Monitor Polonijny 2021/1

Page 1

ISSN 1336-104X

str. 7

Vanessa Aleksander: „Onieśmiela mnie określenie gwiazda“

str. 18

Jak obudzić mieszkań ców fantazji


J

eszcze w listopadzie jako grupa przyjaciół, których łączy polskie pochodzenie bądź miłość do polskiej kultury i tradycji, spotkaliśmy się stęsknieni za sobą i wspólnymi rozmowami pod dachem konsulatu RP w Koszycach. W związku z nietypowym charakterem tegorocznych świąt chcieliśmy się jakoś wpisać w ich nietypowość i postanowiliśmy razem ozdobić choinkę wspólnie wykonanymi ozdobami.

Choinka

która stała się prezentem

By ten cel zrealizować, musieliśmy spotkać się dwukrotnie – dzień po dniu. Podczas pierwszego spotkania zajęliśmy się pieczeniem pierniczków i ich ozdabianiem. Ogromną radość sprawiło nam wspólne sklejanie długiego łańcucha z kolorowego papieru, który zawisł

na naszej choince, dzięki czemu zaczęła ona przypominać drzewka bożonarodzeniowe ze starych pocztówek. Drugiego dnia dzieci i młodzież udekorowały ją upieczonymi i kolorowo przyozdobionymi pierniczkami. Jeszcze tylko biała papierowa gwiazda na czubku i choinka była gotowa. Prześliczna, dostojna, kolorowa. Taka nasza, polska. I wtedy zrobiło nam się smutno, że nie będzie pod nią prezentów, że zamkniemy ją w konsulacie na klucz i nikt nie będzie mógł jej podziwiać. Wówczas pojawił się pomysł, by naszą choinkę podarować instytucji, która wystawi ją na licytację, a zarobione dzięki temu pieniądze przekaże potrzebującym.

matki i dwóch uroczych dziewczynek, którzy dzięki temu mogli zapłacić czynsz za mieszkanie i spokojnie spędzić święta pod własnym dachem. I tak oto choinka, pod którą nie byłoby żadnych prezentów, dzięki inicjatywie kilkunastu osób sama stała się prezentem: dla nas, którzy ją przyozdobiliśmy, dla tych, których pocieszył jej widok oraz dla tych potrzebujących. Mamy nadzieję, że zdobienie choinki na stałe wejdzie do programu imprez Klubu Polskiego i konsulatu honorowego RP w Koszycach. MAGDALENA SMOLIŃSKA

Konrad Schonfeld, konsul honorowy RP w Koszycach, nawiązał więc kontakt z prezesem fundacji Usmev ako dar Radoslavem Drabem i oddał w jego ręce nasz polski dar. Drzewko zostało wylicytowane na… 900 euro. Dzień przed Wigilią, czyli 23 grudnia 2020 r., miało miejsce uroczyste przekazanie pieniędzy z licytacji potrzebującej rodzinie: ojca,

ZDJĘCIA: RICHARD OČKAI, MAGDALENA SMOLIŃSKA

2

MONITOR POLONIJNY


Idzie nowe! Z nowym rokiem na łamach „Monitora“ pojawi się kilka nowości. Niektóre z nich już w styczniowym numerze, w miejscu, w którym najpierw przez kilka lat swoje spostrzeżenia z Polski opisywali dziennikarze słowaccy, potem przez kolejnych kilka lat swoje emigracyjne historie pisali Polacy rozsiani po całym świecie, a przez ostatnie dwa lata robili to Słowacy mieszkający w Polsce. Nowy cykl nosi tytuł „My Słowianie“, a jego autorzy będą nam opowiadać o swoich fascynacjach, głównie Polską i Słowacją, przyjrzą się temu, co nas łączy, ale i różnicom między językami i zwyczajami (str. 30). Druga nowość to rubryka „Retrohity“, w której – często z sentymentem – będziemy przedstawiać produkty polskie, słowackie czy czechosłowackie, które były lub są popularne w naszych krajach (str. 24). Pozostałe nowości pojawią się w następnych numerach. A skoro idzie nowe, to postanowiliśmy oddać głos Polakom mieszkającym na Słowacji, by dowiedzieć się, czego oczekują od roku 2021 i czego życzą swoim rodakom (str. 5). W tym numerze publikujemy ostatnią część ankiety, której część pierwsza pojawiła się w numerze listopadowym. Mowa o wypowiedziach twórców „Monitora“, których z okazji 25-lecia pisma zapytaliśmy m.in. o tajniki pracy dziennikarskiej (str. 11). Pierwszy tegoroczny wywiad to rozmowa z bardzo utalentowaną młodą aktorką, którą mogliśmy zobaczyć m.in. w głośnym filmie Jana Komasy „Sala samobójców. Hejter“. Mowa o Vanessie Aleksander, której mama jest Słowaczką, mieszkającą od lat w Warszawie (str. 7). Oczywiście i w tym numerze znajdą Państwo także recenzje książkowe, muzyczne, filmowe, turystyczne. Ponadto zaglądamy do ciekawego muzeum, które otworzyła pewna Polka w Szwajcarii (str. 28) i przenosimy się za ocean, by przekonać się, że na sukcesy Doliny Krzemowej pracują również Polacy (str. 20). A z artystycznych inspiracji zwracamy Państwa uwagę na wspaniałą wystawę lalek, rzeźb i kukiełek, tworzonych przez naszą rodaczkę z Bratysławy, które podziwiać można w Instytucie Polskim do końca stycznia (str.18). Zachęcamy do lektury naszego pisma i życzymy wszystkiego dobrego w 2021 roku, by w zdrowiu i spokoju spełniły się wszystkie Państwa marzenia o nowym, lepszym świecie! W imieniu redakcji

Co przyniesie nowy rok? 4 Z KRAJU 4 ANKIETA Czego oczekujemy w 2021 roku? 5 WYWIAD MIESIĄCA Vanessa Aleksander: „Onieśmiela mnie określenie gwiazda“ 7 „Monitor“ od kuchni, czyli oczami jego twórców (3 część) 11 Z NASZEGO PODWÓRKA 15 Dolina Krzemowa Polakami stoi? 20 CZUŁYM UCHEM Bajka o pewnej płycie 21 Fenomen piłki nożnej 22 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Obca kobieta 22 RETROHITY Co przywieźć z Polski? Krówki! 24 KINO-OKO Złote Lwy z prawdziwą niespodzianką 24 „Dama z Polski ma wizję“ – jak powstawało Muzeum w szwajcarskim Susch (1) 26 SŁOWACKIE PEREŁKI Ludzie gór 27 KRZYŻÓWKA 28 OGŁOSZENIA 28 BASIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA Przemysł odzieżowy 29 MY SŁOWIANIE Jak się poznaliśmy 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Wyzwanie czytelnicze 31 PIEKARNIK Jeleni skok w Nowy Rok 32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Alina Kabele, Basia Kargul, Natalia Konicz-Hamada, Arkadiusz Kugler, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE: Magdalena Smolińska TRENČÍN: Aleksandra Krcheň • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková † (1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620 • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: SK60 1100 0000 0026 6604 0059 • EV542/08 ISSN 1336-104X • Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • náklad 550 ks • nepredajné • Realizované s finančnou podporou Fondu na podporu kultúry národnostných menšín • Projekt współfinansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach Zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”. Laureat Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w kategorii redakcja medium polonijnego 2013 Vydané 7. 1. 2021

STYCZEŃ 2021

3


ILUSTRACJA: TERKA BERKYOVÁ

Co przyniesie

nowy rok?

P

od koniec roku ludzie zwykle robią jego swoisty bilans. Podsumowują, jaki był i co udało się im osiągnąć, a z Nowym Rokiem snują plany na najbliższe miesiące, robiąc noworoczne postanowienia. Nowy Rok jest dla nas niczym czysta i niezapisana kartka papieru, idealna, by wypełnić ją noworocznymi

10 grudnia podczas szczytu w Brukseli PRZYWÓDCY UE porozumieli się ws. unijnego budżetu i funduszu odbudowy. Wcześniej Polska i Węgry nie wykluczały weta w związku z przyjętym roz4

postanowieniami. Jak tu nie ulec planom i oczekiwaniom, skoro zewsząd słychać o prognozach na nadchodzący rok. Wróżbici i astrologowie układają całoroczne horoskopy, meteorolodzy przewidują prognozę pogody na 12 miesięcy, a biura podroży typują najpopularniejsze miejsca na wakacyjny urlop. Także

finansiści i bankierzy przygotowują prognozy gospodarcze, tak jak np. duński Saxo Bank, którego dyrektor ds. inwestycji Steen Kakobsen powiedział: „Traumy 2020 r. spowodują, że w 2021 przyszłość stanie się teraźniejszością”. Przede wszystkim nowy rok jest nadzieją na lepszy czas. Zmęczeni

porządzeniem w sprawie mechanizmu warunkowości, który wiązał wypłaty środków z praworządnością.

senki aktorskiej, utworów Bułata Okudżawy, George’a Brassensa, Wojciecha Młynarskiego i Jana Wołka.

14 grudnia w wieku 65 lat zmarł aktor PIOTR MACHALICA; wystąpił w kilkudziesięciu filmach, m.in. w „Krótkim filmie o miłości“ i „Dekalogu IX“ Krzysztofa Kieślowskiego, „Zabij mnie glino“ i „Sztuce kochania“ Jacka Bromskiego, „Bohaterze roku“ Feliksa Falka, „Saunie“ Filipa Bajona, „Dniu świra“ i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami“ Marka Koterskiego. Grał też w wielu serialach. Był niezapomnianym wykonawcą pio-

17 grudnia w Gdyni odbyły się obchody tragicznych wydarzeń GRUDNIA’70. W uroczystościach przy Pomniku Ofiar Grudnia’70, w pobliżu stacji SKM GdyniaStocznia, gdzie przed 50 laty padły strzały do robotników, wziął udział m.in. prezydent Andrzej Duda. 27 grudnia w Polsce rozpoczęły się SZCZEPIENIA przeciwko COVID-19. Pierwszą zaszczepioną

osobą była naczelna pielęgniarka szpitala MSWiA w Warszawie. W pierwszej kolejności zostanie zaszczepiony personel medyczny i pracownicy służby zdrowia. Następną grupą będą m.in. seniorzy powyżej 60 roku życia i funkcjonariusze służb publicznych. Zapisy na szczepienia rozpoczynają się 15 stycznia. Od 28 grudnia do 17 stycznia w Polsce obowiązuje KWARANTANNA narodowa, co oznacza m.in. zamknięte hotele, galerie handlowe (oprócz drogerii, aptek, księgarni, sklepów spożywczych) i stoki narciarskie. MP MONITOR POLONIJNY


po ubiegłorocznych ograniczeniach związanych z koronawirusem żywimy nadzieję, iż ten rok będzie inny. Wielu moich znajomych już w połowie minionego roku pragnęło, by ten wreszcie się skończył. Faktycznie należał on do mało udanych i z pewnością zapisze się w historii jako rok pandemii i walki z Covid-19. Sporo osób musiało zmienić swoje plany i marzenia, wiele jubileuszy oraz spotkań okolicznościowych nie doszło do skutku, liczne zaplanowane wesela zostały przełożone, dużo firm upadło, ale to nic w porównaniu z faktem, że wiele osób straciło najbliższych czy pracę. Wirus wykoleił nas z toru rutyny, którym podążaliśmy, zmienił nasze przyzwyczajenia, sposób spędzania czasu i komunikację z bliskimi. To, co wcześniej było integralną częścią życia, uległo weryfikacji, a niekiedy stało się niepotrzebne. Zmiana stylu życia i szybka adaptacja do nowych warunków przyniosły nerwowość w rodzinach i związkach partnerskich, często przynosząc frustrację, zmęczenie, a w skrajnych przypadkach depresję, niepokój, a nawet nasilenie przemocy domowej. Wiele związków nie przetrwało próby ciągłego bycia ze sobą, kiedy to od problemów nie można było uciec do biura lub na wyjazd służbowy. Trudno się zatem dziwić, że ze szczególną nadzieją wyglądamy nowego roku jako wybawienia od wirusa i powrotu do normalności, do wszystkich tych rzeczy, do których przywykliśmy, a które z dnia na dzień stały się niemożliwe. Kiedyś moi znajomi z nowym rokiem najczęściej postanawiali zrzucić kilka kilogramów, rzucić palenie lub więcej czasu poświęcać na sport. Dziś wśród życzeń i postanowień noworocznych dominują te, związane ze zdrowiem i szybkim powrotem do życia sprzed czasów koronawirusa. Ach, znów moc pójść do teatru lub na koncert jak za dawnych lat. Miejmy zatem nadzieję, że to, co nie udało się w mijającym roku, nadrobimy w obecnym, a nasze noworoczne postanowienia i oczekiwania się spełnią. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA STYCZEŃ 2021

Czego oczekujemy w 2021 roku?

M

iniony rok nie był dla nikogo łatwy. Nagle znaleźliśmy się w szeregu nowych sytuacji, związanych z różnymi zmianami i akceptacją nowych okoliczności, co dla wielu było stresujące, frustrujące, a nieraz i wyczerpujące. Początek roku to często nadzieje na pozytywne zmiany w życiu. Przed nami 12 nowych miesięcy. Zapytaliśmy więc czytelników „Monitora Polonijnego“, czego spodziewają się w nowym roku. Czy jest coś szczególnego, na co czekają, i czego życzą innym Polakom mieszkającym na Słowacji.

P

rzede wszystkim oczekuję, aby ta straszna epidemia Covid 19 zniknęła z naszego życia. Chciałbym po prostu, by było tak, jak dawniej, aby ludzie cieszyli się z wszystkiego, co ich otacza, a nie żyli w strachu przed zachorowaniem lub śmiercią. Życzę wszystkim Polakom, aby w 2021 roku spełniali swoje marzenia, aby zawsze byli uśmiechnięci i życzliwi w stosunku do innych. A rządzącym i współrządzącym na całym świecie życzę, aby zrozumieli potrzeby każdego mieszkańca naszej planety, a nie tylko własne. Chciałbym, by patrzyli na świat nie tylko przez swój pryzmat, ale starali się zauważać potrzeby innych. Wszystkiego dobrego!!!

Przemysław Masio MEDZILABORCE

Andrea Cupał G ALANTA

P

rawdę mówiąc, nie mam oczekiwań wobec roku 2021. Miniony rok mnie zaskoczył, nauczył pokory i uświadomił mi, że są rzeczy, na które nie można mieć wpływu. I choć wiosną ta niepewność wzbudzała we mnie niepokój, to później okazało się, że w gruncie rzeczy był to dla nas dobry rok. Zwolnienie tempa, skoncentrowanie się na życiu rodzinnym było

tym, czego potrzebowałam. Z pewnym zaciekawieniem oczekuję więc nowego roku 2021. Mojej rodzinie oraz czytelnikom „Monitora“ życzę przede wszystkim zdrowia, otwartego umysłu i serca oraz zdolności do dostrzegania nawet w trudnych chwilach szansy na zmianę, na przewartościowanie spraw, może nawet na odnalezienie swojej nowej drogi życiowej. 5


BRAT YSŁAWA

W

iększość z nas wierzy, że nowy rok zmieni nasze życie na lepsze. Miniony rok okazał się dla mnie, jak i dla większości ludzi skomplikowany z powodu wirusa COVID-19, dlatego chciałbym, by 2021 rok był dla mnie i żony bardziej przyjazny, abyśmy mogli z uśmiechem i bez przeszkód poświęcać czas na nasze ulubione zajęcia, takie jak uprawa ogródka czy opieka nad wnukami. Wnuki są naszą pociechą, więc staramy się, aby byli zdrowi i weseli, a ja próbuję ich trochę wtajemniczyć w majsterkowanie. Już teraz cieszę się na prace w ogródku, który dostarcza mi radości i satysfakcji. Wraz z żoną cieszymy się na letni wyjazd z wnukami – chłopcy będą mogli grać w piłkę, zwiedzać okolicę i łowić ryby. Mam nadzieję, że dzieci będą mogły normalnie cho-

szędzie się słyszy, że czekają nas teraz zmiany. W sieci i w mediach mówi się o magicznej dacie 21.12.2021. Bez względu na to, czy ktoś w to wierzy, czy nie, oczywiste jest, że zmiany nastąpią. Dla mnie to będzie długo oczekiwana przeprowadzka. Oczekuję, że to, na co pracowałam, przyniesie mi satysfakcję. W nowym roku życzę nam wszystkim, abyśmy mieli chęć i odwagę wykorzystać wszystkie zmiany, np. kiedy nie można podróżować, można więcej czasu poświęcić przyjaciołom, z którymi być może straciło się kontakt, albo spróbować znaleźć nowych. Mnie to właśnie się przytrafiło i cieszę się, że w tym roku te przyjaźnie będę mogła kontynuować, bez względu na to, czy w obowiązkowej maseczce, czy bez. Koszyckiej Polonii życzę, aby wszystkie wspólne plany i fantastyczne pomysły, które zrodziły się w naszych mądrych głowach, w jak najfajniejszy sposób udało się zrealizować. A korzystając z okazji, serdecznie pozdrawiam Stenię, Magdę, Anetę i Konrada.

dzić do szkoły, a nie tak, jak w ubiegłym roku. Jak większość ludzi życzę sobie, aby pandemia koronowirusa się skończyła i wszyscy mogli wrócić do normalnego życia. Gdy sytuacja z koronawirusem się ustabilizuje, chciałbym móc uczestniczyć w organizowanych przez ambasadę, Klub Polski oraz Instytut Polski wystawach, dyskusjach, spotkaniu wigilijnonoworocznym, balu przebierańców czy premierze kolejnego teledysku. Chętnie obejrzałbym też kolejne polonijne przedstawienie teatralne. Wszystkim Polakom mieszkającym na Słowacji życzę powodzenia w pracy zawodowej oraz dużo zdrowia, bo to z nim przede wszystkim wiąże się pomyślność, szczęście w rodzinie i dobra atmosfera.

Justyna Dela

KOSZYCE

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Henryk Feliks

W

Z

Tomasz Olszewski PEZINOK

6

azwyczaj nie mam oczekiwań czy postanowień związanych z nowym rokiem, ale 2020 rok przyniósł wyjątkowo dużo wątpliwości i zmian. Moje oczekiwania związane z nowym roku to przede wszystkim potwierdzenie działania szczepionki przeciw COVID-19 i przebudzenie się części społeczeństwa, która nie chce się szczepić. Uważam, że szczepienia to społeczny obowiązek wobec innych. Chciałbym także, aby strajk kobiet w Polsce zakończył się ich sukcesem, bo kobiety powinny mieć prawo wyboru. Polakom żyjącym na Słowacji życzę, by nie musieli martwić się Polexitem, opodatkowaniem Polonii czy innymi gierkami politycznymi w Polsce, mogącymi mieć wpływ na nasze życie tutaj. Sobie życzę po prostu dużo szczęścia, którym będę mógł dzielić się z inMZO nymi. MONITOR POLONIJNY


Vanessa Aleksander:

M

„Onieśmiela mnie określenie gwiazda“

łoda, piękna, utalentowana, sympatyczna i błyskotliwa. Talent Vanessy Aleksander mogliśmy podziwiać w serialu TVP pt. „Wojenny dziewczyny“ czy w najnowszym filmie Jana Komasy „Sala samobójców. Hejter“. Kiedy zobaczyłam ją w show Kuby Wojewódzkiego w TVN, dowiedziałam się, że ma mamę Słowaczkę, która była jedną z najlepszych łyżwiarek Czechosłowacji, wtedy postanowiłam się z nią skontaktować. Zaowocowało to ciekawą rozmową, w której Vanessa opowiedziała nie tylko o swojej pracy czy ambitnych planach zawodowych, ale uchyliła też rąbka tajemnicy, zdradzając, jak wygląda jej polsko-słowackie życie po dwóch stronach granicy.

STYCZEŃ 2021

Gdzie to Pani „u siebie“ jest na Słowacji? Pod Bratysławą, w Zohorze, maluteńkiej miejscowości, gdzie mieszkają moi dziadkowie. To bardzo urocze miejsce. Tam spędzamy każdą wolną chwilę, choć i Bratysława jest mi bardzo bliska, bo w niej wyrastała moja mama. Na lodowisku Ondreja Nepeli uczyła się jeździć na łyżwach, oswajała się z lodową taflą, zdobywała umiejętności.

Hovoríte doma s mamou po slovensky? Jasne! Je to pre mňa jednoduché, pretože mamina po slovensky na mňa a na môjho brata vždy hovorila. No, kedže bývame vo Varšave, radšej sa rozprávme po poľsky. Môj otec po slovensky nerozpráva, nejak sa ten jazyk nedokázal naučiť. Je to pre mňa čudné. Ale mamina sa po poľsky naučila. Ale w tajemnicy przed tatą nie porozmawiacie po słowacku, bo chyba jednak zrozumie? Tak, wszystko rozumie, czasami używa różnych słowackich słów. Na przykład zamiast „promocje“, mówi „zľavy“. W codziennym obiegu jest też „mikrovlnka“ (śmiech).

Przez wiele lat nie wiedziałam, że „čerstvý chlieb“ to po polsku ‘nieświeży’

ZDJĘCIA: FACEBOOK

W Polsce prasa rozpisuje się, że narodziła się gwiazda. Czuje się Pani bardziej polską czy słowacką gwiazdą? Onieśmiela mnie określenie „gwiazda“. Rozumiem, że bycie osobą rozpoznawalną jest pewną wypadkową mojego zawodu. Wybrałam aktorstwo nie ze względu na sławę, ale ze względu na pasję: kocham być na scenie, na planie, czerpię ogromną przyjemność z wcielania się w różne postaci. Jeśli chodzi o moją tożsamość, to tak samo czuję się Polką, jak i Słowaczką: po tacie jestem Polką, po mamie Słowaczką. I oba kraje są mi bardzo bliskie. Nawet nie potrafię wskazać, który z nich jest mi bliższy. Oczywiście, ze względu na to, że wyrastałam w Polsce, mam większe rozeznanie w polskiej kulturze i literaturze, ale to nie zmienia faktu, że tu i tam czuję się u siebie.

Wie Pani o tym, że na Słowacji krążą dowcipy na temat Zahoraków, podobnie jak w Polsce na temat mieszkańców Wąchocka? Tak, tak (śmiech), ale ja nie mam z tym problemu, bo uwielbiam regionalizmy. W Polsce zawsze zachęcam ludzi pochodzących ze Śląska, Podkarpacia czy Kaszub, by rozmawiali ze mną w swojej gwarze, bo to jest takie barwne! Podobnie wzbogacona czuję się, kiedy moi dziadkowie rozmawiają z sąsiadami po zahoracku. Rozumiem co mówią, ale jeszcze nie potrafiłabym posługiwać się tą gwarą.

Pani też się czasami mieszają języki? Tak! Wie pani, że ja przez wiele lat nie wiedziałam, że „čerstvý chlieb“ to po polsku nieświeży? U mnie w domu się mówiło, że „čerstvý“ to ten najlepszy. Nikt mi wcześniej nie powiedział, jakie znaczenie w języku polskim ma to słowo. Moi przyjaciele śmieją się ze mnie, kiedy czasami wplatam jakieś słowackie słowa i po prosu „przysłowaczę“.

7


A jak to odbierają pozostali znajomi? Pozytywnie! Kiedy dowiadują się, że mam słowackie pochodzenie, od razu mnie proszą, bym coś powiedziała w tym języku. Czasami są trochę rozczarowani, że nie potrafię w tym języku przeklinać, ale tego nas mama nie uczyła (śmiech). Wie pani, ostatnio pod jakimś artykułem o mnie, wywiązała się dyskusja na temat obcokrajowców w Polsce, których – według dyskutujących – nie powinno się wpuszczać do Polski, bo nie zasługują na to, by w kraju być. Dla mnie szokujące jest to, że wracamy do podziałów. Przecież to są tendencje faszystowskie! Ta potrzeba czystości krwi jest dla mnie zupełnie absurdalna! Ale niestety coraz częściej o tym się słyszy. Ja z mojej mieszanej krwi jestem bardzo dumna. O moim pochodzeniu informuję od razu, poznając się z nowymi ludźmi.

Marzę, by pojawić się na ekranach słowackich. mną po polsku. Liczę na to, że najnowsza część „Listów do M“, w której występuję, będzie zakupiona przez Słowaków, tak jak to miało miejsce w przypadku poprzednich części. Może to będzie pierwszy krok, by wkroczyć na rynek słowacki. Wtedy moi dziadkowie obejrzą mnie ze słowackim dubbingiem (śmiech).

„Listy do M“ to świąteczna komedia romantyczna. Kiedy będzie mieć swoją premierę? Ze względu na pandemię i zamknięte kina producenci zdecydowali, że premierę przesuną o rok. Z tymi „Listami do M“ wiąże się Wasze tradycyjne już wspólne oglądanie tego filmu na Boże Narodzenie. Jak wyglądały Pani tegoroczne święta? Święta spędziliśmy w czwórkę, z bratem i rodzicami. Niestety, ze

Upominała się już o Panią Słowacja? Nie, ale w ubiegłym roku podczas wakacji miałam casting i przesłuchania do filmu czesko-słowackiego, który miał być koprodukcją polską. Produkcja nie była świadoma, że mówię po słowacku, więc ich zaskoczyłam, kiedy swoją kwestię powiedziałam w tym języku, według oryginalnego scenariusza. Dostała Pani tę rolę? Nie, to jest również nieodłączny element mojego zawodu - ciągłe castingi i odmowy. Chociaż wydaje mi się, że akurat prace nad tym filmem zostały wstrzymane. To był odważny projekt, na pograniczu sci-fi i być może musi jeszcze poczekać na realizację. Zgłaszał się już do Pani ktoś ze Słowacji z prośbą o wywiad? Słowacy wiedzą o Pani istnieniu? Chyba nie, ale liczę na to, że kiedyś spełnię swoje marzenie i uda mi się popracować za granicą, wtedy może wieść się rozejdzie. Entuzjastycznie zareagowałam na pani propozycję wywiadu, bo Słowacja jest ogromnie ważną częścią mojego życia. Marzę, by pojawić się na ekranach słowackich. Moi dziadkowie na Słowacji na razie oglądają wszystkie produkcje ze 8

MONITOR POLONIJNY


względu na pandemię odłożyliśmy wyjazd na Słowację. Moi dziadkowie są po 80, mają świetną kondycję, ale jednak wolimy ich nie narażać. Jest to strasznie bolesne, bo nie widziałam się z nimi od początku pandemii, a więc już rok! Oczywiście jesteśmy w stałym kontakcie, codziennie rozmawiamy na czacie, wysyłamy sobie zdjęcia, ale spotkania wirtualne nie zastąpią osobistego kontaktu, uścisków, rozmów twarzą w twarz, wspólnego gotowania. Zna się Pani z inną „słowacką“ Polką - Kasią Adamik, której mama to Agnieszka Holland, a tato to Słowak Laco Adamik? Poznałyśmy się przy okazji premiery filmu „Hejter“, ponieważ rodzina Komasów jest związana z rodziną Hollandów i Łazarkiewiczów. Nie miałyśmy jeszcze możliwości, żeby porozmawiać na temat naszego pochodzenia, ale to środowisko jest tak małe, że - tak myślę - jeszcze nam będzie dane nie raz podyskutować na ten temat. Czy z racji tego, że Pani rodzice są profesjonalnymi łyżwiarzami, wyrastała Pani na lodowisku? Moi rodzice dbali o to, żebym umiała jeździć na łyżwach, ale zostawili mi wolność tego, co chcę robić w życiu. Kiedy wyrażałam większe zainteresowanie jazdą figurową na lodzie, to się łapali za głowy. W Polsce nie ma takich warunków do treningów jak w Bratysławie. Warszawski Torwar musi pomieścić tłumy ludzi, chcących się poślizgać, ale i tych, którzy trenują na lodzie wyczynowo. Kto wie, jakby to było, gdybyśmy mieszkali na Słowacji? Może rodzice by mnie bardziej motywowali do jeżdżenia na łyżwach? Potrafi Pani robić piruety? Coś tam umiem, na przykład skoki pojedyncze mam opanowane! Uwielbiam być na lodzie, łyżwiarstwo sprawia mi ogromną radość. Natomiast chcę podkreślić, że, na szczęście, rodzice nigdy nas do niczego nie zmuszali. Owszem, byli i są naszymi oddanymi kibicami, bez względu na STYCZEŃ 2021

to, w jakiej dziedzinie się realizujemy. Najważniejsze jest dla nich, byśmy byli uczciwymi ludźmi. Dumni są też z mojego brata, choć on mniej chętnie staje na łyżwach. Zawsze go bardziej ciągnęło na boisko. Jest piłkarzem i z tego żyje. Domyślam się, że rodzice są też dla Pani wsparciem, kiedy musi Pani jako osoba znana mierzyć się ze stresem, ocenianiem. Można się do tego przyzwyczaić? Nie, dla mnie to są wciąż bardzo nowe doświadczenia, nieustannie uczę się, jak pracować ze stresem. Jak w tej intensywności być dla siebie łagodną i wyrozumiałą. Rodzice oczywiście są wsparciem, ale z większością tych emocji muszę poradzić sobie sama - by być świadoma swoich mocnych i słabych stron, a także by wiedzieć nad czym jeszcze muszę popracować. Ich praca na lodowisku, bycie częścią rewii jednak różni się trochę od bycia aktorem, występowania w produkcjach kinowych czy teatralnych. Mogą mi coś sugerować, kiedy przygotowuję się do roli, ale nie mają wiedzy na temat np. budowania postaci, by móc mnie przez to wszystko bezpiecznie przeprowadzić. Mimo to, jestem im wdzięczna za to, że zawsze mogę liczyć na pełne ich wsparcie i zrozumienie. Do roli Gabi z „Sali samobójców. Hejter“ schudła Pani 10 kilogramów, ale to zapewne nie jedyne poświęcenie, którego wymagała ta rola? Odchorowała ją Pani? Do dziś ją odchorowuję, bo żeby autentycznie zagrać Gabrielę, musiałam wydobyć z siebie pokłady ciemności, które nigdy mi nie towarzyszyły. Zawsze byłam bezproblemowa, potrafiłam sobie radzić w życiu. Sytuacja Gabrysi była skrajnie inna. Musiałam w sobie odnaleźć pierwiastki smutku, cierpienia, zagubienia. Od momentu, kiedy z tym wszystkim się skonfrontowałam, trochę tego, co mroczne, zostało we mnie. Najtrudniejsze były pierwsze tygodnie od ukończenia zdjęć.

Presja współczesności jest ogromna.

A jak Pani odebrała efekt końcowy, kiedy oglądała Pani już zrealizowany film? Trudne było zderzenia z tym, co przyniosła projekcja, bo przywołało emocje z planu. Kluczową rolę odegrałaby praca z psychologiem, by móc sobie uświadomić, czym są emocje kreowanej przeze mnie osoby. Szkoda, że nie wpadłam na to, by zwrócić się do specjalisty podczas pracy. To na pewno ułatwiłoby mi zagranie mojej roli. Poza tym doświadczenia wchodzenia w trudne role nabiera się też z wiekiem. W Stanach Zjednoczonych to obowiązkowa część pracy nad rolą; pracuje się z aktorem nie tylko nad fizycznością bohatera, ale i jego psychiką. Kilka przykładów smutnego przekroczenia granicy przez aktora, upodobnienia się do granego bohatera historia filmu zna przecież. Wystarczy wspomnieć Heatha Ledgera, grającego Jokera w „Mrocznym Rycerzu“, który później popełnił samobójstwo. Ja oczywiście nie byłam bliska zatracenia się, ale rola Gabi uświadomiła mi, że trzeba dbać o zdrowie i budować granice między światem prywatnym a pracą. Przeraża Panią świat pokazany w „Hejterze“? Ociera się Pani o niego? Myślę, że poniekąd tak, chociaż moi najbliżsi znajomi mają takie samo podejście do wszelkiego rodzaju używek jak ja. Nam największą przyjemność sprawiają spotkania, podczas których gramy w planszówki, przebieramy się w zabawne stroje czy razem gotujemy. Przyznaję jednak, że presja współczesności jest ogromna. Nie dziwi mnie, kiedy młodzi ludzie, niezauważani przez rodziców, pedagogów, sięgają po używki. Brakuje im prawdziwych autorytetów. Ich rolę odgrywają królujące w Internecie postaci, które bardziej kojarzą się z patologią niż z jednostkami wybitnymi. Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego wora, ale przecież dziś wystarczy zrobić coś szokującego w Internecie, by zdobyć wielu obserwujących, czyli współczesne uznanie. Smutne jest to, kiedy większym autorytetem jest jakiś influencer niż profesor uniwersytecki. 9


Hejt zostawia olbrzymie spustoszenie. Miałam wielką nadzieję, że nasz film „Hejter“ coś zmieni. Pani spotyka się z hejtem? Tak. Staram się odcinać od tego, nie czytać komentarzy, choć na początku zwyciężała ciekawość. Takie wpisy ogromnie wpływają na samoocenę, zwłaszcza wtedy, gdy się dojrzewa. Musiałam sobie tłumaczyć, że to nie świadczy o mojej wartości, ale o pewnej ułomności osób, ukrywających się za anonimowymi profilami. Hejt zostawia olbrzymie spustoszenie. Miałam wielką nadzieję, że nasz film „Hejter“ coś zmieni. Nie zmienił? Niestety. Było to tylko pobożne życzenie, że jeden film wpłynie na masę internautów. Z drugiej strony łudzę się nadzieją, że chociaż do kilku z nich coś dotarło i że zanim zaczną pisać jakieś obrzydliwości, uświadomią sobie, iż słowo pisane w Internecie ma odbicie w życiu rzeczywistym. I to niemałe! Może bowiem być inspiracją do czynów. Wiemy przecież, co się stało z prezydentem Gdańska Pawłem Adamowiczem. Zamach na niego był wypadkową hejtu politycznego. Jak Pani zareagowała na informację o jego śmierci? Bo przecież bohater filmu „Hejter“ ginie tak samo. To było straszne! Płakałam chyba trzy dni. Jak tylko się dowiedziałam o tym makabrycznym wydarzeniu to zadzwoniłam do Janka Komasy. Nie mogłam w to uwierzyć, myślałam, że to sen na jawie. Koszmar urzeczywistniony! Bardzo to odchorowałam, podobnie jak wszyscy z filmowego planu. Byliśmy cały czas na łączach. Wiele osób nie wie, że nasz film został zrealizowany kilka miesięcy przed tym, co stało się w Gdańsku. Pamiętam, że gdy otrzymałam scenariusz „Hejtera“, to zakończenie filmu wydawało mi się przesadzone, nierealne. Nie wierzyłam, że hejt może doprowadzić do takiego bestialskiego aktu. Uznałam wówczas, że Mateusz Pacewicz zbytnio sobie pofolgował. Okazało się, że Mateusz jest szalenie 10

bystrym, wrażliwym na rzeczywistość gościem i, że - niestety - w swoim scenariuszu przewidział przyszłość. Ponieważ „Hejter“ jest dostępny za granicą na Netflixie, docierają do Pani jakieś reakcje? Jak odbierają ten film mieszkańcy innych części świata? Dostaję sporo wiadomości ze wszystkich kontynentów, że film poruszył widzów. To niesamowite i przerażające zarazem, że hejt jest obecny w każdym miejscu na ziemi, że nienawiść przedstawiona w naszym filmie jest tak uniwersalna. Doczytałam się, że „Hejter“ będzie kręcony jako serial. Tak, prawdopodobnie przez HBO i wtedy film zostanie realizowany przez Amerykanów. Pani marzeniem było zagranie u Janka Komasy. Teraz Pani marzy o Ameryce? Marzyło mi się, żeby zagrać w Stanach Zjednoczonych. W 2020 udało mi się podpisać kontrakt z agencją w Los Angeles i Nowym Jorku, mam

tam swoich menadżerów i reprezentantów, dzięki nim udało mi się zaliczyć jakieś pierwsze castingi. Czy będę miała okazję stanąć tam na planie filmowym? Czas pokaże. Przez pandemię i lockdown u wielu z nas nastąpiło przewartościowanie potrzeb i marzeń. Będę się cieszyć, jeśli będę mogła cały czas pracować, realizować się i czerpać radość z zawodu, który wybrałam. Nie chciałabym, żeby jego wykonywanie stało się rutyną. Poza tym marzy mi się, żebym mogła stawać wciąż przed nowymi wyzwaniami - bez względu na to, czy tu, czy za oceanem. Nad czym teraz Pani pracuje? Teraz kończę zdjęcia do serialu sensacyjno-kryminalnego, w którym gram rolę podkomisarz. Moje bohaterki do tej pory były bardzo wybuchowe, wyraziste, a teraz stanęłam przed innym wyzwaniem, gdyż grana przeze mnie postać jest bardzo spokojna. Poza tym jestem w zespole Teatru Współczesnego, gdzie realizujemy spektakl „Kuchnia Karola“, który będzie dostępny w wersji online. Prowadzę też pewne rozmowy na temat następnych projektów. Co przyniesie przyszłość? Zobaczymy. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA


3

„MONITOR“ od kuchni, CZYLI OCZAMI JEGO TWÓRCÓW

lat

Do

Bratysławy przyjechałem w kwietniu 2019 roku. Jestem urzędnikiem państwowym, chwilowo na słowackiej ziemi. Zaraz po przyjeździe miałem okazje zapoznać się z kwietniowym numerem „Monitora” z tamtego roku. Znalazłem w nim bardzo przydatne informacje o aktywności Polaków żyjących w Słowacji. Szczególne podobały mi się liczne fotografie, zrobione profesjonalną ręką, dzięki którym szybciej mogłem poznać środowisko polonijne i jego przedstawicieli. To dopiero początki mojej „działalności dziennikarskiej”. Na razie powstały dwa artykuły o tematyce tenisowej, teraz przyszła kolej na inne dyscypliny sportu. Sport to moja wielka pasja, niestety głównie jako zagorzałego kibica, a nie aktywnego uczestnika wydarzeń sportowych. Pomysł pierwszego artykułu zrodził się przy okazji niecodziennego triumfu Igi Świątek w tenisowym turnieju Wielkiego Szlema. Powstał pomysł, by na łamy „Monitora Polonijnego” powróciSTYCZEŃ 2021

ła rubryka sportowa i podjąłem się ją poprowadzić. Do informacji o bieżących wydarzeniach staram się

Z

okazji jubileuszu „Monitora Polonijnego“ przygotowywaliśmy na łamach naszego pisma różne artykuły wspomnieniowe, rozmowy, ankiety. Poprosiliśmy też obecnych twórców naszego pisma, by opowiedzieli o swoim pierwszym kontakcie z nim, zaprosili nas do swojego dziennikarskiego świata, pokazali, jak powstają ich artykuły, i wskazali najciekawsze publikacje swoich kolegów i koleżanek. Ponieważ „Monitor“ tworzy kilkunastoosobowy zespół, powstał pokaźny, bardzo ciekawy materiał, którego dwie części opublikowaliśmy w poprzednich numerach. Oto jego trzecia i ostatnia część. Wypowiedzi publikujemy w kolejności, w której docierały do redakcji.

mysł na dany materiał przychodzi w miarę szybko. Zazwyczaj objętość materiału jest za duża, więc

mieszkających w Słowacji oraz kąciki filmowy, kulinarny i ekologiczny. Bardzo przydatne dla mnie

muszę dokonywać skrótów, co nie jest takie łatwe. Wtedy dokonuję też korekty językowej, zamiany wyrażeń na inne itp. Niektóre fakty historyczne, choć w miarę dobrze pamiętam, to jednak zwykle weryfikuję jeszcze w Internecie. Jeśli chodzi o artykuły innych autorów, podobają mi się relacje z wydarzeń polonijnych, artykuły o polskich rodzinach

są też informacje zawarte w artykułach krajoznawczych. Na razie nie widzę potrzeby, by coś w „Monitorze“ zmieniać. Dobrze, że z tematów politycznych jest tylko skrótowa informacja o wydarzeniach w kraju, bo polityka zwykle dzieli społeczeństwo, również to polonijne. Myślę, że każdy z czytelników może znaleźć na łamach „Monitora” coś dla siebie.

StanisłKaawrgul dorzucać jakieś ciekawostki historyczne o danej dyscyplinie sportu i sukcesach Polaków. Który mój artykuł uważam za najlepszy? Myślę, że jeszcze za wcześnie na takie oceny. Dotychczasowe artykuły nie były najgorsze, ale można by coś w nich jeszcze poprawić. Zwykle presja czasu, związana z terminowym oddaniem artykułu do redakcji, powoduje, że po-

11


Na

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Słowacji mieszkam od 1988 roku. Pierwszy „Monitor“ dotarł do mnie pocztą w 1999 roku i z niego dowiedziałem się o działalności Klubu Polskiego w Trenczynie. To stało się impulsem, by zainicjować podobnie działania w Dubnicy nad Wagiem. Zacząłem też wysyłać listy do „Monitora“. Pierwszy z nich został opublikowany w styczniowym wydaniu z 2000 roku. Na samym początku najbardziej mnie interesowały artykuły Ryszarda Zwiewki na tematy narodowościowe i polonijne. Kontakty z „Monitorem Polonijnym” pomogły w rozpoczęciu starań integracyjnych Polaków, żyjących na terytorium Środkowego Poważa, co zaowocowało powstaniem Klubu Polskiego w tym regionie. W kolejnych latach „Monitor Polonijny” przeszedł znamienną ewolucją, promując wszystkie dziedziny życia kulturalnego Polonii słowackiej. Pozytywnym elementem są relacje ze spotkań i imprez polonijnych oraz prezentacje ich organizatorów i autorów. Od czasu do czasu również i ja przygotowuję relacje z naszych imprez. W Dubnicy nad Wagiem „Monitor Polonijny” znalazł czytelników wśród władz miejskich i słowackich przyjaciół. Cenią go sobie też rodacy z Polski, uczestniczący w naszych imprezach polonijnych. Redakcji „Monitora Polonijnego” życzę w kolejnych latach wielu ciekawych pomysłów, dobrych respondentów, dużo satysfakcji z pracy publicystycznej i spełnienia zamierzeń.

Zbigniewodleśny P

Maria Magdalena Nowakowska Na

Słowacji mieszkałam w latach 2001-2007, kiedy pracowałam na Uniwersytecie Komeńskiego. Na zawsze została w moim sercu. Obecnie pracuję w Zakładzie Lingwistyki Stosowanej i Kulturowej Uniwersytetu Łódzkiego, ale przez wiele lat tułałam się trochę po świecie, pracując na uniwersytetach nie tylko w Bratysławie, ale i Lublanie czy Pradze. Pierwszy kontakt z MP miałam w 1997 r., kiedy to byłam z wizytą u znajomych w Bratysławie. Do rąk dostał mi się wówczas „Monitor”, jeszcze czarno-biały, dzięki któremu dowiedziałam się o istnieniu Polonii słowackiej. Kiedy przyjechałam do Bratysławy jako lektor języka polskiego, zostałam poproszona przez redakcję o współpracę z pismem. Miesięcznik nie wyglądał wówczas tak, jak teraz. Składał się z kil12

ku kartek papieru o formacie A4, wypełnionych czarno-białym drukiem. I choć szata graficzna była bardzo skromna, to chyba bardziej liczyła się zawartość i to, że polska organizacja na Słowacji ma swoje własne pismo. Jak długo współpracuję z „Monitorem”? Długo, bardzo długo. Jestem chyba jedną z najdłużej związanych z pismem osób!!! Jeszcze w latach 90. napisałam kilka artykułów na zamówienie MP. Od roku 2002 współpracuję z pismem nieprzerwanie do dziś. Od początku dbam o formę językową tego miesięcznika polonijnego, a kiedyś dodatkowo prowadziłam na jego łamach „Okienko językowe”, czyli rubrykę przybliżającą czytelnikom miejsca trudne w polszczyźnie, mody językowe, a także częste błędy językowe, do których nierzadko dochodzi na styku dwu języków. MONITOR POLONIJNY


Słowacji jestem od 1972 roku. O „Monitorze“ dowiedziałam się dopiero w 2008 roku, kiedy w biurowcu, gdzie wtedy pracowałam, spotkałam polską prawniczkę Elżbietę Dutkovą. To ona dała mi pierwszy egzemplarz pisma, powiedziała o istnieniu Klubu Polskiego. Potem skontaktowała się ze mną redaktor naczelna i zaprosiła do współpracy. Jestem księgową, więc moja rola w „Monitorze“ polega głównie na obliczeniach związanych z wynagrodzeniami. Kiedy dostaję od redaktor naczelnej spis autorów wraz z liczbą napisanych przez nich artykułów, zaczynam sumować ich przychody, potem obliczam wysokość podatku, który trzeba odprowadzić, potrącenia do funduszu literackiego. Moją rolą jest też zgłaszenie wszystkich danych osobowych autorów do urzędu skarbowego. Przygotowuję ponadto rozliczenia dotacji do

fundacji, które wspierają działalność wydawniczą Klubu Polskiego. Jeśli chodzi o ofertę czytelniczą „Monitora“, to znajduję tu bardzo dużo artykułów, które mnie interesują. Najbardziej takie, które porównują polskie i słowackie zwyczaje. Pamiętam szczególnie jeden z nich, kiedy czytałam o naszych przyzwyczajeniach, zwyczajach i wszystko się zgadzało z moimi obserwacjami: że my Polacy kroimy pomidory na plasterki, Słowacy na ćwiartki. Każdy nowy pomysł, który pojawia się w piśmie, jest dobry. Może widziałabym tu jeszcze więcej materiałów poświęconych Polakom mieszkającym na Słowacji, również tych starszych, z różnych zakątków kraju, ich historii i o tym, co robią obecnie. Szczególnie teraz, w okresie pandemii dzięki „Monitorowi“ dowiadujemy się, co słychać u niektórych z nas. Wszyscy moi bliscy i znajomi już wiedzą, że pod koniec każdego miesiąca nie mam czasu, bowiem muszę zająć się „Monitorem”. Zdarzało mi się go zabierać na włóczęgi po Europie, na różne ważne uroczystości, np. wesele chrześniaczki, raz nawet właśnie z „Monitorem“ spędziłam sylwestra. Jestem przekonana, że mój najlepszy artykuł jest jeszcze przede mną. Co prawda „Okienko językowe” pojawia się w „Monitorze” okazjonalnie, ale… Który artykuł innego autora zapadł mi w pamięci? Oj, takich artykułów jest wiele. Pewnie dlatego, że dziennikarze „Monitora” są coraz lepsi. Lubię wywiady ukazujące się na łamach pisma, prowadzone przez Małgosię Wojcieszyńską. Podoba mi się jej sposób prowadzenia rozmowy. Ona rzuca tylko hasła, a interlokutor sam rozwija ich treść. Pamiętam jej bardzo dobre wywiady z Lechem Wałęsą, Wojciechem Jaruzelskim czy Henrykiem Wujcem.

STYCZEŃ 2021

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Na

bele a K a n i l A Jeśli chodzi o pracę nad korektą językową, to muszę podkreślić, że przez te wszystkie lata dziennikarze naszego pisma stali się profesjonalistami w swym fachu. Kiedyś zdarzało się, że przesłane artykuły pisałam od nowa, bowiem w stanie, w którym je dostawałam, nie nadawały się do druku. Ale to już przeszłość. Dziś moja praca polega na dopracowywaniu szczegółów. Najczęstsze błędy dotyczą interpunkcji i frazematyki. Coraz rzadziej zdarzają się błędy powstałe w wyniku interferencji językowej. Każdy artykuł czytam dwukrotnie. Za pierwszym razem wyłapuję wszelkie uchybienia i poprawiam je, zaś drugie czytanie służy już tylko wygładzaniu tekstu jako całości. Staram się oddać poprawiony numer w terminie wyznaczonym przez redaktor naczelną, ale czasami to się nie udaje, gdyż życie rządzi się swoimi prawami. Jeśli idzie o ewentualne wzbogacenie MP o nowe rubryki, to nic mi nie przychodzi do głowy. Mnie „Monitor” podoba się taki, jaki jest, i życzę mu, by trwał. 13


Na

Słowacji mieszkam 25 lat, czyli tyle czasu, ile ukazuje się „Monitor“. O przygotowaniach do jego wydawania usłyszałam, będąc pierwszy raz w Instytucie Polskim w Bratysławie, gdzie podczas spotkania z ówczesnym ministrem kultury RP działacze Klubu Polskiego wspomnieli o swoich planach wydawniczych. Wtedy pomyślałam, że chętnie bym wzięła udział w tym projekcie. Za jakiś czas do współpracy zaprosiła mnie pierwsza, potem też druga redaktor naczelna. Na początku przygotowywałam relacje z wydarzeń kulturalnych oraz rubrykę muzyczną. W 2004 roku władze Klubu Polskiego powierzyły mi redagowanie miesięcznika – wymyśliłam więc nową koncepcję i zaprosiłam szersze grono współpracowników. To grono zmienia się, zwiększa, powstają nowe rubryki w miarę potrzeb i inwencji twórców „Monitora“. Najbardziej w tej pracy lubię twórczy proces, czyli wymyślanie nowych koncepcji, przygotowania do ich realizacji, do wywiadów, spotkania z ciekawymi ludźmi oraz proces finalny, czyli pisanie artykułów. Jako redaktor naczelna mam też obowiązki natury administracyjnej, które trzeba wypełnić, by wydawnictwo działało, choć najmniej w moim odczuciu twórcze. Mam na myśli pisanie wniosków o dofinansowanie pisma, przygotowywanie rozliczeń, podsumowań, obliczanie honorariów

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Małgorzata Wojcieszyńska oraz robienie przelewów, co jest bardzo czasochłonne, tym bardziej że na liście płac za rok uzbiera się zwykle ok. 50 osób! Jeśli chodzi o moje artykuły, to prawie co miesiąc przygotowuję wywiady z ciekawymi ludźmi i to jest wyzwanie, by z taką częstotliwością spotkać się z ciekawymi osobistościami. Wymaga to nie tylko kontaktów z organizatorami różnych przedsięwzięć kulturalnych na Słowacji, w Polsce, ale i w sąsiedniej Austrii. Pamiętam, kiedy jakiś czas temu dowiedziałam się, że wiedeńska Polonia zaprosiła na bal Grażynę Torbicką i Jacka Cygana. Udało mi się skontaktować z organizatorką, która umówiła mnie z gośćmi z Polski. Na miejscu okazało się, że do Wiednia dotarł też Ryszard Rynkowski. Cała trójka była do mojej dyspozycji i panowie czekali w kolejce, kiedy skończę „przepytywać“ panią Grażynę. Pamiętam też wywiad przeprowadzony w polskim Sejmie z Andrzejem

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Na

14

Stano Stehlik

Słowacji jestem od zawsze. Zawodowo jestem grafikiem i fotografem. „Monitor“ pamiętam jako czarno-białą gazetkę formatu A4. Od kiedy go zobaczyłem, bardzo chciałem podnieść poziom jego szaty graficznej. Chyba mi się to udało.

Lepperem, który na widok dziennikarzy poszedł do łazienki upudrować nos, a potem pełen podziwu dla siebie odpowiadał na moje pytania. Ekscytujących historii było oczywiście więcej, ale mnie cieszą też spotkania z naszymi rodakami mieszkającymi na Słowacji, z którymi rozmawiam na temat ich drogi prowadzącej do tego kraju. Czasami bywałam zapraszana przez nich w ich skromne progi, ale goszczona po królewsku, z sercem na dłoni. Cenię sobie artykuły wszystkich współpracowników. Najbardziej cieszy mnie, kiedy z nieśmiałego, początkującego dziennikarza wyrasta samodzielny autor, który z miesiąca na miesiąc pisze coraz lepiej, pewniej i któremu biją brawa czytelnicy. Wszyscy bowiem pracujemy na sukces naszego pisma i bardzo cenię sobie inwencję jego twórców, którzy swoją pomysłowością często mnie zaskakują.

Kiedy kończy się praca poszczególnych redaktorów, zaczyna się praca grafika, czyli moja. Do „Monitora“ robię też zdjęcia i lubię to, bo ta praca daje możliwość spotkania wielu ciekawych ludzi. Lubię potem czytać wywiady z tymi ludźmi lub o bohaterach z rubryki „Co u nich sły-

chać?”. Interesują mnie też recenzje polskich filmów oraz cykl „Słowackie perełki“, z którego często dowiaduję się czegoś nowego o atrakcjach Słowacji. Wydaje mi się, że MP idzie do przodu i jest coraz ciekawszy. Jestem wdzięczny wszystkim, którzy na ten efekt pracują. MONITOR POLONIJNY


W

grudniu Klub Polski we współpracy z Instytutem Polskim w Bratysławie zorganizował kolejne spotkanie z cyklu „Poznajmy się, proszę”, którego celem jest prezentacja osobistości ze świata Polonii lub Słowaków polskiego pochodzenia. Spotkanie to było wyjątkowe nie tylko ze względu na ciekawych gości, ale także dlatego, iż po raz pierwszy w historii KP odbyło się online. Ze względu na pandemię Covid-19 jego termin był dwukrotnie przesuwany - najpierw miało się odbyć w marcu, potem w listopadzie, ale do skutku doszło dopiero we wtorek 8 grudnia. Gośćmi byli Marek

Berky oraz Juraj Koudela, z którymi rozmawiała Małgorzata Wojcieszyńska, redaktor naczelna miesięcznika „Monitor Polonijny“. Spotkanie było transmitowane na stronie FB Klubu Polskiego Bratysława, a także stronach Instytutu Polskiego i „Monitora Polonijnego“. Marek Berky to znana postać wśród Polonii, bowiem od 2018 roku pełni funkcję prezesa Klubu Polskiego. Ten ceniony skrzypek i szef kwartetu Laugaricio, mieszkający i pracujący w Dubnicy nad Wagiem, ukończył Akademię Muzyczną w Żylinie w klasie skrzypiec. Przez sześć lat pracował w operze w Bańskiej Bystrzycy. Wraz z kwartetem Laugaricio i Klubem Polskim w 2019 roku wydał płytę z polskimi i słowackimi tangami „To ostatnia niedziela“. STYCZEŃ 2021

DO TRZECH RAZY SZTUKA, CZYLI

„Poznajmy się, proszę“ Juraj Koudela jest absolwentem filologii polskiej i słowackiej na Uniwersytecie Preszowskim. Razem ze swoim polskim przyjacielem założył na Słowacji wydawnictwo Absynt, prezentujące dorobek polskiej literatury reportażu, w której zakochał się kilka lat temu, czytając książki Pawła Smoleńskiego. Obaj zaproszeni goście są Słowakami, którzy dzięki mamom Polkom dorastali na Słowacji w rodzinach mieszanych. I to właśnie o polskie pochodzenie, język, powiązania i doświadczenia z krajem nad Wisłą pytała prowadząca spotkanie Małgorzata Wojcieszyńska. Z wypowiedzi obu gości wynika, że polskość cały czas w nich rezonuje i jest bliska ich sercu. Marek Berky wyznał, iż czuje się zarówno Słowakiem, jak i Polakiem, a tę swoistą odmienność tra-

ktuje jako dar. Dziś na wiele spraw spogląda z innej perspektywy właśnie dzięki temu, że mógł poznać polską kulturę. Z kolei Juraj Koudela czuje się Słowakiem, choć Polska stale obecna jest w jego życiu; śledzi to, co dzieje się w Polsce, ma polskich przyjaciół, z Polską związana też jest jego praca. Juraj spędził prawie rok w Szczecinie, wielokrotnie bywał w Polsce, a przez 10 lat pracował dla krakowskiej firmy. Podczas spotkania mówił, iż był czas, kiedy lepiej znał ortografię polską niż słowacką. Z wypowiedzi obu zaproszonych gości można było dowiedzieć się również, czy spełnili swoje dziecięce marzenia, jakie książki czytają i jakiej muzyki lubią słuchać. Nie zabrakło oczywiście zabawnych momentów, jak choćby te, kiedy panowie wspominali swoje przygody z polskimi

i słowackimi wyrazami, podobnie brzmiącymi, ale o zupełnie innym znaczeniu. Ponieważ spotkanie odbyło się przed Bożym Narodzeniem, padły także pytania o to, jak spędzają święta: po polsku czy po słowacku. W odpowiedzi panowie podzielili się swoimi kulinarnymi doświadczeniami. U Marka Berky na stole goszczą potrawy z obu krajów: „Wigilię zaczynamy od dzielenia się polskim opłatkiem, potem mamy słowacki z czosnkiem i miodem, następnie jest barszcz z uszkami, po nim kapustnica, pierogi i karp”. Natomiast Juraj Koudela preferuje typowo słowackie potrawy świąteczne, choć miło wspomina pewne święta w Polsce z typowymi 12 polskimi daniami, a także bigos, który sam przygotował dwa razy. To był miły wieczór pełen interesujących opowieści i wspomnień, przeplatany utworami, które na skrzypcach wykonał Marek Berky. Chociaż spotkanie odbyło się online, to jego plusem było to, że bez wychodzenia z domu można było poznać i gościć w domach dwie ciekawe osobowości: Marka Berky’ego i Juraja Koudelę. Kto nie oglądał spotkania w czasie realnym, może je jeszcze obejrzeć na www.polonia.sk. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Projekt realizowany z finansowym wsparciem Funduszu wspierającego kulturę mniejszości narodowych

15


Nadzieja w szkolnym wydaniu

M

ałą tradycją Szkoły Polskiej przy Ambasadzie RP w Bratysławie są coroczne kreatywne warsztaty świąteczne. I choć na kolej-

ną edycję tego wydarzenia nie pozwoliła epidemia, nauczyciele nie zasypali gruszek w popiele. Przeprowadzili wirtualną akcję

świąteczną „Obdarzmy się nadzieją w te święta”, by mimo wszystko zmobilizować brać szkolną do wspólnego twórczego świętowania, nawet jeśli z zacisza własnych domów. Idea była prosta – zebrać w jednym miejscu zdjęcia i filmy, przedstawiające działania świąteczne, realizowane przez uczniów i pedagogów wraz z rodzinami, by dzielić się nadzieją, by trwać razem pomimo zamknięcia szkoły i niemożności spotkania się. Efekt przerósł oczekiwania – na stronie internetowej szkoły zaroiło się od nagrań kolęd, zdjęć kartek

G

dy we wrześniu minionego roku mój mąż Maroš oznajmił mi, że zgłosił się do znanego teleturnieju „Duel”, emitowanego w słowackiej telewizji publicznej, zrobiłam tylko wielkie oczy i pokiwałam lekko głową. Cóż, program wprawdzie o niezwykle wysokim poziomie trudności, ale czemu nie? Do odważnych świat należy, a ja od dawna wiedziałam, że mam w domu omnibusa. Zresztą krótko po tej pierwszej rozmowie szybko i bezboleśnie przeszedł etap wstępnej selekcji przez telefon, pozostało więc już tylko czekać na wyznaczenie terminu nagrania z jego udziałem. Choć początkowo mu się poszczęściło, bo już dwa tygodnie później jeden z potencjalnych zawodników złamał rękę i mój mąż dostał możliwość „wskoczenia” na jego miejsce, to jednak zaczął swoją przygodę ze studiem telewizyjnym od pecha, bo na dzień przed nagraniem odwołano je z powodu zakażenia koronawirusem niektórych członków ekipy pracującej nad programem. Ale co się odwlecze, to nie uciecze i w połowie października nadszedł 16

Tata w telewizorze w końcu TEN dzień – dzień pierwszego nagrania. Ponieważ sesja nagraniowa trwa od rana do wieczora, zgodnie z otrzymaną z telewizji instrukcją starannie spakowaliśmy do torby sportowej kilka zestawów ubrań, odpowiadających jesiennozimowej aurze, i czekaliśmy na swój moment. Nieprzypadkowo posługuję się tu liczbą mnogą, bo choć w całej przygodzie uczestniczył przede wszystkim mój mąż, to jednak wszystko przeżywała z nim najbliższa rodzina.

świątecznych, dekoracji, kolorowych przebrań, bożonarodzeniowych wypieków i tchnących nadzieją

Ten pierwszy piątek w studiu ponownie okazał się falstartem, bo ze względu na kolejne wygrane jednego z zawodników, mój mąż po prostu nie załapał się do gry! Cóż, nieprzypadkowo utarło się powiedzenie, że do trzech razy sztuka. Na szczęście następna szansa pojawiła się już na drugi dzień. I tak w sobotę, 17 października, o godzinie 7:30 Maroš wyruszył na nagranie, by przekonać się, na ile tak naprawdę go stać i – jak się szybko okazało – zadziwić wszystkich swoich przyjaciół oraz bliskich i oczarować widzów programu. Pierwsza wygrana gra szybko zamieniła się w drugą, druga w kolejną i tak mój mąż doszedł tego dnia aż do siedmiu zwycięstw. Najbliżsi, czekający z niepokojem na kolejne wiadomości od niego, przecierali tylko oczy ze zdumienia i nie wiedzieli już, jakimi słowami wyrażać swój zachwyt. Pamiętam, że tego dnia byłam akurat w pracy i o sukcesie mojego Słowaka informowałam na bieżąco moich współpracowników, a w drodze do domu wszystkich napotkanych sąsiadów. Radość i duma były przeogromne! Kto zna teleturniej „Duel”, ten MONITOR POLONIJNY


Sukces uczennicy Szkoły Polskiej w Bratysławie D

opowiadań. Prawdziwa magia! Jeśli, drogi Czytelniku, również chcesz ją poczuć i zaczerpnąć radosnej atmosfery, koniecznie zajrzyj na stronę: www.bratyslawa.orpeg.pl. NATALIA KONICZ-HAMADA

ziałająca na polu edukacji i szerzenia polskiej kultury za granicą fundacja Green Team pod koniec 2020 roku zorganizowała projekt wokalno-muzyczny dla uczniów szkół polonijnych z całego świata pod nazwą Polonijne kolędowanie „Dzieci dzieciom”. W rekrutacji do programu wzięło udział prawie 160 dzieci – tak ogromna liczba chętnych zaskoczyła nawet samych organizatorów akcji. Ostatecznie jury wybrało 44 dzieci z 26 krajów w tym Apolonię Żak, uczennicę III klasy Szkoły Polskiej przy Ambasadzie RP w Bratysławie. Dzięki temu wyróżnieniu Pola miała okazję

wie, że już jedno zwycięstwo jest nie lada sukcesem. A co dopiero siedem! Nawet nasze małe dzieci dały swojemu tacie odczuć przeżywaną przez siebie euforię, rzucając się na niego z piskiem i krzykiem, gdy tylko przekroczył próg domu. Tego wieczora analizowaliśmy każdego jednego przeciwnika, każdy jeden przebieg gry i każde jedno pytanie, na które udało się i nie udało się odpowiedzieć mojemu mężowi. A to przecież wcale nie był koniec. Tydzień później Maroš ponownie wybrał się do studia, by wygrać jeszcze trzy kolejne gry i wreszcie ulec w jedenastej odsłonie wyraźnie słabszej przeciwniczce przez zwyczajny brak szczęścia. Gryzł się tą przegraną jeszcze przez kilka dni, ale najbliżsi wiedzieli swoje – mamy w rodzinie niesamowicie mądrego faceta. Dziesięciu zwycięstw w „Duelu” w 2020 roku nikt przed nim nie osiągnął. Gdy miesiąc później nadszedł czas emisji odcinków z udziałem mojego męża, rodzina i znajomi siedzieli przed telewizorami jak na szpilkach. Emocje były ogromne, nawet wśród tych, którzy znali końcowy wynik. STYCZEŃ 2021

spotkać się zdalnie (pomimo różnych stref czasowych!) z polonijnymi dziećmi z najodleglejszych zakątków globu, dowiedzieć się, w jakich szkołach się uczą, i wspólnie z nimi zaśpiewać po polsku. Brała też udział w treningu wokalnym, prowadzonym przez Nicole Kuleszę, uczestniczkę słyn-

Nasz niespełna dwuletni synek patrzył na tatę w telewizorze lekko zaskoczony i sprawdzał co chwilę za plecami, czy tata aby na pewno siedzi również na kanapie. Kolejnymi sukcesami Maroša żyła również jego rodzinna wieś. Na lokalnym forum mieszkańców codziennie pojawiał się wideoskrót z trafionych przez mojego męża odpowiedzi, a w miejscowej karczmie wyświetlano na wielkim ekranie „Duel” z jego udziałem (teść, wracając jednego wieczora z kościoła, uchwycił to nawet na zdjęciu!). Nagła popularność z jednej strony zaskoczyła Maroša,

ZDJĘCIA: NATALIA KONICZ-HAMADA, FACEBOOK

nego programu muzycznego The Voice of Poland. Owocem warsztatów jest kolęda Gdy się Chrystus rodzi w wykonaniu wszystkich dzieci zaangażowanych w projekt i powstały do niej teledysk, transmitowany w mediach polonijnych na całym świecie. Cel akcji jest szczytny – emisja klipu służy do rozpowszechnienia prowadzonej równolegle przez fundację zbiórki na rzecz dzieci z placówek opiekuńczo-wychowawczych. Zachęcamy do wzięcia w niej udziału, a polskiej kolędniczce ze Słowacji serdecznie gratulujemy! NATALIA KONICZ-HAMADA

z drugiej sprawiła mu ogromną przyjemność. Dodała jego wielkiemu zwycięstwu nowego smaku; było mu niezwykle miło, że tak wielu znanych i zupełnie obcych mu ludzi trzyma za niego kciuki i mu kibicuje. Dzięki nim nawet porażka w jedenastej grze miała odrobinę słodszy smak. Na dodatek po przegranej pojawiła się zaskakująca wisienka na torcie w postaci krótkiego wywiadu, przeprowadzonego z moim mężem przez prowadzącego „Duel” Gregora Mareša, i opublikowaniu go na fejsbukowej stronie programu. Dzięki niemu Maroš miał jeszcze okazję podsumować swój sukces i pożegnać się z widzami. Niektóre pytania i odpowiedzi, które nie przyszły do głowy w porę, przede wszystkim ta ostatnia, dotycząca katedry prawosławnej pw. św. Cyryla i Metodego w Michalovcach, pewnie jeszcze długo z nami zostaną, ale zdobytych osiągnięć nikt już mojemu mężowi nie odbierze. I jeśli ktoś kiedyś spyta moje dzieci, co potrafi ich tata, mogą mu z dumą odpowiedzieć: „Wygrywać w Duelu!”. NATALIA KONICZ-HAMADA 17


Jak obudzić

mieszkań ców fantazji

ców fantazji, czyli kukiełki, lalki i rzeźby. Niektóre ze znanych bajek, inne mniej znane, ale ciekawe, wręcz intrygujące. „Ta rzeźba ma dla naszej rodziny szczególne znaczenie, przedstawia bowiem anioła oczekiwania na nowe życie. Kiedy go stworzyłam, nasze rodzinne marzenie się spełniło, bowiem kilka tygodni temu na świat przyszedł mój wnuczek“ – zdradziła autor-

K

iedy w pewne grudniowe popołudnie „obudziliśmy“ mieszkańców fantazji, byli tym zachwyceni – odwdzięczyli się pięknymi spojrzeniami, historiami „nie z tej ziemi“ i przede wszystkim nadzieją na lepsze czasy. Tak po krótce można by opisać to, co oferuje niecodzienna wystawa pod na-

18

zwą „Mieszkańcy fantazji“, którą 17 grudnia otwarto w Instytucie Polskim w Bratysławie. Klub Polski wraz ze swoim partnerem – Instytutem Polskim – co roku organizuje wystawy artystów polskich bądź polskiego pochodzenia mieszkających na Słowacji, a cykl ten nosi nazwę „Sztuka z naszych szeregów“. W tym roku swoje prace prezentuje Beata Westrych Zazrivcová, która od 35 lat pracuje i tworzy

w bratysławskim Teatrze Lalek. Nic więc dziwnego, że przedstawia mieszkań-

ZDJĘCIA STANO STEHLIK

ka. Zwróciła też uwagę na lalki i kukiełki, którymi można poruszać za pomocą żyłek lub ożywić je w inny sposób. To prawdziwe zaproszenie do świata fantazji. „Przed zaśnięciem często czytam sobie bajki, by móc zżyć się ze swoimi bohaterami, których zamierzam stworzyć“ – zwierzyła się Beata Westrych Zazrivcová. Co ciekawe, autorka urodziła się i wyrastała w Krośnie, gdzie teatru lalek nie było,

Projekt realizowany z finansowym wsparciem Funduszu wspierającego kulturę mniejszości narodowych

MONITOR POLONIJNY


więc jako dziecko nie miała szans zajrzeć do takiego świata fantazji. Może dlatego z jeszcze większą determinacją tworzy ten świat, by zachwycić nim innych? A to jej się udaje, gdyż jej prace zachwycają nie tylko widzów bratysławskiego teatru, ale można je zobaczyć na scenach polskich, austriackich czy włoskich. Podczas wernisażu dowiedzieliśmy, że prezentowana wystawa jest spełnieniem marzeń autorki. Ponieważ jej otwarcie zbiegło się z okrągłym jubileuszem życiowym pani Beaty, życzymy jej stu lat i kolejnych spełnionych marzeń! A naszych

STYCZEŃ 2021

czytelników i małych, i dużych, zachęcamy do obejrzenia jej prac, by mogli ożywić mieszkańców fantazji. Część ekspozycji stanowią też obrazy Moniki Zazrivcovej, które powstały jako impresje z jej podróży do różnych zakątków świata. Z uwagi na obostrzenia pandemiczne wernisaż odbył się bez szerokiej publiczności, ale można go obejrzeć w Internecie (film jest dostępny na stronie www.polonia.sk). Dla miłośników sztuki mamy też dobrą wiadomość – ekspozycję będzie można zwiedzać indywidualnie w galerii Instytutu Polskiego do końca stycznia! RED.

Od

sześciu lat mieszkańcy Dolnego Śląska mogą zgłaszać kandydatów do plebiscytu „30 kreatywnych Wrocławia“. W tym roku wpłynęło ponad 160 zgłoszeń. Plebiscyt organizuje wrocławski samorząd oraz portal miejski wroclaw.pl. Nominacje zgłaszane są w czterech kategoriach: nauka, biznes, kultura/sztuka/dizajn i społeczeństwo/miasto. Wśród tegorocznych laureatów znalazł się dobrze znany polonijnemu środowisku na Słowacji Tomasz Bienkiewicz, który kiedyś mieszkał w Bratysławie, a w latach 2012 - 2016 pełnił funkcję prezesa Klubu Polskiego. Bienkiewicz obecnie mieszka we Wrocławiu, gdzie w 2016 roku wraz z Konradem Weiskiem założył firmę Spyrosoft, która jest producentem oprogramowań. Firma ma już biura w Polsce, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Chorwacji i USA. Klientami Spyrosoftu są m.in. firmy z branży automotive, bankowości czy przemysłu 4.0. Firma wykorzystuje rozwiązania zaawansowanej technologii, m.in. chmury publiczne, Artificial Inteligence (AI) czy Mixed Reality. Gratulujemy sukcesów i życzymy kolejnych osiągnięć na skalę światową! red. 19


Ż

yjemy w globalnym świecie zdominowanym przez technologię. Chociaż dokładniej należałoby napisać – przez komputerowe i mobilne aplikacje, czyli software. Zanim jednak nadeszły czasy, kiedy każdy problem można rozwiązać za pomocą aplikacji, musiał powstać sprzęt, który byłby w stanie je obsłużyć. Druga połowa XX wieku to przede wszystkim gwałtowny rozwój komputerów i walka o jak najszybsze procesory. Okazuje się, że rozwój ten nie byłby możliwy bez polskich nazwisk, które na trwałe zapisały się w historii techniki komputerowej. W poniższym tekście chciałbym przybliżyć sylwetkę jednej z takich osób.

Ocalony z Holokaustu. Nowa ojczyzna Idea komputera osobistego (personal computer, czyli PC) mogła urzeczywistnić się w latach 70. minionego wieku za sprawą masowej produkcji tanich i wydajnych mikroprocesorów. Chociaż ostatecznie wyścig o kształt takiego komputera wygrała firma IBM, do dzisiaj pamiętna jest rywalizacja innych marek – Commodore i Atari. Za ich sukcesami stał Jack Tramiel, a właściwie Jacek (Idek) Trzmiel, polski Żyd, urodzony w 1928 roku w Łodzi. W czasie II wojny światowej wraz z rodzicami znalazł się w łódzkim getcie, skąd został deportowany do obozu Auschwitz. Przeżył tylko dlatego, że Józef Mengele zdecydował się wykorzystać młodego chłopca do swoich eksperymentów medycznych. Gdy Jacka przeniesiono do innego obozu w głąb Niemiec, więźniów wyzwoliły amerykańskie wojska. Po ślubie z pochodzącą z Łodzi Helen młoda rodzina zdecydowała się na emigrację do USA. Z dziesięcioma dolarami w kieszeni Jacek łapał się każdej pracy, którą znalazł, jednak nie wystarczało to na utrzymanie rodziny. Zdecydował się więc wstąpić do amerykańskiej armii, chcąc spłacić moralny dług za wyzwolenie go z obozu. Co ważne, oprócz żołdu wojsko zapewniło mu szkolenia zawodowe, m.in. kurs naprawy sprzętu biurowego. 20

Zdolny biznesmen

Nowa branża, nowe sukcesy

Po zakończeniu służby nasz bohater zatrudnił się w firmie naprawiającej maszyny do pisania, zmieniwszy nazwisko na bardziej amerykańskie. Jako Jack Tramiel pomógł nowemu pracodawcy w zdobyciu kontraktu na naprawę sprzętu wojskowego, jednak nie doczekawszy się podziękowań, postanowił założyć własny biznes. Naprawa i sprzedaż importowanych ze wschodu tańszych maszyn do pisania okazały się bardziej opłacalne. Zimna wojna spowodowała, że USA nałożyły embargo m.in. na spro-

Znany z wielkich ambicji i twardego charakteru Tramiel przeprowadził się do słynnej Krzemowej Doliny w Kalifornii. Zdecydował się zmienić profil firmy i rozpocząć produkcję pierwszych komputerów osobistych, namówiony do tego przez młodego inżyniera, Chucka Peddle’a. Ten, będąc w kłopotach finansowych, zdecydował się sprzedać swój pomysł oraz całą firmę polsko-amerykańskiemu biznesmenowi, co było warunkiem dalszej współpracy. Ta przyniosła niezwykłe owoce, bo zaprezentowany

Dolina Krzemowa

Polakami stoi?

wadzane z czeskiego Brna (ze słynnej „Zbrojovki”) tańszych części do maszyn. Takich obostrzeń nie nałożyła Kanada, zatem nasz biznesmen przeniósł się na północ, gdzie mógł bez przeszkód rozwijać swój biznes jako Commodore Business Machines International. Rozwój elektroniki spowodował, że firma zaczęła produkować pierwsze kalkulatory, jednak jej ekspansja została przerwana przez małą podaż drogich mikroprocesorów, będących sercem i mózgiem każdego urządzenia. Firma Commodore znalazła się na skraju bankructwa, od której uratowała ją seria pożyczek od działających w półświatku osób – do końca życia była to plama na honorze naszego biznesmena.

w 1977 roku komputer PET-2001 okazał się ogromnym hitem. Każdy chciał mieć futurystycznie wtedy wyglądający zestaw: monochromatyczny monitor, magnetofon i klawiatura wyglądały niczym rekwizyty ze słynnego filmu „Odyseja Kosmiczna: 2001”.

Komputer który podbił rynek Silna konkurencja, m.in. firmy Apple, sprawiła, że kluczem do pozostania na rynku komputerów było wprowadzanie coraz to nowszych i tańszych modeli. Największym w dziejach hitem firmy był niewątpliwie wprowadzony na rynek w 1982 roku model C64, znany także dzisiejszemu MONITOR POLONIJNY


pokoleniu polskich 40-latków. Był on odzwierciedleniem maksymy Jacka: „Komputery dla mas, nie dla klas”. Impulsywny biznesmen w 1986 roku odszedł z firmy po konflikcie ze swoim współudziałowcem i wykupił będącą w kłopotach firmę Atari. Wiedziony chęcią zrewanżowania się swoim dawnym kolegą Jack Tramiel zastosował teraz inną maksymę: „Biznes to wojna”. Wykorzystując swoje doświadczenie, wprowadził na rynek słynny model Atari ST, z którego bogatych możliwości chętnie korzystali muzycy (m.in. Jean Michel Jarre, Mike Oldfield czy... Czesław Niemen). Wojna niestety niszczy obie strony konfliktu, więc na ostrej konkurencji skorzystali producenci forsujący komputery klasy IBM PC. Commodore i Atari ostatecznie zbankrutowały na przełomie lat 80. i 90., a prawa do popularnych marek przejęli inni inwestorzy.

Wpływowy Amerykanin, Żyd i Polak Jack Tramiel na emeryturze wykorzystywał status żywej legendy biznesu i doświadczenia Holocaustu, aktywnie udzielając się w żydowskoamerykańskiej Lidze przeciw Zniesławieniom (ADL). Zmarł w 2012 roku, do końca podkreślając swoje polskie pochodzenie. W ciekawym wywiadzie, udzielonym pierwszemu polskiemu czasopismu komputerowemu „Bajtek“, na pytanie, czy mówi po polsku, odpowiedział: „Kiedyś mówiłem. Do dziś rozumiem wszystko i jestem pewien, że po kilku tygodniach pobytu w Polsce porozumiewałbym się zupełnie swobodnie”. Był rok 1987, czyli czas, kiedy modele Coommodore 64 i Atari ST były w naszym kraju sprzedawane przez „Pewex”. Mimo trudnej sytuacji gospodarczej w Polsce komputery te świetnie się sprzedawały, a Tramiel we wspomnianym wywiadzie powiedział, iż mógł decydować o tym również sentyment do osoby prezesa. O kolejnych polskich akcentach w Dolinie Krzemowej opowiem w kolejnym numerze „Monitora”. ARKADIUSZ KUGLER STYCZEŃ 2021

Pisano, że to dzieło nowatorskie, że pierwszy raz w Polsce wykorzystano rap i skrecze (z taśmy magnetofonowej), że muzyka jest wielokulturowa, a dziecięcych wykonawców potraktowano w nagraniach zupełnie na serio. Podkreślano świetne kompozycje Waglewskiego i spółki, mocne, prawdziwe dziecięce teksty autorstwa Jerzego Bielunasa i postać Leszka Rybarczuka, Czulym uchem który stworzył okładkę oraz projekt gry, gdyż album zawierał również grę planszową, w której obrazkach doszukiwałem się nawiązań do tekstów piosenek. ziś już nie wiem, czy miałem sześć, To dzięki niej poznałem smak frustracji. siedem, a może osiem lat, gdy na Do dzisiaj nie wiem, czy w zestawie były Osiedlu Słonecznym w Bochni, szumnie pionki, czy nie, a jak były, to w jaki spozwanym „Słoneczkiem”, w mieszkaniu sób mieściły się w tak wąskim pudełku. Gdy się w niebie zrobi dziura / To wujostwa, w pokoju starszych ode mnie w tę dziurę dawaj nura / Już szybujesz kuzynów znalazłem na półce płaskie, w głębi toni / Nikt cię tutaj nie dogoni kartonowe pudełko z pięknie namalowaPrzy każdej wizycie u wujostwa zanunym samochodem stojącym pod palmą. rzałem się w dźwiękach zaklętych na Błyszczący czerwony kabriolet i sterczączarnym dysku. Dzięki nim poznawace z niego gryfy gitar sprawiły, że coś we łem nowe emocje, te nieobecne jeszcze mnie drgnęło. i te jeszcze nienazwane. Słyszałem je Ciekawość szybko złamała cienką w piosence Skacze ślimak, śpiewa żajeszcze gałązkę zdrowego rozsądku kilba, w piosence Planetarium w akwakulatka i pchnęła go w stronę zuchwalrium albo wtedy, gdy w samym środku stwa. Wścibskie paluszki złapały obiekt pożądania i delikatnie wysunęły go rockandrollowej Czwartej klasy na obz półki. I wtedy nastąpiła katastrofa, bo casach zaczyna śpiewać dziewczynka. z pudełka wypadło takie czarne coś Pewnego dnia Artur przestał się kręi upadło na podłogę. cić. Odkryłem wtedy, że obracając palNie pamiętam, co było dalej. Mogę socem płytę na talerzu, cichutki dźwięk wydobywa się z wkładki gramofonu. bie jedynie wyobrazić ciocię, jak kręciła Z uchem przyłożonym do martwego głową nade mną. Historia w każdym raurządzenia starałem się kręcić w miarę zie miała szczęśliwy koniec. Dzięki swojemu zuchwalstwu poznałem Artura, równo, żeby można było rozpoznać a żadnego Artura wcześniej nie znałem. piosenkę. Cichy, zakłócony przekaz z innego świata. Czasem straszny, innym Artur był gramofonem. Oprócz talerza razem śmieszny. Nie pamiętam dnia, miał cztery guziki, w tym jeden groźnie gdy zrobiłem to po raz ostatni. czerwony, trzy zabawne suwaki i dwa Chłopiec rósł, wchodził w życie, staczerwone głośniki z czarnymi maskowwał się dorosłym. Potem wyjechał i już nicami. To właśnie Artur odkrył przede nigdy nie wrócił. Pewnego dnia tam, mną magiczne właściwości czarnego gdzie teraz jest, zobaczył na ekranie dysku, który wypadł z pudełka. wesoły obrazek ze lśniącym czerwonym Od tej pory w świecie chłopca miało samochodem stojącym pod palmą. się pojawić sporo nowego... Wtedy poczuł to puste miejsce, które Zimowe ferie roku 1988, tajemnicza znajduje się zaraz pod sercem i przypoorkiestra Towarzystwa Przyjaciół Chińmniał sobie Artura, pokój i płytę. skich Ręczników, znana również jako Przypomniał sobie, że to wtedy pierwVoo Voo, wspomagana przez przyjaciół, szy raz w życiu dowiedział się o tajemwchodzi do studia z ambitnym zamiarem niczej dziurce znajdującej się pod nagrania pierwszej w Polsce prawdzisercem. Tylko wtedy była ona bardzo wie rockowej płyty dla dzieci. Cała himalutka i nie wiedział jeszcze, czym storia owiana jest tajemnicą. Niewiele ŁUKASZ CUPAŁ tak naprawdę jest. wiadomo i niewiele się o tym mówi.

Bajka o pewnej płycie

D

21


wybuchu wojny między sąsiadującymi ze sobą Hondurasem i Salwadorem, co w swojej książce pt. „Wojna futbolowa” opisał „cesarz reportażu” Ryszard Kapuściński. Przyjrzyjmy się jaki był rok 2020 w polskiej piłce nożnej.

Fenomen

Reprezentacja narodowa

piłki nożnej P

iłka nożna to więcej niż sport. Ta dyscyplina sportu uprawiana jest praktycznie wszędzie i przez mieszkańców wszystkich krajów na świecie, zwłaszcza przez młodszą część społeczeństwa. Dzieci i młodzież często utożsamiają się ze swoimi piłkarskimi idolami na równi z gwiazdami muzyki. W związku z tym piłka nożna wyzwala wielkie, czasem wręcz niekontrolowane emocje, niezależnie od poziomu sportowego piłkarzy danego kraju. W 1969 roku przegrany mecz piłki nożnej doprowadził do

Kadra narodowa to główny wyznacznik poziomu futbolu każdego kraju. Na podstawie wyników meczów drużyny narodowej Międzynarodowa Organizacja Piłkarska FIFA sporządza swój comiesięczny ranking. Na jego zaś bazie ustalany jest porządek rozstawienia do poszczególnych koszyków w trakcie losowań grup eliminacyjnych do rozgrywek światowych czy kontynentalnych czempionatów. Polska w ostatnim czasie plasuje się pod koniec drugiej dziesiątki. W ostatnim notowaniu z 10 grudnia 2020 roku uplasowała się na 19. miejscu. Najwyższe, 5. miejsce odnotowaliśmy w sierpniu 2017 roku za czasów trenera Adama Nawałki. Najniższe zaś, 78 miejsce w listopadzie 2013 roku, gdy ten sam trener przejmował stery narodowej reprezentacji z rąk Waldemara Fornalika.

Mistrzostwa Europy W minionym roku koronawirus pokrzyżował plany wielu sportowcom, również piłkarzom. Latem miały się odbyć finały mistrzostw Europy, w których miała wziąć udział reprezentacja Polski. Tak jak większość wielkich wydarzeń sportowych piłkarski czempionat starego kontynentu nie odbył się w terminie – został przełożony na rok 2021. Miejmy nadzieję, że w czerwcu i lipcu piłkarze będą mogli zaprezentować swoje umiejętności. Dla słowackich Polaków mistrzostwa te będą bardziej emocjonujące niż poprzednie, gdyż reprezentacja Słowacji w dodatkowych meczach barażowych zakwalifikowała się do finałowej rozgrywki i trafiła do grupy z Polską, Hiszpanią i Szwecją. Mecz między sąsiadami zostanie rozegrany 14 czerwca 2021 w Dublinie.

Polska 2020 Polska reprezentacja rozegrała w 2020 roku niewiele meczów. Większość z nich odbyła się w ramach drugiej edycji nowych rozgrywek, nazwanych Ligą Narodów. Europejskie

Obca kobieta

C

hociaż mówi się, że człowiek to zwierzę stadne, zdarza się czasami, że od pewnego typu ludzi uciekamy, gdzie pieprz rośnie. Na ogół drażnią nas osoby nerwowe, wymagające lub zbyt skupione na sobie. Niewielu z nas podejmuje trud sprawdzenia, dlaczego konkretny człowiek zachowuje się tak, a nie inaczej, co nim powoduje, o czym myśli i czego chce tak naprawdę. No właśnie – cała sztuka w tym, by zadać sobie te pytania… Powieść Marii Kuncewiczowej „Cudzoziemka” jest książką, po którą sięgam od czasu do czasu. Ta niewielka objętościowo opowieść jest dla mnie majstersztykiem prozy psychologicznej, skłania do rozmyślań nad tym, jak skomplikowana jest ludzka osobowość. To klasyka literatury pol22

skiego międzywojnia, przetłumaczona na wiele języków i nadal wznawiana. Główna bohaterka – Róża – to ponad sześćdziesięcioletnia kobieta, jeśli napiszę „trudna”, będzie to dość łagodne ujęcie jej charakteru… Od lat nieszczęśliwa, wylewająca wręcz swoje żale na członków rodziny,

sparaliżowanych strachem, czy żonę i mamę uda się w końcu udobruchać, nie rozumiejących jej huśtawek nastrojów i chyba zrozumieć nie chcących, marzących o świętym spokoju. Bliscy „cudzoziemki” zostali sportretowani równie wybornie – ich pogłębione psychologicznie portrety

odzwierciedlają wiele tych, nie starzejących się z upływem lat, które znamy z naszych domów A sama Róża? Dziś powiedzielibyśmy, że to osobowość neurotyczna, skupiona na sobie, nadwrażliwa, obarczająca winą za spotykające ją nieszczęścia ludzi, którzy mimo wszystko przy niej trwają. Poznajemy tę bohaterkę w ostatnim dniu jej życia, kiedy wszystkie

MONITOR POLONIJNY


reprezentacje podzielone zostały na cztery poziomy rozgrywkowe wg rankingu FIFA. Polska gra w najwyższej sklasyfikowanej grupie – Lidze A, gdzie 16 drużyn przyporządkowano do 4 grup. W ramach tych rozgrywek każda drużyna rozgrywa z każdym przeciwnikiem po 2 mecze w grupie – jeden na swoim stadionie, a drugi u przeciwnika. Polska zajęła trzecie miejsce w swojej grupie, za Włochami i Holandią, a przed Bośnią i Hercegowiną, która spadła do Ligi B. W sześciu spotkaniach udało nam się 2 razy wygrać z drużyną z Bałkanów, raz zremisować z Włochami, a pozostałe mecze przegraliśmy. Na pocieszenie Polska wygrała dwa jesienne mecze towarzyskie z Finlandią i Ukrainą.

Eliminacje mistrzostw świata W 2022 roku odbędą się kolejne mistrzostwa świata, tym razem w nietypowym dla piłki nożnej miejscu i niespotykanym dotychczas terminie – najlepszych piłkarzy świata w listopadzie i grudniu 2022 roku będzie gościć Katar. Z Europy na ten mundial pojedzie 13 reprezentacji. W eliminacjach uczestniczy 55 ekip narodowych, podzielonych na 10 grup po dobre i złe wspomnienia przesuwają się jej przed oczami niczym pociąg, którym przyjechała z Rosji do Polski. Od początku nierozumiana, niedoceniana, nie mogła spędzić życia inaczej, niż tęskniąc za przeszłością. W Rosji pozostawiła swoją wielką miłość, po przeprowadzce do Polski pozbawiono ją możliwości rozwoju kariery muzycznej – a była dobrze zapowiadającą się artystką. Czuła się więc wszędzie obca, nieakceptowana – i to nadało charakter całemu jej losowi. Miłość, talent i uroda – te trzy filary egzystencji Róży, stały się dla niej najpierw źródłem szczęścia, a potem przyczyną ogromnego cierpienia. STYCZEŃ 2021

5 lub 6 drużyn w każdej. Do finałów w Katarze zakwalifikują się zwycięzcy grup eliminacyjnych oraz 3 drużyny wyłonione w barażach. W tych zaś wezmą udział zespoły, które zajmą drugie miejsca w swoich grupach oraz 2 drużyny spośród pozostałych reprezentacji, które w rozgrywkach ostatniej Ligi Narodów zajęły najwyższe lokaty. Polska wielokrotnie trafiała w eliminacjach różnych rozgrywek do grupy z Anglią i tym razem tradycji stało się zadość. Jest to dla nas bardzo trudny przeciwnik i tylko raz, w 1973 roku, udało nam się z nim wygrać 2:0 na Stadionie Śląskim w Chorzowie i wyeliminować go po pamiętnym zwycięskim remisie na

Dopiero ostatnie chwile życia uświadomiły jej, że mogła inaczej pokierować swoim losem, wpuścić do codzienności odrobinę przyzwolenia na niedoskonałość, a kto wie, może nauczyć się cieszyć zwykłymi sprawami. Poprawiłoby to jej relacje nie tylko z rodziną, ale i z nielicznym gronem znajomych oraz pomogło dostrzec naturalne radości życia – powiększającą się rodzinę, świadome wykorzystanie muzycznych talentów i estetycznej wrażliwości, no i fakt, iż Marta, córka Róży, odziedziczyła po niej talent. Ale było – minęło: życie się kończy, a czas na rachunek sumienia i przeprosiny zbyt krótki…

Wembley. Co było potem, wszyscy kibice doskonale pamiętają – wielki sukces na mistrzostwach świata w FRN w 1974 roku. Poza Anglią do naszej grupy los przydzielił Węgry, Albanię, Andorę i San Marino. Wszystkie te drużyny są w naszym zasięgu, ale – jak wiadomo – w sporcie wszystko rozstrzyga się na boisku. Pierwsze mecze odbędą już w marcu 2021 roku. Zaczniemy od wyjazdowego spotkania z Węgrami, potem mecz na swoim stadionie z Andorą, a 31 marca znów zagramy na Wembley… Za miesiąc przyjrzymy się rozgrywkom klubowym. STANISŁAW KARGUL

„Cudzoziemka” nie jest powieścią ckliwą, przepełnioną szlochem odchodzącej w cień bohaterki. Wręcz przeciwnie – niczym lekarze od duszy możemy przyjrzeć się głównej postaci i jej rodzinie z wielu punktów widzenia. Pokusić się

o diagnozę. Coś zrozumieć. Wnioski płynące z fabuły są bezcenne, chociaż powszechnie znane: zamiast codziennie zanurzać się w stojących wodach tęsknoty za przeszłością, otrząśnijmy się i pozwólmy sobie na krok do przodu. Czasami życie nie toczy się tak, jakbyśmy chcieli, ale jego inny bieg też może być interesujący i w efekcie prowadzić do szczęścia oraz spełnienia. Dobry to pomysł na Nowy Rok i ciekawa wskazówka. Gdyby Róża mogła przemówić z zaświatów, z pewnością powiedziałaby właśnie to: Chwytaj dzień, bo jakże tu umrzeć, skoro nie żyło się wcale! AGATA BEDNARCZYK 23


Co przywieźć

z Polski? I

Krówki! Hity Retro

le razy wyjeżdżałem do Polski i pytałem, co przywieźć z mojej drugiej ojczyzny, tyle razy otrzymywałem jednoznaczną odpowiedź – krówki! Co mają w sobie te cukierki, że na Słowacji cieszą się taką popularnością? Krówki towarzyszyły mi zawsze podczas letnich wakacji, spędzanych w Polsce u rodziny. Pamiętam z czasów PRL-u, że rozpakowanie ich z przywierającego do cukierka papierka było niekiedy dość kłopotliwe, a ja, spragniony rarytasu, niecierpliwiłem się, chcąc jak najszybciej go posmakować. Historia tych polskich cukierków zaczęła się w okresie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy to w Poznaniu została założona pierwsza fabryka słodyczy Feliksa Pomorskiego, później przeniesiona do Milanówka pod Warszawą. Ich oryginalny smak spowodował, że szybko stały się popularne w całym kraju. Ta popularność zaowocowała różnymi domowymi odmianami krówek. W sklepach można je było kupić tylko na wagę. Dawniej były dostępne tylko w dwu rodzajach: kruche i ciągutki. Dziś producenci oferują różne smaki: mleczne, waniliowe, kakaowe, cynamonowe, z makiem i wiele, wiele innych. Te z mojego dzieciństwa miały szczególny smak. Pamiętam związaną z nimi opowieść, którą opowiedziała mi moja babcia. Podczas II wojny światowej mój prapradziadek pracował w cukrowni niedaleko Kutna. Rodzina znalazła się tam po zbombardowaniu kamienicy w Warszawie. W domu zbytnio się nie przelewało. Na święta Bożego Narodzenia Niemcy, którzy zarządzali cukrownią, potajemnie dawali polskim pracownikom po bryle cukru, co było wtedy prawdziwym skarbem. Z jej części praprababcia przygotowywała krówki. Przez kilka godzin gotowała w garnku wodę ze skrobią, mlekiem i cukrem, często mieszając. Przygotowaną masę kroiła następnego dnia i rozdawała dzieciom, które takie domowe krówki jadły tylko raz w roku – na Boże Narodzenie. Może dlatego ten rarytas, tak popularny w czasach okupacji, po wojnie Polakom spowszedniał i nie cieszył się taką popularnością jak w Czechosłowacji? Pamiętam zdziwienie ekspedientek w Polsce, kiedy przed powrotem do Czechosłowacji robiłem większe zapasy krówek, by obdarować nimi swoich słowackich znajomych. I tak jest do dziś – zawsze, kiedy ich pytam, co przywieźć z Polski, słyszę jednoznaczną odpowiedź: krówki!!! ANDREJ IVANIČ 24

Złote Lwy Z PRAWDZIWĄ NIESPODZIANKĄ

O

głoszenie przez przewodniczącego jury zwycięzcy 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych wywołało aplauz, ale też nieukrywane zaskoczenie. Główną nagrodę po raz pierwszy w historii festiwalu zdobył bowiem film animowany. Tegorocznemu jury w Gdyni przewodniczył Lech Majewski – artysta niezależny w pełnym tego słowa znaczeniu, reżyser, scenarzysta, malarz dobrze znany i ceniony na światowych festiwalach. Po ponad siedmiu godzinach obrad jurorzy zdecydowali jednogłośnie, by Złotymi Lwami uhonorować właśnie Mariusza Wilka Wilczyńskiego i producentkę jego filmu. Film „Zabij to i wyjedź z tego miasta…” jest – jak mówi reżyser – mocny jak życie. Mariusz Wilczyński, który mieszka w leśnej ciszy, ale też wykłada w łódzkiej szkole filmowej, kadr po kadrze tworzył swoje dzieło przez 14 lat. Wpierw powstało słuchowisko, w którym reżyser wykorzystał głosy i osobiste wypowie-

dzi znanych osób, m.in. Gustawa Holoubka, Krystyny Jandy, Ireny Kwiatkowskiej, Anji Rubik, Zbigniewa Bońka. Potem powoli nagrane treści zapełniały rysunki. W filmie reżyser wykorzystał muzykę swego wielkiego przyjaciela bluesmana Tadeusza Nalepy. Reżyser przyznaje, że „Zabij to…” jest swoistym spłaceniem długu nieżyjącym rodzicom, przyjaciołom i wszystkim wrażliwym ludziom, których spotkał w życiu. Warto obejrzeć film Wilczyńskiego w spokoju. W tym roku na festiwalu w Gdyni w konkursie głównym oceniono 14 filmów, w konkursie mikrobudżetowym 6, a laureata konkursu filmów krótkometrażowych wybrano spośród 27 filmów. Poza tym pokazywano klasykę, filmy dwóch wybitnych reżyserów – Andrzeja Barańskiego i Feliksa Falka MONITOR POLONIJNY


– którym zgodnie z tradycją festiwalu w Gdyni wręczono Platynowe Lwy za całokształt twórczości. Ten wybór znanych i uznanych reżyserów był bezdyskusyjny. Najwięcej nagród festiwalowych zgarnęły w tym roku dwa filmy: „Magnezja” w reżyserii Macieja Bochniaka i „Sweat” – dzieło Magnusa von Horna, Szweda od kilkunastu lat mieszkającego w Polsce. Reżyser „Magnezji” odebrał nagrodę Złotego Pazura w kategorii „Inne spojrzenie”. Nagrodzono również w tym filmie charakteryzację, kostiumy, scenografię. Szczerze mówiąc, na tegorocznym festiwalu w tych kategoriach „Magnezja” była bezkonkurencyjna. Jest to film pełen fantazji, w westernowym stylu o porachunkach gangów na polsko-sowieckim pograniczu i kino gatunkowe w doborowej obsadzie: Maja Ostaszewska, Borys Szyc, Dawid Ogrodnik, Mateusz Kościukiewicz. Drugi doceniony film to „Sweat”, nagrodzony Srebrnymi Lwami za reżyserię, najlepszą rolę kobiecą, którą otrzymała Magdalena Koleśnik, najlepszą rolę kobiecą drugoplanową, której laureatką została Aleksandra Konieczna (już po raz drugi na gdyńskim festiwalu), a także za montaż i zdjęcia. „Sweat” naprawdę porusza, opowiada bowiem o samotności wziętej influencerki fitnessu. Koleśnik cały czas

STYCZEŃ 2021

obecna jest na ekranie: jej twarz, ciało, ruchy, napięcie stanowią świetne tworzywo filmowe. Wrażliwość i autentyczność odtwórczyni głównej roli wręcz porusza. Za debiut aktorski nagrodzono w Gdyni Zofię Stafiej i to nazwisko warto zapamiętać. Zagrała ona w filmie Piotra Domalewskiego „Jak najdalej stąd”, który dostał nagrodę za scenariusz do tego filmu. To poruszająca historia młodej dziewczyny z prowincji, która musi pojechać do Irlandii, by odebrać ciało ojca, który zginął w wypadku w porcie. Dobry scenariusz, sprawna reżyseria i bardzo sugestywna Zofia Stafiej w roli głównej. Młoda aktorka jest studentką łódzkiej szkoły filmowej. Na tegorocznym festiwalu pojawiły się nowe twarze. Zmiana pokoleniowa i jakościowa następuje nie tylko wśród reżyserów i scenarzystów, ale również wśród aktorek i aktorów. Zwróciłabym szczególnie uwagę na kilka młodych aktorek: Magdę Celmer, która zagrała w filmie „Bóg Internetów”, Sandrę Drzymalską,

wyróżnioną za ciekawe role stworzone w filmach „Każdy ma swoje lato”i w nagrodzonym za reżyserię (debiut Dawida Nickela) w konkursie filmów mikrobudżetowych „Ostatnim komersie”. Ten ciekawy i odważny film uzyskał też nagrodę młodzieżowego jury. Podobała się też w Gdyni obiecująca aktorka Venessa Aleksander, której mama Renata Aleksander jest Słowaczką mieszkająca w Polsce i byłą mistrzynią w jeździe figurowej na lodzie, występującą w znanych rewiach; tańczyła nawet z Johnem Travoltą. Venessa Aleksander zagrała w świetnym filmie Jana Komasy „Sala samobójców. Hejter”. Piotr Trojan zdobył nagrodę główną za rolę męską w filmie „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komedy” w reżyserii Jana Holoubka, którego nagrodzono w Gdyni – i słusznie – za debiut. Holoubek stworzył wstrząsające kino i choć już kilka miesięcy minęło od premiery, film opowiadający o losach Tomka Komedy, skazanego na 25 lat więzienia za… niewinność, porusza do głębi. Dramaturgia odtwarzanych zdarzeń, ale też bezradność i bezbronność człowieka skazanego za niepopełnione przestępstwo uświadamiają widzom, jak krucha jest granica między prawdą a mistyfikacją. Opowieści z przeszłości, oparte na autentycznych wydarzeniach nie znalazły uznania jury. Filmy „Zieja” ze świetnymi kreacjami Andrzeja Seweryna i Zbigniewa Zamachowskiego o księdzu Janie, który był współzałożycielem KOR-u, i „Mistrz”, będący dramatyczną historią boksera Tadeusza Pietrzykowskie-

go, który przeżył okupację w obozach koncentracyjnych z niebywale sugestywną rolą, przeszły prawie niezauważone. Jury w Gdyni w swoim werdykcie nie zauważyło też zupełnie polskiego kandydata do Oskara, czyli filmu Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta „Śniegu już nigdy nie będzie”. Żadnej nagrody nie dostał też poruszający film „Sala samobójców. Hejter”, który wszedłszy do kin w nieszczęśliwym covidowym czasie, nie zjednał sobie takiego

grona widzów, na jaki zasługuje. Te dwa istotne „przeoczenia” jurorów wzbudziły spore dyskusje. Podobnie jak cały festiwal, którego formuła online uznana została wręcza za hardkorową. Środowisko filmowe nalegało, by festiwal się odbył, więc wpierw zmieniano terminy, a potem wybrano jedyną możliwą w obecnej sytuacji formułę, czyli festiwal bez publiczności. Zamknięte kina, brak spotkań z gwiazdami, żadnych ważnych rozmów o kondycji polskiego kina i niewielka liczba obserwatorów – to obraz tegorocznego wyizolowanego festiwalu. Miejmy jednak nadzieję, że w następnym roku obejrzymy już prawdziwy gdyński festiwal z dobrymi filmami i salami pełnymi publiczności. ALINA KIETRYS 25


J A K P OW S TAWA Ł O M U Z E U M W S Z WA J C A R S K I M S U S C H

W

szwajcarskim kantonie Gryzonia, w malowniczej dolinie rzeki Inn, leży malutka, licząca zaledwie dwustu mieszkańców wieś Susch. Majestatyczne góry dookoła i szmaragdowa wstążka Innu (zwanego tu En, stąd częściej używana nazwa doliny – Engadyna) tworzą pocztówkowy krajobraz. Susch uwodzi zwłaszcza jesienią, kiedy liście drzew są już żółte, dojrzałe owoce jarzębiny czerwienią się w słońcu, a na mierzącym 3410 m n.p.m. szczycie Piz Linard leży świeży śnieg. Przez przełęcz Flüela, jadąc przyprawiającymi o zawrót głowy serpentynami górskich dróg, stosunkowo szybko można dojechać z Susch do Davos – kurortu opisywanego przez Thoma-

o wyjątkowej inwestycji właśnie w tej niewielkiej engadyńskiej wiosce. Polska miliarderka, ceniona kolekcjonerka i znawczyni sztuki Grażyna Kulczyk zdecydowała się przeznaczyć setki milionów franków na przebudowę znajdujących się w Susch kilkusetletnich klasztornych zabudowań oraz browaru i otworzyć tam muzeum sztuki współczesnej. Największe opiniotwórcze media helweckie dziwiły się, że maleńkie Susch będzie beneficjentem inwestycji Polki – przecież St. Moritz byłoby o wiele lepszą siedzibą dla muzeum; z renomą, sławą i potencjalnymi zamożnymi zwiedzającymi, dzięki którym prawdopodobieństwo finansowego sukcesu znacznie by wzrosło. Prezentowanie kultury eli-

sa Manna w „Czarodziejskiej górze”, a obecnie znanego przede wszystkim dzięki Światowemu Forum Ekonomicznemu (WEF), na którym rokrocznie pojawiają się najważniejsi światowi przywódcy. Kierując się na południe, można z Susch łatwo dostać się do tętniącego życiem St. Moritz, od dekad wybieranego za cel wypoczynku i lansu przez milionerów z różnych krajów. „Blisko do Davos, niedaleko do St. Moritz” – tak lokalizowały Susch szwajcarskie media, które kilka lat temu szczegółowo, acz z pewnym zdziwieniem informowały

tarnej w wiejskim muzeum zakrawało na ekstrawagancję i z góry skazane było na porażkę. Ale kto bogatemu zabroni? Kulczyk twardo obstawała przy swojej decyzji. Tłumaczyła, że od dekady sama mieszka w jednej z wiosek Engadyny i o stworzeniu muzeum w tym regionie marzyła od dawna. Przypadek sprawił, że trafiła do Susch i niemal natychmiast uznała je za lokalizację idealnie pasującą do koncepcji muzeum, którą planowała rozwinąć – wielka sztuka celebrowana i kontemplowana w nieoczywistym

26

„Dama z Polski ma wizję” 1

miejscu, z szacunkiem dla lokalnych tradycji i w bliskim związku z naturą, a nie pospiesznie konsumowana w zatłoczonych galeriach. Choć media były nieco sceptyczne, lokalne władze przychylnie odniosły się do planów Kulczyk i niezbędne formalności załatwiono w błyskawicznym tempie. Szybkie porozumienie niewątpliwie ułatwiła pozycja inwestorki, dysponującej olbrzymim majątkiem, z renomą kolekcjonerki i mecenaski sztuki oraz udaną modernizacją poznańskiego Starego Browaru na koncie. „Dama z Polski ma wizję” – mówili miejscowi, co ochoczo podchwyciły gazety. Transformacja XII-wiecznego klasztoru i XIX-wiecznego browaru w muzeum miała jeszcze jedną zaletę nie do pogardzenia przez Szwajcarów: oferowała im zatrudnienie. Prace budowlane, które rozpoczęły się w 2016 roku, wykonywane były przez lokalnych fachowców i rzemieślników. Za projekt ar-

chitektoniczny odpowiadali Chasper Schmidlin i Lukas Voellmy, notabene autorzy domu Kulczyk, znajdującego się pół godziny drogi od Susch. Mieli przed sobą arcytrudne zadanie połączenia śmiałego i nowatorskiego pomysłu inwestorki z sielskim, spokojnym krajobrazem wioski, wprowadzenia ogromnej zmiany, a jednocześnie niezmieniania niczego. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Mury klasztoru i browaru zostały odświeżone i jaśnieją nowym blaskiem, wciąż pozostając w perfekcyjnej harmonii z otoczeniem. Poza drewnianą tabliczką “Muzeum” (z polską pisownią tego słowa) nic nie zdradza, że jesteśmy o krok od wielkiej sztuki i architektury nie z tego świata. Z zewnątrz nie widać podziemnej drogi, łączącej ze sobą kilka budynków tworzących muzeum, nie widać imponujących skalnych grot i wyburzanych za pomocą dynamitu ścian (dzięki czemu powierzchnię przeznaczoną na muzeum udało się zwiększyć dwukrotnie); nie widać ogromu pracy, który zaowocował 25 salami wystawienniczymi o łącznej powierzchni 1500 metrów kwadratowych. Przypadkowemu przechodniowi nawet przez myśl nie przejdzie, że wnętrze skrywa również fantastyczną bibliotekę, której drewniane regały, misterne rękodzieło stolarza z Susch, wypełnione są polskimi książkami. KATARZYNA PIENIĄDZ (o tym, jak przyjęto Muzeum, wystawach i twórcach, których dzieła są w nim prezentowane, w następnym MP) MONITOR POLONIJNY


LUDZIE GÓR

W

pewne słoneczne popołudnie wybrałam się z rodziną na wycieczkę w Małe Karpaty, otaczające Pezinok. To właśnie tam najczęściej spędzamy wolne chwile. Tym razem za namową synka postanowiliśmy pobawić się w geocashing. To zabawa terenowa polegająca na poszukiwaniu za pomocą GPS skrytek, ukrytych przez innych uczestników zabawy. Tego dnia odnaleźliśmy nie tylko skarb w postaci skrytki, ale przede wszystkim ciekawe miejsce z interesującą historią. Szliśmy leśną drogą wśród dębów i buków, gdy nagle przy niewielkiej łące w środku lasu dostrzegliśmy ruiny prostego kamiennego domu, a wokół niego kilkanaście bardzo starych owocowych drzew: śliw, jabłoni i gruszy. Sad w tym miejscu? Kto tu mieszkał? – zastanawiałam się, kiedy mąż odkrył, że kiedyś żyli tu huncokárze. Była to regionalna grupa ludności niemieckojęzycznej Małych Karpat, drwale górscy, którzy nazywali siebie Waldleute ‘ludzie gór’. Nazwa huncokár pochodzi od niemieckiego słowa Holzhacker – ‘drwal’. Pochodzili z południowej części Dolnej Austrii, Styrii, Tyrolu, a także Bawarii i na potrzeby lasów folwarcznych zasiedlali tereny Małych Karpat przez prawie dwieście lat, od połowy XVIII w. do zakończenia II wojny światowej. Huncokárze żyli w ściśle zamkniętej społeczności, odosobnieni w lasach Małych Karpat rozproszeni w górskich dolinach, przeważnie po 2-3 rodziny razem. Byli skromni, biedni, a ich kultura, zwy-

czaje i język były całkowicie związane z lasem i przyrodą. Trudnili się głównie pozyskiwaniem drewna, zwozili je, sadzili młode drzewa. W przydomowych ogródkach w środku lasu uprawiali ziemniaki i warzywa, hodowali świnie i krowy. Zajmowali się sadownictwem i zielarstwem. Huncokárze byli wyznawcami wiary rzymskokatolickiej, a ich małżeństwa miały charakter endogamiczny. Najważniejszym świętem był dla nich 22 stycznia - dzień św. Wincentego, patrona drwali. Na początku II wojny światowej w Małych Karpatach mieszkało około 1000 huncokárzy. Ich osada zniknęła po1945 roku, gdy większość z nich ocalała po II wojnie światowej została deportowana do Niemiec. W 1962 r. za huncokárzy uważało się około 100 rodzin. Największa grupa zasiedlała tereny Modry, Pezinka, Św. Jura, Limbachu, Smolenic czy Perneku. Jednym z miejsc, gdzie najliczniej żyli górscy drwale w Małych

Słowackie perełki

Karpatach, były dzisiejsze tereny Modry-Piesku. W okresie międzywojennym mieszkało tam około 10 rodzin, m.in. Steinerowie, Lindterowie, Schwandtnerowie, Grausowie, Aschenschwandtner, Kernowie, Jurišowie, Čermákowie. Ludzie gór mieli tu szkołę dla swoich dzieci oraz własną kaplicę. Do dziś w środku lasu na powierzchni 946 m zachował się ich cmentarz z prostymi i skromnymi grobami o drewnianych krzyżach, utrzymane w stylu zgodnym ze stylem ich życia. Niektóre groby nie mają nawet krzyża, a zbudowane były w formie podwyższonych kopców, otoczonych kamieniami. Kilka lat temu potomkowie drwali odrestaurowali 21 drewnianych krzyży, wzorując się na ostatnich zachowanych fragmentach. Ten rzadki cmentarz jest wyjątkowym i najważniejszym zabytkiem sakralnym huncokárzy, których potomkowie do dziś spotykają się na nim w święto św. Marii Magdaleny. Nigdzie indziej na Słowacji nie zachowało się miejsce pochówku huncokárzy w takiej formie i wielkości. Drwale górscy to niezwykła i wyjątkowa grupa ludzi, zamieszkująca kiedyś w lasach Małych Karpat, która tworzyła ostatnią falę osadnictwa niemieckiego na Słowacji. Dziś stanowią część historii, o której warto pamiętać. Ubierzcie się więc ciepło, załóżcie wygodne buty i wybierzcie się na wędrówkę w Małe Karpaty, by odkrywać ich piękno, skarby i historię, a może nawet ślady huncokárzy. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

STYCZEŃ 2021

27


Z nowym rokiem, życząc Państwu samych sukcesów i radości, przynosimy krzyżówkę, która tym z Państwa, którzy chętnie ćwiczą umysł, sprawi wiele radości. Dobrej zabawy! Hasło naszej grudniowej krzyżówki brzmiało: Magiczna atmosfera wigilijnego wieczoru. Hasło styczniowej krzyżówki zostało ukryte w polach oznaczonych numerami w następującej kolejności: 21 - 8 25 - 13 - 6 - 1 - Ś - 40 - 4 - 42 - 26 - 16 - 30 - 18 - 31 - 15 - 29 - 24 - 34 - 3 - 41 - 7 - 10 - 9 - 27 - 14 - 28 - 37 - 36 - 19 - 33 - 38 - 32 - 5 - 2 - 23 - 35 - 20 - 22 - 11 - 17 - 12. Red., TO

Poziomo 6. bogactwo 9. zamek patentowy 11. prowincja, miasto i jezioro w Ameryce 12. zasadnicza, to konstytucja 13. honor, duma 15. śpiewak jak biuro 19. konflikt 21. autor teorii ewolucji 23. Legień lub Marszałek 24. promesa 26. rwetes, hałas 27. srebrzy trawę

28

Pionowo 28. człowiek w bieli 30. dawna spłonka 33. Znalazłem! 35. marka instrumentów muzycznych 36. legalny produkt 37. opryszek, zbój 38. kuzynka pomarańczy 39. przywrócenie równowagi 40. zacofanie 41. barbarzyństwo 42. z Ałma Atą

1. utwór o treści religijnej 2. zakaźna rzeka 3. zgryz, mordęga 4. rodzaj plakietki 5. kura specjalistka 7. spiż, brąz 8. diadem 10. samochód na stole 14. mizerotka 16. arachid 17. przodek fortepianu

18. 20. 22. 25. 29. 31. 32. 34.

Ogłoszenia

ILUSTRACJE DO „MONITORA“

Zachęcamy wszystkich, których bawi fotografowanie czy grafika, by przysyłali swoje prace, które mogłyby posłużyć za motywy ilustracyjne do publikowanych w „Monitorze“ artykułów. Z nadesłanych prac neofita, nowo redakcja wybierze te najlepsze ochrzczony, i opublikuje w odpowiednim czasie. Jedną z takich prac mogą nowowierca Państwo podziwiać już współpracował w numerze styczniowym – to z Mannem praca utalentowanej młodej krótkofalówka artystki Teresy Berkyovej, pensja inwalidy której projekt graficzny gromadzenie ilustruje artykuł otwierający wody opadowej numer styczniowy, znajdujący się na str. 4. Podpisane prace ludowy zwyczaj należy przesyłać na adres: weselny monitorpolonijny@gmail.com smar w relacjach (bez limitu czasowego). rodzaj wodospadu

MONITOR POLONIJNY


pragnę wszystkim redagującym oraz piszącym do „Monitora Polonijnego” podziękować za wieloletnie wcielanie w życie naszych polskich i polonijnych wartości. Na przestrzeni lat wszystkie panie redaktor naczelne, którym dane było kierować „Monitorem”, zostawiły w formie pisanej własne widzenie roli naszego miesięcznika. Należy tu przywołać Panią Danutę Mejzę-Marušiakovą, Panią Joannę Matloňową i aktualnie kierującą „Monitorem” Panią Małgorzatę Wojcieszyńską. Przez wszystkie numery „Monitora” przewijały się koncepcje, poglądy piszących i fotografujących dla „Monitora”. Jestem wdzięczny, że poprzez umieszczane teksty można było poznać lepiej charakter ich autorów. Bo gdzie lepiej poznamy bliźniego niż w wydrukowanym słowie lub zamieszczonej fotografii? Długi czas, który upłynął od pierwszego numeru pozwolił doskonalić pióra wielu autorom, dzięki czemu z niecierpliwością czekało się i czeka na kolejny numer pisma. Oprócz wywiadów z ciekawymi rozmówcami możemy zapoznawać sią z działalnością naszych klubów w regionach Słowacji. Dzięki „Monitorowi” co miesiąc dowiadujemy się, co robią nasi przyjaciele i czym się zajmują. Kącik dla dzieci i kulinarne przepisy stanowią inspirację dla wielu z nas. Droga Redakcjo, z okazji jubileuszu „Monitora Polonijnego” oraz nowego roku 2021 składam życzenia wszelkiej pomyślności jego redakcji i czytelnikom. Do siego roku! Ryszard Zwiewka

Kondolencje

Z przykrością informujemy, że 22 grudnia w wieku 90 lat zmarł Roman Berger, wybitny muzyk, kompozytor polskiego pochodzenia, znakomity pedagog i teoretyk muzyki. Za swoją twórczość i działalność muzyczną został odznaczony m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Był również członkiem Związku Kompozytorów Polskich. Do jego najważniejszych utworów należą: Transformacja na wielką orkiestrę, Epitafium dla Mikołaja Kopernika na taśmę, Adagio II “Pokuta” na skrzypce i fortepian, De profundis na bas, fortepian, wiolonczelę i media elektroniczne czy Piosenki z Zaolzia na kwartet smyczkowy. Jego kompozycje były często wykonywane na festiwalu Warszawska Jesień, a on sam był jurorem Międzynarodowego Konkursu Kompozytorskiego im. Witolda Lutosławskiego. Rodzinie i bliskim składamy głębokie wyrazy współczucia. Przyjaciele z Klubu Polskiego

STYCZEŃ 2021

Przemysł odzieżowy

LONEGO W ZIE

ÓRZA ZG

Droga Redakcjo,

BASIA Z

DO REDAKCJI „MONITORA POLONIJNEGO”

J

eszcze w latach 90. i w pierwszej dekadzie obecnego wieku marki odzieżowe wypuszczały tylko dwie kolekcje – wiosenno-letnią i jesienno-zimową. Teraz, kiedy wchodzimy, widzimy zwykle napis „Nowa kolekcja” lub „Wyprzedaż” (związana z końcem kolekcji). Z biegiem czasu marki ubraniowe zaczęły tworzyć coraz więcej kolekcji rocznie. Zara ma ich dzisiaj około 35, a H&M 12 - 16. O ile wcześniej jedna koszulka wystarczała nam na lata, to teraz czujemy potrzebę wymieniania rzeczy na nowsze nawet przed pierwszym założeniem. W końcu nikt nie chce być niemodny. Niestety, nadmierna produkcja odzieży ma negatywny wpływ na nasze środowisko. Co sekundę na wysypiska śmieci trafia ciężarówka pełna ubrań, z których większość nigdy nie była noszona. Do odzysku trafia mniej niż 1% zużytej odzieży. W dodatku materiały, takie jak poliester czy akryl, rozkładają się przez setki lat. Natomiast włókna naturalne, mimo że podlegają temu procesowi znacznie szybciej, to w jego trakcie wydzielają tony gazów cieplarnianych, które przyczyniają się do globalnego ocieplenia klimatu. Poza tym produkcja ubrań to proces, który zużywa ogromne ilości wody – jedna para dżinsów to nawet kilkanaście tysięcy litrów! Niestety to nie wszystko. Syntetyczne materiały wykorzystywane do produkcji ubrań, takie jak np. poliester, przyczyniają się do ogromnego zanieczyszczenia oceanów. Podczas prania uwalniają one mikroplastik, który trafiając do rzek i oceanów, powoduje obumieranie morskiej fauny. To wszystko stanowi zaledwie małą część negatywnego wpływu przemysłu odzieżowego na naszą planetę. Barwniki do koloryzacji ubrań również trafiają do naszych wód, zanieczyszczając je. Sama produkcja bawełny pochłania aż 25% pestycydów używanych na plantacjach, a na dodatek bawełna jest rośliną mającą wysokie zapotrzebowanie na wodę. Na koniec trzeba też wspomnieć o strasznych warunkach pracy, panujących w większości szwalni. Dlatego też apeluję do Was wszystkich: przechodźcie jeszcze jedną zimę w tym samym płaszczu czy kurtce, nie kupujcie kolejnej koszulki czy sukienki, które za dwa tygodnie trafią w kąt Waszej szafy, a za rok, raz użyte, do kosza BASIA KARGUL na śmieci. 29


MY

nowym rokiem rozpoczynamy na łamach „Monitora“ nowy cykl. Poprowadzą go miłośnicy słowiańszczyzny: Słowaczka Julka i Polak Filip. Będzie to swoista opowieść o tym, co większość z nas przeszła bądź przechodzi, czyli wszystko o tym, jak oboje wzajemnie poznają piękno i osobliwości swoich języków i kultur.

E

Z

NI

Jak się poznaliśmy

OWIA SŁ

językowych lekcji.

Wzajemne poznawane języków ojczystych I tak przez wiele tygodni, w każdy wtorek i czwartek o szóstej wieczorem, łączyli się przez Skype i przez godzinę jedno z nich było nauczycielem, a drugie uczniem. Jedno przygotowywało temat i materiały i uczyło to drugie swojego języka ojczystego. Razem

O Julce i słowiańszczyźnie Była sobie kiedyś Słowaczka Julka, którą fascynowała kultura słowiańska. Zaczęła uczęszczać na kurs języka rosyjskiego, prowadzony przez prawdziwą Rosjankę. Język rosyjski był dla Julki znacznie trudniejszy, niż oczekiwała. Twarde głoski w języku rosyjskim są naprawdę twarde, czegoś takiego język słowacki nie zna. Miękkie z kolei są naprawdę miękkie tak, aż język może się zaplątać. Oprócz języka rosyjskiego na co dzień bardzo intensywnie interesowała się kulturą słowiańską. Tak bardzo intensywnie, że zaproponowano jej zostanie administratorem w jednej grupie na Facebooku dla takich samych pasjonatów jak ona.

O Filipie i pierwszej rozmowie Był sobie kiedyś Polak Filip, który był równie zafascynowany słowiańską kulturą i słowiańskimi językami. Był członkiem tej samej grupy pasjonatów słowiańszczyzny na Facebooku, którą Julka już wtedy administrowała. Zastanawiał się, którego języka słowiańskiego mógłby zacząć się uczyć. Lubił malować, ciekawiły go też typowe słowiańskie symbole. Pewnego dnia w tej facebookowej grupie opublikował własne obrazy o tematyce słowiańskiej. Kiedy Julka je zauważyła, tak ją zafascynowały, że postanowiła napisać do ich autora w prywatnej wiadomości. Chciała dowiedzieć się więcej o tym człowieku i jego twórczości. Z uwagi na jego imię myślała, że jest prawdopodobnie Amerykaninem, skoro w nazwisku nie ma typowego -ski. Nawet nie przyszło jej do głowy, że mógłby to być Polak. Na30

pisała do niego wiadomość: Good evening, my friend…, a dziś twierdzi, że musiała to być jakaś siła wyższa, bo nie ma w zwyczaju pisać do ludzi prywatnych wiadomości, a już w ogóle zwracać się do nich w taki sposób. Jakby tego nie napisała ona.

Od angielskiego do języków ojczystych Zaczęli rozmawiać i rozmawiali całe dnie, od rana do wieczora. Ostatnia wiadomość zaraz przed snem, a pierwsza od razu rano po przebudzeniu. Rozumieli się bardzo dobrze, ale obojgu szybko zaczęło przeszkadzać, że porozumiewają się po angielsku. W końcu jesteśmy Słowianami! Od tej chwili postanowili w swoich kontaktach używać wyłącznie swoich ojczystych języków, a jeśli czegoś nie rozumieli, wyjaśniali sobie po angielsku. Zaczął się dla nich fantastyczny okres odkrywania nowego słowiańskiego języka i wielkiego zdziwienia, że ich języki są takie podobne, a jednocześnie takie różne. Zdecydowanie łatwiej było słuchać niż czytać w drugim języku. Zgodzili się udzielać sobie nawzajem

oglądali filmy, czytali artykuły, a przy wsparciu Wikipedii i słowników coraz bardziej poznawali nie tylko język, ale także kulturę tego drugiego. Po każdej lekcji pozostawał dokument tekstowy, który przekazywali sobie nawzajem i stopniowo uzupełniali o nowe słowa i gramatykę. Jednak szybko okazało się to niepraktyczne. Oboje dokonywali zmian w dokumencie, więc nieustannie musieli go sobie przekazywać, w wyniku czego i tak nie było jasne, która jego wersja jest najbardziej aktualna. Wtedy Julka pomyślała, że dobrze byłoby mieć ten dokument zapisany w jednym miejscu, do którego oboje mieliby dostęp i mogli go aktualizować. Nagle przypomniała sobie, że kiedyś prowadziła własnego bloga. W ten sposób lekcje byłyby przechowywane i łatwo dostępne dla obojga, a notatki mogłyby zawierać ich rysunki lub filmy. Do tego każdy, kto miałby dostęp do Internetu, mógłby się uczyć z nimi. Filip się zgodził i tak 28 października 2016 roku powstał blog polishslovak.blogspot.com. A co było dalej? Dowiecie się następnym razem. JÚLIANA OPUK I FILIP LEON OPUK MONITOR POLONIJNY


S

tyczeń to mój ulubiony miesiąc roku. Nie będę ukrywać – przede wszystkim dlatego, że obchodzę w nim urodziny (a kto by nie lubił miesiąca swoich urodzin!), ale niewątpliwy urok ma też fakt nowego otwarcia, które niesie ze sobą właśnie tych pierwszych 31 dni kolejnego roku.

Wyzwanie czytelnicze książki w miesiącu w wybranym przez siebie języku? A co, gdyby informacje o przeczytanych książkach zapisywać w dzienniczku lektur? Uff, poważna propozycja jak na niniejszą rubrykę. Ale dlaczego by nie podjąć

ponieważ może pomóc nam nawiązać bliższe kontakty np. z kolegą z sąsiedniej klatki, do którego wpadniemy, by przejrzeć jego domową biblioteczkę, lub z dawno niewidzianą kuzynką, która polecała nam ostatnio przez telefon

ciekawą powieść detektywistyczną. A dzienniczek lektur? Cóż, pozwala po prostu zachować wspomnienia z naszych książkowych przygód, stanowi namacalny dowód podjętego przez nas wyzwania czytelniczego i może być sposobem na powrót do którejś z książek, jeśli szczególnie zapadła nam w pamięć. Polecam go również dlatego, że… mam do niego słabość od czasów, gdy sama taki prowadziłam; poza tym podpatrzyłam u córki, że obecnie można skorzystać z gotowego wzoru dzienniczka ze wszystkimi rubrykami i tabelkami na wpisywanie poszczególnych informacji o książce zamiast wypisywać całość ręcznie, jak to kiedyś ja robiłam. To co? Podejmujecie wyzwanie? NATALIA KONICZ-HAMADA

ZDJĘCIA: NATALIA KONICZ-HAMADA

A co, gdyby w tym czasie rzeczywiście postanowić sobie jedną rzecz, którą nie zajmowało się wcześniej? A co, gdyby tym postanowieniem było przeczytanie przynajmniej jednej

takiego wyzwania? Korzyści z tego mnóstwo – jeśli będziemy czytać w języku obcym, rozwiniemy umiejętność rozumienia go, jeśli w polskim, a żyjemy na Słowacji, trochę lepiej go sobie utrwalimy na poziomie literackim. Szkolne biblioteki zamknięte, a w domu na półkach nie ma nic ciekawego? To też może okazać się zaletą,

STYCZEŃ 2021

31


Oj, tańczyłoby się do białego rana! Huczny początek dla wielu ludzi jest przecież oznaką udanego roku, gwarantuje pomyślność, osobiste szczęście i powodzenie w interesach. Chociaż trudno w obecnym czasie mówić o szampańskiej zabawie

SKŁADNIKI: (na 6 porcji) • • • • • • •

1,5 kg udźca jelenia 200 g cebuli 200 g czerwonej cebuli 200 g przecieru pomidorowego 2 dl oleju 0,5 l wina wiśniowego 30 g kompotu lub dżemu z żurawiny • 2 dl wywaru warzywnego • mielone ziele angielskie • liść laurowy, pieprz, sól, cukier

karnawałowej, zawsze można jednak ugościć najbliższych wykwintnym daniem, które poprawi wszystkim humor. Zwłaszcza, jeśli przepis pochodzi od profesjonalisty. Dziś druga propozycja Mariána Juriňáka, szefa kuchni hotelu „Gobor” w Vitanovej.

Udziec z jelenia Udziec z jelenia w wiśniowym winie podawany z ziemniaczanymi kopytkami (šúlancami)

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA Mięso czyścimy. Na głębokiej patelni lub w dużym garnku rozgrzewamy olej i smażymy cebulę, dodajemy do niej przecier, liść laurowy, sól i pieprz. Wszystko zalewamy winem i wywarem warzywnym (można dodać trochę wody) i gotujemy. W tym czasie posolone i popieprzone udo opiekamy ze wszystkich stron na drugiej patelni. Dodajemy je do gotującego się wywaru i dusimy ok. 2 godz. na małym ogniu (jeśli trzeba, można dodać nieco wywaru lub wody). Gdy mięso jest już dostatecznie miękkie, wyjmujemy je z garnka. Wywar przecieramy przez sito, a powstały płyn podgrzewamy tak długo, aż się zagęści, dając niemal miodowy sos. Do niego dodajemy dżem lub kompot żurawinowy, doprawiamy. Danie podajemy z kopytkami.

ZDJĘCIE: MARIÁN JURIŇÁK

Nasyciwszy się takim wykwintnym daniem, na pewno z większym optymizmem pomyślimy o przyszłości. Obyśmy za rok wynagrodzili sobie ten trudny czas wspaniałymi zabawami, świętując gromadnie, spontanicznie, bez żadnych ograniczeń. AGATA BEDNARCZYK


Millions discover their favorite reads on issuu every month.

Give your content the digital home it deserves. Get it to any device in seconds.