Monitor Polonijny 2012/02

Page 1

Gdzie czy dokąd?

str. 27

Grażyna Auguścik: „Muzyka to opowiadanie o własnym świecie” str. 8


rodziców, poświęcających zbyt dużo czasu pracy kosztem emocjonalnych potrzeb swoich dzieci. To właśnie utrata kontaktu dziecka z rodzicami powoduje, iż bohater filmu Dominik (Jakub Gierszał) poszukuje zrozumienia u innych w Internecie. Młodzi, spotykając się na czacie, szukają szczęścia w świecie wirtualnym. To w sieci główny bohater spotyka Silvię (Roma Gąsiorowska), która już trzy lata nie wychodzi z domu. Ta znajomość sprawia, że i on zaczyna się izolować od swojego otoczenia. Film ten można również odczytać jako protest przeciwko polskiej homofobii, bowiem chłopak nie mający oparcia w rodzicach staje się pośmiewiskiem w szkole, kiedy wychodzi na jaw, że jest gejem. Dla mnie jest to jednak film przede wszystkim o rolach życiowych, a raczej o naszych wyobrażeniach o nich – o tym, jak być dobrym synem i doopiero po dziesięciu miesiącach od polskiej premiery udało się brym rodzicem. Jak się okazuje wysprowadzić „Salę samobójców” do Bratysławy. Ale za to obrażenia te często są deformowane z wielką pompą, bo z udziałem producentów. przez presję konsumpcyjnego społeczeństwa, w którym kariera zawodoProjekcja filmu odbyła się 25 styczz fabułą potwierdza – moim zdaniem wa i dobrobyt materialny są na pierwnia w Kinie Lumiere, a po niej auto– tezę, iż historię kinematografii moższym miejscu i w którym zapomina rzy filmu spotkali się z publicznością. na podzielić na dwa okresy: przed się o podstawowej zasadzie, że najlepWojciech Kabarowski i Jerzy Kapuśi po „Avatarze” Jamesa Camerona. szym sposobem okazywania miłości ciński odpowiadali na liczne pytania Reżyserem „Sali samobójców” jest bliskim jest poświęcanie im swego zebranych, dotyczące powstania filJan Komasa, uznany za największy czasu. Rodzice Dominika (doskonałe mu i jego późniejszego sukcesu. Budpolski talent reżyserski ostatnich lat. kreacje Agaty Kuleszy i Krzysztofa żet tego chyba już kultowego filmu, W swoim filmie, który jest jego pełnoPieczyńskiego) mylnie pojmowali nagrodzonego licznymi prestiżowymetrażowym debiutem, porusza barswą rolę, dlatego też, kiedy syn wpami nagrodami, jak np. nagroda FIPREdzo mroczny temat: nieumiejętność da w depresję, nie potrafią mu poSCI, Srebrne Lwy w Gdyni czy Złota dostosowania się młodych ludzi do móc – za późno już bowiem na budoKaczka za najlepszy polski film roku modelu życia, narzuconego im przez wanie zaufania... Film Komasy jest pro2011, wyniósł zaledwie testem przeciw podob1,5 mln. euro, jak przynym tragediom młodych znali sami producenci! ludzi. Jest adresowany „Salę samobójców“ obejdo tych – jak sam reżyrzało w Polsce już ponad ser powiedział – którzy 900 tysięcy osób, a na choć raz w życiu, choćFacebooku ma ona poby przez moment ponad 135 tysięcy fanów! czuli, że są inni, że nie Film kręcono trzy lata. pasują. A takich osób zaSamo przygotowanie anipewne jest i wśród nas macji, trwającej w filmie wiele. Warto więc obejokoło 20 minut, wykonarzeć „Salę samobójców”, nej przez dwudziestu by zapobiec choćby jeznakomitych, młodych dnej podobnej tragedii. grafików, pochłonęło półtora roku. I właśnie Na premierze filmu obecni byli Andrzej Jagodziński - dyrektor Instytutu ANNA MARIA JARINA ta animacja zmontowana Polskiego i producenci filmu: Jerzy Kapuściński i Wojciech Kabarowski

G ł o ś ny p o l s k i f i l m w słowackich kinach

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

D

2

MONITOR POLONIJNY


Od redakcji Wspaniała wiadomość! Film Agnieszki Holland „W ciemności“ został właśnie nominowany do Oscara! Polskie media prezentują więc wywiady z reżyser filmu i aktorami, którzy w nim wystąpili. Oglądając jeden z takich wywiadów, z Robertem Więckiewiczem, odtwórcą roli głównej w filmie, i Agnieszką Grochowską, odtwarzającej jedną z bohaterek, pomyślałam sobie, że … w naszej redakcji jest trochę jak na planie filmowym. Skąd takie porównanie? Goście przywołanego programu telewizyjnego odpowiadali na pytania dziennikarki, wspominając atmosferę panującą na planie filmu Agnieszki Holland. „W ciemności” kręcono bowiem dwa lata temu. Oboje aktorzy – i Robert Więckiewicz, i Agnieszką Grochowska – pod okiem Andrzeja Wajdy wcielają się obecnie w postaci Lecha i Danuty Wałęsów na zupełnie innym planie filmowym. Zatem to, czym żyje widz, oglądając nowość na ekranie, dla twórców filmu to już przeszłość. Podobnie jest w naszym przypadku – na przykład przygotowując lutowy numer „Monitora“, już w połowie stycznia „świętowaliśmy“ walentynki. Pamiętam, jak kilka lat temu do mającej się ukazać w maju rubryki kulinarnej, w której chcieliśmy opublikować przepisy na piknik, zdjęcia robiliśmy w połowie kwietnia, a chcąc, by i one wyglądały wiosennie i majowo, wyszliśmy na mroźne wówczas jeszcze powietrze i – ku zdziwieniu sąsiadów – rozłożyliśmy koc, na którym postawiliśmy wiklinowy kosz z piknikowym prowiantem! Moje krótkie wstępy do każdego „Monitora“ powstają na końcu, tuż przed zamknięciem numeru, kiedy wszystkie artykuły od naszych współpracowników już zdążyłam przeczytać, by je Państwu polecić. Za chwilę także i ten numer pójdzie do druku, a ja przygotuję sobie makietę numeru następnego, czyli marcowego, by móc zaplanować jego zawartość. W ten sposób zarówno ja, jak i pozostali współpracownicy pisma żyjemy z pewnym wyprzedzeniem. Tak, tak, za chwilę będziemy żyć tematami marcowymi, a więc już wiosennymi, mimo że za oknami jeszcze luty i zima (przynajmniej formalnie). Ale, podobnie jak filmowcy, zbierający pochwały po tym, jak film już wejdzie na ekrany i podoba się widzom, i my chętnie wracamy do czasu rzeczywistego, kiedy to przysyłają Państwo listy lub dzwonią do naszej redakcji, reagując w ten sposób na poruszane na łamach „Monitora” tematy, do czego Państwa zachęcam, polecając lekturę lutowego numeru naszego miesięcznika.

Dlaczego nie chcę być mężczyzną… Z kraju Ankieta POLAK POTRAFI Jan Szczepanik – genialny wynalazca i wizjoner WYWIAD MIESIĄCA Grażyna Auguścik: „Muzyka to opowiadanie o własnym świecie“ Z NASZEGO PODWÓRKA POLONIJNE SPOTKANIA ZA OCEANEM Dzień Ratownika w Chicago Odpływają kawiarenki CZUŁYM UCHEM Nowe, ale stare. Cohen – reinterpretacja Epitafium dla Krzysztofa Klenczona WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Być Słowakiem na Węgrzech (pod koniec XIX wieku) KINO-OKO Do dwóch razy sztuka – kotkom już dziękujemy ZWIERZENIA PODNIEBIENIA Le Monde – świat smaków czy marketingowy majstersztyk? SŁOWACKIE PEREŁKI Bańska Szczawnica z Krzysztofem Krawczykiem TO WARTO WIEDZIEĆ Janusz Korczak – opiekun spolegliwy BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Danuty Wałęsy wyjście z cienia W Mazowieckiem jak na Słowacji SPORT!? Był sukces OKIENKO JĘZYKOWE Gdzie czy dokąd? Najciemniej pod latarnią, czyli dlaczego współpraca transgraniczna kuleje OGŁOSZENIA ROZSIANI PO ŚWIECIE Do góry nogami MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Nihao!* Dziś poznamy pełne przesądów i ciekawych wynalazków Chiny PIEKARNIK Naprawdę duże wrażenie

4 4 6 7

8 11 15 16 16 17

18 19

20

21 22 24 24 26 27

28 28 30

31 32

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E Ľ OV N A S LOV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A g n i e s z ka D r ze w i e c ka , I n g r i d M a j e r í ko v á , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , K a t a r z y n a P i e n i ą d z , L i n d a R á b e ko v á KO R E Š P O N D E N T I : KO Š I C E – Ur szula Zomer ska-Szabados • T R E N Č Í N – Aleksandr a Krcheň J A Z Y KO V Á Ú P R AVA V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s ka , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S t e h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s ka , 9 3 0 41 K v e to s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p o l o n i j ny @ g m a i l . c o m P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky

www.polonia.sk LUTY 2012

3


astanawiałyście się kiedyś, drogie Panie, jak duża odpowiedzialność spoczywa na każdym mężczyźnie, jeśli chodzi o najistotniejsze kwestie relacji damsko-męskich?

Z

Współczesne kobiety mają swoje wymagania, czytają mnóstwo gazet i oglądają drugie tyle seriali, wiadomo więc, że ich wyobraźnia pracuje pełną parą. Współczuję więc mężczyznom, zwłaszcza w lutym, gdy w połowie miesiąca widmo walentynek przeraża niejedno męskie serce, a myśli galopują po prawdziwej pustyni pomysłów. Co tu wymyślić? Czy ona będzie zadowolona? Istnieją przecież faceci, którzy co roku przed Dniem Zakochanych szczodrze dzielą się niesamowitymi scenariuszami, stworzonymi specjalnie na te wyjątkowe chwile. Ci, którzy te rewelacje w tygodnikach czytają, czują często, iż resztki wło-

PUŁKOWNIK MIKOŁAJ PRZYBYŁ, prokurator wojskowy z Poznania, 9 stycznia próbował popełnić samobójstwo. Mężczyzna postrzelił się w głowę w przerwie konferencji prasowej, dotyczącej przecieków ze śledztwa smoleńskiego i nielegalnych podsłuchów dziennikarzy. Konferencja odbywała się w prokuraturze wojskowej w Poznaniu. Najpierw prokurator – wyraźnie zdenerwowany – odczytał oświadczenie, a następnie poprosił o kilkuminutową przerwę, mówiąc, że „trzeba przewietrzyć salę“. Potem padł strzał. Przybył przestrzelił sobie policzek. Przewieziono go do szpitala, jego stan był dobry, a motywy czynu nieznane. 4

Dlaczego nie chcę być

mężczyzną…

sów na ich męskich głowach niebezpiecznie szykują się do wypadnięcia. Czy można urządzić ukochanej kolację na dachu wieżowca, gdy wieczór ponury i mokry? A może tak, nie zważając na opóźnienia i miejsce w toalecie, zabrać ją w spontaniczną podróż pociągiem nad wzburzone morze? Albo – zasłaniając oczy dla lepszego efektu niespodzianki – zapakować ukochaną w aeroplan i wspólnie przeżyć spadochronowy skok życia?

W DNIU 20 STYCZNIA hakerzy z grupy Anonymous skutecznie zaatakowali strony internetowe m.in. Sejmu, Kancelarii Prezydenta i Premiera, a także Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i inne. „To protest przeciw ACTA. Polska potrzebuje rewolucji“ – napisali. ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) to wielostronne porozumienie, mające narzucić Polsce międzynarodowe standardy w walce z naruszeniami własności intelektualnej. Przyjęła je już Komisja Europejska i Rada Unii Europejskiej, teraz powinien je ratyfikować Parlament Europejski. Organizacje pozarządowe twierdzą jednak, że przyjęcie przez Polskę ACTA, nie konsultowane ze społeczeństwem, może prowadzić do blokowania legalnych i wartościowych treści dostępnych w Internecie, a tym samym do ograniczenia wolności słowa, a ponadto dopuszcza też np. monitorowanie i rejestrowanie działań podejmowanych w sieci przez miliony użytkowników, mimo braku uzasadnionych podejrzeń co do

Na pewno się ucieszy i będzie jak w gazecie. Jakże banalne są w tym dniu trzykrotnie droższa czerwona róża, czekoladki ze specjalnej edycji w krwistoczerwonym opakowaniu lub równie mocno podkolorowany pluszak czy welurowe serce. No i ta miłość, którą obowiązkowo trzeba wyznać, wykrztusić z siebie, choć lepiej to wychodzi, gdy zamiast deklaracji słownych umyje się i zatankuje samochód swej lubej, kran ciekną-

niezgodności ich zachowań z prawem. „Wszyscy jesteśmy internautami, ale nie ustąpimy wobec szantażu. Polska podpisze umowę ACTA” – powiedział premier Tusk, a protesty przeciwników ACTA przeniosły się z sieci na ulice polskich miast. Przeciw ACTA zaprotestowały też niektóre serwery, zaciemniając lub wyłączając swoje strony internetowe. MARTA KACZYŃSKA, córka tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, 19 stycznia za pośrednictwem tabloidu Fakt zaapelowała: „Zbyt dużo było w tej sprawie nieścisłości, pomyłek oraz celowych kłamstw i dezinformacji. Konieczne jest zwrócenie się przez polski rząd o pomoc do instytucji międzynarodowych. Dotychczasowe oficjalne ustalenia odnośnie przyczyn śmierci pary prezydenckiej oraz znacznej części polskiej elity politycznej były nieprawdziwe“. Powodem jej wystąpienia stały się ekspertyzy krakowskich specjalistów, odtwarzających rozmo-

wy w kabinie pilotów, które dowodzą, że dotychczasowa wersja mówiąca o naciskach na załogę, które miał wywierać szef lotnictwa Andrzej Błasik (†48 l.), jest niezasadna. Zapis rozmów w kokpicie zaprzecza też tezie o błędzie pilotów, którzy – zdaniem rządowej komisji ministra Millera – pomylili wysokościomierze. Jerzy Miller, szef komisji badającej przyczyny katastrofy, dopiero 18 stycznia przyznał, że kierowany przez niego zespół przypisał słowa pilota generałowi Błasikowi nie na podstawie opinii ekspertów, ale z kontekstu zdarzeń. OBOWIĄZUJĄCA od 1 stycznia 2012 r. lista leków refundowanych wzbudziła wiele kontrowersji zarówno wśród lekarzy, jak i pacjentów. Z listy zniknęło ponad 800 leków, do których do tej pory dopłacał NFZ. Ponadto za błędne wypisanie na receptach poziomu refundacji mieliby odpowiadać lekarze, co oczywiście się im nie spodobało. Ich sprzeciw polegał na stemplowaniu recept pieczątką „RefunMONITOR POLONIJNY


cy naprawi lub przed snem obdarzy cieplejszym, acz szorstkim spojrzeniem. Po co to wszystko robić i mówić? Walentynki chyba sam diabeł zesłał na ziemię, by się z męskich katuszy śmiać na cały głos. Bądźcie wyrozumiałe, drogie Panie, dla swych umęczonych stresem partnerów. Pomyślcie, że wasza pomysłowość zawsze stała na wyższym poziomie i tak już po prostu pozostanie. Psycholodzy uważają, że najlepsza dla zdrowego związku jest mniej stresująca, a bardziej skuteczna rozmowa na zasadzie „A może tak byśmy zrobili to i to…”. Życie mężczyzny i tak jest dość skomplikowane. Wystarczy, że w ogromnych nerwach i niepokoju przebrnął przez wasze zaręczyny lub się do nich szykuje, gryząc palce, jak je przeżyć, by się nie ośmieszyć, a zarazem zaprezentować godnie i z uczuciem. Pomyślcie, jakiego Jamesa Bonda macie w domu – by kupić pierścionek zaręczynowy, musiał zapewne wykraść z waszej dacja leku do decyzji NFZ“. To z kolei wywołało protest aptekarzy, którzy za próbę zrzucenia na nich odpowiedzialności za błędy na receptach zamknęli na godzinę większość aptek. Przyjęta 10 stycznia przez Radę Ministrów i podpisana 23 stycznia przez prezydenta RP nowela do ustawy refundacyjnej spełniła tylko część postulatów aptekarzy i lekarzy. JUŻ PO RAZ 20. zagrała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Jubileuszowy finał WOŚP odbył się tym razem 8 stycznia pod honorowym patronatem Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. W ciągu dwu dni zebrano ponad 40 mln zł. Czy w roku 2012 padnie nowy rekord, Polacy dowiedzą się 8 marca, kiedy to Jerzy Owsiak oficjalnie ogłosi, ile dokładnie zebrano pieniędzy. Tegoroczna zbiórka przeznaczona jest na zakup najnowocześniejszych urządzeń dla ratowania życia wcześniaków oraz pomp insulinowych dla kobiet ciężarnych z cukrzycą. LUTY 2012

osobistej szkatułki stosowną biżuterię, potajemnie zanieść ją do jubilera, by określić rozmiar, i w jeszcze większej tajemnicy odnieść „pożyczkę” na miejsce. Zaplanował i rozpracował całą strategię „padnięcia na kolana” – kiedy, gdzie, w jakich okolicznościach. Kupił kwiaty i schował je w najmniej uczęszczanym przez was miejscu (piwnica, garaż, warsztat). Postarał się, napocił i to wszystko dla jednego krótkiego „tak!”.

DO TRWAJĄCEGO do 16 stycznia konkursu na pomnik upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej z 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem zgłoszono aż 91 prac. Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, które jest organizatorem konkursu, poinformowało, iż wszystkie prace podpisane są tylko godłami – wiadomo jedynie, że ich autorzy to artyści z Polski, Rosji, Łotwy czy Stanów Zjednoczonych. Posiedzenie konkursowego jury odbędzie się 26-30 marca br. W NOCY Z 21 NA 22 stycznia w Beskidach ratownicy GOPR uratowali w trzech akcjach łącznie 27 osób: 22-osobową grupę turystów, która zgubiła się w partiach szczytowych Babiej Góry, dwoje czterdziestolatków, znalezionych w poważnym stanie, skrajnie zmęczonych i mocno wyziębionych oraz trzech Słowaków, którzy zgubili się na Baraniej Górze i których sprowadzono w bezpieczne miejsce.

A gdy już będziecie po ślubie, najważniejszą datą w kalendarzu stanie się oczywiście „rocznica” – jak ją zapamiętać i znowu nie przegapić, kwiaty kupić, o atmosferę zadbać… Oj, trudno to wszystko spamiętać! Walentynki to dla wielu dość osobliwe święto, ale musicie przyznać, że warto docenić naszych zwykłych bohaterów, bo większości mężczyzn epatowanie uczuciami po prostu nie wychodzi, nie jest w ich stylu. Ale czy przez to kochają mniej? Nic podobnego! Dbajmy o siebie nawzajem, niezależnie od święta zakochanych. To taka zwykła rzecz, a jakoś wydaje się mało atrakcyjna – zrobić herbatę, gdy ktoś zmęczony wraca do domu, kupić drobny prezent, ot tak, bez okazji, namówić na badania kontrolne, gdy latka lecą i zdrowie szwankuje. Tu trzeba nie wielkiej wyobraźni, ale raczej zwykłej codziennej miłości. AGATA BEDNARCZYK

W SOBOTĘ, 20 STYCZNIA, w wieku 66 lat zmarła w Warszawie znana i lubiana piosenkarka Irena Jarocka. Zadebiutowała w 1968 r. na festiwalu w Sopocie. Była zdobywczynią licznych nagród na festiwalach piosenki, a także laureatką wielu plebiscytów prasowych i radiowych na najpopularniejszą piosenkarkę. Do jej największych przebojów należą m.in. „Motylem jestem“, „Kocha się raz“, „Odpływają kawiarenki“, „Wymyśliłam Cię“. Od 1990 roku mieszkała w USA, ale ostatnio wróciła do Polski. Jej pogrzeb odbył się 27 stycznia na warszawskich Starych Powązkach. JUSTYNA KOWALCZYK została najlepszym Sportowcem Roku 2011 na Gali Mistrzów Sportu, która odbyła się w Teatrze Polskim w Warszawie 7 stycznia. W 77. Plebiscycie Przeglądu Sportowego i TVP na 10 Najlepszych Sportowców Polski 2011 roku wygrała po raz trzeci w swojej karierze najlepsza biegaczka narciarska.

Drugie miejsce zajął Bartosz Kurek, siatkarz reprezentacji Polski, a trzecie Adam Małysz. W pierwszej dziesiątce znaleźli się jeszcze najlepsza polska tenisistka Agnieszka Radwańska, skoczek narciarski Kamil Stoch, pływak Konrad Czerniak, żużlowiec Jarosław Hampel, napastnik reprezentacji Polski w piłce nożnej Robert Lewandowski, a także lekkoatleta Paweł Wojciechowski i uprawiająca kolarstwo górskie Maja Włoszczowska. FILM AGNIESZKI HOLLAND „W ciemności“ został nominowany do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego. „W ciemności“ to historia lwowskiego kanalarza Leopolda Sochy, który w czasie okupacji uratował grupę Żydów. Scenariusz powstał na motywach książki „W kanałach Lwowa“ Roberta Marshalla. 84. ceremonia rozdania Oscarów odbędzie się 26 lutego w Los Angeles. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


związku ze zbliżającymi się walentyn ka mi postanowiliśmy zapytać naszych czytelników, jak wyglądał ich dzień zaręczyn, w jaki sposób wyznali sobie miłość.

W

Maria i Marian z Popradu, 13 lat po ślubie arian: Po pewnym czasie naszej znajomości, kiedy już wiedziałem, że oboje jesteśmy sobą zainteresowani, postanowiłem poprosić Marię o rękę. Ona wtedy była po operacji i na czas rekonwalescencji przeniosła się do naszych znajomych do

M

Preszowa. Wybrałem się więc w odwiedziny do nich. Kiedy znaleźliśmy się z Marią w oddzielnym pokoju, zapytałem ją, czy wyjdzie za mnie za mąż. Otrzymałem twierdzącą odpowiedź. Potem w rodzinnym domu Marii odbyły się nasze oficjalne zaręczyny, na które przybyły jej i moja rodzina, łącznie z mamą z Czech i tatą z Polski. Były oczywiście kwiaty dla Marii i przyszłej teściowej. Zamiast pierścionka były jednak kolczyki z perełkami, ponieważ tak sobie życzyła Maria. Zaręczyny były podniosłą uroczystością w gronie naszych bliskich, a ponieważ obecny był też znajomy ksiądz, to odbyła się też msza święta.

Ania i Ivan z Marianki, 18 lat po ślubie nia: Zanim Ivan poprosił mnie o rękę, dwa razy był w moim rodzinnym domu w Wielkopolsce i tam otrzymał… czarną polewkę, ponieważ moja mama przygotowała akurat czarninę. Nie rozumiał wtedy jej znaczenia, choć ktoś z rodziny mu je wyjaśnił, ale on się tym najwyraźniej nie przejął. Po rocznej korespondencji przyszedł czas, by poznać się lepiej, i dlatego wyruszyliśmy na wspólną, trzymiesięczną wyprawę do Chin. A gdy później spotkaliśmy się na Sylwestra w słowackich Tatrach, by razem witać rok 1993 i świętować powstanie Republiki Słowackiej, Ivan zapytał mnie, czy zechcę wyjść za niego za mąż. Od początku naszej znajomości byłam przekonana, że Ivan jest mężczyzną mojego życia. Chyba nawet czekałam, aż on poczuje to samo, więc moja radość była ogromna i oczywiście się zgodziłam.

A

Agnieszka i Michał z Bratysławy, 2 lata po ślubie gnieszka: Wybraliśmy się z moim chłopakiem na wycieczkę do Szwajcarii, w Alpy, bowiem oboje kochamy góry. Po kilku dniach turystycznych wędrówek poczułam się zmęczona i choć jeden dzień chciałam zostać na polu namiotowym, gdzie mieszkaliśmy. Michał jednak bardzo mnie namawiał na kolejny wypad w góry. Tym razem trasa była dość trudna i po kilku godzinach marszu marzyłam o odpoczynku, ale mój chłopak wciąż szedł naprzód. Jak się później okazało – szukał odpowied-

A

6

niego miejsca z malowniczymi widokami. Kiedy już takie znalazł, oboje wdrapaliśmy się na skałę. Byłam tak zmęczona, że już nawet nie chciało mi się podziwiać widoków. I nagle Michał wyjął z plecaka małe pudełeczko, w którym był pierścionek zaręczynowy, i z lekką tremą zapytał, czy wyjdę za niego za mąż. Zgodziłam się, ale – pamiętam – cały czas drżałam ze strachu, by pierścionek nie wpadł w jakąś szczelinę między skałami. Na szczęście nic takiego się nie stało. A pierścionek idealnie pasował na mój palec.

Michał zadał sobie bowiem wiele trudu, by wykraść z mojego domu inny pierścionek, by ten zaręczynowy miał taki sam rozmiar. Ponieważ „kradzieży“ nie zauważyłam, niczego wcześniej się nie domyśliłam. Mój chłopak, już wyjeżdżając w Alpy, zastanawiał się,

który dzień będzie odpowiedni na zaręczyny i, jak potem mi wyznał, pewnego dnia, myjąc zęby na kempingu, zrozumiał, że to właśnie ten wyjątkowy dzień, dlatego tak bardzo namawiał mnie na kolejną wycieczkę w góry. red MONITOR POLONIJNY


amizelka kuloodporna. Pewnie nie raz Państwo taką widzieli, jeśli nawet nie w rzeczywistości, to w filmach sensacyjnych.

K

Powszechnie stosowana przez policję, wojsko i generalnie wszelkie specjalne służby. Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale ten specyficzny ubiór lata temu został stworzony przez Polaka – Jana Szczepanika. Właśnie Szczepanikowi i jego najważniejszym wynalazkom (bo rzeczona kamizelka jedynym nie była) chcę poświęcić tekst nie tylko w tym, ale i następnym numerze „Monitora Polonijnego”. Nieprzeciętnie zdolny, wyprzedzający swoje pokolenie, geniusz, tytan pracy. Przez niektórych zwany także polskim Edisonem. Urodzony w 1872 roku w Rudnikach koło Mościsk (dzisiejsza Ukraina) Szczepanik jest autorem kilkudziesięciu imponujących wynalazków i kilkuset patentów, m.in. z dziedziny fotografii kolorowej, tkactwa i telewizji. Już w 1897 roku stworzył telektroskop – urządzenie służące do przesyłania na odległość obrazu wraz z dźwiękiem. Swój wynalazek Szczepanik zgłosił w Brytyjskim Urzędzie Patentowym jako „telektroskop, czyli aparat do reprodukowania obrazów na odległość za pomocą elektryczności”. Urządzenie działało na dokładnie takich zasadach, jak znana nam telewizja – transmitowany obraz (co ciekawe, w rze-

POLAK POTRAFI

Telektroskop – urządzenie służące do przesyłania na odległość obrazu wraz z dźwiękiem LUTY 2012

Jan Szczepanik genialny wynalazca i wizjoner czywistych kolorach) rozbijało na cząstki, które później trafiały do odbiornika ponownie je scalającego. Mimo że telektroskop spotkał się z dużym uznaniem, okazał się zbyt kosztowny i skomplikowany (zwłaszcza biorąc pod uwagę ówczesny stan techniki), by wprowadzić go do masowej produkcji. Nie zmienia to jednak faktu, że wkład Szczepanika w proces tworzenia znanej nam współcześnie telewizji uznaje się na świecie za ogromny. Wspomniałam wcześniej o kamizelce kuloodpornej – to właśnie ten wynalazek przyniósł Szczepanikowi największą sławę i zaszczyty. Pomysł był pozornie prosty – kamizelka uszyta była z wielu warstw mocnej tkaniny (Szczepanik użył jedwabiu), które przechwytywały energię lecącego pocisku. Testy, przeprowadzone zre-

sztą publicznie, pokazały, że kamizelka Szczepanika zatrzymuje kule, które dziurawiły grube sosnowe deski i blachę i nie pozwala na przebicie jej ostrym sztyletem. Ten sam materiał, ale wzmocniony warstwą cienkiej blachy, był w stanie oprzeć się kulom z rewolweru kalibru 8 mm oraz karabinu, którego pociski przestrzeliwały z odległości 100 metrów stalową blachę o grubości ponad 1 centymetra! W 1902 roku wynalazek Szczepanika zyskał międzynarodową sławę – ocalił króla Hiszpanii Alfonsa XIII przed śmiercią w zamachu. Kareta, którą podróżował monarcha, została obita materiałem kuloodpornym. Rzucona przez zamachowców bomba nie wyrządziła zatem królowi żadnej szkody. W dowód wdzięczności Alfons XIII przyznał polskiemu wynalazcy najwyższe hiszpańskie odznaczenie państwowe – Order Izabeli Katolickiej. Nadanie tego orderu wiązało się z przyznaniem Polakowi tytułu szlacheckiego. I tak na kilka dni przed swoimi 30-tymi urodzinami, 2 czerwca 1902 roku, Jan Szczepanik został kawalerem Orderu Izabeli Katolickiej i szlachcicem z nadania. Szczepanik dostarczał kuloodporną tkaninę także rosyjskiemu carowi Mikołajowi II. W podzięce został odznaczony orderem św. Anny, jednak, powodowany patriotyzmem, odmówił jego przyjęcia. Zgodził się jedynie na przyjęcie cennego złotego zegarka z cesarską koroną wysadzaną brylantami. Zapraszam do drugiej części tekstu – już za miesiąc na łamach „Monitora KATARZYNA PIENIĄDZ Polonijnego”!

Kamizelka kuloodporna – to właśnie ten wynalazek przyniósł Szczepanikowi największą sławę i zaszczyty 7


Grażyna Auguścik: „Muzyka to opowiadanie o własnym świecie” Kilka lat temu wystąpiła Pani z Paulinho Garcią w Bratysławie i oczarowała Pani publiczność. Jak zrodził się pomysł, by stworzyć duet z Brazylijczykiem? Koncertujemy razem od 2000 roku, a poznaliśmy się w 1995 roku. On, podobnie jak ja, przyjechał do Chicago, gdzie zamieszkał na stałe. Wspólnie nagraliśmy cztery płyty. Ta ostatnia wyszła jesienią. Są to utwory The Beatles w stylu brazylijskim. Nasze glosy współbrzmią naturalnie pięknie, jakby były dla siebie stworzone. Paulinho to przyjaciel, prawdziwy kompan w trasach koncertowych. Połączyła nas muzyka. Odczuwamy wspólną energię, dobrze się uzupełniamy, a jednocześnie respektujemy swoją inność. To, co razem tworzymy na scenie, nazywamy muzyką terapeutyczną. Dla Pani to też terapia? Tak, oczywiście. Czasami po koncercie czuję się bardziej zrelaksowana niż przed. Odkryła Pani w sobie brazylijską duszę? Nie wiem, dlaczego Polacy lubią muzykę brazylijską. Zresztą nie tylko Polacy. Na przykład Japończycy, Amerykanie też uwielbiają tę muzykę. Może dlatego, że jest słoneczna, energiczna, ma w sobie dużo ciepła i dobrej energii! A czasem, kiedy pojawi sie nuta nostalgi, nie przygnębia, nie smuci. Nauczyłam się od Paulinho tej muzyki, rytmów, melodyki, artykulacji. Dziś wydaje mi się to bardzo proste. Pochodząca znad chłodnego Bałtyku dziewczyna czuje gorące rytmy? To inny rodzaj ekspresji, inna dynamika, którą można usłyszeć, kiedy gram z innymi muzykami. Niedawno brałam udział w wieczorze wspomnieniowym z okazji setnej rocznicy urodzin Władysława Szpilmana, gdzie wykonałam kil-

potkałyśmy się jesienią ubiegłego roku, podczas Dni Jazzu w Bratysławie. Teraz dowiedziałam się, że w marcu Instytut Polski planuje jej kolejny występ w stolicy Słowacji – tym razem z Paulinho Garcią! Grażyna Auguścik, bo o niej mowa, to artystka wielkiego formatu, a w kontakcie bezpośrednim – wspaniała i ciepła osoba, która z ogromną skromnością opowiada o swoich sukcesach. A ma ich na swoim koncie sporo – tylko w ubiegłym roku otrzymała nagrodę Ministra Kultury RP i została laureatką organizowanego przez Fundację Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” konkursu Wybitny Polak. Dla czytelników naszego pisma zgodziła się opowiedzieć o swojej drodze do sukcesu, wyjeździe do USA i postrzeganiu Polonii.

S

ka utworów z pianistą Bogdanem Hołownią. Na tym koncercie wystąpiła również pani Irena Santor, dla której Szpilman napisał najwięcej przebojów. Powiedziała mi, że potrafią wykonać piosenki z minimum ekspresji, maksimum energii, co – według pani Ireny – jest bardzo trudne. A tego właśnie nauczyłam się podczas pracy z Paulinho. Wyjechała Pani w 1988 roku do Bostonu, by podjąć naukę śpiewu w prestiżowej szkole Berklee College of Music. Do jakiego stopnia ta podróż zmieniła Pani życie? Szkoła była ciekawą konfrontacją umiejętności, osobowości, talentów, bowiem poznani studenci, pochodzący z różnych krajów świata, wnosili nowe wartości do mojego życia. Pobyt w Ameryce wzmocnił mnie psychicznie i zmienił. To kraj dla ludzi zdeterminowanych, którzy wiedzą, czego chcą i, bez względu na przeszkody, które napotykają, realizują swój plan. W moim przypadku to realizacja marzeń. Myślę, że byłoby mi o wiele łatwiej, gdybym została w Polsce, nagrała jedną, drugą i kolejną płytę. Wystarczyłyby dobry promotor, dobre recenzje, by potem wszystko toczyło się samo. Nazywam się „wojownikim”. Ciągłe zmaganie się z przeciwnościami losu niektórych wzmacniają, innych osłabiają. Na szczęście należę do tych pierwszych.

„Żeby robić to, co się lubi, trzeba cały czas pracować, nie można osiąść na laurach”. 8

Miewam chwile zwątpienia jak każdy, ale na szczęście to mija. Żeby robić to, co się lubi, trzeba cały czas pracować, nie można osiąść na laurach. W przeciwnym wypadku człowiek się nie rozwija. Ameryka nauczyła mnie samodzielności zawodowej i zasady, że trzeba liczyć na samego siebie i, jeśli chce się robić muzykę kreatywną, to należy cały czas doskonalić swoje umiejętności instrumentalne, w moim przypadku wokalne, opracowywać nowy repertuar, być czujnym i otwartym na nową muzykę itd. Uwielbiam trudne wyzwania, eksperymenty muzyczne, współpracę z różnymi muzykami, aby odkrywać coś nowego. Współpraca z młodymi ludźmi, bez bagażu doświadczeń, z młodzieńczą energią, czystymi intencjami jest bardzo kreatywna i inspirujaca. Każdy porusza się w swoim świecie, swojego pokolenia. Ta interakcja różnych pokoleń jest korzystna dla wszystkich. Została Pani laureatką konkursu Wybitny Polak, organizowanego przez Fundację „Teraz Polska”. Statuetki Godła Promocyjnego przyznawane są również Polakom z zagranicy, którzy rozsławiają nasz kraj w świecie. Wśród Polonii z Chicago tytuł Wybitnego Polaka kapituła przyznała jedynie Pani. Czym jest dla Pani taka nagroda? Wydaje mi się, że niewiele osób mnie zna, mało kto o mnie wie. Polak Roku? Kiedy spojrzę wstecz, widzę, że zrobiłam kilka dużych projektów i pokazaMONITOR POLONIJNY


Polonia często prezentuje swój dorobek poprzez folklor. Pani też włącza elementy folkloru do swojego repertuaru, ale ma to świeży powiew, nie kojarzy się z siermiężnymi przytupami. Zatem można muzykę ludową odbierać nie tylko jako cepeliowski produkt? Włączam folklor do swojego repertuaru od dawna i jest on jednym ze źródeł inspiracji. Miałam dwa projekty, jeden – w duecie z Urszulą Dudziak – bazujący na muzyce ludowej, drugi z fenomenalnym akordeonistą Jarkiem Besterem. Oczywiście piosenki ludowe na płycie nagranej z Ulą, zostały zaaranżowane w specyficzny sposób, na płycie z Jarkiem było wiele utworów inspirowanych naszym folklorem. Jeśli chodzi o naszą muzykę ludową, to sądzę, że my – Polacy mamy z nią problem: nigdy nas nie nauczono tej muzyki, wiąc skąd mamy ją znać i lubić? Nie mieliśmy do niej szacunku, nigdy nas nie cieszyła, była raczej słuchana z obowiązku. Nie

„Wiejską muzykę należało omijać, bo to był obciach, jakby gorszy gatunek, którego trzeba się wstydzić“. powiedziano nam, że jest naszym bogactwem kulturowym. Pamiętam z dzieciństwa, że ta muzyka była kompletnie ignorowana i przeniesiona do Cepelii. Jedyne zespoły, które prezentowały tę muzykę, to eksportowe Mazowsze i Śląsk. Wiejską muzykę należało omijać, bo to był obciach, jakby gorszy gatunek, którego trzeba się wstydzić. Kiedy przyjechałam do Ameryki, poznałam ludzi z różnych stron świata. Zobaczyłam z jaką naturalnością i radością pielęgnują swoją muzykę ludową. Bardzo im tego zazdrościłam. Wtedy też jeszcze mocniej upewniłam się, że mamy równie piękną muzykę i postanowiłam ją „odkrywać“. To znaczy, że musiała Pani wyjechać za granicę, żeby odkryć to, co polskie? Może nie tyle odkryć, co docenić. Poznałam ją dzięki rodzicom, ale nie ceniłam. Dopiero, kiedy moi zagraniczni koledzy pytali o naszą muzykę, zrozumiałam, że to jest to, czym ja się mogę „bronić“ w zderzeniu z muzyką z innych krajów. Przekonałam się, że bez kompleksów mogę interpretować te utwory, które wszyscy w Polsce znają. Któregoś razu po koncercie w Chicago podszedł do mnie pewien mężczyzna i powiedział mi, że śpiewam inaczej niż wszyscy. On to nazwał jazzem romantycznym. Bardzo mi się spodobało to okreslenie. Kiedy zapytałam go, na czym pole-

ga ów romantyzm, odpowiedział mi, że mam w sobie nutę słowiańską. To piękny komplement! W 2010 roku w Chicago odbył się koncert muzyki Chopina w Pani wykonaniu, na który przybyło ponad 10 tysięcy osób. To olbrzymi sukces! Tak, to sukeces z wielu powodów. Przede wszystkim z powodu muzyki Chopina, niekomercyjnej, wyrafinowanej, przepięknej, naszej rodzinnej, polskiej. Przyznam, że bardzo się napracowałam nad przygotowaniem tego koncertu. Samodzielnie, bez żadnego wsparcia z Polski, choć sądziłam, że takie dostanę, ponieważ był to właśnie Rok Chopinowski. Wspomógł mnie polski konsulat w Chicago, pokrywając część kosztów. Pomogli też zwykli ludzie, którzy, tak jak ja, szanują to co polskie. Mimo wielkiego stresu zrobiłam ten ważny dla nas koncert: otwarty dla publiczności, z udzialem 14 muzyków, w przepięknym amfiteatrze, w Parku Milenijnym w centrum miasta. Wstęp był wolny.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

łam je nie tylko Polakom. Nie przywiązuję wagi do pochwał, nagród, nie lubię krzyczeć i upominać się o swoje, lubię konkretne działnie, dlatego takie wyróżnienia są dla mnie dużym i przyjemnym zaskoczeniem. Są jednocześnie zobowiązaniem, tak jakbym dostawała je na wyrost. Zdaję sobie sprawę, że na świecie żyje wielu wspaniałych Polaków lub ludzi pochodzenia polskiego, którzy reprezentują polskość z potrzeby serca, bez rozgłosu i nie pisze się o nich nawet w polonijnych gazetach. Wykonuję zawód publiczny i dlatego jestem bardziej widoczma i siłą rzeczy moje projekty docierają do większej ilości ludzi.

GRAŻYNA AUGUŚCIK – polska wokalistka jazzowa. Debiutowała w 1977 roku na festiwalach piosenki w Toruniu i Opolu (w 1979 roku zdobyła nagrodę główną w konkursie debiutów w Opolu). W 1981roku z zespołem Playing Family otrzymała nagrodę na festiwalu piosenki studenckiej w Krakowie oraz na festiwalu jazzu tradycyjnego Złota Tarka w Warszawie. W roku 1988 wyjechała do USA, gdzie występowała m.in. z Michałem Urbaniakiem i Urszulą Dudziak, a także innymi muzykami tej klasy, jak np. Jim Hall, Michael Brecker i Randy Brecker, John Medeski czy Patricia Barber. Od 1994 roku mieszka w Chicago. W latach 2002, 2003, 2004 i 2006 uznawana była za najlepszą wokalistkę jazzową przez Jazz Forum Magazine. LUTY 2012

9


repertuaru. Dziś wystarczy włączyć komputer i jest w nim wszystko. Z drugiej strony nie zazdroszczę młodym wykonawcom, ponieważ na rynku muzycznym panuje duża konkurencja, liczy sie sukces komercyjny. Każdy chce szybko zrobić karierę, zarobić dużo pieniędzy. To jest bardzo złudne, bowiem, jak sukces szybko wschodzi, tak szybko zachodzi. W muzyce jazzowej wymagany jest ciągły rozwój. Głos dojrzewa koło czterdziestki, a doświadczenie zbiera się po drodze, pod warunkiem, że wykonawca się nie wypali. Poza tym ogromna presja i wymagania rynku: trzeba być młodym, pięknym, na szczycie kariery. Dlatego trzeba być niezwykle odpornym, żeby wytrwać i obronić się przed drapieżnymi mechanizmami rynku. To bardzo indywidaulne. A talenty zawsze były i będą. Jesienią ukazała się płyta, podsumowująca Pani twórczość. Czy to oznacza, że kończy się jakiś etap w Pani życiu? Nie. Uległam namowie jednej firmie nagraniowej, która zgłosiła się do mnie z propozycją wydania podwójnego albumu, podsumowującego moją twórczość. To duży luksus, kiedy ktoś chce wydać moją płytę. Wiem, co mówię, bowiem wydaję płyty i tzw. biznes zabiera mi 90 procent mojego czasu i energii. Ale nowe pomysły na następne moje płyty czekają w kolejce na realizację. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

To znaczy, że Instytut Polski „Jak sukces temu, że w Chicago, w saw USA nie włączył się mym centrum miasta, poszybko do tego projektu? winien stanąć pomnik Chowschodzi, Instytut Polski w Nowym pina, przy którym będą tak szybko Jorku nie pomaga Polakom odbywać się koncerty, tak zachodzi“. mieszkającym w Ameryce, jak w Łazienkach. Zabiegał jedynie Polakom mieszkającym na o to samodzielnie bardzo długo, aby slałe w Polsce, którzy odwiedzają zainteresować tym pomysłem decydenUSA z gościnnymi występami. W ciątów w mieście. To będzie wielki sukces gu dziesięciu lat raz otrzymałam Wojtka, kiedy pommnik powstanie, bo z Instytutu niewielką dotację. przecież dzięki temu zyskamy na tym my – Polacy, zyska też miasto! Czyli w tym wypadku nie została Pani Wracając do muzyki ludowej. Nagrała Pani potraktowana jako „polski skarb piosenkę „Dwa serduszka, cztery oczy“. narodowy”, za który uznała Panią na Po ten utwór sięgnęła też Anna Maria przykład kapituła Fundacji „Teraz Polska”, Jopek. Jak Pani ocenia jej wykonanie? ale jako Polonia. Czuje się Pani Polonią? Tak, mieszkam w Stanach dwadzie„Dwa serduszka“ to była też miłość ścia lat i jestem częścią Polonii. Mam też Marcina Kydryńskiego (męża Anny Mawśród Polonii swoich fanów. Moja rii Jopek – przyp. red.), który przepromuzyka jest adresowana do szerszej wadzał ze mną wywiad wiele lat temu, publiczności i może w tym kontekście jakiś czas po pierwszym nagraniu tej mogę być postrzegana jako pewnego piosenki. Może więc później podporodzaju outsider. Nie organizuję życia wiedział Ani, by też sięgnęła po nią? towarzyskiego Polonii, nie śpiewam Ania ma swoją drogę, wywodzi się tylko dla Polaków, ale jestem częścią z rodziny o zamiłowaniach do muzyki Polonii. Są ludzie, którzy mówią, że nie ludowej, więc nie dziwi mnie ten wychcą mieć nic wspólnego z Polonią. bór. Ale to jest tak piękny utwór, że nie Wtedy pytam ich, z kim chcą mieć coś ważne kto go wykonuje, zawsze będzie wspólnego? Kim są? Przecież mając polcieszyć ucho. To jest taki samograj! skie korzenie zawsze będziemy należeć Jak ocenia Pani polskich wokalistów? do polskiej społeczności. Jest sporo młodych ludzi, którzy Jaka jest Polonia w Chicago? szukaja nowej drogi, próbują wnieść do Stara i młoda. Stara to ta, która wyjemuzyki swój styl. Dziś młodzi mają zuchała z Polski przed wojną, a jej potompełnie inny start, ponieważ mają skąd kowie stoją dziś na czele różnych orgaczerpać inspiracje. W moich czasach nizacji polonijnych. Nowa Polonia to ta, problemem było dotarcie do płyt, do która przyjechała za czasów komuny. To są dwie różniące się pod względem mentalnym grupy. Ta stara kompletnie nie zna nowej Polski. Nową natomiast cechuje postawa roszczeniowa, stąd nieporozumienia pomiędzy tymi dwiema grupami. Każda ma swoje racje a ich przedstawiciele wychowywali się przecież w innych realiach. Z jednej strony krytykują Amerykę, ale kiedy przylatują do Polski, też im się nie podoba to, co w niej zastali. Jesteśmy fajną społecznoscią, ale mamy od wieków problemy, żeby się porozumieć. Powinniśmy się cieszyć z tego, co mamy, powinniśmy się wspierać albo przynajmniej nie przeszkadzać sobie w działaniach. Jestem fanem projektu Wojtka Putza - Polaka z Chicago, który wymyślił kilka lat 10

MONITOR POLONIJNY


Sylwester złonkowie Klubu Polskiego na Poważu mieli swój pomysł na Sylwestra. Nie chcieli spędzić tego wyjątkowego wieczoru przed telewizorem, więc postanowili przywitać Nowy Rok wspólnie! Wykorzystali fakt, że w Dubnicy mają własną siedzibę i nikt nie ogranicza ich – jeśli idzie o spotkania – ani czasowo, ani finansowo. Już w roku ubiegłym klubowicze bawili się wspólnie w noc sylwestrową, a ponieważ tamta zabawa była wspaniała, postanowili ją powtórzyć również i w tym roku. Tegoroczne spotkanie potwierdziło znów to, co już dawno wszyscy wiemy, że nie trzeba sali balowej, orkiestry i wielkich inwestycji, by się miło zabawić. Stoły uginały się jak zwykle od smakołyków, które uczestnicy balu przygotowali sami, zaś gospodarze z Dubnicy zapewnili napoje,

w Klubie Środkowe Poważe

C

LUTY 2012

wystrój i dobrą muzykę. Było nieformalnie, rodzinnie, wesoło. Tańczyli wszyscy – aż nogi bolały. Najbardziej wytrwałą tancerką okazała się jednak najmłodsza uczestniczka balu – 9-letnia Majka. Ogromne wzruszenie towarzyszyło odśpiewaniu wspólnie ze słowackimi przyjaciółmi pieśni „Góralu, czy ci nie żal...”, podczas którego wszyscy trzymali się za ręce. Wspólnie śpiewano też inne znane polskie piosenki. Podczas balu nie zabrakło fotografa, który starał się uchwycić atmosferę zabawy i jej ciekawe momenty. A gdy zbliżała się północ, wszyscy stanęli w kręgu na środku sali, zapalili zimne ognie, po czym każdy po

kolei wypowiedział swoje największe życzenie na Nowy Rok. Był szampan i toasty, a potem znowu tańce i śpiewy. Nikomu z uczestników balu nie przeszkadzało, że za oknami nie było śniegu i że ze względu na mgłę, nie było widać fajerwerków. Też tam byłam i – wierzcie mi – już od lat nie spędziłam Sylwestra tak miło i na luzie. Mimo że imprezę zainicjowali klubowicze z Dubnicy, to i wszyscy pozostali czuli się zarówno jej organizatorami, jak i uczestnikami. Wszystkim im należą się podziękowania za pomysł i jego wspaniałą realizację! W imieniu uczestników RENATA STRAKOVÁ, KP Trenczyn

11


Janusz Korczak

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Noworoczne spotkanie redakcyjne chcemy poruszać na łamach pisma, planujemy ważne wydarzenia. Noworoczna impreza była więc okazją do spotkania twarzą w twarz i twórczej rozmowy na temat naszego wydawnictwa. Redaktor naczelna Małgorzata Wojcieszyńska oraz prezes Klubu Polskiego Czesław Sobek podziękowali za współpracę dyrektoro-

uroczyste spotkanie członków redakcji „Monitora Polonijnego” miało głównie charakter integracyjny, bowiem na co dzień z wieloma współpracownikami kontaktujemy się tylko za pomocą Internetu (niektórzy z nich mieszkają poza Bratysławą, a nawet poza Słowacją), ustalamy tematy, które

To

wi Instytutu Polskiego Andrzejowi Jagodzińskiemu i jego zastępcy Tomaszowi Grabińskiemu, którzy przyjęli zaproszenie na spotkanie. Dyrektor Jagodziński przedstawił też plany Instytutu na cały rok, o realizacji których na pewno będziemy pisali na naszych łamach. red. 12

ok 2012 polski Sejm ogłosił Rokiem Janusza Korczaka i z tego też tytułu w styczniu w galerii Instytutu Polskiego w Bratysławie odbyło się uroczyste otwarcie wystawy ilustracji, zatytułowanej „Korczak i jego dzieło“. Jej kuratorką jest Grażyna Szpyra. Wystawa ta to bardzo ważne wydarzenie kulturalne, mające na celu przypomnienie i popularyzację postaci i dzieła patrona krasnobrodzkiego Sanatorium Rehabilitacyjnego dla Dzieci - lekarza, wychowawcy, a zarazem utalentowanego pisarza, który przez całe swoje życie po męczeńską śmierć służył dzieciom. Korczak pozostawił po sobie bogaty i cenny dorobek zarówno pedagogiczny, jak i literacki, w którym znaleźć można m.in. książki dla dzieci, takie jak: „Król Maciuś Pierwszy“, „Król Maciuś na wyspie bezludnej“, „Kajtuś czarodziej“, „Ban-

R

ZDJĘCIA: AGNIESZKA DRZEWIECKA

MONITOR POLONIJNY


i jego dzieło

Podczas wernisażu zaprezentowany został album pt. „Korczak i jego dzieło”, wydany przez sanatorium w Krasnobrodzie przy współpracy Narodowego Centrum Kultury z siedzibą w Warszawie. Zawiera on prace ponad 40 znanych polskich artystów, przedstawiające ilustracje do utworów Korczaka oraz inspiracje związane ze spojrzeniem na samą postać pisarza i pedagoga. To ciekawa wystawa dla najmłodszych, bowiem obejrzane ilustracje być może zachęcą je do sięgnięcia po książki Korczaka, dziś chyba trochę zapomniane. Polecam ją również dorosłym, którzy oglądając ją, mogą choć na chwilę wrócić do czasów dzieciństwa. Wystawę można oglądać do 24 lutego. AGNIESZKA DRZEWIECKA LUTY 2012

Wieczór polskich kolęd w Nitrze Po

polskiej mszy świętej, odprawionej 8 stycznia 2012 r. w bazylice św. Emermana w Nitrze przez księży salwatorianów, odbył się koncert kolęd polskich w wykonaniu organisty Jozefa Hambalka. Dla zgromadzonej Polonii było to okazałe zakończenie najpiękniejszego okresu w roku – Bożego Narodzenia. W przepięknym wnętrzu odnowionej katedry rozbrzmiewały polskie pieśni bożonarodzeniowe, tak głęboko zakorzenione w sercach Polaków. Na znak serdecznych stosunków polsko-słowackich zgromadzeni wspólnie zaśpiewali po słowacku „Cichą noc“. Po mszy księża salwatorianie zaprosili

nie Greguškovej za trud związany z prowadzeniem Klubu Polskiego i szkółki, a także księżom salwatorianom za ich całoroczną

wszystkich do domu misyjnego, gdzie przy cieplutkiej herbatce i dobrym cieście, śpiewając polskie kolędy, wspominano święta i zwyczaje z nimi związane z różnych regionów Polski. Obecni złożyli też podziękowania konsulowi Grzegorzowi Nowackiemu i prezes Klubu Polskiego w Nitrze Roma-

opiekę nad nitrzańską Polonią. Spotkanie, które przebiegło w przemiłej rodzinnej atmosferze na pewno pozytywnie wpłynęło na polską tożsamość narodową członków Klubu Polskiego w Nitrze i pozwoliło im optymistycznie spojrzeć w bliższą i dalszą przyszłość. ŁUKASZ BABIN

ZDJĘCIA: DOMINIKA GREGUŠKOVÁ

kructwo małego Dżeka“, „Koszałki opałki“, „Pamiętnik“, „Trzy wyprawy Herszka“. Jego prace dla najmłodszych czytelników stały się inspiracją warsztatów, na których znani artyści tworzyli do nich ilustracje. Wymienione już wyżej powieści stały się inspiracją dla znanych ilustratorów, wśród których nie zabrakło Zdzisława Witwickiego, Agnieszki Żelewskiej, Janiny Kaczmarczyk, Józefa Wilkonia, Janusza Stannego. Przedstawione na wystawie prace pokazują całe bogactwo przeżyć artystycznych ich autorów.

13


Bańskiej Bystrzycy na Uniwersytecie Mateja Bela funkcjonuje – i to dobrze – kierunek polski język i kultura, który cieszy się coraz większym zainteresowaniem studentów. We wrześniu 2011 roku naukę na nim rozpoczęło osiemnaście osób. W sumie obecnie na polonistyce studiuje ponad sześćdziesięcioro studentów. Uczestniczą oni w zajęciach językowych, wykładach i seminariach, poświęconych polskiej literaturze i kulturze. Studenci oraz inne zainteresowane Polską osoby mogą również brać udział w spotkaniach, odbywających się poza uniwersytetem.

W

14

wiście – jak i u Tomasza Manna, często przywoływanego w kontekście Iwaszkiewiczowskiego opowiadania – opowieść o czasie psychologicznym, o nieod-

wracalnej utracie przeszłości. Jednak nostalgiczne nastroje, podobne do tych z „Trzech sióstr”, w tej inscenizacji były najsilniejsze. Po spektaklu odbyło się spotkanie z reżyserką i młodymi aktorami. Opowiadali oni o pracy nad spektaklem i odpowiadali na pytania zgromadzonych młodych adeptów sztuki aktorskiej. Maja Komorowska wspominała też pracę nad filmową wersją „Panien” (1979, reż. Andrzej Wajda), w której wystąpiła

w roli Joli. W pierwszych dniach grudnia w Centrum nezávislej kultúry Záhrada (nowy klub na mapie bańskobystrzyckich lokali o ambitnym programie artystycznym) wystąpił duet Kopyt – Kowalski, który stanowi połączenie współczesnej poezji i nowej muzyki (gitara oraz elektronika). Młodzi polscy artyści przedstawili bardzo ciekawy program, odważnie wykraczający poza tradycyjnie pojętą prezentację poezji na spotkaniach autorskich. Jak co roku w grudniu odbyło się spotkanie wigilijne studentów bańskobystrzyckiej polonistyki. Opłatek polonistów to zarówno tradycyjny poczęstunek wigilijny (na stole nie mogło zabraknąć barszczu z uszkami, pierogów z kapustą i grzybami, ryby, makowca itd.), śpiewanie kolęd (po polsku i słowacku, a „Cichej nocy” także po angielZDJĘCIA: ANDREA SOTOŇÁKOVÁ, LUCIA SELEPOVÁ

W listopadzie w Bańskiej Bystrzycy odbyła się druga edycja festiwalu szkół artystycznych Artorium. Festiwal ten organizuje miejscowa Akadémia umení. W tym roku udział w nim wzięły szkoły artystyczne ze Słowacji, Czech, Polski, Włoch i Serbii. Nasz kraj reprezentowała Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza z Warszawy. Polscy studenci ostatniego roku Wydziału Aktorskiego pod opieką prof. Mai Komorowskiej na inauguracji festiwalu zaprezentowali swoje przedstawienie dyplomowe „Panny z Wilka” według Jarosława Iwaszkiewicza. Spektakl ten to bardzo udana inscenizacja, zmierzająca w stronę teatru Czechowa opowieść o braku możliwości spełnienia, o oczekiwaniu. To też oczy-

Po polsku w Bańskiej Bystrzycy

sku, niemiecku, hiszpańsku, a także w innych językach, których uczą się studenci), ale i tańce w rytm ludowych pieśni polskich i słowackich (zawsze gra kapela „na żywo”) oraz jasełka w wykonaniu „pierwszaków”, którzy traktują je jako rodzaj wtajemniczenia, wkupienia się w prawdziwy świat studenckiej braci polonistów. Dla młodych Słowaków takie spotkania są świetną okazją do poznania polskich tradycji świątecznych. Rok 2011 przyniósł też dobrą wiadomość dla polonistyki UMB. Powstała bowiem inicjatywa utworzenia w ramach Katedry Języków Słowiańskich, obok samego kierunku, również Centrum Polskiego Języka, Literatury i Kultury. Jednostka miałaby pełnić funkcję popularyzatora polskiego języka i kultury na Słowacji oraz poszerzać ofertę programową polonistyki, w ramach której zaplanowano już pierwsze spotkanie: wiosną do Bańskiej Bystrzycy przyjedzie Wojciech Wencel, poeta i niezależny publicysta, laureat Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza w 2011 roku za tom wierszy „De profundis”. Pod znakiem firmowym Centrum ma być też wydawane pismo „Polski Język i Kultura”. JAKUB PACZEŚNIAK lektor języka polskiego na UMB w Bańskiej Bystrzycy

MONITOR POLONIJNY


Dzień Ratownika w Chicago poprzedniej części Polonijnych spotkań Polonijne za Oceanem opisałem swoje spotkanie spotkania z dobrze znanym bratysławskiej Polonii za Oceanem ojcem Piotrem Sarnickim, który obecnie służy naszym rodakom w USA. Tym razem opisuję wzruszające spotkanie ratowników Tatrzańskiego i Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR i GOPR), przebywających w USA, i – co ciekawe – współpracujących ramię w ramię ze słowackimi kolegami.

W

Od lewej: Z. Hoły, autor i J. Bukowski (po nadaniu członkostwa honorowego)

Ratownicy Tatrzańskiego niestety: Marek Gąsienica i Górskiego Ochotniczego Byrcyn z Zakopanego, Jan Słowaków, którzy identyfikują się Pogotowia Ratunkowego Suleja Tylka z Kościeliska, z nami jako członkowie jednej, ta(TOPR i GOPR) każdego a także działający po dzień trzańskiej rodziny. W dniach 5 i 6 liroku jesienią obchodzą dzisiejszy Józef Bukowski stopada 2011 roku Zarząd Klubu zorDzień Ratownika. Okazją (wybrany w USA „naczelganizował piękną jubileuszową imjest kolejna rocznica ponikiem”), Jan Bachleda, prezę. Na obrzeżach Chicago, w stylowstania TOPR, który powstał Stanisław Bachleda, Ryszard wej karczmie „Janosik”, z udziałem 29 października 1909 roku. Są to Berbeka, Józef Harmata i Jakub ponad 200 uczestników odbył się spotkania bardzo uroczyste, bowiem Ustupski. Będąc wówczas naczelniuroczysty bal „Dzień Ratownika”. Pow tym dniu młodzi adepci, stojąc kiem GOPR-u, przywiozłem niezbędprzedziła go część oficjalna z udziaprzed naczelnikiem i wypowiadając ne dokumenty, podręczniki i odznaki łem gości honorowych: wicekonsul słowa roty, które wypowiedział załosłużbowe, potrzebne do dalszej dziaRP ds. Polonii z Chicago Aleksandry życiel pogotowia Mariusz Zaruski i jełalności. Przez ostatnie 30 lat w różKrystek, członków Zarządu Związku go pierwsi ratownicy, składają uronych górach na obszarze całych Podhalan oraz podpisanego niżej, czyste przyrzeczenie. Jak dawno sięStanów Zjednoczonych którego po 30 latach gam pamięcią, zawsze w tych spotkamożna było spotkać rachcieli ponownie na niach uczestniczyli także ratownicy towników z błękitnym amerykańskiej ziemi zoHorskiej Služby ze Słowacji. Poniekrzyżem na piersi, spobaczyć starzy, górscy waż góry i ratowanie ludzi zawsze łecznie wspierających narprzyjaciele. W publicznas łączyło, mimo istniejących granic, ciarzy i turystów, a także nym wystąpieniu podlatego byliśmy jedną, tatrzańską roratowników miejscowych. dziękowałem prezesowi Klubu dzinną. Jak widać z mojego, kolejneDzisiaj przy Związku Podhalan Zdzisławowi Hołemu (TOPR), a także go spotkania za Oceanem były i są to Ameryki Północnej działa odrębnie pierwszemu „naczelnikowi” Józkowi więzi bardzo silne. zarejestrowany Klub Ratowników Bukowskiemu za przyznany mi tytuł W 1981 roku w Chicago zebrała się i Sympatyków TOPR i GOPR. Należy Członka Honorowego Klubu. Wyrazigrupka tatrzańskich ratownikówdo niego kilkudziesięciu członków, łem też dumę i radość z faktu, że oni emigrantów, która źle znosząc tęsknoprzede wszystkim Polaków, ale także wszyscy przez tyle lat pozostali wiertę za ojczyzną i ukochanymi góni Ojczyźnie i ratowniczemu ZDJĘCIA: MIŁOSZ SOWA, TYGODNIK PODHALAŃSKI rami, postanowiła swoją ratowprzyrzeczeniu. Pozdrowienia, niczą pasję kontynuować na obktóre przywiozłem z polskich czyźnie. Rok później, w drodze gór od aktualnych władz TOPR i na kongres Międzynarodowej GOPR wywoływały na twarzach Komisji Ratownictwa Alpejskiezebranych wzruszenie, mnie nago IKAR-CISA, odbywający się tomiast jeszcze raz pokazały, jak po raz pierwszy poza Europą bogate może być duchowe życie w Banf k. Calgary w Kanadzie, moich rodaków, powiązanych wspólnie z Jerzym Ustupskim szczególną pasją, nawet tak dale(1911-2004), honorowym prezeko od Polski. JAN KOMORNICKI sem GOPR, odwiedziliśmy ChiZgodnie z życzeniem autora jego honorarium cago i spotkaliśmy się z grupką Część oficjalna. Od lewej: konsul A. Krystek, Z. Hoły, zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora” założycieli. Byli to nieżyjący już J. Ustupski, J. Komornicki, J. Bukowski LUTY 2012

15


Odpływają kawiarenki zadko można spotkać wykonawcę, który debiutował dwukrotnie. Jeszcze rzadziej takiego, którego oba debiuty były równie udane. Podczas festiwalu opolskiego w 1968 roku Irena Jarocka zaśpiewała piosenkę „Gondolierzy znad Wisły”, która stała się przebojem. Wszyscy czekali na kolejne piosenki w jej wykonaniu, ale ona postanowiła zrezygnować z atrakcyjnych kontraktów i – ryzykując utratę popularności w kraju – podjęła decyzję o studiach wokalnych we Francji. Nauka w paryskich szkołach śpiewu nie poszła na marne. Irena niebawem zaczęła odnosić su-

R

kcesy na francuskich scenach. Zdobyła nagrody na festiwalu Variete w Rennes, nagrała płyty dla wytwórni Philips, występowała obok wykonawców takiego kalibru, jak Mirelle Mathieu, Michel Sardou czy Enrico Macias, koncertowała nie tylko we Francji, ale i we Włoszech, Belgii i Szwajcarii. Wreszcie, w roku 1973, po raz drugi zadebiutowała w Polsce. Chociaż potem często wyjeżdżała na krótko za granice, to i tak była jedną z najpopular niejszych polskich piosenkarek tamtych lat, a jej

Nowe, ale stare nie jest wybitna płyta, choć firmowana przez świetną wokalistkę. Lora Szafran, jeden z najciekawszych głosów polskiej sceny muzycznej, sięgnęła po znane i wielokrotnie już wykonywane przez różnych artystów utwory Leonarda Cohena. Szkoda, że Szafran nie pokusiła się o płytę z własnymi, premierowymi utworami, bo „Sekretów życia według Leonarda Cohena“, wydanych na po-

To

16

przeboje, takie jak: „Kawiarenki“, „Wymyśliłam cię“, „Kocha się raz“, „Czekając wciąż na miłość“, „Motylem jestem“, „Śpiewam pod gołym niebem“ nuciła cała Polska. W młodości poważnie chorowała, potem przeżyła wypadek samochodowy, który o mały włos nie skończył się tragicznie. Jej pierwsze małżeństwo z kompozytorem, konferansjerem i organizatorem festiwalu sopockiego Marianem Zacharewiczem się rozpadło. Za ocean wyjechała trochę wbrew swoim planom. Jej drugi mąż, Michał Sobolewski, był informatykiem, stamtąd dostał propozycję pracy. Mieszkała w USA, zmagała się z depresją. Byłyśmy zaprzyjaźnione, spotykałyśmy się często na Wybrzeżu. Pamiętam ją, gdy pierwszy raz przyszła na eliminację do Gdańskiego Studia Piosenki. Miała taką tremę, że ze zdener-

wowania podała za niską tonację. Gdańskie Studio Piosenki okazało się jednak udanym wstępem do kariery piosenkarskiej, tam nauczyła się pracy na scenie, interpretacji tekstu. W listopadzie 2004 roku na jubileuszowym koncercie 40-lecia Gdańskiego Studia Piosenki przyleciała specjalnie ze Stanów i zaśpiewała swoje przeboje starsze i nowsze. Jeszcze w czerwcu 2011 roku w opolskiej Alei Gwiazd odcisnęła swoją dłoń… Choć pod koniec listopada 2011 roku ukazał się dwupłytowy album, zawierający jej największe przeboje, nie wzięła udziału w jego promocji. Poważnie zachorowała. Zmarła w Warszawie 21 stycznia w wieku 65 lat. URSZULA SZABADOS

Cohen – reinterpretacja

czątku tego roku, słucha się dobrze, ale jednak bez większych emocji. Jasne, możemy w zgranych już do znudzenia piosenkach doszukiwać się nowych smaczków i sensów, możemy się zachwycać nowymi aranżacjami, ale pozostaje poczucie niedosytu i zmarnowanego talentu. A także brzydkie i uwierające wrażenie, że ktoś chce sprzedać nam przeterminowany towar, tylko nieco odświeżony

i ładnie zapakowany. Sama Szafran utrzymuje, że płyta z nowymi wykonaniami klasyków Cohena Czulym uchem po polsku to świetny pomysł i przemyślany krok. „Dlaczego nie? Czemu nie pokazać go na nowo? Jestem babą, mam inne podejście do śpiewania, korzystamy z innego instrumentarium, więc to na pewno inaczej zabrzmi – MONITOR POLONIJNY


Epitafium dla Krzysztofa Klenczona

„Kwiaty we włosach“, „Matura“, „Nikt na świecie nie wie“, „Taka jak ty“, „Powiedz stary, gdzieś ty był“ czy „Biały krzyż“ to przeboje autorstwa Krzysztofa Klenczona z repertuaru Czerwonych Gitar, które w Polsce zna chyba każdy. W poniedziałkowy wieczór, 16 stycznia, z oka-

zji 70. rocznicy urodzin tego wspaniałego muzyka w Teatrze Muzycznym w Gdyni odbył się koncert, na który czekali nie tylko mieszkańcy Wybrzeża. Z okazji 30. rocznicy śmierci muzyka dużo się działo w ubiegłym roku. Po Gdańsku zaczął jeździć nawet tramwaj jego imienia, trasą, którą Klenczon sam kiedyś przemierzał.

Swego czasu Krzysztof często przebywał w naszym rodzinnym domu w Gdyni. Wciąż pamiętam jego twarz, zamiłowanie do gry na gitarze. Debiutował jak większość muzyków beatowych w latach 60. na Festiwalu Młodych Talentów z piosenką „Mały miś“. Moim zdaniem największe sukcesy odniósł w grupie Pięciolinie, która później została przekształcona w Czerwone Gitary. Zespół otoczony był sławą, podobną do tej, która towarzyszyła The Beatles. Na początku grupie przewodzili Jerzy Kosela i Henryk Zomerski, ale potem jej działalność oparła się na niezwykle przebojowych melodiach Klenczona. Konflikt artystyczny między liderami doprowadził jednak do jego odejścia. Krzysztof założył grupę Trzy Korony, z którą wylansował m.in. przebój „Dziesięć w sakli Beauforta“. W 1973 roku wyemigrował do USA. Pró-

uważa Szafran. – Jestem przedstawicielką pokolenia, które poznało go (Cohena) w liceum; spotykaliśmy się w Krośnie, świeczka, winko rumuńskie albo węgierskie, i słuchaliśmy Cohena lub Grechuty…”. Rozumiem, że można Cohena lubić. Rozumiem, że nagrywanie płyt z piosenkami z przeszłości, często wielkich przebojów, jest modne. Jednak proszę wybaczyć (bo wiem, że dla wielu może to być bluźnierstwo) – sięgnięcie po Cohena, którego utwory nagrywano, śpiewano LUTY 2012

bował tam szczęścia, ale ze zmiennym powodzeniem. Myślał o powrocie do Polski. Nie zdążył. Dnia 27 lutego 1981 roku w Chicago miał wypadek samochodowy. Zmarł w wyniku komplikacji pooperacyjnych 7 kwietnia 1981 roku. Odszedł, mając zaledwie 39 lat. W jego życiorysie znaleźć można wszystkie elementy biografii rockowego idola – był samoukiem, miał talent, szybko dostał się na szczyt, odszedł tragicznie i zdecydowanie przedwcześnie. URSZULA SZABADOS

i tłumaczono na różne języki wiele razy (na pewno Państwo pamiętają Macieja Zembatego, propagatora i tłumacza twórczości Cohena w naszym kraju) to po prostu banał. To brak pomysłu i pójście na łatwiznę, tłumaczone w dodatku tanimi sentymentami. Wielbiciele Cohena pewnie się zainteresują, choćby po to, by porównać najnowsze wersje z oryginałami. Wielbiciele Szafran będą zawiedzeni i rozczarowani. Ja jestem. KATARZYNA PIENIĄDZ 17


Być Słowakiem na Węgrzech (pod koniec XIX wieku) roces wielkiej zgody austriacko-węgierskiej WAŻKIE i przekształcenia Austrii w Austro-Węgry WYDARZENIA został symbolicznie zakończony 8 czerwca W DZIEJACH SŁOWACJI 1867 roku poprzez uroczystą koronację w Budzie cesarza Franciszka Józefa na króla Węgier. Węgrzy dostali od Wiednia wolną rękę w sprawach polityki wewnętrznej.

P

Jednym z głównych priorytetów węgierskiej polityki była jedność historycznych Węgier i realizacja idei „jednolitego politycznego narodu węgierskiego od Tatr do Adriatyku”. Niezależnie od innych mniejszości, żyjących na terenie Węgier (tj. Rusinów i Żydów), węgierska klasa polityczna Franciszek obawiała się narodowych Józef aspiracji Rumunów, Słowaków i Serbów, których realizacja – w ich odczuciu – mogła doprowadzić Węgry do katastrofy. Relatywnie dobrze ułożyli sobie Węgrzy stosunki z Chorwatami, którym przyznali autonomię (choć i tu były pewne napięcia, np. w związku z Rijeką, która nie została włączona do Chorwacji, lecz bezpośrednio do Węgier). W marcu i kwietniu 1869 roku odbyły się po raz pierwszy wybory do parlamentu węgierskiego. Startowało w nich 14 Słowaków, przy czym 3 z nich w ramach ugrupowań węgierskich (w wyraźny sposób jednakże deklarując swoją przynależność narodową). Żaden z 11 słowackich kandydatów narodowych nie dostał się do parlamentu. Okazało się, że słowacka świadomość narodowa jest jeszcze dość słaba i jedynie w Martinie było ją dobrze widać. Tam też dochodziło do regularnych bijatyk między tak zwanymi Madziaronami (czyli Słowakami, którzy zrezygnowali ze swej kultury narodowej i czuli się już Węgrami), a słowackimi patriotami. Pod pozorem przywracania porządku władze skierowały do miasta węgierską jednostkę wojskową. Ponieważ w Mar18

tinie nie było wtedy koszar, żołnierzy przymusowo kwaterowano po domach. Mieli oni zastraszyć słowackich mieszkańców Martina, a jednocześnie przekonywać ich do potęgi Korony Świętego Stefana i „szczęśliwej przyszłości” jedynie w ramach Wielkich Węgier. W marcu żupan podjął decyzję o zakwaterowaniu części honwedów w budynku Macierzy Słowackiej, której działalność z tego powodu została czasowo zawieszona. Rząd węgierski z myślą o pozyskaniu Słowaków dla państwa węgierskiego zgodził się na wydawanie w Bańskiej Bystrzycy czasopisma w języku słowackim Svornost’, którego celem miało być wzbudzanie u Słowaków poczucia, że są mniej wartościowi od Węgrów i że szansą dla nich jest „stanie się dobrymi Węgrami”, przejście na język węgierski i porzucenie języka słowackiego. Nie trzeba dodawać, że czasopismo to – i jego kolportaż – pozostawało pod opieką administracji państwowej. Solą w oku administracji węgierskiej było kilka istniejących słowackich szkół ponadpodstawowych. Z poparciem gazet węgierskich skierowano do tych szkół specjalne komisje, które stwierdziły w nich „szerzenie nienawiści do węgierskiej ojczyzny” oraz „panslawistyczną propagandę”. W konsekwencji przed wakacjami w roku

1874 zamknięto największą (jedyne pełne gimnazjum) i najbardziej znaną szkołę w Revucy, a w styczniu 1875 roku (w połowie roku szkolnego!) gimnazjum niższe w Martinie. Dnia 29 grudnia 1854 roku minister spraw wewnętrznych skierował do Macierzy Słowackiej komisję śledczą, która stwierdziła, że Macierz zaniedbuje statutową działalność i nie zajmuje się kulturą i literaturą, a zamiast tego prowadzi wywrotową działalność polityczną. Na tej podstawie 29 kwietnia 1875 roku minister zamknął Macierz, zakazał jej dalszej działalności i przejął jej majątek. Rok 1875 można uznać za początek najcięższego okresu w całej nowoczesnej historii narodu słowackiego. Infrastruktura słowackiego życia publicznego osiągnęła swój najniższy poziom. Węgry w tym czasie przeżywały swój „złoty wiek”. Prosperita polityczna wiązała się z szybkim wzrostem gospodarczym i znaczącym podniesieniem poziomu życia. Postęp i dobrobyt koncentrowały się wokół linii kolejowych, które wszystkie zmierzały do Pesztu. Węgry stawały się atrakcyjne, a ideologia „madziarońska”, czyli stanie się Węgrem pochodzenia słowackiego, wydawała się dla wielu rozsądną propozycją. Tysiące Słowaków w zamian za awans i lepszą pracę albo po prostu z cywilizacyjnej wygody lub pod naciskiem przełożonych przechodziły na język węgierski. Szkoła (od roku 1879 nawet szkoły ludowe musiały przejść na język węgierski), wojsko, prasa i media robiły wszystko, aby przekonać Słowaków, że być Węgrem, znaczy być bardziej cywilizowanym i kulturalnym. Węgrzy organizowali ogólnokrajowe akcje, mające pokazywać narodową chwałę: w 1885 roku z wielką pompą otwarto Wystawę Krajową, w 1894 roku narodowym świętem stał się poPavol Mudroň grzeb bohatera 1848 roku MONITOR POLONIJNY


Lajosa Kossutha (nawiasem mówiąc, z pochodzenia częściowo Słowaka), potem świętowano 1000lecie przyjścia Węgrów na Nizinę Panońską. Ten dzień „podzięki Opatrzności Bożej, działającej przez Arpada i jego drużynę” wyznaczono arbitralnie na 8 czerwca 1896 roku – była to rocznica objęcia tronu przez Franciszka Józefa, a więc i gest pod adresem panującego. Uwieńczeniem uroczystości miały być oficjalne „hołdy Koronie Świętego Stefana”, składane przez delegacje z całych Węgier. Symbolem chwały Węgier miało być utworzenie z połączenia Pesztu i Budy metropolitalnego Budapesztu oraz budowa imponującego nowego gmachu parlamentu. W roku 1892 Franciszek Józef uznał oficjalnie Budapeszt za stolicę Węgier i „siedzibę królewską”, co dało Węgrom wielką satysfakcję i podbudowało ich dumę narodową. W takiej sytuacji można zrozumieć tych Słowaków, którzy pragnęli znaleźć się w gronie „lepszych ludzi” i zapewnić swoim dzieciom lepsze warunki życia. Niektórzy z nich stawali się gorliwymi węgierskimi patriotami, a nawet – lecząc w ten sposób swoje kompleksy – przyłączali się do zwalczania i szykanowania kultury słowackiej. Pomimo wszystkich węgierskich wysiłków, wynaradawiających Słowaków, nie dało się uciszyć 2-milionowego narodu. Pomimo braku zaplecza, dzięki garstce takich ludzi, jak adwokat Pavol Mudroň czy studiujący w Pradze Słowacy z kółka samokształceniowego Detvan, kultura słowacka przetrwała. Jej opoką byli przede wszystkim słowaccy chłopi. Według oceny jednego z węgierskich publicystów z końca XIX wieku 90% „górali” w Górnych Węgrach nie mówiło po węgiersku (!). Zbliżał się XX wiek. ANDRZEJ KRAWCZYK Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

LUTY 2012

Do dwóch razy sztuka kotkom już dziękujemy

amy dopiero luty, a już pojawił się bardzo poważny kandydat do miana najgorszego filmu roku. „Pokaż kotku, co masz w środku” (tak, to się dzieje naprawdę – właśnie taki jest tytuł tego filmu) Sławomira Kryńskiego. Nie jest to sequel (czyli ciąg dalszy) „To nie tak, jak myślisz, kotku” (2008) tego samego reżysera, chociaż część osób w obsadzie i produkcji się nie zmieniła. Napisać, że jest źle – to za mało. Jest nudno, głupio i mało zabawnie. Brak sensownej fabuły (w zasadzie to brak jakiejkolwiek fabuły; mamy za to porozrzucane wątki, dotyczące różnych bohaterów, i zanim zainteresujemy się którymkolwiek z nich, czekając na jego rozwinięcie, już jesteśmy wrzucani w następny). Tematyka podobna, jak w poprzednim filmie Kryńskiego z kotkiem w tytule, czyli kłamstwa, zdrady i romanse, ale również przestępstwa i wypadki, a nawet śmierć. Wszystko w małomiasteczkowych dekoracjach i z postaciami, których życiowe perypetie, nierzadko absurdalne i nieprzewidywalne, z założenia powinny nas bawić. Niestety, bohaterowie nie bu-

M

dzą w nas żadnych emocji. Raz, że – jak już wspomniałam – wielowątkowość nie sprzyja zżyciu się z którymkolwiek z nich. Dwa – żaden nie jest na tyle sympatyczny, byśmy chcieli kibicować mu w jego poczynaniach. Zdecydowanie najlepiej wypadają postaci grane przez Iwonę Wszołkównę (aktorka znana z „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego i wielu popularnych seriali) i Jacka Borusińskiego (większość widzów zapewne kojarzy go z kabaretu Mumio). Szkoda natomiast, że ogromny potencjał innych świetnych przecież aktorów, choćby Jana Frycza, Mariana Dziędziela i Andrzeja Grabowskiego, został w znacznym stopniu zmarnowa-

ny. Tak, jakby zupełnie nie było pomysłu na stworzenie postaci i dialogów, odpowiadających ich dużemu talentowi. Dziwi fakt, że zgodzili się w tak marnej produkcji wystąpić. No, ale pamiętajmy, że kryzys wciąż szaleje i każdy chce zarobić. Ja natomiast przy okazji „Pokaż kotku, co masz w środku” mam dla Państwa radę na czas kryzysu. Drodzy Państwo, zaoszczędzicie parę złotych, rezygnując z wyjścia do kina. Zaś świadomość, że nie zmarnowaliście blisko dwóch godzin na obejrzenie tego słabego filmu, będzie naprawdę bezcenna. KATARZYNA PIENIĄDZ 19


Zwierzenia podniebienia

Le Monde

P

świat smaków czy marketingowy majstersztyk?

ewnego dnia z koleżanką, z którą dawno się nie widziałyśmy, wybrałyśmy się do restauracji Le Monde, którą poleciła nam znajoma. Już dawno chciałam odwiedzić ten lokal. Kilka stolików było wolnych, w rogu siedziała tylko jedna para. Kelner zaprowadził nas na miejsce. Wybrałyśmy zestaw obiadowy – danie główne i deser. Tego dnia szef kuchni polecał stek z dyniowym purée oraz strudel z lodami. Stek smakiem nie zachwycił, natomiast dyniowe purée było całkiem interesującym doświadczeniem. Strudel z lodami, klasyka, dzięki wspaniałej strukturze ciasta zwyciężył nad daniem głównym. Po słodkim co nieco zamówiłam naturalnie cappuccino, prosząc kelnera, aby napój podał w okrągłej filiżance. Ten, wyraźnie kręcąc nosem, zaczął komentować, że filiżanki mają

Redakcja informuje, że artykuły zamieszczane w rubryce „Zwierzenia podniebienia” w żaden sposób nie są sponsorowane i że wszelkie wydatki, związane z wizytami w prezentowanych lokalach, autorka pokrywa sama.

www.lemonde.sk

Podekscytowana perspektywą nowych przeżyć kulinarnych nie mogłam się doczekać spotkania. Umówiłyśmy się przy historycznej budowie SND. Ponieważ na dworze było dość zimno, szybko poszłyśmy do Le Monde, które oddalone jest od SND o parę kroków. Po przekroczeniu progu tejże restauracji pierwsze, co przyszło mi do głowy, to to, że jest mała – tylko parę stolików po lewej stronie, po prawej zaś część barowa. W mgnieniu oka zjawił się kelner, który błyskawicznie, kątem oka ocenił nasz wygląd i status społeczny. Pomyślałam sobie: „Hmm, zobaczymy, co nas tu czeka”.

tylko standardowe i że nie wie, czy są okrągłe – dając mi do zrozumienia, iż niepotrzebnie go obciążam takimi zachciankami. Rezultat? Przyniesiono mi cappuccino w okrągłej, ale minifiliżance, z ironicznym pytaniem: „Czy jest dostatecznie okrągła?“. Udałam, że nie usłyszałam, dopiłam kawę i zwróciłam się ku wyjściu z bardzo mieszanymi uczuciami, bowiem od restauracji, promującej się jako ta, która dyktuje trendy na słowackim rynku kulinarnym, oczekiwałabym więcej profesjonalizmu. Niestety – zamiast atmosfery przepełnionej serdecznością, zastałam tam zarozumiałych kelnerów, zwracających uwagę raczej na wartość zegarka i jakość ubioru, a lekceważących znaczenie wysokiego poziomu obsługi. Właściciele Le Monde powinni sobie szybko uświadomić, że profesjonalna strona internetowa, piękne sztućce i świetne miejsce w centrum miasta niestety nie wystarczą. Aby odnieść sukces, trzeba szanować klienta, wyczuć jego potrzeby i sprawić, aby czuł się dobrze. Jeśli brak tych podstawowych składników sukcesu, wiara w to, że się uda, szybko zamieni się w rozczarowanie... SYLWIA KIŠ TOMASZEWSKA

20

MONITOR POLONIJNY


łowacja skrywa wiele niezwykłych miejsc, zapierających dech w piersiach, dlatego zachęcamy Państwa do podroży po tym kraju wraz z nami i poznawania słowackich perełek w nowym cyklu „Monitora Polonijnego“.

S

Przed laty zauroczona pięknem i niezwykłą atmosferą Bańskiej Szczawnicy obiecałam sobie, że zabiorę tu kiedyś swojego męża, uwielbiającego, jak i ja, historyczne i pełne zabytków miasteczka, w których ma się wrażenie, że czas się zatrzymał. Taka jest właśnie Bańska Szczawnica, nie bez powodu uznana za jedno z najpiękniejszych i najciekawszych miast na Słowacji.

To około 10-tysięczne miasteczko położone jest w dolinie i otoczone przez malownicze Góry Szczawnickie. Jego lokalizacja oraz 360 zabytkowych obiektów spowodowały, iż w 1993 roku zostało ono wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego i Kulturowego UNESCO. Naszą podroż po historii Bańskiej Szczawnicy rozpoczęliśmy od filiżanki gorącej herbaty, wypitej w niewielkiej Art Cafe w słoneczny, aczkolwiek chłodny listopadowy poranek. Miasto leniwie budziło się dopiero do życia, a my, pełni ekscytacji, już zachwycaliśmy się artystycznym wnęLUTY 2012

Bańska Szczawnica z Krzysztofem Krawczykiem Słowackie perełki

trzem kawiarenki. Renesansowe sofy i foteliki czy stary konik na biegunach nie zrobiły na nas aż tak wielkiego wrażenia, jak wiszące na ścianach okładki płyt winylowych znanych zespołów muzycznych. Jakież było nasze zdziwienie, gdy obok The Beatles ujrzeliśmy płytę Krzysztofa Krawczyka. I tak nasz rodak, a właściwie jego piosenki pozostały już z nami do końca dnia i towarzyszyły nam podczas zwiedzania gotyckich i barokowych kościołów, okazałego ratusza, Starego i Nowego Zamku. Podziwiając starówkę i przechadzając się krętymi brukowanymi uliczkami, nuciliśmy piosenki Krawczyka, usiłując przypomnieć sobie jego utwory, zwłaszcza te dawne, przy których bawili się jeszcze nasi rodzice. Przestaliśmy dopiero, kiedy musieliśmy wspiąć się po stromym zboczu, by dostać się do jeziorka Klinger, które jest jednym z 23 sztucznych

zbiorników wodnych, połączonych niegdyś systemem kanałów z kopalniami. Jeziorka te, zwane z języka niemieckiego tajchami, są najpiękniejszymi pozostałościami po przemyśle wydobywczym w tym rejonie – uznane zostały za światowe zabytki przemysłu i inżynierii. Bańska Szczawnica należała bowiem do najstarszych i najbardziej znaczących miast górniczych w Europie. Pierwsze wzmianki o wydobyciu rud srebra na tym terenie pochodzą z 1156 roku. Według legendy złoża drogocennych kruszców wskazały pastuchowi dwie wygrzewające się na słońcu salamandry, przyprószone złotym i srebrnym pyłem. Niestety, w XIX i XX wieku wydobycie rud z wysoką zawartością metali szlachetnych zaczęło spadać. W 2001 roku zamknięto ostatnią kopalnię. Z hi-

storią górnictwa w tym regionie oraz wykorzystywanymi w nim na przestrzeni wieków maszynami zapoznać się można w muzeum – skansenie górniczym. Bańską Szczawnicę warto odwiedzić nie tylko ze względu na przepiekane okolice i bogatą historię, ale i na wiele innych atrakcji. Warto tu przyjechać wiosną i latem, by wędrować po górach, które jesienią dodatkowo wzbogaca złoto i czerwień lasów, a w zimie, by szusować po stokach, zaś przez cały rok, by rozkoszować się wyśmienitymi bryndzowymi plackami ziemniaczanymi oraz pieczonymi jabłkami z sosem waniliowym i czekoladą. Po całym dniu zwiedzania i wędrowania po okolicach, gdy słońce skryło się już za wzgórzami, my relaksowaliśmy się w niedalekim uzdrowisku z termalnymi wodami mineralnymi – Sklené Teplice. Szczególnie polecam Parenicę, czyli jeziorko termalne w jaskini z wodą leczniczą o temperaturze 42° C. Nie ma nic lepszego na zmęczenie jak gorąca kąpiel z bąbelkami! Czyż zatem nie warto spędzić choć kilku dni, ba, nawet kilku godzin w tak uroczym miejscu? Gorąco zachęcam i serdecznie zapraszam do Bańskiej Szczawnicy – słowackiej perły ze złota i srebra. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA

21


latach 1926-1930 wśród różnorodnych zajęć Korczaka, m.in. w Domu Sierot i Naszym Domu, główne miejsce zajmował stworzony przez niego „Mały Przegląd” – wolna trybuna młodych, dodatek do „Naszego Przeglądu”, najpoczytniej szego dziennika żydowskiego w języku polskim.

W

„Mały Przegląd” zamieszczał wyłącznie listy dzieci i młodzieży. Jedynym głosem dorosłego był głos Korczaka, odpowiadającego na listy lub wypowiadającego się w jakiejś konkretnej kwestii. „Mały Przegląd” szybko stał się popularny, redakcja otrzymywała setki listów, w miastach i miasteczkach samorzutnie powstawały kluby współpracowników i sympatyków; po czterech latach redakcja, którą tworzyli wychowankowie, znalazła się „w nurcie jakiegoś masowego ruchu”, jak zauważył Igor Newerly, sekretarz Janusza Korczaka, któremu ten powierzył dalsze redagowanie „Małego Przeglądu”. W tym czasie drukiem ukazały się: programowa broszura Korczaka Prawo dziecka do szacunku (1929) oraz Prawidła życia. Pedagogika dla młodzieży i dorosłych (1930). Ich autor współpracował też (do 1939 r.) z wieloma naukowymi czasopismami pedagogicznymi. Pierwszego października 1931 roku awangardowy Teatr Ateneum rozpoczął nowy sezon, wystawiając dramat Korczaka Sezon szaleńców w reżyserii Stanisławy Perzanowskiej, z samym Stefanem Jaraczem w roli głównej. W latach trzydziestych Korczak wydał następujące utwory: Kajtuś Czarodziej (1935 r.), Uparty chłopiec. Życie Ludwika Pasteura (1938 r.), Refleksje (1938 r.), Ludzie są dobrzy (1938 r.), Trzy wyprawy Herszka (1939). W 1939 roku ukazały się drukiem: Pedagogika żartobliwa, Moje wakacje i Gadaninky radiowe Starego Doktora. Jego twórczość, w której trudno oddzielić pedagogikę spo22

Janusz Korczak opiekun spolegliwy C Z Ę Ś Ć

D R U G A

łeczną od studiów nad odrębnością dziecięcego widzenia świata, była popularna i czytana, należała do głównego nurtu polskiej literatury międzywojennej i była recenzowana przez wybitne pióra, takie jak np. Brzozowski, Lorentowicz, Kołaczkowski, Gruszecka, Dąbrowska czy Irzykowski. W roku 1935, przyjmując propozycję Polskiego Radia, Korczak rozpoczął cykl radiowych pogadanek dla dzieci i o dzieciach. W radio występował pod pseudonimem Stary Doktor. Jego audycje, słuchane zarówno przez dzieci, jak i dorosłych, szybko stały się wydarzeniem kulturalnym kraju. Dwa lata później minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego na wniosek Polskiej Akademii Literatury przyznał Januszowi Korczakowi Złoty Wawrzyn za „wybitną twórczość literacką”. Dwa razy, w 1934 i 1936 roku, Stary Doktor spędził po kilka tygodni w Palestynie, zaproszony przez byłych wychowanków Domu Sierot, którzy tam się osiedlili. Aleksander Lewin w pu-

„Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat”. Janusz Korczak

blikacji Kibuce w Izraelu pisze m.in., że Korczak większość czasu spędzał w kibucu Ein Harod w Galilei, rano chodził do szkoły, gdzie obserwował zajęcia dzieci, że dużą wagę przywiązywał do zabaw dzieci, które nauczył puszczać latawce. Od tamtych czasów po dziś dzień w Ein Harod na cześć Korczaka obchodzony jest Dzień Latawca – radosne święto z udziałem setek dzieci i dorosłych z bliższej i dalszej okolicy. W czasie pobytu w Palestynie Korczak spędzał wieczory na spotkaniach z dorosłymi i – choć nie znał języka hebrajskiego – szybko nawiązywał kontakt. Uważał, że kibuce są środowiskiem najbardziej sprzyjającym wychowaniu dziecka. Mogłoby się zdawać, że w latach trzydziestych nasz bohater czuł się człowiekiem spełnionym; doskonale działały stworzone przez niego Dom Sierot i Nasz Dom, jako pisarz wszedł na trwało do literatury polskiej. Tak jednak nie było. Lata te, a szczególnie ich druga połowa, w której narastały nastroje antysemickie, nie skłaniały do optymizmu. Korczak, uważający się zarówno za Żyda, jak i Polaka, idei dwu narodowości pozostał wierny nawet wtedy, gdy okupant karał za nią śmiercią. Dlatego też szczególnie dotkliwie musiała go dotknąć rezygnacja dyrekcji radia, podjęta pod naciskiem sanacji i endecji, z tak popularnych „Gadaninek Starego Doktora”. W tym samym 1936 roku na zebraniu zarządu towarzystwa opiekuńczego Nasz Dom doszło też do konfliktu z Maryną Falską, w wyniku którego Korczak po osiemnastu latach współpracy i przyjaźni wycofał się z tego przedsięwzięcia. Tradycyjne środowiska żydowskie zarzucały mu, że polonizuje dzieci, a syjoniści mieli do niego pretensje, że nie agituje za wyjazdami do Palestyny. Niektórzy wychowankowie zgłaszali pretensje, że wychowanie w idealnym społeczeństwie, stworzonym w Domu Sierot, nie przygotowało ich do życia na zewnątrz. Korczak zaczął powątpiewać w sens wszystkiego, co robił. W roku 1937 MONITOR POLONIJNY


w liście do Arnona pisał, że będąc w Polsce, nie wierzy, iż mógłby być jeszcze przydatny, że: „...tak ciężko, tak nieprawdopodobnie ciężko [...]”. I przeczuwał: „Zło jeszcze nie dotarło do dna, najbliższe pięć, być może dziesięć lat – to burze i zalewy...”. W Pamiętniku, pisanym tuż przed śmiercią, o latach przed wybuchem II wojny światowej napisał: „podłe, haniebne, rozpadowe, nikczemne – kłamliwe, przeklęte: nie chciało się żyć; błoto, cuchnące błoto”. Polski jednak nie opuścił i w tym samym Pamiętniku wyznawał, że „kocha Wisłę warszawską i oderwany od Warszawy odczuwa żrącą tęsknotę [...] Warszawa jest moja i ja jestem nią. Razem z nią cieszyłem się i smuciłem, jej pogoda była moją pogodą, jej deszcz i błoto moim też”. Nie uciekał przed największą burzą XX stulecia. Gdy ogłoszono mobilizację, założył mundur polskiego oficera i zgłosił się do Komendy Uzupełnień, tłumacząc, że chociaż stary i pediatra, może się armii jeszcze przydać. Zwróciła się do niego dyrekcja Polskiego Radia, prosząc, by przemówił do mieszkańców Warszawy. I tak w oblężonej Warszawie, wśród huku bomb znów rozległ się dobrze znany głos Starego Doktora, dodający otuchy, moblizujący dorosłych do obrony, radzący dzieciom, jak mają się zachowywać. Po zajęciu Warszawy przez wojska niemieckie razem ze starszymi wychowankami wstawiał wybite szyby w Domu Sierot, starał się o wyżywienie dla dzieci i opał na zimę. Nie zdjął polskiego munduru, nie akceptował dyskryminacyjnego oznaczenia Żydów i nie przypiął Gwiazdy Dawida.

LUTY 2012

W 1940 roku Dom Sierot został ewakuowany do warszawskiego getta, gdzie za trzymetrowym murem na 307 hektarach Niemcy zamknęli około 500 tys. ludzi, z których w 1941 roku z głodu i chorób umarło ok. 100 tysięcy. W czasie przeprowadzki do getta Korczak został aresztowany i przez kilka miesięcy był więziony na Pawiaku. Wykupiony z więzienia przez kilku byłych wychowanków wrócił do Domu Sierot i od Stefanii Wilczyńskiej przejął kontakty z władzami getta oraz trudne obowiązki zaopatrzeniowca. W tej „dzielnicy skazańców”, jak w Pamiętniku nazwał getto, gdzie dzieci bawiły się na chodnikach obok trupów, przykrytych szarym papierem, gdzie głód i tyfus dziesiątkował ludzi, Korczakowska organizacja Domu Sierot działa jak dawniej – normalny rozkład zajęć, dyżury, godziny szkolne. I tylko Stary Doktor się zmienił; czuł się ojcem dwustu dzieci, które musiał nakarmić, jak pisał Igor Newerly, gotów był robić piekielne awantury o worek ziemniaków czy beczkę kapusty. Znalazł w sobie jeszcze tyle siły, by zająć się dodatkowo najbardziej zaniedbanym przytułkiem przy ul. Dzielnej, zwanym też domem przedpogrzebowym, do którego znoszono leżące na ulicach chore, wycieńczone i opuszczone dzieci. W maju 1942 roku zaczął pisać dawno zamierzony Pamiętnik. Pisał nocami w izolatce, gdzie mieszkał z kilkorgiem najsłabszych dzieci i gdzie umierał ojciec jednej z wychowawczyń. Pamiętnik to wstrząsający zapis ostatnich przemyśleń Janusza Korczaka. W dniu 17 lipca 1942 roku odbyło się ostatnie przedstawienie w Domu Sierot – inscenizacja znajdującej się na niemieckim indeksie Poczty Rabindranatha Thagore. Igor Newerly kilkakrotnie próbował przekonać Korczaka do opuszczenia getta – przyjaciele Starego Doktora po aryjskiej stronie byli przygotowani na jego przyjęcie. On jednak odmawiał. Piętnastego lipca ostatnią próbę przekonania go do opuszczenia getta podjęła Maryna Falska, ukry-

wająca wiele żydowskich dzieci w Naszym Domu. Znalazła dla niego bezpieczne schronienie na Bielanach i załatwiła papiery, wyrobione na inne nazwisko, które umożliwiały bezpieczne wyjście z getta. Jednak i wówczas Janusz Korczak odmówił ich przyjęcia.

W dniu 22 lipca 1942 roku rozpoczęła się ostateczna likwidacja warszawskiego getta, co dnia z Umszlagplatzu ruszały transporty do obozu zagłady w Treblince. Rankiem 5 lub 6 sierpnia 1942 roku sprzed Resursy Kupieckiej przy ul. Śliskiej 9 wymaszerował pochód 192 dzieci i dziesięciorga opiekunów, wśród których była Stefania Wilczyńska. Pochód prowadził Korczak, trzymając dwoje dzieci za rękę. Za nimi czwórkami maszerowały pozostałe dzieci, które niosły flagę Króla Maciusia Pierwszego. Każde dziecko miało ze sobą ulubioną zabawkę lub książkę, a jeden z chłopców na czele pochodu grał na skrzypcach. Taki obraz przekazał nam W. Szpilman. Taki obraz ostatniego marszu Domu Sierot utr walił też film Andrzeja Wajdy z 1990 roku „Korczak”. Inaczej ten ostatni marsz widział M. Rudnicki, który w „Tygodniku Powszechnym” (1988, nr 45) napisał m.in.: „Nie chcę być obrazoburcą ani odbrązowiaczem – ale muszę powiedzieć, jak to wtedy widziałem. 23


Atmosferę przenikał jakiś ogromny bezwład, automatyzm, apatia. Nie było widocznego poruszenia, że to Korczak idzie, nie było salutowania (jak to niektórzy opisują), na pewno nie było interwencji po-

słańców Judenratu – nikt do Korczaka nie podszedł. Nie było gestów, nie było śpiewu, nie było dumnie podniesionych głów, nie pamiętam, czy niósł ktoś sztandar Domu Sierot, mówią, że tak. Była straszliwa, zmęczona cisza”. Janusz Korczak, „opiekun spolegliwy”, jak nazwał go filozof Tadeusz Kotarbiński w swych Medytacjach o życiu godziwym, dobrowolnie towarzyszył dzieciom do końca ich i swego życia. W tym samym dniu z Umschlagplatzu hitlerowcy wywieźli 4000 dzieci i ich opiekunów z sierocińców warszawskiego getta. Adres transportów był jeden – komory gazowe obozu zagłady w Treblince. To w tym obozie od 23 lipca 1941 roku, kiedy przybył tam pierwszy transport z warszawskiego getta, do 18 sierpnia 1943 roku, daty ostatniego transportu z getta w Białymstoku, hitlerowcy zamordowali co najmniej 870 tysięcy ludzi. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

W Mazowieckiem województwie mazowieckim, największym, ale jednym z szesnastu w Polsce, mieszka tyle osób, co w całej Słowacji – wynika ze wstępnych danych spisu ludności, które pod koniec 2011 roku opublikował Główny Urząd Statystyczny. Pełne dane ze spisu, zarówno w Polsce jak i na Słowacji, poznamy w marcu – rok po jego przeprowadzeniu. Ponieważ spis przeprowadzono we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskich według tej samej metodologii, po raz pierwszy będzie można porównać poziom życia nasz i naszych sąsiadów. Wyniki wstępne wykazały, iż pod koniec marca ubiegłego roku w Polsce mieszkało 38,3 mln osób. Faktycznie jednak 37,2 mln osób; ponad półtora miliona rodaków podczas spisu czasowo przebywało poza granicami kraju, ale do całkowi-

W

Danuty Wałęsy wyjście z cienia ielkim wydarzeniem medialnym końca roku 2011 było pojawienie się na rynku księgarskim autobiografii Danuty Wałęsy „Marzenia i tajemnice” (Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011). Zaskoczenie było duże; tej książki nie oczekiwano, rodziła się w wielkiej tajemnicy, a nieliczni, którzy o tym wiedzieli, do końca zachowali milczenie.

W

Zaskoczenie było tym większe, że autorka nigdy postacią medialną nie była i o zainteresowanie mediów nie zabiegała. Przez lata stała w cieniu swego wielkiego męża; nie wiedzieliśmy o niej niemal nic i to także wówczas, gdy była prezydentową. Nasuwa się więc pytanie, co takiego się stało, że pani Danuta zdecydowała się z tego cienia wyjść. Odpowiedź znajdzie czytelnik w jej szczerej do bólu autobiografii. 24

Nie darmo mówi się, że każdy może stać się autorem jednej książki. Danuta Wałęsa to potwierdza. Jej Marzenia i tajemnice są taką książką życia, napisaną w momencie, gdy swoje już zrobiła; urodziła i wychowała ośmioro dzieci, zgodnie z zasadą „w dobrym i złym” stała przy swoim mężu. Spełniwszy obowiązki Matki Polki, wreszcie znalazła czas, by obejrzeć się za siebie, pomyśleć o tym, co było, i zadać sobie pytanie: „Jak mogłam tyle

czasu przeżyć, żeby choć przez moment [...] nie pomyśleć o sobie?”. Urodziła się w 1949 roku w niemal zapomnianej przez Boga i ludzi mazowieckiej wsi Krypy. Edukację skończyła w wieku 14 lat i – jak sama pisze – nigdy nie wyobrażała sobie swojego życia w miejscu, w którym przyszła na świat. Za drugie miejsce swoich urodzin uznaje Gdańsk, w którym żyje od 1968 roku. W tym też roku poznała Lecha Wałęsę; ona

sprzedawała w kiosku kwiaty, on był elektrykiem w stoczni. Oboje przyjechali ze swoich wsi do Gdańska, by tam zapuścić korzenie. Po roku byli już małżeństwem. Ona od początku uważała, że on, starszy od niej o 6 lat, jest w ich związku tym mądrzejszym. Pisze: „Sama byłam zakompleksiona i myślałam, że powinnam iść krok za nim. I do dziś tak jest, choć czasami jednak wyskakuję przed szereg. Uważałam, że to on jest bardziej doświadczony [...]. Skoro ja jestem młodsza, to on, mąż, jest przywódcą, a ja jestem MONITOR POLONIJNY


jak na Słowacji tej liczby mieszkańców dodano także cudzoziemców, mających trwały pobyt w Polsce. Według zaleceń Unii Europejskiej przy podawaniu liczby mieszkańców podaje się liczbę osób zameldowanych, ale faktycznie przebywających w danym kraju, czyli w przypadku Polski 37 mln 200 tys. osób. Od poprzedniego spisu z 2002 roku ludność Polski zwiększyła się o blisko 100 tys. osób (wzrost o 0,25%), przy czym przyrost ten w większym stopniu dotyczył kobiet, niż mężczyzn. Kawalerów ze Słowacji zapraszamy do Polski; w 2011 roku mężczyźni stanowili 47,9 % ogółu ludności zamieszkałej w Polsce (wobec 48,4 % w 2002 roku). Tym samym zwiększył się współczynnik feminizacji; aktualnie na 100 mężczyzn przypada 108 kobiet. W 2011 roku liczba Polaków, mieszkających w miastach, stanowitylko od wykonywania zadań [...] Sądziłam też, że ten powinien decydować, kto ma mądrzejsze zdanie w danej kwestii. Jednak z czasem mąż przywykł do tego, że otrzymał ode mnie przyzwolenie, prawo do decydowania o wszystkim”. Model rodziny patriarchalnej, w której mąż zarabia i decyduje, a żona zajmuje się domem, dziećmi i usuwa pył sprzed jego nóg, oboje otrzymali w wianie. Obecnie pani Danuta nie jest już tamtą Danuśką, nie boi się napisać: „Dziś przyznam, że myślałam błędnie. Wspólne życie powinno przebiegać na zasadzie równowagi”. Stała się z niej silna kobieta, bo taką być musiała, bo to na niej spoczywał trud życia powszedniego, gdy mąż „zaangażował się w opozycję”, był wyrzucany z pracy, aresztowany. „On już wtedy, w laLUTY 2012

ła ok. 59,4 % ogółu (w 2002 roku wskaźnik ten wynosił 61,2 %), zaś ludność wiejska ok. 40,6 % (w 2002 – 38,2 %). Liczba ludności miejskiej zmniejszyła się w porównaniu do 2002 roku o blisko dwa punkty procentowe. Według statystyków zmiany te spowodowały w dużej mierze migracje z dużych ośrodków miejskich na obrzeża miast, formalnie uznawane za obszary wiejskie. Gęstość zaludnienia, tj. liczba osób faktycznie zamieszkałych przypadających na 1 kilometr kwadratowy powierzchni kraju wyniosła 123 osoby. Pozytywnym zjawiskiem, obserwowanym w latach, które upłynęły od ostatniego spisu, jest stały wzrost poziomu wykształcenia Polaków. Odsetek osób z wykształceniem ponadpodstawowym wzrósł z 66,9 % do 78,7 %, tj. o prawie 12 punktów procentowych. Najbardziej dynamiczny wzrost został odnotowany w odniesieniu do osób z wykształceniu wyż-

tach siedemdziesiątych, poświęcał rodzinę dla dobra... Nie wiem, może czuł się dowartościowany tym, że coś robi, ale rodzina jednak była sama”. Nie inaczej było, gdy stał się politykiem światowej sławy. Rodzina nadal była sama. Sama była i ona, jego żona, o której ci, którzy bliżej znają Wałęsów, mówią, że „bez pani Danuty nie byłoby Wałęsy takiego, jakim go znamy [...] ta silna kobieta stworzyła mu warunki, żeby odegrał swoją rolę w historii”. O tej samotności w rodzinie jest ta książka. Jeśli ktoś oczekiwałby od autorki, że jej autobiografia będzie o polityce, to się rozczaruje. „Mnie polityka nie interesuje. Nie lubię jej. Dlatego nie jestem politykiem” – pisze pani Danuta. W innym miejscu zaledwie wspomina o „przeklętej polityce”. Swą autobiografię kończy

szym, których udział zwiększył się z 9,9 % do ponad 17,5 %. Wstępne dane potwierdzają zjawisko – którego obawia się coraz więcej państw europejskich – starzenia się społeczeństwa; mamy coraz mniej ludzi młodych, a coraz więcej emerytów. Liczba ludności w wieku „przedprodukcyjnym” od ostatniego spisu zmalała z 23,2 % do 19,2 %, a w wieku – jak to nazywają statystycy – „poprodukcyjnym” wzrosła o prawie trzy punkty procentowe. W 2011 roku najwięcej osób (podobnie jak w 2002 roku) zamieszkiwało województwa: mazowieckie – 5 mln 369 tys. mieszkańców, co stanowiło 14 % ogółu ludności kraju, śląskie– 4 mln 596 tys. (12 %), wielkopolskie – 3 mln 415 tys. (8,9 %) i małopolskie– 3 mln 377 tys. (8,8 %). Z kolei najmniej liczne województwa to: podlaskie – 1 mln 204 tys. osób (3,1 %), lubuskie – 1 mln (2,6 %) oraz opolskie 984 tys. osób (2,6 %). DARIUSZ WIECZOREK

stwierdzeniem: „Dziś, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że w moim życiu zmieniłabym jedną rzecz – powinnam była mocniej akcentować własne zdanie [...] więcej wymagać od wszystkich. W tym również od męża”. Marzenia i tajemnice natychmiast po ukazaniu się zajęły pierwsze miejsce na listach bestsellerów polskich księgarń. Książka pobiła rekordy sprzedaży – od 23 listopada do końca roku sprzedano 250 tys. jej egzemplarzy. To wielki triumf wydawcy, ale przede wszystkim samej autorki. Książka, którą niektórzy krytycy określają jako list otwarty Danuty do Lecha, „napisany po to, aby obudzić w mężu refleksję na temat ich wspólnego życia”, żyje teraz własnym życiem; dyskutuje się o niej na forach internetowych, w tram-

wajach i księgarniach. I chociaż nie mamy wątpliwości, że najbardziej potrzebna była porządkującej swe życie autorce, to szybko okazało się, że trafiła do tysięcy polskich kobiet, które odnajdują w niej podobieństwo do własnych losów, losów kobiet, których funkcja w rodzinie jest stale jeszcze marginalizowana. Po książkę sięgają również mężczyźni, niewstydzący się publicznie przyznać, iż po jej lekturze inaczej patrzą na własne żony. Dla Jacka Żakowskiego, znanego publicysty, to „wstrząsający dokument z epoki patriarchatu i jego schyłku”. Dalej Żakowski pisze: „Dziękuję pani za tę zbiorową terapię polskich rodzin. I mnie też się w głowie poprzestawiało”. To chyba największa pochwała, jaka autorkę mogła spotkać. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 25


rzeszedł jakby niezauważony. Cóż, za morzami, za górami zagrali nasi w Pucharze Świata (PŚ) w piłce siatkowej mężczyzn.

P

W okresie od 20 listopada do 4 grudnia 2011 roku polska reprezentacja rozegrała w Japonii jedenaście meczów, a zarazem najwięcej setów ze wszystkich drużyn, bo aż 45. Każdy mecz, set był inny, każdy bardzo ważny i trudny. Wyczerpujący bardzo trudny turniej z częstymi zmianami miejsca rozgrywek pięknie zakończył polski sportowy rok. Raczej nowa, młoda reprezentacja narodowa szła jak burza. Nasi rozpoczęli turniej od pokonania wicemistrzów świata Kuby (3:0) i mistrzów Europy Serbii (3:1)! Zwyciężając Argentynę (3:1), stali się jednym z faworytów turnieju. Niespodziewanie na ziemię sprowadził ich Iran, wygrywając 3:2. Kolejne mecze potwierdzały jednak, że Polacy są w świetnej formie. Po klęsce polska drużyna się bowiem poprawiła – wygrała po 3:1 z Japonią i Chinami. Potem rozkręcała się coraz bardziej i w świetnym stylu, w prawie idealnym meczu pokonała mistrzów olimpijskich - Stany Zjednoczone (3:0), nadal stojąc na czele faworytów PŚ. Następna była spodziewana wygrana z Egiptem (3:0). Najtrudniejsze mecze czekały naszych w walce o miejsce na podium. Rywalami były siatkarskie potęgi, czyli kolejno: Włochy, Brazylia i Rosja. Mecz z Włochami był arcytrudny. W minionym sezonie przegraliśmy z nimi trzy razy… To rywale dominowali na parkiecie. Również w Tokio Włosi prowadzili już 2:0 i prawie świętowali wygraną. Naszym udało się jednak odwrócić losy meczu i wygrać 3:2! Uznano, że było to jedno z kluczowych zwycięstw w drodze do sukcesu. Trener naszej reprezentacji Andrea Anastasi przyznał, że kiedy Włosi przegrywali, na pewno nie był szczęśliwy, bo przecież była to jego dawna drużyna (prowadził ją w ponad 300 spotkaniach), a przede wszystkim reprezentacja jego ojczyzny. Poza tym sam kiedyś grał w junior26

Był sukces skiej kadrze Włoch, a potem w seniorach, których później prowadził. To część jego życia. Powiedział też, że mimo to był szczęśliwy, że Polacy wygrali. Podkreślał, iż nie miał i nie będzie mieć sentymentów w meczach z Włochami: „W tej chwili dla mnie istnieje tylko polska drużyna narodowa. Cieszy mnie, kiedy Włosi wygrywają, ale kiedy to my stajemy po drugiej stronie siatki, moim celem jest wygrać. To jest moja praca”. W meczu z Brazylią biało-czerwoni grali świetnie – wygrali dwa sety, co ich zapewne rozkojarzyło… Przestali de facto walczyć. Dwa wygrane sety już oznaczały nasz awans na igrzyska. Brazylijczycy szybko się jednak pozbierali i – szok – wygrali z nami 3:2. Z kolei mecz z Rosją rozstrzygnięty został w trzecim secie – nasi się trochę pogubili i wygrali rywale 3:2. Mimo tych porażek, po jedenastu meczach w turnieju, uznawanym za najtrudniejszą imprezę siatkarską, Polska zajęła II miejsce! Nasi siatkarze stanęli na podium PŚ po 46 latach przerwy. Tyle bowiem minęło od pierwszych rozgrywek PŚ siatkarzy, rozegranych w 1965 roku w Warszawie, kiedy to wywalczyliśmy srebrny medal. Co ciekawe, pięć lat temu w tej samej hali nasi zdobyli srebrny medal mistrzostw świata. Teraz również udało się zdobyć srebro. Niewiele brakowało do zdobycia złota i pucharu. Dodatkowo najlepszym blokującym turnieju wybrano środkowego bloku i kapitana polskiej reprezentacji Marcina Możdżonka. Ucieszony sukcesem stwierdził: „Wiemy, że możemy ograć wszystkich”. Optymistą jest też Sebastian Świderski: „Na igrzyskach będziemy walczyć o medal”. Najważniejszym, najcenniejszym efektem sukcesu był awans na igrzy-

ska olimpijskie w Londynie. Tym samym wzrósł poziom polskich nadziei na olimpijski medal. Przy okazji warto również przypomnieć, a raczej powspominać cały polski siatkarski rok 2011, ponieważ był on bardzo udany. Polska reprezentacja trzykrotnie stawała na podium wielkich imprez! W trzech turniejach – trzy medale! Można zatem mówić o historycznym sezonie polskiej siatkówki. W roku 2011 kadra rozegrała 44 oficjalne mecze międzypaństwowe, zwyciężyła 24 razy. Nigdy wcześniej, nawet pod wodzą naszego trenera legendy Huberta Jerzego Wagnera nasi nie stanęli na podium trzy razy w ciągu jednego roku. Z trenerem Anastasim udało się w Lidze Światowej (3. miejsce), Mistrzostwach Europy (3. miejsce) i właśnie w Pucharze Świata. Zdobycie trzech medali w jednym roku to nie lada wyczyn, który rzadko komu się udaje. Ważne jest też, że wywalczenie miejsca na podium PŚ i kwalifikacja do igrzysk olimpijskich wiążą się z tym, iż nasza reprezentacja nie będzie musiała grać w wyczerpujących turniejach kwalifikacyjnych do igrzysk. Zyskała czas na szlifowanie formy. O wiele ważniejsze i cenniejsze będzie też dla nas rozstawienie w turnieju olimpijskim. Drugie miejsce w PŚ daje nam awans na czwartą lokatę w światowym rankingu Międzynarodowej Federacji Siatkarskiej (FIVB), co pozwoli na igrzyskach uniknąć w pierwszej fazie gry z Brazylią i Rosją. Trafimy do grupy A turnieju wraz z gospodarzem Wielką Brytanią i trzecimi w rankingu Włochami (jeśli awans na igrzyska uzyskają). W grupie B znajdą się przewodzący klasyfikacji Brazylijczycy i jej wicelider Rosja. Do tego Kuba, jeśli się zakwalifikuje. Spośród pozostałych MONITOR POLONIJNY


drużyn, które zdobędą kwalifikację olimpijską przeprowadzone zostanie losowanie i ustalony skład grup na pozycjach 4-6. W turnieju olimpijskim bierze udział gospodarz i 11 zespołów, które uzyskają kwalifikację. Przypomnieć trzeba, że włoski trener Andrea Anastasi kontrakt z Polskim Związkiem Piłki Siatkowej (PZPS) podpisał 23 lutego 2011 roku, ale zawodników spotkał dopiero na początku maja! Anastasi ma już w dorobku wielki sukces – na igrzyskach olimpijskich w Sydney prowadzona przez niego kadra Włoch stanęła na trzecim stopniu podium – zdobyła brązowy medal. Przejmując reprezentację Polski, zapowiedział, że będzie zwyciężać i zajmować z nią miejsca na podiach wielkich imprez. Słowa te traktowano jako kurtuazję i pozytywne myślenie, a z drużyny odeszły największe gwiazdy… Nie zraził się jednak problemami i już w pierwszym ważnym turnieju, Lidze Światowej (Polska była gospodarzem finału), sięgnął z naszą reprezentacją po historyczne trzecie miejsce. Następnie wynik powtórzył na mistrzostwach Europy mimo kontuzji kluczowych zawodników i złej atmosfery wokół drużyny. Już te dwa miejsca na podium w jednym sezonie uznano za sukces bez precedensu w polskiej siatkówce. Trener i drużyna zapowiadali jednak walkę o trzeci medal, właśnie w PŚ. Wywalczyli doskonałe drugie miejsce i awans na igrzyska olimpijskie w Londynie. Po tych sukcesach Anastasi skupia się już na igrzyskach, uważając, że medal w Londynie jest realny. Przed tym jednak polskich siatkarzy czeka jeszcze rywalizacja w elitarnej Lidze Światowej. Trzy medale, zdobyte przez nich w 2011 roku, potwierdzają ich miejsce w światowej elicie. Teraz Polacy są wymieniani w gronie faworytów w walce o olimpijskie złoto! W Londynie o medale walczyć mogą też Rosjanie i Brazylijczycy oraz prawdopodobnie Serbowie, Włosi, Amerykanie i Kubańczycy. Zaczynamy nabierać coraz większego apetytu na medal olimpijski, tym bardziej, że – jak podają statystyki – miejsce na podium PŚ to wielkie prawdopodobieństwo olimpijskiego sukcesu. Drużyny, które we wszystkich poprzednich edycjach PŚ zdobywały olimpijski awans, na igrzyskach zwykle walczyły o medale. Z medalistów czterech ostatnich PŚ dwaj zawsze zdobywali medale igrzysk. W Japonii grali przecież najlepsi, a o medal było trudniej niż na igrzyskach! Trzymajmy zatem kciuki, aby w Londynie nasi siatkarze powtórzyli ANDRZEJ KALINOWSKI sukces. Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, które biorą udział w konkursach „Monitora”

LUTY 2012

Gdzie czy dokąd? yba częściej można usłyszeć pytanie „Gdzie idziesz?” niż „Dokąd idziesz?”. Pewien mój znajomy stwierdził nawet, że użycie zaimka przysłownego „gdzie” w takim kontekście jest skandaliczne, po czym dodał, że obu wymienionych zaimków nie rozróżniają tylko ci, którzy – delikatnie mówiąc – są na bakier z językiem polskim.

Ch

I właśnie ta jego radykalna ocena zjawiska zainspirowała mnie do zajęcia się zagadnieniem. Fakt, „gdzie” to – jak podaje komputerowy Uniwersalny słownik języka polskiego (PWN 2004) – w pierwszym znaczeniu ‘zaimek przysłowny, używany w pytaniach o położenie lub miejsce działania czegoś lub kogoś’, a zatem ma znaczenie lokatywne, zaś zaimka „dokąd” – jak informuje ten sam słownik – używa się w pytaniach o wskazanie kierunku, czyli ma on charakter latywny (inaczej dyrektywny). Te definicje zatem wydają się potwierdzać rację wspomnianego znajomego, bowiem czasownik „iść” łączy się z okolicznikiem kierunku, a nie miejsca, co znaczyłoby, że „gdzie idziesz” jest formą błędną. Tylko czy rzeczywiście? Przyznam, że mnie pytanie „Gdzie idziesz?” i wszelkie jemu podobne (np. „Gdzie jedziesz?”, „Gdzie to zanieść?”, „Gdzie to oddać?” czy „Gdzie cię podrzucić?”) bardzo denerwują. Norma języka polskiego mimo wszystko takie połączenia dopuszcza, choć dodaje do nich kwalifikator „potoczne”, co oznacza, że w języku nieoficjalnym (choć coraz częściej i w oficjalnym) możemy iść sobie „gdzieś”, niekoniecznie „dokądś”. Problem mieszania w polszczyźnie tych dwu zaimków nie jest czymś nowym, jak się niektórym wydaje – przykłady użyć „gdzie” w funkcji latywnej znaleźć można nawet w Panu Tadeuszu Mickiewicza z 1834 r., gdzie np. w Księdze VII czytamy:

[…]bo jakże lud ruszy za nami?/ Gdzie pójdzie, kiedy gdzie iść, my nie wiemy sami? To, że ścisłe rozróżnianie „gdzie” i „dokąd” nie jest zgodne z polską tradycją wydaje się potwierdzać też początek powieści poetyckiej Mari Malczewskiego z 1825 r., który brzmi tak: Ej! Ty na szybkim koniu, gdzie pędzisz, kozacze? W innych bliskich polskiemu językach, czyli tych słowiańskich, takie zróżnicowanie jednak jest, i to bardzo ostre. Wystarczy bowiem odwołać się do języka słowackiego, w którym nikomu nawet nie przyjdzie do głowy mieszanie „kde” i „kam”, odpowiedników polskich „gdzie” i „dokąd”, w efekcie czego poprawne jest tylko i wyłącznie: „Kde si?”, ale „Kam ideš?”. Podobnie jest też np. w słoweńskim: „Kje si?”, ale „Kam greš?”, co nie znaczy, że tak też być musi i w pozostałych językach słowiańskich. Ale wróćmy do polszczyzny. Podsumowując ten krótki wywód, muszę podkreślić, że pytanie „Gdzie idziesz?” jest jak najbardziej poprawne z punktu widzenia polskiej normy. Jednak ja i tak pozostanę przy swoim i z racji tego, że – jak już napisałam wyżej – nie znoszę tego połączenia, nadal będę odróżniać funkcję lokatywną „gdzie” od funkcji latywnej „dokąd”, ponieważ i to zróżnicowanie także jest przez normę uznawane, i nadal będę pytać: „Gdzie jesteś?”, ale „Dokąd idziesz?”. Państwo zaś zrobią, jak zechcą. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 27


Najciemniej pod latarnią

czyli dlaczego współpraca transgraniczna kuleje iedawno przypomniała mi się sytuacja sprzed kilkunastu lat, kiedy to jako młody chłopak pojechałem na wycieczkę z Zakopanego do słowackich Oravic i nie mogłem trafić do przejścia granicznego w Suchej Horze. Spytałem więc o drogę spotkaną w Chochołowie starszą góralkę, która, jak się okazało, mieszkała w tej przygranicznej wsi od urodzenia. Owszem, drogę do przejścia granicznego owa kobieta wskazała mi bezbłędnie, ale na moje pytania, dotyczące terenów leżących po drugiej stronie granicy, nie potrafiła mi odpowiedzieć. „Nigdy nie byłam na słowackiej stronie, jakoś nie było po co” – odpowiedziała mi rodowita chochołowianka, która całe życie spędziła we wsi, leżącej tuż przy samej granicy. Dlaczego o tym piszę? Bo ta anegdota nie jest niczym dziwnym ani wyjątkowym. Tak to już jest, że bardzo często nie interesujemy się tym, co mamy tuż za miedzą, za to ciągnie nas do tego, co odległe. Górale nie widzą sensu ani przyjemności w chodzeniu po górach, mieszkańcy Trójmiasta potrafią przez cały rok ani razu nie być na plaży, a krakowskie muzea i teatry często o wiele lepiej znają przyjezdni z innych miast niż rodowici krakusi. Te wszystkie życiowe prawdy warto odnieść do niedawnej polskiej prezydencji w Unii. Prezydencja nauczyła nas, że ta mityczna Unia to wcale nie są jacyś odlegli i abstrakcyjni „oni”, ale jak najbardziej „my”. I że jeżeli tylko chcemy, możemy i powinniśmy aktywnie włączyć się w debatę na temat przyszłości nie tylko Unii jako całości, ale także jej funkcjonowania na tych odcinkach, które najbardziej nas dotyczą. W naszym przypadku taką sprawą jest niewątpliwie realizowana przy wsparciu z UE (a więc również z naszych podatków) polsko-słowacka współpraca transgraniczna, co do której osobiście mam wiele zastrzeżeń. Jeśli idzie o zasadę, to niby wszystko jest w porządku: Unia wspiera jak może proces zbliżenia do siebie dwóch europejskich krajów i społeczeństw, Polski i Słowacji. Robi to poprzez euroregiony oraz program współpracy transgranicznej Polska-Słowacja. Mam jednak wrażenie, że nikt specjalnie nie zadaje sobie trudu, by zastanowić się nad efektywnością tej współpracy. Czy

N

28

mimo ogromu środków, wydanych na ten program, Polska i Słowacja zbliżyły się do siebie w sposób istotny? Moim zdaniem nie, bo nie rozwiązano podstawowego problemu: barier transportowych. A skoro trudno jest dojechać ze Słowacji do Polski inaczej niż własnym autem, to znaczenie wszystkich pozostałych osiągnięć nieco blednie. Moim zdaniem jedną z przyczyn fiaska współpracy są złe założenia, które legły u podstaw unijnego programu Polska-Słowacja. Autorzy skądinąd logicznie zakładali, że przeznaczone na ten cel środki należy powierzyć społecznościom lokalnym, przygranicznym, które – logicznie rzecz biorąc – powinny być najbardziej zainteresowane taką współpracą. Powinny, ale jak widać nie są. Wydaje się, że na współpracy ze Słowacją bardziej zależy mieszkańcom i samorządom Krakowa, Warszawy czy Katowic niż Zakopanego czy Nowego Targu. Tym bardziej, że na poziomie lokalnym, w rejonie Tatr, Orawy i Spisza, mamy często do czynienia z tlącymi się animozjami rodem z czasów przedwojennych. Dlatego wydaje mi się, że formuła funkcjonujących na naszym pograniczu euroregionów powinna być rozszerzona terytorialnie. Myślę, że te organizacje działałyby o wiele lepiej, gdyby ich polska siedziba mieściła się np. w Krakowie i Katowicach zamiast w Nowym Targu, a po stronie słowackiej np. w Koszycach zamiast w Kieżmarku. Do współpracy polsko-słowackiej szerzej powinno zostać włączone zaplecze intelektualne wielkich miast, w tym organizacji pozarządowych, think tanków i środowisk akademickich Krakowa, Koszyc, Bratysławy. W takich sprawach swój głos powinny mieć również organizacje mniejszości narodowych: polskiej na Słowacji i słowackiej w Polsce. Nie oszukujmy się, w miastach, takich jak Nowy Targ i Kieżmark, takiego zaplecza intelektualnego brakuje, a lokalne społeczności często po prostu nie są zainteresowane współpracą z sąsiadem. Potencjał dla rozwoju współpracy polsko-słowackiej istnieje natomiast w Krakowie, Bratysławie czy Koszycach, skąd pewne kwestie widać lepiej i bez zbędnych animozji. JAKUB ŁOGINOW

MSZE ŚWIĘTE W JĘZYKU POLSKIM w nitrzańskiej katedrze odbywać się będą zawsze w drugą niedzielę miesiąca o godz.15.00. Jedynie w kwietniu msza polska odbędzie się wyjątkowo w trzecią niedzielę miesiąca, zaraz po Wielkanocy.

KLUB POLSKI NITRA zaprasza 12 lutego po mszy na

oStatkI polonIjne czyli spotkanie karnawałowe w domu ojców salwatorianów.

KLUB POLSKI TRENCZYN zaprasza wszystkich klubowiczów oraz ich przyjaciół na

tradycyjną regionalną zabawę karnawałową która odbędzie się 4 lutego w Centrum Kultury Kubra (tam, gdzie w roku ubiegłym). Początek o godz. 17.00! Zapewniamy dobrą muzykę, dobre jedzenie, które każdy uczestnik przynosi ze sobą na wspólny stół, oraz wspaniałą atmosferę. Serdecznie zapraszamy! Tel. kontaktowy: Renata Strakova – 0908 751 988

KLUB POLSKI BRATYSŁAWA zaprasza na

walentynkowo - karnawałowe

karaoke.

W programie wspólne śpiewanie polskich i zagranicznych przebojów, tańce i niespodzianki. Początek imprezy – 10 lutego (piątek), godz. 19.00, w kawiarni POLEPOLE (ul. Kazanská 58, Bratislava Podunajské Biskupice). WSTĘP WOLNY! Na miejscu będzie można kupić napoje. Uczestnicy spotkania mogą przynieść ze sobą własne wypieki (słodkie bądź słone). Więcej informacji pod numerami telefonu: Kasia – 0903455664 Małgosia – 0905623064. MONITOR POLONIJNY


Uwaga, Czytelnicy!

PRZYPOMINAMY O PRENUMERACIE „MONITORA POLONIJNEGO” NA ROK 2012! Informujemy, że koszty roczne prenumeraty naszego czasopisma na rok 2012 wynoszą 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy doko nywać w Tatra banku (nr konta: 2666040059, nr banku 1100). Prosimy o umieszczenie swego imienia i nazwiska na formularzu bankowym. Nowych prenumeratorów prosimy też o zgłoszenie do redakcji adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany. Kontakt z redakcją: monitorpolonijny@gmail.com

S Z K O L N Y P U N K T K O N S U LTA C YJ N Y PRZY AMBASADZIE RP W BRATYSŁAWIE o g ł a s z a n a b ó r u c z n i ó w n a r o k s z ko l n y 2 012 / 2 013 do szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum

OFERUJEMY: wykwalifikowaną i życzliwą kadrę nauczycielską • wysoki poziom kształcenia, zapewniający dobre przygotowanie do dalszej nauki • indywidualizację nauczania ze względu na małą liczbę uczniów w klasach • rodzinną atmosferę w kameralnej szkole • podtrzymywanie polskich zwyczajów i tradycji • doświadczenie w prowadzeniu wymiany międzyszkolnej. Szkoła prowadzi kształcenie dzieci obywateli polskich czasowo lub na stale zamieszkałych w Słowacji w zakresie 6-letniej szkoły podstawowej, 3-letniego gimnazjum i 3-letniego liceum. Zajęcia prowadzone są w systemie stacjonarnym (w piątki lub soboty). Kształcenie odbywa się w zakresie przedmiotów: język polski, historia Polski, geografia Polski, wiedza o społeczeństwie, wiedza o Polsce. Szkoła umożliwia uczniom zdobywanie wiedzy zgodnie z programem zreformowanej szkoły polskiej, ułatwia udział w olimpiadach z języka polskiego, jak również start na studia w Polsce. Na zakończenie roku szkolnego uczniowie otrzymują świadectwo Ministerstwa Edukacji Narodowej RP. Zgłoszenia przyjmowane są w piątki (godz. 15.00 - 18.00) i soboty (godz. 9.00 - 13.00) w siedzibie szkoły:

Szkoła Podstawowa im. Jana de La Salle, Detvianska 24, 831 06 Bratislava

Szanowni Państwo, Czytelnicy „Monitora Polonijnego“, Członkowie i Przyjaciele Klubu Polskiego na Słowacji! Pragnę Państwa poinformować, że Klub Polski został zarejestrowany jako organizacja, która może przyjmować dotacje z podatków za rok 2011 od osób fizycznych i prawnych. Wierzymy, że możliwość przekazania 2 % z podatków na rzecz Klubu Polskiego pomoże w realizacji działań naszej organizacji. Chcąc to zrobić, osoby, zatrudnione na podstawie umowy o pracę, powinny przedłożyć w swoim (właściwym dla miejsca zamieszkania) Urzędzie Skarbowym potwierdzenie od pracodawcy o zapłaceniu podatku wraz z oświadczeniem o przekazaniu jego 2% . Wzory druków znajdują się na stronie internetowej www.rozhodni.sk. Firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą w końcowej części zeznania podatkowego za rok 2011 muszą wpisać tylko nazwę, IČO i adres naszej organizacji. Informacja dla urzędu o odbiorcy 2% Państwa podatku to pełna nazwa, IČO i adres czyli: Poľsky klub spolok Poliakov a ich priateľov na Slovensku, IČO 30807620, Nam. SNP 27, 814 99 Bratislava. Informacje o zarejestrowanych na rok 2011 organizacjach (w tym o Klubie Polskim) znajdują się na wspomnianej wyżej stronie internetowej www.rozhodni.sk. Zachęcamy wszystkich Państwa do wykorzystania tej możliwości wsparcia Klubu, która ofiarodawców nic nie kosztuje poza odrobiną czasu, poświęconego na wypełnienie formularzy. Z uszanowaniem i pozdrowieniami

tel. 0908 126193, tel. dyrektor SPK: 004369911962261, e-mail: monikact@poczta.fm

2%

Marek Sobek Prezes Klubu Polskiego na Słowacji

W Y B Ó R Z P RO G R A M U I N S T Y T U T U P O L S K I E G O - LU T Y 2 012 ➨ FORUM PIANISTYCZNE - BIESZCZADY BEZ GRANIC 1 lutego, godz. 19.00, Koszyce, Štátna filharmónia Košice, Moyzesova 66 Koncert „Od Beethovena do Wspólnej Europy” w ramach Międzynarodowego Forum Pianistycznego SANOK 2012 w wykonaniu Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Częstochowskiej pod dyrekcją Igora Dohoviča (SK)

➨ KONCERT L. FANČOVIČA 1 lutego, godz. 18.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Z okazji wydania CD z monumentalną Sonatą na fortepian e-moll Leopolda Godowskiego pianista Ladislav Fančovič przygotował koncert z polskosłowackim programem muzycznym, w którym oprócz pierwszej części wspominanej sonaty zabrzmią utwory Fryderyka Chopina i Romana Bergera. LUTY 2012

➨ ZAPRASZAMY NA „PÓŁSŁOWO” 15 lutego, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Wybitni przedstawiciele słowackiej kultury i społeczeństwa opowiadają o sobie i relacjach z Polską. Cykl spotkań autorskich Dušana Junka, czołowego słowackiego grafika i publicysty • Pierwszym jego gościem będzie znany słowacki poeta, pisarz, wydawca, redaktor Daniel Hevier.

➨ PAWEŁ KACZMARCZYK AUDIOFEELING BAND 16 lutego, godz. 19.00, Bratysława, Slovenský rozhlas, Mýtna 1 • Koncert Pawła Kaczmarczyka, jednej z najważniejszych postaci młodej polskiej sceny jazzowej. Jego trio zaprezentuje zupełnie nowe kompozycje i powróci do albumu „Complexity in Simplicity” i do muzyki Raya Charlesa w nowoczesnym opracowaniu (projekt Directions in Music).

➨ BIAŁOWIEŻA – CARSKA REZYDENCJA 21 lutego – 25 marca, Bardiów, Dom Polsko-Słowacki, Radničné nám. 24 • Wystawa fotografii pałacu cesarskiego w Puszczy Białowieskiej z przełomu IX i XX wieku, po którym dzisiaj już nie ma śladu. Ekspozycja będzie prezentowana do 25 marca br.

➨ SALON WYSZEHRADZKI 23 lutego, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Kultury Węgierskiej, Palisády 54 • Dyskusja panelowa z udziałem polskich, słowackich, czeskich i węgierskich ekspertów na temat „Kultura w służbie dyplomacji”.

➨ POLSKA MUZYKA FILMOWA 23 lutego, godz. 19.00, Koszyce, Dom Sztuki, Moyzesova 66 • Orkiestra Państwowej Filharmonii pod dyrekcją Jerzego Swobody • W programie koncertu znajdą się utwory Zbigniewa Preisnera (Tango - The Beautiful Country - La Valse d´Amelie - The Secret Garden - Commencement - Damage - Fatale) i Wojciecha Kilara (suita z filmu „Pan Tadeusz”) 29


popełnić błędu. Moje kwalifikacje zdobyte na uniwersytecie w Polsce zostały oficjalnie uznane i potwierdzone przez australijski departament edukacji, ale niestety z powodu ogromnych różnic pomiędzy systemem prawnym Australii i Polski, aby móc pracować jako prawnik, musiałabym zrobić jeszcze dwuletni kosztowny kurs. Zdecydowałam się więc na rachunkowość. Dzięki determinacji i nauczycielom, którzy zgodzili się na moją naukę w trybie przyspieszonym, skończyłam roczny kurs w pół roku i to ze świetnymi wynikami. Kosztowało mnie to sporo stresu, ale dałam radę!

Do góry nogami rzygoda z tym krajem wywróciła moje życie do góry nogami. W poprzednim numerze „Monitora“ opisałam moją pierwszą wyprawę do Australii. Wyjazd ten przyniósł mi nie tylko pozytywne doznania, ale zweryfikował też moje życie prywatne: rozstałam się z moim ówczesnym chłopakiem – towarzyszem wyprawy. Po krótkim pobycie w Polsce wylądowałam znów w Australii. Tym razem w Sydney. Sama.

P

Drugie podejście Bez konkretnego celu, z paszportem i ciągle ważną wizą. Podjęłam pracę w kawiarni. Wynajęłam pokój razem z młodą Australijką na nowoczesnym, bardzo ładnym osiedlu, z ochroną i basenem. Dopiero w Sydney zaczęłam wtapiać się trochę w australijskie społeczeństwo. Australijczycy są ciekawym narodem, bowiem Australia to kraj emigrantów. Zanim przywieziono tu pierwszych więźniów z Anglii i rozpoczęto kolonizację Australii, jedynymi mieszkańcami byli tu Aborygeni. Niesamowite jest to, że jeszcze do lat 60. XX wieku uważano ich za podludzi. Natomiast do lat 50. prowadzono restrykcyjną politykę emigracyjną tzw. białej Australii, wpuszczając do kraju tylko osoby o odpowiednio jasnej skórze. Aż trudno w to uwierzyć, kiedy spaceruje się ulicami Sydney. Teraz Australia jest mieszanką kulturową i mimo że to bardzo młody kraj, ponaddwustuletni, bogactwo ludzi, którzy tu przyjechali i przywieźli swoje tradycje, kuchnie, religie, jest ogromne i bardzo różnorodne. Język 30

angielski też tu brzmi inaczej – na początku nawet zwątpiłam w swoją znajomość tego języka, bowiem nie rozumiałam tubylców. Ale po jakimś czasie okazało się, że to tylko kwestia osłuchania się i przyzwyczajenia.

Ślub jak w bajce W Australii poznałam mojego męża – również Polaka. Mogliśmy wybrać, gdzie wziąć ślub, ponieważ w Australii nie trzeba w tym celu stawić się w urzędzie stanu cywilnego. Wybraliśmy malownicze miejsce: Sydney Botanic Garden niedaleko Opery House. Było trochę jak w bajce – widok na Operę House, Harbour Bridge, City, błękitne niebo, zatokę... Brakowało tylko moich rodziców, ale trochę później wzięliśmy ślub kościelny w Polsce, w obecności całej rodziny.

Druga szansa Najtrudniej było mi podjąć decyzję, co będę robić zawodowo. Dostałam drugą szansę od życia i nie chciałam jej zmarnować. Australia to ogromny rynek pracy. Miałam 28 lat i nie chciałam

Praca „na luzie“? Podjęłam pracę w firmie, w której pracowali rodowici Australijczycy. Wszyscy tu są „na luzie“, mówią do siebie po imieniu, uśmiechają się. Ale to tylko pozorny luz, który na początku robi wrażenie. Mimo wszystko to szef ma tu nadal decydujące słowo i za każdą chęć wprowadzenia go w błąd można ponieść surową karę. Byłam świadkiem zwolnienia z pracy pewnej dziewczyny, która podkoloryzowała swój życiorys. Kiedy po kilku dniach okazało się, że nie ma ona tylu umiejętności, jak to napisała w swoim CV, szef pożegnał się z nią. Oczywiście z uśmiechem na ustach...

Polka w Australii Po urodzeniu synka, podczas urlopu macierzyńskiego zaczęłam pisać książkę o Polkach w Australii, blog oraz poradnik, dotyczący systemu podatkowego w tym kraju, co wiąże się z moją pracą zawodową. Od roku mam swoją firmę rachunkowo-podatkową. Czasami doskwiera mi ogromna tęsknota za Polską, za rodziną. Nieraz przychodzą momenty, że mam ochotę spakować się i wracać. Ale to Australia daje mi poczucie wolności - jakoś wszystko wydaje mi się tu możliwe. Czy chcę zostać w Australii na stale? Czy jest mi pisana? Nie wiem. Doświadczenie nauczyło mnie, żeby nie planować, bo już nie raz moje życie zostało wywrócone do góry nogami... KATARZYNA KLUSEK, AUSTRALIA MONITOR POLONIJNY


Nihao*!

Dziś poznamy pełne przesądów i ciekawych wynalazków Chiny

iny to bardzo interesujące państwo, leżące we wschodniej Azji. Ich stolicą jest Pekin. Czy wiecie, że jest to najludniejsze państwo na świecie? Mieszka tam ponad 1,3 mld ludzi! Ale spokojnie, dla wszystkich jest tam miejsce. Chiny są trzecim pod względem wielkości państwem na świecie. Oficjalnym językiem jest oczywiście chiński.

Ch

Chiny są kolebką jednej z najstarszych cywilizacji świata. Przyjmuje się, że ma ona ok. 5000 lat. To dzięki Chińczykom możemy podziwiać kolorowe fajerwerki – 200 lat p.n.e. wynaleźli oni bowiem proch strzelniczy, jeden z najważniejszych wynalazków ludzkości.

Jak na pewno wiecie, chiński alfabet znacznie różni się od naszego. Składa się bowiem z niemal 50 000 znaków. Każdy z nich odpowiada sylabie lub nawet całemu słowu. Młodzi Chińczycy w szkołach uczą się jednak tylko niewielkiej, uproszczonej części znaków. Język chiński konkuruje o miano najtrudniejszego języka świata z językiem… polskim!

Oficjalnym językiem tego ogromnego państwa jest oczywiście chiński. Ale to nie taka prosta sprawa! W Chinach wyróżnia się bowiem kilkanaście odmian języka chińskiego. Ta oficjalna nosi nazwę standardowego mandaryńskiego i posługuje się nią ok. 840 milionów ludzi. Lubicie czytać książki? Z pewnością tak. Książka to również zasługa Chińczyków. Już 105 lat p.n.e. pewien urzędnik imieniem Cai Lun eksperymentował z różnymi materiałami, zanim trafił na mieszaninę jedwabnych i lnianych szmat, z których to uzyskał pierwszy papier. Za to odkrycie podniesiono go do rangi ministra. Widzieliście kiedyś Wielki Mur Chiński? To słynny system obronny wraz z wieżami obserwacyjnymi o długości niemal 9000 tys. km. Zbudowano go ok. 650 lat p.n.e., aby móc bronić się przed najazdami wrogich ludów. Mur ten funkcjonował też jako LUTY 2012

Chińscy cesarze byli bardzo przesądni i wierzyli w życie pozagrobowe. Pierwszy z nich, Qin Shi kazał przy swoim grobie postawić całą armię żołnierzy wraz z końmi, łącznie 8000 tys. figur. Wedle wierzeń armia ta miała chronić władcę i pomóc mu uzyskać władzę w życiu pozagrobowym. Co ciekawe, każdy gliniany wojownik ma inny, niepowtarzalny wyraz twarzy.

Czy wiecie, że rok 2012 to według chińskiego horoskopu rok smoka? Chiński zodiak składa się z 12 znaków, noszących nazwy zwierząt, patronujących kolejnym latom. Następny rok smoka czeka nas więc dopiero w 2024 roku. Biały smok, który opiekuje się rokiem 2012, symbolizuje nadzieję, optymizm i życie w zgodzie z naturą. Czy znacie swoje znaki chińskiego horoskopu? Koniecznie sprawdźcie. Według Chińczyków zwierzęcy opiekun każdego roku wpływa na nasz charakter. Na pewno w waszej okolicy jest wiele chińskich restauracji. Chińska kuchnia jest w Europie bardzo popularna. Podstawowymi jej składnikami są ryż, makaron, soja i dużo warzyw. Popularne są również chińskie... pierożki. Różnią się one jednak nieco od tych polskich. Ich nadzienie to mięso z sosem sojowym, krewetkami czy ostrygami. Takie pierożki często podaje się wraz z zupą. Po takim pysznym daniu dobry jest deser. Skuście się na kulki sezamowe z karmelem lub ciasteczka księżycowe z pysznym bakaliowym nadzieniem i nie zapomnijcie o herbacie. Jej historia jest niemal tak długa, jak historia samych Chin. Legenda głosi, że listki krzewu herbacianego wpadły do wrzątku, przygotowanego dla cesarza Shennong. I tak właśnie „zaparzyła się” pierwsza znana herbata.

szlak handlowy. Dziś jest uznawany za jeden z 7 cudów świata. Tak, tak, to kolejny z cudów, który prezentujemy w „Monitorze”. Co roku wzdłuż Wielkiego Muru Chińskiego odbywa się Wielki Bieg Maratoński. Macie siłę, aby trochę pobiegać?

Powiedz to po chińsku: *Nihao! – Cześć! Witaj! Wo de mingzi shi... – Mam na imię… Xie Xie [szie szie] – Dziękuję! Huanyíng Bolan – Witaj w Polsce! Ni zenme yang? – Jak się masz? OLA TULEJKO Artykuł ten dedykuję Jędrkowi Górskiemu, dziękując mu za wiele fascynujących informacji o Chinach 31


Dla tych, przed którymi rodzinne uroczystości, mam dziś prawdziwą niespodziankę – Jarka Zaťková z Kvetoslavova nadesłała do „Piekarnika” przepis na efektowny i bardzo smaczny tort kasztanowy, bez którego nie sposób wyobrazić

tort kasztanowy

sobie urodzin naszych pociech, jubileuszu babci czy jakiejkolwiek imprezy, na której musimy pokazać, co potrafimy. Tort budzi zainteresowanie już ze względu na to, iż do jego wykonania nie używa się ani mąki, ani cukru.

Składniki

Ciasto podstawowe (korpus):

Masa: • 2 bite śmietany w proszku • 3 dal mleka • 1 rozmrożone kasztanowe purée • dodatkowo 1dal rumu, kwaskowy dżem, ozdoby na tort

• 8 jajek • 2 opakowania rozmrożonego kasztanowego purée (razem 500 g)

Sposób przyrządzania:

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Oddzielamy żółtka od białek do dwóch misek, żółtka ubijamy przez minutę i dodajemy do nich kasztanowe purée (2 opakowania). Dalej ubijamy aż do uzyskania puszystej masy. Następnie

zabieramy się do ubijania białek ze szczyptą soli – również na sztywną puszystą masę. Nastawiamy piekarnik na 180 stopni. Powoli do kasztanowej masy dodajemy ubite białka

i całość delikatnie mieszamy, żeby obie masy się połączyły, ale puszysta struktura nie zanikła. Uzyskaną jednolitą masę wylewamy do uprzednio natłuszczonej masłem tortownicy i wkładamy do nagrzanego piekarnika, ale temperaturę pieczenia obniżamy do 160 stopni. Pieczemy około 45 minut bez otwierania piekarnika. Upieczone ciasto odstawiamy do wystygnięcia, następnie wyjmujemy z formy i przekrawamy na dwie części. Spodnią skrapiamy rumem (ale tylko

w wersji dla dorosłych!) i smarujemy ulubionym kwaskowym dżemem. Dwa opakowania bitej śmietany ubijamy z mlekiem, dodajemy rozdrobnione kasztanowe purée i ubijamy jeszcze około 3 minut. Przygotowaną masę dzielimy na dwie części – jedną nakładamy na warstwę dżemu i przykrywamy drugą częścią ciasta, po czym wierzch oraz boki całości smarujemy pozostałą masą. Ozdabiamy według uznania i odstawiamy na minimum 3 godziny do lodówki. Brzmi pysznie i jestem pewna, że i tak smakuje! AGATA BEDNARCZYK


Issuu converts static files into: digital portfolios, online yearbooks, online catalogs, digital photo albums and more. Sign up and create your flipbook.