Pangea Magazine February 2014

Page 1



NEWS 5 6 10 12 17 20 22 24

REGULARS The Outstading Pole in Scotland Konkurs “Wybitny Polak w Szkocji” Ten days, that changed Polonia 10 dni, które zmieniło Polonię Poland is making dragons Narodziny polskiego smoka Play Poland Film Festival Święto polskiego filmu za granicą The master of the Polish poster Mistrz polskiego plakatu Three Trupka Sisters Trzy siostry Trupki Emito Race III Puchar Emito III Polish Scottish Heritage Trail Polsko-Szkockie Związki Historyczne

26 29 31 32 34 36 38 41 42 44 46 49

The art of networking Sztuka networkingu Inheriting debts Dziedziczenie długów Kosowo / Powieść w odcinkach The art of stained glass Sztuka witrażu Tiger Square Przystanek Oslo Carnival in the spirit of the twenties Karnawał w klimacie lat dwudziestych Metamorphosis Metamorfozy Scientists in cribs Naukowcy w kołyskach The raw food diet Dieta Raw Food Rock&Roll –a subjective history Subiektywna historia Rock&Rolla Under review Kublai Khan Kulinarne recenzje Kublai Khans Polish Highlinders vs. Mont Blanc Górale kontra Mont Blanc

February 2014

PANGEA MAGAZINE


Witam Państwa w pierwszym wydaniu „Pangea Magazine”, największego w Wielkiej Brytanii polsko-angielskiego czasopisma.

Welcome to the first issue of “Pangea Magazine” – the largest Polish-English lifestyle magazine in Great Britain. This magazine is dedicated to cultural events: fashion, art, music, and also to more serious topics, such as law, business, science or healthy life style.

Jest to magazyn poświęcony wydarzeniom kulturalnym: modzie, sztuce, muzyce, jak również tematom bardziej poważnym, takim jak prawo, biznes, nauka czy zdrowy styl życia.

Following trends, we have prepared a rich coverage from the biggest in the world celebration of Polish cinema abroad – “Play Poland Film Festival”, an interview with the renowned poster artist Andrzej Pagowski, and a film review of “Three Sisters T”, which we watched together with its director, Maciej Kowalewski.

Podążając za trendami, przygotowaliśmy obfitą relację z największego na świecie święta polskiego kina za granicą – „Play Poland Film Festival”, wywiad z plakacistą Andrzejem Pągowskim oraz recenzję filmu „Trzy siostry T”, który obejrzeliśmy wspólnie z jego twórcą, Maciejem Kowalewskim.

Zespół artystów pod kierunkiem Green Funky dokonał metamorfozy Sylwii, nieśmiałej emigrantki znad Wisły, zamieniając ją w przepiękną divę. Green będzie służyła Państwu poradami w zakresie mody i stylu, a osoby chętne do dokonania zewnętrznej przemiany, będą miały okazję poznać naszą mentorkę, z której usług przez lata korzystała jedna z największych gwiazd polskiej sceny muzycznej, Justyna Steczkowska.

Do współpracy przy tworzeniu „Pangea Magazine” zaprosiliśmy ludzi znanych i cenionych, wśród których należy wymienić chociażby Donalda Hyun Kiolbassa, Krystynę Steczkowską czy Dharmę Gabrielle. Mam nadzieję, że przyjmą nas Państwo ciepło.

A team of artists lead by Green Funky made a makeover of Sylvia, a shy immigrant from the shores of the Vistula River, changing her into a beautiful diva. Green will advise you on fashion and style matters, and those who would like to make a change in appearance, will get a chance to meet our master, whose skills were used for a long time by one of the biggest stars of the Polish music stage, Justyna Steczkowska.

To co-operate in creating “Pangea Magazine” we invited well-known and highly regarded people, among them Donald Hyun Kiolbassa, Krystyna Steczkowska and Dharma Gabrielle. I hope that you will give us a warm welcome.

Kinga

Kinga

SUBSCRIBE TO “PANGEA MAGAZINE” If you wish to have “Pangea Magazine” delivered to your door, or if you would like to have copies sent to relatives or friends, please visit our website www.pangeamagazine.com to subscribe to “Pangea Magazine.”

6 issues only £12 or 12 issues £24 (United Kingdom) 6 issues only £24 or 12 issues £48 (European Union) 6 issues only £36 or 12 issues £72 (Rest of the world)

ZAMÓW PRENUMERATĘ MAGAZYNU PANGEA Jeśli chcieliby Państwo zamówić prenumeratę Magazynu Pangea dla siebie, swojej rodziny lub przyjaciół, wystarczy odwiedzić naszą stronę www.pangeamagazine.com i wypełnić formularz „Zamów Prenumeratę”. Edinburgh Noire - Shock of Green copyrights© M. Jarza Art Photographer: Mateusz Jarża Make up artist: Ola Szczygiel Moodsfactory Fashion design by: Green Funky Model: Magdalena Zalejska Hair by: Monika Korczynska MK Smart Cut

6 wydań £12 lub 12 wydań £24 (Wielka Brytania) 6 wydań £24 lub 12 wydań £48 (Unia Europejska) 6 wydań £36 lub 12 wydań £72 (Kraje poza Europą)

Pangea M agazine published by Pangea Magazine Ltd., 11 Collier Place, Edinburgh EH16 4PZ, Scotland, United Kingdom, Tel. +44 (0) 131 468 1874, Mobile +44 (0) 7842 733 214, e-mail: info@pangeamagazine.com, www.pangeamagazine.com.

Editor Kinga Plich, S ales Manager Tomasz Smoliński, Web & Design Marcin Smertycha, Main Photographer Eliza Szulc, Contributing Photographers Jacek Kocan, Oksana Kuklina, Magda Słowik (Photobara), Contributors Norbert Barszczewski, Monika Ciska, Izabella Dzierżek, Gregory Fryc, Green Funky, Dharma Gabrielle, Donald Huyn Kiolbassa, Marek Hoffman, Antoni Malewski, Malwina Mus, Joanna Napiórkowska, Edyta Niewińska, Jacek Pańczuk, Halina Pląder, Eliza Szulc, Translators Marta Napiórkowska, Monika Ciska, English Copyreader Bette McArdle, Polish Copyreader Joanna Napiórkowska. All rights reserved. Reproduction in whole or in part without written permission is strictly prohibited. All prices are correct at time of going to press but are subject to change. Pangea Magazine cannot be responsible for unsolicited material. The views and opinions of contributors in this magazine may not represent the views of the publishers. Pangea Magazine takes no responsibility for claims made by advertisements in this publication. Pangea Magazine Ltd.


Konkurs zostanie przeprowadzany w pięciu kategoriach: Biznes, Kultura, Nauka, Osobowość oraz Młody Polak. W kategorii Biznes kandydatami mogą być osoby prowadzące udokumentowaną działalność gospodarczą, które osiągnęły znaczące sukcesy i pozycję w swojej dziedzinie.

Zgłoszeń kandydatur dokonywać mogą organizacje, stowarzyszenia i związki polonijne funkcjonujące na terenie Szkocji, jak również osoby prywatne. Każde zgłoszenie powinno zawierać życiorys kandydata z wyraźnym wskazaniem osiągnięć predestynujących go do nagrody. W zgłoszeniu należy wskazać co najmniej 5 osób popierających kandydata. Każda z osób popierających podaje swoje imię, nazwisko, adres zamieszkania oraz składa osobisty podpis w formularzu zgłoszeniowym.

Osoby tworzące kulturę: kompozytorzy, pisarze, poeci, malarze, reżyserzy, aktorzy, itp., jak również osoby działające na rzecz promocji kultury, mogą być zgłaszane w kategorii Kultura. Osoby o niekwestionowanym dorobku, prowadzące działalność naukową lub dydaktyczną głównie w placówkach funkcjonujących w Szkocji, to pierwszorzędni kandydaci w kategorii Nauka. Osoby o wybitnym autorytecie, wyróżniające się ak-

Komplet dokumentów powinnien zawierać: - Formularz zgłoszeniowy z podpisami osób rekomendujących - Życiorys z uzasadnieniem zgłoszenia - Zgodę kandydata na udział w konkursie - Oświadczenie kandydata o wyrażeniu zgody na wykorzystanie danych osobowych Zgłoszenia należy przesyłać do 7 marca 2014 roku, na adres:

“The Outstanding Pole in Scotland” P

as well as those whose task is to promote culture in any way.

angea Scotland wraz z Konsulatem Generalnym w Edynburgu oraz Fundacją Polskiego Godła Promocyjnego “Teraz Polska” ogłasza konkurs “Wybitny Polak w Szkocji”, którego głównym celem jest kreowanie pozytywnego wizerunku Polaków mieszkających w Szkocji, pokazanie ich dokonań oraz wyróżnienie i promocja osób odnoszących sukcesy poza granicami Polski.

angea Scotland, together with the Consulate General of the Republic of Poland in Edinburgh and the Foundation for the Polish Promotional Emblem "Poland Now", has announced a remarkable contest: "The Outstanding Pole in Scotland".

The main objective of the competition is to create a positive image of Poles living and working in Scotland. Beyond that, the competition is designed to present their achievements to a wide audience and to build up the recognition of people who have been successful outside the borders of Poland. The competition will consist of five categories: Business, Culture, Science, Personality and "The Young Pole". Within the Business category suggested candidates should have a documented history of running a business. They should be able to prove considerable commercial success and a respected position within their sector. The second category, Culture, should include candidatures of people involved in creative work (e.g. composers, writers, poets, painters, directors, actors, etc),

The best candidates for the next category – Science - are people with proven achievements who work primarily within the scientific and educational sectors in institutions in Scotland. The next category, Personality, is designed for individuals with outstanding authority, activity, personal resourcefulness and initiative, for instance in social life (including charity). Lastly, “The Young Pole” is the prime category for individuals who are less than 35 years old and have been successful in one of the above categories, or whose professional performance has had a positive impact on the local community and has contributed significantly to building a positive image of Poles and Poland in Scotland. Representatives of Polish organisations, societies and associations operating in Scotland are invited to be candidates for the nominations. However, applications of private individuals are also very welcome. Each entry should include the candidate’s CV, in which the achievements nominating him/her for the prize are clearly manifested. Moreover, the applicants should indicate at least five people who would support his/her candidacy. Each of the supporters must give his/her full name and address and personally sign the application form.

KONKURS WYBITNY POLAK

P

tywnością, zaradnością, inicjatywą, np. w życiu społecznym (w tym działalność charytatywna) powinny zostać zgłoszone w kategorii Osobowość. Młody Polak – kandydatami mogą być osoby, które nie ukończyły 35 roku życia i odniosły sukces w jednej z powyższych kategorii, lub których działalność w sposób pozytywny oddziałuje na lokalną społeczność i przyczynia się do budowy pozytywnego wizerunku Polaków i Polski.

Konsulat Generalny Rzeczypospolitej Polskiej 2 Kinnear Road Edinburgh EH3 5PE z dopiskiem “Wybitny Polak w Szkocji” Więcej informacji na temat konkursu oraz dokumenty do pobrania dostępne są na stronie www.pangeascotland.com

Complete documentation of each applicant should consist of: • Application form with signatures of the supporters. • Curriculum Vitae of the applicant. • Personal statement signed by the applicant whereby he/she/they agree(s) to participate in the contest and act according to its rules and conditions. • Personal statement signed by the applicant accepting the use of personal data by the organisers of the competition. Applications - with the heading “The Outstanding Pole in Scotland” - must be submitted to the following address by 7th March 2014: Consulate General of the Republic of Poland 2 Kinnear Road Edinburgh EH3 5PE

For more information about the competition, and to download the relevant documents, please visit the Pangea Scotland website: www.pangeascotland.com

25

February 2014

PANGEA MAGAZINE


DZIESIĘĆ DNI,

KTÓRE ZMIENIŁY POLONIĘ

eżeli cuda się zdarzają, to przeważnie następują niespodziewanie, ale w momentach, w których są najbardziej potrzebne. Wiele razy słyszymy: „Jeżeli Polacy przestaną się kłócić i wbijać sobie nóż w plecy, to będzie cud”, „Łączymy się tylko w sytuacjach kryzysowych - zrobić coś wspólnie w dzisiejszych czasach byłoby cudem, zawiść, zazdrość i nienawiść jest wszechobecna - wyplewienie tego z natury naszego narodu graniczy z cudem” - i tak dalej, i tak w nieskończoność. Jednak początek lutego 2014 roku, mimo swojego chłodu i zimowej nostalgii, przyniósł gorącą nadzieję i wiatr zmian, które - wierzę - są początkiem zmian i ewolucji Polonii.

J

W przeciągu dziesięciu dni spotykali się ze sobą liderzy biznesu, polityki, mediów, organizacji polonijnych i środowisk artystycznych. Spotkania odbywały się w przeróżnych okolicznościach i miejscach, od gorących plaż Florydy, przez Biały Dom, konferencje, aż po wspaniałe bale Polonaise w Miami czy w nowojorskim Plaza Hotel.

February 2014

PANGEA MAGAZINE

Liderzy Amerykańskiej Polonii nie tylko mieli szansę spotkać się i porozmawiać o najważniejszych dla naszej społeczności sprawach, ale wręcz rozpocząć proces, na który wszyscy długo czekaliśmy. Proces ułożenia wspólnej wizji, strategii działania, połączenia sił i podzielenia się obowiązkami, by jako kolektyw w pełni wykorzystać potencjał, jaki drzemie w dziesięciu milionach Polaków mieszkających w USA. Wszystko rozpoczęło się 30 stycznia w Miami, na

słonecznej Florydzie. Weekend, który był reklamowany przez Pangea Network jak rewitalizacja ciała, ducha i umysłu, był rezultatem współpracy trzech organizacji: Pangea Network, Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej oraz Polskiej Izby Gospodarczej na Florydzie. Organizacje te, działając wspólnie, przedstawiły trzy konkretne powody, dla których warto każdego roku spędzać pierwszy weekend lutego pod palmami Miami.


W czwartek, 30 stycznia, odbyło się spotkanie Polskich Izb Gospodarczych, które wraz z przedstawicielami rządu omawiały strategiczne plany polskiego biznesu w USA. Piątek był pierwszym dniem szóstej konferencji Pangea, która po raz drugi odbyła się w Miami. Tradycyjnie już na konferencji pojawili się liderzy biznesu, polityki, młodej Polonii i mediów. Gościem honorowym był ambasador Polski w USA Ryszard Schnepf, który podkreślił znaczenie takich spotkań, jakie odbywały się w Miami, oraz ważność współpracy pomiędzy organizacjami polonijnymi i jednoczenie się w naszych wspólnych celach. Konferencję otworzyła prezes Pangea, Marta Lefik, która witając gości, podzieliła się planami organizacji na rok 2014. Grzegorz Fryc, v-ce prezes Pangea, zaprezentował historię i szersze spektrum działalności stowarzyszenia, a o planach Pangea w Niemczech i w Unii Europejskiej wypowiedział się szef Pangea w Berlinie, Piotr Nowak. Kinga Plich, prezes Pangea Szkocja, zaprezentowała pierwsze wydanie „Pangea Magazine”, który - napędzany globalną dystrybucją - będzie promował życie polonijnych elit. O tym, jak być liderem i jakie czynniki są potrzebne, aby osiągnąć sukces, działając w lokalnych środowiskach, opowiedziała Katarzyna Żak, dyrektor Pangea w Denver, a Michał Skiba z Kalifornii przybliżył nam spojrzenie na szanse, jakie oferuje świat młodych polskich profesjonalistów z Doliny Krzemowej. Debatę na temat współpracy międzypokoleniowej rozpoczęła prezentacja delegata krajowego Kongresu Polonii Amerykańskiej, Zygmunta Staszewskiego, który zaznaczył, że największą siłę Solidarności, jak i KPA w czasach świetności tych organizacji, tworzyli ludzie między dwudziestym piątym a trzydziestym piątym rokiem życia. Zaapelował, aby dać szansę młodemu pokoleniu i zachęcił młodych profesjonalistów do licznego zapisywania się do oddziałów kongresu, w celu przejęcia odpowiedzialności i wywarcia realnego wpływu na losy tej zasłużonej organizacji, która potrzebuje, aby ktoś nadał jej dawnego blasku i mocy. Siła Polonii nie może być budowana bez udziału mediów, a międzykontynentalna sieć mediów polonijnych potrzebuje nowego modelu współpracy, by skutecznie wymieniać informacje, mówić o sprawach ważnych i zarazem docierać do dziesiątków milionów odbiorców, zarówno poza granicami kraju, jak i w Polsce. Nad wypracowaniem takiego modelu, jak i nad rozwiązaniem kwestii spornych, debatowali Leszek Sadowski,

VP Nowego Dziennika, Marcin Cejrowski, znany polski dziennikarz telewizyjny, oraz Darek Barcikowski, prezes White Eagle Media. O najważniejszym problemie Polonii - braku siły politycznej i zarazem o tym, jak poprawić obecną sytuację, wypowiadali się Ela Gołębiewska z PAL-PAC oraz Darek Barcikowski z APAC, który sam startował w wyborach amerykańskich i zarządzał też kampanią wyborczą na burmistrza Bostonu. Mianowaniem Alberta Bednarka na dyrektora Pangea Floryda zakończyła się pierwsza część konferencji. W drugiej, biznesowej część dnia, goście mogli dowiedzieć się o planach i obecnej sytuacji największej polskiej instytucji finansowej poza granicami kraju: Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej. Zdzisław Więckowski, członek elitarnego klubu Harvard Business Angels, mówił o możliwościach wykorzystywania rynków kapitałowych do polonizacji amerykańskich lub amerykanizacji polskich firm i przedsiębiorstw. Firmę Z&R Funding, sponsora konferencji Pangea, reprezentował Oskar Kowalski, który również prezentował alternatywne możliwości pozyskiwania kapitału w sektorze prywatnym na projekty, inicjatywy, czy rozpoczęcie swojego biznesu. Paweł Pietrasiński z Wydziału Handlu i Inwestycji w Waszyngtonie oraz Leszek Ladowski z Polskiej Izby Gos-

podarczej na Florydzie, podzielili się z uczestnikami informacjami dotyczącymi działań polskiego biznesu na poziomie federalnym i stanowym. Ostatnimi laty, bardzo szybko rozwijającą się branżą jest turystyka medyczna do Polski, o której opowiadał Marcin Cejrowski i Emma, właścicielka klinik dentystycznych w Warszawie, oraz prezes fundacji Wiewiórka Juli. Długi dzień obrad i bardzo ciekawych prezentacji zamknął Donald Kiolbassa, prawnik, księgowy i złoty medalista Kung Fu na olimpiadzie w Szanghaju. Donald przybliżył słuchaczom esencję swojej książki „Discover Your Dragon”, w której opisane są techniki samodzielnego ulepszania samego siebie. Dwa dni obrad zaspokoiły wystarczająco potrzeby intelektualne, a rozmowy networkingowe przeniosły się na salony i toczyły do późnego wieczora. Sobota była kolejnym dniem pełnym wrażeń i okazją do rewitalizacji ciała i kontynuacji rozpoczętych rozmów, podczas obozu integracyjnego Pangea, który odbył się na plażowych kortach do siatkówki na najpopularniejszej plaży Miami - South Beach. Wieczorem tego samego dnia, naładowani słońcem i pozytywną energią goście udali się na 42 Bal Polonaise, organizowany przez Amerykański Instytut Kultury Polskiej w Miami. Pierwsza para balu, Blanka Rosenstiel oraz prezydent Lech Wałęsa, uroczystym polonezem rozpoczęli wieczór pełen wielkich emocji, zaszczycony obecnością elitarnych gości: książąt i szlachty wielu krajów, naukowców, polityków, przedsiębiorców i wybitnych postaci z każdej dziedziny życia. Pośród nagrodzonych tego wieczoru znaleźli się Maria Teresa Carrizo - filantropka i światowej sławy balerina, Iwo Cyprian Pogonowski - historyk, pisarz i wynalazca, niezwykle zaangażowany i zasłużony w walce o sprawy polskie, dr Witold Zajewski - za pomoc niesioną Polonii, oraz Andrew Nagorski - wybitny autor i korespondent magazynu „Newsweek”, który otrzymał statuetkę z rąk prezydenta Wałęsy. Nagrodą „Amicus Poloniae”, przyznawaną za wybitne wysiłki w budowaniu więzi i kooperacji pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi, uhonorowani zostali Nabil Achkar i Mark Rosenberg, prezydent Florida International University. Nagrodę wręczył ambasador Polski w USA, Ryszard Schnepf. Pośród wyróżnionych znalazł się też Grzegorz Fryc, v-ce prezes Pangea, którego wyróżnienie było uhonorowaniem wysiłku wszystkich ludzi Pangea i całego młodego pokolenia, które buduje siłę nowej Polonii. Siła ta była też widoczna

February 2014

PANGEA MAGAZINE


podczas 42 Balu Polonaise, gdzie w bardzo licznej grupie pojawili się ludzie młodzi - uczestnicy wcześniejszych konferencji i spotkań. Trzy piękne wydarzenia w trzy dni, stworzone przez trzy organizacje, piękna oferta dla każdego, kto pragnie się oderwać od zamarzniętej rzeczywistości i odpocząć w słońcu, a zarazem wykorzystać produktywnie czas na poszerzenie swojej wiedzy, poznanie świetnych ludzi z całego globu, oraz pojawienie się na jednym z największych balów polskich na świecie. Wymarzona podróż służbowa, której prawdopodobieństwo graniczy z cudem. A jednak cuda się zdarzają – wtedy, kiedy pracujemy razem. Polonia amerykańska wysłała mocny sygnał z gorącej Florydy jak działać czynem, a nie słowem i można założyć, że w kolejnych latach polskie weekendy w Miami rozrosną się do jednej z największych polskich imprez na świecie. Kolejne dni minęły na prywatnych spotkaniach i zebraniach zarządów, które snuły swoje wizje i plany natchnione magią minionych dni i gorących promieni słońca Florydy. Dla wyselekcjonowanej grupy liderów był to też czas na przygotowanie się do ważnego spotkania w Białym Domu, na które licznie została zapro-

February 2014

PANGEA MAGAZINE

szona Polonia. „Ethnic Day” to dzień, w którym raz do roku administracja prezydenta Stanów Zjednoczonych zaprasza do Białego Domu liderów grup etnicznych żyjących w USA, aby porozmawiać o sprawach ważnych dla diaspor. Na spotkanie, które odbyło się w piątek, 7 lutego, zostało zaproszonych ponad sto osób, w tym dwudziestu pięciu Polaków. Byli tam m. in. przedstawiciele Kongresu Polonii Amerykańskiej, Piast Institute, Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej, Polish American Forum, American Polish Advisory Council, Pangea Network, Nowego Dziennika, White Eagle Media, American Institute of Polish Culture, Spata oraz inni liderzy Polonii, reprezentujący wszystkie największe skupiska geograficzne Polaków w USA. Przyjechali, aby walczyć o sprawy polskie i z walki tej możemy być dumni. Ponad połowę osób przemawiających podczas spotkań stanowili reprezentanci Polonii. Nieprzygotowani na taką falę argumentów, przedstawiciele administracji prezydenta Obamy cały czas byli w defensywie. Przewodnią myślą polskiej grupy było zniesienie wiz dla Polaków. Administracja Obamy uzależnia zniesienie wiz dla naszych obywateli od powodzenia reformy emigracyjnej, której głównymi beneficjentami będą latynoskie grupy etniczne. Sprawa polskich wiz wymaga osobnej ustawy i nie powinna być doczepiona do reformy, która ma słabe szanse powodzenia w kongresie. Kiedy reprezentant Polonii zapytał, czy istnieje plan

B dla Polaków w razie niepowodzenia reformy imigracyjnej, przedstawicielka Białego Domu szczerze odpowiedziała że nie. Cud w Białym Domu się nie wydarzył, ale wydarzył się za to po spotkaniu, jeszcze tego samego wieczoru. Liderzy Polonii zasiedli przy symbolicznym okrągłym stole i wspólnie zastanowili się nad strategią, mającą na celu wypracowanie efektywnej siły politycznej Polaków w USA. Okazało się, że mamy wszystkie narzędzia i elementy, które potrzebne są do zbudowania takiej siły; problem polegał między innymi na tym, że organizacje działały osobno, a nie jako kolektyw. Połączenie sił, podział obowiązków i stworzenie wspólnego frontu w walce o najważniejsze cele polityczne dla Polonii - to nasza jedyna szansa, żeby wywrzeć realny wpływ na politykę Waszyngtonu. Stworzenie takiego frontu wydawało się nierealne, a jednak stało się faktem. Dokonał się cud - Polonia zaczęła mówić jednym głosem. Wspólne zdjęcie pod pomnikiem Tadeusza Kościuszki, który stoi przed Białym Domem, przypieczętowało ten historyczny moment, który - dobrze wykorzystany - umożliwi nam osiąganie kolejnych celów, na dzień dzisiejszy graniczących z cudem. Zasiane zostało ziarno, którego owoce zobaczymy już w niedalekiej przyszłości. Finał dziesięciu ważnych dla Polonii amerykańskiej dni odbył się w nowojorskim Plaza Hotel, gdzie Polish Assistance Inc zorganizowała 55 Bal Polonaise, w tym roku oddający hołd wpływowym kobietom. Pośród wy-


różnionych gości znalazła się Blanka Rosenstiel, Witold Sulimirski i William J. Nareski II. Lady Blanka podczas swojego przemówienia podkreśliła, jak ważne jest angażowanie młodej Polonii do budowania przyszłości naszej grupy społecznej w USA. Wyróżniła też Grzegorza Fryca i organizację Pangea za pracę, jaką wykonują na rzecz budowania siły młodej Polonii w Nowym Jorku, w USA i na świecie. Dziesięć dni nieprawdopodobnych spotkań, rozmów i wrażeń w różnych miastach i częściach Ameryki. Ze znajomości, które się nawiązały, na pewno powstanie dużo kolaboracji, projektów. Przedsiębiorcy, działając wspólnie, zarobią duże pieniądze, dokona się jeszcze mnóstwo pięknych rzeczy. Ale najważniejsze jest chyba to, że poprzez kooperację wypracowaliśmy szansę na stworzenie realnej siły politycznej w USA. Siły, która pomoże nam w każdym aspekcie naszego życia, pomoże znieść wizy i rozwiązać inne problemy naszej grupy etnicznej. Siły, która popchnie nasze argumenty na

wyższe szczeble administracji i zapewni bezpieczeństwo naszych interesów w kongresie, a także na szczeblu miejskim i stanowym. To jest kolejny cud, na jaki wszyscy w Polonii czekamy i po dziesięciu dniach,

które wzmocniły Polonię - jestem pewien, że jesteśmy bliżej osiągnięcia tego celu niż kiedykolwiek w ostatnich latach.

If you would like to read the above article in English, please visit our website www.pangeamagazine.com.

February 2014

PANGEA MAGAZINE


2007 roku Donald Hyun Kiolbassa otrzymał zaproszenie na pobyt w chińskim Klasztorze Shaolin, uważanym za kolebkę współczesnych sztuk walki. Miał tam przebywać w odosobnieniu jako mnich-wojownik.

W

Podczas pobytu w świątyni Donald dogłębnie poznał kulturę Chin. Dowiedział się między innymi, że Chińczycy, jedna z najstarszych cywilizacji na świecie, uważają Smoka za symbol mocy. Ponadto zrozumiał, że sztuki walki wykorzystywane są przez mnichów do ćwiczenia ludzkiego charakteru. Życie mnicha tak zainspirowało Donalda, że po powrocie do Stanów postawił sobie za cel „wykreowanie Smoków”. Tak właśnie powstała książka pod tytułem „Discover Your Dragon” („Odkryj w sobie smoka”). Autor książki stara się w niej przenieść zasady chińskich sztuk walki na program rozwoju osobowości u uczniów i pracowników. Od niedawna takie programy treningowe, które skupiają się na aspekcie społecznym i emocjonalnym, zaczęły być wprowadzane w szkołach i firmach na całym świecie. Idąc w ślady takich pozycji, jak „Sztuka wojny” czy „Księga pięciu kręgów”, autor książki „Discover Your Dragon” podaje inspirujące i praktyczne przykłady oraz sposoby na kreowanie lepszej atmosfery w klasie oraz miejscu pracy. W przeciągu roku książka ta stała się obowiązkową lekturą w ponad dwustu amerykańskich szkołach. Donald Hyun Kiolbassa jest polsko-koreańskiego pochodzenia. Do tej pory nie miał jednak styczności z polską kulturą, ponieważ większość czasu spędził w Azji. Z Polską zaznajomiła go dopiero Marta Lefik, Prezes Pangea Network. To właśnie Marta Lefik, która od dawna jest orędowniczką świadomych społecznie praktyk biznesowych, zaprosiła autora „Discover Your Dragon” na Konwencję Pangea 2013 do Kazimierza Dolnego. Jego przemowa była hitem dla publiczności. Co powiedział o Polsce? „Moją misją jest zmiana świata na lepsze, poprzez rozwijanie osobowości uczniów i pracowników, przy pomocy reguł sztuk walki. Cieszy mnie sukces, jaki odniosła książka, ale jestem też dumny z moich polskich korzeni”. Donald Hyun Kiolbassa jest prawnikiem i biegłym rewidentem zamieszkałym w Chicago, w stanie Illinois. Jest on także złotym medalistą sztuk walki z Igrzysk Sportów Nieolimpijskich z 2008 roku, w których reprezentował USA. Dzięki tej wygranej rozpoczęła się jego kariera w przemyśle rozrywkowym. Obecnie Donald Hyun Kiolbassa jest aktorem do sesji motion capture, a jego ruchy są podstawą animacji w takich grach jak „Mortal Kombat 9” oraz „Injustice: Gods Among Us” studia Warner Bros.

n 2007, Donald Hyun Kiolbassa was invited to live as a Martial Arts Monk in seclusion at the Shaolin Temple in China. The Shaolin Temple is considered the birthplace of all Modern Day Martial Arts.

I

While living there, Donald learned a lot about the Chinese culture. As one of the oldest civilizations in the world, he learned that the Chinese people treated the Dragon as a symbol of power. He also learned that the

February 2014

PANGEA MAGAZINE

Monks used Martial Arts as a physical exercise to develop character. Donald was so inspired by his experiences as a Monk. When he had returned to America he was on a mission to “Make Dragons!” So he wrote “Discover Your Dragon”. “Discover Your Dragon” is a book and program, which translates Chinese Martial Arts principles for character development for students and employees. Recently, schools and businesses worldwide are implementing social and emotional programs to develop character of students and employees. Following in the tradition of books like “The Art of War” or “The Five Rings,” “Discover Your Dragon” provides exciting but practical examples and approaches to developing better environments in the classroom and the workplace. In just over a year, “Discover Your Dragon” is a required reading book in over 200 schools across America. Donald is half Korean and half Polish. However he did not have much experience with the Polish culture, because of the amount of time he spent in

Asia. Donald was introduced to Poland through Marta Lefik, President of the Pangea Network. Ms. Lefik has long been a proponent of socially conscious business practices decided to feature “Discover Your Dragon” at the 2013 Pangea Convention in Kazimierz Dolny, Poland. The feature was a hit with the audience! What was Donald’s reaction to Poland? He says, “My mission is to make the world a better place by developing the character of students and employees through Martial Arts principles. I am proud of the success of “Discover Your Dragon”, but I am also proud of my Polish roots.” Donald Hyun Kiolbassa is a Korean Attorney & CPA based in Chicago Illinois. Donald is also a gold medallist for the 2008 USA Wushu Team (World Games, China). This led him into the entertainment industry, and he is the motion capture action model for some of the biggest fighting video game animation in the industry such as Warner Bros. “Games Mortal Kombat 9” and Injustice: “Gods Among Us.“



anie i panowie, kurtyna opadła, trzecia edycja Play Poland Film Festival w Wielkiej Brytanii i Kanadzie dobiegła końca. Kto nie był, niech żałuje i ostrzy sobie zęby na przyszłoroczną turę lub rezerwuje bilet na zamorskie wojaże po Chinach, Stanach Zjednoczonych i Norwegii, gdzie projekcje festiwalowe odbędą się jeszcze w ciągu najbliższych kilku miesięcy. My tymczasem pokusiliśmy się o drobne podsumowanie – trochę dla porządku, trochę dla przywołania wspomnień, trochę na pohybel nieobecnym.

P

Zaczęliśmy z przytupem, bo w hotelu Sheraton w Edynburgu. Właśnie tam odbyła się gala inaugurująca Festiwal, w której udział wzięły ważne postacie dla życia emigracyjnego, ale także przyjaciele i goście tegorocznej edycji Play Poland. Już otwarcie Festiwalu dowiodło, że PPFF to nie tylko przegląd, ale wielkie święto polskiego kina za granicą. Film jest więc tu obecny w kontekście wielu innych wydarzeń artystycznych, prowokujących do tego, co stanowi sedno naszej imprezy – spotkań i integracji. Play Poland nie zamyka się na jedną konwencję, pozostając otwarte na nowe po-

February 2014

PANGEA MAGAZINE


chunkowy, sięgały do polskiej historii, jątrząc ją i prezentując odległe wydarzenia z nieoczywistej perspektywy („Syberiada polska”, „Obława”); inne podejmowały kontrowersyjne tematy polskiej współczesności („W imię…”, „Bez wstydu”, „Bejbi blues”) lub też z precyzją prosektora analizowały zawiłości ludzkiej natury („Trzy siostry T”, „W sypialni”). W niektórych przypadkach projekcje Play Poland były jedyną okazją dla członków Polonii, by zetknąć się z filmami odnoszącymi przecież triumfy w kraju. Projekcje pięciu filmów dokumentalnych („Maria”, „Eksmisja”, „Mechanizm obronny”, „Wojtek. Niedźwiedź, który poszedł na wojnę” oraz „Druga strona plakatu”) były ważnym wydarzeniem z co najmniej kilku przyczyn. Pierwsza wiąże się ze wspomnianą dążnością Festiwalu do integracji – wewnętrznej, zewnętrznej i międzypokoleniowej – polskiej społeczności żyjącej za granicą. Sfilmowana historia niedźwiedzia Wojtka była doskonałym pretekstem do przypomnienia losów

mysły i świeżą krew. Tak było i tym razem. Przez festiwalowe ekrany przewinęły się dziesiątki animacji, etiud i propozycji krótkometrażowych prezentujących to, co najlepsze i najbardziej obiecujące w młodym polskim kinie. Pieczę nad wartością artystyczną prezentowanych materiałów trzymały m.in. najlepsze polskie uczelnie filmowe (PWSFTviT w Łodzi, Wydział Radia i Telewizji UŚ w Katowicach, itd.), a także uznane festiwale krajowe (Krakowski Festiwal Filmowy, Camerimage, itd.) i renomowane wytwórnie (Studio Munka, Studio SEMA-FOR, itd.). Znawcy ze wspomnianych instytucji wyselekcjonowali dla nas dzieła swoich najzdolniejszych podopiecznych. Oprócz młodych wilków, na Festiwalu pojawiały się i ściągały rzeszę widzów, filmy uznanych twórców. Niektóre z nich wpisywały się w nurt obra-

Polaków w czasie II Wojny Światowej oraz tego, jak powstała tzw. Stara Polonia. O tym wszystkim opowiedziała nam Aileen Orr, autorka książki o sympatycznym żołnierzu oraz założycielka Wojtek Memorial Trust, a także jeden z reżyserów dokumentu – Will Hodd. Kolejna ze wspomnianych przyczyn wiązała się z projekcją filmu „Druga strona plakatu” przedstawiającego historię ruchu artystycznego, który z dystansu czasowego, a także przestrzennego (jego przedstawiciele szybko zyskali sobie ogromną sławę i uznanie zagraniczne) został określony mianem Polskiej Szkoły Plakatu. Pokaz filmu był elementem większego panelu tegorocznej edycji Play Poland, poświęconego plaka-

tom filmowym właśnie. Choć wystawy posterów takich mistrzów konwencji, jak m.in. Franciszek Starowieyski, Jakub Erol, Jan Młodożeniec, Lech Majewski, towarzyszyły nam już w ubiegłych latach, w bieżącym roku pierwszy raz jeden z gigantów polskiej grafiki odwiedził nas osobiście. Andrzej Pągowski, bo o nim mowa, zaprojektował plakat tegorocznej edycji Play Poland, poprowadził wykład oraz inspirujące warsztaty tworzenia posterów („Let’s make a film poster!”), a wszystko z niebywałym wprost zaangażowaniem i otwartością na uczestników festiwalu. Jego praca i przede wszystkim niezwykle serdeczna postawa sprawiły, że dołączył on do wyśmienitego grona honorowych patronów Festiwalu, co stanowi jedno z ważniejszych wydarzeń w historii imprezy. Oprócz Pągowskiego, w Edynburgu niezwykle miło było nam ugościć również Macieja Kowalewskiego – zasłużonego reżysera teatralnego, który przyjechał do nas ze swoim filmowym debiutem reżyserskim „Trzy siostry T”, a także Ewę Bińczyk – graficzkę, która na otwarciu Festiwalu zapoznała nas z autorską wizją swoich prac. Z kolei naszą londyńską odsłonę uświetnił swoją obecnością młody i piekielnie zdolny reżyser, scenarzysta i specjalista od efektów specjalnych – Tomasz Popakuj, który poprowadził warsztaty połączone z projekcją jego nowego i już obficie nagradzanego filmu „Ziegenort”. Na koniec – nieco przemawiającej do wyobraźni statystyki. W trakcie trzeciej edycji Play Poland Film Festival zorganizowano trzy wystawy grafik młodych polskich artystów (Ewa Bińczyk, Maja Maciek ze Sławomirem Łukuciem oraz Igor Myszkiewicz), wzięto udział w czterech tematycznych warsztatach (tworzenie plakatów filmowych w Edynburgu, animacja i makijaż filmowy w Londynie oraz warsztaty dla dzieci w Belfaście), zaprezentowano 22 wystawy plakatów autorstwa projektantów z Polskiej Szkoły Plakatu, zorganizowano 25 pokazów 8 filmów pełnometrażowych i 37 pokazów ponad 100 filmów krótkometrażowych, animacji oraz dokumentów. Wszystkie wydarzenia odbyły się w 20 różnych lokalizacjach, w 8 miastach, w niecałe trzy miesiące. Z satysfakcją należy przyznać, że jest to imponujący wynik. Malwina Mus Zdjęcia: Play Poland Film Festival, www.playpoland.org.uk


adies and gentlemen, the show is over. The third edition of the Play Poland Film Festival in the United Kingdom and Canada has come to an end. All those who have missed it should regret it and should already be looking forward to next year’s events. It is about time to book your tickets for overseas travels to China, United States of America and Norway where the festival screenings will take place in the next few months. In the meantime, we thought it would be worthwhile to give you a short summary - for the sake of keeping things in order, for our own memories

L

promotion of greater integration being one of the festival’s aims. Play Poland remains open to new ideas and genres as well as new faces. This was certainly the case this time as we poured dozens of animations and shorts onto the screens of the festival’s venues. We have presented some of the best pictures by some of the most promising young Polish filmmakers. The artistic quality of the selected films was overseen by, among others, such prestigious Polish film schools as The Leon Schiller National Higher School of Film, Television and Theatre in Łódź and the Krzysztof Kieślowski Radio and Television Faculty at the University of Silesia in Katowice. In addition, nationally recognised film festivals such as Kraków Film Festival and Camerimage as well as film studios – Munk Studio and SE-MA-FOR Studio were also involved. Experts of those institutions made a very careful selection of works of their most talented adepts. In addition to the new generation of filmmakers, the festival has also succeeded in attracting audiences to the films of already established names in Polish cinema. Some of the films related to the so-called auditing cinema (pol. nurt obrachunkowy) which deals with important aspects of Polish history in an ambiguous manner (e.g. Siberian Exile, Manhunt). Others brought up controversial issues of contemporary Poland (In the Name Of…, Shameless, Baby Blues) and analysed perplexed human nature with prosecutor’s precision (Three Sisters T, In The Bedroom). In some cases, the Play Poland screenings were the only opportunity for Polish communities to see the new Polish blockbusters. 5 documentaries (Maria, Resettlement, Defence Mechanism, Wojtek. The Bear That Went to War and Behind the poster) were shown at the festival, creating much interest for various reasons. First, as mentioned above, the festival organisers aimed

to bring together members of the Polish community abroad, regardless of age, background or geographical area. The footage of Wojtek the Bear was a fantastic opportunity to remind the attendants the fate of Poles during the World War II and origins of the so-called Old Polonia. The film screening was accompanied by a meeting with

and also… for the misery of those who were missing out. We kicked off in style with the opening gala taking place in the Sheraton Hotel in Edinburgh. Among attendants were many important figures of the Polish Community as well special guests and friends of the festival. The opening alone has proven that the event is not just a festival but a huge celebration of Polish cinema abroad. Thus, film as an art was accompanied by other forms of artistic expression – the

February 2014

PANGEA MAGAZINE


Aileen Orr, the author of the book on the famous solider-bear and the founder of the Wojtek Memorial Trust, as well as one of the film directors, Will Hodd. Another screening which generated much interest was of Behind the poster. The film showed the history of an artistic movement which subsequently became known as Polish School of Posters as its members had quickly gained international recognition. The screening was a part of the broader part of this year’s edition of the Play Poland Film Festival dedicated to film posters. Although exhibitions of works by e.g. Franciszek Starowieyski, Jakub Erol, Jan Młodożeniec, and Lech Majewski were with us in previous years, this year one of the greatest artists – Andrzej Pągowski – paid us a visit. He also designed this year’s poster promoting Play Poland, gave a talk at the opening gala and led a very inspiring workshop on poster design entitled ‘Let’s make a film poster!’ His passion, openness and enthusiasm towards people participating in the events was remarkable. We felt compelled to ask him to become an honorary patron of the festival, which was one of the greatest moments in the history of Play Poland. We also had the pleasure of welcoming Maciej Kowalewski, a respected theatre director who honoured us with his film debut Three Sisters T, as well as graphic artist Ewa Bińczyk. In London our special guest was the young and immensely talented director, script writer and FX expert, Tomasz Popakuj. Tomasz also led a film workshop accompanied by a screening of his new award-winning picture, Ziegenort. Lastly, some stats to cast light on our achievements; During the 3rd edition of the Play Poland Film Festival we organised three exhibitions of works by young Polish graphic artists – Ewa Bińczyk, Maja Maciej, Sławomir Łukuć and Igor Myszkiewicz. We took part in four themed workshops (film poster design in Edinburgh, animation and film make-up in London as well as kids workshop in Belfast). We opened 22 exhibitions of film posters of the Polish School of Posters designers, organised 25 screenings of 8 feature films, and 37 screenings of over 100 short films, animations and documentaries. All the events took place in 20 different venues in 8 cities in less than 3 months. With pleasure we admit this is an impressive result. Filled with joy and energy resulting from the great response of our target audience, we are setting forth for another edition, which we believe will be better than ever. Who knows Malwina Mus what surprises might be in store next year!

February 2014

PANGEA MAGAZINE



MISTRZ POLSKIEGO PLAKATU ndrzej Pągowski, jeden z najznakomitszych polskich grafików i plakacistów. W Polsce oraz za granicą wydano ponad tysiąc plakatów jego autorstwa, zapowiadających sztuki teatralne, filmy, festiwale sztuk i konkursy piosenek. Mieliśmy zaszczyt porozmawiać z Andrzejem i mamy nadzieję, iż ta rozmowa przyniesie również Państwu wiele przyjemności.

A

W minionym roku brałeś udział w wielu imprezach artystyczno-kulturalnych, festiwalach, wy stawach, warsztatach… Z pewnością nie nar zekałeś na brak atrakcji. Które wydarzenie wspominasz najmilej? A może coś cię zaskoczyło? Andr zej Pągowski: Rzeczywiście, to był dla mnie bardzo owocny i dynamiczny rok. Wszystko zaczęło się w Muzeum Kinematografii w Łodzi, 19 kwietnia, w moje 60–te urodziny. Świętowałem je, wśród publiczności i przyjaciół, na wystawie moich plakatów filmowych „Andrzej Pągowski – ilustrując filmy”. To była potężna wystawa. Ponad 400 plakatów. Dzięki niej, mam całkowicie skatalogowany ten dział mojej twórczości. Przy okazji zorientowałem się, że ponad 100 plakatów nie miałem zapisanych we własnym archiwum. To było pierwsze zaskoczenie. Drugie, to jak ludzie reagowali na tę wystawę. Okazało się, że pamiętają moje prace z ulic naszych miast, z gablot kinowych. Potem posypały się propozycje wystaw. Z zagranicznych wybrałem Edynburg i Stambuł. Obydwie wystawy były dużym zaskoczeniem.

letowym, co jest bardzo oryginalnym pomysłem. Jak zrodziła się idea tej serii? Czy osiągnęła zamierzony cel? Andr zej Pągowski: Kolekcję „Pągowski for Empik” wymyślił szef firmy, Olaf Szymanowski. Zaprosił kilku artystów do współpracy. Mnie zaproponowano stworzenie kolekcji na bazie plakatów. Zaproponowałem zestaw 20 prac, oni wybrali 16, które ukazały się na canvasach, pinach, kubkach, magnesach, torbach płóciennych, no i na papierze toaletowym. Całość dobrze się sprzedała, choć nie wszystkie prace znalazły odbiorców. Dziś klient już nie szuka plakatu do dekoracji ściany chyba wydaje mu się to zbyt tanie. Obraz tak, ale plakat? Co innego kubki czy torby, to tak. To było kupowane. Jest to pierwszy krok i pierwsze doświadczenie. Ludzie zbyt daleko odeszli od kultury i jej rozumienia. Tę publiczność trzeba ponownie ODZYSKAĆ i WYEDUKOWAĆ. I to właśnie zaczął robić Empik.

Jakie wspomnienia pozostawił po sobie Play Poland Film Festival w Edynburgu? Opowiedz o warsztatach plakatu, które poprowadziłeś w Szkocji. Andr zej Pągowski: Do Edynburga jechałem, wiedząc trochę o tym Festiwalu, ale nie znając ani organizatorów, ani klimatu imprezy. Korespondowaliśmy jakiś czas, ustalając szczegóły. Zobowiązałem się wykonać plakat do tej imprezy. Zawsze męczy mnie wybieranie plakatów na moje wystawy. W Polsce robi to mój przyjaciel, Piotrek Dąbrowski, który je organizuje, a tu musiałem sam zadecydować i jeszcze przesłać pliki do druku. Wszystko, jak zwykle u mnie, na ostatnią chwilę, ale się udało. Wszystkie te „dookoła” artystyczne sprawy zabierają mi czas przeznaczony na pracę i z tym mam największe problemy. Po długiej podróży z przesiadkami, wylądowałem na miejscu i jak zobaczyłem na lotnisku witającego nas Mateusza Jarzę, to od razu wiedziałem, że będzie dobrze. Ujął mnie swoją postawą, uśmiechem i osobowością. Kocham takich ludzi, ludzi z pasją - a to biło od niego na kilometr. Super były też warsztaty i spotkania z ludźmi, którzy naprawdę chcieli ze mną popracować i czegoś się nauczyć. Pracowaliśmy „unplugged”, czyli bez prądu - tradycyjnymi metodami - bo uważam, że ręka i rysunek są podstawą projektowania. No i oczywiście głowa. Powstało kilka fajnych projektów. Mam nadzieję, że im trochę siebie przekazałem. Jes teś o sobą bardzo akt ywną, bier zesz udział w licznych spotkaniach z młodymi ludźmi, czy to w Polsce, czy za granicą. Na czy m polega „ewenement” Pągowskiego? W doskonały sposób potrafisz nawiązać kontakt z każdym, bez względu na wiek; w dobie nijakości potrafisz zainteresować sztuką, a młodzież lgnie do ciebie jak pszczoły do miodu. Zdradziłbyś, na czym polega ten sekret? Andr zej Pągowski: Oj, tego to nie wiem, ale bardzo lubię i cenię takie wielopokoleniowe dyskusje i spotkania. Każda strona coś z tego ma. Mimo sześćdziesięciu lat myślę, że w środku jestem ciągle tym niepokornym chłopcem, który ciągle się wiercił i czegoś szukał. Może „to” młodych pociąga; ta otwartość na ryzyko, na pójście pod prąd… na mówienie co się myśli, a nie - co wypada. Pewnie też trochę sposób bycia i ubierania - wychowałem się na ostrym Rocku. Kocham muzykę i kolorowe ciuchy. Często mówię, że kanty (w spodniach) zawsze mnie uwierały. A co do sztuki, kocham to, co robię i jest to moją pasją. Oni pewnie też „to” czują i wiedzą, że nie ściemniam. Jak kiedyś powiedziałem, że „papierosy są do dupy” to dzieciaki mnie pokochały, ale gdybym palił, to pewnie wyczułyby, że je oszukuję. Trzeba w rozmowie z nimi być uczciwym. Ostatnio w Empikach w całej Polsce pojawiła się kolekcja z twoimi kultowymi plakatami drukowanymi na kubkach, magnesach, torbach lnianych… i na papierze toa-

Jesteś autorem 1200 plakatów wydanych drukiem; kiedy właściwie zdecydowałeś, że zostaniesz właśnie plakacistą? Kiedy zaczęła się twoja przygoda z plakatem? Jaki był pierwszy plakat, który zrobiłeś na zlecenie? A ndr zej Pągow ski: Przygoda z plakatem zaczęła się na studiach w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu. W 1974 roku znalazłem się w pracowni wspaniałego artysty, jednego z wielkich twórców słynnej „Polskiej Szkoły Plakatu” - Waldemara Świerzego. To on przekonał mnie do plakatu i sprawił, że przeniosłem się z malarstwa na grafikę. Gdy w 1978 roku robiłem pracę dyplomową, miałem już kilka plakatów zrealizowanych drukiem, m.in. do sztuki „Mąż i Żona” dla Teatru Narodowego. To był mój pierwszy plakat wykonany na zlecenie. W dniu obrony dyplomu dostałem za niego brązowy medal na Międzynarodowym Biennale Grafiki w Brnie. Pierwszy plakat i pierwsza nagroda za plakat. K ażdy twój plakat to osobna praca, która powstaje pod wpływem jakiejś inspiracji. Czy na początku swojej kariery miałeś kogoś, na kim się wzorowałeś? Ktoś podpo-

February 2014

PANGEA MAGAZINE


wiedział ci, w którym kierunku pójść? Czy był ktoś, kto miał wpływ na kształtowanie się stylu, w któr ym tworzy sz? Andrzej Pągowski: Dużo czytam i oglądam. Śledzę trendy i kierunki, ale po to, by wiedzieć co robią inni. Ja do każdego zlecenia podchodzę indywidualnie. Staram się, by moja praca wynikała z tematu, do którego ją projektuję. Jeżeli jest to plakat do filmu czy spektaklu teatralnego, to chcę, by był jego kontynuacją na ulicy jego częścią. Nie mam jako takich wzorców. Tworzę tak „jak czuję” i uważam, że „powinno być”. Jednak spędzam dużo czasu na rozmowach z zamawiającym. Mój profesor, Waldemar Świerzy, nauczył mnie jednego: by nie bać się pracy i kochać to, co się robi, i tak jest do dziś. Mam gdzieś, czy to, co robię, podoba się komuś, czy nie. Jeżeli ten, kto zamawia uważa, że dobrze wykonałem swoja pracę, to dla mnie jest ok. Najważniejsza jest akceptacja zamawiającego. Tylko on zna założenia, jakie miałem spełnić. Plakatu nie można oceniać tylko poprzez obraz. Musi on spełniać trzy warunki: zamówienie, projekt, ulica. Wtedy jest plakatem. Jeżeli nie był na ulicy, jeżeli nie powstał na zamówienie, to jest obrazem, a ja tworzę plakaty. Już na koniec… Nowy Rok, nowe 365 dni… Jakie masz plany? Co Andr zej Pągow ski planuje na rok 2014? Czym nas tym razem zaskoczy? Andr zej Pągowski: To też będzie interesujący rok. Najważniejszy projekt to październikowa prezentacja „Nowego Pocztu Władców Polski”, który realizowałem przez ostatnie 10 lat z Waldemarem Świerzym. Profesor zmarł 27 listopada 2013 roku, ale zdążył skończyć pracę. Cały „Poczet” będziemy prezentować na Zamku Królewskim w Warszawie. Poza tym, przygotowania do wystawy plakatu teatralnego, chyba w czerwcu. Nowa seria dla Empiku, marcowa prezentacja mojej książki, którą pisałem z Dorotą Wellman przez dwa lata. Jeszcze projekt z Narodowym Centrum Kultury na Forum Ekonomicznym w Krynicy. Wystawa na Festiwalu w Międzyzdrojach, gdzie będę odciskał dłoń w Alei Gwiazd. A na co dzień… praca w mojej Agencji i zlecenia, o których jeszcze nie wiem, więc jak widzisz, te 365 dni to cholernie mało. Monika Ciska

The Master of the Polish Poster A

ndrzej Pągowski is one of the finest Polish graphic designers and poster artists. His posters present theatrical plays, films, art festivals and various songs’ competitions. Thanks to our journalists, Andrzej got interested with our magazine and we were delighted to have a creative conversation with him. Shall we say no more and invite you to reading the following interview. Hope you enjoy it as much as we did.

moment, but I managed to do it. All these matters take from me the time meant for work and this is my biggest problem. After a long journey, I arrived and when I saw, welcoming me, Mateusz Jarza I knew at once that it will all be fine. He charmed me with his attitude, smile and personality. I love such people, people with passion. Also great were workshops and meetings with people who really wanted to work with me and learn something. We worked “unplugged”, that is without electricity – using traditional methods because I think that a hand and a drawing are the bases of designing, and a head, of course. A few nice pictures were made. I hope that I gave them something of myself.

Last year you took part in many art and cultural events, festivals, exhibitions, workshops… for sure, you didn’t complain for lack of attractions. Which event do you remember best? Or, maybe, you were surprised by something? Andr zej Pagowski: Indeed, for me it was a very fruitful and dynamic year. All this started in the Museum of Cinematography in Lodz, on 19th April, on my 60th birthday I celebrated it among audiences and friends, at the exhibition of my film posters “Andrzej Pagowski — illustrating films”. It was a huge exhibition... over 400 posters. Thanks to it, I have now completely filed this part of my creations. I realised, by the way, that over 100 posters weren’t filed in my own archive. It was the first surprise. The second one was how people reacted towards this exhibition. It turned out that they remember my works from seeing them in the streets of our cities, from cinema displays. Then exhibition proposals came. From abroad the ones I chose were Edinburgh and Istanbul. Both exhibitions were a great surprise.

You are a very active person; you take par t in many meetings with young people both in Poland and abroad. What is the essence of Pagowski? In a per fect way you can make contact with everybody regardless their age; in an era of dullness you can inject an enthusiasm for ar t, and young people come to you like a bee to honey. Will you reveal the secret? Andrzej Pagowski: Oh, I don’t know it, but I like and value such multi-generational discussions and meetings very much. Each side gains something out of it. Despite my sixty years of age I think that inside I am still the same boy who couldn’t sit still and was always looking for something. Perhaps this is what attracts the young: the openness to risk, to going against the mainstream… to saying what you think and not what you are supposed to say. Perhaps also the style of life and dress – I grew up with hard rock music. I love music and colourful clothes. I often say that creases (in trousers) always pinched me. As for the art, I love what I do and it’s my passion. They probably feel this as well and know that I don’t beat around the bush. When I once said that cigarettes are shite the kids loved me, but if I smoked, they would probably feel I cheated them. You need to be honest with them.

What memories were lef t af ter Play Poland Film Festival in Edinburgh? Tell us about poster workshops you ran in Scotland. Andrzej Pagowski: I was going to Edinburgh, knowing little about this Festival, but knowing neither the organisers, nor the event’s atmosphere. We wrote back and forth for some time setting up details. I promised to make a poster for this event. Choosing posters for my exhibitions always makes me tired. In Poland it is done by my friend Piotrek Dabrowski who organises them but here I had to make decisions by myself and even send files to print. Everything, as usual with me, was at the last

February 2014

PANGEA MAGAZINE

Recently, in Empik in whole Poland, a collection of your cult posters appeared printed on mugs, magnets, linen bags… and on a toilet paper, a ver y original idea. How did you come out with this idea? Did it achieve its aim? Andrzej Pagowski: The idea of the collection “Pagowski for Empik” came from the company boss, Olaf Szymanowski. He invited a few artists to work in co-operation.


It was suggested that I should create a poster-based collection. I proposed 20 works; they chose 16, which appeared on canvases, pins, mugs, magnets, canvas bags and on toilet paper. Everything sold well, though not all work found buyers. Today, a customer isn’t looking for a poster to decorate a wall – it probably seems too cheap to them. A painting, yes, but a poster? It’s different with mugs or bags, then it’s a yes. They were bought. It’s the first step and a first experience. People have become too distanced from culture and understanding it. This audience has to be REGAINED and REEDUCATED. And this is what Empik started doing. You are the designer of 1200 posters published to print. When exactly did you decide that you would become a poster maker? When did your adventure with the poster begin? What was the first poster you had made on commission? Andrzej Pagowski: The adventure with a poster began during my studies at the State Higher School of Fine Arts in Poznan. In 1974 I found myself in a workshop of a great artist, one of the big creators of the famous “Polish School of Poster”, Waldemar Swierzy. It was he who talked me into poster-making and influenced me in moving from the painting department to the graphics one. When in 1978 I was doing my thesis, I already had several posters made in print, for example, for the play “Husband and Wife” for the National Theatre. It was my first poster made on commission. On the day of presenting my thesis, I received for that poster a bronze medal at the International Graphics Biennale in Brno. The first poster and the first prize for a poster! Each of your posters is a separate work created under the influence of some inspiration. Did you have, at the

begin ning of your career, someone who m you take af ter? Did anyone tell you which direction to take? Was there anybody who had an influence on shaping your style? Andr zej Pagowski: I read and watch a lot. I follow trends and directions, but only to know what others do. I approach each commission individually. I try to ensure my work expresses the theme it relates to. If it’s a poster for a film or a theatre play, I want it to be its continuity on the street, as it were. I don’t have models as

such. I create as I feel how it should be. However, I spend a lot of time in conversations with commissioners. My professor, Waldemar Swierzy, had taught me one thing: not to fear work and to love what you do, and it is this way right until today. I don’t give a damn whether what I do is liked by someone or not. If the one who commissioned it thinks that I did my job well, it’s OK for me. The most important is the commissioners’ acceptance. Only they know the conditions I had to fulfil. A poster mustn’t be evaluated the same way as a picture. It has to fulfil three conditions: commission, design, street. Only then it is a poster. If it wasn’t on a street, if it wasn’t created on commission, it is a picture, and I create posters New Year, new 365 days. What are your plans? What is Andrzej Pagowski planning for the yea r of 2014? What will he surprise us with? Andrzej Pagowski: It will be an interesting year as well. The most important project is an October presentation of the “New Retinue of Poland’s Sovereigns” which I have been working on for the last 10 years with Waldemar Swierzy. The professor died on 27th November 2013 but he had managed to finish the work. The whole “Retinue” will be presented at the Royal Castle in Warsaw. Apart from that, there are preparations for an exhibition of theatrical poster, probably in June; a new series for Empik, and in March the launch of my book I wrote together with National Culture Centre at Economic Forum in Krynica. Then there is an exhibition at the Festival in Miedzyzdroje where I will be doing a hand print in Aleja Gwiazd (Stars Avenue). And every day… work in my Agency and commissions I don’t even know about yet, so as you can see, the 365 days is damn busy. Monika Ciska

February 2014

PANGEA MAGAZINE


Trzy siostry Trupki

ydawać by się mogło, że ciężko połączyć w jednym filmie grozę, specyficzny humor i prawdziwy dramat, w dodatku oparty na faktach. A jednak – film Macieja Kowalewskiego jest na to dowodem. Zręcznie opowiedział mrożącą krew w żyłach historię Robertka, prawdopodobnie upośledzonego umysłowo mężczyzny, który przez całe życie trzymany był w zamknięciu przez matkę i jej dwie siostry. Rosnąca frustracja, izolacja, wykorzystywanie seksualne – wszystko to gromadziło się w mężczyźnie przez całe jego życie i w końcu znalazło dramatyczne ujście.

W

February 2014

PANGEA MAGAZINE

Tak naprawdę koniec był do przewidzenia od początku. Dawno jednak nie widziałam tak "ciężkiego" filmu. Trzy kobiety, rewelacyjnie zagrane przez trzy wspaniałe aktorki, zapadają w pamięć naprawdę na długo. Są do rany przyłóż i przesadnie słodkie, by w jednej chwili zamienić się w potwory potrafiące wbić nóż w plecy. Kobiety są starsze, mają już swoje nawyki, nie wiadomo, dlaczego uwiązują przy sobie Roberta (Rafał Mohr). Z retrospekcji widz może jednak wywnioskować, że ofiar było więcej, a panie ewidentnie mają problemy psychiczne. Co przeraża najbardziej, to właśnie dwie twarze sióstr Trupek, niczym Dr. Jekyll i Mr. Hyde. Wanda (Małgorzata Rożniatowska), matka Robertka jest księgową, chodzi do pracy jak każdy inny człowiek i sprawia wrażenie miłej starszej pani. Lotosława (Bogusława Schubert) to schorowany typ "wrednej ciotki", która najbardziej jawnie wykorzystuje Robertka przy okazji poniżając go na każdym kroku. Z kolei Sabina (Ewa Szykulska) to typ "kościelny". Urządza sobie częste wycieczki, zbierając plotki, żarliwie się modląc, nie widząc też nic złego w przesadnej frywolności. Gdy patologiczną rodzinę odwiedza nowa fryzjerka, Marianna (Natalia Szyguła), panie chcą się zaprzyjaźnić i z przerażającą otwartością stopniowo wprowadzają dziewczynę w swoją mroczną prywatność. Dziewczyna szybko domyśla się, że trafiła w bardzo złe miejsce, widz również odczuwa to napięcie i strach – udziela się on wszystkim. Zaczęłam się zastanawiać, co sprawiło, że film był tak ciężki w odbiorze, a jednak wciąż doskonale zagrany i zrealizowany, a co najważniejsze – godny polecenia. Paradoksalnie wyszedł z tego obraz niezapomniany! Na pewno Maciej Kowalewski bardzo dobrze wszystko przemyślał i postawił na budowanie nastroju. Scenografia to puste mieszkanie, troszkę przypominało mi to "Dogville" Larsa von Triera, tutaj jednak jakieś rekwizyty były, niemniej jednak nie rozpraszały uwagi. Aktorki odgrywające siostry świetnie wczuły się w atmosferę swoistego koszmaru, z którego każdy chciałby obudzić się jak najszybciej. Reżyser postawił na przesadną naturalność w charakteryzacji – aktorki albo nie mają makijażu, albo jest zbyt przesadny. Są bardzo zaniedbane, spuchnięte, pomarszczone, klną jak szewc, w dodatku nie unikają pokazywania swego ciała, rozbierając się do halek zaraz po przyjściu do domu. Tak naprawdę, są obrzydliwe i obrzydliwie się zachowują. Język "Trzech Sióstr T" jest bardzo teatralny, film powstał też z początkowo stworzonej sztuki. Działa to na plus filmu. Tak wychwalam i wychwalam ten bardzo nieprzyjemny film, którego nie poleciłabym na jesienny wieczór, ale dobrze przemyślany scenariusz, wspomniana niepokojąca atmosfera filmu i rewelacyjne aktorstwo składają się na zaskakująco dobry obraz, oczywiście znów zupełnie niezauważony w Polsce. Rzadko takie filmy u nas powstają, warto choćby z tego względu się za nim rozejrzeć. Izabella Dzierżek www.przeminelozfilmem.blogspot.com


The Three Trupka Sisters

ne might think that it would be difficult to combine in one film horror, humour and real drama, especially when it is based on a true story. Nevertheless, “Three Sisters T”, a film by Maciej Kowalewski, proves it can be done. He skilfully tells a story which makes your blood freeze, the story of Robert Trupek – probably a mentally disabled man – who was kept under lock and key all his life by his mother and her two sisters. Increasing frustration, isolation, sexual abuse – all this accumulated in the man’s mind during his life, and eventually found its tragic end… actually, this end was predictable from the very beginning.

O

It is a long time since I saw such a powerful film. Three women, wonderfully played by three great actresses, will linger in the memory a long time. They appear so nice, almost too sweet, yet a moment later they transform into monsters able to stab you in the back. The women are a bit older than Robert (Rafał Mohr), they have their habits and routines; no-one really knows why they tied him to themselves. Looking back, however, a spectator might assume that there were more victims, and the women have mental problems. What is most frightening is that the Trupka sisters have two faces, just like Dr Jekyll and Mr Hyde. Wanda

(Małgorzata Różniatowska), Robert’s mother, is an accountant and goes to work like anyone else; she seems to be a very nice, older lady. Lotosława (Bogusława Schubert) suffers ill-health and is a mean aunt type. It is she who most openly uses and humiliates Robert. Wanda (Ewa Szykulska), in turn, is a church-going woman. She often goes for trips, collecting gossip and rumours, praying fervently, not seeing anything wrong

in exaggerated frivolity. When this dysfunctional family is visited by a new hairdresser, Marianna (Natalia Szyguła), the ladies want to befriend her, and with frightening openness gradually introduce the girl into their dark privacy. The girl quickly realises that she has found herself in a very evil place; the spectator is also feeling this tension and fear – everybody is feeling it. I pondered over what made this film to be so dark despite being so perfectly played and shot, and – most importantly – what made it worth recommending. Paradoxically, it came out as an unforgettable cinematic experience! Maciej Kowalewski, for sure, clearly thought it through and concentrated on mood building. The scene is set in an empty flat, a bit reminiscent of Lars von Trier’s “Dogville”. Here, however, there are some props, but these did not distract the attention. The actresses playing the sisters succeed into creating a nightmarish atmosphere from which everybody would like to wake up quickly. The director chose an exaggerated naturalness in the make-up: the actresses have either no make-up or too much of it. They are very unkempt, swollen, wrinkled, they swear a lot, and, moreover, they don’t avoid showing their bodies, undressing to their petticoats soon after coming back home. To tell the truth, they are disgusting and they behave disgustingly. The language of “Three Sisters T” is very theatrical, and it is evident the film was based on a play – indeed, it is one of the film’s advantages. I am praising and praising this very unpleasant film which I frankly would not recommend for an autumn evening. However a well thought out screenplay, the already mentioned ominous atmosphere and sensational acting make for a surprisingly good film which, of course, was again unnoticed in Poland. Such films are made here very rarely, so it is worth seeking it out solely for this reason. Izabella Dzierżek www.przeminelozfilmem.blogspot.com

February 2014

PANGEA MAGAZINE


Emito Race III a torze Xtreme Karting w Newbridge został rozegrany po raz trzeci wyścig Emito Race Grand Prix 2014, w którym wzięło udział 45 zawodników, w tym 3 kobiety. Zawodnicy walczyli w formacie Grand Prix – pięć biegów kwalifikacyjnych dla każdego uczestnika. W głównym finale wystartowało dziewięciu najlepszych kierowców, w tym jedna kobieta.

N

February 2014

PANGEA MAGAZINE

Tegoroczny puchar emito.net zdobył Marcin Bieda, drugą pozycję zajął Artur Wonsik, trzeci dojechał Mariusz Malczuk. W kategori kobiet zwyciężyła Magda Kosmatko. Poza konkursem stworzono kategorię dla zawodników wagi powyżej 100 kilogramów, w której zwycieżył Mateusz Jarża, kończąc całe zawody na czternastej pozycji.

Photos: Tomek Emigrant


n the Xtreme Karting track at Newbridge, the Emito Race Grand Prix 2014 took place for the third time. Forty-five participants, including three women, took part.

O

The participants competed in Grand Prix format – five qualifying races for each participant. Nine best drivers, one woman among them, started in the main final. This year’s Emito.net Cup was won by Marcin Bieda, the second position was taken by Artur Wonsik, and third was Mariusz Malczuk. Magda Kosmatko won in the women’s category.

Outwith the main competition there was a category created for participants over 100 kilos of weight, which Mateusz Jarża won, finishing the race in the fourteenth position. Woo Cash Photos: Tomek Emigrant

February 2014

PANGEA MAGAZINE




am tu na myśli osoby, które opowiedzą innym o twojej firmie i świadczonych usługach, lub zapoznają cię z przyszłym szefem. Czy przygotowałeś się do spotkania? Zidentyfikowanie pomocnych osób przed takim wydarzeniem może ci zaoszczędzić wiele czasu. Czy na spotkaniu będzie mówca? Jeśli tak, warto go znaleźć na portalu LinkedIn. Jaka jest twoja strategia na utrzymanie przydatnej znajomości? Możesz wrócić do domu z piętnastoma wizytówkami, ale jeśli nie zaczniesz działać od razu, po tygodniu nie będziesz pamiętał z kim i o czym rozmawiałeś. W networkingu biznesowym szybka reakcja jest podstawą. Na odwrocie wizytówki zapisz przynajmniej temat rozmowy i powód, dla którego powinieneś skontaktować się z tą osobą. Dobrym pomysłem jest wybranie trzech osób z piętnastu i zaproszenie ich na kawę. Z tych trzech osób przynajmniej jedna będzie chciała ci szczerze pomóc, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu. Wiem to z doświadczenia.

M

O networkingu biznesowym napisano wiele książek, może nawet powstał gdzieś specjalny program doktorancki. Zdaje się, że w obecnych czasach programy takie powstają dla każdej dziedziny. Rzecz w tym, że networking to rodzaj sztuki. Jeśli ją opanujesz, masz znacznie większe szanse na odniesienie sukcesu w swojej dziedzinie. Stare przysłowie mówi, że potrzeba całej wioski, aby wychować jedno dziecko. Jego współczesna wersja to: „potrzeba całej sieci znajomości, aby zbudować firmę”. Moja firma, która zajmuje się projektowaniem stron i internetowym marketingiem, znajduje się na przedmieściach Chicago. Dotychczas skorzystałem z networkingu wiele razy i nie zamierzam przestać. Po sześciu latach prowadzenia firmy większość nowych klientów przychodzi do mnie z polecenia dawnych zleceniodawców i partnerów z branży. Jeśli jednak zależy ci na ciągłym rozwoju swojej firmy, musisz działać na różnych frontach. Dlatego też networking tak naprawdę nigdy nie ma końca. Cały czas szukam kolejnych partnerów z branży, dowiaduję się, co mogę dla nich zrobić, z nadzieją, że kiedyś się odwdzięczą. Podstawowe wskazówki na temat networkingu można wyszukać w Internecie. Ciężej jest znaleźć naprawdę przydatne porady. Wymienię tutaj kilka. Po pierwsze, nigdy nie idź na spotkanie głodny. Dwadzieścia minut spędzonych na jedzeniu to dwadzieścia straconych minut, które mogłeś przeznaczyć na rozmowę z przyszłym pracodawcą. Po drugie, zawsze miej gotową strategię na zakończenie rozmowy, która zmierza donikąd, lub na spławienie gadatliwej osoby. Można na przykład powiedzieć: „Jest to bardzo interesujące i powinieneś opowiedzieć o tym większej ilośći zebranych. Może przejdziemy się po sali i zobaczymy, kogo jeszcze możemy poznać?”. W większości przypadków to zadziała. Nie trać dwudziestu minut na słuchanie, jeśli nie możesz wtrącić nawet jednego zdania. Ostatnia zasada, lecz nie najmniej ważna: bądź zawsze przed czasem. Jeśli spotkanie zaczyna się o 19:00, przyjdź o 18:45. O tej porze będzie mniej ludzi, spokojniesza atmosfera, goście będą prowadzić bar-

February 2014

PANGEA MAGAZINE

Sztuka networkingu „W zeszłym tygodniu byłem na ciekawym spotkaniu networkingowym. Było na nim około pięćdziesięciu osób, jedzenie było dobre, zadbano o rozrywkę i nawet wygrałem na loterii. Było świetnie!”. Ale czy na pewno? Co sprawia, że takie spotkanie jest dla ciebie, jednego z pięćdziesięciu uczestników, sukcesem? Nawiązałeś dobre znajomości? Przez „dobre” znajomości nie mam na myśli ludzi, którzy zapłacą za twoje usługi, czy dadzą ci pracę.

dziej osobiste rozmowy, a na dodatek będziesz mógł powitać innych. Mogę spokojnie powiedzieć, że networking zdał u mnie egzamin. Dwa lata temu stworzyliśmy Chicago Business Club - firmę, która organizuje rocznie pięć spotkań typu „biznes po godzinach”. Niektórzy członkowie klubu spotykają się regularnie, co dwa tygodnie, przy śniadaniu. W styczniu wprowadzony został program Lunch&Learn we współpracy ze Small Business Development Centre (Centrum Rozwoju Małej Firmy). Mamy nadzieję, że ta współpraca przyczyni się do rozwoju naszego klubu. Ludzie często pytają mnie, po co to robię. Po co zakładać nową firmę, po co wkładać tyle wysiłku i czasu w organizację tych wszystkich spotkań, skoro i tak jestem już bardzo zajęty moją pierwszą firmą. Odpowiadam im szczerze, że po prostu to lubię.

Lubię organizować spotkania i poznawać ludzi. Czy przynosi to nowych klientów mojej głównej firmie? Oczywiście, że tak. Ale to, czego im nie zdradzam, to powiedzenie Billa Gatesa: „ Liderami przyszłości będą ci, którzy pomagają emancypować innych”. Bardzo lubię ten cytat i jego znaczenie. Wydaje mi się, że znajduje on po części zastosowanie w tym, co robię. W przyszłości chciałbym być właśnie takim liderem. Norbert Barszczewski

Znajdź Norberta na stronie: www.linkedin.com/in/norbertbarszczewski. Dane kontaktowe: norbert@jpnetquest.com Facebook.com/jpnetquest, Twitter.com/jpnetquest


chance of succeeding in your career. As the old saying goes “It takes a village to raise a child”. Here is a new one for you. It takes a network to build a business.

went to a very nice networking event last week. There were about fifty people there, good food, some entertainment, and I even won a raffle prize. It was great!” Was it? What constitutes a networking event a success for you, the participant, the one in fifty attending?

I

My web development and internet marketing company is located in the suburbs of Chicago in the United States. I have done my share of networking, and still do. Having been in business for over six years, most of my new business now comes from client referrals, and key power partners. However constantly growing your company means going beyond that. Thus networking never really stops. I always look for my next power partner, and what I can do for them, hoping they will return the favour. To find basics of professional networking, you can simply google it. Really good tips are harder to come by. Here are a few that could help. Never go hungry to a networking event. The twenty minutes you spend eating, is the twenty minutes you could be talking to your future boss. Have an exit strategy for a dead-end conversation, or when you run into a talker. How about something like this: “What you are saying sounds really interesting, and I think you should try to tell this to more people in this room. How about we go around and see who else we can meet?” That will do it, most of the time. Don’t spend twenty minutes listening without being given a chance to open your mouth. And last but definitely not least, come early. If the event starts at 7pm, be there at 6.45pm. There will be fewer people there, a quieter atmosphere, more intimate conversations, and you get to welcome others as they arrive. I am happy to say that as far as professional networking goes, I graduated. Two years ago, a new company was born, the Chicago Business Club. We host five large business-after-hours events per year. We have registered members who meet on a regular basis for bi-weekly networking breakfasts. In January we will be introducing a Lunch & Learn programme in association with the Small Business Development Centre (SBDC). It is a partnership that will hopefully help us grow even more. People often ask me why I do that. Why start another company? Why put all this time and effort into organising all these events, while I am already so busy with my main company? I give them my honest answer. I really like to do that. I like organising things, and I like meeting people.

ave you met any good contacts? By good I don’t necessarily mean people who will buy your services, or hire you. I mean people who will tell others about your business or your services, or who know your future boss. Have you done your research before the event? Identifying potential contacts who could be there can save you a lot of time.

H

Is there going to be a speaker at the event? And if so, how about finding him/her on LinkedIn? What is your follow-up strategy? You may return with fifteen business cards in your pocket, but if you wait

until the following week, chances are you are not going to remember who you talked to and about what. In professional networking, timely follow-up is essential. At the minimum, make a note on the back of the business card about the subject of the conversation, and why you should follow up. How about picking three from those fifteen people and inviting them for coffee? Of the three, at least one will honestly be willing to help you, whatever that may mean. This is experience talking. Books have been written about professional networking, and there may even be a PhD programme somewhere out there. There seems to be one for everything these days. The bottom line is networking is an art. If you can master it, you stand a much better

Does it also help drive clients to my main company? You bet. But what I don’t tell them is what Bill Gates once said: “The leaders of tomorrow will be those who empower others.” I like that quote very much and the meaning behind it. I think I can apply it to some of what I do. And I hope to be that leader one day. Norbert Barszczewski

Meet Norbert online at: www.linkedin.com/in/ norbertbarszczewski Contact information: norbert@jpnetquest.com Facebook.com/jpnetquest, Twitter.com/jpnetquest

February 2014

PANGEA MAGAZINE



nane prawo Murphy'ego mówi, że jeśli wiesz, że coś może pójść źle i podejmiesz stosowne środki zapobiegawcze, to źle pójdzie coś innego. Warto o tym pamiętać zwłaszcza wtedy, gdy nad częścią naszego życia nie mamy żadnej kontroli. A to jest udziałem osób, które wyjechały na stałe, bądź na długi czas z rodzinnego kraju.

Z

Zastanawiając się nad wyborem tematu do pierwszego z cyklu felietonów, zdecydowaliśmy się zaprezentować jeden z problemów często sygnalizowanych przez klientów biura porad obywatelskich, którzy przebywają lub wracają z zagranicy. Jest to dziedziczenie długów. To jedna z tych rzeczy, które „mogą pójść nie tak” w życiu. Polskie prawo zakłada, że wskutek śmierci człowieka zawsze ktoś po nim dziedziczy majątek. Zazwyczaj jest to najbliższa rodzina. Tyle, że pod hasłem „spadek” może kryć się mienie (nieruchomości, takie jak domy, mieszkania, działki gruntu), rzeczy ruchome (samochody, meble, obrazy, biżuteria itd.), pieniądze, a czasem są to... długi! Jeśli zmarły członek rodziny był np. skromnie żyjącym emerytem, to wskutek niskich dochodów i wysokich kosztów leczenia mógł on u schyłku życia mieć zadłużenie czynszowe, zaległości w opłatach na fundusz remontowy na rzecz wspólnoty mieszkaniowej, niezapłacone na czas raty pożyczki lub kredytu. Z chwilą śmierci te długi przechodzą na spadkobierców. Często dziedziczący nawet o tym nie wiedzą. Jeśli zmarły nie pozostawił po sobie cennych rzeczy, niemal wszyscy zakładają, że spadku po prostu nie ma. I stosownie do tego nie podejmują żadnych działań do uregulowania kwestii dziedziczenia. Jeśli jednak zmarły pozostawił długi, często po upływie pół roku od jego śmierci do spadkobierców odzywają się wierzyciele nieżyjącego krewnego: banki, firmy windykacyjne, wspólnoty mieszkaniowe, itd. Co gorsza – zazwyczaj domagając się uregulowania zaległości, żądają odsetek i kosztów procesów. A co w tym najgorsze – zazwyczaj mają do tego pełne prawo! W chwili śmierci naszego krewnego lub małżonka możemy bowiem odziedziczyć po nim majątek o wartości dodatniej lub ujemnej. Inaczej mówiąc możemy powiększyć swój majątek lub popaść w długi. Czy jest na to rada? Oczywiście, że tak. Przede wszystkim nie ignorujmy nigdy informacji, że zmarł ktoś z naszej rodziny. Nawet, jeśli nie utrzymywaliśmy kontaktów, prawo nie rozróżnia naszej sytuacji prawnej ze względu na rzeczywiste więzi. Liczy się tylko formalna więź rodzinna ze zmarłym. Na uregulowanie spraw spadkowych polskie prawo przeznacza spadkobiercom pół roku od dnia, gdy każdy spadkobierca dowiedział się o swoim powołaniu

do spadku. Nie mniej jednak w dzisiejszych realiach, gdy wiele rodzin mieszka w różnych krajach, więzi rodzinne wskutek rozwodów, rozłąki, braku kontaktu bardzo się rozluźniają, o śmierci np. wujka możemy dowiedzieć się kilka lat po fakcie. I to często w niemiłych okolicznościach, np. z pisma sądowego lub z wizyty komornika.

Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że prawo pozwala nam spadek przyjąć wprost, odrzucić w całości lub przyjąć z tzw. „dobrodziejstwem inwentarza”. Na decyzję mamy wspomniane 6 miesięcy. Jeśli nie zrobimy w tym czasie nic, jest to równoznaczne z przyjęciem spadku wprost. Jeśli spadek stanowią długi – dziedziczymy po prostu długi! Alternatywą jest odrzucenie spadku. Jeśli mamy pewność, że nasz drogi zmarły pozostawił nam tylko kłopoty – odrzućmy spadek. Można to zrobić przed sądem, w trakcie postępowania o stwierdzenie nabycia spadku albo przez złożenie oświadczenia przed notariuszem. Jest też trzecia droga: jeśli nie mamy pewności, czy zmarły spadkodawca pozostawił nam wartościowe mienie czy znaczne długi, możemy złożyć oświadczenie o przyjęciu spadku z dobrodziejstwem inwentarza. W takim przypadku sąd zleci spisanie majątku zmarłego, my zaś odziedziczymy najwyżej tyle długów, ile warte jest pozostawione przez zmarłego mienie. Mówiąc inaczej: w takim przypadku może po spłaceniu długów spadkowych coś nam zostanie, a może nie zostanie nic. Ale z całą pewnością nie dopłacimy do tego ani złotówki. Prawo przewidziało jeden mechanizm chroniący spadkobierców. Jeśli spadek nabywa osoba małoletnia (taka, która nie ukończyła 18 lat w chwili śmierci spadkodawcy), dziedziczy ona z dobrodziejstwem inwentarza, jeśli jej przedstawiciel ustawowy (ojciec, matka) za zgodą sądu nie odrzuci spadku. Jeśli w gronie spadkobierców choćby jedna osoba dziedziczy z dobrodziejstwem inwentarza, pozostali również mają ten przywilej, nawet, jeśli nie złożą w ciągu 6 miesięcy od śmierci spadkodawcy lub od dowiedzenia się o jego śmierci żadnego oświadczenia. Reasumując: pamiętajmy, że czasem nabyć spadek może oznaczać zamiast korzyści – wielkie kłopoty. Czego nikomu nie życzymy. Dlatego w sytuacji, gdy dotrze do nas wiadomość o śmierci kogoś z rodziny, trzeba się tym faktem zainteresować z bardzo prozaicznej przyczyny: aby uniknąć dziedziczenia długów. Stowarzyszenie Obrona Praw Człowieka i Obywatela „St.O.P.” www.obronapraw.pl

February 2014

PANGEA MAGAZINE


may not only include properties such as houses, flats, plots of land; movable property (cars, furniture, paintings, jewelry), and money but also debts! If the deceased was for instance a pensioner living modestly on a low income who had incurred high costs of medical treatment, it is possible that there could be debt due to unpaid rent, renovation fund or unpaid loan or credit instalments. At the time of death all these debts are inherited by heirs who are usually not aware of them. If the deceased did not leave any precious things, almost everybody assumes that there is not any legacy. Consequently, they do not take any steps to regulate the inheritance issue. If the deceased left debts it is very often the case that creditors only start to contact the heirs six months or so after his/her death. Among them may be banks, debt collection agencies, housing associations and so forth. What they want is for the liabilities, interests and litigation costs to be paid and what is worse; they usually have the right to do it! So when our spouse or relative dies we may increase our assets… or get into debt. Is there anything we can do to prevent such a situation? Yes, of course. To begin with, we should not ignore the fact that somebody from our family died. Even if we were not close and did not keep in touch with our relative, the law does not take that into consideration. What counts is the formal relationship with the dead person. According to Polish law, heirs have six months from the day when they found out about their inheritance to regulate inheritance issues. Nevertheless, in these days when many families live abroad and family ties are weaker due to divorce, lack of contact and so forth, we might only find out about our relative’s death after a few years. Very often we may only learn about it from court papers or a bailiff’s visit, which is not very pleasant.

s the well-known Murphy’s Law says if you know that something may go wrong and you take appropriate preventive measures then something else will go wrong. It is worth noting, especially when there is a part of our lives which we cannot control. Such lack of control concerns people who have permanently left their native countries or have gone abroad for a long period of time.

A

Wondering what should be the subject of our first series of feature articles, we decided to write about the problem of inheriting debts which is a frequently raised issue in the Citizens Advice Bureau by people coming back from being abroad. According to Polish law, when somebody dies there is always some person or people who inherit his/her possessions, usually close family members. However, legacies

February 2014

PANGEA MAGAZINE

The most important thing is that the law allows us either to accept the legacy with full liability for debts, reject whole legacy or accept it with the benefit of inventory. We have six months to decide and if we do not make it within this time it will amount to accepting the inheritance with full liability for debts. When a legacy includes only debts we inherit them! If we are sure that the deceased left only debts we should reject an inheritance. We can reject it before a court during proceedings for acquisition of the inheritance or declare it before a notary public. There is also a third way, which is used when we do not know if the deceased left us possessions or debts; we can declare that we accept the legacy with the benefit of inventory. In this case, the court commissions a check and orders an inventory of possessions to be drawn up and we inherit such amount of debts which the possessions are worth. In other words, after paying off debts we still can have some possessions from the legacy but it is also probable that there will not be anything left. But, we will not pay more than the legacy is worth. However, there is a provision in Polish law which protects heirs from the unwanted legacy. If the inheritance is left to a minor (a person under eighteen years old at the moment of the testator’s death), then he/she inherits their legacy with the benefit of inventory. This can happen even when his/her statutory agents (father, mother) do not reject the legacy with the consent of the court. If among the heirs there is a person who inherits with the benefit of inventory, other heirs also have the same right, even though they did not make any declaration within six months from the relative’s death. All in all, we should remember that as well as possible benefits, receiving an inheritance may also mean problems. And when we learn that somebody from our family has died we should find out if we might be involved in any legacy so that we can take steps to avoid paying debts. Stowarzyszenie Obrona Praw Człowieka i Obywatela „St.O.P.” www.obronapraw.pl


EDYTA NIEWIŃSKA – pisarka i scenarzystka pochodząca z Podlasia, mieszkająca w Andaluzji. Pisze o życiu współczesnych trzydziestolatków, nie umiejących się odnaleźć w rzeczywistości po transformacji. „Kosowo”, wydane w wersji papierowej w kwietniu 2012 roku, dostępne jest także w formacie e-booka. W październiku 2013 roku ukazała się książka „Bookopen. Bo po trzydziestce wiele się zmienia“, w której znalazło się także opowiadanie „One night stand“ autorstwa Edyty Niewińskiej, świetnie przyjęte przez krytykę. Opowiadanie jest zapowiedzią kolejnej książki, która ukaże się jesienią 2014 roku.

– Jest pani pewna, że chce pani to zrobić? – Jestem pewna, panie doktorze… – Dlaczego? Spojrzałam na niego z wyrzutem. I udręką. – Panie doktorze, ta ciąża to k o m p l e t n y przypadek. Ja go chyba nie kocham… Spotykamy się od trzech

miesięcy, jak można to wiedzieć po trzech miesiącach? – Rozumiem. – Panie doktorze, ja mam dwadzieścia pięć lat! Nie mam pracy! Właśnie się wyprowadziłam z Poznania, wróciłam do rodziców! Nie mogę teraz urodzić dziecka, bo zostanę tam na zawsze! – Proszę. –…? – To jest adres mojego prywatnego gabinetu. Dziś wieczorem o dwudziestej. – Mogę przyjechać z przyjaciółką? – Pod warunkiem, że jest dyskretna. Chcecie wiedzieć, jak to się dzieje, że kobietom zaczynają się podobać kobiety? Że nagle można postrzegać tę samą płeć jako zmysłową i seksowną? I pożądać?

- Are you sure you want to go through with this? - I'm sure, Doctor ... - Why? I looked at him with reproach. And anguish. - Doctor, this pregnancy is absolutely accidental. I don’t think I love him ... We’ve been going out for three months, how is one supposed to know after three months? - I get it. - Doctor, I’m twenty-five years old! I’m out of work! I’ve just moved out of Poznan and back to my parents! I can’t give birth to a child now. If I do I'll stay there forever! - Here, take this. - ...? - The address of my private surgery. Tonight at eight.

W pewnym momencie mojego życia zauważyłam, że kobiety traktuję jak partnerki. Czyli dokładnie tak, jak chciałabym traktować mężczyznę, z którym mogłabym dzielić moje życie. Ale mężczyzny nie było, a kobiety stopniowo coraz bardziej zajmowały moją uwagę. W końcu dotyk kobiety działał i na mnie erotycznie. Od dawna oglądam się za atrakcyjnymi kobietami na ulicy, śledzę ich kroki w pasażu handlowym, łapię ich wzrok w restauracji. Bez zażenowania, bez udziału świadomości. Kobiety doskonale wyczuwają, gdy ktoś koncentruje na nich swoją uwagę. Kiedy ktoś umie patrzeć z zachwytem, podsycają ten zachwyt. Nie dla własnej próżności, dla samego uczucia, które w oglądającym wywołuje rozkoszne emocje. Dlaczego mówi się, że kobiety stroją się dla innych kobiet? Heteroseksualne kobiety zaczęły bez skrępowania przy mnie się obnażać. Robiły to bez namysłu, zwyczajnie, bez prowokacji. To było szalenie zmysłowe, rozpalało moją wyobraźnię. Nie bały się przy mnie być nagie. Wbrew temu, co sądzą mężczyźni, kobiety lubią być nagie. One jedynie boją się męskiego krytycznego spojrzenia. Cała różnica polega na tym, że to, co inni oceniliby jako niedoskonałości do poprawki, mnie rozczula jako akcent do głębi ludzkiej. Ciało niedoskonałe jest ciałem żywym, mającym swe kaprysy i wady, ale wciąż zasługującym na adorację. Zasługującym na szacunek. One wiedziały, że ich ciała nie przysłaniają mi ich umysłów, ich zalet, piękna duszy. Że piękno wewnętrzne także poprzez ciało umie się wyrażać. One wiedziały, że gdy patrzę na nie, nie odczłowieczam ich. Wtedy w pełni stają się dla mnie podmiotem, a nie obiektem seksualnym.

- Can I come with a friend? - If she can keep a secret. Do you want to know how women get attracted to other women? How they can suddenly start to perceive their own sex as sensual and sexy? And desire other women? At one point in my life I realised that I was treating women as partners. Which is exactly how I would like to treat the man with whom I could share my life. But the man was gone and women gradually attracted more and more of my attention. Finally, I found the touch of a woman erotic. For a long time now I’ve been watching attractive women on the streets, following them in shopping centres, catching their eyes in restaurants. Without any embarrassment, unconsciously. Women can always sense it when someone focuses their attention on them. If someone is able to look at them with admiration they encourage the enthusiasm. Not for their own vanity, but for the very feeling that evokes delightful emotions in the viewer. Why is it said that women dress up for other women? Heterosexual women began to feel comfortable undressing in my presence. They did it without much consideration, matter-offact, without being provocative. I found it extremely sensual, it set my imagination on fire. They were not afraid to be naked in front of me. Contrary to what men think, women love to be naked. They only fear the men's critical eyes. The only difference is that what others would consider imperfections and features to be corrected I see as deeply human features. The imperfect body is a living body, with its caprices and faults, but none the less worthy of adoration. Worthy of respect. They knew that their bodies don’t turn my attention away from their minds, their mental qualities, the beauty of their souls. They knew that inner beauty can also be expressed through the body. They knew that when I look at them, I don’t dehumanize them. Then, they truly become a subject for me, not a sexual object.

February 2014

PANGEA MAGAZINE


worzenie witraży to jedna z najtrudniejszych i najbardziej pracochłonnych dziedzin sztuki. Początki sztuki witrażowej sięgają IV wieku w południowo-zachodniej części Europy. Na przestrzeni wieków technika zmieniała się.

T

Największy rozkwit sztuki witrażowej to wczesne średniowiecze. Wiek XIX to renesans tej kunsztownej dyscypliny. To czas, kiedy Louis Comfort Tiffany rewolucjonizuje stary sposób tworzenia ciężkiego witrażu, zastępując go trwalszą i bardziej finezyjną techniką łączenia szkieł witrażowych. Jedną z kontynuatorek tradycji wielkiego mistrza jest nasza rodaczka, Violetta Pastusiak, mieszkająca i tworząca od kilku lat w Dunfermline. W 2000 roku, jeszcze w Polsce, podczas pracy nad kolejnym projektem w studium projektowania wnętrz w Łodzi, narodził się pomysł włączenia witrażu, jako elementu zdobniczego do jednego z opracowywanych pomieszczeń. I to był moment, kiedy Violetta dostrzegła potencjał i wyjątkowość tej malowniczej dziedziny sztuki. "Pomyślałam, że skoro mogę wkomponować witraż w symulacji komputerowej, to czemu nie spróbować wykonać prawdziwego własnoręcznie? I tak rozpoczęła się moja przygoda ze szkłem". Rodzina Violetty nie traktowała jej nowej pasji poważnie, jednak to nie zniechęciło artystki i już po roku prezentowała swoje pierwsze prace na Targach Poznańskich! Ten pierwszy sukces dał Violi motywację do dalszego zgłębiania trudnej sztuki i poczucie, że oto znalazła swoją niszę, która pomoże jej rozwinąć skrzydła. Przyszedł jednak moment zetknięcia z twardą rzemieślniczą rzeczywistością... "Nie kończyłam żadnych kursów. Jestem samoukiem i im dłużej zajmowałam się obróbką szkła, tym bardziej uświadamiałam sobie, jak mało o tym rzemiośle wiem. Czerpałam wiedzę z lektur, które nieraz okazywały się trudno dostępne. Poza tym w Polsce grono specjalistów tej branży jest bardzo zamknięte, a "nowicjuszy" dopuszczają niechętnie". Kolejnym trudnym czasem dla Violetty był moment emigracji do Szkocji i czas asymilacji w nowym środowisku, walki o przetrwanie swoje własne oraz syna, dla którego Viola jest jedyną podporą i opiekunką. "Pięć lat ciężkiej pracy w różnych fabrykach, brak możliwości swobodnej wymiany zdań i lęk przed nowymi wyzwaniami. Tylko ja, syn i surowa Szkocja, inna kultura. Z biegiem czasu zaczęłam dostrzegać przychylność Szkotów dla ludzi, którzy mają jakieś plany

Sztuka witrażu i chcą się tu realizować. Odnalazłam się. Zaczęłam projektować moją pracownię. Jednak wciąż nie mogłam pozwolić sobie na wynajem lokalu. W końcu jeszcze nie zaistniałam na tutejszym rynku rękodzieła, nie pokazałam nowych projektów. Ciężko jest zaczynać znów wszystko od zera, w dodatku za granicą. Przekonać sprzedawcę, że właśnie twój towar przyciągnie gromady klientów. Ale długo nie musiałam czekać. Posypały się zamówienia. Wiec skoro światełko nadziei się zapaliło, szybko wygospodarowałam miejsce na poddaszu, na nową pracownię. Praca ze szkłem według zasad Tiffany'ego to rzemiosło bardzo pracochłonne. Trzeba dużo wytrwałości, zanim będzie widać końcowy efekt. Czasami dużą formę

February 2014

PANGEA MAGAZINE

trzeba tworzyć tygodniami, ponieważ szkła nie da się naciągnąć, czy zamalować, jeśli nam się coś nie podoba. Projekt - zanim przejdzie do realizacji - musi być dobrze zaplanowany i wymierzony. Potem już tylko "formalności", czyli cięcie szkła, szlifowanie, owijanie miedzianą taśmą, prasowanie, lutowanie, patynowanie… aż przychodzi ten najpiękniejszy moment - mycie ukończonej pracy. Nie da się opisać mojej radości, kiedy cały ten długotrwały proces kończy się i powstaje praca wykonana z miłości do tego rzemiosła. To może być drobna rzecz, ale zawsze będzie unikatowym dziełem moich rąk.” Eliza Szulc violettastainedglass@google.mail.com


THE ART OF STAINED GLASS tained glass is one of the most difficult and time-consuming branches of art with its beginnings in the 4th century in the south-western part of Europe. The technique of stained glass became more elaborate over the centuries.

S

It was the early Middle Ages when the art of stained glass flourished. In the 19th century, when Louis Comfort Tiffany revolutionised the old technique of heavy stained glass by replacing it with more durable and sophisticated technique of joining smaller pieces of glass, this artful form experienced its renaissance. One of the followers of the great master’s traditions is a Pole, Violetta Pastusiak, who has now been living and creating in Dunfermline for a couple of years. In 2000, while working on one of her projects in an interior design studio in Łódź, Poland, the team came up with an idea to incorporate stained glass as a decorative element into the design of one of the rooms. It was then that Violetta identified the true potential and uniqueness of this beautiful art form. ‘If I can simulate the stained glass using computer technology, why not try and make one with my own hands? That’s how my adventure with glass started.’ Violetta’s family did not treat her new-found passion seriously but it didn’t deter her and just a year later she presented her first pieces at Poznan International Fair. This first taste of success gave Violetta the motivation needed for further study of this difficult art. It also made her feel that she found her niche on the market which would help her spread the wings. Then came a moment of a harsh artisan reality check. ‘I didn’t do any courses. I am self-taught and the longer I worked on glass processing, the more I realised how little I knew about this craft. I drew all my knowledge from books that sometimes proved to be hard to come by. Besides this, the circle of Polish glass artists is inaccessible and the novices have hard time getting their foot in the door.’ Violetta’s next hardship was so typical for all immigrants. After leaving her homeland and facing the Scottish reality, soldering iron, solder and colourful pieces of glass had to be put aside. It was the time of assimilation into the new surroundings and fight for survival of her own and her son, for whom she is the only rock and carer. ‘Five years of hard work in various factories, no way of making conversation and the fear of new challenges. Only me, my son, harsh Scotland and different culture. With

time I started noticing that Scots were fond of people who had some sort of plans and wanted to accomplish something in their country. That’s how I found myself. I started designing my studio. However, I still couldn’t afford to rent the premises. At that time, I wasn’t known on the Scottish crafts market, I didn’t show any new pieces. It’s hard to start from scratch, especially abroad. It’s hard to convince the traders that the piece I created would bring flocks of buyers. However, I didn’t have to wait long. Orders started coming in big numbers. When I saw the light of hope, I quickly managed to carve out a space in the attic for my studio. Creating stained glass in conformity with Tiffany’s rules is very time-consuming. You need a lot of patience to see the end result. Big forms are sometimes created over a period of several weeks because if you don’t like the result the glass cannot be stretched or painted over. Before you can start work on a project, it has to be thoroughly planned and measured. After that comes the easy part: cutting glass, polishing, wrapping in copper foil, ironing, soldering, tarnishing, etc. Then the best moment comes, which is washing your creation. There are no words to describe the happiness when this lengthy process comes to an end and you’re left with the work that was created out of love for the craft. It can be just a small thing but it’ll always be a unique creation moulded by my hands. ‘

February 2014

PANGEA MAGAZINE


ajbardziej oblegany tygrys świata to chyba właśnie ten. Oblegany przez turystów, przechodniów, ciekawskich. Kroczący, skradający się, a może raczej przyczajony jak w filmie, z ogonem lekko uniesionym do góry, na który dzieci wspinają się, wyślizgując do koloru złota materiał, z którego został odlany.

N

Tygrys z placu przed dworcem Oslo S ma wyślizgany ogon i pysk. Mimo groźnej postury, wydaje się raczej kusić, by go dotknąć, poklepać. Przed zimą Bymisjon wiesza mu na szyi pomarańczowy szalik z przywieszką, że to dla tych, którym może już być zimno. Oprócz tygrysa, w szaliki spowito także pobliskie latarnie i poręcze na przystanku tramwajowym. Po południu nie było po nich śladu. Kiedy wychodzi się z dworca, krzyki mew mieszają się z dźwiękami muzyki. Saksofon, akordeon, tamburyn. Albo flet. I szarobure postaci mężczyzn, grających na stojąco, na krzesełkach, o twarzach zmęczonych rutyną, ale wciąż z nadzieją spoglądających na przechodniów. Towarzyszące im kobiety okutane w chusty, kołyszą się, wydając z siebie gurgloczące dźwięki, czasem śpiew. Szarość nieba i budynków, szarość wody odbijającej światło dnia nagle zyskuje nowy koloryt. Muzyczny. O tej porze z dworca wysypują się spieszący do pracy. Obojętnie mijają grających, żebrzących. Pośpiech dominuje od rana. Potem tłum gęstnieje, wzbogacony o tych, którzy czegoś szukają. Atrakcji, pracy, zakupów. Są tu z nudów albo dlatego, że umówili się na spotkanie. Schody za tygrysem upstrzone wklepanymi w kamienne płyty krążkami wyplutej gumy są miejscem, na którym nawet teraz, mimo zimna, przysiadają. Okalający murek staje się stanowiskiem obserwacyjnym. To tu słychać głośne rozmowy telefoniczne przywołujących się po południu na spotkanie, umawiających gdzieś dalej na mieście. Włóczędzy oparci o ścianę szukają czegoś w plecakach, ćmią papierosy, czekają. Poniżej, na placu, od czasu do czasu ktoś urządza demonstrację: a to świętując rocznicę swojego kraju powiewa flagą, a to z zapalonymi pochodniami stoi w milczeniu, wsłuchując się w słowa tego, kto akurat przemawia. Serce Oslo to Karl Johan, dworzec i Storting. No, jeszcze Akerbrygge, ale to już trochę dalej i ma zupełnie inny charakter. Dzisiaj rano wita mnie cała orkiestra. Mężczyźni stoją na mrozie, grają, śpiewają, rytm bębna zgrywa się z ich głosami, od czasu do czasu pohukują radośnie. Jeden z nich dmucha w instrument otulony z racji mrozu w plastikową torbę. Mój autobus nie nadjeżdża; słucham, stapiając się nostalgicznie z grającymi. Dopiero siedząc w środku dostrzegam reklamę na przystanku, odwołującą się do poczucia winy na wypadek spóźnienia. Jeśli zaspałeś - mówi - zadbaj, by twoje przeprosiny nasycone były odpowiednim zapachem. Czerwony autobus unosi mnie w krótką, dziesięciominutową trasę. Kiedy wysiadam, owiewa mnie zapach z pobliskiej piekarni. Pod jednym z drzew dostrzegam znajomą postać. Kobieta na mój widok promienieje. “Mamma!” - woła, wznosząc oczy i ręce do nieba. Radosnym głosem informuje mnie o przyczynach swojej nieobecności. “Bejbi, moje bejbi było chore, córeczka, ma osiem lat, miała operację na sercu, w szpitalu, musiałam być przy niej!” Nie wiem, w jakim mówi języku, ale wszystko rozumiem. Nie wiem, ile może mieć lat, ani jak ma na imię. Widzę jej równe, lekko pożółkłe zęby odsłonięte w uśmiechu, przejęte, śmiejące się w kurzych łapkach oczy. I wiem tyle, że jest z Mołdawii i latem, dopóki nie znikła po ostatniej ulewie, zawsze witała mnie uśmiechem kobiety bez wieku, siedzącej nad swoim kubeczkiem, pogodzonej z losem. Halina Pląder

February 2014

PANGEA MAGAZINE


Rafal Papierz/NPORTAL.no

he busiest tiger in the world is probably the one standing here. Acting for tourists, passers-by, and the curious. Rolling, creeping, or rather crouching like the one from the movie, with his tail slightly raised up, on which children climb, slip, turning its patina into this golden hue rather than the material from which it was created. The tiger from the square outside the station Oslo S despite its threatening posture seems to be rather tempting to touch, to pat. Weeks earlier Bymisjon hung an orange scarf around his neck with a label saying that it is for those who may already be cold. They decorated the nearby lampposts and railings at the tram stop with scarves, too. By the afternoon you could hardly find any of them.

T

When you get out of the station, cries of sea gulls mix with the sounds of music - saxophone, accordion, and tambourine. Sometimes flute. Greyish clothed men play standing or sitting on tourist chairs, their faces tired of the daily routine, staring with hope at passers-by. The accompanying women swathed in shawls sway uttering gurgling sounds, sometimes singing. Grey sky and grey buildings take on a new tone music. At this time of the day thousands of commuters roll out of the station hurrying to work, passing by players, indifferent to beggars. Rush dominates. Later in the afternoon the crowd thickens enriched by those who are looking for attractions, shopping, or just drifting around out of boredom or because they had agreed to a

meeting. Stairs behind the tiger, dotted with flattened chewing gum rings, are a place where even now, despite the cold, some are sitting. A low wall surrounding the stairs becomes an observation point. This is where you can hear loud calls, see bums looking for something in their backpacks, smoking cigarettes, waiting. From time to time someone is putting on a demonstration, celebrating the anniversary of their country with a flag fluttering or with lighted torches listening in silence to the words being spoken. The heart of Oslo is here, in Karl Johan and nearby Storting . Well, Akerbrygge too , but that's a little further and of a completely different character . Today, I am greeted by the whole orchestra. Musicians stand in the cold, their voices join the music in a joyful manner. One of them is blowing on the instrument which is wrapped in a plastic bag because of the frost. My bus is carrying me for a short, ten-minute journey. When I get out, I can sense a tasty smell from a nearby bakery. Under one of the trees I see a familiar figure. A woman sitting with her cup waiting for coins. “Mamma !” She calls out, raising her eyes and hands to heaven. Her soulful voice informs me about the reasons of her long absence: “Baby, my baby was sick, my daughter, she is only eight, she had surgery on her heart, in hospital, I had to be there!” I do not know the language she is speaking, but I can understand everything. I do not know her age, or what her name is. I see her regular, yellowish teeth exposed in a smile, her thoughtful, bright eyes. I know only this much that she is from Moldova and before she suddenly disappeared after heavy downpour in the summer, she used to greet me with a wide smile. A woman with no age, sitting over her empty cup. In spite of the weather, reconciled to her fate. Halina Pląder

February 2014

PANGEA MAGAZINE


Karnawał w klimacie lat dwudziestych


arnawał w pełni, również w Edynburgu. Tegoroczne modowe trendy cofają nas do magicznych lat dwudziestych XX wieku i klimatów art deco. Na wystawach sklepowych pysznią się sukienki, ociekające złotem i błyskotkami udającymi drogie klejnoty. Wracają do łask malutkie torebeczki, opaski na czołach, piórka wpinane we włosy.

K

Milena, nasza modelka, w klimat lat dwudziestych zatopiła się w przytulnym pomieszczeniu mongolskiej restauracji „Khublan Khan”. Jako pierwszą wybraliśmy dla niej sukienkę w stylu art deco, w tonacjach złoto-brązowych. Dodatkiem była złota torebka ozdobiona cekinami oraz zielono-złote buty. Na wieczorne „wielkie wyjście” Mileny, postawiliśmy na przepiękną, bogato zdobioną suknię projektu Izabeli Kuleszy. Ta efektowna suknia idealnie pasuje do całej stylizacji. Piękny kształt ust podkreślony ciemną szminką jest charakterystycznym znakiem rozpoznawczym dla lat dwudziestych. Pełna dekadencja.

he Carnival is in bloom, also in Edinburgh. And this year, fashion trends move us back to the magic of the twenties and it's dazzling art deco atmosphere. Splendid dresses sparkling with gold and full with trinkets imitating precious stones boast in the shop windows. And just for a while, little bags, headbands and feathers pinned in hair come back in favour.

T

Milena, our model, immersed herself in the spirit of the twenties inside a cosy interior of the Mongolian restaurant "Khublan Klan". We chose for her an art deco dress in golden and brown tones. Additionally, she wore a golden bag decorated with sequins as well as golden-green shoes. In turn, for her "big going-out night" we decided to bet on a beautiful, lavishly decorated evening dress by Izabela Kulesza. This stunning dress perfectly suits the entire styling. And finally, lip shape accentuated with dark-coloured lipstick was a characteristic feature for the twenties. Full decadence, indeed. Photo: Eliza Szulc, MUA: Marta Sikorska, Hair: Ania Kopaczewska, Styling: Green Funky, Dress with sequins: Izabela Kulesza, Model: Milena Świetlicka.

February 2014

PANGEA MAGAZINE


Sylwia Skaśkiewicz

Sylwia na co dzień przedstawia nieco chłopięce oblicze, jest szaloną i wiecznie uśmiechniętą optymistką. Uwielbia siatkówkę, taniec, prędkość, adrenalinę i motoryzację. W Polsce zajmowała się rachunkowością i finansami publicznymi. Do Wielkiej Brytanii przyjechała z Warmii. Tu wpadła w wir pracy, nie pozwalający jej na zadbanie o swój wizerunek. Dzięki pracy kreatywnego zespołu Green Team Assembly of Artists, Sylwia pokazała swe piękno w kilku odsłonach.

Sylwia usually presents a quite boyish image. She is a crazy optimist and always smiles. She likes playing volleyball, dancing and loves speed, adrenalin and anything with an engine. In Poland she worked in accounting and public finances. Sylwia came to Great Britain from Warmia (a region of Poland). She was so busy that she did not have time to think and look after her image. Thanks to the work of the Green Team Assembly of Artists it was possible to show Sylwia’s beauty through three distinct styles. The Green Team Assembly of Artists suggested the following metamorphosis to Sylwia.

Łagodny i niemalże chłopięcy wygląd postanowiliśmy zamienić na bardziej drapieżny, prezentując Sylwię jako kabaretowo-rockową divę. Zdjęcie:

February 2014

PANGEA MAGAZINE

Make-up: Stylizacja:

Jacek Kocan www.jacekkocan.com Urszula Van Dommelen Green Funky


Stylizacja wieczorowa przemieniła Sylwię w tajemniczą i pełną animuszu damę w czerni. Zdjęcie:

Asystent: Make-up: Fryzura: Stylizacja:

Photobara www.photobara.com Hekta Burnz Urszula Van Dommelen Ania Kopaczewska Green Funky

Delikatną urodę Sylwii pięknie podkreśla finezyjna stylizacja pełna wdzięku, elegancji i subtelności. Zdjęcie:

Make-up: Hair: Dress: Stylizacja:

Oksana Kuklina Photography www.oksanakuklina.nl Urszula Van Dommelen Ania Kopaczewska Izabela Kulesza Green Funky

Zapraszamy naszych Czytelników do przeżycia wyjątkowej przygody ze światem mody i modelingu. Jeśli chcesz wziąć udział w programie “Metamorfozy w wykonaniu Green Team Assembly of Artists”, przyślij do nas swoje zgłoszenie zawierające: imię i nazwisko, wiek, numer telefonu i miejsce zamieszkania, oraz dwa zdjęcia: portretowe i całej sylwetki, na adres: metamorfozy@pangeamagazine.com

We encourage our readers to experience an adventure within the world of fashion and modelling. If you are interested in taking part in a metamorphosis by the Green Team Assembly of Artists send us entry form with your name, surname, age, mobile phone number, address and two photographs (portrait and stand-up picture) and send to the following address: metamorfozy@pangeamagazine.com.

February 2014

PANGEA MAGAZINE



momencie narodzin mózg nasz rozpoczął intensywne uczenie się otaczającego go świata. Nasze współistnienie z otoczeniem dokonuje się wyłącznie za pośrednictwem układu nerwowego, przede wszystkim zaś mózgu. Dlatego po urodzeniu mózg nasz zaczął działać jak „podwójna pompa ssąco-tłocząca”, która starała się cały otaczający świat „przepompować” do umysłu w postaci symbolicznej, czyli przez budowanie w neuronach tzw. reprezentacji, czyli znaczeń bodźców docierających do nas ze świata zewnętrznego.

W

Nasz mózg podlegał nieustannym zmianom, gdyż to, co działo się w środowisku zewnętrznym, pozostawiało w nim trwałe ślady. W mózgu odzwierciedlają się dwie reprezentacje natury – jedna dotyczy istoty obiektów świata otaczającego, druga zaś relacji między obiektami otoczenia zewnętrznego a człowiekiem. Wygląda to następująco: w momencie, w którym dostrzegamy krzesło, nasz mózg interpretuje to, co widzi, korzystając z reprezentacji znaczeniowej (to jest krzesło) i istoto-

wej (to przedmiot, który służy do siedzenia a przewrócone doskonale nadaje się do zabawy w samochód). Obie reprezentacje nakładają się na siebie i angażują te same neurony w mózgu. Zdolność do tworzenia reprezentacji posiada wiele zwierząt, ale tylko w umyśle człowieka zdolność ta rozwinęła się z tak zwielokrotnioną siłą. Będąc dziećmi, nadawaliśmy te znaczenia wszystkiemu, z czym mieliśmy kontakt, wszelkim zapachom, smakom, wszystkiemu co widzieliśmy i słyszeliśmy. Z jakąż pasją i zaangażowaniem uczyliśmy się! Jakiż fascynujący był dla nas świat! Byliśmy tak skuteczni, że w wieku trzech lat doskonale poruszaliśmy się w zewnętrznym świecie. Interesowało nas już nie tylko najbliższe otoczenie. My chcieliśmy zgłębiać otaczające nas zjawiska – dlaczego słońce świeci, co to są dinozaury, dlaczego pada deszcz, co znajduje się na końcu wszechświata. Również bardzo sprawnie posługiwaliśmy się językiem (przestrzega-

ur brains have been learning intensely the world around us since the moment of our birth. This coexistence between us and the outside world takes place thanks to the nervous system, especially the brain. After birth our brain starts to resemble “a double lift-and-force-pump” since it is trying to “pump” stimulus from the external world in the form of symbolic representations which are stored in neurons. Our brain develops constantly as what is happening in the surrounding world is reflected in the brain structure.

O

There are two kinds of representation in the brain: the first concerns the nature of objects, the second the relationship between the object and the human being. It can be illustrated by the example of a chair. When we see the chair our brain identifies the object (this is a chair) and to describe it and induce connotations (this is an ob-

liśmy reguł częściej, niż je naruszaliśmy, dostrzegaliśmy cechy uniwersalne, myliliśmy się w subtelny, dorosły sposób i wielu rodzajów błędów w ogóle nie popełnialiśmy). Oczywiście, nie był to szczyt naszych możliwości. Gdybyśmy urodzili się w kraju trójjęzycznym, bez najmniejszego wysiłku znalibyśmy trzy języki, tak jak nasze dzieci mieszkające w Szkocji bez problemu w krótkim czasie opanowują język angielski. Urodziliśmy się z niezwykle inteligentnym mózgiem. Każdy z nas, każde dziecko rodzi się z olbrzymią pasją do nauki. Niezwykła łatwość uczenia się małych dzieci wynika z ich olbrzymiej inteligencji. Naukowcy uważają, że do 5 roku życia dziecięca inteligencja jest kilkukrotnie wyższa niż inteligencja osób dorosłych. Dlaczego tak się dzieje, wyjaśnię w następnym artykule. Marek Hoffman

ject which is used for seating and when it is turned round it is perfect for pretending that it is a car). Both representations clash with each other and use the same neurons. Many animals are able to create representations, but only human brains have developed this ability to such an extent. When we were children we used these representations to name everything we had contact with, for all smells, tastes and all things we could see and hear. We were eager to learn, full of passion and found the world fascinating. At the age of three we moved perfectly in the world, we were not only interested in what was surrounding us but we also wanted to understand it and know why does the sun shine, what are dinosaurs, why does it rain and what is at the end of the universe. We were also very good at language - we complied with rules more often than we broke them, saw universal features, made subtle mistakes typical for adults, some mistakes we did not make at all. However, this was not the limit of our abilities. If we had been born in a trilingual country we could have spoken three languages, just like our children in Scotland who mastered English in a very short time. Each of us was born with an extremely intelligent brain and a great passion for learning. The ease with which young children learn results from their huge intelligence and ability to absorb information. Some scientists claim that the intelligence of children under five years old is several times higher than adults. I will explain the reaMarek Hoffman son for this in the next article.

February 2014

PANGEA MAGAZINE


całą pewnością słyszeliście o diecie, która opanowała Hollywood i wszystkie modne restauracje od Nowego Jorku po Los Angeles. Od gwiazd, takich jak Demi Moore po Megan Fox. Znana jako Eliksir Młodości, czyli dieta XXI wieku. Czym ta dieta jest w istocie? Lub - jakby powiedzieli jej zwolennicy - nie dieta, a wybór?

Z

Składa się z surowych warzyw, owoców, orzechów i ziaren, które nigdy nie były poddane obróbce termicznej powyżej 46 stopni Celsjusza, ponieważ żywność podgrzana do wyższej temperatury traci enzymy i organizm musi użyć własnych zapasów, żeby strawić jedzenie tracąc energię i minerały. Będąc od trzech lat zwolenniczką tej diety, sama miałam okazję zaobserwować zarówno pozytywne, jak i negatywne strony. Negatywy: Raw food może stać się twoją nową religią. Niektórzy zwolennicy tej diety są przekonani, że stanowi ona jedyny sposób istnienia. Uważają, że stają się bardziej wrażliwi duchowo i że odkryli źródło młodości, zamieniając talerz makaronu na zindoktrynowane ciasto marchewkowe. Czasami idą jeszcze dalej i odrzucają korzystanie z restauracji czy kawiarni. Wielu zwolenników diety raw food ma z tym kłopoty. Zwykle kończą się one przerwaniem diety. Czują, że nie mają tak naprawdę życia towarzyskiego albo że całkowicie muszą zmienić swoje dotychczasowe nawyki, łącznie z rodzinnymi obiadami. Rawfoodyści spożywają dużo tropikalnych owoców, takich jak mango, banany, pomarańcze, papaja czy awokado, które świetnie schładzają organizm.

Dieta Raw Food „Eliksir Młodości”

Hałas: jeśli kochałeś alchemię gotowania na ogniu, pożegnaj się z nią. Powitaj za to hałas blenderów, mikserów, robotów kuchennych, dehydratorów i sokowirówek. Pozytywy: Znam wiele osób, które cierpiały z powodu długotrwałej depresji i którym dieta raw food pomogła zmniejszyć lub całkowicie zlikwidować objawy.

Wiele osób w efekcie diety raw food spożywa więcej warzyw i owoców, a mniej przetworzonej żywności, produktów na bazie pszenicy i cukru. Wiele wyszło z trudnych, przewlekłych schorzeń. Czując przypływ energii zwiększają swoją aktywność, czując większą potrzebę przebywania w naturze, niż przed telewizorem.

W efekcie ludzie zaczynają myśleć o wyborach dotyczących jedzenia. Przechodząc na dietę organiczną. Jako wysoce zasadowa, dieta poprawia wygląd skóry, włosów, trawienie, kreuje nowy, świetlisty wizerunek. Gorąco polecam stosowanie jej latem, kiedy dostępna jest świeża, lokalna żywność. To doskonały sposób na oczyszczenie organizmu. Samo dodawanie nieprzetworzonej żywności do diety przynosi dobroczynne skutki. Jeśli chcesz uniknąć intensywnej reakcji odtruwania, zastosuj 80-procentową raw food latem i 60procentową zimą!

Ciasto jabłkowo-figowe Wypełnienie: 6 małych jabłek sok z połowy cytryny 1/4 i 1/2 łyżeczki cynamonu pół filiżanki daktyli 1/2 suszonych fig, moczonych minimum 4 godziny 1/8 łyżeczki kwasku cytrynowego Baza: półtorej filiżanki surowych migdałów filiżanka odpestkowanych daktyli 1/4 łyżeczki cynamonu 1 i 1/2 łyżeczki oleju kokosowego pierwszego tłoczenia Przygotowanie: Przetwórz migdały w procesorze na mączkę migdałową. Dodaj daktyle, olej kokosowy, cynamon i wyrób z tego ciasto. Pokrój 5 jabłek na małe kawałki i rozdrobnij je w procesorze na mniejsze. Dodaj sok z cytryny i 1/4 łyżeczki cynamonu. Zmiksuj pozostałe jabłko, daktyle, figi, cynamon i kwasek cytrynowy na sos jabłkowy. Wymieszaj jabłka z sosem w misce. Zalej tym ciasto i wstaw do lodówki na minimum 2 godziny. Dharma Gabrielle

February 2014

PANGEA MAGAZINE


ou have most likely heard of the diet that has taken over Hollywood and all the trendy restaurants from New York to LA. Stars from Demi Moore to Megan Fox have taken up the diet known as “The Elixir of Youth” and “The Diet of the 21st Century”. But what exactly is this diet – or as the raw foodists would say, “it’s not a diet but a life choice.” I could not agree more; because once you join the raw food clan you rarely do things, and definitely don’t eat, the normal way.

Y

Consisting of uncooked vegan products: vegetables, fruits, nuts and seeds which are never heated past 46oC, believing that food which is heated higher than 46oC kills the enzymes; so the body must use its own enzymes to digest the food thus losing energy and minerals. Being a raw foodist myself for three years and after attending all the raw food group meetings I have seen the positive and the negative aspects of this diet. NEGATIVE ASPECTS – It could become your new religion: some raw foodists live it, and start believing it’s the only way to be. They believe that they are more sensitive spiritually, and that they have found the fountain of youth; replacing their plate of pasta with a raw carrot cake. Sometimes they become more isolated, since restaurants and coffee houses are usually out of the question. Many raw foodists find this aspect very difficult which is usually the cause of them breaking their diet. They feel they don’t really have a social life any more, or that they have had to completely turn their life around - including all the family holiday dinners. Raw foodists eat a lot of tropical fruits – mangoes, bananas, oranges, papayas, avocadoes – not only are these cooling foods, they also carry a lot of pesticides. The noise effect: if you love the alchemy of cooking on fire, you will miss this – instead it will be replaced with the noise of blenders, food processors, dehydrators; and juicers. POSITIVE ASPECTS: I know many people who have had chronic depression and the diet has eased it or completely eliminated it. Many people actually end up eating more vegetables and fruits and fewer processed foods, wheat and sugar-based products. This helps many people recover from very difficult chronic sicknesses. With more energy people start being more active; becoming more interested in outdoor activities and spending less time in front of the TV. They start thinking more about their food choices, going organic – most people have a strong reaction to pesticide after some time. The diet is highly alkaline, improving skin, hair, digestion and creating a glowing look. I highly recommend trying the raw food diet during the summer when local foods are ripe and at hand. It’s a great cleanser and makes you feel light and healthy. Also adding more raw food into the diet has great benefits – start slow if you don’t want an intense detox reaction and go up 80 per cent in the summer to 60 per cent present in the winter! Here is a raw recipe for Apple Fig Pie 6 small apples Juice from 1/2 lemon 1/4 to 1/2 teaspoons cinnamon 1/2 cup dates 1/2 cup dried figs soaked for 4 hours minimum. 1/8 teaspoon lemon zest Basic Almond Raw Pie Crust: you need... 1 and 1/2 cups raw almonds* 1 cup pitted dates 1/4 teaspoon cinnamon 1 and 1/2 teaspoon virgin coconut oil Method: Process the almonds in a food processor with the S-blade until it becomes coarse almond flour. Add the dates, coconut oil, and cinnamon to the food processor and process with the S-blade until the mixture forms a dough. Roughly chop 4 apples and pulse them in the food processor until they are in tiny pieces. Pour the lemon juice and 1/4 teaspoon cinnamon over them. In a blender blend 2 finely chopped apples (add to the blender first), 1/2 cup dates, 1/2 cup figs 1/2 teaspoon cinnamon, and 1/8 teaspoon lemon zest to make an apple sauce. Mix the apple sauce and the apples in a bowl. Pour the mixture into a piecrust. ReDharma Gabrielle frigerate for at least two hours.

February 2014

PANGEA MAGAZINE


SUBIEKTYWNA

HISTORIA ROCK’n’ROLLA część 1

iałem 14 lat. Była jesień 1957 roku. O tej porze roku mama często wysyłała mnie lub moich braci, tak jak inne mamy swoich synów z mojej dzielnicy, do Miejskiego Ogrodu, w którym było pięć czy sześć szklarni produkujących warzywa na potrzeby mieszkańców miasta. Ogród ogrodzony był siatką, która szczelnie porośnięta była winoroślą z bardzo słodkimi, czarnymi owocami. Zrywaliśmy winne grona, przynosząc duże ilości do domów.

M

Nasze mamy przetwarzały winogrona na konfitury, dżemy, wina, soki i inne napoje, robiąc zapasy na zimę i wczesną wiosnę. Na „winobraniu” często spotykałem się ze starszym o dwa lata kolegą, dziś nieżyjącym już, Andrzejem Śliwińskim (późniejszym pułkownikiem LWP). Śliwińscy mieszkali w Krycha kamienicy przy ulicy Niebrowskiej, a ja na rogu Warszawskiej i Zawadzkiej. Andrzej był inteligentnym, oczytanym chłopakiem. Pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy na winogronowym żywopłocie blisko siebie, zbierając owoce, Andrzej odezwał się do mnie: „Tolek, zejdź na chwilę na ziemię, muszę ci coś bardzo ważnego powiedzieć”. Zszedłem na dół. Andrzej, cały czas rozglądając się dookoła, czy nikogo w pobliżu nie ma, wziął mnie pod rękę; wzdłuż ogrodzenia doszliśmy do ulicy Cmentarnej, skręcając w jej głąb w lewo, na wysokość trzeciego, czwartego drzewa. Rozejrzał się jeszcze raz wokół, po czym nachylił się do mojego ucha i szeptem wypowiedział słowa: „Słuchaj Tolek, to co ci powiem, zatrzymaj tylko dla siebie, nikomu nie powtarzaj”; jeszcze raz rozejrzał się wokół i dokończył: „Istnieje na świecie taka muzyka, bardzo szalona, przybyła do Europy zza Oceanu, jest zakazana i nazywa się ROCK’n’ROLL. To, co ci powiedziałem, zachowaj dla siebie, nikomu ani słowa, ani mru, mru.” Czułem, że Andrzej przekazał mi bardzo ważną informację, którą muszę pielęgnować i trzymać w głębokiej tajemnicy. Wracając do domu, by nie zapomnieć o zakazanym terminie, przez całą drogę powtarzałem sobie: „rock’n’roll, rock’n’roll, rock’n’roll”. Termin ten nie dawał mi spokoju. Kiedy znalazłem się w domu, sięgnąłem po roczniki „Dookoła Świata” (ojciec prenumerował „Przekrój” i „Dookoła Świata”, które to egzemplarze po roku zszywał i oprawiał u introligatora w twarde okładki). Przeglądając całe roczniki 1956 i 1957 (były to kolorowe tygodniki) natrafiłem na artykuły Marka Konopki, który był stałym korespondentem agencji PAP-u piszącym ze Stanów Zjednoczonych. Konopka w swoich artykułach wyrażał się bardzo krytycznie o imperialnej Ameryce, o jej wyzyskującej, kapitalistycznej gospodarce, o rasizmie, o rozhuśtanej wolności, o pseu-

February 2014

PANGEA MAGAZINE

dodemokracji i stosunkach międzyludzkich. Zauważyłem, że pisze również artykuły o tajemniczym dla mnie zjawisku „rock’n’roll”. Dotarłem do dwóch bardzo ważnych publikacji, po przeczytaniu których utwierdziłem się w przekonaniu, że mam do czynienia z zakazanym owocem i to, co Andrzej Śliwiński mi przekazał, było prawdą – muszę wystrzegać się tej muzyki i trzymać ją w wielkiej tajemnicy przed koleżankami i kolegami. Pierwszy artykuł dotyczył Elvisa Presleya („Jailhouse Rock”, „Blue Moon”, „It’s Now or Never”) Właściwie była to bardzo krytyczna, karykaturalna wręcz recenzja z pierwszego filmu z Presleyem, Love Me Tender (1956 rok). Elvisa, króla rock’n’rolla, przedstawił w kiczowatym westernie jako ryczącą krowę na amerykańskiej prerii (dziś wiemy, co to były za tytułowe hity, np. Love Me Tender czy Poor Boy, obie piosenki z filmu). Pierwszy raz zetknąłem się z tak szkalującym określeniem Presleya - Elvis Pelvis (Elvis miednica, biodro) – nadane mu ze względu na nowatorskie, jak na tamte czasy, poruszanie się po scenie podczas koncertów. Pragnę nadmienić, że w tym krytykowanym przez Marka Konopkę okresie (rok 1956), Elvis, jak nikt dotąd działający w światowym show businessie, nagrał w jednym roku i sprzedał osiem Złotych Płyt (singli). Każda z nich sprzedana była w milionie egzemplarzy. Drugi artykuł Konopki dotyczył największego skandalisty w historii, killera rock’n’rolla, Jerry Lee Lewisa („Whole Lotta Shakin’ Go On”, „Great Balls Of Fire”, „Crazy Arms”). Poza, jakby dziś nazwać, chuligańskimi wybrykami Jerryego Lee na scenie (rzucanie stołkami, uderzanie w klawisze fortepianu stopą w bucie, skakanie po fortepianie czy podpalanie tego instrumentu), miał miejsce chyba największy skandal w dziejach rock’n’rolla - ożenek killera z 13-letnią Myrą Brown, córką kuzyna. Ten związek sprawił, że purytańska opinia publiczna wyeliminowała Jerryego Lee Lewisa na wiele lat z koncertowania; również w mediach (radio, TV) zakazano odtwarzania jego wspaniałych nagrań. Miało to wpływ na sferę ekonomiczną piosenkarza i na jego artystyczny rozwój. W warunkach amerykańskich wróżyło szybką śmierć w show buisnessie. Te dwa artykuły uświadomiły mi, że mam do czynienia z szatańską, demoralizującą muzyką, że muszę się jej wystrzegać, choć emocjonalnie podnieca każdą młodą duszę. Choć po październiku 1956 roku, po upadku prześladowczego i zbrodniczego stalinizmu, żelazna kurtyna oddzielająca „zgniły” ZACHÓD od „postępowego” WSCHODU podniosła się nieco w górę, to jednak słuchanie zakazanego rock’n’rolla nadal odbywało się w wielkiej konspiracji, bo inaczej można było popaść w kłopoty, szczególnie w szkole. Ale jak to zrobić, kiedy epidemia rock’n’rolla opanowała i zaraziła cały kapitalistyczny świat oraz wszystkie kraje „demoludu”, również Polskę, moje miasto, mój dom? Autor: Antoni Malewski, R&R (1)


I was 14 years old. It was autumn 1957. At this time of the year, I (or my brothers) used to be sent by our mum to the town garden. This was very common; other mums from the neighbourhood did the same to their sons. In the garden there were five or six greenhouses producing vegetables for the inhabitants of our city. The garden was fenced with wire mesh that was tightly overgrown by vines with sweet black grapes. We used to pick these and take large amounts of them home. Then our mums would process them and make lots of jams, preserves, wines, juices and other beverages, filling up the cellar with supplies for winter and early spring. During harvest time I would often meet with my friend, who was two years older than me, and who unfortunately

passed away some time ago. His name was Andrzej Śliwiński and later on he was a colonel in the Polish army. His family lived in a tenement house on Niebrowska Street, and I lived at the corner of Warszawska Street and Zawadzka Street. Andrzej was an intelligent, wellread guy. One evening, while we were gathering grapes, sitting close to one another on the fence, Andrzej said to me: “Tolek, come down for a minute, I have something very important to tell you”. So I came down. Andrzej was constantly looking around as if there were somebody near us. He grabbed me by the arm and we walked along the fence till we reached Cmentarna Street. Andrzej looked around again, making sure that we were alone. He bent down and whispered into my ear: “Listen to me, Tolek. What I’m just about to tell you is for your ears alone, do not repeat this to anyone, do you understand? To nobody.” He looked around one more time and continued: “There is this music, very crazy which came to Europe from overseas, it’s banned and it’s called ROCK’N’ROLL. Keep everything that I’ve just told you to yourself, so that nobody else can learn about it.” I felt as if Andrzej had given me a piece of very important information that I needed to cherish and keep as a deep secret. On my way home, I kept repeating the forbidden term “rock’n’roll, rock’n’roll, rock’n’roll” in my head, so as not to forget it. My mind was disturbed by those

words. When I got home, I grabbed the mounted and bound issues of “Around the World” magazine. My dad had subscriptions with “The Review”; which were colourful weekly magazines. He had all the issues bound together annually into a book with a hard cover. I was browsing the years 1956 and 1957 and came across articles by Marek Konopka, who was the regular Polish Press Agency correspondent in the United States. In his articles, Konopka expressed his great disapproval of imperialistic America - he was very critical of its exploitative capitalist economy, racism, too flexible freedoms and pseudo-democracy, as well as interpersonal relations. I also noticed that he wrote about rock’n’roll – still a mysterious phenomenon, to myself at least. I discovered two very important articles, which assured me that I was dealing with forbidden fruit. Now I was convinced that what Andrzej Śliwiński had just told me was very true, and that I must be very careful with my knowledge of this music and keep far away from it. I also needed to keep it a secret from my friends and colleagues. The first article was about Elvis Presley (“Jailhouse Rock”, “Blue Moon”, “It’s Now or Never”). In fact, it was a very critical, even caricatured review of the first film with Presley, Love Me Tender (from 1956). Elvis, “The King” of rock’n’roll, was introduced in a cheap and trashy western movie as a roaring cowboy on the American prairie (We know now what is what, as far as titles like “Love Me Tender” or “Poor Boy”, are concerned – both songs were from that movie). For the first time in my life, I came across a defamatory description of Presley – Elvis Pelvis – that was given to him because of his innovative hip movements on stage during his concerts. I would like to mention that during the period so strongly criticised by Marek Konopko, Elvis, like no one ever before in the world of showbusiness, recorded as many as eight gold records in just one year (1956), one of which sold a million copies. The second article by Konopka was about “rock’n’roll’s first great wild man”, “The Killer”, Jerry Lee Lewis (“Whole Lotta Shakin’ Going On”, “Great Balls of Fire”, “Crazy Arms”). In addition to the loutish extravagances (as they would be called nowadays) of Jerry Lee on stage – such as throwing stools, hitting the piano keys with his foot in a shoe, jumping on the piano or even setting that instrument on fire – there was what probably ranked as the biggest scandal in the history of rock’n’roll. This was Jerry Lee’s marriage to his cousin’s daughter Myra Brown, who was only thirteen years old at the time. The incident resulted in Jerry Lee’s exclusion from touring for many years as a result of the puritan public reaction; also his wonderful records were banned and therefore could not be aired on radio or TV. This had a major impact on Jerry Lee’s economic situation, as well as on his artistic development. Under these circumstances, his show business career suffered a speedy demise. Those two articles made me realise that I was indeed dealing with devilish and demoralising music, which I needed to guard myself against and avoid. However, it seemed to be emotionally exciting to any young soul. After October 1956, when the oppressive and malevolent Stalinist system collapsed and the Iron Curtain that was separating the “rotten” West from the “progressive” East opened up slightly, listening to the forbidden rock’n’roll was still held in great conspiracy and secrecy, otherwise one would run into trouble, especially at school. But – when the epidemic of rock’n’roll was spreading throughout the entire capitalist world and all the Eastern Bloc countries, including Poland, my city, and my home – what else could one have done? Author: Antoni Malewski, R & R (1)

February 2014

PANGEA MAGAZINE


ajbardziej oryginalna restauracja w Edynburgu umacnia swoją pozycję, przyciągając kulinarnymi pokusami coraz więcej nowych klientów.

N

W XIII wieku zwyczajem wojowników wielkiego Chana, który rządził Mongolią, było gotowanie jedzenia w odwróconych tarczach, na ognisku. W ten sposób przygotowywali plastry mięsa, cięte ostrzem miecza, z mieszanką warzyw, aromatycznych przypraw, olejów i sosów. Mając na uwadze tę starą tradycję, Khublai Khans podaje swoim klientom jedne z najmniej znanych, lecz najbardziej oryginalnych potraw na świecie. Można stworzyć swoje własne danie, wybierając takie egzotyczne delicje, jak struś, dzik, ośmiorniczka, wielbłąd, jeleń, lama, kangur i zebra, jak również bardziej zwyczajne mięsa oraz duże ilości warzyw. Restauracja jest otwarta na lunch od poniedziałku do niedzieli, od 12.00 do 14.30; na obiad – od poniedziałku do czwartku, od 18.00 do późna, oraz od piątku do niedzieli, od 17.00 do późna.

Khublai Khans he most original dining extravaganza in Edinburgh marches on capturing ever more converts with its novel temptations. In the 13th century, it was the custom for the warriors of the great Khans, who ruled Mongolia, to cook their food on their up-turned shields over a camp fire. In this way they would prepare slivers of meat, cut with the sword edge, with a combination of vegetables, aromatic spices, oils and sauces. With these ancient traditions in mind, Khublai Khans brings their customers one of the world’s least known, but most original dishes.

T

You can create your own dishes selecting such exotic delicacies as ostrich, wild boar, baby octopus, camel, venison, llama, kangaroo and zebra, as well as more mundane meats and loads of vegetables. The restaurant is opened for lunch Monday – Sunday 12noon – 2:30pm; for dinner Monday – Thursday: 6pm – late, and Friday – Sunday: 5pm – late. More info: www.khublaikhan-edinburgh.co.uk

February 2014

PANGEA MAGAZINE

Więcej informacji dostępnych jest na stronie www.khublaikhanedinburgh.co.uk

Under review Khublai Khans – Mongolian Restaurant




Górale kontra Mont Blanc

oniec sezonu miał nam dać odpowiedź na pytanie, co zamierzamy zrobić w przyszłym roku: czy niesieni euforią po Uralu wylądujemy gdzieś w Pamirze, czy też, jak pęknięty balonik - gdziekolwiek na glebie...Pojechaliśmy na przełomie września i października (28/9-06/10), w trójkę, ja – „Rzeźnik z Goleniowa”, Andrzej – „Nogi sztangisty” i Monika - „Wszystko załatwię”. Wybraliśmy jesień, licząc na umiarkowane temperatury, mniejszy ruch na szlaku i odrobinę śniegu, który miał dodać smaku Alpom.

K

Dlaczego Mont Blanc? Głównie ze względu na łatwość dojazdu, jak i umiarkowane trudności techniczne, jakie stawia wspinaczka na szczyt. Ze względu na październikową aurę musieliśmy zabrać dodatkową ciepłą odzież i sprzęt wspinaczkowy (raki, czekan, lina 50 m). Z uśmiechami na twarzach zważyliśmy plecaki i wyszła nam tradycyjna złota „dwudziestka piątka”, to jest 25 kg bez jedzenia i wody. No cóż, po pełnym

dopakowaniu wyszło nam 35 kg. Głowiliśmy się, co tak naprawdę możemy zostawić na dole, by odciążyć plecaki, ale wyszło nam z tego raptem nic... Podejście rozpoczynamy z Le Houches – wioski, która sąsiaduje z Chamonix, stolicą francuskich Alp.

February 2014

PANGEA MAGAZINE


Pierwszy dzień zawsze jest ciężki. To rodzaj rozgrzewki na siłowni rozciągniętej na 8-9 godzin, podczas której klniesz, słabniesz, mamroczesz do siebie, czasami widzisz dziwne rzeczy, ale idziesz do przodu. Twój przyjaciel plecak nieustająco pragnie wyrwać ci ramiona, a grawitacja leciutko okłada po twarzy. Po pewnym czasie ty i wysiłek zbliżacie się do siebie (można na to liczyć już drugiego dnia). I mimo, że nie jest to miłość od pierwszego wejrzenia, budujecie dobrą, zdrową relację. I dokładnie taki był pierwszy dzień. Ostre podejście wypychające oddech z piersi i takież widoki – ogrom Alp przytłacza. Trzeba ostro zadzierać głowę, żeby ogarnąć wierzchołki, a potem poczuć podekscytownie myślą, że za kilka dni my też tam będziemy! Uśmiech nie znika z naszych twarzy pomimo zmęczenia, potu i dygotu przeciążonych nóg. Po to właśnie tutaj jesteśmy – by dostać lekki wycisk, pobyć ze sobą samym i czerpać siłę z otaczających nas gór. Zmęczeni, ale zadowoleni, dochodzimy do pierwszego noclegu, czyli opuszczonej stacji kolejki linowej Col du Mt.Lachat (2077m.n.p.m) I...siadamy. Powoli dołącza do nas równie zmęczona Monika. Po krótkiej rozmowie, mówię, że mamy jeszcze dwie godziny marszu do lepszego noclegu. Monika powoli wstaje, dostaje kwadratowych oczu i mam wrażenie, że coś się jej pieni w kącikach ust. Ale, że co?!! Ale, że jak?! Spoglądają na mnie duże oczęta pełne trwogi, ale piana z ust nie schodzi. Ok, żartowałem, zostajemy. Śpimy bite 12 godzin – potrzebujemy tego snu, ponieważ kolejny dzień wcale nie będzie łatwiejszy. Czekają nas odcinki w rakach i z linami. Wstajemy rano rześcy i wypoczęci, po wczorajszym wysiłku nie mamy nawet zakwasów – to dobra wróżba na nadchodzący dzień. Pakowanie i w góry! Naszym celem jest Baraque Forestiere des Rognes (2768 m.n.p.m), a jak góry pozwolą – Refuge de Tete Rousse (3187 m.n.p.m). Kolejne wymagające podejście: miejscami ślisko i niebezpiecznie, widoczność spada do zera, idziemy w chmurach. Po kilku godzinach ciężkiej pracy lądujemy cali i zdrowi w Baraque i zastanawiamy się, co dalej. Mamy jeszcze sporo czasu do wejścia, ale pogoda raczej nie sprzyja. Decydujemy się iść dalej, dopóki jest jasno, a potem zobaczymy. Kolejne odcinki robimy całkowicie w chmurach, nie mając pojęcia, gdzie jesteśmy. Coś niby się przerzedza, coś niby majaczy, ale nikt nie zdaje sobie sprawy, gdzie dokładnie jesteśmy na mapie. W końcu GPS wskazuje 3132 m.n.p.m, ale za cholerę nigdzie nie widać schroniska. Decydujemy się na rozbicie namiotu na niewielkiej platformie, która jest częścią małego schronu. Po jakichś 30-40 minutach odrobinę się przejaśnia, okazuje się, że schronisko jest 50 metrów od nas! Takie są właśnie góry – nawet jeśli myślisz, że wiesz już wszystko, zawsze możesz dostać małego pstryczka w nos. Zwijamy namiot i potulni jak baranki podchodzimy

February 2014

PANGEA MAGAZINE

do schroniska. O tej porze roku jest już zamknięte, ale na szczęście jedna z sal czeka na takich turystów jak my. Bezmiar szczęścia jest nie do opisania! Jest sucho, w miarę ciepło i bez problemów można rozprostować nogi! Raj na ziemi! Kolejny magiczny dzień. Śpimy 12 godzin. Rano przepakowanie i w góry! Zakładamy raki, uprzęże, kaski i bierzemy czekany, bo przed nami najtrudniejszy odcinek, pełen śniegu, lodu i miejsc, w których bez treningu na ściance wspinaczkowej żadne z nas nie poradziłoby sobie. Powoli pniemy się w górę. Jeden z zespołów, który za nami podąża, wycofuje się, ale my się nie poddajemy. Teren jest naprawdę trudny technicznie, sporo wspinaczki z liną. Opady śniegu diametralnie zmieniają letnią drogę na Mont Blanc, która przestaje być prostym podejściem, a staje się regularnym wspinaniem. Niektóre kursy wspinaczki zimowej zaczynają się od takich właśnie dróg. Pełno technicznych ruchów, asekuracji i wspinaczkowego balansu. Po kilku godzinach nieustającej walki przychodzi chwila zastanowienia. Idziemy dalej czy wracamy? Mamy jeszcze czas, żeby podjąć decyzję, a za kilka godzin może być już za późno. Możemy utknąć gdzieś pośrodku podejścia, bez szans na bezpieczne zejście w świetle dnia. Zaczynamy dyskutować i analizować naszą sytuację, czy dajemy radę czy raczej idziemy na granicy naszych możliwości, a niespodziewane trudności mogą nas rozłożyć na łopatki? Decydujemy się na zejście. Rozsądek bierze górę nad ambicją. Wiem, że moglibyśmy zrobić to podejście, ale koszt byłby zbyt duży, a wynik niepewny. Zaczynamy schodzić. Po kilku godzinach jesteśmy z powrotem w schronisku i na nowo dyskutujemy nad możliwością wejścia. Pod wpływem adrenaliny postanawiamy spróbować raz jeszcze kolejnego dnia. Rano, po przebudzeniu, jeszcze na pryczach rozpoczynamy rozmowę i już z chłodnymi głowami dochodzimy do wniosku, że wejście jest jednak za trudne i musi jeszcze na nas poczekać. Śniegu jest więcej, niż się spodziewaliśmy, a dla niektórych z nas jest to pierwsze spotkanie z rakami i czekanem. Letnie wejście na Mont Blanc jest ograniczone wrażliwością na wysokość i wydolnością organizmu. Zimowe (tak je nazwaliśmy ze względu na ilość śniegu) wymaga od nas dodatkowych umiejętności wspinaczki zimowej. Nie mieliśmy żadnych problemów z aklimatyzacją czy kondycją, ale złamał nas śnieg i lód. Każdy z nas zastanawiał się całą noc i nie była to łatwa decyzja, bo czuliśmy niedosyt gór i ciężko nam było wycofać się z podkulonym ogonem. Byliśmy już przecież tak blisko... Wylądowaliśmy jak pęknięty balonik na glebie... Jakie wobec tego mamy plany na przyszły rok? Pireneje! Mamy kilka ekscytujących opcji! Jeden ze szlaków, który bierzemy pod uwagę ma 800 km długości i sumę przewyższeń 40km... Szczegóły na naszym profilu FB GóJacek Pańczuk rale.


Polish Highlanders vs. Mont Blan he end of the season was supposed to bring us the answer for the important question: what are we going to do next year? Whether carried by the euphoria of the Urals we would land somewhere in the Pamir Mountains, or, as a stricken balloon, anywhere on the earthly soil. We went in late September/early October 2010 the three of us: myself “Butcher from Goleniow”, Andrew “Legs of a weight-lifter” and Monica “I get everything”.

T

We chose autumn for the simple reason that we hoped for moderate temperatures, less traffic on the trail and a bit of snow, which would add to the special flavour of the Alps. Why Mont Blanc? Mainly because of the ease of travel, as well as the reasonable technical difficulties posed by climbing to the top. Because of the October weather conditions, we had to take additional warm clothing and climbing equipment such as crampons, alpenstock and 50m-long ropes. With smiles on our faces we weighed the backpacks: the traditional “gold twenty five” appeared on the scale, which is 25 kg without food and water. Well, the grand total after adding few bits and pieces was 35 kg. We were racking our brains about what could we leave at the bottom and what would not be really necessary on the peak, however, everything seemed to be important and needed. We started to approach the mountains from Les Houches – a little village, which is adjacent to Chamonix, the capital of the French Alps. The first day is always harsh and hard. It’s like a kind of a warm-up at the gym. With a slight difference though – it’s stretched over 8-9 hours, during which you swear, grow weaker, mumble to yourself, sometimes you see strange things… but you go ahead. Your friend, the backpack, wants to rip off your arms constantly, and gravity is lightly slapping you in the face from time to time. After some time your efforts and you are getting very close to one another – you can count on it already on the second day. And even though this is not the love at first sight, you do build up together a strong, healthy relationship. And this is exactly how it was on the first day. Steep climbing is forcing our breath and pushing it out of our chest, as well as the views: we are overwhelmed by the enormity of the majestic Alps. We must pull up our heads very sharply to embrace the vertices, and then feel the excitement at the thought that in just a few days we will be there too! The smile has never disappeared from our faces – despite the tiredness,

sweat and trembling overloaded legs. That’s why we are here – to experience for ourselves a tough workout, to contemplate our own thoughts and to scoop strength from the mountains that surround us. Tired but happy, we reached the place where we would get our first night’s rest, a desolate cable railway station, Col du Mt. Lachat (2077m ASL). And… we sit down. A few minutes later, Monica, equally tired, joined us there. After a brief chat, I commented that it was only a two-hour march to reach better accommodation. Monica slowly got up, her eyes got square, and I had the impression that she is simmering inside with anger – she is foaming at the corners of her lips. “But, what?!... But, how?!...” Her sweet big eyes, full of fear, looked at me… still foaming at the mouth. “Ok, I was just kidding! We will stay here.” We slept for twelve hours. We needed that sleep because the days would not get any easier. We would face difficult sections of the trail, with crampons and ropes. In the morning, we woke up fresh and rested. Our muscles were not sore despite all yesterday’s physical effort – that’s a good sign for the upcoming day. We gathered all our stuff and headed into the mountains! Our goal today was Baraque Forestiere des Rognes (2768m ASL) or if the mountains were kind to us – Refuge de Tete Rousse (3187m ASL). Another demanding approach: slippery and dangerous in places, visibility dropping to zero as we climbed into the clouds. After several hours’ hard work we get to Baraque safe and sound. I was wondering, “What’s next?” We still have plenty of time to approach the peak but the weather conditions are not very favourable. However, we decide to go ahead until we are clear of the cloud. And then we will see what to do next. We tackled the following sections of the trail completely in the clouds, having no idea where we actually were. Sometimes it thinned out, sometimes it was looming. None of us seemed to realise exactly where on the map we were. Finally, the GPS showed that we were at the height of 3132 metres above sea level but there is no sign of the mountain lodge. So we decide to set up a tent on a small platform, which also served as a partial small shelter. After about 30-40 minutes the cloud cleared

a bit and it appeared that the hostel was just 50 metres away! These are mountains for you – even if you think you’ve seen everything, you are bound to get a wee poke in your nose. We rolled up the tent and as gentle and meek as lambs, we headed towards the shelter. It’s usually closed at this time of year, but fortunately one of the halls was open and it was waiting for tourists like us. Our happiness was indescribable! Dry, moderately warm; we could have stretched our legs with no problem! Heaven on earth! It had been another magical day. We slept twelve hours again. In the morning we re-packed and once again headed up the mountains. We put on crampons, harnesses, helmets and we took out our ice axes, because it was the most difficult part of the route: full of snow, ice and places where, without our training at the climbing wall, none of us would have managed to cope successfully. We climbed up very slowly and carefully. One of the teams following us retreated, but we did not give up – we would not surrender. The area was really difficult technically, a lot of climbing with ropes. Snowfalls radically change this track that is manageable during the summer. At that time it is simpler to approach, it is regular climbing. Some of the winter-climbing courses start with such difficult routes like this one. They require a lot of technical movements, belaying, safeguarding and climbing balance. After several hours of continuous battling with the condition came the moment of reflection. Do we continue or return? There is still time to make a decision but in a few hours it might be too late. We could get stuck somewhere in the middle of ascending, without a fair chance of a safe landing in the daylight. We start to discuss and analyse our current situation: whether we are managing or whether we are reaching the limits of our physical abilities and risking the possibility that unexpected difficulties could pin our shoulders to the ground. We decide to descend – common sense wins over ambition. I know we could have climbed straight to the top, but the risk would have been far too high, and the outcome uncertain. We begin to descend. After few hours we were back at the shelter and we discussed the possibility of re-entry. Under the influence of adrenaline, we decide to try again the next day. In the morning, just after waking up, still lying on our bunks, we start a serious conversation. It was not an easy decision, however we came to the conclusion that it’s not our time yet, the ascent has to wait – it’s too difficult just now. There is more snow than we expected, and for some of us this was the first experience of crampons and ice axe. The summer ascent of Mont Blanc is limited by the physical sensitivity to the height and the efficiency of a human body. Winter climbing (as we call it because of the amount of snow) requires from us additional mountaineering skills. We had no problems with acclimatisation, fitness or health conditions. We gave up because of snow and ice. Each of us spent the night thinking about it and it was not easy to choose this option, because we felt unsatisfied and hungry for the mountains. We did not want to crawl back with our tails between our legs. We’d been so close… We felt like a burst balloon that had anded on the ground… So, what are our plans for the next year? Pyrenees! We have some exciting options! One of the trails, which we are looking at, is 80km long and the entirety of climbing equals 40km… More details on our Facebook profile Polish Highlanders (Górale). Jacek Pańczuk

February 2014

PANGEA MAGAZINE



Issuu converts static files into: digital portfolios, online yearbooks, online catalogs, digital photo albums and more. Sign up and create your flipbook.