Page 1

Nowy BregArt numer 1, maj 2014 ŻYĆ

M O Ż N A,

A

N AW E T

Mija niemal równo 10 lat od zawieszenia przez nas wydawania art.-zina literackiego "BregArt". Dla wielu z Was tamte kilka stron odbite na ksero nie było pustą nazwą, nie było obojętne. U swoich początków, w 1998 nasz zin miał być próbą istnienia niejako niezależnie od cyklów wydawniczych książek, almanachów, antologii, miał być naszą szybką odpowiedzią na pomysły i potrzebę dawania głosu - lokalnie, regionalnie, środowiskowo z czasem, jak się okazało, ten głos był słyszalny także daleko dalej. Jak daleko do dzisiaj nikt nie wie. Była to przygoda kreacji czegoś z niczego. Od czasu zawieszenia "BregArtu" wiele się zmieniło, m.in. szarpnęliśmy się na próbę wydawania regularnego pisma literackiego, co okazało się w gruncie rzeczy jeszcze większą partyzantką niż wydawanie "BregArtu". W okolicznościach od których nie mogliśmy i nie chcieliśmy uciekać – okazało się to zdaniem na granicy sił i wydolności – wydawać ogólnopolskie pismo w powiatowym mieście. Dzisiaj los „Red.”-a i jego serii wydaje się wątpliwy, wiele wskazuje, że koniec jest bliski. Nie ma co narzekać, życie płynie dalej, znajduje nowych nosicieli, nowe formy, poczwarki. Właśnie - coś nam umknęło w walce o "Red."-a. Chyba spory kawałek frajdy bycia o krok od czegoś żywego, prawdziwego, zachowującego swoją wątłą wartość niezależnie od zmiennych niezależnych. Niewątpliwie ma "Red." przewagi nad formą zina a zin nad "Red."-em. No ale zina przez te 10 lat nie było. Poza tym czasy są podłe, warunki zbójeckie i pora chyba wracać

TRZEBA

do undergruntu. Teraz w oczekiwaniu na wieści o kasie (a ta potrzebna jest niemała!) na uruchomienie "Red."-a z jego serią, haraczem dla dystrybutorów i brakiem ograniczenia dla długości tekstów - postanowiliśmy odwiesić "BregArt", a w zasadzie uruchomić go ponownie. Chcemy żeby znowu był lekki (do 20 stron a5), dał się bez spadku jakości kopiować na ksero, wychodził co najmniej 4-5 razy w roku, samodystrybuował się metodą "odkseruj i podaj dalej", prenumerował się na zasadzie - "wyślij zaadresowane do siebie koperty ze znaczkami". Wstępując na scenę z „BregArtem” w roku 1998, czuliśmy tremę, ale też nie mieliśmy za sobą mniej. Dzisiaj wchodzimy na tę scenę po raz kolejny, i trema jest niemniejsza. Zarazem po kilkunastu latach różnych inicjatyw, działań, usiłowań towarzyszy nam uczucie, że już tutaj byliśmy, że przekraczając dwadzieścia lat istnienia grupy i czterdzieści lat życia jakbyśmy znaleźli się znowu u podstawy jakiejś cholernej szklanej góry. Powiedziałby ktoś – regres, panowie, regres. Być może w jakimś stopniu tak. Z drugiej strony trudno grać kartami, których się nie ma w ręku, a czekać, że być może w roku 2015 Minister Kultury, Marszałek Województwa czy Maharadża Bhutanu da nam pieniądze na kolejny numer pisma zbierający teksty z ostatnich dwóch lat (niektóre żałośnie nieaktualne, zestarzałe moralnie i merytorycznie) – no ile można a tu życie ucieka. No. A żyć można. A nawet trzeba. Redakcja

1


ROBERT ZAWOJSKI

Przemek Jurek Wiersze

Zrobił dziecko Mostowiakównie więc się musiał żenić siara jak sto pięćdziesiąt ale wziął się chłop zapomniał jak pod namiot pojechał tak daleko od domu tyle wrażeń tyle miejsc niepodobnych do własnego podwórka teraz jest już innym człowiekiem dzieciaka śle do przedszkola robotę ma i myśli żeby się od starych wyprowadzić w niedzielę zakłada płaszcz żona lepsze buty torebkę i idą do kościoła a potem na spacer po parku w pracy go awansowali i teraz lublinem jeździ nabiera powagi swobodnie rozmawia o kredytach i procentach ma poglądy odkąd „Newsweeka” zaczął kupować przytył od matczynych obiadów od patrzenia w kino domowe i jakoś się to będzie układać jakoś pójdzie w stronę śmierci już z górki ale na razie jest spokój dzieciak odpukać zdrowy i rośnie jeszcze lepiej nawet będzie jak na pół roku do Anglii wyjedzie jeszcze wszyscy zobaczą jeszcze mu będą zazdrościć.

MIREK RAPACKI JEST BOHATEREM Mirek Rapacki stoi tuż przy rzece o tu się zatrzymał mówi pokazując na środek nurtu kołami do góry grzał mówię ci ze sto pięćdziesiąt

KAŚKA MATYJASZEK I JACEK MIRKIEWICZ

weszłem do wody i wyciągłem ich wszystkich po kolei a dziecko na tylnym siedzeniu było w takim foteliku i już się pomału topiło

Ani ładna ani brzydka ale w sumie co z tego i tak się wszyscy w niej kochali a Jacek Mirkiewicz zwłaszcza bo i kawał opowiedzieć umiała i w siatkę zagrać jak równy z równym i pogadać było można

dali mu nagrodę jakieś pieniądze był w urzędzie i dostał dyplom to nie jest jego pięć minut to już jego drugi tydzień pije i wtedy mówi będą mnie ludzie wspominać

ale to się szybko skończyło Kaśka do ogólniaka Jacek do budowlanki chociaż jeszcze gdzieś tam łazili razem jeszcze po południu czasem wzięli rowery potem Kaśka wyjechała na studia do Wrocławia Jacek na parafii został palety zbijał do knajpy zaczął chodzić Kaśka gdzieś znikła przyjechała po trzech latach już z Francji citroenem z jakimś żabojadem w dredach

więc pamiętajcie o Mirku Rapackim który normalnie się prawie nie uśmiecha ale teraz szczerzy do mnie zęby stojąc tyłem do słońca na tle światła bije blask od niego i widzę w nim anioła stróża tamtych uratowanych

Jacek widzi ją czasem jak na święta wpadnie podchodzi wtedy pod dom jej rodziców patrzy w oświetlone okna potem wraca do siebie i z nikim nie chce gadać za to na pasterce siada specjalnie gdzieś obok ona uśmiechnie się wtedy zapyta co słychać on machnie ręką i powie że po staremu.

pewnie wyślą mu kartkę na święta może jeszcze jedną za rok potem światło rozproszy się i skupi na kimś innym.

2


Elżbieta Lipińska Wiersze

Ryszard Słoneczny Wiersze KILKA SŁÓW NA WYPADEK POWTÓRNYCH NARODZIN na pożegnanie nie wstawać patrzeć bezustannie i prosto w oczy nie oglądać się a może nie z tamtego dnia narodzą się pozostali z tamtej nocy każdy sen pochowany w grząskim dnie bajora skazany na wieczne ślizganie się po jednej lub przeciwnej stronie tafli lodu

ROZMYŚLANIA O PORANKU

w każdej innej porze życia

Jestem uparta gramatycznie. Dano mi oczy i widzę. Dla mnie to jak umycie zębów, nie mogę patrzeć na brudny tekst. Obsesja, daje po oczach jak lampa śledczego. Trudno pisać z zamkniętymi. Tak pisze tylko noc, stawia pieczątki na ścianach, zrywa tapety, których już dawno nie ma, każe ci kochać nieznajomego bez zwłoki i lęku. Nie dba o błędy. Jest nocą, jest nocą, a ja tylko dzienną kobietą z ostrym spojrzeniem.

PRZEDSIONEK to jest tylko miejsce na maski i upodobania duszenie w zarodku przedsmak eutanazji o wyznaczonej godzinie a jest 20 lutego zwrotnik koziorożca

ZE ZŁOŚCI Na to, że niby wszystko płynie, a kamienie i tak obrastają mchem. Na to, że tak długo liczę palce własnej dłoni i wciąż nie umiem zwinąć ich w pięść.

na niebie rozpoznaję wielki wóz każdej nocy ustawiony jest inaczej

Na to, że twoja szklanka zbyt pusta, a moja zbyt pełna. Na deszcz i że nie ma komu dać w pysk. Na ciszę i na brak ciszy.

to dziadek Jan od Lenardów woźnica dyszlem wskazuje drogę

Na to, że nie umiem. Na to, że chcę. Na to, że śnią się koszmary, A daleko do rana, do rany nie przyłóż.

nie używając bata układa lwom grzywę do snu

3


Radosław Wiśniewski Trans Ferry - powieść drogi wodnej (fragment) dotykają, jak głęboką duchową prawdę głoszą. Za dnia często nie widać, szczególnie gdy morze wzburzone, jak płynie statek migający ci z pokładu jachtu na ułamek minuty, gdy drewniane, skrzypiące i wstydliwie cieknące szparami poszycia ciałko wespnie się na szczyt fali, by spaść w dolinę między falami. Czy to dziób, czy rufa, w lewo sterować czy też nie, czy ten kuter ciągnie włok czy inną sieć, której lękają się malutkie jachty, takie jak ten, bowiem jednym szczwanym podcięciem potrafi taki zerwać balast spod stępki, a wówczas nie ma czasu na modlitwy. Może na jedną tylko, tę króciutką, przypisywaną rybakom bretońskim – „Boże, morze jest takie wielkie, a moja łódź taka mała”. Puenta przychodzi szybko, oto bowiem jacht pozbawiony przeciwwagi dla wciskanego w fale wiatrami ożaglowania robi wywrotkę i z niej już się nie podnosi. A to jeden z lęków młodych, niewprawnych żeglarzy kładących się w ciepłej koi poprzedników idących właśnie na nocną wachtę – nie dać się śmierci zaskoczyć, żeby jacht nie poszedł na dno, gdy będziemy spali pod pokładem, tak jakby zginąć na otwartym pokładzie było milej, jakby fajniej było szamotać się w wodzie z nogą zaplątaną w olinowanie masztu sterczącego teraz topem ku głębi, która nie musi na mapie wyglądać imponująco jak rów mariański, wystarczy przecież i metr, aby tylko płuca przyjęły wodę i nie zdołały jej wypluć z powrotem. Nocą zatem wolno parkować, bo nocą rozjaśnia się tym, którzy wiedzą, na co patrzyć i jakie światła i znaki zapisane są tym, co na morzu. A za dnia wara, daj dolara. Po krótkiej konsultacji z Patrikiem wychodzi na to, że po pierwsze mandatu nie wolno płacić, trzeba go po polsku zlekceważyć i nie iść jak dobry Szwed na posterunek, aby oddać się w ręce policji. Okazuje się też,

Karton książek, dwa laptopy, prawie żadnych pieniędzy na zapas i od razu na drugi dzień mandat od uczynnej szwedzkiej policji. Nie wiem, jakim sposobem wymyśliliście sobie, że jako pensjonariusze Baltic Center for Writers możecie sobie ustawiać samochód na parkingu koło budynku tej instytucji. Otóż nie jest tak. Bowiem z okien Centrum widać szeroko i daleko, ponad klifem i częściowo ponad wieżami kościoła Najświętszej Maryi Panny, czyli po prostu Domkyrka. To punkt, w którym wszyscy robią zdjęcia, przychodzą oglądać zachody słońca, rozpoznawać światła promów, pochylone płatki jachtów, włóczyć wzrok nad czerwonymi dachami stłoczonymi, upchanymi w amorficznym labiryncie uliczek szerokich na wyciągnięcie ramion, długich na obrócenie w marszu dwa razy ich nazw własnych. O nie, nie jest tak i nie będzie. W tym miejscu jest taryfikator i mandat za nieprzestrzeganie godzin, kiedy wolno parkować za darmo – a są to godziny nocne, kiedy widać też niemało, ale tylko wprawnym okiem tego, kto nauczył się rozpoznawać znaki zapisane tym, co na morzu. Jak mawiają żeglarze – „gdy się ściemni, to się rozjaśni” – nieświadomi, jak wielkiej mistycznej tajemnicy w gruncie rzeczy

4


nie wtedy, cztery lata temu pojechałeś rowerem na pierwszą, jak wydawało się, dalszą podróż rowerową poza Visby. Kierunek Högklint, najwyższy klif na wyspie, kilkadziesiąt metrów nad wodą z oślimi łączkami, na które z góry zeskakiwały owce i kozy w poszukiwaniu zielonej trawy, a później nie były w stanie same wskoczyć z powrotem po skałach i umierały z głodu, czego świadectwem kości zbierane po latach. I co widziały te koźle gały, wpatrzone w nocne niebo przed sobą, przed darmowym, ostatnim parkingiem w życiu? Ach, co zła sława tego miejsca i jaskinie zbójców wokół. Ale Ty rozejrzałeś się, zrobiłeś dwa zdjęcia i chciałeś chyba pojechać dalej. Ktoś mógłby napisać lub chociażby pomyśleć w uniesieniu: „A oto ujrzałam go z nadwagą na rowerze, a pędził skacząc po pagórkach i nie chciał się zatrzymać, bowiem wielki był pęd jego i ogromny wiatr imał się jego bluzy. I słyszałam głos, zatrzymaj, ach, zatrzymaj szalonego męża, gdyż trafi on na klif i zepsujesz sobie urlop, wakacje, będziesz musiała doglądać go przy defekacji, myć

ilustracja: Krzysztof Schodowski

że jedyne miejsce w promieniu kilometra od staromiejskiego centrum, innerstadt, miasta wewnętrznego, miasta w murach – to parking koło kliniki psychiatrycznej. I nie wiedzieć dlaczego, ta koincydencja, to zestawienie wydaje się znaczące. Literaci to wariaci, ale nie wszyscy wariaci to literaci, mój Boże, jakaż mała jest łódka tej inwencji, a morze stereotypu jakie rozległe. Idźmy dalej tropem znaczących koincydencji. W kościele Najświętszej Maryi Panny, Domkyrka, bokiem do ołtarza, kopia megalitycznych łodzi wikingów, które można spotkać na Gotlandii po lasach. Na pulpitach wokół kartki i kilka słów o tym, że kościół jest okrętem unoszącym się ku, a zatem, gościu miły, stań i zapisz, co chciałbyś powierzyć wieczności, Bogu, co chciałbyś unieść ku lub jeżeli sam nie możesz − by ku zostało uniesione. Dalej napis głosi, że zebranie kartek z wnętrza megalitycznej, chociaż prowizorycznej przecież łodzi, odbędzie się 16 września. Kartki zostaną zebrane w jeden kosz i spalone, a dusze ich oddane niebu i nocy nad Gotlandią. Ach tak, 16 września, dokład-

5


niesforne części ciała i tylko od średniozaawansowanego dupczenia będziesz miała spokój, bowiem połamią się kości jego tak, iż jedna wejdzie krwawo w drugą i będzie jęk, zgrzytanie zębów i ciężko będzie zasnąć, gdyż mąż ów będzie jęczał i stękał przez sen w centrum pięknego starego Visby i będzie musiał łykać citadron co dwie godziny, bo trzeciej już nie zdzierży. Ale nie zatrzymałam go ani nie powiedziałam nic a nic, a on jechał i jechał”. No żeby to rzeczywiście było tak, to może jeszcze by jakoś uszło, nadawało się na opowieść, albo chociaż udający psalm zaśpiew żałosny nad światem. Ale było zupełnie inaczej. To był 16 września w godzinie, o której wielki prom wybudowany z Ghaozhou, a mimo tego pływający pod banderą Szwecji i mający port macierzysty, do którego zawija raz dziennie, odpływa z Visby ku Oskarhamn, o tej porze, kiedy myślisz, pora już na obiad, a miasto połyskuje w dali jak krawędź ostrza w ręku rzezaka. Wsiadłeś na rower i powiedziałeś, że pora już na obiad, zaś blask i lśnienie miasta w oddali nad morzem pominąłeś, bo wydała ci się zbyt absurdalna i niemądra. No nie, to była wiedza ex post. Zatem była pora najwyższa. Nisko zawieszone były chmury, szkwał marszczył blat, ciepłe sepie i szarości, światło jak w szczelinie skały. Rower jak rower, z tyłu ona na tym drugim, nowszym, ale czy naprawdę słyszała głos, czy go też nie słyszała, czy to moce Azteków, Majów, Nbiru, New World Order czy po prostu mitomania, która po fakcie lubi dopowiadać to, czego nikt nigdy nie powiedział? No bo skąd miałbyś to wiedzieć? Zajrzałeś do wydruków z czarnych skrzynek, widziałeś rejestrator myśli, a może potulnie wiedziałeś, gdzie chowa ten zeszyt, zwitek banknotów, w których licznych liniach zabezpieczających ktoś zapisał już wtedy tajemny kod, brzydkie słowa, coś jak „Chuj ci w dupę pajacu”. Nie, nie mogłeś tego wiedzieć zjeżdżając swobodnie pomiędzy dom-

kami z lekkich desek, leniwie wijącą się asfaltową drogą z Högklint ku dołowi, ku skrzyżowaniu, skąd trzeba było po zastosowaniu się do znaku „Stop” ruszyć żwawo, bowiem z jednego i drugiego boku były inne zakręty, a za takimi zawsze może czaić się złe volvo z wielkimi zębami ze skandynawskich kryminałów. To miejsce jest widoczne do dzisiaj, chociaż brak tutaj tabliczki informującej, że asfalt jednak jest twardy, a kości łamliwe; och, trawa z pobocza zapewne nadal tkwi w rawce przedniego koła roweru, który rok temu ktoś ukradł z balkonu na pierwszym piętrze w centrum Wrocławia. Zatem to widać do dzisiaj, że na zakręcie z górki wylał się krzywo asfalt, a koło trafiwszy na nierówną krawędź drogi zjechało jakoś tak w wypłukaną deszczami rozszerzającą się ku barierze koleinę z piasku i żwiru, iż Ty nad kołem już wiedziałeś, że Twoje drogi z tym rowerem drastycznie się zaraz rozejdą, że on pójdzie za barierę na boku drogi, w trawy, krzaki, a Ty, jakby cięższy, masywniejszy, większy, bardziej bezbronny niźli zwierzę w ubojni rytualnej pójdziesz na spotkanie z asfaltem. O tak, najpierw lewym ramieniem (nie słychać było pękania, trzasku, chrupnięcia), a potem cała reszta. I patrz, jak dobrze wiesz, że jest coś nie tak, bo leżysz płasko, a cała ręka lewa za plecami, tak że by się tylko w dupę drapać, gdyby się dało czymkolwiek ruszyć. Przez ułamek sekundy miga Tobie podchorąży Stanisław Tereszczuk spod Monte Cassino, pisało o nim (było napisane! I to nie przez byle kogo – przez samego Melchiora Wańkowicza było napisane!), że leżał w zasiekach ciężko ranny noc i dzień bez wody, a nogę mu wykręciło na minie przeciwpiechotnej piętą do góry, i że niby jeszcze w szoku bitewnym Tereszczuk nic nie czuł, ale widział i wiedział, że jest coś cholernie nie halo z jego ciałem, bo ciało się tak nie wygina, a skoro się wygina, to jest nie całe, jak jest nie całe, to zaraz będzie boleć, a potem się urwie film.

6


Sławomir Płatek Wiersze

DWA PRZYJAZDY DO WARSZAWY PRZYJAZD PIERWSZY. Cel - siedziba (...) S.A. Przedpołudnie, autobus, orientacja na przewodnik turystyczny. Pierwszy przystanek ZTM Plac Dzierżyńskiego. Mam stary plan, sześcioletni. Zmiana wspomnień zawsze oznacza zmianę planów. Drugi przystanek ZTM Pod ulicą 80 karabinów Sten. Nie zdążyli otworzyć skrytek, nie użyli. W 1947 warszawskie dzieci znalazły. Ja też nie zdążę Trzeci przystanek ZTM nawet zrobić zdjęcia. Tak szybko przejeżdża tramwaj za szybą. Chyba przewidzenie, ale na buforze wyraźnie Czwarty przystanek ZTM ktoś siedział i pił lemoniadę. Jest nawet plama na szybie. Nachuchałem więc przecieram. Pomaga, znika wszystko z linii wzroku. PRZYJAZD DRUGI. BYWANIE. SHERATON, PIWNICA POETYCKA, PKP. Turbot patrzy na sommeliera. Według niego (sommeliera) nic nie zastąpi prawdziwej piwnicy. Można wietrzyć wino w karafce, ale starość nie przychodzi tak łatwo, jak by się chciało. Trzeba swoje odleżeć (przepraszam, odczekać), trzeba długo nic nie robić. Nie ma przecież maszyn do produkcji kurzu, maszyn do produkcji czasu. Czekam więc. Słońce uporczywie i niedostrzegalnie trawi fasady. Trawię turbota. Wieczór, poeci piją piwo. Produkują czas. Furtkę należy nadłamać. Tynk z fasady można odłupać i zostawić na posadzce. Upić się młodym piwem i zostać Markiem Hłaską. Nie ważne, że Hłasko pił wódkę. Nasikajmy na ścianę, będzie prawdziwiej. Boże, daj im jakąś wojnę. Na dojrzewanie w piwnicy może braknąć czasu. Dworzec. Słońce ślizga się po temacie. Człowiek w płaszczu miętosi rozpostarte ptaszysko parasola. Ma zakłopotany, nieśmiały wzrok. Jak turbot na talerzu. Bo on, wie pan, jest zepsuty.

7


Wojciech Boros Wiersze

Ewa Niezgoda Wiersze *** przy Tobie nauczyłam się równo oddychać wplatać kolorowe koraliki na nitkę codzienności połykać wino ze słodkim posmakiem gwiezdnej drogi a teraz ja nauczę Ciebie zbierać słone plony i szeptać Bogu tajemnice może uniesie Nas wysoko

THE DOORS Mam znamię na sercu i w czarne się ubieram. Nie zaginam rogów w przeczytanych pozycjach. Niczego nie podkreślam. Tak mnie wychowano, że zapominam Cukiereczku. To jedyna Droga.

*** lubię to uczucie odgłos pękającego lodu pod stopami widok zamarzniętych łez gdzieś w rogówce płacze Bóg a do wiosny daleko sople grzechów lśnią na bezdrożach może jak utopią marzannę znikną wyrzuty sumienia chodź nie bój się razem przełamiemy lody

Pamiętaj – Ty też nie jesteś stąd. A zakręt, który jest we mnie, nigdy nie będzie prostą.

KSIĄŻĘ ALZHEIMER Jutro odwożę mego Ojca do Domu. Opieki. Odwożę jego skafander – rok produkcji 1930. Pieluchomajtki. Trzęsącą się brodę. Prawdziwe nogi służące do leżenia. Rękę prawą, która gładziła mnie po głowie. I puste studnie po oczach.

***

Dom wygląda ładnie. Stoi na skraju lasu w Internecie. Jest piękny jak przez telefon. Mówi Pani. Śmierć bez odleżyn jest tego warta. Ojciec nie pamięta i nie wie. Ale czasami coś szepcze w nieznanym narzeczu śmiertelnych.

codziennie dorzucam do pieca nowych wrażeń płoną jak zadymione marzenia następnego dnia przewracają się z hukiem na śniegu jak roztopione w słońcu bałwany żar uczuć maleje znów trzeba dorzucić nadziei rozpalić na nowo sens tego istnienia

A pies, którego kupię Mamie, przyniesie w listopadowy poranek kawałek duszy Janka na dnie brązowych ślepi. Choć nie wiem, czy Mama zgodzi się na psa…

8


Paweł Kozioł Wiersze

Łukasz Jarosz Wiersze *** (Oli)

poeci z czasem nie rosną, oni maleją bo wysypują się z nich przedmioty, a organizm upraszcza się do głowy, narządów rodnych i bólu który przez krtań prze ciemną samogłoską. jeszcze do serca, a jakże. i wtedy nie sposób pisać, olu, do kogoś z imieniem jak przepływ krwi między przedsionkiem a komorą. do ciebie. boję się uproszczenia, jego kroków przez mięso, haków wbijanych w trakcie czerwonej wspinaczki.

INKRUSTACJA We śnie: roztrzaskany o betonową nogę mostu, pocięty karoserią na zoranym kołami pasie zieleni. Umieram, gniję i rodzę robaki. Karmię ziemię, która miała koić serce.

boję się prostowania ścieżek, odginania ogniw oddechu. bo łuk wygrywa z linią,

To wczoraj. Teraz księżyc jak pęcherz, żona obcina naszej śpiącej córce paznokcie. Nie mogę się rozproszyć – skupiony wsuwam pod kredens łapkę na myszy. Najdelikatniej jak potrafię, żeby nie strzeliła pusta.

liniałem, nie da po łapach, od czego się palce wyprostują, a uchwyt â wiadomo. i w dół,

węzeł jest sensem liny. i żyły się w środku plączą, póki nie przyjdzie śmierć ze staromodnym

w którym żyły już nie chcą. lecz póki przeważa tętno nad precyzyjną kreską tamy, chcą. w tym chceniu także boję się, strach świeci nawet i przez pragnienie, jest nagą żarówką ze sceny przesłuchania, co ma pokazywać

PURGATORIUM

naraz dwie sprawy: że świecisz i że przez to w objęciu trzymasz mnie pod światło

Jestem skórą i kośćmi. Ścigamy się z ojcem od trzech topól do ganku. Widzę nas w pyle. Pył w pyle. Potem on spieszy się, by zamówić kombajn do naszych dzierżawionych pól. Nadal mam jego sweter, wojskowy pas.

- kopertę z tłuszczu albo nieczytelną dla samej siebie, bo bezzębną pestkę, albo coś mniej oczywistego, czemu szepce się tylko, ażeby się splotło.

Nie jestem sobie potrzebny, już wiem, jak mogłem żyć. Nie jestem sobie potrzebny, naplułem na patyk i rzuciłem psu. W śnie wbiegłem do pokoju pełnego śpiących dzieci. W długim lustrze zobaczyłem, że trzymam w rękach głowę konia.

9


Krystian Ławreniuk Ziemia Wróżek (fragment) domu, kuchnia. Duże prostokątne wnętrze ze stołem na osiem osób i niewielki aneks z kuchenką, lodówką i małymi, ale dość pojemnymi szafkami. Z kuchni, przez oszklone drzwi, wychodziło się na ogromny balkon. Stojąc na nim, albo wylegując się na znajdujących się tam leżakach, można było podziwiać rozciągający się przed oczyma nadmorski krajobraz. (...) Nazwa domu nie pozostawiała żadnych złudzeń co do pasji jego właściciela. Tony ponad wszystko kochał lokomotywy. Przez większość życia pracował jako prawnik w rządzie królowej, a gdy odszedł na zasłużoną emeryturę, całkowicie oddał się swojemu hobby. Jako stary kawaler, bojący się kobiet niczym ognia piekielnego oraz żywy przykład człowieka uosabiającego wszystko, co old fashioned, Tony stanowił zjawisko cokolwiek niecodzienne w multikulturowej Anglii XXI wieku. Był reliktem, przedstawicielem pokolenia, które odeszło już niemal w niepamięć. Pokolenia osiemdziesięciolatków, którzy w dużej mierze zapełniali teraz pokoiki domów starości, gdzie na powrót stawali się dziećmi. Był reprezentantem wszystkich pozostałych przy życiu dżentelmenów, mówiących arcypoprawną angielszczyzną i znających połowę Szekspira na pamięć. Dystyngowanych panów i pań, którzy nie ważyliby się wyjść z domu bez idealnie dobranego stroju, którzy, jeśli zaszłaby taka potrzeba, wstaliby o czwartej rano, aby wypastować buty i wyprasować koszulę. Nieśmiertelnych fanów krykieta oglądanego przy filiżance herbaty i krakersach. Pamiętających mistrzostwo świata z 1966 roku. Ludzi umiejących przeprosić na sto pięćdziesiąt sposobów. Był patronem flegmatycznych jak diabli i tradycjonalnych jak cholera. Przewidywalnych jak zaćmienie słońca. Operujących tym niesamowitym poczuciem humoru, którego nie ogarnie

Chatka Tony’ego Targetta mieściła się pod adresem 10 Meadow Rise i nie wyróżniała się niczym szczególnym wśród dziesiątek jednopiętrowych, niebyt dużych budynków, jakich pełno można było zobaczyć na pagórkach Dawlish. Domek w kształcie zbliżonym do trójkąta ułożony był na łagodnym wzgórzu. Ze względu na to dość specyficzne położenie, trudno było się niekiedy zorientować, którą z kondygnacji należałoby w danym momencie nazwać piętrem, parterem, a którą piwnicą. Mieszkanko Tony’ego, zgodnie z angielskim zwyczajem, wciąż obecnym w prowincjonalnych miasteczkach, posiadało swoje imię – Steam Cottage. Gdy otwierało się drzwi wejściowe Parowej Chaty, przy których zawsze stała na warcie skrzyneczka pustych butelek dla mleczarza, wchodziło się właściwie do pomieszczeń znajdujących się na najwyższej kondygnacji. Z niewielkiego przedpokoju można było skręcić na prawo, do salonu, w którym Tony zwykł oglądać transmisje meczów krykietowych, albo z nieukrywaną radością wyprzedzać kwestie aktorów odgrywających szekspirowskie sztuki, nagrane na niezliczonej ilości kaset wideo. Na wprost od głównego wejścia mieściło się jedno z najważniejszych pomieszczeń

10


nikt, kto nie urodził się w Wielkiej Brytanii. Był gościem, którego należało zamknąć w klatce i pokazywać ludziom, mówiąc przy tym: „Oto Anglia – kraj, którego już nie ma”. Mapa Tony’ego Targetta nie zawierała krajów, w których nie istnieje kolej. No cóż mu te barbarzyńskie krainy, przez które nigdy nie przemknął żaden parowóz, które nie znają zapachu dymu wypluwanego przez komin lokomotywy? Czasem, gdy podczas śniadania rzucał jakby od niechcenia kilka słów dotyczących jednej z jego podróży, próbowałem sobie wyobrazić go gdzieś na krańcu świata. Widziałem go wówczas w Korei Północnej, gotowego obalić reżim, aby dotrzeć do upragnionej OI 49. W nieznośnym upale, którejś z południowych prowincji Chin, polującego na lokomotywę QJ, ozdobioną tablicą ku czci generała Zhu De. Tony Targett – człowiek żyjący w myśl maksymy „In England everything is traditional” – tysiące mil od domu zaczajał się jak łowca motyli, aby upolować kolejny, unikatowy okaz. Naciskając przycisk aparatu czuł się jak władca materii. Chwytał swoją ofiarę. Brał ją w posiadanie. Kradł jej ziejącą parą, stalową duszę. Po powrocie do domu godzinami obserwował klatkę, w której ją zamknął. Malutki plastikowy prostokącik ze śliską błoną w środku. Wreszcie wysuwał jedną z olbrzymich szafek i wkładał z namaszczeniem swój nowy okaz obok setek tysięcy innych. Czyniąc to myślami błądził już jednak po następnych krainach pełnych lokomotywowych kominów i zapachu dymu. Całymi dniami i nocami ssał go już głód taki, jaki łapie narkomanów w chwilę po otrzeźwieniu. Przez jakiś czas będzie mógł go jeszcze zagłuszać na miejscu, robiąc kolejne zdjęcia Torbay Express, który świszcząc i gwiżdżąc przemyka co niedzielę przez Dawlish i Dawlish Warren ku uciesze dzieciaków. W końcu zmuszony zostanie do tego, by zerknąć na swoją wybrakowaną mapę

i w myślach, z zegarmistrzowską precyzją, zaplanować kolejne polowanie. W Polsce był trzykrotnie. Szczecin, Wrocław, Poznań, Katowice, Warszawa, Kraków, wszystko, co najważniejsze. Muzeum Przemysłu i Kolejnictwa w Jaworzynie Śląskiej, węzeł kolejowy Przemyśl − Żurawica, stacje kolejowe, linie, po których snują się jeszcze zapomniane parowozy widma. Reszta niech sobie błądzi po Wawelach, Sukiennicach i Powązkach. Niech się błąka po korytarzach Zamku Królewskiego, niech dostaje zawrotu głowy próbując ogarnąć Panoramę Racławicką. Tony’ego nie ruszają takie rzeczy. Owszem, zerknie na nie, niektóre nawet otaksuje wnikliwym spojrzeniem albo przewierci na wskroś wzrokiem mrucząc pod nosem swoje nieśmiertelne „Good heavens”. Ale te nieruchome wielkoludy, te kolosy niosące na swoich barkach całe wieki historii nie potrafią przykuć jego uwagi na dłużej. Tony lubi to, co ulotne, co mignie tylko przed oczyma, zostawiając za sobą kłęby dymu i przecinający powietrze dźwięk gwizdka.

11


FEUDUM

Piotr Gajda Wiersze

Oby udało nam się przemknąć jak złodziejowi, który ukrył linie papilarne pod skórzaną rękawiczką, a jego twarz nie świeci znajomym imieniem nawet pod księżycem. Nasza próba to zaledwie łuszczący się naskórek, schodzący z oblicza nowiu, pod którym opalizuje kość. To z niej wystrugano maskę, obecną we wszystkich transmisjach. Kształtną niczym wieści na pocztówce wysłanej z kurortu. Dopasowaną do twarzy plagi jak uśmiech strażnika przy bramie do złych wieści z przedmieść. Nasyconą kolorami do tego stopnia, iż nawet tęcza wygląda przy nich jak brudny bandaż. I chociaż przekazujemy sobie z ust do ust nowinę, że zmieniła się w końcu technologia, fotografię naszych czasów nadal wywołuje się w ciemni. Tylko ekrany jeszcze bardziej

WELTSCHMERZ Kosiarz dni przyprze mnie do muru, w obręb martwej strefy, gdzie nie sięgają ostrza jego maszyn, za to rzetelnie muskając uśpioną głowę, przystrzyże

niż kiedyś błyszczą w oknach niby insygnia władzy, drogocenne precjoza, za które można kupić wioskę po wiosce.

moje sny. I wstanę zbudzony na amen, z ustami w podkówkę, której pogańska symbolika przynieść miała szczęście, ale w przypadku moich uników

CHEMIA Zdjęcie, które właśnie robimy, wywołamy już po końcu świata. Nie myślmy o tym w tej chwili, kiedy przyjmujemy pozę dogodną do pstryknięcia

i ucieczek, dorobiła się wyłącznie odcisków. Mimo to, znów wybiorę marsz, zamiast wysupłania ciała i rozumu z pęt katastrofy. Tymczasem

fotografii, manewrując korpusem aparatu tak, by obiektyw utrwalił, jak w oculus composites kruszą się ostatnie refleksy. Coś musi przecież ocaleć?!

każde potknięcie jest jak omdlenie na szynach, a tworzenie życia to ułuda, frykcyjne ruchy metra w chmurze klimatyzacji. Wychłodzone zmysły

Widok, który głęboko odczuł krótkowidz, wrażliwy jak telegraf zainstalowany na stacji; wszystkie te łamliwe pręciki, wwiercające się w gałkę oczną

zajmują kolejkę, lecz w nowej fryzurze łatwiej zrobić paszportowe zdjęcie, niż od niechcenia zająć miejsce w sypialnej kuszetce, aby w jej zaciszu

niby rażące światło. Oślepiony bólem, zacznie śpiewać psalmy z zaświatów, wieszczyć wykolejenie się państw i narodów. Tymczasem szczęście jest słońcem

życzyć sobie spokojnego dnia, spoglądając w lico ryczącej turbiny. Kiedy pojmę, że na tym czy innym torze znajduje się tunel, na którego końcu błyszczy zachwyt,

obserwowanym przez przydymione szkiełko; wygląda i smakuje jak delicja. Stąd, czego byśmy nie sfotografowali, napoczniemy tylko nieznane, ale czy można napocząć cień? Jutro też będziemy majaczyć, że zatrzymaliśmy nasze istnienia w kadrze, skoro wszystko wokół również zastyga w chwilowym istnieniu, niczym białko

przez kakofonię przebije się myśl, że popełniłem błąd, stąpając twardo po ziemi, gdy powinienem chodzić po wodzie, bo czas przecież płynie.

w motorniczym winnym katastrofy.

12


Wojciech Mytnik Wiersze

Tomasz Kościkiewicz Wiersze KUCHENNY STÓŁ

NIKLOT

I. Siedzę przy stole, trochę już trzeszczy. Obserwuję zachód słońca. Z okna kuchni doskonale widać czerwoną kulę wolno opadającą w dół.

Krwawo dziś wstało Słońce nad Dubinem. Klucze żurawi wędrują na wschód. Wiosna przynosi zapach nagłej śmierci. Topnieje chwała. Z nią topnieje lód. Wojska krzyżowe, gdzie o wolność walczą Słowiany dumne jak pomorski gryf, Niosą religię męki i poddaństwa W krainę borów i bałtyckiej mgły.

Siedzę przy kuchennym stole. Trochę trzeszczy, bo jest już stary. Powiedziałem: „Zróbmy to jak Frank i Cora.” Tylko się uśmiechnęłaś. Wytrzymał.

Już się w szyszaku pochodnia przegląda, Ta, która spali dawnych Bogów świat. Dzisiaj zapłonie Skwierzyn, Iłów, Mechlin! Odejdzie w ogniu duma setek lat!

II. Ulica jest czerwona. Niebo jest czerwone.

A krwawe Słońce nad dymy się wzniesie, Straszliwej żertwy w światy niosąc krzyk. W krzyku tym, w zgiełku bitwy - jedno słowo, Jedno przesłanie ujrzy nowy świt!

Siedzę przy stole w kuchni. Patrzę na zachód. Gałęzie jeszcze nie wypuściły liści i układają się w pajęczynę. W jej środku wielki ceglasty pająk. III. Mówisz: „Kupmy w końcu nowy stół.”

Gdzie śmierć mnie czeka, gdzie moje spełnienie, Przyjmie mnie Orle jak rodzinny dom, A za lat tysiąc ktoś wspomni me imię. Dziś umrze człowiek, co zawierzył snom.

Dlaczego? Dobrze się siedzi przy nim i patrzy na zachód słońca. Dobrze się przy nim siedzi i patrzy w oczy. Dobrze się przy nim śmieje, je zupę i kłóci.

BEZDECH

Posłuchaj jak trzeszczy. Pamiętasz historie, które opowiada?

Drewniany sen, białe mgły, czarna rzeka. Smutek wędruje od chaty do chaty. Jak makiem zasiał. I pies nie ujada. Milczący wiatr - jak ten duch rosochaty.

ilustracja: Krzysztof Schodowski

Wierzba nad rzeką płynącą ospale Ciężar pochyla swojego żywota. Kolejny bóg tam odchodzi w niepamięć. Kolejny wszechświat wystaje zza płota. Jasno i zwiewnie, ciężko i ponuro. Grom - ten, co nie ma dźwięku ani mocy, Rozświetla wsi zamazane obrzeża. Pęd. Jedwabistość. Miękki dotyk nocy. I - pośród ułud dzikiego półmroku Głos nagle słyszę, jakichś jęków splot. Nie. To nie jęki. To odległe gwiazdy Sączą się w sioło przez zmurszały płot.

13


Adam Bobersk i O kobiecie wrażliwej (II) stępiałe ostrza żelazne ze starodawnych wykopalisk, wygięte kiedyś od podważania skrzyń, wyłamywania drzwi w zdobytym grodzie. Porównuje to z opisem w podręczniku. Wszystko ma swoją nazwę: łacińską i polską. Setki nazw. Trzeba je wykuć. Powtarza je wiele razy, kuje na blachę, we dnie i w nocy, kuje w pokoiku, kuje na spacerze w parku, respirując na świeżym powietrzu, aby dotlenić swój przepracowany mózg, a ja nie jestem w stanie ich zapamiętać, tych nazw, ani jednej, mimo że się staram. Pusta czaszka. Nie przyjmuje nowych informacji. Gdzie niby miałyby się one zapisywać? W pustej czaszce hula wiatr. Miota resztką oparów moich wspomnień. Kość to moja rzeczywistość, moja oczywistość... Mimo takiej ze mną intymnej zażyłości, nie myśli chyba o mnie pani Joanna ani przez moment, pochłonięta nauką do bliskiego egzaminu. Morderczego egzaminu, jak wiele innych morderczych egzaminów na tym morderczym kierunku studiów. Wiele nocy spędzamy ze sobą. Za oknami rozbłyskują i gasną światła uniwersyteckiego miasta. A ja czuję z każdą chwilą coraz mocniej, że znaliśmy się wcześniej. Ja i ta wrażliwa kobieta... Wrażliwa kobieta! No jasne! Jak ja wolno kojarzę! Joanna! Aśka! Ta, co nie chciała być Asią. Ale była nią dla mnie. Znowu razem. Ona rozważna, ja romantyczny. Ożywa pamięć moich kości. Tak, to musi być ona! Minęło wiele lat, ale to musi być ona. A jeśli nie ona, to jej następczyni, duchowa bliźniacza siostra, ale tak jakby ona, po prostu ona – i już! Jakie to szczęśliwe zrządzenie losu, że trafiłem w jej rozkoszne dłonie, które tak dobrze pamiętam, moje kości tak dobrze pamiętają! Nie sądziłem, że kiedyś do tego stopnia się przed nią obnażę. To nie było nigdy moim celem ani marzeniem. Tak się obnażać przed nią: czy to na fotelu dentystycznym, czy to na stole w prosektorium, bę-

Tak mi się czasem marzy... Piękna studentka medycyny uczy się na moich umarłych kościach anatomii człowieka. Niecały, jako szkielet, jestem w jej posiadaniu, zaledwie ułomek, w jednej szóstej, jak sądzę, mniej więcej, tak zdążyłem się rozpaść i pogubić w ziemi, po rozkładzie trumny. Ale jest czaszka − to najważniejsze. Myślę czaszką. Pustą czaszką. Ostatnim szańcem, ostatnią linią obrony. Grabarz, gdyby dokładniej poszukał, kopiąc nowy grób na miejscu starego grobu, któremu wygasła ważność, mógłby mnie skompletować, a przynajmniej w większej części odnaleźć, ale mu się nie chciało. Kości u niego dostatek. Potentat kościany. Wszędzie kości, wszędzie groby, nawet jeśli ich nie widać. Grób z grobu, ciemność z ciemności, trup prawdziwy z trupa prawdziwego, umarły, a nie ożywiony... Sprzedał moje szczątki za czteropak puszkowego Lecha tej ślicznej pani, Joannie, obecnej mojej właścicielce. Grzechoczą w reklamówce z Biedronki, gdy je niesie, pilna studentka, na swoją stancję. Tam ogląda to, co ze mnie zostało, to, co się odnalazło. Wzrokiem i dotykiem zgłębia moje kostne tajemnice, bada kształt i strukturę wybranych elementów mojego niegdyś żwawego szkieletu, takich na przykład żeber, co wyglądają jak

14


dąc rozbieranym na części, dzień po dniu, sekcja po sekcji, coraz bardziej pleśniejąc, mimo formaliny, czy w innych sytuacjach, czy tak jak teraz – w postaci pogrobowego odzysku. Jestem zwolennikiem umiaru, również w obnażaniu. Ale trudno, stało się. Dobrze, że nie wie, czyje to kości. Niech mnie zachowa w pamięci takiego, jakim byłem, kiedy jeszcze byłem na topie, na właściwym tropie. Uśmiecham się do niej swym prawie pełnym uzębieniem, kiedy swymi zręcznymi dłońmi, tak udatnie rzeźbiącymi

SERIA

w mydle trzonowce, ich góry i doliny, gładzi moją żuchwę i te dwa otwory w żuchwie, przez które przechodziły naczynia krwionośne. Żeby jeszcze kość penisowa, jak u innych naczelnych... Ale nic to... I tak jestem mężczyzną – do wyschniętego szpiku moich pożółkłych i poczerniałych gnatów, do samego centrum mojego skamieniałego czerepu! Tak mi się czasem marzy... [Fragment przygotowywanych do druku Apokryfek i wyznań Józefa Kołobrzeskiego]

W Y D AW N I C Z A

"GNIAZDOWNIKI"

? Sławomir Kuźnicki, Geometria Wody, Brzeg 2010

Ryszard Słoneczny, Wrzesnień 2014

Radosław Wiśniewski Dariusz Pado, Korzenie drzewa

Krystian Ławreniuk, Arkansas, Brzeg 2011

15


DWIE

RECENZJE

Agnieszka Marek „Wypuść mnie, wypuść” Miejski Dom Kultury w Radomsku, Radomsko 2013.

wań a ogromem zmysłowego pożądania (zob. „Podróż (I)”). Pragnienia spełnione wpędzają ją w konfuzję, po czym oboje kochankowie rychło wypadają z sentymetalnych ról (por. „Podroż (IV)”). Mieszają się scenariusze. Sytuacje, gesty podstępnie ujawniają swój podwójny sens (por. „Megafony. Wiersz okołopodróżny”). Wypada teraz zaczynać wszystko od nowa, zdać się na pierwotne instynkty („Archetypowo”) w nadziei że wyrośnie z nich czułość kolejnego spełnienia. Poezja Agnieszki Marek umiejąc mówić szczerze, unika ekshibicjonizmu. We właściwych proporcjach łączy psychofizyczny konkret erotyki z odniesieniami kulturowymi („Tajemnice Vermeera”). Jeśli do tej równowagi motywów dodamy jeszcze stylistyczną jednolitość tomu, bez wątpienia wypadnie nam go zaliczyć do debiutów udanych.

Debiutancki zbiór Agnieszki Marek podejmuje tematykę słabiej reprezentowaną poetycko: komplikacji życia uczuciowego przedstawicieli generacji, pamiętnej może młodzieńczych uniesień, ale powoli wkraczającej w wiek średni. Bohaterka tomiku, Chociaż za stara na singielkę wciąż przyciąga spojrzenia. („Od wczoraj”). Chce zatem być nie tylko widziana – ale i dostrzeżona („Clockwise”). W imię tego znosi niedole i dotkliwe skutki własnych oraz cudzych złudzeń. W wyrusza w świat z prowincji, z obrzeży (zob. wiersz „Pocztówka z mojego dworca”). Pokonuje dalekie dystanse: koleją do najbliższej metropolii („Weekendowy, 149 PLN”), samolotem za Kanał La Manche („Pozory mylą”), od pocałunku do pocałunku, od „wtedy” do „teraz” („Porządki”). Wozi ze sobą swoje pragnienia. Obciążona nimi, od nich schorzała (nie bez powodu coraz to powraca w kolejnych wierszach fantazmat choroby lub rany). Ofiaruje je swemu mężczyźnie niejako terapeutycznie. Swoim oddaniem próbuje zaleczyć jego trudno gojące się wspomnienia („Po latach”) lub tęsknoty do byłych kobiet. Ten na jej nieszczęście okazuje się bezradnym wobec własnej przeszłości, starzejącym się chłopcem, który raz przypomina Kaja („Nowy oddział w szpitalu rejonowym”) innym zaś razem – Piotrusia Pana („Urodziny lingwistki”). W parze z prawdziwym oddaniem idzie tu zazdrość („W śniegu”), oczekiwanie wyłączności, bo wprawdzie „Poliamoria” to takie ładne słowo, natomiast myśl/ o trójkącie wydaje się nieprzyzwoita („Balans”). Podmiotka czuje napięcie pomiędzy konwencjami miłosnych zacho-

Piotr W. Lorkowski ilustracja: Krzysztof Schodowski

16


Xavery Stańczyk „Skarb Piratów”, Lampa i Iskra Boża Warszawa 2013

nie podważa struktury kolokwialnego komunikatu. Wulgaryzm pozostaje nieograny, literacko nie rozpracowany, zostaje kolejnym automatycznym wtrętem, jakby się słuchało przypadkowej rozmowy w kolejce SKM czy porannym autobusie. Robi się jeszcze gorzej gdy zajmując się światem autor także nie potrafi zwalczyć odruchowości swojej myśli. Poprzestaje na prostych kalkach i kliszach – czy mówi o korporacji (por. wiersz „Robaczki”) czy o katastrofie smoleńskiej (por. wiersz „Kiedy smoli się Smoleńsk”). Jest jak pierwszy lepszy publicysta, felietonista prasy codziennej. Żeby był wstrząs, potrzebna aby była jakaś przenikliwa myśl, nie taka, żeby zaraz się z nią zgodzić, ale przenikliwa. Kiedy poeta próbuje być osobisty i dojmujący (por. wiersz „Miś” str. 14) wychodzi z tego niestety parodia i brak oczytania, bowiem główną figurą staje się np. miś, któremu zamiast futerka wyrastają kolce, wypada oczko na nitce i sypią się z wnętrzności „trociny jak marzenia”. To, że dla siły efektu śmierć misia następuje poprzez rozsadzenie go petardą, niewiele zmienia. O dramacie młodości, która przestaje być dzieciństwem posługując się przemianami misia - pisało wielu ludzi w wieku Xaverego i do szczętu ten rekwizyt (misia) zużyło. Żeby go ponownie użyć trzeba by było mieć jakiś nowatorski pomysł. Rozerwanie pluszowego misia petardą, to trochę mało. Wiele w tych wierszach skojarzeń z bajkami dla dzieci. Gumisie, Muminki, Smerfy i chyba cytat z Misia Uszatka są zestawiane z figurami wskazującymi, że autor miał styczność i z poważniejszym dorobkiem intelektualnym ludzkości, co dodaje wyrazistości wrażeniu intelektualnej pustki i miotania się by zacytować autora „w te i we w te”. Byłby to polski Majakowski, krytyk i lewacki prorok, ale nie te proporcje geniuszu i siły wyrazu. Waldemar Pawlak to nie Wincenty Witos a Xavery Stańczyk to nie Majakowski, ot co.

BIAŁY MIŚ ROZERWANY PETARDĄ albo POEZJA JAK ŁUK ODRUCHOWY Wielki zawód sprawił mi Xavery Stańczyk, chociaż że spory wpływ na to miało wejście z hukiem autora, poprzez łamy „Newsweeka”, jako poetycką nadzieję młodego pokolenia. Nie jest dobrze, gdy wiersze z hukiem poprzedza autor i jego osoba. Jestem przekonany, że to są słabe wiersze, nie dorastające warsztatem do ambicji autora. Tytuł debiutanckiego zbioru Stańczyka „Skarb piratów” ewokuje pewną chłopięcość, przygodność lub nawet przygodowość tych wierszy, na miarę epoki i jej horyzontów intelektualnych. To byłaby figura do mądrego rozegrania, ale tak jak wiele innych przywołanych w tomie figur – pozostaje kartonową imitacją refleksji, makietą myślenia. Z samego przywołania Focaulta, wiersz nie nabiera dodatkowej głębi, o nie. Wiersz nabiera tylko zbędnych rekwizytów. I zaraz potem tonie pod własnym ciężarem. Grzechem Stańczyka pozostaje nieokiełznane, młodzieńcze rozgadanie, słowotok, nad którym sam zdaje się nie do końca panować w wyniku czego od czasu do czasu umykają jego uwadze frazy, których być nie powinno. Podmiot w jednym wierszu snuje się po „kępach pamięci” a także po „zboczach oczu, sparciałych spojrzeń.” W innym wierszu dają się zaobserwować „czołgi chmur”, które „gruchoczą sny” a potem przychodzi coś, co „sączy mi do oczu żrący kwas światła”. O tym, że metafora dopełniaczowa we współczesnym wierszu to narzędzie, którego należy używać oszczędnie albo wcale, ktoś powinien Stańczykowi powiedzieć. Dodawanie do tej mikstury raz po raz wulgaryzmu także nie wstrząsa, bowiem nic z językiem wiersza nie robi,

Radosław Wiśniewski

17


DU Ś

P AS T E R S T W O

I

INNE

WYDARZENIA

25 marca 2014, Brzeg – spotkanie wokół książki Refika Liciny z udziałem tłumaczki Agnieszki Żuchowskiej-Arendt i wydawcy – Marcina Staszewskiego a bez udziału autora, który uczy w przedszkolu gdzieś w Szwecji, ale nie w Visby. Kwiecień 2014, Visby - Krystian Ławreniuk nie przypłynął do Visby, po raz trzeci. Maj 2014, Visby – Chyba już nikt nie czeka na Krystiana Ławreniuka Maj 2014, Brzeg – w ostatnią fazę weszły przygotowania do wydania książki Krystiana Ławreniuka „Ziemia wróżek”, które przez miesiące dyskusji i przepisywania na nowo zmieniała też tytuły na „Gleba Guślarek”, „Ziemniak z Gruszek”, „Grunty Orne Czarodziejek”, „Czarnoziemy Wiedźm”, „Piachy Czarownic” oraz „Tydzień na Działce z DorSayem i bez”.

23-24 listopada 2013, Brzeg – improwizowany Tumult Artystyczny w 21 rocznicę działalności Stowarzyszenia Żywych Poetów, biorąc pod uwagę, że nie wiadomo jak liczyć lata działalności SŻP istnieje możliwość organizacji jubileuszowych zlotów w zasadzie, co roku, do czego część uczestników zobowiązała organizatorów.

SUBIEKT NA OBIEKCIE albo KRONIKI WYZYSKU KLASOWEGO

31 stycznia 2014, Brzeg – „One Man Riot Rangzen Band” made by Radosław Wiśniewski w Miejskiej Bibliotece Brzegu – zloopowany montaż wizualno-muz yczno -literack i sk ładając y się z tekstów własnych i cudzych. Wiśniewski podobne działanie powtórzył w kolejnych tygodniach między innymi w Świdnicy, Oleśnicy, Wsoli k. Radomia z wiadomym efektem.

Czy to aluminiowa antena – pyta klient wskazując na antenę z plastikowymi elementami mocowania Tak aluminiowa – odpowiada subiekt No ale ja widzę tutaj plastik – mówi klient Tak, bo to jest aluminium oblane plastikiem – odpowiada niespeszony subiekt

Luty 2014, Visby – Krystian Ławreniuk nie przypłynął do Visby, po raz pierwszy. 28 lutego 2014, Brzeg – „Pan kiedyś był poetą” tak mogłoby się nazywać spotkanie zorganizowane w Bibliotece tego dnia z Przemysławem Jurkiem – niegdyś poetą, potem felietonistą, satyrykiem, prozaikiem i wreszcie scenarzystą.

Subiekt dzwoni do klienta, który zamówił dużo rzeczy z różnych źródeł i tłumaczy klientowi że: - wie Pan co półki z naszego asortymentu chyba sobie odpuścimy, bo producent mówi, że niby ma te półki, ale wie Pan ich jest mało, one są szare, i… i… chyba mogą nie działać...

Marzec 2014, Visby – Krystian Ławreniuk nie przypłynął do Visby, po raz drugi.

18


OGŁOSZENIA Spotkania w Niszy

PARAFILNE Joanna Mueller, Radosław Wiśniewski. Nagrodzony tom wierszy zostanie opublikowany nakładem organizatora konkursu.

Wszystkich zainteresowanych siedzeniem przy herbacie, skubaniem folii bąbelkowej, przekładaniem książek z półki na półkę, literaturą, poezją, robieniem czegoś zaprasza się do NISZY w piwnicy Miejskiej Biblioteki Publicznej ul. Jana Pawła II 5, 49-300 Brzeg w każdy czwartek o godzinie 17:00.

23. KONKURS LITERACKI O ZŁOTY SYFON STOWARZYSZENIA ŻYWYCH POETÓW "PRZED DEBIUTEM" BRZEG 2014 zestaw 5 wierszy w 3 kopiach w terminie do dnia 1 lipca 2014 (liczy się data stempla pocztowego) na adres:

Nasze Konkursy 6. KONKURS NA ZBÓR WIERSZY IM. SCHERFFERA VON SCHERFERSTEINA O SYFON SCHERFERA BRZEG 2014

K. I. T. „STOWARZYSZENIE ŻYWYCH POETÓW" MIEJSKA BIBLIOTEKA PUBLICZNA IM. Ks. LUDWIKA I UL. JANA PAWŁA II 5 (NISZA), 49-300 BRZEG Z dopiskiem: ZŁOTY SYFON - "PRZED DEBIUTEM"

zestawy nie więcej niż 45 utworów poetyckich, mieszczących się na nie więcej niż 54 stronach (nie licząc spisu treści i tytułowej), w 3 kopiach oraz na nośniku elektronicznym (płyta CD, dyskietka, pendrive). Termin nadsyłania prac upływa dnia 1 lipca 2014, liczy się data stempla pocztowego. Zestawy prac należy nadsyłać na adres:

Konkurs jest przeznaczony dla osób obojga płci i w dowolnym wieku pozostających przed debiutem literackim. Za debiut rozumie się publikację książkową oznaczoną numerem ISBN lub publikację w piśmie o profilu literackim, lub artystycznym oznaczonym numerem ISSN. Za publikację debiutancką nie uznaje się: publikacji w almanachach, antologiach, Radio, telewizji, w Internecie, na drukach ulotnych. Zestawy prosimy opatrzyć godłem autora, a w osobnej kopercie oznaczonej tym samym godłem, przesłać szczegółowe dane autora. Dodatkowe informacje można uzyskać pod adresem e-mail: kit_szp@wp.pl oraz red._akcja@wp.pl oraz pod numerami telefonów: 691 410 114 lub 693 854 745

K. I. T. „STOWARZYSZENIE ŻYWYCH POETÓW" MIEJSKA BIBLIOTEKA PUBLICZNA IM. Ks. LUDWIKA I UL. JANA PAWŁA II 5 (NISZA), 49-300 BRZEG Z dopiskiem: SYFON SCHERFFERA 2014 Zestaw opatrzyć godłem autora, a w osobnej kopercie oznaczonej tym samym godłem, przesłać szczegółowe dane autora. Utwory nadsyłane na konkurs nie mogą być wcześniej nagradzane w konkursach na tomik wierszy ani publikowane w drukach zwartych. Mogą być publikowane częściowo w drukach ulotnych, internecie, prasie lokalnej, radio i telewizji, prasie literackiej. Nadesłane zestawy wierszy oceni jury w składzie: Ryszard Chłopek,

Kolejny numer „Nowego BregArt-u” Czekamy na teksty, memy, notatki, ogłoszenia drobne do 15 lipca 2014 r. do północy na adres redakcji

19


ODKSERUJ, PODAJ DALEJ PRENUMERATA Papier – prosimy o przesłanie zaadresowanych do siebie i ofrankowanych znaczkami kopert formatu a5 PDF – prosimy o przesłanie pustego emaila na adres: nowybregart@wp.pl

BĘDZIE SIĘ DZIAŁO W BOŻE CIAŁO! Nie masz pomysłu na to, co robić w długi weekend w czerwcu? Nie idziesz na procesję Bożego Ciała? Wbijaj do Brzegu na XV Zjazd „Poeci Po Godzinach” ! Czwartek 19.06.2014, Miejska Biblioteka Publiczna, ul. Jana Pawła II 5, godz. 18:00 - Wieczór autorski Romana Honeta; Piątek 20.06.2014 - Ratusz Miejski – Galeria BCK, godz. 16:00  - „Portret jednej kobiety” - Wystawa fotografii Marii Kuczary i Rafała Babczyńskiego,  połączona z występem Soni Egner oraz „Zakład pracy chronionej” – Barbara Janas Dudek i Jacek Dudek – monodram;Sobota 21.06.2014, Niezależny Ośrodek Kultury „Herbaciarnia”, ul. Jana Pawła II  20, godz. 17:00, Wieczór autorski Mariusza Partyki i Zenona Kałuży , godz. 18:00 Turniej jednego wiersza, godz. 18:30 - wieczór prozy Robert Miniak – „Święci z drugiej ręki” i Krystian Ławreniuk – „Ziemia Wróżek”, godz. 19:30 werdykt turniejowy i koncert formacji Bukowski/Dwornik

Squad Redakcji: Krystian Ławreniuk (naczelny, skład) Radosław Wiśniewski (dodatki do pizzy) Kamil Osękowski (podpora mostów) Ryszard Słoneczny (ideolo) Adam Boberski (przecinki) Wydawnictwo: Strony Czarnoziemu Adres redakcji: Stowarzyszenie Żywych Poetów Miejska Biblioteka Publiczna w Brzegu. ul. Jana Pawła II 5 49-300 Brzeg N.I.S.Z.A. nowybregart@wp.pl kit_szp@wp.pl Nakład: Zamaszysty

Ogłoszenia drobne Dawid K. sprzeda dwa słoiki grzybów w miodzie. Zbierane we wrześniu u podnóży Połoniny Caryńskiej. Zainteresowanych prosimy o kontakt z redakcją. Grupa poetów z Łodzi szuka łodzi aby stanowczo przybić do Portu Literackiego we Wrocławiu a pomimo tego dotrzeć do Brzegu. Wszelkie sugestie na adres kwartalnika „Arterie”: arterie.spp@gmail.com Młody rybak z okolic Świnoujścia poszukuje sieci użytej do tegorocznego połowu w Biurze Literackim we Wrocławiu. Może być z nałogami, wiek, stan cywilny nie gra roli. Kontakt za pośrednictwem redakcji.

20

Nowy BregArt, numer 1, maj 2014  

Pierwszy numer "Nowego BregArtu".

Advertisement