukrywała konspiracyjne Visy, granaty oraz formularze dokumentów legalizacyjnych i złote dolary, wykorzystywane do wykupu zatrzymanych przez Niemców. To również tam, w mieszkaniu na Szkolnej, przeżyła bombardowanie, z którego cudem udało się ujść z życiem jej, teściom i dwóm pacjentom punktu sanitarnego50. Po upadku powstania, wraz z cywilami trafiła do obozu przejściowego w Pruszkowie, po wyjściu z którego dostała przydział do pracy w pralni szpitala gruźliczego w Bielsku-Białej. Do Warszawy wróciła już w roku 1945 i w mieszkaniu teściów spotkała się z powracającym z niewoli szwagrem Wacławem Kłyszewskim. Wacław, według Michała Hilchena, został przed wojną zobowiązany przez swojego brata Jerzego i jednocześnie męża Marty, do opieki nad młodą żoną. Rezultatem tej braterskiej obietnicy było małżeństwo młodo i tragicznie owdowiałej Marty i Wacława, trwające od 1951 r. do śmierci męża w roku 2000 . Po II wojnie światowej Marta wraz z mężem Wacławem zbierała wielojęzyczne wydawnictwa związane z tematyką środowisk AK-owskich oraz samej wojny, będąc także tłumaczką na język polski francusko- i angielskojęzycznych 48 M. Hilchen, art. cyt., s. 30. 49 A. Chadaj, art. cyt., s. 38. 50 M. Hilchen, art. cyt., s. 30.

195


książek traktujących o okupacji niemieckiej, np. Warszawa 44. Powstanie Jean-François Steinera, czy Wielkie mocarstwa a Polska Jana Karskiego51. Marta była aktywną członkinią Koła Oddziału I Komendy Głównej AK oraz Światowego Związku Żołnierzy AK. W 2004 r. została awansowana na stopień podporucznika Wojska Polskiego, po czym w 2007 r. uhonorowano ją Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzonej Polski (w 63. rocznicę Powstania Warszawskiego), a wcześniej w 1974 r. przyznano jej londyński Krzyż Armii Krajowej52. Separacja z górnictwem? W momencie przeprowadzki Marty do Warszawy nastąpiła delikatna, lecz trwała zmiana w kierunku rozwoju jej kariery zawodowej. Kolejne prace, których się podejmowała, pozostawały nadal w dość ścisłym związku z tematyką inżynierską, ale wiązały się w mniejszym stopniu z kopalnią i górnictwem, a bardziej z branżą budowlaną. Po wojnie Marta pracowała kolejno w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym w Warszawie (stanowisko inżyniera) i Instytucie Badawczym Budownictwa (zastępczyni kierownika Ośrodka Informacji Naukowo-Technicznej), gdzie pracowała do końca marca 1973 r.53. W ibb (późniejszym Instytucie Techniki Budowlanej-itb) jej osiągnięciem było zorganizowanie fachowej biblioteki, co wiązało się z nawiązaniem współpracy z wieloma ośrodkami informacji naukowo-technicznej w Polsce i za granicą54. Po raz kolejny, podobnie jak w czasie działalności konspiracyjnej, przydatna okazała się znajomość języków obcych, którą Marta wykorzystywała do weryfikacji tłumaczeń, a w latach 1950–53 przy okazji prac na stanowisku redaktorki w zagranicznym czasopiśmie „Inżynieria i budownictwo”55. Marta zajmowała się również m.in. redakcją merytoryczną i klasyfikacją analiz dokumentacyjnych do Centralnego Instytutu Informacji 51 Tamże, s. 30. 52 Tamże, s. 31. 53 A. Chadaj, art. cyt., s. 39. 54 Tamże. 55 Tamże.

196


Naukowo-Technicznej i Ekonomicznej, z którą to instytucją współpracowała przez wiele lat. Pod koniec pracy zawodowej przeniosła się do Centralnego Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Przemysłu Betonów cebet, gdzie do roku 1977 pracowała jako specjalistka do spraw informacji naukowej i technicznej56. I choć kariera zawodowa Marty nie wiązała się bezpośrednio z górnictwem, to utrzymywała ona związki ze swoją uczelnią. W zbiorach Muzeum Historii agh i Techniki zachowało się zdjęcie z 1978 r. z powtórnej immatrykulacji, na którym Marta, jak zwykle skromnie, ale i gustownie ubrana, stoi wśród kilku kolegów. Uczelnia pamiętała też o niej, co znalazło odzwierciedlenie w fakcie przyznania jej Odznaki Honorowej agh za zasługi dla rozwoju Uczelni57. Marta Suchanek-Kłyszewska zmarła 10 kwietnia 2008 roku (w wieku 99 lat) w Warszawie, gdzie pochowano ją na Powązkach u boku zmarłego wcześniej męża. Mam nadzieję, że św. Barbara, będąca opiekunką górników, ale i patronką dobrej śmierci, zatroszczyła się o to, by swojej pierwszej polskiej górniczce zapewnić spokojne zejście do „ostatniej kopalni”. W związku z historią Marty pozostaje mi jeszcze odwiedzić jej grób, a w międzyczasie próbować „wykopywać na światło ziemne” inne historie kobiet, których warto nie przegapić. Może kolejnym razem nie będę musiała mówić „a tak niewiele brakowało…”. Anna Sokulska

56 Tamże, s. 39. 57 Tamże, s. 40.

197

Z wykształcenia fizyk po krakowskiej agh. Pracuje w organizacji pozarządowej zajmującej się zagadnieniem energii. Jest także licencjonowanym przewodnikiem miejskim i muzealnym. Uwielbia Kraków (w szczególności Podgórze), kino, podróże, góry i rower – o niektórych z tych pasji pisuje lub bloguje. Współpracuje z Muzeum Etnograficznym, Muzeum Narodowym, Stowarzyszeniem podgorze.pl oraz współtworzy portal Fiztaszki i Gazetkę Krakowskiej Masy Krytycznej – Masówkę.


bibliografia:

Baca-Pogorzelska K. Chadaj A.

Hilchen M.

Szwagrzyk F., Wirska-Pachoniak M. Weinhardt B.

Babska Szychta, http://www.rp.pl/artykul/946151.html?print=tak&p=0 [dostęp 01.06.2013]. O pierwszej kobiecie z dyplomem magistra inżyniera górnika, „Górnictwo i Geoinżynieria” 2009, Zeszyt 3. Dopuszczenie kobiet do prac tradycyjnie uznanych za męskie, http://www.bhp.org.pl/ News-sid-1214-file-article-pageid-1.html [dostęp 01.06.2013]. Dziewczyny na Politechniki. Raport 2012, Fundacja Edukacyjna Perspektywy, kwiecień 2012, http://www.dziewczynynapolitechniki.pl/2012/pdfy/raport2012. pdf [dostęp 1.06.2013]. Ciocia Marta: 12 lipca 1909–10 kwietnia 2008, bip 2008, nr 6–7. Kronika i spis absolwentów Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica 1919–1979. 1. Pion Górniczy, pod red. A. Długosza i in., Kraków 1979. Księga adresowa miasta Krakowa i województwa krakowskiego 1932, http://www.mtgmalopolska.org.pl/images/skany/ksiegaadresowa1932djvu/ksiegaadresowa1932. djvu [dostęp 01.06.2013]. Moja uczelnia: pamiętniki absolwentów agh., pod red. J. Bugiela, C. Heroda, F. Szwagrzyka, agh w Krakowie, pwn, Kraków 1969. Pierwsza „podziemna” kobieta w Polsce, „Ilustrowany Kurier Codzienny” 1936, nr 172 (22 VI). 60 lat Akademii Górniczo-Hutniczej im. Stanisława Staszica w fotografii, agh w Krakowie, Kraków 1979. Ustawa z dnia 2 lipca 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet, http://sejmometr. pl/prawo/25483 [dostęp 01.06.2013]. Erste „Leobnerin”, tripleM. Zeitschrift der Montanuniversität Leoben, 01/2012. 198


Izabela Mrzygłód

Budzi

Justyna Budzińska-Tylicka. Na czele kobiet świadomych i postępowych Ludzie, którzy obwieszeni są funkcjami społecznymi jak choinki, budzą uzasadnione podejrzenie, że w rezultacie żadnej z tych funkcji nie wykonują przyzwoicie, że kolekcjonują je, aby zaspokajać własny snobizm i ambicje. Ale zdarzają się przecież i tacy, którzy mają ów szczególny dar animowania energii społecznej i ową umiejętność działania w zespole, którzy posiedli sztukę wprowadzania w czyn najtrudniejszych inicjatyw Andrzej Garlicki

Otwieram książkę wydaną w 1930 roku w Warszawie, przewracam kartę tytułową i trafiam na portretowe zdjęcie nadrukowane na eleganckim kredowym papierze2. Patrzy z niego śmiało kobieta w dojrzałym wieku: ciemna marynarka, biała koszula i czarny krawat, krótko obcięta, niesforna czupryna delikatnie opadająca na czoło. Nieco męskie rysy twarzy zdradzają ślady oryginalnej urody, wzrok przykuwa spojrzenie czarnych oczu skrzących się energią, bije z nich zdecydowanie i siła charakteru. Napis pod fotografią głosi: „Dr med. Justyna Budzińska-Tylicka” i nieco mniejszym pismem poniżej: „radna m. stoł. Warszawy, założycielka i prezeska Klubu Politycznego Kobiet Postępowych”. W ten sposób staję twarzą w twarz z moją emancypantką, jednak nie jest to nasze pierwsze spotkanie… W odróżnieniu od wielu innych Bohaterek Przewodniczki po Krakowie emancypantek, czy też szerzej historii kobiet, trudno uznać Justynę Budzińską-Tylicką za postać zupełnie zapomnianą lub nieznaną przodkinię, którą trzeba przywrócić zbiorowej pamięci. Na kartach historii politycznej zaistniała jako działaczka Polskiej Partii Socjalistycznej sądzona w 1931 roku za

A. Garlicki, Adam Próchnik (1892–1942), [w:] Historycy warszawscy ostatnich dwóch stuleci, pod red. J. Gieysztora, J. Maternickiego i H. Samsonowicza, Czytelnik, Warszawa 1986, s. 295. 2 Na straży praw kobiety. Pamiętnik Klubu Politycznego Kobiet Postępowych 1919–1930, oprac. S. Bujak-Boguska, Warszawa 1930. 1

199


udział w demonstracji Centrolewu3. Na kartach historii społecznej ma swoje miejsce jako orędowniczka idei regulacji urodzeń i organizatorka pierwszej w Polsce Poradni Świadomego Macierzyństwa. Wspominana zawsze przy okazji relacjonowania debaty publicystycznej wokół boyowskiego Piekła kobiet. Dr Budzińska-Tylicka została odnotowana w encyklopediach i leksykonach4, ale jej zaangażowanie w sprawy publiczne doceniali również współcześni. Nieprzypadkowo to ona jako reprezentantka ruchu kobiecego napisała artykuł pt. Kobieta jako równouprawniona obywatelka5 do pamiątkowej księgi, wydanej przez największy koncern prasowy II RP na dziesięciolecie odzyskania niepodległości. Można zatem spotkać dr Budzińską-Tylicką w przestrzeni historycznej, dużo trudniej jednak jest ją poznać. Gdy próbowałam dotrzeć do osobistego doświadczenia mojej Bohaterki i nakreślić ścieżki formowania tożsamości, napotkałam na przeszkody. Po pierwsze, okazało się, że poza nielicznymi pismami urzędowymi i szeregiem tekstów publicystycznych nie dysponujemy właściwie ego-dokumentami. Dotarłam co prawda do relacji Budzińskiej z okresu studiów i kilku listów, jednak materiały te dotyczą jedynie jej zaangażowania społecznego i zawodowego. Rodzi to napięcie pomiędzy sferą publiczną a prywatną, a jest to napięcie nietypowe dla biografii kobiecej początku XX wieku (choć dość częste w przypadku emancypantek), gdyż to ten pierwszy – zawodowy, społeczny, polityczny wymiar życia – został w tym przypadku dowartościowany. Po drugie, biogramy i wspomnienia z lat 30. wpisują jej aktywność w dyskurs środowisk postępowych i dają raczej wiedzę o pewnym archetypie działaczki-feministki-socjalistki niż o indywidualnej postawie. Cecylia Walewska podsumowała dokonania Budzińskiej-Tylickiej w taki sposób:

3 A. Próchnik, Pierwsze piętnastolecie Polski Niepodległej, Książka i Wiedza, Warszawa 1957, s. 409. 4 Do wspomnianych dwóch wymiarów działalności odwołuje się również jej krótki biogram w Encyklopedii pwn. 5 Dziesięciolecie Polski Odrodzonej. Księga pamiątkowa 1918–1928, Ilustrowany Kurier Codzienny, Kraków-Warszawa 1928, s. 873–874.

200


Historia życia „pani doktór” jest już sama przez się stwierdzeniem zwycięskiego pochodu w walce o równe prawa. I nie tylko to – ale w dążeniu do wyzwolenia Polski z pęt niewoli; brania udziału w każdej czynnej akcji, zapowiadającej świt narodowej swobody6.

Narracja ta ma swoją kontynuację we wspomnieniach pośmiertnych, w których znana lekarka jest opisywana jako: „żarliwa bojownica o uprawnienie całkowite kobiet”7, „pionierka ruchu wyzwoleńczego ujarzmionej Polski”, „szerzycielka idei demokratycznej w Polsce Wyzwolonej”, „powiernica warstw upośledzonych”8. Skłania to bardziej do badań nad praktykami dyskursywnymi i kształtowaniem się modelu nowoczesnej kobiety aktywnej9 niż do prób zapoznania jednostkowych doświadczeń i (zre)konstruowania wielowymiarowego portretu. Niemniej jednak postaram się przybliżyć postać dr Budzińskiej-Tylickiej i zwrócić uwagę na mniej znane fragmenty jej życiorysu, doświadczenia, które ją uformowały oraz motywy, które nią kierowały. Córka, uczennica, nauczycielka Urodziła się 12 września 1867 roku w Suwałkach. O matce wiadomo jedynie, że również nosiła imię Justyna10, a jej panieńskie nazwisko brzmiało: Gąsiorowska. Ojciec Alfons Budziński (1822–1885) był zaś weterynarzem i piastował różne stanowiska w służbie lekarskiej, by karierę zakończyć jako weterynarz gubernialny w guberni łomżyńskiej. Wydaje się, że atmosfera domowa sprzyjała rozwijaniu zainteresowań medycznych dzieci, w tym kierunku poszła bowiem nie tylko Justyna, lecz także jej starszy o trzy lata 6 C. Walewska, W walce o równe prawa. Nasze bojownice, Kobieta Współczesna, Warszawa 1930, s. 41. 7 S. Woszczyńska, Pamięci Justyny Budzińskiej-Tylickiej, „Robotnik”, nr 123 z 15 IV 1936, s. 3. 8 W. Knappe, Dr med. Justyna Budzińska-Tylicka. Wspomnienie w pierwszą rocznicę śmierci, „Warszawskie Czasopismo Lekarskie”, Warszawa 1937, 17, s. 321. 9 Tak jak to czyni Dobrochna Kałwa w książce: Kobieta aktywna w Polsce międzywojennej. Dylematy środowisk kobiecych, Towarzystwo Wydawnicze „Historia Iagiellonica”, Kraków 2001. 10 W niektórych biogramach błędnie podano jako miejsce urodzenia Łomżę i imię matki: Jadwiga.

201


brat Stefan11, który ukończył studia lekarskie w 1889 roku na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim12. Ważniejszym jeszcze rysem domu rodzinnego, który mógł ukształtować aktywną postawę przyszłej „pani Doktór”, były tradycja patriotyczna i zaangażowanie w życie społeczne. Ojciec prowadził od 1857 roku prekursorskie badania archeologiczne w Augustowskiem, a od 1867 roku – w Suwalskiem i Łomżyńskiem, z których publikował sprawozdania naukowe. Uczestniczył także w powstaniu styczniowym i został zesłany na Syberię, skąd powrócił zapewne w 1865 roku13. Tak jak wiele działaczek ruchu socjalistycznego i kobiecego Budzińska była zatem „córką pokonanego bohatera”, żeby użyć słów Natali Stegmann14, i należała do pokolenia niepokornych15. Justyna dorastała w popowstaniowej Warszawie, gdzie ukończyła pensję prowadzoną przez jej ciotkę Budzińską, znaną pedagog. Jak podaje Cecylia Walewska, po IV klasie dziewczynka przeszła do gimnazjum rządowego, skąd jednak szybko została usunięta za sprzeciw wobec nauczyciela-Rosjanina „urągającego Polsce”16. Patriotyczna atmosfera warszawskich szkół średnich

11 Justyna miała jeszcze przynajmniej dwoje rodzeństwa – brata Franciszka (ur. zapewne w 1862 r.) i siostrę Wandę (ur. zapewne w 1869 r.), co udało się ustalić na podstawie akt stanu cywilnego parafii rzymskokatolickiej w Suwałkach z lat 1808–1912 (pismo Archiwum Państwowego w Suwałkach z dn. 15 października 2013 r. w zbiorach autorki). 12 Pracował początkowo jako lekarz powiatowy i miejski w Gąbinie, a od 1901 roku prowadził w Żychlinie praktykę prywatną. Por. P. Szarejko, Słownik lekarzy polskich XIX wieku, t. 2, Semper, Warszawa 1994, s. 38. 13 Biogram ojca: http://historialomzy.pl/zasluzeni-dla-ziemi-lomzynskie/ [dostęp 4.10.2013]. 14 N. Stegmann, Die Töchter der geschlagenen Helden. „Frauenfrage”, Feminismus und Frauenbewegung in Polen 1863–1919, Harrassowitz Verlag, Wiesbaden 2000. 15 Pojęcie „pokolenia niepokornych” ukuł Bohdan Cywiński dla określenia pokolenia Polaków urodzonych w pierwszych dwóch dziesięcioleciach po powstaniu styczniowym, wychowanych w okresie represji popowstaniowych i wzmożonej rusyfikacji. Odegrało ono główną rolę w tworzeniu nowoczesnych ruchów politycznych, w wypracowaniu koncepcji walki o odrodzenie państwa, a potem w jego organizacji. Por. B. Cywiński, Rodowody niepokornych, Editions Spotkania, Paryż 1985; R. Wapiński, Pokolenia Drugiej Rzeczpospolitej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1991. 16 C. Walewska, W walce…, s. 41.

202


i zetknięcie z brutalną rusyfikacją w gimnazjach państwowych były ważnymi doświadczeniami pokoleniowymi17. Od śmierci ojca18 w 1885 roku sama zarabiała na swoje utrzymanie, a po zakończeniu nauki szkolnej wyjechała na Ukrainę jako nauczycielka prywatna. Zgromadzone w ten sposób fundusze pozwoliły jej wyruszyć na studia do Francji. W relacji spisanej w 1894 roku na potrzeby komisji zbierającej informacje o studiach Polek na uniwersytetach francuskich i szwajcarskich sama Budzińska tak komentowała sytuację studentek, opierając się zapewne również na własnym doświadczeniu: Ale mieć kapitał, byt zapewniony, tak mało jest kobiet takich wyjeżdżających za granicę, na uniwersytet. – Są to przeważnie biedne nauczycielki, które krwawą pracą zebrały sobie paręset rubli i żądne wiedzy, wyższego wykształcenia, pokonawszy przeszkody i przesądy rodziny z taką małą sumką pieniędzy jadą aż nad Sekwanę, gdzie kobiecie przyznali, choć pod tym względem, prawo człowieka19.

Studentka i socjalistka Justyna przyjechała do Paryża w 1891 roku i przygotowywała się do egzaminów, by móc w kolejnym roku wstąpić na wydział medyczny. Motywy, które skłoniły ją do wyboru kierunku studiów – a które nie tylko odzwierciedlają ogromną potrzebę działania, lecz także świetnie wpisują się w pozytywistyczny etos inteligencki – odnaleźć można w jej relacji:

17 Na te elementy zwraca uwagę Joanna Dufrat w swojej pracy: Kobiety w kręgu lewicy niepodległościowej: od Ligi Kobiet Pogotowia Wojennego do Ochotniczej Legii Kobiet (1908–1918/1919), Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2001, s. 45–47. 18 Natali Stegmann zwraca uwagę na zaznaczony w wielu biograficznych narracjach feministek moment śmierci ojca, który symbolizował koniec dzieciństwa i oznaczał dla nich wejście w nowy etap życia naznaczony trudnościami i pracą. Por. N. Stegmann, Die Töchter…, s. 117. 19 J. Hulewicz, Materiały do studiów Polek w Paryżu i Genewie w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, „Przegląd Historyczno-Oświatowy”, Kraków 1962, 2, s. 312.

203


Bo podczas, gdy medycyna daje kobiecie nie tylko chleb w rękę, ale i moralne zadowolenie produkowania swej wiedzy i przynoszenia społecznej korzyści, i realne rezultaty ciężkiej swej pracy – zaś kończąc Sorbonę nie mają nawet możności eksploatowania swej wiedzy20.

Studiowanie kosztowało Budzińską dużo wysiłku i wyrzeczeń, utrzymanie w Paryżu było drogie, a same studia wymagały sporych nakładów pracy i środków. Cecylia Walewska podaje, że przyszła „pani Doktór” trudniła się masażem, aby zarobić na życie. Dodatkowych obowiązków w tym czasie dostarczyło założenie rodziny, co jednak nie przeszkodziło Budzińskiej-Tylickiej w ukończeniu studiów i uzyskaniu dyplomu w 1899 roku21. Pomimo mnogości zadań i ograniczeń czasowych Justyna uczestniczyła aktywnie w życiu emigracyjnym. W sposobie bycia musiała od początku odznaczać się dużą niezależnością i pewnością siebie, skoro Bolesław Limanowski odnotował w pamiętniku: Kolonia polska powiększyła się nowo przybyłymi osobami. Przybyło panien kilka, które swą samodzielność zanadto okazywały. Pomiędzy nimi rej wodziła Budzińska22.

Działała w związku młodzieży akademickiej „Spójnia”, pełniąc w nim funkcję skarbniczki. Wówczas nawiązała kontakty z działaczami socjalistycznymi: Kazimierzem Kelles-Krauzem, Bolesławem Motzem, Stanisławem Wojciechowskim czy ze wspomnianym już Bolesławem Limanowskim, z którym przyjaźń miała odżyć w latach 20.23. Budzińska-Tylicka przewoziła bibułę do Królestwa Polskiego i pomagała przybyłym z Zurychu Polakom. W 1895 roku wstąpiła na krótko do sekcji paryskiej Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich, gdzie nosiła pseudonim „Wisła”. Jednak po tym, jak została postawiona przed Sądem Związkowym za nieregulaminowe rozmowy 20 Tamże, s. 312–313. 21 Niektóre biogramy podają datę 1898, swoje ustalenia opieram na: Główna Biblioteka Lekarska. Dział Zbiorów Specjalnych, Dokumenty Izby Lekarskiej WarszawskoBiałostockiej, cz. 7/3, Justyna Budzińska-Tylicka, k. 21. 22 B. Limanowski, Pamiętniki, t. 2, Książka i Wiedza, Warszawa 1958, s. 431. 23 Spotkania z Tylickimi i uwagi na temat dokonań J. Budzińskiej-Tylickiej można znaleźć w IV tomie Pamiętników B. Limanowskiego.

204


o sprawach organizacji ze swoim mężem (który nie był członkiem zzsp)24, odsunęła się na wiele lat od ruchu socjalistycznego. Nie zaniechała jednak działalności społecznej – gdy przeniosła się na prowincję, udzielała się w robotniczej kasie pomocy i organizowała pogadanki na temat zdrowia i higieny. Czas studiów okazał się w życiu Justyny okresem kluczowym. Sam wyjazd do Paryża i zdobycie tytułu doktora medycyny były aktem emancypacji. Pobyt za granicą z dala od wpływów rodziny i samotne zmaganie się z przeciwnościami wzmacniały samodzielność. Zainteresowanie ruchem robotniczym i ideologią socjalistyczną, na co zwraca uwagę Roman Wapiński w opisie „niepokornych”, mogło stanowić wyraz buntu pokoleniowego, sprzeciwu wobec panującego porządku społecznego25. Zresztą, jak zauważa Joanna Dufrat, kręgi socjalistyczne, z założenia przyjazne równouprawnieniu kobiet, przyciągały studentki dużo częściej niż organizacje narodowe26, chociaż generalnie to prawicowy „Zet” cieszył się większą popularnością wśród młodzieży emigracyjnej. Lekarka Trudno odgraniczyć karierę lekarską dr Budzińskiej-Tylickiej od jej działalności społecznej. Kiedy angażowała się w ruch higienistyczny czy ruch trzeźwości, a później w propagowanie świadomego macierzyństwa, łączyła swoje zainteresowania medyczne z zacięciem społecznikowskim. Po uzyskaniu dyplomu pierwsze zawodowe kroki stawiała we Francji, gdzie zaczęła praktykować jako internistka. W miejscowości Étrépilly koło Meaux udało jej się kupić od sukcesorów zmarłego lekarza jego siedzibę i klientelę, jednak początki działalności nie były łatwe. Okoliczni lekarze zaczęli bowiem agitować przeciwko niej i rozpowiadać, że jest nihilistką i Żydówką, a przede wszystkim: „Oburzało ich […], że opróżnioną placówkę lekarską nie 24 Przebieg sprawy można śledzić na podstawie korespondencji K. Kelles-Krauza z Centralizacją zzsp w Londynie: K. Kelles-Krauz, Listy, t. 1, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1984, listy nr: 171, 175, 201, 206. 25 R. Wapiński, Pokolenia…, s. 55. 26 J. Dufrat, Kobiety w kręgu lewicy niepodległościowej…, s. 26.

205


mężczyzna, lecz kobieta zajęła”27. Tylicka nie zniechęciła się jednak i wytrwałą pracą przełamała wrogość otoczenia. Bolesław Limanowski, który złożył jej wizytę, wspominał: Gdyśmy przybyli do pierwszej wioski, widziałem, jak czekano na jej przyjazd i zatrzymywano. Opowiadano szczegółowo swoje dolegliwości i wysłuchiwała je cierpliwie, dobrotliwie28.

W 1905 roku, na wieść o rewolucji w Królestwie Polskim, postanowiła sprzedać wszystko i powrócić do kraju, do wykonywania zawodu wróciła jednakże dopiero po dwóch latach, już w Warszawie. Tam pracowała najpierw jako wolontariuszka w Szpitalu Świętego Ducha u dr. Alfreda Sokołowskiego. W 1909 roku nostryfikowała dyplom na Uniwersytecie Moskiewskim i mogła otworzyć własny gabinet. Jednocześnie została lekarką szkolną na pensji Popielewskiej-Roszkowskiej przy ul. Bagatela 15, a reformie wychowania fizycznego dziewcząt oraz samej instytucji lekarza szkolnego poświęciła w tym czasie szereg artykułów. W 1911 roku złożyła wniosek o przyjęcie do Towarzystwa Lekarzy Warszawskich, jednak jej kandydatura została odrzucona. W tym czasie utrzymywała kontakty ze środowiskiem „Czystości” i ruchem higienistycznym, była aktywna w Towarzystwie Przeciwgruźliczym i Towarzystwie Higieny Praktycznej im. Bolesława Prusa. Do kręgów higienistów-eugeników zbliżało ją przeświadczenie, że plagi społeczne, takie jak alkoholizm i gruźlica, stwarzają niebezpieczeństwo dla zdrowia przyszłych pokoleń i grożą degeneracją ludzkości. W licznych broszurach i wystąpieniach29 wypowiadała walkę tym problemom, np. za pomocą świadectw przedmałżeńskich i różnorodnych działań profilaktycznych. W okresie I wojny światowej stanęła na czele Warszawskiego Klubu Wioślarek, w którym prowadziła kursy sanitarne dla kobiet, a w czasie

27 B. Limanowski, Pamiętniki, t. 2,… s. 542. 28 Tamże. 29 W latach 10. i 20. wygłaszała referaty w czasie Zjazdów Higienistów Polskich, Zjazdów Eugenicznych oraz Zjazdów Lekarzy i Działaczy Sanitarnych.

206


wojny polsko-bolszewickiej utworzyła w jego ramach czołówkę, z którą udała się na front. Kierowała też przez jakiś czas zakaźnym szpitalem wojskowym w Pułtusku. Po odzyskaniu niepodległości ciągle prowadziła praktykę prywatną, która była jej głównym źródłem dochodu – w latach 30. przyjmowała m.in. przy ul. Godebskiego 14. Od 1919 roku udzielała się w Polskim Towarzystwie Medycyny Społecznej, w którym pełniła funkcję członkini zarządu w 1929 i 1936 roku. W końcu też zyskała uznanie w środowisku warszawskich lekarzy – w 1923 roku weszła do rady I Izby Lekarskiej Warszawsko-Białostockiej, a w latach 1929–1931 była członkinią Najwyższej Izby Lekarskiej. Działanie na rzecz samoorganizowania kobiet zaznaczyła w środowisku medycznym, gdy utworzyła w 1926 roku Towarzystwo Lekarek Polskich. Swój stosunek do pracy zawodowej wyraziła w artykule opublikowanym na łamach „Steru”, który był poświęcony wyborowi dróg kariery przez kobiety:

9. Justyna Budzińska-Tylicka

praktyka lekarska wymaga nie tylko teoretycznych wiadomości, ale umiłowania zawodu, dobrego, życzliwego obejścia z choremi, stanowczości i umiejętności wzbudzania w pacjentach zaufania. Pozatym wszystkim lekarz powinien liczyć się z socjalnemi warunkami chorego i nie stawiać na plan pierwszy spraw materjalnych. Dochody same się wyrobią, gdy lekarz stać będzie na wysokości swego zadania30.

Emancypantka, społecznica, publicystka Budzińska-Tylicka wcześnie zaczęła interesować się problemami kobiet. Swoją rozprawę doktorską poświęciła szkodliwości gorsetów dla zdrowia31 – gorsetów, które były symbolem społecznego i obyczajowego skrępowania kobiecego ciała. Jednak jej pierwsze związki z ruchem kobiecym łączą się nie z francuskim etapem życia, lecz z epizodem krakowskim – najbardziej enigmatycznym okresem w jej biografii. Poszukiwania archiwalne i biblioteczne nie przyniosły rezultatów i niewiele udało mi się ustalić na temat dwóch lat 30 J. Budzińska-Tylicka, Umiłowanie zawodu, „Ster”, 7 (1913), nr 11–12, s. 71. 31 Tejże, Du corset, ses méfaits au point de vue hygiénique et pathologique, Jouve et Boyer, Paris 1898.

207


spędzonych przez „panią Doktór” w Galicji. Nawet księgi adresowe nie dają odpowiedzi na pytanie, pod jakim adresem rodzina Tylickich zamieszkała w Krakowie. Wiadomo, że do miasta przyjechali w 1905 roku, osiedlenie się w Warszawie było bowiem niemożliwe ze względu na wcześniejszą działalność Justyny i odnotowanie w aktach żandarmerii carskiej. Wydaje się, że Budzińska-Tylicka z założenia traktowała pobyt w zaborze austriackim przejściowo – nie nostryfikowała swojego dyplomu lekarskiego i nie otworzyła w mieście praktyki. Natomiast mocno zaangażowała się w działalność społeczną. Pracowała w towarzystwie opieki nad dziećmi i Towarzystwie Szkoły Ludowej. Przede wszystkim jednak włączyła się w działania krakowskich feministek, a był to czas przełomowy dla ruchu kobiecego. Na Zjeździe, który odbył się w Krakowie w dniach 20–23 października 1905 roku, formułowano właśnie program i stawiano sobie konkretne cele do realizacji32. Justyna Budzińska-Tylicka uczestniczyła w obradach, postulując zmiany związane z ochroną dziecka i wychowaniem. W tym czasie nawiązała także współpracę z „Nowym Słowem” i udzielała się w Czytelni dla kobiet, w ramach której brała udział w dyskusjach i wygłaszała referaty, m.in. w lokalu przy ul. Rynek Główny 13 miała odczyty o opiece nad niemowlętami i o ochronie macierzyństwa33 oraz w lokalu „Eleuteryi” przy ul. Rynek Główny 17 – o „fizycznym wychowaniu kobiety”34. Uczestniczyła w organizowanych przez Czytelnię wiecach, a nawet im przewodniczyła, jak w przypadku wiecu matek i wychowawczyń, który odbył się 24 lutego 1907 roku w sali hotelu Kleina przy ul. Św. Gertrudy 635. Na Zjeździe Kobiet w 1907 roku wystąpiła jeszcze jako delegatka z Krakowa, wraz z Marią Turzymą-Wiśniewską i Kazimierą Bujwidową. Pobyt w Galicji, choć tak słabo udokumentowany, był zatem ważnym okresem, nawiązała wówczas znajomości i dała się poznać 32 Por. J. Sikorska-Kulesza, Trójzaborowe zjazdy kobiet na ziemiach polskich na przełomie XIX i XX wieku, [w:] Działaczki społeczne, feministki, obywatelki…: samoorganizowanie się kobiet na ziemiach polskich do 1918 roku (na tle porównawczym), pod red. A. Janiak-Jasińskiej, K. Sierakowskiej, A. Szwarca, t. 1, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2008, s. 85. 33 „Nowa Reforma”, nr 69 z 24 III 1905 r., s. 2; tamże, nr 267 z 22 XI 1905, s. 2. 34 Tamże, nr 84 (popołudniowy) z 20 II 1907, s. 3. 35 Tamże, nr 93 (poranny) z 26 II 1907, s. 2.

208


jako zaangażowana działaczka społeczna o szerokiej wiedzy i różnorodnych zainteresowaniach. Gdy przyjechała do Warszawy, cieszyła się już pewnym autorytetem i popularnością. Zaraz po przybyciu do Królestwa Budzińska-Tylicka wstąpiła do Związku Równouprawnienia Kobiet Polskich i szybko znalazła się w gronie stałych prelegentek, o czym pisała Romana Pachucka36. Rozpoczęła cykl odczytów na temat szeroko pojętej higieny kobiety, w których poruszała kwestię zdrowia i wychowania dziewcząt, higieny małżeństwa i macierzyństwa, jak również wypowiadała się w kwestiach społecznych – popierała koedukację, wychowanie seksualne młodzieży, przeciwstawiała się podwójnej moralności i opowiadała za koniecznością wprowadzenia rozwodów i ślubów cywilnych. Wykłady te cieszyły się dużą popularnością i zebrały pozytywne recenzje37, zaowocowały także przekrojową publikacją Higiena kobiety i kwestie społeczne z nią związane. W Związku działała przede wszystkim w Wydziale Społecznym razem z Zofią Daszyńską-Golińską. Brała udział w Zjeździe Kobiet Polskich w 1913 roku, a w 1917 roku nawiązała współpracę z Ligą Kobiet Pogotowia Wojennego i stanęła na czele komitetu, przygotowującego kolejny zjazd, który miał być ważkim argumentem w walce o prawa wyborcze kobiet. Na gali otwarcia 8 września 1917 roku dr Budzińska-Tylicka w przemówieniu stwierdziła: my, Polki, nie chcemy być biernymi widzami, lecz chcemy wziąć bezpośredni udział w tym dziejowym momencie Zmartwychwstania Polski i otwieramy Zjazd pod hasłem: uobywatelnienia kobiety w Niepodległem, Zjednoczonem Państwie Polskiem38.

36 „Ta dojrzała, zbliżająca się do wieku lat czterdziestu lekarka, o wybitnym instynkcie społecznym, […] niezwykłej swadzie, tupecie i odwadze cywilnej odegrała w życiu Związku i w ogóle w całym naszym ówczesnym ruchu doniosłą rolę. […] Gdy się usłyszało jej głos i śmiech, trzeba było się mimo woli uśmiechać, wnosiła bowiem z sobą atmosferę zdrowej wesołości, tężyzny życia, pewności i hartu”. Zob. R. Pachucka, Pamiętniki z lat 1886–1914, red. J. Hulewicz, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1958, s. 133–134. 37 M. Biehler, Odczyty o hygienie kobiety, „Zdrowie”, 1908, 3, s. 166–167. 38 Na straży praw kobiety…, s. 22.

209


Po zjeździe weszła w skład komitetu wykonawczego, który zabiegał najpierw u Rady Regencyjnej, a później u Naczelnika Państwa o realizację kobiecych postulatów. Kontynuacją tych działań było założenie w 1919 roku Klubu Politycznego Kobiet Postępowych, którego prezeską Budzińska-Tylicka pozostawała do 1930 roku. Klub wielokrotnie wypowiadał się w ważnych sprawach publicznych, lobbował na rzecz zniesienia ograniczeń prawnych dotykających kobiety i przedstawiał własne projekty. Z ramienia Klubu „pani Doktór” działała również na arenie międzynarodowej – współpracowała ze Związkiem Międzynarodowym Praw Wyborczych Kobiet. W 1923 roku na zjeździe w Rzymie Budzińska-Tylicka wraz z delegatką rumuńską zaproponowały powołanie do życia Małej Ententy Kobiet. Cztery lata później na konferencji tej organizacji w Pradze została obrana przewodniczącą, a Biuro Centralne przeniosło się do Warszawy. Z jej inicjatywy została powołana również polska filia Międzynarodowej Ligi Kobiet Pokoju i Wolności, na forum której występowała podczas kolejnych kongresów w Innsbrucku, Dublinie, Waszyngtonie i Bukareszcie. Radna, socjalistka, pacyfistka Zagadnienie samorządności i udziału kobiet w przedstawicielstwie lokalnym interesowało dr Budzińską-Tylicką jeszcze przed I wojną światową. Nic więc dziwnego, że gdy okupacyjna administracja niemiecka przywróciła samorządy miejskie i w 1916 roku odbyły się wybory w Warszawie, na tej właśnie sprawie przewodnicząca Zjazdu Kobiet Polskich skupiła uwagę w swoim referacie. Przeciwstawiała się wówczas upośledzeniu prawnemu kobiet na tym polu i przekonywała: Gdyby w tej pracy gospodarczej brali udział nietylko przedstawiciele, ale i przedstawicielki mieszkańców – byłoby, musiałoby być lepiej i inaczej39. 39 Udział kobiet w samorządzie miejskim, [w:] Pamiętnik zjazdu kobiet polskich w Warszawie w 1917 roku, pod red. J. Budzińskiej-Tylickiej, Komitet Wykonawczy Zjazdu Kobiet Polskich, Warszawa 1918, s. 61..

210


Logiczną konsekwencją zaprezentowanej postawy było wysunięcie przez Budzińską swojej kandydatury w wyborach samorządowych w 1919 roku i wejście do warszawskiej Rady Miejskiej. Zasiadała w niej przez kolejne 15 lat, głównie w Komisji Zdrowia i Szpitalnictwa, a w 1927 roku została członkinią zarządu Związku Miast Polskich. W 1922 roku powróciła do ruchu socjalistycznego i wstąpiła do pps, w której większą rolę zaczęła odgrywać po 1926 roku, kiedy to weszła do Centralnego Wydziału Kobiecego. Jego wiceprzewodniczącą została w latach 30. Wtedy też zasiadała w Radzie Naczelnej pps i w Warszawskim Okręgowym Komitecie Robotniczym. W tym okresie często publikowała na łamach prasy socjalistycznej, koncentrując się przede wszystkim na kwestii położenia robotnic, problemach społecznych i zdrowotnych. Z Dorą Kłuszyńską reprezentowały polskie socjalistki w Międzynarodowym Socjalistycznym Komitecie Kobiecym. W 1931 roku Justyna Budzińska-Tylicka stała się bohaterką środowiska socjalistycznego, gdy zasiadła na ławie oskarżonych za uczestnictwo 14 września 1930 roku w demonstracji przeciwko uwięzieniu przywódców Centrolewu w Brześciu nad Bugiem. Została wówczas skazana na rok więzienia, jednak po złożeniu apelacji wykonanie wyroku zawieszono. Jej stosunek do rządów sanacyjnych był krytyczny, o czym pisała we wspomnieniu D. Kłuszyńska: W okresie Brześcia ustąpiła ze wszystkich organizacyj kobiecych, […]. Był to dla Niej okres najcięższych przeżyć, nie mogła pogodzić się ze straszną rzeczywistością i paliła mosty za sobą, żeby zerwać wszelką łączność z ludźmi, którzy, jak mówiła – pohańbili polskę40.

Pomimo prezentowania tak nieprzejednanej postawy, sprzeciwiała się użyciu przemocy i zaostrzeniu walki przez pps w obliczu radykalizacji życia politycznego w latach 30., z czym dobrze korespondowały jej wystąpienia przeciwko militaryzmowi i udział w międzynarodowych kongresach pokojowych, które były odpowiedzią na koszmar Wielkiej Wojny.

40 D. Kłuszyńska, Bolesna strata. Zgon tow. J. Budzińskiej-Tylickiej, „Robotnik”, nr 120 z 10 IV 1936, s. 3.

211


„My dziś walczymy o świadome macierzyństwo!”41 W 1909 roku w swojej pracy poświęconej higienie kobiecej Budzińska-Tylicka pisała: rodzina jest podstawą społeczeństwa i zarówno dla dobra i szczęścia swego potomstwa, jak i dla dobra i szczęścia osobistego, – rodzice, nietylko mają prawo, ale powinni dać życie tylu istotom, na ile ich zdrowie, wiedza i mienie pozwalają. Zaznaczam w końcu, że nie ilość, lecz jakość stanowią o potędze narodu42.

Opowiadała się w ten sposób za neomaltuzjanizmem43, w celu regulacji liczby potomstwa zalecała kobietom stosowanie środków zapobiegających zapłodnieniu, przy czym stanowczo występowała przeciw aborcji. Jednocześnie wypowiadała się w duchu reformy obyczajowej i podkreślała, że stosunki płciowe dopuszczalne są jedynie w małżeństwie, a młodzież musi być wychowana w czystości. Podkreślała też znaczenie macierzyństwa dla budowy zdrowego społeczeństwa i siły narodu, a więc zwracała uwagę na wartość wspólnoty. Dwadzieścia lat później, gdy zabierała głos w sprawie projektu nowego kodeksu karnego i konsekwentnie propagowała ideę świadomego macierzyństwa44, inaczej rozkładała akcenty, choć trzon poglądów pozostał niezmienny. Na łamach „Głosu kobiet” domagała się zniesienia kar za przerwanie ciąży

41 J. Budzińska-Tylicka, Przerywanie ciąży a kodeks karny, „Głos kobiet” 1930, nr 4, s. 2–4. 42 J. Budzińska-Tylicka, Higiena kobiety i kwestie społeczne z nią związane, Towarzystwo Akc. S. Orgelbranda Synów, Warszawa 1909, s. 213. 43 Neomaltuzjanizm to teoria bazująca na nauce T. Malthusa, który przyczyn problemów społeczno-ekonomicznych upatrywał w nadmiernym przyroście naturalnym, szczególnie wśród najniższych warstw społecznych, zalecająca jednak wbrew klasycznym założeniom maltuzjanizmu stosowanie środków antykoncepcyjnych. 44 Debata przełomu lat 20. i 30. wokół kwestii obyczajowych ma już swoją obszerną literaturę, np. D. Kałwa, „Głos kobiet” w sprawie planowania rodziny w świetle prasy z lat 1929–1932, [w:] Kobieta i kultura życia codziennego. Wiek XIX i XX, pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, Wydawnictwo DiG, Warszawa 1997. M. Gawin, Planowanie rodziny – hasła i rzeczywistość, [w:] Równe prawa i nierówne szanse. Kobiety w Polsce międzywojennej, pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2000.

212


i dopuszczalności zabiegów wykonywanych przez lekarzy ze względu na sytuację społeczno-ekonomiczną i stan zdrowia kobiety. Stale przy tym podkreślała, że należy chronić się przed „przymusowym macierzyństwem” za pomocą środków zapobiegawczych. Dużo silniej akcentowała prawo jednostki do decydowania o własnym losie i konieczność zagwarantowania przez państwo ochrony macierzyństwa. W jej tekstach pojawiły się też silne wątki pacyfistyczne i krytyka nowoczesnego państwa narodowego: patrzą na matkę jako na dostarczycielkę żołnierza, – jako na twórczynię mięsa armatniego, – wszystko jedno, zdrowe i silne, czy wątłe i karłowate…45.

Za pewną ewolucję jej poglądów mogło odpowiadać zaangażowanie w ruch socjalistyczny i udział w międzynarodowym ruchu pacyfistycznym. Prawdopodobnie osobiste przeżycia i żal po stracie syna dodatkowo wyczuliły „panią Doktór” na cierpienie innych matek. A na sceptyczny stosunek do roli państwa w tym zakresie miała też zapewne wpływ krytyczna ocena rządów sanacyjnych, zdominowanych przez sfery wojskowe. Dr Budzińska-Tylicka stała się orędowniczką stworzenia poradni świadomego macierzyństwa. I choć twarzą kampanii stał się – za sprawą swoich felietonów – Tadeusz Żeleński-Boy, to motorem działań prowadzących do utworzenia pierwszej placówki była „pani Doktór”46. Poradnię uruchomiono 27 września 1931 roku staraniem Sekcji Regulacji Urodzeń Robotniczego Towarzystwa Służby Społecznej i pomimo tego, że możliwości działania przychodni były ograniczone, to jej znaczenie propagandowe było duże. Ostatnie lata życia lekarka poświęciła pracy na rzecz poradni i propagowaniu idei regulacji urodzeń. W rok po śmierci dr Budzińskiej-Tylickiej placówka otrzymała jej imię.

45 Macierzyństwo a wojna, „Głos kobiet” 1932, maj–czerwiec, s. 8. 46 O zabiegach wokół utworzenia placówki pisze m.in. S. Woszczyńska, Ze wspomnień działaczki socjalistycznego ruchu kobiecego, [w:] P.P.S. Wspomnienia z lat 1918–1939, t. 2, pod red. J. Durki, Książka i Wiedza, Warszawa 1987, s. 1132–1134.

213


Żona i matka W paryskim kręgu „Spójni” Justyna poznała Stanisława Tylickiego „Wojciecha” (1868–1940) – młodego warszawskiego robotnika i działacza socjalistycznego, który znalazł się we Francji po tym, jak w 1892 roku47 został skazany przez władze carskie na areszt i dozór policyjny za kolportaż broszury pierwszomajowej. Około 1894 roku młodzi pobrali się i na IV roku kursu medycznego, 18 stycznia 1895 roku Budzińska-Tylicka urodziła syna Stanisława, a kilka lat później – córkę Wandę. Warto zwrócić uwagę na fakt, że małżeństwo młodej studentki z robotnikiem-socjalistą mogło być postrzegane jako mezalians. Zapewne dla samej Justyny był to dowód spójności wyznawanych poglądów z praktyką życiową i kolejny krok na drodze emancypacji, jednoznaczne zerwanie z filisterskimi normami. Przypuszczalnie swoją rolę odegrało również, wspomniane przez R. Wapińskiego, zafascynowanie młodych kwestią robotniczą i proletariatem, który w tym czasie był uosobieniem siły, ofensywności i radykalizmu społecznego48. W pierwszych latach małżeństwa Tyliccy byli sobie bardzo bliscy i oddani, przy okazji postępowania dyscyplinarnego w zzsp „Wisła” pisała do władz związku: Uważam sobie za moralny obowiązek oświadczyć niniejsze: między mną i moim mężem nie ma żadnej, absolutnie żadnej tajemnicy i tej harmonii nadal psuć nie mogę49.

Oboje wówczas odsunęli się od ruchu socjalistycznego. Stanisław pomagał w opiece nad dziećmi, zajmował się nimi pod nieobecność lekarki. Kiedy zamieszkali na francuskiej prowincji, Justyna namówiła męża, aby skończył szkołę agronomiczną w Paryżu. Wówczas bywał w domu jedynie w weekendy 47 W tym samym roku w listopadzie z ramienia Zjednoczenia Robotniczego Stanisław uczestniczył wraz z Edwardem Abramowskim, Stanisławem Wojciechowskim i Janem Stróżeckim w zjeździe paryskim powołującym do życia pps. 48 R. Wapiński, Pokolenia…, s. 72–73. 49 K. Kelles-Krauz, Listy…, s. 407, przypis 24.

214


i to ona wzięła na siebie obowiązki domowe. Sama również zajmowała się edukacją synka. Wydaje się, że w życiu osobistym Justyny to etap francuski należał do najszczęśliwszych. Jednak jeszcze po przyjeździe do Warszawy musiało się rodzinnie dobrze układać, skoro R. Pachucka pisała o „Tylisi”: Umiała kochać i nienawidzić, wytrwałością i energią wywalczyła sobie doktorat medycyny i… męża, który dzięki niej skończył studia agronomiczne. Chciała, aby jej towarzysz życia intelektualnie był jej równy. Kochała bardzo swe dzieci, syna i córkę. Podziwiałam dr Budzińską-Tylicką, że umiała pogodzić pragnienia i obowiązki kobiety, żony, matki, lekarki i społecznicy. Wówczas życie obdarzyło ją wszystkim, czym obdarzyć mogło przy czynnej postawie tej niezwykłej lekarki50.

Z czasem jednak małżonkowie mieli bardzo oddalić się od siebie i trwać w związku siłą przyzwyczajenia. Stanisław, który pisywał do czasopism rolniczych i nawet wydał książkę o stanie ogrodnictwa na ziemiach polskich51, znalazł zatrudnienie w Centralnym Towarzystwie Rolniczym i Towarzystwie Ogrodniczym Warszawskim, lecz niewiele pomagał w utrzymaniu domu przy ul Wilczej 10 m 3. Jak pisze Danuta Heydrich: „Nie lubił pracować i miał pomysły fantastyczne, życiowo nieusprawiedliwione”52. Ciężkim przeżyciem dla Justyny była śmierć jej ukochanego syna Stanisława, który służył w II Brygadzie Legionów i brał udział w szarży pod Rokitną w 1915 roku. Zmarł 14 grudnia 1918 roku w czasie epidemii hiszpanki. Natomiast relacje z córką nie układały się najlepiej, a całą swoją uwagę i miłość pod koniec życia miała Budzińska poświęcić wnuczce Wandzie: „Kochała ją namiętnie. Zdawało się, że dla niej żyła i pracowała zarobkowo”53. Dr Justyna Budzińska-Tylicka zmarła nagle 8 kwietnia 1936 roku na udar mózgu. Jej pogrzeb stał się manifestacją warszawskiej organizacji pps, wzięły w nim udział również inne organizacje społeczne i zawodowe, z którymi była 50 R. Pachucka, Pamiętniki…, s. 133–134. 51 S.W. Tylicki, Ku przepaści. Z dziejów jednego odłamu kultury polskiej, Warszawa 1915. 52 D. Heydrich, Dr Justyna Budzińska-Tylicka (w dwudziestą piątą rocznicę zgonu), „Archiwum Historii Medycyny”, Warszawa 1961, 24, s. 449. Autorce przy pisaniu artykułu informacji udzielali współpracownicy i krewni J. Budzińskiej-Tylickiej: S. Woszczyńska, J. Markowska, M. Jeleniewska, M. Kacprzak, Z. i K. Biernaccy. 53 Tamże.

215


związana54. Lekarka spoczęła na Cmentarzu Powązkowskim, pochowano ją wraz z synem (kwatera 183-VI-2). *** Gdy Cecylia Walewska kreśliła sylwetki „bojownic” ruchu kobiecego, uwypuklała te cechy, które dobrze pasowały do wzoru działaczki i mogły inspirować inne młode kobiety do walki z istniejącym porządkiem społecznym. Czy same bohaterki były z takiego przedstawienia zadowolone? Czy Justyna Budzińska-Tylicka konstruowała własną narrację biograficzną w podobny sposób? A może gdy podejmowała decyzje, świadomie reprodukowała pewien feministyczny schemat? Trudno znaleźć odpowiedź na te pytania, tym bardziej, że moja Bohaterka nie pozostawiła zbyt wielu wskazówek. Niewątpliwie wyróżniała ją rzutkość i zdecydowanie oraz mnogość podejmowanych inicjatyw. Wielowątkowość tego życiorysu budzi zrazu nieufność – czy faktycznie można udzielać się na tylu polach jednocześnie? Kiedy jednak śledziłam poczynania mojej emancypantki, utwierdzałam się w przekonaniu, że było to autentyczne i pełne zaangażowanie z jej strony. Stworzony tutaj portret, pomimo starań, jest zaledwie szkicem, który w niewielkim stopniu odkrywa istotę osobowości, a biografia dr BudzińskiejTylickiej ciągle domaga się gruntownych badań i obszernego opracowania. Izabela Mrzygłód

Mazowszanka z urodzenia i warszawianka z wyboru, entuzjastka codzienności. Doktorantka w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, interesuje się różnymi aspektami historii społecznej XIX i XX wieku, zdobywczyni II nagrody w Konkursie im. Stanisława Herbsta. Prowadzi badania nad postawami studentów Uniwersytetów Warszawskiego i Wiedeńskiego w latach 30. XX wieku.

54 Ostatnia wędrówka. Pogrzeb tow. Justyny Budzińskiej-Tylickiej, „Robotnik”, nr 121 z 13 IV 1936, s. 2.

216


bibliografia:

Dufrat J.

Heydrich D. Hulewicz J. Kałwa K. Kelles-Krauz K. Knappe W.

217

Kobiety w kręgu lewicy niepodległościowej: od Ligi Kobiet Pogotowia Wojennego do Ochotniczej Legii Kobiet (1908–1918/1919), Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2001. Działaczki społeczne, feministki, obywatelki…: samoorganizowanie się kobiet na ziemiach polskich do 1918 roku (na tle porównawczym), pod red. A. Janiak-Jasińskiej, K. Sierakowskiej, A. Szwarca, t. 1, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2008. Dziesięciolecie Polski Odrodzonej. Księga pamiątkowa 1918–1928, Ilustrowany Kurier Codzienny, Kraków-Warszawa 1928. Dr Justyna Budzińska-Tylicka w dwudziestą piątą rocznicę zgonu, „Archiwum Historii Medycyny”, Warszawa 1961, t. 24, s.443–458. Higiena kobiety i kwestie społeczne z nią związane, Towarzystwo Akc. S. Orgelbranda Synów, Warszawa 1909. Materiały do studiów Polek w Paryżu i Genewie w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, „Przegląd Historyczno-Oświatowy”, Kraków 1962, 2, s. 307–316. Kobieta aktywna w Polsce międzywojennej. Dylematy środowisk kobiecych, Towarzystwo Wydawnicze „Historia Iagiellonica”, Kraków 2001. Listy, t. 1, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1984. Dr med. Justyna Budzińska-Tylicka. Wspomnienie w pierwszą rocznicę śmierci, „Warszawskie Czasopismo Lekarskie”, Warszawa 1937, 17, s. 321–323. Kobieta i kultura życia codziennego. Wiek XIX i XX, pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, Wydawnictwo DiG, Warszawa 1997.


Limanowski B. Pachucka R. Próchnik A. Sierakowska K.

Stegmann N. Szarejko P. Walewska W.

Na straży praw kobiety. Pamiętnik Klubu Politycznego Kobiet Postępowych 1919–1930, oprac. S. Bujak-Boguska, Warszawa 1930. Pamiętniki, t. 2, 4, Książka i Wiedza, Warszawa 1958, 1973. Pamiętniki z lat 1886–1914, pod red. J. Hulewicz, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1958. Pamiętnik zjazdu kobiet polskich w Warszawie w 1917 roku, pod red. J. BudzińskiejTylickiej, Komitet Wykonawczy Zjazdu Kobiet Polskich, Warszawa 1918. Pierwsze piętnastolecie Polski Niepodległej, Książka i Wiedza, Warszawa 1957. Równe prawa i nierówne szanse. Kobiety w Polsce międzywojennej, pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, Wydawnictwo DiG, Warszawa 2000. Budzińska-Tylicka, Justyna (1867–1936), [w:] Biographical Dictionary of Women’s Movements and Feminisms in Central, Eastern, and South Eastern Europe: 19th and 20th Centuries, pod red. F. de Haan, K. Daskalovej, A. Loutfi, Central European University Press, Budapest 2006. Die Töchter der geschlagenen Helden. „Frauenfrage”, Feminismus und Frauenbewegung in Polen 1863–1919, Harrassowitz Verlag, Wiesbaden 2000. Słownik lekarzy polskich XIX wieku, t. 2, Semper, Warszawa 1994. W walce o równe prawa. Nasze bojownice, Kobieta Współczesna, Warszawa 1930. P.P.S. Wspomnienia z lat 1918–1939, t. 2, pod red. J. Durki, Książka i Wiedza, Warszawa 1987. Artykuły z „Nowej Reformy” 1905–1907, „Nowego Słowa” 1905–1907, „Steru” 1907–1914, „Zdrowia” 1908–1910, 1929, „Głosu Kobiet” i „Robotnika” 1929–1937 oraz „Płomieni” 1932.

218


Sławomir Pastuszka

Szlak kobiet na nowym cmentarzu żydowskim w Krakowie

Nowy cmentarz żydowski przy ulicy Miodowej w Krakowie, założony w 1800 r., jest miejscem o ogromnej wartości historycznej i architektonicznej. Ten obejmujący 4,5 hektara powierzchni teren skrywa szczątki prawie 15 tysięcy osób, wśród których odnajdziemy wiele zasłużonych mieszkańców i mieszkanek Krakowa. Niniejsza trasa po cmentarzu żydowskim poświęcona została wybitnym kobietom – ortodoksyjnym i zasymilowanym, wykształconym, utalentowanym, wyemancypowanym, działaczkom społecznym czy reprezentującym różne zawody, od lekarek i nauczycielek po pisarki i aktorki. Większość z opisanych kobiet zmarła po zakończeniu II wojny światowej, a co za tym idzie, ocalała z Holokaustu. Sześć kobiet, które pojawią się na trasie, zostało już opisanych w poprzednich tomach Przewodniczki po Krakowie emancypantek: Róża Rock, Maria Orwid, Amalia Krieger, Zofia Ameisen, Paulina Wasserberg i Maria Róża Jakubowicz. Wędrówka po cmentarzu żydowskim Naszą wędrówkę po cmentarzu rozpoczynamy przy bramie wejściowej. Skręcamy w lewo, w stronę alei głównej, idąc wzdłuż muru okalającego nasyp, do którego w okresie powojennym przymocowano fragmenty nagrobków odzyskane z terenu niemieckiego obozu pracy przymusowej w Płaszowie. Po drodze mijamy pamiątkową tablicę upamiętniającą: 219


1. Różę Rock z domu Grossmann1 (1871–1926) – „matkę sierot żydowskich”, od 1918 r. stojącą na czele Stowarzyszenia Kobiet dla Ochrony Sierót Izraelickich. Z jej inicjatywy przekształcono istniejącą już placówkę przy ulicy Dietla 64 w nowoczesny, przygotowujący wychowanków i wychowanki do samodzielnego życia, zakład wychowawczy. Jej nagrobek został zniszczony podczas II wojny światowej. Docieramy do alei głównej. Po lewej stronie alei znajduje się kwatera 1, natomiast po prawej kwatera 3. Zatrzymujemy się przy pierwszym rzędzie grobów powojennych w kwaterze 1. Znajdują się tam groby: 2. Klary Krischer z domu Sandig (zm. 1976) – lekarki, 3. Matyldy Loew (1899–1975) – lekarki, 4. Róży Krug (1908–1975) – nauczycielki. Idziemy do końca wspomnianego rzędu aż pod mur i skręcamy w prawo – po chwili wśród starych macew odnajdujemy kopiec ziemny z prostokątną tabliczką: 5. Irena Fessel (1927–2008) – chemiczka, nauczycielka akademicka, przewodniczka wycieczek i tłumaczka języka angielskiego, niemieckiego oraz rosyjskiego. Jedna z „legend” Krakowa, dla której najważniejszymi elementami życia były literatura i sztuka. Jak wspomniano w jednym z nekrologów: „najwierniejsza uczestniczka wydarzeń kulturalnych Krakowa, znająca na pamięć daty premier teatralnych i wydań najciekawszych pozycji książkowych”. Wracamy do alei głównej, po prawej stronie w kwaterze 3 znajduje się grób:

1

Zob. U. Pieczek, Róża Rock. Matka sierot żydowskich, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom III, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2011, s. 211–220.

220


6. Ernestyny Lessman (1918–1984) – żony ostatniego kantora i opiekuna synagogi Tempel, Abrama Lesmana, przez wiele lat pełniącej rolę szamesa2 w tej synagodze. Co warte zaznaczenia, funkcja ta jest przeznaczona wyłącznie dla mężczyzn. Idziemy dalej. Dochodzimy do grobu: 7. Marii Orwid, pierwotnie Pfeffer3 (1930–2009) – psychiatrki, pionierki psychiatrii rodziny i terapii rodzinnej, współtwórczyni (razem z Antonim Kępińskim) tzw. programu oświęcimskiego, dotyczącego badań nad psychicznymi skutkami wojennych przeżyć obozowych byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Program ten był jednym z pierwszych opracowań na świecie dotyczących traumy poobozowej. Po przeciwnej stronie znajdują się groby: 8. Frydy Szmer (zm. 1998) – wychowawczyni w żydowskim domu dziecka w Krakowie, 9. Ireny Jahr (zm. 1998) – lekarki. Idziemy dalej i po chwili dochodzimy do miejsca spoczynku rodziny Jakubowiczów, wśród których znajduje się grób: 10. Marii Róży Jakubowicz z domu Pistol4 (1915–2007) – działaczki społecznej, zwanej „matką krakowskiej gminy żydowskiej”. 2 Szames – woźny, sługa bóżniczy, którego zadaniem było przygotowywanie synagogi do nabożeństw. 3 Zob. A. Bednarczyk, I. Hajdarowicz, Maria Orwid. Upodmiotowienie, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, s. 46–49. 4 Zob. S. Pastuszka, Maria Róża Jakubowicz – matka krakowskiej gminy żydowskiej, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom IV, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2012, s. 241–251.

221


Następnie po prawej stronie w głębi rzędu odnajdujemy grób: 11. Zofii Hochman z domu Lille (1913–1991) – pianistki, wieloletniej nauczycielki w Państwowej Szkole Muzycznej im. Stanisława Wiechowicza w Krakowie. Dochodzimy do grobu rabina Ozjasza Thona i skręcamy w prawo. Dochodzimy do dwóch grobów znajdujących się po prawej stronie alejki. Spoczywają tu: 12. Aurelia Goldgart z domu Birnbaum (1893–1977) – lekarka, dermatolożka i kosmetyczka lekarska. 13. Róża Bauminger (1902–1988) – działaczka społeczna, wieloletnia bibliotekarka krakowskiego oddziału Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Krakowie, autorka książki Przy pikrynie i trotylu z 1946 r., w której opisała wstrząsający obraz morderczej pracy więźniów w obozie pracy przymusowej w Skarżysku-Kamiennej. Wracamy do grobu Ozjasza Thona i idziemy dalej wzdłuż alei głównej. W drugim rzędzie grobów powojennych odnajdujemy grób: 14. Karoliny Lemler z domu Goldwasser (1906–2010) – w chwili śmierci jednej z najstarszych mieszkanek Krakowa. Po chwili po lewej stronie alei odnajdujemy niewielką symboliczną macewę: 15. Wandy Ładniewskiej-Blankenheimowej (1905–1995) – pochodzącej z Lwowa artystki-rzeźbiarki, malarki, historyczki sztuki, nauczycielki rysunku, przyjaciółki Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Od 1946 r. do śmierci mieszkała we Francji. Jej prochy rozsypano na paryskim cmentarzu Père Lachaise. To ostatnie miejsce w alei głównej na naszej trasie. Idziemy dalej do grobowca rodziny Birnbaumów, skręcamy w lewo, dochodząc do muru i następnie kierujemy się w prawo. Dochodzimy do grobu rodziny Hochstimów i skręcamy 222


w prawo. Dochodząc do końca alei, skręcamy w prawo. To rząd tylko z grobami kobiet, wśród których odnajdujemy nagrobek: 16. Marii Bujańskiej (1943–1999) – pisarki, poetki i pianistki, autorki kilku zbiorów opowiadań i tomików wierszy. Za grobem Bronisławy Owitowskiej skręcamy w lewo i dochodzimy do końca alei. Po lewej stronie odnajdujemy obelisk upamiętniający: 17. Rozalię Warschauer z domu Sare (1847–1923) – działaczkę społeczną, żonę Jonatana Warschauera, lekarza praktykującego w starym szpitalu żydowskim na Kazimierzu. Upamiętnia ją także tablica w galerii dla kobiet w synagodze Tempel. W tej kwaterze spoczęła prawdopodobnie także: 18. Amalia Krieger5 (1846–1928) – jedna z pierwszych polskich fotografek, córka Ignacego Kriegera. Po śmierci ojca, a następnie brata, Natana, przejęła zakład fotograficzny w Rynku Głównym, w kamienicy Bonerowskiej i prowadziła go pod nazwiskiem ojca. Jej nagrobek nie zachował się do naszych czasów. Zawracamy i skręcamy w lewo. Dochodzimy do kwater, które najbardziej ucierpiały podczas II wojny światowej. Skręcamy w lewo w trzecią alejkę i idziemy prosto. Zatrzymujemy się przy grobie: 19. Wally Schanzer (1903–1991) – Niemki, konwertytki na judaizm. Podczas II wojny światowej, mając szansę przetrwania, pod warunkiem publicznego wyrzeczenia się judaizmu, nie zdecydowała się porzucić religii, poprzez co cały ten okres przebywała w ukryciu. 5 Zob. O. Kruk, Amalia Krieger. Pionierka krakowskiej fotografii, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom III, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2011, s. 75–86.

223


Dochodzimy do alejki poprzecznej i skręcamy w prawo, dochodzimy do najbliższej alejki i skręcamy w lewo. Po prawej stronie odnajdujemy grobowiec rodziny Rose w kształcie obelisku. Spoczęła w nim: 20. Stella Rose z domu Schornstein (1884–1971) – psychiatrka i neurolożka, żona Maksymilian Rose, profesora Uniwersytetu Stanisława Batorego w Wilnie, jedna z pierwszych pięciu kobiet-absolwentek medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zawracamy, skręcamy w lewo i dochodzimy do ostatniej alejki, skręcamy w lewo. Po drodze mijamy groby: 21. Adeli Ehrlich z domu Glasner (1899–1952) – polonistki, działaczki społecznej, nauczycielki, nauczycielka języka polskiego i historii w Społecznej Szkole Żydowskiej przy ulicy Estery 6 w Krakowie. 22. Zofii Dallet-Plucińskiej (1894–1982) – pediatrki, absolwentki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dochodzimy do grobowca rodziny Gottliebów. Upamiętniono na nim: 23. Zofię Jasińską-Filipowską z domu Gottlieb (1908–2003) – wieloletnią aktorkę Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, także artystkę kabaretową, od 1956 r. na emigracji, początkowo w Izraelu, następnie w rfn. Pochowana we Frankfurcie nad Menem. Wracamy do alejki poprzecznej, skręcamy w prawo i następnie skręcamy w drugą alejkę w lewo, idziemy cały czas prosto. Po drodze zatrzymujemy się przy grobie: 24. Zofii Ameisenowej z domu Ameisen6 (1897–1967) – historyczki sztuki, przez całe swoje życie zawodowe związanej z Biblioteką Jagiellońską, 6 Zob. M. Stępień, Zofia Ameisenowa. Życie ukryte w książkach, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, s. 84–88.

224


najpierw jako kierowniczki działu zbiorów graficznych, a od 1958 r. jako kustoszki. W 1959 r. została profesorem zwyczajnym. Specjalizowała się w zagadnieniach związanych z rękopisami iluminowanymi oraz grafikami, wybitna znawczyni europejskiego malarstwa miniaturowego i ikonografii biblijnej. Idziemy dalej i dochodzimy do grobu rodziny Wasserbergów. Upamiętniono na nim m.in. zamordowane w czasie wojny siostry: 25. Paulinę Wasserberg7 (1882–1943) – lekarkę i działaczkę społeczną, która po ukończeniu I Gimnazjum Żeńskiego kontynuowała naukę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracowała w Krakowie w szpitalu Św. Łazarza, a później jako lekarka domowa Ubezpieczalni Społecznej w Krakowie. 26. Dorę Wasserberg (1885–1943) – dentystkę, absolwentkę Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wchodzimy w dużą alejkę i skręcamy w lewo, i ponownie w lewo w najbliższą alejkę. Po drodze mijamy groby: 27. Stefanii Reiner (1928–1987) i jej matki Elli Frisch z domu Jungerwirth (1896–1980) – ocalonych z Holokaustu przez Oskara Schindlera. Idziemy wzdłuż grobów i po prawej stronie pod wierzbą odnajdujemy symboliczną macewę: 28. Róży Berger z domu Leser (1889–1945) – jedynej oficjalnie potwierdzonej ofiary antyżydowskich zamieszek, jakie miały miejsce 11 sierpnia 1945 r. w Krakowie. Zginęła od strzału oddanego przez zamknięte drzwi.

7

225

Zob. B. Gerhardt, Paulina Wasserberg. Lekarka i działaczka społeczna, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, s. 116–121.


Idziemy kawałek dalej, zatrzymujemy się przy grobowcu rodziny Fraenklów. Z tą rodziną związana była: 29. Eliza Fraenkel z domu Berggrün (1882–1957) – organizatorka i wieloletnia dyrektorka Prywatnej Średniej Szkoły Zawodowej dla Dziewcząt Żydowskich „Ognisko Pracy”, funkcjonującej od 1923 r. Szkoła prowadziła kursy zawodowe, zapewniając dziewczętom praktyczne umiejętności m.in. w zakresie krawiectwa, gospodarstwa domowego czy bieliźniarstwa. W 1936 r. dzięki fundacji Elizy i Henryka Fraenklów wybudowano czteropiętrowy budynek dla szkoły przy dzisiejszej ul. Wietora 7. Eliza, mimo śmierci w Krakowie, nie spoczęła na cmentarzu żydowskim. Miejsce jej pochówku nie jest znane. Zawracamy, skręcamy w lewo, po drodze mijamy grób: 30. Sary Horowitz z domu Błońskiej (1882–1954) – ocalonej przez Oskara Schindlera, babci Bronisławy Horowitz-Karakulskiej i Ryszarda Horowitza. Wchodzimy w alejkę i dochodzimy do grobu: 31. Heleny Lauer-Czatowicz z domu Eibenschütz (1891–1965) – artystki-malarki, absolwentki prywatnych szkół malarskich w Monachium, Paryżu i Wiedniu. Wracamy, skręcamy w lewo i dochodzimy do muru cmentarza, na którym odnajdziemy liczne tablice pamiątkowe. Jedna z nich została poświęcona Marii i Stefanom Kapłańskim, którzy ocalili w czasie II wojny światowej Janinę Katz (1939–2013), duńską pisarkę i tłumaczkę, uhonorowaną licznymi nagrodami. Po prawej stronie znajduje się nasyp z grobami z ostatnich lat. Zwiedzanie tej części zacznijmy od ostatniego rzędu (9). Tu odnajdziemy grób: 32. Teofili Silberring z domu Nussbaum (1925–2010) – chemiczki, ocalonej z Holokaustu przez Oskara Schindlera.

226



W kolejnym rzędzie spoczywa (8): 33. Emilia Leibel z domu Grossbart (1911–2008) – wychowawczyni w żydowskim domu dziecka w Krakowie, autorka książki Wspomnienia Żydówki Krakowskiej, opracowanej przez prof. Marię Kłańską. W następnym rzędzie (7) pochowano dwie zasłużone krakowianki: 34. Marię Einhorn-Susułowską (1915–1998) – psycholożkę, twórczynię psychologii klinicznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. 35. Renatę Zisman z domu Springut8 (1921–1999) – pianistkę i pedagożkę, wieloletnią nauczycielkę gry na fortepianie w Państwowej Średniej Szkole Muzycznej im. Władysława Żeleńskiego w Krakowie. Kolejny rząd (6) skrywa szczątki: 36. Teresy Rychlik z domu Popker (1940–1997) – działaczki środowiska ocalonych z Holokaustu, przez kilka lat pełniącej funkcję przewodniczącej krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu. Dwa rzędy dalej (4) odnajdujemy macewę: 37. Laury Rympel z domu Matzner (1905–2003) – biolożki, działaczki społecznej, nauczycielki w Gimnazjum Hebrajskim, w latach 1945–1949 organizatorki i dyrektorki Społecznej Szkoły Żydowskiej przy ulicy Estery 6 w Krakowie. W następnym rzędzie (3) pochowano: 38. Alinę Horowicz z domu Bojm (1928–2005) – filolożkę rosyjską, wieloletnią starszą wykładowczynię języka rosyjskiego w Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych Uniwersytetu Jagiellońskiego. 8 Zob. tekst o Renacie Zisman w niniejszym tomie.

228


Nasze zwiedzanie kończymy przy grobie w pierwszym rzędzie, który kryje szczątki: 39. Janiny Ruth Buczyńskiej z domu Erdheim (1926–2012) – prawniczki, zwanej „Pierwszą Damą Adwokatury”, wychowawczyni wielu pokoleń adwokatów i aplikantów adwokackich, założycielki Klubu Adwokatów w Krakowie; w okresie stanu wojennego obrończyni w procesach karnych prowadzonych przeciwko działaczom opozycji; przyjaciółki „Piwnicy pod Baranami”. Inne miejsca spoczynku krakowskich Żydówek Warto zaznaczyć, że nie wszystkie Żydówki zmarłe w Krakowie spoczywają na cmentarzu przy ulicy Miodowej. Przed II wojną światową pochówki odbywały się także na innych czynnych żydowskich nekropoliach w Krakowie: cmentarzu gminy podgórskiej przy ulicy Jerozolimskiej, gdzie spoczęła m.in. działaczka społeczna Amalia Wasserberger9 (1869–1936) i nowym cmentarzu gminy krakowskiej przy ulicy Abrahama, gdzie spoczęła m.in. Sara Szenirer10 (1883–1935), założycielka sieci szkół Bejs Jakow. Po zakończeniu II wojny światowej wiele Żydówek spoczęło na cmentarzach nieżydowskich. I tak na cmentarzu Rakowickim możemy odnaleźć groby m.in.: –– Józefy (Peppy) Singer (1881–1955), pierwowzoru postaci Racheli z Wesela St. Wyspiańskiego, –– Elżbiety (Salomei) Liwszyc z domu Grohsbart (1895–1957), lekarki, –– Heleny Ogrodzkiej z domu Lustgarten (1875–1958), malarki,

9 Zob. O. Danek, Amalia (Małka) Wasserberger. Filantropka z Podgórza, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom IV, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, s. 207–214. 10 Zob. J. Fabijańczuk, Matka Izraela. Sara Schenirer, [w:] Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. E. Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, s. 108–115.

229


–– Antoniny Świerszczewskiej z domu Finsterbusch (1896–1961), lekarki, działaczki społecznej, –– Luby (Tauby) Drobner z domu Hirszowicz (1884–1965), działaczki społecznej, –– Celiny Niedźwieckiej-Bujańskiej (1904–1988), aktorki. Na sąsiednim cmentarzu wojskowym przy ulicy Prandoty pochowano m.in. –– Janinę Mortkowicz z domu Horowitz (1875–1960), pisarkę i tłumaczkę, –– Hannę Mortkowicz-Olczakową (1905–1968), pisarkę i poetkę, –– Stellę Müller-Madej (1930–2013), autorkę wspomnień z okresu Holokaustu. Natomiast na cmentarzu Batowickim spoczęła Alina Fischgrund (1921–2006) z córką Wandą Gołębiowską (1948–2006), zasłużone działaczki krakowskiego oddziału Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce.

Sławomir Pastuszka

Student judaistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wśród jego zainteresowań znajduje się historia Żydów krakowskich po 1945 r., sztuka synagogalna, a także genealogia. Członek Centrum Społeczności Żydowskiej w Krakowie, gdzie kieruje Klubem Studentów Żydowskich, oraz krakowskiego oddziału Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce.

230


Spis ilustracji

1. Maria Siedlecka, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-N-1190-1. 2. Kamienica Pod Rakiem przy ul. Szpitalnej 7 w Krakowie, fot. Natalia Sarata. 3. Anda Kitschman (z prawej), fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, 1-K-9512. 4. Tabliczka na grobie Andy Kitschman na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, fot. Paulina Szkudlarek. 5. Maryla Freiwald, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-S-716. 6. Renata Zisman, fot. ze zbiorów rodzinnych Daniela Bertrama. 7. Ewa Szelburg-Zarembina, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-K-1867. 8. Marta Suchanek, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. sygn. 1-N-3139. 9. Justyna Budzińska-Tylicka, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-C-6. Na okładce: I Zimowa Makabiada w Zakopanem (1933). Zawodniczka po biegu kobiet na 8 kilometrów, fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 1-M-940-34.

231