Page 1

Na kogo czeka

puste miejsce str. 4

Andrzej Stasiuk: „Ja bym się dał za tę Polskę pokroić!“ str. 8


Przyjaźń bez granic – ciąg dalszy... C

oroczne spotkania pod trenczyńskim zamkiem w ramach projektu „Przyjaźń bez granic” umożliwiają jego uczestnikom nawiązywanie nowych, ciekawych kontaktów i wzmacnianie więzi między gośćmi i członkami Klubu Polskiego. W tym roku program imprezy wzbogacił występ dziecięcego Zespołu Muzyki Dawnej i Tańca Historycznego Capella Nicopolensis z Mikołowa k. Katowic. Pobyt w Trenczynie i możliwość wspólnego występu z miejscowym zespołem Musica Poetica tak bardzo spodobał się gościom, że Andronika Krawiec, kierownik polskiej grupy, zaproponowała kolejne spo-

2

tkanie, tym razem w Mikołowie. Zaproszenie to oczywiście zostało przyjęte tak przez słowacki zespół i jego kierownika Dušana Dobiaša, jak i przez przedstawicieli Klubu Polskiego z Trenczyna. Trzeba podkreślić, że z grupą z Mikołowa klubowicze współpracują już od lat, a muzykę dawną w ich wykonaniu często słychać na imprezach polonijnych – ostatnim wspólnym projektem jest płyta z polskimi kolędami renesansowymi. Z rewizytą do Mikołowa udali się 23 listopada członkowie trenczyńskiego zespołu Musica Poetica wraz z przedstawicielką Klubu

warzyszenia. Mało tego, okazało się, że wśród uczestników koncertu jest obecny członek Stowarzyszenia Słowaków w Polsce, jednocześnie redaktor ich czasopisma – Bronislav Knapčík, który chętnie nawiązałby kontakt ze swoimi rodakami oraz Klubem Polskim w Trenczynie. Wspomniano również o możli-

ZDJĘCIA: IVETA MATEJKOVÁ

Polskiego i jednocześnie dyrektor Centrum Seniora Ivetą Matejkovą. Przywitanie na miejscu było niezwykle serdeczne. Mikołów, jak się okazało, to bardzo malownicze śląskie miasto, liczące ok. 40 tys. mieszkańców. Pierwszy występ gości i gospodarzy, zatytułowany „Koncert dla przyjaciół”, miał miejsce wieczorem w wypełnionej po brzegi sali miejscowego Domu Kultury. Oba zespoły zaprezentowały po kilka utworów renesansowych, niektóre z nich wykonując wspólnie, co przyjęto z dużym aplauzem. Na prośbę Androniki Krawiec Iveta Matejková przedstawiła (po słowacku!) zebranym Klub Polski w Trenczynie, jego historię i działalność. Obecni byli mile zdziwieni, że Słowaczka jest aktywnym członkiem polskiego sto-

wości nawiązania współpracy seniorów, spotykających się w Domu Kultury w Mikołowie, ze starszymi mieszkańcami Trenczyna. Następnego dnia grupa ze Słowacji najpierw została przyjęta uroczyście w Urzędzie Miasta przez zastępcę burmistrza, a potem – w czasie wolnym przed następnym koncertem – zwiedziła miasto i najbliższą okolicę. Program weekendowego spotkania obu zespołów zakończył drugi, sakralny koncert w katedrze w Sosnowcu. Na odjezdnym klubowicze z Trenczyna otrzymali w podarunku opłatki na swoje spotkanie wigilijne wraz z życzeniami wesołych świąt i kolejnych, tak miłych spotkań.... Red.

MONITOR POLONIJNY


Codziennie rano wstaję z łóżka i naciskam dwa przyciski: ekspresu do kawy i internetowego polskiego radia. Budzą mnie więc kawa i wiadomości z Polski. Czasami to przebudzenie jest dosyć brutalne (ale dzięki temu skuteczne), bowiem niektóre płynące z naszego kraju wiadomości są naprawdę pełne emocji, nerwów, agresji (więcej w rubryce „Z kraju”, str. 4). O negatywnych emocjach w naszym kraju mówił podczas dyskusji w ramach Forum Środkowoeuropejskiego polski pisarz Andrzej Stasiuk. Pytany przez uczestników spotkania o nienawiść, mówił o przemarszach z okazji Święta Niepodległości różnych ugrupowań, które dzieli wszystko oprócz jednego – negatywnych emocji. W wywiadzie, którego udzielił naszej redakcji, trochę nas uspakaja, bowiem według niego życie w Polsce na szczęście nie toczy się wyłącznie wokół polityki („Wywiad miesiąca”, str. 8). Czym więc żyją nasi rodacy w Polsce? W grudniu tematem numer jeden, jak co roku, są zapewne święta Bożego Narodzenia. My też się do nich przygotowujemy. Tym razem na łamach „Monitora“ zastanawiamy się nad pustym miejscem przy wigilijnym stole. Czy to tylko tradycja, przeżytek, czy też szczera chęć zaproszenia kogoś do naszego domu? A może jest to pamięć o bliskich, którzy już odeszli? Temat ten rozwijamy w artykule pt. „Na kogo czeka puste miejsce“ (str. 4), uzupełniając go przeprowadzoną wśród naszych czytelników ankietą (str. 5), zaś w ramach deseru publikujemy świąteczne opowiadanie (str. 7). O temacie świątecznym traktuje też przygotowana tym razem przez uczniów szkoły polskiej w Bratysławie rubryka „Między nami dzieciakami“ (str. 31) i rubryka kulinarna (str. 32). Poza tym w numerze znajdą Państwo sprawozdanie ze szkolenia motywacyjnego, przygotowanego dla swoich działaczy przez Klub Polski (str. 12), oraz relacje z polskich imprez kulturalnych na Słowacji (od str. 11). Oprócz nich oczywiście recenzje nowości kinowych, literackich, muzycznych i wiele innych. A ponieważ święta tuż, tuż, w imieniu całej redakcji chciałabym Państwu złożyć świąteczne życzenia, dlatego też, nawiązując do wypowiedzi Andrzeja Stasiuka, który mówił o jednoczących niektórych ludzi negatywnych emocjach, życzę Państwu i Państwa bliskim, by nigdy nie łączyły Państwa żadne negatywne emocje, których pokłosiem jest zniszczenie, niech zawsze będą to emocje pozytywne, które budują. W imieniu redakcji

Na kogo czeka puste miejsce 4 Z KRAJU 4 ANKIETA 5 OPOWIADANIE Honorowe miejsce 7 WYWIAD MIESIĄCA Andrzej Stasiuk: „Ja bym się dał za tę Polskę pokroić!“ 8 Z NASZEGO PODWÓRKA 11 KINO-OKO Ile jest bitwy w Bitwie? 16 CZUŁYM UCHEM Lepiej późno niż wcale – Ala Janosz odkryta na nowo 17 POLAK POTRAFI Polak potrafi... ale nie w Polsce? 18 SŁOWACKIE PEREŁKI Niebo na ziemi 19 ZWIERZENIA PODNIEBIENIA Dla miłośników muzyki i dobrego jedzenia 20 WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Polak na Słowacji za Jagiellonów: Ścibor ze Ściborzyc 20 Dyplomacja wojskowa w okresie międzywojennym i w latach okupacji niemieckiej 22 TO WARTO WIEDZIEĆ Józef Hieronim Retinger, współtwórca zjednoczonej Europy (3) 22 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Z Czarnego Lądu i znad Sprewy 24 SPORT?! Przed nami znowu Nowy Rok 26 OKIENKO JĘZYKOWE Czy ten pan i pani są w sobie zakochani… 27 PORADNIK DLA POLAKÓW NA SŁOWACJI Jak wyrobić polski paszport i dowód osobisty 28 OGŁOSZENIA 29 ROZSIANI PO ŚWIECIE Tożsamość. Między Włochami, Argentyną a Polską 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Magia świąt 31 PIEKARNIK Najsmaczniejszy prezent 32

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E Ľ OV N A S LOV E N S K U ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Ingrid Majeríková, Danuta MeyzaMarušiaková, Katarzyna Pieniądz, Linda Rábeková KOREŠPONDENTI: KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • TRENČÍN – Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 12 euro na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 • EVIDENČNÉ ČÍSLO: EV542/08 Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • Realizované s finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk GRUDZIEŃ 2012

Działanie jest współfinansowane przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” ze środków otrzymanych od Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej w ramach konkursu „Współpraca z Polonią i Polakami za Granicą”

3


Na kogo czeka puste miejsce

P

rzywykliśmy już chyba do tego, że za sprawą telewizyjnych reklam, odświętnych witryn sklepów i okładek czasopism Boże Narodzenie obchodzimy już gdzieś w drugiej połowie listopada.

Do prawdziwej Gwiazdki ozdoby w galeriach handlowych bledną, bombki pokrywa kurz, a my, zanim jeszcze zabierzemy się do przygotowywania własnej Wigilii, czujemy się zmęczeni tą sztucznie narzucaną atmosferą. Ale zwątpieniu nie można się poddawać. Zbyt wiele wyjątkowych chwil i drogocennych śladów przeszłości kryje się w tradycjach Bożego Narodzenia, dlatego warto te wartości przekazać kolejnym pokoleniom. Każdy na swój własny sposób przeżywa święta Bożego Narodzenia.

Niekiedy trudno jest zasiąść wspólnie do wigilijnego stołu po latach niezrozumienia i kłótni, obojętności i innych negatywnych uczuć. Czasami zaś bywa przy tym stole smutno, bo brakuje kogoś najważniejszego na świecie. I może właśnie dlatego tradycja jest bezwzględna i każe nam usiąść do Wigilii i mocno wierzyć w cud, który zdarzył się kiedyś tej nocy – cud narodzin tego, co lepsze. Przodkowie każdego roku dają nam świąteczny prezent – to zwyczaj zostawiania pustego miejsca przy stole. Dla tych, których pragnęlibyśmy

przeprowadzony podczas posiedzenia z udziałem prezydenta, premiera i ministrów. W związku z zatrzymaniem podejrzanego przeszukano kilkadziesiąt miejsc w całej Polsce i znaleziono materiały wybuchowe, takie jak heksogen, pentryt, trotyl, proch. Opinię publiczną poinformowano o sprawie dopiero 20 listopada. ZARZUT PRZYGOTOWYWANIA zamachu na prezydenta, rząd i Sejm usłyszał zatrzymany 9 listopada Brunon K., 45-letni pracownik naukowy Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie – poinformowała prokuratura i ABW. Zamach miał być 4

WEDŁUG PROKURATURY i ABW Brunon K. próbował zorganizować grupę, która miała mu pomóc w realizacji zamachu na władze państwowe. W związku z tym w charakterze świadków

zobaczyć i których kochamy, a z drugiej strony dla kogoś nieznanego, kto może odmienić nasze życie. Czy to puste miejsce jest ważne? Kiedyś uważano, że tak. Ludzie przed wiekami naprawdę wierzyli, że w tę świąteczną noc do domu przybywają duchy przodków. Szykowali więc im miejsce, zaś na stole nie brakowało przysmaków, mających obłaskawić niewidzialnych gości. Wiele wspólnego miał ten zwyczaj ze świętem zmarłych; dusze, które wspominano od listopada, zapraszano do wigilijnej wieczerzy, zapewniając sobie w ten sposób ich życzliwość w niebie. Dziś dodatkowy talerz nie budzi na ogół żadnej refleksji, raczej nie spodziewamy się, że w trakcie kolacji wigilijnej ktoś zapuka do naszych drzwi, a my go najzwyczajniej w świecie posadzimy przy stole. W ten sposób tradycja staje się tylko pustym gestem, a my zamiast celebrować świąteczne chwile, jak zaprogramowani odhaczamy jedynie kolejne punkty rodzinnego spotkania. Tymczasem to puste miejsce ma głęboki sens. Nie patrzmy na nie smutno, gdy w ciągu ostatniego roku odszedł z rodziny ktoś bliski – otrzyjmy łzy i przypomnijmy sobie najpiękniejsze święta z udziałem tej osoby, najzabawniejsze chwile i zdarzenia. Może właśnie wtedy zagości pośród nas ktoś, kogo tak bardzo chcielibyśmy zobaczyć, i znowu będziemy przez chwilę razem?

przesłuchano czterech uczestników kursów pirotechnicznych, prowadzonych przez podejrzanego. Oprócz Brunona K. zarzuty usłyszeli też Maciej O. i Artur K. – obaj są podejrzani o posiadanie broni, a Maciej O. dodatkowo o handel bronią. Brunona K. objęto w areszcie szczególną ochroną, mającą mu zapewnić bezpieczeństwo. WALDEMAR PAWLAK złożył 19 listopada dymisję z funkcji wicepremiera i ministra gospodarki. Decyzja o odejściu z rządu, to wynik przegranej z Januszem Pie-

chocińskim o fotel prezesa PSL podczas kongresu partii – Piechociński otrzymał 547 głosów, Pawlak 530. PONOWNY POGRZEB ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego odbył się 3 listopada w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Ciało Kaczorowskiego, jednej z ofiar katastrofy smoleńskiej, ekshumowano 22 października. Po badaniach DNA okazało się, że zostało ono błędnie zidentyfikowane i zamienione z ciałem innej ofiary tej samej katastrofy. MONITOR POLONIJNY


NA WRAKU SAMOLOTU prezydenckiego, który 10 kwietnia 2010 r. rozbił się pod Smoleńskiem, odnaleziono ślady materiałów wybuchowych: trotylu i nitrogliceryny – taką informację 30 października podała „Rzeczpospolita”, która po ostrym dementi tego doniesienia przez prokuraturę przyznała się do pomyłki. W związku z nierzetelnym i nienależycie udokumentowanym tekstem zwolniono redaktora naczelnego gazety Tomasza Wróblewskiego, jego z-cę Bartosza Marczuka, szefa działu krajowego Mariusza Staniszewskiego oraz autora tekstu o trotylu Cezarego Gmyza. GRUDZIEŃ 2012

okresie przygotowań do świąt Bożego Narodzenia przeprowadziliśmy ankietę wśród naszych czytelników, dotyczącą zwyczaju przygotowywania dodatkowego nakrycia przy wigilijnym stole dla nieoczekiwanego gościa. Spytaliśmy, czy to tylko tradycja, przeżytek, czy też szczera chęć zaproszenia kogoś do swojego domu.

W

Katarzyna Tulejko z Bratysławy

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Może puste miejsce jest dla tych, którzy nawet w czasie świąt nie mogą się pogodzić? Zaprośmy ich zatem, by wspólnie się zastanowić, jak długo trwać będą jeszcze wzajemne urazy, bo przecież czas płynie tak szybko, że może go nam zabraknąć, by sobie wzajemnie wybaczyć. Niektórzy boją się Bożego Narodzenia, bo nie potrafią obudzić w sobie potrzeby odmiany – odrzucają propozycje, by inaczej spędzić święta, boją się opuścić swoją domową twierdzę. Wiedzą, że w nowym otoczeniu musieliby wysilić się na serdeczność, wstać z fotela i pomóc innym. Niech im również puste miejsce da nieco do myślenia. Wkrótce może się bowiem okazać, że odpowiedni moment na zmiany już minął i pozostanie tylko żal za czymś, co nie wróci. Często zdarza się, że to dodatkowe nakrycie w ferworze Wigilii ginie pod błyszczącymi papierami, zdzieranymi z prezentów, staje się naczyniem na resztki lub dodatkowe smakołyki. Ale nie zapominajmy o nim – wiedząc, że chwilowa radość jutro będzie jedynie wspomnieniem, doceńmy każdą chwilę przy wspólnym rodzinnym stole. Boże Narodzenie to wyzwanie, do którego powinniśmy podejść odpowiednio, bo inaczej szkoda nas, naszych duchów i mijającego czasu. Wykorzystajmy to święto, by nauczyć się cieszyć i wierzyć w cuda! Wesołych świąt! AGATA BEDNARCZYK

więta spędzam w Częstochowie, skąd pochodzę. Tegoroczne święta będą jeszcze bardziej wyjątkowe, bo prawdopodobnie będę po raz pierwszy gościła chłopaków moich córek. Zawsze zostawiam wolne miejsce przy stole i – odkąd sięgnę pamięcią – zawsze czekam na to, że być mo-

Ś

PODCZAS ORGANIZOWANYCH z okazji Święta Niepodległości marszów doszło 11 listopada w Warszawie do zamieszek, podczas których rannych zostało ponad 200 ich uczestników i prawie 50 policjantów. Zniszczeniu uległo kilka wozów policyjnych, a także wóz transmisyjny TVN 24 oraz samochód TVN Meteo. Policja zatrzymała 210 osób. OKOŁO 5-6 TYSIĘCY osób przemaszerowało 24 listopada ulicami Gdańska pod hasłem „Powstań Polsko, skrusz kajdany“. Manifestację w obronie Telewizji Trwam

że ktoś obcy nagle zapuka do drzwi. Co bym zrobiła, gdyby ten gość nie byłby zbyt czysty i zadbany? Mimo wszystko zaprosiłabym go do stołu, choć zdaję sobie sprawę, że takie wydarzenie wpłynęłoby na atmosferę wieczoru. Ale przecież, gdybym tego nie zrobiła, to tak jakbym nie zdała egzaminu z człowieczeństwa i wiary, że w każdym człowieku jest cząstka Boga. W ten jeden jedyny wieczór odmawiamy wspólnie krótką modlitwę przed posiłkiem. Mimo pewnych oporów niektórych członków rodziny, podtrzymuję tę tradycję, bowiem daje mi ona okazję, by wspomnieć najbliższych, którzy już odeszli, czyli mojego tatę i babcię, którym dużo zawdzięczam. Chciałabym bardzo, żeby moje córki te zwyczaje kontynuowały.

poprzedziła msza z udziałem księdza Rydzyka. Według posłów PiS, którzy szli na czele pochodu, pod protestem do KRRiT w sprawie nieprzyznania TV Trwam miejsca na multipleksie podpisało się już prawie 2,5 mln ludzi, a w całym kraju zorganizowano wiele marszów protestacyjnych. KRRiT odmówiła Telewizji Trwam miejsca na multipleksie naziemnej telewizji cyfrowej, tłumacząc swą decyzję niepewną sytuacją finansową spółki finansującej TV Trwam. ZAOSTRZENIA PRZEPISÓW antyaborcyjnych nie będzie. Zdecy-

dował o tym Sejm 24 października. Propozycję zakazu aborcji ze względu na upośledzenie lub nieuleczalną chorobę zgłosili posłowie Solidarnej Polski. Ich projekt przepadł głosami 245 posłów przeciw 184. Odrzucenie go rekomendowały sejmowe komisje zdrowia oraz polityki społecznej i rodziny. WOWO BIELICKI, reżyser, scenarzysta i aktor, zmarł 25 października. Miał 80 lat. Był współtwórcą legendarnego kabaretu studenckiego „Bim Bom“, który w latach 19541960 działał w Gdańsku. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


Maria Sikorska z Revucy en zwyczaj był praktykowany w moim rodzinnym domu – domu Polki i Słowaka na Słowacji. Od dzieciństwa pamiętam, że przy stole było zawsze przygotowane dodatkowe jedno miejsce. Tłumaczono mi, że to jest miejsce dla kogoś, kto nas odwiedzi. Nigdy nikt niespodziewanie nie odwiedził nas w ten

T

szczególny wieczór wigilijny, ale dodatkowy talerz stał na stole do północy. Ponieważ tę tradycję wyniosłam ze swojego domu rodzinnego, zawsze podczas świąt, które przygotowuję, stawiam dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego gościa. Zdarzało się tak, że odwiedził nas samotny kolega mojego męża, ale ponieważ o jego odwiedzinach wiedzieliśmy wcześniej, więc to nie on był tym niespodziewanym gościem i dodatkowy talerz nadal czekał na stole. Podczas pierwszych świąt po śmierci męża przygotowałam dwa dodatkowe nakrycia, a na talerz, przygotowany dla męża, nałożyłam świąteczne potrawy.

Aleksandra Krcheň z Trenczyna wyczaj stawiania dodatkowego nakrycia podczas kolacji wigilijnej wyniosłam z mojego rodzinnego domu i prakty-

Z

kuję go zarówno podczas świąt spędzanych na Słowacji, które przygotowuję, jak i oczywiście w Polsce, którą odwiedzamy co dwa lata w okresie świąt Bożego Narodzenia. Ale kiedy się tak zastanawiam, jakbyśmy zareagowali, gdyby w drzwiach pojawił się rzeczywiście ktoś niespodziewany, to wydaje mi się, że zaprosilibyśmy go do domu, choć pewnie bym się bała tej obcej osoby. Czy o kimś myślę, nakrywając dodatkowe miejsce przy stole? O nikim konkretnym, bo na szczęście w naszej rodzinie nikt nas nie opuścił – jesteśmy rodziną w komplecie.

Monika Borkowska z Nitry rzy wigilijnym stole zostawiam jedno puste nakrycie dla niespodziewanego gościa. I jest to, przyznaję, jeden z nielicznych zwyczajów, o którym nigdy nie zapominam. Mam wtedy na myśli Chrystusa, który może przyjść pod jakąkolwiek postacią. Ponieważ mój mąż pochodzi z rodziny niepraktykujących ewangelików, więc w jego domu nie było tego zwyczaju, chociaż o nim słyszał. Jakbym się zachowała, gdyby ktoś nas rzeczywiście odwiedził podczas Wigilii? Nie mam pojęcia, niestety, szczególnie, gdybym zobaczyła za drzwiami obdartusa z ulicy...

Stefania Gajdošová z Koszyc odczas świąt spędzanych w domu rodzinnym zawsze było puste miejsce przy stole dla niespodziewanego gościa – byliśmy przygotowani, bo przecież może ktoś zadzwonić do drzwi i kogoś, kto na wigilii nie ma swojego miejsca, należy zaprosić do stołu. Nigdy się to nie zdarzyło. To puste miejsce to taki symbol pamięci o tacie, który zmarł. Kiedyś spędzałam święta wśród bliskich mojego partnera i okazało się, że oni nie znają tego zwyczaju, a ja czułam się, jakbyśmy o kimś ważnym zapomnieli.

P

6

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

P

Aneta Adamczyk z Bratysławy więta spędzam co roku w Radomiu, z rodziną. Przy wigilijnym stole zostawiamy dodatkowe nakrycie. Ten zwyczaj zawsze był w naszej rodzinie, pamiętam go od zawsze, gdy święta spędzaliśmy jeszcze u dziadków. Od kiedy odszedł od nas mój tata, oczywiście pierwsza myśl przy dodatkowym nakryciu biegnie do niego. Gdyby jednak przyszła z ulicy jakaś osoba w odwiedziny, to oczywiście zaprosilibyśmy ją, by zasiadła z nami do wigilijnego stołu. To jest szczególny wieczór i każdy, nie tylko bezdomny, kto chciałby spędzić ten czas właśnie z nami, RED. byłby mile widziany.

Ś

MONITOR POLONIJNY


ażdego roku święta Bożego Narodzenia Marta spędzała w rodzinnym domu babci. Wszystko było jak za czasów staropolskich: pierwsza gwiazdka, dwanaście potraw, siano pod obrusem, puste krzesło... Urokliwe było też to, że w domu na pustkowiu z powodu braku zasięgu nie działały telefony komórkowe. Taka atmosfera pozwalała zapomnieć o pozostawionych w wielkim mieście obowiązkach. Relaks, rodzina, uśmiech bliskich... Sielanka! Sielanka, którą dla Marty od jej najmłodszych lat tworzyły babcia i mama. W ten sposób starały się wynagrodzić dziewczynce życie bez ojca. Na świątecznych zdjęciach brakowało kogoś, o kim mogłaby powiedzieć „tato”. Ten temat był tabu, więc Marta nie dopytywała, dlaczego rodzice się rozstali. Nawet specjalnie nie odczuwała braku kogoś, kogo tak naprawdę nigdy w jej życiu nie było... Któregoś roku do ich kobiecych spotkań rodzinnych dołączył Krzysztof – jej wielka miłość. Spełniona. Uwieńczona ślubem. Kilka lat później... Brzęczący sygnał telefonu o świcie nie wróżył nic dobrego. Dzwonili sąsiedzi, żeby poinformować ją, że babcia nie żyje. Wszystko się zmieniło. Nie było już domku na pustkowiu, nie było serdecznej babci... Owszem, spotykała się z matką, kiedy ta przyjeżdżała do niej w odwiedziny, ale to już nie było to samo... Zbliżały się pierwsze święta bez babci. Pierwsze święta w wielkim mieście, w małym mieszkanku jej i Krzysztofa. Starała się je przygotować tak, jak to robiła babcia: pierwsza gwiazdka, dwanaście potraw, siano pod obrusem, puste krzesło... Nie pomyślała o tym, by wyłączyć telefon. Żeby żaden dźwięk nie popsuł atmosfery świątecznej, żeby było tak, jak na pustkowiu u babci. I... kiedy już wszystko było

K

GRUDZIEŃ 2012

Honorowe miejsce niemalże gotowe... rozległ się dzwonek. Była przekonana, że to matka informuje ją o tym, że jest już drodze do nich na Wigilię. W słuchawce usłyszała jednak lekko złamany męski głos. Intuicyjnie pomyślała o ojcu i intuicja jej nie zawiodła. Kiedy zadał pytanie, czy może ten wieczór spędzić z nimi, odpowiedziała twierdząco. Nie wiedziała, jaki będzie ten wieczór i jak jest ten ojciec, którego miała dopiero poznać. Nie wiedziała też, jak matka zareaguje na to spotkanie po latach i to właśnie

w Wigilię... Ale przecież w taki dzień nie można przed nikim zamykać drzwi. Myśli plątały się jej w głowie. Wiedziała jedno, że musi przygotować dodatkowe nakrycie. Do tej pory co roku puste krzesło było przygotowane jakby dla ojca. Dziś miał je wreszcie zająć… Tak bardzo chciała, by była przy tym babcia... To przecież dzięki niej czuła się bezpiecznie przez ponad trzydzieści lat swojego życia. Honorowe miejsce przy stole przygotowała dla Niej. MATEUSZ KUMOROWSKI

ILUSTRACJA: TADEUSZ BŁOŃSKI

OpOwiadanie

7


Andrzej Stasiuk: „Ja bym się dał za tę Polskę pokroić!“ Otrzymał Pan zaproszenie od organizatorów Forum Środkowoeuropejskiego w Bratysławie, by wziąć udział w dyskusji na temat nienawiści. Zaskoczyło to Pana? Nie, dlaczego? Dostaję różne zaproszenia. Przyjechałem, ponieważ miałem poczucie winy, bo w zeszłym roku odmówiłem udziału w takim forum. Wsiadłem więc w samochód i przyjechałem – ode mnie z domu do Bratysławy jest tylko pięć godzin jazdy. Ja to przecież robię dla pieniędzy! To taki rodzaj pracy. Nie ma co udawać, że uczestnicy debat przyjeżdżają, by tylko dyskutować. To po co przyjeżdżają? Po co Pan przyjechał? Przyjechałem porozmawiać z ludźmi, spotkać paru znajomych, poznałem tu profesora Baumana. Tu się zdarzają ważne rzeczy. A przy okazji coś tam powiedziałem. Ludzie klaskali. Fajnie! Proszę pani, ja piszę książki! To jest moje główne zajęcie. Udział w takim panelu to jest tylko dodatek, powiedzmy przyjemność czy przerwa w mieszkaniu na wsi (śmiech). Nie jestem zawodowym panelistą. Połowa z tych ludzi, którzy wzięli udział w tym panelu, żyje z tego – jeździ z jednego seminarium na drugie. Skoro Pana zapraszają, i to nie pierwszy raz, a skwitował to Pan przed chwilą, że to taki rodzaj pracy, może więc zaczyna się z Pana robić panelista? Nie, ja tego nie znoszę! Nie lubię robić z siebie idioty. Ja lubię sam występować, wtedy jest zupełnie inaczej. Panelista-solista? Lubię opowiadać swoje historie, prywatne obsesje. Piszę swoją prawdę, bo tylko ją potrafię opowiedzieć. Czyli dla Pana udział w takim forum to bardziej towarzyska korzyść? 8

udzie z tej części Europy są bardziej oswojeni z nienawiścią, a nienawiść jest uczuciem, które ich łączy“ – powiedział m.in. Andrzej Stasiuk podczas dyskusji publicznej, poświęconej nienawiści, odbytej w ramach Forum Środkowoeuropejskiego, przebiegającego w Bratysławie w dniach 15 – 18 listopada. Jego krótkie, ale treściwe wypowiedzi, słuchacze nagradzali brawami. Z tym cenionym polskim pisarzem, autorem takich powieści, jak „Mury Hebronu“, „Jadąc do Babadag“, „Opowieści galicyjskie“, znanym również z zamiłowania do Słowacji (mieszka w Beskidzie Niskim, tuż przy granicy słowackiej), rozmawialiśmy już na łamach „Monitora Polonijnego“ cztery lata temu, kiedy to był w Bratysławie, by promować film „Wino truskawkowe“, nakręcony na podstawie jego powieści („Monitor Polonijny”, czerwiec 2008). Wówczas głównym tematem była jego twórczość, choć zahaczyliśmy również o politykę. Tym razem nasza rozmowa dotyczyła między innymi współczesnej Polski i Słowacji.

„L

Tylko taka jest korzyść z udziału w tego typu przedsięwzięciach. Ja nie bardzo wierzę, że ktoś siedzi na sali i wyciąga z tego jakieś inne korzyści. Chociaż?... Może ktoś inny tak, ale ja chyba nie. Dla mnie to przede wszystkim wydarzenie towarzyskie. Jutro pokażę mojej żonie Bratysławę, bo nigdy tutaj nie była. Poprzyjaźnimy się z niektórymi ludźmi... To się liczy. Z tego potem powstają książki, ciche historie. Po wizycie w Bratysławie powstanie książka? Co pani! Z Bratysławy ma powstać książka? Łapię Pana za słowo… Książka powstaje ze zdarzeń, które się sumują. Cóż ja mogę napisać o Bratysławie? Trzeci raz tu jestem. Pierwszy raz odwiedziłem to miasto z piętnaście lat temu – byłem wtedy kompletnie pijany, więc nic nie pamiętam.

Według Pana Warszawa to plebejskie miasto. A jaka się jawi Bratysława? Cała Słowacja jest bardziej chłopska niż mieszczańska. Mieszczaństwo tu było węgierskie i niemieckie. Podobna historia jak w Polsce – naród wiejski. Ale to nic złego! Nie wypiera się własnej tożsamości. Ja sobie cenię plebejskość Warszawy. Zawsze uważałem, że stolicą Polski nie jest Warszawa, tylko Praga warszawska, bo bardziej oddaje ducha tego kraju. Nie Śródmieście, nie Nowy Świat, ale Praga oddaje to, czym jest Polska – tym dążeniem, żeby się z chłopa przekształcić w mieszczanina. I na tej Pradze utknęły dwie trzecie narodu!

„Życie, prawdziwe życie się liczy! Ale to się toczy poza mediami! Ja na szczęście nie mam telewizora”. MONITOR POLONIJNY


Cztery lata temu, podczas O ludzie! Pani myśli, że „Polska Pana drugiej wizyty badziewiem kogoś rozpala katastrofa w Bratysławie smoleńska? Poza politykami stoi!“ rozmawialiśmy między i ludźmi zbliżonymi do innymi o polityce. Wtedy świata mediów nikogo to powiedział Pan, że polska scena nie interesuje! Życie, prawdziwe żypolityczna to niesamowity spektakl. cie się liczy! Ale ono się toczy poza Nadal Pan tak uważa? mediami! Ja na szczęście nie mam teO tak! Były przecież chwile dralewizora. Nawet gazet nie kupuję. matyczne, była śmierć. Myślę, że poTylko czasami w Internecie sprawlityka jest teatrem, a politycy grają dzam, co się dzieje w świecie. jakieś role. Polityka ma coraz mniej Ale nie obraził się Pan na Polskę? wspólnego z rzeczywistością. Kiedy Nie! Ja kocham ten kraj, nigdy nie spotykają się normalni ludzie, o pochciałbym się z niego wyprowadzić. lityce się nie rozmawia. Gdzie ja takie rzeczy będę widział, jak Mieszkając za granicą, śledząc nie w Polsce? Gdzie ja takie opowierelacje mediów ści bym mógł pisać, jak nie w Polsce? z Polski, człowiek Ja bym się dał za tę Polskę pokroić! ma wrażenie, że Ale jest jeszcze ta druga ojczyzna, jak Polacy niczym Pan nazwał kiedyś Słowację… innym nie żyją, Mieszkam na samej słowackiej tylko polityką. granicy, jeżdżę do Bardejova, do suI to jaką! permarketów, bo tam są większe i fajniejsze niż w mojej okolicy. Przechadzam się po tym świecie przedmiotów…

I co? Oglądam sobie, czasami coś kupię. To jest fascynująca opowieść, jak się zmienia społeczeństwo, jak ludzie kupują przeróżne rzeczy. To nadęcie! Wie pani, co na Słowacji kupuję? Węgierską albo słowacką kiełbasę i wina. Ale jeżdżę tam dla przyjemności pochodzenia sobie po takim świecie – świecie ludzi, którzy kupują. Patrzę sobie na nich. Słowacja stała się bardziej europejska od czasu wprowadzenia euro? Nie sądzę. Zbyt często jestem w tym kraju, by to zauważyć, a przecież pewne rzeczy widzi się dopiero po długich przerwach. Ale wie pani, dziś, jadąc z żoną do Bratysławy, gdzieś na wysokości Martina, a może wcześniej, zobaczyłem, że tu jest prawie tak brzydko jak w Polsce!

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Co konkretnie jest tak brzydkie? Rozpacz tych reklam przydrożnych. Tego śmietnika, tej tak zwanej europeizacji! W parlamencie słowackim był pomysł, żeby zakazać ustawiania bilbordów przy drodze… Ale to nie tylko bilbordy! Te przydrożne knajpy, jakieś harleye… W ogóle śmietnik, który ja w Polsce uwielbiam! Kłócę się czasami z moim znajomym, Węgrem z pochodzenia, który nienawidzi tego badziewia. A ja mu mówię, że przecież ta Polska badziewiem stoi! Ktoś sobie postanowi, że postawi takie dziadostwo i broni tego, bo to jest jego. I w tym się spełnia. Właśnie dziś coś takiego zobaczyłem na Słowacji: taki sam śmietnik ikonografii, jak w Polsce. Kiedyś tego nie było? Nie wiem. Może zobaczyłem to, bo liście opadły? I wtedy powiedziałem sam do siebie: o kurde, jak w ojczyźnie! Wie pani, i tak sobie dyskutuję o Polsce, o Słowacji z tym moim znajomym pół-Węgrem, który jest bardzo antysłowacki. Staje Pan w obronie Słowaków? Tak. Ale ja też kocham Węgry.

GRUDZIEŃ 2012

9


Za Medzilaborcami, w kierunku polskiej granicy stoi czołg… No tak, to Údolie smrti. Tam, jak się głębiej wjedzie, to można zobaczyć kilkanaście czołgów! Porozstawianych na pamiątkę! To robi tak surrealne wrażenie, że człowiek sobie myśli: kurde, co tu się dzieje? Jestem absolutnym fanem Medzilaborec i Svidníka.

Przemawia przez Pana, użyję tu słowackiego określenia, škodoradosť? Może tak. Ale ja nie buntuję się przeciwko światu, w którym żyję. Tak ta Polska ma wyglądać, tak ma wyglądać Słowacja. Nic na siłę się nie da zmienić.

O! Czyli poniekąd wciela się Pan w rolę słowackiego ambasadora? Kiedyś napisałem wielki tekst do „Polityki“ pod tytułem „Druga ojczyzna“, właśnie o Słowacji! Jako wydawnictwo (Stasiuk wraz z żoną Moniką Sznajderman prowadzi Wydawnictwo Czarne – przyp. red.) organizujemy odpłatne warsztaty pisarskie. Teoretycznie uczymy, jak się pisze książki, zatrudniamy naszych przyjaciół – pisarzy. Za nami już druga edycja. Podczas pierwszej zorganizowaliśmy wyprawę do Koszyc, by uczestnikom pokazać miejsce, gdzie żył Sándor Márai – co prawda Węgier, ale mieszkający w Koszycach. Druga wycieczka była do Medzilaborec, tej przedziwnej przestrzeni, skąd pochodził jeden z najgłośniejszych artystów XX wieku. Chcieliśmy, by uczestnicy szkolenia mogli popatrzeć od tej drugiej strony na amerykański pop art, i poszukali w nim śladów słowackości. Ostatnio pisałem na jakąś wystawę w Nowym Sączu duży tekst o Warholu i o naszym Nikiforze. Próbowałem spiąć losy tych dwóch Łemków, pierwszego – spryciarza absolutnego, i drugiego – zupełnie przegranego, kalekę, przeklętego przez los. Ale, jak się prześledzi ich losy, nie trudno zauważyć, że obydwaj żyli w totalnej samotności. Wie pani, ta Słowacja jest dla mnie strasznie ważna.

Z podróży po Rumunii, które opisuje Pan z entuzjazmem, wraca Pan zabłoconym samochodem, ponieważ tam w niektórych miejscach po prostu kończy się droga… Czy na Słowacji też odkrywa Pan urokliwe miejsca, oddalone od cywilizacji? Z Rumunii wracam autem nie tylko zabłoconym, ale i obesranym, bo po tych drogach łażą krowy i zostawiają swoje odchody! Wschodnia Słowacja ma w sobie coś niesamowitego, co bardzo lubię: pustkę przygraniczną, przepiękne wyludnione góry! A wzdłuż węgierskiej granicy pejzaż się spłaszcza i zmienia w równiny bagienne, niskie łąki. Ta słowiańszczyzna zamienia się we wschodnią słowiańszczyznę, gdzie mówi się po rosyjsku, miasteczka są biedniejsze… Odwiedził Pan Medzilaborce? O Jezu, to moje ulubione miasto! Absolutnie!

„Jestem absolutnym fanem Medzilaborec i Svidníka“. 10

Był Pan w muzeum Andy’ego Warhola? Oczywiście! Ze dwadzieścia razy! Jak odwiedzają mnie goście z Zachodu, przywożę ich do tego muzeum w Medzilaborcach i oni są bardzo zaskoczeni, nie potrafią skojarzyć, że amerykański artysta pochodził właśnie stąd!

Wcześniej poruszał się Pan po „tych okolicach“, ale ostatnio pociągnęły Pana Chiny… Jeździłem aż po turecką granicę, ale ta rzeczywistość bałkańska czy środkowoeuropejska zrobiła się ciasna. Ja strasznie lubię przestrzeń. Jak się gdzieś pojedzie na Wschód, to człowiek ma świadomość, że kraj się kończy za 10 tysięcy kilometrów! Ale do Chin nie da się wjechać samochodem, trzeba mieć chińskie prawo jazdy. Latamy tam z Moniką (żoną – przyp. red.) samolotem i na miejscu poruszamy się pociągiem. To dopiero jest coś! Na przykład próbujemy sobie na prowincji sami kupić bilet kolejowy. Tam nikt nie włada żadnym językiem, poza chińskim! Jeździmy też do Mongolii, gdzie wynajmujemy auto, podróżujemy po kraju. Tam jest nieco łatwiej, bo można się trochę dogadać po rosyjsku. Z tego też będzie jakaś książka? Taaak, coś się zrobi. Bo co ja z tym zrobię? Coś muszę zrobić, muszę z czegoś żyć! ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

To dlaczego jest Pan po stronie Słowaków? To są żarty oczywiście, Słowacja sobie poradzi beze mnie. Lubię te moje kraje ościenne. Lubię pojechać przez Słowację na Węgry, popatrzeć, jak się zmienia krajobraz. Wjeżdżając na Węgry, obserwuję pejzaż, który staje się wygładzony, ładny, ludzki, mniej zaśmiecony reklamą. Wszystko schludne, poukładane. Nawet PGR-y są na Węgrzech ładne. Dobrze jest tam pojechać, ale czy żyć w tym pejzażu jest tak fajnie? Jestem patriotą TEJ Polski. Bardzo się cieszę, że Słowacja jest taka sama. Gdyby nie język, człowiek by nawet nie zauważył, że przekroczył granicę innego kraju.

MONITOR POLONIJNY


„To pieprzenie, że Polska jest biedna, nieszczęśliwa, to idiotyzm“. Czyli Pan kalkuluje, że pojedzie tu czy tam i napisze książkę? Nie. Wiem, że jak pojadę tu czy tam, to coś napiszę. Nic nie kalkuluję. Co ja z tym mogę zrobić? Tylko pisać. Owszem, podróżuję po świecie, bo mnie interesuje, co się z tym światem stało. I co się stało? Nie wiem. Co pani myśli, że jak się gdzieś pojedzie, to od razu człowiek znajdzie odpowiedź? Tam polskie opowieści o komunizmie są jak z bajki! Tam można zobaczyć, czym był komunizm na skalę kosmiczną. Czyli jesteśmy szczęściarzami? Myślę, że tak. To pieprzenie, że Polska jest biedna, nieszczęśliwa, to idiotyzm. Romów, których Pan często opisywał, porzuca Pan teraz na rzecz Chińczyków? Oni byli po prostu przy drodze! Kiedy człowiek podróżuje i potem opisuje rzeczywistość przydrożną, przy której Romowie się zjawiają, to naturalną rzeczą jest, że są jej ważnym elementem. A co, ja im coś obiecywałem, że ich niby porzucam? Co, robi się teraz ze mnie jakiegoś rzecznika romskiego? Oni są na takich prawach, jak reszta świata, którą dostrzegam. Nigdy nie byłem rzecznikiem Romów! Ale przyglądał im się Pan, a oni potem pojawiali się w Pana powieściach. Jakoś nigdy nie jeździłem do tych wiosek, żeby Romów podglądać, jak na safari. Oni już stracili to coś z tej swojej romskości… Ale wie pani, czasem, kiedy podróżujemy przez wschodnią Słowację, smutną i banalną w swojej architekturze, moja żona mówi, że w tej części Słowacji tylko architektura cygańska się broni! (śmiech). Te cygańskie osiedla zbudowane w tym pejzażu to jest coś niesamowitego! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA GRUDZIEŃ 2012

Koszyce i Kraków na wspólnej drodze

W s c h o d n i o s ł owa c k i m Muzeum w Koszycach 15 listopada otwarto wystawę „Szopki krakowskie – rozprávkové betlehemy z Krakova”. Inicjatorem wystawy był konsul generalny Słowacji w Krakowie Marek Lisanský, który jest zarówno obywatelem Koszyc, jak i mieszkańcem Krakowa. Zaproponował on prezentację bogatych dzieł sztuki rękodzielniczej, przedstawiających zabytkowe budowle historyczne z Krakowa i Koszyc w miniaturze. Kraków na wernisażu reprezentował dyrektor krakowskiego Muzeum Historycznego Michał Zawistowski oraz wiceprezydent Krakowa Tadeusz Trzmiel.

We

Twórcą prezentowanych szopek jest krakowski architekt Maciej Moszew, który na podstawie ikonografii i zdjęć stworzył też szopki przedstawiające budowle koszyckie, m.in. wieże katedry św. Elżbiety, elementy wieży Urbana, pałac Jakuba. Patronat nad wystawą objął ambasador RP na Słowacji Andrzej Krawczyk, żupan województwa Koszyckiego Zdenko Trebuľa, prezydent Koszyc Richard Raši oraz wiceprezydent Krakowa Tadeusz Trzmiel. Wystawa została zorganizowana w ramach 23. Festiwalu Sztuki Sakralnej i potrwa do 13 grudnia. URSZULA SZABADOS

11


Obudzony potencjał Wam daje Klub Polski?“ – zapytał nas przed rozpoczęciem szkolenia motywacyjnego prowadzący. Podzieleni na grupy przygotowywaliśmy odpowiedzi, by potem wspólnie zapisać je na tablicy.

„Co

Wizyta ambasadora w Liptowskim Mikulaszu dniach 5 i 6 listopada 2012 roku w Konsulacie Honorowym w Liptowskim Mikulaszu złożył wizytę Ambasador RP Andrzej Krawczyk, który kończy swoją misję dyplomatyczną na terenie Republiki Słowackiej. Towarzyszył mu konsul RP, radca minister Grzegorz Nowacki. Goście zapoznali się z pracą konsulatu honorowego, rozmawiali również o aspektach gospodarki handlowej w stosunkach polsko-słowackich. Następnego dnia spotkali się z burmistrzem miasta Liptowski Mikulasz Alexandrem Slafkovskim, jego zastępcą Jozefem Repaskim oraz przewodniczącym Euroregionu Tatry, a jednocześnie burmistrzem Rużomberka Jánem Pavlíkiem. Uczestnicy tego spotkania optymistycznie odnieśli się do pomysłu wspólnego ubiegania się Polski i Sło-

W

12

wacji o organizację zimowych igrzysk olimpijskich w roku 2022. Podkreślili, że region Liptowa i Tatr ma odpowiednie warunki, aby takie przedsięwzięcie zorganizować. Gdyby jednak do realizacji tego przedsięwzięcia nie doszło, to samo nagłośnienie kandydatury regionu przyczyni się do tego, że tereny po obu stronach granicy zostaną zauważone. Ambasador i radca minister odwiedzili również nową siedzibę administracyjną i centrum logistyczne firmy VEREX HOLDING, której dyrektorem generalnym jest konsul honorowy RP w Liptowskim Mikulaszu Tadeusz Frąckowiak. Firma VEREX HOLDING zatrudnia na rynku słowackim ponad 500 osób i ściśle współpracuje z firmami polskimi, szczególnie z branj.d. ży spożywczej.

Był to wstęp do rozmowy na temat motywacji i hierarchii potrzeb. Okazało się, że członkostwo w Klubie i możliwość działania w nim zabezpieczają nasze potrzeby, począwszy od tych podstawowych, przez potrzebę bezpieczeństwa, przynależności, szacunku i uznania, na potrzebie samorealizacji kończąc. I to stwierdzenie stało sie dobrym punktem wyjściowym, by rozpocząć szkolenie z zakresu motywacji. „Czuję, że mam naładowane akumulatory do dalszego działania na rzecz Klubu Polskiego“, „Teraz widzę, jaki potencjał w nas drzemie“, „Uwierzyłam w siebie i swoje możliwości“ – to tylko niektóre z wypowiedzi uczestników, pod-

sumowujących szkolenie, które poprowadzili Tomasz Kobylański i Marcin Mołoń z Centrum Szkoleniowo-Terapeutycznego SELF z Rzeszowa. Około dwudziestu działaczy Klubu Polskiego z różnych miast Słowacji (z Bratysławy, Koszyc, Revucy, Nitry, Trenczyna i Malacek) zebrało się podczas weekendu 24 – 25 listopada w uroczym hotelu Spark w Malackach (prowadzi go nasza rodaczka – pani Krystyna Sečkárová), by podnieść swoje umiejętności w zakresie pracy na rzecz Polonii. Najpierw poprzez gry i ćwiczenia uczyliśmy się, jak klasyfikować typy osobowości, by później MONITOR POLONIJNY


czeń przekonaliśmy się, że nasza różnorodność jest naszym atutem, pozwalającym na odpowiedni podział ról podczas wykonywania stawianych przed nami zadań.

„Przed przyjazdem zapoznałam się z programem szkolenia i stwierdziłam, że będzie trudno wytrzymać tyle godzin – zwierzyła się jedna z uczestniczek – ale okazało się, że ten czas tak szybko zleciał, a ja ani przez chwilę się nie nudziłam“. Mało tego, przewidziany czas zajęć za zgodą wszystkich uczestników został wydłużony do późnych godzin nocnych, kiedy to podczas prowadzo-

nych przez szkoleniowców gier poznawaliśmy się nawzajem. „Te zajęcia nas połączyły, przeżyliśmy coś wspólnie, a to jeszcze bardziej daje poczucie przynależności do grupy“ – podsumowywał jeden z uczestników. Pierwsze szkolenie motywacyjne w dziedzinie kultury pokazało, że to dobra inwestycja w samych siebie, która z pewnością zaowocuje w postaci atrakcyjnych działań na rzecz Klubu Polskiego. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

móc korzystać z potencjału, który każdy z nas w sobie posiada. Kolejne ćwiczenie dotyczyło umiejętności stawiania sobie celów i osiągania ich. Ta wiedza okazała się niezwykle przydatna przy opracowywaniu projektów kulturalnych pod okiem szkoleniowców. W utworzonych według przynależności do regionu Klubu Polskiego grupach dochodziło do burzy mózgów, konstruktywnych sprzeczek, twórczej wymiany zdań, podziału obowiązków. Podczas ćwi-

PRZEDSIĘWZIĘCIE ZREALIZOWANO DZIĘKI WSPARCIU KANCELARII RADY MINISTRÓW RS, PROGRAM – KULTURA MNIEJSZOŚCI NARODOWYCH 2012 GRUDZIEŃ 2012

13


ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

zaproszenie przewodniczącego wrocławskiego oddziału Klubu Rotary Dariusza Dynera redaktor naczelna „Monitora Polonijnego“ Małgorzata Wojcieszyńska pod koniec października wzięła udział w spotkaniu działaczy tego stowarzyszenia, by zaprezentować wydawane przez słowacką Polonię czasopismo i porozmawiać o Słowacji. Zebrani byli zainteresowani nie tylko słowacką kulturą, atrakcjami turystycznymi tego kraju, ale również działalnością polonijną. Prezentacja zamieniła się w ciekawą dyskusję na temat warunków gospodarczych Słowacji po wprowadzeniu euro oraz o powiązaniach Słowacji z Polską.

Na

ybrałem życie desperado. Na granicy. Tuż przy śmierci“ – takim wstępem opatrzył swoją autobiografię Tomasz Stańko. Nawiązuje w niej między innymi do swojego idola Milesa Devisa. „To jest mój guru, niewątpliwie mistrz i bardzo go cenię ja-

„W

Blask trąbki

14

Rotary International (RI) to najstarsze stowarzyszenie klubów służebnych na świecie. Zrzesza około 32 000 Klubów Rotary w prawie 170 krajach. Należy do nich ponad 1 200 000 członków, czyli rotarian. Wywodzą się oni z różnych środowisk zawodowych, religijnych, poli-

ko artystę, to jest dla mnie jeden z największych artystów XX wieku“ – wyjaśnia i  opisuje, że jemu właśnie zawdzięcza swój osobliwy styl muzyczny. „Mój dźwięk trąbki jest rozpoznawalny, unikalny, tak jak i  Mailesa, byłem bowiem zachwycony jego filozofią muzyki“. Ale Stańko nie stroni też od europejskiej muzyki, a z pol-

tycznych i kulturowych, a łączy ich chęć niesienia pomocy lokalnym społecznościom oraz światu. Oficjalne credo klubów Rotary brzmi: „Służba na rzecz innych ponad własną korzyść” (ang. Service Above Self). Red.

skich artystów najwięcej zawdzięcza zmarłemu w 1969 Krzysztofowi Komedzie, którego stał się nadwornym trębaczem. ‚„Nasze pierwsze spotkanie odbyło się w kuluarach Sali Kongresowej w 1963 roku, gdzie debiutowałem. Po tym koncercie od razu było wiadomo, że będziemy dalej grali razem“ – wspomina artysta. W pierwszych latach swojej kariery Stańko był szczególnie mocno związany z Komedą, który najmocniej przyczynił się do stworzenia polskiej odmiany nowoczesnego jazzu. Przejął od niego pewien typ wrażliwości i głębokiego przeżywania, co pobrzmiewa w jego muzyce do dziś. Podczas festiwalu Jazz for sale w Koszycach miałam wrażenie, że podczas interpretacji „Kattorny” Komedy przez Stańkę,

nad sceną unosił się duch tego pierwszego. Tomasz Stańko, który przed niespełna dwoma miesiącami obchodził siedemdziesiąte urodziny, to symbol polskiego jazzu. Zdarzali się już muzycy o porównywalnej skali talentu, ale nie było jednak i  pewnie długo nie będzie drugiego, który potrafiłby utrzymać tak wysoki poziom muzyki przez tak długi czas. Stańko stoi także poza konkurencją, jeśli idzie o wymiar sukcesu w skali światowej. W Koszycach wraz z zespołem (Wasilewski - pianino, Kurkiewicz gitara basowa, Miśkiewicz perkusja) zagrał koncert, jakiego jeszcze w tym mieście nie było. Blask jego trąbki pozostanie na długo w pamięci koszyckich słuchaczy. URSZULA SZABADOS MONITOR POLONIJNY


egionalne Centrum Kultur Pogranicza w Krośnie od wielu lat współpracuje z Wojewódzkim Ośrodkiem Kultury w Koszycach. Tym razem dzięki tej współpracy swoją twórczość mogło zaprezentować dwóch artystów z krośnieńskiego fotoklubu. Pierwszy z nich - Stanisław Materniak kieruje się myślą: zobaczyć, być i uwiecznić, usiłuje więc zapamiętać, wszystko, co zobaczył, i uwiecznić to na zdjęciach. Z kolei malarka Małgorzata Twar dzik-Wilk przedstawiła wystawę zatytułowaną „Zaułki wyobraźni, zaułki Jak pamięci“. twierdzi, w pewnych miejscach się bywa, przeżywa, kontempluje i to właśnie te miejsca zapadają w pamięć. „Przetwarzam je na obrazy, na jakieś swoje wizje, pejzaże, kwiaty, motywy, które często wyglądają na granicy abstrakcji“ – wyjaśniała artystka. URSZULA SZABADOS

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Podkarpackie konfrontacje fotograficzne i wystawa malarstwa w Koszycach

R

GRUDZIEŃ 2012

Namyslený Namysłowski Na

tegorocznym festiwalu Dni Jazzu w Bratysławie (Bratislavské jazzové dni - BJD), które odbyły się w dniach 26-28 października, wystąpiła polska legenda jazzu - Zbigniew Namysłowski wraz z zespołem. Dlaczego chodzimy na koncerty? Współczesne nagrania studyjne są tak doskonałe, że przewyższają jakością dźwięku większość sal koncertowych włącznie z salą Incheby, gdzie odbył się bratysławski koncert Namysłowskiego. Ośmielę się zaryzykować twierdzenie, że większość z nas chodzi na koncerty, by się zabawić i dać ponieść specyficznej atmosferze, która wciąga w świat dźwięków inaczej niż nagrania płytowe. Niestety, pan Zbigniew zdaje się zupełnie zapomniał o tym, okazując podczas koncertu ogromne zniecierpliwienie z powodu świateł, które nie oświetlały wystarczająco nut muzyków –  jedyny uśmiech, którym obdarzył publiczność, pojawił się na jego twarzy po tym, jak zerknął na zegarek pod koniec koncertu. Skupienie, perfekcjonizm, zmęczenie, znudzenie, rozczarowanie – takie słowa pojawiały się w kuluarach po koncercie polskiej gwiazdy. Szkoda. Uważnemu oku nie mogła wszak uniknąć sympatia, którą pan Zbyszek okazywał młodemu muzykowi, grającemu na puzonie. Był to jego syn Jacek, świetnie dopełniający matowym brzmieniem swego instrumentu ostry dźwięk saksofonu ojca. Jak dowiedziałam się później, tradycja muzyczna w rodzinie Namysłowskich sięga jeszcze dziadka pana Zbigniewa – Karola, twórcy słynnej w całej Polsce Orkiestry Włościańskiej z Zamościa. Muzyką zajmuje się też córka Namysłowskiego – Maria, na której koncercie miałam okazję być kiedyś. Ale wracając do koncertu w Bratysławie, na fortepianie wyśmienicie grał

Sławomir Jaskułka, laureat polskiego jazzowego Oskara z roku 2002, parokrotnie nominowany również do nagrody Fryderyka, choć pozostawał trochę w cieniu Andrzeja Swięsa, czołowego kontrabasisty młodego pokolenia polskiej sceny jazzowej. Na perkusji akompaniował im Grzegorz Grzyb, laureat Fryderyka z roku 1995. Artyści zaprezentowali swoje tradycyjne etnojazzowe utwory, w których dało się rozpoznać motywy polskich tańców ludowych (również na góralską nutę). Zbigniewa Namysłowskiego nie trzeba przedstawiać. Może warto tylko przypomnieć, że ten nestor polskiego jazzu, multiinstrumentalista i wybitny kompozytor współpracował m.in. z Krzysztofem Komedą, Michałem Urbaniakiem, Czesławem Niemenem, Urszulą Dudziak, a także z niedawno goszczącym w Bratysławie wspaniałym Leszkiem Możdżerem. Nagrywał i koncertował z jazzmanami zagranicznymi i polskimi zespołami rockowymi, m.in. z grupą Niebiesko-Czarni i Niemen Enigmatic. Z własnymi zespołami koncertował na najważniejszych festiwalach jazzowych w Polsce, Stanach Zjednoczonych, Indiach, Kanadzie, Nowej Zelandii, Australii, Izraelu, Meksyku, na Kubie i w wielu krajach Europy. Koncert w bratysławskiej Inchebie sprawił, że trochę inaczej będę odbierać swoje ulubione płyty Namysłowskiego: „Astigmatic”, „Winobranie” czy „Namyslowski Quartet & Górale”. Na pewno jednak pozostanie we mnie szacunek do perfekcjonizmu wielkiego mistrza, a  przede wszystkim wdzięczność za to, że zaprasza do swojego świata muzyki młodych, zdolnych instrumentalistów, którzy dzięki niemu tworzą najwyższej jakości nowy polski ANNA MARIA JARINA jazz. 15


Ile jest bitwy w Bitwie? ilm Bitwa pod Wiedniem zebrał w Polsce miażdżące krytyki, więc trochę z ciekawości, a trochę z przekory wybrałam się do kina, by go obejrzeć.

F

Zapłaciłam za bilet dwadzieścia złotych i uważam, iż to były świetnie zainwestowane pieniądze, bowiem bawiłam się tak dobrze podczas seansu, że od śmiechu bolały mnie mięśnie twarzy i przepona. Krytykowano polskie sztandary ze współczesnym, a nie siedemnastowiecznym orłem, który patrzy nie w tę stronę, w którą powinien. Krytykowano fakt pojawienia się pastorału Jana Pawła II, skrzydła husarii oraz przekłamaną datę bitwy. Te wszystkie błędy, dotyczące realiów historycznych, to dla mnie, w kontekście tego dzieła, tak zwany mały pikuś. To, co jest słabe w tym filmie, to po prostu sam film. Połączenie nudnego, rozlazłego scenariusza ze złą grą aktorską i scenografią, przypominającą fototapetę, daje efekt komiczny, przypominający niskobudżetowe produkcje klasy B, a może nawet C. Grubo mylą się ci, którzy myślą, że film jest o tym, jak Polacy bohatersko walczyli o Wiedeń. Sama bitwa pokazywana jest bowiem około pięciu mi-

16

nut, a kolejne dwie godziny filmu wypełnione są scenami przypominającymi parodię Władcy pierścieni, Baśni z tysiąca i jednej nocy oraz Tańczącego z wilkami. Marek z Aviano spotyka w lesie duchy. Te przekazują mu miecz, który w rękach młodziaka zaczyna się żarzyć. Co jakiś czas w życiu przyszłego kaznodziei pojawia się komputerowy wilk, który znacząco spogląda na niego i okazuje się być jego dziadkiem. Turcja, stworzona w słabej jakości programie graficznym, pogrążona jest w baśniowej różowo-pomarańczowej mgle i wygląda jak kiczowaty plakat. Plenery przypominają landszafciki z pocztówek, na których brakuje tylko jelenia na rykowisku. Istambuł z lotu ptaka wygląda jak tekturowa makieta. Sokoły i gołębie latają zawieszone na żyłkach, a rany i blizny aktorów wykonane są z plasteliny polanej ketchupem. Wszystko to byłoby do przełknięcia… dziesięć, piętnaście lat temu. Dziś jest żenujące. Jeżeli chodzi o aktorstwo to, delikatnie mówiąc, pozostawia ono wiele do życzenia. Owszem, ci polscy wywiązali się z powierzonego im zadania, ale niestety pojawiają się w rolach epizodycznych, a ich gra ogranicza się do zrobienia jakiejś miny oraz wypowiedzenia pojedynczego

słowa. Mnie zachwycił Enrico Lo Verso w roli Kara Mustafy. Ach, jak on pięknie, nerwowo wywraca ślepiami (chyba gra strach), rozdziawia gębę (zdziwienie) i zaciska szczęki (jest groźny). F. Murray Abraham w roli Marka jest egzaltowany do granic bólu i wypowiada swe kwestie, krzycząc, szepcząc lub trzęsąc się w uniesieniu. Adamczyk jako Leopold I Habsburg jest miłą odmianą i wypada na tym marnym tle fantastycznie. Całe szczęście, że reżyser Enzo Martinelli nie spartolił przynajmniej tego. Widać, że Adamczyk miał pomysł na swoją rolę, zagrał ją brawurowo i stworzył świetną karykaturę głupawego

cesarza. A inni? Jerzy Skolimowski faktycznie wygląda jak Sobieski, a Bachleda Curuś po prostu „wygląda”, zaś Szyc nie mówi nic, za to Olbrychskiemu pozwolili powiedzieć dwa słowa. Właściwie można powiedzieć, że najautentyczniej w tym filmie wypadły konie, które łamią nogi i padają na polu bitwy w sposób bardzo realistyczny. Jedna ze scen ukazuje polskie wojsko, które

nocą w błocie i strugach deszczu wspina się mozolnie na Kahlenberg. Nad ranem ci sami żołnierze, stojąc na wzgórzu, są czyści, mają wyprasowane mundury, a ich zbroje świecą się jak psu… wiadomo co. Sama treść filmu

miała być z założenia przepełniona wartościami chrześcijańskimi, jednak religia została tu bardzo spłaszczona. W jednej ze scen Marek z Aviano prowadzi uduchowioną rozmowę z Kara Mustafą. Chyba miał to być dyskurs filozoficzno-teologiczny, ale wyszła przepychanka dzieciaków w piaskownicy, typu: „Mój Bóg jest większy”, „A właśnie, że nie, bo mój Bóg jest większy”, „Ale mój Bóg niesie światłość”, „A właśnie, że nie, bo mój niesie światłość”. Większość dialogów opiera się na mieszance katechizmu dla dzieci i aforyzmów rodem z Paulo Coelho. Moją ulubioną frazą, pochodzącą z filmu, zostały słowa Kara Mustafy: „Tylko eunuchy i kobiety płaczą”. Jako kobieta miałam więc prawo się popłakać, co prawda ze śmiechu, ale jednak! Krytycy czepiają się orła na sztandarze, a przecież film Bitwa pod Wiedniem ma do zaoferowania o wiele więcej smaczków. Oglądając go, miałam przednią zabawę. Szkoda tylko, że w tej bitwie tak mało było bitwy! MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA MONITOR POLONIJNY


ziesięć lat temu, kiedy licencjonowany program „Idol” debiutował w Polsce, wydawało się, że udział w nim to jest COŚ.

D

Gwarancja sławy, popularności, wielkich pieniędzy. Przepustka do świata gwiazd, kontrakt z czołową wytwórnią płytową (w razie wygranej); no, uśmiech losu po prostu. Tysiące chętnych w długich kolejkach czekały na szansę zaprezentowania się podczas castingów, często zupełnie nie biorąc pod uwagę całkowitego braku umiejętności wokalnych. Później miliony ludzi gromadziły się przed telewizorami, wierząc, że mają wpływ na stworzenie naprawdę wielkiej gwiazdy; z zapartym tchem śledząc i komentując zmagania uczestników. Teraz, po latach, jako telewidzowie jesteśmy przyzwyczajeni do formuły talent-show. Taki program ma dziś w swojej ofercie każda większa stacja telewizyjna – tak prywatna, jak i publiczna. Konkurencja między nimi jest większa niż między uczestnikami. I teraz, dziesięć lat po pierwszym „Idolu”, wiemy, że taki program nie ma na celu wyłonienia najlepszej, najbardziej utalentowanej osoby. Wiemy, że zwycięzcy nie zapewni ani sławy, ani wielkich pieniędzy – przynajmniej nie w polskich realiach. I że najbardziej na udziale w nim korzystają jurorzy, którzy za swoje występy otrzymują gigantyczne stawki, i że to oni są tak naprawdę jedynymi gwiazdami. Tę pierwszą edycję „Idola”, o której wspomniałam, wygrała młodziutka, wówczas zaledwie siedemnastoletnia Alicja Janosz. Były gratulacje jurorów w finale, były łzy szczęścia i wróżby wielkiej kariery. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Młodziutka Janosz, wrzucona na głęboką wodę, z dobrym głosem, ale jeszcze bez własnego repertuaru i artystycznej wizji, związana kontraktem z dużą wytwórnią płytową i pod każdym względem od niej zależna, zupełnie nie poradziła sobie jako „gwiazda”. Jej debiutancka płyGRUDZIEŃ 2012

Lepiej późno niż wcale Czulym uchem

Ala Janosz odkryta na nowo ta, „Ala Janosz”, została bezlitośnie wyśmiana tak przez odbiorców, jak i krytyków (szczególnie wdzięcznym materiałem do żartów okazała się piosenka „Zbudziłam się”, zwłaszcza fragment: „zbudziłam się/nie było źle/za oknem brzask/śnieg, zaspana ulica/tramwaju szum, za ścianą śpiew/i jajecznica”). A później zapadła cisza. Ala „Jajecznica” Janosz czasem gościnnie pojawiała się w nagraniach innych wykonawców, śpiewała na rozmaitych festiwalach, ale była postrzegana przede wszystkim jako wielka przegrana pierwszej edycji polskiego „Idola”. Lepiej zaczęło się dziać w 2009 roku. Alicja Janosz zakończyła wtedy współpracę z wytwórnią Sony BMG Poland. Mądrzejsza i dojrzalsza, postanowiła pójść własną artystyczną ścieżką. Z tego postanowienia zrodził się pierwszy album, który chciałabym Państwu w tym numerze polecić. Janosz nagrała go z zespołem Hoodoo Band (tak też zatytułowany jest krążek) i wydała pod szyldem wytwórni Luna Music w 2010 roku. Próżno na tej płycie szukać nastolatki, która występowała w „Idolu”; próżno dosłuchiwać się echa nieszczęsnej jajecznicy. To jest po prostu porcja doskonałej muzyki, świetnie zagranej i doskonale skomponowanej. Album

składa się z dwóch płyt. Na pierwszą trafiły autorskie kompozycje Hoodoo Band, pozytywnie zaskakujące świeżością, ale i obeznaniem w muzycznych gatunkach. To wysmakowana, ale energiczna mieszanka funku, jazzu, bluesa i soulowych dźwięków, naprawdę pozytywnie wyróżniająca się wśród propozycji, które pojawiają się na polskim rynku. Na drugim krążku, wchodzącym w skład tego wydawnictwa, znalazł się występ zespołu, który odbył się z w 2009 roku z okazji Polskiego Dnia Bluesa w Studiu im. Agnieszki Osieckiej w Programie Trzecim Polskiego Radia. Podczas koncertu grupa wykonała m.in. „Talkin loud and say nothing” z repertuaru Jamesa Browna i „She’s 19 years old” Muddy’ego Watersa. Słucha się tego fantastycznie. Drugi album, do którego posłuchania serdecznie zachęcam, to solowa płyta Alicji Janosz „Vintage”, wydana niespełna rok temu. Muzycznie jest to udana inspiracja retro soulem: stylem Amy Winehouse i dokonaniami wokalistów, występujących w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Większość utworów, które znalazły się na płycie, wyszła spod pióra Janosz. Może dzięki temu brzmią przekonująco, świeżo i bezpretensjonalnie (co nie znaczy mało ambitnie). Całość jest spójna, wysmakowana i elegancka. Nie ma tu tandetnego R&B, są przemyślane kompozycje, lata świetlne oddalone od poziomu debiutanckiego albumu. Na taką płytę warto było czekać. Miejmy jednak nadzieję, że kolejny album Alicji Janosz ukaże się nieco KATARZYNA PIENIĄDZ szybciej. 17


POLAK POTRAFI ale nie w Polsce?

kilku lat z mniejszym lub większym natężeniem toczy się wśród publicystów, naukowców i polityków w Polsce dyskusja na temat poziomu krajowego szkolnictwa.

Od

Wynika z niej, że jest ono w zatrważająco złej kondycji i trzeba reagować natychmiast. Kolejni ministrowie zapowiadają rewolucyjne zmiany, mówią, że zdają sobie sprawę z powagi sytuacji, i podkreślają z mocą, że jest ona winą poprzedniego obozu rządzącego. Słowne przepychanki trwają, niewiele się zmienia i tylko w ramach zimnego prysznica od czasu do czasu pojawia się jakiś trudny do przełknięcia ranking. Na przykład światowych uczelni, w ktorym te z Polski albo się nie pojawiają, albo plasują w ogonie. W najbardziej znanym, szanghajskim, figurują tylko Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński - pod koniec liczącej 500 pozycji listy... W dodatku pod względem kreatywności i innowacyjności biją nas na głowę nawet kraje znacznie mniejsze. Europejski Urząd Patentowy przyznał w 2011 roku 45 patentów wnioskom, które złożyli Polacy. Dużo? Znacznie mniejsza od Polski Słowenia otrzymała ich 42. Pięciokrotnie więcej niż 18

Polska patentów (w przeliczeniu na liczbę mieszkańców) miały Węgry, Czechy, Estonia i Łotwa. Najlepsi, Niemcy, mieli ich 13,5 tysiąca, a inne państwa z czołówki średnio 100 razy więcej niż Polska. Czy to znaczy, że jesteśmy narodem głupszym niż inne? Mniej inteligentnym? Odpowiedź twierdząca byłaby podłym, krzywdzącym nadużyciem. Bardziej prawdopodobne wydaje się nieumiejętne ukierunkowanie ludzi z ogromnym potencjałem (tych na pewno nam nie brakuje), ba!, tego potencjału lekkomyślne marnowanie. Bo jak wytłumaczyć fakt, że Polacy, którzy mają możliwość rozwoju poza granicami kraju, nagle okazują się – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – superzdolni i pomysłowi?

Na pewno pamiętają Państwo naszych projektantów, którzy pracują dla największych samochodowych marek, o których pisałam kilka miesięcy temu. Niemal każdy z nich w dzieciństwie wyjechał z Polski i szansę na zaistnienie dostał zagranicą. I coraz więcej takich Polaków z pochodzenia odnosi sukcesy w przeróżnych dziedzinach. Wspomniana przeze mnie informacja o niskim poziomie wynalazczości i kreatywności w Polsce, która niedawno pojawiła się w Internecie, sąsiadowała z inną wiadomością. Oto patent Polaka, Marcina Jakubowskiego, trafił do czołówki zestawienia najlepszych innowacji 2012 roku, które przygotował

doby można zrobić z brudu i kurzu). Instrukcje są dostępne nieodpłatnie w Internecie, a konstruowanie cywilizacji (np. samowystarczalnej wioski) przypomina budowanie z klocków lego. Nad stworzeniem takiego zestawu Marcin Jakubowski pracował od 2003 roku, kiedy utworzył organizację Open Source Ecology. „Naszym celem jest utworzenie skarbnicy projektów, która sprawi, że jedna płyta DVD może stać się zestawem startowym cywilizacji” – mówił podczas konferencji naukowej Technology Entertainment and Design w 2011 roku, kiedy prezentował efekty swojej pracy. Pomysłem wyposażenia gospodarstw w propono-

prestiżowy magazyn „Time”. Dzieło Jakubowskiego – zestaw do stworzenia cywilizacji – znalazł się na czele najlepszych propozycji 2012 roku obok łazika „Curiosity” i drukarki 3D. Czym jest zestaw do stworzenia cywilizacji? To zbiór instrukcji, które każdemu człowiekowi pozwolą na stworzenie 50 najpotrzebniejszych do życia urządzeń (m.in. pieca do wypieku chleba, wiertarki, traktora, który samodzielnie można zbudować w sześć dni, oraz pięciu tysięcy cegieł, które w ciągu

wane przez Jakubowskiego narzędzia typu lego zainteresowały się już organizacje pozarządowe ze Stanów Zjednoczonych i Afryki. On sam jest przekonany, że „to może być coś rewolucyjnego” i podkreśla niskie koszty oraz wysoką wydajność proponowanego przez siebie rozwiązania. Marcin Jakubowski jest autorem pomysłu, o którym z entuzjazmem donoszą światowe media. Naukowcy wypowiadają się o nim z uznaniem; zdobywa znaczące nagrody. MoMONITOR POLONIJNY


GRUDZIEŃ 2012

Niebo na ziemi ewnego popołudnia przy ładnej pogodzie postanowiłam przespacerować się po Starym Mieście Bratysławy, a konkretnie przejść pieszo z Auparku na ulicę Rajską.

P

Jakież było moje zaskoczenie, gdy niespodziewanie spośród nieciekawych i burych postkomunistycznych zabudowań wyłonił się mały, niebieski kościółek. Aż przystanęłam ze zdumienia, jednocześnie uświadamiając sobie, iż przez kilka dobrych lat tkwiłam w błędnym przekonaniu, że to kościół Wniebowzięcia NMP, zwany blumentalskim, jest uważany za niebieski kościółek. Czyżby zmylił mnie turkusowy kolor dachówek...?!? Słońce leniwie prześwitywało przez bezlistne łodygi drzew, oświetlając nietypowy kształt kościoła, z eliptyczną wieżą i czterospadowym niebieskim dachem. Kościółek wyglądał nierealnie, jakby przeniesiony z tysiąca i jednej baśni. Jest zupełnie inny niż typowe wielkie, ciężkie i przytłaczające kościoły z panującym w środku półmrokiem czy też te nowoczesne, bez spójności i architektonicznej harmonii. Niewielkich rozmiarów kościółek św. Elżbiety, zwany niebieskim kościółkiem (Modrý kostolík) przyciąga uwagę nie tylko niezwykłym kolorem, od którego wziął swoją nazwę, ale również swoją oryginalną budową i skromnym wnętrzem. Całość sprawia wrażenie niezwykle delikatne i subtelne. Być może dlatego właśnie ten, a nie inny kościół cieszy się taką popularnością wśród osób zawierających małżeństwo. Świątynię zbudowano w ciągu 4 lat według projektu znanego węgierskiego architekta Odona Lechnera. Jej budowę ukończono w 1913 roku. Fundatorem był cesarz Franciszek Józef I, który w ten sposób chciał uczcić pamięć swojej tragicznie zmarłej małżonki Elżbiety. Założeniem architekta było stworzenie swoistej, wymyślonej przez niego odmiany stylu Art Nouveau w połączeniu z secesyjną asymetrią i ornamentacją roślinną, a także elementami rokoka. Uwagę zwracają urocze neoromańskie filary z ele-

Słowackie perełki

ZDJĘCIE: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

że więc nie jest tak źle z kondycją polskiej nauki? Pewnie nie będą Państwo zaskoczeni, gdy napiszę, że Marcin Jakubowski jest kolejnym Polakiem, który rozwija się zagranicą. Z Polski wyjechał podczas stanu wojennego jako dziesięciolatek. Ukończył z wyróżnieniem Uniwersytet Princeton, na Uniwersytecie Wisconsin otrzymał tytuł doktora fizyki jądrowej. Notabene moment napisania doktoratu był przełomowy dla jego kariery naukowej, ale nie w taki sposób, jak można by się spodziewać. „Dobiłem do trzydziestki z doktoratem z fizyki jądrowej i odkryłem, że jestem bezużyteczny” – opowiadał podczas konferencji TED. Jestem dumna z Marcina Jakubowskiego, podobnie jak jestem dumna z wszystkich Polaków, którzy odnoszą międzynarodowe sukcesy, są doceniani. Tylko przykro mi, że przeważnie dopiero poza Polską mają możliwości rozwoju, że znaczących odkryć, wynalazków, projektów prawie w naszym kraju nie ma, że studia na polskim uniwersytecie nie gwarantują nawet nisko płatnej pracy, podczas gdy analogiczny kierunek, realizowany na uczelni np. w USA, otwiera wiele możliwości. Czy to tylko kwestia pieniędzy? Mentalności? Złego programu nauczania? Co i jak trzeba zmienić, by Polak chciał i potrafił – także u siebie? KATARZYNA PIENIĄDZ

mentami orientalnymi, umieszczone przy wejściu głównym do świątyni, oraz niezwykła mozaika, przedstawiająca patronkę kościoła z różami. Opiekunką tego Domu Bożego ogłoszono żyjącą w XIII wieku i urodzoną na bratysławskim zamku św. Elżbietę Węgierską. Jednonawowe wnętrze jest równie piękne. Zachwyca dominującą niebieską barwą oraz cudowną ceramiką z manufaktury w Peczu. W niewielkim ołtarzu umieszczono relikwie św. Elżbiety, Klemensa, Wincentego i Teodory, a brak przesadnych zdobień w połączeniu z bielą i błękitem sprawiają, że wnętrze jest jasne i przestronne. A dlaczego kościół jest niebieski? Tego można jedynie się domyślać. Może dlatego, iż kolor ten symbolizuje mądrość, powagę, harmonię, wierność oraz bezpieczeństwo i najczęściej kojarzy się z niebem. Niebieski kościółek jest niewątpliwie niezwykłą, fascynującą i niespotykaną budową. To błękitna laguna na morzu otaczającej go szarzyzny i tandety. Warto wybrać się tu na niedzielną mszę lub po prostu wstąpić na chwilę, by odnaleźć spokój i równowagę w przedświątecznym rozgardiaszu i otulić się wnętrzem w kolorze błękitu, by móc potem zanucić piosenkę zespołu Maanam: „Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba”. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA 19


Zwierzenia podniebienia

Polak na Słowacji za Jagiellonów:

Dla miłos’ników muzyki i dobrego jedzenia pewnością wszyscy z niecierpliwością oczekujecie świątecznych jarmarków. Zanim jednak ogarnie Was świąteczne szaleństwo, chcę się z Wami, Drodzy Czytelnicy, podzielić jeszcze jednym kulinarnym doświadczeniem. W Bratysławie mamy już restauracje specjalizujące się w różnych kuchniach. Są takie, których domeną jest kuchnia azjatycka, grecka czy indyjska. Ale ja tym razem odwiedziłam otwartą dopiero w tym roku restaurację, która zdecydowała, że jej menu będzie się składało z dań kuchni amerykańskiej. Owa restauracja to Infiniti Rock Cafe. Miejsce to może się pochwalić nie tylko ciekawą ofertą dań, ale i klimatem! Jest to bowiem miejsce dla ludzi kochających i dobre jedzenie, i dobrą muzykę. Już po przekroczeniu progu lokalu widać, że „rock” w jego nazwie znalazł się nie bez powodu – wszędzie widać perkusje, gitary, plakaty rockowych gwiazd.

Z

A jak wygląda oferta kulinarna? Można w niej znaleźć wszystko, co kochający kuchnię amerykańską lubią najbardziej, czyli burgery, frytki, sosy, steki. Tym, którzy jednak nie przepadają za kuchnią naszych przy-

20

jaciół zza oceanu Infiniti Rock Cafe oferuje risotto czy makaron na różne sposoby oraz rozmaite sałatki warzywne.

Ja jednak postanowiłam się poddać burgeromanii i zamówiłam wielki American Barbecue (BBQ) burger. Spora porcja, klasyczna bułka z plastrem mięsa w środku, sosem, ogóreczkiem i frytkami. Mniam! Burgery można zamówić również w wersji wegetariańskiej, np. z mozzarellą. Podczas pałaszowania zamówionych dań, z głośników dobiega rockowa muzyka, która uprzyjemnia spędzony w Infiniti czas. I tu się pochwały nie kończą. Fantastyczna jest obsługa – młode, uśmiechnięte kelnerki to wielki plus tego miejsca. Zresztą pojawiają się błyskawicznie zawsze wtedy, gdy trzeba. Mam nadzieję, że w Infiniti Rock Cafe taki poziom uda się utrzymać długo! A Wam, Drodzy Smakosze, serdecznie polecam to miejsce i życzę smacznych Świąt! SYLWIA KIŠ TOMASZEWSKA Redakcja informuje, że artykuły zamieszczane w rubryce „Zwierzenia podniebienia” w żaden sposób nie są sponsorowanei że wszelkie wydatki, związane z wizytami w prezentowanych lokalach, autorka pokrywa sama.

Ścibor ze Ściborzyc WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI

iedy jedziemy autostradą D1, pomiędzy Bratysławą a Trenczynem zwraca na siebie uwagę zamek Beckov.

K

Jego potężne ruiny pozwalają wyobrazić sobie, jak mogła wyglądać twierdza w czasach swojej świetności, czyli w XV wieku. I od razu widzimy rycerzy, damy, pojedynki, ciężkie wozy ciągnące do składów na zamku, a nawet czyhających w górach rabusiów. Zamek chronił odcinek głównego szlaku handlowego, prowadzącego z Polski na Węgry i dalej do Turcji. Przez Kraków, Beckov i dalej na południe przewożono ozdoby, sukna i materiały z Flandrii, z których szyto suknie dla dworu węgierskiego. Dziś podobną funkcję pełnią tiry, przewożące rozmaite towary. Niewiele jednak osób, przejeżdżających obok ruin wie, że zamek w Beckovie swoje najlepsze lata przeżywał pod rządami Polaka, którego los w służbie króla Węgier rzucił aż tutaj. Jak na XIV wiek, to historia niebanalna. Warto ją poznać. Ścibor ze Ściborzyc herbu Ostoja urodził się w roku 1347. Bardzo szybko doszedł do godności starosty brzeskiego w Małopolsce. Był synem wojewody inowrocławskiego (rodzina pochodziła z Pomorza), więc karierę miał ułatwioną. I byłby to pewnie jeden z wielu życiorysów w historii młodych, dynamicznych ludzi robiących karierę, gdyby jego los nie wpisał się w ambicje i rywalizację dwóch wielkich europejskich rodów królewskich: Jagiellonów i Andegawenów. Nie znamy żadnych szczegółów początków działalności politycznej Ścibora. Wiemy jedynie, że w kraju MONITOR POLONIJNY


pod panowaniem Kazimierza Wielkiego był zwolennikiem Ludwika Węgierskiego, który przygotowywał się do objęcia tronu polskiego (kilka lat później został zresztą królem polskim). W Polsce potraktowano to jako nielojalność i w roku 1362 Ścibor musiał uchodzić na Węgry. Został tam urzędnikiem dworskim, służył jako dowódca wojskowy i dyplomata. Zasłużył się w walkach z Turkami. W ćwierć wieku później został współpracownikiem nowego, młodego króla – Zygmunta Luksemburskiego. Ów król, który później został cesarzem, zapewne nie znał poczucia i pojęcia narodowości, ale najprawdopodobniej czuł się proto-Francuzem, choć i polskość była mu bliska, bowiem jego matką była Elżbieta Pomorska, pradziadkiem Kazimierz Wielki, a rodzice ślub zawarli w Krakowie. Podobno stosunki króla i Ścibora były bardzo bliskie, bowiem połączyło ich wspólne pochodzenie z Pomorza. Na dodatek, według legendy, w wielkiej bitwie pod Nikopolis (turecka twierdza nad Dunajem) we wrześniu 1396 roku Ścibor miał uratować życie Zygmuntowi. Potem dowodził karną wyprawą węgierską do Siedmiogrodu, gdzie rozbił wojska nielojalnego wobec króla hospodara mołdawskiego Włada, którego wziął do niewoli (Wład, lawirując między Polską, Węgrami a Turcją, chciał stworzyć niezależne państwo mołdawskie). W podzięce za te działania Ścibor otrzymał od króla tytuł wojewody siedmiogrodzkiego. Ponadto król nagrodził go za wierną służbę, darując mu między innymi miasto Nove Mesto nad Vahem i zamek Beckov. W ciągu następnych kilkunastu lat Ścibor ze Ściborzyc herbu Ostoja został właścicielem 31 zamków i ponad 300 wsi, a ponadto sprawował funkcję wojewody (żupana) w Trenczynie i w Nitrze i uchodził za jednego z najbogatszych ludzi ówczesnej Europy. W roku 1397 został też żupanem bratysławskim. Dokupił wtedy – już z własnych środków – znany dzisiaj każdemu bratysławianinowi – zamek w Devinie. Podobno lubił, jak nazywano go Panem całego Wagu. Po roku 1400 – miał wtedy już ponad GRUDZIEŃ 2012

50 lat, a więc jak na tamte czasy był człowiekiem starym – zaczął myśleć o śmierci i przyszłości swej rodziny. W Krakowie przy kościele św. Katarzyny ufundował kaplicę, która miała stać się rodzinnym grobowcem. Przy okazji z Pomorza ściągnął brata Andrzeja i postarał się, by przyznano mu stanowisko żupana trenczyńskiego. Stał się jednym z najbardziej zaufanych ludzi króla Zygmunta Luksemburskiego, który zlecił mu misję stworzenia sojuszu węgiersko-krzyżackiego, wymierzonego niestety przeciwko Polsce i Władysławowi Jagielle. Ścibor jeździł w misjach do Brandenburgii i Malborka. Doprowadził do sprzedaży Zakonowi przez Zygmunta Nowej Marchii (w przybliżeniu chodziło o dzisiejszą Ziemię Lubuską); są pewne podejrzenia, że sam zarobił na tej transakcji gigantyczne pieniądze. Zwycięstwo Jagiełły i Polaków nad Zakonem było dla niego nieprzyjemnym zaskoczeniem. Wtedy zapewne, widząc rosnącą potęgę państwa polskiego, wpadł na pomysł zbliżenia – pomimo wszelkich osobistych uraz – polsko-węgierskiego. Niestety, bezpośrednio po Grunwaldzie musiał na polecenie króla dowodzić wyprawą na Polskę, która miała odciągnąć część polskich sił od ziem krzyżackich. Ścibor na czele wojsk węgierskich wpadł wówczas na Sądecczyznę i złupił, a potem spalił Stary Sącz. Wkrótce potem stał się jednym z architektów przymierza węgiersko-polskiego. Był głównym negocjatorem podpisanej ostatecznie 8 listopada 1412 roku w Zagrzebiu umowy w imieniu Zygmunta Luksemburskiego, Króla Węgier (wówczas już także Króla Niemiec) oraz Władysława Jagiełły, Króla Polski, dotyczącej pożyczki 37 tysięcy kop groszy praskich w zamian za zastaw 16 miast spiskich. Zygmunt Luksemburski potrzebował dramatycznie pieniędzy na walkę z husytami. Pożyczka była ogromna; miała wartość 7,5 tony czystego srebra. Bez niej Luksemburczyk nie byłby w stanie bronić Czech i kościoła przed husycką rebelią. Pożyczone pieniądze nigdy nie zostały zwró-

cone i Spisz pozostał w rękach polskich. Dopiero w roku 1769 tereny te zajęły wojska austriackie, pod pretekstem zapobieżenia rozprzestrzenieniu się zarazy. W 1772 Spisz na mocy I rozbioru Polski został przyłączony do Austrii (ale nie włączono go do Węgier; to nastąpiło dopiero w roku 1867). Ścibor ze Ściborzyc został jednym z świeckich delegatów Zygmunta Luksemburskiego na sobór w Konstancji, gdzie miano m.in. rozpatrywać sprawę herezji Jana Husa. Podczas tegoż soboru w 1412 roku zmarł. Miał 65 lat. Za życia Ścibora zamek w Beckovie przeżywał swój złoty okres. Pamięć o Wielkim Panu przetrwała pokolenia i obrosła wieloma legendami – dobrymi i złymi. Nurt naturalizmu w literaturze słowackiej, a później i komuniści usiłowali wykreować opowieści o okrutnym panu, terroryzującym poddanych, którego pierwowzorem miał być właśnie Ścibor. Najbardziej jednak żywa w pamięci Słowaków pozostaje legenda o mądrym błaźnie Ścibora, zwanym Beckiem, od którego imienia rzekomo pochodzi nazwa zamku. Hic transit gloria mundi… (‘tak przemija chwała świata’). Przejeżdżając obok zamku w Beckovie, pomyślmy o jego historii, losach ludzi z nim związanych, no i o tym Polaku, który zapewnił tym okolicom miejsce w historii. Na koniec warto nadmienić, że imię Ścibor ze Ściborzyc brzmi jakby wymyślone specjalnie, by nikt poza Polakami nie mógł go wymówić. Słowacy owego arystokratę nazywają Stiborem zo Stiboric, zaś Węgrzy i Niemcy zapisywali jego imię po łacinie: Styborius de Stiborich. Co ciekawe, Ścibor zapisał się też w historii języka słowackiego. Jest bowiem autorem najstarszego zachowanego zapisu w języku czeskim ze słowackimi wtrąceniami i zwrotami. Zapis ten powstał 13 grudnia 1422 roku i jest potwierdzeniem długu Ścibora wobec Beneša Hernika ze Słupna i jego żony Kateriny w wysokości 600 złotych węgierskich. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

21


Dyplomacja wojskowa w okresie międzywojennym i w latach okupacji niemieckiej ersalski traktat pokojowy z 1919 r. zakazywał pokonanym w I wojnie światowej państwom centralnym wysyłania za granicę misji wojskowych. Inne państwa natomiast znacznie rozbudowały po wojnie sieć ataszatów wojskowych. Zakaz utrzymywania attaché wojskowych przez państwa pokonane w I wojnie został zniesiony praktycznie dopiero w końcu lat 20., jednak Niemcy wysłały swoich pierwszych attaché wojskowych za granicę dopiero w 1933 r. W latach międzywojennych attaché wojskowi wykorzystywani byli także do negocjacji oraz kontroli i nadzoru porozumień rozbrojeniowych, a także do prowadzenia dochodzeń w przypadkach sytuacji konfliktowych i incydentów wojskowych. Przyjmując pierwszego niemieckiego attaché wojskowego w Polsce, marszałek Piłsudski oświadczył, że w zasadzie jest przeciwny jego misji i uważa za niedopuszczalne jego bezpośrednie stosunki z wojskiem (S. Sawicki: Instytucja attaché wojskowego; Zeszyty Naukowe ASW nr 39 z 1985 r. str. 186). Wzrost znaczenia sił powietrznych w czasie I wojny, jak i po niej, spowodował pojawienie się nowej instytucji attaché lotniczego, wysyłanego w celu studiowania problemów związanych z tą specjalnością. W połowie lat 30. attaché wojskowi w wielu sto-

W

22

licach zaczęli tworzyć odrębny korpus attaché wojskowych oraz wybierać swojego dziekana. Władze państwa pobytu zaczęły natomiast przydzielać takiemu korpusowi opiekuna, którym był oficer, mający za zadanie dostarczanie attaché wojskowym określonych informacji i opiekowanie się nimi. W okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej, jak i w trakcie jej trwania coraz więcej attaché wojskowych było oficerami służb technicznych, przy czym najliczniejszą grupę stanowili oficerowie artylerii. Przygotowania wojenne, czynione przez poszczególne państwa, spowodowały dalszy wzrost znaczenia attaché wojskowych wśród dyplomatów. Z drugiej zaś strony niektóre państwa ograniczyły swobodę poruszania się attaché wojskowych po terytorium swoich krajów. Dla attaché wojskowych państw zaprzyjaźnionych i neutralnych organizowano wycieczki po terytorium państw zajętych. I tak np. Niemcy w 1941 r. zorganizowali taką wycieczkę do państw podbitych, tj. Polski, Danii, Belgii i Holandii. Nie zapraszano już wówczas attaché wojskowych na pola walk, jak to miało miejsce jeszcze w czasie I wojny światowej. W momencie wybuchu wojny państwa w niej zaangażowane wycofały swych attaché wojskowych z Niemiec. Wyjątkiem była Jugosławia, której attaché wojskowego Niemcy nie

wypuścili, lecz osadzili w obozie koncentracyjnym. Polskiego attaché wojskowego w Niemczech do 1932 r., płka Witolda Morawskiego, hitlerowcy zamordowali 1 listopada 1944 r. w obozie Mauthausen (L. Gondek – Wywiad polski w III Rzeszy 1933-1939, Warszawa 1975, s. 70-71, inne źródła podają natomiast datę 9 listopada 1944 r.). Natomiast niemieccy attaché wojskowi w Oslo włączyli się do walki, obejmując dowództwo nad oddziałami inwazyjnymi w Norwegii. Na okres II wojny światowej przypada również mianowanie pierwszej kobiety na stanowisko w dyplomacji wojskowej. Była nią mjr Florencja Jepson, mianowana w kwietniu 1944 r. zastępcą attaché wojskowego USA w Londynie. Wśród wyższych dowódców z okresu II wojny światowej doświadczenie w pracy attaché wojskowego mieli np. gen. Eisenhower, marszałek Czujkow (attaché wojskowy w Chinach), szef sztabu armii włoskiej gen. Marras (attaché wojskowy w  Berlinie), szef sztabu wojsk radzieckich na Dalekim Wschodzie gen. Putna i inni. Okres II wojny światowej w sferze działalności attaché wojskowych charakteryzował się rozwojem pełnionych przez nich funkcji. Dokonywało się to poprzez wzrost nakładanych na nich zadań wywiadowczo-rozpoznawczych, koalicyjne uzgadnianie przedsięwzięć wojskowych oraz wymianę doświadczeń i informacji (S. Sawicki – op. cit. str. 188). KRZYSZTOF JOŃCA

Józef Hieronim

Retinger współtwórca zjednoczonej Europy ➂ roku 1946 czułem, że jeszcze raz nadeszła pora odnowienia starań na rzecz zjednoczonej Europy” – odnotował w swym pamiętniku Józef Hieronim Retinger.

„W

Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci,które biorą udział w konkursach „Monitora”

MONITOR POLONIJNY


Pierwszym krokiem, który w tym kierunku uczynił, było wygłoszenie 7 maja 1946 roku w londyńskim Królewskim Instytucie Międzynarodowym odczytu, zatytułowanego Kontynent Europejski. Mówiąc o dawnych podziałach w Europie, o problemach spornych między państwami, przypomniał wojenną inicjatywę grupy małych i średnich państw, mającą po uzyskaniu niepodległości doprowadzić do przezwyciężenia przyczyn powstawania sytuacji konfliktowych. Postulował o utworzenie w Europie obszaru bez konfliktów. Powrócił do własnej, prezentowanej w czasie wojny koncepcji integracji europejskiej, której podstawą powinna stać się współpraca gospodarcza. Kolejnym krokiem Retingera była podróż do Brukseli na spotkanie z belgijskim politykiem i ekonomistą Paulem van Zeelandem. Obaj panowie znali się jeszcze z wojennego Londynu, kiedy to niejedną godzinę spędzili na dyskusjach o przyszłej integracji europejskiej. Paul van Zeeland podzielał poglądy Retingera; i on uważał, że droga do wspólnej Europy powinna zacząć się pokojową współpracą gospodarczą. Dla swej idei pozyskali dalszych zwolenników, m.in. P. H. Spaaka i P. Kerstensa, co umożliwiło im utworzenie w czerwcu 1946 roku Niezależnej Ligi Współpracy Gospodarczej z siedzibą początkowo w Brukseli, a potem w Hadze. Przewodniczącym nowo powstałej organizacji został van Zeeland, zaś Retinger pełnił w niej funkcję sekretarza. Dzięki jego wręcz nieprawdopodobnej aktywności kolejne oddziały Ligi powstały w Holandii, Francji, Wielkiej Brytanii, Szwecji i w Austrii. Nie udało mu się założyć oddziałów w Szwajcarii i w Portugalii. Wkrótce Liga była obecna niemal we wszystkich państwach Europy Zachodniej, w tym także we Włoszech. Prawdziwym sukcesem zakończyła się wizyta Retingera w Stanach Zjednoczonych, gdzie dla idei integracji na bazie współpracy gospodarczej pozyskał największych potentatów gospodarczych, takich jak Rockefellerowie, Alfred Swan, Charles Hook, Wiliam Wiseman czy Georg Franklin. WszyGRUDZIEŃ 2012

scy oni zdecydowanie poparli Ligę i weszli w skład Komitetu na rzecz Zjednoczonej Europy, powstałego już po wizycie Retingera. Retinger zakładał możliwość objęcia działalnością Ligi także państw Europy Środkowej i Wschodniej, znajdujących się w radzieckiej sferze wpływów, czemu dał wyraz nie tylko w deklaracji programowej Jedność kontynentu, ale również w pamiętnikach, pisząc: „Nigdy nie myśleliśmy o jedności Europy – szczególnie w dziedzinie gospodarczej – jako obejmującej jedynie zachodnią część kontynentu. Uważaliśmy (moim zdaniem słusznie), że należy dążyć do tego, aby zarówno wschodnia, jak i zachodnia Europa współpracowały dla dobra całego kontynentu”. Plany te nie powiodły się; ani w Polsce, ani w Czechosłowacji nie powstały oddziały Ligi. Nie udało się też założyć ich na Bałkanach. Niezależna Liga Współpracy Gospodarczej nie była w drugiej połowie lat 40. XX wieku jedyną organizacją propagującą integrację. W Europie, która policzyła swych martwych i zbilansowała wojenne straty materialne, obserwować można było w tym czasie bardzo silne dążenia do utworzenia wspólnoty, która byłaby korzystna nie tylko dla powojennej odbudowy, ale w przyszłości potrafiłaby zapobiegać konfliktom. Winston Churchill na inauguracji roku akademickiego 1946/1947 w Szkole Politechnicznej w Zurichu wzywał do utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy i wkrótce utworzył w Wielkiej Brytanii Ruch Zjednoczonej Europy, któremu przewodniczył, zaś jego zięć Duncan Sandys, poseł partii konserwatywnej, został sekretarzem tegoż ruchu. W Amsterdamie działała Unia Federalistów Europejskich, a we Francji Francuska Rada Zjednoczonej Europy. Wielość nowo powstałych organizacji potwierdzała popularność idei integracji, ale równocześnie osłabiała skuteczność ich działania, co wcześnie dostrzegł Retinger, który przedstawił Sandysowi projekt zjednocze-

nia europejskich organizacji prointegracyjnych. Uzyskawszy akceptację tak Sandysa, jak i Churchilla, doprowadził do tego, że 20 czerwca 1947 roku w jednej z paryskich restauracji przy Champs Elysees spotkali się przedstawiciele różnych organizacji i powołali Komitet Koordynacyjny Ruchów na rzecz Jedności Europejskiej. Jego honorowym przewodniczącym został Churchill, przewodniczącym Sandys, a honorowym sekretarzem Retinger. Sandys i Retinger stanęli również na czele Komitetu Wykonawczego, którego najważniejszym zadaniem było przygotowanie i zorganizowanie międzynarodowego kongresu zjednoczeniowego. Udało im się pozyskać poparcie wielu rządów, znanych osób, organizacji, instytucji, w tym także kościelnych. Idei integracji europejskiej nie poparli przywódcy brytyjskiej Partii Pracy, uważający, że działania Churchilla i Sandysa są chwytem przedwyborczym, mającym zapewnić konserwatystom wzrost poparcia w wyborach. Kongres Europejski, popularnie zwany kongresem haskim, odbył się w dniach 7–10 maja 1948 roku w gmachu parlamentu holenderskiego w Hadze. Uczestniczyło w nim ponad 800 delegatów stowarzyszeń działających na rzecz integracji. W obradach brało też udział wielu wybitnych polityków, byłych i aktualnych premierów, ministrów, ekonomistów, naukowców, ludzi kultury, przedstawicieli związków zawodowych i kościołów. W charakterze obserwatorów byli w Hadze obecni również przedstawiciele rządów emigracyjnych z krajów Europy Środkowej i Wschodniej, a wśród nich Polacy – Edward Raczyński i Stanisław Mikołajczyk. Na temat idei i sposobów integracji europejskiej dyskutowano w trzech komisjach: politycznej, społeczno-gospodarczej i kulturalnej. Najgorętsze dyskusje przebiegały w komisji politycznej; starli się tam zwolennicy radykalnych rozwiązań federalistycznych ze zwolennikami umiarkowanej koncepcji konfederacyjnej. Każda z komisji opracowała rezolucję, zawierającą wnioski z dyskusji. Do naj23


ważniejszych należały: postulat powołania Rady Europy i Zgromadzenia Europejskiego, przyjęcie Karty Praw Człowieka i powołanie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Podkreślano wspólnotę europejskiego dziedzictwa cywilizacyjnego i kulturalnego oraz potrzebę rozwijania świadomości europejskiej. Apelowano do rządów o tworzenie jedności ekonomicznej kontynentu. Kongres zakończono przyjęciem Przesłania do Europejczyków, w którym uczestnicy zobowiązali się do działań prowadzących ku zjednoczeniu kontynentu. Otwarta pozostała kwestia, czy zjednoczenie miałoby mieć charakter federacji, czy bardziej luźnej konfederacji. Józef Retinger później napisał w pamiętniku: „W Hadze położyliśmy fundamenty pod wszystko to, co miało wyznaczyć postęp idei europejskiej w następnym dziesięcioleciu. Wszystkie wielkie traktaty europejskie wyrosły z żyznego gruntu tego śmiałego zebrania. Jednocześnie ustanowiliśmy zasady i doktryny jedności europejskiej”. Retinger był przy tym, gdy 28 października 1948 roku w Brukseli doszło do zjednoczenia sił prointegracyjnych w niezależną organizację pozarządową – działający do dziś Ruch

Europejski – i został jego sekretarzem generalnym, prezydentami zaś zostali Churchill, Blum, de Gasperi i Spaak, a przewodniczącym Sandys. W dniu 5 maja 1949 roku w londyńskim pałacu św. Jakuba dziesięć państw europejskich – Belgia, Dania, Francja, Holandia, Irlandia, Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania, Włochy – podpisało ustalony we wcześniejszych wielostronnych rokowaniach statut, określający kształt nowej organizacji międzynarodowej. Trzy miesiące później, gdy statut wszedł w życie, powstała Rada Europy jako organizacja międzynarodowa o charakterze subregionalnym, otwarta tylko dla państw europejskich. Stało się to w Strasburgu. Retinger zajął się tworzeniem w strukturach Ruchu Europejskiego Europejskiego Centrum Kultury w Genewie, Kolegium Europejskiego w Brugii oraz Komisji do spraw Europy Wschodniej, mającej przygotować odpowiednie warunki do przyszłego wstąpienia do Rady Europy państw, znajdujących się w sferze wpływów Związku Radzieckiego. Przyjęcie przez Radę Europy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i powołanie do życia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, aktów ocenianych jako „klejnot w jej koro-

nie”, kończyło pierwszy konstruktywny okres tej instytucji. Spory między konfederalistami a zwolennikami federacji w znacznej mierze osłabiały skuteczność jej działania. Rada Europy, która odegrała ważną rolę w procesie jednoczenia kontynentu, nie zdołała doprowadzić do zacieśnienia więzi ekonomicznych między państwami, a przecież te miały być podstawą integracji. Gdy Robert Schumann ogłosił 9 maja 1950 roku swój plan, a przede wszystkim gdy 18 kwietnia 1951 roku podpisano w Paryżu traktat, powołujący Wspólnotę Węgla i Stali, było już jasne, że wspólna Europa nie będzie dziełem Ruchu Europejskiego. Retinger, podobnie jak wielu innych polityków, zakończył w nim swą działalność, co nie było równoznaczne z zakończeniem przez niego działalności politycznej. Uznał, iż nadszedł czas na ożywienie relacji Europa – Stany Zjednoczone, które straciły na intensywności po wycofaniu wojsk amerykańskich ze strefy okupacyjnej. Dla swej inicjatywy pozyskał polityków i ekonomistów europejskich oraz aktywny udział w jej realizacji księcia Bernharda Holenderskiego. Na pierwszym spotkaniu znanych polityków europejskich, przekonując o potrzebie integracji transatlantyckiej, Retin-

Z Czarnego Lądu i znad Sprewy ojciecha Albińskiego i Magdalenę Parys, autorów książek, do przeczytania których pragnę zachęcić, różni tak wiek, jak i forma wypowiedzi literackiej, łączy znów fakt, że oboje żyją i tworzą poza krajem, ale swe książki wydają nad Wisłą i nad Wisłą mają swego czytelnika.

W

Wojciech Albiński, urodzony w 1935 roku w Warszawie, absolwent Politechniki Warszawskiej, wyemigrował w 1963 roku. Przez pewien czas przebywał w Paryżu, potem w Genewie, skąd przeniósł się do Afryki, gdzie pracował jako geodeta. Przez wiele lat mieszkał w Bot24

swanie i w RPA. Zadebiutował późno, bo dopiero w roku 2003, ale za to jak! Debiutancki tom opowiadań Kalahari krytyka przyjęła entuzjastycznie, a jego autor otrzymał Nagrodę im. Józefa Mackiewicza i nominację do Nagrody Litera-

ckiej NIKE. Dotychczas wydał pięć książek, w których konsekwentnie przybliża nam sprawy Czarnego Lądu. Czyni to w sposób szczególny – nie epatuje egzotyką, ale w krótkich opowiadaniach rzeczowo opisuje przede wszystkim

codzienność południowej Afryki. Także ostatni tom jego opowiadań Soweto – my love, wydany przez W. A. B. w 2012 roku, jest tomem afrykańskim. U Albińskiego nie ma jednej Afryki; jest Afryka zmodernizowana, której wizytówką jest wielkie miasto Johannesburg, i jest tytułowe czarne Soweto, dwa światy, które żyją równolegle i w których kultury miejskie sąsiadują z plemiennymi. W większości opowiadań z tomu Soweto – my love są obecne czasy dawnego apartheidu. Jest wśród nich przejmujące opowiadanie, w którym rodzina MONITOR POLONIJNY


ger przedstawił projekt utworzenia elitarnej grupy przywódczej, składającej się z posiadających duży autorytet osobistości reprezentujących Stany Zjednoczone i Europę Zachodnią. Kiedy dla swego projektu uzyskał akceptację, bez reszty zaangażował się w jego realizację. Kilkakrotnie odwiedzał Stany Zjednoczone, gdzie poparły go sfery przemysłowe i bankowe, politycy, a nawet sam prezydent Dwight Eisenhower. W maju 1954 roku na zaproszenie księcia Bernharda Holenderskiego przybyło do hotelu Bilderberg koło Arhem w Holandii kilkudziesięciu prosi o mszę za niepamięć dziadka, podejrzewającego, że we wnuczce nie płynie „czysta krew”, i chcącego dowieść, że nie może ona chodzić do szkoły dla białych dzieci. Rzeczywistość afrykańska opisywana jest przez Albińskiego z ogromnym dystansem – autor jest świadomy, że do tego świata, do jego kultur i systemu wartości nie pasują nasze utarte pojęcia, stąd jego powściągliwość w ocenach. Powściągliwość ta w połączeniu z mistrzowską narracją wyraźnie wzmacnia wymowę opowiadań Albińskiego i trudno nie przyznać racji Maciejowi Urbanowskiemu, GRUDZIEŃ 2012

wybitnych polityków, przemysłowców, finansistów i naukowców ze Stanów Zjednoczonych i Europy na pierwsze spotkanie forum, które początkowo nazywano Grupą Bilderberg, a później Spotkaniami Bilderberskimi. Józef Retinger był jego sekretarzem, kierującym pracami stałego Komitetu Wykonawczego. Forum istnieje do dziś i do dziś zachowuje swój elitarny charakter. Spotkania odbywają się raz w roku w coraz to innym kraju. Zależnie od tematu obrad zmieniają się jego uczestnicy, a zaproszenia do udziału w nim wysyła Komitet Wykonawczy. Stworzone

który o jego pisarstwie napisał: „Tak daleko w głąb Czarnego Lądu nie zapuścił się żaden pisarz polski”. Dużo młodsza od Albińskiego Magdalena Parys, urodzona w Gdańsku w 1971 roku, od 1983 roku mieszka w Berlinie. Ukończyła polonistykę i pedagogikę na Uniwersytecie Humboldtów i obecnie przygotowuje pracę doktorską. Debiutowała powieścią Tunel, wydaną w ubiegłym roku przez Świat Książki. Książka została dobrze przyjęta przez zwykle dość powściągliwych krytyków, a wręcz entuzjastycznie przez czytelników, chwalących ją na różnych portalach internetowych. Akcja

przez Retingera forum jest dziś jednym z najważniejszych miejsc, gdzie wymienia się poglądy i podejmuje decyzje, dotyczące aktualnych i najważniejszych problemów światowych, ale o czym konkretnie dyskutują najważniejsi tego świata w trakcie takich spotkań, nie informują żadne media. Rezultaty tychże rozmów są bowiem głęboko utajnione. Z Polaków, którzy mieli jakieś powiązania ze Spotkaniami Bilderberskimi, wymienia się Andrzeja Olechowskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Hannę Suchocką, a ostatnio także obecnego ministra finansów Jacka Rostowskiego. Retinger był sekretarzem generalnym forum do końca lat pięćdziesiątych, kiedy to z powodu złego stanu zdrowia wycofał się z życia politycznego. Zmarł 12 czerwca 1960 roku. Pochowano go na londyńskim cmentarzu East Sheen. W uznaniu jego zasług przedstawiciele Europejskiej Ligi Współpracy Gospodarczej, Ruchu Europejskiego i Grupy Bildersberg ufundowali mu tablicę pamiątkową, umieszczoną w Krakowie na kamiennicy przy ulicy Wiślnej 2. W Natolinie nadano jego imię jednemu z budynków Kolegium Europejskiego, a Kolegium w Brugii ufundowało stypendium jego imienia. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

tej wielowątkowej powieści toczy się w drugiej połowie lat 80. wieku XX, kiedy to grupa osób postanawia pod dzielącym miasto murem wykopać tunel, którym można by przejść do Berlina Zachodniego. Większość uczestników tego przedsięwzięcia nie wie, że tunel umożliwi przejście na drugą stronę tylko jednej osobie. Uczestnicy tego niebezpiecznego przedsięwzięcia znają się na tyle dobrze, by w nim brać udział, nie obawiając się zdrady, ale okazuje się, że nie wiedzą o sobie

wszystkiego i to często tego najważniejszego. Stopniowo, wraz z postępem budowy tunelu, na jaw wychodzą coraz to inne nowe połączenia erotyczne i polityczne jego budowniczych. Magdalena Parys poprzez biografie bohaterów, często sięgające czasów wojny, kreśli portret Niemców, próbujących się odnaleźć w powojennej rzeczywistości. Umiejętne połączenie powieści obyczajowej z elementami politycznego thrillera sprawia, że książkę czyta się jednym tchem. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 25


olejny rok nadziei przed nami. Za kilka dni będziemy sobie życzyć szczęśliwego Nowego Roku. Towarzyszyć nam będą nadzieja i pytania o to, co przyniesie annus Domini 2013.

K

Ze sportowego (popularnego) punktu widzenia najważniejsze będą mecze naszej piłkarskiej reprezentacji w eliminacjach do mistrzostw świata w piłce nożnej w Brazylii w roku 2014. Tu będzie wiele życzeń, spekulacji i jeszcze więcej marzeń i nadziei. Podobne emocje w kibicach rozpalą mistrzostwa Europy piłkarzy ręcznych w Danii i Polsce (20-29 września 2013 r.). Co roku jest tak samo. Zmieniają się tytuły, statystyki, pojawiają się nowi komentatorzy, mniej lub bardziej dosadne uwagi. Kto tym razem zabłyśnie? Kto będzie nadal dobrze się zapowiadać? Odpowiedzi na te pytania z każdym dniem są coraz bliżej.

Nadchodzący rok 2013, obecny i przyszłoroczny sezon i rok sportowy zaczynają się dla nas bardzo obiecująco. W zimie pewnie bę-

Przed nami znowu Nowy Rok dzie dobrze. Justyna Kowalczyk już wygrała w pierwszych zawodach sezonu w Finlandii. Potwierdza się, że jest w dobrej formie. Nowym bohaterem zimy może zostać jednak nie Justyna Kowalczyk, nie Kamil Stoch, który rozpoczyna sezon skoków narciarskich, ale… Artur Waś, nasza wschodząca gwiazda łyżwiarstwa szybkiego. Ten 26-latni zawodnik pokazał, że drzemią w nim ogromne możliwości. Podczas listopadowych zawodów Pucharu Świata (PŚ) w łyżwiarstwie szybkim w Holandii zajął drugie miejsce w wyścigu na 500 metrów, zaś kilka dni później, 18 listopada, na tym samym dystansie był piąty. To były jego najlepsze wyniki w dotychczasowej karierze. Dla przypomnienia: po raz ostatni Polak na dystansie 500 metrów stał na podium zawodów PŚ przed blisko 12 laty! W wyścigu, w którym Waś zajął drugie miejsce, do zwycięstwa zabrakło mu zaledwie… 0,02 s. Potem, kiedy był pią-

ty, przegrał walkę o podium o 0,01 sekundy! Będziemy mu kibicować podczas mistrzostw, które odbędą się 21-24 marca w Soczi. Świetnie kończy rok i zapowiada wiele wrażeń zarówno w przyszłym roku, jak i sezonie nasz 22-letni tenisista Jerzy Janowicz. Wygrał z trzecim w rankingu światowym mistrzem olimpijskim Brytyjczykiem Andym Murrayem i awansował do ćwierćfinału halowego turnieju rangi ATP Masters 1000 na twardych kortach w Paryżu. Po zwycięstwie wyrzucił w górę ręce w geście triumfu, a po chwili padł na kort, jakby nie wierząc, czego dokonał. Publiczność obu graczom zgotowała owację na stojąco! Wcześniej nasz rodak, przebijając się przez kwalifikacje do turnieju,

pokonał w Paryżu dwóch innych zawodników z najlepszej dwudziestki świata – Niemca Philippa Kohlschreibera i Chorwata Marina Cilica. To największy sukces w karierze sklasyfikowanego na 69. miejscu w rankingu ATP Tour Janowicza. Na dobre do ścigania się wrócił Robert Kubica. W listopadzie wygrał osiem z jedenastu etapów wyścigu we Włoszech… To jeszcze nie bolidy Formuły 1, ale kto wie, może już niedługo... Nadal trwa dobra passa Agnieszki Radwańskiej, która po raz pierwszy pokonała Serenę Williams…

A poza tym? Będzie normalnie. Raz lepiej, raz gorzej. Ważnym tematem na pewno pozostanie sytuacja w Polskim Związku Piłki Nożnej (PZPN) i działania nowego prezesa Zbigniewa Bońka. Zaistnieją zapewne też – niestety – nasi kibole. Taaak, tempus fugit… Do kolejnego sylwestrowego toastu jeszcze nie raz skoczy nam adrenalina. To dobrze. A potem znów i znów, by później po raz kolejny… I tak w kółko. Życzę duuużo szczęścia i radości oraz oczywiście wielu sportowych wrażeń i wzruszeń w nadchodzącym roku. ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorariumzostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

26

MONITOR POLONIJNY


Czy ten pan i pani są w sobie zakochani T ak śpiewała Ania Wyszkoni. Ale niestety, rozczaruję Państwa – to nie będzie tekst o miłości. Nie ważne, czy „pan i pani są w sobie zakochani”, ważne, że „pan” i „pani”, bo te rzeczowniki dość często sprawiają problem użytkownikom języka swoją odmianą.

Pomijam fakt, że niektórzy językoznawcy zaliczają je nawet do zamków, gdyż – jak podaje Uniwersalny słownik języka polskiego – każdy z nich to także „forma grzecznościowa, używana przy zwracaniu się do mężczyzny//kobiety, z którym//którą się nie jest w stosunkach rodzinnych, zażyłych, poufałych, lub w rozmowie o nim// niej”. Z tego też względu formy „pan”, „pani” , podobnie jak i „państwo” , są nieodzownym elementem polskiego savoir-vivre’u językowego. W przypadku „pani” problem sprawia zwrot grzecznościowy o charakterze neutralnym – „proszę pani” czy „proszę panią”??? Z przykrością stwierdzić muszę, że zdecydowanie częściej słyszę formę niepoprawną, ale jakby logiczniejszą, czyli „proszę panią”, gdyż czasownik „prosić” łączy się z biernikiem, a ten w przypadku „pani” brzmi „panią”! Tylko że użyte w zwrocie grzecznościowym „proszę” wcale nie ma wartości czasownika! To czysta konwencjonalna grzeczność!!! I w takiej sytuacji musi być z nim użyty dopełniacz od „pani”, czyli także „pani”, np. Proszę pani, która godzina? Oczywiście połączenie „proszę panią” może być poprawne, ale w zupełnie innej sytuacji, kiedy rzeczywiście prosimy o coś kobietę, np. Proszę panią o całusa! Niekiedy zastanawiam się jednak, czy walka o poprawność językową w tym przypadku ma sens, skoro ogromna część mówiącego po polsku społeGRUDZIEŃ 2012

czeństwa używa formy błędnej. Może w związku z tym należałoby po prostu zmienić normę i uznać „proszę panią” za poprawne (oczywiście fakultatywnie)? Choć oczywiście moja świadomość językowa się buntuje przeciw temu. Ale… może… kiedyś… Trochę inaczej jest z „panem”. W swojej odmianie nie sprawia aż tak wielkich kłopotów, ale i jednak on co raz częściej pojawia się w błędnej formie jednego przypadka. Chodzi o miejscownik, odpowiadający na pytanie o kim? o czym? Otóż rzeczowniki męskie twardotematowe, a taki jest „pan”, w tym przypadku przyjmują końcówkę –e, co łączy się z wymianą twardej głoski tematycznej na miękką, np. brat – o bracie, stół – o stole, pies – o psie itp. (przy okazji dodam, że rzeczowniki męskie o temacie miękkim lub zakończonym na –k, –g, –ch przybierają końcówkę –u, np. rok – o roku, róg – o rogu, duch – o duchu). A zatem logiczne byłoby, żeby „pan” w miejscowniku brzmiał „o panie”. Istotą języka logika wcale jednak nie jest!!! Okazuje się, że końcówkę –u (jak miękkotematowe) przybierają też wyjątkowo nieliczne rzeczowniki twardotematowe, do których należy właśnie „pan”, a to znaczy, że nie „o panie”, lecz „o panu” jest poprawne, podobnie jak „o synu” i „o domu”, czyli w pozostałych wyjątkach. Forma „o panie” oczywiście może być formą poprawną, ale jeśli będzie pełnić funkcję wołacza, np. O panie mój!

Wokatywne „panie” pojawia się też w formach adresatywnych, zawierających nazwy stanowisk, stopni i funkcji, np. panie rektorze, panie ambasadorze, panie kierowniku. Obowiązuje jednak taka zwyczajowa zasada, że w sytuacji zwracania się do odbiorcy płci męskiej nie łączymy tej formy z nazwiskiem, tzn. nie zwracamy się do niego np. panie Nowak, bo jest to po prostu niegrzeczne. Jednak i w tym wypadku są wyjątki, bowiem polski językowy savoir-vivre pozwala na zastosowanie takiej formy adresatywnej, lecz tylko w określonych sytuacjach – kiedy wywołuje się kogoś z grupy, np. Panie Kowalski, teraz kolej na pana, oraz podczas zwracania się do osoby, będącej częścią małej społeczności, w której wszyscy się znają i do której samemu się należy (w niektórych wsiach na wschodzie Polski zwracanie się do odbiorcy po nazwisku nadal sygnalizuje jego wyższy status społeczny). Kończąc te krótkie rozważania na temat „pana” i „pani”, przypomnę jeszcze, że choć ostatnio panuje moda zwracania się na „ty“ właściwie do wszystkich osób, bez względu na wiek i status, to jednak zwroty adresatywne z „panem” i „panią” są nadal wykładnikiem polskiej kultury językowej, a na dodatek są po prostu eleganckie. Używając tych form wraz z nazwiskiem, w sytuacji mówienia o osobach trzecich (nie zwracania się do nich), osiągamy szczyt tejże elegancji. No a kiedy „pan” z „panią” się spotkają i się w sobie zakochają, to razem stworzą „państwo”, ale o „państwu” następnym razem. Tymczasem, korzystając z okazji, życzę Państwu, by nie tylko w święta, ale i przez cały kolejny rok i dłużej każdy „pan” i każda „pani” byli w sobie nawzajem zakochani! MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 27


Jak wyrobic’ polski paszport i dowód osobisty owód osobisty i paszport to dwa najważniejsze dokumenty, poświadczające polskie obywatelstwo. Wiele osób, mieszkających od dłuższego czasu na Słowacji, odkłada wyrobienie nowych dokumentów na ostatnią chwilę, a tymczasem formalności z tym związane wcale nie należą do prostych. Co ważne, w ostatnim czasie wiele przepisów Poradnik związanych z wyrobieniem dokumentów dla Polaków na Słowacji się zmieniło, niekoniecznie na lepsze.

D

Dowód tylko w Polsce Najważniejszą rzeczą, o której musimy pamiętać, jest to, że dowodu osobistego niestety nie wyrobimy w konsulacie. Konieczna jest w tym przypadku osobista wizyta w Polsce. Dowód osobisty wyrabia się w urzędzie miasta lub gminy, w którym dana osoba jest zameldowana lub (co w naszym przypadku jest częstsze) była zameldowana po raz ostatni przed wyjazdem z Polski. W przypadku, gdy takiego miejsca nie da się ustalić lub udokumentować, dowód osobisty można wyrobić w urzędzie dzielnicy Śródmieście miasta Warszawy. Ta zasada dotyczy również wielu innych procedur urzędniczych, które załatwić trzeba w Polsce. Jeżeli na stałe mieszkamy za granicą i nie mamy w kraju stałego zameldowania, przepisy z reguły traktują nas tak, jak byśmy byli zameldowani w Warszawie-Śródmieściu. Sprawy załatwia się więc w urzędach właściwych terytorialnie dla tamtejszych mieszkańców, a więc w tamtejszym urzędzie dzielnicowym czy – np. w przypadku paszportu – w Mazowieckim Urzędzie Wojewódzkim. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej rola dowodu osobistego znacznie wzrosła. Na jego podstawie można podróżować po krajach UE i kilku innych, a także posługiwać się nim podczas załatwiania większości spraw na Słowacji czy w innych krajach unijnych, do czego wcześniej potrzebny był paszport. Należy jednak pamiętać, że na podsta28

wie dowodu nie można pojechać np. na Ukrainę czy do Egiptu. Polski dowód osobisty jako dokument podróży uznają ustawowo wszystkie kraje Unii Europejskiej i strefy Schengen (a więc także m.in. Norwegia i Szwajcaria) oraz grzecznościowo kilka innych państw, głównie bałkańskich (Chorwacja, Serbia, Czarnogóra).

czytnika (nie ma tam tuszu, więc urządzenie nie brudzi rąk). W razie pilnej potrzeby można wystąpić w konsulacie o paszport tymczasowy, ważny 12 miesięcy. Cała procedura związana z jego wyrobieniem kosztuje 121 euro i trwa dużo krócej. Należy jednak wiedzieć, że do tych kosztów dochodzą też inne wydatki, np. na wyrobienie dokumentów wymaganych do złożenia wniosku, zdjęcia, dojazdy do Bratysławy. Wykaz wymaganych dokumentów znaleźć można na stronie www.bratyslawa.gov.pl.

Paszport – można w konsulacie, ale lepiej w kraju W odróżnieniu od dowodu polski paszport można wyrobić w polskim konsulacie, ale wiąże się to z dłuższym oczekiwaniem. Obecnie czas oczekiwania na paszport wynosi aż 2 miesiące, bowiem dokumenty te są sprowadzane z Polski. W kraju oficjalny czas wyrobienia paszportu to miesiąc, z reguły jednak (zwłaszcza poza sezonem letnim) dokument ten jest wydawany w ciągu 2-3 tygodni od złożenia wniosku. Opłata za wydanie paszportu w Polsce wynosi 140 zł, zaś w konsulacie aż 106 euro. Dlatego warto w miarę możliwości sprawę tę załatwić w kraju – w urzędzie wojewódzkim właściwym dla miejsca zameldowania lub ostatniego miejsca zameldowania przed wyjazdem za granicę, ewentualnie w Mazowieckim Urzędzie Wojewódzkim w Warszawie. Formalności związane z wyrobieniem paszportu (zarówno w kraju, jak i w konsulacie) musimy załatwić osobiście – potrzebne jest złożenie odcisków palców za pośrednictwem specjalnego

Najważniejszym problemem przy wyrabianiu dokumentów przez emigrantów z najdłuższym stażem jest brak numeru PESEL. Obecnie ten numer ewidencyjny jest wydawany automatycznie przy narodzinach, jednak sam system został wprowadzony dopiero w 1979 roku, więc osoby, które wyemigrowały wcześniej, mogą go nie posiadać. Problem dotyczy też wielu dzieci, urodzonych za granicą i niezgłoszonych do polskiego systemu. Osoby, które nie posiadają numeru PESEL, powinny koniecznie złożyć (np. w konsulacie) wniosek o jego przyznanie, do czego potrzebny jest polski odpis aktu urodzenia. Od kilku lat nie ma też możliwości podróżowania dziecka na podstawie wpisu w paszporcie rodziców. Każde dziecko, nawet niemowlak, musi mieć własny dokument – paszport lub dowód osobisty. Wyrabianie dokumentów dla dziecka również nie jest łatwe, dlatego tą kwestią zajmiemy się szczegółowo w kolejnym numerze naszego „Poradnika”. JAKUB ŁOGINOW MONITOR POLONIJNY


KLUB POLSKI NITRA zaprasza dzieci, młodzież i rodziców na spotkanie pod hasłem „Moje korzenie“, podczas którego zaplanowane są występy najmłodszych członków klubu. Spotkanie odbędzie się 14.12.2012 o godz. 17.00 w Centrum Pastoralnym Wolnego Czasu – Nitra Klokočina.

zaprasza na spotkanie „Polskie kolędy“, które odbędzie się dnia 27.12.2012 o godz.17.00 w nitrzańskiej katedrze, zaraz po mszy świętej w języku polskim, która zaczyna się o godz.16.00

KLUB POLSKI KOSZYCE informuje, że dnia 10 grudnia o godz. 15.25 w programie STV1 zostanie nadany Magazyn Polski z Koszyc.

zaprasza na spotkanie przedświąteczne, które zostało zaplanowane na 16 grudnia w restauracji „Med Malina”. Więcej informacji u prezes Urszuli Szabados.

Klub Polski Bratysława przy wsparciu ambasady RP w RS organizuje „Spotkanie z mikołajem“, które odbędzie się 14 grudnia (piątek) 2012 r. o godz. 17.00 w Instytucie Polskim w Bratysławie. Zgłoszenia dzieci (do lat 15) prosimy przysyłać pod adresem e-mail: klubpolskibratyslawa@gmail.com z podaniem imienia, nazwiska i wieku dziecka. Z uczestnikami imprezy chcemy mieć kontakt mailowy również na wypadek zmian organizacyjnych. W imieniu Klubu Polskiego wszystkim Rodakom oraz słowackim Przyjaciołom życzę zdrowych, pogodnych, pełnych miłości chwil, przeżytych w gronie bliskich. Tomasz Bienkiewicz prezes Klubu Polskiego na Słowacji

UWAG A!

ŻYCZENIA Alince Kabele i jej mężowi Jozefowi składamy najserdeczniejsze życzenia z okazji 40. rocznicy ich ślubu. Życzymy WAM zdrowia, radości, spełnienia marzeń! Przyjaciele z Klubu Polskiego

KLUB POLSKI BRATYSŁAWA

Panu Jozefowi Marušiakowi, poloniście, tłumaczowi polskiej literatury na język słowacki, z okazji 80. urodzin składamy życzenia zdrowia, sukcesów w pracy twórczej i spełnienia wszystkich marzeń. Przyjaciele z Klubu Polskiego

C ZY TELNICY!

Informujemy, że koszty roczne prenumeraty naszego czasopisma na rok 2013 wynoszą 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Do końca roku obowiązuje cena promocyjna – 10 euro (emeryci, renciści, studenci – 8 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta: 2666040059, nr banku 1100). Prosimy o umieszczenie swego imienia i nazwiska na formularzu bankowym. Nowych prenumeratorów prosimy też o zgłoszenie do redakcji adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany. Kontakt z redakcją: monitorpolonijny@gmail.com

Z PROGRAMU INST Y TUTU POLSKIEGO N A GRUDZIEŃ 2012 ➨ WYSTAWA FOTOGRAFII „…RĘKOPISY TU GRZEBIĘ I SIEJĘ…” PAMIĘĆ ŚWIATA. PODZIEMNE ARCHIWUM GETTA WARSZAWSKIEGO • 6-18 grudnia, godz.17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Żydowski Instytut Historyczny gromadzi i chroni archiwalia związane z kulturą Żydów polskich. Zajmuje się również edukacją – stara się przełamywać uprzedzenia i wskazywać na wartości, którymi kierowali się polscy Żydzi i które przekazywali z pokolenia na pokolenie. ➨ PAMIĘĆ HISTORYCZNA - DEBATA POLSKOSŁOWACKA • 6 grudnia, godz. 17.00, Bratysława, Poľský inštitút, Nám. SNP 27 Polsko-słowacka debata na temat pamięci historycznej z udziałem Pawła Śpiewaka, dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego. GRUDZIEŃ 2012

➨ PRZEDSTAWIENIE TEATRALNE NIENAWIDZĘ 8 grudnia, godz. 19.00, Bratysława, Instytut Polski, Nam. SNP 27 • Spektakl Marka Koterskiego zaprezentuje Divadlo Kontra. O bezimiennym głównym bohaterze spektaklu wiemy niewiele: boi się wstać rano, i otworzyć oczy. Stale żyje w stresie, który zwiększa życie codzienne. ➨ MARIUSZ SZCZYGIEŁ W BRATYSŁAWIE 10-12 grudnia, Bratysława, Štúdio 12, Jakubovo námestie 12 • Prezentacja książki Mariusza Szczygła „Gottland“. Jest to wybór znakomitych reportaży poświęconych Czechom, uwikłanym w czasy, w jakich przyszło im żyć. Czechosłowacja i Czechy, czyli tytułowy Gottland, to kraj horroru, smutku i groteski. Książka Szczygła nie ma nic wspólnego ze stereotypową opowieścią o kraju wesołków, zabijających czas przy piwie.

10 grudnia, godz. 17.00 • Dyskusja z M. Szczygłem w księgarni Pantha Rhei (prowadzenie: Dado Nagy) 10 grudnia, godz.19.00 • Czytanie fragmentów książki M. Szczygła „Gottland” w Štúdiu 12 (Jakubovo námestie 12) 11 grudnia, godz.17.00 • Spotkanie z M. Szczygłem i tłumaczem jego książki w Instytucie Polskim (Nám. SNP 27) ➨ WIECZÓR LUDWIKA ZAMENHOFA 12 grudnia, godz. 17.00, Bratysława, Poľský inštitút, Nám. SNP 27 • Uroczysty wieczór z okazji 153. rocznicy urodzin Ludwika Łazarza Zamenhofa, autora języka esperanto, połączony z prezentacją książki „Ludwik Zamenhof. Życie i dzieło”. ➨ ANTYGONA W NOWYM JORKU 16 grudnia, Trenczyn, Trenčianske hradné divadlo, P. Bezruča 17 • Tragifarsa, polski dramat współczesny w dwóch aktach, szesnastu scenach, inspirowany historią „Antygony” Sofoklesa, autorstwa Janusza Głowackiego. 29


Tożsamość

Między Włochami, Argentyną a Polską

dzieciństwa marzyłam o Polsce, którą znałam z bajkowych opowieści rodziców.

Od

Opisali mi Polskę, jaką znali z własnego dzieciństwa i wczesnej dorosłości, pełną skrzatów, szlachetnych rycerzy, księżniczek, królów, smoków, szewczyków... najpiękniejszych kwiatów, najgęstszych lasów, najwspanialszych pałaców, najstarszych zamków, drewnianych domów, wieloletnich gniazd powracających co roku bocianów… Jesienią mego życia odkryłam, że Polska to nie bajka, że Polska to rzeczywistość, w której tym razem jedną z ról mogłam zagrać ja. Nie spodziewałam się tego, kiedy po przekroczeniu 60 lat życia i ¼ długości obwodu kuli ziemskiej stanęłam po raz pierwszy na progu mego domu, który znałam wyłącznie z opowiadań. Gdy wylądowałam na Okęciu w Warszawie, gdzie rozpoczęła się moja magiczna podróż, towarzyszyły mi różne uczucia. Zakochałam się w tym kraju tak, jak w dzieciństwie w legendarnym śpiącym rycerzu. Urodziłam się we Włoszech, w Bari, mieście królowej Bony. Rodzice – ojciec, urodzony w Łunińcu na Polesiu, a mama w Wilnie – każde z nich w swoich opowieściach wychwalało swój kraj dzieciństwa. Sowiecki okupant wywiózł ich do łagrów, gdzie – nie znając się jeszcze – ciężko pracowali. Dzięki Bogu po paru latach dołączyli do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR generała Andersa. Po wędrówce przez Środkowy Wschód i Afrykę dotarli do Włoch, gdzie się poznali. Mama pracowała w szpitalu jako sanitariuszka, a ojciec był podporuczni30

kiem w 3. dywizji. Po bitwie o Monte Cassino, gdy alianci cieszyli się z rychłego upadku III Rzeszy, wśród dużej części polskich żołnierzy panował pesymizm, co do powojennej przyszłości. Powrót do opisywanych mi później miejsc był niemożliwy. Nadzieją była emigracja, ale przedtem życie zaprowadziło Włodka i Jadzię do kościoła Santa Sofia, gdzie w styczniu 1945 r. odbył się ich ślub, a później, 25 listopada, na tym świecie zjawiłam się ja. Jako córka polskich patriotów, których strony rodzinne były już poza Polską, urodzona we Włoszech, zapisana w archiwach brytyjskich, wychowana po polsku, mając niepełne trzy lata dotarłam do Argentyny po wcześniejszych próbach wyjazdu do USA. Tu rozpoczęła się tułaczka i poszukanie swojego miejsca w zupełnie nieznanym kraju. Ojciec dostał taką pracę, że co kilka miesięcy zmienialiśmy miejsce poby-

tu… A gdy skończyłam 6 lat, trzeba było posłać mnie do szkoły hiszpańskojęzycznej. Okazało się, że ja, córeczka polskich rodziców, ani słowa nie mówię w tym języku! Mijały lata, w końcu opanowałam język „argentyński” (trochę różniący się od hiszpańskiego), gdy osiedliśmy na stałe w roku 1961 w Buenos Aires. Udzielałam się w Harcerstwie Polskim i w Chórze Chopina, wszędzie mówiąc po polsku – w domu i Domu Polskim, co pozwoliło mi zachować język ojczysty. Jako prawie dorosła, zaczęłam się zastanawiać, kim naprawdę jestem: nie Włoszką, nie Argentynką, no i zdecydowałam, że będę obywatelką świata. Po jeszcze jednej próbie wyjazdu do USA wszyscy przyjęliśmy obywatelstwo argentyńskie, bo już wtedy miałam siostrę, urodzoną w Argentynie. Ale marzyłam o posiadaniu polskiego paszportu. Założyłam rodzinę… I wreszcie jako redaktor naczelny „Głosu Polskiego” otrzymałam możliwość odwiedzenia Polski. Pojechałam tam w 2007 na XV Światowe Forum Mediów Polonijnych w Tarnowie, by stwierdzić, że Polska istnieje, że jest piękna, mocna, uprzejma, gościnna, rodzinna... aż tak rodzinna, że od razu poczułam się w niej jak w domu. Przeleciałam 12 tys. km, zostawiając najbliższych w Argentynie, ale dzięki temu zbliżyłam się do swoich przodków! Byłam zachwycona, że ja, tak mało ważna redaktorka „Głosu Polskiego”, jedynego polskiego czasopisma w Argentynie, dotarłam w końcu do kraju opisywanego mi przez rodziców. Nie mogłam pojechać na Litwę i Białoruś, musiała mi wystarczyć dzisiejsza Polska – i wystarczyła! BARBARA SOBOLEWSKA DE SORDELLI (BUENOS AIRES), ARGENTYNA MONITOR POLONIJNY


Magia świąt

O

blátky czy opłatek? Kapustnica czy barszcz z uszkami? Zemiakový šalát czy kapusta z grochem? Bobálky czy makiełki?

Bez względu na to, czy zasiadamy do stołu ze słowackimi, czy polskimi specjałami święta Bożego Narodzenia to święta szczególne. I dla dorosłych, i dla dzieci. Wtedy celebrujemy narodziny Jezusa, spotykamy się z rodziną, rozmawiamy. W Polsce 24 grudnia nazywany jest wigilią, wilią, pośnikiem lub postnikiem. Uroczysta kolacja zwyczajowo rozpoczyna się wraz z ukazaniem się na niebie pierwszej gwiazdy na pamiątkę tej, która ukazała się w czasie narodzenia Jezusa nad grotą w Betlejem. Wieczerzę wigilijną rozpoczyna się czytaniem Ewangelii św. Łukasza, a następnie wszyscy dzielą się opłat-

kiem i składają sobie życzenia. To naprawdę wzruszająca chwila. W większości polskich domów wieczerza wigilijna jest postna, co oznacza, że wigilijne potrawy są bezmięsne. Według tradycji powinno ich być 12 i każdej należy spróbować. Tego wyjątkowego wieczora wszystko ma znaczenie: opłatek to symbol miłości, zgody i jedności, kapusta daje życiodajną siłę, chleb – dobrobyt, zboża – moc, a groch chroni przed chorobami. Na stole stoi pusty talerz dla niespodziewanego gościa, a pięknie ubrana choinka kusi prezentami, które można rozpakować dopiero po kolacji! A później śpiewa się kolędy!

W naszej polskiej szkole (Szkolny Punkt Konsultacyjny przy Ambasadzie RP w Bratysławie) co roku dzielimy się opłatkiem, składamy sobie życzenia, oglądamy jasełka, czyli krótkie przedstawienie nawiązujące do narodzin Dzieciątka Jezus, próbujemy dań wigilijnych, śpiewamy kolędy. Magia świąt Bożego Narodzenia sprawia, że wszyscy razem, zarówno uczniowie, jak ich rodzice i nauczyciele czują się jak w rodzinie, polskiej rodzinie! I tego Wam życzymy – wspaniałych, rodzinnych, magicznych Świąt!

Święta w opisie uczniów szkoły polskiej w Bratysławie Wigilia i Boże Narodzenie to dla mojej rodziny bardzo ważny i przyjemny czas, który zawsze jest wyjątkowy! Wszyscy spotykają się wieczorem przy wigilijnym stole, by zjeść razem kolację. Na świątecznym stole nie może zabraknąć karpia i barszczu z uszkami. Przed kolacją dzielimy się opłatkiem i składamy sobie życzenia. Po jedzeniu nadchodzi czas na oglądanie prezentów. Następnie siadamy razem i gramy w różne gry albo oglądamy telewizję. ZUZIA ŁEBEK, KL. VI

A jak Wy spędzacie Wigilię i Boże Narodzenie?

GRUDZIEŃ 2012

Święta Bożego Narodzenia to czas, kiedy cała rodzina spotyka się przy wigilijnym stole, dzieli się opłatkiem, je przepyszne potrawy i śpiewa kolędy. Wcześniej dzieci ubierają choinkę, a uwielbiają to robić i nie mogą się doczekać prezentów, które przynosi Święty Mikołaj. MARTYNA KOCZOTOWSKA I ADA OLECH, KL. VI


Żyjemy w czasach obfitości. Chcąc kogoś obdarować, można dziś kupić praktycznie wszystko, na co pozwalają nam możliwości finansowe. Nasze dzieciaki wręcz pływają w morzu niepotrzebnych zabawek i gadżetów. Jakiż więc prezent sprawić na święta swoim bliskim? Co podarować tym, którzy wszystko mają? Odpowiedź jest tylko jedna – trzeba

Kurczak na miodzie z zasmażanymi buraczkami

przygotować dla nich coś niezwykłego, coś, co zapiera dech w piersiach, rozpływa się w ustach i prowadzi prosto do kulinarnego nieba. I właśnie przepis na taki prezent nadesłała do „Piekarnika” pani Halina Medvedová z Bratysławy.

Składniki: • • • •

kurczak 1/2 kubka oleju 1/3 kubka miodu sok z jednej cytryny

• 1 kg buraków • 1 cebulka • 1 łyżka mąki pszennej

• sól, pieprz • vegeta, ocet • ryż w ilości zależnej od liczby gości

Sposób przyrządzania: Najpierw przygotowujemy kurczaka. Miód, olej i sok z cytryny łączymy i mieszamy – to nasza marynata. Kurczaka porządnie solimy i pieprzymy (również wewnątrz), a następnie polewamy marynatą, którą rozcieramy, by dotarła wszędzie. Potem wstawiamy kurczaka do lodówki na 4 – 5 godzin. Następnie zabieramy się za buraczki. Gotujemy je do miękkości, potem studzimy i obieramy ze skórki. Ścieramy na tarce o średnich oczkach. Cebulkę drobno kroimy i

podsmażamy na tłuszczu, dodajemy do niej starte buraczki i dalej przesmażamy na mniejszym ogniu kilka minut. Od czasu do czasu mieszamy. Potem opruszamy mąką, podlewamy wodą i doprawiamy kilkoma kroplami octu i vegetą. Piekarnik nagrzewamy do 250 stopni, wkładamy do niego kurczaka w otwartej brytfance i pieczemy 8 minut z jednej i 8 minut z drugiej strony. Potem zmniejszamy

temperaturę do 200 stopni, przykrywamy brytfankę i pieczemy dalej do miękkości, co 15 minut obracając kurczaka i polewając go powstałym na dnie sosem. Upieczone mięso podajemy z ciepłymi buraczkami i ryżem oraz sosem powstałym z pieczenia. Do ryżu można dodać rodzynki.

Jedzenie też może być prezentem. Wyjątkowym, bo przygotowanym własnoręcznie i z serca. Smakowitych pełnych miłości potraw!

AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2012/12  
Monitor Polonijny 2012/12  
Advertisement